Pod znakiem borsuka: Trudna sztuka jednostronnego kompromisu

Nie była pewna, czy wczoraj przypadkiem jej się nie przyśniło. Wróciła do pokoju nad ranem, mokra i półprzytomna, a gdy się obudziła, Glendy nie było nigdzie w pobliżu i nikt nie mógł potwierdzić tego, że rzeczywistość w istocie była rzeczywistością. Sobie nie mogła już ufać. Nie po tym, w co się wpakowała.
Florence Jezebel Yaxley rozpoczęła swoją bolesną niedzielę od zimnego, bardzo zimnego prysznica i krótkiej notatki do Jamesa Pottera. Jamesa Pottera! Czy naprawdę kiedykolwiek podejrzewała, choćby w swoich najśmielszych koszmarach, że spędzi jakiekolwiek… wczesne popołudnie wypisując listy do Jamesa Pottera? Kto miał być następny? Syriusz Black?
Wszystko, co święte, czy to właśnie czekało na nią w przyszłości? Nie kariera magomedyka a obśliniony pysk Syriusza Blacka? Na samą myśl robiło jej się słabo.
A to nie był czas na słabość. Musiała zachować absolutną świeżość umysłu na tyle, na ile było to możliwe w obecnych okolicznościach. Nie, kiedy w każdej chwili mógł pojawić się koło niej właśnie James Potter i musiałaby mu opowiedzieć o wszystkim, co przyszło jej do głowy pod prysznicem.
– Weź się w garść, Flossie. To wcale nie jest głupi plan.
Jej poziom zaufania do samej siebie naprawdę musiał być krytycznie niski, bo nie uwierzyła sobie choćby przez ułamek sekundy. Odkrząknęła i powtórzyła jeszcze raz:
– To wcale nie jest głupi plan.
– Gadasz do siebie?
Gdyby nie to, że bezpiecznie czuła się jedynie w pozycji siedzącej, niechybnie podskoczyłaby na dźwięk jego głosu. Kiedy podniosła głowę, by spojrzeć na jego roześmianą twarz okoloną okrutną dla jej aktualnego stanu ilością promieni słonecznych, zrozumiała, że może jednak, może odrobinkę, był to bardzo głupi plan.
Tyle że mleko już się rozlało. Była tu i teraz, na błoniach, James był tuż koło niej, a jej durna godność prawdziwego Perfekta nie pozwalała jej się wycofać z danego słowa.
– Upewniam się, że jestem stuprocentowo przygotowana ­– odpowiedziała, próbując  zachować zimną krew. Podejrzewała, że nie za bardzo jej to wychodziło. Jej oczy odmawiały współpracy i za nic nie chciały się otworzyć, nie, kiedy patrzyła prosto w aureolę wokół jego rozczochranej głowy. – Nie lubię nie być przygotowana. To nieprofesjonalne.
Nie mogła pozbyć się wrażenia, że James umierał ze śmiechu.
Jedną nogą szturchnął stosik pergaminów, leżący na ziemi tuż koło niej. Ostatkiem sił powstrzymała się przed skomentowaniem tego w jakikolwiek sposób, chociaż naprawdę, naprawdę miała ochotę go za to skarcić. Jak małe dziecko, które musi popsuć swoją zabawkę, no doprawdy.
– Ale że będziemy się uczyć? – spytał niewinnie, co wcale nie pomogło jej irytacji.
– Nie, James. Będziemy negocjować.
Gdyby nie to, że Flossie i tak nie podejrzewała Jamesa Pottera o przesadne pokłady intelektu, a więc i niewiele miał go do stracenia, gotowa była uznać, że od ostatniej nocy ogłupiał jeszcze bardziej. Przynajmniej na to wskazywała jego mina i podwójne mrugnięcie, które ją poprzedziło. Nawet oślepiona przez popołudniowe słońce nie mogła jej nie zauważyć.
Bez słowa próbowała mu zasugerować, że może jednak przestałby się wygłupiać i usiadł – w końcu słowa w ogóle do niego nie docierały – ale minęły może i nawet dwie minuty nim zrozumiał, co się do niego gestykuluje i w końcu przesunął się z linii koszmarnego prześwietlenia. Flossie tak ulżyło, że nie musiała już wypalać sobie oczu, że przez moment miała ochotę go za to przytulić; tylko moment, bo zaraz uświadomiła sobie, że profesjonalizm nie obejmuje przytulania współkonspiratorów.
Jedyne, co jej pozostało, to przygładzić sweter, wziąć głęboki oddech i…
– Przyniosłem ci śniadanie, chcesz? – James przerwał jej w momencie, w którym już miała zacząć mu opowiadać o istocie tabelek i kalendarzy, które przyniosła ze sobą na błonia.
Tym razem naprawdę mu się przyjrzała. I tak, nie dało się ukryć, że w swoich dłoniach James w istocie trzymał kwiecisty talerzyk z trzema bułeczkami. Być może nawet…
– Poziomkowe.
Mimowolnie wyszczerzyła się do niego w największym uśmiechu, na jaki było ją stać. Nie miała pojęcia, skąd James wiedział o jej miłości do poziomkowych bułeczek, ale aktualnie niewiele ją to obchodziło. Potrzebowała odrobiny szczęścia. Nawet z rąk nie tego Gryfona, co trzeba.
Ostatkiem sił powstrzymała się od wyrwania mu ich siłą; zresztą, Potter i tak był zbyt zajęty naśmiewaniem się z jej entuzjazmu, by jakkolwiek się z nią drażnić i, na przykład, próbować zatrzymać talerzyk dla siebie. Chociaż do tej pory nie czuła głodu, nagle zdała sobie sprawę z tego, że z nerwów nie jadła wczoraj cały dzień. I dzień wcześniej. W zasadzie poza wątpliwym ponczem Syriusza nie miała w ustach niczego od… od rozmowy z Remusem w bibliotece.
Kto jak kto, ale ona akurat nie musiała przechodzić na dietę.
– Kiedy zdążyłaś to wszystko napisać? – James wyciągnął się wygodnie na trawie i zaczął przeglądać jej pergaminy. Pierwszym, który porwał, była tabela pełna wyliczeń prawdopodobieństw warunkowych na wzbudzenie zazdrości różnych technik trzymania się za ręce.
Zanim mogła mu odpowiedzieć, musiała przełknąć wyjątkowo duży kawałek bułki, który akurat przegryzała. Tak, mogła umierać z głodu, wstydu, złamanego serca, bólu głowy i słabego towarzystwa, ale nie był to powód, by od razu rezygnować z podstawowych manier.
– To? To są tylko podstawy. Nie wiedziałam od czego zacząć.
– Ja nawet nie wiem, co połowa z tych szlaczków oznacza. – Przysunął pergamin, który czytał, tuż pod swój nos, udając, że bardzo się na nim skupia. – Jesteś pewna, że to ma znaczenie? Czy będę trzymał twoją rękę od prawej czy lewej strony?
– Lata studiowania Starożytnych Runów nauczyły mnie, że w badaniu przyszłości nic nie pomaga tak, jak właściwa metodyka pracy.
James spojrzał w jej kierunku, ale nie odpowiedział. Gdyby nie to, jak bardzo absorbowało ją połączenie właściwej metodyki pracy i poziomkowych bułeczek, może przejęłaby się intensywnością tego spojrzenia. Zwykle nie czuła się zbyt komfortowo pod taką ścisłą obserwacją. Zwykle wolała raczej bardziej trochę nie istnieć.
– Jeśli chcemy, żeby ten plan wypalił…
– Upaćkałaś się dżemem – przerwał jej, a kiedy nie odpowiedziała, dodał: – Na nosie.
Po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna, Flossie nie miała pojęcia, co powiedzieć.
***
Syriusz dogonił je gdzieś na schodach pomiędzy trzecim i czwartym piętrem; i chociaż zwykle z bieganiem po Hogwarcie radził sobie bardziej niż przyzwoicie, fakt, że szukał Glendy już od paru godzin, sprawdzając jedną po drugiej wszystkie wieże i inne ekstremalnie położone zakamarki, niezbyt korzystnie wpływał na jego kondycję. Dlatego też zanim w ogóle się odezwał, pierwsze parę sekund spędził na zginaniu się wpół i łapaniu oddechu, ku wielkiemu zdziwieniu Dawn, która właśnie odkryła, że Syriusz Black był jednak tylko człowiekiem, a nie starożytnym bogiem zesłanym na ziemię ku uciesze damskich oczu.
– Będziesz żył? – zakpiła Glenda, której nijak nie wzruszała obecna sytuacja Syriusza. Jasne, nie żeby nie kiedyś coś tam, ale aktualnie nie wyglądał on dużo lepiej niż statystyczny Peter Pettigrew. – Musimy cię eskortować do Skrzydła Szpitalnego?
– Bardzo… bardzo zabawne, Kendrick.
– Zrobiłeś się fioletowy – cicho dorzuciła od siebie Dawn.
Glenda parsknęła śmiechem, ale Syriusz nie wyglądał na najszczęśliwszego; nie pamiętał nawet, kiedy po raz ostatni rozmawiał z Dawn, nie miał więc pojęcia, że ta krótka uwaga nie była kolejnym zamachem na jego męską dumę a prawdziwym współczuciem. Faktycznie robił się fioletowy. Może jeszcze nie stuprocentowo jagodowy, ale zdecydowanie zmierzał w tym kierunku.
Dawn próbowała się do niego uśmiechnąć, ale sama wizja uśmiechania się do kogoś tak nadzwyczajnego jak Syriusz Black, nawet w wersji śmietany z jagodami, przerażała ją na tyle, że uśmiech nijak nie chciał pojawić się na jej twarzy. Jedyne, na co mogła się zdobyć, to krok w tył, tak, by mogła bezpiecznie schować się za plecami Glendy.
– Szukałem cię… cały… dzień.
Gdyby powiedział coś takiego jej, małej, nieistotnej, zapomnianej Dawn, czciłaby te cztery słowa do końca swojego życia. Tymczasem Glenda jedynie wzruszyła ramionami i rzuciła:
– Czego chcesz?
Syriusz w końcu złapał na tyle oddechu, by móc się wyprostować. Teraz, gdy już nie sapał jak gigantyczne psisko po intensywnym popołudniu w parku, obie dziewczyny zauważyły, że był czymś wyraźnie zaaferowany. Jednak nawet w tysiąc lat nie odgadłyby, co miał im do powiedzenia.
– To prawda? – spytał. – Rogacz i Flossie?
– Rogacz i Flossie co?
– No… Wiesz.
Glenda nie odpowiedziała. Wpatrywała się w Syriusza tak, jak gdyby naprawdę przemienił się nagle z Gryfona w jagodę, a potem zaczął stepować. Chociaż jeśli miałaby być szczera, w jej oczach prawdopodobieństwo Syriusza-jagody stepującego na schodach do wieży północnej wciąż było nieskończenie większe niż Flossie i Jamesa choćby rozmawiających ze sobą z własnej, nieprzymuszonej woli.
Nie, żeby z Jamesem było coś nie tak. Chyba. Glenda nie miała nigdy żadnych powodów by wątpić w jakość Pottera jako towarzystwa. Jasne, dla niej był trochę za niski i trochę zbyt żałosny w swoich jękach i stękach do Lily Evans, ale przynajmniej nie był Remusem Lupinem. Remusa Glenda nie mogła znieść najbardziej, taki był sztywny i nudny, i pozbawiony jakiejkolwiek joie de vivre. James nie był najgorszy.
Po prostu Flossie… Flossie też była specyficzna. Glenda kochała ją całym swoim sercem, ale nie dało się ukryć, że niespecjalnie nadawała się do interakcji z bardziej… normalnymi ludźmi. Nie żeby przez tyle lat nie udało się jej trochę ucywilizować, ale przed nimi wciąż była dość daleka droga, a obściskiwanie się z Jamesem Potterem mogło okazać się skrótem, którego biedna Florence by nie przeżyła.
– Flossie i James będą mieli dziecko? – niespodziewanie wypaliła Dawn, która z tego wszystkiego rozumiała jeszcze mniej niż Glenda.
– Co? – Glenda i Syriusz spytali unisono, w akcie pół-skonfundowania i pół-paniki.
Dawn skurczyła się i dosłownie, i w przenośni, gdy dwie pary bardzo intensywnych oczu wbiły się prosto w jej czoło. Dla człowieka, którego nigdy nikt nie zauważał, było to zdecydowane przekroczenie wszystkich norm bezpieczeństwa związanych z cudzą uwagą.
W zaistniałej sytuacji nie pozostało jej nic innego jak zacisnąć obie dłonie na krawędzi jej swetra i właśnie się skurczyć – najlepiej do rozmiaru guzika, o tak, guzik byłby wystarczający. Tyle że Dawn nie była też asem czarowania i mimo jej najwytrwalszych prób, nigdy nie udało jej się opanować samo-transmutacji; i chociaż bardzo bardzo chciała być guzikiem, nic jej z tego nie wychodziło.
– No… Mówiłeś, że Flossie i James, no i że wiemy – Dawn mówiła tak cicho, że i Glenda, i Syriusz nie za bardzo usłyszeli ją za pierwszym razem. Dlatego też po chwili musiała dorzucić, odrobinę głóśniej: – Nie to powiedziałeś?
Gigantyczny kamień spadł z serca Glendy. Nie, żeby podejrzewała, że Dawn mogła wiedzieć coś, czego nie wiedziała ona… Ale jeśli chodziło o Florence i jej zdolność do pakowania się w niepotrzebne kłopoty, nigdy nic nie wiadomo.
– Nie, nie to powiedział – warknęła na Dawn, która od tego warknięcia w istocie prawie skurczyła się do rozmiaru guzika. – Syriusz sugeruje, że Florence i James Potter mają romans. Bez dzieci.
– Nie jestem gotowy na dzieci – Syriusz mruknął, chociaż nikt nie pytał go o zdanie; co zresztą zasugerowało mu po chwili spojrzenie Glendy.
Dawn wyrzuciła z siebie niemal niesłyszalne Och, którego nikt już nie usłyszał, bo Glenda otrząsnęła się już z pierwszego szoku i była gotowa drążyć temat. Wszyscy, którzy znali Glendę Kendrick chociaż odrobinę, wiedzieli, by trzymać się od niej z daleka, gdy była w nastroju na drążenie tematu – ale najwyraźniej to, co chciał tym osiągnąć, było dla Syriusza ważniejsze niż jego życie i perspektywy na miłe popołudnie, bo jeszcze nie zaczął uciekać.
– Nie wkręcasz nas? Flossie i James? Nie wydaje ci się to… komiczne?
– Przysięgam na moją piękną mordę, że własnymi oczami ich widziałem wczoraj, tymi tutaj bosko szarymi – Syriusz wyszczerzył się, mimo że przez Rogatego aktualnie nie było mu bardzo do śmiechu.
Glenda przewróciła oczami.
– Flossie wróciła wczoraj tak późno, że w ogóle tego nie pamiętam. Pamiętasz? – Spojrzała na Dawn, która energicznie i bez słowa pokręciła głową. – A rano była tak nieprzytomna, że nawet nie mogłam jej spytać, jak poszło jej tête a tête z… Myślałam, że Flossie umówiła się wczoraj z Remusem?
– Dlaczego Flossie miałaby się umówić z Remusem?
– To dziwi cię bardziej niż wersja z Jamesem?
Próbował się nad tym zastanowić; ale ostatecznie Syriusz jedynie doszedł do wniosku, że niczego już w ogóle nie rozumie.
***
Bułeczki poziomkowe dawno się już skończyły, ale Flossie i James wciąż przerabiali czwarty pergamin. Z dwudziestu siedmiu. Po prostu niezależnie od tego, jak bardzo Flossie starała się trzymać przyzwoite tempo przerabiana materiału, James co chwilę znajdywał powód, by ją rozproszyć.
– Całowałaś się w ogóle kiedyś? – spytał przykładowo znienacka, kiedy w ogóle się tego nie spodziewała.
Posłała mu bardzo ostre spojrzenie; chociaż niepokrycie się rumieńcem przysporzyło jej więcej trudności, niż chciałaby się do tego przyznać.
– Słucham?
– Muszę wiedzieć, nie? Chciałaś być przygotowana.
Przez sekundę prawie, prawie mu uwierzyła – ale potem James Potter postanowił z głupim uśmiechem na twarzy przeczesać palcami swoje czarne, wiecznie rozczochrane włosy i wrażenie tego, że kiedykolwiek mógł coś traktować poważnie prysło.
Flossie wyprostowała się, by dodać sobie odrobinę powagi i mimowolnie też odgarnęła włosy ze swojej twarzy.
– Jak już musisz wiedzieć – zaczęła bardzo obrażonym tonem – to po raz pierwszy całowałam się już w wieku sześciu lat.
Głupi uśmiech nie schodził mu z twarzy, a ona czuła podskórnie, że im dłużej się on utrzyma, tym gorzej jej będzie z tym powstrzymywaniem rumieńca. Mimo to uparcie nie odwracała od niego wzroku, zdeterminowana wygrać tę potyczkę, która dla Jamesa wcale pewnie nie była żadną potyczką.
Nie wyglądał wszak jak ktoś, kto właśnie się pojedynkował, nawet jeśli był to pojedynek na ego. Cały leżał rozciągnięty na trawie, a do tego podśmiewał się lekko i ogólnie sprawiał wrażenie zdecydowanie zrelaksowanego.
– Zdradzisz mi, kto był tym szczęśliwcem?
I stało się. Flossie zarumieniła się w sposób niewątpliwie uroczy, chociaż jednocześnie zdecydowanie niepożądany. A że była człowiekiem białych włosów i bardziej niż porcelanowej skóry, w ogóle nie dało się tego rumieńca ukryć, niezależnie od tego, jak poważną chciała przy nim zrobić minę.
James wyszczerzył się jeszcze bardziej.
– No, no, miłości swojego życia nie powiesz? – spytał zaczepnie, puszczając do niej oko jak jakiś… jakiś… jakiś Gryfon.
W naturze Florence Yaxley nie leżało kłamstwo, niestety – co oczywiście wliczała w tabele ryzyka ich planu, które przygotowała. Ze wszystkich swoich wad Flossie najbardziej nie znosiła w sobie właśnie tej niemożności niemówienia prawdy; lanie wody przydałoby się jej w wielu kłopotliwych sytuacjach życiowych i ta właśnie była tego najlepszym przykładem. Ale nie. W życiu Flossie to prawda musiała zawsze zwyciężyć, niezależnie od tego, ile ją kosztowała.
– Syriusz – wymamrotała niewyraźnie, licząc na to, że James jej nie usłyszy.
Usłyszał.
– Syriusz? Syriusz Black? Pierwszym facetem, z którym się całowałaś, był Syriusz Black?
James praktycznie dusił się ze śmiechu, co wcale nie pomagało ani jej rumieńcom, ani koszmarnym wspomnieniom podwieczorków u Blacków, na które ojciec targał ją w dzieciństwie.
– Miałam sześć lat, ok? Nie możesz mnie za to winić!
Z całego tego rozbawienia aż przewrócił się na plecy. Trudno mu było sformułować jakąkolwiek odpowiedź, bo wizja małej Flossie i małego Łapy była zbyt u-ro-cza, żeby nie umrzeć od niej ze śmiechu. W zasadzie z tego wszystkiego powoli zaczynało mu brakować powietrza; i wcale nie pomogło mu to, że ostatkiem oddechu wydusił z siebie:
– Petera też masz na liście?
Zareagowała instynktownym pacnięciem go w ramię, a gdy to nie podziałało, Flossie musiała chwycić się ostateczności – porzucenia jej starannie przygotowanych notatek i rzucenia się na niego z pięściami. W teorii brzmiało to o wiele poważniej niż w praktyce. Florence mogła być wysoka jak na swój wiek i swoją płeć, ale w kwestii masy wciąż była od Jamesa przynajmniej dwukrotnie mniejsza, a i przecież nie próbowała go naprawdę pobić. No, może trochę. Na trochę zasłużył.
Sama nie zauważyła nawet kiedy przestała uderzać go zaciśniętymi pięściami, a zaczęła łaskotać. W końcu skoro chciał się z niej śmiać, mógł się z niej śmiać porządnie, prawda? A potem nie zauważyła kiedy to on zaczął ją łaskotać i jak sama wylądowała na plecach, chociaż w jej podręczniku Dobrej Uczennicy i Córki i Obywatelki nie było ani słowa o turlaniu się po trawie.
W szczególności o turlaniu się po trawie z ludźmi, których się ledwo znało, a mimo to wchodziło się z nimi w szemrane układy i układziki.
W końcu jednak James jej odpuścił i upewniwszy się, że sam był już bezpieczny, odsunął się od niej na tyle, by nie mogła mu oddać. Jakimś cudem jego włosy były jeszcze bardziej poczochrane niż zwykle. Flossie zdziwiła się, że w ogóle to zauważyła, ale szybko odrzuciła od siebie tę myśl – włosy Jamesa Pottera nie znajdowały się na liście rzeczy do omówienia tego popołudnia.
– A ty co? – spytała. – Całowałeś się kiedyś w ogóle?
– Ty mi nie odpowiedziałaś.
Poprawiła włosy, sweter, w zasadzie całą siebie. Może i James lubił żyć chaosem, ale nie była to forma, na której przybranie Flossie zdobyłaby się na dłużej niż trzy, może cztery minuty.
– Tak – odpowiedziała po chwili zastanowienia. – Całowałam się, byłam w związku, on był mugolem, nic to nie znaczyło.
Chyba nie spodziewał się takiej odpowiedzi; w jego głowie Flossie była tylko i wyłącznie Idealną Panną Prefekt i nigdy nie zdołała stać się w niej człowiekiem z krwi i kości. Zaczynał żałować, że spytał. Chciał się z nią podroczyć, zobaczyć, jak peszy się tym, że nikt nigdy nic, może nawet sprawdzić, jak daleko może się posunąć w udawaniu. Jeśli w ogóle zdecydowaliby się na udawanie. Nie chciał z nią poważnie rozmawiać.
