Część Szesnasta. Szminka.

To był naprawdę ciężki dzień.
Choć zegar ledwo co wybił godzinę czwartą, Vorrenus Nott z trudem utrzymywał się na nogach. Cholerni skąpcy! Od samego rana latał od domu do domu starając się nadrobić czas, który stracili na romansach Wilkesa, ale szło mu jeszcze gorzej niż zwykle. Trzy z siedmiu osób, które zdążył już odwiedzić, odmówiły mu; nawet obietnice szybkiej spłaty długu i osobistej wizyty panicza Riddle’a nie potrafiły ich przekonać do łaskawszego spojrzenia na jego prośbę. Co będzie, gdy przyjdzie do wytłumaczenia się Mu z porażki? Parę lat temu wyśmiałby osobę, która powiedziałaby mu, że będzie drżał na samą myśl o jakimś młokosie. Dzisiaj stało się to rzeczywistością.
Dokładnie trzynaście po – cóż za absurdalna godzina! – był umówiony z Muldberem. Miał dziką, naprawdę dziką, ochotę się spóźnić. Przecież nie mógł być jedyną osobą na świecie, której ktoś popsuł dzień. Orson ze swoją obsesją na punkcie punktualności był ofiarą niemal idealną. Niemal, bo w końcu nie był z nim tam umówiony w celach towarzyskim. Mieli jeszcze coś do załatwienia.
Kiedy wczoraj przyszedł do niego do domu (i obudził Constantine’a, to było wręcz do przewidzenia), miał ochotę go wyśmiać, ale po solidnie przespanej nocy nabrał przekonania, że być może rozumowanie jego kolegi nie jest aż tak bezsensowne, jak mu się początkowo wydawało. Tylko dlatego rano wysłał mu krótką wiadomość, że jednak może się z nim spotkać – i tylko dlatego odwołał spotkanie z kolejną nadzianą paniusią, która pewnie też odesłałaby go z kwitkiem. Jednak im bliżej był umówionego miejsca, tym większe ogarniały go wątpliwości, potęgowane jedynie przez ogólny zły nastrój. Powoli zaczynał przyznawać, że wczoraj zachowywał się jak rozsądny człowiek, a przez noc zdążył oszaleć – jakby nie było na odwrót!
Spóźnił się o dwie minuty. Tak dla zasady.
– Czołem, Muldber – powiedział, pozdrawiając przyjaciela gestem ręki.
Ten nie odpowiedział. Groźnie zmarszczył brwi – a, pamiętając o niedźwiedziej fizjonomii Orsona, każdy przyzna, że jego groza jest stokroć groźniejsza od grozy niczyjej.
– No co? – Nott uśmiechnął się niewinnie. Bardzo starał się nie okazywać tej odrobiny strachu, która zrodziła się w jego sercu. – Jak na mój dzisiejszy plan zajęć, jestem dziś wyjątkowo punktualny.
Widząc, że jego tłumaczenia nie robią na koledze większego wrażenia, zdecydował się sięgnąć po broń ostateczną.
– Wybacz, stary – powiedział z nieukrywanym żalem w głosie. – Postawię ci piwo.
Kiedy zauważył, że i to nie działa na Muldbera, niemal wpadł w panikę. Owszem, chciał go zdenerwować, ale żeby aż tak? Dwie minuty! Jak można robić komuś takie wyrzuty o marne sto dwadzieścia sekund? Co innego gdyby naprawdę dopiął swego i przyszedł tu po piątej, po drodze odwiedziwszy jedną lub nawet dwie ciekawe knajpy. Wtedy faktycznie każdy by się trochu zirytował. Mógłby nawet przyznać mu rację, ale…
Już miał błagać go o litość ze względu na nieletniego syna do wykarmienia, gdy Orson nareszcie przemówił:
– Nie chodzi mi o to.
Nottowi po raz pierwszy w życiu zabrakło słów.
Gorączkowo przeszukiwał swoje wspomnienia w poszukiwaniu czegoś, co zrobił źle, ale nic takiego nie mógł sobie przypomnieć. Dzisiaj nawet Iola nie była na niego zła, bo kiedy wychodził, jeszcze spała. A kiedy zasypiał, był zbyt pijany, by cokolwiek pamiętać, ale to inna historia.
– A o co? – spytał w końcu, gdy jego poszukiwania zakończyły się fiaskiem.
– Zgadnij.
Vorrenus wysilił procesy myślowe, ale jego mózg nie był przyzwyczajony do takiego wysiłku i nie udźwignął presji, którą na nim wywierano. Zero odpowiedzi.
– Jeśli masz zamiar dalej tak pracować, pozyskane pieniądze w całości pójdą na alimenty.
Nott spojrzał na Orsona z jeszcze większym niezrozumieniem w oczach. Nie podobało mu się to, co kolega insynuował i nie podobało mu się również to, że jego insynuacje mogły nie być bezpodstawne.
Muldber westchnął.
– Zetrzyj lepiej tę szminkę – powiedział wreszcie, już niemal spokojnym głosem.
O to mu chodziło. No tak. Ta starucha musiała mu narobić problemów.
Ostatnim domem, w którym dziś wizytował, była posiadłość państwa Heddersonów. Jak na złość nie było w domu głowy rodziny – statecznego Ludwika Heddersona, który winien był Tomowi sporą przysługę po tym, jak ten uratował jego syna z objęć… zaklętej szafy. Przywitała go jego matka, największa zdzira spośród wielkiej galerii zdzirowatych arystokratek. Nie dość, że nie poczęstowała go żadnymi ciasteczkami, nie podarowała ni jednego pensa, to jeszcze musiała go na pożegnanie pocałować w policzek! Obrzydlistwo. Nic gorszego nigdy go nie spotkało, naprawdę.
– Daj spokój, stary, chyba nie myślisz, że ja… – zaczął, ale widząc minę Orsona, wolał nie kończyć zdania.
Bo on myślał. Dokładnie tak myślał.
***
Mimo, iż Nott naprawdę starał się przekonać go do zmiany zdania, Orson Muldber wiedział swoje. Zbyt dobrze znana była mu skłonność przyjaciela do wchodzenia w bliskie stosunki z nowopoznanymi kobietami – niezależnie od wieku, rasy czy wyznania. Tolerował to zbyt długo. Myślał, że wystarczy odrobina cierpliwości, a Vorrenus się opamięta. Miał w końcu żonę. I syna. Syna, którego przecież kochał i dla którego był najwyższym autorytetem! Ale widocznie lata ukrywania licznych romansów najlepszego kumpla – ukrywania ich przed biedną Iolą, która, jak by nie patrzeć, też była jego przyjaciółką – okazały się latami straconymi. Cierpliwość nie była widocznie odpowiednim rozwiązaniem. Muldber zrozumiał to, gdy tego dnia Nott przekroczył granicę.
Umawiali się, że interesy załatwiają na poważnie. Żadnego picia z klientami, żadnego… Żadnych poufałości. Widocznie on tego nie rozumiał. A może starał się zachowywać w porządku, ale nie był już w stanie? Gdyby odpowiedź na to pytanie była pozytywna, Orson musiałby przyznać, że jest po części winny zaistniałej sytuacji. Brak reakcji to przyzwolenie. Ale, litości, miał być niańką czy mordercą?
Od samego rana źle się czuł, ale kiedy zobaczył tego cholernego, spóźnionego sukinsyna momentalnie zapomniał o wszechogarniającym bólu, który obudził go o piątej trzydzieści. Szminka! Czerwona szminka na jego policzku zadziałała lepiej niż najlepsze eliksiry lecznicze. Miało to swoje zalety. Po pierwsze, nie czuł już kłucia w żołądku i nie musiał planować jutrzejszej wizyty u magomedyka, po drugie zaś… Cóż, całą swoją frustrację mógł przelać na kogoś, kto jest o wiele bardziej materialny niż jakiś tam ból.
Na Nocie mógł się wyżyć. Na swoich wnętrznościach – nie bardzo.
W milczeniu przemierzali kolejne ulice. Orson uznał, że dzika awantura w tym momencie była absolutnie niewskazana. Co innego po robocie. Ale dopóki nie wypełnili wszystkich punktów harmonogramu na ten dzień, lepiej było torturować Notta-gadułę, uciszając go, ilekroć spróbuje się odezwać. To dopiero musiała być dla niego męczarnia! Muldber nawet nie musiał zastanawiać się, czy kiedykolwiek wcześniej jego przyjaciel przez tak dług okres czasu powstrzymywał się od mówienia; doskonale znał odpowiedź na to pytanie. Oczywiście, że nie!
– Dobra, chyba jesteśmy na miejscu – rzucił, doskonale rozumiejąc, że kara postu słownego dla Notta będzie musiała również poczekać, aż skończą.
Jednak ledwo Vorrenus się odezwał, Orson zaczął gorąco za nią tęsknić.
– Czemu kiedy wczoraj przyszedłeś do mnie, nie powiedziałeś mi, że będziemy go szukać w knajpie? – spytał charakterystycznym dla siebie tonem wioskowego głupka. – Takie poszukiwania mi się podobają! Czy to oznacza, że możemy…
– Nott, proszę cię, myśl.
Nie otrzymał odpowiedzi. Westchnął więc nad własną głupotą, która kazała mu wierzyć, że zmusi go do kojarzenia ze sobą nawet tak prostych faktów. Czy przez te wszystkie lata nie powinien się przyzwyczaić do tego, że to niemożliwe?
– Tutaj go wtedy widzieliśmy, tak? – spróbował więc podpowiedzieć Vorrenusowi. – Wtedy, gdy wróciliśmy od Wilkesa.
Nott zamyślił się. Po chwili jednak na jego twarzy zagościł wyraz symbolizujący zwykle nagłe olśnienie.
– Ach! Ten gnojek, który chciał nas podpalić! – wykrzyknął.
– Nie, ten gnojek, który ugasił…
***
Ale Nott był już we własnym świecie i zupełnie nie interesowały go wyjaśnienia Muldbera. Po pierwsze, był niesamowicie dumny z tego, że wreszcie rozumie, o kim Orson opowiadał mu wczoraj cały wieczór. Po drugie zaś… Przypomniał sobie, jak skończyła się dla niego tamta noc i przez chwilę, och, taką maleńką chwileńkę, nie mógł sobie odmówić przyjemności porządnego wytarzania się w tym wspomnieniu.
Zastanawiał się, czy ją dziś zobaczy. Pewnie tak. W końcu właśnie tu pracowała. Jednak nie był pewien tego, czy powinien ją widzieć. W końcu Orson i tak był na niego zły. Jeszcze powiedziałby Ioli… a do tego absolutnie nie mógł dopuścić. Kochał swoją żonę, mimo wszystko. Był też mały Constantine. Jakim okazałby się ojcem, gdyby zostawił jego matkę dla kobiety lekkich obyczajów?
Jednak, wierzcie mi, naprawdę chciał to zrobić.
