11.

Pogodziliśmy się tamtej nocy.
Wtedy myślałam, że to ta mieszanka emocji, smutek, słodycz, złość, krew zaschnięta na jego dłoniach, że to wszystko skołowało mnie na tyle, bym w końcu mogła zapomnieć o tym, o czym przypadkiem powiedziała mi Leah, i na kilka godzin być znowu taką, jaką desperacko chciałam być – jego. I może było w tym trochę racji, chociaż w teorii, bo przecież po jednym zapomnieniu przyszły następne i chyba nigdy już tak naprawdę nie wróciłam do tamtych myśli i do pełnej świadomości tego, że ta krew na jego dłoniach… Że krwi…
Ale tak naprawdę to wiosna przyszła do nas wcześniej. Rosier i ja zawsze żyliśmy dziwnym cyklem kłótni, złości i ponownych początków; tamten rok nie był w tym wypadku wyjątkiem. Po tylu latach wiem, że Evan potrafił kochać tylko wiosną, chociaż wiosna, cóż, wiosna była często dość subiektywnym pojęciem.
Wtedy wiosna rozpoczęła się dla nas zimnym, grudniowym porankiem, kiedy z hukiem teleportowaliśmy się tuż za drzwiami mieszkania Constantine’a Notta; Constanine’a Notta, którego niechybnie wyrwalibyśmy z łóżka naszą niecierpliwością, gdyby nie to, że on tej nocy nie rzucił się z pięściami na nikogo aż tak specjalnego i nie musiał uciekać w pośpiechu z miejsca zbrodni, teraz, natychmiast, do utraty tchu.
Z tamtej wiosny pamiętam głównie zacieki na suficie w jego pokoju, co drugą sobotę punktualnie wkradające się do mojej rzeczywistości o drugiej trzydzieści popołudniu; bo przecież wszystkie inne wspomnienia, te dobre i… Nie chcę już myśleć o smaku jego ust i dotyku jego dłoni, bo jedyne, co po nich pozostało, jedyne, co wciąż potrafię do siebie przywołać, to chłód, morderczy chłód ostatniego pożegnania, na które się odważyłam.
Czy powinnam była pozwolić mu odejść? Tak po prostu? Czy gdybym nie próbowała go do siebie ściągnąć, przytulić, ożywić niczym postać ze starych, dziecięcych baśni, czy wtedy pamiętałabym jego ciało takim, jakie je znałam, a nie takim, jakie podarował mi Alastor Moody?
Może.
Nie wiem.
Nie myślałam jeszcze o Wilkesie. Do niego nie pozwolili mi się zbliżyć; jego twarzy nie widziałam od czasu, gdy dwa tygodnie temu objął mnie na pożegnanie po jakiejś nieistotnej sprawie, którą przyszedł ze mną załatwić. Nie znam jego siniaków, jego opuchlizny, musiało być z nim gorzej, tak mówią mi palce pani Wilkes zaciśnięte na moim ramieniu, jeszcze gorzej. Malfoy mówił, że nie byli pewni, czyje dłonie są czyje, więc musieli poprosić ją o rozpoznanie; ktoś w Ministerstwie uznał, że starsza, schorowana kobieta będzie lepszym sędzią niż ja – i pewnie miał rację, bo nie wiem, czy gdybym ujrzała dłoń Evana Rosiera oddzieloną od jego ciała, czy gdyby przyprowadzono mnie do niego wcześniej, nie wiem, czy miałabym siłę stać tu i ściskać palcami kogokolwiek.
Więc może Wilkes, może on pozostał w mojej pamięci takim, jakim był – ale na myślenie o nim, na myślenie o tamtym jednym, jedynym pocałunku jest jeszcze za wcześnie, tyle pozostało mi do powiedzenia, do wycierpienia, Wilkes musi poczekać.
Cała ta wiosna, to szaleństwo, to całkowite oddanie się komuś i czemuś bez większego przygotowania czy nadziei na powodzenie, ta nasza beznadziejna potrzeba siebie nawzajem trwała równie długo, co mrugnięcie powieki, i zanim zdążyłam się z tym pogodzić przyszedł maj, a z nim moje ostatnie tygodnie w Hogwarcie. Nie rozumiałam wtedy, jak ważne było to, co właśnie miało nadejść – egzaminy, pożegnania, szanse, które już nigdy nie powrócą – i nie obchodziło mnie to bardziej niż to, czy następnego dnia będzie padać siarczyście, czy może tylko trochę. Hogwart z tamtą wiosną przestał dla mnie istnieć.
Nie pamiętałam już nawet, jak bardzo tęskniłam za Virginią, która, nieświadoma mojej obojętności, wciąż rzucała mi mordercze spojrzenia z łóżka obok. Nie przeszkadzało mi to, że za kilka krótkich dni być może nigdy jej już nie zobaczę i nie usłyszę ani jednej opowieści o jej nudnych, przecodziennych snach. Jej i wszystkich innych Puchonów, którzy przecież byli kiedyś moją najbliższą rodziną. W świecie pełnym Evana Rosiera tylko on mógł mieć znaczenie. Tylko on.
Z tego wszystkiego nie myślałam nawet i o tym, by odliczać dni do końca; kiedy więc Leah podeszła do mnie tamtego wieczora i oświadczyła, że chciałaby się pożegnać, początkowo nie miałam ani cienia podejrzenia, o czym w ogóle do mnie mówiła.
– Pożegnać się?
Zmrok zapadał już nad błoniami, a ja z wytrwałością jakiegoś mugolskiego, niedorosłego poety wpatrywałam się w pustkę nieba nad jeziorem, kto by się przejmował słońcem pochylającym się nad horyzontem dokładnie za moimi plecami? A przecież woda w jeziorze była tak przyjemnie chłodna, a powoli zbierająca się rosa tylko dodawała temu wszystkiemu mokrego uroku, niewątpliwie zwiastującego przeziębienie.
Spojrzałam na nią, choć było to dość trudne z pozycji, w której się znajdowałam, leżenie na brzuchu nigdy nie sprzyjało podtrzymywaniu kontaktu wzrokowego. Ale Leah nie znosiła, gdy się ją ignoruje, więc niezależnie od tego, jak uszkodzić by to mogło moją szyję, nie miałam w tej kwestii za dużo do powiedzenia.
– Ogłuchłaś? Tak, pożegnać się. – Wzięła głęboki oddech. – Za tydzień pierwsze egzaminy.
Jestem przekonana, że wtedy po raz pierwszy tego roku przypomniałam sobie o istnieniu egzaminów, może nawet nauki jako takiej. Moje wyniki nie były wtedy najlepsze; Wilkes nie kręcił się już po zamku, by pisać moje eseje, a młodsi uczniowie, których zwykle się do tego wykorzystywało, nie byli równie uzdolnieni jak on. Edukacja istniała dla mnie tylko teoretycznie; i może kiedyś przyjdzie mi tego żałować, ale kiedyś, kiedyś to jeszcze nie dzisiaj.
Przewróciłam się na plecy, niechętnie, ale z pewną dozą zaciekawienia, co w zasadzie można by było powiedzieć o czymkolwiek, w co kiedykolwiek wciągnęła mnie Leah.
– Nie piszesz egzaminów?
Leah przewróciła oczami, zabawne, że mogłam to zobaczyć w tak nikłym świetle, a może wcale tego nie widziałam? Leah przewracała oczyma zawsze i wszędzie, czasem dziwiłam się, że jeszcze od tego przewracania nie wypadły i nie poturlały się po zimnych posadzkach Hogwartu przy akompaniamencie cichego chichotu setek i setek obrazów. Czy to, co zrobiła naprawdę, ma jeszcze jakiekolwiek znaczenie?
Leah też już przecież nie ma.
Usiadła na trawie koło mnie, jej spódnica zakryła większość mnie tak, bym nie mogła jej już nigdzie uciec, tak myślę, bo z jakich innych powodów miałaby nosić tak absurdalnie szerokie spódnice?
– Egzaminy to strata czasu – oznajmiła tym swoim tonem eksperta, prawdziwej Pani tego świata. – Ministerstwo i tak zaraz upadnie i trzeba będzie się kwalifikować od początku.
Mogłam nie przejmować się zbytnio kawałkiem pergaminu, który za parę miesięcy jakaś sowa przyniesie do mojego domu – ale ucieczka? Ucieczka… ucieczka zawierała w sobie intencję, moc do czynienia zmian, a ja od dawna żyłam już tylko siłą inercji. Słowa Leah wyrwały mnie więc na chwilę z mojego otępienia, ze świata Evana Rosiera i sprowadziły mnie na tu i teraz błoni bez najmniejszego problemu.
Egzaminy to strata czasu?
Pięć minut wcześniej nie obchodziło mnie to, czy kiedykolwiek jeszcze zobaczę na własne oczy jakiekolwiek pytanie egzaminacyjne; ale nagle obudziła się we mnie potrzeba obrony autorytetów i wartości uniwersalnych, którą budzić we mnie potrafiła tylko Leah, i musiałam zareagować.
– Oszalałaś? Aż tak ci się spieszy?
Roześmiała się tylko, a kiedy próbowałam podnieść się na łokciach z oburzeniem godnym prawdziwej heroiny, szturchnęła mnie stopą w żebra, by mnie powstrzymać. I tyle też pozostało z mojego oburzenia. Jej pusty śmiech i siniak na moim lewym boku.
– Jak chcesz – odmruknęłam obojętnie, prawie obojętnie, bo chociaż ciągłe przebywanie z Evanem Rosierem nauczyło mnie szybkiego chowania dumy do kieszeni, wtedy jeszcze czasami pozwalałam sobie na krótkie chwile zapomnienia. – Nie jestem twoją matką.
– Tej mi by tu jeszcze, kurwa, brakowało. Wyobrażasz to sobie? Wpadłaby tu z dwójką dzieciaków na każdej ręce, upaprana jakimś słodkim gównem i zaczęłaby się drzeć, jakby to kogokolwiek obchodziło. Co za wstyd, ja pierdolę, Arbanddel, nie podrzucaj mi takich obrazów.
Nigdy nie poznałam matki Leah.
Nigdy nie poznałam nikogo z jej rodziny, chociaż wiem, że przynajmniej trójka z siódemki jej rodzeństwa przebywała w Hogwarcie w tym samym czasie co my. Leah… Leah nigdy nie chciała być częścią swojej rodziny. Czy to aż takie dziwne? Z każdym rokiem zastanawiam się, dlaczego w ogóle ktokolwiek chciałby być częścią swojej rodziny. Dzieckiem swoich rodziców. Patrzeć dzień w dzień na to, czym niechybnie się stanie, jeśli po drodze jakiś szczęśliwy zbieg okoliczności nie pozbawi go życia.
Kiedyś myślałam, kiedyś, wtedy, kiedy Leah zaczęła tracić kontakt ze światem, wydawało mi się, że może jej matka przyjdzie jej na ratunek i w końcu ujrzę tę mityczną matronę z dwójką dzieciaków na każdej ręce; ale tak jak Leah zapomniała o nich, tak jej rodzina zapomniała o niej i do naszego spotkania nigdy nie doszło.
– Myślisz, że się nie dowie?
– Myślę, że będę wtedy zaje-kurwa-daleko. – Przez chwilę wydawało mi się, że słyszałam w jej głosie coś więcej niż zwykłe zniecierpliwienie. – Ale jesteś dzisiaj nudna. Nasz ostatni dzień na błoniach, a ciebie nie stać nawet na pół sekundy jakiegoś współczucia.
– Czego mam ci współczuć? Postradania zmysłów czy braku perspektyw zawodowych?
– Wal się.
A mimo to nie wstała z mokrej od rosy trawy i przez kilka minut siedziałyśmy, leżałyśmy tak koło siebie, czekając na to, aż słońce zajdzie za horyzontem, a wraz z nim jakakolwiek presja rozmawiania, rozumienia się nawzajem, współczucia, bycia.
Mimo cichego szumu wiatru przesuwającego kropla po kropli wodę jeziora, z mojej z każdą sekundą wciąż coraz bardziej przemoczonej pozycji słyszałam każdy jej oddech. Nawet w tej chwili absolutnego spokoju wcale nie była spokojna; już wtedy coś innego władało każdą sekundą jej życia i każdą myślą, i nie pozwalało jej ani pokochać, ani zrozumieć świata naokoło niej. Żaden zachód, żadna rosa nie mogły tego zmienić.
W końcu poprawiła spódnicę i odchrząknęła, jak gdyby miała do ogłoszenia coś ważnego, a nie banał, którego sama zdążyłam się już domyślić.
– Od jutra będę mieszkać z Nottem.
Może wiedziałam, co planowała mi powiedzieć, ale i tak ciężar tego zdania przygniótł mnie o wiele bardziej, niż chciałabym się do tego przyznać. Chyba już wtedy wiedziałam, musiałam wiedzieć, że historia moja i Rosiera nie potoczy się tak… prostolinijnie, z winy obu strony, mojej tym bardziej, dlaczego nigdy nie potrafiłam tak po prostu powiedzieć „Tak”?
– Dlaczego mówisz, że przyszłaś się pożegnać? – Potrzebowałam czasu, żeby zebrać myśli, żeby przypomnieć sobie o oddychaniu. – Planujesz mnie tam unikać?
– Rosier musi się w końcu wynieść, wiesz? Będziemy zakładać rodzinę.
Rodzina, czym mogła być dla nich rodzina, większą liczbą dzieci, które nie będą chciały być swoimi rodzicami? Niedzielnymi popołudniami przed kominkiem? Leah szydełkującą małe buciki dla równie małego chłopca? Czy tak wyobrażali sobie swoją rodzinę?
Okrutnie, okrutnie się pomylili.
Nie aż tak bardzo jak ja.
Leah już nie było, ale był Theodor, bez bucików i bez matki, jest Theodor, powinnam powiedzieć, bo przecież czeka gdzieś tam na nas wszystkich, zapomniany i przez nią, i przez Constanine’a, kolejna dusza, której nikt nie chce, porzucona jak setki innych, odłożona na później, które wcale nie musi nadejść. To jest ich rodzina, tak, złamane, dziecięce serce i mężczyzna, któremu już wszystko jedno.
Nie chciałam powiedzieć tego, co powiedziałam, nie chciałam burzyć jej małego szczęścia, ale mój język rzadko kiedy słuchał mojej głowy i tego dnia wcale nie planował zrywać z tą wyjątkowo niepotrzebną tradycją.
– Jesteś pewna?
Kolejny wybuch śmiechu, kolejne, lekkie kopnięcie w żebra, ale teraz już nie takie pewne, już wątpiące o swojej słuszności.
– Tego, że Rosier musi się wynieść? – odburknęła. – Najwyższy czas. Nie będzie na nas pasożytował go końca życia. Jasne, może ostatnio udało ci się go trochę ucywilizować, ale, do cholery, nie będę się całe życie przewracać o jego brudne gacie. Poza tym – przerwała dość dramatycznie. – Poza tym to jesteście strasznie głośni, a ja się lubię w soboty relaksować w kąpieli.
Uśmiechnęłam się mimowolnie; z jednej strony, z jednej strony Rosier, z drugiej strony idea zrelaksowanej Leah i nawet już myślenie o przyszłości nie potrafiło odebrać mi tego uśmiechu. Przynajmniej przez ułamek sekundy, bo potem…
– A tej rodziny?
Nie mówił jej oddech, powietrze pomiędzy nami, wieczór, woda w jeziorze, trawa pokryta rosą. Nie krzyczała jej spódnica i jej stopa, powstrzymująca się jakoś przed kolejnym kopniakiem w moje żebra. Nie. Nie. Nie. Słyszałam tylko Nie.
Bo gdy wysyczała:
– To nie twój interes.
To jej przekonanie o słuszności wszystkiego, co kiedykolwiek postanowiła, po raz pierwszy nie zrobiło na mnie wrażenia.

