10.

Znałam kilku Constantine’ów Nottów, lepszych czy gorszych, bo życie nie szczędziło mu ani twarzy do odegrania, ani niespodziewanych zwrotów akcji. Z nas wszystkich, z tych, którzy przetrwali i wciąż jakimś cudem trzymają się kurczowo swojego istnienia, to Nott stracił najwięcej i kiedyś wydawało mu się nawet, że przy tym i najwięcej zyskał. Kiedyś był szczęśliwy. Kiedyś dzięki zręcznym i upadlającym kłamstwom Malfoya wyszedł z Azkabanu, magiczna sztuczka, która nie udaje się wielu, kiedyś wrócił do kobiety, którą kochał, i do przyjaciół, którzy jeszcze żyli. Tak trudno teraz w to uwierzyć, w szczęśliwego Notta, w Notta, którego nie złamały i nie zwyciężyły tygodnie wśród dementorów, Notta, który z krzywym uśmiechem na wygłodzonej twarzy przywitał mnie tamtego dnia w swojej kuchni.
Leah, coś ty mu najlepszego zrobiła?
Wiem, że parę ulic dalej czeka na mnie właśnie Constantine Nott, jego najnowsza i ostateczna wersja. Wiem, że kiedy w końcu otworzę oczy, przywołana przez obojętny głos jakiegoś podrzędnego urzędnika, kiedy razem z panią Wilkes wrócę do rzeczywistości, już tylko Nott będzie na mnie czekał. Ale czy mogę liczyć na pomoc człowieka, który nie potrafi pomóc samemu sobie?
Myślę teraz o Notcie tamtego dnia, kiedy wypuszczono go z Azkabanu, myślę o tym, co musiał przeżyć zamknięty przez tyle czasu z bestiami, które żywią się szczęściem i radością, myślę o rozpaczy, którą wtedy poznał, tej najgorszej, pozbawionej nadziei i nawet w tym momencie nie wydaje mi się on równie zniszczony, pusty, pokonany, jak teraz, kiedy choroba Leah wysysa z niego życie kropelka po kropelce, kiedy w pełni włada nim myśl o tym, że z nią już nigdy nie będzie dobrze i że jedyne, co mu pozostaje, to pilnować jej przed tym, co mogłaby zrobić samej sobie.
To były moje szczęśliwe lata, Nott, to moja tęsknota za tym, co już było, ale nawet w tym koszmarnym dniu nie potrafię zapomnieć o tym, że być może to, co spotkało Rosiera, było o wiele bardziej miłosierne, że może żegnanie go na zawsze jest łatwiejsze, niż wpatrywanie się w jego pustą, pozbawioną uczuć i wspomnień twarz.
Leah, Leah, Leah.
Ta część historii dotyczy Notta i Notta wyłącznie – mówi o jego cierpieniu i niespodziewanym powrocie, a ja mimo to nie potrafię nie myśleć o tobie. Jesteś moją obsesją, Leah, w równym stopniu co jego. Jesteś obsesją nas wszystkich.
Bo czy istnieje jeszcze Nott bez Leah?
Mówię sobie, że Constantine Nott jest moim przyjacielem, że wiele wspólnie przeszliśmy i że mimo wszystko zawsze będziemy się już wspierać, ale sama w to nie wierzę. On przecież nigdy nie był dla mnie niczym więcej niż naroślą na ramieniu Leah, niż jej cieniem i jej wiernym posługaczem. Tak jakby pokochawszy ją na zawsze oddał jej we władanie całego siebie, nie tylko w tym zwykłym, wyświechtanym przez poetów sensie, w którym my wszyscy oddajemy siebie miłości i obowiązkom; nie, Nott zdawał się pójść o krok dalej, naprawdę zrzec się prawa do bycia człowiekiem, prawa do bycia bez-Leah, do samostanowienia. Tamtego dnia jeszcze tego nie wiedziałam, znałam go tylko jako swojego nadgorliwego i irytującego nauczyciela, który ex machina trafił do więzienia i wyszedł z niego o połowę chudszy i zdecydowanie brudniejszy. Nie mogłam przypuszczać, że pustka w jego oczach i stracone kilogramy to efekt odstawienia Leah, jego najdroższego, najsilniejszego narkotyku, jego powietrza, jego powodu do trwania. Chciałabym móc powiedzieć, że Rosier kochał mnie tak, jak Nott kocha Leah – ale jeśli mam być szczera, wydaje mi się, że nikt inny nikogo tak nie kochał, nie kocha i nie pokocha, że dwie takie miłości rozsadziłyby świat od środka, że przyroda nie zniosłaby takiego zachwiania równowagi.
– Cholera jasna, Rosier, w celi miałem czyściej! – Najpierw go usłyszałam, a potem zobaczyłam, zgarbionego, z wielkim trudem otwierającego drzwi do własnej kuchni, takiego małego i ledwie istniejącego, cień człowieka, którym znałam go wcześniej. – Arbanddel. Powiedziałbym, że cieszę się na twój widok, ale szczerze mówiąc, nie mógłbym na to mieć bardziej wyjebane.
Ani jego strój, ani sposób mówienia nie pasował do Constantine’a Notta, którego znałam – bo każdy jeden Nott, który przewinął się przez moje życie, miał swoje nawyki i swoje atrybuty, i gdyby nie wspólne ciało naprawdę trudno byłoby ich ze sobą połączyć. Patrzyłam na niego jak zahipnotyzowana i do dzisiaj pamiętam, jak zdziwiona byłam tym, co miałam przed oczami. Tym, kogo miałam przed oczami.
– A jej co zrobiłeś, sukinsynie? Wyrwałeś jej język, bo za dużo mówiła?
– Arbanddel już wychodzi.
– Dobra już, dobra, nie przesadzaj z tą czułością, bo się zawstydzę. Naprawdę, Rosier, tak ci z mordy patrzy, jakby to ciebie do snu utulał oddech dementorów.
Nie mogłam spojrzeć na Evana.
Ani wtedy, ani parę tygodni później, gdy zimnym, grudniowym popołudniem po raz pierwszy i ostatni dane mi było stanąć u progu Malfoy Manor. Brakowało mi uszczypliwości Notta i jego zmęczonej Azkabanem duszy, która od tamtego dnia regularnie widywałam w co drugą sobotę o trzeciej trzydzieści po południu; one przynajmniej dawały punkt zaczepienia dla moich myśli i pozwalały zapomnieć o tym, udawać nieświadomość tego, że Rosier i jego twarz mnie przerażają.
Malfoy Manor wyglądało pięknie w śnieżnej aranżacji.
To zabawne, że tyle lat później wciąż potrafię w głowie bez wahania odtworzyć jego architekturę. Może widoki nie były tak skuteczne, jak cudna, żywa, pełna oddechów i niestałości istota, ale wciąż stanowiły alternatywę na tyle kuszącą, że chyba już na zawsze odciśniętą w mojej pamięci.
Widzę więc marmurowe posadzki i kryształowe żyrandole, majestatyczne, dębowe schody dla mnie prowadzące donikąd, oszronione okna pełne bruzd lat, korytarze bez końca i bez początku, zawsze takie same, pełne białych wazonów z białymi różami i liliami, nigdy nie narcyzami, unikających wytartych skojarzeń czy krzyczących: nigdy nie będzie tu dla niej miejsca? I obrazy, wszędzie obrazy szczurów w ulizanych perukach, martwych za życia i żywych po śmierci, zza każdego zaułka, zasłony, przez każdą niezaklejoną dziurkę od klucza łypiących na mnie ślepym okiem, zazdrosnych o to, że mnie się udało, że nigdy nie byłam i nie będę częścią ich tragedii i nieświadomych tego, ze jak każdy człowiek, mam przecież własną.
Straszliwie martwe, zimne i nieprzyjazne było to piękno.
Każda idealnie smukła kolumna boleśnie przypominała o tym, że znajdowałam się w miejscu, w którym nikt nigdy niczego nie pragnął. Nawet oranżerii skąpanej w czystym, grudniowym słońcu bliżej było do lamentu wdów i sierot, których te mury widziały aż nadto, niż do radości weselnej fety. Ja potrzebowałam sojusznika, uśmiechu, przyjemnego dotyku znajomej dłoni; Malfoy Manor oferowało jedynie – i aż – piękno dawno utraconego ideału.
Czy naprawdę było to o tyle lepsze od jego twarzy?
Tyle zmarnowanego przez strach czasu, którego już nie odzyskam. Tyle wspomnień straconych na Malfoy Manor.
Cyzia wyglądała okropnie. Matki zawsze mówią o blasku, który otacza panny młode. Ja nie zdążyłam go zaznać – i wiem, że nigdy nie będzie już mój, ale ona, ona przeżyła dzień swojego ślubu i pewnie przeżywała go raz po raz, leżąc nocami w zimnym łóżku i patrząc w baldachim, raz po raz, i za każdym razem był on równie ciemny i straszny, i obcy, i pozbawiony nie tylko blasku, lecz także światła jako takiego. W oczach Cyzi widziałam tylko bezgwiezdną noc. A przecież to wszystko to miął być dopiero początek.
Byłam przygotowana na dźwięk na pół przełamanego serca; ale kiedy w końcu wydusiła z siebie ciche Tak, setki szczęśliwych jej nieszczęściem rąk rozpoczęły triumfalną pieśń, której nie zagłuszyłby nawet koniec otaczającego je świata. Oglądanie jej takiej zniszczonej, wciągniętej w ramiona Malfoya wbrew wszystkiemu, czego chciała, co kochała, w co wierzyła, nieskażonej nawet cieniem uprzejmego uśmiechu, takiej… pustej w środku zabiło coś i we mnie.
Chyba płakałam.
Wzdrygam się mimowolnie i na chwilę otwieram oczy. Matka Wilkesa patrzy na mnie ze zrozumieniem, chociaż ja przecież nie rozumiem samej siebie. To nie wspomnienie Cyzi idącej na pewna śmierć wszystkich swoich marzeń sprawia, że dreszcz przeszywa całe moje ciało. To nie jej nieszczęście staje mi w gardle krztuszącą kulą i nie pozwala skupić słów, myśli, wrażeń. Malfoy Manor miało rację. Każdy ma swoją własną tragedię.
Wciąż nie potrafię myśleć o dniach, w których było dobrze. Wciąż, jakbym mówiła o długich latach, a przynajmniej miesiącach, które dały mi dość czasu, by przyzwyczaić się do mojego nigdy nie. Czy w ciągu tych kilku dni naprawdę mogłabym…
Nie potrafię myśleć o dniach, w których było dobrze. Boję się, że już nigdy nie będę potrafiła. Kręcę się, owijam złymi wspomnieniami, kłamstwami, sprzeczkami, sercem rozpadającym się na milion kawałeczków, przypominam sobie wszystko, co bolało, co czyniło nas tym, czym przeciecz przez długi czas byliśmy – nieporozumieniem, szaleństwem, pomyłką, walką, burzą, rozpadem, dwójką ludzi, którzy uparli się, by przy sobie trwać, chociaż nie znali nic poza wzajemną krzywdą.
Chyba płakałam. Musiałam płakać, chociaż tego nie pamiętam, bo nawet nie zauważyłam, kiedy Evan mnie objął i przyciągnął do siebie ostrożnie, powoli, żeby nie zwrócić na siebie niczyjej uwagi.
– Wszystko się ułoży.
I wszystko się układało. Te krótkie trzy słowa, w połączeniu z ciepłem jego ciała i jego ust na mojej skroni, to było wszystko, co mogło się ułożyć, ale i wszystko, czego mogłabym chcieć, wtedy, teraz, zawsze. Rosier nigdy nie był fanem wielkich gestowi, skąpił mi ich z uporem prawdziwego goblina, gotowego bronić ostatniej sztuki złota do ostatniego włosa na swoim krzywym nosie, dlatego właśnie może miały nade mną taką władzę i taką moc.
Minęło sześć miesięcy, nim w końcu odważyłam się porozmawiać z Cyzią. Sześć długich miesięcy, w trakcie których chowałam się za wspomnieniem jego ramion i udawałam, że w nocy, gdy Virginia dawno już zasnęła, razem z całym Hufflepuffem, lepszym czy gorszym, razem z pająkami, skrzatami, centaurami w Zakazanym Lesie, że w nocy nie słyszę jej cichego płaczu.
Ale pomiędzy mną z tamtego zimnego, grudniowego dnia a mną za sześć miesięcy była jeszcze przepaść innych mnie i innych Cyzi, i innych Rosierow, przepaść, której dzisiaj już nie potrafię wytłumaczyć, bo przecież nie zdarzyło się nic wartego naszej uwagi, nic specjalnego, a mimo to sześć miesięcy później byłam już innym człowiekiem i Rosier był innym człowiekiem, a Cyzia…
Malfoy zniszczył ją w jednym Tak i w jednym nieszczerym, małżeńskim pocałunku. W pół roku po Cyzi nie było już śladu.
Nigdy nie ukrywałam, że nie znosiłam Malfoya; nikt tego nie ukrywał. Ani Rosier, ani Wilkes, ani Nott, ani bracia Yaxley, ani Snape, ani nikt inny. W Malfoyu było coś, czego zadane z nas nie rozumiało – paląca potrzeba znaczenia. W moim świecie, a raczej w świecie mojego ojca, nie było ludzi, którzy niczego nie znaczyli. Czasem, oczywiście, przykuwali czyjąś uwagę, ale tylko na ułamek sekundy, mrugniecie znużoną całą resztą powieką, a potem znikali bez słowa, odrzuceni w kąt jak zepsuta zabawka, takie to było banalne i porównanie, i życie. Malfoy chciał znaczyć i Cyzia mu na to pozwoliła, podpisując swoją krwią jego pieniądze bez znaczenia, i tamten dzień był triumfem jego życia.
Ale nawet teraz, w dniu, w którym stoję, gdzie stoję dzięki Malfoyowi i jego przebiegłości szczura, zbyt cwanego, by umrzeć u boku swoich przyjaciół, zbyt tchórzliwego, by bronić ich do ostatniego oddechu, zamiast tego zajmując się obroną ich wdów i sierot, nawet teraz nie potrafię mu wybaczyć tego, że wszystkie jego marzenia stały się rzeczywistością.
Może to zazdrość. Malfoy miał, ma wszystko; żonę, rodzinę, dziecko, świat, przyszłość. Ja…
Ceremonia skończyła się, obiad też, bo wszystko kiedyś jakoś się kończy, a ja zgubiłam Rosiera, jak zawsze, zakręcił się gdzieś przy Wilkesie i rozpłynął się, zmienił się w mgłę, zniknął, nie było go nigdzie, ani przy stołach z jedzeniem, ani przy tańczących w sali balowej, ani w ogrodzie, ani przy mnie. A ja musiałam już wyjść; z braku Rosiera wracały i łzy, i ból głowy, i wrażenie, że uczestniczymy w czyjejś ofierze, że razem z Malfoyem dokonujemy zbrodni na niewinnym. Potrzebowałam powietrza, innego powietrza, z daleka od przedstawienia, którego byłam częścią.
Skołowana zamieszaniem wokół mnie, tańcem, alkoholem, sztucznym śmiechem, kręciłam się w kółko z tego samego pokoju do tego samego pokoju i nie byłam pewna tego, czy kiedykolwiek jeszcze go znajdę, czy znajdę sama siebie, a już z pewnością nie spodziewałam się tego, w jakim znajdę go stanie.
Przypadkiem skręciłam w nie to lewo, w które powinnam, i prawie zderzyłam się z plecami Wilkesa, tak szybko wyrośli oni spod ziemi, tacy duzi chłopcy, a brali się przecież znikąd i z niczego. Ten mnie nie zauważył, zbyt zajęty odciąganiem Rosiera, który chyba nie zauważał jego, a przynajmniej za nic miał jego wysiłki. A cały ten szalony łańcuch zaczynał się i kończył na Lucjuszu Malfoyu, poły którego szaty Evan ściskał w swoich dłoniach, przyciskając go do ściany, chociaż wyglądało na to, że to wcale nie był początek, może nawet nie koniec, bardziej interludium, krew spływająca z ust Malfoya była tego najlepszym dowodem.
– Wycedź jeszcze jedno słowo z tej swojej kurewskiej gęby i…
– Evan!
