We Are Not Amused, S02E01

Pada śnieg, pada śnieg, dzwonią dzwonki sań…
Śnieg padał już od dawna. Niektórzy zapomnieli, jak wyglądał świat, którego nie otulała kołderka białego puchu. Inni zapomnieli, jak to jest mieć suchy płaszcz czy nieośnieżone buty. I właśnie tacy ludzie patrzyli na pokryte śniegiem błonia i marudzili, jednocześnie zapierając się w progu zamku, deklarując, że ich noga nie postanie na zewnątrz, póki nie nadejdzie wiosna.
– Nie, po prostu nie, jest zimno, mokro i zbyt biało, to nienormalne, że jest tak biało – mamrotała Sylv, patrząc z niesmakiem na błonia. Tym razem nie oddzielała jej od nich szyba. Wcale jej się to nie podobało.
– I ciągle pada. Zapada nas tutaj i umrzemy – dodała Kicia.
Stojąca obok nich Lyśka przewróciła oczami. Był to przewrót tak teatralny i dobrze przećwiczony (bo często stosowany), że gdyby go nagrać, mogłaby dostać Oscara za najlepszy występ roku.
– I nikt nas już nigdy tutaj nie znajdzie – kontynuowała Sylv.
– Nawet Remus, a Remus jest przecież taki mądry – Kicia nie próżnowała.
– Nawet McGonagall.
– Nawet Trzmiel nas nie znajdzie.
– Nasze kości zasypie puch i nawet pies nas nie wykopie.
– Zostaniemy tu na zawsze. Jak jakaś Jęcząca Marta. Będziemy straszyć wszystkich, którzy wejdą do Wielkiego Holu – oznajmiła Kicia, dramatycznie łapiąc się za policzki i mrugając z przejęciem. – Może to jest jakiś pomysł!
– Do tego musiałybyśmy umrzeć. Najpewniej przez zamarznięcie. Nie chcę zamarzać – stwierdziła Sylv.
– Nie musiałybyśmy zdawać owutemów!
To brzmiało nawet kusząco. Nie na tyle kusząco jednak, żeby ryzykować wycieczkę na błonia.
– Jesteście pewne, że chcecie iść ze mną na te łyżwy? – wtrąciła się Lysia. – Ja wiem, że obiecałam wam, że będą tam Huncwoci, ale NAPRAWDĘ nie musicie.
– Remus? – zainteresowała się Kicia, ale nie na tyle, wyściubić nos poza mury zamku.
Sylv patrzyła na świat z nieco krzywą miną, jakby była rozdarta wewnętrznie. Nie była pewna, czemu właściwie się zgodziła; mogła być więźniem własnej uprzejmości. Często jej się to zdarzało i później znajdowała się w miejscach i okolicznościach, w których nie zawsze chciała się znajdować. Podejrzewała jednak, że w przypadku Kici zadziałał inny mechanizm, Kicia została pchnięta siłą doremusową i uprzejmość nie miała z tym nic wspólnego.
– Pójdziemy – stwierdziła Sylv, jakby właśnie w duchu postanowiła, że będzie się dobrze bawić, choćby miało ją to zabić.
– Pójdziemy? – zdziwiła się Kicia, jakby nie spodziewała się tak stanowczej deklaracji i oczekiwała raczej taktycznego odwrotu.
– Ale bez marudzenia. Albo powiem Remusowi, że wypisujesz jego nazwisko we wszystkich swoich notesach – pogroziła Lysia.
Lysia, z natury, była straszna i dotrzymywała swoich strasznych obietnic; nie było co sobie z nią pogrywać! Kicia aż pobladła, gotowa zemdleć tu i teraz, ale wtedy, oczywiście, nie mogłaby iść na łyżwy i cały sekret diabli by wzięli.
Sylv chichotała. Lysi nie podobał się taki obrót sprawy – odwróciła się szybko w jej kierunku i pogroziła jej palcem.
– A Potterowi powiem, że ty wypisujesz jego.
– Kiedy ja nie wypisuję.
– Ale ja powiem.
– Ale tak… tak nieprawdę powiesz? Gdzie puchońskie ideały? – zająknęła się speszona nieco Sylv.
– Ideały ideałami, ale łyżwy to co innego – orzekła Lysia i popatrzyła poważnie na zziębniętą Ślizgonkę i Puchonkę. – Idziecie?
Kicia zrobiła niepewny krok naprzód, ale zanim postawiła stopę w białym puchu, jeszcze się zawahała. A potem opuściła ją wolno, wolniutko, jakby w obawie, że śnieg się na nią rzuci.
Nie rzucił się. Widząc to, Sylv wykonała podobny krok naprzód. Obie miały jednak dość skwaszone miny.
– Nawet Fryderyk radzi sobie lepiej od was! – Lysia wskazała dłonią na borsuka, który w najlepsze tarzał się w śniegu. – Wstydźcie się. Gdzie wasz duch świąteczny?
Sylv otworzyła usta, ale wystarczyło jedno zmarszczenie brwi Lysi i zamknęła je z powrotem. Kicia nawet nie próbowała. Jej nieskazitelna reputacja nie była warta nawet marudzenia.
– No, od razu lepiej.
*
Evan Rosier stał po drugiej stronie pokrytej szronem szyby i niewątpliwie jej się przyglądał.
Lysia nie do końca rozumiała, czemu pojawiał się, gdzie tylko by nie poszła, ale przez te wszystkie lata zdążyła się już do tego przyzwyczaić. Fryderyk też go polubił. Nie był to jakiś straszny problem. Po prostu…
Po prostu tego nie rozumiała, ok? Gdyby była takim metr osiemdziesiąt pięć czystego, rudego seksu, znalazłaby sobie lepsze zajęcie niż prześladowanie Puchonek.
Pomachała mu słodką, świąteczną laską; ale najwidoczniej wszyscy Ślizgoni byli skazani na brak świątecznego nastroju, ten tylko skrzywił się, odwrócił się na pięcie i rozpłynął się w mroku.
*
Księżyc świecił jasno, choć do pełni pozostał jeszcze tydzień. Gwiazdy również świeciły, jasne i wyraźne, jakby mróz wyklarował powietrze. Ecia i Lemot nie były z tego zadowolone. Zimno wkradało się pod szaliki, śnieg padał na nosy, wiatr zawiewał w plecy, ich mapy nieba były zbyt nudne, by się nimi zajmować, a do tego wszystkiego dochodziło pakowanie prezentów. Obie miały świadomość, że mogły zrobić to wcześniej; obie miały też plan nie dać po sobie poznać, jak bardzo złym pomysłem okazało się pakowanie czegokolwiek na szczycie wieży astronomicznej w środku zimy. Dlatego papier łopotał, co jakiś czas dało się też słyszeć nieparlamentarne określenia rzucane bardziej w przestrzeń niż pod adresem wstążek, które nie chciały się dać zawiązać w ładną kokardkę.
– Za rok zajmę się tym wcześniej – obiecała sobie Lemot, ale na wszelki wypadek powiedziała to na głos, jakby w nadziei, że Eci jej przypomni.
– Za rok nikomu niczego nie kupujemy – Ecia była bardziej kategoryczna. – Nikt nie jest wart odmrożonych palców.
– I tyle dobrego papieru się marnuje.
Przez chwilę znów pakowały w milczeniu, a to przytrzymując coś łokciem, a to podnosząc prezent z ziemi i otrzepując ze śniegu przed ostatecznym zapakowaniem. Podobno liczył się gest, ale obie czuły się nieusatysfakcjonowane stanem, w jakim znajdowały się przygotowane przez nie podarunki.
– Co w końcu kupiłaś Edgarowi? – Lemot spytała od niechcenia; Edgar nie był jej typem człowieka, bo nie gustowała w poetach, ale w sumie i tak był już lepszy od swojej alternatywy w życiu Eci.
– Ołówek.
– Ołówek?
– Ołówek.
Lemot nie była pewna, co powinna powiedzieć. Poeci zapewne korzystali z ołówków, ale w jej pojęciu dobrego prezentu dla faceta ołówki się nie mieściły. Ale poeci to co innego. Poeci w ogóle nie byli czymś, co mieściło się w Lemota pojęciu.
– Bardzo… praktycznie – orzekła w końcu.
– To jest bardzo ładny ołówek. Pokażę ci.
Niestety, ołówek był już spakowany. Ecia westchnęła ciężko, niezadowolona z tego, że będzie musiała się poprawiać… ale w sumie przynajmniej będzie mogła go poprawić.
Spokojnie rozłożyła papier, nie nadszarpując go nawet w jednym miejscu i wyjęła z niego 100% czarny ołówek.
– Stylowy – dorzuciła.
– Bardzo jednolita kolorystyka. Żadnych kompromisów – oceniła Lemot.
Nagle poczuła, że jej prezenty są takie kolorowe, że mogą nie zyskać akceptacji obdarowanych. Jakaś część jej jestestwa zadrżała na myśl o tym, co znajduje się w paczce dla Eci. Nie było to czarne i Lemot początkowo trochę się wahała, ale powiedziała sobie, że przecież są święta.
To było dawno, kiedy jeszcze czuła świątecznego ducha, a nie odmrożenia z powodu ekstremalnych warunków pakowania prezentów. Teraz nie czuła żadnego ducha, tylko płatki śniegu roztapiające się na jej karku, który nagle przestał być osłonięty przez szalik. W ogóle jej się to nie podobało.
*
Kaja przebierała widelcem w obiedzie, jakby spodziewała się znaleźć w nim skrzydła much siatkoskrzydłych. Nie chodziło o to, że nie lubiła marchewki z groszkiem. Raz po raz patrzyła na ogromne choinki, które stały w Wielkiej Sali, i robiło jej się przykro. Alex popatrzyła na nią badawczo.
– Mówiłam, żebyś nie jadła groszku, pewnie ci zaszkodził – powiedziała.
Kaja odłożyła stanowczo widelec. Nie był to gest, na który mogło pozwolić sobie wiele osób – w wykonaniu większości społeczeństwa wyglądałoby to po prostu jak rzucenie sztućcem o stół, ale Kaja zrobiła to z takim wdziękiem, że nikt nie mógł mieć wątpliwości, że to był zaplanowany gest, który jest wstępem do przemowy.
– Tak nie może być – powiedziała tylko i się zasępiła.
W powietrzu zawisła cisza, która powinna być wypełniona kajową przemową.
Alex próbowała, naprawdę próbowała, ich przed nią uratować; pochyliła się nad Kają i pocałowała ją w policzek, ale niestety, na to było już za późno. Kaja zaczęła:
– Święta to nie jest czas radości dla wszystkich, czy nikt nie myśli o skrzatach? Jest zima i nie da się uniknąć tego, że uczniowie nanoszą śnieg do zamku, choć nanosiliby go mniej, gdyby porządnie wycierali buty przed wejściem do holu, ale te choinki? Stoi ich tu dwadzieścia i wszystkie gubią igły. Przecież skrzaty muszą to sprzątać. Nieustanne. I to tak, żeby uczniowie ich nie widzieli, jakby sprzątanie było czymś, czego należy się wstydzić. Nie powinniśmy im tak dokładać pracy, zwłaszcza jeśli przygotowują całe mnóstwo wykwintnych potraw świątecznych. Trzeba się na coś zdecydować, a nie tak prowadzić do wyzysku.
– Naczytałaś się opowiadań Sylv? – znienacka zapytała Zielon. Zielon często pojawiała się znienacka i zadawała bardzo mądre pytania, na które nikt wcześniej nie wpadł.
Kaja gwałtownie się naburmuszyła.
– Znalazłam jej notes w szklarni.
– I przeczytałaś?
– Były tam napisane słowa, co innego miałam z nimi zrobić – odpowiedziała bezradnie Kaja, która czuła straszliwy zew czytania wszystkiego, co zostało napisane.
– Ale czy musisz je od razu powtarzać?
– NO ALE JAK JUŻ JE ZAPAMIĘTAŁAM, TO CO MIAŁAM ZROBIĆ?
Alex pogłaskała Kaję po ręce. Tak na wszelki wypadek. Kaja była bardzo zdolną czarownicą, ale często, w wyniku nadmiernego stresu, zdarzało jej się myślami nadmuchiwać przypadkowych przechodniów.
– Ale nie sprzątaj z nimi, uczniom nie wolno.
Kaja zmarkotniała. Jej dormitorium lśniło. Nic innego nie wolno jej było sprzątać.
Właśnie dlatego czytała cudze notesy.
– Kiedy ja muszę.
– Wiem – powiedziała współczująco Alex.
– Święta to nie jest dobry czas – orzekła Kaja, która posmutniała i wyglądała, jakby wraz z przemową wyleciało z niej całe powietrze.
– Chciałaś powiedzieć: święta to nie jest dobry czas na anginę. Nie mogę śpiewać – powiedziała smętnie Zielon.
Kaja podniosła swój widelec tylko po to, by jeszcze raz go opuścić:
– Święta to nie jest czas radości dla wszystkich, czy nikt nie myśli o…
– Bardzo mi przykro, że nie możesz śpiewać – przerwała jej Alex.
– Chyba nici z tegorocznego kolędowania. Połowa chóru nam odpadła. W ogóle nie czuję tej świątecznej atmosfery, tak bez kolęd – stwierdziła ze smutkiem Zielon.
Kaja też była wyraźnie zasmucona. Empatia zżerała ją od środka. Alex też posmutniała, bo w takich chwilach nie ma się co wyłamywać – zwłaszcza kiedy siedzi się przy nieswoim stole i je się z talerza jakiegoś przypadkowego Krukona, który zrezygnował z posiłku. Zresztą, nawet gdyby teraz ktoś chciał się do nich dosiąść, wszechogarniająca atmosfera smutku, która była niemal namacalna, by go od tego szybko odwiodła.
Święta jeszcze nie nadeszły, a już były paskudne.
*
Ale czy aby na pewno?
Uciskane skrzaty postarały się, by nocą przy każdym łóżku – pełnym czy to pustym, bo przecież cudze łóżka nie wypełnią się same – znalazła się sterta prezentów i skarpeta wypełniona cukierkami, a potem ruszyły z powrotem do kuchni, gotować grzany sok jabłkowy i piec przepyszne indyki (z indyka i z soi). Duchy grzecznie ćwiczyły kolędy z dala od śpiących uczniów. A śnieg, nawet śnieg przestał padać i teraz grzecznie leżał na swoim miejscu, gotowy na bałwanki i wojny na śnieżki.
Choć przecież były święta, to uczniowie budzili się wcześnie, jakby przyciągały ich podarunki leżące w nogach łóżka. Nieważne, czy byli to pierwszoroczni, czy całkiem dorosłe już Ślizgonki z siódmego roku. Może właśnie one przejawiały najwięcej entuzjazmu.
– Prezeeeenty! – zawołała Kicia, która wparowała do dormitorium Alex, by dźgać ją palcem w czoło, żeby ta się obudziła. Była to skuteczna metoda, którą Kicia praktykowała od lat.
– Przecież święta są okropne, a my jesteśmy mroczne i złe, i nic nas miało nie cieszyć – wymamrotała Alex, nawet nie podnosząc głowy z poduszki.
– Będziemy! Ale później! Teraz prezenty! – pisnęła Kicia.
Dźwięk rozdzieranego papieru skłonił Alex do tego, by jednak się podniosła i zobaczyła, co znalazło się przy jej łóżku. A było tego więcej, niż się spodziewała. Jeden z pakunków wyglądał, jakby pół nocy przeleżał w zaspie, i tworzyła się wokół niego kałuża. Od tego zaczęła rozpakowywanie i szybko poczuła się prawie jak Grinch, któremu serce urosło dziesięciokroć.
*
W innej części zamku rozgrywały się podobne sceny.
Kaja ciągnęła Lemota za stopę, próbując wyszarpać ją siła z łóżka i krzycząc:
– Zobacz, dostałam maskotkę zarazka!
