Łapy przy sobie: siedem

– Vector, ten durny kot jest martwy. Zdechł, bo wyskoczył z okna. Koty nie rozwalają się o bruk, koty zawsze spadają na cztery łapy. Koty nie wyskakują z okna w środku zimy. Mimo to, z całą pewnością, ten kot jest martwy.
Wyrzucałam z siebie słowa cicho i powoli, smakując je, próbując się z nimi oswoić i jakoś je okiełznać. Mimo wielokrotnego powtarzania nie zmieniły jednak swojej wartości logicznej. Sztywne ciało kota mojego młodszego brata wciąż spoczywało pod ziemią w naszym ogrodzie.
Vector nie zwracała na mnie uwagi, bo przez ostatnie pół godziny zdążyła stracić do mnie cierpliwość. Była zirytowana, bo nie udało jej się znaleźć żadnego skutecznego sposobu, żeby mnie pocieszyć albo uciszyć. Profesor Fowler rzucał nam groźne spojrzenia znad tabel, podczas gdy Vicky wykonywała obliczenia za naszą dwójkę. Wiedziałam, że zapłacę za to srogo na kolejnej lekcji, bo wtedy to ja będę musiała odwalić całą robotę, ale nie mogłam się opamiętać.
– Annie – zwróciła się do mnie Vector natarczywym szeptem, kiedy zebrała siły na kolejną próbę. Wykorzystała chwilę, gdy Fowler konsultował rozwiązanie z Sawneyem Goddardem. – Uspokój się. To, że kot zdechł przez przypadek jest znacznie bardziej prawdopodobne niż to, że zdechł, bo tak przepowiedziałaś.
Nie było najmniejszej konieczności tłumaczenia mi takich banałów. Było oczywiste, że prawdopodobieństwo wystąpienia dwóch niezależnych zdarzeń jest znacznie wyższe niż prawdopodobieństwo wystąpienia dwóch powiązanych, na dodatek w odpowiedniej kolejności. Problem w tym, że odkąd dowiedziałam się o babci, moje postrzeganie świata stało się nieco mniej liczbowe.
Żaden rachunek prawdopodobieństwa nie mógł mnie już uspokoić. Wolfe opisał śmierć kota w dokładnie taki sposób, w jaki zobaczyłam ją po omdleniu ostatniego dnia wakacji, a nigdy nawet nie wspomniałam mu o swojej wizji. Odkąd dowiedziałam się o darze babci, usiłowałam odpychać od siebie myśl, że mogłam go odziedziczyć, ale to właśnie śmierć kota wytrąciła mi z ręki ostatnie desperackie argumenty.
Musiałam się z tym pogodzić i podejść do zagadnienia jak Krukonka – od strony praktycznego zastosowania. Po pierwsze, musiałam dowiedzieć się, jakie okoliczności wywołują wizje, żeby móc ich unikać. Po drugie, musiałam nauczyć się przewidywać datę spełnienia przepowiedni. Po trzecie, musiałam się upewnić, czy to nie ja zabiłam kota.
To ostatnie było najgorsze – dopuścić do siebie myśl, że moja wizja mogła być bezpośrednią konsekwencją niechęci, którą żywiłam do zdechłego zwierzęcia. W odwiecznym sporze między psiarzami a kociarzami zawsze stałam po stronie psów i nie mogłam przeżyć, kiedy dowiedziałam się, że do Hogwartu można zabierać tylko niektóre zwierzęta. Po pierwszym roku rodzice zaproponowali mi kupno sowy albo kota, ale obraziłam się wtedy i odrzuciłam ich pomysł. Kiedy w zeszłe wakacje ojciec kupił Royle’owi kota, to zwierzę stało się symbolem całego żalu do tego, czego nie mogłam mieć, chociaż wcześniej nawet nie chciałam.
Kiedy ocknęłam się po omdleniu w sierpniu, natychmiast uznałam, że kiedy straciłam przytomność, przewidziało mi się dokładnie to, o czym skrycie marzyłam przez całe wakacje. Czym innym było jednak wyganianie kota do ogrodu, mierzenie się z nim na złe spojrzenia i zrzucanie go z kanapy, a czym innym prawdziwa intencja uśmiercenia go. Miałam nadzieję, że moja wizja była jedynie zapisem tego, co i tak miało się wydarzyć, a nie że powstała dlatego, że chciałam, by się ziściła.
Ostatecznie Royle naprawdę potrzebował tego kota. Wciąż pamiętałam, jak bardzo nie chciał wypuścić go z rąk przez pierwszą dobę. Czułam w gardle kulę wielkości jabłka, kiedy przypomniałam sobie dłonie brata ślizgające się po miękkim, czarnym futerku.
