Pod znakiem borsuka: Trudna sztuka jednostronnego kompromisu

Nie była pewna, czy wczoraj przypadkiem jej się nie przyśniło. Wróciła do pokoju nad ranem, mokra i półprzytomna, a gdy się obudziła, Glendy nie było nigdzie w pobliżu i nikt nie mógł potwierdzić tego, że rzeczywistość w istocie była rzeczywistością. Sobie nie mogła już ufać. Nie po tym, w co się wpakowała.
Florence Jezebel Yaxley rozpoczęła swoją bolesną niedzielę od zimnego, bardzo zimnego prysznica i krótkiej notatki do Jamesa Pottera. Jamesa Pottera! Czy naprawdę kiedykolwiek podejrzewała, choćby w swoich najśmielszych koszmarach, że spędzi jakiekolwiek… wczesne popołudnie wypisując listy do Jamesa Pottera? Kto miał być następny? Syriusz Black?
Wszystko, co święte, czy to właśnie czekało na nią w przyszłości? Nie kariera magomedyka a obśliniony pysk Syriusza Blacka? Na samą myśl robiło jej się słabo.
A to nie był czas na słabość. Musiała zachować absolutną świeżość umysłu na tyle, na ile było to możliwe w obecnych okolicznościach. Nie, kiedy w każdej chwili mógł pojawić się koło niej właśnie James Potter i musiałaby mu opowiedzieć o wszystkim, co przyszło jej do głowy pod prysznicem.
– Weź się w garść, Flossie. To wcale nie jest głupi plan.
Jej poziom zaufania do samej siebie naprawdę musiał być krytycznie niski, bo nie uwierzyła sobie choćby przez ułamek sekundy. Odkrząknęła i powtórzyła jeszcze raz:
– To wcale nie jest głupi plan.
– Gadasz do siebie?
Gdyby nie to, że bezpiecznie czuła się jedynie w pozycji siedzącej, niechybnie podskoczyłaby na dźwięk jego głosu. Kiedy podniosła głowę, by spojrzeć na jego roześmianą twarz okoloną okrutną dla jej aktualnego stanu ilością promieni słonecznych, zrozumiała, że może jednak, może odrobinkę, był to bardzo głupi plan.
Tyle że mleko już się rozlało. Była tu i teraz, na błoniach, James był tuż koło niej, a jej durna godność prawdziwego Perfekta nie pozwalała jej się wycofać z danego słowa.
– Upewniam się, że jestem stuprocentowo przygotowana ­– odpowiedziała, próbując  zachować zimną krew. Podejrzewała, że nie za bardzo jej to wychodziło. Jej oczy odmawiały współpracy i za nic nie chciały się otworzyć, nie, kiedy patrzyła prosto w aureolę wokół jego rozczochranej głowy. – Nie lubię nie być przygotowana. To nieprofesjonalne.
Nie mogła pozbyć się wrażenia, że James umierał ze śmiechu.
Jedną nogą szturchnął stosik pergaminów, leżący na ziemi tuż koło niej. Ostatkiem sił powstrzymała się przed skomentowaniem tego w jakikolwiek sposób, chociaż naprawdę, naprawdę miała ochotę go za to skarcić. Jak małe dziecko, które musi popsuć swoją zabawkę, no doprawdy.
– Ale że będziemy się uczyć? – spytał niewinnie, co wcale nie pomogło jej irytacji.
– Nie, James. Będziemy negocjować.
Gdyby nie to, że Flossie i tak nie podejrzewała Jamesa Pottera o przesadne pokłady intelektu, a więc i niewiele miał go do stracenia, gotowa była uznać, że od ostatniej nocy ogłupiał jeszcze bardziej. Przynajmniej na to wskazywała jego mina i podwójne mrugnięcie, które ją poprzedziło. Nawet oślepiona przez popołudniowe słońce nie mogła jej nie zauważyć.
Bez słowa próbowała mu zasugerować, że może jednak przestałby się wygłupiać i usiadł – w końcu słowa w ogóle do niego nie docierały – ale minęły może i nawet dwie minuty nim zrozumiał, co się do niego gestykuluje i w końcu przesunął się z linii koszmarnego prześwietlenia. Flossie tak ulżyło, że nie musiała już wypalać sobie oczu, że przez moment miała ochotę go za to przytulić; tylko moment, bo zaraz uświadomiła sobie, że profesjonalizm nie obejmuje przytulania współkonspiratorów.
Jedyne, co jej pozostało, to przygładzić sweter, wziąć głęboki oddech i…
– Przyniosłem ci śniadanie, chcesz? – James przerwał jej w momencie, w którym już miała zacząć mu opowiadać o istocie tabelek i kalendarzy, które przyniosła ze sobą na błonia.
Tym razem naprawdę mu się przyjrzała. I tak, nie dało się ukryć, że w swoich dłoniach James w istocie trzymał kwiecisty talerzyk z trzema bułeczkami. Być może nawet…
– Poziomkowe.
Mimowolnie wyszczerzyła się do niego w największym uśmiechu, na jaki było ją stać. Nie miała pojęcia, skąd James wiedział o jej miłości do poziomkowych bułeczek, ale aktualnie niewiele ją to obchodziło. Potrzebowała odrobiny szczęścia. Nawet z rąk nie tego Gryfona, co trzeba.
Ostatkiem sił powstrzymała się od wyrwania mu ich siłą; zresztą, Potter i tak był zbyt zajęty naśmiewaniem się z jej entuzjazmu, by jakkolwiek się z nią drażnić i, na przykład, próbować zatrzymać talerzyk dla siebie. Chociaż do tej pory nie czuła głodu, nagle zdała sobie sprawę z tego, że z nerwów nie jadła wczoraj cały dzień. I dzień wcześniej. W zasadzie poza wątpliwym ponczem Syriusza nie miała w ustach niczego od… od rozmowy z Remusem w bibliotece.
Kto jak kto, ale ona akurat nie musiała przechodzić na dietę.
– Kiedy zdążyłaś to wszystko napisać? – James wyciągnął się wygodnie na trawie i zaczął przeglądać jej pergaminy. Pierwszym, który porwał, była tabela pełna wyliczeń prawdopodobieństw warunkowych na wzbudzenie zazdrości różnych technik trzymania się za ręce.
Zanim mogła mu odpowiedzieć, musiała przełknąć wyjątkowo duży kawałek bułki, który akurat przegryzała. Tak, mogła umierać z głodu, wstydu, złamanego serca, bólu głowy i słabego towarzystwa, ale nie był to powód, by od razu rezygnować z podstawowych manier.
– To? To są tylko podstawy. Nie wiedziałam od czego zacząć.
– Ja nawet nie wiem, co połowa z tych szlaczków oznacza. – Przysunął pergamin, który czytał, tuż pod swój nos, udając, że bardzo się na nim skupia. – Jesteś pewna, że to ma znaczenie? Czy będę trzymał twoją rękę od prawej czy lewej strony?
– Lata studiowania Starożytnych Runów nauczyły mnie, że w badaniu przyszłości nic nie pomaga tak, jak właściwa metodyka pracy.
James spojrzał w jej kierunku, ale nie odpowiedział. Gdyby nie to, jak bardzo absorbowało ją połączenie właściwej metodyki pracy i poziomkowych bułeczek, może przejęłaby się intensywnością tego spojrzenia. Zwykle nie czuła się zbyt komfortowo pod taką ścisłą obserwacją. Zwykle wolała raczej bardziej trochę nie istnieć.
– Jeśli chcemy, żeby ten plan wypalił…
– Upaćkałaś się dżemem – przerwał jej, a kiedy nie odpowiedziała, dodał: – Na nosie.
Po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna, Flossie nie miała pojęcia, co powiedzieć.
***
Syriusz dogonił je gdzieś na schodach pomiędzy trzecim i czwartym piętrem; i chociaż zwykle z bieganiem po Hogwarcie radził sobie bardziej niż przyzwoicie, fakt, że szukał Glendy już od paru godzin, sprawdzając jedną po drugiej wszystkie wieże i inne ekstremalnie położone zakamarki, niezbyt korzystnie wpływał na jego kondycję. Dlatego też zanim w ogóle się odezwał, pierwsze parę sekund spędził na zginaniu się wpół i łapaniu oddechu, ku wielkiemu zdziwieniu Dawn, która właśnie odkryła, że Syriusz Black był jednak tylko człowiekiem, a nie starożytnym bogiem zesłanym na ziemię ku uciesze damskich oczu.
– Będziesz żył? – zakpiła Glenda, której nijak nie wzruszała obecna sytuacja Syriusza. Jasne, nie żeby nie kiedyś coś tam, ale aktualnie nie wyglądał on dużo lepiej niż statystyczny Peter Pettigrew. – Musimy cię eskortować do Skrzydła Szpitalnego?
– Bardzo… bardzo zabawne, Kendrick.
– Zrobiłeś się fioletowy – cicho dorzuciła od siebie Dawn.
Glenda parsknęła śmiechem, ale Syriusz nie wyglądał na najszczęśliwszego; nie pamiętał nawet, kiedy po raz ostatni rozmawiał z Dawn, nie miał więc pojęcia, że ta krótka uwaga nie była kolejnym zamachem na jego męską dumę a prawdziwym współczuciem. Faktycznie robił się fioletowy. Może jeszcze nie stuprocentowo jagodowy, ale zdecydowanie zmierzał w tym kierunku.
Dawn próbowała się do niego uśmiechnąć, ale sama wizja uśmiechania się do kogoś tak nadzwyczajnego jak Syriusz Black, nawet w wersji śmietany z jagodami, przerażała ją na tyle, że uśmiech nijak nie chciał pojawić się na jej twarzy. Jedyne, na co mogła się zdobyć, to krok w tył, tak, by mogła bezpiecznie schować się za plecami Glendy.
– Szukałem cię… cały… dzień.
Gdyby powiedział coś takiego jej, małej, nieistotnej, zapomnianej Dawn, czciłaby te cztery słowa do końca swojego życia. Tymczasem Glenda jedynie wzruszyła ramionami i rzuciła:
– Czego chcesz?
Syriusz w końcu złapał na tyle oddechu, by móc się wyprostować. Teraz, gdy już nie sapał jak gigantyczne psisko po intensywnym popołudniu w parku, obie dziewczyny zauważyły, że był czymś wyraźnie zaaferowany. Jednak nawet w tysiąc lat nie odgadłyby, co miał im do powiedzenia.
– To prawda? – spytał. – Rogacz i Flossie?
– Rogacz i Flossie co?
– No… Wiesz.
Glenda nie odpowiedziała. Wpatrywała się w Syriusza tak, jak gdyby naprawdę przemienił się nagle z Gryfona w jagodę, a potem zaczął stepować. Chociaż jeśli miałaby być szczera, w jej oczach prawdopodobieństwo Syriusza-jagody stepującego na schodach do wieży północnej wciąż było nieskończenie większe niż Flossie i Jamesa choćby rozmawiających ze sobą z własnej, nieprzymuszonej woli.
Nie, żeby z Jamesem było coś nie tak. Chyba. Glenda nie miała nigdy żadnych powodów by wątpić w jakość Pottera jako towarzystwa. Jasne, dla niej był trochę za niski i trochę zbyt żałosny w swoich jękach i stękach do Lily Evans, ale przynajmniej nie był Remusem Lupinem. Remusa Glenda nie mogła znieść najbardziej, taki był sztywny i nudny, i pozbawiony jakiejkolwiek joie de vivre. James nie był najgorszy.
Po prostu Flossie… Flossie też była specyficzna. Glenda kochała ją całym swoim sercem, ale nie dało się ukryć, że niespecjalnie nadawała się do interakcji z bardziej… normalnymi ludźmi. Nie żeby przez tyle lat nie udało się jej trochę ucywilizować, ale przed nimi wciąż była dość daleka droga, a obściskiwanie się z Jamesem Potterem mogło okazać się skrótem, którego biedna Florence by nie przeżyła.
– Flossie i James będą mieli dziecko? – niespodziewanie wypaliła Dawn, która z tego wszystkiego rozumiała jeszcze mniej niż Glenda.
– Co? – Glenda i Syriusz spytali unisono, w akcie pół-skonfundowania i pół-paniki.
Dawn skurczyła się i dosłownie, i w przenośni, gdy dwie pary bardzo intensywnych oczu wbiły się prosto w jej czoło. Dla człowieka, którego nigdy nikt nie zauważał, było to zdecydowane przekroczenie wszystkich norm bezpieczeństwa związanych z cudzą uwagą.
W zaistniałej sytuacji nie pozostało jej nic innego jak zacisnąć obie dłonie na krawędzi jej swetra i właśnie się skurczyć – najlepiej do rozmiaru guzika, o tak, guzik byłby wystarczający. Tyle że Dawn nie była też asem czarowania i mimo jej najwytrwalszych prób, nigdy nie udało jej się opanować samo-transmutacji; i chociaż bardzo bardzo chciała być guzikiem, nic jej z tego nie wychodziło.
– No… Mówiłeś, że Flossie i James, no i że wiemy – Dawn mówiła tak cicho, że i Glenda, i Syriusz nie za bardzo usłyszeli ją za pierwszym razem. Dlatego też po chwili musiała dorzucić, odrobinę głóśniej: – Nie to powiedziałeś?
Gigantyczny kamień spadł z serca Glendy. Nie, żeby podejrzewała, że Dawn mogła wiedzieć coś, czego nie wiedziała ona… Ale jeśli chodziło o Florence i jej zdolność do pakowania się w niepotrzebne kłopoty, nigdy nic nie wiadomo.
– Nie, nie to powiedział – warknęła na Dawn, która od tego warknięcia w istocie prawie skurczyła się do rozmiaru guzika. – Syriusz sugeruje, że Florence i James Potter mają romans. Bez dzieci.
– Nie jestem gotowy na dzieci – Syriusz mruknął, chociaż nikt nie pytał go o zdanie; co zresztą zasugerowało mu po chwili spojrzenie Glendy.
Dawn wyrzuciła z siebie niemal niesłyszalne Och, którego nikt już nie usłyszał, bo Glenda otrząsnęła się już z pierwszego szoku i była gotowa drążyć temat. Wszyscy, którzy znali Glendę Kendrick chociaż odrobinę, wiedzieli, by trzymać się od niej z daleka, gdy była w nastroju na drążenie tematu – ale najwyraźniej to, co chciał tym osiągnąć, było dla Syriusza ważniejsze niż jego życie i perspektywy na miłe popołudnie, bo jeszcze nie zaczął uciekać.
– Nie wkręcasz nas? Flossie i James? Nie wydaje ci się to… komiczne?
– Przysięgam na moją piękną mordę, że własnymi oczami ich widziałem wczoraj, tymi tutaj bosko szarymi – Syriusz wyszczerzył się, mimo że przez Rogatego aktualnie nie było mu bardzo do śmiechu.
Glenda przewróciła oczami.
– Flossie wróciła wczoraj tak późno, że w ogóle tego nie pamiętam. Pamiętasz? – Spojrzała na Dawn, która energicznie i bez słowa pokręciła głową. – A rano była tak nieprzytomna, że nawet nie mogłam jej spytać, jak poszło jej tête a tête z… Myślałam, że Flossie umówiła się wczoraj z Remusem?
– Dlaczego Flossie miałaby się umówić z Remusem?
– To dziwi cię bardziej niż wersja z Jamesem?
Próbował się nad tym zastanowić; ale ostatecznie Syriusz jedynie doszedł do wniosku, że niczego już w ogóle nie rozumie.
***
Bułeczki poziomkowe dawno się już skończyły, ale Flossie i James wciąż przerabiali czwarty pergamin. Z dwudziestu siedmiu. Po prostu niezależnie od tego, jak bardzo Flossie starała się trzymać przyzwoite tempo przerabiana materiału, James co chwilę znajdywał powód, by ją rozproszyć.
– Całowałaś się w ogóle kiedyś? – spytał przykładowo znienacka, kiedy w ogóle się tego nie spodziewała.
Posłała mu bardzo ostre spojrzenie; chociaż niepokrycie się rumieńcem przysporzyło jej więcej trudności, niż chciałaby się do tego przyznać.
– Słucham?
– Muszę wiedzieć, nie? Chciałaś być przygotowana.
Przez sekundę prawie, prawie mu uwierzyła – ale potem James Potter postanowił z głupim uśmiechem na twarzy przeczesać palcami swoje czarne, wiecznie rozczochrane włosy i wrażenie tego, że kiedykolwiek mógł coś traktować poważnie prysło.
Flossie wyprostowała się, by dodać sobie odrobinę powagi i mimowolnie też odgarnęła włosy ze swojej twarzy.
– Jak już musisz wiedzieć – zaczęła bardzo obrażonym tonem – to po raz pierwszy całowałam się już w wieku sześciu lat.
Głupi uśmiech nie schodził mu z twarzy, a ona czuła podskórnie, że im dłużej się on utrzyma, tym gorzej jej będzie z tym powstrzymywaniem rumieńca. Mimo to uparcie nie odwracała od niego wzroku, zdeterminowana wygrać tę potyczkę, która dla Jamesa wcale pewnie nie była żadną potyczką.
Nie wyglądał wszak jak ktoś, kto właśnie się pojedynkował, nawet jeśli był to pojedynek na ego. Cały leżał rozciągnięty na trawie, a do tego podśmiewał się lekko i ogólnie sprawiał wrażenie zdecydowanie zrelaksowanego.
– Zdradzisz mi, kto był tym szczęśliwcem?
I stało się. Flossie zarumieniła się w sposób niewątpliwie uroczy, chociaż jednocześnie zdecydowanie niepożądany. A że była człowiekiem białych włosów i bardziej niż porcelanowej skóry, w ogóle nie dało się tego rumieńca ukryć, niezależnie od tego, jak poważną chciała przy nim zrobić minę.
James wyszczerzył się jeszcze bardziej.
