03: Wokół pani Arbanddel

To było jak znalezienie się w zbyt ciasnym korytarzu, do którego zagonieni płonnymi ambicjami staramy się zatkać uszy na wszystko, czego słuchanie już dawno nas znużyło, i jak dziecko zapominające o obowiązkach, które narzucili mu rodzice lub guwernantka, szukamy tej krainy znanej z mieniących się ciepłem i złotem popołudni, gdy wymagano jeszcze od nas ledwie tyle, by – po zaspokojeniu żądań czasu nieubłaganie przydającego nam lat – starczyło nam sił na konsolidację wspomnień i doświadczeń w jedną, ciągłą linię.
Zrobiło jej się ciemno przed oczami, choć nie pamiętała, by je zamykała, klatkę piersiową ścisnął zaś ciężar znany chyba tylko z chwil, kiedy prawdziwie cierpiała; nie, Jemima, zdecydowanie nie zostanie fanką teleportacji. Tylko w dłoniach wciąż czuła przyjemną miękkość, czy szata Severusa miała domieszkę jedwabiu? układała się tak delikatnie i plastycznie wokół ciała, które wcale takie nie było, bo to ciało było zimne jak próżnia i równie niegościnne dla dotyku obcego, im bliżej go, tym trudniej przychodziło Jemimie wyzbyć się przekonania, że Severus nie istnieje w wymiarze wspólnym wszystkim ludziom, ale porusza się w swoim własnym, zamkniętym dla zmysłów osób postronnych. Z uporem śmiertelnie chorego, który wie już o swojej chorobie i przeczuwa zbliżający się koniec, ale broni się z całych sił przed porzuceniem nadziei, choćby tylko dlatego, że przykro mu rozstawać się z przyjemnostkami życia, ściskała szatę Severusa, jak dawniej ściskała sukienkę Luny, i wiedziała, że jeśli tym razem puści, to rozpadnie się na tysiąc małych kawałeczków, z których każdy będzie niezdolny do samodzielnego życia tak samo, jak Jemima w dniu, w którym opuścił je Rosier. I od tamtej pory były już tylko Arbanddel, choćby tysiąc razy temu przeczyły, i tysiąc razy prosiły Evana o litość, bo przecież Rosier chciał je tylko na chwilkę, dopóki nie stały się zbyt realne, wtedy ich masa absolutna stała się nie do zniesienia, gniotła go, uwierała i nieznośnie ciążyła na barkach, aż wreszcie wrzucił je tam, gdzie ludzie w swoim mniemaniu ważni składują tych nic nie znaczących; Jemima podejrzewała, że Snape też ma takie miejsce, ale w przeciwieństwie do Rosiera ma jeszcze drugie, to, dokąd wysyła się kogoś za przewinienia miłości, by rozkoszować się jego wieczną obecnością.
– Jesteśmy już na Pokątnej, Rosier – usłyszała jednostajny, matowy głos Snape’a.
Jednakże nie informował jej przecież o tym, gdzie się znajdują, by wiedziała, a jedynie po to, aby wreszcie puściła jego szatę, zwracając mu tym samym wolność, której – jak pływak, który chcąc uratować tonącego, musi wpierw wyzwolić się z jego rozpaczliwych objęć – tak desperacko potrzebował. Zamiast szaty Severusa, jej palce oplotły teraz zamsz torebki, wtapiając w nią swe miękkie czubki niby stołowe nożyki, które choć dobre są do smarowania grzanki masłem, nie są wystarczająco ostre, by nabić na nie kawałek soczystej polędwicy i nie pozwolić mu obsunąć się na talerz. Środek ciężkości Jemimy, wzorem wahadła w zegarze, przelatywał z jednej strony na drugą, a ona sama nie znajdywała oparcia we własnych mięśniach i ścięgnach nie tyle z powodu niedawnej aportacji – która jak doprowadzenie wody do temperatury wrzenia wprowadza zamęt do układu pozostającego dotąd w równowadze – co wskutek poruszenia, które wywołała w niej sprzeczka na błoniach. I napełniła ją ta kłótnia dawno nie odczuwaną obawą, że krew Rosiera nie jest wystarczająco dobra, wszak gdy przyszło mu opuścić piedestał niedostępnego awangardzisty – do czego nie zmusiły go przecież żadne okoliczności, a o czym, świadomy własnych niedociągnięć, zadecydował, chcąc wyzwolić się z łańcuchów zarzuconych na takich jak on: młodych i sytuowanych – zmieszała się z rzeczywistością, rozrzedzającym tym samym swój gęsty, konkretny, charakter, by odtąd płynąć w żyłach i tętnicach Rosiera bardziej namacalnego, tego tak bliskiego sercu Jemimy, a tak odległego sercu Severusa, który kochał tylko to, co abstrakcyjnie piękne. Jak wszyscy młodzi Jemima nie mogła mieć żalu o tę słabostkę Rosiera, który zawsze wiedział czego chce, i być może to właśnie go zgubiło, ten brak wątpliwości, które innych chroniły przed tragedią, a doprowadziły do jego własnej, bo gdy ujrzał już, że dąży ku nieskończonej, zabrakło w nim tchórzostwa, by zawrócić. Jemima zachłystywała się życiem podarowanym jej przez Rosiera – w jednej z tych chwil, gdzie liczył się on jeszcze z siłami inercji niosącymi nas nieraz w niespodziewanych kierunkach, gdy wsłuchujemy się zbytnio w to, co podpowiadają nam emocje – i powodu docinek Snape’a odnośnie krwi Rosiera upatrywała właśnie w tym żalu, że Rosier przekroczył samego siebie, zostawiając Snape’a jego własnej beznadziejności.
– Rosier, rusz się, na litość boską.
Jak gdyby pod wpływem silnego eliksiru znieczulającego Jemima parsknęła śmiechem. Ledwie udało jej się utrzymać wątłą jaźń po właściwej stronie kurtyny świadomości, gdy uważność wydała się nagle taka nudna bądź pod wpływem oziębłej niedostępności Snape’a, bądź trącającego ją ramienia, nie pierwszego i nie ostatniego, wszak ulicę Pokątną zaliczyć należy do najbardziej ruchliwych właśnie sobotnim popołudniem, gdy czarodzieje – uzbierawszy z codziennych sprawunków piramidkę – ruszają rozliczyć się ze swymi tygodniowymi zaniedbaniami. Niektórzy, w chwili zetknięcia się ich ciał z ciałem Jemimy, rozciągali jej rzeczywistość także na siebie, wkraczając do jej świata z impertynenckim „Uważaj, jak leziesz” albo też i aksamitnym „Przepraszam”, a wszystko po to, by móc udać, że i oni przynależą do świata pięknej młodości, który część z nich opuściła wieki temu; lecz marzyli o nim bez nadziei i bez celu, tak jak marzył Nicolas Flammel czy Lord Voldemort.
– Pomóż mi. Zgodziłeś się zostać moim przyjacielem dosłownie minuty temu – zauważyła zadziwiająco przytomnie.
Nie mogła przestać się uśmiechać, tak jak uśmiecha się dziecko: mobilizując nieomal każde pasmo cieniutkich mięśni we wspólnym wysiłku okazania naturalnej reakcji, podkoloryzowanej nieco fanaberią czy preferencjami wobec określonej osoby.
– Nie muszę się przed tobą tłumaczyć, jeśli jesteś zbyt g ł u p i a, by zrozumieć, że n i e ma przyjaźni między nauczycielem a uczniem – uciął prędko nauczyciel eliksirów, chwytając Jemimę za łokieć, a gest ten miał w sobie tyle stanowczości, że nie potrafiła mu się nie poddać, choć cała krzyczała w środku, żeby ją puścił, mimo że sekundę temu poprosiła o wsparcie jego silnych dłoni, że Severus ma zimne palce, że ona nie chce, że nie pójdzie… Ze zdumieniem skonstatowała, że jednak idzie, że daje mu się prowadzić, a jego dłonie wcale nie są zimne, to po prostu ona jest zgrzana; że obejmują ją jak cęgi i może im się powierzyć, bo gdyby chciał, to uniósłby ją całą za ten łokieć, jak gdyby nie ważyła więcej niż pióro feniksa.
– Nie możesz mnie znieważać, kiedy ci się podoba…
Jej głos stracił dawną pogardliwą nutę, a tylko rysy twarzy wciąż zdradzały nieudolne zdziwienie. Jemimie zdało się, że nie ona jedna grała, i nie ona jedna przygotowywała obronę, długo zanim miał nastąpić atak. Oskarżeniom o pretensjonalność zachowania najlepiej wszak przeciwstawić ich uniwersalny charakter. Usłyszała, jak pada pytanie, będące jednocześnie samo dla siebie odpowiedzią, usłyszała, jak jego twarda skorupka uderza o bruk i pęka, odsłaniając słodkie wnętrze nieskończonych możliwości.
– Kto powiedział, że nie mogę? – zadzwoniło cicho, ale paraliżująco wyraźnie w jej uszach.
–  Widzisz? Dlatego właśnie nikt cię nie lubi! Jesteś wredny, nadęty i… i… nieznośny!
Prawie uderzyła o jego plecy, gdy nieoczekiwanie puścił jej łokieć i stanął w miejscu. Założyła włosy za ucho, znów wolna i pozostawiona sama sobie, by wedle uznania korzystać z uroków danych jej przez łaskawą naturę.
– Za szybko chodzisz – zwierzyła się zakłopotana przestrzeni obok Snape’a, by po chwili spojrzeć nauczycielowi w oczy z dawnym buntem.
– Powinienem był cię uderzyć, kiedy mogłem – wyznał szczerze, lecz odrobinę za ostro, by dała się przekonać, że naprawdę by to zrobił. Gdzieś głęboko w Severusie skrywał się prawdziwy talent aktorski. – Teraz już za późno. Okazuje się, że mam więcej wad niż zalet, bardzo mi przykro, panno Rosier.
– To gdzie idziemy, huh?
Czuła, że radzi sobie coraz gorzej; wyciągnęła z torebki papierosa i wetknęła go między pełne wargi.
– Jest kategorycznie zakazane… – zaczął Snape.
– W i e m, nie jestem głupia. Po prostu nie obchodzi mnie zakaz.
– Minus pięćdziesiąt…
– Przestań z tymi punktami, to naprawdę denerwujące! – Mówiła głośno, przerysowując każde słowo, i patrząc, jak odrywa się od jej ust i przykleja do twarzy Snape’a jak guma balonowa.
– Chcesz zrobić z tego sto? No dalej – pomyślała, lecz była to myśl z zewnątrz, i już wiedziała, kto jest jej winien, i komu przyjdzie odpowiedzieć za użycie legilimencji wobec uczennicy. Z drugiej strony oszukiwałaby samą siebie, gdyby nie przyznała przed sobą, że imponuje jej tak wysoki poziom wiedzy i umiejętności, a zarazem jadowitość języka Severusa Snape’a.
Tylko ulica wciąż pozostawała niema na ich sprzeczkę. Sztyletowali się spojrzeniami jeszcze chwilę, a krzyki ludzi i tupot podeszew opływały ich jak niewidzialne fale. Jeśli Severus odpychał od siebie wszelkie zainteresowanie i empatię oleistymi włosami i sterylną czernią szaty, to Jemima tworzyła wokół siebie barwną ramę, w której zamykał się urok jej sylwetki i pewna nieodgadnioność charakteru, tak kusząca dla wielu mężczyzn, niby trzon stałej ekspozycji w muzeum, do którego przywykliśmy chodzić, ale niepewni zamysłu artysty, przynosimy doń owego dnia własne nastroje i uczucia, by nimi domalować własną interpretację. I staliby tak całą wieczność, bo przecież w tej statecznej mściwości spełniali się obydwoje, pozwalając rozkwitnąć w całej okazałości udręce swoich krótkich żywotów, gdyby Jemima na złość nauczycielowi nie zapaliła jednak papierosa.
– Och, mam tego dosyć. Chodźmy. Tam sprzedają lody.
Lecz lody nie zdołały przekonać czarnej duszy Severusa, i jak wcześniej z siłą i stanowczością, tak teraz z pewną dozą rezygnacji, znów schwycił Jemimę za łokieć, by skierować jej kroki do apteki Mulpeppera, gdzie miał nadzieję szybko zakończyć szlaban. Przy okazji obiecał sobie w duchu nie nakładać na Jemimę kolejnych, jeśli komukolwiek uda się z niej zrobić czarodziejkę, to nie jemu, on definitywnie umywa od tego ręce. Może nawet pora zawiadomić Trzmiela. Snape poczuł nagle ogromne zmęczenie. Czyżby otarł się o wypalenie zawodowe?
Mulpepper przywitał go wylewnie, jak zwykle mówiąc za dużo, i kaszląc za dużo, a we wnętrzu unosił się zapach ziół: piołunu, tojadu, rokitnika, z delikatną sugestią świeżych cytryn, który miał zapewne maskować przebijający aromat tabaki. I już Snape otwierał usta, by wydać Jemimie polecenie, a zarazem uwolnić się od przymusu prowadzenia jej szlabanu, lecz z ciekawości Mulpeppera wypełzło na świat pytanie o eliksir paraliżujący zmysły i jego możliwe zastosowanie w magomedycynie, a także prawa do dystrybucji i sprzedaży, i Snape wiedział już, że jeśli nie zabije tematu w zarodku, wizyta w aptece Mulpeppera zajmie im całe popołudnie, bo któż inny mógł odpowiedzieć na te pytania, jak sam twórca eliksiru.
– Panie Mulpepper – zaczął, sycząc raczej niezbyt życzliwie. – Ta młoda panna chciałaby zakupić trzystugramowy słoik skrzydeł nietoperza. Nie pozwólmy jej dłużej czekać.
Jemima wyłożyła na apteczną ladę dziesięć sykli i kilka knutów, i układała z nich fantazyjne wzory, dopóki pochłonięty historiami o własnej przedsiębiorczości Mulpepper nie podał jej wreszcie ceny.
– To za te, które zmarnowałaś – usłyszała od Snape’a. – Weźmiemy jeszcze cztery śledziony nietoperza – zwrócił się znów do aptekarza. – Może tym razem panna Rosier uwarzy poprawnie eliksir rozdymający.
Ale Jemima nie chciała już warzyć eliksiru rozdymającego. Chciała przygotować eliksir paraliżujący zmysły. Nie spuszczała wzroku ze srebrnawej zawartości fiolki, którą zachwycał się Mulpepper – jak poinformował, była to próbka, którą otrzymał od Towarzystwa Alchemików.
– Panie Snape, to najprawdziwszy dar, że pana mamy… – nawijał w nieskończoność ten apteczny bubek, a Snape pochmurniał z minuty na minutę coraz bardziej i bardziej; Jemima spodziewała się zaraz opadu gradu i intensywnego wiatru, powietrze lekko się zjonizowało. Chwyciła papierową torbę z zakupionymi ingredientami.
– Wychodzimy.
Jego dłoń była duża, spocona i chłodna, dokładnie taka, jakiej się spodziewała. Gdy wyprowadziła ich na uliczkę, dokąd wychodziły tylne drzwi sklepików, apteki i księgarń, szybko go puściła.
– Słuchaj, wiem, że nie chcesz tego słyszeć ode mnie, ale… Rosier byłby dumny. Może nie używasz swojej magii do zabijania ludzi, ale jesteś cwany, Snape. Zatrzęsiesz kiedyś światem.
Jak pisarz, czytający na głos swoje dzieło, życzyła sobie zobaczyć w Severusie oddanego słuchacza, lecz napotkała jedynie pustkę jego oczu, paraliżującą i niemą, i tak beznadziejnie spokojną, że nie zapragnęła już mącić jej żadną zbędną uwagą, bo ta pustka mówiła jej więcej o Snapie niż sam potrafił o sobie opowiedzieć.