Spojrzał na mnie, wciekły, a ja momentalnie przypomniałam sobie o strachu i wątpliwościach, i o tym, jakim naprawdę człowiekiem był Evan Rosier, nie, nie przy mnie, Evan nigdy nie nauczył się być przy mnie sobą, razem byliśmy tylko grą i pozorem, ucieczką może, ucieczką od tego, czego baliśmy się w samych sobie. Prawie nie poznałam jego oczu, chociaż znałam na pamięć każde włókno tego błękitu, każdy sposób, w jaki odbijało się od nich światło.
Malfoy wykorzystał tę okazję do tego, by go od siebie odepchnąć. W niczym mu to jednak nie pomogło, ten mały bunt, ta demonstracja; Rosier zareagował instynktownie, jak Wilkes próbował go potem wytłumaczyć, chociaż zawsze ciężko mi było uwierzyć, że nieestetyczna miazga, w którą przemienił się nos Lucjusza, nie sprawiła mu satysfakcji.
Szukalam pomocy w Wilkesie, który wciąż próbował rozdzielić tych dwóch. Jeśli nie ja, to on, jeśli nie on, to kto? Czy był na tym świecie jeszcze człowiek zdolny zatrzymać Rosiera, który coś sobie wymarzył, wymyślił, zaplanował? Ale zanim którekolwiek z nas zdołało coś zdziałać i zmienić, i stać się cichym bohaterem, i uratować całą sytuację, Evan westchnął ciężko i wyrzucił z siebie krótkie:
– Ani mi się, kurwa, waż.
Pamiętam jego ręce, obryzgane krwią, zaciskające się na moim przedramieniu, pamiętam nieme przepraszam w oczach Wilkesa i moje nieme o co w tym chodzi?. Jednak nawet gdy już wychodziliśmy z Malfoy Manor, gdy opuszczaliśmy to przeklęte miejsce, jedyną odpowiedzią, jaką dostałam, było:
– A jak myślisz?
Wygląda na to, że zimą zawsze piszę BSa. Zdarza się.
Dla wszystkich, którzy lubią dobry strzał w mordę.
Advertisements

06.

Nie wiem, ile czasu zajęło Wilkesowi przekonanie Rosiera, że cała ta scena była tylko fatalnym porozumieniem. Nie wiem, jakich argumentów użył, nie wiem, co musiał poświęcić, niczego nie wiem, bo przecież to, co działo się między nimi zawsze było jedną, wielką tajemnicą, zawsze, bo przecież Rosier sam był tajemnicą, do której nawet ja nie miałam dostępu. Wiem, że cokolwiek się stało, Evan postanowił puścić tamten incydent w niepamięć.
Nigdy nie usłyszałam ani jednego przepraszam.
Pamiętam, jak mnie to wtedy zabolało, jak bardzo chciałam wykrzyczeć mu w twarz, jakim jest łajdakiem, jak nie mogłam uwierzyć w to, że może tak po prostu udawać, że nic się nie stało. Ale pamiętam też dłoń Wilkesa na moim ramieniu, przygniatającą mnie do ziemi ciężarem rzeczywistości, ciężarem tego, że Rosier już taki jest, że złość niczego nie zmieni.
Wybaczyłam mu i bez tego przepraszam, tak jak wybaczyłam mu za każdym innym razem, bo Wilkes miał rację: musiałam pogodzić się z tym, że Rosier nie rozumiał winy i skruchy. Któregoś dnia po prostu przestało boleć, któregoś dnia sięgnęłam w końcu dna swojej wartości i uznałam, że on nie musi przepraszać. Ale nie ma co przybliżać tego momentu, nie ma się co spieszyć, to wciąż było jeszcze daleko przed nami, Rosier stopy jeszcze nie postawił w Albanii, jak mógłby z niej już dwa razy wrócić? Nie, pamięci, chcąca mnie obezwładnić natłokiem zdarzeń, nie pędźmy tak, to może Rosier nigdy nie um…
W ostatniej chwili chwytam się pani Wilkes i dopiero szorstki materiał jej sukienki pod moimi palcami pomaga mi przyciągnąć do siebie rzeczywistość, uchronić się przed nadciągająca utratą kontroli, przed utonięciem.
Ostatnie tygodnie nauczyły mnie, że ludzie toną i bez wody.
Tamtego wczesnego lata Rosier uczył mnie, jak ignorować to, co niewygodne. Był w tym mistrzem. I chociaż moje pierwsze zauroczenie nim minęło, chociaż tamta sytuacja podziałała na mnie trzeźwiąco, chociaż nasza bańka mydlana prysła – wciąż nie potrafiłam w Rosierze dostrzec żadnych wad, musiałam więc przyjąć, że jego postawa jest jedyną słuszną.
Szkoła się skończyła; dla nich na zawsze, dla mnie na parę miesięcy. Nie miałam odwagi spytać Rosiera, co dalej – nie byłam pewna, czy będę w stanie znieść jego odpowiedź. Czekałam z tym do ostatniego momentu, jak małe dziecko, które zostawia warzywa na sam koniec, licząc, że mama o nich zapomni, że zmieni zdanie. Ja też liczyłam; liczyłam na to, że Rosier sam mi to powie.
Kiedy jednak tylko wysiedliśmy z pociągu, on pocałował mnie krótko i jakby rozpłynął się w tłumie. Słowem – przeliczyłam się aż nazbyt okrutnie.
– I to by było na tyle – mruknął do siebie Wilkes. Wilkes, który choć nigdy nie stracił do Rosiera cierpliwości, nigdy też nie pochwalał jego stylu bycia. – Chodź, odprowadzę cię.
Otwieram na chwilę oczy, żeby spojrzeć na panią Wilkes. Zastanawiam się, czy ona też go słyszy, czy głos syna rozbrzmiewa w jej głowie. Patrzę na nią przez chwilę, taką drobną, taką bezbronną – Wilkes zawsze się o nią tak martwił – ale szybko uświadamiam sobie, że wciąż się o nią opieram i ogarnia mnie koszmarny wstyd zakazanego i odsuwam się od niej. Pani Wilkes odwraca się, jej oczy są tak przejmująco puste, ale próbuje się uśmiechnąć i ten uśmiech po raz pierwszy od wielu lat pozwala przyznać mi się przed samą sobą do tego, co wydarzyło się – czy raczej pomyślało się – tamtego dnia, gdy Wilkes odprowadził mnie do domu.
Londyńskie ptaki ćwierkały wykończone pośród londyńskich drzew, jak zawsze, małe istoty, którym mugolskie lampy odebrały i noc, i sen, i spokój. Wilkes mówił coś o tych ptakach, mówił do tych ptaków, a ja nie słuchałam i jego, i ćwierków, nic mnie to nie obchodziło, bo znowu nie było przy mnie Rosiera; Wilkes, on nigdy nie był wystarczający.
Londyńskie ptaki ćwierkały, a ja myślę o nich teraz, chociaż nie myślałam o nich wtedy, bo przez te kilka lat nauczyłam się sztuki omijania kłopotliwych tematów. Myślę więc nie tylko o ptakach, lecz także o tym przeraźliwym cieple czerwcowego popołudnia, cieple, przed którym nie ma ucieczki nawet we własnych wspomnieniach. Było tak strasznie gorąco, krople potu spływały po jego sczerwienionym z przegrzania czole, pamiętam, że właśnie to oderwało mnie od własnych rozmyślań, właśnie to, jaki był rozgrzany i spocony. I chyba rację mają ci, którzy nazywają je pytaniem demonów, ale właśnie wtedy zapytałam sama siebie – dlaczego, Wilkes? Dlaczego jesteś tu ze mną, zamiast odpoczywać wewnątrz chłodzonego magią domu?
Przez te wszystkie lata starałam się zapomnieć o tej odpowiedzi, bo gdybym ją pamiętała, musiałabym sobie obiecać, że go zostawię, że już nigdy przenigdy go nie zobaczę. Tyle okrucieństwa – wiedzieć i nie działać, mieć zdolność ukojenia i pozwolić cierpieć. Czasem myślę, że zasłużyłam na wszystko, co mnie spotyka, że nie należy mi się nic więcej za to, jak zmarnowałam Persusa Wilkesa.
Ale on przecież nie zasłużył na to, żeby umrzeć.
Kiedy w końcu objął mnie na pożegnanie, tak jak zawsze – przecież nie zrobił nic nowego, przecież nie przekroczył żadnej granicy – marzyłam tylko o tym, żeby mnie już puścił, żeby się już odsunął. Czy powinnam była go od siebie odepchnąć? Tak. Wilkes, tak bardzo przepraszam, tak bardzo, bardzo przepraszam, byłam taka słaba, taka zagubiona, taka… Wiedziałam, że nie powinnam, właśnie wtedy dokładnie to wiedziałam, ale potem poczułam ten uścisk i cała ta wiedza wydała się taka nieważna, taka maleńka i taka leciutka, ot, można ją było odepchnąć od siebie jednym palcem, podczas gdy Wilkes, ty, ty byłeś taki ciężki i taki materialny, i taki… taki ciepły, za ciepły i za ciężki, i za bliski, i mogłam tylko czekać. Musiałam tylko czekać.
– Zostajesz teraz zupełnie sama?
Nie chciałam patrzeć prosto w jego orzechowe oczy, ale musiałam, szlag by cię, Wilkes, z twoim hipnotyzującym spojrzeniem twojej matki.
– Jestem dorosła, Wilkes. Nie potrzebuję opiekunki. – Podrapałam się po lewym ramieniu, pamiętam, żeby przez chwilę mieć wymówkę, żeby przez chwilę na niego nie patrzeć. – Zresztą, jestem jedynym dziedzicem rodzinnej fortuny. Nie muszę się o nic martwić. Wystarczy czekać, aż kiedyś wypuszczą mojego ojca.
– A co, jeśli nigdy go nie wypuszczą?
Było tak koszmarnie gorąco, jego oczy przewiercały mnie na wskroś, a w dodatku… w dodatku wiedziałam, czemu się tak martwi, dlaczego musiałam się dowiedzieć? Ta obrzydliwa niemożność, która mnie ogarniała, ta potrzeba zaduszenia w sobie wszystkiego, ona musiała przekształcić się w coś jeszcze gorszego, w złość – nie na siebie, ale na Wilkesa, bo kto mu pozwolił tak po prostu…?
– Wiesz co? – warknęłam w odpowiedzi, warknęłam, nigdy nie powinnam była na niego warczeć, to on był tym dobrym, a ja tą złą. – Idź do diabła.
– Luna, ja tylko…
– Przestań! Nie masz prawa mówić takich rzeczy, słyszysz? Nie masz prawa!
Ostatnie słowa wykrzyczałam mu już prosto w twarz, w twarz zupełnie zagubioną i skołowaną, bo przecież Wilkes nie miał prawa wiedzieć, dlaczego się złościłam, dlaczego zareagowałam tak wybuchowo na jego małą uwagę, jakże prawdziwą uwagę.
Nie odpowiedział.
Przez chwilę stałam bardzo blisko niego – gdybym była chociaż odrobinę wyższa, moglibyśmy stykać się nosami – stałam za blisko, czułam jego oddech na swojej skórze, czułam jego oddech na jego skórze, bo przecież z tej odległości mogłam niemal wyczuć wibracje jego oddychającego ciała i właśnie to zaczęło mnie uspokajać, właśnie to doprowadziło mnie do porządku – ten jego spokojny oddech, ta jego niekończąca się cierpliwość. A może nie? A może przez sekundę poczułam dokładnie to, co musiał czuć on? Może przez sekundę pomyślałam, że gdyby…
I może właśnie dlatego odsunęłam się od niego równie gwałtownie; nie chciałam już krzyczeć, ale nie chciałam też stać tak blisko, bo bałam się tego gdyby.
Już nigdy nie przestałam się go bać, nawet wtedy, gdy się wydarzyło, nawet wtedy gdy gdyby stało się gdy, a potem wtedy.
Wilkes wciąż nie rozumiał, co się wokół niego dzieje. Z tym zmieszaniem wypisanym na twarzy wyglądał tak… tak… a ja nie mogłam dłużej na niego patrzeć, bo czułam, że rumienię się jak mała dziewczynka.
– Nie potrafię ci powiedzieć, kiedy zobaczysz Rosiera – odezwał się w końcu, bo nie wypadało dłużej tak milczeć, bo Wilkes zawsze robił tylko to, co należało zrobić. – Poproszę go, żeby przyszedł, obiecuję, ale nie mogę go do niczego zmusić. Z nim nigdy nie wiadomo. Czasem znika na całe tygodnie bez słowa. Przerabialiśmy to już nie raz.
Nie wiedziałam, co mam mu teraz powiedzieć, jak zareagować. Poprzednie kilkanaście minut spędziłam w świecie, w którym nie pamiętałam, że Evan Rosier w ogóle istnieje – jak miałam się z niego tak szybko wyrwać? Podniosłam głowę, ale on czekał na coś więcej, czekał na jakąś formułkę, konwenans, coś, co pozwoli mu odejść, bo tacy jak Wilkes nie znikają bez pożegnania.
Trwało to może z trzydzieści sekund. Trzydzieści sekund mierzenia się wzrokiem, trzydzieści sekund bitwy, której wynik leżał już tylko i wyłącznie w moich rękach.
Trzydzieści sekund, a potem delikatny ruch jego nogi, ruch, to takie duże słowo, drżenie, nieznaczna zmiana stanu położenia, bo nawet nie wiem, czy naprawdę planował ten krok do tyłu, to by było takie teatralne, a przecież to ja byłam teatralna, nie on, to do mnie należały takie manewry.
Nie wiem więc też, czy mnie złamał, czy sama siebie złamałam, czy wyobraziłam sobie to złamanie. Grunt, że trzydzieści sekund minęło, a ja wypaliłam:
– Możesz przyjść sam.
Przez chwilę wciąż uporczywie milczał, jak gdyby nie zauważył, że tamta scena się skończyła, że decyzja zapadła, a z nią i kurtyna poprzedniego wyboru, że czas ruszyć naprzód, założyć nową maskę i zagrać w nowym przedstawieniu. Krótka była ta chwila, ale wystarczyła, żebym przeżyła przez nią trzy życia, a przynajmniej wtedy mi się tak wydawało, wtedy, gdy nie wiedziałam, co to tak naprawdę znaczy zestarzeć się ze smutku.
Potem jednak roześmiał się i pokręcił głową, i było po wszystkim, kryzys został zażegnany, wszystkie bestie pokonane, a spod bram odegnano Hanibala. I było naprawdę po wszystkim, prawie na zawsze po wszystkim, bo kiedy w trzy dni później zobaczyłam go po raz kolejny – a potem po raz kolejny i po raz kolejny, i po raz kolejny – tamtej myśli już nie było, udało mi się zamurować ją na dnie swojej pamięci w nadziei, że umrze tam z głodu, bo przecież nie byłam dość silna, by tak po prostu ją zadusić na śmierć i na zawsze.
Wilkes powiedział, że nie wie, kiedy pojawi się Rosier, i z uporem maniaka powtarzał to za każdym razem, nie wiem, nie wiem, nie wiem, od tego natłoku nie wiem można dostać zawrotu głowy, nie wiem, nie dziś, może jutro, nie wiem. Ja też nie wiedziałam, znaczy – bałam się przyznać, że może nigdy, że nigdy też jest opcją, a nie tylko paranoją zaniedbanej dziewczyny.
Mój dom był taki pusty bez nikogo, przez lata tylko ubywało mu ludzi, najpierw moja matka, potem babcia, a teraz i mój ojciec, za duży był na jedną mnie. Chociaż jeszcze rok wcześniej narzekałam na krzątającą się po nim kuzynkę, teraz chciałam mieć na kogoś narzekać. Potrzebowałam nie tyle towarzystwa, co po prostu kogoś, bo dusiłam się z nadmiaru tlenu, z nadmiaru przestrzeni. Próbowałam przespać te dni, przerozpaczać te dni, ale nie potrafiłam, bo moim głównym problemem nie była samotność, nie była nuda – moim głównym problemem była pustka. Nie miałam na czym lub na kim skoncentrować swojego istnienia, nie miałam porównania dla samej siebie, słowem, nie wiem nawet, czy można powiedzieć, że istniałam, skoro nie było niczego, co mogłoby to potwierdzić. Zniknęłam. Pochłonął mnie mój własny dom.
