Na kartach wspomnień

Tracy Davis była zmęczona.
Nie, to za mało powiedziane – Tracy Davis po prostu padała z nóg. Od samego rana musiała biegać po całym zamku, najpierw żeby oddać zaległe wypracowanie z transmutacji, potem wypytać o szczegóły pracy z eliksirów, znaleźć w bibliotece kilka książek, wrócić do pokoju wspólnego i później jeszcze bez sensu łazić po błoniach z Amelie, co i raz potykając się o zbyt długą, czarną szatę albo wpadając na kogoś, na kogo wpaść nie chciała – zwłaszcza tych wszędobylskich Gryfonów z jej roku, ze słynnym Harrym Potterem na czele – strasznie drażnił ją ten nadęty bubek, w skrytości ducha zgadzała się z  większością słów Dracona na jego temat.
Kiedy w końcu udało jej się doczłapać do dormitorium – była całkiem wyzuta z sił i ostatnim, o czym chciała myśleć, było wypracowanie z historii magii. Zresztą, nawet gdyby chciała je napisać, i tak Urk Ryży pomyliłby jej się z Ulrykiem Kędzierzawym czy jakimś Heinrichiem Rudym. Po prostu nie miała głowy do historii i już. Choćby uczyła się tydzień i była przygotowana wyśmienicie – Binns i tak ją obleje, mogła się o to założyć. I tak dziękowała Merlinowi, że profesorek pozwolił jej pisać to wypracowanie, bez niego nie mogłaby pisać SUMa (choć, jak Binns sam zaznaczył, szanse na zdanie panna Davis miała takie same, jak gobliny na wygranie rewolucji z 1278 roku).
– O słodki Salazarze – westchnęła, układając się wygodnie na łóżku. – Przeczytam tę książkę i jutro bez problemu napiszę tak długą pracę, jak tylko Binns sobie uroił.
Nie minęło pięć minut i dziewczyna pogrążyła się we śnie.

