Znicze i żaby: 01.

Poranek 24 sierpnia nadszedł zbyt wcześnie. Ten poranek, kiedy wszystko powinno być dopięte na ostatni guzik, sprawdzone (po dwakroć!) i gotowe. Tymczasem ja byłam tak daleko od stanu choćby przypominającego gotowość, jak reprezentacji Finlandii od finału Mistrzostw Świata w Quidditchu. Wyglądałoby to trochę inaczej, gdybym mogła liczyć na większe wsparcie, tymczasem zespół marzeń odpowiedzialny za przygotowanie wszystkiego składał się głównie z Ludo Bagmana, mięsożernej rośliny, którą odziedziczyłam wbrew sobie, stosu dokumentów i – przemęczonej i niewyspanej – mnie, która nie mogła się doczekać, aż ktoś (najlepiej narodowości irlandzkiej) wyląduje na ziemi ze złotym zniczem i to wszystko się skończy, żebym mogła rzucić się w wir przygotowań do czegoś innego. Nikt nie mówił mi, że praca w Departamencie Magicznych Gier i Sportów będzie tak wymagająca. Większość osób, z którymi rozmawiałam, twierdziła wręcz, że powinnam nosić do pracy dobrą książkę albo poduszkę, bo umrę z nudów.
Umieranie z nudów nigdy nie wydawało mi się dobrą opcją – w szczególności nie zaś, gdy, wyposażona w aż osiem owutemów zdanych na Wybitny, wstępowałam w szeregi Ministerstwa. Sądziłam, że oto los w końcu nagrodził mnie za lata nauki, że udało mi się osiągnąć szczyt marzeń każdej porządnej czarownicy. Przez całe trzy tygodnie zwalczałam zło w Departamencie Magicznych Wypadków i Katastrof… aż okazało się, że w Departamencie Magicznych Gier i Sportów teraz natychmiast TERAZ Ludo Bagman potrzebował asystentki i tylko ja spełniałam jego pięciopergaminową listę wymagań, łącznie ze złoto-brązowymi oczami przypominającymi mu o jego matce. I odtąd było tylko gorzej.
Bagman nie był łatwym szefem. Właściwie ciężko powiedzieć, jakim był szefem, bo przymiotnik, który opisałby go najlepiej, to „nieobecny”, co przecież niewiele mówi o szefach. Kiedy jednak pojawiał się w naszym zawalonym aktami, ciasnym biurze, poświęcał mi zbyt mało czasu, by choćby dostrzec, czy nadal mam złoto-brązowe oczy jego matki. Słyszałam, że nadchodzi, z drugiego końca korytarza, bo zawsze głośno z kimś rozmawiał, by następnie – na tym samym wydechu – kompletnie zmienić i temat, i rozmówcę, a kiedy próbowałam notować wszystkie pomysły i polecenia, w mgnieniu oka znikał i gdyby nie charakterystyczny strój, widoczny gdzieś w końcu korytarza, nie miałabym pewności, że w ogóle się pojawił i do mnie mówił.
Tak, jeśli mam być szczera, 24 sierpnia modliłam się o nudę. Zamiast nudy miałam na biurku listę VIP-ów, którzy pewnie już się pojawiali w okolicy stadionu, gdzie ja i Ludo (a raczej: Ludo) powinniśmy ich witać. Tymczasem nie mogłam wyjść z biura, póki nie uporządkuję faktur za efekty specjalne i nie sprawdzę (kolejny raz) wyników sprzedaży biletów, ewentualnych wolnych miejsc, które jeszcze można sprzedać, czy listy gości z loży, którzy już potwierdzili swój udział. Każde z tych zadań nie brzmiało źle, kiedy myślało się o nim solo, ale wspólnie tworzyły jeden wielki, ogromny głaz, który ciążył mi na ramionach tak bardzo, że nie mogłam nawet myśleć o śnie. Co miało swoje plusy, bo nie zanosiło się na to, że będę mogła spać, póki ktoś nie złapie tego cholernego znicza. Który, o matko, czy ktoś pamiętał o zamówieniu znicza?!
Gdybym sama nie była autorką tego koszmaru, mogłabym podejrzewać, że przez moje biurko przebiegło stado nadaktywnych gumochłonów – znalezienie tam zielonej teczki wypełnionej całą dokumentacją zniczy, które mieliśmy zamówić aż z Islandii graniczyło z cudem. Na samą myśl o szukaniu dokumentacji tłuczków robiło mi się słabo. Nie martwiłam się tylko o kafla, który został już sprowadzony z Tadżykistanu. Nikt mi nie zarzuci, że nie panowałam przynajmniej nad fragmentem tego, nad czym ktoś powinien panować dzień przed największą sportową imprezą roku.
– Magnolia! Wciąż tu jesteś? Nie powinnaś być na stadionie? – Ze strony drzwi dobiegł mnie głos, którego nie mogłam z nikim pomylić. – Czy nikt w waszym biurze nie pracuje? Nawet ty? Niech tylko pan Crouch się o tym dowie, no doprawdy, co za skandal.
– Za pięć minut się tam przeniosę – odpowiedziałam dostatecznie głośno, żeby Percy Weasley nie wpadł na genialny pomysł wchodzenia do jej pokoju. Wtedy oberwałabym jeszcze za bałagan. Polityka czystego biurka to było coś, co nie mogło się zdarzyć w Departamencie Magicznych Gier i Sportów. Nie byłam właściwie pewna, jaką władzę nade mną miał Percy, ale sposób, w jaki się nosił, zdawał sugerować, że prawidłowa odpowiedź to coś między „wielką” a „ogromną”.
Nie znosiłam w nim wszystkiego – a zwłaszcza prychania. Percy prychał z wyższością częściej niż Harry Potter ratował wszechświat. O, na przykład teraz.
– Pięć minut, no naprawdę, dla was to zawsze wszystko za pięć minut.
Westchnęłam, zanim zdążyłam stłumić ten dźwięk. Czasami zastanawiałam się, czy naprawdę to wszystko warte jest znoszenia takich komentarzy. Gdybym na przykład teraz zemdlała, mistrzostwa mogłyby się nie odbyć, bo Bagman na pewno nie dopilnowałby tego wszystkiego, co powinno zostać dopilnowane. Z drugiej strony, gdybym zemdlała, pewnie nikt by tego nie zauważył przez kilka godzin, a potem ktoś by mnie zwolnił za to, że mistrzostwa się nie odbyły. Dla dobra mnie i galeonów, które co miesiąc spływały na moje konto – lepiej, żebym nie mdlała.
– Czemu ciebie nie ma jeszcze na stadionie? – zapytałam. Wiedziałam, że teraz na pewno już sobie nie pójdzie; mogłam równie dobrze spróbować jakoś się na nim odegrać.
– Pan Crouch poprosił mnie, bym wrócił do Ministerstwa z BARDZO WAŻNĄ MISJĄ – sposób, w jaki podkreślał powagę swojego zadania, którym zapewne było pogonienie skrzata Croucha czy znalezienie jakiegoś zagubionego listu, byłby o wiele zabawniejszy, gdyby nie to, że wciąż nie ustaliłam, czy ktoś zamówił znicza. – Uznałem, że sprawdzę, czy pan Bagman wyszedł z biura na czas. Pan Crouch poradziłby sobie oczywiście o wiele lepiej i bez pana Bagmana. Oczywiście.
– Oczywiście – potwierdziłam, przerzucając kolejne papiery na biurku. Było ich stanowczo za dużo. I chyba między nimi leżała w połowie zjedzona kanapka. Gdyby nie obecność Percy’ego, mogłabym wyrzucić za drzwi resztki godności i ją zjeść, bo – o ile dobrze pamiętałam – miała niecałe dwa dni. Ale Percy nadal tam był, irytujący i nieustępliwy jak kurzajka na czubku nosa. – Pan Bagman wyszedł z biura na czas – dodałam z przesadną emfazą w nadziei, że Percy sobie pójdzie. I, być może, miałam niewielką nadzieję, że po drodze się potknie.
Ale on wcale sobie nie poszedł – nawet gorzej, wszedł do biura. Z pogardą spojrzał na biurko, które dzieliłam z Bertą i jej mięsożerną rośliną, na nasz remont, pudła, farby, tynk, na to wszystko, co na pewno nie miało miejsca w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów, i rozsiadł się na fotelu dla petentów.
– Poczekam na ciebie.
– To bardzo… – szukałam odpowiedniego słowa. „Upierdliwe” cisnęło mi się na usta. – …miłe? – zaryzykowałam. Rzuciłam okiem na kanapkę, wyobrażając sobie jej smak w ustach i… czy to było potwierdzenie zamówienia zniczy?
Percy zauważył, że ja coś zauważyłam – i zanim zdążyłam położyć swoje dłonie na zamówieniu zniczy, schowanym pomiędzy Przepisami Quidditcha, wydanie 213, i listą zakupów z zeszłego tygodnia, on trzymał je już w swoich piegowatych łapskach. Chciałam warknąć coś o tym, że po co siadał na piętnaście sekund, zgniótł przy tym tylko wczorajszego „Proroka” i nic z tego nie wyniknęło, ale w ostatniej chwili ugryzłam się w język.
– Segreguję dokumentację – powiedziałam słabo, bo jak wyjaśnić komuś, że wszystkie próby ułożenia dokumentów w jakimkolwiek porządku kończyły się bałaganem, gdy do pokoju wpadał Huragan Ludovic i akurat nie było mnie na miejscu, by ograniczyć jego destruktywne działanie.
– Masz na myśli ten niezapłacony rachunek?
– Ale został przyjęty! – odpowiedziałam nieco zbyt szybko. Zauważyłam też, że w miejscu, w którym zapisany był termin płatności, przyklejony był plaster pomidora z mojej kanapki. Byłabym zawstydzona, gdybym miała na to siłę.
– Jesteś pewna? Bo został wystawiony dopiero wczoraj popołudniu.
To by znaczyło, że rachunek był świeższy od mojej kanapki.
Kiedy moje życie stało się tak przygnębiające?
– Zapewniam cię, że znicz czeka już na stadionie.
*
Znicz nie czekał na mnie na stadionie. Nie czekał na nikogo. W zasadzie w ogóle go nie było, nawet odrobiny, kawałka skrzydełka, nic. Jego wspomnienie nie żyło w pudełku na piłki, bo przecież nigdy tam nie trafił.
– Sprowadziliśmy go z Irla… Islandii! – usłyszałam głos Bagmana i nawet nie obejrzałam się za siebie, by sprawdzić, z kim rozmawia. Rozważałam rzucenie jakiegoś niewerbalnego zaklęcia, które sprawiłoby, że ziemia rozstąpiłaby się pode mną i pozwoliła mi uniknąć absolutnej kompromitacji. Wyobrażałam sobie pana Croucha albo Ministra Magii, albo kogoś jeszcze ważniejszego od nich, kto staje na środku boiska i ogłasza do setek, nie, tysięcy!, zgromadzonych czarodziejów, że mistrzostwa są odwołane, ponieważ Magnolia Duckworth zawaliła.
Nie zrobiłam jednak nic równie szalonego, bo przecież miałam jeszcze jeden dzień. Przez jeden dzień mogłabym zgromadzić dziesiątki piłek dowolnej wielkości. Prawda?
Wzięłam głęboki oddech i odwróciłam się w jego stronę, z bardzo profesjonalnym uśmiechem na ustach.
– Pan Bagman! Zapomniał pan, że nie wolno tu panu wchodzić przed meczem! Oglądanie piłek przynosi strasznego pecha!
Nienawidziłam siebie coraz bardziej z każdym wypowiedzianym słowem.
– Nonsens! – uparł się, a jego żółto-czarne szaty zaszeleściły na wietrze, przypominając o tym, że kilka lub kilkanaście lat oraz kilkanaście lub kilkadziesiąt kilogramów temu miał karierę sportową i odnosił sukcesy. – Ci mili panowie chcą zobaczyć piłki, zanim zdecydują się obstawiać zwycięzców jutrzejszego meczu.
Wskazał ręką na trzy gobliny, które przeszywały mnie wzrokiem, jakby wiedziały, że nie mam żadnego znicza i jestem obrzydliwą kłamczuchą.
Kogo zresztą próbowałam oszukać? Gobliny! Najbardziej przenikliwe istoty w całym magicznym świecie! Ich wielgaśne nosy na pewno mogły wywąchać złoto – a raczej jego brak – przez trzy stopy kamienia, a co dopiero przez małą szkatułkę na piłki. Nie miałam absolutnie żadnych szans.
– Nie możemy im na to pozwolić To wbrew zasadzie sto trzydziestej czwartej, paragraf dziesiąty, Wielkiego Kodeksu Quidditcha. Światowy Związek Quidditcha nigdy nam nie daruje. Wyrzucą nas z międzynarodowych rozgrywek.
Patrzyłam jak mina Bagmana zmienia się z roześmianej na przerażoną, w pełni świadoma tego, że zasada sto trzydziesta czwarta Wielkiego Kodeksu Quidditcha nie miała aż dziesięciu paragrafów, ale te pięć, które miała, dotyczyły dopuszczonego stopnia szorstkości witek mioteł. Czasami to, czego uczyłam się w mojej pracy, naprawdę mnie przerażało.
– No, panowie, sami panowie rozumieją, komisja i…
Bagman zrobił się równie czerwony, co włosy przeklętego Percy’ego Weasleya, gdy wszystkie trzy gobliny wymruczały coś w tym swoim zupełnie niezrozumiałym języku i wskazały na szkatułkę. Ja sama czułam się, jak gdybym też zmieniała się w dorodnego pomidora, chociaż przy mojej zbyt śniadej na Brytyjkę skórze nieczęsto mi się to zdarzało.
Milczałam, a mój oddech stał się płytszy, jakby kolor skóry niedostatecznie mnie zdradzał. Gobliny dalej mrugały tymi świdrującymi oczkami, ale w końcu musiały uznać, że nie warto poświęcać na nas czasu, bo odwróciły się i odeszły. Bagman trochę posmutniał.
– Wszystko dla dobra naszej drużyny, panie Bagman – próbowałam wydusić z siebie odrobinę entuzjazmu.
– Nie mówisz przypadkiem po goblińsku? – Nie czekał na moją odpowiedź. – Nikt nie mówi po goblińsku, tylko Crouch, a Croucha nigdzie nie ma, nie wiesz, gdzie jest ten jego Weatherby?
– Weath…? – zaczęłam, zanim dotarło do mnie, że Percy Weasley nie jest na tyle ważną postacią w świecie Ludovica Bagmana, by ten znał jego nazwisko. Uznałam, że nie warto nawet go poprawiać. – Interesował się ochroną stadionu, miał sprawdzać zaklęcia zabezpieczające.
Ludo pokręcił głową z takim rozmachem, że jego starannie przylizane, blond włosy wpadły mu niemal wszystkie do oczu. Mimo że wygrał w loterii genetycznej i był nielicznym z wysoko postawionych urzędników Ministerstwa, który wciąż mógł pochwalić się bujną czupryną, patrząc na niego często zastanawiałam się, jak ten głupkowaty gigant o z wiekiem coraz grubszych kościach nie tak dawno przecież temu łamał jedno serce za drugim. Tego amanta, idola wszystkich kobiet i dziewczynek, a przecież pewnie i paru mężczyzn widać było tylko czasami, gdzieś w tyle jego oczu – ale już nie w kościach policzkowych, zakrytych jeśli nawet nie brodą, która była bardziej oznaką zaniedbania niż stylu, to latami objadania się Ciągutkami Toffee i nie w eratycznych ruchach wszystkich kończyn, które wciąż chciałyby się bawić, czarować, tańczyć – ale zupełnie się już do tego nie nadawały.
Czasem zastanawiałam się, czy to wszystko nie było tylko bujdą na resorach, czy Ludo Bagman naprawdę był kiedyś najpopularniejszym zawodnikiem Os i czy całe biuro nie zmówiło się tylko po to, by mnie oszukać – i naprawdę nie znałam odpowiedzi na to pytanie.
– No cóż, Magnolio, no cóż my poradzimy – wymamrotał bardziej do siebie niż do mnie. – Cóż my zrobimy, te gobliny i wszystko, byle tylko Irlandia wygrała, trzeba być dobrej myśli, ej?
– Jasne, naprzód, Irlandio! – krzyknęłam z większym zapałem, niż ten, który odczuwałam. – A teraz przepraszam, muszę poszukać… tego… no…
Bagman pokiwał głową, zbyt zatopiony w myślach, by dostrzec, jak koślawe było zdanie, które wypowiedziałam.
Miałam dokładnie 18 godzin na znalezienie znicza.
A także na upewnienie się, że wszystkie delegacje odebrały swoje bilety, że nikt nie koczował poza oficjalnie wyznaczonymi granicami pola namiotowego, że obie reprezentacje otrzymały odpowiednie wsparcie w kwestii treningu i wypoczynku, że wszystkie posiłki dla zaproszonych gości wydano, że wykonano wszystkie niezbędne pomiary mioteł i szat, że dziennikarzy „Proroka” wyrzucono z rejonów, w którym nie wolno im było przebywać (co najmniej raz na dziesięć minut), że żadne z zaklęć okalających nas ze wszystkich stron nie pękło, że wszystkie rachunki na pewno zostały opłacone, że… To była bardzo długa lista i bardzo krótkie 18 godzin.
Zostawiłam go zatopionego w myślach i zaczęłam sortować listę rzeczy do zrobienia. Musiałam je pogrupować, żeby nie oszaleć. Musiałam znaleźć kogoś do pomocy. Musiałam znaleźć złotego znicza.
– Hej, Magnolia! Magnolia! Ej, co tak pędzisz?
Byłam pewna, że kiedy w końcu odwróciłam się w stronę spieszącego za mną Olivera Wooda, on zdążył już wypowiedzieć moje imię przynajmniej z dziesięć razy – chociaż ja usłyszałam je tylko dwukrotnie. Gdyby nie moja długa lista rzeczy do zrobienia, być może widok jego roześmianej twarzy ucieszyłby mnie trochę bardziej; Gryfoni nigdy nie byli najlepszym towarzystwem, ale Oliver, z którym podzieliłam kilka z moich owutemów, w zasadzie dał się znieść. Ale nie miałam czasu na to, by się cieszyć. W zasadzie nie miałam czasu nawet oddychać.
– Czy to nie cudowne? Tyle ludzi! Tyle quidditcha! Nie uważasz, że powinnaś trochę przystopować?
– Gdybym mogła, to bym przystopowała – mruknęłam i od razu zrobiło mi się przykro, bo Oliver w żadnym stopniu na takie mruczenie i burczenie sobie nie zasłużył. Zatrzymałam się, choć z tyłu głowy słyszałam tykający zegar. – Mam nadzieję, że masz dobre miejsce – powiedziałam, tym razem serdecznie.
– Tak! – Oczy rozbłysły mu entuzjazmem. – Graham kupił najlepsze, jakie mógł. Zobaczę każdy ruch każdej miotły… o ile nie odlecą za daleko – dodał, pochmurniejąc nieco, jakby dopiero uświadomił sobie, że jest taka możliwość, że nie każda akcja odbędzie się tuż przed jego oczami.
Nie wiedziałam, kim był Graham, i nie byłam nawet pewna, czy powinnam wiedzieć. Gryfoni zawsze stanowili dla mnie zagadkę, której nie chciałam rozwiązywać. Z tą ich pychą i miłością własną nie stanowili najlepszego materiału na moje towarzystwo – w szczególności że przy ośmiu owutemach nie miałam zbyt wiele czasu na przyjaciół. Poza Glorią, z którą dzieliłam dormitorium Hufflepuffu, w zasadzie nie utrzymywałam bliskiego kontaktu z żadnym innym uczniem.
Zanim jednak zdążyłam odpowiedzieć, Oliver przerwał moje nierozpoczęte zdanie:
– Pracujesz teraz dla Bagmana, nie? O rany! Dopiero musicie mieć miejscówkę!
Tak, jakąś miejscówkę miałam na pewno. O ile Bagman o niej pamiętał. Nie podejrzewałam go jednak o dobrą pamięć, od dwóch miesięcy obiecywał załatwić mi przyłączenie do sieci Fiuu, a jednak nadal musiałam korzystać z cudzego rusztu lub wchodzić do pracy razem z petentami. O miejscu może jednak pamiętał. Nawet jeśli, to moje szanse, by móc je zająć, malały z każdą chwilą, kiedy stałam i nie szukałam znicza.
– Na pewno będzie widział wszystko, co będzie mógł zobaczyć – odpowiedziałam wymijająco. – W końcu jest komentatorem – dodałam, zanim zdążyłam ugryźć się w język.
– To musi być ekstra sprawa, pracować z taką legendą.
W innej sytuacji zaproponowałabym mu może i nawet zdobycie kubka z autografem; ale patrzenie na słońce zachodzące nad horyzontem przyprawiało mnie o straszny zawrót głowy.
– Tak, tak, ale słuchaj, Oliver, muszę jeszcze…
– Może jakoś ci pomóc? – zapytał ze wrodzoną Gryfonom uprzejmością.
W zasadzie… Czy Oliver Wood mógł mi pomóc? I czy, gdybym mu pozwoliła i gdybym powiedziała mu, jak wiele pozostało do zrobienia, a on przypadkiem wydał mnie dziennikarzom „Proroka Codziennego”, skończyłoby się to moim zwolnieniem z pracy?
To nie był ani łatwy, ani oczywisty wybór.
– W sumie… – zaczęłam, próbując powiedzieć „poradzę sobie” albo „zostały mi już ostatnie detale”, ale jakoś moje usta opuściły zupełnie inne słowa: – …będę wdzięczna.
Jego mina, gdy powiedziałam mu, że z Islandii nie dostarczono znicza, wyrażała i panikę, i czysty entuzjazm.
– Z Islandii? – powtórzył. – To najlepsze możliwe znicze, zawsze chciałem takiego dotknąć. Ale… to trochę daleko, nie?
– Trochę – odpowiedziałam, czując rosnącą falę paniki. Może popełniłam błąd i powinnam wszystko ogarnąć sama.
Zmarszczył brwi. Intensywnie o czymś myślał.
Po długiej minucie milczenia gotowa byłam odwrócić się na pięcie i uciec co najmniej na Islandię… Gdy Wood nagle rozpromienił się jak pięciolatek.
– A mój się nada?
– Ni… Tak – rzuciłam szybko, zanim zdążyłam się rozmyślić. Łamałam przepisy. Wiele przepisów. Nie miałam czasu ich nawet zliczyć ani poczuć się z tego powodu źle, ale miałam pełną świadomość, że kiedy mecz już się skończy, zaszyję się w jakimś ciemnym kącie, gdzie będę cierpiała emocjonalne katusze związane z perfidną nieuczciwością, której się właśnie dopuściłam.
*
Łamałam przepisy. Łamałam przepisy! W pełni dotarło to do mnie dopiero, gdy na kwadrans przed meczem siedziałam na podłodze namiotu sędziów, ze szkatułką ze zniczem Wooda pode mną.
W skali od jednego do dziesięciu wstydziłam się na jakieś trzy tysiące dwieście dziewięćdziesiąt pięć. Rumieniłam się, ale każdy, kto mnie mijał, rzucał jakiś komentarz o ekscytacji przed meczem. Kiwałam głową, prawie ich nie słysząc. Jakaś część mnie zastanawiała się, czy ludzi, którzy podmieniają znicze na takie, które nigdy nie opuściły granic Wielkiej Brytanii i które na pewno nie pochodzą z Islandii, są wleczeni do Azkabanu przez dementorów.
Na moje szczęście sprawdzenie piłek odkładano tak długo, że gdy w końcu udało mi się dotrzeć do namiotu, na to wszystko było już za późno. Zawodnicy rozgrzewali się na boisku tuż za stadionem, a sędziowie – popijając ostatni łyczek Ognistej na szczęście. Znicz nikogo tu nie interesował.
Kątem oka patrzyłam, jak Bagman rozmawiał ze swoją najlepszą, biurową towarzyszką – Burgundą Clemens.
Odetchnęłam z ulgą. W myślach przebiegłam listę zadań, które miałam wykonać. Wszystkie delegacje odebrały swoje bilety. Nikt nie koczował poza oficjalnie wyznaczonymi granicami pola namiotowego. Obie reprezentacje otrzymały odpowiednie wsparcie w kwestii treningu i wypoczynku. Wszystkie posiłki dla zaproszonych gości wydano. Wykonano wszystkie niezbędne pomiary mioteł i szat. Dziennikarzy „Proroka” wyrzucono z rejonów, w którym nie wolno im było przebywać (w sumie ponad dwudziestokrotnie). Żadne z zaklęć okalających nas ze wszystkich stron nie pękło. Wszyscy byli w jednym kawałku, trybuny były pełne, okrzyki kibiców dało się słyszeć aż tutaj. Wszystko się musiało udać. Już za kilka minut będę mogła wkroczyć na trybuny i zająć miejsce, które Bagman – prawdopodobnie – dla mnie zajął. Będę wolna od myślenia o nieislandzkich zniczach i…
– Maggie? Mogłabyś podejść do bramki numer dwa? Chyba mamy jakiś problem z zabezpieczeniami.