Czuł, że poważnie rozmawiali.
W szczególności, że jej błękitne oczy wpatrywały się w niego intensywnie, oczekując odpowiedzi, a James zdawał sobie sprawę z tego, jaki niespecjalnie dobry był z niego człowiek.
– Parę koleżanek dziewczyn Syriusza, nic specjalnego.
Kiwnęła głową na znak, że zrozumiała. Usiadła wygodnie i sięgnęła po pergaminy, które wcześniej porzuciła. Nagle zrobiło się niezręcznie i żadne z nich nie rozumiało dlaczego.
Jednak zanim przeszli do następnych podpunktów planu, Flossie rzuciła jeszcze oschle:
– Wolałabym, żebyś mnie nie całował, chyba że naprawdę musisz.
A on nie zaprotestował nawet odrobinę.
***
Z parapetu w jej dormitorium Lily z pewnością mogłaby dotrzeć Jamesa i Flossie na błoniach; to wymagałoby jednak tego, żeby otworzyła oczy, a ona zbyt zajęta była wygrzewaniem się w słońcu, by zwracać uwagę na takie szczegóły.
Od samego rana czuła się po prostu najszczęśliwsza i nic, absolutnie nic, nawet James Potter, nie mogło jej tego szczęścia odebrać. Jedyne, na co miała ochotę, to siedzenie na parapecie i rozmyślanie o poprzedniej nocy. Co to była za noc! Czy kiedykolwiek wcześniej czuła coś takiego? Nie, zdecydowanie nie. Ani Severus… ani jakikolwiek inny chłopak w Hogwarcie nie reprezentował takich manier i takiej wrażliwości jak Elijah Prewett. Nie dosięgali mu do pięt.
– Ty wciąż w chmurach? – Jakby z innej planety dobiegł ją głos Jolene.
Otworzyła oczy i spojrzała na przyjaciółkę wychodzącą z ich wspólnej łazienki. W innych okolicznościach zdenerwowałoby ją to, że Jolene razem ze sobą przyniosła cały strumień wody skapujący z jej włosów, ale dzisiaj w ogóle jej to nie przeszkadzało. Dzisiaj Jolene mogła wpaść do sypialni z całą wanną. Z dwoma wannami. Z trze… Nie, trzy wanny to byłaby przesada.
Lily uśmiechnęła się radośnie.
– Nigdy nie planuję z nich schodzić.
Jolene upuściła na podłogę ręcznik, którym wycierała swoje włosy i rzuciła się na łóżko. Stary materac, którego nikt nie wymieniał od bardzo, bardzo dawna, zaskrzypiał pod jej ciężarem, ale przyzwyczajona do tego dźwięku, który towarzyszył jej od sześciu lat, w ogóle na to nie zareagowała. Przypatrywała się Lily i jej uśmiechowi, niepewna, czy powinna się nim cieszyć, czy martwić.
Elijah Prewett może i nie był Ślizgonem, ale wciąż był Prewettem – co stanowiło dość potężny problem, bo, cóż, wszyscy Prewetci byli szczurami. Może nie aż takimi jak jego brat, Octavian, ale jednak szczurami. Czy Elijah mógł się okazać wyjątkiem? Mógł. Ale czy Lily naprawdę musiała być tą, która się o tym przekona?
Poza tym pozostawał jeszcze jeden drobny problem – James Potter. Lily mogła wczoraj tego nie zauważyć, ale Jolene nie umknęła ani sekunda, którą Rogaty spędził poprzedniej nocy z Flossie Yaxley. I tak, jej przyjaciółka mogła się zarzekać, że pomiędzy nią i Jamesem nigdy nic nie będzie, ile chciała – ona już jej nie wierzyła. Niewątpliwie w jakiś pokrętny sposób czuła do niego miętę. Choćby i bardzo krzykliwą, ale jednak miętę.
– Widziałaś wczoraj Rogatego? Nieźle zaszalał. Kto by się spodziewał.
Cisza, jaką odpowiedziała jej Lily, potwierdziła wszystkie jej najgorsze podejrzenia.
Chwilę zajęło Lily przypomnienie sobie, że była szczęśliwa. Najwidoczniej jej chmury nie znajdowały się poza zasięgiem obślizgłych łapsk Pottera; obślizgłych łapsk Pottera, które wczoraj zdecydowanie znalazły się na pośladkach Florence Yaxley. Florence Yaxley! Kto to w ogóle pomyślał, taka szara myszka, Puchoneczka, Panna Regulamin, a tu proszę, imprezki i tańczenie z największym łobuzem tego zamku, naprawdę, w ogóle tego nie przewidziała.
Nie, żeby życie osobiste Jamesa Pottera w ogóle ją interesowało. Po prostu wolała nie przypominać sobie takich… nieprzyzwoitych scen. Nie w momencie, w którym miała być bezgranicznie zakochana w swoim życiu i Elijah Prewetcie.
– Może…
– Biedna dziewczyna – Lily westchnęła dramatycznie. Po jej dobrym nastroju nie pozostał ślad. – To oczywiste, że Potter bawi się jej naiwnością. Nic lepszego nie można się po nim spodziewać.
Jolene czuła, że powinna interweniować nim Lily wpędzi się w swoją spiralę nienawiści i wyruszy na kilkudziesięciominutową przygodę pełną krzyków, płaczu i przekleństw; jednak otoczona swoimi ulubionymi poduszkami nie za bardzo miała ochotę się podnosić.
Może nie będzie tak źle, musiała sobie myśleć, w końcu panna Evans wciąż była zachwycona wieczorem z tym swoim Prewettem, prawda?
– Flossie jest bardzo miła. I bardzo ładna.
Gdy tylko te słowa opuściły jej usta, Jolene zrozumiała, że popełniła kardynalny błąd; ale na poprawienie się było już za późno. W przeciągu kilkunastu sekund z uśmiechniętej, lekko bladej z niewyspania Lily przemieniła się w płonącą żywym ogniem jaszczurkę, gotową odgryźć każdą głowę, która nadzieje jej się pod ostre zęby. Lily była aktywowana. Nic, absolutnie nic nie mogło jej już powstrzymać.
Zeskoczyła z parapetu i podeszła do łóżka, na którym leżała Jolene. Sama nie za bardzo wiedziała, co chciała tym osiągnąć. Cokolwiek. Chyba. Cały pokój wydawał jej się jedną, wielką, falującą plamą.
– Nie wiem, no nie wiem, zawsze wydawało mi się, że Glenda byłaby o wiele bardziej w jego stylu – wyrzucała z siebie słowa praktycznie na jednym oddechu. – Taka idealnie szczupła i wysportowana, i kto wie jeszcze jaka łatwa w obsłudze, Flossie przy niej to katalog wszystkich nieszczęść i założę się, że nawet nigdy nikogo porządnie nie pocałowała.
– Może Rogaty…
– Rogaty, Rogaty, Rogaty, tak o nim rozmawiamy, jakby był centrum wszechświata, a przecież nie jest, jest na tym świecie dużo bardziej wartościowych mężczyzn i ludzi, choćby Elijah, Elijah nigdy nie podrywałby Florence Yaxley, a w szczególności nie na moich oczach, na naszych oczach, Rogaty nie ma ani krzty przyzwoitości, a ta jego wczorajsza fryzura była jeszcze głupsza niż wszystkie jego poprzednie fryzury!
Z tymi słowami ciężko usiadła na łóżku, zgniatając przy tym nogi Jolene, których ta nie zdążyła zabrać jej z drogi w odpowiednim czasie. Wyglądało jednak na to, że skończyła jej się energia i na kolejny wybuch raczej nie było szans. Najwidoczniej nieprzespane noce czasem się na coś przydawały.
Jolene podniosła się trochę i oparła głowę o ramię Lily.
– Elijah zaprosił cię dzisiaj na spacer? – spróbowała zmiany tematu.
Ta podziałała tylko połowicznie. Bo chociaż Lily przestała już strzelać piorunami na prawo i lewo, to w jej odpowiedzi wciąż była duża nuta smutku:
– Tak. Widzisz, James Potter nigdy nie zaprosiłby nikogo na spacer. Ten buc w ogóle nie zna się na romantyzmie.
***
– Chcesz, żebym zabrał cię na romantyczny spacer? – James spytał znienacka.
Florence spojrzała na niego ze zdziwieniem, głównie dlatego, że zajęta była właśnie tłumaczeniem mu meandrów swojego planu zajęć. Chwilę zajęło jej zrozumienie, dlaczego o tym wspomniał; chwilę dość upokarzającą jak na to, że uznawała samą siebie na dość inteligentną jak na blondynkę. A tu jednak. Nie wyszło jej dodanie prostego A do B.
– Ale czemu? – spytała, bo mimo iż rozumiała, dlaczego tak nagle o tym wspomniał, to sama idea spaceru z Jamesem Potterem, a co dopiero romantycznego spaceru z Jamesem Potterem w ogóle jej się nie podobała.
– Czemu?
– No… czemu?
James chyba nie spodziewał się takiej reakcji; odruchowo przeczesał dłonią włosy, ale zrobił to jakby nieświadomie, bardzo powoli i na moment zamarł nawet w takiej pozie. Flossie musiała przyznać, że było coś uroczo niewinnego w jego zmarszczonej minie; przypominał jej trochę Lunę, kiedy akurat się nie dąsała albo nie biegała za Evanem Rosierem, a może nawet małą, niewinną sarenkę.
Bo to w zasadzie było urocze, to, z jaką śmiałością James nosił uczucia na swojej skórze i chyba niezdolny był do jakiegokolwiek ich kamuflowania. W świecie, w którym wychowała się Florence, pełnym ludzi nie nawet o podwójnych, a posetnych intencjach, taka szczerość była swojego rodzaju powiewem świeżości. Jasne, było to też naiwne i dziecinne, i łatwe do obśmiania, ale w zasadzie z racji tego, że Flossie była córką swojego ojca, a jednocześnie zupełnie nie była córką swojego ojca, co sama aż za dobrze rozumiała, ani trochę nie miała ochoty wykorzystywać jego… prostolinijności.
Przynajmniej aktualnie.
Gdyby naprawdę była córką swojego ojca, dramatycznie uniosłaby jedną brew; ale zamiast tego musiała się zadowolić zachęcającym uśmiechem.
– Powinniśmy się lepiej poznać – oświadczył w końcu James, próbując zabrzmieć przy tym bardzo oficjalnie.
Ten oficjalny ton pogłębił jeszcze wrażenie emocjonalnej nieporadności, które na niej wywołał, przez co w pierwszym odruchu prawie, prawie powiedziała tak. Tyle że w głębi serca Florence nigdy nie zapominała o rzeczy w życiu najważniejszej – doprowadzaniu planów do szczęśliwego końca – a randki z Jamesem Potterem wydawały jej się niewystarczająco efektywne.
Dlatego też strząsnęła z siebie współczucie wymieszanie z rozmemłaniem, odwróciła na chwilę wzrok od orzechowych oczy Jamesa i powiedziała prosto w swój bardzo efektywny i bardzo plany-do-końca-doprowadzający pergamin:
– Nie wiem, czy to statystycznie opłacalne rozwiązanie.
James Potter zaniemówił po raz chyba już setny w trakcie tego krótkiego popołudnia. Czuł, że niedługo do tego przywyknie i zrozumie, że Florence nie myśli w sposób jakkolwiek ludzki, ale to niedługo jakoś tak nie chciało nadejść, a on zupełnie nie był przygotowany na w międzyczasie.
Zmarszczył się więc jeszcze bardziej, próbując skupić myśli i przełożyć to, co miał do powiedzenia na język, którym posługiwał się ten obcy gatunek zwany Puchonką z Planem.
– No… Jeśli będziemy coś o sobie wiedzieć, to będziemy bardziej wiarygodni?
Florence zastanowiła się. James z zapartym tchem obserwował ją, jak przygryzała wargę i bez słowa wodziła oczami po pergaminie, który, jak zakładał, nie miał przecież nic wspólnego z jego pytaniem. Czuł, że może mu się udało. Że może faktycznie powiedział coś, co należało powiedzieć.
Prawie.
– Nie będzie lepiej jak zrobię ci tabelkę? Będziesz miał wszystko zapisane i na pewno nie zapomnisz.
Spojrzała na niego w końcu z jakimś świeżo obudzonym entuzjazmem. Jak na człowieka, którego oceny nigdy nie przekraczały wybłaganych Z, Flossie wykazywała zbyt dużą miłość do tabelek. Był to, prawdopodobnie, efekt Starożytnych Run – tak podejrzewał, bo Remus od Starożytnych Run też oszalał na punkcie kolumn i wierszy.
– Naprawdę myślisz, że tabelka wystarczy? – jeszcze próbował, nieśmiało, z mniejszym przekonaniem.
– Na pewno spędzimy nad nią mniej czasu niż na spacerach, w szczególności w błocie, założę się, że trudno będzie znaleźć nam czas na spacery bez błota.
Ta pasja, z którą rzuciła się w ramiona tabelkowego pomysłu prawie przekonała Jamesa, by poddał się tu i teraz i zapomniał o tym, że może ten ich… plan mógłby mieć jakiekolwiek ludzkie oblicze. Kiedy tak patrzył na nią, sięgającą po nowy pergamin i mamroczącą coś do niego o kamieniach milowych jej życia i ulubionym kolorze, nawet był gotowy posłusznie za nią podążyć. Czemu nie. Przecież dokładnie wiedział, jaki był jego ulubiony kolor, nie?
Chociaż jakby się nad tym dłużej zastanowić, James nie był pewien, czy wiedział, jaki był jego ulubiony kolor. Z rozpędu prawie powiedział, że niebieski – ale może tylko ślepo powtarzał to po innych mężczyznach? Niebieski był chyba ulubionym kolorem i Syriusza, i Remusa, i Petera, i w zasadzie bardzo wielu innych jego kolegów.
Zresztą Florence chyba – musiał się przyjrzeć, bo nie pamiętał – Florence chyba miała niebieskie oczy, co mogłoby być odebrane jako próba flirtu, a on, James Potter, nigdy nie mieszał profesjonalizmu z przyjemnością. No, prawie nigdy.
Więc może zielony? Lily miała zielone oczy. Albo czerwony, jak jej rude włosy i cały Gryffindor! Tyle że żaden z tych kolorów tak naprawdę do niego nie przemawiał; oba kojarzyły mu się głównie z koszmarnymi, świątecznymi swetrami. A na tym kończyły się jego skojarzenia i sama myśl o tym, że musiałby przypomnieć sobie wszystkie kolory tego świata i ułożyć je w kolejności od najładniejszego do najobrzydliwszego przyprawiał go o mdłości.
James nie był po prostu gotowy, by w sposób zorganizowany spojrzeć w głąb siebie.
Mógł chcieć się przypodobać Flossie na tyle, by ich plan wypalił bez większych sprzeczek – ale głęboka psychoanaliza nie wchodziła w grę. Nie, żeby obawiał się, że przypadkiem odkryje w sobie coś niepożądanego; skrycie przeczuwał, że nie był na tyle skomplikowany, by znaleźć w sobie coś poza Quidditchem i piwem kremowym. Ale sam ten wysiłek! Tyle pracy po nic!
– Wiesz, mi się wydaje, że my będziemy zupełnie nieautentyczni – zebrał się na odwagę, by przerwać tabelkowe szaleństwo. – Nie możemy być tylko na pokaz. Ludzie muszą na nas wpadać, no wiesz, przypadkiem.
I po raz pierwszy Florence musiała przyznać mu rację.
***
W taki piękny, jesienny dzień w Pokoju Wspólnym Gryffindoru nie powinno być nikogo – w końcu takich dni w Szkocji nigdy nie było wiele, a co dopiero tamtego roku, gdy ilość deszczu przekraczała jakiekolwiek zdrowe normy. Ale wyjątkowe sytuacje wymagały wyjątkowych środków; i tak oto Syriusz, Peter i Remus znaleźli się na dywanie naokoło kominka, który był rozpalony mimo tego, że temperatura otoczenia podchodziła już pod rekordowe 19 stopni Celsjusza w pełnym słońcu.
Peter siedział na jednym z foteli stojących na dywanie i udawał, że próbuje się skupić na czytaniu podręcznika od Zielarstwa i wcale, ale to wcale nie podsłuchuje Remusa z Syriuszem. Remus, wyraźnie czymś podłamany, siedział na dywanie i opierał się o ten właśnie fotel. Syriusz zaś kręcił się tam i z powrotem, mamrocząc coś do siebie.
– Więc Glenda mówi, że o niczym nie wie? – Remus zebrał się w sobie, by wrócić do konwersacji, którą przerwali na kilka minut ciężkiego milczenia. – Myślałem, że mówią sobie o wszystkim.
– Ponoć w ogóle nie miała czasu z nią porozmawiać. Śpiąca królewna nie chciała się obudzić, czy coś.
Peter przerzucił jedną kartkę swojego podręcznika; pierwszą od dziesięciu minut. Nie wiedział, czy Syriusz i Remus w ogóle zwracali na niego uwagę, ale wolał nie ryzykować. Po raz pierwszy w życiu dowiedział się czegoś istotnego – i to ilu rzeczy jednocześnie! Nie miał pojęcia ani o tym, że Remus się w kimś zakochał, ani o tym, że James nie był już zakochany w Lily, a już na pewno nie o tym, że James poderwał dziewczynę, w której zakochał się Remus.
Z tego wszystkiego czuł, że jego mózg niedługo przegrzeje się z nadmiaru wiadomości. Gotowy był jednak jakoś to przetrzymać. Być częścią drużyny czy coś.
– Nie wiem, czemu James miałby nas okłamywać, Syriuszu. – Remus brzmiał na pokonanego. – To nic, że Glenda nie wie. Wszyscy widzieliśmy to, co widzieliśmy i słyszeliśmy to, co słyszeliśmy.
To była ciężka noc i jeszcze cięższy poranek. Gdy James w końcu wrócił do ich dormitorium, przez dobre pół godziny monologował do nich wszystkich o tym, jakim jest koszmarnym przyjacielem, ale po prostu nie mógł, nie mógł oprzeć się słodkiej Flossie. Na samo wspomnienie Remusowi żołądek podchodził do gardła.
Nie chciał przecież źle życzyć kumplowi. Przez te wszystkie lata Rogacz był dla niego niewyobrażalnym wsparciem. Gdyby nie on i Syriusz, nigdy nie pogodziłby się z tym… z tym, czym był. W innych okolicznościach byłby bardzo szczęśliwy, że ten w końcu odpuścił sobie Lily Evans. Tylko czy naprawdę to musiała być ona? Ze wszystkich dziewczyn w całym zamku – właśnie Flossie?
– Czemu w ogóle ignorowałeś ją cały wieczór? – Pytanie Syriusza niespodziewanie uderzyło go prosto w bolące serce. – Nie ty ją przypadkiem tam zaprosiłeś?
– To nie jest takie łatwe.
– Serio? Rozmawiacie ze sobą non stop. Jedyne, co musiałbyś zrobić inaczej niż zwykle, to podać jej szklankę z ponczem. Serio, Lunio, to nie jest jakaś skomplikowana filozofia, konwersować z ładną kobietą.
Syriusz przystanął na chwilę, by przyjrzeć się swojemu przyjacielowi i od razu pożałował swoich słów. Remus wyglądał na kompletnie złamanego tym, co usłyszał. I może w istocie potrzebował porządnego kubła zimnej wody na swojej głowie, ale on sam nie był pewien, czy chciał koniecznie być tym, który go wyleje.
James w tym aspekcie poradził sobie znakomicie.
– Nie o to mi chodziło. – Nie kłamał. Ostatnim, na co miał ochotę, było pogorszenie stanu Remusa. – To wina Rogatego. Wkurwił mnie.
Remus parsknął śmiechem, który mógł oznaczać tylko jedno – całkowitą pogardę do samego siebie. Trudno było jakkolwiek zareagować na taki gest. Chyba nie istniało w całym Wszechświecie coś, co mogłoby teraz wytrącić go z tego samo-potępiającego nastroju.
Peter próbował go pocieszyć, szturchając go nogą; ten jednak w ogóle tego nie zauważył, zbyt zajęty był obarczaniem siebie winą za wszystko, co wydarzyło się pomiędzy Florence i Jamesem.
– Jeśli tego właśnie chce Flossie, niech będzie, jak ma być. – Wziął głęboki oddech. – Nigdy nie byłem dla niej wystarczająco dobrą opcją. Nie taki, jaki jestem.
Zanim Syriusz zdążył mu odpowiedzieć, usłyszeli trzask zamykanych drzwi i czyjeś szybkie kroki w dół schodów. Wszyscy zamilkli; nie zakładali, że w taki piękny dzień ktokolwiek przerwie im rozmowę i tylko dlatego zdecydowali, że Pokój Wspólny był wystarczająco bezpieczny. Nie, żeby z ich dormitorium było coś nie tak. Może poza zapachem. Gdyby od czasu do czasu otwierali okna i nigdy nie nosili tych samych skarpet przez tydzień, ich dormitorium byłoby idealne.
Jak połączeni ze sobą niewidzialnym sznurkiem wszyscy trzej odwrócili głowę w stronę źródła tego hałasu, by już po kilkunastu sekundach zobaczyć Lily Evans. Lily, która mogła położyć na swojej twarzy bardzo ładną warstwę makijażu, jednak nijak nie pomogło jej to ukryć zapłakanych oczu. Lily uczesanej, ubranej w swoją najładniejszą sukienkę, ale wciąż wyglądającą jak siedem bardzo nieszczęśliwych nieszczęść.
Na ich widok Lily wyprostowała się i poprawiła sukienkę; z zadartym do góry nosem wyglądała jeszcze dziwniej, bo nijak nie korespondował on z jej ogólną postawą.