Od tamtego czasu nie przestawał o niej myśleć. I to go dręczyło. Zdawał sobie wprawdzie sprawę z tego, że nie jest święty – ale zwykle od razu zapominał o kobietach, które spotykał. W szczególności o TAKICH kobietach! Zawsze sądził, że incydent, który zamyka się w paru zaledwie godzinach, nie jest zdradą. Nie był jednak pewien co do tego, czy tamten incydent się zakończył. Przecież….
Nie, myślenie nie było złe. Byle tylko tego nie powtarzał, bo jako w miarę przyzwoity człowiek nie będzie mógł potem spojrzeć na siebie w lustrze.
– Czy ty mnie w ogóle słuchasz, Nott? – głos Muldbera przerwał jego rozważania.
Postanowił. Przybierze teraz najpoważniejszą i najbardziej skupioną minę świata, a potem o niej zapomni. I za nic, za nic w świecie nie odezwie się do niej, jeśli ją zobaczą.
***
Jakże słaba okazuje się nasza silna wola w obliczu tak zwanego Zrządzenia Losu.
***
Muldber pogrążony był w rozmowie z barmanem. To akurat Nott musiał mu przyznać – chłopak znał się na wyciąganiu informacji. Może w innych sferach życia lekko kulał, może i wyglądał jak wygłodniały niedźwiedź, ale ludzie naprawdę chętnie dzielili się z nim tym, co wiedzieli. Podejrzewał, że pewnie się go bali. Choć on sam nie pamiętał już dnia, w którym po raz pierwszy zobaczył te kilkaset kilogramów personifikowanej zagłady (o pyszczku równie łagodnym, co wilkołak w pełnię i dłoniach gotowych w każdej chwili zmiażdżyć ci czaszkę), domyślał się, że Orson robił na przypadkowych osobach wrażenie wstrząsające. On się po prostu zdążył przyzwyczaić.
A skoro jego przyjaciel zajmował się tym, w czym był najlepszy, Nott miał chwilę dla siebie. Zajął się więc konsumpcją piwa, które miał oddać Muldberowi, ale uznał, że jemu zrobi ono lepiej. Pijąc, zupełnie nierozważnie rozglądał się po okolicy.
Wtedy ją zobaczył.
Stała dokładnie tam, gdzie tej feralnej nocy. Była sama, samiuteńka. Okropne wrażenie powtarzalności wszechrzeczy, świadomość, że złośliwa czasoprzestrzeń kpi sobie z nas i pętli oś wydarzeń, poczucie nieuniknionego – to wszystko uderzyło mu do głowy mocniej niż alkohol, którego przecież nie spożył jeszcze tak dużo. Znów był Nottem z wtedy. Znów miał sięgnąć po kufel, potrącić przy tym świeczkę i…
Ale nic takiego się nie wydarzyło.
– Ej, czy to nie jest ta twoja znajoma? – Orson poklepał go po ramieniu. – Daj jej spokój. Nie powinieneś zbytnio przywiązywać się do błahostek z przeszłości.
Tyle, że dla niego była to już teraźniejszość.
– Dowiedziałeś się czegoś? – spytał, nie odrywając wzroku od kobiety za szybą.
– Aha – odpowiedział. Przedwcześnie uznał sprawę byłej miłostki Notta za zamkniętą. – Wszyscy go tu znają. Nie mieszka w Londynie, prowadzi tu tylko jakieś szemrane interesy. Facet widział go wielokrotnie z Felicią.
– To nie ma sensu. Gdzie Cardiff a gdzie Londyn?
Zbywanie przyjaciela widocznie przyspieszało jego proces kojarzenia faktów. Wniosek, który wyciągnął Nott, był bowiem dość słuszny.
Jednak i na to Orson miał odpowiedź:
– Odległości nie mają znaczenia, gdy jesteś czarodziejem.
Ta deklaracja sprawiła, że Nott jednak na niego spojrzał.
– Myślałem, że była charłakiem – nie krył zdziwienia.
– Ona tak.

Część Dwunasta. Jego (nie)zawodni przyjaciele.

Wilkes został. Stwierdził, że jego rodzice sami wszystko najlepiej ustalą, w końcu to oni zarządzili ślub, niech się teraz martwią – on mógłby się w ogóle nie żenić. Ceri była wstrząśnięta jego postawą, więc nie omieszkał jej przypomnieć, że sama nie była lepsza. Nie pokłócili się jakoś specjalnie, oświadczyny nie zostały zerwane, po prostu nie odzywała się do niego cały dzień.
Bartemiusz nic nie mógł poradzić na to, że na sam widok Marcusa aż skręcało go ze złości. Był nieprzyjemny do tego stopnia, że Muldber i Nott wyjechali, nie uzyskawszy absolutnie nic. Całe dnie spędzał na poszukiwaniach Felicii – wolał już nawet towarzyszyć temu zeru, Gerardowi, niż patrzeć jak Wilkes i Ceri… To zdecydowanie był widok z kategorii tych nie do wytrzymania.
Zanim jednak przejdziemy do tego, co działo się w posiadłości pana Croucha Seniora, zajmijmy się sprawami Londynu.
***
Jak już to było wspomniane, dwaj z przyjaciół Toma Riddle’a wrócili do siebie. Nie udało im się wypełnić swojego zadania nawet w najmniejszym stopniu – wprawdzie poznali brata Ceri, Bartemiusza, ale wątpił, by którykolwiek z nich mógł wspominać to spotkanie dobrze.
– To wszystko przez Wilkesa! – uskarżał się Nott. – Gdyby nie traktował tak brutalnie małego Gerardzika, na pewno wszystko wyszłoby o wiele lepiej. Od początku mu mówiłem, że ma się zachowywać spokojnie, ale nie, musiał go walnąć po pysku zamiast kulturalnie przywitać!
Przed niechlubnym powrotem do Londynu postanowili się napić – siedzieli więc w nie-ulubionym pubie w nie-ulubionym centrum nie-ulubionego miasta Orsona. Nawet nie przeszkadzało im to, że lokal był wybitnie mugolski – choć, trzeba przyznać, od czasu do czasu pojawiał się w nim jakiś równie zdesperowany, co oni czarodziej. Pomijając fakt nie-magicznej obsługi, było tam nawet przyjemnie. Sam Muldber nigdy nie miał nic przeciwko powietrzu, w którym jest więcej dymu papierosowego niż tlenu. Zaduch też jakoś mu nie przeszkadzał. Soczyście zielone ściany zaś wyglądały bardzo interesująco.
Za oknem rozpościerał się uroczy widok – obskurna ulica Cardiff nocą. Na ich oczach mugolska prostytutka dopiero co zwinęła jakiemuś skończonemu frajerowi portfel – Nott był zachwycony odegraną sceną i nawet chciał pójść jej pogratulować, ale uznał, że mają ważniejsze sprawy do roboty – a teraz wdzięczyła się do nich przez szybę. O ile dobrze pójdzie, za jakiś kwadrans będzie szła z Vorrenusem równie obskurną uliczką w kierunku jeszcze gorszego hotelu. Poza nią z okna widać było jeszcze zawszonego, bezdomnego psa, przewrócony kosz na śmieci i parę pijaczków, chodzących zygzakiem i wyśpiewujących nieprzyzwoite piosenki. Przy damie!
– Pewnie, byłeś od niego wiele lepszy – Muldber uśmiechnął się kpiąco. – Wbicie komuś noża w brzuch to największy przejaw twojej sympatii?
Zamówione piwo kusiło, a obydwoje nie mogli odciągnąć wzroku od szyby; sięgali po nie trochę na ślepo. Za pierwszy razem, czyli dokładnie teraz, Vorrenus wsadził swój rękaw do kufla i przewrócił dłonią białą świecę. Trunkowi nic się nie stało, ale serweta zajęła się ogniem. Nic by nie zauważyli, gdyby nie krzyk mężczyzny siedzącego przy stoliku obok. Dziwny pan w meloniku nie dość, że zaalarmował pół ulicy, wrzeszcząc:
– Pożar! Pożar!,
to jeszcze podbiegł i wylał tam szklankę wody. Nikt mu nie podziękował. Ba! Orson warknął na niego, żeby nie przeszkadzał im w ważnej rozmowie.
– To był przypadek – Nott stwierdził fachowo.
– Nic takiego się nie stało. – Uczynny mężczyzna uznał to za wypowiedź skierowaną do niego. – Miło jest pomóc bliźniemu. Mogę się przysiąść?
Muldber znów wymruczał coś o tym, żeby poszedł sobie precz, ale ten nie wziął sobie tego do serca. Wręcz przeciwnie; przystawił tam swoje krzesło, na ich stoliku postawił swoją pustą szklankę po wodzie, a zaraz koło niej melonik i rozsiadł się aż za wygodnie.
Posiadanie tego jegomościa koło siebie miało dla Orsona jeden jedyny plus – palił, co jeszcze pogłębiało zadymiony charakter lokalu. Mogli się schować za zasłonką stworzoną przez wydmuchiwane przez niego toksyny. A dmuchał porządnie – prosto w potężną twarz Muldbera. Jakby chciał go zirytować, a nie wiedział, że w ten sposób nic nie uzyska.
– Podejrzewam, że jego siostra miałaby o tym inne zdanie – Orson nie zmienił tematu ich rozmowy. Wydawało się, że w ogóle nie przejął się tym, że ktoś im się przysłuchuje. – Zresztą, nie roztrząsajmy już tego. Na pewno musi być jakieś wyjście. Tom nas…
– Pójdziesz do Gabrielle – przerwał mu Nott. Nie chciał, żeby padło słowo-klucz: zabije. Na samą myśl o tym, co zrobi im Riddle, kiedy się dowie, że nawalili, robiło mu się gorąco. – Poprosisz ją ładnie, żeby skontaktowała cię z synalkiem, kiedy tylko wróci. Proste.
– Byłem u niej w poniedziałek. Pomyśli, że się jej narzucam.
– Nie, panie! – przerwał mu mężczyzna, który się przysiadł. Jego jasne oczy wręcz promieniowały entuzjazmem, a z jego piegowatej twarzy nie schodził uśmiech. – Kobiety lubią, kiedy się im narzuca. Powinien pan do niej często dzwonić, zawsze przynosić jakieś czekoladki i inne bzdurki, całować w rękę, taki tani bajer.
Nott westchnął z rezygnacją. Jego upatrzona zdobycz na chwilę znikła mu z pola widzenia. Miał nadzieję, że nie odeszła z tamtymi pijaczkami.
– Masz jakiś lepszy pomysł? – spytał Muldbera. Ich towarzysz znowu został zignorowany.
– Niech Wilkes się tym zajmie – odpowiedział, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. – Ma go w końcu teraz pod ręką.
– Nasz przyjaciel, mój drogi, myśli teraz tylko o… – przerwał na chwilę. Obiekt jego obserwacji znów pojawił się za oknem. Był sam. Zaczął modlić się w duchu, żeby tak było jeszcze przez najbliższe parę minut. – … młodej Crouchównie.
Mężczyzna z melonikiem poruszył się niespokojnie. Gdyby nie byli tak zajęci wpatrywaniem się w przeciwną stronę, na pewno zauważyliby, że zaczął się niesamowicie pocić. Ręce mu się trzęsły, gdy sięgał po następnego papierosa.
