trzy.

Maj zielenił się wokół nich i zielenił się w nich; rozkwitał pąkami na okolicznych drzewach, piękniał, stroił się w swoje najlepsze szaty, ale to mu nie wystarczało, to było za mało, musiał sięgnąć i po nich dwóch, a potem i po całą resztę, i na nowo rozkwitnąć w ludziach nadzieją. Pierwsze dni tej prawdziwej wiosny były piękne swoją zuchwałością, swoim słońcem, swoim przekonaniem o własnej wspaniałości – a temu przecież nie można się było przeciwstawić. Wszyscy żyli więc jakimś szczęściem niepojętym, jakimś szczęściem urojonym, bo nawet jeśli świat się dla nich kończył, to narkotyczny, zieleniejący maj pozwalał im tego nie zauważać.
Regulus przeżywał ostatnie szczęśliwe dni swojego życia. Jeszcze nie wiedział, że umrze, jeszcze szalona myśl przeciwstawienia się nie urodziła się w jego głowie. I chociaż z każdym dniem był jej coraz bliższy, chociaż ona pchała się na świat, tłukąc podbrzusze jego świadomości malutkimi piąstkami, kopiąc je z bezwzględną potrzebą zadawania bólu malutkimi stópkami, Regulus tak naprawdę nigdy wcześniej nie był równie daleki śmierci. Wszystko w nim wyło z miłości do istnienia. To maj, właśnie maj, dziki, nieokiełznany, ale też zniewalający swoim urokiem. To maj mu na to pozwolił.
Chociaż nigdy sam by się do tego nie przyznał, jednym z powodów jego radości był brak Barty’ego. Maj żył quidditchem, a Barty żył wszystkim, co quidditchem nie było; dlatego każdy okres intensywnych treningów był dla Regulusa właśnie taką chwilą wytchnienia, oazą spokoju w świecie pełnym niestabilności i ciągłej potrzeby akceptacji. Ostatnio nawet bardziej niż zwykle – bo przecież ilekroć patrzył na Barty’ego, ilekroć z nim rozmawiał, ilekroć słyszał jego kroki w oddali, przypominał sobie o tym, o czym tak bardzo chciał przecież zapomnieć, i ogarniało go nagłe poczucie beznadziei tak silnej, że nawet maj na chwilę tracił nad nim władzę.
Dobrze było znów być wolnym i oddychać powietrzem, a nie niechcianą obietnicą, od której nie można było uciec. Leżeć na płycie boiska i czuć pod palcami wilgotną od rosy trawę, bo przed ostatnim meczem w sezonie treningi zaczynały się wraz ze wschodem słońca. Z przymkniętymi oczami wdychać zapach natury, świata, poranka, wszystkiego, co nie jest wyrzutem sumienia. Być samym ze sobą, pomimo przechwałek Octaviana, które niby gdzieś tam istniały, gdzieś tam stawały się prawdziwe, ale nie mogły dotrzeć do Regulusa, nie w tych rzadkich chwilach absolutnego oczyszczenia.
Noce też bywały przyjemne; w maju Regulus prawie nie sypiał, ale zupełnie mu to nie przeszkadzało, skoro mógł pobyć sam na sam własną istotą, pozbawiony nie tylko balastu Barty’ego, lecz także własnych, niepokojących myśli. Czasem zdarzało się, że Eugene, zawsze pierwsza, zawsze przed czasem, znajdowała Regulusa wtulonego z ufnością w sportową szatę, ułożonego gdzieś pomiędzy trzecim a siódmym rzędem trybun i, wzruszona jego dziecięcą przecież twarzą, jego dziecięcą przecież ufnością śpiącego, składała na jego policzku matczyny niemal pocałunek, starając się go nie zbudzić, podarować mu odrobinę więcej samotności, odrobinę więcej nieświadomości. Takie małe, piękne chwile, tym był maj dla Regulusa.
Moglibyśmy się zastanowić, co w tym czasie robił Barty; moglibyśmy pogrążyć się w jego otchłaniach odrzucenia, w wyrzucie, że i Regulus, i Eugene go opuścili, i skazali na zadawanie się z zamkowymi nieistotnościami. Moglibyśmy, ale jaki byłby tego sens? Jeszcze będziemy mieli dość czasu na to, by żyć w głowie opuszczonego Bartemiusza, jeszcze zadusimy się jego cierpieniem.
Regulus był już prawie u końca swej drogi.
To prawda, że Barty sięgał właśnie po władzę i potęgę. To prawda, że z punktu widzenia opowiadającego historię to, co działo się z Regulusem w tych ostatnich chwilach jego błogości, jest nudne i niegodne niczyjej uwagi. Ale o ile bardziej wartościowa niż stutysięczne marzenie burzyciela porządku świata była trawa pod jego palcami! Barty mógł burzyć, co tylko chciał. Gonił przecież jedynie za chimerą, za cieniem tego, czego nigdy nie będzie. Regulus wraz z zapachem poranka wdychał istotę istnienia.
W tym przypływie człowieczeństwa, niespodziewanym przecież, a więc i trudnym do odrzucenia, próbował nawet odnaleźć w Perse coś więcej niż szmacianą lalkę. Maj obudził w nim fałszywą nadzieję, że może uda się ich uratować, że może mogliby być… Regulus, który niezwykły był przecież brać wszystko za dobrą monetę, dał się omamić tą wizją szczęśliwej przyszłości, tym przekonaniem, że może na świecie istnieje miłość, że może na świecie istnieje świat inny od świata jego matki; swoją nagłą ślepotę uznał więc za otwarcie od dawna zamkniętych oczu. Biedna, naiwna dusza, gdyby chociaż postanowił nie konfrontować tego przypuszczenia z rzeczywistością! Gdyby tylko maj nie uczynił z niego takiego głupca!
Perse nie zieleniła się.
Tamtego poranka leżała koło niego i chociaż też miała mokrą od rosy trawę pod swoimi palcami, wcale jej nie czuła. Trudno było powiedzieć, co działo się w jej głowie, głowie człowieka, który przecież niczego nigdy nie poczuł i nie doświadczył. Przyszła tam nie po to, by zachłysnąć się majem, by dać sobie szansę na odrobinę szczęścia; nie, przyszła tam dlatego, że Regulus jej kazał, dlatego, że patrzył na nią inaczej, dziwniej, a to zwykle oznaczało kłopoty.
Przyszła tam dlatego, że się bała; bała nie tego, że ominie ją początek jej nowego życia, ale tego, że to życie może naprawdę się rozpocząć, może nabrać kształtu, może wreszcie zastąpić pustkę, którą była, cierpieniem, cierpieniem i wyrzutem, bo tylko to według niej mógł wnieść do świata Regulus Arcturus Black.
Usta Regulusa desperacko poszukujące odrobiny ciepła na jej obojętnym, zimnym ciele były o wiele bezpieczniejsze niż usta Regulusa, który, urażony jej odmową, planował krwawą zemstę. Tak właśnie go sobie wyobrażała: te wściekłe, zaciśnięte usta i zmarszczone brwi, chociaż przecież nigdy nie dał jej powodu, by tak nisko go ceniła. Ale znała takich jak on, i ona, i jej matka, i matka jej matki, i ta znajomość z takimi jak on płynęła w jej żyłach razem z jej krwią i krwią wszystkich jej matek, i wszystkich kobiet, którymi przecież była, pośrednio, oczywiście, i których nauki prowadziły ją za rękę bez względu na okoliczności.
– Ładnie pachniesz – Regulus wymruczał do jej ucha, ale to przecież nie ona pachniała; to trawa, maj, rosa, nadzieja. Perse sama w sobie była przecież martwa i to w ten najgorszy sposób, martwa jeszcze za życia, a więc nie tylko pozbawiona woli i mocy, lecz także rozkładu, jakby chociaż nie mogła już iść do przodu, nie mogła też zrobić kroku w tył, nic już nie mogła, i nikt jej już nie chciał, nawet nie śmierć.
Niespotykaną siłą woli, a raczej nie-woli, nie zrzuciła go jeszcze z siebie i nie odsunęła go od swojej szyi, chociaż całe jej ciało, wszystkie mięśnie, kości, cała skóra napięta była do granic możliwości i gotowa, by rozpaść się, nawet nie pęknąć, a rozpaść się na milion kawałeczków.
Porcelana nigdy nie kruszy się tylko odrobinę.
– Dziękuję .
Jej głos zabrzmiał słabo, nieistotnie, pośród hałasu, jakim był maj i majowy poranek. Równie dobrze mogłoby go przecież nie być, a może i nie było, może Perse chciała, musiała być uprzejma, właściwa, posłuszna, ale gdzieś po drodze zgubiła się w znaczeniu i nigdy nie dotarła do celu. Nie miało to najmniejszego znaczenia, bo Regulus przecież nie szukał jej uprzejmości; ta dawno zaczęła go już dławić nudą. On szukał znaczenia.
Jedyne znaczenie, które Perse jeszcze znała, zamykało się w czubkach jej palców, ostatkiem sił zaciskających się na trawie i na rosie, lekko, coraz lżej, bo i to znaczenie jej uciekało, nawet to. Nie chciała go. Znaczenia, Regulusa, poranka, nie chciała niczego; chciała tylko zamknąć oczy i myśleć o lepszych czasach, których przecież też nigdy nie było, i zapomnieć nie tylko o tym, co się już wydarzyło, lecz także o tym, co miało się wydarzyć, zapomnieć na zapas, a nie trzymać się znaczenia, które zostało jej przypisane bez jej woli.
Opacznie odczytał jej brak protestu. Milczenie było przecież jej naturalnym stanem, jedyną formą, jaką przy nim do tej pory przybierała. Z jej szyi Regulus przeniósł się na jej dekolt, ten, o którym zawsze tak marzył Barty, ten zakazany, którego istnienia sam przecież zwykle nie zauważał, zbyt zajęty niezauważaniem Perse jako takiej, by dać mu choć cień szansy. Jego ręce gładziły jej uda, wciąż niepewne, wciąż niezdecydowane, ale im dłużej ona milczała, związując usta niewidzialnym rzemieniem, tym więcej jego rąk było pod jej spódnicą, głodnych czegoś nowego i zakazanego, i może nawet prawdziwego.
Jej oddech nie przyspieszał. Ani pół jęknięcia nie opuściło jej ust, wciąż zamkniętych i obcych, ani nieśmiałego, ani tęsknego, żadnego, nawet najsłabszego. Regulus nie rozumiał, czemu nagle chciał ją usłyszeć, ale chyba tego właśnie szukał i potrzebował, i świadomość, że Perse odmawia mu takiej prozaicznej przecież przyjemności burzyła mu krew w żyłach. Spróbował ją ugryźć, szarpnąć, zacisnąć dłoń na jej śnieżnobiałych udach, ale wciąż odmawiała i wciąż, i wciąż, czemu musiała mu to wszystko tak utrudniać?
Nie wiedział, co robi, skąd miałby wiedzieć, Barty wiedziałby dokładnie, co się z nim działo i jak sobie z tym poradzić, ale on nie wiedział, nie wiedział, a Perse w niczym mu nie pomagała, ta bezużyteczna lalka, jak mógł myśleć, że cokolwiek w niej warte było jego uwagi? Przyciągnął ją do siebie gwałtownie, przywarł do niej tak, jak mężczyzna powinien przywrzeć do kobiety, ale ona nawet nie drgnęła, nie przysunęła się do niego bardziej, nie owinęła go swoimi ramionami i rękami, nic, nie czuł nawet jej wzmocnionego pulsu, nawet tego. Spróbował pocałować jej usta, zwykle takie czerwone i przecież, kurwa, jego, ale jej usta, choć w końcu się otworzyły, choć w końcu mu odpowiedziały, były zimne i powolne, i nawet kiedy z pośpiechu je przegryzł, kiedy pociekła z nich wąska stróżka jej krwi, nawet wtedy nie były żywe.
– Kurwa!
Wyprostował się zbyt gwałtownie, odpychając ją przy tym od siebie zbyt mocno; krew pociekła też po jej policzku, którym przetarła nierówną murawę boiska, pełną małych, maleńkich kamyczków schowanych pomiędzy nieskończoność skroplonej rosą trawy. Perse wciąż nie wydała z siebie ani pół dźwięku, jedną dłoń kładąc jedynie na swojej twarzy, drugą poprawiając spódnicę, której prawie już na sobie nie miała, desperacko, szybko, byle jak, byle było już po wszystkim. Bała się spojrzeć w jego twarz, jeszcze bardziej, niż bała się pięć sekund temu, kiedy cały jej świat, całe jej porcelanowe królestwo drżało w posadach, bo wtedy przecież paradoksalnie była bezpieczniejsza.
W myślach policzyła do sześciu, potem do dwunastu, licząc skrycie, że może ta burza przejdzie bokiem, że może nie uderzy w nią tu i teraz, i bez ucieczki.
Była w błędzie.
– Czy ty mnie kiedyś pokochasz?!
Głos Regulusa przesiąknięty był cały desperacją, której nie mogła zrozumieć, ale nie brzmiał też przecież tak, jak się tego spodziewała. Przez moment nie wiedziała, co ze sobą zrobić, skulona na ziemi, bezbronna, nieposkładana, nie wiedziała, co miałaby powiedzieć, jak miałaby coś powiedzieć jeszcze kiedykolwiek, a co dopiero tu i teraz, i do niego.
Z ociąganiem Perse podniosła się na jednym ramieniu i w końcu spojrzała na niego, przez ułamek sekundy mierząc wzrokiem jego wzrok, stykając się z nim tak, jak przecież nigdy wcześniej i nigdy później. W jego oczach było coś szalonego, coś, co sprawiło, że wróciła do patrzenia w ziemię niemal natychmiast.
– Oczywiście, że cię kocham – wyrzuciła z siebie o wiele bardziej drżącym głosem, niźli by tego chciała.
Regulus nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał, równie mocno, w co przed ułamkiem chwili nie mogła uwierzyć Perse. Ta wypowiedź wybiła go z rytmu, ale i z szaleństwa; czuł, że cokolwiek przejęło nad nim kontrolę, powoli spływało z jego czoła i z jego barków, i z każdym głębokim oddechem stawał się na powrót słodkim chłopczykiem, za którego miała go jego matka. Choć nie miał tego w zwyczaju, to przeczesał palcami swoje ciemne włosy tak, jak często robił to Barty, czemu znowu myślał o Bartym? Musiał kupić sobie parę sekund, parę dodatkowych oddechów, parę mgnień powiek na odzyskanie kontroli nad ulubioną wersją samego siebie.
– Nie – wychrypiał, gdy wiedział już, że było po wszystkim, że maj umarł w nim na dobre.
Nie odpowiadała; na moment nawet otworzyła usta, by spróbować ponownie z tą swoją śmieszną formułką, którą włożyła jej do głowy jej własna matka, ale nawet Perse musiała wiedzieć, że nadszedł czas, by wspólnie milczeć, by dać sobie szansę na odrobinę samotności mimo wszystko.
Samotność była wszystkim, na co było ich stać.
Regulus wlepił wzrok w niebo, ale tym, czego teraz potrzebował, były gwiazdy i nieskończoność wszechświata, nie onieśmielająca, poranna mieszanka różu z błękitem, tak kusząca i obiecująca tak wiele. Zrozumiał, że wiele nigdy nie miało być jego, że życie, o którym marzył majem, nie było życiem, na które mógł sobie pozwolić, że wszystkie decyzje już zapadły i że nie było odwrotu. Poranne niebo nie mówiło takich historii. Tylko gwiazdy miały w swojej banalności na tyle odwagi, by powiedzieć mu, że umrze już za życia.
– Nie chcę tak – wymamrotał w końcu, a Perse aż podskoczyła na dźwięk jego głosu; prawie zdążyła już zapomnieć o tym, że siedział tuż koło niej, tak na wyciągnięcie ręki, kilka kępek trawy na prawo od miejsca, w którym sama prawie pojęła, jak nieistotna naprawdę była. – Nie tak.
W przypływie jakiejś wcześniej nieznanej ludzkości, jakiegoś człowieczeństwa, którego nikt jej nie nauczył, przez myśl przebrnęło jej, by jakoś go pocieszyć; ale sama wizja zbliżenia się do niego choćby na pół marnego cala przyprawiała ją o mdłości. Nie rozumiała, czemu nagle zaczęło jej być go żal, nie rozumiała, czemu nagle zaczęło jej być żal samej siebie, nic z tego nie rozumiała poza tym, że gdyby Regulus Arctus Black zszedł właśnie z tego świata, nie uroniłaby mimo wszystko nawet pół fałszywej łzy, a mimo to przez kilka sekund chyba naprawdę chciała się do niego przytulić.
– Jesteśmy zaręczeni – podkreśliła chyba bardziej dla samej siebie niż dla niego. – Złączono nas na śmierć i życie, na dobre i złe. Tak musi być. To jedyna właściwa droga.
– Ja chcę…
Przerwał i z hukiem o wiele większym, niż wskazywałoby na to jego wątłe ciało, runął po raz ostatni już tego dnia na murawę boiska. Nie potrafił już dłużej utrzymywać się w pionie. Jakakolwiek siła jeszcze niedawno pchała go do przodu, opuściła już ostatnią, najmniejszą nitkę jego mięśni, odeszła, rozpłynęła się w porannej rosie i nie wiedział nawet, czy jeszcze kiedykolwiek powróci.
– Ja chcę czegoś innego. Nie wiem nawet, kurwa, czego, ale czegoś innego. Nie tego, Perse. Nie tak.
Westchnęła lekko, w końcu, z okrutnym opóźnieniem.
– Nie chcesz mnie?
Był jakiś ból w tym pytaniu, ból, który przecież powinien być satysfakcją, bo przecież i ona nie powinna chcieć jego, gdyby w ogóle zdolna była do chcenia i niechcenia, do bycia samą sobą. Był to ból cudzego zawodu i rozczarowania, ból bycia tą, która nie dorosła do niemożliwie wygórowanych wymagań; ból, który wypalał od środka wszystko to, co jeszcze w niej istniało, co jeszcze miało jakiś sens.
Bo jeśli Regulus jej nie chciał, jeśli Regulus ją odrzucił, w małym świecie Perse nie było żadnej alternatywy.
– To nie ma nic wspólnego z tobą. Znaczy… To ma wszystko wspólnego z tobą, ale nie z tobą, jeśli rozumiesz, o co mi chodzi. To nieludzkie. Wszystko, na co się zgodziliśmy, jest nieludzkie. Nieprawdziwe. Nie wolałabyś, by było inaczej? Nie wolałabyś kochać i znaczyć, i być, kim tylko zechcesz?
Jej odpowiedź rozbrzmiała w nim z taką mocną, z taką siłą, że Regulus czuł, jakby usłyszał jej głos po raz pierwszy w życiu:
– Nie.

