Tonight, tonight

You can never ever leave
Without leaving a piece of youth
And our lives are forever changed
We will never be the same
/Smashing Pumpkins – Tonight, tonight/

Pierwsze krople letniego deszczu – tak wyczekiwanego przez wszelką zieleń, która przebiła się przez pokryty betonem Londyn – dotknęły chodnika w tym samym momencie, kiedy zamknął się w łazience Potterów, bezpieczny w Dolinie Godryka. Nadal oddychał ciężko, jakby przebiegł całą drogę między Londynem a Dorset, choć przecież nie byłby w stanie tego zrobić, nawet nienawiść, która zasnuwała mu obraz czerwienią i którą smakował w ustach – smakowała krwią, kurzem i, nie wiedzieć czemu, lukrecją – nie dałaby mu dostatecznie dużo siły. Przestronna łazienka Potterów – pełna beżów i bieli, prostych kształtów i puchatych ręczników – nie pasowała do niego, czy może raczej on nie pasował do niej. Roztrzęsiony i na poły szalony – przecież musiał być szalony – pośrodku tej jasności wyglądał jak… jak ponurak. Myśl ta sprawiła, że parsknął śmiechem, zbyt głośnym i trwającym zbyt długo, by mógł być zignorowany.
Ledwie zdążył go stłumić, zdławić w sobie, śmiać się dalej w sobie, nim usłyszał niepewne pukanie do drzwi.
– Wszystko w porządku, Syriuszu?
Nic nie było w porządku. Nic.
– Oczywiście – zapewnił, choć w pierwszej chwili nie był pewny, czy to jego głos.
– Zawołaj mnie, gdybyś czegoś potrzebował – powiedziała pani Potter, a potem odeszła, wyraźnie słyszał jej oddalające się kroki.
Nie planował jej wołać, nawet gdyby miał stracić resztki siebie pośrodku jej zadbanej, idealnej łazienki.
Nadal siedział na podłodze, opierając się plecami o wannę. Wodził oczami po ścianach, bezrefleksyjnie katalogując wszystko, co stało na półkach, każdą buteleczkę, każdy flakonik… Co jakiś czas trafiał na obrazek w ramce, zza której patrzyły na niego kocięta lub dzieci, wszystkie w towarzystwie kwiatów i wszystkie tak samo przestraszone. Jakiejś części jego świadomości to niemal pochlebiało – tej mrocznej części, która mogłaby trafić do Slytherinu, która mogłaby być Blackiem.
Szybko przeniósł wzrok na niewielkie okno przysłonięte firanką. Po szybie płynęły ciężkie krople deszczu, a Syriusz poczuł, że w gardle znów rodzi mu się płacz, który chciał ze wszelkich sił stłumić. Już wcześniej – kiedy pierwsza wściekłość minęła i kiedy zdał sobie sprawę, że tym razem nie może wrócić, tym razem nie może dać im wygrać – uronił kilka łez, która zdradziecko popłynęły po jego policzkach, kiedy ze wszelkich sił starał się je powstrzymać, zawrócić, zdławić w zarodku. Musiał je jednak wytrzeć wierzchem dłoni, wykonując wściekły ruch. Wściekłość była łatwiejsza, płonęła jasnym, gorącym płomieniem, wychodziła z trzewi i rozlewała się na resztę ciała, oplatając kręgosłup jęzorami żywego ognia. Wypierała wszystkie inne emocje, które w pewnym momencie próbowały nad nim zapanować, ale chwycił się jej, jak tonący łapie cokolwiek, co tylko przypomina linę, żeby tylko pozostać na powierzchni.
Za oknem było już ciemno. Nawet gdyby przesłuchiwano go przed Wizengamotem, nie byłby w stanie ustalić, czy to tylko wina burzowej chmury, czy też siedział na podłodze tak długo, aż zapadł zmrok. Deszcz nadal tłukł w szybę, tak samo nieustępliwy jak pół godziny i miliard lat temu.
Z trudem się podniósł, zmuszając do wysiłku mięśnie, które zastygły w bezruchu, napięte, jakby gotowe do kolejnej ucieczki. Podszedł do umywalki, żeby ochlapać twarz wodą – zmyć ślady, przecież każdy, kto go widział, musiał je widzieć, musiał wiedzieć, że płakał – i ze zdziwieniem stwierdził, że jego twarz się nie zmieniła. Patrzył na niego ten sam Syriusz, którego widział tego samego ranka – naprawdę to było dziś rano? – w łazience domu przy Grimmauld Place. Było w tym coś niedorzecznego, niemożliwego, wręcz nieprzyzwoitego, że jego twarz była wciąż tą samą twarzą, która przedrzeźniała Regulusa przy rodzinnym stole czy którą w porywie złości uderzyła Walburga Black.
Nie mogąc dłużej znieść tego widoku, który nijak nie przystawał do wszystkiego, co kotłowało się w syriuszowym sercu, gotowe eksplodować, jeśli tylko wściekłość przestanie sterować całym jego ciałem, mechanicznie zdjął z siebie ubranie – kupione w mugolskim sklepie, żeby tylko zrobić im na złość – i wszedł do wanny.
Woda powinna go uspokoić, ale im dłużej w niej leżał, tym boleśniej był świadom, że wściekłość go opuszcza, ale jej miejsca nic nie zajmuje. Kiedy zawartość wanny całkiem ostygła, a jego palce namiękły jak nigdy, zdał sobie sprawę, że wypełnia go pustka tak namacalna, że aż musiał sprawdzić, czy nadal ma brzuch i nogi. Były tam, kiedy wycierał je puchatym, beżowym ręcznikiem pani Potter, były tam, kiedy zakładał piżamę i musiały tam nadal być, kiedy zebrał swoje rzeczy i wyszedł na korytarz. Możliwie bezszelestnie – jakby nigdy nie istniał, jakby go tu wcale nie było – dotarł do pokoju gościnnego, do którego pani Potter przyniosła koce i poduszki, jeszcze zanim nawiązał duchowy kontakt z podłogą w jej łazience. Zapewniała, że to żaden problem, że miło im go gościć – i była przy tym tak szczera, że niemal jej wierzył.
Na znajdującej się w pokoju sofie leżał James, który bawił się złotym zniczem. Wypuszczał go, pozwalał mu przez chwilę cieszyć się wolnością, a potem łapał, zduszając wszelkie złudzenia co do tego, kto w tej sytuacji ustalał zasady. Syriusz poczuł, że go mdli, ale nic nie powiedział. W milczeniu patrzył, jak złota piłeczka raz po raz próbuje wyrwać się na wolność i wraca do dłoni Jamesa.
– W końcu nawiałeś – powiedział, a w jego głosie pobrzmiewała duma z przyjaciela. Wcześniej, kiedy Syriusz stanął na progu ich domu, wymienili niewiele słów, obaj zbyt oszołomieni. – Ale się wkurzą.
– Już byli wkurzeni – odpowiedział Syriusz, oczekując powrotu wściekłości.
James zaśmiał się i przez chwilę wydawało się, że zgubi swój złoty znicz, ale ponownie udało mu się w porę podciąć skrzydełka i zamknąć go w dłoni.
– Chcesz o tym pogadać?
Syriusz przez chwilę milczał, rozważając, jak ubrać w słowa wszystko, co się wydarzyło tego dnia – od śniadania, przez odwiedziny wuja Cygnusa, zasłyszane ukradkiem dyskusje o nim czy o Andromedzie – czarnych owcach wśród Blacków – a potem, w okolicy obiadu, wszystko eskalowało tak szybko, że pamiętał tylko te mniej znaczące urywki, wśród których przewijały się przytyki do kolorów Gryffindoru, do tego koszmarnego, mugolskiego wynalazku, który odtwarzał muzykę, do dekoltu Brigitte Bardot… To było łatwiej pamiętać, łatwiej ubrać w słowa i opowiedzieć Rogatemu, zostawiając w tej historii przerwy wystarczająco długie, by mógł się pośmiać, i dostatecznie krótkie, by nie dostrzegł, że w opowieści brakuje wielu elementów. Że niezależnie od tego, jak Walburga i Orion Black nienawidzili połączenia złota z czerwienią, odsłoniętych ramiona Bardot i piosenek Bruce’a Springsteena, które Syriusz pokochał, żadna z tych spraw – ani nawet wszystkie naraz – nie tłumaczyła, czemu pierworodny szlachetnego i starożytnego rodu Blacków znalazł się bez dachu nad głową.
James nadal rechotał, zbyt rozbawiony wizją plakatu tańczącego kankana pośród rodowych sreber podczas niedzielnego obiadu.
– Dobre zaklęcie – powiedział, a w jego oczach zalśniło coś, co nakazywało sądzić, że wkrótce podobne zjawisko będzie można zaobserwować na stole w kuchni państwa Potterów.
Syriusz uśmiechnął się krzywo.
– Miałem czas, żeby ćwiczyć.
To na chwilę otrzeźwiło Jamesa, który w mgnieniu oka spoważniał.
– Nie powinieneś był tam w ogóle wracać – oświadczył, podnosząc się z sofy. – To banda oszołomów, szkoda twojego czasu na nich. Powinieneś był prosto z Londynu przyjechać do nas.
Syriusz odruchowo skrzywił się lekko, jakby słowa te dotknęły go fizycznie. Choć ten lekki grymas znikł tak szybko, jak się pojawił, to nie uszedł uwadze Jamesa; Rogaty nie wiedział jednak, co z właśnie powziętą wiedzą zrobić, więc wzruszył ramionami i klepnął Syriusza w ramię.
– Wyśpij się, a jutro pogramy w quidditcha – powiedział, wychodząc z pokoju.
Syriusz zbyt szybko został sam ze swoimi myślami, swoją pustką – która po wyjściu Jamesa stała się jeszcze bardziej oczywista, bo wcześniej była, ale mógł ją odepchnąć, zlekceważyć, zepchnąć na drugi plan, skoro była zbędna w tej rozmowie, skoro mógł ją przykryć zabawnym komentarzem i niezbyt szczerym uśmiechem – i z tobołkiem ubrań, które przyniósł z łazienki. Rzucił je w kierunku krzesła, nie patrząc nawet, gdzie wylądowały. Przez ułamek sekundy poczuł wyrzuty sumienia – pani Potter nie powinna patrzeć na jego brudne skarpetki, kiedy tu jutro wejdzie – ale były one zbyt małe, by coś z nimi zrobił. Zamiast tego rzucił się na sofę, układając się wygodnie i wbijając wzrok w sufit. Jedynym źródłem światła – teraz, kiedy James zamknął za sobą drzwi do korytarza – był księżyc. Zbliżała się pełnia, ale cóż z tego, jeśli Remus był setki kilometrów stąd.
Poprzedniej nocy patrzył na księżyc przez zupełnie inne okno, leżąc na zupełnie innym łóżku i zastanawiając się, jak długo jeszcze zniesie to, co działo się przy Grimmauld Place. Jak długo pozostanie jeszcze sobą – Syriuszem – zanim coś w nim pęknie i stanie się kimś innym – Blackiem. Przecież o to im właśnie chodziło, pod tymi wystudiowanymi maskami obojętności kryło się pragnienie, by był taki jak oni; czuł je w każdym pogardliwym spojrzeniu, w każdym wymierzonym mu razie, w każdej złośliwości. Umacniało to jego postanowienie, by nigdy nie stać się jednym z nich, ale…
Ale…
Syriusz zamknął oczy, przywołując w myślach jakąś – jakąkolwiek – piosenkę z tych, które ostatnio słyszał w radio. Niemal chwytał myślą melodie i słowa, ale wszystkie prędzej czy później rozmywały się, łączyły w bezsensowne twory albo urywały. Gdzieś tam, z tyłu głowy, była cały czas twarz jego matki, jej głos, grymas wściekłości i – co gorsze – błysk aprobaty w oczach.
Nie było nic straszniejszego niż aprobata Walburgi Black.
Otworzył oczy i położył się tak, by widzieć okno. Księżyc znajdował się poza zasięgiem jego wzroku, ale świecił jasno. Nigdy nie przykładał się do astronomii na tyle, by móc oczyścić umysł dzięki znajomym kształtom gwiazd; wiedział też, że nie spotka na nocnym niebie swojego imiennika, który wakacje spędzał na południowej półkuli. Może miał dobry pomysł, może Syriusz powinien był podążyć jego tropem, uciec gdzieś daleko, gdzie nikt go nie znał, nikt nie mógł oceniać go po statusie krwi czy zastanawiać się, kiedy okaże się, że jabłko wcale nie pada daleko od jabłoni.
To tylko kwestia czasu.
Potrząsnął głową, chcąc pozbyć się pobrzmiewającego w niej głosu matki. Nie chciał o niej myśleć – już nigdy – a szczególnie nie kilka godzin po tym, kiedy ostatecznie się od niej uwolnił, kiedy uciekł, by już nigdy nie powrócić.
Poczuł, że zaschło mu w ustach, choć przecież nic nie mówił.
Cicho, najciszej jak mógł, żeby nikogo nie obudzić przeszedł przez ciemny korytarz do kuchni. Tam jednak zorientował się, że nie tylko on ma problemy ze snem. Eufemia Potter siedziała w wygodnym fotelu w przestrzeni pomiędzy kuchnią a salonem, zatopiona w lekturze jakiejś opasłej księgi. Tuż obok niej druty niezmordowanie pracowały nad robótką z granatowej wełny. Syriusz chciał się wycofać, żeby nie zakłócać jej spokoju, ale było już za późno. Jasne, niebieskie oczy zdawały się prześwietlać go na wylot. Nawet jeśli biła z nich sympatia, Syriusz miał ochotę skryć się w mroku i pozostać w nim tak długo, aż matka Jamesa nie pójdzie spać. Bał się tego, co Eufemia może w nim znaleźć, jeśli jej wzrok zbyt uważnie zacznie badać jego wnętrze.
Krwi się nie oszuka, a w jego żyłach płynie krew Blacków.
– Też nie możesz spać? – zapytała dobrotliwie, a jej pokrytą zmarszczkami twarz rozświetlił uśmiech. – Księżyc miesza nam wszystkim w głowach.
– Tak – odpowiedział cicho, niepewnie przestępując z nogi na nogę. Mógł uciec z domu, mógł robić wszystko, by przekonać świat o tym, na jak niewielu rzeczach mu zależy, mógł… mógł wiele, ale teraz, kiedy między nim a szklanką wody stała cała dobroć pani Potter, czuł się, jakby znów miał cztery lata i potrzebował kogoś, kto odgoni wszystkie koszmary.
Wtedy nikogo takiego nie znalazł. Nie chciał nawet myśleć, że teraz mogłoby być inaczej, perspektywa ta była zbyt przerażająca.
– Martwiliśmy się o ciebie, Syriuszu – powiedziała. – James nie dostał żadnej sowy od początku wakacji.
Skinął głową, z trudem przełykając ślinę. W gardle utworzyła mu się gula, która niewiele miała wspólnego ze wspomnieniem martwych ptaków lądujących na trawie przed domem po tym, jak zostały rażone klątwą, a więcej z tym, że nie wiedział, co powinien zrobić z wiedzą o tym, że ktoś się o niego martwił.
– Próbowałem… próbowałem napisać.
Pani Potter pokiwała głową, a w jej oczach – zamiast wesołych błysków, które zwykle mógł dostrzec – pojawiło się coś, co nakazało mu spuścić wzrok. Skąd mógł wiedzieć, czy nie tak wygląda oklumencja, a ostatnim, czego by chciał, to jakikolwiek oklumenta – nawet najsympatyczniejszy – oglądający jego wspomnienia.
– Cieszę się, że udało ci się do nas dotrzeć – zapewniła. – Podróż musiała być trudna.
Syriusz pomyślał o wyrzuconym przez okno kufrze, o tym, jak bał się, że skręci kostkę, kiedy wyskoczy za nim – a wtedy go znajdą, wtedy nie da rady się oddalić – o tym, że jeszcze bardziej się bał, że złapią go, zanim wmiesza się w tłum mugoli, o oglądaniu się przez ramię przez kilkanaście kilometrów wędrówki po Londynie, o próbie kupienia mugolskiego jedzenia za złoto, kiedy nie miał przy sobie innych pieniędzy, o strachu, który kurczył żołądek tak bardzo, że nie mógł myśleć o niczym innym, tylko o tych kilku sekundach, które…
A potem był Błędny Rycerz i Dorset, i Dolina Godryka.
– A skąd. – Zmusił się do uśmiechu. – Błędny Rycerz nie jest aż tak zły.
Pani Potter posłała mu łagodny uśmiech, który sygnalizował, że wie, co Syriusz próbuje zrobić, i póki co mu na to pozwala. Podbródkiem wskazała jedno z krzeseł, nakazując mu, by usiadł.
– Nie będę przeszkadzał – mruknął, próbując wycofać się z kuchni.
– Nonsens – odpowiedziała, przywołując różdżką imbryk i filiżankę, która wydawała mu się tak idiotycznie różowa i pokryta rysunkami kwiatów, że nie mógł wyobrazić sobie, dlaczego ktokolwiek mógłby taką z własnej woli kupić. Jego matka…
Ale nie chciał myśleć o swojej matce.
Eufemia nalała mu herbaty do filiżanki i ponownie zwróciła w jego stronę badawcze spojrzenie.
– Zostaniesz do końca wakacji?
Tym razem nie próbował się uśmiechać, po prostu skinął głową.
– Jeśli to nie problem – powiedział ciszej, niż chciał. Jego głos był zbyt słaby, zbyt niepewny, a przecież Syriusz nie mógł być słaby i niepewny, nie teraz, kiedy słowa jego matki były tak świeże w jego głowie.
Wrócisz tu, wrócisz z podkulonym ogonem.
Nigdy nie wróci do tego domu. Będzie mieszkał w lesie, pod mostem, wprowadzi się do Zakazanego Lasu, jeśli będzie musiał, ale nie wróci na Grimmauld Place.
– Żaden – zapewniła, popychając w jego stronę cukiernicę. – Im nas więcej, tym weselej, prawda?
Zupełnie nieproszony do jego umysłu wdarł się obraz roześmianego wuja Cygnusa. Kto by pomyślał, że strach może tak szybko zastąpić śmiech. Kto by pomyślał, że…
Ale o wuju Cygnusie też nie chciał myśleć, nie w przytulnej kuchni Potterów.
– Na pewno nie będę sprawiał większych problemów niż James – wyszczerzył zęby w tak dobrze sobie znanym uśmiechu i miał nadzieję, że nie pęknie mu od tego twarz.
– Czasami nieźle nam daje w kość – zaśmiała się Eufemia i przez chwilę Syriusz mógłby przysiąc, że miała nie więcej niż 30 lat. – Ale coś ci powiem, niedaleko pada jabłko od jabłoni.
Mrugnęła porozumiewawczo, a po kręgosłupie Syriusza przeszedł dreszcz tak gwałtowny, że aż podskoczył wraz z krzesłem, na którym siedział. Nerwowo chwycił za filiżankę, próbując zamaskować swój nagły ruch.
Niemal spełnił ich oczekiwania, przecież powiedzieli…
Nie mógł być taki jak oni.
– O? – wykrztusił w końcu, zdając sobie sprawę, że cisza, która zapadła, musi być co najmniej niezręczna.
Eufemia uważnie mu się przyglądała, już nie udając, że nie dostrzega jego dziwnego zachowania. Teraz próbowała ocenić, co się stało, że stanął na ich progu – rozdygotany i z szaleństwem w oczach.
Nie wiedział, jak głęboko w sobie ma ukryć wydarzenia tego popołudnia, ale oddałby wiele, żeby nikt się o nich nie dowiedział. Inna część umysłu Syriusza niemal żałowała, że nie wypowiedział tych słów, że nie był w stanie – musisz chcieć go użyć, synu, musisz naprawdę chcieć – bo podczas gdy jarząca się różdżka wywoływała strach w oczach wuja Cygnusa, wypowiedzenie tych słów wywołałoby strach w oczach ich wszystkich. Strach był lepszy niż to, co widział, kiedy uciekał na piętro. Chociaż… wtedy stałby się jednym z nich, matka sama to wykrzyczała, wtedy byłby Blackiem.
Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że Eufemia opowiada o przygodach swojego męża w Hogwarcie. Fleamont był Gryfonem – oczywiście – i łamał regulamin szkoły niemal tak samo często jak jego syn.
Syriusz próbował skupić się na jej słowach, ale serce biło mu jak oszalałe, a z tyłu głowy wciąż miał te wszystkie słowa i spojrzenia, które przelały czarę goryczy, które uświadomiły mu – ostatecznie – że jeśli nie przetnie wszystkich więzów, które łączą go z rodziną, to oni wygrają. Żadne mugolskie plakaty, żadne barwy go przed tym nie uchronią. To coś, ten pierwiastek blackowatowści, było w nim jak bomba i mogło wybuchnąć. Jeśli nie ucieknie, to zwariuje i stanie się jednym z nich – nieważne, czy nastąpi to za tydzień, czy za dekadę.
– Och, chyba nie powinnam cię zanudzać opowieściami sprzed stu lat – powiedziała w końcu.
Chciał zaprotestować, zapewnić, że jej opowieści warte są wysłuchania, ale… nie mógł przywołać żadnej z nich. Wolał więc milczeć.
Eufemia wstała ze swojego fotela i, pokrzątawszy się chwilę po kuchni, podczas gdy Syriusz uparcie wbijał wzrok w filiżankę, ruszyła w kierunku korytarza.
– Syriuszu – odezwała się, już u drzwi pomieszczenia – zostań z nami tak długo, jak tylko masz ochotę. Jesteś dla Jamesa jak brat.
Pokiwał tylko głową, bo w gardle znów urosła mu gula, której nie był w stanie przełknąć – tym razem jednak powodem jej powstania było wzruszenie, nie strach czy wstyd. Nie wiedział, czy pani Potter w ogóle widziała jego kiwnięcie, ale nie miało to większego znaczenia. Ich dziwna rozmowa musiała dostarczyć jej więcej informacji, niżby chciał.
Kiedy został sam, wypił jeszcze kilka filiżanek herbaty. Tu, w tej przytulnej kuchni, z tą idiotycznie różową filiżanką w dłoni łatwiej było mu zrozumieć, poczuć, że w końcu jest daleko od sreber i szarości, że właściwie nic, co stało się przy Grimmauld Place – nieważne, jak przerażające i jak bardzo chciałby o tym zapomnieć – nie miało większego znaczenia teraz, kiedy uciekł. Właściwie… czy nie było w tym jakiejś poetyckiej sprawiedliwości? Syriusz nie był fanem poezji i rzadko ją rozumiał, ale wśród wszystkich emocji, które odczuwał – wciąż przygaszone, ale powoli wypełniające jego pustkę – pączkowało coś, co nakazywało mu się śmiać, gdy myślał o tym, że podniósł na nich różdżkę, że ten akt buntu – tak przecież różny od dotychczasowych wyrazów buntu, z którymi się już oswoili – wywarł na nich takie wrażenie. Chciał myśleć, że nigdy nie zamierzał wypowiedzieć tych słów, że nienawiść, którą czuł we krwi, nie była dostatecznie silna, ale… nie wiedział. Nie mógł był pewien sam siebie. Wolał nie być.

