Człowiek człowiekowi wilkołakiem: 05

Ślady butów w śniegu się nagle urwały. Zatrzymała się przy ostatnim i rozejrzała bezradnie. Jak ona miała teraz dotrzeć do szkoły, kiedy nie miała po czyich śladach iść? Nie zwróciła specjalnej uwagi na to, że urwane ślady mogły oznaczać jakąś tajemnicę do rozwiązania; może jakiś uczeń został porwany przez hipogryfa? Albo ktoś lecący na miotle rzucił w niego jakieś złowieszcze zaklęcie, które sprawiło, że rozpadł się w proch? Może wciąż tu był, ale w pelerynie-niewidce?
Właściwie ta ostatnia myśl sprawiła, że cofnęła się o dwa kroki po tych śladach i zaczęła machać różdżką, upewniając się, że nikt tuż przed nią nie stał. Wcale by ją to nie zdziwiło, skoro zdawała sobie sprawę, z tego, że jej brat był w posiadaniu peleryny-niewidki.
Potrząsnęła głową i skupiła się na bieżącej sytuacji, a nie rozwiązywaniu tajemnic Hogwartu − jak dotrzeć do szkoły bez śniegu w butach, za kołnierzem, w staniku, we włosach, oczach i nosie? To był poważny kryzys, bo ślady już nie miały jak uratować jej życia i miała już zostać na błoniach, w odległości zaledwie około dwustu stóp od szkoły, do odwilży. Była szansa, że ktoś znajdzie ją wcześniej, ale na pewno nie wystarczająco wcześnie, żeby uratować ją przed niechybnym zamarznięciem. Rozważyła nawet zbudowanie igloo, żeby przedłużyć okres przetrwania, ale zdała sobie sprawę, że nawet nie wiedziała, jak to igloo wykonać. Cóż za okrutny los, który skazał ją na taką śmierć.
− Kitty!
Westchnęła głośno, może trochę z ulgą, bo wizja śmierci się nieznacznie oddaliła. Nie na długo. W jej stronę biegł właśnie James i wcale nie sprawiło to, że Kitty poczuła się bezpieczniej. Wręcz przeciwnie. Na widok białej śmierci w jego ręce, zbitej w całkiem okazałą śnieżkę (zapewne również twardą jak kamień), przestała się przejmować tym, że ślady w śniegu się skończyły, przestała przejmować się śniegiem w butach − po prostu zaczęła uciekać. Bo James nie był sam.
I to właśnie jego towarzysz dopadł ją jako pierwszy, tuż po tym jak Kitty wśród całych tych nieodśnieżonych błoni, straciła równowagę i runęła w pozornie tylko miękki i puszysty śnieg. Odruchowo zasłoniła twarz rękoma i leżała na brzuchu cała zdrętwiała, kiedy Syriusz smarował jej głowę śniegiem.
− Ile wy macie lat? − zajęczała spod śniegu.
Kolejna z jej obaw weszła w życie − śnieg w ustach. Wypluła go i zrzuciła z siebie Syriusza. Przekręciła się i usiadła, i już chciała zmrozić wzrokiem brata i jego najlepszego przyjaciela, kiedy na jej twarzy rozpadła się śnieżka. Śnieg w oczach, nosie i ustach − zawsze o tym marzyła. Otrzepała się trochę zbyt gwałtownie, bo uderzyła łokciem Syriusza, który wciąż był stanowczo zbyt blisko niej, by mogła poczuć się bezpiecznie.
− Nienawidzę was.
Podniosła głowę. Cały komplet Huncwotów postanowił zniszczyć jej dzień.
Uparcie starała się nie patrzeć na Remusa. Odkąd Abby powiedziała jej, że to takie oczywiste, że ją lubił, to czuła się nieco skrępowana w jego obecności. W szczególności, że teraz zwracała uwagę, jak bardzo był dla niej miły. Ciężko było jednak uniknąć spojrzenia Remusa, kiedy ten wyciągnął do niej rękę, by pomóc jej wstać. Skorzystała z pomocy, ale pociągnął ją trochę zbyt mocno, jakby oceniał jej wagę o przynajmniej kilkanaście funtów wyższą (oburzające!) − ledwo udało jej się zachować równowagę i nie wpaść na niego. Poczuła, że jej policzki zaczęły się czerwienić; na szczęście było na tyle zimno, że można byłoby pogodę uznać za powód rumieńców.
− Chodź, Kitty, ulepimy Smarka − powiedział rozbawiony James.
Syriusz i Peter zaśmiali się. Podniosła ostrożnie wzrok na Remusa, który cały czas stał dość blisko. Uśmiechał się; nie była pewna czy z powodu pomysłu Jamesa, czy tak po prostu do niej. Jedno było pewne − cała czwórka była w świetnym humorze i Kitty trochę się ten humor udzielił, mimo całej swojej niechęci do śniegu i tego, że miała ten śnieg w każdym miejscu, w którym go nie chciała.
Kitty ostatecznie też się uśmiechnęła i pokręciła z rezygnacją głową.
− Ile wy macie lat? − zapytała znowu, a James wyszczerzył zęby.
− Nie bądź jak McGonagall. Chodź.
Chwycił ją za płaszcz i zaczął odciągać ją coraz dalej od wejścia do Howagrtu. Kitty tęsknie patrzyła za szkołą, w której było tak przyjemnie i ciepło, a zamiast tego czekał ją chłód i śmierć podczas lepienia bałwana. Syriusz wcisnął na jej i tak już całą w śniegu głowę swoją czapkę, może z powodu poczucia winy? Kitty nie zastanawiała się nad tym, po prostu przyjęła bez słowa czapkę, która może pomoże jej przetrwać te ekstremalne warunki.
Peter w międzyczasie zaczął już toczyć pierwszą kulę.
− Jak chcecie sprawić, żeby bałwan wyglądał jak Snape? − zapytała, obserwując poczynania Petera.
Syriusz wyciągnął z kieszeni bardzo skrzywdzoną przez los marchewkę. Była naprawdę krzywa.
− Poprosiliśmy skrzaty o najbrzydszą marchewkę, jaką znajdą.
− Widzę pewne podobieństwo.
Huncwoci zaśmiali się na tę uwagę, mimo że wcale nie miała być śmieszna − po prostu odzwierciedlała faktyczny stan nosa Severusa Snape’a.
− Mamy też ślizgoński szalik − powiedział James, wskazując na wypchaną torbę Remusa. − Uczynny brat Syriusza nam go użyczył.
− Z własnej woli?
− Niekoniecznie − odpowiedział Remus i zerknął w stronę szkoły. − Syriusz zostawił go w śniegu. Nie martw się, ktoś go już pewnie z niego wyciągnął.
Nie martwiła się. Może trochę, ale raczej o to, że liczyła, że jej brat i jego przyjaciele już wyrośli z maltretowania słabszych, ale najwyraźniej wciąż to była przednia rozrywka. Mogła się domyślić po tym jak James złapał Philipowi nos, ale to nie był raczej atak na słabszego.
Pokręciła z rezygnacją głową, poprawiła rękawiczki i sama zaczęła lepić kulkę. Śnieg jej nawet w tej prostej czynności nie wspierał, bo nie chciał się lepić i rozpadał się w jej rękach. Burknęła pod nosem i otrzepała rękawiczki. Było jej zimno, wciąż marzyła o ciepłej kąpieli i siedzeniu w kocu tuż przed kominkiem. Zamyśliła się chwilę i ocknęła się dopiero, kiedy śnieżka uderzyła ją w ramię. Kitty spojrzała na brata z oburzeniem i wcisnęła ręce do kieszeni.
− Przydaj się do czegoś i poszukaj gałęzi na ręce.
Uniosła brwi i westchnęła. Nie widząc lepszego zajęcia skierowała się w stronę najbliższych krzaków; musiała się oczywiście przedzierać przez świeży i nienaruszony jeszcze śnieg. Usłyszała a sobą kroki i obejrzała się, żeby zobaczyć Remusa, który postanowił jej towarzyszyć przy tym tak odpowiedzialnym zadaniu. Czyżby Huncwoci uznali, że bez pomocy nie uda jej się zdobyć rąk dla Severusa Snape’a? Albo że wybierze zbyt ładne i proste gałęzie? Właściwie nie powinno ją to dziwić, sama na widok tego śniegu podejrzewała, że zaraz zwyczajnie się o coś potknie, przewróci i już nie wstanie, nie wspominając nawet o wybieraniu odpowiednich gałęzi. Oczywiście Kitty nie była taką fajtłapą; miała stosunkowo dobrą koordynację ruchową, która pomogła jej dostać się i utrzymać później w drużynie quidditcha. Jednak widok całkowicie zasypanych błoni oraz śnieg w butach i pod ubraniami odbierał jej całą pozytywną energię i siły nad podnoszenie odpowiednio wysoko nóg. Dlatego nawet nie skomentowała tego, że Remus poszedł za nią.
Zrównał z nią krok i spojrzał na nią, ale ta dzielnie przedzierała się przez śnieg. Wciąż chodziły jej po głowie słowa Abby, więc nie chciała na niego patrzeć. Nigdy wcześniej nawet by tego nie rozważała, ale wszystko potwierdzało, że mogła mieć rację.
− Wszystko w porządku? − zapytał w końcu, a ona przystanęła i zerknęła na niego kątem oka wyraźnie zdziwiona pytaniem. − Syriusz porządnie cię śniegiem natarł.
Kitty sięgnęła ręką do czapki Syriusza, którą wciąż miała na głowie.
− No nie było to najprzyjemniejsze przeżycie.
Remus ściągnął rękawiczkę i wyciągnął rękę w stronę jej twarzy. Kitty uważnie obserwowała, co robił i przez chwilę rozważała, czy aby nie uciekać gdzieś daleko przez śnieg, ale potem spojrzała mu w oczy i porzuciła te myśli. Nie odwzajemnił jej spojrzenia, skupił się na jakimś nieokreślonym punkcie trochę poniżej. Uśmiechał się lekko, nie robiło to takiego wrażenia, jak uśmiech Philipa; Remus uśmiechał się do niej dużo częściej, ale był to ciepły i pełen sympatii uśmiech, który teraz sprawił, że serce zabiło jej trochę mocniej.
Miała wrażenie, że świat na chwilę zamarł wokół jego jasnobrązowych oczu, ale dłoń Remusa dotarła w końcu do celu. Strzepnął resztkę śniegu z jej włosów, po czym cofnął rękę. Kitty złapała się na myśli, że mógłby jej nie zabierać. Spojrzał jej w oczy, a ona prędko odwróciła głowę.
− Gałęzie. Musimy znaleźć gałęzie − powiedziała, rozwiewając tym samym całą romantyczną atmosferę. Było stanowczo zbyt zimno i śnieżnie na jakiekolwiek romanse.
Remus ocknął się jakby i zerknął w stronę pozostałych Huncwotów, możliwe, że w obawie czy aby ich nie obserwowali. W końcu, kiedy ostatnio jakiś chłopak publicznie okazywał Kitty sympatię, skończyło się to złamanym nosem. Bo może wcale nie chodziło tu o to, że Philip był Ślizgonem, a po prostu, że zarywał do jego siostry? Remus powinien mieć się na baczności.
W końcu skinął głową.
− Panie przodem.
Kitty burknęła pod nosem, ale ruszyła przez śnieg w stronę upragnionych krzaków.
*
James otrzepał się pobieżnie ze śniegu i podparł pięści o biodra. Patrzył z dumą na swoje i swoich przyjaciół (i trochę też siostry) prawie skończone dzieło. Kitty musiała przyznać, że podobieństwo było uderzające, jak na porównanie bałwana z człowiekiem. Oddawał prawie wszystkie najważniejsze cechy Snape’a, poza jego włosami. Powbijali mu do głowy pozostałości po gałęziach przeznaczonych na ręce i fryzurą przypominał bardziej Jamesa, ale była to jedyna niedoskonałość bałwana.
− Dzieło mojego życia − skomentował James i otarł nieistniejącą łzę spod oka.
− Nie przesadzałaby… − zaczęła Kitty, ale brat nie dał jej dokończyć.
− DZIEŁO MOJEGO ŻYCIA.
− Chciałam tylko powiedzieć, że nazywając Snape’a dziełem swojego życia…
James wytknął ją palcem, więc postanowiła znowu nie skończyć myśli.
− Musiałaś mi to odebrać.
Rozłożyła bezradnie ramiona i wskazała głową na zbliżających się dwóch z trzech pozostałych Huncwotów. Petera zobaczyła trochę dalej leżącego w śniegu, a Syriusz idący z przodu miał nad wyraz świetny humor, więc Kitty podejrzewała, że potraktował przyjaciela tak samo jak wcześniej potraktował ją. Ale Peterowi nie odstąpił czapki w ramach przeprosin.
− Nos widzę na swoim miejscu, idealnie − skomentował Syriusz i wyciągnął z kieszeni dwa ciemne kamyki, które wbił bałwanowi w miejsce oczu. Zrobił to na tyle krzywo, że można było przysiąc, że bałwanowy Snape miał zeza albo jakąś inną wadę wzroku. − Trzeba postawić go gdzieś bardziej na widoku.
James wyciągnął różdżkę z kieszeni i zaczął lewitować bałwana w stronę zamku, a Syriusz jako dobry i pomocny kolega postanowił asekurować śnieżny twór; szkoda byłoby gdyby nagle, przez jakieś błędy w podstawowej edukacji Jamesa, miał się rozsypać.
− W końcu będzie ciepło − powiedziała pod nosem Kitty i potarła dłonie o siebie. Dodało to jedynie dramatyzmu jej słowom, bo rękawiczki były już i tak całkiem przemoczone, a palce tak zmarznięte, że ich nie czuła.
− Nikt cię nie zmuszał do spędzania z nami czasu − odpowiedział jej spokojnie Remus. Nie wyczuła w jego głosie pretensji, ale i tak poczuła się trochę głupio za marudzenie.
− No co ty, było zabawnie. Spędzanie czasu z wami jest zabawne. Poza momentami jak lądowałam twarzą w śniegu. I śnieg jakimś cudem lądował mi w stani… za kołnierzem.
Remus zaśmiał się, a Kitty pomachała tylko ręką, żeby jej nie słuchał.
− Jakby ciebie nie było, to na pewno byłoby nudniej.
Spojrzała na niego trochę zaskoczona. Trochę trudno jej było sobie wyobrazić Syriusza i Jamesa spędzających czas w nudny sposób. Może poza przygotowaniami do egzaminów, ale do tego było jeszcze daleko.
− To znaczy?
− Wszyscy się popisywali jak tylko mogli.
Pierwsze, co pomyślała po jego odpowiedzi to Syriusz, który wrzucił ją i wiele innych osób do śniegu. Nie o takiej formie popisywania się marzyła. Obejrzała się na Petera, który wyczołgał się już ze śniegu i próbował z małym powodzeniem ich dogonić. Kitty postanowiła być miła i zwolniła trochę krok.
Spojrzała w końcu na Remusa.
− Ty też?
Remus nie odpowiedział. Uśmiechnął się tylko uprzejmie i wzruszył ramionami, jakby było to obojętne, ale wcale nie było. Jego odpowiedź mogła potwierdzić już ostatecznie słowa Abby, ale Remus postanowił zostać ją z tą niby-odpowiedzią, a głupio byłoby dopytywać o szczegóły tego tajemniczego wzruszenia ramionami. Jeszcze by się zorientował, że ona wie, że on ją lubił. Wtedy byłoby dopiero niezręcznie.

