V. O potędze przyjaźni

Z Peterem był tylko jeden problem – nie umiał schować ogona. Ćwiczyli to już tyle razy, a on ciągle go sobie zostawiał.
– Glizdek, przyznaj się, ty się w nim po prostu zakochałeś! – stwierdził w końcu Jimmy, co reszta towarzystwa skwitowała głośnym śmiechem.
O ile oni sami podchodzili do tego dość luźno, sytuacja z dnia na dzień robiła się coraz poważniejsza.
Kiedy dwa lata temu wyszło na jaw to, że Remus jest wilkołakiem, w pierwszej chwili byli przerażeni i zdezorientowani. Jak inaczej mogli zareagować na taką informację? Ogrom tej tragedii przekraczał możliwości pojmowania ich młodych umysłów. Z czasem jednak udało im się przyzwyczaić do tego stanu, później go w pełni zaakceptować, aż w końcu uznali, że najwyższy czas zacząć działać.
Od pana Flisberga, najbardziej nierozgarniętego nauczyciela obrony przed czarną magią, jakiego tylko można sobie wyobrazić, wyciągnęli zgodę na dostęp do działu Ksiąg Zakazanych. Nie było to zresztą takie trudne. Wystarczyło powiedzieć mu, że mają zamiar wystawić przedstawienie z okazji Dnia Wybuchania Wszystkich Ślizgońskich Kociołków i potrzebują zgody na kilkudniową okupację Dziurawego Kotła – bo przecież ta nazwa to na cześć, proszę pana! – a on podpisał wszystko, co mu podsunęli, następnego dnia nie pamiętając już nawet, że uwierzył w istnienie tak absurdalnego święta. Trochę więcej problemów sprawiła im ta złośliwa bibliotekarka, ale w końcu i ona musiała ulec – pisemna zgoda to pisemna zgoda, choć przecież całkowicie niewiarygodna. Bo kto normalny wpuściłby tam dzieciaki po takie książki?
Ćwiczyli dzielnie, to trzeba im przyznać. Za dnia czy w nocy, rezygnowali nie tylko z lekcji i szlabanów, ale czasami nawet i ze swoich tajemniczych eskapad. Wszystko dla przyjaciela! Lecz o ile Jimmy i Syriusz nie opuścili się przez ten czas w nauce, Peter dostawał „trolla” za „trollem”. Nie za bardzo wiedzieli, jak sobie z tym poradzić. W końcu postanowili, że raz na jakiś czas dadzą mu się pouczyć czegoś poza formułami transmutacyjnymi i sytuacja się unormowała. Istniało nawet prawdopodobieństwo, że na nadchodzących sumach dostanie kilka istotnych „zadowalających”, co nigdy nie zdarzyło mu się na żadnym egzaminie.
Pod koniec zeszłego roku rozpoczęli pierwsze próby. Początkowo nie radzili sobie zbyt dobrze. Bywały chwile, gdy wątpili, że cokolwiek zdziałają. W lipcu Jimmy wylądował w Mungu, bo jeden z jego rogów wyrósł mu na plecach i wcale nie chciał ich opuścić. Mimo zaleceń nie tak znowu miłej pani doktor, nie zaniechali dalszych ćwiczeń – nie zatrzymał ich ani ślad na plecach Pottera, ani obawa, że mimo rzucania zaklęć w domu pełnym dorosłych czarodziei, ktoś w końcu zauważy, że to jednak oni. Ich wytrwałość zaowocowała i już pierwszego listopada Syriusz po raz pierwszy zamienił się całkowicie w psa.
Jamesowi zajęło to trochę więcej czasu, ale szybko dogonił kolegę. Tylko ten Peter! W trakcie pierwszej noworocznej pełni mieli zamiar po raz pierwszy wykorzystać swój talent w praktyce, ale wszystko wskazywało na to, że będą musieli to zrobić we dwójkę. Nie mogli ryzykować, zabierając ze sobą kogoś zupełnie na to nieprzygotowanego. Co by było, gdyby jego transmutacja okazała się nietrwała i nagle zamieniłby się w człowieka? Mógłby tego nie przeżyć. Zbyt wiele było tym razem do stracenia.
***
– Jak się tam dostaniemy, Jim?
Znajdowali się w swoim dormitorium. Syriusz, rozłożony na łóżku, trzymał nogi na ścianie i był na tyle niekompletnie ubrany, że każda z zakochanych w nim dziewcząt dałaby wszystko, żeby go takim zobaczyć. James zachowywał się znacznie lepiej, choć przecież jego głównym zajęciem było budowanie skomplikowanej konstrukcji z kart do Eksplodującego Durnia i gumy do żucia.
Początkowo zignorował pytanie przyjaciela. Wydawało się zbyt oczywiste, by jakkolwiek na nie reagować. Milczeli więc dłuższą chwilę, każdy zajęty własnymi myślami. Gdzieś z dołu dochodziły ich odgłosy zwyczajnego, zimowego popołudnia; ktoś z kimś się kłócił, tłukł szklanki czy inne łatwo tłukące się rzeczy, inni śmiali się z czegoś głośno, a czyjś kot miauczał przeraźliwie. Z całej tej kakofonii istotny był dla nich tylko jeden głos, którego aktualnie nie mogli wyróżnić – Peter.
– Pytałem, jak się tam dostaniemy – powtórzył Syriusz, niespecjalnie zniecierpliwiony. – Jest już po trzeciej, Rogaczu, nie mamy dużo czasu.
– Przecież już o tym rozmawialiśmy – odpowiedział, dla odmiany wstępnie wściekły, Jimmy. – Uspokój się, nigdy nie lubiłeś zbyt skomplikowanych planów, a ja muszę się skoncentrować, bo inaczej…
Inaczej nastąpiło szybciej, niż się spodziewano –– przez chwilę James Potter był skazany na oglądanie świata przez czarny dym, tylko po to, by, odzyskawszy w końcu zdolność podziwiania świata w jego normalnych kolorach, odnotować, iż cały pokryty jest paskudnie lepiącym się i obrzydliwie brzydkim, magicznym proszkiem.
– Ostrzegałem – warknął, strzepując resztki swojej konstrukcji na i tak zabrudzony dywan. – Moja wieża! Zniszczyłeś dzieło mojego życia, zdajesz sobie w ogóle sprawę z wagi tego problemu? Mogłem zginąć!
Każdy normalny człowiek w tej sytuacji postarałby się najpierw zmyć z siebie takie świństwo, ale Jim wielokrotnie udowadniał, że do zbyt normalnych nie należy. Zamiast doprowadzić do porządku siebie i stolik, wolał pielęgnować w sobie swoją złość tak, by urosła do niebotycznych rozmiarów. Czasami, przyznaję to z żalem, zachowywał się jak rozgoryczona nastolatka – wolał niepotrzebnie się nakręcać dla samej przyjemności.
W takich sytuacjach Syriusz zawsze wolał wyjść. Tym razem jednak musiał pozostać z przyjacielem – mieli bardzo ważną sprawę do omówienia i tym razem naprawdę chodziło o czyjeś życie. Rzucił mu więc tylko znudzone spojrzenie i westchnął.
– Nasz stary plan zakładał obecność Petera. Tylko on jest na tyle mały, żeby…
James parsknął śmiechem. Nie była to jednak tym razem okoliczność łagodząca.
– Łapo, chyba nie oczekujesz ode mnie, że zmniejszę się do rozmiarów szczura?
Tym razem to Syriusz nie odpowiedział. Wolał nie irytować Rogacza jeszcze bardziej. Zamiast jakkolwiek reagować, wpatrywał się w białą ścianę – jakby mogła mu pomóc!
Nawet dźwięk przewracanej lampy, nawet ciąg przekleństw pod adresem tego, kto stawia takie porządnym ludziom pod nogami, nawet odgłosy Jamesa powracającego na swoje właściwe miejsce. Nic nie mogło go odciągnąć od jego zajęcia.
– Wiesz, zawsze możemy poprosić Glizdka, żeby towarzyszył nam do tego momentu – Black odezwał się dopiero po chwili tak długiej, by móc łudzić się, że jego przyjaciel już odrobinę się uspokoił.
– Tak, a potem co? – Nadzieja matką głupich. – Poprosimy go grzecznie, żeby poszedł do zamku? Myślisz, że się zgodzi?
– Musi rozumieć…
– Łapo – James przerwał mu bezceremonialnie. – Zachowujesz się tak, jakbyś znał Petera od dzisiaj. Nikt nie zrezygnowałby z takiego wyjścia!
Niespodziewanie Syriusz wstał z łóżka. James, nieprzygotowany na taką sytuację, również się poderwał, ponownie zawadzając o nieszczęsną lampę. Okrzyk bólu i złości rozniósł się po całej wieży Gryffindoru.
Po chwili dołączył do niego trzask zamykanych z impetem drzwi.
***
Tak, jak pokrótce wytłumaczył Rogaczowi (o ile zdanie pojedyncze niespecjalnie rozwinięte można nazwać wytłumaczeniem), poszedł po kota.
