03: Wokół pani Arbanddel

To było jak znalezienie się w zbyt ciasnym korytarzu, do którego zagonieni płonnymi ambicjami staramy się zatkać uszy na wszystko, czego słuchanie już dawno nas znużyło, i jak dziecko zapominające o obowiązkach, które narzucili mu rodzice lub guwernantka, szukamy tej krainy znanej z mieniących się ciepłem i złotem popołudni, gdy wymagano jeszcze od nas ledwie tyle, by – po zaspokojeniu żądań czasu nieubłaganie przydającego nam lat – starczyło nam sił na konsolidację wspomnień i doświadczeń w jedną, ciągłą linię.
Zrobiło jej się ciemno przed oczami, choć nie pamiętała, by je zamykała, klatkę piersiową ścisnął zaś ciężar znany chyba tylko z chwil, kiedy prawdziwie cierpiała; nie, Jemima, zdecydowanie nie zostanie fanką teleportacji. Tylko w dłoniach wciąż czuła przyjemną miękkość, czy szata Severusa miała domieszkę jedwabiu? układała się tak delikatnie i plastycznie wokół ciała, które wcale takie nie było, bo to ciało było zimne jak próżnia i równie niegościnne dla dotyku obcego, im bliżej go, tym trudniej przychodziło Jemimie wyzbyć się przekonania, że Severus nie istnieje w wymiarze wspólnym wszystkim ludziom, ale porusza się w swoim własnym, zamkniętym dla zmysłów osób postronnych. Z uporem śmiertelnie chorego, który wie już o swojej chorobie i przeczuwa zbliżający się koniec, ale broni się z całych sił przed porzuceniem nadziei, choćby tylko dlatego, że przykro mu rozstawać się z przyjemnostkami życia, ściskała szatę Severusa, jak dawniej ściskała sukienkę Luny, i wiedziała, że jeśli tym razem puści, to rozpadnie się na tysiąc małych kawałeczków, z których każdy będzie niezdolny do samodzielnego życia tak samo, jak Jemima w dniu, w którym opuścił je Rosier. I od tamtej pory były już tylko Arbanddel, choćby tysiąc razy temu przeczyły, i tysiąc razy prosiły Evana o litość, bo przecież Rosier chciał je tylko na chwilkę, dopóki nie stały się zbyt realne, wtedy ich masa absolutna stała się nie do zniesienia, gniotła go, uwierała i nieznośnie ciążyła na barkach, aż wreszcie wrzucił je tam, gdzie ludzie w swoim mniemaniu ważni składują tych nic nie znaczących; Jemima podejrzewała, że Snape też ma takie miejsce, ale w przeciwieństwie do Rosiera ma jeszcze drugie, to, dokąd wysyła się kogoś za przewinienia miłości, by rozkoszować się jego wieczną obecnością.
– Jesteśmy już na Pokątnej, Rosier – usłyszała jednostajny, matowy głos Snape’a.
Jednakże nie informował jej przecież o tym, gdzie się znajdują, by wiedziała, a jedynie po to, aby wreszcie puściła jego szatę, zwracając mu tym samym wolność, której – jak pływak, który chcąc uratować tonącego, musi wpierw wyzwolić się z jego rozpaczliwych objęć – tak desperacko potrzebował. Zamiast szaty Severusa, jej palce oplotły teraz zamsz torebki, wtapiając w nią swe miękkie czubki niby stołowe nożyki, które choć dobre są do smarowania grzanki masłem, nie są wystarczająco ostre, by nabić na nie kawałek soczystej polędwicy i nie pozwolić mu obsunąć się na talerz. Środek ciężkości Jemimy, wzorem wahadła w zegarze, przelatywał z jednej strony na drugą, a ona sama nie znajdywała oparcia we własnych mięśniach i ścięgnach nie tyle z powodu niedawnej aportacji – która jak doprowadzenie wody do temperatury wrzenia wprowadza zamęt do układu pozostającego dotąd w równowadze – co wskutek poruszenia, które wywołała w niej sprzeczka na błoniach. I napełniła ją ta kłótnia dawno nie odczuwaną obawą, że krew Rosiera nie jest wystarczająco dobra, wszak gdy przyszło mu opuścić piedestał niedostępnego awangardzisty – do czego nie zmusiły go przecież żadne okoliczności, a o czym, świadomy własnych niedociągnięć, zadecydował, chcąc wyzwolić się z łańcuchów zarzuconych na takich jak on: młodych i sytuowanych – zmieszała się z rzeczywistością, rozrzedzającym tym samym swój gęsty, konkretny, charakter, by odtąd płynąć w żyłach i tętnicach Rosiera bardziej namacalnego, tego tak bliskiego sercu Jemimy, a tak odległego sercu Severusa, który kochał tylko to, co abstrakcyjnie piękne. Jak wszyscy młodzi Jemima nie mogła mieć żalu o tę słabostkę Rosiera, który zawsze wiedział czego chce, i być może to właśnie go zgubiło, ten brak wątpliwości, które innych chroniły przed tragedią, a doprowadziły do jego własnej, bo gdy ujrzał już, że dąży ku nieskończonej, zabrakło w nim tchórzostwa, by zawrócić. Jemima zachłystywała się życiem podarowanym jej przez Rosiera – w jednej z tych chwil, gdzie liczył się on jeszcze z siłami inercji niosącymi nas nieraz w niespodziewanych kierunkach, gdy wsłuchujemy się zbytnio w to, co podpowiadają nam emocje – i powodu docinek Snape’a odnośnie krwi Rosiera upatrywała właśnie w tym żalu, że Rosier przekroczył samego siebie, zostawiając Snape’a jego własnej beznadziejności.
– Rosier, rusz się, na litość boską.
Jak gdyby pod wpływem silnego eliksiru znieczulającego Jemima parsknęła śmiechem. Ledwie udało jej się utrzymać wątłą jaźń po właściwej stronie kurtyny świadomości, gdy uważność wydała się nagle taka nudna bądź pod wpływem oziębłej niedostępności Snape’a, bądź trącającego ją ramienia, nie pierwszego i nie ostatniego, wszak ulicę Pokątną zaliczyć należy do najbardziej ruchliwych właśnie sobotnim popołudniem, gdy czarodzieje – uzbierawszy z codziennych sprawunków piramidkę – ruszają rozliczyć się ze swymi tygodniowymi zaniedbaniami. Niektórzy, w chwili zetknięcia się ich ciał z ciałem Jemimy, rozciągali jej rzeczywistość także na siebie, wkraczając do jej świata z impertynenckim „Uważaj, jak leziesz” albo też i aksamitnym „Przepraszam”, a wszystko po to, by móc udać, że i oni przynależą do świata pięknej młodości, który część z nich opuściła wieki temu; lecz marzyli o nim bez nadziei i bez celu, tak jak marzył Nicolas Flammel czy Lord Voldemort.
– Pomóż mi. Zgodziłeś się zostać moim przyjacielem dosłownie minuty temu – zauważyła zadziwiająco przytomnie.
Nie mogła przestać się uśmiechać, tak jak uśmiecha się dziecko: mobilizując nieomal każde pasmo cieniutkich mięśni we wspólnym wysiłku okazania naturalnej reakcji, podkoloryzowanej nieco fanaberią czy preferencjami wobec określonej osoby.
– Nie muszę się przed tobą tłumaczyć, jeśli jesteś zbyt g ł u p i a, by zrozumieć, że n i e ma przyjaźni między nauczycielem a uczniem – uciął prędko nauczyciel eliksirów, chwytając Jemimę za łokieć, a gest ten miał w sobie tyle stanowczości, że nie potrafiła mu się nie poddać, choć cała krzyczała w środku, żeby ją puścił, mimo że sekundę temu poprosiła o wsparcie jego silnych dłoni, że Severus ma zimne palce, że ona nie chce, że nie pójdzie… Ze zdumieniem skonstatowała, że jednak idzie, że daje mu się prowadzić, a jego dłonie wcale nie są zimne, to po prostu ona jest zgrzana; że obejmują ją jak cęgi i może im się powierzyć, bo gdyby chciał, to uniósłby ją całą za ten łokieć, jak gdyby nie ważyła więcej niż pióro feniksa.
– Nie możesz mnie znieważać, kiedy ci się podoba…
Jej głos stracił dawną pogardliwą nutę, a tylko rysy twarzy wciąż zdradzały nieudolne zdziwienie. Jemimie zdało się, że nie ona jedna grała, i nie ona jedna przygotowywała obronę, długo zanim miał nastąpić atak. Oskarżeniom o pretensjonalność zachowania najlepiej wszak przeciwstawić ich uniwersalny charakter. Usłyszała, jak pada pytanie, będące jednocześnie samo dla siebie odpowiedzią, usłyszała, jak jego twarda skorupka uderza o bruk i pęka, odsłaniając słodkie wnętrze nieskończonych możliwości.
– Kto powiedział, że nie mogę? – zadzwoniło cicho, ale paraliżująco wyraźnie w jej uszach.
–  Widzisz? Dlatego właśnie nikt cię nie lubi! Jesteś wredny, nadęty i… i… nieznośny!
Prawie uderzyła o jego plecy, gdy nieoczekiwanie puścił jej łokieć i stanął w miejscu. Założyła włosy za ucho, znów wolna i pozostawiona sama sobie, by wedle uznania korzystać z uroków danych jej przez łaskawą naturę.
– Za szybko chodzisz – zwierzyła się zakłopotana przestrzeni obok Snape’a, by po chwili spojrzeć nauczycielowi w oczy z dawnym buntem.
– Powinienem był cię uderzyć, kiedy mogłem – wyznał szczerze, lecz odrobinę za ostro, by dała się przekonać, że naprawdę by to zrobił. Gdzieś głęboko w Severusie skrywał się prawdziwy talent aktorski. – Teraz już za późno. Okazuje się, że mam więcej wad niż zalet, bardzo mi przykro, panno Rosier.
– To gdzie idziemy, huh?
Czuła, że radzi sobie coraz gorzej; wyciągnęła z torebki papierosa i wetknęła go między pełne wargi.
– Jest kategorycznie zakazane… – zaczął Snape.
– W i e m, nie jestem głupia. Po prostu nie obchodzi mnie zakaz.
– Minus pięćdziesiąt…
– Przestań z tymi punktami, to naprawdę denerwujące! – Mówiła głośno, przerysowując każde słowo, i patrząc, jak odrywa się od jej ust i przykleja do twarzy Snape’a jak guma balonowa.
– Chcesz zrobić z tego sto? No dalej – pomyślała, lecz była to myśl z zewnątrz, i już wiedziała, kto jest jej winien, i komu przyjdzie odpowiedzieć za użycie legilimencji wobec uczennicy. Z drugiej strony oszukiwałaby samą siebie, gdyby nie przyznała przed sobą, że imponuje jej tak wysoki poziom wiedzy i umiejętności, a zarazem jadowitość języka Severusa Snape’a.
Tylko ulica wciąż pozostawała niema na ich sprzeczkę. Sztyletowali się spojrzeniami jeszcze chwilę, a krzyki ludzi i tupot podeszew opływały ich jak niewidzialne fale. Jeśli Severus odpychał od siebie wszelkie zainteresowanie i empatię oleistymi włosami i sterylną czernią szaty, to Jemima tworzyła wokół siebie barwną ramę, w której zamykał się urok jej sylwetki i pewna nieodgadnioność charakteru, tak kusząca dla wielu mężczyzn, niby trzon stałej ekspozycji w muzeum, do którego przywykliśmy chodzić, ale niepewni zamysłu artysty, przynosimy doń owego dnia własne nastroje i uczucia, by nimi domalować własną interpretację. I staliby tak całą wieczność, bo przecież w tej statecznej mściwości spełniali się obydwoje, pozwalając rozkwitnąć w całej okazałości udręce swoich krótkich żywotów, gdyby Jemima na złość nauczycielowi nie zapaliła jednak papierosa.
– Och, mam tego dosyć. Chodźmy. Tam sprzedają lody.
Lecz lody nie zdołały przekonać czarnej duszy Severusa, i jak wcześniej z siłą i stanowczością, tak teraz z pewną dozą rezygnacji, znów schwycił Jemimę za łokieć, by skierować jej kroki do apteki Mulpeppera, gdzie miał nadzieję szybko zakończyć szlaban. Przy okazji obiecał sobie w duchu nie nakładać na Jemimę kolejnych, jeśli komukolwiek uda się z niej zrobić czarodziejkę, to nie jemu, on definitywnie umywa od tego ręce. Może nawet pora zawiadomić Trzmiela. Snape poczuł nagle ogromne zmęczenie. Czyżby otarł się o wypalenie zawodowe?
Mulpepper przywitał go wylewnie, jak zwykle mówiąc za dużo, i kaszląc za dużo, a we wnętrzu unosił się zapach ziół: piołunu, tojadu, rokitnika, z delikatną sugestią świeżych cytryn, który miał zapewne maskować przebijający aromat tabaki. I już Snape otwierał usta, by wydać Jemimie polecenie, a zarazem uwolnić się od przymusu prowadzenia jej szlabanu, lecz z ciekawości Mulpeppera wypełzło na świat pytanie o eliksir paraliżujący zmysły i jego możliwe zastosowanie w magomedycynie, a także prawa do dystrybucji i sprzedaży, i Snape wiedział już, że jeśli nie zabije tematu w zarodku, wizyta w aptece Mulpeppera zajmie im całe popołudnie, bo któż inny mógł odpowiedzieć na te pytania, jak sam twórca eliksiru.
– Panie Mulpepper – zaczął, sycząc raczej niezbyt życzliwie. – Ta młoda panna chciałaby zakupić trzystugramowy słoik skrzydeł nietoperza. Nie pozwólmy jej dłużej czekać.
Jemima wyłożyła na apteczną ladę dziesięć sykli i kilka knutów, i układała z nich fantazyjne wzory, dopóki pochłonięty historiami o własnej przedsiębiorczości Mulpepper nie podał jej wreszcie ceny.
– To za te, które zmarnowałaś – usłyszała od Snape’a. – Weźmiemy jeszcze cztery śledziony nietoperza – zwrócił się znów do aptekarza. – Może tym razem panna Rosier uwarzy poprawnie eliksir rozdymający.
Ale Jemima nie chciała już warzyć eliksiru rozdymającego. Chciała przygotować eliksir paraliżujący zmysły. Nie spuszczała wzroku ze srebrnawej zawartości fiolki, którą zachwycał się Mulpepper – jak poinformował, była to próbka, którą otrzymał od Towarzystwa Alchemików.
– Panie Snape, to najprawdziwszy dar, że pana mamy… – nawijał w nieskończoność ten apteczny bubek, a Snape pochmurniał z minuty na minutę coraz bardziej i bardziej; Jemima spodziewała się zaraz opadu gradu i intensywnego wiatru, powietrze lekko się zjonizowało. Chwyciła papierową torbę z zakupionymi ingredientami.
– Wychodzimy.
Jego dłoń była duża, spocona i chłodna, dokładnie taka, jakiej się spodziewała. Gdy wyprowadziła ich na uliczkę, dokąd wychodziły tylne drzwi sklepików, apteki i księgarń, szybko go puściła.
– Słuchaj, wiem, że nie chcesz tego słyszeć ode mnie, ale… Rosier byłby dumny. Może nie używasz swojej magii do zabijania ludzi, ale jesteś cwany, Snape. Zatrzęsiesz kiedyś światem.
Jak pisarz, czytający na głos swoje dzieło, życzyła sobie zobaczyć w Severusie oddanego słuchacza, lecz napotkała jedynie pustkę jego oczu, paraliżującą i niemą, i tak beznadziejnie spokojną, że nie zapragnęła już mącić jej żadną zbędną uwagą, bo ta pustka mówiła jej więcej o Snapie niż sam potrafił o sobie opowiedzieć.