BS zawsze miał dedykacje, więc musi mieć i teraz. Tym razem dla Eci i jej niezdrowej sympatii do Leah.

Ownlog mnie wkurwił. Będę tęsknić za moim pięknym szablonem.

Advertisements

10.

Znałam kilku Constantine’ów Nottów, lepszych czy gorszych, bo życie nie szczędziło mu ani twarzy do odegrania, ani niespodziewanych zwrotów akcji. Z nas wszystkich, z tych, którzy przetrwali i wciąż jakimś cudem trzymają się kurczowo swojego istnienia, to Nott stracił najwięcej i kiedyś wydawało mu się nawet, że przy tym i najwięcej zyskał. Kiedyś był szczęśliwy. Kiedyś dzięki zręcznym i upadlającym kłamstwom Malfoya wyszedł z Azkabanu, magiczna sztuczka, która nie udaje się wielu, kiedyś wrócił do kobiety, którą kochał, i do przyjaciół, którzy jeszcze żyli. Tak trudno teraz w to uwierzyć, w szczęśliwego Notta, w Notta, którego nie złamały i nie zwyciężyły tygodnie wśród dementorów, Notta, który z krzywym uśmiechem na wygłodzonej twarzy przywitał mnie tamtego dnia w swojej kuchni.
Leah, coś ty mu najlepszego zrobiła?
Wiem, że parę ulic dalej czeka na mnie właśnie Constantine Nott, jego najnowsza i ostateczna wersja. Wiem, że kiedy w końcu otworzę oczy, przywołana przez obojętny głos jakiegoś podrzędnego urzędnika, kiedy razem z panią Wilkes wrócę do rzeczywistości, już tylko Nott będzie na mnie czekał. Ale czy mogę liczyć na pomoc człowieka, który nie potrafi pomóc samemu sobie?
Myślę teraz o Notcie tamtego dnia, kiedy wypuszczono go z Azkabanu, myślę o tym, co musiał przeżyć zamknięty przez tyle czasu z bestiami, które żywią się szczęściem i radością, myślę o rozpaczy, którą wtedy poznał, tej najgorszej, pozbawionej nadziei i nawet w tym momencie nie wydaje mi się on równie zniszczony, pusty, pokonany, jak teraz, kiedy choroba Leah wysysa z niego życie kropelka po kropelce, kiedy w pełni włada nim myśl o tym, że z nią już nigdy nie będzie dobrze i że jedyne, co mu pozostaje, to pilnować jej przed tym, co mogłaby zrobić samej sobie.
To były moje szczęśliwe lata, Nott, to moja tęsknota za tym, co już było, ale nawet w tym koszmarnym dniu nie potrafię zapomnieć o tym, że być może to, co spotkało Rosiera, było o wiele bardziej miłosierne, że może żegnanie go na zawsze jest łatwiejsze, niż wpatrywanie się w jego pustą, pozbawioną uczuć i wspomnień twarz.
Leah, Leah, Leah.
Ta część historii dotyczy Notta i Notta wyłącznie – mówi o jego cierpieniu i niespodziewanym powrocie, a ja mimo to nie potrafię nie myśleć o tobie. Jesteś moją obsesją, Leah, w równym stopniu co jego. Jesteś obsesją nas wszystkich.
Bo czy istnieje jeszcze Nott bez Leah?
Mówię sobie, że Constantine Nott jest moim przyjacielem, że wiele wspólnie przeszliśmy i że mimo wszystko zawsze będziemy się już wspierać, ale sama w to nie wierzę. On przecież nigdy nie był dla mnie niczym więcej niż naroślą na ramieniu Leah, niż jej cieniem i jej wiernym posługaczem. Tak jakby pokochawszy ją na zawsze oddał jej we władanie całego siebie, nie tylko w tym zwykłym, wyświechtanym przez poetów sensie, w którym my wszyscy oddajemy siebie miłości i obowiązkom; nie, Nott zdawał się pójść o krok dalej, naprawdę zrzec się prawa do bycia człowiekiem, prawa do bycia bez-Leah, do samostanowienia. Tamtego dnia jeszcze tego nie wiedziałam, znałam go tylko jako swojego nadgorliwego i irytującego nauczyciela, który ex machina trafił do więzienia i wyszedł z niego o połowę chudszy i zdecydowanie brudniejszy. Nie mogłam przypuszczać, że pustka w jego oczach i stracone kilogramy to efekt odstawienia Leah, jego najdroższego, najsilniejszego narkotyku, jego powietrza, jego powodu do trwania. Chciałabym móc powiedzieć, że Rosier kochał mnie tak, jak Nott kocha Leah – ale jeśli mam być szczera, wydaje mi się, że nikt inny nikogo tak nie kochał, nie kocha i nie pokocha, że dwie takie miłości rozsadziłyby świat od środka, że przyroda nie zniosłaby takiego zachwiania równowagi.
– Cholera jasna, Rosier, w celi miałem czyściej! – Najpierw go usłyszałam, a potem zobaczyłam, zgarbionego, z wielkim trudem otwierającego drzwi do własnej kuchni, takiego małego i ledwie istniejącego, cień człowieka, którym znałam go wcześniej. – Arbanddel. Powiedziałbym, że cieszę się na twój widok, ale szczerze mówiąc, nie mógłbym na to mieć bardziej wyjebane.
Ani jego strój, ani sposób mówienia nie pasował do Constantine’a Notta, którego znałam – bo każdy jeden Nott, który przewinął się przez moje życie, miał swoje nawyki i swoje atrybuty, i gdyby nie wspólne ciało naprawdę trudno byłoby ich ze sobą połączyć. Patrzyłam na niego jak zahipnotyzowana i do dzisiaj pamiętam, jak zdziwiona byłam tym, co miałam przed oczami. Tym, kogo miałam przed oczami.
– A jej co zrobiłeś, sukinsynie? Wyrwałeś jej język, bo za dużo mówiła?
– Arbanddel już wychodzi.
– Dobra już, dobra, nie przesadzaj z tą czułością, bo się zawstydzę. Naprawdę, Rosier, tak ci z mordy patrzy, jakby to ciebie do snu utulał oddech dementorów.
Nie mogłam spojrzeć na Evana.
Ani wtedy, ani parę tygodni później, gdy zimnym, grudniowym popołudniem po raz pierwszy i ostatni dane mi było stanąć u progu Malfoy Manor. Brakowało mi uszczypliwości Notta i jego zmęczonej Azkabanem duszy, która od tamtego dnia regularnie widywałam w co drugą sobotę o trzeciej trzydzieści po południu; one przynajmniej dawały punkt zaczepienia dla moich myśli i pozwalały zapomnieć o tym, udawać nieświadomość tego, że Rosier i jego twarz mnie przerażają.
Malfoy Manor wyglądało pięknie w śnieżnej aranżacji.
To zabawne, że tyle lat później wciąż potrafię w głowie bez wahania odtworzyć jego architekturę. Może widoki nie były tak skuteczne, jak cudna, żywa, pełna oddechów i niestałości istota, ale wciąż stanowiły alternatywę na tyle kuszącą, że chyba już na zawsze odciśniętą w mojej pamięci.
Widzę więc marmurowe posadzki i kryształowe żyrandole, majestatyczne, dębowe schody dla mnie prowadzące donikąd, oszronione okna pełne bruzd lat, korytarze bez końca i bez początku, zawsze takie same, pełne białych wazonów z białymi różami i liliami, nigdy nie narcyzami, unikających wytartych skojarzeń czy krzyczących: nigdy nie będzie tu dla niej miejsca? I obrazy, wszędzie obrazy szczurów w ulizanych perukach, martwych za życia i żywych po śmierci, zza każdego zaułka, zasłony, przez każdą niezaklejoną dziurkę od klucza łypiących na mnie ślepym okiem, zazdrosnych o to, że mnie się udało, że nigdy nie byłam i nie będę częścią ich tragedii i nieświadomych tego, ze jak każdy człowiek, mam przecież własną.
Straszliwie martwe, zimne i nieprzyjazne było to piękno.
Każda idealnie smukła kolumna boleśnie przypominała o tym, że znajdowałam się w miejscu, w którym nikt nigdy niczego nie pragnął. Nawet oranżerii skąpanej w czystym, grudniowym słońcu bliżej było do lamentu wdów i sierot, których te mury widziały aż nadto, niż do radości weselnej fety. Ja potrzebowałam sojusznika, uśmiechu, przyjemnego dotyku znajomej dłoni; Malfoy Manor oferowało jedynie – i aż – piękno dawno utraconego ideału.
Czy naprawdę było to o tyle lepsze od jego twarzy?
Tyle zmarnowanego przez strach czasu, którego już nie odzyskam. Tyle wspomnień straconych na Malfoy Manor.
Cyzia wyglądała okropnie. Matki zawsze mówią o blasku, który otacza panny młode. Ja nie zdążyłam go zaznać – i wiem, że nigdy nie będzie już mój, ale ona, ona przeżyła dzień swojego ślubu i pewnie przeżywała go raz po raz, leżąc nocami w zimnym łóżku i patrząc w baldachim, raz po raz, i za każdym razem był on równie ciemny i straszny, i obcy, i pozbawiony nie tylko blasku, lecz także światła jako takiego. W oczach Cyzi widziałam tylko bezgwiezdną noc. A przecież to wszystko to miął być dopiero początek.
Byłam przygotowana na dźwięk na pół przełamanego serca; ale kiedy w końcu wydusiła z siebie ciche Tak, setki szczęśliwych jej nieszczęściem rąk rozpoczęły triumfalną pieśń, której nie zagłuszyłby nawet koniec otaczającego je świata. Oglądanie jej takiej zniszczonej, wciągniętej w ramiona Malfoya wbrew wszystkiemu, czego chciała, co kochała, w co wierzyła, nieskażonej nawet cieniem uprzejmego uśmiechu, takiej… pustej w środku zabiło coś i we mnie.
Chyba płakałam.
Wzdrygam się mimowolnie i na chwilę otwieram oczy. Matka Wilkesa patrzy na mnie ze zrozumieniem, chociaż ja przecież nie rozumiem samej siebie. To nie wspomnienie Cyzi idącej na pewna śmierć wszystkich swoich marzeń sprawia, że dreszcz przeszywa całe moje ciało. To nie jej nieszczęście staje mi w gardle krztuszącą kulą i nie pozwala skupić słów, myśli, wrażeń. Malfoy Manor miało rację. Każdy ma swoją własną tragedię.
Wciąż nie potrafię myśleć o dniach, w których było dobrze. Wciąż, jakbym mówiła o długich latach, a przynajmniej miesiącach, które dały mi dość czasu, by przyzwyczaić się do mojego nigdy nie. Czy w ciągu tych kilku dni naprawdę mogłabym…
Nie potrafię myśleć o dniach, w których było dobrze. Boję się, że już nigdy nie będę potrafiła. Kręcę się, owijam złymi wspomnieniami, kłamstwami, sprzeczkami, sercem rozpadającym się na milion kawałeczków, przypominam sobie wszystko, co bolało, co czyniło nas tym, czym przeciecz przez długi czas byliśmy – nieporozumieniem, szaleństwem, pomyłką, walką, burzą, rozpadem, dwójką ludzi, którzy uparli się, by przy sobie trwać, chociaż nie znali nic poza wzajemną krzywdą.
Chyba płakałam. Musiałam płakać, chociaż tego nie pamiętam, bo nawet nie zauważyłam, kiedy Evan mnie objął i przyciągnął do siebie ostrożnie, powoli, żeby nie zwrócić na siebie niczyjej uwagi.
– Wszystko się ułoży.
I wszystko się układało. Te krótkie trzy słowa, w połączeniu z ciepłem jego ciała i jego ust na mojej skroni, to było wszystko, co mogło się ułożyć, ale i wszystko, czego mogłabym chcieć, wtedy, teraz, zawsze. Rosier nigdy nie był fanem wielkich gestowi, skąpił mi ich z uporem prawdziwego goblina, gotowego bronić ostatniej sztuki złota do ostatniego włosa na swoim krzywym nosie, dlatego właśnie może miały nade mną taką władzę i taką moc.
Minęło sześć miesięcy, nim w końcu odważyłam się porozmawiać z Cyzią. Sześć długich miesięcy, w trakcie których chowałam się za wspomnieniem jego ramion i udawałam, że w nocy, gdy Virginia dawno już zasnęła, razem z całym Hufflepuffem, lepszym czy gorszym, razem z pająkami, skrzatami, centaurami w Zakazanym Lesie, że w nocy nie słyszę jej cichego płaczu.
Ale pomiędzy mną z tamtego zimnego, grudniowego dnia a mną za sześć miesięcy była jeszcze przepaść innych mnie i innych Cyzi, i innych Rosierow, przepaść, której dzisiaj już nie potrafię wytłumaczyć, bo przecież nie zdarzyło się nic wartego naszej uwagi, nic specjalnego, a mimo to sześć miesięcy później byłam już innym człowiekiem i Rosier był innym człowiekiem, a Cyzia…
Malfoy zniszczył ją w jednym Tak i w jednym nieszczerym, małżeńskim pocałunku. W pół roku po Cyzi nie było już śladu.
Nigdy nie ukrywałam, że nie znosiłam Malfoya; nikt tego nie ukrywał. Ani Rosier, ani Wilkes, ani Nott, ani bracia Yaxley, ani Snape, ani nikt inny. W Malfoyu było coś, czego zadane z nas nie rozumiało – paląca potrzeba znaczenia. W moim świecie, a raczej w świecie mojego ojca, nie było ludzi, którzy niczego nie znaczyli. Czasem, oczywiście, przykuwali czyjąś uwagę, ale tylko na ułamek sekundy, mrugniecie znużoną całą resztą powieką, a potem znikali bez słowa, odrzuceni w kąt jak zepsuta zabawka, takie to było banalne i porównanie, i życie. Malfoy chciał znaczyć i Cyzia mu na to pozwoliła, podpisując swoją krwią jego pieniądze bez znaczenia, i tamten dzień był triumfem jego życia.
Ale nawet teraz, w dniu, w którym stoję, gdzie stoję dzięki Malfoyowi i jego przebiegłości szczura, zbyt cwanego, by umrzeć u boku swoich przyjaciół, zbyt tchórzliwego, by bronić ich do ostatniego oddechu, zamiast tego zajmując się obroną ich wdów i sierot, nawet teraz nie potrafię mu wybaczyć tego, że wszystkie jego marzenia stały się rzeczywistością.
Może to zazdrość. Malfoy miał, ma wszystko; żonę, rodzinę, dziecko, świat, przyszłość. Ja…
Ceremonia skończyła się, obiad też, bo wszystko kiedyś jakoś się kończy, a ja zgubiłam Rosiera, jak zawsze, zakręcił się gdzieś przy Wilkesie i rozpłynął się, zmienił się w mgłę, zniknął, nie było go nigdzie, ani przy stołach z jedzeniem, ani przy tańczących w sali balowej, ani w ogrodzie, ani przy mnie. A ja musiałam już wyjść; z braku Rosiera wracały i łzy, i ból głowy, i wrażenie, że uczestniczymy w czyjejś ofierze, że razem z Malfoyem dokonujemy zbrodni na niewinnym. Potrzebowałam powietrza, innego powietrza, z daleka od przedstawienia, którego byłam częścią.
Skołowana zamieszaniem wokół mnie, tańcem, alkoholem, sztucznym śmiechem, kręciłam się w kółko z tego samego pokoju do tego samego pokoju i nie byłam pewna tego, czy kiedykolwiek jeszcze go znajdę, czy znajdę sama siebie, a już z pewnością nie spodziewałam się tego, w jakim znajdę go stanie.
Przypadkiem skręciłam w nie to lewo, w które powinnam, i prawie zderzyłam się z plecami Wilkesa, tak szybko wyrośli oni spod ziemi, tacy duzi chłopcy, a brali się przecież znikąd i z niczego. Ten mnie nie zauważył, zbyt zajęty odciąganiem Rosiera, który chyba nie zauważał jego, a przynajmniej za nic miał jego wysiłki. A cały ten szalony łańcuch zaczynał się i kończył na Lucjuszu Malfoyu, poły którego szaty Evan ściskał w swoich dłoniach, przyciskając go do ściany, chociaż wyglądało na to, że to wcale nie był początek, może nawet nie koniec, bardziej interludium, krew spływająca z ust Malfoya była tego najlepszym dowodem.
– Wycedź jeszcze jedno słowo z tej swojej kurewskiej gęby i…
– Evan!
Spojrzał na mnie, wciekły, a ja momentalnie przypomniałam sobie o strachu i wątpliwościach, i o tym, jakim naprawdę człowiekiem był Evan Rosier, nie, nie przy mnie, Evan nigdy nie nauczył się być przy mnie sobą, razem byliśmy tylko grą i pozorem, ucieczką może, ucieczką od tego, czego baliśmy się w samych sobie. Prawie nie poznałam jego oczu, chociaż znałam na pamięć każde włókno tego błękitu, każdy sposób, w jaki odbijało się od nich światło.
Malfoy wykorzystał tę okazję do tego, by go od siebie odepchnąć. W niczym mu to jednak nie pomogło, ten mały bunt, ta demonstracja; Rosier zareagował instynktownie, jak Wilkes próbował go potem wytłumaczyć, chociaż zawsze ciężko mi było uwierzyć, że nieestetyczna miazga, w którą przemienił się nos Lucjusza, nie sprawiła mu satysfakcji.
Szukalam pomocy w Wilkesie, który wciąż próbował rozdzielić tych dwóch. Jeśli nie ja, to on, jeśli nie on, to kto? Czy był na tym świecie jeszcze człowiek zdolny zatrzymać Rosiera, który coś sobie wymarzył, wymyślił, zaplanował? Ale zanim którekolwiek z nas zdołało coś zdziałać i zmienić, i stać się cichym bohaterem, i uratować całą sytuację, Evan westchnął ciężko i wyrzucił z siebie krótkie:
– Ani mi się, kurwa, waż.
Pamiętam jego ręce, obryzgane krwią, zaciskające się na moim przedramieniu, pamiętam nieme przepraszam w oczach Wilkesa i moje nieme o co w tym chodzi?. Jednak nawet gdy już wychodziliśmy z Malfoy Manor, gdy opuszczaliśmy to przeklęte miejsce, jedyną odpowiedzią, jaką dostałam, było:
– A jak myślisz?
Wygląda na to, że zimą zawsze piszę BSa. Zdarza się.
Dla wszystkich, którzy lubią dobry strzał w mordę.

