Łapy przy sobie: cztery

Otworzyłam oczy, ale w pierwszej chwili nie zrobiło to żadnej różnicy. Jedynym źródłem światła było światło księżyca w pełni, które ledwie przebijało się przez ciężkie ciemne zasłony. Dojście do siebie zajęło mi dłuższą chwilę. Wciąż nie czułam się najlepiej, byłam otumaniona i spocona, po czym poznałam, że dopiero niedawno zbiłam wysoką gorączkę. Kiedy wzrok przyzwyczaił się do ciemności, ustaliłam, że w sali szpitalnej nie jestem sama – dwa łóżka dalej leżał Black. Niespecjalnie mnie to zdziwiło, choć widok jego pleców spowodował, że coś wywróciło mi się w żołądku. Oddychał głośno i głęboko.
Miałam poczucie, że wybudziłam się z wyjątkowo realistycznego koszmaru i jego strzępy wciąż jeszcze telepały się na granicy mojej świadomości. Instynktownie czułam, że zdrowiej będzie zepchnąć je jak najgłębiej; chciałam zapomnieć. Był to jedyny sposób uniknięcia ataku paniki wywołanego tym, co zobaczyłam.
Wobec totalnego mętliku w głowie, postanowiłam najpierw zająć się leczeniem ciała. W jakiś sposób zdobycie pewności, że nie obudzę się wepchnięta w szpitalne łachy, spocona i z przetłuszczonymi włosami, stało się dla mnie priorytetem. Nigdy wcześniej nie byłam na noc w Skrzydle Szpitalnym i nie miałam pojęcia, gdzie jest łazienka, ani jak niepostrzeżenie skorzystać z niej w środku nocy. Postanowiłam jednak wziąć prysznic, choćby miało się to odbyć za pomocą Chłoszczyść – a każdy, kto tego próbował, wiedział, że grozi to nie tylko fatalną fryzurą, ale i bańkami mydlanymi pojawiającymi się nieoczekiwanie jeszcze przez tydzień po użyciu zaklęcia.
Na szczęście obyło się bez dramatycznych środków i w ciągu dwudziestu minut powróciłam do żywych, czysta i ubrana w moją ulubioną czarną piżamę, która w przeciwieństwie do szpitalnej nie była zabudowana pod samą brodę i nie dusiła mnie ciasnym kołnierzem. Piżamę i parę innych drobiazgów znalazłam w szafce nocnej, za co w duchu podziękowałam Vector.
Nieuchronna konfrontacja z własnymi myślami dopadła mnie dopiero podczas szorowania zębów.
Prawdziwym lękiem napawało mnie to, że oto drugi raz w ciągu trzech miesięcy zemdlałam, żeby ocknąć się po wielu godzinach. Drugi raz widziałam przy okazji rzeczy dziwne i niezbyt prawdopodobne, które jednak długo nie dawały o sobie zapomnieć, od czasu do czasu powracając w postaci pojedynczych, przerażających obrazów.
Byłam przepełniona sprzecznymi emocjami. Scena przed zasłoną nie miała żadnego odniesienia do rzeczywistości, bo o ile wiedziałam, leżący nieopodal Syriusz Black nie miał najmniejszych powodów do czułego obejmowania mnie albo popełniania ze mną zbiorowego samobójstwa. Wyglądało to na wytwór mojej wybujałej wyobraźni uwolniony w wyniku szoku. Na myśl tym, że moja podświadomość w wolnych chwilach zaklina rzeczywistość i snuje marzenia o tak chorej romantycznej relacji, zrobiło mi się niedobrze. Złość na siebie wymieszana z nieoczekiwanie odkrytymi pokładami czułości i pragnienia bycia otoczoną opieką, stanowiły naprawdę kołującą mieszankę.
Choć wydawało mi się, że zachowuję się bardzo cicho, oblałam egzamin z konspiracji, bo kiedy na palcach wyszłam z łazienki, stanęłam oko w oko z panią Pomfrey z tacą pełną eliksirów w ręku. Bez słów zagoniła mnie do łóżka, na którym z niechęcią usiadłam, a potem natrętnym szeptem powiadomiła mnie, że wysłała sowę do mojego ojca.