– Mówicie o Felicii Crouch? – spytał, niby tak bez przyczyny. – Słyszałem, że ktoś ją ubił. Jak się cieszę, że to tylko…
Umilkł, gdy tylko zauważył, że w końcu udało mu się ściągnąć na siebie spojrzenie swoich dziwnych towarzyszy. Nie można powiedzieć, że był z tego zadowolony. Głośno przełknął ślinę i już miał zamiar zacząć się pokrętnie tłumaczyć, gdy Muldber wybawił go z opresji.
– Ej, stary, my znamy jakąś Felicię?
– Nie – Nott odpowiedział mu spokojnie. – Ona ma samych braci.
Orson wydał się zatroskany tym, co usłyszał. Poklepał po ramieniu biedaka, który najwyraźniej stracił kogoś bardzo dla siebie ważnego. Mężczyznę, pod wpływem wielkiej siły łapy Orsona, aż wbiło w krzesło.
– To okropne, tak mordować ludzi, nie? Nikt już nie jest nigdzie bezpieczny – osądził Muldber.
– Straszne – Nott posłał mu kpiący, ale niecierpliwy uśmieszek. – Ale nie mamy teraz na to czasu, wiesz? Wymierzaniem sprawiedliwości niech się zajmie ktoś inny.
– Gdybym znalazł łajdaka, który zabija komuś ukochane, zmiażdżyłbym mu wszystkie kości.
Nie wiedzieć czemu, ich towarzysz z każdym słowem Orsona robił się coraz to bardziej niespokojny. Jakby nie czuł się do końca pocieszony; wręcz przeciwnie – wyglądał tak, jakby spokój ducha miał odzyskać dopiero w następnym wcieleniu i to w sytuacji, gdy zostanie dębem.
– Będę ci do tego bardzo potrzebny? – Vorrenus zaczął nerwowo bębnić palcami o stół. Jeszcze parę sekund takich bezsensownych rozmyślań i dziewczynka mu umknie. Niedoczekanie!
– Daj jej spokój. – Muldber znów sięgnął po piwo. Mężczyzna pozbawiony dotyku jego olbrzymiej ręki westchnął z ulgą. – Iola wszystkiego się domyśli, jeśli wrócę sam. Wścieknie się i w końcu naprawdę cię zostawi.
– Znajdź sobie miejsce w jakimś hoteliku, meldujemy się we własnych domach dopiero jutro o ósmej. Zrozumiano?
Wstał. Było to o tyle dziwne, że zostawił jeszcze sporo piwa, co raczej mu się nie zdarzało. Musiało mu bardzo… zależeć. Bardzo.
Orson kiwnął głową. Co innego miał zrobić? Wydać kumpla? Jasne. Jeszcze tak nisko nie upadł.
– Nie zapomnij złożyć wizyty Gabrielle – Nott rzucił na odchodne.
Wyszedł.
Muldber odwrócił się w kierunku mężczyzny z melonikiem, ale jego też już tam nie było.
***
Idąc znów do posiadłości pani Crouch, zastanawiał się, czy ten dziwak, którego ostatnio spotkali z Vorrenusem istniał naprawdę.
Cały ten cyrk z mini-pożarem, piciem wody w pubie i opowieściami o zmarłych ukochanych wydawał mu się dziwnie nierzeczywisty. Był czarodziejem, przywykł do rzeczy niezwykłych – co musieli o tym myśleć mugole? Czy w ogóle coś zauważyli? Może z Nottem ulegli zbiorowej halucynacji albo, co gorsza, przysnęło mu się przy tym piwie. Wypadki chodzą po ludziach, mężczyźni z melonikiem – nie. Kto to w ogóle widział? Przecież to był dzieciak, miał może ze dwadzieścia lat, pryszczaty jeszcze był, może nawet nie musiał się golić. Takie szczeniaki nie noszą tego typu nakryć głowy. To się kłóci z ich wizerunkiem złej i zbuntowanej młodzieży.
Zresztą, nie powinna go obchodzić jakaś obca dziewczyna. Możliwe, że nawet sam ją kiedyś zabił, kto by pamiętał nazwiska wszystkich tych… Ale nie, to chyba nie on, Crouch zapadłoby mu w pamięć.
– Przejmuję się tylko dlatego, że to mogłaby być, no nie wiem, siostra Ceri – powiedział do siebie. Jakaś para mijających go staruszków rzuciłaby mu gorszące spojrzenie, ale zbyt się bała. – Albo kuzynka. Bzdura. Nott powiedział, że ona ma samych braci. Gdyby ktokolwiek wspomniał o jakiejś Felicii…
Bo przecież nie przyszło mu do głowy, że ta Stokrotka, o której kiedyś tyle paplała, istnieje naprawdę.
***
Gabrielle Crouch siedziała przy biurku, zajęta pisaniem listu. Używała tej samej kwiatowej papeterii, co zwykle, ale tym razem granatowy tusz zastąpiła czarnym. Powód był aż za banalny – innego po prostu nie mogła znaleźć. Nie była jednak tym faktem zbyt zasmucona. Zwykła wymiana korespondencji z jedną z przyjaciółeczek, która wyjechała na kontynent i jest bajecznie szczęśliwa.
Chętnie napisałaby jej, jak wielką darzy ją nienawiścią, ale nie wypadało.
Orson stanął w progu i chrząknął znacząco. Wprawdzie przeszedł już przez kontrolę całego tłumu skrzatów i został zapowiedziany z piętnaście razy, jednak zawsze lepiej było najpierw w miarę subtelnie zasygnalizować swoją obecność.
– Pan znowu tutaj, panie Muldber? – spytała, usłyszawszy jego sygnał. Nie podniosła głowy.
– Również miło mi panią widzieć – odpowiedział. Tym razem nie musiał aż tak się pilnować. Nie chodziło o pieniądze, w każdej innej kwestii Tom bywał łaskawszy. Chyba, ze chodziło o zdradę. A on przecież nigdy…! – Jak się pani dzisiaj czuje?
– Syn mi się gdzieś zagubił.
Uśmiechnął się uprzejmie i odważył nawet na roześmianie się. Delikatne, oczywiście. Tak dla uznania żartu gospodyni.
– Pan Bartemiusz został w domu ojca. – Bardzo cieszył go fakt, że szybko przeszli do właściwego tematu. – Skoro już o nim mowa…
– Co on tam robi? – przerwała mu.
Podniosła głowę. Muldber odniósł wrażenie, że jej wzrok naprawdę zabija, a on właśnie teraz traci ostatnie siły życiowe. Momentalnie zrobiło mu się zimno, serce zwolniło. Próbował sobie przetłumaczyć, że to znów jego chora wyobraźnia. Podziałało, ale tylko odrobinkę.
– Nie wiem. Może się zakochał? – w akcie desperacji również pochwalił się swoim poczuciem humoru.
Tym razem to ona się roześmiała. Nie było w tym jednak ani odrobiny uprzejmości. Suchy, lodowaty, ostry śmiech, jak setki szpilek wbijających się w uszy. Wrażenie, że umiera pogłębiło się – tym razem poczuł w dodatku, że jest zasypywany sześć stóp pod ziemią, jeszcze żywcem.
– Niech pan nie przesadza – stwierdziła w końcu, ale w jej oczach przez moment pojawiło się przerażenie. Gdy tylko zdała sobie z tego sprawę, znów utkwiła wzrok w liście.
– To taki żart, proszę pani, nie chciałem… – urwał. W takim stanie nie miał siły się tłumaczyć. – Ja właściwie w jego sprawie. Bo widzi pani…
– Na nic nie przyda się Tomowi.
Skąd wiedziała? To był kolejny temat do przemyślenia w trakcie przechadzania się ulicami Londynu. Odłożył go więc na później, ale obiecał sobie przedtem, że na pewno do tego wróci. Teraz nie miał czasu, musiał skoncentrować się na tym, żeby nie zejść z tego świata przedwcześnie.
– Dlaczego pani…
– Nie przychodzi pan nigdy we własnej sprawie – odpowiedziała, zanim zdążył zadać pytanie. – Łamigłówka była banalna. Nie wiem tylko, czego dokładnie pan oczekiwał. Bartemiusz jest tylko… urzędnikiem. Nikim ważnym dla spraw tego świata. Nie ma też góry pieniędzy – przerwała na chwilę, żeby zapisać dwa zdania. Droga Niobe! Jest mi niezmiernie miło, otrzymywać Twoje listy. Są dla mnie pociechą w tych smutnych czasach, gdy we własnym domu za jedyne towarzystwo mam skrzaty. Żałosne. – Jeżeli Tom potrzebuje więcej środków na swoje podróże, wystarczy, że poprosi się mnie.
Muldber zdał sobie sprawę, że w ten sposób bardzo delikatnie ucięła tę kwestię. Nie miał jednak zamiaru dać za wygraną. Kolejnej porażki w ciągu tego tygodnia chyba nie przetrzyma.
– A przepowiednia? – wypalił, próbując sobie przypomnieć to, co mówił mu ostatnio Nott. Brzmiało to jak stek bzdur, ale w takiej sytuacji… Nigdy nie zastanawiał się, czego Lord chce od ludzi, z którymi ich kontaktuje, ale widocznie niewiedza czasami jest niewskazana. – O tym, że zostanie…
– Zawsze mówiłam mężowi, że takie małe, niewinne kłamstewko pomoże naszemu synkowi.
Spojrzała na niego po raz drugi. Widział, z jaką rozkoszą przyglądała się jego zdziwieniu i porażce. Jeśli Tom się dowie…! Zabije ich, zabije, nie ma wątpliwości, Gabrielle też, co robić?, czemu akurat oni?
– Coś jeszcze, panie Muldber?
Te oczy naprawdę sprowadzały śmierć.

Część Dziesiąta. Uśmiech sarenek i płatki śniadaniowe.

Na jego twarzy malowało się zaskoczenie.
Nie, nie takie zwykłe zaskoczenie. To było coś więcej. Kolejny etap zaskoczeniowej rewolucji. Zaskoczenie nad zaskoczeniami. Królewskie zaskoczenie zarezerwowane dla króla. Zaskoczenie będące zaskoczeniem w całej swojej zaskoczonej istocie. Esencja zaskoczenia. Zaskoczenie bez skazy. Zaskoczenie czyste do bólu.
Właściwie to nie miał prawa patrzeć na nią w ten sposób. To on był przyczyną tego całego zamieszania. Wyłamał się ze schematu, pojawił nie tam, gdzie powinien, zamienił swoje zwykłe położenie. To widok Wilkesa w salonie Crouchów powinien dziwić Ceri, a nie widok Ceri w salonie Crouchów – Wilkesa. Nic nie mógł jednak poradzić w obliczu tak potężnego zaskoczenia – tak to już bywa, gdy sam Los i Przypadek nie wiedzą, co tak naprawdę się dzieje. Umysły ich obydwojga – zarówno Crouchówny, jak i jej narzeczonego – nie potrafiły dostosować się do zaistniałej sytuacji i rozpaczliwie wręcz próbowały wmówić samym sobie, że to wszystko jest snem.