03: Wokół pani Arbanddel

02: Nie ma Jemimy

 Okazja to piękny kwiat czasu, trzeba go zerwać we właściwym momencie.
L’Orfeo favola in musica

Z sufitu w prawym rogu pokoju kapała woda, przyprawiając Severusa Snape’a o apopleksję; natrętny, bębniąco-plaskający dźwięk przeszkadzał mu rokoszować się Orfeuszem Monteverdiego (libretto Alessandro Striggio, 1607) w wykonaniu doskonałego francusko-włoskiego zespołu operowego specjalizującego się w muzyce wczesnobarokowej. Severus byłby nawet skłonny nazwać owo wykonanie najlepszym, jakie słyszał do tej pory, gdyby tylko należał do osób skorych wydawać osąd, nim zapoznają się z całym dostępnym im materiałem. Wszak Severusowi zostało jeszcze przecież trochę oper do wysłuchania, bo przecież nie mógł uczestniczyć w większości premier. Dlaczego D u m b l e d o r e nie może zrezygnować ze swoich wypraw do Tajlandii? Dlaczego ciężar zarządzania Hogwartem pod nieobecność wielkiego czarodzieja spoczywa na Severusie Snapie? Funkcja zastępcy dyrektora przypadała wszakże Minerwie McGonagall, tej szarej suce, którą wszyscy tylko zdawali się lubić, a której tak naprawdę nie lubił nikt, bo nosiła się zbyt dumnie i odzywała zbyt pochopnie, podczas gdy należało raczej milczeć; tak, Severus zdecydowanie nie darzył jej sympatią. Co do zasady preferował towarzystwo introwertyków, z którymi można było pomilczeć i okazjonalnie roztrząsać swoje bóle, taka samotność bez konieczności przebywania samemu bardzo Severusowi odpowiadała, wtedy jego tendencja monologowania do samego siebie wydawała się jakby ciut normalniejsza, jakby ciut mniej paranoidalna, wszak nie przemawiał już do chłodu ścian – mimo że loch był jego jedynym przyjacielem – a do chłodu innej osoby, ale jakże żywej, a przynajmniej sprawiającej pozory żywotności, bo tak naprawdę wszyscy umarli już dawno temu na choroby znane tylko dogłębnie rozczarowanym. Ach! Dokąd odeszli Rosier i Wilkes, Avery i Mulciber, Lestrange’owie? – ci, których kochał jak braci, a których jedno życie liczyło się jak setki mniej znaczących innych żyć, dla Severusa mogliby być przecież nieśmiertelni, wiecznie młodzi, wiecznie piękni, i wiecznie tacy ciepli, jak wtedy, kiedy chwytał ich dłonie albo wspierał się na ich ramieniu. Nawet Bella – słodka, wierna koleżanka – zaprzestała korespondencji z Severusem, odkąd nie poparł Voldemorta po jego śmierci. Lecz dlaczego miałby podążać za kimś, kto był nie tylko doszczętnie przegrany, ale i zupełnie martwy? Czyż Severus nie próbował go ocalić, prosząc o oszczędzenie Potterów? Może gdyby ocalał Lord Voldemort, ocalałaby w Severusie ta ukochana cząstka jego życia, kamyk węgielny, wokół którego Severus budował swoje dorosłe życie – miłość do wszystkich, którzy zostali zabici, do Wilkesa, do Rosiera, do Blacka… To z nimi pragnął przebywać, to ich roześmianym głosom pozwalać burzyć, łoskotać falami o mury snape’owości. A przecież już nie mógł; od bardzo dawna nie kładł się na tafli wody i nie unosił się, wypychany do góry jedynie własnym ciężarem. Miał wrażenie, że brodzi po kolana w cuchnącym błocie.
Spojrzał na ciemnobrunatną plamę na suficie, a plama spojrzała na niego. Zamknął oczy; myślał o morzu, które widział tylko jeden raz, jako sześcioletnie dziecko. Eileen… Matka zabrała go do Brighton, tego obrzydliwego Brighton, w którym nie znalazł dla siebie absolutnie niczego wartego uwagi, a w którym więziono go trzy sierpniowe tygodnie, najdłuższe tygodnie jego życia, jeszcze dłuższe od tych kilku marcowych, gdy Lily przestała się do niego odzywać. I gdyby nie to morze, osunąłby się w świat dorosłych, dusząc i dławiąc przemocą i bólem.
Morze. Morze mu się podobało, pomyślał.
Jemima rozczesywała jedwabiste włosy przed lustrem, wygładzając włosianą szczotką złote, lejące się pasma jedno po drugim, dziesiąte, czterdzieste piąte i setne, lecz przecież nie liczyła, nie liczyła jeszcze zanim Luna Arbanddel nauczyła ją cyfr, bo zawsze kręcił się obok ktoś, kto – urzeczony mieniącymi się odcieniami złota i wiosny falami – poprosi, by uczyniono mu honor, zezwalając choćby na dotknięcie czegoś tak dalece nie pasującego do znanej nam rzeczywistości, a przynależącego raczej do rajskiego wymiaru; taką właśnie zastała Jemimę Gilberta Minchum. Pozornie oddana w pełni ruchom dłoni, umysłowość Jemimy spowita była rozkoszną mgiełką zapomnienia, nic nie robiąca sobie z czasu i przestrzeni, przeskakiwała od dnia do dnia, nie powstrzymywana chronologią, logiką czy innym porządkiem, a ukazywało się to naszemu wymiarowi pod postacią głośnego śpiewu – Jemima nuciła wszak znane wszystkim uczniom zwrotki najpopularniejszej piosenki o Severusie Snapie.
Nawet słonia, nawet konia
Nawet żyrafę ze stołka jak bieda
I tylko Snape’a przelecieć się nie da
Jemima uśmiechnęła się niedyskretnie do swojego odbicia. Bo przecież wszystko w niej krzyczało, chcąc zaskarbić sobie uwagę zarówno mężczyzn, jak i kobiet, wyciągnąć z ich ust – jak szklaną kulkę służącą ćwiczeniom wymowy – komplementy nie po ty, by podsycać nimi ogień próżności, lecz tworzyć galerię wszystkich zwrotów ku czci absolutnego piękna, i wreszcie gromadzić je na czarne chwile, kiedy czuła się mała, tak mała, jak w dniu, w którym zabito Evana Rosiera.
Gilberta oddychała szybko, płytko; szczupłe palce zacisnęła mocno na ramionach koleżanki, jak gdyby chciała powiedzieć jej nie tylko to, że profesor Severus Snape pogwałcił puchońską niepodległość – i jak niespodziewany dysonans w symfonii kompozytora, którego dzieł nie przywykliśmy słuchać, zaburzył harmonię sprawiającą nam do tej pory niebiańską przyjemność – ale również wyznać skrywane uczucie niemożliwe do porównania z żadnym innym, bo miłość Gilberty była tylko jedna, i tylko dla jednej osoby.
– Kurwa!
Jemima zerwała się ze stołka jak oparzona i puściła się biegiem po niskich stopniach, prowadzących do pokoju wspólnego Puchonów, gdzie Snape w najlepsze siał terror wśród pierwszorocznych, którzy mieli pecha i nie zdążyli schować się za paprotkami; Gilberta deptała jej po piętach.
– Minus dziesięć punktó… – huczało miękko w bogato strojnym miedzianymi donicami i rzeźbionym drewnem pokoju wspólnym, tak miękko, że aż trudno było uwierzyć w surowe słowa, zmiękczone wyjątkową akustyką pomieszczenia.
Paprotka o imieniu Charlie wykrwawiała się ziemią na dywan pod nogami nauczyciela.
– Przestań! Przestań natychmiast! – zakomenderowała Jemima tonem mediatora, próbującego przekonać samobójcę, który jedną nogą jest już po drugiej stronie barierki mostu, by wrócił do świata żywych. – Jakim cudem się tu dostałeś?
Zaskoczony tą nagłą wizytą, a nieprzywykły oglądać twarz Severusa Snape’a uczeń, ze zdziwieniem pomieszanym z odrazą odkryłby podobieństwo tej twarzy do mordki płaza, płaskiej i pozbawionej mimiki, jak gdyby naciągnięto ją w stronę czoła, szyi i uszu, i ufiksowano magicznym klejem.
– Rosier, tylko i d i o t a miałby problem z wystukaniem rytmu o właściwą beczkę – wysyczał Snape, prawie nie rozchylając warg.
Wbrew wrodzonemu uporowi, Jemima musiała przyznać Snape’owi rację; do Hufflepuffu upychano każdego, kto nie radził sobie za dobrze z logiką.
– Wszystkich was czeka to samo, co pannę Rosier,­­ jeśli nie stawicie się na szlaban! – Snape uniósł w górę złowieszczy palec.
– Zabierzesz nas na randkę? – rzucił ktoś zza paprotki.
Pozostałe paprotki zarechotały zgodnie.
– Kto to powiedział? Liczę do trzech. Jeśli się nie przyzna, odejmę waszemu domowi kolejne dzie…
Jemima podbiegła do profesora, trącając kolanem stojącego na drodze trzecioklasistę.
– Jestem gotowa, możemy iść. Przepraszam, pomagałam koleżance z referatem, rozumie pan, nie jest zbyt dobra w eliksirach i obliczeniach, ma raczej artystyczną duszę.
Brwi Snape’a szukały ucieczki od słowotoku Jemimy, próbując schować się w pomarszczonej skórze czoła.
– Zapłacę za lody – powiedziała, unosząc dłonie w geście kapitulacji.
Z przyjemnością wytargałby ją za uszy przez wąski, niski korytarzyk we wnętrzu beczki, lecz naruszenie szkolnego regulaminu niosłoby ze sobą ryzyko postępowania dyscyplinarnego, i mimo że toczyło się owo postępowanie w zamkniętym, zaufanym gronie, Snape odczuwał dyskomfort na samo wspomnienie uczestnictwa w radzie, przed którą postawiono Horacego Slughorna, gdy jedna z uczennic bawiących się na przyjęciu bożonarodzeniowych „poczuła się śmiesznie” po kostce kandyzowanego ananasa. Lepiej nie dawać Dumbledorowi powodu, by zwątpił w uczciwość i lojalność Severusa wobec szkoły i jej uczniów, nie póki Snape desperacko potrzebował znajdować się po właściwej, zwycięskiej stronie, czyż nie tego chcieli dla niego jego rodzice? Pamiętał słowa matki wypowiedziane w Brighton, i chyba zawsze już potem szedł po śladach pragnień i przyszłych wspomnień, które wyprzedzały go, wybiegając do przodu o rok, dwa, nieraz całe dziesięciolecia; i gdy wreszcie do nich docierał, były ledwo czytelne, płytkie i prawie całkiem zasypane przez pył niepowodzeń. Starał się ignorować poczucie błądzenia w koło, tak musiało wyglądać przecież młodociane życie, wszak matka nie wyrządziłaby mu krzywdy, wysyłając go w tę niekończącą się drogę bez celu i poza czasem. Nie miał na co narzekać, nie było mu ani zbyt źle, ani zbyt dobrze.
Severus Snape żył. Niewielu jego przyjaciół mogło się pochwalić tym samym.
Przyzywając na twarz najbardziej płaski i obojętny wyraz, jaki potrafił, polecił Jemimie wrócić się po płaszcz.
Pięć minut później musiała biec, by nadążyć za jego krokiem.
Przed nimi i za nimi rozciągały się błonia: nieskończone połacie ledwo wzrośniętej trawy, chybotliwej jeszcze i sztywnej sztywnością porannego przymrozka, ale już nie mokrej od topiących się śniegów. Tak samo jak ta trawa napawała Jemimę zarazem euforią zbliżającej się wiosny i bojaźnią, że zima z zaskoczenia zaciśnie na jej skórze swoje lodowate palce – jak miała to w zwyczaju robić na przełomie marca i kwietnia – tak i szata Severusa Snape’a, zawijająca się wokół chuderlawych, bladych łydek, gdy pokonywał kolejne metry z przekonaniem i energią jucznego kucyka, któremu spieszno do odpoczynku u szczytu góry, przyprawiała Jemimę o zawrót głowy – jak wtedy, gdy wypijemy zbyt szybko ulubiony koktajl albo kieliszek czerwonego wina – swą głęboką, chłodną czernią. Miała wrażenie, że jeśli wyciągnie dłoń i ta dłoń zetknie się z niegościnnym dla obcego ciała materiałem, okaże się, że czerń jest początkiem, a nie końcem wszystkich kolorów, i że za tą barwną granicą skrywa się prawda o Severusie Snapie.
Z zaskoczeniem dotarło do niej, że Severus m ó w i – gdziekolwiek podążali, miała nadzieję przebyć tę drogę w milczeniu, ograniczając się tylko do niezbędnej wymiany zdań, wszak wciąż obrażona była za zachowanie Severusa, który odważył się zachwiać tradycją nieodwiedzania uczniów w ich Domach, wystarczyłby przecież głupi liścik. A teraz usłyszała coś potwornie niesprawiedliwego, co zachwiało całym jej małym światem, wyrzuciło Jemimę z torów historii, i wysłało na tułaczkę w poszukiwaniu doskonalszej tożsamości.
– Jesteś zniewagą dla tej rodziny!
Jak amatorzy gry w ruletkę, nie potrafiący powściągnąć okrzyku triumfu, gdy wbrew wszelkim szansom wypadnie obstawiona przez nich liczba, tak i Snape zdawał się wygrać z własnymi myślami, i z radością zapragnął obwieścić Jemimie swoje zwycięstwo. Obrócił się gwałtownie, a szata zawirowała wraz z nim.
– Żaden Rosier nie był nigdy… Puchonem – cedził słowa jak przez grube sito, a te skapywały jedno po drugim do wiadra rozczarowania. Puchon w ustach Severusa Snape’a brzmiało teraz gorzej niż Gryfon. – Możesz to sobie wyobrazić? Tysiące lat historii wielkiej rodziny, każdy z jej członków był wielkim, wielkim człowiekiem, a ty… Ty nie zasługujesz na te ciężkie powieki, na te usta i kości policzkowe…
– Och, zamknij się, Snape – weszła mu w słowo, i naraz poczuła ogromną ulgę, jak gdyby z jej pleców spadł niewidzialny ciężar, który niosła z sobą całe życie, czekając dnia, kiedy wreszcie będzie mogła się go pozbyć, odliczała minuty, godziny, lata, by w jednej sekundzie dopełnić swojego losu i skazać Severusa Snape’a na wieczne milczenie. – Myślisz, że jesteś jakimś zdolnym alchemikiem, ale jedyne, co w życiu osiągnąłeś, to zabicie Potterów. Mam nadzieję, że plujesz na swoje odbicie w lustrze każdego dnia, bo twoja twarz jest taka, kurwa, obrzydliwa, cały jesteś obrzydliwy, chce mi się rzygać na twój widok. Nie rozumiem, jak ojciec mógł na ciebie spojrzeć i zobaczyć coś więcej niż nieudacznika, który zasłania się swoim jadem, swoją żółcią, który sączy tę żółć we wszystko, co mógłby kiedykolwiek pokochać. To t y jesteś zniewagą dla Rosiera.
– O czym ty w ogóle mówisz? Nie rozumiesz tego człowieka, był wybitny w sposób, w jaki ty nigdy nie będziesz.
– Skoro tak za nim tęsknisz, może przydałby ci się Kamień Wskrzeszenia!
Severus Snape zamilkł, a to milczenie osiadło lepkim ciężarem na Jemimie, trawie i krokusach. Ciało Snape’a wibrowało.
– Nie ośmielisz się mnie uderzyć. Jeśli to zrobisz, wsadzę ci twoją własną różdżkę w dupę.
I podziałało. Snape rozluźnił zaciśnięte w pięści dłonie, wypukłe żyły na jego czole puściły zgromadzoną krew dalej, tylko jego serce wciąż waliło jak szalone.
– Nie zmierzałem podnosić na ciebie ręki – wycedził powoli. – Nie jesteś dla mnie godnym przeciwnikiem.
– Masz rację, nie jestem, jestem po prostu dzieciakiem, który nic ci nie zrobił.
– Jesteś niesubordynowana.
– Jestem, i co z tego? Nie możemy być przyjaciółmi, Snape? Tak naprawdę niewiele mnie obchodzi, co się z tobą dzieje, po prostu chcę się od ciebie uczyć. Postarajmy się, żeby to było jak najmniej ofensywne, w porządku? Jestem… Boże, boli mnie już głowa… – Pomasowała skroń, a Snape obserwował jej krótkie, magicznie pomalowane na bordowo paznokcie. – Jestem zmęczona owutemami.
Ostatnim, czego profesor eliksirów się spodziewał, to to, że Jemima spędziła sobotni ranek w bibliotece, podchodził do tej myśli z każdej strony, oglądał ją, obracał i wkładał pomiędzy różne konteksty, próbując dopasować do tej dziewczyny, do jej jedwabistych rzęs, głębokich, niebieskich oczu i perfekcyjnej linii warg, czy ona w ogóle potrzebowała mózgu, skoro wystarczyłoby, że byłaby czystym pięknem?
– Moglibyśmy spróbować – przyznał bardzo, bardzo ostrożnie.
– Dzięki, Snape.
Podążyła za nim jakby pewniej niż uprzednio, i jakby rozpoznając w kroku nauczyciela nieznaną dotąd lekkość, gdy jego duże stopy tłamsiły pod sobą kolejny pagórek.
– Dokąd idziemy? – zainteresowała się, lecz Severus słuchał już tylko własnych pytań, i tylko dla siebie miał odpowiedzi.
Po czterdziestu minutach dotarli do Hogsmeade, skąd deportowali się z cichym trzaskiem, a Jemima mogła wreszcie dotknąć czarnej szaty Severusa Snape’a.