Człowiek człowiekowi wilkołakiem: 05

Człowiek człowiekowi wilkołakiem: 03

Naszła ją nagła myśl, że być może już do końca życia będzie samotna. Takie myśli nachodziły ją dość często w przeciągu ostatniego tygodnia. Tak mniej więcej od momentu, kiedy ostatni raz rozmawiała z Philipem. Cóż, rozmowa to może zbyt dużo powiedziane, ale przez cały tydzień po ich zerwaniu nie miała wielu okazji, by powiedzieć mu nawet cześć i zejdź mi z oczu, z naciskiem na to drugie, ponieważ dzielili jedynie jedne zajęcia, a na korytarzu unikał jej jak ognia, nie wspominając już o rozmowie. A taka rozmowa by im się na pewno przydała, a przynajmniej Kitty czuła potrzebę by to wszystko wyjaśnić, nawrzeszczeć na niego, że złamał jej serce z powodu takiej głupoty (bo złamany nos złożono mu w minutę, więc musiało chodzić jedynie o urażoną ślizgońską dumę − co za bzdura!), a potem trochę popłakać i najlepiej uciec zanim zaczęłaby się poniżać i prosić, aby do niej wrócił. Na to nie mogła sobie pozwolić. Nie ważne jak bardzo by go lubiła!
Kitty oczywiście była też wściekła na Jamesa, w końcu mógłby nie wtrącać nosa w nieswoje sprawy, ale na niego miała już okazję nawrzeszczeć i ostatecznie największa złość jej przeszła. Bo ileż można być obrażonym na brata, którego się powinno kochać? Nie pomagało to, jak bardzo cieszył się swoim zwycięstwem nad podłym, złym, podłym i niewolącym jego siostrę Ślizgonem. Kitty nie czuła się niewolona, Philip od samego początku, kiedy zaczęli się umawiać, był dla niej bardzo miły, wykazywał się cierpliwością i momentami nawet trochę czułością. Oczywiście wciąż był poważnym Ślizgonem i publicznie nie mógł pokazywać, że ma w ogóle jakieś uczucia, bo przecież musiał pilnować nienagannej opinii! Potem wkroczył James i wszystko się posypało.
Kitty nagle poczuła jakby o czymś zapomniała. Potrząsnęła lekko głową i skupiła wzrok na pergaminie leżącym przed nią i wielkim czarnym atramentowym kleksie, który musiała zrobić w trakcie swojego zamyślenia. Zerknęła jeszcze na siedzącą obok Aurorę, która swoimi ciemnymi oczami chyba próbowała jej coś powiedzieć. Kitty uniosła brwi, kiedy ta w końcu ruchem głowy pokazała, o cóż jej mogło chodzić.
− Panno Potter?
Kitty momentalnie oprzytomniała; głos profesor Vegi był skuteczniejszy od kubła zimnej wody. Spojrzała na nauczycielkę, a na jej bladej twarzy pojawiły się czerwone plamy. Trwała astronomia, a ona ostatnie, co pamiętała to obłok molekularny i tylko dlatego, że była to ostatnia rzecz, którą zapisała w notatkach. Mogło to być właściwie też co innego, bo część nazwy została zasłonięta kleksem.
− Tak?
Profesor Vega uniosła brwi, a Kitty wysiliła się na uśmiech i sięgnęła po czystą rolkę pergaminu, żeby zasłonić zniszczone notatki.
− Wszystko w porządku? Od jakiegoś czasu siedzisz bez ruchu.
− Zamyśliłam się − odpowiedziała szczerze z braku pomysłu na jakąkolwiek lepszą wymówkę. − Przepraszam.
W myślach przeklinała, że tylko trzy osoby uczęszczały na astronomię; gdyby było ich więcej, profesor Vega by nic nie zauważyła i byłby spokój. Teraz miała problem i tym razem nawet Aurora, ulubienia nauczycielki, jej nie uratuje.
− Skoro pozwalasz sobie na zamyślenia, panno Potter − zaczęła profesor Vega. Brzmiała groźnie, a Kitty skuliła się lekko. − To na pewno wiesz jak wygląda proces narodzin gwiazdy.
Kitty spojrzała na nią bezradnie.
− Ma to związek z obłokami.
Profesor Vega westchnęła cicho, wyraźnie zawiedziona, a Kitty przygryzła wargę. Nie chciała być powodem rozczarowania, ale chyba było już na to za późno.
− Napiszesz o tym referat na za tydzień, panno Potter.
Kitty skinęła głową i znowu wysiliła się na uśmiech. W myślach tylko powtarzała jak bardzo nienawidzi świata. To wszystko było winą Traversa; jakby nie zerwał w tak prostacki sposób, to wszystko byłoby dobrze! A teraz nie dość, że do końca życia będzie samotna, to jeszcze musiała napisać dodatkową pracę domową, a ona nawet z podstawowymi miała problem. Zwykle z powodu lenistwa, nie głupoty, ale różnie bywało.
Profesor Vega wróciła do wykładu, a Kitty postanowiła wrócić do słuchania i robienia notatek, tym razem na czystym pergaminie. Na tablicy widniały jakieś ruchome schematy, ale nic jej to nie mówiło. Jak dużo informacji mogło jej umknąć przez tę chwilę zamyślenia? Kitty coś czuła, że to zamyślenie mogło trwać nawet dłużej, niż się profesor Vedze wydawało. Próbowała jakoś powiązać ze sobą natłok nowych informacji i schematy ze swoją dotychczasową wiedzą, ale jak to z nowymi tematami bywa, nabyta wcześniej wiedza może nie pomóc.
Kitty bezradnie spojrzała na ambitnie notującą Aurorę; nawet nie spuszczała wzroku z profesor Vegi i jej schematów. Kitty poddała się zupełnie, schowała twarz w dłoniach i czekała tylko aż te zajęcia się skończą.
*
Po zajęciach i obiedzie rzadko wracała prosto do wieży Gryffindoru. Zwykle miała lepsze rzeczy do roboty od siedzenia w pokoju wspólnym albo dormitorium. Teraz jednak nie miała ani siły, ani tym bardziej ochoty na cokolwiek bardziej skomplikowanego. Powlokła się schodami na siódme piętro, w międzyczasie gubiąc się na czwartym z powodu złośliwych schodów, które powiodły ją nie tam, gdzie miały. Niby spędziła prawie siedem lat w tej szkole, wciąż miała czasem problemy by się odnaleźć w niektórych miejscach.
Na siódmym piętrze natknęła się na Petera, który prowadził żywą dyskusję z Grubą Damą. Kitty nie słyszała całej rozmowy, ale nietrudno było się domyślić, że chodziło o hasło. Kitty nie pierwszy, ani ostatni raz natknęła się na kogoś, kto najzwyczajniej w świecie zapomniał hasła.
Traszka dwuogonowa − powiedziała Kitty, kiedy stanęła oko w oko z Grubą Damą.
Kobieta na obrazie uśmiechnęła się i spojrzała na Petera.
− Tak trudno zapamiętać? − zapytała, po czym otworzyła przejście do pokoju wspólnego.
Peter wykrzywił usta z niezadowoleniem i burknął coś pod nosem w jej kierunku. Zerknął na Kitty, która wyglądała na rozbawioną. Pokręcił z rezygnacją głową.
Oboje weszli do środka.
− Dzięki − powiedział w końcu, chociaż wyraźnie oburzało go jej rozbawienie. − Z pół godziny się z nią użerałem, aż dziwne, że nikt w tym czasie się nie znalazł w okolicy.
− Nie ma sprawy. Dziwię się tylko, że mój brat cię tak zostawił.
Chciała jeszcze dodać bez opieki, ale ugryzła się w język.
− Gdzieś przepadli z Syriuszem podczas obiadu. Wiesz, nie jesteśmy zrośnięci.
− Aż trudno w to uwierzyć.
Wyszczerzyła zęby. Naprawdę rzadko można było ich wszystkich spotkać osobno. Z całej czwórki, to Remus spędzał najwięcej czasu osobno (chociaż to wciąż nie było wcale tak dużo), Peter zawsze włóczył się za Jamesem, niezależnie co się działo, dlatego jego uwaga ją rozbawiła jeszcze bardziej niż sytuacja z hasłem.
Peter znowu zrobił obrażoną minę i odmaszerował do stolika, przy którym siedział zaczytany w jakiejś książce Remus. Kitty też czekało zagłębianie się w książkach. Niby miała cały tydzień na napisanie karnej pracy domowej, ale coś czuła, że jak nie napisze tego od razu, to nie napisze nigdy.
Kitty nie musiała słyszeć, co Peter mówił, była po prostu pewna, że zaczął od marudzenia na nią. Jej przypuszczenia zostały potwierdzone tym, że Remus przerwał czytanie i spojrzał wprost na Kitty. Niezbyt dyskretnie; zawsze wydawało jej się, że Remus należał do tych bardziej subtelnych. Odpowiedział coś Peterowi i zostawił go samego, a sam skierował się w stronę Kitty, która miała już zamiar uciec do dormitorium, by zaszyć się tam do wieczora. Zatrzymała się jednak.
− Kitty.
Uśmiechnęła się do niego. Był od niej dużo wyższy, a grzywka przysłaniała widok, więc musiała lekko zadrzeć głowę, żeby spojrzeć na jego twarz. Jak zwykle wyglądał na zmęczonego; miał wyraźnie podkrążone oczy, dodatkowo policzek przecinała okazała blizna. Kitty zawsze zastanawiała się, skąd ją miał, ale James nigdy jej tego nie chciał zdradzić. Raz zasugerował, żeby sama spytała, ale uznała ten pomysł za głupi i nic z tym nie zrobiła.
− Remusie − przerwała mu zanim zdążył powiedzieć cokolwiek więcej.
Mogłaby przysiąc, że zarumienił się lekko, ale równie dobrze mogło to być światło od kominka. Musiała go jednak trochę zbić z tropu, bo zaczął drapać się po karku, jakby zastanawiał się, co ma powiedzieć.
− Przykro mi − powiedział w końcu, a Kitty przechyliła głowę i spojrzała na niego dziwnie. − Z powodu Philipa.
− No co ty! Zachował się jak kretyn. − Machnęła ręką. − Już mi przeszło.
Kłamała oczywiście, ale nie widziała powodu, dla którego Remus miałby o tym wiedzieć. Oczywiście miła była świadomość, że ktoś z bandy Huncwotów, jak lubili siebie nazywać James i jego koledzy, poszedł po rozum do głowy i pomyślał o tym, co ona mogła czuć przez tą całą aferę. Poziom jej sympatii do Remusa znacznie wzrósł, ale to nie oznaczało, że od razu miała się mu zwierzać.
Uśmiechnął się do niej, starając się ukryć zakłopotanie.
− Jesteś pewna?
− Tak. − Zaśmiała się. Poklepała go po klatce piersiowej, bo do ramienia musiałaby za bardzo rękę wyciągać. − Jesteś uroczy, ale nie przejmuj się mną, poradzę sobie.
Zastanowiła się chwilę.
− Ale możesz przekonać Jamesa, by tak się tak z tej całej afery nie cieszył.
− To nie będzie łatwe, ale zrobię co w mojej mocy.
Skinęła głową, nie tracąc uśmiechu, i skierowała się na schody do żeńskich dormitoriów. Zatrzymała się jeszcze na chwilę i odwróciła do Remusa.
− Dzięki.
*
Kitty przez ostatni tydzień spędzała wyjątkowo dużo czasu w dormitorium. Zwykle był tam spokój; współlokatorki przychodziły tylko, jeżeli czegoś potrzebowały albo szły już spać. Było to idealne miejsce na unikanie ludzi i skupienie się na odrabianiu lekcji. Zerwanie z Philipem miało ten plus, że od tygodnia Kitty nie odkładała żadnych zadań na zajęcia. Abby się zamartwiała, było to w końcu do niej niepodobne, ale Kitty po prostu musiała się czymś zająć, a treningi quidditcha były stanowczo zbyt rzadko, żeby mogła zapomnieć o złamanym sercu.
Abby przewertowała kolejną książkę w poszukiwaniu jakichś informacji o powstawaniu gwiazd, ale żadne podręczniki do astronomii nie poruszały tego tematu na tyle rozlegle, by można było napisać o tym cały referat. Zerknęła na Kitty, która miała rozłożoną na kolanach książkę i ze znudzeniem przerzucała kartki.
− To bez sensu − powiedziała w końcu i odłożyła kolejną książkę na pozostałe, które zdążyła już przejrzeć. − Nie mogłaś jej zapytać, gdzie znaleźć te informacje?
Kitty przerwała przeglądanie książki i spojrzała na przyjaciółkę wyraźnie strapiona.
− Mogłam − odpowiedziała. − Ale potrzeba zejścia z oczu profesor Vedze była silniejsza. Naprawdę nic nie masz?
− Nic a nic.
Kitty westchnęła ciężko i zerknęła na pergamin, na którym zaczęła już coś pisać, ale było tego niewiele i większość z notatek, które przetrwały styczność z rozlanym atramentem.
− Skończy się na tym, że będę musiała iść jutro do biblioteki.
− Tak będzie najlepiej. Czym w ogóle jest ten cały obłok molekarny?
− Molekularny. Jest to obłok. W kosmosie. Po jakichś kilkunastu milionach lat staje się gwiazdą.
− Ale taki obłok jak niebie? Wiesz, z pary wodnej.
Kitty zawahała się chwilę.
− Nie, no co ty.
− To z czego?
− Właśnie dlatego potrzebujemy znaleźć tę książkę − powiedziała w końcu, bo nie miała zielonego pojęcia czym do cholery był obłok molekularny, ale wyglądało na to, że była to dość istotna informacja, która powinna zostać zawarta w tym nieszczęsnym referacie.
Abby zaśmiała się i odłożyła ostatnią książkę na stertę pozostałych. Kitty zrezygnowała zamknęła tę, którą miała na kolanach i położyła się na łóżku.
− Nie chcesz pójść za mnie do biblioteki? − zapytała, za co została rzucona poduszką. Aż sapnęła z oburzenia. − No wiesz co! Chcesz zostawić przyjaciółkę w potrzebie?
− Moja astronomiczna edukacja zakończyła się na właściwościach fizycznych księżyców Jowisza i pierścieni Plutona. Niech tak zostanie.
Kitty spojrzała na nią i zmarszczyła brwi. Ostatecznie jednak uśmiechnęła się na wspomnienie piątego roku astronomii. Księżyce były tak nudnym tematem, że sama była skłonna zrezygnować z kontynuowania tych zajęć, w szczególności, że pojawiły się one potem na SUM-ach. Ostatecznie przemogła się i nie żałowała, chociaż w takich momentach marzyła tylko o tym, żeby kto inny napisał za nią ten referat. Niby mogła poprosić Aurorę o pomoc, ale wolała tego uniknąć. Ostatnim razem jak prosiła ją o pomoc, spędziły cały weekend w bibliotece, kiedy to Aurora tłumaczyła jej jedno zagadnienie − nie dlatego, że Kitty go nie rozumiała, a po prostu sama była nim zafascynowana i chciała to zrobić najlepiej jak mogła. Kitty podziwiała zapał Aurory, ale jednocześnie trochę ją przerażał.
− Saturna. Pluton nie ma pierścieni − sprostowała, ale Abby wzruszyła tylko ramionami. − W porządku. Jutro idę do biblioteki, ale nie zostawiaj mnie bez pomocy.
− Czy kiedykolwiek zostawiłam?
Kitty nie odpowiedziała na to, bo nie musiała. Położyła głowę na poduszce i dała w końcu odpocząć swoim oczom.

Człowiek człowiekowi wilkołakiem: 03

na psa urok: 01.

