Na psa urok: epilog

Poczucie winy było dla Dainah czymś niezrozumiałym. Zwykle było gdzieś ukryte, ale kiedy pojawiał się odpowiedni moment, wracało z siłą wręcz niepojętą, która czasami nakazywała jej się zatrzymać i wziąć kilka oddechów, zanim mogła kontynuować to, co akurat robiła. Przychodziło tak niespodzianie, że w myślach zaczęła porównywać je z Depresją, która czaiła się w jej ślizgońskim dormitorium te wszystkie lata temu. Bawiło ją, jak poważnie traktowała kota, który co najwyżej mógł wbić jej pazury w łydkę. Poczucie winy związane z tym, w jaki sposób opuściła Anglię, było gorsze – przenikało skórę i mięśnie, by dotrzeć aż do szpiku kości i lodowatą falą rozlewać się po całym jej ciele.
Nie była pewna, co przyszło pierwsze – poczucie, że nie wie, dokąd zmierza, czy że powinna zostać i próbować pomóc Syriuszowi. Zrobiła wiele, by stłumić obie te myśli, a jeszcze więcej, by uciec spod jurysdykcji Ministerstwa Magii. Ostatecznie jednak znalazła się tak daleko od wszystkiego, co do tej pory znała, że niemożliwością wydawała jej się ucieczka jeszcze dalej. To też potęgowało jej poczucie winy. Kiedy wieczorem leżała w łóżku i próbowała myśleć tylko o jeden dzień naprzód, nie dopuszczając do siebie niechcianych myśli o przeszłości ani o przyszłości, dręczące ją myśli pojawiały się same, towarzysząc jej aż do rana. Tym razem ucieczka wydawała się niemożliwa, a komfort przynosiły dochodzące zza okien okrzyki sąsiadów, którzy najwyraźniej dobrze się bawili na grillu czy przy okazji innego spotkania towarzyskiego. Mówili w tym samym języku, ale jednak w inny sposób, dzięki czemu nie czuła się jak w domu. Przynosiło jej to nieznaczną ulgę, jakby gwarantowało, że zaraz nie otworzą się drzwi i nie do jej niewielkiego domu nie wbiegną aurorzy.
Były dni, kiedy tylko to pozwalało jej usnąć.
*
Poczucie winy ciążyło mu jak kamień. Powinien był wiedzieć, przewidzieć, domyśleć się… Był jednak przekonany o genialności swojego planu i teraz płacił za to cenę. Wiedział, że takie myśli tylko przyciągają dementorów. Początkowo myślał, że uda mu się wytrzymać torturę, jaką było ich towarzystwo, ale szybko zdał sobie sprawę, że kiedy tylko pojawi się poczucie winy – myśl, że mógł wszystko zrobić inaczej, że zawiódł, że powinien wiedzieć, zgadnąć, połączyć fakty… – po kręgosłupie rozlewała mu się fala lodowatego zimna, która na chwilę zatrzymywała mu serce i dławiła oddech. Miał wtedy wrażenie, że za chwilę stanie się głównym posiłkiem dla dementorów, którzy wyssą z niego całe człowieczeństwo, wszystko, co sprawiało, że był Syriuszem Blackiem, o ile wciąż nim był. Zdarzały się dni, kiedy próbował wyobrażać sobie, że jest kimś zupełnie innym, ale prędzej czy później w tych wizjach pojawiało się coś, co zbyt boleśnie przypominało mu o tym, kim jest naprawdę i co zrobił. Zdarzały się dni, kiedy był niemal pewien, że zasługiwał na to, co go spotkało – gdyby się domyślił, gdyby nie ufał tak Peterowi… – i wtedy akceptował ten lodowaty chłód niemal z przyjemnością, zanurzając się w nim i w pustce, jaka następowała po nim. Być może tracił wtedy przytomność, nie miał żadnego sposobu, by to stwierdzić. Odliczanie dni za pomocą wschodów i zachodów słońca szybko straciło sens, bo przecież nie czekał, aż coś się wydarzy, nie odliczał dni w oczekiwaniu na jakieś zdarzenie, a przypominanie sobie, ile czasu już minęło, odkąd trafił do Azkabanu, było kolejną torturą. Oczywiście, początkowo próbował, ale z czasem… Z czasem wszystko stawało się mniej barwne i odleglejsze, jakby na całe swoje dotychczasowe życie patrzył przez szybę, która z czasem stawała się zamglona. Wtedy pomagała mu tylko jedna myśl. Jestem niewinny. Nie zabiłem Potterów. Czasami tylko nadawał jej kształt i obracał w myślach, jakby była największym skarbem, czasami ją wykrzykiwał, mruczał, skandował, szeptał czy szlochał z tą właśnie myślą na ustach. To była jego jedyna osłona przed dementorami, która pozostawała silna nawet kiedy inne dobre wspomnienia blakły. Była to myśl przerażająca, bo przecież zdawał sobie sprawę, że nie może się nią z nikim podzielić, że nikt mu nie uwierzy, że czeka go jeszcze kilkadziesiąt lat wśród dementorów z tą myślą jako jedynym oparciem, ale zdarzały się noce, kiedy tylko ona pozwalała mu usnąć.
*
Auckland było dziwnym miejscem, w którym mieszało się tak wiele kultur i obyczajów, że spodziewała się, że ona ze swoją brytyjskością i swoją magią nikogo nie będzie dziwiła. Magiczna społeczność była w Nowej Zelandii stosunkowo niewielka i – ku swojemu niezadowoleniu – podległa australijskiemu ministerstwu. W Wellington znajdował się niewielki oddział zamiejscowy – swoisty kompromis między czarodziejami z obu wysp – w którym można było załatwić najbardziej palące sprawy, w tym te związane z interwencjami w przypadku przekroczenia magicznego prawa lub koniecznością szybkiej interwencji wśród mugoli. Początkowo Dainah uważała, że pomoże jej się to ukryć w nowym kraju, stać się anonimową, ale jej akcent i przeszłość wzbudzały zbyt duże zainteresowanie. W momencie, kiedy została poproszona o odwiedzenie australijskiej szkoły magii i wygłoszenie wykładu na temat brytyjskiego sposobu nauczania, a następnie przetransportowana do jakiejś chaty, w której Maorysi nauczali tradycyjnej magii, żeby tam również opowiedzieć o tradycjach pielęgnowanych w Hogwarcie, uznała, że dalsze opieranie się nie ma sensu, a propozycja pracy, którą ministerstwo jej złożyło, jest zbyt lukratywna, by odmówić. Z pewnością była lepsza od mugolskich prac, które próbowała wykonywać, lub niskopłatnych prac w magicznym handlu, które zbyt mocno przypominały jej o okolicznościach, w jakich opuszczała Anglię. Konieczność codziennej teleportacji do Wellington nie była wysoką ceną za podwyższenie standardu życia i próbę odzyskania szacunku dla samej siebie.
Jednak kiedy wydawało jej się, że ułożyła sobie życie, zawsze zdarzało się coś, co przypominało jej o życiu, które zostawiła za sobą. Z bolesną goryczą raz po raz zdawała sobie sprawę z ciszy, jaka panowała w jej zbyt dużym domu, z pustki, jaka wypełniała jej popołudnia, czy też z bezskuteczności ucieczki od podobieństw do własnego ojca, o którym przecież miała tak złe zdanie, kiedy jeszcze żył, a o którym tak bardzo stała się zapomnieć, gdy umarł. Jej życie też zaczęło sprowadzać się do przerzucania papierów. Mechanicznie wstawała rano, tak naprawdę nie dostrzegając swojego otoczenia, póki nie znalazła się w ministerstwie, gdzie mechanicznie – choć z nieco większą świadomością – wykonywała swoją pracę, by następnie wrócić do domu i trwać w pustce. Na przestrzeni lat próbowała ją wypełniać – a to miałkimi i krótkotrwałymi znajomościami, a to alkoholem, a to przelotnymi romansami – zawsze jednak wszystko wracało do normy. Zawsze na końcu dnia otaczały ją cisza i pustka.
*
Azkaban był zawsze wilgotny z uwagi na położenie na wyspie. Był wilgotny, śmierdział grzybem i ekskrementami. Śmierdział strachem i śmiercią, choć przecież niewielu z nich umierało i niewielu było dostatecznie zdrowych psychicznie, by jeszcze się bać. Zdarzały się dni, kiedy Syriusz czuł, że sam traci rozum; czasami wyczekiwał tego momentu, boleśnie świadom, że szaleństwo było jedyną dostępną im ucieczką. Początkowo próbował przywoływać dobre wspomnienia, choć nie miał ich zbyt wiele – właściwie wszystko, co działo się przed Hogwartem, odpadało. Myślał więc o nocnych tułaczkach Huncwotów, o leniuchowaniu w pokoju wspólnym i grze w Eksplodującego Durnia, o wspólnych szlabanach, a czasami pozwalał sobie nawet pomyśleć o Dainah. Szybko jednak zrozumiał, że wszystkie te myśli przywołują dementorów, dlatego ukrył Jamesa, Remusa, Lily i Dainah gdzieś w zakamarkach umysłu, jak najcenniejszy skarb, którego jeszcze mu nie odebrano, choć była to tylko kwestia czasu. Rzadko zaglądał w te zakamarki, częściej myśląc o swojej niewinności i skupiając się na zdradzie Petera.
Całe dnie był sam na sam z własnymi myślami, zamknięty w celi, którą mógł okrążyć raptem kilkunastoma krokami, i niewielkim oknem o wiecznie wilgotnych kratach. Dwa razy dziennie dostawał jedzenie, które było pozbawioną koloru i smaku papką, a jedyne interakcje z innymi więźniami ograniczały się do słuchania ich wrzasków. Początkowo próbował krzyczeć, walić w drzwi i hałasować w inny sposób, by tylko wywołać reakcję innych, ale odpowiedzi – inne niż potępieńcze wrzaski – przychodziły zbyt rzadko, by kontynuował te próby. Otaczali go śmierciożercy i trudno mu było sobie wyobrazić, o czym mógłby z nimi rozmawiać, skoro większość z nich była szalona jeszcze zanim tam trafiła. Bezsilność i niewyobrażalny natłok myśli skłoniły go do tego, by któregoś dnia przemienić się w psa. Nie był pewien, na co liczył, ale tego dnia wyjątkowo trudno było mu się pozbyć natrętnych myśli. Psia postać sprawiła, że stały się one odleglejsze, jakby przyćmione. Wszystko było mniej dolegliwe, a on mógł łatwiej zapaść w sen, poszukując ucieczki w ciemności i pustce.
*
Isla rozglądała się po domu w irytujący sposób, jakby planowała trasę ucieczki, gdyby jej w przyszłości potrzebowała. Dainah przyglądała jej się z zainteresowaniem, trochę jak obserwuje się jakiś egzotyczny gatunek zwierzęcia, który zwykle nie występuje w miejscach takich jak to, w którym się aktualnie znajdowała. Przyjaciółka odwiedziła Nową Zelandię po raz pierwszy – początkowo Dainah nie chciała nawiązywać kontaktu z nikim z Anglii, a pierwsze wiadomości, jakie wymieniły, były raczej chłodne i nie zwiastowały spotkania po latach. Mimo wszystko Isla w końcu zabrała swoją córkę na wycieczkę w egzotyczne zakątki świata, a dom Dainah wypełnił się ludźmi na kilka dni.
Nadal dobrze im się rozmawiało, ale było jasne, że w ich życiach zdarzyło się zbyt wiele, by można było to pominąć i powrócić do relacji, jakie panowały między nimi dawniej. Isla miała żal, że Dainah oddaliła się od niej i Susannah po szkole, a potem uciekła z kraju; opowiedziała też, jak odkryła, że mąż ją zdradzał i musiała walczyć przed mugolskim sądem o prawo do opieki nad dzieckiem. Nie chciała za to mówić o Susannah. Dainah nie dopytywała. Czuła, że brakuje jej słów. Zamiast tego opowiedziała o wszystkim, co przydarzyło jej się od ucieczki – wyjazdu – z kraju, choć wiedziała, że Islę bardziej będzie interesował temat Syriusza. Choć jego imię początkowo nie padło z ust żadnej z nich, to dało się je wyczuć w powietrzu, jakby każda z nich czekała, aż ta druga popełni oczywisty nietakt i je wymieni.
– Wydajesz się znudzona tym wszystkim, a mieszkasz w raju – powiedziała któregoś dnia Isla, kiedy piły kawę na tarasie i patrzyły na pobliskie wzniesienie, z którego rozciągał się widok na całe Auckland.
– To nie tak – westchnęła Dainah. – Nie miałaś wrażenia, że to wszystko powinno wyglądać jakoś inaczej? Kończysz Hogwart i tak naprawdę nie wiesz, co dalej.
– Śmierciożercy na pewno w tym nie pomagali – rzuciła Isla, wbijając wzrok w swój kubek.
– Nie wiedziałam, czego chcę, to wszystko stało się tak… mimochodem – dodała Dainah. – Może z zewnątrz nie wygląda to źle, ale…
Isla spojrzała na nią pytająco.
– Co u Susannah? – wypaliła Dainah.
Isla znów spuściła wzrok. Przez dłuższą chwilę milczała, ale kiedy zdała sobie sprawę, że pytanie nie zostanie cofnięte, zebrała siły, by udzielić odpowiedzi:
– Wiedziałaś, że wyszła za mąż? Za Rowle’a. Pamiętasz tych bliźniaków, Knuta i Thorfinna? Byli dwa lata starsi od nas. Jasne włosy, grali w quidditcha – dodała, widząc brak zrozumienia na twarzy Dainah. – W sumie nieważne, nie musisz pamiętać. Rodzice Susannah zaaranżowali jej małżeństwo z Knutem. Mieli jakieś problemy finansowe, a jej ojcu zależało na poparciu starego Rowle’a… Nieważne. Przehandlowali ją za trochę złota.
Isla umilkła na chwilę. Odstawiła kubek z kawą na stolik, a Dainah zauważyła, że jej dłoń drżała nienaturalnie, zdradzając, jakie emocje targają Islą przy okazji tej opowieści.
– Okres tuż przed upadkiem Sama-Wiesz-Kogo i pierwsze miesiące po nim były… trudne, aurorzy mieli przyznane uprawnienia, o jakich im się wcześniej nie śniło. W którymś momencie przestawało się liczyć, że po drugiej stronie też stoją ludzie – kontynuowała Isla.
– Aurorzy? – prychnęła Dainah. – Śmierciożercy z pewnością o wiele bardziej się z tym liczyli.
Isla posłała jej spojrzenie, którego Dainah nie mogła zrozumieć. Była to mieszanina zaskoczenia i irytacji.
– A jednak to aurorzy zabili Susannah. Uznali, że kobieta w ósmym miesiącu ciąży powinna być torturowana dla informacji. Nie przeżyła tych tortur. Oboje nie przeżyli.
Dainah milczała. Domyślała się, że Isla – jako uzdrowicielka – mogła widzieć skutki działania aurorów. Tych albo innych, ostatecznie pewnie efekt końcowy zawsze był podobny i zawsze był tak samo wstrząsający.
– Nie wiedziałaś, prawda? – zapytała cicho Isla.
Dainah pokręciła głową. Emocje, jakie wzbudziła w niej opowieść Isli, były jakieś słabe i niejasne, a Dainah wstydziła się ich za bardzo, żeby je okazać. Powinna być wstrząśnięta, przerażona i zbulwersowana, ale każda z tych emocji ledwie się w niej tliła.
– Może podjęłaś wtedy dobrą decyzję. Może wszyscy powinniśmy byli ją podjąć – dodała Isla.
– Może – zgodziła się Dainah, choć nie była pewna, czy faktycznie jej decyzja była tak dobra. Może gdyby wszyscy podjęli ją wcześniej, jeszcze zanim tak wiele osób niepotrzebnie zginęło.
*
Knot rozglądał się po ciasnym korytarzu w irytujący sposób, jakby planował trasę ucieczki, gdyby jej w przyszłości potrzebował. Syriusz obserwował go z zainteresowaniem, trochę tak, jak obserwuje się jakiś egzotyczny gatunek zwierzęcia, który zwykle nie występuje w miejscach takich jak to, w którym się aktualnie znajdował. Nie przypominał sobie, by minister wcześniej odwiedzał Azkaban. Może tego nie robił, a może jego wizyty Syriusz przesypiał. Pamiętał, że Knot był podrzędnym urzędasem w Departamencie Magicznych Wypadków i Katastrof; nie pamiętał, skąd dowiedział się, że został on Ministrem Magii, ale tej wiedzy był pewien prawie tak jak swojego imienia i swojej niewinności.
Teraz Knot wyglądał jak przestraszona owca. Jego nieco nalana twarz i rozszerzone oczy świadczyły o tym, że doskonale zdawał sobie sprawę, że znalazł się w piekle. Dlaczego? Czy wizytowanie Azkabanu należało do jego obowiązków? Wydawało się, że minimalnie podskakiwał, ilekroć na zewnątrz dał się słyszeć grzmot nadchodzącej burzy.
– Kiepska pogoda, co? – powiedział. W pierwszej chwili zdziwiło go brzmienie jego własnego głosu. Był ochrypły od długiego nieużywania, ale każda sylaba doskonale układała się na języku.
Knot zatrzymał się i rozejrzał wokół. Towarzyszyło mu dwóch dementorów i jakiś urzędnik, blady jak płótno. To na niego minister skierował swoje spojrzenie, ale kiedy ten pokręcił przecząco głową wystraszone spojrzenie jasnych oczu Knota padło na Syriusza, który poczuł się pewniej, jakby w ten sposób uzyskał arbitralne potwierdzenie, że wciąż istnieje, że to wszystko dzieje się naprawdę. Był o tym przekonany przez większość czasu, ale zdarzały się dni, kiedy przychodziły wątpliwości.
– Black? – zapytał Knot, a jego ton brzmiał, jakby próbował opisać coś wyjątkowo obrzydliwego.
– Jak się panu podoba Azkaban, ministrze? – zagadnął, nie widząc potrzeby potwierdzania swojej tożsamości. Niewielu więźniów miało przy drzwiach celi dwóch dementorów, Knot mógł dodać dwa do dwóch. – Jest wilgotno i ciemno, ale ta brązowa papka, którą podają na obiad, nie jest taka zła, jak powiadają, warto spróbować.
Knot milczał. Syriusz przysunął twarz do okna w drzwiach celi tak, że kraty wbijały mu się w policzki. Przyjrzał się Knotowi dokładnie, od ubłoconych butów po czubek limonkowego melonika. Jego wzrok zatrzymał się na tym, co Knot trzymał pod pachą.
– Gazeta? Przeczytał pan już? Mógłby mi ją pan zostawić, rozwiązałbym krzyżówkę? – zapytał. Sam dla siebie brzmiał jak szaleniec, ale Knot nieco mechanicznie wyszarpnął sobie „Proroka Codziennego” spod pachy i wsunął między kraty syriuszowej celi, jakby bał się podać mu go do ręki.
– Miłej lektury – mruknął sztywno.
– O, na pewno będzie miła – odpowiedział Syriusz możliwie znużonym tonem, tłumiąc lekką ekscytację związaną z faktem, że prowadził
rozmowę. – Szkoda, że dementorzy nie prenumerują „Proroka…”.
Knot początkowo nie odpowiedział. Machnął ręką na urzędnika i ruszyli dalej. Dopiero, gdy byli kilka cel dalej i po drodze nikt inny ich nie zatrzymał, rzucił w przestrzeń:
– Do widzenia, panie Black.
Syriusz spróbował uśmiechnąć się sam do siebie, ale nie mógł, miał wrażenie, że jego skóra twarzy jest zbyt napięta, by mógł wykonać taki grymas. Zamiast tego spojrzał na gazetę – najcenniejszą od wielu lat rzecz, jaką posiadał.
*
Nocne powietrze było rześkie. Isla śmiała się, że zima w Nowej Zelandii jest cieplejsza od brytyjskiego lata, ale Dainah wiedziała, że nie jest do końca zgodne z prawdą; wielokrotnie wspominała, że latem wyspa jest jeszcze piękniejsza, ale Isla i Sarah, jej córka, nie dały się przekonać. Co roku odwiedzały Auckland w okresie wakacyjnym.
– Znów pada – mruknęła Sarah, wracając do domu. Powietrze było wilgotne i ciężko było nim oddychać, a nieprzyjemny chłód wchodził za kołnierz. Siedzenie na tarasie nadal było możliwe, ale wymagało założenia grubszego swetra, na co Sarah najwyraźniej nie miała ochoty.