– To mogła być moja wina – mruknęłam głucho, bezwiednie bawiąc się liczydłem. Vicky poprawiła koraliki, żeby nie zamieszały w jej wyniku i odpowiedziała mi zirytowanym szeptem:
– Mógł też wyskoczyć za ptakiem.
– Jesteś w zmowie z moim bratem? – zapytałam, celując w nią oskarżycielsko piórem.
Nie odpowiedziała mi, ale lekko się uśmiechnęła. Byłam zbyt pogrążona we własnych myślach, by drążyć ten temat, ale pocieszało mnie, że Vector doskonale obędzie się beze mnie, jeśli tylko postanowi owinąć sobie Wolfe’a wokół palca. W pewnym sensie już jej się udało – mój brat dostawał maślanych oczu, kiedy tylko patrzył na Vicky. Najlepszym dowodem było to, jak szybko zapomniał o mojej minie na wieść o kocie – wystarczyło, by Vector pojawiła się w Trzech Miotłach. Choć trochę smutno było patrzeć, jak inteligentnemu facetowi paruje mózg, uznałam, że mogę z tym żyć.
Tymczasem to mój mózg parował, kiedy intensywnie myślałam nad tym, jakie okoliczności wystąpiły bezpośrednio przed moimi omdleniami. Rysując skomplikowany szlaczek na pergaminie do obliczeń, usiłowałam odtworzyć po kolei wszystkie wydarzenia począwszy od wakacji, ale ciągle coś mi się wymykało.
– To mógł być efekt zbyt intensywnej ekspozycji – zwerbalizowałam w końcu, zwracając się do Vector. – Całe wakacje z tym głupim kotem… mdleję… dwa miesiące myślenia o Blacku… mdleję.
Vector fuknęła ostrzegawczo, ale było już za późno.
– Dziewczyny. – Profesor Fowler stracił w końcu cierpliwość i zdecydował się nas zrugać swoim obojętnym tonem: – Nie ma potrzeby, żebyście tu siedziały. Owutemy dopiero za cztery miesiące.
Zawsze zdumiewało mnie, jak głośne są kropki w wypowiedziach profesora Fowlera. Potrafił nadawać im więcej znaczenia niż zdaniom, które kończyły. Od kiedy usłyszałam go po raz pierwszy, marzyłam, by skomponował całą wypowiedź złożoną z samych kropek i byłam pewna, że ta wypowiedź poszłaby mi w pięty bardziej niż cokolwiek, co w życiu powiedział.
– Przepraszam, profesorze – wypaliłam automatycznie. Nabrałam powietrza i dodałam: – Zastanawiałam się tylko, czy moglibyśmy wspólnie wyliczyć moją Wibrację Śmierci.
Zapadła cisza. Wszyscy wlepili we mnie wzrok, a spojrzenie Vector niemal paliło mi skórę. Nie odważyłam się na nią spojrzeć. Miałam nadzieję, że wybaczy mi, jeśli wyjaśnię jej później.
Doskonale wiedziałam, jak zuchwała była to prośba. Kurs numerologii przez całe semestry skupiał się na obliczaniu Piramidy Życia, nadawaniu odpowiednich imion zwiększających potencjał, eksploracji Drogi Życia i obliczaniu prawdopodobieństwa dla różnych ścieżek. Wszystkie te zagadnienia skupiały się na narodzinach i kształtowaniu życia, właściwie milcząc na temat śmierci.
Profesor Fowler tłumaczył nam, że nie wszyscy czarodzieje potrafią unieść ciężar znajomości swojej Wibracji Śmierci. Niektórzy nie potrafią jej zrozumieć i unikają jej, naginając swoją ścieżkę. Nie wiedziałam, czy ja będę potrafiła unieść tę odpowiedzialność, ale nie było innego sposobu, by się dowiedzieć, niż sprawdzić to empirycznie.
Sądziłam, że skoro już zobaczyłam swoją śmierć, poznanie jej daty nie będzie niczym wielkim. Nie mogłam wiedzieć, kiedy zdechnie kot Royle’a, ale zdecydowanie musiałam wiedzieć, kiedy przyjdzie pora na spełnienie mojej drugiej wizji.
Poza tym nie mogłam wyznaczyć swojej Wibracji sama. Dobrze obliczyć mogli ją tylko postronni, bo należało przyjąć po drodze kilkanaście zmiennych, co do których sam zainteresowany nie mógł być obiektywny. Co innego pięciu czy sześciu czarodziejów – to dawało już wiarygodny wynik.
