Na psa urok: epilog

Poczucie winy było dla Dainah czymś niezrozumiałym. Zwykle było gdzieś ukryte, ale kiedy pojawiał się odpowiedni moment, wracało z siłą wręcz niepojętą, która czasami nakazywała jej się zatrzymać i wziąć kilka oddechów, zanim mogła kontynuować to, co akurat robiła. Przychodziło tak niespodzianie, że w myślach zaczęła porównywać je z Depresją, która czaiła się w jej ślizgońskim dormitorium te wszystkie lata temu. Bawiło ją, jak poważnie traktowała kota, który co najwyżej mógł wbić jej pazury w łydkę. Poczucie winy związane z tym, w jaki sposób opuściła Anglię, było gorsze – przenikało skórę i mięśnie, by dotrzeć aż do szpiku kości i lodowatą falą rozlewać się po całym jej ciele.
Nie była pewna, co przyszło pierwsze – poczucie, że nie wie, dokąd zmierza, czy że powinna zostać i próbować pomóc Syriuszowi. Zrobiła wiele, by stłumić obie te myśli, a jeszcze więcej, by uciec spod jurysdykcji Ministerstwa Magii. Ostatecznie jednak znalazła się tak daleko od wszystkiego, co do tej pory znała, że niemożliwością wydawała jej się ucieczka jeszcze dalej. To też potęgowało jej poczucie winy. Kiedy wieczorem leżała w łóżku i próbowała myśleć tylko o jeden dzień naprzód, nie dopuszczając do siebie niechcianych myśli o przeszłości ani o przyszłości, dręczące ją myśli pojawiały się same, towarzysząc jej aż do rana. Tym razem ucieczka wydawała się niemożliwa, a komfort przynosiły dochodzące zza okien okrzyki sąsiadów, którzy najwyraźniej dobrze się bawili na grillu czy przy okazji innego spotkania towarzyskiego. Mówili w tym samym języku, ale jednak w inny sposób, dzięki czemu nie czuła się jak w domu. Przynosiło jej to nieznaczną ulgę, jakby gwarantowało, że zaraz nie otworzą się drzwi i nie do jej niewielkiego domu nie wbiegną aurorzy.
Były dni, kiedy tylko to pozwalało jej usnąć.
*
Poczucie winy ciążyło mu jak kamień. Powinien był wiedzieć, przewidzieć, domyśleć się… Był jednak przekonany o genialności swojego planu i teraz płacił za to cenę. Wiedział, że takie myśli tylko przyciągają dementorów. Początkowo myślał, że uda mu się wytrzymać torturę, jaką było ich towarzystwo, ale szybko zdał sobie sprawę, że kiedy tylko pojawi się poczucie winy – myśl, że mógł wszystko zrobić inaczej, że zawiódł, że powinien wiedzieć, zgadnąć, połączyć fakty… – po kręgosłupie rozlewała mu się fala lodowatego zimna, która na chwilę zatrzymywała mu serce i dławiła oddech. Miał wtedy wrażenie, że za chwilę stanie się głównym posiłkiem dla dementorów, którzy wyssą z niego całe człowieczeństwo, wszystko, co sprawiało, że był Syriuszem Blackiem, o ile wciąż nim był. Zdarzały się dni, kiedy próbował wyobrażać sobie, że jest kimś zupełnie innym, ale prędzej czy później w tych wizjach pojawiało się coś, co zbyt boleśnie przypominało mu o tym, kim jest naprawdę i co zrobił. Zdarzały się dni, kiedy był niemal pewien, że zasługiwał na to, co go spotkało – gdyby się domyślił, gdyby nie ufał tak Peterowi… – i wtedy akceptował ten lodowaty chłód niemal z przyjemnością, zanurzając się w nim i w pustce, jaka następowała po nim. Być może tracił wtedy przytomność, nie miał żadnego sposobu, by to stwierdzić. Odliczanie dni za pomocą wschodów i zachodów słońca szybko straciło sens, bo przecież nie czekał, aż coś się wydarzy, nie odliczał dni w oczekiwaniu na jakieś zdarzenie, a przypominanie sobie, ile czasu już minęło, odkąd trafił do Azkabanu, było kolejną torturą. Oczywiście, początkowo próbował, ale z czasem… Z czasem wszystko stawało się mniej barwne i odleglejsze, jakby na całe swoje dotychczasowe życie patrzył przez szybę, która z czasem stawała się zamglona. Wtedy pomagała mu tylko jedna myśl. Jestem niewinny. Nie zabiłem Potterów. Czasami tylko nadawał jej kształt i obracał w myślach, jakby była największym skarbem, czasami ją wykrzykiwał, mruczał, skandował, szeptał czy szlochał z tą właśnie myślą na ustach. To była jego jedyna osłona przed dementorami, która pozostawała silna nawet kiedy inne dobre wspomnienia blakły. Była to myśl przerażająca, bo przecież zdawał sobie sprawę, że nie może się nią z nikim podzielić, że nikt mu nie uwierzy, że czeka go jeszcze kilkadziesiąt lat wśród dementorów z tą myślą jako jedynym oparciem, ale zdarzały się noce, kiedy tylko ona pozwalała mu usnąć.
*
Auckland było dziwnym miejscem, w którym mieszało się tak wiele kultur i obyczajów, że spodziewała się, że ona ze swoją brytyjskością i swoją magią nikogo nie będzie dziwiła. Magiczna społeczność była w Nowej Zelandii stosunkowo niewielka i – ku swojemu niezadowoleniu – podległa australijskiemu ministerstwu. W Wellington znajdował się niewielki oddział zamiejscowy – swoisty kompromis między czarodziejami z obu wysp – w którym można było załatwić najbardziej palące sprawy, w tym te związane z interwencjami w przypadku przekroczenia magicznego prawa lub koniecznością szybkiej interwencji wśród mugoli. Początkowo Dainah uważała, że pomoże jej się to ukryć w nowym kraju, stać się anonimową, ale jej akcent i przeszłość wzbudzały zbyt duże zainteresowanie. W momencie, kiedy została poproszona o odwiedzenie australijskiej szkoły magii i wygłoszenie wykładu na temat brytyjskiego sposobu nauczania, a następnie przetransportowana do jakiejś chaty, w której Maorysi nauczali tradycyjnej magii, żeby tam również opowiedzieć o tradycjach pielęgnowanych w Hogwarcie, uznała, że dalsze opieranie się nie ma sensu, a propozycja pracy, którą ministerstwo jej złożyło, jest zbyt lukratywna, by odmówić. Z pewnością była lepsza od mugolskich prac, które próbowała wykonywać, lub niskopłatnych prac w magicznym handlu, które zbyt mocno przypominały jej o okolicznościach, w jakich opuszczała Anglię. Konieczność codziennej teleportacji do Wellington nie była wysoką ceną za podwyższenie standardu życia i próbę odzyskania szacunku dla samej siebie.
Jednak kiedy wydawało jej się, że ułożyła sobie życie, zawsze zdarzało się coś, co przypominało jej o życiu, które zostawiła za sobą. Z bolesną goryczą raz po raz zdawała sobie sprawę z ciszy, jaka panowała w jej zbyt dużym domu, z pustki, jaka wypełniała jej popołudnia, czy też z bezskuteczności ucieczki od podobieństw do własnego ojca, o którym przecież miała tak złe zdanie, kiedy jeszcze żył, a o którym tak bardzo stała się zapomnieć, gdy umarł. Jej życie też zaczęło sprowadzać się do przerzucania papierów. Mechanicznie wstawała rano, tak naprawdę nie dostrzegając swojego otoczenia, póki nie znalazła się w ministerstwie, gdzie mechanicznie – choć z nieco większą świadomością – wykonywała swoją pracę, by następnie wrócić do domu i trwać w pustce. Na przestrzeni lat próbowała ją wypełniać – a to miałkimi i krótkotrwałymi znajomościami, a to alkoholem, a to przelotnymi romansami – zawsze jednak wszystko wracało do normy. Zawsze na końcu dnia otaczały ją cisza i pustka.
*
Azkaban był zawsze wilgotny z uwagi na położenie na wyspie. Był wilgotny, śmierdział grzybem i ekskrementami. Śmierdział strachem i śmiercią, choć przecież niewielu z nich umierało i niewielu było dostatecznie zdrowych psychicznie, by jeszcze się bać. Zdarzały się dni, kiedy Syriusz czuł, że sam traci rozum; czasami wyczekiwał tego momentu, boleśnie świadom, że szaleństwo było jedyną dostępną im ucieczką. Początkowo próbował przywoływać dobre wspomnienia, choć nie miał ich zbyt wiele – właściwie wszystko, co działo się przed Hogwartem, odpadało. Myślał więc o nocnych tułaczkach Huncwotów, o leniuchowaniu w pokoju wspólnym i grze w Eksplodującego Durnia, o wspólnych szlabanach, a czasami pozwalał sobie nawet pomyśleć o Dainah. Szybko jednak zrozumiał, że wszystkie te myśli przywołują dementorów, dlatego ukrył Jamesa, Remusa, Lily i Dainah gdzieś w zakamarkach umysłu, jak najcenniejszy skarb, którego jeszcze mu nie odebrano, choć była to tylko kwestia czasu. Rzadko zaglądał w te zakamarki, częściej myśląc o swojej niewinności i skupiając się na zdradzie Petera.
Całe dnie był sam na sam z własnymi myślami, zamknięty w celi, którą mógł okrążyć raptem kilkunastoma krokami, i niewielkim oknem o wiecznie wilgotnych kratach. Dwa razy dziennie dostawał jedzenie, które było pozbawioną koloru i smaku papką, a jedyne interakcje z innymi więźniami ograniczały się do słuchania ich wrzasków. Początkowo próbował krzyczeć, walić w drzwi i hałasować w inny sposób, by tylko wywołać reakcję innych, ale odpowiedzi – inne niż potępieńcze wrzaski – przychodziły zbyt rzadko, by kontynuował te próby. Otaczali go śmierciożercy i trudno mu było sobie wyobrazić, o czym mógłby z nimi rozmawiać, skoro większość z nich była szalona jeszcze zanim tam trafiła. Bezsilność i niewyobrażalny natłok myśli skłoniły go do tego, by któregoś dnia przemienić się w psa. Nie był pewien, na co liczył, ale tego dnia wyjątkowo trudno było mu się pozbyć natrętnych myśli. Psia postać sprawiła, że stały się one odleglejsze, jakby przyćmione. Wszystko było mniej dolegliwe, a on mógł łatwiej zapaść w sen, poszukując ucieczki w ciemności i pustce.
*
Isla rozglądała się po domu w irytujący sposób, jakby planowała trasę ucieczki, gdyby jej w przyszłości potrzebowała. Dainah przyglądała jej się z zainteresowaniem, trochę jak obserwuje się jakiś egzotyczny gatunek zwierzęcia, który zwykle nie występuje w miejscach takich jak to, w którym się aktualnie znajdowała. Przyjaciółka odwiedziła Nową Zelandię po raz pierwszy – początkowo Dainah nie chciała nawiązywać kontaktu z nikim z Anglii, a pierwsze wiadomości, jakie wymieniły, były raczej chłodne i nie zwiastowały spotkania po latach. Mimo wszystko Isla w końcu zabrała swoją córkę na wycieczkę w egzotyczne zakątki świata, a dom Dainah wypełnił się ludźmi na kilka dni.
Nadal dobrze im się rozmawiało, ale było jasne, że w ich życiach zdarzyło się zbyt wiele, by można było to pominąć i powrócić do relacji, jakie panowały między nimi dawniej. Isla miała żal, że Dainah oddaliła się od niej i Susannah po szkole, a potem uciekła z kraju; opowiedziała też, jak odkryła, że mąż ją zdradzał i musiała walczyć przed mugolskim sądem o prawo do opieki nad dzieckiem. Nie chciała za to mówić o Susannah. Dainah nie dopytywała. Czuła, że brakuje jej słów. Zamiast tego opowiedziała o wszystkim, co przydarzyło jej się od ucieczki – wyjazdu – z kraju, choć wiedziała, że Islę bardziej będzie interesował temat Syriusza. Choć jego imię początkowo nie padło z ust żadnej z nich, to dało się je wyczuć w powietrzu, jakby każda z nich czekała, aż ta druga popełni oczywisty nietakt i je wymieni.
– Wydajesz się znudzona tym wszystkim, a mieszkasz w raju – powiedziała któregoś dnia Isla, kiedy piły kawę na tarasie i patrzyły na pobliskie wzniesienie, z którego rozciągał się widok na całe Auckland.
– To nie tak – westchnęła Dainah. – Nie miałaś wrażenia, że to wszystko powinno wyglądać jakoś inaczej? Kończysz Hogwart i tak naprawdę nie wiesz, co dalej.
– Śmierciożercy na pewno w tym nie pomagali – rzuciła Isla, wbijając wzrok w swój kubek.
– Nie wiedziałam, czego chcę, to wszystko stało się tak… mimochodem – dodała Dainah. – Może z zewnątrz nie wygląda to źle, ale…
Isla spojrzała na nią pytająco.
– Co u Susannah? – wypaliła Dainah.
Isla znów spuściła wzrok. Przez dłuższą chwilę milczała, ale kiedy zdała sobie sprawę, że pytanie nie zostanie cofnięte, zebrała siły, by udzielić odpowiedzi:
– Wiedziałaś, że wyszła za mąż? Za Rowle’a. Pamiętasz tych bliźniaków, Knuta i Thorfinna? Byli dwa lata starsi od nas. Jasne włosy, grali w quidditcha – dodała, widząc brak zrozumienia na twarzy Dainah. – W sumie nieważne, nie musisz pamiętać. Rodzice Susannah zaaranżowali jej małżeństwo z Knutem. Mieli jakieś problemy finansowe, a jej ojcu zależało na poparciu starego Rowle’a… Nieważne. Przehandlowali ją za trochę złota.
Isla umilkła na chwilę. Odstawiła kubek z kawą na stolik, a Dainah zauważyła, że jej dłoń drżała nienaturalnie, zdradzając, jakie emocje targają Islą przy okazji tej opowieści.
– Okres tuż przed upadkiem Sama-Wiesz-Kogo i pierwsze miesiące po nim były… trudne, aurorzy mieli przyznane uprawnienia, o jakich im się wcześniej nie śniło. W którymś momencie przestawało się liczyć, że po drugiej stronie też stoją ludzie – kontynuowała Isla.
– Aurorzy? – prychnęła Dainah. – Śmierciożercy z pewnością o wiele bardziej się z tym liczyli.
Isla posłała jej spojrzenie, którego Dainah nie mogła zrozumieć. Była to mieszanina zaskoczenia i irytacji.
– A jednak to aurorzy zabili Susannah. Uznali, że kobieta w ósmym miesiącu ciąży powinna być torturowana dla informacji. Nie przeżyła tych tortur. Oboje nie przeżyli.
Dainah milczała. Domyślała się, że Isla – jako uzdrowicielka – mogła widzieć skutki działania aurorów. Tych albo innych, ostatecznie pewnie efekt końcowy zawsze był podobny i zawsze był tak samo wstrząsający.
– Nie wiedziałaś, prawda? – zapytała cicho Isla.
Dainah pokręciła głową. Emocje, jakie wzbudziła w niej opowieść Isli, były jakieś słabe i niejasne, a Dainah wstydziła się ich za bardzo, żeby je okazać. Powinna być wstrząśnięta, przerażona i zbulwersowana, ale każda z tych emocji ledwie się w niej tliła.
– Może podjęłaś wtedy dobrą decyzję. Może wszyscy powinniśmy byli ją podjąć – dodała Isla.
– Może – zgodziła się Dainah, choć nie była pewna, czy faktycznie jej decyzja była tak dobra. Może gdyby wszyscy podjęli ją wcześniej, jeszcze zanim tak wiele osób niepotrzebnie zginęło.
*
Knot rozglądał się po ciasnym korytarzu w irytujący sposób, jakby planował trasę ucieczki, gdyby jej w przyszłości potrzebował. Syriusz obserwował go z zainteresowaniem, trochę tak, jak obserwuje się jakiś egzotyczny gatunek zwierzęcia, który zwykle nie występuje w miejscach takich jak to, w którym się aktualnie znajdował. Nie przypominał sobie, by minister wcześniej odwiedzał Azkaban. Może tego nie robił, a może jego wizyty Syriusz przesypiał. Pamiętał, że Knot był podrzędnym urzędasem w Departamencie Magicznych Wypadków i Katastrof; nie pamiętał, skąd dowiedział się, że został on Ministrem Magii, ale tej wiedzy był pewien prawie tak jak swojego imienia i swojej niewinności.