– Będziesz z nią miała wesoło za parę lat – zaśmiała się Dainah, patrząc na zmarszczone brwi przyjaciółki, która odprowadziła córkę wzrokiem.
– Nie byłam taka marudna w jej wieku – mruknęła Isla. – Nawet nie chcę sobie wyobrażać, jaka wróci za rok z Hogwartu.
– Nie cieszysz się, że w końcu idzie do szkoły?
– Nie w tej atmosferze, przecież… – zaczęła, po czym urwała, szybko łapiąc za kubek z kawą, jakby miał on być deską ratunku.
– Przecież? – zapytała Dainah, wyczuwając zmieszanie przyjaciółki.
Isla łapczywie wypiła kawę, a potem wypuściła powietrze, jakby okrutnie jej ciążyło. Dainah przyglądała jej się badawczo, próbując odkryć, co jej przyjaciółka próbuje ukryć. W pracy często miała do czynienia z ludźmi, którzy próbują coś ukryć – zarówno z czarodziejami, którzy łamali Kodeks Tajności, jak i z tymi, którzy próbowali wywołać konflikt między różnymi etnicznie grupami czarodziejów. Nawet jeśli takie przypadki nie były częste, Dainah musiała nauczyć się rozpoznawać ludzi, którzy mają coś do ukrycia. Isla zdecydowanie miała coś do ukrycia.
– Nie dociera tu wiele nowin z domu? – zapytała, patrząc na jedno z drzew rosnących w ogrodzie.
– Mamy kontakt z ministerstwem – odpowiedziała chłodno Dainah. Kontakt ten nie był tak dobry, jak czasami by tego chcieli, ale jednocześnie wiedzieli, że nie było powodu, by go zacieśniać. Dzieliły ich tysiące kilometrów, a każdy z krajów zajmował się swoimi sprawami.
– Nie wiem, czy powinnam… – zaczęła Isla. – Może chciałabyś wiedzieć. Nie wiem.
Dainah milczała, choć jej irytacja rosła. Nie rozumiała, co mogło być dla niej tak trudnego o zwerbalizowania. Isla rzadko miała problem z zebraniem myśli, a tym razem zachowywała się, jakby miała do przekazania niezwykle trudną wiadomość. Przecież nie mogło wydarzyć się nic, co spadłoby na Dainah jak grom z jasnego nieba.
– Syriusz Black uciekł z Azkabanu.
A jednak mogło.
*
Nocne powietrze było rześkie. Drobny deszcz kapał na jego pysk, kiedy wyszedł z wody i się otrzepał. Niemal każda jego psia myśl skupiona była na znalezieniu czegoś do jedzenia, ale pod zwierzęcymi instynktami pulsował gorączkowo umysł pełen ludzkich myśli, pełen wściekłości i żądzy mordu, pełen woli, by pędzić, nie zważając na nic, by jak najszybciej znaleźć Petera. Żołądek go jednak spowalniał.
Upewniwszy się, że nikogo nie ma w pobliżu, Syriusz przemienił się w człowieka. Wiedział, że za chwilę musi ruszyć przed siebie, musi zabić Petera, musi ocalić Harry’ego, ale teraz, na pięć sekund pozwolił sobie na moment radości. Leżał na piasku, a nad sobą miał tylko nocne niebo. Dotykał piasku, czuł go w dłoniach i pod plecami. Na twarzy czuł wodę, krople deszczu mieszające się z łzami.
Był wolny.
*
Dainah zmywała. Miała tak zacięty wyraz twarzy, że Isla w pierwszej chwili zastanawiała się, czy nie rozsądniej byłoby się po cichu zdeportować, zostawiając ją samą sobie. Wiedziała jednak, że nie mogła tego zrobić – nie po tym, kiedy to jej nowiny wprowadziły Dainah w ten stan. Przez całą noc zastanawiała się, czy dobrze zrobił, przekazując przyjaciółce tę informację. Skoro jednak zdobyła się na to, teraz powinna zdobyć się na to, by zapytać, czy to coś zmieni w poukładanym życiu Dainah.
– Kawy? – warknęła w jej kierunku Dainah.
Isla pokręciła głową. Nie miała siły odpowiedzieć.
– Usiądź, ja dokończę – zaproponowała, wskazując na naczynia, która Dainah szorowała z taką mocą, że Isla była nieco zdziwiona, że jeszcze żadne z nich nie pękło w jej rękach.
Najwyraźniej pomyślała to w złym momencie, bo jeden z kubków poddał się naporowi siły i pękł na trzy części. Dainah syknęła i wypuściła skorupy z rąk.
Isla stanowczym ruchem odciągnęła ją od zlewu. Spojrzała tylko na rozciętą dłoń i westchnęła.
– Usiądź, musimy zrobić z tym porządek – powiedziała.
Dainah bez słowa dała się doprowadzić do krzesła, na które opadła tak nagle, jakby mięśnie po prostu odmówiły jej posłuszeństwa. Isla cicho szeptała zaklęcia, wodząc końcem różdżki po rozciętej dłoni, niezadowolona, że nie wzięła ze sobą eliksiru przeciwdziałającemu tworzeniu się blizn. Udało jej się jednak zatamować krwawienie i zasklepić ranę. Zabezpieczyła ją też mugolskim bandażem, który zwykła nosić w torebce.
Dainah przez cały ten czas siedziała w milczeniu, a nieobecny wzrok utkwiła w przeciwległej ścianie. Zachowywała się, jakby to nie jej dłoń była przedmiotem procesu leczenia, jakby sama znajdowała się tysiące kilometrów stąd.
– Co planujesz zrobić? – zapytała Isla, kiedy dłoń była już zabandażowana.
– Będę musiała dokończyć zaklęciem – mruknęła Dainah.
Isla westchnęła ciężko.
– Wiesz o czym mówię. Wracasz do Anglii?
Dainah spojrzała na nią tak chłodno, że Isla na chwilę wstrzymała oddech, bojąc się poruszyć.
– A mam jakiś powód?
*
Biegł, biegł od tak dawna, że nie pamiętał już, jak czuł się, kiedy nie bolało go całe ciało. Nie był pewny, gdzie powinien się kierować, gdzie znajdzie Harry’ego lub Petera, ale nie miał wątpliwości, że żaden z nich magicznie nie pojawi się na plaży, na którą dotarł tamtej nocy. Próbował sobie przypomnieć, gdzie mieszkała siostra Lily – o ile to u niej Dumbledore ukrył Harry’ego. Był pewien, że słyszał nazwę tego miasteczka dziesiątki razy. Tyle że wtedy, w innym życiu, miał o wiele ważniejszych spraw i nie przywiązywał wagi do czyjej mugolskiej siostry. Teraz była to najważniejsza informacja. Pamiętał, że mieściło się w Surry, Lily przecież tyle razy się śmiała, że on i Petunia byli prawie sąsiadami, skoro ich domy mieściły się w jednym hrabstwie.
Nagle poczuł w pysku suchość, która nie miała nic wspólnego ze zmęczeniem biegiem.
Dom.
Mógłby zajrzeć, choćby z daleka. Sprawdzić, czy nadal tam stoi, sprawdzić, czy Dainah… Może nadal tam mieszka? Czy chciałby ją oglądać? W końcu mogła ułożyć sobie życie. Mógłby zobaczyć ją z mężem i gromadką dzieci, choć wydawało mu się to irracjonalne. Mógłby jej zaszkodzić swoim pojawieniem się – nawet w psiej postaci. Mógłby jej tam nawet nie zastać, bo czyż nie głupotą wydawało się szukanie jej tam, gdzie ostatni raz widział ją dwanaście lat temu.
Stracił tak wiele czasu. Ona pewnie go nie traciła, nieuczciwym byłoby oczekiwanie, by też go traciła.
Nie pobiegł tam.
Gryfońska odwaga, szepnął prześmiewczo głos w jego głowie, który brzmiał za bardzo jak głos Dainah, by mógł o nim szybko zapomnieć.
Harry. Musiał myśleć o Harrym.
*
Isla bardzo starannie unikała tematu wydarzeń w Anglii, a Dainah bardzo starannie o nie nie pytała. Widywały się zresztą tak rzadko, że miały wiele innych tematów, przy pomocy których obie mogły udawać, że nikt taki jak Syriusz Black nie istnieje. Isla opowiadała o najśmieszniejszych przypadkach, na jakie trafiała w Mungu, a także o swoich współpracownikach, wspomniała nawet o pierwszych sukcesach i porażkach Sarah w Hogwarcie. Dainah mówiła trochę o swojej pracy, ale kiedy zdawała sobie sprawę, że nie ma nic ciekawego do opowiedzenia o współpracownikach czy innych znajomych, milkła, a na jej twarzy pojawiał się ledwo dostrzegalny grymas frustracji. Isla wtedy szczebiotała za nie dwie, świadoma, że bierze na siebie cały ciężar konwersacji, a taki stan rzeczy nie może trwać wiecznie. Żałowała też, że w tym roku zdecydowała się odwiedzić Auckland, kiedy Sarah była jeszcze w Hogwarcie. Być może ona miałaby garść ciekawych opowieści o McGonagall, Flitwicku czy Dumbledorze. Teraz jednak pisała egzaminy po drugim roku, a Isla powinna trzymać za nią kciuki, nawet jeśli była na drugim końcu świata.
– Dainah, znamy się tyle lat – zaczęła łagodnym tonem, a jej przyjaciółka posłała jej spojrzenie, które sugerowała, że powinna uważać na słowa, które zaraz padną z jej ust. Isla jednak wykazała się gryfońską niemal odwagą i kontynuowała: – Nie myślałaś o tym, by wyjść do ludzi? Powinnaś coś robić, może zacząć się z kimś spotykać, a nie tylko siedzieć w czterech ścianach.
Odpowiedział jej dźwięk kubka odstawianego na stół z taką stanowczością, że wedle wszelkiego prawdopodobieństwa naczynie powinno pęknąć. Dainah zdeportowała się z trzaskiem, a Isla wypuściła powoli powietrze. Może nie powinna była nic mówić. Nie rozumiała życia uczuciowego Dainah i choć starała się jej nie urazić, najwyraźniej jej się to nie udało.
Wyjrzała przez okno. Wieczór był przyjemnie chłodny i nie czuć było jeszcze zimy. 4 czerwca powinna już być wyczuwalna, jeśli wierzyć słowom Dainah.
*
Syriusz przez dwa lata starannie unikał tematu Dainah. Wiedział, że Remus krążył wokół niego, ale czekał na wyraźny sygnał, że Syriusz chce wiedzieć coś więcej na temat Ślizgonki, która była dla niego taka ważna, ale żadnego sygnału się nie doczekał. Syriusz pytał o Harry’ego, o wspólnych znajomych, o nauczycieli z Hogwartu, o członków Zakonu, o przedstawicieli ministerstwa i – w niektórych przypadkach – o znane sobie zwierzątka domowa tych osób, ale ani słowem nie wspomniał o tym, że chciałby wiedzieć, co stało się z Dainah. Kiedy jego krótkotrwała podróż po świecie – którą przecież wyobrażał sobie zupełnie inaczej – dobiegła końca i utknął na Grimmauld Place, boleśnie oczywistym stało się dla wszystkich, że dom ten był dla niego kolejnym więzieniem, nawet jeśli zamiast dementorów dręczyły go jego własne wspomnienia. Chciał coś robić, chciał uczestniczyć w walce, chciał być potrzebny. Kiedy tylko mógł opuścić Grimmauld Place, nie wahał się ani chwili.
Sam Syriusz starał się nie myśleć zbyt wiele o przyszłości. Wiedział, że ministerstwo wciąż go poszukuje, że wciąż w opinii magicznego społeczeństwa jest mordercą. Nie spodziewał się, że uda mu się to kiedykolwiek zmienić, dlatego swoich momentów tryumfu nad dementorami i nad ministerstwem upatrywał w tych krótkich momentach, kiedy mógł opuścić Grimmauld Place, kiedy mógł wyjąć różdżkę, rzucić jakieś zaklęcie, kiedy mógł choć przez chwilę żyć tym życiem, które brutalnie mu odebrano.
Wiedział, że to nie może trwać wiecznie. Prędzej czy później coś się wyda, złapią go, wróci do Azkabanu – a wizja ta sprawiała, że niejednokrotnie budził się w nocy zlany potem. Wolałby śmierć niż powrót do Azkabanu. W końcu czym innym byłoby ponowne osadzenie w tym miejscu, jeśli nie długą i bolesną śmiercią? A może dementorzy złożyliby na jego ustach swój pocałunek, wysysając jego dusz i, całe człowieczeństwo, a zostawiając w celi tylko pustą skorupę, która zalegałaby tam przez kolejne dziesiątki lat?
Takie myśli przychodziły mu do głowy zbyt często. Nie chciał o nich mówić Remusowi, który miał wiele własnych problemów. Mówił o nich Ognistej Whisky, zanim znikła ze szklanki. Mówił o nich własnym myślom. Mówił o nich baldachimowi nad łóżkiem i Hardodziobowi, jeśli miał pewność, że nikt inny go nie usłyszy. Mówił o nich Jamesowi i Lily, jeśli mu się śnili. Mówił o nich Dainah, jeśli i ona odwiedzała go w snach, choć zdarzało się to rzadko. Mówił o nich pyłkom kurzu widocznym w promieniach zachodzącego słońca i wiatrowi poruszającymi zasłonkami. Znikąd nie nadeszła odpowiedź. Był do tego przyzwyczajony.
Kiedy na Grimmauld Place dotarła informacja, że Harry wraz z przyjaciółmi znaleźli się w ministerstwie, nie było żadnych wątpliwości, że Syriusz ruszy wraz z resztą Zakonu. Harry był dla niego jak James, oddałby za niego życie.
Nikt nie wiedział jednak, że to był ten dzień, kiedy faktycznie będzie musiał je oddać.
*
Isla nie zdawała sobie sprawy, że przysnęła na kanapie w oczekiwaniu na powrót Dainah. Dopiero szum wody w kuchni uświadomił jej, że przyjaciółka już wróciła i najwyraźniej zmywa. Przetarła zaspane oczy i spojrzała na zegarek. Była trzecia w nocy. Kto zmywał o trzeciej w nocy?…
Kiedy jednak weszła do kuchni, zdała sobie sprawę, że Dainah nie tylko zmywała. Wszystkie szafki i blaty były umyte, a na stoliku suszyły się rzędy naczyń, które zdążyła już umyć. Najwyraźniej w ten sposób próbowała uporządkować swoje myśli i zapanować nad plątaniną myśli.
– Dainah? – zapytała cicho Isla.
Jej przyjaciółka nie przerwała zmywania i nie spojrzała na nią.
– Dainah, przepraszam, jeśli cię uraziłam.
– Nie powinno cię obchodzić, co robię ze swoim życiem – warknęła Dainah. – To moja sprawa, z kim się widuję lub nie widuję, jak spędzam wieczory i co robię, kiedy…
Na chwilę umilkła, a przez jej twarz przebiegł grymas bólu. Przestała zmywać, zaciskając dłonie na krawędzi zlewu. Zanim Isla zdążyła jednak zareagować, Dainah wypuściła powili powietrze i potrząsnęła głową, jakby odganiała natrętną muchę czy myśl.
– Może masz rację, może powinnam spróbować – powiedziała cicho, jakby na nowo odkrywając swój głos, ale szybko przechodząc do zdecydowanego tonu, który sugerował, że od właśnie pojętej decyzji trudno będzie ją odwieść. – Ale najpierw powinnam odwiedzić Anglię.

NA PSA UROK: 10.

Dainah nie była pewna, jak mogłaby opisać swoje życie po Hogwarcie. Przychodziły jej do głowy takie słowa jak wir czy tornado, ale jednocześnie stagnacja i poczucie zmarnowanego czasu były blisko za nimi. Wszystko, co miało być feerią barw, dźwięków i doznań, zlewało się ze sobą, z czasem tworząc pozbawioną kolorów papkę, która szczelnie wypełniała każdy z podszytych strachem dni. Kiedy opuszczała Hogwart, wiedziała, że za jego murami toczy się wojna. Doświadczyła jej skutków, przez które – gdy stanęła na King’s Cross – nie czuła się gotowa ruszyć w świat, bo choć nic jej nie trzymało, a cały swój dobytek mogła zmieścić w kufrze, to pulsowała w niej tak fundamentalna niezgoda na zastaną rzeczywistość, że myśl o wyjeździe sprawiała jej niemal fizyczny ból. Nie rozumiała tego, bo przecież jeszcze w Hogwarcie o tym myślała. Potem wielokrotnie żałowała, że nie przekonała samej siebie i z cichym trzaskiem nie deportowała się gdzieś daleko, gdzie wojna nie byłaby jej zmartwieniem.
Pierwszych kilka dni spędziła w domu Susannah, w końcu kto by nie chciał okazać dobrego serca sierotce. Kiedy jednak zdała sobie sprawę z tego, że nie może dłużej udawać dziecka, na które czekają całkiem niedziecięce zadania, znalazła jakieś mieszkanie w Londynie. Złoto w Gringotcie pozwoliło jej nie martwić się o jutro przez kilka miesięcy, ale kiedy stało się jasne, że wojna nie sprzyja przedsiębiorczości, a pracy dla młodych czarownic nie ma zbyt wiele, podczas gdy praca wśród mugoli może skończyć się represjami ze strony Czarnego Pana, musiała zacząć myśleć o jakiejś alternatywie. To był kolejny z momentów, w których mogła uciec z kraju, ale tym razem znów została zatrzymana. Kiedy pakowała kufer, w drzwiach stanął Syriusz, mącąc jej w głowie tak, jak tylko on potrafił.
Została. W końcu znalazła jakąś pracę – nisko płatną i niewymagającą wiedzy, którą ona dysponowała. Niezależnie od tego, czy trwa wojna, pracownicy magazynu w sklepie ze składnikami eliksirów zawsze są potrzebni. Pracowała w dziwnych porach, mając poczucie, że mieszka w tym magazynie. Było to łatwiejsze, niż przyznać, że Syriusz łagodnie i niemal niezauważalnie zorganizował jej życie i stał się jego integralną częścią. Kiedy liczyła wątroby nietoperza albo ważyła suszone kwiaty lebiody, łatwiej było zapomnieć o tym, jak zagubiona była tego dnia, kiedy była o jakiś kwadrans od ucieczki.
– Wyjeżdżasz – stwierdził wtedy Syriusz.
– Co mnie zdradziło? – odpowiedziała, unosząc wyzywająco brew.
Syriusz przeszedł przez hol i zajrzał do salonu. Puste półki w szafie, które widać było przez otwarte drzwi, potwierdzały jego przypuszczenia jeszcze dobitniej niż wypakowany kufer stojący na środku mieszkania.
– Planowałaś się pożegnać?
Westchnęła ciężko.
– Być może – powiedziała. Podnosząc wzrok i napotykając badawcze spojrzenie jego szarych oczu. Kryło się w nich coś, czego wolała nie nazywać. Coś, co sprawiała, że w gardle zaczęła jej rosnąć gula.
– Może masz rację – rzucił z tak wystudiowaną obojętnością, że przez moment aż się poczuła nią dotknięta.
– Czasy są niebezpieczne.
– Są – zgodził się, choć ona poczuła, jakby bardzo energicznie zaprzeczył.
Wtedy, w tym momencie, poczuła, jakby miała osiem lat i bardzo, ale to bardzo potrzebowała kogoś, kto jej powie, co powinna zrobić. Oczywiście nie mogła na nikogo takiego liczyć – ani teraz, ani, tak naprawdę, wtedy. Była tylko ona, rozdarta między kufrem a Syriuszem, który przecież jej nie zatrzymywał. Nie czuła się zatrzymywana. Czuła coś innego.
– Nie stać mnie na to pieprzone mieszkanie – wyrzuciła z siebie cicho, jakby bała się, że jeśli powie to głośniej, właściciel wyrzuci ją na bruk już w tym momencie. – Nikt nie mówił, że to będzie takie trudne.
– Co?
– No… Wszystko. – Wyrzuciła w górę ręce, zaczynając mówić coraz głośniej. – Te wszystkie lata nauki się nie liczą, nie tak, jak powinny. Siedzimy tu wszyscy, wszyscy, jak kaczki czekające, aż nas ktoś kolejno wymorduje. Żaden egzamin nie przygotowuje do tego, że z dnia na dzień musimy przejść od noszenia mundurków i pisania esejów o bezoarach do szukania pracy, płacenia rachunków i tego wszystkiego, a do tego Prorok wciąż donosi o jakichś incydentach – wypluła ostatnie słowo z jadem. Śmierć jej rodziców, gdyby zdarzyła się teraz, pewnie też byłaby incydentem. Kilka miesięcy temu była jeszcze tragedią. – Nie na to się pisałam.