– Ja i Septima mamy tu spór akademicki i nie ma innego sposobu, by go rozwiązać – wytłumaczyłam po chwili, wypełniając te słowa całą swoją determinacją. Rzuciłam okiem na Vicky, która była w zbyt głębokim szoku, by się sprzeciwiać. – Poza tym procedura może przydać się na egzaminach.
Wiedziałam, że jeśli tylko sprawię wrażenie, że nie przyjmuję odmowy, profesor Fowler się zgodzi. Główną zasadą na jego zajęciach było drążyć problem, aż pozostanie po nim tylko pył. Z tego powodu po numerologii rzadko jadaliśmy lunch – dzwonek na koniec zajęć był jedynie sugestią.
Vicky pokręciła głową z niedowierzaniem, ale Fowler się zgodził.
– Skoro tak.
Następne pół godziny przebiegło w wyjątkowo upiornej atmosferze. Profesor Fowler wypisał moje dane wyjściowe na tablicy. Złapałam Goddarda, jak patrzył na mnie pustym wzrokiem i usiłowałam się do niego uśmiechnąć, ale mięśnie twarzy odmówiły mi posłuszeństwa. Vector nie odezwała się do mnie ani słowem, zajęta wypisywaniem długich wierszy cyfr. Ja sama usiłowałam przejść całą procedurę, ale byłam tak rozkojarzona, że robiłam błędy nawet przy przepisywaniu.
Zgniotłam w dłoni swój bezużyteczny arkusz pergaminu, kiedy okazało się, że wszyscy moi koledzy i nauczyciel uzyskali wynik, zanim ja dotarłam do połowy. Musiałam użyć całej siły woli, by zmusić się do spojrzenia na tablicę, na którą Fowler skopiował wszystkie daty:
ANEMONE SNICKET 31 08 1960
78% 31 08 1978 (Vector)
95% 31 08 1978 (Goddard)
81% 31 08 1978 (O’Sullivan)
99% 31 08 1978 (Avery)
89% 31 08 1978 (Fowler)

Łapy przy sobie: siedem

Łapy przy sobie: jeden

Zanim pokój wspólny opustoszał, dochodziła już druga w nocy, a był to dopiero początek.
Nawet po wyjątkowo udanej uczcie z okazji Nocy Duchów, po której obowiązkowo należało napić się jeszcze kremowego piwa heroicznie przemyconego przez znajomych, przychodził moment, w którym każdy normalny człowiek z przyjemnością kładł się w swoim miękkim łóżku, ale nie – ja i Septima Vector zaczynałyśmy się uczyć.
Z trudem powstrzymałam głośne jęknięcie na widok stosu pomocy naukowych, które Vicky rzuciła na stół. Schowałam się nieco głębiej w fotelu, zastanawiając się, czy wchodzi w grę odłożenie tej przykrości w czasie o kolejne pół godziny, jednak smutna prawda była taka, że nie wolno nam było stawić się na porannej numerologii bez pracy domowej. Nie chodziło już nawet o honor Krukonki – raczej o to, że profesor Fowler szalenie poważnie podchodził do swojej klasy owutemowej i nie wahał się regularnie przypominać nam, że może nas wcale nie dopuścić do egzaminów. Mimo że klasa liczyła jedynie pięć osób, nikt nie łudził się, że są to jedynie czcze pogróżki. Nie można też było liczyć na uniknięcie bezpośredniej konfrontacji, więc chcąc nie chcąc do rana musiałyśmy przeprowadzić wszystkie wymagane obliczenia, a towarzyszyć mógł nam jedynie gorzki żal, że nie zabrałyśmy się za to wcześniej.
Usiłowałam trochę wyprostować sylwetkę, by dodać sobie ochoty do pracy, jednak grawitacja była nieubłagana.
– Na ten moment czekałaś całe życie – oświadczyła z werwą Vicky, rzucając mi przed nos tablice księżycowe.
Parsknęłam śmiechem. Nie chciało mi się wierzyć w ten entuzjazm – nawet ze strony Vector, która była z numerologii absolutnie fenomenalna i oddałaby życie, żeby ją popularyzować. Wybaczyłam jej to, uznając, że to nowy sposób motywowania nas do pracy. Nie był zbyt skuteczny, jednak w tej trudnej sytuacji należało docenić każde dobre chęci.
– Bez żartów – powiedziałam, jednocześnie tłumiąc potężne ziewnięcie.
Zaczęłam rozkładać liczydła, pióra i pergaminy, ale kiedy Vector nawet nie ruszyła się, żeby mi pomóc, znowu na nią spojrzałam. Wciąż promieniowała chęcią do działania. Na ten widok nie dało się nie uśmiechnąć.