– Jakbyście chcieli wiedzieć – zaczęła Bardzo Poważnym Tonem – to idę właśnie na romantyczny spacer brzegiem jeziora z Elijah Prewettem.
Zanim którykolwiek z nich zamknął rozdziawione ze zdziwienia usta, Lily już nie było. Wybiegła z Pokoju Wspólnego tak, jak gdyby przed czymś uciekała a nie wybierała się na romantyczny spacer brzegiem jeziora, i, przy okazji, jakby wcale nie miała na stopach wysokich, czerwonych szpilek.
– Czy oni wszyscy oszaleli? – wydusił z siebie w końcu Syriusz.
Peter poczuł, że to była jego chwila. Ten moment, w którym swoją ciętą ripostą włączy się w konwersację i uratuje złamane serce Remusa, tak jak i poczucie zagubienia Syriusza. Wszystko, czego potrzebował, to dobra puenta; dobry moment na jej wypowiedzenie w końcu już znalazł.
– Jak gumochłony w rui – powiedział w końcu tonem nie zbyt dramatycznym, ale jednak chociaż odrobinę.
Nigdy nie miał zrozumieć, czemu ani Syriusz, ani Remus nie docenili jego dowcipu.
***
James bardzo, bardzo starał się skupić na każdym słowie, jakie wyrzucała z siebie Florence, ale od ponad godziny nie powiedziała już w sumie niczego istotnego, więc nie było to specjalnie proste zadanie. James stwierdziłby nawet, że było to zadanie trudne.
W zasadzie więcej czasu poświęcał zastanawianiu się, kiedy Flossie zauważy, że zamiast na nią patrzył na drużynę Puchonów zbierającą się wokół boiska. Gdyby nie był bogiem Quidditcha, pomyślałby, że to bardzo nadgorliwe, tak prowadzić treningi w niedzielę, ale prawda była o wiele bardziej prozaiczna – weekendy były jedynymi dniami, kiedy Puchoni w ogóle mogli dopchać się do boiska. Wszyscy inni odpoczywali i byli zbyt zajęci leżeniem do góry brzuchem, by wypychać ich z kolejki.
Zwykle w chwilach autentycznego zmęczenia, a przecież taką właśnie przeżywał, James nie potrafił myśleć nawet o Quidditchu. Sam był w szoku, że cokolwiek we Wszechświecie potrafiło go powstrzymać od latania, ale tak po prostu było. Wyglądało jednak na to, że głos Flossie recytującej mu po raz trzeci plan na ten tydzień – tak, żeby na pewno nie zapomniał – zrobił swoje, bo bardzo, bardzo chciał sobie polatać.
Dwa kółeczka w tą, dwa kółeczka w tamtą i…
– James. – Głos Flossie docierał do niego, chyba, chociaż nie wiedział, które James w końcu usłyszał. – James, co robimy we wtorek?
Mrugnął na znak, że żył, ale z odpowiedzią poszło mu znacznie gorzej.
– Eeee…
– Czy ty mnie w ogóle słuchasz? Co cię tak rozprasza? Evans kręci się po błoniach?
Zanim zdążył jej odpowiedzieć, odwróciła się, by znaleźć źródło jego rozkojarzenia i, jak podejrzewał, zrównać je z ziemią. Spodziewał się wykładu właśnie w stylu Lily – mężczyźni i miotły, bla bla, jak dzieci, czego się można po nich spodziewać – i na samą myśl, że ktoś mógł rozgrywać w jego życiu rolę Lily nie będąc Lily, coś kłuło go w żołądek.
Nigdy by nie zgadł, co wydarzyło się zamiast tego.
Florence chyba, nie był tego do końca pewny, bo cała ta sytuacja była zbyt surrealna, by określać ją w kryteriach pewności, Florence chyba zaklęła pod nosem i zerwała się z trawy niemal natychmiastowo. Wszystkie pergaminy, które trzymała ułożone równiutko na swoich kolanach, rozsypały się po trawie w sposób nader nieperfekcyjny, ale w ogóle się tym nie przejęła; pochyliła się tylko i zaczęła je gorączkowo zbierać, nie starając się nawet posegregować ich w kolejności alfabetycznej, nic a nic.
Gdy już wyrwał się z pierwszego zdziwienia, rzucił się jej na pomoc. W zasadzie chciał spytać, o co chodziło, ale przy całym tym zawirowaniu koncentracji starczyło mu jedynie na krótkie:
– Flossie?
– Spóźniłam się. Nie wierzę, że się spóźniłam. Ja… – Jednym, bardzo brutalnym ruchem wcisnęła wszystkie pergaminy do torby, która nagle zmaterializowała się przy jej stopie. James mógł się założyć, że naprawdę się zmaterializowała i wcześniej jej tam nie było. – Wyjaśnię ci później.
Wciąż nie wierzył swoim oczom, gdy zaczęła od niego odbiegać; tym razem jednak udało mu się wydusić z siebie o wiele potężniejsze:
– Flossie!
Zatrzymała się w miejscu, chociaż widać było, że bardzo jej to nie odpowiadało.
– Obiecałam Glendzie i Philowi, że przyjdę na ich trening Quidditcha – powiedziała z lekkim rozdrażnieniem, a gdy James nie odpowiedział, dodała: – Chcą, żebym popatrzyła na dynamikę drużyny. Czy coś tam. Nie wiem, mam przyjść też na nabory w przyszłym tygodniu.
Chociaż widział, że przebierała nogami, żeby już sobie pójść, za nic nie mógł przyspieszyć swoich procesów myślowych. Czy Flossie… Czy Florence Yaxley, najbardziej sztywna ze wszystkich sztywnych Prefektów naprawdę właśnie powiedziała, że za sprawą jakiegoś cudu – w postaci Glendy Kendrick i Phila Bardsleya – będzie grała w Quidditcha? W DRUŻYNIE QUIDDITCHA?
– Naprawdę muszę iść, James – Flossie postarała się, by jej naprawdę brzmiało naprawdę poważnie.
Odwróciła się na pięcie i poszła, a James z rozdziawioną gębą patrzył na jej huśtający się na boki kucyk. Czuł, że powinien się podnieść i wrócić do dormitorium, a najlepiej pod zimny prysznic, żeby otrząsnąć się z tego wszystkiego, przez to tego ranka przeciągnęła go Flossie, ale nie miał siły ani na wstawanie, ani tym bardziej na ciężką podróż w stronę zamku.
I może dobrze, że się nie podniósł, bo już po chwili Flossie odwróciła się ponownie i ruszyła w jego kierunku, wciąż nerwowa, ale teraz zdecydowanie nerwowa z jego powodu.
– Jak się dowiemy, że to działa? – krzyknęła do niego jeszcze z odległości kilkunastu kroków, co wcale nie pomagało jego poczuciu odrealnienia.
– Co? – spytał głucho.
– Jak się dowiemy, że nasz plan zadziałał?
Stanęła tuż przed nim i przysłoniła mu sobą całe słońce. W zasadzie nie było to złe rozwiązanie, bo od nadmiaru pogody robiło mu się powoli niedobrze, tak bardzo brak deszczu nie leżał w jego brytyjskiej naturze. Jednak jej nagła bliskość w niczym nie pomogła mu zrozumieć, o co jej chodziło.
– Lily umówi się ze mną, a Remus z tobą? – zaryzykował najprostszą z odpowiedzi.
– Ale kiedy? Jak? Musimy mieć plan. Sposób na mierzenie efektów naszego głównego planu. Pomyśl o tym!
Posłała mu uśmiech, który mniej mu się kojarzył z Flossie jako taką, a bardziej z Glendą, czy Flossie, która latała na miotle aż tak różniłaby się od Glendy, gdyby nie jej oczywisty brak biustu? Też starał się uśmiechnąć, ale ona już na niego nie patrzyła i ruszyła na kolejny bieg w kierunku boiska.
Nie ostatni.
– Święta!
Tym razem zdążył się już podnieść z trawy. W połowie spodziewał się następnego nalotu i bardzo starał się go uniknąć. Najwyraźniej w porównaniu do nerwowo-podekscytowanej Flossie był raczej powolnym żółwiem niż rączym rumakiem.
Tym razem uśmiechnął się do niej już pewnie i starał się nie wyszczerzać głupio oczu, bo w zasadzie nie było to zbyt estetyczne rozwiązanie. Puchonka czy nie, nie było co przy niej tracić reputacji.
– Co święta? – spytał, zanim zdążył ugryźć się w język.
– No… Słyszałam od Glendy, że kiedy wszyscy wyjeżdżają, organizujecie sobie z Dumbledorem potańcowkę.
– To jest bardzo przyzwoite spotkanie świąteczne, nie wiem o co…
– Ty zaprosisz Lily, ja Remusa i będziemy wiedzieć, nie?
James zastanowił się przez moment. Ze względu na Syriusza faktycznie nigdy nie jeździł na święta do domu; co sprawiało, że we dwójkę musieli zwykle znaleźć sobie swój sposób na świętowanie. Ostatnie dwa lata robili to organizując małe spotkanie w Sali Wejściowej – z nauczycielami włącznie, żeby nie było, oczywiście, było to spotkanie zdecydowanie legalne i przyzwoite. Trochę szarad, trochę puddingu i trochę tańczenia.
Lily nigdy nie zostawała na święta w Hogwarcie. Czy nie byłoby cudownie przeżyć z nią tych kilka fantastycznych chwil pod sztucznym śniegiem wyczarowanym przez Flitwicka?
– Zgaduję, że milczenie to zgoda?
– Zabieram cię na ten twój trening – odpowiedział. – Biegasz tak już z piętnaście minut, straciłaś całe piętnaście minut bardzo istotnej dynamiki drużyny!
Jego milczenie było zgodą.

Advertisements

Człowiek człowiekowi wilkołakiem: 07

Opatuliła się szczelniej szalikiem, kiedy wiatr po raz kolejny postanowił dać o sobie znać. Podczas zajęć z astronomii w obserwatorium nigdy nie wiało, ale najwyraźniej jakaś magiczna osłona przed wiatrem była zdejmowana zaraz po ich skończeniu. Ale też nikt się nie spodziewał, albo też nie chciał spodziewać, że dwójka uczniów postanowi odwiedzić wieżę astronomiczną poza godzinami lekcyjnymi. Kitty z własnej woli by tego raczej nie zrobił i nie dlatego, że bała się złamania regulaminu, a po prostu był środek zimy, było przeraźliwie zimno i oddałaby wszystko, żeby rozłożyć się teraz przed kominkiem i odzyskać czucie w palcach. Starała się nie dawać tego po sobie poznać; uśmiechała się miło, zapatrzona w gwieździste niebo, chociaż podejrzewała, że jej twarz po prostu zamarzła i nawet jakby chciała się nie uśmiechać, to by się nie udało.
Trzeba było jednak przyznać, że niebo wyglądało niesamowicie; ani jednej chmury, żadnych świateł ze strony zamku, wszystkie konstelacje widać było jak na dłoni. Poza tym pierwszy raz w życiu widziała Remusa tak podekscytowanego, kiedy opowiadał jej o rzeczach, o których wiedziała prawdopodobnie więcej niż on, ale on wcale nie musiał tego wiedzieć. Z czystej sympatii postanowiła go nie uświadamiać, chociaż parę razy musiała ugryźć się w język, kiedy pomieszał nazwy gwiazd.− Przecież to Jowisz − wymsknęło jej się w końcu, kiedy próbował ją przekonać, że ten jasny punkt na niebie, który ewidentnie był Jowiszem, to Wenus.
Spojrzał na nią zaskoczony, a ona zasłoniła się bardziej szalikiem i pokazała palcem inny jasny punkt, który nie był gwiazdą, jak wcześniej twierdził.
− Wenus jest tam.
Podążył wzrokiem za jej ręką, a potem znowu spojrzał na nią i uniósł brwi.
− Czyli jednak masz jakieś pojęcie na temat astronomii.
Kitty rozłożyła bezradnie ręce.
− Wybitny na sumach − powiedziała. − I tak jakby postanowiłam podejść też do owutemów.
Remus zasłonił twarz dłonią, mogłaby przysiąc, że się zarumienił, ale było dość ciemno, więc ciężko ocenić.
− I pozwoliłaś mi mówić to wszystko?
Zaśmiała się i chwyciła go za rękę, by odsłonić jego twarz.
− Z takim zaangażowaniem opowiadałeś, nie miałam serca ci przerywać.
Remus pokręcił z rezygnacją głową i schylił się, by ją pocałować. Może i było przeraźliwie zimno, ale momentalnie zalała ją fala ciepła, więc postanowiła nie wypuszczać Remusa tak łatwo. Nie było to może ciepło jakie by dał kominek w pokoju wspólnym, ale lepsze to niż nic.
Nie było im jednak dane całować się aż do czasu aż pogoda zdecyduje pożegnać śnieg na dobre. Usłyszeli jakichś śmiech na schodach i chwilę później ktoś otworzył drzwi z hukiem, a dwie osoby bardzo sobą zajęte wpadły do obserwatorium. Kitty momentalnie odsunęła się od Remusa, jak gdyby nigdy nic się nie stało i spojrzała na intruzów. Najwyraźniej nie tylko Remus uznał tę miejscówkę za dobrą na zorganizowanie randki.
Kitty odchrząknęła, kiedy zdała sobie sprawę, że całująca się para nawet ich nie zauważyła i wcale nie uznali, że to dziwne, że zwykle zamknięte na kilka zamków drzwi były otwarte. Właściwie byli tak zajęci sobą, że prawdopodobnie nie zauważyliby, jakby Kitty i Remus się ewakuowali bez zwracania na siebie uwagi. Kitty jednak nie wyszła z inicjatywą; byli tu pierwsi i nie była zadowolona, że ktoś im przerwał randkę, więc skoro oni zepsuli jej randkę, to ona nie będzie się hamować przed zepsuciem ich!
Usłyszeli ją dopiero jak odchrząknęła po raz drugi. Wtedy właśnie pożałowała swojej decyzji, bo kiedy para oderwała się od siebie, rozpoznała Syriusza.
− Kitty, co ty tu… − urwał, bo zauważył Remusa dwa metry dalej. Uśmiechnął się głupkowato. − Ale numer! Rogacz cię zabije.
Wskazał palcem na Remusa, żeby podkreślić, że o niego chodzi i że ma przechlapane.
Dziewczyna, z którą przyszedł Syriusz wyglądała na zdezorientowaną, Kitty jej nie rozpoznawała, ale też rzadko kiedy zawracała uwagę na młodsze roczniki.
− Chodźmy gdzie indziej − powiedziała cicho, obejmując ramię Syriusza. Zerknął na nią i uśmiechnął się szeroko.
− Oczywiście.
Dziewczyna wyciągnęła go z obserwatorium. Syriusz zdążył jeszcze tylko pogrozić im palcem i tyle ich widzieli. Kitty westchnęła głośno.
− Popularne miejsce. Biblioteka będzie lepsza na następną randkę, tam się Syriusz nie pojawia − powiedziała. − I jest znacznie cieplej.
Remus stanął obok i spojrzał na nią.
− Następną randkę? Nie wiem czy dożyję do tego czasu − odpowiedział z rozbawieniem.
Zaśmiała się i szturchnęła go w ramię.
*
− Plan wychodzi idealnie, Kitty − powiedziała z podekscytowaniem Abby przy śniadaniu. − Wszyscy gadają o tobie i Remusie. Dobrze, że poszłaś po rozum do głowy i nie ukrywasz tego.
Kitty odsunęła talerz z niedojedzonymi tostami i oparła czoło o blat; po pierwsze, bo była załamana, a po drugie, bo chciała jakoś ukryć, że jej twarz przybrała ciemnoczerwony kolor.
− Jaki związek? − wymamrotała w stół.
Pomijając już plotkujących Gryfonów, bo ciężko było to powstrzymać, ale całowanie się z Remusem dwa razy i połowa randki ciężko nazwać związkiem.
Abby poklepała ją po głowie, a Kitty w odpowiedzi odgoniła ją ręką.
− Zabiję Syriusza.
− Co?
− Za to, że rozpowiedział wszystkim − powiedziała poirytowana, kiedy podniosła głowę. − James znowu zrobi burdę i tyle będzie z umawiania się z kimkolwiek.
Abby przez chwilę patrzyła na Kitty bez słowa.
− Tak, to Syriusz − powiedziała po krótkiej przerwie.
Kitty pokręciła głową i spojrzała na Syriusza, który siedział paręnaście metrów dalej z jej bratem, Remusem i Peterem. Nie wyglądali jednak jakby byli w morderczych nastrojach, wręcz przeciwnie − śmiali się właśnie z czegoś albo raczej kogoś, kto był przy stole Ślizgonów, obstawiała Snape’a, ale równie dobrze mógł to być brat Syriusza.
Kitty wstała od stołu bez słowa i skierowała się do wyjścia z Wielkiej Sali; nie była głodna, ani też nie miała ochoty na dalszą rozmowę z Abby. Przeszło jej przez myśl, że jej przyjaciółka powinna znaleźć sobie nowe hobby albo nowy obiekt zainteresowań, zanim Kitty skończy z załamaniem nerwowym. Nikt nie ostrzegał, że umawianie się i posiadanie brata jest taką skomplikowaną mieszanką. Co ona by dała, żeby być jedynaczką!
A jakby tego wszystkiego było mało, przed salą transmutacji została dorwana przez ostatnią osobę, którą miała ochotę oglądać. Zatrzymała się jednak, kiedy usłyszała swoje imię, i spojrzała na Philipa.
− Zaskakująco często ze sobą rozmawiamy. Powiedziałabym, że nawet częściej niż jak byliśmy razem − skomentowała, a Philip zastanowił się chwilę i ostatecznie przyznał jej rację. Kitty nie mogła powstrzymać parsknięcia śmiechem. − Czego chcesz?
− Ludzie gadają o tobie i Lupinie.
Kitty westchnęła. Czyżby Abby miała jednak rację?
− Nie mów, że jesteś zazdrosny.
Philip wyglądał na bardzo rozbawiona tą uwagą. Czyli jednak nie miała racji, nic nowego.
− O Lupina? Proszę cię. Jeżeli chciałaś mnie wkurzyć, to trzeba było uderzyć z tym do Blacka.
Kitty opadły ręce.
− Nie próbuję cię wkurzyć!
− Więc co? Lupin jest niekoniecznie w twoim typie. − Philip splótł ręce na piersi i spojrzał na nią, niedowierzając. Może ona wcale nie próbowała go wkurzyć, ale on w tej chwili wkurzał ją, bardzo. Wytknęła go palcem.
− Przypominam, że jak ostatnio umawiałam się z facetem, który był w moim typie, to złamał mi serce po tym jak mój brat złamał mu nos.
Philip nie wyglądał na zadowolonego tą uwagą, ale z drugiej strony prawdopodobnie podbudowała mu ego przyznając, że jest w jej typie. Niby wiedział o tym, ale przecież nie szkodzi powtórzyć to raz na jakiś czas.
− Poza tym, skąd w ogóle o tym wiesz? Jacy ludzie gadają?
− No, nie może nie ludzie w liczbie mnogiej − przyznał i wzruszył ramionami. − Abby.
Kitty spojrzała na niego w lekkim szoku. Czyli jednak nie Syriusz plotkował, a co za tym idzie James niekoniecznie o tym wszystkim wiedział. Poza tym, że była wściekła na Abby za wtrącanie się w sprawy między nią a Philipem, to odetchnęła z ulgą. Wróciła nadzieja, że może jednak nie skończy się to tak tragicznie i dojdzie do drugiej randki z Remusem.
− Kretynka − skomentowała w końcu z westchnieniem.
− Nie mogę się z tym nie zgodzić.
Kitty rzuciła Philipowi ostrzegawcze spojrzenie.
− Tylko ja mogę ją obrażać, więc się lepiej zastanów, zanim powiesz coś jeszcze.
Uśmiechnął się tylko w odpowiedzi.

Człowiek człowiekowi wilkołakiem: 06

Kitty była spóźniona. Nie zdarzało jej się to tak często, jak można było przypuszczać, ale każde kolejne spóźnienie na przestrzeni tych siedmiu lat nauki tylko wspierało tezę, że Kitty spóźniała się zawsze. W pewnym momencie przestała z tym walczyć, mimo że były osoby w tej szkole, które spóźniały się częściej (chociażby jej brat, ale to nie pomagało, bo przecież można było powiedzieć, że Potterowie spóźniają się zawsze i wracamy do punktu wyjścia). Możliwe, że było to spowodowane tym, że zwykle jak już się spóźniała, efektownie wpadała do sali, gdzie odbywały się zajęcia, podczas gdy inni robili to bardziej dyskretnie, często nawet unikali przepraszania za spóźnienie w nadziei, że nauczyciel ich nie zauważy.
Teraz był ten kolejny, chociaż pierwszy w tym miesiącu, raz kiedy Kitty nie obudziła się na budzik; musiała go wyłączyć i gdzieś go rzucić, bo jak wstała, to nie mogła go znaleźć. Zdziwiła się trochę, że Abby jej nie obudziła, ale pewnie próbowała, bezskutecznie. Dobudzenie Kitty było często nie lada wyzwaniem dla przeciętnego człowieka. W szczególności, kiedy dzień wcześniej nie spała do późna, bo próbowała skończyć pracę na astronomię, bezskutecznie.
Kiedy w końcu dotarło do Kitty, która była godzina, szybko się ubrała, związała włosy, zarzuciła nierówno szatę i pobiegła. Dopiero na klatce schodowej ogarnęła się trochę, chociaż wciąż trudno było ukryć, że jeszcze chwilę wcześniej smacznie spała.