Advertisements

34. O ciężkim syndromie bohaterki romansu

Po zajęciach starałam się trzymać dość blisko Syriusza i Jamesa – tak dla bezpieczeństwa. W końcu nie chciałam, żeby faktycznie skrzywdzili Severusa. Poza tym wmawianie sobie, że ma się powód, żeby przebywać między ludźmi (nawet jeśli udaje się, że się ich śledzi, a oni prawdopodobnie udają, że tego nie widzą), było lepsze od bezsensownego siedzenia w bibliotece i czytania po raz kolejny tej samej książki. (Jasne, mogłabym czytać jakąś, której jeszcze nie czytałam, ale wtedy musiałabym się skupiać na treści; a tak mogłam swobodnie przewracać strony i analizować to, co się stało, co się dzieje i tworzyć scenariusze tego, co może się stać). Przez większość czasu zachowywali się nienagannie (przynajmniej jak na nich), ale wiedziałam, że coś knują. I pewnie w końcu bym się dowiedziała co takiego, gdyby nagle nie zjawił się Regał. Słowo daję, on zawsze wyrasta jak spod ziemi!
Akurat wtedy szłam sobie z Jamesem na błonia. Tak, wciąż było zimno. Ale jeśli miałam ich pilnować, musiałam to robić nawet mimo koszmarnych warunków atmosferycznych. Zresztą, oglądanie treningu zawsze było zajęciem ciekawszym niż wysłuchiwanie ryków Brendy, która przeżywała rozstanie z miłością jej życia.
James spojrzał na Regała z niekłamaną niechęcią – ale dlaczego? Do tej pory jedynie lekce go sobie ważył. Nie rozumiałam zmiany w jego nastawieniu, ale…
– Potter, mógłbyś nas na chwilę zostawić? – Regał spytał lodowato.
Oho, lodowato. To znaczyło, że wiedział. Że…
– A co jeśli nie? – James spytał wojowniczo.
Co tu się działo?! Dlaczego wszyscy nagle powariowali?! Co Regał zrobił Jamesowi, że ten wykazywał tak otwartą wrogość?! Przecież niemożliwe, by nagle uwierzył w ideały zrównania klas. Może i się przyjaźniliśmy, ale James chyba nigdy nie zostanie ideowcem. Musiałby zerwać swój bromance z arystokratycznym dupkiem.
Stop, ten arystokratyczny dupek jest bratem twojego chłopaka, Annie. Twój chłopak też jest arystokratycznym dupkiem. To oznacza, że ty też nie jesteś ideo…
Świat powariował.
– Annie i ja musimy porozmawiać – Regał nie dawał się sprowokować. – Prawda, Annie?
Ale ja byłam zbyt zajęta rozważaniem tego, że a. mówiłam sama do siebie b. sama siebie obrażałam c. możliwe, że miałam rację!, by zareagować.
– Widzisz? Annie woli pójść ze mną na boisko – James wykorzystał okazję. – Prawda, Annie?
Nie, niemożliwym było, bym miała rację. Ja byłam ideowcem. Walczyłam o lepszą przyszłość dla pokoleń, które nadejdą. Walczyłabym też o prawa wielorybów, ale na to nie starczało mi czasu.
– Zapewniam cię, że… – Regał zaczął.
– O nie, to ja zapewniam cię, że… – James też zaczął.
A potem wykrzyknęli jednocześnie:
– Annie!
Spojrzałam na nich bezradnie, jakbym liczyła, że nagle coś – obojętne co – sprawi, że nie będę musiała rozmawiać z żadnym z nich. Bo o ile jeszcze rano nie miałam pojęcia, co mogę zrobić, żeby ożywić swoje mocno nadwątlone życie towarzyskie, o tyle teraz naprawdę chciałam obrócić się na pięcie i uciec do biblioteki. Albo poszperać w czterdziestu dwóch tomach dzieł zebranych Lenina, żeby się upewnić, że tak, cały czas jestem wierna ideologii i tych kilku arystokratów w moim otoczeniu nie ma na mnie złego wpływu.
Tymczasem jeden ze wspomnianych arystokratów wpatrywał się we mnie okropnie intensywnie. James zresztą też, choć podejrzewałam, że z innych powodów. Ostatecznie Regał pewnie chciał ze mną zerwać (zerwać!), a James… cóż, James go po prostu nie lubił. Dlatego właśnie warczeli na siebie, a teraz wpatrywali się we mnie, jakbym miała zmienić tę idiotyczną sytuację. Ja! Przecież ja nie miałam z tym nic wspólnego, ja tu tylko byłam, to oni zaczęli…
– Ja… – zaczęłam, ale nie wiedziałam, jak to zdanie dokończyć. Fakt, wolałabym iść z Jamesem na boisko, ale faktem też było, że musiałam porozmawiać z Regałem. Przez chwilę żałowałam, że nie znam żadnego użytecznego zaklęcia, które pozwoliłoby mi się rozdwoić. Potem jednak uznałam, że takie zaklęcie miałoby więcej złych stron niż dobrych i nie powinnam nawet o tym myśleć.
A potem znów spojrzałam na nich dość bezradnie. Nie przypominałam sobie, kiedy ostatni raz sprawiałam wrażenie tak bezradnej – ja, samodzielna, wyemancypowana kobieta walcząca o prawa innych! Prawdę mówiąc, teraz sama nie obraziłabym się, gdyby ktoś powalczył o moje prawa. Tak dla odmiany.
– Ty? – spytali. Znów obaj.
Zdecydowanie mi to nie pomagało. Wzięłam głęboki oddech i postanowiłam, że czas zacząć się zachowywać jak dorosła.
– W porządku. Reg, porozmawiamy. James, przyjdę do was później. I pamiętaj, nadal was obserwuję!
Och, jasne, obserwuję, pomyślałam. Jakoś nie byłam przekonana, czy po rozmowie z Regałem będę miała ochotę iść gdziekolwiek, ale jeśli nie miałam racji i chciał porozmawiać na przykład o kolorze swojej szaty wyjściowej… W porządku, na pewno nie o tym chciał rozmawiać. Po prostu czułam się lepiej, kiedy zadeklarowałam, że jakieś „później” będzie istniało. W końcu to nie tak, że rozpadnę się na kawałki i już nigdy nigdzie nie pójdę, prawda? Tak się działo tylko z bohaterkami głupich romansów.
Nie byłam bohaterką romansu. A przynajmniej – nie byłam bohaterką głupiego romansu! Mogłabym się zgodzić jedynie na udział w czymś, co było potencjalnym laureatem nagrody Nobla. Chociaż Regał, jako rasowy czystokrwist, nie mógł wiedzieć, co to Nobel.
– Dobra – odpowiedział, wciąż nie spuszczając z tonu. To wcale nie brzmiało jak: Dobra. Raczej jak: Jeszcze się policzymy, Black. – Ciebie też obserwuję! – Niespodziewanie rzucił do Regała.
Ten jedynie wzruszył ramionami i nie odezwał się tak długo, aż James nie odszedł.
W zasadzie – nawet wtedy się nie odezwał.
Zaproponowałam, żebyśmy się przeszli, bo zaczęłam trochę marznąć – częściowo z powodu lutowego wiatru, częściowo mroziła mnie sama myśl o rozmowie, która nas czekała. Jasne, jeszcze mogłam uciec, ale co by mi to dało? Wiedziałam, byłam pewna, że wszystko, ale to wszystko było nie tak. I to bardzo nie tak – do tego stopnia, że nie wiedziałam nawet, od czego mogłabym zacząć listę „Co jest nie tak w życiu Annie?”. Faktem jest jednak, że taka lista najwyraźniej musiała istnieć, bo wszyscy po kolei dopisywali własne pomysły.
Ale on odmówił. Powiedział, że nie ma czasu na bzdury. Tak, na bzdury. Właśnie tak określił moją propozycję spaceru.
A zaraz potem złamał mi serce, pytając beznamiętnie:
– Czy to prawda?
Mogłam powiedzieć „tak”. Mogłam też powiedzieć „nie” i udawać, że nie mam bladego pojęcia, o co mu chodzi. Mogłam się na niego rzucić w akcie desperacji i pocałować go w nadziei, że zapomni, co chciał powiedzieć (Skończ z tymi książkami, Annie, upomniałam się w duchu). Mogłam też zacząć mówić o pogodzie. Albo uciec. Właściwie to jego pytanie dawało mi tak szerokie spektrum możliwości, że aż nie wiedziałam, co wybrać.
– Co masz na myśli? – zapytałam, starając się powstrzymać chęć splecenia własnych dłoni i wykręcania sobie palców w oczekiwaniu na odpowiedź.
Uspokój się, powtarzałam sobie, nie dzieje się nic, czego byś nie przewidziała. Tyle, że niespecjalnie mnie to pocieszało.
– Dobrze wiesz, co mam na myśli! – krzyknął.
Chciałam zaprzeczyć, naprawdę chciałam, ale to pewnie doprowadziłoby do dalszych kłótni i krzyków. Pół Hogwartu by się dowiedziało i znów krążyłyby o nas plotki… Nie żebym się spodziewała, że teraz nie będą krążyć, ale nie chciałam dolewać oliwy do ognia. Utkwiłam wzrok gdzieś między jego prawym łokciem a zaspą śniegu kawałek dalej.
– No i? – zapytałam. Było to coś najbardziej zbliżonego do potwierdzenia, co mogłam z siebie wydusić.
– Jak mogłaś mi nie powiedzieć?!
Miałam ochotę prychnąć. Że niby miałam mu się spowiadać z całej swojej metryki urodzenia? Nie zapytał! Miał pełne prawo, przecież bym nie kłamała! Nawet teraz przyznaję się otwarcie… czy coś w tym rodzaju.
– Myślałam, że liczy się to, kim jestem, a nie kim są moi rodzice – powiedziałam cicho. Od razu wiedziałam, że nie było to najmądrzejsze posunięcie. Gdybym tego nie powiedziała, może nie sprowokowałabym go do powiedzenia czegoś, co na pewno obniży moją samoocenę.
– Ale to ty, a nie twoi rodzice, jesteś… – nie dokończył.
Poczułam, że mój żołądek wykonuje jednego fikołka za drugim. Zagryzłam wargi, żeby powstrzymać falę płaczu. Albo mdłości, nie byłam pewna. Owszem, domyślałam się, że odpowiedź zaboli, ale miałam nadzieję, że…
– I to naprawdę sprawia, że jestem inną osobą niż ta, z którą się widywałeś do tej pory? – zapytałam.
W myślach powtarzałam sobie nową mantrę: „nie będziesz płakać, nie będziesz płakać, nie…”. Powinnam chyba dodać „publicznie”, bo czułam, że jeśli ta rozmowa dalej będzie się toczyć w tym duchu, to bez łez się nie obędzie.
– Czy sprawia?! Annie, naprawdę nie wiem, jak… Jak mogłaś mi nie powiedzieć! Ukrywać to przede mną! Najpierw wstydzisz się tego na tyle, by nic mi nie powiedzieć, a potem masz pretensje, że dla mnie to cokolwiek zmienia?
Zatkało mnie. Naprawdę, naprawdę, naprawdę. I to nie tak, jak można się zapchać nadmierną ilością chleba, który wystarczy przeżuć i połknąć. Nie, teraz trafiłam na coś, czego przeżuć się nie dało.
– W-wstydzę? Ja?! – krzyknęłam. – Nie mam pojęcia, skąd przyszedł co do głowy ten pomysł! O niczym ci nie mówiłam, bo uznałam, że gdyby to było dla ciebie ważne, to sam byś zapytał. Uznałam też, że ważniejsze jest to, kim jestem i co sobą reprezentuję, a nie to… co mam w żyłach. Naprawdę, ja…
Urwałam, żeby zapobiec katastrofie, jaka niewątpliwie by się wydarzyła, gdybym kontynuowała. Rozpłakałabym się jak nic – albo i gorzej, mogłabym się do niego przytulić. Taka zaawansowana forma masochizmu, szukanie pomocy u kogoś, kto chwilę wcześniej wbił mi nóż w serce.
– Jesteś szlamą.
Poprawka: wbił nóż w serce, wyjął, wbił jeszcze raz i przekręcił ostrze.
Pokiwałam głową, niepewna, czy potrafiłabym coś powiedzieć i nie rozpłakać się przy tym. Chciałam zapytać go, czy naprawdę to takie ważne, czy nie możemy udawać, że… Nie, udawanie oznaczałoby, że się czegoś wstydzę, a ja się nie wstydziłam, ja tylko… Nie byłam pewna. Niczego.
– Myślę, że… Że to na tyle – powiedział po chwili i zniknął.
A więc znikanie wychodziło mu równie dobrze, co pojawianie się.