02: Nie ma Jemimy

01: W cieniu zakwitających dziewcząt

Severus Snape patrzył, jak słoik pełen skrzydeł nietoperza uderza o podłogę, zasypując skrzące wilgocią kamienne płyty lochów fontanną martwych – a jednocześnie tak bardzo żywych, bo poderwanych energią kinetyczną do lotu – mysich skrzydełek; nietoperze to przecież takie latające myszy, wysysające sok leśnych jagódek, niegroźne i bardzo piękne.
Stojąca przed Severusem Snapem dziewczyna nie była piękna. Oprócz tego, że wyglądała jak dziecko Brigitte Bardot i syreny, ze swoimi złotymi włosami do pasa i aksamitnym głosem, głosem, którym wypowiedzieć obelgę, a automatycznie stanie się słodką nagrodą. Nie, Severus Snape nie uważał Jemimy Rosier za piękną, gdyż w jego świecie nie istniał już nawet kawałeczek miejsca, w którym dałoby się upchnąć miłość do żywego człowieka, tak głęboko wypełniała go już zmarła kobieta.
Machnął różdżką i wyszeptał formułę zaklęcia naprawiającego. Rozkawałkowany słoik na powrót scalił się w jedno, na chwilę przywracając ład i porządek do podziemnego rezerwatu wszystkiego, co mokre, oślizgłe i zabójcze. I takie piękne, bo zdolne uratować życie.  Sprzeciwiając się temu, co przecież już się wydarzyło, słoik nagiął niezaprzeczalne prawa fizyki, by jednocześnie mógł istnieć słoik stłuczony i słoik cały. Widzieliśmy przecież, jak uderza o ziemię, wszyscy widzieliśmy! A teraz musimy odwidzieć, udać, że to się nigdy nie wydarzyło, ale skoro nie istniał już dowód w postaci kawałków szkła obok nieforemnych stóp Snape’a, to gdzie szukać potwierdzenia, że całego zdarzenia nie zmyśliliśmy? I Severusów też było dwóch, a jednocześnie tylko jeden, i ten jeden nie wiedział już, którym z dwóch, setek, a może tysięcy Severusów jest, bo skoro głupi słoik potrafi wywołać takie zamieszanie, to co dopiero czyjaś śmierć.
Czy znów pogrążył się w myślach? Ostatnio zdarzało mu się to coraz częściej; okazjonalnie wypadał mu wtedy z rąk jakiś preparat czy fiolka. Lecz nie to było najgorsze, nie, najgorsze było przeżywać ten koszmar od nowa; znów mieć piętnaście lat i dać się upokorzyć swojemu największemu rywalowi, a nic przecież nie boli tak, jak zraniona nastoletnia duma. Pamiętał, jak pachniał tamten maj – malwami, ale bliżej w stronę Zakazanego Lasu również miecznikiem o wspaniałych, chabrowych kwiatach. Pamiętał zapach trawy, kiedy zarył w nią zakrzywionym nosem – ziemia wpadła do nozdrzy i wypełniła jego mózg duszącym uczuciem powrotu do korzeni, może teraz przyjdzie mu przestać oddychać i wypuści sprężyste zawiązki, które zatopią się z lubością w glebie i utwierdzą go, że przynależy właśnie tutaj, do Hogwartu, i żaden James Potter tego nie zmieni, nawet jeśli użyje na Severusie jego własnego zaklęcia. Haha! cóż to za perwersyjna rozkosz patrzeć, jak ktoś wyciąga przeciwko tobie twoją własną broń, nie dlatego, że kto od miecza wojuje, ten od miecza ginie, lecz dlatego, że był zbyt głupi, by wynaleźć własną. Nie do końca umiejąc się nią posłużyć, cieszy się z łutu szczęścia, jakim jest skutecznie rzucone zaklęcie. A teraz Severus musi zwisać głową w dół i czuć, jak żołądek podchodzi mu do gardła, a umysł robi się lekki, coraz lżejszy od nadmiaru tlenu dostarczonego z krwią, myśli mieszają się w jedną zgrzaną, ciepłą masę i przelewają od ucha do ucha jak w szklanym naczyniu.
Szlama!
Po tylu latach wciąż dzwonił mu w głowie jego własny, łamiący się głos, i wciąż widział plecy oddalającej się prędko Lily, by tylko znaleźć się jak najdalej od niego, tak daleko, aż Severus skurczy się na horyzoncie, ruchy jego sylwetki zatracą szczegóły i czarna, stateczna postać stanie się tylko jedną z wielu bezimiennych postaci.
– Profesorze?
Rosier wciąż stała naprzeciwko, wpatrując się w Severusa oczami tak odmiennymi od tych, w które spoglądał na lekcjach, bo wyrażającymi znudzenie i zainteresowanie jednocześnie; zwykle widywał tylko jedno z nich.
– Hmph? – zaryzykował. Odchrząknął i spróbował jeszcze raz. – Kto pozwolił ci odejść od kociołka?
– Potrzebuję tych skrzydeł nietoperza – wskazała słoik, na którym Snape kurczowo zaciskał swoje robaczkowate palce. Poluźnił chwyt, pozwalając dziewczynie wyciągnąć naczynie spomiędzy jego obezwładnionych siłą rozsądku dłoni.
Patrzył, jak wraca do ławki i wyciąga jedno po jednym skrzydła, które dawniej były tak żywe, a teraz są takie martwe, jak przykłada do nich lodowate ostrze alchemicznego nożyka i kroi na kawałki cienkie jak dusza Severusa. Poczuł nagły ucisk w klatce piersiowej, dobrze znany brak oddechu i to upojne, kojące ciepło w głowie; nieznośną lekkość bytu zwiastującą jedynie utratę przytomności. Bo jakże organizm przyzwyczajony do chłodu i wilgoci, ale też i spokoju, może przetrwać tam, gdzie pod pierzynką ciepła i słońca kryje się kompromitacja i panika?
Chwycił się krawędzi krzesła, żeby nie upaść.
Jemima niezrażona kontynuowała metodyczną czynność pozbawiania skrzydełek nietoperzy rozpoznawalnej formy.
– Pomaga, kiedy oddycha się do papierowej torby. Tak słyszałam – rzuciła zwięźle fachowym tonem.
Papie… Co?!
– Nic mi nie jest – machnął lekceważąco dłonią. Prędzej szczuroszczety nauczą się latać niż on, Severus Snape przyzna się do słabości, i to komu? Uczennicy!
– Akurat – parsknęła, tym samym zmuszając go, by na nią spojrzał. – Jest pan Severusem Snapem, legendarnym łowcą dziecięcych głów. Za nieodrobioną pracę wysyła pan do Zakazanego Lasu na całą noc. Za nieudany eliksir odbiera pięćdziesiąt punktów. Wszyscy wiedzą, że ma pan słabość do chłopców ze Slytherinu, ale dziewczynkami też pan nie…
– Co ty, do cholery, mówisz? – wysapał wściekle, powoli tracąc nad sobą panowanie.
– Ż a r t u j ę – powiedziała po dłuższej chwili, wyraźnie akcentując każdą sylabę.
Patrzył na jej drobne, rozchylone usta, nie rozumiejąc już niczego. Zmarszczyła delikatne brwi, a z nimi zmarszczyło się jej wysokie czoło, i zmarszczył się pracownia, i zmarszczył się zimny loch, jedyny prawdziwy przyjaciel Severusa Snape’a.
– Wie pan, co to żart, prawda?
W głosie Jemimy można było wyczuć minimalne zawahanie; nie była wcale taka pewna, że wiedział.
– Nie. Lubię. Żartów – wycedził przez zęby Mistrz Eliksirów. Po plecach dziewczyny przebiegł dreszcz ekscytacji pomieszanej z przerażeniem – najsłodsze z połączeń; przynajmniej kiedy jest się nastolatką albo Anną Steele. Jemima w żadnym wypadku nie była Anną Steele. Nie była też swoją ciotką, babką czy Evanem Rosierem. Była Jemimą, cokolwiek to znaczyło, nawet jeśli znaczyło, że jej ulubioną rozrywką staną się nielegalne walki skrzatów albo podpalanie ludziom stóp, by wydali swoich przyjaciół i rodziny. Była Rosierem, na litość. I Puchonką, tak, Jemima zdecydowanie była Puchonką, nawet jeśli zdradzały ją te ciężkie powieki, ta ambicja; i ten głos, zmuszający wszystkie inne głosy, by zamilkły, bo przecież nie są zdolne zainteresować samego Evana Rosiera swoim skamleniem o przebaczenie, o zrozumienie, o uwagę…
Nauczeni nosić nasze humory i uczucia na naszej skórze, zapominamy, że nie da się ich przecież zmyć, nie, nawyki i urazy wniknęły już dawno głęboko w warstwę podstawną i skaziły leżące niżej warstwy tak, że nie pomoże nawet obdarcie z tej skóry.
A skóra Jemimy była zrobiona z szarego puchu.
– Właśnie zarobiłaś kolejny szlaban, Rosier. Może to cię nauczy szacunku.
Jemima przygryzła boleśnie wargę, a warga ta bolała równie mocno, co wizja straconego sobotniego popołudnia, które spędzi ponownie w tej mokrej norze. I to w towarzystwie tego dziwaka. Co powiedziałby Evan Rosier, gdyby dowiedział się, że dała się upokorzyć czarodziejowi, którego ojciec był Mugolem z krwi i kości?
W jej geście wzruszenia ramionami było tyle samo niesmaku i złości, co niezamierzonego dziewczęcego uroku, gdy szary sweter stracił punkt zaczepienia i obsunął się z barku, pociągając za sobą ramiączko cienkiej sukienki. A ona nadal siekała skrzydła nietoperza, jak gdyby nic się nie wydarzyło, i wrzucała je garściami do wrzącego wywaru podstawowego, który nabrał już koloru wypłukanej czarnej bawełny.
Miała dopiero szesnaście lat. Severus Snape nigdy nie spojrzałby na dziewczynę tak młodą.
A przecież jednak patrzył, patrzył i chłonął każdy detal tego obrazka, jak gdyby widział go po raz pierwszy w życiu – Dziewczyna warząca eliksir, nadał mu w głowie tytuł, i już, już wynosił go do rangi co najmniej Vermeera, podczas gdy był to tylko nędzny van Meegeren, ale to właśnie ten van Meegeren pasował do Severusa, nie Vermeer, Vermeer wymagałby znajomości tak zwanej sztuki, a Severus nie miał przecież pojęcia o sztuce, pozostał mu tylko ten van Meegeren, kpiący van Meegeren, którego nie chciał nikt, a przecież chcieli wszyscy, bo bali potrafili przyznać się do własnej śmieszności, i dlatego ta śmieszność z nich zakpiła, obracając w żart wszystko, co było dla nich tak zwaną sztuką.
Severus wzdrygnął się, sprawdzając, czy członki jego ciała są wciąż posłuszne – były. Tylko oddech słuchał go nieco mniej chętnie niż zwykle, wszak dopiero wyszedł ze stanu bliskiego omdlenia. Ledwie krew zdążyła wrócić na dawne tory, odkwaszając komórki i sycąc je tlenem, a już Severus popychał swój organizm, wymagając od niego bezwzględnego posłuszeństwa, dalej, i dalej, i dalej w stronę Jemimy.
Czyż nie tak rodzą się rewolucje?
– Co kazałem ci uwarzyć? – wysyczał, stając tuż nad parującym kociołkiem.
– Eliksir rozdymający.
– A co to jest? – Wycelował suchotliwy palec w zawartość kociołka.
– Eliksir rozdymający.
Teraz i ona stała. Na lekko trzęsących się nogach, ale jednak stała. Najwyraźniej głowa nie skonsultowała z nogami pomysłu poderwania się ze stołka. Jemima rzadko zostawała tam, gdzie akurat była.
– Dodałaś skrzydła nietoperza, zamiast śledziony.
Skrzyżowała ramiona na piersi, siląc się na spokój, podczas gdy serce usiłowało wyskoczyć jej z piersi i wgryźć się w miejsce, gdzie podejrzewała, że znajduje się śledziona Snape’a.
Trzeci szlaban, Rosier. Dopóki się nie nauczysz, będziemy się spotykać w tej sali w Każdą Wolną Sobotę – wycedził bardzo, bardzo powoli; na tyle wolno, by zastanowiła się, jak wiele legendarnych Wielkich Imprez Syrka przegapił ten nudziarz.
– Jeśli chce mnie pan mieć na wyłączność, wystarczyło poprosić – wypaliła, zanim zdążyła ugryźć się w język. Ku jej zdziwieniu, kolejny atak nie nastąpił. A więc zamknęła się we względnie przyzwoitej liczbie trzech szlabanów. I tak nieźle, jak na nią.
Idź.
Chwyciła torbę i jej stopy były już po drugiej stronie progu, zanim polecenie zdążyło wybrzmieć w powietrzu.
– Rosier, jeszcze jedno – usłyszała za sobą cichy syk. Obróciła się z miną tak bardzo znudzoną i cierpiącą, jaką zdołała przywołać. – Minus pięćdziesiąt punktów dla Hufflepuffu.
Nieomal zaśmiała się na głos, wszak nic innego jej nie pozostało, jak poddać się własnej śmieszności, śmieszności Snape’a i kolegów i koleżanek Puchonów. Wszyscy wiedzieli, że ostatecznie Puchar Domów zostanie przyznany Slytherinowi. Już Snape’a w tym głowa.
Co nie przeszkodziło Jemimie opuścić lochów, stukając obcasami nieco głośniej niż zwykle, i trzymając głowę może nieco wyżej niż zwykle.


Dla wszystkich, którzy (nie) wierzyli, że się pojawi (i mieli ochotę na wódeczkę).