Advertisements

Pod znakiem borsuka: Trudna sztuka jednostronnego kompromisu

Nie była pewna, czy wczoraj przypadkiem jej się nie przyśniło. Wróciła do pokoju nad ranem, mokra i półprzytomna, a gdy się obudziła, Glendy nie było nigdzie w pobliżu i nikt nie mógł potwierdzić tego, że rzeczywistość w istocie była rzeczywistością. Sobie nie mogła już ufać. Nie po tym, w co się wpakowała.
Florence Jezebel Yaxley rozpoczęła swoją bolesną niedzielę od zimnego, bardzo zimnego prysznica i krótkiej notatki do Jamesa Pottera. Jamesa Pottera! Czy naprawdę kiedykolwiek podejrzewała, choćby w swoich najśmielszych koszmarach, że spędzi jakiekolwiek… wczesne popołudnie wypisując listy do Jamesa Pottera? Kto miał być następny? Syriusz Black?
Wszystko, co święte, czy to właśnie czekało na nią w przyszłości? Nie kariera magomedyka a obśliniony pysk Syriusza Blacka? Na samą myśl robiło jej się słabo.
A to nie był czas na słabość. Musiała zachować absolutną świeżość umysłu na tyle, na ile było to możliwe w obecnych okolicznościach. Nie, kiedy w każdej chwili mógł pojawić się koło niej właśnie James Potter i musiałaby mu opowiedzieć o wszystkim, co przyszło jej do głowy pod prysznicem.
– Weź się w garść, Flossie. To wcale nie jest głupi plan.
Jej poziom zaufania do samej siebie naprawdę musiał być krytycznie niski, bo nie uwierzyła sobie choćby przez ułamek sekundy. Odkrząknęła i powtórzyła jeszcze raz:
– To wcale nie jest głupi plan.
– Gadasz do siebie?
Gdyby nie to, że bezpiecznie czuła się jedynie w pozycji siedzącej, niechybnie podskoczyłaby na dźwięk jego głosu. Kiedy podniosła głowę, by spojrzeć na jego roześmianą twarz okoloną okrutną dla jej aktualnego stanu ilością promieni słonecznych, zrozumiała, że może jednak, może odrobinkę, był to bardzo głupi plan.
Tyle że mleko już się rozlało. Była tu i teraz, na błoniach, James był tuż koło niej, a jej durna godność prawdziwego Perfekta nie pozwalała jej się wycofać z danego słowa.
– Upewniam się, że jestem stuprocentowo przygotowana ­– odpowiedziała, próbując  zachować zimną krew. Podejrzewała, że nie za bardzo jej to wychodziło. Jej oczy odmawiały współpracy i za nic nie chciały się otworzyć, nie, kiedy patrzyła prosto w aureolę wokół jego rozczochranej głowy. – Nie lubię nie być przygotowana. To nieprofesjonalne.
Nie mogła pozbyć się wrażenia, że James umierał ze śmiechu.
Jedną nogą szturchnął stosik pergaminów, leżący na ziemi tuż koło niej. Ostatkiem sił powstrzymała się przed skomentowaniem tego w jakikolwiek sposób, chociaż naprawdę, naprawdę miała ochotę go za to skarcić. Jak małe dziecko, które musi popsuć swoją zabawkę, no doprawdy.
– Ale że będziemy się uczyć? – spytał niewinnie, co wcale nie pomogło jej irytacji.
– Nie, James. Będziemy negocjować.
Gdyby nie to, że Flossie i tak nie podejrzewała Jamesa Pottera o przesadne pokłady intelektu, a więc i niewiele miał go do stracenia, gotowa była uznać, że od ostatniej nocy ogłupiał jeszcze bardziej. Przynajmniej na to wskazywała jego mina i podwójne mrugnięcie, które ją poprzedziło. Nawet oślepiona przez popołudniowe słońce nie mogła jej nie zauważyć.
Bez słowa próbowała mu zasugerować, że może jednak przestałby się wygłupiać i usiadł – w końcu słowa w ogóle do niego nie docierały – ale minęły może i nawet dwie minuty nim zrozumiał, co się do niego gestykuluje i w końcu przesunął się z linii koszmarnego prześwietlenia. Flossie tak ulżyło, że nie musiała już wypalać sobie oczu, że przez moment miała ochotę go za to przytulić; tylko moment, bo zaraz uświadomiła sobie, że profesjonalizm nie obejmuje przytulania współkonspiratorów.
Jedyne, co jej pozostało, to przygładzić sweter, wziąć głęboki oddech i…
– Przyniosłem ci śniadanie, chcesz? – James przerwał jej w momencie, w którym już miała zacząć mu opowiadać o istocie tabelek i kalendarzy, które przyniosła ze sobą na błonia.
Tym razem naprawdę mu się przyjrzała. I tak, nie dało się ukryć, że w swoich dłoniach James w istocie trzymał kwiecisty talerzyk z trzema bułeczkami. Być może nawet…
– Poziomkowe.
Mimowolnie wyszczerzyła się do niego w największym uśmiechu, na jaki było ją stać. Nie miała pojęcia, skąd James wiedział o jej miłości do poziomkowych bułeczek, ale aktualnie niewiele ją to obchodziło. Potrzebowała odrobiny szczęścia. Nawet z rąk nie tego Gryfona, co trzeba.
Ostatkiem sił powstrzymała się od wyrwania mu ich siłą; zresztą, Potter i tak był zbyt zajęty naśmiewaniem się z jej entuzjazmu, by jakkolwiek się z nią drażnić i, na przykład, próbować zatrzymać talerzyk dla siebie. Chociaż do tej pory nie czuła głodu, nagle zdała sobie sprawę z tego, że z nerwów nie jadła wczoraj cały dzień. I dzień wcześniej. W zasadzie poza wątpliwym ponczem Syriusza nie miała w ustach niczego od… od rozmowy z Remusem w bibliotece.
Kto jak kto, ale ona akurat nie musiała przechodzić na dietę.
– Kiedy zdążyłaś to wszystko napisać? – James wyciągnął się wygodnie na trawie i zaczął przeglądać jej pergaminy. Pierwszym, który porwał, była tabela pełna wyliczeń prawdopodobieństw warunkowych na wzbudzenie zazdrości różnych technik trzymania się za ręce.
Zanim mogła mu odpowiedzieć, musiała przełknąć wyjątkowo duży kawałek bułki, który akurat przegryzała. Tak, mogła umierać z głodu, wstydu, złamanego serca, bólu głowy i słabego towarzystwa, ale nie był to powód, by od razu rezygnować z podstawowych manier.
– To? To są tylko podstawy. Nie wiedziałam od czego zacząć.
– Ja nawet nie wiem, co połowa z tych szlaczków oznacza. – Przysunął pergamin, który czytał, tuż pod swój nos, udając, że bardzo się na nim skupia. – Jesteś pewna, że to ma znaczenie? Czy będę trzymał twoją rękę od prawej czy lewej strony?
– Lata studiowania Starożytnych Runów nauczyły mnie, że w badaniu przyszłości nic nie pomaga tak, jak właściwa metodyka pracy.
James spojrzał w jej kierunku, ale nie odpowiedział. Gdyby nie to, jak bardzo absorbowało ją połączenie właściwej metodyki pracy i poziomkowych bułeczek, może przejęłaby się intensywnością tego spojrzenia. Zwykle nie czuła się zbyt komfortowo pod taką ścisłą obserwacją. Zwykle wolała raczej bardziej trochę nie istnieć.
– Jeśli chcemy, żeby ten plan wypalił…
– Upaćkałaś się dżemem – przerwał jej, a kiedy nie odpowiedziała, dodał: – Na nosie.
Po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna, Flossie nie miała pojęcia, co powiedzieć.
***
Syriusz dogonił je gdzieś na schodach pomiędzy trzecim i czwartym piętrem; i chociaż zwykle z bieganiem po Hogwarcie radził sobie bardziej niż przyzwoicie, fakt, że szukał Glendy już od paru godzin, sprawdzając jedną po drugiej wszystkie wieże i inne ekstremalnie położone zakamarki, niezbyt korzystnie wpływał na jego kondycję. Dlatego też zanim w ogóle się odezwał, pierwsze parę sekund spędził na zginaniu się wpół i łapaniu oddechu, ku wielkiemu zdziwieniu Dawn, która właśnie odkryła, że Syriusz Black był jednak tylko człowiekiem, a nie starożytnym bogiem zesłanym na ziemię ku uciesze damskich oczu.
– Będziesz żył? – zakpiła Glenda, której nijak nie wzruszała obecna sytuacja Syriusza. Jasne, nie żeby nie kiedyś coś tam, ale aktualnie nie wyglądał on dużo lepiej niż statystyczny Peter Pettigrew. – Musimy cię eskortować do Skrzydła Szpitalnego?
– Bardzo… bardzo zabawne, Kendrick.
– Zrobiłeś się fioletowy – cicho dorzuciła od siebie Dawn.
Glenda parsknęła śmiechem, ale Syriusz nie wyglądał na najszczęśliwszego; nie pamiętał nawet, kiedy po raz ostatni rozmawiał z Dawn, nie miał więc pojęcia, że ta krótka uwaga nie była kolejnym zamachem na jego męską dumę a prawdziwym współczuciem. Faktycznie robił się fioletowy. Może jeszcze nie stuprocentowo jagodowy, ale zdecydowanie zmierzał w tym kierunku.
Dawn próbowała się do niego uśmiechnąć, ale sama wizja uśmiechania się do kogoś tak nadzwyczajnego jak Syriusz Black, nawet w wersji śmietany z jagodami, przerażała ją na tyle, że uśmiech nijak nie chciał pojawić się na jej twarzy. Jedyne, na co mogła się zdobyć, to krok w tył, tak, by mogła bezpiecznie schować się za plecami Glendy.
– Szukałem cię… cały… dzień.
Gdyby powiedział coś takiego jej, małej, nieistotnej, zapomnianej Dawn, czciłaby te cztery słowa do końca swojego życia. Tymczasem Glenda jedynie wzruszyła ramionami i rzuciła:
– Czego chcesz?
Syriusz w końcu złapał na tyle oddechu, by móc się wyprostować. Teraz, gdy już nie sapał jak gigantyczne psisko po intensywnym popołudniu w parku, obie dziewczyny zauważyły, że był czymś wyraźnie zaaferowany. Jednak nawet w tysiąc lat nie odgadłyby, co miał im do powiedzenia.
– To prawda? – spytał. – Rogacz i Flossie?
– Rogacz i Flossie co?
– No… Wiesz.
Glenda nie odpowiedziała. Wpatrywała się w Syriusza tak, jak gdyby naprawdę przemienił się nagle z Gryfona w jagodę, a potem zaczął stepować. Chociaż jeśli miałaby być szczera, w jej oczach prawdopodobieństwo Syriusza-jagody stepującego na schodach do wieży północnej wciąż było nieskończenie większe niż Flossie i Jamesa choćby rozmawiających ze sobą z własnej, nieprzymuszonej woli.
Nie, żeby z Jamesem było coś nie tak. Chyba. Glenda nie miała nigdy żadnych powodów by wątpić w jakość Pottera jako towarzystwa. Jasne, dla niej był trochę za niski i trochę zbyt żałosny w swoich jękach i stękach do Lily Evans, ale przynajmniej nie był Remusem Lupinem. Remusa Glenda nie mogła znieść najbardziej, taki był sztywny i nudny, i pozbawiony jakiejkolwiek joie de vivre. James nie był najgorszy.
Po prostu Flossie… Flossie też była specyficzna. Glenda kochała ją całym swoim sercem, ale nie dało się ukryć, że niespecjalnie nadawała się do interakcji z bardziej… normalnymi ludźmi. Nie żeby przez tyle lat nie udało się jej trochę ucywilizować, ale przed nimi wciąż była dość daleka droga, a obściskiwanie się z Jamesem Potterem mogło okazać się skrótem, którego biedna Florence by nie przeżyła.
– Flossie i James będą mieli dziecko? – niespodziewanie wypaliła Dawn, która z tego wszystkiego rozumiała jeszcze mniej niż Glenda.
– Co? – Glenda i Syriusz spytali unisono, w akcie pół-skonfundowania i pół-paniki.
Dawn skurczyła się i dosłownie, i w przenośni, gdy dwie pary bardzo intensywnych oczu wbiły się prosto w jej czoło. Dla człowieka, którego nigdy nikt nie zauważał, było to zdecydowane przekroczenie wszystkich norm bezpieczeństwa związanych z cudzą uwagą.
W zaistniałej sytuacji nie pozostało jej nic innego jak zacisnąć obie dłonie na krawędzi jej swetra i właśnie się skurczyć – najlepiej do rozmiaru guzika, o tak, guzik byłby wystarczający. Tyle że Dawn nie była też asem czarowania i mimo jej najwytrwalszych prób, nigdy nie udało jej się opanować samo-transmutacji; i chociaż bardzo bardzo chciała być guzikiem, nic jej z tego nie wychodziło.
– No… Mówiłeś, że Flossie i James, no i że wiemy – Dawn mówiła tak cicho, że i Glenda, i Syriusz nie za bardzo usłyszeli ją za pierwszym razem. Dlatego też po chwili musiała dorzucić, odrobinę głóśniej: – Nie to powiedziałeś?
Gigantyczny kamień spadł z serca Glendy. Nie, żeby podejrzewała, że Dawn mogła wiedzieć coś, czego nie wiedziała ona… Ale jeśli chodziło o Florence i jej zdolność do pakowania się w niepotrzebne kłopoty, nigdy nic nie wiadomo.
– Nie, nie to powiedział – warknęła na Dawn, która od tego warknięcia w istocie prawie skurczyła się do rozmiaru guzika. – Syriusz sugeruje, że Florence i James Potter mają romans. Bez dzieci.
– Nie jestem gotowy na dzieci – Syriusz mruknął, chociaż nikt nie pytał go o zdanie; co zresztą zasugerowało mu po chwili spojrzenie Glendy.
Dawn wyrzuciła z siebie niemal niesłyszalne Och, którego nikt już nie usłyszał, bo Glenda otrząsnęła się już z pierwszego szoku i była gotowa drążyć temat. Wszyscy, którzy znali Glendę Kendrick chociaż odrobinę, wiedzieli, by trzymać się od niej z daleka, gdy była w nastroju na drążenie tematu – ale najwyraźniej to, co chciał tym osiągnąć, było dla Syriusza ważniejsze niż jego życie i perspektywy na miłe popołudnie, bo jeszcze nie zaczął uciekać.
– Nie wkręcasz nas? Flossie i James? Nie wydaje ci się to… komiczne?
– Przysięgam na moją piękną mordę, że własnymi oczami ich widziałem wczoraj, tymi tutaj bosko szarymi – Syriusz wyszczerzył się, mimo że przez Rogatego aktualnie nie było mu bardzo do śmiechu.
Glenda przewróciła oczami.
– Flossie wróciła wczoraj tak późno, że w ogóle tego nie pamiętam. Pamiętasz? – Spojrzała na Dawn, która energicznie i bez słowa pokręciła głową. – A rano była tak nieprzytomna, że nawet nie mogłam jej spytać, jak poszło jej tête a tête z… Myślałam, że Flossie umówiła się wczoraj z Remusem?
– Dlaczego Flossie miałaby się umówić z Remusem?
– To dziwi cię bardziej niż wersja z Jamesem?
Próbował się nad tym zastanowić; ale ostatecznie Syriusz jedynie doszedł do wniosku, że niczego już w ogóle nie rozumie.
***
Bułeczki poziomkowe dawno się już skończyły, ale Flossie i James wciąż przerabiali czwarty pergamin. Z dwudziestu siedmiu. Po prostu niezależnie od tego, jak bardzo Flossie starała się trzymać przyzwoite tempo przerabiana materiału, James co chwilę znajdywał powód, by ją rozproszyć.
– Całowałaś się w ogóle kiedyś? – spytał przykładowo znienacka, kiedy w ogóle się tego nie spodziewała.
Posłała mu bardzo ostre spojrzenie; chociaż niepokrycie się rumieńcem przysporzyło jej więcej trudności, niż chciałaby się do tego przyznać.
– Słucham?
– Muszę wiedzieć, nie? Chciałaś być przygotowana.
Przez sekundę prawie, prawie mu uwierzyła – ale potem James Potter postanowił z głupim uśmiechem na twarzy przeczesać palcami swoje czarne, wiecznie rozczochrane włosy i wrażenie tego, że kiedykolwiek mógł coś traktować poważnie prysło.
Flossie wyprostowała się, by dodać sobie odrobinę powagi i mimowolnie też odgarnęła włosy ze swojej twarzy.
– Jak już musisz wiedzieć – zaczęła bardzo obrażonym tonem – to po raz pierwszy całowałam się już w wieku sześciu lat.
Głupi uśmiech nie schodził mu z twarzy, a ona czuła podskórnie, że im dłużej się on utrzyma, tym gorzej jej będzie z tym powstrzymywaniem rumieńca. Mimo to uparcie nie odwracała od niego wzroku, zdeterminowana wygrać tę potyczkę, która dla Jamesa wcale pewnie nie była żadną potyczką.
Nie wyglądał wszak jak ktoś, kto właśnie się pojedynkował, nawet jeśli był to pojedynek na ego. Cały leżał rozciągnięty na trawie, a do tego podśmiewał się lekko i ogólnie sprawiał wrażenie zdecydowanie zrelaksowanego.
– Zdradzisz mi, kto był tym szczęśliwcem?
I stało się. Flossie zarumieniła się w sposób niewątpliwie uroczy, chociaż jednocześnie zdecydowanie niepożądany. A że była człowiekiem białych włosów i bardziej niż porcelanowej skóry, w ogóle nie dało się tego rumieńca ukryć, niezależnie od tego, jak poważną chciała przy nim zrobić minę.
James wyszczerzył się jeszcze bardziej.
– No, no, miłości swojego życia nie powiesz? – spytał zaczepnie, puszczając do niej oko jak jakiś… jakiś… jakiś Gryfon.
W naturze Florence Yaxley nie leżało kłamstwo, niestety – co oczywiście wliczała w tabele ryzyka ich planu, które przygotowała. Ze wszystkich swoich wad Flossie najbardziej nie znosiła w sobie właśnie tej niemożności niemówienia prawdy; lanie wody przydałoby się jej w wielu kłopotliwych sytuacjach życiowych i ta właśnie była tego najlepszym przykładem. Ale nie. W życiu Flossie to prawda musiała zawsze zwyciężyć, niezależnie od tego, ile ją kosztowała.
– Syriusz – wymamrotała niewyraźnie, licząc na to, że James jej nie usłyszy.
Usłyszał.
– Syriusz? Syriusz Black? Pierwszym facetem, z którym się całowałaś, był Syriusz Black?
James praktycznie dusił się ze śmiechu, co wcale nie pomagało ani jej rumieńcom, ani koszmarnym wspomnieniom podwieczorków u Blacków, na które ojciec targał ją w dzieciństwie.
– Miałam sześć lat, ok? Nie możesz mnie za to winić!
Z całego tego rozbawienia aż przewrócił się na plecy. Trudno mu było sformułować jakąkolwiek odpowiedź, bo wizja małej Flossie i małego Łapy była zbyt u-ro-cza, żeby nie umrzeć od niej ze śmiechu. W zasadzie z tego wszystkiego powoli zaczynało mu brakować powietrza; i wcale nie pomogło mu to, że ostatkiem oddechu wydusił z siebie:
– Petera też masz na liście?
Zareagowała instynktownym pacnięciem go w ramię, a gdy to nie podziałało, Flossie musiała chwycić się ostateczności – porzucenia jej starannie przygotowanych notatek i rzucenia się na niego z pięściami. W teorii brzmiało to o wiele poważniej niż w praktyce. Florence mogła być wysoka jak na swój wiek i swoją płeć, ale w kwestii masy wciąż była od Jamesa przynajmniej dwukrotnie mniejsza, a i przecież nie próbowała go naprawdę pobić. No, może trochę. Na trochę zasłużył.
Sama nie zauważyła nawet kiedy przestała uderzać go zaciśniętymi pięściami, a zaczęła łaskotać. W końcu skoro chciał się z niej śmiać, mógł się z niej śmiać porządnie, prawda? A potem nie zauważyła kiedy to on zaczął ją łaskotać i jak sama wylądowała na plecach, chociaż w jej podręczniku Dobrej Uczennicy i Córki i Obywatelki nie było ani słowa o turlaniu się po trawie.
W szczególności o turlaniu się po trawie z ludźmi, których się ledwo znało, a mimo to wchodziło się z nimi w szemrane układy i układziki.
W końcu jednak James jej odpuścił i upewniwszy się, że sam był już bezpieczny, odsunął się od niej na tyle, by nie mogła mu oddać. Jakimś cudem jego włosy były jeszcze bardziej poczochrane niż zwykle. Flossie zdziwiła się, że w ogóle to zauważyła, ale szybko odrzuciła od siebie tę myśl – włosy Jamesa Pottera nie znajdowały się na liście rzeczy do omówienia tego popołudnia.
– A ty co? – spytała. – Całowałeś się kiedyś w ogóle?
– Ty mi nie odpowiedziałaś.
Poprawiła włosy, sweter, w zasadzie całą siebie. Może i James lubił żyć chaosem, ale nie była to forma, na której przybranie Flossie zdobyłaby się na dłużej niż trzy, może cztery minuty.
– Tak – odpowiedziała po chwili zastanowienia. – Całowałam się, byłam w związku, on był mugolem, nic to nie znaczyło.
Chyba nie spodziewał się takiej odpowiedzi; w jego głowie Flossie była tylko i wyłącznie Idealną Panną Prefekt i nigdy nie zdołała stać się w niej człowiekiem z krwi i kości. Zaczynał żałować, że spytał. Chciał się z nią podroczyć, zobaczyć, jak peszy się tym, że nikt nigdy nic, może nawet sprawdzić, jak daleko może się posunąć w udawaniu. Jeśli w ogóle zdecydowaliby się na udawanie. Nie chciał z nią poważnie rozmawiać.
Czuł, że poważnie rozmawiali.
W szczególności, że jej błękitne oczy wpatrywały się w niego intensywnie, oczekując odpowiedzi, a James zdawał sobie sprawę z tego, jaki niespecjalnie dobry był z niego człowiek.
– Parę koleżanek dziewczyn Syriusza, nic specjalnego.
Kiwnęła głową na znak, że zrozumiała. Usiadła wygodnie i sięgnęła po pergaminy, które wcześniej porzuciła. Nagle zrobiło się niezręcznie i żadne z nich nie rozumiało dlaczego.
Jednak zanim przeszli do następnych podpunktów planu, Flossie rzuciła jeszcze oschle:
– Wolałabym, żebyś mnie nie całował, chyba że naprawdę musisz.
A on nie zaprotestował nawet odrobinę.
***
Z parapetu w jej dormitorium Lily z pewnością mogłaby dotrzeć Jamesa i Flossie na błoniach; to wymagałoby jednak tego, żeby otworzyła oczy, a ona zbyt zajęta była wygrzewaniem się w słońcu, by zwracać uwagę na takie szczegóły.
Od samego rana czuła się po prostu najszczęśliwsza i nic, absolutnie nic, nawet James Potter, nie mogło jej tego szczęścia odebrać. Jedyne, na co miała ochotę, to siedzenie na parapecie i rozmyślanie o poprzedniej nocy. Co to była za noc! Czy kiedykolwiek wcześniej czuła coś takiego? Nie, zdecydowanie nie. Ani Severus… ani jakikolwiek inny chłopak w Hogwarcie nie reprezentował takich manier i takiej wrażliwości jak Elijah Prewett. Nie dosięgali mu do pięt.
– Ty wciąż w chmurach? – Jakby z innej planety dobiegł ją głos Jolene.
Otworzyła oczy i spojrzała na przyjaciółkę wychodzącą z ich wspólnej łazienki. W innych okolicznościach zdenerwowałoby ją to, że Jolene razem ze sobą przyniosła cały strumień wody skapujący z jej włosów, ale dzisiaj w ogóle jej to nie przeszkadzało. Dzisiaj Jolene mogła wpaść do sypialni z całą wanną. Z dwoma wannami. Z trze… Nie, trzy wanny to byłaby przesada.
Lily uśmiechnęła się radośnie.
– Nigdy nie planuję z nich schodzić.
Jolene upuściła na podłogę ręcznik, którym wycierała swoje włosy i rzuciła się na łóżko. Stary materac, którego nikt nie wymieniał od bardzo, bardzo dawna, zaskrzypiał pod jej ciężarem, ale przyzwyczajona do tego dźwięku, który towarzyszył jej od sześciu lat, w ogóle na to nie zareagowała. Przypatrywała się Lily i jej uśmiechowi, niepewna, czy powinna się nim cieszyć, czy martwić.
Elijah Prewett może i nie był Ślizgonem, ale wciąż był Prewettem – co stanowiło dość potężny problem, bo, cóż, wszyscy Prewetci byli szczurami. Może nie aż takimi jak jego brat, Octavian, ale jednak szczurami. Czy Elijah mógł się okazać wyjątkiem? Mógł. Ale czy Lily naprawdę musiała być tą, która się o tym przekona?
Poza tym pozostawał jeszcze jeden drobny problem – James Potter. Lily mogła wczoraj tego nie zauważyć, ale Jolene nie umknęła ani sekunda, którą Rogaty spędził poprzedniej nocy z Flossie Yaxley. I tak, jej przyjaciółka mogła się zarzekać, że pomiędzy nią i Jamesem nigdy nic nie będzie, ile chciała – ona już jej nie wierzyła. Niewątpliwie w jakiś pokrętny sposób czuła do niego miętę. Choćby i bardzo krzykliwą, ale jednak miętę.
– Widziałaś wczoraj Rogatego? Nieźle zaszalał. Kto by się spodziewał.
Cisza, jaką odpowiedziała jej Lily, potwierdziła wszystkie jej najgorsze podejrzenia.
Chwilę zajęło Lily przypomnienie sobie, że była szczęśliwa. Najwidoczniej jej chmury nie znajdowały się poza zasięgiem obślizgłych łapsk Pottera; obślizgłych łapsk Pottera, które wczoraj zdecydowanie znalazły się na pośladkach Florence Yaxley. Florence Yaxley! Kto to w ogóle pomyślał, taka szara myszka, Puchoneczka, Panna Regulamin, a tu proszę, imprezki i tańczenie z największym łobuzem tego zamku, naprawdę, w ogóle tego nie przewidziała.
Nie, żeby życie osobiste Jamesa Pottera w ogóle ją interesowało. Po prostu wolała nie przypominać sobie takich… nieprzyzwoitych scen. Nie w momencie, w którym miała być bezgranicznie zakochana w swoim życiu i Elijah Prewetcie.