Właścicieli kotów wśród Gryfonów było bardzo dużo. Wystarczyłoby zejść do pokoju wspólnego i złapać pierwszego z brzegu – nikt by nawet nie zauważył, że jednego ubyło. Syriusz jednak musiał mieć pewność, że futrzak będzie odpowiedni, a jego opiekun nie zada zbyt wielu pytań. Przy okazji liczył również na rozwiązanie problemu wieczornej opieki nad Glizdogonem. U kogo zaś mógł rozwiązać obie te sprawy naraz? U Mattii, oczywiście.
Okazało się, że rozwiązanie nie jest aż tak proste, jak można było przypuszczać.
– Jak to nie masz kota? – Syriusz wydawał się co najmniej zaskoczony.
– Nie lubię zwierząt – odpowiedziała, przewracając kolejną stronę. Czytała jakąś fascynującą książkę historyczną i nawet nie okazała mu tyle szacunku, by spojrzeć w jego stronę. – Nie zauważyłeś tego przez tyle lat? Nie dotykałam nawet Ślicznotki, nie mówiąc już o stworzeniach porośniętych futrem.
– Więc czyje jest to bure coś, które umila nam wieczory swoim śpiewem?
– Grizel.
To była najgorsza odpowiedź, którą mógł usłyszeć.
Grizel, jeszcze nie tak dawno temu jego Grizel, aktualnie…
– Ona cię nienawidzi, Łapo, nie wypożyczy ci swojego skarbu.
Trzy miesiące temu zostawił biedną pannę Saedyce na rzecz jakiejś młodszej Krukoneczki i już wielokrotnie miał okazję pożałować swojej decyzji. A to tracił wypracowanie, które nieopatrznie zostawił w pokoju wspólnym, a to znajdował w swoim łóżku martwe kijanki, a to… Mógł znieść wszystko. Rozumiał, że zemsta – sam pewnie nie byłby aż tak delikatny. Jednak od kota zależy ludzkie życie, o bogowie!
Zaczynał podzielać złość Rogacza. Jego wieżę też przed chwilą zburzono.
– Nie, nie, zapomnij o tym – dodała po chwili, czując na sobie jego błagalne spojrzenie. – Nie padnę przed nią na kolana tylko dlatego, że potrzebujesz jakiegoś parszywego sierściucha. Poproś Ebony.
– Czy znasz takie słowo jak poświęcenie, Matt?
Nie odpowiedziała. Na pierwszy rzut oka mogłoby się zdawać, że jego słowa nie zrobiły na niej żadnego wrażenia. Gdyby jednak przyjrzeć jej się dokładnie… Mocniej zaciśnięte usta, jedno zdanie czytane po wielokroć, palce delikatnie zginające róg kartki. Subtelne oznaki łamania wewnętrznej bariery.
– Dobra – westchnął po chwili niezdecydowania. – Gdzie wcięło moją ostatnią deskę ratunku?
– Galen zabrał ją na spacer.
Syriusz po raz drugi tego dnia nie dowierzał własnym uszom.
– Pada śnieg! – niemal krzyknął.
Tym razem Mattia na niego spojrzała. Jej niebieskie oczy nie wyrażały niczego specjalnego – no, może poza nutką pobłażania na specjalne okazje.
Miała zamiar powiedzieć mu, że ich koleżanka niedługo wróci. Nie miała siły. Wystarczyła jedna jego zmartwiona minka – doprawdy, przypominał jej w takich momentach zbitego psa i sama nie wiedziała dlaczego – by podjąć ostateczną decyzję. I to zdecydowanie różną od tej pierwszej.
– Nie spłacisz mi się z tego do końca życia.
***
Syriusz zniknął z kotem dobre dwie godziny temu, a jej kończyła się już cierpliwość do Mattii i Petera.
Wróciła ze, swoją drogą bardzo obiecującego, spaceru cała zmarznięta i przemoczona, ale nie dane jej było w spokoju się przebrać i odpocząć. Nie! Black musiał złapać ją w pokoju wspólnym i powiedzieć, że wychodzi gdzieś z kotem, a ona ma się zaopiekować Matt i Glizdogonem. Nie zdążyła nawet zapytać o to, co najlepszego znowu wymyślili – Syriusz ulotnił się w ciągu ułamka sekundy, zostawiając ją z całym tym bałaganem na głowie.
Wkrótce okazało się, że jedyną osobą wtajemniczoną w plany szanownego pana Blacka był Peter, który dziś wyjątkowo postanowił milczeć jak zaklęty. Jamesa z Remusem też niespecjalnie mogła zlokalizować. Pozostało jej… Cóż, patrzenie jak z pozoru inteligentna Matt pojedynkuje się z Glizdkiem na żarty, które, doprawdy, nie przystoją nawet Łapie.
– A wtedy… A wtedy on… – dalszą część wypowiedzi Petera zastąpił głośny wybuch śmiechu jego koleżanki.
Ebony nigdy nie rozumiała, co takiego wszyscy widzą w Pettigrewie. Był tylko małym, grubym chłopczykiem, któremu wydawało się, że mimo króliczych zębów i tchórzostwa wypisanego na twarzy może coś w życiu osiągnąć. Przyssanie się do ludzi pokroju Blacka i Pottera otwierało przed nim drogę na sam szczyt, ale, nie oszukujmy się, wewnątrz pozostawał wciąż tym samym żałosnym człowieczkiem.
Matt, mimo swojej niechęci do rodzaju ludzkiego samego w sobie, zawsze protestowała, gdy ktokolwiek Petera obrażał. Tak samo zachowywali się pozostali Huncwoci. Nazywali chłopaka swoim przyjacielem i nikomu nigdy… Był nietykalny. Bardziej niż sam James, Syriusz czy nawet Remus – o ile z nich drwiono, o tyle Glizdek był tematem tabu. Oni go chronili.
Zamyśliła się. Przez moment nie zwracała uwagi na perlisty śmiech Mattii i skrzek, który wydawał z siebie Peter. Sprzed oczu znikł jej obraz niezwykle roześmianej, choć przecież nieszczęśliwej dziewczynki, porcelanowego aniołka i bestii, która koło niej siedziała. Nie trwało to nawet ułamka sekundy, a jednak…
– Peter!
Niezwykle wyraźnie usłyszała krzyk koleżanki.
Desperacko zerwała się z fotela i rozejrzała dookoła. Odrobinę za późno. Jedyną osobą obecną w pokoju wspólnym była Mattia.
– Co się stało? – spytała Ebony, nie do końca pojmując całą sytuację.
Mattia pochlipywała, wtulona w szkarłatny fotel. Nie wyglądała na specjalnie smutną czy przerażoną – odzyskiwała powoli swój zwykły, obojętny wyraz twarzy. Tylko te łzy…
– Syriusz mnie zabije – powiedziała po chwili, głosem zbyt niepewnym, by mógł należeć do prawdziwej panny MacDonald. – Obiecałam mu, że go tu zatrzymamy i co? Uciekł! Wystarczyło, że się na chwilę odwróciłam, bo coś upadło za moimi plecami, a ten szczur…
Szczur – tego określenia zawsze brakowało jej go opisania Petera. Kiedy nareszcie je otrzymała, poczuła, że więcej słów nie będzie jej już nigdy potrzebne. To obejmowało całą jego sylwetkę.
– Powiedział, gdzie idzie?
Matt wymownie spojrzała za okno. Nie odpowiedziała.
– No powiedział czy nie?
– Powiedział. Do przyjaciół.
***
Pies, jeleń, szczur i wilkołak tworzący zgraną drużynę to niecodzienny widok.
Ale przez wszystkie lata ich nocnych spacerów po Hogsmeade, nikt nie złożył na nich ani jednego donosu.
Advertisements

IV. O marności miłości.

Na dworze już od dawna było ciemno, ale ich to niewiele obchodziło. Nawet jeśli miałaby ich znaleźć McGonagall i tak za parę dni mieli opuścić zamek, więc nic już im raczej nie byłaby w stanie zrobić. Przez cały okres siódmej klasy urządzali sobie tego typu wieczorne spacerki, więc dlaczego teraz mieliby sobie odmówić? To, że zwykle było ich więcej o niczym nie świadczyło. Byli dorośli. Mogli robić to, co chcieli.
Prawdę mówiąc, Mattia nie wiedziała, dlaczego Syriusz nie zgodził się, żeby zabrali ze sobą Ebony. Od pięciu miesięcy nie zostali sam na sam i myślała, że Łapa już się do tego przyzwyczaił. Nie, żeby się pokłócili. Po prostu w pewnym momencie panna Vitreous doradziła przyjaciółce, że lepiej chuchać na zimne i nie kusić losu. W szczególności po tym, co się stało. Od tamtej afery, kiedy zgodziła się przed jakąś z jego adoratorek udawać jego dziewczynę i sprawy zaszły odrobinę za daleko, musiała zacząć lepiej się pilnować.