W takich momentach jasne było, dlaczego wszyscy do niej lgnęli. Problem ten dotyczył szczególnie chłopaków, którzy beznadziejnie pragnęli się z nią choćby przyjaźnić. Przyciągała ich mimowolnie, choć na pierwszy rzut oka nie rzucała się w oczy – przeciętny wzrost, proste blond włosy związane w kucyk, szare oczy i wąskie usta – ale ponieważ była inteligentna, zabójczo skuteczna, a przy tym bardzo kobieca – nigdy nie przechodziła niezauważona. Punktowanie jej kolegów w listach za i przeciw należało do naszych codziennych rozrywek – miałyśmy na to nawet tabelki.
Dla osób powyżej szóstego roku była do rany przyłóż, jednak od czasu do czasu przypominało jej się, że jest prefektem naczelnym i młodsi uczniowie raczej ją omijali, dzięki czemu nasz stolik pod oknem był na stałe wolny od wrzeszczących dzieciaków.
Taka przyjaciółka zdarzała się raz na milion.
– Potter i Evans się zeszli – wyjawiła w końcu Vector po chwili dramatycznej ciszy.
Momentalnie się ożywiłam, a mój senny nastrój natychmiast gdzieś uleciał. Wyszczerzyłam się szeroko i uniosłam ręce w geście zwycięstwa.
– Jak się dowiedziałaś? – zapytałam szybko, z trudem powstrzymując się przed okazaniem radości w sposób, który mógłby obudzić innych mieszkańców wieży.
W sprawie Evans i Pottera żaden dowód nie był pewny, jednak nie do pomyślenia było, żeby Vector się myliła. Ona jedna nie wierzyła w żadną plotkę, póki nie sprawdziła jej u źródeł.
Vector była z siebie naprawdę dumna.
– Widziałam ich na siódmym piętrze, wcale się z tym nie kryją. Rozmawiałam też z Mary McDonald.
Bezgłośnie wykrzyczałam „BRAWO”. Zanim w pełni dotarła do mnie waga tej informacji, Vector już przekazywała mi instrukcje:
– Plan startuje w sobotę – powiedziała, przybierając rzeczowy ton. Włożyła mi w ręce jakieś papiery. Rzuciłam na nie okiem i mimowolnie oniemiałam. – Black przeważnie pojawia się w sowiarni jeszcze przed śniadaniem.
Pokazała mi palcem odpowiednie miejsce w swoich notatkach.
Notatki okazały się dość szczegółowym kalendarzem, stworzonym na bazie tych, których używałyśmy na numerologii. Nie ulegało wątpliwości, że kalendarz ten zawierał informacje na temat codziennych zwyczajów Syriusza Blacka i że wytykał mu regularności i zasady, o których nawet on sam nie miał pojęcia.
– Vicky… dobrze się czujesz? – zapytałam, udając niepokój. W rzeczywistości byłam zachwycona, ponieważ zdawałam sobie sprawę z tego jak cenne są dane, które trzymałam w ręku. – Gorączka? Ciśnienie?
Nie pytałam, skąd Vector pozyskała te informacje – przysłowie mówiło wyraźnie, że ciekawość zabiła Krukona, a ja nie chciałam jeszcze umierać. To, że nie chciałam wiedzieć nie znaczyło jednak, że prawdziwie nie wzruszyło mnie poświęcenie Vicky.
Wciąż pamiętałam dzień, w którym Vector zorientowała się, że obecność Syriusza Blacka w promieniu dwudziestu metrów powoduje, że serce bije mi dwukrotnie szybciej. Nauczyła mnie wtedy kilku przydatnych ćwiczeń oddechowych, dzięki którym nigdy nie wyszłam na skończoną idiotkę i z wrodzoną szczerością powiedziała mi, że raczej nie ma na to szans. Dała mi kilka miesięcy na ochłonięcie, ale kiedy mi nie przeszło, obiecała pomóc, gdy nadejdzie czas. Ten czas najwyraźniej właśnie nadszedł.
Sprawa była dość beznadziejna, szczególnie że Syriusza Blacka widywałam niemal wyłącznie podczas posiłków i na zajęciach z zaklęć. Cały jego świat kręcił się wokół przyjaciół, którzy stanowili zamknięty krąg o solidnie obwarowanych granicach. Wymieniłam z nim w życiu zaledwie kilka zdań i udawało się to wyłącznie wtedy, gdy na orbicie brakowało reszty paczki.