03: Wokół pani Arbanddel

Na psa urok: 06.

– Zaprosił cię na randkę? – zapytała Isla, rozdziawiając usta o wiele szerzej, niż pozwalało na to dobre wychowanie.
– Nie – odparła Dainah. – Tak. Nie. To nie jest takie proste.
Susannah siedziała na swoim łóżku i uważnie przypatrywała się przyjaciółkom. Nie zabrała jeszcze głosu, choć uważnie słuchała. Patrzyła też na nerwowe ruchy Dainah i próbowała rozgryźć, co właściwie stało się tej nocy, po której wróciła do dormitorium ze szlabanem i z tą nie-randką, do której się właśnie szykowała. Gdyby umawiała się z Syriuszem, Susannah by o tym wiedziała, nie miała co do tego wątpliwości. Tymczasem Dainah zdawała się iść na nierandkę zupełnie nieromantycznie – i tego Susannah nie rozumiała.
– Może nie powinnam tam iść? – zapytała Dainah, niepewnie przyglądając się granatowej sukience, którą wyjęła z kufra. Sukienka była okropnie pognieciona i nie wyglądała dostatecznie elegancko, jakby jej posiadaczka spakowała ją tylko na wszelki wypadek, nie zaś dlatego, że była pewna, że będzie musiała iść na spotkanie Klubu Ślimaka.
– I jak się wytłumaczysz z nieobecności?
Dainah chwilę pomyślała.
– Kobiecą niedyspozycją? – zapytała, a Isla popatrzyła na nią, jakby nigdy nie słyszała głupszej wymówki. – Slughorn to facet, nie zrozumie i będzie współczuł.
– Nie zrozumie i będzie miał ci za złe, że nie przyszłaś.
– I tak wolałby tam widzieć mojego ojca, nie mnie – wymamrotała Dainah.
Nie lubiła mówić o swojej rodzinie. Nie była pewna, na jakich zasadach funkcjonowało właściwie małżeństwo jej rodziców, ale odkąd sięgała pamięcią była przekonana, że trudno o dwoje mniej dobranych ludzi. Podczas gdy jej matka bujała gdzieś w obłokach, czasami tylko nawiązując kontakt z ziemią, ojciec był jednym z najbardziej małomównych ludzi, jakich znała. Zwykle znikał w gabinecie na długie godziny lub nawet dni tak, że sama nie była pewna, czy w końcu nie poszedł po rozum do głowy i nie zostawił swojej żony. Nie mogłaby go za to winić. Jednak z jakichś zupełnie niezrozumiałych względów czasami zjawiał się w salonie czy w kuchni, mamrotał coś pod nosem i znów znikał za ciężkimi drzwiami od gabinetu lub wychodził z domu i nie informował nikogo o tym, czy wróci dziś, czy za tydzień. Dainah nie wiedziała, co robił w tym czasie; kiedyś próbowała się domyślać, tworzyła w głowie różne scenariusze, ale nigdy nie wymyśliła nic, co wydawałoby się brzmieć odpowiednio. Sam pomysł, że mógłby mieć kochankę, wywoływał w niej śmiech. Podobnie mało prawdopodobne wydawałyby jej spotkania grupy znajomych. Praca? Być może, ale przecież ojciec przerzucał tylko papiery w Ministerstwie. Nie była pewna nawet, w jakim wydziale pracował. A jednak… Jednak musiał przerzucać te papiery w wyjątkowo dobrze rokujący sposób, skoro Slughorn zaprosił ją do swojego klubu.
Była dobra z eliksirów, ale wątpiła, by samo to zapewniło jej zaproszenie. W końcu Slughorn zaprosił już dwa inne talenty, z którymi Dainah nie mogła się równać – Snape’a i tę rudą Gryfonkę, Lily Evans. Poza nimi na przyjęcia Ślimaka przychodziło jeszcze parę osób. Paru Ślizgonów miało – podobnie jak Dainah – ważnych ojców, jakiś Krukon błyszczał na polu naukowym, zarozumiały Puchon miał przed sobą wspaniałą karierę jako gracz quidditcha… Kręciło się tam jeszcze kilka osób, ale Dainah nie pamiętała, czym sobie zasłużyły na ten zaszczyt.
– Będziecie się tak świetnie bawić – westchnęła Isla, a Dainah prychnęła.
– Mówiłam ci, że te spotkania potrafią być nudne.
– Ale będziesz z Syriuszem. – Isla wydęła usta i zamachała zalotnie rzęsami. – Na pewno znajdziecie jakiś sposób, żeby się dobrze bawić.
– On nie idzie tam po to, żeby się dobrze bawić – przypomniała Dainah. – Pewnie nawet nie będzie ze mną rozmawiał.
– Nikt nie mówił, że musicie rozmawiać, możecie się…
– Nie po to tam idzie – fuknęła Dainah, rozgniewana całą tą sytuacją.
Isla przewróciła oczami i nie kontynuowała tematu.
– To po co właściwie tam idzie? – zapytała w końcu Susannah.
– Chodzi o Regulusa.
Na chwilę zapadła cisza. Cały Hogwart wiedział, że bracia Black nie darzą się sympatią, a jeśli na przyjęciu miało dojść do jakiejś konfrontacji, najpewniej nie będzie ona przyjemna dla świadków.
– Nie powinnaś się mieszać w sprawy rodzinne – powiedziała cicho Susannah. – Obaj mają swoje problemy, które cię nie dotyczą.
Dainah popatrzyła na nią z niedowierzaniem. Susannah była zawsze pełna tego irytującego przekonania, że prawdziwa miłość istnieje, a wszystko, co jest napisane w książkach, może się wydarzyć. Jako pierwsza broniła czystości intencji innych ludzi i starała się dostrzegać w nich dobre strony. I idealizowała wszystko, co mogło się skończyć romansem. Kilka razy z przejęciem mówiła już o poranionej duszy Syriusza Blacka, którą ktoś powinien uleczyć siłą uczucia, a teraz była tak trzeźwa i racjonalna?
– W nic się nie chcę mieszać – oświadczyła chłodno i razem z pogniecioną sukienką znikła w łazience.
*
Dainah wolno sączyła coś, co okazało się sokiem wiśniowym, choć miała nadzieję, że będzie czymś zupełnie innym. Płyn na szczęście był chłodny, przez co zdawał się studzić gotujące się w niej emocje. Wieczór zaczął się nieźle, Syriusz czekał na nią przy wejściu do lochów, przystojny jak zawsze. Początkowo wyglądał na zasępionego, ale posłał jej uśmiech i powiedział – może zbyt mechanicznie, ale wtedy tego nie zarejestrowała – coś miłego o jej wyglądzie. Nawet wymienili kilka zdań w drodze do Slughorna. Atmosfera była prawie randkowa. Przynajmniej przez tych kilka minut, bo na przyjęciu Syriusz dość szybko się od niej odłączył i przepadł gdzieś w tłumie, który składał się zarówno z uczniów, jak i z dorosłych, przy czym ci drudzy przeważali. Dainah nie miała pojęcia, kto wpuścił ich do zamku, ale nie miała czasu nad tym myśleć. Kiedy już ściągnęła na siebie wzrok wszystkich – Slughorn powitał ich na tyle głośno, że słyszeli to nie tylko wszyscy na przyjęciu, lecz także pół zamku – i zgubiła Syriusza, jej uszu dobiegło kilka niewybrednych komentarzy. Najwyraźniej Gryfoni nie byli dobrze postrzegani na takich bankietach, zwłaszcza Gryfoni, którzy trafili do Domu Lwa na złość swoim rodzinom.
– Prowadzisz się ze zdrajcami krwi – syknął do niej Snape, kiedy w pewnym momencie znaleźli się obok siebie przy stole z przekąskami.
– Nisko upadłaś – mruknął Yaxley, kiedy nalewała sobie soku.
– Kalasz imię Salazara – ocenił Selwyn, kiedy przechodziła przez tłum.
Syriusza nie było nigdzie w pobliżu, więc nie słyszał tych komentarzy. Zresztą nawet, gdyby je słyszał, pewnie nic by go nie obeszły. Dainah zwykle nie była tak wrażliwa na opinię innych, ale w tym konkretnym przypadku czuła, jak napiera na nią ściana niechęci, przed którą nie potrafiła się obronić. Najchętniej wyszłaby stamtąd i wróciła do dormitorium, ale nie zamierzała nikomu dawać tej satysfakcji. Została zaproszona i zostanie na przyjęciu dostatecznie długo, by nie wzbudzić sensacji. Z Syriuszem albo bez niego.
Z wystudiowanym znużeniem przyglądała się grupkom, które poruszały się po pomieszczeniu i głośno rozmawiały. Slughorn kluczył między nimi wszystkimi, król swojego małego królestwa, przyjaciel ich wszystkich. Trudno było jednak nie zauważyć, że niektóre z grup milkły, gdy do nich podchodził. Może spotkanie, które Slughorn zorganizował, żeby powygrzewać się w czyimś blasku, było okazją, by część jego gości ubiła swoje własne interesy.
Nagle uwagę Dainah przykuło zamieszanie przy stole z przekąskami. Skupiło się tam sporo osób, w tym chyba wszyscy uczniowie, którzy byli obecni na przyjęciu. Jak na tak dużą grupę byli jednak wyjątkowo cicho – tak cicho, że Dainah wyraźnie usłyszała podniesione głosy. Niepewnie ruszyła w ich kierunku, niemal pewna, że jeden z tych głosów należał do Syriusza.
– Uważasz, że ten bunt cokolwiek zmienił? – zapytał Regulus, siląc się na spokój. Na jego bladej twarzy pojawiły się nieznaczne rumieńce, które wskazywały na to, że temat rozmowy wywołuje w nim emocje. – Nadal jesteś Blackiem.
– Nie mam z wami nic wspólnego – warknął Syriusz, a tłum, który zgromadził się wokół braci, zaczął szeptać. Być może nawet czyniono zakłady, bo obaj Blackowie wyglądali, jakby mieli się rzucić sobie do gardeł. Regulus starał się zachować pozory spokoju, podczas gdy wszystkie emocje Syriusza były wymalowane na jego twarzy.
– Jesteś dokładnie taki sam jak my wszyscy! – krzyknął Regulus, a kilka osób stojących najbliżej zrobiło krok w tył, ktoś nawet stanął na stopie Dainah, która próbowała przecisnąć się przez ten tłum i powstrzymać Syriusza. Gdzieś pod drugiej stronie zbiegowiska widziała rudą głowę Lily Evans, która prawdopodobnie próbowała zrobić to samo.
Było jednak za późno, żeby powstrzymać to, co było nieuniknione. Syriusz rzucił się w kierunku brata, który nie dał rady zablokować tego ataku, być może spodziewając się jakiegoś zaklęcia, a nie rękoczynów. Plecy Regulusa wylądowały na stole z przekąskami, który zakołysał się niebezpiecznie, jakby całkowicie nieprzygotowany na to, że będzie się na nim rozgrywała mugolska bójka.