30. O plotkach, kłamstwach i innych nieprzyjemnościach

Nie spodziewałam się, że ktoś zainteresuje się moją wizytą w skrzydle szpitalnym – ba, wątpiłam, czy ktokolwiek ją zauważy, skoro następnego dnia przed śniadaniem już z niego wyszłam – ale się myliłam. Nie, nie czekały na mnie girlandy kwiatów, nikt nie rzucił mi się na szyję i szlochając nie wyznał, że strasznie się martwił. Nie dostałam też czekolady ani ciasteczek, które zapewniłyby mi optymalny poziom cukru we krwi (to ważne po traumie!) i pokazały, jak ważna dla kogoś jestem. Nie, nic z tych rzeczy. Ale to nie znaczy, że nikt nie zapytał mnie o to, jak się czuję.
– Jak się czujesz? – spytał Reg, co było dość naturalne, skoro miał się za mojego chłopaka.
– O mamo kochana, nic ci się wczoraj nie stało, Annie, tak strasznie się martwiłam! Syriuszek wszystko mi powiedział! Jak się czujesz?! – spytała Brenda, co było dość naturalne, w końcu uważała, że się przyjaźnimy.
– Słyszałam, że byłaś w skrzydle. Jak się czujesz? – spytała Chevonne, co było dość naturalne, bo przecież się pogodziłyśmy.
– Już z tobą lepiej? Jak się czujesz? – spytał Rogaty, popierany przez Remusa, co było dość naturalne, jako że sam mnie tam zaniósł.
– Słoneczko, jak się czujesz? Słyszałem, że Jeff zwalił cię z nóg – nie spytał Syriusz, co było zupełnie nienaturalne, bo przecież kochał mi dokuczać.
Tak więc kolejno zapewniałam, że nic mi nie jest, że to tylko osłabienie i już wszystko jest w jak najlepszym porządku. Wszyscy oczywiście wydawali się uspokojeni moimi słowami i zwykle się uśmiechali (Rogaty i Remus), przytulali mnie (Chevonne), cmokali w czoło (Regał) albo jak najszybciej się oddalali, żeby opowiedzieć o tym komuś innemu – i to zanim zdążyłam poruszyć delikatną kwestię przerwanej rozmowy (Brenda). Reakcje te przyjmowałam ze spokojem (no, może poza tą Brendową), jednocześnie zastanawiając się, dlaczego Syriusz nie odezwał się do mnie ani słowem. Widziałam, że chce coś powiedzieć i za każdym razem – co było do niego zupełnie niepodobne! – tłamsi w sobie tę ochotę. W każdym razie nie było mowy, żebym to ja pierwsza zaczęła rozmowę, zwłaszcza że ostatnio nie rozmawialiśmy ze sobą za wiele, a uprzejme i cywilizowane rozmowy, jakie przeprowadziliśmy, można było zliczyć na palcach jednej ręki.
Zresztą, nawet się już nie kłóciliśmy. Nic. Tak, jakbym dla Syriusza zupełnie nie istniała. Wiem, że wcześniej marzyłam o tym, by doprowadzić do sytuacji, w której ten pacan zniknie z mojego życia – ale gdy to uczynił, zrobiło się jakoś tak… pusto.
Nie zrozumcie mnie źle – nie brakowało mi tego wzajemnego machania sobie przed nosem różdżkami czy kłótni ideologicznych. Wcale nie tęskniłam za złośliwymi komentarzami wygłaszanymi pod moim adresem czy za przeszkadzaniem mi w czasie zajęć. Ani trochę nie żałowałam, że…
W porządku. Trochę za tym wszystkim tęskniłam – w jakiś dziwny, pokrętny sposób do tego przywykłam i miałam wrażenie, że teraz, kiedy tego nie ma, w Hogwarcie zabrakło czegoś ważnego. Nie oznaczało to, rzecz jasna, że pójdę do Syriusza i mu to powiem. Ba, nie oznaczało to nawet, że sama za pięć minut będę skłonna się do tych przemyśleć przyznać.
Ale czy on za mną tęsknił? Wątpiłam. Brenda go pochłaniała. Do tej pory uważałam, że Black nie jest zdolny zaangażować się emocjonalnie w jakikolwiek związek, ale ten był dla niego najwidoczniej ważny. Niby dlaczego ciągle do niej wracał? Który to już raz próbowali?
I, co ważniejsze, po co próbowali? Przecież skoro raz zerwali, to musieli mieć jakiś powód, po co drugi raz wchodzili do tej samej rzeki?
Do tego – co już najważniejsze – dlaczego mnie to w ogóle obchodziło? Przecież żadne z nich nie było mi potrzebne do szczęścia, ani trochę. Prawdę mówiąc samo patrzenie na nich sprawiało, że się denerwowałam, niby dlaczego w ogóle miałabym zaprzątać sobie nimi myśli, kiedy tyle innych, ważniejszych spraw działo się wokół mnie?
Jak na przykład sprawa plotki, którą Brenda rozpoczęła. Plotki na temat mnie i Regała. Plotki, która głosiła, że my…
Tak, dokładnie, że my… Czyli że ja i że Regał, w sensie my razem… Że my sypiamy. Nie tak w ogóle, to by nie było nic odkrywczego, ale Brenda uznała, że my sypiamy… ze sobą.
Ilekroć pomyślałam o tej plotce, robiłam się całkiem czerwona – i nie byłam pewna, czy ze złości, czy też ze wstydu. Oczywiście wszystko to było od początku do końca wyssane z palca, ale kiedy patrzyłam na Regała i wybiegałam myślami w przyszłość (co nie zdarzało się często, wolałam twardo stąpać po ziemi), to jakoś nie wykluczałam takiej możliwości. Ale żeby TERAZ? I tuta, w Hogwarcie?! Przecież to nie miało ani trochę sensu i każdy logicznie myślący człowiek powinien o tym wiedzieć.
Problem w tym, że Brenda uważnie dobierała swoich rozmówców, ograniczając liczbę logicznie myślących do absolutnego minimum. W ten właśnie sposób znaczna część Hogwartu już o tym słyszała.
Czy nikt z nich nie pomyślał o tym, ze Regał ma TRZYNAŚCIE lat?
To by było niemoralne! I niezgodne z prawem! Merlinie, to by było nieodpowiedzialne i całkowicie, całkowicie nie na miejscu!
Dlatego postanowiłam to przeczekać. I za żadne skarby tego świata nie dyskutować o tym z Regałem.
Prawdę mówią liczyłam na to, że się nie dowie – ostatecznie był Ślizgonem, który zadawał się z innymi mrocznymi Ślizgonami. Takimi, którzy całym swoim jestestwem demonstrowali, że nie obchodzi ich, co inni myślą i mówią, nie obchodzą ich żadne plotki czy nowinki towarzyskie, bo są ponad to wszystko. Niby z jakiej racji mieliby się nagle dowiedzieć o czymś, o czym mówi większość Hogwartu?
Żadnym pieprzonym cudem!
Zdenerwowany (a to rzadki widok!) Regał zaczepił mnie na korytarzu i zapytał, czy słyszałam. Od razu domyśliłam się, że nie ma na myśli najnowszej piosenki mojego ulubionego zespołu, więc tylko kiwnęłam głową.
– Ale to tylko głupie plotki – stwierdziłam po chwili ciszy. – No wiesz, pogadają i przestaną. Nikt w nie przecież nie wierzy.
Oczywiście skłamałam. Jakby na potwierdzenie tego faktu akurat minęły nas dwie Puchonki, które najpierw uważnie nam się przyjrzały, a potem zaczęły gorączkowo między sobą szeptać. Nie miałam wątpliwości, że to właśnie my byliśmy tematem tej rozmowy. W porządku, czyli ktoś wierzył. Może były w mniejszości?
– Jasne – odpowiedział i stropił się jeszcze bardziej.
Wyglądał tak… inaczej niż zwykle, że przez chwilę miałam ochotę go przytulić. I pewnie bym to zrobiła, gdyby nie świadomość, że ktoś mógłby to zobaczyć i zaraz dorobić odpowiednią historię. Nie minęłoby parę godzin, a już pół zamku mówiłoby, że na korytarzu odbywały się dzikie orgie. O nie, wolałam nie ryzykować.
– Okay, może one wierzą – powiedziałam, bo nic lepszego nie przyszło mi do głowy. – Ale przecież każdy rozsądny człowiek… no wiesz, nie uwierzy.
To chyba uraziło jego męską dumę, bo mruknął kolejne „jasne” i poszedł, nie wyjaśniając, dlaczego nagle postanowił zostawić mnie samą na środku korytarza.
Nie byłam pewna, dlaczego właściwie tak zareagował. Przecież nie powiedziałam nic… nieodpowiedniego, prawda? Stwierdziłam fakt. Na litość Merlina, byliśmy uczniami. Zwykle uczniowie myślą o nauce, a nie o… innych rzeczach. Chyba że… Nie, niemożliwe. Po prostu pewnie znów musiał omówić jakieś niezwykle ważne sprawy z Bartym czy innym Ślizgonem.
Zresztą ja też miałam coś do zrobienia. Musiałam ZAMORDOWAĆ Brendę.
Znalazłam ją w Wielkiej Sali. Rozmawiała akurat z jakąś młodszą od nas Gryfonką, która wpatrywała się w nią z wypiekami na twarzy. Coś mi mówiło, że mogłam z łatwością odgadnąć, jakimi nowinami Brenda tak ją zainteresowała.
W każdym razie, nie zwracając uwagi na taką publiczność, podeszłam do naczelnej plotkary Hogwartu i stwierdziłam sucho, że musimy porozmawiać. Miałam nadzieję, że logicznymi i rzeczowymi argumentami przekonam ją, żeby odkręciła całą tę sytuację. A potem rzucę na nią jakąś paskudną klątwę. Albo ze dwie.
– Oj, Annie, ale ja jestem umówiona z Syriuszkiem i… – zaczęła swoim niewinnym głosikiem.
– I najwyraźniej spóźnisz się na to spotkanie, bo teraz rozmawiasz ze mną – syknęłam. Nie miałam najmniejszego zamiaru pozwolić jej gdziekolwiek odejść, nawet jeśli będzie to wymagało przywiązania jej do stołu.
– Czemu jesteś taka niemiła, Annie? – spytała.
Chciałam warknąć „a jak myślisz?”, ale uznałam, że lepiej nie narażać wrażliwej psychiki Brendy na taki wysiłek, jaki wiązałby się z myśleniem. Zamiast tego spróbowałam się uśmiechnąć.
– Ja? Niemiła? Wydaje ci się. – Może byłoby to przekonujące, gdybym nie powiedziała tego głosem świadczącym o tym, że z przyjemnością ukręciłabym jej głowę. Albo przynajmniej bym spróbowała.
Tyle, że Brenda, jak to Brenda, nie łapała ironii.
– Może… – powiedziała.
Potarłam lewą skroń, jakby miało to w cudowny sposób sprawić, że będę mogła się z nią dogadać. Nic z tego.
– Okay, nieważne – westchnęłam. Nadal byłam wściekła, ale nie było sensu rzucać się na nią, póki nie wie, o co jestem wściekła. – Możesz mi wyjaśnić czemu, do jasnej cholery, rozpuszczasz tak idiotyczne plotki na mój temat?
I, o dziwo, powiedziałam to dość spokojnie. Nie wycelowałam też w nią różdżką ani w żaden sposób nie naruszyłam jej przestrzeni osobistej. To niewątpliwie był sukces.
– Ja?
Miałam ochotę ukręcić jej słodką główkę za te sarnie oczka!
– Tak, ty – odpowiedziałam, nadal zachowując absolutny spokój. Spróbowałam się nawet uśmiechnąć, ale miałam wrażenie, że twarz mi zaraz popęka. – Dokładnie tak. Więc?
– Nikomu o niczym nie powiedziałam!
– Bre, plotki nie rodzą się same, a w tym zamku praktycznie wszystkie z nich mają tę samą matką – warknęłam. – Oczywiście, że ty to wymyśliłaś i nawet nie próbuj się wykręcać.
Odruchowo zacisnęłam dłoń na ukrytej w szacie różdżce. Naprawdę nie chciałam atakować jej w Wielkiej Sali, ale…
Ale jeśli zacznie mi tu płakać, na pewno to uczynię!
– Niepraaaawda!
– Niby dlaczego miałabym ci uwierzyć? – zapytałam, po czym zerknęłam na młodszą Gryfonkę, która wpatrywała się w nas z zainteresowaniem. No tak, byłyśmy teatrzykiem. Świetnie. – Spadaj stąd – warknęłam do niej.
Merlinie, naprawdę powinnam pamiętać o swoich manierach. Mogłam dodać „proszę”.
Dziewczyna przestraszyła się i uciekła. Zostałyśmy same, jeśli nie liczyć tłumów spożywających właśnie śniadanie.
– Bo to nie byłam ja! Naprawdę! – krzyczała.
– Bre, litości, nie jestem idiotką, oczywiście, że to ty, więc przestań kłamać.
I nie, nie krzyczałam. Co było o tyle dziwne, że zwykle tak reagowałam na cudzy krzyk. Nie, starałam się zachować spokój – wydawało mi się, że tak łatwiej będzie coś z niej wyciągnąć. Nie żebym liczyła na jakieś oszałamiająco kwieciste przyznanie się do winy.
Nie liczyłam też na łzy.
Nie byłam pewna, na co liczyłam – głównie na to, że skoro to przez nią wszyscy patrzyli na mnie i na Regała, jakby nagle nam wyrosły na środku czoła rogi albo czułki, to będzie w stanie też sprawić, że wszystko wróci do poprzedniego stanu rzeczy. Nieważne jak.
Ale to był dopiero początek moich kłopotów. Ich kulminacja nadchodziła w towarzystwie dziewczyny, której kazałam spadać.
– Co się dzieje, Bre? – spytał Syriusz, naczelny samiec okolicy.
„Co się dzieje, Bre?”?! Czy on sobie kpił? Pewnie na kilometr było widać, że aż kipiałam ze złości, a on pytał tę idiotkę – to nic, że była jego dziewczyną – co się dzieje? Nie mogłam uwierzyć, że nie słyszał plotek, które sama Bre rozsiewała. Do tego nawet na mnie nie spojrzał. Nawet. Na. Mnie. Nie. Spojrzał. Zlekceważył mnie. Znowu! I, nie wiedzieć czemu, skoro tak dobrze szło mi zachowywanie spokoju, wtedy rozpętało się piekło. Nie wyjęłam co prawda różdżki, ale na chwilę przestałam piorunować wzrokiem Brendę i zwróciłam się do Syriusza:
– A jak ci się wydaje, o czym mogą rozmawiać naczelna plotkara Hogwartu i jej niewinna – podkreślam, niewinna! – ofiara, czyli ja? Wysil choć dwie szare komórki i pomyśl! No tak, mogłeś nie zauważyć, bo pewnie przywykłeś do tego, że wszyscy patrzą na ciebie i szepcą, ale ja zdecydowanie nie przywykłam i mam zamiar coś z tym zrobić! I to absolutnie nie jest twoja sprawa!
– O czym ona mówi? – spytał, tak, Brendy. Ale ta ryczała dalej (dla odmiany – w niego wtulona) i nie była w stanie mu odpowiedzieć.
Ani trochę mnie to nie uspokoiło, wręcz przeciwnie. Teraz cała moja wściekłość została ukierunkowana na Syriusza.
– Ona, która zresztą stoi tuż obok i ma imię, mówi o tym, że Brenda rozpuszcza wstrętne plotki o mnie i o Regulusie! Nie tak dawno temu podkreśliłeś, jak ważna jest dla ciebie miłość braterska – i w tym miejscu wykrzywiłam usta w czymś, co miało być uśmiechem – więc może coś zrobisz!
– Jakie plotki? – zapytał, w końcu na mnie spojrzawszy.
A ja… przecież nie mogłam mu tego powiedzieć, PRAWDA?!
Zacisnęłam usta w cienką linię i spojrzałam na Brendę. Skoro ona to wymyśliła, to teraz powinna mu to powiedzieć! Przecież nikt chyba się nie spodziewał, że sama powtórzę coś tak niedorzecznego! Tyle tylko, że Brenda dalej chlipała i uparcie ignorowała moje spojrzenie. Uznałam, że przedłużająca się cisza nie jest najlepszym wyjściem, zwłaszcza, że moja złość zaczęła mijać.
– Już mówiłam, wstrętne – warknęłam. – Jeśli nie znasz tego słowa, to mogę dodać, że są to kłamstwa i oszczerstwa.
– Proponuję, byś, nie mając dowodów, dała jej spokój i zajęła się czymś pożytecznym – odpowiedział obojętnie i zajął się uspakajaniem Brendy.
Mówiłam coś o mijającej złości? Nic z tych rzeczy, znów się we mnie zagotowało. Starym zwyczajem podeszłam do niego i zaczęłam szturchać palcem wskazującym w tors (co, jak zauważyła jakaś cząstka mojego umysłu, wydawało się strasznie znajome; nie było jednak mowy o tym, żebym przyznała, że za krzyczeniem na niego też tęskniłam).
– Nie mając dowodów?! I dać jej spokój?! Czy ty siebie w ogóle słyszysz?! – krzyknęłam. W porządku, byłam naprawdę, naprawdę zła. I nie miałam zamiaru tego ukrywać. – Do cholery, nie wypowiadaj się na tematy, o których nie masz zielonego pojęcia! W co powinnam wątpić, bo do tej pory KAŻDY w zamku już tę plotkę słyszał! Więc albo świetnie udajesz, albo jesteś jeszcze gorszy, niż myślałam!
Powinnam była jeszcze tupnąć nogą. Taki dramatyzm!
Ale on się nie postarał. Odsunął od siebie mogą rękę i nie odpowiedział. Ba! Nie rzucił mi ani pół groźnego spojrzenia. Syriusz, co się z tobą dzieje? Jak mogłeś ominąć taką okazję do kłótni? JAK?!
– Odpuść sobie – powiedział tylko.
Jak, no jak miałam sobie odpuścić?! Przecież… Merlinie, byłam pewna, że gdyby tylko byłoby to możliwe anatomicznie, to właśnie z uszu poszłaby mi para. Byłam tak wściekła…!
– Nie ma mowy! Chcesz wiedzieć, co twoja ukochana Brenda opowiada, a teraz wstydzi się powtórzyć?! – zapytałam, zanim zdążyłam to przemyśleć. Zły kierunek, zły kierunek, powinnam się zamknąć.
Uwaga, pomogło. Spojrzał na mnie.
– Nie. Chcę, żebyś się łaskawie przymknęła.
I wtedy trafił mnie szlag. Ba, nie taki zwykły – jeśli zwykłe zdenerwowanie można przyrównać do trafienia piorunem, to teraz trafił mnie piorun kulisty. Naprawdę spory. I owszem, wiedziałam, że najrozsądniejszą rzeczą, jaką mogłabym zrobić, byłoby wyjście z Wielkiej Sali i udanie się gdzieś, gdzie mogłabym się uspokoić (zwłaszcza, że zaczął otaczać nas wianuszek gapiów). Do cholery z rozsądkiem!
– Więc się łaskawie nie przymknę! – krzyknęłam, patrząc na niego, żeby mieć pewność, że mnie słucha. Nie żeby sam fakt patrzenia to determinował, ale mój ton głosu na pewno. – Twoja… dziewczyna rozpowiada na prawo i lewo, że twój brat i ja sypiamy ze sobą! Zadowolony? Na litość Merlina, przecież tylko ostatnia idiotka mogłaby coś takiego wymyślić! Ale nie, jasne, powinnam sobie odpuścić! Bo to przecież nic takiego, prawda?!
Tupnęłam nogą, po czym spojrzałam groźnie na tłum. Uczniowie dalej stali, przyglądając nam się uważnie. Część wyraźnie złakniona dalszych informacji, część zawstydzona, część… A zresztą, co mnie to obchodziło. Spojrzałam znów na Syriusza.
– Nie obchodzi mnie to, co wyrabiasz z Regulusem.
Czy ja się przesłyszałam? Wciąż ta obojętność? I te nieporadne próby uspokojenia Brendy? Miałam ochotę wykrzyknąć: kim jesteś i co zrobiłeś z Syriuszem Blackiem, którego znałam?!, ale to byłoby patetyczne. A ja starałam się za wszelką cenę uniknąć patosu.
Tak jak Black unikał mojego spojrzenia. I, najwidoczniej, unikał też innych form kontaktu ze mną. Dlaczego? Na to pytanie nie znałam odpowiedzi.
Zacisnęłam pięści i starałam się opanować ich drżenie – naprawdę, naprawdę miałam ochotę walnąć Syriusza. To nic, że pewnie by mi oddał (w końcu nie mogłam liczyć na to, że się powstrzyma tylko dlatego, że jestem kobietą, prawda?). Nie zrobiłam tego tylko dlatego, że ukazałoby to całą moją desperację, która nie wiadomo skąd się wzięła. Przecież mi nie zależało, prawda? Dlaczego chciałam, żeby zaczął krzyczeć? I dlaczego był tak irytująco spokojny?!
– Świetnie! – krzyknęłam. – Doskonale! Nie zapomnij donieść o tym w liście swojej mamusi!
Twarz Syriusza przybrała kolor dorodnego pomidora. Oho, chyba udało mi się go w końcu zdenerwować.
– Nie wtrącaj się w sprawy mojej rodziny – warknął, rzucając mi wściekłe spojrzenie. Gdyby nie Bre… Oj, gdyby nie Bre, pewnie rzuciłby się na mnie z różdżką. Ale blond balast mu przeszkadzał.
Byłam z siebie dumna – wywołałam w nim reakcję i to silną. Nie wiedziałam, czemu tego potrzebowałam, ale jego wściekłość była dokładnie tym, o co mi chodziło.
– Och, jasne, pół zamku wtrąca się w moje sprawy osobiste i jakoś żyję! Czemu nie opowiesz im wszystkim o sobie? Na pewno byliby zainteresowani! – Wskazałam w tym miejscu na wszystkich gapiów, którzy z uwagą przysłuchiwali się całej tej wymianie zdań.
– Idziemy stąd, Bre – zarządził.
– Cudnie! Zabierz stąd tę cholerną plotkarę! – krzyknęłam, świadoma, że to ostatnie zdania, jakie w tej kłótni wypowiadam, bo Syriusz zaraz odejdzie. I nie będę miała nikogo, na kim mogłabym rozładować swoją złość. Musiałam dorzucić coś, co go zaboli. – Cholerny maminsynek!
W porządku, nie był to szczyt moich możliwości, ale byłam pewna, że to nie przejdzie bez echa. Że jeszcze o tym pomyśli – i będzie wtedy naprawdę wściekły. Przynajmniej miałam taką nadzieję.
Znów na mnie spojrzał, a w jego oczach… w jego oczach nie było już ani złości, ani innych negatywnych uczuć. Patrzył na mnie wzrokiem tak pustym, że aż na moment pożałowałam, że powiedziałam mu coś takiego. Ale szybko przypomniałam sobie, że zasłużył! Zasłużył na każdą obelgę, którą wypowiedziałam pod jego adresem!
– Kazałem ci się przymknąć – powiedział, ale przyszło mu to jakby z trudem.
A potem zabrał Bre i nie widziałam ich przez resztę dnia, mimo że powinniśmy mieć razem lekcje.