Depresja czaiła się w najczarniejszym kącie, gotowa w każdej chwili zaatakować. W dormitorium zawsze można było wyczuć jej obecność, ale nigdy nie było wiadomo, kto padnie jej ofiarą. Jedna chwila nieuwagi i wszelka radość życia ulatywała jak za sprawą bliskiej obecności dementora. Czasami, kiedy długo obserwowało się panujący w pomieszczenie półmrok, można było dostrzec zielony błysk jej oczu. Częściej – szczególnie, gdy do rozpoczęcia zajęć pozostawało ledwie kilka minut – można było poczuć jej szpony zatapiające się w łydce.
– Ten kot jest niemożliwy, po co go w ogóle przywoziłaś – mruknęła Dainah, podciągając kolana pod brodę i wygodniej siadając na łóżku. Nawet nie planowała stąpać po podłodze, póki ta rozszalała bestia nie została zamknięta w koszyku.
– Po prostu ma problem z aklimatyzacją – wyjaśniła Susannah, właścicielka kota i posiadaczka krwawiącej jeszcze rany, która miała potencjał, by w przyszłości stać się umiarkowanie atrakcyjną blizną.
– Ma problem z agresją – skwitowała Dainah. – Powinnaś z tym iść do skrzydła szpitalnego – dodała, wskazując brodą na ranę koleżanki.
– Lepiej nie, póki Depresja gdzieś tu jest. W końcu zaśnie i wtedy się wymkniemy.
– Nie możemy tak żyć, wyjście z dormitorium nie może być gorsze od spaceru po Zakazanym Lesie o północy. Musisz zapanować nad tym kotem albo trzeba się go będzie pozbyć.
Depresja mieszkała z nimi od września, kiedy to Susannah przywiozła ze sobą wiklinowy koszyk, który pomiaukiwał żałośnie. Wyjaśniła, że skoro ma zostać starą panną – a najpewniej tak będzie, skoro jest już na siódmym roku i jeszcze się z nikim nie całowała – to z równym powodzeniem może się już zacząć zaprzyjaźniać z kotami. Problem w tym, że Depresja, choć obdarzona pięknym, lśniącym futrem i bystrymi, zielonymi oczyma, charakter miała iście diabelski. W ciągu pierwszego miesiąca swojej obecności w zamku zdołała upolować nawet kilka sów, przez co Susannah musiała tłumaczyć się Slughornowi, a także właścicielom padłych ptaków. Od tego czasu Depresja miała zakaz opuszczania ich dormitorium, czego nie znosiła najlepiej. Mimo dzikich instynktów lepiej czuła się wśród innych zwierząt i ludzi, którzy nie byli piątką tych samych Ślizgonek z siódmego roku. Depresja planowała swoją ucieczkę, a każda porażka sprawiała, że tym chętniej zatapiała pazury w łydkach i stopach, które wystawały zza nieprzekraczalnej dla niej bariery łóżka i stąpały po podłodze. Amelia i Cathy starały się jak najrzadziej wracać do dormitorium, rzucając Susannah pełne wyrzutu spojrzenia, Dainah fukała na kota, ilekroć go widziała, a Isla bezskutecznie próbowała Depresję oswoić. W efekcie Susannah została z problemem sama i nie do końca potrafiła znaleźć w sobie siłę, by pozbyć się Depresji. „Jeszcze się nauczy nas akceptować”, mówiła, choć sama nie była pewna, czy w to wierzy.
– Nie, musimy nad tym zapanować – odpowiedziała.
– Musimy się pozbyć tego sierściucha, póki jeszcze mamy jakikolwiek kawałek skóry nienaruszony jego pazurami – burknęła Dainah.
Dainah nie przepadała za zwierzętami, w jej rodzinnym domu nigdy żadne się nie kręciły – i zwykle kwitowała to westchnieniem ulgi, bo zbyt wiele problemów miała z wiecznie nieobecnym ojcem czy z roztrzepaną matką, która zdawała się nie dostrzegać, w jak ponurych czasach przyszło jej żyć. Wszystko, co wiązało się z matką Dainah, wydawało się odrealnione, a ona sama zdawała się żyć we własnym świecie, w którym wokół nie ginęli ludzie mordowani przez śmierciożerców, a takie imiona jak „Dainah” istniały naprawdę. W efekcie dom państwa Pool nie był bezpieczną ostoją, ale miejscem postawionym na głowie, w którym wielu tematów unikano z obawy, że rozmówca czy rozmówczyni ich nie zrozumie w związku z tym, że ma ograniczony kontakt z rzeczywistością. Zwierzęta nijak do tego wszystkiego nie pasowały.
– On tylko potrzebuje miłości – przekonywała Susannah.
Dainah spojrzała sceptycznie, ale nic nie powiedziała. Czasami lepiej było zamilknąć, niż powiedzieć o jedno słowo za dużo – nauczyła się tego już dawno. Było to ważne szczególnie teraz, gdy czasy były niepewne i trudno było określić, kto opowiada się po czyjej stronie. Kwestia kota Susannah była naprawdę błaha w porównaniu z tym, co działo się poza murami dormitorium.
– Jeśli zostaniemy tu, gdzie jesteśmy, Depresja pewnie się w końcu znudzi i rano… – zaczęła Susannah.
– Nie wiem jak ty, ale ja chciałabym dziś zjeść kolację. Najlepiej nie brocząc krwią do samej Wielkiej Sali – fuknęła Dainah, która może i umiała trzymać język za zębami, ale najwyraźniej tylko przez ograniczoną długość czasu. Zwłaszcza jeśli ktoś stawał między nią a jej kolacją.
Susannah westchnęła:
– W porządku. W takim razie ja odwrócę jej uwagę, a ty idź pierwsza.
– Możemy ją po prostu oszołomić – zaproponowała Dainah, boleśnie świadoma, że nigdy nie wygra żadnych konkursów na przyjaciela zwierząt.
– Nie! Po prostu… po prostu musimy przemknąć niezauważone. Gotowa?
Dainah odgarnęła za ucho pasmo jasnych kosmyków, które ciągle opadały jej na czoło, choć nie miały takiego prawa, bo nie nosiła grzywki, odkąd skończyła siedem lat. Jej włosy zdawały się jednak żyć własnym życiem, bo choć proste i pozornie łatwe do ułożenia, zawsze wpadały jej w oczy, do talerza z zupą lub, co gorsza, do kociołka z eliksirem. Przed zajęciami starała się pamiętać o związaniu ich wstążką, ale czasami nawet to nie pomagało.
– Gotowa.
Susannah stanęła na podłodze i ściągnęła na siebie uwagę kota, podczas gdy Dainah otworzyła drzwi i gestem ręki przywołała przyjaciółkę, szybko zamykając za sobą drzwi. Depresja została sama w dormitorium, prychając wściekle pod drzwiami.
– Naprawdę musimy coś z nią zrobić – przypomniała Dainah.
Odpowiedziała jej cisza i echo ich kroków. Lochy były tego dnia wyjątkowo zimne, co zwiastowało, że już niebawem spadnie pierwszy śnieg. Hogwart zawsze był najchłodniejszy na kilka dni przed tym, nim błonia pokryte zostały warstwą białego puchu.
Ślizgonki z pewną ulgą dotarły do Wielkiej Sali, gdzie miejsce chłodu zajęło ciepło parujących potraw i aromaty pyszności, od których uginały się stoły. Można było odczuć rozprężenie, jakie przychodziło w piątki – uczniowie jedli kolację nieco wolniej, bardziej delektując się smakiem i chętniej rozmawiając między sobą na tematy inne niż bieżące wypracowania z transmutacji czy powstania goblinów sprzed tysiąca lat.
Isla pomachała do nich radośnie i wskazała na wolne miejsce na wprost tego, które sama zajmowała.
– Już myślałam, że nie przyjdziecie. Depresja, co? – zapytała, a kilkoro młodszych Ślizgonów rzuciło jej zaniepokojone spojrzenie, jakby obawiali się, że mówi o jakieś chorobie. Albo byli to właściciele zamordowanych sów, poszarpanych szat, skradzionych skarpetek… Depresja miała wielu wrogów.
– Depresja – przytaknęła Dainah. Susannah milczała, zbyt zajęta nakładaniem sobie jedzenia na talerz.
– Jakieś starty? – zapytała zatroskana Isla.
– Ktoś powinien iść pokazać swoją łydkę pani Pomfrey.
– Nic mi nie jest, dajcie spokój – wymamrotała Susannah, choć miała pełne usta. Fala okruchów posypała się na stół, trafiając również we współbiesiadników. Dziewczyna uśmiechnęła się przepraszająco.
Isla wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć, ale ostatecznie odgarnęła rudawe kosmyki za ucho i nachyliła się tak, żeby nie słyszał jej możliwie nikt poza przyjaciółkami.
– Cathy zaczęła się umawiać z Puchonem – powiedziała.
– Którym? – Wieszcząca sobie staropanieństwo Susannah była bardzo zainteresowana życiem uczuciowym innych, szczególnie tych, którzy do tej pory przez lwią część czasu wydawali się zbyt zajęci nauką, by myśleć o życiu uczuciowym.
– Pokażę wam, ale bądźcie dyskretne – szepnęła Isla, a chwilę później jak na komendę blondynka i brunetka odwróciły się, by przeczesywać wzrokiem stół Puchonów. – Dyskretne! – przypomniała Isla, wzdychając cicho. – Widzicie tego pryszczatego z odstającymi uszami koło tej dziewczyny czytającej książkę?
– Żartujesz… – mruknęła Susannah.
– Czekaj! Widzisz go? To teraz patrz w lewo, trzy osoby dalej jest ten, o którym mówię.
– Ten ciemnowłosy?
– Tak, ten. Poczekaj, aż się uśmiechnie. Całkiem przystojny – dodała Isla, wbijając spojrzenie w Puchona, który najwyraźniej nie miał imienia.
Dainah nie miała okazji przyjrzeć się wybrankowi serca Cathy, bo jej wzrok umknął w nieco innym kierunku. Kiedy lokalizowała Puchona o odstających uszach, zauważyła, że przy stole Gryfonów trwa ożywiona dyskusja. Syriusz Black szczerzył zęby do Jamesa Pottera, który z poważną miną opowiadał o czymś Peterowi Pettigrew. Wyglądał przy tym trochę jak profesor McGonagall, ale mimo śmiechu, jaki wywoływał, ani na chwilę nie tracił powagi koniecznej przy odgrywaniu tej roli. Syriusz najwyraźniej śmiał się za nich dwóch, choć w którymś momencie nachylił się do Petera i coś mu szepnął. Peter, wcześniej równie ubawiony, nagle nieco stracił rezon i choć dalej się uśmiechał, teraz był to uśmiech niepewny. To z kolei sprawiło, że James wybuchł śmiechem. Syriusz, bardzo z siebie zadowolony, odrzucił włosy nonszalancko opadające mu na czoło.
O tak, to był widok o wiele ciekawszy od wszystkich Puchonów tego świata, choć Dainah naprawdę nie chciała się przyznawać swoim przyjaciółkom do fascynacji Syriuszem. Podobna deklaracja mogłaby paść z ust przynajmniej kilkunastu innych dziewcząt, co zniechęcało Dainah i przekonywało ją, że zauroczenie, którego doświadczała, jest czymś zbyt banalnym, by zaprzątać sobie nim umysł. Mimo to jej wzrok często trafiał na ciemnowłosego Gryfona. Powtarzała sobie wtedy, że nie ma nic złego w patrzeniu, o ile nie obiecuje sobie nic więcej. Wiedziała, że Syriusz jest uroczy i zabawny, towarzyski i odważny, ale miała wrażenie, że nawet gdyby wykonała jakikolwiek gest mający na celu zwrócenie na siebie jego uwagi, skończyłoby się na niczym. Nie chodziło nawet o to, że była Ślizgonką – po prostu miała wrażenie, że Syriusz, w przeciwieństwie do tych wszystkich zauroczonych nim dziewczyn, nie szuka wielkiej miłości. Z drugiej strony – chyba nie rozmawiała z nim dotąd o niczym, co nie było związane z zajęciami, więc kto dał jej prawo oceniać jego życiowe wybory.
– Chodzą razem na zielarstwo. Wspólnie musieli wyhodować jakieś paskudztwo, które nie chciało im rosnąć, więc spotykali się w szklarni codziennie i… – opowiadała Isla. Dainah zdała sobie sprawę, że przestała słuchać tego, co działo się przy jej stole, zbyt zaangażowana w wydarzenia na drugim końcu Wielkiej Sali.
– Brzmi romantycznie – westchnęła Susannah.
– Średnio, nie zaliczyli tego ćwiczenia, bo ta roślina eksplodowała, pokrywając ich oboje takim śmierdzącym śluzem – dodała Isla. – Teraz dostali nową sadzonkę i Sprout uważniej przygląda się ich postępom.
– Dobrze, że zielarstwo mamy już za sobą, co, Dainah?
Dainah miała odpowiedzieć, że porzucenie zielarstwa po sumach było jedną z najlepszych decyzji jej życia, kiedy jej wzrok skrzyżował się ze wzrokiem Syriusza. I może nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie to, że Gryfon posłał jej zawadiacki uśmiech, przez który zapominała, co miała odpowiedzieć.

na psa urok: 01.

44. O rewolucjach kuchennych

            Postanowiłam nie szukać odpowiedzi w damskich łazienkach ani w niezbyt czystych lustrach (choć nie powinnam narzekać, w końcu były czyszczone przez biedne, pracujące niewolniczo skrzaty; gdybym ja musiała pracować niewolniczo, to na pewno bym się nie starała), ale w miejscu dużo bardziej przytulnym i lepiej pachnącym. Tak też – kilka dni później, ale nie mniej zmartwiona ostatnimi wydarzeniami – wylądowałam na kanapie w pokoju wspólnym, otoczona lewym ramieniem Syriusza.
Syriusz był tego dnia wyjątkowo milczący.
Spojrzałam na niego smętnie. W porządku, nie powinnam, bo w końcu było mi wygodnie, miło i ciepło, ale ciągle prześladowała mnie ta rozmowa, którą odbyłam w sowiarni. Dusiła, nie pozwalała w nocy spać, odbierała tlen i uniemożliwiała koncentrację podczas jedzenia, w wyniku czego moje tosty latały po całej Wielkiej Sali. Byłam tym już zmęczona (i głodna, bo z powodu wstydu zaczęłam unikać posiłków).
– Myślisz, że jestem hipokrytką? – zapytałam nagle, jakbym wcale nie myślała o tym od kilku dni i nie formułowała tego pytania przynajmniej od kwadransa.
– Czym? – spytał.
– Hipokrytką – powtórzyłam. – No wiesz, kimś, kogo zachowania są sprzeczne z poglądami albo wybiórczo sprzeczne i w ogóle. Czy jestem nieszczera w tym, co robię i w co wierzę? – wyjaśniłam. W porządku, zdziwiło mnie, że nie znał tego słowa, ale w końcu nie kochałam go za jego intelekt, ale za całą resztę.
– A czy wciąż uważasz, że należy tępić klasy wyższe?
Przełknęłam głośno ślinę. Słowo daję, to była najtrudniejsza rozmowa, jaką mogłam sobie wyobrazić – a wyobrażałam sobie już wiele trudnych rozmów (do których bym się nie przyznała), w tym kłótnie o liczbę dzieci, kolor drzwi wejściowych do domu czy rasę psa, który będzie biegał po ogródku. To było trudniejsze nawet od wszystkich rozmów już odbytych.
– Ja… – zaczęłam, jakby w nadziei, że słowa same się posypią, kiedy tylko otworzę usta. Nic z tego.
– Najpierw może odpowiedz sobie na to pytanie, dobrze? A potem proś mnie o rozwiązywanie swoich dylematów.
Mężczyźni! Phi! Gdyby to było takie łatwe!
– Ale nie chodzi w tym momencie o moje dylematy – powiedziałam, czując się dość podle, bo totalnie chodziło właśnie o to. – Chciałam wiedzieć, jak mnie postrzegasz.
Nie odpowiedział.
Spojrzałam na niego wyczekująco.
– Nie odpowiedziałaś na moje pytanie, Annie.
– Ani ty na moje – stwierdziłam obronnym tonem. W końcu ja zapytałam pierwsza, prawda? Tak jakby. Trochę. To było tylko doprecyzowaniem czy coś.
Westchnął.
– Nie mogę na nie odpowiedzieć, nie wiedząc, co siedzi w tej twojej ślicznej główce.
Czyli otwarcie odmawiał współpracy. Ale przynajmniej powiedział, że mam śliczną główkę. Nie żeby to w czymkolwiek pomagało, ale…
– Nie musisz znać moich myśli, żeby wiedzieć, jak mnie postrzegasz, prawda?
– Wiem, że cię kocham, Annie. Tyle mi wystarczy.
Uśmiechnęłam się do niego, to było naprawdę miłe i sprawiło, że zrobiło mi się jeszcze cieplej, ale nijak nie rozwiązywało mojego problemu. I tak cmoknęłam go w znajdujący się bliżej mnie policzek. Tak na wszelki wypadek jednak już się nie odzywałam – musiałam przemyśleć to wszystko, a bałam się, że powiem coś, co zepsuje atmosferę.