Teraz Knot wyglądał jak przestraszona owca. Jego nieco nalana twarz i rozszerzone oczy świadczyły o tym, że doskonale zdawał sobie sprawę, że znalazł się w piekle. Dlaczego? Czy wizytowanie Azkabanu należało do jego obowiązków? Wydawało się, że minimalnie podskakiwał, ilekroć na zewnątrz dał się słyszeć grzmot nadchodzącej burzy.
– Kiepska pogoda, co? – powiedział. W pierwszej chwili zdziwiło go brzmienie jego własnego głosu. Był ochrypły od długiego nieużywania, ale każda sylaba doskonale układała się na języku.
Knot zatrzymał się i rozejrzał wokół. Towarzyszyło mu dwóch dementorów i jakiś urzędnik, blady jak płótno. To na niego minister skierował swoje spojrzenie, ale kiedy ten pokręcił przecząco głową wystraszone spojrzenie jasnych oczu Knota padło na Syriusza, który poczuł się pewniej, jakby w ten sposób uzyskał arbitralne potwierdzenie, że wciąż istnieje, że to wszystko dzieje się naprawdę. Był o tym przekonany przez większość czasu, ale zdarzały się dni, kiedy przychodziły wątpliwości.
– Black? – zapytał Knot, a jego ton brzmiał, jakby próbował opisać coś wyjątkowo obrzydliwego.
– Jak się panu podoba Azkaban, ministrze? – zagadnął, nie widząc potrzeby potwierdzania swojej tożsamości. Niewielu więźniów miało przy drzwiach celi dwóch dementorów, Knot mógł dodać dwa do dwóch. – Jest wilgotno i ciemno, ale ta brązowa papka, którą podają na obiad, nie jest taka zła, jak powiadają, warto spróbować.
Knot milczał. Syriusz przysunął twarz do okna w drzwiach celi tak, że kraty wbijały mu się w policzki. Przyjrzał się Knotowi dokładnie, od ubłoconych butów po czubek limonkowego melonika. Jego wzrok zatrzymał się na tym, co Knot trzymał pod pachą.
– Gazeta? Przeczytał pan już? Mógłby mi ją pan zostawić, rozwiązałbym krzyżówkę? – zapytał. Sam dla siebie brzmiał jak szaleniec, ale Knot nieco mechanicznie wyszarpnął sobie „Proroka Codziennego” spod pachy i wsunął między kraty syriuszowej celi, jakby bał się podać mu go do ręki.
– Miłej lektury – mruknął sztywno.
– O, na pewno będzie miła – odpowiedział Syriusz możliwie znużonym tonem, tłumiąc lekką ekscytację związaną z faktem, że prowadził
rozmowę. – Szkoda, że dementorzy nie prenumerują „Proroka…”.
Knot początkowo nie odpowiedział. Machnął ręką na urzędnika i ruszyli dalej. Dopiero, gdy byli kilka cel dalej i po drodze nikt inny ich nie zatrzymał, rzucił w przestrzeń:
– Do widzenia, panie Black.
Syriusz spróbował uśmiechnąć się sam do siebie, ale nie mógł, miał wrażenie, że jego skóra twarzy jest zbyt napięta, by mógł wykonać taki grymas. Zamiast tego spojrzał na gazetę – najcenniejszą od wielu lat rzecz, jaką posiadał.
*
Nocne powietrze było rześkie. Isla śmiała się, że zima w Nowej Zelandii jest cieplejsza od brytyjskiego lata, ale Dainah wiedziała, że nie jest do końca zgodne z prawdą; wielokrotnie wspominała, że latem wyspa jest jeszcze piękniejsza, ale Isla i Sarah, jej córka, nie dały się przekonać. Co roku odwiedzały Auckland w okresie wakacyjnym.
– Znów pada – mruknęła Sarah, wracając do domu. Powietrze było wilgotne i ciężko było nim oddychać, a nieprzyjemny chłód wchodził za kołnierz. Siedzenie na tarasie nadal było możliwe, ale wymagało założenia grubszego swetra, na co Sarah najwyraźniej nie miała ochoty.
– Będziesz z nią miała wesoło za parę lat – zaśmiała się Dainah, patrząc na zmarszczone brwi przyjaciółki, która odprowadziła córkę wzrokiem.
– Nie byłam taka marudna w jej wieku – mruknęła Isla. – Nawet nie chcę sobie wyobrażać, jaka wróci za rok z Hogwartu.
– Nie cieszysz się, że w końcu idzie do szkoły?
– Nie w tej atmosferze, przecież… – zaczęła, po czym urwała, szybko łapiąc za kubek z kawą, jakby miał on być deską ratunku.
– Przecież? – zapytała Dainah, wyczuwając zmieszanie przyjaciółki.
Isla łapczywie wypiła kawę, a potem wypuściła powietrze, jakby okrutnie jej ciążyło. Dainah przyglądała jej się badawczo, próbując odkryć, co jej przyjaciółka próbuje ukryć. W pracy często miała do czynienia z ludźmi, którzy próbują coś ukryć – zarówno z czarodziejami, którzy łamali Kodeks Tajności, jak i z tymi, którzy próbowali wywołać konflikt między różnymi etnicznie grupami czarodziejów. Nawet jeśli takie przypadki nie były częste, Dainah musiała nauczyć się rozpoznawać ludzi, którzy mają coś do ukrycia. Isla zdecydowanie miała coś do ukrycia.
– Nie dociera tu wiele nowin z domu? – zapytała, patrząc na jedno z drzew rosnących w ogrodzie.
– Mamy kontakt z ministerstwem – odpowiedziała chłodno Dainah. Kontakt ten nie był tak dobry, jak czasami by tego chcieli, ale jednocześnie wiedzieli, że nie było powodu, by go zacieśniać. Dzieliły ich tysiące kilometrów, a każdy z krajów zajmował się swoimi sprawami.
– Nie wiem, czy powinnam… – zaczęła Isla. – Może chciałabyś wiedzieć. Nie wiem.
Dainah milczała, choć jej irytacja rosła. Nie rozumiała, co mogło być dla niej tak trudnego o zwerbalizowania. Isla rzadko miała problem z zebraniem myśli, a tym razem zachowywała się, jakby miała do przekazania niezwykle trudną wiadomość. Przecież nie mogło wydarzyć się nic, co spadłoby na Dainah jak grom z jasnego nieba.
– Syriusz Black uciekł z Azkabanu.
A jednak mogło.
*
Nocne powietrze było rześkie. Drobny deszcz kapał na jego pysk, kiedy wyszedł z wody i się otrzepał. Niemal każda jego psia myśl skupiona była na znalezieniu czegoś do jedzenia, ale pod zwierzęcymi instynktami pulsował gorączkowo umysł pełen ludzkich myśli, pełen wściekłości i żądzy mordu, pełen woli, by pędzić, nie zważając na nic, by jak najszybciej znaleźć Petera. Żołądek go jednak spowalniał.
Upewniwszy się, że nikogo nie ma w pobliżu, Syriusz przemienił się w człowieka. Wiedział, że za chwilę musi ruszyć przed siebie, musi zabić Petera, musi ocalić Harry’ego, ale teraz, na pięć sekund pozwolił sobie na moment radości. Leżał na piasku, a nad sobą miał tylko nocne niebo. Dotykał piasku, czuł go w dłoniach i pod plecami. Na twarzy czuł wodę, krople deszczu mieszające się z łzami.
Był wolny.
*
Dainah zmywała. Miała tak zacięty wyraz twarzy, że Isla w pierwszej chwili zastanawiała się, czy nie rozsądniej byłoby się po cichu zdeportować, zostawiając ją samą sobie. Wiedziała jednak, że nie mogła tego zrobić – nie po tym, kiedy to jej nowiny wprowadziły Dainah w ten stan. Przez całą noc zastanawiała się, czy dobrze zrobił, przekazując przyjaciółce tę informację. Skoro jednak zdobyła się na to, teraz powinna zdobyć się na to, by zapytać, czy to coś zmieni w poukładanym życiu Dainah.
– Kawy? – warknęła w jej kierunku Dainah.
Isla pokręciła głową. Nie miała siły odpowiedzieć.
– Usiądź, ja dokończę – zaproponowała, wskazując na naczynia, która Dainah szorowała z taką mocą, że Isla była nieco zdziwiona, że jeszcze żadne z nich nie pękło w jej rękach.
Najwyraźniej pomyślała to w złym momencie, bo jeden z kubków poddał się naporowi siły i pękł na trzy części. Dainah syknęła i wypuściła skorupy z rąk.
Isla stanowczym ruchem odciągnęła ją od zlewu. Spojrzała tylko na rozciętą dłoń i westchnęła.
– Usiądź, musimy zrobić z tym porządek – powiedziała.
Dainah bez słowa dała się doprowadzić do krzesła, na które opadła tak nagle, jakby mięśnie po prostu odmówiły jej posłuszeństwa. Isla cicho szeptała zaklęcia, wodząc końcem różdżki po rozciętej dłoni, niezadowolona, że nie wzięła ze sobą eliksiru przeciwdziałającemu tworzeniu się blizn. Udało jej się jednak zatamować krwawienie i zasklepić ranę. Zabezpieczyła ją też mugolskim bandażem, który zwykła nosić w torebce.
Dainah przez cały ten czas siedziała w milczeniu, a nieobecny wzrok utkwiła w przeciwległej ścianie. Zachowywała się, jakby to nie jej dłoń była przedmiotem procesu leczenia, jakby sama znajdowała się tysiące kilometrów stąd.
– Co planujesz zrobić? – zapytała Isla, kiedy dłoń była już zabandażowana.
– Będę musiała dokończyć zaklęciem – mruknęła Dainah.
Isla westchnęła ciężko.
– Wiesz o czym mówię. Wracasz do Anglii?
Dainah spojrzała na nią tak chłodno, że Isla na chwilę wstrzymała oddech, bojąc się poruszyć.
– A mam jakiś powód?
*
Biegł, biegł od tak dawna, że nie pamiętał już, jak czuł się, kiedy nie bolało go całe ciało. Nie był pewny, gdzie powinien się kierować, gdzie znajdzie Harry’ego lub Petera, ale nie miał wątpliwości, że żaden z nich magicznie nie pojawi się na plaży, na którą dotarł tamtej nocy. Próbował sobie przypomnieć, gdzie mieszkała siostra Lily – o ile to u niej Dumbledore ukrył Harry’ego. Był pewien, że słyszał nazwę tego miasteczka dziesiątki razy. Tyle że wtedy, w innym życiu, miał o wiele ważniejszych spraw i nie przywiązywał wagi do czyjej mugolskiej siostry. Teraz była to najważniejsza informacja. Pamiętał, że mieściło się w Surry, Lily przecież tyle razy się śmiała, że on i Petunia byli prawie sąsiadami, skoro ich domy mieściły się w jednym hrabstwie.
Nagle poczuł w pysku suchość, która nie miała nic wspólnego ze zmęczeniem biegiem.
Dom.
Mógłby zajrzeć, choćby z daleka. Sprawdzić, czy nadal tam stoi, sprawdzić, czy Dainah… Może nadal tam mieszka? Czy chciałby ją oglądać? W końcu mogła ułożyć sobie życie. Mógłby zobaczyć ją z mężem i gromadką dzieci, choć wydawało mu się to irracjonalne. Mógłby jej zaszkodzić swoim pojawieniem się – nawet w psiej postaci. Mógłby jej tam nawet nie zastać, bo czyż nie głupotą wydawało się szukanie jej tam, gdzie ostatni raz widział ją dwanaście lat temu.
Stracił tak wiele czasu. Ona pewnie go nie traciła, nieuczciwym byłoby oczekiwanie, by też go traciła.
Nie pobiegł tam.
Gryfońska odwaga, szepnął prześmiewczo głos w jego głowie, który brzmiał za bardzo jak głos Dainah, by mógł o nim szybko zapomnieć.
Harry. Musiał myśleć o Harrym.
*
Isla bardzo starannie unikała tematu wydarzeń w Anglii, a Dainah bardzo starannie o nie nie pytała. Widywały się zresztą tak rzadko, że miały wiele innych tematów, przy pomocy których obie mogły udawać, że nikt taki jak Syriusz Black nie istnieje. Isla opowiadała o najśmieszniejszych przypadkach, na jakie trafiała w Mungu, a także o swoich współpracownikach, wspomniała nawet o pierwszych sukcesach i porażkach Sarah w Hogwarcie. Dainah mówiła trochę o swojej pracy, ale kiedy zdawała sobie sprawę, że nie ma nic ciekawego do opowiedzenia o współpracownikach czy innych znajomych, milkła, a na jej twarzy pojawiał się ledwo dostrzegalny grymas frustracji. Isla wtedy szczebiotała za nie dwie, świadoma, że bierze na siebie cały ciężar konwersacji, a taki stan rzeczy nie może trwać wiecznie. Żałowała też, że w tym roku zdecydowała się odwiedzić Auckland, kiedy Sarah była jeszcze w Hogwarcie. Być może ona miałaby garść ciekawych opowieści o McGonagall, Flitwicku czy Dumbledorze. Teraz jednak pisała egzaminy po drugim roku, a Isla powinna trzymać za nią kciuki, nawet jeśli była na drugim końcu świata.
– Dainah, znamy się tyle lat – zaczęła łagodnym tonem, a jej przyjaciółka posłała jej spojrzenie, które sugerowała, że powinna uważać na słowa, które zaraz padną z jej ust. Isla jednak wykazała się gryfońską niemal odwagą i kontynuowała: – Nie myślałaś o tym, by wyjść do ludzi? Powinnaś coś robić, może zacząć się z kimś spotykać, a nie tylko siedzieć w czterech ścianach.
Odpowiedział jej dźwięk kubka odstawianego na stół z taką stanowczością, że wedle wszelkiego prawdopodobieństwa naczynie powinno pęknąć. Dainah zdeportowała się z trzaskiem, a Isla wypuściła powoli powietrze. Może nie powinna była nic mówić. Nie rozumiała życia uczuciowego Dainah i choć starała się jej nie urazić, najwyraźniej jej się to nie udało.
Wyjrzała przez okno. Wieczór był przyjemnie chłodny i nie czuć było jeszcze zimy. 4 czerwca powinna już być wyczuwalna, jeśli wierzyć słowom Dainah.
*
Syriusz przez dwa lata starannie unikał tematu Dainah. Wiedział, że Remus krążył wokół niego, ale czekał na wyraźny sygnał, że Syriusz chce wiedzieć coś więcej na temat Ślizgonki, która była dla niego taka ważna, ale żadnego sygnału się nie doczekał. Syriusz pytał o Harry’ego, o wspólnych znajomych, o nauczycieli z Hogwartu, o członków Zakonu, o przedstawicieli ministerstwa i – w niektórych przypadkach – o znane sobie zwierzątka domowa tych osób, ale ani słowem nie wspomniał o tym, że chciałby wiedzieć, co stało się z Dainah. Kiedy jego krótkotrwała podróż po świecie – którą przecież wyobrażał sobie zupełnie inaczej – dobiegła końca i utknął na Grimmauld Place, boleśnie oczywistym stało się dla wszystkich, że dom ten był dla niego kolejnym więzieniem, nawet jeśli zamiast dementorów dręczyły go jego własne wspomnienia. Chciał coś robić, chciał uczestniczyć w walce, chciał być potrzebny. Kiedy tylko mógł opuścić Grimmauld Place, nie wahał się ani chwili.
Sam Syriusz starał się nie myśleć zbyt wiele o przyszłości. Wiedział, że ministerstwo wciąż go poszukuje, że wciąż w opinii magicznego społeczeństwa jest mordercą. Nie spodziewał się, że uda mu się to kiedykolwiek zmienić, dlatego swoich momentów tryumfu nad dementorami i nad ministerstwem upatrywał w tych krótkich momentach, kiedy mógł opuścić Grimmauld Place, kiedy mógł wyjąć różdżkę, rzucić jakieś zaklęcie, kiedy mógł choć przez chwilę żyć tym życiem, które brutalnie mu odebrano.