26. O tym, jak ciężko jest walczyć o swoje i swoje swoich swojaków

Hogwart po świętach zrobił się strasznie dziwny.
Przytoczę zaledwie kilka elementów poświętowego obrazu Hogwartu. Po pierwsze, absolutnie i nieodwracalnie w oczach opinii publicznej stałam się dziewczyną Regulusa Blacka. Miało to swoje wady i swoje zalety. Zaletą niewątpliwie był sam Regał, który okazał się… nader dojrzały na swój wiek i był idealnym partnerem do odrabiania prac domowych, chodzenia za rączkę i zamykania się w szafie. Wadą była nie tylko prychająca na mój widok Chevonne, ale również stada fanek Regała, a także jego najlepszy przyjaciel, Barty, który uważał najwidoczniej, że psuję ich idealny bromance.
Po drugie, Syriusz zamienił się w jakąś przeklętą kostkę lodu. Nie chodzi bynajmniej o to, że był dla mnie niemiły. On w ogóle dla mnie nie był. Miał mnie absolutnie, niewyobrażalnie gdzieś! Nie reagował na mnie zupełnie! Żadnych kłótni, żadnych namiętnych pocałunków po pijaku – nic, nic, nic, nic.
Po trzecie, w dwa dni po dziwnej rozmowie o wilkołakach, Bre zwierzyła mi się, że znowu jest z Syriuszem i musi przez to przełożyć randkę ze swoim Krukonem przynajmniej o tydzień.
Czy te trzy powody nie wystarczą, by uznać Hogwart za dziwny po świętach?
Oczywiście, wystarczyłyby. Niestety, dochodził do tego jeszcze powód czwarty – w całym zamku ciężko było znaleźć choć jedną osobę, która nie mówiła o balu, nie rysowała na brzegach pergaminów wymarzonych sukienek czy nie planowała zakupów. Bo, jak się okazało, zbliżała się wyprawa do Hogsmeade, w czasie której wszyscy chcieli zaopatrzeć się w rzeczy przydatne przy takich okazjach. I chociaż nie chciałam dołączać do opętanego szaleństwem tłumu, odkryłam, że sama też muszę kupić to i owo. Dlatego właśnie dni mijały szybko, jakby wiedziały, że i tak nie mają nic ciekawego do zaoferowania, bo wszyscy czekają na wytęskniony weekend.
Mój dylemat weekendowy był dylematem na poziomie emocjonalnym Brendy. Bowiem, tak, moi drodzy, Brenda miała dylemat paralelny! Spędzić weekend z Blackiem czy pójść kupić sukienkę? That is a question!
Ostatecznie uznałam – całkiem optymistycznie, ma się rozumieć, że da się to połączyć. Ile mogło trwać kupowanie sukienki? Wiedziałam, czego szukam, więc nie spodziewałam się, że zajmie mi to więcej niż godzinę. No, półtorej, jeśli pójdę jeszcze po jakieś dodatki. Poźniej spokojnie mogę iść z Regałem na herbatę (bo tak, nadal nie udało nam się dotrzeć do tej osławionej różowej herbaciarni).
Ale on kategorycznie oświadczył, że nie będzie ze mną szedł na żadne ubraniowe zakupy. MĘŻCZYZNA!
Wobec tego w sobotę zostałam skazana – tak, skazana! – na towarzystwo innych Gryfonek i całej reszty, wszystkich z tak samo niebezpiecznym błyskiem w oku, gotowych rzucić mi się do gardła, jeśli postanowię kupić sukienkę, która im także wpadła w oko. I do tego nie miałam ze sobą nikogo, kto by mnie obronił, gdyby faktycznie doszło do odzieżowej bójki.
A przynajmniej wydało mi się, że nie mam nikogo.
Kiedy udało mi się zobaczyć naprawdę ładną, czarną sukienkę (normalnie wybrałabym czerwoną, ale obawiałam się, że Regał może nie mieć pasującej szaty wyjściowej) w moim rozmiarze, poczułam, że coś mnie ciągnie za rękaw. A potem poczułam czyjś łokieć w okolicach wątroby, kilka innych łokci, a kiedy otworzyłam oczy, sukienki nie było. Za to kilka dziewczyn kłóciło się o nią jakieś trzy metry dalej.
– W porządku? – zapytał jakiś głos.
Obejrzałam się za siebie i, ku mojemu zdziwieniu, zobaczyłam Chevonne. Więcej – Chevonne, która odzywała się do mnie z własnej, nieprzymuszonej woli. Czy za oknem zaraz przeleci hipogryf?
– Chyba tak – mruknęłam. – Ale nie mogę powiedzieć tego samego o sukience.
– To i tak nie był twój kolor.
– Wiem, ale… – zaczęłam. – Cóż, krój był przyjemny.
Nie miałam zamiaru tłumaczyć jej, czemu mój wybór padł na czerń. Nie po tym, kiedy sama zdecydowała się do mnie odezwać. Lepiej zostać przy neutralnych tematach.
– Tylko krój?
– Cena też nie była zła – dodałam, patrząc kątem oka na dalszy ciąg kłótni. Któraś z dziewczyn próbowała wyciągnąć różdżkę i została wyproszona przez ekspedientkę.
Chevonne westchnęła.
– A nie jest to przypadkiem wina pewnych… konotacji?
Spojrzałam na nią z pewnym zdziwieniem. Naprawdę chciała zepchnąć tę uroczą rozmowę na tory… mniej urocze?
– Nie, zresztą nieważne. I tak muszę się rozejrzeć za inną, ta trafiła w ręce harpii – powiedziałam na tyle głośno, żeby większość klientek usłyszała.
– Pomóc ci?
– Jeśli masz czas…
Prawdę mówiąc, byłam jej niezwykle wdzięczna. Nie znosiłam zakupów w takim pośpiechu (i z takim tłumem patrzącym przez ramię i gotowym rozpocząć kolejną walkę), a towarzystwo z pewnością uczyniłoby je znośniejszymi.
Kiwnęła głową i ruszyła do ataku.
Z podziwem patrzyłam, jak przedziera się przez tłum i włącza do całego tego zamieszania. Miałam wrażenie, że jest w tym coś… nienaturalnego. Taki tłum na małej przestrzeni i w ogóle. Nie żebym miała coś przeciwko tłumom, w końcu moja ideologia lubowała się w tłumach, ale ten konkretny tłum nie był zbyt przyjazny i, gdybym miała wybór, wolałabym się trzymać od niego z daleka. Dlatego ulżyło mi, kiedy zauważyłam, że Chevonne zmierza w moim kierunku.
– Ta? – spytała.
– I co, misja zakończona sukcesem? – zażartowałam.
Wiedziałam, że też powinnam się rzucić w tłum, jeśli chciałam coś upolować, ale…
– Pytam przecież, czy ta.
Dopiero wtedy zwróciłam uwagę na to, że faktycznie trzyma coś w rękach.
I to nie byle co – to była ta sukienka, którą zabrano mi w czasie tego barbarzyńskiego i podstępnego ataku!
– O-o rany, tak! – pisnęłam. Tak, autentycznie pisnęłam. O losie. – Jak ci się to udało?
Naprawdę, w tej chwili byłam gotowa puścić w niepamięć wszystkie niesnaski, jakie miały między nami miejsce i po prostu ją uściskać. Stojący między nami wieszak uniemożliwił to ostatnie.
– Wyobraź sobie, że tu mają takich więcej. Ale nie zdziw się, jeśli nie będziesz jedynym człowiekiem w nią ubranym. Jest dosyć… – przełknęła ślinę. – No, wystarczająco krótka na hogwarckie standardy.
– Więcej?… – Zaniepokoiło mnie to. Trochę. Ociupinkę. Nie żebym miała jakąś specjalną potrzebę wyróżniania się z tłumu tylko po to, żeby zaspokoić własną próżność. – Polecasz zatem coś innego? – zapytałam.
W porządku. Miałam taką potrzebę.
– Nie znam się na wyzywających sukienkach, słońce.
– Wyzywających? – powtórzyłam. – Ale ja nie… Na Merlina, ja chciałam coś eleganckiego, a nie…!
Może i nie mam specjalnie wysublimowanego gustu, ale z pewnością sukienka, którą chciałam kupić, nie była wyzywająca. Ani trochę. Spojrzałam na nią jeszcze raz – sięgająca ciut za kolano ze spódnicą w kształcie litery A, czarna – szczyt niewinności. W porządku, miała dekolt, ale nie przesadnie duży i wcale nie karo, tylko kwadratowy, a w takich dekoltach nie było nic wyzywającego. Podobnie jak w dość szerokich ramiączkach (w końcu wyzywające były cienkie, prawda? Poza tym i tak musiałabym wziąć jakiś szal, żeby nie zmarznąć). No dobrze, może atłasowa kokarda tuż pod biustem mogłaby być uznana… Ale nie, no litości. To był encyklopedyczny okaz niewinnej i eleganckiej sukienki. Nie miałam najmniejszego pojęcia, co Chevonne się w niej nie podobało.
– Elegancka byłaby długa, zakrywająca kostki suknia pod szyję. Nie zapominajmy też o rękawiczkach.
Zastanawiałam się, czy przypadkiem nie kpiła sobie ze mnie, ale wyglądała na… całkiem poważną.
– To Hogwart, Annie. Brytyjczycy. Rojaliści. Tradycjonaliści!
– Ale mamy dwudziesty wiek! – zaoponowałam. – To nie średniowiecze…
Popatrzyłam na nią, jakbym liczyła, że jednak się roześmieje i powie, żebym się nie martwiła i przyszła w czym chcę. Szanse na to były dokładnie takie same, jak na to, że zaraz spadnie meteoryt i spopieli tę sukienkę, którą wybrałam.
– Poza tym wiesz przecież, że kobiety długi czas walczyły o skrócenie sukien – przypomniałam. – Wiesz, prawda? I te wszystkie halki są całkiem zbędne, to marnowanie materiału, z którego można by uszyć ubrania dla biednych.
– Mam ci przypomnieć, że twój ukochany Paryż do dziś nie zniósł ustawy zabraniającej kobietom noszenia spodni? – powiedziała, patrząc na mnie złowrogo.
A mnie zatkało. Nie wiedziałam. Nie… O nie, to niemożliwe. Francuzi nigdy nie zrobiliby czegoś takiego! U nas postęp był najważniejszy! To my pierwsi zrozumieliśmy potrzeby niższych klas, to nasza była Wielka Rewolucja i to my jesteśmy nowoczesnym społeczeństwem!
– No. Więc nie obrażaj mi tu mojej Anglii.
– Nie obrażam, po prostu… Och, to głupie. Przecież mówimy o balu w Hogwarcie, nie wizycie u rodziny królewskiej – powiedziałam. – To niemożliwe, żeby wszyscy się ubierali tak… No wiesz, TAK. Spójrz na te dziewczyny, które się biły o sukienki takie jak moja.
Sama na nie spojrzałam. W porządku, nie wyglądały na osoby świadome, czym jest etykieta, ale i tak – skoro aż tyle z nich nie widziało nic nieodpowiedniego w tego typu ubraniu, to czemu ja miałabym?… Chociaż, z drugiej strony, one nie szły na bal z arystokratami. A jeśli szły, to ci arystokraci pewnie wiedzieli, że nie powinni się spodziewać po nich niczego specjalnego. Mój arystokrata natomiast mógł być pewien, że dołożę wszelkich starań, żeby wyglądać dobrze. Dla siebie, nie dla niego. Ale i tak!
– One nie idą tam z młodym Blackiem.
Nie znosiłam, kiedy ktoś to robił. Zupełnie, jakby czytała mi w myślach!
– Co za różnica? Idą z kimś innym.
Wzruszyłam ramionami, jakbym wcale, ale to wcale nie myślała przed chwilą o tym samym.
– Nie, żeby młody Black pochodził z najstarszego i najbardziej zatwardziałego w starych przekonaniach rodu w Wielkiej Brytanii – powiedziała. – Ale w końcu musi mieć świadomość, że idzie tam… jak siebie określasz? Socjalistka? Czy brutalniej?
Spojrzałam na nią ponuro. Nie podobało mi się, że w jej słowach czaiło się jakieś potępienie… A może tylko je sobie wyobraziłam?
– Reg wie o moich przekonaniach i nie uważa, że przyniosę mu wstyd – odpowiedziałam.
A nawet jeśli tak uważał, to odwalał kawał dobrej roboty, udając, że wcale tak nie jest. W każdym razie wierzyłam, że tak nie uważa.
– Więc albo średniowiecze, albo naprawdę musisz iść na całość, Annie!
Nadal nie podobał mi się pomysł ze średniowieczem, więc zapytałam, co rozumie przez „iść na całość”. Nie podobało mi się brzmienie tego wyrażenia i mogłam się założyć, że jego wyjaśnienie spodoba mi się jeszcze mniej, ale na samą myśl o sukniach rodem ze średniowiecza przechodził mnie zimny dreszcz.
Zamiast mi odpowiedzieć, uśmiechnęła się w taki sposób, że zrozumiałam – nie wyjdę z tego cało.