01: W cieniu zakwitających dziewcząt

We Are Not Amused, S02E01

Pada śnieg, pada śnieg, dzwonią dzwonki sań…
Śnieg padał już od dawna. Niektórzy zapomnieli, jak wyglądał świat, którego nie otulała kołderka białego puchu. Inni zapomnieli, jak to jest mieć suchy płaszcz czy nieośnieżone buty. I właśnie tacy ludzie patrzyli na pokryte śniegiem błonia i marudzili, jednocześnie zapierając się w progu zamku, deklarując, że ich noga nie postanie na zewnątrz, póki nie nadejdzie wiosna.
– Nie, po prostu nie, jest zimno, mokro i zbyt biało, to nienormalne, że jest tak biało – mamrotała Sylv, patrząc z niesmakiem na błonia. Tym razem nie oddzielała jej od nich szyba. Wcale jej się to nie podobało.
– I ciągle pada. Zapada nas tutaj i umrzemy – dodała Kicia.
Stojąca obok nich Lyśka przewróciła oczami. Był to przewrót tak teatralny i dobrze przećwiczony (bo często stosowany), że gdyby go nagrać, mogłaby dostać Oscara za najlepszy występ roku.
– I nikt nas już nigdy tutaj nie znajdzie – kontynuowała Sylv.
– Nawet Remus, a Remus jest przecież taki mądry – Kicia nie próżnowała.
– Nawet McGonagall.
– Nawet Trzmiel nas nie znajdzie.
– Nasze kości zasypie puch i nawet pies nas nie wykopie.
– Zostaniemy tu na zawsze. Jak jakaś Jęcząca Marta. Będziemy straszyć wszystkich, którzy wejdą do Wielkiego Holu – oznajmiła Kicia, dramatycznie łapiąc się za policzki i mrugając z przejęciem. – Może to jest jakiś pomysł!
– Do tego musiałybyśmy umrzeć. Najpewniej przez zamarznięcie. Nie chcę zamarzać – stwierdziła Sylv.
– Nie musiałybyśmy zdawać owutemów!
To brzmiało nawet kusząco. Nie na tyle kusząco jednak, żeby ryzykować wycieczkę na błonia.
– Jesteście pewne, że chcecie iść ze mną na te łyżwy? – wtrąciła się Lysia. – Ja wiem, że obiecałam wam, że będą tam Huncwoci, ale NAPRAWDĘ nie musicie.
– Remus? – zainteresowała się Kicia, ale nie na tyle, wyściubić nos poza mury zamku.
Sylv patrzyła na świat z nieco krzywą miną, jakby była rozdarta wewnętrznie. Nie była pewna, czemu właściwie się zgodziła; mogła być więźniem własnej uprzejmości. Często jej się to zdarzało i później znajdowała się w miejscach i okolicznościach, w których nie zawsze chciała się znajdować. Podejrzewała jednak, że w przypadku Kici zadziałał inny mechanizm, Kicia została pchnięta siłą doremusową i uprzejmość nie miała z tym nic wspólnego.
– Pójdziemy – stwierdziła Sylv, jakby właśnie w duchu postanowiła, że będzie się dobrze bawić, choćby miało ją to zabić.
– Pójdziemy? – zdziwiła się Kicia, jakby nie spodziewała się tak stanowczej deklaracji i oczekiwała raczej taktycznego odwrotu.
– Ale bez marudzenia. Albo powiem Remusowi, że wypisujesz jego nazwisko we wszystkich swoich notesach – pogroziła Lysia.
Lysia, z natury, była straszna i dotrzymywała swoich strasznych obietnic; nie było co sobie z nią pogrywać! Kicia aż pobladła, gotowa zemdleć tu i teraz, ale wtedy, oczywiście, nie mogłaby iść na łyżwy i cały sekret diabli by wzięli.
Sylv chichotała. Lysi nie podobał się taki obrót sprawy – odwróciła się szybko w jej kierunku i pogroziła jej palcem.
– A Potterowi powiem, że ty wypisujesz jego.
– Kiedy ja nie wypisuję.
– Ale ja powiem.
– Ale tak… tak nieprawdę powiesz? Gdzie puchońskie ideały? – zająknęła się speszona nieco Sylv.
– Ideały ideałami, ale łyżwy to co innego – orzekła Lysia i popatrzyła poważnie na zziębniętą Ślizgonkę i Puchonkę. – Idziecie?
Kicia zrobiła niepewny krok naprzód, ale zanim postawiła stopę w białym puchu, jeszcze się zawahała. A potem opuściła ją wolno, wolniutko, jakby w obawie, że śnieg się na nią rzuci.
Nie rzucił się. Widząc to, Sylv wykonała podobny krok naprzód. Obie miały jednak dość skwaszone miny.
– Nawet Fryderyk radzi sobie lepiej od was! – Lysia wskazała dłonią na borsuka, który w najlepsze tarzał się w śniegu. – Wstydźcie się. Gdzie wasz duch świąteczny?
Sylv otworzyła usta, ale wystarczyło jedno zmarszczenie brwi Lysi i zamknęła je z powrotem. Kicia nawet nie próbowała. Jej nieskazitelna reputacja nie była warta nawet marudzenia.
– No, od razu lepiej.
*
Evan Rosier stał po drugiej stronie pokrytej szronem szyby i niewątpliwie jej się przyglądał.
Lysia nie do końca rozumiała, czemu pojawiał się, gdzie tylko by nie poszła, ale przez te wszystkie lata zdążyła się już do tego przyzwyczaić. Fryderyk też go polubił. Nie był to jakiś straszny problem. Po prostu…
Po prostu tego nie rozumiała, ok? Gdyby była takim metr osiemdziesiąt pięć czystego, rudego seksu, znalazłaby sobie lepsze zajęcie niż prześladowanie Puchonek.
Pomachała mu słodką, świąteczną laską; ale najwidoczniej wszyscy Ślizgoni byli skazani na brak świątecznego nastroju, ten tylko skrzywił się, odwrócił się na pięcie i rozpłynął się w mroku.
*
Księżyc świecił jasno, choć do pełni pozostał jeszcze tydzień. Gwiazdy również świeciły, jasne i wyraźne, jakby mróz wyklarował powietrze. Ecia i Lemot nie były z tego zadowolone. Zimno wkradało się pod szaliki, śnieg padał na nosy, wiatr zawiewał w plecy, ich mapy nieba były zbyt nudne, by się nimi zajmować, a do tego wszystkiego dochodziło pakowanie prezentów. Obie miały świadomość, że mogły zrobić to wcześniej; obie miały też plan nie dać po sobie poznać, jak bardzo złym pomysłem okazało się pakowanie czegokolwiek na szczycie wieży astronomicznej w środku zimy. Dlatego papier łopotał, co jakiś czas dało się też słyszeć nieparlamentarne określenia rzucane bardziej w przestrzeń niż pod adresem wstążek, które nie chciały się dać zawiązać w ładną kokardkę.
– Za rok zajmę się tym wcześniej – obiecała sobie Lemot, ale na wszelki wypadek powiedziała to na głos, jakby w nadziei, że Eci jej przypomni.
– Za rok nikomu niczego nie kupujemy – Ecia była bardziej kategoryczna. – Nikt nie jest wart odmrożonych palców.
– I tyle dobrego papieru się marnuje.
Przez chwilę znów pakowały w milczeniu, a to przytrzymując coś łokciem, a to podnosząc prezent z ziemi i otrzepując ze śniegu przed ostatecznym zapakowaniem. Podobno liczył się gest, ale obie czuły się nieusatysfakcjonowane stanem, w jakim znajdowały się przygotowane przez nie podarunki.
– Co w końcu kupiłaś Edgarowi? – Lemot spytała od niechcenia; Edgar nie był jej typem człowieka, bo nie gustowała w poetach, ale w sumie i tak był już lepszy od swojej alternatywy w życiu Eci.
– Ołówek.
– Ołówek?
– Ołówek.
Lemot nie była pewna, co powinna powiedzieć. Poeci zapewne korzystali z ołówków, ale w jej pojęciu dobrego prezentu dla faceta ołówki się nie mieściły. Ale poeci to co innego. Poeci w ogóle nie byli czymś, co mieściło się w Lemota pojęciu.
– Bardzo… praktycznie – orzekła w końcu.
– To jest bardzo ładny ołówek. Pokażę ci.
Niestety, ołówek był już spakowany. Ecia westchnęła ciężko, niezadowolona z tego, że będzie musiała się poprawiać… ale w sumie przynajmniej będzie mogła go poprawić.
Spokojnie rozłożyła papier, nie nadszarpując go nawet w jednym miejscu i wyjęła z niego 100% czarny ołówek.
– Stylowy – dorzuciła.
– Bardzo jednolita kolorystyka. Żadnych kompromisów – oceniła Lemot.
Nagle poczuła, że jej prezenty są takie kolorowe, że mogą nie zyskać akceptacji obdarowanych. Jakaś część jej jestestwa zadrżała na myśl o tym, co znajduje się w paczce dla Eci. Nie było to czarne i Lemot początkowo trochę się wahała, ale powiedziała sobie, że przecież są święta.
To było dawno, kiedy jeszcze czuła świątecznego ducha, a nie odmrożenia z powodu ekstremalnych warunków pakowania prezentów. Teraz nie czuła żadnego ducha, tylko płatki śniegu roztapiające się na jej karku, który nagle przestał być osłonięty przez szalik. W ogóle jej się to nie podobało.
*
Kaja przebierała widelcem w obiedzie, jakby spodziewała się znaleźć w nim skrzydła much siatkoskrzydłych. Nie chodziło o to, że nie lubiła marchewki z groszkiem. Raz po raz patrzyła na ogromne choinki, które stały w Wielkiej Sali, i robiło jej się przykro. Alex popatrzyła na nią badawczo.
– Mówiłam, żebyś nie jadła groszku, pewnie ci zaszkodził – powiedziała.
Kaja odłożyła stanowczo widelec. Nie był to gest, na który mogło pozwolić sobie wiele osób – w wykonaniu większości społeczeństwa wyglądałoby to po prostu jak rzucenie sztućcem o stół, ale Kaja zrobiła to z takim wdziękiem, że nikt nie mógł mieć wątpliwości, że to był zaplanowany gest, który jest wstępem do przemowy.
– Tak nie może być – powiedziała tylko i się zasępiła.
W powietrzu zawisła cisza, która powinna być wypełniona kajową przemową.
Alex próbowała, naprawdę próbowała, ich przed nią uratować; pochyliła się nad Kają i pocałowała ją w policzek, ale niestety, na to było już za późno. Kaja zaczęła:
– Święta to nie jest czas radości dla wszystkich, czy nikt nie myśli o skrzatach? Jest zima i nie da się uniknąć tego, że uczniowie nanoszą śnieg do zamku, choć nanosiliby go mniej, gdyby porządnie wycierali buty przed wejściem do holu, ale te choinki? Stoi ich tu dwadzieścia i wszystkie gubią igły. Przecież skrzaty muszą to sprzątać. Nieustanne. I to tak, żeby uczniowie ich nie widzieli, jakby sprzątanie było czymś, czego należy się wstydzić. Nie powinniśmy im tak dokładać pracy, zwłaszcza jeśli przygotowują całe mnóstwo wykwintnych potraw świątecznych. Trzeba się na coś zdecydować, a nie tak prowadzić do wyzysku.
– Naczytałaś się opowiadań Sylv? – znienacka zapytała Zielon. Zielon często pojawiała się znienacka i zadawała bardzo mądre pytania, na które nikt wcześniej nie wpadł.
Kaja gwałtownie się naburmuszyła.
– Znalazłam jej notes w szklarni.
– I przeczytałaś?
– Były tam napisane słowa, co innego miałam z nimi zrobić – odpowiedziała bezradnie Kaja, która czuła straszliwy zew czytania wszystkiego, co zostało napisane.
– Ale czy musisz je od razu powtarzać?
– NO ALE JAK JUŻ JE ZAPAMIĘTAŁAM, TO CO MIAŁAM ZROBIĆ?
Alex pogłaskała Kaję po ręce. Tak na wszelki wypadek. Kaja była bardzo zdolną czarownicą, ale często, w wyniku nadmiernego stresu, zdarzało jej się myślami nadmuchiwać przypadkowych przechodniów.
– Ale nie sprzątaj z nimi, uczniom nie wolno.
Kaja zmarkotniała. Jej dormitorium lśniło. Nic innego nie wolno jej było sprzątać.
Właśnie dlatego czytała cudze notesy.
– Kiedy ja muszę.
– Wiem – powiedziała współczująco Alex.
– Święta to nie jest dobry czas – orzekła Kaja, która posmutniała i wyglądała, jakby wraz z przemową wyleciało z niej całe powietrze.
– Chciałaś powiedzieć: święta to nie jest dobry czas na anginę. Nie mogę śpiewać – powiedziała smętnie Zielon.
Kaja podniosła swój widelec tylko po to, by jeszcze raz go opuścić:
– Święta to nie jest czas radości dla wszystkich, czy nikt nie myśli o…
– Bardzo mi przykro, że nie możesz śpiewać – przerwała jej Alex.
– Chyba nici z tegorocznego kolędowania. Połowa chóru nam odpadła. W ogóle nie czuję tej świątecznej atmosfery, tak bez kolęd – stwierdziła ze smutkiem Zielon.
Kaja też była wyraźnie zasmucona. Empatia zżerała ją od środka. Alex też posmutniała, bo w takich chwilach nie ma się co wyłamywać – zwłaszcza kiedy siedzi się przy nieswoim stole i je się z talerza jakiegoś przypadkowego Krukona, który zrezygnował z posiłku. Zresztą, nawet gdyby teraz ktoś chciał się do nich dosiąść, wszechogarniająca atmosfera smutku, która była niemal namacalna, by go od tego szybko odwiodła.
Święta jeszcze nie nadeszły, a już były paskudne.
*
Ale czy aby na pewno?
Uciskane skrzaty postarały się, by nocą przy każdym łóżku – pełnym czy to pustym, bo przecież cudze łóżka nie wypełnią się same – znalazła się sterta prezentów i skarpeta wypełniona cukierkami, a potem ruszyły z powrotem do kuchni, gotować grzany sok jabłkowy i piec przepyszne indyki (z indyka i z soi). Duchy grzecznie ćwiczyły kolędy z dala od śpiących uczniów. A śnieg, nawet śnieg przestał padać i teraz grzecznie leżał na swoim miejscu, gotowy na bałwanki i wojny na śnieżki.
Choć przecież były święta, to uczniowie budzili się wcześnie, jakby przyciągały ich podarunki leżące w nogach łóżka. Nieważne, czy byli to pierwszoroczni, czy całkiem dorosłe już Ślizgonki z siódmego roku. Może właśnie one przejawiały najwięcej entuzjazmu.
– Prezeeeenty! – zawołała Kicia, która wparowała do dormitorium Alex, by dźgać ją palcem w czoło, żeby ta się obudziła. Była to skuteczna metoda, którą Kicia praktykowała od lat.
– Przecież święta są okropne, a my jesteśmy mroczne i złe, i nic nas miało nie cieszyć – wymamrotała Alex, nawet nie podnosząc głowy z poduszki.
– Będziemy! Ale później! Teraz prezenty! – pisnęła Kicia.
Dźwięk rozdzieranego papieru skłonił Alex do tego, by jednak się podniosła i zobaczyła, co znalazło się przy jej łóżku. A było tego więcej, niż się spodziewała. Jeden z pakunków wyglądał, jakby pół nocy przeleżał w zaspie, i tworzyła się wokół niego kałuża. Od tego zaczęła rozpakowywanie i szybko poczuła się prawie jak Grinch, któremu serce urosło dziesięciokroć.
*
W innej części zamku rozgrywały się podobne sceny.
Kaja ciągnęła Lemota za stopę, próbując wyszarpać ją siła z łóżka i krzycząc:
– Zobacz, dostałam maskotkę zarazka!