Ubrana była bardzo skromnie, w prostą, brzoskwiniową sukienkę i tak w całości zakrytą płaszczem – mimo iż był czerwiec, wieczory wciąż były dość chłodne. Nie miała zamiaru paradować po błoniach w cienkiej koszulce, tak jak to robił jej towarzysz.
Od jakiegoś czasu rozmawiali o tym, co aktualnie działo się w zamku – to był ich stały repertuar. Tamtego dnia na przykład cała szkoła żyła tym, że jedna ze Ślizgonek zaczęła się umawiać z Gryfonem. Istny skandal obyczajowy. Matt znała Afrę, bo o niej tu mowa, więc wiedziała, co z tego dziewczęcia za ziółko i była przekonana o interesowności tego związku. Podejrzewała ją o chęć publicznego ośmieszenia chłopaka, ale tego oczywiście nie powiedziała Syriuszowi – jeszcze uprzedziłby chłopaka i wszyscy straciliby widowisko.
– A słyszałaś o tym, że Rogacz ma zamiar się oświadczyć? – spytał, gdy w końcu wyczerpali temat niefortunnego, międzydomowego związku.
– Lily powie mu tak.
Nie wiedziała, skąd w niej ta pewność. Z rudą nie rozmawiała już od dłuższego czasu. Nie lubiły się, irytowały nawzajem swoją obecnością. Jedyną skuteczną metodą na zatrzymanie tego na poziomie obopólnej niechęci było unikanie wspólnych rozmów – żadnych kłótni, żadnych przepychanek słownych, tylko błogosławiona cisza i milczenie. Mimo to jednak wiedziała, jak odpowie jej koleżanka. Jakoś tak podświadomie.
Chociaż czy przypadkiem nie wspominała o tym Grizel..?
– Chociaż jednemu się udało.
Wzruszyła ramionami. Nigdy nie interesowały ją szczegóły miłosnego życia Blacka. Miała ciekawsze rzeczy na głowie. Choćby to, jak szybko zakończyć tę kulawą rozmowę i wrócić do ulubionej książki.
W kontaktach z ludźmi była beznadziejna. Kaleka emocjonalna.
– Wiesz, że Odila pytała mnie dzisiaj, co będziemy robić po Hogwarcie? – kontynuował, zupełnie niewzruszony postawą dziewczyny. – Powiedziałem jej, że zapewne nie będziemy się już wtedy znać, a potem miałem na głowie ryczącą dziewczynkę.
– Jeśli pytasz mnie, dlaczego tak zareagowała, odpowiedź jest bardzo prosta. Byłeś równie delikatny, co zwykle.
Na jego twarzy pojawił się grymas niezadowolenia – charakterystyczny dla dumnego Syriusza Blacka, który nie lubił, gdy się go choć trochę upominało. W jego głowie pewnie właśnie formowały się kąśliwe uwagi, na które Mattia była już uodporniona, ale nie zdążył wypowiedzieć ani jednej.
– Ale jeśli chodzi o coś innego… – kontynuowała. Uśmiech spełzł jej z twarzy, przez moment znów wyglądała jak ponura, niekochana przez nikogo Ślizgonica. – Nie, Łapo, nie będę znowu udawać twojej narzeczonej. Znudziło mi się to.
– Wcale nie o to mi chodziło! – zapewnił trochę zbyt gorliwie.
– Nie?
Spojrzała na niego z lekkim powątpieniem. Na to już nie mógł zareagować inaczej jak obrażoną miną. To takie typowe – prawie nigdy się nie kłócili, ale jeśli już to tylko o takie bzdurne, bezpodstawne insynuacje.
– Nie – odpowiedział, a w zasadzie warknął, co zaowocowało ponownym wzruszeniem ramion dziewczyny. – To wtedy było głupie i więcej się nie powtórzy.
Cisza, która nastała po tym wyznaniu nie była aż taka znów krępująca. Wbrew pozorom, nawet w tak ekstremalnych sytuacjach milczało im się ze sobą całkiem dobrze – czasem nawet lepiej niż rozmawiało. Dlatego też nie próbowali ciągnąć tej żałosnej konwersacji na siłę – na tym etapie szło zapomnieć o wszystkich krzywdach w piętnaście minut względnej ciszy, a dalsze pogłębianie tematu mogłoby sprawić, że odezwaliby się do siebie dopiero za pół roku.
***
Styczniowe poranki bywały tamtej zimy wyjątkowo piękne. Przynajmniej jeżeli chodziło o tę część Anglii. Tutaj jednak nikt nie zwracał uwagi na ich urok – wszyscy byli raczej skoncentrowani na tym, co działo się w ich najbliższym otoczeniu.
W wieży Gryffindoru wszyscy obecni obserwowali przedstawienie wystawione dla nich przez Syriusza Blacka. Jako aktor miał niewiele do powiedzenia – trzymał tylko na kolanach Mattię – ale, wbrew pozorom to on był tu reżyserem. Odbiorcą docelowym miała być Lessie, jego niedoszła dziewczyna, która, teraz cała zalana łzami, ze strachem obserwowała to, co wyczyniała starsza koleżanka. Każdy pocałunek, którym panna MacDonald obdarowywała Łapę był dla niej ciosem prosto w serce.
Ważniejsze jednak było to, co wydarzyło się potem.
Wybiegli z Pokoju Wspólnego, roześmiani i podekscytowani. Patrzyli na siebie zafascynowani, wciągnięci w grę, która zaczęła się w końcu tak niewinnie. Mattia chwyciła go za rękę – po raz pierwszy pewnie występując przeciwko ich idealnej, czystej przyjaźni. Wcale nie mieli zamiaru przestać. Raz w życiu pozwolili sobie na coś więcej, kilka dodatkowych pocałunków i parę godzin spędzonych wspólnie w jakiejś pustej klasie wcale nie na rozmawianiu.
Z tamtą chwilą skończyła się ich przyjaźń.
***
W trakcie tamtej czerwcowej rozmowy na błoniach ich myśli krążyły koło tego samego tematu i po raz pierwszy od bardzo dawna były tak blisko siebie.
– A ty, Matt? – spytał nagle Syriusz.
Spojrzała na niego z nieskrywanym zdziwieniem. Nie wiedziała o co mu chodzi – wolała jednak winę na to zrzucić na fakt, że jest zamyślona, a nie znów bezpodstawnie oskarżać go o jakieś insynuacje. Jednak to jej zaskoczone spojrzenie wybiło go z rytmu i sprawiło, że przez moment odechciało mu się zadawać pełnego pytania.
Przez jedną krótką chwilę.
Potem jednak ich myśli znów się od siebie oddaliły i wszystko wróciło do tej sztucznej, obojętnej normy.
– Co masz zamiar ze sobą zrobić po Hogwarcie?
Niezauważalnie odetchnęła z ulgą.
– Będziesz bardzo płakał, jeśli powiem, że wyjadę daleko stąd i więcej mnie nie zobaczysz? – spytała, uśmiechając się na wskroś niewinnie.
Przez chwilę udawał, że się zastanawia. Jej anielska twarzyczka uniemożliwiała mu podjęcie natychmiastowej, okrutnej reakcji. Twarde nie utknęło w jego krtani i nie chciało z niej wyjść, złośliwe. Te słodkie, niebieskie oczęta przysłaniały mu w tym momencie zimną i gorzką duszę dziewczyny.
– Oświadczę się wtedy Odilii i to ty zostaniesz sama – stwierdził w końcu, z pozorną obojętnością w głosie.
Mattia parsknęła śmiechem.
– Myślisz, że się zgodzi? – spytała z powątpieniem w głosie. – To, że dziewczyna płacze i obiecuje, że będzie usychać z tęsknoty, nie znaczy od razu, że chce z tobą spędzić całe życie.
Tym razem to on wyglądał na niedowierzającego własnym uszom.
Spojrzał na nią swoimi ciemnymi oczami, w których ewidentnie odbijało się zdziwienie. Z tego wszystkiego zatrzymał się i nie był w stanie wykonać nawet kroku.
Jemu się nie odmawia.
– Co ty dziś tak wieszczysz, Matt? – spytał po chwili niezdecydowanego milczenia.
Ona, dla odmiany, szła dalej. Tylko, że tyłem do kierunku ruchu, a przodem do niego, tak, żeby go widzieć. Cofała się powolutku, bez pośpiechu. Nie chciała stracić go z oczu zbyt szybko.
– Po prostu ja bym odmówiła – stwierdziła, nie przestając się uśmiechać. – Wiesz, nie jesteś dobrym materiałem na męża.
– Dlaczego?
Nie odpowiedziała. Odwróciła się do niego plecami i ruszyła dalej.
W normalnej sytuacji uznałby, że skoro nie chce odpowiadać – to nie. Mattia mogła sobie zawsze pozwolić na więcej niż ktokolwiek inny, miała u niego specjalne względy. Nie tak jak Ebony, na którą krzyczał przy każdej możliwej okazji. Nie tak jak różne miłości jego życia, od których tylko wymagał. Ona mogła robić z nim wszystko i nie zdarzyło się, żeby zaprotestował. Wykorzystywała to, owszem. Teraz jednak…
– Dlaczego? – powtórzył, chwytając ją za nadgarstek.