***

Przez następnych parę dni cały czas męczyła mnie ta kwestia. Jak właściwie było z tą hipokryzją? Więcej – jak właściwie było ze mną, już nie tylko pod tym względem, ale tak w ogóle. Czy jeszcze wiedziałam, w co wierzę i kim jestem? Czy te kilka miesięcy naprawdę mogło tak na mnie wpłynąć? I dlaczego w Hogwarcie tak rzadko podawano pudding? To Anglia. Powinno się tu jeść pudding zdecydowanie częściej. Tymczasem skrzaty – o których wolność miałam walczyć! – najwyraźniej miały inne zdanie na temat tego, co powinien jeść przeciętny uczeń Hogwartu. Zwykle sprzeczne z moim, ale nie śmiałabym im tego powiedzieć, w końcu szanuję ich pracę.
Właśnie. Skrzaty. Skoro miałam wątpliwości, co do swojego wkładu w dobro wspólne, dlaczego miałabym nie zacząć od nich? Zbyt długo zwlekałam z odwiedzeniem kuchni! Oczywiście poszłabym tam już dużo, dużo wcześniej, gdyby nie to, że nikt nie powiedział mi, gdzie dokładniej kuchnia się znajduje. Zupełnie jakby to był sekret. Jakby uczniowie nie mieli prawa tam przychodzić czy coś.
Trzeba było to zmienić! Postanowiłam zapytać Syriusza. W końcu – jako mój chłopak – powinien pomagać mi czynić świat lepszym. Przynajmniej w pewnym stopniu.
– Po co?
Prychnęłam. Naprawdę, jak mógł mnie pytać o taką oczywistość! W końcu ktoś powinien uświadomić skrzatom, że zasługują na lepsze warunki życia, wypłatę i godziwe odzienie. Zdecydowałam się jednak na okrojoną wersję:
– Mam ochotę na pudding.
Uśmiechnął się do mnie swoim standardowym, zniewalającym uśmiechem i powiedział:
– Przyniosę ci.
Chór głosów żeńskich westchnął, gdy skutecznie zablokował mój protest. Dwukrotnie. A potem rozmył się we mgle (znaczy – w tłumie właścicielek tychże głosów, które podążyły za nim, udając, że wcale go nie śledzą).
– N… yy… dzięki – wykrztusiłam w końcu, choć nikt i tak mnie nie usłyszał.
Ta rozmowa przebiegała zupełnie inaczej niż się spodziewałam. Nawet nie dlatego, że wątpiłam w jego maniery czy inne zalety, które nakazywały mu to zaproponować, ale po prostu nie spodziewałam się, że mój własny plan może nie wypalić. W porządku – miałam ochotę na pudding, ale byłam niezależną, wolną kobietą i mogłabym go sobie przynieść sama, gdyby tylko ktoś mi wskazał drogę do kuchni!
I cóż miałam teraz uczynić?
Usiadłam w fotelu i zaczęłam tępo gapić się w kominek. Nie miałam pojęcia, co robić, ale uznałam, że kiedy napełnię żołądek pysznym puddingiem, coś na pewno wpadnie mi do głowy.
Pomoc sama spadła mi z nieba. Dosłownie. Nie żebym narzekała, ale zdecydowanie wolałabym bardziej tradycyjne sposoby zjawiania się pomocy. Spadanie z nieba może być w końcu niebezpieczne. Można sobie…
– Ała!
No właśnie, można sobie zrobić krzywdę. Spojrzałam współczująco w kierunku źródła dźwięku.
– Co się stało? – spytałam z całą empatią, na jaką było mnie stać. A, dodajmy, w obecnej chwili pokłady mojej empatii nie były zbyt głębokie, jako że większość energii poświęcałam na zastanawianie się, jak mogę dostać się do kuchni bez pomocy Syriusza.
– Nic – uzyskałam jakże wyjaśniającą odpowiedź. – James pomagał mi ćwiczyć zaklęcia ochronne. To mi chyba nie wyszło.
Pokiwałam głową. Tak, zdecydowanie, coś musiało pójść nie tak. Ale czego innego można by się w tym wypadku spodziewać?
– Zaklęcia obronne potrafią być złośliwe – mruknęłam, nadal myśląc nad sposobem dotarcia do kuchni. Zaczęłam żałować, że nie śledziłam Syriusza, nie żebym miała taką okazję, skoro oddalił się niemal z prędkością światła.
Peter uśmiechnął sie przepraszająco.
Przez chwilę rozważałam, czy nie przypomnieć mu prawidłowych ruchów nadgarstka, ale przecież nie miałam czasu. Musiałam znaleźć kogoś, kto zabierze mnie do kuchni i nie będzie zadawał przy tym zbędnych pytań. Kogoś, kto nie domyśli się, po co chcę się tam dostać. Kogoś takiego… jak Peter? Uśmiechnęłam się.
– Jestem przekonana, że odrobina gorącej czekolady poprawiłaby twoją koncentrację – powiedziałam, starając się nie stracić szansy po raz drugi. – Nie ma nic lepszego niż kubek parującej gorącej czekolady z cynamonem, prawda?
– Powinienem dalej ćwiczyć… – rzucił.
Popatrzyłam na niego poważnie.
– Oczywiście. Będziesz ćwiczyć, jak tylko napijesz się czekolady, to powinno ci pomóc. Sama mogę z tobą poćwiczyć, jeśli chcesz, zaklęcia obronne to moja specjalność – zapewniłam, choć odrobinę mijałam się z prawdą, o czym Peter oczywiście nie musiał wiedzieć. Radziłam sobie z nimi nieźle, ale nie fenomenalnie.
– A James?
– Pewnie chciałby potrenować quidditcha, wiesz, że zbliża sie ten mecz… – zaczęłam. Nie miałam pojęcia, z kim Gryfoni będą grali.
– Z Krukonami! Pokonamy ich!
– Nie jeśli nasza drużyna nie będzie ćwiczyć, słyszałam, że szykują specjalną strategię. Myślę, że powinniśmy dać Jamesowi czas na trening, w końcu nie pokonają Krukonów, jeśli będzie w złej formie.
Peter zastanawiał się przez chwilę. Starałam się wyglądać przekonująco. W końcu nie namawiałam go do niczego złego, prawda?
– Zapytam Jamesa.
– Może ja z nim pogadam? – zaoferowałam, po czym dodałam: – I tak miałam mu oddać podręcznik do transmutacji.
Pokiwał głową.
– Świetnie! W takim razie zaraz wracam, a ty skup się na myśleniu o pysznej gorącej czekoladzie.
Ruszyłam w kierunku dormitorium, a kiedy znalazłam się za drzwiami, po cichu policzyłam do dziesięciu. A potem jeszcze raz. Nie miałam pojęcia, ile powinnam jeszcze odczekać, żeby Peter nie nabrał podejrzeń, ale wiedziałam, że jeśli przesadzę, to James zacznie go szukać. Albo, jeszcze gorzej, Syriusz wróci z moim puddingiem. Chociaż jeszcze gorszą opcją byłoby spotkanie go po drodze.
Każdy możliwy scenariusz wydawał się beznadziejny. Świat najwyraźniej robił wszystko, żeby uniemożliwić mi dotarcie do kuchni. Co za świat…! I właśnie dlatego musiałam go zmienić! Nawet jeśli robił wszystko, żeby mi to uniemożliwić.
Peter czekał grzecznie na kanapie. Najwyraźniej nie zauważył mojego podenerwowania, które starałam się dość nieudolnie zamaskować uśmiechem.
– Załatwione, możemy iść – powiedziałam, starając się brzmieć radośnie.
Wyglądał na dość zadowolonego z faktu, że zwolniono go z ćwiczeń. W końcu udało mi się kogoś uszczęśliwić! Uśmiechnęłam się jeszcze szerzej i razem z nim ruszyłam w kierunku wyjścia z pokoju wspólnego. Jeden problem z głowy, teraz tylko musiałam uniknąć spotkania z Syriuszem. Choć, nie przeczę, nadal miałam ochotę na ten pudding.
– Tędy będzie najszybciej – powiedział nagle i skręcił w korytarz, którego, przysięgam, nigdy wcześniej nie widziałam.
Zaczęłam się zastanawiać, czy to nie jedna z dróg odkrytych przez Huncwotów, o których Syriusz mi opowiadał. Jeśli tak, wydawało się wysoce prawdopodobne, że wpadniemy na niego. W związku z tym nieśmiało zaproponowałam inną drogę; miałoby to więcej sensu, gdybym wiedziała, gdzie dokładnie idziemy.
Ku mojemu zaskoczeniu… odmówił!
Starałam się nie wyglądać na zawiedzioną. Mój mózg od razu zaczął wymyślać powody, dla których Syriusz mógł wybrać tę dłuższą drogę – może nie chciał, by ktoś, kto za nim szedł, poznał skrót? Albo chciał pozwiedzać? Albo po drodze miał coś do załatwienia? Może wcale na niego nie wpadniemy, może… Merlinie, przecież on wraca z puddingiem, nie będzie się z nim włóczył po całym zamku, wybierze najkrótszą drogę, to jasne.
Cały ten korytarz przebyłam z duszą na ramieniu.
Ani śladu Syriusza. Czyli jednak gdzieś się zawieruszył z tym puddingiem. Przeszył mnie niepokój właściwy chyba wszystkim dziewczynom. A może dał go komuś innemu? Może mu się znudziłam?
Opanuj się, Annie. Nikogo nie zostawia się z powodu puddingu!
Naprawdę miałam ochotę zapytać Petera, jak daleko jeszcze, ale nie chciałam, żeby się zorientował, że nie mam pojęcia, gdzie idziemy. Dlatego milczałam i dalej zastanawiałam się, gdzie może być Syriusz. Może coś mu się stało?
– To tu.
Wypuściłam powietrze, o którym nawet nie wiedziałam, że je wstrzymywałam.
– Świetnie, to czas na czekoladę. – Uśmiechnęłam się nerwowo. Dlaczego nie przygotowałam specjalnej mowy dla tych biednych skrzatów? Zasługiwały na to, bym przygotowała dla nich coś specjalnego. Zwłaszcza jeśli one wcześniej przygotują mi gorącą czekoladę. I zaginiony pudding.
Policzyłam do dziesięciu i… ale gdzie były drzwi?!
Wiedziałam, po prostu wiedziałam, Peter zmyślał! Wcale nie wiedział, gdzie jest kuchnia, pewnie nawet nie wiedział, gdzie teraz jesteśmy. Rany, pewnie nie wiedział nawet, jaki jest dzień tygodnia. Co ja sobie myślałam?
– Peter, to na pewno tu?
– To ty… nie wiesz?
O nie. Wyglądał na przerażonego.
– Oczywiście, że wiem – zapewniłam pospiesznie. – Byłam tu już wcześniej, po prostu wydaje mi się, że wtedy ten korytarz wyglądał inaczej.
Zerknęłam na niego, żeby przekonać się, czy mi uwierzył.
Nie uwierzył.
– Łapa się wścieknie.
– Nie wścieknie, jestem jego dziewczyna, prawda?
Przynajmniej miałam nadzieję, że nadal nią byłam. W końcu mógł spotkać kogoś bardziej interesującego, kto miał większe sukcesy w dziedzinie niesienia pomocy uciskanym. Albo mógł się poczuć wykorzystywany jak chłopiec na posyłki. Albo… Stop, miałam teraz ważniejsze rzeczy na głowie.
Peter nie miał na to odpowiedzi.
Postanowiłam się uśmiechnąć. W końcu nic nie robi lepszego wrażenia niż szeroki uśmiech, prawda?
– To co z naszą gorącą czekoladą? – zapytałam, mając nadzieję, że nagle sprawi, że drzwi się przed nami pojawią. Może trzeba było podać jakieś wymyślne hasło?
Wciąż milczał.
– Peter? – zagadnęłam, nadal się uśmiechając.
Świetnie, po prostu świetnie. Byłam gdzieś w drugim końcu zamku, a jedyna osoba, która znała drogę powrotną, udawała teraz rzeźbę.
– Musisz ją połaskotać.
Połaskotać, świetnie. Nie dodał tylko CO mam połaskotać.
– Nie możesz ty jej połaskotać? – zapytałam, starając się zachować spokój. Merlinie, byliśmy tu sami, co miałam łaskotać? Zbroję? W ogóle co za idiotyczny pomysł, łaskotać cokolwiek!
Spojrzał na mnie bezradnie.
– Nie sięgam gruszki.
Westchnęłam ciężko. Dobra, nie było tragicznie, przynajmniej wiedziałam, co mam łaskotać. Nawet jeśli łaskotanie namalowanej gruszki wydawało mi się całkowitym idiotyzmem.
– W porządku, w porządku – wymamrotałam, podchodząc do obrazu. Nigdy nie łaskotałam owoców znajdujących się na obrazach, ale w końcu co mogło w tym być trudnego?
Wydawało mi się, że ona na mnie patrzy. I to potępiająco. Jakby wiedziała, że nie wiem, jak ją łaskotać. Ale może to tylko paranoja.
– Cześć…? – zaryzykowałam, ale nie odpowiedziała.
Może była nierozmowna. Może lubiła być łaskotana przez niznajomych i nie chciała mnie poznawać. Może po prostu była namalowana i nie potrafiła mówić. Nieważne. I tak była w jakiś sposób przerażająca.
Wstrzymałam oddech i…
Niepewnie położyłam rękę na gruszce. Potem drugą. Spodziewałam się, że będzie inna w dotyku, mniej… zachęcająca do łaskotania. Ale nie, była całkiem przyjemna. Spojrzałam na Petera, żeby upewnić się, czy wszystko robię tak, jak trzeba. Na jego twarzy nie malowało się przerażenie, więc uznałam, że wszystko jest pod kontrolą. Połaskotałam gruszkę.
A ona… zachichotała!
Poczułam się dziwnie. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z taką reakcją ze strony namalowanego owocu.
– Wchodzimy czy nie? – spytał Peter.
– Um, tak, jasne. – Naprawdę starałam się brzmieć normalnie, ale miałam wrażenie, że właśnie padam ofiarą jakiegoś żartu i zaraz ktoś wyskoczy zza rogu i wykrzyknie, że dałam się nabrać jak ostatnia kretynka. – Chcesz iść pierwszy?
Wzruszył ramionami.
Świetnie, był równie komunikatywny jak ta gruszka. Może powinni się zaprzyjaźnić. Nie pozostało mi nic innego, jak wziąć głęboki oddech i ruszyć w nieznane.
Co też uczyniłam. W końcu ktoś, kto chce nieść pomoc innym, nie może pozwolić sobie, by strach przed nieznanym wygrał z nim w tak decydującej chwili jak ta.