– No, no, miłości swojego życia nie powiesz? – spytał zaczepnie, puszczając do niej oko jak jakiś… jakiś… jakiś Gryfon.
W naturze Florence Yaxley nie leżało kłamstwo, niestety – co oczywiście wliczała w tabele ryzyka ich planu, które przygotowała. Ze wszystkich swoich wad Flossie najbardziej nie znosiła w sobie właśnie tej niemożności niemówienia prawdy; lanie wody przydałoby się jej w wielu kłopotliwych sytuacjach życiowych i ta właśnie była tego najlepszym przykładem. Ale nie. W życiu Flossie to prawda musiała zawsze zwyciężyć, niezależnie od tego, ile ją kosztowała.
– Syriusz – wymamrotała niewyraźnie, licząc na to, że James jej nie usłyszy.
Usłyszał.
– Syriusz? Syriusz Black? Pierwszym facetem, z którym się całowałaś, był Syriusz Black?
James praktycznie dusił się ze śmiechu, co wcale nie pomagało ani jej rumieńcom, ani koszmarnym wspomnieniom podwieczorków u Blacków, na które ojciec targał ją w dzieciństwie.
– Miałam sześć lat, ok? Nie możesz mnie za to winić!
Z całego tego rozbawienia aż przewrócił się na plecy. Trudno mu było sformułować jakąkolwiek odpowiedź, bo wizja małej Flossie i małego Łapy była zbyt u-ro-cza, żeby nie umrzeć od niej ze śmiechu. W zasadzie z tego wszystkiego powoli zaczynało mu brakować powietrza; i wcale nie pomogło mu to, że ostatkiem oddechu wydusił z siebie:
– Petera też masz na liście?
Zareagowała instynktownym pacnięciem go w ramię, a gdy to nie podziałało, Flossie musiała chwycić się ostateczności – porzucenia jej starannie przygotowanych notatek i rzucenia się na niego z pięściami. W teorii brzmiało to o wiele poważniej niż w praktyce. Florence mogła być wysoka jak na swój wiek i swoją płeć, ale w kwestii masy wciąż była od Jamesa przynajmniej dwukrotnie mniejsza, a i przecież nie próbowała go naprawdę pobić. No, może trochę. Na trochę zasłużył.
Sama nie zauważyła nawet kiedy przestała uderzać go zaciśniętymi pięściami, a zaczęła łaskotać. W końcu skoro chciał się z niej śmiać, mógł się z niej śmiać porządnie, prawda? A potem nie zauważyła kiedy to on zaczął ją łaskotać i jak sama wylądowała na plecach, chociaż w jej podręczniku Dobrej Uczennicy i Córki i Obywatelki nie było ani słowa o turlaniu się po trawie.
W szczególności o turlaniu się po trawie z ludźmi, których się ledwo znało, a mimo to wchodziło się z nimi w szemrane układy i układziki.
W końcu jednak James jej odpuścił i upewniwszy się, że sam był już bezpieczny, odsunął się od niej na tyle, by nie mogła mu oddać. Jakimś cudem jego włosy były jeszcze bardziej poczochrane niż zwykle. Flossie zdziwiła się, że w ogóle to zauważyła, ale szybko odrzuciła od siebie tę myśl – włosy Jamesa Pottera nie znajdowały się na liście rzeczy do omówienia tego popołudnia.
– A ty co? – spytała. – Całowałeś się kiedyś w ogóle?
– Ty mi nie odpowiedziałaś.
Poprawiła włosy, sweter, w zasadzie całą siebie. Może i James lubił żyć chaosem, ale nie była to forma, na której przybranie Flossie zdobyłaby się na dłużej niż trzy, może cztery minuty.
– Tak – odpowiedziała po chwili zastanowienia. – Całowałam się, byłam w związku, on był mugolem, nic to nie znaczyło.
Chyba nie spodziewał się takiej odpowiedzi; w jego głowie Flossie była tylko i wyłącznie Idealną Panną Prefekt i nigdy nie zdołała stać się w niej człowiekiem z krwi i kości. Zaczynał żałować, że spytał. Chciał się z nią podroczyć, zobaczyć, jak peszy się tym, że nikt nigdy nic, może nawet sprawdzić, jak daleko może się posunąć w udawaniu. Jeśli w ogóle zdecydowaliby się na udawanie. Nie chciał z nią poważnie rozmawiać.
Czuł, że poważnie rozmawiali.
W szczególności, że jej błękitne oczy wpatrywały się w niego intensywnie, oczekując odpowiedzi, a James zdawał sobie sprawę z tego, jaki niespecjalnie dobry był z niego człowiek.
– Parę koleżanek dziewczyn Syriusza, nic specjalnego.
Kiwnęła głową na znak, że zrozumiała. Usiadła wygodnie i sięgnęła po pergaminy, które wcześniej porzuciła. Nagle zrobiło się niezręcznie i żadne z nich nie rozumiało dlaczego.
Jednak zanim przeszli do następnych podpunktów planu, Flossie rzuciła jeszcze oschle:
– Wolałabym, żebyś mnie nie całował, chyba że naprawdę musisz.
A on nie zaprotestował nawet odrobinę.
***
Z parapetu w jej dormitorium Lily z pewnością mogłaby dotrzeć Jamesa i Flossie na błoniach; to wymagałoby jednak tego, żeby otworzyła oczy, a ona zbyt zajęta była wygrzewaniem się w słońcu, by zwracać uwagę na takie szczegóły.
Od samego rana czuła się po prostu najszczęśliwsza i nic, absolutnie nic, nawet James Potter, nie mogło jej tego szczęścia odebrać. Jedyne, na co miała ochotę, to siedzenie na parapecie i rozmyślanie o poprzedniej nocy. Co to była za noc! Czy kiedykolwiek wcześniej czuła coś takiego? Nie, zdecydowanie nie. Ani Severus… ani jakikolwiek inny chłopak w Hogwarcie nie reprezentował takich manier i takiej wrażliwości jak Elijah Prewett. Nie dosięgali mu do pięt.
– Ty wciąż w chmurach? – Jakby z innej planety dobiegł ją głos Jolene.
Otworzyła oczy i spojrzała na przyjaciółkę wychodzącą z ich wspólnej łazienki. W innych okolicznościach zdenerwowałoby ją to, że Jolene razem ze sobą przyniosła cały strumień wody skapujący z jej włosów, ale dzisiaj w ogóle jej to nie przeszkadzało. Dzisiaj Jolene mogła wpaść do sypialni z całą wanną. Z dwoma wannami. Z trze… Nie, trzy wanny to byłaby przesada.
Lily uśmiechnęła się radośnie.
– Nigdy nie planuję z nich schodzić.
Jolene upuściła na podłogę ręcznik, którym wycierała swoje włosy i rzuciła się na łóżko. Stary materac, którego nikt nie wymieniał od bardzo, bardzo dawna, zaskrzypiał pod jej ciężarem, ale przyzwyczajona do tego dźwięku, który towarzyszył jej od sześciu lat, w ogóle na to nie zareagowała. Przypatrywała się Lily i jej uśmiechowi, niepewna, czy powinna się nim cieszyć, czy martwić.
Elijah Prewett może i nie był Ślizgonem, ale wciąż był Prewettem – co stanowiło dość potężny problem, bo, cóż, wszyscy Prewetci byli szczurami. Może nie aż takimi jak jego brat, Octavian, ale jednak szczurami. Czy Elijah mógł się okazać wyjątkiem? Mógł. Ale czy Lily naprawdę musiała być tą, która się o tym przekona?
Poza tym pozostawał jeszcze jeden drobny problem – James Potter. Lily mogła wczoraj tego nie zauważyć, ale Jolene nie umknęła ani sekunda, którą Rogaty spędził poprzedniej nocy z Flossie Yaxley. I tak, jej przyjaciółka mogła się zarzekać, że pomiędzy nią i Jamesem nigdy nic nie będzie, ile chciała – ona już jej nie wierzyła. Niewątpliwie w jakiś pokrętny sposób czuła do niego miętę. Choćby i bardzo krzykliwą, ale jednak miętę.
– Widziałaś wczoraj Rogatego? Nieźle zaszalał. Kto by się spodziewał.
Cisza, jaką odpowiedziała jej Lily, potwierdziła wszystkie jej najgorsze podejrzenia.
Chwilę zajęło Lily przypomnienie sobie, że była szczęśliwa. Najwidoczniej jej chmury nie znajdowały się poza zasięgiem obślizgłych łapsk Pottera; obślizgłych łapsk Pottera, które wczoraj zdecydowanie znalazły się na pośladkach Florence Yaxley. Florence Yaxley! Kto to w ogóle pomyślał, taka szara myszka, Puchoneczka, Panna Regulamin, a tu proszę, imprezki i tańczenie z największym łobuzem tego zamku, naprawdę, w ogóle tego nie przewidziała.
Nie, żeby życie osobiste Jamesa Pottera w ogóle ją interesowało. Po prostu wolała nie przypominać sobie takich… nieprzyzwoitych scen. Nie w momencie, w którym miała być bezgranicznie zakochana w swoim życiu i Elijah Prewetcie.
– Może…
– Biedna dziewczyna – Lily westchnęła dramatycznie. Po jej dobrym nastroju nie pozostał ślad. – To oczywiste, że Potter bawi się jej naiwnością. Nic lepszego nie można się po nim spodziewać.
Jolene czuła, że powinna interweniować nim Lily wpędzi się w swoją spiralę nienawiści i wyruszy na kilkudziesięciominutową przygodę pełną krzyków, płaczu i przekleństw; jednak otoczona swoimi ulubionymi poduszkami nie za bardzo miała ochotę się podnosić.
Może nie będzie tak źle, musiała sobie myśleć, w końcu panna Evans wciąż była zachwycona wieczorem z tym swoim Prewettem, prawda?
– Flossie jest bardzo miła. I bardzo ładna.
Gdy tylko te słowa opuściły jej usta, Jolene zrozumiała, że popełniła kardynalny błąd; ale na poprawienie się było już za późno. W przeciągu kilkunastu sekund z uśmiechniętej, lekko bladej z niewyspania Lily przemieniła się w płonącą żywym ogniem jaszczurkę, gotową odgryźć każdą głowę, która nadzieje jej się pod ostre zęby. Lily była aktywowana. Nic, absolutnie nic nie mogło jej już powstrzymać.
Zeskoczyła z parapetu i podeszła do łóżka, na którym leżała Jolene. Sama nie za bardzo wiedziała, co chciała tym osiągnąć. Cokolwiek. Chyba. Cały pokój wydawał jej się jedną, wielką, falującą plamą.
– Nie wiem, no nie wiem, zawsze wydawało mi się, że Glenda byłaby o wiele bardziej w jego stylu – wyrzucała z siebie słowa praktycznie na jednym oddechu. – Taka idealnie szczupła i wysportowana, i kto wie jeszcze jaka łatwa w obsłudze, Flossie przy niej to katalog wszystkich nieszczęść i założę się, że nawet nigdy nikogo porządnie nie pocałowała.
– Może Rogaty…
– Rogaty, Rogaty, Rogaty, tak o nim rozmawiamy, jakby był centrum wszechświata, a przecież nie jest, jest na tym świecie dużo bardziej wartościowych mężczyzn i ludzi, choćby Elijah, Elijah nigdy nie podrywałby Florence Yaxley, a w szczególności nie na moich oczach, na naszych oczach, Rogaty nie ma ani krzty przyzwoitości, a ta jego wczorajsza fryzura była jeszcze głupsza niż wszystkie jego poprzednie fryzury!
Z tymi słowami ciężko usiadła na łóżku, zgniatając przy tym nogi Jolene, których ta nie zdążyła zabrać jej z drogi w odpowiednim czasie. Wyglądało jednak na to, że skończyła jej się energia i na kolejny wybuch raczej nie było szans. Najwidoczniej nieprzespane noce czasem się na coś przydawały.
Jolene podniosła się trochę i oparła głowę o ramię Lily.
– Elijah zaprosił cię dzisiaj na spacer? – spróbowała zmiany tematu.
Ta podziałała tylko połowicznie. Bo chociaż Lily przestała już strzelać piorunami na prawo i lewo, to w jej odpowiedzi wciąż była duża nuta smutku:
– Tak. Widzisz, James Potter nigdy nie zaprosiłby nikogo na spacer. Ten buc w ogóle nie zna się na romantyzmie.
***
– Chcesz, żebym zabrał cię na romantyczny spacer? – James spytał znienacka.
Florence spojrzała na niego ze zdziwieniem, głównie dlatego, że zajęta była właśnie tłumaczeniem mu meandrów swojego planu zajęć. Chwilę zajęło jej zrozumienie, dlaczego o tym wspomniał; chwilę dość upokarzającą jak na to, że uznawała samą siebie na dość inteligentną jak na blondynkę. A tu jednak. Nie wyszło jej dodanie prostego A do B.
– Ale czemu? – spytała, bo mimo iż rozumiała, dlaczego tak nagle o tym wspomniał, to sama idea spaceru z Jamesem Potterem, a co dopiero romantycznego spaceru z Jamesem Potterem w ogóle jej się nie podobała.
– Czemu?
– No… czemu?
James chyba nie spodziewał się takiej reakcji; odruchowo przeczesał dłonią włosy, ale zrobił to jakby nieświadomie, bardzo powoli i na moment zamarł nawet w takiej pozie. Flossie musiała przyznać, że było coś uroczo niewinnego w jego zmarszczonej minie; przypominał jej trochę Lunę, kiedy akurat się nie dąsała albo nie biegała za Evanem Rosierem, a może nawet małą, niewinną sarenkę.
Bo to w zasadzie było urocze, to, z jaką śmiałością James nosił uczucia na swojej skórze i chyba niezdolny był do jakiegokolwiek ich kamuflowania. W świecie, w którym wychowała się Florence, pełnym ludzi nie nawet o podwójnych, a posetnych intencjach, taka szczerość była swojego rodzaju powiewem świeżości. Jasne, było to też naiwne i dziecinne, i łatwe do obśmiania, ale w zasadzie z racji tego, że Flossie była córką swojego ojca, a jednocześnie zupełnie nie była córką swojego ojca, co sama aż za dobrze rozumiała, ani trochę nie miała ochoty wykorzystywać jego… prostolinijności.
Przynajmniej aktualnie.
Gdyby naprawdę była córką swojego ojca, dramatycznie uniosłaby jedną brew; ale zamiast tego musiała się zadowolić zachęcającym uśmiechem.
– Powinniśmy się lepiej poznać – oświadczył w końcu James, próbując zabrzmieć przy tym bardzo oficjalnie.
Ten oficjalny ton pogłębił jeszcze wrażenie emocjonalnej nieporadności, które na niej wywołał, przez co w pierwszym odruchu prawie, prawie powiedziała tak. Tyle że w głębi serca Florence nigdy nie zapominała o rzeczy w życiu najważniejszej – doprowadzaniu planów do szczęśliwego końca – a randki z Jamesem Potterem wydawały jej się niewystarczająco efektywne.
Dlatego też strząsnęła z siebie współczucie wymieszanie z rozmemłaniem, odwróciła na chwilę wzrok od orzechowych oczy Jamesa i powiedziała prosto w swój bardzo efektywny i bardzo plany-do-końca-doprowadzający pergamin:
– Nie wiem, czy to statystycznie opłacalne rozwiązanie.
James Potter zaniemówił po raz chyba już setny w trakcie tego krótkiego popołudnia. Czuł, że niedługo do tego przywyknie i zrozumie, że Florence nie myśli w sposób jakkolwiek ludzki, ale to niedługo jakoś tak nie chciało nadejść, a on zupełnie nie był przygotowany na w międzyczasie.
Zmarszczył się więc jeszcze bardziej, próbując skupić myśli i przełożyć to, co miał do powiedzenia na język, którym posługiwał się ten obcy gatunek zwany Puchonką z Planem.
– No… Jeśli będziemy coś o sobie wiedzieć, to będziemy bardziej wiarygodni?
Florence zastanowiła się. James z zapartym tchem obserwował ją, jak przygryzała wargę i bez słowa wodziła oczami po pergaminie, który, jak zakładał, nie miał przecież nic wspólnego z jego pytaniem. Czuł, że może mu się udało. Że może faktycznie powiedział coś, co należało powiedzieć.
Prawie.
– Nie będzie lepiej jak zrobię ci tabelkę? Będziesz miał wszystko zapisane i na pewno nie zapomnisz.
Spojrzała na niego w końcu z jakimś świeżo obudzonym entuzjazmem. Jak na człowieka, którego oceny nigdy nie przekraczały wybłaganych Z, Flossie wykazywała zbyt dużą miłość do tabelek. Był to, prawdopodobnie, efekt Starożytnych Run – tak podejrzewał, bo Remus od Starożytnych Run też oszalał na punkcie kolumn i wierszy.
– Naprawdę myślisz, że tabelka wystarczy? – jeszcze próbował, nieśmiało, z mniejszym przekonaniem.
– Na pewno spędzimy nad nią mniej czasu niż na spacerach, w szczególności w błocie, założę się, że trudno będzie znaleźć nam czas na spacery bez błota.
Ta pasja, z którą rzuciła się w ramiona tabelkowego pomysłu prawie przekonała Jamesa, by poddał się tu i teraz i zapomniał o tym, że może ten ich… plan mógłby mieć jakiekolwiek ludzkie oblicze. Kiedy tak patrzył na nią, sięgającą po nowy pergamin i mamroczącą coś do niego o kamieniach milowych jej życia i ulubionym kolorze, nawet był gotowy posłusznie za nią podążyć. Czemu nie. Przecież dokładnie wiedział, jaki był jego ulubiony kolor, nie?