Potem już zostało tylko przebiegnięcie korytarza; kilka zakrętów i byłaby na miejscu, spóźniona zaledwie paręnaście minut. Ale jak to też zwykle bywa, kiedy ktoś się bardzo spieszy i nie bardzo zwraca uwagę na otoczenie, na zakręcie wpadła na innego człowieka. Było to o tyle dziwne, bo o tej porze korytarze były, nie licząc duchów, zwykle opustoszałe; wszyscy byli już na zajęciach albo jak nie mieli zajęć, to w swoich domach. Kto normalny o dziewiątej rano spaceruje po korytarzach?
Kitty jak na to, jak małą osobą była, z dość dużą siłą wpadła na Remusa i trochę go poturbowała. Szybko zebrała się z podłogi i spojrzała na niego, przeklinając w myślach swój pech. Jeszcze dzień wcześniej mówiła Abby, że zadziwiająco łatwo idzie jej unikanie Remusa po sytuacji na błoniach, a teraz to. Remus sam w sobie wyglądał jakby nie zdawał sobie sprawy, co właśnie się stało. Siedział na kamiennej posadzce i patrzył półprzytomnym wzrokiem na Kitty.
− Nic ci nie jest? − zapytała i podała mu rękę. Bardziej z czystej uprzejmości, bo wiedziała, że nie podniosłaby sama Remusa, który był ze dwa razy większy od niej. No, może nie aż tak, ale Kitty wydawało się, że wszyscy byli przynajmniej dwa razy więksi od niej.
Remus podniósł się i podrapał po karku. Dopiero teraz Kitty zauważyła, że nie była pierwszą, która go tego dnia poturbowała. Miał dość świeże zadrapania na twarzy, niezbyt duże, ale wyraźne, a oczy podkrążone bardziej niż zwykle. Trochę ją to zmartwiło, bo nie dość, że Remus był sam w sobie w złym stanie, to ona go jeszcze dobiła tym swoim niezbyt dużym ciałem pędzącym ze stosunkowo dużą szybkością.
− Nic mi nie jest − powiedział, ale nie brzmiał przekonująco.
Kitty zrobiła krok w jego stronę. Ręką odgarnęła jego włosy, odsłaniając więcej śladów jakiejś niezbyt przyjemnej w skutkach przygody. Spojrzała na niego pobłażliwie.
− Jesteś tego pewien?
Nie odpowiedział. Wzruszył jedynie ramionami i cofnął głowę, żeby wyjść poza zasięg jej dłoni.
− Kto ci to zrobił? − zapytała, kiedy cofnęła rękę.
− Ty − odpowiedział i uśmiechnął się trochę z rozbawieniem, ale wyglądało to bardziej jak grymas. − Wbiegłaś we mnie.
Kitty zarumieniła się i splotła ręce na piersi.
− Ja ci twarzy nie poharatałam.
− To nic takiego. Wypadek podczas eliksirów, nic więcej.
Uniosła brwi i przez chwilę zastanawiała się, jaki eliksir mógł mieć podobny efekt uboczny, ale nic nie wymyśliła. Może nie była wcale taka najgorsza z eliksirów, ale nie kontynuowała ich nauki po sumach, więc wiedzę o zaawansowanych eliksirach miała znikomą. Teraz nawet ją to cieszyło; jeżeli uczyli się eliksirów, których efektem ubocznym były rany na twarzy, to lepiej żeby nie była w pobliżu żadnych kociołków należących do szósto- i siódmoklasistów.
− Właśnie wracam ze skrzydła, nic mi nie będzie − dodał jeszcze, żeby ją uspokoić.
Kitty mogłaby przysiąc, że trochę oprzytomniał od momentu, kiedy go poturbowała, ale wciąż nie wyglądał zbyt dobrze. Aż zaczęła rozważać, czy powinna go tak zostawiać samego; jej wyrzuty sumienia były znacznie silniejsze niż poczucie obowiązku w tej sytuacji, a już na pewno były silniejsze od potrzeby unikania go.
− Kitty. − Spojrzała na niego pytająco wyrwana z krótkiego zamyślenia. − Zaspałaś?
− Po czym to poznałeś?
Zszedł wzrokiem na jej biust. Trochę ją to oburzyło i już chciała mu zwrócić uwagę, że ma oczy gdzie indziej, ale jednak sama zerknęła w dół. Remus wyglądał na rozbawionego, tym razem bardziej autentycznie.
Kitty przeklęła pod nosem i owinęła się szatą, żeby zasłonić efekt jej pospiesznego ubierania koszuli − krzywo zapiętych guzików.
− Nieważne − powiedziała zażenowana całym tym zajściem. Na jej policzki musiały wejść purpurowe plamy, czuła, że cała twarz jej zaraz spłonie. − Chodźmy stąd, zanim mnie ktoś zauważy i zmusi pójść na zajęcia w tym stanie.
− No jakbyś poprawiła guziki, to nie byłoby tak źle i mogłabyś pójść na zajęcia.
Aż sapnęła z oburzenia. NIE TAK ŹLE? Pominęła uwagę na temat zajęć, bo wiedziała, że Remus z założenia był dość pilnym uczniem i do tego prefektem, więc w sumie zdziwiłaby się, jakby powiedział coś innego. Ale że wyglądała nie tak źle? To już było ciosem poniżej pasa.
− Że niby tu i teraz? − zapytała, mierząc go spojrzeniem, co wywołało u niego lekki rumieniec.
− Miałem na myśli, że w łazience, ale…
− Nie.
Szczerze powiedziawszy aż tak nie przejmowałaby się obecnością Remusa przy poprawianiu guzików, ale nie był on jedynymi oczami na korytarzu. Zderzenie się dwóch uczniów przykuło uwagę paru postaci na obrazach, które bardzo próbowały udawać, że wcale ich nie obserwują, ale i tak czuła na sobie ich wzrok. A to już krępowało ją dużo bardziej niż chłopak, któremu mogła się podobać, ale wcale nie musiała, bo przecież Abby mogła kłamać, a Remus zawsze był miły.
− Chodźmy stąd − powiedziała w końcu i ruszyła w stronę klatki schodowej. Remus dołączył do niej, najwyraźniej sam też nie zamierzał już wracać na zajęcia po swoim wypadku. Przynajmniej mogła uznać to za wymówkę na swoją nieobecność, w końcu nie mogła zostawić go samego w takim stanie. Bardzo nieodpowiedzialne ze strony pielęgniarki, że go puściła samego.
Zerknęła jeszcze raz na jego twarz. Poza małymi ranami, na twarzy miał wciąż tę samą duża bliznę na policzku co zawsze. Remus był w naprawdę opłakanym stanie i chociaż był wyraźnie zmęczony, to z jakiegoś powodu nie tracił dobrego humoru. Ona jakby była w takim stanie, to przez tydzień by pewnie z łóżka nie wstała, nie mówiąc już o zachowywaniu pogody ducha. Z drugiej strony, Kitty była z natury marudna, a co do Remusa, to nie potrafiła sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek słyszała jak narzekał na cokolwiek.
Schody poprowadziły ich na kolejny pusty korytarz, oczywiście nie tam, gdzie miały, ale żadnego to nie zdziwiło, bo zwykle się tak zachowywały. Czekając na kolejne schody, Kitty oparła się o barierkę i wróciła do wpatrywania się w jego bliznę.
− Skąd ją masz? − zapytała w końcu.
Zerknął na nią, a potem przesunął dłonią po policzku. Zastanowił się chwilę.
− Zaatakowało mnie zwierzę, jak byłem mały − odpowiedział krótko, wyraźnie chcąc uciąć temat, ale Kitty nie była dobra w odczytywaniu sugestii.
− Wilkołak? − zapytała z lekkim rozbawieniem. Spojrzał na nią trochę groźnie, przynajmniej na tyle, na ile umiał. Uśmiechnęła się przepraszająco.
− Nie wiem jakie, nie widziałem.
− Czyli potencjalnie mógł to być wilkołak − powiedziała, a na jego kolejną próbę groźnego spojrzenia, przewróciła oczami. Chwyciła go za rękę. − Przepraszam, taki żart. Znamy się tyle lat, chyba bym zauważyła jakbyś był wilkołakiem.
Parsknął śmiechem na tę uwagę, ona sama zaśmiała się krótko. Niezidentyfikowane zwierzę jakoś tak jej się kojarzyło; podczas obrony przed czarną magią bardzo długo wałkowano temat likantropii, do dzisiaj pamiętała wszystkie szczegóły, których kazano nauczyć się na sumy. Jak można było przypuszczać ten temat na egzaminach był dopiero rok później, więc na nic była jej ta wiedza.
Oczywiście współczuła mu, na pewno nie było to najprzyjemniejsze przeżycie. Pomyślała o małym, przestraszonym Remusie zaatakowanym przez jakiegoś drapieżnika, po czym spojrzała na jego teraz poranioną twarz i westchnęła cicho. Chodzące nieszczęście, nic tylko owinąć kocem i przytulić.
− A jakbym był wilkołakiem? − zapytał nagle. Spojrzała mu w oczy.
− Miałbyś przechlapane.
Uśmiechnął się. Nie wiedziała, kiedy to się stało, ale tak nagle znalazł się dość blisko niej, a ona nie miała pola do cofnięcia się. Właściwie wcale nie była taka pewna, czy chciała się odsuwać. Patrząc w jego brązowe oczy próbowała sobie przypomnieć dlaczego w ogóle tak bardzo go unikała przez ostatnie dni i wszystkie powody wydawały jej się idiotyczne i bez sensu.
Stało się to dość szybko i zapewne zapytana później o szczegóły nie potrafiłaby powiedzieć niczego bardziej konkretnego od: całowałam się z Remusem Lupinem. Właściwie nie była pewna czy dałaby radę wykrztusić nawet to krótkie zdanie. Demonizowała to w swoich myślach odkąd Abby powiedziała jej, że Remus ją lubi, a całował bardzo nienajgorzej. Spokojne i stanowczo nie nazbyt inwazyjne, jak to się zdarzało Philipowi i co Kitty strasznie irytowało.
Walczyła ze sobą, żeby ich ze sobą nie porównywać, ale po prostu nie mogła. I moment, w którym pomyślała o Philipie to był moment, w którym odsunęła Remusa od siebie i spojrzała na niego z niemałym szokiem. On sam był zaskoczony, chociaż nie była pewna czy tym, że zebrał się w końcu na odwagę czy tym, że go odsunęła szybciej niż mógł mieć to zaplanowane.
Przez chwilę tak stali bez słowa, patrząc tylko na siebie. Remus już chciał coś powiedzieć, ale Kitty była szybsza.
− Czy to jest zaraźliwe? Ten eliksir, może masz jakieś resztki na twarzy.
Przygryzła lekko wargę, przyglądając się jego twarzy.
Remus spojrzał na nią trochę niedowierzająco, po czym zaczął się śmiać. Trochę ją to oburzyło, pytała jak najbardziej poważnie. Skoro ten eliksir był taki niebezpieczny, to lepiej, żeby nie miała z nim kontaktu. Może powinna była pomyśleć o tym zanim zaczęli się całować, ale lepiej późno niż wcale.
− Nie − odpowiedział, kiedy przestał się śmiać. − Jesteś bezpieczna. Przynajmniej do czasu, aż znowu nie będziemy go warzyć.
Pokręciła głową i tym razem ona go pocałowała. Krótko.
− Nie wspominaj o tym Jamesowi, co? Złamany nos pasowałby ci do reszty twoich ran na twarzy, ale jednak wolałabym tego uniknąć. Za dużo złamanych nosów w tym miesiącu.
Remus zarumienił się. Można byłoby przysiąc, że nie pomyślał o tym wcześniej, ale na pewno musiał, skoro spędzał tyle czasu z Jamesem, a w międzyczasie podkochiwał się w jego siostrze. Ostatecznie skinął głową na zgodę.
*
Abby udało się jakimś cudem zająć kanapę tuż przy kominku. Zimą to miejsce było oblegane bardziej niż zwykle, mimo że w każdym miejscu w pokoju wspólnym było tak samo ciepło. Jednak widok palącego się drewna działał jakoś kojąco. Abby niespecjalnie w to wierzyła, ale Kitty, która nie cierpiała śniegu, zimy i zimna całym swoim sercem, wiecznie upierała się, by siedzieć jak najbliżej kominka. Dlatego też, jak tylko Abby zauważyła wolną kanapę, to ją zajęła, a chwilę później obok rozsiadła się też Kitty z książkami na temat gwiazd. Oparła głowę o kolana Abby i przerzuciła nogi przez oparcie i tak postanowiła spędzić całe popołudnie, z dala od innych ludzi. Abby również sięgnęła po książkę, ale szybko się znudziła tematem roślin, z których okład leczył wysypkę wywołaną przez ugryzienia trutniowca krwiopijcy. Kto by się nie znudził?
− Jak ci idzie Plan, Kitty? − zapytała, kiedy odłożyła nudną książkę na bok. Kitty zerknęła do góry, na Abby, a potem gdzieś na bok, w okolicę kominka.
− Świetnie. Nie rozmawiałam z Philipem od ostatniej wizyty w bibliotece.
− Nie na tym polegał Plan! Masz z nim rozmawiać. I ma pożałować, że tak cię potraktował i że już za późno na naprawę, bo znalazłaś sobie lepszego faceta, Syriusza.
Kitty opuściła sobie na czoło książkę, która była stanowczo za ciężka na takie czynności i wywołało to tylko ból głowy. Zostawiła ją już tak, bo i tak załamała się tematem rozmowy i nie chciała patrzeć na Abby.
− Weź się opanuj z tym Syriuszem. I nie mam zamiaru wywoływać zazdrości u Philipa. A przynajmniej nie specjalnie. I na pewno nie za pomocą Syriusza.
Co za idiotyzm.
− No tak, racja. Miał być Remus.
Kitty cieszyła się niezmiernie, że zostawiła tę ciężką książkę na twarzy, bo policzki momentalnie zaczęły ją piec. Ostatnie, czego chciała to wykorzystanie Remusa do wzbudzania zazdrości u Philipa i bardzo by chciała, żeby nigdy się nie dowiedział o tym, że Abby wpadła na tak idiotyczny plan. Kitty i tak miała wątpliwości, czy taka wersja Planu by to w ogóle zadziałało. Remus był zupełnym przeciwieństwem Philipa, przez co ten drugi raczej nie wziąłby go zbyt poważnie. Miał dość wysokie mniemanie o sobie i na pewno nie uznałby Remusa za godną konkurencję (godną pożałowania może). Co innego, jeżeli postawiłaby na Syriusza, to na pewno by wściekło Philipa i wywołało tak pożądany przez Abby efekt. Ale Kitty nie miała zamiaru realizować żadnego Planu.
Swoją drogą, odniosła wrażenie, że nic innego ostatnio nie robiła jak tylko w tajemnicy przed całym światem całowała się z różnymi chłopakami, którzy wcale nie byli jej aktualnymi chłopakami.
Kitty chciała już coś odpowiedzieć, by wybić z głowy Abby również Remusa, ale w tym momencie usłyszała jego głos.
− Oh, Remus. O wilku mowa! − odezwała się Abby po tym jak się z nią uprzejmie przywitał. Kitty westchnęła bezgłośnie i postanowiła udawać, że nie istnieje. Abby i tak już zwróciła całą uwagę na siebie. − Na Merlina, kto cię tak urządził?
Remus zaśmiał się, chociaż wyraźnie był zakłopotany, w szczególności pierwszą uwagą, bo dość jednoznacznie sugerowała mu, że o nim plotkowały, a to mogło dla niego oznaczać, że Kitty się przyznała do tego, co się stało parę godzin wcześniej.
− To nic takiego. Chciałem tylko pogadać z Kitty na chwilę.
Abby momentalnie się zerwała z kanapy, nie przejmując się, że głowa Kitty mogła od tego ucierpieć jeszcze bardziej.
− Jasne, siadaj. I tak miałam iść do dormitorium po… Plan. Tak, Plan.
Kitty była załamana próbami improwizacji Abby, ale nie chciała ani jej ani siebie pogrążać jakimś komentarzem, a jak to zwykle było, cisnęło jej się na język parę złośliwych uwag. Zamiast tego leżała na kanapie z książką na twarzy i się nie ruszała. Już wiedziała, że udawanie, że nie istnieje na nic się nie zda, ale próbowała do ostatniej chwili.
Remus jeszcze bardziej zmieszany niż wcześniej uznał, że to dobry pomysł, żeby usiąść obok nieistniejącej Kitty. Wysunęła się lekko zza książki i obserwowała go bez żadnego komentarza do czasu aż zabrał jej książkę z twarzy.
− Interesujesz się gwiazdami? − zapytał, patrząc po okładce, a ona zrezygnowana podniosła się do pozycji siedzącej, odwróciła się w stronę Remusa i odebrała książkę.
− Taka tam, lektura do snu. − Odłożyła ją sobie za plecy i uśmiechnęła się. − Chciałeś pogadać.
Remus zastanowił się chwilę, patrząc jeszcze za książką.
− Może… − zaczął i zerknął w stronę pozostałych Huncwotów, którzy siedzieli po drugiej stronie pokoju wspólnego, na całe szczęście, poza zasięgiem ich uszu. − Robisz coś jutro wieczorem? Mam pewien pomysł, jakbyś miała ochotę.
Kitty uniosła brwi. Była wyraźnie zainteresowana tematem, ale Remus postanowił nie zdradzać tak łatwo swojego pomysłu. Uśmiechnęła się ostatecznie, dając za wygraną, i skinęła głową.
− Jasne, czemu nie.
− To jesteśmy umówieni.
Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, poszedł z powrotem do swoich kolegów, w tym jej nieświadomego, miała przynajmniej taką nadzieję, brata. Westchnęła, znów padła na kanapę i zasłoniła twarz książką. Jak ona mogła się w to wszystko wpakować!

Pod znakiem borsuka: Piłeś? Nie planuj.

W tym tygodniu pierwsze wyjście do Hogsmeade.
Flossie mrugnęła pierwszy raz, a potem i drugi, ale to, że zamiast dłużącego się opisu przemiany materii ożywionej w nieożywioną, pięćdziesiąta strona jej podręcznika od Transmutacji mówiła tylko o Hogsmeade, nie było wcale wina jej oczu. Tak bardzo koncentrowała się na tym jednym zdaniu, że aż litery musiały ulec sile jej perswazji i układały sie, wedle swoich możliwości, w nieskończoność W tym tygodniu pierwsze wyjście do Hogsmeade i W tym tygodniu pierwsze wyjście do Hogsmeade, i jakieś nieśmiałe W tym toiu pierwse wjście o Hosmee, któremu jego poprzednicy zużyli juz prawie wszystkie litery.
Miała szczęście, że Remus pogrążył się w lekturze; inaczej juz dawno odkryłby, jaką obsesyjną wariatką Florence Jezebel Yaxle była naprawdę, i z ich herbaty wyszłyby nici.
Rozejrzała się po bibliotece, ale w niczym to nie pomogło; wyglądało na to, że nawet kłęby kurzu w najodleglejszych kątach pomieszczenia drwiły z niej, układając się w sylaby, a to, to jej zdecydowanie w niczym nie pomagało. Miała ochotę zatrzasnąć książkę i wyjść stąd tu, teraz, natychmiast, ale to też nie była najlepsza opcja – co powiedziałaby Lupinowi? Że przypomniała sobie o tym, że przypadkiem zamknęła Lunę w pudełku pod łóżkiem? To nie był przypadek, a Flossie wiedziała, że nieładnie jest opowiadać kłamstwa.
– W tym tygodniu pierwsze wyjście do Hogsmeade – wyrzuciła z siebie w końcu, nie mogąc juz dłużej zatrzymać tego zdania w sobie. Od razu tego pożałowała; Remus podniósł głowę znad własnego podręcznika i spojrzał na nią uważnie, a ona w ostatniej chwili zdążyła zasłonić ramieniem własny. Naprawdę w ostatniej chwili. – Czas szybko leci.
Próbowała się uśmiechnąć, ale czy tego chciała, czy nie, nerwowy rumieniec zaczął pojawiać się na jej bladych zwykle policzkach.
– Szósty rok to juz nie przelewki. Zanim się obejrzymy, będziemy się zastanawiać na tym, które OWTMy mamy realne szanse zdać w przyszłym roku. – Glos Remusa był spokojny, chociaż słychać było w nim pewną, wątłą jeszcze, nutę niepewności o to, co będzie. – Transmutacja, oczywiście, zostaje na twojej liście.
– Oczywiście.
Przez krotka chwilę jej obawy na temat Hogsmeade zastąpiła smutna rzeczywistość – sześć czekających na nią egzaminów, z których może tylko połowę była w stanie zdać na Wybitny tu i teraz – ale gdy tylko Remus wrócił do czytania, świadomość tego, jak szybko zbył jej… W zasadzie nie było to nawet pytanie, a mimo to Flossie nie mogła w to uwierzyć.
To jest, zanim Remus nie powiedział:
– Planujesz cos ciekawego?
Jej serce zatrzepotało radośnie; wykonało serię fikołków i przysiadów, i o mało co, a wyskoczyłoby jej nie tylko z piersi, ale i z regulaminowego sweterka, taka była szczęśliwa. Czy on właśnie… Chyba tak, prawda? Czemu inaczej by ja o to pytał?
– N… – odchrząknęła, bo z wrażenia wyschło jej w gardle. – Nie. Glenda ostatnio w kołko gdzieś znika. Jeszcze nie odkryłam dlaczego.
– A co z Dawn?
– Dawn? – Przerwała na pięć bardzo długich sekund, które zajęło jej przypomnienie sobie, kim jest Dawn. – Ach, Dawn. Nie wiem. Jeszcze jej nie pytałam.
Chciała wyprostować się w krześle, ale wołała nie ryzykować odsłonięciem swojej książki od Transmutacji – kto wie, czy już się uspokoiła? Taka zgarbiona, tkwiąca w niewygodnej pozie wymagającej od niej wykręcania łokcia w stronę, w którą porządne łokcie nigdy się nie wyginają, nie potrafiła przywołać ani odrobiny pewności siebie.