– Może…
– Biedna dziewczyna – Lily westchnęła dramatycznie. Po jej dobrym nastroju nie pozostał ślad. – To oczywiste, że Potter bawi się jej naiwnością. Nic lepszego nie można się po nim spodziewać.
Jolene czuła, że powinna interweniować nim Lily wpędzi się w swoją spiralę nienawiści i wyruszy na kilkudziesięciominutową przygodę pełną krzyków, płaczu i przekleństw; jednak otoczona swoimi ulubionymi poduszkami nie za bardzo miała ochotę się podnosić.
Może nie będzie tak źle, musiała sobie myśleć, w końcu panna Evans wciąż była zachwycona wieczorem z tym swoim Prewettem, prawda?
– Flossie jest bardzo miła. I bardzo ładna.
Gdy tylko te słowa opuściły jej usta, Jolene zrozumiała, że popełniła kardynalny błąd; ale na poprawienie się było już za późno. W przeciągu kilkunastu sekund z uśmiechniętej, lekko bladej z niewyspania Lily przemieniła się w płonącą żywym ogniem jaszczurkę, gotową odgryźć każdą głowę, która nadzieje jej się pod ostre zęby. Lily była aktywowana. Nic, absolutnie nic nie mogło jej już powstrzymać.
Zeskoczyła z parapetu i podeszła do łóżka, na którym leżała Jolene. Sama nie za bardzo wiedziała, co chciała tym osiągnąć. Cokolwiek. Chyba. Cały pokój wydawał jej się jedną, wielką, falującą plamą.
– Nie wiem, no nie wiem, zawsze wydawało mi się, że Glenda byłaby o wiele bardziej w jego stylu – wyrzucała z siebie słowa praktycznie na jednym oddechu. – Taka idealnie szczupła i wysportowana, i kto wie jeszcze jaka łatwa w obsłudze, Flossie przy niej to katalog wszystkich nieszczęść i założę się, że nawet nigdy nikogo porządnie nie pocałowała.
– Może Rogaty…
– Rogaty, Rogaty, Rogaty, tak o nim rozmawiamy, jakby był centrum wszechświata, a przecież nie jest, jest na tym świecie dużo bardziej wartościowych mężczyzn i ludzi, choćby Elijah, Elijah nigdy nie podrywałby Florence Yaxley, a w szczególności nie na moich oczach, na naszych oczach, Rogaty nie ma ani krzty przyzwoitości, a ta jego wczorajsza fryzura była jeszcze głupsza niż wszystkie jego poprzednie fryzury!
Z tymi słowami ciężko usiadła na łóżku, zgniatając przy tym nogi Jolene, których ta nie zdążyła zabrać jej z drogi w odpowiednim czasie. Wyglądało jednak na to, że skończyła jej się energia i na kolejny wybuch raczej nie było szans. Najwidoczniej nieprzespane noce czasem się na coś przydawały.
Jolene podniosła się trochę i oparła głowę o ramię Lily.
– Elijah zaprosił cię dzisiaj na spacer? – spróbowała zmiany tematu.
Ta podziałała tylko połowicznie. Bo chociaż Lily przestała już strzelać piorunami na prawo i lewo, to w jej odpowiedzi wciąż była duża nuta smutku:
– Tak. Widzisz, James Potter nigdy nie zaprosiłby nikogo na spacer. Ten buc w ogóle nie zna się na romantyzmie.
***
– Chcesz, żebym zabrał cię na romantyczny spacer? – James spytał znienacka.
Florence spojrzała na niego ze zdziwieniem, głównie dlatego, że zajęta była właśnie tłumaczeniem mu meandrów swojego planu zajęć. Chwilę zajęło jej zrozumienie, dlaczego o tym wspomniał; chwilę dość upokarzającą jak na to, że uznawała samą siebie na dość inteligentną jak na blondynkę. A tu jednak. Nie wyszło jej dodanie prostego A do B.
– Ale czemu? – spytała, bo mimo iż rozumiała, dlaczego tak nagle o tym wspomniał, to sama idea spaceru z Jamesem Potterem, a co dopiero romantycznego spaceru z Jamesem Potterem w ogóle jej się nie podobała.
– Czemu?
– No… czemu?
James chyba nie spodziewał się takiej reakcji; odruchowo przeczesał dłonią włosy, ale zrobił to jakby nieświadomie, bardzo powoli i na moment zamarł nawet w takiej pozie. Flossie musiała przyznać, że było coś uroczo niewinnego w jego zmarszczonej minie; przypominał jej trochę Lunę, kiedy akurat się nie dąsała albo nie biegała za Evanem Rosierem, a może nawet małą, niewinną sarenkę.
Bo to w zasadzie było urocze, to, z jaką śmiałością James nosił uczucia na swojej skórze i chyba niezdolny był do jakiegokolwiek ich kamuflowania. W świecie, w którym wychowała się Florence, pełnym ludzi nie nawet o podwójnych, a posetnych intencjach, taka szczerość była swojego rodzaju powiewem świeżości. Jasne, było to też naiwne i dziecinne, i łatwe do obśmiania, ale w zasadzie z racji tego, że Flossie była córką swojego ojca, a jednocześnie zupełnie nie była córką swojego ojca, co sama aż za dobrze rozumiała, ani trochę nie miała ochoty wykorzystywać jego… prostolinijności.
Przynajmniej aktualnie.
Gdyby naprawdę była córką swojego ojca, dramatycznie uniosłaby jedną brew; ale zamiast tego musiała się zadowolić zachęcającym uśmiechem.
– Powinniśmy się lepiej poznać – oświadczył w końcu James, próbując zabrzmieć przy tym bardzo oficjalnie.
Ten oficjalny ton pogłębił jeszcze wrażenie emocjonalnej nieporadności, które na niej wywołał, przez co w pierwszym odruchu prawie, prawie powiedziała tak. Tyle że w głębi serca Florence nigdy nie zapominała o rzeczy w życiu najważniejszej – doprowadzaniu planów do szczęśliwego końca – a randki z Jamesem Potterem wydawały jej się niewystarczająco efektywne.
Dlatego też strząsnęła z siebie współczucie wymieszanie z rozmemłaniem, odwróciła na chwilę wzrok od orzechowych oczy Jamesa i powiedziała prosto w swój bardzo efektywny i bardzo plany-do-końca-doprowadzający pergamin:
– Nie wiem, czy to statystycznie opłacalne rozwiązanie.
James Potter zaniemówił po raz chyba już setny w trakcie tego krótkiego popołudnia. Czuł, że niedługo do tego przywyknie i zrozumie, że Florence nie myśli w sposób jakkolwiek ludzki, ale to niedługo jakoś tak nie chciało nadejść, a on zupełnie nie był przygotowany na w międzyczasie.
Zmarszczył się więc jeszcze bardziej, próbując skupić myśli i przełożyć to, co miał do powiedzenia na język, którym posługiwał się ten obcy gatunek zwany Puchonką z Planem.
– No… Jeśli będziemy coś o sobie wiedzieć, to będziemy bardziej wiarygodni?
Florence zastanowiła się. James z zapartym tchem obserwował ją, jak przygryzała wargę i bez słowa wodziła oczami po pergaminie, który, jak zakładał, nie miał przecież nic wspólnego z jego pytaniem. Czuł, że może mu się udało. Że może faktycznie powiedział coś, co należało powiedzieć.
Prawie.
– Nie będzie lepiej jak zrobię ci tabelkę? Będziesz miał wszystko zapisane i na pewno nie zapomnisz.
Spojrzała na niego w końcu z jakimś świeżo obudzonym entuzjazmem. Jak na człowieka, którego oceny nigdy nie przekraczały wybłaganych Z, Flossie wykazywała zbyt dużą miłość do tabelek. Był to, prawdopodobnie, efekt Starożytnych Run – tak podejrzewał, bo Remus od Starożytnych Run też oszalał na punkcie kolumn i wierszy.
– Naprawdę myślisz, że tabelka wystarczy? – jeszcze próbował, nieśmiało, z mniejszym przekonaniem.
– Na pewno spędzimy nad nią mniej czasu niż na spacerach, w szczególności w błocie, założę się, że trudno będzie znaleźć nam czas na spacery bez błota.
Ta pasja, z którą rzuciła się w ramiona tabelkowego pomysłu prawie przekonała Jamesa, by poddał się tu i teraz i zapomniał o tym, że może ten ich… plan mógłby mieć jakiekolwiek ludzkie oblicze. Kiedy tak patrzył na nią, sięgającą po nowy pergamin i mamroczącą coś do niego o kamieniach milowych jej życia i ulubionym kolorze, nawet był gotowy posłusznie za nią podążyć. Czemu nie. Przecież dokładnie wiedział, jaki był jego ulubiony kolor, nie?
Chociaż jakby się nad tym dłużej zastanowić, James nie był pewien, czy wiedział, jaki był jego ulubiony kolor. Z rozpędu prawie powiedział, że niebieski – ale może tylko ślepo powtarzał to po innych mężczyznach? Niebieski był chyba ulubionym kolorem i Syriusza, i Remusa, i Petera, i w zasadzie bardzo wielu innych jego kolegów.
Zresztą Florence chyba – musiał się przyjrzeć, bo nie pamiętał – Florence chyba miała niebieskie oczy, co mogłoby być odebrane jako próba flirtu, a on, James Potter, nigdy nie mieszał profesjonalizmu z przyjemnością. No, prawie nigdy.
Więc może zielony? Lily miała zielone oczy. Albo czerwony, jak jej rude włosy i cały Gryffindor! Tyle że żaden z tych kolorów tak naprawdę do niego nie przemawiał; oba kojarzyły mu się głównie z koszmarnymi, świątecznymi swetrami. A na tym kończyły się jego skojarzenia i sama myśl o tym, że musiałby przypomnieć sobie wszystkie kolory tego świata i ułożyć je w kolejności od najładniejszego do najobrzydliwszego przyprawiał go o mdłości.
James nie był po prostu gotowy, by w sposób zorganizowany spojrzeć w głąb siebie.
Mógł chcieć się przypodobać Flossie na tyle, by ich plan wypalił bez większych sprzeczek – ale głęboka psychoanaliza nie wchodziła w grę. Nie, żeby obawiał się, że przypadkiem odkryje w sobie coś niepożądanego; skrycie przeczuwał, że nie był na tyle skomplikowany, by znaleźć w sobie coś poza Quidditchem i piwem kremowym. Ale sam ten wysiłek! Tyle pracy po nic!
– Wiesz, mi się wydaje, że my będziemy zupełnie nieautentyczni – zebrał się na odwagę, by przerwać tabelkowe szaleństwo. – Nie możemy być tylko na pokaz. Ludzie muszą na nas wpadać, no wiesz, przypadkiem.
I po raz pierwszy Florence musiała przyznać mu rację.
***
W taki piękny, jesienny dzień w Pokoju Wspólnym Gryffindoru nie powinno być nikogo – w końcu takich dni w Szkocji nigdy nie było wiele, a co dopiero tamtego roku, gdy ilość deszczu przekraczała jakiekolwiek zdrowe normy. Ale wyjątkowe sytuacje wymagały wyjątkowych środków; i tak oto Syriusz, Peter i Remus znaleźli się na dywanie naokoło kominka, który był rozpalony mimo tego, że temperatura otoczenia podchodziła już pod rekordowe 19 stopni Celsjusza w pełnym słońcu.
Peter siedział na jednym z foteli stojących na dywanie i udawał, że próbuje się skupić na czytaniu podręcznika od Zielarstwa i wcale, ale to wcale nie podsłuchuje Remusa z Syriuszem. Remus, wyraźnie czymś podłamany, siedział na dywanie i opierał się o ten właśnie fotel. Syriusz zaś kręcił się tam i z powrotem, mamrocząc coś do siebie.
– Więc Glenda mówi, że o niczym nie wie? – Remus zebrał się w sobie, by wrócić do konwersacji, którą przerwali na kilka minut ciężkiego milczenia. – Myślałem, że mówią sobie o wszystkim.
– Ponoć w ogóle nie miała czasu z nią porozmawiać. Śpiąca królewna nie chciała się obudzić, czy coś.
Peter przerzucił jedną kartkę swojego podręcznika; pierwszą od dziesięciu minut. Nie wiedział, czy Syriusz i Remus w ogóle zwracali na niego uwagę, ale wolał nie ryzykować. Po raz pierwszy w życiu dowiedział się czegoś istotnego – i to ilu rzeczy jednocześnie! Nie miał pojęcia ani o tym, że Remus się w kimś zakochał, ani o tym, że James nie był już zakochany w Lily, a już na pewno nie o tym, że James poderwał dziewczynę, w której zakochał się Remus.
Z tego wszystkiego czuł, że jego mózg niedługo przegrzeje się z nadmiaru wiadomości. Gotowy był jednak jakoś to przetrzymać. Być częścią drużyny czy coś.
– Nie wiem, czemu James miałby nas okłamywać, Syriuszu. – Remus brzmiał na pokonanego. – To nic, że Glenda nie wie. Wszyscy widzieliśmy to, co widzieliśmy i słyszeliśmy to, co słyszeliśmy.
To była ciężka noc i jeszcze cięższy poranek. Gdy James w końcu wrócił do ich dormitorium, przez dobre pół godziny monologował do nich wszystkich o tym, jakim jest koszmarnym przyjacielem, ale po prostu nie mógł, nie mógł oprzeć się słodkiej Flossie. Na samo wspomnienie Remusowi żołądek podchodził do gardła.
Nie chciał przecież źle życzyć kumplowi. Przez te wszystkie lata Rogacz był dla niego niewyobrażalnym wsparciem. Gdyby nie on i Syriusz, nigdy nie pogodziłby się z tym… z tym, czym był. W innych okolicznościach byłby bardzo szczęśliwy, że ten w końcu odpuścił sobie Lily Evans. Tylko czy naprawdę to musiała być ona? Ze wszystkich dziewczyn w całym zamku – właśnie Flossie?
– Czemu w ogóle ignorowałeś ją cały wieczór? – Pytanie Syriusza niespodziewanie uderzyło go prosto w bolące serce. – Nie ty ją przypadkiem tam zaprosiłeś?
– To nie jest takie łatwe.
– Serio? Rozmawiacie ze sobą non stop. Jedyne, co musiałbyś zrobić inaczej niż zwykle, to podać jej szklankę z ponczem. Serio, Lunio, to nie jest jakaś skomplikowana filozofia, konwersować z ładną kobietą.
Syriusz przystanął na chwilę, by przyjrzeć się swojemu przyjacielowi i od razu pożałował swoich słów. Remus wyglądał na kompletnie złamanego tym, co usłyszał. I może w istocie potrzebował porządnego kubła zimnej wody na swojej głowie, ale on sam nie był pewien, czy chciał koniecznie być tym, który go wyleje.
James w tym aspekcie poradził sobie znakomicie.
– Nie o to mi chodziło. – Nie kłamał. Ostatnim, na co miał ochotę, było pogorszenie stanu Remusa. – To wina Rogatego. Wkurwił mnie.
Remus parsknął śmiechem, który mógł oznaczać tylko jedno – całkowitą pogardę do samego siebie. Trudno było jakkolwiek zareagować na taki gest. Chyba nie istniało w całym Wszechświecie coś, co mogłoby teraz wytrącić go z tego samo-potępiającego nastroju.
Peter próbował go pocieszyć, szturchając go nogą; ten jednak w ogóle tego nie zauważył, zbyt zajęty był obarczaniem siebie winą za wszystko, co wydarzyło się pomiędzy Florence i Jamesem.
– Jeśli tego właśnie chce Flossie, niech będzie, jak ma być. – Wziął głęboki oddech. – Nigdy nie byłem dla niej wystarczająco dobrą opcją. Nie taki, jaki jestem.
Zanim Syriusz zdążył mu odpowiedzieć, usłyszeli trzask zamykanych drzwi i czyjeś szybkie kroki w dół schodów. Wszyscy zamilkli; nie zakładali, że w taki piękny dzień ktokolwiek przerwie im rozmowę i tylko dlatego zdecydowali, że Pokój Wspólny był wystarczająco bezpieczny. Nie, żeby z ich dormitorium było coś nie tak. Może poza zapachem. Gdyby od czasu do czasu otwierali okna i nigdy nie nosili tych samych skarpet przez tydzień, ich dormitorium byłoby idealne.
Jak połączeni ze sobą niewidzialnym sznurkiem wszyscy trzej odwrócili głowę w stronę źródła tego hałasu, by już po kilkunastu sekundach zobaczyć Lily Evans. Lily, która mogła położyć na swojej twarzy bardzo ładną warstwę makijażu, jednak nijak nie pomogło jej to ukryć zapłakanych oczu. Lily uczesanej, ubranej w swoją najładniejszą sukienkę, ale wciąż wyglądającą jak siedem bardzo nieszczęśliwych nieszczęść.
Na ich widok Lily wyprostowała się i poprawiła sukienkę; z zadartym do góry nosem wyglądała jeszcze dziwniej, bo nijak nie korespondował on z jej ogólną postawą.
– Jakbyście chcieli wiedzieć – zaczęła Bardzo Poważnym Tonem – to idę właśnie na romantyczny spacer brzegiem jeziora z Elijah Prewettem.
Zanim którykolwiek z nich zamknął rozdziawione ze zdziwienia usta, Lily już nie było. Wybiegła z Pokoju Wspólnego tak, jak gdyby przed czymś uciekała a nie wybierała się na romantyczny spacer brzegiem jeziora, i, przy okazji, jakby wcale nie miała na stopach wysokich, czerwonych szpilek.
– Czy oni wszyscy oszaleli? – wydusił z siebie w końcu Syriusz.
Peter poczuł, że to była jego chwila. Ten moment, w którym swoją ciętą ripostą włączy się w konwersację i uratuje złamane serce Remusa, tak jak i poczucie zagubienia Syriusza. Wszystko, czego potrzebował, to dobra puenta; dobry moment na jej wypowiedzenie w końcu już znalazł.
– Jak gumochłony w rui – powiedział w końcu tonem nie zbyt dramatycznym, ale jednak chociaż odrobinę.
Nigdy nie miał zrozumieć, czemu ani Syriusz, ani Remus nie docenili jego dowcipu.
***
James bardzo, bardzo starał się skupić na każdym słowie, jakie wyrzucała z siebie Florence, ale od ponad godziny nie powiedziała już w sumie niczego istotnego, więc nie było to specjalnie proste zadanie. James stwierdziłby nawet, że było to zadanie trudne.
W zasadzie więcej czasu poświęcał zastanawianiu się, kiedy Flossie zauważy, że zamiast na nią patrzył na drużynę Puchonów zbierającą się wokół boiska. Gdyby nie był bogiem Quidditcha, pomyślałby, że to bardzo nadgorliwe, tak prowadzić treningi w niedzielę, ale prawda była o wiele bardziej prozaiczna – weekendy były jedynymi dniami, kiedy Puchoni w ogóle mogli dopchać się do boiska. Wszyscy inni odpoczywali i byli zbyt zajęci leżeniem do góry brzuchem, by wypychać ich z kolejki.
Zwykle w chwilach autentycznego zmęczenia, a przecież taką właśnie przeżywał, James nie potrafił myśleć nawet o Quidditchu. Sam był w szoku, że cokolwiek we Wszechświecie potrafiło go powstrzymać od latania, ale tak po prostu było. Wyglądało jednak na to, że głos Flossie recytującej mu po raz trzeci plan na ten tydzień – tak, żeby na pewno nie zapomniał – zrobił swoje, bo bardzo, bardzo chciał sobie polatać.
Dwa kółeczka w tą, dwa kółeczka w tamtą i…
– James. – Głos Flossie docierał do niego, chyba, chociaż nie wiedział, które James w końcu usłyszał. – James, co robimy we wtorek?
Mrugnął na znak, że żył, ale z odpowiedzią poszło mu znacznie gorzej.
– Eeee…
– Czy ty mnie w ogóle słuchasz? Co cię tak rozprasza? Evans kręci się po błoniach?
Zanim zdążył jej odpowiedzieć, odwróciła się, by znaleźć źródło jego rozkojarzenia i, jak podejrzewał, zrównać je z ziemią. Spodziewał się wykładu właśnie w stylu Lily – mężczyźni i miotły, bla bla, jak dzieci, czego się można po nich spodziewać – i na samą myśl, że ktoś mógł rozgrywać w jego życiu rolę Lily nie będąc Lily, coś kłuło go w żołądek.
Nigdy by nie zgadł, co wydarzyło się zamiast tego.
Florence chyba, nie był tego do końca pewny, bo cała ta sytuacja była zbyt surrealna, by określać ją w kryteriach pewności, Florence chyba zaklęła pod nosem i zerwała się z trawy niemal natychmiastowo. Wszystkie pergaminy, które trzymała ułożone równiutko na swoich kolanach, rozsypały się po trawie w sposób nader nieperfekcyjny, ale w ogóle się tym nie przejęła; pochyliła się tylko i zaczęła je gorączkowo zbierać, nie starając się nawet posegregować ich w kolejności alfabetycznej, nic a nic.
Gdy już wyrwał się z pierwszego zdziwienia, rzucił się jej na pomoc. W zasadzie chciał spytać, o co chodziło, ale przy całym tym zawirowaniu koncentracji starczyło mu jedynie na krótkie:
– Flossie?
– Spóźniłam się. Nie wierzę, że się spóźniłam. Ja… – Jednym, bardzo brutalnym ruchem wcisnęła wszystkie pergaminy do torby, która nagle zmaterializowała się przy jej stopie. James mógł się założyć, że naprawdę się zmaterializowała i wcześniej jej tam nie było. – Wyjaśnię ci później.
Wciąż nie wierzył swoim oczom, gdy zaczęła od niego odbiegać; tym razem jednak udało mu się wydusić z siebie o wiele potężniejsze:
– Flossie!
Zatrzymała się w miejscu, chociaż widać było, że bardzo jej to nie odpowiadało.
– Obiecałam Glendzie i Philowi, że przyjdę na ich trening Quidditcha – powiedziała z lekkim rozdrażnieniem, a gdy James nie odpowiedział, dodała: – Chcą, żebym popatrzyła na dynamikę drużyny. Czy coś tam. Nie wiem, mam przyjść też na nabory w przyszłym tygodniu.
Chociaż widział, że przebierała nogami, żeby już sobie pójść, za nic nie mógł przyspieszyć swoich procesów myślowych. Czy Flossie… Czy Florence Yaxley, najbardziej sztywna ze wszystkich sztywnych Prefektów naprawdę właśnie powiedziała, że za sprawą jakiegoś cudu – w postaci Glendy Kendrick i Phila Bardsleya – będzie grała w Quidditcha? W DRUŻYNIE QUIDDITCHA?
– Naprawdę muszę iść, James – Flossie postarała się, by jej naprawdę brzmiało naprawdę poważnie.
Odwróciła się na pięcie i poszła, a James z rozdziawioną gębą patrzył na jej huśtający się na boki kucyk. Czuł, że powinien się podnieść i wrócić do dormitorium, a najlepiej pod zimny prysznic, żeby otrząsnąć się z tego wszystkiego, przez to tego ranka przeciągnęła go Flossie, ale nie miał siły ani na wstawanie, ani tym bardziej na ciężką podróż w stronę zamku.
I może dobrze, że się nie podniósł, bo już po chwili Flossie odwróciła się ponownie i ruszyła w jego kierunku, wciąż nerwowa, ale teraz zdecydowanie nerwowa z jego powodu.
– Jak się dowiemy, że to działa? – krzyknęła do niego jeszcze z odległości kilkunastu kroków, co wcale nie pomagało jego poczuciu odrealnienia.
– Co? – spytał głucho.
– Jak się dowiemy, że nasz plan zadziałał?
Stanęła tuż przed nim i przysłoniła mu sobą całe słońce. W zasadzie nie było to złe rozwiązanie, bo od nadmiaru pogody robiło mu się powoli niedobrze, tak bardzo brak deszczu nie leżał w jego brytyjskiej naturze. Jednak jej nagła bliskość w niczym nie pomogła mu zrozumieć, o co jej chodziło.
– Lily umówi się ze mną, a Remus z tobą? – zaryzykował najprostszą z odpowiedzi.
– Ale kiedy? Jak? Musimy mieć plan. Sposób na mierzenie efektów naszego głównego planu. Pomyśl o tym!
Posłała mu uśmiech, który mniej mu się kojarzył z Flossie jako taką, a bardziej z Glendą, czy Flossie, która latała na miotle aż tak różniłaby się od Glendy, gdyby nie jej oczywisty brak biustu? Też starał się uśmiechnąć, ale ona już na niego nie patrzyła i ruszyła na kolejny bieg w kierunku boiska.
Nie ostatni.
– Święta!
Tym razem zdążył się już podnieść z trawy. W połowie spodziewał się następnego nalotu i bardzo starał się go uniknąć. Najwyraźniej w porównaniu do nerwowo-podekscytowanej Flossie był raczej powolnym żółwiem niż rączym rumakiem.
Tym razem uśmiechnął się do niej już pewnie i starał się nie wyszczerzać głupio oczu, bo w zasadzie nie było to zbyt estetyczne rozwiązanie. Puchonka czy nie, nie było co przy niej tracić reputacji.
– Co święta? – spytał, zanim zdążył ugryźć się w język.
– No… Słyszałam od Glendy, że kiedy wszyscy wyjeżdżają, organizujecie sobie z Dumbledorem potańcowkę.
– To jest bardzo przyzwoite spotkanie świąteczne, nie wiem o co…
– Ty zaprosisz Lily, ja Remusa i będziemy wiedzieć, nie?
James zastanowił się przez moment. Ze względu na Syriusza faktycznie nigdy nie jeździł na święta do domu; co sprawiało, że we dwójkę musieli zwykle znaleźć sobie swój sposób na świętowanie. Ostatnie dwa lata robili to organizując małe spotkanie w Sali Wejściowej – z nauczycielami włącznie, żeby nie było, oczywiście, było to spotkanie zdecydowanie legalne i przyzwoite. Trochę szarad, trochę puddingu i trochę tańczenia.
Lily nigdy nie zostawała na święta w Hogwarcie. Czy nie byłoby cudownie przeżyć z nią tych kilka fantastycznych chwil pod sztucznym śniegiem wyczarowanym przez Flitwicka?
– Zgaduję, że milczenie to zgoda?
– Zabieram cię na ten twój trening – odpowiedział. – Biegasz tak już z piętnaście minut, straciłaś całe piętnaście minut bardzo istotnej dynamiki drużyny!
Jego milczenie było zgodą.

