10.

Znałam kilku Constantine’ów Nottów, lepszych czy gorszych, bo życie nie szczędziło mu ani twarzy do odegrania, ani niespodziewanych zwrotów akcji. Z nas wszystkich, z tych, którzy przetrwali i wciąż jakimś cudem trzymają się kurczowo swojego istnienia, to Nott stracił najwięcej i kiedyś wydawało mu się nawet, że przy tym i najwięcej zyskał. Kiedyś był szczęśliwy. Kiedyś dzięki zręcznym i upadlającym kłamstwom Malfoya wyszedł z Azkabanu, magiczna sztuczka, która nie udaje się wielu, kiedyś wrócił do kobiety, którą kochał, i do przyjaciół, którzy jeszcze żyli. Tak trudno teraz w to uwierzyć, w szczęśliwego Notta, w Notta, którego nie złamały i nie zwyciężyły tygodnie wśród dementorów, Notta, który z krzywym uśmiechem na wygłodzonej twarzy przywitał mnie tamtego dnia w swojej kuchni.
Leah, coś ty mu najlepszego zrobiła?
Wiem, że parę ulic dalej czeka na mnie właśnie Constantine Nott, jego najnowsza i ostateczna wersja. Wiem, że kiedy w końcu otworzę oczy, przywołana przez obojętny głos jakiegoś podrzędnego urzędnika, kiedy razem z panią Wilkes wrócę do rzeczywistości, już tylko Nott będzie na mnie czekał. Ale czy mogę liczyć na pomoc człowieka, który nie potrafi pomóc samemu sobie?
Myślę teraz o Notcie tamtego dnia, kiedy wypuszczono go z Azkabanu, myślę o tym, co musiał przeżyć zamknięty przez tyle czasu z bestiami, które żywią się szczęściem i radością, myślę o rozpaczy, którą wtedy poznał, tej najgorszej, pozbawionej nadziei i nawet w tym momencie nie wydaje mi się on równie zniszczony, pusty, pokonany, jak teraz, kiedy choroba Leah wysysa z niego życie kropelka po kropelce, kiedy w pełni włada nim myśl o tym, że z nią już nigdy nie będzie dobrze i że jedyne, co mu pozostaje, to pilnować jej przed tym, co mogłaby zrobić samej sobie.
To były moje szczęśliwe lata, Nott, to moja tęsknota za tym, co już było, ale nawet w tym koszmarnym dniu nie potrafię zapomnieć o tym, że być może to, co spotkało Rosiera, było o wiele bardziej miłosierne, że może żegnanie go na zawsze jest łatwiejsze, niż wpatrywanie się w jego pustą, pozbawioną uczuć i wspomnień twarz.
Leah, Leah, Leah.
Ta część historii dotyczy Notta i Notta wyłącznie – mówi o jego cierpieniu i niespodziewanym powrocie, a ja mimo to nie potrafię nie myśleć o tobie. Jesteś moją obsesją, Leah, w równym stopniu co jego. Jesteś obsesją nas wszystkich.
Bo czy istnieje jeszcze Nott bez Leah?
Mówię sobie, że Constantine Nott jest moim przyjacielem, że wiele wspólnie przeszliśmy i że mimo wszystko zawsze będziemy się już wspierać, ale sama w to nie wierzę. On przecież nigdy nie był dla mnie niczym więcej niż naroślą na ramieniu Leah, niż jej cieniem i jej wiernym posługaczem. Tak jakby pokochawszy ją na zawsze oddał jej we władanie całego siebie, nie tylko w tym zwykłym, wyświechtanym przez poetów sensie, w którym my wszyscy oddajemy siebie miłości i obowiązkom; nie, Nott zdawał się pójść o krok dalej, naprawdę zrzec się prawa do bycia człowiekiem, prawa do bycia bez-Leah, do samostanowienia. Tamtego dnia jeszcze tego nie wiedziałam, znałam go tylko jako swojego nadgorliwego i irytującego nauczyciela, który ex machina trafił do więzienia i wyszedł z niego o połowę chudszy i zdecydowanie brudniejszy. Nie mogłam przypuszczać, że pustka w jego oczach i stracone kilogramy to efekt odstawienia Leah, jego najdroższego, najsilniejszego narkotyku, jego powietrza, jego powodu do trwania. Chciałabym móc powiedzieć, że Rosier kochał mnie tak, jak Nott kocha Leah – ale jeśli mam być szczera, wydaje mi się, że nikt inny nikogo tak nie kochał, nie kocha i nie pokocha, że dwie takie miłości rozsadziłyby świat od środka, że przyroda nie zniosłaby takiego zachwiania równowagi.
– Cholera jasna, Rosier, w celi miałem czyściej! – Najpierw go usłyszałam, a potem zobaczyłam, zgarbionego, z wielkim trudem otwierającego drzwi do własnej kuchni, takiego małego i ledwie istniejącego, cień człowieka, którym znałam go wcześniej. – Arbanddel. Powiedziałbym, że cieszę się na twój widok, ale szczerze mówiąc, nie mógłbym na to mieć bardziej wyjebane.
Ani jego strój, ani sposób mówienia nie pasował do Constantine’a Notta, którego znałam – bo każdy jeden Nott, który przewinął się przez moje życie, miał swoje nawyki i swoje atrybuty, i gdyby nie wspólne ciało naprawdę trudno byłoby ich ze sobą połączyć. Patrzyłam na niego jak zahipnotyzowana i do dzisiaj pamiętam, jak zdziwiona byłam tym, co miałam przed oczami. Tym, kogo miałam przed oczami.
– A jej co zrobiłeś, sukinsynie? Wyrwałeś jej język, bo za dużo mówiła?
– Arbanddel już wychodzi.
– Dobra już, dobra, nie przesadzaj z tą czułością, bo się zawstydzę. Naprawdę, Rosier, tak ci z mordy patrzy, jakby to ciebie do snu utulał oddech dementorów.
Nie mogłam spojrzeć na Evana.
Ani wtedy, ani parę tygodni później, gdy zimnym, grudniowym popołudniem po raz pierwszy i ostatni dane mi było stanąć u progu Malfoy Manor. Brakowało mi uszczypliwości Notta i jego zmęczonej Azkabanem duszy, która od tamtego dnia regularnie widywałam w co drugą sobotę o trzeciej trzydzieści po południu; one przynajmniej dawały punkt zaczepienia dla moich myśli i pozwalały zapomnieć o tym, udawać nieświadomość tego, że Rosier i jego twarz mnie przerażają.
Malfoy Manor wyglądało pięknie w śnieżnej aranżacji.
To zabawne, że tyle lat później wciąż potrafię w głowie bez wahania odtworzyć jego architekturę. Może widoki nie były tak skuteczne, jak cudna, żywa, pełna oddechów i niestałości istota, ale wciąż stanowiły alternatywę na tyle kuszącą, że chyba już na zawsze odciśniętą w mojej pamięci.
Widzę więc marmurowe posadzki i kryształowe żyrandole, majestatyczne, dębowe schody dla mnie prowadzące donikąd, oszronione okna pełne bruzd lat, korytarze bez końca i bez początku, zawsze takie same, pełne białych wazonów z białymi różami i liliami, nigdy nie narcyzami, unikających wytartych skojarzeń czy krzyczących: nigdy nie będzie tu dla niej miejsca? I obrazy, wszędzie obrazy szczurów w ulizanych perukach, martwych za życia i żywych po śmierci, zza każdego zaułka, zasłony, przez każdą niezaklejoną dziurkę od klucza łypiących na mnie ślepym okiem, zazdrosnych o to, że mnie się udało, że nigdy nie byłam i nie będę częścią ich tragedii i nieświadomych tego, ze jak każdy człowiek, mam przecież własną.
Straszliwie martwe, zimne i nieprzyjazne było to piękno.
Każda idealnie smukła kolumna boleśnie przypominała o tym, że znajdowałam się w miejscu, w którym nikt nigdy niczego nie pragnął. Nawet oranżerii skąpanej w czystym, grudniowym słońcu bliżej było do lamentu wdów i sierot, których te mury widziały aż nadto, niż do radości weselnej fety. Ja potrzebowałam sojusznika, uśmiechu, przyjemnego dotyku znajomej dłoni; Malfoy Manor oferowało jedynie – i aż – piękno dawno utraconego ideału.
Czy naprawdę było to o tyle lepsze od jego twarzy?
Tyle zmarnowanego przez strach czasu, którego już nie odzyskam. Tyle wspomnień straconych na Malfoy Manor.