Lemot robiła wszystko, co w jej mocy, by przekręcić się na drugi boczek i wrócić do spania; ale Kai i jej miłości do medycznych pluszaków nic nie mogło zatrzymać. Gdy ciągnięcie za stopę już nie pomagało, usiadła na poduszce zaraz koło głowy Lemota, a z drugiej strony położyła swojego zarazka. Gdzie Lemot by się nie odwróciła, tam kłopoty.
– Jest taki uroczo zniekształcony!
– To… niesamowite – powiedziała Lemot, szukając odpowiedniego słowa i nie znajdując go w głowie. Poprzestała na czymś, co wydawało się brzmieć odpowiednio.
– Też tak sądzę! A ty co dostałaś?
Lemot marzyła o jeszcze pięciu minutach snu, ale zaczynała rozumieć, że na to nie ma szans.
*
W pokoju wspólnym Gryfonów rozpakowywanie szło pełną parą – najlepiej Zielonowi, która zajęła samymi swoimi prezentami dobrą część podłogi i wszystkie fotele. Kanapę na szczęście udało się przejąć Eci, zanim Zielon w ogóle wyszła z łazienki, inaczej pewnie znalazłaby jeszcze kilka, by i ją obsypać.
– Nie uwierzysz, co dostałam! – zachwyciła się Zielon.
Eci mogła uwierzyć. Widziała ogrom zielonowych prezentów i nie miała wątpliwości, że wszystkie są Zielona, w końcu Zielon zachwycała się każdym z nich osobno.
– Spójrz, jaki uroczy!
Zielon podsunęła Eci pod nos bardzo piękny, bardzo stary i z pewnością bardzo skradziony naszyjnik. Wszyscy wiedzieli, że facet Zielona, Bohun Dołohow, spędzał pół życia na Nokturnie; wszyscy poza Zielonem, która uważała, że jej ukochany nie może jej widywać w co drugą niedzielę, bo wymyka się do Londynu pracować w domu opieki dla starszych czarodziei, a tatuaż na jego ramieniu to ekspresja na temat stanu przedwojennego świata.
– Wygląda na przeklęty – zauważyła Ecia, która nie wiedziała nic o klątwach, ale bardzo dużo o śmierciożercach.
– Niemożliwe. Ten blask, który od niego bije, to żadna klątwa, to podobno efekt specjalnego, mugolskiego zabiegu – powiedziała, od razu zakładając go na szyję. – Miał rację, pasuje mi do oczu.
Ecia nic nie powiedziała. Nie dlatego, że miała coś przeciwko oczom Zielona, ale była zbyt zajęta patrzeniem sceptycznie na nową ozdobę jej szyi. Naszyjnik połyskiwał zbyt złowrogo, by jakikolwiek mugol mógł mieć z nim cokolwiek wspólnego.
Pierwsze parę sekund faktycznie nie wskazywało na to, że wydarzyło się coś niedobrego. Wręcz przeciwnie – Zielon wyglądała na praktycznie odmienioną. Cała błyszczała się, świeciła, połyskiwała, a wszystko to bez ani pół łuski lub cekina. Żyć, nie umierać.
Ale nic co dobre nie trwa wiecznie, nie?
Ecia głęboko przełknęła ślinę. Nie była do końca pewna, jak protokół dyplomatyczny opisuje właściwą procedurę poinformowania kogoś o tym, że wyrósł mu ogon.
– Wesołych Świąt – powiedziała niepewnie. – Może skoczymy przed śniadaniem do skrzydła szpitalnego?
*
Sylv obudziła się trochę później, gdy większość jej koleżanek z dormitorium wyszła na śniadanie. Trudno. I tak nie za bardzo się z nimi dogadywała – najwidoczniej przeniesienia na siódmym roku ze Slytherinu do Hufflepuffu to nie jest coś, co większość akceptuje. Ich strata. Sama uważała, że każdy powinien mieć szansę się przeidentyfikować i na nic nigdy nie było za późno.
Ze swojego łóżka słyszała już Lysię, wyjącą w niebiosa w rytmie melodii, która może i była świąteczna, ale trudno ją było rozpoznać, prosto z pokoju wspólnego, co wcale nie skłaniało jej do podniesienia się. Wręcz przeciwnie. Wolała tu zostać na zawsze.
I pewnie zostałaby, gdyby Fryderyk nie zdecydował polizać jej w stopy.
Wzdrygnęła się. Bycie obiektem lizanym nie było czymś, w czym się odnajdywała. Możliwie delikatnie, ale stanowczo machnęła ręką, chcąc odgonić borsuka. Fryderyk najwyraźniej jednak nie uważał, że machanie ma go zniechęcić do dalszego lizania. Sylv możliwie najdelikatniej starała się go przesunąć, ale tu również napotkała opór zwierzęcia. W przypływie bezradności schowała stopę pod kołdrę i, obawiając się, że borsuk podąży za nią, usiadła po turecku. Borsuk posłał jej nieco zdezorientowane spojrzenie.
Dopiero wtedy, gdy tak przyjrzała się mu i jego niewątpliwie przystojnemu pyszczkowi, zauważyła mały pakunek przy jego łapkach. No jasne. To Lysia jak zawsze używała swojego borsuka do wszystkiego poza tym, do czego borsuki były stworzone. Biedny Fryderyk w ogóle nie miał czasu się borsuczyć, bo w kółko był kurierem, swatką, pięciogwiazdkowym kucharzem, przewodnikiem, a czasami nawet kosmetyczką.
Z drugiej strony, Sylv wciąż pamiętała, jak w zeszłym roku Fryderyk ładnie umalował ją na Sylwestra, więc w zasadzie…
Wzięła do ręki pakunek. Papier, którym był obwiązany, był bardzo ładny, chociaż jak na jej gust za dużo było na nim kicających królików.
– Dziękuję – powiedziała do borsuka, czując się nieco głupio, bo niewiele osób rozmawia z borsukami. No, w sumie to był Fryderyk, nie zwykły borsuk.
Rozwinęła papier, niepewna, co znajdzie w środku.
– O – tyle była w stanie powiedzieć.
Z pięknej, różowej, serduszkowej ramki patrzyło na nią zdjęcie Jamesa Pottera bez koszulki, podpisane: Lysia & Ecia & Lemot życzą Wesołych Świąt!
*
Świece w Wielkiej Sali paliły się jasno, choinki prawie nie gubiły igieł, a przy stołach siedzieli już pierwsi uczniowie, którzy zdecydowali się spędzić Święta w Hogwarcie. Było ich na tyle niewielu, że pozostawianie czterech stołów i nakazywanie każdemu siedzenia w innym kącie było co najmniej sprzeczne ze świątecznym duchem. Nakrycia ustawiono przy jednym tylko stole.
Ecia siedziała po prawej od swojego poety, zachwyconego swoim nowym ołówkiem i komponującego już coś na skrawku serwetki. Bardzo starała się być skoncentrowana na tym, co robił, ale jej wzrok mimowolnie uciekał na boki. Jak to mówią – zdarza się. Jej poeta zdawał się tego zupełnie nieświadomym, zbyt zajęty rymowaniem słonia ze słońcem.
Przy tym całym swoim znudzeniu przypadkiem nawiązała kontakt wzrokowy z Persusem Wilkesem, stojącym po drugiej stronie Wielkiej Sali, i aż z wrażenia przygryzła wargę. Nie wiedziała, czemu nie domyślała się, że tu będzie, skoro był tu wczoraj już po tym, jak wszyscy wyjechali na święta do domu, ale najwidoczniej była na tyle zdesperowana, że łudziła się, że weźmie jakiś specjalny kominek. Czy coś. Szybko odwróciła wzrok i zasłoniła swetrem nadgarstek, licząc, że z tej odległości Wilkes nie zauważy, że miała na sobie bransoletkę, którą wysłał jej na święta i której miała nie zakładać, ale TAKA BYŁA ŁADNA, ŻAL, ŻEBY SIĘ PRZEZ SKURWIELA ZMARNOWAŁA.
– Wszystko ok? – spytała Lysia, która zaraz też znalazła Wilkesa wzrokiem i dodała: – Powinnaś mu w końcu powiedzieć.
– Co?
– No żeby się w końcu zdecydował albo spierdalał.
– Kto się ma na coś zdecydować? – spytała Kaja, która wyłoniła się z mroku, taka mała sztuczka, której nauczyła ją Alex.
– Lyśka. Na to, co zje na śniadanie – odparła Sylv, która widziała, że Wilkes znalazł się w polu widzenia wszystkich zebranych, ale uznała, że lepiej będzie, jeśli wszyscy skupią się na jedzeniu.
Śniadanie było wyjątkowe w Święta. Skrzaty dokładały szczególnych starań, by na stołach nie zabrakło tego, co stosunkowo rzadko się na nich pojawiało. I tak oprócz jajecznicy czy owsianki można było znaleźć kanapeczki z łososiem czy inne rarytasy.
– Śniadanie! – zawołała Kicia, przekraczając tylko próg Wielkiej Sali. Była o wiele radośniejsza niż przez kilka ostatnich dni. I najwyraźniej wykrzesała z siebie świąteczną atmosferę, bo miała na sobie szmaragdowy sweter z reniferem. Renifer miał czerwony nos i nieco przepite oczy, ale może to kwestia tego, że osoba, która robiła sweter, nie do końca panowała nad zaklęciem odpowiadającym za robótki ręczne.
Już biegła w ich stronę, wymachując entuzjastycznie rękami, gdy nagle drogę przeciął jej kafel; w zasadzie w ostatniej chwili zatrzymała się jak wryta, bo inaczej skończyłaby ze zdecydowanie złamanym nosem.
– ŁAPA!
– To nie ja! – krzyknął Syriusz, który, faktycznie, aktualnie trzymał tego kafla. – Mów do tej wariatki!
– TY RZUCAJ, A NIE DYSKUTUJESZ. – Z drugiej strony Kici ryknęła Lemot, tak, jak tylko ona potrafiła, bardzo stanowczym tonem. – CZY WYMIĘKASZ, BLACK?
– Nie wypada rzucać przy jedzeniu – zauważyła Kaja, wybierając akurat pieczywo. Kaja miała na sobie podobny sweter co Kicia, choć jej był granatowy i zamiast renifera widniała na nim koślawa choinka. Nie wzbudził takiej sensacji, bo granat wełny zlał się z ogólną kajowatością i w kajowatość tę wniknął tak, że ciężko było na pierwszy rzut oka uwierzyć, że nie jest to coś, co Kaja nosiłaby na co dzień. Dopiero choinka to zdradzała. – Skrzaty się bardzo napracowały, trzeba to docenić.
– Doceniamy – zapewniła Alex, która musiała wejść razem z Kicią, a następnie sunąć niezauważona w mroku, by znaleźć się przy stole, z dala od latających kafli. Alex też miała na sobie sweter. Srebrzysty z motywem cukrowych lasek.
– ZOSTAWCIE MI TROCHĘ CIASTA – Lemot zakrzyknęła ponownie, przez co o mało sama nie dostała kaflem w potylicę. – ZANIM ZIELON WSZYSTKO ZJE.
– TY RZUCAJ, A NIE… – zaczął Black, ale nie skończył. Wściekły wzrok Lemota i kafel w jego brzuchu mu w tym przeszkodziły.
– ZOSTAWIMY CI – odkrzyknęła Lysia.
Sylv opuściła rękę, którą sięgała po sernik. Sernik był jej słabością, ale uznała, że potencjalnie może być też słabością Lemota, więc lepiej go zostawi, żeby nie oberwać kaflem. Poza tym zaczynanie dnia od sernika – choć brzmiało to jak śniadanie mistrzów – mogło nie być najlepszym pomysłem. Zamiast tego strzepnęła kilka okruszków (które mogły, ale nie musiały pochodzić z innego kawałka sernika) z czarnego swetra z reniferem bliźniaczo podobnym do tego, który miała Kicia, i sięgnęła po pieczywo. Takie niesłodkie.
– Chcieli mnie zabić – powiedziała Kicia, kiedy już spokojnie usiadła przy stole, pewna, że nikt jej nie zabije kaflem. – Ładne swetry – dodała.
Kaja uśmiechnęła się radośnie. Też uważała, że ma ładny sweter.
– Gdzie w ogóle jest Zielon? – spytała Alex.
Ecia westchnęła ciężko.
– To długa historia.
Planowała na tym zakończyć swoją wypowiedź, ale prawie wszystkie głowy odwróciły się w jej kierunku. Bardzo chciała, żeby ludzie w końcu przestali na nią dzisiaj patrzeć, a wyglądało na to, że bez wypowiedzi o stanie Zielona ani rusz.
– Jest w skrzydle szpitalnym. – Kicia aż zakrzyknęła ze strachu; Ecia musiała odczekać, aż ktoś poda jej wody, zanim mogła kontynuować: – Wyrósł jej ogon.
– Czy ktoś powiedział ogon? Idealnie! – niespodziewanie odezwał się poeta.
– Ale jak to wyrósł? Tak sam z siebie? – zapytała Sylv, która wiedziała, że co prawda w tym zamku pewne rzeczy dzieją się same z siebie, ale miała nadzieję, że po siedmiu spędzonych w nim latach nie dowie się, że losowo wybranym uczniom doprawia się ogony.
– Taki prawdziwy? – zainteresowała się Kaj. – Może powinnam iść ją odwiedzić.
– Nie no, chyba od tego nie umrze? – Alex zasmuciła się.
– Raczej nie. Ale jaki ciekawy przypadek medyczny się marnuje.
Tym razem wszystkie spojrzały na Kaja.
– Żartowałam – zapewniła gorliwie. A potem dodała bardzo cichutko: – Trochę.
– Miała na sobie sweter? – zapytała Sylv. – Nie żebym myślała, że ten ogon to od swetra, ale… No, próbuję ustalić, czy wszyscy je dostali.
Ecia, która siedziała w złocistym swetrze z ogromną bombką, posłała jej spojrzenie mówiące „A sądzisz, że założyłabym to z własnej woli?”. Siedząca obok niej Lyś miała na sobie żółty sweter z borsukiem wystylizowanym na bałwana. Wydawało się oczywiste, że Zielon też powinna dostać sweter. Nawet Lemot, która nadal rzucała kaflem w Syriusza, dostała, choć trudno było ustalić, jakiego był pierwotnie koloru, bo ewidentnie przetransmutowała go w coś, co tego koloru nie miało.
Lysia obstawiała na brązowy. To dopiero się komuś trafił żarcik. Dawać ludziom brązowe swetry.
Ramieniem objęła siedzącą koło niej i lekko strapioną Ecię:
– A nie mówiłam, że święta są cudoooowne?
Ecia starała się wykrzesać z siebie entuzjastyczny uśmiech. Jak na człowieka, który przeżył to, co przeżył, na wieży astronomicznej, nawet jej się to udało.
– Święta są super – oświadczyła Lemot, siadając przy stole. Świąteczne wzorki na jej swetrze zamigotały różnobarwnie. – Gdzie Zielon? Nie przy cieście?
Kaja już otwierała usta, by wytłumaczyć jej ten niezwykle skomplikowany, medyczny przypadek, gdy nagle usłyszały śpiewane i radosne:
– Tu jesteeeeem!
Zielon – w czerwonym swetrze ze Świętym Mikołajem jak z amerykańskiej reklamy – wkroczyła do Wielkiej Sali. Szła dumnie i pewnie jak na kogoś, kto jeszcze przed chwilą miał ogon. Chociaż… Kiedy usiadła na ławie i sięgnęła po kawałek ciasta, oczom wszystkich ukazał się widok niezwykły: ogon nadal był tam, gdzie się pojawił. Tyle tylko, że teraz przystrojony był świątecznymi lampkami.
– No co? Pani Pomfrey powiedziała, że sam zniknie za kilka godzin, ale do tej pory może tworzyć świąteczną atmosferę. Do tego wyleczyła moją anginę. Mogę śpiewać – powiedziała Zielon, po czym wgryzła się w kawałek sernika.
Sernika, po który właśnie sięgała Lemot.