– Wiesz już, gdzie uciekniesz?
Spojrzała na niego zdumiona. Spodziewała się wielu pytań, kilku oskarżeń, może nawet jakiejś prośby. Ale nie tego. Nie próbował jej zatrzymać? Czy uległaby mu, gdyby spróbował? Nie musiał nic mówić ani robić, żeby zamącić jej w głowie. Kiedy się pakowała, w żadnym momencie nie pomyślała o tym, że gdyby uciekła, mogłaby już nigdy nie zobaczyć jego oczu, nie usłyszeć jego śmiechu. I to było nagle o wiele bardziej przerażające niż rachunki i niepewność jutra.
Nie uciekła. Syriusz zaproponował, żeby wprowadziła się do niego – póki sobie nie znajdzie czegoś lepszego – na co Dainah przystała z pewnymi oporami. Nie była pewna, czy on miał takie same opory, kiedy składał jej tę propozycję, ostatecznie minęło niewiele czasu, od kiedy odmówiła takiej samej ofercie, depcząc jego męską dumę. Wtedy tłumaczyła, że to za wcześnie, powodów było mnóstwo, od dumy poczynając, na obawach o to, co stanie się, jeśli im nie wyjdzie, kończąc. Teraz jednak obawy schodziły na drugi plan wobec kwestii tak prozaicznych jak konieczność płacenia rachunków złotem, którego było coraz mniej i mniej.
Oczywiście, mieszkając z Syriuszem nieustannie spotykała jego przyjaciół z Hogwartu, którzy okresowo również zdawali się mieszkać na jego – ich? – kanapie w salonie. Zawsze jednak w końcu znikali, zostawiając po sobie nieporządek na stoliku do kawy. Dainah nie miała nic przeciwko ich obecności, o ile nie musiała spędzać z nimi zbyt wiele czasu. Traktowali ją serdecznie, choć z pewną rezerwą. Kiedy rozmawiali – byli otwarci, nie wahali się ostro komentować sytuacji politycznej, o której przecież tak wielu starało się nie mówić, by nie stała się jeszcze brutalniej rzeczywista. W końcu jednak zawsze jako temat pojawiali się śmierciożercy, którzy – podobnie jak ona – byli Ślizgonami. I choć nie dali jej odczuć, że ją podejrzewają o szpiegostwo czy popieranie Czarnego Pana, to jednak gdzieś w powietrzu, między kubkiem herbaty a talerzem z ciastkami, wisiało to niezadane pytanie, czy coś wie, czy coś widziała, czy na pewno jest po właściwej stronie. Znikało ono tak szybko, jak się pojawiało, ale Dainah nie mogła czuć się w pełni swobodna, nawet jeśli siedziała oparta o Syriusza, który emanował przecież zaufaniem i niejako ręczył za nią.
Zwykle więc nie przysłuchiwała się dyskusjom politycznym, by uniknąć tego nieprzyjemnego momentu, który z czasem pojawiał się coraz rzadziej i rzadziej. Zamiast tego w możliwie nienachalny sposób przyglądała się Lily Potter, która z takim frustrującym spokojem i gracją piła herbatę, śmiała się ze wszystkich żartów Jamesa, a później, kiedy wiosna ustępowała już latu 1980 roku, gładziła się po brzuchu pęczniejącym jak owoc tuż przed zerwaniem. W Lily było coś irytująco nierzeczywistego, jakby cała ta wojna, w której żyli oni, jej nie dotyczyła, choć widać było, że żywo interesuje się kolejnymi zaginięciami i mordami. Podobnie jak James, Syriusz i pozostali. Dainah czasami zastanawiała się, czy nie znajduje się w samym środku jakiejś grupy, która planuje uderzyć na śmierciożerców w sposób skrajnie gryfoński i nieodpowiedzialny. Czasami, kiedy Syriusz znikał na parę dni, bała się, że w kolejnym Proroku znajdzie artykuł o jego śmierci. Strach ten tkwił głęboko w jej kościach i paraliżował ruchy, kiedy się tego najmniej spodziewała. Była pewna, że Lily Potter nie doświadczała czegoś takiego, za to tkwiła – nierzeczywista i jakby zatrzymana w czasie – w oczekiwaniu na coś; na Jamesa, na dziecko, na lepsze czasy.
Dainah jej nie znosiła.
*
Kiedy na świat przyszedł Harry James Potter, sytuacja stała się jeszcze bardziej nieznośna. Dainah nie wiedziała dlaczego, ale wszyscy wydawali się oczekiwać ataku. W przypadku Lily mogłaby to zrozumieć, słyszała o szoku poporodowym, ale nie miała pojęcia, że mógł się on udzielać mężczyznom. I to w takiej liczbie. Wszyscy czterej byli w jednakowych częściach dumni i przerażeni przyszłością, a ona znów nie przystawała do tego towarzystwa, siedząc gdzieś na uboczu, czasami z mechaniczną uprzejmością podtrzymując rozmowę i ze wszelkich sił unikając wzięcia niemowlęcia na ręce. Ilekroć widziała, że Syriusz go trzymał, czuła coś, czego wolała nie nazywać. Domyślała się, że to jakaś zakodowana gdzieś głęboko w niej reakcja na widok przystojnego mężczyzny z dzieckiem, która – gdyby nie była kontrolowana – miałaby skłonić Dainah do sprawienia sobie takiego samego dziecka. W tej atmosferze, kiedy wokół wciąż ginęli ludzie, a nikt nie mógł być pewny jutra, byłoby to skrajną głupotą, dlatego dławiła ten instynkt, bardziej przerażona wizją ewentualnej ciąży niż rozochocona fantazją Syriusza z dzieckiem. Zresztą wyobraźnia nie była w stanie przedstawić jej obrazów innych niż te, które już widziała. Nie sądziła, że mają przed sobą jakąś przyszłość, a na pewno nie taką, którą powinni fundować innej istocie ludzkiej.
Syriusz jednak zdawał się sądzić inaczej. Pewnego wieczora, kiedy w ich salonie nie było żadnych gości, wypalił:
– Harry jest świetnym dzieckiem.
– Mhm – zgodziła się, nie wyściubiając nosa zza książki, którą czytała. To nie był temat, który chciała poruszać.
– Prawie nie płacze, a kiedy dziś się uśmiechnął… – zaczął, po czym urwał, gdy zauważył, że Dainah na niego nie patrzy. – Nie lubisz dzieci, Pool?
Dainah opuściła książkę, a po jej kręgosłupie przebiegł dreszcz. Nigdy nie poruszali tego tematu, w całej swojej nastoletniej naiwności uważając, że właściwie nie ma o czym rozmawiać, a wizja decyzja o ewentualnym rodzicielstwie jeszcze daleko przed nimi.
– To nie jest dobry czas dla dzieci – stwierdziła wymijająco.
Syriusz pokiwał głową i usiadł obok niej. Tego dnia był jakiś nienaturalnie wyciszony, jakby wciąż myślał nad czymś bardzo intensywnie. Nie zapytała, czy coś go gryzie. Gdyby chciał, mógłby jej powiedzieć. Zamiast tego pieszczotliwie zmierzwiła jego włosy na nasady czaszki.
– A w przyszłości? – zapytał niespodziewanie, kiedy Dainah zupełnie nie spodziewała się, że z jego ust padną jakiekolwiek słowa.
– W przyszłości… co? – zdziwiła się, na wszelki wypadek zabierając rękę i kładąc ją bezpiecznie na księdze.
– W przyszłości byłby lepszy czas? Na dzieci? – doprecyzował, widząc jej zaskoczenie. Kiedy milczała o ułamek sekundy za długo, dodał: – Nieważne, Pool. Nie odpowiadaj.
Ulżyło jej, bo nie wiedziała, co zdecydowałaby się odpowiedzieć. Nie była w stanie myśleć o przyszłości – żadnej – dlatego wizja jakiegokolwiek potomstwa nie mieściła się w jej świadomości. Syriusz najwyraźniej odebrał to inaczej, bo przepadł gdzieś na cały wieczór, wracając dopiero nad ranem. Udała, że wcale jej nie obudził, kiedy kładł się do łóżka w promieniach wschodzącego słońca, i że wcale nie przeszkadzał jej zapach mugolskich papierosów. Znów gdzieś się włóczył motorem, wiedziała, ale przecież nie miała prawa mu tego zabraniać, niezależnie od tego, jak bardzo nie znosiła tej maszyny. Syriusz najwyraźniej udawał, że jej wierzy, kiedy udawała, że śpi, bo przez dłuższą chwilę leżeli tak w milczeniu, każde zamknięte w świecie swoich myśli.
– W porządku – westchnęła, nie mogąc znieść tej ciszy. – W przyszłości.
Syriusz nie usłyszał. Odpowiedziało jej jego ciche pochrapywanie.
*
Wojna nie jest ekscytująca. Nie przypomina tego, co czyta się w książkach – tam ktoś wycina te nudne momenty „pomiędzy”, snując opowieść złożoną tylko z najciekawszych fragmentów, pełnych akcji i emocji, bohaterstwa i niebezpieczeństwa. Dainah ciągle jednak żyła „pomiędzy”, czekając bez większych nadziei na to, że w końcu coś się zmieni. Jej magazyn zdawał się neutralny politycznie, bo – jak podejrzewała – z jego usług korzystały obie strony. W końcu w czasach, które nastały, niełatwo było zrealizować wszystkie zamówienia, a jednak jej szefostwu się to udawało.
Dainah nie zadawała pytań.
Widziała wiele rzeczy, które powinny zrodzić w jej głowie pytania, słyszała wiele i równie wiele przeczuwała, ale miała bardzo silne poczucie, że to wszystko dzieje się gdzieś obok. Oczywiście, miało to wpływ na jej życie, ale nie czuła się zobligowana do uczestnictwa w tej wojnie. Świat wyglądał dostatecznie ponuro z punktu, w którym się znajdowała; nie sądziła, by mógł nabrać jaśniejszych barw, gdyby opowiedziała się po jednej ze stron, ściągając na siebie gniew tej drugiej. Syriusz natomiast przeciwnie – wypowiadał się śmiało, bezkompromisowo, jakby śmierć nie mogła go dosięgnąć. Jednocześnie podziwiała jego odwagę i się jej bała – w końcu któregoś dnia mogła wrócić z pracy i odkryć, że już nigdy go nie zobaczy. Czy byłoby to w jakiś sposób różne od tego, co by się stało, gdyby wtedy, po Hogwarcie, wyjechała? Oczywiście, zostawał czas „pomiędzy”, te miesiące, które mijały tak bezczynnie, a jednak wypełnione były krótkimi momentami śmiechu i czułości. Czasami, kiedy czytała prasowe doniesienia o kolejnych mordach, te momenty wydawały jej się niemal skradzione, a przez to w dwójnasób upajające.
Szczęście było w tamtych czasach tylko prywatne. Na ulice wylało się szeroką falą dopiero z początkiem listopada. Kiedy Dainah wyszła z magazynu, spodziewała się jesiennej mżawki i pustych ulic. Tymczasem zza chmur wyglądało słońce, które leniwie wspinało się po widnokręgu, a Pokątna, przez którą musiała przejść, wypełniona była ludźmi.
– Sama-Wiesz-Kto nie żyje! – krzyknął jej prosto do ucha jakiś czarodziej, którego oddech śmierdział cebulą i Ognistą Whisky.
Dainah zatoczyła się nieco, próbując przed nim uciec. Zderzyła się z przysadzistą czarownicą, która powiedziała „Ciesz się, kochanie!”. Wszyscy byli radośni i zgadzali się co do jednego: Czarny Pan nie żył. Nie mogła się doczekać, aż podzieli się tą wieścią z Syriuszem; zresztą, pewnie on już wiedział, pewnie znał już jakieś szczegóły.
Kiedy jednak teleportowała się do domu, Syriusza w nim nie było.
Pewnie jeszcze gdzieś świętuje. On i James nie mogliby usiedzieć w domach, pomyślała. Niedługo wróci.
Ale Syriusz nie wrócił do wieczora. Daniah myślała, że obudzi ją w okolicy południa, może trochę później, dzieląc się z nią swoją wesołością, ale kiedy otworzyła oczy, za oknem było już ciemno, a dom był cichy i pusty. Przetarła twarz dłonią i wstała z kanapy, na której spała. Czuła lekki kurcz szyi i dojmujące poczucie, że coś było nie tak.
Przez chwilę kręciła się po domu, próbując znaleźć sobie miejsce i zdecydować, co powinna zrobić. Miała nadzieję, że przesadza, a jej obawy są nieuzasadnione. Kiedy jednak znalazła Proroka Niedzielnego, którego sowa musiała dostarczyć wcześniej tego dnia, zrozumiała, jak bardzo uzasadniona była każda obawa, którą tego dnia poczuła. Ledwie zaczęła czytać, nim nadleciała sowa z Prorokiem Wieczornym, który jeszcze bardziej zmroził krew w jej żyłach.
Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać pokonany!, grzmiał pierwszy tytuł. Gdzieś na dole strony, niby zbędny dodatek, ktoś napisał: Młode małżeństwo nie żyje. I pewnie nawet by się tym nie zainteresowała, gdyby nie okładka wieczornego wydania gazety. Spoglądały z niej oszalałe z bólu i wściekłości oczy Syriusza. Zabójca Potterów ujęty!, napisano.
Dainah poczuła, jak odpływa jej z głowy cała krew i lokuje się gdzieś w stopach, czyniąc je nieznośnie ciężkimi. S-Syriusz? Ale…, przemknęło jej przez myśl, choć nie potrafiła nawet sklecić zdania. Patrzyła tyko na poruszające się zdjęcie, z przerażeniem zauważając, że to nie oczy były najbardziej charakterystycznym jego elementem. Syriusz się… śmiał.
Oskarżyli go o zabójstwo, przypomniała sobie. A on się śmiał.
Dawno nie czuła w żołądku tak lodowatego uścisku. Nie była pewna, czy stoi, czy siedzi, ale wiedziała, że musi się ruszać. I to szybko. Kto wie, ile czasu minęło od aresztowania, a ona właśnie siedziała w jego domu. W domu mordercy. Lub oskarżonego o morderstwo.
Zabójca Potterów? To przecież niedorzeczne, pomyślała, ale przed oczami znów stanęło jej to zdjęcie. Opętańczy śmiech i szalone oczy. Nie była już taka pewna bólu i wściekłości, które widziała w nich wcześniej. A jeśli to Imperius?
Z energią, której się po sobie nie spodziewała, wyciągnęła z szafy swój szkolny kufer, szybko wypełniając go rzeczami, które znalazła w szafie. Nie miała czasu sprawdzać, czy każda ze skarpetek miała swoją parę ani czy wśród jej bluzek nie zaplątała się koszula Syriusza. Czuła rosnącą panikę, która kazała jej przyspieszać ruchy, oszczędzać każdą sekundę. Przyjdą tu, przyjdą tu, nie mogą mnie znaleźć, on ich nie mógł zabić, nie mogą mnie znaleźć, nie mogę brać w tym udziału, powtarzała jak mantrę, choć gdy wspominała ten nieprzyjemny moment po latach, nie była pewna, co wywołało w niej aż tak silną potrzebę ucieczki. Zawsze uciekała przed problemami, ale – jak przyznawała później ze wstydem – nawet przez chwilę nie myślała, żeby o niego walczyć. Nie przyszło jej do głowy, że jest jeszcze jakaś szansa, że mogła coś powiedzieć lub zrobić, by uchronić Syriusza przed Azkabanem. Zamiast tego spakowała kufer, usuwając z jego domu wszelkie ślady swojej obecności, jakby nigdy nie była częścią jego życia, jakby nic ich nie łączyło.
Tym razem chwyciła za rączkę kufra i się zdeportowała, uciekając z kraju. Nie było już nikogo, kto mógłby ją zatrzymać.

Na psa urok: 09.

Owutemy nadchodziły. Dainah czuła, jakby w każdej chwili mogła się aportować obok niej komisja egzaminacyjna, która nakazałaby jej pisanie egzaminu już, zaraz, teraz, kiedy ona nie była na to psychicznie gotowa. Wątpiła, czy kiedykolwiek będzie gotowa zmierzyć się z czymś, co ma decydować o jej przyszłości w takim stopniu jak te egzaminy. „Jakiej przyszłości?”, mamrotała czasami Isla, przeglądając Proroka Codziennego, a Dainah i Susannah nie pozostawało nic poza dość obojętnym skinieniem głowami. To, co działo się za murami Hogwartu, choć przecież nie przybliżało się do nich geograficznie, stawało się coraz bliższe, coraz bardziej realne, niemal namacalne. Doniesienia były coraz bardziej ponure, choć Dainah była nieco odrętwiała, jakby wyłączona z rosnącego podenerwowania towarzyszącego wielu jej kolegom i koleżankom; ostatecznie, co mogło ją spotkać? W momencie, kiedy opuści mury Hogwartu, stanie przed perspektywami tak szerokimi, że czasami, gdy o nich myślała, wpatrując się w ciemnozielony baldachim nad swoim łóżkiem, zapierało jej to dech w piersi.
„Chciałbym zobaczyć trochę świata”, powiedział Syriusz, kiedy byli w Londynie. Może to nie był zły pomysł. Może jej głupi upór, który kazał jej oświadczyć, że najprawdopodobniej nigdy nie opuści Anglii, pozwoli jej przekroczyć granicę. Może jego chęć walki przegra z chęcią zwiedzania świata. Może… może to im wystarczy.
Póki co jednak zdawało się, że wystarczały im schadzki w opuszczonych klasach, w czasie których ze wszelkich sił trzymali się tego, co działo się tu i teraz, zostawiając resztę świata za drzwiami. Świat nie dawał jednak o sobie zapomnieć, co jakiś czas pojawiając się w ich rozmowach, które ze słowa ze słowo stawały się zbyt poważne, zbyt prawdziwe i dorosłe, jakby nagle zapominali o maskach dzieci, które przecież wszyscy w zamku desperacko przybierali na tych kilka ostatnich tygodni. Dainah nie była dobra w utrzymywaniu pozorów, Syriusz również w tym nie przodował, co zdecydowanie ułatwiało nagłe zmiany tematu z eliksirów na ostatnie doniesienia o atakach śmierciożerców.
– Nie, pojedynek Dumbledore’a z Grindelwaldem był czymś zupełnie innym – oświadczyła Dainah, przywołując cały autorytet siedmioletniej nauki historii magii.
Syriusz machnął ręką tak samo, jak machnął ręką na historię magii po zdaniu suma.
– Zawsze są tacy, których ciągnie do czarnej magii. Różnice są marginalne.
– Gdyby tak było, nie sądzisz, że Dumbledore już by coś zrobił?
– Nie sądzisz, że już może coś robić?
Dainah spojrzała na niego pytająco, a Syriusz szybko skierował wzrok w kąt sali, jakby starał się dać jej do zrozumienia, że nic więcej na ten temat nie powie.
Innym razem wspomniał coś o konieczności przeciwstawienia się śmierciożercom. Jeszcze kiedy indziej wtrącił coś o potrzebie walki i o nadziei, która leży w młodym pokoleniu. Zawsze powstrzymywał się, zanim powiedział za wiele, ale na jego twarzy malowała się determinacja, która trochę przerażała Dainah. Było bowiem oczywiste, że Syriusz ani na krok nie opuści Anglii. Cały czas nie dawało jej to jednak spokoju i pewnego razu zaproponowała mu wspólną wyprawę na kontynent. Były to dziecinne mrzonki, bo żadne z nich nie miało dostatecznie dużo złota, by móc planować jakiekolwiek przygody, ale Syriusz i tak się zasępił.
– O co chodzi? – zapytał, patrząc na nią tak poważnie, jakby właśnie przybyło mu przynajmniej dziesięć lat. Jakby był prawdziwym dorosłym, wiedział, co robi, i w jakiś sposób potępiał jej dziecięcą próbę ucieczki przed odpowiedzialnością. – Nigdy nie mówiłaś, że chcesz wyjechać z kraju.
Dainah zmrużyła oczy, odpowiadając mu tonem tak chłodnym, że przez chwilę spodziewała się zobaczyć szron na oknach.
– Nigdy nie sądziłam, że znajdę się w środku wojny – powiedziała.
Syriusz uśmiechnął się smutno.
– Nie mamy wpływu na czas, w jakim żyjemy.
– Mamy za to wpływ na miejsce – upierała się.
– Co chciałabyś ode mnie usłyszeć, Dainah? – warknął.