Cyzia wyglądała okropnie. Matki zawsze mówią o blasku, który otacza panny młode. Ja nie zdążyłam go zaznać – i wiem, że nigdy nie będzie już mój, ale ona, ona przeżyła dzień swojego ślubu i pewnie przeżywała go raz po raz, leżąc nocami w zimnym łóżku i patrząc w baldachim, raz po raz, i za każdym razem był on równie ciemny i straszny, i obcy, i pozbawiony nie tylko blasku, lecz także światła jako takiego. W oczach Cyzi widziałam tylko bezgwiezdną noc. A przecież to wszystko to miął być dopiero początek.
Byłam przygotowana na dźwięk na pół przełamanego serca; ale kiedy w końcu wydusiła z siebie ciche Tak, setki szczęśliwych jej nieszczęściem rąk rozpoczęły triumfalną pieśń, której nie zagłuszyłby nawet koniec otaczającego je świata. Oglądanie jej takiej zniszczonej, wciągniętej w ramiona Malfoya wbrew wszystkiemu, czego chciała, co kochała, w co wierzyła, nieskażonej nawet cieniem uprzejmego uśmiechu, takiej… pustej w środku zabiło coś i we mnie.
Chyba płakałam.
Wzdrygam się mimowolnie i na chwilę otwieram oczy. Matka Wilkesa patrzy na mnie ze zrozumieniem, chociaż ja przecież nie rozumiem samej siebie. To nie wspomnienie Cyzi idącej na pewna śmierć wszystkich swoich marzeń sprawia, że dreszcz przeszywa całe moje ciało. To nie jej nieszczęście staje mi w gardle krztuszącą kulą i nie pozwala skupić słów, myśli, wrażeń. Malfoy Manor miało rację. Każdy ma swoją własną tragedię.
Wciąż nie potrafię myśleć o dniach, w których było dobrze. Wciąż, jakbym mówiła o długich latach, a przynajmniej miesiącach, które dały mi dość czasu, by przyzwyczaić się do mojego nigdy nie. Czy w ciągu tych kilku dni naprawdę mogłabym…
Nie potrafię myśleć o dniach, w których było dobrze. Boję się, że już nigdy nie będę potrafiła. Kręcę się, owijam złymi wspomnieniami, kłamstwami, sprzeczkami, sercem rozpadającym się na milion kawałeczków, przypominam sobie wszystko, co bolało, co czyniło nas tym, czym przeciecz przez długi czas byliśmy – nieporozumieniem, szaleństwem, pomyłką, walką, burzą, rozpadem, dwójką ludzi, którzy uparli się, by przy sobie trwać, chociaż nie znali nic poza wzajemną krzywdą.
Chyba płakałam. Musiałam płakać, chociaż tego nie pamiętam, bo nawet nie zauważyłam, kiedy Evan mnie objął i przyciągnął do siebie ostrożnie, powoli, żeby nie zwrócić na siebie niczyjej uwagi.
– Wszystko się ułoży.
I wszystko się układało. Te krótkie trzy słowa, w połączeniu z ciepłem jego ciała i jego ust na mojej skroni, to było wszystko, co mogło się ułożyć, ale i wszystko, czego mogłabym chcieć, wtedy, teraz, zawsze. Rosier nigdy nie był fanem wielkich gestowi, skąpił mi ich z uporem prawdziwego goblina, gotowego bronić ostatniej sztuki złota do ostatniego włosa na swoim krzywym nosie, dlatego właśnie może miały nade mną taką władzę i taką moc.
Minęło sześć miesięcy, nim w końcu odważyłam się porozmawiać z Cyzią. Sześć długich miesięcy, w trakcie których chowałam się za wspomnieniem jego ramion i udawałam, że w nocy, gdy Virginia dawno już zasnęła, razem z całym Hufflepuffem, lepszym czy gorszym, razem z pająkami, skrzatami, centaurami w Zakazanym Lesie, że w nocy nie słyszę jej cichego płaczu.
Ale pomiędzy mną z tamtego zimnego, grudniowego dnia a mną za sześć miesięcy była jeszcze przepaść innych mnie i innych Cyzi, i innych Rosierow, przepaść, której dzisiaj już nie potrafię wytłumaczyć, bo przecież nie zdarzyło się nic wartego naszej uwagi, nic specjalnego, a mimo to sześć miesięcy później byłam już innym człowiekiem i Rosier był innym człowiekiem, a Cyzia…
Malfoy zniszczył ją w jednym Tak i w jednym nieszczerym, małżeńskim pocałunku. W pół roku po Cyzi nie było już śladu.
Nigdy nie ukrywałam, że nie znosiłam Malfoya; nikt tego nie ukrywał. Ani Rosier, ani Wilkes, ani Nott, ani bracia Yaxley, ani Snape, ani nikt inny. W Malfoyu było coś, czego zadane z nas nie rozumiało – paląca potrzeba znaczenia. W moim świecie, a raczej w świecie mojego ojca, nie było ludzi, którzy niczego nie znaczyli. Czasem, oczywiście, przykuwali czyjąś uwagę, ale tylko na ułamek sekundy, mrugniecie znużoną całą resztą powieką, a potem znikali bez słowa, odrzuceni w kąt jak zepsuta zabawka, takie to było banalne i porównanie, i życie. Malfoy chciał znaczyć i Cyzia mu na to pozwoliła, podpisując swoją krwią jego pieniądze bez znaczenia, i tamten dzień był triumfem jego życia.
Ale nawet teraz, w dniu, w którym stoję, gdzie stoję dzięki Malfoyowi i jego przebiegłości szczura, zbyt cwanego, by umrzeć u boku swoich przyjaciół, zbyt tchórzliwego, by bronić ich do ostatniego oddechu, zamiast tego zajmując się obroną ich wdów i sierot, nawet teraz nie potrafię mu wybaczyć tego, że wszystkie jego marzenia stały się rzeczywistością.
Może to zazdrość. Malfoy miał, ma wszystko; żonę, rodzinę, dziecko, świat, przyszłość. Ja…
Ceremonia skończyła się, obiad też, bo wszystko kiedyś jakoś się kończy, a ja zgubiłam Rosiera, jak zawsze, zakręcił się gdzieś przy Wilkesie i rozpłynął się, zmienił się w mgłę, zniknął, nie było go nigdzie, ani przy stołach z jedzeniem, ani przy tańczących w sali balowej, ani w ogrodzie, ani przy mnie. A ja musiałam już wyjść; z braku Rosiera wracały i łzy, i ból głowy, i wrażenie, że uczestniczymy w czyjejś ofierze, że razem z Malfoyem dokonujemy zbrodni na niewinnym. Potrzebowałam powietrza, innego powietrza, z daleka od przedstawienia, którego byłam częścią.
Skołowana zamieszaniem wokół mnie, tańcem, alkoholem, sztucznym śmiechem, kręciłam się w kółko z tego samego pokoju do tego samego pokoju i nie byłam pewna tego, czy kiedykolwiek jeszcze go znajdę, czy znajdę sama siebie, a już z pewnością nie spodziewałam się tego, w jakim znajdę go stanie.
Przypadkiem skręciłam w nie to lewo, w które powinnam, i prawie zderzyłam się z plecami Wilkesa, tak szybko wyrośli oni spod ziemi, tacy duzi chłopcy, a brali się przecież znikąd i z niczego. Ten mnie nie zauważył, zbyt zajęty odciąganiem Rosiera, który chyba nie zauważał jego, a przynajmniej za nic miał jego wysiłki. A cały ten szalony łańcuch zaczynał się i kończył na Lucjuszu Malfoyu, poły którego szaty Evan ściskał w swoich dłoniach, przyciskając go do ściany, chociaż wyglądało na to, że to wcale nie był początek, może nawet nie koniec, bardziej interludium, krew spływająca z ust Malfoya była tego najlepszym dowodem.
– Wycedź jeszcze jedno słowo z tej swojej kurewskiej gęby i…
– Evan!
Spojrzał na mnie, wciekły, a ja momentalnie przypomniałam sobie o strachu i wątpliwościach, i o tym, jakim naprawdę człowiekiem był Evan Rosier, nie, nie przy mnie, Evan nigdy nie nauczył się być przy mnie sobą, razem byliśmy tylko grą i pozorem, ucieczką może, ucieczką od tego, czego baliśmy się w samych sobie. Prawie nie poznałam jego oczu, chociaż znałam na pamięć każde włókno tego błękitu, każdy sposób, w jaki odbijało się od nich światło.
Malfoy wykorzystał tę okazję do tego, by go od siebie odepchnąć. W niczym mu to jednak nie pomogło, ten mały bunt, ta demonstracja; Rosier zareagował instynktownie, jak Wilkes próbował go potem wytłumaczyć, chociaż zawsze ciężko mi było uwierzyć, że nieestetyczna miazga, w którą przemienił się nos Lucjusza, nie sprawiła mu satysfakcji.