We Are Not Amused, S02E01

dwa.

Kwiecień kłamał. Obiecywał i zwodził, jakby był kobietą a nie zbiorem przepełnionych niczym dni i nieprzespanych nocy. Co i rusz przypominał im o tym, że gonili niemożliwe, że za tym murem nie było żadnej dziewczyny, że to tylko głos, z którego powstała mara ust i pocałunków. Regulus wiedział o tym znacznie lepiej niż Barty – ten dawał się mamić kwietniowi, pozostawał pod jego urokiem, ignorował rozczarowania i hołubił sukcesy, których tak naprawdę nie było.
Pod koniec miesiąca cali przesiąknięci byli jego kłamstwami i nawet ubrania, które nosili, zdawały się ciężkie i utrudniające oddychanie. Regulusowi przeszkadzało to bardziej, bo brak mu było ślepej lojalności Barty’ego, jego bezwzględnego posłuszeństwa i wiary, że wielka sprawa wymaga poświęceń. Dlatego to jego kwiecień skrzywdził najbardziej i to on jako pierwszy postanowił zakończyć tę mękę niewiedzy i lekceważenia.
Ostatniego dnia tego parszywego miesiąca wyrwali się więc do Hogsmeade. Wiele obiecywali sobie po tym spotkaniu, wiele sobie wymarzyli i wiele wyśnili w swoich młodych sercach. Czekać miał tam na nich początek nowej, pięknej ery.
Ale nie czekał.
Barty obracał w palcach kieliszek koszmarnego, tak siarkowatego i pięciokrotnie wymieszanego z wodą wina, że sprzedawano go nawet takim smarkaczom jak on. Denerwował się. Nienawidził bycia lekceważonym.
– Odłóż to już – mruknął Regulus. – Ten dźwięk wytrąca mnie z równowagi.
W półmroku ledwo widział jego twarz, ale doskonale potrafił ją sobie wyobrazić – zmęczone, ciemne oczy, lekko zmarszczone brwi i ten grymas, który psuł wszystko. Strach. Dopiero teraz Barty zrozumiał, że jego przyjaciel najzwyczajniej w świecie się bał.
Posłusznie odstawił kieliszek.
– Powinni być tu godzinę temu, Reg. Mój kuzynek sobie z nami pogrywa.
Reg roześmiał się.
– Kuzynek? Odkąd to uznajesz istnienie siostry swojego ojca?
Barty posłał mu groźne spojrzenie, zupełnie zapomniawszy, że jeśli on nie jest w stanie widzieć przyjaciela, to samo działa i w drugą stronę. Stary był ostatnią osoba, o której chciał rozmawiać. Stary i ta cała jego pierdolona rodzina! Charłacy i szlamy, tego był pewien. To cud, że Wilkes wyrósł przy tym wszystkim na zupełnie normalnego człowieka.
– Że co? – burknął. – Że jestem hipokrytą?
– Tego nie powiedziałem. To już twoje słowa.
Gniew przysłonił mu na chwilę wzrok, zupełnie przyćmił jego zdolność pojmowania i dopiero dźwięk tłuczonego szkła obudził go częściowo z tego transu. Czerwona plama na dywanie zaniepokoiła go nie dlatego, że przypominała mu, w jakim celu się tu znaleźli – celu, którego konsekwencji wszak mimo wszystko wciąż w pełni nie pojmował – co z powodu zamieszania, które niewątpliwie wywołała. Mimo to nie mógł oderwać od niej wzroku, choć przecież próbował wyrwać się z tej hipnozy, choć przecież nie mógł ścierpieć idei bycia niewolnikiem, choćby jego panem miało być tylko szkło i parę kropli jakiegoś sikacza.
– Pięknie – usłyszał mruknięcie Regulusa, lecz nawet to nie zmusiło go do uniesienia głowy; podejrzewał, że do tego nie wystarczyłaby parada różowych słoni, ba, egzekucja by nie wystarczyła, chyba że byłaby to egzekucja starego. Ech, stary, szkoda, że to było tylko wino, a nie jego parszywa krew.
Kroki, krótkie zaklęcie i plama zniknęła, a kieliszek znów mógł być kieliszkiem. Tyle że kroki wcale nie ustały, ba, były coraz głośniejsze, aż w końcu przybrały formę najbrzydszych kobiecych nóg, które Barty w życiu widział.
– Chłopcy chyba za dużo wypili, co? – skrzek wdzierał mu się w czaszkę. – Będziemy sprawiać kłopoty, czy zrozumiemy, że szkła się tu nie tłucze?
– Bardzo przepraszamy, kolega… – zaczął Regulus, ale nie dane mu było skończyć.
Barty podniósł wzrok.
Po części dlatego, że czerwona plama zniknęła, po części dlatego, że od tych tłustych, pozbawionych uroku nóg zaczynało mu się kręcić w głowie. Tyle że wyżej wcale nie było lepiej, zobaczył jej brzuch owinięty brudnym fartuchem, męskie ramiona, zbyt duże piersi, czarny wąs i puste oczy – świecie, co uczyniła ci północ, by tak karać jej kobiety – i Barty musiał wysilać się, by nie jęknąć z obrzydzeniem. Na szczęście jednak wciąż myślami był przy starym, przy krwi i przy zasłużonej zemście, zamiast więc śmiertelnie ją obrazić, jedynie śmiertelnie przestraszył tę karykaturę istnienia, co zawsze jest jednak trochę lepsze.
Przez chwilę wszyscy milczeli – Barty, bo nie rozumiał, co się dzieje, Regulus, bo nie rozumiał, co się z nim stało, a ona głównie dlatego, że czuła się, jakby spojrzała w zimne oczy śmierci.
– Może jednak będzie lepiej, jeśli pójdziecie, chłopcy – odezwała się w końcu, dla bezpieczeństwa wkładając dłonie głęboko w fartuch.
Barty podniósł się, a ona mimowolnie wykonała krok do tyłu. Zdziwił się, bo wciąż nie rozumiał, dlaczego się bała. Nie mógł przecież widzieć wyrazu swojej twarzy, który i największego ze śmiałków wpędziłby do szafy. Czystej nienawiści.
– Spokojnie, Daisy, są tutaj ze mną. – Ktoś położył dłoń na ramieniu kobiety, a ona, zdawało się, natychmiast przestała się bać, ukojona nie tylko tym familiarnymgestem, ale i dobrze znanym jej głosem.
Dobrze znanym im wszystkim głosem.
– Rosier? – powiedzieli chórem, obydwaj równie zdziwieni.
Ruda czupryna Evana Rosiera wychyliła się zza pleców kobiety. Po chwili zaciskające się na jej ramieniu palce odpuściły, rozluźniły się zupełnie i zamieniły ten gest ostrzeżenia w coś przyjaznego i zupełnie naturalnego. Daisy uśmiechnęła się mimowolnie, kto miał bowiem w sobie siłę odmówienia dłoniom Rosiera? Kto potrafiłby złościć się, gdy ten ósmy cud świata gładzi je po ramieniu?
Odpowiedź brzmiała: nikt.
– Możesz już iść. Przypilnuję ich – zapewnił, a ona uśmiechnęła się jeszcze bardziej, bo jeżeli było w Rosierze coś urokliwszego niż jego dłonie, były to jego błękitne oczy, ach, Barty rozumiał ją jak nikt inny, przecież każdy, każdy człowiek we wszechświecie chciałby, żeby te oczy zajrzały w jego oczy, żeby prześwidrowały jego duszę i żeby wypełniły go spokojem, jakiego nigdy wcześniej nie widział. – Zapłacimy za to szkło.
– Ach, nie trzeba – odpowiedziała, wciąż oczarowana, a potem odeszła, nie odwracając się ani razu, tak, jakby bała się, że cała ta scena była tylko miłym snem, że gdy się odwróci, wcale go tam nie będzie.
Ale on wciąż był. Jak najbardziej był.
– Przepraszam za spóźnienie, myślałem, że uda mi się wcześniej, ale Arbanddel mnie zatrzymała. – Rosier mrugnął do nich w sposób, który nie mógłby być bardziej oczywistym. – Ale widzę, że Wilkes też się nie postarał. Długo już tu siedzicie? Bo widzę, że z nudów was już roznosi.
Barty’emu trudno było chociaż na chwilę oderwać od niego wzrok. Wszystko, co tamten robił, było takie… od niechcenia. Nawet uśmiechał się tak, jakby myślami błądził wśród wielkich problemów wszechświata i tylko przypadkiem, na granicy świadomości, respektował ich nieistotną obecność. Jak on to robił? Barty zastanawiał się nad tym już od swojego pierwszego roku w Hogwarcie, jednak nie rozwiązał tej zagadki. Próbował wszystkich jego sztuczek, ale żadne nie chciały jakoś zadziałać. Coś wciąż mu uciekało, nie dawało się pochwycić i jasno zdefiniować i to samo sprawiało właśnie, że Barty – choć zwykle nie przejawiał ciągot do takiego zachowania – gapił się bezmyślnie na Rosiera, obdarzając go uśmiechem prawdziwego idioty.
– Myślałem, że przyjdzie tylko Wilkes – zauważył Regulus, który zawsze wykazywał niezwykłą odporność na urok Rosiera. – Coś się stało?
– Leah nie czuje się najlepiej, Nott poprosił go, żeby z nią trochę posiedział. Ale myślałem, że i tak będzie tu przede mną.
– Leah jest chora?
Rosier w końcu usiadł i dopiero wtedy, w świetle lampki stojącej na stole Barty zauważył, jaki był zmęczony.
– Chora to… to złe słowo. Roztrzęsiona. Nie może się pozbierać po tym, co stało się z Yaxleyem. A teraz jeszcze Avery.
– Nie przyszliśmy tu rozmawiać o Leah, prawda?
Choć to na Wilkesa od początku czekali, teraz już nikt się go nie spodziewał i Barty aż podskoczył w fotelu na dźwięk jego głosu. Szybko jednak zebrał się w sobie, bo oto czekało na niego coś, czego nigdy by nie przewidział – Rosier opuścił świat nonszalancji, wyprostował się w fotelu i rzucił Wilkesowi, swojemu najlepszemu przyjacielowi, psia krew, spojrzenie tak pełne nienawiści, że chyba nawet Regulus nie mógł dłużej zgrywać obojętnego.
– Młodzi mają prawo wiedzieć, Wilkes. Ich może spotkać dokładnie to samo. Nie uważasz, że…
– A powiedziałeś Lunie?
– Oszalałeś? Jak mam jej to powiedzieć? „Słuchaj, kochanie, Leah straciła kontakt z rzeczywistością”? To nie jej sprawa, Wilkes. Młodzi to co innego. Walczą z nami w jednej wojnie. Oni chcą z nami zginąć w imię jednej idei. Chcesz im odmówić wiedzy o tym, jakie mogą być tego konsekwencje?
– Evan, musisz jej powiedzieć.
W mgnieniu oka Rosier znalazł się tak blisko Wilkesa, że ledwo zostawił mu dość przestrzeni do oddychania.
I nawet w tej chwili nienawiści w oczach Barty’ego Rosier z Wilkesem wyglądali jak bracia: jeden z nich tylko skrzywiony balastem pokrewieństwa ze starym. Wszystko było w nich takie samo – nawet mina, którą przybrali, nawet to, jak niemo wygrażali sobie całymi swoimi ciałami, ba, Barty mógłby przysiąc, że nawet zęby zaciskali jednakowo, że ich pięści były bliźniacze i że przypadkiem tylko nie przemawiali jednym głosem.
– Nie będziesz mi mówił, co mam robić – warknął Rosier, cały czerwony ze złości, co przecież nie jest trudne, gdy jest się rudym.
– Jeśli ty nie chcesz, sam jej powiem – odpowiedział mu równie czerwony Wilkes. – Luna zasługuje na prawdę. Nie możesz jej wiecznie okłamywać.
– Nie wiem, co ty sobie wyobrażasz, Wilkes, ale jeśli się do niej zbliżysz…
Nie dane im jednak było dowiedzieć się, czym mu groził, bo Rosier nagle wykrzywił się paskudnie i złapał za lewe ramię. Barty’emu z wrażenia na chwilę odebrało oddech, a cały świat cały zawirował z braku powietrza, bo oto ziścić się mogły jego najskrytsze marzenia. Doskonale wiedział bowiem, dlaczego Rosier nagle zwinął się z bólu.
Pozostawało pytanie – dlaczego Wilkes nie?
– Kurwa. Nie tutaj.
– Przestań chociaż przeklinać, Evan. I leć. On nie lubi czekać.
Na chwilę znów byli przyjaciółmi – połączyło ich poczucie wspólnego celu, spojrzenie pełne porozumienia. Ale trwało to krócej niż mrugnięcie powieką. Bo potem powrócił ten przejmujący ból i przyniósł ze sobą wszystko, co najgorsze.
Niemniej, Rosier wychodził. Wybiegał. Zanim zdążył pomyśleć nad tym, co robił, Barty również zerwał się z fotela i bezmyślnie, jakby jego nogi kierowały nim samym, podążył za nim. Musiał. Nie potrafił przepuścić takiej okazji. Przecież…
– Barty? Czemu się za mną wleczesz? Wracaj do środka. Wilkes nie ma dla was całego dnia.
Słowa Rosiera odbijały się w jego pustej czaszce, odbijały i zderzały w nieskończoność, nie było tam bowiem nawet iskry woli ich przetworzenia.
– Pokaż mi.
Rosier roześmiał się, a on nie rozumiał dlaczego. Czy nie byli w wystarczająco ustronnym miejscu? Nie poprosił o nic przecież, zanim nie znaleźli się w uliczce tak ciemnej, że z trudem widział czubek swojego nosa. Czy nie był godny tego widoku? Prosili go, żeby nadstawiał dla tej sprawy kark, a nie mógł nawet przez ułamek sekundy, nawet…
– Jeszcze przyjdzie na to czas. Leć do Regulusa. Stęskni się.
Ale Barty nie miał zamiaru nigdzie iść. Zamiast tego zbliżył się do Rosiera jeszcze bardziej – tak blisko, że gdyby tylko chciał, że gdyby był wystarczająco szybki, mógłby zacisnąć palce na jego lewym ramieniu, a wtedy Rosier, czy tego chciał, czy nie chciał, musiałby zrobić to, czego on chciał.
– Pokaż mi – powtórzył głosem tak pustym, że przez chwilę nawet zastanawiał się, czy nie powiedział tego ktoś inny, czy świat nie gra sobie z nim w jakąś dziwną grę. – Ja to muszę zobaczyć. Proszę, Evan. Zawsze byliśmy kumplami, nie?
Jedno krótkie westchnięcie, jedno krótkie Lumos i czubek różdżki Rosiera zapalił się bladym światłem. Barty ze zniecierpliwieniem wpatrywał się w zakryte jeszcze ramię przyjaciela, z całego serca chciał go pospieszyć, ale powstrzymywał się przed tym ostatkiem sił, czuł bowiem, że skoro ten i tak wyświadcza mu przysługę, należy postępować według jego zasad.
Tyle że rękaw jego szaty nie chciał się podwinąć, różdżka nie chciała przesunąć się bliżej do jego ramienia, wszystko zamarło na te kilkadziesiąt sekund, które były chyba najdłuższymi w Barty’ego życiu.
– Jesteś pewien? – zapytał Rosier. – To nie jest takie…
– Och, pokaż mi to wreszcie! Ile można czekać?
– To jest poważna, czarnomagiczna blizna, Barty! Powstała w skutek poważnej, czarnomagicznej klątwy! Albo to do ciebie dotrze, albo możesz wracać do domu!
Zanim Barty zdążył mu odpowiedzieć, Rosier znów złapał się za ramię. Ból musiał stawać się trudny do zniesienia, bo wyglądało na to, że nie powróci już do swojej moralizatorskiej przemowy.
Gdyby tylko mały Crouch go posłuchał.
Ale nie posłuchał. To stary był od słuchania innych ludzi. Regulus był. On, Barty, nie przejmował się bólem. Nie przejmował się też cudzymi rozkazami. Był panem samego siebie. I jeśli chciał coś zobaczyć, to, kurwa, miał święte i swoje własne prawo zobaczyć to tu i teraz.
Dlatego też spojrzał na Rosiera z czymś, co w jego mniemaniu było wyższością, lecz tak naprawdę przypominało jedynie żałosną próbę nadania sobie samemu znaczenia i powtórzył to, co usłyszał wcześniej od Wilkesa:
– On nie lubi czekać.
Rosier nie był już w stanie sprzeciwiać się. Nie mógł go wyśmiać. Może gdyby nie był taki zdeterminowany i wściekły, może wtedy Barty byłby w stanie zauważyć, jak strasznie cierpiał, jak silne musiało być zaklęcie, które paliło już nie tylko jego ramię, lecz także wszystkie jego kości, jego mięśnie, jego skórę, ba, nawet jego krew i powietrze gromadzące się w jego płucach. Ale nie zauważył. Zupełnie go to nie obchodziło.
Wyciągnął rękę i sprawnym ruchem podwinął rękaw szaty Rosiera.
Widział Znak. Widział go z bliska. A Znak widział jego, Barty wiedział to doskonale, widział i podziwiał to, jaki sam był podziwiany. Zdawało się wręcz, że czarny wąż próbował powiedzieć mu coś swoimi błyszczącymi ślepiami i swoim rozdwojonym językiem, że nawet niema i martwa czaszka zmienia swój kształt, żeby…
Wtedy Rosier zniknął. Teleportował się. Znalazł w sobie resztkę siły, by przysunąć różdżkę do palącego ramienia.
Barty’emu nie pozostało nic innego, jak krzyknąć ze wściekłości, że nie zabrał ze sobą i jego.