Milczała, ale jednocześnie patrzyła na niego z taką uwagą, jakby właśnie ważyła słowa. Oboje zdawali się żałować, że nie są w stanie wykorzystać legilimencji, by wniknąć do umysłu tej drugiej osoby i dowiedzieć się, do czego właściwie prowadzi rozmowa, którą odbywają gdzieś między zwojem pergaminów i krzesłem o trzech nogach.
– Czego ty właściwie chcesz, Pool? – zapytał spokojniej.
Dainah poczuła, jak po kręgosłupie przebiega jej zimny dreszcz. To pytanie było niosło tak silny ładunek emocjonalny, że nawet nie była pewna, co powinna odpowiedzieć. Mogła je zbyć, ale byłoby to sztuczne, równie sztuczne byłoby obrócenie go w żart, ale nie czuła się na siłach, by zdobyć się na szczerość, zwłaszcza że w jej głowie panował chaos. Sama nie była pewna, czego chce, więc jakże mogła przekazać mu jakąś okrojoną wersję swoich pragnień – taką, którą powinien znać, nie pełną, ale też nie nieprawdziwą.
Zagryzła lekko wargę, jakby chciała w ten sposób powstrzymać się przed wypowiedzeniem słów, o których wiedziała, że wcale nie chce, by padły z jej ust.
Syriusz odgarnął z czoła włosy, które nagle zaczęły mu przeszkadzać. Popatrzył na nią pytająco, a w szarych oczach kryła się determinacja.
– Pool?
Dainah uciekła oczami w przeciwległy kąt pomieszczenia.
– Co mam ci powiedzieć? – zapytała głucho.
Syriusz nie był dobry w czekaniu, nawet jeśli milczał, Dainah wiedziała, że zaciska zęby, a jakaś część jej umysłu chciała nakazać jej dotykanie jego twarzy, wodzenie palcami wzdłuż szczęki, jakby mechanicznie przywracała mu spokojniejszy wyraz twarzy i spokój ducha. Nie była gotowa na konfrontację i nie była pewna, jak właściwie znaleźli się w tej sytuacji. Powtarzali eliksiry i nagle mieli rozmawiać o przyszłości, która wcale nie rysowała się w jasnych barwach? Czego oczekiwał, że zarzuci mu ramiona na szyję i na przydechu wyzna, że marzy jej się domek na przedmieściach, dwójka dzieci i kudłaty pies? Oboje byli zbyt poważni, zbyt świadomi sytuacji poza murami zamku, by coś takiego mogło między nimi wybrzmieć. Czy miała snuć opowieść o tym, jacy będą szczęśliwi? O to mu chodziło? Czy może powinna mu przedstawić gorzką opowieść, w której przynajmniej jedno z nich nie dożywa dwudziestych urodzin?
– Chcesz uciec? – zapytał, a słowa brzmiały, jakby ich wymówienie sprawiało mu trudność. – Chcesz zostawić Anglię?
Czy chciał zapytać „Chcesz zostawić mnie?”, czy tylko miała nadzieję, że chciał?
– Nie wiem – przyznała, nadal patrząc w odległy kąt pomieszczenia. Każda komórka ciała kazała jej odwrócić jego uwagę, pocałować go lub wybiec z sali, ale jednak Dainah trwała w miejscu, boleśnie świadoma tego, że jej wysiłki nie zostaną zauważone przez Syriusza, który najwyraźniej nigdy nie miał ochoty na tak spektakularne ucieczki.
– A więc nie chcesz z nimi walczyć.
– Walczyć? – powtórzyła, przenosząc w końcu na niego wzrok.
Spodziewała się zobaczyć buńczucznie wysunięty podbródek i oczy błyszczące głodem przygody. Tymczasem Syriusz wyglądał na zagubionego, po raz pierwszy od dawna tracąc tę aurę człowieka, którego problemy nie dotyczą. Był takim samym dzieciakiem jak ona, mogli oboje udawać, że są dorośli i mogą decydować o swojej przyszłości, ale w tej sali, w tej chwili byli przestraszonymi małolatami. Nie mogła mieć do niego żadnych pretensji.
– Walczyć – powtórzył. – Nie możemy… Musimy… Tak nie może być – dodał, jakby to wyjaśniało wszystko.
Dainah chciała być z nim całkowicie szczera – zasługiwał na to, zwłaszcza teraz, kiedy był tak otwarty. Jego emocje – zwykle skryte pod maską pewności siebie – kłębiły się teraz wokół niego i miała świadomość, jak łatwo może go zranić. Tak samo łatwo jak on ją.
– Nie, nie sądzę – powiedziała w końcu, tonem tylko trochę głośniejszym od szeptu.
Syriusz pokiwał głową.
– Twoi rodzice… – zaczął.
– Nie wiem, dlaczego zginęli – przerwała mu szybko, niegotowa na roztrząsanie ich śmierci w kontekście tego, jak powinna się zachować w obliczu narastającego konfliktu.
Syriusz milczał przez dłuższą chwilę, a ona nie była dostatecznie odważna, by na niego spojrzeć i spróbować odczytać, jakie myśli mogą kłębić się w jego głowie. Gdyby uniosła wzrok, czy w jego oczach zobaczyłaby odrazę czy zrozumienie? Nie chciała się przekonywać, jeszcze przez kilka sekund pozwalając sobie myśleć o tym, że mają przed sobą jakąś przyszłość, że kiedy dziś wyjdą z tej sali, nie rozejdą się każde w swoją stronę.
– Nawet jeśli wyjedziesz – zaczął powoli, z trudem wypowiadając kolejne słowa – czy przyjdziesz na mój pogrzeb?
Po raz pierwszy od dawna Dainah nie była w stanie odpowiedzieć, bo w gardle utknęła jej gula wielkości trolla górskiego.
*
Owutemy minęły szybciej, niż się spodziewała. Przemierzała korytarze jak duch, nie mogąc nigdzie znaleźć sobie miejsca, a jednocześnie czując, że nie przynależy do żadnej z grup, które mijała. Czuła, że Hogwart po raz pierwszy w jej życiu jest zbyt mały, że mury zamku ją duszą, nie pozwalając wyrwać się i oddychać pełną piersią. Nie była pewna, gdzie dokładnie miałaby nią oddychać, skoro Hogwart był w tym momencie najbezpieczniejszym miejscem w całej Anglii. Wiedziała jednak, że nie mogła się doczekać, kiedy w końcu wsiądzie do Hogwarts Expressu i wróci do Londynu. Nie miała pojęcia, co będzie tam robiła, ale każdy mięsień w jej ciele napinał się w oczekiwaniu na działanie, w oczekiwaniu na powiew londyńskiego powietrza, które powinno otrzeźwić jej umysł i sprawić, że będzie wiedziała, co powinna robić.
Każdy egzamin przybliżał ją do ucieczki od troski Susannah i paniki Isli, od pytających spojrzeń przyjaciół Syriusza i w końcu od samego Syriusza, którego zawiodła w chwili, kiedy potrzebował jej najbardziej. Nie potrafiła stanąć na wysokości zadania i być z nim brutalnie szczera. Nie potrafiła przywołać słów, które oddałyby choć fragment tego, co czuła. Dlatego też zrobiła to, co umiała najlepiej – spróbowała odwrócić uwagę Syriusza, a potem uciekła. Wiedziała, że go rani, ale bała się, że jeśli tam zostanie, to ona wyjdzie z tej sali poraniona. Od tego czasu nie rozmawiali, oboje zbyt dumni, żeby przełamać ciszę. Albo – czego się obawiała – on już nie miał jej nic do powiedzenia, skoro nie była w stanie obiecać, że spełni ostatnią prośbę człowieka, który zdawał się mieć świadomość, jak ulotne jest życie.
W końcu, ostatniego dnia, kiedy rozpierała ją energia i chęć działania, Syriusz podszedł do niej w Wielkiej Sali. Nie spodziewała się go zobaczyć; nie spodziewała się nikogo. Myślała, że tego dnia będzie sam na sam ze swoją jajecznicą, dlatego kiedy poczuła znajomy zapach tuż obok siebie, niemal podskoczyła.
– Syriusz?
– Dainah, sądzę, że powinniśmy porozmawiać – powiedział spokojnie, by nie zwracać na siebie uwagi innych Ślizgonów. Jakby było to możliwe! Gryfon przy stole Slytherinu zawsze zwróci na siebie uwagę.
– O czym? – zapytała, bo choć była naładowana energią, nie miała pewności, czy wystarczy jej siły na poważną rozmowę.
– O tym, co się stało – powiedział. – O nas.
Przez stół przetoczyło się parę syknięć i złośliwych komentarzy, ale żadne z nich nie zwróciło na nie większej uwagi.
Wyszli na błonia i choć początkowo wydawało się, że żadne nie chce zaczynać rozmowy, to Dainah po raz pierwszy od dłuższego czasu poczuła, że opuszcza ją niepokój, a napięcie w mięśniach, które kazało jej działać, zmniejsza się. Odetchnęła głęboko, pozwalając sobie na chwilę radości z tego, że czuje na twarzy promienie słońca i lekki, letni wiatr. A potem spojrzała w szare oczy Syriusza.
– Jak egzaminy? – zaczęła od bezpiecznego tematu, jakby nie była pewna, jak powinna się do niego odnosić.
Posłał jej jeden z tych uśmiechów, które sprawiały, że miękły jej kolana. Wiedziała, że niezależnie od tego, co stało się w tamtej sali, nadal potrafią rozmawiać. I tego ranka to jej wystarczało.

Na psa urok: 08.

Czuła na sobie dziesiątki spojrzeń i były one jeszcze cięższe niż te, które ciążyły jej po przyjęciu u Slughorna. Teraz wydawało jej się, że od tego czasu minęły wieki, choć w rzeczywistości były to dwa tygodnie. Dainah miała nadzieję, że podczas przerwy świątecznej będzie mogła unikać tłumów i spróbować poukładać sobie wszystko w głowie, ale odmówiono jej tej prostej przyjemności – w zamku pozostała większość uczniów, zbyt przerażonych tym, co działo się poza murami Hogwartu, by wracać do domów. Każdego dnia „Prorok Codzienny” donosił o kolejnych zabójstwach. Wśród tych sensacji znalazła się też informacja o śmierci państwa Pool, którą natychmiast podchwycili wszyscy uczniowie. Reakcje były różne – słyszała i wyrazy współczucia, i szyderstwa, i słowa wsparcia, i opinie, że widać zasłużyli na to, co ich spotkało. Nikt nie wiedział tak naprawdę, co sprawiło, że śmierciożercy wybrali właśnie ten dom na cel swojego ataku, ale zdawało się, że każdy miał swoją teorię, swoją opinię i swoje oczekiwania względem tego, jak Dainah powinna się zachowywać w tej sytuacji. Było to nie do zniesienia.
Początkowo próbowała ukrywać się w dormitorium, ale Susannah i Isla – motywowane, jak sądziła, wyłącznie dobrymi intencjami – nie zostawiały jej żadnej przestrzeni do życia, ciągle chcąc jej matkować. Opowiedziała im o tym, co działo się w ministerstwie (choć zataiła to, co wydarzyło się później – czuła, że nie jest to coś, o czym powinna opowiadać nawet swoim przyjaciółkom), a one wplotły w jej opowieść swoje emocje i swoje założenia co do jej emocji, tym samym paraliżując jej możliwość okazywania faktycznych uczuć. Cały czas były przy niej, jakby obawiały się, że wkrótce nastąpi załamanie, które wciąż nie przychodziło. Dainah była nieco bardziej milcząca, ale nic w jej wyglądzie nie wskazywało na to, by w głębi serca przeżywała tragedię, co – zdaniem Isli i Susannah – było niezbitym dowodem na to, że dzieje się z nią coś bardzo złego.
Ich zachowanie sprawiało, że Dainah nie mogła wytrzymać w dormitorium i wymykała się na spacery po zamku. Ciągnęło ją też na błonia, ale starała się ich unikać, zamiast tego przemykając korytarzami, by zaszyć się w jednej z nieużywanych sal lekcyjnych, jakiejś opuszczonej komnacie czy zajrzeć do sowiarni. Na korytarzach nabrała nawyku patrzenia we własne buty, by nie widzieć spojrzeń pełnych współczucia lub pogardy. Szepty były wystarczająco irytujące.
Podczas jednego z pierwszych wieczorów, które spędzała w opuszczonej sali, znalazł ją Syriusz. Miał do tego taki talent, że nawet nie próbowała go pytać, skąd wiedział, gdzie się znajduje. Początkowo jego widok sprawił, że jej ciało napięło się jak struna. Dainah pamiętała dobrze, że całą drogę z Hogsmeade do Hogwartu spędzili w milczeniu. Nie było to milczenie krępujące, ale miała wrażenie, że wtedy, w Londynie, gdy już oderwali się od siebie, wypowiedzieli zbyt mało słów i to, co wówczas nie miało okazji wybrzmieć, wisiało między nimi, choć nie miała pojęcia, co by to mogły być za słowa. Ani żarliwe przeprosiny, ani wyrazy dozgonnej miłości nie były tu na miejscu, a wszystko, co znajdowało się pomiędzy tymi skrajnościami, zdawało się równie fałszywe. Dlatego też milczeli do siebie także wtedy, kiedy Syriusz wszedł do tej klasy i znalazł ją siedzącą na podłodze. Opierała się o ścianę i miała wzrok skierowany w stronę okna, choć myślami błądziła gdzieś daleko. Dopiero, kiedy odchrząknął, skupiła na nim spojrzenie. Nic nie powiedziała. On także milczał. Bez słowa usiadł obok niej i zarzucił rękę na jej ramiona, przyciągając ją lekko do siebie. Jej serce na chwilę wtedy zamarło w oczekiwaniu na to, co stanie się dalej. Ale nic się nie stało. Po prostu siedzieli obok siebie w ciszy.
Tymczasem grudzień skończył się i nadszedł styczeń, a wraz z nim do zamku powrócili pozostali uczniowie, którzy błyskawicznie dowiedzieli się o ataku śmierciożerców na rodziców Dainah, więc temat znów odżył. W połowie stycznia wydawało się, że wszyscy już o nim zapomnieli, zwłaszcza że od tego czasu było jeszcze kilka głośnych morderstw. Dlatego też Daniah zdziwiła się, gdy pewnego wtorkowego ranka drogę zaszło jej kilku Ślizgonów zarówno z jej rocznika, jak i młodszych.
– Twój ojciec nie potrafił dochować wierności sprawie – powiedział Yaxley, patrząc na nią z niechęcią.
Dainah popatrzyła na niego pytająco, jakby nie była pewna, czy na pewno mówił do niej.
– Nadchodzi wojna i każdy będzie musiał bardzo uważnie wybrać stronę, po której stanie – kontynuował, a w jego oczach błyszczało coś niebezpiecznego, jakieś źle skrywane szaleństwo. – Będziesz umiała wybrać lepiej niż on?
– O czym wy… – zaczęła, ale jeden ze Ślizgonów wybuchnął śmiechem.
– Pamiętaj, z jakiego domu jesteś – powiedział Selwyn. – Pamiętaj, jak kończą zdrajcy.
Dainah uniosła brwi, zbyt zdziwiona całą tą rozmową, by zadać najbardziej palące pytanie. Oni jednak nie mieli zamiaru z nią rozmawiać, najwyraźniej zadowoleni z tego, co już zdążyli powiedzieć, bo cała grupa bez słowa ją minęła, zostawiając z jeszcze większym mętlikiem w głowie.
Tego dnia miała nadzieję, że Syriusz znajdzie ją w pustej sali – wiedział o całym tym zamieszaniu i, być może, wiedział o śmierciożercach więcej niż ona. Wiedziała, że jego brat zadaje się z Yaxleyem i Selwynem, choć miała wątpliwości co do tego, czy Syriusz będzie w stanie powiedzieć jej cokolwiek o poczynaniach swojego brata. Był to jednak jakiś początek. Jakaś część niej chciała też wiedzieć, czy Syriusz w jakikolwiek sposób zareaguje na to, że grożono jej w umiarkowanie zawoalowany sposób. Starała się wciąż przypominać sobie, że przecież nic ich nie łączy, ale czuła przyjemne ciepło na myśl, że może… może by go to zirytowało.
Ale Syriusz nie przyszedł do niej ani tamtego, ani kolejnego dnia.
Nie był chory, widziała go przecież w Wielkiej Sali. Ze swojego miejsca przy stole Slytherinu obserwowała, jak jadł tosty, jak żartował z Potterem, Lupinem i Pettigrew, jak kończył pisać jakieś wypracowanie, a także jak rozmawiał z innymi dziewczętami. Czasami były to rozmowy zwyczajne, które kończyły się podaniem mu solniczki czy czegoś z leżącego daleko półmiska, ale czasami dziewczęta te podchodziły do niego z odległych końców Wielkiej Sali, by usiąść pomiędzy półmiskami, jakby same były czymś, co można zjeść, jakby chciały zostać pożarte przez niego. Zawsze były wtedy ładniejsze i pogodniejsze od Dainah, a przynajmniej takimi jej się wydawały. Zawsze miały dłuższe nogi, równiejsze zęby, lepszą fryzurę, większy biust… Kiedy tylko na nie patrzyła, przypominała sobie dotyk Syriusza na swoim ciele, jego oddech we włosach i błądzące, rozgrzane dłonie, i zastanawiała się, czy one również na to liczyły, czy może miały podobne wspomnienia.
Wiedziała, że nie powinna o tym myśleć – w końcu ją i Syriusza nic nie łączyło poza tymi dziwnymi spotkaniami od czasu do czasu i szybkim zbliżeniem gdzieś między odrapaną ścianą a koszem na śmieci w ciemnej uliczce w Londynie. Nie miała prawa być o niego zazdrosna, a jednak… Wzdłuż kręgosłupa pełzło jej zimno, kiedy myślała o ustach Syriusza na ustach innej dziewczyny. Często miała wrażenie, że to tylko kwestia czasu, że któregoś dnia – między jednym kęsem posiłku a drugim – zobaczy właśnie to. Zastanawiała się, co wtedy poczuje i czy będzie zdolna do odczuwania czegokolwiek. Choć Syriusz nie był jej, to nie chciała, by był czyjś. W żadnym ze scenariuszy, które pojawiały się w jej głowie, nie wstawała jednak od stołu Ślizgonów, nie podchodziła do niego, nie odpychała tej obcej dziewczyny i nie próbowała o niego walczyć. Zawsze w takich wyobrażeniach to, czego się obawiała, rozgrywało się na jej oczach, a ona bezwolnie na to przyzwalała, jakby wcale jej to nie dotykało.
Póki co jednak nic takiego się nie stało. A wieczorem, kiedy wyszła z kolacji i ruszyła w stronę jednej z sobie tylko znanych sal, dogonił ją Syriusz.
– Co jest, Pool? Przy stole wyglądałaś jak rozwścieczony hipogryf – zagadnął, a ona poczuła rozlewające się po brzuchu ciepło na myśl, że przynajmniej raz ją zauważył.
– Nie wiem, o czym mówisz – odparła możliwie obojętnym tonem.
– Dobra, dobra. – Wyszczerzył się. – Przyszedłem zadbać o twoją edukację.
Dainah uniosła pytająco brew.
– Siedzisz w tych salach i nic z tego nie wynika. Martwię się, Pool – powiedział, przykładając dłoń do serca, jakby dla podkreślenia swojego zmartwienia. Dainah parsknęła śmiechem. – Nie ma się co śmiać, owutemy się same nie napiszą. Dlatego postanowiłem zmierzyć się z trudnym zadaniem powtórzenia z tobą eliksirów.
– Chcę ci przypomnieć, że miałam W z sumów, doskonale sama sobie poradzę.
– Chcę ci przypomnieć, że moje plecy doskonale pamiętają, jak sama sobie radzisz.
Dainah fuknęła z irytacją, która od udawanej szybko przeszła do prawdziwej.
– W porządku, zobaczymy, jak sobie poradzisz – powiedziała, unosząc wyzywająco brodę.
Syriusz pocałował ją tak szybko i krótko, że nawet nie zdążyła zaprotestować. A potem bezczelnie zniknął gdzieś za zakrętem korytarza.
*
– Gdzie ty ciągle znikasz? – zapytała Susannah, kiedy Dainah pakowała kilka pergaminów do szkolnej torby.
– Hm? – zapytała, z roztargnieniem sprawdzając, czy wrzuciła już do niej podręcznik.
– Wychodzisz gdzieś kilka razy w tygodniu i wracasz o dziwnych porach – kontynuowała.
Dainah zerknęła w lustro i odgarnęła parę jasnych kosmyków za ucho.