Szukalam pomocy w Wilkesie, który wciąż próbował rozdzielić tych dwóch. Jeśli nie ja, to on, jeśli nie on, to kto? Czy był na tym świecie jeszcze człowiek zdolny zatrzymać Rosiera, który coś sobie wymarzył, wymyślił, zaplanował? Ale zanim którekolwiek z nas zdołało coś zdziałać i zmienić, i stać się cichym bohaterem, i uratować całą sytuację, Evan westchnął ciężko i wyrzucił z siebie krótkie:
– Ani mi się, kurwa, waż.
Pamiętam jego ręce, obryzgane krwią, zaciskające się na moim przedramieniu, pamiętam nieme przepraszam w oczach Wilkesa i moje nieme o co w tym chodzi?. Jednak nawet gdy już wychodziliśmy z Malfoy Manor, gdy opuszczaliśmy to przeklęte miejsce, jedyną odpowiedzią, jaką dostałam, było:
– A jak myślisz?
Wygląda na to, że zimą zawsze piszę BSa. Zdarza się.
Dla wszystkich, którzy lubią dobry strzał w mordę.
Advertisements

09.

Evan uparcie nie odpowiadał na żadną z moich wiadomości – i chociaż na jego miejscu też bym się tak zachowała, ba, przecież ja byłam na jego miejscu i dlatego nie odzywałam się do niego tygodniami, to czułam się urażona tą ciszą i uznawałam ją za niezasłużoną. Bardziej niż miłość i tęsknota, ta duma, a może bardziej jeszcze ciekawość pchała mnie znowu w jego kierunku, sprawiała, że myślałam nawet już nie o tym, co powiedziała Leah, ale o nim samym obsesyjnie, łudząc się, że sam z siebie postanowi przerwać w końcu ten terror rozłąki i jeśli nie pojawi się w Hogwarcie osobiście, to przynajmniej napisze do mnie z wyjaśnieniami.
Nic takiego się, oczywiście, nie wydarzyło.
Teraz, kiedy jest już po wszystkim, wiem, że wojny na milczenie nie da się z nim wygrać. To ciężka i bolesna lekcja – wiedzieć, że tobie zawsze zależy bardziej, że nigdy nie będziesz ważniejsza od tego obezwładniającego poczucia zwycięstwa nad drugim człowiekiem. Ile czasu straciłam, nie mogąc się z tym pogodzić? Zdecydowanie więcej, niż powinnam, i teraz to poczucie winy za zmarnowanie tego, co moglibyśmy mieć i nigdy mieć już przecież nie będziemy, ta koszmarna niemoc odzyskania tych utraconych miesięcy, ta pustka i ten żal do samej siebie, to wszystko nawiedza mnie w koszmarach i dusi, dusi, choć zawsze pozwala w końcu złapać oddech, bo śmierć jest zbyt miłosierna.
Zapukałam trzy razy, ale nikt nie odpowiedział.
Całą poprzednią noc, a potem i całą drogę do niego bałam się, że właśnie to się wydarzy – dokładnie nic. Owszem, mógł po prostu wyjść z domu i spacerować teraz po ulicach Hogsmeade, a może nawet dalej, może wyjechał do Londynu albo poza granice kraju, kontynentu, świata jako takiego, przecież mógł być wszędzie i nigdzie jednocześnie, mógłby spaść poza ramy rzeczywistości albo najzwyczajniej pójść zapatrzyć się na Wrzeszczącą Chatę i stracić poczucie czasu, ale dla mnie – dla mnie stał po drugiej stronie drzwi i śmiał się szyderczo, i delektował się tym, jak krztuszę się własnym upokorzeniem. Czy sprzeciwienie się własnej dumie nie jest wystarczająco bolesne bez dodatkowych nieprzyjemności?
Powinnam była powiedzieć mu, że przyjdę, może chociaż na nie nie odpisywał, czytał te listy, które odbierał ode mnie codziennie o siódmej trzydzieści rano? Ale uprzedzić go to przyznać się do porażki o parę godzin wcześniej, dać mu czas, by przygotował się do swojego triumfu; kto w takiej sytuacji nie wybrałby ryzyka?
Nieostrzeżenie Evana wydawało się o wiele lepszym pomysłem, gdy goblin z kołatki nie wykrzywiał się do mnie kpiąco.
Ile tam stałam? Teraz wydaje mi się, że wieczność, że część mnie wciąż tam stoi i nie potrafi uwierzyć w to, co jej się przytrafia. Mijają dni, miesiące i lata, a jego nie ma – ale skoro go nie ma, to nigdy nie… i w jakiś niezrozumiały sposób ta część mnie jest szczęśliwsza. Czasem chcę być tą częścią mnie, chcę być upokorzona i porzucona na obrzeżach Hogsmeade, chcę, żeby listopadowy deszcz też nie miał dla mnie litości, chcę stać tam tak długo, że aż zabraknie mi łez i tylko ten deszcz będzie powstrzymywał mnie od wyschnięcia z rozpaczy i przeklinania Evana za to, że mnie wtedy nie zostawił, bo przecież o tyle łatwiej winić tych, którzy nie mogą się bronić.
– Luna.
Nie wiem, jak mogłam nie zauważyć tego, że nadchodził, nie usłyszeć jego kroków i oddechu, gdy nachylał się do mojego ucha, nie poczuć ręki, którą objął mnie w pasie. Stałam tam, sparaliżowana tym nagłym odkryciem, z jedną dłonią wciąż zaciśniętą na kołatce, niepewna, czy jeśli drgnę choć odrobinę, Rosier rozpłynie się w powietrzu, jak gdyby nie był człowiekiem, a jedynie wytworem mojej upokorzonej imaginacji.
– Gdybym wiedział, że przyjdziesz, przynajmniej bym się ogolił.
Zupełnie nie przejmując się moją biernością i moim brakiem odzewu, otworzył drzwi, wprowadził mnie do środka, a potem przeprowadził przez najbrudniejszy korytarz, jaki widziałam w życiu do najbrudniejszej kuchni, jaką widziałam w życiu, i posadził mnie na stołku, który tylko lekko przetarł ścierką, która już widziała lepsze czasy, nie zająknąwszy się nawet na temat tych paru tygodni, gdy mnie ignorował i gdy ja ignorowałam jego. Uszami mojej wyobraźni wciąż słyszę szuranie szczurów w ścianach, które teraz służą za wyjątkowo dramatyczny podkład muzyczny do czegoś, co już było, ale wtedy były jedynie nieznośnym hałasem na skraju mojego pojmowania, tak zajętego próbą zrozumienia tego, że Rosier jest, patrzy na mnie, nie mówi nic, ale zdecydowanie jest. Powiedziałabym, że to było nie tylko obrzydliwe z ich strony, tych szczurów, żyć w jego kuchni, lecz także bezczelne, bo przecież nie wolno tak szurać w obecności człowieka, który próbuje uchwycić się rzeczywistości. Powiedziałabym im to prosto w ich szczurze twarze, gdybym je kiedykolwiek zobaczyła, gdyby nie były tylko echem, dźwiękiem, mordęgą.
– Napijesz się czegoś? – spytał w końcu, przecinając tę ciszę i tak już przeciętą szuraniem, naprawdę, ktoś mógłby nauczyć Rosiera, że jeśli nie posiada się skrzata, to należy po sobie sprzątać, to nie jest takie trudne, wystarczy dwa razy machnąć różdżką i po wszystkim.
Próbowałam skupić się na tym, po co przyszłam, nie rozproszyć się przez szczury i konwenanse, i… I jego oczy, które wpatrywały się we mnie niewinnie, oczywiście, czy Evan kiedykolwiek był czemukolwiek winny?
– Nie spodziewałam się, że będziesz mieszkał w takiej norze – wydusiłam z siebie w końcu i od razu tego pożałowałam, bo oczy Evana, te cudowne, wspaniałe, zabójcze, niebieskie oczy Evana błysnęły niebezpiecznie. – Co z domem w Londynie?
Rosier wyciągnął z lodówki butelkę piwa i bezceremonialnie trzasnął nią o kant blatu; podskoczyłam, bo nie spodziewałam się tego nagłego huku, moje uszy nastroiły się już do ciszy i szczurów, ale wciąż nie potrafiły sobie poradzić z istnieniem Evana.
– Niektórzy z nas są prawdziwymi czarodziejami, Arbanddel, i nie wyobrażają sobie mieszkania wśród mugoli, chowając się przed nimi na każdym rogu pod warstwą mugolskiego gówna, umazani nim od stóp do głów, żeby przypadkiem nic się nie wydało.
W dłoni wciąż ściskał butelkę mugolskiego piwa, które wyciągnął właśnie z mugolskiej lodówki, co umniejszało nieco powagi jego brutalnej deklaracji. Wprawdzie większość przedmiotów w magicznych domach było pewną wariacją na temat przedmiotów mugolskich, jedynie zasilanych bez… bez mugolskich sposobów, tyle lat później wciąż nie mogę uwierzyć, że nigdy nie zauważył, jakim hipokrytą był w tamtej chwili.