Zareagowałam trochę zbyt głośno jak na tę porę, a pielęgniarka nerwowo zerknęła na plecy Blacka. Sądząc po niezaburzonym rytmie jego oddechu, nie obudził się, więc z cichym oburzeniem i z rozpaczliwym gestem zapytałam:
– Dlaczego?
Nie musiała odpowiadać; nagle zrozumiałam. Opuściłam ramiona.
– Chodzi o tę głupią chorobę? – zapytałam szeptem z wyrzutem.
Pani Pomfrey milczała, co było wystarczającym potwierdzeniem. Z determinacją stawiała na szafce nocnej wszystkie leki, które przyniosła, jeden po drugim.
Choć trudno było w to uwierzyć, niemal dwadzieścia lat po swojej śmierci Anemone Snicket wciąż była prawdziwym utrapieniem. Anemone była matką mojego ojca i umarła jeszcze przed moim narodzeniem, ale odkąd pamiętałam, mówiło się o niej w szczególny sposób. Odcisnęła piętno na naszej rodzinie nie tylko ze względu na swój legendarny wredny charakter. Według zeznań mojego taty, mojej mamy, a nawet mojej biologicznej matki, cierpiała na jakąś rzadką chorobę, której nazwy nikt nigdy nie wypowiadał głośno. Strach, że ktoś mógłby ją odziedziczyć, przez lata paraliżował całe pokolenie mojego ojca. Miałam wrażenie, że im intensywniej próbowali zapomnieć o swojej matce, tym gorszy miało to skutek. Zawsze uważałam, że byłoby im znacznie łatwiej, gdyby mnie po niej nie nazwali.
Żadne jednostki chorobowe nie były jednak tak przerażające jak fakt, że na babkę zrzucało się odpowiedzialność za wszystko, co złe. Można było odnieść wrażenie, że nawet to, że mój ojciec zdradził swoją żonę, w wyniku czego urodziłam się ja, było winą babci. O ile mogłam zrozumieć, że według pokrętnej moralności Romana Snicketa nie było niczego złego w ulżeniu swojej rozpaczy po stracie matki w łóżku siostry swojej żony, o tyle nigdy nie zrozumiałam, dlaczego moja przybrana mama nie tylko wybaczyła mu tę zdradę, ale i adoptowała dziecko swojej siostry, a ze swoim zdradliwym mężem miała kolejne. Nie potrafiłam sobie wyobrazić, jak żelazny charakter musiałaby mieć moja martwa babka, by unieść ciężar odpowiedzialności, którą zrzucano na jej barki, ale tak właśnie funkcjonowała moja rodzina.
W każdym razie nie ulegało wątpliwości, że zgodnie ze swoją obsesją ojciec nie omieszkał wspomnieć o tym genetycznym obciążeniu i najwyraźniej zostało to zapisane w mojej karcie, którą przy słabym świetle księżyca właśnie kartkowała pani Pomfrey.
Dlatego postanowiłam ratować sytuację i zachować rozsądek.
– Proszę się nie przejmować, mój ojciec jest przewrażliwiony. To nic takiego.
Pani Pomfrey najwyraźniej postanowiła jednak stawić czoła sytuacji i coś mi wytłumaczyć.
– W trakcie swojej nauki twoja babka była hospitalizowana sto trzydzieści dwa razy – powiedziała rzeczowym szeptem pielęgniarka. Widocznie wyczytała to w swoich notatkach. Pytanie, jak ta informacja się tam znalazła, pozostało bez odpowiedzi. Być może Skrzydło Szpitalne prowadziło swoje księgi i statystyki najbardziej uciążliwych pacjentów, a moja babka pobiła rekord wszech czasów. – Ale według mnie da się to łatwo opanować.
Bezskutecznie szukałam w głowie mądrej odpowiedzi na to nieoczekiwane wyznanie. Widziałam, że pani Pomfrey także bije się z myślami, ale nie rozumiałam, z jakiego powodu.
– A ja jestem hospitalizowana po raz pierwszy – powiedziałam cicho i rozsądnie. Chciałam przypomnieć pani Pomfrey, że sama odesłała mnie z eliksirem wzmacniającym, kiedy na początku roku odwiedziłam ją z takimi samymi objawami. Uznała je wówczas za niegroźne, ale najwyraźniej cokolwiek było w karcie – spowodowało, że zmieniła zdanie.