09.

Evan uparcie nie odpowiadał na żadną z moich wiadomości – i chociaż na jego miejscu też bym się tak zachowała, ba, przecież ja byłam na jego miejscu i dlatego nie odzywałam się do niego tygodniami, to czułam się urażona tą ciszą i uznawałam ją za niezasłużoną. Bardziej niż miłość i tęsknota, ta duma, a może bardziej jeszcze ciekawość pchała mnie znowu w jego kierunku, sprawiała, że myślałam nawet już nie o tym, co powiedziała Leah, ale o nim samym obsesyjnie, łudząc się, że sam z siebie postanowi przerwać w końcu ten terror rozłąki i jeśli nie pojawi się w Hogwarcie osobiście, to przynajmniej napisze do mnie z wyjaśnieniami.
Nic takiego się, oczywiście, nie wydarzyło.
Teraz, kiedy jest już po wszystkim, wiem, że wojny na milczenie nie da się z nim wygrać. To ciężka i bolesna lekcja – wiedzieć, że tobie zawsze zależy bardziej, że nigdy nie będziesz ważniejsza od tego obezwładniającego poczucia zwycięstwa nad drugim człowiekiem. Ile czasu straciłam, nie mogąc się z tym pogodzić? Zdecydowanie więcej, niż powinnam, i teraz to poczucie winy za zmarnowanie tego, co moglibyśmy mieć i nigdy mieć już przecież nie będziemy, ta koszmarna niemoc odzyskania tych utraconych miesięcy, ta pustka i ten żal do samej siebie, to wszystko nawiedza mnie w koszmarach i dusi, dusi, choć zawsze pozwala w końcu złapać oddech, bo śmierć jest zbyt miłosierna.
Zapukałam trzy razy, ale nikt nie odpowiedział.
Całą poprzednią noc, a potem i całą drogę do niego bałam się, że właśnie to się wydarzy – dokładnie nic. Owszem, mógł po prostu wyjść z domu i spacerować teraz po ulicach Hogsmeade, a może nawet dalej, może wyjechał do Londynu albo poza granice kraju, kontynentu, świata jako takiego, przecież mógł być wszędzie i nigdzie jednocześnie, mógłby spaść poza ramy rzeczywistości albo najzwyczajniej pójść zapatrzyć się na Wrzeszczącą Chatę i stracić poczucie czasu, ale dla mnie – dla mnie stał po drugiej stronie drzwi i śmiał się szyderczo, i delektował się tym, jak krztuszę się własnym upokorzeniem. Czy sprzeciwienie się własnej dumie nie jest wystarczająco bolesne bez dodatkowych nieprzyjemności?
Powinnam była powiedzieć mu, że przyjdę, może chociaż na nie nie odpisywał, czytał te listy, które odbierał ode mnie codziennie o siódmej trzydzieści rano? Ale uprzedzić go to przyznać się do porażki o parę godzin wcześniej, dać mu czas, by przygotował się do swojego triumfu; kto w takiej sytuacji nie wybrałby ryzyka?
Nieostrzeżenie Evana wydawało się o wiele lepszym pomysłem, gdy goblin z kołatki nie wykrzywiał się do mnie kpiąco.
Ile tam stałam? Teraz wydaje mi się, że wieczność, że część mnie wciąż tam stoi i nie potrafi uwierzyć w to, co jej się przytrafia. Mijają dni, miesiące i lata, a jego nie ma – ale skoro go nie ma, to nigdy nie… i w jakiś niezrozumiały sposób ta część mnie jest szczęśliwsza. Czasem chcę być tą częścią mnie, chcę być upokorzona i porzucona na obrzeżach Hogsmeade, chcę, żeby listopadowy deszcz też nie miał dla mnie litości, chcę stać tam tak długo, że aż zabraknie mi łez i tylko ten deszcz będzie powstrzymywał mnie od wyschnięcia z rozpaczy i przeklinania Evana za to, że mnie wtedy nie zostawił, bo przecież o tyle łatwiej winić tych, którzy nie mogą się bronić.
– Luna.
Nie wiem, jak mogłam nie zauważyć tego, że nadchodził, nie usłyszeć jego kroków i oddechu, gdy nachylał się do mojego ucha, nie poczuć ręki, którą objął mnie w pasie. Stałam tam, sparaliżowana tym nagłym odkryciem, z jedną dłonią wciąż zaciśniętą na kołatce, niepewna, czy jeśli drgnę choć odrobinę, Rosier rozpłynie się w powietrzu, jak gdyby nie był człowiekiem, a jedynie wytworem mojej upokorzonej imaginacji.
– Gdybym wiedział, że przyjdziesz, przynajmniej bym się ogolił.
Zupełnie nie przejmując się moją biernością i moim brakiem odzewu, otworzył drzwi, wprowadził mnie do środka, a potem przeprowadził przez najbrudniejszy korytarz, jaki widziałam w życiu do najbrudniejszej kuchni, jaką widziałam w życiu, i posadził mnie na stołku, który tylko lekko przetarł ścierką, która już widziała lepsze czasy, nie zająknąwszy się nawet na temat tych paru tygodni, gdy mnie ignorował i gdy ja ignorowałam jego. Uszami mojej wyobraźni wciąż słyszę szuranie szczurów w ścianach, które teraz służą za wyjątkowo dramatyczny podkład muzyczny do czegoś, co już było, ale wtedy były jedynie nieznośnym hałasem na skraju mojego pojmowania, tak zajętego próbą zrozumienia tego, że Rosier jest, patrzy na mnie, nie mówi nic, ale zdecydowanie jest. Powiedziałabym, że to było nie tylko obrzydliwe z ich strony, tych szczurów, żyć w jego kuchni, lecz także bezczelne, bo przecież nie wolno tak szurać w obecności człowieka, który próbuje uchwycić się rzeczywistości. Powiedziałabym im to prosto w ich szczurze twarze, gdybym je kiedykolwiek zobaczyła, gdyby nie były tylko echem, dźwiękiem, mordęgą.
– Napijesz się czegoś? – spytał w końcu, przecinając tę ciszę i tak już przeciętą szuraniem, naprawdę, ktoś mógłby nauczyć Rosiera, że jeśli nie posiada się skrzata, to należy po sobie sprzątać, to nie jest takie trudne, wystarczy dwa razy machnąć różdżką i po wszystkim.
Próbowałam skupić się na tym, po co przyszłam, nie rozproszyć się przez szczury i konwenanse, i… I jego oczy, które wpatrywały się we mnie niewinnie, oczywiście, czy Evan kiedykolwiek był czemukolwiek winny?
– Nie spodziewałam się, że będziesz mieszkał w takiej norze – wydusiłam z siebie w końcu i od razu tego pożałowałam, bo oczy Evana, te cudowne, wspaniałe, zabójcze, niebieskie oczy Evana błysnęły niebezpiecznie. – Co z domem w Londynie?
Rosier wyciągnął z lodówki butelkę piwa i bezceremonialnie trzasnął nią o kant blatu; podskoczyłam, bo nie spodziewałam się tego nagłego huku, moje uszy nastroiły się już do ciszy i szczurów, ale wciąż nie potrafiły sobie poradzić z istnieniem Evana.
– Niektórzy z nas są prawdziwymi czarodziejami, Arbanddel, i nie wyobrażają sobie mieszkania wśród mugoli, chowając się przed nimi na każdym rogu pod warstwą mugolskiego gówna, umazani nim od stóp do głów, żeby przypadkiem nic się nie wydało.
W dłoni wciąż ściskał butelkę mugolskiego piwa, które wyciągnął właśnie z mugolskiej lodówki, co umniejszało nieco powagi jego brutalnej deklaracji. Wprawdzie większość przedmiotów w magicznych domach było pewną wariacją na temat przedmiotów mugolskich, jedynie zasilanych bez… bez mugolskich sposobów, tyle lat później wciąż nie mogę uwierzyć, że nigdy nie zauważył, jakim hipokrytą był w tamtej chwili.
– Wolisz mieszkać ze szczurami?
– Wolę mieszkać ze szczurami, niż być, kurwa, szczurem, wynurzającym się z pierdolonego kanału mugolskich odchodów, skarbie.
Mimowolnie wzdrygnęłam się, coś było nie tak, Evan był może arogancki i butny, może całe jego jestestwo przesiąknięte było agresją i nienawiścią, może właśnie taki był – na swój własny sposób szalony, szalony szaleństwem innym od tego Leah, bo przyczajonym, ukrytym, schowanym przed światem i przede mną, bo czy w istocie widziałam je kiedykolwiek w pełnej krasie? Raz przebiło się odrobinę przez tę maskę bucowatego szczeniaka, którą przybierał dla świata, nieśmiało wyciągnęło do mnie swoją rączkę, nie, nie rączkę, łapę, sięgnęło po mnie i… Ale to był tylko urywek, jestem pewna, że było tego więcej, wystarczyło posłuchać Wilkesa, Leah, Notta, ich wszystkich, oni to widzieli, bo sami byli częścią tego samego szaleństwa. Więc może był. Może był niewłaściwy. Ale przynajmniej nie klął, nie przy mnie, bo konwenanse, bo udawanie, bo ta gra to była część jego poczucia wyższości nad mugolami i całym żywym światem.
Coś było nie tak.
– Dawno nie widziałeś się z Wilkesem, co?