Chociaż jakby się nad tym dłużej zastanowić, James nie był pewien, czy wiedział, jaki był jego ulubiony kolor. Z rozpędu prawie powiedział, że niebieski – ale może tylko ślepo powtarzał to po innych mężczyznach? Niebieski był chyba ulubionym kolorem i Syriusza, i Remusa, i Petera, i w zasadzie bardzo wielu innych jego kolegów.
Zresztą Florence chyba – musiał się przyjrzeć, bo nie pamiętał – Florence chyba miała niebieskie oczy, co mogłoby być odebrane jako próba flirtu, a on, James Potter, nigdy nie mieszał profesjonalizmu z przyjemnością. No, prawie nigdy.
Więc może zielony? Lily miała zielone oczy. Albo czerwony, jak jej rude włosy i cały Gryffindor! Tyle że żaden z tych kolorów tak naprawdę do niego nie przemawiał; oba kojarzyły mu się głównie z koszmarnymi, świątecznymi swetrami. A na tym kończyły się jego skojarzenia i sama myśl o tym, że musiałby przypomnieć sobie wszystkie kolory tego świata i ułożyć je w kolejności od najładniejszego do najobrzydliwszego przyprawiał go o mdłości.
James nie był po prostu gotowy, by w sposób zorganizowany spojrzeć w głąb siebie.
Mógł chcieć się przypodobać Flossie na tyle, by ich plan wypalił bez większych sprzeczek – ale głęboka psychoanaliza nie wchodziła w grę. Nie, żeby obawiał się, że przypadkiem odkryje w sobie coś niepożądanego; skrycie przeczuwał, że nie był na tyle skomplikowany, by znaleźć w sobie coś poza Quidditchem i piwem kremowym. Ale sam ten wysiłek! Tyle pracy po nic!
– Wiesz, mi się wydaje, że my będziemy zupełnie nieautentyczni – zebrał się na odwagę, by przerwać tabelkowe szaleństwo. – Nie możemy być tylko na pokaz. Ludzie muszą na nas wpadać, no wiesz, przypadkiem.
I po raz pierwszy Florence musiała przyznać mu rację.
***
W taki piękny, jesienny dzień w Pokoju Wspólnym Gryffindoru nie powinno być nikogo – w końcu takich dni w Szkocji nigdy nie było wiele, a co dopiero tamtego roku, gdy ilość deszczu przekraczała jakiekolwiek zdrowe normy. Ale wyjątkowe sytuacje wymagały wyjątkowych środków; i tak oto Syriusz, Peter i Remus znaleźli się na dywanie naokoło kominka, który był rozpalony mimo tego, że temperatura otoczenia podchodziła już pod rekordowe 19 stopni Celsjusza w pełnym słońcu.
Peter siedział na jednym z foteli stojących na dywanie i udawał, że próbuje się skupić na czytaniu podręcznika od Zielarstwa i wcale, ale to wcale nie podsłuchuje Remusa z Syriuszem. Remus, wyraźnie czymś podłamany, siedział na dywanie i opierał się o ten właśnie fotel. Syriusz zaś kręcił się tam i z powrotem, mamrocząc coś do siebie.
– Więc Glenda mówi, że o niczym nie wie? – Remus zebrał się w sobie, by wrócić do konwersacji, którą przerwali na kilka minut ciężkiego milczenia. – Myślałem, że mówią sobie o wszystkim.
– Ponoć w ogóle nie miała czasu z nią porozmawiać. Śpiąca królewna nie chciała się obudzić, czy coś.
Peter przerzucił jedną kartkę swojego podręcznika; pierwszą od dziesięciu minut. Nie wiedział, czy Syriusz i Remus w ogóle zwracali na niego uwagę, ale wolał nie ryzykować. Po raz pierwszy w życiu dowiedział się czegoś istotnego – i to ilu rzeczy jednocześnie! Nie miał pojęcia ani o tym, że Remus się w kimś zakochał, ani o tym, że James nie był już zakochany w Lily, a już na pewno nie o tym, że James poderwał dziewczynę, w której zakochał się Remus.
Z tego wszystkiego czuł, że jego mózg niedługo przegrzeje się z nadmiaru wiadomości. Gotowy był jednak jakoś to przetrzymać. Być częścią drużyny czy coś.
– Nie wiem, czemu James miałby nas okłamywać, Syriuszu. – Remus brzmiał na pokonanego. – To nic, że Glenda nie wie. Wszyscy widzieliśmy to, co widzieliśmy i słyszeliśmy to, co słyszeliśmy.
To była ciężka noc i jeszcze cięższy poranek. Gdy James w końcu wrócił do ich dormitorium, przez dobre pół godziny monologował do nich wszystkich o tym, jakim jest koszmarnym przyjacielem, ale po prostu nie mógł, nie mógł oprzeć się słodkiej Flossie. Na samo wspomnienie Remusowi żołądek podchodził do gardła.
Nie chciał przecież źle życzyć kumplowi. Przez te wszystkie lata Rogacz był dla niego niewyobrażalnym wsparciem. Gdyby nie on i Syriusz, nigdy nie pogodziłby się z tym… z tym, czym był. W innych okolicznościach byłby bardzo szczęśliwy, że ten w końcu odpuścił sobie Lily Evans. Tylko czy naprawdę to musiała być ona? Ze wszystkich dziewczyn w całym zamku – właśnie Flossie?
– Czemu w ogóle ignorowałeś ją cały wieczór? – Pytanie Syriusza niespodziewanie uderzyło go prosto w bolące serce. – Nie ty ją przypadkiem tam zaprosiłeś?
– To nie jest takie łatwe.
– Serio? Rozmawiacie ze sobą non stop. Jedyne, co musiałbyś zrobić inaczej niż zwykle, to podać jej szklankę z ponczem. Serio, Lunio, to nie jest jakaś skomplikowana filozofia, konwersować z ładną kobietą.
Syriusz przystanął na chwilę, by przyjrzeć się swojemu przyjacielowi i od razu pożałował swoich słów. Remus wyglądał na kompletnie złamanego tym, co usłyszał. I może w istocie potrzebował porządnego kubła zimnej wody na swojej głowie, ale on sam nie był pewien, czy chciał koniecznie być tym, który go wyleje.
James w tym aspekcie poradził sobie znakomicie.
– Nie o to mi chodziło. – Nie kłamał. Ostatnim, na co miał ochotę, było pogorszenie stanu Remusa. – To wina Rogatego. Wkurwił mnie.
Remus parsknął śmiechem, który mógł oznaczać tylko jedno – całkowitą pogardę do samego siebie. Trudno było jakkolwiek zareagować na taki gest. Chyba nie istniało w całym Wszechświecie coś, co mogłoby teraz wytrącić go z tego samo-potępiającego nastroju.
Peter próbował go pocieszyć, szturchając go nogą; ten jednak w ogóle tego nie zauważył, zbyt zajęty był obarczaniem siebie winą za wszystko, co wydarzyło się pomiędzy Florence i Jamesem.
– Jeśli tego właśnie chce Flossie, niech będzie, jak ma być. – Wziął głęboki oddech. – Nigdy nie byłem dla niej wystarczająco dobrą opcją. Nie taki, jaki jestem.
Zanim Syriusz zdążył mu odpowiedzieć, usłyszeli trzask zamykanych drzwi i czyjeś szybkie kroki w dół schodów. Wszyscy zamilkli; nie zakładali, że w taki piękny dzień ktokolwiek przerwie im rozmowę i tylko dlatego zdecydowali, że Pokój Wspólny był wystarczająco bezpieczny. Nie, żeby z ich dormitorium było coś nie tak. Może poza zapachem. Gdyby od czasu do czasu otwierali okna i nigdy nie nosili tych samych skarpet przez tydzień, ich dormitorium byłoby idealne.
Jak połączeni ze sobą niewidzialnym sznurkiem wszyscy trzej odwrócili głowę w stronę źródła tego hałasu, by już po kilkunastu sekundach zobaczyć Lily Evans. Lily, która mogła położyć na swojej twarzy bardzo ładną warstwę makijażu, jednak nijak nie pomogło jej to ukryć zapłakanych oczu. Lily uczesanej, ubranej w swoją najładniejszą sukienkę, ale wciąż wyglądającą jak siedem bardzo nieszczęśliwych nieszczęść.
Na ich widok Lily wyprostowała się i poprawiła sukienkę; z zadartym do góry nosem wyglądała jeszcze dziwniej, bo nijak nie korespondował on z jej ogólną postawą.
– Jakbyście chcieli wiedzieć – zaczęła Bardzo Poważnym Tonem – to idę właśnie na romantyczny spacer brzegiem jeziora z Elijah Prewettem.
Zanim którykolwiek z nich zamknął rozdziawione ze zdziwienia usta, Lily już nie było. Wybiegła z Pokoju Wspólnego tak, jak gdyby przed czymś uciekała a nie wybierała się na romantyczny spacer brzegiem jeziora, i, przy okazji, jakby wcale nie miała na stopach wysokich, czerwonych szpilek.
– Czy oni wszyscy oszaleli? – wydusił z siebie w końcu Syriusz.
Peter poczuł, że to była jego chwila. Ten moment, w którym swoją ciętą ripostą włączy się w konwersację i uratuje złamane serce Remusa, tak jak i poczucie zagubienia Syriusza. Wszystko, czego potrzebował, to dobra puenta; dobry moment na jej wypowiedzenie w końcu już znalazł.
– Jak gumochłony w rui – powiedział w końcu tonem nie zbyt dramatycznym, ale jednak chociaż odrobinę.
Nigdy nie miał zrozumieć, czemu ani Syriusz, ani Remus nie docenili jego dowcipu.
***
James bardzo, bardzo starał się skupić na każdym słowie, jakie wyrzucała z siebie Florence, ale od ponad godziny nie powiedziała już w sumie niczego istotnego, więc nie było to specjalnie proste zadanie. James stwierdziłby nawet, że było to zadanie trudne.
W zasadzie więcej czasu poświęcał zastanawianiu się, kiedy Flossie zauważy, że zamiast na nią patrzył na drużynę Puchonów zbierającą się wokół boiska. Gdyby nie był bogiem Quidditcha, pomyślałby, że to bardzo nadgorliwe, tak prowadzić treningi w niedzielę, ale prawda była o wiele bardziej prozaiczna – weekendy były jedynymi dniami, kiedy Puchoni w ogóle mogli dopchać się do boiska. Wszyscy inni odpoczywali i byli zbyt zajęci leżeniem do góry brzuchem, by wypychać ich z kolejki.
Zwykle w chwilach autentycznego zmęczenia, a przecież taką właśnie przeżywał, James nie potrafił myśleć nawet o Quidditchu. Sam był w szoku, że cokolwiek we Wszechświecie potrafiło go powstrzymać od latania, ale tak po prostu było. Wyglądało jednak na to, że głos Flossie recytującej mu po raz trzeci plan na ten tydzień – tak, żeby na pewno nie zapomniał – zrobił swoje, bo bardzo, bardzo chciał sobie polatać.
Dwa kółeczka w tą, dwa kółeczka w tamtą i…
– James. – Głos Flossie docierał do niego, chyba, chociaż nie wiedział, które James w końcu usłyszał. – James, co robimy we wtorek?
Mrugnął na znak, że żył, ale z odpowiedzią poszło mu znacznie gorzej.
– Eeee…
– Czy ty mnie w ogóle słuchasz? Co cię tak rozprasza? Evans kręci się po błoniach?
Zanim zdążył jej odpowiedzieć, odwróciła się, by znaleźć źródło jego rozkojarzenia i, jak podejrzewał, zrównać je z ziemią. Spodziewał się wykładu właśnie w stylu Lily – mężczyźni i miotły, bla bla, jak dzieci, czego się można po nich spodziewać – i na samą myśl, że ktoś mógł rozgrywać w jego życiu rolę Lily nie będąc Lily, coś kłuło go w żołądek.
Nigdy by nie zgadł, co wydarzyło się zamiast tego.
Florence chyba, nie był tego do końca pewny, bo cała ta sytuacja była zbyt surrealna, by określać ją w kryteriach pewności, Florence chyba zaklęła pod nosem i zerwała się z trawy niemal natychmiastowo. Wszystkie pergaminy, które trzymała ułożone równiutko na swoich kolanach, rozsypały się po trawie w sposób nader nieperfekcyjny, ale w ogóle się tym nie przejęła; pochyliła się tylko i zaczęła je gorączkowo zbierać, nie starając się nawet posegregować ich w kolejności alfabetycznej, nic a nic.
Gdy już wyrwał się z pierwszego zdziwienia, rzucił się jej na pomoc. W zasadzie chciał spytać, o co chodziło, ale przy całym tym zawirowaniu koncentracji starczyło mu jedynie na krótkie:
– Flossie?
– Spóźniłam się. Nie wierzę, że się spóźniłam. Ja… – Jednym, bardzo brutalnym ruchem wcisnęła wszystkie pergaminy do torby, która nagle zmaterializowała się przy jej stopie. James mógł się założyć, że naprawdę się zmaterializowała i wcześniej jej tam nie było. – Wyjaśnię ci później.
Wciąż nie wierzył swoim oczom, gdy zaczęła od niego odbiegać; tym razem jednak udało mu się wydusić z siebie o wiele potężniejsze:
– Flossie!
Zatrzymała się w miejscu, chociaż widać było, że bardzo jej to nie odpowiadało.
– Obiecałam Glendzie i Philowi, że przyjdę na ich trening Quidditcha – powiedziała z lekkim rozdrażnieniem, a gdy James nie odpowiedział, dodała: – Chcą, żebym popatrzyła na dynamikę drużyny. Czy coś tam. Nie wiem, mam przyjść też na nabory w przyszłym tygodniu.
Chociaż widział, że przebierała nogami, żeby już sobie pójść, za nic nie mógł przyspieszyć swoich procesów myślowych. Czy Flossie… Czy Florence Yaxley, najbardziej sztywna ze wszystkich sztywnych Prefektów naprawdę właśnie powiedziała, że za sprawą jakiegoś cudu – w postaci Glendy Kendrick i Phila Bardsleya – będzie grała w Quidditcha? W DRUŻYNIE QUIDDITCHA?
– Naprawdę muszę iść, James – Flossie postarała się, by jej naprawdę brzmiało naprawdę poważnie.
Odwróciła się na pięcie i poszła, a James z rozdziawioną gębą patrzył na jej huśtający się na boki kucyk. Czuł, że powinien się podnieść i wrócić do dormitorium, a najlepiej pod zimny prysznic, żeby otrząsnąć się z tego wszystkiego, przez to tego ranka przeciągnęła go Flossie, ale nie miał siły ani na wstawanie, ani tym bardziej na ciężką podróż w stronę zamku.
I może dobrze, że się nie podniósł, bo już po chwili Flossie odwróciła się ponownie i ruszyła w jego kierunku, wciąż nerwowa, ale teraz zdecydowanie nerwowa z jego powodu.
– Jak się dowiemy, że to działa? – krzyknęła do niego jeszcze z odległości kilkunastu kroków, co wcale nie pomagało jego poczuciu odrealnienia.
– Co? – spytał głucho.
– Jak się dowiemy, że nasz plan zadziałał?
Stanęła tuż przed nim i przysłoniła mu sobą całe słońce. W zasadzie nie było to złe rozwiązanie, bo od nadmiaru pogody robiło mu się powoli niedobrze, tak bardzo brak deszczu nie leżał w jego brytyjskiej naturze. Jednak jej nagła bliskość w niczym nie pomogła mu zrozumieć, o co jej chodziło.
– Lily umówi się ze mną, a Remus z tobą? – zaryzykował najprostszą z odpowiedzi.
– Ale kiedy? Jak? Musimy mieć plan. Sposób na mierzenie efektów naszego głównego planu. Pomyśl o tym!
Posłała mu uśmiech, który mniej mu się kojarzył z Flossie jako taką, a bardziej z Glendą, czy Flossie, która latała na miotle aż tak różniłaby się od Glendy, gdyby nie jej oczywisty brak biustu? Też starał się uśmiechnąć, ale ona już na niego nie patrzyła i ruszyła na kolejny bieg w kierunku boiska.
Nie ostatni.
– Święta!
Tym razem zdążył się już podnieść z trawy. W połowie spodziewał się następnego nalotu i bardzo starał się go uniknąć. Najwyraźniej w porównaniu do nerwowo-podekscytowanej Flossie był raczej powolnym żółwiem niż rączym rumakiem.
Tym razem uśmiechnął się do niej już pewnie i starał się nie wyszczerzać głupio oczu, bo w zasadzie nie było to zbyt estetyczne rozwiązanie. Puchonka czy nie, nie było co przy niej tracić reputacji.
– Co święta? – spytał, zanim zdążył ugryźć się w język.
– No… Słyszałam od Glendy, że kiedy wszyscy wyjeżdżają, organizujecie sobie z Dumbledorem potańcowkę.
– To jest bardzo przyzwoite spotkanie świąteczne, nie wiem o co…
– Ty zaprosisz Lily, ja Remusa i będziemy wiedzieć, nie?
James zastanowił się przez moment. Ze względu na Syriusza faktycznie nigdy nie jeździł na święta do domu; co sprawiało, że we dwójkę musieli zwykle znaleźć sobie swój sposób na świętowanie. Ostatnie dwa lata robili to organizując małe spotkanie w Sali Wejściowej – z nauczycielami włącznie, żeby nie było, oczywiście, było to spotkanie zdecydowanie legalne i przyzwoite. Trochę szarad, trochę puddingu i trochę tańczenia.
Lily nigdy nie zostawała na święta w Hogwarcie. Czy nie byłoby cudownie przeżyć z nią tych kilka fantastycznych chwil pod sztucznym śniegiem wyczarowanym przez Flitwicka?
– Zgaduję, że milczenie to zgoda?
– Zabieram cię na ten twój trening – odpowiedział. – Biegasz tak już z piętnaście minut, straciłaś całe piętnaście minut bardzo istotnej dynamiki drużyny!
Jego milczenie było zgodą.