44. O rewolucjach kuchennych

39. O falsyfikowalności niewspółmierności percepcyjnej przygotowań do balu

Dzień balu nadszedł.
Od samego rana w dormitorium panowało okropne zamieszanie, wszystkie moje współlokatorki uwijały się jak w ukropie, a każdy skrawek przestrzeni pokrywały ubrania czy inne typowo kobiece przyrządy tortur, które jakimś cudem zawędrowały do Hogwartu. Kiedy tylko otworzyłam oczy, mój wzrok padł na coś, czego mugolskie kobiety używały do podkręcania rzęs. Nie miałam pojęcia, czemu leżało tak blisko mnie, ale wolałam na to nie patrzeć. Jeszcze by zaatakowało. Przewróciłam się na drugi bok, co nie było najlepszym pomysłem, bo od razu któraś nakrzyczała na mnie, że gniotę jej sukienkę, którą tylko na chwilę położyła na moim łóżku. Miałam przemożną chęć nakryć głowę poduszką i przespać cały ten dzień, obudzić się jutro i… Ale jutro nie byłoby lepiej, i tak wszyscy mówiliby o balu, więc skoro i tak będę musiała tego wysłuchiwać, to z równym powodzeniem mogłam się na nim pojawić.
–  Annie, planujesz w ogóle wstawać? Przespałaś śniadanie –  usłyszałam głos Lily, Lily, której sukienkę niechcący zgniotłam.
Wymamrotałam coś w poduszkę, ale podniosłam głowę. Jeśli faktycznie przespałam śniadanie, to naprawdę powinnam zacząć się przygotowywać –  zwłaszcza, jeśli miałam nadzieję wybrać się na obiad. O ile ktokolwiek przewidywał obiad tego dnia. Jakoś wcześniej mnie to nie zastanawiało.
Powoli wstałam i poczekałam, aż zwolni się łazienka. Z każdą chwilą moje szanse na zjedzenie obiadu malały i zaczęłam się nawet zastanawiać, czy nie zrezygnować z zaspokajania własnej próżności (w końcu mogłam się przygotować w ostatniej chwili, to nie tak, że miałam się dla kogo stroić, prawda? Nie interesowało mnie, co Jeff sobie o mnie pomyśli) w imię zaspokojenia pustego żołądka, ale w końcu uznałam, że nic mi się nie stanie, jeśli jeszcze poczekam. Znając Brendę –  tuż przed samym balem szanse na dostanie się do łazienki będą wynosiły równe zero, więc powinnam wykorzystać czas teraz. To znaczy o ile łazienka zwolni się kiedykolwiek przed balem.
Naprawdę nie rozumiałam tego zamieszania. Byłam w stanie zrozumieć, że wszystkie moje współlokatorki chciały wyglądać ładnie, ale… Przecież to była przesada, naprawdę!
Ledwo zdążyłam się w niej zamknąć, a ktoś zaczął dobijać się do drzwi. Porządnie się dobijać. Początkowo próbowałam to zignorować –  w końcu miałam prawo do odrobiny prywatności, prawda? Ale po chwili puściły mi nerwy.
–  Czego? –  krzyknęłam, a odpowiedział mi dziki pisk Brendy.
Zaczęło się.
Kiedy wyszłam z łazienki, zdałam sobie sprawę, że jeśli myślałam, że wcześniej panowało zamieszanie, to teraz rozpętało się prawdziwe piekło. Krzątanie się, wymiana mugolskimi kredkami do oczu czy perfumami, porady na temat bielizny czy fryzur… Czułam się jak w rzeczywistości równoległej. Nie rozumiałam całego tego zamieszania i nie chciałam być jego częścią. Chciałam tylko zjeść coś smacznego na obiad, po czym chwilę pochodzić po zamku, a dopiero w ostatniej chwili przebrać się w sukienkę i znaleźć Jeffa. Chyba że zmienię zdanie. Przecież jeszcze miałam czas, mogłam się rozmyślić… I chociaż chciałabym zrezygnować, to wiedziałam, że nie powinnam.
–  Wychodzisz?! –  Bre stanowczo złapała mnie za rękę. –  Dokąd wychodzisz? Nie wolno ci ruszać się z tego pokoju! Nie zdążysz!
Spojrzałam na nią, jakbym nie była pewna, czy jest całkiem zdrowa psychicznie.
–  Bre, litości, jest mnóstwo czasu, a ja umieram z głodu –  odpowiedziałam, starając się uwolnić rękę. –  Naprawdę, lepiej będzie, jeśli coś zjem. I nie będę się wam plątać pod nogami.
–  Ale wrócisz na tyle szybko, żebym mogła cię jakoś uczesać, co? Takie ładne włosy! Nie można marnować okazji!
–  Jasne, cokolwiek –  mruknęłam i szybko wyszłam.
Nie zatrzymała mnie –  widać zależało im na tym, żeby w dormitorium zrobiło się trochę luźniej. Jeśli chodziło o fryzjerskie zapędy Brendy –  trochę mnie niepokoiły, ale szczerze liczyłam, że odechce jej się manipulowania przy mojej fryzurze, jeśli sama je jakoś ułożę. Nad czym i tak powinnam się zastanawiać później, teraz ważniejszy był mój żołądek. Zastanawiałam się, co zostanie podane. I ile osób zjawi się na obiedzie –  byłam przekonana, że znaczna część Hogwartu właśnie gorączkowo przygotowywała się do tego nieszczęsnego balu.
Nie myliłam się. Gdy dotarłam do Wielkiej Sali, znajdowało się tam może dziesięć, piętnaście osób. Wszyscy bez wyjątku byli osobnikami płci męskiej. No tak! Oni nie musieli przygotowywać się tak gorączkowo.
Poczułam się nieco dziwnie. Odstawałam od tłumu –  znowu. Ale jeśli to odstawanie miało sprawić, że kiszki przestaną mi grać marsza, to mogłam odstawać. Spojrzałam na półmiski. Tyle pysznego jedzenia i tak mało chętnych! Zgroza! I może jeszcze to wszystko się zmarnuje? Co z biednymi proletariuszami wszystkich krajów, którzy głodują i smętnie przeżuwają chleb ze smalcem? Powinnam się wstydzić, że jem tak burżujskie jedzenie (i to w takich ilościach). Ale –  nie mogłam przecież pozwolić, żeby się zmarnowało, prawda?
Przy stole Gryffindoru było zupełnie pusto.
Nałożyłam sobie trochę gulaszu i z lubością zaczęłam jeść. Naprawdę, hogwarcka kuchnia była najlepsza na świecie –  nawet jeśli opierała się na wyzysku, z którym miałam zamiar walczyć. Nie zapomniałam o planie uświadomienia skrzatom, że powinny walczyć o swoje prawa. Miałam zamiar wrócić do niego po całym tym zamieszaniu związanym z balem.
Posiłek przebiegał spokojnie, ale ja czułam się… dziwnie. Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się siedzieć tu samej. Przynajmniej nie przez tyle czasu. Odnosiłam irracjonalne wrażenie, że wszyscy patrzą na mnie jak na samotną idiotkę.
Może i słusznie –  czułam się jak samotna idiotka. A do tego jeszcze… O nie, o nie, nie, nie, nie powinnam była rozglądać się po Wielkiej Sali, zdecydowanie nie. Ale zanim zdążyłam się powstrzymać, moje spojrzenie powędrowało w znajomym kierunku i zatrzymało się na stole Ślizgonów.
Tak, zdecydowanie byłam samotną idiotką, która nadal miała problem ze związkiem, który się już zakończył.
Siedział tam. Siedział i w najlepsze dyskutował ze swoim kumplem– półgłówkiem, Bartym, śmiejąc się co trzecie zdanie. Obaj wyglądali na całkiem zadowolonych z życia. Zupełnie tak, jakby… Jakby nic się nie stało.
Wzdrygnęłam się. Może faktycznie uznał, że nic się nie stało –  w końcu jakie znaczenie ma ktoś, z kim się zrywa? Przypomniało mi się, jak Syriusz zachowywał się po zerwaniu z Brendą. Może to u nich rodzinne. Jakaś genetyczna niemożność głębszego przeżywania rozstań. Albo w ogóle uczuć. Albo…
Albo powinnam po prostu skupić się na swoim talerzu, zjeść jak najszybciej cały gulasz, a potem szybko (ale nie za szybko –  tak na wypadek, gdyby mnie jednak obserwował) wyjść. Nie myśleć. Skoro on mógł się nie przejmować, to ja również nie musiałam. I nie czyniłoby to ze mnie tak samo oziębłej istoty. Oczywiście, że nie byłam oziębła! W przeciwieństwie do niego potrafiłam odczuwać smutek i nie traktowałam ludzi jak zabawki.
Zwykle, dodałam w myślach, nagle czując w gardle jakąś gulę. Jak w takim razie traktowałam Jeffa? Przecież to obrzydliwe, powinnam się wstydzić. W ogóle nie powinno mi to przyjść do głowy.
Zaczęłam odliczać łyżki gulaszu. Nałożyłam go za dużo i teraz, kiedy cały czas miałam tę gulę w gardle, ciężko było mi go zjeść. Co nie znaczyło, że miałam zamiar zostawić coś na talerzu. Mogłam być wrakiem człowieka, mogłam mieć połamany kręgosłup moralny, mogło mi się chcieć płakać, ale to nie znaczyło, że pozwolę dobremu jedzeniu się marnować.
Jak oni się śmiali! Barty musiał opowiadać dowcip za dowcipem. A ile przy tym było przyjacielskiego klepania się po plecach, szeptania sobie do uszka… Już dawno nie widziałam dwójki tak szczęśliwych osób, tak zadowolonych z tego, że mogą posiedzieć przy jednym stole i porozmawiać o bzdurach.
W porządku, minęło już parę dni, odkąd wydarł mi serce i rzucił je w zaspę, ale miałam wrażenie, że teraz dzieje się to od nowa. Że każdy ten uśmiech wydziera mi serce, które upada prosto w resztki gulaszu znajdujące się na moim talerzu. To nie tak, że chciałam, żeby cierpiał –  w końcu na ogół nikomu nie życzę źle –  ale nie chciałam też, żeby zachowywał się, jakby nic się nie stało. Jakby świat był absolutnie taki sam. Jakbym nigdy nie istniała. Merlinie, nie miałam pojęcia, że można być do tego stopnia skłóconym wewnętrznie, ale w tej samej chwili miałam ochotę rzucić w niego tym talerzem z gulaszem, przytulić, nawrzeszczeć na niego, przeprosić i walnąć jakąś klątwą. W dowolnej kolejności.
I wtedy na mnie spojrzał.
Jego wzrok obojętnie się po mnie prześlizgnął, tak, jakby mnie tak wcale nie było –  albo gorzej, jakbym była zaledwie nieistotnym elementem tła, przedmiotem, dekoracją. Nie poświęcił mi nawet pół sekundy swego cennego czasu. Zanim dotarło do mnie to, że prawdopodobnie zauważył, że na niego patrzę –  ponownie rozmawiał z Bartym, ponownie się do niego uśmiechał.
Wiedziałam, że powinnam dumnie unieść głowę, wstać i wyjść, po czym zrobić się na bóstwo (może nawet użyć tych narzędzi tortur, które dziewczyny zgromadziły w dormitorium) i pokazać mu, jak świetnie mogę się bawić bez niego. Jak szybko udało mi się znaleźć kogoś, kto go zastąpi. Tyle tylko, że poczułam się przez to jeszcze gorzej. Jasne, chciałabym móc mu udowodnić, że nie jest mi do niczego potrzebny i Jeff jest dla mnie równie dobrym kompanem co on. Ale nie był. Na litość, sama myśl o spędzeniu całego balu z Jeffem wydawała mi się zniechęcająca i nie było sposobu, żeby Regał uwierzył, że świetnie się bawię, kiedy dla każdego będzie oczywiste, że tak nie jest. Ale przyznanie się do tego byłoby jeszcze gorsze. Byłoby… jeszcze większą przegraną. O ile to możliwe.
–  Ej, Annie, na co się tak gapisz?
Tym, który tak niesubtelnie przerwał moje rozmyślania był Peter. Bezceremonialnie rozsiadł się na miejscu tuż koło mnie. Jego obecność wieszczyła rychłe pojawienie się i reszty Huncwotów. Syriusza włączając.
Wzruszyłam ramionami i wróciłam do jedzenia gulaszu. Nie było mowy o tym, żebym spokojnie czekała na pojawienie się Huncwotów, nie chciałam narażać się na kolejną rozmowę z Syriuszem, który na pewno domyśliłby się przyczyny mojego zachowania. Merlinie, domyśliłby się każdy poza Peterem. A naprawdę nie chciałam narażać się… na nic. Po prostu. Nie chciałam z nim rozmawiać, nie chciałam też patrzeć na Regała, nie chciałam nawet zjeść deseru, po prostu marzyłam o dojedzeniu tego gulaszu i wymknięciu się z powrotem do dormitorium. Już lepsze tortury w wykonaniu Brendy.
–  Dobra, dobra, nie musisz mi mówić. Rany, ale wy wszyscy jesteście tajemniczy. Już o nic spytać nie można.
–  Wszyscy? –  zapytałam, starając się być uprzejmą.
W końcu zawsze był dla mnie miły (nawet jeśli rozmawialiśmy do tej pory tylko kilka razy), nie powinnam przelewać na niego swoich frustracji czy taktować go jak wroga tylko dlatego, że byłam wkurzona na kogoś innego. Na kilku ktosiów, jeśli chodzi o dokładność. W każdym razie nie była to wina Petera i nie powinnam się tak zachowywać.
–  Rogaty z Łapą są strasznie cięci, wiesz, po tym, jak Łapa dorobił się tej szramy na plecach. –  Westchnął. –  Wszystko przez to, że Lunio… Wiesz, że go wtedy nie było, te jego choroby. Nie było komu pilnować, żeby nie szaleli. Bo pójście samemu na Smarka i jego gang nie jest najmądrzejsze, nie? Nawet ja to wiem.
Przerwałam na chwilę popijanie gulaszu herbatą i spojrzałam na niego uważnie. W pierwszej chwili chciałam zapytać, o jakiej szramie mówi i czy Syriusz był w skrzydle szpitalnym, ale szybko przypomniałam sobie, że to nie moja sprawa. Żadnych Blacków w moim życiu. Nawet poranionych. Kiedy już przełamałam ten idiotyczny odruch, zastanowiłam się nad tym, co powiedział na temat Remusa. Dlaczego to on miałby pilnować Jamesa i Syriusza? W porządku, zwykle się tym zajmował, ale przecież nie mogą go chyba obwiniać za to, że był chory, kiedy Syriusz wpadł na jeden z tych swoich idiotycznych pomysłów! Jak mogą być na niego źli o coś takiego?! Powinnam z nimi porozmawiać, przecież to podłe! Miałam zamiar zająć się tym od razu… albo od razu po balu.
–  Nie przejmuj się nimi –  wymamrotałam do Petera, jednocześnie układając sobie w głowie całą przemowę, jaką wygłoszę przed Jamesem i… najlepiej tylko przed nim. –  Już ja im przemówię do rozumu.
–  Co? Nie! Nie możesz z nimi o tym rozmawiać! Wiesz, Remus się tym zajmie. Już się pewnie zajął. Tyle że on teraz też jest cięty, wiesz, choroby psują mu nastrój.
Mówił z takim przejęciem, ze nieomal się zakrztusił.
–  Ale oni nie mogą go tak traktować! –  krzyknęłam, z hukiem odstawiając szklankę. Co prawda nie wiedziałam, jak Peter definiuje “bycie ciętym”, ale moja wyobraźnia pracowała nieźle i dotworzyła brakujące elementy układanki. –  Jeśli naprawdę mają do niego pretensje o coś takiego…! Przecież to sie w głowie nie mieści! I Remus ma prawo mieć kiepski nastrój, przecież często choruje, to na pewno coś poważnego, a ludzie, którzy poważnie chorują, nie ociekają szczęściem, radością i jednorożcami! Znaczy… ma prawo i już! I jeśli z tego powodu są źli, to ktoś powinien z nimi porozmawiać!
Kiedy skończyłam mówić, zorientowałam się, że nie tylko wstałam ze swojego miejsca, ale na dokładkę krzyczałam głośniej niż zwykle. Pewnie cała Wielka Sala słyszała. Pewnie Regał i Barty… Merlinie, nie.
Merlin mnie nie wysłuchał. Oni owszem. Przy czym mój ulubiony koleżka Barty zanosił się ze śmiechu, a Regał, cóż, Regał zareagował na to ze wzorowym wręcz obrzydzeniem wypisanym na twarzy.
–  Każda strona ma swoją wersję, nie? –  powiedział Peter.
Spojrzałam na niego, jakby właśnie zadeklarował, że wspiera dziki kapitalizm.
–  Jesteś po ich stronie? –  syknęłam. –  To naprawdę okropne, siła złego na jednego! Nie mogę tego tak zostawić.
A skoro i tak już stałam, odejście stamtąd wydawało mi się jeszcze łatwiejsze. Ruszyłam w stronę drzwi, starając się nie myśleć o wyrazie twarzy Regała czy o śmiechu Barty’ego. Nic mnie to nie powinno obchodzić. Ani trochę. Miałam nowy cel i to właśnie na nim powinnam się skupić. I to cel ważniejszy niż po prostu ucieczka z Wielkiej Sali.
Cel trudny do osiągnięcia, gdyż po paru krokach zderzyłam się gwałtownie z czymś, co okazało się nieźle umięśnionym torsem.
–  Uważaj, jak chodzisz! –  warknął Syriusz, a potem, nie zaszczycając mnie nawet jednym spojrzeniem, ruszył w stronę Petera.
–  Och, świetnie! –  krzyknęłam w jego kierunku. –  Nie masz nawet tyle przyzwoitości, żeby przeprosić kogoś, na kogo wpadłeś?
Wiedziałam, że to w takim samym stopniu była moja wina. Gdyby przeprosił, to też bym przeprosiła. A zachował się jak… jak Regał! Nie, to było nie do przyjęcia i tylko zwiększyło mój gniew.
Nie odpowiedział mi. Nawet się nie odwrócił. Jak gdyby nigdy nic usiadł sobie koło Petera i ignorował mnie, stojącą na środku Wielkiej Sali i krzyczącą w jego kierunku.
Jak… jak on mógł?! Zaczęłam się trząść ze złości, a nie zdarzało mi się to często. Z jednej strony miałam szczerą ochotę dalej na niego krzyczeć, z drugiej zaś nie chciałam urządzać sceny w tak publicznym miejscu. Chociaż z trzeciej strony –  wyglądałabym na przegraną, gdybym teraz odeszła. Z czwartej zaś –  co mogłabym osiągnąć zostając. Przecież już nawet nie chodziło o te przeprosiny, tylko raczej o podstawy dobrego wychowania. I o Remusa. Przecież nie mogłam go tak zostawić. Choć może Peter miał rację, może powinnam poznać racje obu stron. Skoro znałam już ich wersję, to powinnam jeszcze poznać wersję Lupina. Którego tu nie było, więc szukanie go oznaczałoby ucieczkę z Wielkiej Sali, nawet jeśli ucieczką nie było.
–  Annie? Czemu stoisz na środku Wielkiej Sali? –  Niespodziewanie pojawił się i trzeci w Wielkiej Czwórki. James.
–  Bo… –  zaczęłam, po czym zdałam sobie sprawę, że to nie ma ani trochę sensu. Ani moje stanie, ani próba wpływania na nich, ani nic. Wzruszyłam ramionami. I co ja miałam mu powiedzieć? Wszystko brzmiało idiotycznie. Zresztą, i tak pewnie Peter opowie mu całą scenę. –  Właśnie wychodziłam.
I nie, nie uciekłam. Po prostu się wycofałam. No dobrze, wycofałam się może trochę za szybko, ale to nadal nie była ucieczka.
Nie kiedy z Wielkiej Sali wpadałam wprost w szpony Brendy.