Wiedział, że to nie może trwać wiecznie. Prędzej czy później coś się wyda, złapią go, wróci do Azkabanu – a wizja ta sprawiała, że niejednokrotnie budził się w nocy zlany potem. Wolałby śmierć niż powrót do Azkabanu. W końcu czym innym byłoby ponowne osadzenie w tym miejscu, jeśli nie długą i bolesną śmiercią? A może dementorzy złożyliby na jego ustach swój pocałunek, wysysając jego dusz i, całe człowieczeństwo, a zostawiając w celi tylko pustą skorupę, która zalegałaby tam przez kolejne dziesiątki lat?
Takie myśli przychodziły mu do głowy zbyt często. Nie chciał o nich mówić Remusowi, który miał wiele własnych problemów. Mówił o nich Ognistej Whisky, zanim znikła ze szklanki. Mówił o nich własnym myślom. Mówił o nich baldachimowi nad łóżkiem i Hardodziobowi, jeśli miał pewność, że nikt inny go nie usłyszy. Mówił o nich Jamesowi i Lily, jeśli mu się śnili. Mówił o nich Dainah, jeśli i ona odwiedzała go w snach, choć zdarzało się to rzadko. Mówił o nich pyłkom kurzu widocznym w promieniach zachodzącego słońca i wiatrowi poruszającymi zasłonkami. Znikąd nie nadeszła odpowiedź. Był do tego przyzwyczajony.
Kiedy na Grimmauld Place dotarła informacja, że Harry wraz z przyjaciółmi znaleźli się w ministerstwie, nie było żadnych wątpliwości, że Syriusz ruszy wraz z resztą Zakonu. Harry był dla niego jak James, oddałby za niego życie.
Nikt nie wiedział jednak, że to był ten dzień, kiedy faktycznie będzie musiał je oddać.
*
Isla nie zdawała sobie sprawy, że przysnęła na kanapie w oczekiwaniu na powrót Dainah. Dopiero szum wody w kuchni uświadomił jej, że przyjaciółka już wróciła i najwyraźniej zmywa. Przetarła zaspane oczy i spojrzała na zegarek. Była trzecia w nocy. Kto zmywał o trzeciej w nocy?…
Kiedy jednak weszła do kuchni, zdała sobie sprawę, że Dainah nie tylko zmywała. Wszystkie szafki i blaty były umyte, a na stoliku suszyły się rzędy naczyń, które zdążyła już umyć. Najwyraźniej w ten sposób próbowała uporządkować swoje myśli i zapanować nad plątaniną myśli.
– Dainah? – zapytała cicho Isla.
Jej przyjaciółka nie przerwała zmywania i nie spojrzała na nią.
– Dainah, przepraszam, jeśli cię uraziłam.
– Nie powinno cię obchodzić, co robię ze swoim życiem – warknęła Dainah. – To moja sprawa, z kim się widuję lub nie widuję, jak spędzam wieczory i co robię, kiedy…
Na chwilę umilkła, a przez jej twarz przebiegł grymas bólu. Przestała zmywać, zaciskając dłonie na krawędzi zlewu. Zanim Isla zdążyła jednak zareagować, Dainah wypuściła powili powietrze i potrząsnęła głową, jakby odganiała natrętną muchę czy myśl.
– Może masz rację, może powinnam spróbować – powiedziała cicho, jakby na nowo odkrywając swój głos, ale szybko przechodząc do zdecydowanego tonu, który sugerował, że od właśnie pojętej decyzji trudno będzie ją odwieść. – Ale najpierw powinnam odwiedzić Anglię.

NA PSA UROK: 10.

Dainah nie była pewna, jak mogłaby opisać swoje życie po Hogwarcie. Przychodziły jej do głowy takie słowa jak wir czy tornado, ale jednocześnie stagnacja i poczucie zmarnowanego czasu były blisko za nimi. Wszystko, co miało być feerią barw, dźwięków i doznań, zlewało się ze sobą, z czasem tworząc pozbawioną kolorów papkę, która szczelnie wypełniała każdy z podszytych strachem dni. Kiedy opuszczała Hogwart, wiedziała, że za jego murami toczy się wojna. Doświadczyła jej skutków, przez które – gdy stanęła na King’s Cross – nie czuła się gotowa ruszyć w świat, bo choć nic jej nie trzymało, a cały swój dobytek mogła zmieścić w kufrze, to pulsowała w niej tak fundamentalna niezgoda na zastaną rzeczywistość, że myśl o wyjeździe sprawiała jej niemal fizyczny ból. Nie rozumiała tego, bo przecież jeszcze w Hogwarcie o tym myślała. Potem wielokrotnie żałowała, że nie przekonała samej siebie i z cichym trzaskiem nie deportowała się gdzieś daleko, gdzie wojna nie byłaby jej zmartwieniem.
Pierwszych kilka dni spędziła w domu Susannah, w końcu kto by nie chciał okazać dobrego serca sierotce. Kiedy jednak zdała sobie sprawę z tego, że nie może dłużej udawać dziecka, na które czekają całkiem niedziecięce zadania, znalazła jakieś mieszkanie w Londynie. Złoto w Gringotcie pozwoliło jej nie martwić się o jutro przez kilka miesięcy, ale kiedy stało się jasne, że wojna nie sprzyja przedsiębiorczości, a pracy dla młodych czarownic nie ma zbyt wiele, podczas gdy praca wśród mugoli może skończyć się represjami ze strony Czarnego Pana, musiała zacząć myśleć o jakiejś alternatywie. To był kolejny z momentów, w których mogła uciec z kraju, ale tym razem znów została zatrzymana. Kiedy pakowała kufer, w drzwiach stanął Syriusz, mącąc jej w głowie tak, jak tylko on potrafił.
Została. W końcu znalazła jakąś pracę – nisko płatną i niewymagającą wiedzy, którą ona dysponowała. Niezależnie od tego, czy trwa wojna, pracownicy magazynu w sklepie ze składnikami eliksirów zawsze są potrzebni. Pracowała w dziwnych porach, mając poczucie, że mieszka w tym magazynie. Było to łatwiejsze, niż przyznać, że Syriusz łagodnie i niemal niezauważalnie zorganizował jej życie i stał się jego integralną częścią. Kiedy liczyła wątroby nietoperza albo ważyła suszone kwiaty lebiody, łatwiej było zapomnieć o tym, jak zagubiona była tego dnia, kiedy była o jakiś kwadrans od ucieczki.
– Wyjeżdżasz – stwierdził wtedy Syriusz.
– Co mnie zdradziło? – odpowiedziała, unosząc wyzywająco brew.
Syriusz przeszedł przez hol i zajrzał do salonu. Puste półki w szafie, które widać było przez otwarte drzwi, potwierdzały jego przypuszczenia jeszcze dobitniej niż wypakowany kufer stojący na środku mieszkania.
– Planowałaś się pożegnać?
Westchnęła ciężko.
– Być może – powiedziała. Podnosząc wzrok i napotykając badawcze spojrzenie jego szarych oczu. Kryło się w nich coś, czego wolała nie nazywać. Coś, co sprawiała, że w gardle zaczęła jej rosnąć gula.
– Może masz rację – rzucił z tak wystudiowaną obojętnością, że przez moment aż się poczuła nią dotknięta.
– Czasy są niebezpieczne.
– Są – zgodził się, choć ona poczuła, jakby bardzo energicznie zaprzeczył.
Wtedy, w tym momencie, poczuła, jakby miała osiem lat i bardzo, ale to bardzo potrzebowała kogoś, kto jej powie, co powinna zrobić. Oczywiście nie mogła na nikogo takiego liczyć – ani teraz, ani, tak naprawdę, wtedy. Była tylko ona, rozdarta między kufrem a Syriuszem, który przecież jej nie zatrzymywał. Nie czuła się zatrzymywana. Czuła coś innego.
– Nie stać mnie na to pieprzone mieszkanie – wyrzuciła z siebie cicho, jakby bała się, że jeśli powie to głośniej, właściciel wyrzuci ją na bruk już w tym momencie. – Nikt nie mówił, że to będzie takie trudne.
– Co?
– No… Wszystko. – Wyrzuciła w górę ręce, zaczynając mówić coraz głośniej. – Te wszystkie lata nauki się nie liczą, nie tak, jak powinny. Siedzimy tu wszyscy, wszyscy, jak kaczki czekające, aż nas ktoś kolejno wymorduje. Żaden egzamin nie przygotowuje do tego, że z dnia na dzień musimy przejść od noszenia mundurków i pisania esejów o bezoarach do szukania pracy, płacenia rachunków i tego wszystkiego, a do tego Prorok wciąż donosi o jakichś incydentach – wypluła ostatnie słowo z jadem. Śmierć jej rodziców, gdyby zdarzyła się teraz, pewnie też byłaby incydentem. Kilka miesięcy temu była jeszcze tragedią. – Nie na to się pisałam.
– Wiesz już, gdzie uciekniesz?
Spojrzała na niego zdumiona. Spodziewała się wielu pytań, kilku oskarżeń, może nawet jakiejś prośby. Ale nie tego. Nie próbował jej zatrzymać? Czy uległaby mu, gdyby spróbował? Nie musiał nic mówić ani robić, żeby zamącić jej w głowie. Kiedy się pakowała, w żadnym momencie nie pomyślała o tym, że gdyby uciekła, mogłaby już nigdy nie zobaczyć jego oczu, nie usłyszeć jego śmiechu. I to było nagle o wiele bardziej przerażające niż rachunki i niepewność jutra.
Nie uciekła. Syriusz zaproponował, żeby wprowadziła się do niego – póki sobie nie znajdzie czegoś lepszego – na co Dainah przystała z pewnymi oporami. Nie była pewna, czy on miał takie same opory, kiedy składał jej tę propozycję, ostatecznie minęło niewiele czasu, od kiedy odmówiła takiej samej ofercie, depcząc jego męską dumę. Wtedy tłumaczyła, że to za wcześnie, powodów było mnóstwo, od dumy poczynając, na obawach o to, co stanie się, jeśli im nie wyjdzie, kończąc. Teraz jednak obawy schodziły na drugi plan wobec kwestii tak prozaicznych jak konieczność płacenia rachunków złotem, którego było coraz mniej i mniej.
Oczywiście, mieszkając z Syriuszem nieustannie spotykała jego przyjaciół z Hogwartu, którzy okresowo również zdawali się mieszkać na jego – ich? – kanapie w salonie. Zawsze jednak w końcu znikali, zostawiając po sobie nieporządek na stoliku do kawy. Dainah nie miała nic przeciwko ich obecności, o ile nie musiała spędzać z nimi zbyt wiele czasu. Traktowali ją serdecznie, choć z pewną rezerwą. Kiedy rozmawiali – byli otwarci, nie wahali się ostro komentować sytuacji politycznej, o której przecież tak wielu starało się nie mówić, by nie stała się jeszcze brutalniej rzeczywista. W końcu jednak zawsze jako temat pojawiali się śmierciożercy, którzy – podobnie jak ona – byli Ślizgonami. I choć nie dali jej odczuć, że ją podejrzewają o szpiegostwo czy popieranie Czarnego Pana, to jednak gdzieś w powietrzu, między kubkiem herbaty a talerzem z ciastkami, wisiało to niezadane pytanie, czy coś wie, czy coś widziała, czy na pewno jest po właściwej stronie. Znikało ono tak szybko, jak się pojawiało, ale Dainah nie mogła czuć się w pełni swobodna, nawet jeśli siedziała oparta o Syriusza, który emanował przecież zaufaniem i niejako ręczył za nią.
Zwykle więc nie przysłuchiwała się dyskusjom politycznym, by uniknąć tego nieprzyjemnego momentu, który z czasem pojawiał się coraz rzadziej i rzadziej. Zamiast tego w możliwie nienachalny sposób przyglądała się Lily Potter, która z takim frustrującym spokojem i gracją piła herbatę, śmiała się ze wszystkich żartów Jamesa, a później, kiedy wiosna ustępowała już latu 1980 roku, gładziła się po brzuchu pęczniejącym jak owoc tuż przed zerwaniem. W Lily było coś irytująco nierzeczywistego, jakby cała ta wojna, w której żyli oni, jej nie dotyczyła, choć widać było, że żywo interesuje się kolejnymi zaginięciami i mordami. Podobnie jak James, Syriusz i pozostali. Dainah czasami zastanawiała się, czy nie znajduje się w samym środku jakiejś grupy, która planuje uderzyć na śmierciożerców w sposób skrajnie gryfoński i nieodpowiedzialny. Czasami, kiedy Syriusz znikał na parę dni, bała się, że w kolejnym Proroku znajdzie artykuł o jego śmierci. Strach ten tkwił głęboko w jej kościach i paraliżował ruchy, kiedy się tego najmniej spodziewała. Była pewna, że Lily Potter nie doświadczała czegoś takiego, za to tkwiła – nierzeczywista i jakby zatrzymana w czasie – w oczekiwaniu na coś; na Jamesa, na dziecko, na lepsze czasy.
Dainah jej nie znosiła.
*
Kiedy na świat przyszedł Harry James Potter, sytuacja stała się jeszcze bardziej nieznośna. Dainah nie wiedziała dlaczego, ale wszyscy wydawali się oczekiwać ataku. W przypadku Lily mogłaby to zrozumieć, słyszała o szoku poporodowym, ale nie miała pojęcia, że mógł się on udzielać mężczyznom. I to w takiej liczbie. Wszyscy czterej byli w jednakowych częściach dumni i przerażeni przyszłością, a ona znów nie przystawała do tego towarzystwa, siedząc gdzieś na uboczu, czasami z mechaniczną uprzejmością podtrzymując rozmowę i ze wszelkich sił unikając wzięcia niemowlęcia na ręce. Ilekroć widziała, że Syriusz go trzymał, czuła coś, czego wolała nie nazywać. Domyślała się, że to jakaś zakodowana gdzieś głęboko w niej reakcja na widok przystojnego mężczyzny z dzieckiem, która – gdyby nie była kontrolowana – miałaby skłonić Dainah do sprawienia sobie takiego samego dziecka. W tej atmosferze, kiedy wokół wciąż ginęli ludzie, a nikt nie mógł być pewny jutra, byłoby to skrajną głupotą, dlatego dławiła ten instynkt, bardziej przerażona wizją ewentualnej ciąży niż rozochocona fantazją Syriusza z dzieckiem. Zresztą wyobraźnia nie była w stanie przedstawić jej obrazów innych niż te, które już widziała. Nie sądziła, że mają przed sobą jakąś przyszłość, a na pewno nie taką, którą powinni fundować innej istocie ludzkiej.
Syriusz jednak zdawał się sądzić inaczej. Pewnego wieczora, kiedy w ich salonie nie było żadnych gości, wypalił:
– Harry jest świetnym dzieckiem.
– Mhm – zgodziła się, nie wyściubiając nosa zza książki, którą czytała. To nie był temat, który chciała poruszać.
– Prawie nie płacze, a kiedy dziś się uśmiechnął… – zaczął, po czym urwał, gdy zauważył, że Dainah na niego nie patrzy. – Nie lubisz dzieci, Pool?
Dainah opuściła książkę, a po jej kręgosłupie przebiegł dreszcz. Nigdy nie poruszali tego tematu, w całej swojej nastoletniej naiwności uważając, że właściwie nie ma o czym rozmawiać, a wizja decyzja o ewentualnym rodzicielstwie jeszcze daleko przed nimi.
– To nie jest dobry czas dla dzieci – stwierdziła wymijająco.
Syriusz pokiwał głową i usiadł obok niej. Tego dnia był jakiś nienaturalnie wyciszony, jakby wciąż myślał nad czymś bardzo intensywnie. Nie zapytała, czy coś go gryzie. Gdyby chciał, mógłby jej powiedzieć. Zamiast tego pieszczotliwie zmierzwiła jego włosy na nasady czaszki.
– A w przyszłości? – zapytał niespodziewanie, kiedy Dainah zupełnie nie spodziewała się, że z jego ust padną jakiekolwiek słowa.
– W przyszłości… co? – zdziwiła się, na wszelki wypadek zabierając rękę i kładąc ją bezpiecznie na księdze.
– W przyszłości byłby lepszy czas? Na dzieci? – doprecyzował, widząc jej zaskoczenie. Kiedy milczała o ułamek sekundy za długo, dodał: – Nieważne, Pool. Nie odpowiadaj.