Lemot robiła wszystko, co w jej mocy, by przekręcić się na drugi boczek i wrócić do spania; ale Kai i jej miłości do medycznych pluszaków nic nie mogło zatrzymać. Gdy ciągnięcie za stopę już nie pomagało, usiadła na poduszce zaraz koło głowy Lemota, a z drugiej strony położyła swojego zarazka. Gdzie Lemot by się nie odwróciła, tam kłopoty.
– Jest taki uroczo zniekształcony!
– To… niesamowite – powiedziała Lemot, szukając odpowiedniego słowa i nie znajdując go w głowie. Poprzestała na czymś, co wydawało się brzmieć odpowiednio.
– Też tak sądzę! A ty co dostałaś?
Lemot marzyła o jeszcze pięciu minutach snu, ale zaczynała rozumieć, że na to nie ma szans.
*
W pokoju wspólnym Gryfonów rozpakowywanie szło pełną parą – najlepiej Zielonowi, która zajęła samymi swoimi prezentami dobrą część podłogi i wszystkie fotele. Kanapę na szczęście udało się przejąć Eci, zanim Zielon w ogóle wyszła z łazienki, inaczej pewnie znalazłaby jeszcze kilka, by i ją obsypać.
– Nie uwierzysz, co dostałam! – zachwyciła się Zielon.
Eci mogła uwierzyć. Widziała ogrom zielonowych prezentów i nie miała wątpliwości, że wszystkie są Zielona, w końcu Zielon zachwycała się każdym z nich osobno.
– Spójrz, jaki uroczy!
Zielon podsunęła Eci pod nos bardzo piękny, bardzo stary i z pewnością bardzo skradziony naszyjnik. Wszyscy wiedzieli, że facet Zielona, Bohun Dołohow, spędzał pół życia na Nokturnie; wszyscy poza Zielonem, która uważała, że jej ukochany nie może jej widywać w co drugą niedzielę, bo wymyka się do Londynu pracować w domu opieki dla starszych czarodziei, a tatuaż na jego ramieniu to ekspresja na temat stanu przedwojennego świata.
– Wygląda na przeklęty – zauważyła Ecia, która nie wiedziała nic o klątwach, ale bardzo dużo o śmierciożercach.
– Niemożliwe. Ten blask, który od niego bije, to żadna klątwa, to podobno efekt specjalnego, mugolskiego zabiegu – powiedziała, od razu zakładając go na szyję. – Miał rację, pasuje mi do oczu.
Ecia nic nie powiedziała. Nie dlatego, że miała coś przeciwko oczom Zielona, ale była zbyt zajęta patrzeniem sceptycznie na nową ozdobę jej szyi. Naszyjnik połyskiwał zbyt złowrogo, by jakikolwiek mugol mógł mieć z nim cokolwiek wspólnego.
Pierwsze parę sekund faktycznie nie wskazywało na to, że wydarzyło się coś niedobrego. Wręcz przeciwnie – Zielon wyglądała na praktycznie odmienioną. Cała błyszczała się, świeciła, połyskiwała, a wszystko to bez ani pół łuski lub cekina. Żyć, nie umierać.
Ale nic co dobre nie trwa wiecznie, nie?
Ecia głęboko przełknęła ślinę. Nie była do końca pewna, jak protokół dyplomatyczny opisuje właściwą procedurę poinformowania kogoś o tym, że wyrósł mu ogon.
– Wesołych Świąt – powiedziała niepewnie. – Może skoczymy przed śniadaniem do skrzydła szpitalnego?
*
Sylv obudziła się trochę później, gdy większość jej koleżanek z dormitorium wyszła na śniadanie. Trudno. I tak nie za bardzo się z nimi dogadywała – najwidoczniej przeniesienia na siódmym roku ze Slytherinu do Hufflepuffu to nie jest coś, co większość akceptuje. Ich strata. Sama uważała, że każdy powinien mieć szansę się przeidentyfikować i na nic nigdy nie było za późno.
Ze swojego łóżka słyszała już Lysię, wyjącą w niebiosa w rytmie melodii, która może i była świąteczna, ale trudno ją było rozpoznać, prosto z pokoju wspólnego, co wcale nie skłaniało jej do podniesienia się. Wręcz przeciwnie. Wolała tu zostać na zawsze.
I pewnie zostałaby, gdyby Fryderyk nie zdecydował polizać jej w stopy.
Wzdrygnęła się. Bycie obiektem lizanym nie było czymś, w czym się odnajdywała. Możliwie delikatnie, ale stanowczo machnęła ręką, chcąc odgonić borsuka. Fryderyk najwyraźniej jednak nie uważał, że machanie ma go zniechęcić do dalszego lizania. Sylv możliwie najdelikatniej starała się go przesunąć, ale tu również napotkała opór zwierzęcia. W przypływie bezradności schowała stopę pod kołdrę i, obawiając się, że borsuk podąży za nią, usiadła po turecku. Borsuk posłał jej nieco zdezorientowane spojrzenie.
Dopiero wtedy, gdy tak przyjrzała się mu i jego niewątpliwie przystojnemu pyszczkowi, zauważyła mały pakunek przy jego łapkach. No jasne. To Lysia jak zawsze używała swojego borsuka do wszystkiego poza tym, do czego borsuki były stworzone. Biedny Fryderyk w ogóle nie miał czasu się borsuczyć, bo w kółko był kurierem, swatką, pięciogwiazdkowym kucharzem, przewodnikiem, a czasami nawet kosmetyczką.
Z drugiej strony, Sylv wciąż pamiętała, jak w zeszłym roku Fryderyk ładnie umalował ją na Sylwestra, więc w zasadzie…
Wzięła do ręki pakunek. Papier, którym był obwiązany, był bardzo ładny, chociaż jak na jej gust za dużo było na nim kicających królików.
– Dziękuję – powiedziała do borsuka, czując się nieco głupio, bo niewiele osób rozmawia z borsukami. No, w sumie to był Fryderyk, nie zwykły borsuk.
Rozwinęła papier, niepewna, co znajdzie w środku.
– O – tyle była w stanie powiedzieć.
Z pięknej, różowej, serduszkowej ramki patrzyło na nią zdjęcie Jamesa Pottera bez koszulki, podpisane: Lysia & Ecia & Lemot życzą Wesołych Świąt!
*
Świece w Wielkiej Sali paliły się jasno, choinki prawie nie gubiły igieł, a przy stołach siedzieli już pierwsi uczniowie, którzy zdecydowali się spędzić Święta w Hogwarcie. Było ich na tyle niewielu, że pozostawianie czterech stołów i nakazywanie każdemu siedzenia w innym kącie było co najmniej sprzeczne ze świątecznym duchem. Nakrycia ustawiono przy jednym tylko stole.
Ecia siedziała po prawej od swojego poety, zachwyconego swoim nowym ołówkiem i komponującego już coś na skrawku serwetki. Bardzo starała się być skoncentrowana na tym, co robił, ale jej wzrok mimowolnie uciekał na boki. Jak to mówią – zdarza się. Jej poeta zdawał się tego zupełnie nieświadomym, zbyt zajęty rymowaniem słonia ze słońcem.
Przy tym całym swoim znudzeniu przypadkiem nawiązała kontakt wzrokowy z Persusem Wilkesem, stojącym po drugiej stronie Wielkiej Sali, i aż z wrażenia przygryzła wargę. Nie wiedziała, czemu nie domyślała się, że tu będzie, skoro był tu wczoraj już po tym, jak wszyscy wyjechali na święta do domu, ale najwidoczniej była na tyle zdesperowana, że łudziła się, że weźmie jakiś specjalny kominek. Czy coś. Szybko odwróciła wzrok i zasłoniła swetrem nadgarstek, licząc, że z tej odległości Wilkes nie zauważy, że miała na sobie bransoletkę, którą wysłał jej na święta i której miała nie zakładać, ale TAKA BYŁA ŁADNA, ŻAL, ŻEBY SIĘ PRZEZ SKURWIELA ZMARNOWAŁA.
– Wszystko ok? – spytała Lysia, która zaraz też znalazła Wilkesa wzrokiem i dodała: – Powinnaś mu w końcu powiedzieć.
– Co?
– No żeby się w końcu zdecydował albo spierdalał.
– Kto się ma na coś zdecydować? – spytała Kaja, która wyłoniła się z mroku, taka mała sztuczka, której nauczyła ją Alex.
– Lyśka. Na to, co zje na śniadanie – odparła Sylv, która widziała, że Wilkes znalazł się w polu widzenia wszystkich zebranych, ale uznała, że lepiej będzie, jeśli wszyscy skupią się na jedzeniu.
Śniadanie było wyjątkowe w Święta. Skrzaty dokładały szczególnych starań, by na stołach nie zabrakło tego, co stosunkowo rzadko się na nich pojawiało. I tak oprócz jajecznicy czy owsianki można było znaleźć kanapeczki z łososiem czy inne rarytasy.
– Śniadanie! – zawołała Kicia, przekraczając tylko próg Wielkiej Sali. Była o wiele radośniejsza niż przez kilka ostatnich dni. I najwyraźniej wykrzesała z siebie świąteczną atmosferę, bo miała na sobie szmaragdowy sweter z reniferem. Renifer miał czerwony nos i nieco przepite oczy, ale może to kwestia tego, że osoba, która robiła sweter, nie do końca panowała nad zaklęciem odpowiadającym za robótki ręczne.
Już biegła w ich stronę, wymachując entuzjastycznie rękami, gdy nagle drogę przeciął jej kafel; w zasadzie w ostatniej chwili zatrzymała się jak wryta, bo inaczej skończyłaby ze zdecydowanie złamanym nosem.
– ŁAPA!
– To nie ja! – krzyknął Syriusz, który, faktycznie, aktualnie trzymał tego kafla. – Mów do tej wariatki!
– TY RZUCAJ, A NIE DYSKUTUJESZ. – Z drugiej strony Kici ryknęła Lemot, tak, jak tylko ona potrafiła, bardzo stanowczym tonem. – CZY WYMIĘKASZ, BLACK?
– Nie wypada rzucać przy jedzeniu – zauważyła Kaja, wybierając akurat pieczywo. Kaja miała na sobie podobny sweter co Kicia, choć jej był granatowy i zamiast renifera widniała na nim koślawa choinka. Nie wzbudził takiej sensacji, bo granat wełny zlał się z ogólną kajowatością i w kajowatość tę wniknął tak, że ciężko było na pierwszy rzut oka uwierzyć, że nie jest to coś, co Kaja nosiłaby na co dzień. Dopiero choinka to zdradzała. – Skrzaty się bardzo napracowały, trzeba to docenić.
– Doceniamy – zapewniła Alex, która musiała wejść razem z Kicią, a następnie sunąć niezauważona w mroku, by znaleźć się przy stole, z dala od latających kafli. Alex też miała na sobie sweter. Srebrzysty z motywem cukrowych lasek.
– ZOSTAWCIE MI TROCHĘ CIASTA – Lemot zakrzyknęła ponownie, przez co o mało sama nie dostała kaflem w potylicę. – ZANIM ZIELON WSZYSTKO ZJE.
– TY RZUCAJ, A NIE… – zaczął Black, ale nie skończył. Wściekły wzrok Lemota i kafel w jego brzuchu mu w tym przeszkodziły.
– ZOSTAWIMY CI – odkrzyknęła Lysia.
Sylv opuściła rękę, którą sięgała po sernik. Sernik był jej słabością, ale uznała, że potencjalnie może być też słabością Lemota, więc lepiej go zostawi, żeby nie oberwać kaflem. Poza tym zaczynanie dnia od sernika – choć brzmiało to jak śniadanie mistrzów – mogło nie być najlepszym pomysłem. Zamiast tego strzepnęła kilka okruszków (które mogły, ale nie musiały pochodzić z innego kawałka sernika) z czarnego swetra z reniferem bliźniaczo podobnym do tego, który miała Kicia, i sięgnęła po pieczywo. Takie niesłodkie.
– Chcieli mnie zabić – powiedziała Kicia, kiedy już spokojnie usiadła przy stole, pewna, że nikt jej nie zabije kaflem. – Ładne swetry – dodała.
Kaja uśmiechnęła się radośnie. Też uważała, że ma ładny sweter.
– Gdzie w ogóle jest Zielon? – spytała Alex.
Ecia westchnęła ciężko.
– To długa historia.
Planowała na tym zakończyć swoją wypowiedź, ale prawie wszystkie głowy odwróciły się w jej kierunku. Bardzo chciała, żeby ludzie w końcu przestali na nią dzisiaj patrzeć, a wyglądało na to, że bez wypowiedzi o stanie Zielona ani rusz.
– Jest w skrzydle szpitalnym. – Kicia aż zakrzyknęła ze strachu; Ecia musiała odczekać, aż ktoś poda jej wody, zanim mogła kontynuować: – Wyrósł jej ogon.
– Czy ktoś powiedział ogon? Idealnie! – niespodziewanie odezwał się poeta.
– Ale jak to wyrósł? Tak sam z siebie? – zapytała Sylv, która wiedziała, że co prawda w tym zamku pewne rzeczy dzieją się same z siebie, ale miała nadzieję, że po siedmiu spędzonych w nim latach nie dowie się, że losowo wybranym uczniom doprawia się ogony.
– Taki prawdziwy? – zainteresowała się Kaj. – Może powinnam iść ją odwiedzić.
– Nie no, chyba od tego nie umrze? – Alex zasmuciła się.
– Raczej nie. Ale jaki ciekawy przypadek medyczny się marnuje.
Tym razem wszystkie spojrzały na Kaja.
– Żartowałam – zapewniła gorliwie. A potem dodała bardzo cichutko: – Trochę.
– Miała na sobie sweter? – zapytała Sylv. – Nie żebym myślała, że ten ogon to od swetra, ale… No, próbuję ustalić, czy wszyscy je dostali.
Ecia, która siedziała w złocistym swetrze z ogromną bombką, posłała jej spojrzenie mówiące „A sądzisz, że założyłabym to z własnej woli?”. Siedząca obok niej Lyś miała na sobie żółty sweter z borsukiem wystylizowanym na bałwana. Wydawało się oczywiste, że Zielon też powinna dostać sweter. Nawet Lemot, która nadal rzucała kaflem w Syriusza, dostała, choć trudno było ustalić, jakiego był pierwotnie koloru, bo ewidentnie przetransmutowała go w coś, co tego koloru nie miało.
Lysia obstawiała na brązowy. To dopiero się komuś trafił żarcik. Dawać ludziom brązowe swetry.
Ramieniem objęła siedzącą koło niej i lekko strapioną Ecię:
– A nie mówiłam, że święta są cudoooowne?
Ecia starała się wykrzesać z siebie entuzjastyczny uśmiech. Jak na człowieka, który przeżył to, co przeżył, na wieży astronomicznej, nawet jej się to udało.
– Święta są super – oświadczyła Lemot, siadając przy stole. Świąteczne wzorki na jej swetrze zamigotały różnobarwnie. – Gdzie Zielon? Nie przy cieście?
Kaja już otwierała usta, by wytłumaczyć jej ten niezwykle skomplikowany, medyczny przypadek, gdy nagle usłyszały śpiewane i radosne:
– Tu jesteeeeem!
Zielon – w czerwonym swetrze ze Świętym Mikołajem jak z amerykańskiej reklamy – wkroczyła do Wielkiej Sali. Szła dumnie i pewnie jak na kogoś, kto jeszcze przed chwilą miał ogon. Chociaż… Kiedy usiadła na ławie i sięgnęła po kawałek ciasta, oczom wszystkich ukazał się widok niezwykły: ogon nadal był tam, gdzie się pojawił. Tyle tylko, że teraz przystrojony był świątecznymi lampkami.
– No co? Pani Pomfrey powiedziała, że sam zniknie za kilka godzin, ale do tej pory może tworzyć świąteczną atmosferę. Do tego wyleczyła moją anginę. Mogę śpiewać – powiedziała Zielon, po czym wgryzła się w kawałek sernika.
Sernika, po który właśnie sięgała Lemot.