Nic a nic.
W swoich marzeniach uśmiechnęłaby się powalająco, zarzuciła nogę na nogę, nie mając na sobie regulaminowej spódniczki zakrywającej oba kolana, i spytałaby, czy nie chciałby z nią pójść na te herbatę, a potem prosto do łóż… ołtarza. W rzeczywistości nie mogła się nawet wyprostować i jedyne, co jej pozostało, to słuchanie, jak Remus mówił:
– James z Syriuszem maja juz opracowany plan na każdą sekundę soboty, nie wiem, czy będę miał choćby czas zjeść śniadanie.
Juz otwierała usta, by powiedzieć mu, że nie myślała, że zaproszą na swoja herbatę też Syriusza z Jamesem, w szczególności nie Syriusza, zepsułby całą atmosferę, gdy dotarło do niej to, co naprawdę powiedział i niewyobrażalny zawód przybił ją do krzesła, stołu, podłogi jednym, ciężkim ruchem.
– Och. Brzmi… super?
– Tak, chyba tak. – Remus wciąż uśmiechał się ciepło. Gdyby nie ten jego uśmiech, Flossie czuła, że nie mogłaby powstrzymać się od płaczu. – Dobrze mieć ich znowu przy sobie.
Nie wiedziała, co miałaby na to odpowiedzieć; a on chyba nie miał nic więcej do powiedzenia. Tkwili więc tak w zawieszeniu, obydwoje nie zdecydowani na to, żeby kontynuować, ale i też nie powracający do czytania, a z każdą sekunda cisza, w której ugrzęzli, robiła się coraz bardziej nieznośna. Gdyby to była Wielka Sala! Albo szklarnia. Wieża astronomiczna, chociaż Florence nie było tam od trzeciego roku. Wszystko byłoby lepsze niż cicha, najcichsza biblioteka.
Zaryzykowała wyprostowanie się – na szczęście podręcznik od Transmutacji wrócił do opowiadania o przemianie materii organicznej w materię nieorganiczną, bo ostatnie, czego potrzebowała, to kolejna kompromitacja, tym razem w dodatku taka, której świadomym będzie Remus. A on przecież wciąż na nią patrzył. Patrzył i przewiercał ja wzrokiem.
Nie wytrzymała.
– Muszę już chyba wracać, Glenda będzie mnie szukać.
– Nie mówiłaś, że Glenda ostatnio…
– Mówiłam. Ale dzisiaj miałyśmy razem tłumaczyć Runy. Może mnie nie wystawi.
Wstała i zaczęła pakować podręczniki do swojej torby. Ku jej zdziwieniu jej ręce nie trzęsły się nawet odrobinę; i chociaż czuła, że znajduje się na granicy płaczu, ani pół łzy nie spłynęło po jej policzku. Jakimś cudem, magia, pozostawała zewnętrznie opanowana. I tylko jej lekko przyspieszony oddech, którego przecież i tak nie słyszał, mógł zdradzać to, jak upokorzona się teraz czuła.
Kątem oka spojrzała na Remusa, który juz na nią nie patrzył; wręcz przeciwnie, wbił wzrok w najbliższą półkę z książkami i teraz ja przewiercał, z równym uporem i determinacją, co w zasadzie w ogóle nie było do niego podobne.
Ale kiedy już zarzucała torbę na ramię i szykowała się, by szybko pożegnać go i uciec z biblioteki, Remus zrobił coś jeszcze bardziej nieoczekiwanego – wziął głęboki oddech i nieodwracając wzroku od książek, powiedział niewyraźnie:
– A co robisz w sobotę wieczorem?
***
Wychodziła właśnie z Wielkiej Sali, gdy z wielkim uśmiechem na swojej twarzy przeciął jej drogę.
– Cześć, Lily.
Musiała zadrzeć głowę do góry, by spojrzeć mu w oczy, o tyle był od niej wyższy. Przez te wszystkie miesiące, które spędziła wzdychając do jego pleców, nigdy nie zbliżyła się do niego na tyle, by w pełni pojąć to, o ile był od niej większy – a przecież sama nie należała do najdrobniejszych dziewcząt w zamku. Może przywykła do Jolene na tyle, że zapomniała, że istnieją więksi od niej ludzie? Trudno jej było to określić.
Jedyne, czego była pewna to to, że glos uciekł jej z gardła, że cala się czerwieni, że gdyby trzymała coś w rękach, z pewnością by to teraz upuściła, i że on stal tuz koło niej, na wyciągniecie reki, na tyle blisko, że gdyby się odważyła, mogłaby dźgnąć go palcem w nos.
– Słyszałem, że Potter z kolegami organizują jakąś imprezkę i pomyślałem, że może mogłabyś mnie na nią wkręcić?
Zakaszlała nerwowo. Musiała mu się wydawać bardzo zabawna, taka czerwona i spięta.
– Ciebie? Ty potrzebujesz zaproszenia?
Roześmiał się, a Lily czuła, że jeszcze chwila i zemdleje, przygnieciona ciężarem śmiechu Elijah Prewetta. Czuła, że śmiał się z niej, chociaż wiedziała, że to nieprawda, że bawi go pewnie idea tego, że ktoś go gdzieś kiedyś może przypadkiem nie zaprosić.
– Czy to było tak?
– Tak. – Trzęsąca się dłonią poprawiła włosy, które opadły jej na czoło. Była z siebie dumna, że nie wykrzyczała mu tego prosto w twarz. – Jasne. Sobota, siódma, łazienka dziewcząt na pierwszym piętrze.
Gdy ze zdziwieniem uniósł jedna brew, Lily zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem nie rozmawiała z Octavianem. Przez te wszystkie lata chyba wszyscy nauczyli się ich odróżniać – głownie po tym, że podczas gdy Octavian w pełni korzystał z przywileju bycia bezduszną świnią, jaki dawało mu bycie Ślizgonem, i nosił się jak bezduszna świnia, Elijah pozostawał miłym chłopcem z sąsiedztwa. Jednak poza manieryzmami nic nie rozróżniało ich aż tak; jasne, gdyby miała okazje porządnie im się przyjrzeć, pewnie wyliczyłaby wszystkie drobne różnice, nawet bliźniacy nie są przecież identyczni, o, choćby ten pieprzyk na prawej powiece, ciekawe, czy mieli go obydwoje…
Tyle że przecież Octavian był jej zupełnie obojętny. Przy swojej niewielkiej wiedzy o biologii, jaka udało jej się pozyskać w mugolskich szkołach przed swoimi jedenastymi urodzinami i ze skradzionych Petunii podręczników, nie rozumiała, czemu dwójka dokładnie tak samo wyglądających ludzi, z którymi ledwo kiedykolwiek rozmawiała, mogła wywoływać w niej tak skrajnie rożne reakcje, ale nawet przy lekceważąco podniesionej brwi, Elijah zdecydowanie nie był Octavianem.
– Opuszczona – wyrzuciła z siebie, zbyt zajęta patrzeniem w jego oczy, by skupić swoje myśli. – Łazienka jest opuszczona, nikt tam nie zagląda, nawet nie Pani Norris. Duch, który się tam zagnieździł, nie lubi towarzystwa, ale Syriusz ponoć jakoś go do siebie przekonał.
– Brzmi nieźle. – Nie mogła nie zauważyć, że skrzywił się na samo wspomnienie Syriusza. – Dzięki, Lily.
Uśmiechnął się do niej i zrobił krok w lewo tak, by mogła go w końcu ominąć. Nie śpieszyła się z tym; gorączkowo szukała jakiegokolwiek tematu, jaki mogłaby przy nim poruszyć, gotowa stać tu i choćby do końca świata, a przynajmniej do obiadu. Nic jednak nie przychodziło jej do głowy. Trudno było rozmawiać z człowiekiem, o którym niczego się nie wiedziało.
– A, właśnie – przerwał jej rozmyślania juz krok dalej od niej, jakby o czymś sobie przypomniał. – Mogę przyprowadzić ze sobą parę osób? Octavian z Siobhan na pewno będą chcieli przyjść, a jest przecież jeszcze Phil, Glenda, pewnie nawet Flossie ruszy się w końcu z biblioteki…
– Jasne – odpowiedziała z największym uśmiechem, na jaki było ją stać. – Pogadam z Potterem.
Dopiero gdy plecy Elijah zniknęły za rogiem, uświadomiła sobie wagę obietnicy, którą właśnie złożyła.
***
Tłusta ropucha szara rozpłaszczona na jej kolanach wydała z siebie bulgoczące westchniecie, gdy Dawn zaczęła drapać ja za gruczołem przyusznym. Księżniczka, bo tak nazywała się ta niewątpliwie nie-książęca istota, była z natury bardzo wybrednym stworzeniem; najwidoczniej tego konkretnego dnia drapanie jej za prawym gruczołem przyusznym nie było jej w smak. Tak samo jak nie drapanie po brzuszku, grzbiecie czy pod łapkami.
W innej sytuacji Dawn wdałaby się pewnie w dyskusję ze złośliwym płazem i uprzejmie i zdecydowanie… niestanowczo spytałaby, gdzie w zasadzie powinna była drapać. Ale to nie była inna sytuacja. To był dzień, jaki nie zdarzał się prawie nigdy. Dawn nie była sama; nie, jakieś piętnaście minut temu Florence wpadła do pokoju i zaczęła krzyczeć, mamrotać coś do siebie, powtarzać w kolko jakiś bełkot, którego nie dało się zrozumieć, ale, tego Dawn była pewna, czasami był to bełkot skierowany do niej.
Cóż, przynajmniej do czasu, kiedy w pokoju pojawiła się Glenda.
– Co tu się dzieje?
Florence przystanęła, ale tylko na ułamek sekundy; spojrzała na Glendę lekko nieobecnym wzrokiem człowieka, który usilnie próbuje przekalkulować w swojej głowie to, co dzieje się dookoła niego, ale przy tym za bardzo się spieszy, gubi, próbuje pojąć wszystko i wszystkich jednocześnie, a więc tak naprawdę nie rozumie niczego.
– Musisz mi pomóc – wyrzuciła z siebie, doskakując do szafy, bo  stanie w miejscu nie wchodziło teraz w rachubę. – Musisz mi pomóc, bo sama tu zaraz oszaleję, nie wiem, czy ze szczęścia, czy ze strachu, czy może jeszcze z czegoś innego, oszaleję normalnie, takich rzeczy się nie robi z zaskoczenia, powinno się jakoś człowieka uprzedzić, zostawić uprzejmą notatkę, zasygnalizować, wpisać się do kalendarza, nie wiem, może…
Wyciągała z szafy chyba wszystkie ubrania, które posiadała i rzucała je na swoje łóżko jedno po drugim, tworząc największą błękitno-szarą stertę tkanin w historii… przynajmniej Hufflepuffu. Dawn patrzyła na to wszystko z niezmiennym niepokojem, lecz chociaż najchętniej schowałaby się pod jakieś łóżko, razem z Księżniczką, z dala od tego chaosu i Flossie niewątpliwie tracącej swoje zmysły, nie chciała przecież rezygnować z okazji na wykazanie się wsparciem i współczuciem.
Chociaż Glenda, cóż, Glenda na ten przykład w ogóle nie była ani przestraszona, ani nawet współczująca; podeszła tylko do łóżka Florence i podniosła z niego świąteczny sweter, który Flossie w zeszłym roku dostała od Siobhan, wyjątkowe paskudztwo, nawet Dawn by go nie założyła, a przecież kochała swetry w ropuchy.
– Remus cię gdzieś w końcu zaprosił? ­– spytała beznamiętnie, a Dawn ledwo mogła powstrzymać się od rozdziabania swojej buzi na… na bardzo dużą odległość.
Florence przystanęła po raz drugi i tym razem nawet się odwróciła. Wyglądała na skonsternowaną.
– Skąd wiesz? Kto ci powiedział?
– Zgaduję po… – Glenda wykonała wyjątkowo zamaszysty gest dłonią. – Po tym wszystkim.
Napad szaleństwa Flossie właśnie skończył się równie szybko, co żył; w końcu niewielu ludziom wystarczyłoby sił na takie nerwowe bieganie i mamrotanie, i rzucanie zawartością swojej garderoby przez dłużej niż dziesięć minut, a co dopiero człowiekowi tak wątłej postury co Florence. Teraz, gdy pierwszy stres minął, jedyne, co jej pozostało to przymknąć oczy, oprzeć się o szafę za swoimi plecami i wyrzucić z siebie z ciężkim, odpowiednio dramatycznym westchnięciem:
– Nie wiem, co mam zrobić.
Po takich deklaracjach zawsze zapada niezręczna cisza, pełna Wielkich Myśli i Poważnych Decyzji Życiowych. Nawet Glenda nie potrafiła znaleźć odpowiednich słów, które by ją przerwały; chociaż, w głębi serca, prawdopodobnie rozważała bardziej rozwiązania siłowe.
– Mogłabyś… – Dawn zebrała się na odwagę, by w końcu się odezwać. – Powinnaś po prostu być sobą.
Florence otworzyła oczy i spojrzała na nią z jakimś… zdziwieniem? Przez chwilę Dawn wydawało się, że Flossie nie do końca wierzyła w to, że była z nią w jednym pokoju, ale szybko odsunęła od siebie tę myśl. W końcu oferowała jej współczucie już od dłuższego czasu, oczywistym było to, że Florence zauważyła wysiłek, jaki włożyła w niechowanie się pod łóżkiem, prawda?
Księżniczka zabulgotała z wyrzutem, gdy przypadkiem ukłuła ją paznokciem w gruczoł przyuszny.
– Na pewno nie możesz założyć tego – Glenda w końcu postanowiła się odezwać i przerwać tę paradę nieporozumień. – Znajdziemy ci coś nowego. Tylko nie swetry, błagam, facet może być nudny, ale nie jest jeszcze niczyją babcią.
– Lubię swetry. – Florence brzmiała na obrażoną.
– A ja lubię hamburgery, ale linia nie utrzymuje się sama.
Z taką argumentacją naprawdę nie było jak się kłócić.
***
Całe schody prowadzące do korytarza przed łazienką dziewcząt na pierwszym piętrze zalane były wodą, co w zasadzie nie rokowało najlepiej dla ich imprezy. Nie, żeby odrobina wilgoci miała przeszkodzić w czymkolwiek ludziom zdeterminowanym by uniknąć czujnego oka profesorów i w spokoju napić się mniej lub bardziej legalnych trunków. To przyczyna tej nagłej powodzi na małą skalę ich niepokoiła.
Nikt, absolutnie nikt, nie chciał łamać prawa z płaczącym duchem nad głową.
Wspinali się więc z bardzo niewyraźnymi minami, starając się ignorować wodę powoli wypełniającą ich budy i nie dramatyzować, bo czy byliby prawdziwymi Gryfonami, gdyby przed zabawą powstrzymała ich odrobina ektoplazmy?
– Rozmawiałem dziś z Lily – James szukał zastępczego, suchego tematu. – Miała do mnie prośbę.
Dziwny akcent na prośbę sprawił, że Syriusz, Gryfon czy nie, lekko się zaniepokoił. Ostatnie, czego teraz potrzebowali, to Rogacz niezdolny ruszyć tyłka i pomóc mu z Martą przez to swoje złamane serce.
– Lekki szantażyk?
– Właśnie nie. Była dla mnie bardzo miła.
– Nie krzyczała? Nie rzucała w ciebie talerzami? Nie płakała? Nic?
Gigantyczny uśmiech na twarzy Jamesa ostatecznie utwierdził Syriusza w przekonaniu, że Lily kombinuje coś bardzo bardzo złego. Już dawno pogodził się z myślą, że ten niestabilny psychicznie rudzielec nigdy w życiu nie spojrzy na jego przyjaciela jak na coś szlachetniejszego niż skrzat domowy – po prawdzie Lily pewnie traktowała skrzaty domowe lepiej niż samego Jamesa, ale nie miał lepszego porównania. Mimo to myśl, że ona, świadoma tego, jakie wywiera na nim wrażenie, mogłaby wodzić go za nos dla własnych niecnych celów mroziła mu krew w żyłach.
– Nawet wyglądała na zadowoloną z tego, że mnie znalazła. Znalazła. Co znaczy, że mnie szukała, sama z siebie, i to z uśmiechem na tym jej uroczym pyszczku.
– Czego chciała? – Syriusz zaryzykował pytaniem, chociaż czuł całym sobą, że odpowiedź mu się nie spodoba.
– Prewettowie chcą wpaść na naszą imprezę.
Odpowiedź mu się nie spodobała.
Już otwierał usta, by w końcu wyjaśnić Rogaczowi, czemu nie powinien wspierać rozwijającej się przyjaźni Lily Evans z Elijah Prewettem, chociaż wiedział, że na to było już za późno, bo James niewątpliwie spełnił życzenie swojego słoneczka, nie zastanowiwszy się nawet, czemu to ona, nie Elijah, go o to prosiła nawet przez sekundę, gdy rozdzierający uszy pisk rozdarł ich uszy.
Nie było czasu na zastanowienie; biegiem ruszyli w kierunku łazienki dziewcząt na pierwszym piętrze, nie zważając na to, że śliska podłoga uciekała im spod nóg i gdyby nie wyjątkowe szczęście, które przyświecało im przez całe życie, już po pierwszych trzech krokach straciliby po sprawnej nodze albo kręgosłupie. Z każdym przebiegniętym metrem pisk był coraz głośniejszy, ale i coraz wyraźniejszy; i już na zakręt przed wejściem do łazienki mogli rozróżnić poszczególne słowa w potoku łez, żalu i rozpaczy, który, dość dosłownie, wylewała z siebie Marta.
W zasadzie ani Syriusz, ani James nie wiedzieli, czemu w łazience na pierwszym piętrze mieszkał duch martwej dziewczyny; wypadki chodziły po ludziach od wieki wieków i obydwoje uważali, że najlepiej dać temu święty spokój. W szczególności, że Marta… Marta nie bez powodu była nazywana Jęczącą. Chociaż w zasadzie była bardzo przydatna, w szczególności do szpiegowania, podkradania składników i innych złośliwości, do których potrafił przekonać ją Syriusz, przez większość czasu trzeba było przy niej stąpać bardzo bardzo delikatnie.
Kiedy wpadli do łazienki, siedziała na jednym z kranów w głównym pomieszczeniu, kranów, z których lała się woda, a które ona sama popsuła pewnie w ataku złości, i zalewała się ekto-łzami, mamrocząc do siebie wszystko i nic, czego, po głębszym zastanowieniu, woleliby jednak nie rozumieć.
– Marto? – James spytał najdelikatniejszym głosem, na jaki było go stać na bezdechu. – Coś się stało?
Marta podniosła głowę i na chwilę przestała nawet piszczeć; wyglądała na zaskoczoną, bo z pewnością nie słyszała ich kroków ponad swoim płaczem, chociaż przecież nie byli ani cisi, ani konspiracyjny.
– Co mi się stało? CO MI SIĘ STAŁO?
Jednym płynnym ruchem Marta wślizgnęła się do kranu, na którym przed chwilą siedziała, wypłynęła z kranu po przeciwnej stronie pomieszczenia za plecami Jamesa i Syriusza, wykonała bardzo zdenerwowanego fikołka i zawisła do góry nogami tuż nad głową Rogatego.
– To wy chcecie przyprowadzić tu tłumy tylko po to, żeby mnie upokorzyć! Udajecie, że chcecie się ze mną dobrze bawić, a tak naprawdę chcecie się bawić moim kosztem!
Wróciła do swojej normalnej orientacji, wciąż jednak żywo gestykulowała i gdyby nie to, że cała była przezroczysta, już dawno rozbiłaby Jamesowi głowę.
Konkurs rzucania przekąskami w Martę, Marta przecież i tak niczego nie rozumie, Marty i tak to już nie boli, kto rzuci w głowę dostaje dodatkowe 10 punktów!
James i Syriusz spojrzeli na siebie ze zdziwieniem; może i nie byli najbardziej empatycznymi facetami na świecie, ale Marta była przydatna, a przydatnym… duchom nie robi się takich rzeczy. Kto mógł jej coś takiego powiedzieć? Komu zależałoby na tym, żeby zniszczyć każdą chwilę szczęścia w ich życiu?
Niemal równocześnie wyszeptali:
– Snape.
– On przynajmniej rozumie, jak to jest, gdy ni-ni-ni-niktcięniekocha! – Marta wykonała jeszcze jeden fikołek i z jeszcze głośniejszym piskiem zniknęła w kranie, by po paru długich, dudniących w rurach sekundach, zmaterializować się w jednej z toalet.
James nie mógł skupić swoich myśli; jej płacz powoli rozdzierał mu już nie tylko uszy, ale i mózg, i wszystkie kończyny, i czuł, że jeszcze chwila, a sam zacznie wyć z bólu i nic nigdy już go nie uratuje. To, że ich jutrzejsza impreza stanęła właśnie pod wielkim znakiem zapytania było jego najmniejszym problemem w obliczu perspektywy utraty wszystkich zmysłów i wieczności z Martą w jej łazience.
Na jego szczęście Syriusz pierwszy wyrwał się z tego otępienia i rzucił krótkie:
– Załatwię to.
Chwilę zajęło Jamesowi zrozumienie, co właśnie do niego powiedział; i dopiero gdy płacz Marty zaczął cichnąć, powoli ale stabilnie, w końcu czarowi Syriusza Blacka nie oparła się jeszcze żadna kobieta, dopiero wtedy wyrzucił z siebie żarcik, na którego wypowiedzenie czekał już przecież całą wieczność:
– No najwyżej będzie to impreza w stylu marynarskim.
***
Florence nie mogła uwierzyć we własną głupotę. Sobota, jak to sobota, w końcu nadeszła, a z nią sobotni wieczór, pełen obietnic i marzeń, które, tym razem, miały się spełnić.