Pamiętam to jedno poniedziałkowe popołudnie, w które płakałam. Płakałam, bo zaczynałam się bać, że to już zawsze, że nic się nie zmieni. Chciałam odwiedzić Narcyzę, ale nie miałam siły zsunąć się z fotela i choćby doczołgać do szafki, na której zostawiłam swoją różdżkę. Po prostu płakałam, godzinę, dwie, może trzy, nie wiem, a może pięć minut, pochowałam wszystkie zegary, bo denerwowały mnie swoim zbyt powolnym ruchem.
Ale potem było już lepiej, potem udało mi się i wstać z fotela, i nawet wyjść z tego koszmarnie pustego domu, potem nie było już tamtego poniedziałku, a ja czułam, że jestem gotowa na moje nigdy i na moje zawsze. Minął pierwszy tydzień, a jego nie było. Potem minął drugi i trzeci, a jego nie było. Potem byłam już pewna, że nigdy nie będzie.
A mimo to – świat trwał dalej.
Narcyzę widywałam wtedy już prawie codziennie; jej matka zajęta była urządzaniem wesela, Belli przecież wtedy też już nie było, więc jej też zostałam tylko ja. Nie rozmawiałyśmy o Malfoyu. Nie rozmawiałyśmy też o moim ojcu, Wilkes musiał powiedzieć jej o naszym małym incydencie. Głównie spacerowałyśmy nad Tamizą i jadłyśmy na wskroś mugolskie lody cytrynowe. Czasem goniłyśmy wiewiórki w parku. Jakby chociaż na chwilę oddano nam dzieciństwo, jakby życie chociaż przez chwilę nie bolało, jakbyśmy były po prostu wolne, to jest – jakbyśmy naprawdę na chwilę umarły.
Kiedy nadszedł sierpień, nie musiałam już spać przytulona do swojego kota, nie musiałam już skradać się po własnylim domu i nie musiałam już bać się słońca. Kiedy nadszedł sierpień, pogrzebałam to, co było.
Szkoda tylko, że nie pogrzebałam tego dość głęboko.
Ponoć na starość powinnam stać się sentymentalna czy coś, tymczasem uparciuch zwany mną nie znosi romansów jeszcze bardziej i bardziej.
Cieszcie się, bo jak mnie tu śnieg zasypie (AHA, ŚNIEG, A TUTAJ ŚNIEG JEST TRAGEDIĄ), to już nigdy niczego nie napiszę.
p.s. Jo mnie zawiodła po raz kolejny, nikomu nie można ufać. Całe UK kończy semestr w połowie lipca, ale nie, w Hogwarcie musi być hipstersko, żebym musiała to z rana guglać zamiast wżerać naleśniory 😦

02.

Ciężko  było mi tamtego roku wrócić do Hogwartu. Gdzieś pomiędzy czerwcem a wrześniem zgubiłam resztki wszystkiego, co jeszcze było mi tam bliskie – zatraciłam się zupełnie w tym poczuciu bezsilności, samotności i nieprzynależności do tego stopnia, że odepchnęłam od siebie to, co wciąż tam na mnie czekało. A czekało dzielnie, do ostatniego momentu, bo przyjaciele mają to do siebie, że nigdy nie tracą nadziei. Kiedy jednak w ostatnich tygodniach sierpnia już nawet sowa Estery przestała pukać do mojej szyby, wiedziałam, że wszystko stracone.
Kogo poza sobą mogłabym za to winić? Nikt nie jest w stanie w nieskończoność znosić odrzucenia. Nawet najmilsi i najsłodsi mają swoje granice – a ja je wszystkie przekroczyłam swoim uporem, by trwać w rozpaczy za wszelką cenę.
– Przedział prefektów? Naprawdę?
Posłałam Eldredowi bardzo znużone spojrzenie, bo znużone spojrzenia to było coś, w czym tamtego lata stałam się bardzo dobra. Tak, jedynym miejscem, które znalazłam dla siebie w pociągu, był przedział pełen buców i uciekinierów, bo ci prefekci, którzy mieli jakichkolwiek przyjaciół, nigdy tam przecież nie przebywali.
Eldred zawsze należał do odludków, nic dziwnego, w końcu urodził się w wyklętej części naszej rodziny – w tej, która nie łączyła się ze światłymi Arbanddelami a z moją całkowicie pomyloną babką. Dlatego rzadko ze sobą rozmawialiśmy, chociaż przecież był tylko rok starszy ode mnie i w Hogwarcie mielibyśmy do tego mnóstwo okazji. Może tamta podróż pociągiem mogłaby to zmienić – ale ja zbyt wiele uwagi poświęcałam samej sobie, zbyt skoncentrowana byłam na swoim malutkim cierpieniu, by w jakikolwiek sposób próbować podtrzymać naszą konwersację i po paru minutach Eldred porzucił mnie dla jakiegoś podręcznika.
Potem wcale nie było lepiej. Eldred towarzyszył mi aż do murów zamku – bo choć milczący i prawie zupełnie mi obcy, nigdy nie zdobył się na odwagę zerwania tej dziwnej więzi rozrzedzonej krwi, która nas łączyła – ale ucztę spędziłam już sama, bo nawet Morris, och, nasz słodki Morris, który potrafił wybaczyć każdemu, nie potrafił jeszcze wybaczyć mnie. Sok dyniowy nigdy wcześniej nie wydawał mi się taki gorzki, a pieśń Tiary Przydziału – taka pozbawiona znaczenia. To zaskakujące, jak takie małe rzeczy zmieniają swoją postać i naturę, jak niestały jest ich byt w kontakcie ze sprawami, które tak po prawdzie zupełnie ich nie dotyczą.
Zasypiałam też sama, owinięta kocem, który nigdy już nie miał mi się wydawać ciepłym i własnym, pod żółto-czarnym niebem mojego łóżka, które nigdy nie miało być już tak samo moje, i wsłuchiwałam się w ciszę, która już zawsze miała przynosić myśli o tym, co było, a czego nie będzie, najgorsze ze wszystkich koszmarów ludzkości. Tamtej pierwszej nocy zupełnie nie mogłam się uspokoić; pustka, którą pielęgnowałam przez ostatnie dwa miesiące, zniknęła i zastąpiło ją poczucie winy, tym straszniejszej, że wyrośniętej poza swoje rzeczywiste rozmiary.  Co takiego zrobiłam, by czuć się tak koszmarnie? Miałam szesnaście lat, moja lista przewinień była wciąż bardzo krótka, króciuteńka, a i same przewinienia dotyczyły co najwyżej kłótni z przyjaciółmi. A mimo to w mojej głowie byłam kryminalistą, zbrodniarzem niemal wojennym, bo w takie rejony mój umysł chciał błądzić w te długie godziny pozbawione snu.
– Próbowałam.
Estera wybudziła mnie z półsnu, który w końcu odnalazłam, i tym jednym słowem zraniła mnie bardziej niż całym swoim milczeniem. Odwróciłam głowę w jej kierunku, ale wcale na mnie nie patrzyła, swoje duże, żabie oczy wlepiała w poduszkę i za nic miała sobie to, z jakim uporem maniaka szukałam jej dla samej siebie.
– Przepraszam – spróbowałam, ale nie odpowiedziała i na tym skończyła się nasza pierwsza rozmowa od feralnej nocy, gdy aresztowali mojego ojca.
Dni jednak mijały, bo czas i tym razem nie zatrzymał się w miejscu, za co byłam mu niesamowicie wdzięczna. Wraz z dniami mijało i poczucie osamotnienia, do wszystkiego można się przecież przyzwyczaić, o tym zdążyłam się przekonać już dawno temu. W Hogwarcie żyło i uczyło się tylu uczniów, na których wcześniej nie zwracałam uwagi – nie musiałam przecież ograniczać się… Musiałam. Problem polegał na tym, że musiałam.
Bezskutecznie jednak próbowałam przyciągnąć uwagę ludzi, z którymi kiedyś spędzałam przecież każdą wolną chwilę. Czasem zdawało się, że czynię jakiś postęp, ale nie potrafiłam utrzymać dłużej tego, co już osiągnęłam, bo każde pytanie, każde słowo, było pułapką.
– Rozmawiałaś już z Frederickiem? – spytała kiedyś Estera, bo to ona z całej trójki najczęściej próbowała się jeszcze ze mną skontaktować.
– Dlaczego miałabym z nim rozmawiać?
Spojrzała na mnie z autentycznym oburzeniem. Virginia, chowająca się gdzieś za jej plecami, prychnęła, a ja na moment przypomniałam sobie, że przecież nie lubiłam nigdy tej wyrachowanej podróbki dobrego człowieka.
– No nie wiem, nie wymieniliście przypadkiem wystarczająco śliny, żeby nazywać to związkiem?
Zupełnie zapomniałam o Fredericku. I wtedy, i teraz, co chyba dowodzi, jak nieistotne są miłości piętnastoletnich dziewczynek. Gdyby ktoś spytał mnie dzisiaj, kim był Freddie, jak wyglądał, jak pachniał, czy lubił koty, czy… Jedynym, co o nim jeszcze pamiętam to to, że miał bliznę na lewym nadgarstku, której nabawił się kiedyś na miotle, i że Virginia zawsze była o niego zazdrosna. Nawet nie wiem, dlaczego teraz o nim myślę, jaki to ma sens, przypominać sobie rozmowę o Fredericku, który w mojej głowie nie ma nawet twarzy, ale jakby miał mieć, skoro nie ma jej nawet moja matka?
– Freddie i ja nie rozmawialiśmy ze sobą od czerwca i nie sądzę, żeby to się zmieniło – odpowiedziałam gorzko, bo przecież powód, dla którego przestał się on do mnie odzywać, był aż nazbyt oczywisty. – Przestraszył się tego, co spotkało mojego ojca.
Takich rozmów było wtedy więcej – podchwytliwych pytań i niemożliwych odpowiedzi, bo przecież każdy powód był dobry do tego, by otworzyć rany i nie pozwolić im się nigdy zagoić. Zależało na nich głównie Virginii, która w moich wspomnieniach urasta do rangi największego wroga mojego powrotu do normalności, co zapewne jest tylko kolejnym wyolbrzymieniem, kolejną hiperbolą smutku i niezrozumienia, do takich przecież skłonny jest nastoletni umysł. Nigdy jej przecież specjalnie nie lubiłam, nużyła mnie, nie to, co Estera, nawet nie to, co Nadia, nasza Nadieżda, której nikt nie umiał nazwać w jej własnym imieniu, łatwo było ją sobie obrać za cel moich nieuzasadnionych pretensji.
Tak to teraz widzę. Nieuzasadnione pretensje.
Aż w końcu któregoś dnia stało się coś, czego przecież powinnam się była spodziewać. Świat mojego ojca, świat mojej przeklętej rodziny wyciągnął po mnie ręce po raz drugi. Ręce te nie były jednak piegowate, o nie, były zadbanymi, delikatnymi rękami dziewczyny, której istnienia wtedy jeszcze nie zauważałam.
– Płacz. Będą ci mówili, żebyś nie płakała, ale guzik wiedzą. Płacz tak długo, aż zacznie cię to fizycznie boleć, bo wcale nie będzie przecież lepiej.
Gdzieś pomiędzy trzecim a czwartym piętrem dogoniły mnie słowa Leah, Ślizgonki z mojego roku, która, zaklinam się na resztki moich wspomnień, nigdy wcześniej nie powiedziała do mnie nawet zwykłego cześć. Zdziwiło mnie to, każdego przecież by zdziwiło, ponad pięć lat milczenia i wzgardy, aż tu nagle… Próbowałam ją dogonić, zapytać, o co jej chodziło, ale zanim w pełni dotarło do mnie to, co się wydarzyło, zanim wyrwałam się z tego głupiego zdziwienia, jej blond czupryna zdążyła zniknąć za rogiem i tak oto skończyła się moja pierwsza z tysięcy rozmów z Leah.
Następna nie nastąpiła szybko, o nie, dla niej byłoby to za dużo, lubiła wszak obdarzać ludzi łaską swej obecności powoli i z namysłem, zresztą, zajęta była wtedy kimś zupełnie innym, bo przecież Nott… Ale nie chcę się jeszcze zajmować Nottem, jego nie było jeszcze w tym równaniu, dla mnie Nott pojawił się znacznie później, znacznie, to jest jakieś trzy, cztery miesiące po tym, jak to szaleństwo się rozpoczęło, a przecież tak naprawdę niczego jeszcze nie było.
Może i Leah dała mi więc spokój, może i jej przypadkowa uwaga była jedynym, co miała mi tymczasowo do powiedzenia, ale nie oznaczało to, że byłam wolna od demonów mojej przeszłości, od powinności krwi, jak nazwałby to Malfoy, ta karykatura człowieka. Powoli pojawiać zaczęli się też inni, przypominało to zbiorowe polowanie na mnie – biedną i niewinną. Wszystko to wydawało mi się śmieszne, te ukradkowe spojrzenia, te uśmiechy, te podchody; w moich oczach byłam przecież tylko nic nieznaczącą Puchonką, takim sobie dziewczątkiem, jakich wiele. Jednak jeśliby się nad tym dłużej zastanowić, jeśliby sobie odpowiedzieć na pytanie – ilu ich tak naprawdę pozostało? Czarodziei prawdziwie czystej krwi? Może i wszyscy byliśmy jeszcze tylko uczniakami, może z punktu widzenia dorosłych nie miało to najmniejszego znaczenia, ale w obliczu Wojny, która przecież w końcu i nas dosięgła, lepiej było trzymać się razem niż osobno. Lepiej było wiedzieć, po której stronie się stoi.
Ja nie wiedziałam. Z całych sił próbowałam trzymać się moich starych znajomych, moich Puchonów, ale z dnia na dzień stawało się to jeszcze trudniejsze. Im więcej kręciło się wokół mnie czarodziei czystej krwi, im więcej tych arystokratycznych bubków uśmiechało się do mnie na korytarzach, tym  więcej wysiłku musiałam wkładać w takie zwykłe, codzienne konwersacje. Dopiero pod koniec listopada mojego szóstego roku w Hogwarcie po raz pierwszy dotarło do mnie to, że może wszyscy nie odwrócili się ode mnie ze względu na moje wakacyjne humory, że może prawdziwa przyczyna leżała w moim ojcu.
Nigdy nie zależało mi na przynależności do Wielkiego Świata. Większość dzieciństwa spędziłam uciekając przed Możnymi i Potężnymi. To zabiło przecież moją matkę, dlaczego miałabym… Ale pod koniec tego właśnie listopada zrozumiałam w końcu, że decyzja nie zależy przecież ode mnie, że większe siły rządzą moim życiem, że to ojciec – będąc tym, kim był – obrał dla mnie taką a nie inną ścieżkę życiową.
Zaczęłam ustępować.
Pamiętam aż za dobrze, jak po raz pierwszy po tych wszystkich latach odezwałam się do Persusa Wilkesa. Pamiętam ławkę, na której siedział, pogrążony w lekturze swojego eseju na eliksiry, który napisał za niego ktoś zupełnie inny. Pamiętam, jak się garbił, jak mrużył oczy, bo światła w lochach nigdy nie było za wiele, a pojedyncze kosmyki włosów wpadały mu do oczu. Pamiętam jego uśmiech, gdy usłyszał moje nieśmiałe powitanie, pamiętam, jak podniósł głowę i spojrzał na mnie z jakąś nieokreśloną tęsknotą, odzyskał wszak bowiem w tym momencie kawałek swojego dzieciństwa.
– Luna.
Tyle powiedział, zanim usiadłam koło niego na tej ławce, którą tak dobrze pamiętam, mamo, jaka ona była zimna, jaka… Tyle powiedział, zanim go przytuliłam, zanim uwiesiłam się na jego szyi w desperackim poszukiwaniu tego, co kiedyś było, a co utraciłam w dniu, którym cię pochowali, mamusiu.
Początkowo nie reagował, nie był już przecież Wilkesem z tamtych dni, a jego uszy nie były już upaćkane czekoladą. Minęło tyle lat, tyle długich lat, przez które nie zamieniliśmy ani słowa. Dorósł. Stracił w sobie tę radość i to ciepło, ale przecież ja też je straciłam, prawda? Może nie przez zimny wychów, może nie przez sztywne zasady, może nie przez ambicję pokoleń, ale skutecznie wyrwali mi je panowie w czerni, którzy aresztowali mojego ojca. Tyle że to ja, nie on, przylgnęłam do jego szyi, to ja, nie on, płakałam i to ja, nie on, z całych sił marzyłam o tym, żeby przypomniał sobie Wilkesa, którego znałam.