– Uczę się, owutemy się zbliżają – powiedziała.
– Przecież ona się zakochała – oświadczyła Isla, która przysłuchiwała się tej wymianie zdań. – To nie jest żadna nauka, to zwyczajne randki.
– Nie mam pojęcia, o co wam chodzi – odpowiedziała Dainah, nawet się przy tym nie rumieniąc. – Zejdźcie ze mnie.
Susannah westchnęła.
– Żeby tak ze mną ktoś się chciał uczyć. Zostanę starą panną, zobaczycie – powiedziała.
Isla natomiast patrzyła na Dainah tak, jakby starała się wywiercić jej wzrokiem dziurę w czaszce i zajrzeć do środka. Widać było, że coś analizowała, a wyniki tej analizy nie mogły jej się podobać, bo z każdą chwilą marszczyła nos coraz bardziej. Dainah nie miała zamiaru czekać na pytanie o to, z kim spędza tyle czasu, i bez zbędnych słów wyszła z dormitorium.
Powtórki z Syriuszem trwały już od kilku tygodni i, ku swojemu zdumieniu, odkryła, że faktycznie, przez większość czasu zajmują się nauką. Kilkukrotnie zdarzyło im się zapomnieć na kilka chwil o księgach i pergaminach, zamiast tego skupiając się na swoich ciałach. Zwykle później nie wracali już do powtórek z eliksirów, ale opowiadali o niewiele znaczących historyjkach z przeszłości, póki któreś z nich nie trafiło w czuły punkt tego drugiego. Wtedy zapadali w bezpieczne milczenie albo rozchodzili się do dormitoriów, by za parę dni ponownie się spotkać.
*
W końcu nadszedł luty. W drugą jego sobotę miało się wydarzyć coś, co napełniało Dainah pewnymi obawami. Miała po raz pierwszy od dawna iść na boisko do quidditcha i patrzeć, jak czternaścioro osób na miotłach przerzuca się piłkami, i udawać, że jest tym zainteresowana. Wiedziała, że taki mecz może trwać długo, i wcale nie miała ochoty spędzać tyle czasu na tak bezproduktywnej rozrywce, ale przed kilkoma dniami Syriusz wspominał o tym, jak ważna jest to potyczka, jeśli Gryfoni chcą wygrać Puchar Quidditcha. Widziała ten zapał w jego oczach, aż w końcu najwyraźniej przypomniał sobie, do kogo mówi, bo wymamrotał tylko „Ale przecież ciebie to i tak nie interesuje” i do końca spotkania był dziwnie nachmurzony. Dainah poczuła się nieco dotknięta tymi słowami, choć mecz istotnie jej nie interesował. Nie zareagowała jednak i dopiero następnego dnia, kiedy znów obserwowała Syriusza ze swojego miejsca przy stole Slytherinu, doszła do wniosku, że pójdzie na ten mecz. Skoro tak go to interesuje, to powinna chyba wykazać się jakimś zainteresowaniem. Nie żeby łączyło ich coś, co wymagało od niej takiego zaangażowania.
W sobotni poranek ubrała się dostatecznie ciepło, bo nie zmarznąć na boisku. Isla i Susannah patrzyły na nią ze źle skrywanym zdziwieniem, ale żadna nie wypowiedziała ani słowa. Przy śniadaniu nie widziała Syriusza, ale nie przeszkadzało jej to. W końcu i tak nie mogłaby mu powiedzieć, że będzie na trybunach… a nawet gdyby powiedziała mu o tym, czy jej obecność cokolwiek by zmieniła? Po prostu pójdzie tam, obejrzy ten mecz, a jeśli Syriusz w przyszłości coś o nim wspomni, będzie mogła zaskoczyć go wiedzą o tym, co działo się na boisku.
Mecz był dokładnie tak nudny, jak się tego spodziewała. Kafel wędrował z rąk do rąk, czasami przelatując przed obręcz po puchońskiej stroni boiska, czasami przez jedną z tych po gryfońskiej stronie. Dainah nie śledziła jego ruchów uważnie, bardziej skupiona na tłuczkach, z którymi musiał sobie radzić Syriusz. To był całkiem dobry mecz, jeśli wierzyć słowom komentatora, punkty przyrastały szybko, ale złoty znicz nadal się nie pokazał, przez co szukający byli najbardziej wypoczętymi graczami na boisku. Dobre pół godziny musiało minąć, zanim złoty błysk pojawił się blisko jasnowłosego Puchona, który od razu ruszył w pościg, szybko mając Gryfona na ogonie miotły. Widziała też, jak Syriusz odbija tłuczek w kierunku trójki puchońskich ścigających i wykrzykuje coś do drugiego z gryfońskich pałkarzy. Był tak skupiony na grze, że Dainah fascynowały obserwowanie go. Latał z taką gracją, a jednocześnie bez szczególnego wahania posyłał tłuczki w przeciwników. Było w tym coś magicznego, choć nie na tyle, by chciała oglądać mecze, w których nie mogłaby zobaczyć Blacka.
– Sto dwadzieścia do stu dla Puchonów. Walka o znicza wciąż trwa, Adams wysuwa się na prowadzenie. Jeśli szukający Gryfonów złapie znicza, jego drużyna wygra – informował komentator.
Dainah wbiła wzrok w złoty punkcik, który zdawał się zwodzić obu zawodników, to przystając, to znów przyspieszając. Gryfon reagował na te zmiany z rosnącym zdenerwowaniem, ale wciąż podążał za piłeczką, podczas gdy Puchon wydawał się bardziej skołowany. Jego ruchy nie zawsze wydawały się Dainah logiczne, ale zdawała sobie sprawę, że sport nie musi być logiczny.
W pewnym momencie tłuczek świsnął tuż obok ucha szukającego Hufflepuffu, który chyba próbował zaprotestować, bo zamachał ręką do sędziego, Ten go zignorował, ale przyleciał do niego jeden z puchońskich pałkarzy. Wymienili kilka słów, a potem pałkarz zaczął przejmować tłuczki i posyłać je w kierunku znicza, jakby chciał zniechęcić Gryfona do podlatywnia do niego. Zniechęcanie Gryfonów do czegokolwiek zwykle nie działa, podobnie było w tym przypadku. Syriusz natychmiast znalazł się obok kolegi ze swojej drużyny i osłaniał go przed tłuczkami, kiedy tamten próbował zbliżyć się do znicza, który na chwilę zastygł w powietrzu, jakby czekał na rozwój zdarzeń.
Dainah przestała na chwilę oddychać, kiedy zobaczyła, jak tłuczek trafia w rękę Syriusza, z której wypadła pałka. Tymczasem w jego kierunku mknął ją drugi tłuczek. Dainah usłyszała dźwięk gwizdka, który miał przerwać mecz, ale żaden z zawodników się nie zatrzymał. Szukający Gryffindoru wykorzystał ten moment, by zanurkować w kierunku znicza, a Syriusz szarpnął miotłą i wleciał prosto w tłuczek tak, by nie uderzył on jego kolegi z drużyny. Potem wszystko wydarzyło się jednocześnie, komentator zaczął krzyczeć, że Adams złapał znicza, drużyna Gryffindoru zebrała się wokół Syriusza, by sprowadzić jego miotłę na ziemię, Puchoni natomiast otoczyli swojego pałkarza i wydawali poirytowane krzyki. Wokół tego wszystkiego krążył sędzia, a Dainah rozbolała głowa. Zanim się zorientowała, co właściwie robi, wstała z miejsca i zaczęła schodzić z trybun. Nogi niosły ją na boisko, ale przecież nie mogła tam iść, co miałaby tam robić?
Raz jeszcze spojrzała na boisko. Gryfoni wylądowali już na trawie, a James Potter odrzucił swoją miotłę i, przepchnąwszy się przez Puchonów, zaczął okładać ich pałkarza. Reszta drużyny Gryffindoru próbowała powstrzymać Syriusza przed podnoszeniem się. Z trybuny dla nauczycieli już zbiegła pani Pomfrey. Wszystkie te obrazy kłębiły się przed oczami Dainah i wirowały, póki nie zamknęła oczu i nie zeszła chwiejnie z trybuny dla Ślizgonów, która tego dnia była tylko w połowie pełna. Nie zastanawiała się, czy zwraca na siebie spojrzenia innych. Możliwie spokojnym, ale stanowczym krokiem ruszyła do zamku.
*
Kręciła się w okolicy skrzydła szpitalnego, póki drużyna Gryffindoru z niego nie wyszła. Później widziała, jak wchodzi tam jeszcze kilka osób – Gryfonów, najwyraźniej zaniepokojonych stanem zdrowia Syriusza. Nie miała śmiałości wejść do skrzydła, kiedy oni wszyscy tam byli. Jej miejsce było w lochach, nie powinna nawet krążyć przy tych drzwiach. Dotkliwie też zdawała sobie sprawę, że gdyby nie pomysł pójścia na ten mecz, nawet nie widziałaby, że powinna się martwić o Syriusza. Gdyby nie to, że tam była, siedziałaby pewnie w opuszczonej sali i się uczyła, być może zastanawiając się przelotnie, czy wygrał i czy właśnie świętuje.
Teraz jednak stała za jakąś zbroją i czekała, aż miną ją dwie Gryfonki, z których jedna mówiła, że niesie mu kociołkowe pieguski, które Syriusz tak uwielbia. Dainah nie wiedziała, że Syriusz je uwielbia. Nie wiedziała też, kim są te Gryfonki, ale w tamtej chwili ich nie znosiła.
W końcu jednak korytarz opustoszał i odważyła się wyjść zza zbroi. Kiedy tylko weszła do skrzydła szpitalnego, od razu zauważyła Syriusza. Leżał na łóżku pod oknem i marszczył brwi, jakby próbował rozwiązać jakiś bardzo poważny problem. Obok niego, na szafce nocnej, leżały nierozpakowane kociołkowe pieguski, a Dainah nie była pewna, czy bardziej cieszy ją widok całego i relatywnie zdrowego Syriusza, czy niezjedzonych ciastek.
– Pool, co tu robisz? – zapytał, kiedy ją zobaczył.
To sprawiło, że na chwilę się zatrzymała. Co właściwie tam robiła? Czy nie chciał jej widzieć?
Syriusz wyszczerzył zęby, nie czekając na jej odpowiedź.
– Daliśmy im niezłego łupnia – stwierdził.
– Z tego co widziałam, to oni dali łupnia tobie – zauważyła sucho.
– To tylko… Byłaś na trybunach, Pool? – zapytał, uśmiechając się jak kot, który właśnie zjadł kanarka.
Nie podobał jej się ten uśmiech, który sprawiał, że czuła się, jakby stała przed nim naga. Co gorsza nie fizycznie – tego się nie obawiała – ale emocjonalnie.
– Byłam – przyznała w przypływie śmiałości.
Syriusz uśmiechnął się do niej tak szeroko, że tym razem poczuła, jakby miały się pod nią ugiąć kolana. Żadne z nich nic jednak nie powiedziało.
– Długo będą cię tu trzymać? – zapytała tylko, kiedy poczuła, że cisza zaczyna się już przeciągać.
– Pani Pomfrey uparła się, że powinienem zostać do rana – mruknął, ale po chwili zmienił wyraz twarzy. – Chciałabyś mi potowarzyszyć? – zapytał, to unosząc, to opuszczając brwi w geście, który w teorii miał być zalotny, a tylko wywołał u niej śmiech.
– Chciałbyś – odpowiedziała, siadając obok łóżka.
Zdążyli wymienić raptem parę zdań, zanim do skrzydła szpitalnego wpadli przyjaciele Syriusza. James Potter – nadal w stroju do quidditcha – zmarszczył brwi na widok Dainah.
– Co ona tu robi? – zapytał Syriusza, jakby ten nie zauważył, że tuż obok niego siedzi Ślizgonka.
– Pójdę już – mruknęła Dainah, podnosząc się z miejsca. Nie spojrzała na Syriusza, wbijając wzrok w podłogę, dlatego tym bardziej zaskoczyło ją, kiedy poczuła na swojej dłoni ciepło jego dłoni.
– To jest Dainah – powiedział spokojnie. – I zostanie tutaj.

Na psa urok: 07.

Kiedy Slughorn wezwał ją do swojego gabinetu, obawiała się, że ich rozmowa będzie miała związek z incydentem w trakcie przyjęcia. Od tego czasu Ślimak traktował ją bardzo chłodno w czasie eliksirów – choć mogła być to tylko jej wyobraźnia, a nauczyciel zachowywał się całkiem normalnie – zaś ona słyszała tyle docinków i złośliwych szeptów, że była gotowa przyjąć, że mistrz eliksirów również ma do niej pretensje. Nie wiedziała tylko, czemu czekał tak długo, by je wyrazić – wezwał ją do siebie tuż przed świętami, w dniu, kiedy wszyscy uczniowie, którzy planowali zimową przerwę spędzić w domu, już opuścili zamek.
– Dzień dobry, profesorze – powiedziała, wchodząc do gabinetu i delikatnie zamykając za sobą drzwi. Planowała być uosobieniem wdzięku i uroku, a przypadkowe trzaśnięcie drzwiami pogrzebałoby szanse na realizację tego planu.
Slughorn przyglądał się jakiś papierom leżącym na jego biurku. Dainah rzuciła tylko na nie okiem – kilka wycinków z Proroka i pergaminów – i skupiła się na twarzy nauczyciela. Wydawał się czymś zasmucony.
Lepszy smutek niż wściekłość, pomyślała.
– Panna Pool. Siadaj, Dainah – powiedział cicho, wskazując krzesło po drugiej stronie biurka.
W kiepskim oświetleniu, jakie panowało w całych lochach, wyglądał wyjątkowo posępnie. Nie wzbudzał jednak strachu, co ośmieliło Dainah. Spodziewała się, że już w progu usłyszy ostrą reprymendę. Wiedziała dobrze, że była współwinna incydentowi na przyjęciu – tak samo zresztą, jak wiedziała, że Slughorn kochał te imprezy. Nie miała wątpliwości, że będzie na nią zły. Była zła na siebie, że nie przewidziała, jak skończy się syriuszowa konfrontacja z bratem.
– Jest mi tak przykro, moje dziecko – zaczął, a ona odetchnęła z ulgą. Nie straci punktów dla Slytherinu.
Wystarczyło jej, że ilekroć wchodziła do Wielkiej Sali lub do pokoju wspólnego, tylekroć ktoś miał coś do powiedzenia na temat towarzystwa, w jakim się obracała. Wiele razy słyszała o zdradzie krwi czy o sympatyzowaniu z mugolami, choć nie miała pojęcia, w jaki sposób wyciągnięto ten wniosek. Syriusz był w końcu czystokrwistym czarodziejem, nawet jeśli należał do Gryffindoru. Niektórzy uważali, że oszalała, a zdrada, jakiej się w ich opinii dopuściła, była efektem zaklęcia lub eliksiru. Może Slughorn też uważał, że została zmanipulowana?
– Właśnie otrzymaliśmy sowę z ministerstwa – dodał, wskazując na jeden z pergaminów.
Dainah spojrzała na niego pytająco. Czy w czasie przyjęcia oberwał ktoś poza Regulusem? Może jakiś urzędnik skarżył się na pobrudzoną szatę? Czy jednak pisałby o tym dopiero teraz? I czego Slughorn by oczekiwał, że Dainah zapłaci za czyjąś nową szatę? Przecież to absurdalny pomysł.
– Profesorze, ja bardzo przepraszam za całe to zamieszanie w czasie przyjęcia, naprawdę – powiedziała szybko, starając się wyglądać możliwie niewinnie.
Slughorn zamrugał, jakby nie wiedział, o czym właśnie mówi.
– Przyjęcie? A, tak. – Machnął ręką.
Dainah uśmiechnęła się lekko, czując, jak sporej wielkości głaz właśnie znika z jej żołądka.
– Panno Pool, jest mi bardzo przykro – ciągnął, biorąc do ręki pergamin. Zerknął na niego jeszcze raz, a potem jej go podał. – Przyjmij moje kondolencje.
Dainah powoli, jakby w zwolnionym tempie sięgnęła po pergamin. W pierwszej chwili wydawało jej się, że to, co zostało na nim napisane, jest w obcym języku, bo nie rozumiała sensu czytanych zdań. Nie mogła się skoncentrować, bo w uszach szumiała jej krew. W końcu jednak, słowo po słowie, złożyła komunikat w całość.
Ataku dokonali nieznani osobnicy, podejrzewa się o to śmierciożerców.
W czasie ataku zniszczona została większa część domu.
Podczas oględzin miejsca zdarzenia znaleziono dwa ciała ludzkie, które następnie zidentyfikowano jako…
– Moi rodzice nie żyją? – zapytała, a jej głos brzmiał tak cicho i głucho, że nie była pewna, czy jakikolwiek dźwięk wydobył się z jej gardła. Może tylko otworzyła usta. A może nie zrobiła nawet tego.
Slughorn posłał jej współczujące spojrzenie.
– Musisz udać się do ministerstwa, panno Pool. To bardzo ważne – powiedział tylko.
Faktycznie, na samym dole listu widniała informacja o tym, ze jej stawiennictwo jest wymagane. Nie wiedziała, co o tym myśleć. Tam, gdzie wcześniej znajdował się ciężki kamień, gdzie były wszystkie jej myśli, uczucia i organy wewnętrzne, teraz znajdowała się pustka. Sprawiała ona, że Dainah czuła, jakby dotykała tylko obrzeży rzeczywistości, znajdując się jednocześnie gdzieś indziej.
– Oczywiście – usłyszała swój głos. Potem jakby z zewnątrz widziała, jak jej perspektywa się zmienia, musiała wstać z krzesła. – Do widzenia, profesorze – powiedział znów ten głos, o którym sądziła, że należy do niej.
*
Dainah szła przez błonia oszołomiona. Jej mózg rejestrował wiejący wiatr i padający śnieg, ale wydawało jej się, że ani ich nie widzi, ani nie słyszy. Jej rodzice nie żyli. Mimo że byli figurami znajdującymi się gdzieś daleko, daleko, które miała zobaczyć dopiero za kilka miesięcy, a potem – być może – opuścić na zawsze, by podążyć własną ścieżką, to myśl o tym, że nie ma już możliwości ich zobaczenia, była porażająca.
Nie, jeszcze ich zobaczę, pomyślała Dainah. Skoro ministerstwo chce mnie widzieć, na pewno pokażą mi ich ciała.
Myśl o tym, że jej rodzice nie są już jej rodzicami, nie są istotami żyjącymi, a tylko ciałami, powracała do niej cały czas, bolesna jak cios obuchem w głowę. Dainah była oszołomiona, odkąd wyszła z gabinetu Slughorna. Nie odzywała się, kiedy dotarła do dormitorium, żeby zabrać płaszcz. Zignorowała pytające spojrzenia Susannah i Isli, a następnie wyszła z zamku. Nie była w stanie myśleć, miała w głowie pustkę, a dopiero powiew zimnego, zimowego powietrza na jej policzkach przywrócił jej zdolność myślenia w ograniczonym zakresie, ale wystarczającym do tego, by pustka została gdzieś przytułmiona, ale nadal tam była, czekając tylko, aż Dainah przestanie przywoływać kolejne myśli i będzie podatna na jej atak.
Na błoniach nie było nikogo. Nic dziwnego, pogoda była paskudna, a większość uczniów w tym czasie wolała siedzieć w bibliotece czy w pokoju wspólnym, może nawet w Wielkiej Sali, choć do kolacji zostało jeszcze trochę czasu. Dainah żałowała, że nie wzięła ze sobą nic do jedzenia. Nie była pewna, czy coś by przełknęła, ale bała się tego, że gdy dotrze do ministerstwa i zobaczy swoich rodziców – ich ciała, to tylko ciała – nie będzie w stanie zachować powagi i jej żołądek wyda ją, zdradzi, że jest głodna, że jest w stanie być głodna, kiedy jej świat powinien właśnie lec w gruzach. Powinna płakać, ale nie była w stanie. Cały czas odczuwała tę pustkę, która uniemożliwiała jej płacz, ale podejrzewała, że jeśli nie będzie płakała, wzbudzi jakieś podejrzenia, których przecież wzbudzać wcale nie chce.
Gdzieś trochę przed nią zaszeleściły drzewa w Zakazanym Lesie. Może nie powinna była iść jego skrajem. Gdyby teraz wyskoczyło z niego coś, co miało wobec niej złe zamiary, mogłaby nie być w stanie się obronić, była zbyt zdekoncentrowana. Irytowało ją to, że nie może się skupić. Powinna móc skupić się chociaż na kilku czynnościach, które ma wykonać. Dotrzeć do Hogsmeade, przenieść się do ministerstwa, znaleźć osobę, której nazwisko Slughorn zapisał jej na kartce, a potem… Nie była pewna, co będzie się działo, kiedy wyjdzie z ministerstwa, jej wyobraźnia nie działa z takim wyprzedzeniem.