dwa.

Koniec. Jawa.

Czasami tak po prostu jest. Wspomnienia z lat młodości powracają do nas już nie w snach, ale na jawie. Jak przed nimi uciec? Gdzie się schować? Każdy musi przyznać, że to niemożliwe. Jednak równie ciężkie – jeśli nie gorsze – będą próby zmierzenia się z nimi, wchłonięcia ich w swoją teraźniejszość. Piękno przeszłości leży w tym, że już jej nie ma. Dlaczego mamy godzić się na jej nawroty, nękające nas od czasu do czasu, niepozwalające nam zapomnieć o błędach bez znaczenia, które popełniliśmy w czasach bez znaczenia?
Nasz bohater miał niewątpliwy zaszczyt należeć do zacnej grupy ludzi mierzących się z demonami młodości.
Niespełna pięćdziesięcioletni, wykształcony mężczyzna z żoną, dzieckiem, armią kotów i z obiecującą przyszłością – legendarna Kasandra Trelawney wywróżyła mu stanowisko Ministra Magii na wiele lat przed jego narodzinami – nie miał żadnych problemów. Jego podwładni zawsze przychodzili na czas, szef witał go uśmiechem, a Hallie robiła przepyszną kawę. Od jakiegoś jednak czasu nie potrafił znaleźć dla siebie miejsca. Coś złego działo się z jego życiem. Wszystko zaczęło się, paradoksalnie, gdy dla całego świata wszystko się raczej kończyło – od hecy z Rosierem i Wilkesem, którzy pozbawili biednego Alastora połówki nosa. Nie znał ani jednego z tej dwójki zwyrodnialców, zwolenników Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Jednak od ich śmierci gdziekolwiek by się nie udał, widział tylko jedno – orzechowe oczy wpatrujące się w niego ze wszystkich stron.
Przyznajcie sami, ucieczka od tej, którą się kiedyś kochało, nie może być przyjemna. Nawet gdy od dawna nie pamiętało się jej twarzy. Świadomość, że dziecko… Jej dziecko…
Ale czas mijał nieubłaganie. Od śmierci tej dwójki minęły niemal dwa lata. Od upadku Tego, Którego Imienia Wciąż (nikt nie wie dlaczego) Nie Wolno Wymawiać – dwa razy mniej. Świat wychodził powoli z fazy radosnego upojenia zwycięzców; ileż bowiem można było świętować? Zanim jednak dane mu było pogrążyć się w głupim odrętwieniu, nadeszła chwila zemsty po fakcie, wyłapywania niedobitków. Nasz bohater idealnie odnajdywałby się w roli kata, gdyby nie przeczucie – coś, w co nie powinien był wierzyć – że katastrofa wisiała w powietrzu. Te oczy na to wskazywały. Niby dlaczego niezmiennie go dręczyły? Cóż był im winien? Spłacił swój dług wobec tej miłości. Na rękach wciąż miał krew.
Jego jedyną ostoją wciąż była Hallie, niezastąpiona Hallie, jedyna Hallie, pracę z którą już dawno zamienił na zestaw śniadania i kolacje. To ona potrafiła ukoić jego wyrzuty sumienia, które pojawiły się tak nagle w tyle lat później. To ona zdejmowała część ciężaru przeszłości z tych ramion, które naprawdę nie mogły unieść aż tyle. Gdzie w tym czasie była żona naszego bohatera? Gdzie jego syn? Zajmowali się sobą nawzajem albo tylko sami sobą, już dawno zapomnieli o jego istnieniu. Przydawał się, owszem, jako przyszły Minister Magii. Był koszmarnym ojcem i koszmarnym mężem. Nie potrafił ich pokochać tak, jak…
Aż w końcu katastrofa nadeszła.
Jej oczy były niebieskie.
***
Przyszłość przegrała z przeszłością. Ostateczną bitwę przegrał dla niego jego syn, ten zwyrodnialec, mały niewdzięcznik niewarty wszystkiego, co dla niego poświęcił. Początkowo nie wierzył. Jak bowiem można uwierzyć w coś tak absurdalnego? Zdrajca! Morderca! W jego domu!
– Crouch, nie ma najmniejszych wątpliwości. Przykro mi – powiedział jeszcze jeden z jego kolegów, a raczej ekskolegów, oczywistym bowiem było to, że po takiej kompromitacji nie będzie mógł dłużej zajmować swojego stanowiska i miejsca w socjecie.
Jednak w końcu musiał zaakceptować fakty. Musiał przyznać, że gazety głoszące, że Syn kandydata na Ministra Magii, Bartemiusz Crouch Junior, oskarżony o uprowadzenie Longbottomów! mają rację. Dowody, jakie zgromadzono, były niepodważalne. Mógł próbować z tym walczyć, jednak byłaby to walka z wiatrakami. Musiał zaakceptować to, co się wydarzyło.
Musiał stawić temu czoła.
– Czy to prawda? Złapali Barty’ego? Był takim uroczym, niepozornym chłopcem! – mówili sąsiedzi, a on ich słuchał, starając się nie okazać, jak bardzo zirytowany jest ich sztuczną uprzejmością. Postanowił bowiem oficjalnie odciąć się od sprawy syna. Wyrzucić. Zapomnieć. Tłumaczył sobie i żonie, która mu nie wierzyła, że robi to dla dobra swojej kariery politycznej. Kłamał.
Robił to, by orzechowe oczy więcej nie śledziły każdego jego kroku.
***
Pomieszczenie było małe, ciemne, klaustrofobiczne. Nasz bohater bywał tu już wiele razy. Nigdy nie w charakterze przesłuchiwanego. W tej sytuacji było coś niepokojąco upokarzającego.
– Myślę, że udzielił nam pan wystarczających wyjaśnień, panie Crouch. – Jego rozmówca wstał z krzesła. Coś podpowiadało naszemu bohaterowi, że nikt nie zechce mu teraz podać ręki. A przecież nie był przestępcą. Nigdy nie uczyniłby tego, co ten głupi smarkacz. – Jeszcze raz przykro mi, że sprawa dotyczy pańskiego syna. Nikt nie przypuszczał…
– Prosiłem, by nie tytułować oskarżonego moim synem – odpowiedział chłodno.
Coś upokarzającego było również w tym, z jakim uporem świat przypominał mu o tej relacji. Jak gdyby nikt nie mógł pamiętać o tym, że Barty był niezależnym człowiekiem, zdolnym do podejmowania własnych decyzji. Nie naszego bohatera winą przecież było to, że zamordował on człowieka, prawdopodobnie nawet nie jednego. On sam nigdy… Nigdy by tego nie uczynił. Nie był mordercą.
Orzechowe oczy patrzyły na niego z powątpieniem.
– Dlaczego, panie Crouch? Jeśli mogę pozwolić sobie na osobistą uwagę, sądzę, że nie powinien pan tak…
– Ja nie mam syna.
W dwa tygodnie później miał powiedzieć – wykrzyczeć – to swojemu synowi, wśród tłumu gapiów, czekających na jego upadek. To przesłuchanie było niejako próbą. Mógł zobaczyć, na ile obojętności go stać, czy potrafi wyprzeć się swojej rodziny tak, jak…
Nie, przecież nigdy nie wyparł się tych orzechowych oczu. To było coś zupełnie innego. Gdy niespełna dwa lata wcześniej Alastor napomknął coś o tym, jakoby nieszczęsny Wilkes był jego siostrzeńcem, nasz bohater jedynie przez zaskoczenie powiedział, że był jedynakiem. Wszakże tak mu się przez większość jego życia wydawało. Nie mógłby zabronić tytułowania jej jego siostrą.
– Panie Crouch, przecież ta bitwa już dawno jest przegrana. Nie musi pan wypierać się swojej rodziny. Po co? To jedyne, co panu teraz pozostało – kontynuował przesłuchujący, podczas gdy nasz bohater zastanawiał się, dlaczego podlotek niewiele starszy od Barty’ego uzurpował sobie prawo do udzielania mu porad życiowych. – Jak znosi to pańska żona? Musi cierpieć, w końcu jej pierworodny…
– Ja nie mam syna – powtórzył, z uporem wpatrując się w orzechowe oczy klamki od drzwi. Chciał stamtąd wyjść. Czuł, że jeszcze chwila, a pochłonie go wir wspomnień, którymi wcale nie chciał dzielić się z… nawet z samym sobą.
Jego rozmówca uznał swoją porażkę; po chwili szur odsuwanych krzeseł uwolnił naszego bohatera od jego towarzystwa. Kilka sekund zaledwie dzieliło go od wyjścia z tego pokoju. Jednak jako że ostatnimi czasy nie czuł się najlepiej, kilka sekund zamieniło się w kilkadziesiąt – przed powstaniem musiał wziąć kilka zaskakująco głębokich oddechów, upewnić się, że po chwili nie upadnie. Zwłoka ta nie kosztowała go pozornie wiele. Gdyby jednak był o te niespełna dwadzieścia lat młodszy, pewnie nie usłyszałby, jak jego rozmówca szepcze do kolegi na korytarzu:
– Tak, jasne, nie ma syna. Tak samo, jak nie miał siostry, gdy Szalonooki sprzątnął Wilkesa z Rosierem. No co ty? Nie słyszałeś? Założę się, że to na rodzinnych spotkankach jego synalek został zwerbowany. Wiesz, zaufany kuzynek, psia krew.
***
Choć opuszczał tę salę jako zwycięzca, nasz bohater wyglądem przypominał człowieka, który stracił już nie tylko rodzinę i wizję świetlanej kariery politycznej, ale również i życie. Stało się. Paręnaście minut temu skazał swojego własnego syna na dożywocie w Azkabanie.
Tak, swojego syna. Bo choć przed chwilą zaledwie oficjalnie się go wyparł, to wciąż był jego syn. I właśnie świadomość pokrewieństwa krwi nie pozwalała naszemu bohaterowi czuć się zwycięskim w walce z nieprawością i mordem. Nie potrafił traktować go jak zwykłego kryminalisty. Nie potrafił wyprzeć się go przed samym sobą. Zbyt wiele… Zbyt wiele było w młodym Bartym Juniorze Barty’ego Juniora sprzed niespełna dwudziestu lat.
Dźwięk zamykanych drzwi rozdzierał mu resztki serca, którego obecności – metaforycznie – nie odczuwał od tak dawna. Co teraz będzie? Za co perfidny Los chciał go tak ukarać? Był dobrym człowiekiem. Nigdy… Nigdy…
Zauważył kobietę siedzącą na jednej z kamiennych ławek. Wyglądała doprawdy mizernie. Choć może po prostu z natury była drobna – nasz bohater nie chciał jej się przyglądać na tyle, by to określić. Zastanawiał się, czy skazał właśnie kogoś z jej bliskich. Może znała jego syna? Nigdy nie chciał poznać żadnego z jego przyjaciół. Chociaż nie, wyglądała znacznie starzej, mogła być co najwyżej czyjąś matką czy ciotką, ale nie kochanką.
– Proszę pani, już po rozprawie. Winni – powiedział uprzejmie, lecz beznamiętnie. Nie potrafił być współczującym rozmówcą. – Może pani iść do domu.
Kobieta nie zareagowała. Wciąż wpatrywała się w posadzkę, jakby w niej szukając oparcia.
– Nie powinna pani tu teraz przebywać, to niezgodne z regulaminem. Naprawdę. To koniec. Już po wszystkim.
Przez chwilę nie reagowała, a nasz bohater zastanawiał się, co takiego może zrobić, żeby się jej pozbyć. Nikt nie powinien przesiadywać w tym miejscu po godzinach pracy Rady. Co jeśli jakiś bezmyślny urzędnik ją tu zamknie? Musiał jakoś jej wytłumaczyć…
Ale wtedy ona podniosła głowę i spojrzała na niego ze smutkiem, jakiego nigdy jeszcze nie widział.
Chciał zamknąć te orzechowe oczy, ale to wcale nie był sen.