– Zastanówmy się – zaczęła, wciąż się nie odwracając i nie zatrzymując. – Nie chciałabym spędzić życia z kimś, kto przede mną miał więcej kobiet niż włosów na głowie, a przy tym każdą traktował równie podle i przedmiotowo.
Jego uścisk nieco zelżał, ale wciąż był mocny. Mattia resztą sił skupiała się na tym, żeby po prostu mu się nie wyrwać – może nawet nie chodziło o to, że bolało, a o fakt, że już do tej pory powiedziała za dużo. Nie, żeby żałowała Syriusza. Może i się przyjaźnili, ale przyjaciele są po to, żeby mówić prawdę, czyż nie? Zresztą, nigdy nie dawała ich znajomości żadnych szans – jej chęci były tu najmniej ważne.
– Nie rozumiem – przyznał bardzo cicho. – Naprawdę uważasz…
– To ty w ogóle potrafisz przyznać się do niewiedzy? – Zatrzymała się nagle i odwróciła w jego kierunku. Spodziewał się raczej złości, pogardy w jej oczach. Cóż, ciągle go zaskakiwała. Nie przestawała się uśmiechać, lecz nie było w tym ani grama kpiny. Tak zapatrzył się w tę znów niemal anielską postać, że o mało na nią nie wpadł. Na szczęście do tego nie doszło. Co by sobie pomyślała..? – Syriuszku, nie wiedziałam, że poczyniłeś aż takie postępy.
– Matt…
– Tak, wiem, przepraszam. – Nawet nie próbowała udawać skruszonej. – Przecież my teraz o twoich wadach, a nie zaletach. Zapomniało mi się.
W takich sytuacjach naprawdę wątpił, że kiedykolwiek zdołał ją polubić.
Nie trwało to jednak zwykle długo – fakt, mówiła coś nieprzyjemnego, ale po chwili zaczynała się śmiać i znów była urocza, cudowna, wspaniała. Odile mówiła, że musi być skończonym kretynem, jeśli nie widzi, jaka jego przyjaciółeczka jest zepsuta – ale to przez zazdrość! Dlatego też nadal jej nie puścił, wręcz przeciwnie, przysunął się do niej na dość niestosowną odległość.
– Spójrz na takiego Jimmy’ego – kontynuowała swój wywód, pozornie obojętna na zmianę sytuacji. – Był wierny Evansównie przez te wszystkie lata, a ona bardzo ładnie go za to wynagrodziła.
– Myślisz, że po drodze nie miał żadnej innej? – spytał, uśmiechając się kpiąco.
– Na pewno miał, znałam je wszystkie. Co do sztuki.
– Więc…
Westchnęła z rezygnacją.
– Zdrada rodzi się w głowie, nie w rękach. Zawsze wracał do Evans, prawda? Żeby nie zwariować musiał po prostu od czasu do czasu zaopiekować się jakąś inną dziewczyną.
Prawdę mówiąc, niewiele było tych innych Pottera. Może trzy, cztery przez cały okres nauki. Porównywać je z tymi, którym Syriusz narobił nadziei to jak próbować sprawdzić, ile kropel wody mieści w sobie ocean. Niewykonalne, głupie, bezsensowne.
– Chcesz mi powiedzieć, że wyszłabyś za Rogacza?
– Rogacz jest ślepo zakochany w swojej Evansównie, nie psujmy im tego szczęścia.
Odsunął się odrobinę; może nie była to wielka zmiana, ale dziewczyna od razu ją wyczuła.
– Matt, czy ty myślisz, że ja…
Na jedną krótką chwilę stracił możliwość dokończenia swojego zdania; trudno mówić, gdy się kogoś całuje. Trwało to jednak na tyle krótko, że można ten fakt spokojnie pominąć. Jego zdziwienie było o wiele istotniejsze, bo umożliwiło jej zabrania swojej ręki i uwolnienie się od presji tej niewiarygodnie małej odległości między nimi.
– Ty mnie nie obchodzisz, Syriuszku – przyznała, zupełnie spokojnie jak na stan, w którym powinna się znajdować.
Zrobiła krok do tyłu. I jeszcze jeden. I jeszcze…
– Bo cały czas chodziło ci o Odilę, prawda?
To zastanawiające, jak szybko sprzed oczu potrafi nam zniknąć obraz osoby, na której nam niby tak bardzo zależało.

III. O potędze miłości

W Hogwarcie wszyscy wiedzieli, że na czwartym roku w Gryffindorze dzieją się dziwne rzeczy.
Każdy słyszał o wybrykach słynnych Huncwotów. Podpalanie składzika z miotłami Ślizgonów obserwowali nawet nauczyciele, a co poniektórzy prosili McGonagall, żeby skróciła chłopakom szlaban z miesiąca na pół. O parze Potter – Evans, której nie ma, ale jest, dyskutowały nie tylko największe plotkary tej szkoły, ale też i osoby, które wstydziły się obgadywania kogokolwiek.
Jednym słowem – było wesoło.
Jedyną osobą, której zaistniała sytuacja nie bawiła była ruda Lily Evans. O ile na początku, w pierwszej klasie, nawet jej się to podobało – ot, takie dziecięce żarciki – z roku na rok cały ten domniemany romans przybierał coraz ciemniejszych barw. Na każde nie z jej strony James zaczynał reagować kpiną i udawaną histerią. A jednak się nie poddawał. To właśnie było najgorsze, bo..
Tak naprawdę to ona go lubiła. Nawet bardzo. Był wesoły, inteligentny, dobrze wychowany. Wprawdzie od czasu do czasu zachowywał się jak niewyżyty gówniarz, ale cóż, zdarza się. Przyjaźnił się z dwoma jej koleżankami – Mattią i Ebony – za którymi ostatnimi czasy niezbyt przepadała, ale jednak dawało to o nim jakieś świadectwo. Cała ta lojalność wobec Huncwotów też robiła na niej wrażenie.
Tylko, że ona go po prostu lubiła. Nic więcej.
Na początku próbowała mu tłumaczyć, zachowywać się spokojnie, ale to nie przynosiło żadnych efektów. Nie ma więc nic dziwnego w tym, że w końcu zaczęło ją to irytować. Krzyczała na niego coraz częściej, bo po prostu przy setnym Evans, umówisz się ze mną? puszczały jej nerwy. Zresztą jej koleżanki nie miały jej tego za złe – rozumiały, że to normalne. Wprawdzie Ebony początkowo protestowała przeciw umieszczaniu Jimmy’ego w kategorii natrętnej muchy, ale w końcu stwierdziła, że to nie jej sprawa i dała sobie z tym spokój.
***
Lily bardzo lubiła Walentynki. To był jeden z tych magicznych dni, kiedy wszyscy byli dla siebie mili, a świat wydawał się o wiele piękniejszy niż w rzeczywistości. Wcale nie podzielała poglądów Eirene, jakoby wszechobecne serduszka były nie na miejscu – jej się podobały. Tę parę kartek, które dostała, przyniosło jej wręcz dziką radość – na ich widok pisnęła z zachwytu. Zaraz po Grizel, była zdecydowanie najbardziej popularną Gryfonką w szkole w przedziale wiekowym od jedenastu do piętnastu lat. Wszystkie przejrzała bardzo dokładnie i tylko jedna sprawiła jej ewidentnie przykrość – tak jak zwykle dostała też walentynkę od Jamesa i przykro jej było, że znów będzie musiała mu odmówić. Tego jednak dnia nie miała siły się na niego denerwować.
Walentynki!
Cały dzień w Hogsmeade!
Była umówiona ze swoim przyjacielem o dwunastej pod Trzema Miotłami, ale wiedziała, że pewnie tam nie zostaną – Severus nie lubił tłumów. Trochę żal jej było, że nie może zabrać ze sobą Grizel i Eirene, ale on ich zbytnio nie lubił, a skoro już mu obiecała…
Wychodziła właśnie ze szkoły. Zamiast patrzeć pod nogi, całą uwagę skupiła na zapinaniu guzików przy swoim brązowym płaszczyku, nie miało to jednak żadnych przykrych konsekwencji. No, poślizgnęła się raz na schodach, ale to tylko taki mały wyjątek. Na błonia udało jej się dotrzeć w jednym, a w dodatku dokładnie pozapinanym kawałku.
Tam właśnie po raz pierwszy tego dnia spotkała autora niefortunnej kartki walentynkowej.
– Cześć, Evans – powiedział Potter.
Nie opuszczał go jego zwykły entuzjazm – wprost promieniował szczęściem, a na jej widok zdawał się ucieszyć jeszcze bardziej. Uśmiechał się, kretyńsko machał rękami. Parę kroków od niego stała Mattia – również wesoła, ale już nie aż tak. Widocznie było coś, co zmąciło jej dobry humor. Cóż, gdyby Lily miała spędzić Walentynki w takim towarzystwie, też nie byłaby zachwycona.
