Na psa urok: 07.

Kiedy Slughorn wezwał ją do swojego gabinetu, obawiała się, że ich rozmowa będzie miała związek z incydentem w trakcie przyjęcia. Od tego czasu Ślimak traktował ją bardzo chłodno w czasie eliksirów – choć mogła być to tylko jej wyobraźnia, a nauczyciel zachowywał się całkiem normalnie – zaś ona słyszała tyle docinków i złośliwych szeptów, że była gotowa przyjąć, że mistrz eliksirów również ma do niej pretensje. Nie wiedziała tylko, czemu czekał tak długo, by je wyrazić – wezwał ją do siebie tuż przed świętami, w dniu, kiedy wszyscy uczniowie, którzy planowali zimową przerwę spędzić w domu, już opuścili zamek.
– Dzień dobry, profesorze – powiedziała, wchodząc do gabinetu i delikatnie zamykając za sobą drzwi. Planowała być uosobieniem wdzięku i uroku, a przypadkowe trzaśnięcie drzwiami pogrzebałoby szanse na realizację tego planu.
Slughorn przyglądał się jakiś papierom leżącym na jego biurku. Dainah rzuciła tylko na nie okiem – kilka wycinków z Proroka i pergaminów – i skupiła się na twarzy nauczyciela. Wydawał się czymś zasmucony.
Lepszy smutek niż wściekłość, pomyślała.
– Panna Pool. Siadaj, Dainah – powiedział cicho, wskazując krzesło po drugiej stronie biurka.
W kiepskim oświetleniu, jakie panowało w całych lochach, wyglądał wyjątkowo posępnie. Nie wzbudzał jednak strachu, co ośmieliło Dainah. Spodziewała się, że już w progu usłyszy ostrą reprymendę. Wiedziała dobrze, że była współwinna incydentowi na przyjęciu – tak samo zresztą, jak wiedziała, że Slughorn kochał te imprezy. Nie miała wątpliwości, że będzie na nią zły. Była zła na siebie, że nie przewidziała, jak skończy się syriuszowa konfrontacja z bratem.
– Jest mi tak przykro, moje dziecko – zaczął, a ona odetchnęła z ulgą. Nie straci punktów dla Slytherinu.
Wystarczyło jej, że ilekroć wchodziła do Wielkiej Sali lub do pokoju wspólnego, tylekroć ktoś miał coś do powiedzenia na temat towarzystwa, w jakim się obracała. Wiele razy słyszała o zdradzie krwi czy o sympatyzowaniu z mugolami, choć nie miała pojęcia, w jaki sposób wyciągnięto ten wniosek. Syriusz był w końcu czystokrwistym czarodziejem, nawet jeśli należał do Gryffindoru. Niektórzy uważali, że oszalała, a zdrada, jakiej się w ich opinii dopuściła, była efektem zaklęcia lub eliksiru. Może Slughorn też uważał, że została zmanipulowana?
– Właśnie otrzymaliśmy sowę z ministerstwa – dodał, wskazując na jeden z pergaminów.
Dainah spojrzała na niego pytająco. Czy w czasie przyjęcia oberwał ktoś poza Regulusem? Może jakiś urzędnik skarżył się na pobrudzoną szatę? Czy jednak pisałby o tym dopiero teraz? I czego Slughorn by oczekiwał, że Dainah zapłaci za czyjąś nową szatę? Przecież to absurdalny pomysł.
– Profesorze, ja bardzo przepraszam za całe to zamieszanie w czasie przyjęcia, naprawdę – powiedziała szybko, starając się wyglądać możliwie niewinnie.
Slughorn zamrugał, jakby nie wiedział, o czym właśnie mówi.
– Przyjęcie? A, tak. – Machnął ręką.
Dainah uśmiechnęła się lekko, czując, jak sporej wielkości głaz właśnie znika z jej żołądka.
– Panno Pool, jest mi bardzo przykro – ciągnął, biorąc do ręki pergamin. Zerknął na niego jeszcze raz, a potem jej go podał. – Przyjmij moje kondolencje.
Dainah powoli, jakby w zwolnionym tempie sięgnęła po pergamin. W pierwszej chwili wydawało jej się, że to, co zostało na nim napisane, jest w obcym języku, bo nie rozumiała sensu czytanych zdań. Nie mogła się skoncentrować, bo w uszach szumiała jej krew. W końcu jednak, słowo po słowie, złożyła komunikat w całość.
Ataku dokonali nieznani osobnicy, podejrzewa się o to śmierciożerców.
W czasie ataku zniszczona została większa część domu.
Podczas oględzin miejsca zdarzenia znaleziono dwa ciała ludzkie, które następnie zidentyfikowano jako…
– Moi rodzice nie żyją? – zapytała, a jej głos brzmiał tak cicho i głucho, że nie była pewna, czy jakikolwiek dźwięk wydobył się z jej gardła. Może tylko otworzyła usta. A może nie zrobiła nawet tego.
Slughorn posłał jej współczujące spojrzenie.
– Musisz udać się do ministerstwa, panno Pool. To bardzo ważne – powiedział tylko.
Faktycznie, na samym dole listu widniała informacja o tym, ze jej stawiennictwo jest wymagane. Nie wiedziała, co o tym myśleć. Tam, gdzie wcześniej znajdował się ciężki kamień, gdzie były wszystkie jej myśli, uczucia i organy wewnętrzne, teraz znajdowała się pustka. Sprawiała ona, że Dainah czuła, jakby dotykała tylko obrzeży rzeczywistości, znajdując się jednocześnie gdzieś indziej.
– Oczywiście – usłyszała swój głos. Potem jakby z zewnątrz widziała, jak jej perspektywa się zmienia, musiała wstać z krzesła. – Do widzenia, profesorze – powiedział znów ten głos, o którym sądziła, że należy do niej.
*
Dainah szła przez błonia oszołomiona. Jej mózg rejestrował wiejący wiatr i padający śnieg, ale wydawało jej się, że ani ich nie widzi, ani nie słyszy. Jej rodzice nie żyli. Mimo że byli figurami znajdującymi się gdzieś daleko, daleko, które miała zobaczyć dopiero za kilka miesięcy, a potem – być może – opuścić na zawsze, by podążyć własną ścieżką, to myśl o tym, że nie ma już możliwości ich zobaczenia, była porażająca.
Nie, jeszcze ich zobaczę, pomyślała Dainah. Skoro ministerstwo chce mnie widzieć, na pewno pokażą mi ich ciała.
Myśl o tym, że jej rodzice nie są już jej rodzicami, nie są istotami żyjącymi, a tylko ciałami, powracała do niej cały czas, bolesna jak cios obuchem w głowę. Dainah była oszołomiona, odkąd wyszła z gabinetu Slughorna. Nie odzywała się, kiedy dotarła do dormitorium, żeby zabrać płaszcz. Zignorowała pytające spojrzenia Susannah i Isli, a następnie wyszła z zamku. Nie była w stanie myśleć, miała w głowie pustkę, a dopiero powiew zimnego, zimowego powietrza na jej policzkach przywrócił jej zdolność myślenia w ograniczonym zakresie, ale wystarczającym do tego, by pustka została gdzieś przytułmiona, ale nadal tam była, czekając tylko, aż Dainah przestanie przywoływać kolejne myśli i będzie podatna na jej atak.
Na błoniach nie było nikogo. Nic dziwnego, pogoda była paskudna, a większość uczniów w tym czasie wolała siedzieć w bibliotece czy w pokoju wspólnym, może nawet w Wielkiej Sali, choć do kolacji zostało jeszcze trochę czasu. Dainah żałowała, że nie wzięła ze sobą nic do jedzenia. Nie była pewna, czy coś by przełknęła, ale bała się tego, że gdy dotrze do ministerstwa i zobaczy swoich rodziców – ich ciała, to tylko ciała – nie będzie w stanie zachować powagi i jej żołądek wyda ją, zdradzi, że jest głodna, że jest w stanie być głodna, kiedy jej świat powinien właśnie lec w gruzach. Powinna płakać, ale nie była w stanie. Cały czas odczuwała tę pustkę, która uniemożliwiała jej płacz, ale podejrzewała, że jeśli nie będzie płakała, wzbudzi jakieś podejrzenia, których przecież wzbudzać wcale nie chce.
Gdzieś trochę przed nią zaszeleściły drzewa w Zakazanym Lesie. Może nie powinna była iść jego skrajem. Gdyby teraz wyskoczyło z niego coś, co miało wobec niej złe zamiary, mogłaby nie być w stanie się obronić, była zbyt zdekoncentrowana. Irytowało ją to, że nie może się skupić. Powinna móc skupić się chociaż na kilku czynnościach, które ma wykonać. Dotrzeć do Hogsmeade, przenieść się do ministerstwa, znaleźć osobę, której nazwisko Slughorn zapisał jej na kartce, a potem… Nie była pewna, co będzie się działo, kiedy wyjdzie z ministerstwa, jej wyobraźnia nie działa z takim wyprzedzeniem.
Nagle na jej drodze wyrósł Syriusz, który musiał wyjść spomiędzy drzew. Nie zauważyła go, ale jednocześnie nawet nie zdziwiła jej jego obecność w tym miejscu. Syriusz miał tendencję do pojawiania się w różnych miejscach. Właśnie wydłużył jej listę o jeszcze jeden punkt – będzie musiała się go pozbyć.
– Co masz taką ponurą minę, Pool? – zapytał. – Umarł ktoś?
Dainah popatrzyła do niego z niedowierzaniem. Nie była pewna, czy żartuje, czy też ona ma wypisane na twarzy informacje o tym, co się właśnie stało. Ale nie, Syriusz się uśmiechał, a włosy opadały mu na czoło i oczy zupełnie tak samo jak zawsze. Miał w nich nawet topniejące płatki śniegu, które zwykle sprawiały, że serce Dainah drgało, zalane falą ciepła, którego źródła nawet nie próbowała dociekać. Teraz jednak nie odczuła niczego takiego, zupełnie, jakby jej serce było skute lodem i całkowicie niezdolne do drgania.
– Skąd ten pomysł? – zapytała chłodno.
Syriusz wzruszył ramionami i wyszedł na ścieżkę, tarasując jej drogę. Dainah spojrzała na niego pytająco. Nie miała siły na to, by kazać mu odejść, ale nie chciała, żeby szedł z nią. To nie będzie przyjemna wycieczka. Będzie pełna łez, trudnych decyzji i niewygodnych pytań. Pewnie dołączą do nich spojrzenia pełne współczucia. Dainah nic z tego się nie podobało i nie chciała, żeby Syriusz widział ją w takim stanie.
– Urocze, niewinne dziewczęta nie powinny same wychodzić na błonia po zmroku – powiedział, posyłając jej zawadiacki uśmiech. – Mówiliśmy już o tym, prawda?
– Nie mam czasu na twoje żarciki – warknęła.
– A więc chcesz spotkać wilkołaka albo akromantulę?
– Nie idę do Zakazanego Lasu, muszę dostać się do Hogsmeade.
Syriusz nie przestawał się uśmiechać, ale jednocześnie popatrzył na nią pytająco, co nadało jego twarzy dziwny wyraz, jakby dolna jej część i górna zupełnie nie zgrały ze sobą mimiki.
– A więc przygoda? – zapytał, decydując się na nieco urażony, ale względnie neutralny ton. – Beze mnie?
– Syriuszu, naprawdę, to, co robię, nie jest twoją sprawą – westchnęła ciężko.
Popatrzył na nią, jakby jej nie wierzył. Musiało mu się wydawać, że to, co działo się na przyjęciu Slughorna, zostało przez nią zapominane. Nie wiedział w końcu, że po prostu zyskała pewną perspektywę, której wcześniej nie miała. Bójka dwóch Blacków nie była czymś, co teraz miało znaczenie. Powinien to zrozumieć, ale nie spodziewała się, że wykaże się taką empatią. Zresztą nie była zainteresowana jego empatią.
– Pójdę z tobą, Hogsmeade wygląda świetnie wieczorami – oświadczył, nie pytając jej nawet, po co tam idzie. Był jednak dziwnie poważny i przez chwilę zastanawiała się, czy wiedział już, co jest faktycznym celem jej wieczornej podróży.
– Muszę tam złapać kominek do Londynu – powiedziała, zanim zdążyła się powstrzymać.
Syriusz nie okazał zdziwienia. Po prostu pokiwał głowa.
– A więc Londyn – potwierdził.
*
Podróżowanie siecią Fiuu nie było preferowaną przez Dainah metodą podróżowania, dlatego niemal cieszyła się, kiedy znalazła się w holu Ministerstwa Magii. Nie pomyliła rusztów, nie podpaliła swoich szat, nie była szczególnie ubrudzona sadzą. Na nic innego nie mogła liczyć. Oczywiście Syriusz wyglądał na człowieka, który codziennie podróżował w ten sposób i nie robiło to na nim wrażenia. Żeby było gorzej, nie miał na sobie chyba ani jednego pyłku sadzy.
– Co teraz, Pool? – zapytał tylko, kiedy już otrzymali przepustki, a także sprawdzono ich różdżki.
Dainah wyjęła karteczkę, którą otrzymała od Slughorna. Im bliżej była celu swojej wyprawy, tym mniejszą miała ochotę na rozmawianie z nim czy z kimkolwiek innym. Podczas drogi do Hogsmeade wymienili parę zdań, ale on mówił zdecydowanie więcej niż ona. Teraz odpowiadała mu tylko półsłówkami lub skinieniami głową. Jej myśli zdawały się zwalniać na tyle, że mogła poradzić sobie tylko z jedną myślą w jednym momencie.
– Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów? – zdziwił się Syriusz.
Skinęła głową.
– To na drugim poziomie – powiedział, a ona była mu wdzięczna, że nie zapytał, po co tam idą.
Przez cały ten czas nie zadał tego pytania, jakby było mu zupełnie obojętne, co znajdzie się u celu ich podróży, a jego interesowała sama ta podróż. Być może właśnie na tym polegało całe życie Syriusza – radość z podróży i zastanawianie się nad kolejną przygodą dopiero, kiedy ta obecna się skończy. Przez jej mózg łagodnie przepłynęła myśl o tym, że w sumie nie ma pojęcia, co Syriusz planuje po zakończeniu Hogwartu, ale na pewno nie wróci do swojej rodziny – jeśli czegoś się dowiedziała w czasie przyjęcia u Slughorna, to właśnie tego, że w szlachetnym i starożytnym rodzie Blacków występuje znaczący konflikt. Syriusz będzie zdany na siebie. Całkiem jak ona.
– Winda jest tam. – Machnął ręką, a ona nie zareagowała. – Co jest, Pool?
– Nic – ucięła. – Wszystko w porządku.