– Koreczki z łososiem – szepnął z przejęciem ktoś, kto stał tuż obok Dainah. Ona jednak nie słuchała, ruszyła naprzód.
Syriuszowi udało się wymierzyć mocny lewy sierpowy w twarz brata, który teraz ze wszystkich sił starał się odepchnąć Syriusza lub przynajmniej zaserwować mu porządnego kopniaka. Starszy z Blacków jednak nie dał się odepchnąć i zacisnął jedną z pięści na kołnierzyku regulusowej szaty, jakby nie mógł się zdecydować, czy woli go udusić, czy przytrzymać w miejscu i ponownie uderzyć. Regulus jednak szarpnął się zaskakująco mocno, co zakołysało stołem tak, że dwie z jego nóg ustąpiły pod naporem bójki. Koreczki – ku rozpaczy przynajmniej jednego z gości – posypały się na podłogę. Obaj Blackowie w nich wylądowali, tracąc równowagę, ale nie chęć do walki. Dalej się szarpali, nie zwracając uwagi na różnokolorowe pasty, fragmenty ryby, oliwki i inne smakołyki, które mieli przyklejone do szat.
– Co tu się dzieje?! – krzyknął Slughorn, który wcześniej nie interweniował, być może w nadziei, że problem sam się rozwiąże.
Pięść, która wylądowała na nosie Regulusa, i druga, która trafiła Syriusza w skroń, zdawały się dowodzić, że nie, ten problem się sam nie rozwiąże.
Dainah w końcu przepchnęła się przez tłum, który nagle przestał się interesować rozgrywającą się sceną i starał się wyglądać, jakby stał tam przypadkiem, prawdopodobnie w poszukiwaniu przekąsek. Przyklękła w czymś, co kiedyś musiało być półmiskiem faszerowanych jajek, i syknęła do Syriusza:
– Natychmiast się uspokój. Natychmiast.
Syriusz przez chwilę zamarł w bezruchu, jakby jeszcze się wahał, co powinien zrobić, w końcu jednak wypuścił szatę brata i wstał.
– Kurwa – powiedział w przypływie elokwencji.
– Gryffindor traci pięćdziesiąt punktów za atak na ucznia! – grzmiał Slughorn. – I dziesięć za ten paskudny język! Proszę wyjść, panie Black! Natychmiast!
Syriusz wyglądał, jakby nie miał zamiaru wyjść i chciał powiedzieć coś zarówno Slughornowi, jak i wszystkim zebranym, ba, jakby był gotowy bić się z nimi wszystkimi, choć trudno było ustalić w obronie czego właściwie. Dainah popchnęła go w stronę drzwi.
– Idziemy – warknęła do niego.
Tłum rozstąpił się, żeby ich przepuścić. Zrywały się pierwsze szepty, coraz więcej i więcej, aż całe pomieszczenie brzęczało i buczało od szeptów. „Co za wstyd”, „Żenująca sytuacja”, „Taka szkoda”, „Zdrajca krwi”, „Hańba dla rodziny”, „Niby Black, a…”, „Kto go przyprowadził?”, dało się słyszeć z wielu stron, a Dainah musiała zagryźć szczęki, żeby nic nie odpowiedzieć. Nie chciała patrzeć na Slughorna. Była głupia, że zgodziła się zabrać ze sobą Syriusza na to przyjęcie. Wiedziała przecież, że to żadna randka, że chodzi tylko o konfrontację z Regulusem. Czemu się na to zgodziła? Na żal było już jednak za późno, wszyscy widzieli, że wychodzi razem z nim. Przyznała się, że to z jej winy doszło do tego incydentu. Domyślała się, że gdyby należała do któregokolwiek z innych domów, jej także Slughorn odjąłby punkty.
Była wściekła – na siebie, na Syriusza, na wszystkich, którzy byli na przyjęciu.
– Coś ty sobie myślał?! – wybuchła, gdy odeszli już na tyle daleko, by nikt z gości Slughorna nie mógł ich słyszeć.
Syriusz posłał jej nieco obłąkańczy uśmiech i odgarnął włosy z czoła, odsłaniając już formujący się siniak.
– Nie podobał ci się program artystyczny? – zapytał z wymuszoną nonszalancją.
Dainah patrzyła na niego z nieskrywaną wściekłością. Gdyby miał choć minimum przyzwoitości, chociaż udawałby poczucie winy.
– Po to chciałeś tu przyjść? Żeby obić twarz bratu? – zapytała. – Musiałeś mieć do tego tylu świadków?
Musiałeś mnie w to mieszać?
Syriusz wzruszył ramionami i oparł się o ścianę, oddychając ciężko. Najwyraźniej właśnie docierało do niego wszystko, co zdarzyło się na przyjęciu. Chciał przetrzeć twarz rękawem szaty, ale z obrzydzeniem zauważył fragmenty jedzenia na swoim ubraniu.
Dainah stanęła naprzeciwko niego, starając się uchwycić jego spojrzenie. Wściekłość powoli z niej uchodziła, pozostawiając tylko smutek. Za wszelką cenę starała się uchwycić chociaż resztki tej wściekłości, pewna, że dzięki niej łatwiej odbędzie tę rozmowę.
– To nie tak miało wyglądać – mruknął w końcu Syriusz.
– Świetnie. Wiele to zmienia.
Prychnął, jakby to on miał prawo się irytować w tej sytuacji.
– Co chcesz usłyszeć, Pool?
Spróbowała zebrać myśli na tyle, żeby udzielić mu rzeczowej odpowiedzi. Na usta cisnęło jej się kilka zdań, z których żadne nie byłoby w tej sytuacji pomocne, tylko zaogniłaby sytuację. Wzięła głęboki wdech.
– Chcesz iść do skrzydła szpitalnego?
Spojrzał na nią, jakby wydawało mu się, że się przesłyszał. A potem wybuchnął śmiechem.
Jej ani trochę nie było do śmiechu. Wiedziała, że część z tego, co wydarzyło się u Slughorna nie było jej sprawą – Susannah miała rację, nie powinna się mieszać – ale należały jej się jakieś wyjaśnienia.
– Nie planowałem tego – powiedział, jakby to miało cokolwiek wyjaśniać. – To miał być drobny żart, nic strasznego, ale ten mały gnojek…
– Widziałeś, żeby ktokolwiek się śmiał? – przerwała mu ostro.
Syriusz utkwił wzrok we własnych butach. Najwyraźniej nie miał nic lepszego na swoje usprawiedliwienie. Wiedziała, że pewnie nie planował zakończyć tego wieczoru z pokaźnym siniakiem, ale nie wzbudzał w niej zbyt wiele współczucia. Cały czas starała się być wściekłą, choć było to coraz trudniejsze. Tu, na korytarzu, z dala od wszystkich tych ludzi i ich szeptów, łatwiej było zrozumieć tę sytuację. Tyle, że zrozumienie było w tym przypadku pierwszym krokiem do współczucia, a tego Dainah chciała uniknąć.
– Moja rodzina to banda sukinsynów opętanych ideą czystości krwi – powiedział na tyle cicho, że przez chwilę nie była pewna, czy dobrze słyszy.
Pokiwała głową. Nie było to żadną tajemnicą. Cały Slytherin wiedział, że ród Blacków wstydził się za czarną owcę, która trafiła przed siedmiu laty do Gryffindoru. Jeśli wierzyć plotkom, wstyd ten wzmógł się w ostatnich latach, kiedy to Syriusz pewnej pięknej, letniej nocy wyskoczył przez okno, zabierając ze sobą tylko to, co zmieściło mu się do szkolnej torby, by już więcej nie wrócić do rodzinnego domu. Było w tej opowieści – o ile była prawdziwa – coś, co sprawiało, że serce biło jej szybciej, przepełnione podziwem dla niego; było też coś, co nakazywało jej popukać się w czoło.
– Nie jesteś tacy jak oni – stwierdziła rzeczowo, choć nie znała innych Blacków, ale swoją opinię o nich oparła na opinii o innych rodach, które kochały swoją historię i czystość swojej krwi bardziej niż swoje dzieci. – Nie musisz udowadniać tego pięściami.
Syriusz znów dziwnie jej się przyglądał, więc uciekła wzrokiem gdzieś w bok, wpatrując się w czarną oliwkę, która musiała spaść z syriuszowej szaty.
– Moja rodzina też ma swoje problemy, ale to, skąd pochodzimy, nie definiuje nas jako ludzi, nie? – dodała.
Kiedy podniosła wzrok, Syriusz nadal się w nią wpatrywał. Ten wieczór jednak zmienił coś w ich relacji – Dainah nie brakowało już oddechu, kiedy patrzyła mu w oczy. Zamiast tego przeciągnęła dłonią po twarzy, jakby chciała w ten sposób zmusić się do zebrania myśli.
– Co? – zapytała.
Nie uzyskała jednak odpowiedzi, bo Syriusz wykorzystał ten moment, by delikatnie unieść jej brodę dwoma palcami i przywrzeć swoimi wargami do jej ust. Było to tak niespodziewane, że Dainah nie wiedziała, jak zareagować. Instynktownie chciała zarzucić mu rękę na szyję, ale kiedy jej ręka zderzyła się z jego ręką, zrezygnowała z tego pomysłu. Podejrzewała, że był to jeden z najbardziej niezręcznych pocałunków w historii, ale i tak skończył się zbyt szybko.
Gdy tylko odsunęli się od siebie, Dainah nie była pewna, czy bardziej chce znów go pocałować, czy może spoliczkować. Wszystko, co wydarzyło się tego wieczoru, zaczynało jej ciążyć i nie miała siły rozmawiać o tym z Syriuszem. Albo nie rozmawiać. Czuła się trochę wykorzystana, trochę upokorzona, trochę uwiedziona i trochę miała ochotę kontynuować to, co właśnie zaczęli. Wiedziała jednak, że to nie jest dobry moment. Zrobiła głęboki wdech.
– Pójdziesz do tego skrzydła szpitalnego sam czy mam iść z tobą? – zapytała, przywołując jedyny bezpieczny temat.
– Wycieczki do skrzydła szpitalnego to nasz rytuał, co, Pool? – odpowiedział, unosząc brew i posyłając jej uśmiech, który roztopiłby niejedno skute lodem serce.
Jej serce tylko lekko drgnęło na ten widok. Popatrzyła na niego wyczekująco.
Uśmiech powoli spełzł z twarzy Syriusza, jakby docierało do niego, że tym razem jej nie oczaruje i nie wykręci się z sytuacji, w której wolałby się nie znajdować. Uśmiech i poczucie humoru pozwalały mu uniknąć wielu nieprzyjemnych sytuacji, ale tym razem nie wystarczały.
– Mam nadzieję, że do rana zniknie ci ten siniak – powiedziała tylko, odwracając się na pięcie. Choć miała na to ochotę, nie obejrzała się przez ramię i całą drogę do dormitorium niosła wysoko uniesioną głowę, jakby nic się tego wieczora nie wydarzyło i jakby nie wiedziała o tym, że jutro od rana stanie się obiektem plotek całego zamku.