Advertisements

Tonight, tonight

You can never ever leave
Without leaving a piece of youth
And our lives are forever changed
We will never be the same
/Smashing Pumpkins – Tonight, tonight/

Pierwsze krople letniego deszczu – tak wyczekiwanego przez wszelką zieleń, która przebiła się przez pokryty betonem Londyn – dotknęły chodnika w tym samym momencie, kiedy zamknął się w łazience Potterów, bezpieczny w Dolinie Godryka. Nadal oddychał ciężko, jakby przebiegł całą drogę między Londynem a Dorset, choć przecież nie byłby w stanie tego zrobić, nawet nienawiść, która zasnuwała mu obraz czerwienią i którą smakował w ustach – smakowała krwią, kurzem i, nie wiedzieć czemu, lukrecją – nie dałaby mu dostatecznie dużo siły. Przestronna łazienka Potterów – pełna beżów i bieli, prostych kształtów i puchatych ręczników – nie pasowała do niego, czy może raczej on nie pasował do niej. Roztrzęsiony i na poły szalony – przecież musiał być szalony – pośrodku tej jasności wyglądał jak… jak ponurak. Myśl ta sprawiła, że parsknął śmiechem, zbyt głośnym i trwającym zbyt długo, by mógł być zignorowany.
Ledwie zdążył go stłumić, zdławić w sobie, śmiać się dalej w sobie, nim usłyszał niepewne pukanie do drzwi.
– Wszystko w porządku, Syriuszu?
Nic nie było w porządku. Nic.
– Oczywiście – zapewnił, choć w pierwszej chwili nie był pewny, czy to jego głos.
– Zawołaj mnie, gdybyś czegoś potrzebował – powiedziała pani Potter, a potem odeszła, wyraźnie słyszał jej oddalające się kroki.
Nie planował jej wołać, nawet gdyby miał stracić resztki siebie pośrodku jej zadbanej, idealnej łazienki.
Nadal siedział na podłodze, opierając się plecami o wannę. Wodził oczami po ścianach, bezrefleksyjnie katalogując wszystko, co stało na półkach, każdą buteleczkę, każdy flakonik… Co jakiś czas trafiał na obrazek w ramce, zza której patrzyły na niego kocięta lub dzieci, wszystkie w towarzystwie kwiatów i wszystkie tak samo przestraszone. Jakiejś części jego świadomości to niemal pochlebiało – tej mrocznej części, która mogłaby trafić do Slytherinu, która mogłaby być Blackiem.
Szybko przeniósł wzrok na niewielkie okno przysłonięte firanką. Po szybie płynęły ciężkie krople deszczu, a Syriusz poczuł, że w gardle znów rodzi mu się płacz, który chciał ze wszelkich sił stłumić. Już wcześniej – kiedy pierwsza wściekłość minęła i kiedy zdał sobie sprawę, że tym razem nie może wrócić, tym razem nie może dać im wygrać – uronił kilka łez, która zdradziecko popłynęły po jego policzkach, kiedy ze wszelkich sił starał się je powstrzymać, zawrócić, zdławić w zarodku. Musiał je jednak wytrzeć wierzchem dłoni, wykonując wściekły ruch. Wściekłość była łatwiejsza, płonęła jasnym, gorącym płomieniem, wychodziła z trzewi i rozlewała się na resztę ciała, oplatając kręgosłup jęzorami żywego ognia. Wypierała wszystkie inne emocje, które w pewnym momencie próbowały nad nim zapanować, ale chwycił się jej, jak tonący łapie cokolwiek, co tylko przypomina linę, żeby tylko pozostać na powierzchni.
Za oknem było już ciemno. Nawet gdyby przesłuchiwano go przed Wizengamotem, nie byłby w stanie ustalić, czy to tylko wina burzowej chmury, czy też siedział na podłodze tak długo, aż zapadł zmrok. Deszcz nadal tłukł w szybę, tak samo nieustępliwy jak pół godziny i miliard lat temu.
Z trudem się podniósł, zmuszając do wysiłku mięśnie, które zastygły w bezruchu, napięte, jakby gotowe do kolejnej ucieczki. Podszedł do umywalki, żeby ochlapać twarz wodą – zmyć ślady, przecież każdy, kto go widział, musiał je widzieć, musiał wiedzieć, że płakał – i ze zdziwieniem stwierdził, że jego twarz się nie zmieniła. Patrzył na niego ten sam Syriusz, którego widział tego samego ranka – naprawdę to było dziś rano? – w łazience domu przy Grimmauld Place. Było w tym coś niedorzecznego, niemożliwego, wręcz nieprzyzwoitego, że jego twarz była wciąż tą samą twarzą, która przedrzeźniała Regulusa przy rodzinnym stole czy którą w porywie złości uderzyła Walburga Black.
Nie mogąc dłużej znieść tego widoku, który nijak nie przystawał do wszystkiego, co kotłowało się w syriuszowym sercu, gotowe eksplodować, jeśli tylko wściekłość przestanie sterować całym jego ciałem, mechanicznie zdjął z siebie ubranie – kupione w mugolskim sklepie, żeby tylko zrobić im na złość – i wszedł do wanny.
Woda powinna go uspokoić, ale im dłużej w niej leżał, tym boleśniej był świadom, że wściekłość go opuszcza, ale jej miejsca nic nie zajmuje. Kiedy zawartość wanny całkiem ostygła, a jego palce namiękły jak nigdy, zdał sobie sprawę, że wypełnia go pustka tak namacalna, że aż musiał sprawdzić, czy nadal ma brzuch i nogi. Były tam, kiedy wycierał je puchatym, beżowym ręcznikiem pani Potter, były tam, kiedy zakładał piżamę i musiały tam nadal być, kiedy zebrał swoje rzeczy i wyszedł na korytarz. Możliwie bezszelestnie – jakby nigdy nie istniał, jakby go tu wcale nie było – dotarł do pokoju gościnnego, do którego pani Potter przyniosła koce i poduszki, jeszcze zanim nawiązał duchowy kontakt z podłogą w jej łazience. Zapewniała, że to żaden problem, że miło im go gościć – i była przy tym tak szczera, że niemal jej wierzył.
Na znajdującej się w pokoju sofie leżał James, który bawił się złotym zniczem. Wypuszczał go, pozwalał mu przez chwilę cieszyć się wolnością, a potem łapał, zduszając wszelkie złudzenia co do tego, kto w tej sytuacji ustalał zasady. Syriusz poczuł, że go mdli, ale nic nie powiedział. W milczeniu patrzył, jak złota piłeczka raz po raz próbuje wyrwać się na wolność i wraca do dłoni Jamesa.
– W końcu nawiałeś – powiedział, a w jego głosie pobrzmiewała duma z przyjaciela. Wcześniej, kiedy Syriusz stanął na progu ich domu, wymienili niewiele słów, obaj zbyt oszołomieni. – Ale się wkurzą.
– Już byli wkurzeni – odpowiedział Syriusz, oczekując powrotu wściekłości.
James zaśmiał się i przez chwilę wydawało się, że zgubi swój złoty znicz, ale ponownie udało mu się w porę podciąć skrzydełka i zamknąć go w dłoni.
– Chcesz o tym pogadać?
Syriusz przez chwilę milczał, rozważając, jak ubrać w słowa wszystko, co się wydarzyło tego dnia – od śniadania, przez odwiedziny wuja Cygnusa, zasłyszane ukradkiem dyskusje o nim czy o Andromedzie – czarnych owcach wśród Blacków – a potem, w okolicy obiadu, wszystko eskalowało tak szybko, że pamiętał tylko te mniej znaczące urywki, wśród których przewijały się przytyki do kolorów Gryffindoru, do tego koszmarnego, mugolskiego wynalazku, który odtwarzał muzykę, do dekoltu Brigitte Bardot… To było łatwiej pamiętać, łatwiej ubrać w słowa i opowiedzieć Rogatemu, zostawiając w tej historii przerwy wystarczająco długie, by mógł się pośmiać, i dostatecznie krótkie, by nie dostrzegł, że w opowieści brakuje wielu elementów. Że niezależnie od tego, jak Walburga i Orion Black nienawidzili połączenia złota z czerwienią, odsłoniętych ramiona Bardot i piosenek Bruce’a Springsteena, które Syriusz pokochał, żadna z tych spraw – ani nawet wszystkie naraz – nie tłumaczyła, czemu pierworodny szlachetnego i starożytnego rodu Blacków znalazł się bez dachu nad głową.
James nadal rechotał, zbyt rozbawiony wizją plakatu tańczącego kankana pośród rodowych sreber podczas niedzielnego obiadu.
– Dobre zaklęcie – powiedział, a w jego oczach zalśniło coś, co nakazywało sądzić, że wkrótce podobne zjawisko będzie można zaobserwować na stole w kuchni państwa Potterów.
Syriusz uśmiechnął się krzywo.
– Miałem czas, żeby ćwiczyć.
To na chwilę otrzeźwiło Jamesa, który w mgnieniu oka spoważniał.
– Nie powinieneś był tam w ogóle wracać – oświadczył, podnosząc się z sofy. – To banda oszołomów, szkoda twojego czasu na nich. Powinieneś był prosto z Londynu przyjechać do nas.
Syriusz odruchowo skrzywił się lekko, jakby słowa te dotknęły go fizycznie. Choć ten lekki grymas znikł tak szybko, jak się pojawił, to nie uszedł uwadze Jamesa; Rogaty nie wiedział jednak, co z właśnie powziętą wiedzą zrobić, więc wzruszył ramionami i klepnął Syriusza w ramię.
– Wyśpij się, a jutro pogramy w quidditcha – powiedział, wychodząc z pokoju.
Syriusz zbyt szybko został sam ze swoimi myślami, swoją pustką – która po wyjściu Jamesa stała się jeszcze bardziej oczywista, bo wcześniej była, ale mógł ją odepchnąć, zlekceważyć, zepchnąć na drugi plan, skoro była zbędna w tej rozmowie, skoro mógł ją przykryć zabawnym komentarzem i niezbyt szczerym uśmiechem – i z tobołkiem ubrań, które przyniósł z łazienki. Rzucił je w kierunku krzesła, nie patrząc nawet, gdzie wylądowały. Przez ułamek sekundy poczuł wyrzuty sumienia – pani Potter nie powinna patrzeć na jego brudne skarpetki, kiedy tu jutro wejdzie – ale były one zbyt małe, by coś z nimi zrobił. Zamiast tego rzucił się na sofę, układając się wygodnie i wbijając wzrok w sufit. Jedynym źródłem światła – teraz, kiedy James zamknął za sobą drzwi do korytarza – był księżyc. Zbliżała się pełnia, ale cóż z tego, jeśli Remus był setki kilometrów stąd.
Poprzedniej nocy patrzył na księżyc przez zupełnie inne okno, leżąc na zupełnie innym łóżku i zastanawiając się, jak długo jeszcze zniesie to, co działo się przy Grimmauld Place. Jak długo pozostanie jeszcze sobą – Syriuszem – zanim coś w nim pęknie i stanie się kimś innym – Blackiem. Przecież o to im właśnie chodziło, pod tymi wystudiowanymi maskami obojętności kryło się pragnienie, by był taki jak oni; czuł je w każdym pogardliwym spojrzeniu, w każdym wymierzonym mu razie, w każdej złośliwości. Umacniało to jego postanowienie, by nigdy nie stać się jednym z nich, ale…
Ale…
Syriusz zamknął oczy, przywołując w myślach jakąś – jakąkolwiek – piosenkę z tych, które ostatnio słyszał w radio. Niemal chwytał myślą melodie i słowa, ale wszystkie prędzej czy później rozmywały się, łączyły w bezsensowne twory albo urywały. Gdzieś tam, z tyłu głowy, była cały czas twarz jego matki, jej głos, grymas wściekłości i – co gorsze – błysk aprobaty w oczach.
Nie było nic straszniejszego niż aprobata Walburgi Black.
Otworzył oczy i położył się tak, by widzieć okno. Księżyc znajdował się poza zasięgiem jego wzroku, ale świecił jasno. Nigdy nie przykładał się do astronomii na tyle, by móc oczyścić umysł dzięki znajomym kształtom gwiazd; wiedział też, że nie spotka na nocnym niebie swojego imiennika, który wakacje spędzał na południowej półkuli. Może miał dobry pomysł, może Syriusz powinien był podążyć jego tropem, uciec gdzieś daleko, gdzie nikt go nie znał, nikt nie mógł oceniać go po statusie krwi czy zastanawiać się, kiedy okaże się, że jabłko wcale nie pada daleko od jabłoni.
To tylko kwestia czasu.
Potrząsnął głową, chcąc pozbyć się pobrzmiewającego w niej głosu matki. Nie chciał o niej myśleć – już nigdy – a szczególnie nie kilka godzin po tym, kiedy ostatecznie się od niej uwolnił, kiedy uciekł, by już nigdy nie powrócić.
Poczuł, że zaschło mu w ustach, choć przecież nic nie mówił.
Cicho, najciszej jak mógł, żeby nikogo nie obudzić przeszedł przez ciemny korytarz do kuchni. Tam jednak zorientował się, że nie tylko on ma problemy ze snem. Eufemia Potter siedziała w wygodnym fotelu w przestrzeni pomiędzy kuchnią a salonem, zatopiona w lekturze jakiejś opasłej księgi. Tuż obok niej druty niezmordowanie pracowały nad robótką z granatowej wełny. Syriusz chciał się wycofać, żeby nie zakłócać jej spokoju, ale było już za późno. Jasne, niebieskie oczy zdawały się prześwietlać go na wylot. Nawet jeśli biła z nich sympatia, Syriusz miał ochotę skryć się w mroku i pozostać w nim tak długo, aż matka Jamesa nie pójdzie spać. Bał się tego, co Eufemia może w nim znaleźć, jeśli jej wzrok zbyt uważnie zacznie badać jego wnętrze.
Krwi się nie oszuka, a w jego żyłach płynie krew Blacków.
– Też nie możesz spać? – zapytała dobrotliwie, a jej pokrytą zmarszczkami twarz rozświetlił uśmiech. – Księżyc miesza nam wszystkim w głowach.
– Tak – odpowiedział cicho, niepewnie przestępując z nogi na nogę. Mógł uciec z domu, mógł robić wszystko, by przekonać świat o tym, na jak niewielu rzeczach mu zależy, mógł… mógł wiele, ale teraz, kiedy między nim a szklanką wody stała cała dobroć pani Potter, czuł się, jakby znów miał cztery lata i potrzebował kogoś, kto odgoni wszystkie koszmary.
Wtedy nikogo takiego nie znalazł. Nie chciał nawet myśleć, że teraz mogłoby być inaczej, perspektywa ta była zbyt przerażająca.
– Martwiliśmy się o ciebie, Syriuszu – powiedziała. – James nie dostał żadnej sowy od początku wakacji.
Skinął głową, z trudem przełykając ślinę. W gardle utworzyła mu się gula, która niewiele miała wspólnego ze wspomnieniem martwych ptaków lądujących na trawie przed domem po tym, jak zostały rażone klątwą, a więcej z tym, że nie wiedział, co powinien zrobić z wiedzą o tym, że ktoś się o niego martwił.
– Próbowałem… próbowałem napisać.
Pani Potter pokiwała głową, a w jej oczach – zamiast wesołych błysków, które zwykle mógł dostrzec – pojawiło się coś, co nakazało mu spuścić wzrok. Skąd mógł wiedzieć, czy nie tak wygląda oklumencja, a ostatnim, czego by chciał, to jakikolwiek oklumenta – nawet najsympatyczniejszy – oglądający jego wspomnienia.
– Cieszę się, że udało ci się do nas dotrzeć – zapewniła. – Podróż musiała być trudna.
Syriusz pomyślał o wyrzuconym przez okno kufrze, o tym, jak bał się, że skręci kostkę, kiedy wyskoczy za nim – a wtedy go znajdą, wtedy nie da rady się oddalić – o tym, że jeszcze bardziej się bał, że złapią go, zanim wmiesza się w tłum mugoli, o oglądaniu się przez ramię przez kilkanaście kilometrów wędrówki po Londynie, o próbie kupienia mugolskiego jedzenia za złoto, kiedy nie miał przy sobie innych pieniędzy, o strachu, który kurczył żołądek tak bardzo, że nie mógł myśleć o niczym innym, tylko o tych kilku sekundach, które…
A potem był Błędny Rycerz i Dorset, i Dolina Godryka.
– A skąd. – Zmusił się do uśmiechu. – Błędny Rycerz nie jest aż tak zły.
Pani Potter posłała mu łagodny uśmiech, który sygnalizował, że wie, co Syriusz próbuje zrobić, i póki co mu na to pozwala. Podbródkiem wskazała jedno z krzeseł, nakazując mu, by usiadł.
– Nie będę przeszkadzał – mruknął, próbując wycofać się z kuchni.
– Nonsens – odpowiedziała, przywołując różdżką imbryk i filiżankę, która wydawała mu się tak idiotycznie różowa i pokryta rysunkami kwiatów, że nie mógł wyobrazić sobie, dlaczego ktokolwiek mógłby taką z własnej woli kupić. Jego matka…
Ale nie chciał myśleć o swojej matce.
Eufemia nalała mu herbaty do filiżanki i ponownie zwróciła w jego stronę badawcze spojrzenie.
– Zostaniesz do końca wakacji?
Tym razem nie próbował się uśmiechać, po prostu skinął głową.
– Jeśli to nie problem – powiedział ciszej, niż chciał. Jego głos był zbyt słaby, zbyt niepewny, a przecież Syriusz nie mógł być słaby i niepewny, nie teraz, kiedy słowa jego matki były tak świeże w jego głowie.
Wrócisz tu, wrócisz z podkulonym ogonem.
Nigdy nie wróci do tego domu. Będzie mieszkał w lesie, pod mostem, wprowadzi się do Zakazanego Lasu, jeśli będzie musiał, ale nie wróci na Grimmauld Place.
– Żaden – zapewniła, popychając w jego stronę cukiernicę. – Im nas więcej, tym weselej, prawda?
Zupełnie nieproszony do jego umysłu wdarł się obraz roześmianego wuja Cygnusa. Kto by pomyślał, że strach może tak szybko zastąpić śmiech. Kto by pomyślał, że…
Ale o wuju Cygnusie też nie chciał myśleć, nie w przytulnej kuchni Potterów.
– Na pewno nie będę sprawiał większych problemów niż James – wyszczerzył zęby w tak dobrze sobie znanym uśmiechu i miał nadzieję, że nie pęknie mu od tego twarz.
– Czasami nieźle nam daje w kość – zaśmiała się Eufemia i przez chwilę Syriusz mógłby przysiąc, że miała nie więcej niż 30 lat. – Ale coś ci powiem, niedaleko pada jabłko od jabłoni.
Mrugnęła porozumiewawczo, a po kręgosłupie Syriusza przeszedł dreszcz tak gwałtowny, że aż podskoczył wraz z krzesłem, na którym siedział. Nerwowo chwycił za filiżankę, próbując zamaskować swój nagły ruch.
Niemal spełnił ich oczekiwania, przecież powiedzieli…
Nie mógł być taki jak oni.
– O? – wykrztusił w końcu, zdając sobie sprawę, że cisza, która zapadła, musi być co najmniej niezręczna.
Eufemia uważnie mu się przyglądała, już nie udając, że nie dostrzega jego dziwnego zachowania. Teraz próbowała ocenić, co się stało, że stanął na ich progu – rozdygotany i z szaleństwem w oczach.
Nie wiedział, jak głęboko w sobie ma ukryć wydarzenia tego popołudnia, ale oddałby wiele, żeby nikt się o nich nie dowiedział. Inna część umysłu Syriusza niemal żałowała, że nie wypowiedział tych słów, że nie był w stanie – musisz chcieć go użyć, synu, musisz naprawdę chcieć – bo podczas gdy jarząca się różdżka wywoływała strach w oczach wuja Cygnusa, wypowiedzenie tych słów wywołałoby strach w oczach ich wszystkich. Strach był lepszy niż to, co widział, kiedy uciekał na piętro. Chociaż… wtedy stałby się jednym z nich, matka sama to wykrzyczała, wtedy byłby Blackiem.
Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że Eufemia opowiada o przygodach swojego męża w Hogwarcie. Fleamont był Gryfonem – oczywiście – i łamał regulamin szkoły niemal tak samo często jak jego syn.
Syriusz próbował skupić się na jej słowach, ale serce biło mu jak oszalałe, a z tyłu głowy wciąż miał te wszystkie słowa i spojrzenia, które przelały czarę goryczy, które uświadomiły mu – ostatecznie – że jeśli nie przetnie wszystkich więzów, które łączą go z rodziną, to oni wygrają. Żadne mugolskie plakaty, żadne barwy go przed tym nie uchronią. To coś, ten pierwiastek blackowatowści, było w nim jak bomba i mogło wybuchnąć. Jeśli nie ucieknie, to zwariuje i stanie się jednym z nich – nieważne, czy nastąpi to za tydzień, czy za dekadę.
– Och, chyba nie powinnam cię zanudzać opowieściami sprzed stu lat – powiedziała w końcu.
Chciał zaprotestować, zapewnić, że jej opowieści warte są wysłuchania, ale… nie mógł przywołać żadnej z nich. Wolał więc milczeć.
Eufemia wstała ze swojego fotela i, pokrzątawszy się chwilę po kuchni, podczas gdy Syriusz uparcie wbijał wzrok w filiżankę, ruszyła w kierunku korytarza.
– Syriuszu – odezwała się, już u drzwi pomieszczenia – zostań z nami tak długo, jak tylko masz ochotę. Jesteś dla Jamesa jak brat.
Pokiwał tylko głową, bo w gardle znów urosła mu gula, której nie był w stanie przełknąć – tym razem jednak powodem jej powstania było wzruszenie, nie strach czy wstyd. Nie wiedział, czy pani Potter w ogóle widziała jego kiwnięcie, ale nie miało to większego znaczenia. Ich dziwna rozmowa musiała dostarczyć jej więcej informacji, niżby chciał.
Kiedy został sam, wypił jeszcze kilka filiżanek herbaty. Tu, w tej przytulnej kuchni, z tą idiotycznie różową filiżanką w dłoni łatwiej było mu zrozumieć, poczuć, że w końcu jest daleko od sreber i szarości, że właściwie nic, co stało się przy Grimmauld Place – nieważne, jak przerażające i jak bardzo chciałby o tym zapomnieć – nie miało większego znaczenia teraz, kiedy uciekł. Właściwie… czy nie było w tym jakiejś poetyckiej sprawiedliwości? Syriusz nie był fanem poezji i rzadko ją rozumiał, ale wśród wszystkich emocji, które odczuwał – wciąż przygaszone, ale powoli wypełniające jego pustkę – pączkowało coś, co nakazywało mu się śmiać, gdy myślał o tym, że podniósł na nich różdżkę, że ten akt buntu – tak przecież różny od dotychczasowych wyrazów buntu, z którymi się już oswoili – wywarł na nich takie wrażenie. Chciał myśleć, że nigdy nie zamierzał wypowiedzieć tych słów, że nienawiść, którą czuł we krwi, nie była dostatecznie silna, ale… nie wiedział. Nie mógł był pewien sam siebie. Wolał nie być.