Koniec. Jawa.

Część Dziewiętnasta. Uniki i ucieczki.

Trudno jednoznacznie określić, czy świat jest sprawiedliwy. Nie, żeby było to niemożliwe – pewnie istnieją prawidła, które potrafią to ustalić. Po prostu samo znalezienie tychże prawideł zająć mogłoby nam całe wieki. Już odpowiedź na pytanie, czym jest sprawiedliwość, nastręcza mnóstwa problemów filozoficzno-lingwistycznych. Dlatego lepiej się tym nie zajmujmy. Czy to ważne? Czy naprawdę musimy trapić się tym, czy świat jest sprawiedliwy?
Bartemiusz trapił się.
A przecież wystarczyło odrobinę przesunąć środek ciężkości tego – morderczego wszakże – problemu egzystencjonalnego. Kogóż obchodzi, czy spłacamy regularnie nasz rachunek win? Nikogo. Pytać należy o to, czy ponosimy konsekwencje naszych decyzji. Sprawiedliwie czy też nie, świat powinien zareagować. Na każdą akcję znajdzie się i reakcja, choć w nie-idealnym nie-inercyjnym systemie może ona nie podlegać prawom jakiegoś niespełna rozumu mugola.
W systemie strapionego Bartemiusza akcja nastąpić nie chciała. Gdyby zdarzyło się cokolwiek, gdyby pojawiła się choćby jedna malutka, niepozorna konsekwencyjka do poniesienia, pewnie nie miałby czasu na myślenie. A tak – zjadały go wyrzuty sumienia… z braków wyrzutów sumienia. Jakkolwiek absurdalnym się to zdawało, trapił się na tyle, by nie jeść, nie pić i marzyć o powrocie do domu.
Wszystko przez to, że za bardzo kombinował. Kiedy tkwił w samym centrum wydarzeń, tam, w piwnicy, naturalnym wydawało mu się stwierdzenie, że sprawiedliwy świat domaga się kary za łamanie jego postanowień. Stare kodeksy moralne nareszcie mogły odżyć w praktyce. Zabiłeś? Więc zginiesz. Krystalicznie proste i etycznie bezpieczne. Jednak teraz… Dlaczego nie działało to także w odniesieniu do niego i Wilkesa? Gdzie popełnili błąd? Przecież nie w założeniu. Gdyby ono się myliło, byliby nie rękami sprawiedliwości, a zwykłymi mordercami!
A może byli?
Trudno mu było patrzeć na siebie w lustrze. Nie dlatego, że czuł się winnym. Dlatego, że nie czuł się jakimkolwiek.
***
– Ceri, jedz – Gerard rzucił tonem tak obojętnym, że nie mogło to odnieść żadnego efektu.
Jeszcze nie wiedziała. O niczym jej nie powiedzieli. Tak przynajmniej twierdził Wilkes – i choć zwykle nie obdarzyłby go nawet odrobiną zaufania, tym razem postanowił zaryzykować. W końcu kiedy chodziło o Ceri, Gerard zawsze zachowywał się odrobinę nieracjonalnie.
Dlaczego więc była taka przygnębiona?
Ten obiad był prawdziwą komedią. Wilkes z Bartemiuszem, świeżo połączeni niezwykłą misją, która im przypadła, wymieniali między sobą pozbawione znaczenia komentarze na temat pogody, stanu zdrowia starego Croucha czy dań przygotowanych przez Selmę. Już samo to powinno zadziwiać. Byli dobrze wychowani, owszem – ale nie przypuszczał, że kiedyś sami z siebie zaczną ze sobą rozmawiać. A przynajmniej pozorować rozmowę, by uniknąć krępującej ciszy przy stole. Jednak nic nie mogło przebić Ceri, bezcelowo rozgrzebującej puree z ziemniaków i milczącej jak nigdy dotąd.
Jak miał się odnaleźć w tej nietypowej sytuacji?
Kiedy rano spytał Bartemiusza, o co pokłócił się z ich siostrą, ten odpowiedział mu, że między nimi wszystko jest w jak najlepszym porządku. Tyle że najwidoczniej nie było. Do tej pory nierozłączni, teraz tylko od czasu do czasu zerkali w swoją stronę, jakby upewniając się, że wciąż są na siebie obrażeni. Tego napięcia nie dało się wyczuć. Rykoszetem oberwał i Wilkes – w końcu zadawał się teraz z głównym wrogiem swojej narzeczonej. A przecież…
– Jem – odpowiedziała, a raczej wymruczała w rękaw kraciastej koszuli, którą Felicja dała jej na zeszłe urodziny.
– Nie smakuje ci? – próbował dalej, choć wiedział, że to bezcelowe. – Mogę ci przynieść coś innego. Jestem pewien, że Selma coś jeszcze tam zostawiła.
– Smakuje.
Złapał Wilkesa na tym, że przypatruje się Ceri ze zdwojoną czujnością. Przez moment myślał nawet, że w końcu się do niej odezwie – jednak ostatecznie zdecydował się nie przerywać swojej fascynującej rozmowy z Bartemiuszem. Od kiedy konsystencja sosu interesowała go bardziej niż własna narzeczona?
Coś zdecydowanie było nie tak.
Dobrze, zganił się w duchu, przecież wiedział, co było nie tak. Zabili człowieka. Choć z całych sił starał się o tym nie myśleć, nie mógł zapomnieć, że siedział przy stole z mordercami. Ze stratą Stokrotki pogodził się już dawno – wciąż ją kochał, wciąż tęsknił, ale wiadomość, że znaleźli jej ciało, nie wstrząsnęła nim aż tak. Druga część komunikatu, ta o nagłej śmierci jej oprawcy, była znacznie gorsza. Wolałby, gdyby nie podzielili się z nim swoją tajemnicą. Czuł się trochę tak, jakby zrzucili na niego część odpowiedzialności.
W końcu ten, kto milczy, przyzwala, czyż nie?
Nie był pewien, czy powinien przyzwolić na to, co się wydarzyło. Oczywiście, łajdakowi się należało. Ale nie musieli go od razu zabijać! Dlaczego był jedyną osobą w tej rodzinie, która kiedykolwiek zastanawiała się nad konsekwencjami? Co stanie się z Ceri, gdy cała ta heca wyjdzie na jaw? Mąż i brat w Azkabanie! Świetlaną przyszłość jej zapewnili, doprawdy, dwóch dorosłych, odpowiedzialnych mężczyzn!
Z drugiej jednak strony, gdyby przemilczał to, co się wydarzyło, skazałby Ceri na życie pod jednym dachem z tym zwyrodnialcem. Co, jeśli któregoś dnia, on znowu to zrobi? Diabli jedynie wiedzą, co mogło chodzić po tej kosmatej głowie Wilkesa. Gerard daleki był od wierzenia w teorie spiskowe, ale nie trudno mu było sobie wyobrazić swojego przyszłego szwagra w roli mordercy, że tak to ujmę, zawodowego. Był niebezpiecznym typem; nie chodziło tu już o szklone przepychanki a życie ludzkie! Zatajenie czegoś takiego…
Ceri upuściła widelec.
– Co się dzieje? – spytał natychmiast.
Wilkes z Bartemiuszem na chwilę przerwali swoją rozmowę. Po raz pierwszy od tego feralnego wydarzenia złapał swojego brata na otwartym przyglądaniu się jego siostrze. Widocznie nie tylko on był tym dźwiękiem zaniepokojony.
– Ktoś idzie – powiedziała i zerwała się z krzesła, zanim którykolwiek z nich zdążył zareagować.
W parę sekund później zaczął przeklinać Los za to, że obdarzył go tak słabym refleksem. Niesłusznie. Los wyświadczył im wielką przysługę.
***
Gdy jeszcze chodził do szkoły, na jednych zajęciach z obrony przed czarną magią usłyszał coś o demonach, które nie mogły wejść do siedziby ludzkiej bez zaproszenia. Uznał to za bzdurę i zignorował. Teraz jednak żałował, że takim samym prawom nie podlegają ci, którzy przynoszą złe wiadomości.
– Znaleźliśmy ciało odpowiadające rysopisowi, panie Crouch. Niezbędna jest identyfikacja przez członka rodziny, ale jesteśmy niemal pewni, że to pańska siostra.
Od paru minut wpatrywał się w funkcjonariuszkę magicznej policji i zastanawiał się, jakim cudem człowiek może być aż tak niewrażliwy na bodźce zewnętrzne. Niemożliwe, by nie widziała histerii Ceri, na zmianę wtulonej w Gerarda bądź próbującej rzucić się na tę właśnie funkcjonariuszkę z okrzykiem Stokrotka żyje!. Niemożliwe też, by umyślnie to ignorowała – nawet jeśli brakowało jej odpowiednich pokładów empatii, musiała rozumieć, że z tą małą w pomieszczeniu niczego nie zdziała. A Bartemiusz? Zamiast zasugerować jej jakoś, by przeszli ustalić szczegóły w bardziej ustronnym miejscu, dał się zaplątać w ten śmieszny ton policyjnej procedury!
– Kiedy moglibyśmy jej dokonać? – odpowiedział.
A może jednak niewrażliwość funkcjonariuszki miała swoje zalety? Inaczej zauważyłaby kamienny wyraz twarzy młodego Croucha i zrozumiałaby, że coś jest nie tak. Naturalną reakcją był płacz; a przynajmniej wykazanie jakichkolwiek emocji. Sam starał się przybrać minę pełną bólu po utracie przyszłej szwagierki. Miał tylko nadzieję, że mina ta nie zburzy wizerunku zimnego i władczego Marcusa Wilkesa. Zbyt długo nad nim pracował, by teraz ryzykować jego utratę w jakiejś prowincjonalnej gierce.
– Jak najszybciej. To dla państwa ciężki okres, panie Crouch, i ja to rozumiem. – Jej słowa nijak się miały do stanu faktycznego. Nawet w jego, dość niewymagającej przecież, skali jej poziom empatii dążył do minus nieskończoności. – Niemniej jednak chcielibyśmy jak najszybciej ustalić jej tożsamość. Nie tylko przyspieszy to formalności związane z pogrzebem, który państwa teraz czeka; pozwoli nam to też… rozpocząć śledztwo.
W końcu powiedziała coś, co go interesowało. Mimowolnie przybliżył się do nich o krok.
– Śledztwo? – powtórzył Bartemiusz. – Przyczyna zgonu nie była naturalna?
– Podejrzewamy morderstwo, panie Crouch. Morderstwo ze szczególnym okrucieństwem.
Ceri, mimo iż wydawała się nie słuchać całej konwersacji, aż pisnęła; liczba faux pas popełnianych przez funkcjonariuszkę rosła. Posłał jej najbardziej nieprzyjemne z galerii swoich spojrzeń krzywdziciela wdów i sierot – nie podziałało. Widocznie ta kobieta nie była niewrażliwa, a najzwyczajniej w świecie głupia. Że też akurat im musiała się trafić!
Podejrzewał, że Bartemiusz pociągnie ten temat. Potrzebowali informacji, jak największej ich ilości, jaką da się zdobyć bez wzbudzania podejrzeń. Przecież byli rodziną. Naturalnym wydało się to, że będą zadawali pytania. Ale on rzucił tylko:
– Rozumiem.
Wszystko w Wilkesie krzyczało, że nie mógł wybrać sobie wspólnika zbrodni gorszego od młodego Croucha.
Przez chwilę na linii Marcus-Bartemiusz-funkcjonariuszka zapadła cisza. Linia Gerard-Ceri wciąż tętniła emocjami. Trudno się temu dziwić. Tylko ta dwójka spośród zebranych w tym wąskim korytarzu znała Stokrotkę z czegoś więcej niż cudzych opowieści. Tylko ta dwójka widziała ją żywą, a nie widziała martwej.
Łatwiej się mówi o śmierci kogoś, kogo poznało się już po jego śmierci.
– Pozwoli pani, że zmierzymy się teraz z tą wiadomością w gronie rodzinnym. To szok dla nas wszystkich – po chwili ponownie odezwał się Bartemiusz. – Wstępnie mogę obiecać pani, że mój brat zgłosi się do państwa jutro z samego rana. Jeden dzień zwłoki nie czyni wielkiej różnicy, mam nadzieję?
– Oczywiście, że nie, panie Crouch. Jeszcze raz składam kondolencje i przepraszam, że przyszło mi przynieść państwu tak smutną nowinę.
– To nie pani wina.
Dźwięk zamykanych drzwi później powinno się rozpętać prawdziwe piekło. Zamiast tego – nic się nie wydarzyło.
Ceri zdążyła się już trochę uspokoić. Mamrotała swoje Stokrotka żyje wprost w rękaw Gerardzinej koszuli i zdawała się w żaden sposób nie reagować na słowa otuchy, które Gerard do niej kierował. Tak, jakby tkwiła w paralelnej rzeczywistości, zupełnie niezdolna do odbierania sygnałów ze świata, w którym znajdowali się oni trzej. Oczekiwał, że zacznie znowu krzyczeć, rzucać wszystkim, co ma pod ręką, cokolwiek. Wtedy przypominałaby mu jego Ceri.
Bartemiusz też nie wykazał spodziewanej inicjatywy. Wilkes oczekiwał, że przynajmniej wygłosi im mowę organizacyjną, spróbuje wziąć w karby tę rozmemłaną scenę korytarzową i nadać jej jakiś głębszy sens. On jednak postanowił wymruczeć tylko obojętne:
– Powiem ojcu.,
i zniknąć ze sceny, chowając się przed odpowiedzialnością na wyższych piętrach domu.
Cóż więc miał zrobić? Ruszył za nim.
– Czekaj, Crouch! – krzyknął, przerywając tym samym niemy zakaz niepodnoszenia głosu w domu żałobnym. – Pójdę z tobą!
Bartemiusz przystanął w połowie schodów; gdy do niego dołączył, byli na tyle blisko Gerarda i Ceri, że ci mogli ich zobaczyć, gdyby przyszła im na to ochota. Na szczęście byli też na tyle daleko, że tamci nie mogli usłyszeć ich szeptów.
Tak, zaniechał krzyczenia. Ze względów bezpieczeństwa.
– Musimy porozmawiać – powiedział, patrząc na Bartemiusza wzrokiem tak stanowczym, jak to tylko możliwe. Liczył, że wywoła tym w przyszłym szwagrze uczucie tak zwanego noża nagadłowego.
Przeliczył się.
– Nic nie musimy, Wilkes – odpowiedział. – Nie wyobrażaj sobie, że jesteśmy teraz wspólnikami i na wieki przywiązała nas do siebie zmowa milczenia. To tak nie działa.
Z wrażenia zabrakło mu słów.
– Podejrzewają morderstwo. Jeśli cokolwiek nie pójdzie zgodnie z planem…
– Nie wyobrażaj sobie – powtórzył, a potem ruszył w górę schodów, tym samym kończąc pierwszy etap ich dyskusji.
Tyle, że Wilkes w tak zwanym międzyczasie odzyskał zdolność artykulacji własnych myśli i wcale nie zamierzał tak po prostu pozwolić mu odejść. Dlatego też szybkim ruchem chwycił go za marynarkę. Bartemiusz zmuszony był ponownie się zatrzymać. Tym razem jednak… gdy spojrzał na Wilkesa, to Marcus był stroną przestraszoną. Nie tak powinno to wyglądać!
– Nie obchodzi mnie to, jak wygląda ten twój cały plan. Nie wciągaj mnie w swoje gierki, nie przerzucaj na mnie odpowiedzialności. Jeżeli schrzaniłeś sprawę, to ty będziesz tym, który poniesie odpowiedzialność. – Wilkes chciał zaprotestować, ale Bartemiusz uciszył go gestem ręki. – Nie jesteśmy sobie dłużni. Nie kryjemy siebie nawzajem. Ja chronię swoje plecy. Ty dbaj o swoje. Nie potrzebuję cię.
Tak oto zakończył się etap trzeci ich rozmowy. Bartemiusz znowu ruszył w górę schodów. Jednak dwa stopnie dalej odwrócił się i dodał:
– Teraz mam zamiar porozmawiać z ojcem i wrócić do siebie, zanim Ceri przestanie histeryzować. Ja… – zawiesił głos. – Opiekuj się nią. To jedyne, czego od ciebie teraz chcę Wilkes.
– Nie pożegnasz się z siostrą? – Ta wiadomość zdziwiła go jeszcze bardziej niż nagła oschłość młodego Croucha.
– Może.
Bartemiusz nie uśmiechał się.