39. O falsyfikowalności niewspółmierności percepcyjnej przygotowań do balu

06. O ciężkim losie klas niższych

Pracownia eliksirów mieściła się w lochu – o czym nikt nie raczył mnie uprzedzić. Mogłam się założyć, że zimą będzie tam przeraźliwie zimno. Powinnam jak najszybciej poprosić rodziców o przysłanie mi kilku grubszych swetrów, jako że nie przewidziałam aż TAK surowego klimatu. Jasne, wiedziałam, że Hogwart to nie tropiki, ale żeby trzymać uczniów w lochach?… Może jeszcze okaże się, że tych, którzy się nie uczą, przykuwa się tu do ścian? I na pewno wszystko pokryte jest śluzem, fuj!
Szliśmy sobie z Jamesem spokojnie, gdy nagle – ni z tego ni z owego – wyrósł przede mną Regał. W mrocznej, podziemnej stylizacji wyglądał jeszcze lepiej niż w świetle słońca w jakiejś zapyziałej księgarni. Prawdziwy samiec! Szkoda tylko, że taki napuszony – ale czy ktoś nienapuszony mógłby wyglądać jak wyjątkowo zakochany w sobie wampir-psychopata?
– No, proszę, znowu zastawiasz mi drogę? – spytał z lekką kpiną w głosie.
James najeżył się, ale milczał.
Rozejrzałam się po korytarzu. Spokojnie mógłby mnie wyminąć. Bez najmniejszego problemu. Najwyraźniej po prostu chciał mi przypomnieć o naszej konfrontacji w księgarni.
– Nie, to ty znowu mi coś bezpodstawnie zarzucasz. To przestrzeń publiczna i mam prawo stać w tym oto miejscu – tu wskazałam na podłogę, po czym dumnie uniosłam brodę. – I nie spodziewałam się, że będziesz chciał ze mną rozmawiać. Czy powinnam czuć się zaszczycona?
James postanowił się wykazać i przypomnieć całemu światu, że aktualnie on sprawuje funkcję alfy w tym stadzie.
– Idziemy, Annie, nie powinnaś zawracać sobie głowy Regulusem – oznajmił tonem stanowczym i frajersko gryfońskim.
Regał to Regulus? No cóż. Uważałam, że Regał brzmiało dumniej, ale… Nie będę się kłócić.
Tylko jakoś młody Black nie chciał przyjąć do wiadomości mojej rezygnacji z działań wojennych.
– Widziałem, jak potraktowałaś mojego brata.
I gdy już miałam warknąć „No i?”, dodał:
– Gratuluję.
To mnie zdziwiło. Czyżby – wbrew temu, co pokazał w księgarni – nie popierał jakże zgubnej postawy propagowanej przez arystokrację? Nie, nie mogłam pozwolić, żeby kilka słów mnie zmyliło. Musiałam być twarda, nieugięta i w żadnym, ale to żadnym wypadku nie spoufalać się z burżuazją.
– Nie ma czego, podobnie potraktowałabym każdego, kto nie popiera idei zrównania klas – odpowiedziałam, zadzierając brodę jeszcze wyżej.
James parsknął śmiechem. Miałam nadzieję, że śmieje się z Regału. Co tam! Byłam przekonana, ze właśnie z niego. Bo niby dlaczego miałaby go bawić moja idea?
– Syriusz jest zbyt głupi, by cokolwiek popierać.
Jamesowi zrzedła mina.
– Uważaj sobie, Reg – ostrzegał, ale chłopak nie zwrócił na niego uwagi. Ciemne oczy Regału wpatrywały się we mnie prowokacyjnie.
Naprawdę chciałam zignorować tę uwagę – ze względu na Jamesa, oczywiście. Może nie popierałam jego decyzji w kwestii wyboru przyjaciół, ale na pewno nie powinnam ich krytykować przy Regale. Nawet jeśli Regał akurat patrzył na mnie Naprawdę Przenikliwie. Jakaś część mojej świadomości ze zdumieniem odnotowała, że chociaż jest tak podobny do Syriusza, to jego oczy są innej barwy. Nie żebym patrzyła mu w oczy z innych powodów niż tylko kultura dyskusji, która nakazuje patrzeć na rozmówcę. Tak, dokładnie.
– James, to co z tymi eliksirami? – zapytałam niewinnie. Nie, wcale nie zmieniałam tematu. Po prostu nie chciałam się spóźnić na pierwszą lekcję.
Regał chyba potraktował to jako obelgę i brak szacunku, bo, o dziwo, przesunął się, byśmy mogli przejść. Czemu obelgę? No cóż. Przesunął się tak, jak przesuwają się małe, obrażone dzieci, którym w dodatku przed sekundą ktoś powiedział, że nigdy więcej nie zobaczą swoich kucyków.
– Tędy. – James złapał mnie pod ramię. POD RAMIĘ. Czy on się zbytnio nie spoufalał?
Biedny Regał, został taki sam.
Nie współczułam mu szczególnie. Taki los powinien spotykać bezduszną arystokrację wypijającą ostatnie soki z biednych ludzi pracy. Powinni stać sami na zimnych korytarzach w lochach ponurych zamczysk. O ile mieli jakieś pod ręką.
Sala, w której miały się odbywać zajęcia, była całkiem duża i nie tak zimna, jak się spodziewałam – pewnie ogień, który musiał wcześniej płonąć pod kociołkami, nieco ogrzał pomieszczenie. Zauważyłam za to, że obecni już ludzie podobierali się w pary i większość z nich zawzięcie omawiała jakieś niezwykle interesujące sprawy – zwykle dotyczące wakacji. Rozejrzałam się nieco bezradnie – byłam pewna, że James będzie współpracował z Syriuszem, a to by znaczyło, że muszę sobie znaleźć kogoś do pary.
Niestety okazało się, że jedyną wolną osobą była Brenda. Melinda siedziała już z Lily, a Sarah – z jakąś dziwną Ślizgonką, z którą łączyło ją zapewne coś więcej niż odznaka P radośnie przyczepiona do szaty. Postanowiłam zaryzykować i zająć miejsce tuż koło niej. Oczywiście, przywitała mnie słowami:
– Ale na pewno nikogo nie zjesz, Annie?
Spojrzałam na nią z politowaniem (które starałam się jednak zamaskować wymuszonym uśmiechem), ale szybko sprostowałam, że nie, nie zjem ani profesora, ani żadnego ze składników eliksiru, ani jej, ani w ogóle nikogo. Możliwe, że mi uwierzyła, starałam się wyglądać bardzo przekonująco, kiedy to mówiłam. Zresztą, nie miała najmniejszych nawet powodów, żeby mi nie wierzyć, w końcu mówiłam prawdę! W co jak w co, ale w uzdrawiającą i oczyszczającą moc prawdy wierzyłam od dawna.
Miałam jednak nadzieję, że profesor wkrótce przyjdzie i będę mogła ustalić, skąd wziął się pseudonim „Ślimak”.
Mijała minuta za minutą, a nauczyciel się nie pojawiał. W Beauxbatons coś takiego byłoby nie do pomyślenia. To brak szacunku dla uczniów! Obiecywałam sobie, że gdy w końcu się pojawi, wytłumaczę mu, że punktualność jest cnotą. Bo choć zwykle czekanie nie przeszkadzało mi…
… teraz nie mogłam go znieść.
– Zostaw mnie, arystokratyczny bubku – powiedziałam, gdy poczułam, że ktoś niby przypadkiem szarpie mnie za kosmyk moich złotych włosów.
Odwróciłam się, a on siedział tuż za mną, taki bezczelny i taki niby to niewinny, choć mogłam się założyć, że jeszcze dwie minuty temu (gdy wybierałam miejsce koło Brendy), siedział z Jamesem na drugim końcu sali.
Teraz – dziwnym trafem – James pozostawał na swoim miejscu, a Black siedział tuż za mną. Sam. Choć byłam święcie przekonana, że musimy siedzieć w parach.
– To nie ja – zapewnił uroczyście.
– Nie widzę tu nikogo innego – odpowiedziałam szybko.
Jeżeli miał zamiar robić ze mnie idiotkę, to srodze się pomylił. Nie ma mowy, doskonale wiedziałam, jak sobie z takimi radzić. Nawet jeśli nie wiedziałam, po co robią to, co robią. A jakaś dziwna cząstka mnie chciałaby wiedzieć. Miałam jednak wystarczająco dużo godności, by nie zerwać się na równe nogi i zacząć na niego krzyczeć, że jego obowiązkiem jest powiedzieć mi, dlaczego mnie prześladuje. A przynajmniej jeszcze nie teraz – i nie po tym, jak raptem parę chwil temu oskarżył mnie o to, że go śledzę! Co za bezczelność! Na samo wspomnienie aż mi się palce zaciskały na różdżce.
– Naprawdę?
Nagle spod stołu wyskoczył Peter. Śmiał się jak głupi. No, proszę, panie Black, myślisz, że uwierzę, że to nie byłaś ty? Niedoczekanie!
Kątem oka zauważyłam, że James się nam przygląda. Uśmiechał się. Czy on… Czy go też bawiła ta zabawa moim kosztem? Niemożliwe. Z pewnością maskował w ten sposób swoją złość na nierozważnego przyjaciela.
– W zasadzie, chciałem ci powiedzieć – zaczął po chwili – że ładnie dziś wyglądasz… – Odezwał ode mnie wzrok. – … Bre.
Brenda wyglądała na zachwyconą.
Tym razem palce naprawdę zacisnęły mi się na różdżce i byłabym ją wyszarpnęła z kieszeni, gdyby nie nagły przypływ zdrowego rozsądku.
On się tobą drażni, Annie. Chce cię sprowokować, pomyślałam. Chyba nie dasz mu tej satysfakcji, co?
Nie miałam najmniejszego zamiaru. Ale nich mnie piekło pochłonie, jeśli pozwolę mu irytować mnie jeszcze bardziej! Tyle, że jeśli coś powiem, to będzie jasne, że jego żałosne żarty (bo uznałam, że chciał być zabawny) mnie drażnią. Czyli osiągnie swój cel. Nagle wszystko, co do tej pory wydawało mi się proste i logiczne, stało się skomplikowane i zaczęło przypominać węzeł gordyjski umieszczony w środku labiryntu Minotaura.
Mimowolnie zerknęłam na drzwi, przez które – jak miałam nadzieję – zaraz wejdzie profesor. Przecież Syriusz da mi spokój, kiedy zaczną się zajęcia, prawda?…
– Och, Syriuszku, nie musiałeś. – Brenda udawała, że się rumieni. Podejrzewam, że najbardziej na całym świecie chciała się zarumienić. Tyle, że jedyne, co mogła zrobić, to machać pod stołem różdżką, próbując niewerbalnie rzucić zaklęcie koloryzujące. Już widzę, jak jej się to uda! – Nie miałam czasu się porządnie przygotować. Dziewczyny wyganiały mnie z łazienki…
– Skandal! – powiedział i roześmiał się, a Peter razem z nim. Tyle, że ten śmiech był jakby przyjazny? Zupełnie inny niż ten, gdy śmiał się ze mnie.
– Prawda? Każda z nas powinna mieć łazienkę dla siebie. Byłoby łatwiej.
Peter postanowił się wtrącić.
– Czy mamy w Hogwarcie tyle pomieszczeń? – spytał filozoficznie.
– Zawsze możesz przychodzić do nas – zaproponował jej Syriusz. – Z Jamesem wstajemy przed świtem na poranne treningi, więc w kolejce pozostaje tylko dwóch.
Zanim zorientowałam się, co robię, prychnęłam. I to na tyle głośno, by zwrócić ich uwagę.
– Treningi? A co ty możesz trenować? Nie wiedziałam, że w Hogwarcie są poranne treningi z wkurzania ludzi – powiedziałam, mam nadzieję, dość luźnym tonem.
Chociaż tak naprawdę byłam daleka od rozluźnienia.
Cała ta sytuacja stała się dziwna i miałam nadzieję, naprawdę, naprawdę, naprawdę miałam nadzieję, że Ślimak czy jak mu tam natychmiast tu przyjdzie i zrobi coś, co zajmie tę trójkę na tyle, żeby uniemożliwić im dalszą rozmowę. Nie byłam do końca pewna dlaczego, ale nie podobało mi się to wszystko. Do tego musiałam się powstrzymywać, żeby nie powiedzieć nic na temat Brendy i jej porannej toalety – mimo wszystko lepiej, żebyśmy nie chciały wydłubać sobie nawzajem oczu, kiedy będziemy pracować nad jednym eliksirem. Faktem jestem jest, że nie widziałam jeszcze nikogo, kto spędzałby w łazience aż TYLE czasu!
– Syriuszek trenuje quidditcha i jest w tym najlepszy – Brenda oznajmiła z dumą, jakby to ona, a nie pieprzony burżuj, była genialnym sportowcem.
Black kiwnął głową.
– Choć wydaje mi się, że James jest jednak trochę lepszy – dodał, udając skromność. Uwaga, bo mu uwierzę! Z pewnością prywatnie sądzi, że jest najlepszym graczem na świecie! – Chociaż trudno nas porównywać. Gramy na dwóch różnych pozycjach.
– Ale latasz cudownie! – Brenda nie potrafiła się przymknąć, naprawdę. – Prawda, Peter?
Chłopakowi z podniecenia aż świeciły się oczy.
– Tak, tak! – przytaknął. – Nikt nie lata tak jak Łapa!
Świetnie, a więc Black miał fanclub. Miałam ochotę ponownie prychnąć, ale tym razem się powstrzymałam.
– Też kiedyś grałam – rzuciłam od niechcenia. – Ale uznałam, że są ważniejsze rzeczy od idiotycznej zabawy piłkami.
Spojrzałam na nich tak, jakbym chciała podkreślić, jak bardzo taka zabawa piłkami jest bezużyteczna i absolutnie zbędna, bo nie prowadzi do niczego, ale to niczego dobrego. Czy poprawia los uciskanych? Nie. Czy pokazuje, że arystokracja niezasłużenie zajmuje tak wysoką pozycję społeczną i należy z tym skończyć? Nie. Czy zawodnicy mają równe szanse? Nie! Wszystko zależy od modelu miotły, na jakiej latają, czyli znów arystokracja ma fory! Jak mogłabym uczestniczyć w czymś takim?
Ale najwyraźniej Syriuszowi to nie przeszkadzało. Tak samo jak nie przeszkadzało Brendzie i Peterowi. A także… O zgrozo. Czy oni przed chwilą powiedzieli, że James też się w to bawi?
Nie zdążyłam rzucić już ani pół kąśliwej uwagi, bo nagle Black i Peter zerwali się z miejsc i ruszyli tam, skąd przyszli. Początkowo nie wiedziałam, co się dzieje. Tak szybko zrezygnowali z tej słodkiej rozmowy? Ale wtedy zauważyłam… kogoś, kto niewątpliwie wyglądał na Ślimaka.
Im dłużej patrzyłam na starszego czarodzieja, tym większy sceptycyzm musiał malować się na mojej twarzy. Mogłam wyobrazić go sobie w kanapie, objadającego się czekoladkami. Mogłam wyobrazić go sobie na jakimś przyjęciu. Na Merlina, mogłam go sobie wyobrazić nawet z czułkami i skorupą na plecach, ale nie – powtarzam: nie – nad parującym kociołkiem. Nie wyłam w stanie wymyślić, co mogłoby do niego pasować mniej niż metodyczne, uważne siekanie glist, korzeni, nasion i organów wewnętrznych małych ssaków. To musiała być jakaś pomyłka…! Ale z reakcji pozostałych uczniów wywnioskowałam, że o żadnej pomyłce nie może być mowy.
Zatem oto stał przede mną (i przed całą resztą grupy) Ślimak, którego miałam rzekomo zjeść. Na samą myśl poczułam wzbierające mdłości. Z pewnością nie byłby smaczny.
– Wybaczcie spóźnienie, moi drodzy, zatrzymały mnie sprawy mojego domu – wyjaśnił pobieżnie i ruszył w kierunku swojego biurka. Choć, prawdę mówiąc, lepszym określeniem byłoby „potoczył się”.
Ślizgonka, która siedziała z Sarah, podniosła rękę. Ruch ten idealnie oddawał jej naturę służbistki, którą zaobserwowałam już wcześniej.
– Tak, Minne? – Ślimak spytał łagodnie.
– Czy ktoś znowu zamknął Severusa w szafie, panie profesorze? – spytała zimnym, formalnym tonem. – Nie widzę go tutaj.
Ślimak westchnął. Byłam oburzona. Przemoc? Tutaj? To niedopuszczalne! Czy w tej szkole nie pozostało ani pół osoby moralnie nienagannej? Przecież…
Usłyszałam ciszy, mniej cichy i najmniej cichy rechot Syriusza.
Zerknęłam w kierunku Syriusza. Tak, zdecydowanie się śmiał. Głośno. Tak głośno, że mogłam założyć się o cokolwiek, że – kimkolwiek był Severus – ta przykrość spotkała go właśnie z winy Blacka. Podłe, absolutnie podłe! W głowie ułożyłam sobie obraz biednego, prześladowanego przedstawiciela klasy pracującej, mugolaka do tego, najpewniej wychudzonego, niedożywionego, chodzącego w połatanych dżinsach wiązanych w pasie sznurkiem. Nie wiem, skąd przyszedł mi do głowy sznurek, ale prawdziwy proletariusz zawsze miał coś wspólnego ze sznurkiem. Od razu poczułam przypływ cieplejszych uczuć w kierunku Severusa, którego jeszcze nie widziałam na oczy, ale już wyobrażałam sobie spaloną na słońcu skórę (to przez pracę w polu!), duże, szorstkie dłonie i jasne oczy, patrzące na świat z prostotą! Tak, to na pewno ktoś, z kim mogłabym się zaprzyjaźnić!
– Panie Black, co pana tak śmieszy? – Ślimak wyglądał na niezadowolonego.
Za to Syriusz wstał. I o mało się z tego śmiechu nie przewrócił.
– Nic takiego, panie profesorze – zaczął, a zaraz potem… roześmiał się jeszcze bardziej! Tego było za wiele. Miałam ochotę cisnąć w niego zgniłym pomidorem. – Po prostu przypomniało mi się, jak ostatnio… Jak ostatnio…
Teraz i Peter zaczął się śmiać. Zauważyłam też, że mało brakuje, by dołączył do nich James. Ale – przecież był zbyt wrażliwym, żeby zrobić coś takiego! Prawda?
– Jak ostatnio… – Syriusz dusił się ze śmiechu.
– Masz na myśli ostatni dzień zeszłego roku szkolnego, gdy wraz z profesorem Flitwickiem przez pięć godzin nie mogliśmy wyciągnąć go z szafy na składniki, bo ktoś nieudanie przetransmutował mu kawałek ramienia w półkę? – Ślimak zachowywał pełnię spokoju.
Ramię? W półkę? Jak to – nieudanie?!
Syriusz roześmiał się tak, że z trudem wydusił z siebie krótkie:
– Tak.,
a potem opadł na krzesło i o mało co nie wylądował ostatecznie na podłodze.
Wszystko wskazywało na to, że Ślimaka w końcu opuści ten spokój. Spojrzał na Syriusza jakoś tak dziwnie. Wyraz jego twarzy powoli się zmieniał. Od pogodnej obojętności, ku…
– Tym razem nie wystawała mu z ramienia taka śmieszna, drewniana niby-łapka – powiedział, a potem sam się roześmiał.
Aż mnie zmroziło. Barbarzyńcy! Nieczuli barbarzyńcy! Wyobraziłam sobie mojego uciskanego proletariusza z przetransmutowanym ramieniem i aż mnie przebiegł chłód po kręgosłupie.
– To nieludzkie! – syknęłam w kierunku Blacka, jednocześnie mając nadzieję, że Ślimak (jak właściwie ten facet się nazywał?) mnie nie usłyszy. A nawet gdyby – co mi tam! Mam prawo krytykować wątpliwą moralność kolegów z roku, prawda?
Syriusz na chwilę przestał się śmiać, po czym zrobił minę pod tytułem „A powinno mnie to obchodzić, bo…?” i znów wybuchnął śmiechem. Zauważyłam też, że większość osób w sali również się uśmiecha – jedni szeroko, inni pod nosem, ale – tak! – śmiali się z nieszczęśliwego Severusa. Biedny chłopak, nie miałam pojęcia, że tak szybko spotkam się (no dobrze, technicznie rzecz biorąc jeszcze go nie spotkałam…) z prawdziwą ofiarą prześladowań, której będę mogła pomóc. Będę go bronić i oświecę go, że jego los nie zawsze musi tak wyglądać. Na pewno będzie mi wdzięczny, kiedy już mu to wszystko powiem. No i kiedy go spotkam.
– Więc znowu, tak? – spytała Ślizgonka. I choć początkowo wzbudziła moją niechęć poprzez zbytnie afiszowanie się miłością do władzy, teraz zaskarbiła sobie odrobinkę mojej sympatii. Bo mimo że należała do klasy wyższej, potrafiła pochylić się nad sprawą uciskanego proletariusza, jakim był niewątpliwie Severus!
Ślimak odrobinę się uspokoił.
– Znowu – odpowiedział. – Takie widocznie jego fatum.
Ja was dam fatum!