Advertisements

Człowiek człowiekowi wilkołakiem: 05

Ślady butów w śniegu się nagle urwały. Zatrzymała się przy ostatnim i rozejrzała bezradnie. Jak ona miała teraz dotrzeć do szkoły, kiedy nie miała po czyich śladach iść? Nie zwróciła specjalnej uwagi na to, że urwane ślady mogły oznaczać jakąś tajemnicę do rozwiązania; może jakiś uczeń został porwany przez hipogryfa? Albo ktoś lecący na miotle rzucił w niego jakieś złowieszcze zaklęcie, które sprawiło, że rozpadł się w proch? Może wciąż tu był, ale w pelerynie-niewidce?
Właściwie ta ostatnia myśl sprawiła, że cofnęła się o dwa kroki po tych śladach i zaczęła machać różdżką, upewniając się, że nikt tuż przed nią nie stał. Wcale by ją to nie zdziwiło, skoro zdawała sobie sprawę, z tego, że jej brat był w posiadaniu peleryny-niewidki.
Potrząsnęła głową i skupiła się na bieżącej sytuacji, a nie rozwiązywaniu tajemnic Hogwartu − jak dotrzeć do szkoły bez śniegu w butach, za kołnierzem, w staniku, we włosach, oczach i nosie? To był poważny kryzys, bo ślady już nie miały jak uratować jej życia i miała już zostać na błoniach, w odległości zaledwie około dwustu stóp od szkoły, do odwilży. Była szansa, że ktoś znajdzie ją wcześniej, ale na pewno nie wystarczająco wcześnie, żeby uratować ją przed niechybnym zamarznięciem. Rozważyła nawet zbudowanie igloo, żeby przedłużyć okres przetrwania, ale zdała sobie sprawę, że nawet nie wiedziała, jak to igloo wykonać. Cóż za okrutny los, który skazał ją na taką śmierć.
− Kitty!
Westchnęła głośno, może trochę z ulgą, bo wizja śmierci się nieznacznie oddaliła. Nie na długo. W jej stronę biegł właśnie James i wcale nie sprawiło to, że Kitty poczuła się bezpieczniej. Wręcz przeciwnie. Na widok białej śmierci w jego ręce, zbitej w całkiem okazałą śnieżkę (zapewne również twardą jak kamień), przestała się przejmować tym, że ślady w śniegu się skończyły, przestała przejmować się śniegiem w butach − po prostu zaczęła uciekać. Bo James nie był sam.
I to właśnie jego towarzysz dopadł ją jako pierwszy, tuż po tym jak Kitty wśród całych tych nieodśnieżonych błoni, straciła równowagę i runęła w pozornie tylko miękki i puszysty śnieg. Odruchowo zasłoniła twarz rękoma i leżała na brzuchu cała zdrętwiała, kiedy Syriusz smarował jej głowę śniegiem.
− Ile wy macie lat? − zajęczała spod śniegu.
Kolejna z jej obaw weszła w życie − śnieg w ustach. Wypluła go i zrzuciła z siebie Syriusza. Przekręciła się i usiadła, i już chciała zmrozić wzrokiem brata i jego najlepszego przyjaciela, kiedy na jej twarzy rozpadła się śnieżka. Śnieg w oczach, nosie i ustach − zawsze o tym marzyła. Otrzepała się trochę zbyt gwałtownie, bo uderzyła łokciem Syriusza, który wciąż był stanowczo zbyt blisko niej, by mogła poczuć się bezpiecznie.
− Nienawidzę was.
Podniosła głowę. Cały komplet Huncwotów postanowił zniszczyć jej dzień.
Uparcie starała się nie patrzeć na Remusa. Odkąd Abby powiedziała jej, że to takie oczywiste, że ją lubił, to czuła się nieco skrępowana w jego obecności. W szczególności, że teraz zwracała uwagę, jak bardzo był dla niej miły. Ciężko było jednak uniknąć spojrzenia Remusa, kiedy ten wyciągnął do niej rękę, by pomóc jej wstać. Skorzystała z pomocy, ale pociągnął ją trochę zbyt mocno, jakby oceniał jej wagę o przynajmniej kilkanaście funtów wyższą (oburzające!) − ledwo udało jej się zachować równowagę i nie wpaść na niego. Poczuła, że jej policzki zaczęły się czerwienić; na szczęście było na tyle zimno, że można byłoby pogodę uznać za powód rumieńców.
− Chodź, Kitty, ulepimy Smarka − powiedział rozbawiony James.
Syriusz i Peter zaśmiali się. Podniosła ostrożnie wzrok na Remusa, który cały czas stał dość blisko. Uśmiechał się; nie była pewna czy z powodu pomysłu Jamesa, czy tak po prostu do niej. Jedno było pewne − cała czwórka była w świetnym humorze i Kitty trochę się ten humor udzielił, mimo całej swojej niechęci do śniegu i tego, że miała ten śnieg w każdym miejscu, w którym go nie chciała.
Kitty ostatecznie też się uśmiechnęła i pokręciła z rezygnacją głową.
− Ile wy macie lat? − zapytała znowu, a James wyszczerzył zęby.
− Nie bądź jak McGonagall. Chodź.
Chwycił ją za płaszcz i zaczął odciągać ją coraz dalej od wejścia do Howagrtu. Kitty tęsknie patrzyła za szkołą, w której było tak przyjemnie i ciepło, a zamiast tego czekał ją chłód i śmierć podczas lepienia bałwana. Syriusz wcisnął na jej i tak już całą w śniegu głowę swoją czapkę, może z powodu poczucia winy? Kitty nie zastanawiała się nad tym, po prostu przyjęła bez słowa czapkę, która może pomoże jej przetrwać te ekstremalne warunki.
Peter w międzyczasie zaczął już toczyć pierwszą kulę.
− Jak chcecie sprawić, żeby bałwan wyglądał jak Snape? − zapytała, obserwując poczynania Petera.
Syriusz wyciągnął z kieszeni bardzo skrzywdzoną przez los marchewkę. Była naprawdę krzywa.
− Poprosiliśmy skrzaty o najbrzydszą marchewkę, jaką znajdą.
− Widzę pewne podobieństwo.
Huncwoci zaśmiali się na tę uwagę, mimo że wcale nie miała być śmieszna − po prostu odzwierciedlała faktyczny stan nosa Severusa Snape’a.
− Mamy też ślizgoński szalik − powiedział James, wskazując na wypchaną torbę Remusa. − Uczynny brat Syriusza nam go użyczył.
− Z własnej woli?
− Niekoniecznie − odpowiedział Remus i zerknął w stronę szkoły. − Syriusz zostawił go w śniegu. Nie martw się, ktoś go już pewnie z niego wyciągnął.
Nie martwiła się. Może trochę, ale raczej o to, że liczyła, że jej brat i jego przyjaciele już wyrośli z maltretowania słabszych, ale najwyraźniej wciąż to była przednia rozrywka. Mogła się domyślić po tym jak James złapał Philipowi nos, ale to nie był raczej atak na słabszego.
Pokręciła z rezygnacją głową, poprawiła rękawiczki i sama zaczęła lepić kulkę. Śnieg jej nawet w tej prostej czynności nie wspierał, bo nie chciał się lepić i rozpadał się w jej rękach. Burknęła pod nosem i otrzepała rękawiczki. Było jej zimno, wciąż marzyła o ciepłej kąpieli i siedzeniu w kocu tuż przed kominkiem. Zamyśliła się chwilę i ocknęła się dopiero, kiedy śnieżka uderzyła ją w ramię. Kitty spojrzała na brata z oburzeniem i wcisnęła ręce do kieszeni.
− Przydaj się do czegoś i poszukaj gałęzi na ręce.
Uniosła brwi i westchnęła. Nie widząc lepszego zajęcia skierowała się w stronę najbliższych krzaków; musiała się oczywiście przedzierać przez świeży i nienaruszony jeszcze śnieg. Usłyszała a sobą kroki i obejrzała się, żeby zobaczyć Remusa, który postanowił jej towarzyszyć przy tym tak odpowiedzialnym zadaniu. Czyżby Huncwoci uznali, że bez pomocy nie uda jej się zdobyć rąk dla Severusa Snape’a? Albo że wybierze zbyt ładne i proste gałęzie? Właściwie nie powinno ją to dziwić, sama na widok tego śniegu podejrzewała, że zaraz zwyczajnie się o coś potknie, przewróci i już nie wstanie, nie wspominając nawet o wybieraniu odpowiednich gałęzi. Oczywiście Kitty nie była taką fajtłapą; miała stosunkowo dobrą koordynację ruchową, która pomogła jej dostać się i utrzymać później w drużynie quidditcha. Jednak widok całkowicie zasypanych błoni oraz śnieg w butach i pod ubraniami odbierał jej całą pozytywną energię i siły nad podnoszenie odpowiednio wysoko nóg. Dlatego nawet nie skomentowała tego, że Remus poszedł za nią.
Zrównał z nią krok i spojrzał na nią, ale ta dzielnie przedzierała się przez śnieg. Wciąż chodziły jej po głowie słowa Abby, więc nie chciała na niego patrzeć. Nigdy wcześniej nawet by tego nie rozważała, ale wszystko potwierdzało, że mogła mieć rację.
− Wszystko w porządku? − zapytał w końcu, a ona przystanęła i zerknęła na niego kątem oka wyraźnie zdziwiona pytaniem. − Syriusz porządnie cię śniegiem natarł.
Kitty sięgnęła ręką do czapki Syriusza, którą wciąż miała na głowie.
− No nie było to najprzyjemniejsze przeżycie.
Remus ściągnął rękawiczkę i wyciągnął rękę w stronę jej twarzy. Kitty uważnie obserwowała, co robił i przez chwilę rozważała, czy aby nie uciekać gdzieś daleko przez śnieg, ale potem spojrzała mu w oczy i porzuciła te myśli. Nie odwzajemnił jej spojrzenia, skupił się na jakimś nieokreślonym punkcie trochę poniżej. Uśmiechał się lekko, nie robiło to takiego wrażenia, jak uśmiech Philipa; Remus uśmiechał się do niej dużo częściej, ale był to ciepły i pełen sympatii uśmiech, który teraz sprawił, że serce zabiło jej trochę mocniej.
Miała wrażenie, że świat na chwilę zamarł wokół jego jasnobrązowych oczu, ale dłoń Remusa dotarła w końcu do celu. Strzepnął resztkę śniegu z jej włosów, po czym cofnął rękę. Kitty złapała się na myśli, że mógłby jej nie zabierać. Spojrzał jej w oczy, a ona prędko odwróciła głowę.
− Gałęzie. Musimy znaleźć gałęzie − powiedziała, rozwiewając tym samym całą romantyczną atmosferę. Było stanowczo zbyt zimno i śnieżnie na jakiekolwiek romanse.
Remus ocknął się jakby i zerknął w stronę pozostałych Huncwotów, możliwe, że w obawie czy aby ich nie obserwowali. W końcu, kiedy ostatnio jakiś chłopak publicznie okazywał Kitty sympatię, skończyło się to złamanym nosem. Bo może wcale nie chodziło tu o to, że Philip był Ślizgonem, a po prostu, że zarywał do jego siostry? Remus powinien mieć się na baczności.
W końcu skinął głową.
− Panie przodem.
Kitty burknęła pod nosem, ale ruszyła przez śnieg w stronę upragnionych krzaków.
*
James otrzepał się pobieżnie ze śniegu i podparł pięści o biodra. Patrzył z dumą na swoje i swoich przyjaciół (i trochę też siostry) prawie skończone dzieło. Kitty musiała przyznać, że podobieństwo było uderzające, jak na porównanie bałwana z człowiekiem. Oddawał prawie wszystkie najważniejsze cechy Snape’a, poza jego włosami. Powbijali mu do głowy pozostałości po gałęziach przeznaczonych na ręce i fryzurą przypominał bardziej Jamesa, ale była to jedyna niedoskonałość bałwana.
− Dzieło mojego życia − skomentował James i otarł nieistniejącą łzę spod oka.
− Nie przesadzałaby… − zaczęła Kitty, ale brat nie dał jej dokończyć.
− DZIEŁO MOJEGO ŻYCIA.
− Chciałam tylko powiedzieć, że nazywając Snape’a dziełem swojego życia…
James wytknął ją palcem, więc postanowiła znowu nie skończyć myśli.
− Musiałaś mi to odebrać.
Rozłożyła bezradnie ramiona i wskazała głową na zbliżających się dwóch z trzech pozostałych Huncwotów. Petera zobaczyła trochę dalej leżącego w śniegu, a Syriusz idący z przodu miał nad wyraz świetny humor, więc Kitty podejrzewała, że potraktował przyjaciela tak samo jak wcześniej potraktował ją. Ale Peterowi nie odstąpił czapki w ramach przeprosin.
− Nos widzę na swoim miejscu, idealnie − skomentował Syriusz i wyciągnął z kieszeni dwa ciemne kamyki, które wbił bałwanowi w miejsce oczu. Zrobił to na tyle krzywo, że można było przysiąc, że bałwanowy Snape miał zeza albo jakąś inną wadę wzroku. − Trzeba postawić go gdzieś bardziej na widoku.
James wyciągnął różdżkę z kieszeni i zaczął lewitować bałwana w stronę zamku, a Syriusz jako dobry i pomocny kolega postanowił asekurować śnieżny twór; szkoda byłoby gdyby nagle, przez jakieś błędy w podstawowej edukacji Jamesa, miał się rozsypać.
− W końcu będzie ciepło − powiedziała pod nosem Kitty i potarła dłonie o siebie. Dodało to jedynie dramatyzmu jej słowom, bo rękawiczki były już i tak całkiem przemoczone, a palce tak zmarznięte, że ich nie czuła.
− Nikt cię nie zmuszał do spędzania z nami czasu − odpowiedział jej spokojnie Remus. Nie wyczuła w jego głosie pretensji, ale i tak poczuła się trochę głupio za marudzenie.
− No co ty, było zabawnie. Spędzanie czasu z wami jest zabawne. Poza momentami jak lądowałam twarzą w śniegu. I śnieg jakimś cudem lądował mi w stani… za kołnierzem.
Remus zaśmiał się, a Kitty pomachała tylko ręką, żeby jej nie słuchał.
− Jakby ciebie nie było, to na pewno byłoby nudniej.
Spojrzała na niego trochę zaskoczona. Trochę trudno jej było sobie wyobrazić Syriusza i Jamesa spędzających czas w nudny sposób. Może poza przygotowaniami do egzaminów, ale do tego było jeszcze daleko.
− To znaczy?
− Wszyscy się popisywali jak tylko mogli.
Pierwsze, co pomyślała po jego odpowiedzi to Syriusz, który wrzucił ją i wiele innych osób do śniegu. Nie o takiej formie popisywania się marzyła. Obejrzała się na Petera, który wyczołgał się już ze śniegu i próbował z małym powodzeniem ich dogonić. Kitty postanowiła być miła i zwolniła trochę krok.
Spojrzała w końcu na Remusa.
− Ty też?
Remus nie odpowiedział. Uśmiechnął się tylko uprzejmie i wzruszył ramionami, jakby było to obojętne, ale wcale nie było. Jego odpowiedź mogła potwierdzić już ostatecznie słowa Abby, ale Remus postanowił zostać ją z tą niby-odpowiedzią, a głupio byłoby dopytywać o szczegóły tego tajemniczego wzruszenia ramionami. Jeszcze by się zorientował, że ona wie, że on ją lubił. Wtedy byłoby dopiero niezręcznie.

Człowiek człowiekowi wilkołakiem: 03

Naszła ją nagła myśl, że być może już do końca życia będzie samotna. Takie myśli nachodziły ją dość często w przeciągu ostatniego tygodnia. Tak mniej więcej od momentu, kiedy ostatni raz rozmawiała z Philipem. Cóż, rozmowa to może zbyt dużo powiedziane, ale przez cały tydzień po ich zerwaniu nie miała wielu okazji, by powiedzieć mu nawet cześć i zejdź mi z oczu, z naciskiem na to drugie, ponieważ dzielili jedynie jedne zajęcia, a na korytarzu unikał jej jak ognia, nie wspominając już o rozmowie. A taka rozmowa by im się na pewno przydała, a przynajmniej Kitty czuła potrzebę by to wszystko wyjaśnić, nawrzeszczeć na niego, że złamał jej serce z powodu takiej głupoty (bo złamany nos złożono mu w minutę, więc musiało chodzić jedynie o urażoną ślizgońską dumę − co za bzdura!), a potem trochę popłakać i najlepiej uciec zanim zaczęłaby się poniżać i prosić, aby do niej wrócił. Na to nie mogła sobie pozwolić. Nie ważne jak bardzo by go lubiła!
Kitty oczywiście była też wściekła na Jamesa, w końcu mógłby nie wtrącać nosa w nieswoje sprawy, ale na niego miała już okazję nawrzeszczeć i ostatecznie największa złość jej przeszła. Bo ileż można być obrażonym na brata, którego się powinno kochać? Nie pomagało to, jak bardzo cieszył się swoim zwycięstwem nad podłym, złym, podłym i niewolącym jego siostrę Ślizgonem. Kitty nie czuła się niewolona, Philip od samego początku, kiedy zaczęli się umawiać, był dla niej bardzo miły, wykazywał się cierpliwością i momentami nawet trochę czułością. Oczywiście wciąż był poważnym Ślizgonem i publicznie nie mógł pokazywać, że ma w ogóle jakieś uczucia, bo przecież musiał pilnować nienagannej opinii! Potem wkroczył James i wszystko się posypało.
Kitty nagle poczuła jakby o czymś zapomniała. Potrząsnęła lekko głową i skupiła wzrok na pergaminie leżącym przed nią i wielkim czarnym atramentowym kleksie, który musiała zrobić w trakcie swojego zamyślenia. Zerknęła jeszcze na siedzącą obok Aurorę, która swoimi ciemnymi oczami chyba próbowała jej coś powiedzieć. Kitty uniosła brwi, kiedy ta w końcu ruchem głowy pokazała, o cóż jej mogło chodzić.
− Panno Potter?
Kitty momentalnie oprzytomniała; głos profesor Vegi był skuteczniejszy od kubła zimnej wody. Spojrzała na nauczycielkę, a na jej bladej twarzy pojawiły się czerwone plamy. Trwała astronomia, a ona ostatnie, co pamiętała to obłok molekularny i tylko dlatego, że była to ostatnia rzecz, którą zapisała w notatkach. Mogło to być właściwie też co innego, bo część nazwy została zasłonięta kleksem.
− Tak?
Profesor Vega uniosła brwi, a Kitty wysiliła się na uśmiech i sięgnęła po czystą rolkę pergaminu, żeby zasłonić zniszczone notatki.
− Wszystko w porządku? Od jakiegoś czasu siedzisz bez ruchu.
− Zamyśliłam się − odpowiedziała szczerze z braku pomysłu na jakąkolwiek lepszą wymówkę. − Przepraszam.
W myślach przeklinała, że tylko trzy osoby uczęszczały na astronomię; gdyby było ich więcej, profesor Vega by nic nie zauważyła i byłby spokój. Teraz miała problem i tym razem nawet Aurora, ulubienia nauczycielki, jej nie uratuje.
− Skoro pozwalasz sobie na zamyślenia, panno Potter − zaczęła profesor Vega. Brzmiała groźnie, a Kitty skuliła się lekko. − To na pewno wiesz jak wygląda proces narodzin gwiazdy.
Kitty spojrzała na nią bezradnie.
− Ma to związek z obłokami.
Profesor Vega westchnęła cicho, wyraźnie zawiedziona, a Kitty przygryzła wargę. Nie chciała być powodem rozczarowania, ale chyba było już na to za późno.
− Napiszesz o tym referat na za tydzień, panno Potter.
Kitty skinęła głową i znowu wysiliła się na uśmiech. W myślach tylko powtarzała jak bardzo nienawidzi świata. To wszystko było winą Traversa; jakby nie zerwał w tak prostacki sposób, to wszystko byłoby dobrze! A teraz nie dość, że do końca życia będzie samotna, to jeszcze musiała napisać dodatkową pracę domową, a ona nawet z podstawowymi miała problem. Zwykle z powodu lenistwa, nie głupoty, ale różnie bywało.
Profesor Vega wróciła do wykładu, a Kitty postanowiła wrócić do słuchania i robienia notatek, tym razem na czystym pergaminie. Na tablicy widniały jakieś ruchome schematy, ale nic jej to nie mówiło. Jak dużo informacji mogło jej umknąć przez tę chwilę zamyślenia? Kitty coś czuła, że to zamyślenie mogło trwać nawet dłużej, niż się profesor Vedze wydawało. Próbowała jakoś powiązać ze sobą natłok nowych informacji i schematy ze swoją dotychczasową wiedzą, ale jak to z nowymi tematami bywa, nabyta wcześniej wiedza może nie pomóc.
Kitty bezradnie spojrzała na ambitnie notującą Aurorę; nawet nie spuszczała wzroku z profesor Vegi i jej schematów. Kitty poddała się zupełnie, schowała twarz w dłoniach i czekała tylko aż te zajęcia się skończą.
*
Po zajęciach i obiedzie rzadko wracała prosto do wieży Gryffindoru. Zwykle miała lepsze rzeczy do roboty od siedzenia w pokoju wspólnym albo dormitorium. Teraz jednak nie miała ani siły, ani tym bardziej ochoty na cokolwiek bardziej skomplikowanego. Powlokła się schodami na siódme piętro, w międzyczasie gubiąc się na czwartym z powodu złośliwych schodów, które powiodły ją nie tam, gdzie miały. Niby spędziła prawie siedem lat w tej szkole, wciąż miała czasem problemy by się odnaleźć w niektórych miejscach.
Na siódmym piętrze natknęła się na Petera, który prowadził żywą dyskusję z Grubą Damą. Kitty nie słyszała całej rozmowy, ale nietrudno było się domyślić, że chodziło o hasło. Kitty nie pierwszy, ani ostatni raz natknęła się na kogoś, kto najzwyczajniej w świecie zapomniał hasła.
Traszka dwuogonowa − powiedziała Kitty, kiedy stanęła oko w oko z Grubą Damą.
Kobieta na obrazie uśmiechnęła się i spojrzała na Petera.
− Tak trudno zapamiętać? − zapytała, po czym otworzyła przejście do pokoju wspólnego.
Peter wykrzywił usta z niezadowoleniem i burknął coś pod nosem w jej kierunku. Zerknął na Kitty, która wyglądała na rozbawioną. Pokręcił z rezygnacją głową.
Oboje weszli do środka.
− Dzięki − powiedział w końcu, chociaż wyraźnie oburzało go jej rozbawienie. − Z pół godziny się z nią użerałem, aż dziwne, że nikt w tym czasie się nie znalazł w okolicy.
− Nie ma sprawy. Dziwię się tylko, że mój brat cię tak zostawił.
Chciała jeszcze dodać bez opieki, ale ugryzła się w język.
− Gdzieś przepadli z Syriuszem podczas obiadu. Wiesz, nie jesteśmy zrośnięci.
− Aż trudno w to uwierzyć.
Wyszczerzyła zęby. Naprawdę rzadko można było ich wszystkich spotkać osobno. Z całej czwórki, to Remus spędzał najwięcej czasu osobno (chociaż to wciąż nie było wcale tak dużo), Peter zawsze włóczył się za Jamesem, niezależnie co się działo, dlatego jego uwaga ją rozbawiła jeszcze bardziej niż sytuacja z hasłem.
Peter znowu zrobił obrażoną minę i odmaszerował do stolika, przy którym siedział zaczytany w jakiejś książce Remus. Kitty też czekało zagłębianie się w książkach. Niby miała cały tydzień na napisanie karnej pracy domowej, ale coś czuła, że jak nie napisze tego od razu, to nie napisze nigdy.
Kitty nie musiała słyszeć, co Peter mówił, była po prostu pewna, że zaczął od marudzenia na nią. Jej przypuszczenia zostały potwierdzone tym, że Remus przerwał czytanie i spojrzał wprost na Kitty. Niezbyt dyskretnie; zawsze wydawało jej się, że Remus należał do tych bardziej subtelnych. Odpowiedział coś Peterowi i zostawił go samego, a sam skierował się w stronę Kitty, która miała już zamiar uciec do dormitorium, by zaszyć się tam do wieczora. Zatrzymała się jednak.
− Kitty.
Uśmiechnęła się do niego. Był od niej dużo wyższy, a grzywka przysłaniała widok, więc musiała lekko zadrzeć głowę, żeby spojrzeć na jego twarz. Jak zwykle wyglądał na zmęczonego; miał wyraźnie podkrążone oczy, dodatkowo policzek przecinała okazała blizna. Kitty zawsze zastanawiała się, skąd ją miał, ale James nigdy jej tego nie chciał zdradzić. Raz zasugerował, żeby sama spytała, ale uznała ten pomysł za głupi i nic z tym nie zrobiła.
− Remusie − przerwała mu zanim zdążył powiedzieć cokolwiek więcej.
Mogłaby przysiąc, że zarumienił się lekko, ale równie dobrze mogło to być światło od kominka. Musiała go jednak trochę zbić z tropu, bo zaczął drapać się po karku, jakby zastanawiał się, co ma powiedzieć.
− Przykro mi − powiedział w końcu, a Kitty przechyliła głowę i spojrzała na niego dziwnie. − Z powodu Philipa.
− No co ty! Zachował się jak kretyn. − Machnęła ręką. − Już mi przeszło.
Kłamała oczywiście, ale nie widziała powodu, dla którego Remus miałby o tym wiedzieć. Oczywiście miła była świadomość, że ktoś z bandy Huncwotów, jak lubili siebie nazywać James i jego koledzy, poszedł po rozum do głowy i pomyślał o tym, co ona mogła czuć przez tą całą aferę. Poziom jej sympatii do Remusa znacznie wzrósł, ale to nie oznaczało, że od razu miała się mu zwierzać.
Uśmiechnął się do niej, starając się ukryć zakłopotanie.
− Jesteś pewna?
− Tak. − Zaśmiała się. Poklepała go po klatce piersiowej, bo do ramienia musiałaby za bardzo rękę wyciągać. − Jesteś uroczy, ale nie przejmuj się mną, poradzę sobie.
Zastanowiła się chwilę.
− Ale możesz przekonać Jamesa, by tak się tak z tej całej afery nie cieszył.
− To nie będzie łatwe, ale zrobię co w mojej mocy.
Skinęła głową, nie tracąc uśmiechu, i skierowała się na schody do żeńskich dormitoriów. Zatrzymała się jeszcze na chwilę i odwróciła do Remusa.
− Dzięki.
*
Kitty przez ostatni tydzień spędzała wyjątkowo dużo czasu w dormitorium. Zwykle był tam spokój; współlokatorki przychodziły tylko, jeżeli czegoś potrzebowały albo szły już spać. Było to idealne miejsce na unikanie ludzi i skupienie się na odrabianiu lekcji. Zerwanie z Philipem miało ten plus, że od tygodnia Kitty nie odkładała żadnych zadań na zajęcia. Abby się zamartwiała, było to w końcu do niej niepodobne, ale Kitty po prostu musiała się czymś zająć, a treningi quidditcha były stanowczo zbyt rzadko, żeby mogła zapomnieć o złamanym sercu.
Abby przewertowała kolejną książkę w poszukiwaniu jakichś informacji o powstawaniu gwiazd, ale żadne podręczniki do astronomii nie poruszały tego tematu na tyle rozlegle, by można było napisać o tym cały referat. Zerknęła na Kitty, która miała rozłożoną na kolanach książkę i ze znudzeniem przerzucała kartki.
− To bez sensu − powiedziała w końcu i odłożyła kolejną książkę na pozostałe, które zdążyła już przejrzeć. − Nie mogłaś jej zapytać, gdzie znaleźć te informacje?
Kitty przerwała przeglądanie książki i spojrzała na przyjaciółkę wyraźnie strapiona.
− Mogłam − odpowiedziała. − Ale potrzeba zejścia z oczu profesor Vedze była silniejsza. Naprawdę nic nie masz?
− Nic a nic.
Kitty westchnęła ciężko i zerknęła na pergamin, na którym zaczęła już coś pisać, ale było tego niewiele i większość z notatek, które przetrwały styczność z rozlanym atramentem.
− Skończy się na tym, że będę musiała iść jutro do biblioteki.
− Tak będzie najlepiej. Czym w ogóle jest ten cały obłok molekarny?
− Molekularny. Jest to obłok. W kosmosie. Po jakichś kilkunastu milionach lat staje się gwiazdą.
− Ale taki obłok jak niebie? Wiesz, z pary wodnej.
Kitty zawahała się chwilę.
− Nie, no co ty.
− To z czego?
− Właśnie dlatego potrzebujemy znaleźć tę książkę − powiedziała w końcu, bo nie miała zielonego pojęcia czym do cholery był obłok molekularny, ale wyglądało na to, że była to dość istotna informacja, która powinna zostać zawarta w tym nieszczęsnym referacie.
Abby zaśmiała się i odłożyła ostatnią książkę na stertę pozostałych. Kitty zrezygnowała zamknęła tę, którą miała na kolanach i położyła się na łóżku.
− Nie chcesz pójść za mnie do biblioteki? − zapytała, za co została rzucona poduszką. Aż sapnęła z oburzenia. − No wiesz co! Chcesz zostawić przyjaciółkę w potrzebie?
− Moja astronomiczna edukacja zakończyła się na właściwościach fizycznych księżyców Jowisza i pierścieni Plutona. Niech tak zostanie.
Kitty spojrzała na nią i zmarszczyła brwi. Ostatecznie jednak uśmiechnęła się na wspomnienie piątego roku astronomii. Księżyce były tak nudnym tematem, że sama była skłonna zrezygnować z kontynuowania tych zajęć, w szczególności, że pojawiły się one potem na SUM-ach. Ostatecznie przemogła się i nie żałowała, chociaż w takich momentach marzyła tylko o tym, żeby kto inny napisał za nią ten referat. Niby mogła poprosić Aurorę o pomoc, ale wolała tego uniknąć. Ostatnim razem jak prosiła ją o pomoc, spędziły cały weekend w bibliotece, kiedy to Aurora tłumaczyła jej jedno zagadnienie − nie dlatego, że Kitty go nie rozumiała, a po prostu sama była nim zafascynowana i chciała to zrobić najlepiej jak mogła. Kitty podziwiała zapał Aurory, ale jednocześnie trochę ją przerażał.
− Saturna. Pluton nie ma pierścieni − sprostowała, ale Abby wzruszyła tylko ramionami. − W porządku. Jutro idę do biblioteki, ale nie zostawiaj mnie bez pomocy.
− Czy kiedykolwiek zostawiłam?
Kitty nie odpowiedziała na to, bo nie musiała. Położyła głowę na poduszce i dała w końcu odpocząć swoim oczom.