Część Dziewiętnasta. Uniki i ucieczki.

Część Osiemnasta. Problem kary.

Coś przewrotnego jest w przysłowiowych paszczach lwa. Niby są one rejonem największego zagrożenia, miejscem, z którego żaden śmiałek (kolokwialnie: głupiec) nie powinien wrócić. Jednak przecież nie wzbudzają w nikim strachu – nie, gdy się już do nich wejdzie. Standardową reakcją na widok wnętrza paszczy lwa jest… zachwyt.
Tak, moi drodzy. Tylko to, co jest prawdziwie niebezpieczne, może w pełni usatysfakcjonować wybredną, ludzką naturę.
Być może stwierdzenie to jest już odrobinę… znoszone. Może faktycznie, po tylu latach istnienia w świadomości ludzkości zdążyło ono pokryć się już paskudnym, pełnym malutkich żyjątek mchem. Jednak nie zmienia to faktu, że jest ono prawdziwe. I, jak to się zwykle w takich sytuacjach zdarza, swoje potwierdzenie w praktyce otrzymuje wtedy, kiedy każdy rozsądny człowiek chciałby o nim jak najszybciej zapomnieć.
Marcus Wilkes nie pragnął myśleć o pięknie. Miał zadanie do wykonania. Nie szukał zemsty ani satysfakcji – traktował spotkanie z chłopakiem swojej zaginionej szwagierki całkowicie bezosobowo. Była to dla niego tylko kolejna przeszkoda do pokonania. Czy trudna? Wątpił w to. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jeśli dalej będzie trzymał z T… Lordem, coraz częściej będzie musiał składać takie domowe wizyty bez herbaty i ciasteczek. Można by rzec (choć Wilkes pewnie oburzyłby się na to stwierdzenie), że był to pewnego rodzaju test.
Lecz jeśli tak, on go właśnie oblewał. Na całej linii.
Myśli Marcusa Wilkesa były absolutnie mu nieposłuszne. Jak ukarać coś, czego nie można dotknąć? Jak nad tym zapanować? Zawsze sądził, że to tylko kwestia dyscypliny wewnętrznej, wprawy, silnej koncentracji. Czego mu brakowało? Czego, do diabła? Choć umysł podpowiadał mu, dlaczego dzieje się tak, a nie inaczej, z całych sił próbował odrzucić tę odpowiedź. Nie pasowała do jego wizerunku zimnego, wyrachowanego drania. A mimo to wciąż nie mógł nad sobą zapanować. Całkowicie zatracił się w tym, co widział dookoła siebie. Z minuty na minutę, ba!, z sekundy na sekundę jego desperackie próby skupienia się na tym, co mieli do zrobienia, odnosiły coraz to marniejszy skutek. Aż końcu, tak, dokładnie tak – zatracił się do tego stopnia, że zapomniał, po co tu przyszli i pozwolił swoim szalonym myślom przejąć nad sobą kontrolę.
Po raz pierwszy stanął on twarzą w twarz z pięknem absolutnym. Pięknem bezkresu, wolności i zapomnienia. Pięknem, któremu dorównać mogłoby tylko samo piekło; gdyby istniało, oczywiście.
– Idziesz? – gdzieś z oddali dobiegł go głos Bartemiusza. Przez moment nie mógł zrozumieć, dlaczego jego ton jest tak zniecierpliwiony. Przecież to, co właśnie widzieli…! – Znalazłem drzwi do piwnicy. Co jak co, ale lata wysłuchiwania aurorów w bufecie nauczyły mnie, że każdy parający się czarną magią prędzej czy później tam ląduje.
Chwilę później widział już tylko obdrapane z farby ściany i zasłonki w naprawdę niemodnym kolorze. Po pięknie absolutnym nie było ani śladu.
– Wszystko potrafisz zepsuć, co? – spytał odruchowo, choć niemal natychmiast przypomniał sobie, że on sam chciał się wyrwać spod uroku tego przeklętego miejsca. – Jak to zrobiłeś?
Bartemiusz spojrzał na niego ze zdziwieniem. Dopiero po kilkudziesięciu sekundach Wilkes pojął swój błąd. Przecież ten cały młody Crouch nie miał prawa go rozumieć! Gdzież mu tam do jakiegokolwiek piękna? To tylko urzędnik. Nawet jeśli kiedyś zostanie Ministrem, nigdy nie zrozumie, co on poczuł tu i teraz, tuż przed jego nosem.
Jeśli mamy być ze sobą szczerzy, Wilkes też mylił się co do interpretacji swej krótkiej chwili natchnienia. To nie był taki powszedni zachwyt nad uroczą rabatką i słonecznym dniem nad jeziorem. O, nie. Prawidłową (a jednocześnie wystarczająco demoniczną i patetyczną nazwą) byłby zew krwi. Tego dnia po raz pierwszy obudziła się w nim ta cząsteczka umysłu, która odpowiada za chęć władania wszystkimi duszami wszystkich światów.
– Nieważne – mruknął i, w ramach efektów specjalnych, machnął ręką. – Gdzie ta piwnica?
A potem, nim Bartemiusz zdążył wyrzec choćby słowo, rzucił się na własne poszukiwania. To jest, bezsensownie ruszył przed siebie, byle nie musieć tłumaczyć się ze swojej zadumy nad tą stertą bezwartościowych śmieci, jaka wypełniała ich własną paszczę lwa.
***
Choć to naprawdę nie było daleko, czuł, że schodzili po schodach przez całe wieki. Jeden stopień, sto lat, drugi stopień… Szybko jednak odkrył, że to nie schodzenie jest najgorszym, co może ich spotkać tego przedpołudnia.
– Czujesz ten zapach? – spytał Wilkesa tylko po to, by usłyszeć jego głos i utwierdzić się w przekonaniu, że nie śni. Tego zapachu nie można było nie wyczuć.
Nie zdziwił się więc, gdy jego towarzysz odpowiedział mu:
– Śmierdzi trupem.
Dobrze, może informacja dodatkowa była odrobinę zaskakująca. Ale tylko odrobinę – im dłużej o tym myślał, tym bardziej wydawało się to oczywiste.
Tak samo jak to, kto rzeczonym trupem jest.
Nigdy nie przyszło mu do głowy, że swoją siostrę pozna, gdy ta będzie już dość zaawansowana w procesie gnilnym. Nie, żeby przez większość życia podejrzewał, że ma siostrę, skądże. Jednak nawet gdy dowiedział się o tym od Gabrielle, sądził, że zaginiona nigdy nie zostanie odnaleziona, nieważne czy żywa, czy martwa. A przynajmniej, że w chwili odnalezienia on już od dawna będzie przebywał w Londynie, swojej bezpiecznej przystani. Nawet w najgorszych sennych koszmarach nie schodził do cudzych, pachnących trupem piwnic, by po raz pierwszy zobaczyć jakiegokolwiek członka swojej rodziny. To po prostu nie mieściło się w jego głowie. Był zdecydowanie zbyt poważnym człowiekiem, by kiedykolwiek zakładać takie scenariusze!
A mimo to, im bliżej było do odkrycia prawdy – im bliżej było końca schodów, im bliżej było światła przesiąkającego przez drzwi – tym wydawało się to normalniejsze. Nie w znaczeniu takie, jak powinno być a takie, jak to może się zdarzyć. Tak czy inaczej, żołądek niemal podchodził mu do gardła.
– Gotowy? – usłyszał głos Wilkesa, wciąż pochłoniętego własnymi rozmyślaniami. W innych okolicznościach pewnie zastanowiłby się, co też pałętało się po tej na wpół pustej głowie. Teraz nie miał na to czasu.
Tym bardziej, że drzwi wcale nie czekały, aż to Wilkes je otworzy. Drzwi otworzyły się same.
Bartemiusz Crouch Junior nie stanął oko w oko z absolutnym pięknem. Był zbyt przerażony, by rozumieć ideę piękna, rozumieć to, co zobaczył. Na szczęście był również zbyt przerażony, by krzyknąć i uciec na drugi koniec świata. Znieruchomiał z wrażenia.
Leżała na stole.
Tak po prostu.
Nie mógł na nią patrzeć, lecz z drugiej strony – nie mógł zmusić się do zamknięcia oczu. Było coś niesamowicie ludzkiego w tej powłoce pozbawionej przecież człowieczeństwa, w tym kawałku zupełnie nieistotnej materii rozkładającej się kątem na cudzym stole. W drugim odruchu, którego też z wrażenia nie wykonał, miał ochotę podbiec do niej i ją zakryć – ale już nie dlatego, że się bał; nie, coś w nim krzyczało, że jego siostra nie powinna w tak upokarzający dla wszystkich sposób leżeć sobie po prostu na, powtarzam to, cudzym stole.
Nie wiedział, co czuł Wilkes. Nie obchodziło go to. I tak nie mógłby zareagować.
I tak nie zareagował, nim było za późno.
– Kim jesteście?
Chłopiec od melonika (choć wtedy bez niego) jakby spod ziemi wyrósł między nimi a Stokrotką. Bez trudu go rozpoznali, choć przecież żaden wcześniej go nie widział. Coś złego czaiło się w jego oczach; coś, co nie pozwalało ci pomylić go z nikim innym.
– Powtarzam: kim jesteście?
Jego głos był piskliwy i nieprzyjemny, jak gdyby stworzony, by ranić ich uszy. Starzy, dobrzy Francuzi musieli mieć rację i w tej sprawie – postępowanie człowieka naprawdę odbija się w jego wyglądzie i sposobie bycia. Szkoda, że Bartemiusz nigdy nie przejmował się Francuzami. A raczej szkoda, że Stokrotka była za głupia, by ich pojąć. Wiedziałaby, że nie należy zadawać się z ludźmi z takim głosem.
Że taki głos to czyste zło.
– Pytamy raczej: kim ty jesteś? – Wilkes zaczął, choć wyraźnie słychać było po nim, że i jemu brakuje odwagi. Choć starał się, jak mógł, władczość w jego głosie pozostawała wciąż jedynie semi-władczością, zbyt przesiąkniętą lękiem, by wywrzeć na kimkolwiek jakiekolwiek wrażenie.
Mina zrzedła mu jeszcze bardziej, gdy gospodarz wycelował w nich różdżkę.
– To ja ustalam kolejność pytań – powiedział. – Chcę wiedzieć, kim…
– Bartemiusz Crouch Junior, Ministerstwo Magii – wypalił Barty, nim zdążył się powstrzymać.
Wilkes zaklął wyjątkowo nieprzystojnie. Zdradzanie swojej tożsamości nie było według niego najmądrzejszym, co mogli zrobić. Nie wiedział jednak czegoś bardzo, bardzo ważnego. Nie wiedział, jak fraza Ministerstwo Magii podziałała na samego Bartemiusza.
Są ludzie, których do walki o swoje życie zmotywuje modlitwa. Są tacy, którzy szepczą w chwilach niebezpieczeństwa długie listy zmarłych krewnych i przyjaciół. Jemu wystarczyło to, co kochał jak nic na świecie – poczucie bezpieczeństwa i władzy (a raczej – władzy i bezpieczeństwa, w tej kolejności priorytetów), które dawała mu ta szacowna instytucja. W oka mgnieniu poczuł się niczym nadczłowiek, ten, któremu nic złego nie może się wydarzyć, bo chroni go instancja najwyższa z najwyższych.
Wystarczyło, że we własnej głowie urósł do rangi bohatera, by minął go paraliżujący strach spowodowany zaskakującym, pierwszym spotkaniem z siostrą.
– Będzie pan odpowiadał z własnej woli? Stanowczo odradzam stawianie oporu – kontynuował. – Jeszcze nikomu to nie wyszło.
Pozostawało im liczenie na słynną na całym świecie skłonność tych złych do prawienia swoim ofiarom długich kazań, w których zwykle tłumaczą wszystkie swoje motywy i opowiadają o trudnym dzieciństwie.
Kolejna chwila stawała się wiecznością. W dodatku – wiecznością tak samo jak tamta zanurzoną w paskudnym, trupim zapachu jego siostry. Ich siostry?
– Kochałem ją – wyrzucił w końcu, wybuchając niebezpiecznym, nerwowym płaczem szaleńca. Nie był wzruszony, raczej teatralny. – Wiecie, że ją kochałem, prawda?
Choć zaczął mówić, nie schował różdżki. Bartemiusz uważnie obserwował jego trzęsącą się dłoń, jego palce zaciskające się to słabiej, to mocniej. Wiedział, że jeśli ten postanowi zaatakować, ich życie zależy od ułamków sekund. Wszystko mogło się zdarzyć.
Dobrze, nie wszystko. Stokrotce jakoś nie spieszyło się do wstawania z tego stołu i pozbawiania ich problemu.
– Wiemy – rzucił na wszelki wypadek, ale chłopak go nie słuchał. Zupełnie nie.
– Przyszła tu kiedyś do mnie – kontynuował – bo ktoś powiedział jej, że czynię cuda. Domyśliła się, że jestem czarodziejem, o tak. Była bardzo samotna.
Nie trudno było mu sobie wyobrazić samotność Stokrotki. Co miała robić, gdy Ceri wyjeżdżała do szkoły? Jako… Z całych sił napominał się, że nie wolno mu się teraz rozkojarzyć. Na rozmyślania przyjdzie czas później.
Ale on wciąż mówił i zatruwał mu serce jadem współczucia.
– Początkowo chciałem się trochę pobawić. Wiecie, jak to jest. Słabo z dziewczynami. Obiecałem jej, że… Lataliśmy czasem do Londynu, była tak uroczo naiwna. Potem…
– Co jej obiecałeś? – niespodziewanie dla wszystkich (wliczając jego samego) do dyskusji wtrącił się Wilkes.
Ale jego też nie słuchał.
– Potem zacząłem ją poznawać i rozumieć jej cierpienie. Nie mogłem patrzeć, jak cierpi, wiecie? Była taka śliczna! Taka niewinna! Taka…
– Co jej obiecałeś, ty skurwielu? – Nie krzyczał. Warczał. Znany ze swojego opanowania Wilkes tracił nerwy na całego.
– Nie mogłem spełnić swojej obietnicy! Nie mogłem! Tego… Tego nie byłby w stanie zrobić żaden człowiek, nie, rozumiesz mnie, kochanie?
Spojrzał na nią wzrokiem całkowicie pozbawionym miłości.
– Musiałem ją uwolnić – powiedział cicho, jakby do siebie. – Nie mogłem uczynić jej tym, kim tak bardzo chciała być, ale nie mogłem też pozwolić, by cierpiała.
Zrozumienie tego, co powiedział, zajęło im dokładnie tyle czasu, ile im pozostało. Nim cokolwiek jeszcze zostało powiedziane, nastąpiło spodziewane drgnięcie ręki zaciśniętej na różdżce.
Ale to, to było absolutnie zadziwiające.
To zielone światło.
I ten krzyk.