Popatrzył na nią, jakby wiedział doskonale, że właśnie kłamie, ale planował pozwolić jej na te małe sekrety, których i tak długo nie zatrzyma tylko dla siebie – niebawem dojdą do Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Zresztą sama jego nazwa była dla Syriusza pewną wskazówką, że nie jest to miła wycieczka w celu załatwienia jakichś nic nieznaczących spraw.
Wsiedli do windy w milczeniu. Potem – wciąż w milczeniu – ruszyli korytarzem. Kiedy wcześniej dotarli do Hogsmeade śnieg przestał padać, ale było już całkiem ciemno. Księżyc świecił jasno, a jego blask był zimny i wyraźny, co świadczyło o mroźnym powietrzu. Za oknami ministerstwa również była noc, ale sceneria wyglądała zgoła inaczej – wielkie, leniwie opadające płatki śniegu przemykały za szybą, tworząc niemal magiczną atmosferę.
Dainah zacisnęła szczękę, jakby bała się, że jeśli nie napnie mięśni, to całkiem zwiotczeją i nie będzie w stanie ich użyć, kiedy będzie musiała. Wyglądała na tak spiętą, że Syriusz zastanawiał się, jak udaje jej się chodzić. Choć stawiała kroki w sposób zdecydowany i bezkompromisowy, było w niej coś, co skłaniało go do myślenia, że to tylko maska, pod którą kryje się coś innego, coś, nad czym Dainah nie panuje i dlatego tego nie pokazuje.
– Będzie lepiej, jeśli poczekasz pod drzwiami – powiedziała tylko i, nie czekając na jego odpowiedź, weszła do pomieszczenia. Na drzwiach wisiała tabliczka głosząca Biuro Aurorów, a Syriuszowi po raz pierwszy przeszło przez myśl, że może wcale nie powinien jej towarzyszyć, że to, co miała do zrobienia, faktycznie go nie dotyczyło, a fakt, że jednak pozwoliła mu iść za sobą, nie miał związku z sympatią, jaką do niego czuła, a po prostu z brakiem siły, by go od siebie odpędzić. W końcu nikt nie przychodził tutaj dlatego, że chciał. Ludzie, którzy tu przychodzili, mieli do załatwienia coś nieprzyjemnego, a fakt, że on towarzyszył jej do tego punktu, obligował go do tego, by ją pocieszyć, kiedy stamtąd wyjdzie.
Miał tylko nadzieję, że nie będzie płakała. Nie wiedział, co robić, kiedy jakaś kobieta przy nim płakała.
*
Dainah niewiele czuła i niewiele myślała. Mechanicznie odpowiadała na pytania, nie zatajając niczego. W końcu nie miało większego znaczenia, jak wyglądało ich życie rodzinne, skoro większość osób tworzących tę rodzinę bał martwa i leżała kilka stóp od nich, przykryta białym prześcieradłem. Dainah była zdumiewająco obojętna na ten widok i przez myśl przeszło jej nawet, że może to zostać źle odebrane przez aurorów. W końcu powinna być zrozpaczoną córką, sierotą, która właśnie dowiedziała się, że jej rodzice zginęli z ręki osób, które mogły wcześniej odwiedzać ich dom jako znajomi czy przyjaciele. Mogli siedzieć w salonie i pić kawę z jej matką lub cicho rozmawiać z jej ojcem. Powinna zalać się łzami, tymczasem ona siedziała sztywno na krześle, napięta jak struna, odpowiadając na wszystkie pytania krótko, ale nie nieuprzejmie.
– Śmierciożercy, mówią na nich – stwierdził niski, żylasty mężczyzna, który zadawał jej wcześniej pytania. – Ostatnio atakują coraz częściej.
– Ale czemu zaatakowali moich rodziców? – zapytała Dainah.
– Tego chcieliśmy się dowiedzieć od ciebie.
Dainah popatrzyła na niego bez emocji. Przez chwilę miała ochotę prychnąć, ale zdołała zdławić ten odruch.
– Nie mam pojęcia.
Auror popatrzył na nią, jakby podejrzewał, że kłamie. Może pochodził z jednej z tych rodzin, w których wszyscy wszystko o sobie wiedzieli. W domu państwa Pool tak nie było. Ledwie dostrzegali siebie wzajemnie, zbyt zajęci swoim życiem wewnętrznym.
– Żadnych domysłów? – zapytał, mrużąc oczy.
Nie odpowiedziała. Utkwiła wzrok w ciałach leżących pod prześcieradłami, starając się zrozumieć, co właściwie czuje. Z jednej strony przepełniała ją okropna pustka, z drugiej natomiast miała wrażenie, że pulsuje w niej tak wiele emocji, że strasznym wydawało jej się czekanie na to, które z nich wygrają i pojawią się na jej twarzy, w jej głosie czy w gestach. Auror wykazywał zerowe współczucie, ale niespecjalnie ją to dziwiło. Czasy były niespokojne. Jej tragedia pewnie była tylko kolejną rubryką w jego sprawozdaniu miesięcznym. Jakaś jej część to rozumiała, podczas gdy inna jej część miała ochotę wylać na notatki aurora lurowatą kawę, którą jej zaserwował.
– Każdy ma jakichś wrogów, pomyśl – powiedział, nie odrywając wzroku od swoich notatek.
– Może pana notatki wiedzą o nich więcej niż ja – fuknęła w końcu, czując, że pustka ustępuje emocjom, które zdominował gniew.
Auror podniósł na nią wzrok.
– Zdajesz sobie sprawę, gdzie jesteś? – warknął na nią, najwyraźniej zdając sobie sprawę z tego, że niewiele z niej wyciągnie.
Dalsza rozmowa trwałą krótko, a Dainah podpisała najbardziej zdawkowy protokół, jaki mogła sobie wyobrazić. Auror fałszywie uprzejmym tonem zapewnił ją, że pożałuje, jeśli próbuje kogoś ukrywać, a także zapewnił, że siły ministerstwa są już na tropie sprawców. Dodał, że będą ją informować o postępach w śledztwie, ale z tomu jego głosu wywnioskowała, że może tak wcale nie być – brzmiało to bardziej jak wyuczona formułka niż jak szczere zapewnienie.
To wszystko jest robione tylko na pokaz, pomyślała. Nikogo nie obchodzą moi rodzice. Ja też nikogo nie obchodzę.
Kiedy wyszła z gabinetu, trochę się zdziwiła, że Syriusz na nią czekał, choć nie było to spowodowane tym, że spodziewała się, że zostanie porzucona. Po prostu nie potrafiła wyobrazić sobie, że czekał w jednym miejscu przez tyle czasu. Syriusz był zbyt żywy i dynamiczny, żeby czekać. A jednak…
– Chodź, Pool, niedaleko jest sympatyczna kawiarnia – powiedział.
Dainah uniosła brwi, ale nie zaprotestowała. Szukała w myślach słów, które chciałaby do niego skierować, ale nic nie przychodziło jej do głowy. Milczała przez całą drogę do wyjścia z ministerstwa, a także kiedy nocne, zimowe powietrze owiało jej policzki. Syriusz zdecydowanym krokiem ruszył przed siebie, a ona podążyła za nim. Dopiero po kilkunastu minutach stało się jasne, co powinna powiedzieć:
– Nie masz pojęcia, gdzie jesteśmy, co?
Syriusz wyszczerzył zęby w jej kierunku.
– Najmniejszego. Ale coś tu musi być otwarte.
*
Znalezienie czynnej kawiarni okazało się jednak trudniejsze. Choć Dainah była pewna, że powinni wyjść z ministerstwa w centrum Londynu, tak się nie stało. Krążyli więc uliczkami, z każdym krokiem coraz bardziej zamieniając się w śnieżne bałwany i przez większość czasu milcząc do siebie. Syriusz wziął na siebie rolę przewodnika, choć odgrywał ją raczej średnio. Czasami rzucał jakiś mniej lub bardziej zabawny komentarz, a ona uśmiechała się lekko, jakby mimochodem.
W końcu chłód skłonił ich do podążenia za jakąś mugolską wycieczką, która mówiła coś o jedzeniu. W ten właśnie sposób znaleźli się w całkiem przestronnej restauracji, która cieszyła się ogromnym zainteresowaniem ze strony mugoli, choć jedzenie nie było w niej zbyt wyrafinowane.
– Gdzie są sztućce? – szepnęła Dainah, kiedy czekali w kolejce, by złożyć zamówienie, i mogli się przyjrzeć innym gościom tego przybytku.
– Gdzie twoja wola przeżywania przygód, Pool? – zaśmiał się Syriusz.
Dainah wolałaby jednak przeżywać te przygody z nożem i widelcem w ręku, o czym jednak mu nie powiedziała, żeby nie narażać się na kolejne podśmiewanie. Już wcześniej się z niej nabijał, jednak nie brała jego docinków do siebie. Wypełniały one pustkę, którą odczuwała, i pozwalały jej poczuć się trochę bardziej jak ona sama.
Kilka minut i niespełna jednego funta później siedzieli przy stoliku w rogu sali i przeżuwali kanapki z wołowiną, przegryzając je frytkami. Gdzieś pomiędzy nimi wciąż wisiało niezadane pytanie o to, czemu Dainah musiała udać się do ministerstwa, ale żadne z nich nie miało ochoty poruszać tego tematu. Zamiast tego łatwo przychodziły im niewiele znaczące słowa o esejach i owutemach, jego odpuszczanie sobie mugoloznawstwa, jej znużenie na historii magii…
– Czyli co planujesz? To nie brzmi, jakbyś starał się o ciepłą posadkę w ministerstwie – powiedziała, chwytając jeszcze kilka frytek, które Syriusz pożerał w godnym podziwu tempie.
Syriusz spochmurniał i na chwilę przerwał jedzenie.
– Nie wiem – powiedział głosem tak ponurym i szczerym, że aż poczuła się zaskoczona i niemal winna.
Pokiwała głową i przez chwilę w milczeniu sączyła napój, który jej podano.
– Chciałbym zobaczyć trochę świata – powiedział w końcu, patrząc przez okno. – Zobaczyć, jak życie może wyglądać gdzieś indziej. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, w czym wyrośliśmy, ale może gdzieś tam jest coś… lepszego. Innego.
Pokiwała głową. Nie myślała o tym w ten sposób. Może w ogóle o tym nie myślała, zbyt pewna, że gdy tylko skończy Hogwart, bez problemu wpadnie w rolę napisaną dla niej przez rodziców. Albo w taką, w którą przypadkowo wepchnie ją życie, zupełnie nie pytając jej o zdanie.
– Nie sądzę, żebym kiedykolwiek ruszyła się z Anglii – odpowiedziała głucho, czując, że słowa rezonują wewnątrz niej, odbijając się gdzieś w pustce, którą nosiła w sobie i której nie dała rady wypełnić frytkami z colą ani hamburgerem.
– Nigdy nie mów nigdy, Pool. Robi się tu coraz bardziej niebezpiecznie – stwierdził, ale nie kontynuował tematu, kiedy zobaczył, że jej mina zrzedła.
– Dlatego chcesz wyjechać? – odparowała ostro, niemal z pretensją, czując, że jest dla niego niesprawiedliwa, ale jednocześnie pragnąc, by on też poczuł się dotknięty.
– Nie. Dlatego właśnie nie wyjadę – uśmiechnął się krzywo, a uśmiech ten był wyraźnie wymuszony.
Dainah skupiła się na resztce frytek, które leżały przed nią. Syriusz lekko odsunął się od stolika i rozłożył się na krześle z wystudiowaną nonszalancją. Gdyby nie konstrukcja krzesła, najpewniej by się na nim bujał. Przybrał maskę obronną, jakby spodziewał się ataku lub przynajmniej próbował wyglądać na dzielniejszego niż był w rzeczywistości. Dainah zastanawiała się, czy faktycznie chce walczyć z tym zagrożeniem, które pojawiło się w kraju, a jeśli tak, to czy w wieku siedemnastu lat ma dostatecznie dużą wiedzę, by poradzić sobie z ludźmi, którzy władają czarną magią i najwyraźniej nie mają skrupułów przed wysadzaniem w powietrze innych czarodziejów i ich rodzin. Syriusz był jednym z lepszych uczniów na roku – a przynajmniej wtedy, kiedy chciało mu się uczyć – ale był jeszcze dzieciakiem, tak samo jak ona. Ktoś mógł im powiedzieć, że są dorośli, że mogą używać różdżek czy się teleportować, ale żadne z nich nie miało pojęcia, co czeka ich w świecie, który każdego dnia stawał się coraz mroczniejszy.
Wiedziała, że nie powinna pytać o jego rodzinę – na przyjęciu u Slughorna dowiedziała się wystarczająco dużo o tym, jakie relacje panują w rodzie Blacków. Nie chciała też mówić o tym, że jej rodzina właściwie przestała istnieć. Nie chciała nawet myśleć o tym, gdzie podzieje się po ukończeniu Hogwartu, bo w miejscu, gdzie dawniej stał jej dom, był tylko stosik gruzu. Domyślała się, że Syriusz również nie ma dachu nad głową i być może jego wola walki wynikała właśnie z tego, że nie miał nic własnego, żadnego kąta, żadnego celu, żadnej powinności. Miał tylko swój bunt i złość na rodzinę, a Dainah wiedziała dobrze, że to może rozgrzać kości bardziej niż cokolwiek innego.
Zastanawiała się, czy kiedykolwiek poczuje w kościach takie ciepło.
– Chcesz zabijać innych? – wypaliła, chcąc skruszyć jego maskę i, być może, sprawić, że poczuje się tak źle jak ona, choć z innych powodów.
Syriusz ściągnął brwi, najwyraźniej traktując jej pytanie nie jako prowokację, ale jako poważną wątpliwość.
– Tylko jeśli będę musiał – powiedział wyjątkowo przytomnym i pozbawionym śladów bucostwa głosem.
– A więc masz prawo decydować o tym, kogo trzeba zabić, a kto może żyć? – zapytała, czując pierwsze iskierki złości. Tak bardzo chciała w tej chwili poczuć cokolwiek.
– To nie tak, Pool – westchnął.
– Tak właśnie robią śmierciożercy. Zabijają, kogo chcą – upierała się.
– To co innego, oni zabijają niewinnych – zaoponował. – Mugoli. I czarodziejów, którzy nie popierają Sama-Wiesz-Kogo.
Czy moi rodzice nie chcieli go poprzeć? Za to właśnie zginęli?, przemknęło przez myśl Dainah.
– Jesteś zadufanym w sobie bubkiem, wiesz? – fuknęła.