na psa urok: 01.

Depresja czaiła się w najczarniejszym kącie, gotowa w każdej chwili zaatakować. W dormitorium zawsze można było wyczuć jej obecność, ale nigdy nie było wiadomo, kto padnie jej ofiarą. Jedna chwila nieuwagi i wszelka radość życia ulatywała jak za sprawą bliskiej obecności dementora. Czasami, kiedy długo obserwowało się panujący w pomieszczenie półmrok, można było dostrzec zielony błysk jej oczu. Częściej – szczególnie, gdy do rozpoczęcia zajęć pozostawało ledwie kilka minut – można było poczuć jej szpony zatapiające się w łydce.
– Ten kot jest niemożliwy, po co go w ogóle przywoziłaś – mruknęła Dainah, podciągając kolana pod brodę i wygodniej siadając na łóżku. Nawet nie planowała stąpać po podłodze, póki ta rozszalała bestia nie została zamknięta w koszyku.
– Po prostu ma problem z aklimatyzacją – wyjaśniła Susannah, właścicielka kota i posiadaczka krwawiącej jeszcze rany, która miała potencjał, by w przyszłości stać się umiarkowanie atrakcyjną blizną.
– Ma problem z agresją – skwitowała Dainah. – Powinnaś z tym iść do skrzydła szpitalnego – dodała, wskazując brodą na ranę koleżanki.
– Lepiej nie, póki Depresja gdzieś tu jest. W końcu zaśnie i wtedy się wymkniemy.
– Nie możemy tak żyć, wyjście z dormitorium nie może być gorsze od spaceru po Zakazanym Lesie o północy. Musisz zapanować nad tym kotem albo trzeba się go będzie pozbyć.
Depresja mieszkała z nimi od września, kiedy to Susannah przywiozła ze sobą wiklinowy koszyk, który pomiaukiwał żałośnie. Wyjaśniła, że skoro ma zostać starą panną – a najpewniej tak będzie, skoro jest już na siódmym roku i jeszcze się z nikim nie całowała – to z równym powodzeniem może się już zacząć zaprzyjaźniać z kotami. Problem w tym, że Depresja, choć obdarzona pięknym, lśniącym futrem i bystrymi, zielonymi oczyma, charakter miała iście diabelski. W ciągu pierwszego miesiąca swojej obecności w zamku zdołała upolować nawet kilka sów, przez co Susannah musiała tłumaczyć się Slughornowi, a także właścicielom padłych ptaków. Od tego czasu Depresja miała zakaz opuszczania ich dormitorium, czego nie znosiła najlepiej. Mimo dzikich instynktów lepiej czuła się wśród innych zwierząt i ludzi, którzy nie byli piątką tych samych Ślizgonek z siódmego roku. Depresja planowała swoją ucieczkę, a każda porażka sprawiała, że tym chętniej zatapiała pazury w łydkach i stopach, które wystawały zza nieprzekraczalnej dla niej bariery łóżka i stąpały po podłodze. Amelia i Cathy starały się jak najrzadziej wracać do dormitorium, rzucając Susannah pełne wyrzutu spojrzenia, Dainah fukała na kota, ilekroć go widziała, a Isla bezskutecznie próbowała Depresję oswoić. W efekcie Susannah została z problemem sama i nie do końca potrafiła znaleźć w sobie siłę, by pozbyć się Depresji. „Jeszcze się nauczy nas akceptować”, mówiła, choć sama nie była pewna, czy w to wierzy.
– Nie, musimy nad tym zapanować – odpowiedziała.
– Musimy się pozbyć tego sierściucha, póki jeszcze mamy jakikolwiek kawałek skóry nienaruszony jego pazurami – burknęła Dainah.
Dainah nie przepadała za zwierzętami, w jej rodzinnym domu nigdy żadne się nie kręciły – i zwykle kwitowała to westchnieniem ulgi, bo zbyt wiele problemów miała z wiecznie nieobecnym ojcem czy z roztrzepaną matką, która zdawała się nie dostrzegać, w jak ponurych czasach przyszło jej żyć. Wszystko, co wiązało się z matką Dainah, wydawało się odrealnione, a ona sama zdawała się żyć we własnym świecie, w którym wokół nie ginęli ludzie mordowani przez śmierciożerców, a takie imiona jak „Dainah” istniały naprawdę. W efekcie dom państwa Pool nie był bezpieczną ostoją, ale miejscem postawionym na głowie, w którym wielu tematów unikano z obawy, że rozmówca czy rozmówczyni ich nie zrozumie w związku z tym, że ma ograniczony kontakt z rzeczywistością. Zwierzęta nijak do tego wszystkiego nie pasowały.
– On tylko potrzebuje miłości – przekonywała Susannah.
Dainah spojrzała sceptycznie, ale nic nie powiedziała. Czasami lepiej było zamilknąć, niż powiedzieć o jedno słowo za dużo – nauczyła się tego już dawno. Było to ważne szczególnie teraz, gdy czasy były niepewne i trudno było określić, kto opowiada się po czyjej stronie. Kwestia kota Susannah była naprawdę błaha w porównaniu z tym, co działo się poza murami dormitorium.
– Jeśli zostaniemy tu, gdzie jesteśmy, Depresja pewnie się w końcu znudzi i rano… – zaczęła Susannah.
– Nie wiem jak ty, ale ja chciałabym dziś zjeść kolację. Najlepiej nie brocząc krwią do samej Wielkiej Sali – fuknęła Dainah, która może i umiała trzymać język za zębami, ale najwyraźniej tylko przez ograniczoną długość czasu. Zwłaszcza jeśli ktoś stawał między nią a jej kolacją.
Susannah westchnęła:
– W porządku. W takim razie ja odwrócę jej uwagę, a ty idź pierwsza.
– Możemy ją po prostu oszołomić – zaproponowała Dainah, boleśnie świadoma, że nigdy nie wygra żadnych konkursów na przyjaciela zwierząt.
– Nie! Po prostu… po prostu musimy przemknąć niezauważone. Gotowa?
Dainah odgarnęła za ucho pasmo jasnych kosmyków, które ciągle opadały jej na czoło, choć nie miały takiego prawa, bo nie nosiła grzywki, odkąd skończyła siedem lat. Jej włosy zdawały się jednak żyć własnym życiem, bo choć proste i pozornie łatwe do ułożenia, zawsze wpadały jej w oczy, do talerza z zupą lub, co gorsza, do kociołka z eliksirem. Przed zajęciami starała się pamiętać o związaniu ich wstążką, ale czasami nawet to nie pomagało.
– Gotowa.
Susannah stanęła na podłodze i ściągnęła na siebie uwagę kota, podczas gdy Dainah otworzyła drzwi i gestem ręki przywołała przyjaciółkę, szybko zamykając za sobą drzwi. Depresja została sama w dormitorium, prychając wściekle pod drzwiami.
– Naprawdę musimy coś z nią zrobić – przypomniała Dainah.
Odpowiedziała jej cisza i echo ich kroków. Lochy były tego dnia wyjątkowo zimne, co zwiastowało, że już niebawem spadnie pierwszy śnieg. Hogwart zawsze był najchłodniejszy na kilka dni przed tym, nim błonia pokryte zostały warstwą białego puchu.
Ślizgonki z pewną ulgą dotarły do Wielkiej Sali, gdzie miejsce chłodu zajęło ciepło parujących potraw i aromaty pyszności, od których uginały się stoły. Można było odczuć rozprężenie, jakie przychodziło w piątki – uczniowie jedli kolację nieco wolniej, bardziej delektując się smakiem i chętniej rozmawiając między sobą na tematy inne niż bieżące wypracowania z transmutacji czy powstania goblinów sprzed tysiąca lat.
Isla pomachała do nich radośnie i wskazała na wolne miejsce na wprost tego, które sama zajmowała.
– Już myślałam, że nie przyjdziecie. Depresja, co? – zapytała, a kilkoro młodszych Ślizgonów rzuciło jej zaniepokojone spojrzenie, jakby obawiali się, że mówi o jakieś chorobie. Albo byli to właściciele zamordowanych sów, poszarpanych szat, skradzionych skarpetek… Depresja miała wielu wrogów.
– Depresja – przytaknęła Dainah. Susannah milczała, zbyt zajęta nakładaniem sobie jedzenia na talerz.
– Jakieś starty? – zapytała zatroskana Isla.
– Ktoś powinien iść pokazać swoją łydkę pani Pomfrey.
– Nic mi nie jest, dajcie spokój – wymamrotała Susannah, choć miała pełne usta. Fala okruchów posypała się na stół, trafiając również we współbiesiadników. Dziewczyna uśmiechnęła się przepraszająco.
Isla wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć, ale ostatecznie odgarnęła rudawe kosmyki za ucho i nachyliła się tak, żeby nie słyszał jej możliwie nikt poza przyjaciółkami.
– Cathy zaczęła się umawiać z Puchonem – powiedziała.
– Którym? – Wieszcząca sobie staropanieństwo Susannah była bardzo zainteresowana życiem uczuciowym innych, szczególnie tych, którzy do tej pory przez lwią część czasu wydawali się zbyt zajęci nauką, by myśleć o życiu uczuciowym.
– Pokażę wam, ale bądźcie dyskretne – szepnęła Isla, a chwilę później jak na komendę blondynka i brunetka odwróciły się, by przeczesywać wzrokiem stół Puchonów. – Dyskretne! – przypomniała Isla, wzdychając cicho. – Widzicie tego pryszczatego z odstającymi uszami koło tej dziewczyny czytającej książkę?
– Żartujesz… – mruknęła Susannah.
– Czekaj! Widzisz go? To teraz patrz w lewo, trzy osoby dalej jest ten, o którym mówię.
– Ten ciemnowłosy?
– Tak, ten. Poczekaj, aż się uśmiechnie. Całkiem przystojny – dodała Isla, wbijając spojrzenie w Puchona, który najwyraźniej nie miał imienia.
Dainah nie miała okazji przyjrzeć się wybrankowi serca Cathy, bo jej wzrok umknął w nieco innym kierunku. Kiedy lokalizowała Puchona o odstających uszach, zauważyła, że przy stole Gryfonów trwa ożywiona dyskusja. Syriusz Black szczerzył zęby do Jamesa Pottera, który z poważną miną opowiadał o czymś Peterowi Pettigrew. Wyglądał przy tym trochę jak profesor McGonagall, ale mimo śmiechu, jaki wywoływał, ani na chwilę nie tracił powagi koniecznej przy odgrywaniu tej roli. Syriusz najwyraźniej śmiał się za nich dwóch, choć w którymś momencie nachylił się do Petera i coś mu szepnął. Peter, wcześniej równie ubawiony, nagle nieco stracił rezon i choć dalej się uśmiechał, teraz był to uśmiech niepewny. To z kolei sprawiło, że James wybuchł śmiechem. Syriusz, bardzo z siebie zadowolony, odrzucił włosy nonszalancko opadające mu na czoło.
O tak, to był widok o wiele ciekawszy od wszystkich Puchonów tego świata, choć Dainah naprawdę nie chciała się przyznawać swoim przyjaciółkom do fascynacji Syriuszem. Podobna deklaracja mogłaby paść z ust przynajmniej kilkunastu innych dziewcząt, co zniechęcało Dainah i przekonywało ją, że zauroczenie, którego doświadczała, jest czymś zbyt banalnym, by zaprzątać sobie nim umysł. Mimo to jej wzrok często trafiał na ciemnowłosego Gryfona. Powtarzała sobie wtedy, że nie ma nic złego w patrzeniu, o ile nie obiecuje sobie nic więcej. Wiedziała, że Syriusz jest uroczy i zabawny, towarzyski i odważny, ale miała wrażenie, że nawet gdyby wykonała jakikolwiek gest mający na celu zwrócenie na siebie jego uwagi, skończyłoby się na niczym. Nie chodziło nawet o to, że była Ślizgonką – po prostu miała wrażenie, że Syriusz, w przeciwieństwie do tych wszystkich zauroczonych nim dziewczyn, nie szuka wielkiej miłości. Z drugiej strony – chyba nie rozmawiała z nim dotąd o niczym, co nie było związane z zajęciami, więc kto dał jej prawo oceniać jego życiowe wybory.
– Chodzą razem na zielarstwo. Wspólnie musieli wyhodować jakieś paskudztwo, które nie chciało im rosnąć, więc spotykali się w szklarni codziennie i… – opowiadała Isla. Dainah zdała sobie sprawę, że przestała słuchać tego, co działo się przy jej stole, zbyt zaangażowana w wydarzenia na drugim końcu Wielkiej Sali.
– Brzmi romantycznie – westchnęła Susannah.
– Średnio, nie zaliczyli tego ćwiczenia, bo ta roślina eksplodowała, pokrywając ich oboje takim śmierdzącym śluzem – dodała Isla. – Teraz dostali nową sadzonkę i Sprout uważniej przygląda się ich postępom.
– Dobrze, że zielarstwo mamy już za sobą, co, Dainah?
Dainah miała odpowiedzieć, że porzucenie zielarstwa po sumach było jedną z najlepszych decyzji jej życia, kiedy jej wzrok skrzyżował się ze wzrokiem Syriusza. I może nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie to, że Gryfon posłał jej zawadiacki uśmiech, przez który zapominała, co miała odpowiedzieć.

