01: W cieniu zakwitających dziewcząt

Severus Snape patrzył, jak słoik pełen skrzydeł nietoperza uderza o podłogę, zasypując skrzące wilgocią kamienne płyty lochów fontanną martwych – a jednocześnie tak bardzo żywych, bo poderwanych energią kinetyczną do lotu – mysich skrzydełek; nietoperze to przecież takie latające myszy, wysysające sok leśnych jagódek, niegroźne i bardzo piękne.
Stojąca przed Severusem Snapem dziewczyna nie była piękna. Oprócz tego, że wyglądała jak dziecko Brigitte Bardot i syreny, ze swoimi złotymi włosami do pasa i aksamitnym głosem, głosem, którym wypowiedzieć obelgę, a automatycznie stanie się słodką nagrodą. Nie, Severus Snape nie uważał Jemimy Rosier za piękną, gdyż w jego świecie nie istniał już nawet kawałeczek miejsca, w którym dałoby się upchnąć miłość do żywego człowieka, tak głęboko wypełniała go już zmarła kobieta.
Machnął różdżką i wyszeptał formułę zaklęcia naprawiającego. Rozkawałkowany słoik na powrót scalił się w jedno, na chwilę przywracając ład i porządek do podziemnego rezerwatu wszystkiego, co mokre, oślizgłe i zabójcze. I takie piękne, bo zdolne uratować życie.  Sprzeciwiając się temu, co przecież już się wydarzyło, słoik nagiął niezaprzeczalne prawa fizyki, by jednocześnie mógł istnieć słoik stłuczony i słoik cały. Widzieliśmy przecież, jak uderza o ziemię, wszyscy widzieliśmy! A teraz musimy odwidzieć, udać, że to się nigdy nie wydarzyło, ale skoro nie istniał już dowód w postaci kawałków szkła obok nieforemnych stóp Snape’a, to gdzie szukać potwierdzenia, że całego zdarzenia nie zmyśliliśmy? I Severusów też było dwóch, a jednocześnie tylko jeden, i ten jeden nie wiedział już, którym z dwóch, setek, a może tysięcy Severusów jest, bo skoro głupi słoik potrafi wywołać takie zamieszanie, to co dopiero czyjaś śmierć.
Czy znów pogrążył się w myślach? Ostatnio zdarzało mu się to coraz częściej; okazjonalnie wypadał mu wtedy z rąk jakiś preparat czy fiolka. Lecz nie to było najgorsze, nie, najgorsze było przeżywać ten koszmar od nowa; znów mieć piętnaście lat i dać się upokorzyć swojemu największemu rywalowi, a nic przecież nie boli tak, jak zraniona nastoletnia duma. Pamiętał, jak pachniał tamten maj – malwami, ale bliżej w stronę Zakazanego Lasu również miecznikiem o wspaniałych, chabrowych kwiatach. Pamiętał zapach trawy, kiedy zarył w nią zakrzywionym nosem – ziemia wpadła do nozdrzy i wypełniła jego mózg duszącym uczuciem powrotu do korzeni, może teraz przyjdzie mu przestać oddychać i wypuści sprężyste zawiązki, które zatopią się z lubością w glebie i utwierdzą go, że przynależy właśnie tutaj, do Hogwartu, i żaden James Potter tego nie zmieni, nawet jeśli użyje na Severusie jego własnego zaklęcia. Haha! cóż to za perwersyjna rozkosz patrzeć, jak ktoś wyciąga przeciwko tobie twoją własną broń, nie dlatego, że kto od miecza wojuje, ten od miecza ginie, lecz dlatego, że był zbyt głupi, by wynaleźć własną. Nie do końca umiejąc się nią posłużyć, cieszy się z łutu szczęścia, jakim jest skutecznie rzucone zaklęcie. A teraz Severus musi zwisać głową w dół i czuć, jak żołądek podchodzi mu do gardła, a umysł robi się lekki, coraz lżejszy od nadmiaru tlenu dostarczonego z krwią, myśli mieszają się w jedną zgrzaną, ciepłą masę i przelewają od ucha do ucha jak w szklanym naczyniu.
Szlama!
Po tylu latach wciąż dzwonił mu w głowie jego własny, łamiący się głos, i wciąż widział plecy oddalającej się prędko Lily, by tylko znaleźć się jak najdalej od niego, tak daleko, aż Severus skurczy się na horyzoncie, ruchy jego sylwetki zatracą szczegóły i czarna, stateczna postać stanie się tylko jedną z wielu bezimiennych postaci.
– Profesorze?
Rosier wciąż stała naprzeciwko, wpatrując się w Severusa oczami tak odmiennymi od tych, w które spoglądał na lekcjach, bo wyrażającymi znudzenie i zainteresowanie jednocześnie; zwykle widywał tylko jedno z nich.