– Wolisz mieszkać ze szczurami?
– Wolę mieszkać ze szczurami, niż być, kurwa, szczurem, wynurzającym się z pierdolonego kanału mugolskich odchodów, skarbie.
Mimowolnie wzdrygnęłam się, coś było nie tak, Evan był może arogancki i butny, może całe jego jestestwo przesiąknięte było agresją i nienawiścią, może właśnie taki był – na swój własny sposób szalony, szalony szaleństwem innym od tego Leah, bo przyczajonym, ukrytym, schowanym przed światem i przede mną, bo czy w istocie widziałam je kiedykolwiek w pełnej krasie? Raz przebiło się odrobinę przez tę maskę bucowatego szczeniaka, którą przybierał dla świata, nieśmiało wyciągnęło do mnie swoją rączkę, nie, nie rączkę, łapę, sięgnęło po mnie i… Ale to był tylko urywek, jestem pewna, że było tego więcej, wystarczyło posłuchać Wilkesa, Leah, Notta, ich wszystkich, oni to widzieli, bo sami byli częścią tego samego szaleństwa. Więc może był. Może był niewłaściwy. Ale przynajmniej nie klął, nie przy mnie, bo konwenanse, bo udawanie, bo ta gra to była część jego poczucia wyższości nad mugolami i całym żywym światem.
Coś było nie tak.
– Dawno nie widziałeś się z Wilkesem, co?
Pożałowałam tego pytania tak szybko, jak je wypowiedziałam. Evan spojrzał na mnie tak, jak… Jak w zasadzie nigdy wcześniej na mnie nie patrzył. Wtedy nie znałam jeszcze tego spojrzenia, nie miałam okazji bowiem zmierzyć się jeszcze z jego zazdrością, o nie, wtedy całą swoją obsesję na punkcie wyłącznego posiadania mnie przelewał na Wilkesa, bo on też wiedział, musiał wiedzieć, on zrozumiał wszystko znacznie wcześniej. Tamtego dnia po raz pierwszy spojrzał na mnie jak na nieposłuszną dziewczynkę, karcąco i koszmarnie przerażająco, tak, bo w tych swoich napadach zazdrości był przede wszystkim przerażający; ludzie mówią, że zazdrość może ich podniecać, że jest w tym coś pociągającego, że idea mężczyzny pragnącego rozszarpać swojego rywala może być kusząca, ale ci ludzie, te kobiety, one nigdy nie widziały zazdrości Evana. Nie w jej pierwszej fazie.
Rosier wyglądał, jakby mógł Wilkesa, mógł mnie rozszarpać absolutnie niemetaforycznie.
– Co ja, kurwa, potrzebuję niańki?
Ryknął tak głośno, że niemal podskoczyłam i przewróciłam przy tym moje krzesło. Ze złością cisnął o ścianę butelką, którą do tej pory trzymał w ręce i zamarł, dysząc ciężko i wpatrując się we mnie intensywnie. Przez moment czerwień jego twarzy zlała się z czerwienią jego włosów, ukrywanie wściekłości nigdy mu nie wychodziło, to pewnie kolejna rzecz wspólna rzeczy rudych.
Nie wiem, ile zajęło mu uspokajanie się – minuty? godziny? – wiem tylko, że przez tę krótką chwilę byłam pewna, że zaraz rzuci się na mnie i wyrwie mi z piersi bijące serce, nawet nie tyle po to, żeby mnie ukracać, ile żeby mieć pewność, że jest tylko jego.
– Nie mów… – wycharczał w końcu z trudem, musiał odchrząknąć, żeby kontynuować. – Nie wtrącaj się do tego, co jest pomiędzy mną i Wilkesem. Masz się od niego trzymać z daleka. Dotarło do panienki?
Nie wiem, jak znalazłam w sobie siłę, żeby kiwnąć głową. A może to on kiwnął nią za mnie? Może nauczył się kontrolować moje ciało lepiej niż ja sama? Bo przecież znieruchomiałam, przerażona, bo przecież nie miałam najmniejszych szans na poruszenie jakimkolwiek mięśniem, nawet absolutnie nieistotnym, a co dopiero szyją.
A jednak kiwnęłam.
Pochylił się, żeby podnieść przynajmniej część potłuczonego szkła, chociaż teraz wiem, że zrobił to tylko po to, żeby na mnie nie patrzeć. Wtedy… Wtedy myślałam, że nie chce, żebym przypadkiem na nie nadepnęła, a że jest w tej swojej trosce nieporadny, zgubiony, w końcu musi się czuć winny, że tak na mnie naskoczył, prawda?, ryzykuje to, że się pokaleczy, byle tylko pozbyć się szybko tej nieszczęsnej butelki. Ale Evan? Wina? Troska? Schylił się przecież tylko po to, żeby ich uniknąć. Nawet za cenę drobnego skaleczenia.
Nawet nie wiem, czy do niego doszło; też nie potrafiłam wtedy spojrzeć na Rosiera i gdy tylko odzyskałam odrobinę władzy nad samą sobą, wlepiłam wzrok w czubki moich butów i jedynie starałam się usłyszeć, czy jest już z nim lepiej, czy jest już po wszystkim.
Każda burza kiedyś mija. Wystarczy być cierpliwym.
– W zasadzie dobrze się złożyło, że w końcu tu przyszłaś – powiedział w końcu tonem popołudniowej herbatki, bo dla niego nie było po wszystkim, dla niego nigdy nie było wszystkiego. – Zaczynałem się zastanawiać, czy wciąż idziemy razem na ślub Narcyzy.
Nie mogłam uwierzyć własnym uszom. Podniosłam głowę i od razu odnalazłam go wzrokiem – nonszalancko opartego o stół, przy którym siedziałam, z nowym piwem w dłoni i prawie że uśmiechem na ustach. Przez moment myślałam, że się roześmieję, tak absurdalną wydawała mi się ta sytuacja, ale zdusiłam w sobie ten śmiech, bo wiedziałam, że tylko na nowo go zdenerwuję.
– Naprawdę? – wymsknęło mi się. Nie planowałam robić mu wyrzutów, naprawdę, po prostu wciąż nie zebrałam się w sobie po jego wybuchu i… Nie wierzę, naprawdę nie wierzę, że wciąż się tłumaczę, że jego nie ma, a ja wciąż tłumaczę się przed samą sobą, że tyle lat później wciąż czuję się wobec niego bezradna.
– Naprawdę się zastanawiałem czy naprawdę coś innego?
Nie chciałam odpowiedzieć, ale jego oczy drążyły mnie na wskroś i wiedziałam, że nie odpuści.
– Evan… – Głęboki oddech. – Nie rozmawialiśmy ze sobą od miesięcy. Naprawdę uważasz, że powinniśmy zacząć to… zacząć to wszystko od dyskusji na temat ślubu Cyzi?
Wzruszył ramionami. Zdecydowanie czuł się już lepiej. Wracała mu jego poza tego, którego nic nie obchodzi.
– Leah wypaplała ci już wszystko inne, nie?
Napił się piwa, co było tylko kolejnym unikiem. Nie chciałam go przyciskać do ściany. Spędziłam kilka poprzednich tygodni obsesyjnie rozmyślając na temat tego, co usłyszałam o Leah, ale w obliczu możliwości poznania prawdy okazałam się tchórzem. Wolałam, żeby mi nie powiedział. Wolałam nie wiedzieć.
– Leah wcale nie…
– Robię tylko to, co jest słuszne, okay? – przerwał mi niespodziewanie. Nie patrzył na mnie. Patrzył na swoją butelkę, z której po chwili upił kolejny łyk. Próbował udawać, że to nic wielkiego. Och, Evan, czemu nic nigdy nie mogło być dla ciebie wielkie? – Nie chciałem ci mówić, bo wiem, jakim jesteś niewiniątkiem. Jak nie lubisz sobie brudzić ślicznych rączek i wolisz, żeby takie rzeczy załatwiano za twoimi plecami. I tak będzie, Arbanddel. Oczyścimy dla ciebie cały świat, a ty będziesz mogła dalej sobie udawać, że nie działo się to przy twoim pełnym pozwoleniu.
Otwieram oczy, bo nie mogę już znieść tamtej chwili. Nie chcę wracać pamięcią do tamtego milczenia, do tych ciągnących się w nieskończoność minut pełnych strachu i… upokorzenia. Nienawidzę pamiętać go takim, w tej chwili marzę głównie o tym, żeby umieć kiedyś zapomnieć o tym, że tyle razy celowo chciał mnie skrzywdzić, a przecież nie mógł chcieć, prawda? Przecież mnie kochał, a miłość, miłość nie działa w ten sposób i…
Ocieram z policzka łzę. Pani Wilkes głaszcze mnie po włosach. Nie mogę płakać. Nie teraz.