Na psa urok: epilog

Poczucie winy było dla Dainah czymś niezrozumiałym. Zwykle było gdzieś ukryte, ale kiedy pojawiał się odpowiedni moment, wracało z siłą wręcz niepojętą, która czasami nakazywała jej się zatrzymać i wziąć kilka oddechów, zanim mogła kontynuować to, co akurat robiła. Przychodziło tak niespodzianie, że w myślach zaczęła porównywać je z Depresją, która czaiła się w jej ślizgońskim dormitorium te wszystkie lata temu. Bawiło ją, jak poważnie traktowała kota, który co najwyżej mógł wbić jej pazury w łydkę. Poczucie winy związane z tym, w jaki sposób opuściła Anglię, było gorsze – przenikało skórę i mięśnie, by dotrzeć aż do szpiku kości i lodowatą falą rozlewać się po całym jej ciele.
Nie była pewna, co przyszło pierwsze – poczucie, że nie wie, dokąd zmierza, czy że powinna zostać i próbować pomóc Syriuszowi. Zrobiła wiele, by stłumić obie te myśli, a jeszcze więcej, by uciec spod jurysdykcji Ministerstwa Magii. Ostatecznie jednak znalazła się tak daleko od wszystkiego, co do tej pory znała, że niemożliwością wydawała jej się ucieczka jeszcze dalej. To też potęgowało jej poczucie winy. Kiedy wieczorem leżała w łóżku i próbowała myśleć tylko o jeden dzień naprzód, nie dopuszczając do siebie niechcianych myśli o przeszłości ani o przyszłości, dręczące ją myśli pojawiały się same, towarzysząc jej aż do rana. Tym razem ucieczka wydawała się niemożliwa, a komfort przynosiły dochodzące zza okien okrzyki sąsiadów, którzy najwyraźniej dobrze się bawili na grillu czy przy okazji innego spotkania towarzyskiego. Mówili w tym samym języku, ale jednak w inny sposób, dzięki czemu nie czuła się jak w domu. Przynosiło jej to nieznaczną ulgę, jakby gwarantowało, że zaraz nie otworzą się drzwi i nie do jej niewielkiego domu nie wbiegną aurorzy.
Były dni, kiedy tylko to pozwalało jej usnąć.
*
Poczucie winy ciążyło mu jak kamień. Powinien był wiedzieć, przewidzieć, domyśleć się… Był jednak przekonany o genialności swojego planu i teraz płacił za to cenę. Wiedział, że takie myśli tylko przyciągają dementorów. Początkowo myślał, że uda mu się wytrzymać torturę, jaką było ich towarzystwo, ale szybko zdał sobie sprawę, że kiedy tylko pojawi się poczucie winy – myśl, że mógł wszystko zrobić inaczej, że zawiódł, że powinien wiedzieć, zgadnąć, połączyć fakty… – po kręgosłupie rozlewała mu się fala lodowatego zimna, która na chwilę zatrzymywała mu serce i dławiła oddech. Miał wtedy wrażenie, że za chwilę stanie się głównym posiłkiem dla dementorów, którzy wyssą z niego całe człowieczeństwo, wszystko, co sprawiało, że był Syriuszem Blackiem, o ile wciąż nim był. Zdarzały się dni, kiedy próbował wyobrażać sobie, że jest kimś zupełnie innym, ale prędzej czy później w tych wizjach pojawiało się coś, co zbyt boleśnie przypominało mu o tym, kim jest naprawdę i co zrobił. Zdarzały się dni, kiedy był niemal pewien, że zasługiwał na to, co go spotkało – gdyby się domyślił, gdyby nie ufał tak Peterowi… – i wtedy akceptował ten lodowaty chłód niemal z przyjemnością, zanurzając się w nim i w pustce, jaka następowała po nim. Być może tracił wtedy przytomność, nie miał żadnego sposobu, by to stwierdzić. Odliczanie dni za pomocą wschodów i zachodów słońca szybko straciło sens, bo przecież nie czekał, aż coś się wydarzy, nie odliczał dni w oczekiwaniu na jakieś zdarzenie, a przypominanie sobie, ile czasu już minęło, odkąd trafił do Azkabanu, było kolejną torturą. Oczywiście, początkowo próbował, ale z czasem… Z czasem wszystko stawało się mniej barwne i odleglejsze, jakby na całe swoje dotychczasowe życie patrzył przez szybę, która z czasem stawała się zamglona. Wtedy pomagała mu tylko jedna myśl. Jestem niewinny. Nie zabiłem Potterów. Czasami tylko nadawał jej kształt i obracał w myślach, jakby była największym skarbem, czasami ją wykrzykiwał, mruczał, skandował, szeptał czy szlochał z tą właśnie myślą na ustach. To była jego jedyna osłona przed dementorami, która pozostawała silna nawet kiedy inne dobre wspomnienia blakły. Była to myśl przerażająca, bo przecież zdawał sobie sprawę, że nie może się nią z nikim podzielić, że nikt mu nie uwierzy, że czeka go jeszcze kilkadziesiąt lat wśród dementorów z tą myślą jako jedynym oparciem, ale zdarzały się noce, kiedy tylko ona pozwalała mu usnąć.
*
Auckland było dziwnym miejscem, w którym mieszało się tak wiele kultur i obyczajów, że spodziewała się, że ona ze swoją brytyjskością i swoją magią nikogo nie będzie dziwiła. Magiczna społeczność była w Nowej Zelandii stosunkowo niewielka i – ku swojemu niezadowoleniu – podległa australijskiemu ministerstwu. W Wellington znajdował się niewielki oddział zamiejscowy – swoisty kompromis między czarodziejami z obu wysp – w którym można było załatwić najbardziej palące sprawy, w tym te związane z interwencjami w przypadku przekroczenia magicznego prawa lub koniecznością szybkiej interwencji wśród mugoli. Początkowo Dainah uważała, że pomoże jej się to ukryć w nowym kraju, stać się anonimową, ale jej akcent i przeszłość wzbudzały zbyt duże zainteresowanie. W momencie, kiedy została poproszona o odwiedzenie australijskiej szkoły magii i wygłoszenie wykładu na temat brytyjskiego sposobu nauczania, a następnie przetransportowana do jakiejś chaty, w której Maorysi nauczali tradycyjnej magii, żeby tam również opowiedzieć o tradycjach pielęgnowanych w Hogwarcie, uznała, że dalsze opieranie się nie ma sensu, a propozycja pracy, którą ministerstwo jej złożyło, jest zbyt lukratywna, by odmówić. Z pewnością była lepsza od mugolskich prac, które próbowała wykonywać, lub niskopłatnych prac w magicznym handlu, które zbyt mocno przypominały jej o okolicznościach, w jakich opuszczała Anglię. Konieczność codziennej teleportacji do Wellington nie była wysoką ceną za podwyższenie standardu życia i próbę odzyskania szacunku dla samej siebie.
Jednak kiedy wydawało jej się, że ułożyła sobie życie, zawsze zdarzało się coś, co przypominało jej o życiu, które zostawiła za sobą. Z bolesną goryczą raz po raz zdawała sobie sprawę z ciszy, jaka panowała w jej zbyt dużym domu, z pustki, jaka wypełniała jej popołudnia, czy też z bezskuteczności ucieczki od podobieństw do własnego ojca, o którym przecież miała tak złe zdanie, kiedy jeszcze żył, a o którym tak bardzo stała się zapomnieć, gdy umarł. Jej życie też zaczęło sprowadzać się do przerzucania papierów. Mechanicznie wstawała rano, tak naprawdę nie dostrzegając swojego otoczenia, póki nie znalazła się w ministerstwie, gdzie mechanicznie – choć z nieco większą świadomością – wykonywała swoją pracę, by następnie wrócić do domu i trwać w pustce. Na przestrzeni lat próbowała ją wypełniać – a to miałkimi i krótkotrwałymi znajomościami, a to alkoholem, a to przelotnymi romansami – zawsze jednak wszystko wracało do normy. Zawsze na końcu dnia otaczały ją cisza i pustka.
*
Azkaban był zawsze wilgotny z uwagi na położenie na wyspie. Był wilgotny, śmierdział grzybem i ekskrementami. Śmierdział strachem i śmiercią, choć przecież niewielu z nich umierało i niewielu było dostatecznie zdrowych psychicznie, by jeszcze się bać. Zdarzały się dni, kiedy Syriusz czuł, że sam traci rozum; czasami wyczekiwał tego momentu, boleśnie świadom, że szaleństwo było jedyną dostępną im ucieczką. Początkowo próbował przywoływać dobre wspomnienia, choć nie miał ich zbyt wiele – właściwie wszystko, co działo się przed Hogwartem, odpadało. Myślał więc o nocnych tułaczkach Huncwotów, o leniuchowaniu w pokoju wspólnym i grze w Eksplodującego Durnia, o wspólnych szlabanach, a czasami pozwalał sobie nawet pomyśleć o Dainah. Szybko jednak zrozumiał, że wszystkie te myśli przywołują dementorów, dlatego ukrył Jamesa, Remusa, Lily i Dainah gdzieś w zakamarkach umysłu, jak najcenniejszy skarb, którego jeszcze mu nie odebrano, choć była to tylko kwestia czasu. Rzadko zaglądał w te zakamarki, częściej myśląc o swojej niewinności i skupiając się na zdradzie Petera.
Całe dnie był sam na sam z własnymi myślami, zamknięty w celi, którą mógł okrążyć raptem kilkunastoma krokami, i niewielkim oknem o wiecznie wilgotnych kratach. Dwa razy dziennie dostawał jedzenie, które było pozbawioną koloru i smaku papką, a jedyne interakcje z innymi więźniami ograniczały się do słuchania ich wrzasków. Początkowo próbował krzyczeć, walić w drzwi i hałasować w inny sposób, by tylko wywołać reakcję innych, ale odpowiedzi – inne niż potępieńcze wrzaski – przychodziły zbyt rzadko, by kontynuował te próby. Otaczali go śmierciożercy i trudno mu było sobie wyobrazić, o czym mógłby z nimi rozmawiać, skoro większość z nich była szalona jeszcze zanim tam trafiła. Bezsilność i niewyobrażalny natłok myśli skłoniły go do tego, by któregoś dnia przemienić się w psa. Nie był pewien, na co liczył, ale tego dnia wyjątkowo trudno było mu się pozbyć natrętnych myśli. Psia postać sprawiła, że stały się one odleglejsze, jakby przyćmione. Wszystko było mniej dolegliwe, a on mógł łatwiej zapaść w sen, poszukując ucieczki w ciemności i pustce.
*
Isla rozglądała się po domu w irytujący sposób, jakby planowała trasę ucieczki, gdyby jej w przyszłości potrzebowała. Dainah przyglądała jej się z zainteresowaniem, trochę jak obserwuje się jakiś egzotyczny gatunek zwierzęcia, który zwykle nie występuje w miejscach takich jak to, w którym się aktualnie znajdowała. Przyjaciółka odwiedziła Nową Zelandię po raz pierwszy – początkowo Dainah nie chciała nawiązywać kontaktu z nikim z Anglii, a pierwsze wiadomości, jakie wymieniły, były raczej chłodne i nie zwiastowały spotkania po latach. Mimo wszystko Isla w końcu zabrała swoją córkę na wycieczkę w egzotyczne zakątki świata, a dom Dainah wypełnił się ludźmi na kilka dni.
Nadal dobrze im się rozmawiało, ale było jasne, że w ich życiach zdarzyło się zbyt wiele, by można było to pominąć i powrócić do relacji, jakie panowały między nimi dawniej. Isla miała żal, że Dainah oddaliła się od niej i Susannah po szkole, a potem uciekła z kraju; opowiedziała też, jak odkryła, że mąż ją zdradzał i musiała walczyć przed mugolskim sądem o prawo do opieki nad dzieckiem. Nie chciała za to mówić o Susannah. Dainah nie dopytywała. Czuła, że brakuje jej słów. Zamiast tego opowiedziała o wszystkim, co przydarzyło jej się od ucieczki – wyjazdu – z kraju, choć wiedziała, że Islę bardziej będzie interesował temat Syriusza. Choć jego imię początkowo nie padło z ust żadnej z nich, to dało się je wyczuć w powietrzu, jakby każda z nich czekała, aż ta druga popełni oczywisty nietakt i je wymieni.
– Wydajesz się znudzona tym wszystkim, a mieszkasz w raju – powiedziała któregoś dnia Isla, kiedy piły kawę na tarasie i patrzyły na pobliskie wzniesienie, z którego rozciągał się widok na całe Auckland.
– To nie tak – westchnęła Dainah. – Nie miałaś wrażenia, że to wszystko powinno wyglądać jakoś inaczej? Kończysz Hogwart i tak naprawdę nie wiesz, co dalej.
– Śmierciożercy na pewno w tym nie pomagali – rzuciła Isla, wbijając wzrok w swój kubek.
– Nie wiedziałam, czego chcę, to wszystko stało się tak… mimochodem – dodała Dainah. – Może z zewnątrz nie wygląda to źle, ale…
Isla spojrzała na nią pytająco.
– Co u Susannah? – wypaliła Dainah.
Isla znów spuściła wzrok. Przez dłuższą chwilę milczała, ale kiedy zdała sobie sprawę, że pytanie nie zostanie cofnięte, zebrała siły, by udzielić odpowiedzi:
– Wiedziałaś, że wyszła za mąż? Za Rowle’a. Pamiętasz tych bliźniaków, Knuta i Thorfinna? Byli dwa lata starsi od nas. Jasne włosy, grali w quidditcha – dodała, widząc brak zrozumienia na twarzy Dainah. – W sumie nieważne, nie musisz pamiętać. Rodzice Susannah zaaranżowali jej małżeństwo z Knutem. Mieli jakieś problemy finansowe, a jej ojcu zależało na poparciu starego Rowle’a… Nieważne. Przehandlowali ją za trochę złota.
Isla umilkła na chwilę. Odstawiła kubek z kawą na stolik, a Dainah zauważyła, że jej dłoń drżała nienaturalnie, zdradzając, jakie emocje targają Islą przy okazji tej opowieści.
– Okres tuż przed upadkiem Sama-Wiesz-Kogo i pierwsze miesiące po nim były… trudne, aurorzy mieli przyznane uprawnienia, o jakich im się wcześniej nie śniło. W którymś momencie przestawało się liczyć, że po drugiej stronie też stoją ludzie – kontynuowała Isla.
– Aurorzy? – prychnęła Dainah. – Śmierciożercy z pewnością o wiele bardziej się z tym liczyli.
Isla posłała jej spojrzenie, którego Dainah nie mogła zrozumieć. Była to mieszanina zaskoczenia i irytacji.
– A jednak to aurorzy zabili Susannah. Uznali, że kobieta w ósmym miesiącu ciąży powinna być torturowana dla informacji. Nie przeżyła tych tortur. Oboje nie przeżyli.
Dainah milczała. Domyślała się, że Isla – jako uzdrowicielka – mogła widzieć skutki działania aurorów. Tych albo innych, ostatecznie pewnie efekt końcowy zawsze był podobny i zawsze był tak samo wstrząsający.
– Nie wiedziałaś, prawda? – zapytała cicho Isla.
Dainah pokręciła głową. Emocje, jakie wzbudziła w niej opowieść Isli, były jakieś słabe i niejasne, a Dainah wstydziła się ich za bardzo, żeby je okazać. Powinna być wstrząśnięta, przerażona i zbulwersowana, ale każda z tych emocji ledwie się w niej tliła.
– Może podjęłaś wtedy dobrą decyzję. Może wszyscy powinniśmy byli ją podjąć – dodała Isla.
– Może – zgodziła się Dainah, choć nie była pewna, czy faktycznie jej decyzja była tak dobra. Może gdyby wszyscy podjęli ją wcześniej, jeszcze zanim tak wiele osób niepotrzebnie zginęło.
*
Knot rozglądał się po ciasnym korytarzu w irytujący sposób, jakby planował trasę ucieczki, gdyby jej w przyszłości potrzebował. Syriusz obserwował go z zainteresowaniem, trochę tak, jak obserwuje się jakiś egzotyczny gatunek zwierzęcia, który zwykle nie występuje w miejscach takich jak to, w którym się aktualnie znajdował. Nie przypominał sobie, by minister wcześniej odwiedzał Azkaban. Może tego nie robił, a może jego wizyty Syriusz przesypiał. Pamiętał, że Knot był podrzędnym urzędasem w Departamencie Magicznych Wypadków i Katastrof; nie pamiętał, skąd dowiedział się, że został on Ministrem Magii, ale tej wiedzy był pewien prawie tak jak swojego imienia i swojej niewinności.
Teraz Knot wyglądał jak przestraszona owca. Jego nieco nalana twarz i rozszerzone oczy świadczyły o tym, że doskonale zdawał sobie sprawę, że znalazł się w piekle. Dlaczego? Czy wizytowanie Azkabanu należało do jego obowiązków? Wydawało się, że minimalnie podskakiwał, ilekroć na zewnątrz dał się słyszeć grzmot nadchodzącej burzy.
– Kiepska pogoda, co? – powiedział. W pierwszej chwili zdziwiło go brzmienie jego własnego głosu. Był ochrypły od długiego nieużywania, ale każda sylaba doskonale układała się na języku.
Knot zatrzymał się i rozejrzał wokół. Towarzyszyło mu dwóch dementorów i jakiś urzędnik, blady jak płótno. To na niego minister skierował swoje spojrzenie, ale kiedy ten pokręcił przecząco głową wystraszone spojrzenie jasnych oczu Knota padło na Syriusza, który poczuł się pewniej, jakby w ten sposób uzyskał arbitralne potwierdzenie, że wciąż istnieje, że to wszystko dzieje się naprawdę. Był o tym przekonany przez większość czasu, ale zdarzały się dni, kiedy przychodziły wątpliwości.