Pożałowałam tego pytania tak szybko, jak je wypowiedziałam. Evan spojrzał na mnie tak, jak… Jak w zasadzie nigdy wcześniej na mnie nie patrzył. Wtedy nie znałam jeszcze tego spojrzenia, nie miałam okazji bowiem zmierzyć się jeszcze z jego zazdrością, o nie, wtedy całą swoją obsesję na punkcie wyłącznego posiadania mnie przelewał na Wilkesa, bo on też wiedział, musiał wiedzieć, on zrozumiał wszystko znacznie wcześniej. Tamtego dnia po raz pierwszy spojrzał na mnie jak na nieposłuszną dziewczynkę, karcąco i koszmarnie przerażająco, tak, bo w tych swoich napadach zazdrości był przede wszystkim przerażający; ludzie mówią, że zazdrość może ich podniecać, że jest w tym coś pociągającego, że idea mężczyzny pragnącego rozszarpać swojego rywala może być kusząca, ale ci ludzie, te kobiety, one nigdy nie widziały zazdrości Evana. Nie w jej pierwszej fazie.
Rosier wyglądał, jakby mógł Wilkesa, mógł mnie rozszarpać absolutnie niemetaforycznie.
– Co ja, kurwa, potrzebuję niańki?
Ryknął tak głośno, że niemal podskoczyłam i przewróciłam przy tym moje krzesło. Ze złością cisnął o ścianę butelką, którą do tej pory trzymał w ręce i zamarł, dysząc ciężko i wpatrując się we mnie intensywnie. Przez moment czerwień jego twarzy zlała się z czerwienią jego włosów, ukrywanie wściekłości nigdy mu nie wychodziło, to pewnie kolejna rzecz wspólna rzeczy rudych.
Nie wiem, ile zajęło mu uspokajanie się – minuty? godziny? – wiem tylko, że przez tę krótką chwilę byłam pewna, że zaraz rzuci się na mnie i wyrwie mi z piersi bijące serce, nawet nie tyle po to, żeby mnie ukracać, ile żeby mieć pewność, że jest tylko jego.
– Nie mów… – wycharczał w końcu z trudem, musiał odchrząknąć, żeby kontynuować. – Nie wtrącaj się do tego, co jest pomiędzy mną i Wilkesem. Masz się od niego trzymać z daleka. Dotarło do panienki?
Nie wiem, jak znalazłam w sobie siłę, żeby kiwnąć głową. A może to on kiwnął nią za mnie? Może nauczył się kontrolować moje ciało lepiej niż ja sama? Bo przecież znieruchomiałam, przerażona, bo przecież nie miałam najmniejszych szans na poruszenie jakimkolwiek mięśniem, nawet absolutnie nieistotnym, a co dopiero szyją.
A jednak kiwnęłam.
Pochylił się, żeby podnieść przynajmniej część potłuczonego szkła, chociaż teraz wiem, że zrobił to tylko po to, żeby na mnie nie patrzeć. Wtedy… Wtedy myślałam, że nie chce, żebym przypadkiem na nie nadepnęła, a że jest w tej swojej trosce nieporadny, zgubiony, w końcu musi się czuć winny, że tak na mnie naskoczył, prawda?, ryzykuje to, że się pokaleczy, byle tylko pozbyć się szybko tej nieszczęsnej butelki. Ale Evan? Wina? Troska? Schylił się przecież tylko po to, żeby ich uniknąć. Nawet za cenę drobnego skaleczenia.
Nawet nie wiem, czy do niego doszło; też nie potrafiłam wtedy spojrzeć na Rosiera i gdy tylko odzyskałam odrobinę władzy nad samą sobą, wlepiłam wzrok w czubki moich butów i jedynie starałam się usłyszeć, czy jest już z nim lepiej, czy jest już po wszystkim.
Każda burza kiedyś mija. Wystarczy być cierpliwym.
– W zasadzie dobrze się złożyło, że w końcu tu przyszłaś – powiedział w końcu tonem popołudniowej herbatki, bo dla niego nie było po wszystkim, dla niego nigdy nie było wszystkiego. – Zaczynałem się zastanawiać, czy wciąż idziemy razem na ślub Narcyzy.
Nie mogłam uwierzyć własnym uszom. Podniosłam głowę i od razu odnalazłam go wzrokiem – nonszalancko opartego o stół, przy którym siedziałam, z nowym piwem w dłoni i prawie że uśmiechem na ustach. Przez moment myślałam, że się roześmieję, tak absurdalną wydawała mi się ta sytuacja, ale zdusiłam w sobie ten śmiech, bo wiedziałam, że tylko na nowo go zdenerwuję.
– Naprawdę? – wymsknęło mi się. Nie planowałam robić mu wyrzutów, naprawdę, po prostu wciąż nie zebrałam się w sobie po jego wybuchu i… Nie wierzę, naprawdę nie wierzę, że wciąż się tłumaczę, że jego nie ma, a ja wciąż tłumaczę się przed samą sobą, że tyle lat później wciąż czuję się wobec niego bezradna.
– Naprawdę się zastanawiałem czy naprawdę coś innego?
Nie chciałam odpowiedzieć, ale jego oczy drążyły mnie na wskroś i wiedziałam, że nie odpuści.
– Evan… – Głęboki oddech. – Nie rozmawialiśmy ze sobą od miesięcy. Naprawdę uważasz, że powinniśmy zacząć to… zacząć to wszystko od dyskusji na temat ślubu Cyzi?
Wzruszył ramionami. Zdecydowanie czuł się już lepiej. Wracała mu jego poza tego, którego nic nie obchodzi.
– Leah wypaplała ci już wszystko inne, nie?
Napił się piwa, co było tylko kolejnym unikiem. Nie chciałam go przyciskać do ściany. Spędziłam kilka poprzednich tygodni obsesyjnie rozmyślając na temat tego, co usłyszałam o Leah, ale w obliczu możliwości poznania prawdy okazałam się tchórzem. Wolałam, żeby mi nie powiedział. Wolałam nie wiedzieć.
– Leah wcale nie…
– Robię tylko to, co jest słuszne, okay? – przerwał mi niespodziewanie. Nie patrzył na mnie. Patrzył na swoją butelkę, z której po chwili upił kolejny łyk. Próbował udawać, że to nic wielkiego. Och, Evan, czemu nic nigdy nie mogło być dla ciebie wielkie? – Nie chciałem ci mówić, bo wiem, jakim jesteś niewiniątkiem. Jak nie lubisz sobie brudzić ślicznych rączek i wolisz, żeby takie rzeczy załatwiano za twoimi plecami. I tak będzie, Arbanddel. Oczyścimy dla ciebie cały świat, a ty będziesz mogła dalej sobie udawać, że nie działo się to przy twoim pełnym pozwoleniu.
Otwieram oczy, bo nie mogę już znieść tamtej chwili. Nie chcę wracać pamięcią do tamtego milczenia, do tych ciągnących się w nieskończoność minut pełnych strachu i… upokorzenia. Nienawidzę pamiętać go takim, w tej chwili marzę głównie o tym, żeby umieć kiedyś zapomnieć o tym, że tyle razy celowo chciał mnie skrzywdzić, a przecież nie mógł chcieć, prawda? Przecież mnie kochał, a miłość, miłość nie działa w ten sposób i…
Ocieram z policzka łzę. Pani Wilkes głaszcze mnie po włosach. Nie mogę płakać. Nie teraz.
Zamykam oczy, a Evan akurat odstawił butelkę na stół i odsunął się ode mnie, i planował mnie chyba zostawić tam samą, złamaną i cierpiącą, bo w tym zawsze był najlepszy – w zostawianiu ludzi. Dla niego ta rozmowa była już skończona, on oznajmił przecież to, co miał do oznajmienia i nie potrzebował moich zbędnych komentarzy. Ale ja czułam, że go tracę, że jeśli wyjdzie teraz z tej obrzydliwej, pełnej szczurów i rozlanego piwa kuchni, to więcej go nie zobaczę, nawet nie dlatego, że on nie będzie tego chciał – chociaż czy kiedykolwiek tak naprawdę wiedziałam, czego chce Evan Rosier? – ale dlatego, że nigdy już nie otrząsnę się z tego, co właśnie mi powiedział.
– Tęskniłam za tobą. Tylko to chciałam powiedzieć.
Spojrzał na mnie w końcu i ku zdziwieniu nas obojga jego twarz pełna była niezrozumienia. W jego świecie, w jego głowie, każda rozmowa zawsze była potyczką, którą należało wygrać, więc z góry założył, że po to tu przyszłam. Żeby wygrać swój kawałek prawdy.
Nie zdążył odpowiedzieć, bo nagle usłyszeliśmy najpierw dźwięk zamka, potem huk zamykanych drzwi, aż w końcu z korytarza za jego plecami dobiegł do nas głośny kaszel Constantine’a Notta.
Znowu chce mi się pisać. Co oznacza, że moje załamanie nerwowe osiągnęło punkt, w którym nic we mnie już nie wierzy, że mi przejdzie.
Oberwałam od Sylf za lodówkę, ale lodówka została. Przykro mi. Weasleyowie mieli radio i kuchenkę, Rosier może mieć lodówkę.Sylf powiedziała mi, że przecież mógłby mieć szafkę z zaklęciem chłodzącym. Chciałabym tu zaznaczyć, że lodówka to taka szafka, która chłodzi (tylko z innego materiału).
(gdyby Rosier nie miał lodówki, nie mogłabym mu przypierdolić za hipokryzję, a bardzo chciałam, bo po raz pierwszy czułam, że trzeba stanąć w obronie Luny)
(tak oto Luna nie ma czajnika, a Rosier ma lodówkę, witajmy w świecie mojej niekonsekwencji)
Te notki odautorskie zawsze były pełne mojego marudzenia na to, że śmierdzi Zmierzchcem. Chciałam powiedzieć, że ewoulowałam i ze względu na dużą zawartość przemocy domowej dzisiaj czuję, że pisałam 50sog tyle że bez seksu.
(na co komu seks, jak można rzucać butelkami?)
(TRZEBA BYŁO MU ODDAĆ KRZESŁEM)
Dziękuję, pozdrawiam. Kiedyś wrócę, jak widać, nie tak łatwo jest się mnie pozbyć.