Na psa urok: 06.

02: Nie ma Jemimy

 Okazja to piękny kwiat czasu, trzeba go zerwać we właściwym momencie.
L’Orfeo favola in musica

Z sufitu w prawym rogu pokoju kapała woda, przyprawiając Severusa Snape’a o apopleksję; natrętny, bębniąco-plaskający dźwięk przeszkadzał mu rokoszować się Orfeuszem Monteverdiego (libretto Alessandro Striggio, 1607) w wykonaniu doskonałego francusko-włoskiego zespołu operowego specjalizującego się w muzyce wczesnobarokowej. Severus byłby nawet skłonny nazwać owo wykonanie najlepszym, jakie słyszał do tej pory, gdyby tylko należał do osób skorych wydawać osąd, nim zapoznają się z całym dostępnym im materiałem. Wszak Severusowi zostało jeszcze przecież trochę oper do wysłuchania, bo przecież nie mógł uczestniczyć w większości premier. Dlaczego D u m b l e d o r e nie może zrezygnować ze swoich wypraw do Tajlandii? Dlaczego ciężar zarządzania Hogwartem pod nieobecność wielkiego czarodzieja spoczywa na Severusie Snapie? Funkcja zastępcy dyrektora przypadała wszakże Minerwie McGonagall, tej szarej suce, którą wszyscy tylko zdawali się lubić, a której tak naprawdę nie lubił nikt, bo nosiła się zbyt dumnie i odzywała zbyt pochopnie, podczas gdy należało raczej milczeć; tak, Severus zdecydowanie nie darzył jej sympatią. Co do zasady preferował towarzystwo introwertyków, z którymi można było pomilczeć i okazjonalnie roztrząsać swoje bóle, taka samotność bez konieczności przebywania samemu bardzo Severusowi odpowiadała, wtedy jego tendencja monologowania do samego siebie wydawała się jakby ciut normalniejsza, jakby ciut mniej paranoidalna, wszak nie przemawiał już do chłodu ścian – mimo że loch był jego jedynym przyjacielem – a do chłodu innej osoby, ale jakże żywej, a przynajmniej sprawiającej pozory żywotności, bo tak naprawdę wszyscy umarli już dawno temu na choroby znane tylko dogłębnie rozczarowanym. Ach! Dokąd odeszli Rosier i Wilkes, Avery i Mulciber, Lestrange’owie? – ci, których kochał jak braci, a których jedno życie liczyło się jak setki mniej znaczących innych żyć, dla Severusa mogliby być przecież nieśmiertelni, wiecznie młodzi, wiecznie piękni, i wiecznie tacy ciepli, jak wtedy, kiedy chwytał ich dłonie albo wspierał się na ich ramieniu. Nawet Bella – słodka, wierna koleżanka – zaprzestała korespondencji z Severusem, odkąd nie poparł Voldemorta po jego śmierci. Lecz dlaczego miałby podążać za kimś, kto był nie tylko doszczętnie przegrany, ale i zupełnie martwy? Czyż Severus nie próbował go ocalić, prosząc o oszczędzenie Potterów? Może gdyby ocalał Lord Voldemort, ocalałaby w Severusie ta ukochana cząstka jego życia, kamyk węgielny, wokół którego Severus budował swoje dorosłe życie – miłość do wszystkich, którzy zostali zabici, do Wilkesa, do Rosiera, do Blacka… To z nimi pragnął przebywać, to ich roześmianym głosom pozwalać burzyć, łoskotać falami o mury snape’owości. A przecież już nie mógł; od bardzo dawna nie kładł się na tafli wody i nie unosił się, wypychany do góry jedynie własnym ciężarem. Miał wrażenie, że brodzi po kolana w cuchnącym błocie.
Spojrzał na ciemnobrunatną plamę na suficie, a plama spojrzała na niego. Zamknął oczy; myślał o morzu, które widział tylko jeden raz, jako sześcioletnie dziecko. Eileen… Matka zabrała go do Brighton, tego obrzydliwego Brighton, w którym nie znalazł dla siebie absolutnie niczego wartego uwagi, a w którym więziono go trzy sierpniowe tygodnie, najdłuższe tygodnie jego życia, jeszcze dłuższe od tych kilku marcowych, gdy Lily przestała się do niego odzywać. I gdyby nie to morze, osunąłby się w świat dorosłych, dusząc i dławiąc przemocą i bólem.
Morze. Morze mu się podobało, pomyślał.
Jemima rozczesywała jedwabiste włosy przed lustrem, wygładzając włosianą szczotką złote, lejące się pasma jedno po drugim, dziesiąte, czterdzieste piąte i setne, lecz przecież nie liczyła, nie liczyła jeszcze zanim Luna Arbanddel nauczyła ją cyfr, bo zawsze kręcił się obok ktoś, kto – urzeczony mieniącymi się odcieniami złota i wiosny falami – poprosi, by uczyniono mu honor, zezwalając choćby na dotknięcie czegoś tak dalece nie pasującego do znanej nam rzeczywistości, a przynależącego raczej do rajskiego wymiaru; taką właśnie zastała Jemimę Gilberta Minchum. Pozornie oddana w pełni ruchom dłoni, umysłowość Jemimy spowita była rozkoszną mgiełką zapomnienia, nic nie robiąca sobie z czasu i przestrzeni, przeskakiwała od dnia do dnia, nie powstrzymywana chronologią, logiką czy innym porządkiem, a ukazywało się to naszemu wymiarowi pod postacią głośnego śpiewu – Jemima nuciła wszak znane wszystkim uczniom zwrotki najpopularniejszej piosenki o Severusie Snapie.
Nawet słonia, nawet konia
Nawet żyrafę ze stołka jak bieda
I tylko Snape’a przelecieć się nie da
Jemima uśmiechnęła się niedyskretnie do swojego odbicia. Bo przecież wszystko w niej krzyczało, chcąc zaskarbić sobie uwagę zarówno mężczyzn, jak i kobiet, wyciągnąć z ich ust – jak szklaną kulkę służącą ćwiczeniom wymowy – komplementy nie po ty, by podsycać nimi ogień próżności, lecz tworzyć galerię wszystkich zwrotów ku czci absolutnego piękna, i wreszcie gromadzić je na czarne chwile, kiedy czuła się mała, tak mała, jak w dniu, w którym zabito Evana Rosiera.
Gilberta oddychała szybko, płytko; szczupłe palce zacisnęła mocno na ramionach koleżanki, jak gdyby chciała powiedzieć jej nie tylko to, że profesor Severus Snape pogwałcił puchońską niepodległość – i jak niespodziewany dysonans w symfonii kompozytora, którego dzieł nie przywykliśmy słuchać, zaburzył harmonię sprawiającą nam do tej pory niebiańską przyjemność – ale również wyznać skrywane uczucie niemożliwe do porównania z żadnym innym, bo miłość Gilberty była tylko jedna, i tylko dla jednej osoby.
– Kurwa!
Jemima zerwała się ze stołka jak oparzona i puściła się biegiem po niskich stopniach, prowadzących do pokoju wspólnego Puchonów, gdzie Snape w najlepsze siał terror wśród pierwszorocznych, którzy mieli pecha i nie zdążyli schować się za paprotkami; Gilberta deptała jej po piętach.
– Minus dziesięć punktó… – huczało miękko w bogato strojnym miedzianymi donicami i rzeźbionym drewnem pokoju wspólnym, tak miękko, że aż trudno było uwierzyć w surowe słowa, zmiękczone wyjątkową akustyką pomieszczenia.
Paprotka o imieniu Charlie wykrwawiała się ziemią na dywan pod nogami nauczyciela.
– Przestań! Przestań natychmiast! – zakomenderowała Jemima tonem mediatora, próbującego przekonać samobójcę, który jedną nogą jest już po drugiej stronie barierki mostu, by wrócił do świata żywych. – Jakim cudem się tu dostałeś?
Zaskoczony tą nagłą wizytą, a nieprzywykły oglądać twarz Severusa Snape’a uczeń, ze zdziwieniem pomieszanym z odrazą odkryłby podobieństwo tej twarzy do mordki płaza, płaskiej i pozbawionej mimiki, jak gdyby naciągnięto ją w stronę czoła, szyi i uszu, i ufiksowano magicznym klejem.
– Rosier, tylko i d i o t a miałby problem z wystukaniem rytmu o właściwą beczkę – wysyczał Snape, prawie nie rozchylając warg.
Wbrew wrodzonemu uporowi, Jemima musiała przyznać Snape’owi rację; do Hufflepuffu upychano każdego, kto nie radził sobie za dobrze z logiką.
– Wszystkich was czeka to samo, co pannę Rosier,­­ jeśli nie stawicie się na szlaban! – Snape uniósł w górę złowieszczy palec.
– Zabierzesz nas na randkę? – rzucił ktoś zza paprotki.
Pozostałe paprotki zarechotały zgodnie.
– Kto to powiedział? Liczę do trzech. Jeśli się nie przyzna, odejmę waszemu domowi kolejne dzie…
Jemima podbiegła do profesora, trącając kolanem stojącego na drodze trzecioklasistę.
– Jestem gotowa, możemy iść. Przepraszam, pomagałam koleżance z referatem, rozumie pan, nie jest zbyt dobra w eliksirach i obliczeniach, ma raczej artystyczną duszę.
Brwi Snape’a szukały ucieczki od słowotoku Jemimy, próbując schować się w pomarszczonej skórze czoła.
– Zapłacę za lody – powiedziała, unosząc dłonie w geście kapitulacji.
Z przyjemnością wytargałby ją za uszy przez wąski, niski korytarzyk we wnętrzu beczki, lecz naruszenie szkolnego regulaminu niosłoby ze sobą ryzyko postępowania dyscyplinarnego, i mimo że toczyło się owo postępowanie w zamkniętym, zaufanym gronie, Snape odczuwał dyskomfort na samo wspomnienie uczestnictwa w radzie, przed którą postawiono Horacego Slughorna, gdy jedna z uczennic bawiących się na przyjęciu bożonarodzeniowych „poczuła się śmiesznie” po kostce kandyzowanego ananasa. Lepiej nie dawać Dumbledorowi powodu, by zwątpił w uczciwość i lojalność Severusa wobec szkoły i jej uczniów, nie póki Snape desperacko potrzebował znajdować się po właściwej, zwycięskiej stronie, czyż nie tego chcieli dla niego jego rodzice? Pamiętał słowa matki wypowiedziane w Brighton, i chyba zawsze już potem szedł po śladach pragnień i przyszłych wspomnień, które wyprzedzały go, wybiegając do przodu o rok, dwa, nieraz całe dziesięciolecia; i gdy wreszcie do nich docierał, były ledwo czytelne, płytkie i prawie całkiem zasypane przez pył niepowodzeń. Starał się ignorować poczucie błądzenia w koło, tak musiało wyglądać przecież młodociane życie, wszak matka nie wyrządziłaby mu krzywdy, wysyłając go w tę niekończącą się drogę bez celu i poza czasem. Nie miał na co narzekać, nie było mu ani zbyt źle, ani zbyt dobrze.
Severus Snape żył. Niewielu jego przyjaciół mogło się pochwalić tym samym.
Przyzywając na twarz najbardziej płaski i obojętny wyraz, jaki potrafił, polecił Jemimie wrócić się po płaszcz.
Pięć minut później musiała biec, by nadążyć za jego krokiem.
Przed nimi i za nimi rozciągały się błonia: nieskończone połacie ledwo wzrośniętej trawy, chybotliwej jeszcze i sztywnej sztywnością porannego przymrozka, ale już nie mokrej od topiących się śniegów. Tak samo jak ta trawa napawała Jemimę zarazem euforią zbliżającej się wiosny i bojaźnią, że zima z zaskoczenia zaciśnie na jej skórze swoje lodowate palce – jak miała to w zwyczaju robić na przełomie marca i kwietnia – tak i szata Severusa Snape’a, zawijająca się wokół chuderlawych, bladych łydek, gdy pokonywał kolejne metry z przekonaniem i energią jucznego kucyka, któremu spieszno do odpoczynku u szczytu góry, przyprawiała Jemimę o zawrót głowy – jak wtedy, gdy wypijemy zbyt szybko ulubiony koktajl albo kieliszek czerwonego wina – swą głęboką, chłodną czernią. Miała wrażenie, że jeśli wyciągnie dłoń i ta dłoń zetknie się z niegościnnym dla obcego ciała materiałem, okaże się, że czerń jest początkiem, a nie końcem wszystkich kolorów, i że za tą barwną granicą skrywa się prawda o Severusie Snapie.
Z zaskoczeniem dotarło do niej, że Severus m ó w i – gdziekolwiek podążali, miała nadzieję przebyć tę drogę w milczeniu, ograniczając się tylko do niezbędnej wymiany zdań, wszak wciąż obrażona była za zachowanie Severusa, który odważył się zachwiać tradycją nieodwiedzania uczniów w ich Domach, wystarczyłby przecież głupi liścik. A teraz usłyszała coś potwornie niesprawiedliwego, co zachwiało całym jej małym światem, wyrzuciło Jemimę z torów historii, i wysłało na tułaczkę w poszukiwaniu doskonalszej tożsamości.
– Jesteś zniewagą dla tej rodziny!
Jak amatorzy gry w ruletkę, nie potrafiący powściągnąć okrzyku triumfu, gdy wbrew wszelkim szansom wypadnie obstawiona przez nich liczba, tak i Snape zdawał się wygrać z własnymi myślami, i z radością zapragnął obwieścić Jemimie swoje zwycięstwo. Obrócił się gwałtownie, a szata zawirowała wraz z nim.
– Żaden Rosier nie był nigdy… Puchonem – cedził słowa jak przez grube sito, a te skapywały jedno po drugim do wiadra rozczarowania. Puchon w ustach Severusa Snape’a brzmiało teraz gorzej niż Gryfon. – Możesz to sobie wyobrazić? Tysiące lat historii wielkiej rodziny, każdy z jej członków był wielkim, wielkim człowiekiem, a ty… Ty nie zasługujesz na te ciężkie powieki, na te usta i kości policzkowe…
– Och, zamknij się, Snape – weszła mu w słowo, i naraz poczuła ogromną ulgę, jak gdyby z jej pleców spadł niewidzialny ciężar, który niosła z sobą całe życie, czekając dnia, kiedy wreszcie będzie mogła się go pozbyć, odliczała minuty, godziny, lata, by w jednej sekundzie dopełnić swojego losu i skazać Severusa Snape’a na wieczne milczenie. – Myślisz, że jesteś jakimś zdolnym alchemikiem, ale jedyne, co w życiu osiągnąłeś, to zabicie Potterów. Mam nadzieję, że plujesz na swoje odbicie w lustrze każdego dnia, bo twoja twarz jest taka, kurwa, obrzydliwa, cały jesteś obrzydliwy, chce mi się rzygać na twój widok. Nie rozumiem, jak ojciec mógł na ciebie spojrzeć i zobaczyć coś więcej niż nieudacznika, który zasłania się swoim jadem, swoją żółcią, który sączy tę żółć we wszystko, co mógłby kiedykolwiek pokochać. To t y jesteś zniewagą dla Rosiera.
– O czym ty w ogóle mówisz? Nie rozumiesz tego człowieka, był wybitny w sposób, w jaki ty nigdy nie będziesz.
– Skoro tak za nim tęsknisz, może przydałby ci się Kamień Wskrzeszenia!
Severus Snape zamilkł, a to milczenie osiadło lepkim ciężarem na Jemimie, trawie i krokusach. Ciało Snape’a wibrowało.
– Nie ośmielisz się mnie uderzyć. Jeśli to zrobisz, wsadzę ci twoją własną różdżkę w dupę.
I podziałało. Snape rozluźnił zaciśnięte w pięści dłonie, wypukłe żyły na jego czole puściły zgromadzoną krew dalej, tylko jego serce wciąż waliło jak szalone.
– Nie zmierzałem podnosić na ciebie ręki – wycedził powoli. – Nie jesteś dla mnie godnym przeciwnikiem.
– Masz rację, nie jestem, jestem po prostu dzieciakiem, który nic ci nie zrobił.
– Jesteś niesubordynowana.
– Jestem, i co z tego? Nie możemy być przyjaciółmi, Snape? Tak naprawdę niewiele mnie obchodzi, co się z tobą dzieje, po prostu chcę się od ciebie uczyć. Postarajmy się, żeby to było jak najmniej ofensywne, w porządku? Jestem… Boże, boli mnie już głowa… – Pomasowała skroń, a Snape obserwował jej krótkie, magicznie pomalowane na bordowo paznokcie. – Jestem zmęczona owutemami.
Ostatnim, czego profesor eliksirów się spodziewał, to to, że Jemima spędziła sobotni ranek w bibliotece, podchodził do tej myśli z każdej strony, oglądał ją, obracał i wkładał pomiędzy różne konteksty, próbując dopasować do tej dziewczyny, do jej jedwabistych rzęs, głębokich, niebieskich oczu i perfekcyjnej linii warg, czy ona w ogóle potrzebowała mózgu, skoro wystarczyłoby, że byłaby czystym pięknem?
– Moglibyśmy spróbować – przyznał bardzo, bardzo ostrożnie.
– Dzięki, Snape.
Podążyła za nim jakby pewniej niż uprzednio, i jakby rozpoznając w kroku nauczyciela nieznaną dotąd lekkość, gdy jego duże stopy tłamsiły pod sobą kolejny pagórek.
– Dokąd idziemy? – zainteresowała się, lecz Severus słuchał już tylko własnych pytań, i tylko dla siebie miał odpowiedzi.
Po czterdziestu minutach dotarli do Hogsmeade, skąd deportowali się z cichym trzaskiem, a Jemima mogła wreszcie dotknąć czarnej szaty Severusa Snape’a.