– Black? – zapytał Knot, a jego ton brzmiał, jakby próbował opisać coś wyjątkowo obrzydliwego.
– Jak się panu podoba Azkaban, ministrze? – zagadnął, nie widząc potrzeby potwierdzania swojej tożsamości. Niewielu więźniów miało przy drzwiach celi dwóch dementorów, Knot mógł dodać dwa do dwóch. – Jest wilgotno i ciemno, ale ta brązowa papka, którą podają na obiad, nie jest taka zła, jak powiadają, warto spróbować.
Knot milczał. Syriusz przysunął twarz do okna w drzwiach celi tak, że kraty wbijały mu się w policzki. Przyjrzał się Knotowi dokładnie, od ubłoconych butów po czubek limonkowego melonika. Jego wzrok zatrzymał się na tym, co Knot trzymał pod pachą.
– Gazeta? Przeczytał pan już? Mógłby mi ją pan zostawić, rozwiązałbym krzyżówkę? – zapytał. Sam dla siebie brzmiał jak szaleniec, ale Knot nieco mechanicznie wyszarpnął sobie „Proroka Codziennego” spod pachy i wsunął między kraty syriuszowej celi, jakby bał się podać mu go do ręki.
– Miłej lektury – mruknął sztywno.
– O, na pewno będzie miła – odpowiedział Syriusz możliwie znużonym tonem, tłumiąc lekką ekscytację związaną z faktem, że prowadził
rozmowę. – Szkoda, że dementorzy nie prenumerują „Proroka…”.
Knot początkowo nie odpowiedział. Machnął ręką na urzędnika i ruszyli dalej. Dopiero, gdy byli kilka cel dalej i po drodze nikt inny ich nie zatrzymał, rzucił w przestrzeń:
– Do widzenia, panie Black.
Syriusz spróbował uśmiechnąć się sam do siebie, ale nie mógł, miał wrażenie, że jego skóra twarzy jest zbyt napięta, by mógł wykonać taki grymas. Zamiast tego spojrzał na gazetę – najcenniejszą od wielu lat rzecz, jaką posiadał.
*
Nocne powietrze było rześkie. Isla śmiała się, że zima w Nowej Zelandii jest cieplejsza od brytyjskiego lata, ale Dainah wiedziała, że nie jest do końca zgodne z prawdą; wielokrotnie wspominała, że latem wyspa jest jeszcze piękniejsza, ale Isla i Sarah, jej córka, nie dały się przekonać. Co roku odwiedzały Auckland w okresie wakacyjnym.
– Znów pada – mruknęła Sarah, wracając do domu. Powietrze było wilgotne i ciężko było nim oddychać, a nieprzyjemny chłód wchodził za kołnierz. Siedzenie na tarasie nadal było możliwe, ale wymagało założenia grubszego swetra, na co Sarah najwyraźniej nie miała ochoty.
– Będziesz z nią miała wesoło za parę lat – zaśmiała się Dainah, patrząc na zmarszczone brwi przyjaciółki, która odprowadziła córkę wzrokiem.
– Nie byłam taka marudna w jej wieku – mruknęła Isla. – Nawet nie chcę sobie wyobrażać, jaka wróci za rok z Hogwartu.
– Nie cieszysz się, że w końcu idzie do szkoły?
– Nie w tej atmosferze, przecież… – zaczęła, po czym urwała, szybko łapiąc za kubek z kawą, jakby miał on być deską ratunku.
– Przecież? – zapytała Dainah, wyczuwając zmieszanie przyjaciółki.
Isla łapczywie wypiła kawę, a potem wypuściła powietrze, jakby okrutnie jej ciążyło. Dainah przyglądała jej się badawczo, próbując odkryć, co jej przyjaciółka próbuje ukryć. W pracy często miała do czynienia z ludźmi, którzy próbują coś ukryć – zarówno z czarodziejami, którzy łamali Kodeks Tajności, jak i z tymi, którzy próbowali wywołać konflikt między różnymi etnicznie grupami czarodziejów. Nawet jeśli takie przypadki nie były częste, Dainah musiała nauczyć się rozpoznawać ludzi, którzy mają coś do ukrycia. Isla zdecydowanie miała coś do ukrycia.
– Nie dociera tu wiele nowin z domu? – zapytała, patrząc na jedno z drzew rosnących w ogrodzie.
– Mamy kontakt z ministerstwem – odpowiedziała chłodno Dainah. Kontakt ten nie był tak dobry, jak czasami by tego chcieli, ale jednocześnie wiedzieli, że nie było powodu, by go zacieśniać. Dzieliły ich tysiące kilometrów, a każdy z krajów zajmował się swoimi sprawami.
– Nie wiem, czy powinnam… – zaczęła Isla. – Może chciałabyś wiedzieć. Nie wiem.
Dainah milczała, choć jej irytacja rosła. Nie rozumiała, co mogło być dla niej tak trudnego o zwerbalizowania. Isla rzadko miała problem z zebraniem myśli, a tym razem zachowywała się, jakby miała do przekazania niezwykle trudną wiadomość. Przecież nie mogło wydarzyć się nic, co spadłoby na Dainah jak grom z jasnego nieba.
– Syriusz Black uciekł z Azkabanu.
A jednak mogło.
*
Nocne powietrze było rześkie. Drobny deszcz kapał na jego pysk, kiedy wyszedł z wody i się otrzepał. Niemal każda jego psia myśl skupiona była na znalezieniu czegoś do jedzenia, ale pod zwierzęcymi instynktami pulsował gorączkowo umysł pełen ludzkich myśli, pełen wściekłości i żądzy mordu, pełen woli, by pędzić, nie zważając na nic, by jak najszybciej znaleźć Petera. Żołądek go jednak spowalniał.
Upewniwszy się, że nikogo nie ma w pobliżu, Syriusz przemienił się w człowieka. Wiedział, że za chwilę musi ruszyć przed siebie, musi zabić Petera, musi ocalić Harry’ego, ale teraz, na pięć sekund pozwolił sobie na moment radości. Leżał na piasku, a nad sobą miał tylko nocne niebo. Dotykał piasku, czuł go w dłoniach i pod plecami. Na twarzy czuł wodę, krople deszczu mieszające się z łzami.
Był wolny.
*
Dainah zmywała. Miała tak zacięty wyraz twarzy, że Isla w pierwszej chwili zastanawiała się, czy nie rozsądniej byłoby się po cichu zdeportować, zostawiając ją samą sobie. Wiedziała jednak, że nie mogła tego zrobić – nie po tym, kiedy to jej nowiny wprowadziły Dainah w ten stan. Przez całą noc zastanawiała się, czy dobrze zrobił, przekazując przyjaciółce tę informację. Skoro jednak zdobyła się na to, teraz powinna zdobyć się na to, by zapytać, czy to coś zmieni w poukładanym życiu Dainah.
– Kawy? – warknęła w jej kierunku Dainah.
Isla pokręciła głową. Nie miała siły odpowiedzieć.
– Usiądź, ja dokończę – zaproponowała, wskazując na naczynia, która Dainah szorowała z taką mocą, że Isla była nieco zdziwiona, że jeszcze żadne z nich nie pękło w jej rękach.
Najwyraźniej pomyślała to w złym momencie, bo jeden z kubków poddał się naporowi siły i pękł na trzy części. Dainah syknęła i wypuściła skorupy z rąk.
Isla stanowczym ruchem odciągnęła ją od zlewu. Spojrzała tylko na rozciętą dłoń i westchnęła.
– Usiądź, musimy zrobić z tym porządek – powiedziała.
Dainah bez słowa dała się doprowadzić do krzesła, na które opadła tak nagle, jakby mięśnie po prostu odmówiły jej posłuszeństwa. Isla cicho szeptała zaklęcia, wodząc końcem różdżki po rozciętej dłoni, niezadowolona, że nie wzięła ze sobą eliksiru przeciwdziałającemu tworzeniu się blizn. Udało jej się jednak zatamować krwawienie i zasklepić ranę. Zabezpieczyła ją też mugolskim bandażem, który zwykła nosić w torebce.
Dainah przez cały ten czas siedziała w milczeniu, a nieobecny wzrok utkwiła w przeciwległej ścianie. Zachowywała się, jakby to nie jej dłoń była przedmiotem procesu leczenia, jakby sama znajdowała się tysiące kilometrów stąd.
– Co planujesz zrobić? – zapytała Isla, kiedy dłoń była już zabandażowana.
– Będę musiała dokończyć zaklęciem – mruknęła Dainah.
Isla westchnęła ciężko.
– Wiesz o czym mówię. Wracasz do Anglii?
Dainah spojrzała na nią tak chłodno, że Isla na chwilę wstrzymała oddech, bojąc się poruszyć.
– A mam jakiś powód?
*
Biegł, biegł od tak dawna, że nie pamiętał już, jak czuł się, kiedy nie bolało go całe ciało. Nie był pewny, gdzie powinien się kierować, gdzie znajdzie Harry’ego lub Petera, ale nie miał wątpliwości, że żaden z nich magicznie nie pojawi się na plaży, na którą dotarł tamtej nocy. Próbował sobie przypomnieć, gdzie mieszkała siostra Lily – o ile to u niej Dumbledore ukrył Harry’ego. Był pewien, że słyszał nazwę tego miasteczka dziesiątki razy. Tyle że wtedy, w innym życiu, miał o wiele ważniejszych spraw i nie przywiązywał wagi do czyjej mugolskiej siostry. Teraz była to najważniejsza informacja. Pamiętał, że mieściło się w Surry, Lily przecież tyle razy się śmiała, że on i Petunia byli prawie sąsiadami, skoro ich domy mieściły się w jednym hrabstwie.
Nagle poczuł w pysku suchość, która nie miała nic wspólnego ze zmęczeniem biegiem.
Dom.
Mógłby zajrzeć, choćby z daleka. Sprawdzić, czy nadal tam stoi, sprawdzić, czy Dainah… Może nadal tam mieszka? Czy chciałby ją oglądać? W końcu mogła ułożyć sobie życie. Mógłby zobaczyć ją z mężem i gromadką dzieci, choć wydawało mu się to irracjonalne. Mógłby jej zaszkodzić swoim pojawieniem się – nawet w psiej postaci. Mógłby jej tam nawet nie zastać, bo czyż nie głupotą wydawało się szukanie jej tam, gdzie ostatni raz widział ją dwanaście lat temu.
Stracił tak wiele czasu. Ona pewnie go nie traciła, nieuczciwym byłoby oczekiwanie, by też go traciła.
Nie pobiegł tam.
Gryfońska odwaga, szepnął prześmiewczo głos w jego głowie, który brzmiał za bardzo jak głos Dainah, by mógł o nim szybko zapomnieć.
Harry. Musiał myśleć o Harrym.
*
Isla bardzo starannie unikała tematu wydarzeń w Anglii, a Dainah bardzo starannie o nie nie pytała. Widywały się zresztą tak rzadko, że miały wiele innych tematów, przy pomocy których obie mogły udawać, że nikt taki jak Syriusz Black nie istnieje. Isla opowiadała o najśmieszniejszych przypadkach, na jakie trafiała w Mungu, a także o swoich współpracownikach, wspomniała nawet o pierwszych sukcesach i porażkach Sarah w Hogwarcie. Dainah mówiła trochę o swojej pracy, ale kiedy zdawała sobie sprawę, że nie ma nic ciekawego do opowiedzenia o współpracownikach czy innych znajomych, milkła, a na jej twarzy pojawiał się ledwo dostrzegalny grymas frustracji. Isla wtedy szczebiotała za nie dwie, świadoma, że bierze na siebie cały ciężar konwersacji, a taki stan rzeczy nie może trwać wiecznie. Żałowała też, że w tym roku zdecydowała się odwiedzić Auckland, kiedy Sarah była jeszcze w Hogwarcie. Być może ona miałaby garść ciekawych opowieści o McGonagall, Flitwicku czy Dumbledorze. Teraz jednak pisała egzaminy po drugim roku, a Isla powinna trzymać za nią kciuki, nawet jeśli była na drugim końcu świata.
– Dainah, znamy się tyle lat – zaczęła łagodnym tonem, a jej przyjaciółka posłała jej spojrzenie, które sugerowała, że powinna uważać na słowa, które zaraz padną z jej ust. Isla jednak wykazała się gryfońską niemal odwagą i kontynuowała: – Nie myślałaś o tym, by wyjść do ludzi? Powinnaś coś robić, może zacząć się z kimś spotykać, a nie tylko siedzieć w czterech ścianach.
Odpowiedział jej dźwięk kubka odstawianego na stół z taką stanowczością, że wedle wszelkiego prawdopodobieństwa naczynie powinno pęknąć. Dainah zdeportowała się z trzaskiem, a Isla wypuściła powoli powietrze. Może nie powinna była nic mówić. Nie rozumiała życia uczuciowego Dainah i choć starała się jej nie urazić, najwyraźniej jej się to nie udało.
Wyjrzała przez okno. Wieczór był przyjemnie chłodny i nie czuć było jeszcze zimy. 4 czerwca powinna już być wyczuwalna, jeśli wierzyć słowom Dainah.
*
Syriusz przez dwa lata starannie unikał tematu Dainah. Wiedział, że Remus krążył wokół niego, ale czekał na wyraźny sygnał, że Syriusz chce wiedzieć coś więcej na temat Ślizgonki, która była dla niego taka ważna, ale żadnego sygnału się nie doczekał. Syriusz pytał o Harry’ego, o wspólnych znajomych, o nauczycieli z Hogwartu, o członków Zakonu, o przedstawicieli ministerstwa i – w niektórych przypadkach – o znane sobie zwierzątka domowa tych osób, ale ani słowem nie wspomniał o tym, że chciałby wiedzieć, co stało się z Dainah. Kiedy jego krótkotrwała podróż po świecie – którą przecież wyobrażał sobie zupełnie inaczej – dobiegła końca i utknął na Grimmauld Place, boleśnie oczywistym stało się dla wszystkich, że dom ten był dla niego kolejnym więzieniem, nawet jeśli zamiast dementorów dręczyły go jego własne wspomnienia. Chciał coś robić, chciał uczestniczyć w walce, chciał być potrzebny. Kiedy tylko mógł opuścić Grimmauld Place, nie wahał się ani chwili.
Sam Syriusz starał się nie myśleć zbyt wiele o przyszłości. Wiedział, że ministerstwo wciąż go poszukuje, że wciąż w opinii magicznego społeczeństwa jest mordercą. Nie spodziewał się, że uda mu się to kiedykolwiek zmienić, dlatego swoich momentów tryumfu nad dementorami i nad ministerstwem upatrywał w tych krótkich momentach, kiedy mógł opuścić Grimmauld Place, kiedy mógł wyjąć różdżkę, rzucić jakieś zaklęcie, kiedy mógł choć przez chwilę żyć tym życiem, które brutalnie mu odebrano.
Wiedział, że to nie może trwać wiecznie. Prędzej czy później coś się wyda, złapią go, wróci do Azkabanu – a wizja ta sprawiała, że niejednokrotnie budził się w nocy zlany potem. Wolałby śmierć niż powrót do Azkabanu. W końcu czym innym byłoby ponowne osadzenie w tym miejscu, jeśli nie długą i bolesną śmiercią? A może dementorzy złożyliby na jego ustach swój pocałunek, wysysając jego dusz i, całe człowieczeństwo, a zostawiając w celi tylko pustą skorupę, która zalegałaby tam przez kolejne dziesiątki lat?
Takie myśli przychodziły mu do głowy zbyt często. Nie chciał o nich mówić Remusowi, który miał wiele własnych problemów. Mówił o nich Ognistej Whisky, zanim znikła ze szklanki. Mówił o nich własnym myślom. Mówił o nich baldachimowi nad łóżkiem i Hardodziobowi, jeśli miał pewność, że nikt inny go nie usłyszy. Mówił o nich Jamesowi i Lily, jeśli mu się śnili. Mówił o nich Dainah, jeśli i ona odwiedzała go w snach, choć zdarzało się to rzadko. Mówił o nich pyłkom kurzu widocznym w promieniach zachodzącego słońca i wiatrowi poruszającymi zasłonkami. Znikąd nie nadeszła odpowiedź. Był do tego przyzwyczajony.
Kiedy na Grimmauld Place dotarła informacja, że Harry wraz z przyjaciółmi znaleźli się w ministerstwie, nie było żadnych wątpliwości, że Syriusz ruszy wraz z resztą Zakonu. Harry był dla niego jak James, oddałby za niego życie.
Nikt nie wiedział jednak, że to był ten dzień, kiedy faktycznie będzie musiał je oddać.
*
Isla nie zdawała sobie sprawy, że przysnęła na kanapie w oczekiwaniu na powrót Dainah. Dopiero szum wody w kuchni uświadomił jej, że przyjaciółka już wróciła i najwyraźniej zmywa. Przetarła zaspane oczy i spojrzała na zegarek. Była trzecia w nocy. Kto zmywał o trzeciej w nocy?…
Kiedy jednak weszła do kuchni, zdała sobie sprawę, że Dainah nie tylko zmywała. Wszystkie szafki i blaty były umyte, a na stoliku suszyły się rzędy naczyń, które zdążyła już umyć. Najwyraźniej w ten sposób próbowała uporządkować swoje myśli i zapanować nad plątaniną myśli.
– Dainah? – zapytała cicho Isla.
Jej przyjaciółka nie przerwała zmywania i nie spojrzała na nią.
– Dainah, przepraszam, jeśli cię uraziłam.
– Nie powinno cię obchodzić, co robię ze swoim życiem – warknęła Dainah. – To moja sprawa, z kim się widuję lub nie widuję, jak spędzam wieczory i co robię, kiedy…
Na chwilę umilkła, a przez jej twarz przebiegł grymas bólu. Przestała zmywać, zaciskając dłonie na krawędzi zlewu. Zanim Isla zdążyła jednak zareagować, Dainah wypuściła powili powietrze i potrząsnęła głową, jakby odganiała natrętną muchę czy myśl.
– Może masz rację, może powinnam spróbować – powiedziała cicho, jakby na nowo odkrywając swój głos, ale szybko przechodząc do zdecydowanego tonu, który sugerował, że od właśnie pojętej decyzji trudno będzie ją odwieść. – Ale najpierw powinnam odwiedzić Anglię.