Palce Bartemiusza zaciśnięte na jej drobnych ramionach były na to jednak zbyt materialne.
– Księżniczko, ja… – Marcus zaczął nieporadnie, zapominając o Gerardzie, który właśnie zwijał się z bólu, siedząc na kanapie za jego plecami. – To, co widzisz… To nie tak jak…
Gdyby ktoś znał Ceri dość dobrze – a paręnaście dni temu z tego świata znikła ostatnia osoba spełniająca ten warunek – wiedziałby, że dla jej umysłu nie ma rzeczy niemożliwych. Chcieć to móc w praktyce.
– Pokłóciliście się? – W jej głosie nie było ani odrobiny urazy, brzmiał równie pogodnie i słodko, co zwykle. – Zawsze ci mówiłam, że powinieneś lepiej panować nad nerwami.
– To nic wielkiego – ofiarnie dorzucił swoje trzy grosze zapomniany Gerard. Nie, nie chciał za wszelką cenę przypomnieć o swoim istnieniu. Po prostu uznał, że Ceri nie należy denerwować jeszcze bardziej. – Sam go poprosiłem, żeby mnie trochę puknął.
– Ból jako droga do zbawienia – poparł go Orson. Już nie zajmował zaszczytnego miejsca na kanapie, lecz, choć był sporym człowiekiem, do tej pory mogła go przeoczyć. – Czasem jak człowiek porządnie nie oberwie, zupełnie traci kontakt z rzeczywistością. Kuzynka Notta… Jak ona miała? – zwrócił się do Vorrenusa, którego wciąż musiał przytrzymywać. – Wiesz, ta blondyna z małymi…
– Zwracasz w ogóle uwagę na te sprawy? – Jego kolega wydawał się być zaskoczony.
– … kotkami na sprzedaż – dokończył, wyraźnie zniesmaczony.
– Chodzi ci o Branwen?
– Może – odparł. – W każdym bądź razie, pamiętasz, Wilkes?, ona zawsze chodziła cała poraniona. Powtarzała, że jeśli nie zaczaruje swojego noża, żeby za nią latał i od czasu do czasu gdzieś dziabnął, traci sens życia.
W czasie, kiedy Muldber i Nott dręczyli obecnych opowieściami o nieistniejących kobietach – żeby tylko zmienić temat, żeby tylko zmienić temat! – Ceri również nie próżnowała. Powoli odzyskiwała równowagę, powtarzane to tylko sen naprawdę przynosiło efekty. Na jej twarzy pojawił się pełen entuzjazmu uśmiech. Wyrwała się oszołomionemu Bartemiuszowi, poprawiła swoją różową czapeczkę i…
Cóż, parę sekund później rzuciła się na szyję swojemu ukochanemu.
Zaskoczenie musiało zwolnić miejsce dla ulgi, więc z ciała Wilkesa przeniosła się do nowego żywiciela. Nie trudno się domyśleć, że został nim Crouch Junior.
***
Żeby nie paść ofiarą mylnego przekonania pod tytułem Ceri jest bezduszna bądź też nie zostać następnym gospodarzem zaskoczenia, musimy spojrzeć na tę sytuację z jej, dość niskiego, punktu widzenia.
Co widziała?
Przede wszystkim znajdowała się w swoim ulubionym, bo jedynym, salonie. Stała na sosnowej podłodze, ściany oślepiały bielą, a ogień w kominku tymczasowo zawiesił swoją egzystencję, czego powodem był nieznośny upał. Naprzeciwko niej powieszono kiedyś pejzaż pędzla jakiegoś znanego mugola, powiększony przynajmniej trzykrotnie. Z obrazu uśmiechały się do niej sarenki, a w uszach zdawał się jej dzwonić śpiew malutkich ptaszków, siedzących na gałęziach. Gdzieś poza drewnianymi ramami rozpościerał się prawdziwy świat, lecz był on równie idylliczny. Na malutkim stoliczku do herbaty stał dzbanuszek – z kawą, oczywiście – a także cztery filiżanki i talerzyk z ciasteczkami czekoladowymi. Wszystko to było przygotowane dla przyjęcia gości, którzy to z kolei zasiedli w przyjacielskich nastrojach na wielkiej kanapie w zielone łaty. Pozostałe meble były nieistotne. Bo kiedy tylko zauważyła Wilkesa przyjacielsko poklepującego jej brata po policzku…!
Zrobiła krok do przodu; pod stopami poczuła puchaty, szmaragdowy dywan. Miała ochotę zostać w tym miejscu, ale ukochany zdawał się wypowiadać jej imię, wzywał ją! Momentalnie stała się najważniejszą osobą, ściany, podłoga, dywan, obraz, ptaszki, sarenki – jakie sarenki? – stoliczek, filiżanki, dzbanuszek, goście, wszystko znikło. Świat, który się zapadł, pochłonął również orzechowy kolor jej włosów, a oczom podarował czekoladowy brąz.
Nie pozostało jej nic innego, jak rzucić mu się na szyję i dać porwać temu, co zostało z wykreowanej przez nią rzeczywistości.
Słyszała, że ktoś coś mówi, ale w tej chwili przestało to być istotne. Chciała tylko sekundki, dwóch, dla siebie – nic więcej! – bo jej Książę do niej przyjechał. Do niej! Tylko do niej! W dodatku pogodził się z jej bratem, przyprowadził ze sobą kolegów i…
***
Odsunął ją od siebie delikatnie, wciąż niepewny, czy ma prawo robić coś wbrew jej woli. Nie zareagowała; nic nie wytrąciło jej z transu, w który wpadła, a o którego istnieniu nikt nie miał pojęcia.
– Marcusie, przyprowadziłeś ze sobą Orsona! – krzyknęła, zauważając Muldbera. Nott chrząknął znacząco. Zareagowała na to, oczywiście, ale tak naprawdę dokończenie tej wypowiedzi od początku miała w planie. – I Vorrenusa! Swoją drogą, Iola wie, że lubicie się tak publicznie przytulać?
Odskoczyli od siebie niemal natychmiast. Chociaż, w sumie, zrobili to dopiero po tym, jak Wilkes posłał im błagalne spojrzenie. Jego reakcja po prostu była niewyobrażalnie szybka.
Orson nawet się zarumienił. To trochę dziwne u mężczyzny, który nigdy nie okazywał żadnych głębszych uczuć i nie nadawał się na aktora, ale jeśli chodziło o tego typu insynuacje, takie objawy były u niego normalne. Wstydził się wtedy za siebie, że daje ludziom w ogóle podstawy do takich podejrzeń. On nigdy…! Nott może i miał ochotę perfidnie wykorzystać ten rumieniec, ale tamto spojrzenie wciąż go powstrzymywało.
– Co was tu sprowadza? – spytała. – Przyjechaliście odwiedzić Stokrotkę? Obawiam się, że teraz jej tu nie ma, ale jeśli wrócicie za parę dni…
– Przyjechałem cię stąd zabrać – Wilkes przerwał jej, podchwytując nowy temat rozmowy. Zmiana sytuacji bardzo mu odpowiadała. Gerardowi chyba też, bo nawet jęczał trochę dyskretniej. – Tak, jak prosiłaś, księżniczko.
– Zabrać? – dziwnie głucho powtórzył Bartemiusz, stojący gdzieś na uboczu rozgrywanej sceny. Do tej pory zadowolił się obserwowaniem, ale skoro jest mowa o odbieraniu mu dopiero odzyskanej siostry… – Dokąd?
Marcus przeniósł na niego swoje spojrzenie. Już nie wyglądał na zdziwionego, na człowieka, którego ogarnęło uczucie ulgi też nie; na jego twarzy znów pojawił się kpiący uśmieszek. Z kolei młody Crouch…
– Do… – zaczął Wilkes.
– Bartemiuszu! Ja ci nie mówiłam? Mówiłam, na pewno mówiłam, bo wiesz… – Nie dane mu było dokończyć. Ceri wkroczyła do akcji, uwieszona tym razem na ramieniu swojego narzeczonego. – Marcusie, to jest właśnie mój nowy brat.
Z kolei młody Crouch wyglądał zupełnie inaczej niż się czuł. Na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie opanowanego i stuprocentowo obojętnego. Na jego twarzy, poza trzydniowym zarostem, nie wyróżniało się nic. Zachowywał się jak zwykle, jego oczy były równie bezwyrazowe, co wczoraj, przedwczoraj, zawsze. Nie ustalił daty, która zapoczątkowała nigdy się nie kończącą epokę jego oschłości, więc przyjmijmy, że taki był od urodzenia. Za to w środku…
Uczucie, które go ogarnęło można porównać z zapadnięciem się świata, niebem przełamanym na pół, słoniem, który demoluje ukochany ogródek czy brakiem płatków śniadaniowych, na które ma się największą ochotę. Do wyboru, do koloru. To nic przyjemnego, taki płatkowy głód na przykład. O to też pewnie wybuchały wojny. Wstawał sobie rano taki generał, zaglądał do szafki i… Można się zdenerwować równie mocno co wtedy, gdy życie rozsypuje się na miliard kawałeczków, nie mając ku temu żadnego porządnego powodu.
– Bartemiusz Crouch, Ministerstwo Magii – wyrzucił z siebie swoją standardową formułkę. – A panowie…?
Orson nagle zdał sobie sprawę z tego, że przed sobą ma tylko powietrze. Jego przyjaciel bowiem szedł właśnie z wyciągniętą ręką w kierunku ‘przyszłego pana ministra’.
– Vorrenus Nott – Na jego paskudnej twarzy pojawił się jeszcze bardziej obrzydliwy grymas, który zapewne miał być uśmiechem. – Bardzo miło mi poznać.
Jego ręka została zignorowana; w takim wypadku nie pozostało mu nic innego jak schować ją do kieszeni czarnych spodni i udawać, że wcale jej nie wyciągnął.
– Orson Muldber. – Następny w kolejce. On z kolei nie podszedł i nie uśmiechnął się. Zajął zaszczytne miejsce na kanapie, zupełnie ignorując protesty Gerarda, który w trakcie tej wypowiedzi właśnie podnosił się i dyskretnie opuszczał pomieszczenie. O ile można być dyskretnym w takim stanie, oczywiście. – Może matka panu o mnie wspominała. Mieliśmy ostatnio okazję się poznać.
– Nie przypominam sobie – odpowiedział zdawkowo, mając nadzieję, że ten cyrk szybko się skończy.
– W takim wypadku zapewne pamięta nas pan z Hogwartu. Był pan prefektem Ravenclawu, nie mam racji? Nott, ty tego nie pamiętasz, Crouch był na jednym roku z Gerardzikiem, ale jakoś nigdy nie miałem okazji…
– Siostra Lestrange’ów go nie chciała – zauważył Marcus, z którego pamięcią nie było jeszcze aż tak źle. – Pamiętamy, Muldber, daruj sobie opowieści z dzieciństwa.