02: Nie ma Jemimy

Człowiek człowiekowi wilkołakiem: 05

Ślady butów w śniegu się nagle urwały. Zatrzymała się przy ostatnim i rozejrzała bezradnie. Jak ona miała teraz dotrzeć do szkoły, kiedy nie miała po czyich śladach iść? Nie zwróciła specjalnej uwagi na to, że urwane ślady mogły oznaczać jakąś tajemnicę do rozwiązania; może jakiś uczeń został porwany przez hipogryfa? Albo ktoś lecący na miotle rzucił w niego jakieś złowieszcze zaklęcie, które sprawiło, że rozpadł się w proch? Może wciąż tu był, ale w pelerynie-niewidce?
Właściwie ta ostatnia myśl sprawiła, że cofnęła się o dwa kroki po tych śladach i zaczęła machać różdżką, upewniając się, że nikt tuż przed nią nie stał. Wcale by ją to nie zdziwiło, skoro zdawała sobie sprawę, z tego, że jej brat był w posiadaniu peleryny-niewidki.
Potrząsnęła głową i skupiła się na bieżącej sytuacji, a nie rozwiązywaniu tajemnic Hogwartu − jak dotrzeć do szkoły bez śniegu w butach, za kołnierzem, w staniku, we włosach, oczach i nosie? To był poważny kryzys, bo ślady już nie miały jak uratować jej życia i miała już zostać na błoniach, w odległości zaledwie około dwustu stóp od szkoły, do odwilży. Była szansa, że ktoś znajdzie ją wcześniej, ale na pewno nie wystarczająco wcześnie, żeby uratować ją przed niechybnym zamarznięciem. Rozważyła nawet zbudowanie igloo, żeby przedłużyć okres przetrwania, ale zdała sobie sprawę, że nawet nie wiedziała, jak to igloo wykonać. Cóż za okrutny los, który skazał ją na taką śmierć.
− Kitty!
Westchnęła głośno, może trochę z ulgą, bo wizja śmierci się nieznacznie oddaliła. Nie na długo. W jej stronę biegł właśnie James i wcale nie sprawiło to, że Kitty poczuła się bezpieczniej. Wręcz przeciwnie. Na widok białej śmierci w jego ręce, zbitej w całkiem okazałą śnieżkę (zapewne również twardą jak kamień), przestała się przejmować tym, że ślady w śniegu się skończyły, przestała przejmować się śniegiem w butach − po prostu zaczęła uciekać. Bo James nie był sam.
I to właśnie jego towarzysz dopadł ją jako pierwszy, tuż po tym jak Kitty wśród całych tych nieodśnieżonych błoni, straciła równowagę i runęła w pozornie tylko miękki i puszysty śnieg. Odruchowo zasłoniła twarz rękoma i leżała na brzuchu cała zdrętwiała, kiedy Syriusz smarował jej głowę śniegiem.
− Ile wy macie lat? − zajęczała spod śniegu.
Kolejna z jej obaw weszła w życie − śnieg w ustach. Wypluła go i zrzuciła z siebie Syriusza. Przekręciła się i usiadła, i już chciała zmrozić wzrokiem brata i jego najlepszego przyjaciela, kiedy na jej twarzy rozpadła się śnieżka. Śnieg w oczach, nosie i ustach − zawsze o tym marzyła. Otrzepała się trochę zbyt gwałtownie, bo uderzyła łokciem Syriusza, który wciąż był stanowczo zbyt blisko niej, by mogła poczuć się bezpiecznie.
− Nienawidzę was.
Podniosła głowę. Cały komplet Huncwotów postanowił zniszczyć jej dzień.
Uparcie starała się nie patrzeć na Remusa. Odkąd Abby powiedziała jej, że to takie oczywiste, że ją lubił, to czuła się nieco skrępowana w jego obecności. W szczególności, że teraz zwracała uwagę, jak bardzo był dla niej miły. Ciężko było jednak uniknąć spojrzenia Remusa, kiedy ten wyciągnął do niej rękę, by pomóc jej wstać. Skorzystała z pomocy, ale pociągnął ją trochę zbyt mocno, jakby oceniał jej wagę o przynajmniej kilkanaście funtów wyższą (oburzające!) − ledwo udało jej się zachować równowagę i nie wpaść na niego. Poczuła, że jej policzki zaczęły się czerwienić; na szczęście było na tyle zimno, że można byłoby pogodę uznać za powód rumieńców.
− Chodź, Kitty, ulepimy Smarka − powiedział rozbawiony James.
Syriusz i Peter zaśmiali się. Podniosła ostrożnie wzrok na Remusa, który cały czas stał dość blisko. Uśmiechał się; nie była pewna czy z powodu pomysłu Jamesa, czy tak po prostu do niej. Jedno było pewne − cała czwórka była w świetnym humorze i Kitty trochę się ten humor udzielił, mimo całej swojej niechęci do śniegu i tego, że miała ten śnieg w każdym miejscu, w którym go nie chciała.
Kitty ostatecznie też się uśmiechnęła i pokręciła z rezygnacją głową.
− Ile wy macie lat? − zapytała znowu, a James wyszczerzył zęby.
− Nie bądź jak McGonagall. Chodź.
Chwycił ją za płaszcz i zaczął odciągać ją coraz dalej od wejścia do Howagrtu. Kitty tęsknie patrzyła za szkołą, w której było tak przyjemnie i ciepło, a zamiast tego czekał ją chłód i śmierć podczas lepienia bałwana. Syriusz wcisnął na jej i tak już całą w śniegu głowę swoją czapkę, może z powodu poczucia winy? Kitty nie zastanawiała się nad tym, po prostu przyjęła bez słowa czapkę, która może pomoże jej przetrwać te ekstremalne warunki.
Peter w międzyczasie zaczął już toczyć pierwszą kulę.
− Jak chcecie sprawić, żeby bałwan wyglądał jak Snape? − zapytała, obserwując poczynania Petera.
Syriusz wyciągnął z kieszeni bardzo skrzywdzoną przez los marchewkę. Była naprawdę krzywa.
− Poprosiliśmy skrzaty o najbrzydszą marchewkę, jaką znajdą.
− Widzę pewne podobieństwo.
Huncwoci zaśmiali się na tę uwagę, mimo że wcale nie miała być śmieszna − po prostu odzwierciedlała faktyczny stan nosa Severusa Snape’a.
− Mamy też ślizgoński szalik − powiedział James, wskazując na wypchaną torbę Remusa. − Uczynny brat Syriusza nam go użyczył.
− Z własnej woli?
− Niekoniecznie − odpowiedział Remus i zerknął w stronę szkoły. − Syriusz zostawił go w śniegu. Nie martw się, ktoś go już pewnie z niego wyciągnął.
Nie martwiła się. Może trochę, ale raczej o to, że liczyła, że jej brat i jego przyjaciele już wyrośli z maltretowania słabszych, ale najwyraźniej wciąż to była przednia rozrywka. Mogła się domyślić po tym jak James złapał Philipowi nos, ale to nie był raczej atak na słabszego.
Pokręciła z rezygnacją głową, poprawiła rękawiczki i sama zaczęła lepić kulkę. Śnieg jej nawet w tej prostej czynności nie wspierał, bo nie chciał się lepić i rozpadał się w jej rękach. Burknęła pod nosem i otrzepała rękawiczki. Było jej zimno, wciąż marzyła o ciepłej kąpieli i siedzeniu w kocu tuż przed kominkiem. Zamyśliła się chwilę i ocknęła się dopiero, kiedy śnieżka uderzyła ją w ramię. Kitty spojrzała na brata z oburzeniem i wcisnęła ręce do kieszeni.
− Przydaj się do czegoś i poszukaj gałęzi na ręce.
Uniosła brwi i westchnęła. Nie widząc lepszego zajęcia skierowała się w stronę najbliższych krzaków; musiała się oczywiście przedzierać przez świeży i nienaruszony jeszcze śnieg. Usłyszała a sobą kroki i obejrzała się, żeby zobaczyć Remusa, który postanowił jej towarzyszyć przy tym tak odpowiedzialnym zadaniu. Czyżby Huncwoci uznali, że bez pomocy nie uda jej się zdobyć rąk dla Severusa Snape’a? Albo że wybierze zbyt ładne i proste gałęzie? Właściwie nie powinno ją to dziwić, sama na widok tego śniegu podejrzewała, że zaraz zwyczajnie się o coś potknie, przewróci i już nie wstanie, nie wspominając nawet o wybieraniu odpowiednich gałęzi. Oczywiście Kitty nie była taką fajtłapą; miała stosunkowo dobrą koordynację ruchową, która pomogła jej dostać się i utrzymać później w drużynie quidditcha. Jednak widok całkowicie zasypanych błoni oraz śnieg w butach i pod ubraniami odbierał jej całą pozytywną energię i siły nad podnoszenie odpowiednio wysoko nóg. Dlatego nawet nie skomentowała tego, że Remus poszedł za nią.
Zrównał z nią krok i spojrzał na nią, ale ta dzielnie przedzierała się przez śnieg. Wciąż chodziły jej po głowie słowa Abby, więc nie chciała na niego patrzeć. Nigdy wcześniej nawet by tego nie rozważała, ale wszystko potwierdzało, że mogła mieć rację.
− Wszystko w porządku? − zapytał w końcu, a ona przystanęła i zerknęła na niego kątem oka wyraźnie zdziwiona pytaniem. − Syriusz porządnie cię śniegiem natarł.
Kitty sięgnęła ręką do czapki Syriusza, którą wciąż miała na głowie.
− No nie było to najprzyjemniejsze przeżycie.
Remus ściągnął rękawiczkę i wyciągnął rękę w stronę jej twarzy. Kitty uważnie obserwowała, co robił i przez chwilę rozważała, czy aby nie uciekać gdzieś daleko przez śnieg, ale potem spojrzała mu w oczy i porzuciła te myśli. Nie odwzajemnił jej spojrzenia, skupił się na jakimś nieokreślonym punkcie trochę poniżej. Uśmiechał się lekko, nie robiło to takiego wrażenia, jak uśmiech Philipa; Remus uśmiechał się do niej dużo częściej, ale był to ciepły i pełen sympatii uśmiech, który teraz sprawił, że serce zabiło jej trochę mocniej.
Miała wrażenie, że świat na chwilę zamarł wokół jego jasnobrązowych oczu, ale dłoń Remusa dotarła w końcu do celu. Strzepnął resztkę śniegu z jej włosów, po czym cofnął rękę. Kitty złapała się na myśli, że mógłby jej nie zabierać. Spojrzał jej w oczy, a ona prędko odwróciła głowę.
− Gałęzie. Musimy znaleźć gałęzie − powiedziała, rozwiewając tym samym całą romantyczną atmosferę. Było stanowczo zbyt zimno i śnieżnie na jakiekolwiek romanse.
Remus ocknął się jakby i zerknął w stronę pozostałych Huncwotów, możliwe, że w obawie czy aby ich nie obserwowali. W końcu, kiedy ostatnio jakiś chłopak publicznie okazywał Kitty sympatię, skończyło się to złamanym nosem. Bo może wcale nie chodziło tu o to, że Philip był Ślizgonem, a po prostu, że zarywał do jego siostry? Remus powinien mieć się na baczności.
W końcu skinął głową.
− Panie przodem.
Kitty burknęła pod nosem, ale ruszyła przez śnieg w stronę upragnionych krzaków.
*
James otrzepał się pobieżnie ze śniegu i podparł pięści o biodra. Patrzył z dumą na swoje i swoich przyjaciół (i trochę też siostry) prawie skończone dzieło. Kitty musiała przyznać, że podobieństwo było uderzające, jak na porównanie bałwana z człowiekiem. Oddawał prawie wszystkie najważniejsze cechy Snape’a, poza jego włosami. Powbijali mu do głowy pozostałości po gałęziach przeznaczonych na ręce i fryzurą przypominał bardziej Jamesa, ale była to jedyna niedoskonałość bałwana.
− Dzieło mojego życia − skomentował James i otarł nieistniejącą łzę spod oka.
− Nie przesadzałaby… − zaczęła Kitty, ale brat nie dał jej dokończyć.
− DZIEŁO MOJEGO ŻYCIA.
− Chciałam tylko powiedzieć, że nazywając Snape’a dziełem swojego życia…
James wytknął ją palcem, więc postanowiła znowu nie skończyć myśli.
− Musiałaś mi to odebrać.
Rozłożyła bezradnie ramiona i wskazała głową na zbliżających się dwóch z trzech pozostałych Huncwotów. Petera zobaczyła trochę dalej leżącego w śniegu, a Syriusz idący z przodu miał nad wyraz świetny humor, więc Kitty podejrzewała, że potraktował przyjaciela tak samo jak wcześniej potraktował ją. Ale Peterowi nie odstąpił czapki w ramach przeprosin.
− Nos widzę na swoim miejscu, idealnie − skomentował Syriusz i wyciągnął z kieszeni dwa ciemne kamyki, które wbił bałwanowi w miejsce oczu. Zrobił to na tyle krzywo, że można było przysiąc, że bałwanowy Snape miał zeza albo jakąś inną wadę wzroku. − Trzeba postawić go gdzieś bardziej na widoku.
James wyciągnął różdżkę z kieszeni i zaczął lewitować bałwana w stronę zamku, a Syriusz jako dobry i pomocny kolega postanowił asekurować śnieżny twór; szkoda byłoby gdyby nagle, przez jakieś błędy w podstawowej edukacji Jamesa, miał się rozsypać.
− W końcu będzie ciepło − powiedziała pod nosem Kitty i potarła dłonie o siebie. Dodało to jedynie dramatyzmu jej słowom, bo rękawiczki były już i tak całkiem przemoczone, a palce tak zmarznięte, że ich nie czuła.
− Nikt cię nie zmuszał do spędzania z nami czasu − odpowiedział jej spokojnie Remus. Nie wyczuła w jego głosie pretensji, ale i tak poczuła się trochę głupio za marudzenie.
− No co ty, było zabawnie. Spędzanie czasu z wami jest zabawne. Poza momentami jak lądowałam twarzą w śniegu. I śnieg jakimś cudem lądował mi w stani… za kołnierzem.
Remus zaśmiał się, a Kitty pomachała tylko ręką, żeby jej nie słuchał.
− Jakby ciebie nie było, to na pewno byłoby nudniej.
Spojrzała na niego trochę zaskoczona. Trochę trudno jej było sobie wyobrazić Syriusza i Jamesa spędzających czas w nudny sposób. Może poza przygotowaniami do egzaminów, ale do tego było jeszcze daleko.
− To znaczy?
− Wszyscy się popisywali jak tylko mogli.
Pierwsze, co pomyślała po jego odpowiedzi to Syriusz, który wrzucił ją i wiele innych osób do śniegu. Nie o takiej formie popisywania się marzyła. Obejrzała się na Petera, który wyczołgał się już ze śniegu i próbował z małym powodzeniem ich dogonić. Kitty postanowiła być miła i zwolniła trochę krok.
Spojrzała w końcu na Remusa.
− Ty też?
Remus nie odpowiedział. Uśmiechnął się tylko uprzejmie i wzruszył ramionami, jakby było to obojętne, ale wcale nie było. Jego odpowiedź mogła potwierdzić już ostatecznie słowa Abby, ale Remus postanowił zostać ją z tą niby-odpowiedzią, a głupio byłoby dopytywać o szczegóły tego tajemniczego wzruszenia ramionami. Jeszcze by się zorientował, że ona wie, że on ją lubił. Wtedy byłoby dopiero niezręcznie.