44. O rewolucjach kuchennych

            Postanowiłam nie szukać odpowiedzi w damskich łazienkach ani w niezbyt czystych lustrach (choć nie powinnam narzekać, w końcu były czyszczone przez biedne, pracujące niewolniczo skrzaty; gdybym ja musiała pracować niewolniczo, to na pewno bym się nie starała), ale w miejscu dużo bardziej przytulnym i lepiej pachnącym. Tak też – kilka dni później, ale nie mniej zmartwiona ostatnimi wydarzeniami – wylądowałam na kanapie w pokoju wspólnym, otoczona lewym ramieniem Syriusza.
Syriusz był tego dnia wyjątkowo milczący.
Spojrzałam na niego smętnie. W porządku, nie powinnam, bo w końcu było mi wygodnie, miło i ciepło, ale ciągle prześladowała mnie ta rozmowa, którą odbyłam w sowiarni. Dusiła, nie pozwalała w nocy spać, odbierała tlen i uniemożliwiała koncentrację podczas jedzenia, w wyniku czego moje tosty latały po całej Wielkiej Sali. Byłam tym już zmęczona (i głodna, bo z powodu wstydu zaczęłam unikać posiłków).
– Myślisz, że jestem hipokrytką? – zapytałam nagle, jakbym wcale nie myślała o tym od kilku dni i nie formułowała tego pytania przynajmniej od kwadransa.
– Czym? – spytał.
– Hipokrytką – powtórzyłam. – No wiesz, kimś, kogo zachowania są sprzeczne z poglądami albo wybiórczo sprzeczne i w ogóle. Czy jestem nieszczera w tym, co robię i w co wierzę? – wyjaśniłam. W porządku, zdziwiło mnie, że nie znał tego słowa, ale w końcu nie kochałam go za jego intelekt, ale za całą resztę.
– A czy wciąż uważasz, że należy tępić klasy wyższe?
Przełknęłam głośno ślinę. Słowo daję, to była najtrudniejsza rozmowa, jaką mogłam sobie wyobrazić – a wyobrażałam sobie już wiele trudnych rozmów (do których bym się nie przyznała), w tym kłótnie o liczbę dzieci, kolor drzwi wejściowych do domu czy rasę psa, który będzie biegał po ogródku. To było trudniejsze nawet od wszystkich rozmów już odbytych.
– Ja… – zaczęłam, jakby w nadziei, że słowa same się posypią, kiedy tylko otworzę usta. Nic z tego.
– Najpierw może odpowiedz sobie na to pytanie, dobrze? A potem proś mnie o rozwiązywanie swoich dylematów.
Mężczyźni! Phi! Gdyby to było takie łatwe!
– Ale nie chodzi w tym momencie o moje dylematy – powiedziałam, czując się dość podle, bo totalnie chodziło właśnie o to. – Chciałam wiedzieć, jak mnie postrzegasz.
Nie odpowiedział.
Spojrzałam na niego wyczekująco.
– Nie odpowiedziałaś na moje pytanie, Annie.
– Ani ty na moje – stwierdziłam obronnym tonem. W końcu ja zapytałam pierwsza, prawda? Tak jakby. Trochę. To było tylko doprecyzowaniem czy coś.
Westchnął.
– Nie mogę na nie odpowiedzieć, nie wiedząc, co siedzi w tej twojej ślicznej główce.
Czyli otwarcie odmawiał współpracy. Ale przynajmniej powiedział, że mam śliczną główkę. Nie żeby to w czymkolwiek pomagało, ale…
– Nie musisz znać moich myśli, żeby wiedzieć, jak mnie postrzegasz, prawda?
– Wiem, że cię kocham, Annie. Tyle mi wystarczy.
Uśmiechnęłam się do niego, to było naprawdę miłe i sprawiło, że zrobiło mi się jeszcze cieplej, ale nijak nie rozwiązywało mojego problemu. I tak cmoknęłam go w znajdujący się bliżej mnie policzek. Tak na wszelki wypadek jednak już się nie odzywałam – musiałam przemyśleć to wszystko, a bałam się, że powiem coś, co zepsuje atmosferę.

***

Przez następnych parę dni cały czas męczyła mnie ta kwestia. Jak właściwie było z tą hipokryzją? Więcej – jak właściwie było ze mną, już nie tylko pod tym względem, ale tak w ogóle. Czy jeszcze wiedziałam, w co wierzę i kim jestem? Czy te kilka miesięcy naprawdę mogło tak na mnie wpłynąć? I dlaczego w Hogwarcie tak rzadko podawano pudding? To Anglia. Powinno się tu jeść pudding zdecydowanie częściej. Tymczasem skrzaty – o których wolność miałam walczyć! – najwyraźniej miały inne zdanie na temat tego, co powinien jeść przeciętny uczeń Hogwartu. Zwykle sprzeczne z moim, ale nie śmiałabym im tego powiedzieć, w końcu szanuję ich pracę.
Właśnie. Skrzaty. Skoro miałam wątpliwości, co do swojego wkładu w dobro wspólne, dlaczego miałabym nie zacząć od nich? Zbyt długo zwlekałam z odwiedzeniem kuchni! Oczywiście poszłabym tam już dużo, dużo wcześniej, gdyby nie to, że nikt nie powiedział mi, gdzie dokładniej kuchnia się znajduje. Zupełnie jakby to był sekret. Jakby uczniowie nie mieli prawa tam przychodzić czy coś.
Trzeba było to zmienić! Postanowiłam zapytać Syriusza. W końcu – jako mój chłopak – powinien pomagać mi czynić świat lepszym. Przynajmniej w pewnym stopniu.
– Po co?
Prychnęłam. Naprawdę, jak mógł mnie pytać o taką oczywistość! W końcu ktoś powinien uświadomić skrzatom, że zasługują na lepsze warunki życia, wypłatę i godziwe odzienie. Zdecydowałam się jednak na okrojoną wersję:
– Mam ochotę na pudding.
Uśmiechnął się do mnie swoim standardowym, zniewalającym uśmiechem i powiedział:
– Przyniosę ci.
Chór głosów żeńskich westchnął, gdy skutecznie zablokował mój protest. Dwukrotnie. A potem rozmył się we mgle (znaczy – w tłumie właścicielek tychże głosów, które podążyły za nim, udając, że wcale go nie śledzą).
– N… yy… dzięki – wykrztusiłam w końcu, choć nikt i tak mnie nie usłyszał.
Ta rozmowa przebiegała zupełnie inaczej niż się spodziewałam. Nawet nie dlatego, że wątpiłam w jego maniery czy inne zalety, które nakazywały mu to zaproponować, ale po prostu nie spodziewałam się, że mój własny plan może nie wypalić. W porządku – miałam ochotę na pudding, ale byłam niezależną, wolną kobietą i mogłabym go sobie przynieść sama, gdyby tylko ktoś mi wskazał drogę do kuchni!
I cóż miałam teraz uczynić?
Usiadłam w fotelu i zaczęłam tępo gapić się w kominek. Nie miałam pojęcia, co robić, ale uznałam, że kiedy napełnię żołądek pysznym puddingiem, coś na pewno wpadnie mi do głowy.
Pomoc sama spadła mi z nieba. Dosłownie. Nie żebym narzekała, ale zdecydowanie wolałabym bardziej tradycyjne sposoby zjawiania się pomocy. Spadanie z nieba może być w końcu niebezpieczne. Można sobie…
– Ała!
No właśnie, można sobie zrobić krzywdę. Spojrzałam współczująco w kierunku źródła dźwięku.
– Co się stało? – spytałam z całą empatią, na jaką było mnie stać. A, dodajmy, w obecnej chwili pokłady mojej empatii nie były zbyt głębokie, jako że większość energii poświęcałam na zastanawianie się, jak mogę dostać się do kuchni bez pomocy Syriusza.
– Nic – uzyskałam jakże wyjaśniającą odpowiedź. – James pomagał mi ćwiczyć zaklęcia ochronne. To mi chyba nie wyszło.
Pokiwałam głową. Tak, zdecydowanie, coś musiało pójść nie tak. Ale czego innego można by się w tym wypadku spodziewać?
– Zaklęcia obronne potrafią być złośliwe – mruknęłam, nadal myśląc nad sposobem dotarcia do kuchni. Zaczęłam żałować, że nie śledziłam Syriusza, nie żebym miała taką okazję, skoro oddalił się niemal z prędkością światła.
Peter uśmiechnął sie przepraszająco.
Przez chwilę rozważałam, czy nie przypomnieć mu prawidłowych ruchów nadgarstka, ale przecież nie miałam czasu. Musiałam znaleźć kogoś, kto zabierze mnie do kuchni i nie będzie zadawał przy tym zbędnych pytań. Kogoś, kto nie domyśli się, po co chcę się tam dostać. Kogoś takiego… jak Peter? Uśmiechnęłam się.
– Jestem przekonana, że odrobina gorącej czekolady poprawiłaby twoją koncentrację – powiedziałam, starając się nie stracić szansy po raz drugi. – Nie ma nic lepszego niż kubek parującej gorącej czekolady z cynamonem, prawda?
– Powinienem dalej ćwiczyć… – rzucił.
Popatrzyłam na niego poważnie.
– Oczywiście. Będziesz ćwiczyć, jak tylko napijesz się czekolady, to powinno ci pomóc. Sama mogę z tobą poćwiczyć, jeśli chcesz, zaklęcia obronne to moja specjalność – zapewniłam, choć odrobinę mijałam się z prawdą, o czym Peter oczywiście nie musiał wiedzieć. Radziłam sobie z nimi nieźle, ale nie fenomenalnie.
– A James?
– Pewnie chciałby potrenować quidditcha, wiesz, że zbliża sie ten mecz… – zaczęłam. Nie miałam pojęcia, z kim Gryfoni będą grali.
– Z Krukonami! Pokonamy ich!
– Nie jeśli nasza drużyna nie będzie ćwiczyć, słyszałam, że szykują specjalną strategię. Myślę, że powinniśmy dać Jamesowi czas na trening, w końcu nie pokonają Krukonów, jeśli będzie w złej formie.
Peter zastanawiał się przez chwilę. Starałam się wyglądać przekonująco. W końcu nie namawiałam go do niczego złego, prawda?
– Zapytam Jamesa.
– Może ja z nim pogadam? – zaoferowałam, po czym dodałam: – I tak miałam mu oddać podręcznik do transmutacji.
Pokiwał głową.
– Świetnie! W takim razie zaraz wracam, a ty skup się na myśleniu o pysznej gorącej czekoladzie.
Ruszyłam w kierunku dormitorium, a kiedy znalazłam się za drzwiami, po cichu policzyłam do dziesięciu. A potem jeszcze raz. Nie miałam pojęcia, ile powinnam jeszcze odczekać, żeby Peter nie nabrał podejrzeń, ale wiedziałam, że jeśli przesadzę, to James zacznie go szukać. Albo, jeszcze gorzej, Syriusz wróci z moim puddingiem. Chociaż jeszcze gorszą opcją byłoby spotkanie go po drodze.
Każdy możliwy scenariusz wydawał się beznadziejny. Świat najwyraźniej robił wszystko, żeby uniemożliwić mi dotarcie do kuchni. Co za świat…! I właśnie dlatego musiałam go zmienić! Nawet jeśli robił wszystko, żeby mi to uniemożliwić.
Peter czekał grzecznie na kanapie. Najwyraźniej nie zauważył mojego podenerwowania, które starałam się dość nieudolnie zamaskować uśmiechem.
– Załatwione, możemy iść – powiedziałam, starając się brzmieć radośnie.
Wyglądał na dość zadowolonego z faktu, że zwolniono go z ćwiczeń. W końcu udało mi się kogoś uszczęśliwić! Uśmiechnęłam się jeszcze szerzej i razem z nim ruszyłam w kierunku wyjścia z pokoju wspólnego. Jeden problem z głowy, teraz tylko musiałam uniknąć spotkania z Syriuszem. Choć, nie przeczę, nadal miałam ochotę na ten pudding.
– Tędy będzie najszybciej – powiedział nagle i skręcił w korytarz, którego, przysięgam, nigdy wcześniej nie widziałam.
Zaczęłam się zastanawiać, czy to nie jedna z dróg odkrytych przez Huncwotów, o których Syriusz mi opowiadał. Jeśli tak, wydawało się wysoce prawdopodobne, że wpadniemy na niego. W związku z tym nieśmiało zaproponowałam inną drogę; miałoby to więcej sensu, gdybym wiedziała, gdzie dokładnie idziemy.
Ku mojemu zaskoczeniu… odmówił!
Starałam się nie wyglądać na zawiedzioną. Mój mózg od razu zaczął wymyślać powody, dla których Syriusz mógł wybrać tę dłuższą drogę – może nie chciał, by ktoś, kto za nim szedł, poznał skrót? Albo chciał pozwiedzać? Albo po drodze miał coś do załatwienia? Może wcale na niego nie wpadniemy, może… Merlinie, przecież on wraca z puddingiem, nie będzie się z nim włóczył po całym zamku, wybierze najkrótszą drogę, to jasne.
Cały ten korytarz przebyłam z duszą na ramieniu.
Ani śladu Syriusza. Czyli jednak gdzieś się zawieruszył z tym puddingiem. Przeszył mnie niepokój właściwy chyba wszystkim dziewczynom. A może dał go komuś innemu? Może mu się znudziłam?
Opanuj się, Annie. Nikogo nie zostawia się z powodu puddingu!
Naprawdę miałam ochotę zapytać Petera, jak daleko jeszcze, ale nie chciałam, żeby się zorientował, że nie mam pojęcia, gdzie idziemy. Dlatego milczałam i dalej zastanawiałam się, gdzie może być Syriusz. Może coś mu się stało?
– To tu.
Wypuściłam powietrze, o którym nawet nie wiedziałam, że je wstrzymywałam.
– Świetnie, to czas na czekoladę. – Uśmiechnęłam się nerwowo. Dlaczego nie przygotowałam specjalnej mowy dla tych biednych skrzatów? Zasługiwały na to, bym przygotowała dla nich coś specjalnego. Zwłaszcza jeśli one wcześniej przygotują mi gorącą czekoladę. I zaginiony pudding.
Policzyłam do dziesięciu i… ale gdzie były drzwi?!
Wiedziałam, po prostu wiedziałam, Peter zmyślał! Wcale nie wiedział, gdzie jest kuchnia, pewnie nawet nie wiedział, gdzie teraz jesteśmy. Rany, pewnie nie wiedział nawet, jaki jest dzień tygodnia. Co ja sobie myślałam?
– Peter, to na pewno tu?
– To ty… nie wiesz?
O nie. Wyglądał na przerażonego.
– Oczywiście, że wiem – zapewniłam pospiesznie. – Byłam tu już wcześniej, po prostu wydaje mi się, że wtedy ten korytarz wyglądał inaczej.
Zerknęłam na niego, żeby przekonać się, czy mi uwierzył.
Nie uwierzył.
– Łapa się wścieknie.
– Nie wścieknie, jestem jego dziewczyna, prawda?
Przynajmniej miałam nadzieję, że nadal nią byłam. W końcu mógł spotkać kogoś bardziej interesującego, kto miał większe sukcesy w dziedzinie niesienia pomocy uciskanym. Albo mógł się poczuć wykorzystywany jak chłopiec na posyłki. Albo… Stop, miałam teraz ważniejsze rzeczy na głowie.
Peter nie miał na to odpowiedzi.
Postanowiłam się uśmiechnąć. W końcu nic nie robi lepszego wrażenia niż szeroki uśmiech, prawda?
– To co z naszą gorącą czekoladą? – zapytałam, mając nadzieję, że nagle sprawi, że drzwi się przed nami pojawią. Może trzeba było podać jakieś wymyślne hasło?
Wciąż milczał.
– Peter? – zagadnęłam, nadal się uśmiechając.
Świetnie, po prostu świetnie. Byłam gdzieś w drugim końcu zamku, a jedyna osoba, która znała drogę powrotną, udawała teraz rzeźbę.
– Musisz ją połaskotać.
Połaskotać, świetnie. Nie dodał tylko CO mam połaskotać.
– Nie możesz ty jej połaskotać? – zapytałam, starając się zachować spokój. Merlinie, byliśmy tu sami, co miałam łaskotać? Zbroję? W ogóle co za idiotyczny pomysł, łaskotać cokolwiek!
Spojrzał na mnie bezradnie.
– Nie sięgam gruszki.
Westchnęłam ciężko. Dobra, nie było tragicznie, przynajmniej wiedziałam, co mam łaskotać. Nawet jeśli łaskotanie namalowanej gruszki wydawało mi się całkowitym idiotyzmem.
– W porządku, w porządku – wymamrotałam, podchodząc do obrazu. Nigdy nie łaskotałam owoców znajdujących się na obrazach, ale w końcu co mogło w tym być trudnego?
Wydawało mi się, że ona na mnie patrzy. I to potępiająco. Jakby wiedziała, że nie wiem, jak ją łaskotać. Ale może to tylko paranoja.
– Cześć…? – zaryzykowałam, ale nie odpowiedziała.
Może była nierozmowna. Może lubiła być łaskotana przez niznajomych i nie chciała mnie poznawać. Może po prostu była namalowana i nie potrafiła mówić. Nieważne. I tak była w jakiś sposób przerażająca.
Wstrzymałam oddech i…
Niepewnie położyłam rękę na gruszce. Potem drugą. Spodziewałam się, że będzie inna w dotyku, mniej… zachęcająca do łaskotania. Ale nie, była całkiem przyjemna. Spojrzałam na Petera, żeby upewnić się, czy wszystko robię tak, jak trzeba. Na jego twarzy nie malowało się przerażenie, więc uznałam, że wszystko jest pod kontrolą. Połaskotałam gruszkę.
A ona… zachichotała!
Poczułam się dziwnie. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z taką reakcją ze strony namalowanego owocu.
– Wchodzimy czy nie? – spytał Peter.
– Um, tak, jasne. – Naprawdę starałam się brzmieć normalnie, ale miałam wrażenie, że właśnie padam ofiarą jakiegoś żartu i zaraz ktoś wyskoczy zza rogu i wykrzyknie, że dałam się nabrać jak ostatnia kretynka. – Chcesz iść pierwszy?
Wzruszył ramionami.
Świetnie, był równie komunikatywny jak ta gruszka. Może powinni się zaprzyjaźnić. Nie pozostało mi nic innego, jak wziąć głęboki oddech i ruszyć w nieznane.
Co też uczyniłam. W końcu ktoś, kto chce nieść pomoc innym, nie może pozwolić sobie, by strach przed nieznanym wygrał z nim w tak decydującej chwili jak ta.