07.

Tak jak i wtedy, tak i teraz nie potrafię zdecydować, na kim się skoncentrować, przeżywam więc jeszcze raz ten horror niedowierzania, jak sztylet w plecy od losu, który nie potrafił pogodzić się z tym, że ja przecież ze wszystkim się pogodziłam, że po tym, jak zabiłam w sobie odejście mojego ojca, mogłam w sobie zabić już wszystkich.
Wtedy myślałam, że to sen, bo wszystkie zmysły krzyczały: oni nie mają prawa tu być. A przecież byli, przecież świat kręcił się, wirował mi przed oczami kolorem jej chusty, którą znałam tak dobrze, a przecież woń jej papierosów oblepiała mi skórę, zaciskała się wokół szyi ciaśniej i ciaśniej, dlaczego? co takiego uczyniłam?, a przecież wreszcie słyszałam jej kaszel i jej cierpienie, gdyż poza szeregiem uzależnień męczyły ją lata kłamstw i zbrodni bez kary. Czy kara nie istnieje po to, żeby nas oczyścić? Czy możemy być spokojni, wiedząc, że popełniamy zbrodnię idealną? Ten kaszel. Tak dobrze pamiętam ten kaszel.
A więc wybrałam. Tak jak wtedy, tak i teraz potrafię myśleć tylko o tym, jak bardzo jej nienawidzę.
– Co Rosier robi w moim salonie? – zachrypiała, ale nawet gdybym była w stanie odpowiedzieć jej na to pytanie – a przecież nie byłam, przecież nie wiedziałam, co Rosier robił w moim salonie – to pewnie i tak nie wydusiłabym z siebie słowa, sparaliżowana świadomością, że przez te wszystkie lata ropucha nie zdążyła zadławić się swoim jadem.
– Ma pani przewygodne kanapy.
Bardzo go to bawiło, bo Rosiera wszystko bawiło, zawsze i wszędzie; w szczególności zaś jeśli odbywało się to czyimś kosztem. Po ustach błądził mu uśmieszek autosatysfakcji, jakby jego żart był najprzedniejszym żartem we wszechświecie i tylko czekać, aż przyjdą mu bić pokłony i koronować wiankami z przekwitłych już dawno kwiatów. Taki to właśnie był – głupio próżny i bezwstydnie arogancki na cudzej kanapie z różdżką pomiędzy długimi palcami i koszulą niedbale niezapiętą na jeden ze środkowych guzików.
Jakbym go wtedy kochała, gdyby złość powoli nie zastępowała mi krwi w żyłach!
Ellie nie wydawała się jednak zachwycona; nie wiem nawet, czy go usłyszała, czy doceniła wartość jego mimochodu,  jego niewymuszenia i jego nonszalancji. Oburzenie, do którego nie miała prawa, przepełniało ją świętym gniewem ofiary i nagle nic nie miało dla niej znaczenia poza wyrzutem i nieuchwytną zemstą na tym, który ją znieważył.
Widziałam ją taką i wcześniej, i później, nie robiło więc to na mnie większego wrażenia. Tamtego dnia przestraszyłam się jej może trochę bardziej niż zwykle, bo nie powinno jej tam być i sama jej obecność nosiła znamiona niezgodnego z prawem istnienia. To, że stała w moim salonie, pochylając się nad rozbawionym Evanem Rosierem, strosząc przy tym pióra, bo tylko tak można nazwać to, co wyczyniała ze swoim szlafrokiem w czerwone pelargonie, sprawiało, że stałam tam z niemo otwartymi ustami, a podłoga usuwała się spod moich nóg, ukazując nieskończoność – okrutną, bo pustą i pozbawioną gwiazd.  Właśnie to, a nie scena, o której aż za dobrze wiedziałam, że musi nadejść.
– Co ty sobie wyobrażasz? Jakim prawem kalasz ten dom swoją obecnością? Nie wstyd ci narzucać porządnym ludziom swoją osobę?
Kiedy Ellie zaczynała, bardzo długo nie kończyła; był to właśnie jeden z powodów, dla których tak łatwo można było do niej przywyknąć, obrócić ją w absurd i zapomnieć o niej. Mama tego nie potrafiła, dlatego płakała, a ja płakałam razem z nią, wystraszona nie tyle krzykami niezrównoważonej staruszki, ile tymi łzami niewinności.
Tak bardzo, jak tego zawsze pragnęłam, tak nigdy nie mogłam wybrać mojej babci. Babcia Wilkesa stała na czele Komitetu Pań i razem z nimi postulowała, by przywrócić polowanie na mugoli, ale zawsze wydawała mi się najsłodszą, bo jej wspomnienie całe oblepione było miodem i syropem klonowym z naleśników, które kazała nam podawać na podwieczorek. Babcia Narcyzy poświęciła całe swoje życie, by wpoić córkom i synowym istotę bycia ostoją właściwego mężczyzny i pogardy dla tych niewłaściwych, ale potrafiła oczarować każdą dziewczynkę swoją kolekcją kryształów i szlachetnych kamieni. Moja babcia, której sprawa czystości krwi i mugoli nie obchodziła ani odrobinę, która jedynie przyklaskiwała wszystkiemu, co mogło poprawić jej reputację, moja babcia z zimną krwią podpaliła moją matkę.
Moją matkę, której już nie pamiętam, jeszcze raz cię za to przepraszam, mamo, nie znam twojej twarzy i ruchu twoich rąk, teraz, kiedy wyobrażam sobie, jak siedzisz na miejscu Rosiera, tak bardzo czuję, że ta myśl nie jest już moja i że na zawsze ją utraciłam.
Możesz się ze mną cieszyć, mamo, której już nie mam nawet we wspomnieniach, bo Ellie nie zabiła Rosiera; zabrakło jej czasu, czasu i woli działania, bo alkohol wyżarł w niej wszystko, co było dobre i to, co było złe, bo tylko czasem jeszcze syczała i prychała, ale były to puste dźwięki pełne pustej nienawiści, a pustka jako zaprzeczenie ruchu nie może zabijać.
Teraz, gdy wiem, że nie umrę z bólu, że rozpacz nie rozpruje mi gardła jak balwierska brzytwa, teraz wiem, mamo, że mnie też zabije, że na to poświęci swój ostatni oddech, ostatni przebłysk woli, bo ja już siedziałam na jego miejscu.
Wybacz mi, że potrafię myśleć o niej, lecz nie o tobie.
– Czy mogłaby pani powtórzyć? – Głos Rosiera docierał do mnie jak przez mgłę i wtedy, i teraz. – Tak się jakoś rozkojarzyłem.
Nadeszła chwila otrzeźwienia.
Nie powinien był powiedzieć tego, co powiedział, nie należy bowiem igrać ze smokiem, nawet jeśli jest to smok stary już i pozbawiony żaru młodości. Jednak ta pomyłka, ten nierozważny popis, to nadało tej scenie pierwszej rysy realności, bo odstąpiła przecież od znanego i z jawy, i ze snu scenariusza, bo gdybym wyobraziła ich sobie, Rosier płakałby jak moja matka, a nie szczycił się swoim napuszeniem. I nagle jakby duch mój powrócił na swoje miejsce, a przynajmniej powietrze wróciło do moich płuc i znowu mogłam istnieć.
– Evan… – wyrzuciłam z siebie ostrzegawczo, przerażona tym, co może się wydarzyć, co musi się wydarzyć, bo Ellie nigdy nie była niczym więcej niż swoją reputacją, bo w tym ciele starej ropuchy tkwiło ciało starej bigoty, zakochanej w swojej omnipotencji i w swojej omniscjencji również.
Rosier się nie bał, jemu to nie przeszkadzało, bo nie rozumiał, wciąż nie rozumie, jak miał zrozumieć, skoro ona zdążyła go zabić? Patrzył na mnie uśmiechnięty od ucha do ucha, chociaż powinien patrzeć na nią, obserwować zmianę w jej obłąkanych oczach, gdy przysięgała sobie samej, że kiedyś mu za to odpłaci. Może wtedy pojąłby, kim naprawdę była ta śmieszna dla niego staruszka. Może – mimo że nie bał się nawet śmieci – by się jej przestraszył.
Tym bardziej, że Ellie aż spurpurowiała ze złości, nadymając się przy tym okrutnie, jak gdyby naprawdę nabierała jadu, którym planowała go opluć, wypalić mu oczy i skórę, odsłonić mięso jego ciała przed nami wszystkimi, żeby cierpiał, cierpiał nieskończenie. Dobrze, że nie miała takich mocy, że w gruncie rzeczy była tylko człowiekiem, więc mogła po ludzku purpurowieć, nadymać się, przynajmniej w tamtej chwili. Jak dobrze, że – chociaż obrzydliwym – była właśnie człowiekiem. Gdy zaciągnęła się bowiem swoim papierosem, by po chwili – w odwecie śmiesznym, nieistotnym ale jedynym możliwym – dmuchnąć w twarz Rosierowi dymem papierosowym, to był jedynie dym, nie trucizna, nie żrący eliksir śmierci i wszystko skończyło się na tym, że Rosier, zamiast wić się z bólu, wybuchnął śmiechem tak szyderczym, że nawet mnie przez jedno króciutkie mgnienie, ułamek chwili wręcz, nawet mnie było Ellie żal.
Wewnątrz tej wyrwy w czasie Ellie nie była straszna czy śmieszna – była słaba. Skurczyła się pod wpływem jego śmiechu do rozmiaru ziarnka grochu, wypłowiała od jego pogardy i była już jedynie takim małym, smutnym czymś, taką rzeczą niepotrzebną i zaniedbaną. Gdyby była czystym upokorzeniem, nie wzbudziłaby pewnie niczyjej litości – bo nawet czyste upokorzenie jest absolutem, a wobec absolutów jesteśmy bezwzględni. Ale wobec smutnych rzeczy wielkości ziarnka grochu?
I ta właśnie Ellie, upokorzona i złamana, stała przez moment przede mną i w żadnym razie nie przypominała tego potwora, którym była – którym jest – moja babcia. Milczała; widocznie przygotowana przez nią przemowa nie pasowała do porażki. Bo tym właśnie była – porażką, upadkiem wszystkiego, co miała, to jest pozoru siły i iluzji kontroli.
Zastygła w swojej niemożności dała mi te parę sekund właśnie na to, bym mogła pod maską złej wiedźmy ujrzeć zmęczoną latami gier i wyścigów staruszkę.
Patrzyłam więc na jej pokrytą niestaranną siecią zmarszczek twarz i wierzyłam, że po raz pierwszy widzę nagą istotę, którą chowała pod skórą. Trwało to krócej niż o tym mówię, bo moja skłonność do nurzania się w pustych słowach jest znacznie silniejsza od jej niewinności. Muszę jednak zaznaczyć, że tak, było mi jej żal, niesprawiedliwy losie, nie osądzaj mnie, bo przecież były chwile, gdy nie zgadzałam się z drogą Evana Rosiera.
– Ellie…
Kiedy w końcu po raz pierwszy od tylu lat na mnie spojrzała, cała ta mara delikatnej, zranionej kobiety rozsypała się i aż dziw, że nie pokryła naszego starego dywanu błyszczącym pyłem ułudy. O ileż mniej kłopotliwe byłoby sprzątanie tego, co zniszczyła tym jednym ruchem głowy, o ileż łatwiejsze i dla umysłu, i dla serca, niż radzenie sobie z tym, że naprawdę tam była.
Była i patrzyła na mnie.
Była i patrzyła na mnie swoimi oczami drapieżcy, bo przecież nie przede mną się zbłaźniła, mnie tam dotąd dla niej nie było, bo chociaż mówiła do mnie i mnie zadawała pytania, w jej uporządkowanym świecie wojen i podstępów znaczyłam tyle, co jeszcze jeden listek na wielkim drzewie nieistotności, jeszcze jeden podmuch wiatru w i tak już zimny dzień, jeszcze jeden… Do tej pory to z Rosierem walczyła, to o Rosiera chodziło w tym wszystkim, to dla niego trwało Wielkie Przedstawienie. Ale skoro on ją pokonał – a nie mogło być tak, że przegrała ostatecznie, a nie mogło być tak, że nie miała ostatniego słowa – musiała poszukać kogoś słabszego, zadowolić się resztkami z pańskiego stołu.
– Rano ma go tu nie być – zażądała kategorycznie, a ja czułam, że złość burzy się w moich żyłach, że skoro nie trzyma jej już paraliż strachu, nic nie jest w stanie jej zatrzymać, że…
Ja również nie zdążyłam; Ellie odwróciła się, wymachując swoim szlafrokiem niczym szatą arcymagów z dawnych czasów i odeszła, tupiąc niemiłosiernie bosymi stopami.
Zostaliśmy sami.
Nic nie wskazywało na to, że Rosier planował podnieść się z sofy lub choćby odezwać. Choćby na mnie spojrzeć. Kiedy w końcu przeniosłam na niego wzrok – dotąd utkwiony w drzwiach, za którymi zniknęła moja babcia – odkryłam, że bardziej ode mnie interesowała go jego różdżka; z ostentacją skupiał na niej całą swoją uwagę. Obudziła się w nim nieistniejąca kreatywność – w tym akcie uporu odkrył w sobie artystę i postanowił wypełnić cały mój salon – a przynajmniej przestrzeń nad swoją głową – chmurami kolorowego dymu, które, chociaż piękne, nie były niczym poza manifestacją.
Nie miałam siły na jego zabawy, nie miałam siły na udawanie, że nic się nie stało, nie miałam siły na pokorne padanie u jego stóp. Czułam, że w każdej chwili mogę wybuchnąć, że powiem coś, czego nie powinnam, a skoro całe moje życie kręciło się wokół tego, co powinnam, co muszę i co wypada, nie mogłam tego ot tak zaprzepaścić, nie mogłam pozwolić sobie na to, by skończyć jak moja babcia.
Chciałabym zapomnieć o tym momencie frustracji, wyrzucić go z pamięci, nie skupiać się na tym, jak stałam tam, bezczynna, wpatrzona w chmury kolorowego dymu, tu czerwonego, tu zielonego, a tu jeszcze pomarańczowego, ale nie długo, bo potem zaraz zmieniał się w fioletowy i w niebieski, i w żółty, a potem wcale nie był już dymem, zbijał się w wielką kulę i stawał się przerośniętą żabą, a potem wyliniałym kocurem, aż wreszcie…
Przeskakuję w myślach do momentu, w którym próbowałam wyjść, ale on mnie zawołał; przeskakuję tam bez najmniejszego problemu, bo mimo całej swojej złości gdy ponownie na niego spojrzałam, nie było już ani chmur dymu, ani niedbałości. Był tylko Evan Rosier, szalenie poważny, szalenie skoncentrowany i szaleńczo spokojny.
Przez moment łudziłam się, że w jego oczach zobaczyłam coś więcej niż obsesję człowieka, który kocha posiadać.
Ile miesięcy – lat – zajęło mi odkrycie tego, że Rosier mnie kochał? A może raczej: ile lat Rosierowi zajęło odkrycie tego, że mnie kochał? Wtedy… Kiedy siedział na mojej kanapie, wpatrzony we mnie uważnie, przecież wcale o tym nie wiedział, tak sobie mówię, nie wiedział, nie – nie kochał. To drugie było zbyt prawdopodobne.
– Gdzie się wybierasz? – spytał zimno, szlag by cię trafił, Rosier, z tym twoim zamiłowaniem do spektakli, wcale nie będę za nimi tęsknić! Nie będę za nimi tęsknić. Nie… Nie za bardzo. – Przyszedłem w odwiedziny, a ty już mnie zostawiasz?
– Nie mam na to ochoty, Evan – odwarknęłam, chociaż sama nie wiedziałam, że potrafię zdobyć się na coś takiego.
Rosier też nie wiedział – uniósł do góry lewą brew w geście teatralnego zdziwienia. Myślałam, że to dopiero początek, że w ten sposób rozpocznie długą tyradę dla samej tyrady, ale nie mogłam się bardziej mylić. Najwidoczniej wyglądałam tak źle, że nawet Evan Rosier musiał mi odpuścić, nawet on zmuszony był odnaleźć w sobie człowieka chociaż raz, chociaż na chwilę.
Podniósł się z sofy i powoli podszedł do mnie, nie za blisko, jakby bał się, że go pogryzę, gorzej, że go uduszę, gorzej, że podbiję mu oko i nie będzie już takim pięknym, rudym aniołkiem. Pięknym, rudym aniołkiem, co się ze mną dzieje, jego odejście odbiera mi już nie tylko rozum, ale i język.
– Przyszedłem ci powiedzieć, że wróciłem.
Otworzyłam usta, żeby mu odpowiedzieć, ale on uciszył mnie gestem dłoni, a ja, zamiast go zignorować, wybrałam nieme kumulowanie w sobie frustracji i rzucanie śmiertelnie śmiesznych, z założenia przerażających spojrzeń.
– Znajomy kupił sobie mieszkanie w Hogsmeade – kontynuował więc. – Chciałem, żebyś wiedziała, że gdybyś… Gdybyś już okiełznała te niepotrzebne wyrzuty, będę w pobliżu.
Zanim zdążyłam zaprotestować, wykonał jeszcze jeden krok do przodu, a ja, ja nie potrafiłam wykonać kroku do tyłu. Byłam zła, owszem, sfrustrowana, zdenerwowana, rozczarowana, zdruzgotana, każda byłam i nie byłam jednocześnie, ale jak bardzo tego wtedy chciałam, tak bardzo nie wykonałam tego kroku do tyłu. Z dumy? Żeby pokazać mu, jak niewiele mnie obchodzi? Czy z tego poczucia fizycznej tęsknoty, z tej potrzeby bycia blisko, która męczyła mnie przez te parę tygodni bez niego?
Nie wiem. Do dzisiaj nie wiem.
– Evan, nie wiem, co sobie wyobrażasz, ale…
– Zawsze miło cię widzieć, Arbanddel.
Jedno krótkie muśnięcie jego ust na moim policzku i już nie było się na kogo denerwować. Evan Rosier teleportował się z mojego salonu pozostawiając mnie sam na sam ze wszystkim, jak to miał w zwyczaju.
Dla Eci, bo to zawsze była jej ulubiona scena, nawet jeśli od lat z uporem maniaka cytuje ją na odwrót.

05.