Cały wieczór spędziła z Glendą w Hogsmeade, myśląc, planując, zamartwiając się; chociaż Glenda skupiała swoją uwagę bardziej na Kremowym Piwie niż na marudzeniu Flossie. Ten wieczór miał być idealny, a ideały nie powstają same z siebie – nie, poprzedzają je zawsze i bezwzględnie wielkie przygotowania i staranność, z której Florence przecież była słynna.
Do ósmej wieczorem, kiedy to miała spotkać się z Remusem w łazience dziewcząt na pierwszym piętrze w swojej głowie przeżyła liczne scenariusze, naprawdę, od tych naprawdę złych do tych naprawdę naprawdę dobrych, ale nawet te najstraszniejsze do pięt nie sięgały temu, co zastała, gdy w uroczej, białej sukience stanęła u progu swojego przeznaczenia.
Albo teraz, gdy trzy godziny później kończyła drinka, którego numeru już nie pamiętała, podanego jej przez nikogo innego niż Syriusza Blacka, którego w zasadzie pamiętała, ale nie pamiętała, dlaczego aż tak go nie znosiła.
– Mogę ci coś powiedzieć, Flossie?
Na prawo od niej siedziała Siobhan, której powiedziano, że zaprasza się ją, owszem, ale na imprezę w stylu marynarskim a nie na romantyczną kolację przy świecach, które jeszcze nie zamokły. W innych okolicznościach cieszyłaby się z towarzystwa Krunkonki – w zasadzie poza Glendą i Remusem była jej ulubioną osobą w całym Hogwarcie, nawet pomimo tego, że była jednocześnie dziewczyną Octaviana, taka była cicha i spokojna, ale przy tym i zabawna, i inteligentna, i w zasadzie gdyby była postacią książkową, wydawałaby się Flossie zbyt nierealna by w nią uwierzyć. Teraz się nie cieszyła.
Teraz nic by jej nie ucieszyło.
– Hm? – odpowiedziała z automatu, chociaż nie była pewna, co takiego się do niej mówiło.
Od trzech godzin drylowała wzrokiem Remusa Lupina, który do tej pory nawet się z nią nie przywitał. Dla niego tylko wcisnęła się w sukienkę Glendy, za krótką o przynajmniej pół kolana, jeśli ktokolwiek spytałby ją o zdanie, i dla niego siedziała właśnie na zimnym zlewie, oparta o jeszcze zimniejsze lustro, z włosami ukrytymi pod marynarską czapką, której pochodzenia też już nie pamiętała, ale którą musiała zdobyć, bo z tego wszystkiego, z tej nadziei aż zakręciła swoje włosy, a i bez tego w tłumie lekko nieprzytomnych Hogwartczyków wyglądała jak porcelanowa lalka.
Wszystko dla niego.
– To w zasadzie… Nie wiem, czy powinnam.
Gdyby Florence spojrzała teraz na Siobhan, zauważyła, że ta wyglądała na zupełnie czymś wytrąconą z równowagi. Już sam fakt, że zasikała dłonie nie na czerwonej tajemnicy, którą Syriusz wciskał wszystkim dookoła, ale na szklance wody z połączeniu z podkrążonymi oczami powinien wzbudzić przynajmniej niepokój. A co dopiero to, jaka była przygarbiona i blada, jak niemrawo machała nogami i wbijała wzrok we wciąż całkowicie mokrą posadzkę, jak przez cały wieczór pełen – jak powinno być – radości i zabawy nie uśmiechnęła się ani razu.
Ale Florence nie patrzyła na Siobhan, patrzyła na Remusa i zastanawiała się, jak mogła być taka niedomyślna i nie dodać w głowie zwykłego dwa do zwykłego dwa. Teraz, gdy wszystko stało się jasne i oczywiste, uważała, że fakt, że w sobotę wieczór zaproszoną ją i na imprezę Huncwotów – a przynajmniej Glenda wspominała, że ją zaproszono, Flossie nie zwracała na to większej uwagi – i na tajemniczą schadzkę z jednym z Huncwotów… powinien jej się wydać co najmniej podejrzany. Może gdyby Glenda postanowiła jednak wybrać się na tę imprezę i dopytała Elijah o szczegóły, może wspólna lokacja byłaby lepszą wskazówką, ale przecież powinna wiedzieć, prawda?
– Myślę… Myślę, że…
W zasadzie nawet zaintrygowało ją to, czemu Siobhan najwyraźniej nie potrafi czegoś z siebie wydusić; ale szybko zrzuciła całą winę na alkohol, muzykę i płacz Jęczącej Marty od czasu do czasu docierających do nich z którejś z rur.
Bo przecież powinna była wiedzieć.
Głównie to, że Remus nigdy nigdzie by jej nie zaprosił. Najwidoczniej w jego głowie nie była niczym więcej niż człowiekiem, któremu z dobroci serca pomagał z Transmutacją. Nawet nie kumplem, bo przecież chociaż zaprosił ją na imprezę – pewnie z litości – w ogóle z nią nie rozmawiał, ba, nie patrzył na nią i nic nie wskazywało na to, że choćby zauważył, że przyszła. Że przejął się, czy przyjdzie.
– Myślę, że Octavian mnie zdradza.
Na dźwięk słowa Octavian Florence zareagowała automatycznie; nie miała zielonego pojęcia, o czym Siobhan do niej mówiła, ale jakakolwiek wzmianka o jakimkolwiek Ślizgonie zawsze sprawiała, że ciarki przechodziły jej po plecach.
– Jeszcze go nie zostawiłaś?
Flossie panowała nawet spojrzeć na Siobhan i zaprezentować jej najlepszy przewrót oczami, na jaki było ją stać; ale w tym momencie Remus odwrócił się w jej kierunku i na moment zamarła z wrażenia. Gdyby popatrzył chociaż trochę dłużej, wylałaby na siebie podejrzaną ciecz, której jeszcze trochę pozostało w jej szklance. Ale przecież nie spojrzał na nią, tylko na jakąś Gryfonkę, która machała do niego ze zlewu niedaleko Florence, przecież nie zatrzymał na niej wzroku nawet na pół sekundy.
Tego było za wiele.
O jeden brak spojrzenia za wiele.
Siobhan właśnie otwierała usta, by jej odpowiedzieć, gdy Flossie zeskoczyła ze zlewu, odwróciła się w końcu w jej kierunku i wymamrotała bardzo zdenerwowanym głosem:
– Octavian jest strasznym chujem. Wyrzuć go przez okno.
Zrobiła krok do tyłu i o mało co nie straciła równowagi; w ostatniej chwili złapała się zlewu, który wciąż miała na wyciągnięcie ręki. Musiała stąd wyjść. Musiała stąd wyjść natychmiast.
Zanim sama zajęłaby się wyrzucaniem przez okno.
***
Odbijał od ściany małą, gumową piłeczkę; zwykle bawiłby się zniczem, ale nie chciał przynosić go do kompletnie zalanej łazienki, bo nawet magiczne metale i woda nigdy nie były fortunnym pomieszczeniem. Teraz żałował swojego wyboru. Czuł, że znajomy kształt w jego rękach i ten cudowny, cudowny dźwięk trzepoczących skrzydełek jakoś by go uspokoił.
James nie mógł uwierzyć w to, że wszyscy, wszyscy się domyślili, tylko nie on. Początkowo był zły na Syriusza, że ten go nie uprzedził; ale po dłuższym zastanowieniu doszedł do wniosku, że sam był sobie winien, taki ślepy na wszystkie możliwe sygnały. Nie, żeby mógł to wszystko jakoś powstrzymać, ale… Może gdyby był na to przygotowany, nie musiałby wlać w siebie tyle ponczu Łapy, by nie mieć siły roztrzaskać czaszki Elijah o zimną posadzkę łazienki?
Może.
– Wiedziałeś? – wychrypiał do Phila, który właśnie opowiadał mu o swoich planach na następny mecz… czy czymś innym. Przez te warstwy alkoholu, frustracji i dźwięku piłeczki odbijającej się od ściany trudno mu było przedrzeć się do świata zewnętrznego i słuchać tego, co się do niego mówiło. – Że Elijah i Evans?
Phil spojrzał na niego z bardzo współczującą miną; być może James nawet by mu uwierzył, że tak się o niego martwił, gdyby nie jego pijana i nieogolona morda człowieka, któremu wszystko jedno.
– Ty chyba nie tak na poważnie, nie?
James wzruszył ramionami. Chyba czuł, że teraz nic nie mogło być dla niego poważne, bo gdyby się przejął, mógłby przypadkiem zrozumieć, że wypił za dużo, żeby przeżyć.
– Nie, po prostu jestem zdziwiony.
Zdziwiony nie było może ostatnim słowem, jakim podsumowałby swój stan przez ostatnie trzy godziny, trzy długie godziny patrzenia na Lily, jego Lily flirtującą z Elijah… Wiedział, że Puchonom nie można ufać. Nie wszystkich, znaczy się, Phil był w porządku, Glenda z Flossie też, w zasadzie, chociaż Phila znał zdecydowanie lepiej, potem Glendę, a potem… Ale wiedział, że na pewno Puchonom, których bracia bliźniacy są Ślizgonami nie można ufać, nie, niedaleko pada śliwa od jabłoni, czy jakoś tak, ale było jedynym, które mógł z siebie teraz wydusić.
Bo chociaż chyba wszyscy w Hogwarcie wiedzieli o jego wiecznych deklaracjach miłości do Evans, większość traktowała to raczej jak wygłupy; żart, który rozciągnął się w czasie na tyle, że teraz nie można go było już przerwać. Nie chciał burzyć tego wrażenia. Ostatnim, co było mu potrzebne, był tłum ludzi, którzy się nad nim litowali.
– Chyba wszyscy wiedzieli, Potter.
Piłeczka uderzyła w ścianę trochę mocniej niż poprzednio.
– Wiesz… – Phil zdawał sobie sprawę z tego, że nie uzyska odpowiedzi. – Nie musisz się o nią martwić. Przyjaźnicie się i w ogóle, ale Elijah wcale nie jest taki zły, na jakiego wygląda.
– Nie martwię się o Evans.
– Twój najlepszy kumpel jest Blackiem, może czas zaufać i Prewettowi.
James już odwracał się, by odwarknąć, żeby nie mieszać do tego Syriusza, ale gdy w końcu oderwał wzrok od ściany, mimowolnie spojrzał na Lily, a ona… Ona to nic, tylko rumieniła się tym swoim rumieńcem, do którego zdążył się już tak przywiązać; to Elijah stanowił problem. Akurat w tym momencie, jakby czekał na to, że Potter się odwróci, jakby czyhał na niego z tym swoim cholernym planem, pochylił się nad Lily i odsunął kosmyk włosów z jej twarzy.
Piłeczka, zamiast w rękach Jamesa, wylądowała na jego brzuchu.
Nawet tego nie zauważył.
***
Przez cienką koronkę swojej sukienki czuła aż nazbyt dobrze zimno kamiennej ściany za jej plecami; ale nijak nie mogło jej to otrzeźwić. Nie miała pojęcia, jak długo już tu siedziała, wpatrzona w swoje nogi, rozciągnięte na posadzce; jedyne, na czym mogła się skupić to zaklinanie losu, marzenie, że cały ten koszmarny wieczór okaże się właśnie tym – koszmarem, i jutro obudzi się w lepszej sobocie.
James znalazł ją właśnie taką, skuloną pod parapetem dwa korytarze od łazienki dziewcząt na pierwszym piętrze, w połowie drogi do schodów, które mogły prowadzić do pokoju wspólnego Hufflepuffu. W pierwszym odruchu planował ją zignorować; ale tego wieczora ignorował już tyle myśli i wspomnień, że nie miał siły na więcej.
Usiadł więc tuż koło Flossie i podał jej butelkę Ognistej, którą udało mu się uratować przez Syriuszowym ponczem. Nie spodziewał się, że po nią sięgnie, nie ta Panna Perfekcyjna, ale wyczerpał też swój limit zdziwienia na jeden dzień, więc nawet nie wzruszył ramionami, gdy jednak to zrobiła. Przymknął tylko oczy i odchylił do tyłu głowę, bo cały świat wirował odrobinę za szybko nawet na jego standardy.
– A tobie co się stało? – wyrzucił z siebie w końcu, chociaż chyba nie chciał wiedzieć.
Flossie krzywiła się właśnie po tym, jak wychyliła swój pierwszy łyk czystego alkoholu na pusty żołądek, nie odpowiedziała mu więc od razu. Samo pytanie zresztą nie było najłatwiejsze. Obrzydliwa czy nie, Ognista kupowała jej cenny czas.
– Wszyscy wiedzą, że Elijah lubi rude.
James parsknął gorzkim śmiechem.
– Spadaj.
– Mówię poważnie. Nie pamiętasz… – Przerwała na kolejny łyk. – Była taka chyba wcześniej.
Otworzył oczy, bo chyba przyszedł czas, by zabrać jej butelkę. Dopiero teraz, z bliska, przyjrzał się Flossie dokładniej – i mógłby przysiąc, że płakała, a on, chyba, wiedział dlaczego.
W innych okolicznościach zaproponowałby jej ramię, o które mogłaby się oprzeć, takim był przecież człowiekiem-przytulanką, który zawsze dbał o innych bardziej niż o siebie, chyba, że akurat byli Smarkerusem, ale nim to Florence – jak podejrzewał – nie była. Tyle że jej uwaga zabolała go bardziej niż chciał to przyznać; albo, co było równie prawdopodobne, chciał po prostu zemścić się na kimś za to, jaki czuł się dziś skrzywdzony.
A on przecież wiedział doskonale, czemu Flossie płakała. Wiedział, bo był światkiem tego, jak Remus walczył ze sobą samym i rzucał się, i miotał, i nie potrafił się zdecydować. Wiedział, bo kazał mu zaprosić ją – niezobowiązująco – na tę imprezę, a potem spił się za bardzo, by przypilnować, by z nią porozmawiał. Wreszcie wiedział, bo rozumiał to dziwne trzepotanie w brzuchu, które Lupin odczuwał w obecności Florence aż za dobrze, ale też rozumiał, czemu jego przyjaciel… mógłby się go obawiać.
Wiedział za dużo na człowieka, któremu kolejny łyk Ognistej zupełnie rozwiązał język.
– Bo Lunio był dzisiaj dużo lepszy.
Florence zamarła; nie trwało to jednak długo, bo za dużo już tej soboty przeżyła, by obawiać się konsekwencji zdradzenia swojej tajemnicy. Zresztą cały wieczór czuła, że świat wokół niej widzi więcej niż ona sama – rozciągnięcie tego do stwierdzenia, że świat wokół niej widzi, jak robi z siebie idiotkę, nie wymagało skomplikowanej, umysłowej gimnastyki.
– Oddawaj butelkę.
Wyciągnęła rękę, by zabrać mu Ognistą. Spudłowała pierwszy, drugi i trzeci raz, bo chociaż wypił od niej dużo więcej, wciąż był nie dość, że bardziej odporny na różnego rodzaju trunki to jeszcze o wiele zręczniejszy; bez problemu uciekał przed jej dłońmi. I chociaż zwykle by ją to irytowało, takie dziecięce gry bez najmniejszego celu, nie mogła powstrzymać śmiechu.
Było coś relaksującego w patrzeniu na to, jak ona się śmieje, coś strasznie zaraźliwego, więc po chwili i James w końcu się uśmiechnął, może po raz pierwszy tego wieczora i nawet oddał jej tę butelkę, a raczej się podłożył, zbyt zajęty czuciem się odrobinę lepiej, by zauważyć.
Jednym sprawnym haustem wypiła resztę Ognistej i chociaż wydawać by się mogło, że powinni teraz zamilknąć i delektować się odzyskaną ciszą, wyrzuciła z siebie nagłe:
– Chciałabym, żeby wiedział, jak to jest.
James odkrył, że coś jeszcze mogło go tego dnia zdziwić.
Nie to, że Florence w głębi duszy potrzebowała jakoś zemścić się na jego przyjacielu – w końcu z jego doświadczenia wynikało, że młode kobiety miewały i bardziej absurdalne i okrutne pomysły. Nie. James dziwił się, że przez sekundę poczuł dokładnie to samo.
Nie odpowiedział jej od razu. Zresztą i sama Florence nie czekała chyba na jakąkolwiek opowieść – zsunęła się jeszcze niżej, tak, że praktycznie leżała lekko tylko głową oparta o ścianę tuż za nią i patrzyła w sufit, ściskając w rękach pustą butelkę. Nie potrzebowała jego odpowiedzi, a on potrzebował chwili, by zabić w sobie ten niespodziewany zew krwi, który nie leżał przecież w jego naturze.
I kiedy myślał, że ta fala zazdrości już minęła i nie chciał już głowy Lily na srebrnym talerzu, inna, złośliwa myśl obudziła się w jego głowie. Myśl, która z początku nie podobała mu się dużo bardziej, ale im dłużej patrzył na Florence, na jej zmęczony profil, opuchnięty od łez, tym bardziej czuł, że może to jedyny sposób, że może poza tym, że uratuje to ją, może uratuje to też jego.
– Flossie. – Pauza. – Flossie. – Powtórzył, bo musiał mieć pewność, że go słucha. Że nie mówi tego do wirujących ścian i parapetów. – Flossie, ja chyba wiem, co musimy zrobić.
Poczekał, aż się odwróciła i aż jego oczy spotkały jej oczy, które w sumie, w sumie też wirowały, i dopiero wtedy kontynuował:
– Musimy im pokazać, co tracą.
– Co?
Jej twarz nie wyrażała zdziwienia, a bezkresne niezrozumienie. Ale i też – chęć zrozumienia, jakby naprawdę wierzyła w to, że pijany James Potter, tu i teraz, odkrył receptę na rozwiązanie wszystkich ich problemów.
– Flossie, musisz się ze mną umówić.
Aż usiadła z wrażenia; wprawdzie zajęło jej to więcej czasu niż normalnie, bo złośliwa posadzka wysuwała jej się spod dłoni, ale po kilku próbach upokarzającego pełzania udało jej się doprowadzić do jako takiego pionu.
– Oszalałeś?
– Mówię poważnie. – I wyglądał, jakby mówił. Odsunął się od ściany i usiadł naprzeciwko niej, trochę za blisko jak na obecny stan ich zmysłów równowagi. – Jeśli się ze mną umówisz, Lunio umrze z zazdrości, Lily zrozumie, co takiego straciła, i wszystko, wszystko się ułoży.
– Remus nawet nie zauważy.
Bardzo starał się posłać jej powątpiewające spojrzenie; nie był pewien, czy takie aktualnie mu wychodziły, ale coś musiało do Florence dotrzeć, bo sama wyglądała, jakby intensywnie myślała nad jego propozycją. Ten entuzjazm powoli go wykańczał i nie wiedział, ile jeszcze tak wytrzyma, siedzący sam z siebie w pionie, ale poganianie jej chyba nie wchodziło w drogę.
– Nie chcę cię oglądać nago – wyrzuciła z siebie po dłuższej chwili.
Chyba jeszcze zanim do końca dotarło do niego to, co powiedziała, wybuchnął śmiechem tak gromkim, że nieomal przewrócił się do tyłu i jedynym, co go uratowało, było przerzucenie ciężaru na ramię, które oparł o ścianę za jej głową. Flossie też się roześmiała, po parosekundowym opóźnieniu, jakby sama nie skonsultowała ze sobą swojej odpowiedzi i dopiero teraz ją zrozumiała.
– Jeszcze będziesz o to błagać.
– Po moim trupie.
Ich śmiech w końcu wygasł; chociaż obydwoje dawno stracili już poczucie czasu. Przez moment jeszcze siedzieli na podłodze, James pochylający się nad nią i próbujący utrzymać równowagę, Florence próbująca złapać oddech, chociaż pół oddechu, aż w końcu on podniósł się powoli i niepewnie, wyciągając jedną rękę w jej kierunku.
Nie chciała wstawać. Ostatnim, na co miała ochotę, było podniesienie się z tej zimnej posadzki, która wyziębiała jej pośladki przez cienką, cieniutką koronkę, ale na której przez moment było jej tak dobrze i spokojnie. Ale James nie poddawał się i wszystko wskazywało na to, że będzie próbował ją podnieść, co nawet ona mogła ocenić jako mało bezpieczne, więc…
Musiał przytrzymać ją, gdy wstała i sam o mało co się nie przewrócił pod jej ciężarem; pion nie był czymś, co działało w świecie, który wirował i kręcił się.
– Idziemy tańczyć – oświadczył, gdy pierwsze niebezpieczeństwo minęło.
– Nie chcę.
– Musisz. Powiedziałaś, że się ze mną umówisz, a ja muszę się jeszcze napić.
Chciała zauważyć, że mówił o tańczeniu, nie o piciu, ale szybko wypadło jej to z głowy.
***
James stawiał tak gwałtowne kroki, że raz po raz ochlapywał jej rajstopy wodą, ale chociaż zwykle by jej to przeszkadzało, gdy tylko weszła do zalanej łazienki dziewcząt na pierwszym piętrze to nie mokra odzież przykuła jej uwagę.
W końcu, po tylu godzinach, nie wiedziała tak naprawdę ilu, spotkała w końcu oczy Remusa Lupina.
Przez moment zaparły jej dech w piersiach; jakby cały ten wieczór się nie wydarzył i jakby weszła tu po raz drugi, do tej drugiej soboty, którą sobie wymarzyła. Wydawało jej się, że się do niej uśmiechnął, ale nie była pewna, czy i tego sobie nie wyobrażała. I kiedy też próbowała się uśmiechnąć, przypomniała sobie o tym pierwszym wieczorze, tej poprzedniej sobocie i serce zakłuło ją boleśnie, przywracając jednak zdolność oddychania.
Była gotowa wybiec, tu i teraz, zostawić Pottera samemu sobie i zapomnieć o tym beznadziejnie głupim planie, który przyszedł mu do głowy, gdy usłyszała jego słowa, niemal bezgłośne:
– Lily.