08. Atlantic City

Nie myślała o Pokątnej przez całe lata, a jednak w jej głowie ulica ta nieprzerwanie przypominała głośny, jarmarczny niemal korowód, który tworzyły dziesiątki osób zaaferowanych własnymi sprawami, niosących stosy książek, opasłe kociołki czy wrzeszczące sowy. Pokątna pachniała magią, radością i trochę odchodami, które zostawiały za sobą te wszystkie koty i sowy, nim znikły, by stać się mniej lub bardziej wiernymi towarzyszami jakiegoś dziecka. I, nie wiedzieć czemu, Pokątna, która zapisała się w jej myślach, była słoneczna.
Teraz jednak Pokątna była cicha i opuszczona. Amanda spodziewała się, że obrazu dopełni rzęsisty deszcz, ale tym razem się myliła; ulica skąpana była w słońcu, które zdawało się próbować przekonać ją, że jej sytuacja nie jest tak poważna. Amanda jednak pozostała niewzruszona, gdy jej trzewiki stukały na kamiennym bruku ulicy. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie powinna była zabrać ze sobą Rothenberga, ale mimo deklaracji o współpracy nie mogła się pozbyć poczucia, że jest tylko kulą u jej nogi. Nie znał terenu, nie znał ludzi, jeśli miała z tego układu czerpać jakiekolwiek korzyści, to może na nie liczyć dopiero w Nowym Jorku – o ile kiedykolwiek do niego wrócą. Nie była pewna, czy współpraca z Frankiem była dobrym pomysłem. Może powinna wyciągnąć z niego tyle, ile się da, a potem oddać go Selwynowi? Ale sposób, w jaki mówił o tej całej Dawn, sprawiał, że Amandzie nieco miękło serce. Wiedziała, że to uczucie oznacza jedno: zaraz zrobi coś głupiego. Dotychczas ilekroć pozwalała swoim emocjom wziąć górę nad rozsądkiem, kończyło się to źle.
Nokturn, choć przecież był tuż obok Pokątnej, był znacznie mniej słoneczny. Choć teraz magia była przytłumiona w całej Wielkiej Brytanii, tu wyraźnie czuć było jej ślady. Stulecia użytkowania czarnej magii odcisnęły swoje piętno na tych murach i chodnikach, wsiąkając w nie i tworząc niepowtarzalną atmosferę grozy i tajemnicy, która sprawiała, że włoski na karku osób, które nieświadomie zapuszczały się w te strony, mogły się zjeżyć ze strachu. Amanda bywała tam wielokrotnie, jako dziecko przemierzając Nokturn w poszukiwaniu ciekawych miejsc i ludzi, którzy poświęciliby jej czas, którego nie mógł poświęcić jej ojciec. Wielu innych sklepikarzy przywykło do widoku jej bladej buzi przyglądającej się gablotom z asortymentem, nawet kiedy była niewiele wyższa od tych lad. Z czasem zaglądała tam coraz rzadziej, mogąc częściej zostawać w domu bez opieki, ale mimo upływu lat Nokturn i wypełniający go zapach słodkiej zgnilizny wydawały jej się równie znajome, jak znajomy był szyld głoszący „Borgin & Burke”.
Drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem. Amanda zmarszczyła lekko nos, widząc, że sklep nie był traktowany z należytą troską, która przejawiałaby się nie tylko w naoliwieniu drzwi, lecz także w tak drobnej uprzejmości, jaką byłoby dopilnowanie, by choć jedna osoba była gotowa w każdej chwili powitać klienta.
– Zamknięte! – krzyknął z zaplecza głos, w którym pobrzmiewała irytacja.
Amanda podeszła bliżej lady, dokładając starań, by obcasy jej trzewików stukały głośniej niż zwykle. Gdzieś z tyłu głowy pulsowała świadomość, że Torsten zaraz wyjdzie z zaplecza i będzie musiała zdławić w sobie niechęć do własnego brata. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz rozmawiali, ale wiedziała też, że czasy są na tyle niespokojne, by odłożyć dawne niesnaski na później. Liczyła na to, że Torsten okaże się dostatecznie racjonalny, by to przyznać.
– Mówiłem przecież, że zamk… – zaczął, wychodząc z ciasnego korytarzyka prowadzącego na zaplecze. – O kurwa.
Amanda zmusiła swoje usta do ułożenia się w lekkim, możliwie nieironicznym uśmieszku. Jej brat nadal był źle wychowanym prostakiem, który nie potrafił powstrzymać swoich uczuć przed wymalowaniem się na jego twarzy czy w jego głosie.
– Jest ojciec? Albo Borgin? – zapytała.
Torsten przetarł twarz dłonią, po czym utkwił w niej spojrzenie pełne źle skrywanej niechęci. Nie spodziewała się ciepłego przyjęcia. Jeszcze w Hogwarcie unikali siebie nawzajem, kiedy tylko mogli, zajmując najodleglejsze krańce pokoju wspólnego. Torsten zawsze wtedy upajał się dźwiękiem swojego głosu, którego chętnie słuchali inni, ona zaś – cztery lata młodsza i niezainteresowana pozyskiwaniem wianuszka przyjaciół – siedziała w fotelu z księgą na kolanach i myślami była daleko od Szkocji i zimnych lochów. Potem okazji do rozmów było jeszcze mniej.
Teraz jednak, kiedy stali twarzą w twarz, nie mogli uniknąć rozmowy.
– Nie – uciął. – Czego tu szukasz?
Pytanie nie było sformułowane najlepiej, ale Amanda nie widziała sensu w przeciąganiu gierek językowych, których ewentualne wyrafinowanie i tak umknęłoby uwadze Torstena. Zawsze był typem człowieka, który najpierw działa, a dopiero potem zadaje pytania. Postanowiła dać mu tę drobną wygraną w nadziei, że on da jej większą.
– Pomocy. – Jej postura nie korespondowała z tym słowem, wiedziała o tym. Amanda stała zbyt prosto i sztywno, a jej broda była uniesiona zbyt wysoko, by samo słowo „pomoc” zaspokoiło Torstena.
Oblizał wargi, jakby szykował się do uczty.
– Ostatni raz szukałaś pomocy, jak zrujnowałaś życie porządnego człowieka – przypomniał, z sadystyczną niemal przyjemnością wypatrując cienia słabości na jej twarzy. – Co takiego musiałaś spierdolić, że przybyłaś tu aż ze Stanów czy gdzie tam się szlajałaś przez te wszystkie lata?
Przez myśl przeszło jej, jak łatwo mogłaby sprowadzić go na ziemię. Takim ludziom jak Torsten imponowały okrągłe zdania o delegacjach, misjach dyplomatycznych i międzynarodowych konferencjach. Takim ludziom jak Torsten imponowałoby, gdyby mogli korzystać z tego samego wychodka co Minister Magii.
– Potrzebuję magii – powiedziała, puszczając mimo uszu jego słowa. – Cokolwiek, co będzie działało. Eliksiry, amulety…
– I skąd ja mam to, kurwa, wziąć? – warknął. – Wchodzisz tu jak jakaś cholerna księżniczka i chcesz magii? Niespodzianka, magii już nie ma. Pieprzony Dumbledore i jego świta wykończyli całą magię. Pewnie wszystko, co zostało, mają gdzieś na swoją wyłączność i któregoś dnia postanowią nas stąd wykurzyć.
Amanda rozejrzała się po sklepie. Istotnie, gabloty były niemal puste, ale tu i ówdzie można było dostrzec jakąś księgę czy zapomniany flakon. Torsten kłamał. Nie spodziewała się niczego innego.
– W jakimś celu tu siedzisz – rzuciła zaczepnie. Widziała, że na twarzy pojawiły mu się już wypieki złości, które nijak nie korespondowały z jego jasnymi włosami, sprawiając, że nabierał wyglądu bardziej wieprza niż człowieka. – Nie przyszłam się z tobą kłócić.
– To po co tu przyszłaś? – wysyczał. Na jego szyi wyraźnie pulsowała tętnica. Amanda nie była w stanie zrozumieć, skąd wziął się w nim tak silny gniew. Kiedy widzieli się po raz ostatni, panowało między nimi raczej chłodne milczenie.
Zanim zdążyła odpowiedzieć, drzwi się otworzyły i wsunął się przez nie Borgin. Wszedł niemal bezszelestnie i gdyby nie jego chrząknięcie, Burke’owie mogliby go nawet nie zauważyć.
– Panna Burke, jak miło – powiedział, świdrując Amandę szarymi oczkami, które potrafiły wycenić wszystko, co tylko napotykały. Borgin ani trochę się nie zmienił, choć osiągnął już wiek, w którym większość ludzi miałaby dość przyzwoitości, żeby umrzeć. On jednak zbyt bardzo lubił to, co robił, a zaaferowany ciągłym szacowaniem wartości dóbr i ludzi zapomniał o własnej śmiertelności.
– Pan Borgin. Cała przyjemność po mojej stronie – odparła sztywno, kompletnie ignorując Torstena.
– Co panienkę sprowadza w nasze… skromne progi? – zapytał, posyłając jej uśmiech, który mógłby być serdeczny, gdyby nie był dowodem na to, że uznał ją za przydatną.
– Potrzebuję magii – powiedziała bez ogródek, pewna, że Borgin spełni jej życzenie, nawet jeśli srogo sobie za to policzy. – Eliksiry, amulety, cokolwiek.
– Och, magia – westchnął, teatralnie zmartwiony. – To towar zbyt deficytowy jak na nasz świat. Stajemy się niemal mugolami. Straszne to czasy, straszne…
Amanda przez chwilę czekała, żeby pochwycić jego spojrzenie. Wiedziała, że musi przedstawić coś wartościowego. Problem w tym, że nie wiedziała co.
– Problem pojawia się dopiero na granicy, wydaje mi się, że mógłby zostać dość łatwo rozwiązany – stwierdziła, starając się zbić cenę.
– To przemyć sobie, kurwa, te eliksiry i amulety – ryknął Torsten.
Borgin posłał mu karcące spojrzenie, które nieco go spacyfikowało.
– Ach, rodzinne kłótnie, te ściany tak dawno ich nie słyszały – rzucił. – Nawet jeśli brak mu ogłady, Torsten zwrócił uwagę na pewien problem. Kontakt z kontynentem nie jest tak prosty i nie każdy może sobie na niego pozwolić.
Śmierciożercy nie mogą zabraniać go handlarzom z Nokturnu, to niedorzeczne, przeszło jej przez myśl. Jaką władzę ma nad nimi wszystkimi Dumbledore?
– A jeśli postaram się o jakiś kontakt? – zaproponowała.
Torsten walnął pięścią w biurko i wyszedł. Borgin posłał jej uśmiech tak fałszywy, że aż przeszył ją dreszcz.
– Nie wątpię w twoje kontakty, panno Burke, ale musisz zrozumieć, że niezależnie od tego, jakie wiatry przygnały cię do Anglii, rzeczywistość się zmieniła.
– Nie jestem już dzieckiem, Borgin. Grajmy w otwarte karty – oświadczyła. Było to stwierdzenie tyleż śmiałe, ile puste, jako że Amanda spodziewała się, że większość jej kart znanych jest już Borginowi.
– Wspaniale – zgodził się. – Przyszłaś tu z własnej woli, panno Burke, czy z woli ministerstwa?
Amanda zacisnęła szczęki. Domyślała się, że odpowiedź na to pytanie będzie uzależniała dalszą dyskusję. Twarz Borgina wyrażała jednak idealną pustkę i nie podpowiadała, jakiej odpowiedzi oczekiwał. W takich chwilach żałowała, że nigdy nie wykazywała większego talentu w kierunku legilimencji. Sama myśl o tym, jak łatwo byłoby wyczytywać wszystko z cudzych umysłów zamiast prowadzić z nimi pertraktacje…
– Współpracuję z ministerstwem – oświadczyła, decydując się na zachowawczą odpowiedź – ale jestem tu z własnej woli.
Borgin przypatrywał jej się uważnie, jakby rozważał jej odpowiedź, rozbijał na czynniki pierwsze i dokonywał starannego pomiaru każdego z nich. Czuła, jakby otwierał jej czaszkę, i ze wszystkich sił starała się powstrzymać to uczucie.
– Myślę, że dojdziemy do porozumienia – powiedział, przywołując na usta chłodny uśmiech, który upodobnił jego twarz do czaszki. Amanda przez ułamek sekundy żałowała, że w ogóle odwiedziła Nokturn, ale wiedziała, że nie mogła się już wycofać.
*
Kiedy wyszła z Nokturnu, słońce przywitało ją jasnymi promykami, jakby próbowało wynagrodzić jej to wszystko, co stało się wśród ciemnych murów, odoru stęchlizny i rozkładu, a do tego w obecności jej brata. Jakaś jej część była tym faktem zdziwiona, jakby w ogóle nie spodziewała się zobaczyć słońca. Dopiero miarowy stukot obcasów o bruk utwierdzał ją w przekonaniu, że wszystko jest w porządku, świat nadal trwa. W torebce miała kilka flakoników i zestaw run, które mogły przyczynić się do tego, że świat będzie dalej trwał. Nie mogła pozwolić sobie na to, by zostać marionetką Selwyna albo Borgina.
– A-amanda? – usłyszała za plecami. Przez chwilę chciała udać, że nic nie słyszała i przeć naprzód, w stronę wyjścia z Pokątnej, ale głos wydał jej się na tyle znajomy, że zwolniła kroku.
Zielone oczy Toma Fawleya patrzyły na nią z niedowierzaniem. Ostatni raz widzieli się na długo przed wyjazdem Amandy, kiedy to doszła do wniosku, że jego status jako jej przyjaciela obojgu przestał odpowiadać jakiś czas temu. Teraz jednak Tom wyglądał niemal tak samo jak przed laty – tak samo się uśmiechał, a brązowe kosmyki tak samo wpadały mu do oczu. Amanda przez chwilę poczuła w żołądku bryłę lodu, a perspektywa rozmowy z Tomem wydawała jej się niemal tak ponura jak wcześniej ponurą wydawała jej się wizja rozmowy z Torstenem.
Tom niezdarnie ją objął, jakby nie dostrzegając, że zesztywniała jak posąg, i cmoknął w policzek.
– To naprawdę ty, niesamowite! – krzyknął, jakby na Pokątnej znajdował się ktoś, kto nie zauważył jeszcze, że przed jego oczami rozgrywa się właśnie spotkanie po latach. Ulica była praktycznie opustoszała, więc jego zachowanie wydawało się pozbawione sensu.
– Tom – powiedziała cicho. – Co za spotkanie.
Próbowała się szczerze uśmiechnąć, ale nie mogła zmusić do tego twarzy. Miała wrażenie, że jej policzki są skute lodem, a samo patrzenie na Toma sprawiało, że myślami wracała do czasów, które przecież zostawiła już za sobą. Jego oczy miały jednak kolor baldachimu nad jej łóżkiem w dormitorium Slytherinu, a uśmiech przywoływał krótkie chwile wesołości w Wielkiej Sali, które przecież wciąż tkwiły w jej pamięci, nawet jeśli przykryły je inne, nowsze wspomnienia. Tom był znajomy jak fotel w pokoju wspólnym, bezpieczny jak biblioteka i nieskomplikowany jak droga przez błonia od zamku do jeziora. Co, rzecz jasna, czyniło go niebezpiecznym. Niezależnie od tego, po czyjej stronie Tom jest teraz, wszystko, co od niej usłyszy, będzie mógł przekazać dalej – najpewniej w dobrej wierze i pewnej nieświadomości. Fawleyowie byli rodem od stuleci utrzymującym czystość krwi, a mimo to niektórzy jego członkowie wciąż nie pojęli reguł, jakie rządziły światem.
– Myślałem, że już dawno wyjechałaś z kraju – powiedział, nie przestając się uśmiechać.
Amanda skrzywiła się lekko. Nie był to wyrzut, nie było w jego tonie zdziwienia, a jednak poczuła, jakby to ona zrobiła coś źle, jakby swoją decyzją wpłynęła na więcej niż jedno życie, o czym właśnie przypominał jej w najbardziej delikatny, Puchoński sposób, na jaki tylko było go stać.
– Wróciłam.
Tom parsknął ze śmiechu.
– Ależ sobie czas wybrałaś! Tyle się dzieje, że… A zresztą, sama widziałaś. Widziałaś, prawda?
Pokiwała głową, niepewna, co powinna odpowiedzieć i do czyich uszu dotrze jej odpowiedź.
– Koniecznie musimy powspominać stare czasy. Zostajesz na dłużej? – dopytywał, a Amanda poczuła, że powinna jak najszybciej stamtąd odejść, że im dłużej stoi na środku tej słonecznej ulicy, która wciąż niemal dźwięczała wspomnieniem wszechobecnego gwaru, tym pewniejsze jest, że wypadnie z gry, a Selwyn z uśmiechem zrobi z nią to samo, co on lub jego ludzie zrobili z Marie i resztą jej delegacji.
A jednak… Przecież to był Tom. Tom, który wiedział o tak wielu rzeczach i wciąż był przy niej. Nie mogła popadać w paranoję.
– Przez jakiś czas będę w Londynie – zapewniła. – Co powiesz na kawę? Jutro?
Tom pokiwał głową, posyłając jej jeden z tych uśmiechów, które sprawiały, że Kate miękło serce, przez co potrafiła nocami zadręczać Amandę opowieściami o tym, jak idealną rodzinę stworzyliby z Tomem, gdyby tylko mogli. Amanda była pewna, że żadnej rodziny nie stworzyli, ale kiedy ostatni raz widziała Kate, wciąż była blisko Toma. Może nadal była?
– A co z Kate? – zapytała. – Masz z nią kontakt?
Tom przez chwilę milczał, po czym podał adres jednej z kawiarni, które Amanda znała. Nie była ona na tyle blisko hotelu, by wzbudzić w Amandzie podejrzenia o to, że Tom współpracuje z ministerstwem. Zresztą trudno było jej to sobie wyobrazić – samo zestawienie Toma z Selwynem wzbudzało w niej śmiech – ale czyż w tak ponurych czasach nie zdarzały się dziwniejsze mariaże z rozsądku?
– To jesteśmy umówieni. – Posłał jej kolejny uśmiech, a promienie słońca bawiły się jego włosami, wydobywając z nich kasztanowe refleksy, których nigdy wcześniej nie dostrzegała.
Amanda skinęła głową, dziwnie pewna, że temat Kate będzie jednym z tych, które przyjdzie im poruszyć między kawą a szarlotką. Innym tematem będzie sytuacja w kraju. Nie potrafiła sobie wyobrazić Toma po żadnej ze stron, ale gdyby musiała – widziałaby raczej po stronie ruchu oporu. Czy jednak byłoby to możliwe, żeby wpadła na tak wartościowy kontakt przypadkiem i to na środku Pokątnej? Nie śmiała wierzyć we własne szczęście.