39. O falsyfikowalności niewspółmierności percepcyjnej przygotowań do balu

Dzień balu nadszedł.
Od samego rana w dormitorium panowało okropne zamieszanie, wszystkie moje współlokatorki uwijały się jak w ukropie, a każdy skrawek przestrzeni pokrywały ubrania czy inne typowo kobiece przyrządy tortur, które jakimś cudem zawędrowały do Hogwartu. Kiedy tylko otworzyłam oczy, mój wzrok padł na coś, czego mugolskie kobiety używały do podkręcania rzęs. Nie miałam pojęcia, czemu leżało tak blisko mnie, ale wolałam na to nie patrzeć. Jeszcze by zaatakowało. Przewróciłam się na drugi bok, co nie było najlepszym pomysłem, bo od razu któraś nakrzyczała na mnie, że gniotę jej sukienkę, którą tylko na chwilę położyła na moim łóżku. Miałam przemożną chęć nakryć głowę poduszką i przespać cały ten dzień, obudzić się jutro i… Ale jutro nie byłoby lepiej, i tak wszyscy mówiliby o balu, więc skoro i tak będę musiała tego wysłuchiwać, to z równym powodzeniem mogłam się na nim pojawić.
–  Annie, planujesz w ogóle wstawać? Przespałaś śniadanie –  usłyszałam głos Lily, Lily, której sukienkę niechcący zgniotłam.
Wymamrotałam coś w poduszkę, ale podniosłam głowę. Jeśli faktycznie przespałam śniadanie, to naprawdę powinnam zacząć się przygotowywać –  zwłaszcza, jeśli miałam nadzieję wybrać się na obiad. O ile ktokolwiek przewidywał obiad tego dnia. Jakoś wcześniej mnie to nie zastanawiało.
Powoli wstałam i poczekałam, aż zwolni się łazienka. Z każdą chwilą moje szanse na zjedzenie obiadu malały i zaczęłam się nawet zastanawiać, czy nie zrezygnować z zaspokajania własnej próżności (w końcu mogłam się przygotować w ostatniej chwili, to nie tak, że miałam się dla kogo stroić, prawda? Nie interesowało mnie, co Jeff sobie o mnie pomyśli) w imię zaspokojenia pustego żołądka, ale w końcu uznałam, że nic mi się nie stanie, jeśli jeszcze poczekam. Znając Brendę –  tuż przed samym balem szanse na dostanie się do łazienki będą wynosiły równe zero, więc powinnam wykorzystać czas teraz. To znaczy o ile łazienka zwolni się kiedykolwiek przed balem.
Naprawdę nie rozumiałam tego zamieszania. Byłam w stanie zrozumieć, że wszystkie moje współlokatorki chciały wyglądać ładnie, ale… Przecież to była przesada, naprawdę!
Ledwo zdążyłam się w niej zamknąć, a ktoś zaczął dobijać się do drzwi. Porządnie się dobijać. Początkowo próbowałam to zignorować –  w końcu miałam prawo do odrobiny prywatności, prawda? Ale po chwili puściły mi nerwy.
–  Czego? –  krzyknęłam, a odpowiedział mi dziki pisk Brendy.
Zaczęło się.
Kiedy wyszłam z łazienki, zdałam sobie sprawę, że jeśli myślałam, że wcześniej panowało zamieszanie, to teraz rozpętało się prawdziwe piekło. Krzątanie się, wymiana mugolskimi kredkami do oczu czy perfumami, porady na temat bielizny czy fryzur… Czułam się jak w rzeczywistości równoległej. Nie rozumiałam całego tego zamieszania i nie chciałam być jego częścią. Chciałam tylko zjeść coś smacznego na obiad, po czym chwilę pochodzić po zamku, a dopiero w ostatniej chwili przebrać się w sukienkę i znaleźć Jeffa. Chyba że zmienię zdanie. Przecież jeszcze miałam czas, mogłam się rozmyślić… I chociaż chciałabym zrezygnować, to wiedziałam, że nie powinnam.
–  Wychodzisz?! –  Bre stanowczo złapała mnie za rękę. –  Dokąd wychodzisz? Nie wolno ci ruszać się z tego pokoju! Nie zdążysz!
Spojrzałam na nią, jakbym nie była pewna, czy jest całkiem zdrowa psychicznie.
–  Bre, litości, jest mnóstwo czasu, a ja umieram z głodu –  odpowiedziałam, starając się uwolnić rękę. –  Naprawdę, lepiej będzie, jeśli coś zjem. I nie będę się wam plątać pod nogami.
–  Ale wrócisz na tyle szybko, żebym mogła cię jakoś uczesać, co? Takie ładne włosy! Nie można marnować okazji!
–  Jasne, cokolwiek –  mruknęłam i szybko wyszłam.
Nie zatrzymała mnie –  widać zależało im na tym, żeby w dormitorium zrobiło się trochę luźniej. Jeśli chodziło o fryzjerskie zapędy Brendy –  trochę mnie niepokoiły, ale szczerze liczyłam, że odechce jej się manipulowania przy mojej fryzurze, jeśli sama je jakoś ułożę. Nad czym i tak powinnam się zastanawiać później, teraz ważniejszy był mój żołądek. Zastanawiałam się, co zostanie podane. I ile osób zjawi się na obiedzie –  byłam przekonana, że znaczna część Hogwartu właśnie gorączkowo przygotowywała się do tego nieszczęsnego balu.
Nie myliłam się. Gdy dotarłam do Wielkiej Sali, znajdowało się tam może dziesięć, piętnaście osób. Wszyscy bez wyjątku byli osobnikami płci męskiej. No tak! Oni nie musieli przygotowywać się tak gorączkowo.
Poczułam się nieco dziwnie. Odstawałam od tłumu –  znowu. Ale jeśli to odstawanie miało sprawić, że kiszki przestaną mi grać marsza, to mogłam odstawać. Spojrzałam na półmiski. Tyle pysznego jedzenia i tak mało chętnych! Zgroza! I może jeszcze to wszystko się zmarnuje? Co z biednymi proletariuszami wszystkich krajów, którzy głodują i smętnie przeżuwają chleb ze smalcem? Powinnam się wstydzić, że jem tak burżujskie jedzenie (i to w takich ilościach). Ale –  nie mogłam przecież pozwolić, żeby się zmarnowało, prawda?
Przy stole Gryffindoru było zupełnie pusto.
Nałożyłam sobie trochę gulaszu i z lubością zaczęłam jeść. Naprawdę, hogwarcka kuchnia była najlepsza na świecie –  nawet jeśli opierała się na wyzysku, z którym miałam zamiar walczyć. Nie zapomniałam o planie uświadomienia skrzatom, że powinny walczyć o swoje prawa. Miałam zamiar wrócić do niego po całym tym zamieszaniu związanym z balem.
Posiłek przebiegał spokojnie, ale ja czułam się… dziwnie. Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się siedzieć tu samej. Przynajmniej nie przez tyle czasu. Odnosiłam irracjonalne wrażenie, że wszyscy patrzą na mnie jak na samotną idiotkę.
Może i słusznie –  czułam się jak samotna idiotka. A do tego jeszcze… O nie, o nie, nie, nie, nie powinnam była rozglądać się po Wielkiej Sali, zdecydowanie nie. Ale zanim zdążyłam się powstrzymać, moje spojrzenie powędrowało w znajomym kierunku i zatrzymało się na stole Ślizgonów.
Tak, zdecydowanie byłam samotną idiotką, która nadal miała problem ze związkiem, który się już zakończył.
Siedział tam. Siedział i w najlepsze dyskutował ze swoim kumplem– półgłówkiem, Bartym, śmiejąc się co trzecie zdanie. Obaj wyglądali na całkiem zadowolonych z życia. Zupełnie tak, jakby… Jakby nic się nie stało.
Wzdrygnęłam się. Może faktycznie uznał, że nic się nie stało –  w końcu jakie znaczenie ma ktoś, z kim się zrywa? Przypomniało mi się, jak Syriusz zachowywał się po zerwaniu z Brendą. Może to u nich rodzinne. Jakaś genetyczna niemożność głębszego przeżywania rozstań. Albo w ogóle uczuć. Albo…
Albo powinnam po prostu skupić się na swoim talerzu, zjeść jak najszybciej cały gulasz, a potem szybko (ale nie za szybko –  tak na wypadek, gdyby mnie jednak obserwował) wyjść. Nie myśleć. Skoro on mógł się nie przejmować, to ja również nie musiałam. I nie czyniłoby to ze mnie tak samo oziębłej istoty. Oczywiście, że nie byłam oziębła! W przeciwieństwie do niego potrafiłam odczuwać smutek i nie traktowałam ludzi jak zabawki.
Zwykle, dodałam w myślach, nagle czując w gardle jakąś gulę. Jak w takim razie traktowałam Jeffa? Przecież to obrzydliwe, powinnam się wstydzić. W ogóle nie powinno mi to przyjść do głowy.
Zaczęłam odliczać łyżki gulaszu. Nałożyłam go za dużo i teraz, kiedy cały czas miałam tę gulę w gardle, ciężko było mi go zjeść. Co nie znaczyło, że miałam zamiar zostawić coś na talerzu. Mogłam być wrakiem człowieka, mogłam mieć połamany kręgosłup moralny, mogło mi się chcieć płakać, ale to nie znaczyło, że pozwolę dobremu jedzeniu się marnować.
Jak oni się śmiali! Barty musiał opowiadać dowcip za dowcipem. A ile przy tym było przyjacielskiego klepania się po plecach, szeptania sobie do uszka… Już dawno nie widziałam dwójki tak szczęśliwych osób, tak zadowolonych z tego, że mogą posiedzieć przy jednym stole i porozmawiać o bzdurach.
W porządku, minęło już parę dni, odkąd wydarł mi serce i rzucił je w zaspę, ale miałam wrażenie, że teraz dzieje się to od nowa. Że każdy ten uśmiech wydziera mi serce, które upada prosto w resztki gulaszu znajdujące się na moim talerzu. To nie tak, że chciałam, żeby cierpiał –  w końcu na ogół nikomu nie życzę źle –  ale nie chciałam też, żeby zachowywał się, jakby nic się nie stało. Jakby świat był absolutnie taki sam. Jakbym nigdy nie istniała. Merlinie, nie miałam pojęcia, że można być do tego stopnia skłóconym wewnętrznie, ale w tej samej chwili miałam ochotę rzucić w niego tym talerzem z gulaszem, przytulić, nawrzeszczeć na niego, przeprosić i walnąć jakąś klątwą. W dowolnej kolejności.
I wtedy na mnie spojrzał.
Jego wzrok obojętnie się po mnie prześlizgnął, tak, jakby mnie tak wcale nie było –  albo gorzej, jakbym była zaledwie nieistotnym elementem tła, przedmiotem, dekoracją. Nie poświęcił mi nawet pół sekundy swego cennego czasu. Zanim dotarło do mnie to, że prawdopodobnie zauważył, że na niego patrzę –  ponownie rozmawiał z Bartym, ponownie się do niego uśmiechał.
Wiedziałam, że powinnam dumnie unieść głowę, wstać i wyjść, po czym zrobić się na bóstwo (może nawet użyć tych narzędzi tortur, które dziewczyny zgromadziły w dormitorium) i pokazać mu, jak świetnie mogę się bawić bez niego. Jak szybko udało mi się znaleźć kogoś, kto go zastąpi. Tyle tylko, że poczułam się przez to jeszcze gorzej. Jasne, chciałabym móc mu udowodnić, że nie jest mi do niczego potrzebny i Jeff jest dla mnie równie dobrym kompanem co on. Ale nie był. Na litość, sama myśl o spędzeniu całego balu z Jeffem wydawała mi się zniechęcająca i nie było sposobu, żeby Regał uwierzył, że świetnie się bawię, kiedy dla każdego będzie oczywiste, że tak nie jest. Ale przyznanie się do tego byłoby jeszcze gorsze. Byłoby… jeszcze większą przegraną. O ile to możliwe.
–  Ej, Annie, na co się tak gapisz?
Tym, który tak niesubtelnie przerwał moje rozmyślania był Peter. Bezceremonialnie rozsiadł się na miejscu tuż koło mnie. Jego obecność wieszczyła rychłe pojawienie się i reszty Huncwotów. Syriusza włączając.
Wzruszyłam ramionami i wróciłam do jedzenia gulaszu. Nie było mowy o tym, żebym spokojnie czekała na pojawienie się Huncwotów, nie chciałam narażać się na kolejną rozmowę z Syriuszem, który na pewno domyśliłby się przyczyny mojego zachowania. Merlinie, domyśliłby się każdy poza Peterem. A naprawdę nie chciałam narażać się… na nic. Po prostu. Nie chciałam z nim rozmawiać, nie chciałam też patrzeć na Regała, nie chciałam nawet zjeść deseru, po prostu marzyłam o dojedzeniu tego gulaszu i wymknięciu się z powrotem do dormitorium. Już lepsze tortury w wykonaniu Brendy.
–  Dobra, dobra, nie musisz mi mówić. Rany, ale wy wszyscy jesteście tajemniczy. Już o nic spytać nie można.
–  Wszyscy? –  zapytałam, starając się być uprzejmą.
W końcu zawsze był dla mnie miły (nawet jeśli rozmawialiśmy do tej pory tylko kilka razy), nie powinnam przelewać na niego swoich frustracji czy taktować go jak wroga tylko dlatego, że byłam wkurzona na kogoś innego. Na kilku ktosiów, jeśli chodzi o dokładność. W każdym razie nie była to wina Petera i nie powinnam się tak zachowywać.
–  Rogaty z Łapą są strasznie cięci, wiesz, po tym, jak Łapa dorobił się tej szramy na plecach. –  Westchnął. –  Wszystko przez to, że Lunio… Wiesz, że go wtedy nie było, te jego choroby. Nie było komu pilnować, żeby nie szaleli. Bo pójście samemu na Smarka i jego gang nie jest najmądrzejsze, nie? Nawet ja to wiem.
Przerwałam na chwilę popijanie gulaszu herbatą i spojrzałam na niego uważnie. W pierwszej chwili chciałam zapytać, o jakiej szramie mówi i czy Syriusz był w skrzydle szpitalnym, ale szybko przypomniałam sobie, że to nie moja sprawa. Żadnych Blacków w moim życiu. Nawet poranionych. Kiedy już przełamałam ten idiotyczny odruch, zastanowiłam się nad tym, co powiedział na temat Remusa. Dlaczego to on miałby pilnować Jamesa i Syriusza? W porządku, zwykle się tym zajmował, ale przecież nie mogą go chyba obwiniać za to, że był chory, kiedy Syriusz wpadł na jeden z tych swoich idiotycznych pomysłów! Jak mogą być na niego źli o coś takiego?! Powinnam z nimi porozmawiać, przecież to podłe! Miałam zamiar zająć się tym od razu… albo od razu po balu.
–  Nie przejmuj się nimi –  wymamrotałam do Petera, jednocześnie układając sobie w głowie całą przemowę, jaką wygłoszę przed Jamesem i… najlepiej tylko przed nim. –  Już ja im przemówię do rozumu.
–  Co? Nie! Nie możesz z nimi o tym rozmawiać! Wiesz, Remus się tym zajmie. Już się pewnie zajął. Tyle że on teraz też jest cięty, wiesz, choroby psują mu nastrój.
Mówił z takim przejęciem, ze nieomal się zakrztusił.
–  Ale oni nie mogą go tak traktować! –  krzyknęłam, z hukiem odstawiając szklankę. Co prawda nie wiedziałam, jak Peter definiuje “bycie ciętym”, ale moja wyobraźnia pracowała nieźle i dotworzyła brakujące elementy układanki. –  Jeśli naprawdę mają do niego pretensje o coś takiego…! Przecież to sie w głowie nie mieści! I Remus ma prawo mieć kiepski nastrój, przecież często choruje, to na pewno coś poważnego, a ludzie, którzy poważnie chorują, nie ociekają szczęściem, radością i jednorożcami! Znaczy… ma prawo i już! I jeśli z tego powodu są źli, to ktoś powinien z nimi porozmawiać!
Kiedy skończyłam mówić, zorientowałam się, że nie tylko wstałam ze swojego miejsca, ale na dokładkę krzyczałam głośniej niż zwykle. Pewnie cała Wielka Sala słyszała. Pewnie Regał i Barty… Merlinie, nie.
Merlin mnie nie wysłuchał. Oni owszem. Przy czym mój ulubiony koleżka Barty zanosił się ze śmiechu, a Regał, cóż, Regał zareagował na to ze wzorowym wręcz obrzydzeniem wypisanym na twarzy.
–  Każda strona ma swoją wersję, nie? –  powiedział Peter.
Spojrzałam na niego, jakby właśnie zadeklarował, że wspiera dziki kapitalizm.
–  Jesteś po ich stronie? –  syknęłam. –  To naprawdę okropne, siła złego na jednego! Nie mogę tego tak zostawić.
A skoro i tak już stałam, odejście stamtąd wydawało mi się jeszcze łatwiejsze. Ruszyłam w stronę drzwi, starając się nie myśleć o wyrazie twarzy Regała czy o śmiechu Barty’ego. Nic mnie to nie powinno obchodzić. Ani trochę. Miałam nowy cel i to właśnie na nim powinnam się skupić. I to cel ważniejszy niż po prostu ucieczka z Wielkiej Sali.
Cel trudny do osiągnięcia, gdyż po paru krokach zderzyłam się gwałtownie z czymś, co okazało się nieźle umięśnionym torsem.
–  Uważaj, jak chodzisz! –  warknął Syriusz, a potem, nie zaszczycając mnie nawet jednym spojrzeniem, ruszył w stronę Petera.
–  Och, świetnie! –  krzyknęłam w jego kierunku. –  Nie masz nawet tyle przyzwoitości, żeby przeprosić kogoś, na kogo wpadłeś?
Wiedziałam, że to w takim samym stopniu była moja wina. Gdyby przeprosił, to też bym przeprosiła. A zachował się jak… jak Regał! Nie, to było nie do przyjęcia i tylko zwiększyło mój gniew.
Nie odpowiedział mi. Nawet się nie odwrócił. Jak gdyby nigdy nic usiadł sobie koło Petera i ignorował mnie, stojącą na środku Wielkiej Sali i krzyczącą w jego kierunku.
Jak… jak on mógł?! Zaczęłam się trząść ze złości, a nie zdarzało mi się to często. Z jednej strony miałam szczerą ochotę dalej na niego krzyczeć, z drugiej zaś nie chciałam urządzać sceny w tak publicznym miejscu. Chociaż z trzeciej strony –  wyglądałabym na przegraną, gdybym teraz odeszła. Z czwartej zaś –  co mogłabym osiągnąć zostając. Przecież już nawet nie chodziło o te przeprosiny, tylko raczej o podstawy dobrego wychowania. I o Remusa. Przecież nie mogłam go tak zostawić. Choć może Peter miał rację, może powinnam poznać racje obu stron. Skoro znałam już ich wersję, to powinnam jeszcze poznać wersję Lupina. Którego tu nie było, więc szukanie go oznaczałoby ucieczkę z Wielkiej Sali, nawet jeśli ucieczką nie było.
–  Annie? Czemu stoisz na środku Wielkiej Sali? –  Niespodziewanie pojawił się i trzeci w Wielkiej Czwórki. James.
–  Bo… –  zaczęłam, po czym zdałam sobie sprawę, że to nie ma ani trochę sensu. Ani moje stanie, ani próba wpływania na nich, ani nic. Wzruszyłam ramionami. I co ja miałam mu powiedzieć? Wszystko brzmiało idiotycznie. Zresztą, i tak pewnie Peter opowie mu całą scenę. –  Właśnie wychodziłam.
I nie, nie uciekłam. Po prostu się wycofałam. No dobrze, wycofałam się może trochę za szybko, ale to nadal nie była ucieczka.
Nie kiedy z Wielkiej Sali wpadałam wprost w szpony Brendy.