Podążyła za jego wzrokiem i od razu ją znalazła – siedzącą na podłodze na marynarce Elijah Prewetta, owiniętą jego ramię i roześmianą, taką, jaką wyobrażała siebie jeszcze jakiś czas temu w odrobinę innym towarzystwie. I chociaż nigdy wcześniej Lily Evans nie zaplątała jej myśli, i w zasadzie była jej zwykle zupełnie obojętna, niespodziewanie dla samej siebie Florence poczuła, że szczerze jej nie znosi i że z wielką chęcią wygarnęłaby jej, co o niej myśli, także tu i teraz, zostawiając osłupiałego Pottera samemu sobie.
Ale nie mogła. Wiedziała, że to nie jej sprawa, że takie wybuchy niczego nie wnoszą. Spojrzała więc na Jamesa, próbując go jakoś pocieszyć, jakoś do niego dotrzeć. Zanim zrozumiała, co takiego robi, złapała go za jego dłoń i zacisnęła na niej swoje palce z całej siły. Chyba nie oczekiwała, że na to zareaguje; a już na pewno nie oczekiwała, że on zrobi to samo.
I kiedy też spojrzał jej w oczy, też ściskając jej dłoń w swojej dłoni, zrozumiała, że przynajmniej na ten jeden wieczór nie jest z tym wszystkim już taka całkiem sama.

Człowiek człowiekowi wilkołakiem: 05

Ślady butów w śniegu się nagle urwały. Zatrzymała się przy ostatnim i rozejrzała bezradnie. Jak ona miała teraz dotrzeć do szkoły, kiedy nie miała po czyich śladach iść? Nie zwróciła specjalnej uwagi na to, że urwane ślady mogły oznaczać jakąś tajemnicę do rozwiązania; może jakiś uczeń został porwany przez hipogryfa? Albo ktoś lecący na miotle rzucił w niego jakieś złowieszcze zaklęcie, które sprawiło, że rozpadł się w proch? Może wciąż tu był, ale w pelerynie-niewidce?
Właściwie ta ostatnia myśl sprawiła, że cofnęła się o dwa kroki po tych śladach i zaczęła machać różdżką, upewniając się, że nikt tuż przed nią nie stał. Wcale by ją to nie zdziwiło, skoro zdawała sobie sprawę, z tego, że jej brat był w posiadaniu peleryny-niewidki.
Potrząsnęła głową i skupiła się na bieżącej sytuacji, a nie rozwiązywaniu tajemnic Hogwartu − jak dotrzeć do szkoły bez śniegu w butach, za kołnierzem, w staniku, we włosach, oczach i nosie? To był poważny kryzys, bo ślady już nie miały jak uratować jej życia i miała już zostać na błoniach, w odległości zaledwie około dwustu stóp od szkoły, do odwilży. Była szansa, że ktoś znajdzie ją wcześniej, ale na pewno nie wystarczająco wcześnie, żeby uratować ją przed niechybnym zamarznięciem. Rozważyła nawet zbudowanie igloo, żeby przedłużyć okres przetrwania, ale zdała sobie sprawę, że nawet nie wiedziała, jak to igloo wykonać. Cóż za okrutny los, który skazał ją na taką śmierć.
− Kitty!
Westchnęła głośno, może trochę z ulgą, bo wizja śmierci się nieznacznie oddaliła. Nie na długo. W jej stronę biegł właśnie James i wcale nie sprawiło to, że Kitty poczuła się bezpieczniej. Wręcz przeciwnie. Na widok białej śmierci w jego ręce, zbitej w całkiem okazałą śnieżkę (zapewne również twardą jak kamień), przestała się przejmować tym, że ślady w śniegu się skończyły, przestała przejmować się śniegiem w butach − po prostu zaczęła uciekać. Bo James nie był sam.
I to właśnie jego towarzysz dopadł ją jako pierwszy, tuż po tym jak Kitty wśród całych tych nieodśnieżonych błoni, straciła równowagę i runęła w pozornie tylko miękki i puszysty śnieg. Odruchowo zasłoniła twarz rękoma i leżała na brzuchu cała zdrętwiała, kiedy Syriusz smarował jej głowę śniegiem.
− Ile wy macie lat? − zajęczała spod śniegu.
Kolejna z jej obaw weszła w życie − śnieg w ustach. Wypluła go i zrzuciła z siebie Syriusza. Przekręciła się i usiadła, i już chciała zmrozić wzrokiem brata i jego najlepszego przyjaciela, kiedy na jej twarzy rozpadła się śnieżka. Śnieg w oczach, nosie i ustach − zawsze o tym marzyła. Otrzepała się trochę zbyt gwałtownie, bo uderzyła łokciem Syriusza, który wciąż był stanowczo zbyt blisko niej, by mogła poczuć się bezpiecznie.
− Nienawidzę was.
Podniosła głowę. Cały komplet Huncwotów postanowił zniszczyć jej dzień.
Uparcie starała się nie patrzeć na Remusa. Odkąd Abby powiedziała jej, że to takie oczywiste, że ją lubił, to czuła się nieco skrępowana w jego obecności. W szczególności, że teraz zwracała uwagę, jak bardzo był dla niej miły. Ciężko było jednak uniknąć spojrzenia Remusa, kiedy ten wyciągnął do niej rękę, by pomóc jej wstać. Skorzystała z pomocy, ale pociągnął ją trochę zbyt mocno, jakby oceniał jej wagę o przynajmniej kilkanaście funtów wyższą (oburzające!) − ledwo udało jej się zachować równowagę i nie wpaść na niego. Poczuła, że jej policzki zaczęły się czerwienić; na szczęście było na tyle zimno, że można byłoby pogodę uznać za powód rumieńców.
− Chodź, Kitty, ulepimy Smarka − powiedział rozbawiony James.
Syriusz i Peter zaśmiali się. Podniosła ostrożnie wzrok na Remusa, który cały czas stał dość blisko. Uśmiechał się; nie była pewna czy z powodu pomysłu Jamesa, czy tak po prostu do niej. Jedno było pewne − cała czwórka była w świetnym humorze i Kitty trochę się ten humor udzielił, mimo całej swojej niechęci do śniegu i tego, że miała ten śnieg w każdym miejscu, w którym go nie chciała.
Kitty ostatecznie też się uśmiechnęła i pokręciła z rezygnacją głową.
− Ile wy macie lat? − zapytała znowu, a James wyszczerzył zęby.
− Nie bądź jak McGonagall. Chodź.
Chwycił ją za płaszcz i zaczął odciągać ją coraz dalej od wejścia do Howagrtu. Kitty tęsknie patrzyła za szkołą, w której było tak przyjemnie i ciepło, a zamiast tego czekał ją chłód i śmierć podczas lepienia bałwana. Syriusz wcisnął na jej i tak już całą w śniegu głowę swoją czapkę, może z powodu poczucia winy? Kitty nie zastanawiała się nad tym, po prostu przyjęła bez słowa czapkę, która może pomoże jej przetrwać te ekstremalne warunki.
Peter w międzyczasie zaczął już toczyć pierwszą kulę.
− Jak chcecie sprawić, żeby bałwan wyglądał jak Snape? − zapytała, obserwując poczynania Petera.
Syriusz wyciągnął z kieszeni bardzo skrzywdzoną przez los marchewkę. Była naprawdę krzywa.
− Poprosiliśmy skrzaty o najbrzydszą marchewkę, jaką znajdą.
− Widzę pewne podobieństwo.
Huncwoci zaśmiali się na tę uwagę, mimo że wcale nie miała być śmieszna − po prostu odzwierciedlała faktyczny stan nosa Severusa Snape’a.
− Mamy też ślizgoński szalik − powiedział James, wskazując na wypchaną torbę Remusa. − Uczynny brat Syriusza nam go użyczył.
− Z własnej woli?
− Niekoniecznie − odpowiedział Remus i zerknął w stronę szkoły. − Syriusz zostawił go w śniegu. Nie martw się, ktoś go już pewnie z niego wyciągnął.
Nie martwiła się. Może trochę, ale raczej o to, że liczyła, że jej brat i jego przyjaciele już wyrośli z maltretowania słabszych, ale najwyraźniej wciąż to była przednia rozrywka. Mogła się domyślić po tym jak James złapał Philipowi nos, ale to nie był raczej atak na słabszego.
Pokręciła z rezygnacją głową, poprawiła rękawiczki i sama zaczęła lepić kulkę. Śnieg jej nawet w tej prostej czynności nie wspierał, bo nie chciał się lepić i rozpadał się w jej rękach. Burknęła pod nosem i otrzepała rękawiczki. Było jej zimno, wciąż marzyła o ciepłej kąpieli i siedzeniu w kocu tuż przed kominkiem. Zamyśliła się chwilę i ocknęła się dopiero, kiedy śnieżka uderzyła ją w ramię. Kitty spojrzała na brata z oburzeniem i wcisnęła ręce do kieszeni.
− Przydaj się do czegoś i poszukaj gałęzi na ręce.
Uniosła brwi i westchnęła. Nie widząc lepszego zajęcia skierowała się w stronę najbliższych krzaków; musiała się oczywiście przedzierać przez świeży i nienaruszony jeszcze śnieg. Usłyszała a sobą kroki i obejrzała się, żeby zobaczyć Remusa, który postanowił jej towarzyszyć przy tym tak odpowiedzialnym zadaniu. Czyżby Huncwoci uznali, że bez pomocy nie uda jej się zdobyć rąk dla Severusa Snape’a? Albo że wybierze zbyt ładne i proste gałęzie? Właściwie nie powinno ją to dziwić, sama na widok tego śniegu podejrzewała, że zaraz zwyczajnie się o coś potknie, przewróci i już nie wstanie, nie wspominając nawet o wybieraniu odpowiednich gałęzi. Oczywiście Kitty nie była taką fajtłapą; miała stosunkowo dobrą koordynację ruchową, która pomogła jej dostać się i utrzymać później w drużynie quidditcha. Jednak widok całkowicie zasypanych błoni oraz śnieg w butach i pod ubraniami odbierał jej całą pozytywną energię i siły nad podnoszenie odpowiednio wysoko nóg. Dlatego nawet nie skomentowała tego, że Remus poszedł za nią.
Zrównał z nią krok i spojrzał na nią, ale ta dzielnie przedzierała się przez śnieg. Wciąż chodziły jej po głowie słowa Abby, więc nie chciała na niego patrzeć. Nigdy wcześniej nawet by tego nie rozważała, ale wszystko potwierdzało, że mogła mieć rację.
− Wszystko w porządku? − zapytał w końcu, a ona przystanęła i zerknęła na niego kątem oka wyraźnie zdziwiona pytaniem. − Syriusz porządnie cię śniegiem natarł.
Kitty sięgnęła ręką do czapki Syriusza, którą wciąż miała na głowie.
− No nie było to najprzyjemniejsze przeżycie.
Remus ściągnął rękawiczkę i wyciągnął rękę w stronę jej twarzy. Kitty uważnie obserwowała, co robił i przez chwilę rozważała, czy aby nie uciekać gdzieś daleko przez śnieg, ale potem spojrzała mu w oczy i porzuciła te myśli. Nie odwzajemnił jej spojrzenia, skupił się na jakimś nieokreślonym punkcie trochę poniżej. Uśmiechał się lekko, nie robiło to takiego wrażenia, jak uśmiech Philipa; Remus uśmiechał się do niej dużo częściej, ale był to ciepły i pełen sympatii uśmiech, który teraz sprawił, że serce zabiło jej trochę mocniej.
Miała wrażenie, że świat na chwilę zamarł wokół jego jasnobrązowych oczu, ale dłoń Remusa dotarła w końcu do celu. Strzepnął resztkę śniegu z jej włosów, po czym cofnął rękę. Kitty złapała się na myśli, że mógłby jej nie zabierać. Spojrzał jej w oczy, a ona prędko odwróciła głowę.
− Gałęzie. Musimy znaleźć gałęzie − powiedziała, rozwiewając tym samym całą romantyczną atmosferę. Było stanowczo zbyt zimno i śnieżnie na jakiekolwiek romanse.
Remus ocknął się jakby i zerknął w stronę pozostałych Huncwotów, możliwe, że w obawie czy aby ich nie obserwowali. W końcu, kiedy ostatnio jakiś chłopak publicznie okazywał Kitty sympatię, skończyło się to złamanym nosem. Bo może wcale nie chodziło tu o to, że Philip był Ślizgonem, a po prostu, że zarywał do jego siostry? Remus powinien mieć się na baczności.
W końcu skinął głową.
− Panie przodem.
Kitty burknęła pod nosem, ale ruszyła przez śnieg w stronę upragnionych krzaków.
*
James otrzepał się pobieżnie ze śniegu i podparł pięści o biodra. Patrzył z dumą na swoje i swoich przyjaciół (i trochę też siostry) prawie skończone dzieło. Kitty musiała przyznać, że podobieństwo było uderzające, jak na porównanie bałwana z człowiekiem. Oddawał prawie wszystkie najważniejsze cechy Snape’a, poza jego włosami. Powbijali mu do głowy pozostałości po gałęziach przeznaczonych na ręce i fryzurą przypominał bardziej Jamesa, ale była to jedyna niedoskonałość bałwana.
− Dzieło mojego życia − skomentował James i otarł nieistniejącą łzę spod oka.
− Nie przesadzałaby… − zaczęła Kitty, ale brat nie dał jej dokończyć.
− DZIEŁO MOJEGO ŻYCIA.
− Chciałam tylko powiedzieć, że nazywając Snape’a dziełem swojego życia…
James wytknął ją palcem, więc postanowiła znowu nie skończyć myśli.
− Musiałaś mi to odebrać.
Rozłożyła bezradnie ramiona i wskazała głową na zbliżających się dwóch z trzech pozostałych Huncwotów. Petera zobaczyła trochę dalej leżącego w śniegu, a Syriusz idący z przodu miał nad wyraz świetny humor, więc Kitty podejrzewała, że potraktował przyjaciela tak samo jak wcześniej potraktował ją. Ale Peterowi nie odstąpił czapki w ramach przeprosin.
− Nos widzę na swoim miejscu, idealnie − skomentował Syriusz i wyciągnął z kieszeni dwa ciemne kamyki, które wbił bałwanowi w miejsce oczu. Zrobił to na tyle krzywo, że można było przysiąc, że bałwanowy Snape miał zeza albo jakąś inną wadę wzroku. − Trzeba postawić go gdzieś bardziej na widoku.
James wyciągnął różdżkę z kieszeni i zaczął lewitować bałwana w stronę zamku, a Syriusz jako dobry i pomocny kolega postanowił asekurować śnieżny twór; szkoda byłoby gdyby nagle, przez jakieś błędy w podstawowej edukacji Jamesa, miał się rozsypać.
− W końcu będzie ciepło − powiedziała pod nosem Kitty i potarła dłonie o siebie. Dodało to jedynie dramatyzmu jej słowom, bo rękawiczki były już i tak całkiem przemoczone, a palce tak zmarznięte, że ich nie czuła.
− Nikt cię nie zmuszał do spędzania z nami czasu − odpowiedział jej spokojnie Remus. Nie wyczuła w jego głosie pretensji, ale i tak poczuła się trochę głupio za marudzenie.
− No co ty, było zabawnie. Spędzanie czasu z wami jest zabawne. Poza momentami jak lądowałam twarzą w śniegu. I śnieg jakimś cudem lądował mi w stani… za kołnierzem.
Remus zaśmiał się, a Kitty pomachała tylko ręką, żeby jej nie słuchał.
− Jakby ciebie nie było, to na pewno byłoby nudniej.
Spojrzała na niego trochę zaskoczona. Trochę trudno jej było sobie wyobrazić Syriusza i Jamesa spędzających czas w nudny sposób. Może poza przygotowaniami do egzaminów, ale do tego było jeszcze daleko.
− To znaczy?
− Wszyscy się popisywali jak tylko mogli.
Pierwsze, co pomyślała po jego odpowiedzi to Syriusz, który wrzucił ją i wiele innych osób do śniegu. Nie o takiej formie popisywania się marzyła. Obejrzała się na Petera, który wyczołgał się już ze śniegu i próbował z małym powodzeniem ich dogonić. Kitty postanowiła być miła i zwolniła trochę krok.
Spojrzała w końcu na Remusa.
− Ty też?
Remus nie odpowiedział. Uśmiechnął się tylko uprzejmie i wzruszył ramionami, jakby było to obojętne, ale wcale nie było. Jego odpowiedź mogła potwierdzić już ostatecznie słowa Abby, ale Remus postanowił zostać ją z tą niby-odpowiedzią, a głupio byłoby dopytywać o szczegóły tego tajemniczego wzruszenia ramionami. Jeszcze by się zorientował, że ona wie, że on ją lubił. Wtedy byłoby dopiero niezręcznie.

Człowiek człowiekowi wilkołakiem: 03

Naszła ją nagła myśl, że być może już do końca życia będzie samotna. Takie myśli nachodziły ją dość często w przeciągu ostatniego tygodnia. Tak mniej więcej od momentu, kiedy ostatni raz rozmawiała z Philipem. Cóż, rozmowa to może zbyt dużo powiedziane, ale przez cały tydzień po ich zerwaniu nie miała wielu okazji, by powiedzieć mu nawet cześć i zejdź mi z oczu, z naciskiem na to drugie, ponieważ dzielili jedynie jedne zajęcia, a na korytarzu unikał jej jak ognia, nie wspominając już o rozmowie. A taka rozmowa by im się na pewno przydała, a przynajmniej Kitty czuła potrzebę by to wszystko wyjaśnić, nawrzeszczeć na niego, że złamał jej serce z powodu takiej głupoty (bo złamany nos złożono mu w minutę, więc musiało chodzić jedynie o urażoną ślizgońską dumę − co za bzdura!), a potem trochę popłakać i najlepiej uciec zanim zaczęłaby się poniżać i prosić, aby do niej wrócił. Na to nie mogła sobie pozwolić. Nie ważne jak bardzo by go lubiła!
Kitty oczywiście była też wściekła na Jamesa, w końcu mógłby nie wtrącać nosa w nieswoje sprawy, ale na niego miała już okazję nawrzeszczeć i ostatecznie największa złość jej przeszła. Bo ileż można być obrażonym na brata, którego się powinno kochać? Nie pomagało to, jak bardzo cieszył się swoim zwycięstwem nad podłym, złym, podłym i niewolącym jego siostrę Ślizgonem. Kitty nie czuła się niewolona, Philip od samego początku, kiedy zaczęli się umawiać, był dla niej bardzo miły, wykazywał się cierpliwością i momentami nawet trochę czułością. Oczywiście wciąż był poważnym Ślizgonem i publicznie nie mógł pokazywać, że ma w ogóle jakieś uczucia, bo przecież musiał pilnować nienagannej opinii! Potem wkroczył James i wszystko się posypało.
Kitty nagle poczuła jakby o czymś zapomniała. Potrząsnęła lekko głową i skupiła wzrok na pergaminie leżącym przed nią i wielkim czarnym atramentowym kleksie, który musiała zrobić w trakcie swojego zamyślenia. Zerknęła jeszcze na siedzącą obok Aurorę, która swoimi ciemnymi oczami chyba próbowała jej coś powiedzieć. Kitty uniosła brwi, kiedy ta w końcu ruchem głowy pokazała, o cóż jej mogło chodzić.
− Panno Potter?
Kitty momentalnie oprzytomniała; głos profesor Vegi był skuteczniejszy od kubła zimnej wody. Spojrzała na nauczycielkę, a na jej bladej twarzy pojawiły się czerwone plamy. Trwała astronomia, a ona ostatnie, co pamiętała to obłok molekularny i tylko dlatego, że była to ostatnia rzecz, którą zapisała w notatkach. Mogło to być właściwie też co innego, bo część nazwy została zasłonięta kleksem.
− Tak?
Profesor Vega uniosła brwi, a Kitty wysiliła się na uśmiech i sięgnęła po czystą rolkę pergaminu, żeby zasłonić zniszczone notatki.
− Wszystko w porządku? Od jakiegoś czasu siedzisz bez ruchu.
− Zamyśliłam się − odpowiedziała szczerze z braku pomysłu na jakąkolwiek lepszą wymówkę. − Przepraszam.
W myślach przeklinała, że tylko trzy osoby uczęszczały na astronomię; gdyby było ich więcej, profesor Vega by nic nie zauważyła i byłby spokój. Teraz miała problem i tym razem nawet Aurora, ulubienia nauczycielki, jej nie uratuje.
− Skoro pozwalasz sobie na zamyślenia, panno Potter − zaczęła profesor Vega. Brzmiała groźnie, a Kitty skuliła się lekko. − To na pewno wiesz jak wygląda proces narodzin gwiazdy.
Kitty spojrzała na nią bezradnie.
− Ma to związek z obłokami.
Profesor Vega westchnęła cicho, wyraźnie zawiedziona, a Kitty przygryzła wargę. Nie chciała być powodem rozczarowania, ale chyba było już na to za późno.
− Napiszesz o tym referat na za tydzień, panno Potter.
Kitty skinęła głową i znowu wysiliła się na uśmiech. W myślach tylko powtarzała jak bardzo nienawidzi świata. To wszystko było winą Traversa; jakby nie zerwał w tak prostacki sposób, to wszystko byłoby dobrze! A teraz nie dość, że do końca życia będzie samotna, to jeszcze musiała napisać dodatkową pracę domową, a ona nawet z podstawowymi miała problem. Zwykle z powodu lenistwa, nie głupoty, ale różnie bywało.