Nagle na jej drodze wyrósł Syriusz, który musiał wyjść spomiędzy drzew. Nie zauważyła go, ale jednocześnie nawet nie zdziwiła jej jego obecność w tym miejscu. Syriusz miał tendencję do pojawiania się w różnych miejscach. Właśnie wydłużył jej listę o jeszcze jeden punkt – będzie musiała się go pozbyć.
– Co masz taką ponurą minę, Pool? – zapytał. – Umarł ktoś?
Dainah popatrzyła do niego z niedowierzaniem. Nie była pewna, czy żartuje, czy też ona ma wypisane na twarzy informacje o tym, co się właśnie stało. Ale nie, Syriusz się uśmiechał, a włosy opadały mu na czoło i oczy zupełnie tak samo jak zawsze. Miał w nich nawet topniejące płatki śniegu, które zwykle sprawiały, że serce Dainah drgało, zalane falą ciepła, którego źródła nawet nie próbowała dociekać. Teraz jednak nie odczuła niczego takiego, zupełnie, jakby jej serce było skute lodem i całkowicie niezdolne do drgania.
– Skąd ten pomysł? – zapytała chłodno.
Syriusz wzruszył ramionami i wyszedł na ścieżkę, tarasując jej drogę. Dainah spojrzała na niego pytająco. Nie miała siły na to, by kazać mu odejść, ale nie chciała, żeby szedł z nią. To nie będzie przyjemna wycieczka. Będzie pełna łez, trudnych decyzji i niewygodnych pytań. Pewnie dołączą do nich spojrzenia pełne współczucia. Dainah nic z tego się nie podobało i nie chciała, żeby Syriusz widział ją w takim stanie.
– Urocze, niewinne dziewczęta nie powinny same wychodzić na błonia po zmroku – powiedział, posyłając jej zawadiacki uśmiech. – Mówiliśmy już o tym, prawda?
– Nie mam czasu na twoje żarciki – warknęła.
– A więc chcesz spotkać wilkołaka albo akromantulę?
– Nie idę do Zakazanego Lasu, muszę dostać się do Hogsmeade.
Syriusz nie przestawał się uśmiechać, ale jednocześnie popatrzył na nią pytająco, co nadało jego twarzy dziwny wyraz, jakby dolna jej część i górna zupełnie nie zgrały ze sobą mimiki.
– A więc przygoda? – zapytał, decydując się na nieco urażony, ale względnie neutralny ton. – Beze mnie?
– Syriuszu, naprawdę, to, co robię, nie jest twoją sprawą – westchnęła ciężko.
Popatrzył na nią, jakby jej nie wierzył. Musiało mu się wydawać, że to, co działo się na przyjęciu Slughorna, zostało przez nią zapominane. Nie wiedział w końcu, że po prostu zyskała pewną perspektywę, której wcześniej nie miała. Bójka dwóch Blacków nie była czymś, co teraz miało znaczenie. Powinien to zrozumieć, ale nie spodziewała się, że wykaże się taką empatią. Zresztą nie była zainteresowana jego empatią.
– Pójdę z tobą, Hogsmeade wygląda świetnie wieczorami – oświadczył, nie pytając jej nawet, po co tam idzie. Był jednak dziwnie poważny i przez chwilę zastanawiała się, czy wiedział już, co jest faktycznym celem jej wieczornej podróży.
– Muszę tam złapać kominek do Londynu – powiedziała, zanim zdążyła się powstrzymać.
Syriusz nie okazał zdziwienia. Po prostu pokiwał głowa.
– A więc Londyn – potwierdził.
*
Podróżowanie siecią Fiuu nie było preferowaną przez Dainah metodą podróżowania, dlatego niemal cieszyła się, kiedy znalazła się w holu Ministerstwa Magii. Nie pomyliła rusztów, nie podpaliła swoich szat, nie była szczególnie ubrudzona sadzą. Na nic innego nie mogła liczyć. Oczywiście Syriusz wyglądał na człowieka, który codziennie podróżował w ten sposób i nie robiło to na nim wrażenia. Żeby było gorzej, nie miał na sobie chyba ani jednego pyłku sadzy.
– Co teraz, Pool? – zapytał tylko, kiedy już otrzymali przepustki, a także sprawdzono ich różdżki.
Dainah wyjęła karteczkę, którą otrzymała od Slughorna. Im bliżej była celu swojej wyprawy, tym mniejszą miała ochotę na rozmawianie z nim czy z kimkolwiek innym. Podczas drogi do Hogsmeade wymienili parę zdań, ale on mówił zdecydowanie więcej niż ona. Teraz odpowiadała mu tylko półsłówkami lub skinieniami głową. Jej myśli zdawały się zwalniać na tyle, że mogła poradzić sobie tylko z jedną myślą w jednym momencie.
– Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów? – zdziwił się Syriusz.
Skinęła głową.
– To na drugim poziomie – powiedział, a ona była mu wdzięczna, że nie zapytał, po co tam idą.
Przez cały ten czas nie zadał tego pytania, jakby było mu zupełnie obojętne, co znajdzie się u celu ich podróży, a jego interesowała sama ta podróż. Być może właśnie na tym polegało całe życie Syriusza – radość z podróży i zastanawianie się nad kolejną przygodą dopiero, kiedy ta obecna się skończy. Przez jej mózg łagodnie przepłynęła myśl o tym, że w sumie nie ma pojęcia, co Syriusz planuje po zakończeniu Hogwartu, ale na pewno nie wróci do swojej rodziny – jeśli czegoś się dowiedziała w czasie przyjęcia u Slughorna, to właśnie tego, że w szlachetnym i starożytnym rodzie Blacków występuje znaczący konflikt. Syriusz będzie zdany na siebie. Całkiem jak ona.
– Winda jest tam. – Machnął ręką, a ona nie zareagowała. – Co jest, Pool?
– Nic – ucięła. – Wszystko w porządku.
Popatrzył na nią, jakby wiedział doskonale, że właśnie kłamie, ale planował pozwolić jej na te małe sekrety, których i tak długo nie zatrzyma tylko dla siebie – niebawem dojdą do Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Zresztą sama jego nazwa była dla Syriusza pewną wskazówką, że nie jest to miła wycieczka w celu załatwienia jakichś nic nieznaczących spraw.
Wsiedli do windy w milczeniu. Potem – wciąż w milczeniu – ruszyli korytarzem. Kiedy wcześniej dotarli do Hogsmeade śnieg przestał padać, ale było już całkiem ciemno. Księżyc świecił jasno, a jego blask był zimny i wyraźny, co świadczyło o mroźnym powietrzu. Za oknami ministerstwa również była noc, ale sceneria wyglądała zgoła inaczej – wielkie, leniwie opadające płatki śniegu przemykały za szybą, tworząc niemal magiczną atmosferę.
Dainah zacisnęła szczękę, jakby bała się, że jeśli nie napnie mięśni, to całkiem zwiotczeją i nie będzie w stanie ich użyć, kiedy będzie musiała. Wyglądała na tak spiętą, że Syriusz zastanawiał się, jak udaje jej się chodzić. Choć stawiała kroki w sposób zdecydowany i bezkompromisowy, było w niej coś, co skłaniało go do myślenia, że to tylko maska, pod którą kryje się coś innego, coś, nad czym Dainah nie panuje i dlatego tego nie pokazuje.
– Będzie lepiej, jeśli poczekasz pod drzwiami – powiedziała tylko i, nie czekając na jego odpowiedź, weszła do pomieszczenia. Na drzwiach wisiała tabliczka głosząca Biuro Aurorów, a Syriuszowi po raz pierwszy przeszło przez myśl, że może wcale nie powinien jej towarzyszyć, że to, co miała do zrobienia, faktycznie go nie dotyczyło, a fakt, że jednak pozwoliła mu iść za sobą, nie miał związku z sympatią, jaką do niego czuła, a po prostu z brakiem siły, by go od siebie odpędzić. W końcu nikt nie przychodził tutaj dlatego, że chciał. Ludzie, którzy tu przychodzili, mieli do załatwienia coś nieprzyjemnego, a fakt, że on towarzyszył jej do tego punktu, obligował go do tego, by ją pocieszyć, kiedy stamtąd wyjdzie.
Miał tylko nadzieję, że nie będzie płakała. Nie wiedział, co robić, kiedy jakaś kobieta przy nim płakała.
*
Dainah niewiele czuła i niewiele myślała. Mechanicznie odpowiadała na pytania, nie zatajając niczego. W końcu nie miało większego znaczenia, jak wyglądało ich życie rodzinne, skoro większość osób tworzących tę rodzinę bał martwa i leżała kilka stóp od nich, przykryta białym prześcieradłem. Dainah była zdumiewająco obojętna na ten widok i przez myśl przeszło jej nawet, że może to zostać źle odebrane przez aurorów. W końcu powinna być zrozpaczoną córką, sierotą, która właśnie dowiedziała się, że jej rodzice zginęli z ręki osób, które mogły wcześniej odwiedzać ich dom jako znajomi czy przyjaciele. Mogli siedzieć w salonie i pić kawę z jej matką lub cicho rozmawiać z jej ojcem. Powinna zalać się łzami, tymczasem ona siedziała sztywno na krześle, napięta jak struna, odpowiadając na wszystkie pytania krótko, ale nie nieuprzejmie.
– Śmierciożercy, mówią na nich – stwierdził niski, żylasty mężczyzna, który zadawał jej wcześniej pytania. – Ostatnio atakują coraz częściej.
– Ale czemu zaatakowali moich rodziców? – zapytała Dainah.
– Tego chcieliśmy się dowiedzieć od ciebie.
Dainah popatrzyła na niego bez emocji. Przez chwilę miała ochotę prychnąć, ale zdołała zdławić ten odruch.
– Nie mam pojęcia.
Auror popatrzył na nią, jakby podejrzewał, że kłamie. Może pochodził z jednej z tych rodzin, w których wszyscy wszystko o sobie wiedzieli. W domu państwa Pool tak nie było. Ledwie dostrzegali siebie wzajemnie, zbyt zajęci swoim życiem wewnętrznym.
– Żadnych domysłów? – zapytał, mrużąc oczy.
Nie odpowiedziała. Utkwiła wzrok w ciałach leżących pod prześcieradłami, starając się zrozumieć, co właściwie czuje. Z jednej strony przepełniała ją okropna pustka, z drugiej natomiast miała wrażenie, że pulsuje w niej tak wiele emocji, że strasznym wydawało jej się czekanie na to, które z nich wygrają i pojawią się na jej twarzy, w jej głosie czy w gestach. Auror wykazywał zerowe współczucie, ale niespecjalnie ją to dziwiło. Czasy były niespokojne. Jej tragedia pewnie była tylko kolejną rubryką w jego sprawozdaniu miesięcznym. Jakaś jej część to rozumiała, podczas gdy inna jej część miała ochotę wylać na notatki aurora lurowatą kawę, którą jej zaserwował.
– Każdy ma jakichś wrogów, pomyśl – powiedział, nie odrywając wzroku od swoich notatek.
– Może pana notatki wiedzą o nich więcej niż ja – fuknęła w końcu, czując, że pustka ustępuje emocjom, które zdominował gniew.
Auror podniósł na nią wzrok.
– Zdajesz sobie sprawę, gdzie jesteś? – warknął na nią, najwyraźniej zdając sobie sprawę z tego, że niewiele z niej wyciągnie.
Dalsza rozmowa trwałą krótko, a Dainah podpisała najbardziej zdawkowy protokół, jaki mogła sobie wyobrazić. Auror fałszywie uprzejmym tonem zapewnił ją, że pożałuje, jeśli próbuje kogoś ukrywać, a także zapewnił, że siły ministerstwa są już na tropie sprawców. Dodał, że będą ją informować o postępach w śledztwie, ale z tomu jego głosu wywnioskowała, że może tak wcale nie być – brzmiało to bardziej jak wyuczona formułka niż jak szczere zapewnienie.
To wszystko jest robione tylko na pokaz, pomyślała. Nikogo nie obchodzą moi rodzice. Ja też nikogo nie obchodzę.
Kiedy wyszła z gabinetu, trochę się zdziwiła, że Syriusz na nią czekał, choć nie było to spowodowane tym, że spodziewała się, że zostanie porzucona. Po prostu nie potrafiła wyobrazić sobie, że czekał w jednym miejscu przez tyle czasu. Syriusz był zbyt żywy i dynamiczny, żeby czekać. A jednak…
– Chodź, Pool, niedaleko jest sympatyczna kawiarnia – powiedział.
Dainah uniosła brwi, ale nie zaprotestowała. Szukała w myślach słów, które chciałaby do niego skierować, ale nic nie przychodziło jej do głowy. Milczała przez całą drogę do wyjścia z ministerstwa, a także kiedy nocne, zimowe powietrze owiało jej policzki. Syriusz zdecydowanym krokiem ruszył przed siebie, a ona podążyła za nim. Dopiero po kilkunastu minutach stało się jasne, co powinna powiedzieć:
– Nie masz pojęcia, gdzie jesteśmy, co?
Syriusz wyszczerzył zęby w jej kierunku.
– Najmniejszego. Ale coś tu musi być otwarte.
*
Znalezienie czynnej kawiarni okazało się jednak trudniejsze. Choć Dainah była pewna, że powinni wyjść z ministerstwa w centrum Londynu, tak się nie stało. Krążyli więc uliczkami, z każdym krokiem coraz bardziej zamieniając się w śnieżne bałwany i przez większość czasu milcząc do siebie. Syriusz wziął na siebie rolę przewodnika, choć odgrywał ją raczej średnio. Czasami rzucał jakiś mniej lub bardziej zabawny komentarz, a ona uśmiechała się lekko, jakby mimochodem.
W końcu chłód skłonił ich do podążenia za jakąś mugolską wycieczką, która mówiła coś o jedzeniu. W ten właśnie sposób znaleźli się w całkiem przestronnej restauracji, która cieszyła się ogromnym zainteresowaniem ze strony mugoli, choć jedzenie nie było w niej zbyt wyrafinowane.
– Gdzie są sztućce? – szepnęła Dainah, kiedy czekali w kolejce, by złożyć zamówienie, i mogli się przyjrzeć innym gościom tego przybytku.
– Gdzie twoja wola przeżywania przygód, Pool? – zaśmiał się Syriusz.
Dainah wolałaby jednak przeżywać te przygody z nożem i widelcem w ręku, o czym jednak mu nie powiedziała, żeby nie narażać się na kolejne podśmiewanie. Już wcześniej się z niej nabijał, jednak nie brała jego docinków do siebie. Wypełniały one pustkę, którą odczuwała, i pozwalały jej poczuć się trochę bardziej jak ona sama.
Kilka minut i niespełna jednego funta później siedzieli przy stoliku w rogu sali i przeżuwali kanapki z wołowiną, przegryzając je frytkami. Gdzieś pomiędzy nimi wciąż wisiało niezadane pytanie o to, czemu Dainah musiała udać się do ministerstwa, ale żadne z nich nie miało ochoty poruszać tego tematu. Zamiast tego łatwo przychodziły im niewiele znaczące słowa o esejach i owutemach, jego odpuszczanie sobie mugoloznawstwa, jej znużenie na historii magii…
– Czyli co planujesz? To nie brzmi, jakbyś starał się o ciepłą posadkę w ministerstwie – powiedziała, chwytając jeszcze kilka frytek, które Syriusz pożerał w godnym podziwu tempie.
Syriusz spochmurniał i na chwilę przerwał jedzenie.
– Nie wiem – powiedział głosem tak ponurym i szczerym, że aż poczuła się zaskoczona i niemal winna.
Pokiwała głową i przez chwilę w milczeniu sączyła napój, który jej podano.
– Chciałbym zobaczyć trochę świata – powiedział w końcu, patrząc przez okno. – Zobaczyć, jak życie może wyglądać gdzieś indziej. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, w czym wyrośliśmy, ale może gdzieś tam jest coś… lepszego. Innego.
Pokiwała głową. Nie myślała o tym w ten sposób. Może w ogóle o tym nie myślała, zbyt pewna, że gdy tylko skończy Hogwart, bez problemu wpadnie w rolę napisaną dla niej przez rodziców. Albo w taką, w którą przypadkowo wepchnie ją życie, zupełnie nie pytając jej o zdanie.
– Nie sądzę, żebym kiedykolwiek ruszyła się z Anglii – odpowiedziała głucho, czując, że słowa rezonują wewnątrz niej, odbijając się gdzieś w pustce, którą nosiła w sobie i której nie dała rady wypełnić frytkami z colą ani hamburgerem.
– Nigdy nie mów nigdy, Pool. Robi się tu coraz bardziej niebezpiecznie – stwierdził, ale nie kontynuował tematu, kiedy zobaczył, że jej mina zrzedła.
– Dlatego chcesz wyjechać? – odparowała ostro, niemal z pretensją, czując, że jest dla niego niesprawiedliwa, ale jednocześnie pragnąc, by on też poczuł się dotknięty.
– Nie. Dlatego właśnie nie wyjadę – uśmiechnął się krzywo, a uśmiech ten był wyraźnie wymuszony.
Dainah skupiła się na resztce frytek, które leżały przed nią. Syriusz lekko odsunął się od stolika i rozłożył się na krześle z wystudiowaną nonszalancją. Gdyby nie konstrukcja krzesła, najpewniej by się na nim bujał. Przybrał maskę obronną, jakby spodziewał się ataku lub przynajmniej próbował wyglądać na dzielniejszego niż był w rzeczywistości. Dainah zastanawiała się, czy faktycznie chce walczyć z tym zagrożeniem, które pojawiło się w kraju, a jeśli tak, to czy w wieku siedemnastu lat ma dostatecznie dużą wiedzę, by poradzić sobie z ludźmi, którzy władają czarną magią i najwyraźniej nie mają skrupułów przed wysadzaniem w powietrze innych czarodziejów i ich rodzin. Syriusz był jednym z lepszych uczniów na roku – a przynajmniej wtedy, kiedy chciało mu się uczyć – ale był jeszcze dzieciakiem, tak samo jak ona. Ktoś mógł im powiedzieć, że są dorośli, że mogą używać różdżek czy się teleportować, ale żadne z nich nie miało pojęcia, co czeka ich w świecie, który każdego dnia stawał się coraz mroczniejszy.
Wiedziała, że nie powinna pytać o jego rodzinę – na przyjęciu u Slughorna dowiedziała się wystarczająco dużo o tym, jakie relacje panują w rodzie Blacków. Nie chciała też mówić o tym, że jej rodzina właściwie przestała istnieć. Nie chciała nawet myśleć o tym, gdzie podzieje się po ukończeniu Hogwartu, bo w miejscu, gdzie dawniej stał jej dom, był tylko stosik gruzu. Domyślała się, że Syriusz również nie ma dachu nad głową i być może jego wola walki wynikała właśnie z tego, że nie miał nic własnego, żadnego kąta, żadnego celu, żadnej powinności. Miał tylko swój bunt i złość na rodzinę, a Dainah wiedziała dobrze, że to może rozgrzać kości bardziej niż cokolwiek innego.
Zastanawiała się, czy kiedykolwiek poczuje w kościach takie ciepło.
– Chcesz zabijać innych? – wypaliła, chcąc skruszyć jego maskę i, być może, sprawić, że poczuje się tak źle jak ona, choć z innych powodów.
Syriusz ściągnął brwi, najwyraźniej traktując jej pytanie nie jako prowokację, ale jako poważną wątpliwość.
– Tylko jeśli będę musiał – powiedział wyjątkowo przytomnym i pozbawionym śladów bucostwa głosem.
– A więc masz prawo decydować o tym, kogo trzeba zabić, a kto może żyć? – zapytała, czując pierwsze iskierki złości. Tak bardzo chciała w tej chwili poczuć cokolwiek.
– To nie tak, Pool – westchnął.
– Tak właśnie robią śmierciożercy. Zabijają, kogo chcą – upierała się.
– To co innego, oni zabijają niewinnych – zaoponował. – Mugoli. I czarodziejów, którzy nie popierają Sama-Wiesz-Kogo.
Czy moi rodzice nie chcieli go poprzeć? Za to właśnie zginęli?, przemknęło przez myśl Dainah.
– Jesteś zadufanym w sobie bubkiem, wiesz? – fuknęła.