Człowiek człowiekowi wilkołakiem: 05

01: W cieniu zakwitających dziewcząt

Severus Snape patrzył, jak słoik pełen skrzydeł nietoperza uderza o podłogę, zasypując skrzące wilgocią kamienne płyty lochów fontanną martwych – a jednocześnie tak bardzo żywych, bo poderwanych energią kinetyczną do lotu – mysich skrzydełek; nietoperze to przecież takie latające myszy, wysysające sok leśnych jagódek, niegroźne i bardzo piękne.
Stojąca przed Severusem Snapem dziewczyna nie była piękna. Oprócz tego, że wyglądała jak dziecko Brigitte Bardot i syreny, ze swoimi złotymi włosami do pasa i aksamitnym głosem, głosem, którym wypowiedzieć obelgę, a automatycznie stanie się słodką nagrodą. Nie, Severus Snape nie uważał Jemimy Rosier za piękną, gdyż w jego świecie nie istniał już nawet kawałeczek miejsca, w którym dałoby się upchnąć miłość do żywego człowieka, tak głęboko wypełniała go już zmarła kobieta.
Machnął różdżką i wyszeptał formułę zaklęcia naprawiającego. Rozkawałkowany słoik na powrót scalił się w jedno, na chwilę przywracając ład i porządek do podziemnego rezerwatu wszystkiego, co mokre, oślizgłe i zabójcze. I takie piękne, bo zdolne uratować życie.  Sprzeciwiając się temu, co przecież już się wydarzyło, słoik nagiął niezaprzeczalne prawa fizyki, by jednocześnie mógł istnieć słoik stłuczony i słoik cały. Widzieliśmy przecież, jak uderza o ziemię, wszyscy widzieliśmy! A teraz musimy odwidzieć, udać, że to się nigdy nie wydarzyło, ale skoro nie istniał już dowód w postaci kawałków szkła obok nieforemnych stóp Snape’a, to gdzie szukać potwierdzenia, że całego zdarzenia nie zmyśliliśmy? I Severusów też było dwóch, a jednocześnie tylko jeden, i ten jeden nie wiedział już, którym z dwóch, setek, a może tysięcy Severusów jest, bo skoro głupi słoik potrafi wywołać takie zamieszanie, to co dopiero czyjaś śmierć.
Czy znów pogrążył się w myślach? Ostatnio zdarzało mu się to coraz częściej; okazjonalnie wypadał mu wtedy z rąk jakiś preparat czy fiolka. Lecz nie to było najgorsze, nie, najgorsze było przeżywać ten koszmar od nowa; znów mieć piętnaście lat i dać się upokorzyć swojemu największemu rywalowi, a nic przecież nie boli tak, jak zraniona nastoletnia duma. Pamiętał, jak pachniał tamten maj – malwami, ale bliżej w stronę Zakazanego Lasu również miecznikiem o wspaniałych, chabrowych kwiatach. Pamiętał zapach trawy, kiedy zarył w nią zakrzywionym nosem – ziemia wpadła do nozdrzy i wypełniła jego mózg duszącym uczuciem powrotu do korzeni, może teraz przyjdzie mu przestać oddychać i wypuści sprężyste zawiązki, które zatopią się z lubością w glebie i utwierdzą go, że przynależy właśnie tutaj, do Hogwartu, i żaden James Potter tego nie zmieni, nawet jeśli użyje na Severusie jego własnego zaklęcia. Haha! cóż to za perwersyjna rozkosz patrzeć, jak ktoś wyciąga przeciwko tobie twoją własną broń, nie dlatego, że kto od miecza wojuje, ten od miecza ginie, lecz dlatego, że był zbyt głupi, by wynaleźć własną. Nie do końca umiejąc się nią posłużyć, cieszy się z łutu szczęścia, jakim jest skutecznie rzucone zaklęcie. A teraz Severus musi zwisać głową w dół i czuć, jak żołądek podchodzi mu do gardła, a umysł robi się lekki, coraz lżejszy od nadmiaru tlenu dostarczonego z krwią, myśli mieszają się w jedną zgrzaną, ciepłą masę i przelewają od ucha do ucha jak w szklanym naczyniu.
Szlama!
Po tylu latach wciąż dzwonił mu w głowie jego własny, łamiący się głos, i wciąż widział plecy oddalającej się prędko Lily, by tylko znaleźć się jak najdalej od niego, tak daleko, aż Severus skurczy się na horyzoncie, ruchy jego sylwetki zatracą szczegóły i czarna, stateczna postać stanie się tylko jedną z wielu bezimiennych postaci.
– Profesorze?
Rosier wciąż stała naprzeciwko, wpatrując się w Severusa oczami tak odmiennymi od tych, w które spoglądał na lekcjach, bo wyrażającymi znudzenie i zainteresowanie jednocześnie; zwykle widywał tylko jedno z nich.
– Hmph? – zaryzykował. Odchrząknął i spróbował jeszcze raz. – Kto pozwolił ci odejść od kociołka?
– Potrzebuję tych skrzydeł nietoperza – wskazała słoik, na którym Snape kurczowo zaciskał swoje robaczkowate palce. Poluźnił chwyt, pozwalając dziewczynie wyciągnąć naczynie spomiędzy jego obezwładnionych siłą rozsądku dłoni.
Patrzył, jak wraca do ławki i wyciąga jedno po jednym skrzydła, które dawniej były tak żywe, a teraz są takie martwe, jak przykłada do nich lodowate ostrze alchemicznego nożyka i kroi na kawałki cienkie jak dusza Severusa. Poczuł nagły ucisk w klatce piersiowej, dobrze znany brak oddechu i to upojne, kojące ciepło w głowie; nieznośną lekkość bytu zwiastującą jedynie utratę przytomności. Bo jakże organizm przyzwyczajony do chłodu i wilgoci, ale też i spokoju, może przetrwać tam, gdzie pod pierzynką ciepła i słońca kryje się kompromitacja i panika?
Chwycił się krawędzi krzesła, żeby nie upaść.
Jemima niezrażona kontynuowała metodyczną czynność pozbawiania skrzydełek nietoperzy rozpoznawalnej formy.
– Pomaga, kiedy oddycha się do papierowej torby. Tak słyszałam – rzuciła zwięźle fachowym tonem.
Papie… Co?!
– Nic mi nie jest – machnął lekceważąco dłonią. Prędzej szczuroszczety nauczą się latać niż on, Severus Snape przyzna się do słabości, i to komu? Uczennicy!
– Akurat – parsknęła, tym samym zmuszając go, by na nią spojrzał. – Jest pan Severusem Snapem, legendarnym łowcą dziecięcych głów. Za nieodrobioną pracę wysyła pan do Zakazanego Lasu na całą noc. Za nieudany eliksir odbiera pięćdziesiąt punktów. Wszyscy wiedzą, że ma pan słabość do chłopców ze Slytherinu, ale dziewczynkami też pan nie…
– Co ty, do cholery, mówisz? – wysapał wściekle, powoli tracąc nad sobą panowanie.
– Ż a r t u j ę – powiedziała po dłuższej chwili, wyraźnie akcentując każdą sylabę.
Patrzył na jej drobne, rozchylone usta, nie rozumiejąc już niczego. Zmarszczyła delikatne brwi, a z nimi zmarszczyło się jej wysokie czoło, i zmarszczył się pracownia, i zmarszczył się zimny loch, jedyny prawdziwy przyjaciel Severusa Snape’a.
– Wie pan, co to żart, prawda?
W głosie Jemimy można było wyczuć minimalne zawahanie; nie była wcale taka pewna, że wiedział.
– Nie. Lubię. Żartów – wycedził przez zęby Mistrz Eliksirów. Po plecach dziewczyny przebiegł dreszcz ekscytacji pomieszanej z przerażeniem – najsłodsze z połączeń; przynajmniej kiedy jest się nastolatką albo Anną Steele. Jemima w żadnym wypadku nie była Anną Steele. Nie była też swoją ciotką, babką czy Evanem Rosierem. Była Jemimą, cokolwiek to znaczyło, nawet jeśli znaczyło, że jej ulubioną rozrywką staną się nielegalne walki skrzatów albo podpalanie ludziom stóp, by wydali swoich przyjaciół i rodziny. Była Rosierem, na litość. I Puchonką, tak, Jemima zdecydowanie była Puchonką, nawet jeśli zdradzały ją te ciężkie powieki, ta ambicja; i ten głos, zmuszający wszystkie inne głosy, by zamilkły, bo przecież nie są zdolne zainteresować samego Evana Rosiera swoim skamleniem o przebaczenie, o zrozumienie, o uwagę…
Nauczeni nosić nasze humory i uczucia na naszej skórze, zapominamy, że nie da się ich przecież zmyć, nie, nawyki i urazy wniknęły już dawno głęboko w warstwę podstawną i skaziły leżące niżej warstwy tak, że nie pomoże nawet obdarcie z tej skóry.
A skóra Jemimy była zrobiona z szarego puchu.
– Właśnie zarobiłaś kolejny szlaban, Rosier. Może to cię nauczy szacunku.
Jemima przygryzła boleśnie wargę, a warga ta bolała równie mocno, co wizja straconego sobotniego popołudnia, które spędzi ponownie w tej mokrej norze. I to w towarzystwie tego dziwaka. Co powiedziałby Evan Rosier, gdyby dowiedział się, że dała się upokorzyć czarodziejowi, którego ojciec był Mugolem z krwi i kości?
W jej geście wzruszenia ramionami było tyle samo niesmaku i złości, co niezamierzonego dziewczęcego uroku, gdy szary sweter stracił punkt zaczepienia i obsunął się z barku, pociągając za sobą ramiączko cienkiej sukienki. A ona nadal siekała skrzydła nietoperza, jak gdyby nic się nie wydarzyło, i wrzucała je garściami do wrzącego wywaru podstawowego, który nabrał już koloru wypłukanej czarnej bawełny.
Miała dopiero szesnaście lat. Severus Snape nigdy nie spojrzałby na dziewczynę tak młodą.
A przecież jednak patrzył, patrzył i chłonął każdy detal tego obrazka, jak gdyby widział go po raz pierwszy w życiu – Dziewczyna warząca eliksir, nadał mu w głowie tytuł, i już, już wynosił go do rangi co najmniej Vermeera, podczas gdy był to tylko nędzny van Meegeren, ale to właśnie ten van Meegeren pasował do Severusa, nie Vermeer, Vermeer wymagałby znajomości tak zwanej sztuki, a Severus nie miał przecież pojęcia o sztuce, pozostał mu tylko ten van Meegeren, kpiący van Meegeren, którego nie chciał nikt, a przecież chcieli wszyscy, bo bali potrafili przyznać się do własnej śmieszności, i dlatego ta śmieszność z nich zakpiła, obracając w żart wszystko, co było dla nich tak zwaną sztuką.
Severus wzdrygnął się, sprawdzając, czy członki jego ciała są wciąż posłuszne – były. Tylko oddech słuchał go nieco mniej chętnie niż zwykle, wszak dopiero wyszedł ze stanu bliskiego omdlenia. Ledwie krew zdążyła wrócić na dawne tory, odkwaszając komórki i sycąc je tlenem, a już Severus popychał swój organizm, wymagając od niego bezwzględnego posłuszeństwa, dalej, i dalej, i dalej w stronę Jemimy.
Czyż nie tak rodzą się rewolucje?
– Co kazałem ci uwarzyć? – wysyczał, stając tuż nad parującym kociołkiem.
– Eliksir rozdymający.
– A co to jest? – Wycelował suchotliwy palec w zawartość kociołka.
– Eliksir rozdymający.
Teraz i ona stała. Na lekko trzęsących się nogach, ale jednak stała. Najwyraźniej głowa nie skonsultowała z nogami pomysłu poderwania się ze stołka. Jemima rzadko zostawała tam, gdzie akurat była.
– Dodałaś skrzydła nietoperza, zamiast śledziony.
Skrzyżowała ramiona na piersi, siląc się na spokój, podczas gdy serce usiłowało wyskoczyć jej z piersi i wgryźć się w miejsce, gdzie podejrzewała, że znajduje się śledziona Snape’a.
Trzeci szlaban, Rosier. Dopóki się nie nauczysz, będziemy się spotykać w tej sali w Każdą Wolną Sobotę – wycedził bardzo, bardzo powoli; na tyle wolno, by zastanowiła się, jak wiele legendarnych Wielkich Imprez Syrka przegapił ten nudziarz.
– Jeśli chce mnie pan mieć na wyłączność, wystarczyło poprosić – wypaliła, zanim zdążyła ugryźć się w język. Ku jej zdziwieniu, kolejny atak nie nastąpił. A więc zamknęła się we względnie przyzwoitej liczbie trzech szlabanów. I tak nieźle, jak na nią.
Idź.
Chwyciła torbę i jej stopy były już po drugiej stronie progu, zanim polecenie zdążyło wybrzmieć w powietrzu.
– Rosier, jeszcze jedno – usłyszała za sobą cichy syk. Obróciła się z miną tak bardzo znudzoną i cierpiącą, jaką zdołała przywołać. – Minus pięćdziesiąt punktów dla Hufflepuffu.
Nieomal zaśmiała się na głos, wszak nic innego jej nie pozostało, jak poddać się własnej śmieszności, śmieszności Snape’a i kolegów i koleżanek Puchonów. Wszyscy wiedzieli, że ostatecznie Puchar Domów zostanie przyznany Slytherinowi. Już Snape’a w tym głowa.
Co nie przeszkodziło Jemimie opuścić lochów, stukając obcasami nieco głośniej niż zwykle, i trzymając głowę może nieco wyżej niż zwykle.


Dla wszystkich, którzy (nie) wierzyli, że się pojawi (i mieli ochotę na wódeczkę).