Profesor Vega wróciła do wykładu, a Kitty postanowiła wrócić do słuchania i robienia notatek, tym razem na czystym pergaminie. Na tablicy widniały jakieś ruchome schematy, ale nic jej to nie mówiło. Jak dużo informacji mogło jej umknąć przez tę chwilę zamyślenia? Kitty coś czuła, że to zamyślenie mogło trwać nawet dłużej, niż się profesor Vedze wydawało. Próbowała jakoś powiązać ze sobą natłok nowych informacji i schematy ze swoją dotychczasową wiedzą, ale jak to z nowymi tematami bywa, nabyta wcześniej wiedza może nie pomóc.
Kitty bezradnie spojrzała na ambitnie notującą Aurorę; nawet nie spuszczała wzroku z profesor Vegi i jej schematów. Kitty poddała się zupełnie, schowała twarz w dłoniach i czekała tylko aż te zajęcia się skończą.
*
Po zajęciach i obiedzie rzadko wracała prosto do wieży Gryffindoru. Zwykle miała lepsze rzeczy do roboty od siedzenia w pokoju wspólnym albo dormitorium. Teraz jednak nie miała ani siły, ani tym bardziej ochoty na cokolwiek bardziej skomplikowanego. Powlokła się schodami na siódme piętro, w międzyczasie gubiąc się na czwartym z powodu złośliwych schodów, które powiodły ją nie tam, gdzie miały. Niby spędziła prawie siedem lat w tej szkole, wciąż miała czasem problemy by się odnaleźć w niektórych miejscach.
Na siódmym piętrze natknęła się na Petera, który prowadził żywą dyskusję z Grubą Damą. Kitty nie słyszała całej rozmowy, ale nietrudno było się domyślić, że chodziło o hasło. Kitty nie pierwszy, ani ostatni raz natknęła się na kogoś, kto najzwyczajniej w świecie zapomniał hasła.
Traszka dwuogonowa − powiedziała Kitty, kiedy stanęła oko w oko z Grubą Damą.
Kobieta na obrazie uśmiechnęła się i spojrzała na Petera.
− Tak trudno zapamiętać? − zapytała, po czym otworzyła przejście do pokoju wspólnego.
Peter wykrzywił usta z niezadowoleniem i burknął coś pod nosem w jej kierunku. Zerknął na Kitty, która wyglądała na rozbawioną. Pokręcił z rezygnacją głową.
Oboje weszli do środka.
− Dzięki − powiedział w końcu, chociaż wyraźnie oburzało go jej rozbawienie. − Z pół godziny się z nią użerałem, aż dziwne, że nikt w tym czasie się nie znalazł w okolicy.
− Nie ma sprawy. Dziwię się tylko, że mój brat cię tak zostawił.
Chciała jeszcze dodać bez opieki, ale ugryzła się w język.
− Gdzieś przepadli z Syriuszem podczas obiadu. Wiesz, nie jesteśmy zrośnięci.
− Aż trudno w to uwierzyć.
Wyszczerzyła zęby. Naprawdę rzadko można było ich wszystkich spotkać osobno. Z całej czwórki, to Remus spędzał najwięcej czasu osobno (chociaż to wciąż nie było wcale tak dużo), Peter zawsze włóczył się za Jamesem, niezależnie co się działo, dlatego jego uwaga ją rozbawiła jeszcze bardziej niż sytuacja z hasłem.
Peter znowu zrobił obrażoną minę i odmaszerował do stolika, przy którym siedział zaczytany w jakiejś książce Remus. Kitty też czekało zagłębianie się w książkach. Niby miała cały tydzień na napisanie karnej pracy domowej, ale coś czuła, że jak nie napisze tego od razu, to nie napisze nigdy.
Kitty nie musiała słyszeć, co Peter mówił, była po prostu pewna, że zaczął od marudzenia na nią. Jej przypuszczenia zostały potwierdzone tym, że Remus przerwał czytanie i spojrzał wprost na Kitty. Niezbyt dyskretnie; zawsze wydawało jej się, że Remus należał do tych bardziej subtelnych. Odpowiedział coś Peterowi i zostawił go samego, a sam skierował się w stronę Kitty, która miała już zamiar uciec do dormitorium, by zaszyć się tam do wieczora. Zatrzymała się jednak.
− Kitty.
Uśmiechnęła się do niego. Był od niej dużo wyższy, a grzywka przysłaniała widok, więc musiała lekko zadrzeć głowę, żeby spojrzeć na jego twarz. Jak zwykle wyglądał na zmęczonego; miał wyraźnie podkrążone oczy, dodatkowo policzek przecinała okazała blizna. Kitty zawsze zastanawiała się, skąd ją miał, ale James nigdy jej tego nie chciał zdradzić. Raz zasugerował, żeby sama spytała, ale uznała ten pomysł za głupi i nic z tym nie zrobiła.
− Remusie − przerwała mu zanim zdążył powiedzieć cokolwiek więcej.
Mogłaby przysiąc, że zarumienił się lekko, ale równie dobrze mogło to być światło od kominka. Musiała go jednak trochę zbić z tropu, bo zaczął drapać się po karku, jakby zastanawiał się, co ma powiedzieć.
− Przykro mi − powiedział w końcu, a Kitty przechyliła głowę i spojrzała na niego dziwnie. − Z powodu Philipa.
− No co ty! Zachował się jak kretyn. − Machnęła ręką. − Już mi przeszło.
Kłamała oczywiście, ale nie widziała powodu, dla którego Remus miałby o tym wiedzieć. Oczywiście miła była świadomość, że ktoś z bandy Huncwotów, jak lubili siebie nazywać James i jego koledzy, poszedł po rozum do głowy i pomyślał o tym, co ona mogła czuć przez tą całą aferę. Poziom jej sympatii do Remusa znacznie wzrósł, ale to nie oznaczało, że od razu miała się mu zwierzać.
Uśmiechnął się do niej, starając się ukryć zakłopotanie.
− Jesteś pewna?
− Tak. − Zaśmiała się. Poklepała go po klatce piersiowej, bo do ramienia musiałaby za bardzo rękę wyciągać. − Jesteś uroczy, ale nie przejmuj się mną, poradzę sobie.
Zastanowiła się chwilę.
− Ale możesz przekonać Jamesa, by tak się tak z tej całej afery nie cieszył.
− To nie będzie łatwe, ale zrobię co w mojej mocy.
Skinęła głową, nie tracąc uśmiechu, i skierowała się na schody do żeńskich dormitoriów. Zatrzymała się jeszcze na chwilę i odwróciła do Remusa.
− Dzięki.
*
Kitty przez ostatni tydzień spędzała wyjątkowo dużo czasu w dormitorium. Zwykle był tam spokój; współlokatorki przychodziły tylko, jeżeli czegoś potrzebowały albo szły już spać. Było to idealne miejsce na unikanie ludzi i skupienie się na odrabianiu lekcji. Zerwanie z Philipem miało ten plus, że od tygodnia Kitty nie odkładała żadnych zadań na zajęcia. Abby się zamartwiała, było to w końcu do niej niepodobne, ale Kitty po prostu musiała się czymś zająć, a treningi quidditcha były stanowczo zbyt rzadko, żeby mogła zapomnieć o złamanym sercu.
Abby przewertowała kolejną książkę w poszukiwaniu jakichś informacji o powstawaniu gwiazd, ale żadne podręczniki do astronomii nie poruszały tego tematu na tyle rozlegle, by można było napisać o tym cały referat. Zerknęła na Kitty, która miała rozłożoną na kolanach książkę i ze znudzeniem przerzucała kartki.
− To bez sensu − powiedziała w końcu i odłożyła kolejną książkę na pozostałe, które zdążyła już przejrzeć. − Nie mogłaś jej zapytać, gdzie znaleźć te informacje?
Kitty przerwała przeglądanie książki i spojrzała na przyjaciółkę wyraźnie strapiona.
− Mogłam − odpowiedziała. − Ale potrzeba zejścia z oczu profesor Vedze była silniejsza. Naprawdę nic nie masz?
− Nic a nic.
Kitty westchnęła ciężko i zerknęła na pergamin, na którym zaczęła już coś pisać, ale było tego niewiele i większość z notatek, które przetrwały styczność z rozlanym atramentem.
− Skończy się na tym, że będę musiała iść jutro do biblioteki.
− Tak będzie najlepiej. Czym w ogóle jest ten cały obłok molekarny?
− Molekularny. Jest to obłok. W kosmosie. Po jakichś kilkunastu milionach lat staje się gwiazdą.
− Ale taki obłok jak niebie? Wiesz, z pary wodnej.
Kitty zawahała się chwilę.
− Nie, no co ty.
− To z czego?
− Właśnie dlatego potrzebujemy znaleźć tę książkę − powiedziała w końcu, bo nie miała zielonego pojęcia czym do cholery był obłok molekularny, ale wyglądało na to, że była to dość istotna informacja, która powinna zostać zawarta w tym nieszczęsnym referacie.
Abby zaśmiała się i odłożyła ostatnią książkę na stertę pozostałych. Kitty zrezygnowała zamknęła tę, którą miała na kolanach i położyła się na łóżku.
− Nie chcesz pójść za mnie do biblioteki? − zapytała, za co została rzucona poduszką. Aż sapnęła z oburzenia. − No wiesz co! Chcesz zostawić przyjaciółkę w potrzebie?
− Moja astronomiczna edukacja zakończyła się na właściwościach fizycznych księżyców Jowisza i pierścieni Plutona. Niech tak zostanie.
Kitty spojrzała na nią i zmarszczyła brwi. Ostatecznie jednak uśmiechnęła się na wspomnienie piątego roku astronomii. Księżyce były tak nudnym tematem, że sama była skłonna zrezygnować z kontynuowania tych zajęć, w szczególności, że pojawiły się one potem na SUM-ach. Ostatecznie przemogła się i nie żałowała, chociaż w takich momentach marzyła tylko o tym, żeby kto inny napisał za nią ten referat. Niby mogła poprosić Aurorę o pomoc, ale wolała tego uniknąć. Ostatnim razem jak prosiła ją o pomoc, spędziły cały weekend w bibliotece, kiedy to Aurora tłumaczyła jej jedno zagadnienie − nie dlatego, że Kitty go nie rozumiała, a po prostu sama była nim zafascynowana i chciała to zrobić najlepiej jak mogła. Kitty podziwiała zapał Aurory, ale jednocześnie trochę ją przerażał.
− Saturna. Pluton nie ma pierścieni − sprostowała, ale Abby wzruszyła tylko ramionami. − W porządku. Jutro idę do biblioteki, ale nie zostawiaj mnie bez pomocy.
− Czy kiedykolwiek zostawiłam?
Kitty nie odpowiedziała na to, bo nie musiała. Położyła głowę na poduszce i dała w końcu odpocząć swoim oczom.

Kto z kogo zrobi jelenia? – 01

To lato zdawało się trwać wiecznie. Nie było to pod tym względem wyjątkowe lato – przeciwnie, każde spędzone w domu dłużyło jej się niemiłosiernie, bo ileż można toczyć na nowo tę samą kłótnię? Sytuacja była patowa, bo Petunii duma nie pozwalała ustąpić, trzymała się uparcie tych samych argumentów, co wtedy, kiedy jej siostra miała jedenaście lat, Lily tym bardziej nie miała najmniejszego zamiaru poczuwać się do winy. Dodatkowo sprawy nie poprawiały niekończące się listy od Jamesa Pottera, który ku rozpaczy Evans upatrzył ją sobie na obiekt westchnień. I to jak irytujących westchnień! Za każdym razem, kiedy Lily wydawało się, że starsza siostra odpuści, że się już uspokoi albo przynajmniej zacznie ją ignorować, bo i to byłoby jakąś poprawą, przylatywała sowa przynosząc kolejny list z zaproszeniem na randkę, śpiewające wyjce, wychwalające pod niebiosa urodę rudowłosej Evans, biegające słodycze “dla najsłodszej Gryfonki”… I cała zabawa zaczynała się od nowa. Petunia wrzeszczała, Lily nie zostawała jej dłużna, wreszcie któraś wychodziła z domu, trzaskając drzwiami z całej siły – Petunia wybiegała na spotkania z narzeczonym, a Lily… cóż, jednak to lato różniło się od poprzednich.
Lily nie była czarownicą z rodowodem. Nie była nawet czarownicą z ułamkiem rodowodu – urodziła się w mugolskiej rodzinie. Kiedy miała jedenaście lat i przyleciała sowa z listem z Hogwartu, czego tak bardzo zazdrościła jej siostra, była przekonana, że to nic takiego, że to nie decyduje przecież o tym czy zostanie lepszą uczennicą. Utwierdzał ją w tym przekonaniu jej najlepszy przyjaciel – Severus Snape. Teraz jednak po pięciu latach doświadczeń w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, po niezliczonej ilości docinków ze strony Ślizgonów, po niepokojących informacjach o atakach na urodzonych tak jak ona, o których coraz częściej donosił Prorok Codzienny, wiedziała lepiej. Wiedziała, że większość wierzy w podział na czarodziejów lepszego i gorszego sortu, a ona w ich mniemaniu należała do tego drugiego. Ewentualnie trzeciego – nie-czarodzieje. Nie przeszkadzało jej to, nie była przecież na tyle głupia, żeby przejmować się zdaniem tłumu, jednak w czerwcu, czego nigdy by się  nie spodziewała, usłyszała z ust swojego jedynego przyjaciela, tego, który zapewniał ją, że to nie ma znaczenia, to niewybaczalne słowo. Wtedy wszystko się zmieniło.
W wyniku tego właśnie zdarzenia to lato różniło się od poprzednich. Nie było uciekania od kłótni z Petunią na Spinner’s End, spacerów po parku, niekończących się rozmów o wszystkim i niczym jednocześnie. Próbował ją przepraszać, oczywiście, jeszcze zanim skończył się rok szkolny i wrócili na wakacje do rodzinnych domów, ale Lily wiedziała, choć wolałaby jednak nie, że Severus nie nazwałby jej szlamą, gdyby naprawdę nie miał tego na myśli i to ucinało wszelkie dyskusje na ten temat. Skończyły się wymówki, że to na pewno ślizgońskie otoczenie, że to koledzy z roku, którzy byli podejrzewani o okrutne wypadki w szkole mają na niego taki wpływ. Severus musiał brać odpowiedzialność za własne słowa.
I co jej teraz zostało? Dokąd ucieknie przed męczącym nagabywaniem przez Jamesa Pottera? Komu opowie jak irytujący, jak odpychający jest, kiedy mówi “umów się ze mną, Evans”, mierzwiąc te swoje i tak już rozczochrane kłaki? Owszem, może i stanął w jej obronie, ale zrobił to tylko dlatego, że mu się podoba. Wcale nie jest lepszy od Severusa z tym swoim włóczeniem się po szkole i dręczeniem słabszych. Och, ile szlabanów mu już dała! Do spółki z jego najlepszym przyjacielem Blackiem oczywiście, który tak uparcie twierdził, że nie ma nic wspólnego ze swoją rodziną, która najchętniej odśpiewałaby hymn na cześć Voldemorta.
Potrząsnęła głową i rude włosy zasłoniły jej twarz, co nie miało najmniejszego znaczenia, ponieważ poza nią w tym przedziale Ekspresu Londyn-Hogwart nie było nikogo. Tak chyba czuła się lepiej, nie przeszkadzało jej spędzanie czasu tylko ze sobą, bo dlaczego miała na siłę szukać nowego przyjaciela czy przyjaciółki? Zresztą już za późno, grupki zostały utworzone i trudniej byłoby wślizgnąć się do jednej z nich po tylu latach. I do kogo niby miałaby się zwrócić? Dziewczęta, z którymi dzieliła dormitorium były miłe, tak, ale miały swój własny świat, czasem nawet Lily miała wrażenie, że to jedna osoba z dwiema głowami. Nagle się wzdrygnęła, bo przyszła jej do głowy myśl tak nieprawdopodobna i odrażająca, że aż książka, którą trzymała otwartą na kolanach spadła i uderzyła o podłogę pociągu z cichym, trochę przytłumionym stuknięciem. Nie będzie przecież zadawała się z bandą Pottera, to co najmniej śmieszne. Bratać się z wrogiem? Niedorzeczne!
Wygrzebała z torby pudełeczko z czekoladową żabą, wiadomo, nic tak nie poprawia nastroju jak czekolada. Usłyszała dźwięk przesuwanych drzwi i podniosła głowę, żeby zobaczyć, kto wchodzi i czekoladowa żaba wypadła jej z dłoni – był to James Potter, ta właśnie odrażająca niedorzeczność we własnej osobie. Wyglądał tak samo jak zawsze – chodząca pewność siebie, chociaż w opinii Lily była to raczej chodząca arogancja i samozadowolenie graniczące z samozachwytem, okulary zjeżdżające mu z nosa, potargane włosy i postawa zdradzająca jego uwielbienie do samego siebie. Kiedy zorientował się, że Lily patrzy na niego, usta rozciągnęły mu się w uśmiechu, powoli zamknął za sobą drzwi i schylił się po upuszczoną przez nią żabę. Lily wreszcie ocknęła się ze stanu zaskoczenia wywołanego jego obecnością i płynnie przeskoczyła do stanu irytacji, którą zawsze odczuwała w jego towarzystwie.
– Potter – wycedziła i wyciągnęła władczo rękę w jego kierunku, chciała przecież odzyskać swoją czekoladową żabę!
James zignorował jej wyciągniętą dłoń, chociaż świerzbiło go, żeby ją ująć i ucałować, tak, to by ją naprawdę rozsierdziło.
– Evans – odpowiedział radośnie. – Poczta się podobała?
Lily westchnęła ciężko. Naprawdę nie miała siły na kolejny rok przepychania się z nim i udowadniania mu, że się z nim nie umówi. Gdyby był choć odrobinę bardziej dojrzały, mogłaby przynajmniej r o z w a ż y ć tę opcję. Niewiele by to pewnie zmieniło, o ile cokolwiek, ale nie mógłby jej zarzucić, że nie próbowała, prawda?
– Malowniczo wyglądała w płomieniach kominka, cudowne doświadczenie, dziękuję.
Nie zraziło go to zbytnio, przecież był Jamesem Potterem, ścigającym i kapitanem drużyny quidditcha, człowiekiem o niezachwianej samoocenie i legendarnej wręcz niezłomności. Usiadł naprzeciw niej wygodnie i uśmiechnął się, tarmosząc oczywiście włosy – czy on zawsze chce wyglądać, jakby go wiatr uczesał?
– Ech, Evans… – zaczął, obracając w dłoni tę nieszczęsną czekoladową żabę, która chyba bardzo chciała wydostać się z przedziału. No, przynajmniej z jego rąk. – Nikt ci nie powiedział, że kominki są romantyczne?
Lily, słysząc to, pobladła, chociaż dla osób o jej kolorze włosów bardziej charakterystyczne było spurpurowienie. Właściwie Lily nie miała w sobie wielu cech przypisywanych rudzielcom. Nie była wybuchowa, impulsywna, czy złośliwa, ale czy to takie złe? Ona była zwyczajnie… spokojna, chociaż w tej chwili bardziej zrezygnowana.
Podniosła na niego wzrok i uśmiechnęła się krzywo.
– Ech, Potter. Wiele rzeczy ciśnie się na usta, kiedy się pomyśli o tobie, ale r o m a n t y c z n e nie jest jednym z tych skojarzeń.
Ale James nie usłyszał już nic, co nastąpiło po “pomyśli się o tobie”.
– Najpierw kominek, teraz o mnie myślisz, chyba wiesz, jaki jest następny krok?
Zamknęła oczy na chwilę. No tak, mogła się spodziewać, że w ten sposób zareaguje, nie powinna była konstruować swojej wypowiedzi w ten sposób. I ten jego głos! Jakby specjalnie mówił niższym tonem niż zawsze, kto tak robi? Może nauczył się tego od Blacka? Otworzyła oczy, żeby posłać mu znudzone spojrzenie.
– Nie, Potter, nie wiem i nie chcę wiedzieć. Po co w ogóle tu przyszedłeś?
To w zasadzie było całkiem dobre pytanie, było jej dobrze samej, a on musiał się napatoczyć i zburzyć jej idealny spokój. Zaraz jednak miała zatęsknić i za tym, bo drzwi do przedziału otworzyły się ponownie z hukiem i do środka dosłownie wpadł Syriusz Black, a za nim Remus Lupin.
– Widzisz, Luniu, mówiłem ci, że tu będzie – oznajmił Syriusz triumfalnie, podnosząc się z podłogi. – Sie masz, Evans – rzucił i opadł na siedzenie obok Jamesa ku rozpaczy Lily.
Remus nadal stał w drzwiach, niepewny, co zrobić, nie chciał nikomu się narzucać ze swoim towarzystwem. Lily starała się ignorować fakt, że jej przedział przestał należeć wyłącznie do niej i podniosła książkę, która wcześniej spadła jej z kolan. James tymczasem się podniósł.
– Nie rozsiadaj się, Łapo, już idziemy, jeszcze tylko jedna sprawa.
Odwrócił się przodem do Lily, uśmiechnął oszałamiająco i rzucił nonszalancko:
– To co, piątek pod portretem Grubej Damy o siódmej?
Remus odwrócił się na pięcie, bo nie chciał być świadkiem tego, co teraz nastąpi, Syriusz również wycofał się chyłkiem, ale James stał nadal dumnie wyprostowany i patrzył na nią wyczekująco. Lily nie wytrzymała.
– Zjeżdżajcie mi stąd, ale już! Bo wam wszystkim wlepię szlaban na dobry początek roku szkolnego! I oddawaj moją czekoladową żabę! – I wyszarpnęła mu łakoć niedelikatnie z dłoni.
James odrobinę się ociągał, ale wyszedł nie tracąc rezonu, bo zanim Lily zamknęła za nimi drzwi swojego przedziału, usłyszała, jak mówi:
– No widzicie? Nie powiedziała nie!
Wrzasnęła głośno z wściekłością.
No. To by było na tyle, jeśli chodzi o brak porywczości podobno charakteryzującej rudych ludzi.