– W szczególności, że miałem wtedy czternaście lat i byłem tylko głupim gówniarzem. – Bartemiusz zawsze szczędził sobie ostrych słów, ale łudził się jeszcze, że w ten sposób jakoś to utnie. Nie chciał, żeby Ceri wysłuchiwała historyjek o tym, że kiedyś uganiał się za Ślizgonką, która po całym roku zalotów dała mu brutalnego kosza. – Pan, panie Wilkes nie musi się przedstawiać. Zanim zostałem prefektem, dostałem od pana z piętnaście szlabanów. – Do dziś nie wiedział za co. Prawdopodobnie Rebeca maczała w tym swoje śliczne paluszki. – Mógłbym się może tylko dowiedzieć, o co…
– Braciszku, nie chwaliłeś się, że znasz mojego narzeczonego!
Wyczucie sytuacji Ceri zawsze pozostawiało wiele do życzenia.
O ile wcześniejszy stan Bartemiusza można było porównać z głodem płatkowym, o tyle teraz był on o wiele poważniejszy. Wyobraźmy sobie poprzednią sytuację. Generał wstaje rano i widzi, że jedna z szafek w jego kuchni jest pusta. Jeśli jest to dość spokojny człowiek – wierzmy w cuda – wyśle tylko żonę do sklepu. Co jednak jeśli przyjdzie teraz do niego jego największy wróg, zajadający się płatkami, na które miał ochotę?
– Widocznie nie ma się czym chwalić – skromnie zauważył Wilkes. – Zaprosiłaś go na nasz ślub?
Wróg jak wróg. Gdyby jego własna żona zjadła ostatnie opakowanie…?
– Właśnie! Bartemiuszku, prawda, że masz wolny następny weekend?
Jego syn?! Krew z krwi, kość z kości, et tu, Brutus, contra me?
Wojna Światowa gwarantowana. O ile nie gorzej. Gdyby ten generał był na przykład w posiadaniu bomby atomowej… Wystrzeliłby ją w Rosję, potem zabiłby całą swoją rodzinę, a na końcu honorowo powiesiłby się na żyrandolu, przepisując w testamencie cały swój majątek na psa sąsiadki.
Dobrze, że żaden z Crouchów nigdy nie był mugolskim generałem.
To wrażenie, że ktoś właśnie zwinął mu Ceri sprzed nosa potęgowało się z każdą chwilą. Mało brakowało, a pękłby od niego. Nieznośne uczucie, brak płatków śniadaniowych, których nie da się zastąpić niczym innym. Bo niby gdzie sprzedają…?
– Prawdę mówiąc, nie mam wolnego nawet tego weekendu – odpowiedział. – Tego tygodnia też nie. Odprowadziłem cię, przywitałem się ze wszystkimi i teraz powinienem… – Zrobił znaczący krok do tyłu. Ręką wskazał drzwi. Uśmiechnął się przepraszająco. Odwrót! – Zdecydowanie muszę już iść. Trzymaj się, Ceri.
***
– Też go nie lubię – pocieszyłby go Gerard.
Nie miał jednak ku temu okazji. Po pierwsze, wyraźnie za sobą nie przepadali. Po drugie, obydwaj byli teraz w stanie wykluczającym jakąkolwiek komunikację międzyludzką poza siłową.
– Wypatroszę go. Powieszę za jego flaki. Wyrwę serce. – Takie wizje przedstawiłby mu Bartemiusz. Bardzo rozentuzjazmowany, trzeba dodać. – Avada to za mało. Torturowałbym pięć lat, zanim łaskawie…
– Pozwoliłbyś mu w ogóle zdechnąć?
– Nie.
Czy pan nie jest przypadkiem zazdrosny, panie Crouch?

Część Dziewiąta. Księżniczko.

To były szalone trzy dni.
Czego oni w tym czasie nie robili! Zwiedzili chyba pół Anglii – chwała niech będzie teleportacji – ze szczególnym uwzględnieniem wszelkiego rodzaju barów. Bartemiusz nigdy nie był człowiekiem rozrywkowym, więc przez cały czas przechodził samego siebie. Nawet z jego ostatnimi skłonnościami do przesady z alkoholem, bił swoje rekordy piw i innych trunków na głowę.
Ceri tłumaczyła to sobie jako poszukiwanie Stokrotki. Niby gdzie indziej jej siostra spędzała tyle czasu, jak nie w barach? Nikt tak jak ona nie znał się na wszelkiego rodzaju mugolskich używkach. Nikt! Felicia zawsze wmawiała sobie, że malutka Crouchówna nic nie wie, ale było to potworne kłamstwo. Ceri zdawała sobie sprawę z każdego jej wypitego piwa, z każdego wypalonego papierosa.
Bartemiusz w ogóle sobie tego nie tłumaczył. Po co? Raz w życiu każdy może zrobić coś głupiego. Nigdy wcześniej nie urwał się z pracy, ale kiedyś musi być ten pierwszy raz. Zakazany owoc kusi, bo jest zakazany. Gdyby mu było wolno, w życiu nie wybrałby się na taką wycieczkę.
Nie zdawali sobie sprawy z tego, że ktoś może się martwić.
Byli dorośli, nie?
***
O tym, co się działo, wiedziała tylko jedna osoba – Hallie.
Zaraz po pogrzebie zjawili się w jego biurze. Bartemiusz uważał, że nawet szaleć i łamać zasady musi z wiedzą i akceptacją szefa. Ceri, chcąc czy nie chcąc, musiała ulec takiej argumentacji. Zostawił ją w pobliskiej – całkiem sympatycznej zresztą – knajpce i poszedł załatwić sobie króciutki urlop.
Harriett siedziała za swoim biurkiem, pogrążona w papierkowej robocie. Rozkoszny widok. Trzydziestosześcioletnia kobiecina w szarej sukience i czarnych pantofelkach pracowicie wypełniająca rubryczki za pomocą pióra z karminowym atramentem. Żeby włosy nie opadały jej na oczy, związała je w kok – żadne kosmyki nie były na tyle niesforne, by go opuścić, choć podobno rude to wredne. Gdy podniosła głowę, mogliśmy zauważyć, jaka jest śliczna – począwszy już od wielkich, szmaragdowych oczu otoczonych niesamowicie długimi rzęsami, a kończąc na kształtnych ustach.
Ideał. Piękna, pracowita i milutka.
– Witaj, Barty – powiedziała, uśmiechając się promiennie. – Wróciłeś tak szybko? Myślałam, że będziesz dopiero jutro.
Gdyby Bartemiusz nie był tak zaślepiony uwielbieniem do swojej koleżanki, wyczułby fałszywą nutę w jej przesłodzonym głosie.
– Przyszedłem prosić o dodatkowe parę dni urlopu – stwierdził, choć im dłużej tu przebywał, tym mniej był przekonany do tego pomysłu. – Wiesz, żeby się trochę wyrwać z tego miasta i…
– Nigdy nie miałeś takich potrzeb.
Cóż, było w tym dużo prawdy. Taki wzorowy pracownik jak on przychodził do Ministerstwa nawet w niedzielę. Co innego miał do roboty? W domu siedział sam – w imię idei, że inni ludzie nie są mu potrzebni do szczęścia – nie chodził na spacery, na sam dźwięk słów rozerwać się dostawał drgawek.
– Załatwisz to dla mnie?
Nigdy też nie ignorował jej uwag.
– Jasne – odpowiedziała, lecz gdzieś znikł jej uśmiech i ton ociekający słodyczą.
Kiwnął głową. Wyglądał na zadowolonego z takiego obrotu sprawy. Już miał zawrócić i odejść bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia, gdy usłyszał:
– Co ta miłość robi z rozsądnymi ludźmi!
***
Paręnaście miesięcy później, gdy Bartemiusz stanął w końcu na ślubnym kobiercu, na jego weselu pojawiła się Hallie.
Wtulona w rękaw swojego męża i jedynego ojca dwójki jej dzieci, przeklinała kobietę, która śmiała zwinąć jej sprzed nosa miłość jej życia.
***
W ciągu tych trzech dni dużo myślał o tym, czy Harriett miała rację. W końcu uznał to za skończoną bzdurę i przestał zajmować się tym tematem. Że niby co? Zakochał się we własnej siostrze?
Powodów do kolejnych refleksji dostarczył mu drugi ich wspólnie spędzony wieczór. Było już całkowicie ciemno, ale też zimno i mokro, więc nie było mowy o żadnym romantycznym nastroju. Ceri leżała na trawie – wykupili sobie miejsce na mugolskim polu namiotowym, nie posiadając owego – a Barty zadowolił się siedzeniem i wpatrywaniem się w to, jak usypia. Byli kompletnie pijani; to cud, że w ogóle nie stracili jeszcze przytomności.
– Bartemiusz… – powtarzała to mniej więcej, co pięć minut, więc przestał jej odpowiadać. Tym razem jednak postanowiła kontynuować: – Pamiętasz, jak ojciec nas sobie przedstawił?
– Trudno to zapomnieć – odpowiedział.
Parsknęła śmiechem. Nie było w tym nic dziwnego – w takim stanie robiła to częściej niż wypowiadała jego imię.
– Czemu mnie wtedy pocałowałeś?
Bo chciałem pojawiło się gdzieś tam w jego głowie, ale szybko z tego zrezygnował. Dlaczego…? Skąd miał to niby teraz wiedzieć?
– Podchwyciłem żart ojca – resztki jego świadomości dorwały się do głosu.
– No ale czemu?
Westchnął. To następowało jeszcze częściej niż jej parsknięcia śmiechem.
– Uważałem, że to zabawne.
– Czemu?
Poddawanie się nie było aż tak częste, ale i tak bił w tym swoje rekordy.
– Jesteś moją siostrą.
Na chwilę zapadła cisza. W końcu jednak musiało nastąpić parsknięcie śmiechem, Bartemiusz, westchnięcie. Koniecznie w tej kolejności.
– Siostry źle całują? – zaryzykowała kolejne pytanie.
– Siostry w ogóle nie powinny całować – stwierdził fachowo. Tak, miał już dość, w szczególności, że po chwili…
– Czemu?
– Bo są siostrami.
Kolejne westchnięcie. Nie był w stanie sformułować żadnego porządnego argumentu, a co dopiero kłócić się z nią o jakieś bzdury, które w ogóle ich nie dotyczą. Prawda?
– Pocałuj mnie jeszcze raz.
Wytrzeźwiał momentalnie. Tylu ludzi próbuje wynaleźć lekarstwo na nadmiar alkoholu we krwi, a nie zdają sobie oni sprawy z tego, że wystarczy tak niewiele – strach. Choć może to dużo, sprawić, żeby ktoś zaczął się trząść.
– Ceri, daj spokój – próbował odezwać się w miarę normalnie, ale głos też mu drżał. Raczej nie z przerażenia, choć pewnie też na pe. – Nie jestem jeszcze tak schlany, żeby nie pamiętać o tym, kim dla siebie jesteśmy.
– Ja widocznie jestem.
Wydawała się kompletnie niewzruszona jego odmową.