01: W cieniu zakwitających dziewcząt

Kto z kogo zrobi jelenia? – 01

To lato zdawało się trwać wiecznie. Nie było to pod tym względem wyjątkowe lato – przeciwnie, każde spędzone w domu dłużyło jej się niemiłosiernie, bo ileż można toczyć na nowo tę samą kłótnię? Sytuacja była patowa, bo Petunii duma nie pozwalała ustąpić, trzymała się uparcie tych samych argumentów, co wtedy, kiedy jej siostra miała jedenaście lat, Lily tym bardziej nie miała najmniejszego zamiaru poczuwać się do winy. Dodatkowo sprawy nie poprawiały niekończące się listy od Jamesa Pottera, który ku rozpaczy Evans upatrzył ją sobie na obiekt westchnień. I to jak irytujących westchnień! Za każdym razem, kiedy Lily wydawało się, że starsza siostra odpuści, że się już uspokoi albo przynajmniej zacznie ją ignorować, bo i to byłoby jakąś poprawą, przylatywała sowa przynosząc kolejny list z zaproszeniem na randkę, śpiewające wyjce, wychwalające pod niebiosa urodę rudowłosej Evans, biegające słodycze “dla najsłodszej Gryfonki”… I cała zabawa zaczynała się od nowa. Petunia wrzeszczała, Lily nie zostawała jej dłużna, wreszcie któraś wychodziła z domu, trzaskając drzwiami z całej siły – Petunia wybiegała na spotkania z narzeczonym, a Lily… cóż, jednak to lato różniło się od poprzednich.
Lily nie była czarownicą z rodowodem. Nie była nawet czarownicą z ułamkiem rodowodu – urodziła się w mugolskiej rodzinie. Kiedy miała jedenaście lat i przyleciała sowa z listem z Hogwartu, czego tak bardzo zazdrościła jej siostra, była przekonana, że to nic takiego, że to nie decyduje przecież o tym czy zostanie lepszą uczennicą. Utwierdzał ją w tym przekonaniu jej najlepszy przyjaciel – Severus Snape. Teraz jednak po pięciu latach doświadczeń w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, po niezliczonej ilości docinków ze strony Ślizgonów, po niepokojących informacjach o atakach na urodzonych tak jak ona, o których coraz częściej donosił Prorok Codzienny, wiedziała lepiej. Wiedziała, że większość wierzy w podział na czarodziejów lepszego i gorszego sortu, a ona w ich mniemaniu należała do tego drugiego. Ewentualnie trzeciego – nie-czarodzieje. Nie przeszkadzało jej to, nie była przecież na tyle głupia, żeby przejmować się zdaniem tłumu, jednak w czerwcu, czego nigdy by się  nie spodziewała, usłyszała z ust swojego jedynego przyjaciela, tego, który zapewniał ją, że to nie ma znaczenia, to niewybaczalne słowo. Wtedy wszystko się zmieniło.
W wyniku tego właśnie zdarzenia to lato różniło się od poprzednich. Nie było uciekania od kłótni z Petunią na Spinner’s End, spacerów po parku, niekończących się rozmów o wszystkim i niczym jednocześnie. Próbował ją przepraszać, oczywiście, jeszcze zanim skończył się rok szkolny i wrócili na wakacje do rodzinnych domów, ale Lily wiedziała, choć wolałaby jednak nie, że Severus nie nazwałby jej szlamą, gdyby naprawdę nie miał tego na myśli i to ucinało wszelkie dyskusje na ten temat. Skończyły się wymówki, że to na pewno ślizgońskie otoczenie, że to koledzy z roku, którzy byli podejrzewani o okrutne wypadki w szkole mają na niego taki wpływ. Severus musiał brać odpowiedzialność za własne słowa.
I co jej teraz zostało? Dokąd ucieknie przed męczącym nagabywaniem przez Jamesa Pottera? Komu opowie jak irytujący, jak odpychający jest, kiedy mówi “umów się ze mną, Evans”, mierzwiąc te swoje i tak już rozczochrane kłaki? Owszem, może i stanął w jej obronie, ale zrobił to tylko dlatego, że mu się podoba. Wcale nie jest lepszy od Severusa z tym swoim włóczeniem się po szkole i dręczeniem słabszych. Och, ile szlabanów mu już dała! Do spółki z jego najlepszym przyjacielem Blackiem oczywiście, który tak uparcie twierdził, że nie ma nic wspólnego ze swoją rodziną, która najchętniej odśpiewałaby hymn na cześć Voldemorta.
Potrząsnęła głową i rude włosy zasłoniły jej twarz, co nie miało najmniejszego znaczenia, ponieważ poza nią w tym przedziale Ekspresu Londyn-Hogwart nie było nikogo. Tak chyba czuła się lepiej, nie przeszkadzało jej spędzanie czasu tylko ze sobą, bo dlaczego miała na siłę szukać nowego przyjaciela czy przyjaciółki? Zresztą już za późno, grupki zostały utworzone i trudniej byłoby wślizgnąć się do jednej z nich po tylu latach. I do kogo niby miałaby się zwrócić? Dziewczęta, z którymi dzieliła dormitorium były miłe, tak, ale miały swój własny świat, czasem nawet Lily miała wrażenie, że to jedna osoba z dwiema głowami. Nagle się wzdrygnęła, bo przyszła jej do głowy myśl tak nieprawdopodobna i odrażająca, że aż książka, którą trzymała otwartą na kolanach spadła i uderzyła o podłogę pociągu z cichym, trochę przytłumionym stuknięciem. Nie będzie przecież zadawała się z bandą Pottera, to co najmniej śmieszne. Bratać się z wrogiem? Niedorzeczne!
Wygrzebała z torby pudełeczko z czekoladową żabą, wiadomo, nic tak nie poprawia nastroju jak czekolada. Usłyszała dźwięk przesuwanych drzwi i podniosła głowę, żeby zobaczyć, kto wchodzi i czekoladowa żaba wypadła jej z dłoni – był to James Potter, ta właśnie odrażająca niedorzeczność we własnej osobie. Wyglądał tak samo jak zawsze – chodząca pewność siebie, chociaż w opinii Lily była to raczej chodząca arogancja i samozadowolenie graniczące z samozachwytem, okulary zjeżdżające mu z nosa, potargane włosy i postawa zdradzająca jego uwielbienie do samego siebie. Kiedy zorientował się, że Lily patrzy na niego, usta rozciągnęły mu się w uśmiechu, powoli zamknął za sobą drzwi i schylił się po upuszczoną przez nią żabę. Lily wreszcie ocknęła się ze stanu zaskoczenia wywołanego jego obecnością i płynnie przeskoczyła do stanu irytacji, którą zawsze odczuwała w jego towarzystwie.
– Potter – wycedziła i wyciągnęła władczo rękę w jego kierunku, chciała przecież odzyskać swoją czekoladową żabę!
James zignorował jej wyciągniętą dłoń, chociaż świerzbiło go, żeby ją ująć i ucałować, tak, to by ją naprawdę rozsierdziło.
– Evans – odpowiedział radośnie. – Poczta się podobała?
Lily westchnęła ciężko. Naprawdę nie miała siły na kolejny rok przepychania się z nim i udowadniania mu, że się z nim nie umówi. Gdyby był choć odrobinę bardziej dojrzały, mogłaby przynajmniej r o z w a ż y ć tę opcję. Niewiele by to pewnie zmieniło, o ile cokolwiek, ale nie mógłby jej zarzucić, że nie próbowała, prawda?
– Malowniczo wyglądała w płomieniach kominka, cudowne doświadczenie, dziękuję.
Nie zraziło go to zbytnio, przecież był Jamesem Potterem, ścigającym i kapitanem drużyny quidditcha, człowiekiem o niezachwianej samoocenie i legendarnej wręcz niezłomności. Usiadł naprzeciw niej wygodnie i uśmiechnął się, tarmosząc oczywiście włosy – czy on zawsze chce wyglądać, jakby go wiatr uczesał?
– Ech, Evans… – zaczął, obracając w dłoni tę nieszczęsną czekoladową żabę, która chyba bardzo chciała wydostać się z przedziału. No, przynajmniej z jego rąk. – Nikt ci nie powiedział, że kominki są romantyczne?
Lily, słysząc to, pobladła, chociaż dla osób o jej kolorze włosów bardziej charakterystyczne było spurpurowienie. Właściwie Lily nie miała w sobie wielu cech przypisywanych rudzielcom. Nie była wybuchowa, impulsywna, czy złośliwa, ale czy to takie złe? Ona była zwyczajnie… spokojna, chociaż w tej chwili bardziej zrezygnowana.
Podniosła na niego wzrok i uśmiechnęła się krzywo.
– Ech, Potter. Wiele rzeczy ciśnie się na usta, kiedy się pomyśli o tobie, ale r o m a n t y c z n e nie jest jednym z tych skojarzeń.
Ale James nie usłyszał już nic, co nastąpiło po “pomyśli się o tobie”.
– Najpierw kominek, teraz o mnie myślisz, chyba wiesz, jaki jest następny krok?
Zamknęła oczy na chwilę. No tak, mogła się spodziewać, że w ten sposób zareaguje, nie powinna była konstruować swojej wypowiedzi w ten sposób. I ten jego głos! Jakby specjalnie mówił niższym tonem niż zawsze, kto tak robi? Może nauczył się tego od Blacka? Otworzyła oczy, żeby posłać mu znudzone spojrzenie.
– Nie, Potter, nie wiem i nie chcę wiedzieć. Po co w ogóle tu przyszedłeś?
To w zasadzie było całkiem dobre pytanie, było jej dobrze samej, a on musiał się napatoczyć i zburzyć jej idealny spokój. Zaraz jednak miała zatęsknić i za tym, bo drzwi do przedziału otworzyły się ponownie z hukiem i do środka dosłownie wpadł Syriusz Black, a za nim Remus Lupin.
– Widzisz, Luniu, mówiłem ci, że tu będzie – oznajmił Syriusz triumfalnie, podnosząc się z podłogi. – Sie masz, Evans – rzucił i opadł na siedzenie obok Jamesa ku rozpaczy Lily.
Remus nadal stał w drzwiach, niepewny, co zrobić, nie chciał nikomu się narzucać ze swoim towarzystwem. Lily starała się ignorować fakt, że jej przedział przestał należeć wyłącznie do niej i podniosła książkę, która wcześniej spadła jej z kolan. James tymczasem się podniósł.
– Nie rozsiadaj się, Łapo, już idziemy, jeszcze tylko jedna sprawa.
Odwrócił się przodem do Lily, uśmiechnął oszałamiająco i rzucił nonszalancko:
– To co, piątek pod portretem Grubej Damy o siódmej?
Remus odwrócił się na pięcie, bo nie chciał być świadkiem tego, co teraz nastąpi, Syriusz również wycofał się chyłkiem, ale James stał nadal dumnie wyprostowany i patrzył na nią wyczekująco. Lily nie wytrzymała.
– Zjeżdżajcie mi stąd, ale już! Bo wam wszystkim wlepię szlaban na dobry początek roku szkolnego! I oddawaj moją czekoladową żabę! – I wyszarpnęła mu łakoć niedelikatnie z dłoni.
James odrobinę się ociągał, ale wyszedł nie tracąc rezonu, bo zanim Lily zamknęła za nimi drzwi swojego przedziału, usłyszała, jak mówi:
– No widzicie? Nie powiedziała nie!
Wrzasnęła głośno z wściekłością.
No. To by było na tyle, jeśli chodzi o brak porywczości podobno charakteryzującej rudych ludzi.