– Hmph? – zaryzykował. Odchrząknął i spróbował jeszcze raz. – Kto pozwolił ci odejść od kociołka?
– Potrzebuję tych skrzydeł nietoperza – wskazała słoik, na którym Snape kurczowo zaciskał swoje robaczkowate palce. Poluźnił chwyt, pozwalając dziewczynie wyciągnąć naczynie spomiędzy jego obezwładnionych siłą rozsądku dłoni.
Patrzył, jak wraca do ławki i wyciąga jedno po jednym skrzydła, które dawniej były tak żywe, a teraz są takie martwe, jak przykłada do nich lodowate ostrze alchemicznego nożyka i kroi na kawałki cienkie jak dusza Severusa. Poczuł nagły ucisk w klatce piersiowej, dobrze znany brak oddechu i to upojne, kojące ciepło w głowie; nieznośną lekkość bytu zwiastującą jedynie utratę przytomności. Bo jakże organizm przyzwyczajony do chłodu i wilgoci, ale też i spokoju, może przetrwać tam, gdzie pod pierzynką ciepła i słońca kryje się kompromitacja i panika?
Chwycił się krawędzi krzesła, żeby nie upaść.
Jemima niezrażona kontynuowała metodyczną czynność pozbawiania skrzydełek nietoperzy rozpoznawalnej formy.
– Pomaga, kiedy oddycha się do papierowej torby. Tak słyszałam – rzuciła zwięźle fachowym tonem.
Papie… Co?!
– Nic mi nie jest – machnął lekceważąco dłonią. Prędzej szczuroszczety nauczą się latać niż on, Severus Snape przyzna się do słabości, i to komu? Uczennicy!
– Akurat – parsknęła, tym samym zmuszając go, by na nią spojrzał. – Jest pan Severusem Snapem, legendarnym łowcą dziecięcych głów. Za nieodrobioną pracę wysyła pan do Zakazanego Lasu na całą noc. Za nieudany eliksir odbiera pięćdziesiąt punktów. Wszyscy wiedzą, że ma pan słabość do chłopców ze Slytherinu, ale dziewczynkami też pan nie…
– Co ty, do cholery, mówisz? – wysapał wściekle, powoli tracąc nad sobą panowanie.
– Ż a r t u j ę – powiedziała po dłuższej chwili, wyraźnie akcentując każdą sylabę.
Patrzył na jej drobne, rozchylone usta, nie rozumiejąc już niczego. Zmarszczyła delikatne brwi, a z nimi zmarszczyło się jej wysokie czoło, i zmarszczył się pracownia, i zmarszczył się zimny loch, jedyny prawdziwy przyjaciel Severusa Snape’a.
– Wie pan, co to żart, prawda?
W głosie Jemimy można było wyczuć minimalne zawahanie; nie była wcale taka pewna, że wiedział.
– Nie. Lubię. Żartów – wycedził przez zęby Mistrz Eliksirów. Po plecach dziewczyny przebiegł dreszcz ekscytacji pomieszanej z przerażeniem – najsłodsze z połączeń; przynajmniej kiedy jest się nastolatką albo Anną Steele. Jemima w żadnym wypadku nie była Anną Steele. Nie była też swoją ciotką, babką czy Evanem Rosierem. Była Jemimą, cokolwiek to znaczyło, nawet jeśli znaczyło, że jej ulubioną rozrywką staną się nielegalne walki skrzatów albo podpalanie ludziom stóp, by wydali swoich przyjaciół i rodziny. Była Rosierem, na litość. I Puchonką, tak, Jemima zdecydowanie była Puchonką, nawet jeśli zdradzały ją te ciężkie powieki, ta ambicja; i ten głos, zmuszający wszystkie inne głosy, by zamilkły, bo przecież nie są zdolne zainteresować samego Evana Rosiera swoim skamleniem o przebaczenie, o zrozumienie, o uwagę…
Nauczeni nosić nasze humory i uczucia na naszej skórze, zapominamy, że nie da się ich przecież zmyć, nie, nawyki i urazy wniknęły już dawno głęboko w warstwę podstawną i skaziły leżące niżej warstwy tak, że nie pomoże nawet obdarcie z tej skóry.
A skóra Jemimy była zrobiona z szarego puchu.
– Właśnie zarobiłaś kolejny szlaban, Rosier. Może to cię nauczy szacunku.
Jemima przygryzła boleśnie wargę, a warga ta bolała równie mocno, co wizja straconego sobotniego popołudnia, które spędzi ponownie w tej mokrej norze. I to w towarzystwie tego dziwaka. Co powiedziałby Evan Rosier, gdyby dowiedział się, że dała się upokorzyć czarodziejowi, którego ojciec był Mugolem z krwi i kości?