We Are Not Amused, S02E01

dwa.

Kwiecień kłamał. Obiecywał i zwodził, jakby był kobietą a nie zbiorem przepełnionych niczym dni i nieprzespanych nocy. Co i rusz przypominał im o tym, że gonili niemożliwe, że za tym murem nie było żadnej dziewczyny, że to tylko głos, z którego powstała mara ust i pocałunków. Regulus wiedział o tym znacznie lepiej niż Barty – ten dawał się mamić kwietniowi, pozostawał pod jego urokiem, ignorował rozczarowania i hołubił sukcesy, których tak naprawdę nie było.
Pod koniec miesiąca cali przesiąknięci byli jego kłamstwami i nawet ubrania, które nosili, zdawały się ciężkie i utrudniające oddychanie. Regulusowi przeszkadzało to bardziej, bo brak mu było ślepej lojalności Barty’ego, jego bezwzględnego posłuszeństwa i wiary, że wielka sprawa wymaga poświęceń. Dlatego to jego kwiecień skrzywdził najbardziej i to on jako pierwszy postanowił zakończyć tę mękę niewiedzy i lekceważenia.
Ostatniego dnia tego parszywego miesiąca wyrwali się więc do Hogsmeade. Wiele obiecywali sobie po tym spotkaniu, wiele sobie wymarzyli i wiele wyśnili w swoich młodych sercach. Czekać miał tam na nich początek nowej, pięknej ery.
Ale nie czekał.
Barty obracał w palcach kieliszek koszmarnego, tak siarkowatego i pięciokrotnie wymieszanego z wodą wina, że sprzedawano go nawet takim smarkaczom jak on. Denerwował się. Nienawidził bycia lekceważonym.
– Odłóż to już – mruknął Regulus. – Ten dźwięk wytrąca mnie z równowagi.
W półmroku ledwo widział jego twarz, ale doskonale potrafił ją sobie wyobrazić – zmęczone, ciemne oczy, lekko zmarszczone brwi i ten grymas, który psuł wszystko. Strach. Dopiero teraz Barty zrozumiał, że jego przyjaciel najzwyczajniej w świecie się bał.
Posłusznie odstawił kieliszek.
– Powinni być tu godzinę temu, Reg. Mój kuzynek sobie z nami pogrywa.
Reg roześmiał się.
– Kuzynek? Odkąd to uznajesz istnienie siostry swojego ojca?
Barty posłał mu groźne spojrzenie, zupełnie zapomniawszy, że jeśli on nie jest w stanie widzieć przyjaciela, to samo działa i w drugą stronę. Stary był ostatnią osoba, o której chciał rozmawiać. Stary i ta cała jego pierdolona rodzina! Charłacy i szlamy, tego był pewien. To cud, że Wilkes wyrósł przy tym wszystkim na zupełnie normalnego człowieka.
– Że co? – burknął. – Że jestem hipokrytą?
– Tego nie powiedziałem. To już twoje słowa.
Gniew przysłonił mu na chwilę wzrok, zupełnie przyćmił jego zdolność pojmowania i dopiero dźwięk tłuczonego szkła obudził go częściowo z tego transu. Czerwona plama na dywanie zaniepokoiła go nie dlatego, że przypominała mu, w jakim celu się tu znaleźli – celu, którego konsekwencji wszak mimo wszystko wciąż w pełni nie pojmował – co z powodu zamieszania, które niewątpliwie wywołała. Mimo to nie mógł oderwać od niej wzroku, choć przecież próbował wyrwać się z tej hipnozy, choć przecież nie mógł ścierpieć idei bycia niewolnikiem, choćby jego panem miało być tylko szkło i parę kropli jakiegoś sikacza.
– Pięknie – usłyszał mruknięcie Regulusa, lecz nawet to nie zmusiło go do uniesienia głowy; podejrzewał, że do tego nie wystarczyłaby parada różowych słoni, ba, egzekucja by nie wystarczyła, chyba że byłaby to egzekucja starego. Ech, stary, szkoda, że to było tylko wino, a nie jego parszywa krew.
Kroki, krótkie zaklęcie i plama zniknęła, a kieliszek znów mógł być kieliszkiem. Tyle że kroki wcale nie ustały, ba, były coraz głośniejsze, aż w końcu przybrały formę najbrzydszych kobiecych nóg, które Barty w życiu widział.
– Chłopcy chyba za dużo wypili, co? – skrzek wdzierał mu się w czaszkę. – Będziemy sprawiać kłopoty, czy zrozumiemy, że szkła się tu nie tłucze?
– Bardzo przepraszamy, kolega… – zaczął Regulus, ale nie dane mu było skończyć.
Barty podniósł wzrok.
Po części dlatego, że czerwona plama zniknęła, po części dlatego, że od tych tłustych, pozbawionych uroku nóg zaczynało mu się kręcić w głowie. Tyle że wyżej wcale nie było lepiej, zobaczył jej brzuch owinięty brudnym fartuchem, męskie ramiona, zbyt duże piersi, czarny wąs i puste oczy – świecie, co uczyniła ci północ, by tak karać jej kobiety – i Barty musiał wysilać się, by nie jęknąć z obrzydzeniem. Na szczęście jednak wciąż myślami był przy starym, przy krwi i przy zasłużonej zemście, zamiast więc śmiertelnie ją obrazić, jedynie śmiertelnie przestraszył tę karykaturę istnienia, co zawsze jest jednak trochę lepsze.
Przez chwilę wszyscy milczeli – Barty, bo nie rozumiał, co się dzieje, Regulus, bo nie rozumiał, co się z nim stało, a ona głównie dlatego, że czuła się, jakby spojrzała w zimne oczy śmierci.
– Może jednak będzie lepiej, jeśli pójdziecie, chłopcy – odezwała się w końcu, dla bezpieczeństwa wkładając dłonie głęboko w fartuch.
Barty podniósł się, a ona mimowolnie wykonała krok do tyłu. Zdziwił się, bo wciąż nie rozumiał, dlaczego się bała. Nie mógł przecież widzieć wyrazu swojej twarzy, który i największego ze śmiałków wpędziłby do szafy. Czystej nienawiści.
– Spokojnie, Daisy, są tutaj ze mną. – Ktoś położył dłoń na ramieniu kobiety, a ona, zdawało się, natychmiast przestała się bać, ukojona nie tylko tym familiarnymgestem, ale i dobrze znanym jej głosem.
Dobrze znanym im wszystkim głosem.
– Rosier? – powiedzieli chórem, obydwaj równie zdziwieni.
Ruda czupryna Evana Rosiera wychyliła się zza pleców kobiety. Po chwili zaciskające się na jej ramieniu palce odpuściły, rozluźniły się zupełnie i zamieniły ten gest ostrzeżenia w coś przyjaznego i zupełnie naturalnego. Daisy uśmiechnęła się mimowolnie, kto miał bowiem w sobie siłę odmówienia dłoniom Rosiera? Kto potrafiłby złościć się, gdy ten ósmy cud świata gładzi je po ramieniu?
Odpowiedź brzmiała: nikt.
– Możesz już iść. Przypilnuję ich – zapewnił, a ona uśmiechnęła się jeszcze bardziej, bo jeżeli było w Rosierze coś urokliwszego niż jego dłonie, były to jego błękitne oczy, ach, Barty rozumiał ją jak nikt inny, przecież każdy, każdy człowiek we wszechświecie chciałby, żeby te oczy zajrzały w jego oczy, żeby prześwidrowały jego duszę i żeby wypełniły go spokojem, jakiego nigdy wcześniej nie widział. – Zapłacimy za to szkło.
– Ach, nie trzeba – odpowiedziała, wciąż oczarowana, a potem odeszła, nie odwracając się ani razu, tak, jakby bała się, że cała ta scena była tylko miłym snem, że gdy się odwróci, wcale go tam nie będzie.
Ale on wciąż był. Jak najbardziej był.
– Przepraszam za spóźnienie, myślałem, że uda mi się wcześniej, ale Arbanddel mnie zatrzymała. – Rosier mrugnął do nich w sposób, który nie mógłby być bardziej oczywistym. – Ale widzę, że Wilkes też się nie postarał. Długo już tu siedzicie? Bo widzę, że z nudów was już roznosi.
Barty’emu trudno było chociaż na chwilę oderwać od niego wzrok. Wszystko, co tamten robił, było takie… od niechcenia. Nawet uśmiechał się tak, jakby myślami błądził wśród wielkich problemów wszechświata i tylko przypadkiem, na granicy świadomości, respektował ich nieistotną obecność. Jak on to robił? Barty zastanawiał się nad tym już od swojego pierwszego roku w Hogwarcie, jednak nie rozwiązał tej zagadki. Próbował wszystkich jego sztuczek, ale żadne nie chciały jakoś zadziałać. Coś wciąż mu uciekało, nie dawało się pochwycić i jasno zdefiniować i to samo sprawiało właśnie, że Barty – choć zwykle nie przejawiał ciągot do takiego zachowania – gapił się bezmyślnie na Rosiera, obdarzając go uśmiechem prawdziwego idioty.
– Myślałem, że przyjdzie tylko Wilkes – zauważył Regulus, który zawsze wykazywał niezwykłą odporność na urok Rosiera. – Coś się stało?
– Leah nie czuje się najlepiej, Nott poprosił go, żeby z nią trochę posiedział. Ale myślałem, że i tak będzie tu przede mną.
– Leah jest chora?
Rosier w końcu usiadł i dopiero wtedy, w świetle lampki stojącej na stole Barty zauważył, jaki był zmęczony.
– Chora to… to złe słowo. Roztrzęsiona. Nie może się pozbierać po tym, co stało się z Yaxleyem. A teraz jeszcze Avery.
– Nie przyszliśmy tu rozmawiać o Leah, prawda?
Choć to na Wilkesa od początku czekali, teraz już nikt się go nie spodziewał i Barty aż podskoczył w fotelu na dźwięk jego głosu. Szybko jednak zebrał się w sobie, bo oto czekało na niego coś, czego nigdy by nie przewidział – Rosier opuścił świat nonszalancji, wyprostował się w fotelu i rzucił Wilkesowi, swojemu najlepszemu przyjacielowi, psia krew, spojrzenie tak pełne nienawiści, że chyba nawet Regulus nie mógł dłużej zgrywać obojętnego.
– Młodzi mają prawo wiedzieć, Wilkes. Ich może spotkać dokładnie to samo. Nie uważasz, że…
– A powiedziałeś Lunie?
– Oszalałeś? Jak mam jej to powiedzieć? „Słuchaj, kochanie, Leah straciła kontakt z rzeczywistością”? To nie jej sprawa, Wilkes. Młodzi to co innego. Walczą z nami w jednej wojnie. Oni chcą z nami zginąć w imię jednej idei. Chcesz im odmówić wiedzy o tym, jakie mogą być tego konsekwencje?
– Evan, musisz jej powiedzieć.
W mgnieniu oka Rosier znalazł się tak blisko Wilkesa, że ledwo zostawił mu dość przestrzeni do oddychania.
I nawet w tej chwili nienawiści w oczach Barty’ego Rosier z Wilkesem wyglądali jak bracia: jeden z nich tylko skrzywiony balastem pokrewieństwa ze starym. Wszystko było w nich takie samo – nawet mina, którą przybrali, nawet to, jak niemo wygrażali sobie całymi swoimi ciałami, ba, Barty mógłby przysiąc, że nawet zęby zaciskali jednakowo, że ich pięści były bliźniacze i że przypadkiem tylko nie przemawiali jednym głosem.
– Nie będziesz mi mówił, co mam robić – warknął Rosier, cały czerwony ze złości, co przecież nie jest trudne, gdy jest się rudym.
– Jeśli ty nie chcesz, sam jej powiem – odpowiedział mu równie czerwony Wilkes. – Luna zasługuje na prawdę. Nie możesz jej wiecznie okłamywać.
– Nie wiem, co ty sobie wyobrażasz, Wilkes, ale jeśli się do niej zbliżysz…
Nie dane im jednak było dowiedzieć się, czym mu groził, bo Rosier nagle wykrzywił się paskudnie i złapał za lewe ramię. Barty’emu z wrażenia na chwilę odebrało oddech, a cały świat cały zawirował z braku powietrza, bo oto ziścić się mogły jego najskrytsze marzenia. Doskonale wiedział bowiem, dlaczego Rosier nagle zwinął się z bólu.
Pozostawało pytanie – dlaczego Wilkes nie?
– Kurwa. Nie tutaj.
– Przestań chociaż przeklinać, Evan. I leć. On nie lubi czekać.
Na chwilę znów byli przyjaciółmi – połączyło ich poczucie wspólnego celu, spojrzenie pełne porozumienia. Ale trwało to krócej niż mrugnięcie powieką. Bo potem powrócił ten przejmujący ból i przyniósł ze sobą wszystko, co najgorsze.
Niemniej, Rosier wychodził. Wybiegał. Zanim zdążył pomyśleć nad tym, co robił, Barty również zerwał się z fotela i bezmyślnie, jakby jego nogi kierowały nim samym, podążył za nim. Musiał. Nie potrafił przepuścić takiej okazji. Przecież…
– Barty? Czemu się za mną wleczesz? Wracaj do środka. Wilkes nie ma dla was całego dnia.
Słowa Rosiera odbijały się w jego pustej czaszce, odbijały i zderzały w nieskończoność, nie było tam bowiem nawet iskry woli ich przetworzenia.
– Pokaż mi.
Rosier roześmiał się, a on nie rozumiał dlaczego. Czy nie byli w wystarczająco ustronnym miejscu? Nie poprosił o nic przecież, zanim nie znaleźli się w uliczce tak ciemnej, że z trudem widział czubek swojego nosa. Czy nie był godny tego widoku? Prosili go, żeby nadstawiał dla tej sprawy kark, a nie mógł nawet przez ułamek sekundy, nawet…
– Jeszcze przyjdzie na to czas. Leć do Regulusa. Stęskni się.
Ale Barty nie miał zamiaru nigdzie iść. Zamiast tego zbliżył się do Rosiera jeszcze bardziej – tak blisko, że gdyby tylko chciał, że gdyby był wystarczająco szybki, mógłby zacisnąć palce na jego lewym ramieniu, a wtedy Rosier, czy tego chciał, czy nie chciał, musiałby zrobić to, czego on chciał.
– Pokaż mi – powtórzył głosem tak pustym, że przez chwilę nawet zastanawiał się, czy nie powiedział tego ktoś inny, czy świat nie gra sobie z nim w jakąś dziwną grę. – Ja to muszę zobaczyć. Proszę, Evan. Zawsze byliśmy kumplami, nie?
Jedno krótkie westchnięcie, jedno krótkie Lumos i czubek różdżki Rosiera zapalił się bladym światłem. Barty ze zniecierpliwieniem wpatrywał się w zakryte jeszcze ramię przyjaciela, z całego serca chciał go pospieszyć, ale powstrzymywał się przed tym ostatkiem sił, czuł bowiem, że skoro ten i tak wyświadcza mu przysługę, należy postępować według jego zasad.
Tyle że rękaw jego szaty nie chciał się podwinąć, różdżka nie chciała przesunąć się bliżej do jego ramienia, wszystko zamarło na te kilkadziesiąt sekund, które były chyba najdłuższymi w Barty’ego życiu.
– Jesteś pewien? – zapytał Rosier. – To nie jest takie…
– Och, pokaż mi to wreszcie! Ile można czekać?
– To jest poważna, czarnomagiczna blizna, Barty! Powstała w skutek poważnej, czarnomagicznej klątwy! Albo to do ciebie dotrze, albo możesz wracać do domu!
Zanim Barty zdążył mu odpowiedzieć, Rosier znów złapał się za ramię. Ból musiał stawać się trudny do zniesienia, bo wyglądało na to, że nie powróci już do swojej moralizatorskiej przemowy.
Gdyby tylko mały Crouch go posłuchał.
Ale nie posłuchał. To stary był od słuchania innych ludzi. Regulus był. On, Barty, nie przejmował się bólem. Nie przejmował się też cudzymi rozkazami. Był panem samego siebie. I jeśli chciał coś zobaczyć, to, kurwa, miał święte i swoje własne prawo zobaczyć to tu i teraz.
Dlatego też spojrzał na Rosiera z czymś, co w jego mniemaniu było wyższością, lecz tak naprawdę przypominało jedynie żałosną próbę nadania sobie samemu znaczenia i powtórzył to, co usłyszał wcześniej od Wilkesa:
– On nie lubi czekać.
Rosier nie był już w stanie sprzeciwiać się. Nie mógł go wyśmiać. Może gdyby nie był taki zdeterminowany i wściekły, może wtedy Barty byłby w stanie zauważyć, jak strasznie cierpiał, jak silne musiało być zaklęcie, które paliło już nie tylko jego ramię, lecz także wszystkie jego kości, jego mięśnie, jego skórę, ba, nawet jego krew i powietrze gromadzące się w jego płucach. Ale nie zauważył. Zupełnie go to nie obchodziło.
Wyciągnął rękę i sprawnym ruchem podwinął rękaw szaty Rosiera.
Widział Znak. Widział go z bliska. A Znak widział jego, Barty wiedział to doskonale, widział i podziwiał to, jaki sam był podziwiany. Zdawało się wręcz, że czarny wąż próbował powiedzieć mu coś swoimi błyszczącymi ślepiami i swoim rozdwojonym językiem, że nawet niema i martwa czaszka zmienia swój kształt, żeby…
Wtedy Rosier zniknął. Teleportował się. Znalazł w sobie resztkę siły, by przysunąć różdżkę do palącego ramienia.
Barty’emu nie pozostało nic innego, jak krzyknąć ze wściekłości, że nie zabrał ze sobą i jego.

dwa.

jeden.