Część Osiemnasta. Problem kary.

Część Siedemnasta. Logicznie i nielogicznie.

Mimo że uważał się za człowieka bądź co bądź inteligentnego, za nic w świecie nie mógł zrozumieć wywodu Wilkesa. Ciąg przyczynowo-skutkowy, którym podążał jego przyszły szwagier, wydawał mu się całkowitym zaprzeczeniem ciągu przyczynowo-skutkowego jako takiego. I te spiskowe teorie! Wszystko było szyte tak grubymi nićmi, że, doprawdy, lepiej z ich pomocą wydziergałby sobie ciepły sweter na zimę, niż zawracał porządnym ludziom głowę jakimiś bzdurami.
Tak, kiedy Marcus powiedział, że nigdy nie zgadną, co odkrył, miał rację. Bo przecież ani on, ani tym bardziej Bartemiusz nie mógłby wpaść na coś równie sprzecznego z logiką!
– To nie ma sensu – Gerard powtórzył więc po raz setny, uparcie trzymając się swojego punktu widzenia. – Twoi koledzy to jacyś półidioci. Ile musieli wypić, żeby wymyślić coś równie niedorzecznego? I jak ty mogłeś im uwierzyć? Przecież…
– Obudź się wreszcie, nie żyjemy w Krainie Elfów – warknął Wilkes, najwyraźniej znudzony już jego wywodami.
Od jakichś piętnastu minut sytuacja się nie zmieniała. Gerard, jako głos rozsądku, musiał co chwilę przypominać, że nie istnieje nawet cień dowodu potwierdzającego hipotezę Marcusa. Marcus zaś, tkwiąc w swym głupim wyobrażeniu świata, czuł się w obowiązku napominać Gerarda, że takie rzeczy się zdarzają. Błędne kółko wzajemnej nienawiści, powiedziałbyś. Jak w nie zabrnęli? Odpowiedź jest prosta.
Gerard w głębi swojego nie takiego znowu pluszowego serduszka naprawdę rozumiał, że takie rzeczy się zdarzają.
Ale nie w jego rodzinie, do diabła!
– Może i nie – odpowiedział. – Jednak to, że świat bywa… brutalny, nie czyni go nielogicznym! I niesprawiedliwym, tak, dokładnie, nie rób tej głupiej miny. Niesprawiedliwym. – Mina Wilkesa nie była specjalnie głupia. Wyglądał tak, jak człowiek, który dusi się ze śmiechu; bo, niespodzianka, dusił się ze śmiechu. Gdy Gerard powtórzył swoje niesprawiedliwym, o mało naprawdę się nie udusił. – Czy mamy jakieś dowody, by oskarżać tego chłopaka? Nie. Nasze przypuszczenia opierają się na mglistym wspomnieniu jakiegoś barmana, który twierdzi, że widział ich kiedyś razem. I to gdzie! Kilkaset kilometrów stąd! – Im bardziej oburzony był Gerard, tym Wilkesowi trudniej było się nie śmiać. Dlatego też Tinkinswood musiał dodać po chwili: – Mówiłem ci, żebyś skończył z tą głupią miną!
– Jaką miną? – spytał, krztusząc się ze śmiechu do tego stopnia, że trudno było zrozumieć, co mówił.
– Dobrze wiesz jaką!
Poziom świętego oburzenia wewnątrz gerardzinej główki gwałtownie rósł i wszystko wskazywało na to, że jeszcze chwila, a rozsadzi on sufit. Znaczy, sufit jego główki.
Obiekt tegoż oburzenia, by móc ponownie przemówić, zmuszony był wziąć głęboki oddech i policzyć cichutko do dwudziestu trzech gumochłonów.
– Ile razy mogę ci tłumaczyć, że wszystko układa się w zrozumiałą całość, Tinkinswood? Myślisz ty w ogóle? – spytał, już prawie że opanowany. – Zacznę od początku. Nott z Muldberem rozmawiali…
– Kicham na twoje początki!
I tak dalej, i tak dalej. W zasadzie w tym momencie można by przerwać naszą relację – w końcu czy przebieg tej rozmowy wyraźnie nie wskazuje na to, że do niczego ona nie prowadzi? Że na końcu wąskich ścieżek ich umysłów czeka… Stop. Że nie ma końca wąskich ścieżek ich umysłów, bowiem są one koliste i jako takie nie posiadają one ani końca, ani początku? Wskazuje. Jednak po ostatnich słowach Gerarda (któremu zapewne kulturalny Los powinien teraz zrzucić z górnej szuflady przy zlewie paczkę chusteczek) nastąpił tak zwany przełom. Przełom ten przybrał formę Bartemiusza. Bartemiusza, który rzucił tylko krótkie:
– Muszę pogadać z ojcem.
I wyszedł z pomieszczenia.
Bartemiusza, którego obecność była dla nich obu tak szokująca (choć przecież słuchał całej ich konwersacji), że żaden nie zauważył, iż po raz pierwszy w życiu nazwał on Croucha Seniora ojcem.
***
Ciężko mu było zebrać myśli w tym gwarze. Gerard z Marcusem sprzeczali się o detale, zachowując się przy tym jak przekupki na targach magicznych staroci. Od ich paplaniny rozbolała go głowa. Dlatego też wystrzelił z tą rozmową, zupełnie nie przemyślawszy, na co się właśnie decyduje.
Kiedy jednak wyszedł z kuchni, zrozumiał, że nieświadomie zdecydował się na najmądrzejszą ze wszystkich opcji.
– Ceri, zostaw nas samych – powiedział beznamiętnie, stanąwszy na progu pokoju Croucha Seniora.
Dziewczyna prychnęła, co w języku jej podobnych oznacza nie mniej i nie więcej jak Chyba śnisz.
– Mówię poważnie – zagroził.
Szybkim krokiem podszedł do łóżka ojca. Ceri siedziała na stołeczku tuż obok – wystarczyłoby chwycić ją za przegub i…
Jedno spojrzenie w jej oczy upewniło go, że nie byłby w stanie wyprowadzić jej stąd siłą.
– Papa jest zmęczony – oznajmiła. – Chce, żebym z nim została, prawda, papo?
– Jeśli Bartemiusz prosi, żebyś… – zaczął Crouch Senior, ale córka nie dała mu skończyć.
– Papa jest zmęczony.
W głowie wciąż słyszał przekrzykujących się Wilkesa i Gerarda. Nie mógł myśleć. Nie mógł też dłużej patrzeć w te jej oczy, pełne przeklętego spokoju i wiary, że ojciec naprawdę jej właśnie potrzebuje.
Wszystko doprowadzało go do obłędu.
– Wynoś się! – krzyknął, nawet nie myśląc nad tym, co robi.
Mężczyznom takim jak Bartemiusz rzadko zdarza się niemyślenie. Czy nie powinno mu być to więc wybaczone? Przecież miał obłęd w oczach! Nie można wymagać zbyt wiele od człowieka w tym stanie!
Ale Ceri wymagała.
Wybiegła z płaczem. Do celu po trupach, co, panie Crouch? Przecież zostali sami. O nic więcej mu nie chodziło. To, o czym w przypływie niezrozumiałego dla niego natchnienia Barty chciał porozmawiać z ojcem, nie nadawało się dla jej delikatnych uszek. Zbyt wiele pytań zrodziłaby jej obecność. Utrzymywanie Ceri w niewiedzy to priorytet – i jedyne, co do czego zgadzali się wszyscy troje, to jest i Barty, i Wilkes, i nawet Gerard.
Dlaczego więc jej bieg, jej płacz, podziałał na niego jak kubeł zimnej wody? Jakim cudem okoliczność sprzyjająca dobru ogółu mogła sprawić, by momentalnie otrząsnął się z szaleństwa, w które popadł od zbyt intensywnego myślenia?
– Ceri! – krzyknął, czując w sobie przemożną chęć wybiegnięcia za nią. – Ceri, wracaj tu, wcale nie chciałem…!
Gdy już wybiegał – któż bowiem może oprzeć się tak przemożnej chęci? – w ostatniej chwili odwrócił się w stronę ojca i spytał nerwowo:
– Ten człowiek, o którym mówiłeś, miał na sobie melonik, prawda? – I, nie czekając na odpowiedź, dorzucił: – To on, prawda? Wiesz, gdzie mieszka, czy mamy szukać na oślep?
Tyle że Crouch Senior nie rozumiał odruchów synowskiego serca. Dlatego też jego odpowiedź nie była ani pospieszna (choć przecież czas się kurczył, kurczył niemiłosiernie), ani satysfakcjonująca.
– Usiądź – powiedział cicho po chwili zastanowienia. – Usiądź i powiedz mi, o czym od dłuższego czasu Gerard z tym… Marcusem krzyczą do siebie w kuchni.
***
W chwili, gdy tak brutalnie podeptał jej uczucia, Ceri zrozumiała, jak bardzo kochała swojego brata.
Szkoda, że dla nich obojga było już zdecydowanie za późno.
Świat Nie-Krainy-Elfów gardził szczęśliwymi zakończeniami.
***
Nie do końca rozumiał, jakim cudem zasnął tamtej nocy.
Po rozmowie z ojcem udał się wprost do pokoju Ceri. Drzwi zastał zamknięte; mimo usilnych próśb nie udało mu się nakłonić jej, by otworzyła. Choć może jego prośby nie były aż tak usilne? Sam nie do końca wiedział, co mógłby jej powiedzieć, gdyby stanął z nią twarzą w twarz. Przepraszanie, gdy nie patrzyło się jej w oczy, było w miarę proste. Nie było widać, że blefuje – bo wcale nie żałował tego, co się stało. Już nie.
Gdy wrócił do siebie, przez dłuższy czas nie mógł przestać myśleć o wszystkim, czego się tego dnia dowiedział. Trudno było mu pojąć, że dziewczyna, o której wciąż wszyscy mówili, była jego siostrą, że chłopak, przez którego – tego był już niemal pewien – zaginęła, był chłopakiem jego siostry, że… Prawda przytłaczała go. Nigdy wcześniej nie czuł się tak źle jak tego dnia. Coś w nim pragnęło, by taki dzień się nie powtórzył już nigdy przenigdy – i, drogi czytelniku, była to nadzieja płonna. Dzień, w którym złapali jego syna…
Ale do tego dnia było jeszcze daleko. Na razie Bartemiusz Crouch jeszcze Junior jednak zasnął – by obudzić się w kilka godzin później całkowicie i niewyobrażalnie wręcz (zważając na okoliczności) wypoczętym.
Bez pośpiechu wykonał poranną toaletę, bez pośpiechu również ruszył w końcu na spotkanie z rodziną. Czuł się dziwnie lekko, beztrosko. Dopiero widok Wilkesa uświadomił mu, że tej nocy coś bezpowrotnie w nim umarło. Po raz pierwszy bowiem spojrzał na niego i ani mililitr nienawiści nie zagościł w jego sercu.
Bartemiusz obudził się całkowicie pusty w środku.
– Myślałeś o tym, o czym wczoraj rozmawialiśmy? – Żadnego cześć, żadnego jak się spało. Wilkes od razu przeszedł do rzeczy. – Wiem, że rozmawiałeś z szanownym teściem. Dowiedziałeś się może czegoś?
– Mógłbym najpierw zjeść śniadanie? – spytał.
Jego absurdalna zachcianka wytrąciła Marcusa z rytmu.
– Że co? – wypalił, nim zdążył zastanowić się, co mówi.
– Mamy porę śniadaniową.
Tym oto sposobem – po serii pełnych niezrozumienia min Wilkesa – obydwaj ponownie znaleźli się w kuchni. Tam zaś działo się trochę lepiej niż dnia poprzedniego. Kuchnia bowiem była pusta, tak więc i nie było komu się w niej wykłócać.
– Zjesz ze mną? – Jako że Barty połową siebie znajdował się w lodówce, w dodatku tą połową odpowiedzialną za mówienie, słabo go było słychać. – Jest tylko dżem. I dżem.
Wilkes, wciąż tkwiąc w stanie względnego niezrozumienia, początkowo nie mógł się zdobyć na odpowiedź. Do głowy bowiem nie przychodziło mu nic wystarczająco mocnego, by wyrwać Bartemiusza ze stanu tej cudacznej błogości. Odzywanie się zaś bez osiągnięcia tego efektu zdawało się nie mieć sensu.
W końcu jednak – wymyślił:
– Uważam, że powinniśmy tam pójść i ostatecznie rozwiązać tę sprawę.
Barty z wrażenia uderzył głową w półkę z dżemem.
– Że co? – powiedział, wychylając się zza drzwiczek lodówki i masując obolałe miejsce. – Co rozumiesz pod słowem my? Albo rozwiązać?
– Sprawdzimy gnojka osobiście. Ty i ja.
Lekkość bytu bartemiuszowego uleciała w niebyt. Dziwna pustka pozostawała na swoim miejscu. O ile można mówić, że coś, co z założenia jest zaprzeczeniem istnienia, istnieje w konkretnym miejscu.
– Chyba nie mówisz poważnie – Barty uderzył w ton urzędniczy. – Powinniśmy zawiadomić odpowiednie organa. Wrócę do Londynu i wszystkim się zajmę.
Coś w jego głosie kazało wierzyć w to, że decyzja ta jest ostateczna. Jednak Wilkes postanowił temu czemuś nie ufać. Nie, kiedy chodziło o wyeliminowanie ostatniej przeszkody na drodze do zdobycia jego odparomiesięcznego kaprysu – Ceri.
– Organa uznają, że dowody są niedostateczne. Słyszałeś, co mówił wczoraj twój brat? Pójdą tą samą…
– To nie jest mój brat – przerwał mu brutalnie.
W szufladzie myśli młodego Croucha mojego ojca błyskawicznie wręcz zastąpił nie-mój brat.
Wilkes milczał przez moment.
– Co nie zmienia faktu – podjął w końcu wątek przerwany – że organa, jak je ładnie nazwałeś, potrzebują lepszych dowodów.
– Same powinny je sobie znaleźć.
Jako że Bartemiusz wykazał wolę powrotu do dżemu, trzeba było zastosować broń ostateczną:
– Chyba nie tchórzysz, co?
Nawet nie wyobrażacie sobie, jak Wilkes miał tego żałować jeszcze przez wiele lat.