Ulżyło jej, bo nie wiedziała, co zdecydowałaby się odpowiedzieć. Nie była w stanie myśleć o przyszłości – żadnej – dlatego wizja jakiegokolwiek potomstwa nie mieściła się w jej świadomości. Syriusz najwyraźniej odebrał to inaczej, bo przepadł gdzieś na cały wieczór, wracając dopiero nad ranem. Udała, że wcale jej nie obudził, kiedy kładł się do łóżka w promieniach wschodzącego słońca, i że wcale nie przeszkadzał jej zapach mugolskich papierosów. Znów gdzieś się włóczył motorem, wiedziała, ale przecież nie miała prawa mu tego zabraniać, niezależnie od tego, jak bardzo nie znosiła tej maszyny. Syriusz najwyraźniej udawał, że jej wierzy, kiedy udawała, że śpi, bo przez dłuższą chwilę leżeli tak w milczeniu, każde zamknięte w świecie swoich myśli.
– W porządku – westchnęła, nie mogąc znieść tej ciszy. – W przyszłości.
Syriusz nie usłyszał. Odpowiedziało jej jego ciche pochrapywanie.
*
Wojna nie jest ekscytująca. Nie przypomina tego, co czyta się w książkach – tam ktoś wycina te nudne momenty „pomiędzy”, snując opowieść złożoną tylko z najciekawszych fragmentów, pełnych akcji i emocji, bohaterstwa i niebezpieczeństwa. Dainah ciągle jednak żyła „pomiędzy”, czekając bez większych nadziei na to, że w końcu coś się zmieni. Jej magazyn zdawał się neutralny politycznie, bo – jak podejrzewała – z jego usług korzystały obie strony. W końcu w czasach, które nastały, niełatwo było zrealizować wszystkie zamówienia, a jednak jej szefostwu się to udawało.
Dainah nie zadawała pytań.
Widziała wiele rzeczy, które powinny zrodzić w jej głowie pytania, słyszała wiele i równie wiele przeczuwała, ale miała bardzo silne poczucie, że to wszystko dzieje się gdzieś obok. Oczywiście, miało to wpływ na jej życie, ale nie czuła się zobligowana do uczestnictwa w tej wojnie. Świat wyglądał dostatecznie ponuro z punktu, w którym się znajdowała; nie sądziła, by mógł nabrać jaśniejszych barw, gdyby opowiedziała się po jednej ze stron, ściągając na siebie gniew tej drugiej. Syriusz natomiast przeciwnie – wypowiadał się śmiało, bezkompromisowo, jakby śmierć nie mogła go dosięgnąć. Jednocześnie podziwiała jego odwagę i się jej bała – w końcu któregoś dnia mogła wrócić z pracy i odkryć, że już nigdy go nie zobaczy. Czy byłoby to w jakiś sposób różne od tego, co by się stało, gdyby wtedy, po Hogwarcie, wyjechała? Oczywiście, zostawał czas „pomiędzy”, te miesiące, które mijały tak bezczynnie, a jednak wypełnione były krótkimi momentami śmiechu i czułości. Czasami, kiedy czytała prasowe doniesienia o kolejnych mordach, te momenty wydawały jej się niemal skradzione, a przez to w dwójnasób upajające.
Szczęście było w tamtych czasach tylko prywatne. Na ulice wylało się szeroką falą dopiero z początkiem listopada. Kiedy Dainah wyszła z magazynu, spodziewała się jesiennej mżawki i pustych ulic. Tymczasem zza chmur wyglądało słońce, które leniwie wspinało się po widnokręgu, a Pokątna, przez którą musiała przejść, wypełniona była ludźmi.
– Sama-Wiesz-Kto nie żyje! – krzyknął jej prosto do ucha jakiś czarodziej, którego oddech śmierdział cebulą i Ognistą Whisky.
Dainah zatoczyła się nieco, próbując przed nim uciec. Zderzyła się z przysadzistą czarownicą, która powiedziała „Ciesz się, kochanie!”. Wszyscy byli radośni i zgadzali się co do jednego: Czarny Pan nie żył. Nie mogła się doczekać, aż podzieli się tą wieścią z Syriuszem; zresztą, pewnie on już wiedział, pewnie znał już jakieś szczegóły.
Kiedy jednak teleportowała się do domu, Syriusza w nim nie było.
Pewnie jeszcze gdzieś świętuje. On i James nie mogliby usiedzieć w domach, pomyślała. Niedługo wróci.
Ale Syriusz nie wrócił do wieczora. Daniah myślała, że obudzi ją w okolicy południa, może trochę później, dzieląc się z nią swoją wesołością, ale kiedy otworzyła oczy, za oknem było już ciemno, a dom był cichy i pusty. Przetarła twarz dłonią i wstała z kanapy, na której spała. Czuła lekki kurcz szyi i dojmujące poczucie, że coś było nie tak.
Przez chwilę kręciła się po domu, próbując znaleźć sobie miejsce i zdecydować, co powinna zrobić. Miała nadzieję, że przesadza, a jej obawy są nieuzasadnione. Kiedy jednak znalazła Proroka Niedzielnego, którego sowa musiała dostarczyć wcześniej tego dnia, zrozumiała, jak bardzo uzasadniona była każda obawa, którą tego dnia poczuła. Ledwie zaczęła czytać, nim nadleciała sowa z Prorokiem Wieczornym, który jeszcze bardziej zmroził krew w jej żyłach.
Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać pokonany!, grzmiał pierwszy tytuł. Gdzieś na dole strony, niby zbędny dodatek, ktoś napisał: Młode małżeństwo nie żyje. I pewnie nawet by się tym nie zainteresowała, gdyby nie okładka wieczornego wydania gazety. Spoglądały z niej oszalałe z bólu i wściekłości oczy Syriusza. Zabójca Potterów ujęty!, napisano.
Dainah poczuła, jak odpływa jej z głowy cała krew i lokuje się gdzieś w stopach, czyniąc je nieznośnie ciężkimi. S-Syriusz? Ale…, przemknęło jej przez myśl, choć nie potrafiła nawet sklecić zdania. Patrzyła tyko na poruszające się zdjęcie, z przerażeniem zauważając, że to nie oczy były najbardziej charakterystycznym jego elementem. Syriusz się… śmiał.
Oskarżyli go o zabójstwo, przypomniała sobie. A on się śmiał.
Dawno nie czuła w żołądku tak lodowatego uścisku. Nie była pewna, czy stoi, czy siedzi, ale wiedziała, że musi się ruszać. I to szybko. Kto wie, ile czasu minęło od aresztowania, a ona właśnie siedziała w jego domu. W domu mordercy. Lub oskarżonego o morderstwo.
Zabójca Potterów? To przecież niedorzeczne, pomyślała, ale przed oczami znów stanęło jej to zdjęcie. Opętańczy śmiech i szalone oczy. Nie była już taka pewna bólu i wściekłości, które widziała w nich wcześniej. A jeśli to Imperius?
Z energią, której się po sobie nie spodziewała, wyciągnęła z szafy swój szkolny kufer, szybko wypełniając go rzeczami, które znalazła w szafie. Nie miała czasu sprawdzać, czy każda ze skarpetek miała swoją parę ani czy wśród jej bluzek nie zaplątała się koszula Syriusza. Czuła rosnącą panikę, która kazała jej przyspieszać ruchy, oszczędzać każdą sekundę. Przyjdą tu, przyjdą tu, nie mogą mnie znaleźć, on ich nie mógł zabić, nie mogą mnie znaleźć, nie mogę brać w tym udziału, powtarzała jak mantrę, choć gdy wspominała ten nieprzyjemny moment po latach, nie była pewna, co wywołało w niej aż tak silną potrzebę ucieczki. Zawsze uciekała przed problemami, ale – jak przyznawała później ze wstydem – nawet przez chwilę nie myślała, żeby o niego walczyć. Nie przyszło jej do głowy, że jest jeszcze jakaś szansa, że mogła coś powiedzieć lub zrobić, by uchronić Syriusza przed Azkabanem. Zamiast tego spakowała kufer, usuwając z jego domu wszelkie ślady swojej obecności, jakby nigdy nie była częścią jego życia, jakby nic ich nie łączyło.
Tym razem chwyciła za rączkę kufra i się zdeportowała, uciekając z kraju. Nie było już nikogo, kto mógłby ją zatrzymać.

Na psa urok: 09.

Owutemy nadchodziły. Dainah czuła, jakby w każdej chwili mogła się aportować obok niej komisja egzaminacyjna, która nakazałaby jej pisanie egzaminu już, zaraz, teraz, kiedy ona nie była na to psychicznie gotowa. Wątpiła, czy kiedykolwiek będzie gotowa zmierzyć się z czymś, co ma decydować o jej przyszłości w takim stopniu jak te egzaminy. „Jakiej przyszłości?”, mamrotała czasami Isla, przeglądając Proroka Codziennego, a Dainah i Susannah nie pozostawało nic poza dość obojętnym skinieniem głowami. To, co działo się za murami Hogwartu, choć przecież nie przybliżało się do nich geograficznie, stawało się coraz bliższe, coraz bardziej realne, niemal namacalne. Doniesienia były coraz bardziej ponure, choć Dainah była nieco odrętwiała, jakby wyłączona z rosnącego podenerwowania towarzyszącego wielu jej kolegom i koleżankom; ostatecznie, co mogło ją spotkać? W momencie, kiedy opuści mury Hogwartu, stanie przed perspektywami tak szerokimi, że czasami, gdy o nich myślała, wpatrując się w ciemnozielony baldachim nad swoim łóżkiem, zapierało jej to dech w piersi.
„Chciałbym zobaczyć trochę świata”, powiedział Syriusz, kiedy byli w Londynie. Może to nie był zły pomysł. Może jej głupi upór, który kazał jej oświadczyć, że najprawdopodobniej nigdy nie opuści Anglii, pozwoli jej przekroczyć granicę. Może jego chęć walki przegra z chęcią zwiedzania świata. Może… może to im wystarczy.
Póki co jednak zdawało się, że wystarczały im schadzki w opuszczonych klasach, w czasie których ze wszelkich sił trzymali się tego, co działo się tu i teraz, zostawiając resztę świata za drzwiami. Świat nie dawał jednak o sobie zapomnieć, co jakiś czas pojawiając się w ich rozmowach, które ze słowa ze słowo stawały się zbyt poważne, zbyt prawdziwe i dorosłe, jakby nagle zapominali o maskach dzieci, które przecież wszyscy w zamku desperacko przybierali na tych kilka ostatnich tygodni. Dainah nie była dobra w utrzymywaniu pozorów, Syriusz również w tym nie przodował, co zdecydowanie ułatwiało nagłe zmiany tematu z eliksirów na ostatnie doniesienia o atakach śmierciożerców.
– Nie, pojedynek Dumbledore’a z Grindelwaldem był czymś zupełnie innym – oświadczyła Dainah, przywołując cały autorytet siedmioletniej nauki historii magii.
Syriusz machnął ręką tak samo, jak machnął ręką na historię magii po zdaniu suma.
– Zawsze są tacy, których ciągnie do czarnej magii. Różnice są marginalne.
– Gdyby tak było, nie sądzisz, że Dumbledore już by coś zrobił?
– Nie sądzisz, że już może coś robić?
Dainah spojrzała na niego pytająco, a Syriusz szybko skierował wzrok w kąt sali, jakby starał się dać jej do zrozumienia, że nic więcej na ten temat nie powie.
Innym razem wspomniał coś o konieczności przeciwstawienia się śmierciożercom. Jeszcze kiedy indziej wtrącił coś o potrzebie walki i o nadziei, która leży w młodym pokoleniu. Zawsze powstrzymywał się, zanim powiedział za wiele, ale na jego twarzy malowała się determinacja, która trochę przerażała Dainah. Było bowiem oczywiste, że Syriusz ani na krok nie opuści Anglii. Cały czas nie dawało jej to jednak spokoju i pewnego razu zaproponowała mu wspólną wyprawę na kontynent. Były to dziecinne mrzonki, bo żadne z nich nie miało dostatecznie dużo złota, by móc planować jakiekolwiek przygody, ale Syriusz i tak się zasępił.
– O co chodzi? – zapytał, patrząc na nią tak poważnie, jakby właśnie przybyło mu przynajmniej dziesięć lat. Jakby był prawdziwym dorosłym, wiedział, co robi, i w jakiś sposób potępiał jej dziecięcą próbę ucieczki przed odpowiedzialnością. – Nigdy nie mówiłaś, że chcesz wyjechać z kraju.
Dainah zmrużyła oczy, odpowiadając mu tonem tak chłodnym, że przez chwilę spodziewała się zobaczyć szron na oknach.
– Nigdy nie sądziłam, że znajdę się w środku wojny – powiedziała.
Syriusz uśmiechnął się smutno.
– Nie mamy wpływu na czas, w jakim żyjemy.
– Mamy za to wpływ na miejsce – upierała się.
– Co chciałabyś ode mnie usłyszeć, Dainah? – warknął.
Milczała, ale jednocześnie patrzyła na niego z taką uwagą, jakby właśnie ważyła słowa. Oboje zdawali się żałować, że nie są w stanie wykorzystać legilimencji, by wniknąć do umysłu tej drugiej osoby i dowiedzieć się, do czego właściwie prowadzi rozmowa, którą odbywają gdzieś między zwojem pergaminów i krzesłem o trzech nogach.
– Czego ty właściwie chcesz, Pool? – zapytał spokojniej.
Dainah poczuła, jak po kręgosłupie przebiega jej zimny dreszcz. To pytanie było niosło tak silny ładunek emocjonalny, że nawet nie była pewna, co powinna odpowiedzieć. Mogła je zbyć, ale byłoby to sztuczne, równie sztuczne byłoby obrócenie go w żart, ale nie czuła się na siłach, by zdobyć się na szczerość, zwłaszcza że w jej głowie panował chaos. Sama nie była pewna, czego chce, więc jakże mogła przekazać mu jakąś okrojoną wersję swoich pragnień – taką, którą powinien znać, nie pełną, ale też nie nieprawdziwą.
Zagryzła lekko wargę, jakby chciała w ten sposób powstrzymać się przed wypowiedzeniem słów, o których wiedziała, że wcale nie chce, by padły z jej ust.
Syriusz odgarnął z czoła włosy, które nagle zaczęły mu przeszkadzać. Popatrzył na nią pytająco, a w szarych oczach kryła się determinacja.
– Pool?
Dainah uciekła oczami w przeciwległy kąt pomieszczenia.
– Co mam ci powiedzieć? – zapytała głucho.
Syriusz nie był dobry w czekaniu, nawet jeśli milczał, Dainah wiedziała, że zaciska zęby, a jakaś część jej umysłu chciała nakazać jej dotykanie jego twarzy, wodzenie palcami wzdłuż szczęki, jakby mechanicznie przywracała mu spokojniejszy wyraz twarzy i spokój ducha. Nie była gotowa na konfrontację i nie była pewna, jak właściwie znaleźli się w tej sytuacji. Powtarzali eliksiry i nagle mieli rozmawiać o przyszłości, która wcale nie rysowała się w jasnych barwach? Czego oczekiwał, że zarzuci mu ramiona na szyję i na przydechu wyzna, że marzy jej się domek na przedmieściach, dwójka dzieci i kudłaty pies? Oboje byli zbyt poważni, zbyt świadomi sytuacji poza murami zamku, by coś takiego mogło między nimi wybrzmieć. Czy miała snuć opowieść o tym, jacy będą szczęśliwi? O to mu chodziło? Czy może powinna mu przedstawić gorzką opowieść, w której przynajmniej jedno z nich nie dożywa dwudziestych urodzin?
– Chcesz uciec? – zapytał, a słowa brzmiały, jakby ich wymówienie sprawiało mu trudność. – Chcesz zostawić Anglię?
Czy chciał zapytać „Chcesz zostawić mnie?”, czy tylko miała nadzieję, że chciał?
– Nie wiem – przyznała, nadal patrząc w odległy kąt pomieszczenia. Każda komórka ciała kazała jej odwrócić jego uwagę, pocałować go lub wybiec z sali, ale jednak Dainah trwała w miejscu, boleśnie świadoma tego, że jej wysiłki nie zostaną zauważone przez Syriusza, który najwyraźniej nigdy nie miał ochoty na tak spektakularne ucieczki.