Zamykam oczy, a Evan akurat odstawił butelkę na stół i odsunął się ode mnie, i planował mnie chyba zostawić tam samą, złamaną i cierpiącą, bo w tym zawsze był najlepszy – w zostawianiu ludzi. Dla niego ta rozmowa była już skończona, on oznajmił przecież to, co miał do oznajmienia i nie potrzebował moich zbędnych komentarzy. Ale ja czułam, że go tracę, że jeśli wyjdzie teraz z tej obrzydliwej, pełnej szczurów i rozlanego piwa kuchni, to więcej go nie zobaczę, nawet nie dlatego, że on nie będzie tego chciał – chociaż czy kiedykolwiek tak naprawdę wiedziałam, czego chce Evan Rosier? – ale dlatego, że nigdy już nie otrząsnę się z tego, co właśnie mi powiedział.
– Tęskniłam za tobą. Tylko to chciałam powiedzieć.
Spojrzał na mnie w końcu i ku zdziwieniu nas obojga jego twarz pełna była niezrozumienia. W jego świecie, w jego głowie, każda rozmowa zawsze była potyczką, którą należało wygrać, więc z góry założył, że po to tu przyszłam. Żeby wygrać swój kawałek prawdy.
Nie zdążył odpowiedzieć, bo nagle usłyszeliśmy najpierw dźwięk zamka, potem huk zamykanych drzwi, aż w końcu z korytarza za jego plecami dobiegł do nas głośny kaszel Constantine’a Notta.
Znowu chce mi się pisać. Co oznacza, że moje załamanie nerwowe osiągnęło punkt, w którym nic we mnie już nie wierzy, że mi przejdzie.
Oberwałam od Sylf za lodówkę, ale lodówka została. Przykro mi. Weasleyowie mieli radio i kuchenkę, Rosier może mieć lodówkę.Sylf powiedziała mi, że przecież mógłby mieć szafkę z zaklęciem chłodzącym. Chciałabym tu zaznaczyć, że lodówka to taka szafka, która chłodzi (tylko z innego materiału).
(gdyby Rosier nie miał lodówki, nie mogłabym mu przypierdolić za hipokryzję, a bardzo chciałam, bo po raz pierwszy czułam, że trzeba stanąć w obronie Luny)
(tak oto Luna nie ma czajnika, a Rosier ma lodówkę, witajmy w świecie mojej niekonsekwencji)
Te notki odautorskie zawsze były pełne mojego marudzenia na to, że śmierdzi Zmierzchcem. Chciałam powiedzieć, że ewoulowałam i ze względu na dużą zawartość przemocy domowej dzisiaj czuję, że pisałam 50sog tyle że bez seksu.
(na co komu seks, jak można rzucać butelkami?)
(TRZEBA BYŁO MU ODDAĆ KRZESŁEM)
Dziękuję, pozdrawiam. Kiedyś wrócę, jak widać, nie tak łatwo jest się mnie pozbyć.

08.

Reszta tamtego lata… Nie chcę myśleć o reszcie tamtego lata, bo wtedy myślę o Ellie i Ellie wyłącznie. Nie chcę myśleć o Ellie, bo nas dwóch już nigdy nic nie rozdzieli, bo w życiu pełnym utraty i pożegnań trafiła mi się jedyna stała, ty parszywy losie. Wszystkie sekundy, jakie mi pozostały, spędzę myśląc o Ellie. Dlaczego tylko rzeczy prawdziwie złe mogą być prawdziwie nieskończone?
Lato skończyło się jednak, a ja po raz ostatni uciekłam do Hogwartu. Nawet pełne złości oczy Virginii nie mogły mnie przed tym powstrzymać – bo po raz pierwszy od aresztowania mojego ojca nie czułam się już winna a jedynie zmęczona. Może właśnie po to potrzebuję Ellie? Może ma być mi otuchą myśl, że czego nie zrobię – a nawet czego nie zaprzepaszczę swoją niemożnością wyboru – i tak zawsze będzie to błahe przy tym, co ona zrobiła nam wszystkim?
Może. Może dlatego też zaprzeczam sama sobie i wracam do niej, i wracam, i nie mogę przestać o niej myśleć, może w istocie jest ona lekarstwem na moje poszarpane sumienie, może nienawiść wreszcie bardziej absorbuje niż smutek i czyni życie łatwiejszym.
Jeśli to faktycznie miałoby być rozwiązaniem, niech będzie, czas na Ellie – niezmienną, choć przecież wszystko płynie, dokładnie taką samą każdego dnia tego koszmarnego lata. Wszystkie te sceny i scenki są siebie warte, ale skoro prawie całą sobą jestem już znowu w Hogwarcie, próbuję skupić się na Ellie z dnia, w którym wyjeżdżałam.
Stałam w drzwiach naszego salonu, znowu, znowu, znowu, wszystko, co złe, działo się w tym salonie, dlaczego zawsze tam wracam? Jaka nieludzka siła ciągnie mnie do tego miejsca, w jaki wir wpadłam, że chociaż chcę się z niego wydostać, nie mogę; że nawet gdy mogę, to wciąż n i e   m o g ę? Mogłabym się usprawiedliwić tym, że nigdy nie byłam niczym więcej niż kobietą, a kobiety takie jak ja są czystym zaprzeczeniem inicjatywy, zamrożonym potencjałem tego, co się nigdy nie ziści; ale Evan przecież chciał mnie stamtąd zabrać, nie musiałam robić nic, musiałam tylko pozwolić, skinąć uprzejmie głową na jego błagania, na jego próby zaprzepaszczenia swojego życia – bo przecież ojciec by mu nie wybaczył, a bez jego ojca nie byłoby też pieniędzy, kariery, koneksji, bali u Ministra, szlag by to, Rosier, na co ci to było? – musiałam tylko pozostać bierną, a nie po raz pierwszy wybrać niemy upór i to w imię czego? W imię swojej dumy, myślałam, w imię szacunku i lepszych warunków dla wspólnej przyszłości; nie byłam przecież Leah, nie mogłam pozwolić sobie na bycie lokatorką, nie będąc żoną, ale wybiegam myślami tak bardzo do przodu, tak blisko teraz, że… Podczas gdy tak naprawdę odmówiłam mu w imię tego salonu i cierpienia, które nie musiało być moje, ale którego trzymałam się kurczowo całe dorosłe życie.
Stałam więc w drzwiach mojego salonu.
Nigdy nie byłam dobrym czarodziejem, za co Ellie obwiniała moją matkę i jej niskie pochodzenie – zapominając, oczywiście, że sama była kiedyś mniej niż niczym i jeżeli teorie czystości krwi faktycznie się sprawdzały, to pewnie głównie ona przyczyniła się do mojej porażki. Większość moich zaklęć zawsze działała połowicznie albo przynajmniej nie-do-końca – i dlatego właśnie kufer ciążył mi w dłoni, chociaż obłożyłam go zaklęciem lekkości. Po prawdzie to Kłapoucha powinna go trzymać, a przynajmniej znieść na dół, ale ta hańba na skrzacim rodzie nigdy mnie nie słuchała, zawsze była tylko skrzatem Ellie i tylko od niej przyjmowała rozkazy. Nawet nie wiem, czemu ją przy sobie zatrzymaliśmy. Z przyzwyczajenia? A może z dobroci serca? Wątpię. Mój ojciec, tak jak ja, odkrył w sobie po śmierci mojej matki niechęć do podejmowania decyzji, która jest jedynie marnym objawem niechęci do oddychania.
Bezużyteczny skrzat kręcił się zresztą gdzieś po domu, słyszałam szuranie jego przerośniętych stóp, bo odkąd Ellie wróciła, Kłapoucha przestała nie tylko tupać, lecz także nienawistnie trzaskać drzwiami czy zupełnie przypadkowo tłuc talerze.
To zabawne, co człowiek zapamiętuje: dokładny kształt stóp domowego skrzata, którego duży palec lewej nogi był domem dla najobrzydliwszej brodawki świata, ale nie twarz swojej matki.
I chociaż ból prawej dłoni doskwierał mi coraz bardziej, chociaż to, że nie mogłam liczyć na nikogo, doprowadzało mnie do szaleństwa, wreszcie to, że nie musiałam skręcać do salonu, bo nigdy nie podłączyliśmy się do Sieci Fiuu – moja matka tego nie chciała, potem… potem już nie mogliśmy – to mimo to stałam właśnie w drzwiach swojego salonu i zastanawiałam się, po co właściwie tam wchodzę.