Syriusz nagle zmienił pozycję, w jakiej wcześniej znajdowało się jego ciało. Zamiast nonszalancji pojawiło się spięcie, jakieś zwarcie i skupienie w sobie do tego stopnia, że gdy wcześniej zdawał się rozsadzać i przytłaczać krzesło swoją osobą, teraz usiadł wyprostowany, niemal zlewając się z tym meblem, tworząc prostą, niewyróżniającą się całość, dla której ważniejsze od teatralnego zachowania było skupienie na temacie. Dainah poczuła, że szare oczy przewiercają ją na wylot. Było to o tyleż niepokojące, co ekscytujące.
– Naprawdę, Pool? – zapytał spokojnym, wypranym z emocji tonem. – Właśnie tak sądzisz?
Pulsowała w niej chęć powiedzenia czegoś, co go zaboli, co sprawi, że będzie musiał zareagować emocjonalnie. Nie chciała go skrzywdzić dlatego, że go nie lubiła; chciała to zrobić, ponieważ wiedziała, że on to zniesie, że sobie z tym poradzi i – być może – nie odtrąci jej za to.
– Porywasz się na coś, co przerasta cię o trzy głowy – odpowiedziała, starając się zachować spokój. – Chcesz coś komuś udowodnić?
Chcesz coś udowodnić swojej rodzinie?, przeszło jej przez myśl, ale nie powiedziała tego na głos. Nie była szalona.
– Wychodzimy – warknął tak oschle, że przez chwilę zastanawiała się, czy jednak nie wypowiedziała tych słów. Gdyby była w innym stanie psychicznym, może by się wystraszyła. Teraz poczuła tylko jęzory ognia liżące jej wnętrzności i dziękowała Merlinowi za to, że nie były już tą lodowatą pustką.
Kiedy znaleźli się przed restauracją, Syriusz chwycił Dainah za rękaw i poprowadził w stronę uliczki rzadziej uczęszczanej przez mugoli, gdzie mogli porozmawiać bez przyciągania pytających czy zdezorientowanych spojrzeń, których nie brakowało, gdy jeszcze siedzieli w środku. Znaleźli się w ciasnej, słabo oświetlonej uliczce, która musiała być jakimś sporadycznie używanym skrótem pomiędzy wysokimi kamienicami. Syriusz nie puścił jej rękawa, zaciskając na nim palce.
– W co ty grasz, Pool?
Oddychał ciężko i szybko, jakby właśnie przebiegł ładnych parę kilometrów.
Nie odpowiedziała. Zamiast tego przywarła wargami do jego ust z taką mocą, że aż zatoczył się na ścianę jednej z kamienic. Nie zaprotestował, najwyraźniej zdziwiony jej nagłym pocałunkiem, tak łapczywym i desperackim, jakby próbowała przeniknąć do jego jestestwa. Nie pozwoliła mu też przerwać pocałunku, nieznacznie tylko przesuwając usta i z zapałem ssąc jego dolną wargę.
– Pool – zaprotestował w końcu, choć był to protest raczej słaby i pozbawiony przekonania.
– Po prostu się nie odzywaj – szepnęła gdzieś w jego szyję, gdzie teraz, kiedy przestała stać na palcach, znajdowała się jej twarz. Oddychała równie szybko co on wcześniej, ale nie z powodu wściekłości.
Tym razem to on ją pocałował, a jego pocałunek był niemal tak samo nieustępliwy jak ten, który ona zainicjowała. Dainah poczuła pod plecami nierówny, ceglany mur, a poczucie, że jest otoczona z dwóch stron – z jednej właśnie przez zimny budynek, a z drugiej przez ciepłe ciało Syriusza – dało jej impuls do tego, by dotknąć paska jego spodni i wsunąć dłoń pod sweter. Dotyk jego skóry rozpalał kolejne płomienie, które ogarniały ją całą. Nie miałaby nic przeciwko temu, by w nich spłonąć.
– Pool, nie zaczynaj czegoś, czego nie chcesz kontynuować – powiedział cicho w jej jasne włosy.
– Kto powiedział, że nie chcę? – zapytała, rozpinając swój własny sweter.
Było to dostateczną zachętą dla Syriusza, który znów ją pocałował, przyciskając do ściany i obejmując trochę zbyt mocno. Dainah to nie przeszkadzało. Czuła, że w ten sposób zatrzymuje ją na tym świecie, że chroni ją i przed samospaleniem, i przed lodowatą pustką. Czuła, że oddanie mu kawałka siebie to jedyny sposób, by zachować całą resztę.

Na psa urok: 06.

– Zaprosił cię na randkę? – zapytała Isla, rozdziawiając usta o wiele szerzej, niż pozwalało na to dobre wychowanie.
– Nie – odparła Dainah. – Tak. Nie. To nie jest takie proste.
Susannah siedziała na swoim łóżku i uważnie przypatrywała się przyjaciółkom. Nie zabrała jeszcze głosu, choć uważnie słuchała. Patrzyła też na nerwowe ruchy Dainah i próbowała rozgryźć, co właściwie stało się tej nocy, po której wróciła do dormitorium ze szlabanem i z tą nie-randką, do której się właśnie szykowała. Gdyby umawiała się z Syriuszem, Susannah by o tym wiedziała, nie miała co do tego wątpliwości. Tymczasem Dainah zdawała się iść na nierandkę zupełnie nieromantycznie – i tego Susannah nie rozumiała.
– Może nie powinnam tam iść? – zapytała Dainah, niepewnie przyglądając się granatowej sukience, którą wyjęła z kufra. Sukienka była okropnie pognieciona i nie wyglądała dostatecznie elegancko, jakby jej posiadaczka spakowała ją tylko na wszelki wypadek, nie zaś dlatego, że była pewna, że będzie musiała iść na spotkanie Klubu Ślimaka.
– I jak się wytłumaczysz z nieobecności?
Dainah chwilę pomyślała.
– Kobiecą niedyspozycją? – zapytała, a Isla popatrzyła na nią, jakby nigdy nie słyszała głupszej wymówki. – Slughorn to facet, nie zrozumie i będzie współczuł.
– Nie zrozumie i będzie miał ci za złe, że nie przyszłaś.
– I tak wolałby tam widzieć mojego ojca, nie mnie – wymamrotała Dainah.
Nie lubiła mówić o swojej rodzinie. Nie była pewna, na jakich zasadach funkcjonowało właściwie małżeństwo jej rodziców, ale odkąd sięgała pamięcią była przekonana, że trudno o dwoje mniej dobranych ludzi. Podczas gdy jej matka bujała gdzieś w obłokach, czasami tylko nawiązując kontakt z ziemią, ojciec był jednym z najbardziej małomównych ludzi, jakich znała. Zwykle znikał w gabinecie na długie godziny lub nawet dni tak, że sama nie była pewna, czy w końcu nie poszedł po rozum do głowy i nie zostawił swojej żony. Nie mogłaby go za to winić. Jednak z jakichś zupełnie niezrozumiałych względów czasami zjawiał się w salonie czy w kuchni, mamrotał coś pod nosem i znów znikał za ciężkimi drzwiami od gabinetu lub wychodził z domu i nie informował nikogo o tym, czy wróci dziś, czy za tydzień. Dainah nie wiedziała, co robił w tym czasie; kiedyś próbowała się domyślać, tworzyła w głowie różne scenariusze, ale nigdy nie wymyśliła nic, co wydawałoby się brzmieć odpowiednio. Sam pomysł, że mógłby mieć kochankę, wywoływał w niej śmiech. Podobnie mało prawdopodobne wydawałyby jej spotkania grupy znajomych. Praca? Być może, ale przecież ojciec przerzucał tylko papiery w Ministerstwie. Nie była pewna nawet, w jakim wydziale pracował. A jednak… Jednak musiał przerzucać te papiery w wyjątkowo dobrze rokujący sposób, skoro Slughorn zaprosił ją do swojego klubu.
Była dobra z eliksirów, ale wątpiła, by samo to zapewniło jej zaproszenie. W końcu Slughorn zaprosił już dwa inne talenty, z którymi Dainah nie mogła się równać – Snape’a i tę rudą Gryfonkę, Lily Evans. Poza nimi na przyjęcia Ślimaka przychodziło jeszcze parę osób. Paru Ślizgonów miało – podobnie jak Dainah – ważnych ojców, jakiś Krukon błyszczał na polu naukowym, zarozumiały Puchon miał przed sobą wspaniałą karierę jako gracz quidditcha… Kręciło się tam jeszcze kilka osób, ale Dainah nie pamiętała, czym sobie zasłużyły na ten zaszczyt.
– Będziecie się tak świetnie bawić – westchnęła Isla, a Dainah prychnęła.
– Mówiłam ci, że te spotkania potrafią być nudne.
– Ale będziesz z Syriuszem. – Isla wydęła usta i zamachała zalotnie rzęsami. – Na pewno znajdziecie jakiś sposób, żeby się dobrze bawić.
– On nie idzie tam po to, żeby się dobrze bawić – przypomniała Dainah. – Pewnie nawet nie będzie ze mną rozmawiał.
– Nikt nie mówił, że musicie rozmawiać, możecie się…
– Nie po to tam idzie – fuknęła Dainah, rozgniewana całą tą sytuacją.
Isla przewróciła oczami i nie kontynuowała tematu.
– To po co właściwie tam idzie? – zapytała w końcu Susannah.
– Chodzi o Regulusa.
Na chwilę zapadła cisza. Cały Hogwart wiedział, że bracia Black nie darzą się sympatią, a jeśli na przyjęciu miało dojść do jakiejś konfrontacji, najpewniej nie będzie ona przyjemna dla świadków.
– Nie powinnaś się mieszać w sprawy rodzinne – powiedziała cicho Susannah. – Obaj mają swoje problemy, które cię nie dotyczą.
Dainah popatrzyła na nią z niedowierzaniem. Susannah była zawsze pełna tego irytującego przekonania, że prawdziwa miłość istnieje, a wszystko, co jest napisane w książkach, może się wydarzyć. Jako pierwsza broniła czystości intencji innych ludzi i starała się dostrzegać w nich dobre strony. I idealizowała wszystko, co mogło się skończyć romansem. Kilka razy z przejęciem mówiła już o poranionej duszy Syriusza Blacka, którą ktoś powinien uleczyć siłą uczucia, a teraz była tak trzeźwa i racjonalna?
– W nic się nie chcę mieszać – oświadczyła chłodno i razem z pogniecioną sukienką znikła w łazience.
*
Dainah wolno sączyła coś, co okazało się sokiem wiśniowym, choć miała nadzieję, że będzie czymś zupełnie innym. Płyn na szczęście był chłodny, przez co zdawał się studzić gotujące się w niej emocje. Wieczór zaczął się nieźle, Syriusz czekał na nią przy wejściu do lochów, przystojny jak zawsze. Początkowo wyglądał na zasępionego, ale posłał jej uśmiech i powiedział – może zbyt mechanicznie, ale wtedy tego nie zarejestrowała – coś miłego o jej wyglądzie. Nawet wymienili kilka zdań w drodze do Slughorna. Atmosfera była prawie randkowa. Przynajmniej przez tych kilka minut, bo na przyjęciu Syriusz dość szybko się od niej odłączył i przepadł gdzieś w tłumie, który składał się zarówno z uczniów, jak i z dorosłych, przy czym ci drudzy przeważali. Dainah nie miała pojęcia, kto wpuścił ich do zamku, ale nie miała czasu nad tym myśleć. Kiedy już ściągnęła na siebie wzrok wszystkich – Slughorn powitał ich na tyle głośno, że słyszeli to nie tylko wszyscy na przyjęciu, lecz także pół zamku – i zgubiła Syriusza, jej uszu dobiegło kilka niewybrednych komentarzy. Najwyraźniej Gryfoni nie byli dobrze postrzegani na takich bankietach, zwłaszcza Gryfoni, którzy trafili do Domu Lwa na złość swoim rodzinom.
– Prowadzisz się ze zdrajcami krwi – syknął do niej Snape, kiedy w pewnym momencie znaleźli się obok siebie przy stole z przekąskami.
– Nisko upadłaś – mruknął Yaxley, kiedy nalewała sobie soku.
– Kalasz imię Salazara – ocenił Selwyn, kiedy przechodziła przez tłum.
Syriusza nie było nigdzie w pobliżu, więc nie słyszał tych komentarzy. Zresztą nawet, gdyby je słyszał, pewnie nic by go nie obeszły. Dainah zwykle nie była tak wrażliwa na opinię innych, ale w tym konkretnym przypadku czuła, jak napiera na nią ściana niechęci, przed którą nie potrafiła się obronić. Najchętniej wyszłaby stamtąd i wróciła do dormitorium, ale nie zamierzała nikomu dawać tej satysfakcji. Została zaproszona i zostanie na przyjęciu dostatecznie długo, by nie wzbudzić sensacji. Z Syriuszem albo bez niego.
Z wystudiowanym znużeniem przyglądała się grupkom, które poruszały się po pomieszczeniu i głośno rozmawiały. Slughorn kluczył między nimi wszystkimi, król swojego małego królestwa, przyjaciel ich wszystkich. Trudno było jednak nie zauważyć, że niektóre z grup milkły, gdy do nich podchodził. Może spotkanie, które Slughorn zorganizował, żeby powygrzewać się w czyimś blasku, było okazją, by część jego gości ubiła swoje własne interesy.
Nagle uwagę Dainah przykuło zamieszanie przy stole z przekąskami. Skupiło się tam sporo osób, w tym chyba wszyscy uczniowie, którzy byli obecni na przyjęciu. Jak na tak dużą grupę byli jednak wyjątkowo cicho – tak cicho, że Dainah wyraźnie usłyszała podniesione głosy. Niepewnie ruszyła w ich kierunku, niemal pewna, że jeden z tych głosów należał do Syriusza.
– Uważasz, że ten bunt cokolwiek zmienił? – zapytał Regulus, siląc się na spokój. Na jego bladej twarzy pojawiły się nieznaczne rumieńce, które wskazywały na to, że temat rozmowy wywołuje w nim emocje. – Nadal jesteś Blackiem.
– Nie mam z wami nic wspólnego – warknął Syriusz, a tłum, który zgromadził się wokół braci, zaczął szeptać. Być może nawet czyniono zakłady, bo obaj Blackowie wyglądali, jakby mieli się rzucić sobie do gardeł. Regulus starał się zachować pozory spokoju, podczas gdy wszystkie emocje Syriusza były wymalowane na jego twarzy.
– Jesteś dokładnie taki sam jak my wszyscy! – krzyknął Regulus, a kilka osób stojących najbliżej zrobiło krok w tył, ktoś nawet stanął na stopie Dainah, która próbowała przecisnąć się przez ten tłum i powstrzymać Syriusza. Gdzieś pod drugiej stronie zbiegowiska widziała rudą głowę Lily Evans, która prawdopodobnie próbowała zrobić to samo.
Było jednak za późno, żeby powstrzymać to, co było nieuniknione. Syriusz rzucił się w kierunku brata, który nie dał rady zablokować tego ataku, być może spodziewając się jakiegoś zaklęcia, a nie rękoczynów. Plecy Regulusa wylądowały na stole z przekąskami, który zakołysał się niebezpiecznie, jakby całkowicie nieprzygotowany na to, że będzie się na nim rozgrywała mugolska bójka.
– Koreczki z łososiem – szepnął z przejęciem ktoś, kto stał tuż obok Dainah. Ona jednak nie słuchała, ruszyła naprzód.
Syriuszowi udało się wymierzyć mocny lewy sierpowy w twarz brata, który teraz ze wszystkich sił starał się odepchnąć Syriusza lub przynajmniej zaserwować mu porządnego kopniaka. Starszy z Blacków jednak nie dał się odepchnąć i zacisnął jedną z pięści na kołnierzyku regulusowej szaty, jakby nie mógł się zdecydować, czy woli go udusić, czy przytrzymać w miejscu i ponownie uderzyć. Regulus jednak szarpnął się zaskakująco mocno, co zakołysało stołem tak, że dwie z jego nóg ustąpiły pod naporem bójki. Koreczki – ku rozpaczy przynajmniej jednego z gości – posypały się na podłogę. Obaj Blackowie w nich wylądowali, tracąc równowagę, ale nie chęć do walki. Dalej się szarpali, nie zwracając uwagi na różnokolorowe pasty, fragmenty ryby, oliwki i inne smakołyki, które mieli przyklejone do szat.
– Co tu się dzieje?! – krzyknął Slughorn, który wcześniej nie interweniował, być może w nadziei, że problem sam się rozwiąże.
Pięść, która wylądowała na nosie Regulusa, i druga, która trafiła Syriusza w skroń, zdawały się dowodzić, że nie, ten problem się sam nie rozwiąże.
Dainah w końcu przepchnęła się przez tłum, który nagle przestał się interesować rozgrywającą się sceną i starał się wyglądać, jakby stał tam przypadkiem, prawdopodobnie w poszukiwaniu przekąsek. Przyklękła w czymś, co kiedyś musiało być półmiskiem faszerowanych jajek, i syknęła do Syriusza:
– Natychmiast się uspokój. Natychmiast.
Syriusz przez chwilę zamarł w bezruchu, jakby jeszcze się wahał, co powinien zrobić, w końcu jednak wypuścił szatę brata i wstał.
– Kurwa – powiedział w przypływie elokwencji.
– Gryffindor traci pięćdziesiąt punktów za atak na ucznia! – grzmiał Slughorn. – I dziesięć za ten paskudny język! Proszę wyjść, panie Black! Natychmiast!
Syriusz wyglądał, jakby nie miał zamiaru wyjść i chciał powiedzieć coś zarówno Slughornowi, jak i wszystkim zebranym, ba, jakby był gotowy bić się z nimi wszystkimi, choć trudno było ustalić w obronie czego właściwie. Dainah popchnęła go w stronę drzwi.
– Idziemy – warknęła do niego.
Tłum rozstąpił się, żeby ich przepuścić. Zrywały się pierwsze szepty, coraz więcej i więcej, aż całe pomieszczenie brzęczało i buczało od szeptów. „Co za wstyd”, „Żenująca sytuacja”, „Taka szkoda”, „Zdrajca krwi”, „Hańba dla rodziny”, „Niby Black, a…”, „Kto go przyprowadził?”, dało się słyszeć z wielu stron, a Dainah musiała zagryźć szczęki, żeby nic nie odpowiedzieć. Nie chciała patrzeć na Slughorna. Była głupia, że zgodziła się zabrać ze sobą Syriusza na to przyjęcie. Wiedziała przecież, że to żadna randka, że chodzi tylko o konfrontację z Regulusem. Czemu się na to zgodziła? Na żal było już jednak za późno, wszyscy widzieli, że wychodzi razem z nim. Przyznała się, że to z jej winy doszło do tego incydentu. Domyślała się, że gdyby należała do któregokolwiek z innych domów, jej także Slughorn odjąłby punkty.
Była wściekła – na siebie, na Syriusza, na wszystkich, którzy byli na przyjęciu.
– Coś ty sobie myślał?! – wybuchła, gdy odeszli już na tyle daleko, by nikt z gości Slughorna nie mógł ich słyszeć.
Syriusz posłał jej nieco obłąkańczy uśmiech i odgarnął włosy z czoła, odsłaniając już formujący się siniak.
– Nie podobał ci się program artystyczny? – zapytał z wymuszoną nonszalancją.
Dainah patrzyła na niego z nieskrywaną wściekłością. Gdyby miał choć minimum przyzwoitości, chociaż udawałby poczucie winy.
– Po to chciałeś tu przyjść? Żeby obić twarz bratu? – zapytała. – Musiałeś mieć do tego tylu świadków?
Musiałeś mnie w to mieszać?
Syriusz wzruszył ramionami i oparł się o ścianę, oddychając ciężko. Najwyraźniej właśnie docierało do niego wszystko, co zdarzyło się na przyjęciu. Chciał przetrzeć twarz rękawem szaty, ale z obrzydzeniem zauważył fragmenty jedzenia na swoim ubraniu.
Dainah stanęła naprzeciwko niego, starając się uchwycić jego spojrzenie. Wściekłość powoli z niej uchodziła, pozostawiając tylko smutek. Za wszelką cenę starała się uchwycić chociaż resztki tej wściekłości, pewna, że dzięki niej łatwiej odbędzie tę rozmowę.
– To nie tak miało wyglądać – mruknął w końcu Syriusz.
– Świetnie. Wiele to zmienia.
Prychnął, jakby to on miał prawo się irytować w tej sytuacji.
– Co chcesz usłyszeć, Pool?