– A więc nie chcesz z nimi walczyć.
– Walczyć? – powtórzyła, przenosząc w końcu na niego wzrok.
Spodziewała się zobaczyć buńczucznie wysunięty podbródek i oczy błyszczące głodem przygody. Tymczasem Syriusz wyglądał na zagubionego, po raz pierwszy od dawna tracąc tę aurę człowieka, którego problemy nie dotyczą. Był takim samym dzieciakiem jak ona, mogli oboje udawać, że są dorośli i mogą decydować o swojej przyszłości, ale w tej sali, w tej chwili byli przestraszonymi małolatami. Nie mogła mieć do niego żadnych pretensji.
– Walczyć – powtórzył. – Nie możemy… Musimy… Tak nie może być – dodał, jakby to wyjaśniało wszystko.
Dainah chciała być z nim całkowicie szczera – zasługiwał na to, zwłaszcza teraz, kiedy był tak otwarty. Jego emocje – zwykle skryte pod maską pewności siebie – kłębiły się teraz wokół niego i miała świadomość, jak łatwo może go zranić. Tak samo łatwo jak on ją.
– Nie, nie sądzę – powiedziała w końcu, tonem tylko trochę głośniejszym od szeptu.
Syriusz pokiwał głową.
– Twoi rodzice… – zaczął.
– Nie wiem, dlaczego zginęli – przerwała mu szybko, niegotowa na roztrząsanie ich śmierci w kontekście tego, jak powinna się zachować w obliczu narastającego konfliktu.
Syriusz milczał przez dłuższą chwilę, a ona nie była dostatecznie odważna, by na niego spojrzeć i spróbować odczytać, jakie myśli mogą kłębić się w jego głowie. Gdyby uniosła wzrok, czy w jego oczach zobaczyłaby odrazę czy zrozumienie? Nie chciała się przekonywać, jeszcze przez kilka sekund pozwalając sobie myśleć o tym, że mają przed sobą jakąś przyszłość, że kiedy dziś wyjdą z tej sali, nie rozejdą się każde w swoją stronę.
– Nawet jeśli wyjedziesz – zaczął powoli, z trudem wypowiadając kolejne słowa – czy przyjdziesz na mój pogrzeb?
Po raz pierwszy od dawna Dainah nie była w stanie odpowiedzieć, bo w gardle utknęła jej gula wielkości trolla górskiego.
*
Owutemy minęły szybciej, niż się spodziewała. Przemierzała korytarze jak duch, nie mogąc nigdzie znaleźć sobie miejsca, a jednocześnie czując, że nie przynależy do żadnej z grup, które mijała. Czuła, że Hogwart po raz pierwszy w jej życiu jest zbyt mały, że mury zamku ją duszą, nie pozwalając wyrwać się i oddychać pełną piersią. Nie była pewna, gdzie dokładnie miałaby nią oddychać, skoro Hogwart był w tym momencie najbezpieczniejszym miejscem w całej Anglii. Wiedziała jednak, że nie mogła się doczekać, kiedy w końcu wsiądzie do Hogwarts Expressu i wróci do Londynu. Nie miała pojęcia, co będzie tam robiła, ale każdy mięsień w jej ciele napinał się w oczekiwaniu na działanie, w oczekiwaniu na powiew londyńskiego powietrza, które powinno otrzeźwić jej umysł i sprawić, że będzie wiedziała, co powinna robić.
Każdy egzamin przybliżał ją do ucieczki od troski Susannah i paniki Isli, od pytających spojrzeń przyjaciół Syriusza i w końcu od samego Syriusza, którego zawiodła w chwili, kiedy potrzebował jej najbardziej. Nie potrafiła stanąć na wysokości zadania i być z nim brutalnie szczera. Nie potrafiła przywołać słów, które oddałyby choć fragment tego, co czuła. Dlatego też zrobiła to, co umiała najlepiej – spróbowała odwrócić uwagę Syriusza, a potem uciekła. Wiedziała, że go rani, ale bała się, że jeśli tam zostanie, to ona wyjdzie z tej sali poraniona. Od tego czasu nie rozmawiali, oboje zbyt dumni, żeby przełamać ciszę. Albo – czego się obawiała – on już nie miał jej nic do powiedzenia, skoro nie była w stanie obiecać, że spełni ostatnią prośbę człowieka, który zdawał się mieć świadomość, jak ulotne jest życie.
W końcu, ostatniego dnia, kiedy rozpierała ją energia i chęć działania, Syriusz podszedł do niej w Wielkiej Sali. Nie spodziewała się go zobaczyć; nie spodziewała się nikogo. Myślała, że tego dnia będzie sam na sam ze swoją jajecznicą, dlatego kiedy poczuła znajomy zapach tuż obok siebie, niemal podskoczyła.
– Syriusz?
– Dainah, sądzę, że powinniśmy porozmawiać – powiedział spokojnie, by nie zwracać na siebie uwagi innych Ślizgonów. Jakby było to możliwe! Gryfon przy stole Slytherinu zawsze zwróci na siebie uwagę.
– O czym? – zapytała, bo choć była naładowana energią, nie miała pewności, czy wystarczy jej siły na poważną rozmowę.
– O tym, co się stało – powiedział. – O nas.
Przez stół przetoczyło się parę syknięć i złośliwych komentarzy, ale żadne z nich nie zwróciło na nie większej uwagi.
Wyszli na błonia i choć początkowo wydawało się, że żadne nie chce zaczynać rozmowy, to Dainah po raz pierwszy od dłuższego czasu poczuła, że opuszcza ją niepokój, a napięcie w mięśniach, które kazało jej działać, zmniejsza się. Odetchnęła głęboko, pozwalając sobie na chwilę radości z tego, że czuje na twarzy promienie słońca i lekki, letni wiatr. A potem spojrzała w szare oczy Syriusza.
– Jak egzaminy? – zaczęła od bezpiecznego tematu, jakby nie była pewna, jak powinna się do niego odnosić.
Posłał jej jeden z tych uśmiechów, które sprawiały, że miękły jej kolana. Wiedziała, że niezależnie od tego, co stało się w tamtej sali, nadal potrafią rozmawiać. I tego ranka to jej wystarczało.

Łapy przy sobie: dziesięć

Trzydziestego pierwszego sierpnia 1978 roku nie skatalogowałam ani jednej nowej przepowiedni. Po wejściu do Departamentu Tajemnic skierowałam się prosto do pomieszczenia, w którym sypiał Gaus. Dwie pierwsze godziny pracy spędziłam, bawiąc się z demimozem w odbijanie piłeczki od ścian. Była to nieco bezsensowna gra, bo Gaus łapał ją za każdym razem, zawczasu znając jej trajektorię, ale mimo to bawiliśmy się świetnie.
Nie wolno było mi wypuszczać go do Sali Przepowiedni bez smyczy, ale nie dbałam o to. Wbił we mnie swoje wielkie, zdziwione oczy, ale nie czekał na mocniejszą zachętę. Wybiegł w stronę głównej alejki tak szybko, że nie miałam szans go dogonić. Byłam przekonana, że gdy tam dotrę, już go nie zobaczę.
Ku mojemu zdziwieniu Gaus nie stał się jednak niewidzialny. Dogoniłam go w jednym z bocznych rzędów. Chciałam go pogłaskać i jakoś zachęcić do ucieczki, ale on nie zwracał na mnie uwagi. Kręcił się szaleńczo wokół regału, do którego przez dwa miesiące pracy w Sali Przepowiedni nie zdążyłam jeszcze dotrzeć – świadczyła o tym gruba warstwa kurzu, pokrywająca niemal wszystkie stojące na półkach kule.
Przebiegłam wzrokiem po etykietach. Sądząc po inicjałach, cały regał wypełniony został zapisami przepowiedni wygłoszonymi przez jedną osobę i nie musiałam nawet specjalnie sprawdzać dat, żeby domyślić się, kto mógł być tak płodny. Moja uwaga naturalnie skupiła się na tych opisach, które zawierały znane mi nazwiska – z wariacko kołaczącym sercem czytałam:
„A.S.I do J.D. – Justice Dawn”, „A.S.I do M.S. – Mercy Snicket”, „A.S.I do R.S. – Roman Snicket” oraz kilka innych oznaczonych inicjałami i imionami moich stryjów i ciotek. Dodatkową sensację w żołądku wzbudzało to, że wszystkie zostały podpisane odręcznym, cienkim pismem mojego ojca.
Przeszłam do półki niżej tylko po to, by poczuć się jeszcze gorzej na widok trzech identycznych kulek, których jeszcze nie zdążył pokryć kurz. „A.S.II – Futrzak”, „A.S.II – Anemone Snicket II i Syriusz Black III”, „A.S.II do S.B.III – James Potter, Lily Evans i ? ?Potter (dziecko)”.
Gaus nie zwracał jednak uwagi na żadną z nich. Wybałuszał oczy i prychał, by zwrócić moją uwagę. Zafiksował się na jednej przepowiedni, która stała na końcu regału.
Jej opis głosił: „A.S.I do R.S. – Anemone Snicket II” i był datowany na trzeciego listopada 1959 roku.
Wmurowało mnie w podłogę. Była to jedna z niewielu przepowiedni w tej sali, które mogłam bezkarnie podnieść i obejrzeć, ale czułam się niezdolna do poruszenia odpowiednimi mięśniami, by wyciągnąć dłoń przed siebie. Przybił mnie ciężar świadomości, że mam przed sobą przepowiednię babci na mój temat, skierowaną do mojego ojca i wypowiedzianą krótko przed jej śmiercią. Sądząc po zachowaniu Gausa, który niemal dotykał ją swoimi skórzastymi palcami, była to przepowiednia, która wkrótce miała się spełnić.
Nie musiałam poznawać jej treści, żeby w przypływie gwałtownej fali zrozumienia domyślić się, czego dotyczyła. Nie zdążyłam zadać sobie jednak pytania, jak właściwie ma do tego dojść, bo nagle Gaus rzucił się na kulkę i zrzucił ją z półki, by złapać ją na sekundę przed zderzeniem z podłogą. Krzyknęłam z przerażeniem, bojąc się, że stanie mu się krzywda, ale widocznie czary chroniące przepowiednie przez intruzami nie działały na zwierzęta. Demimoz spojrzał na mnie mokrymi oczyma i uciekł w stronę wyjścia.
Rzuciłam się w pościg za przepowiednią, której jeszcze chwilę wcześniej nie chciałam poznawać. Gaus wybiegł z Sali Przepowiedni do Sali Czasu, a ja zastanawiałam się, co się stanie, jeśli spotkam tam Saula Croakera albo mojego ojca. Moje obawy były jednak niezasadne, bo w Sali Czasu nikogo nie było – musiała się już zbliżać pora lunchu. Nie mogłam też nigdzie dostrzec demimoza i przez chwilę stałam na środku gabinetu, zastanawiając się, gdzie mógł się ukryć, kiedy drzwi wyjściowe samoistnie się otworzyły.
Wbiegłam przez nie do czarnego, okrągłego korytarza, z którego można było przejść do innych działów Departamentu. Zyskując ostatnią szansę, żeby dogonić Gausa, zatrzasnęłam za sobą drzwi do Sali Czasu. Okrągły pokój zaczął obracać się wokół własnej osi. Straciłam równowagę i przywarłam do podłogi, czekając, aż ściany przestaną się poruszać. Przymknęłam oczy, bo poruszające się płomienie przyprawiały mnie o mdłości. Kiedy wszystko przestało się kręcić, otworzyłam oczy i spostrzegłam, że Gaus znów zmienił postać na widzialną.
Tuzin identycznie wyglądających drzwi nie był widocznie sztuczką, która mogłaby skołować demimoza, bo Gaus bez namysłu ruszył ku jednym z nich. Zebrałam się z podłogi i otworzyłam te drzwi, zanim on zdążył nawet spróbować.
Kiedy Rookwood oprowadzał mnie po Departamencie, musiał poświęcić tej sali bardzo mało czasu, bo nie mogłam przywołać jej z pamięci. Podejrzewałam, że musiała uciec mi w natłoku wrażeń, bo w porównaniu z innymi była zaskakująco pusta.
Czując się jak we śnie, podążyłam za Gausem, który zszedł po schodach w kierunku niewysokiego podium usytuowanego na środku sali, na którym stał gigantyczny, kamienny łuk. Dopiero kiedy stanęłam naprzeciw niego, rozpoznałam ciężką, czarną zasłonę, która pod nim wisiała. Momentalnie straciłam zainteresowanie zarówno demimozem, jak i jego skradzioną przepowiednią.
Podeszłam bliżej, by w pełni poczuć siłę, która od miesięcy przyciągała mnie do tego miejsca i cieszyłam się tym, że w końcu jej się udało. Stałam przez chwilę w bezruchu, wpatrując się z bliska w splot tej morderczej tkaniny i napawałam się wypełniającą mnie powoli niepowstrzymaną ciekawością. Pozwoliłam sobie na to tylko dlatego, że wiedziałam, jak ją zaspokoić.
Zanim zrobiłam krok do przodu, obejrzałam się jeszcze, by po raz ostatni spojrzeć na pustkę po mojej prawej, którą w samobójczej wizji sprzed kilku miesięcy wypełniał Syriusz Black. Ten widok ostatecznie mnie uspokoił.
Wiedziałam, że nie musiałabym umrzeć, gdybym nie chciała wiedzieć i że nie umarłabym, gdybym nie wiedziała.
Nie musiałam dłużej domyślać się, dlaczego wszyscy nienawidzili mojej babki, bo stało się to dla mnie zupełnie jasne. Jej niechciany dar przepowiadania dat śmierci stał się przekleństwem, gdy tylko poznała swoją i kiedy zdecydowała się tej śmierci uniknąć, żyć skradzionymi latami, w ukryciu i bez satysfakcji. Nie mogąc znaleźć własnego spełnienia, dzieliła się swoim bólem, dręcząc innych. Poczucie władzy przynosiło jej niszczenie życia innym – wystarczyło sześć cyfr i nie musiała nawet machać różdżką, by ich wykończyć.
Spośród swoich dzieci musiała wybrać któreś, by przekazać mu swoje dziedzictwo. Zdecydowała się na swojego syna, o którym myślała, że odziedziczył jej obojętny stosunek do losu innych. Zrobiła go strażnikiem Sali Przepowiedni, oddając mu pod opiekę archiwum, które sama założyła i latami pielęgnowała, ale razem z nim dała mu cenną wiedzę o tym, komu zdążyła już zatruć życie.
Zabawne było to, jak bardzo moja babka nie pomyliła się co do Romana Snicketa – on rzeczywiście zawsze płynął z prądem – przynajmniej do momentu, w którym nie uderzyła w niego personalnie. Ani myślał powstrzymywać ją, kiedy siała zwątpienie i zniechęcenie w jego rodzeństwie, a nawet żonie, ale gdy nie mogła powstrzymać się przed tym, by wyjawić i jego datę śmierci, coś w nim pękło. Wpychając ją za zasłonę w Sali Śmierci zakończył życie, któremu dawno pisany był koniec, popełnił morderstwo, które skrycie pragnęła popełnić cała rodzina, a Anemone Snicket zwyczajnie nie mogła tego przewidzieć, bo był to pierwszy i ostatni raz, kiedy mój ojciec się zbuntował.
Nie mogła temu zapobiec, ale zdążyła go ukarać, rzucając klątwę na pierwsze dziecko, które miał spłodzić już po jej śmierci. Kiedy Mercy się o tym dowiedziała, odrzuciła mojego ojca – nie dlatego, że popełnił morderstwo, ale dlatego, że sądziła, że w ten sposób blokuje wykonanie przepowiedni. Kiedy ona znalazła w sobie opór, mój ojciec wyczerpał już siłę do walki z fatum i wdał się w przelotny romans z bliźniaczką Mercy, która – identyczna co do wyglądu i zupełnie różna co do charakteru – była dla niego wystarczającym substytutem kobiety, którą zabrała mu jego martwa matka. Zmarłej matce zdecydowanie nie robiło różnicy, czy byłam córką Justice czy Mercy, bylebym się urodziła.