Bo czy naprawdę chciałam ją zobaczyć? Albo inaczej – czy nie widziałam jej już takiej dość razy, by obraz ten na stałe wyrył się w mej pamięci?
Z jakiegoś zupełnie niezrozumiałego dla mnie powodu zawsze łudziłam się, że tym razem będzie inaczej.
W ludzkiej wyobraźni te sceny zawsze są takie… dramatyczne. Tłuczone szkło setek butelek na podłodze, część wciąż mokra i skrząca się kropelkami wczorajszego wina. Okrutny odór ludzkich odchodów, potu, wymiotów, który nigdy nie mija, bo od kanapy do okna jest tak daleko, zresztą, gdyby już udało się wstać, to morze tłuczonego szkła! Krzyk. Płacz. Zeszłotygodniowy obiad.
Wyobraźnia ludzka kocha takie sceny.
Delikatnie odstawiłam ciążący mi kufer i podeszłam do niej, spokojnie, ostrożnie, ale nie z obawy o swoje stopy, bo przecież tłuczonego szkła nie było, ani teraz, ani nigdy, co ludzka wyobraźnia wie o takiej prawdziwej, niepoetycznej tragedii? Nie chciałam jej obudzić, po prostu, bo chociaż była potworem, musiałam wciąż wierzyć, że ja jestem człowiekiem. Sama nie wiem, na co mi to było, stać tak nad jej bezwładnym ciałem śpiącego, przecież nie dla triumfu i nie dla satysfakcji, chyba że satysfakcją nazwiemy serce tak zmęczone, że niezdolne do cierpienia. Nie wiem. Po prostu…
Przykucnęłam przy sofie, jak zawsze i jak zawsze wyjęłam jej z ręki niepozorną, pustą szklankę. Ellie już wtedy nie potrzebowała wiele – ale walczyła, walczyła i zaciskała palce, nawet przez sen uparta, mruczała coś do siebie, naprawdę musimy przechodzić zawsze przez ten cyrk? W końcu szarpnęłam z siłą, która niemal wytrąciła mnie z fizycznej równowagi, gdy szklanka wymsknęła się oporowi Ellie, jej ostatecznym burknięciom. Gdy zapadła cisza.
Odstawiłam pustą szklankę na stół, chociaż w głębi serca chciałam roztrzaskać ją o ścianę, przywołać poetyczność wyobraźni ludzkiej i tym samym na chwilę chociaż zapomnieć o prawdziwości tego, co było. Przyjrzałam się Ellie. Jej sen nigdy nie był spokojny, w zasadzie nie przypominał nawet snu a czuwanie, a może nawet szybką ucieczkę z cierpienia w cierpienie.
Może też byłam potworem, bo kiedy patrzyłam na jej udręczoną twarz, nie czułam nic poza obrzydzeniem i smutnym obowiązkiem.
Chwyciłam koc, który leżał na ziemi, i delikatnie ją nim okryłam. To był taki mój mały rytuał oczyszczenia, takie: zrobiłam, co mogłam, i teraz wolno mi oszukiwać się, że odchodzę w spokoju sumienia. Przez to lato materiał tego koca stał się dla mnie symbolem tak bolesnym, że dotykanie go sprawiało mi niemal fizyczne cierpienie. To smutne, z jaką łatwością takie prywatne, pełne czułości gesty zamienić się mogą w narzędzie tortur za cudze winy.
Ellie coś mamrotała.
Odsunęłam się szybko, stanęłam i wykonałam krok w tył, jak uciekinier i winowajca, tak, że niemal wpadłam przy tym na stół. Nie bałam się tego, że jej nieświadome słowa skrzywdzą mnie jeszcze bardziej. Bałam się tego, że poprosi mnie o pomoc.
Poczułam czyjąś rękę na ramieniu, a kiedy odwróciłam się, żeby sprawdzić, kto tak miesza we wspomnieniu o mnie i Ellie, o Ellie i o mnie wyłącznie, byłam już w pociągu do Hogwartu, tam, gdzie miałam być od początku, bo niezależnie od tego, jaką cenę przyjdzie nam za to zapłacić i co w pośpiechu ominiemy i utracimy na zawsze, historia musi iść naprzód.
Teraz, po tylu latach, to, co zobaczyłam, pozbawione poparcia teraźniejszości, wydaje mi się jeszcze bardziej snem i nierzeczywistością, bo czy istniał świat i istniała konfiguracja gwiazd nad naszymi głowami, czy istniała taka chwila jedna i jedyna, kiedy Leah płakała? A jednak oczami wyobraźni, które są jedynie marnym odbiciem oczu młodszej mnie, widzę ją właśnie taką, zapłakaną i bezbronną, i znowu nie mogę w to uwierzyć, i umysł mój buntuje się, bo Leah nie płacze, nie teraz i nie nigdy, nie ma bowiem niczego, co mogłoby doprowadzić ją do tego stanu, nie ma i nigdy nie będzie. Leah nie ma serca, nie ma słabości i przecież…
A mimo to Leah zdecydowanie płakała, tak, jak tych parę lat później, zdecydowanie oszalała i opuściła nas wszystkich, zostawiając po sobie pustkę tym dotkliwszą, że przecież była tu, tuż obok. Leah za nic miała sobie nawet to, że niezdolna była do słabości. Co za ironia losu. Upaść z własnej niemożności upadku.
– Przestań się gapić – warknęła i znowu była Leah, i nawet jej zaczerwienione oczy nie mogły temu przeszkodzić. – Musimy porozmawiać.
Nie byłam pewna, o czym takim Leah mogłaby chcieć ze mną rozmawiać; nasza płaszczyzna wspólnych zainteresowań zaczynała i kończyła się na Rosierze, a Rosiera już nie było, Rosier dorósł i zostawił nas, dzieci, daleko w tyle, zajął się swoimi zabawkami starych ludzi i zupełnie nie mógł się przecież przejmować tym, o czym mogłybyśmy rozmawiać w pociągu do Hogwartu.
A jednak moje pełne niezrozumienia spojrzenie spotkało się z dezaprobatą, a jednak Leah z jakiegoś powodu uważała, że mam święty obowiązek wiedzieć, o czym chce ze mną rozmawiać, Leah, pani życia i śmierci. Bez słowa, w mgnieniu oka przekonała mnie, że zadawanie pytań tu i teraz na nic się zda, że lepiej będzie dla mnie, jeśli poddam się jej woli bez zająknięcia.
Nawet zapłakana była przerażająca.
Może nawet bardziej.
Nie jestem pewna, czy poza nami dwoma były w historii pociągu do Hogwartu osoby, które odkryły istnienie toalety na końcu ostatniego wagonu. Malutkie pomieszczenie wyglądało tak, jakby nigdy wcześniej nie było odwiedzone, ba, jakby dopiero zaczęło istnieć i dopiero budziło się z letargu nicości. Zlew, na który bezceremonialnie popchnęła mnie Leah, był zimny zimnem czegoś, co nigdy nie poczuło ciepła ludzkiego ciała.
Samo przebywanie w tym pozbawionym ducha miejscu było wystarczająco dziwne. To, że Leah, mimo swojej gwałtowności, wciąż wyglądała bardziej desperacko niż przerażająco sprawiało, że czułam się bardziej częścią taniego kryminału niż własnego życia.
– Wiesz już o Notcie?
– O Notcie? A co mnie… – urwałam i spojrzałam na nią jeszcze raz. Nie mogłam w to uwierzyć. Spędziłam tyle czasu wyśmiewając te wszystkie plotkujące dzieci, podczas gdy… – Ty i Nott? Wy? Naprawdę?
Szybko pożałowałam tego, co powiedziałam. Leah spojrzała na mnie tak, jakby nie wierzyła w to, że ktoś może być aż tak głupim.
– Spytałabym, co Rosier w tobie widzi, ale wolałabym nie odbiegać od tematu. Rany. – Teatralnie przewróciła oczami. – Snape miał rację. Naprawdę jesteś powolna.
– Leah, ja…
– Siedź cicho. Nie potrzebuję twojego jęczenia.
Postawienie się Leah, która w zasadzie nie do końca zdawała się Leah, którą znałam, było jeszcze trudniejsze niż zwykle. Musiałam skupić się nie tylko na tym, by wyrwać się z tego stanu zdziwienia i poczucia nierealności, lecz także na tym, by przetworzyć to wszystko, co nagle postanowiła mi powiedzieć. Dopiero potem mogłabym zacząć myśleć o tym, by stanąć w obronie samej siebie.
Byłam na pozycji bardziej niż straconej.
Jedyne, co mi pozostało, to czekać, aż Leah powie to, co ma do powiedzenia i zostawi mnie w spokoju; bo tak jak wszystkie klęski, tak jak noc i tak jak wszelkie nieszczęścia, Leah też prędzej czy później przemijała, pozostawiając po sobie jedynie niesmak w ustach i mgliste przeczucie nieuchronności jej powrotu.