NA PSA UROK: 10.

Dainah nie była pewna, jak mogłaby opisać swoje życie po Hogwarcie. Przychodziły jej do głowy takie słowa jak wir czy tornado, ale jednocześnie stagnacja i poczucie zmarnowanego czasu były blisko za nimi. Wszystko, co miało być feerią barw, dźwięków i doznań, zlewało się ze sobą, z czasem tworząc pozbawioną kolorów papkę, która szczelnie wypełniała każdy z podszytych strachem dni. Kiedy opuszczała Hogwart, wiedziała, że za jego murami toczy się wojna. Doświadczyła jej skutków, przez które – gdy stanęła na King’s Cross – nie czuła się gotowa ruszyć w świat, bo choć nic jej nie trzymało, a cały swój dobytek mogła zmieścić w kufrze, to pulsowała w niej tak fundamentalna niezgoda na zastaną rzeczywistość, że myśl o wyjeździe sprawiała jej niemal fizyczny ból. Nie rozumiała tego, bo przecież jeszcze w Hogwarcie o tym myślała. Potem wielokrotnie żałowała, że nie przekonała samej siebie i z cichym trzaskiem nie deportowała się gdzieś daleko, gdzie wojna nie byłaby jej zmartwieniem.
Pierwszych kilka dni spędziła w domu Susannah, w końcu kto by nie chciał okazać dobrego serca sierotce. Kiedy jednak zdała sobie sprawę z tego, że nie może dłużej udawać dziecka, na które czekają całkiem niedziecięce zadania, znalazła jakieś mieszkanie w Londynie. Złoto w Gringotcie pozwoliło jej nie martwić się o jutro przez kilka miesięcy, ale kiedy stało się jasne, że wojna nie sprzyja przedsiębiorczości, a pracy dla młodych czarownic nie ma zbyt wiele, podczas gdy praca wśród mugoli może skończyć się represjami ze strony Czarnego Pana, musiała zacząć myśleć o jakiejś alternatywie. To był kolejny z momentów, w których mogła uciec z kraju, ale tym razem znów została zatrzymana. Kiedy pakowała kufer, w drzwiach stanął Syriusz, mącąc jej w głowie tak, jak tylko on potrafił.
Została. W końcu znalazła jakąś pracę – nisko płatną i niewymagającą wiedzy, którą ona dysponowała. Niezależnie od tego, czy trwa wojna, pracownicy magazynu w sklepie ze składnikami eliksirów zawsze są potrzebni. Pracowała w dziwnych porach, mając poczucie, że mieszka w tym magazynie. Było to łatwiejsze, niż przyznać, że Syriusz łagodnie i niemal niezauważalnie zorganizował jej życie i stał się jego integralną częścią. Kiedy liczyła wątroby nietoperza albo ważyła suszone kwiaty lebiody, łatwiej było zapomnieć o tym, jak zagubiona była tego dnia, kiedy była o jakiś kwadrans od ucieczki.
– Wyjeżdżasz – stwierdził wtedy Syriusz.
– Co mnie zdradziło? – odpowiedziała, unosząc wyzywająco brew.
Syriusz przeszedł przez hol i zajrzał do salonu. Puste półki w szafie, które widać było przez otwarte drzwi, potwierdzały jego przypuszczenia jeszcze dobitniej niż wypakowany kufer stojący na środku mieszkania.
– Planowałaś się pożegnać?
Westchnęła ciężko.
– Być może – powiedziała. Podnosząc wzrok i napotykając badawcze spojrzenie jego szarych oczu. Kryło się w nich coś, czego wolała nie nazywać. Coś, co sprawiała, że w gardle zaczęła jej rosnąć gula.
– Może masz rację – rzucił z tak wystudiowaną obojętnością, że przez moment aż się poczuła nią dotknięta.
– Czasy są niebezpieczne.
– Są – zgodził się, choć ona poczuła, jakby bardzo energicznie zaprzeczył.
Wtedy, w tym momencie, poczuła, jakby miała osiem lat i bardzo, ale to bardzo potrzebowała kogoś, kto jej powie, co powinna zrobić. Oczywiście nie mogła na nikogo takiego liczyć – ani teraz, ani, tak naprawdę, wtedy. Była tylko ona, rozdarta między kufrem a Syriuszem, który przecież jej nie zatrzymywał. Nie czuła się zatrzymywana. Czuła coś innego.
– Nie stać mnie na to pieprzone mieszkanie – wyrzuciła z siebie cicho, jakby bała się, że jeśli powie to głośniej, właściciel wyrzuci ją na bruk już w tym momencie. – Nikt nie mówił, że to będzie takie trudne.
– Co?
– No… Wszystko. – Wyrzuciła w górę ręce, zaczynając mówić coraz głośniej. – Te wszystkie lata nauki się nie liczą, nie tak, jak powinny. Siedzimy tu wszyscy, wszyscy, jak kaczki czekające, aż nas ktoś kolejno wymorduje. Żaden egzamin nie przygotowuje do tego, że z dnia na dzień musimy przejść od noszenia mundurków i pisania esejów o bezoarach do szukania pracy, płacenia rachunków i tego wszystkiego, a do tego Prorok wciąż donosi o jakichś incydentach – wypluła ostatnie słowo z jadem. Śmierć jej rodziców, gdyby zdarzyła się teraz, pewnie też byłaby incydentem. Kilka miesięcy temu była jeszcze tragedią. – Nie na to się pisałam.
– Wiesz już, gdzie uciekniesz?
Spojrzała na niego zdumiona. Spodziewała się wielu pytań, kilku oskarżeń, może nawet jakiejś prośby. Ale nie tego. Nie próbował jej zatrzymać? Czy uległaby mu, gdyby spróbował? Nie musiał nic mówić ani robić, żeby zamącić jej w głowie. Kiedy się pakowała, w żadnym momencie nie pomyślała o tym, że gdyby uciekła, mogłaby już nigdy nie zobaczyć jego oczu, nie usłyszeć jego śmiechu. I to było nagle o wiele bardziej przerażające niż rachunki i niepewność jutra.
Nie uciekła. Syriusz zaproponował, żeby wprowadziła się do niego – póki sobie nie znajdzie czegoś lepszego – na co Dainah przystała z pewnymi oporami. Nie była pewna, czy on miał takie same opory, kiedy składał jej tę propozycję, ostatecznie minęło niewiele czasu, od kiedy odmówiła takiej samej ofercie, depcząc jego męską dumę. Wtedy tłumaczyła, że to za wcześnie, powodów było mnóstwo, od dumy poczynając, na obawach o to, co stanie się, jeśli im nie wyjdzie, kończąc. Teraz jednak obawy schodziły na drugi plan wobec kwestii tak prozaicznych jak konieczność płacenia rachunków złotem, którego było coraz mniej i mniej.
Oczywiście, mieszkając z Syriuszem nieustannie spotykała jego przyjaciół z Hogwartu, którzy okresowo również zdawali się mieszkać na jego – ich? – kanapie w salonie. Zawsze jednak w końcu znikali, zostawiając po sobie nieporządek na stoliku do kawy. Dainah nie miała nic przeciwko ich obecności, o ile nie musiała spędzać z nimi zbyt wiele czasu. Traktowali ją serdecznie, choć z pewną rezerwą. Kiedy rozmawiali – byli otwarci, nie wahali się ostro komentować sytuacji politycznej, o której przecież tak wielu starało się nie mówić, by nie stała się jeszcze brutalniej rzeczywista. W końcu jednak zawsze jako temat pojawiali się śmierciożercy, którzy – podobnie jak ona – byli Ślizgonami. I choć nie dali jej odczuć, że ją podejrzewają o szpiegostwo czy popieranie Czarnego Pana, to jednak gdzieś w powietrzu, między kubkiem herbaty a talerzem z ciastkami, wisiało to niezadane pytanie, czy coś wie, czy coś widziała, czy na pewno jest po właściwej stronie. Znikało ono tak szybko, jak się pojawiało, ale Dainah nie mogła czuć się w pełni swobodna, nawet jeśli siedziała oparta o Syriusza, który emanował przecież zaufaniem i niejako ręczył za nią.
Zwykle więc nie przysłuchiwała się dyskusjom politycznym, by uniknąć tego nieprzyjemnego momentu, który z czasem pojawiał się coraz rzadziej i rzadziej. Zamiast tego w możliwie nienachalny sposób przyglądała się Lily Potter, która z takim frustrującym spokojem i gracją piła herbatę, śmiała się ze wszystkich żartów Jamesa, a później, kiedy wiosna ustępowała już latu 1980 roku, gładziła się po brzuchu pęczniejącym jak owoc tuż przed zerwaniem. W Lily było coś irytująco nierzeczywistego, jakby cała ta wojna, w której żyli oni, jej nie dotyczyła, choć widać było, że żywo interesuje się kolejnymi zaginięciami i mordami. Podobnie jak James, Syriusz i pozostali. Dainah czasami zastanawiała się, czy nie znajduje się w samym środku jakiejś grupy, która planuje uderzyć na śmierciożerców w sposób skrajnie gryfoński i nieodpowiedzialny. Czasami, kiedy Syriusz znikał na parę dni, bała się, że w kolejnym Proroku znajdzie artykuł o jego śmierci. Strach ten tkwił głęboko w jej kościach i paraliżował ruchy, kiedy się tego najmniej spodziewała. Była pewna, że Lily Potter nie doświadczała czegoś takiego, za to tkwiła – nierzeczywista i jakby zatrzymana w czasie – w oczekiwaniu na coś; na Jamesa, na dziecko, na lepsze czasy.
Dainah jej nie znosiła.
*
Kiedy na świat przyszedł Harry James Potter, sytuacja stała się jeszcze bardziej nieznośna. Dainah nie wiedziała dlaczego, ale wszyscy wydawali się oczekiwać ataku. W przypadku Lily mogłaby to zrozumieć, słyszała o szoku poporodowym, ale nie miała pojęcia, że mógł się on udzielać mężczyznom. I to w takiej liczbie. Wszyscy czterej byli w jednakowych częściach dumni i przerażeni przyszłością, a ona znów nie przystawała do tego towarzystwa, siedząc gdzieś na uboczu, czasami z mechaniczną uprzejmością podtrzymując rozmowę i ze wszelkich sił unikając wzięcia niemowlęcia na ręce. Ilekroć widziała, że Syriusz go trzymał, czuła coś, czego wolała nie nazywać. Domyślała się, że to jakaś zakodowana gdzieś głęboko w niej reakcja na widok przystojnego mężczyzny z dzieckiem, która – gdyby nie była kontrolowana – miałaby skłonić Dainah do sprawienia sobie takiego samego dziecka. W tej atmosferze, kiedy wokół wciąż ginęli ludzie, a nikt nie mógł być pewny jutra, byłoby to skrajną głupotą, dlatego dławiła ten instynkt, bardziej przerażona wizją ewentualnej ciąży niż rozochocona fantazją Syriusza z dzieckiem. Zresztą wyobraźnia nie była w stanie przedstawić jej obrazów innych niż te, które już widziała. Nie sądziła, że mają przed sobą jakąś przyszłość, a na pewno nie taką, którą powinni fundować innej istocie ludzkiej.
Syriusz jednak zdawał się sądzić inaczej. Pewnego wieczora, kiedy w ich salonie nie było żadnych gości, wypalił:
– Harry jest świetnym dzieckiem.
– Mhm – zgodziła się, nie wyściubiając nosa zza książki, którą czytała. To nie był temat, który chciała poruszać.
– Prawie nie płacze, a kiedy dziś się uśmiechnął… – zaczął, po czym urwał, gdy zauważył, że Dainah na niego nie patrzy. – Nie lubisz dzieci, Pool?
Dainah opuściła książkę, a po jej kręgosłupie przebiegł dreszcz. Nigdy nie poruszali tego tematu, w całej swojej nastoletniej naiwności uważając, że właściwie nie ma o czym rozmawiać, a wizja decyzja o ewentualnym rodzicielstwie jeszcze daleko przed nimi.
– To nie jest dobry czas dla dzieci – stwierdziła wymijająco.
Syriusz pokiwał głową i usiadł obok niej. Tego dnia był jakiś nienaturalnie wyciszony, jakby wciąż myślał nad czymś bardzo intensywnie. Nie zapytała, czy coś go gryzie. Gdyby chciał, mógłby jej powiedzieć. Zamiast tego pieszczotliwie zmierzwiła jego włosy na nasady czaszki.
– A w przyszłości? – zapytał niespodziewanie, kiedy Dainah zupełnie nie spodziewała się, że z jego ust padną jakiekolwiek słowa.
– W przyszłości… co? – zdziwiła się, na wszelki wypadek zabierając rękę i kładąc ją bezpiecznie na księdze.
– W przyszłości byłby lepszy czas? Na dzieci? – doprecyzował, widząc jej zaskoczenie. Kiedy milczała o ułamek sekundy za długo, dodał: – Nieważne, Pool. Nie odpowiadaj.
Ulżyło jej, bo nie wiedziała, co zdecydowałaby się odpowiedzieć. Nie była w stanie myśleć o przyszłości – żadnej – dlatego wizja jakiegokolwiek potomstwa nie mieściła się w jej świadomości. Syriusz najwyraźniej odebrał to inaczej, bo przepadł gdzieś na cały wieczór, wracając dopiero nad ranem. Udała, że wcale jej nie obudził, kiedy kładł się do łóżka w promieniach wschodzącego słońca, i że wcale nie przeszkadzał jej zapach mugolskich papierosów. Znów gdzieś się włóczył motorem, wiedziała, ale przecież nie miała prawa mu tego zabraniać, niezależnie od tego, jak bardzo nie znosiła tej maszyny. Syriusz najwyraźniej udawał, że jej wierzy, kiedy udawała, że śpi, bo przez dłuższą chwilę leżeli tak w milczeniu, każde zamknięte w świecie swoich myśli.
– W porządku – westchnęła, nie mogąc znieść tej ciszy. – W przyszłości.
Syriusz nie usłyszał. Odpowiedziało jej jego ciche pochrapywanie.
*
Wojna nie jest ekscytująca. Nie przypomina tego, co czyta się w książkach – tam ktoś wycina te nudne momenty „pomiędzy”, snując opowieść złożoną tylko z najciekawszych fragmentów, pełnych akcji i emocji, bohaterstwa i niebezpieczeństwa. Dainah ciągle jednak żyła „pomiędzy”, czekając bez większych nadziei na to, że w końcu coś się zmieni. Jej magazyn zdawał się neutralny politycznie, bo – jak podejrzewała – z jego usług korzystały obie strony. W końcu w czasach, które nastały, niełatwo było zrealizować wszystkie zamówienia, a jednak jej szefostwu się to udawało.
Dainah nie zadawała pytań.
Widziała wiele rzeczy, które powinny zrodzić w jej głowie pytania, słyszała wiele i równie wiele przeczuwała, ale miała bardzo silne poczucie, że to wszystko dzieje się gdzieś obok. Oczywiście, miało to wpływ na jej życie, ale nie czuła się zobligowana do uczestnictwa w tej wojnie. Świat wyglądał dostatecznie ponuro z punktu, w którym się znajdowała; nie sądziła, by mógł nabrać jaśniejszych barw, gdyby opowiedziała się po jednej ze stron, ściągając na siebie gniew tej drugiej. Syriusz natomiast przeciwnie – wypowiadał się śmiało, bezkompromisowo, jakby śmierć nie mogła go dosięgnąć. Jednocześnie podziwiała jego odwagę i się jej bała – w końcu któregoś dnia mogła wrócić z pracy i odkryć, że już nigdy go nie zobaczy. Czy byłoby to w jakiś sposób różne od tego, co by się stało, gdyby wtedy, po Hogwarcie, wyjechała? Oczywiście, zostawał czas „pomiędzy”, te miesiące, które mijały tak bezczynnie, a jednak wypełnione były krótkimi momentami śmiechu i czułości. Czasami, kiedy czytała prasowe doniesienia o kolejnych mordach, te momenty wydawały jej się niemal skradzione, a przez to w dwójnasób upajające.
Szczęście było w tamtych czasach tylko prywatne. Na ulice wylało się szeroką falą dopiero z początkiem listopada. Kiedy Dainah wyszła z magazynu, spodziewała się jesiennej mżawki i pustych ulic. Tymczasem zza chmur wyglądało słońce, które leniwie wspinało się po widnokręgu, a Pokątna, przez którą musiała przejść, wypełniona była ludźmi.
– Sama-Wiesz-Kto nie żyje! – krzyknął jej prosto do ucha jakiś czarodziej, którego oddech śmierdział cebulą i Ognistą Whisky.
Dainah zatoczyła się nieco, próbując przed nim uciec. Zderzyła się z przysadzistą czarownicą, która powiedziała „Ciesz się, kochanie!”. Wszyscy byli radośni i zgadzali się co do jednego: Czarny Pan nie żył. Nie mogła się doczekać, aż podzieli się tą wieścią z Syriuszem; zresztą, pewnie on już wiedział, pewnie znał już jakieś szczegóły.
Kiedy jednak teleportowała się do domu, Syriusza w nim nie było.
Pewnie jeszcze gdzieś świętuje. On i James nie mogliby usiedzieć w domach, pomyślała. Niedługo wróci.
Ale Syriusz nie wrócił do wieczora. Daniah myślała, że obudzi ją w okolicy południa, może trochę później, dzieląc się z nią swoją wesołością, ale kiedy otworzyła oczy, za oknem było już ciemno, a dom był cichy i pusty. Przetarła twarz dłonią i wstała z kanapy, na której spała. Czuła lekki kurcz szyi i dojmujące poczucie, że coś było nie tak.
Przez chwilę kręciła się po domu, próbując znaleźć sobie miejsce i zdecydować, co powinna zrobić. Miała nadzieję, że przesadza, a jej obawy są nieuzasadnione. Kiedy jednak znalazła Proroka Niedzielnego, którego sowa musiała dostarczyć wcześniej tego dnia, zrozumiała, jak bardzo uzasadniona była każda obawa, którą tego dnia poczuła. Ledwie zaczęła czytać, nim nadleciała sowa z Prorokiem Wieczornym, który jeszcze bardziej zmroził krew w jej żyłach.
Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać pokonany!, grzmiał pierwszy tytuł. Gdzieś na dole strony, niby zbędny dodatek, ktoś napisał: Młode małżeństwo nie żyje. I pewnie nawet by się tym nie zainteresowała, gdyby nie okładka wieczornego wydania gazety. Spoglądały z niej oszalałe z bólu i wściekłości oczy Syriusza. Zabójca Potterów ujęty!, napisano.
Dainah poczuła, jak odpływa jej z głowy cała krew i lokuje się gdzieś w stopach, czyniąc je nieznośnie ciężkimi. S-Syriusz? Ale…, przemknęło jej przez myśl, choć nie potrafiła nawet sklecić zdania. Patrzyła tyko na poruszające się zdjęcie, z przerażeniem zauważając, że to nie oczy były najbardziej charakterystycznym jego elementem. Syriusz się… śmiał.
Oskarżyli go o zabójstwo, przypomniała sobie. A on się śmiał.
Dawno nie czuła w żołądku tak lodowatego uścisku. Nie była pewna, czy stoi, czy siedzi, ale wiedziała, że musi się ruszać. I to szybko. Kto wie, ile czasu minęło od aresztowania, a ona właśnie siedziała w jego domu. W domu mordercy. Lub oskarżonego o morderstwo.
Zabójca Potterów? To przecież niedorzeczne, pomyślała, ale przed oczami znów stanęło jej to zdjęcie. Opętańczy śmiech i szalone oczy. Nie była już taka pewna bólu i wściekłości, które widziała w nich wcześniej. A jeśli to Imperius?
Z energią, której się po sobie nie spodziewała, wyciągnęła z szafy swój szkolny kufer, szybko wypełniając go rzeczami, które znalazła w szafie. Nie miała czasu sprawdzać, czy każda ze skarpetek miała swoją parę ani czy wśród jej bluzek nie zaplątała się koszula Syriusza. Czuła rosnącą panikę, która kazała jej przyspieszać ruchy, oszczędzać każdą sekundę. Przyjdą tu, przyjdą tu, nie mogą mnie znaleźć, on ich nie mógł zabić, nie mogą mnie znaleźć, nie mogę brać w tym udziału, powtarzała jak mantrę, choć gdy wspominała ten nieprzyjemny moment po latach, nie była pewna, co wywołało w niej aż tak silną potrzebę ucieczki. Zawsze uciekała przed problemami, ale – jak przyznawała później ze wstydem – nawet przez chwilę nie myślała, żeby o niego walczyć. Nie przyszło jej do głowy, że jest jeszcze jakaś szansa, że mogła coś powiedzieć lub zrobić, by uchronić Syriusza przed Azkabanem. Zamiast tego spakowała kufer, usuwając z jego domu wszelkie ślady swojej obecności, jakby nigdy nie była częścią jego życia, jakby nic ich nie łączyło.
Tym razem chwyciła za rączkę kufra i się zdeportowała, uciekając z kraju. Nie było już nikogo, kto mógłby ją zatrzymać.