*

– Znowu ktoś cię wołał – mruknął ciepły, męski głos, który niespodziewanie odezwał się tuż nad jej uchem. – To chyba to dziewczę…
Tracy, zaniepokojona nieco, otworzyła oczy. Była pewna, że doszło tu do jakiegoś nadużycia – męski głos w damskim dormitorium? O co chodziło? Jedyną metodą odkrycia prawdy było właśnie zapoznanie się z otoczeniem. Niestety, wbrew wcześniejszym oczekiwaniom, otoczeniem nie było dormitorium Slytherinu. Ba, nie było nim żadne ze znanych jej pomieszczeń.
– Taaak, to było do przewidzenia, że wkrótce jakaś tu przybędzie – odparł inny głos, też męski, ale o wiele cichszy, trochę świszczący jak dźwięk sztyletu przeszywającego powietrze w styczniowy dzień.
– Lepsze to, niż gnicie tutaj bez towarzystwa, nie sądzisz? – zapytał znów pierwszy głos.
– Doprawdy nie wiem co w tym lepszego. – Tracy była pewna, że mężczyzna uśmiechnął się ironicznie. Wiedziała już, kogo przypominały jej ich głos, czas było poznać i twarze.
Kilkakrotnie zamknęła i otworzyła oczy, aż przyzwyczaiły się do słabego oświetlenia, jakie dawała stojąca w kącie świeca. Okazało się, że panna Davis leżała na dziwnym skrzyżowaniu sofy, łoża i kozetki, które stało po drugiej stronie wielkiego, gotyckiego okna, zajmującego większą część ściany. Niedaleko okna znajdowała się duża, ponura, drewniana szafa (Tracy mogła iść o zakład, że trzeszczała), a tuż obok niej – stoliczek ze świeczką. Bliżej stały dwa wysłużone nieco fotele wyściełane skórami dzikich zwierząt. To właśnie na tych fotelach siedzieli mężczyźni – skrajnie do siebie niepodobni. Jeden wyglądał na typowego rycerza, wysoki, umięśniony, z zadbaną brodą i wąsami, w ciemnoczerwonym płaszczu zarzuconym na ramiona. Drugi wyglądał bardziej jak uczony – blady, chudy, miał pospiesznie przystrzygane wąsy i nieco koślawą, kozią bródkę, a do tego ubrany był w czernie i ciemne zielenie. W słabym świetle świecy wydawali się przeciwieństwami, największymi kontrastami, jakie tylko umysł ludzki mógł wymyślić.
– Na Merlina – westchnęła Tracy. – Gdzie ja jestem?
– Kto przywołał imię tego podrzędnego maga? – W drzwiach, których wcześniej Ślizgonka nie zauważyła, choć była świadoma ich istnienia, pojawiła się wysoka, brązowowłosa kobieta w powłóczystej, eleganckiej, granatowej sukni do samej ziemi. Jej wejściu towarzyszyło krakanie kruków za oknem i grzmot zwiastujący rychłą burzę, więc zrobiła na pannie Davis wrażenie większe nawet, niż siedzący w fotelach mężczyźni.
– Uspokój się, na litość, uspokój! – Do pokoju wbiegła niska, pulchna kobieta, wyraźnie wpatrzona w tę, która weszła do pokoju wcześniej. W przeciwieństwie do tamtej jednak – nie miała w sobie nic z wiotkiej, ulotnej elegancji. Wyglądała raczej jak ciosana z twardego kamienia, miała stanowcze rysy, które starała się maskować szerokim uśmiechem, rudoblond włosy wymykały się ciągle spod czepca i opadały falami na popielato-żółtą suknię, bardziej strojną i bufiastą niż suknia elegantki.
Tracy skuliła się na łożu. Oddałaby wszystko, by zniknąć – zwłaszcza teraz, kiedy czwórka nieznanych jej osób stała przy oknie, oświetlana słabym światłem świecy i sporadycznymi piorunami, które przeszywały niebo za oknem. Wiedziała jednak, że niczego to nie zmieni, że trzeba się zebrać na odwagę i odezwać.
– Ja… przepraszam… – zaczęła.
Elegantka w niebieskiej sukni westchnęła krótko, jakby zraził ją akcent dziewczyny. Pozostali wpatrywali się z zaciekawieniem w Ślizgonkę.
– Yyy… gdzie ja jestem? – zadała w końcu najbardziej podstawowe pytanie.
– Jesteś w bezpiecznym miejscu, kochanie – odezwała się pulchna kobieta. – Nic ci nie grozi, więc wypoczywaj, musiałaś uderzyć się w głowę, gdy tylko się zjawiłaś.
– Ale… gdzie dokładniej jestem? – Poczuła się naprawdę głupio. Tak głupio, jak jeszcze nigdy przedtem. Nie umywały się do tego nawet odpytywania na transmutacji. Nic nie było tak straszne.
Niebo przeszyła wyjątkowo jasna błyskawica, która dokładnie oświetliła twarze czwórki stojącej przed oknie. Tracy drgnęła, wydawało jej się, że ich poznaje, ale była to myśl tak irracjonalna, że od razu ją odrzuciła.
– Milady, witaj na zamku Hogwart w Szkocji – powiedział „rycerz”. – Pozwól, że się przedstawię, Godryk Gryffindor.
Davis przełknęła głośno ślinę, patrząc a pozostałą trójkę. Dobrze wiedziała kto to.
– Salazar Slytherin – powiedział drugi mężczyzna, wykonując niewielki ukłon.
– Rowena Ravenclaw. – Elegantka dygnęła.
– I Helga Hufflepuff. – Niewysoka kobieta uśmiechnęła się serdecznie.