Te pierwsze dni z Rosierem, ta nieufność, ta gra i ta ciągła manipulacja, ale przecież też i to pierwsze szczęście, nieśmiałe i kalekie, szczęście bycia z drugą osobą, choćby i dziecinnie jeszcze, choćby połowicznie – to wszystko doprowadza mnie do rozpaczy, krzyczy jak mogłaś nie zauważyć? jak mogłaś być taka ślepa? To, co kiedyś cieszyło najbardziej, teraz przynosi największy ból, nie tylko dlatego, że już nie powróci, że już go nie będzie, lecz także z powodu zazdrości o tamtą mnie, która jeszcze nie wiedziała. Pierwsze dni, tygodnie, miesiące były bezkrytyczne, nieświadome. Nie potrafię o nich myśleć. Nie potrafię myśleć o tej idylli, która zrodziła się jeśli nie tyle z kłamstwa, to przynajmniej z niedomówienia.
Zamiast tego próbuję skupiać się więc na innych sprawach, które zaprzątały mi głowę tamtej wiosny, tyle że żadne testy, żadne szkolne dramaty, żadna mglista wizja przyszłości – nic nie wygrywa mojej uwagi, nic mnie nie absorbuje na tyle, żebym przez moment choćby zapomniała o bezsensownym szczęściu tamtych miesięcy.
Czuję na swojej dłoni uścisk matki Wilkesa, ale i on nie pomaga. Wilkes przecież nic dla mnie wtedy nie znaczył, nikt nic dla mnie nie znaczył, rzuciłam się w tamto uczucie z egoizmem właściwym młodości i pewnie tylko cudem jakoś utrzymałam się na powierzchni i nie zakończyłam przygody z Hogwartem na szóstym, niezaliczonym roku. Dużo miałam szczęścia, a Wilkes cierpliwości, której zabrakło wcześniej Esterze, bo nie dość, że znosił moje uporczywe włóczenie się za Rosierem, to bez pytania kończył moje niezaczęte eseje i z niesłabnącą wiarą we mnie wstawiał się za mną u Notta, którego, jak się później okazało, w najmniejszym stopniu moje oceny z obrony przed czarną magią nie interesowały.
Dopiero z początkiem czerwca grunt zaczął palić mi się pod stopami, a wszystko to przez Leah, która za naszymi plecami podejmowała jedną z najważniejszych decyzji swojego życia.
Leah. Dlaczego nie potrafię myśleć o Rosierze, a Leah wciąż jest dla mnie taka ważna? Dlaczego w ogóle ją wspominam? Przecież jeśli nie byłoby Leah, byłby ktoś inny i nie uczyniłoby to żadnej różnicy. A tymczasem moja pamięć uczepiła się jej, tej dziewuchy znikąd, tego nikogo, bo przecież nawet mój ojciec patrzyłby na nią z pogardą, gdyby wciąż był przy mnie w chwilach, gdy Leah stała się nieodłączną częścią mojego życia.
Tyle że to jeszcze nie było wtedy. Wtedy… Wtedy dopiero wykonywała krok na drodze do naszych salonów.
Właśnie z pierwszym tygodniem czerwca rozniosła się fama, że Nott opuścił zamek z cokolwiek wątpliwych moralnie przyczyn.
– Podobno sypia z uczennicą. – Rozchichotane, rozkucykowane, rozkoszne byle co z Gryffindoru ledwo powstrzymywało się przed krzykiem. Nic tak nie porusza ludzi jak cudzy skandal przed własnym nosem. – Grizel słyszała od Lily, że Slughorn w wielkiej konspiracji rozmawiał o tym z McGonagall przed eliksirami. Taka afera! – dorzuciła, gdy otaczający ją tłumek jej podobnych Gryfoniątek pokiwał głowami w pełnej synchronizacji z jej słowami. – Syriusz. – Uśmiechnęła się triumfalnie. Napawała się nie tylko władzą swojej plotki, lecz także faktem posiadania przystojnego chłopaka. – Syriusz mówi, że tak to już jest, jak się tym arystokratycznym żmijom w czymkolwiek zaufa.
Nie wiem w zasadzie, dlaczego zdecydowałam się na obronę przed czarną magią, jeśli tak lekko ją sobie ważyłam. Grunt, że odejście Notta sygnalizowało śmierć ostatniej nadziei na zaliczenie końcowego egzaminu i nawet w tym okresie oderwania od świata musiałam w końcu się nim przejąć. A przynajmniej spróbować dowiedzieć się, czy Gryfoneczka nie konfabuluje. Chcąc więc czy nie chcąc, zmuszona byłam przysłuchiwać się tej absurdalnej rozmowie, czekając przed biblioteką na Rosiera.
– Dumbledore powiedział ponoć, że zachowa to w tajemnicy, jeśli…
Ale dziewczynie nie dane było dokończyć zdania, bo w blasku czerwonego światła upadła bezwładnie na ziemię. Tłum, wciąż w pełnej synchronizacji, westchnął głośno i z niedowierzaniem, wykonując krok do tyłu, każda osoba w swoim kierunku. To cud, że nie rozproszyli się nerwowo. Widocznie tłum dodaje sobie odwagi tam, gdzie brak jej jednostce.
Kilkanaście kroków od nich stała sprawczyni tego nagłego zwrotu akcji, Leah. Z tym nieodłącznym szaleństwem w oczach i niepokojącym uśmiechem sprawiła, że nawet mnie dreszcz niepokoju przebiegł po plecach.
– Szlamy milczą! – wrzasnęła, a kamienne mury Hogwartu echem spotęgowały jej krzyk. Wciąż nikt nie drgnął nawet, by pomóc nieprzytomnej Gryfonce. – Oczerniać im się zachciało lepiej urodzonych; i co jeszcze, może niedługo zaczniecie się nazywać czarodziejami?
Nawet jeśli kątem oka zauważyła moją obecność, nie dawała tego po sobie poznać. Tłumek przestraszonych uczniaków w pełni absorbował jej uwagę; w końcu nie często zdarzało się, że mogła bez przeszkód dawać upust swojej agresji.
– Komentarze wam się nagle skończyły?
I wciąż czekało na nią tylko milczenie.
Prychnęła lekceważąco, bo co innego jej pozostało? Trudno demonstrować swoją wyższość, gdy adresat tej wyższości nie reaguje. Leah nie była z gatunku tych, którzy z uporem maniaka powtarzają drzewu, że się myli, rosnąc gdzie rośnie, że zasłania im słońce. Leah była z gatunku tych, którzy po prostu chwytali za siekierę.
Z właściwym sobie pozornym spokojem ruszyła więc w kierunku niemego tłumu, który niemalże fizycznie ugiął się pod ciężarem tego gestu. Bo choć ich było zdecydowanie więcej, bo choć oni mieli rację, bo choć wreszcie oni stanowili łącznie siłę znacznie przewyższającą jedną, dość nikłej postury blondyneczkę, to przewaga Leah nad całym tym zbiorowiskiem była niewątpliwa – oni się jej bali, a ona, cóż, miała pod ich stopami dowód swojej bezwzględności.
Wkrótce, jakby naprawdę miała do tego prawo, jakby nikt nie mógł jej powstrzymać, jakby to było właściwe, wkrótce miała go i pod swoją stopą. Pamiętam, jaka byłam zdziwiona, jaka sparaliżowana tym, że się odważyła, że na oczach tylu ludzi podeszła do unieruchomionej dziewczyny i lekko kopnęła ją w podbrzusze.
– Szlamy – mruknęła, pochylając się nad nieszczęsną.
Nie mogłam oderwać od niej wzroku. Wcale nie dziwiłam się już sparaliżowanemu tłumowi – ja przecież nie miałam powodów, by się jej bać, by poddawać się temu wszystkiemu, a mimo to… Za każdym razem, gdy tylko Leah poczuła odrobinę władzy, odrobinę kontroli nad sytuacją, wstępowało w nią coś nie tylko niepokojącego, lecz także absolutnie nie do odparcia i nie do odrzucenia. W mgnieniu oka stawała się zupełnie innym człowiekiem.
Hipnotyzowała.
Stałabym tam pewnie dalej i pozwalałabym jej na to wszystko, bo jak miałabym jej na to nie pozwolić, gdyby nie to, że ktoś postanowił otworzyć drzwi biblioteki, o które się opierałam i na moment straciłam równowagę. Ten ułamek sekundy wystarczył, bym wyrwała się z mojego transu.
– Uważaj, niezdaro.
Pierwszoroczna Puchonka, która przecież niczym nie zawiniła, która przecież chciała tylko wyjść z biblioteki – dlaczego warknęłam na nią bez powodu? dlaczego żyłam cudzą nienawiścią i agresją? dzisiaj zupełnie tego nie rozumiem – wróciła do środka, nie zająknąwszy się nawet jednym słowem sprzeciwu. Gdyby była starsza, pewnie próbowałaby przezwyciężyć moją niestraszną przecież nikomu złość, ale na szczęście, na szczęście powtarzam, bo czy Leah nie wtrąciłaby się i w to?, na szczęście była wciąż na tyle mała i na tyle rozsądna, by nie wierzyć w bunt.
Bunt nigdy przecież nikomu nie wyszedł na dobre, prawda?
Niemniej jednak, kiedy już zniknęła, kiedy znowu mogłam spojrzeć w stronę sparaliżowanego tłumu, jego wcale tam nie było. Została tylko Leah, Leah, która już nie tylko kucała koło bezwładnej dziewczyny, lecz także najwidoczniej starała się określić stopień rozciągliwości gryfońskiej twarzy.
– Daj jej już spokój.
Nie podniosła głowy, gdy do niej podeszłam. Moja obecność wciąż jej nie obchodziła. W tej małej zemście przeszkadzałam jej nie bardziej niż tłum, który musiała ostatecznie rozgonić. Bo czy liczyło się dla niej coś więcej niż ta przypadkowa dziewczyna, co to miała dość pecha, by wejść jej w paradę?
Nawet nie jestem dziś pewna, czy to się dla niej liczyło, czy nie była to tylko jedna z wielu prób zabicia w swojej głowie tego głosu pełnego zawiści, tej potrzeby udowodnienia sobie, że może być, kim tylko być zechce, że nieważne jest to, jaką cenę zapłaci, by odciąć się od wszystkiego, czym jest.
Nawet nie wiem, czy nie była to tylko jedna z wielu prób zabicia w sobie tego głosu, który był naprawdę, który brzmiał naprawdę i który został naprawdę.
– Leah, proszę.
Ukucnęłam tuż przy niej i położyłam dłoń na jej ramieniu, ale ona szybko ją strząsnęła. W pierwszym odruchu byłam zdziwiona, że ona wiedziała, że tam jestem. Jak miałaby nie wiedzieć? Na to pytanie bym wtedy nie odpowiedziała, a mimo to było dla mnie niepojętym, że tym nieznaczącym przecież gestem w końcu akredytowała moją obecność, w końcu dała jej podstawy istnienia.
Ta niespodziewana manifestacja świadomości dodała mi sił i spróbowałam ponownie. I tym razem odtrąciła moją dłoń, zrobiła to jednak agresywniej, z większą niecierpliwością. Była zajęta. Była zajęta i nie chciała, żeby ktoś ją powstrzymywał.
Z niepokojem obserwowałam, jak przykłada różdżkę do skroni Gryfonki, jak jej usta układają się do zaklęcia, jak…
– Leah, do diabła, opanuj się! – krzyknęłam na tyle głośno, by mieć pewność, że tym razem mnie usłyszy.
Sama nie wiem do dziś, skąd wzięłam w sobie dość przekonania, by z absolutną premedytacją wytrącić jej wtedy różdżkę z ręki. Wytrącić, a raczej spróbować wytrącić, bo Leah trzymała ją zbyt pewnie, zresztą moje przekonanie nigdy nie miało szans z jej szaleństwem, nawet wtedy, gdy było najsilniejsze.
Osiągnęłam jednak to, co najważniejsze. Leah spojrzała na mnie. A ja od razu tego pożałowałam.
– Stul pysk, Arbanddel – warknęła. – Nic ci do tego.
Nie miałam ochoty się z nią kłócić, ja… Ale na to było już za późno. Cała jej uwaga była już skupiona na mnie. Dziewczyna na podłodze mogła równie dobrze nie żyć, ba, mogła po prostu wstać i odejść, Leah zupełnie by to nie przeszkadzało. Ona szybko zmieniała swoje cele.
– Nie powinnaś jej tak traktować. Na środku szkolnego korytarza, Leah. A jak ktoś cię zobaczy? – Do głowy przychodziły mi jedynie absurdalne argumenty. – Wyrzuciliby cię z miejsca, nie pamiętasz, jaka była afera z MacDonald i Averym? Przecież…
– Stul pysk! – przerwała mi w połowie zdania.
Dobrze pamiętam, jaka czerwona była ze złości, jaka wykrzywiona, dobrze pamiętam, jakie to wtedy zrobiło na mnie wrażenie, bo oto po raz pierwszy mogłam zobaczyć Leah, gdy traciła nad sobą panowanie. Nigdy nie przywyknę już do tego widoku, nawet teraz, kiedy te ataki się nasilają, kiedy mało co potrafi już ją powstrzymać.
Nie potrafiłam jej nie posłuchać. Język splątał mi się we wcale nie taki mały supełek i nic nie potrafiło go rozwiązać. Czułam, jak rośnie mi w gardle, jak je całe zapycha, jak żywi się moją bezradnością i dławi mnie, obrastając w tłuszcz niemocy, czułam i nic nie mogłam z tym zrobić, byłam przecież i bezradna, i w niemocy. Jedyne, co mogłam, to patrzeć, jak wyciąga różdżkę, której nie udało mi się jej odebrać, jak wyciąga ją w moim kierunku, jak celuje prosto w mój nos, jak wreszcie dotyka nią tego mojego nosa, na samym koniuszku, ledwie co, ale jednak tak, żebym ją poczuła, żebym wiedziała, co chce zrobić.
Wtedy po raz pierwszy zrozumiałam, dlaczego ludzie boją się Leah.
Mogłabym przysiąc, że trwałyśmy tak miesiąc, rok, stulecie. Czas nie tyle stanął w miejscu, ile splątał się jak mój język, tak jak on upasł się moją bezradnością. Leah nie zamierzała uderzyć szybko – ją bawiła ta chwila, to czekanie na atak, ten strach. Ofiara po to żaden sport, tak potem wielokrotnie mówiła, sama to słyszałam, sama temu przytakiwałam. Ofiara przed jest najsmaczniejsza.
W końcu jednak usłyszałam stanowcze:
– Co tu się do cholery dzieje?
Różdżka jednak nie opadła, wciąż stykała się z moim nosem i nigdzie się nie wybierała.
– Ona broni szlamy.
Po raz kolejny tego dnia odpowiedziało jej milczenie.
Nie musiałam unosić głowy, żeby wiedzieć, kto za nią stoi. Rosier. Evan Rosier, na którego czekałam, a który to nie raczył powiedzieć nawet słowa w mojej obronie. W tamtym momencie zarzekałam się, że nigdy mu tego nie wybaczę, że jak mógł… A mimo to mu wybaczyłam, ten pierwszy raz i te wszystkie następne.
– Arbanddel, no powiedz coś, taka byłaś wygadana.
Tyle że nawet jeśli chciałam jej coś powiedzieć, to przecież nie mogłam, przecież ten supeł z języka, ta gula w moim gardle, to dławiące mnie coś, przecież nie mogłam! Z braku powietrza ciemniało mi przed oczami, jak miałam je jeszcze marnować na obronę? Jak?
Do dzisiaj nie wiem, co by się ze mną stało, gdyby nie ta biblioteka, pod którą staliśmy, gdyby nie ta pierwszoroczna Puchonka, którą wcześniej przestraszyłam. Pewnie nic – pewnie skończyłoby się na strachu, na pokazie siły. W Hogwarcie nie było pola na większe wyskoki, tu świat jeszcze nie rozpadł się na miliony małych kawałeczków. Ale co, gdyby nie było nas w Hogwarcie? Pozwoliłby jej? Nie wiem. A przynajmniej udaję przed sobą, że nie wiem.
Wolę nie wiedzieć.
Puchoneczka po raz drugi zaryzykowała wyjście z biblioteki. O wiele ostrożniejszy Evan, który przecież nie mógł wiedzieć, że to jedynie nic nieznacząca pierwszoklasistka, chwycił Leah za rękę i jednym ruchem odciągnął ją ode mnie. Nie protestowała. Zniknęli zanim zdążyłam odplątać swój język i wydusić choćby krótkie: to nie tak, jak myślisz.
A ja zostałam sama z bezwładną dziewczyną, dla której zaryzykowałam tak wiele, a której twarzy nawet przecież dzisiaj nie pamiętam.
Wewnętrzną niespójność tej notki sponsoruje fakt, że miało być o jednym, a jak zwykle wyszło o czymś innym i zrobił się bałagan. A ja to chyba jestem ostatnią osobą na świecie, której by się chciało ten bałagan sprzątać. Tylko biedny ten Nott, nie załapał się w ogólę na nocię, która w planie bsa zatytułowana była jego własnym imieniem.

04.