***

Regał nie pytał, co kupiłam – wydawało się, że wierzył, że cokolwiek to jest, będę wyglądać w tym dobrze – więc sama nie nalegałam, żeby mu opisać sukienkę, którą wybrała dla mnie Chevonne. Wydawało mi się, że lepiej zostawić ten temat w spokoju, w końcu i tak się dowie. Za to przypomniałam sobie dziwną rozmowę z Syriuszem, tę na temat wilkołaków, i postanowiłam sprawdzić, czy Regał też dziwnie zareaguje na to słowo.
– Wilkołak? – spytał z uśmiechem. – Dlaczego chcesz rozmawiać ze mną o wilkołakach?
Wiedziałam, że nie mogłam liczyć na prostą odpowiedź „Och, jasne, moja kuzynka jest wilkołakiem, ale nie chcę o tym mówić” albo „Nie, nie mam żadnego wilkołaka w rodzinie, chociaż wspominam o tym ot tak, bo nie pytałaś przecież o nic tak prywatnego”.
– No wiesz, praca z obrony. Myślałam, że może wiesz o nich coś ciekawego… – wyjaśniłam.
Nie było to tak dalekie od prawdy. Faktycznie kazano nam napisać takie wypracowanie, ale już dawno je skończyłam. O czym, mam nadzieję, Regał nie wiedział.
– Nie. Nigdy nie spotkałem wilkołaka.
Powiedział to z taką szczerością w głosie, że aż nie mogłam mu nie uwierzyć. Nie wyglądało na to, by coś przede mną ukrywał. Przyjął to jako zupełnie normalne pytanie.
– Przykro mi…? – dodał po chwili i, tak, dokładnie, roześmiał się.
Też się roześmiałam, chociaż w całej sprawie nie było nic śmiesznego. Syriusz wiedział coś o jakimś wilkołaku, a jego brat najwyraźniej nie. Albo to była jakaś tajemnica rodowa, którą ukrywano przed Regałem (ale teorię tę odrzuciłam, gdy tylko pojawiła się w moim umyśle), albo to był wilkołak, którego Regał nie znał. A jeśli tak – będę musiała jeszcze parę rzeczy przemyśleć.
– Mi też – odpowiedziałam, nadal się śmiejąc. – To by dopiero było źródło wiedzy.
– Myślę, że nawet gdybym jakiegoś spotkał, miałabyś problem z wyciągnięciem od niego jakichkolwiek informacji.
– Tylko gdyby to była pełnia – stwierdziłam. – Wiesz, w inne dni mogą być całkiem miłymi i szanowanymi obywatelami, świetnymi kumplami i w ogóle.
W końcu nie mogłam pozwolić, żeby miał złe zdanie o dość-niewinnych istotach, których nawet nigdy nie spotkał, prawda?
– I nie zagryzłby mnie dla swojej futrzastej satysfakcji?
– Jasne, że nie, gdybyś go nie zdenerwował – zaśmiałam się.
Wyobraziłam sobie Regała informującego przypadkowo spotkanego wilkołaka, że nie może go zjeść, bo pochodzi ze starego i szanowanego rodu. Nie wiem, czy tak by się zachował – pewnie nie – ale sama ta myśl wydała mi się arcykomiczna.
– Nie mam w zwyczaju denerwowania jakichkolwiek istot – oświadczył uroczyście, ale chyba nawet sam w to nie wierzył.
Zaczęłam się otwarcie śmiać, profilaktycznie trzymając się za przeponę.
– Och, oczywiście, jesteś całkiem niewinny i uroczy dla każdego napotkanego stworzenia – dodałam.
– Więc może lepiej pójdę teraz do lasu, złapać jakiegoś wilkołaka, co?
– Lepiej nie, a nuż trafisz na jakiegoś, który gustuje w uroczych hogwartczykach i lubi pożerać ich na kolację?
Kiedy tylko wypowiedziałam te słowa, przestałam się śmiać. Zdałam sobie sprawę, że gdyby faktycznie tak się stało, gdyby Regał spotkał wilkołaka… Po kręgosłupie przebiegł mi zimny dreszcz. Wolałam sobie tego nie wyobrażać.
Ale Regał najwyraźniej nie zauważył tego, że trochę się przestraszyłam. Jak najbezczelniej w świecie przysunął do mnie swoje krzesło i spytał konspiracyjnie:
– Uroczych?
Spojrzałam na niego i znów się uśmiechnęłam. Przecież był arystokratą. Melinie, przecież nie poszedłby sam polować na wilkołaki – wysłałby kogoś innego. I o ile ta myśl mnie wręcz mierziła (bo zapewne tym kimś byłby wierny skrzat albo służący innego rodzaju), o tyle nie mogłam się nie cieszyć, że byłby bezpieczny. Nawet gdyby miał tak idiotyczny pomysł. A, sądząc po wyrazie jego twarzy, nie miał.
– Uroczych – potwierdziłam wesoło. – Ale gdyby długo żadnego nie spotkał, mógłby zjeść i ciebie.
Regał przez chwilę prezentował mi minę bardzo, bardzo obrażonego chłopczyka. Był całkiem niezły w takich minach. To chyba przez to, że miał trzynaście lat. Albo przez to, że całe życie był rozpieszczany i nauczył się tej subtelnej sztuki manipulacji.
Ale potem przysunął się jeszcze bliżej, zapewne w celu pocałowania mnie.
Co mu się nie udało. Bo kiedy tylko znalazł się w odległości przekraczającej brytyjskie normy przyzwoitości (czyli jakiegoś pół metra ode mnie) rozległo się warknięcie:
– Jesteście w bibliotece, tu się uczy! – którego autorką niewątpliwie była pani bibliotekarka.
Nerwowo się odsunęłam – jakoś nigdy nie byłam wielką zwolenniczką publicznego okazywania sobie uczuć. Zwłaszcza, kiedy „publicznością” była stara panna (oczywiście była to informacja niepotwierdzona, ale wystarczyło na nią spojrzeć), patrząca z irytacją i w każdej chwili mogąca dać nam szlaban.
– Przepraszamy – mruknęłam.
A Regał przywrócił krzesłu jego poprzednią pozycję.

24. O tym, jak sprawy przybierają zupełnie niespodziewany obrót

– To napastowanie – mruknęłam gdzieś w okolicy jego ucha.
Dziękowałam wszystkim siłom wyższym, że nie miałam klaustrofobii, bo stanie w niewielkiej szafie z pewnością nie wpłynęłoby na mnie dobrze, gdybym na nią cierpiała. Nadal nie rozumiałam, po co się w niej znaleźliśmy, i ani trochę mi się to nie podobało.
– Milcz przez chwilę – poprosił.
– Ale co… – zaczęłam, po czym uznałam, że mogę poczekać.
Nie żebym nagle zaczęła dostrzegać jakieś pozytywy tego położenia – o nie, nie było żadnych. Po prostu usłyszałam jakieś kroki. Ktoś był w bibliotece i musiał właśnie zbliżać się do naszej szafy. Oczyma wyobraźni już widziałam ten szlaban, te stosy pucharów i medali do wyszorowania, te stracone punkty… Tak, to był dobry powód, żeby milczeć.
Zdecydowanie lepszy niż ręka Regała – zapewne przypadkiem! – zupełnie tam, gdzie nie powinno jej być.
Nie zaprotestowałam – choć powinnam i chciałam! Obiecałam sobie jednak, że jak już stąd wyjdziemy, to usłyszy ode mnie parę dosadnych słów. W porządku, znalazł książkę, która mogła nam się przydać, ale przy tej okazji wpakował nas w niezłe tarapaty.
W szczególności, że coś z biblioteki wcale nie chciało sobie pójść!
Krążyło i krążyło, a ja miałam wrażenie, że zaraz, za chwilę, otworzy drzwi szafy i nas pożre. Co do kosteczki. Albo wlepi taki szlaban, że myśl o pożarciu wyda mi się wręcz ekscytująca.
Mijały sekundy. Minuty. Godziny? W szafie kończyło nam się powietrze. W dodatku było tak koszmarnie… przerażająco… gorąco, że ledwo szło to wytrzymać.
Zresztą – książka! Bagatelka! Regał wpatrywał się we mnie tym swoim kocim wzrokiem tak intensywnie, że byłam gotowa przysiąc, że w przeciągu dwóch minut wywierci we mnie dziurę, spopieli mnie lub roztopi na wosk.
Starałam się to ignorować. Ignorować wszystko i skupić się na jak najcichszym oddychaniu i wsłuchiwaniu w kroki. Które nadal były słyszalne, ale jakby z większej odległości. Miałam nadzieję, że ich właściciel za chwilę wyjdzie z biblioteki, a ja będę mogła urządzić awanturę z powodu bezprawnego przetrzymywania mnie w szafie.
Albo bezprawnego przysuwania się bliżej (zapewne, jak podejrzewałam, pod pretekstem bólu kręgosłupa).
Albo bezprawnego… Chwila, co to było? Miałam szczerą nadzieję, że to Regał uznał, że musi odgarnąć moje włosy na bok (może nie mógł oddychać), bo w innym wypadku znaczyłoby to, że w szafie jest coś jeszcze. Na przykład coś wielkiego, ośmionożnego, jadowitego i lubiącego tkać pajęczyny. Wzdrygnęłam się.
Rzucił mi pytające spojrzenie. A przynajmniej po ciemku spojrzenie, które mi rzucił, wydawało się pytające.
I znów coś poruszyło moimi włosami. Tyle, że tym razem poczułam też ciepłą rękę gdzieś w okolicach szyi. Nie wiedziałam dlaczego, ale to spowodowało, że wykonałam jakąś ekwilibrystyczną sztuczkę i – całkiem zamierzenie – moja twarz wylądowała tuż przy jego twarzy. Na tyle blisko, że byłam w stanie zlokalizować jego usta. Na tyle blisko, że…
Merlinie, czy ja się na niego rzuciłam? Czy ja molestowałam nieletniego w szafie w bibliotece? W środku nocy do tego? I dlaczego ten nieletni nie tylko nie protestował, ale zareagował całkiem entuzjastycznie, wplatając rękę w moje włosy i przyciągając mnie bliżej (czyli w praktyce poruszałam się o góra dwa cale, ale dzięki temu mogłam przemieścić tę głupią książkę gdzieś, gdzie mi nie przeszkadzała). Nagle było mi obojętne, czy ktoś nas tu znajdzie (i wlepi jeszcze większy szlaban) – ważne, że w tej chwili świat ograniczył się do tej szafy i nie miałabym nic przeciwko, gdyby przez jakiś czas tak pozostało.
Powiem wam przynajmniej dlaczego nie protestował – bo ten nieletni był zepsutym dzieckiem arystokracji!
W końcu jednak mój zdrowy rozsądek się włączył i – dość niechętnie – oderwałam się od niego. Teraz była moja kolej na posłanie pytającego spojrzenia. Nie miałam pojęcia, jak na to zareaguje.
Zareagował tak, że z niemałym hukiem wylecieliśmy z tej szafy.
W pierwszej chwili spanikowałam – jakby to twarde lądowanie miało nagle sprawić, że stanie się coś bardzo, bardzo złego. Potem jednak uznałam, że najgorsze, co może nas spotkać, to konfrontacja z tym, kto wcześniej spacerował koło szafy. Gdyby wciąż był w pobliżu, z pewnością by zareagował; co znaczyło, że najwyraźniej nie było go w okolicy, bo biblioteka znów była idealnie cicha i ciemna.
– Może lepiej stąd pójdźmy, co? – zaproponowałam po chwili. – Ktoś mógłby się tu pojawić.
Regał spojrzał na mnie, po czym rozejrzał się wokół i znów utkwił we mnie wzrok.
– Annie… – zaczął, po czym najwyraźniej zmienił zamysł. Zamiast tego, co chciał powiedzieć, mruknął: – Co z książką?
Nadal trzymałam ją w ręku. Właściwie nie zaszkodziłoby sprawdzić, czy zawiera jakieś ważne informacje, ale nie byłam pewna, czy mój mózg jest zainteresowany jakimiś nowymi danymi – wystarczy, że musiałam przemyśleć to, co się przed chwilą stało. Wyciągnęłam książkę w jego kierunku.
– Chcesz ją stąd zabrać? – źle mnie zrozumiał.
– Nie, nie – odpowiedziałam szybko. – Po prostu… nieważne, w końcu może w niej nawet nie być żadnych informacji o Dunstanie.
Ale Regał się uparł i powiedział, że nie wyjdzie stąd dopóki przynajmniej jej nie obejrzę.
– A jak ktoś tu wejdzie? – zapytałam po raz kolejny.
Pamiętałam, żeby używać słowa „wejdzie”, a nie „wróci”. „Wróci” byłoby odwołaniem do tego, co stało się w szafie, a nie byłam pewna, czy chcę o tym rozmawiać – a przynajmniej teraz, w środku nocy w bibliotece.
– Stanę na czatach.
I tyle go widziałam. Tchórz! Zostawił kobietą samą – z różdżką, ale samą! – w środku nocy w tym przerażającym miejscu. Bo co? Bo też nie chciał o tym rozmawiać? Skąd u niego to nagłe poczucie obowiązku i potrzeba chronienia mnie?!
Westchnęłam i, ukrywszy się w kącie, zapaliłam różdżkę, po czym zaczęłam przewracać powoli strony. W końcu znalazłam odpowiedni fragment.
I krzyknęłam.
O rany, o rany. Taki biedny, biedny człowiek! We fragmencie nie napisano wiele – tylko tyle, że Dunstan był potężnym czarodziejem, który chciał wprowadzić znaczące zmiany (głównie społeczne) w świecie czarodziejów, ale nie znalazł poparcia; wręcz przeciwnie, był torturowany i w końcu zginął w strasznych, strasznych warunkach.
To, co tam opisano… Już wiem, czemu autora spalono. Ta książka była przerażająco, obezwładniająco ohydna. Tak ohydna i tak brutalna, że aż trudno było mi powstrzymywać się od łez. Zakatowano człowieka! A to, jak tego dokonano (opis na piętnaście stronic!) było tak nieludzkie, że aż chciało się spalić jego oprawców. Wszystkich. Co do jednego. Bo przecież…
– Annie, czemu płaczesz? – usłyszałam szept Regała, a potem byłam w stanie już tylko z rykiem rzucić mu się na szyję, nie zważając na to, że książka z hukiem upadła na ziemię.
– Musimy mu pomóc – wychlipałam. – Musimy.
W moim umyśle Dunstan był męczennikiem, który zapłacił najwyższą cenę za to, że myślał przyszłościowo. Bo, nie wątpiłam ani przez chwilę, zaproponowane przez niego zmiany niewątpliwie miały poprawić sytuację ubogich i uciskanych. A arystokraci – taki, jak Regał, który właśnie starał się mnie pocieszyć – zabili go!
Zabili go, zabili, zabili!
– Ciii – powiedział (niezwykle elokwentnie), podczas gdy ja płakałam jeszcze bardziej i bardziej. – Pomyślimy o tym jutro.
– Ale… ale… – zaczęłam, po czym zaszlochałam jeszcze głośniej.
Nie mogłam się opanować. Cała ta historia była nieprawdopodobna od samego początku, ale teraz, kiedy dowiedziałam się o wszystkich cierpieniach tego człowieka, stała się nagle rzeczywista i niemal namacalna. Jak mogłabym nie płakać? Tyle przeszedł, a teraz jeszcze medal, w którym został uwięziony, gdzieś zniknął. Nawet po śmierci nie dane mu było zaznać spokoju.
– Ciii – powtórzył.
– Idźmy stąd – mruknęłam, ocierając łzy z oczu. – Idźmy, a jutro coś wymyślimy. Musimy coś wymyślić!
Jak mogłabym sobie spojrzeć w twarz w lustrze, gdybym zostawiła tę sprawę w taki sposób? Będę musiała coś zrobić, nawet jeśli będzie się to wiązało z odzyskaniem medalu od Syriusza.
– Jasne – powiedział.
Ale nie ruszył się nawet o krok. Czyżby było to związane z tym, że… mamo kochana, wisiałam mu na szyi! Chociaż zapłakana, odskoczyłam jak oparzona. I, wiecie co on wtedy zrobił? Przysunął mnie do siebie jeszcze raz.
Byłam na tyle rozbita psychicznie – i przez to, co się stało w szafie, i przez to, co przeczytałam – że potrzebowałam bliskości innego człowieka. Kogoś, kto po prostu będzie obok i nie pozwoli mi się rozpaść na kawałki pod wpływem tego wszystkiego. Nie przeszkadzało mi, że był to nieletni arystokrata. Naprawdę. Cieszyłam się, że tu był i nie protestowałam, kiedy objął mnie ramieniem.
– Odprowadzę cię, co?
Pokiwałam głową, a kiedy zorientowałam się, że z powodu ciemności może tego nie zauważyć, powiedziałam:
– Dzięki.
Regał pocałował mnie w czółko, co tak mnie rozczuliło, ze byłam gotowa rozpłakać się ponownie. Ale byłam dzielna. Naprawdę byłam.
Dlatego rozpłakałam się ponownie dopiero, gdy poszedł odnieść książkę na jej miejsce.

***

Następnego dnia, kiedy już czułam się lepiej, postanowiłam bezzwłocznie (i bez uprzedniej konsultacji z Regałem) przystąpić do ataku. To było oczywiste: żeby cokolwiek zrobić, musiałam odzyskać medal. Dlatego właśnie przyczaiłam się na korytarzu w pobliżu sali mugoloznawstwa i zaszłam Syriuszowi drogę.
– Zabrałeś mienie szkoły – powiedziałam, patrząc na niego surowo. W porządku, nie miałam pewności. I w porządku, sama raptem wczoraj włamałam się do biblioteki, ale to, co on zrobił, było dużo gorsze.
– A ty całowałaś się z nieletnim – odpowiedział, patrząc jeszcze surowiej (w końcu był kawałem surowego, bezdusznego mięcha).
– C-co? – warknęłam.
W pierwszej chwili nie wiedziałam, o czym mówi (nie, nie chodziło o to, że zapomniałam, po prostu było to chyba ostatnie zdanie, jakiego się po nim spodziewałam; mniej bym się zdziwiła, gdyby oświadczył, że ucieka na Haiti). Później jednak zaczęłam się zastanawiać, skąd wie. Powinnam go o to od razu zapytać, ale to byłoby przyznaniem się do winy.
– Wieści szybko się rozchodzą.
– Jakie znowu wieści? – zapytałam poirytowanym tonem.
Zawsze istniała możliwość, że o niczym nie wiedział (bo i skąd miał wiedzieć? Wątpliwym wydawało mi się, żeby Regał mu powiedział), a tylko zgadywał. Albo usłyszał jakieś idiotyczne plotki.
Albo…
Zbladłam. Były tylko dwie możliwości, jedna gorsza od drugiej. Albo zobaczył nas w bibliotece, albo pod portretem. Tak, mógł zobaczyć nas pod portretem, gdy Regał mnie odprowadzał. Musiał pod portretem. Publicznie nie publicznie, nie powinno go wtedy być w bibliotece.
– Nie kryj się, Brenda was widziała.
Cóż, to zdecydowanie wykluczało bibliotekę. Wątpiłam, by Brenda w ogóle wiedziała, gdzie biblioteka się znajduje.
– To nie ma nic wspólnego z faktem, że przywłaszczyłeś sobie coś, co do ciebie nie należy. I jeśli myślisz, że odwrócisz moją uwagę w taki sposób…! – zaczęłam. Po czym zamilkłam i tylko patrzyłam na niego chłodno.
– Reg nadal nie wie, prawda?
– Co zrobiłeś z medalem?
Nie miałam najmniejszego nawet zamiaru rozmawiać z nim o swoim życiu uczuciowym. Albo o czymkolwiek innym. Tylko o medalu. Nie było mowy o tym, żebym dobrowolnie zmieniła temat, o nie.
– Nie wie! – krzyknął.. triumfalnie?!
– O tym, gdzie jest medal? Nie, nie wie. I ja też nie. Dlatego pytam!
Brawo, Annie, pełen profesjonalizm, pogratulowałam sobie w myślach. W porządku, to było dalekie od profesjonalizmu, ale trzymałam się tematu. Dość kurczowo i desperacko.
– I nie zamierzasz mu powiedzieć?
– Zamierzam. Kiedy tylko znajdę medal, na pewno mu o tym powiem.
– Powodzenia.
Odwrócił się na pięcie i ruszył w kierunku drzwi.
– Czekaj! – Ruszyłam za nim. – Co z nim zrobiłeś? To naprawdę ważne.
Ale on szedł dalej. Bezczelny. I co miałam zrobić? No co? Nie mogłam go tak puścić! Przecież… Przecież…
Siłą woli szarpnęłam go za koszulę. Nie chciałam jej zerwać. Chciałam zwrócić na siebie jego uwagę.
Ale trochę się rozerwało.
A Syriusz, gdy się odwrócił, wyglądał na wściekłego.
– P-przepraszam – bąknęłam. – Ale to naprawdę… naprawdę ważne.
Spojrzałam na niego, mając nadzieję, że zrozumie powagę sytuacji. W porządku, może być na mnie wściekły, ale nie może być obojętny na cierpienie innych!
Warknął.
Instynktownie zrobiłam krok w tył. Jeśli myślałam, że wcześniej był w kiepskim nastroju, to teraz było jeszcze gorzej. Dużo gorzej. Przez chwilę poczułam się tak, jak niewątpliwie muszą czuć się zające, kiedy wiedzą, że zaraz do gardła rzuci im się zgraja psów myśliwskich. Tyle, że Syriusz póki co zostawił moje gardło w spokoju. Wybąkałam jeszcze jedne przeprosiny i wbiłam wzrok w podłogę.
Kiedy podniosłam głowę, jego już nie było.