Syriusz nagle zmienił pozycję, w jakiej wcześniej znajdowało się jego ciało. Zamiast nonszalancji pojawiło się spięcie, jakieś zwarcie i skupienie w sobie do tego stopnia, że gdy wcześniej zdawał się rozsadzać i przytłaczać krzesło swoją osobą, teraz usiadł wyprostowany, niemal zlewając się z tym meblem, tworząc prostą, niewyróżniającą się całość, dla której ważniejsze od teatralnego zachowania było skupienie na temacie. Dainah poczuła, że szare oczy przewiercają ją na wylot. Było to o tyleż niepokojące, co ekscytujące.
– Naprawdę, Pool? – zapytał spokojnym, wypranym z emocji tonem. – Właśnie tak sądzisz?
Pulsowała w niej chęć powiedzenia czegoś, co go zaboli, co sprawi, że będzie musiał zareagować emocjonalnie. Nie chciała go skrzywdzić dlatego, że go nie lubiła; chciała to zrobić, ponieważ wiedziała, że on to zniesie, że sobie z tym poradzi i – być może – nie odtrąci jej za to.
– Porywasz się na coś, co przerasta cię o trzy głowy – odpowiedziała, starając się zachować spokój. – Chcesz coś komuś udowodnić?
Chcesz coś udowodnić swojej rodzinie?, przeszło jej przez myśl, ale nie powiedziała tego na głos. Nie była szalona.
– Wychodzimy – warknął tak oschle, że przez chwilę zastanawiała się, czy jednak nie wypowiedziała tych słów. Gdyby była w innym stanie psychicznym, może by się wystraszyła. Teraz poczuła tylko jęzory ognia liżące jej wnętrzności i dziękowała Merlinowi za to, że nie były już tą lodowatą pustką.
Kiedy znaleźli się przed restauracją, Syriusz chwycił Dainah za rękaw i poprowadził w stronę uliczki rzadziej uczęszczanej przez mugoli, gdzie mogli porozmawiać bez przyciągania pytających czy zdezorientowanych spojrzeń, których nie brakowało, gdy jeszcze siedzieli w środku. Znaleźli się w ciasnej, słabo oświetlonej uliczce, która musiała być jakimś sporadycznie używanym skrótem pomiędzy wysokimi kamienicami. Syriusz nie puścił jej rękawa, zaciskając na nim palce.
– W co ty grasz, Pool?
Oddychał ciężko i szybko, jakby właśnie przebiegł ładnych parę kilometrów.
Nie odpowiedziała. Zamiast tego przywarła wargami do jego ust z taką mocą, że aż zatoczył się na ścianę jednej z kamienic. Nie zaprotestował, najwyraźniej zdziwiony jej nagłym pocałunkiem, tak łapczywym i desperackim, jakby próbowała przeniknąć do jego jestestwa. Nie pozwoliła mu też przerwać pocałunku, nieznacznie tylko przesuwając usta i z zapałem ssąc jego dolną wargę.
– Pool – zaprotestował w końcu, choć był to protest raczej słaby i pozbawiony przekonania.
– Po prostu się nie odzywaj – szepnęła gdzieś w jego szyję, gdzie teraz, kiedy przestała stać na palcach, znajdowała się jej twarz. Oddychała równie szybko co on wcześniej, ale nie z powodu wściekłości.
Tym razem to on ją pocałował, a jego pocałunek był niemal tak samo nieustępliwy jak ten, który ona zainicjowała. Dainah poczuła pod plecami nierówny, ceglany mur, a poczucie, że jest otoczona z dwóch stron – z jednej właśnie przez zimny budynek, a z drugiej przez ciepłe ciało Syriusza – dało jej impuls do tego, by dotknąć paska jego spodni i wsunąć dłoń pod sweter. Dotyk jego skóry rozpalał kolejne płomienie, które ogarniały ją całą. Nie miałaby nic przeciwko temu, by w nich spłonąć.
– Pool, nie zaczynaj czegoś, czego nie chcesz kontynuować – powiedział cicho w jej jasne włosy.
– Kto powiedział, że nie chcę? – zapytała, rozpinając swój własny sweter.
Było to dostateczną zachętą dla Syriusza, który znów ją pocałował, przyciskając do ściany i obejmując trochę zbyt mocno. Dainah to nie przeszkadzało. Czuła, że w ten sposób zatrzymuje ją na tym świecie, że chroni ją i przed samospaleniem, i przed lodowatą pustką. Czuła, że oddanie mu kawałka siebie to jedyny sposób, by zachować całą resztę.

Advertisements

Człowiek człowiekowi wilkołakiem: 07

Opatuliła się szczelniej szalikiem, kiedy wiatr po raz kolejny postanowił dać o sobie znać. Podczas zajęć z astronomii w obserwatorium nigdy nie wiało, ale najwyraźniej jakaś magiczna osłona przed wiatrem była zdejmowana zaraz po ich skończeniu. Ale też nikt się nie spodziewał, albo też nie chciał spodziewać, że dwójka uczniów postanowi odwiedzić wieżę astronomiczną poza godzinami lekcyjnymi. Kitty z własnej woli by tego raczej nie zrobił i nie dlatego, że bała się złamania regulaminu, a po prostu był środek zimy, było przeraźliwie zimno i oddałaby wszystko, żeby rozłożyć się teraz przed kominkiem i odzyskać czucie w palcach. Starała się nie dawać tego po sobie poznać; uśmiechała się miło, zapatrzona w gwieździste niebo, chociaż podejrzewała, że jej twarz po prostu zamarzła i nawet jakby chciała się nie uśmiechać, to by się nie udało.
Trzeba było jednak przyznać, że niebo wyglądało niesamowicie; ani jednej chmury, żadnych świateł ze strony zamku, wszystkie konstelacje widać było jak na dłoni. Poza tym pierwszy raz w życiu widziała Remusa tak podekscytowanego, kiedy opowiadał jej o rzeczach, o których wiedziała prawdopodobnie więcej niż on, ale on wcale nie musiał tego wiedzieć. Z czystej sympatii postanowiła go nie uświadamiać, chociaż parę razy musiała ugryźć się w język, kiedy pomieszał nazwy gwiazd.− Przecież to Jowisz − wymsknęło jej się w końcu, kiedy próbował ją przekonać, że ten jasny punkt na niebie, który ewidentnie był Jowiszem, to Wenus.
Spojrzał na nią zaskoczony, a ona zasłoniła się bardziej szalikiem i pokazała palcem inny jasny punkt, który nie był gwiazdą, jak wcześniej twierdził.
− Wenus jest tam.
Podążył wzrokiem za jej ręką, a potem znowu spojrzał na nią i uniósł brwi.
− Czyli jednak masz jakieś pojęcie na temat astronomii.
Kitty rozłożyła bezradnie ręce.
− Wybitny na sumach − powiedziała. − I tak jakby postanowiłam podejść też do owutemów.
Remus zasłonił twarz dłonią, mogłaby przysiąc, że się zarumienił, ale było dość ciemno, więc ciężko ocenić.
− I pozwoliłaś mi mówić to wszystko?
Zaśmiała się i chwyciła go za rękę, by odsłonić jego twarz.
− Z takim zaangażowaniem opowiadałeś, nie miałam serca ci przerywać.
Remus pokręcił z rezygnacją głową i schylił się, by ją pocałować. Może i było przeraźliwie zimno, ale momentalnie zalała ją fala ciepła, więc postanowiła nie wypuszczać Remusa tak łatwo. Nie było to może ciepło jakie by dał kominek w pokoju wspólnym, ale lepsze to niż nic.
Nie było im jednak dane całować się aż do czasu aż pogoda zdecyduje pożegnać śnieg na dobre. Usłyszeli jakichś śmiech na schodach i chwilę później ktoś otworzył drzwi z hukiem, a dwie osoby bardzo sobą zajęte wpadły do obserwatorium. Kitty momentalnie odsunęła się od Remusa, jak gdyby nigdy nic się nie stało i spojrzała na intruzów. Najwyraźniej nie tylko Remus uznał tę miejscówkę za dobrą na zorganizowanie randki.
Kitty odchrząknęła, kiedy zdała sobie sprawę, że całująca się para nawet ich nie zauważyła i wcale nie uznali, że to dziwne, że zwykle zamknięte na kilka zamków drzwi były otwarte. Właściwie byli tak zajęci sobą, że prawdopodobnie nie zauważyliby, jakby Kitty i Remus się ewakuowali bez zwracania na siebie uwagi. Kitty jednak nie wyszła z inicjatywą; byli tu pierwsi i nie była zadowolona, że ktoś im przerwał randkę, więc skoro oni zepsuli jej randkę, to ona nie będzie się hamować przed zepsuciem ich!
Usłyszeli ją dopiero jak odchrząknęła po raz drugi. Wtedy właśnie pożałowała swojej decyzji, bo kiedy para oderwała się od siebie, rozpoznała Syriusza.
− Kitty, co ty tu… − urwał, bo zauważył Remusa dwa metry dalej. Uśmiechnął się głupkowato. − Ale numer! Rogacz cię zabije.
Wskazał palcem na Remusa, żeby podkreślić, że o niego chodzi i że ma przechlapane.
Dziewczyna, z którą przyszedł Syriusz wyglądała na zdezorientowaną, Kitty jej nie rozpoznawała, ale też rzadko kiedy zawracała uwagę na młodsze roczniki.
− Chodźmy gdzie indziej − powiedziała cicho, obejmując ramię Syriusza. Zerknął na nią i uśmiechnął się szeroko.
− Oczywiście.
Dziewczyna wyciągnęła go z obserwatorium. Syriusz zdążył jeszcze tylko pogrozić im palcem i tyle ich widzieli. Kitty westchnęła głośno.
− Popularne miejsce. Biblioteka będzie lepsza na następną randkę, tam się Syriusz nie pojawia − powiedziała. − I jest znacznie cieplej.
Remus stanął obok i spojrzał na nią.
− Następną randkę? Nie wiem czy dożyję do tego czasu − odpowiedział z rozbawieniem.
Zaśmiała się i szturchnęła go w ramię.
*
− Plan wychodzi idealnie, Kitty − powiedziała z podekscytowaniem Abby przy śniadaniu. − Wszyscy gadają o tobie i Remusie. Dobrze, że poszłaś po rozum do głowy i nie ukrywasz tego.
Kitty odsunęła talerz z niedojedzonymi tostami i oparła czoło o blat; po pierwsze, bo była załamana, a po drugie, bo chciała jakoś ukryć, że jej twarz przybrała ciemnoczerwony kolor.
− Jaki związek? − wymamrotała w stół.
Pomijając już plotkujących Gryfonów, bo ciężko było to powstrzymać, ale całowanie się z Remusem dwa razy i połowa randki ciężko nazwać związkiem.
Abby poklepała ją po głowie, a Kitty w odpowiedzi odgoniła ją ręką.
− Zabiję Syriusza.
− Co?
− Za to, że rozpowiedział wszystkim − powiedziała poirytowana, kiedy podniosła głowę. − James znowu zrobi burdę i tyle będzie z umawiania się z kimkolwiek.
Abby przez chwilę patrzyła na Kitty bez słowa.
− Tak, to Syriusz − powiedziała po krótkiej przerwie.
Kitty pokręciła głową i spojrzała na Syriusza, który siedział paręnaście metrów dalej z jej bratem, Remusem i Peterem. Nie wyglądali jednak jakby byli w morderczych nastrojach, wręcz przeciwnie − śmiali się właśnie z czegoś albo raczej kogoś, kto był przy stole Ślizgonów, obstawiała Snape’a, ale równie dobrze mógł to być brat Syriusza.
Kitty wstała od stołu bez słowa i skierowała się do wyjścia z Wielkiej Sali; nie była głodna, ani też nie miała ochoty na dalszą rozmowę z Abby. Przeszło jej przez myśl, że jej przyjaciółka powinna znaleźć sobie nowe hobby albo nowy obiekt zainteresowań, zanim Kitty skończy z załamaniem nerwowym. Nikt nie ostrzegał, że umawianie się i posiadanie brata jest taką skomplikowaną mieszanką. Co ona by dała, żeby być jedynaczką!
A jakby tego wszystkiego było mało, przed salą transmutacji została dorwana przez ostatnią osobę, którą miała ochotę oglądać. Zatrzymała się jednak, kiedy usłyszała swoje imię, i spojrzała na Philipa.
− Zaskakująco często ze sobą rozmawiamy. Powiedziałabym, że nawet częściej niż jak byliśmy razem − skomentowała, a Philip zastanowił się chwilę i ostatecznie przyznał jej rację. Kitty nie mogła powstrzymać parsknięcia śmiechem. − Czego chcesz?
− Ludzie gadają o tobie i Lupinie.
Kitty westchnęła. Czyżby Abby miała jednak rację?
− Nie mów, że jesteś zazdrosny.
Philip wyglądał na bardzo rozbawiona tą uwagą. Czyli jednak nie miała racji, nic nowego.
− O Lupina? Proszę cię. Jeżeli chciałaś mnie wkurzyć, to trzeba było uderzyć z tym do Blacka.
Kitty opadły ręce.
− Nie próbuję cię wkurzyć!
− Więc co? Lupin jest niekoniecznie w twoim typie. − Philip splótł ręce na piersi i spojrzał na nią, niedowierzając. Może ona wcale nie próbowała go wkurzyć, ale on w tej chwili wkurzał ją, bardzo. Wytknęła go palcem.
− Przypominam, że jak ostatnio umawiałam się z facetem, który był w moim typie, to złamał mi serce po tym jak mój brat złamał mu nos.
Philip nie wyglądał na zadowolonego tą uwagą, ale z drugiej strony prawdopodobnie podbudowała mu ego przyznając, że jest w jej typie. Niby wiedział o tym, ale przecież nie szkodzi powtórzyć to raz na jakiś czas.
− Poza tym, skąd w ogóle o tym wiesz? Jacy ludzie gadają?
− No, nie może nie ludzie w liczbie mnogiej − przyznał i wzruszył ramionami. − Abby.
Kitty spojrzała na niego w lekkim szoku. Czyli jednak nie Syriusz plotkował, a co za tym idzie James niekoniecznie o tym wszystkim wiedział. Poza tym, że była wściekła na Abby za wtrącanie się w sprawy między nią a Philipem, to odetchnęła z ulgą. Wróciła nadzieja, że może jednak nie skończy się to tak tragicznie i dojdzie do drugiej randki z Remusem.
− Kretynka − skomentowała w końcu z westchnieniem.
− Nie mogę się z tym nie zgodzić.
Kitty rzuciła Philipowi ostrzegawcze spojrzenie.
− Tylko ja mogę ją obrażać, więc się lepiej zastanów, zanim powiesz coś jeszcze.
Uśmiechnął się tylko w odpowiedzi.