Na psa urok: 09.

Owutemy nadchodziły. Dainah czuła, jakby w każdej chwili mogła się aportować obok niej komisja egzaminacyjna, która nakazałaby jej pisanie egzaminu już, zaraz, teraz, kiedy ona nie była na to psychicznie gotowa. Wątpiła, czy kiedykolwiek będzie gotowa zmierzyć się z czymś, co ma decydować o jej przyszłości w takim stopniu jak te egzaminy. „Jakiej przyszłości?”, mamrotała czasami Isla, przeglądając Proroka Codziennego, a Dainah i Susannah nie pozostawało nic poza dość obojętnym skinieniem głowami. To, co działo się za murami Hogwartu, choć przecież nie przybliżało się do nich geograficznie, stawało się coraz bliższe, coraz bardziej realne, niemal namacalne. Doniesienia były coraz bardziej ponure, choć Dainah była nieco odrętwiała, jakby wyłączona z rosnącego podenerwowania towarzyszącego wielu jej kolegom i koleżankom; ostatecznie, co mogło ją spotkać? W momencie, kiedy opuści mury Hogwartu, stanie przed perspektywami tak szerokimi, że czasami, gdy o nich myślała, wpatrując się w ciemnozielony baldachim nad swoim łóżkiem, zapierało jej to dech w piersi.
„Chciałbym zobaczyć trochę świata”, powiedział Syriusz, kiedy byli w Londynie. Może to nie był zły pomysł. Może jej głupi upór, który kazał jej oświadczyć, że najprawdopodobniej nigdy nie opuści Anglii, pozwoli jej przekroczyć granicę. Może jego chęć walki przegra z chęcią zwiedzania świata. Może… może to im wystarczy.
Póki co jednak zdawało się, że wystarczały im schadzki w opuszczonych klasach, w czasie których ze wszelkich sił trzymali się tego, co działo się tu i teraz, zostawiając resztę świata za drzwiami. Świat nie dawał jednak o sobie zapomnieć, co jakiś czas pojawiając się w ich rozmowach, które ze słowa ze słowo stawały się zbyt poważne, zbyt prawdziwe i dorosłe, jakby nagle zapominali o maskach dzieci, które przecież wszyscy w zamku desperacko przybierali na tych kilka ostatnich tygodni. Dainah nie była dobra w utrzymywaniu pozorów, Syriusz również w tym nie przodował, co zdecydowanie ułatwiało nagłe zmiany tematu z eliksirów na ostatnie doniesienia o atakach śmierciożerców.
– Nie, pojedynek Dumbledore’a z Grindelwaldem był czymś zupełnie innym – oświadczyła Dainah, przywołując cały autorytet siedmioletniej nauki historii magii.
Syriusz machnął ręką tak samo, jak machnął ręką na historię magii po zdaniu suma.
– Zawsze są tacy, których ciągnie do czarnej magii. Różnice są marginalne.
– Gdyby tak było, nie sądzisz, że Dumbledore już by coś zrobił?
– Nie sądzisz, że już może coś robić?
Dainah spojrzała na niego pytająco, a Syriusz szybko skierował wzrok w kąt sali, jakby starał się dać jej do zrozumienia, że nic więcej na ten temat nie powie.
Innym razem wspomniał coś o konieczności przeciwstawienia się śmierciożercom. Jeszcze kiedy indziej wtrącił coś o potrzebie walki i o nadziei, która leży w młodym pokoleniu. Zawsze powstrzymywał się, zanim powiedział za wiele, ale na jego twarzy malowała się determinacja, która trochę przerażała Dainah. Było bowiem oczywiste, że Syriusz ani na krok nie opuści Anglii. Cały czas nie dawało jej to jednak spokoju i pewnego razu zaproponowała mu wspólną wyprawę na kontynent. Były to dziecinne mrzonki, bo żadne z nich nie miało dostatecznie dużo złota, by móc planować jakiekolwiek przygody, ale Syriusz i tak się zasępił.
– O co chodzi? – zapytał, patrząc na nią tak poważnie, jakby właśnie przybyło mu przynajmniej dziesięć lat. Jakby był prawdziwym dorosłym, wiedział, co robi, i w jakiś sposób potępiał jej dziecięcą próbę ucieczki przed odpowiedzialnością. – Nigdy nie mówiłaś, że chcesz wyjechać z kraju.
Dainah zmrużyła oczy, odpowiadając mu tonem tak chłodnym, że przez chwilę spodziewała się zobaczyć szron na oknach.
– Nigdy nie sądziłam, że znajdę się w środku wojny – powiedziała.
Syriusz uśmiechnął się smutno.
– Nie mamy wpływu na czas, w jakim żyjemy.
– Mamy za to wpływ na miejsce – upierała się.
– Co chciałabyś ode mnie usłyszeć, Dainah? – warknął.
Milczała, ale jednocześnie patrzyła na niego z taką uwagą, jakby właśnie ważyła słowa. Oboje zdawali się żałować, że nie są w stanie wykorzystać legilimencji, by wniknąć do umysłu tej drugiej osoby i dowiedzieć się, do czego właściwie prowadzi rozmowa, którą odbywają gdzieś między zwojem pergaminów i krzesłem o trzech nogach.
– Czego ty właściwie chcesz, Pool? – zapytał spokojniej.
Dainah poczuła, jak po kręgosłupie przebiega jej zimny dreszcz. To pytanie było niosło tak silny ładunek emocjonalny, że nawet nie była pewna, co powinna odpowiedzieć. Mogła je zbyć, ale byłoby to sztuczne, równie sztuczne byłoby obrócenie go w żart, ale nie czuła się na siłach, by zdobyć się na szczerość, zwłaszcza że w jej głowie panował chaos. Sama nie była pewna, czego chce, więc jakże mogła przekazać mu jakąś okrojoną wersję swoich pragnień – taką, którą powinien znać, nie pełną, ale też nie nieprawdziwą.
Zagryzła lekko wargę, jakby chciała w ten sposób powstrzymać się przed wypowiedzeniem słów, o których wiedziała, że wcale nie chce, by padły z jej ust.
Syriusz odgarnął z czoła włosy, które nagle zaczęły mu przeszkadzać. Popatrzył na nią pytająco, a w szarych oczach kryła się determinacja.
– Pool?
Dainah uciekła oczami w przeciwległy kąt pomieszczenia.
– Co mam ci powiedzieć? – zapytała głucho.
Syriusz nie był dobry w czekaniu, nawet jeśli milczał, Dainah wiedziała, że zaciska zęby, a jakaś część jej umysłu chciała nakazać jej dotykanie jego twarzy, wodzenie palcami wzdłuż szczęki, jakby mechanicznie przywracała mu spokojniejszy wyraz twarzy i spokój ducha. Nie była gotowa na konfrontację i nie była pewna, jak właściwie znaleźli się w tej sytuacji. Powtarzali eliksiry i nagle mieli rozmawiać o przyszłości, która wcale nie rysowała się w jasnych barwach? Czego oczekiwał, że zarzuci mu ramiona na szyję i na przydechu wyzna, że marzy jej się domek na przedmieściach, dwójka dzieci i kudłaty pies? Oboje byli zbyt poważni, zbyt świadomi sytuacji poza murami zamku, by coś takiego mogło między nimi wybrzmieć. Czy miała snuć opowieść o tym, jacy będą szczęśliwi? O to mu chodziło? Czy może powinna mu przedstawić gorzką opowieść, w której przynajmniej jedno z nich nie dożywa dwudziestych urodzin?
– Chcesz uciec? – zapytał, a słowa brzmiały, jakby ich wymówienie sprawiało mu trudność. – Chcesz zostawić Anglię?
Czy chciał zapytać „Chcesz zostawić mnie?”, czy tylko miała nadzieję, że chciał?
– Nie wiem – przyznała, nadal patrząc w odległy kąt pomieszczenia. Każda komórka ciała kazała jej odwrócić jego uwagę, pocałować go lub wybiec z sali, ale jednak Dainah trwała w miejscu, boleśnie świadoma tego, że jej wysiłki nie zostaną zauważone przez Syriusza, który najwyraźniej nigdy nie miał ochoty na tak spektakularne ucieczki.
– A więc nie chcesz z nimi walczyć.
– Walczyć? – powtórzyła, przenosząc w końcu na niego wzrok.
Spodziewała się zobaczyć buńczucznie wysunięty podbródek i oczy błyszczące głodem przygody. Tymczasem Syriusz wyglądał na zagubionego, po raz pierwszy od dawna tracąc tę aurę człowieka, którego problemy nie dotyczą. Był takim samym dzieciakiem jak ona, mogli oboje udawać, że są dorośli i mogą decydować o swojej przyszłości, ale w tej sali, w tej chwili byli przestraszonymi małolatami. Nie mogła mieć do niego żadnych pretensji.
– Walczyć – powtórzył. – Nie możemy… Musimy… Tak nie może być – dodał, jakby to wyjaśniało wszystko.
Dainah chciała być z nim całkowicie szczera – zasługiwał na to, zwłaszcza teraz, kiedy był tak otwarty. Jego emocje – zwykle skryte pod maską pewności siebie – kłębiły się teraz wokół niego i miała świadomość, jak łatwo może go zranić. Tak samo łatwo jak on ją.
– Nie, nie sądzę – powiedziała w końcu, tonem tylko trochę głośniejszym od szeptu.
Syriusz pokiwał głową.
– Twoi rodzice… – zaczął.
– Nie wiem, dlaczego zginęli – przerwała mu szybko, niegotowa na roztrząsanie ich śmierci w kontekście tego, jak powinna się zachować w obliczu narastającego konfliktu.
Syriusz milczał przez dłuższą chwilę, a ona nie była dostatecznie odważna, by na niego spojrzeć i spróbować odczytać, jakie myśli mogą kłębić się w jego głowie. Gdyby uniosła wzrok, czy w jego oczach zobaczyłaby odrazę czy zrozumienie? Nie chciała się przekonywać, jeszcze przez kilka sekund pozwalając sobie myśleć o tym, że mają przed sobą jakąś przyszłość, że kiedy dziś wyjdą z tej sali, nie rozejdą się każde w swoją stronę.
– Nawet jeśli wyjedziesz – zaczął powoli, z trudem wypowiadając kolejne słowa – czy przyjdziesz na mój pogrzeb?
Po raz pierwszy od dawna Dainah nie była w stanie odpowiedzieć, bo w gardle utknęła jej gula wielkości trolla górskiego.
*
Owutemy minęły szybciej, niż się spodziewała. Przemierzała korytarze jak duch, nie mogąc nigdzie znaleźć sobie miejsca, a jednocześnie czując, że nie przynależy do żadnej z grup, które mijała. Czuła, że Hogwart po raz pierwszy w jej życiu jest zbyt mały, że mury zamku ją duszą, nie pozwalając wyrwać się i oddychać pełną piersią. Nie była pewna, gdzie dokładnie miałaby nią oddychać, skoro Hogwart był w tym momencie najbezpieczniejszym miejscem w całej Anglii. Wiedziała jednak, że nie mogła się doczekać, kiedy w końcu wsiądzie do Hogwarts Expressu i wróci do Londynu. Nie miała pojęcia, co będzie tam robiła, ale każdy mięsień w jej ciele napinał się w oczekiwaniu na działanie, w oczekiwaniu na powiew londyńskiego powietrza, które powinno otrzeźwić jej umysł i sprawić, że będzie wiedziała, co powinna robić.
Każdy egzamin przybliżał ją do ucieczki od troski Susannah i paniki Isli, od pytających spojrzeń przyjaciół Syriusza i w końcu od samego Syriusza, którego zawiodła w chwili, kiedy potrzebował jej najbardziej. Nie potrafiła stanąć na wysokości zadania i być z nim brutalnie szczera. Nie potrafiła przywołać słów, które oddałyby choć fragment tego, co czuła. Dlatego też zrobiła to, co umiała najlepiej – spróbowała odwrócić uwagę Syriusza, a potem uciekła. Wiedziała, że go rani, ale bała się, że jeśli tam zostanie, to ona wyjdzie z tej sali poraniona. Od tego czasu nie rozmawiali, oboje zbyt dumni, żeby przełamać ciszę. Albo – czego się obawiała – on już nie miał jej nic do powiedzenia, skoro nie była w stanie obiecać, że spełni ostatnią prośbę człowieka, który zdawał się mieć świadomość, jak ulotne jest życie.
W końcu, ostatniego dnia, kiedy rozpierała ją energia i chęć działania, Syriusz podszedł do niej w Wielkiej Sali. Nie spodziewała się go zobaczyć; nie spodziewała się nikogo. Myślała, że tego dnia będzie sam na sam ze swoją jajecznicą, dlatego kiedy poczuła znajomy zapach tuż obok siebie, niemal podskoczyła.
– Syriusz?
– Dainah, sądzę, że powinniśmy porozmawiać – powiedział spokojnie, by nie zwracać na siebie uwagi innych Ślizgonów. Jakby było to możliwe! Gryfon przy stole Slytherinu zawsze zwróci na siebie uwagę.
– O czym? – zapytała, bo choć była naładowana energią, nie miała pewności, czy wystarczy jej siły na poważną rozmowę.
– O tym, co się stało – powiedział. – O nas.
Przez stół przetoczyło się parę syknięć i złośliwych komentarzy, ale żadne z nich nie zwróciło na nie większej uwagi.
Wyszli na błonia i choć początkowo wydawało się, że żadne nie chce zaczynać rozmowy, to Dainah po raz pierwszy od dłuższego czasu poczuła, że opuszcza ją niepokój, a napięcie w mięśniach, które kazało jej działać, zmniejsza się. Odetchnęła głęboko, pozwalając sobie na chwilę radości z tego, że czuje na twarzy promienie słońca i lekki, letni wiatr. A potem spojrzała w szare oczy Syriusza.
– Jak egzaminy? – zaczęła od bezpiecznego tematu, jakby nie była pewna, jak powinna się do niego odnosić.
Posłał jej jeden z tych uśmiechów, które sprawiały, że miękły jej kolana. Wiedziała, że niezależnie od tego, co stało się w tamtej sali, nadal potrafią rozmawiać. I tego ranka to jej wystarczało.