Trwało to chwilę. Mówię, że pamiętam ten dzień i to spotkanie, i naprawdę je pamiętam, bolesną sekundę po bolesnej sekundzie, poczucie odrzucenia i strach, strach, że się pomyliłam, że nic już na mnie nie czeka, że nawet ludzie, którzy zrobili z mojego ojca mordercę i wywrotowca, że nawet oni mi nie pozostali, a jeśli nawet to tak, że…
I wtedy Wilkes mnie objął, to też pamiętam bardzo dobrze, najpierw jedną ręką, nieśmiało, jakby z obawą, że robi coś, czego robić mu absolutnie nie wolno, potem śmielej i śmielej, aż w końcu cała wylądowałam w jego ramionach po raz pierwszy i wcale nie ostatni.
– Powinnaś zobaczyć się z Cyzią – powiedział w końcu, a ja przypomniałam sobie równie wyraźnie, jak wyraźnie pamiętam tę zimną ławkę, że przecież byłam kiedyś z Cyzią nierozłączna, że tymczasowo tylko zastąpiłam ją sobie Esterę i że Cyzia, ta Cyzia, też tamtej feralnej nocy straciła swojego ojca.
– Nie chcę – wymamrotałam, sama już nie rozumiem dlaczego, może z poczucia winy? A może tkwiła we mnie jeszcze jakaś iskierka buntu przeciwko temu, co nieuchronne? – Nie z Cyzią.
– Ona cię potrzebuje. Obie siebie potrzebujecie.
Ostatnia iskierka buntu zgasła i chociaż strach jeszcze mnie wtedy nie opuścił, już w tamtej chwili, jeszcze tego niezupełnie świadoma wiedziałam, że Wilkes, jak to Wilkes, oczywiście miał rację.
 
Parę miesięcy miałam już pierwszą połowę tego cuda i parę miesięcy nie mogłam dopisać końca. Wreszcie, targana jak się później okazało nie bólem mózgu spowodowanym ocenianiem a nadchodzącą gorączką, spróbowałam to ożywić. W pierwszym odruchu ta koszmarnie melodramatyczna część miała pójść do kosza, ale potem… Ale potem uznałam, że pierwszoosobówka zobowiązuje i nic przecież nie poradzę na to, że Luna jest taką Drama Queen. Tak więc zostało. Część druga zeszła już trochę z tego tonu, więc pewnie łatwo Wam będzie znaleźć granicę.
Wilkesa i Leah tu miało nie być, ale tylko oni mogli to uratować, więc…

00.

Zamykam oczy i widzę siebie z czasów, gdy miałam tylko pięć lat. Tak przynajmniej mi się wydaje, bo nosiłam wtedy tę sukienkę w grochy, co to się Kłapouchej skurczyła w praniu jakiś czas później. Nie wiem, co dokładnie sobie przypominam. To były dobre czasy, każdy dzień podobny do drugiego, a przynajmniej teraz tak sądzę, bo niewiele z tych lat pamiętam i tworzę sobie nowe, sztuczne wspomnienia.
Tak więc widzę siebie z czasów, gdy miałam tylko pięć lat i nosiłam jeszcze moją sukienkę w grochy. Przypominam sobie ogród Wilkesów w zachodnim Londynie, który cały zrodził się z magii. Za naszymi plecami mugole spieszyli się do pracy, zupełnie nieświadomi cudów, jakie działy się gdzieś pomiędzy Notting Hill a Paddingtonem, tak samo, jak nieświadomi byli, że tam naprawdę pojawił się kiedyś pijany animag-miś.
Widzę siebie i widzę Wilkesa, który lat miał już więcej, bo siedem. Uszy miał upaprane czekoladą z jego tortu urodzinowego, tak, to chyba były urodziny. W tych dobrych latach Wilkes nie był jeszcze zgorzkniały i zimny, był przecież dzieckiem, a dzieci nie rozumieją swoich powinności wobec świata. Uśmiechał się więc i mrużył te swoje orzechowe oczy, i cieszył się tym, że nie musi się mierzyć z dorosłością.
Widzę siebie i widzę Wilkesa, i innych widzę, bo przecież wychowano nas tak, byśmy zawsze byli razem. Bliźniaki Yaxleyów rzucały kamieniami o taflę małej sadzawki, zapewne próbując robić kaczki, co za mugolska rozrywka. Była z nami też Narcyza z warkoczem pełnym niezapominajek, ale nie było jej sióstr, trochę zbyt wyrośniętych na takie leniwe popołudnia. Nawet Syriusz z Regulusem przyszli, chociaż Regulus nie sięgał jeszcze głową ponad krzesło i wydawał się zbyt małym, by stać się tym, który zdradzi.
Widzę siebie i ich wszystkich, a także moich rodziców i państwa Black, i państwa Wilkes, bo Yaxleyowie jak zwykle podrzucili dzieci i zniknęli. Mój ojciec i starszy Black byli dobrymi przyjaciółmi z czasów Hogwartu i zawsze robili wszystko razem. Dobrze jest widzieć mojego ojca w czasach, gdy jeszcze miał moją matkę. Uśmiechał się i naprawdę cieszył, bo leniwe popołudnia to nie miejsce na interesy. Ledwie pamiętam ten jego uśmiech, nie było go później zbyt dużo, czasem wydaje mi się, że nigdy go nie widziałam – a jednak tam i wtedy uśmiechał się do starszego z Blacków i ukradkiem spoglądał na moją matkę. Jej nie pamiętam już wcale, poza tym, że miała moje oczy, a co mi po oczach? Z oczu nie da się stworzyć człowieka, choćby nie wiem, jak się chciało. Dlatego widzę ją, ale wiem, że to nie ona, bo utraciłam ją zbyt dawno, by żyła jeszcze w moich wspomnieniach.
Widzę siebie i to wszystko, i tylko jednej rzeczy nie widzę. Nie było tam jeszcze tej rudej czupryny u mojego boku, nie zapraszano nas i ich jednocześnie, bo nasi ojcowie i ojcowie ich ojców nienawidzili się od czasu jakiejś głupiej sprawy z jakimś głupim ślubem. Może dlatego te czasy były takie dobre. Może…
Otwieram oczy i zamykam je ponownie, bo to, co sobie przypominam, jest znacznie lepsze od tego, co się dzieje teraz. Już nie widzę przyjęcia u Wilkesów, widzę swój dom i swój salon. Wilkesowie mieszkali w jednej z uliczek wychodzących od Westbourne Grove, my – kawałek dalej w okolicy stacji Marylebone, gdzie żyli tylko bogaci mugole. Nasz dom nie był magicznie ukryty, więc nie dość, że czyniło to go znacznie mniejszym, to i wszelkie czary w ogrodzie nie wchodziły w rachubę. Dlatego gdy tylko awantura wisiała w powietrzu, wszyscy odruchowo udawali się do salonu, by nie przestraszyć sąsiadów talerzami, które same roztrzaskiwały się na kawałki.
Widzę siebie wtuloną w fotel i ukrytą za barykadą poduszek. Byłam już wtedy trochę większa i niedługo spodziewałam się listu z Hogwartu. Dlatego i scenę tę pamiętam znacznie lepiej, choć przecież scen takich było znacznie więcej.
Widzę więc siebie i moją szaloną babcię widzę, bo to było, zanim ojciec zamknął ją w szpitalu dla obłąkanych. Już wtedy jej atrybutami były jedwabny szlafrok i papieros, bo rzadko można było ujrzeć ją w innej stylizacji. Pamiętam burzę jej splątanych włosów, które nie widziały szczotki od kilku miesięcy, i krzyki, które kazały mi się schować pod poduszkami. Chodziło o moją matkę. Zawsze chodziło o moją matkę.
Widzę siebie, widzę Elisabeth i mojego ojca widzę. Znacznie lepiej pamiętam dni, gdy był wściekły, niż te, w które się uśmiechał. Moja babcia doprowadzała go do szału tym swoim marudzeniem na temat kobiety, którą on przecież kochał nad życie. Co z tego, że nie urodziła się w odpowiedniej rodzinie? Ellie też nie, ale ona już dawno wyparła to z siebie, jakby od zawsze była Arbanddelem albo co najmniej Malfoyem.
Widzę siebie, ich dwoje i widzę też moją matkę, która wyglądała zza ściany. Mogę jej nie pamiętać, ale wiem, że płakała, bo te ostatnie miesiące przed śmiercią spędziła tylko płacząc. Pamiętam, jaka była smutna tego dnia, ale nie potrafię odmalować przed moimi oczami wyrazu jej twarzy, więc smutek ten już mnie nie wzrusza. Czas jest znacznie lepszym obrońcą niż barykada poduszek.
Widzę siebie, przestraszoną tym wszystkim, i znów widzę Elisabeth, której nienawidzę każdą komórką mojego ciała. Nienawidzę jej i nienawidzę tego, co powiedziała, tego bezwzględnego: Jeśli ty się jej nie pozbędziesz, ja to zrobię! Po swojemu!, i nienawidzę tego, co zrobiła mojej matce.
Widzę to wszystko i wciąż nie widzę jego ramienia naokoło mnie, bo to za wcześnie, ja nawet nie mam jedenastu lat. Teraz myślę sobie, o ile łatwiej by było, gdyby on tam wtedy był – a może trudniej? Przecież moja babcia nienawidziła go jeszcze bardziej niż mojej matki, diabli wiedzą dlaczego, przecież żadne z nich dwojga nigdy jej niczego nie zrobiło.
Otwieram oczy, bo te wspomnienia zbyt bolą, by się ich trzymać, ale zaraz przypominam sobie, że to przecież nie było jeszcze takie złe, że to tylko początek – i znów zamykam oczy. Widzę siebie leżącą na dywanie Cyzi, w to ostatnie lato przed Hogwartem. Wszyscy Blackowie mieszkali w Islington, niemal po sąsiedzku, bo bracia nie chcieli wyprowadzać się daleko od siebie. Dla dziewczynki, która nie znała jeszcze sztuki teleportacji, była to niemal zamorska wyprawa – uwzględniała zmianę linii metra w tym koszmarnie mugolskim i zapchanym Oxford Circus – dlatego zaprowadził mnie tam mój ojciec i on miał mnie odebrać. Pamiętam, że się spóźniał, co ja uznałam za dobrą okoliczność, bo oznaczało to, że mam więcej czasu na opowieści Narcyzy.
Widzę bowiem siebie i widzę Cyzię, która leżała tuż koło mnie, głowa przy głowie i opowiadała o tym, jaki wspaniały jest Hogwart. Zanim została panią Malfoy, Narcyza potrafiła się jeszcze cieszyć i ekscytować. Złamali ją dopiero później. W wieku lat czternastu wciąż kochała świat z dziecięcą naiwnością. Jej oczy świeciły, gdy dzieliła się ze mną historyjkami o Ślizgonach i tylko od czasu do czasu milkła, bo samo wspomnienie jej siostry, Bellatriks, przyprawiało ją o dreszcze.
Widzę siebie i Cyzię, a w końcu widzę i mojego ojca, który wbiegł do pokoju. Wyglądał na przerażonego, a ja przecież nigdy nie widziałam go w takim stanie, dlatego i ja zdenerwowałam się, i zaczęłam dopytywać, co się dzieje. Pamiętam, jak wyciągnął mnie stamtąd bez słowa i jak bez słowa wróciliśmy do domu metrem, bo mój ojciec był przeciwny teleportacji z nieletnimi. Tyle pamiętam.
Potem widzę już tylko łzy, popiół, krzyki, złość, nienawiść, pogrzeb.
Tym razem otwieram oczy na dłużej i patrzę przed siebie, bo nie chcę pamiętać tego, co widziałam tyle lat temu. Pani Wilkes uśmiecha się do mnie najsmutniejszym uśmiechem wszystkich czasów, a ja muszę znów zamknąć oczy, bo czuję, że uśmiech ten mnie zabije.
Widzę siebie w swoim dormitorium w Hogwarcie, żółto-czarne niebo nad swoją głową, bo oto leżę na swoim łóżku w dokładnie po środku pokoju. Po swojej prawej mam łóżko mojej żydowskiej koleżanki mugolskiego pochodzenia, po prawej – córkę rosyjskich emigrantów, których rodzice uciekli tu przed wojną. Hufflepuff jest bowiem domem wyrzutków i tych, co to nigdzie nie pasują; każdy ma tam swoją historię, której i tak nikt nie chce słuchać, historię smutną, ale nieciekawą, w której brak postaci wielkich i imponujących, a pełno maluśkich ludzi z ich maluśkimi sumieniami. I ja miałam taką historię, historię ucieczki od świata, w którym się urodziłam, i dlatego leżałam pod tym żółto-czarnym niebem, a nie wśród obślizgłych zbytków lochów.
Widzę więc siebie na swoim łóżku i strasznie mi źle z tym wspomnieniem, bo przypominam sobie, jak łatwo to wszystko porzuciłam. Przez pięć lat budowałam sobie nowy świat – bo Hufflepuff to bezpieczna przystań tych, którzy nie mają swojego świata bądź też nie chcą go takim, jakim jest – by porzucić go na rzecz starego, pełnego płaczu i śmierci. W swoich rękach trzymam list od taty i wiem już, co to za dzień – to dzień, w którym oddał Ellie do zakładu.
Widzę siebie i widzę Virginię, leżącą dwa łóżka dalej i opowiadającą mi o tym, co przyśniło jej się poprzedniej nocy. Trudno było znaleźć drugiego człowieka tak nużącego jak Virginia, która była zawsze uosobieniem pospolitości, dlatego staram się uciec od niej myślami, ale tak się nie da, nuda absorbuje. Dlatego też widzę ją nawet wyraźniej niż samą siebie i wcale za nią nie tęsknię tak, jak tęskniłam za pozostałymi.
Widzę siebie i Virginię, ale nikogo innego, wszyscy poszli na zajęcia i tylko my dwie pozostałyśmy w pokoju. Nawet swojego kota nie widzę, poszedł złapać coś na obiad i nagle przypominam sobie, jaki samotny był czasami Hogwart bez mojego rudzielca.
Otwieram oczy na ułamek sekundy, bo to chyba jedyny sposób, by pozbyć się Virginii i jej opowieści o tym, jak to przyśniło jej się, że smażyła jajka i kawałek skorupki wpadł jej na patelnię.
Teraz widzę siebie na schodach w moim domu w Londynie. Była noc, a ja usłyszałam jakieś hałasy na dole, więc wbrew zdrowemu rozsądkowi postanowiłam to sprawdzić. Podejrzewałam, że to nasza skrzatka – ale teraz wiem, co to było i próbuję powiedzieć młodszej mnie, żeby tam nie schodziła, żeby trzymała się z daleka i za moją młodszą mnie boję się okrutnie tego dnia, który jeszcze bardziej zmienił to, co było.
Widzę siebie, już w salonie i widzę mojego ojca na sofie. Mój ojciec był równie przerażony, co ja teraz jestem, bo on również rozumiał, co się dzieje. Choć światło było zgaszone, doskonale widziałam biel jego twarzy, jak gdyby ze strachu świeciła światłem odbitym, jak księżyc, którego tej nocy nie było. Biel ta zlewała się jeszcze z jego piżamą i mój ojciec wyglądał jak duch, i takim widziałam go po raz ostatni.
Widzę siebie i mojego ojca niedługo utraconego widzę,  a ponadto widzę też panów w czerni i już wszystko jasne, przyszli go aresztować pod osłoną nocy, musiał coś zrobić, ale co mógł zrobić mój tata? Próbowałam pytać, ale panowie nie odpowiadali, milczeli i trzymali różdżki w pogotowiu, tak, jakby ojciec mój zaryzykowałby cokolwiek w obecności ukochanej córki.
Widzę siebie i jeszcze raz widzę mojego ojca, podnoszącego się z sofy. Później dobrzy ludzie powiedzieli mi, co tu się działo, powiedzieli mi, że mój ojciec był mordercą i przewrotowcem, i że razem ze starszym Blackiem pewnie nie wyjdą nigdy z Azkabanu. Na razie nie wiedziałam jeszcze niczego, czułam tylko jego zimne od strachu wargi na swoim czole w tym ostatnim pocałunku, jaki od niego otrzymałam.