Łapy przy sobie: pięć

Niedługo po powrocie ze Skrzydła Szpitalnego dostałam list od ojca, który swoim wysokim, wąskim pismem zapowiedział szczerą rozmowę w czasie przerwy świątecznej, zapewnił mnie, że nie ma powodu do obaw i pytał, o której odebrać mnie z dworca. Z jakiegoś powodu ten list bardzo mnie rozwścieczył.
Jeśli mój ojciec uznawał, że prawo do wyjaśnień przysługuje mi dopiero, kiedy prawdy dowiem się przypadkowo, to nie mieliśmy sobie nic do powiedzenia. Nie odpowiedziałam mu; chciałam, żeby moi rodzice przyjechali do Londynu specjalnie po to, by zobaczyć, że mnie tam nie ma. Efekt psuło tylko to, że tak czy inaczej musieli odebrać Royle’a.
Naturalnie wiedziałam, że pozostając w Hogwarcie na święta Bożego Narodzenia odpuszczam najlepszą możliwość, żeby dowiedzieć się czegoś więcej o babci, ale zrezygnowałam z tego z pełną świadomością. Na zdobywanie nowych informacji musiałam poczekać aż do spotkania z Wolfem. Czułam, że ta chwila na ochłonięcie dobrze mi zrobi.
Kiedy rano zeszłam na śniadanie, okazało się, że szkoła się wyludniła. W Wielkiej Sali pozostawiono tylko stół nauczycielski i jeden ze stołów dla uczniów. Wyglądało na to, że rodzice ściągnęli do domu prawie wszystkich młodszych uczniów, a kilkunastu starszych zostało tylko dlatego, że zatrzymały ich problemy przyjaciół albo konflikt z rodziną. Choć zdawałam sobie sprawę z tego, że to zły znak o sytuacji poza szkołą, byłam zadowolona. Pewną ulgę przyniósł mi nawet wyjazd Vector, która co prawda martwiła się moją gwałtowną reakcją na słowa pani Pomfrey, ale jednocześnie nie mogła zrozumieć, z jakiego powodu w ogóle się tym przejmuję.
Zajęłam miejsce na końcu stołu, odsuwając się na taką odległość od grupy Puchonów, by nie czuli się zobowiązani zagadywać i nałożyłam sobie naleśniki.
Przeważnie nie zwracałam dużej uwagi na jedzenie – zwykle w trakcie posiłków rozmawiałam z innymi albo kończyłam zadania domowe – ale wyjątek w postaci świadomego, samotnego posiłku wydawał się idealnym uzupełnieniem mojego buntowniczego nastroju. Wypiłam łyk kawy, robiąc to tak wolno, jak tylko potrafiłam. Złapałam się na tym, że kłótnia Puchonów na temat świątecznego smaku syropu do herbaty dochodzi do mnie jak zza szyby.
Wszystko wydawało się tak surrealistyczne, że nawet fakt, że naprzeciwko mnie rozsiadł się Syriusz Black, nie wywołał u mnie najmniejszego zaskoczenia. Nic nie powiedziałam, po prostu spojrzałam prosto na niego, czekając aż się wytłumaczy. W tym czasie wiedziałam już bardzo dobrze, że nie było lepszego sposobu na zwrócenie uwagi Blacka niż zbicie go z tropu. Widocznie zwykła uprzejmość była zbyt nudna, dlatego też przestałam już mówić mu „cześć”.
– Zmieniłem zdanie – oświadczył, nakładając sobie kiełbaski i niespiesznie smarując tosty.
– Widzę – powiedziałam, nie spuszczając z niego wzroku. Wypiłam kolejny łyk kawy. Znad rantu kubka wystawały mi tylko oczy. – Miałeś być u Pottera.
Zaśmiał się krótko.
– Zdecydowałem się zostawić go z Evans – odpowiedział lekko. – Może wpadnę na świąteczny obiad, ale rodzinne wieczorki zapoznawcze nie są dla mnie.
– Wyobrażam sobie.
Zastanawiałam się, czy pozostanie w szkole dużo go kosztowało. Wydawało mi się, że zrezygnowanie ze spędzenia świąt z rodziną przyjaciela musiało być ciężką decyzją po tym, jak postanowił na zawsze zostawić za sobą swój rodzinny dom. Ciekawiło mnie, czy zdecydował się na święta w zamku tylko dlatego, że nie chciał ingerować w tak rodzinną okazję jak poznawanie przyszłej żony jedynego syna, czy może był zbyt dumny, by całkowicie dać się przygarnąć. Może myśl, że będzie miał wobec Potterów tak wielki dług, powstrzymywała go przed wykorzystaniem całej uprzejmości, jaką mu okazywali.
Póki co nic w jego rozluźnionej postawie nie wskazywało na to, by nękało go cokolwiek podobnego. Z trudem zaakceptowałam, że dokonuję po prostu projekcji swoich własnych uczuć wobec mojej przybranej matki i spróbowałam się nieco rozluźnić. Odłożyłam kawę.
Zapadło milczenie, które Black wykorzystał na sprawne zjedzenie wszystkiego, co miał na talerzu. Ja sama nie poradziłam sobie nawet w połowie tak dobrze. Zajęta zerkaniem na niego co chwilę, nie tknęłam prawie nic poza kawą.
Ta sytuacja do bólu przypominała dobę, którą spędziliśmy wspólnie w Skrzydle Szpitalnym, gdzie przeważnie zajadle milczeliśmy, od czasu do czasu wymieniając drobne uwagi. Bałam się, że w końcu złamię niepisaną zasadę oszczędzania słów i wypowiem głośno wszystko, co leżało mi na sercu, szczególnie że Black był teraz jedyną osobą, która potencjalnie mogłaby mnie wysłuchać i była przy tym odpowiednio wtajemniczona, ale tak się nie stało. Po piętnastu minutach pełnych napięcia Black wstał i rzucił „Do wieczora”.
Zanim naprawdę nadszedł wieczór, minęło kilka długich godzin, które upłynęły na bezcelowym łażeniu pomiędzy biblioteką a prawie pustą wieżą Ravenclawu. Przyszło mi do głowy, żeby zrobić trochę notatek do egzaminu z astronomii, ale kiedy zaczęłam, moją uwagę przykuły prospekty doradzające wybór kariery, które w Pokoju Wspólnym musieli zostawić pięcioroczni. Te z kolei przypomniały mi o ojcu i sprowokowały długą lawinę myśli o tym, że nie powinnam akceptować jego pomocy przy zatrudnieniu w Ministerstwie po ukończeniu szkoły i próbować radzić sobie sama, nawet jeśli miałabym przez to stracić jakąś szansę. Z wściekłości porzuciłam tę ścieżkę rozmyślań i w końcu utknęłam w bibliotece na przeglądaniu ksiąg z działu wróżbiarstwa. W jednej z nich trafiłam na swoje nazwisko. Z hukiem zamknęłam książkę, wpakowałam ją do torby i wyszłam z biblioteki.
Nie poszłam na kolację – zamiast tego znowu snułam się po korytarzach, próbując trzymać swoje myśli z dala od rodziny. Mimowolnie trzymałam się blisko wieży Gryffindoru, jakbym naprawdę wierzyła, że w ten sposób wiarygodnie wpadnę na Blacka wracającego z kolacji, choć przez parę godzin nie spotkałam nawet ducha. Nie wiedziałam, co takiego miałabym mu powiedzieć, gdybyśmy naprawdę się spotkali, szczególnie biorąc pod uwagę elokwencję, jaką wykazałam się przy śniadaniu, ale godziny samotności podniosły mój poziom goryczy i udowodniły mi, że brak mi cierpliwości do buntu pasywnego.
Spotkałam go znowu, gdy po raz piąty przechodziłam wąskimi schodami na skróty. Nie wyglądał na zdziwionego, że mnie widzi, przeciwnie, było to jakby przyszedł na umówione spotkanie. Stanęłam na schodku i rzuciłam torbę na podłogę. Black złożył kawałek pergaminu, który trzymał w ręku i schował go do tylnej kieszeni. Chciałam o niego zapytać, ale zignorował mój pytający wzrok i oparł się plecami o ścianę naprzeciwko mnie.
– Nieźle cię to przybiło – powiedział bez ogródek, przyglądając mi się uważnie.
– Nie wspominałam, że naprawdę wkurza mnie moja rodzina? – zapytałam dość napastliwie, bo przypomniało mi to naszą rozmowę w sowiarni. Wyjątkowo Black nie dał się wciągnąć w potyczkę słowną, tylko zapytał:
– Rozmawiałaś ze starym? Dowiedziałaś się dokładnie, o co chodzi?
– Nie będę rozmawiać z moim ojcem – oświadczyłam dumnie, odwracając wzrok. Czułam łzy cisnące się do oczu, których pojawienie się było wynikiem dręczącej mnie mieszanki gniewu, że właśnie na mnie padło dziedzictwo mojej babci i żalu, że przez kłamstwa rodziców i wujostwa spędzam święta w pustym zamku, ale udało mi się je powstrzymać.
– I co, będziesz to ciągnąć, a w czerwcu nie wrócisz do domu? – zapytał. Oczekiwałam, że będzie się wyzłośliwiał, jak miał w zwyczaju, ale brzmiało to raczej jak pytanie o plany na wakacje.
– Tak – starałam się włożyć w moją odpowiedź jak najwięcej determinacji, patrzeć Blackowi w oczy i nie mrugać, ale w szczerej wersji brzmiałaby ona raczej „Nie wiem, prawdopodobnie”.
Uśmiechnął się pod nosem.
– Zdajesz sobie sprawę, że bunt przeciw rodzinie nie ma wiele sensu, kiedy oni doskonale wiedzą, że wciąż cię obchodzą? – zapytał, a zaraz potem dodał: – Na twoim miejscu bym odpuścił, nie jesteś za dobra w ukrywaniu uczuć.
Nie wiedziałam, czy ma na myśli uczucia wobec niego czy wobec mojej rodziny, ale nie zgadzałam się, że to mnie dyskwalifikowało. Najlepsze relacje miałam nie z tymi, którzy jak mój ojciec całe życie grali w pokera, zdystansowani i oceniający, nigdy nie mówiący o sobie, ale z tymi, przed którymi mogłam się otworzyć i którzy wiedzieli, że mogą otworzyć się przede mną. Vector i Wolfe mogliby mnie zranić jak nikt inny, ale gdybym nie podjęła tego ryzyka, musiałabym ze wszystkim radzić sobie sama i może całe siedem lat tułałabym się bez sensu po korytarzach jak tego wieczoru.
Czułam, że Black ma tak samo, bo choć był o wiele, wiele lepszy ode mnie w udawaniu, że nic go nie obchodzi, zdradzała go chorobliwa lojalność wobec tych, których uznawał za swoich przyjaciół. Przebicie się do tego niewielkiego grona osób, o które otwarcie dbał, wydawało się prawie niemożliwe, ale samo to, że pojawił się na tym korytarzu, żeby ze mną porozmawiać, było całkiem intrygujące.
Zrobiłam krok do przodu. Starając się nie analizować specjalnie, jakie tragiczne konsekwencje może mieć ten ruch, wspięłam się na palce i pocałowałam go krótko w usta, po czym odsunęłam się na parę centymetrów. Przez sekundę się we mnie wpatrywał, a z jego twarzy nie dało się nic wyczytać, ale wyraźnie nie uznał, by sytuacja wymagała więcej przemyśleń, bo intensywnie mnie pocałował, przypierając do przeciwległej ściany.
W tamtej chwili zwątpiłam, by kiedykolwiek wymyślono lepszy środek pocieszający niż duża dawka obezwładniającego zapachu i śliny Syriusza Blacka.

Na psa urok: 06.

– Zaprosił cię na randkę? – zapytała Isla, rozdziawiając usta o wiele szerzej, niż pozwalało na to dobre wychowanie.
– Nie – odparła Dainah. – Tak. Nie. To nie jest takie proste.
Susannah siedziała na swoim łóżku i uważnie przypatrywała się przyjaciółkom. Nie zabrała jeszcze głosu, choć uważnie słuchała. Patrzyła też na nerwowe ruchy Dainah i próbowała rozgryźć, co właściwie stało się tej nocy, po której wróciła do dormitorium ze szlabanem i z tą nie-randką, do której się właśnie szykowała. Gdyby umawiała się z Syriuszem, Susannah by o tym wiedziała, nie miała co do tego wątpliwości. Tymczasem Dainah zdawała się iść na nierandkę zupełnie nieromantycznie – i tego Susannah nie rozumiała.
– Może nie powinnam tam iść? – zapytała Dainah, niepewnie przyglądając się granatowej sukience, którą wyjęła z kufra. Sukienka była okropnie pognieciona i nie wyglądała dostatecznie elegancko, jakby jej posiadaczka spakowała ją tylko na wszelki wypadek, nie zaś dlatego, że była pewna, że będzie musiała iść na spotkanie Klubu Ślimaka.
– I jak się wytłumaczysz z nieobecności?
Dainah chwilę pomyślała.
– Kobiecą niedyspozycją? – zapytała, a Isla popatrzyła na nią, jakby nigdy nie słyszała głupszej wymówki. – Slughorn to facet, nie zrozumie i będzie współczuł.
– Nie zrozumie i będzie miał ci za złe, że nie przyszłaś.
– I tak wolałby tam widzieć mojego ojca, nie mnie – wymamrotała Dainah.
Nie lubiła mówić o swojej rodzinie. Nie była pewna, na jakich zasadach funkcjonowało właściwie małżeństwo jej rodziców, ale odkąd sięgała pamięcią była przekonana, że trudno o dwoje mniej dobranych ludzi. Podczas gdy jej matka bujała gdzieś w obłokach, czasami tylko nawiązując kontakt z ziemią, ojciec był jednym z najbardziej małomównych ludzi, jakich znała. Zwykle znikał w gabinecie na długie godziny lub nawet dni tak, że sama nie była pewna, czy w końcu nie poszedł po rozum do głowy i nie zostawił swojej żony. Nie mogłaby go za to winić. Jednak z jakichś zupełnie niezrozumiałych względów czasami zjawiał się w salonie czy w kuchni, mamrotał coś pod nosem i znów znikał za ciężkimi drzwiami od gabinetu lub wychodził z domu i nie informował nikogo o tym, czy wróci dziś, czy za tydzień. Dainah nie wiedziała, co robił w tym czasie; kiedyś próbowała się domyślać, tworzyła w głowie różne scenariusze, ale nigdy nie wymyśliła nic, co wydawałoby się brzmieć odpowiednio. Sam pomysł, że mógłby mieć kochankę, wywoływał w niej śmiech. Podobnie mało prawdopodobne wydawałyby jej spotkania grupy znajomych. Praca? Być może, ale przecież ojciec przerzucał tylko papiery w Ministerstwie. Nie była pewna nawet, w jakim wydziale pracował. A jednak… Jednak musiał przerzucać te papiery w wyjątkowo dobrze rokujący sposób, skoro Slughorn zaprosił ją do swojego klubu.