– Znajdź sobie chłopa, siostrzyczko.
Jej umysł momentalnie zamienił siostrzyczko na księżniczko. Miała zamiar mu powiedzieć, żeby nie nazywał jej tak jak Wilkes, skoro jej nie chce, ale najpierw musiała się pochwalić.
– Już znalazłam!
Jeśli przed chwilą był przerażony, co poczuł teraz? Nie zrozumiał jej tak, jak powinien. Miał w sobie tyle czelności, żeby pomyśleć… Zamienił Wilkesa – trzeba mu wybaczyć, o tym nikt mu nie powiedział! – na siebie i wyszło mu to, co wyszło.
– Nie, siostrzyczko. – Księżniczko. – Nie znalazłaś.
Parsknięcie śmiechem zastąpił jęk zawodu, a on tylko utwierdził się w swoich przypuszczeniach.
– A mój ślub?
Westchnięcie było na swoim miejscu.
– Żadnego ślubu nie będzie – odpowiedział z przekonaniem. – Odwołany. Definitywnie.
– To tym bardziej powinieneś mnie pocieszyć.
Powinien? Może i powinien, ale nie w taki sposób. Co do tego był absolutnie pewny. Prędzej da się zabić, niż tknie członkinię własnej rodziny.
– To nie była partia dla ciebie.
Już miała mu powiedzieć, żeby nie był tak niesprawiedliwy wobec Wilkesa, bo przecież ten się stara!, ale nie zostawił jej nawet sekundki na przemyślenie tej wypowiedzi. Wyrwało jej się tylko jakieś ale, na resztę nie starczyło i czasu, i sił.
– Śpij już lepiej, siostrzyczko.
Księżniczko.
***
– Kocham cię, Bartemiuszku – stwierdziła rano, obdarzając go całkiem sympatycznym buziakiem w policzek i wieszając mu się na szyi.
– Tak?
Spojrzał na nią z udawanym powątpieniem. Miał nadzieję, że do rana jej przejdzie, a tu proszę…!
– Nie wiem jak ci dziękować za to, że wysłałeś mnie wczoraj spać.
Świat bywa jednak sprawiedliwy.
Wzruszył ramionami.
– Nie ma za co.
Nie skakał pod niebo z radości, choć przecież powinien. Nie było mu nawet odrobinę wesoło. Przyjął jej podziękowania z chłodną obojętnością.
Tylko przez chwilę czuł to dziwnie bolesne ukłucie zawodu.
***
Po trzech dniach nieobecności wrócili do domu ich ojca.
Pogoda dopisywała – prawdę mówiąc, mogliby powłóczyć się jeszcze trochę. Coś jednak ciągnęło ich z powrotem. Coś, co Ceri nazywała poczuciem obowiązku, a czego nie chciała wytłumaczyć nic nie rozumiejącemu Bartemiuszowi. Przekroczyli próg gdzieś w okolicach godziny szesnastej, a oczy dziewczyny powoli robiły się coraz to bardziej czekoladowe.
Początkowo miała zamiar krzyknąć radośnie Wróciłam!, ale brat jej zabronił. Powiedział, że nie podoba mu się cisza panująca w domu i lepiej się najpierw rozejrzeć. Tak trafili do salonu, gdzie…
Jej Wilkes, jej Książę z Bajki, jej ukochany, jej narzeczony pochylał się nad jej Gerardem, jej braciszkiem, jej ulubieńcem w mało przyjazny sposób.
Chciała do niego podbiec, odciągnąć go jak najszybciej, żeby nie doszło do nieszczęścia – jej umysł nie rejestrował faktów przemawiających przeciwko żadnemu z mężczyzn, żadnych ran czy wymiocin nie stwierdzono – lecz Bartemiusz ją przytrzymał. Paskudny! Rozdzieliłaby ich i byłoby po sprawie, a tymczasem…
– Ceri!
Pięść Wilkesa zetknęła się z nosem Gerarda, co zakończyło się piskiem Ceri – tego jej umysł pominąć jeszcze nie potrafił, ale na pewno w końcu mu się to uda – i jej głośnym pytaniem:
– Marcusie, czemu bijesz mojego brata?

Część Ósma. Ten dziwak Riddle.

To były okropne trzy dni.
Ceri nie wracała. Nikt nie wiedział, co się z nią dzieje. Bartemiusz Crouch Senior mniej więcej pięć razy dziennie odbierał wiadomości od zaniepokojonego Wilkesa. Rozpoczęto poszukiwania, ale nikt niczego nie znalazł.
Selma oświadczyła Gerardowi, że nie wpuści go do domu, dopóki nie rozwiąże sprawy z zaginięciem obydwu sióstr, co mogło oznaczać – nigdy. Nie było mu żal; trochę zaczynało mu brakować dzieci, ale mieszkanie z ojcem nie było kłopotliwe. Wystarczyło się nawzajem ignorować. Nic prostszego, jeśli robiło się to całe życie.
Jakby tego było mało, dzień po pogrzebie jeszcze raz pojawiła się tu Gabrielle. Bartemiusza Croucha Juniora też nigdzie nie było. W Ministerstwie powiedziano jej, że wziął tygodniowy urlop – choć prawdę mówiąc miał tyle zaległych dni wolnych, że mógłby spokojnie przez rok nie chodzić do pracy. Liczyła, że może znajdzie syna tutaj, z ojcem, ale odesłano ją z kwitkiem.
Co tak poza tym działo się tu przez te okropne trzy dni? Nic specjalnego. Żyli tak jak wcześniej; poszukiwania jednej dziewczyny zastąpiono poszukiwaniami drugiej. Można powiedzieć – standard.
Smutne, ale prawdziwe.
***
To bardzo niekulturalne – witać kogoś przez próg. Nikt jednak nigdy nie mówił,, że Gerard jest dobrze wychowany. Otworzył te drzwi, to prawda, ale nie miał zamiaru gościa wpuszczać do środka.
Naprzeciwko niego stał Wilkes z obstawą.
Dawno się nie widzieli. Spotkali się parę razy w szkole – taka szycha jak jego przyszły szwagier nie zajmowała się małymi Ślizgoniątkami – ale nie były to miłe pogawędki przy kawie. Wiązały się one z oskarżeniami o zdradę krwi, które zaczęły się pojawiać, już gdy miał jakieś trzynaście, czternaście lat. W piątej klasie, na parę dni przed pierwszym egzaminem Gerarda, starszy o dwa lata pan Prefekt Naczelny poprzestawiał mu w prawej ręce wszystkie kości, a potem bezceremonialnie wyrzucił go z okna sali od transmutacji. Na szczęście niebawem potem Wilkes opuścił zacne mury Hogwartu i młody Tinkinswood-Crouch mógł sobie trochę odetchnąć. Nie na długo zresztą; gdy tylko Ceri podrosła, zaczęła się oglądać za znacznie starszym od siebie kolegą kolegi kuzynki drugiego stopnia córki ciotki jej współlokatorki Lucilli. Na szczęście szybko zrozumiała, że wybranek jej serca nie jest mile widziany przez całą rodzinę i zaczęła się z nim spotykać u niego, ale… Pierwsze dwa miesiące były ciężkie.
Gerard zaś nie miał nadziei na poprawę ich stosunków nawet po tym, jak ten zwyrodnialec zabierze mu siostrę, a co dopiero przed!
– Tak? – spytał, nie ukrywając niechęci.
Wilkes uśmiechnął się kpiąco. Czyli jednak miał rację – tacy ludzie nie zmieniają się nawet, gdy włażą z brudnymi buciorami do twojej rodziny.
– Przyszedłem odwiedzić moją księżniczkę – stwierdził. – Muldber, Nott, ładnie poproście Tinkinswooda, żeby nas przepuścił.
Dwoje mężczyzn za jego plecami poruszyło się niespokojnie. Starszy z nich, Vorrenus, zrobił nawet krok do przodu, jednak przed jakąkolwiek inną reakcją zatrzymała go wielka, brązowa łapa Orsona. Żadnej przemocy. Chłopak jeszcze nic nie zrobił.
– Nawet do ukochanej przychodzisz z obstawą? – Ludzie nie uczą się na błędach. Gerard nadal nie umiał się odpowiednio ukorzyć przed ważniejszymi od niego ludźmi. – No, no, Wilkes, aż tak boisz się malutkiej Ceri?
– Zamknij się – warknął, a jego koledzy dzielnie mu zawtórowali.
– Trzeba było zabrać ze sobą tego dziwaka Riddle’a. To byłaby przynajmniej kategoria wagowa mojej siostrzyczki. Powaliłaby go jednym ciosem pięści. Ale ci! Na taką masę potrzeba…
Nie zdążył dokończyć.
Świat nagle zrobił się dziwnie czarny i Gerard Tinkinswood-Crouch wpadł niezbyt ufnie w jego ramiona.
***
– Trochę racji miał, Nott, mógłbyś zrzucić te piętnaście kilogramów. – Orson rozsiadł się wygodnie na kanapie w salonie. Jego głównym zajęciem było ciągniecie za nos nieprzytomnego Gerarda. – Nie zaszkodziłoby ci to, a Ioli bardzo by się spodobało.
– Popierasz tego kretyna? – Vorrenus z kolei dźgał chłopaka w brzuch, od czasu do czasu zadając mu nożem jakieś płyciutkie ranki. – Że co, że niby ja mam brzuszek? – Czasami ranki te wcale nie były takie płyciutkie.
– Brzuchol raczej – poprawił go uprzejmy kolega.
– Niedźwiedź się odezwał. Olbrzymi niedźwiedź. Jak to jest być większym od wszystkich ludzi tego świata?
– To mięśnie. Ty jesteś po prostu tłusty.
Nóż Notta niespodziewanie wbił się w brzuch Gerarda…
– Dość!
… by po chwili wylądować w ręce wściekłego Wilkesa.
– Dobrze się czujecie? – Wszelkie ślady działalności Vorrenusa wyparowały. Chociaż nie, jedną rankę mu zostawił. Tak na pamiątkę. – Zabijecie go!
Ręka Orsona powędrowała z powrotem do jego kieszeni. Nos Gerarda odzyskał wolność.
– Po tym, co powiedział o Lordzie… – Muldber zaczął nieśmiało.
– I o moim brzuchu! – przerwał mu Nott, szczerze dotknięty postawą przyjaciela. – Dobra, ogłuszyłeś go, ale chyba nie masz zamiaru tego tak zostawić? Tom się wścieknie.
– Nie poświęcaj przyjaciół dla jakiejś małolaty. – Orson jednak go poparł. – Ceri zrozumie, jak go ulepszymy. Tak odrobinkę, naprawdę, to nie będzie nic wielkiego! Bez pewnych części ciała też da się żyć.
– Muldber, to, że ty w życiu nie miałeś żadnej kobiety nie znaczy, że wszyscy mają aż tak ograniczone potrzeby. A jak Gerardzik jednak jest normalny i bez takich uciech ani rusz?
– Jego problem.