***

Miałam zamiar porozmawiać z Regałem od razu po śniadaniu. Musieliśmy się naradzić, co zrobić z nieszczęsnym medalem, którego nie udało mi się odzyskać. Pospiesznie zjadłam wszystko, co wcześniej nałożyłam na talerz i już-już miałam wstać od stołu, gdy zobaczyłam, że Dumbledore wstał i jednym spojrzeniem uciszył całą Wielką Salę. A potem zrobił coś dziwacznego. Ogłosił, że odbędzie się… bal walentynkowy. Nie podał przyczyn swojej decyzji, ale wyraził nadzieję, że wszyscy uczniowie i nauczyciele się zjawią. Przypomniał też o nadchodzącej wizycie w Hogsmeade. Po czym najzwyczajniej w świecie życzył wszystkim smacznego i usiadł. Jeszcze przez chwilę patrzyłam na niego głupawo i mrugałam, jakbym chciała samą siebie przekonać, że miałam omamy wzrokowo-słuchowe.
– Bal! – Brenda piszczała. Naprawdę piszczała. Jakby to było pożądane wydarzenie!
Zauważyłam, że kilka osób posłało jej rozbawione spojrzenie. Jeśli chodzi o mnie – uznałam, że nawet się tam nie zjawię. Nie miałam sukienki. Ani ochoty. Ani partnera. Nie było sensu, żebym się nastawiała. Poza tym nie lubiłam takich imprez, kolejna okazja dla arystokracji, żeby pokazać, jak bardzo są lepsi od reszty ludzi.
– To świetna okazja, żeby się wreszcie zabawić – Lily podzieliła się ze światem swoim spostrzeżeniem. – I nie, Potter, nie pójdę tam z tobą – dodała, widząc, jak James otwiera usta, by tam ją zaprosić.
– Już widzę tę zabawę – mruknęłam. – Nie wierzę, że to będzie udana impreza.
Nie dodawałam, że nie mam zamiaru się tam zjawić. Wierzyłam, że to się rozumie samo przez się.
– Och, przestań, Annie, przecież wszyscy WIEMY, że mam z kim tam iść – Bredna udawała, że nie chce niczego powiedzieć, ale aż roznosiło ją, by wykrzyczeć na całą szkołę: ANNIE I REGULUS SĄ PARĄ!
Uniosłam brew (słowo daję, to idiotyczny, arystokratyczny nawyk, którym się zaraziłam od któregoś z Blacków).
– Nie mam pojęcia, o czym mówisz. I nie będę brała udziału w niczym, co służy tylko podkreśleniu różnic społecznych między uczniami – stwierdziłam chłodno.
Brenda nie zrozumiała.
Nie żeby mnie to specjalnie zdziwiło – czasem zastanawiałam się, czy naprawdę można być aż tak głupim, ale Brenda za każdym razem udowadniała mi, że owszem, można.
Westchnęłam i wstałam od stołu. Nie mogłam iść do stołu Ślizgonów – nie po tym, co powiedziała. Dlatego też ruszyłam do drzwi i postanowiłam poczekać na Regała w holu.
Szkoda tylko, że tajniki konspiracji były mu obce, bo Regał wyskoczył za mną z Wielkiej Sali jak głupi – przy akompaniamencie śmiechu Barty’ego, warknięć Syriusza i „zaniemówiłam” Bre.
Westchnęłam po raz kolejny, ale uśmiechnęłam się do niego. A co, w końcu się chłopak starał.
– Nie mam tego medalu – powiedziałam od razu. Naprawdę mnie to gryzło i miałam nieodparte wrażenie, że odzyskanie go będzie trudniejsze nawet od samego uwolnienia Dunstana.
– Myślałem, że zaczniemy raczej od: cześć, Reg, stęskniłam się za tobą – powiedział z promiennym (naprawdę promiennym) uśmiechem.
– Cześć, Reg, nie mam tego medalu – powiedziałam. Była to jakaś forma kompromisu między powitaniem (tak, tak, powinnam pamiętać zwłaszcza po… Po prostu powinnam pamiętać) a omawianiem ważnych spraw. I się uśmiechnęłam. Merlinie, chyba za dużo się do niego uśmiechałam. I w ogóle.
I zdecydowanie za dużo się z nim całuję. Jak na fakt, że chłopak ma z jakieś trzynaście lat. No, może czternaście.
– A nie jesteś przypadkiem ciekawa, dlaczego za tobą wybiegłem?
Właściwie to miał rację, byłam. W pierwszej chwili uznałam to za dość oczywiste, ale fakt, powinnam była zapytać. I powinnam zacząć myśleć, bo miałam wrażenie, że im dłużej przebywam w tym zamku, tym rzadziej używam mózgu. Czyżbym była na najlepszej drodze do zostania klonem Brendy?
– Jestem. Więc dlaczego? – zapytałam.
– Nie domyślasz się?
– Dowiedziałeś się czegoś o medalu? – zapytałam z błyskiem w oku.
Tak, przyznaję, większość moich myśli obecnie krążyła wokół niego, ale to było bezpieczniejsze. Gdybym zaczęła myśleć o czymś… kimś innym… Tak, medal był bezpieczniejszy.
– Pudło.
Przełknęłam ślinę. Nie chodziło o medal?… Ale przecież nie mogło też chodzić o Poważną Rozmowę Na Temat Wczorajszej Nocy. Więc co?
– Czegoś więcej o życiu Dunstana? – zaryzykowałam, podejrzewając, że to równie niecelny strzał.
Zaprzeczył ruchem głowy.
Zrobiłam głębszy wdech. W porządku, któreś z nas musiało to powiedzieć, jeśli nie chcieliśmy stać tam do śmierci. I w porządku, możecie uznać, że jestem próżna, skoro tak szybko przyszło mi do głowy coś takiego. Ale patrzył w taki sposób, że…!
– Chodzi o ten bal? – zaczęłam. Zawsze mogłam się jeszcze wycofać. Powiedzieć, że myślałam, że bal jest świetną przykrywką, żeby zająć się medalem. Powiedzieć cokolwiek, gdyby się okazało, że jednak źle zgadłam.
– Mhm.
Czy on sobie żartuje? Mam się na niego sama zaprosić?
To znaczy nie żebym chciała tam iść!
A przynajmniej nie za bardzo.
– Więc… co z nim? – zapytałam niewinnym tonem.
– Zastanawiałem się, czy nie chciałabyś ze mną na niego pójść, Annie.
Wiedziałam! Wiedziałam, wiedziałam, wie… Stop, przecież ja nie chciałam tam w ogóle iść. Nie popierałam takich imprez, nie miałam sukienki, nie widziałam w tym ani trochę sensu, nie znałam większości hogwartczyków i…
– Jasne – powiedziałam z przekonaniem. – Chętnie.
Znowu się do mnie uśmiechnął. A potem znowu mnie pocałował. A potem znowu kategorycznie odmówił rozmowy o medalu.
– Wrócimy do tego po zajęciach – zadeklarował.
A potem… poszedł sobie!
Z niedowierzaniem patrzyłam, jak się oddalał, i wiedziałam jedno: w moim otoczeniu nie było ani jednego normalnego chłopaka. Ani jednego. Zamieszanie, jakie przez cały dzień wywoływali w pokoju wspólnym James i Lily tylko to potwierdzało. Wszyscy jak jeden mąż oszaleli, a ja naprawdę miałam na głowie ważniejsze rzeczy…
Skoro już o tym mowa, to zdałam sobie sprawę, że od śniadania nie widziałam Syriusza.

23. O bibliotece i różnych takich Regałach

Mógł go znać, ale na wieść o tym, że mówi do mnie medal, wybuchnął gromkim śmiechem.
– Nie mam omamów! – powtórzyłam po raz trzeci, patrząc na niego z absolutną powagą. – Naprawdę to słyszałam. Jak inaczej mogłabym zapisać coś w języku, którego nie znam?
– Od kiedy przedmioty MÓWIĄ? – spytał, wciąż dławiąc się ze śmiechu.
Zgromiłam go wzrokiem. Nadal nie traktował mnie poważnie!
– Zwykłe przedmioty nie mówią. Ale ten medal nie jest zwykłym przedmiotem – powiedziałam, podtykając mu pod nos swoje zapiski. – Po prostu spójrz na to i spróbuj mi pomóc, proszę.
– Musisz dać mi chwilę, Annie, nie widziałem tych maczków od wieków.
– Nie poganiam cię, naprawdę. Po prostu cieszę się, że chcesz mi pomóc. Próbowałam w ferie coś z tym zrobić, ale to była tylko strata czasu.
Na samą myśl o godzinach spędzonych nad starymi, zakurzonymi słownikami robiło mi się niedobrze.
– A co ci wyszło?
– Nic, co miałoby sens – odpowiedziałam szybko, starając się nawet nie wspominać wronio-naleśnikowej porażki translatorskiej. Wolałam, żeby myślał, że nie byłam w stanie nic przetłumaczyć. Nic i tak było sensowniejsze od tych naleśników.
– Pokażesz?
– Nie warto, naprawdę.
W porządku, miałam tę kartkę w kieszeni i już-już miałam ją wyjąć, ale uznałam, że po prostu mnie wyśmieje, a moje nieśmiałe i raczej żałosne próby i tak w niczym mu nie pomogą.
– Nie musisz się mnie wstydzić.
Przynajmniej się już nie śmiał. A gdy się nie śmiał, uśmiechał się tak uroczo i patrzył na mnie tak słodko, że aż nie szło długo mu odmawiać. Pieprzony, cudny chłopiec.
– No dobrze, dobrze – westchnęłam, wyciągając pokreślony pergamin z kieszeni. – Mówiłam, że bzdury – dodałam, zanim jeszcze zaczął czytać.
– Nie będę się śmiać – zapewnił, zanim jeszcze zaczął czytać.
A gdy już zaczął, bezczelnie się roześmiał.
– Mówiłam! – powiedziałam odrobinę za głośno. – Mówiłam, że to bzdury, ale nie masz pojęcia, ile mnie to kosztowało wysiłku. Pięć słowników. Nie wyobrażasz… No dobrze, może sobie wyobrażasz, ale i tak…!
Nie wiedziałam, po co bronię tego skrawka pergaminu. Sama mówiłam, że to bzdury. Miał prawo się śmiać. Tylko czemu musiał śmiać się tak bezczelnie? Nie mógł poczekać, aż nie będę patrzeć?
Ale w końcu przestał. I schował tę przeklętą kartkę do kieszeni. Co, będzie kolegom pokazywał?!
– Masz ochotę na naleśniki? – spytał z jakimś takim dzikim błyskiem w oku.
Spojrzałam na niego ponuro.
– Tylko jeśli będą z wroną – stwierdziłam, starając się nie roześmiać. W porządku, pośmiał się, ale mi pomoże. To było coś. Ba, to był olbrzymi postęp. – Ale pergamin masz oddać – dodałam.

***

Swoje tłumaczenie otrzymałam dopiero w parę dni później.
Nie było w nim ani słowa o naleśnikach czy wronach, co przyjęłam z pewną ulgą. Kilka słów zapisałam tak niepoprawnie, że Regał nie dał rady ich odszyfrować, ale reszta miała sens. Kiedy przeczytałam jego tłumaczenie, zrozumiałam, czemu tak dziwnie na mnie patrzył, gdy podawał mi pergamin.
To był apel. O pomoc. I to dość… desperacki. Zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, że nadawcą komunikatu był kawałek metalu. I to nie byle jaki kawałek metalu, tylko taki, do którego przywiązana była dusza (albo przynajmniej świadomość) jednego z dyrektorów Hogwartu. Nie mam pojęcia, jak to możliwe, że nikt do tej pory się nie zorientował i mu nie pomógł!
– Nie mieszaj się w to – tyle powiedział mi Regał, gdy oddawał to tłumaczenie. – Obiecaj mi, że cokolwiek tam przeczytasz, będziesz się trzymała z dala od tego… czegoś.
Kiedy to powiedział – pokiwałam głową na znak, że słyszę i rozumiem. On jednak najwyraźniej wziął to za obietnicę. Nie wyjaśniałam, że jest w błędzie. Bo był – jak mogłabym obiecać coś takiego? Ktoś był w potrzebie, był uciskany, a ja miałam mu nie podać pomocnej dłoni? Jakiego rodzaju człowiekiem bym była, gdybym zlekceważyła ten apel?
Powiem wam, jakiego – byłabym arystokratą!
A do tego nie mogłam dopuścić, to jasne.
Pytanie tylko, jak miałam pomóc temu biednemu, biednemu człowiekowi, jeśli nie miałam pojęcia, co Syriusz zrobił z medalem?
Postanowiłam – będę go śledzić! Ale gdy powiedziałam o tym Regałowi (tak to jest, dzielić się czymkolwiek z mężczyzną), ten wyglądał na niezadowolonego.
– Śledzenie Syriusza nie jest dobrym pomysłem.
– A to dlaczego? – zdziwiłam się.
Nie żebym odmawiała Syriuszowi prawa do prywatności (a przynajmniej odmawiałam go tylko do czasu odzyskania medalu), ale reakcja Regała zupełnie mnie zaskoczyła. Od kiedy tak dba o uszanowanie podstawowych praw brata, którego nie tak dawno sam uszkodził i posłał do skrzydła szpitalnego (nieważne, że sam też tam wylądował).
– Myślę, że nie chciałbym wiedzieć, co on wyrabia… kiedy nikt go nie widzi.
Wolałam sobie tego nawet nie wyobrażać.
– Też bym nie chciała, ale muszę odzyskać mienie szkoły, które sobie przywłaszczył – oświadczyłam, starając się brzmieć naprawdę przekonująco.
– Ze szkodą na własnej psychice?
– Nie pierwszy raz będę się poświęcała dla społecznego dobra.
Przez chwilę milczał, zapewnie kalkulując w swojej arystokratycznej główce wszystkie za i przeciw. A potem nagle wypalił:
– Mam lepszy plan.
– Jaki? – zapytałam szybko, mając nadzieję, że przedstawi mi go, zanim się rozmyśli i oświadczy, że dobro szkoły nic go nie obchodzi i nie będzie zawracał sobie swojego arystokratycznego tyłka czymś tak nieistotnym.
– Może najpierw lepiej by było… sprawdzić, kim był ten cały… jak mu było?
– Dunstan – odpowiedziałam, od razu przygotowując się do dłuższej dyskusji, mogłam się domyślić, że będzie miał jakieś wątpliwości. – I wiemy, kim był. Dyrektorem Hogwartu. Przecież na to stanowisko nie powołuje się byle kogo, musiał być dobrym czarodziejem i zasługuje na to, żeby mu pomóc.
– A nie sądzisz, że musiał być jakiś powód, dla którego go tam zaklęto?
Przez chwilę chciałam zasugerować, że mogło się to zdarzyć przez pomyłkę, ale uznałam, że to brzmi idiotycznie nawet w mojej własnej głowie.
– Musiał się komuś narazić – zasugerowałam. – Może wstawiał się za biednymi i krzywdzonymi, a komuś się to nie podobało…
– I dlatego tacy światli czarodzieje jak Dumbledore pozwalają, by ta niesprawiedliwość trwała przez wieki? Annie. – Spojrzał na mnie poważnym wzrokiem. – Myśl.
– Może o tym nie wiedzą?… – powiedziałam, zdając sobie sprawę, jak idiotycznie to brzmi. Dumbledore wiedział o wszystkim, byłam tego pewna. – Poza tym nie wiemy, czy zrobił coś złego, wiemy, że potrzebuje pomocy! To ważniejsze niż jakieś wydarzenia sprzed setek lat!
Westchnął z rezygnacją.
– Naprawdę upierasz się, by nie sprawdzić, kim był?
Zawahałam się. Zaglądałam do “Historii Hogwartu” i nie znalazłam o nim wielu informacji, ale w sumie liczyło się to jako sprawdzanie. Gdyby zrobił coś potwornego, to raczej by o tym napisali. Tak też powiedziałam Regałowi, po czym dodałam:
– Dla mnie to wystarczające informacje. Muszę mu pomóc.
– A gdybym poprosił cię, byś najpierw… zrobiła to dla mnie i sprawdziła w Dziale Ksiąg Zakazanych, czy twój uczciwy czarodziej przypadkiem nie był psychopatą gustującym w blondynkach w galarecie?
Posłałam mu sceptyczne spojrzenie.
– Może nie zauważyłeś, ale Dział Ksiąg Zakazanych jest zamknięty. I żaden nauczyciel nie jest na tyle nienormalny, żeby dać nam pozwolenia. Gdybyśmy zaczęli się o nie ubiegać, ktoś by mógł pomyśleć, że coś knujemy. Nie możemy po prostu tak zostawić tej sprawy? Albo po prostu go zapytam, kiedy już odzyskamy medal. I zapiszę odpowiedź. A ty ją przetłumaczysz.
Dlaczego Regał patrzył na mnie jak na idiotkę? No dlaczego?
– Naprawdę sądzisz, że potrzebne nam pozwolenie? Albo że to… coś powie ci prawdę?
Wzruszyłam ramionami.
– Oczywiście, że jest potrzebne. Bibliotekarka nie wpuści nas bez niego.
Na chwilę zamilkłam i zastanowiłam się nad odpowiedzią na drugie jego pytanie. Jasne, że nie byłam aż tak naiwna, żeby wierzyć słowom jakiegoś kawałka metalu (albo duszy czy świadomości przyczepionej do niego na setki lat). Wiedziałam jednak, że jeśli przyznam się do wątpliwości, Regał wykorzysta to przeciwko mnie i uzna, że nasz plan nie ma sensu.
– Nie wiem – stwierdziłam w końcu. – Ale nie dowiemy się, jeśli w ogóle nie zapytamy.
Znowu westchnął. To robiło się nudne. Może i gdy wzdychał był najsłodszym arystokratą na świecie, ale nie zmieniało to faktu, że marnował cały nasz tlen! Egoista.
– A gdybym, zabrał cię do Działu Ksiąg Zakazanych BEZ pozwolenia?
– A spodziewasz się, że znajdziemy tam… co właściwie? „Tajną księgę złych uczynków wszystkich dyrektorów Hogwartu”? – prychnęłam.
Przecież to jasne, że nie mógł mówić poważnie. I nie mógł nas tam wprowadzić tak, żebyśmy przy okazji nie zarobili szlabanu.
– Coś w ten deseń.
Spojrzałam na niego sceptycznie.
– Jasne. A trytony zaczną budować szkolny amfiteatr. – Po chwili dodałam jednak: – Właściwie jak masz zamiar nas tam zabrać?
W porządku, nawet jeśli nie wierzyłam, że znajdziemy coś na temat interesującego nas dyrektora, to tyle się nasłuchałam o Dziale Ksiąg Zakazanych, że ciężko mi było przepuścić taką okazję.
– Zaufaj mi.
I mrugnął, MRUGNĄŁ, porozumiewawczo.