– Aresztowali Notta – oświadczyła w końcu, gdy znudziło jej się patrzenie na mnie z wyższością. – Zabrali go do Azkabanu. Bez przesłuchania, bez procesu, bez… – Urwała. – Rosier wie już, co z nim dalej zrobią? Mają coś na niego?
Moją pierwszą, automatyczną reakcją było:
– Dlaczego ktokolwiek chciałby aresztować Notta?
Dopiero wyraz twarzy Leah, dopiero to, że wyglądała na jeszcze bardziej zdziwioną i skołowaną niż ja, dopiero to sprawiło, że dotarły do mnie jej słowa.
W Azkabanie nie przetrzymuje się niewinnych ludzi.
Przez te wszystkie lata zdążyłam się już pogodzić z myślą, że… Ale nigdy nie nazwałabym żadnego z nich niewinnym człowiekiem. Byli winni. Może to, co robili, może to faktycznie było mniejszym złem. Może tak należało. Ale ich wina nigdy nie była dla mnie wątpliwa.
Wątpliwe było tylko to, czy zasłużyli na to, co się z nimi stało.
W tamtej jednak chwili o niczym nie wiedziałam – a Leah, co oczywiste, nie wiedziała o mojej niewiedzy. Gdyby Rosier powiedział jej, jak bardzo mi nie ufa, pewnie nigdy o niczym bym się nie dowiedziała; wątpię bowiem, czy nawet śmierć Yaxleya zmusiłaby Evana do podzielenia się ze mną swoim sekretem. Powinnam być ci wdzięczna, wiem, ale teraz, teraz, kiedy myślę o tej scenie, nienawidzę cię z całego serca, Leah, jakbyś nie mogła trzymać swojego jęzora za zębami.
– Rosier ci nie powiedział.
Podniosłam się i spojrzałam na nią poważniej. To nie był dobry moment na wycofywanie się.
– Czego mi nie powiedział? – spytałam więc, na wpół wbrew sobie, bo część mnie nigdy nie chciała się dowiedzieć. Część mnie rozumiała doskonale, że najszczęśliwsza zawsze byłam w niewiedzy.
Leah nie odpowiadała przez dłuższą chwilę; wyglądała jak ktoś, kto nie może wybrać pomiędzy kręceniem z niedowierzaniem głową, gorzkimi łzami i wybuchem niekontrolowanego śmiechu.
– On ci nie ufa.
– W jakiej kwestii, Leah?
Wykonałam krok do przodu, ale ona była szybsza. Wybiegła na korytarz. Nie rozumiałam, o co chodzi – tyle mnie szukała, a potem… Wybiegłam za nią.
– Leah! – krzyknęłam odrobinę zbyt desperacko.
Ale ona nawet się nie obejrzała. Czegokolwiek się przypadkiem dowiedziałam, musiałam sobie z tym poradzić zupełnie sama.

Już podawałam Sylf skalę, w której należy oceniać ten rozdział, ze względu na moje przerośnięte ego podaruję sobie dzielenie się nią w przestrzeni publicznej.
Powiem tak – nie piszcie, słuchając gameplaya z gry South Parku, bo potem bardzo trudno się skupić na tym, na czym się skupić powinno!

05.

Te pierwsze dni z Rosierem, ta nieufność, ta gra i ta ciągła manipulacja, ale przecież też i to pierwsze szczęście, nieśmiałe i kalekie, szczęście bycia z drugą osobą, choćby i dziecinnie jeszcze, choćby połowicznie – to wszystko doprowadza mnie do rozpaczy, krzyczy jak mogłaś nie zauważyć? jak mogłaś być taka ślepa? To, co kiedyś cieszyło najbardziej, teraz przynosi największy ból, nie tylko dlatego, że już nie powróci, że już go nie będzie, lecz także z powodu zazdrości o tamtą mnie, która jeszcze nie wiedziała. Pierwsze dni, tygodnie, miesiące były bezkrytyczne, nieświadome. Nie potrafię o nich myśleć. Nie potrafię myśleć o tej idylli, która zrodziła się jeśli nie tyle z kłamstwa, to przynajmniej z niedomówienia.
Zamiast tego próbuję skupiać się więc na innych sprawach, które zaprzątały mi głowę tamtej wiosny, tyle że żadne testy, żadne szkolne dramaty, żadna mglista wizja przyszłości – nic nie wygrywa mojej uwagi, nic mnie nie absorbuje na tyle, żebym przez moment choćby zapomniała o bezsensownym szczęściu tamtych miesięcy.
Czuję na swojej dłoni uścisk matki Wilkesa, ale i on nie pomaga. Wilkes przecież nic dla mnie wtedy nie znaczył, nikt nic dla mnie nie znaczył, rzuciłam się w tamto uczucie z egoizmem właściwym młodości i pewnie tylko cudem jakoś utrzymałam się na powierzchni i nie zakończyłam przygody z Hogwartem na szóstym, niezaliczonym roku. Dużo miałam szczęścia, a Wilkes cierpliwości, której zabrakło wcześniej Esterze, bo nie dość, że znosił moje uporczywe włóczenie się za Rosierem, to bez pytania kończył moje niezaczęte eseje i z niesłabnącą wiarą we mnie wstawiał się za mną u Notta, którego, jak się później okazało, w najmniejszym stopniu moje oceny z obrony przed czarną magią nie interesowały.
Dopiero z początkiem czerwca grunt zaczął palić mi się pod stopami, a wszystko to przez Leah, która za naszymi plecami podejmowała jedną z najważniejszych decyzji swojego życia.
Leah. Dlaczego nie potrafię myśleć o Rosierze, a Leah wciąż jest dla mnie taka ważna? Dlaczego w ogóle ją wspominam? Przecież jeśli nie byłoby Leah, byłby ktoś inny i nie uczyniłoby to żadnej różnicy. A tymczasem moja pamięć uczepiła się jej, tej dziewuchy znikąd, tego nikogo, bo przecież nawet mój ojciec patrzyłby na nią z pogardą, gdyby wciąż był przy mnie w chwilach, gdy Leah stała się nieodłączną częścią mojego życia.
Tyle że to jeszcze nie było wtedy. Wtedy… Wtedy dopiero wykonywała krok na drodze do naszych salonów.
Właśnie z pierwszym tygodniem czerwca rozniosła się fama, że Nott opuścił zamek z cokolwiek wątpliwych moralnie przyczyn.
– Podobno sypia z uczennicą. – Rozchichotane, rozkucykowane, rozkoszne byle co z Gryffindoru ledwo powstrzymywało się przed krzykiem. Nic tak nie porusza ludzi jak cudzy skandal przed własnym nosem. – Grizel słyszała od Lily, że Slughorn w wielkiej konspiracji rozmawiał o tym z McGonagall przed eliksirami. Taka afera! – dorzuciła, gdy otaczający ją tłumek jej podobnych Gryfoniątek pokiwał głowami w pełnej synchronizacji z jej słowami. – Syriusz. – Uśmiechnęła się triumfalnie. Napawała się nie tylko władzą swojej plotki, lecz także faktem posiadania przystojnego chłopaka. – Syriusz mówi, że tak to już jest, jak się tym arystokratycznym żmijom w czymkolwiek zaufa.
Nie wiem w zasadzie, dlaczego zdecydowałam się na obronę przed czarną magią, jeśli tak lekko ją sobie ważyłam. Grunt, że odejście Notta sygnalizowało śmierć ostatniej nadziei na zaliczenie końcowego egzaminu i nawet w tym okresie oderwania od świata musiałam w końcu się nim przejąć. A przynajmniej spróbować dowiedzieć się, czy Gryfoneczka nie konfabuluje. Chcąc więc czy nie chcąc, zmuszona byłam przysłuchiwać się tej absurdalnej rozmowie, czekając przed biblioteką na Rosiera.
– Dumbledore powiedział ponoć, że zachowa to w tajemnicy, jeśli…
Ale dziewczynie nie dane było dokończyć zdania, bo w blasku czerwonego światła upadła bezwładnie na ziemię. Tłum, wciąż w pełnej synchronizacji, westchnął głośno i z niedowierzaniem, wykonując krok do tyłu, każda osoba w swoim kierunku. To cud, że nie rozproszyli się nerwowo. Widocznie tłum dodaje sobie odwagi tam, gdzie brak jej jednostce.
Kilkanaście kroków od nich stała sprawczyni tego nagłego zwrotu akcji, Leah. Z tym nieodłącznym szaleństwem w oczach i niepokojącym uśmiechem sprawiła, że nawet mnie dreszcz niepokoju przebiegł po plecach.