Otwieram oczy, bo łzy nie mieszczą mi się pod powiekami na myśl o tym wszystkim, co zabrała mi ta wojna, gorsza wszak od jakiejkolwiek innej wojny, nawet jeśliby mugole nazywali te swoje śmieszne potyczki Wielkimi Wojnami. Pani Wilkes wciąż się uśmiecha, a ja nie mogę znieść tego uśmiechu, więc staram się zamknąć oczy po raz kolejny.
Widzę teraz tyle rzeczy jednocześnie, łzy katalizują proces wspominania i nie potrafię już rozeznać, co jest czym. Widzę siebie, gdy mam lat szesnaście, siedemnaście i więcej – i wszystkie ja trzymają się za ręce, bo przecież w pojedynkę nie można przeżyć aż tyle. Widzę moich przyjaciół, którzy przychodzą i odchodzą, widzę ich śluby i pogrzeby, mamo, czemu nie było cię już przy mnie, gdy zabili Esterę? Od tego wszystkiego kręci mi się w głowie, wszystko jest takie smutne i takie… rude, bo przecież on już tam był, on to wszystko na mnie ściągnął i tylko on mógł mnie od tego uratować.
Otwieram oczy i widzę Wilkesa po mojej lewicy, i widzę jak uśmiecha się do mnie, i jak jego usta poruszają się w niemym wszystko będzie dobrze. Przypominam sobie to wszystko, przez co razem przeszliśmy w ciągu ostatnich kilku lat. Wszystkie chwile, gdy stał u mojego boku, chociaż wszyscy inni już odeszli. Pamiętam pocałunek, którego oboje żałowaliśmy, ale i pewność, że nigdy mnie nie zawiedzie. To wszystko widzę w jego oczach, takich spokojnych wobec tragedii, która nas spotkała.
Odwracam się i widzę Rosiera po mojej prawicy, tam, gdzie zawsze powinien był być i nie mogę uwierzyć, że były dni, gdy go tam brakowało. Chcę go przytulić, pocałować, położyć dłonie na jego policzku, ale nagle rozumiem, że tego nigdy już nie będzie, że przygoda mojego życia zakończyła się na zawsze i…
Zamykam oczy, bo czuję, że stoję na skaju przepaści, ale nie mogę ich otworzyć, nie chcę, bo wiem, że kiedy to zrobię, ich dwóch już nigdy nie będzie.
– Skończyliśmy. Mogą panie już odejść – słyszę i wiem, że zamykanie oczu już nic nie da. Otwieram je więc ostatecznie i spoglądam w dół, by zobaczyć to, czego tak bardzo się bałam.
Dziurę w ziemi i dwie trumny.
Powinnam dziękować światu, że w ogóle tu jestem. Gdyby nie znajomości Malfoya w Ministerstwie, pewnie zakopaliby ich gdzieś w przydrożnej mogile i nawet nam o tym nie powiedzieli. To on powiadomił mnie i Ceri Wilkes, nikogo innego, bo dwójka to już wedle tych „praworządnych” świń za dużo na pogrzeb dwóch złoczyńców.
Nie potrafię jednak dziękować światu, który ich zabrał. Obu. Żeby chociaż…
Nawet jeśli brzmi to ukrutnie, marzę, by świat zostawił mi chociaż jednego.
Wiem, że muszę już iść, że spowalniam procedury, że czas na pożegnania się skończył. Jest jednak jeszcze jedna rzecz, którą muszę zrobić, bo przecież tak nie można – zakopać człowieka i zapomnieć, to przecież był człowiek, nawet jeśli stanął po przeciwnej stronie w tej wojnie o nic. Muszę odnaleźć utracony czas wiśni i róż, którym żyliśmy, muszę przypomnieć sobie nie to, co złe, ale to, co było dobre, muszę…
Muszę opowiedzieć sobie, muszę widzieć historię mojego Rosiera, mojej rudej czupryny, mojej radości i mojego przekleństwa. Zaczyna się ona dawno, dawno temu i choć nie kończy się długo i szczęśliwie… Takie widocznie historie pisze nasza wojna.
Tego się nikt nie spodziewał, co?
Cóż, uznałam, że muszę kiedyś skończyć bsa, a w poprzedniej formie się nie dało. Skrócę to więc i zamknę w rozsądnej ilości noci.
Trzeba się pozbywać demonów przeszłości, c’ nie?

We Are Not Amused, S02E01

Pada śnieg, pada śnieg, dzwonią dzwonki sań…
Śnieg padał już od dawna. Niektórzy zapomnieli, jak wyglądał świat, którego nie otulała kołderka białego puchu. Inni zapomnieli, jak to jest mieć suchy płaszcz czy nieośnieżone buty. I właśnie tacy ludzie patrzyli na pokryte śniegiem błonia i marudzili, jednocześnie zapierając się w progu zamku, deklarując, że ich noga nie postanie na zewnątrz, póki nie nadejdzie wiosna.
– Nie, po prostu nie, jest zimno, mokro i zbyt biało, to nienormalne, że jest tak biało – mamrotała Sylv, patrząc z niesmakiem na błonia. Tym razem nie oddzielała jej od nich szyba. Wcale jej się to nie podobało.
– I ciągle pada. Zapada nas tutaj i umrzemy – dodała Kicia.
Stojąca obok nich Lyśka przewróciła oczami. Był to przewrót tak teatralny i dobrze przećwiczony (bo często stosowany), że gdyby go nagrać, mogłaby dostać Oscara za najlepszy występ roku.
– I nikt nas już nigdy tutaj nie znajdzie – kontynuowała Sylv.
– Nawet Remus, a Remus jest przecież taki mądry – Kicia nie próżnowała.
– Nawet McGonagall.
– Nawet Trzmiel nas nie znajdzie.
– Nasze kości zasypie puch i nawet pies nas nie wykopie.
– Zostaniemy tu na zawsze. Jak jakaś Jęcząca Marta. Będziemy straszyć wszystkich, którzy wejdą do Wielkiego Holu – oznajmiła Kicia, dramatycznie łapiąc się za policzki i mrugając z przejęciem. – Może to jest jakiś pomysł!
– Do tego musiałybyśmy umrzeć. Najpewniej przez zamarznięcie. Nie chcę zamarzać – stwierdziła Sylv.
– Nie musiałybyśmy zdawać owutemów!
To brzmiało nawet kusząco. Nie na tyle kusząco jednak, żeby ryzykować wycieczkę na błonia.
– Jesteście pewne, że chcecie iść ze mną na te łyżwy? – wtrąciła się Lysia. – Ja wiem, że obiecałam wam, że będą tam Huncwoci, ale NAPRAWDĘ nie musicie.
– Remus? – zainteresowała się Kicia, ale nie na tyle, wyściubić nos poza mury zamku.
Sylv patrzyła na świat z nieco krzywą miną, jakby była rozdarta wewnętrznie. Nie była pewna, czemu właściwie się zgodziła; mogła być więźniem własnej uprzejmości. Często jej się to zdarzało i później znajdowała się w miejscach i okolicznościach, w których nie zawsze chciała się znajdować. Podejrzewała jednak, że w przypadku Kici zadziałał inny mechanizm, Kicia została pchnięta siłą doremusową i uprzejmość nie miała z tym nic wspólnego.
– Pójdziemy – stwierdziła Sylv, jakby właśnie w duchu postanowiła, że będzie się dobrze bawić, choćby miało ją to zabić.
– Pójdziemy? – zdziwiła się Kicia, jakby nie spodziewała się tak stanowczej deklaracji i oczekiwała raczej taktycznego odwrotu.
– Ale bez marudzenia. Albo powiem Remusowi, że wypisujesz jego nazwisko we wszystkich swoich notesach – pogroziła Lysia.
Lysia, z natury, była straszna i dotrzymywała swoich strasznych obietnic; nie było co sobie z nią pogrywać! Kicia aż pobladła, gotowa zemdleć tu i teraz, ale wtedy, oczywiście, nie mogłaby iść na łyżwy i cały sekret diabli by wzięli.
Sylv chichotała. Lysi nie podobał się taki obrót sprawy – odwróciła się szybko w jej kierunku i pogroziła jej palcem.
– A Potterowi powiem, że ty wypisujesz jego.
– Kiedy ja nie wypisuję.
– Ale ja powiem.
– Ale tak… tak nieprawdę powiesz? Gdzie puchońskie ideały? – zająknęła się speszona nieco Sylv.
– Ideały ideałami, ale łyżwy to co innego – orzekła Lysia i popatrzyła poważnie na zziębniętą Ślizgonkę i Puchonkę. – Idziecie?
Kicia zrobiła niepewny krok naprzód, ale zanim postawiła stopę w białym puchu, jeszcze się zawahała. A potem opuściła ją wolno, wolniutko, jakby w obawie, że śnieg się na nią rzuci.
Nie rzucił się. Widząc to, Sylv wykonała podobny krok naprzód. Obie miały jednak dość skwaszone miny.
– Nawet Fryderyk radzi sobie lepiej od was! – Lysia wskazała dłonią na borsuka, który w najlepsze tarzał się w śniegu. – Wstydźcie się. Gdzie wasz duch świąteczny?
Sylv otworzyła usta, ale wystarczyło jedno zmarszczenie brwi Lysi i zamknęła je z powrotem. Kicia nawet nie próbowała. Jej nieskazitelna reputacja nie była warta nawet marudzenia.
– No, od razu lepiej.
*
Evan Rosier stał po drugiej stronie pokrytej szronem szyby i niewątpliwie jej się przyglądał.
Lysia nie do końca rozumiała, czemu pojawiał się, gdzie tylko by nie poszła, ale przez te wszystkie lata zdążyła się już do tego przyzwyczaić. Fryderyk też go polubił. Nie był to jakiś straszny problem. Po prostu…
Po prostu tego nie rozumiała, ok? Gdyby była takim metr osiemdziesiąt pięć czystego, rudego seksu, znalazłaby sobie lepsze zajęcie niż prześladowanie Puchonek.
Pomachała mu słodką, świąteczną laską; ale najwidoczniej wszyscy Ślizgoni byli skazani na brak świątecznego nastroju, ten tylko skrzywił się, odwrócił się na pięcie i rozpłynął się w mroku.
*
Księżyc świecił jasno, choć do pełni pozostał jeszcze tydzień. Gwiazdy również świeciły, jasne i wyraźne, jakby mróz wyklarował powietrze. Ecia i Lemot nie były z tego zadowolone. Zimno wkradało się pod szaliki, śnieg padał na nosy, wiatr zawiewał w plecy, ich mapy nieba były zbyt nudne, by się nimi zajmować, a do tego wszystkiego dochodziło pakowanie prezentów. Obie miały świadomość, że mogły zrobić to wcześniej; obie miały też plan nie dać po sobie poznać, jak bardzo złym pomysłem okazało się pakowanie czegokolwiek na szczycie wieży astronomicznej w środku zimy. Dlatego papier łopotał, co jakiś czas dało się też słyszeć nieparlamentarne określenia rzucane bardziej w przestrzeń niż pod adresem wstążek, które nie chciały się dać zawiązać w ładną kokardkę.
– Za rok zajmę się tym wcześniej – obiecała sobie Lemot, ale na wszelki wypadek powiedziała to na głos, jakby w nadziei, że Eci jej przypomni.
– Za rok nikomu niczego nie kupujemy – Ecia była bardziej kategoryczna. – Nikt nie jest wart odmrożonych palców.
– I tyle dobrego papieru się marnuje.
Przez chwilę znów pakowały w milczeniu, a to przytrzymując coś łokciem, a to podnosząc prezent z ziemi i otrzepując ze śniegu przed ostatecznym zapakowaniem. Podobno liczył się gest, ale obie czuły się nieusatysfakcjonowane stanem, w jakim znajdowały się przygotowane przez nie podarunki.
– Co w końcu kupiłaś Edgarowi? – Lemot spytała od niechcenia; Edgar nie był jej typem człowieka, bo nie gustowała w poetach, ale w sumie i tak był już lepszy od swojej alternatywy w życiu Eci.
– Ołówek.
– Ołówek?
– Ołówek.
Lemot nie była pewna, co powinna powiedzieć. Poeci zapewne korzystali z ołówków, ale w jej pojęciu dobrego prezentu dla faceta ołówki się nie mieściły. Ale poeci to co innego. Poeci w ogóle nie byli czymś, co mieściło się w Lemota pojęciu.
– Bardzo… praktycznie – orzekła w końcu.
– To jest bardzo ładny ołówek. Pokażę ci.
Niestety, ołówek był już spakowany. Ecia westchnęła ciężko, niezadowolona z tego, że będzie musiała się poprawiać… ale w sumie przynajmniej będzie mogła go poprawić.
Spokojnie rozłożyła papier, nie nadszarpując go nawet w jednym miejscu i wyjęła z niego 100% czarny ołówek.
– Stylowy – dorzuciła.
– Bardzo jednolita kolorystyka. Żadnych kompromisów – oceniła Lemot.
Nagle poczuła, że jej prezenty są takie kolorowe, że mogą nie zyskać akceptacji obdarowanych. Jakaś część jej jestestwa zadrżała na myśl o tym, co znajduje się w paczce dla Eci. Nie było to czarne i Lemot początkowo trochę się wahała, ale powiedziała sobie, że przecież są święta.
To było dawno, kiedy jeszcze czuła świątecznego ducha, a nie odmrożenia z powodu ekstremalnych warunków pakowania prezentów. Teraz nie czuła żadnego ducha, tylko płatki śniegu roztapiające się na jej karku, który nagle przestał być osłonięty przez szalik. W ogóle jej się to nie podobało.
*
Kaja przebierała widelcem w obiedzie, jakby spodziewała się znaleźć w nim skrzydła much siatkoskrzydłych. Nie chodziło o to, że nie lubiła marchewki z groszkiem. Raz po raz patrzyła na ogromne choinki, które stały w Wielkiej Sali, i robiło jej się przykro. Alex popatrzyła na nią badawczo.
– Mówiłam, żebyś nie jadła groszku, pewnie ci zaszkodził – powiedziała.
Kaja odłożyła stanowczo widelec. Nie był to gest, na który mogło pozwolić sobie wiele osób – w wykonaniu większości społeczeństwa wyglądałoby to po prostu jak rzucenie sztućcem o stół, ale Kaja zrobiła to z takim wdziękiem, że nikt nie mógł mieć wątpliwości, że to był zaplanowany gest, który jest wstępem do przemowy.
– Tak nie może być – powiedziała tylko i się zasępiła.
W powietrzu zawisła cisza, która powinna być wypełniona kajową przemową.
Alex próbowała, naprawdę próbowała, ich przed nią uratować; pochyliła się nad Kają i pocałowała ją w policzek, ale niestety, na to było już za późno. Kaja zaczęła:
– Święta to nie jest czas radości dla wszystkich, czy nikt nie myśli o skrzatach? Jest zima i nie da się uniknąć tego, że uczniowie nanoszą śnieg do zamku, choć nanosiliby go mniej, gdyby porządnie wycierali buty przed wejściem do holu, ale te choinki? Stoi ich tu dwadzieścia i wszystkie gubią igły. Przecież skrzaty muszą to sprzątać. Nieustanne. I to tak, żeby uczniowie ich nie widzieli, jakby sprzątanie było czymś, czego należy się wstydzić. Nie powinniśmy im tak dokładać pracy, zwłaszcza jeśli przygotowują całe mnóstwo wykwintnych potraw świątecznych. Trzeba się na coś zdecydować, a nie tak prowadzić do wyzysku.
– Naczytałaś się opowiadań Sylv? – znienacka zapytała Zielon. Zielon często pojawiała się znienacka i zadawała bardzo mądre pytania, na które nikt wcześniej nie wpadł.
Kaja gwałtownie się naburmuszyła.
– Znalazłam jej notes w szklarni.
– I przeczytałaś?
– Były tam napisane słowa, co innego miałam z nimi zrobić – odpowiedziała bezradnie Kaja, która czuła straszliwy zew czytania wszystkiego, co zostało napisane.
– Ale czy musisz je od razu powtarzać?
– NO ALE JAK JUŻ JE ZAPAMIĘTAŁAM, TO CO MIAŁAM ZROBIĆ?
Alex pogłaskała Kaję po ręce. Tak na wszelki wypadek. Kaja była bardzo zdolną czarownicą, ale często, w wyniku nadmiernego stresu, zdarzało jej się myślami nadmuchiwać przypadkowych przechodniów.
– Ale nie sprzątaj z nimi, uczniom nie wolno.