Spory brzuch Notta zatrząsł się od śmiechu. Po chwili dołączył do niego ten należący do Orsona. Wilkes zachował stuprocentową powagę.
– Niech najpierw się obudzi i powie, gdzie znowu wcięło jego siostrzyczkę – stwierdził, obserwując rozbawionych przyjaciół.
– Nie ma jej tu? – Muldberowi udało się na chwilę opanować. – Przyjechaliśmy na marne?
– Daliśmy się dla niej zmieszać z błotem! Przyjęliśmy dzielnie wszystkie jego złośliwości! – Vorrenus też jakoś sobie radził. – Powstrzymaliśmy się nawet przed pozbawieniem go jego domniemanej męskości, a ty nam mówisz, że…
– Chcieliście poznać przyszłego Ministra Magii i zdobyć jego przychylność tak, jak radził wam Tom – przerwał mu. – Moja księżniczka była tylko pretekstem do wizyty w tym domu wariatów.
– No co ty! Wierzysz w te brednie, jakoby istniała jakaś przepowiednia dotycząca młodego Croucha? – Nott był oburzony.
– Opowiadałeś mi o niej wczoraj cały wieczór.
– Opowiadałem? – Ze zdziwieniem spoglądał to na Wilkesa, to na Muldbera.
– Opowiadałeś – Orson udzielił mu odpowiedzi. – Tak pomiędzy użalaniem się nad tym, że Iola znowu nie chciała cię wpuścić do sypialni, a kolejnymi kieliszkami.
– Nie powinno się brać za pewnik wszystkich słów kompletnie schlanych ludzi.
Mądrość życiowa Vorrenusa została całkowicie zignorowana przez obydwu jego towarzyszy. Nie pozostało mu nic innego jak siedzieć na tej kanapie i wpatrywać się w Gerarda z naburmuszoną miną.
***
– Co teraz zrobimy, hę? – Nott złamał się po półgodzinnym milczeniu. – Wracamy do mnie? Iola zrobi nam obiad.
– Ocuciłbyś go lepiej. – Wilkesowi nie spodobała się ta propozycja.
– Pewnie go zabiłeś. Nie ma na co czekać i…
– Przymknij się.
– No co? Chłopak ledwo oddycha. Zawsze sądziłem, że z tego Tinkinswooda jest ciota, a nie człowiek. Żeby Drętwota aż tak kogokolwiek…
– Muldber, przylej mu.
Ręka Orsona po raz drugi tego dnia przypomniała Nottowi, gdzie jego miejsce.
***
Pierwszym, co zobaczył, kiedy się ocknął, były małe, kocie oczy wpatrujące się w niego aż nazbyt nachalnie. Towarzyszyła im obrzydliwa, owalna twarz, na której sam widok człowiekowi mogło zrobić się niedobrze. W dodatku ten nos…! W życiu nie widział większego, choć to może sprawka tego, że był on zdecydowanie za blisko. Następnym bodźcem był zapach wydobywający się z ust tego czegoś, co właśnie oglądał – zapach rodem z piekła, bo podobno nigdzie nie ma gorszego. Potem dotyk, paluchy wbijające mu się w szczękę.
Krótki dźwięk:
– Wilkes, zobacz, nasze maleństwo się…
Aż w końcu doszło do smaku wymiocin, gdy zginał się w pół i przekonywał, że naprawdę żyje.
– Upaprał mnie!
– Trzeba było mnie słuchać i zostawić go w spokoju. – Wilkes zachował resztki spokoju. – Od czego masz różdżkę, bałwanie?
– Nie wiem, jak Iola mogła wyjść za takiego… – wydał swój osąd Orson.
– Spytaj o to jej rodziców. Nawet mały Constantine ma więcej rozumku niż jego tatuś.
Gerard w tym czasie był gdzieś poza światem, w którym toczyła się ta dyskusja. Nie docierało do niego to, że Nott był na niego wściekły i właśnie próbował go kopnąć, co Muldber skutecznie mu uniemożliwiał. Próbował nie myśleć o tym, że z niewiadomych przyczyn cierpi wprost niewyobrażalnie i z całych sił przyciąga go do rzeczywistości. Próbował trzymać się ciemności, w której tkwił jeszcze przed chwilą, lecz ból wzmacniał świadomość istnienia, a żaden z pięciu zmysłów nie dawał się wyłączyć.
– Narwaniec – podsumował Wilkes, który nagle znalazł się w okolicach ich kanapy i pochylił się nad Gerardem. – Niedobrze jest prowokować nerwowych ludzi, Tinkinswood.
Gdzieś za nim słychać było sapanie Vorrenusa.
– Co się dzieje? – Gerard spytał nieprzytomnie. – Gdzie ja, gdzie my, Ceri?
– Właśnie. Wreszcie zaczynasz mówić normalnie. – Na jego twarzy znów pojawił się ten paskudny uśmieszek. – Gdzie masz swoją przeuroczą siostrzyczkę?
– Ceri!
Nie wytrzymał. Jego stoicki spokój nie miał szans w starciu z głupotą Gerarda. Już raz dziś od niego oberwał. Czy aż tak zależy mu na powtórce?
Uderzył go w twarz, łamiąc mu nos. Krew, grymas bólu na twarzy Tinkinswooda, łzy w oczach – nic nie powstrzymałoby go przed powtórką, gdyby nie ten głos:
– Marcusie, czemu bijesz mojego brata?

Część Czwarta. Młody człowiek.

Kiedy Orson Muldber szedł ulicą, wszyscy ludzie zawsze uciekali na drugą stronę, nawet jeśli nie było tam chodnika.
Kiedyś ktoś powiedział, że przypomina niedźwiedzia, który wziął właśnie kąpiel błotną i nie zdążył się jeszcze wytrzeć. Było w tym wiele prawdy. Po pierwsze, był on po prostu olbrzymi. Górował nad większością ludzi przynajmniej o głowę i, jakby tego było mu za mało, nosił zawsze wysokie kapelusze. Nie był gruby, a jedynie dobrze zbudowany, ale i tak zdarzały się drzwi, przez które normalnie nie mógł przejść. A jego ręce! Patrząc na nie, można było odnieść wrażenie, że potrafią zmiażdżyć wszystko – z ludzką czaszką na przedzie. Jego twarz nie zdradzała oznak inteligencji. Małe, nieprzyzwoicie ciemne oczka o wiecznie tępym wyrazie, zbyt duży nos i silnie zarysowana szczęka pierwsze rzucały się w oczy. Do tego gliniaste włosy i skóra, która naprawdę przypominała w kolorze nic innego, jak tylko błoto. Wzbudzał strach, po prostu. Głupia, nieświadoma personifikacja siły destrukcji.
Wbrew pozorom, Orson był bardzo inteligentnym człowiekiem, cierpiącym z powodu imienia i wyglądu. Nie można powiedzieć, że kochał ludzi, bo przecież zawsze przed nim uciekali i sprawiali mu przykrość. Mimo tego, że był naprawdę sympatyczny i niegroźny, w szkole zawsze stał z boku. Nikt go nie chciał, nikt nie widział w nim potencjału.
Kiedy poznał Toma Riddle’a, był już na czwartym roku. Dostał od niego szlaban za nazwanie Slughorna przebrzydłym ślimaczyskiem (oczywiście, jego wersja była mniej grzeczna). Tom zobaczył w nim to, czego nie widzieli inni. Zaproponował mu współpracę, a on tę propozycję przyjął. Od tamtej pory był naprawdę szczęśliwym mordercą.
Jednak tym razem nie miał nikogo krzywdzić. Od jakiegoś czasu próbowali z Nottem znaleźć w Anglii sponsora dla coraz to kosztowniejszych wycieczek Riddle’a. Nie, przepraszam, Lorda. Lorda Voldemorta, Tego-Którego-Imię-Jeszcze-Można-Wymawiać. Nie szło im to jednak zbyt dobrze. Do czasu. W końcu Tom przedstawił im listę swoich starych znajomych i pieniądze zaczęły płynąć strumieniami. Nie trzeba było ich nawet długo namawiać. Na sam dźwięk nazwiska ich mocodawcy, otwierali portfele, sejfy i konta bankowe. Na sam dźwięk! Co by się działo, gdyby przyszedł do nich osobiście? Następna na liście była Gabrielle Crouch, była żona tego słynnego Bartemiusza Crocuha, mieszkająca na przedmieściach Londynu. Myślał, że mu się poszczęściło. Pięć minut i do domu.
Niewiarygodne jak długo może trwać pięć minut!
***
Dzwonek do drzwi przerwał przygotowania do wyjazdu na pogrzeb pewnej dziewczyny. Skrzypiajka nie wiedziała jakiej – a może i wiedziała, tylko jej się zapomniało! – ale mogła być pewna jednego. Pani nie ucieszy się z gościa, bo jest niezbyt kompletnie ubrana. Nie mogła jednak nie otworzyć. Jej obowiązkiem było przecież pilnowanie tych skrzypiących drzwi. Mówili na nią Skrzypiajka!
Wyuczonym gestem zawołała do siebie Piękniczkę, kręcącą się bez celu po korytarzu. Cóż, jak zwykle zajmowała się tylko i wyłącznie układaniem swoich uszu pod właściwym kątem, tak, by wyglądać najkorzystniej. To cud, że nie dostała ubrania! Musiała mieć najwidoczniej specjalne względy u Pani – czyż nie była jej osobistą skrzatką? – więc lepiej byłoby dla nich obu, gdyby to ona powiadomiła o przybyciu gościa.
Stanęły ramię w ramię, ale to Skrzypajka otworzyła drzwi, które jak zwykle zaskrzypiały złowieszczo.
– Witamy w rezydencji państwa Crouch. Kogo zapowiedzieć? – powiedziała i wszyscy mogli łatwo poznać, że jej głos ma właściwości podobne do tych nieszczęsnych drzwi.
– Orson Muldber. Przyszedłem od pana Riddle’a.
Obydwie kiwnęły głową, lecz tym razem to Piękniczka musiała się ruszyć i wykonać polecenie. Zostali sami; nie trwało to jednak długo, bowiem Skrzypajka znikła zaraz po tym, jak zamknęła.
Muldber czekał.
***
Gabrielle Crouch była powszechnie znana ze swojego dobrego gustu. Miało to oczywiście też swoje złe aspekty. Wśród nich królował fakt, że po prostu miała za dużo pięknych sukienek i nigdy nie potrafiła zdecydować, którą ubrać. Kiedy więc zauważyła Piękniczkę, ucieszyła się; wreszcie znalazł się ktoś kompetentny, kto jej pomoże! Razem zdecydowały się na tę kaszmirową i praktycznie dopiero po przeszło godzinie, gdy Pani była już praktycznie gotowa, skrzatka przypomniała sobie, że na dole czeka gość. Aż nazbyt oczywiste jest to, że Gabrielle absolutnie się nie przejęła. Jak kocha, to poczeka. Można nawet śmiało powiedzieć, że dowiedziawszy się kto przyszedł, specjalnie przedłużyła zejście na dół o cały kwadrans.