05. Ani ja, ani ty

W którymś momencie, być może między jednym przesłuchaniem a drugim, czaszka Amandy przestała tętnić, jakby się chciała rozpaść. Jednak nawet kiedy ból ustąpił, Amanda przekonała się, że czas nie mijał szybciej, kiedy było się w pokoju przesłuchań. Wiele razy słyszała, że w takich miejscach godziny odczuwało się jak minuty, kiedy już pojawił się ktoś, kto zadawał pytania. Nic z tego; choć pytania padały nieustannie, czas zdawał się płynąć gdzieś obok, a mózg Amandy nie był w stanie przepracować tych kilku minut, które minęły od chwili, gdy Selwyn otworzył drzwi, do pojawienia się magopolicji. „Amando? Amando, nie mdlej,” powiedział wtedy Selwyn, nie robiąc jednak nic, by zasłonić nieprzyjemny widok. „Wiem, że możesz zachować spokój”.
Oczywiście, że mogła. Była niezwykle spokojna. Oddychała mechanicznie, nieco płycej niż zwykle, ale panika w żaden sposób nie przychodziła. Tylko widok wnętrza pokoju zdawał się na stałe wypalać w jej mózgu, a jakaś część jej osobowości – ta pierwotna, zwykle drzemiąca pod osiągnięciami tysięcy lat ewolucji – szeptała, że należy uciekać, że w pobliżu zwłok nie można zachowywać spokoju, nie można stać tam ani chwili dłużej. Amanda nie ruszyła się jednak nawet na krok.
„Wezwij kogoś, trzeba zabezpieczyć ten pokój,” powiedziała w końcu, odtrącając rękę Selwyna, którą próbował położyć na jej ramieniu. Wyglądał na nieco zdziwionego jej reakcją, ale szybko przywołał na twarz raczej ponurą minę.
„To bardzo przykry wypadek,” stwierdził, świdrując Amandę wzrokiem, jakby nie dość świdrowały ją puste oczy Marie, której głowa spoczywała na stoliku do kawy, tuż za progiem. „Będą musieli wszystkich przesłuchać i oby nie dopatrzyli się niczego… nadzwyczajnego”.
Wtedy nie była pewna, co dokładnie miał na myśli; w końcu znalezienie czegokolwiek odstającego od normy mogłoby doprowadzić do ujęcia osoby winnej tej zbrodni. Teraz jednak, kiedy magopolicja skończyła ją przesłuchać, a sprawę przejęli aurorzy, zdawała sobie sprawę, że nic, co mogliby odkryć, nie pomoże. Choć starali się zachowywać spokój, ich pytania zdawały się sugerować, że nie są pewni, jak postępować ze śledztwem. Wydawało się za to jasne, że próbują wyciągnąć z Amandy jak najwięcej tylko dlatego, że wraz z Selwynem odkryła miejsce zbrodni, a także stosunkowo dużo czasu spędziła ze zmarłymi, kiedy jeszcze pozostawali wśród żywych. Jeśli nie znajdą winnego, czy trudno byłoby rzucić podejrzenie – bo przecież podejrzenie wystarczy – na kogoś innego? I czy samo podejrzenie nie wystarczy, by skomplikować czyjeś życie – zwłaszcza teraz, kiedy oczy całego magicznego świata skierowane były na Wielką Brytanię?
„Mam nadzieję, że pamiętasz każdy szczegół dzisiejszego dnia i nie pomylisz się w zeznaniach, Amando,” powiedział Selwyn, kiedy tam stali, a jej wzrok błądził po fragmencie czyichś jelit, które znikały gdzieś za kanapą.
Jeszcze nie wiedziała, że magomedycy określą czas zgonu na tyle mało precyzyjnie, że alibi Amandy stanie się nie tylko posiłek w stołówce.
– Panno Burke, rozumiem, że jest pani przemęczona, ale musimy ustalić fakty, zanim pozwolimy pani odejść – powiedział przesłuchujący ją auror, drapiąc się po czole. Miał ciemne włosy, które zaczynały siwieć i się przerzedzać, o czym ich posiadacz zdawał się zapominać, co jakiś czas próbując odgarnąć z czoła nieistniejącą grzywkę albo maskując ten gest drapaniem się.
Amanda zacisnęła szczękę, co sprawiło, że jej usta zmieniły się w wąziutką linię, całkiem pozbawioną koloru. Nie była pewna, jak długo przebywała w biurze managera hotelu, gdzie najpierw przesłuchiwała ją magopolicja, a później aurorzy. Wszystko po to, by nie wywoływać skandalu, choć jak długo można ukrywać przed innymi mieszkańcami hotelu, że w pokoju obok doszło do krwawej jatki? Nie da się tego sprzątnąć jednym zaklęciem. Nie da się też zatrzymać procesu rozkładu, który sprawi, że jeśli ktoś tego prędko nie posprząta, to niebawem charakterystyczny smród da innym do zrozumienia, że wydarzyła się tragedia. Magopolicjanci jednak rzucili pobieżnie okiem na scenę zbrodni i skupili się na Amandzie i Selwynie, których zabrali na parter, do pomieszczeń administracyjnych. Przez chwilę pozwolono im siedzieć w tym samym pokoju, bo trzech magopolicjantów wspólnymi siłami próbowało obsłużyć aparat telefoniczny i zadzwonić do Biura Aurorów. Widok ten byłby o wiele bardziej zabawny, gdyby Amanda mogła wyrzucić z głowy obrazy, które nadal tańczyły jej przed oczami, ilekroć przymykała powieki.
– Proszę mi jeszcze raz powiedzieć, w jakich okolicznościach znalazła się pani wraz z Vincentem Selwynem pod drzwiami pokoju należącego do norweskiej delegacji – powiedział auror, wyrywając ją z chwilowego zamyślenia.
– Selwyn poprosił mnie o asystę – odpowiedziała, uznawszy, że im krótsze będą jej odpowiedzi, tym szybciej auror się zniechęci. Wszystko miał już w protokole sporządzonym przez magopolicjantów.
– Dlaczego panią?
– Na to pytanie może odpowiedzieć tylko Vincent Selwyn.
– Ale ja pytam panią – odparł auror tonem, jakim zwykle przemawia się do krnąbrnych pięciolatków.
Amanda milczała, bezmyślnie obracając w dłoni naszyjnik. Gdyby można było aktywować świstokliki siłą woli, już dawno by jej tu nie było. Prawdopodobnie.
– Spójrzmy więc na problem z innej strony. Znała pani ofiary… – zaczął auror zmęczonym, monotonnym głosem.
– Rozmawialiśmy. Raz. Nie powiedziałabym, że ich znam – stwierdziła chłodno Amanda.
– Ale zaprosili panią do swojego pokoju, mugole pracujący w hotelu to potwierdzają.
Amanda chciała zrzucić całą winę na Franka, przekazać mu ciężar wymyślenia dobrego powodu – niezwiązanego z działalnością na poły szpiegowską – dla którego odwiedzali Norwegów, ale podejrzewała, że albo już go przesłuchano, albo niebawem się to stanie, a jeśli tak, to nie powinna liczyć na jego zdolność do fałszowania rzeczywistości. Nie powinna też wymyślać niczego, czego Frank nie zdoła podtrzymać.
– To była zwykła, prywatna rozmowa.
– A więc ma pani w zwyczaju odwiedzać nieznane sobie delegacje z innych krajów celem odbycia zwykłych, prywatnych rozmów. Z samego rana. W dniu po hucznym balu, który wszyscy odsypiają. Tak, panno Burke? – drążył auror.
– Nadinterpretuje pan moje słowa – stwierdziła, choć coraz trudniej było jej zachować spokój. Nie miała dobrych wyjaśnień. Nie miała też najlepszego alibi; w końcu skoro mogła zniknąć, żeby porozmawiać z Selwynem, kto wie, co jeszcze mogła w tym czasie zrobić…
– Chcę tylko poznać odpowiedzi na wszystkie pytania, które mogłyby paść w sądzie.
– W sądzie? – Amanda uniosła brew. Nie mieli nawet podejrzanego, ale już myśleli o procesie?
– Tak, świadkowie zwykle występują przed obliczem sędziów… Ale o tym pani doskonale wie, prawda, panno Burke? – Auror posłał jej krzywy uśmiech, jakby chciał powiedzieć, że doskonale wie, jak wyglądały dotychczasowe przygody Amandy z wymiarem sprawiedliwości.
– Czy aby nie przekroczył pan granicy oddzielającej ciche przesłuchanie, które ma się przyczynić do uniknięcia rozgłosu, od upajania się międzynarodową sensacją? Bo jeśli dopuszczamy tę drugą opcję, to chyba najwyższy czas, żebym skontaktowała się z kimś ze Stanów – odparła spokojnie Amanda.
– A więc uważa się pani za Amerykankę? – zapytał auror.
– Czy to pytanie ma na celu ustalenie przebiegu zdarzeń, które doprowadziły do śmierci jednej z delegacji?
Auror nie odpowiedział; patrzył na nią z nieskrywaną niechęcią, jakby tylko czekał, aż Amanda da mu powód, by ją zabrał do Azkabanu pod zarzutem potrójnego zabójstwa.
– Odkąd Torvald zginął, nie było ani jednego Burke’a godnego tego nazwiska – powiedział przez zaciśnięte zęby, po czym posłał Amandzie wyzywające spojrzenie.
Amanda nie odpowiedziała. Czekała, kiedy nadejdzie ten moment, w którymś ktoś przywoła temat jej rodziny. Nie spodziewała się tylko, że stanie się to przy okazji przesłuchania.
Zanim jednak rozmowa ta zaszła dalej, rozległo się donośne pukanie do drzwi i, nie czekając na zaproszenie, wszedł przez nie Selwyn. Wyglądał na zmęczonego, ale nie przerażonego i – z całą pewnością – nie wystraszonego wizją wakacji w Azkabanie.
– Thompson, panna Burke jest zmęczona, czy konieczne jest tak długie przesłuchanie? – zapytał, patrząc na aurora z góry.
Thompson mruknął coś niezrozumiałego, choć Amanda była pewna, że jego mruknięcie zawierało przynajmniej jedną inwektywę. Selwyn to jednak zignorował, podchodząc do Amandy.
– Mam nadzieję, że radzi sobie pani z tą traumą, panno Burke – powiedział, wyciągając do niej dłoń, jakby chciał pomóc jej wstać z fotela.
Amanda spojrzała na niego podejrzliwie. Nie miała pojęcia, co chciał osiągnąć, ale nie miała wątpliwości, że wszystko starannie zaplanował. Być może włącznie z wybraniem właściwego momentu, by wejść do pokoju i przerwać aurorowi dokładnie po tym, jak przypomniał jej o niezbyt radosnej historii rodzinnej.
– Dziękuję za troskę – odpowiedziała, ale nie przyjęła jego dłoni. Spojrzała natomiast na aurora, który przyglądał jej się z nieskrywaną pogardą. – Mam nadzieję, że możemy zakończyć naszą rozmowę.
– Jeśli będę miał jeszcze jakieś pytania, to panią wezwę – mruknął, notując coś w leżących przed nim papierach. – Proszę nie opuszczać kraju.
Amanda nie odpowiedziała, ale wstała z krzesła. Czuła się nieco odrętwiała i chętnie by się przeciągnęła, ale zdawała sobie sprawę, że jest bacznie obserwowana. Do tego grała z Selwynem w jakąś grę, której zasady zdawały się ciągle zmieniać i nigdy nie umożliwiać jej zwycięstwa.
– Dziękuję, Thompson – skinął Selwyn, ruszając w kierunku drzwi. – Odprowadzę pannę Burke, a potem przekażesz mi raport dla ministra.
Gdy znaleźli się na pustym korytarzu, Amanda miała ochotę powiedzieć coś o tym, że rozgrywka, którą Selwyn prowadzi, nie będzie taka łatwa. Nie była jednak pewna, czy powinna jasno dać mu do zrozumienia, że podnosi rzuconą przez niego rękawicę. Czy gra, której nie sposób wygrać, warta jest tego, by ją podejmować? Chociaż Amanda zawsze lubiła wyzwania, nie miała przekonania co do metod, którymi Selwyn się posługiwał.
– Amando, przyjmij moje najszczersze wyrazy współczucia z powodu traumy, która… – zaczął, zanim zdążyła zdecydować, co chce powiedzieć.
– Daruj sobie – warknęła. – Oboje wiemy, że to ukartowałeś.
– Rozumiesz zatem, że musiałem przekazać ci bardzo ważną wiadomość.
Powiedział to z takim spokojem, że Amanda po raz pierwszy tego wieczora poczuła wściekłość. Stłumiła ją jednak; emocje nigdy nie są dobrym doradcą.
– Myślę, że nasza współpraca powinna przebiegać teraz nawet lepiej niż wcześniej – ciągnął Selwyn. – Podobno traumatyczne sytuacje zbliżają ludzi.
Amanda nadal milczała, zaciskając szczękę. Selwyn był niezwykle irytujący i wiele by dała, by już nigdy więcej go nie oglądać, ale on – pozornie beztrosko – szedł tuż obok, jakby zupełnie nie zdawał sobie sprawy z jej irytacji. Był dobry, ale Amanda też była niezła; nie miała zamiaru dać się wpędzić w kozi róg, nawet jeśli właśnie pokazano jej, co ministerstwo jest gotowe zrobić z osobami podejrzewanymi o szpiegostwo. Jej obecność na miejscu zbrodni miała stanowić ostrzeżenie, że następną krwawą plamą, z którą będą jutro walczyć sprzątaczki, stanie się ona.
– Mam nadzieję, że odpowiedzialni za ten nieszczęśliwy wypadek zostaną szybko schwytani. To ogromne nieszczęście… – dodał Selwyn, patrząc na nią uważnie.
– Tak, doprawdy niefortunne zdarzenie – mruknęła w końcu Amanda.
Selwyn zmrużył oczy, jakby chciał coś dodać, ale Amanda spojrzała na niego poważnie. Być może znalazł w jej minie to, czego szukał, bo pozostałą część drogi pokonali w milczeniu. Dopiero pod drzwiami prowadzącymi do pokoju amerykańskiej delegacji się odezwał:
– Do jutra, Amando. Mam nadzieję, że uda nam się porozmawiać bez takich niespodzianek.
Nie doczekał się jednak odpowiedzi. Amanda trzasnęła drzwiami, jakby tylko w ten sposób mogła kazać mu iść do diabła. Selwyn uśmiechnął się do siebie.
*
Najwcześniejsze wspomnienie, do którego Amanda mogła dotrzeć, było czarno-białe albo przynajmniej takim się wydawało, bo wszyscy byli ubrani na czarno. Była późna jesień, a niebo zasnuło się ciężkimi chmurami, które wisiały nisko i zwiastowały obfity deszcz. Pamiętała te chmury wyraźnie, bo to właśnie na nie patrzyła większość czasu. Pamiętała, że kurczowo trzymała w swoich niewielkich rączkach dużą i ciepłą dłoń, która sprawiała, że Amanda mogła się skoncentrować na tym, co działo się wokół. Pamiętała też parę chłodnych, niebieskich oczu, które raz po raz napotykały jej spojrzenie skierowane w górę i które stanowiły jedyne źródło koloru w tym ponurym świecie.
Ciągu dalszego tego dnia Amanda nie pamiętała i strasznie ją to irytowało. Była najmłodsza ze wszystkich domowników i nie znosiła, kiedy jej wiek uniemożliwiał jej pełne uczestnictwo w sprawach rodziny. „Jesteś jeszcze dzieckiem”, mówił Torsten, tak dorosły dzięki swoim kilku latom więcej. „Nie musisz się tym jeszcze interesować”, mówiła babcia Sigrid, raz po raz znikająca we wspomnieniach Amandy w gabinecie lub za parującym kociołkiem. „Nic”, było odpowiedzią, którą najczęściej słyszała od ojca; mogła bombardować go pytaniami o to, co się działo, ale nigdy nie uzyskała pełnej wersji zdarzeń. Tylko jedna osoba traktowała ją poważnie. „Czego chcesz się dowiedzieć, księżniczko?”, pytał dziadek Torvald, siadając w wielkim fotelu i pozwalając jej się wgramolić na kolano lub na fotelowe oparcie. A Amanda chciała dowiedzieć się wszystkiego.
Pierwsze wspomnienie wiąże się zatem z opowieścią Torvalda, a wszelkie obrazy, które Amanda jest w stanie przywołać, jeśli się bardzo skupi, prawdopodobnie powstały w wyniku przetwarzania tych opowieści i tylko luźno pokrywały się z rzeczywistością. „Nie przejmuj się, księżniczko”, uspokajał Torvald, kiedy widział, że kilkuletnia Amanda marszczyła czoło w skazanej na porażkę próbie przypomnienia sobie kobiety, którą nie tak dawno pożegnali po raz ostatni. „Nie wszystkich ludzi trzeba pamiętać”.
Było w tym stwierdzeniu coś przerażającego, choć w umyśle dziecka nic, co mówił Torvald, nie mogło wywołać obaw. Wszystko było prawdą, wszystko było słuszne i wszystko budziło jeszcze większą ciekawość, jeszcze większą chęć pobierania nauk. Torsten rzadko do niej dołączał, kiedy rozmawiała z Torvaldem o wszystkim z najwyższą powagą, na jaką stać było cztero-, pięcio- czy nawet siedmiolatkę.
„To zły człowiek”, powiedział kiedyś Torsten. Specjalnie przyszedł do jej pokoju, choć tak rzadko to czynił, i powiedział, że nie powinna tyle czasu spędzać z dziadkiem, że to przez niego mama nie żyje. Amanda jednak – niezdolna do przedstawienia poważniejszego argumentu – pokazała bratu język i wróciła do przeglądania książki, która leżała przed nią. Nie umiała jeszcze czytać, choć rozpoznawała większość liter i tylko kwestią czasu było, kiedy uda jej się poznać całą treść woluminu. Podobnie kwestią czasu było, kiedy jej relacja z Torstenem stanie się na tyle zła, że przestaną ze sobą dobrowolnie rozmawiać.
Świat Amandy kręcił się bowiem wokół Torvalda. Odkąd wraz z ojcem i bratem zamieszkała w dużym, starym domu na odludziu – bo wiedziała, że wcześniej mieszkali gdzieś indziej, gdzieś, gdzie pachniało wanilią i chorobą – wiele czasu spędzała na przechadzaniu się po licznych pokojach w nadziei, że w którymś z nich będzie Torvald. Czasami go znajdowała, częściej to on znajdował ją, gdy już zwątpiła i znalazła sobie inną rozrywkę. Ale kiedy już miał dla niej czas, była najszczęśliwszym dzieckiem na świecie. Nie zdarzało się to jednak tak często, jak by chciała. Częściej była tylko ona, ciemne korytarze, zakurzone książki, czasami obrażony Torsten. Ojca w jej wspomnieniach było równie mało co babci Sigrid, choć z innych powodów.
Ona była zajęta, brała za dużo dyżurów w szpitalu, a kiedy nie mogła wziąć kolejnego, pracowała nad czymś w domu. Prawie nie zaglądała do kuchni, nad którą władzę przejęły skrzaty domowe. I choć Amanda wspominała ją ciepło, nie mogła pozbyć się wrażenia, że w oczach babci Sigrid zawsze czaił się jakiś smutek, poczucie przegranej, które nie utrzymywało się w nich dłużej niż kilka sekund, ale powracało z dużą regularnością. Kiedy jednak miała czas dla Amandy, opowiadała ciekawe rzeczy o Hogwarcie i o magii.
Ojciec natomiast zamykał się w gabinecie i nie opuszczał czterech ścian przez długie godziny, całkiem ignorując Amandę i Torstena, którzy zabiegali o jego uwagę. Zdarzało mu się opuszczać posiłki i Amanda częściej widywała go przypadkiem, kiedy przechodził jednym z korytarzy, niż dlatego, że chciał ją zobaczyć.
„Sigurd za bardzo kocha swoją przeszłość i swoje udręczenie, by kiedykolwiek spojrzeć ponad to”, powiedział kiedyś Torvald. Amanda nie od razu zrozumiała. Przedstawiona jej koncepcja była za trudna, zbyt mroczna dla dziecka, ale słowa zapadły jej w pamięć na tyle, że po kilku latach mogła do nich wrócić i zrozumieć, że śmierć żony złamała Sigurda. Amanda wracała po latach do wielu słów, które dobiegły jej uszu, gdy cichutko przemierzała liczne korytarze domu, w którym grube dywany tłumiły jej kroki. Im dłużej skupiała się na wspomnieniach, tym więcej puzzli do siebie pasowało, tym bardziej oczywistym stawał się ciąg zdarzeń, który doprowadził nie tylko do tego, że jej pierwsze wspomnienie dotyczy pogrzebu, lecz także wszystkiego, co zdarzyło się później. Kilkunastoletnia Amanda mogłaby bez większego problemu rozrysować przebieg zdarzeń, zaznaczyć punkty zwrotne, przedstawić alternatywne rozwiązania i na koniec całą tę gdybologię spalić, bo wiedziała doskonale, że nikt spoza rodziny nigdy nie powinien poznać wszystkich faktów, o których wiedziała. Zabierze ze sobą zarówno te tajemnice, jak i te, które powstały w kolejnych latach, kiedy świat Amandy się poszerzał, wykraczał poza pokój dziecięcy, poza dom na odludziu, poza dziecięcy sposób myślenia. Do grona tych sekretów chętnie dołączyłaby Zachariaha, ale na to było już za późno. Nie żeby był największym błędem, jaki w życiu popełniła, nie. Amanda niewielu rzeczy żałowała; po prostu gdyby mogła, dziś inaczej by to wszystko rozegrała. Czy jednak można winić młodą dziewczynę – dziecko właściwie, choć pełnoletnie – o to, że próbowała jeszcze bardziej poszerzyć swój świat?