Gdyby tylko miała taką możliwość, jestem pewna, że Virginia odgrodziłaby moje łóżko grubym murem tak, by nie musieć oglądać mnie żywej, całej i oddychającej dzień w dzień. A przecież to nie ja zabiłam Esterę. A przecież to nie była moja wina. A przecież ja nie miałam z tym nic wspólnego.
Tak przynajmniej powtarzałam sobie codziennie, oglądając siebie samą w lustrze, taką żywą, całą i oddychającą. Żal przerodził się w gniew, gniew nie na siebie za porzucenie żałoby, gniew nawet nie na Cyzię za to, że zabroniła mi smutku – gniew na Virginię właśnie, Virginię, która była celem o tyle łatwym, że znajdującym się na wyciągnięcie ręki. Czy dziwiłam się, że traktowała mnie tak, jak mnie traktowała? Czy na jej miejscu nie zachowywałabym się dokładnie tak samo, jeśli nie gorzej? Ona miała rację. Mój ojciec był mordercą, ja – niemo popierałam go i wszystko, w co mimowolnie brnęłam. Mimochodem, ale jednak popierałam, a przynajmniej w żaden sposób nie starałam się temu przeciwdziałać. Dlaczego więc byłam na nią taka wściekła?
Bezsenne, smutne noce zastąpiły więc bezsenne noce pełne złości i wyrzutów. Virginia krzyczała. Każdego wieczora. Potem zaś, gdy już jej przechodziło, gdy Nadii udawało się jakoś położyć ją do łóżka, leżała tam z oczami szeroko otwartymi i wpatrzonymi we mnie tak, jakby sądziła, że przy odrobinie silnej woli uda jej się tym wzrokiem zmiażdżyć mnie włókno po włóknie, komórka po komórce.
Nie mogłam znieść jej oczu.
Nie wiem, jakim cudem Virginii to nie męczyło. Ja czułam się cieniem człowieka, brakowało mi sił na codzienne funkcjonowanie, spałam wszak nie więcej niż dwie, trzy godziny dziennie. Ona zaś… Ona zaś zdawała się kompletnie nieporuszona. Tak, jak gdyby tamtego dnia umarła razem z Esterą, jak gdyby żyła jeszcze tylko tym pośmiertnym istnieniem duszy i nie potrzebowała ani snu, ani jakiejkolwiek innej formy wypoczynku. Czasami zdarzało się, że zasypiałam i budziłam się po paru godzinach z jej wzrokiem wciąż skupionym na mnie. Chciałam wtedy podejść do niej, podnieść ją, szarpnąć, wykrzyknąć: Uspokój się, Virginia! Nie wolno ci! Nie pozwalam!, wykrzyknąć cokolwiek, ale nie potrafiłam. A może nie chciałam? Może szaleństwo Virginii, może moja wściekłość na te jej wiecznie otwarte oczy, może to chroniło mnie samą przed załamaniem?
Starałam się jednak wytrzymać. Musiałam spać, musiałam chodzić na zajęcia, musiałam żyć! Czasem jednak, czasem już naprawdę brakowało mi sił; wtedy musiałam po prostu wyjść, niepomna zakazów i ich konsekwencji, wyjść i wynieść się jak najdalej od tych oczu.
– Arbanddel? Czy ty nie powinnaś przypadkiem spać?
– Co?
Jego głos wyrwał mnie z zamyślenia tak głębokiego, że przez krótką chwilę nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, gdzie jestem. Szukałam go roztargnionym wzorkiem, ale trudno było mi się skupić, złożyć na nowo i przypomnieć sobie samą siebie.
– Jest piąta nad ranem – zdążył jeszcze powiedzieć, zanim go znalazłam, zanim skupiłam się na tych jego nieznośnie rudych włosach.
– I?
– I siedzisz kompletnie sama na szkolnym boisku. To co najmniej ekscentryczne, czy ja naprawdę muszę tłumaczyć takie rzeczy?
Nie zauważyłam nawet, kiedy znalazł się tuż przy mnie. Evan Rosier, mistrz pojawiania się znikąd, jakiś parszywy zając z dziurawego kapelusza, którymi zachwycają się łasi na kłamstwo mugole. Jak na piątą nad ranem wyglądał na szczególnie szczęśliwego – co niezmiernie irytowało zmęczoną i niewyspaną mnie.
– Jesteś mokry – zauważyłam, wciąż ledwo przytomna.
On schylił głowę, by spojrzeć na swoją koszulkę i roześmiał się, śmiechem na wpół protekcjonalnym, śmiechem, który mówił: czego ty jeszcze nie wymyślisz.
– Biegam – odpowiedział po chwili, przeczesując palcami włosy. Musiałam wzbudzić w nim niezdrową świadomość samego siebie, to dziwne uczucie bycia obserwowanym, które każe ci obserwować samego siebie niemal obsesyjnie, bo nigdy wcześniej nie widziałam go takim… zbitym z tropu. – Leah poprosiła mnie, żebym zagrał za nią w sobotnim meczu, a ja nie grałem w quidditcha odkąd skończyłem osiem lat. Siostra w odwecie połamała mi miotłę. Długa historia.
Chociaż wiedziałam, że oczekiwał ode mnie kontynuowania tej absurdalnej konwersacji, przez chwilę milczałam. Patrzyłam, jak rozsiada się wygodnie na ławce tuż obok mnie, jak wyciąga się i rozciąga tak zwinnie, że nie powstydziłby się tego nawet mój kot, może to wspólna cecha rzeczy rudych? Powoli zmęczenie i irytację zastępowała ta przeraźliwa słabość, która ogarniała mnie w towarzystwie Rosiera, ta niemożność skupienia myśli i skupienia słów, ta niemożliwość absolutna. Wiedziałam, że nie mogę sobie na nią pozwolić, bo chociaż Evan zdawał się nie zwracać na mnie najmniejszej uwagi, zajęty własną potrzebą wygody, to wiedziałam, że czeka, że patrzy i że analizuje, taka już była jego natura, taka była natura ich wszystkich. A mimo to nie mogłam poradzić sobie z tą miękkością kończyn, z tą lekkością istnienia, z tym roztrzepaniem i dopiero, gdy znowu na mnie spojrzał na tę krótką chwilę (bo przecież musiał, po prostu musiał udawać, że wszystko inne jest ciekawsze, że ciemne niebo jest ciekawsze, że cicha trawa jest ciekawsza), udało mi się wyrzucić z siebie krótkie:
– Nie mogła poprosić kogoś innego?
Rosier znowu parsknął śmiechem, czy naprawdę go aż tak bawiłam? Może miał rację, może byłam warta tego śmiechu; w końcu siedziałam z nim na boisku o piątej nad ranem w tę zimną, wczesnomarcową noc i zamiast przynajmniej porozmawiać z nim o czymkolwiek, całą niewielką przytomność swojego umysłu pożytkowałam na mięśnie jego ramion, którymi opierał się o ławkę, a które… Może miał rację. Na pewno miał rację. Evanie Rosierze, co ty zawsze ze mną robiłeś?
– Sama dobrze wiesz, jak Wilkesowi zależy na graniu. Rozszarpałby i ją, i tego nieszczęśnika, którego by znalazła. – Uśmiechnął się złośliwie. – A z jakiegoś zupełnie idiotycznego powodu ten żarty ambicją kretyn od czterech lat jęczy i biedzi, że byłoby świetnie tak sobie razem zagrać. Leah jest cwana, cwańsza niż myślisz.
– Myślałam, że jej też zależy. Te opowieści o zwodach, beczkach i wszystkich innych doprowadzają mnie do mdłości.
– To jeszcze dłuższa historia.
Coś ukrywał, a ja nie byłam w nastroju na tajemnice. W innych okolicznościach pewnie nie obchodziłoby mnie to, co Leah robi ze swoim wolnym czasem, bo i sama Leah była dla mnie w tamtym momencie wciąż niczym więcej niż irytującym dodatkiem. Ale wszystko wydawało się ciekawsze niż rozmyślania, w których tkwiłam; dlatego też przysunęłam się do niego i powiedziałam:
– Powiesz mi?
Evan pokręcił głową z rozbawieniem, ale kiedy już miałam się poddać z tą moją żałosną próbą złamania go, spojrzał na mnie uważnie, przybrał quasi-poważny wyraz twarzy i rzucił:
– A co zrobisz, żebym ci powiedział?
Przez chwilę mierzyliśmy się na spojrzenia, choć przecież walka od początku była nierówna, choć przecież błękit moich oczu nie miał żadnych szans z jego błękitem, bo jak miałby je mieć, skoro to ja a nie on nieomal omdlewałam z wrażenia za każdym razem, kiedy go widziałam? Tak mnie rozproszył, że nie pamiętałam już nie tylko swojego pytania, lecz także swojego imienia, porzuciłam wszystko, co jeszcze kołatało się w mojej zmęczonej głowie i…
A mimo to, mimo całej tej przewagi, Evan Rosier odpuścił, odsunął się nieznacznie i powiedział:
– Zakochała się, dziecinka.
– Kto?
Uniósł jedną brew.
– Leah, a kto?
Zupełnie nie wiedziałam, co powiedzieć. Moją jedyną reakcją było trzykrotne, zdziwione mrugnięcie.
Tymczasem Rosier wciąż czuł się panem sytuacji. Na tym pozornym odstąpieniu od swojego postanowienia zyskał więcej niż na początkowym uporze – bo choć informacja, którą mi oferował, straciła dla mnie na wartości, ja sama przez moment zupełnie straciłam kontrolę nad samą sobą. Po tych wszystkich latach śmieszy mnie to, jak o tym myślę – jak o wojnie, którą przegrałam, jak o swojej bezpiecznej pozycji, którą wtedy straciłam, jak o taktyce, którą przypadkiem wypaplałam przed sąsiadką na popołudniowej herbatce. Czy wtedy też tak się czułam? Czy wtedy też ogarniało mnie to nieskończone poczucie klęski?
Chyba nie. To, czym żyłam w tamtym momencie, z Rosierem sam na sam w zupełnie opuszczonym przez świat zakątku istnienia, było zupełnie nielogiczne i nierozsądne, a więc czyniło mnie niezdolną do trzeźwej oceny sytuacji.
– Nie ciekawi cię w kim? – zapytał po dłuższej chwili.
Musiałam wyrwać się z tego transu, musiałam otrząsnąć się z Rosiera. Zebrałam w sobie wszystko, co jeszcze nie rwało się do niego, wszystko, co jeszcze mnie nie zdradziło; przez moment wydawało mi się, że odniosłam to niewielkie zwycięstwo, udało mi się nawet wyrzucić krótkie, rzeczowe:
– Ciekawi. W kim? Znam go?
Nie dane mi jednak było na długo cieszyć się odzyskaniem zmysłów. W przeciągu paru jedynie sekund Rosier znalazł się tuż koło mnie, w dodatku tak blisko, że nawet w najśmielszych wyobrażeniach nie potrafiłabym… Powiedział jedynie krótkie:
– A to już będzie kosztować.
A mimo to momentalnie utraciłam tę resztkę kontroli, którą udało mi się z siebie wykrzesać, momentalnie i nieodwracalnie, jak się zdawało, bo przecież Rosier nie planował odsuwać się ode mnie w najbliższym czasie, bo przecież czułam na sobie jego ciepło, jego oddech, jego… jego usta niemal na moim uchu.
– Rosier, czy ty… – zaczęłam, ale nie skończyłam. I nawet teraz, kiedy o tym myślę, kiedy jestem zupełnie przytomna, nie potrafię przed sobą przyznać, że z początku bawił się mną jak zwykła świnia.
– Prawda jest taka – podjął po chwili – że nawet jeśli chciałbym, to nie mogę, bo Leah wywlecze mi flaki na wierzch, jeśli komuś o tym powiem. Dosłownie wywlecze, ona się nie bawi w metafory. Nie jestem nawet pewien, czy wie, co to metafora.
Starałam się przetworzyć to, o czym do mnie mówił, ale przecież wcale się ode mnie nie odsuwał, nie zostawiał mi przestrzeni na myślenie! Desperacko szukałam czegoś, co mogłabym mu powiedzieć, jakiejś ciętej uwagi, żartu, czegoś, co pomogłoby mi przestać czuć się tak słabo i bezsilnie, ale nie mogłam niczego znaleźć. Tak, jakbym straciła resztę samej siebie.
Poczułam jego rękę na swoim ramieniu.
– Myślałam, że Rosierowie wszystko mogą.
Przysunął się do mnie jeszcze bliżej, chociaż nie sądziłam, że było to możliwe. Cliché. Czy jesteśmy w ogóle w stanie pojąć koncepcję zbytniej bliskości? Czy możemy przestać dzielić odległość w nieskończoności?
– Mówisz? – zapytał cicho.
Ujął mnie za podbródek i obrócił tak, że stykaliśmy się ze sobą nosami.
– I tak ci nie powiem.
Tyle zdążył wyszeptać zanim zrobił to, czego jeszcze dziesięć minut wcześniej nie spodziewało się żadne z nas. Evan Rosier mnie pocałował.
A ja go odepchnęłam.
– Arbanddel! Co, do licha? O co chodzi?
Poderwałam się z miejsca. Nie wiedziałam, skąd wzięłam w sobie siłę, by przeciwstawić się nie tylko jemu, lecz także samej sobie. Chwila minęła i jedynym, co po niej pozostało, był niewyjaśniony lęk i nerwowość, która przeczyła wszystkiemu, czego chciałam. Bo przecież chciałam, prawda? Wszystko krzyczało we mnie, żebym przestała histeryzować, wszystko płakało, że rujnuję coś ważnego, ale ja nie potrafiłam zmusić się, by przestać przeskakiwać ze stopnia na stopień i uspokoić się chociaż na sekundę.
– Nie możemy – powtarzałam jak w jeszcze gorszym transie, bo przecież przeczył on wszystkiemu, czego w tamtym momencie pragnęłam.
Rosier pozwolił mi ten moment kryzysu; poczekał cierpliwie, aż się zmęczę, aż wyparuje ze mnie chociaż część tego szaleństwa i dopiero potem sam wstał. Choć przecież cały ten czas śmiał się i wszystko mówił jedynie półserio, wyglądał dziwnie poważnie i to sprawiło, że na chwilę zatrzymałam się, by uważniej na niego spojrzeć. Chwila ta wystarczyła, by bez trudu złapał mnie i unieruchomił bez niepotrzebnej i bolesnej szarpaniny. Znów złapał mnie za brodę, tym razem jednak zdecydowanie mocniej i niemal warknął:
– Uspokój się.
Ale ja nie mogłam, nie potrafiłam, chciałam!, ale nie potrafiłam, co miałam zrobić, Evan, co? Jak pozbyć się tego, co irracjonalne, jak zwalczyć w sobie coś, czego tak naprawdę nie ma?
– Nie możemy – powtórzyłam ślepo, a jego oczy błysnęły niebezpiecznym blaskiem. – Nie możemy.
Jego palce zacisnęły się odrobinę mocniej.
– Nie możemy, bo? Kto nam tego zabroni, Arbanddel? Kto ci tego zabroni? Tatuś. Twój tatuś już niczego nie może ci zabronić. Wszystko zależy od ciebie. Nie zrzucaj tego na tatusia.
Chciałam go uderzyć, naprawdę. Strach, który w sobie czułam, przekształcił się w nieposkromiony gniew. Gdyby mnie wtedy nie trzymał, może… Nie, nie oszukujmy się. Chciałam, ale nigdy bym go nie uderzyła.
Bo zanim myśl moja dotrzeć zdołała do ramienia i dłoni, z tym nagłym gniewem stało się to, co stać się musiało, co potwierdzić może każda statystyka – tak mnie zakręcił i tak sam siebie skotłował, że zamiast mu się wyrywać, zamiast go bić, zamiast walczyć o to nie możemy, w które tak niby wierzyłam, tym razem to ja go pocałowałam.
 
Dla mojej Penny, bo tylko dla niej mogłabym się zdobyć na takie nocne szczyty perwersji. Następnym razem będzie spokojniej, nie bójcie się, ja po tym będę chorować z pół roku.

01.