W jej geście wzruszenia ramionami było tyle samo niesmaku i złości, co niezamierzonego dziewczęcego uroku, gdy szary sweter stracił punkt zaczepienia i obsunął się z barku, pociągając za sobą ramiączko cienkiej sukienki. A ona nadal siekała skrzydła nietoperza, jak gdyby nic się nie wydarzyło, i wrzucała je garściami do wrzącego wywaru podstawowego, który nabrał już koloru wypłukanej czarnej bawełny.
Miała dopiero szesnaście lat. Severus Snape nigdy nie spojrzałby na dziewczynę tak młodą.
A przecież jednak patrzył, patrzył i chłonął każdy detal tego obrazka, jak gdyby widział go po raz pierwszy w życiu – Dziewczyna warząca eliksir, nadał mu w głowie tytuł, i już, już wynosił go do rangi co najmniej Vermeera, podczas gdy był to tylko nędzny van Meegeren, ale to właśnie ten van Meegeren pasował do Severusa, nie Vermeer, Vermeer wymagałby znajomości tak zwanej sztuki, a Severus nie miał przecież pojęcia o sztuce, pozostał mu tylko ten van Meegeren, kpiący van Meegeren, którego nie chciał nikt, a przecież chcieli wszyscy, bo bali potrafili przyznać się do własnej śmieszności, i dlatego ta śmieszność z nich zakpiła, obracając w żart wszystko, co było dla nich tak zwaną sztuką.
Severus wzdrygnął się, sprawdzając, czy członki jego ciała są wciąż posłuszne – były. Tylko oddech słuchał go nieco mniej chętnie niż zwykle, wszak dopiero wyszedł ze stanu bliskiego omdlenia. Ledwie krew zdążyła wrócić na dawne tory, odkwaszając komórki i sycąc je tlenem, a już Severus popychał swój organizm, wymagając od niego bezwzględnego posłuszeństwa, dalej, i dalej, i dalej w stronę Jemimy.
Czyż nie tak rodzą się rewolucje?
– Co kazałem ci uwarzyć? – wysyczał, stając tuż nad parującym kociołkiem.
– Eliksir rozdymający.
– A co to jest? – Wycelował suchotliwy palec w zawartość kociołka.
– Eliksir rozdymający.
Teraz i ona stała. Na lekko trzęsących się nogach, ale jednak stała. Najwyraźniej głowa nie skonsultowała z nogami pomysłu poderwania się ze stołka. Jemima rzadko zostawała tam, gdzie akurat była.
– Dodałaś skrzydła nietoperza, zamiast śledziony.
Skrzyżowała ramiona na piersi, siląc się na spokój, podczas gdy serce usiłowało wyskoczyć jej z piersi i wgryźć się w miejsce, gdzie podejrzewała, że znajduje się śledziona Snape’a.
Trzeci szlaban, Rosier. Dopóki się nie nauczysz, będziemy się spotykać w tej sali w Każdą Wolną Sobotę – wycedził bardzo, bardzo powoli; na tyle wolno, by zastanowiła się, jak wiele legendarnych Wielkich Imprez Syrka przegapił ten nudziarz.
– Jeśli chce mnie pan mieć na wyłączność, wystarczyło poprosić – wypaliła, zanim zdążyła ugryźć się w język. Ku jej zdziwieniu, kolejny atak nie nastąpił. A więc zamknęła się we względnie przyzwoitej liczbie trzech szlabanów. I tak nieźle, jak na nią.
Idź.
Chwyciła torbę i jej stopy były już po drugiej stronie progu, zanim polecenie zdążyło wybrzmieć w powietrzu.
– Rosier, jeszcze jedno – usłyszała za sobą cichy syk. Obróciła się z miną tak bardzo znudzoną i cierpiącą, jaką zdołała przywołać. – Minus pięćdziesiąt punktów dla Hufflepuffu.
Nieomal zaśmiała się na głos, wszak nic innego jej nie pozostało, jak poddać się własnej śmieszności, śmieszności Snape’a i kolegów i koleżanek Puchonów. Wszyscy wiedzieli, że ostatecznie Puchar Domów zostanie przyznany Slytherinowi. Już Snape’a w tym głowa.
Co nie przeszkodziło Jemimie opuścić lochów, stukając obcasami nieco głośniej niż zwykle, i trzymając głowę może nieco wyżej niż zwykle.


Dla wszystkich, którzy (nie) wierzyli, że się pojawi (i mieli ochotę na wódeczkę).

Advertisements