Marzec przywitał ich chłodem i słotą, której przecież w Szkocji niemało. Czemu to wszystko służyło? Barty przeklinał ten deszcz, tę mgłę i to paskudne miejsce, które ktoś wypłukał w pomyjach po wczorajszym objedzie. Barty pragnął piękna, a piękna nie ma bez słońca, nie ma bez nieruchomości tafli jeziora, której nie wzburzą nawet skrzydła ważki, tego smoka małego świata. Ale i słońca nie ma bez piękna, a tu wszystko było takie stare i takie nudne, i takie bez uroku.
Przeciągnął się. Tak, wszystko, ale to już niedługo. Tyle że niedługo wydawało się wiecznością. Dlaczego lato nie mogło już po prostu przyjść? Dlaczego grało takiego sukinsyna?
Niedługo było za daleko, by oddać palce mrowieniu ekscytacji.
– Nie marszcz noska – mruknęła mu do ucha Perse.
Barty zdziwił się, nie tylko dlatego, że nagle wyrwano go z jego ponurych rozmyślań. Znał Perse od dawna i wiedział, że jest niema – nie, nie dosłownie, jej ciało było bardziej niż doskonałe. Była niema tradycją, rodziną i wychowaniem, a to o wiele więcej niż natura może zdziałać. Wszak i niemi ludzie, tak przynajmniej myślał Barty, jakoś się ze sobą komunikują. Ona nie miała światu niczego do powiedzenia.
Zagadka szybko została jednak rozwiązana. Tuż za Perse, w świecie, który z jednej tylko strony ograniczała alabastrowa linia jej ramion – ach, gdyby wylądować się tam, gdzie są one z obu stron! – znajdował się Regulus, mrugający do niego zaczepnie, lecz nie tak, jak mrugają kochankowie, o nie, to było mrugnięcie współzbrodniarza. Regulus i Perse znali się od zawsze, zaręczeni zaś byli jeszcze dłużej, a przecież młoda męska dusza nienawidzi kajdan. Dlatego grali nią oboje, przerzucali na prawo i lewo jak szmacianą lalką, bo przecież nigdy niczym innym nie była. Bawiła ich jej skromność i jej nieistnienie, ta pusta skorupa, którą nazywała sobą, a która tak łatwo się rumieniła.
Barty rozkoszował się różem jej policzków tak, jak niektórzy rozkoszują się różem dobrego wina i krótką miłością za gargulcem na trzecim piętrze.
– Przestanę – odpowiedział Perse, choć przecież wcale z nią nie rozmawiał. – Ale ty zmarszcz swój. To piękny nosek do marszczenia.
Zamiast napawać się władzą nad pąsem, który ogarną całą jej duszę i ciało, spojrzał najpierw na Regulusa, bo przecież takie były reguły tej gry. Bo choć grali w nią oboje, to Regulus ustalał zasady. Z tego swojego pieprzonego posłuszeństwa swojej pieprzonej matce.
Regulus roześmiał się, a więc wszystko było w porządku. Nie przekroczył granicy, za którą były już tylko jego smutne, zawiedzione oczy.
Barty mógł więc powrócić do Perse i uważnie obserwować przemianę, jaka w niej zachodziła. Ten róż powoli spływający po jej twarze, jej dekolcie, jej rękach – bo przecież nie czerwień, jej skóra rozrobiła krew swoją nieskazitelną bielą – był w jego mniemaniu najbardziej podniecającym widokiem świata. A przecież dla nastoletnich chłopców wszystko jest podniecającym widokiem.
Nie zawiodła.
Regulus odgarnął jej ciemne loki, a tętno Barty’ego jeszcze bardziej przyspieszyło, bo nawet jej ucho było różowe i takie piękne w zestawieniu z czerwienią regulusowych ust i języka.
– Zmarszczę – powiedziała cicho i bez wyrazu, bo przecież nie były to jej słowa – jeśli go ucałujesz.
Barty nie zawahał się.
Oczy Perse, dotąd martwe, błysnęły przerażeniem, gdy zbliżył się do niej i czerpiąc przyjemność z każdej sekundy jej bezwzględnego posłuszeństwa, ucałował jej zimny i zupełnie mu obojętny nos.
Nos, który musiała zmarszczyć.
– Jesteście okrutni – zauważyła Eugene, ale kto by jej słuchał? Odkąd Wilkes skończył szkołę, nie było tu porządku, bo prawo stanowił Regulus, a przecież jemu wszystko było jedno i to samo.
Zignorowali ją więc obaj, a Perse nic nie przyszło z tego protestu, wszak należała do Regulusa, a on nigdy nie miał należeć do niej.
Więcej pożytku przyniósł jej trzepot setek skrzydeł, za którymi podążał korowód skrzeków setek dziobów wraz ze sznurem upuszczonych setek listów. Barty nie spodziewał się niczego, stary przecież nigdy do niego nie pisał, a matka nigdy nie sprzeciwiała się staremu, ale na wszelki wypadek odsunął się i zakrył dłońmi talerz z francuskimi tostami, o których już dawno zdążył zapomnieć. Koperty może i pachniały piękniej pokryte syropem klonowym, ale trudniej się je otwierało bez ubrudzenia palców, a Barty poza pięknem kochał też czyste palce.
– Co, Black, mamusia napisała? – rzucił Octavian, ten mały sukinkot, którego wstydziła się nawet jego siostra. Barty nie rozumiał, dlaczego w ogóle siedział koło nich przy stoliku, skoro jego jedynym zajęciem było zatruwanie ich życia docinkami niegodnymi nawet pięciolatków. – Zapomniałeś z domu swojego śliniaczka?
– Och, przymknij się – powiedziała Eugene, bo to w zasadzie było jedyne zdanie, jakie od wielu lat wypowiadała do swojego brata. – Bo ci przypomnę o tym wyjcu z zeszłego tygodnia, w którym nasza matka przypominała ci o konieczności zdrowego odżywiania się i noszenia zimą czapki.
Octavian przymknął się.
Barty posłał Eugene wdzięczny uśmiech, bo od żartów tego pacana zawsze bolała go głowa. Ból ten uleczyć mógł potem dopiero dobry kufel piwa – trudny do zdobycia, kiedy się jest nieletnim – lub uśmiech samej Eugene, która od dobrych paru miesięcy spędzała mu sen z powiek. A wszystko przez to, że po ostatnim meczu…
Eugene uśmiechnęła się, a Barty z trudem powstrzymał się od przypominania sobie, jak to wpadł do szatni i zobaczył ją niespecjalnie ubraną, ale zupełnie tym nieskrępowaną i pomyślał: cholera, co za kobieta.
Co za kobieta istotnie.
W przezwyciężeniu tej pokusy pomogła mu ciekawość, bo przecież musiał wiedzieć, kto pisał do Regulusa. Co, jeśli to coś ważnego? Fakt, w dziewięciu na dziesięć przypadkach była to tylko jego matka, ten prawdziwy wrzód na tyłku, jakby nie mogła bardziej przypominać starego i nienawidzić swojego dziecka. Odkąd Syriusz zabawił się w kurczaka i uciekł z domu, kierowany tą chorą miłością do bagna ludzkiego, matka Regulusa zrobiła się jeszcze gorsza i teraz nie było dnia i nie było wesołego popołudnia, którego nie zatrułaby swoim zrzędzeniem. Ale może tym razem to nie była ona? Może zagadała się z jakąś inną potworą, inną zasuszoną jaszczurką w peruce, którą dawno już zjadły mole, i nie napisała?
Wyraz twarzy Regulusa niewiele mu powiedział. Oczywiście, mógłby liczyć na to, że Perse zapyta, co się dzieje, ale czekać na to pytanie przyszłoby mu przynajmniej do następnego stulecia, jeśli nie do absolutnego nigdy. Nie, żeby nie była ciekawska – te wszystkie panienki z dobrych domów są takie same, o tym Barty wiedział aż za dobrze, i ponad wszystko kochają wściubianie nosków w nie swoje sprawy. Jednak Perse różniła się trochę od reszty, różniła się tym, że bała się Regulusa ponad wszystko we wszechświecie i wolała za wszelką cenę nie przypominać mu o tym, że istnieje.
Pozostało tylko jedno. System sekretnych znaków, których używali, odkąd mieli jedenaście lat. Najpierw jedno stuknięcie środkowym palcem, potem…
– Barty – Regulus nie pozwolił mu dokończyć. – Skocz ze mną na słówko.
– Teraz?
– Nie, kurwa, za dwie godziny.
Perse skrzywiła się. Regulus nie lubił przeklinać – robił to tylko przy niej i tylko dlatego, że tak strasznie ją to irytowało. Nawyk ten nabył dawno temu od Evana Rosiera, który lubił uczyć go rzucania nożami w ścianę.
Stary, dobry Rosier. Trochę go żal, że tak się rzucił w wir narzeczeństwa z wnuczką tej wariatki, ale co na to poradzisz? Stary też był wariatem, a Barty wcale nie uważał, że w jakikolwiek sposób powinno to wpływać na jego kontakty towarzyskie. Zasługiwał na znacznie lepszego ojca niż stary.
Zasługiwał co najmniej na starszą wersję Evana Rosiera.
Wstali. Pierwszy Regulus, który nadawał tempo wszystkim ich ruchom. Potem Barty, jak echo, jak cień Regulusowego cienia, ostrożnie i dokładnie, bo co, jeśli się pomyli? Nie robili tego świadomie, tak samo, jak dwie krople nie spływają po szybie tym samym wodnym korytem, wiedząc, że naśladują siebie nawzajem. Tacy się już urodzili? Może. Mogli też po prostu do tego przywyknąć. Robili tak od zawsze, trudno więc było znaleźć początek w tym, co dzieliło się w nieskończoność.
Eugene kiwnęła im na pożegnanie, jako jedyna zresztą, bo ostatnio coś złego działo się ze światem i teraz bubki takie jak Octavian otaczały wianuszki wielbicielek. Barty uważał, że to znak tego, co nieuchronnie nadejdzie – wojny, która wleje się do Hogwartu przez szpary w starych oknach. A ci, którzy będą słabi i neutralni, bardziej więc znienawidzeni od wroga, zostaną wyniesieni ponad wszystkich, bo tylko przy nich człowiek będzie się czuł tak, jak gdyby miał dożyć jutra. Bo przecież Octavian lepszy był w tym od szczura i od karalucha, i Barty pewien był, że nie ma na świecie siły zdolnej go unicestwić. Kanalie żyją najdłużej.
Korytarze Hogwartu były równie zimne, co spojrzenia, którymi ich pożegnano – a jednak Regulus czuł się wśród nich dobrze, czy on w ogóle potrzebował ludzi? Barty nie rozumiał tego do końca, dla niego niezbędna była sława i poklask, łaknął tłumów mających jego imię na swoich ustach, tłumów pięknych pięknem identyczności, tłumów bezwzględnych bezwzględnością nieistotności, bo co innego im pozostało? Nie potrafiłby żyć w odosobnieniu, ba, nie nadawałby się do konspiracji, chciał być docenionym i widocznym, i chciał błyszczeć światłem miliardów gwiazd, w które wpatrywał się nocami ze swojego łóżka na strychu, gdzie zesłał go stary. Korytarze Hogwartu nie były dla niego.
– Stało się coś? – spytał Regulusa, bo nie mógł się już doczekać wieści, ta plucha i ta nuda zabijała go powoli, kawałeczek po kawałeczku, zaczynając od dużego palca u nogi, bo przecież to coś, od czego w ciele zawsze wszystko się zaczyna. – Rosier napisał?
Dla Barty’ego Rosier był po trochu bogiem; tylko po trochu, bo przecież nie był Regulusem Blackiem, zresztą, rudy był, a być rudym to gorzej niż urodzić się bez twarzy. Niemniej to on dzierżył klucz do ich światłej przyszłości i to sprawiało, że Barty wypowiadał jego nazwisko z niejaką czcią. Dzielili zresztą o wiele więcej niż plany na najbliższe parę lat – łączyła ich pasja, entuzjazm, porywanie się z motyką na słońce, młodzieńczy idealizm, a to więcej, niż zwykle łączy kochanków.
Jednak Regulus nie miał zamiaru odpowiadać. Uciszył go gestem ręki. Nie był wielkim fanem słów.
Barty zdziwił się, gdy weszli do pokoju wspólnego, bo przecież ta plątanina zielonych obić i zimnego ognia w kominku nijak pasowała mu do atmosfery tajemnicy, którą miał zaraz poznać. Czy poduszki z wydzierganymi wężami godne są powierzenia im sekretu? Ściany mają uszy, owszem, wszędzie – ale tutaj nawet żyrandole zdawały się patrzeć na nich setkami świec, nawet i stare draperie oddychały ich konspiracją.
W porze śniadania nikogo tu jednak nie było i może to dlatego Regulus zdecydował się na jeden z foteli przy schodach, gdzie zwykle siadali, gdy dość już mieli bawienia się Perse.
Dopiero teraz Barty zauważył, jak zdenerwowany jest Regulus. W lochach wszystko było lepiej widać. Półmrok wyciągał z ludzi to, czego światło dzienne nigdy miało nie ujrzeć. Ich myśli.
Regulus myślał o smutku, o bólu i o utracie.
– Trzymaj się mocno – powiedział. – To nie będzie przyjemne.
Barty już czuł się źle. Zmartwiona twarz przyjaciela doprowadzała go do obłędu. Czasami wydawało mu się, że żył tylko po to, by widzieć Regulusa szczęśliwym. To był jeden z tych momentów.
– Dajesz.
– Zabili Sigurda Yaxleya.
Dobrze, że jednak mocno się trzymał, czuł bowiem, z jaką siłą podłoga przyciąga go do siebie i woła, by ją objął, by upadł i już nigdy nie powstał.
Zabili Sigurda Yaxleya.
I choć wiedział, z jakim ryzykiem wiąże się wszystko, w co się wplątali, dopiero teraz miał okazję poczuć je tętniące w jego żyłach i przestraszyć się naprawdę. Sigurd Yaxley, Sigurd Yaxley nie żyje. Przecież jeszcze parę miesięcy temu… Nie może być tylko jednego Yaxleya, świat jest zbudowany dla dwóch, co się teraz stanie z tą luką po człowieku?
Wiedział, co czuł brat Sigurda, wiedział to aż za dobrze, bo gdyby Regulusowi coś się stało…
– Snape składa Rosiera, ale ten się wyliże. Mieli bardzo ciężką noc.
– Co się stało? – spytał, gdy w końcu odzyskał głos. Zabili Sigurda Yaxleya, cholera, jak można mówić, gdy zabili Sigurda Yaxleya?
– Aurorzy się stali, to się stało. Ogarnij się, Barty, ja mówię poważnie, musimy się wyplątać z tego bałaganu, dopóki jest jeszcze czas. Wcale nie chcemy tej wojny. – Jego oczy nie wyglądały jak jego oczy, a tak przynajmniej uważał Barty, miały w sobie za dużo pewności i zdecydowania, a przecież Regulus nienawidził decydować. – To nie nasza sprawa. Dzisiaj Yaxley, jutro my, a ja nie chcę zakopywać cię pod ziemią. Nie ciebie, Barty.
Nie odpowiedział.
Nie rozumiał, co się dzieje. Czy Regulus namawiał go do tchórzostwa? Dezercji? Fakt, nie było jeszcze za późno, byli po słowie z Rosierem, ale Rosier zrozumiałby, gdyby odpuścili, kto jak kto, ale on akurat swoje na tej wojnie przeżył. W szczególności, że przecież wczoraj w nocy…
– Jak to: Snape składa Rosiera? – spytał, bo dopiero teraz to do niego dotarło.
Regulus westchnął tak, jak ojcowie wzdychają, gdy ich synowie po raz kolejny pytają ich, jak to jest zabić człowieka.
– Skoncentruj się. Próbuję ci powiedzieć…
– JAK TO SKŁADA ROSIERA? CO MU, KURWA, JEST?
– Przestań się drzeć, ściągniesz nam na głowę jakąś pluskwę.
Regulus miał rację, ale Barty tego nie rozumiał – przynajmniej nie ten Barty, który chciał krzyczeć i płakać, i wyrywać sobie włosy z głowy, bo po raz pierwszy w życiu kogoś stracił.
I to prawie podwójnie.
– CO MU JEST?
– Żyje, Barty, to naprawdę nie jest teraz ważne, przecież jak Książę się do czegoś weźmie, to zawsze sobie z tym poradzi, nie? Usiądźże, słyszę Ellen, przekręcającą się na jej łóżku, wolałbym, żebyś jej tu nie ściągnął.
Dopiero teraz Barty zrozumiał.
Usiadł, chociaż sekundę temu nie wiedział, że stał. Odzyskał oddech i odzyskał zdolność myślenia. Wszystko wróciło do normy, bo przecież Regulus miał rację – Książę wiedział, co robi.
– Nie możesz mówić poważnie, Reg.
Nie rozumiał jednak, dlaczego mówi to, co mówi. Nie sprzeciwiał się Regulusowi. Zawsze grał tylko i wyłącznie w jego grę. Choć władał całym światem, nigdy nie władał nim.
Aż do teraz.
– Nie możesz mówić poważnie o tym, żeby stchórzyć. To jest nasza wojna.
– Barty, ja po prostu…
– Nie, Reg. Nie przerywaj mi. – Odnalazł w sobie stanowczość, o istnieniu której też nie wiedział. – To jest nasza wojna. Nie tylko dlatego, że jest słuszna. Obiecaliśmy kumplowi, że będziemy tam przy nim i nie możemy go teraz zostawić. Faceta trzeba składać. Potrzebuje nas.
Cisza była ciężka, ale lepsza niż słowa, które chcieli do siebie wypowiedzieć.
Szkoda.
Być może wszystko skończyłoby się inaczej.