*
Frank siedział w ciemnym saloniku, być może zawieszony między jawą a snem, bo nie poderwał się z fotela, gdy tylko trzasnęła drzwiami. Zdążyła dojść do swojego pokoju, zanim usłyszała za plecami szmer i poczuła, że serce zabiło jej szybciej, a mózg przywołał obraz norweskiej delegacji. Nie sparaliżował jej strach, wręcz przeciwnie – coś motywowało ją do działania. Zanim jednak zdążyła zareagować, zza jej pleców dobiegł głos:
– Panno Burke, martwiłem się o panią.
Amanda wzniosła oczy ku sufitowi, zanim odwróciła się w jego stronę. W całej tej kabale brakowało tylko zatroskanego Rothenberga. Zdawała sobie sprawę, że jego obecność w pokoju świadczy o tym, że nie został wezwany na przesłuchanie ani aresztowany. Nie była pewna, czy Norwegowie przekazali mu jakiekolwiek dane, ale wiedziała, że nie powinna rozmawiać z nim tutaj, na wrogim gruncie.
– Niepotrzebnie – odpowiedziała chłodno.
– Ale zniknęła pani po kolacji, a mieliśmy porozmawiać o…
Frank – zaczęła, przerywając mu w połowie zdania – jestem zmęczona. Jutro mogę o wszystkim opowiedzieć, ale dziś chciałabym odpocząć.
Rothenberg przez chwilę na nią patrzył; przez hotelowe okno wpadało niewiele światła, więc bardziej zgadywała niż widziała, jak marszczy czoło. W końcu jednak pokiwał głową.
– Oczywiście, rozumiem – zapewnił. – Życzę pani dobrej nocy.
Amanda tylko skinęła głową, zbyt zmęczona, by silić się na uprzejmość. Chciała tylko przejść przez drzwi i położyć się spać. Wiedziała, że czeka ją kolejna noc, w czasie której możliwe będzie złapanie tylko kilku godzin snu. Wolałaby jednak już pogrążyć się w snach i zaryzykować, że zobaczy w nich wszystko, co przez kilkoma godzinami widziała w rzeczywistości, niż stać tu z Frankiem.
– Mam nadzieję, że dokończymy naszą rozmowę jutro po śniadaniu – dodał.
– W czasie kolejnego zwiedzania? – zapytała, zanim zdążyła się pohamować. Jej ton był jednak wyprany z emocji, a nie tak pogardliwy, jaki się spodziewała usłyszeć.
– Do obiadu mamy czas wolny na zwiedzanie. Nastąpiła drobna zmiana, nie wiedziałem, czy pani o niej słyszała – odpowiedział.
Amanda doskonale wiedziała, że jakaś zmiana musiała nastąpić – Selwyn miał na głowie o wiele więcej niż jeszcze dobę temu i najprawdopodobniej musi się komuś gęsto z czegoś tłumaczyć. Do tego najwyraźniej to właśnie na niego spadnie obowiązek posprzątania po całej tej aferze. Jeśli nie zrobi tego umiejętnie, wybuchnie skandal, który zaszkodzi ministerstwu bardziej niż posądzenia o związki ze śmierciożercami. Nawet jeśli Selwyn był zamieszany w to, co przytrafiło się Norwegom, to przecież… Amanda poczuła pulsowanie w skroniach.
– Oczywiście – powiedziała w końcu, zdając sobie sprawę, że Frank czeka na odpowiedź. – Chętnie odegram rolę przewodniczki, niedaleko jest niezwykle sympatyczna kawiarnia, którą musimy odwiedzić.
– Doskonale. – Rothenberg skinął głową.
Tym razem Amanda nie czekała, aż powie coś więcej. Weszła do swojego pokoju i powoli wypuściła powietrze z płuc. Była w paszczy lwa i musiała działać mądrze, jeśli chciała się z niej wydostać. Mądre działanie oznaczało między innymi jak najszybsze wytworzenie przewagi nad innymi graczami i utrzymywanie poprawnych stosunków z innymi graczami – wszystko to było wysiłkiem nieco innym od tego, który podejmowała w Stanach. Tam budowała swój wizerunek od fundamentów i nie miała wiele do stracenia. Tu każdy mógł zacząć grzebać w jej przeszłości i z łatwością znaleźć coś, co z jego punktu widzenia powinno dać mu nad nią przewagę. Tu konieczna była niezwykle gruba skóra, przytomny umysł i łut szczęścia.
*
– Następnie wilk zapukał do chatki, czekając, aż kózki się odezwą. Któraś zapytała, kto stoi za drzwiami, więc wilk przedstawił się jako ich matka. Nie miały powodów, żeby mu nie ufać, bo pokazał im bieloną mąką łapę. Otworzyły drzwi i wtedy… wiesz, co stało się wtedy, księżniczko? – Torvald popatrzył wyczekująco na kilkuletnią Amandę. Opowiadanie baśni na dobranoc najwyraźniej nudziło go, gdy nie zadawał żadnych pytań i nie zmuszał jej do myślenia.
– I wtedy wilk zjadł je wszystkie – powiedziała z przekonaniem Amanda, która skądś znała już tę bajkę, choć nie miała pojęcia, kto ją mógł opowiadać. – Wszystkie poza najmniejszym, które powiedziało prawdziwej matce, że wilk zjadł pozostałe, więc ona go znalazła, rozpruła mu brzuch i tam były połknięte w całości koźlątka, więc…
– Nie, nie – zaprotestował Torvald, marszcząc brwi. – Kto ci naopowiadał takich bzdur?
Amanda chciała odpowiedzieć, ale zdała sobie sprawę, że nie wie. Zamknęła więc usta i spojrzała z nieskrywaną ciekawością na Torvalda, który zmierzwił jej jasną czuprynę.
– To wersja, którą opowiada się na pocieszenie wszystkim przegranym. Tym, którzy nigdy nic nie osiągną. Tym, którzy zostaną kiedyś pożarci. Chodzi o to, żeby mieli nadzieję na ratunek, kiedy zamknie się za nimi wilcza paszcza – wyjaśnił. – W rzeczywistości to najmniejsze nic nie zmieniło. Matka koza nie byłaby w stanie uwolnić zjedzonych koźlątek. Nawet gdyby zabiła wilka, one już dawno by nie żyły.
Amanda wciągnęła powietrze, chwytając mocno brzeg kołdry i próbując utrzymać dzielną minę. Nie podobała jej się ta wersja baśni.
– Ale co ze szczęśliwym zakończeniem? – zapytała, przekonana, że w każdej baśni musi takowe wystąpić.
– Dla wilka było szczęśliwe – odpowiedział Torvald. – Historię piszą zwycięzcy, a takie opowiastki mają otrzeć łzy tym, którzy są za słabi, by coś osiągnąć.
Nie brzmiało to najlepiej, ale dla Amandy nie brzmiało to też źle. Nie znalazła w tym fałszywej nuty, nawet jeśli taki świat, o jakim mówił Torvald, wydawał się straszniejszy od tego, w którym można rozpruć wilkowi brzuch i wyciągnąć z niego żywe koźlątka. Choć Amanda nie spotkała nigdy ani wilka, ani kóz, domyślała się, że wersja Torvalda jest bliższa prawdzie.
– Zapamiętaj, księżniczko, ludzie dzielą się na wilki i kozy. Na tych, którzy zjadają i mówią innym, co mają robić, bo są dostatecznie odważni i zdeterminowani, oraz na tych, którzy są zjadani, którzy poddają się bezwolnie silniejszym. Jeśli nie sięgniesz po władzę, sama do ciebie nie przyjdzie – powiedział, patrząc na nią tak, jakby właśnie opowiadał zabawną historyjkę przy niedzielnym obiedzie. – Jeśli nie będziesz walczyć o to, by być kimś, kto decyduje o losie innych, jakiś niekompetentny idiota zadecyduje za ciebie.
Amanda poczuła się bardzo głupio; trochę jak wtedy, kiedy wyrzuciła przez okno pluszową sowę, bo myślała, że poleci tak jak prawdziwa. Wtedy miała jednak jakieś trzy czy cztery lata i nie pamiętała tego wydarzenia, pamiętała tylko ile razy Torsten o nim opowiadał, i domyślała się, że ten wstyd wiąże się raczej ze sposobem, w jaki to robił, niż z rzeczywistym wspomnieniem.
– W takim razie chcę być wilkiem – powiedziała z przekonaniem. Nie lubiła, kiedy Torsten mówił jej, co ma robić, ani kiedy skrzaty narzucały jej pory posiłków. Nie lubiła, kiedy ktoś wybierał, którą sukienkę ma danego dnia założyć. Nie wiedziała, co czeka ją w przyszłości, ale spodziewała się, że przez wiele lat jeszcze wiele osób będzie mówiło jej, co ma robić. I, być może, nie zmieni się to w dniu jej siedemnastych urodzin.
Torvald uśmiechnął się szeroko, a Amanda poczuła radość, bo wyczytała z jego uśmiechu dumę. Chciała, żeby ktoś był z niej dumny. Najlepiej ktoś, kogo tak bardzo podziwiała, do kogo za wszelką cenę chciała się upodobnić.
– Wiedziałem, że tak powiesz, księżniczko. Jesteśmy ulepieni z tej samej gliny. Wiemy, na co zasługujemy i jeśli ten przegniły świat nam tego nie daje, to będziemy o to zabiegać wszelkimi sposobami – powiedział, raz jeszcze mierzwiąc jej jasną czuprynę.
Nadal się uśmiechał, a Amanda w swojej dziecięcej naiwności wyobrażała sobie przyszłość, w której Torvald zostaje Ministrem Magii, a ona przewodniczy jakiemuś bardzo ważnemu departamentowi. W którymś momencie chęć decydowania o sobie zespoliła się w jej głowie z chęcią decydowania o innych – a przynajmniej brakiem oporów przez decydowaniem o innych – choć nie była to jeszcze ta chwila. Wówczas Amanda myślała o tych, którzy nie potrafią podejmować decyzji, którzy potrzebują, by ktoś zadecydował za nich. I uważała, że mogłaby to być ona.
– Pamiętaj tylko, że to, czego chcemy, może być poza naszym zasięgiem, że nasze ambicje nie zawsze doczekają się realizacji – dodał, a uśmiech powoli schodził mu z twarzy, jakby właśnie przypominał sobie coś wyjątkowo nieprzyjemnego. – Zawsze będą w nas pragnienia, których nigdy nie zaspokoimy, zawsze będzie coś lepszego, coś większego, coś bardziej zachęcającego…
– I za tym podążymy? – zapytała z nadzieją Amanda, starając się wchłonąć tę nową filozofię.
Torvald spojrzał na nią bez cienia uśmiechu.
– Nie, księżniczko. I nauczysz się z tym żyć, bo nigdy nie osiągniesz wszystkiego. Nauczysz się udawać, bo nigdzie nie będziesz pasować w pełni. Nauczysz się znajdować proste przyjemności, bo tych prawdziwych i głębokich możesz nigdy nie doświadczyć.
*
Kiedy następnego ranka Amanda zeszła do jadalni, Rothenberg już tam był, raz po raz podnosząc głowę znad talerza jajecznicy, by przyjrzeć się osobom wchodzącym do pomieszczenia. Skinął Amandzie, gdy tylko ją zobaczył, i powstrzymał cisnący mu się na usta grad pytań, póki wgryzła się we własną jajecznicę.
– Panno Burke, co dziś zwiedzimy? – zapytał tonem, który niewątpliwie w jego mniemaniu miał uchodzić za konwersacyjny wśród brytyjskich elit.
– Amando – poprawiła go Amanda, patrząc obojętnie na jego talerz. Wnosząc po stanie, w jakim znajdowało się jego śniadanie, musiał siedzieć tu już pewien czas i rozgrzebywać wszystko widelcem.
Frank skinął głową, a przez jego twarz przemknął cień irytacji. Oboje wiedzieli, że przerabiali już to poprzedniego dnia. Oboje wiedzieli też, że Rothenberg specjalnie nie używa jej imienia – nie ze względu na dobre wychowanie, ale ze względu na to, co jego zdaniem wypada, a co nie wypada w środowisku, w którym się znalazł.
Amanda zjadła trochę jajecznicy, a następnie wyjaśniła, że kilka przecznic od hotelu mieści się urocza kawiarnia. Powinni trochę pochodzić, zobaczyć kilka zabytków znajdujących się najbliżej, a potem zajrzeć tam na drugie śniadanie. Plan brzmiał niewinnie i nie powinien wzbudzać niczyich podejrzeń; Amanda domyślała się, że to zbędny środek zapobiegawczy – jeśli nikt ich nie podsłuchiwał, to próżny jej trud, a jeśli ktoś ich podsłuchiwał, to miał po temu powód i nie powinien dać się zwieść takiej historyjce – ale wolała zabezpieczyć się na wszelkich możliwych frontach.
Rothenberg najwyraźniej nie miał apetytu, bo nawet po tym, jak poznał plan działania, nie wrócił do jedzenia. Przez chwilę przesuwał kawałki jedzenia po talerzu, aż napotkał spojrzenie Amandy. Uniosła pytająco brew, a nieco zawstydzony Frank odłożył widelec.
– Nie wiedziałam, że jesteś takim fanem zwiedzania – mruknęła pod nosem.
– Ja… Tak – odpowiedział.
Amanda wykrzywiła usta w namiastce uśmiechu, po czym wróciła do swojego śniadania. Frank próbował nie pytać jej o nic, póki nie skończy, bo wiedział, że i tak nie uzyska odpowiedzi, ale nie było to łatwe. Wiedział, że z Norwegami stało się coś złego. Wiedział, że poprzedniego dnia Selwyn nie zabrał Amandy na kawę i ciasteczko. Wiedział, że mogą być w niebezpieczeństwie i jak najszybciej chciał dowiedzieć się wszystkiego, czego tylko mógł. Jeszcze nie zadecydował, czy w rewanżu powie Amandzie o wszystkim, czego dowiedział się od Marie, ale poważnie to rozważał. Póki co jednak nie mógł się doczekać, aż wyjdą z hotelu i będą mogli porozmawiać.
Jajecznica trafiała do ust Amandy widelec za widelcem. W tempie tak powolnym, że Rothenberg nie był pewien, czy nie jest to specjalnym spektaklem, w którym Amanda się z niego naigrywa. W końcu jednak odłożyła sztuciec i wytarła usta serwetką. Frank przestał nerwowo podrygiwać nogą, ale kiedy Amanda sięgnęła po filiżankę herbaty, poczuł, że wszystko to jest jakimś ponurym żartem.
– Zachowuj się naturalnie – mruknęła Amanda, powstrzymując się przed przewróceniem oczami.
Nikt – a przynajmniej nikt przy zdrowych zmysłach – nie wysyłałaby Rothenberga na misję szpiegowską. Co ci nowojorczycy myśleli? Że pozyska dla nich tajne dane?
W końcu śniadanie dobiegło końca, a oni – przyodziani w płaszcze, bo wiatr był dość nieprzyjemny – mogli wyjść z hotelu. Amanda przez kilka minut się nie odzywała, rzucając tylko co jakiś czas krótkie komentarze na temat mijanych budynków lub informując, którędy powinni iść. Dopiero kiedy dotarli do niewielkiego parku – a może skweru, Frank nie był pewien, liczba drzew wskazywała na to, że może to być park, ale przecież tu wszędzie były drzewa, nie to co w Nowym Jorku – atmosfera nieco się rozluźniła.
– Jeśli ktoś nas śledzi, to musi być w tym naprawdę dobry – powiedziała Amanda. – Możemy chyba przyjąć, że jesteśmy sami.
Frank zamrugał w zdziwieniu.
– Śledzi? Amando, czy jesteśmy o coś podejrzani? – zdziwił się. – Może powinniśmy skontaktować się z mugolską ambasadą, mają tam przynajmniej jednego czarodzieja i…
– I nic nam to nie da – przerwała mu, po czym westchnęła ciężko. – Wiedzą, że mieliśmy kontakt z Norwegami. Wiedzą albo podejrzewają, że chcemy pozyskać informacje… nie żeby inne delegacje nie chciały, ale co do nas mają najwyraźniej największe wątpliwości.
– Co z Marie? – zapytał pospiesznie Rothenberg.
– Nie żyje – odpowiedziała Amanda obojętnie. – Wszyscy nie żyją.
– Na pewno? – Głos Franka był cichy i wystraszony. Rothenberg zdawał sobie sprawę, że zadał niezwykle głupie pytanie, ale zdążył polubić jasnowłosą Norweżkę i miał nadzieję, że jego złe przeczucia są nieuzasadnione.
Amanda łypnęła na niego, jakby chciała zapytać, czy postradał rozum. Przed oczami znów stanął jej pełen krwi pokój.
– Na pewno.
– To z ich powodu Selwyn wywołał cię z kolacji? – upewnił się Frank.
– Chciał zyskać pewność, że będę z nimi współpracować – wyjaśniła spokojnie, jednocześnie zastanawiając się, ile informacji Rothenberg przyjmie bez mniej lub bardziej zasadnego ataku paniki.
Choć udało mu się nawiązać kontakt z inną delegacją i potencjalnie pozyskać od niej pewne informacje, naraził i siebie, i swoich informatorów na niebezpieczeństwo. Do tego cały czas nie mógł zapanować nad emocjami i zdarzało mu się zachowywać w sposób irracjonalny czy godny mugolskiego księgowego. Chciał być szpiegiem, ale jego sposób bycia – który nie mógł być grą, po prostu nie mógł – zdradzał, że nie nadawał się do tego zadania. Rothenberg był niczym więcej jak kozą z aspiracjami.
– Współpracować? – syknął. – Jesteś po ich stronie?
Amanda spojrzała na niego z chłodną wyższością. Dobrze wiedziała, że gdyby pozostawiła go samemu sobie, najpewniej nie wróciłby w jednym kawałku do Nowego Jorku. Wolałaby, żeby on też o tym wiedział.
– Jestem po swojej stronie – odpowiedziała sucho.
– Jesteśmy przedstawicielami amerykańskiego Ministerstwa Magii, nie mamy prawa być po żadnej ze stron, która nie jest oficjalną stroną amerykańską – zaprotestował, a na jego policzkach pojawiły się rumieńce.
– Myślisz, że obchodzi ich, jakimi metodami pozyskamy informacje, które chcą uzyskać? I nie mów, że nie chcą żadnych informacji, bo przecież po to tu jesteś, po to zawierałeś znajomość z Marie – stwierdziła spokojnie, nawet jeśli był to spokój fałszywy. Wiedziała, że są w miejscu publicznym i nie powinni przyciągać uwagi nawet przypadkowych obserwatorów. – Masz wystarczająco dużo rozumu, żeby wiedzieć, że jesteś w gnieździe szerszeni. Zacząłeś je nawet kopać. Decyzja odnośnie do tego, co zrobisz dalej, należy do ciebie. Możesz kontynuować bez mojej pomocy i najpewniej nigdy nie ujrzeć swojej ukochanej Statui Wolności albo możesz zdać się na kogoś, kto ma nieco większą wiedzę o miejscu, w którym jesteśmy.
Rothenberg milczał, zarumieniony ze wstydu lub z wściekłości. Amanda go nie poganiała. Milczenie jej nie przeszkadzało, nawet jeśli wolałaby wiedzieć, jak ułoży się ich współpraca. Frank zdawał się jej ufać do pewnego stopnia, ale – jak się okazało – „do pewnego stopnia” to za mało.
– Jak? – zapytał w końcu.
Amanda spojrzała na niego pytająco.
– Jak zginęła Marie?
Blade wargi Amandy wygięły się w pogardliwym uśmiechu – nie dlatego, że śmierć Norwegów jej nie poruszyła w żaden sposób, lecz dlatego, że Frank nie koncentrował się na tym, co istotne; na żywych, zamiast na martwych.
– Brutalnie – odpowiedziała, ucinając temat. Nie miała zamiaru opowiadać mu o tym, co widziała w hotelowym pokoju. Może przyniosłoby jej to korzyść na krótką metę i udałoby jej się zmanipulować Franka, jego własnym strachem skłonić go do współpracy, ale strach zapewnił raczej kruche fundamenty.
– Jeśli… jeśli użyjemy informacji od niej tak, jak chciała ich użyć… to jej śmierć nie pójdzie na marne, prawda? – zapytał po dłużej chwili myślenia.
Amanda uniosła lekko brwi. Tok myślenia Rothenberga był dla niej raczej zdumiewający i niespecjalnie zrozumiały, ale najwyraźniej zdawał się prowadzić Amerykanina w stronę słusznych z jej punktu widzenia wniosków.
Skinęła głową.
Frank sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza i podał jej złożoną na cztery kartkę.
– To nie jest wszystko. To tylko początek – uprzedził.
– Od czegoś trzeba zacząć – odpowiedziała, rozprostowując kartkę.