Łapy przy sobie: dziesięć

Trzydziestego pierwszego sierpnia 1978 roku nie skatalogowałam ani jednej nowej przepowiedni. Po wejściu do Departamentu Tajemnic skierowałam się prosto do pomieszczenia, w którym sypiał Gaus. Dwie pierwsze godziny pracy spędziłam, bawiąc się z demimozem w odbijanie piłeczki od ścian. Była to nieco bezsensowna gra, bo Gaus łapał ją za każdym razem, zawczasu znając jej trajektorię, ale mimo to bawiliśmy się świetnie.
Nie wolno było mi wypuszczać go do Sali Przepowiedni bez smyczy, ale nie dbałam o to. Wbił we mnie swoje wielkie, zdziwione oczy, ale nie czekał na mocniejszą zachętę. Wybiegł w stronę głównej alejki tak szybko, że nie miałam szans go dogonić. Byłam przekonana, że gdy tam dotrę, już go nie zobaczę.
Ku mojemu zdziwieniu Gaus nie stał się jednak niewidzialny. Dogoniłam go w jednym z bocznych rzędów. Chciałam go pogłaskać i jakoś zachęcić do ucieczki, ale on nie zwracał na mnie uwagi. Kręcił się szaleńczo wokół regału, do którego przez dwa miesiące pracy w Sali Przepowiedni nie zdążyłam jeszcze dotrzeć – świadczyła o tym gruba warstwa kurzu, pokrywająca niemal wszystkie stojące na półkach kule.
Przebiegłam wzrokiem po etykietach. Sądząc po inicjałach, cały regał wypełniony został zapisami przepowiedni wygłoszonymi przez jedną osobę i nie musiałam nawet specjalnie sprawdzać dat, żeby domyślić się, kto mógł być tak płodny. Moja uwaga naturalnie skupiła się na tych opisach, które zawierały znane mi nazwiska – z wariacko kołaczącym sercem czytałam:
„A.S.I do J.D. – Justice Dawn”, „A.S.I do M.S. – Mercy Snicket”, „A.S.I do R.S. – Roman Snicket” oraz kilka innych oznaczonych inicjałami i imionami moich stryjów i ciotek. Dodatkową sensację w żołądku wzbudzało to, że wszystkie zostały podpisane odręcznym, cienkim pismem mojego ojca.
Przeszłam do półki niżej tylko po to, by poczuć się jeszcze gorzej na widok trzech identycznych kulek, których jeszcze nie zdążył pokryć kurz. „A.S.II – Futrzak”, „A.S.II – Anemone Snicket II i Syriusz Black III”, „A.S.II do S.B.III – James Potter, Lily Evans i ? ?Potter (dziecko)”.
Gaus nie zwracał jednak uwagi na żadną z nich. Wybałuszał oczy i prychał, by zwrócić moją uwagę. Zafiksował się na jednej przepowiedni, która stała na końcu regału.
Jej opis głosił: „A.S.I do R.S. – Anemone Snicket II” i był datowany na trzeciego listopada 1959 roku.
Wmurowało mnie w podłogę. Była to jedna z niewielu przepowiedni w tej sali, które mogłam bezkarnie podnieść i obejrzeć, ale czułam się niezdolna do poruszenia odpowiednimi mięśniami, by wyciągnąć dłoń przed siebie. Przybił mnie ciężar świadomości, że mam przed sobą przepowiednię babci na mój temat, skierowaną do mojego ojca i wypowiedzianą krótko przed jej śmiercią. Sądząc po zachowaniu Gausa, który niemal dotykał ją swoimi skórzastymi palcami, była to przepowiednia, która wkrótce miała się spełnić.
Nie musiałam poznawać jej treści, żeby w przypływie gwałtownej fali zrozumienia domyślić się, czego dotyczyła. Nie zdążyłam zadać sobie jednak pytania, jak właściwie ma do tego dojść, bo nagle Gaus rzucił się na kulkę i zrzucił ją z półki, by złapać ją na sekundę przed zderzeniem z podłogą. Krzyknęłam z przerażeniem, bojąc się, że stanie mu się krzywda, ale widocznie czary chroniące przepowiednie przez intruzami nie działały na zwierzęta. Demimoz spojrzał na mnie mokrymi oczyma i uciekł w stronę wyjścia.
Rzuciłam się w pościg za przepowiednią, której jeszcze chwilę wcześniej nie chciałam poznawać. Gaus wybiegł z Sali Przepowiedni do Sali Czasu, a ja zastanawiałam się, co się stanie, jeśli spotkam tam Saula Croakera albo mojego ojca. Moje obawy były jednak niezasadne, bo w Sali Czasu nikogo nie było – musiała się już zbliżać pora lunchu. Nie mogłam też nigdzie dostrzec demimoza i przez chwilę stałam na środku gabinetu, zastanawiając się, gdzie mógł się ukryć, kiedy drzwi wyjściowe samoistnie się otworzyły.
Wbiegłam przez nie do czarnego, okrągłego korytarza, z którego można było przejść do innych działów Departamentu. Zyskując ostatnią szansę, żeby dogonić Gausa, zatrzasnęłam za sobą drzwi do Sali Czasu. Okrągły pokój zaczął obracać się wokół własnej osi. Straciłam równowagę i przywarłam do podłogi, czekając, aż ściany przestaną się poruszać. Przymknęłam oczy, bo poruszające się płomienie przyprawiały mnie o mdłości. Kiedy wszystko przestało się kręcić, otworzyłam oczy i spostrzegłam, że Gaus znów zmienił postać na widzialną.
Tuzin identycznie wyglądających drzwi nie był widocznie sztuczką, która mogłaby skołować demimoza, bo Gaus bez namysłu ruszył ku jednym z nich. Zebrałam się z podłogi i otworzyłam te drzwi, zanim on zdążył nawet spróbować.
Kiedy Rookwood oprowadzał mnie po Departamencie, musiał poświęcić tej sali bardzo mało czasu, bo nie mogłam przywołać jej z pamięci. Podejrzewałam, że musiała uciec mi w natłoku wrażeń, bo w porównaniu z innymi była zaskakująco pusta.
Czując się jak we śnie, podążyłam za Gausem, który zszedł po schodach w kierunku niewysokiego podium usytuowanego na środku sali, na którym stał gigantyczny, kamienny łuk. Dopiero kiedy stanęłam naprzeciw niego, rozpoznałam ciężką, czarną zasłonę, która pod nim wisiała. Momentalnie straciłam zainteresowanie zarówno demimozem, jak i jego skradzioną przepowiednią.
Podeszłam bliżej, by w pełni poczuć siłę, która od miesięcy przyciągała mnie do tego miejsca i cieszyłam się tym, że w końcu jej się udało. Stałam przez chwilę w bezruchu, wpatrując się z bliska w splot tej morderczej tkaniny i napawałam się wypełniającą mnie powoli niepowstrzymaną ciekawością. Pozwoliłam sobie na to tylko dlatego, że wiedziałam, jak ją zaspokoić.
Zanim zrobiłam krok do przodu, obejrzałam się jeszcze, by po raz ostatni spojrzeć na pustkę po mojej prawej, którą w samobójczej wizji sprzed kilku miesięcy wypełniał Syriusz Black. Ten widok ostatecznie mnie uspokoił.
Wiedziałam, że nie musiałabym umrzeć, gdybym nie chciała wiedzieć i że nie umarłabym, gdybym nie wiedziała.
Nie musiałam dłużej domyślać się, dlaczego wszyscy nienawidzili mojej babki, bo stało się to dla mnie zupełnie jasne. Jej niechciany dar przepowiadania dat śmierci stał się przekleństwem, gdy tylko poznała swoją i kiedy zdecydowała się tej śmierci uniknąć, żyć skradzionymi latami, w ukryciu i bez satysfakcji. Nie mogąc znaleźć własnego spełnienia, dzieliła się swoim bólem, dręcząc innych. Poczucie władzy przynosiło jej niszczenie życia innym – wystarczyło sześć cyfr i nie musiała nawet machać różdżką, by ich wykończyć.
Spośród swoich dzieci musiała wybrać któreś, by przekazać mu swoje dziedzictwo. Zdecydowała się na swojego syna, o którym myślała, że odziedziczył jej obojętny stosunek do losu innych. Zrobiła go strażnikiem Sali Przepowiedni, oddając mu pod opiekę archiwum, które sama założyła i latami pielęgnowała, ale razem z nim dała mu cenną wiedzę o tym, komu zdążyła już zatruć życie.
Zabawne było to, jak bardzo moja babka nie pomyliła się co do Romana Snicketa – on rzeczywiście zawsze płynął z prądem – przynajmniej do momentu, w którym nie uderzyła w niego personalnie. Ani myślał powstrzymywać ją, kiedy siała zwątpienie i zniechęcenie w jego rodzeństwie, a nawet żonie, ale gdy nie mogła powstrzymać się przed tym, by wyjawić i jego datę śmierci, coś w nim pękło. Wpychając ją za zasłonę w Sali Śmierci zakończył życie, któremu dawno pisany był koniec, popełnił morderstwo, które skrycie pragnęła popełnić cała rodzina, a Anemone Snicket zwyczajnie nie mogła tego przewidzieć, bo był to pierwszy i ostatni raz, kiedy mój ojciec się zbuntował.
Nie mogła temu zapobiec, ale zdążyła go ukarać, rzucając klątwę na pierwsze dziecko, które miał spłodzić już po jej śmierci. Kiedy Mercy się o tym dowiedziała, odrzuciła mojego ojca – nie dlatego, że popełnił morderstwo, ale dlatego, że sądziła, że w ten sposób blokuje wykonanie przepowiedni. Kiedy ona znalazła w sobie opór, mój ojciec wyczerpał już siłę do walki z fatum i wdał się w przelotny romans z bliźniaczką Mercy, która – identyczna co do wyglądu i zupełnie różna co do charakteru – była dla niego wystarczającym substytutem kobiety, którą zabrała mu jego martwa matka. Zmarłej matce zdecydowanie nie robiło różnicy, czy byłam córką Justice czy Mercy, bylebym się urodziła.
Biorąc pod uwagę okoliczności, moja rodzina miałaby jeszcze szansę przetrwać, gdybym umarła jako dziecko, ale podobne miłosierdzie nie było w stylu mojej babki. Ona chciała wyrównać rachunki uczciwie, życie za życie – dać mi dorosnąć, bym z pomocą daru przepowiadania, który dostałam od niej w spadku – sama, z własnej woli, oddała się w ramiona przeznaczenia, przy milczącej aprobacie rodziny, która wiedziała już, co to znaczy igrać z losem.
Na znajomość przyszłości mogą pozwolić sobie tylko ci, którzy potrafią tę wiedzę oswoić i cieszyć się życiem, jednocześnie odgrywając posłusznie swoją rolę. Miałam szansę zostać pierwszą osobą w rodzinie, która dobrze to zrozumiała i pozornie moje pójście na rzeź dowiodło, że naprawdę zasługiwałam na ten dar.
Nie można jednak całkiem zdradzić krwi, a w mojej płynął bunt przeciwko przeznaczeniu. Dlatego zrobiłam coś, co kosztowało mnie szczęście i życie – z całej siły odepchnęłam Syriusza Blacka starym sposobem swojej babki, wiedząc że nigdy mi tego nie wybaczy i dzięki temu nigdy nie przyjdzie do Sali Śmierci, żeby umrzeć razem ze mną. Pożyczyłam mu lata życia, wiedząc doskonale, jak duża jest szansa, że te skradzione lata będą zupełnie jałowe. Mimo to miałam nadzieję, że ktoś o tak wielkiej woli życia będzie je cenił wyżej niż żadne.

Łapy przy sobie: dziewięć

Pierwszego dnia Rookwood przegonił mnie przez wszystkie sale w Departamencie Tajemnic w tak ekspresowym tempie, że niczemu nie zdążyłam się przyjrzeć. Na koniec przeszliśmy ze sali pełnej tykających zegarów wprost do pomieszczenia, które miało wysokość sporej katedry i zostawił mnie między dwoma regałami tak wysokimi, że nie mogłam dostrzec ich końca nawet, gdy zadarłam głowę. Tam opiekę nade mną przejął mój ojciec.
Jako dziecko lubiłam wyobrażać sobie, co niesamowitego może znajdować się w Departamencie Tajemnic i zazdrościłam ojcu, kiedy wychodził do pracy – zupełnie jakby każdego dnia miał przeżywać nową przygodę. Jeśli ktokolwiek przeżywał tu przygody, to z pewnością nie w Sali Przepowiedni, której od niemal dwudziestu lat strzegł mój ojciec, przed nim jego matka, a w końcu ja.
Było to miejsce wprost stworzone dla ludzi, którzy kochają samotność i ciemność. Z łatwością mogłam wyobrazić sobie tutaj kogoś podobnego do Severusa Snape’a, ale nie potrafiłam pogodzić z tym miejscem mojego ojca. Poza pracą Roman Snicket nigdy nie uciekał przed ludźmi – przeciwnie, zdawał się ich potrzebować. Był dość rozmowny, chociaż można było poznać, że każda rozmowa była dla niego rozgrywką i że z każdej bezwzględnie musiał coś wynieść. Objawiało się to szczególnie, gdy zmuszony był prowadzić rozmowy, które uważał za bezowocne – wtedy wyraźnie nudził się, uciekał wzrokiem i nieświadomie wybijał rytm palcami, wszystko by przyciągnąć swoją trudną do skupienia uwagę. Każda z tych cech znikała jednak z chwilą, kiedy przechodził przez próg Departamentu – tutaj był tylko swoim cieniem, bez słowa snującym się między gabinetem a regałami. Jedyną oznaką jego obecności było upiorne echo jego kroków, które odbijało się od mebli i sklepienia.
Ja sama czułam się tak, jakby w Sali Przepowiedni pracowało tylko moje ciało. Przebywanie w niej było jak nurkowanie w ciemne głębiny, w których otępione były wszystkie zmysły. Niekończące się rzędy emitujących słabe światło przepowiedni w ciemności przypominały bezkresne cmentarzysko pełne martwych dusz, a w ostrym świetle jarzeniówek gigantyczną szklarnię do hodowli osobliwych grzybów.
Każdego dnia samoistnie pojawiały się nowe zapisy przepowiedni zaklęte w małych, szklanych kulkach. Do moich obowiązków należało zapoznanie się z ich treścią, katalogowanie ich i znajdowanie im odpowiedniego miejsca. Była to żmudna praca, wymagająca całych godzin poszukiwań, oznaczania dat, nazwisk, pozycji planet, powiązywania zdarzeń, a niekiedy zgadywania. Kiedy zachodziła taka konieczność, ojciec wzywał zainteresowanych w celu złożenia dodatkowych wyjaśnień. Po opatrzeniu zapisu odpowiednią etykietą, nakładał na kule czary ochronne i wtedy nikt postronny nie mógł ich już dotknąć.
W tym martwym miejscu tylko jedna istota zdawała się zachować w sobie wolę życia. Sala Przepowiedni była domem i więzieniem dla demimoza o imieniu Gaus. Gaus dosłownie rwał się do codziennych spacerów po Sali Przepowiedni, a spacerowanie z nim było moim ulubionym obowiązkiem, choć nieustannie kusiło mnie, by puścić go ze smyczy. Minęło kilka tygodni, zanim nabrał do mnie wystarczającego zaufania, żeby pokazać swoją naturalną formę, zamiast pozostawać niewidzialnym.
Gaus był prawie mojego wzrostu. Pokrywało go długie, srebrzyste futro, które ciągnął za sobą po podłodze i które trzeba było później czesać i odkurzać. Poruszał się z łatwością zarówno na dwóch, jak i na czterech chwytnych łapach. Spędzanie z nim czasu było najdziwniejszym i zarazem najpiękniejszym, czego można było doświadczyć w Sali Przepowiedni.
Jego magiczną właściwością było to, że na dużą odległość wyczuwał wysokie prawdopodobieństwo. Wyjątkowo lubił grzać się przy przepowiedniach, które w najbliższym czasie miały się spełnić, dzięki czemu bardzo ułatwiał mi pracę. Tylko dzięki jego intuicji udawało się na bieżąco wykrywać te przepowiednie, których status się zmienił – nie wyobrażałam sobie, w jaki inny sposób można było ogarnąć to nieskończone, wciąż rozrastające się archiwum.
Dni mijały mi na codziennym grzebaniu się w losie innych tak, że nie czułam potrzeby konfrontowania się z własnym. Na prawie dwa miesiące swojego dorosłego życia zanurzyłam się w obcych problemach tak głęboko, że nie prawie nie widziałam już moich. Koniec wakacji zbliżał się jednak nieuchronnie, a ja wiedziałam, że zanim wydarzy się coś ostatecznego, pozostało mi stawić czoła jeszcze jednemu spotkaniu.
Syriusz czekał na mnie pod wejściem do Ministerstwa dla pracowników. Siedział na ogromnym, czarnym motocyklu zaparkowanym w niedozwolonym miejscu. Miał na sobie skórzany kombinezon, w którym wyglądał tak dobrze, że robiło się słabo. Jedną nogę oparł o wysoki krawężnik. Kiedy tylko mnie zauważył, bez słowa przywitania rzucił we mnie kaskiem.
– Widzę, że skończyłaś z buntem wobec tatusia – rzucił głosem pełnym goryczy.
Nigdy nie powiedziałam mu ani o swojej dacie śmierci, ani o wizji naszego wspólnego samobójstwa, dlatego nie mógł rozumieć, jak małe znaczenie miało to, w jakiej pracy spędziłam ostatnie dwa miesiące swojego życia. Myślę, że wybrałam Departament Tajemnic dlatego, że tam najprędzej spodziewałam się przeżyć jeszcze coś ważnego. Spotkało mnie gorzkie rozczarowanie.
Ledwie zdążyłam wdrapać się na siedzenie pasażera i niezdarnie zapiąć kask pod szyją, kiedy bez ostrzeżenia ruszyliśmy z werwą w stronę głównej arterii. Instynktownie ciasno objęłam Syriusza w pasie, chowając się za jego plecami. Nie przejmował się zachowywaniem bezpiecznej prędkości i przez całą drogę zatrzymał się tylko raz, by zrugać mnie, że go przyduszam. Uwolniłam go z uścisku i obiema rękoma złapałam za uchwyty przede mną. Pęd wiatru zapierał mi dech w piersiach. Po raz pierwszy od długiego czasu czułam, że żyję; jednocześnie kusiło mnie, żeby puścić motocykl. Zanim zatrzymaliśmy się ponownie, zdążyliśmy wyjechać już kilka kilometrów poza miasto.
Syriusz wpuścił mnie do środka sporego domu, który z zewnątrz sprawiał nieco ponure wrażenie. Przeszliśmy przez wąski korytarz zagracony kartonami. Najwyraźniej właśnie się wprowadził. Kiedy znaleźliśmy się w kuchni, mimowolnie wycofałam się pod ścianę, przechodząc do pozycji obronnej.
Black zrobił mi kawę zawierającą pewną ilość fusów i trochę gorącej wody. Podał mi kubek i oparł się tyłem o blat kuchenny.
– Wywalam parę rzeczy – wytłumaczył krótko sytuację. Wpatrywał się we mnie wyczekująco.
Nie mogłam znaleźć odpowiednich słów, więc wbiłam wzrok w kawę.
– Twój dom? – zapytałam.
– Odziedziczyłem.
Była to wymiana uprzejmości na miarę naszych możliwości. Nie wypytywałam dalej – wiedziałam, że gdyby chciał powiedzieć mi coś więcej, po prostu by to zrobił. Z drugiej strony nie dziwiłam mu ani trochę, że nie czuł takiej potrzeby.
Zapadło długie, nieznośne milczenie.
– Czego właściwie oczekujesz? – wypalił w końcu Syriusz, kiedy nie mógł już wytrzymać tej ciszy.
Wiedziałam, że muszę coś z siebie wydusić, skoro już poprosiłam go o spotkanie.
– To był błąd – powiedziałam po prostu.
To stwierdzenie oddawało moje uczucia tak żałośnie nieprecyzyjnie, że momentalnie pożałowałam, że w ogóle otworzyłam usta. Obiektywnie rzecz biorąc, popełniłam największy z błędów i chociaż wspominanie tego łamało mi serce, nie mogłam go szczerze żałować, bo jednocześnie miałam głębokie przekonanie, że postąpiłam słusznie. Wcześniej sądziłam, że chcę porozmawiać, żeby wydusić z siebie fałszywe przeprosiny, ale nieoczekiwanie dotarło do mnie, że może przyszłam nie po to, żeby cokolwiek powiedzieć, ale po to, by ostatecznie przekonać się, że nie miałam tam czego szukać.
Kiedy odważyłam się w końcu spojrzeć mu w oczy, wykonał gwałtowny ruch rękoma, jakby nie mógł już wytrzymać stania w bezruchu. Przeczesał włosy, nieświadomie kopiując gest swojego najlepszego przyjaciela.
– Mało powiedziane – wyrzucił z siebie wściekle, patrząc na mnie oskarżycielsko. – Powiedziałaś mi, jak zginą moi przyjaciele. Powiedziałaś mi, że stracą dziecko, którego nawet jeszcze nie planują! KURWA!
Walnął obiema pięściami w ścianę.
– Czy ty masz pojęcie, co zrobiłaś?!
Ukryłam twarz w dłoniach. Od finału Pucharu Quidditcha zdawały się minąć nie miesiące, a lata. Patrząc na faceta przed sobą, nie widziałam już chłopaka, który ryknął z niepowstrzymanej euforii, kiedy James Potter po raz ostatni załatwił Gryffindorowi zwycięstwo. Wiedziałam, że w tym sensie on też mnie już nie rozpoznaje.
Żałowałam tylko, że moc swoich słów pojęłam dopiero kilka sekund po tym, jak wypowiedziałam je na głos i że nie była to świadoma decyzja – że przyszła tak automatycznie, tak krótko po tym, jak odzyskałam przytomność po meczu. W głębi duszy wiedziałam jednak, że po prostu nie byłam w stanie unieść ciężaru wiedzy i bezpiecznie zatrzymać słów przy sobie.
– Zrobię WSZYSTKO, żeby do tego nie dopuścić – oświadczył Syriusz z wielką determinacją. Patrzył na mnie wyzywająco.
Uwierzyłam mu na słowo. Pomyślałam, że jeśli naprawdę ludzie dzielą się na tych, którzy potrafią pogodzić się ze swoim przeznaczeniem i na tych, którzy przenigdy nie powinni poznać przyszłości przed jej nadejściem, to Black bezwzględnie należał do tej drugiej grupy.
Mimo wszystko jego słowa sprawiały mi niemal fizyczny ból. Chciałam wypowiedzieć jakieś własne, by się obronić, ale nieoczekiwanie wszystko, co miałam do wyznania, na dobre ugrzęzło mi w gardle.
Spojrzałam w jego smutne oczy, poszukując wskazówek, ale nie znalazłam w nich ani miłości, ani nienawiści. Przez chwilę czułam ogromną pokusę, żeby pokonać dzielący nas dystans i zrobić coś desperackiego, co znów odwróciłoby bieg wydarzeń. Coś, co oddaliłoby w czasie konieczność zaakceptowania, że nie było już dla nas dobrego zakończenia.
Może nie mogliśmy mieć dobrego zakończenia, ale nie zniosłabym, gdybyśmy nie dostali żadnego. Dlatego zamiast mówić coś, co na nowo rozpaliłoby wątpliwości, odłożyłam kubek na stół i wyszłam, nie oglądając się za siebie.