– Cześć – odpowiedziała, uśmiechając się bardziej do koleżanki niż do Jimmy’ego.
I już miała ich ominąć, wywijając się z tej stresującej konwersacji (bo co będzie, jeśli zapyta o kartkę…?), gdy pulchne i idealnie wypielęgnowane paluszki Mattii przytrzymały ją za kołnierz płaszcza. Uroki bycia niskim.
– Umówiłaś się z kimś? – spytała z wystudiowaną uprzejmością.
Często czuła się niezręcznie w jej obecności. Dziewczyna miała w sobie coś takiego, co onieśmielało pannę Evans zupełnie. Nie miała w sobie zbyt wiele z Gryfonki – o ile jej siostra była wręcz wzorem postępowania, ostatnią z tych prawdziwych przedstawicielek Domu Gryfa, o tyle ona sama pasowałaby wszędzie, tylko nie tu. Tą swoją obojętnością, zimnem pasowała do Slytherinu, inteligencją – do Ravenclawu, a z niesamowitą pracowitością byłaby ulubienicą Helgi. Tiara albo kierowała się jej anielskim, uroczym wyglądem, albo ta po prostu musiała tu trafić, żeby poznać Syriusza i Ebony – jedyne osoby, które cokolwiek o niej wiedziały.
Po malutkiej dziewczynce, którą jeszcze niedawno była, nie pozostał nawet najmniejszy ślad.
– Ze mną? – zaproponował nieśmiało Potter.
– Umówiłaś się z Rogatym i nikt mi o tym nie powiedział? – parsknęła śmiechem. – Już drugi mnie dziś wystawił. Świnie. Nie odzywam się do was.
Cofnęła ręce, ostentacyjnie splatając je na piersi. Starała się wyglądać na obrażoną i, prawdę mówiąc, wychodziło jej to nadzwyczaj dobrze.
– Nie bój się, nie zostaniesz dziś sama. – Lily ledwo ukryła to, jak bardzo jej ulżyło; nie lubiła być dotykana przez Mattię, choć przecież kiedyś były takimi dobrymi przyjaciółkami.
– Możemy cię przecież zabrać ze sobą, prawda, Evans?
Blondynka prychnęła, co Rogacz zapewne podsumowałby jakimś krótkim Ach, te kobiety!, gdyby nie nagła interwencja jego ukochanej:
– Obiecałam Severusowi, że spędzimy ten dzień razem.
James otworzył usta ze zdziwienia, chociaż powinien był być na to przygotowanym.
***
Siedzieli razem w Trzech Miotłach. To zdecydowanie nie był dobry pomysł, wychodzić gdziekolwiek dzisiaj. Tyle zakochanych par, których widok wcale nie pomagał Jimmy’emu się uspokoić.
– Przynajmniej pocałowała cię w policzek. Powinieneś się cieszyć. To już jakiś awans – przekonywała go Mattia, ale nie przynosiło to większych efektów.
Uparł się, żeby zepsuć sobie ten dzień i nic nie miało go od tego odwieźć. Nawet kufel kremowego piwa, który był jedyną używką na jaką może sobie pozwolić prawie piętnastolatek. Jedyną i dość tanią.
Siedzieli już w pubie dobre pół godziny – on użalający się nad sobą i pokonany, ona w charakterze nieudolnej pocieszycielki – gdy w końcu pojawił się Syriusz.
Powinno się tu napisać, że serce zabiło jej mocniej, zrobiło jej się słabo i ogólne – och ach. Tak się jednak nie stało i nie można nikogo wprowadzać w błąd. Nagle tylko i ona posmutniała nieznacznie, przypominając sobie, że jest na niego obrażona. Ni mniej ni więcej.
Black zajął miejsce między przyjacielem a przyjaciółką, jakby w roli przyzwoitki.
– Co tam, Rogaty? Znowu Smarkerus?
Jimmy tylko kiwnął głową.
– Nie wiem, co ona w nim widzi. Przecież to kompletny…
– Kretyn? – przerwała mu Mattia. – Nie wychodzi za niego za mąż, nie przesadzajmy. A przyjaźnić można się nawet ze skończonym kretynem.
– Jakieś wycieczki osobiste?
– Stwierdzam fakt.
Zapewne rzuciliby się sobie do gardeł – obojętność obojętnością, ale jeżeli chodziło o Syriusza bądź Ebony, Matt była wyraźnie przewrażliwiona – gdyby nie nagła interwencja Rogacza w postaci chrząknięcia.
Spojrzeli na niego, ciągle zirytowani; wiadomo, gdyby wzrok mógł zabijać… Na szczęście jednak nie mógł i pan Potter pozostał tymczasowo żywy.
– Przypominam, że to ja tu cierpię, tak?
– Ja też – przyznała dziewczyna. – Razem z tobą. Na mrozie czekaliśmy na tego tu obecnego Łapę przeszło godzinę i gdyby przyszedł na czas, nie wpadłaby na nas Evans i…
– Jestem winny temu, że umawia się ze Smarkiem? – zaprotestował Syriusz.
– Jesteś winny temu, że obiecałeś pójść z nami do Hogsmeade, a zabrałeś się tam z jakąś panienką.
– Możecie…
Nie mogli.
***
Ale przecież bywały i te piękne dni.
Najcudowniejsza była właśnie ta wytrwałość Rogatego. Syriusz i Mattia nieustannie urządzali względem siebie jakieś podchody, które tylko rozśmieszały całe otoczenie, ale nigdy nie mieli zamiaru dotrzeć do celu. Tymczasem Jimmy, mimo ciągłych upokorzeń i odtrąceń, potrafił wstać na nogi i spróbować jeszcze raz.
Tak do końca świata.
Dlatego też już w tydzień później biegał on po całej szkole i opowiadał, że całował się z Lily Evans – tylko tyle udało mu się zapamiętać z walentynkowego wyjścia.
– Rogaczu, to prawda, że Lilka poszła do Hogsmeade ze Smakiem? – spytała Ebony.
Znała już całą historię, ale to pytanie powtarzała jak najczęściej się dało. Powód był prozaiczny – James lubił na nie publicznie odpowiadać. Czy to w Pokoju Wspólnym, czy to na nudnej lekcji, czy nawet w Wielkiej Sali, tak jak teraz. Uśmiechał się wtedy triumfująco i oświadczał:
– Może i poszła, ale to ze mną się całowała!
Atmosfera od razu stawała się przyjaźniejsza.
– Oj, Jimmy, to był tylko taki malutki buziak w policzek… – tym razem Matt postanowiła odświeżyć mu pamięć.
Już odzywała się do Łapy, ale starali się zachować dystans, jakąś stosowną odległość. Teraz jednak Syriusz pochylił się w jej stronę w celu zaprezentowania jej słów. Ktoś przy sąsiednim stole Ravenclawu westchnął nawet:
– Też bym tak chciała.,
co nie zdołało jednak zagłuszyć jego pytania:
– O taki?
– Mniej więcej – odpowiedziała mu, starając się jakoś mu zasugerować, żeby lepiej się odsunął. – Może trochę większy, ale…
– Większy! – przerwał jej James. – Słyszycie? Większy! Naprawdę się ze mną całowała!
Nie szło nie przyznać mu racji. W tego typu przepychankach słownych, Rogacz wygrywał zawsze, niezależnie od tego czy miał rację, czy (jak w większości przypadków) jej nie miał. Nie pozostało im nic innego jak uśmiechnąć się pobłażliwie i nie prezentować nic więcej.
Jak jednak reagowała na to Lily? Większości tych popisów po prostu nie słyszała – Ebony i Mattia nie miały w zwyczaju zwierzać się z czegokolwiek swoim współlokatorkom, a żaden z Huncwotów nie wpadły na głupi pomysł narażenia się wściekłej Evansównie. Kiedy jednak dochodziły do niej jakiekolwiek plotki o tym, że ona niby z Potterem, ignorowała je. Czasem, ale to bardzo rzadko, robiła mu jakąś awanturę o to, że opowiada wszystkim banialuki, jednak gdyby miała za każdym razem…
Potter wygrywał.
Bo chodzi o to, żeby gonić króliczka, a nie go złapać, prawda?

II. O marności magii.

Blady chłopak o ciemnych, przetłuszczonych włosach i haczykowatym nosie zwisał właśnie głową w dół.
Dwie piątoklasistki przepychały się właśnie w tłumie innych uczniów, próbując zobaczyć jak najwięcej. Takiego widowiska nie mogły przegapić. Gacie Smarkerusa wreszcie ujrzą światło dzienne!
– Założę się, że nigdy ich nie zmieniał. – Ebony właśnie bezpretensjonalnie przestawiła jakiegoś pierwszaka, kręcącego się jej pod nogami. – To będzie obrzydliwe.
– Jeśli Lily ich przyłapie…
– Matt, daj spokój. Grizel obiecała, że zajmie się Evans. Minęłyśmy ją na korytarzu, zapomniałaś?