Kaja zmarkotniała. Jej dormitorium lśniło. Nic innego nie wolno jej było sprzątać.
Właśnie dlatego czytała cudze notesy.
– Kiedy ja muszę.
– Wiem – powiedziała współczująco Alex.
– Święta to nie jest dobry czas – orzekła Kaja, która posmutniała i wyglądała, jakby wraz z przemową wyleciało z niej całe powietrze.
– Chciałaś powiedzieć: święta to nie jest dobry czas na anginę. Nie mogę śpiewać – powiedziała smętnie Zielon.
Kaja podniosła swój widelec tylko po to, by jeszcze raz go opuścić:
– Święta to nie jest czas radości dla wszystkich, czy nikt nie myśli o…
– Bardzo mi przykro, że nie możesz śpiewać – przerwała jej Alex.
– Chyba nici z tegorocznego kolędowania. Połowa chóru nam odpadła. W ogóle nie czuję tej świątecznej atmosfery, tak bez kolęd – stwierdziła ze smutkiem Zielon.
Kaja też była wyraźnie zasmucona. Empatia zżerała ją od środka. Alex też posmutniała, bo w takich chwilach nie ma się co wyłamywać – zwłaszcza kiedy siedzi się przy nieswoim stole i je się z talerza jakiegoś przypadkowego Krukona, który zrezygnował z posiłku. Zresztą, nawet gdyby teraz ktoś chciał się do nich dosiąść, wszechogarniająca atmosfera smutku, która była niemal namacalna, by go od tego szybko odwiodła.
Święta jeszcze nie nadeszły, a już były paskudne.
*
Ale czy aby na pewno?
Uciskane skrzaty postarały się, by nocą przy każdym łóżku – pełnym czy to pustym, bo przecież cudze łóżka nie wypełnią się same – znalazła się sterta prezentów i skarpeta wypełniona cukierkami, a potem ruszyły z powrotem do kuchni, gotować grzany sok jabłkowy i piec przepyszne indyki (z indyka i z soi). Duchy grzecznie ćwiczyły kolędy z dala od śpiących uczniów. A śnieg, nawet śnieg przestał padać i teraz grzecznie leżał na swoim miejscu, gotowy na bałwanki i wojny na śnieżki.
Choć przecież były święta, to uczniowie budzili się wcześnie, jakby przyciągały ich podarunki leżące w nogach łóżka. Nieważne, czy byli to pierwszoroczni, czy całkiem dorosłe już Ślizgonki z siódmego roku. Może właśnie one przejawiały najwięcej entuzjazmu.
– Prezeeeenty! – zawołała Kicia, która wparowała do dormitorium Alex, by dźgać ją palcem w czoło, żeby ta się obudziła. Była to skuteczna metoda, którą Kicia praktykowała od lat.
– Przecież święta są okropne, a my jesteśmy mroczne i złe, i nic nas miało nie cieszyć – wymamrotała Alex, nawet nie podnosząc głowy z poduszki.
– Będziemy! Ale później! Teraz prezenty! – pisnęła Kicia.
Dźwięk rozdzieranego papieru skłonił Alex do tego, by jednak się podniosła i zobaczyła, co znalazło się przy jej łóżku. A było tego więcej, niż się spodziewała. Jeden z pakunków wyglądał, jakby pół nocy przeleżał w zaspie, i tworzyła się wokół niego kałuża. Od tego zaczęła rozpakowywanie i szybko poczuła się prawie jak Grinch, któremu serce urosło dziesięciokroć.
*
W innej części zamku rozgrywały się podobne sceny.
Kaja ciągnęła Lemota za stopę, próbując wyszarpać ją siła z łóżka i krzycząc:
– Zobacz, dostałam maskotkę zarazka!
Lemot robiła wszystko, co w jej mocy, by przekręcić się na drugi boczek i wrócić do spania; ale Kai i jej miłości do medycznych pluszaków nic nie mogło zatrzymać. Gdy ciągnięcie za stopę już nie pomagało, usiadła na poduszce zaraz koło głowy Lemota, a z drugiej strony położyła swojego zarazka. Gdzie Lemot by się nie odwróciła, tam kłopoty.
– Jest taki uroczo zniekształcony!
– To… niesamowite – powiedziała Lemot, szukając odpowiedniego słowa i nie znajdując go w głowie. Poprzestała na czymś, co wydawało się brzmieć odpowiednio.
– Też tak sądzę! A ty co dostałaś?
Lemot marzyła o jeszcze pięciu minutach snu, ale zaczynała rozumieć, że na to nie ma szans.
*
W pokoju wspólnym Gryfonów rozpakowywanie szło pełną parą – najlepiej Zielonowi, która zajęła samymi swoimi prezentami dobrą część podłogi i wszystkie fotele. Kanapę na szczęście udało się przejąć Eci, zanim Zielon w ogóle wyszła z łazienki, inaczej pewnie znalazłaby jeszcze kilka, by i ją obsypać.
– Nie uwierzysz, co dostałam! – zachwyciła się Zielon.
Eci mogła uwierzyć. Widziała ogrom zielonowych prezentów i nie miała wątpliwości, że wszystkie są Zielona, w końcu Zielon zachwycała się każdym z nich osobno.
– Spójrz, jaki uroczy!
Zielon podsunęła Eci pod nos bardzo piękny, bardzo stary i z pewnością bardzo skradziony naszyjnik. Wszyscy wiedzieli, że facet Zielona, Bohun Dołohow, spędzał pół życia na Nokturnie; wszyscy poza Zielonem, która uważała, że jej ukochany nie może jej widywać w co drugą niedzielę, bo wymyka się do Londynu pracować w domu opieki dla starszych czarodziei, a tatuaż na jego ramieniu to ekspresja na temat stanu przedwojennego świata.
– Wygląda na przeklęty – zauważyła Ecia, która nie wiedziała nic o klątwach, ale bardzo dużo o śmierciożercach.
– Niemożliwe. Ten blask, który od niego bije, to żadna klątwa, to podobno efekt specjalnego, mugolskiego zabiegu – powiedziała, od razu zakładając go na szyję. – Miał rację, pasuje mi do oczu.
Ecia nic nie powiedziała. Nie dlatego, że miała coś przeciwko oczom Zielona, ale była zbyt zajęta patrzeniem sceptycznie na nową ozdobę jej szyi. Naszyjnik połyskiwał zbyt złowrogo, by jakikolwiek mugol mógł mieć z nim cokolwiek wspólnego.
Pierwsze parę sekund faktycznie nie wskazywało na to, że wydarzyło się coś niedobrego. Wręcz przeciwnie – Zielon wyglądała na praktycznie odmienioną. Cała błyszczała się, świeciła, połyskiwała, a wszystko to bez ani pół łuski lub cekina. Żyć, nie umierać.
Ale nic co dobre nie trwa wiecznie, nie?
Ecia głęboko przełknęła ślinę. Nie była do końca pewna, jak protokół dyplomatyczny opisuje właściwą procedurę poinformowania kogoś o tym, że wyrósł mu ogon.
– Wesołych Świąt – powiedziała niepewnie. – Może skoczymy przed śniadaniem do skrzydła szpitalnego?
*
Sylv obudziła się trochę później, gdy większość jej koleżanek z dormitorium wyszła na śniadanie. Trudno. I tak nie za bardzo się z nimi dogadywała – najwidoczniej przeniesienia na siódmym roku ze Slytherinu do Hufflepuffu to nie jest coś, co większość akceptuje. Ich strata. Sama uważała, że każdy powinien mieć szansę się przeidentyfikować i na nic nigdy nie było za późno.
Ze swojego łóżka słyszała już Lysię, wyjącą w niebiosa w rytmie melodii, która może i była świąteczna, ale trudno ją było rozpoznać, prosto z pokoju wspólnego, co wcale nie skłaniało jej do podniesienia się. Wręcz przeciwnie. Wolała tu zostać na zawsze.
I pewnie zostałaby, gdyby Fryderyk nie zdecydował polizać jej w stopy.
Wzdrygnęła się. Bycie obiektem lizanym nie było czymś, w czym się odnajdywała. Możliwie delikatnie, ale stanowczo machnęła ręką, chcąc odgonić borsuka. Fryderyk najwyraźniej jednak nie uważał, że machanie ma go zniechęcić do dalszego lizania. Sylv możliwie najdelikatniej starała się go przesunąć, ale tu również napotkała opór zwierzęcia. W przypływie bezradności schowała stopę pod kołdrę i, obawiając się, że borsuk podąży za nią, usiadła po turecku. Borsuk posłał jej nieco zdezorientowane spojrzenie.
Dopiero wtedy, gdy tak przyjrzała się mu i jego niewątpliwie przystojnemu pyszczkowi, zauważyła mały pakunek przy jego łapkach. No jasne. To Lysia jak zawsze używała swojego borsuka do wszystkiego poza tym, do czego borsuki były stworzone. Biedny Fryderyk w ogóle nie miał czasu się borsuczyć, bo w kółko był kurierem, swatką, pięciogwiazdkowym kucharzem, przewodnikiem, a czasami nawet kosmetyczką.
Z drugiej strony, Sylv wciąż pamiętała, jak w zeszłym roku Fryderyk ładnie umalował ją na Sylwestra, więc w zasadzie…
Wzięła do ręki pakunek. Papier, którym był obwiązany, był bardzo ładny, chociaż jak na jej gust za dużo było na nim kicających królików.
– Dziękuję – powiedziała do borsuka, czując się nieco głupio, bo niewiele osób rozmawia z borsukami. No, w sumie to był Fryderyk, nie zwykły borsuk.
Rozwinęła papier, niepewna, co znajdzie w środku.
– O – tyle była w stanie powiedzieć.
Z pięknej, różowej, serduszkowej ramki patrzyło na nią zdjęcie Jamesa Pottera bez koszulki, podpisane: Lysia & Ecia & Lemot życzą Wesołych Świąt!
*
Świece w Wielkiej Sali paliły się jasno, choinki prawie nie gubiły igieł, a przy stołach siedzieli już pierwsi uczniowie, którzy zdecydowali się spędzić Święta w Hogwarcie. Było ich na tyle niewielu, że pozostawianie czterech stołów i nakazywanie każdemu siedzenia w innym kącie było co najmniej sprzeczne ze świątecznym duchem. Nakrycia ustawiono przy jednym tylko stole.
Ecia siedziała po prawej od swojego poety, zachwyconego swoim nowym ołówkiem i komponującego już coś na skrawku serwetki. Bardzo starała się być skoncentrowana na tym, co robił, ale jej wzrok mimowolnie uciekał na boki. Jak to mówią – zdarza się. Jej poeta zdawał się tego zupełnie nieświadomym, zbyt zajęty rymowaniem słonia ze słońcem.
Przy tym całym swoim znudzeniu przypadkiem nawiązała kontakt wzrokowy z Persusem Wilkesem, stojącym po drugiej stronie Wielkiej Sali, i aż z wrażenia przygryzła wargę. Nie wiedziała, czemu nie domyślała się, że tu będzie, skoro był tu wczoraj już po tym, jak wszyscy wyjechali na święta do domu, ale najwidoczniej była na tyle zdesperowana, że łudziła się, że weźmie jakiś specjalny kominek. Czy coś. Szybko odwróciła wzrok i zasłoniła swetrem nadgarstek, licząc, że z tej odległości Wilkes nie zauważy, że miała na sobie bransoletkę, którą wysłał jej na święta i której miała nie zakładać, ale TAKA BYŁA ŁADNA, ŻAL, ŻEBY SIĘ PRZEZ SKURWIELA ZMARNOWAŁA.
– Wszystko ok? – spytała Lysia, która zaraz też znalazła Wilkesa wzrokiem i dodała: – Powinnaś mu w końcu powiedzieć.
– Co?
– No żeby się w końcu zdecydował albo spierdalał.
– Kto się ma na coś zdecydować? – spytała Kaja, która wyłoniła się z mroku, taka mała sztuczka, której nauczyła ją Alex.
– Lyśka. Na to, co zje na śniadanie – odparła Sylv, która widziała, że Wilkes znalazł się w polu widzenia wszystkich zebranych, ale uznała, że lepiej będzie, jeśli wszyscy skupią się na jedzeniu.
Śniadanie było wyjątkowe w Święta. Skrzaty dokładały szczególnych starań, by na stołach nie zabrakło tego, co stosunkowo rzadko się na nich pojawiało. I tak oprócz jajecznicy czy owsianki można było znaleźć kanapeczki z łososiem czy inne rarytasy.
– Śniadanie! – zawołała Kicia, przekraczając tylko próg Wielkiej Sali. Była o wiele radośniejsza niż przez kilka ostatnich dni. I najwyraźniej wykrzesała z siebie świąteczną atmosferę, bo miała na sobie szmaragdowy sweter z reniferem. Renifer miał czerwony nos i nieco przepite oczy, ale może to kwestia tego, że osoba, która robiła sweter, nie do końca panowała nad zaklęciem odpowiadającym za robótki ręczne.
Już biegła w ich stronę, wymachując entuzjastycznie rękami, gdy nagle drogę przeciął jej kafel; w zasadzie w ostatniej chwili zatrzymała się jak wryta, bo inaczej skończyłaby ze zdecydowanie złamanym nosem.
– ŁAPA!
– To nie ja! – krzyknął Syriusz, który, faktycznie, aktualnie trzymał tego kafla. – Mów do tej wariatki!
– TY RZUCAJ, A NIE DYSKUTUJESZ. – Z drugiej strony Kici ryknęła Lemot, tak, jak tylko ona potrafiła, bardzo stanowczym tonem. – CZY WYMIĘKASZ, BLACK?
– Nie wypada rzucać przy jedzeniu – zauważyła Kaja, wybierając akurat pieczywo. Kaja miała na sobie podobny sweter co Kicia, choć jej był granatowy i zamiast renifera widniała na nim koślawa choinka. Nie wzbudził takiej sensacji, bo granat wełny zlał się z ogólną kajowatością i w kajowatość tę wniknął tak, że ciężko było na pierwszy rzut oka uwierzyć, że nie jest to coś, co Kaja nosiłaby na co dzień. Dopiero choinka to zdradzała. – Skrzaty się bardzo napracowały, trzeba to docenić.
– Doceniamy – zapewniła Alex, która musiała wejść razem z Kicią, a następnie sunąć niezauważona w mroku, by znaleźć się przy stole, z dala od latających kafli. Alex też miała na sobie sweter. Srebrzysty z motywem cukrowych lasek.
– ZOSTAWCIE MI TROCHĘ CIASTA – Lemot zakrzyknęła ponownie, przez co o mało sama nie dostała kaflem w potylicę. – ZANIM ZIELON WSZYSTKO ZJE.
– TY RZUCAJ, A NIE… – zaczął Black, ale nie skończył. Wściekły wzrok Lemota i kafel w jego brzuchu mu w tym przeszkodziły.
– ZOSTAWIMY CI – odkrzyknęła Lysia.
Sylv opuściła rękę, którą sięgała po sernik. Sernik był jej słabością, ale uznała, że potencjalnie może być też słabością Lemota, więc lepiej go zostawi, żeby nie oberwać kaflem. Poza tym zaczynanie dnia od sernika – choć brzmiało to jak śniadanie mistrzów – mogło nie być najlepszym pomysłem. Zamiast tego strzepnęła kilka okruszków (które mogły, ale nie musiały pochodzić z innego kawałka sernika) z czarnego swetra z reniferem bliźniaczo podobnym do tego, który miała Kicia, i sięgnęła po pieczywo. Takie niesłodkie.
– Chcieli mnie zabić – powiedziała Kicia, kiedy już spokojnie usiadła przy stole, pewna, że nikt jej nie zabije kaflem. – Ładne swetry – dodała.
Kaja uśmiechnęła się radośnie. Też uważała, że ma ładny sweter.
– Gdzie w ogóle jest Zielon? – spytała Alex.
Ecia westchnęła ciężko.
– To długa historia.
Planowała na tym zakończyć swoją wypowiedź, ale prawie wszystkie głowy odwróciły się w jej kierunku. Bardzo chciała, żeby ludzie w końcu przestali na nią dzisiaj patrzeć, a wyglądało na to, że bez wypowiedzi o stanie Zielona ani rusz.
– Jest w skrzydle szpitalnym. – Kicia aż zakrzyknęła ze strachu; Ecia musiała odczekać, aż ktoś poda jej wody, zanim mogła kontynuować: – Wyrósł jej ogon.