07. Disarm

Ida Mae siedziała pod ścianą, opierając się o nią plecami. Miała zamknięte oczy i mogła spać. Mogła też myśleć o kolejnym posunięciu, ale Amanda jej o to nie podejrzewała. Frank dłubał coś przy oknie, jakby próbował wyrwać kraty, a Amanda nie miała sumienia mówić mu, że w Ministerstwie tak naprawdę nie ma okien; że znajdują się pod ziemią i skazani są na łaskę i niełaskę Vincenta Selwyna i jego mocodawców, którzy mogą – ale nie muszą – wypuścić ich z tej celi, by próbować wyciągnąć z nich informacje.
W końcu mogli ich też zostawić w tej celi na pewną śmierć.
Amandę pocieszało tylko to, że gdyby chcieli ich martwych, to nie poświęcaliby czasu na zamykanie ich gdziekolwiek, tylko od razu przystąpiliby do działania. Gdyby tylko wiedziała, czego od nich chcieli. Frank powinien dostarczyć już wszystkich możliwych informacji, ale jeśli wciąż czegoś chcieli, to być może jest szansa na wykaraskanie się z tej opresji. Wszystko zależało od tego, jak dobrze będą w stanie ustalić, w jakich punktach mają przewagę. Musiała wierzyć, że wciąż ją mają.
– Zginiemy tu, prawda? – zapytała dziwnie przytomnym głosem Ida Mae.
Frank przestał dłubać przy oknie i wypuścił powoli powietrze.
– Istnieje taka możliwość, panno Baxter – stwierdził.
Amanda prychnęła. Przechadzała się w tę i z powrotem wzdłuż jednej ze ścian, jak dzikie zwierzę czekające na jeden błąd osoby, która je uwięziła, gotowe zaatakować i rozszarpać osobę, która zamknęła je w klatce. Problem w tym, że Selwyna nigdzie nie było. Przeszło jej przez myśl, że może od samego początku źle to rozgrywała, że może nie powinna była stawiać oporu, może nie powinna była próbować rozgrywać Selwyna. Może nie powinna w ogóle się godzić na tę wyprawę. I jeśli taka płotka jak Selwyn ją przechytrzyła, to czy faktycznie miała szanse stanąć oko w oko z Knoxem? Oczywiście o ile uda jej się kiedykolwiek uciec.
– Nie chcę umierać – oświadczyła Ida Mae tonem tak rozpaczliwym, że gdyby Amanda była odrobinę wrażliwsza na cierpienie innych, najpewniej ruszyłaby ją pocieszać.
– Odejdź od tego cholernego okna – warknęła do Franka, który odskoczył jak oparzony, najwyraźniej obawiając się, że okno może go zaatakować. – Jesteśmy pod ziemią, to nie jest prawdziwe okno.
– Och – powiedział, robiąc wyjątkowo głupią minę.
Amanda na chwilę zamknęła oczy. Nie byli tu długo, nie zdążyła jeszcze zgłodnieć. Na pewno będą ich trzymać dłużej, głód i pragnienie to pierwsze, co może skłonić ich do mówienia. Ale co Selwyn i jego mocodawcy mogą chcieć z nich wydobyć?
– Frank, musisz się skupić. Co dokładnie mówiłeś pod wpływem tego eliksiru? – zapytała spokojnie.
Rothenberg pokręcił głową.
– Nie pamiętam, wszystko się kręciło i jakby przypływało i odpływało, nie wiedziałem, czy to się dzieje naprawdę. A ona cały czas pytała, nawet kiedy… – zaczął wyjaśniać, po czym urwał.
– W porządku – przerwała mu, choć przecież wszyscy troje wiedzieli, że nic nie było w porządku. – Czyli musimy zakładać, że wiedzą to, co i ty wiesz. O Norwegach, o Nowym Jorku… o czym jeszcze?
Frank milczał przez dłuższą chwilę, jakby robiąc rachunek sumienia. W końcu westchnął ciężko i oparł czoło o kamienną ścianę.
– Plany prowadzenia polityki zagranicznej względem Wielkiej Brytanii w przypadku opanowania ministerstwa przez wroga – szepnął ledwo słyszalnie. Widać, że tym właśnie gryzł się najbardziej.
Amanda spodziewała się czegoś takiego. Nie była pewna, czemu ktoś podzielił się z Frankiem tak ważnymi informacjami, ale nie miała zamiaru zadawać pytań, na które nie chciała słyszeć odpowiedzi. Ktokolwiek to był, zachował się nieodpowiedzialnie ufając komuś, kto tak bardzo jak Rothenberg nie był gotowy na działanie we wrogim środowisku. Czy jakaś szycha w Stanach myślała, że ta delegacja to wakacje w tropikach? Przecież to jasne, że tego rodzaju wyprawa jest niebezpieczna, zwłaszcza jeśli Nowy Jork nie wykluczał, że wkrótce Anglia przejdzie pod władanie śmierciożerców. Wtedy cała ta wyprawa zaczynała przypominać sposób na pozbycie się całej trójki.
Frank mógł stanowić zagrożenie, ona mogła podpaść Knoxowi lub Moe’owi, a kto wie, jak duże siatki wpływów mieli, ale Ida Mae? Kto by chciał się pozbyć Idy Mae, zwłaszcza jeśli w systemie magicznej administracji były przynajmniej dziesiątki osób, które dysponowały o wiele groźniejszą wiedzą niż ona. Chyba że Amanda źle oceniła albo Idę Mae, albo amerykańską administrację.
– Za parę godzin po nas przyjdą. Powinniśmy się przygotować – oświadczyła, siadając pod ścianą i próbując znaleźć sobie możliwie wygodne miejsce na płytki sen.
*
Selwyn patrzył na nią z lekkim rozbawieniem, kiedy próbowała znaleźć najmniej niewygodną pozycję na plastikowym, składanym krześle. Była pewna, że mebel ten był pierwszym elementem wymyślnych tortur, którym zostanie poddana. A spojrzenie Selwyna było na tyle irytujące, że gdyby tylko wiedziała, że za drzwiami nie czai się paru silnych śmierciożerców (a tego nie mogła wiedzieć), najchętniej użyłaby tego krzesła, żeby zrobić mu krzywdę. Z natury nie była jednak skora do przemocy fizycznej, wolała wyrafinowaną przemoc psychiczną, serwowaną – jak na udaną zemstę przystało – na zimno. Problem w tym, że żeby móc go dosięgnąć, musiałaby zyskać nad nim jakąś przewagę, poznać jego słabość. Tymczasem to on miał ją na widelcu i świetnie o tym wiedział.
– Wydaje mi się, że już dawno mówiłem, że powinniśmy współpracować – powiedział spokojnie.
Amanda milczała, patrząc na niego z wrogością.
– Spodziewałem się po tobie więcej – kontynuował. – Jeśli zostaliście tu przysłani jako szpiedzy, to spisujecie się fatalnie. Niemal żal mi waszych przełożonych.
– Nie jestem szpiegiem – warknęła Amanda. Wiedziała, że nie należy mówić nic w stylu „czego ode mnie chcesz?” lub „kiedy zostanę wypuszczona?”, ale to nie znaczy, że była gotowa na inteligentną dyskusję.
– Oczywiście, że nie, Amando – wyszczerzył zęby. – A ja jestem hipogryfem.
Posłała mu wściekłe spojrzenie, które wydawało się nieco bardziej przerażające, niż gdyby posłał je ktoś inny. Jej wyblakłe, niebieskie tęczówki teraz ciosały gromy, a Selwyn zdawał się coraz bardziej zadowolony z tego obrotu sytuacji. Zastanawiała się, co sobie myślał i czy naprawdę uważał, że to ona jest mózgiem całej tej operacji, czy też liczył na to, że jeśli zacznie przesłuchania od niej, dowie się więcej do Franka i Idy Mae, wystraszonych, że mogła ich wydać. Właściwie – czy mogła? Ile tak naprawdę wiedziała i ile te informacje mogły jej zapewnić ze strony Selwyna?
– W porządku, uszeregujmy fakty. Wiesz już, że nie pozwolimy wam opuścić Wielkiej Brytanii. Wiesz już, że nie ma stąd ucieczki, bo wszelkie sposoby magicznej komunikacji są kontrolowane przez nas. Ja z kolei wiem, że nikt nie powinien za wami przesadnie tęsknić i z waszego powodu nie dojdzie do żadnego kryzysu dyplomatycznego – wyliczał znudzonym niemal głosem, a Amanda zastanawiała się, czy faktycznie wiedział o świstokliku, czy też może blefował, zakładając, że miała przygotowany jakiś plan B. – Wydaje mi się, że jesteśmy na siebie skazani, księżniczko.
Na ułamek sekundy na twarzy Amandy zdało się malować coś innego niż wystudiowana obojętność czy wściekłość, a Selwyn aż oblizał wargi z ekscytacji. W jakiś sposób do niej dotarł, przebijając się przez tę maskę. Musiał tylko zyskać pewność, jak tego dokonał, i powtórzyć tę sztukę.
– Nie próbujesz pytać o to, skąd to wszystko wiemy? – Selwyn kontynuował, obserwując ją uważnie. Wiedział, że teraz trudniej będzie mu ją przyłapać na jakichś emocjach, na jakiejś słabości, którą później będzie mógł wykorzystać. – Jako inteligentna kobieta powinnaś zdawać sobie sprawę, że masz teraz dwa wyjścia. Albo udać się w jakieś nieprzyjemne miejsce, gdzie zapomnimy o tobie, albo możesz z nami współpracować. Pamiętaj, że nie jesteśmy potworami.
Amanda uniosła brew. Było w tym coś wyzywającego. Siedziała przed nim, przegrana i pozornie bez wyjścia, a jednak zdawało się, że to on musi się starać, to on musi przedstawić atrakcyjną propozycję, by ją przyjęła. To sytuacja zupełnie dla niego nowa i nieco niezrozumiała, ale właśnie to sprawiało, że mógł myśleć o niej jako o wyzwaniu, nie zaś o rutynowych rozgrywkach, w których uczestniczył od miesięcy.
– W takim razie co proponujesz? – zapytała spokojnie, przeszywając go wzrokiem, jakby szukała w nim słabości tak samo uważnie jak on w niej. W sumie pewnie tak właśnie było. Nie oczekiwał po niej niczego innego.
– Proponuję małe qui pro quo, ty pokażesz nam, że możemy ci ufać, i wyświadczysz nam małą przysługę, a potem my pomożemy tobie – powiedział równie spokojnie, odsłaniając zęby w uśmiechu, który miał być tyleż serdeczny, co drapieżny.
Amanda przekrzywiła głowę, a jej jasne włosy łagodnie opadły na obojczyk wystający nieco zza dekoltu swetra. Selwyn był świadomy, że to element gry – i musiał przyznać, że to bardzo pociągający element. Chciałby zobaczyć, jak na tej skórze rozlewa się rumieniec. Chciałby zobaczyć…
– Nie jestem przekonana do układów, w których to ja muszę wykonywać całą czarną robotę – powiedziała sucho.
Selwyn zamrugał, zdając sobie sprawę, że zbyt długo patrzył na jej obojczyki, zastanawiając się leniwie, jak smakowałaby jej skóra, gdyby ją zaczął podgryzać. Czy poczuł się zbyt pewnie i właśnie tracił kontrolę nad sytuacją?
– Nie jestem przekonany, czy możemy zaoferować cokolwiek innego – odpowiedział, wwiercając się spojrzeniem w jej czaszkę. – Poza przytulną celą w Azkabanie.
Miał nadzieję, że ją tym przerazi, ale Amanda nadal spokojnie bawiła się końcówkami włosów, które… Nie, Selwyn oderwał wzrok od niej i na chwilę utkwił go w o wiele mniej zalotnej ścianie. Amanda wykorzystała tę chwilę, by oszacować sytuację. Ucieczka nie mogła się udać. Czy to, co mogli jej zaproponować, musiało być tak okropne? Nie miała zamiaru się zgadzać bez targowania, ale jednocześnie miała świadomość, że współpraca ze śmierciożercami nie jest najgorszym, co w życiu robiła. Nie była też pewna, czego dokładnie mogli od niej chcieć – a teraz była już świadoma, że to na niej zależało im bardziej niż na Franku, który przecież z całej trójki miał największą wiedzę o Stanach. Czy chodziło więc o jej wiedzę o Wielkiej Brytanii? Przecież tyle lat tu nie była.
– Wilgoć i ciemność mogłyby zaszkodzić mojej cerze – spróbowała jeszcze raz, niby nieświadomie muskając palcem kość policzkową. Poczuła, że Selwyn patrzy na nią dokładnie w taki sposób, w jaki chciała, by patrzył: pożądliwie, a zarazem z pewną obawą, z przeświadczeniem, że ona też ma w tej grze coś do powiedzenia.
Nie lubiła uciekać się do takich argumentów, co nie znaczy, że nigdy tego nie robiła. Zwykle nie musiała – wolała polegać na umyśle, ale musiała przyznać, że w przypadku Selwyna ewentualne zacieśnienie kontaktów nie było najgorszym, co mogłoby ją spotkać. Czy nie zwiększyłoby to jej bezpieczeństwa? Domyślała się, że Selwyn musi stać relatywnie wysoko w hierarchii, skoro pozwalają mu prowadzić sprawę delegacji dość samodzielnie. Nie wyglądał na więcej niż trzydzieści pięć lat, ale czymś zasłużył sobie na duże zaufanie. Jego sposób bycia zdradzał jednak, że jest świadomy tego, jak jest przystojny. Pewnie niejedna kobieta próbowała go uwodzić i niejedna traciła przy tym głowę – metaforycznie i dosłownie. Teraz mógł patrzeć na nią, jakby chciał zedrzeć z niej sweter, ale to nie rozwiązywało jej problemu na dłuższą metę. Zresztą – do czego przyznawała się niechętnie – ona też nie patrzyła na niego obojętnie. Przechytrzył ją. Rozgrywał nią, jak chciał. Przez cały tydzień zastawiał na nią jedną pułapkę po drugiej, zmuszając ją do wysiłku intelektualnego. Podobało jej się to.
– Amando, mam wrażenie, że nasza rozmowa prowadzi donikąd – rzucił z udawanym smutkiem. – Nie chciałbym, żebyśmy wyszli stąd nieosiągnąwszy porozumienia, ale rozumiesz chyba, że nie mogę poświęcić ci całego dnia.
Westchnęła ciężko.
– Rozumiem, że masz już listę oczekiwań. Z równym powodzeniem możesz ją przedstawić – powiedziała.
Selwyn wyszczerzył w jej kierunku cały garnitur zębów i musiała przyznać z pewną irytacją, że kiedy w jego oczach połyskuje tryumf, staje się cholernie atrakcyjny.
*
Amanda nie wiedziała, co stało się z Idą Mae, ale po przesłuchaniach zarówno ona, jak i bardzo skołowany Frank Rothenberg trafili z powrotem do hotelu, w którym gościły wszystkie międzynarodowe delegacje. Ich pokoje musiały zostać starannie przetrząśnięte, choć nie miało to najmniejszego sensu – w końcu wszystko, co miałoby dla nich jakieś znaczenie, spakowali przed wyjazdem, do którego nie doszło. Bagaże najpewniej doczekały się jednak takiego samego traktowania, ale Amanda miała nadzieję, że żadne z nich nie było na tyle głupie, by próbować przemycać ważne dokumenty między brudnymi skarpetkami.
– W co my się wpakowaliśmy – wymamrotał Frank, siadając w fotelu. Wyglądał na oszołomionego.
Amanda nie widziała powodu, by się poddawać. Wciąż byli w grze. Powinna bardziej martwić się o Idę Mae, ale nie miała na to siły. Ida Mae miała niezwykłą zdolność unikania kłopotów, która pozwalała jej się nadal utrzymywać na ciepłej posadce; być może i teraz zdolność ta pomoże jej przekonać Selwyna, by nie odsyłał jej do Azkabanu. O ile Azkaban nadal funkcjonował. Amanda słyszała, że dementorzy się zbuntowali i teraz było to takie samo więzienie jak wszystkie inne.
– Co Selwyn ci mówił? – zapytała, siadając na kanapie.
Frank popatrzył na nią pytająco.
– Selwyn? N-nie, nie rozmawiałem z nim – odpowiedział. Zarumienił się aż po cebulki rudych włosów. – Rozmawiała ze mną ta kobieta. Dawn – wymamrotał najciszej, jak tylko umiał.
Amanda pokiwała głową. A więc na każdego znaleźli sposób. Jaki był sposób na Idę Mae? Czy jeszcze żyła?
Czy myślenie o niej w jakikolwiek sposób przybliżało Amandę do wyjścia z sytuacji, w której się znalazła?
– W porządku – powiedziała sama do siebie. – Musimy po prostu trzymać się planu.
Frank nie wyglądał na przekonanego. Plan, który został mu przedstawiony, nie wyglądał na taki, który może się udać. Bardzo wiele elementów zależało od szczęścia. No i nie był pewien, czy infiltrowanie jakiejś tajnej organizacji jest tym, w czym się sprawdzi, skoro w ministerstwie dał się podejść jak byle uczniak. Przystał na współpracę tylko dlatego, że bał się odmówić; nie wiedział, co ta kobieta może zrobić – jej też się bał. Po raz pierwszy był tak boleśnie świadomy zagrożenia, które otaczało go ze wszystkich stron. Kiedy dowiedział się, że ministerstwem rządzą śmierciożercy, czy kiedy zginęła norweska delegacja – nie bał się tak naprawdę. Był Amerykaninem, stała za nim cała potęga Nowego Świata.
Kiedy jednak stanął twarzą w twarz z nią, nie był już taki pewien niczego. Chciał po prostu uciec, byle znaleźć się od niej jak najdalej. Nie musiał uciekać z podniesioną głową i robić rzeczy, z których jego ojczyzna byłaby dumna. Chciał po prostu przeżyć, najlepiej już nigdy jej nie oglądając. Nie pytał, co spotkało Amandę, ani dlaczego ona zgodziła się na współpracę. Nie chciał zakładać, że miała za sobą równie nieprzyjemne doświadczenia. Wiedział tylko, że wspólnie utknęli w tej kabale.
Amanda długo milczała, układając w głowie cały plan. Zadanie, jakie wyznaczył jej Selwyn, niespecjalnie ją zdziwiło. Wiedziała, że prędzej czy później będzie musiała odwiedzić Pokątną i Nokturn. Początkowo obawiała się, że będzie musiała to zrobić wraz z całą wycieczką czarodziejów z różnych zakątków świata. Teraz obawiała się, że będzie musiała to zrobić wraz z Rothenbergiem, który wciąż pozostawał gdzieś w świecie swojej traumy, trochę zbyt boleśnie przypominając jej ojca – postać, która pozostała w odległej przeszłości, a z którą być może przyjdzie jej się spotkać już niebawem. Próbowała sobie wyobrazić Torstena, z którym łączyła ją wzajemna niechęć tak głęboka, jaka może łączyć tylko rodzeństwo. Pamiętała dobrze kilkuletniego chłopca o jasnych włosach i zimnych oczach, który ciągle jej dokuczał. Być może powinna być mu w jakiś sposób wdzięczna, gdyby nie on, być może jej osobowość ukształtowałaby się w inny sposób. Zastanawiała się, czy nadal lubił być tak bezmyślnie okrutny, czy nadal nie dostrzegał lub udawał, że nie dostrzega podziału na wilki i kozy, czy zapomniał już o matce, która przecież tylko pachniała chorobą i wanilią, nigdy nie zrobiła nic innego.
Wspomnienia były w Anglii zbyt żywe, zbyt bliskie i – co zdumiewające – zbyt świeże, choć przecież tak dawno pogrzebała je pod nowszymi, barwniejszymi, wypełnionymi kolorami, śmiechem innych ludzi, zapachami i widokami tak różnymi od wszystkiego, co mogła jej zaoferować ojczyzna. Do rana musiała znaleźć sposób, by się od nich odciąć, by zamknąć je w jakiejś części mózgu, do której sama zabroni sobie dostępu. Nie mogła bowiem wstąpić do Borgina i Burke’a z głową pełną myśli o dawnych latach, z zapachem kurzu w starej rezydencji Burke’ów wciąż w pamięci, ze wszystkim tym, co zostawiła krótko po Hogwarcie, kiedy wiedziała już, że dla własnego dobra powinna poszukać szczęścia gdzieś indziej.
Teraz jednak musiała wkroczyć na Pokątną i Nokturn z wysoko podniesioną głową i odszukać fragmenty dawnego życia, o których chciała zapomnieć.