Mattia kiwnęła głową. Chciała coś jeszcze powiedzieć, ale koleżanka uciszyła ją gestem dłoni.
Z każdą chwilą tłok robił się coraz większy. Już nie mogły zliczyć ilości stratowanych dzieciaczków. Po co takie w ogóle się pchają? Nie znają Smarkerusa, nie wiedzą, co z niego za ziółko, niech więc lepiej zostaną przy ciągnięciu młodszych dziewczynek za warkoczyki. To zajęcie na ich poziomie.
W końcu udało im się dotrzeć na tyle blisko, żeby widzieć Jamesa Pottera.
Ciekawy chłopak był z tego Jimmy’ego. Już piąty rok uganiał się za dziewczyną z ich dormitorium, a mimo to ciągle robił sobie pod górkę. Wmówił sobie, że to żałosne stworzenie, Smarkerus, odbiera mu ukochaną i nic nie potrafiło wybić mu tego z głowy. Każdy zaś atak na tego Ślizgona oddalał od niego Lily i, prawdę mówiąc, bardziej szkodził tym sobie niż jemu.
Tym razem był tak zaaferowany swoim odwetem, że nawet nie zauważył swoich koleżanek. Syriusz jednak nie był na tyle zapatrzony w Smarkerusa – uśmiechnął się do nich i pomachał wolną ręką, zapraszając, żeby podeszły bliżej. Tłum jego fanek, który oczywiście musiał również pchać się na sam przód, pisnął z radości, przyjmując zaproszenie na siebie, ale nie odważając się zrobić choćby kroku w przód.
Ebony rozstawiła je wszystkie jednym zgrabnym ruchem różdżki – rozstąpiły się niczym Morze Czerwone i pozwoliły jej i Matti przejść bez żadnych problemów. Dziewczyny zajęły najlepsze miejsca w pierwszym rzędzie, kompletnie ignorując ludzi krzyczących, żeby chociaż ukucnęły.
Przedstawienie szybko się zaczęło; jedno zaklęcie i Smarkerus wisiał w powietrzu, obrzucany wyzwiskami Pottera. Syriusz też nie próżnował, ale zawsze był w tym trochę z tyłu. Nie wyrywał się. To była prywatna zemsta jego przyjaciela.
Gdzieś w pobliżu stał zniesmaczony Remus Lupin i mały, króliczy chłopiec – Peter. Mattia postanowiła, że najwyższy czas do nich podejść i się przywitać, ale…
Cóż, okazało się, że Grizel nie była w porządku.
Na scenę wkroczyła zdenerwowana Lily Evans. Tłum automatycznie się rozrzedził; z tych kilkudziesięciu osób, które obserwowały scenę od początku została połowa, może mniej. Wszyscy wiedzieli, że ruda w takich wypadkach bywała niebezpieczna.
Mattia, razem z Ebony, skorzystała z okazji i wymknęła się z całą resztą. Posłała jeszcze tylko zniesmaczone spojrzenie zdrajczyni – która stała niedaleko Lily i uśmiechała się złośliwie – a później już ich nie było.
***
– Naprawdę ściągnąłem mu te gacie! – Jimmy upierał się przy swoim, choć przecież wszyscy naokoło wiedzieli, jak cała ta sytuacja się skończyła. – No to co, że był pod wodą? Ściągnąłem!
Sytuacja wyglądała następująco – gdy tylko Lily skończyła swój standardowy wywód pod tytułem Potter, jesteś gnojkiem, chłopak zwołał do siebie wszystkich zainteresowanych i obiecał, że pokaże im bieliznę Smarkerusa. Kiedy już to zrobił, zaproponował, że ją ściągnie, ale po gwałtownych protestach jednej z tych ambitnych pań prefekt Gryffindoru, czynności tej zaniechał, jedynie wrzucając swojego głównego wroga do jeziora na małą kąpiel.
– Wierzymy ci, Rogaczu. – Syriusz poklepał przyjaciela po plecach. – A jak ktoś wątpi, mogę go bardzo skutecznie przekonać.
– Dzięki, przyjacielu. Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć. Jesteś…
– Nazywają cię rogaczem, bo ruda przyprawia ci rogi ze Ślizgonem? – przerwała mu jakaś mała Gryfoneczka, zapewne z drugiego czy trzeciego roku. – To niezbyt chwalebne określenie.
Siedzieli w szóstkę w Pokoju Wspólnym – Huncwoci, Ebony i Mattia – więc od czasu do czasu do ich rozmowy przyłączała się jakaś zbłąkana duszyczka. Nie było to przez nich zbyt mile traktowane. Stanowili zamknięte kółeczko wzajemnej adoracji, od którego obcym – wara.
– Nazywają go rogaczem, bo jest pełnoprawnym facetem. – Vitreous siedziała na podłodze, opierając swoją głowę o kolana koleżanki. Tak, było jej za wygodnie. – Tego nie można powiedzieć o tym wypłoszu, z którym czasem chodzić na spacerki za rączkę. Nie wstyd ci, Isis? Z Puchoniątkiem?
Ciemnooka Gryfoneczka najpierw spaliła się ze wstydu, a potem szybko ruszyła do swoich koleżanek, obiecując samej sobie, że więcej podsłuchiwać już nie będzie.
– Też ich kiedyś widziałam – powiedziała Mattia, bawiąc się jednym z warkoczyków przyjaciółki. Mimo iż jej kolana były ewidentnie zgniatane, całkiem dobrze jej się siedziało, będąc otaczaną ramieniem Syriusza. – Ale to chyba Krukon.
– Jeden pies. Brzydki i tyle.
Blondynka parsknęła śmiechem. Fakt, do urodziwych to on nie należał. O ile takie dzieci można w ogóle określać pod względem urody.
– Przy nas każdy wysiada, prawda, Ebony? – James posłał jej znaczące spojrzenie. – Nie ma co porównywać. Jesteśmy jedynymi przystojniakami w całym zamku.
– Przestań, Rogaczu. – Remus oderwał na chwilę wzrok od książki. Siedział w niewielkim oddaleniu od całej grupy i tłumaczył Peterowi jakieś skomplikowane receptury leków, o których nikt oprócz niego nie miał zielonego pojęcia.
– Właśnie, przestań – poparła do Mattia. – Zapominasz o Smarkerusie.
Cała piątka – Lupin pokręcił z rezygnacją głową – łącznie z okolicznymi ludźmi wybuchła śmiechem.
Dobre parędziesiąt sekund minęło, zanim udało im się uspokoić. Po raz kolejny udowodniono, że długo powtarzane żarty też mogą być śmieszne. Wystarczy tylko trafić w odpowiedni moment. Ile razy już kpili sobie z brzydoty Smarkerusa? Trudno policzyć. Jednak za każdym razem sprawiało im to coraz większą przyjemność.
Nagle Mattia poczuła, że Syriusz po raz kolejny tego wieczora całuje ją w sam czubek jej blond główki. Już miała go od siebie odgonić, gdy usłyszała:
– Oj, MacDonald, nie kpij sobie z wodza Slytherinu, bo jeszcze jego koledzy urządzą cię tak, jak twoją kuzyneczkę.
***
Mary miała małego baranka, odprowadzał ją do szkoły każdego dnia.
Mary MacDonald nie miała baranka, ale była mała i odprowadzała się do szkoły sama. Pewnego dnia, idąc na lekcje do lochów, spotkała srebrno-zielonego barana.
Reszta była milczeniem.
***
Mattia odsunęła się od niego gwałtownie, kopiąc Ebony w plecy.
– To nie było zabawne – stwierdziła.
Wciąż miała przed oczami obraz małej dziewczynki, całkiem podobnej do niej w dzieciństwie. Małej dziewczynki, na której twarzy nagle pojawiły się sińce, na której rękach nagle pojawiła się krew. Małej dziewczynki, która mogła wiele osiągnąć, ale koleżka Snape’a odesłał ją do domu, bo w tej szkole po tym, co jej zrobił, bała się już nawet własnego cienia.
– Właśnie, Łapo. Przestałbyś już – poparł ją Jimmy. – Co ty byś zrobił, gdyby twoją panienkę ktoś teraz potraktował jak Avery tego dzieciaka?
– Znalazłbym sobie następną – stwierdził. – Serena nie jest ważna.
Ebony, dotychczas zajęta rozmasowywaniem sobie obolałych pleców, odwróciła się w kierunku przyjaciół.
– Ty też z Puchoniątkiem? – spytała, nie ukrywając zdziwienia.
– Tak wyszło. – Syriusz wzruszył ramionami. – Ładna jest.
Mattia straciła wszelką ochotę na rozmowę. Nie lubiła, gdy ktoś przy niej wspominał Mary, a co dopiero – żartował sobie z niej. Fakt, przeżyła i nic poważnego jej się nie stało, ale żyje w ciągłym strachu i… Dlatego też postanowiła się nie odzywać. Wróciła jednak do poprzedniej pozycji, pozwalając bezkarnie obejmować się Blackowi.