Była dobra z eliksirów, ale wątpiła, by samo to zapewniło jej zaproszenie. W końcu Slughorn zaprosił już dwa inne talenty, z którymi Dainah nie mogła się równać – Snape’a i tę rudą Gryfonkę, Lily Evans. Poza nimi na przyjęcia Ślimaka przychodziło jeszcze parę osób. Paru Ślizgonów miało – podobnie jak Dainah – ważnych ojców, jakiś Krukon błyszczał na polu naukowym, zarozumiały Puchon miał przed sobą wspaniałą karierę jako gracz quidditcha… Kręciło się tam jeszcze kilka osób, ale Dainah nie pamiętała, czym sobie zasłużyły na ten zaszczyt.
– Będziecie się tak świetnie bawić – westchnęła Isla, a Dainah prychnęła.
– Mówiłam ci, że te spotkania potrafią być nudne.
– Ale będziesz z Syriuszem. – Isla wydęła usta i zamachała zalotnie rzęsami. – Na pewno znajdziecie jakiś sposób, żeby się dobrze bawić.
– On nie idzie tam po to, żeby się dobrze bawić – przypomniała Dainah. – Pewnie nawet nie będzie ze mną rozmawiał.
– Nikt nie mówił, że musicie rozmawiać, możecie się…
– Nie po to tam idzie – fuknęła Dainah, rozgniewana całą tą sytuacją.
Isla przewróciła oczami i nie kontynuowała tematu.
– To po co właściwie tam idzie? – zapytała w końcu Susannah.
– Chodzi o Regulusa.
Na chwilę zapadła cisza. Cały Hogwart wiedział, że bracia Black nie darzą się sympatią, a jeśli na przyjęciu miało dojść do jakiejś konfrontacji, najpewniej nie będzie ona przyjemna dla świadków.
– Nie powinnaś się mieszać w sprawy rodzinne – powiedziała cicho Susannah. – Obaj mają swoje problemy, które cię nie dotyczą.
Dainah popatrzyła na nią z niedowierzaniem. Susannah była zawsze pełna tego irytującego przekonania, że prawdziwa miłość istnieje, a wszystko, co jest napisane w książkach, może się wydarzyć. Jako pierwsza broniła czystości intencji innych ludzi i starała się dostrzegać w nich dobre strony. I idealizowała wszystko, co mogło się skończyć romansem. Kilka razy z przejęciem mówiła już o poranionej duszy Syriusza Blacka, którą ktoś powinien uleczyć siłą uczucia, a teraz była tak trzeźwa i racjonalna?
– W nic się nie chcę mieszać – oświadczyła chłodno i razem z pogniecioną sukienką znikła w łazience.
*
Dainah wolno sączyła coś, co okazało się sokiem wiśniowym, choć miała nadzieję, że będzie czymś zupełnie innym. Płyn na szczęście był chłodny, przez co zdawał się studzić gotujące się w niej emocje. Wieczór zaczął się nieźle, Syriusz czekał na nią przy wejściu do lochów, przystojny jak zawsze. Początkowo wyglądał na zasępionego, ale posłał jej uśmiech i powiedział – może zbyt mechanicznie, ale wtedy tego nie zarejestrowała – coś miłego o jej wyglądzie. Nawet wymienili kilka zdań w drodze do Slughorna. Atmosfera była prawie randkowa. Przynajmniej przez tych kilka minut, bo na przyjęciu Syriusz dość szybko się od niej odłączył i przepadł gdzieś w tłumie, który składał się zarówno z uczniów, jak i z dorosłych, przy czym ci drudzy przeważali. Dainah nie miała pojęcia, kto wpuścił ich do zamku, ale nie miała czasu nad tym myśleć. Kiedy już ściągnęła na siebie wzrok wszystkich – Slughorn powitał ich na tyle głośno, że słyszeli to nie tylko wszyscy na przyjęciu, lecz także pół zamku – i zgubiła Syriusza, jej uszu dobiegło kilka niewybrednych komentarzy. Najwyraźniej Gryfoni nie byli dobrze postrzegani na takich bankietach, zwłaszcza Gryfoni, którzy trafili do Domu Lwa na złość swoim rodzinom.
– Prowadzisz się ze zdrajcami krwi – syknął do niej Snape, kiedy w pewnym momencie znaleźli się obok siebie przy stole z przekąskami.
– Nisko upadłaś – mruknął Yaxley, kiedy nalewała sobie soku.
– Kalasz imię Salazara – ocenił Selwyn, kiedy przechodziła przez tłum.
Syriusza nie było nigdzie w pobliżu, więc nie słyszał tych komentarzy. Zresztą nawet, gdyby je słyszał, pewnie nic by go nie obeszły. Dainah zwykle nie była tak wrażliwa na opinię innych, ale w tym konkretnym przypadku czuła, jak napiera na nią ściana niechęci, przed którą nie potrafiła się obronić. Najchętniej wyszłaby stamtąd i wróciła do dormitorium, ale nie zamierzała nikomu dawać tej satysfakcji. Została zaproszona i zostanie na przyjęciu dostatecznie długo, by nie wzbudzić sensacji. Z Syriuszem albo bez niego.
Z wystudiowanym znużeniem przyglądała się grupkom, które poruszały się po pomieszczeniu i głośno rozmawiały. Slughorn kluczył między nimi wszystkimi, król swojego małego królestwa, przyjaciel ich wszystkich. Trudno było jednak nie zauważyć, że niektóre z grup milkły, gdy do nich podchodził. Może spotkanie, które Slughorn zorganizował, żeby powygrzewać się w czyimś blasku, było okazją, by część jego gości ubiła swoje własne interesy.
Nagle uwagę Dainah przykuło zamieszanie przy stole z przekąskami. Skupiło się tam sporo osób, w tym chyba wszyscy uczniowie, którzy byli obecni na przyjęciu. Jak na tak dużą grupę byli jednak wyjątkowo cicho – tak cicho, że Dainah wyraźnie usłyszała podniesione głosy. Niepewnie ruszyła w ich kierunku, niemal pewna, że jeden z tych głosów należał do Syriusza.
– Uważasz, że ten bunt cokolwiek zmienił? – zapytał Regulus, siląc się na spokój. Na jego bladej twarzy pojawiły się nieznaczne rumieńce, które wskazywały na to, że temat rozmowy wywołuje w nim emocje. – Nadal jesteś Blackiem.
– Nie mam z wami nic wspólnego – warknął Syriusz, a tłum, który zgromadził się wokół braci, zaczął szeptać. Być może nawet czyniono zakłady, bo obaj Blackowie wyglądali, jakby mieli się rzucić sobie do gardeł. Regulus starał się zachować pozory spokoju, podczas gdy wszystkie emocje Syriusza były wymalowane na jego twarzy.
– Jesteś dokładnie taki sam jak my wszyscy! – krzyknął Regulus, a kilka osób stojących najbliżej zrobiło krok w tył, ktoś nawet stanął na stopie Dainah, która próbowała przecisnąć się przez ten tłum i powstrzymać Syriusza. Gdzieś pod drugiej stronie zbiegowiska widziała rudą głowę Lily Evans, która prawdopodobnie próbowała zrobić to samo.
Było jednak za późno, żeby powstrzymać to, co było nieuniknione. Syriusz rzucił się w kierunku brata, który nie dał rady zablokować tego ataku, być może spodziewając się jakiegoś zaklęcia, a nie rękoczynów. Plecy Regulusa wylądowały na stole z przekąskami, który zakołysał się niebezpiecznie, jakby całkowicie nieprzygotowany na to, że będzie się na nim rozgrywała mugolska bójka.
– Koreczki z łososiem – szepnął z przejęciem ktoś, kto stał tuż obok Dainah. Ona jednak nie słuchała, ruszyła naprzód.
Syriuszowi udało się wymierzyć mocny lewy sierpowy w twarz brata, który teraz ze wszystkich sił starał się odepchnąć Syriusza lub przynajmniej zaserwować mu porządnego kopniaka. Starszy z Blacków jednak nie dał się odepchnąć i zacisnął jedną z pięści na kołnierzyku regulusowej szaty, jakby nie mógł się zdecydować, czy woli go udusić, czy przytrzymać w miejscu i ponownie uderzyć. Regulus jednak szarpnął się zaskakująco mocno, co zakołysało stołem tak, że dwie z jego nóg ustąpiły pod naporem bójki. Koreczki – ku rozpaczy przynajmniej jednego z gości – posypały się na podłogę. Obaj Blackowie w nich wylądowali, tracąc równowagę, ale nie chęć do walki. Dalej się szarpali, nie zwracając uwagi na różnokolorowe pasty, fragmenty ryby, oliwki i inne smakołyki, które mieli przyklejone do szat.
– Co tu się dzieje?! – krzyknął Slughorn, który wcześniej nie interweniował, być może w nadziei, że problem sam się rozwiąże.
Pięść, która wylądowała na nosie Regulusa, i druga, która trafiła Syriusza w skroń, zdawały się dowodzić, że nie, ten problem się sam nie rozwiąże.
Dainah w końcu przepchnęła się przez tłum, który nagle przestał się interesować rozgrywającą się sceną i starał się wyglądać, jakby stał tam przypadkiem, prawdopodobnie w poszukiwaniu przekąsek. Przyklękła w czymś, co kiedyś musiało być półmiskiem faszerowanych jajek, i syknęła do Syriusza:
– Natychmiast się uspokój. Natychmiast.
Syriusz przez chwilę zamarł w bezruchu, jakby jeszcze się wahał, co powinien zrobić, w końcu jednak wypuścił szatę brata i wstał.
– Kurwa – powiedział w przypływie elokwencji.
– Gryffindor traci pięćdziesiąt punktów za atak na ucznia! – grzmiał Slughorn. – I dziesięć za ten paskudny język! Proszę wyjść, panie Black! Natychmiast!
Syriusz wyglądał, jakby nie miał zamiaru wyjść i chciał powiedzieć coś zarówno Slughornowi, jak i wszystkim zebranym, ba, jakby był gotowy bić się z nimi wszystkimi, choć trudno było ustalić w obronie czego właściwie. Dainah popchnęła go w stronę drzwi.
– Idziemy – warknęła do niego.
Tłum rozstąpił się, żeby ich przepuścić. Zrywały się pierwsze szepty, coraz więcej i więcej, aż całe pomieszczenie brzęczało i buczało od szeptów. „Co za wstyd”, „Żenująca sytuacja”, „Taka szkoda”, „Zdrajca krwi”, „Hańba dla rodziny”, „Niby Black, a…”, „Kto go przyprowadził?”, dało się słyszeć z wielu stron, a Dainah musiała zagryźć szczęki, żeby nic nie odpowiedzieć. Nie chciała patrzeć na Slughorna. Była głupia, że zgodziła się zabrać ze sobą Syriusza na to przyjęcie. Wiedziała przecież, że to żadna randka, że chodzi tylko o konfrontację z Regulusem. Czemu się na to zgodziła? Na żal było już jednak za późno, wszyscy widzieli, że wychodzi razem z nim. Przyznała się, że to z jej winy doszło do tego incydentu. Domyślała się, że gdyby należała do któregokolwiek z innych domów, jej także Slughorn odjąłby punkty.
Była wściekła – na siebie, na Syriusza, na wszystkich, którzy byli na przyjęciu.
– Coś ty sobie myślał?! – wybuchła, gdy odeszli już na tyle daleko, by nikt z gości Slughorna nie mógł ich słyszeć.
Syriusz posłał jej nieco obłąkańczy uśmiech i odgarnął włosy z czoła, odsłaniając już formujący się siniak.
– Nie podobał ci się program artystyczny? – zapytał z wymuszoną nonszalancją.
Dainah patrzyła na niego z nieskrywaną wściekłością. Gdyby miał choć minimum przyzwoitości, chociaż udawałby poczucie winy.
– Po to chciałeś tu przyjść? Żeby obić twarz bratu? – zapytała. – Musiałeś mieć do tego tylu świadków?
Musiałeś mnie w to mieszać?
Syriusz wzruszył ramionami i oparł się o ścianę, oddychając ciężko. Najwyraźniej właśnie docierało do niego wszystko, co zdarzyło się na przyjęciu. Chciał przetrzeć twarz rękawem szaty, ale z obrzydzeniem zauważył fragmenty jedzenia na swoim ubraniu.
Dainah stanęła naprzeciwko niego, starając się uchwycić jego spojrzenie. Wściekłość powoli z niej uchodziła, pozostawiając tylko smutek. Za wszelką cenę starała się uchwycić chociaż resztki tej wściekłości, pewna, że dzięki niej łatwiej odbędzie tę rozmowę.
– To nie tak miało wyglądać – mruknął w końcu Syriusz.
– Świetnie. Wiele to zmienia.
Prychnął, jakby to on miał prawo się irytować w tej sytuacji.
– Co chcesz usłyszeć, Pool?
Spróbowała zebrać myśli na tyle, żeby udzielić mu rzeczowej odpowiedzi. Na usta cisnęło jej się kilka zdań, z których żadne nie byłoby w tej sytuacji pomocne, tylko zaogniłaby sytuację. Wzięła głęboki wdech.
– Chcesz iść do skrzydła szpitalnego?
Spojrzał na nią, jakby wydawało mu się, że się przesłyszał. A potem wybuchnął śmiechem.
Jej ani trochę nie było do śmiechu. Wiedziała, że część z tego, co wydarzyło się u Slughorna nie było jej sprawą – Susannah miała rację, nie powinna się mieszać – ale należały jej się jakieś wyjaśnienia.
– Nie planowałem tego – powiedział, jakby to miało cokolwiek wyjaśniać. – To miał być drobny żart, nic strasznego, ale ten mały gnojek…
– Widziałeś, żeby ktokolwiek się śmiał? – przerwała mu ostro.
Syriusz utkwił wzrok we własnych butach. Najwyraźniej nie miał nic lepszego na swoje usprawiedliwienie. Wiedziała, że pewnie nie planował zakończyć tego wieczoru z pokaźnym siniakiem, ale nie wzbudzał w niej zbyt wiele współczucia. Cały czas starała się być wściekłą, choć było to coraz trudniejsze. Tu, na korytarzu, z dala od wszystkich tych ludzi i ich szeptów, łatwiej było zrozumieć tę sytuację. Tyle, że zrozumienie było w tym przypadku pierwszym krokiem do współczucia, a tego Dainah chciała uniknąć.