– To złagodzi bóle i zawroty głowy – wskazała na kilka buteleczek, które stały przy moim łóżku. Wciąż mówiła szeptem, co przestało być zabawne, a zaczęło przypominać dyskusje nad łożem umierającego. – Resztę proponuję potraktować jak skutki uboczne.
W słowach „skutki uboczne” dało się wyczuć nutę z trudem ukrywanej pogardy. Starała się zachowywać profesjonalnie, ale nie potrafiła dobrze ukryć swojej osobistej awersji.
– O czym pani mówi? – zaryzykowałam.
– O wizjach i przepowiedniach, oczywiście – odpowiedziała mi pani Pomfrey z lekceważącą nutą. Słychać było, że bardzo starała się brzmieć naturalnie, ale ledwie jej to przeszło przez gardło.
Zamilkłam, a pielęgniarka wykorzystała chwilę mojej nieuwagi, żeby nafaszerować mnie eliksirem i wepchnąć pod kołdrę i tym samym zakończyć tę niewygodną rozmowę. Zanim odzyskałam zdolność mówienia po przełknięciu gigantycznej łychy ohydnego eliksiru, oddaliła się. Padłam ciężko na poduszkę, marząc, by rano okazało się, że wszyscy odzyskali rozum.
Długo leżałam w bezruchu, bezwiednie obserwując kamienne sklepienie sali szpitalnej i zdążyłam zapomnieć, że nie jestem sama, kiedy Black zdecydował się odezwać. Podskoczyłam ze strachu i w ostatniej chwili powstrzymałam się, żeby nie krzyknąć. Skwitował to złośliwym uśmiechem.
– Może masz prawdziwy dar, jak Sybilla – powiedział ze szczerym rozbawieniem, rezerwując specjalny nadęty ton na słowo „prawdziwy dar”.
Sybilla Trelawney zdążyła już skończyć Hogwart, ale wciąż była żywą legendą, nie tylko wśród Krukonów, którzy wciąż pamiętali, jak godzinami układała tarota w Pokoju Wspólnym. Była obiektem powszechnych drwin, a jej eteryczna aura wariatki przyczyniła się do tego, że od paru lat wróżbiarstwo wybierały najwyżej cztery osoby z każdego rocznika i było za mało chętnych, by kontynuować je na poziomie owutemów. Pozostali bali się, że się czymś zarażą i generalnie uważali ten przedmiot za szkodliwy.
Zgadzałam się z nimi całym sercem i wiedziałam, że moja rodzina odetchnęła z ulgą, gdy na drugim roku bez wahania wybrałam numerologię – dziedzinę ścisłą, opartą na logicznej argumentacji.
– Litości – odparłam krótko przez zaciśnięte zęby.
– Jesteś pewna, że twoja pra-pra babka nie miała na imię Kasandra? – zapytał jeszcze dla pewności, za co z całej siły rzuciłam w niego poduszką. Chciałam, żeby się przymknął.
Nie znałam imion moich pra-pra babek, ale jeśli pani Pomfrey miała rację, to miałam problem ze znacznie bliższym pokrewieństwem. Czy to możliwe, że sekretną chorobą mojej babci była zdolność do przepowiadania przyszłości?
Zdecydowałam, że nie było powodu, by wierzyć w te brednie tak długo, jak żył kot mojego brata Royle’a, a ja i Syriusz Black nie planowaliśmy wspólnej śmierci.
– Przystopuj z tą walecznością – zasugerował Black. – Wystarczy mi, że mam przez ciebie łuski.
Fuknęłam ze złością, przewróciłam się na drugi bok i nakryłam się kołdrą po uszy.
Rano poprawił mi się humor. Okazało się, że moje niewerbalne zaklęcia rzeczywiście częściowo pokryły Blacka gadzimi łuskami dość opornymi na eliksiry i byłam tak zadowolona z siebie, że zapytałam go, czy planuje zostać w Hogwarcie na przerwę świąteczną.
Odpowiedział mi, że raczej nie.

Advertisements