06. Fly Away

Selwyn nie uśmiechał się już tak szeroko jak jeszcze dwa dni wcześniej i Amanda poczuła nutkę radości. Oznaczało to, że ktoś, kto stoi nad nim w hierarchii, musiał mieć sporo uwag odnośnie sposobu, w jaki Selwyn załatwił sprawę norweskiej delegacji. Radość z cudzego nieszczęścia była małostkowa, ale Amandzie to nie przeszkadzało. Frank – jeśli to zauważył – nie skomentował. Wyglądał, jakby ostatnią noc spędził na poważnych rozmyślaniach, a nie na regenerującym śnie. Podkrążone oczy do niego nie pasowały. Amanda była pewna, że ona również nie wygląda na wypoczętą, ale powtarzała sobie, że minęła już ponad połowa tygodniowej delegacji. Już niebawem świstoklik zabierze ją do Nowego Orleanu i będzie mogła wrócić do gry z Knoxem – jej zasady, choć momentami nieprzewidywalne, a sama gra pełna fauli, wydawały jej się atrakcyjniejsze niż rozgrywka na ojczystej ziemi.
Jednak zanim świstoklik zadziała, musi odgrywać swoją rolę. Dwa dni. Tylko tyle.
Tego dnia delegacje zaproszono na krótkie spotkanie z Piusem Thicknesse, z którego nic nie wynikało, a następnie wręczono zaproszenia na wieczorny koncert. Zespół, o którym Amanda wiedziała, że koncertuje w całym magicznym świecie, a nawet na prywatnych imprezach bogatych i ważnych mugoli, miał ich bawić wieczorem, po wystawniejszej niż zwykle kolacji. Do tej pory zdecydowana większość wizyty upływała pod znakiem organizowania gościom czasu przez zapewnianie im kontaktu z kulturą lub oprowadzanie po ministerstwie i innych istotnych dla świata magicznego miejscach. Pokątną pominięto, być może w obawie, że zbiera się na niej zbyt rewolucyjny element. Merytoryczne spotkania dotychczas odbyły się dwa i choć trzecie zapowiedziano na kolejny dzień, Amanda była przekonana, że jest to takie samo mydlenie oczu jak wszystko do tej pory. Co oznaczało, że wszystko rozgrywało się w kuluarach. Pozornie nic się nie działo, ale wszystkie delegacje starały się bawić raczej we własnym gronie. Pośród tego wszystkiego stał Selwyn, król na włościach, władca tego małego, sztucznie stworzonego i trwającego raptem tydzień świata.
Teraz, gdy wszyscy popijali szampana w przerwie koncertu, świat ten wydawał się barwny i radosny, ale ani trochę nie zjednoczony.
– Nie rozumiem, czemu tak tracimy czas – szepnął stojący obok niej Frank. – Te bale, kolacje, wieczorki…
Amanda przytknęła do ust swój kieliszek szampana, ale nie odważyła się napić. Już wcześniej taką samą ostrożność nakazała Rothenbergowi. To był już piąty dzień obecności delegacji w Wielkiej Brytanii, a nagłe zniknięcie Norwegów wyciszono, choć Amanda miała wrażenie, że wiadomość o ich śmierci musiała być tematem każdej szeptanej rozmowy. Kto – poza Frankiem – z nimi rozmawiał? Nie miała pojęcia, nikt nie wyciągnął do nich ręki, a oni starali się unikać kontaktów, które mogły skupić na nich wzrok Selwyna na zbyt długo. Choć, oczywiście, wzrok ten był skupiony na Amandzie przez niemal cały czas. Selwyn na coś czekał. I tym czymś mogły być rozmowy po veritaserum, o ile ministerstwo miało jeszcze jakieś fiolki. Jeśli tak, były one zbyt cenne, żeby podać eliksir wszystkim delegacjom i liczyć na to, że zdąży się je przesłuchać, zanim przestanie działać. Ci, których Selwyn obserwował, powinni jednak mieć się na baczności.
– Nie tracimy – odpowiedziała obojętnie Amanda. – To uroczy koncert.
Frank spojrzał na nią, jakby miała dwie głowy, a potem szybko zmienił wyraz twarzy na możliwie obojętny, bo zauważył zbliżającego się do nich Selwyna. Wyglądał na wyjątkowo zadowolonego z siebie.
– Czarujący wieczór, czyż nie? – zagadnął. – Wasze zdrowie – dodał, upijając łyk szampana ze swojego kieliszka.
Amanda skinęła i ponownie przyłożyła kieliszek do ust, nie wypijając ani kropli. Miała nadzieję, że Rothenberg zrobił to samo.
– Dawno nie słyszałam tak doskonałej muzyki – odpowiedział niezobowiązująco.
– Wspaniały występ – zgodziła się, nie czując potrzeby, by zmieniać temat. Sytuacja wokół nich była tak napięta, że nie było wątpliwości, że prędzej czy później wedrze się do każdej rozmowy na błahy temat. Czas upływał i o ile ona mogła sobie pozwolić na to, by nie wydobywać żadnych informacji od Brytyjczyków, o tyle Selwyn prawdopodobnie zapłaci głową za brak informacji o innych delegacjach.
– Chciałoby się powiedzieć „chwilo, trwaj”, jak w „Fauście”. Wiedział pan, panie Rothenberg, że Goethe był czarodziejem, ale zdecydował się przeżyć całe życie wśród mugoli? Czuł, że świat magii się kończy, że nie ma w nim nic dobrego, żadnej perspektywy rozwoju. A jednak jesteśmy tutaj, niemal dwieście lat później.
– Wielu genialnych twórców było czarodziejami – odparł Frank.
– I równie wielu było mugolami – dodał szybko Selwyn. – Ale to nie o nich myślimy, kiedy ktoś prosi nas o wskazanie wielkiego człowieka, autorytetu…
Amanda zmrużyła oczy, ciekawa, co właściwie jest celem Selwyna. Ta dziwna rozmowa, którą zainicjował, musiała mieć jakiś cel.
– Mugolom szacunek należy się w takim samym stopniu – kontynuował Rothenberg.
– Czy można cenić kogoś, kto widzi tylko połowę obrazu i orzeka, że to arcydzieło? Ci, którzy widzieli całość i potrafili o niej mówić tak, by nawet widzący połowę obrazu poczuli piękno tego, co dla nich niewidoczne, o wiele bardziej zasługują na nasz szacunek. – Selwyn nalał sobie do kieliszka nieco szampana z butelki, która stała przy stole, jakby starał się ośmielić Amandę, skłonić ją, by w końcu zanurzyła usta w płynie, który znajdował się w jej własnym kieliszku.
– Każdy wychwala, ile może – odparł Frank, najwyraźniej tracąc zainteresowanie konwersacją.
– Wznieśmy zatem toast za to, że możemy dostrzec cały obraz – powiedział wesoło Selwyn, wznosząc w górę smukły kieliszek wypełniony jasnym płynem z bąbelkami.
Amanda i Frank niechętnie unieśli swoje kieliszki. Rozbrzmiało delikatnie postukiwanie szkła o szkło, a kiedy każdy przyłożył swoje naczynie do ust, Amanda zauważyła, że Selwyn przygląda jej się z taką uwagą, że nie miała wątpliwości co do tego, że w szampanie znajduje się coś, czego nie powinna wypić. Płyn kolejny raz nie dotknął jej ust. Kiedy jednak odstawiała kieliszek na stół, zauważyła, że zarówno Frank, jak i Selwyn upili nieco szampana. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie przemawia przez nią paranoja, ale szybko przypomniała sobie, że środki ostrożności zawsze są potrzebne, a jeśli jedyne, co ograniczają, to spożycie alkoholu – jest to brzemię, które można nieść. Zaniepokoiła ją natomiast decyzja Franka.
– To czarujący wieczór, ale obawiam się, że jestem zbyt zmęczona, by dalej uczestniczyć w bankiecie – powiedziała, wstając. – Frank, czy byłbyś tak uprzejmy i odprowadził mnie do pokoju?
Rothenberg spojrzał na nią zdziwiony.
– Oczywiście – odpowiedział.
Odeszli od stołu, pozostawiając przy nim jedynie uśmiechającego się lekko Selwyna.
*
– Amando, czy coś się stało? – zapytał Frank, gdy szli korytarzem.
– Nie – odparła, nie chcąc wdawać się z nim w dyskusję. Jeśli w szampanie było veritaserum – lub cokolwiek innego – nie było żadnego powodu, by Frank wiedział więcej, niż wie do tej pory. Nie było powodu, by ten, kto będzie z nim rozmawiał, wiedział, że Amanda też wie.
– W takim razie… – zaczął, ale nie dokończył, bo mijała ich jedna z kobiet wchodzących w skład brazylijskiej delegacji. Kobieta miała ciemną karnację i hebanowe włosy, zawsze zaczesane w elegancki kok. Patrzyła na świat nienaturalnie złotymi oczyma, które onieśmielały każdego. Mówiło się, że wkrótce obejmie stanowisko dyrektor Szkoły Magii Castelobruxo, choć ciężko było myśleć o tym, by tak egzotyczną piękność zamknąć w środku amazońskiego lasu.
Amanda wykorzystała moment milczenia Franka i zdecydowała się zignorować jego pełne pożądania spojrzenie posłane w kierunku Brazylijki. Przyspieszyła kroku i miała nadzieję, że zanim nowojorczyk się otrząśnie, będą już w pokojach amerykańskiej delegacji. Czy widział ją już wcześniej? Czy reagował tak wcześniej?, myślała. Nie mogła sobie przypomnieć, czy widziała już reakcję Franka na brazylijską piękność.
W końcu jednak dotarli do pokojów. Amanda zamknęła za nimi drzwi i z ulgą usiadła w jednym z foteli. Frank nie zrobił tego samego, stojąc przy drzwiach, jakby czekał na okazję, by wymknąć się i wrócić na przyjęcie.
– Wszystko w porządku, Amando? – zapytał.
– Oczywiście. Myślę, że tyle emocji powinno nam wystarczyć na jeden dzień – stwierdziła, zdejmując niewygodne pantofle.
Rothenberg nie odpowiedział.
– Porozmawiamy jutro – dodała, wstając i kierując się do swojego pokoju. – Nie wracaj tam już – rzuciła, zanim, zamknęła za sobą drzwi.
Była już zmęczona ciągłą czujnością, oglądaniem się przez ramię. Do tego musiała uważać na Rothenberga, który może i był szpiegiem dla Amerykanów, ale mógł jej zaszkodzić tak samo jak inni, których każdego dnia spotykała na nieprzyjaznych korytarzach hotelu czy brytyjskiego Ministerstwa Magii. Miała nadzieję, że osiągnęli już konsensus i mogła liczyć na to, że kiedy powie mu, by został w pokoju, będzie miał dostatecznie dużo rozsądku, by jej posłuchać, nawet jeśli nie rozumiał powodów, dla których wydała to polecenie. Musiał je jednak rozumieć, przecież było to oczywiste.
Przez chwilę pomyślała o Idzie Mae, która od dwóch nocy nie wracała do swojego pokoju, najwyraźniej grzejąc łóżka jakichś przystojnych obcokrajowców. Ida Mae nie miała jednak o niczym pojęcia i stanowiła stosunkowo małe zagrożenie. Niedługo nie będzie żadnym zagrożeniem. Niedługo wrócą do Luizjany i Amanda będzie mogła wrócić do gry, którą tak starannie zaplanowała przed wyjazdem.
Kiedy jednak obudziła się rano, była jedyną osobą w pokojach amerykańskiej delegacji. Ani Ida Mae, ani Frank najwyraźniej nie spędzili tam nocy.
*
Ostatni pełny dzień, który delegacje miały spędzić w Wielkiej Brytanii, upływał na rozmowach z przedstawicielami poszczególnych departamentów ministerstwa. Starali się oni powiedzieć na tyle niewiele, by nie zaszkodzić swojemu krajowi, a jednocześnie tak dużo, by konwersacja, którą prowadzili, nie wydawała się pusta. Amanda spędziła kwadrans z czarownicą z Departamentu Magicznych Gier i Sportów, minęła też kogoś z Departamentu Przestrzegania Prawa, kto wyraźnie chciał z nią porozmawiać, ale gdy tylko w tłumie mignęła jej twarz Selwyna, przeprosiła swojego niedoszłego rozmówcę i ruszyła za nim.
Selwyn początkowo udawał, że jej nie widzi, ale musiał wiedzieć, że za nim idzie, bo stosunkowo szybko przyspieszył, zmuszając ją niemal do truchtu. W końcu jednak dotarli w jakieś opustoszałe skrzydło ministerstwa, gdzie najwyraźniej nie kręcili się żadni pracownicy, bo Brytyjczyk w końcu się zatrzymał i uśmiechnął się do Amandy czarująco.
– Stęskniłaś się?
Amanda, niemal fukając ze złości, stanęła obok niego i dźgnęła go w pierś palcem wskazującym.
– Co to miało znaczyć?
– Nie wiem, co masz na myśli – odpowiedział.
– Gdzie jest Frank Rothenberg i dlaczego odciągałeś mnie od pozostałych delegacji? – zażądała, zbyt zmęczona, by bawić się w ceregiele.
– O ile się nie mylę, to ty szłaś za mną, Amando – odpowiedział, a ten irytujący uśmiech nie schodził mu z twarzy.
Amanda dźgnęła go jeszcze raz, tak dla podkreślenia swojej stanowczości, a następnie, przybrała wyraz twarzy wskazujący na skrajną irytację. Nie chciała podejmować jego gierek.
Selwyn uniósł brwi. Wyglądał, jakby próbował ją sprowokować.
– W co ty grasz? – wycedziła.
– Chciałabyś wiedzieć. Natomiast ja mam coraz lepsze pojęcie, w co ty grasz – odpowiedział spokojnie.
Jeśli jego celem było wywołanie złości i sprowokowanie jej do błędu, to jeszcze go nie osiągnął, ale nie było wątpliwości, że ta rozmowa sprawia mu o wiele więcej przyjemności niż jej.
– Nie wiem, co masz na myśli – odparowała.
– Oczywiście. W takim razie dlaczego rozmawiamy?
Amanda na chwilę zamilkła, zbita z tropu.
– Jako opiekun delegacji powinieneś wiedzieć, że Frank Rothenberg zaginął. Mogło spotkać go to samo, co naszych przyjaciół z Norwegii, kto wie – stwierdziła możliwie beznamiętnie.
– Zaginął? – zdziwił się Selwyn tak teatralnym tonem, że Amanda pożałowało, że w ogóle zabierała głos. – To dziwne, jakieś półtorej godziny temu widziałem, jak wymykał się z biura jednej z naszych pracownic. Wyglądał, jakby spędzili tam całkiem miło czas.
Frank? Rothenberg był tak niezdarny i niezaradny, że nie spędziłby upojnej nocy z nikim, po prostu nie było takiej możliwości. Jeśli faktycznie widziano go, jak wychodził z czyjegoś biura… Jeśli faktycznie spędził tam noc… Jeśli wyszedł w poszukiwaniu tej kobiety z biura tuż po tym, jak Amanda powiedziała mu, żeby został do rana we własnym pokoju…
– Co było w tym szampanie? – syknęła.
– Myślę, że wiesz doskonale. Myślę, że wiedziałaś od samego początku i dlatego, mimo moich usilnych starań, nie wypiłaś ani kropelki – powiedział, przybliżając się do niej. Już niemal stykali się nosami. – Amando, zdumiewasz mnie. Oceniałem cię jako osobę, która uwielbia niemieckich romantyków.
Amanda uniosła brew.
– Jeśli masz czas zastanawiać się nad gustem literackim każdej napotkanej osoby, to znaczy, że masz zbyt dużo wolnego czasu.
– Gust literacki wiele mówi o człowieku, Amando. Nie porywa Cię Goethe? – zapytał.
Amanda niechętnie musiała przyznać, że używał naprawdę dobrej wody po goleniu. Wolałaby też zrobić krok w tył, żeby nie mógł mówić prosto do jej ucha, ale mógłby poczytać to za słabość, a przecież nie mogła sobie na to pozwolić. Jeśli chciała uzyskać odpowiedzi na swoje pytania, musiała znieść jego nieznośne zachowanie.
– Wolę coś bardziej osadzonego w realizmie – odparła chłodno.
Selwyn się uśmiechnął, ale nic nie powiedział. Przez chwilę stali w milczeniu, jakby sprawdzając, które z nich pierwsze się podda, choć Amanda nie była pewna, co tam naprawdę byłoby w tym przypadku przegraną. W końcu zdecydowała, że czas wrócić do głównego tematu ich rozmowy.
– A więc gdzie widziałeś Rothenberga?
– Całkiem niedaleko miejsca, w którym się właśnie znajdujemy. Początkowo myślałem nawet, że bawi się w małego szpiega, przeszukując biura naszych pracowników. Wiem przecież, jak jesteście zaangażowani w to wasze poszukiwanie informacji do zamieszczenia w długich raportach, których nikt nie przeczyta. – Oparł dłoń na jej przedramieniu i delikatnie je pogładził. – Powinnaś przemyśleć, czy grasz dla właściwej drużyny.
– Nie gram dla żadnej drużyny – zapewniła.
– Jakiekolwiek kłamstwo pozwala ci w nocy spać, Amando – zaśmiał się Selwyn, a jego śmiech odbijał się echem po pustym korytarzu.
*
Kiedy ponownie zobaczyła Franka, ten unikał jej wzroku. Siedział przy stoliku i przesuwał po talerzu coś, co mogło być tostem, ale Amanda nie była tego pewna. Po rozmowie z Selwynem szukała Rothenberga przez jakiś czas, ale wydawało jej się, że zapadł się pod ziemię. Dopiero teraz, w czasie kolacji, pojawił się ponownie i wyglądał, jakby przeżył coś dramatycznego, czego jeszcze nie przepracował i co najwyraźniej chce przelać w niewinny kawałek przypieczonego chleba.
– Dobrze się bawiłeś? – zapytała chłodno, siadając obok niego.
– Panno Burke, ja…
– Amando – poprawiła go z przyzwyczajenia, z pewnym zdziwieniem rejestrując ten regres. W końcu już tak dobrze mu szło nazywanie jej pierwszym imieniem. Skąd ta zmiana?
– Nie wiem, co się stało. Wczoraj… – zaczął.
– Wczoraj wypiłeś szampana Selwyna – syknęła.
– Przecież on też go pił, nie mogło być w bym trucizny – zaprotestował, po czym odłożył widelec i potarł rękoma oczy. – Nie rozumiem.
Amanda popatrzyła na niego, jakby zupełnie nie rozumiała, jak doszło do tego, że ktoś go wysłał na misję szpiegowską. Czy naprawdę sądził, że jedyne, co można wlać do czyjegoś kieliszka, to trucizna?
– Co się działo wczoraj wieczorem? – zapytała.
Frank nie odpowiedział, ale jego twarz poczerwieniała tak okropnie, że przez chwilę Amanda sądziła, że zmieni się w pomidor. To zdradzało więcej niż tysiąc słów.
– O co cię pytała?
– Nie pamiętam. Czułem się jak w gorączce, nie wiem, jak z hotelu trafiłem do gmachu ministerstwa. Pamiętam, że wyszedłem na korytarz, chciałem iść do baru, ale… Później byłem w ministerstwie, wiem to na pewno, ale skąd się tam wziąłem? – mruknął, gniewnie wbijając widelec w tosta. – Była tam taka dziewczyna, bardzo ładna. Ja… nie wiem, co właściwie się ze mną działo.
– O co cię pytała? – powtórzyła Amanda już nieco bardziej wyrozumiałym tonem. Zaczynała rozumieć, co się stało i co właściwie było w szampanie. Rozumiała też, że Selwynowi palił się grunt pod nogami, skoro zdecydował się użyć eliksiru, a następnie sam wypić jego część w próbie udowodnienia, że szampan jest bezpieczny.
– O Stany… O to, czego się tutaj dowiedziałem, czego chcę się dowiedzieć. O sytuację u nas, o ludzi, którzy mają w Nowym Jorku i w Waszyngtonie coś do powiedzenia – przyznał cicho, spuszczając wzrok. – Nie mogłem przestać mówić, kiedy ona… Ona… Po prostu nie mogłem.
Amanda ściągnęła usta w wąską, bladą linię. Do wyjazdu pozostało zaledwie kilkanaście godzin. Być może Selwyn uzyskał już wszystko, co chciał, wykorzystując Franka. Jeśli jednak nie – trzeba zachować wszelkie środki ostrożności.
*
Ranek był deszczowy i ponury, a Amanda nie mogła się doczekać momentu, kiedy wyjadą z Wielkiej Brytanii. Wiedziała, że ministerstwo może chcieć zatrzymać delegacje, ale jednocześnie pamiętała o planie B, który leżał bezpiecznie i czekał na chwilę, w której będzie musiała użyć świstoklika, by uciec do Stanów i wrócić do tego, co ją interesowało – gry, którą prowadziła z Knoxem. Była zła, że przez cały tydzień nie miała żadnych informacji od Daphne, od Knoxa, od nikogo. To się jednak miało zmienić już wkrótce.
Ida Mae narzekała, że powrót następuje zbyt szybko – dopiero przyjechali, jeszcze nie wszystko zdążyli zobaczyć, poznać nie wszystkie delegacje. Doskonale bawiła się w czasie tych kilku dni i nie wyobrażała sobie, że już wkrótce jej nowi znajomi wrócą do Rosji, Francji czy Brazylii, pozostawiając ją w znanym jej, tak nudnym świecie.
Frank Rothenberg milczał przez większość czasu. Czuł się zawstydzony tym, co się stało, i unikał spojrzenia Amandy i wszystkich innych osób. Większość czasu spędzał w swojej sypialni, żeby nie musieć rozmawiać z innymi ludźmi.
Nie byli idealnym przykładem delegacji, która wraca z poczuciem dobrze wykonanego zadania. Wydawali się raczej pokonani – każde w inny sposób i z innego powodu. Choć uzyskali nieco danych i poznali sytuację w kraju, to wracali na tarczy, a nie z tarczą. Nie mieli co do tego wątpliwości.
Każda z delegacji miała wyznaczony inny czas odjazdu, a wcześniej oficjalne pożegnanie z Ministrem Magii. Amerykańska delegacja miała opuścić Wielką Brytanię w samo południe. Amanda nie mogła się doczekać. Kolejne uściski dłoni, sztuczne uśmiechy, słowa pożegnania nie mogły mijać szybciej. W końcu przebrnęli przez cały ten ceremoniał i wyszli z sali, w której odbywało się pożegnanie, prowadzeni przez Selwyna.
– Żałuję, że musimy się już pożegnać, ale mam nadzieję, że będziecie miło wspominać czas spędzony z nami – powiedział.
Podążali długim korytarzem, którego Amanda nie znała. Nie wiedziała, dokąd ich prowadzono, ale Selwyn obiecał, że powrót nie będzie tak skomplikowany jak droga do Londynu – tym razem zostanie im oszczędzona wyprawa do Dover i do Calais, międzynarodowy świstoklik miał bowiem zadziałać.
– To był interesujący tydzień – stwierdziła Amanda, żeby podtrzymać rozmowę.
– O tak, interesujący dla nas wszystkich – zgodził się Selwyn.
– Jak udało się naprawić magię? – zapytała Ida Mae.
Selwyn uśmiechnął się do niej.
– Kto mówi, że magia kiedykolwiek była zepsuta? Wasz poprzedni świstoklik po prostu miał dotrzeć do Calais, ten zaś dostarczy was dokładnie tam, gdzie powinniście się znaleźć – powiedział.
W końcu dotarli do dużych, drewnianych drzwi. Selwyn chwycił za dużą, srebrną klamkę w kształcie smoka. Otworzył drzwi i przepuścił Amandę, Franka i Idę Mae, cały czas się uśmiechając. Pomieszczenie, do którego weszli, nie miało okien. Była to duża, okrągła sala, której ściany wyłożono marmurem. Nie było w niej żadnych mebli, jeśli nie liczyć jakiegoś regału w kącie. Był jednak tak zakurzony, że nie było wątpliwości, że nikt nie korzystał z niego od dłuższego czasu.
– Nasz świstoklik? – zapytała Ida Mae.
Selwyn popatrzył na nią z politowaniem.
– Nie możemy wypuszczać groźnych szpiegów – stwierdził. – Nasz ustrój jest jeszcze bardzo wrażliwy, co jeśli któreś z was posiadło informacje, których nie powinno usłyszeć albo zobaczyć? Otrzymaliście propozycję współpracy, ale odrzuciliście ją… Przemyślcie, czy to wasze ostatnie słowo – powiedział, zamykając drzwi.
Zanim ktokolwiek zdołał do nich dotrzeć, klamka zalśniła chłodnym, błękitnym blaskiem. Stało się jasne, że te drzwi zabezpiecza stara, potężna magia, która działała nawet w takich okolicznościach. Amanda zbladła, kiedy zdała sobie sprawę z tego, że zostali zamknięci w tej sali, a jedyne wyjście z niej było zablokowane.
– Co się stało? – zapytała Ida Mae.
– Najwyraźniej tu… umrzemy – powiedział Frank wyjątkowo obojętnym głosem.
Amanda szybko otworzyła torebkę, którą miała ze sobą, i zaczęła przetrząsać jej zawartość. W końcu znalazła niewielki pakiecik, co do którego miała pewność, że nikt go nie otworzy – żaden rewidujący nie zajrzałby do środka, spodziewając się znaleźć w środku typowo damskie produkty higieniczne. W środku był jednak świstoklik, który dostała od Knoxa. Ten, który miał zadziałać po dotknięciu jej skóry. A teraz naprawdę go potrzebowała.
– Być może uda mi się wyciągnąć nas z tej kabały – powiedziała spokojnie.
Knox nie mógł jej oszukać, nie chciała nawet brać tego pod uwagę. Świstoklik, który jej dał, musiał działać, w przeciwnym razie… Amanda nawet przez chwilę nie wątpiła, że świstoklik zadziała, teraz jednak, kiedy był ich jedyną szansą na ratunek, ogarnęły ją wątpliwości. Knox mógłby się jej pozbyć z taką łatwością, dając jej fałszywy świstoklik. Musiała wierzyć, że cenniejsza była dla niego żywa niż martwa, a jeśli tu zostanie – niewątpliwie niebawem będzie martwa.
– Złapcie mnie za rękę – powiedziała, podając im lewą dłoń. – Jeśli to ma się udać…
Ida Mae chwyciła jej dłoń i mocno ścisnęła.
– Uratujesz nas, wiedziałam, że nas uratujesz – pisnęła.
Frank bez słowa zacisnął dłoń na jej przedramieniu.
Amanda wstrzymała oddech i drugą dłoń zacisnęła na świstokliku. Zamknęła oczy. Wiedziała, że miał zadziałać, jak tylko dotknie jej skóry. Wierzyła, że Knox jej nie oszukał, a ta dziwna bariera, jaka otaczała Wielką Brytanię, nie będzie silniejsza od międzynarodowego, nielegalnego świstoklika, który wwiozła na teren tego kraju. Wierzyła, że kiedy otworzy oczy, znajdzie się w Nowym Orleanie.
Niestety, znajome szarpnięcie w okolicy pępka nie nadeszło. W końcu musiała otworzyć oczy i zaakceptować smutną prawdę, że nadal są uwięzieni w Ministerstwie Magii.