Wszystko zaczęło się tamtego feralnego lata, kiedy aresztowali mojego ojca. To były straszne dni, straszne bo puste i pozbawione odpowiedzi. Ile trwało to lato? Pewnie tyle, co zwykle, pewnie świat żył swoim własnym życiem i wszystko było takie, jakim było poprzednio. Dla mnie jednak to lato nie miało końca, nawet dni trudno było wyznaczyć, bo sen przychodził i odchodził, kiedy tylko chciał, a to, co nie było snem, zwykle ograniczało się do sufitu i wszystkich jego zacieków.
Jedna z moich kuzynek, w rodzinach takich jak moja naprawdę trudno je zliczyć czy rozróżnić, przyjechała, by się mną zająć – miałam bowiem tylko szesnaście lat i nie wolno mi było nawet zaczarować wody na herbatę. Pomagała, jak mogła, pilnowała Kłapouchej, żeby wypełniała swoje obowiązki i nie wchodziła mi w drogę. Nie rozmawiałyśmy ze sobą jednak za często; od śmierci mojej matki nie widziałam nikogo z rodziny, od której mój ojciec zaczął panicznie uciekać. Zresztą, ona miała swoje życie, swoich mężczyzn o piątej nad ranem i swoje problemy.
Ja nie miałam już niczego.
Dzień, w którym to wszystko się zaczęło, sam zaczął się dokładnie tak, jak dni, w które nie zaczęło się nic. Wczesna pobudka, bo noce są przecież zbyt długie i nie można ich przespać w całości, bo trwają przynajmniej ze sto lat. Poranna poczta lądująca w ogniu kominka, sowy już się do tego przyzwyczaiły i przestały mnie karać dziobaniem za lekceważenie ich obowiązków. Długi prysznic i nadzieja, że może dzisiaj nie trzeba będzie spod niego wychodzić. Pękaty kubek gorzkiej kawy zamiast śniadania. Beznamiętne cześć. Ciężkie milczenie. A potem łóżko, koc, liczenie włosów na głowie i kurczowe trzymanie się myśli, że nigdy nie będzie dobrze.
– Ktoś zaczepia twojego kota – powiedziała moja kuzynka, której zupełnie nie obchodziło to, że byłam zajęta użalaniem się nad sobą i powolną śmiercią wszystkich tkanek. – Mam go odgonić?
Niezwykle rzadko wchodziła do mojego pokoju, w zasadzie robiła to tylko po to, by sprawdzić, czy jeszcze oddycham i zawsze przynosiła ze sobą jakąś nieznośną wymówkę, jak gdyby nie mogła po prostu zabrać ze sobą tacy z ciasteczkami.
– Dam sobie z tym radę.
Uśmiechnęła się do mnie idealnym uśmiechem Arbanddelów, bo co jak co, ale w uśmiechach wszystkie te szczury zawsze były aż za dobre. Nie wierzyła w to, że podniosę się z łóżka i zejdę do ogrodu, bo dlaczego miałabym tak nagle zapragnąć świeżego powietrza?
Uniosłam głowę i spojrzałam na nią uważnie, zastanawiając się, czy przypadkiem nie zmieniła taktyki, czy nie próbuje mnie jedynie podpuścić, czy to nie jest tylko kolejna pułapka.
Westchnęłam.
– Coś jeszcze? – spytałam.
Pokręciła głową i zostawiła mnie w spokoju.
Być może miała rację – być może nie wstałabym i nie zeszłabym do ogrodu, być może nie byłam gotowa na starcie ze światem. Ale coś w jej uśmiechu zdenerwowało mnie, sprawiło, że nie potrafiłam odprężyć się i wrócić do poprzedniego stanu. Czułam, że coś krążyło w powietrzu, coś, czego jeszcze będę żałować.
Chyba byłam w nastroju do żałowania, bo chwilę później szłam już w stronę bramy do naszego domu, mając za zadanie nie mniej, nie więcej jak przestraszenie intruza i zawołanie kota do domu.
– Rude, dom – powiedziałam dosyć głośno, bo sądziłam, że ktokolwiek kręci się w okolicy, pewnie nie będzie skory do pogawędek. Ludzie peszą się tak łatwo. Ja peszę się tak łatwo.
Tyle że nie miałam racji.
– Słucham? – usłyszałam w odpowiedzi, zupełnie niezrozumiałej zresztą, bo przecież mój kot od zawsze był rudy i jakoś tak…
Wychyliłam się zza jednego z krzaków na mojej drodze i zrozumiałam. Zrozumiałam zbyt dobrze i natychmiastowo. Niezłego psikusa sprawiła mi moja własna kuzynka, jakkolwiek jej było na imię, tamtego lata nie zwracałam uwagi na szczegóły.
– Evan Rosier na moim podjeździe.
Nie mogłam się pomylić. Mój ojciec nienawidził jego ojca odkąd pamiętam – i to z taką pasją, że prędzej zapomniałabym, jak wygląda moja babcia, ta stara wariatka, bo nawet jej nienawidził mniej, nawet ją uważał za człowieka. Starego Rosiera nie.
Ciekawe, co trzeba zrobić drugiej osobie, by zasłużyć na nienawiść silniejszą niż ta skierowana w stronę psychopatki, która z zimną krwią podpala ci żonę.
– Przed chwilą zapraszałaś mnie do domu.
Ten nienaganny uśmiech, szlag, bo przecież Rosierowie byli w tym równie dobrzy co my, prawie zwalił mnie z nóg. Nie miałam siły na te gry, nie miałam siły na jego rudą czuprynę na moim podjeździe, chciałam tylko zabrać kota i uciec.
Tyle że im się nie ucieka.
Przedstawiał sobą wszystko, przed czym uciekałam z ojcem przez te wszystkie lata. Wszystko, czego chcieli jego rodzice. Bo czy to nie duma – mieć syna, który wygląda na członka swojej rodziny? Nie jakąś przybłędę, która ożeni się z jeszcze większą przybłędą, ale prawdziwego syna. Metr osiemdziesiąt pięć czystej nienaganności.
– Nie wygłupiaj się – próbowałam go zbyć. – Mówiłam do kota.
Kot, jak na złość, postanowił opuścić scenę. Moja wymówka przestała istnieć, powinnam była uciec natychmiast, a może to wszystko nigdy by się nie wydarzyło. Stałam tam jednak jak głupia i patrzyłam na niego, i nie mogłam oderwać oczu od jego cholernych piegów na jego cholernej, idealnej twarzy i od jego kości policzkowych, i brwi, i…
– Wiesz, Arbanddel. – Cisza była chyba dłuższa, niż mi się wydawało, znów zgubiłam rachubę czasu, bo to wiesz brzmiało tak, jak gdybyśmy zaczynali rozmowę od początku. – Chyba będziemy sąsiadami. Wujek zapisał mi w spadku dom na sąsiedniej ulicy.
Nie odpowiedziałam.
– Nie wiedziałem, że masz kota. Inaczej, oczywiście, trzymałbym się na stosowną odległość.
Nie wiedziałam, co niby takiego mam mu powiedzieć. Wynoś się? I tak by się nie przejął, nie było za grosz zgorszenia w tym jego kłamliwym stwierdzeniu i jego rękach wciśniętych głęboko w kieszenie spodni.
– Słuchaj, czekam tylko na Wilkesa, skoczył po coś na chwilę i zaraz…
Wtedy to do mnie trafiło.
– Wilkes też tu jest?
Pięć lat manewrów mojego ojca, pięć lat uciekania i pięć lat wicia sobie gniazdka na przyszłe, bezpieczne życie bez tego wszystkiego, a w minucie, w którym wyprowadzają go nad ranem spętanego ich paskudną magią… W minucie, w której się to dzieje, cały ten misterny plan sypie się i oni nagle przypominają sobie o moim istnieniu.
Jakby to kogoś w ogóle jeszcze obchodziło. Jakbym nie spadła na samo towarzyskie dno.
– Obiecał, że pokaże mi okolicę, od niego tu jest jakieś pół godziny przecież – odpowiedział, jak gdyby nigdy nic. – A co, Arbanddel, Wilkesa też już nie lubisz?
Miałam ochotę wetrzeć mu ten uśmiech w twarz, jednak bałabym się chyba, że ją przy tym uszkodzę i nie będzie już taka, jaka być powinna.
– Zamknij się, ok? – warknęłam więc, przynajmniej na tyle, na ile pozwalał mi stan mojego umysłu. Poprzednich parę tygodni wyłączyło we mnie agresję, tak jak i wszystko inne. Sama byłam zdziwiona, że w ogóle obchodziła mnie ta cała heca z Rosierem. Powinnam nigdy nie schodzić z łóżka. – Idź poczekać sobie na Wilkesa gdzieś indziej i pamiętaj, żeby trzymać łapy z dala od mojego kota.
Odwróciłam się niezbyt gwałtownie, nie byłam bowiem w nastroju do scen. Co by mi to dało, taka kłótnia z Rosierem? Zresztą, nawet z moim lichym wychowaniem zdawałam sobie sprawę z tego, że wysoce niestosowne są kłótnie na podjazdach. W szczególności, gdy człowiek kłóci się z kimś, z kim nigdy wcześniej nie rozmawiał.
I z kimś, kogo miał ochotę zamknąć w szafie i nigdy nie wypuścić, i dotykać na wszystkie możliwe sposoby, i poznawać cal po calu, i…
Przyspieszyłam kroku, bo moja wyobraźnia zmierzała w rejony, w które nie zmierzała od czasów, gdy w czwartej klasie podkochiwałam się w jednym ze starszych Puchonów. Robiłam się od tego zbyt czerwona, żeby rozmawiać. Lepiej było uciąć to tu i teraz, wrócić na swoje łóżko pełne szarości i zapomnieć, że mojego kota też ciągnie do rudego.
Nie dane mi było jednak odejść zbyt daleko. Usłyszałam krzyk kogoś, kogo zupełnie nie powinno tam być. Kogoś, kto był moim jedynym towarzystwem przez te ciężkie dwa miesiące. Kogoś… Kogoś, kto nie do końca mógł czuć się bezpiecznym w okolicach ludzi pokroju Evana Rosiera.
– Lisa! Cześć, Lisa!
Odwróciłam się, bo co miałam zrobić? Być może to było zbyt wiele, ratowanie świata to działka Gryfonów, ale na samą myśl, że te bogate sukinkoty mogłyby wyrządzić komuś krzywdę, budziła się we mnie nieznana mi zwykle chęć działania.
– Cześć, mała. Coś się stało?
To były złe czasy na znajomości z mugolami. Już praktycznie nikt nie patrzył na to przychylnie, ba, nawet ci, którzy nie mieli przeciwko nim absolutnie nic, byli gotowi szykować widły na jakiekolwiek próby kontaktów pomiędzy światami. Czy komukolwiek można było jeszcze ufać? Nie. Jednego dnia czarodziej posyłał mugolowi spojrzenie w metrze, a drugiego dnia mugol ten znikał bez śladu.
Nie mogłam jednak winić mojej sąsiadki, nie wiedziała o tej wojnie i o tym, że jej radość i entuzjazm zbliżyły ją właśnie do krótkiej i bezbolesnej śmierci w zieleni.
– Idę sobie ulicą, patrzę: Lisa wyszła przed dom, to po prostu niebywałe, nie ruszasz się z pokoju od tak dawna, to pomyślałam sobie, pójdę, zapytam, co się stało? Czujesz się już lepiej? – paplała jak zwykle, ale tym razem mnie to nie cieszyło, nie, kiedy moja paranoja rozkręcała się coraz bardziej i podsuwała mi obrazy jej warkocza wystającego z czarnego worka. – O, przepraszam, nie zauważyłam, że przeszkadzam, przegapiłam cię. Jak masz na imię, przystojniaku, i dlaczego stoisz na podjeździe Lisy, a nie moim?
Obdarzył ją tym samym uśmiechem, którym obdarzył wcześniej mnie, a ja poczułam się zdradzona, jak gdybym nie wiedziała, że takie uśmiechy należą do wszystkich i do nikogo jednocześnie.
– Evan Rosier – odpowiedział, bo on nie musiał kryć się ze swoim prawdziwym imieniem, jego ojciec nie odsiadywał w Azkabanie wyroku za znęcanie się nad takimi właśnie sąsiadkami świata. – Chodzimy z Lisą do jednej szkoły.
Coś pomiędzy nimi zaskoczyło, pojawiła się jakaś nić porozumienia, a ja nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że z tego wszystkiego wyjdzie jeszcze jakaś katastrofa. Teraz, po tylu latach, wiem, że to zazdrość – jednak tamtego dnia, gdy wszystko się zaczęło, naprawdę zdolna byłam wierzyć w to, że Rosier był miły dla tej niczemu winnej dziewczyny tylko po to, by zaprowadzić ją do domu po wuju i pociąć ją tam powoli na kawałki czy co tam zwyrodnialcy jego pokroju robią z młodymi mugolkami.
Wyglądali ze sobą śmiesznie, on taki duży, a ona taka mała, on taki rudy, a ona taka ciemna, wreszcie – on taki zepsuty do szpiku kości, a ona taka niczego nieświadoma. Nie podobało mi się to połączenie, śmierdziało od niego na milę jakimś tandetnym, mugolskim romansidłem albo równie nieczytelną powieścią kryminalną. Niczym, czego chciałabym być świadkiem.
I być może dlatego zareagowałam tak a nie inaczej i zaczęłam wszystko, co zaczęło się tego dnia.
Kiedy bowiem moja mała sąsiadka powiedziała:
– To co, Evan? Masz ochotę przejść się gdzieś? Znam taki jeden klub w okolicy, Lisa ci go nie pokaże, bo nie wysuwa nosa spod kołdry. Moglibyśmy skoczyć tam wieczorem, jeśli masz na coś ochotę.
Ja instynktownie wyskoczyłam z moim nerwowym:
– Słuchaj, mała, mamy już na ten wieczór inne plany. Przepraszam.
Rosier rzucił mi najbardziej upokarzające spojrzenie świata. Mówiło ono nie mniej, nie więcej jak: wiem, o czym myślisz. Później dowiedziałam się, jak często miał je wobec mnie stosować. Na razie przybrałam najlepszą maskę klauna, jaką miałam, i czekałam, aż serce mojej sąsiadki roztrzaska się pod wpływem tego, co powiedziałam.
Boże, Rosier, co ty ze mną robiłeś od samego początku?
– Serio? Szkoda. Może… Wiesz co, Lisa? Zadzwonię do ciebie jutro. Mam chyba żelazko na gazie.
Zanim zdążyłam zareagować, już jej nie było. Zniknęła z tego dnia tak szybko, jak się w nim pojawiła, i tak nieznośnie mugolsko, jak tylko potrafiła. Jak gdyby nie mogła się doczekać, by podsunąć więcej dowodów swojej niemagiczności.
Przez chwilę panowała jakaś nieznośna cisza, o wiele cięższa od poprzednich, bo przecież nie byłam już w stanie myśleć o jego policzkach i jego ustach, nie wtedy, gdy czułam, że ledwo co ocaliłam czyjeś życie.
– To co, Arbanddel, mam rozumieć…
– Guzik masz rozumieć – przerwałam mu, wciąż zdenerwowana. Starałam się za wszelką cenę na niego nie patrzeć, tak ciężko było się skupić na tej wrodzonej nienawiści, gdy widziało się te jego oczy i… – Zostaw ją w spokoju. Zostaw mnie w spokoju.
– Nie obchodzi mnie to, z kim…
– A mnie nie obchodzisz ty. Idź sobie wreszcie. Założę się, że Wilkes zapomniał, gdzie cię odstawił i teraz błądzi po okolicy, martwiąc się za trzech.
Tego akurat nie byłam pewna. Nowa wersja wydarzeń w mojej głowie twierdziła, że Wilkesa w ogóle tu dzisiaj nie było, a Rosier przeprowadził starannie zaplanowany atak na mojego kota.
Poziom absurdu w mojej głowie zaczynał przekraczać stan alarmowy.
– No, idź – dodałam po chwili.
Dodałam i popełniłam taktyczny błąd.
Ze zniecierpliwienia podniosłam głowę i zobaczyłam te przeklęte, błękitne oczy wpatrujące się we mnie z uporem. Na chwilę odebrało mi do dech w piersiach, ale jak można zapomnieć o tym, że trzeba oddychać, że trzeba robić coś jeszcze poza patrzeniem? Nic dziwnego, że odpuściłam i zapomniałam, co jeszcze miałam powiedzieć. Znów czułam się tak, jak gdybym wciąż była w czwartej klasie.
– Wiesz, ja ją mogę jeszcze dogonić. Chcesz, żebym zanudził się na śmierć bez jakiegokolwiek towarzystwa?
Zachwyt zastąpił strach; w ułamku sekundy powróciły wszystkie moje myśli o workach i warkoczykach. W duchu błagałam, by Wilkes jednak gdzieś tam był. Nie czułam się na siłach, by podjąć wyzwanie. Przecież…
– To czego ode mnie chcesz?
Przecież to był dopiero początek tej gry; gry, której nigdy do końca nie zrozumiałam, a która zaczęła się tamtego feralnego lata, kiedy aresztowali mojego ojca.
Bazinga! Śmierdzi Zmierzchem, ale to głównie dlatego, że naczytałam się romansideł potterowskich i naoglądałam Plotkary.
No, przyznać się, która nie chciałaby zamknąć takiego Rosiera w szafie? Więc proszę się Lunie nie dziwić. Wszystkie miałyśmy kiedyś szesnaście lat.