– Chodzę z nią na numerologię. Zachowuje się trochę dziwacznie. – Ebony nie miała zamiaru przyznawać mu racji. – Co jest pięknego w odstających uszach? – Prychnęła. – Cóż, lepsze to niż Ślizgonica.
– Uszy ma faktycznie paskudne – wtrącił się James. – Nie to co u Lily, ona…
– Pomyślałeś w ogóle, co ona ci zrobi, jak się dowie o tym jeziorze?
Spojrzał na nią, wmurowany w sofę. Czy pomyślał…?
Schody do dormitorium dziewcząt po raz kolejny musiały udowodnić, że pamiętają o swoich obowiązkach – zrzuciły Pottera z bardzo głośnym hukiem.
***
O tej porze powinny już spać.
Zamiast tego siedziały na łóżkach i oczekiwały. Lily wyszła jakieś pół godziny temu i do tej pory nie wróciła. Ebony podejrzewała, że po prostu gdzieś po drodze natknęła się na Rogacza, ale Grizel i Eirene wyglądały na naprawdę wystraszone.
Czas umilały sobie plotkami.
– No, Matt, przyznaj się – w końcu padło to najbardziej irytujące na świecie stwierdzenie. – Black znów sprawdzał, czy przypadkiem nie jesteś jego ropuszką, którą mógłby zamienić w królewnę?
– Jak widać, znowu bezskutecznie. – Grizel zajęta była szczotkowaniem swoich włosów. Właściwie, nie powinny dopuszczać jej do rozmowy. Po pierwsze, dziś je wystawiła, a po drugie, kiedyś kręciła z głównym tematem tej konwersacji. – Ty też go nie lubisz?
– Współczuję tym jego dziewczynom – stwierdziła główna zainteresowana, unikając odpowiedzi na kłopotliwe pytanie.
Wszystkie zgodnie kiwnęły głową. Taka prawda – Syriusz może i umawiał się z tymi wszystkimi dziewczynami, ale i tak nie przykładał do tego zbyt wielkiej wagi. Mógł chodzić nawet z piętnastoma naraz, nie zauważyłby różnicy.
Zresztą, same tego chciały. To w końcu one tytułowały się jego dziewczynami. On tylko czasem z nimi rozmawiał.
Nagłe pojawienie się Lily urwało ten wątek.
Była absolutnie wściekła, ale ostatnimi czasy to stan dla niej jak najbardziej właściwy. Gdyby wzrok mógł zabijać, nie byłoby tu trupów, ale James Potter na pewno poniósłby tragiczną śmierć na odległość. Stał pewnie teraz przed oczyma jej duszy, by mogła miotać w niego wszystkimi znanymi klątwami.
– Severus przyszedł mnie przeprosić za to, że nazwał mnie szlamą – powiedziała zamiast cześć.
– Smark nazwał cię szlamą?
Wszystkie dziewczyny rzuciły karcące spojrzenie Mattii, której język był na tyle niewyparzony, by nazywać w ten sposób w pobliżu Lily tego porządnego Ślizgona. Blondynka prychnęła i schowała się pod złoto-czerwoną kołdrą. Teraz na świat wystawało tylko kilka jej jasnych loczków.
– Nazwał – przyznała. – I co z tego? Ładnie mnie przeprosił.
Dziewczyny nie odpowiedziały.
– Przynajmniej ładniej niż James – kontynuowała. – Złapał mnie w Pokoju Wspólnym i powiedział, że trochę mu przykro z powodu utopienia Smarkerusa.
Trochę mu przykro!
Ebony parsknęła śmiechem i po chwili również została zmuszona do zajęcia strategicznego miejsca pod kołdrą. Stamtąd jednak mogła usłyszeć załamany głos Lily:
– Jeśli magia ma służyć do takich świństw, wolałabym pozostać mugolem.

I. O potędze magii.

Chłopcy znaleźli się sami już na pierwszej ich lekcji, jaką była Transmutacja.
Pani profesor McGonagall była straszna. Mattii przywodziła na myśl ciotkę Leokadię, siostrę jej ojczulka, która zawsze krzyczała na nią, kiedy nie zjadała do końca obiadu. Tamta też przybierała taki surowy wyraz twarzy, wyglądała tak, jakby połknęła szczotkę i zbierała swoje włosy w sztywny kok. Jednak członek twojej własnej rodziny zawsze wydaje się w takiej sytuacji chociaż odrobinę lepszy. Na cioci takie kraciaste spódnice wyglądały beznadziejnie, ale pasowały do niej jak ulał. Pani profesor nie miała tego szczęścia. Czarna szata psuła wszystko.
Kiedy weszła do sali, nie od razu zrobiło się cicho. Musiała minąć chwila, dwie, zanim ktokolwiek zauważył jej obecność. Tą najbardziej spostrzegawczą osobą okazała się Ebony, która zajmowała miejsce zaraz obok Mattii; szturchnęła ją w ramię tak mocno, że dziewczynka jęknęła z bólu. Widząc, że nie uzyskała swoim aktem przemocy żadnych efektów, wstała i powiedziała bardzo głośno:
– Dzień dobry, pani profesor!
Wszyscy poderwali się z miejsca. Nie zrobiło to wielkiej różnicy; armia dzieci na stojąco wciąż jest równie niewysoka, co armia dzieci na siedząco. Klasa była zbyt duża, żeby mogła się nagle zacząć wydawać zatłoczona i, naprawdę, na nauczycielce większe wrażenie zrobił szum odsuwanych krzeseł niż to, że ktoś tam wstał.
– Siadajcie, siadajcie – powiedziała, ale szybko tego pożałowała; dźwięk był równie nieznośny co przed chwilą, taka powtórka z rozrywki. – Sporo was w tym roku. Same dziewczęta? Odniosłam wrażenie…
Nagle drzwi za jej plecami otworzyły się z hukiem, uderzając o jej plecy. Krzyk bólu i wściekłości wydobył się z jej ust. Nie przewróciła się; zrobiła coś, co zadziwiło wszystkich – unikając zderzenia z podłogą, zamieniła się w kota.
Mattia aż jęknęła z zachwytu. Nigdy wcześniej nie widziała czegoś tak cudownego.
W jednej chwili pani profesor była zwykłą kobietą – no, może nie taką zwykłą, bo przypominała ciotkę Leokadię, ale jednak kobietą. Parę sekund później pochyliła się do przodu i zaczęła upadać. Potem wszystko wydarzyło się tak szybko, że trudno było jej zarejestrować poszczególne etapy. Była pewna, że najpierw zaczęła ona porastać futerkiem, a dopiero potem wyrosły jej wąsy. Jednak już z tym czy wpierw nastąpiło kurczenie się czy zamiana nóg w łapki miała problemy.
W każdym bądź razie na końcu wyrósł ogon i biedny kot-McGonagall mógł wylądować z cichym miauknięciem.
– Bardzo przepraszamy za spóźnienie, zgubiliśmy po drodze kolegę i musieliśmy… – jeden z nowoprzybyłych odezwał się, ale szybko umilkł, widząc, a w zasadzie nie widząc, żeby ktokolwiek ważny znajdował się w klasie. – Udało nam się, Syriuszu! Wchodzimy!
Czwórka chłopaków pojawiła się w sali, o mało nie zadeptując zwierzęcia, które uciekło od nich bardzo niezadowolone.
Ten, który mówił, wszedł jako pierwszy. Mattia mimowolnie parsknęła śmiechem. Nie przypominał wprawdzie ciotki Leokadii, ale też przywodził jej na myśl różne osoby, które już kiedyś poznała. Z postury przypominał chłopaka, który kiedyś całował się z jej siostrą przy furtce – był tak samo chudy, wszystko z niego zwisało, a ręce były wyjątkowo niewymiarowe. Ciemne włosy, o dziwo, miał jeszcze bardziej rozczochrane niż jej tato na zdjęciach z młodości. No i w dodatku nosił duże okulary w drucianych oprawkach, które co chwilę musiał poprawiać, bo zsuwały mu się z nosa.
Za nim wkroczyło kolejnych trzech jegomości, z czego jeden został nazwany Syriuszem, ale który – tego Mattia na razie nie wiedziała. Każdy z nich był inny, wyjątkowy, ale wyglądali, jakby coś ich łączyło. Znali się przecież dopiero drugi dzień! Wywierało to na obecnych tu dziewczętach niesamowite wrażenie.
Najwyższy miał jasnobrązowe włosy i poważny wyraz twarzy – kolejna osoba, która połknęła szczotkę. W ręce ściskał podręcznik od Transmutacji i rozglądał się uważnie, czy aby na pewno nie kręci się tu nauczycielka.
Ten średni miał włosy równie ciemne, co jeden z jego kolegów, ale, dla odmiany, uczesane. Na jego twarzy malowały się nieskończone pokłady pewności siebie. Mógł się na pierwszy rzut oka wydać przeciętny, ale gdy tylko uśmiechnął się po raz pierwszy, wszystkie młode serduszka na tej sali zaczęły bić szybciej. Te męskie też.