06. O ciężkim losie klas niższych

03. Jeszcze raz o pociągach i o wiele gorszych znajomościach

W drzwiach pojawiła się jakaś postać – i byłam pewna, że nie jest to Peter. Postanowiłam sprawiać miłe wrażenie (w końcu to kolega Jamesa!), więc się uśmiechnęłam i spojrzałam na chłopaka. Mój wzrok padł na czarną koszulkę, więc spojrzałam wyżej. I wyżej. I wyżej, i wyżej. (Słowo daję, nie mam pojęcia, czym karmią tych hogwartczyków, ale to coś musi zawierać hormon wzrostu! Wszyscy są jacyś przerośnięci). A potem… och! Moje spojrzenie padło na rozczochrane, czarne włosy (ale nie takie jak w przypadku Jamesa, to była typowa wystudiowana niedbałość), szare oczy w ciemnej oprawie, idealnie wkomponowane w owal twarzy… Zamrugałam. Nie dość, że chłopak wyglądał po prostu doskonale, to jeszcze – i w tym miejscu musiałam powstrzymać chęć skrzywienia się z niesmakiem – przypominał Rega, tego burżuja. I chociaż bardzo nie chciałam, musiałam przyznać, że ten chłopak miał niezwykle podobne, arystokratyczne rysy twarzy. Styl ubierania się – wręcz przeciwnie, jak zauważyłam z pewną ulgą. Poza czarną koszulką miał na sobie wytarte dżinsy i buty, których dni (lata?) świetności już dawno minęły. Musiał być z siebie niezwykle zadowolony, bo wyszczerzył się do mnie – a, muszę przyznać, miał zniewalający uśmiech.
– James, już jakąś upolowałeś? – spytał z bezczelnością godną podrzędnych amancików w starych, francuskich romansidłach z dziewiętnastego wieku.
Poczułam się taka… uprzedmiotowiona! Momentalnie przypomniałam sobie o tym, że przecież jestem nowoczesną kobietą, że emancypacja to moje drugie imię (chociaż tak naprawdę było to Amaryllis), że nie pozwolę żadnemu – nawet tak diabelnie przystojnemu – mężczyźnie traktować się jak mięso! I to mięso z podtekstami!
– Syriuszu, to Annie – James powiedział miękko, ale ja byłam już nakręcona.
– Tak, Annie – wpadłam mu w słowo, patrząc na Syriusza złowrogo. – I na mnie się nie poluje, nie jestem jakąś antylopą! Nie mam pojęcia, co sobie myślisz, ale muszę ci powiedzieć, że jestem damą i tak właśnie powinieneś mnie traktować, ot co!
Nawet nie zauważyłam, kiedy poderwałam się z miejsca i podeszłam do niego. Zauważyłam tylko, że mówiąc „ot co”, mój palec wskazujący wylądował na jego koszulce – oczywiście tylko dla podkreślenia moich słów. Cała sytuacja wydała mi się jednak tak idiotyczna, że natychmiast wróciłam na miejsce i utkwiłam wzrok w oknie. Miałam zamiar patrzeć przez nie do końca podróży.
Chwilę później zerknęłam na niego kątem oka.
Wyglądało na to, że zupełnie nie przejął się moim wybuchem. Usiadł zaraz obok Jamesa i szeptał do niego coś tonem wielce konspiracyjnym. W tak zwanym międzyczasie pojawił się też Peter – on jako jedyny zwracał jeszcze na mnie uwagę, a dokładniej, gapił się bardziej niż nieprzyzwoicie.
Postanowiłam wykorzystać sytuację i przeprowadzić dokładne obserwacje. Zaczęłam od Syriusza i jego niepokojącego podobieństwa do Regału. James nazwał go Blackiem – tak samo o Regale mówił jego kolega. Czyżby byli rodziną? Małżeństwem raczej nie. Chociaż ich styl ubierania się był kompletnie różny, zdążyłam już zorientować się, że charaktery obaj mieli koszmarne. A skoro pod tym względem byli do siebie podobni, kto wie, może nawet byli braćmi? Skrzywiłam się na samą myśl o tym, że oto siedzę w przedziale z bratem kogoś takiego.
I, o fuj!, ten brat naprawdę zaczynał mi się podobać!
– Naprawdę jesteś Francuzką? – spytał mnie Peter, który chyba słyszał, jak James przedstawiał mnie Syriuszowi. Nie wiem, jak to się stało, ale nagle siedział bardzo blisko mnie. Za bardzo jak na tak odrażającego gryzonia.
Zachowując resztki wizerunku damy (skoro już wykrzyczałam, że nią jestem, to powinnam się tego trzymać, prawda?), lekko odsunęłam się od Petera – na tyle, żeby odzyskać trochę przestrzeni osobistej, którą mi bezczelnie ograniczał. Miałam nadzieję, że się nie przysunie.
– Tak, cóż, mieszkałam we Francji – powiedziałam zdawkowo, mając nadzieję, że to zaspokoi jego ciekawość.
Znów wyjrzałam za okno, żeby dać mu do zrozumienia, że nie mam ochoty kontynuować tej rozmowy. Oczywiście kątem oka dalej patrzyłam na Syriusza i Jamesa. Którzy, notabene, zupełnie się mną nie przejmowali.
– Ale fajnie! To prawda, że macie nauczycielkę, która jest wilą? Remus czytał kiedyś książkę na temat Beauxbatons i wspominał…
Zdusiłam w sobie westchnienie i wyprostowałam się. Jeśli koniecznie chciał ze mną rozmawiać, to świetnie, mogę udowodnić, że potrafię rozmawiać z każdym. Przynajmniej powinnam to umieć. Spojrzałam na niego i spróbowałam szczerze się uśmiechnąć. Nie wyszło. Uśmiechnęłam się więc nieco sztucznie i odpowiedziałam:
– To wyolbrzymione pogłoski. Jest w połowie wilą, ale to i tak wystarczy, żeby wszyscy podziwiali jej urodę. Osobiście sądzę, że to za bardzo odwraca uwagę od przedmiotu, którego naucza. Nie mówię, że nauczyciele powinni być stuletnimi starcami, ale… – Zdałam sobie sprawę, że mówię raczej mało przyjemne rzeczy o kimś, kto nigdy mi nic złego nie zrobił. Szybko zmieniłam temat. – Ale słyszałam, że hogwarcka kadra też jest bardzo ciekawa…
Tak, słyszałam. Od Jamesa, kilkanaście minut temu. Ale teraz najwyraźniej mnie nie słuchał, bo wdał się w szeptaną rozmowę z Syriuszem. Jeśli już muszę zabawiać Petera, to przynajmniej może dowiem się czegoś, o czym James nie wspomniał.
Jednak Peter nie wykazał entuzjazmu.
– Nie jestem zbyt dobrym uczniem – przyznał. – Większość nauczycieli nie jest z tego faktu zbyt zadowolona. W dodatku ciągle ładujemy się w kłopoty.
Rzuciłam mu arcypytające spojrzenie.
– Rogaty ci nie powiedział? – zdziwił się. Z kolei James, słodki James!, wydawał się zaniepokojony. Nie wiedziałam jednak, czy to wina słów Petera czy Syriusza. Nadal nie spojrzał w naszą stronę. – Nazywają nas Huncwotami. Przyznaję, to dziwna nazwa, ale… Wiesz, jesteśmy znani z…
– Wystarczy – usłyszałam chłodny głos Syriusza. – Zanudzasz Annie. Z pewnością nie interesuje jej to, jak i gdzie nas nazywają.
Zdecydowanie zbyt szybko zareagował. W szczególności, że ponoć nas nie słuchał. Czyżby coś przede mną ukrywał?
Uśmiechnęłam się szeroko i spojrzałam na niego.
– Ależ skąd, niezwykle mnie to interesuje – powiedziałam, po czym zwróciłam się do Petera: – Kontynuuj, chciałabym się jak najwięcej o was dowiedzieć.
Już miałam dodać „skoro teraz zostaniemy jedną wielką paczką wspaniałych przyjaciół”, ale uznałam, że byłoby to kuszenie losu. Peter mógłby nie zrozumieć ironii, a Syriusz już wyglądał na poirytowanego. Poza tym nie chciałam, żeby James żałował, że pozwolił mi tu usiąść.
– Widzisz, Łapo? Przecież… – Peter zaczął.
– Och, zamknij się.
Tego było za wiele. Nikt nie będzie obrażał przy mnie niewinnego człowieka! W szczególności, że człowiek ten – mimo swego wyglądu – z pewnością był porządnym obywatelem. Nie to, co taki Syriusz, który po Regale poza wyglądem i charakterem musiał też odziedziczyć pogardę dla jednostek z niższych klas społecznych.
Spojrzałam na niego i zmarszczyłam brwi.
– Nie uważasz, że to niezbyt uprzejme? – zapytałam. Cały czas kurczowo trzymałam się wizerunku damy; było to o wiele lepsze rozwiązanie niż kolejny wybuch i szturchanie palcem obcych ludzi. – Peter chciał umilić mi podróż rozmową, chciał być uprzejmy, co tobie najwyraźniej nie przyszło do głowy. Nie musisz nim za to pomiatać, bo nie masz takiego prawa. Możesz być arystokratą, ale jesteś takim samym człowiekiem jak my wszyscy, masz dwie ręce, dwie nogi i… – Na chwilę zamilkłam; i to w samą porę, bo właśnie miałam powiedzieć, co jeszcze ma każdy człowiek i zdecydowanie nie było to słowo, którego użyłaby dama. Wzięłam wdech i kontynuowałam: – Może nikt ci nie mówił, ale nie możesz rozkazywać innym ludziom tylko dlatego, że pochodzą z innej klasy społecznej! Pomyśl, gdzie byłaby twoja rodzina, gdyby nie lud pracujący!
Miałam zamiar dodać jeszcze coś o bracie, mamusi i tym blondynie z Pokątnej, ale uznałam, że to byłoby już przesadą. Równie dobrze mogłabym go obwinić o koklusz i epidemie dżumy w średniowieczu.
– Skąd ona do diabła… – Syriusz zaczął, ale nie skończył. Zamiast tego niemal rzucił się na mnie! To znaczy: wstał, zrobił krok w moim kierunku i warknął: – Wynoś się.
James próbował protestować, ale nic to nie dało. Pan potencjalny brat Regału był nieubłagany i nie chciał się ode mnie odsunąć choćby na krok.
Skrzyżowałam ręce na piersi i spojrzałam na niego wyzywająco.
– Nigdzie się nie wybieram, to wolny kraj i mam prawo siedzieć, gdzie mi się podoba. To, że pomiatasz skrzatami domowymi i przedstawicielami ludu pracującego, to jeszcze nie znaczy, że mną też możesz. – I zamaszyści kiwnęłam głową, jakbym próbowała narysować nią w powietrzu wykrzyknik. Był to pomysł cokolwiek idiotyczny, bo w ten sposób moja fryzura jeszcze bardziej się zmierzwiła.
James wstał. Widocznie uznał, że słowna reakcja na skandaliczne zachowanie przyjaciela jest niewystarczająca. Dlatego też, bardzo stanowczo, złapał go za ramiona i rzucił nim o siedzenie.
– Annie siedzi tu, bo ja ją zaprosiłem, Łapo – powiedział bardzo ale to bardzo wyraźnie. – Zrozumiałeś?
Syriusz burknął coś i zwinął się w sobie z miną zbitego psiaka.
Może i był przystojniejszy, ale James był zdecydowanie rozsądniejszy. I nie przypominał Regału w żadnym stopniu.
Zajął miejsce koło nachmurzonego chłopaka i posłał mi przepraszający uśmiech. Jednocześnie pokazał coś Peterowi. Niespecjalnie znałam się na tajnych kodach języka migowego, ale wyglądało to jak „lepiej nic już nie mów”. Świetnie. Podróż w ciszy?