Biorąc pod uwagę okoliczności, moja rodzina miałaby jeszcze szansę przetrwać, gdybym umarła jako dziecko, ale podobne miłosierdzie nie było w stylu mojej babki. Ona chciała wyrównać rachunki uczciwie, życie za życie – dać mi dorosnąć, bym z pomocą daru przepowiadania, który dostałam od niej w spadku – sama, z własnej woli, oddała się w ramiona przeznaczenia, przy milczącej aprobacie rodziny, która wiedziała już, co to znaczy igrać z losem.
Na znajomość przyszłości mogą pozwolić sobie tylko ci, którzy potrafią tę wiedzę oswoić i cieszyć się życiem, jednocześnie odgrywając posłusznie swoją rolę. Miałam szansę zostać pierwszą osobą w rodzinie, która dobrze to zrozumiała i pozornie moje pójście na rzeź dowiodło, że naprawdę zasługiwałam na ten dar.
Nie można jednak całkiem zdradzić krwi, a w mojej płynął bunt przeciwko przeznaczeniu. Dlatego zrobiłam coś, co kosztowało mnie szczęście i życie – z całej siły odepchnęłam Syriusza Blacka starym sposobem swojej babki, wiedząc że nigdy mi tego nie wybaczy i dzięki temu nigdy nie przyjdzie do Sali Śmierci, żeby umrzeć razem ze mną. Pożyczyłam mu lata życia, wiedząc doskonale, jak duża jest szansa, że te skradzione lata będą zupełnie jałowe. Mimo to miałam nadzieję, że ktoś o tak wielkiej woli życia będzie je cenił wyżej niż żadne.

Łapy przy sobie: dziewięć

Pierwszego dnia Rookwood przegonił mnie przez wszystkie sale w Departamencie Tajemnic w tak ekspresowym tempie, że niczemu nie zdążyłam się przyjrzeć. Na koniec przeszliśmy ze sali pełnej tykających zegarów wprost do pomieszczenia, które miało wysokość sporej katedry i zostawił mnie między dwoma regałami tak wysokimi, że nie mogłam dostrzec ich końca nawet, gdy zadarłam głowę. Tam opiekę nade mną przejął mój ojciec.
Jako dziecko lubiłam wyobrażać sobie, co niesamowitego może znajdować się w Departamencie Tajemnic i zazdrościłam ojcu, kiedy wychodził do pracy – zupełnie jakby każdego dnia miał przeżywać nową przygodę. Jeśli ktokolwiek przeżywał tu przygody, to z pewnością nie w Sali Przepowiedni, której od niemal dwudziestu lat strzegł mój ojciec, przed nim jego matka, a w końcu ja.
Było to miejsce wprost stworzone dla ludzi, którzy kochają samotność i ciemność. Z łatwością mogłam wyobrazić sobie tutaj kogoś podobnego do Severusa Snape’a, ale nie potrafiłam pogodzić z tym miejscem mojego ojca. Poza pracą Roman Snicket nigdy nie uciekał przed ludźmi – przeciwnie, zdawał się ich potrzebować. Był dość rozmowny, chociaż można było poznać, że każda rozmowa była dla niego rozgrywką i że z każdej bezwzględnie musiał coś wynieść. Objawiało się to szczególnie, gdy zmuszony był prowadzić rozmowy, które uważał za bezowocne – wtedy wyraźnie nudził się, uciekał wzrokiem i nieświadomie wybijał rytm palcami, wszystko by przyciągnąć swoją trudną do skupienia uwagę. Każda z tych cech znikała jednak z chwilą, kiedy przechodził przez próg Departamentu – tutaj był tylko swoim cieniem, bez słowa snującym się między gabinetem a regałami. Jedyną oznaką jego obecności było upiorne echo jego kroków, które odbijało się od mebli i sklepienia.
Ja sama czułam się tak, jakby w Sali Przepowiedni pracowało tylko moje ciało. Przebywanie w niej było jak nurkowanie w ciemne głębiny, w których otępione były wszystkie zmysły. Niekończące się rzędy emitujących słabe światło przepowiedni w ciemności przypominały bezkresne cmentarzysko pełne martwych dusz, a w ostrym świetle jarzeniówek gigantyczną szklarnię do hodowli osobliwych grzybów.
Każdego dnia samoistnie pojawiały się nowe zapisy przepowiedni zaklęte w małych, szklanych kulkach. Do moich obowiązków należało zapoznanie się z ich treścią, katalogowanie ich i znajdowanie im odpowiedniego miejsca. Była to żmudna praca, wymagająca całych godzin poszukiwań, oznaczania dat, nazwisk, pozycji planet, powiązywania zdarzeń, a niekiedy zgadywania. Kiedy zachodziła taka konieczność, ojciec wzywał zainteresowanych w celu złożenia dodatkowych wyjaśnień. Po opatrzeniu zapisu odpowiednią etykietą, nakładał na kule czary ochronne i wtedy nikt postronny nie mógł ich już dotknąć.
W tym martwym miejscu tylko jedna istota zdawała się zachować w sobie wolę życia. Sala Przepowiedni była domem i więzieniem dla demimoza o imieniu Gaus. Gaus dosłownie rwał się do codziennych spacerów po Sali Przepowiedni, a spacerowanie z nim było moim ulubionym obowiązkiem, choć nieustannie kusiło mnie, by puścić go ze smyczy. Minęło kilka tygodni, zanim nabrał do mnie wystarczającego zaufania, żeby pokazać swoją naturalną formę, zamiast pozostawać niewidzialnym.
Gaus był prawie mojego wzrostu. Pokrywało go długie, srebrzyste futro, które ciągnął za sobą po podłodze i które trzeba było później czesać i odkurzać. Poruszał się z łatwością zarówno na dwóch, jak i na czterech chwytnych łapach. Spędzanie z nim czasu było najdziwniejszym i zarazem najpiękniejszym, czego można było doświadczyć w Sali Przepowiedni.
Jego magiczną właściwością było to, że na dużą odległość wyczuwał wysokie prawdopodobieństwo. Wyjątkowo lubił grzać się przy przepowiedniach, które w najbliższym czasie miały się spełnić, dzięki czemu bardzo ułatwiał mi pracę. Tylko dzięki jego intuicji udawało się na bieżąco wykrywać te przepowiednie, których status się zmienił – nie wyobrażałam sobie, w jaki inny sposób można było ogarnąć to nieskończone, wciąż rozrastające się archiwum.
Dni mijały mi na codziennym grzebaniu się w losie innych tak, że nie czułam potrzeby konfrontowania się z własnym. Na prawie dwa miesiące swojego dorosłego życia zanurzyłam się w obcych problemach tak głęboko, że nie prawie nie widziałam już moich. Koniec wakacji zbliżał się jednak nieuchronnie, a ja wiedziałam, że zanim wydarzy się coś ostatecznego, pozostało mi stawić czoła jeszcze jednemu spotkaniu.
Syriusz czekał na mnie pod wejściem do Ministerstwa dla pracowników. Siedział na ogromnym, czarnym motocyklu zaparkowanym w niedozwolonym miejscu. Miał na sobie skórzany kombinezon, w którym wyglądał tak dobrze, że robiło się słabo. Jedną nogę oparł o wysoki krawężnik. Kiedy tylko mnie zauważył, bez słowa przywitania rzucił we mnie kaskiem.
– Widzę, że skończyłaś z buntem wobec tatusia – rzucił głosem pełnym goryczy.
Nigdy nie powiedziałam mu ani o swojej dacie śmierci, ani o wizji naszego wspólnego samobójstwa, dlatego nie mógł rozumieć, jak małe znaczenie miało to, w jakiej pracy spędziłam ostatnie dwa miesiące swojego życia. Myślę, że wybrałam Departament Tajemnic dlatego, że tam najprędzej spodziewałam się przeżyć jeszcze coś ważnego. Spotkało mnie gorzkie rozczarowanie.
Ledwie zdążyłam wdrapać się na siedzenie pasażera i niezdarnie zapiąć kask pod szyją, kiedy bez ostrzeżenia ruszyliśmy z werwą w stronę głównej arterii. Instynktownie ciasno objęłam Syriusza w pasie, chowając się za jego plecami. Nie przejmował się zachowywaniem bezpiecznej prędkości i przez całą drogę zatrzymał się tylko raz, by zrugać mnie, że go przyduszam. Uwolniłam go z uścisku i obiema rękoma złapałam za uchwyty przede mną. Pęd wiatru zapierał mi dech w piersiach. Po raz pierwszy od długiego czasu czułam, że żyję; jednocześnie kusiło mnie, żeby puścić motocykl. Zanim zatrzymaliśmy się ponownie, zdążyliśmy wyjechać już kilka kilometrów poza miasto.
Syriusz wpuścił mnie do środka sporego domu, który z zewnątrz sprawiał nieco ponure wrażenie. Przeszliśmy przez wąski korytarz zagracony kartonami. Najwyraźniej właśnie się wprowadził. Kiedy znaleźliśmy się w kuchni, mimowolnie wycofałam się pod ścianę, przechodząc do pozycji obronnej.
Black zrobił mi kawę zawierającą pewną ilość fusów i trochę gorącej wody. Podał mi kubek i oparł się tyłem o blat kuchenny.
– Wywalam parę rzeczy – wytłumaczył krótko sytuację. Wpatrywał się we mnie wyczekująco.
Nie mogłam znaleźć odpowiednich słów, więc wbiłam wzrok w kawę.
– Twój dom? – zapytałam.
– Odziedziczyłem.
Była to wymiana uprzejmości na miarę naszych możliwości. Nie wypytywałam dalej – wiedziałam, że gdyby chciał powiedzieć mi coś więcej, po prostu by to zrobił. Z drugiej strony nie dziwiłam mu ani trochę, że nie czuł takiej potrzeby.
Zapadło długie, nieznośne milczenie.
– Czego właściwie oczekujesz? – wypalił w końcu Syriusz, kiedy nie mógł już wytrzymać tej ciszy.
Wiedziałam, że muszę coś z siebie wydusić, skoro już poprosiłam go o spotkanie.
– To był błąd – powiedziałam po prostu.
To stwierdzenie oddawało moje uczucia tak żałośnie nieprecyzyjnie, że momentalnie pożałowałam, że w ogóle otworzyłam usta. Obiektywnie rzecz biorąc, popełniłam największy z błędów i chociaż wspominanie tego łamało mi serce, nie mogłam go szczerze żałować, bo jednocześnie miałam głębokie przekonanie, że postąpiłam słusznie. Wcześniej sądziłam, że chcę porozmawiać, żeby wydusić z siebie fałszywe przeprosiny, ale nieoczekiwanie dotarło do mnie, że może przyszłam nie po to, żeby cokolwiek powiedzieć, ale po to, by ostatecznie przekonać się, że nie miałam tam czego szukać.
Kiedy odważyłam się w końcu spojrzeć mu w oczy, wykonał gwałtowny ruch rękoma, jakby nie mógł już wytrzymać stania w bezruchu. Przeczesał włosy, nieświadomie kopiując gest swojego najlepszego przyjaciela.
– Mało powiedziane – wyrzucił z siebie wściekle, patrząc na mnie oskarżycielsko. – Powiedziałaś mi, jak zginą moi przyjaciele. Powiedziałaś mi, że stracą dziecko, którego nawet jeszcze nie planują! KURWA!
Walnął obiema pięściami w ścianę.
– Czy ty masz pojęcie, co zrobiłaś?!
Ukryłam twarz w dłoniach. Od finału Pucharu Quidditcha zdawały się minąć nie miesiące, a lata. Patrząc na faceta przed sobą, nie widziałam już chłopaka, który ryknął z niepowstrzymanej euforii, kiedy James Potter po raz ostatni załatwił Gryffindorowi zwycięstwo. Wiedziałam, że w tym sensie on też mnie już nie rozpoznaje.
Żałowałam tylko, że moc swoich słów pojęłam dopiero kilka sekund po tym, jak wypowiedziałam je na głos i że nie była to świadoma decyzja – że przyszła tak automatycznie, tak krótko po tym, jak odzyskałam przytomność po meczu. W głębi duszy wiedziałam jednak, że po prostu nie byłam w stanie unieść ciężaru wiedzy i bezpiecznie zatrzymać słów przy sobie.
– Zrobię WSZYSTKO, żeby do tego nie dopuścić – oświadczył Syriusz z wielką determinacją. Patrzył na mnie wyzywająco.
Uwierzyłam mu na słowo. Pomyślałam, że jeśli naprawdę ludzie dzielą się na tych, którzy potrafią pogodzić się ze swoim przeznaczeniem i na tych, którzy przenigdy nie powinni poznać przyszłości przed jej nadejściem, to Black bezwzględnie należał do tej drugiej grupy.
Mimo wszystko jego słowa sprawiały mi niemal fizyczny ból. Chciałam wypowiedzieć jakieś własne, by się obronić, ale nieoczekiwanie wszystko, co miałam do wyznania, na dobre ugrzęzło mi w gardle.
Spojrzałam w jego smutne oczy, poszukując wskazówek, ale nie znalazłam w nich ani miłości, ani nienawiści. Przez chwilę czułam ogromną pokusę, żeby pokonać dzielący nas dystans i zrobić coś desperackiego, co znów odwróciłoby bieg wydarzeń. Coś, co oddaliłoby w czasie konieczność zaakceptowania, że nie było już dla nas dobrego zakończenia.
Może nie mogliśmy mieć dobrego zakończenia, ale nie zniosłabym, gdybyśmy nie dostali żadnego. Dlatego zamiast mówić coś, co na nowo rozpaliłoby wątpliwości, odłożyłam kubek na stół i wyszłam, nie oglądając się za siebie.

Łapy przy sobie: osiem

Taktyka roboczo zatytułowana myśl jak James Potter dawała zaskakująco dobre rezultaty. Wytężałam wzrok, z wysiłkiem przebijając się przez lekką, ale uporczywą mgłę utrudniającą orientowanie się w sytuacji na boisku, by za każdym razem z parosekundowym wyprzedzeniem przewidzieć, jaki manewr wykona Potter. Gdy coś spektakularnie mu się udawało, buczałam głośno, całkowicie zagłuszana przez wrzask wszystkich dookoła, a w szczególności Syriusza, który swoje krzyki zwycięstwa kierował prosto do mojego ucha. Wkrótce ja i Black straciliśmy częściowo zarówno głos, jak i słuch, bo żadne z nas nie potrafiło powstrzymać się przed tą bezsensowną demonstracją sił. Pozostawało tajemnicą, czy Syriusz wykazywał wcześniej takie zaangażowanie w quidditcha – mnie na pewno nie zdarzyło się to nigdy wcześniej.
Byłam jednak pełna wdzięczności dla Georgiany, szukającej i kapitan drużyny Krukonów, która przez ostatnie dwa miesiące katowała nas tą swoją odkrywczą taktyką i tym samym zdołała w najwyższym stopniu zadusić wszystkie zmartwienia poza tym jednym – czy Ravenclaw wygra ostatni mecz w sezonie. Gigi dostała na punkcie Pottera niezdrowej obsesji, która we wszystkich członkach drużyny rozpaliła przekonanie, że powstrzymanie Jamesa Pottera stanowi jedyny i najważniejszy cel strategiczny; miało to nawet sporo sensu, bo Potter rzeczywiście był jedynym naprawdę dobrym ogniwem drużyny Gryffindoru. Udowodnił zresztą, że jeden znakomity zawodnik to akurat tyle, by wygrać Puchar. Tak czy inaczej, o wiele milej było siedzieć w tym czasie w głowie Prefekta Naczelnego, ścigającego i kapitana drużyny Gryfonów, analizując jego charakterystyczne zagrania i ucząc się im przeciwdziałać, niż w swojej własnej. Całkowite zaangażowanie się w codzienne, katorżnicze treningi quidditcha połączone z okazjonalnym, katorżniczym zakuwaniem do owutemów u boku Vicky, dawały mi złudzenie, że żyję najmocniej i najlepiej jak mogę. Pozwalały niemal zupełnie zapomnieć o tym, że w pewnym sensie byłam śmiertelnie chora.
Naturalnie osób, które o tym wiedziały, było najwyżej dziesięć, ale i tak ich widok bardzo mnie drażnił. Kiedy napotykałam zmartwione spojrzenie Vector albo pozbawione litości, zaciekawione spojrzenie Avery’ego, unosiłam wysoko głowę i wkładałam całą energię, by pokazać swoją determinację do życia. Nie znaczyło to, że się okłamywałam – przeciętny człowiek miał w życiu kilka dat, które ze średnim prawdopodobieństwem mogły stać się jego datami śmierci – ja miałam tylko jedną, co zaprzeczało naturze i co całkowicie pozbawiało mnie złudzeń.