– Moja rodzina to banda sukinsynów opętanych ideą czystości krwi – powiedział na tyle cicho, że przez chwilę nie była pewna, czy dobrze słyszy.
Pokiwała głową. Nie było to żadną tajemnicą. Cały Slytherin wiedział, że ród Blacków wstydził się za czarną owcę, która trafiła przed siedmiu laty do Gryffindoru. Jeśli wierzyć plotkom, wstyd ten wzmógł się w ostatnich latach, kiedy to Syriusz pewnej pięknej, letniej nocy wyskoczył przez okno, zabierając ze sobą tylko to, co zmieściło mu się do szkolnej torby, by już więcej nie wrócić do rodzinnego domu. Było w tej opowieści – o ile była prawdziwa – coś, co sprawiało, że serce biło jej szybciej, przepełnione podziwem dla niego; było też coś, co nakazywało jej popukać się w czoło.
– Nie jesteś tacy jak oni – stwierdziła rzeczowo, choć nie znała innych Blacków, ale swoją opinię o nich oparła na opinii o innych rodach, które kochały swoją historię i czystość swojej krwi bardziej niż swoje dzieci. – Nie musisz udowadniać tego pięściami.
Syriusz znów dziwnie jej się przyglądał, więc uciekła wzrokiem gdzieś w bok, wpatrując się w czarną oliwkę, która musiała spaść z syriuszowej szaty.
– Moja rodzina też ma swoje problemy, ale to, skąd pochodzimy, nie definiuje nas jako ludzi, nie? – dodała.
Kiedy podniosła wzrok, Syriusz nadal się w nią wpatrywał. Ten wieczór jednak zmienił coś w ich relacji – Dainah nie brakowało już oddechu, kiedy patrzyła mu w oczy. Zamiast tego przeciągnęła dłonią po twarzy, jakby chciała w ten sposób zmusić się do zebrania myśli.
– Co? – zapytała.
Nie uzyskała jednak odpowiedzi, bo Syriusz wykorzystał ten moment, by delikatnie unieść jej brodę dwoma palcami i przywrzeć swoimi wargami do jej ust. Było to tak niespodziewane, że Dainah nie wiedziała, jak zareagować. Instynktownie chciała zarzucić mu rękę na szyję, ale kiedy jej ręka zderzyła się z jego ręką, zrezygnowała z tego pomysłu. Podejrzewała, że był to jeden z najbardziej niezręcznych pocałunków w historii, ale i tak skończył się zbyt szybko.
Gdy tylko odsunęli się od siebie, Dainah nie była pewna, czy bardziej chce znów go pocałować, czy może spoliczkować. Wszystko, co wydarzyło się tego wieczoru, zaczynało jej ciążyć i nie miała siły rozmawiać o tym z Syriuszem. Albo nie rozmawiać. Czuła się trochę wykorzystana, trochę upokorzona, trochę uwiedziona i trochę miała ochotę kontynuować to, co właśnie zaczęli. Wiedziała jednak, że to nie jest dobry moment. Zrobiła głęboki wdech.
– Pójdziesz do tego skrzydła szpitalnego sam czy mam iść z tobą? – zapytała, przywołując jedyny bezpieczny temat.
– Wycieczki do skrzydła szpitalnego to nasz rytuał, co, Pool? – odpowiedział, unosząc brew i posyłając jej uśmiech, który roztopiłby niejedno skute lodem serce.
Jej serce tylko lekko drgnęło na ten widok. Popatrzyła na niego wyczekująco.
Uśmiech powoli spełzł z twarzy Syriusza, jakby docierało do niego, że tym razem jej nie oczaruje i nie wykręci się z sytuacji, w której wolałby się nie znajdować. Uśmiech i poczucie humoru pozwalały mu uniknąć wielu nieprzyjemnych sytuacji, ale tym razem nie wystarczały.
– Mam nadzieję, że do rana zniknie ci ten siniak – powiedziała tylko, odwracając się na pięcie. Choć miała na to ochotę, nie obejrzała się przez ramię i całą drogę do dormitorium niosła wysoko uniesioną głowę, jakby nic się tego wieczora nie wydarzyło i jakby nie wiedziała o tym, że jutro od rana stanie się obiektem plotek całego zamku.

Na psa urok: 05.

Nocne spacery po zamku były jednymi z najgorszych pomysłów, na jakie Dainah wpadła w czasie swojej siedmioletniej edukacji, ale nie mogła ich sobie odmówić. Zaczęły się na piątym roku, kiedy ze stresu przed sumami nie mogła spać. Później wszystko wróciło do normy, ale i tak lubiła przejść się na błonia, może czasami zajrzeć do jakiejś szklarni, której nie powinna odwiedzać, lub do biblioteki. Czasami Filch nakrywał ją na tych spacerach i wlepiał szlaban, zwykle jednak udało jej się uniknąć spotkań z woźnym. Czasami wydawało jej się, że słyszy innych uczniów, ale nigdy z żadnym się nie spotkała. Uważała, że to dobry znak – znak, że potrafi poruszać się po zamku prawie jak jeden z duchów. Byłoby jeszcze łatwiej, gdyby umiała przenikać przez ściany, ale wiedziała, że nie może mieć wszystkiego. Musiało jej wystarczyć chodzenie korytarzami.
Tej nocy nie mogła usnąć i uznała, że dobrym pomysłem będzie spacer po błoniach. No, wymknięcie się z zamku i trzymanie się gdzieś blisko wejścia, żeby móc szybko wrócić, a jednocześnie pozostać niezauważoną z okien. Ten plan miał wiele minusów, ale zawsze miała problemy ze snem w czasie pełni. Zimowe powietrze powinno jej pomóc. Choć był koniec listopada, mróz szczypał w uszy. Tym razem o tym pamiętała i wzięła czapkę. Wzięła też płaszcz i szalik, dzięki czemu była gotowa na każde możliwe warunki atmosferyczne. Brak okien w lochach sprawiał, że to, jaka była pogoda, zawsze było dla niej pewnym zaskoczeniem.
Korytarze były puste, a jednak szła jakby bardziej zdenerwowana niż zwykle. Jej uszu nie dobiegał żaden dźwięk, który mógłby ją zaniepokoić, a jednak coś było nie tak.
To przez tę pełnię, pomyślała. Nie można spać i nie można nawet w spokoju iść na spacer.
Oczywiście wiedziała, że może się to skończyć szlabanem. Nie miała większych obaw. Filch przestawał być straszny, kiedy skończyło się trzynaście lat. Szlabany nadal były w jakiś sposób dolegliwe, ale nie na tyle, by powstrzymać większość uczniów przez zrobieniem tego, co mieli zamiar zrobić.
Drzwi oddzielające Hogwart od reszty świata były ciężkie, a obawy, że zaskrzypią, były właściwie największymi, jakie Dainah miała, jeśli chodziło o ten nocny spacer. Skrzypienie drzwi niechybnie zapewniłoby jej szlaban. Na szczęście stare wrota – choć otwierały się z trudem – nie wydały z siebie dźwięku, zupełnie jakby ktoś je niedawno naoliwił. Chłodne powietrze dotknęło twarzy Dainah, a ona odetchnęła głęboko. Tego było jej trzeba.
Zamknęła oczy i przez moment stała w progu, ciesząc się wolnością, jaką niosło zimowe powietrze. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że powinna jednak zamknąć wrota, jeśli chce zwiększyć szanse bycia niezauważoną.
Zrobiła kilka kroków po śniegu, całkiem ignorując fakt, że zostawia za sobą ślady stóp. Jak będzie wracała, to się nimi zajmie. Teraz chciała chwilę pooddychać. Dotarła do starego dębu, który rósł niemal pod murami zamku i oparła się o jego pień. Świat wydawał się taki spokojny. Mróz musiał być spory, bo jej oddech zamieniał się w parę, a gwiazdy były wyraźnie widoczne. Nie planowała zostawać tam długo.
Skrzypienie śniegu zaalarmowało ją o czyjejś obecności. Niechętnie otworzyła oczy i spojrzała w lewo, skąd słyszała kroki.
– Pool, grzeczne Ślizgonki nie chodzą po błoniach w środku nocy – zagaił Syriusz, jakby spotkali się przypadkiem na środku Wielkiej Sali. – Jeśli to romantyczna schadzka, to brakuje ci drugiej osoby.
– To spacer, nie schadzka – wyjaśniła nieco zbyt szybko. – Nie mierz innych swoją miarą.
Syriusz uniósł brew i posłał jej szelmowski uśmiech.
– Myślisz, że urządzam na błoniach nocne schadzki, Pool? Przyszłaś mnie na jakiejś przyłapać?
– Przyszłam pooddychać czymś innym niż zapach kurzu i płonących pochodni.
Syriusz przestał się uśmiechać i przez chwilę mierzył ją wzrokiem. Ona z kolei przeniosła wzrok z niego na śnieg, woląc nie utrzymywać kontaktu wzrokowego. Widziała wyraźnie swoje ślady stóp, które prowadziły aż do drzwi wejściowych.
– Skąd się tu wziąłeś? – zapytała, nadal patrząc uważnie na ślady. Jedna para butów. Z Wielkiego Holu wyszła jedna osoba.
– O co ci chodzi, Pool? Chodzę do Hogwartu od siedmiu lat. Rozmawialiśmy parę razy. – Wyszczerzył zęby. – To dziwny sposób na podryw, ale jeśli chcesz mnie uwieść tej pięknej, zimowej nocy, nie krępuj się.
Dainah na chwilę zapomniała, jak się oddycha. U-uwieść? Ona – jego? Nie była to myśl, która pojawiła się w jej głowie po raz pierwszy, ale dlaczego miałby powiedzieć coś takiego? Poczuła, jak ciepło napływa do jej twarzy i skupia się na policzkach. Nie miało to raczej nic wspólnego z mrozem, choć wolałaby, gdyby tak było.
– Ślady – odpowiedziała na tyle pewnie, na ile mogła. – Od zamku do tego drzewa prowadzą tylko moje ślady.
Syriusz popatrzył na śnieg, jakby widział go pierwszy raz w życiu.
– Przecież wiesz, że w Hogwarcie nie można się teleportować – zaśmiał się, choć jego szare oczy były poważne. Teraz nie mierzył jej wzrokiem z taką wesołością jak wcześniej. Teraz wyglądał, jakby oceniał, czy może być groźna.
Westchnęła.
– A miej sobie swoje sekrety, tylko nie czaj się tak na ludzi, którzy próbują się zrelaksować – powiedziała, jednocześnie starając się dyskretnie rozejrzeć, skąd mógł przybyć.
Widziała trochę śladów z lewej strony drzewa, ale nic więcej. Jeśli wyszedł tą samą drogą co ona, musiało to być na tyle dawno, by śnieg przysypał jego ślady. Chociaż… padało przed kolacją. Później już nie. Niemożliwe, żeby chodził po błoniach tyle godzin. A jednak – na błoniach nie było śladów ludzkich stóp, tylko tropy zwierząt, które musiały wybiec z Zakazanego Lasu. Dainah poczuła zimno w kościach. Niby wiedziała, że zwierzętom zdarza się wychodzić na szkolne błonia, ale nie wiedziała, że podchodzą tak blisko murów zamku. Nie czuła się dobrze z tą myślą, nie przepadała za większością stworzeń, które nie rozumiały, co się do nich mówiło, i które mogłyby chcieć ją zjeść.
Z Zakazanego Lasu dobiegło wycie wilka, a Dainah przebiegł dreszcz.
– Boisz się złego wilka? – zaśmiał się Syriusz, a uśmiech znów nie sięgnął jego oczu. – Wypełnię swój gryfoński obowiązek i uratuję niewinną pannę przed złym stworem. Chodź, Pool, idziemy do zamku.
Zrobiła głęboki wdech, żeby powiedzieć mu, co myśli o gryfońskiej odwadze i niewinnych pannach, ale kiedy wycie powtórzyło się – czy tylko jej się wydawało, czy było bliżej błoni? – jakoś przeszła jej ochota na dalszą dyskusję. Bez słowa ruszyła w stronę wejścia do zamku, a Syriusz poszedł za nią, patrząc w stronę Zakazanego Lasu w milczeniu. Przez myśl przeszło jej, że może to on boi się tego, co mogło wyjść z lasu, ale próbuje ten strach przelać na nią, żeby nie wydawał jej się mniej męski. Miała ochotę prychnąć na tę myśl.
W końcu jednak dotarli do Wielkiego Holu i Dainah otrzepała buty ze śniegu. Nie była ani trochę bardziej śpiąca i zaczynała żałować, że w ogóle wybrała się na ten spacer.
– No, uratowana – powiedział Syriusz, szczerząc się już zupełnie wesoło. Cokolwiek sprawiło, że się niepokoił jeszcze chwilę temu, przeszło. – Powinnaś pomyśleć o nagrodzie dla swojego wybawcy.
– O czym ty bredzisz? – fuknęła. Jeśli myślał, że rzuci mu się na szyję tylko dlatego, że jest przystojny i potrafi trafić z punktu A do punktu B, to się grubo mylił. Choć była to perspektywa trochę kusząca. – Nie było tu żadnego ratowania.
Tym razem to Syriusz westchnął. Nieco zbyt teatralnie.
– W porządku, nikt nie docenia, jak trudno być Gryfonem – powiedział. – Człowiek nie ma na nic czasu, wciąż tylko trzeba ratować piękne kobiety.
Dainah zacisnęła szczękę. Nie miała zamiaru dać się sprowokować – ani tym, że najwyraźniej została nazwana piękną, ani tym, że utworzył w jej głowie zupełnie niechciany obraz innych dziewczyn, z którymi Syriusz mógłby stać w Wielkim Holu i na które mógłby patrzeć tymi śmiejącymi się oczyma. Choć pewnie stał i patrzył. Nie była wyjątkowa. Ale to nie znaczy, że nie chciała się czuć wyjątkowo choć przez tę chwilę.
– Nie wystarczą ci nagrody od tych pięknych kobiet? – zapytała możliwie obojętnym tonem, choć czuła, że gdzieś w brzuchu ma kawał lodu.
Przez chwilę miał minę, jakby chciał kontynuować to przekomarzanie się, może nawet powiedzieć coś, co sugerowałoby, że ona jest piękna kobietą i z tego tytułu jest mu winna nagrodę. Nie powiedział tego jednak. Może nie była dostatecznie piękna, a może zdał sobie sprawę, że takimi pochlebstwami nie osiągnie tego, co chciał osiągnąć.
– Nie powinnaś sama chodzić nocą po błoniach – powiedział z niespotykaną u niego powagą.
Dainah zdziwiła ta troska o jej dobrostan.