Ostatni był zaledwie odrobinę wyższy od Matti, ale wagowo przedstawiali się tak samo. Sprawiał wrażenie całkiem sympatycznego, tylko odrobinę zdezorientowanego – dziewczynka od razu zrozumiała, że to pewnie ten, którego zgubili na korytarzu. O najmniejszym i najwolniejszym zawsze najłatwiej zapomnieć! Jedynym, co mogło od niego odstraszać były wystające przednie zęby – przypominał przez to króliczka i tu znów zachciało się Matti śmiać.
Po chwili jednak wszyscy musieli się uspokoić, bo przed chłopcami zmaterializowała się prawdziwa profesor McGonagall. Tym razem dziewczynce też nie udało się ustalić jak to zrobiła, bo zajęta była przyglądaniem się nowym kolegom, ale obiecała sobie, że kiedyś na pewno się tego dowie.
– Co to ma znaczyć? – spytała i wcale nie była miła i uprzejma. – Nie dość, że spóźnieni, to jeszcze nie patrzą, co robią!
Chłopcy stali, patrząc na nią z rozdziawionymi ustami. Pierwszy odważył się odezwać ten z książką.
– Pani jest animagiem? Czytałem…
– Nie obchodzi mnie, co pan czytał, panie…
– Lupin – dokończył, słysząc, że się zawahała.
– Panie Lupin, mógłby mi pan nie przerywać? Byłabym wdzięczna. – Obrzuciła go karcącym spojrzeniem. Kiwnął głową. – Nie obchodzi mnie, co pan czytał, panie Lupin. To niegrzeczne zaczynać z kimś znajomość przez atak starymi, ciężkimi drzwiami.
Wszyscy, jak na ustalony znak, pokornie schylili głowy. Poza jednym, oczywiście. Ten uśmiechający się – gdyby Mattia używała takich słów, pewnie określiłaby to jako bezczelność i impertynencję – wciąż patrzył profesorce prosto w oczy.
– Musi pani przyznać, że byliśmy efektowni – stwierdził w końcu.
– Muszę – odpowiedziała i odwzajemniła uśmiech. W jej przypadku wyglądało to raczej jak paskudny grymas. Paskudny i złośliwy. – Zajmijcie więc teraz równie efektownie miejsce i zgłoście się do mnie po południu.
Momentalnie zrzedła mu mina.
***
Na Zaklęciach miejsce w pierwszej ławce zajęła Ślicznotka. Nie zgodziła się, żeby ktokolwiek się do niej dosiadł; wszelkich próbujących odsyłała precz, pokazując im swój jęzor. W takim wypadku nie pozostało im nic innego jak usiąść dalej.
Debby tłumaczyła, że kiedy jeszcze była człowiekiem, jej ropucha wyjawiała szczególne uzdolnienia magiczne. Czarowała tak dobrze, że jednak z zazdrosnych o nią wiedź rzuciła na nią urok, który, jak już wiemy, mógł odczynić tylko pocałunek. Teraz Ślicznotka poświęcała całe dnie poszukiwaniom innego sposobu pozbycia się uciążliwej klątwy. Jedyna nadzieja w profesorze Flitwicku, który w końcu uczył w najlepszej szkole świata.
Mattia zajęła miejsce koło dwóch chłopaków, których jeszcze nie znała. Usiadła tam razem z nią Ebony. Miejsce było o tyle strategiczne, że ich ławka stała na samym końcu.
– Jimmy jestem. – Okularnik wyciągnął rękę w ich kierunku. – A ten pajac obok to Syriusz. Miło mi was poznać.
Dziewczynki przedstawiły się grzecznie i usiadły.
Lekcja się zaczęła. Do sali wszedł niski człowieczek. Naprawdę niski. Mattia nie przypuszczała, że poza nią, Lily i tym króliczym chłopcem są w szkole ludzie tak mizernego wzrostu. Miał na sobie śmieszną szatę w gwiazdki i księżyce, taką, jakie widywała w książkach o czarodziejach sprzed wieków, a także tiarę niemal wyższą od jego głowy. Dziewczynka od razu pomyślała, że polubi tego śmiesznego mężczyznę o włosach białych jak obrusy jej matki.
– Witam moją nową klasę, witam – powiedział, głosikiem równie piskliwym, co głos Matti. Powoli wszedł przygotowane dla niego podwyższenie tak, aby każdy mógł go wyraźnie widzieć. – Nazywam się profesor Flitwick i będę was uczył zaklęć w tej pięknej szkole.
Zamiast oczekiwanych oklasków bądź jęków tłumów, pierwszą reakcją była ręka Debby uniesiona do góry.
– Tak, panienko…
– Debora Lynotch, panie profesorze. – Wstała i grzecznie się ukłoniła na tyle, na ile jest to możliwe w takich warunkach. – Mam do pana pytanie od Ślicznotki, mogę?
– Oczywiście.
Debby rozpromieniła się.
– Abraham powiedział mi, że mam się z tym zwrócić do pana, bo pan czaruje tutaj najlepiej. – Flitwick próbował jej przerwać i wytłumaczyć, że to zbyteczne określenie, ale jego głos zawiódł nawet w starciu z jedenastolatką. – Chodzi o to, że Ślicznotka jest ropuchą, a powinna być królewną.
Dopiero teraz zwrócił uwagę na zwierze siedzące na ławce.
Powiedzieć, że poczuł się zakłopotany to za mało. On prawie spalił się tam ze wstydu; czyhała nad nim wizja skompromitowania się przed zupełnie nowymi uczniami. Z drugiej strony, miał ochotę się roześmiać, słysząc tak absurdalne stwierdzenie.
Chociaż chyba nic nie przebije ucznia, który kiedyś ogłosił, że przeciśnie wielbłąda przez ucho igielne, lecz zamiast wyżej wymienionego zwierzęcia, użył do tego nauczycielki Obrony Przed Czarną Magią. Ach, ci siódmoklasiści!
– Mama mówiła mi kiedyś, że takie uroki odczynia się pocałunkiem. Może pan mógłby ją pocałować? Jest pan silnym czarodziejem, więc pewnie ta moc jeszcze bardziej jej pomoże.
Profesor już miał grzecznie odmówić, gdy nagle Syriusz zaczął podskakiwać. Tak, podskakiwać. Z ręką uniesioną do góry, krzyczał:
– Ja to zrobię, ja!
– W takim wypadku, zapraszam tu kawalera. – Na twarzy Flitwicka pojawił się ledwo zauważalny wyraz ulgi.
Chłopak z takim entuzjazmem przepychał się do pierwszej ławki, że aż nadepnął na stopę Ebony. Nie był przy tym na tyle miły, żeby ją przeprosić; pewnie nawet tego nie zauważył. Na jego twarzy znów pojawił się ten cudowny uśmiech i dziewczyna sama mu wybaczyła.
Po chwili stał już w odpowiednim miejscu i pochylał się nad ropuchą, która znowu wytykała język.
– Nie lubi cię – Debby stwierdziła fachowo.
– Daj spokój. Każda mnie lubi – odpowiedział, a potem szybko pocałował Ślicznotkę.
To było najbardziej obrzydliwa rzecz, jaka mu się w życiu przydarzyła. Już wolał moment, kiedy został zmuszony do przytulenia się do Ślizgonki tak, jak chciała jego mamusia. Odsunął się więc bardzo cicho i z niesmakiem wytarł swoją twarz rękawem szaty.
Stali i obserwowali. Pierwsze pięć sekund nie przyniosło nic. Drugie też. Aż tu nagle…
Nic się nie wydarzyło.
– Mówiłam, że cię nie lubi – podsumowała Debby. – Widocznie musi ją pocałować ktoś wyjątkowy.
Ropucha patrzyła na wszystkich z równym obrzydzeniem. Trudno było określić kogo widziałaby w roli swojego zbawcy. Sytuacja zdawała się być beznadziejna.
Syriusz wrócił do swojej ławki, nie tak promienny jak przed chwilą. Tym razem nikogo nie podeptał. Usiadł grzecznie i spuścił głowę; widać było, ze strasznie mu smutno.
– Widocznie nie nadajesz się na ropuszego księcia. – Mattia poklepała go po ramieniu. – Na pewno była z niej paskudna królewna.
– Zrobiłem z siebie strasznego idiotę – stwierdził ponuro. – Wszyscy wiedzą, że ropucha to tylko ropucha, a nie zaklęta królewna.
– Wszyscy wiedzą, że nie ma czegoś takiego jak magia, a dywany nie mogą latać.
Podniósł głowę i spojrzał w niebieskie oczy dziewczyny. Od razu zrobiło mu się trochę raźniej. Na jego twarzy znów zagościł uśmiech – przyznaję, mniej promienny niż wcześniej, ale znów radosny. Po chwili dołączył do entuzjastycznych okrzyków Jimmy’ego:
– Tak! Wyczarujmy dla ropuchy zamek!
i ignorowania zapewnień Debory:
– To Ślicznotka, a nie ropucha!
***
Pięć lat później pewna królewna znalazła swojego księcia. Ale to już inna historia.