***

– Nie mam pojęcia, jak dałam się w to wplątać – szepnęłam. – Nie mam absolutnie żadnego pojęcia. Zaraz nas ktoś złapie i to będzie twoja wina.
Właściwie powinnam dodać, że częściowo także i moja, bo odkąd tylko ruszyliśmy w kierunku biblioteki, nie przestawałam marudzić. Hogwart nocą nie należał do najbardziej przyjaznych miejsc świata, a świadomość, że za każdym pomnikiem może się czaić Filch, nie poprawiała mi nastroju.
– Cicho, Annie, proszę – powtarzał tylko w kółko, paskudny arystokrata, nieliczący się z uczuciami proletariatu!
– Ale złapią nas, wiesz o tym, prawda? Nie mam pojęcia, co ja sobie myślałam… – szepnęłam gorączkowo. Po czym spróbowałam zamilknąć. Udało mi się. Na chwilę.
Przyznaję – pomogło mi w tym to, że Regał jedną ręką przyciągnął mnie do siebie, a drugą zatkał mi usta.
Przełknęłam głośno ślinę i, starając się zachować godność, szłam z nim w kierunku biblioteki. Która wyglądała naprawdę upiornie – pusta, cicha i ciemna. Na samą myśl o włamaniu się do Działu Ksiąg Zakazanych czułam w żyłach świeże porcje adrenaliny. Czułam też strach, ale trudno się dziwić.
– Gotowa? – spytał, gdy stanęliśmy tuż przed drzwiami.
Pokiwałam głową, bo nadal nie był uprzejmy zabrać ręki, która była prowizorycznym kneblem. Prawdę mówiąc, ani trochę nie czułam się gotowa (jeśli pominąć adrenalinę), ale i tak nie miałam wyboru.
Drzwi otworzyły się z niemałym skrzypem. Skrzyyyyypu-skrzyyyypu-skrzyp!
Wstrzymałam oddech. Jeśli na noc wypuszczano tu jakieś stwory, żeby pilnowały książek (w co nie wierzyłam, ale teraz wszystko wydawało się inne, jeszcze bardziej magiczne i niesamowite), to był najlepszy moment na ich pojawienie się.
Ale przywitała nas pustka.
Nic nie rzuciło nam się do gardeł, nic nie wydało nawet warknięcia. Nie słyszałam złowieszczych oddechów i nie widziałam błyszczących w ciemności oczu.
– Mfoszef mfie juf pufcić – wymamrotałam do Regała.
– Jesteś pewna?
– Taf – mruknęłam.
Na litość Merlina, bał się, że zacznę krzyczeć? Przecież na uniknięciu szlabanu zależało mi tak samo jak jemu. Albo nawet i bardziej. Może przez ostatnie minuty nie byłam specjalnie entuzjastyczna, ale to nie znaczy, że byłam głupia albo niewdzięczna.
Ale kiedy mnie wypuścił, zrozumiałam, czemu pytał, czy jestem pewna. Ledwie odsunął się ode mnie na krok, a już całkowicie straciłam go z oczu. Całkowicie!
Powstrzymałam się przed wyciągnięciem przed siebie rąk z zamiarem ustalenia, gdzie się znajdował – to mogłoby dać mu pretekst do dalszego ograniczania mojej swobody wypowiedzi, a tego nie chciałam.
– Gdzie jesteś? – szepnęłam, mając nadzieję, że ustalę, skąd dokładnie dobiegał głos, a później, w jakiś sposób, pójdę za nim do właściwego działu.
– Tutaj.
Ale guzik mi to dało. Regał – najwidoczniej złośliwie – bawił się ze mną w ciuciubabkę!
– Zdefiniuj tutaj.
Naprawdę nie byłam w nastroju na zabawę. Miałam wrażenie, że wszystkie nerwy w moim ciele były gotowe na odbiór jakiegoś bodźca i miałam nadzieję, że nie szykują się na – nieuniknione, jak mi się zdawało – zderzenie z jakimś regałem. Takim z książkami. Choć zderzenia z Regałem-arystokratą też nie wykluczałam.
– I jak mamy zamiar w tych ciemnościach znaleźć jakąkolwiek książkę? – dodałam.
– Spokojnie, Annie. W zasadzie… W zasadzie ja już ją znalazłem.
I wtedy zobaczyłam małe, maleńkie światełko, które zapaliło się – tak orientacyjnie – na drugim końcu pomieszczenia. Szlag by go.
– Widzisz w ciemnościach jak jakiś kot? – zapytałam, starając się dotrzeć do niego i nie wpaść po drodze na nic, co mogłoby mi zrobić krzywdę.
A muszę przyznać, że sporo mebli dybało na moje życie. Jednemu krzesłu nawet prawie się udało.
Na szczęście Regał też postanowił wyruszyć w moją stronę i złapał mnie, zanim zaliczyłam bliskie spotkanie z podłogą. Złapał. Dosłownie złapał.
– Powiedzmy – odpowiedział.
Chciałam zapytać, czy przypadkiem nie jest superbohaterem jak ci z mugolskich komiksów, ale przypomniało mi się, że pewnie i tak ich nie zna. Podziękowałam trochę sztywno i zapytałam o książkę, którą znalazł.
Wyciągnął w moim kierunku grube tomisko. I nawet poświecił mi różdżką, bym mogła przeczytać tytuł: „Prawdziwa Historia Hogwartu”.
– Człowieka, który to napisał, spalono na stosie jakieś sto lat temu – wyjaśnił.
Po kręgosłupie przebiegł mi dreszcz, ale nie byłam w stanie stwierdzić, czy wywołała go ciekawość, czy przerażenie.
– Spalono? – powtórzyłam cicho. – To potworne. Poświęcił się dla prawdy. – Spojrzałam na książkę, jakby właśnie została moją dobrą przyjaciółką. – Ale… jesteś pewien, że coś tu o nim będzie? To znaczy o dyrektorze, nie o autorze.
– Nie zaszkodzi sprawdzić.
– W porządku, przyświeć tutaj – powiedziałam, szukając Dunstana w indeksie z tyłu książki.
A muszę przyznać, że indeks był imponujący. Żałowałam, że nie będę miała okazji przeczytać tego tomiszcza w całości. Z pewnością ukazano w nim prawdę o potwornościach, jakich przez wieki dopuszczała się arystokracja!
W końcu go znalazłam. Strona sto trzynaście! Ręce trzęsły mi się, gdy przerzucałam stronice.
Nie dane mi jednak było wczytać się w tekst, bo Regał nagle zgasił różdżkę i popchnął mnie w lewo.
– Co? – warknęłam, rozcierając łydkę, która właśnie zaliczyła spotkanie trzeciego stopnia (na szczęścia w miarę ciche) z jakimś stolikiem. – Nie zdążyłam przeczytać.
– Cicho – syknął, a potem…
O mamo kochana, potem wciągnął mnie do szafy.