Tracy zamarła. Skąd ona się tutaj wzięła? I – przede wszystkim – jak ma wrócić?! Przecież jeśli nie odda Binnsowi wypracowania do czwartku, to może pożegnać się ze szkołą. Rodzice by ją chyba zabili, gdyby została wyrzucona z Hogwartu. Ogarnęła ją panika, miała ochotę podbiec do drzwi i wyjść, nieważne gdzie, byle biec, uciec. Jej umysł nie mógł ogarnąć tego, co się działo, wiedziała o tym.
– I ty się masz za Ślizgonkę? – warknął Slytherin. – Nie jesteś tu naprawdę, to chyba jasne. I nas też tutaj nie ma, jesteśmy wspomnieniem zapisanym pewnej burzowej nocy, kiedy znaleźliśmy… – wykrzywił pogardliwie usta – pewnego przybłędę.
– Oczywiście został nakarmiony i napojony, inaczej nie godzi się wypuszczać gościa, ale on zamiast odejść jak obyczaj każe, chciał, abyśmy nauczyli go magii, był straszliwie uciążliwy, nie ustępował pod wpływem próśb i gróźb – wyjaśniła Ravenclaw.
– Nazywał się Merlin, później napisano o nim wiele książek, nigdzie jednak nie wspominając o tym incydencie, być może się go wstydził, ale wtedy całkiem nielogicznym wydaje się, że stworzył to wspomnienie – dodała Huffepuff.
– Jesteście… wspomnieniem?
– Tak – przyznał Gryffindor. – Konkretniej – wspomnieniem Merlina, które on zapisał w księdze. Księga zaginęła dawno, dawno temu, potem została pocięta i użyta do wyklejek przy innych księgach, które mnisi skrzętnie przepisywali. Myśleliśmy, że to już koniec i nigdy więcej nikt nie odczyta tego wspomnienia, aż nadeszły czasy rewolucji angielskiej. Książka, w której było wspomnienie, została spalona. Ocalało tyko kilka kartek, w tym i okładka. Znalazł je przechodzący obok pogorzeliska czarodziej, Nicolas Flamel. Od dawna interesował się alchemią, a więc i spalaniem, pierwiastkami, magią szeroko pojętą. Wyczuł, że od znaleziska bije silna aura magiczna…
– Tak, był pierwszym po Merlinie i kilku nieuważnych mnichach człowiekiem, którego przyszło nam gościć. Niestety, spieszył się do swych prac i nie zabawił z nami długo. Chyba wyczuł, że to wspomnienie może być warte wiele galeonów. – Rowena prychnęła cicho. – Sprzedał nas jak uliczne dziewki!
– Dokładniej to oddawał wszystkim swoim przyjaciołom po kolei. Wszyscy prędzej czy później umierali, więc wciąż wracaliśmy do Flamela. W końcu przekazał książkę Dumbledore’owi, który kazał usunąć z niej wspomnienie i oprawić je w osobną księgę, którą będzie się trzymać w zamkniętym miejscu, by nie naruszać naszego spokoju… – Helga uśmiechnęła się lekko.
– Spokoju – warknął Salazar. – Spokoju! Nigdy nie mieliśmy spokoju, przekazywani z rąk do rąk! Wyobraźcie sobie, co by się stało, gdyby wszyscy się dowiedzieli, że fragmenty naszych dusz nadal są w magicznym świecie! Już widzę te tłumy spadające do tej komnaty. W każdym razie – zwrócił się do Tracy – plan Albusa zawiódł, głupiec spuścił książkę z oka na kilka miesięcy, w czasie których dokonano podmiany, znów wylądowaliśmy na wyklejce jakiejś księgi, którą początkowo trzymał w domu ród Gampów, a po jego wygaśnięciu przeszła różnymi ścieżkami przez większość domów rodzin czystej krwi – zakończył z pewną dumą.
– Nie zagrzała jednak miejsca w żadnym domu – przypomniał Godryk. – Wszyscy czuli jej dziwną aurę i chcieli się jej jak najszybciej pozbyć. W końcu któreś z nieszczęsnych dzieci zawiozło ją do Hogwartu i zostawiło w bibliotece. Myślę, że tak właśnie tu trafiłaś… – Uśmiechnął się do panny Davis.
– T-tak, właśnie tak. Ja… ja się uczę w Hogwarcie, jestem w Slytherinie, na piątym roku. – Wskazała nieśmiało herb domu wyhaftowany na piesi. – Na księgę trafiłam przypadkiem, szukałam czegoś, co pomogłoby mi napisać wypracowanie z historii magii. Binns się uczepił i… Zresztą, pewnie i tak niewiele was to interesuje, pomóżcie mi się tylko stąd wydostać, proszę. – Zrobiła najżałośniejszą minę, na jaką ją było stać i z pewnym zdziwieniem zaobserwowała, że cała czwórka zaczęła się śmiać.
– Nie jesteś pierwszą, spośród naszych gości, która ma kłopot z Binnsem – wyjaśnił Gryffindor. – Poczekaj, opowiemy ci coś ciekawego…

*

Tracy Davis była szczęśliwa.
Nie, to za mało powiedziane – Tracy Davis po prostu szalała z radości, która rozpierała ją od niemal godziny. Okazało się, że jej wypracowanie nie tylko zadowoliło Binnsa, ale wręcz go urzekło! Zaliczyła u niego historię magii i nawet życzył jej powodzenia na SUMie. Sama Tracy nie zdradziła źródła swej wiedzy, ale postanowiła, że odda książkę Dumbledore’owi, który przecież cały czas był najbardziej „prawdziwym” jej właścicielem. Nie rozumiała tylko, czemu dyrektor puszczał do niej porozumiewawcze oko, kiedy wyjaśniała pokrótce całą sytuację i czemu Binns tak entuzjastycznie zareagował na wieść, że Godrykowi Gryffindorowi najbardziej brakuje soku dyniowego.

Advertisements