Spróbowała zebrać myśli na tyle, żeby udzielić mu rzeczowej odpowiedzi. Na usta cisnęło jej się kilka zdań, z których żadne nie byłoby w tej sytuacji pomocne, tylko zaogniłaby sytuację. Wzięła głęboki wdech.
– Chcesz iść do skrzydła szpitalnego?
Spojrzał na nią, jakby wydawało mu się, że się przesłyszał. A potem wybuchnął śmiechem.
Jej ani trochę nie było do śmiechu. Wiedziała, że część z tego, co wydarzyło się u Slughorna nie było jej sprawą – Susannah miała rację, nie powinna się mieszać – ale należały jej się jakieś wyjaśnienia.
– Nie planowałem tego – powiedział, jakby to miało cokolwiek wyjaśniać. – To miał być drobny żart, nic strasznego, ale ten mały gnojek…
– Widziałeś, żeby ktokolwiek się śmiał? – przerwała mu ostro.
Syriusz utkwił wzrok we własnych butach. Najwyraźniej nie miał nic lepszego na swoje usprawiedliwienie. Wiedziała, że pewnie nie planował zakończyć tego wieczoru z pokaźnym siniakiem, ale nie wzbudzał w niej zbyt wiele współczucia. Cały czas starała się być wściekłą, choć było to coraz trudniejsze. Tu, na korytarzu, z dala od wszystkich tych ludzi i ich szeptów, łatwiej było zrozumieć tę sytuację. Tyle, że zrozumienie było w tym przypadku pierwszym krokiem do współczucia, a tego Dainah chciała uniknąć.
– Moja rodzina to banda sukinsynów opętanych ideą czystości krwi – powiedział na tyle cicho, że przez chwilę nie była pewna, czy dobrze słyszy.
Pokiwała głową. Nie było to żadną tajemnicą. Cały Slytherin wiedział, że ród Blacków wstydził się za czarną owcę, która trafiła przed siedmiu laty do Gryffindoru. Jeśli wierzyć plotkom, wstyd ten wzmógł się w ostatnich latach, kiedy to Syriusz pewnej pięknej, letniej nocy wyskoczył przez okno, zabierając ze sobą tylko to, co zmieściło mu się do szkolnej torby, by już więcej nie wrócić do rodzinnego domu. Było w tej opowieści – o ile była prawdziwa – coś, co sprawiało, że serce biło jej szybciej, przepełnione podziwem dla niego; było też coś, co nakazywało jej popukać się w czoło.
– Nie jesteś tacy jak oni – stwierdziła rzeczowo, choć nie znała innych Blacków, ale swoją opinię o nich oparła na opinii o innych rodach, które kochały swoją historię i czystość swojej krwi bardziej niż swoje dzieci. – Nie musisz udowadniać tego pięściami.
Syriusz znów dziwnie jej się przyglądał, więc uciekła wzrokiem gdzieś w bok, wpatrując się w czarną oliwkę, która musiała spaść z syriuszowej szaty.
– Moja rodzina też ma swoje problemy, ale to, skąd pochodzimy, nie definiuje nas jako ludzi, nie? – dodała.
Kiedy podniosła wzrok, Syriusz nadal się w nią wpatrywał. Ten wieczór jednak zmienił coś w ich relacji – Dainah nie brakowało już oddechu, kiedy patrzyła mu w oczy. Zamiast tego przeciągnęła dłonią po twarzy, jakby chciała w ten sposób zmusić się do zebrania myśli.
– Co? – zapytała.
Nie uzyskała jednak odpowiedzi, bo Syriusz wykorzystał ten moment, by delikatnie unieść jej brodę dwoma palcami i przywrzeć swoimi wargami do jej ust. Było to tak niespodziewane, że Dainah nie wiedziała, jak zareagować. Instynktownie chciała zarzucić mu rękę na szyję, ale kiedy jej ręka zderzyła się z jego ręką, zrezygnowała z tego pomysłu. Podejrzewała, że był to jeden z najbardziej niezręcznych pocałunków w historii, ale i tak skończył się zbyt szybko.
Gdy tylko odsunęli się od siebie, Dainah nie była pewna, czy bardziej chce znów go pocałować, czy może spoliczkować. Wszystko, co wydarzyło się tego wieczoru, zaczynało jej ciążyć i nie miała siły rozmawiać o tym z Syriuszem. Albo nie rozmawiać. Czuła się trochę wykorzystana, trochę upokorzona, trochę uwiedziona i trochę miała ochotę kontynuować to, co właśnie zaczęli. Wiedziała jednak, że to nie jest dobry moment. Zrobiła głęboki wdech.
– Pójdziesz do tego skrzydła szpitalnego sam czy mam iść z tobą? – zapytała, przywołując jedyny bezpieczny temat.
– Wycieczki do skrzydła szpitalnego to nasz rytuał, co, Pool? – odpowiedział, unosząc brew i posyłając jej uśmiech, który roztopiłby niejedno skute lodem serce.
Jej serce tylko lekko drgnęło na ten widok. Popatrzyła na niego wyczekująco.
Uśmiech powoli spełzł z twarzy Syriusza, jakby docierało do niego, że tym razem jej nie oczaruje i nie wykręci się z sytuacji, w której wolałby się nie znajdować. Uśmiech i poczucie humoru pozwalały mu uniknąć wielu nieprzyjemnych sytuacji, ale tym razem nie wystarczały.
– Mam nadzieję, że do rana zniknie ci ten siniak – powiedziała tylko, odwracając się na pięcie. Choć miała na to ochotę, nie obejrzała się przez ramię i całą drogę do dormitorium niosła wysoko uniesioną głowę, jakby nic się tego wieczora nie wydarzyło i jakby nie wiedziała o tym, że jutro od rana stanie się obiektem plotek całego zamku.

Na psa urok: 05.

Nocne spacery po zamku były jednymi z najgorszych pomysłów, na jakie Dainah wpadła w czasie swojej siedmioletniej edukacji, ale nie mogła ich sobie odmówić. Zaczęły się na piątym roku, kiedy ze stresu przed sumami nie mogła spać. Później wszystko wróciło do normy, ale i tak lubiła przejść się na błonia, może czasami zajrzeć do jakiejś szklarni, której nie powinna odwiedzać, lub do biblioteki. Czasami Filch nakrywał ją na tych spacerach i wlepiał szlaban, zwykle jednak udało jej się uniknąć spotkań z woźnym. Czasami wydawało jej się, że słyszy innych uczniów, ale nigdy z żadnym się nie spotkała. Uważała, że to dobry znak – znak, że potrafi poruszać się po zamku prawie jak jeden z duchów. Byłoby jeszcze łatwiej, gdyby umiała przenikać przez ściany, ale wiedziała, że nie może mieć wszystkiego. Musiało jej wystarczyć chodzenie korytarzami.
Tej nocy nie mogła usnąć i uznała, że dobrym pomysłem będzie spacer po błoniach. No, wymknięcie się z zamku i trzymanie się gdzieś blisko wejścia, żeby móc szybko wrócić, a jednocześnie pozostać niezauważoną z okien. Ten plan miał wiele minusów, ale zawsze miała problemy ze snem w czasie pełni. Zimowe powietrze powinno jej pomóc. Choć był koniec listopada, mróz szczypał w uszy. Tym razem o tym pamiętała i wzięła czapkę. Wzięła też płaszcz i szalik, dzięki czemu była gotowa na każde możliwe warunki atmosferyczne. Brak okien w lochach sprawiał, że to, jaka była pogoda, zawsze było dla niej pewnym zaskoczeniem.
Korytarze były puste, a jednak szła jakby bardziej zdenerwowana niż zwykle. Jej uszu nie dobiegał żaden dźwięk, który mógłby ją zaniepokoić, a jednak coś było nie tak.
To przez tę pełnię, pomyślała. Nie można spać i nie można nawet w spokoju iść na spacer.
Oczywiście wiedziała, że może się to skończyć szlabanem. Nie miała większych obaw. Filch przestawał być straszny, kiedy skończyło się trzynaście lat. Szlabany nadal były w jakiś sposób dolegliwe, ale nie na tyle, by powstrzymać większość uczniów przez zrobieniem tego, co mieli zamiar zrobić.
Drzwi oddzielające Hogwart od reszty świata były ciężkie, a obawy, że zaskrzypią, były właściwie największymi, jakie Dainah miała, jeśli chodziło o ten nocny spacer. Skrzypienie drzwi niechybnie zapewniłoby jej szlaban. Na szczęście stare wrota – choć otwierały się z trudem – nie wydały z siebie dźwięku, zupełnie jakby ktoś je niedawno naoliwił. Chłodne powietrze dotknęło twarzy Dainah, a ona odetchnęła głęboko. Tego było jej trzeba.
Zamknęła oczy i przez moment stała w progu, ciesząc się wolnością, jaką niosło zimowe powietrze. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że powinna jednak zamknąć wrota, jeśli chce zwiększyć szanse bycia niezauważoną.
Zrobiła kilka kroków po śniegu, całkiem ignorując fakt, że zostawia za sobą ślady stóp. Jak będzie wracała, to się nimi zajmie. Teraz chciała chwilę pooddychać. Dotarła do starego dębu, który rósł niemal pod murami zamku i oparła się o jego pień. Świat wydawał się taki spokojny. Mróz musiał być spory, bo jej oddech zamieniał się w parę, a gwiazdy były wyraźnie widoczne. Nie planowała zostawać tam długo.
Skrzypienie śniegu zaalarmowało ją o czyjejś obecności. Niechętnie otworzyła oczy i spojrzała w lewo, skąd słyszała kroki.
– Pool, grzeczne Ślizgonki nie chodzą po błoniach w środku nocy – zagaił Syriusz, jakby spotkali się przypadkiem na środku Wielkiej Sali. – Jeśli to romantyczna schadzka, to brakuje ci drugiej osoby.
– To spacer, nie schadzka – wyjaśniła nieco zbyt szybko. – Nie mierz innych swoją miarą.
Syriusz uniósł brew i posłał jej szelmowski uśmiech.
– Myślisz, że urządzam na błoniach nocne schadzki, Pool? Przyszłaś mnie na jakiejś przyłapać?
– Przyszłam pooddychać czymś innym niż zapach kurzu i płonących pochodni.
Syriusz przestał się uśmiechać i przez chwilę mierzył ją wzrokiem. Ona z kolei przeniosła wzrok z niego na śnieg, woląc nie utrzymywać kontaktu wzrokowego. Widziała wyraźnie swoje ślady stóp, które prowadziły aż do drzwi wejściowych.
– Skąd się tu wziąłeś? – zapytała, nadal patrząc uważnie na ślady. Jedna para butów. Z Wielkiego Holu wyszła jedna osoba.
– O co ci chodzi, Pool? Chodzę do Hogwartu od siedmiu lat. Rozmawialiśmy parę razy. – Wyszczerzył zęby. – To dziwny sposób na podryw, ale jeśli chcesz mnie uwieść tej pięknej, zimowej nocy, nie krępuj się.
Dainah na chwilę zapomniała, jak się oddycha. U-uwieść? Ona – jego? Nie była to myśl, która pojawiła się w jej głowie po raz pierwszy, ale dlaczego miałby powiedzieć coś takiego? Poczuła, jak ciepło napływa do jej twarzy i skupia się na policzkach. Nie miało to raczej nic wspólnego z mrozem, choć wolałaby, gdyby tak było.
– Ślady – odpowiedziała na tyle pewnie, na ile mogła. – Od zamku do tego drzewa prowadzą tylko moje ślady.
Syriusz popatrzył na śnieg, jakby widział go pierwszy raz w życiu.
– Przecież wiesz, że w Hogwarcie nie można się teleportować – zaśmiał się, choć jego szare oczy były poważne. Teraz nie mierzył jej wzrokiem z taką wesołością jak wcześniej. Teraz wyglądał, jakby oceniał, czy może być groźna.
Westchnęła.
– A miej sobie swoje sekrety, tylko nie czaj się tak na ludzi, którzy próbują się zrelaksować – powiedziała, jednocześnie starając się dyskretnie rozejrzeć, skąd mógł przybyć.
Widziała trochę śladów z lewej strony drzewa, ale nic więcej. Jeśli wyszedł tą samą drogą co ona, musiało to być na tyle dawno, by śnieg przysypał jego ślady. Chociaż… padało przed kolacją. Później już nie. Niemożliwe, żeby chodził po błoniach tyle godzin. A jednak – na błoniach nie było śladów ludzkich stóp, tylko tropy zwierząt, które musiały wybiec z Zakazanego Lasu. Dainah poczuła zimno w kościach. Niby wiedziała, że zwierzętom zdarza się wychodzić na szkolne błonia, ale nie wiedziała, że podchodzą tak blisko murów zamku. Nie czuła się dobrze z tą myślą, nie przepadała za większością stworzeń, które nie rozumiały, co się do nich mówiło, i które mogłyby chcieć ją zjeść.
Z Zakazanego Lasu dobiegło wycie wilka, a Dainah przebiegł dreszcz.
– Boisz się złego wilka? – zaśmiał się Syriusz, a uśmiech znów nie sięgnął jego oczu. – Wypełnię swój gryfoński obowiązek i uratuję niewinną pannę przed złym stworem. Chodź, Pool, idziemy do zamku.
Zrobiła głęboki wdech, żeby powiedzieć mu, co myśli o gryfońskiej odwadze i niewinnych pannach, ale kiedy wycie powtórzyło się – czy tylko jej się wydawało, czy było bliżej błoni? – jakoś przeszła jej ochota na dalszą dyskusję. Bez słowa ruszyła w stronę wejścia do zamku, a Syriusz poszedł za nią, patrząc w stronę Zakazanego Lasu w milczeniu. Przez myśl przeszło jej, że może to on boi się tego, co mogło wyjść z lasu, ale próbuje ten strach przelać na nią, żeby nie wydawał jej się mniej męski. Miała ochotę prychnąć na tę myśl.
W końcu jednak dotarli do Wielkiego Holu i Dainah otrzepała buty ze śniegu. Nie była ani trochę bardziej śpiąca i zaczynała żałować, że w ogóle wybrała się na ten spacer.
– No, uratowana – powiedział Syriusz, szczerząc się już zupełnie wesoło. Cokolwiek sprawiło, że się niepokoił jeszcze chwilę temu, przeszło. – Powinnaś pomyśleć o nagrodzie dla swojego wybawcy.
– O czym ty bredzisz? – fuknęła. Jeśli myślał, że rzuci mu się na szyję tylko dlatego, że jest przystojny i potrafi trafić z punktu A do punktu B, to się grubo mylił. Choć była to perspektywa trochę kusząca. – Nie było tu żadnego ratowania.
Tym razem to Syriusz westchnął. Nieco zbyt teatralnie.
– W porządku, nikt nie docenia, jak trudno być Gryfonem – powiedział. – Człowiek nie ma na nic czasu, wciąż tylko trzeba ratować piękne kobiety.
Dainah zacisnęła szczękę. Nie miała zamiaru dać się sprowokować – ani tym, że najwyraźniej została nazwana piękną, ani tym, że utworzył w jej głowie zupełnie niechciany obraz innych dziewczyn, z którymi Syriusz mógłby stać w Wielkim Holu i na które mógłby patrzeć tymi śmiejącymi się oczyma. Choć pewnie stał i patrzył. Nie była wyjątkowa. Ale to nie znaczy, że nie chciała się czuć wyjątkowo choć przez tę chwilę.
– Nie wystarczą ci nagrody od tych pięknych kobiet? – zapytała możliwie obojętnym tonem, choć czuła, że gdzieś w brzuchu ma kawał lodu.
Przez chwilę miał minę, jakby chciał kontynuować to przekomarzanie się, może nawet powiedzieć coś, co sugerowałoby, że ona jest piękna kobietą i z tego tytułu jest mu winna nagrodę. Nie powiedział tego jednak. Może nie była dostatecznie piękna, a może zdał sobie sprawę, że takimi pochlebstwami nie osiągnie tego, co chciał osiągnąć.
– Nie powinnaś sama chodzić nocą po błoniach – powiedział z niespotykaną u niego powagą.
Dainah zdziwiła ta troska o jej dobrostan.
– Ty też nie – odpowiedziała, ale bez przekonania. Była, rzecz jasna, przekonana co do tego, że nikt nie powinien chodzić sam nocą po błoniach, zwłaszcza kiedy w Zakazanym Lesie wyły wilki, ale czuła, że to nie była ta riposta, którą powinna przygotować na tę okoliczność.
Pełnia, uświadomiła sobie nagle. To nie musiały być zwykłe wilki.
Nie zdążyła podzielić się z Syriuszem tą refleksją, kiedy pochylił się nad nią tak, że poczuła jego gorący oddech na uchu. Było to… o wiele bardziej deprymujące, niż się spodziewała. Do tego spodziewała się, że Syriusz będzie pachniał mydłem, może trochę palonym drewnem, jeśli siedział tego dnia przy kominku. Tymczasem poczuła dziwny zapach lasu, który nie mógł pochodzić od żadnej wody kolońskiej, i… czy tak pachniała psia sierść? Czy Syriusz trzymał w zamku psa?
– Pool, mam prośbę – powiedział tak cicho, że bardziej poczuła jego słowa niż je usłyszała. Po jej plecach przebiegł dreszcz, który nie miał nic wspólnego z zimnem czy strachem.
– Ta-ak? – zapytała słabiej, niż planowała.
Syriusz musiał się zaśmiać, bo to też poczuła na uchu i poniżej, na szyi. Był naprawdę blisko. Niebezpiecznie blisko. Powinna się oddalić, jeśli chciała myśleć trzeźwo.
– Wiesz, będę twoim dłużnikiem – dodał, a ciepło, jakie wydzielał, było dla niej wyczuwalne przez płaszcz i piżamę. Nie wykluczała, że gdyby była ubrana w jedną ze zbroi stojących na korytarzu, też by je czuła.
Naprawdę, naprawdę miała nadzieję, że to nie jest głupi żart, który posłuży tylko do tego, by obnażyć jej słabość do niego. Zresztą trudno, żeby nie wiedział o tej słabości. Musiał wiedzieć, skoro ją wykorzystywał.
Lewe ucho nie zdążyło się jeszcze przyzwyczaić do jego bliskości, kiedy poczuła jego dłoń na prawy przedramieniu. Dotknął jej chyba po raz pierwszy. Nawet przez płaszcz czuła, jak z tego miejsca na całe jej ciało rozchodzi się ciepło.
– Pool, proszę – szepnął.
Oddychaj normalnie, na Merlina, przypomniała sobie.
Nie wiedziała, czego chciał, ale miał naprawdę dużą siłę przekonywania. Dainah trudno było sobie wyobrazić prośbę, której by w takim momencie odmówiła.
Czy on chce… mnie zbałamucić?, pomyślała z pewną nadzieją. Nie była pewna, jak inaczej nazwać to, co mogłoby się niedługo wyrazić.
Pogładził ją po przedramieniu.
O Merlinie, chyba chce!
– Idziesz z kimś na przyjęcie do Ślimaka? – zapytał, a ona poczuła tym razem nie tylko ciepło jego oddechu. Poczuła jego nos na swoim uchu. To było zaskakująco zmysłowe.
– N-nie? – powiedziała.
– Świetnie – odpowiedział, uśmiechając się. – Pójdę z tobą – dodał, cmokając ją w uszko.
Dainah zamrugała, niepewna, co się właśnie stało.
– Ze mną? – powtórzyła, boleśnie świadoma, jak głupio brzmi.
– Z tobą, Pool. Będziemy się świetnie bawić.
Teraz, kiedy odsunął się od niej, zrobiło jej się dziwnie zimno. I czuła się skołowana, jakby to, co się właśnie stało, nie pokrywało się z jej nadziejami, przez co miała problem z tym, by ogarnąć rzeczywistość umysłem i zacząć szybko myśleć.
– Po co chcesz iść do Ślimaka? – zapytała w końcu.
– Mam niewyrównane rachunki z bratem – odparł szczerze. – Poza tym jesteś mi coś winna za uratowanie życia. Tym czymś może być jeden wieczór na przyjęciu.
Mrugnął do niej, jakby to wszystko było świetnym żartem. Chciała coś odpowiedzieć, ale usłyszała czyjeś kroki. Kiedy spojrzała w kierunku, z którego dobiegały, zauważyła Filcha, który uśmiechał się na tyle szeroko, że dokładnie mogli policzyć, ilu zębów mu brakuje.
– Co to za nocna schadzka? – warknął. – Szlaban. Oboje. Po paru godzinach czyszczenia pucharów odechce wam się romansowania po nocy.
Dainah wzniosła oczy ku niebu. W co ona się wpakowała?