Mimowolnie chętniej przebywałam w towarzystwie osób, które o niczym nie miały pojęcia i dlatego na finałowym meczu Pucharu Quidditcha zamiast u boku Vector, stałam w środku trybuny Gryfonów, ostentacyjnie przebrana w barwy Ravenclawu i chroniona przed powszechną nienawiścią tylko tym, że nawet miażdżące zwycięstwo Krukonów nie byłoby już w stanie odebrać Pucharu Gryffindorowi. Fakt ten niezmiernie bawił Syriusza, którego bardziej pochłaniało obserwowanie moich reakcji niż akcji na boisku. Świadomość, że skupiam na sobie jego uwagę, była bardzo przyjemna. Po pewnym czasie nie mogłam się powstrzymać, żeby spoglądać na niego za każdym razem, kiedy wydawało mi się, że on patrzy na mnie. Uśmiechałam się do niego częściej niż nakazywała przyzwoitość.
Nasz ścigający wbił bramkę Gryfonom, ponownie wyrównując wynik. Wrzasnęłam bezgłośnie, czując że wykorzystuję na to ostatnie pokłady energii. Poprzedniej nocy prawie nie spałam, bo jako jedyny rezerwowy gracz w drużynie Krukonów do ostatniej chwili nie wiedziałam, czy nie będę musiała grać za Higglebottoma, który wciąż nie doleczył się z kontuzji w ostatnim meczu. Wiadomość, że Higglebottom mimo wszystko zdecydował się grać, przyjęłam z wielką ulgą, żałując jedynie, że dotarła do mnie dopiero rano.
Nie tylko mój entuzjazm przechodził ciężką próbę. Mecz trwał już ponad sześć godzin, bijąc dziesięcioletni rekord długości. Kibice krzyczeli ciszej i podskakiwali niżej, a gracze tracili koncentrację i częściej znosiło ich z kursu. Na całym boisku pozostało już tylko parę osób, które chciały, by ten nieistotny z racji wyniku i decydujący z racji honoru mecz wciąż trwał. Była to z pewnością Georgiana, nieustraszenie goniąca w kółko szukającego Gryfonów po to, by żadne z nich nie miało najmniejszej szansy złapania znicza, nasi pałkarze i obrońca, których zadaniem była bezwzględna obrona bramki przed Jamesem Potterem i James Potter, któremu nie wystarczyło, by ten mecz po prostu się zakończył; który pragnął, by ostatni występ w jego szkolnej karierze zapisał się w pamięci na pokolenia. Jak dotąd oceniałam jego szanse jako marne.
Wodziłam za nim wzrokiem, doceniając malowniczą pętlę, jaką wykonał tylko po to, by kafel odbił się od złączonych barów obrońcy i pałkarza, którzy wspólnie bronili teraz bramki. Moje spojrzenie skupiło się na chwilę na przeciwnej stronie boiska, na trybunie Krukonów, w grupie których znajdowała się zupełnie nierozpoznawalna z tej odległości Vector. Uderzyło mnie znajome poczucie winy związane z tym, że nie ma mnie przy niej. Czułam, że zdradzam naszą przyjaźń, odsuwając się od niej w takim momencie, ale jednocześnie nie mogłam tego powstrzymać; chciałam nam tylko oszczędzić cierpienia.
Poluźnienie relacji z Vector na chwilę przed końcem szkoły było dla mnie wyjątkowo bolesne. Wydawało się, że chociaż koniec szkoły wszystkim miał przynieść jednakową zmianę, nie wszyscy byli na nią jednakowo przygotowani, a ja oddawałam właśnie walkowerem ostatnią szansę, by wejść w dorosłość ramię w ramię razem z Vector. Nie mogłam jednak nic poradzić na to, że ciążyło mi przekonanie, że z nas dwóch tylko ona ma szansę pójść dalej. Było to najgorsze z uczuć.
Wsparcia nie mogłam też szukać w Syriuszu, który podobną przemianę wartości miał już za sobą. Pamiętałam, jakim zaskoczeniem było to, że ze wszystkich ludzi na ziemi podejście Syriusza zweryfikował właśnie James Potter. Jak jego wola, żeby spoważnieć i wydorośleć, ukoronowana niejako zeszłoroczną nominacją na Prefekta Naczelnego, spotkała się początkowo z gwałtownym protestem i niezrozumieniem Syriusza. Jak Black na kilka tygodni odsunął się od swojego przyjaciela, nie potrafiąc zrozumieć jeszcze jego motywacji, tylko po to, by po czasie wrócić z nieco zmienionym nastawieniem. Marzyłam, by i w tym sensie myśleć jak James Potter – cieszyć się, póki jeszcze było to możliwe i brać odpowiedzialność za siebie i innych, kiedy było to konieczne, ale widocznie taktyka Gigi działała na boisku, ale niełatwo dawała się rozciągnąć na inne dziedziny.
Wyrzuty sumienia zagłuszało nieco to, że Vector sama zachęcała mnie, żebym poszła na mecz z Syriuszem, który swoim zwyczajem zaproponował to zupełnie niezobowiązująco. Nie miałam pojęcia i nie pytałam, jak sobie to wyobraża – żeby uniknąć rozczarowań uznałam, że chodzi mu o skandowanie haseł obcej drużyny w towarzystwie dziesięciu innych kolegów. Wszystko okazało się jednak bardziej kameralne, bo z jego bliższych znajomych w promieniu paru metrów znajdował się tylko Peter Pettigrew, Remus Lupin i promieniejąca ze szczęścia Lily Evans, którzy powitali moją obecność uprzejmym zdziwieniem.
– Czy ona zamierza wygrać za wszelką cenę? – zapytał nieoczekiwanie Syriusz z autentycznym zaciekawieniem. Pochylał się nade mną i mówił mi do ucha, inaczej nie mielibyśmy szansy się usłyszeć. Odwróciłam się i spojrzałam na niego z bardzo bliska – patrzył prosto na naszą kapitan, która raz po raz skutecznie blokowała szukającego, lawirując na granicy faulu. Parsknęłam śmiechem, a potem uwiesiłam mu się na ramieniu, żeby odpowiedzieć prosto do ucha:
– Potter też mógłby odpuścić! Co wam szkodzi?!
Nie od razu się odsunęłam. Godziny stania na powietrzu robiły swoje i powoli robiło się zimno. Wszystkim zaczął doskwierać głód, część kibiców wycofała się już do zamku, a część przywoływała z dormitorium cieplejsze ciuchy i jedzenie. Wzmógł się też wiatr; wszystko to powodowało, że nie było nic przyjemniejszego, niż niezobowiązujące wiszenie na Syriuszu Blacku.
– On ma naprawdę dobry powód!
– Serio? – zapytałam z powątpiewaniem. Osobiście uważałam, że Krukonom należało się to jedno zwycięstwo. – Niby jaki?
Odpowiedź przeznaczona tylko dla moich uszu spowodowała, że prawie padłam ze zdumienia.
– Zamierza się oświadczyć, a nie wyobrażasz sobie chyba, że mógłby to zrobić po przegranym meczu.
Mimowolnie skierowałam zdumiony wzrok na Lily Evans. Black mocno objął mnie ramieniem, kierując moją uwagę na siebie.
– Niezbyt subtelne.
Nie odważyłam się poruszyć, żeby nie cofnął ręki, ale tego nie zrobił. Przez chwilę stałam jak wryta, ale po kilku minutach udało mi się oswoić z tym publicznym wyrażaniem czułości na tyle, żeby móc położyć głowę na ramieniu Blacka i trochę się rozluźnić. Mój wzrok na krótko spotkał się z taksującym spojrzeniem blondynki z rzędu poniżej.
– EJ! – krzyknął nieoczekiwanie Syriusz. Zerwałam się szybko, nie wiedząc w którą stronę patrzeć.
Nie bez przyczyny. O wyniku ostatniego meczu sezonu zdecydowały bowiem dwie akcje, które rozegrały się niemal jednocześnie i co do chronologii których wszyscy mieli wątpliwości – był to dramatyczny atak Gigi na znicza i nie mniej desperacki, mało techniczny rzut Jamesa Pottera zakończony golem. Przez chwilowe rozproszenie Blackiem nie tylko nie liczyłam już punktów, ale też nie zdążyłam zobaczyć żadnej z tych akcji. W pierwszej chwili nie mogłam wiedzieć, czy huk, który potoczył się po całym stadionie, oznaczał zwycięstwo Krukonów czy Gryfonów.
Nie miało to zresztą wielkiego znaczenia, bo wrzeszczący z radości Black podniósł mnie i pocałował na oczach wszystkich. Oddałam pocałunek i wtuliłam się w niego mocno. Tłum skakał i śpiewał ogłuszająco. Minęło kilka cudownie długich minut, zanim Syriusz odstawił mnie na ziemię.
Ludzie zaczęli przepychać się wyjścia, by dobiec do swojej drużyny, podczas gdy ja starałam się zaczerpnąć powietrza. Przed oczami pojawiły mi się ciemne plamy. Przed utratą przytomności usłyszałam jeszcze ostrzegawczy krzyk Evans.

Na psa urok: 08.

Czuła na sobie dziesiątki spojrzeń i były one jeszcze cięższe niż te, które ciążyły jej po przyjęciu u Slughorna. Teraz wydawało jej się, że od tego czasu minęły wieki, choć w rzeczywistości były to dwa tygodnie. Dainah miała nadzieję, że podczas przerwy świątecznej będzie mogła unikać tłumów i spróbować poukładać sobie wszystko w głowie, ale odmówiono jej tej prostej przyjemności – w zamku pozostała większość uczniów, zbyt przerażonych tym, co działo się poza murami Hogwartu, by wracać do domów. Każdego dnia „Prorok Codzienny” donosił o kolejnych zabójstwach. Wśród tych sensacji znalazła się też informacja o śmierci państwa Pool, którą natychmiast podchwycili wszyscy uczniowie. Reakcje były różne – słyszała i wyrazy współczucia, i szyderstwa, i słowa wsparcia, i opinie, że widać zasłużyli na to, co ich spotkało. Nikt nie wiedział tak naprawdę, co sprawiło, że śmierciożercy wybrali właśnie ten dom na cel swojego ataku, ale zdawało się, że każdy miał swoją teorię, swoją opinię i swoje oczekiwania względem tego, jak Dainah powinna się zachowywać w tej sytuacji. Było to nie do zniesienia.
Początkowo próbowała ukrywać się w dormitorium, ale Susannah i Isla – motywowane, jak sądziła, wyłącznie dobrymi intencjami – nie zostawiały jej żadnej przestrzeni do życia, ciągle chcąc jej matkować. Opowiedziała im o tym, co działo się w ministerstwie (choć zataiła to, co wydarzyło się później – czuła, że nie jest to coś, o czym powinna opowiadać nawet swoim przyjaciółkom), a one wplotły w jej opowieść swoje emocje i swoje założenia co do jej emocji, tym samym paraliżując jej możliwość okazywania faktycznych uczuć. Cały czas były przy niej, jakby obawiały się, że wkrótce nastąpi załamanie, które wciąż nie przychodziło. Dainah była nieco bardziej milcząca, ale nic w jej wyglądzie nie wskazywało na to, by w głębi serca przeżywała tragedię, co – zdaniem Isli i Susannah – było niezbitym dowodem na to, że dzieje się z nią coś bardzo złego.
Ich zachowanie sprawiało, że Dainah nie mogła wytrzymać w dormitorium i wymykała się na spacery po zamku. Ciągnęło ją też na błonia, ale starała się ich unikać, zamiast tego przemykając korytarzami, by zaszyć się w jednej z nieużywanych sal lekcyjnych, jakiejś opuszczonej komnacie czy zajrzeć do sowiarni. Na korytarzach nabrała nawyku patrzenia we własne buty, by nie widzieć spojrzeń pełnych współczucia lub pogardy. Szepty były wystarczająco irytujące.
Podczas jednego z pierwszych wieczorów, które spędzała w opuszczonej sali, znalazł ją Syriusz. Miał do tego taki talent, że nawet nie próbowała go pytać, skąd wiedział, gdzie się znajduje. Początkowo jego widok sprawił, że jej ciało napięło się jak struna. Dainah pamiętała dobrze, że całą drogę z Hogsmeade do Hogwartu spędzili w milczeniu. Nie było to milczenie krępujące, ale miała wrażenie, że wtedy, w Londynie, gdy już oderwali się od siebie, wypowiedzieli zbyt mało słów i to, co wówczas nie miało okazji wybrzmieć, wisiało między nimi, choć nie miała pojęcia, co by to mogły być za słowa. Ani żarliwe przeprosiny, ani wyrazy dozgonnej miłości nie były tu na miejscu, a wszystko, co znajdowało się pomiędzy tymi skrajnościami, zdawało się równie fałszywe. Dlatego też milczeli do siebie także wtedy, kiedy Syriusz wszedł do tej klasy i znalazł ją siedzącą na podłodze. Opierała się o ścianę i miała wzrok skierowany w stronę okna, choć myślami błądziła gdzieś daleko. Dopiero, kiedy odchrząknął, skupiła na nim spojrzenie. Nic nie powiedziała. On także milczał. Bez słowa usiadł obok niej i zarzucił rękę na jej ramiona, przyciągając ją lekko do siebie. Jej serce na chwilę wtedy zamarło w oczekiwaniu na to, co stanie się dalej. Ale nic się nie stało. Po prostu siedzieli obok siebie w ciszy.
Tymczasem grudzień skończył się i nadszedł styczeń, a wraz z nim do zamku powrócili pozostali uczniowie, którzy błyskawicznie dowiedzieli się o ataku śmierciożerców na rodziców Dainah, więc temat znów odżył. W połowie stycznia wydawało się, że wszyscy już o nim zapomnieli, zwłaszcza że od tego czasu było jeszcze kilka głośnych morderstw. Dlatego też Daniah zdziwiła się, gdy pewnego wtorkowego ranka drogę zaszło jej kilku Ślizgonów zarówno z jej rocznika, jak i młodszych.
– Twój ojciec nie potrafił dochować wierności sprawie – powiedział Yaxley, patrząc na nią z niechęcią.
Dainah popatrzyła na niego pytająco, jakby nie była pewna, czy na pewno mówił do niej.
– Nadchodzi wojna i każdy będzie musiał bardzo uważnie wybrać stronę, po której stanie – kontynuował, a w jego oczach błyszczało coś niebezpiecznego, jakieś źle skrywane szaleństwo. – Będziesz umiała wybrać lepiej niż on?
– O czym wy… – zaczęła, ale jeden ze Ślizgonów wybuchnął śmiechem.
– Pamiętaj, z jakiego domu jesteś – powiedział Selwyn. – Pamiętaj, jak kończą zdrajcy.
Dainah uniosła brwi, zbyt zdziwiona całą tą rozmową, by zadać najbardziej palące pytanie. Oni jednak nie mieli zamiaru z nią rozmawiać, najwyraźniej zadowoleni z tego, co już zdążyli powiedzieć, bo cała grupa bez słowa ją minęła, zostawiając z jeszcze większym mętlikiem w głowie.
Tego dnia miała nadzieję, że Syriusz znajdzie ją w pustej sali – wiedział o całym tym zamieszaniu i, być może, wiedział o śmierciożercach więcej niż ona. Wiedziała, że jego brat zadaje się z Yaxleyem i Selwynem, choć miała wątpliwości co do tego, czy Syriusz będzie w stanie powiedzieć jej cokolwiek o poczynaniach swojego brata. Był to jednak jakiś początek. Jakaś część niej chciała też wiedzieć, czy Syriusz w jakikolwiek sposób zareaguje na to, że grożono jej w umiarkowanie zawoalowany sposób. Starała się wciąż przypominać sobie, że przecież nic ich nie łączy, ale czuła przyjemne ciepło na myśl, że może… może by go to zirytowało.
Ale Syriusz nie przyszedł do niej ani tamtego, ani kolejnego dnia.