– Czy ktoś powiedział ogon? Idealnie! – niespodziewanie odezwał się poeta.
– Ale jak to wyrósł? Tak sam z siebie? – zapytała Sylv, która wiedziała, że co prawda w tym zamku pewne rzeczy dzieją się same z siebie, ale miała nadzieję, że po siedmiu spędzonych w nim latach nie dowie się, że losowo wybranym uczniom doprawia się ogony.
– Taki prawdziwy? – zainteresowała się Kaj. – Może powinnam iść ją odwiedzić.
– Nie no, chyba od tego nie umrze? – Alex zasmuciła się.
– Raczej nie. Ale jaki ciekawy przypadek medyczny się marnuje.
Tym razem wszystkie spojrzały na Kaja.
– Żartowałam – zapewniła gorliwie. A potem dodała bardzo cichutko: – Trochę.
– Miała na sobie sweter? – zapytała Sylv. – Nie żebym myślała, że ten ogon to od swetra, ale… No, próbuję ustalić, czy wszyscy je dostali.
Ecia, która siedziała w złocistym swetrze z ogromną bombką, posłała jej spojrzenie mówiące „A sądzisz, że założyłabym to z własnej woli?”. Siedząca obok niej Lyś miała na sobie żółty sweter z borsukiem wystylizowanym na bałwana. Wydawało się oczywiste, że Zielon też powinna dostać sweter. Nawet Lemot, która nadal rzucała kaflem w Syriusza, dostała, choć trudno było ustalić, jakiego był pierwotnie koloru, bo ewidentnie przetransmutowała go w coś, co tego koloru nie miało.
Lysia obstawiała na brązowy. To dopiero się komuś trafił żarcik. Dawać ludziom brązowe swetry.
Ramieniem objęła siedzącą koło niej i lekko strapioną Ecię:
– A nie mówiłam, że święta są cudoooowne?
Ecia starała się wykrzesać z siebie entuzjastyczny uśmiech. Jak na człowieka, który przeżył to, co przeżył, na wieży astronomicznej, nawet jej się to udało.
– Święta są super – oświadczyła Lemot, siadając przy stole. Świąteczne wzorki na jej swetrze zamigotały różnobarwnie. – Gdzie Zielon? Nie przy cieście?
Kaja już otwierała usta, by wytłumaczyć jej ten niezwykle skomplikowany, medyczny przypadek, gdy nagle usłyszały śpiewane i radosne:
– Tu jesteeeeem!
Zielon – w czerwonym swetrze ze Świętym Mikołajem jak z amerykańskiej reklamy – wkroczyła do Wielkiej Sali. Szła dumnie i pewnie jak na kogoś, kto jeszcze przed chwilą miał ogon. Chociaż… Kiedy usiadła na ławie i sięgnęła po kawałek ciasta, oczom wszystkich ukazał się widok niezwykły: ogon nadal był tam, gdzie się pojawił. Tyle tylko, że teraz przystrojony był świątecznymi lampkami.
– No co? Pani Pomfrey powiedziała, że sam zniknie za kilka godzin, ale do tej pory może tworzyć świąteczną atmosferę. Do tego wyleczyła moją anginę. Mogę śpiewać – powiedziała Zielon, po czym wgryzła się w kawałek sernika.
Sernika, po który właśnie sięgała Lemot.

dwa.

Kwiecień kłamał. Obiecywał i zwodził, jakby był kobietą a nie zbiorem przepełnionych niczym dni i nieprzespanych nocy. Co i rusz przypominał im o tym, że gonili niemożliwe, że za tym murem nie było żadnej dziewczyny, że to tylko głos, z którego powstała mara ust i pocałunków. Regulus wiedział o tym znacznie lepiej niż Barty – ten dawał się mamić kwietniowi, pozostawał pod jego urokiem, ignorował rozczarowania i hołubił sukcesy, których tak naprawdę nie było.
Pod koniec miesiąca cali przesiąknięci byli jego kłamstwami i nawet ubrania, które nosili, zdawały się ciężkie i utrudniające oddychanie. Regulusowi przeszkadzało to bardziej, bo brak mu było ślepej lojalności Barty’ego, jego bezwzględnego posłuszeństwa i wiary, że wielka sprawa wymaga poświęceń. Dlatego to jego kwiecień skrzywdził najbardziej i to on jako pierwszy postanowił zakończyć tę mękę niewiedzy i lekceważenia.
Ostatniego dnia tego parszywego miesiąca wyrwali się więc do Hogsmeade. Wiele obiecywali sobie po tym spotkaniu, wiele sobie wymarzyli i wiele wyśnili w swoich młodych sercach. Czekać miał tam na nich początek nowej, pięknej ery.
Ale nie czekał.
Barty obracał w palcach kieliszek koszmarnego, tak siarkowatego i pięciokrotnie wymieszanego z wodą wina, że sprzedawano go nawet takim smarkaczom jak on. Denerwował się. Nienawidził bycia lekceważonym.
– Odłóż to już – mruknął Regulus. – Ten dźwięk wytrąca mnie z równowagi.
W półmroku ledwo widział jego twarz, ale doskonale potrafił ją sobie wyobrazić – zmęczone, ciemne oczy, lekko zmarszczone brwi i ten grymas, który psuł wszystko. Strach. Dopiero teraz Barty zrozumiał, że jego przyjaciel najzwyczajniej w świecie się bał.
Posłusznie odstawił kieliszek.
– Powinni być tu godzinę temu, Reg. Mój kuzynek sobie z nami pogrywa.
Reg roześmiał się.
– Kuzynek? Odkąd to uznajesz istnienie siostry swojego ojca?
Barty posłał mu groźne spojrzenie, zupełnie zapomniawszy, że jeśli on nie jest w stanie widzieć przyjaciela, to samo działa i w drugą stronę. Stary był ostatnią osoba, o której chciał rozmawiać. Stary i ta cała jego pierdolona rodzina! Charłacy i szlamy, tego był pewien. To cud, że Wilkes wyrósł przy tym wszystkim na zupełnie normalnego człowieka.
– Że co? – burknął. – Że jestem hipokrytą?
– Tego nie powiedziałem. To już twoje słowa.
Gniew przysłonił mu na chwilę wzrok, zupełnie przyćmił jego zdolność pojmowania i dopiero dźwięk tłuczonego szkła obudził go częściowo z tego transu. Czerwona plama na dywanie zaniepokoiła go nie dlatego, że przypominała mu, w jakim celu się tu znaleźli – celu, którego konsekwencji wszak mimo wszystko wciąż w pełni nie pojmował – co z powodu zamieszania, które niewątpliwie wywołała. Mimo to nie mógł oderwać od niej wzroku, choć przecież próbował wyrwać się z tej hipnozy, choć przecież nie mógł ścierpieć idei bycia niewolnikiem, choćby jego panem miało być tylko szkło i parę kropli jakiegoś sikacza.
– Pięknie – usłyszał mruknięcie Regulusa, lecz nawet to nie zmusiło go do uniesienia głowy; podejrzewał, że do tego nie wystarczyłaby parada różowych słoni, ba, egzekucja by nie wystarczyła, chyba że byłaby to egzekucja starego. Ech, stary, szkoda, że to było tylko wino, a nie jego parszywa krew.
Kroki, krótkie zaklęcie i plama zniknęła, a kieliszek znów mógł być kieliszkiem. Tyle że kroki wcale nie ustały, ba, były coraz głośniejsze, aż w końcu przybrały formę najbrzydszych kobiecych nóg, które Barty w życiu widział.
– Chłopcy chyba za dużo wypili, co? – skrzek wdzierał mu się w czaszkę. – Będziemy sprawiać kłopoty, czy zrozumiemy, że szkła się tu nie tłucze?
– Bardzo przepraszamy, kolega… – zaczął Regulus, ale nie dane mu było skończyć.
Barty podniósł wzrok.
Po części dlatego, że czerwona plama zniknęła, po części dlatego, że od tych tłustych, pozbawionych uroku nóg zaczynało mu się kręcić w głowie. Tyle że wyżej wcale nie było lepiej, zobaczył jej brzuch owinięty brudnym fartuchem, męskie ramiona, zbyt duże piersi, czarny wąs i puste oczy – świecie, co uczyniła ci północ, by tak karać jej kobiety – i Barty musiał wysilać się, by nie jęknąć z obrzydzeniem. Na szczęście jednak wciąż myślami był przy starym, przy krwi i przy zasłużonej zemście, zamiast więc śmiertelnie ją obrazić, jedynie śmiertelnie przestraszył tę karykaturę istnienia, co zawsze jest jednak trochę lepsze.
Przez chwilę wszyscy milczeli – Barty, bo nie rozumiał, co się dzieje, Regulus, bo nie rozumiał, co się z nim stało, a ona głównie dlatego, że czuła się, jakby spojrzała w zimne oczy śmierci.
– Może jednak będzie lepiej, jeśli pójdziecie, chłopcy – odezwała się w końcu, dla bezpieczeństwa wkładając dłonie głęboko w fartuch.
Barty podniósł się, a ona mimowolnie wykonała krok do tyłu. Zdziwił się, bo wciąż nie rozumiał, dlaczego się bała. Nie mógł przecież widzieć wyrazu swojej twarzy, który i największego ze śmiałków wpędziłby do szafy. Czystej nienawiści.
– Spokojnie, Daisy, są tutaj ze mną. – Ktoś położył dłoń na ramieniu kobiety, a ona, zdawało się, natychmiast przestała się bać, ukojona nie tylko tym familiarnymgestem, ale i dobrze znanym jej głosem.
Dobrze znanym im wszystkim głosem.
– Rosier? – powiedzieli chórem, obydwaj równie zdziwieni.
Ruda czupryna Evana Rosiera wychyliła się zza pleców kobiety. Po chwili zaciskające się na jej ramieniu palce odpuściły, rozluźniły się zupełnie i zamieniły ten gest ostrzeżenia w coś przyjaznego i zupełnie naturalnego. Daisy uśmiechnęła się mimowolnie, kto miał bowiem w sobie siłę odmówienia dłoniom Rosiera? Kto potrafiłby złościć się, gdy ten ósmy cud świata gładzi je po ramieniu?
Odpowiedź brzmiała: nikt.
– Możesz już iść. Przypilnuję ich – zapewnił, a ona uśmiechnęła się jeszcze bardziej, bo jeżeli było w Rosierze coś urokliwszego niż jego dłonie, były to jego błękitne oczy, ach, Barty rozumiał ją jak nikt inny, przecież każdy, każdy człowiek we wszechświecie chciałby, żeby te oczy zajrzały w jego oczy, żeby prześwidrowały jego duszę i żeby wypełniły go spokojem, jakiego nigdy wcześniej nie widział. – Zapłacimy za to szkło.
– Ach, nie trzeba – odpowiedziała, wciąż oczarowana, a potem odeszła, nie odwracając się ani razu, tak, jakby bała się, że cała ta scena była tylko miłym snem, że gdy się odwróci, wcale go tam nie będzie.
Ale on wciąż był. Jak najbardziej był.
– Przepraszam za spóźnienie, myślałem, że uda mi się wcześniej, ale Arbanddel mnie zatrzymała. – Rosier mrugnął do nich w sposób, który nie mógłby być bardziej oczywistym. – Ale widzę, że Wilkes też się nie postarał. Długo już tu siedzicie? Bo widzę, że z nudów was już roznosi.
Barty’emu trudno było chociaż na chwilę oderwać od niego wzrok. Wszystko, co tamten robił, było takie… od niechcenia. Nawet uśmiechał się tak, jakby myślami błądził wśród wielkich problemów wszechświata i tylko przypadkiem, na granicy świadomości, respektował ich nieistotną obecność. Jak on to robił? Barty zastanawiał się nad tym już od swojego pierwszego roku w Hogwarcie, jednak nie rozwiązał tej zagadki. Próbował wszystkich jego sztuczek, ale żadne nie chciały jakoś zadziałać. Coś wciąż mu uciekało, nie dawało się pochwycić i jasno zdefiniować i to samo sprawiało właśnie, że Barty – choć zwykle nie przejawiał ciągot do takiego zachowania – gapił się bezmyślnie na Rosiera, obdarzając go uśmiechem prawdziwego idioty.
– Myślałem, że przyjdzie tylko Wilkes – zauważył Regulus, który zawsze wykazywał niezwykłą odporność na urok Rosiera. – Coś się stało?
– Leah nie czuje się najlepiej, Nott poprosił go, żeby z nią trochę posiedział. Ale myślałem, że i tak będzie tu przede mną.
– Leah jest chora?
Rosier w końcu usiadł i dopiero wtedy, w świetle lampki stojącej na stole Barty zauważył, jaki był zmęczony.
– Chora to… to złe słowo. Roztrzęsiona. Nie może się pozbierać po tym, co stało się z Yaxleyem. A teraz jeszcze Avery.
– Nie przyszliśmy tu rozmawiać o Leah, prawda?
Choć to na Wilkesa od początku czekali, teraz już nikt się go nie spodziewał i Barty aż podskoczył w fotelu na dźwięk jego głosu. Szybko jednak zebrał się w sobie, bo oto czekało na niego coś, czego nigdy by nie przewidział – Rosier opuścił świat nonszalancji, wyprostował się w fotelu i rzucił Wilkesowi, swojemu najlepszemu przyjacielowi, psia krew, spojrzenie tak pełne nienawiści, że chyba nawet Regulus nie mógł dłużej zgrywać obojętnego.
– Młodzi mają prawo wiedzieć, Wilkes. Ich może spotkać dokładnie to samo. Nie uważasz, że…
– A powiedziałeś Lunie?
– Oszalałeś? Jak mam jej to powiedzieć? „Słuchaj, kochanie, Leah straciła kontakt z rzeczywistością”? To nie jej sprawa, Wilkes. Młodzi to co innego. Walczą z nami w jednej wojnie. Oni chcą z nami zginąć w imię jednej idei. Chcesz im odmówić wiedzy o tym, jakie mogą być tego konsekwencje?
– Evan, musisz jej powiedzieć.
W mgnieniu oka Rosier znalazł się tak blisko Wilkesa, że ledwo zostawił mu dość przestrzeni do oddychania.
I nawet w tej chwili nienawiści w oczach Barty’ego Rosier z Wilkesem wyglądali jak bracia: jeden z nich tylko skrzywiony balastem pokrewieństwa ze starym. Wszystko było w nich takie samo – nawet mina, którą przybrali, nawet to, jak niemo wygrażali sobie całymi swoimi ciałami, ba, Barty mógłby przysiąc, że nawet zęby zaciskali jednakowo, że ich pięści były bliźniacze i że przypadkiem tylko nie przemawiali jednym głosem.
– Nie będziesz mi mówił, co mam robić – warknął Rosier, cały czerwony ze złości, co przecież nie jest trudne, gdy jest się rudym.
– Jeśli ty nie chcesz, sam jej powiem – odpowiedział mu równie czerwony Wilkes. – Luna zasługuje na prawdę. Nie możesz jej wiecznie okłamywać.
– Nie wiem, co ty sobie wyobrażasz, Wilkes, ale jeśli się do niej zbliżysz…
Nie dane im jednak było dowiedzieć się, czym mu groził, bo Rosier nagle wykrzywił się paskudnie i złapał za lewe ramię. Barty’emu z wrażenia na chwilę odebrało oddech, a cały świat cały zawirował z braku powietrza, bo oto ziścić się mogły jego najskrytsze marzenia. Doskonale wiedział bowiem, dlaczego Rosier nagle zwinął się z bólu.
Pozostawało pytanie – dlaczego Wilkes nie?
– Kurwa. Nie tutaj.
– Przestań chociaż przeklinać, Evan. I leć. On nie lubi czekać.
Na chwilę znów byli przyjaciółmi – połączyło ich poczucie wspólnego celu, spojrzenie pełne porozumienia. Ale trwało to krócej niż mrugnięcie powieką. Bo potem powrócił ten przejmujący ból i przyniósł ze sobą wszystko, co najgorsze.
Niemniej, Rosier wychodził. Wybiegał. Zanim zdążył pomyśleć nad tym, co robił, Barty również zerwał się z fotela i bezmyślnie, jakby jego nogi kierowały nim samym, podążył za nim. Musiał. Nie potrafił przepuścić takiej okazji. Przecież…
– Barty? Czemu się za mną wleczesz? Wracaj do środka. Wilkes nie ma dla was całego dnia.