04. Fool (If You Think It’s Over)

Pokój amerykańskiej delegacji świecił pustkami, co trochę Amandę zdziwiło. Nie spodziewała się zobaczyć tu Idy Mae – wręcz przeciwnie, była pewna, że jej nie zobaczy aż do wczesnych godzin porannych – ale nieobecność Rothenberga ją zdziwiła. Przyjęcie zapoznawcze nie było okazją, w której mógłby się odnaleźć. Szczególnie część nieoficjalna, która zaczęła się niemal godzinę temu. Czyżby Frank odnalazł w sobie talent do tańca? Czy, podobnie jak Ida Mae, postanowił postawić na integrację na nieco bardziej osobistym poziomie? Amanda była tym nieco rozczarowana; miała nadzieję przekazać mu wszystko, czego się dowiedziała wcześniej, nad Tamizą. Przed przyjęciem nie było ku temu okazji, zwłaszcza że Ida Mae ciągle pytała o porady lub narzekała, że nie jest w stanie ułożyć sobie włosów bez użycia różdżki.
Teraz jednak był wyśmienity moment na rozmowę o problemach wewnętrznych brytyjskiego ministerstwa. A Rothenberg wolał przyjęcie.
Amanda zdjęła niewygodne pantofle i boso podreptała do swojego pokoju. Wiedziała, że przyjęcie potrwa jeszcze parę godzin, a wszyscy będą zbyt niewyspani, by rano wziąć udział w jakimkolwiek zwiedzaniu, ona jednak planowała rozejrzeć się po paru zakątkach. Nadal nie chciała iść do Dziurawego Kotła, ale miała nadzieję, że uda jej się nawiązać kontakt z magiczną społecznością w innych miejscach.
Zanim jednak zdążyła zdjąć granatową suknię wieczorową, usłyszała ciche pukanie, które po chwili rozbrzmiało donośniej, jakby osoba stojąca pod drzwiami do saloniku zdawała sobie sprawę, że musi być usłyszana przez dwie pary drzwi. Amanda przez chwilę chciała zignorować pukanie, ale zdała sobie sprawę, że byłoby to nierozważne. Ktokolwiek stał za drzwiami, mógł mieć istotne informacje. Lub próbować je zdobyć.
Z niechęcią ponownie założyła pantofle i przywołała wyraz obojętności na twarz, żeby zamaskować lekką irytację, którą odczuwała. Osoba pukająca do drzwi najprawdopodobniej również była poirytowana, bo pukanie stawało się coraz głośniejsze. Amanda w końcu otworzyła drzwi, choć podejrzewała, że gdyby tego nie zrobiła w ciągu kolejnych kilku sekund, same by się otworzyły pod wpływem siły pukania.
Stojący za progiem Vincent Selwyn – w przeciwieństwie do niej – nie zdążył przygotować sobie maski obojętności i jego twarz zdradzała irytację, o którą Amanda go już wcześniej podejrzewała. Nie sądziła natomiast, że w jego oczach odnajdzie także cień niepokoju. Selwyn szybko jednak uśmiechnął się do niej czarująco, przybierając pozę leniwej nonszalancji.
– Panno Burke, proszę mi wybaczyć tak późne najście, ale widziałem, że wyszła pani z bankietu – powiedział, prezentując garnitur bielutkich zębów. – Czy nie bawiła się pani dobrze?
– Wydaje mi się, że byłam tam dostatecznie długo, by moje wyjście nie uraziło gospodarzy wieczoru – odparła Amanda, rekompensując brak wrodzonej lub wypracowanej nonszalancji chłodem.
– Nie jesteśmy urażeni, skądże – zapewnił Selwyn z uśmiechem, odrywając się od framugi, o którą opierał się przez kilka sekund. – Myślę jednak, że powinniśmy porozmawiać.
Amanda uniosła pytająco brew. Nie miała pojęcia, czemu Selwyn chciał z nią rozmawiać o takiej porze i w takich okolicznościach, ale spodziewała się, że będzie próbował zaproponować jej współpracę. Podejrzewała jednak, że nie będzie przy tym tak niezręczny jak Rothenberg. Anglik próbował przybrać minę czarującego drapieżnika, który zmusza jednym skinieniem palca swoją ofiarę, by robiła to, czego on chce. Pewność siebie, którą Rothenberg zdawał się dysponować w ograniczonym zakresie, niemal od niego promieniowała, choć Amanda podejrzewała, że było to promieniowanie wystudiowane, podobnie jak wystudiowany był uśmiech, który najwyraźniej na dobre przykleił się do warg Selwyna.
– Zgaduję, że chce pan wejść, panie Selwyn – powiedziała w końcu, pochylając lekko głowę w jego stronę, jakby nie mogła nie poddać się jego czarowi.
– Jeśli byłaby pani tak uprzejma, panno Burke. Rozmowy przez próg zawsze są niezręczne.
Ledwie Amanda się odsunęła, Selwyn wkroczył do pokoju, jakby miał zamiar przejąć od niej rolę gospodarza pomieszczenia i łaskawie udzielić jej audiencji. Nie czekając na zaproszenie usiadł też na kanapie i spojrzał na nią wyczekująco. Jego uśmiech nieco się zmienił i Amanda nie była pewna, co teraz próbował nim osiągnąć.
– O czym mamy rozmawiać? – zapytała, nie ruszając się spod drzwi.
– Ależ proszę siadać, panno Burke. – Na chwilę zamilkł, mierząc ją uważnie wzrokiem. – Amando. Mogę mówić do pani Amando?
– To zależy od tego, o czym mamy rozmawiać – odparła, siadając na kanapie ustawionej naprzeciw tej, którą zajmował.
Dzielił ich niski stoliczek i przez moment Amanda rozważała, czy nie zaproponować herbaty, ale potem przypomniała sobie, że magia nie działa. Mogłaby zaparzyć herbatę po mugolsku, ale wtedy zostawiłaby Selwyna samego w pomieszczeniu, które już teraz zdawał się mentalnie zawłaszczać. Nie było potrzeby pozwalać mu na to, by poczuł się jeszcze pewniej.
– Jesteś inteligentną kobietą, Amando, na pewno zdajesz sobie sprawę, czemu Scrimgeour zaprosił zagraniczne delegacje.
– Minęło wiele lat, odkąd z uwagą śledziłam poczynania brytyjskiego ministerstwa – odparła obojętnie Amanda, uważnie przyglądając się swoim paznokciom. Był to gest zupełnie pusty, ale czy nie na pustych gestach opierała się gra, którą podjęli jeszcze w progu?
– Nie sądzę, żeby to było prawdą. – Wyraz twarzy Selwyna stał się nieco złośliwy; w którymś momencie przekroczył granicę tego, co uchodziło za uśmiech i przekształcił się w grymas. – Twoja obecność tutaj nie jest przypadkiem.
– Czy właśnie zostałam oskarżona o szpiegostwo? – zapytała chłodno, patrząc na niego spod półprzymkniętych powiek.
– Czy uważasz, że miałbym podstawy, by cię o to oskarżać? – zaśmiał się, choć w jego głosie nie pobrzmiewała radość. Wyglądał raczej jak ktoś, kto gra rolę, co do której nie ma całkowitego przekonania. Szybko jednak ponownie przeorganizował swój wyraz twarzy tak, by Amanda miała problem z jego odczytaniem. – Scrimgeour szukał wyjścia z trudnej sytuacji. Myślał, że znajdzie je poza granicami kraju.
– Skoro Pius Thicknesse najwyraźniej nie podzielał jego opinii, to czemu zaproszenie nie zostało wycofane?
– Och, kto mówi, że potrzeba znalezienia pomocy odeszła razem z nieodżałowanym Rufusem Scrimgeourem? Trawi nas poważny konflikt wewnętrzny, Amando. Powinnaś zdawać sobie z tego sprawę – powiedział Selwyn. Nie uśmiechał się już tak szeroko. Wręcz przeciwnie, wyglądał na skupionego. Nie zajmował też całej przestrzeni na sofie; siedział bezpośrednio naprzeciw Amandy i patrzył uważnie, chcąc uchwycić każdą jej reakcję.
– Wydaje mi się, że ostatni konflikt, który mógł trawić ten kraj, rozwiązał się przed kilkunastu laty – odparła, zachowując kamienną twarz.
– Pozory, moja droga Amando, pozory – rzucił lekko Selwyn, ani na chwilę nie spuszczając jej z oka. – Doskonale wiesz, że w tym kraju nigdy nie zapanuje pokój, póki istnieć będą dwie frakcje o tak sprzecznych poglądach.
– Wybacz, Vincencie, ale czy nie na tym opiera się demokracja? – zapytała, unosząc brew.
Selwyn uśmiechnął się, ale w jego wyrazie twarzy trudno było odszukać nutę radości. Nie wyglądał już jak drapieżnik, ale jak ktoś, komu rozszarpanie cudzej wizji świata na strzępy przyniesie wiele satysfakcji.
– Czy aż tak przeżarły cię amerykańskie ideały, że gotowa jesteś wygłaszać puste frazesy o demokracji?
Tym razem to Amanda posłała mu lekki, pobłażliwy uśmiech. Ich rozmowa stawała się coraz mniej merytoryczna, a szanse, że dotrą do sedna problemu, malały z każdą chwilą. Obecność Selwyna na kanapie irytowała Amandę coraz bardziej i najchętniej wyrzuciłaby go za drzwi, gdyby nie nikła szansa na to, że uda jej się dowiedzieć czegoś ciekawego. Jednak żeby tak się stało, powinna rzucić jakąś kartę na stół i czekać na reakcję.
– Podobno to Dumbledore odpowiada za wasz problem z magią.
Selwyn uniósł brwi. Nie wiedział, czego się właściwie spodziewał, ale nie tego.
– Większość przypisuje odpowiedzialność Scrimgeourowi – stwierdził. Wyglądał, jakby chciał coś dodać, ale ostatecznie się powstrzymał.
– I pewnie większość wydała na niego wyrok?
– Oficjalne śledztwo jest nadal w toku.
Prorok pewnie przeprowadził już swoje własne. Nie sądzę, żeby aż tyle się zmieniło, Vincencie. Nie wiem, jakiej pomocy Scrimgeour oczekiwał od zagranicznych delegacji, ale szanse na jej otrzymanie od początku były zbyt małe, by mógł traktować je poważnie – powiedziała Amanda, mierząc Selwyna uważnym spojrzeniem wyblakłych oczu.
– Szaleństwo dotyka wszystkich, nawet doświadczonych aurorów. Scrimgeour był paranoikiem, ale wierzył, że jest w stanie ochronić swój kraj.
Amanda skrzywiła pogardliwie wargi. Delegacje nie były w stanie ochronić niczego, oboje to wiedzieli. Oboje też wiedzieli, że Scrimgeour najprawdopodobniej nie oszalał. Amanda nie była pewna, co stało się bezpośrednią przyczyną jego śmierci, ale podejrzewała, że Selwyn to wie. I skoro wolał zasłaniać się śledztwem, to należałoby uznać, że nie były to przyczyny naturalne.
– Nie jestem pewna, dokąd ta rozmowa zmierza, Vincencie. Chcesz mnie przekonać do wyjazdu?
– Wyjazdu? – zdziwił się Selwyn. – Wręcz przeciwnie, liczę na to, że zostaniesz z nami jak najdłużej i wyniesiesz z tej wizyty wiele korzyści.
*
Ranek przyszedł o kilka godzin za wcześnie. Amanda miała ochotę go zignorować i ponownie zapaść w sen – kołdra grzała tak cudownie, a poduszka była tak miękka, że wstawanie wydawało się najgorszym pomysłem z możliwych. Do tego powinna odespać nocną rozmowę z Selwynem; co prawda nie trwała ona długo, ale dała Amandzie wiele do myślenia. Wiadomo też, że nie sposób usnąć, kiedy rozważa się kolejne posunięcia na kilku szachownicach jednocześnie.
– Panno Burke – szepnął jakiś głos, który znajdował się zdecydowanie zbyt blisko jej ucha, by mogło to być komfortowe.
Amanda otworzyła oczy, ale nie ruszyła się z miejsca. Rozpoznała głos, który budził ją o tak nieludzkiej godzinie, ale nie miała zamiaru nic z tym faktem robić.
– Panno Burke, przepraszam za to najście, zdaję sobie sprawę, w jak niezręcznej sytuacji właśnie panią postawiłem i jest mi niezmiernie przykro… – zaczął Rothenberg, poprawiając opadające mu na nos okulary. Amanda zauważyła, że nadal był w garniturze, w którym widziała go poprzedniego wieczora. Być może powinna była się martwić porannym powrotem nie Idy Mae, ale właśnie Rothenberga.
– Jest za wcześnie na te wszystkie wyjaśnienia – przerwała mu. – Zgaduję, że coś się stało?
Rothenberg pokiwał głową i nieporadnie rozejrzał się po pokoju. W końcu jego wzrok trafił na stojące w kącie krzesło z miękkim, kremowym obiciem, które przyniósł nieco bliżej łóżka Amandy. Po chwili namysłu postawił je w okolicy nóg i usiadł tak, by na nią nie patrzeć – zapewne po to, by nie urazić jej moralności.
– Wydaje mi się, panno Burke, że zwabiono nas w pułapkę – wyszeptał, a Amanda przez chwilę milczała, próbując przetworzyć jego słowa.
– W pułapkę? – powtórzyła w końcu.
Frank pokiwał głową, patrząc na jej przykryte kołdrą stopy. Wyglądał dość niepewnie, jakby nie wiedział, co powinien powiedzieć, żeby jej nie przestraszyć.
– Ministerstwo nie ma… najlepszych intencji – powiedział w końcu, zniżając głos tak, że niemalże musiała czytać z ruchu jego warg.
– A kiedy miało? – warknęła i już miała przykryć twarz poduszką, kiedy Rothenberg odkaszlnął i przybrał o wiele poważniejszy wyraz twarzy. Amanda była pewna, że na świecie istniało mnóstwo pracowników zakładów pogrzebowych, którzy nie mogli poszczycić się tak poważną miną.
– Panno Burke, jesteśmy w gnieździe wroga – stwierdził. – Wroga demokracji i wszelkiej wolności. – Po czym konspiracyjnie nachylił się nad jej stopami i wyszeptał z odpowiednim dramatyzmem: – To sami śmierciożercy!
– Mają szpiegów w ministerstwie?
– Oni ministerstwem, panno Burke. Gdyby magia nie zwariowała, najpewniej zaczęliby mordować polityczną opozycję albo pozbywać się jej w inny sposób.
Amanda poczuła, że opuszczają ją resztki snu. Szpiedzy ani trochę by jej nie zdziwili – zresztą kto w ostatnich czasach nie był szpiegiem? – ale całkowita kontrola wydawała się niepokojąca. Dlaczego śmierciożercy mieliby zapraszać delegacje. Czy, podobnie jak Scrimgeuor, chcieli pomocy? Ale jaką pomoc świat mógłby zaoferować zwolennikom czarnej magii?
Rothenberg poprawił okulary. Nadal wyglądał jak przedsiębiorca pogrzebowy.
– Panno Burke, muszę przyznać, że nie wiem, jak w obliczu tego odkrycia powinniśmy postępować.
– Skąd absolutna pewność, że ministerstwo przejęli śmierciożercy?
Przez chwilę panowało milczenie; Frank zdjął okulary i zaczął je zawzięcie przecierać rękawem. Amanda wpatrywała się w niego uważnie. W końcu jednak cisza stała się nie do zniesienia i Rothenberg powiedział:
– Nie tylko my podejrzewaliśmy, że coś może być nie tak z zaproszeniem, które otrzymaliśmy. Norweska delegacja, która przybyła wcześniej, już zaczęła zbierać dowody. Podobno nawiązali współpracę z lokalną siłą oporu.
Amanda czuła, że chodzi o Dumbledore’a i garstkę wiernych mu czarodziejów – rozmowa z Selwynem dostatecznie dużo jej rozjaśniła. Nawet jeśli nie utrzymywała kontaktów z nikim w kraju, była przekonana, że aż tak wiele się nie zmieniło w czasie jej nieobecności. Dumbledore zawsze miał wiele do powiedzenia w kwestiach politycznych.
– Dowiedziałeś się czegoś więcej?
– Tylko ogólniki. Marie ma mi dostarczyć kopię ich dokumentów w późniejszym czasie – odpowiedział, wbijając wzrok w buty.
Amanda zmrużyła oczy. Była w stanie poznać tak ogromne poczucie winy na kilometr.
– Co jej obiecałeś?
– Współpracę na nieco szerszym polu i pewne informacje z federalnych baz danych – przyznał niechętnie, choć ta delikatna zmiana tematu wpłynęła na jego ton głosu i ogólną postawę. Nie przypominał już przedsiębiorcy pogrzebowego, a raczej ministerialnego bubka, którego Amanda pamiętała z podróży świstoklikiem.
– Jesteś upoważniony do podejmowania takich decyzji? – zapytała, ale zanim Frank zdążył odpowiedzieć, podniosła dłoń do góry, nakazując mu gestem milczenie. – Zapomnij, nie chcę wiedzieć.
Rothenberg milczał, nadal wpatrując się w przestrzeń między krańcem łóżka Amandy a swoimi stopami. Wydawał się rozdarty między naturalną chęcią ucieczki, a szczenięcym marzeniem o bohaterskich czynach, dzięki którym zapisałby się w annałach albo przynajmniej awansował po powrocie do kraju. Amanda nie miała tak wyszukanych potrzeb. Chciała jedynie wyplątać się z zamieszania, w którym znalazła się zupełnie nie ze swojej winy – a jeśli przy tym uda jej się odnieść pewne korzyści…
– Jesteśmy tu zbyt krótko, by mieć pełne rozeznanie w sytuacji. Jeśli faktycznie trafiliśmy w sam środek wojny domowej, powinniśmy zrobić wszystko, żeby się nie angażować – powiedziała w końcu.
Nie miała wątpliwości, że ministerstwo dołoży starań, żeby wizytę delegacji przedstawić w stosownym świetle, a kontakt zwolenników Dumbledore’a z nimi był tylko kwestią czasu. Bezstronność nie była możliwa, zwłaszcza że w znacznym stopniu pozostawali na łasce ministerstwa, do którego należała ostateczna decyzja o zakończeniu wizyty. A przynajmniej pozostawali na niej jeszcze przez kilka dni. Równo tydzień po tym, jak świstoklik przeniósł ich do Calais, powinien uaktywnić się świstoklik powrotny, który cały czas nosiła na szyi w charakterze naszyjnika.
– Wydaje mi się, panno Burke, że nieangażowanie się nie jest realną opcją. Powinniśmy ograniczać straty i mieć oczy szeroko otwarte – stwierdził Rothenberg.
Amanda skinęła, co całkiem uszło jego uwadze, bo starał się na nią nie patrzeć.
– Co wiedzą Norwegowie? – zapytała.
– Marie przekaże mi kopie niektórych ich notatek w czasie kolacji.
– Niektórych? Naprawdę? – prychnęła Amanda. – Chcą nas kupić niektórymi notatkami?
– To nadal więcej niż nic, panno Burke – przypomniał Rothenberg.
– Pamiętaj tylko, żeby sprawdzić, ile nam oferują, zanim przekażesz im wszystko, co sam wiesz.
Frank skinął głową, ale wyglądał na zamyślonego. Amandzie przeszło przez myśl, że było już za późno na nieprzekazywanie wszystkiego. Westchnęła i odrzuciła kołdrę, próbując wstać z łóżka. Jej nagły gest najwyraźniej wytrącił z transu Rothenberga, który zerwał się na równe nogi, przewracając przy tym krzesło, na którym siedział.
– Panno Burke, trzeba mnie było uprzedzić, dałbym pani trochę prywatności! – zaprotestował, wbijając wzrok we własne buty.
Amanda, która miała na sobie koszulę nocną dumnie reprezentującą styl, którego nie powstydziłaby się niczyja babcia, przewróciła oczami.
– Chcę porozmawiać z tą twoją Norweżką, zanim cały hotel się obudzi i zacznie obserwować, co robią inni – zadeklarowała, wyciągając z szafy coś, w czym mogłaby swobodnie przejść po korytarzu. Przez chwilę rozważała założenie szlafroka, ale spodziewała się, że Rothenberg i jego wizja moralności mogliby tego nie zaakceptować, a było zbyt wcześnie na mierzenie się z jego dziwacznymi poglądami.
Frank nie ruszył się z miejsca, a Amanda przebrała się w łazience przylegającej do jej pokoju. Najchętniej wzięłaby kolejny prysznic, żeby pozbyć się resztek snu, które czaiły się w kącikach oczu i obciążały jej kości, ale wolała jak najszybciej porozmawiać z Norwegami. Jeśli faktycznie zaczęli węszyć wokół ministerstwa, a wśród urzędników roiło się od śmierciożerców… Wolałaby raczej wcześniej niż później dowiedzieć się tego, o czym oni już wiedzieli.
– Idziemy – zarządziła, wychodząc z łazienki. Rothenberg stał w tym samym miejscu, w którym go zostawiła, nadal z uwagą kontemplując swoje obuwie. Wyglądał raczej smętnie i wyraźnie potrzebował snu jeszcze bardziej niż ona, ale jednocześnie biła od niego jakaś determinacja, jakby liczył, że jedna rozmowa pozwoli im poznać wszystkie mroczne plany śmierciożerców.
– Panno Burke, sądzę… – zaczął Rothenberg, otwierając drzwi pozwalając jej przejść pierwszej.
– Sądzę, że powinieneś skończyć z tym „panno Burke”, zwłaszcza że…
Amandzie nie dane było dokończyć, bo jej uszu dobiegł pisk, a chwilę później w mostek dźgnął ją palec Idy Mae, która z niewiadomych – choć łatwych do odgadnięcia – przyczyn stała w saloniku.
– Wiedziałam, że wyszłaś z przyjęcia, bo ktoś ci wpadł w oko! – krzyknęła, raz jeszcze dźgając Amandę palcem. – Dlaczego się nie przyznałaś, że chodzi o Franka?
Amanda nie musiała się odwracać, żeby mieć pewność, że Rothenberg zarumienił się od cebulek włosów aż po szyję. Tłumaczenie Idzie Mae okoliczności, które doprowadziły do tego, że wspólnie wychodzili z pokoju, było prawdopodobnie ostatnim, co powinien teraz robić, zwłaszcza jeśli chcieli zachować swoje podejrzenia względem ministerstwa w tajemnicy. Nie było bowiem wątpliwości, że Frank, chcąc ratować swoją reputację, wszystko wygada. Amanda nie spodziewała się, by przedłożył powodzenie ich niewielkiej misji nad swój wizerunek. Dlatego trzeba było działać szybko.
– Ido Mae, to w żadnym razie nie jest twoja sprawa – odparła chłodno. – Powinnaś zajmować się swoimi sprawami, zamiast osądzać innych ludzi.
– Nie zaprzeczyłaś! Merlinie, Mandy, nie zaprzeczyłaś! – Ida Mae zaprzestała dźgania, najwyraźniej biorąc słowa Amandy za potwierdzenie. Uważniej przyjrzała się za to Rothenbergowi. – Spójrz, jak on wygląda. Nie dałaś mu się wyspać – zachichotała.
Amanda wzięła głęboki wdech, raz jeszcze dziękując w myślach Merlinowi, że nie dzieli pokoju z Idą Mae i ucieczka od tego głośnego szczebiotania i całkowicie błędnych obserwacji jest możliwa, nawet jeśli czasami trudna i niewygodna.
– Panno Baxter… – zaczął Frank, ale Amanda mu przerwała:
– Ido Mae, niczego nie potwierdzam, a teraz idź do swojego pokoju, bo nie będziesz w stanie wziąć udziału w zwiedzaniu ministerstwa – powiedziała stanowczo.
Ida Mae uśmiechnęła się w sposób, który z pewnością uznała za porozumiewawczy.
– W porządku, zostawię was samych – oświadczyła, tłumiąc ziewnięcie. – Ale jeszcze o tym porozmawiamy, Mandy.
Amanda wydała z siebie niezobowiązujące chrząknięcie, po czym ruszyła do drzwi prowadzących na korytarz. Atmosfera w saloniku ani trochę jej nie odpowiadała; nawet jeśli nie interesowało jej, jak Ida Mae zinterpretowała to, co widziała, nie chciała spędzać kolejnych minut na rozmowie na temat tej interpretacji.
– Panno Burke, powinniśmy byli wytłumaczyć tę sytuację – powiedział w końcu Rothenberg, którego rumieniec ograniczał się teraz wyłącznie do policzków.
– Amando – poprawiła Amanda.
– Amando – zgodził się ponuro Rothenberg. Nie powiedział jednak nic więcej aż do momentu, gdy stanęli przed drzwiami Norwegów.
*
Amanda ścisnęła nasadę nosa, jakby chciała powstrzymać nieuchronnie zbliżającą się migrenę. Nie była pewna, czemu przypisywać odpowiedzialność za ten nadciągający ból głowy – zdarzało jej się sprawnie działać po znacznie mniejszej liczbie przespanych godzin, ale rewelacje Franka i spotkanie z Norwegami były niezwykle męczące. Amanda spędziła zbyt dużo czasu w pomieszczeniu, w którym wszyscy poza nią aż kipieli od idealizmu i ślepej wiary w to, że świat można naprawić. „Chcemy tylko nieść pomoc”, zapewniała Marie Petersen, przewodnicząca norweskiej delegacji. (Amanda przez chwilę zastanawiała się, kto właściwie przewodniczy ich własnej delegacji, ale zdała sobie sprawę, że to zupełnie nieistotne). Póki co pomoc ta ograniczała się do pozyskania pewnych dokumentów, których z pewnością nie dodawano do broszur turystycznych. „Mamy ich więcej”, zapewniła Marie, odrzucając na plecy jasne włosy. Frank głośno przełknął ślinę. Prawdopodobnie to właśnie wtedy Amanda zaczęła odczuwać zbliżającą się migrenę.
Teraz jednak byli na wycieczce. Szef jednego z departamentów oprowadzał ich po wszystkich piętrach, jowialnym tonem opowiadając przeróżne anegdotki i pokazując, jak piękną pogodę można oglądać z ministerialnych okien – wszystko, rzecz jasna, dzięki światłemu przywództwu Piusa Thicknesse i osób odpowiedzialnych za nadzór nad realizacją zadań związanych z administracją.
– Nie bawi się pani najlepiej – zauważył Selwyn, który cały czas szedł gdzieś w ogonie wycieczki. Amanda musiała zwolnić na tyle, że zrównali tempo.
– Już nie zwracamy się do siebie po imieniu? – zapytała, opuszczając dłoń. Migrena czy nie, nie pozwoli Selwynowi oglądać jej w formie gorszej niż zwykle.
– Wiedziałem, że będziesz chciała zacieśnić kontakty, Amando – odpowiedział, uśmiechając się do niej tak szeroko, że mogła przejrzeć się w jego zbyt białych zębach.
Amanda przewróciła oczami.
– Powinniśmy domówić kilka kwestii, które mogły nam umknąć w czasie ostatniej rozmowy – stwierdziła w końcu.
Selwyn uniósł pytająco brew, ale twarz Amandy przypominała maskę bez żadnego wyrazu. W końcu Vincent zmrużył oczy i skinął głową.
– Odłączymy się od grupy, kiedy pójdą zwiedzać Departament Magicznych Gier i Sportów. Ufam, że wiesz, gdzie on się znajduje? – zapytał Selwyn, a kiedy Amanda skinęła głową, podał jej namiary na jeden z pokojów, który powinien być pusty.
Amanda ponownie skinęła głową i szła dalej, nie kontynuując rozmowy. Dopiero kiedy grupa skręciła w kolejny korytarz, a ona i Selwyn zniknęli w niewielkim pokoju, w którym stało puste biurko i niesamowicie koślawa szafka na dokumenty, przez myśl przeszło jej, jak głęboko będzie uwikłana w to, przed czym tak przestrzegała Franka. Tyle tylko, że Frank zbyt łatwo pokazuje emocje. Jeśli mają wrócić do Stanów w jednym kawałku, muszą grać na zwłokę do końca tygodnia, kiedy to zadziała świstoklik.
– Przemyślałaś naszą propozycję, Amando? – zapytał Selwyn, przeczesując szybko czarną czuprynę. Wydawało się, że to gest zwycięzcy.
– Zanim na cokolwiek się zdecyduję, potrzebuję więcej informacji o tym, co się dzieje w kraju – odpowiedziała spokojnie, siadając na krześle za biurkiem.
Selwyn wykrzywił wargi, ale nie była pewna, czy zareagował tak na jej słowa, czy na to, że musiał stać, bo zabrakło miejsc siedzących.
– Chcesz poznać nasze sekrety i sekreciki, zanim zdecydujesz, czy podzielisz się z nami własnymi?
– Chcę wiedzieć, co zmieniło się w kraju i na czym teraz stoimy. Albo stoicie.
– I oczywiście to wszystko znajdzie się w raporcie, który przeczytają najważniejsi urzędnicy w Stanach – dodał Selwyn, uśmiechając się nieco maniacko.
– Oboje zdajemy sobie sprawę, że coś będę musiała napisać. Kto powiedział, że wszystko. – Amanda wzruszyła ramionami, po czym oparła się o biurko i splotła ręce tak, że nagle jej ego zdawało się zwiększyć objętość przynajmniej dwukrotnie i tłamsić Selwyna przeokrutnie. Jakby fakt, że musiał stać po drugiej stronie biurka, uczynił z niego uczniaka, odebrał mu część decyzyjności.
Vincent musiał szybko zdać sobie z tego sprawę i, chcąc odzyskać część wcześniejszej pewności, przysiadł na brzegu biurka i spojrzał na Amandę z góry. Nie odwróciła oczu, nadal czekając na jego reakcję, a jej spojrzenie było twarde i tak wyprane z emocji, że Selwyn nie miał pewności, jak długo będą w stanie siedzieć w tym pomieszczeniu, zanim ściany nie zaczną się przemieszczać pod wpływem ich ego.
– Miałbym zdradzić ci tajemnice państwowe i uwierzyć, że nikt inny się o nich nie dowie? Uważasz, że urodziłem się wczoraj? – zapytał, przywołując najbardziej czarujący z uśmiechów, które miał w zanadrzu, choć doskonale wiedział, że w tym przypadku uśmiech na nic się nie zna.
– Jeśli tak stawiasz sprawę, to czemu uważasz, że pomogę ci w jakikolwiek sposób? Chcemy czy nie, ale to, co proponujesz, wymaga pewnego zaufania. I dobrej woli – odpowiedziała spokojnym, chodnym tonem.
– Przedstaw swoje pytania, zobaczymy, co da się zrobić – stwierdził w końcu, nie chcąc się z nią zgadzać, ale dostrzegając zasadność jej punktu widzenia.
– A więc nie podejmujesz tych decyzji sam? – zapytała, a w jej głosie czaił się jad. – Czy powinnam prosić o rozmowę z twoim przełożonym?
– Doprawdy, Amando, takie złośliwości nie przystoją komuś, kto właśnie głosił tak przejmujące słowa na temat zaufania.
– Daruj sobie. Jeśli mamy ustalić zasady, chcę znać sytuację. Jeśli nie możesz przedstawić mi jej teraz, zrób to jutro. Nie mam zamiaru robić czegokolwiek, póki nie poznam faktów. – I, żeby zaakcentować swoje słowa, wstała zza biurka.
– A jeśli nie? – syknął Selwyn, nachylając się tak, że gdyby biurko było węższe, stykaliby się nosami. – Jeśli nie przedstawię ci żadnych faktów, wtedy skierujesz się do kogoś innego, żeby je poznać?
– Dobrze wiemy, że w kraju działa opozycja wobec władzy ministerstwa – rzuciła Amanda, wzruszając ramionami.
– I wprost nie możesz się doczekać, aż powitają cię z otwartymi ramionami, prawda?
Przez chwilę z biurze zrobiło się cicho, a oboje ważyli słowa, jakby właśnie zeszli na wyjątkowo śliski grunt; znacznie bardziej śliski niż rozmowy o szpiegostwie.
– Zbierz fakty, zapytaj o pozwolenie, kogo chcesz, a potem przyjdź do mnie. Wcześniej nie usłyszysz nawet, jaka pogoda panuje w Nowym Jorku – powiedziała w końcu Amanda, próbując go wyminąć i wyjść z pomieszczenia.
Selwyn jednak złapał ją za rękę, choć nie był pewien, czemu właściwie ją zatrzymuje. Irytowała go, tak bardzo go irytowała, że wprost nie mógł się doczekać, aż ich współpraca się zakończy. To właśnie dlatego nie mógł pozwolić jej wyjść i mieć ostatniego słowa.
– Nie myśl, że jesteś niezastąpiona, Amando – warknął w końcu.
Kąciki ust Amandy lekko drgnęły, ale nic nie powiedziała.
*
Dalszy ciąg wycieczki okazał się niezwykle nudny. Przewodnik z zapałem opowiadał o architekturze sal rozpraw, a Amanda robiła wszystko, by unikać wzroku Rothenberga, który raz po raz rzucał jej pytające spojrzenia, jakby zauważył jej wcześniejszą absencję i koniecznie chciał się dowiedzieć, czym była spowodowana. Amanda nie miała zamiaru niczego mu tłumaczyć w budynku ministerstwa, gdzie każda ściana miała i oczy, i uszy, a zapewne także nos. Na szczęście część rosyjskiej delegacji, która wraz z Idą Mae wprowadzała chaos, dostatecznie dobrze odwracała uwagę od irytującego zachowania Rothenberga. Jeśli przysyłają takich szpiegów, pomyślała Amanda, to nigdy nie uda im się porządnie zinfiltrować tego kraju.
W czasie posiłku Frank gdzieś zniknął, a kiedy w końcu się zjawił, nie znalazł miejsca przy stole Amandy – wokół niej siedziało dwóch Francuzów i jeden Grek, którzy koniecznie chcieli rozmawiać o różnych systemach edukacji. Amanda zbywała ich półsłówkami, a oni zdawali się całkiem usatysfakcjonowani własną dyskusją, co jakiś czas tylko okraszaną informacjami odnośnie do Hogwartu. Gdyby nie to, że nie mogła być dostatecznie pewna, że Frank nie zrobi żadnej niepotrzebnej sceny, pewnie zostawiłaby ich samych sobie już dawno, ale w związku z zaistniałą sytuacją twardo siedziała na miejscu, co jakiś czas ruszając zawartością talerza, której nie miała zamiaru jeść.
Kilkakrotnie jej spojrzenie trafiło na Idę Mae, która siedziała w kącie i bezskutecznie próbowała zainicjować wojnę na jedzenie. Wydawała się w tym momencie tak beznadziejnie nieświadoma jakiegokolwiek zagrożenia, że Amanda prawie jej współczuła. Jeśli przyjdzie co do czego i znajdą się w samym środku konfliktu – na co szanse były niewielkie, ale… – Ida Mae może nawet nie zdać sobie z tego sprawy, póki nie będzie za późno. Ile już zdążyła powiedzieć na temat Stanów? Ile jeszcze powie? I komu? Zdawała się nie mieć preferencji co do tego, w czyim towarzystwie się obraca, jak długo było to głośne i wesołe grono. Kiedy ktoś postanowi to wykorzystać?
Frank, jak Amanda zauważyła kątem oka, usiadł przy innym stole, pospiesznie zjadając to, co nałożył sobie na talerz. Nie patrzył na nią, ale wydawał się czymś zdenerwowany. Nie miała pojęcia, co robił wcześniej i co mogło wywołać to zdenerwowanie, ale miała nadzieję, że nie powinna się martwić także o jego dyskrecję. Gdyby musiała – migrena zapewne by jej nie opuszczała do samego terminu uaktywnienia świstoklika.
Jednak to nie Rothenberg pierwszy podszedł do Amandy, gdy ta wychodziła z jadalni.
– Panno Burke! – zawołał Selwyn, uśmiechając się szeroko, jakby widział ją po raz pierwszy od dawna, choć rozmawiali zaledwie dwie godziny wcześniej.
Amanda się zatrzymała, co spowodowało niewielki chaos komunikacyjny, bo wszyscy inni goście hotelowi musieli omijać zarówno ją, jak i podążającego w jej kierunku Selwyna.
– Cieszę się, że panią widzę – powiedział Selwyn, gdy już znalazł się dostatecznie blisko niej, by jego słowa słyszało tylko kilka znajdujących się najbliżej nich osób. – Muszę przyznać, że potrzebuję pani pomocy.
– W jakim zakresie? – zapytała chłodno. Ani trochę jej się nie podobała zmiana w sposobie, w jaki Selwyn się do niej zwracał, i spodziewała się, że nie wróży ona nic dobrego.
– Nie możemy nawiązać kontaktu z jedną z delegacji, a wiem, że pani spędziła z nią nieco czasu, może zechciałaby mi pani pomóc – powiedział nieco głośniej, ale nie dość, by wzbudzało to podejrzenia. Amanda zaczęła domyślać się, w jakim kierunku ta rozmowa zmierza. Nie wiedziała tylko, jak daleko zajdzie.
– W lobby stoi telefon – odpowiedziała głosem tak lodowatym, że Selwyn powinien się wzdrygnąć.
Nie zrobił tego jednak, a kiedy odwróciła się na pięcie, by odejść, zawołał:
– Chodzi o Norwegów. Była pani z nimi w dobrych kontaktach, na pewno nie chce mi pani pomóc? To bardzo nieuczynne, a jeśli coś im się stało?
– Czy mam wskazać aparat telefoniczny? – zapytała, ale słowa Selwyna poskutkowały; już nie próbowała odchodzić. Domyślała się, jaką cenę mogłaby zapłacić za brak kooperacji.
– Myślałem, że może wskazałaby mi pani ich pokoje, mam trudności z przypomnieniem sobie, kto gdzie został ulokowany, a manager przepadł jak kamień w wodę – odparł z szerokim uśmiechem.
Amanda poczuła, że włos jeży jej się na karku. Historyjka Selwyna była wyssana z palca, ale jeśli chciał ją zaprowadzić do pokoju Norwegów, to oznaczało tylko, że albo ich również pozyskał do swojej małej szpiegowskiej misji, a ich materiały pochodziły właśnie od niego, albo wiedział, że czegoś się dowiedzieli, i chciał udowodnić, że ministerstwo nie będzie tolerowało kreciej roboty. Żadna z tych opcji jej się nie podobała, podobnie jak fakt, że za konieczną uznał jej obecność.
– Jeśli to konieczne… proszę za mną – powiedziała w końcu.
Kiedy ruszyła w stronę schodów, zauważyła stojącego nieopodal Franka. Wyglądał, jakby koniecznie chciał z nią porozmawiać, ale trudno było wyobrazić sobie okoliczności mniej sprzyjające rozmowie od tych, w których właśnie się znajdowali. Chwilę później ktoś potrącił Franka łokciem i Rothenberg przestał patrzeć na Amandę, żeby upewnić się, czy jego garnitur nie został oblany herbatą. Amanda jeszcze bardziej dotkliwie niż zwykle odczuła, że wbrew jakimkolwiek pozorom jest sama wśród stada wilków i baranów.
Na schodach Selwyn nie mówił wiele; zadał jedno czy dwa zdawkowe pytania odnośnie do poziomu zadowolenia z hotelu i z wyżywienia. Odpowiedzi Amandy były lakoniczne, ale Vincentowi zdawało się to nie przeszkadzać. W końcu nie po to zabrał ją na ten nietypowy spacer.
– Czy to właściwe piętro? – zapytał niewinnym tonem, kiedy Amanda skręciła w korytarz i pewnym krokiem ruszyła ku drzwiom.
– Tak. To te drzwi. Mam nadzieję, że pomogłam – odpowiedziała, robiąc krok w tył i sytuując się za Selwynem.
– Tak, bardzo dziękuję. Proszę mnie jeszcze nie opuszczać, sprawdzę tylko, jak czują się nasi znajomi, i możemy dokończyć naszą wcześniejszą rozmowę – rzucił spokojnie, pukając do drzwi.
Amanda stała w miejscu, przygotowując się na to, co może stać się dalej. Czeka ją długa rozmowa z Norwegami i Selwynem? Czy długa rozmowa o Norwegach, których nie będzie za drzwiami? Czy – i to wydawało się najbardziej przerażające – o…
Selwyn ponownie zapukał, tym razem znacznie głośniej i przez chwilę Amandzie wydawało się, że coś poszło nie tak, jak planował. Vincent jednak zapukał ponownie, a następnie wziął za klamkę.
– Może są w środku – powiedział, popychając drzwi.
Amanda poczuła, że jej żołądek zamienił się w bryłkę lodu, skarlał i spadł gdzieś nisko, pod inne organy, a być może w ogóle wypadł z jej ciała. Istotnie, byli w środku. Byli na całej powierzchni pokoju – od sufitu, przez ściany, aż do podłóg.