– Ty też nie – odpowiedziała, ale bez przekonania. Była, rzecz jasna, przekonana co do tego, że nikt nie powinien chodzić sam nocą po błoniach, zwłaszcza kiedy w Zakazanym Lesie wyły wilki, ale czuła, że to nie była ta riposta, którą powinna przygotować na tę okoliczność.
Pełnia, uświadomiła sobie nagle. To nie musiały być zwykłe wilki.
Nie zdążyła podzielić się z Syriuszem tą refleksją, kiedy pochylił się nad nią tak, że poczuła jego gorący oddech na uchu. Było to… o wiele bardziej deprymujące, niż się spodziewała. Do tego spodziewała się, że Syriusz będzie pachniał mydłem, może trochę palonym drewnem, jeśli siedział tego dnia przy kominku. Tymczasem poczuła dziwny zapach lasu, który nie mógł pochodzić od żadnej wody kolońskiej, i… czy tak pachniała psia sierść? Czy Syriusz trzymał w zamku psa?
– Pool, mam prośbę – powiedział tak cicho, że bardziej poczuła jego słowa niż je usłyszała. Po jej plecach przebiegł dreszcz, który nie miał nic wspólnego z zimnem czy strachem.
– Ta-ak? – zapytała słabiej, niż planowała.
Syriusz musiał się zaśmiać, bo to też poczuła na uchu i poniżej, na szyi. Był naprawdę blisko. Niebezpiecznie blisko. Powinna się oddalić, jeśli chciała myśleć trzeźwo.
– Wiesz, będę twoim dłużnikiem – dodał, a ciepło, jakie wydzielał, było dla niej wyczuwalne przez płaszcz i piżamę. Nie wykluczała, że gdyby była ubrana w jedną ze zbroi stojących na korytarzu, też by je czuła.
Naprawdę, naprawdę miała nadzieję, że to nie jest głupi żart, który posłuży tylko do tego, by obnażyć jej słabość do niego. Zresztą trudno, żeby nie wiedział o tej słabości. Musiał wiedzieć, skoro ją wykorzystywał.
Lewe ucho nie zdążyło się jeszcze przyzwyczaić do jego bliskości, kiedy poczuła jego dłoń na prawy przedramieniu. Dotknął jej chyba po raz pierwszy. Nawet przez płaszcz czuła, jak z tego miejsca na całe jej ciało rozchodzi się ciepło.
– Pool, proszę – szepnął.
Oddychaj normalnie, na Merlina, przypomniała sobie.
Nie wiedziała, czego chciał, ale miał naprawdę dużą siłę przekonywania. Dainah trudno było sobie wyobrazić prośbę, której by w takim momencie odmówiła.
Czy on chce… mnie zbałamucić?, pomyślała z pewną nadzieją. Nie była pewna, jak inaczej nazwać to, co mogłoby się niedługo wyrazić.
Pogładził ją po przedramieniu.
O Merlinie, chyba chce!
– Idziesz z kimś na przyjęcie do Ślimaka? – zapytał, a ona poczuła tym razem nie tylko ciepło jego oddechu. Poczuła jego nos na swoim uchu. To było zaskakująco zmysłowe.
– N-nie? – powiedziała.
– Świetnie – odpowiedział, uśmiechając się. – Pójdę z tobą – dodał, cmokając ją w uszko.
Dainah zamrugała, niepewna, co się właśnie stało.
– Ze mną? – powtórzyła, boleśnie świadoma, jak głupio brzmi.
– Z tobą, Pool. Będziemy się świetnie bawić.
Teraz, kiedy odsunął się od niej, zrobiło jej się dziwnie zimno. I czuła się skołowana, jakby to, co się właśnie stało, nie pokrywało się z jej nadziejami, przez co miała problem z tym, by ogarnąć rzeczywistość umysłem i zacząć szybko myśleć.
– Po co chcesz iść do Ślimaka? – zapytała w końcu.
– Mam niewyrównane rachunki z bratem – odparł szczerze. – Poza tym jesteś mi coś winna za uratowanie życia. Tym czymś może być jeden wieczór na przyjęciu.
Mrugnął do niej, jakby to wszystko było świetnym żartem. Chciała coś odpowiedzieć, ale usłyszała czyjeś kroki. Kiedy spojrzała w kierunku, z którego dobiegały, zauważyła Filcha, który uśmiechał się na tyle szeroko, że dokładnie mogli policzyć, ilu zębów mu brakuje.
– Co to za nocna schadzka? – warknął. – Szlaban. Oboje. Po paru godzinach czyszczenia pucharów odechce wam się romansowania po nocy.
Dainah wzniosła oczy ku niebu. W co ona się wpakowała?

Na psa urok: 04.

Wiatr dął mocniej, niż się tego spodziewała, kiedy wychodziła z zamku bez czapki. Chociaż nawet gdyby wiedziała, że ryzykuje odmrożeniem uszu, nie była pewna, czy zajrzałaby pod łóżko, gdzie – jak podejrzewała – znajdowała się czapka. Depresja miała słabość do wełny – szczególnie teraz, kiedy w lochach było zimno i nieprzyjemnie, a jakaś mniej lub bardziej wyimaginowana wilgoć wchodziła za kołnierz i chłodziła kostki u stóp.
Dainah spróbowała się skulić tak, żeby szalik zakrył jej uszy, ale zdawała sobie sprawę, że nie dość, że to niemożliwe, to jeszcze głupio przy tym wygląda. No i nie dawało jej to żadnego ciepła. Lepiej cierpieć z godnością.
– Dlaczego jest tak zimno – westchnęła Susannah. – Powinni nas na zimę przenosić gdzieś, gdzie jest ciepło. Jesteśmy czarodziejami, czemu musimy siedzieć w takim zimnie.
– Możesz sobie wyczarować ogień. Albo rękawiczki – zauważyła przytomnie Isla.
Susannah i Dainah wymieniły spojrzenia. Owszem, mogły, co nie znaczy, że chciały. Tak, nie chciały, a nie nie potrafiły.
– Lepiej idźmy do Trzech Mioteł i ogrzejmy się w bardziej typowy sposób.
– Kremowe piwo nie jest bardziej typowe od noszenia czapki.
– Nie! – zaprotestowała Susannah, a Isla i Dainah spojrzały na nią, jakby nagle wyrosła jej druga głowa. – Prezenty!
Istotnie, zbliżały się święta i pewnie każda z nich powinna zakupić jakiś prezent, ale zakupy sytuowały się na ich mentalnych listach rzeczy do zrobienia niżej niż na mentalnej liście Susannah, która wydawała się nienaturalnie podekscytowana perspektywą świąt, prezentów i pieczonego indyka. Zupełnie jakby nigdy wcześniej ich nie obchodziła.
– Jest jeszcze dużo czasu – westchnęła Dainah.
– Ale później wykupią nam wszystkie najlepsze!
– W tych sklepach jest ciągle to samo. Niczego nam nie wykupią. Widzimy dokładnie te same towary od pięciu lat – zapewniła Isla.
Susannah wyglądała, jakby trochę opadło z niej powietrze. Dainah i Isla poczuły się niemal winne temu, że zabiły jej dziecięcą ekscytację.
– Możemy zajrzeć do Zonka? – zaoferowała Isla.
– A niektóre z nas mogą postać na zewnątrz – mruknęła Dainah.
– I czekać, aż odpadną im odmrożone uszy?
Dainah zaszurała nogą, jakby zbierała siły na ripostę tak ciętą, że aż odrzuciłaby Islę na kilka stóp w tył, ale jakoś nic nie przyszło jej do głowy. A później, jakby tego było mało, dostrzegła gdzieś w tłumie Syriusza Blacka i przez chwilę zapomniała, że w ogóle powinna myśleć o jakiejś ciętej ripoście. Przypomniała jej o tym dopiero wyczekująca mina Isli, ale wtedy Dainah nie miała już ochoty na werbalne przepychanki.
– W porządku, bawcie się dobrze, a ja poczekam w Trzech Miotłach – oświadczyła.
W jej głowie brzmiało to jak niezły plan – posiedzi w cieple, wypije pyszne kremowe piwo, a przy odrobinie szczęścia poobserwuje Syriusza zza szyby, gdzie nikt nie będzie mógł jej zarzucić, że obsesyjnie mu się przygląda, bo przecież po prostu będzie zerkała na to, co dzieje się na ulicy, i absolutnie nie będzie jej winą to, że Syriusz najpewniej będzie się tą ulicą przechadzał, wszak była to główna ulica i tak naprawdę jedyna godna zainteresowania w całym Hogsmeade. Na pewno będzie miał we włosach płatki śniegu, może rozchełstany płaszcz i…
Jak to bywa z przemyślanymi planami, zamiary Dainah nie wypaliły. Spektakularnie. Owszem, dotarła do Trzech Mioteł. Owszem, było tam ciepło. Owszem, zamówiła piwo kremowe. Tyle tylko, że wszystkie miejsca przy oknach były już dawno zajęte. Mogła ulokować się tylko w okolicy baru, a gdyby zechciała wyglądać przez okno, ryzykowałaby trwały skręt szyi. Zresztą wyglądanie przez okno byłoby strasznie szczeniackie, powinna zachowywać się dojrzalej. Za parę miesięcy skończy szkołę i, naprawdę, najwyższy już czas, żeby wziąć się w garść, póki jeszcze panuje nad sytuacją. Później zadurzy się tak, że nie będzie mogła się skupić na nauce ani na jedzeniu i nieszczęście gotowe. Nie, nie, zdecydowanie powinna sobie wybić to wszystko z głowy. Może to miejsce w Trzech Miotłach było jakimś znakiem od losu, że powinna skupić się na sobie. Albo na czymś innym, co ma przed samym nosem.
Problem w tym, że przed nosem miała zasadniczo ścianę, bo miejsce, które zajęła, było tak niefortunnie stworzone, że umożliwiało obserwację tylko ograniczonego wycinka sali, nie wspominając nawet o świecie zewnętrznym. Być może było to miejsce dla stałych bywalców, którzy przychodzili tu zapomnieć o świecie zewnętrznym i nie chcieli na niego patrzeć. Chociaż nie, tacy pewnie wybierali Gospodę Pod Świńskim Łbem. Może ona też powinna była ją wybrać?
Może tam były miejsca przy oknach?
Miała ochotę wymierzyć samej sobie siarczysty policzek za to, że tak szybko po podjęciu decyzji o niemyśleniu o tym, co dzieje się za oknem, zaczęła myśleć o tym, co się tam dzieje i kto chodzi po ulicy. I czy pada śnieg. I na czyje włosy ten śnieg pada.
Pełne skupienie, powiedziała sobie stanowczo. Będzie siedziała w miejscu, które sobie z braku innych miejsc obrała, i będzie czekała na powrót Isli i Susannah. Potem wypiją po kremowym, porozmawiają o tym, co Susannah kupiła, może wspomną coś o planach na święta lub o nauce, może powrócą do tematu czapek i rękawiczek, ale tylko w kontekście myśliwskich zapędów Depresji, nie zaś umiejętności transmutowania tych przedmiotów. A potem…
– Się masz, Pool – usłyszała tuż przy swoim uchu. Było to tak niespodziewane, że aż podskoczyła na krześle, a kufel kremowego piwa razem z nią.
Odrobina płynu wylała się na blat, ale nie zauważyła tego, bo oto tuż przed jej nosem znajdował się nos Syriusza Blacka. Połączony z całą resztą Syriusza Blacka.
– Cześć – odpowiedziała na tyle nonszalancko, na ile nonszalancki może być ktoś, kto właśnie wylał na stół ćwierć kufla piwa.
– Nie masz szczęścia do płynów, co? Najpierw eliksir, teraz to – zauważył.
– Jasne, naśmiewaj się z cudzego nieszczęścia – odpowiedziała. – Jak plecy? – dodała, zdając sobie sprawę, że to pierwsza ich rozmowa od wizyty w skrzydle szpitalnym, pod czas której nie wykazała odpowiedniego zainteresowana stanem jego zdrowia.
Naprawdę miała nadzieję, że go nie uszkodziła.
– Co? A, tak, wszystko w porządku. Wiesz, to pestka dla pani Pomfrey.
– No tak.
Na chwilę zapadła cisza, w czasie której naprawdę starała się nie patrzeć na roztapiające się płatki śniegu, które miał we włosach. Te, które jeszcze się nie roztopiły, kontrastowały z czernią jego włosów, a te, które uległy już panującemu w pomieszczeniu ciepłu i zmieniły się w wodę, kończyły swój żywot jako krople wody. Niektóre spływały po końcówkach jego włosów. Jedna czy dwie popłynęły po czole i znikły gdzieś w prostych, ciemnych brwiach.
Powinien nosić czapkę, do cholery. To dekoncentrujące.
– Zgubiłaś gdzieś te swoje Ślizgonki? – zapytał zdawkowo.
– A ty zgubiłeś swoich Gryfonów?
Zaśmiał się krótko, ale pokiwał głową.
– Coś w tym rodzaju. Wiesz, jak to jest. Dużo śniegu i lodu, wspaniała zabawa, póki ktoś nie nabije sobie guza.
Dainah upiła łyk piwa kremowego, które jeszcze zostało w jej kuflu.
– Znów próbowaliście wykończyć Snape’a? – zapytała zaskakująco obojętnie jak na kogoś, komu zdarzało się zamienić kilka słów z Severusem. Oczywiście było to w sumie kilka słów na przestrzeni kilku miesięcy, a słowa te dotyczyły tylko eliksirów, ale Dainah nie wykluczała, że byłoby jej trochę przykro, gdyby któryś z głupich żartów naprawdę skończył się tragicznie.
– A skąd, za kogo ty nas masz – teatralnie obruszył się Syriusz. – Próbowaliśmy przekonać Petera do uroków zimy.
– Bez skutku?
Syriusz znów wyszczerzył zęby w uśmiechu.
– Raczej nie polubi tej pory roku. Ale przecież pani Pomfrey radziła sobie już ze skręconymi kostkami czy wybitymi zębami, prawda?
– Nawet nie pytam – stwierdziła Dainah, uśmiechając się lekko.
Sama sytuacja nie była ani trochę zabawna i zrobiło jej się szkoda Petera, z którym co prawda chyba nigdy nie rozmawiała, ale który wydawał się całkiem w porządku. Na pewno nie zasługiwał na to, żeby zostać wytarzanym w śniegu i to tak skutecznie, by musiał później potrzebować pomocy medycznej. Sposób, w jaki Syriusz o tym mówił, wywołał jednak jej mimowolny uśmiech.
– Nawet bym ci nie powiedział.
– Jasne, na pewno chciałeś się pochwalić, jacy jesteście pomysłowi i zabawni – prychnęła Dainah, tym razem ze szczerym rozbawieniem.