06. O ciężkim losie klas niższych

Pracownia eliksirów mieściła się w lochu – o czym nikt nie raczył mnie uprzedzić. Mogłam się założyć, że zimą będzie tam przeraźliwie zimno. Powinnam jak najszybciej poprosić rodziców o przysłanie mi kilku grubszych swetrów, jako że nie przewidziałam aż TAK surowego klimatu. Jasne, wiedziałam, że Hogwart to nie tropiki, ale żeby trzymać uczniów w lochach?… Może jeszcze okaże się, że tych, którzy się nie uczą, przykuwa się tu do ścian? I na pewno wszystko pokryte jest śluzem, fuj!
Szliśmy sobie z Jamesem spokojnie, gdy nagle – ni z tego ni z owego – wyrósł przede mną Regał. W mrocznej, podziemnej stylizacji wyglądał jeszcze lepiej niż w świetle słońca w jakiejś zapyziałej księgarni. Prawdziwy samiec! Szkoda tylko, że taki napuszony – ale czy ktoś nienapuszony mógłby wyglądać jak wyjątkowo zakochany w sobie wampir-psychopata?
– No, proszę, znowu zastawiasz mi drogę? – spytał z lekką kpiną w głosie.
James najeżył się, ale milczał.
Rozejrzałam się po korytarzu. Spokojnie mógłby mnie wyminąć. Bez najmniejszego problemu. Najwyraźniej po prostu chciał mi przypomnieć o naszej konfrontacji w księgarni.
– Nie, to ty znowu mi coś bezpodstawnie zarzucasz. To przestrzeń publiczna i mam prawo stać w tym oto miejscu – tu wskazałam na podłogę, po czym dumnie uniosłam brodę. – I nie spodziewałam się, że będziesz chciał ze mną rozmawiać. Czy powinnam czuć się zaszczycona?
James postanowił się wykazać i przypomnieć całemu światu, że aktualnie on sprawuje funkcję alfy w tym stadzie.
– Idziemy, Annie, nie powinnaś zawracać sobie głowy Regulusem – oznajmił tonem stanowczym i frajersko gryfońskim.
Regał to Regulus? No cóż. Uważałam, że Regał brzmiało dumniej, ale… Nie będę się kłócić.
Tylko jakoś młody Black nie chciał przyjąć do wiadomości mojej rezygnacji z działań wojennych.
– Widziałem, jak potraktowałaś mojego brata.
I gdy już miałam warknąć „No i?”, dodał:
– Gratuluję.
To mnie zdziwiło. Czyżby – wbrew temu, co pokazał w księgarni – nie popierał jakże zgubnej postawy propagowanej przez arystokrację? Nie, nie mogłam pozwolić, żeby kilka słów mnie zmyliło. Musiałam być twarda, nieugięta i w żadnym, ale to żadnym wypadku nie spoufalać się z burżuazją.
– Nie ma czego, podobnie potraktowałabym każdego, kto nie popiera idei zrównania klas – odpowiedziałam, zadzierając brodę jeszcze wyżej.
James parsknął śmiechem. Miałam nadzieję, że śmieje się z Regału. Co tam! Byłam przekonana, ze właśnie z niego. Bo niby dlaczego miałaby go bawić moja idea?
– Syriusz jest zbyt głupi, by cokolwiek popierać.
Jamesowi zrzedła mina.
– Uważaj sobie, Reg – ostrzegał, ale chłopak nie zwrócił na niego uwagi. Ciemne oczy Regału wpatrywały się we mnie prowokacyjnie.
Naprawdę chciałam zignorować tę uwagę – ze względu na Jamesa, oczywiście. Może nie popierałam jego decyzji w kwestii wyboru przyjaciół, ale na pewno nie powinnam ich krytykować przy Regale. Nawet jeśli Regał akurat patrzył na mnie Naprawdę Przenikliwie. Jakaś część mojej świadomości ze zdumieniem odnotowała, że chociaż jest tak podobny do Syriusza, to jego oczy są innej barwy. Nie żebym patrzyła mu w oczy z innych powodów niż tylko kultura dyskusji, która nakazuje patrzeć na rozmówcę. Tak, dokładnie.
– James, to co z tymi eliksirami? – zapytałam niewinnie. Nie, wcale nie zmieniałam tematu. Po prostu nie chciałam się spóźnić na pierwszą lekcję.
Regał chyba potraktował to jako obelgę i brak szacunku, bo, o dziwo, przesunął się, byśmy mogli przejść. Czemu obelgę? No cóż. Przesunął się tak, jak przesuwają się małe, obrażone dzieci, którym w dodatku przed sekundą ktoś powiedział, że nigdy więcej nie zobaczą swoich kucyków.
– Tędy. – James złapał mnie pod ramię. POD RAMIĘ. Czy on się zbytnio nie spoufalał?
Biedny Regał, został taki sam.
Nie współczułam mu szczególnie. Taki los powinien spotykać bezduszną arystokrację wypijającą ostatnie soki z biednych ludzi pracy. Powinni stać sami na zimnych korytarzach w lochach ponurych zamczysk. O ile mieli jakieś pod ręką.
Sala, w której miały się odbywać zajęcia, była całkiem duża i nie tak zimna, jak się spodziewałam – pewnie ogień, który musiał wcześniej płonąć pod kociołkami, nieco ogrzał pomieszczenie. Zauważyłam za to, że obecni już ludzie podobierali się w pary i większość z nich zawzięcie omawiała jakieś niezwykle interesujące sprawy – zwykle dotyczące wakacji. Rozejrzałam się nieco bezradnie – byłam pewna, że James będzie współpracował z Syriuszem, a to by znaczyło, że muszę sobie znaleźć kogoś do pary.
Niestety okazało się, że jedyną wolną osobą była Brenda. Melinda siedziała już z Lily, a Sarah – z jakąś dziwną Ślizgonką, z którą łączyło ją zapewne coś więcej niż odznaka P radośnie przyczepiona do szaty. Postanowiłam zaryzykować i zająć miejsce tuż koło niej. Oczywiście, przywitała mnie słowami:
– Ale na pewno nikogo nie zjesz, Annie?
Spojrzałam na nią z politowaniem (które starałam się jednak zamaskować wymuszonym uśmiechem), ale szybko sprostowałam, że nie, nie zjem ani profesora, ani żadnego ze składników eliksiru, ani jej, ani w ogóle nikogo. Możliwe, że mi uwierzyła, starałam się wyglądać bardzo przekonująco, kiedy to mówiłam. Zresztą, nie miała najmniejszych nawet powodów, żeby mi nie wierzyć, w końcu mówiłam prawdę! W co jak w co, ale w uzdrawiającą i oczyszczającą moc prawdy wierzyłam od dawna.
Miałam jednak nadzieję, że profesor wkrótce przyjdzie i będę mogła ustalić, skąd wziął się pseudonim „Ślimak”.
Mijała minuta za minutą, a nauczyciel się nie pojawiał. W Beauxbatons coś takiego byłoby nie do pomyślenia. To brak szacunku dla uczniów! Obiecywałam sobie, że gdy w końcu się pojawi, wytłumaczę mu, że punktualność jest cnotą. Bo choć zwykle czekanie nie przeszkadzało mi…
… teraz nie mogłam go znieść.
– Zostaw mnie, arystokratyczny bubku – powiedziałam, gdy poczułam, że ktoś niby przypadkiem szarpie mnie za kosmyk moich złotych włosów.
Odwróciłam się, a on siedział tuż za mną, taki bezczelny i taki niby to niewinny, choć mogłam się założyć, że jeszcze dwie minuty temu (gdy wybierałam miejsce koło Brendy), siedział z Jamesem na drugim końcu sali.
Teraz – dziwnym trafem – James pozostawał na swoim miejscu, a Black siedział tuż za mną. Sam. Choć byłam święcie przekonana, że musimy siedzieć w parach.
– To nie ja – zapewnił uroczyście.
– Nie widzę tu nikogo innego – odpowiedziałam szybko.
Jeżeli miał zamiar robić ze mnie idiotkę, to srodze się pomylił. Nie ma mowy, doskonale wiedziałam, jak sobie z takimi radzić. Nawet jeśli nie wiedziałam, po co robią to, co robią. A jakaś dziwna cząstka mnie chciałaby wiedzieć. Miałam jednak wystarczająco dużo godności, by nie zerwać się na równe nogi i zacząć na niego krzyczeć, że jego obowiązkiem jest powiedzieć mi, dlaczego mnie prześladuje. A przynajmniej jeszcze nie teraz – i nie po tym, jak raptem parę chwil temu oskarżył mnie o to, że go śledzę! Co za bezczelność! Na samo wspomnienie aż mi się palce zaciskały na różdżce.
– Naprawdę?
Nagle spod stołu wyskoczył Peter. Śmiał się jak głupi. No, proszę, panie Black, myślisz, że uwierzę, że to nie byłaś ty? Niedoczekanie!
Kątem oka zauważyłam, że James się nam przygląda. Uśmiechał się. Czy on… Czy go też bawiła ta zabawa moim kosztem? Niemożliwe. Z pewnością maskował w ten sposób swoją złość na nierozważnego przyjaciela.
– W zasadzie, chciałem ci powiedzieć – zaczął po chwili – że ładnie dziś wyglądasz… – Odezwał ode mnie wzrok. – … Bre.
Brenda wyglądała na zachwyconą.
Tym razem palce naprawdę zacisnęły mi się na różdżce i byłabym ją wyszarpnęła z kieszeni, gdyby nie nagły przypływ zdrowego rozsądku.
On się tobą drażni, Annie. Chce cię sprowokować, pomyślałam. Chyba nie dasz mu tej satysfakcji, co?
Nie miałam najmniejszego zamiaru. Ale nich mnie piekło pochłonie, jeśli pozwolę mu irytować mnie jeszcze bardziej! Tyle, że jeśli coś powiem, to będzie jasne, że jego żałosne żarty (bo uznałam, że chciał być zabawny) mnie drażnią. Czyli osiągnie swój cel. Nagle wszystko, co do tej pory wydawało mi się proste i logiczne, stało się skomplikowane i zaczęło przypominać węzeł gordyjski umieszczony w środku labiryntu Minotaura.
Mimowolnie zerknęłam na drzwi, przez które – jak miałam nadzieję – zaraz wejdzie profesor. Przecież Syriusz da mi spokój, kiedy zaczną się zajęcia, prawda?…
– Och, Syriuszku, nie musiałeś. – Brenda udawała, że się rumieni. Podejrzewam, że najbardziej na całym świecie chciała się zarumienić. Tyle, że jedyne, co mogła zrobić, to machać pod stołem różdżką, próbując niewerbalnie rzucić zaklęcie koloryzujące. Już widzę, jak jej się to uda! – Nie miałam czasu się porządnie przygotować. Dziewczyny wyganiały mnie z łazienki…
– Skandal! – powiedział i roześmiał się, a Peter razem z nim. Tyle, że ten śmiech był jakby przyjazny? Zupełnie inny niż ten, gdy śmiał się ze mnie.
– Prawda? Każda z nas powinna mieć łazienkę dla siebie. Byłoby łatwiej.
Peter postanowił się wtrącić.
– Czy mamy w Hogwarcie tyle pomieszczeń? – spytał filozoficznie.
– Zawsze możesz przychodzić do nas – zaproponował jej Syriusz. – Z Jamesem wstajemy przed świtem na poranne treningi, więc w kolejce pozostaje tylko dwóch.
Zanim zorientowałam się, co robię, prychnęłam. I to na tyle głośno, by zwrócić ich uwagę.
– Treningi? A co ty możesz trenować? Nie wiedziałam, że w Hogwarcie są poranne treningi z wkurzania ludzi – powiedziałam, mam nadzieję, dość luźnym tonem.
Chociaż tak naprawdę byłam daleka od rozluźnienia.
Cała ta sytuacja stała się dziwna i miałam nadzieję, naprawdę, naprawdę, naprawdę miałam nadzieję, że Ślimak czy jak mu tam natychmiast tu przyjdzie i zrobi coś, co zajmie tę trójkę na tyle, żeby uniemożliwić im dalszą rozmowę. Nie byłam do końca pewna dlaczego, ale nie podobało mi się to wszystko. Do tego musiałam się powstrzymywać, żeby nie powiedzieć nic na temat Brendy i jej porannej toalety – mimo wszystko lepiej, żebyśmy nie chciały wydłubać sobie nawzajem oczu, kiedy będziemy pracować nad jednym eliksirem. Faktem jestem jest, że nie widziałam jeszcze nikogo, kto spędzałby w łazience aż TYLE czasu!
– Syriuszek trenuje quidditcha i jest w tym najlepszy – Brenda oznajmiła z dumą, jakby to ona, a nie pieprzony burżuj, była genialnym sportowcem.
Black kiwnął głową.
– Choć wydaje mi się, że James jest jednak trochę lepszy – dodał, udając skromność. Uwaga, bo mu uwierzę! Z pewnością prywatnie sądzi, że jest najlepszym graczem na świecie! – Chociaż trudno nas porównywać. Gramy na dwóch różnych pozycjach.
– Ale latasz cudownie! – Brenda nie potrafiła się przymknąć, naprawdę. – Prawda, Peter?
Chłopakowi z podniecenia aż świeciły się oczy.
– Tak, tak! – przytaknął. – Nikt nie lata tak jak Łapa!
Świetnie, a więc Black miał fanclub. Miałam ochotę ponownie prychnąć, ale tym razem się powstrzymałam.
– Też kiedyś grałam – rzuciłam od niechcenia. – Ale uznałam, że są ważniejsze rzeczy od idiotycznej zabawy piłkami.
Spojrzałam na nich tak, jakbym chciała podkreślić, jak bardzo taka zabawa piłkami jest bezużyteczna i absolutnie zbędna, bo nie prowadzi do niczego, ale to niczego dobrego. Czy poprawia los uciskanych? Nie. Czy pokazuje, że arystokracja niezasłużenie zajmuje tak wysoką pozycję społeczną i należy z tym skończyć? Nie. Czy zawodnicy mają równe szanse? Nie! Wszystko zależy od modelu miotły, na jakiej latają, czyli znów arystokracja ma fory! Jak mogłabym uczestniczyć w czymś takim?
Ale najwyraźniej Syriuszowi to nie przeszkadzało. Tak samo jak nie przeszkadzało Brendzie i Peterowi. A także… O zgrozo. Czy oni przed chwilą powiedzieli, że James też się w to bawi?
Nie zdążyłam rzucić już ani pół kąśliwej uwagi, bo nagle Black i Peter zerwali się z miejsc i ruszyli tam, skąd przyszli. Początkowo nie wiedziałam, co się dzieje. Tak szybko zrezygnowali z tej słodkiej rozmowy? Ale wtedy zauważyłam… kogoś, kto niewątpliwie wyglądał na Ślimaka.
Im dłużej patrzyłam na starszego czarodzieja, tym większy sceptycyzm musiał malować się na mojej twarzy. Mogłam wyobrazić go sobie w kanapie, objadającego się czekoladkami. Mogłam wyobrazić go sobie na jakimś przyjęciu. Na Merlina, mogłam go sobie wyobrazić nawet z czułkami i skorupą na plecach, ale nie – powtarzam: nie – nad parującym kociołkiem. Nie wyłam w stanie wymyślić, co mogłoby do niego pasować mniej niż metodyczne, uważne siekanie glist, korzeni, nasion i organów wewnętrznych małych ssaków. To musiała być jakaś pomyłka…! Ale z reakcji pozostałych uczniów wywnioskowałam, że o żadnej pomyłce nie może być mowy.
Zatem oto stał przede mną (i przed całą resztą grupy) Ślimak, którego miałam rzekomo zjeść. Na samą myśl poczułam wzbierające mdłości. Z pewnością nie byłby smaczny.
– Wybaczcie spóźnienie, moi drodzy, zatrzymały mnie sprawy mojego domu – wyjaśnił pobieżnie i ruszył w kierunku swojego biurka. Choć, prawdę mówiąc, lepszym określeniem byłoby „potoczył się”.
Ślizgonka, która siedziała z Sarah, podniosła rękę. Ruch ten idealnie oddawał jej naturę służbistki, którą zaobserwowałam już wcześniej.
– Tak, Minne? – Ślimak spytał łagodnie.
– Czy ktoś znowu zamknął Severusa w szafie, panie profesorze? – spytała zimnym, formalnym tonem. – Nie widzę go tutaj.
Ślimak westchnął. Byłam oburzona. Przemoc? Tutaj? To niedopuszczalne! Czy w tej szkole nie pozostało ani pół osoby moralnie nienagannej? Przecież…
Usłyszałam ciszy, mniej cichy i najmniej cichy rechot Syriusza.
Zerknęłam w kierunku Syriusza. Tak, zdecydowanie się śmiał. Głośno. Tak głośno, że mogłam założyć się o cokolwiek, że – kimkolwiek był Severus – ta przykrość spotkała go właśnie z winy Blacka. Podłe, absolutnie podłe! W głowie ułożyłam sobie obraz biednego, prześladowanego przedstawiciela klasy pracującej, mugolaka do tego, najpewniej wychudzonego, niedożywionego, chodzącego w połatanych dżinsach wiązanych w pasie sznurkiem. Nie wiem, skąd przyszedł mi do głowy sznurek, ale prawdziwy proletariusz zawsze miał coś wspólnego ze sznurkiem. Od razu poczułam przypływ cieplejszych uczuć w kierunku Severusa, którego jeszcze nie widziałam na oczy, ale już wyobrażałam sobie spaloną na słońcu skórę (to przez pracę w polu!), duże, szorstkie dłonie i jasne oczy, patrzące na świat z prostotą! Tak, to na pewno ktoś, z kim mogłabym się zaprzyjaźnić!
– Panie Black, co pana tak śmieszy? – Ślimak wyglądał na niezadowolonego.
Za to Syriusz wstał. I o mało się z tego śmiechu nie przewrócił.
– Nic takiego, panie profesorze – zaczął, a zaraz potem… roześmiał się jeszcze bardziej! Tego było za wiele. Miałam ochotę cisnąć w niego zgniłym pomidorem. – Po prostu przypomniało mi się, jak ostatnio… Jak ostatnio…
Teraz i Peter zaczął się śmiać. Zauważyłam też, że mało brakuje, by dołączył do nich James. Ale – przecież był zbyt wrażliwym, żeby zrobić coś takiego! Prawda?
– Jak ostatnio… – Syriusz dusił się ze śmiechu.
– Masz na myśli ostatni dzień zeszłego roku szkolnego, gdy wraz z profesorem Flitwickiem przez pięć godzin nie mogliśmy wyciągnąć go z szafy na składniki, bo ktoś nieudanie przetransmutował mu kawałek ramienia w półkę? – Ślimak zachowywał pełnię spokoju.
Ramię? W półkę? Jak to – nieudanie?!
Syriusz roześmiał się tak, że z trudem wydusił z siebie krótkie:
– Tak.,
a potem opadł na krzesło i o mało co nie wylądował ostatecznie na podłodze.
Wszystko wskazywało na to, że Ślimaka w końcu opuści ten spokój. Spojrzał na Syriusza jakoś tak dziwnie. Wyraz jego twarzy powoli się zmieniał. Od pogodnej obojętności, ku…
– Tym razem nie wystawała mu z ramienia taka śmieszna, drewniana niby-łapka – powiedział, a potem sam się roześmiał.
Aż mnie zmroziło. Barbarzyńcy! Nieczuli barbarzyńcy! Wyobraziłam sobie mojego uciskanego proletariusza z przetransmutowanym ramieniem i aż mnie przebiegł chłód po kręgosłupie.
– To nieludzkie! – syknęłam w kierunku Blacka, jednocześnie mając nadzieję, że Ślimak (jak właściwie ten facet się nazywał?) mnie nie usłyszy. A nawet gdyby – co mi tam! Mam prawo krytykować wątpliwą moralność kolegów z roku, prawda?
Syriusz na chwilę przestał się śmiać, po czym zrobił minę pod tytułem „A powinno mnie to obchodzić, bo…?” i znów wybuchnął śmiechem. Zauważyłam też, że większość osób w sali również się uśmiecha – jedni szeroko, inni pod nosem, ale – tak! – śmiali się z nieszczęśliwego Severusa. Biedny chłopak, nie miałam pojęcia, że tak szybko spotkam się (no dobrze, technicznie rzecz biorąc jeszcze go nie spotkałam…) z prawdziwą ofiarą prześladowań, której będę mogła pomóc. Będę go bronić i oświecę go, że jego los nie zawsze musi tak wyglądać. Na pewno będzie mi wdzięczny, kiedy już mu to wszystko powiem. No i kiedy go spotkam.
– Więc znowu, tak? – spytała Ślizgonka. I choć początkowo wzbudziła moją niechęć poprzez zbytnie afiszowanie się miłością do władzy, teraz zaskarbiła sobie odrobinkę mojej sympatii. Bo mimo że należała do klasy wyższej, potrafiła pochylić się nad sprawą uciskanego proletariusza, jakim był niewątpliwie Severus!
Ślimak odrobinę się uspokoił.
– Znowu – odpowiedział. – Takie widocznie jego fatum.
Ja was dam fatum!