20. O tym, że święta nie zawsze zapowiadają się wesoło

Przez następnych kilka dni starałam się unikać Syriusza jeszcze bardziej niż zwykle. Nie dość, że całkowicie zepsuł i tak kiepskie przyjęcie u Ślimaka, to najwyraźniej coś związanego z moją osobą stanowiło dla niego problem – nie wiedziałam tylko co, skoro do tej pory nasze relacje wyglądały dość… Właściwie ciężko mówić o relacjach w naszym przypadku. To znaczy o ile nie chce się dokonać analizy psychologicznej, która miałaby stwierdzić, że oboje kwalifikujemy się do zamknięcia w Mungu. W każdym razie po wyjściu od Ślimaka Regał mnie przeprosił, choć uważałam, że w niczym nie zawinił i byłam skłonna całą winę zwalić na jego brata, po czym wyraził nadzieję, że jeśli pójdziemy jeszcze na jakieś przyjęcie, to nie skończy się tak dramatycznie. Nie mogło mnie to nie rozbawić. Problem tylko w tym, że potem nie rozmawialiśmy, a już jutro Hogwart miał opustoszeć na święta. Nie zdążyłam mu jeszcze złożyć życzeń – i to wszystko przez Syriusza! Miałam szczerą nadzieję, że zakrztusi się puddingiem. W szczególności, że wszystko wskazywało na to, że zostaniemy razem na święta. Razem. Sami. Słodkie têteà-tête ze starszym Blackiem było ostatnią rzeczą, o której marzyłam.
Dlatego też, chociaż wolałabym przespać cały dzień, przywędrowałam do Wielkiej Sali i z nadzieją popatrzyłam na stół Ślizgonów. Regała nie było widać, choć zauważyłam kilku jego koleżków. Miałam nadzieję, że ich obecność świadczyła o tym, że i Black się zaraz zjawi.
Ślizgoni byli chyba najdziwniejszą nacją na świecie. Nie dość, że jako paskudna arystokracja nosili swoje ego dwa metry ponad głową, to jeszcze wszyscy starali się być modni i ponętni – i o ile Regałowi czy jego najlepszemu przyjacielowi Barty’emu całkiem nieźle to wychodziło, o tyle modny i ponętny Severus prezentował się przerażająco.
Trochę bezmyślnie zajęłam się konsumowaniem tosta, raz po raz zerkając jednak w kierunku stołu, przy którym zasiadała cała ta arystokracja. Z pewnym zdziwieniem zauważyłam, że nie wzbudzali we mnie aż takiej niechęci jak wtedy, kiedy pierwszy raz przekroczyłam próg tego miejsca. Nie znaczyło to jednak, że zmieniłam swoje poglądy. Po prostu nie okłamałam Chevonne. Zaczęłam widzieć w nich ludzi. No, przynajmniej w części. Niektórych nie uznałabym za ludzi, nawet gdyby było to w pełni potwierdzone biologicznie.
Przyszło mi do głowy, że powinnam porozmawiać także z Chevonne – w porządku, powiedziałyśmy sobie parę niemiłych rzeczy (właściwie to głównie ona mówiła), ale była chyba jedyną dziewczyną w tym zamku, z którą mogłam porozmawiać o czymś innym niż nauka albo chłopcy. Tyle tylko, że Chevonne też nie było w Wielkiej Sali. To wyglądało na jakiś spisek.
Czyżby wszyscy postanowili ode mnie uciec? Nawet Jamesa nie było! Nawet Lily i dziewczyn z mojego pokoju (ale to akurat była moja wina – zajęłam rano łazienkę i bezskutecznie próbowałam się utopić w zlewie, bo nad nim usnęłam; na stojąco). Na szafot!
W końcu, kiedy już kończyłam pić herbatę, zauważyłam kogoś, na kogo wcale, ale to wcale nie czekałam. Do Wielkiej Sali wszedł dość ponury Syriusz i usiadł w pewnej odległości ode mnie. Sprawiło mi to pewną ulgę, ale też i zaniepokoiło – skąd ten nastrój? Wiedziałam od Jamesa, że Black zostawał na święta w Hogwarcie, więc jeśli faktycznie miał problemy rodzinne, powinien się raczej cieszyć…
W końcu zdałam sobie sprawę, że się na niego bezczelnie gapię i z powrotem skupiłam się na herbacie.
Uratowała mnie Brenda.
Podeszła zdecydowanie za blisko i oskarżycielsko wycelowała we mnie palec, po czym stwierdziła, że przeze mnie nie mogła ułożyć sobie włosów i jeśli to źle wpłynie na jej wizerunek, to będzie to moja wina. Potem zauważyła Syriusza i natychmiast się do niego przysiadła, skupiając na nim całą swoją uwagę. Powinnam odetchnąć z ulgą, że dała mi spokój, ale zrobiło mi się go żal – Brenda najwyraźniej nie zauważyła, że nie jest w najlepszym nastroju albo to ignorowała. Choć stawiałabym na to pierwsze. Ze wszystkich znanych mi stworzeń Brenda była zdecydowanie najgłupsza. Ale czego można się spodziewać po człowieku, na którego wołają Bre? Jak taki francuski serek, który często jadałam na śniadanie?
Rozejrzałam się po Sali – Regała ani Chevonne nie było – i dopiłam resztkę herbaty. Mogłabym wstać i zająć się własnymi sprawami, ale nie miałam pojęcia, co właściwie ze sobą zrobić. Oczywiście czekało na mnie trochę prac domowych, ale na ich odrobienie będę miała jeszcze dużo czasu. Teraz mogłam się do woli obijać… tyle, że nie miałam ochoty.
Postanowiłam wstać, ale gdy tylko to zrobiłam, zauważyłam, że ktoś podnosi się i przy stole Ślizgonów. Severus właśnie skończył jeść śniadanie. Usiadłam. Nie chciałam mijać go w drzwiach. Jeszcze musiałabym poprowadzić z nim konwersację, a od kiedy dowiedziałam się, że jednak nie jest z ludu, stracił całą sympatię, jaką do niego żywiłam.
Dlatego właśnie siedziałam przy stole, wodząc wzrokiem od jednego talerza do drugiego i usilnie ignorując wszystko i wszystkich. Wiedziałam, że już jutro wyjadą na święta. Wszyscy albo prawie wszyscy. I będą się świetnie bawić. Oczywiście, też mogłabym wyjechać. Nie o to chodzi – raczej o to, że zdałam sobie sprawę, jak samotna jestem. Wszyscy się z kimś żegnali, przytulali, ściskali i żartowali. A ja siedziałam i czekałam na dwie osoby, z którymi chciałam się pożegnać i życzyć im wesołych świąt. Z czego z jedną nie rozmawiałam od ponad miesiąca. Wcześniej jakoś to do mnie nie docierało, ale teraz poczułam, że chociaż otacza mnie tłum, to nie mam nawet do kogo się odezwać.
Westchnęłam i dolałam sobie herbaty. Jeśli smutku nie da się zajeść czekoladą, to można chociaż zapić go herbatą! Przynajmniej tak twierdził jeden francuski mugol. Ech. Nie wiem, czy powinnam mu ufać – był w końcu burżujem, ale przynajmniej społecznie nieakceptowanym. Coś za coś. Wydawał się też być jakimś autorytetem. Wiecie, promował ciastka (a nie tylko herbatę).
W każdym razie czekanie w końcu się opłaciło. Do Wielkiej Sali weszła Chevonne. Od razu usiadła przy stole Puchonów, nie zerkając w moją stronę ani razu. Nie wiem, czego się spodziewałam – bo raczej nie tego, że telepatycznie odgadnie, że chcę z nią porozmawiać i rzuci mi się na szyję – ale zastanowiłam się, czy na pewno mam o czym z nią rozmawiać. Albo raczej: czy chcę. Ale, na Merlina, nadchodziły święta. Kiedy mam rozmawiać z innymi, jeśli nie teraz?
Zdecydowałam się działać.
Ale dokładnie w tym momencie pojawił się Regał. Wyjątkowo… uroczy Regał. No tak. Kolejne próby stania się ponętnym? Chociaż, przyznaję, jemu wychodziło. Choć chyba nie tak, jak by tego chciał. W końcu kto mógł przypuszczać, że bycie niewyspanym i rozczochranym może komukolwiek dodać urody?
Powinnam do niego podejść i porozmawiać – jeśli nie o świętach, to chociaż o tym nieszczęsnym wieczorze u Ślimaka. Ale powinnam też porozmawiać z Chevonne. I ona weszła tu pierwsza, więc może to od rozmowy z nią powinnam zacząć. Chociaż rozmowa z nią może być trudniejsza. No i…
Sama sobie przerwałam. Od kiedy miałam w zwyczaju rezygnować z rozmowy z osobą o podobnych przekonaniach (nawet, jeśli jest na mnie obrażona), żeby szybciej móc porozmawiać z arystokratą? To zupełnie do mnie niepodobne. I wcale, ale to wcale mi się to nie podobało. Wstałam z miejsca, zdecydowana, że porozmawiam z Chevonne, a potem – może – z Regałem. Tak. Powinnam zacząć od Chevonne. To logiczne.
Ale czy na pewno?
Stół Puchonów był bliżej. Powinnam od niego zacząć. Chevonne była na mnie zła. Chevonne nie powinna widzieć, jak rozmawiam z arystokratą. Chevonne miała podobne poglądy i…
Zaraz, od kiedy postanowiłam ukrywać jednych swoich nielicznych przyjaciół przed drugimi? Gdzie polityka otwartości? Naprawdę działo się ze mną coś niedobrego. Dlatego właśnie muszę zacząć od Chevonne. Rozmowa z nią – i pogodzenie się – sprowadzi mnie z powrotem na właściwe tory. Za dużo czasu spędzałam ostatnio z tymi arystokratami, czas to zmienić. Znów wrócimy do naszych wieczorków w bibliotece, do wspólnego pisania wypracowań i…
I tym sposobem doszłam do stołu Ślizgonów.
– Cześć, Reg – powiedziałam. Nazywałam go Regiem, bo a. był to skrót od Regała (a nadal nie powiedziałam mu, że tak go nazywam w myślach), b. Regulus mi się nie podobało, c. wszyscy go tak nazywali. Ale i tak uważałam, że Regał brzmi zacniej.
– Cześć – powiedział i, mamo kochana, uśmiechnął się. I to tak się uśmiechnął, że aż musiałam usiąść z wrażenia. – W zasadzie chciałem cię poszukać, by złożyć ci życzenia świąteczne – dodał, z gracją smarując tost dżemem.
– Naprawdę? Myślałam, że nie obchodzisz świąt – wypaliłam, od razu ganiąc się w myślach za to, że właśnie sama chciałam złożyć mu życzenia. – To znaczy wiesz, przez ten brak prezentów i w ogóle – dodałam pospiesznie. – Ale też chciałam złożyć ci życzenia.
Miałam wrażenie, że mówię od rzeczy i dlatego za wszelką cenę unikałam jego spojrzenia, skupiając wzrok raczej na toście. Co nie było łatwe, bo Regał zaraz zaczął go konsumować.
Cóż za pasjonująca konsumpcja! Z jaką pasją można wgryzać się w takiego tosta! I, o zgrozo!, nie rozciapywać przy tym dżemu po całym stole!
– To, że nie obchodzę świąt – powiedział w przerwie między kolejnymi gryzami – nie oznacza, że jestem pozbawiony dobrych manier, Annie.
Mimowolnie się uśmiechnęłam – może nieco głupkowato – i w duchu przyznałam, że nawet jeśli był okropnym arystokratą, to przynajmniej został dobrze wychowany (nie to co jego brat!). I że to naprawdę miłe, że chciał sobie zadać tyle trudu.
– Dzięki – odparłam, zanim zdążyłam przemyśleć, co właściwie mówię. Przecież dopiero wyjaśnił mi swoją motywację, nie powinnam tak szybko dziękować. Dziękuje się za życzenia, nie za deklarację złożenia takowych.
Dlatego też Regał przerwał na chwilę swą zacną konsumpcję i spojrzał na mnie badawczo, w sposób dla mnie niepojęty unosząc przy tym jedną z brwi.
O Merlinie, ale jak on tę brew uniósł!…
Skup się, Annie. To arystokrata. I twój chyba-przyjaciel, ale nadal arystokrata.
– No wiesz, za chęci. Doceniam to, naprawdę – sprecyzowałam, mając ochotę uciec od stołu. Podejrzewałam jednak, że to zwróciłoby na mnie jeszcze większą uwagę, a już teraz przysłuchiwało mi się kilka osób.
Na przykład Barty’ego. Ten wychudzony i wyblakły paniczyk siedział tuż obok Regała i wyglądał tak, jakby za chwilę miał paść ze śmiechu. Naprawdę. Z pasją chichotał w swój rękaw, myśląc, że ani Reg, ani ja tego nie zauważymy. Ale ja widziałam. Reg… Reg wrócił do tosta.
– To kto zacznie? – spytał.
Uznałam, że przedłużanie tego momentu nie ma większego sensu. Jeszcze Barty dostanie czkawki ze śmiechu. Powiedziałam, że chętnie zacznę i złożyłam mu długie, porządne życzenia, prosto z serca (co powinno mnie zaniepokoić), po czym wyciągnęłam z torby nie najpiękniej opakowaną czekoladę i mu podałam, wyjaśniając, że wiem, że w ramach prezentu miałam z nim iść do Ślimaka, ale skoro wieczór był niewypałem, to chciałam dać mu coś innego, a że było mało czasu… Wyraziłam nadzieję, że będzie mu smakować i zamilkłam, czekając na reakcję. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że za dużo gadam. Co się ze mną działo tego dnia?
Regał wyglądał na zaskoczonego. Barty – czkał. A ja czułam się jako skończona idiotka.
Po chwili krępującego milczenia, młody Black wypalił:
– Wesołych świąt, Annie.
– Dziękuję – odpowiedziałam, starając się zamaskować pewien zawód.
W porządku: to były życzenia, tak? Od początku mówił, że złoży mi życzenia. Zwykle życzy się innym wesołych świąt. Życzył mi właśnie tego. To już moja wina, że zaczęłam nawijać o cieple rodzinnym, spokoju i tych innych bzdetach. I o śniegu. Jakby śnieg mógł mieć wpływ na to, jak się spędza święta… W każdym razie próbowałam przekonać samą siebie, że to były dobre, porządne, do bólu życzeniowate życzenia.
Uśmiechnęłam się, żeby zamaskować to, co wcześniej mogło być słyszalne w moim głosie.
– Taaaak, i mnóstwa wesołych skrzatów w biało-czerwonych poszewkach na poduszki – dorzucił Barty.
Zacisnęłam zęby, nadal starając się uśmiechać, co musiało wyglądać nieco groteskowo.
– Nie popieram takiej polityki wobec skrzatów – powiedziałam prawie spokojnie. – Ale tobie też życzę wesołych świąt, Barty.
Tym razem wybuchnął śmiechem zupełnie otwarcie.
– Nie popierasz takiej polityki wobec skrzatów? Annie, czy ty siebie słyszysz? To absurdalne! – Nie wiem, jak był w stanie budować tak skomplikowane konstrukcje zdaniowe, skoro niemal tarzał się ze śmiechu po stole. – Zastanów się poważnie. Przecież…
– Nie popieram zmuszania skrzatów do tego, żeby ubierały się w coś… takiego – powiedziałam szybko, zanim zacząłby jakiś wywód o wyższości ludzi nad tymi biednymi stworzeniami. – Wszystkie powinny dostać ubranie. I otrzymywać pieniądze za swoją ciężką pracę.
Nie podobało mi się, że go to bawi, ale nie miałam zamiaru pozostawiać tego bez komentarza. Dlaczego Regał w ogóle się z nim zadawał?! To znaczy jeśli pominąć, że obaj byli takimi samymi arystokratami. Nie powinnam o tym zapominać. Obojętnie, jak miły i przystojny mógł być Regał, to nadal arystokraci. I trzeba ich zwalczać, a nie tłumaczyć im, co źle robią, bo i tak się nie zmienią.
– Chcesz płacić skrzatom? I może jeszcze przyznać im pełnię praw obywatelskich? – Barty przestał się śmiać. Zaczął wyglądać groźnie. – Czy ty oszalałaś?! Kobieto! Zniszczysz…
– Och, daj spokój, stary – tym słodkich wtrąceniem Regał oznajmił, że zakończył konsumpcję tosta.
Barty zaniemówił. Wyglądał trochę jak ryba – wiecie, niemo otwierał i zamykał swoje (ponętne, bo ślizgońskie!) usteczka.
Posłałam mu spojrzenie, które miało znaczyć „a widzisz, bubku?”, choć prawdopodobnie wcale tego nie oznaczało. Potem uśmiechnęłam się do Regała. Miał na brodzie trochę dżemu, ale uznałam, że zwrócenie na to uwagi byłoby czymś niewłaściwym (o starciu go nawet nie mówiąc, to w ogóle i absolutnie nie wchodziło w grę, choć przeszło mi przez głowę). Zamiast tego zerknęłam w kierunku drzwi, jakby nagle stały się bardziej realne i zaczęły mnie wzywać.
– Chyba będę się już zbierać. Muszę jeszcze coś załatwić – stwierdziłam, wstając z miejsca. – To… do zobaczenia w styczniu?
– Jasne – powiedział.
Wstałam, dalej się uśmiechając, i raźno ruszyłam w stronę drzwi. Nie, nie byłam stuprocentowo pewna, że za mną pójdzie. Nie byłam tego pewna nawet w siedemdziesięciu pięciu procentach. Ale też tego nie wykluczałam. A jeśli nie on – może wpadnę na Chevonne, która nadal siedziała na swoim miejscu.
W każdym razie, gdy tylko wyszłam z Wielkiej Sali, natychmiast oparłam czoło o kamienną ścianę. O Merlinie, dlaczego nie mam jakiegoś filtra między mózgiem a ustami? Powinnam zwracać większą uwagę na to, co mówię. Zrobiłam parę wdechów i wydechów, żeby się całkiem uspokoić i spojrzałam na drzwi. Może nie z nadzieją, ale z czymś do niej zbliżonym.
Tyle tylko, że Regał nie wyszedł.
Nikt nie wyszedł.
Mogłam z całym przekonaniem stwierdzić, że na tym korytarzu znajdowali się dokładnie wszyscy, których obchodziłam. Wspominałam już, że byłam tam tylko ja, prawda?
Znów oparłam się czołem o ścianę. Postanowiłam poczekać na Chevonne, a potem wrócić do dormitorium i nie wychodzić z niego do końca dnia.
Albo przynajmniej do końca świąt.
Po paru minutach oczekiwania (w czasie których dokładnie przyjrzałam się swoim paznokciom i poszukałam we włosach ewentualnych rozdwojonych końcówek) zauważyłam wychodzącą Chevonne. Ruszyłam w jej kierunku, nieśmiało się uśmiechając. Nie wiedziałam, co chcę jej powiedzieć (no jasne, bo kto by się nad czymś takim zastanawiał, kiedy może przyglądać się swoim paznokciom?), ale byłam pewna, że chcę z nią porozmawiać.
– Cześć – przywitałam się, zatrzymując się jakieś dwie stopy przed nią.
– Cześć – odpowiedziała sucho, ale przynajmniej nie uciekła.
– Wyjeżdżasz na święta? – zapytałam, żeby jakoś rozluźnić atmosferę. Byłam prawie pewna, że wyjeżdża. Prawie każdy wyjeżdżał.
– Wyjeżdżam.
– To chyba się już nie zobaczymy przed styczniem. Więc… no wiesz, wesołych świąt – powiedziałam, nagle tracąc całą inwencję, która sprawiła, że moje życzenia dla Regała były tak długie i potoczyste.
– Wzajemnie.
W porządku, czyli nie chciała wielkiego pojednania. Nawet mimo takich świetnych okoliczności.
– Myślałam, że może chciałabyś się wybrać ze mną do Hogsmeade w styczniu. Mam wrażenie, że minęły wieki, odkąd ostatni raz rozmawiałyśmy, musimy to nadrobić – powiedziałam, znów przywołując szeroki uśmiech.
– A nie będziesz tam szła z którymś… z Blacków?
– Nie, nic takiego nie planuję – odpowiedziałam szybko. Taka była prawda: żaden tego nie zaproponował. Zresztą, z Syriuszem nie poszłabym nawet od drzwi sali eliksirów do drzwi sali zaklęć, co dopiero mówić o Hogsmeade! – Poza tym to nie tak, że spędzam z nimi każdą wolną chwilę.
– Nie? – Ona też potrafiła unieść jedną brew! Czy to była jakaś nowa moda? Jeśli tak, dlaczego nikt mnie tego jeszcze nie nauczył? – A to przed chwilą to było..?
– Jak to? To były życzenia świąteczne – odpowiedziałam spokojnie, nie pojmując, czemu uznała, że musi o to zapytać. – To taki zwyczaj. Zwykle ludzie podchodzą do swoich znajomych i życzą im wesołych świąt.
– I rumienią się przy tym tak obficie?
– Nie rumieniłam się! To dlatego, że Barty mnie zdenerwował! – wyjaśniłam. – Jego poglądy na temat skrzatów są nie do przyjęcia.
Miałam nadzieję, że to ją przekona. W końcu mnie to zdenerwowało. Nieważne, że już wcześniej się zarumieniłam dlatego, że zdałam sobie sprawę z tego, że moje życzenia były odrobinę za długie i w znacznej mierze pozbawione sensu.
– Nie? – znów ta brew, znów! – Wiesz, kiedy taka blondyneczka jak ty rumieni się, trudno to ukryć. Och, to takie… dziewiętnastowieczne.
– Nie ma we mnie nic dziewiętnastowiecznego – warknęłam. – Dziewiętnasty wiek był pełen podziałów społecznych, wywyższania arystokracji i nie chcę mieć z nim nic wspólnego! Rumienię się, kiedy jestem zdenerwowana. Tak jak teraz!
Bo tak, byłam zarumieniona! Nie miałam jednak najmniejszego zamiaru przyznawać, że było to spowodowane także sugestiami Chevonne.
– A nie wtedy, gdy, hm, lecisz na kogoś, na kogo nie powinnaś?
– Na nikogo nie lecę! – fuknęłam.
Byłam naprawdę, ale to naprawdę zirytowana. Co ona sobie myślała?… Przecież nie leciałam na Regała!
Wcale a wcale! Nigdy przenigdy!
Prawda?…
Nieważne, zastanowię się nad tym przez święta. Teraz mogłam to spokojnie negować.
Chevonne jednak patrzyła na mnie tak sceptycznie, że nawet nie musiała syczeć:
– Jasssne,
żebym wiedziała, że mi nie wierzy. Ale syknęła.
Postanowiłam zachować się jak mała, trzyletnia dziewczynka.
Tupnęłam, po czym wydęłam wargi.
– Nie lecę! Nie, nie, nie! – powtórzyłam z uporem. Zdecydowanie nie był to krok w kierunku ocieplenia naszych stosunków, ale nie miałam zamiaru pozwolić, żeby myślała o mnie coś takiego!
– A jak wytłumaczysz…
Ale nie dane było jej dokończyć. Bo oto z Wielkiej Sali wyszedł Wielki Nieobecny Syriusz Black. Wyszedł – i stanął jak wryty, tępo wpatrując się w tupiącą mnie.
Ile mógł usłyszeć?
Znając moje szczęście – pewnie wszystko. Mogłam teraz rzeczowo wyjaśnić Chevonne – i jemu – co miałam na myśli i dlaczego tupałam. Mogłam zacząć krzyczeć i uciec. Mogłam sprawić, że Syriusza – i Chevonne – trafi szlag i powiedzieć, że w istocie, lecę na Regała (nawet jeśli nie leciałam! Nawet jeśli nie wiedziałam, czy lecę). Mogłam też po prostu stać i patrzeć na nich z nadzieją, że któreś z nich się odezwie.
Zdecydowałam się na to ostatnie wyjście. Tyle, że oni najwyraźniej też – dalej stali i patrzyli na mnie, a ja poczułam, że rumieniec zalewa mi już nie tylko twarz, ale i szyję.
– Wesołych świąt, Vonne – Syriusz w końcu przemówił. A potem, jak gdyby nigdy nic, ruszył w dalszą podróż w kierunku Wieży Gryffinforu.
Zacisnęłam pięści. Przez chwilę miałam ochotę pobiec zanim, zatrzymać go i wszystko (jakie wszystko?) mu wyjaśnić. Nie wiedziałam dlaczego, ale to był impuls. Oczywiście tego nie zrobiłam, dalej stałam z Chevonne i patrzyłam badawczo, mając nadzieję, że się zarumieni. Wtedy nie mogłaby mieć do mnie pretensji o to, że złożyłam życzenia Regałowi. Jechałybyśmy na jednym wózku.
– Wszystkiego najlepszego – wymamrotała już raczej do siebie. Ale się nie zarumieniła, skubana.
Mimo to spojrzałam na nią tak, jak powinna spojrzeć niesłusznie oskarżona i niezwykle skrzywdzona osoba. Nie byłam pewna, czy byłam niezwykle skrzywdzona, ale nie przeszkodziło mi to tak spojrzeć.
– To co z Hogsmeade? – zapytałam niewinnym tonem. W porządku, oskarżała mnie o coś idiotycznego, ale nadal myślałam o niej jako o przyjaciółce i chciałam wypić z nią herbatę czy zjeść szarlotkę.
– Co z…? Ach, tak, Hogsmeade. – A jednak! Czyli ją rozkojarzył. Czyli ona wciąż… Czyli byłam niewinna! – Zobaczymy po świętach.
Uśmiechnęłam się tryumfująco, choć nie byłam pewna dlaczego właściwie.
– W porządku. Zatem wesołych – powiedziałam i ruszyłam w stronę wieży. Teraz, kiedy pożegnałam już wszystkich, których miałam zamiar pożegnać, mogłam iść spać i liczyć na to, że, gdy się obudzę, będzie już styczeń.