– Wszyscy wiedzą, że tacy właśnie jesteśmy.
Dainah już miała coś na to odpowiedzieć, kiedy drzwi Trzech Mioteł otworzyły się, a jej uszu dobiegły znajome głosy. Po chwili Isla wisiała na jej ramionach, trajkocząc w najlepsze o tym, co Susannah kupiła. Dainah nie słuchała. Uważnie patrzyła na Syriusza, którego uśmiech znikł z twarzy, a jego miejsce zastąpiła chłodna obojętność, jakby właśnie wycofywał się z miejsca, które wcześniej zajmował, bo zdał sobie sprawę, że panuje w nim zła energia czy inna bzdura, jaką powtarza się na wróżbiarstwie.
W końcu Susannah do nich dołączyła, stawiając na podłodze sporych rozmiarów torbę z zakupami.
– Mogłaś mi pomóc ją nieść – powiedziała z wyrzutem do Isli. – O. Um, cześć – dodała.
– Cześć – odpowiedział Syriusz, przywołując na usta uśmiech rozbawienia.
No tak, zachowujemy się niepoważnie. Dlaczego nie mogły przyjść tu parę minut później?, przemknęło Dainah przez myśl.
Słowa Susannah zwróciły jednak uwagę Isli, która zostawiła przyjaciółkę w spokoju i spojrzała na Syriusza, jakby widziała go pierwszy raz w życiu.
– Co tu robisz? – spytała tonem tak zaskoczonym, że aż maskował on ewentualną nieuprzejmość samego pytania.
– Zakopuję ślizgońsko-gryfoński topór wojenny – odparł wesoło, po czym teatralnie się skłonił i ruszył w kierunku wyjścia.
Przez chwilę żadna z nich nic nie powiedziała. Susannah patrzyła ze zdziwieniem, Isla – z pewnym podziwem, jakby fakt, że Syriusz z nią rozmawiał, był największym osiągnięciem Dainah w tym semestrze. Kto wie, być może w oczach Isli był. Sama Dainah miała wrażenie, że nie wydarzyło się właściwie nic szczególnego, więc spojrzenia te wywoływały jej dyskomfort.
– No, no – powiedziała w końcu Isla z pewnym podziwem.
– Nie będziesz go gonić? – zapytała Susannah. – W książkach zawsze ktoś kogoś goni.
Dainah prychnęła.
– Mam swoją godność – oświadczyła z przekonaniem silniejszym od tego, które odczuwała.

Łapy przy sobie: cztery

Otworzyłam oczy, ale w pierwszej chwili nie zrobiło to żadnej różnicy. Jedynym źródłem światła było światło księżyca w pełni, które ledwie przebijało się przez ciężkie ciemne zasłony. Dojście do siebie zajęło mi dłuższą chwilę. Wciąż nie czułam się najlepiej, byłam otumaniona i spocona, po czym poznałam, że dopiero niedawno zbiłam wysoką gorączkę. Kiedy wzrok przyzwyczaił się do ciemności, ustaliłam, że w sali szpitalnej nie jestem sama – dwa łóżka dalej leżał Black. Niespecjalnie mnie to zdziwiło, choć widok jego pleców spowodował, że coś wywróciło mi się w żołądku. Oddychał głośno i głęboko.
Miałam poczucie, że wybudziłam się z wyjątkowo realistycznego koszmaru i jego strzępy wciąż jeszcze telepały się na granicy mojej świadomości. Instynktownie czułam, że zdrowiej będzie zepchnąć je jak najgłębiej; chciałam zapomnieć. Był to jedyny sposób uniknięcia ataku paniki wywołanego tym, co zobaczyłam.
Wobec totalnego mętliku w głowie, postanowiłam najpierw zająć się leczeniem ciała. W jakiś sposób zdobycie pewności, że nie obudzę się wepchnięta w szpitalne łachy, spocona i z przetłuszczonymi włosami, stało się dla mnie priorytetem. Nigdy wcześniej nie byłam na noc w Skrzydle Szpitalnym i nie miałam pojęcia, gdzie jest łazienka, ani jak niepostrzeżenie skorzystać z niej w środku nocy. Postanowiłam jednak wziąć prysznic, choćby miało się to odbyć za pomocą Chłoszczyść – a każdy, kto tego próbował, wiedział, że grozi to nie tylko fatalną fryzurą, ale i bańkami mydlanymi pojawiającymi się nieoczekiwanie jeszcze przez tydzień po użyciu zaklęcia.
Na szczęście obyło się bez dramatycznych środków i w ciągu dwudziestu minut powróciłam do żywych, czysta i ubrana w moją ulubioną czarną piżamę, która w przeciwieństwie do szpitalnej nie była zabudowana pod samą brodę i nie dusiła mnie ciasnym kołnierzem. Piżamę i parę innych drobiazgów znalazłam w szafce nocnej, za co w duchu podziękowałam Vector.
Nieuchronna konfrontacja z własnymi myślami dopadła mnie dopiero podczas szorowania zębów.
Prawdziwym lękiem napawało mnie to, że oto drugi raz w ciągu trzech miesięcy zemdlałam, żeby ocknąć się po wielu godzinach. Drugi raz widziałam przy okazji rzeczy dziwne i niezbyt prawdopodobne, które jednak długo nie dawały o sobie zapomnieć, od czasu do czasu powracając w postaci pojedynczych, przerażających obrazów.
Byłam przepełniona sprzecznymi emocjami. Scena przed zasłoną nie miała żadnego odniesienia do rzeczywistości, bo o ile wiedziałam, leżący nieopodal Syriusz Black nie miał najmniejszych powodów do czułego obejmowania mnie albo popełniania ze mną zbiorowego samobójstwa. Wyglądało to na wytwór mojej wybujałej wyobraźni uwolniony w wyniku szoku. Na myśl tym, że moja podświadomość w wolnych chwilach zaklina rzeczywistość i snuje marzenia o tak chorej romantycznej relacji, zrobiło mi się niedobrze. Złość na siebie wymieszana z nieoczekiwanie odkrytymi pokładami czułości i pragnienia bycia otoczoną opieką, stanowiły naprawdę kołującą mieszankę.
Choć wydawało mi się, że zachowuję się bardzo cicho, oblałam egzamin z konspiracji, bo kiedy na palcach wyszłam z łazienki, stanęłam oko w oko z panią Pomfrey z tacą pełną eliksirów w ręku. Bez słów zagoniła mnie do łóżka, na którym z niechęcią usiadłam, a potem natrętnym szeptem powiadomiła mnie, że wysłała sowę do mojego ojca.
Zareagowałam trochę zbyt głośno jak na tę porę, a pielęgniarka nerwowo zerknęła na plecy Blacka. Sądząc po niezaburzonym rytmie jego oddechu, nie obudził się, więc z cichym oburzeniem i z rozpaczliwym gestem zapytałam:
– Dlaczego?
Nie musiała odpowiadać; nagle zrozumiałam. Opuściłam ramiona.
– Chodzi o tę głupią chorobę? – zapytałam szeptem z wyrzutem.
Pani Pomfrey milczała, co było wystarczającym potwierdzeniem. Z determinacją stawiała na szafce nocnej wszystkie leki, które przyniosła, jeden po drugim.
Choć trudno było w to uwierzyć, niemal dwadzieścia lat po swojej śmierci Anemone Snicket wciąż była prawdziwym utrapieniem. Anemone była matką mojego ojca i umarła jeszcze przed moim narodzeniem, ale odkąd pamiętałam, mówiło się o niej w szczególny sposób. Odcisnęła piętno na naszej rodzinie nie tylko ze względu na swój legendarny wredny charakter. Według zeznań mojego taty, mojej mamy, a nawet mojej biologicznej matki, cierpiała na jakąś rzadką chorobę, której nazwy nikt nigdy nie wypowiadał głośno. Strach, że ktoś mógłby ją odziedziczyć, przez lata paraliżował całe pokolenie mojego ojca. Miałam wrażenie, że im intensywniej próbowali zapomnieć o swojej matce, tym gorszy miało to skutek. Zawsze uważałam, że byłoby im znacznie łatwiej, gdyby mnie po niej nie nazwali.
Żadne jednostki chorobowe nie były jednak tak przerażające jak fakt, że na babkę zrzucało się odpowiedzialność za wszystko, co złe. Można było odnieść wrażenie, że nawet to, że mój ojciec zdradził swoją żonę, w wyniku czego urodziłam się ja, było winą babci. O ile mogłam zrozumieć, że według pokrętnej moralności Romana Snicketa nie było niczego złego w ulżeniu swojej rozpaczy po stracie matki w łóżku siostry swojej żony, o tyle nigdy nie zrozumiałam, dlaczego moja przybrana mama nie tylko wybaczyła mu tę zdradę, ale i adoptowała dziecko swojej siostry, a ze swoim zdradliwym mężem miała kolejne. Nie potrafiłam sobie wyobrazić, jak żelazny charakter musiałaby mieć moja martwa babka, by unieść ciężar odpowiedzialności, którą zrzucano na jej barki, ale tak właśnie funkcjonowała moja rodzina.
W każdym razie nie ulegało wątpliwości, że zgodnie ze swoją obsesją ojciec nie omieszkał wspomnieć o tym genetycznym obciążeniu i najwyraźniej zostało to zapisane w mojej karcie, którą przy słabym świetle księżyca właśnie kartkowała pani Pomfrey.
Dlatego postanowiłam ratować sytuację i zachować rozsądek.
– Proszę się nie przejmować, mój ojciec jest przewrażliwiony. To nic takiego.
Pani Pomfrey najwyraźniej postanowiła jednak stawić czoła sytuacji i coś mi wytłumaczyć.
– W trakcie swojej nauki twoja babka była hospitalizowana sto trzydzieści dwa razy – powiedziała rzeczowym szeptem pielęgniarka. Widocznie wyczytała to w swoich notatkach. Pytanie, jak ta informacja się tam znalazła, pozostało bez odpowiedzi. Być może Skrzydło Szpitalne prowadziło swoje księgi i statystyki najbardziej uciążliwych pacjentów, a moja babka pobiła rekord wszech czasów. – Ale według mnie da się to łatwo opanować.
Bezskutecznie szukałam w głowie mądrej odpowiedzi na to nieoczekiwane wyznanie. Widziałam, że pani Pomfrey także bije się z myślami, ale nie rozumiałam, z jakiego powodu.
– A ja jestem hospitalizowana po raz pierwszy – powiedziałam cicho i rozsądnie. Chciałam przypomnieć pani Pomfrey, że sama odesłała mnie z eliksirem wzmacniającym, kiedy na początku roku odwiedziłam ją z takimi samymi objawami. Uznała je wówczas za niegroźne, ale najwyraźniej cokolwiek było w karcie – spowodowało, że zmieniła zdanie.
– To złagodzi bóle i zawroty głowy – wskazała na kilka buteleczek, które stały przy moim łóżku. Wciąż mówiła szeptem, co przestało być zabawne, a zaczęło przypominać dyskusje nad łożem umierającego. – Resztę proponuję potraktować jak skutki uboczne.
W słowach „skutki uboczne” dało się wyczuć nutę z trudem ukrywanej pogardy. Starała się zachowywać profesjonalnie, ale nie potrafiła dobrze ukryć swojej osobistej awersji.
– O czym pani mówi? – zaryzykowałam.
– O wizjach i przepowiedniach, oczywiście – odpowiedziała mi pani Pomfrey z lekceważącą nutą. Słychać było, że bardzo starała się brzmieć naturalnie, ale ledwie jej to przeszło przez gardło.
Zamilkłam, a pielęgniarka wykorzystała chwilę mojej nieuwagi, żeby nafaszerować mnie eliksirem i wepchnąć pod kołdrę i tym samym zakończyć tę niewygodną rozmowę. Zanim odzyskałam zdolność mówienia po przełknięciu gigantycznej łychy ohydnego eliksiru, oddaliła się. Padłam ciężko na poduszkę, marząc, by rano okazało się, że wszyscy odzyskali rozum.
Długo leżałam w bezruchu, bezwiednie obserwując kamienne sklepienie sali szpitalnej i zdążyłam zapomnieć, że nie jestem sama, kiedy Black zdecydował się odezwać. Podskoczyłam ze strachu i w ostatniej chwili powstrzymałam się, żeby nie krzyknąć. Skwitował to złośliwym uśmiechem.
– Może masz prawdziwy dar, jak Sybilla – powiedział ze szczerym rozbawieniem, rezerwując specjalny nadęty ton na słowo „prawdziwy dar”.
Sybilla Trelawney zdążyła już skończyć Hogwart, ale wciąż była żywą legendą, nie tylko wśród Krukonów, którzy wciąż pamiętali, jak godzinami układała tarota w Pokoju Wspólnym. Była obiektem powszechnych drwin, a jej eteryczna aura wariatki przyczyniła się do tego, że od paru lat wróżbiarstwo wybierały najwyżej cztery osoby z każdego rocznika i było za mało chętnych, by kontynuować je na poziomie owutemów. Pozostali bali się, że się czymś zarażą i generalnie uważali ten przedmiot za szkodliwy.
Zgadzałam się z nimi całym sercem i wiedziałam, że moja rodzina odetchnęła z ulgą, gdy na drugim roku bez wahania wybrałam numerologię – dziedzinę ścisłą, opartą na logicznej argumentacji.
– Litości – odparłam krótko przez zaciśnięte zęby.
– Jesteś pewna, że twoja pra-pra babka nie miała na imię Kasandra? – zapytał jeszcze dla pewności, za co z całej siły rzuciłam w niego poduszką. Chciałam, żeby się przymknął.
Nie znałam imion moich pra-pra babek, ale jeśli pani Pomfrey miała rację, to miałam problem ze znacznie bliższym pokrewieństwem. Czy to możliwe, że sekretną chorobą mojej babci była zdolność do przepowiadania przyszłości?
Zdecydowałam, że nie było powodu, by wierzyć w te brednie tak długo, jak żył kot mojego brata Royle’a, a ja i Syriusz Black nie planowaliśmy wspólnej śmierci.
– Przystopuj z tą walecznością – zasugerował Black. – Wystarczy mi, że mam przez ciebie łuski.
Fuknęłam ze złością, przewróciłam się na drugi bok i nakryłam się kołdrą po uszy.
Rano poprawił mi się humor. Okazało się, że moje niewerbalne zaklęcia rzeczywiście częściowo pokryły Blacka gadzimi łuskami dość opornymi na eliksiry i byłam tak zadowolona z siebie, że zapytałam go, czy planuje zostać w Hogwarcie na przerwę świąteczną.
Odpowiedział mi, że raczej nie.