Kto z kogo zrobi jelenia? – 01

32. O tym, że oliwa może i sprawiedliwa, ale czasami mogłaby trzymać język za klejącymi się zębiskami

Po tej rozmowie nie tylko straciłam cały apetyt, ale i wszelką chęć do nauki. Albo jakiejkolwiek innej aktywności. Najchętniej wróciłabym do dormitorium i zwinęła się w kłębek, żeby przespać cały dzień, ale wiedziałam, że nie mogę tego zrobić. Nie tylko dlatego, że nie chciałam za długo przebywać z Brendą w jednym pomieszczeniu. Nawet i nie dlatego, że sama myśl o tym, jak niespokojny i męczący był mój sen tej nocy sprawiała, że miałam ochotę nie spać przez najbliższy tydzień. Nie, po prostu wiedziałam, że powinnam… poszukać Syriusza. Tak, poszukać. Nie nastawiałam się na wielką scenę przeprosin, chociaż obiecałam Jamesowi. Ale nic nie wskazywało na to, bym kiedykolwiek zebrała się w sobie, by chociaż spróbować.
– Co jest? Reg cię bije? – spytał młody Crouch, bezceremonialnie ładując się na mój skrawek parapetu na trzecim piętrze. – Co za dupek. Wiedziałem, że skończy kiedyś jako damski bokser. Z taką matką!
Spojrzałam w jego stronę. Wyglądał na… rozbawionego. A czy ten bezczelny blondasek kiedykolwiek nie był rozbawiony? Czy uśmiech schodził mu z twarzy? Mogłam się założyć, że nawet płacze z tym wyszczerzem. Ktoś mu go tam przykleił.
– Nie mam pojęcia, o czym mówisz – warknęłam.
Naprawdę, ale to naprawdę nie miałam teraz ochoty na rozmowę z nim. Prawdę mówiąc nie przypominałam sobie, żebym kiedykolwiek miała taką ochotę. Prawdopodobnie czym prędzej bym sobie poszła, gdyby nie wspomniał o tym, co ciekawiło mnie już od dawna.
– I co takiego wiesz o jego matce? – dodałam, starając się, żeby zabrzmiało to możliwie neutralnie. Oczywiście starania te nic nie dały, Barty na pewno zorientował się, jak bardzo jestem zainteresowana tym tematem.
– Nic takiego – powiedział, a jego uśmiech rozszerzył się jeszcze bardziej. Miałam ochotę uderzyć go w tę jego twarz klasowego pyszałka.
– Och, litości. Po prostu tak o niej wspomniałeś, bo ma oczy podobnego koloru co ja.
Tak, sarkazm też mi nie wychodził. Zdecydowanie powinnam zebrać resztki własnej godności z tego parapetu i odmaszerować.
Po chwili żałowałam, że kiedykolwiek to powiedziałam.
Barty przysunął się do mnie, tym swoim ciekawskim nosem uderzając o mój. Chciał się przyjrzeć, jasne, ale i tak było to bezczelne.
– A wiesz, że ma? – spytał, odsuwając się.
– Zgadywałam – odpowiedziałam i też się odsunęłam. Zwiększanie odległości nigdy nikomu nie zaszkodziło. – Czemu właściwie zacząłeś tę rozmowę? – zapytałam, patrząc na niego podejrzliwie.
Nie przypominałam sobie żadnej rozmowy z Bartym, której świadkiem nie byłby Regał. Ba, nawet i w takich wypadkach Barty szybko nas zostawiał, żeby – jak sądziłam – nie musieć dłużej oddychać tym samym powietrzem co ja. A teraz nagle przyszedł tu, przysiadł się i zaczął mówić. To było tak nienormalne, że aż dziwiłam się samej sobie, że nie zapytałam go o to, kiedy tylko się odezwał.
Wzruszył ramionami.
– Czasem fajnie tak zagadać do Gryfona. Poszerzanie perspektyw i tak dalej.
Wyglądał tak, jakby nałykał się jakiegoś świństwa. Musiał się go nałykać, jeśli gadał takie bzdury.
– Jasne. I dlatego spacerowałeś sobie po zamku i akurat trafiłeś na mnie – prychnęłam. – Jestem pewna, że idąc tu musiałeś minąć dziesiątki Gryfonów.
Spojrzałam na niego surowo, choć wiedziałam, że nie przyniesie to żadnych rezultatów. Nie miałam pojęcia, jak z nim rozmawiać i doprowadziło mnie to do szału. Jakbym i bez tego nie była zdenerwowana.
– Jesteś jedyna!
Zrobił naprawdę, naprawdę, naprawdę poważną minę. A potem ryknął takim śmiechem, że niemal zleciał z parapetu.
Zacisnęłam zęby, bo naprawdę nie byłam w nastroju do żartów. Przez chwilę bałam się, że z bliżej nieznanych mi przyczyn mogłabym się rozpłakać, ale obawa ta znikła tak samo szybko, jak się pojawiła.
– Bardzo zabawne, Barty, powinieneś zostać komikiem – mruknęłam tylko, patrząc gdzieś w podłogę. Naprawdę miałam ochotę stamtąd jak najszybciej odejść, ale wcale bym się nie zdziwiła, gdyby ruszył za mną. Dlatego nawet nie próbowałam.
– Wiem, dziękuję, naturalny talent.
Mogłam się założyć o to, że mimo że na niego nie patrzyłam, właśnie do mnie mrugnął. Młody Crouch był półgłówkiem. Wszyscy ludzie jego pokroju nałogowo mrugają.
– Przykro mi, Annie, że nie spełniłem twoich oczekiwań. Jestem tylko biednym, małym Bartemiuszem. Chociaż i tak założę się, że jestem lepszy niż Reg, jeśli chodzi o…
– O? – zapytałam, zanim zdałam sobie sprawę, że prawdopodobnie zaraz usłyszę coś, czego na pewno nie chciałabym słyszeć. Mogłam iść o zakład, że usłyszał tę plotkę i irytowanie Regała już mu się znudziło, więc postanowił poznęcać się nade mną. Tak, to brzmiało niezwykle prawdopodobnie.
– No, wiesz.
Jasne, że wiedziałam. Ostatecznie tego właśnie dotyczyła większość rozmów, jakie odbywałam w ciągu ostatniego czasu.
W końcu podniosłam wzrok i spojrzałam na niego ponuro.
– Jeśli chcesz mnie wkurzać z powodu jakichś idiotyzmów, które od kogoś usłyszałeś, to daruj sobie – warknęłam.
– Tylko MÓWIĘ, Annie. Na wypadek, gdybyś go kiedyś zostawiła… – Przerwał i przyjrzał mi się krytycznie. – Nie. Odwołuję. Żadnych Gryfonek. – Przechylił głowę, jak jakiś cholerny zwierzaczek przypatrujący się czemuś uważnie. – Za chuda w biodrach.
Odskoczyłam od niego jak oparzona. Mogłam się spodziewać, że powie coś całkowicie niestosownego i spróbuje wyprowadzić mnie z równowagi, ale to nie znaczy, że byłam na to przygotowana. I chociaż miałam przed sobą wizję raczej ponurego dnia, a mój nastrój pozostawiał wiele do życzenia, i tak zapłonął we mnie gniew.
– Co ty sobie wyobrażasz, ty arystokratyczny bubku! – krzyknęłam, celując w niego palcem wskazującym. – Jeśli ci się wydaje, że to zabawne, to się mylisz! Poza tym prędzej zjadłabym wiadro ślimaków, niż pozwoliła ci się zbliżyć do mnie na odległość różdżki! Natychmiast stąd idź, jeśli masz jakikolwiek instynkt samozachowawczy!
I, żeby podkreślić, jak bardzo poważna jestem, wyjęłam różdżkę. Wiedziałam, że Regał nie byłby zadowolony, gdybym uszkodziła jego przyjaciela, ale tego było za wiele!
– Spokojnie, spokojnie – powiedział, unosząc ręce do góry na znak poddania się. – Jak Reg z tobą wytrzymuje? Powiedzieć nic nie można!
– To było bezczelne i obraźliwe – stwierdziłam już spokojniej. – I to nie twoja sprawa, jak sprawy się mają między mną a Regiem. Powinieneś się trzymać od tego z daleka.
Nie żebym na to liczyła – nie było nawet takiej możliwości. Poza tym nadal byłam na niego zdenerwowana. Co prawda już nie krzyczałam, ale nadal nie schowałam różdżki. Jedno złe słowo i Barty będzie miał rybią płetwę na środku czoła.
Za to on opuścił ręce. I niespodziewanie wzruszył ramionami.
– Nie to nie. Jak masz mnie tak traktować, lepiej sobie pójdę. – Zeskoczył z parapetu. – Chociaż… Nie, nie będę ci tego teraz mówił. Lepiej powiem Regowi. Chłopak się ucieszy!
Nienawidziłam, kiedy ktoś próbował złowić mnie na taki haczyk – dokładnie taki sam chwyt zastosowała Brenda i nie skończyło się to najlepiej. Ale wiedziałam (tak samo dobrze jak i on wiedział), że dam się złapać ponownie. I prawdopodobnie później będę tego żałować.
– Czekaj, o co chodzi? – zapytałam, starając się zachować spokój. – O czym chcesz powiedzieć Regowi?
– O tym, o czym dowiedziałem się od Severusa. A mu przekazała to sama Lily Evans.
Jego uśmiech z rozbawionego zmienił się w złośliwy. Niespodziewanie Barty Crouch spoważniał. Coś złego czaiło się w tych jego wyblakłych oczach. Coś bardzo… Bardzo złego.
– Reg się zdenerwuje, że mu nie powiedziałaś.
Zamrugałam. Byłam naprawdę zdziwiona i nie byłam sobie w stanie wyobrazić niczego, co Lily mogłaby powie… O nie. O nie, nie, nie, nie mogła chyba powiedzieć o tej idiotycznej sytuacji, która miała miejsce w dormitorium? Przecież James jej to wytłumaczył! Nie, na pewno chodziło o coś innego.
– Nie powiedziałam o czym? Nie mam pojęcia, co takiego Lily mogłaby o mnie wiedzieć.
Prawie nie kłamałam. Jedyne, czym Lily mogłaby mi zaszkodzić, to właśnie ujawnienie tej scenki. Albo zjedzenie zapasu czekoladowych żab, które trzymam pod łóżkiem, ale wątpiłam, bo chodziło o to.
Zapadła taka… złowróżbna cisza.
– Jesteś szlamą – wyrzucił z siebie, nie kryjąc obrzydzenia.
Przez jakieś dwie sekundy czułam ulgę – czyli jednak nie chodziło o to nieporozumienie. Potem jednak żołądek mi się zacisnął i miałam wrażenie, jakbym połknęła olbrzymie ilości kostek lodu. Nie miałam pojęcia, skąd taka reakcja, przecież nie wstydziłam się swojego pochodzenia. I wcale go nie ukrywałam – wiedziałam, że Regał kiedyś o to zapyta lub ktoś mu powie. Miałam tylko nadzieję, że tym kimś nie będzie Barty.
– No i? – zapytałam, starając się zachować pozory. Jakiekolwiek. Nie rozumiałam, dlaczego tak mnie zabolał fakt, że Barty się dowiedział i powie o tym Regałowi, ale zabolał.
– Mój kumpel i szlama. Świetnie. To takie… – skrzywił się. – Za chuda w biodrach, o tak. Kiedy Severus mi powiedział, w końcu zrozumiałem, dlaczego ciebie po prostu NIE DA się lubić.
Starałam się nie dać po sobie poznać, że cała ta sytuacja była bardzo niewygodna. Przecież kiedyś bym powiedziała, to nie tak, że chciałam to ukryć… Tylko dlaczego akurat teraz, kiedy i tak mam już dużo na głowie? Wiedziałam tylko jedno: nie zniżyłabym się to proszenia Barty’ego, żeby zachował to w tajemnicy. I tak by mnie nie posłuchał, a tylko dostarczyłabym mu argumentów przeciwko sobie. Nie żeby jakichś potrzebował.
– Jakoś inni nie mają problemów z lubieniem mnie – odpowiedziałam, choć zabrzmiało to prawie jak obrona. Przed czym się miałam bronić? Merlinie, byłam szlamą i nigdy się tego nie wstydziłam!
– Szlama. SZLAMA. Nigdy nie sądziłem, że Reg i…
Pokręcił głową. Widocznie znudziło mu się szlamowanie.
– Powiedz mi coś, Annie. Nie wstyd ci?
I tu leżał pies pogrzebany. Czy było mi wstyd? Wiedziałam, że nie było żadnego powodu, przecież to nic nie znaczyło, wszyscy ludzie byli przecież równi. Moi rodzice byli wspaniałymi ludźmi i nie miałam zamiaru się ich wstydzić z takiego powodu. Ale… dlaczego to zabolało? I skąd ten lód w żołądku? Czy to możliwe, żebym przez te wszystkie kontakty z arystokratami zaraziła się ich sposobem myślenia? Nie, to nie miało sensu.
– Nie – powiedziałam, ale mój ton głosu nie był w stanie przekonać nawet mnie samej. Nie wiedziałam. Miałam wrażenie, że jakiś czas temu coś się zmieniło, a ja tego wcześniej nie zauważyłam. A teraz sama się pogubiłam w swoich opiniach.
– A powinno. Na twoim miejscu wyskoczyłbym przez to okienko. Nadużywasz mocy, która nie jest ci…
– Co tu się dzieje, Barty?
Oho, zjawił się i Severus.
Miałam ochotę odwrócić się na pięcie i uciec. Miałam też ochotę się rozpłakać albo uderzyć Barty’ego, zrobić mu jakąś krzywdę. Miałam przeokropną ochotę zjeść tyle czekoladowych żab, żeby mnie zemdliło. Ale nie zrobiłam żadnej z tych rzeczy. Wiedziałam, że Severus nie jest rycerzem na białym koniu, który uratuje mnie przed złym smokiem – Bartym. Pewnie sam się z tego śmiał. Może śmiał się cały Slytherin.
Po postu stałam tam dalej i milczałam, patrząc to na jednego, to na drugiego. Jasne, mogłam odpowiedzieć na jego pytanie, ale nie wiedziałam jak. „Barty właśnie znęca się nade mną psychicznie” nie brzmiało najlepiej i jakoś wątpiłam, czy Severusa taka odpowiedź by zainteresowała.
– Rozmawiamy z Annie o jej rodzinie.
Już dawno porzuciłam wizję Snape’a – proletariusza. Te krucze acz przetłuszczone włosy nie pozwalały mi jej podtrzymać. Ale całkowita obojętność na fakt, że moi rodzice są mugolami, którą ujrzałam w jego małych oczkach była pocieszająca.
– I do jakich wniosków doszliście? Postanowiła ich zabić?
Barty odwrócił się w jego stronę.
– Severusie, sam przecież wiesz…
– Wiem, wiem. Reg. Matka. Na pohybel szlamom. Łapię.
Spojrzał na mnie. Czy wspominałam już kiedykolwiek o tym, jaki bił od niego chłód? Naprawdę, nadawał się albo na lodówkę, albo przynajmniej na grabarza.
– Posłuchaj, młoda, jakkolwiek się nazywasz – zaczął powoli. – Radzę ci teraz stąd odejść. Natychmiast!
– Ale… – zaczął Crouch, ale jego kolega uciszył go gestem dłoni.
Wzruszyłam ramionami. Było mi wszystko jedno. Wiedziałam, że powinnam coś powiedzieć, bronić się, dać do zrozumienia, że się nie wstydzę, że w ogóle się tym nie przejęłam i wszystko jest w porządku. Tyle, że nic z tej wiedzy nie wypływało. Byłam już zmęczona – i tą rozmową, i tą poprzednią, a także – tak na zapas – wszystkimi rozmowami, które, jak się domyślałam, dopiero będą miały miejsce. Nie chciałam dłużej tu stać i czekać, aż usłyszę coś jeszcze gorszego – musiałam odejść (nie, uciec – to przecież była ucieczka) i to wszystko przemyśleć. Nad dużą liczbą czekoladowych żab. Naprawdę dużą. To była kryzysowa sytuacja.
Dlatego też zrobiłam to, co powinnam była zrobić, gdy tylko Barty się do mnie odezwał. Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam w kierunku wieży Gryffindoru.
Jakby z innego świata dobiegały do mnie głosy Severusa i Barty’ego. I gdybym była w lepszym nastroju – gdyby to nie dotyczyło mnie – pewnie umarłabym ze śmiechu słysząc znudzone, smarkowe:
– Czy ja zawsze muszę załatwiać wasze problemy? Dzieci.

32. O tym, że oliwa może i sprawiedliwa, ale czasami mogłaby trzymać język za klejącymi się zębiskami