Słowa Rosiera odbijały się w jego pustej czaszce, odbijały i zderzały w nieskończoność, nie było tam bowiem nawet iskry woli ich przetworzenia.
– Pokaż mi.
Rosier roześmiał się, a on nie rozumiał dlaczego. Czy nie byli w wystarczająco ustronnym miejscu? Nie poprosił o nic przecież, zanim nie znaleźli się w uliczce tak ciemnej, że z trudem widział czubek swojego nosa. Czy nie był godny tego widoku? Prosili go, żeby nadstawiał dla tej sprawy kark, a nie mógł nawet przez ułamek sekundy, nawet…
– Jeszcze przyjdzie na to czas. Leć do Regulusa. Stęskni się.
Ale Barty nie miał zamiaru nigdzie iść. Zamiast tego zbliżył się do Rosiera jeszcze bardziej – tak blisko, że gdyby tylko chciał, że gdyby był wystarczająco szybki, mógłby zacisnąć palce na jego lewym ramieniu, a wtedy Rosier, czy tego chciał, czy nie chciał, musiałby zrobić to, czego on chciał.
– Pokaż mi – powtórzył głosem tak pustym, że przez chwilę nawet zastanawiał się, czy nie powiedział tego ktoś inny, czy świat nie gra sobie z nim w jakąś dziwną grę. – Ja to muszę zobaczyć. Proszę, Evan. Zawsze byliśmy kumplami, nie?
Jedno krótkie westchnięcie, jedno krótkie Lumos i czubek różdżki Rosiera zapalił się bladym światłem. Barty ze zniecierpliwieniem wpatrywał się w zakryte jeszcze ramię przyjaciela, z całego serca chciał go pospieszyć, ale powstrzymywał się przed tym ostatkiem sił, czuł bowiem, że skoro ten i tak wyświadcza mu przysługę, należy postępować według jego zasad.
Tyle że rękaw jego szaty nie chciał się podwinąć, różdżka nie chciała przesunąć się bliżej do jego ramienia, wszystko zamarło na te kilkadziesiąt sekund, które były chyba najdłuższymi w Barty’ego życiu.
– Jesteś pewien? – zapytał Rosier. – To nie jest takie…
– Och, pokaż mi to wreszcie! Ile można czekać?
– To jest poważna, czarnomagiczna blizna, Barty! Powstała w skutek poważnej, czarnomagicznej klątwy! Albo to do ciebie dotrze, albo możesz wracać do domu!
Zanim Barty zdążył mu odpowiedzieć, Rosier znów złapał się za ramię. Ból musiał stawać się trudny do zniesienia, bo wyglądało na to, że nie powróci już do swojej moralizatorskiej przemowy.
Gdyby tylko mały Crouch go posłuchał.
Ale nie posłuchał. To stary był od słuchania innych ludzi. Regulus był. On, Barty, nie przejmował się bólem. Nie przejmował się też cudzymi rozkazami. Był panem samego siebie. I jeśli chciał coś zobaczyć, to, kurwa, miał święte i swoje własne prawo zobaczyć to tu i teraz.
Dlatego też spojrzał na Rosiera z czymś, co w jego mniemaniu było wyższością, lecz tak naprawdę przypominało jedynie żałosną próbę nadania sobie samemu znaczenia i powtórzył to, co usłyszał wcześniej od Wilkesa:
– On nie lubi czekać.
Rosier nie był już w stanie sprzeciwiać się. Nie mógł go wyśmiać. Może gdyby nie był taki zdeterminowany i wściekły, może wtedy Barty byłby w stanie zauważyć, jak strasznie cierpiał, jak silne musiało być zaklęcie, które paliło już nie tylko jego ramię, lecz także wszystkie jego kości, jego mięśnie, jego skórę, ba, nawet jego krew i powietrze gromadzące się w jego płucach. Ale nie zauważył. Zupełnie go to nie obchodziło.
Wyciągnął rękę i sprawnym ruchem podwinął rękaw szaty Rosiera.
Widział Znak. Widział go z bliska. A Znak widział jego, Barty wiedział to doskonale, widział i podziwiał to, jaki sam był podziwiany. Zdawało się wręcz, że czarny wąż próbował powiedzieć mu coś swoimi błyszczącymi ślepiami i swoim rozdwojonym językiem, że nawet niema i martwa czaszka zmienia swój kształt, żeby…
Wtedy Rosier zniknął. Teleportował się. Znalazł w sobie resztkę siły, by przysunąć różdżkę do palącego ramienia.
Barty’emu nie pozostało nic innego, jak krzyknąć ze wściekłości, że nie zabrał ze sobą i jego.

Koniec. Jawa.

Czasami tak po prostu jest. Wspomnienia z lat młodości powracają do nas już nie w snach, ale na jawie. Jak przed nimi uciec? Gdzie się schować? Każdy musi przyznać, że to niemożliwe. Jednak równie ciężkie – jeśli nie gorsze – będą próby zmierzenia się z nimi, wchłonięcia ich w swoją teraźniejszość. Piękno przeszłości leży w tym, że już jej nie ma. Dlaczego mamy godzić się na jej nawroty, nękające nas od czasu do czasu, niepozwalające nam zapomnieć o błędach bez znaczenia, które popełniliśmy w czasach bez znaczenia?
Nasz bohater miał niewątpliwy zaszczyt należeć do zacnej grupy ludzi mierzących się z demonami młodości.
Niespełna pięćdziesięcioletni, wykształcony mężczyzna z żoną, dzieckiem, armią kotów i z obiecującą przyszłością – legendarna Kasandra Trelawney wywróżyła mu stanowisko Ministra Magii na wiele lat przed jego narodzinami – nie miał żadnych problemów. Jego podwładni zawsze przychodzili na czas, szef witał go uśmiechem, a Hallie robiła przepyszną kawę. Od jakiegoś jednak czasu nie potrafił znaleźć dla siebie miejsca. Coś złego działo się z jego życiem. Wszystko zaczęło się, paradoksalnie, gdy dla całego świata wszystko się raczej kończyło – od hecy z Rosierem i Wilkesem, którzy pozbawili biednego Alastora połówki nosa. Nie znał ani jednego z tej dwójki zwyrodnialców, zwolenników Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Jednak od ich śmierci gdziekolwiek by się nie udał, widział tylko jedno – orzechowe oczy wpatrujące się w niego ze wszystkich stron.
Przyznajcie sami, ucieczka od tej, którą się kiedyś kochało, nie może być przyjemna. Nawet gdy od dawna nie pamiętało się jej twarzy. Świadomość, że dziecko… Jej dziecko…
Ale czas mijał nieubłaganie. Od śmierci tej dwójki minęły niemal dwa lata. Od upadku Tego, Którego Imienia Wciąż (nikt nie wie dlaczego) Nie Wolno Wymawiać – dwa razy mniej. Świat wychodził powoli z fazy radosnego upojenia zwycięzców; ileż bowiem można było świętować? Zanim jednak dane mu było pogrążyć się w głupim odrętwieniu, nadeszła chwila zemsty po fakcie, wyłapywania niedobitków. Nasz bohater idealnie odnajdywałby się w roli kata, gdyby nie przeczucie – coś, w co nie powinien był wierzyć – że katastrofa wisiała w powietrzu. Te oczy na to wskazywały. Niby dlaczego niezmiennie go dręczyły? Cóż był im winien? Spłacił swój dług wobec tej miłości. Na rękach wciąż miał krew.
Jego jedyną ostoją wciąż była Hallie, niezastąpiona Hallie, jedyna Hallie, pracę z którą już dawno zamienił na zestaw śniadania i kolacje. To ona potrafiła ukoić jego wyrzuty sumienia, które pojawiły się tak nagle w tyle lat później. To ona zdejmowała część ciężaru przeszłości z tych ramion, które naprawdę nie mogły unieść aż tyle. Gdzie w tym czasie była żona naszego bohatera? Gdzie jego syn? Zajmowali się sobą nawzajem albo tylko sami sobą, już dawno zapomnieli o jego istnieniu. Przydawał się, owszem, jako przyszły Minister Magii. Był koszmarnym ojcem i koszmarnym mężem. Nie potrafił ich pokochać tak, jak…
Aż w końcu katastrofa nadeszła.
Jej oczy były niebieskie.
***
Przyszłość przegrała z przeszłością. Ostateczną bitwę przegrał dla niego jego syn, ten zwyrodnialec, mały niewdzięcznik niewarty wszystkiego, co dla niego poświęcił. Początkowo nie wierzył. Jak bowiem można uwierzyć w coś tak absurdalnego? Zdrajca! Morderca! W jego domu!
– Crouch, nie ma najmniejszych wątpliwości. Przykro mi – powiedział jeszcze jeden z jego kolegów, a raczej ekskolegów, oczywistym bowiem było to, że po takiej kompromitacji nie będzie mógł dłużej zajmować swojego stanowiska i miejsca w socjecie.
Jednak w końcu musiał zaakceptować fakty. Musiał przyznać, że gazety głoszące, że Syn kandydata na Ministra Magii, Bartemiusz Crouch Junior, oskarżony o uprowadzenie Longbottomów! mają rację. Dowody, jakie zgromadzono, były niepodważalne. Mógł próbować z tym walczyć, jednak byłaby to walka z wiatrakami. Musiał zaakceptować to, co się wydarzyło.
Musiał stawić temu czoła.
– Czy to prawda? Złapali Barty’ego? Był takim uroczym, niepozornym chłopcem! – mówili sąsiedzi, a on ich słuchał, starając się nie okazać, jak bardzo zirytowany jest ich sztuczną uprzejmością. Postanowił bowiem oficjalnie odciąć się od sprawy syna. Wyrzucić. Zapomnieć. Tłumaczył sobie i żonie, która mu nie wierzyła, że robi to dla dobra swojej kariery politycznej. Kłamał.
Robił to, by orzechowe oczy więcej nie śledziły każdego jego kroku.
***
Pomieszczenie było małe, ciemne, klaustrofobiczne. Nasz bohater bywał tu już wiele razy. Nigdy nie w charakterze przesłuchiwanego. W tej sytuacji było coś niepokojąco upokarzającego.
– Myślę, że udzielił nam pan wystarczających wyjaśnień, panie Crouch. – Jego rozmówca wstał z krzesła. Coś podpowiadało naszemu bohaterowi, że nikt nie zechce mu teraz podać ręki. A przecież nie był przestępcą. Nigdy nie uczyniłby tego, co ten głupi smarkacz. – Jeszcze raz przykro mi, że sprawa dotyczy pańskiego syna. Nikt nie przypuszczał…
– Prosiłem, by nie tytułować oskarżonego moim synem – odpowiedział chłodno.
Coś upokarzającego było również w tym, z jakim uporem świat przypominał mu o tej relacji. Jak gdyby nikt nie mógł pamiętać o tym, że Barty był niezależnym człowiekiem, zdolnym do podejmowania własnych decyzji. Nie naszego bohatera winą przecież było to, że zamordował on człowieka, prawdopodobnie nawet nie jednego. On sam nigdy… Nigdy by tego nie uczynił. Nie był mordercą.
Orzechowe oczy patrzyły na niego z powątpieniem.
– Dlaczego, panie Crouch? Jeśli mogę pozwolić sobie na osobistą uwagę, sądzę, że nie powinien pan tak…
– Ja nie mam syna.
W dwa tygodnie później miał powiedzieć – wykrzyczeć – to swojemu synowi, wśród tłumu gapiów, czekających na jego upadek. To przesłuchanie było niejako próbą. Mógł zobaczyć, na ile obojętności go stać, czy potrafi wyprzeć się swojej rodziny tak, jak…
Nie, przecież nigdy nie wyparł się tych orzechowych oczu. To było coś zupełnie innego. Gdy niespełna dwa lata wcześniej Alastor napomknął coś o tym, jakoby nieszczęsny Wilkes był jego siostrzeńcem, nasz bohater jedynie przez zaskoczenie powiedział, że był jedynakiem. Wszakże tak mu się przez większość jego życia wydawało. Nie mógłby zabronić tytułowania jej jego siostrą.
– Panie Crouch, przecież ta bitwa już dawno jest przegrana. Nie musi pan wypierać się swojej rodziny. Po co? To jedyne, co panu teraz pozostało – kontynuował przesłuchujący, podczas gdy nasz bohater zastanawiał się, dlaczego podlotek niewiele starszy od Barty’ego uzurpował sobie prawo do udzielania mu porad życiowych. – Jak znosi to pańska żona? Musi cierpieć, w końcu jej pierworodny…
– Ja nie mam syna – powtórzył, z uporem wpatrując się w orzechowe oczy klamki od drzwi. Chciał stamtąd wyjść. Czuł, że jeszcze chwila, a pochłonie go wir wspomnień, którymi wcale nie chciał dzielić się z… nawet z samym sobą.
Jego rozmówca uznał swoją porażkę; po chwili szur odsuwanych krzeseł uwolnił naszego bohatera od jego towarzystwa. Kilka sekund zaledwie dzieliło go od wyjścia z tego pokoju. Jednak jako że ostatnimi czasy nie czuł się najlepiej, kilka sekund zamieniło się w kilkadziesiąt – przed powstaniem musiał wziąć kilka zaskakująco głębokich oddechów, upewnić się, że po chwili nie upadnie. Zwłoka ta nie kosztowała go pozornie wiele. Gdyby jednak był o te niespełna dwadzieścia lat młodszy, pewnie nie usłyszałby, jak jego rozmówca szepcze do kolegi na korytarzu:
– Tak, jasne, nie ma syna. Tak samo, jak nie miał siostry, gdy Szalonooki sprzątnął Wilkesa z Rosierem. No co ty? Nie słyszałeś? Założę się, że to na rodzinnych spotkankach jego synalek został zwerbowany. Wiesz, zaufany kuzynek, psia krew.
***
Choć opuszczał tę salę jako zwycięzca, nasz bohater wyglądem przypominał człowieka, który stracił już nie tylko rodzinę i wizję świetlanej kariery politycznej, ale również i życie. Stało się. Paręnaście minut temu skazał swojego własnego syna na dożywocie w Azkabanie.
Tak, swojego syna. Bo choć przed chwilą zaledwie oficjalnie się go wyparł, to wciąż był jego syn. I właśnie świadomość pokrewieństwa krwi nie pozwalała naszemu bohaterowi czuć się zwycięskim w walce z nieprawością i mordem. Nie potrafił traktować go jak zwykłego kryminalisty. Nie potrafił wyprzeć się go przed samym sobą. Zbyt wiele… Zbyt wiele było w młodym Bartym Juniorze Barty’ego Juniora sprzed niespełna dwudziestu lat.
Dźwięk zamykanych drzwi rozdzierał mu resztki serca, którego obecności – metaforycznie – nie odczuwał od tak dawna. Co teraz będzie? Za co perfidny Los chciał go tak ukarać? Był dobrym człowiekiem. Nigdy… Nigdy…
Zauważył kobietę siedzącą na jednej z kamiennych ławek. Wyglądała doprawdy mizernie. Choć może po prostu z natury była drobna – nasz bohater nie chciał jej się przyglądać na tyle, by to określić. Zastanawiał się, czy skazał właśnie kogoś z jej bliskich. Może znała jego syna? Nigdy nie chciał poznać żadnego z jego przyjaciół. Chociaż nie, wyglądała znacznie starzej, mogła być co najwyżej czyjąś matką czy ciotką, ale nie kochanką.
– Proszę pani, już po rozprawie. Winni – powiedział uprzejmie, lecz beznamiętnie. Nie potrafił być współczującym rozmówcą. – Może pani iść do domu.
Kobieta nie zareagowała. Wciąż wpatrywała się w posadzkę, jakby w niej szukając oparcia.
– Nie powinna pani tu teraz przebywać, to niezgodne z regulaminem. Naprawdę. To koniec. Już po wszystkim.
Przez chwilę nie reagowała, a nasz bohater zastanawiał się, co takiego może zrobić, żeby się jej pozbyć. Nikt nie powinien przesiadywać w tym miejscu po godzinach pracy Rady. Co jeśli jakiś bezmyślny urzędnik ją tu zamknie? Musiał jakoś jej wytłumaczyć…
Ale wtedy ona podniosła głowę i spojrzała na niego ze smutkiem, jakiego nigdy jeszcze nie widział.
Chciał zamknąć te orzechowe oczy, ale to wcale nie był sen.