Dawno już doszłyśmy więc do wniosku, że jedyną szansą jest odczekanie, aż Potter znajdzie sobie dziewczynę i mimowolnie poluźni łączące go z Blackiem braterskie więzi. Nie przewidziałyśmy jednak, że dotarcie do tego momentu będzie trwało latami.
Vicky parsknęła śmiechem.
– Martw się raczej o siebie.
– Ze mną wszystko w porządku – zadeklarowałam trochę zbyt szybko, żeby brzmieć wiarygodnie. Prawda była taka, że od początku semestru nie czułam się najlepiej. Trochę zbyt często bolała mnie głowa, a raz nawet zdarzyło mi się zasłabnąć. Nigdy wcześniej nie doznawałam podobnych dolegliwości ze strony swojego ciała i naprawdę trudno było mi się z tym oswoić. Vicky żartowała, że to starość – w końcu byłyśmy już pełnoletnimi czarownicami, a takim wypada już na coś chorować, ale mimo wszystko było to uciążliwe.
Pojawiłam się już nawet w skrzydle szpitalnym, jednak pani Pomfrey odesłała mnie z kwitkiem, głośno wyrażając swoje niezadowolenie wobec zbyt dużej presji egzaminacyjnej wywieranej na siódmorocznych. Chociaż niewątpliwie ja i Vector często zarywałyśmy noce, szczerze wątpiłam, żeby był to prawdziwy powód.
Vicky rzuciła mi zmartwione spojrzenie, ale nic nie powiedziała, ponieważ nie był to czas na rozczulanie się.
– To jak, szybki list do brata, żeby załatwić sobie pretekst do rozmowy? – zapytała.
– Pretekst dla mnie czy pretekst dla ciebie? – zapytałam niewinnie, uśmiechając się głupio, przez co Vector zrobiła oburzoną minę. – Wolfe pytał o ciebie w wakacje.
– Prześlij mu pozdrowienia i ustaw nas z nim w styczniu w Hogsmeade.
Kiwnęłam głową.
Poczułam lekkie wyrzuty sumienia, bo nie przypominałam sobie, żebym się z nim kontaktowała, odkąd wróciłam do Hogwartu. On sam skończył szkołę dwa lata temu i od tego czasu pracował w wiosce, gdzie zajmował się transportem towarów. W rodzinnym domu bywał raczej rzadko, wpadał głównie na weekendowy obiad, żeby najeść się i pograć w Eksplodującego Durnia.
Kiedy uczył się jeszcze w Hogwarcie, spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu, mimo że byliśmy w innych domach. Z perspektywy czasu znacznie bardziej doceniałam jego ofiarę dla wychowania wkurzającego młodszego rodzeństwa, bo sama nie mogłam zdobyć się na podobną relację z naszym młodszym bratem Roylem. Wydawało mi się, że winę za to ponosi duża różnica wieku – młody był dopiero na drugim roku. Problem braku wzajemnego zrozumienia pogłębiał fakt, że w tym roku ojciec kupił Royle’owi kota, doskonale wiedząc, że nie lubię tych nadętych futrzaków. Ostatecznie więc nigdy nie dałam młodszemu bratu nawet jednej setnej uwagi, którą Wolfe otoczył mnie, a było to dla Royle’a wielką stratą, bo nic tak nie pomagało w szkole jak dobrze ustawione starsze rodzeństwo.
Na chwilę się rozproszyłam i nawet nie zauważyłam, że Vector zaczęła już wypisywać dane wyjściowe do naszej pracy domowej. Momentalnie przywołałam się do porządku i dołączyłam do niej, karcąc się za brak koncentracji. Kiedy zaledwie dwie godziny później byłyśmy już gotowe, by na podstawie szczegółowych obliczeń uwzględniających siedem zmiennych omówić z profesorem Fowlerem prawdopodobieństwo, że bunt Urga Obrzydliwego w XVIII w. mógł zakończyć się sukcesem, byłyśmy wykończone.
– Vicky? – zapytałam jeszcze, kiedy Vector zbierała się już w stronę dormitorium, a ja chowałam resztę naszych rzeczy.
– No? – mruknęła, zaspana.
– Zauważyłaś, że Black nie wysyła listów wyłącznie w soboty, które wypadają bezpośrednio po pełni księżyca? – zapytałam.
Vector odwróciła się i spojrzała nieprzytomnie na stolik, na którym zostało już tylko kilka kartek, w tym notatki na temat Syriusza i uniwersalne tablice księżycowe. Przez moment Vicky intensywnie się w nie wpatrywała, a potem powiedziała:
– Rany, Annie, powstrzymaj tę swoją bujną wyobraźnię.
Można śmiało powiedzieć, że przez całe życie nie robiłam nic innego.

Łapy przy sobie: jeden