Przez chwilę patrzyłam na nich, jakbym się spodziewała, że to tylko jakaś forma zabawy i zaraz ktoś wybuchnie śmiechem, a rozmowa potoczy się żywo własnymi torami. Nic z tego, byli twardzi i milczeli. Wobec tego uznałam, że nie ma sensu natarczywie się im przyglądać i utkwiłam wzrok w krajobrazie za oknem – który nie był zbyt urozmaicony, bo akurat jechaliśmy przez jakieś wrzosowisko. Nigdy nie byłam jednak dobra w tak bezproduktywnym spędzaniu czasu, więc szybko zaczęłam się wiercić. Przez chwilę rozważałam nawet poproszenie któregoś z nich o pomoc w zdjęciu kufra (mogłam być bardziej przewidująca i zostawić sobie jakąś książkę na wierzchu!), ale uznałam, że to zły pomysł. Coś mi mówiło, że nie powinnam przerywać milczenia jako pierwsza – a nuż był to jakiś rytuał sprawdzający, czy nadaję się do ich grupy? Albo po prostu była to próba uleczenia ran na jednym męskim ego, które – moim skromnym zdaniem – zajmowało lwią część tego przedziału.
Po jakiejś godzinie poczułam na sobie czyjeś spojrzenie. Nie, żeby mi to nie schlebiało, jednakoż bałam się trochę, że to znów Peter. Z całego tego towarzystwa liczyłam na bliższą znajomość z Jamesem – który spełniał zarówno wymogi estetyczne, jak i był wystarczająco rycerski. Syriusz i Peter byli skreśleni. Chociaż, owszem, musiałam przyznać, że w Syriuszu było coś… zniewalająco męskiego.
Dlatego też mimowolnie zarumieniłam się, gdy odwróciłam głowę i spojrzałam mu prosto w oczy.
Nawet nie krępował się ze swoim spojrzeniem. Gapił się na mnie tak bezceremonialnie, jak to tylko możliwe. Co więcej – mój rumieniec tylko spotęgował intensywność jego spojrzenia. Wiem, że powinnam wtedy wstać i dać mu w twarz – ale jak by zareagował na to James? Nie zwracał uwagi na nasz spojrzeniowy pojedynek, czytał jakąś sportową gazetkę. Zresztą… Muszę przyznać, że oderwanie się od wzroku Syriusza wydawało mi się teraz niemożliwe. Te oczy! Dawno nie widziałam nic bardziej kuszącego.
Jednak takie bezczelne patrzenie było niebezpieczne, więc uznałam, że lepiej z tym skończyć zawczasu. Zdobyłam się na heroiczny czyn i zamrugałam. A potem drugi raz. Starając się nie wykonać zbyt gwałtownego gestu głową, próbowałam znów utkwić wzrok w oknie; wtedy jednak coś do mnie dotarło. On to robi specjalnie! Chce, żebym odwróciła wzrok, bo w ten sposób poczuje, że wygrał! Nie żebym wygraną w takim spojrzeniowym pojedynku uważała za coś istotnego, ale jeśli chciał mnie pokonać – obojętne w jaki sposób – to musiałam dołożyć wszelkich starań, żeby do tego nie dopuścić. Spojrzałam na niego z jeszcze większą intensywnością. A masz, burżuju i ciemiężycielu kobiet, dzieci i skrzatów!
Wyglądał na zaskoczonego. Zaskoczenie to jednak trwało tylko chwilę. Zaraz potem uśmiechnął się. Nie rozumiałam dlaczego. Przecież zachowałam się niezgodnie z jego planem! A może… A może chodziło mu o to, by grając na moich ambicjach, wciągnąć mnie w tę swoją szczeniacką przepychankę, uwieść i porzucić? O nie, panie bufonie! Niedoczekanie!
Przez chwilę patrzyłam na niego piorunującym wzrokiem, po czym postanowiłam, że kontynuowanie tego jednak nie ma sensu i już-już miałam zamiar z powrotem utkwić spojrzenie w brudnej szybie okiennej, kiedy znów się zaczęłam zastanawiać. A może właśnie o to mu chodzi? Chce, żebym tak pomyślała i odwróciła wzrok, żeby wygrał. Ale jeśli nie odwrócę, to pomyśli, że z nim flirtuję. Ale jeśli odwrócę, to uzna, że przegrałam. Nie mogę przegrać z przedstawicielem burżuazji. I nie mogę z nim flirtować – nie żebym miała zamiar, przynajmniej nie w tym momencie. Miałam ochotę zacząć rwać włosy z głowy albo walnąć go na tyle mocno, żeby to on pierwszy przestał się na mnie gapić.
Jakby tego było mało – nikt w przedziale nie zwracał uwagi na to, że toczyła się tu mała trzecia wojna światowa!
Wtedy to zrobiłam. Zupełnie niechcący. Ale to on mnie zdenerwował! Naprawdę! Nie do końca jeszcze to kontrolowałam. Odkryłam swoje zdolności ledwo dwa lata temu, a dwa lata to naprawdę mało na poskromienie takiego wiadra talentu i…
Grunt, że magazyn sportowy Jamesa nagle z rąk Jamesa przesunął się na twarz Syriusza. Z głośnym plask. I trochę cichszym:
– Łał – w wykonaniu człowieka, który dwie sekundy wcześniej otworzył drzwi od przedziału.
Black podskoczył jak oparzony i rzucił mi jeszcze gorsze spojrzenie. Zaczynałam się go bać. Z pewnością był psychopatą. Z pewnością…
Tyle, że nie zdążył niczego powiedzieć, bo znów odezwała się postać w drzwiach:
– Czy to było TK? Jak tego dokonałaś, dziewczyno?
Osobnik, który po raz kolejny wyzywał mnie od dziewczyn (nie rozumiem, czemu oni płeć traktują jako wyznacznik jakości człowieczeństwa, kobieta jest równie dobra, jak nie lepsza od mężczyzny!) przyciągnął na chwilę mój wzrok. Podejrzewałam, że był Remusem, ostatnim brakującym kolegą Jamesa – miał w końcu odznakę z P jak prefekt (bądź paprotka). Sprawiałby może i wrażenie sympatycznego człowieka (był taki długi!), gdyby nie fakt, że byłam nieźle wkurzona.
Spojrzałam na niego bez cienia uśmiechu (sceneria, o której wspominałam wcześniej, przypominała teraz skuty lodem krajobraz księżycowy) i powiedziałam:
– Annie. Nie dziewczyna, tylko Annie. A-nnie. Dwie sylaby. – Nie wiem, czemu zareagowałam tak ostro, ale miałam nadzieję, że wywołam nową kłótnię i nikt nie zauważy tego, co się stało. Nic z tego, wszyscy patrzyli na mnie z zainteresowaniem. – I nie zrobiłam nic takiego! Nie mam w ogóle pojęcia, o czym mówisz!
Może zabrzmiałoby to wiarygodnie, gdyby nie fakt, że rozglądałam się wokół jak złodziej przyłapany na gorącym uczynku. W porządku, a więc się wydało. Świetnie. Niech wiedzą, że nie dam się stąd wyrzucić, a przynajmniej nie bez wrzucenia im ich własnych kufrów na głowy!
– Przepraszam, Annie, nie chciałem cię urazić – powiedział. Mówiłam, że sprawiał wrażenie sympatycznego? W końcu ktoś rozsądny! W końcu jakiś kontrast do tego.. tego.. tego… pieprzonego arystokraty! – Przecież widziałem, wszyscy widzieliśmy, to było niesamowite! Sądziłem, że TK to tylko bajeczki dla małych, mugolskich dzieci, że nie ma już na świecie ludzi, którzy siłą woli potrafią ingerować w materię nieożywioną!
Czułam się doceniona. W końcu ktoś zauważył, że reprezentuję sobą przyzwoity poziom magiczny! Choć wolałam się nie przyznawać do tego, że to byłam ja. Nie chciałam zostać posądzona o bycie Carrie.
Chociaż, stop, ten czystokrwisty bubek z pewnością nie miał pojęcia o istnieniu Carrie.
– Zostałem śmiertelnie obrażony! – warknął Syriusz, o którym chyba już wszyscy na dobre zapomnieli. – Zostałem śmiertelnie obrażony, a wy sobie plotkujecie? Przecież…
– W zasadzie przyszedłem powiedzieć wam, że zaraz będziemy na miejscu i czas się przegrać, Łapo. Nie wiedziałem, że toczycie tu jakąś walkę na śmierć i życie. Przepraszam.
Z rangi sympatycznego chłopca prefekt spadł do poziomu przepraszającej wszystkich cioty.
Miałam ochotę westchnąć, ale zdałam sobie sprawę, że to by tylko niepotrzebnie zwróciło ich uwagę jeszcze bardziej. Świetnie, może Pan Wielki Arystokrata zajmie ich na tyle długo, żebym stąd wyszła – nie żeby to było łatwe, skoro prefekt dalej stał w drzwiach. Ale naprawdę nie chciałam dyskutować o swoich zdolnościach, a już na pewno nie robić specjalnego pokazu, o który niewątpliwie by mnie poprosili. Starałam się nie korzystać z nich bez powodu, co nie znaczy, że nie byłam z nich dumna! Oczywiście, że byłam, po prostu wolałam się nie afiszować.
Teraz jednak to było mniej istotne; skoro dojeżdżaliśmy, to musiałam się przebrać – sam Pan Prefekt tak powiedział. Wstałam z zamiarem zdjęcia z półki kufra.
Gdy (z pomocą Jamesa) już go ściągnęłam, nagle zdałam sobie sprawę z tego, że przedział mój wypełniony jest mężczyznami. Wprawdzie ci mężczyźni byli jeszcze mocno nieletni i niedojrzali, a także – zajęci szukaniem szat w swoich kufrach, jednakoż czułam się trochę nieswojo. Miałam się przy nich przebierać?
Cóż. Jak manifestacja to manifestacja.
Idealnie ukrywając swoje zażenowanie ściągnęłam bluzkę. Postanowiłam zachowywać się tak naturalnie, jak to tylko było możliwe. Czym paradowanie w staniku różni się od paradowania w stroju kąpielowym? Jesteśmy już po rewolucji seksualnej, litości!
Zresztą, zastanawiałam się, jak zareagują na to chłopcy.
Prefekt wraz z Peterem odwrócili się uprzejmie. James – mimo że nie potrafił się powstrzymać od kontrolnego spojrzenia na mój biust, w końcu zasłonił oczy. Za to Syriusz…
Cóż, Syriusz to była zupełnie inna bajka. Nie tylko bezczelnie się na mnie gapił, ale utkwił w moim biuście spojrzenie jeszcze bardziej intensywne niż to, które posyłał mi wcześniej w czasie naszej bitwy spojrzeniowej. Prychnęłam pod nosem i założyłam regulaminową bluzkę. Wiedziałam, wszyscy arystokraci to banda napaleńców. Wystarczy pokazać im fragment stanika, a już wariują. To przez te wszystkie obyczaje, wpajane ich od małego przez niańki, przez te wszystkie wykrochmalone reformy i gorsety (choć wizja Syriusza w reformach i gorsecie – zwłaszcza gorsecie! – wydała mi się bardzo niepoprawna, nie mogłam powstrzymać uśmiechu) i sztywne, niezłomne zasady moralne, które szybko szły w kąt, gdy tylko nikt nie patrzył. Hipokryzja, ot co! Oto, czym nasiąkła warstwa rządząca!
Oderwałam się jednak od tych myśli i kontynuowałam zakładanie mundurka. (Czy wspominałam, że te w Beauxbatons były o niebo ładniejsze?). Jednocześnie strasznie żałowałam, że nie mogę znowu rzucić w niego jakimś magazynem. Najlepiej takim trzykilogramowym.

03. Jeszcze raz o pociągach i o wiele gorszych znajomościach