jeden.

Koniec. Jawa.

Czasami tak po prostu jest. Wspomnienia z lat młodości powracają do nas już nie w snach, ale na jawie. Jak przed nimi uciec? Gdzie się schować? Każdy musi przyznać, że to niemożliwe. Jednak równie ciężkie – jeśli nie gorsze – będą próby zmierzenia się z nimi, wchłonięcia ich w swoją teraźniejszość. Piękno przeszłości leży w tym, że już jej nie ma. Dlaczego mamy godzić się na jej nawroty, nękające nas od czasu do czasu, niepozwalające nam zapomnieć o błędach bez znaczenia, które popełniliśmy w czasach bez znaczenia?
Nasz bohater miał niewątpliwy zaszczyt należeć do zacnej grupy ludzi mierzących się z demonami młodości.
Niespełna pięćdziesięcioletni, wykształcony mężczyzna z żoną, dzieckiem, armią kotów i z obiecującą przyszłością – legendarna Kasandra Trelawney wywróżyła mu stanowisko Ministra Magii na wiele lat przed jego narodzinami – nie miał żadnych problemów. Jego podwładni zawsze przychodzili na czas, szef witał go uśmiechem, a Hallie robiła przepyszną kawę. Od jakiegoś jednak czasu nie potrafił znaleźć dla siebie miejsca. Coś złego działo się z jego życiem. Wszystko zaczęło się, paradoksalnie, gdy dla całego świata wszystko się raczej kończyło – od hecy z Rosierem i Wilkesem, którzy pozbawili biednego Alastora połówki nosa. Nie znał ani jednego z tej dwójki zwyrodnialców, zwolenników Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Jednak od ich śmierci gdziekolwiek by się nie udał, widział tylko jedno – orzechowe oczy wpatrujące się w niego ze wszystkich stron.
Przyznajcie sami, ucieczka od tej, którą się kiedyś kochało, nie może być przyjemna. Nawet gdy od dawna nie pamiętało się jej twarzy. Świadomość, że dziecko… Jej dziecko…
Ale czas mijał nieubłaganie. Od śmierci tej dwójki minęły niemal dwa lata. Od upadku Tego, Którego Imienia Wciąż (nikt nie wie dlaczego) Nie Wolno Wymawiać – dwa razy mniej. Świat wychodził powoli z fazy radosnego upojenia zwycięzców; ileż bowiem można było świętować? Zanim jednak dane mu było pogrążyć się w głupim odrętwieniu, nadeszła chwila zemsty po fakcie, wyłapywania niedobitków. Nasz bohater idealnie odnajdywałby się w roli kata, gdyby nie przeczucie – coś, w co nie powinien był wierzyć – że katastrofa wisiała w powietrzu. Te oczy na to wskazywały. Niby dlaczego niezmiennie go dręczyły? Cóż był im winien? Spłacił swój dług wobec tej miłości. Na rękach wciąż miał krew.
Jego jedyną ostoją wciąż była Hallie, niezastąpiona Hallie, jedyna Hallie, pracę z którą już dawno zamienił na zestaw śniadania i kolacje. To ona potrafiła ukoić jego wyrzuty sumienia, które pojawiły się tak nagle w tyle lat później. To ona zdejmowała część ciężaru przeszłości z tych ramion, które naprawdę nie mogły unieść aż tyle. Gdzie w tym czasie była żona naszego bohatera? Gdzie jego syn? Zajmowali się sobą nawzajem albo tylko sami sobą, już dawno zapomnieli o jego istnieniu. Przydawał się, owszem, jako przyszły Minister Magii. Był koszmarnym ojcem i koszmarnym mężem. Nie potrafił ich pokochać tak, jak…
Aż w końcu katastrofa nadeszła.
Jej oczy były niebieskie.
***
Przyszłość przegrała z przeszłością. Ostateczną bitwę przegrał dla niego jego syn, ten zwyrodnialec, mały niewdzięcznik niewarty wszystkiego, co dla niego poświęcił. Początkowo nie wierzył. Jak bowiem można uwierzyć w coś tak absurdalnego? Zdrajca! Morderca! W jego domu!
– Crouch, nie ma najmniejszych wątpliwości. Przykro mi – powiedział jeszcze jeden z jego kolegów, a raczej ekskolegów, oczywistym bowiem było to, że po takiej kompromitacji nie będzie mógł dłużej zajmować swojego stanowiska i miejsca w socjecie.
Jednak w końcu musiał zaakceptować fakty. Musiał przyznać, że gazety głoszące, że Syn kandydata na Ministra Magii, Bartemiusz Crouch Junior, oskarżony o uprowadzenie Longbottomów! mają rację. Dowody, jakie zgromadzono, były niepodważalne. Mógł próbować z tym walczyć, jednak byłaby to walka z wiatrakami. Musiał zaakceptować to, co się wydarzyło.
Musiał stawić temu czoła.
– Czy to prawda? Złapali Barty’ego? Był takim uroczym, niepozornym chłopcem! – mówili sąsiedzi, a on ich słuchał, starając się nie okazać, jak bardzo zirytowany jest ich sztuczną uprzejmością. Postanowił bowiem oficjalnie odciąć się od sprawy syna. Wyrzucić. Zapomnieć. Tłumaczył sobie i żonie, która mu nie wierzyła, że robi to dla dobra swojej kariery politycznej. Kłamał.
Robił to, by orzechowe oczy więcej nie śledziły każdego jego kroku.
***
Pomieszczenie było małe, ciemne, klaustrofobiczne. Nasz bohater bywał tu już wiele razy. Nigdy nie w charakterze przesłuchiwanego. W tej sytuacji było coś niepokojąco upokarzającego.
– Myślę, że udzielił nam pan wystarczających wyjaśnień, panie Crouch. – Jego rozmówca wstał z krzesła. Coś podpowiadało naszemu bohaterowi, że nikt nie zechce mu teraz podać ręki. A przecież nie był przestępcą. Nigdy nie uczyniłby tego, co ten głupi smarkacz. – Jeszcze raz przykro mi, że sprawa dotyczy pańskiego syna. Nikt nie przypuszczał…
– Prosiłem, by nie tytułować oskarżonego moim synem – odpowiedział chłodno.
Coś upokarzającego było również w tym, z jakim uporem świat przypominał mu o tej relacji. Jak gdyby nikt nie mógł pamiętać o tym, że Barty był niezależnym człowiekiem, zdolnym do podejmowania własnych decyzji. Nie naszego bohatera winą przecież było to, że zamordował on człowieka, prawdopodobnie nawet nie jednego. On sam nigdy… Nigdy by tego nie uczynił. Nie był mordercą.
Orzechowe oczy patrzyły na niego z powątpieniem.
– Dlaczego, panie Crouch? Jeśli mogę pozwolić sobie na osobistą uwagę, sądzę, że nie powinien pan tak…
– Ja nie mam syna.
W dwa tygodnie później miał powiedzieć – wykrzyczeć – to swojemu synowi, wśród tłumu gapiów, czekających na jego upadek. To przesłuchanie było niejako próbą. Mógł zobaczyć, na ile obojętności go stać, czy potrafi wyprzeć się swojej rodziny tak, jak…
Nie, przecież nigdy nie wyparł się tych orzechowych oczu. To było coś zupełnie innego. Gdy niespełna dwa lata wcześniej Alastor napomknął coś o tym, jakoby nieszczęsny Wilkes był jego siostrzeńcem, nasz bohater jedynie przez zaskoczenie powiedział, że był jedynakiem. Wszakże tak mu się przez większość jego życia wydawało. Nie mógłby zabronić tytułowania jej jego siostrą.
– Panie Crouch, przecież ta bitwa już dawno jest przegrana. Nie musi pan wypierać się swojej rodziny. Po co? To jedyne, co panu teraz pozostało – kontynuował przesłuchujący, podczas gdy nasz bohater zastanawiał się, dlaczego podlotek niewiele starszy od Barty’ego uzurpował sobie prawo do udzielania mu porad życiowych. – Jak znosi to pańska żona? Musi cierpieć, w końcu jej pierworodny…
– Ja nie mam syna – powtórzył, z uporem wpatrując się w orzechowe oczy klamki od drzwi. Chciał stamtąd wyjść. Czuł, że jeszcze chwila, a pochłonie go wir wspomnień, którymi wcale nie chciał dzielić się z… nawet z samym sobą.
Jego rozmówca uznał swoją porażkę; po chwili szur odsuwanych krzeseł uwolnił naszego bohatera od jego towarzystwa. Kilka sekund zaledwie dzieliło go od wyjścia z tego pokoju. Jednak jako że ostatnimi czasy nie czuł się najlepiej, kilka sekund zamieniło się w kilkadziesiąt – przed powstaniem musiał wziąć kilka zaskakująco głębokich oddechów, upewnić się, że po chwili nie upadnie. Zwłoka ta nie kosztowała go pozornie wiele. Gdyby jednak był o te niespełna dwadzieścia lat młodszy, pewnie nie usłyszałby, jak jego rozmówca szepcze do kolegi na korytarzu:
– Tak, jasne, nie ma syna. Tak samo, jak nie miał siostry, gdy Szalonooki sprzątnął Wilkesa z Rosierem. No co ty? Nie słyszałeś? Założę się, że to na rodzinnych spotkankach jego synalek został zwerbowany. Wiesz, zaufany kuzynek, psia krew.
***
Choć opuszczał tę salę jako zwycięzca, nasz bohater wyglądem przypominał człowieka, który stracił już nie tylko rodzinę i wizję świetlanej kariery politycznej, ale również i życie. Stało się. Paręnaście minut temu skazał swojego własnego syna na dożywocie w Azkabanie.
Tak, swojego syna. Bo choć przed chwilą zaledwie oficjalnie się go wyparł, to wciąż był jego syn. I właśnie świadomość pokrewieństwa krwi nie pozwalała naszemu bohaterowi czuć się zwycięskim w walce z nieprawością i mordem. Nie potrafił traktować go jak zwykłego kryminalisty. Nie potrafił wyprzeć się go przed samym sobą. Zbyt wiele… Zbyt wiele było w młodym Bartym Juniorze Barty’ego Juniora sprzed niespełna dwudziestu lat.
Dźwięk zamykanych drzwi rozdzierał mu resztki serca, którego obecności – metaforycznie – nie odczuwał od tak dawna. Co teraz będzie? Za co perfidny Los chciał go tak ukarać? Był dobrym człowiekiem. Nigdy… Nigdy…
Zauważył kobietę siedzącą na jednej z kamiennych ławek. Wyglądała doprawdy mizernie. Choć może po prostu z natury była drobna – nasz bohater nie chciał jej się przyglądać na tyle, by to określić. Zastanawiał się, czy skazał właśnie kogoś z jej bliskich. Może znała jego syna? Nigdy nie chciał poznać żadnego z jego przyjaciół. Chociaż nie, wyglądała znacznie starzej, mogła być co najwyżej czyjąś matką czy ciotką, ale nie kochanką.
– Proszę pani, już po rozprawie. Winni – powiedział uprzejmie, lecz beznamiętnie. Nie potrafił być współczującym rozmówcą. – Może pani iść do domu.
Kobieta nie zareagowała. Wciąż wpatrywała się w posadzkę, jakby w niej szukając oparcia.
– Nie powinna pani tu teraz przebywać, to niezgodne z regulaminem. Naprawdę. To koniec. Już po wszystkim.
Przez chwilę nie reagowała, a nasz bohater zastanawiał się, co takiego może zrobić, żeby się jej pozbyć. Nikt nie powinien przesiadywać w tym miejscu po godzinach pracy Rady. Co jeśli jakiś bezmyślny urzędnik ją tu zamknie? Musiał jakoś jej wytłumaczyć…
Ale wtedy ona podniosła głowę i spojrzała na niego ze smutkiem, jakiego nigdy jeszcze nie widział.
Chciał zamknąć te orzechowe oczy, ale to wcale nie był sen.

Koniec. Jawa.