Nie był chory, widziała go przecież w Wielkiej Sali. Ze swojego miejsca przy stole Slytherinu obserwowała, jak jadł tosty, jak żartował z Potterem, Lupinem i Pettigrew, jak kończył pisać jakieś wypracowanie, a także jak rozmawiał z innymi dziewczętami. Czasami były to rozmowy zwyczajne, które kończyły się podaniem mu solniczki czy czegoś z leżącego daleko półmiska, ale czasami dziewczęta te podchodziły do niego z odległych końców Wielkiej Sali, by usiąść pomiędzy półmiskami, jakby same były czymś, co można zjeść, jakby chciały zostać pożarte przez niego. Zawsze były wtedy ładniejsze i pogodniejsze od Dainah, a przynajmniej takimi jej się wydawały. Zawsze miały dłuższe nogi, równiejsze zęby, lepszą fryzurę, większy biust… Kiedy tylko na nie patrzyła, przypominała sobie dotyk Syriusza na swoim ciele, jego oddech we włosach i błądzące, rozgrzane dłonie, i zastanawiała się, czy one również na to liczyły, czy może miały podobne wspomnienia.
Wiedziała, że nie powinna o tym myśleć – w końcu ją i Syriusza nic nie łączyło poza tymi dziwnymi spotkaniami od czasu do czasu i szybkim zbliżeniem gdzieś między odrapaną ścianą a koszem na śmieci w ciemnej uliczce w Londynie. Nie miała prawa być o niego zazdrosna, a jednak… Wzdłuż kręgosłupa pełzło jej zimno, kiedy myślała o ustach Syriusza na ustach innej dziewczyny. Często miała wrażenie, że to tylko kwestia czasu, że któregoś dnia – między jednym kęsem posiłku a drugim – zobaczy właśnie to. Zastanawiała się, co wtedy poczuje i czy będzie zdolna do odczuwania czegokolwiek. Choć Syriusz nie był jej, to nie chciała, by był czyjś. W żadnym ze scenariuszy, które pojawiały się w jej głowie, nie wstawała jednak od stołu Ślizgonów, nie podchodziła do niego, nie odpychała tej obcej dziewczyny i nie próbowała o niego walczyć. Zawsze w takich wyobrażeniach to, czego się obawiała, rozgrywało się na jej oczach, a ona bezwolnie na to przyzwalała, jakby wcale jej to nie dotykało.
Póki co jednak nic takiego się nie stało. A wieczorem, kiedy wyszła z kolacji i ruszyła w stronę jednej z sobie tylko znanych sal, dogonił ją Syriusz.
– Co jest, Pool? Przy stole wyglądałaś jak rozwścieczony hipogryf – zagadnął, a ona poczuła rozlewające się po brzuchu ciepło na myśl, że przynajmniej raz ją zauważył.
– Nie wiem, o czym mówisz – odparła możliwie obojętnym tonem.
– Dobra, dobra. – Wyszczerzył się. – Przyszedłem zadbać o twoją edukację.
Dainah uniosła pytająco brew.
– Siedzisz w tych salach i nic z tego nie wynika. Martwię się, Pool – powiedział, przykładając dłoń do serca, jakby dla podkreślenia swojego zmartwienia. Dainah parsknęła śmiechem. – Nie ma się co śmiać, owutemy się same nie napiszą. Dlatego postanowiłem zmierzyć się z trudnym zadaniem powtórzenia z tobą eliksirów.
– Chcę ci przypomnieć, że miałam W z sumów, doskonale sama sobie poradzę.
– Chcę ci przypomnieć, że moje plecy doskonale pamiętają, jak sama sobie radzisz.
Dainah fuknęła z irytacją, która od udawanej szybko przeszła do prawdziwej.
– W porządku, zobaczymy, jak sobie poradzisz – powiedziała, unosząc wyzywająco brodę.
Syriusz pocałował ją tak szybko i krótko, że nawet nie zdążyła zaprotestować. A potem bezczelnie zniknął gdzieś za zakrętem korytarza.
*
– Gdzie ty ciągle znikasz? – zapytała Susannah, kiedy Dainah pakowała kilka pergaminów do szkolnej torby.
– Hm? – zapytała, z roztargnieniem sprawdzając, czy wrzuciła już do niej podręcznik.
– Wychodzisz gdzieś kilka razy w tygodniu i wracasz o dziwnych porach – kontynuowała.
Dainah zerknęła w lustro i odgarnęła parę jasnych kosmyków za ucho.
– Uczę się, owutemy się zbliżają – powiedziała.
– Przecież ona się zakochała – oświadczyła Isla, która przysłuchiwała się tej wymianie zdań. – To nie jest żadna nauka, to zwyczajne randki.
– Nie mam pojęcia, o co wam chodzi – odpowiedziała Dainah, nawet się przy tym nie rumieniąc. – Zejdźcie ze mnie.
Susannah westchnęła.
– Żeby tak ze mną ktoś się chciał uczyć. Zostanę starą panną, zobaczycie – powiedziała.
Isla natomiast patrzyła na Dainah tak, jakby starała się wywiercić jej wzrokiem dziurę w czaszce i zajrzeć do środka. Widać było, że coś analizowała, a wyniki tej analizy nie mogły jej się podobać, bo z każdą chwilą marszczyła nos coraz bardziej. Dainah nie miała zamiaru czekać na pytanie o to, z kim spędza tyle czasu, i bez zbędnych słów wyszła z dormitorium.
Powtórki z Syriuszem trwały już od kilku tygodni i, ku swojemu zdumieniu, odkryła, że faktycznie, przez większość czasu zajmują się nauką. Kilkukrotnie zdarzyło im się zapomnieć na kilka chwil o księgach i pergaminach, zamiast tego skupiając się na swoich ciałach. Zwykle później nie wracali już do powtórek z eliksirów, ale opowiadali o niewiele znaczących historyjkach z przeszłości, póki któreś z nich nie trafiło w czuły punkt tego drugiego. Wtedy zapadali w bezpieczne milczenie albo rozchodzili się do dormitoriów, by za parę dni ponownie się spotkać.
*
W końcu nadszedł luty. W drugą jego sobotę miało się wydarzyć coś, co napełniało Dainah pewnymi obawami. Miała po raz pierwszy od dawna iść na boisko do quidditcha i patrzeć, jak czternaścioro osób na miotłach przerzuca się piłkami, i udawać, że jest tym zainteresowana. Wiedziała, że taki mecz może trwać długo, i wcale nie miała ochoty spędzać tyle czasu na tak bezproduktywnej rozrywce, ale przed kilkoma dniami Syriusz wspominał o tym, jak ważna jest to potyczka, jeśli Gryfoni chcą wygrać Puchar Quidditcha. Widziała ten zapał w jego oczach, aż w końcu najwyraźniej przypomniał sobie, do kogo mówi, bo wymamrotał tylko „Ale przecież ciebie to i tak nie interesuje” i do końca spotkania był dziwnie nachmurzony. Dainah poczuła się nieco dotknięta tymi słowami, choć mecz istotnie jej nie interesował. Nie zareagowała jednak i dopiero następnego dnia, kiedy znów obserwowała Syriusza ze swojego miejsca przy stole Slytherinu, doszła do wniosku, że pójdzie na ten mecz. Skoro tak go to interesuje, to powinna chyba wykazać się jakimś zainteresowaniem. Nie żeby łączyło ich coś, co wymagało od niej takiego zaangażowania.
W sobotni poranek ubrała się dostatecznie ciepło, bo nie zmarznąć na boisku. Isla i Susannah patrzyły na nią ze źle skrywanym zdziwieniem, ale żadna nie wypowiedziała ani słowa. Przy śniadaniu nie widziała Syriusza, ale nie przeszkadzało jej to. W końcu i tak nie mogłaby mu powiedzieć, że będzie na trybunach… a nawet gdyby powiedziała mu o tym, czy jej obecność cokolwiek by zmieniła? Po prostu pójdzie tam, obejrzy ten mecz, a jeśli Syriusz w przyszłości coś o nim wspomni, będzie mogła zaskoczyć go wiedzą o tym, co działo się na boisku.
Mecz był dokładnie tak nudny, jak się tego spodziewała. Kafel wędrował z rąk do rąk, czasami przelatując przed obręcz po puchońskiej stroni boiska, czasami przez jedną z tych po gryfońskiej stronie. Dainah nie śledziła jego ruchów uważnie, bardziej skupiona na tłuczkach, z którymi musiał sobie radzić Syriusz. To był całkiem dobry mecz, jeśli wierzyć słowom komentatora, punkty przyrastały szybko, ale złoty znicz nadal się nie pokazał, przez co szukający byli najbardziej wypoczętymi graczami na boisku. Dobre pół godziny musiało minąć, zanim złoty błysk pojawił się blisko jasnowłosego Puchona, który od razu ruszył w pościg, szybko mając Gryfona na ogonie miotły. Widziała też, jak Syriusz odbija tłuczek w kierunku trójki puchońskich ścigających i wykrzykuje coś do drugiego z gryfońskich pałkarzy. Był tak skupiony na grze, że Dainah fascynowały obserwowanie go. Latał z taką gracją, a jednocześnie bez szczególnego wahania posyłał tłuczki w przeciwników. Było w tym coś magicznego, choć nie na tyle, by chciała oglądać mecze, w których nie mogłaby zobaczyć Blacka.
– Sto dwadzieścia do stu dla Puchonów. Walka o znicza wciąż trwa, Adams wysuwa się na prowadzenie. Jeśli szukający Gryfonów złapie znicza, jego drużyna wygra – informował komentator.
Dainah wbiła wzrok w złoty punkcik, który zdawał się zwodzić obu zawodników, to przystając, to znów przyspieszając. Gryfon reagował na te zmiany z rosnącym zdenerwowaniem, ale wciąż podążał za piłeczką, podczas gdy Puchon wydawał się bardziej skołowany. Jego ruchy nie zawsze wydawały się Dainah logiczne, ale zdawała sobie sprawę, że sport nie musi być logiczny.
W pewnym momencie tłuczek świsnął tuż obok ucha szukającego Hufflepuffu, który chyba próbował zaprotestować, bo zamachał ręką do sędziego, Ten go zignorował, ale przyleciał do niego jeden z puchońskich pałkarzy. Wymienili kilka słów, a potem pałkarz zaczął przejmować tłuczki i posyłać je w kierunku znicza, jakby chciał zniechęcić Gryfona do podlatywnia do niego. Zniechęcanie Gryfonów do czegokolwiek zwykle nie działa, podobnie było w tym przypadku. Syriusz natychmiast znalazł się obok kolegi ze swojej drużyny i osłaniał go przed tłuczkami, kiedy tamten próbował zbliżyć się do znicza, który na chwilę zastygł w powietrzu, jakby czekał na rozwój zdarzeń.
Dainah przestała na chwilę oddychać, kiedy zobaczyła, jak tłuczek trafia w rękę Syriusza, z której wypadła pałka. Tymczasem w jego kierunku mknął ją drugi tłuczek. Dainah usłyszała dźwięk gwizdka, który miał przerwać mecz, ale żaden z zawodników się nie zatrzymał. Szukający Gryffindoru wykorzystał ten moment, by zanurkować w kierunku znicza, a Syriusz szarpnął miotłą i wleciał prosto w tłuczek tak, by nie uderzył on jego kolegi z drużyny. Potem wszystko wydarzyło się jednocześnie, komentator zaczął krzyczeć, że Adams złapał znicza, drużyna Gryffindoru zebrała się wokół Syriusza, by sprowadzić jego miotłę na ziemię, Puchoni natomiast otoczyli swojego pałkarza i wydawali poirytowane krzyki. Wokół tego wszystkiego krążył sędzia, a Dainah rozbolała głowa. Zanim się zorientowała, co właściwie robi, wstała z miejsca i zaczęła schodzić z trybun. Nogi niosły ją na boisko, ale przecież nie mogła tam iść, co miałaby tam robić?
Raz jeszcze spojrzała na boisko. Gryfoni wylądowali już na trawie, a James Potter odrzucił swoją miotłę i, przepchnąwszy się przez Puchonów, zaczął okładać ich pałkarza. Reszta drużyny Gryffindoru próbowała powstrzymać Syriusza przed podnoszeniem się. Z trybuny dla nauczycieli już zbiegła pani Pomfrey. Wszystkie te obrazy kłębiły się przed oczami Dainah i wirowały, póki nie zamknęła oczu i nie zeszła chwiejnie z trybuny dla Ślizgonów, która tego dnia była tylko w połowie pełna. Nie zastanawiała się, czy zwraca na siebie spojrzenia innych. Możliwie spokojnym, ale stanowczym krokiem ruszyła do zamku.
*
Kręciła się w okolicy skrzydła szpitalnego, póki drużyna Gryffindoru z niego nie wyszła. Później widziała, jak wchodzi tam jeszcze kilka osób – Gryfonów, najwyraźniej zaniepokojonych stanem zdrowia Syriusza. Nie miała śmiałości wejść do skrzydła, kiedy oni wszyscy tam byli. Jej miejsce było w lochach, nie powinna nawet krążyć przy tych drzwiach. Dotkliwie też zdawała sobie sprawę, że gdyby nie pomysł pójścia na ten mecz, nawet nie widziałaby, że powinna się martwić o Syriusza. Gdyby nie to, że tam była, siedziałaby pewnie w opuszczonej sali i się uczyła, być może zastanawiając się przelotnie, czy wygrał i czy właśnie świętuje.
Teraz jednak stała za jakąś zbroją i czekała, aż miną ją dwie Gryfonki, z których jedna mówiła, że niesie mu kociołkowe pieguski, które Syriusz tak uwielbia. Dainah nie wiedziała, że Syriusz je uwielbia. Nie wiedziała też, kim są te Gryfonki, ale w tamtej chwili ich nie znosiła.
W końcu jednak korytarz opustoszał i odważyła się wyjść zza zbroi. Kiedy tylko weszła do skrzydła szpitalnego, od razu zauważyła Syriusza. Leżał na łóżku pod oknem i marszczył brwi, jakby próbował rozwiązać jakiś bardzo poważny problem. Obok niego, na szafce nocnej, leżały nierozpakowane kociołkowe pieguski, a Dainah nie była pewna, czy bardziej cieszy ją widok całego i relatywnie zdrowego Syriusza, czy niezjedzonych ciastek.
– Pool, co tu robisz? – zapytał, kiedy ją zobaczył.
To sprawiło, że na chwilę się zatrzymała. Co właściwie tam robiła? Czy nie chciał jej widzieć?
Syriusz wyszczerzył zęby, nie czekając na jej odpowiedź.
– Daliśmy im niezłego łupnia – stwierdził.
– Z tego co widziałam, to oni dali łupnia tobie – zauważyła sucho.
– To tylko… Byłaś na trybunach, Pool? – zapytał, uśmiechając się jak kot, który właśnie zjadł kanarka.
Nie podobał jej się ten uśmiech, który sprawiał, że czuła się, jakby stała przed nim naga. Co gorsza nie fizycznie – tego się nie obawiała – ale emocjonalnie.
– Byłam – przyznała w przypływie śmiałości.
Syriusz uśmiechnął się do niej tak szeroko, że tym razem poczuła, jakby miały się pod nią ugiąć kolana. Żadne z nich nic jednak nie powiedziało.
– Długo będą cię tu trzymać? – zapytała tylko, kiedy poczuła, że cisza zaczyna się już przeciągać.
– Pani Pomfrey uparła się, że powinienem zostać do rana – mruknął, ale po chwili zmienił wyraz twarzy. – Chciałabyś mi potowarzyszyć? – zapytał, to unosząc, to opuszczając brwi w geście, który w teorii miał być zalotny, a tylko wywołał u niej śmiech.
– Chciałbyś – odpowiedziała, siadając obok łóżka.
Zdążyli wymienić raptem parę zdań, zanim do skrzydła szpitalnego wpadli przyjaciele Syriusza. James Potter – nadal w stroju do quidditcha – zmarszczył brwi na widok Dainah.
– Co ona tu robi? – zapytał Syriusza, jakby ten nie zauważył, że tuż obok niego siedzi Ślizgonka.
– Pójdę już – mruknęła Dainah, podnosząc się z miejsca. Nie spojrzała na Syriusza, wbijając wzrok w podłogę, dlatego tym bardziej zaskoczyło ją, kiedy poczuła na swojej dłoni ciepło jego dłoni.
– To jest Dainah – powiedział spokojnie. – I zostanie tutaj.