Część Siedemnasta. Logicznie i nielogicznie.

Część Piętnasta. Małżeństwo twojej siostry.

Kwiaty zawsze pozostawały poza strefą zainteresowania młodego Bartemiusza Croucha. Deptał je nieustannie, lecz nie było w tym nienawiści, tylko zwykła obojętność. I choć nie uważał się za masowego mordercę, gdyby miał okazję, nie ominąłby takiej roślinki ze zdwojoną ostrożnością, a zniszczyłby ją, bo przecież zawsze się spieszył.
Zawsze.
Tym razem, choć przecież nie musiał biec do pracy, z bezwzględną beznamiętnością wgniótł w ziemię czerwone paskudztwo, które wprawdzie zauważył, ale i tak nie znał jego nazwy.
– Uważaj. – Marcus uśmiechnął się pobłażliwie. – Niszczysz siostruni ogródek.
Bartemiusz zatrzymał się, wyraźnie wybity z rytmu spaceru. Jaki ogródek? Te parę chwastów, kilka nieprzystrzyżonych drzewek, jakiś krzak z podejrzanymi owocami?
– Sądziłem, że chcesz rozmawiać o czymś poważniejszym niż dobro roślinek – odpowiedział. Pchany jakąś dziwną siłą, schylił się i podniósł z ziemi to, co przed chwilą zniszczył. – O ile to można nazwać roślinką.
Parsknął śmiechem. Nie rozumiał do końca dlaczego to robi – zwykle nie zachowywał się tak w stosunku do obcych ludzi. Ba! On nie zachowywał się tak w stosunku do nikogo. Był miłym, kulturalnym panem w garniturze, panem, który niedawno skończył trzydzieści lat i nie w głowie mu dziecięce zaczepki. Nie chciał wchodzić w słowne potyczki z tym… Wilkesem, nie chciał zgrywać kogoś, kim nigdy nie był.
Wiedział jedno – nigdy wcześniej tak bardzo nie chciał komuś przyłożyć.
– Przed chwilą było to pięknym kwiatem, owocem długotrwałego wysiłku mojej ukochanej, panie Crouch. – Nienaganna angielszczyzna Marcusa drażniła jego uszy. Chętnie starłby mu uśmiech z tej zakłamanej twarzyczki, wybił zęby, wyrwał język. – W tej rodzinie niczego się nie szanuje.
Naprawdę starał się nie reagować na jego zaczepki.
– Już sam cyrk związany z fałszywym pogrzebem. Mało to takich na świecie? Ale nie, trzeba zrobić z tego wielką uroczystość, zamiast wystawić symboliczny krzyżyk w piwnicy. Jakby charłak zasługiwał na godny pochówek!
– Ceri…
– Ceri to wciąż mała, głupia dziewczynka. Powołując ją za autorytet, tylko potwierdza się, jak nisko upadła familia Crouchów.
Nie mógł nie przyznać mu racji. Jakkolwiek nie kochałby swojej siostry, wiedział, że nie grzeszy ona rozumem sprawniejszym niż wysoce rozwiniętego pięciolatka. Smutne, ale prawdziwe. Czasem zastanawiał się, jakim cudem skończyła Hogwart, ale…
– Barty, porozmawiajmy poważnie.
Spojrzał w przerażające oczy Wilkesa i choć nie był tchórzliwym człowiekiem, zadrżał. Gdyby mógł kiedyś ujrzeć twarz dementora, z pewnością miałyby na niej swoje miejsce dwa identyczne punkciki – żadne inne nie pasowałyby równie dobrze. I może to był klucz do zrozumienia tego strachu, który zawładnął jego sercem, strachu, który wzmacniał przekonanie, że może naprawdę nie dożyć jutra.
Porozmawiajmy poważnie, psiakrew.
– Jesteś jedyną rozsądną osobą w tym domu wariatów – zaczął od komplementu. Kiedy Wilkes zaczyna od komplementu, może być już tylko gorzej. – Musisz rozumieć, w jakiej sytuacji się znalazłem.
Prawdę mówiąc, nie rozumiał, ale już mu się to nie podobało.
– Nie będzie przesadą, jeśli powiem, że mógłbym mieć każdą kobietę na Wyspach. Każdą. – Pozwolił sobie na ciche westchnięcie, tak niepasujące do jego wizerunku. – A sam przyznasz, że nietrudno byłoby mi znaleźć ładniejszą, mądrzejszą i bogatszą od twojej siostry.
– Jeśli szukamy ideału podobnego do setek innych… – zaczął. Nie mógł pozwolić, żeby jakiś Marcus obrażał Ceri.
– Myślisz, że ona jest jedyna w swoim rodzaju? Każda wiejska dziewczynka, córeczka głupiutkiego Gryfona i ślicznej Puchoneczki wygląda tak samo – parsknął śmiechem. – Ale widocznie takie mi się podobają.
Powoli tracił nad sobą panowanie i tylko strach powstrzymywał go przez ręcznym wymierzeniem sprawiedliwości. Narzeczony jego siostry właśnie ją znieważał – i robił to z godną pogardy obojętnością, jakiej nie powstydziłby się żaden z największych skurwysynów tego świata. W dodatku robił to chwilę po tym, jak stawał w obronie marnego ogródka i jego honoru. Tak jakby byle kwiatek był ważniejszy od człowieka.
– Do rzeczy – warknął, nieudolnie próbując zatuszować swoją złość.
– Prawda boli, braciszku. – Poklepał go po plecach przyjacielskim gestem. – Ale może dzięki temu zrozumiesz, w jak wielkim niebezpieczeństwie jest małżeństwo twojej siostry.
***
To cud, że przeżył tamtą rozmowę.
Kiedy Wilkes wspomniał o zagrożonym małżeństwie, o mało nie wyzionął ducha ze strachu. Jedyną bowiem rzeczą, która przerażała go w Marcusie bardziej niż jego oczy, były jego słowa.
Coś niezwykle ciężkiego ciągnęło go w dół z siłą, której nie mógł się oprzeć. Otwierały się przed nim wymiary, z istnienia których do tej pory nie zdawał sobie sprawy. Momentalnie przypomniał sobie wszystkie skuteczne sposoby uśmiercania, jakie profesor Binns przedstawiał im przy okazji kolejnych powstań goblinów. Spocił się tak, jakby przebiegł przed chwilą parę mil – a nie stał jak głupi z wyciągniętą przed siebie pozostałością czerwonego kwiatka.
Kiedy później o tym myślał – a raczej starał się myśleć, bo Ceri próbowała mu w tym przeszkodzić – zdał sobie sprawę z tego, że o mało ich nie wydał.
Dlatego teraz zamiast dotyk delikatnej jak mgiełka skóry panny Crouch, odnosił wrażenie, że wciąż ściska dłoń Wilkesa na znak zawartej umowy – umowy, która miała ich uratować i która miała ich zgubić. W głowie odbijały mu się wciąż słowa przyszłego, nie bójmy się tego określenia!, szwagra. O tym, że Gerard z tatusiem chcą zgubić jego miłość; o tym, że nie wie, czy na pewno zgodzą się na jego ślub; o tym…
– Ceri…
A ona wciąż była taka niepoważna! Patrzyła na niego tymi swoimi przeklętymi, orzechowymi oczami, wyraźnie zdziwiona, że ją od siebie odtrąca. Nie rozumiała powagi sytuacji. Nie chciała czy nie potrafiła? Nieważne.
– Mogę cię o coś spytać?
On też nie wiedział do końca, dlaczego woli zamęczać ją bezsensownymi przesłuchaniami, zamiast po prostu żyć czasem, który im został. Bo przecież nie ulegało wątpliwości, że dni kurczyły się coraz szybciej, a on niedługo musiał wrócić do pracy. Ten przymusowy urlop już był za długi. Zaczynało brakować mu tlenu, wszystko zamiast bawić – nudziło go, nawet Ceri z każdą minutą wydawała się coraz bardziej taka, jaką opisał ją Wilkes. Zwyczajna.
– Jasne, Bartemiuszku.
Odsunął ją na odległość o tyle bezpieczną, co nie budzącą żadnych podejrzeń ani ze strony ewentualnych obserwatorów, ani samej Ceri, która przecież była wystarczająco spostrzegawcza, by zauważyć ewentualne zaburzenia odległości i niepewność, która nim zawładnęła.
– Spytam cię teraz o coś bardzo, bardzo ważnego – powiedział spokojnie, wyraźnie akcentując słowo bardzo. – Masz być ze mną szczera, rozumiesz?
– Aha – przytaknęła, co przyjął z ulgą. Przez moment bał się bowiem świętego oburzenia pod tytułem A czy ja nie byłam kiedyś z tobą szczera?.
– Czy gdybym… Czy gdybym zabronił ci wyjść za Wilkesa, posłuchałabyś mnie?
Nastała chwila nabożnego milczenia, pełnego wzniosłych myśli i genialnych idei. Wszystkie one krążyły w nieprzystojnym, szaleńczym tańcu dookoła pokoju – tańcu, który bardziej przypominał ostatnie podrygi martwego stworzenia niż narodziny czegoś wielkiego.
I tak w istocie było. Odpowiedź, która padła, nie niosła ze sobą bowiem ani powiewu świeżości, ani zaskoczenia.
– Tak.
***
Niektóre dnie wcale nie chcą się kończyć. Kiedy zbliża się ich kres – najczęściej upragniony przez zdecydowaną większość społeczeństwa – zamiast odejść z godnością i pozostawić swój los w rękach niepewnej przeszłości, walczą z całych sił o możliwość trwania choć odrobinę dłużej. Mimo iż wiedzą, że czeka je ten sam los, co miliard ich poprzedników, nie potrafią się z nim pogodzić. Bluźnią na swego dobrodzieja – Przeznaczenie, przeklinają obłudny Czas i bezczeszczą zapadający Mrok, żałosnymi błaganiami o więcej, więcej, zawsze więcej.
Bartemiusz nigdy nie należał do osób z gatunku tych, które z głową w pętli jeszcze zdolne są do ostatnich aktów bezmyślnej przemocy (zwanej desperacją), lecz doskonale rozumiał tamten dzień. Jego życie również przeciekało mu przez palce – i choć do niedawna w ogóle tego nie zauważał, odzyskana świadomość ciążyła mu niewiarygodnie. Zbyt dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że marnuje to, co mu dano – zbyt dobrze, by odczuwać spokój związany ze słońcem zachodzącym za horyzont.
I choć z szafy prawdopodobnie nie miał zamiaru wyskoczyć mu jakiś wampir, Bartemiusz bał się.
Siedząc w kuchni nad kubkiem gorącego kakao (w końcu wieczory wciąż były chłodne), próbował podjąć ostateczną decyzję. Nie było to tak proste, jak do tej pory sądził. Bo, i owszem, był przekonany, co do tego, że powinien wrócić do Londynu z samego rana, ale nijak nie potrafił osądzić, czy lepiej będzie, gdy wróci sam, czy gdy wróci z kimś.
Gdzieś w okolicy kręcił się podekscytowany Gerard, który chyba próbował mu coś wytłumaczyć.
– Ojciec wyraźnie coś przed nami ukrywał – mamrotał, choć przecież pewnie chciał być usłyszany. – Nie było was wtedy i nie obchodzi mnie, w jakie parszywe pakty wchodziliście, ale jesteś skazany na to, by wierzyć mi na słowo. Ojciec coś przed nami ukrywał i chyba wiem dlaczego. Gdyby spróbować go podejść, kiedy nie będzie przy nim Ceri…
Gerard mówił tak już od dłuższego czasu i, jeśli mamy być ze sobą szczerzy, Bartemiusz nadal niespecjalnie wiedział, o co mu chodzi. Może sprawiał to fakt, że wcale go nie słuchał, pogrążony w swoich własnych rozmyślaniach – o wiele ważniejszych niż jakieś tam sekrety poczciwego staruszka. Jego bratu zresztą wyraźnie odpowiadał brak jakichkolwiek reakcji ze strony słuchacza. Inaczej przestałby, prawda?
– Myślisz, że dałoby się to jakoś załatwić? – a jednak kontynuował dziarsko, nie tracąc ani odrobiny ze swojego entuzjazmu. – Wiesz, źle cię oceniłem. Masz na nią dobry wpływ. Wyszła wtedy z tobą bez mrugnięcia okiem, nawet Wilkes nie protestował. Gdybyś spróbował tej sztuczki jeszcze raz, co?
Niespodziewanie przed oczami Bartemiusza pojawiła się uśmiechnięta głowa jego brata.
Powiedzieć, że o mało nie dostał zawału, to powiedzieć nic.
– Co? – spytał napastliwie, nie za bardzo rozumiejąc otaczający go świat.
Spojrzał wprost w brązowe oczy Gerarda i ujrzał tam to, czego tamten dzień i tak posiadał zbyt wiele. Determinację. A ta w połączeniu z jasno sprecyzowanym, acz trudnym do osiągnięcia celem nie wróciła nic dobrego.
– Zabierzesz ją na spacer – odpowiedział; zupełnie nie przejął się postawą brata.
Bartemiusz za to przejął się do głębi – na tyle, by bezczelnie zapytać:
– Że niby teraz?,
nie starając się nawet ukryć swojego oburzenia.
Nie było w nim zresztą nic zdrożnego. Dawno bowiem zapadł mrok i wysyłanie małych dziewczynek w ciemny las nie było zbyt rozsądnym posunięciem. Nawet, a w zasadzie zwłaszcza, w takiej obstawie. Młody Crouch aż za dobrze zdawał sobie z tego sprawę.
Poza tym nadal nie wiedział, co ma jej powiedzieć. Podejrzewał, że nawet rano nie będzie mu to dane. Myślał nad tym już od godziny – i co, ma tak nagle znaleźć właściwe słowa? Niedoczekanie.
– Spokojnie. – Gerard odsunął się od niego nieznacznie. Najwidoczniej wreszcie zauważył, że jego rozmówca nie jest w tak dobrym nastroju, jak on sam. – Poczekamy do rana.
Potrzebował paru sekund, by zebrać się w sobie i powiedzieć nie. Paru marnych sekund! Widocznie jednak Los i tego postanowił mu odmówić – bowiem gdy tylko Tinkinswood skończył mówić, drzwi do kuchni zamknęły się z hukiem.
Instynktownie odwrócił głowę.
To nie przeciąg uratował Bartemiusza przed krępującą odpowiedzią. To nie rozszalały niedźwiedź grizzli, który postanowił zrobić sobie kanapki z dżemem, choć to już dość bliskie skojarzenie. Nie była to również słodka Ceri, która przecież miała już spać.
Oparty o zamknięte drzwi stał Marcus. Zupełnie nie przejmował się zamieszaniem, które wprowadził – ludzie tacy jak on mają zwykle za nic kłopoty innych. Pozwolił sobie nawet skomplikować sprawę jeszcze bardziej, z kpiarskim uśmiechem mówiąc:
– Zgadnijcie, czego się dowiedziałem.
Nie zgadliby nawet przy stu szansach.

Część Piętnasta. Małżeństwo twojej siostry.