W końcu jednak pojawiła się przy drzwiach wejściowych swojego domu, ubrana w trochę zbyt wyzywającą sukienkę z serii raczej nie na tę okazję, a on mógł zacząć się zastanawiać ile czasu zajmuje jej doprowadzenie się do tak oszałamiającego stanu.
– Witam, nazywam się… – zaczął, kłaniając się jej w pas tak, jak poradził mu Nott. Nie mieli czasu na pomyłki.
– Wiem, jak się pan nazywa. Już się pan przedstawił – zauważyła.
Nie odpowiedział. Czy ktoś tu przypadkiem przed chwilą nie wspomniał o tym, że błędy nie są mile widziane? Po prostu spojrzał na nią wzrokiem w jego mniemaniu wyrażającym skruchę.
– Zapraszam pana do salonu, nie będziemy rozmawiać w drzwiach.
Posłuchał jej i już po chwili szli labiryntem korytarzy. Na mieście mówiono, że dom Crouchów jest olbrzymi, ale nigdy nie myślał, że aż tak. Stosunkowo szybko nabrał pewności, że sam stąd nie wyjdzie. Miał nadzieję, że nie będzie takiej potrzebny, ale nawet gdyby… To już nawet Minotaur miał bardziej komfortową sytuację! Nie musiał unikać wzroku pięknej kobiety, przed którą właśnie zrobił z siebie skończonego idiotę!
W końcu jednak jego męki się skończyły i mógł zająć miejsce na idealnie białym fotelu przed idealnie białym stolikiem. Dostał nawet idealnie białą filiżankę z… cóż, herbacianą herbatą. Przez cały czas przyglądała mu się badawczo tymi wielkimi, szmaragdowymi oczami. Szmaragdowymi? Tak, chyba tak. Nie przyjrzał się dokładnie, bo zbytnio bał się, że uzna to jako nachalność.
– Co pana do mnie sprowadza? – spytała, przerywając dosyć zręczną ciszę, jaka panowała od paru dobrych minut. – Obawiam się, że nie mogę przesiedzieć z panem całego dnia. Dziecko mojego męża opuściło ten świat i nie wypada mi jej nie pożegnać.
Jej głos nie zmienił się, ale on i tak wiedział swoje – to nie było dla niej miłe przeżycie. Nott opowiadał mu trochę o Crouchach. Wiedział, że Bartemiusz zostawił Gabrielle z synem dla innej kobiety. Musiała być naprawdę zdeterminowana i silna by tam teraz pójść.
– Rozumiem – powiedział, odstawiając pustą filiżankę. – Postaram się szybko skończyć. To nie jest sprawa skomplikowana i wymagają…
– Pozwoli pan, że sama ocenię, co wymaga mojej uwagi – przerwała mu. – Szybko i konkretnie. Naprawdę nie mam czasu.
Zaklął w duchu. Popełnił kolejny błąd. Ile jeszcze? Cierpliwość tej kobiety w końcu się wyczerpie, a on się doigra. Powinien wziąć się w garść i…
– Przychodzę do pani od pana Riddle’a. Ma on do pani bardzo delikatną sprawę. Finansową.
Tym razem siedziała cicho, choć było widać, że ma ochotę zadać mu jakieś pytanie. Wziął więc głęboki oddech i kontynuował:
– Pan Riddle ma ostatnio drobne problemy z wypłacalnością. Ostatnio koszty jego edukacji gwałtownie wzrosły. – Nie wiedział jak odebrać jej milczenie, więc mówił. Z dwojga złego, lepiej udawać, że wie się, co tak naprawdę powinno się powiedzieć niż siedzieć i udawać paprotkę. – Było to spowodowane wieloma czynnikami, ale największy wpływ wywarł na to profesor Dumbledore i jego spór z panem Riddlem. Nie chciałbym pani zanudzać szczegółami. Fakty są takie. Pan Riddle potrzebuje drobnej pożyczki. Miło byłoby gdyby mogła pani porozmawiać z kimś w jego sprawie, bowiem…
Uciszyła go gestem dłoni.
– Czy to nie przypadkiem ten młody człowiek, który przynosił kwiaty, prawił komplementy, a potem nagle przestał? – spytała.
Nie wyglądała na zbyt szczęśliwą z tego powodu. O ile do tej pory jej twarz była kamienną maską, o tyle teraz w końcu przybrała jakiś wyraz. Muldber odetchnął z ulgą. Widok osoby wściekłej może nie jest najprzyjemniejszy, ale ma o wiele więcej uroku niż sytuacja, w której twój rozmówca wszystko przed tobą ukrywa i nie wiesz, co tak naprawdę myśli. Oczywiście, nie można powiedzieć, że kiwając twierdząco głową, nie miał duszy na ramieniu. Jednak…
– Wyświadczył mi kiedyś ogromną przysługę.
Jej twarz powróciła do stanu pierwotnego, a on nie do końca wiedział, jak się teraz zachować. Kiedy rozmawiali z Nottem o swojej misji nie uwzględnili jednego – to kobieta, postać zagadkowa i nie do końca zrozumiała.
– To chyba dobrze – zaproponował nieśmiało, wpatrując się w przestrzeń między jej prawy ramieniem a sufitem.
– Nie zmienia to faktu, że jego osoba nie jest tutaj mile widziana – kontynuowała, nie zwracając na niego najmniejszej uwagi. – To dlatego dzisiaj go tu nie ma, prawda? Liczył, że cała moja złość na niego przeleje się na pana. Cóż, może mu pan przekazać, że znów się przeliczył.
– Lord… – przerwał. Nott kategorycznie zabronił mu nazywania go w ten sposób. – Pan Riddle jest teraz nieosiągalny. Wyjechał, kontynuować nauki za granicą. Poprosił mnie tylko…
– Wiem, o co pana nie prosił na pewno. Tyle mi wystarczy.
Wstała tak gwałtownie, że nie omal przewróciła swoją filiżankę. Uratowała ją tylko i wyłącznie skrzatka; widocznie do jej obowiązków należało dbanie o czystość stołu. Muldbera kusiło żeby jej pomóc. Nie, nie dla tego, że kochał skrzaty – on ich wręcz nienawidził. Liczył po cichu, że jeśli coś zrobi, będzie miała kłopoty. To mogłoby mu pomóc nie załamać się kompletnie. Chwila radości przed śmiercią z ręki przyjaciela, którego się zawiodło. Jednak nie zrobił absolutnie nic. Nie zdążył.
Tymczasem Gabrielle podeszła do okna. Mógł w końcu przyjrzeć jej się bez skrępowania. Nigdy nie był bliżej z żadną kobietą. Wszyscy zawsze myśleli, że to wina jego wyglądu – która zechciałaby takiego osiłka o tępym wyrazie twarzy, nawet gdyby był najmądrzejszym człowiekiem świata? On jednak wiedział swoje. One go po prostu nie kręciły. Przypominał w tej kwestii młodego Toma. Obydwoje zawsze patrzyli krytycznie na kolegów, których opętała jakaś sukkubica. On jednak nigdy nie zaszedł tak daleko, jak jego przyjaciel. Były na świecie kobiety, które mogły go w jakiś sposób pociągać. Jak choćby Gabrielle. Co z tego, że była od niego tyle lat starsza? Każda kobieta w jej wieku chciałaby wyglądać jak ona. Może i większość z jej uroku to magia, ubrania i makijaż, ale… Nie sposób było oderwać od niej wzroku.
– Może pan mu przekazać, że mu pomogę jak tylko będę mogła. – Odezwała się dopiero po paru minutach. Musiała coś bardzo dokładnie przemyśleć. – Jeden jedyny raz dostaje moje poparcie i pieniądze. Zrozumiał pan?
Z trudem powstrzymał się od wybuchu radości. Przeżyje! Jak dobrze pójdzie, to może nawet go pochwalą. Może Lord nie, ale Nott… Czemu nie?
– Oczywiście. Jeden jedyny raz – powtórzył za nią, starając się nie uśmiechać zbyt ostentacyjnie.
Ona też wiedziała swoje. Choćby to, że wróci. Może nie dziś i nie jutro, ale kiedyś na pewno. Tom zawsze potrzebował mnóstwa pieniędzy, a ona zawsze mu pomagała, choćby nie wiem jak ją zdenerwował.
Bo Tom Malvoro Riddle miał w sobie coś takiego, co kazało ludziom iść za nim. Nawet w ogień.
***
Tamtego dnia miał najwidoczniej pecha do przebierających się ludzi. Kiedy przyszedł do Notta, żeby obwieścić mu kolejny sukces, ten akurat przymierzał garnitur. Nigdy wcześniej nie widział go w takim stroju, ale uznał, że nic go już nie zdziwi. Nawet facet wciskający za małe, szare spodnie i upierający się, że pasują.
– Mężczyźni to duże dzieci – podsumowała jego wyczyny pani Nott, zaraz po tym, jak zaproponowała, że zrobi herbatę i chwilę przed tym jak opuściła pomieszczenie.
Zajął jej miejsce na łóżku. Bo, oczywiście, on zawsze wiedział, jak wprosić się do sypialni. Gdzieś w tle słychać było małego, bo zaledwie sześcioletniego Constantine. Kłócił się ze swoją kuzynką, a siostrzenicą jego ojca, o dostęp do najlepszych zabawek. To była już niemal tradycja.
Zanim Muldber zdążył się odezwać, przemówił właściciel za małych spodni:
– Nie wiem, po co Iola kazała mi to kupić. Myślisz, że nie moglibyśmy pójść na ślub Wilkesa w zwykłych wyjściowych szatach?
Orson, który po raz pierwszy usłyszał o tym, że jego najlepszy przyjaciel się żeni, wydał tylko krótki dźwięk zdziwienia.
– No co ty! Nie mówił ci? Za dwa tygodnie u jego rodziców w Dublinie. Żal kolegi, ale wreszcie będziemy mieli okazję się porządnie napić.
Spodnie najwidoczniej nie miały zamiaru przejmować się swoim właścicielem, a przynajmniej nie tak, jakby sobie tego życzył. Po prostu przy kolejnej próbie pękły w szwie.
– Cholera – powiedział, nad wyraz spokojnie i po prostu odrzucił je w kąt. Kąt, który był pełen popękanych par spodni. A potem sięgnął po następną, w dość przyjemnym odcieniu kawy z mlekiem. – Naprawdę nie wiem…
– Wilkes się żeni? – przerwał mu, niezbyt kulturalnie zresztą.
– Z młodą Crouchówną. Córką męża tego babsztyla, którego dzisiaj poznałeś. Całkiem sympatyczna. A żebyś widział ją… No, nieważne, oficjalnie też jej tak nie widziałem.
Poprawił się w dobrym momencie. Parę sekund później weszła pani Nott i oświadczyła, że herbaty nie ma. Muldber uśmiechnął się, bardziej do własnych myśli niż do Ioli. Świat jest jednak mały. To co, za parę minut dowie się, że tak naprawdę Tom jest jego bratem, a Święty Mikołaj istnieje? Absurdalne.
Jednak nie bardziej niż to, że przecież znał Ceri.