– Szlamy milczą! – wrzasnęła, a kamienne mury Hogwartu echem spotęgowały jej krzyk. Wciąż nikt nie drgnął nawet, by pomóc nieprzytomnej Gryfonce. – Oczerniać im się zachciało lepiej urodzonych; i co jeszcze, może niedługo zaczniecie się nazywać czarodziejami?
Nawet jeśli kątem oka zauważyła moją obecność, nie dawała tego po sobie poznać. Tłumek przestraszonych uczniaków w pełni absorbował jej uwagę; w końcu nie często zdarzało się, że mogła bez przeszkód dawać upust swojej agresji.
– Komentarze wam się nagle skończyły?
I wciąż czekało na nią tylko milczenie.
Prychnęła lekceważąco, bo co innego jej pozostało? Trudno demonstrować swoją wyższość, gdy adresat tej wyższości nie reaguje. Leah nie była z gatunku tych, którzy z uporem maniaka powtarzają drzewu, że się myli, rosnąc gdzie rośnie, że zasłania im słońce. Leah była z gatunku tych, którzy po prostu chwytali za siekierę.
Z właściwym sobie pozornym spokojem ruszyła więc w kierunku niemego tłumu, który niemalże fizycznie ugiął się pod ciężarem tego gestu. Bo choć ich było zdecydowanie więcej, bo choć oni mieli rację, bo choć wreszcie oni stanowili łącznie siłę znacznie przewyższającą jedną, dość nikłej postury blondyneczkę, to przewaga Leah nad całym tym zbiorowiskiem była niewątpliwa – oni się jej bali, a ona, cóż, miała pod ich stopami dowód swojej bezwzględności.
Wkrótce, jakby naprawdę miała do tego prawo, jakby nikt nie mógł jej powstrzymać, jakby to było właściwe, wkrótce miała go i pod swoją stopą. Pamiętam, jaka byłam zdziwiona, jaka sparaliżowana tym, że się odważyła, że na oczach tylu ludzi podeszła do unieruchomionej dziewczyny i lekko kopnęła ją w podbrzusze.
– Szlamy – mruknęła, pochylając się nad nieszczęsną.
Nie mogłam oderwać od niej wzroku. Wcale nie dziwiłam się już sparaliżowanemu tłumowi – ja przecież nie miałam powodów, by się jej bać, by poddawać się temu wszystkiemu, a mimo to… Za każdym razem, gdy tylko Leah poczuła odrobinę władzy, odrobinę kontroli nad sytuacją, wstępowało w nią coś nie tylko niepokojącego, lecz także absolutnie nie do odparcia i nie do odrzucenia. W mgnieniu oka stawała się zupełnie innym człowiekiem.
Hipnotyzowała.
Stałabym tam pewnie dalej i pozwalałabym jej na to wszystko, bo jak miałabym jej na to nie pozwolić, gdyby nie to, że ktoś postanowił otworzyć drzwi biblioteki, o które się opierałam i na moment straciłam równowagę. Ten ułamek sekundy wystarczył, bym wyrwała się z mojego transu.
– Uważaj, niezdaro.
Pierwszoroczna Puchonka, która przecież niczym nie zawiniła, która przecież chciała tylko wyjść z biblioteki – dlaczego warknęłam na nią bez powodu? dlaczego żyłam cudzą nienawiścią i agresją? dzisiaj zupełnie tego nie rozumiem – wróciła do środka, nie zająknąwszy się nawet jednym słowem sprzeciwu. Gdyby była starsza, pewnie próbowałaby przezwyciężyć moją niestraszną przecież nikomu złość, ale na szczęście, na szczęście powtarzam, bo czy Leah nie wtrąciłaby się i w to?, na szczęście była wciąż na tyle mała i na tyle rozsądna, by nie wierzyć w bunt.
Bunt nigdy przecież nikomu nie wyszedł na dobre, prawda?
Niemniej jednak, kiedy już zniknęła, kiedy znowu mogłam spojrzeć w stronę sparaliżowanego tłumu, jego wcale tam nie było. Została tylko Leah, Leah, która już nie tylko kucała koło bezwładnej dziewczyny, lecz także najwidoczniej starała się określić stopień rozciągliwości gryfońskiej twarzy.
– Daj jej już spokój.
Nie podniosła głowy, gdy do niej podeszłam. Moja obecność wciąż jej nie obchodziła. W tej małej zemście przeszkadzałam jej nie bardziej niż tłum, który musiała ostatecznie rozgonić. Bo czy liczyło się dla niej coś więcej niż ta przypadkowa dziewczyna, co to miała dość pecha, by wejść jej w paradę?
Nawet nie jestem dziś pewna, czy to się dla niej liczyło, czy nie była to tylko jedna z wielu prób zabicia w swojej głowie tego głosu pełnego zawiści, tej potrzeby udowodnienia sobie, że może być, kim tylko być zechce, że nieważne jest to, jaką cenę zapłaci, by odciąć się od wszystkiego, czym jest.
Nawet nie wiem, czy nie była to tylko jedna z wielu prób zabicia w sobie tego głosu, który był naprawdę, który brzmiał naprawdę i który został naprawdę.
– Leah, proszę.
Ukucnęłam tuż przy niej i położyłam dłoń na jej ramieniu, ale ona szybko ją strząsnęła. W pierwszym odruchu byłam zdziwiona, że ona wiedziała, że tam jestem. Jak miałaby nie wiedzieć? Na to pytanie bym wtedy nie odpowiedziała, a mimo to było dla mnie niepojętym, że tym nieznaczącym przecież gestem w końcu akredytowała moją obecność, w końcu dała jej podstawy istnienia.
Ta niespodziewana manifestacja świadomości dodała mi sił i spróbowałam ponownie. I tym razem odtrąciła moją dłoń, zrobiła to jednak agresywniej, z większą niecierpliwością. Była zajęta. Była zajęta i nie chciała, żeby ktoś ją powstrzymywał.
Z niepokojem obserwowałam, jak przykłada różdżkę do skroni Gryfonki, jak jej usta układają się do zaklęcia, jak…
– Leah, do diabła, opanuj się! – krzyknęłam na tyle głośno, by mieć pewność, że tym razem mnie usłyszy.
Sama nie wiem do dziś, skąd wzięłam w sobie dość przekonania, by z absolutną premedytacją wytrącić jej wtedy różdżkę z ręki. Wytrącić, a raczej spróbować wytrącić, bo Leah trzymała ją zbyt pewnie, zresztą moje przekonanie nigdy nie miało szans z jej szaleństwem, nawet wtedy, gdy było najsilniejsze.
Osiągnęłam jednak to, co najważniejsze. Leah spojrzała na mnie. A ja od razu tego pożałowałam.
– Stul pysk, Arbanddel – warknęła. – Nic ci do tego.
Nie miałam ochoty się z nią kłócić, ja… Ale na to było już za późno. Cała jej uwaga była już skupiona na mnie. Dziewczyna na podłodze mogła równie dobrze nie żyć, ba, mogła po prostu wstać i odejść, Leah zupełnie by to nie przeszkadzało. Ona szybko zmieniała swoje cele.
– Nie powinnaś jej tak traktować. Na środku szkolnego korytarza, Leah. A jak ktoś cię zobaczy? – Do głowy przychodziły mi jedynie absurdalne argumenty. – Wyrzuciliby cię z miejsca, nie pamiętasz, jaka była afera z MacDonald i Averym? Przecież…
– Stul pysk! – przerwała mi w połowie zdania.
Dobrze pamiętam, jaka czerwona była ze złości, jaka wykrzywiona, dobrze pamiętam, jakie to wtedy zrobiło na mnie wrażenie, bo oto po raz pierwszy mogłam zobaczyć Leah, gdy traciła nad sobą panowanie. Nigdy nie przywyknę już do tego widoku, nawet teraz, kiedy te ataki się nasilają, kiedy mało co potrafi już ją powstrzymać.
Nie potrafiłam jej nie posłuchać. Język splątał mi się we wcale nie taki mały supełek i nic nie potrafiło go rozwiązać. Czułam, jak rośnie mi w gardle, jak je całe zapycha, jak żywi się moją bezradnością i dławi mnie, obrastając w tłuszcz niemocy, czułam i nic nie mogłam z tym zrobić, byłam przecież i bezradna, i w niemocy. Jedyne, co mogłam, to patrzeć, jak wyciąga różdżkę, której nie udało mi się jej odebrać, jak wyciąga ją w moim kierunku, jak celuje prosto w mój nos, jak wreszcie dotyka nią tego mojego nosa, na samym koniuszku, ledwie co, ale jednak tak, żebym ją poczuła, żebym wiedziała, co chce zrobić.
Wtedy po raz pierwszy zrozumiałam, dlaczego ludzie boją się Leah.
Mogłabym przysiąc, że trwałyśmy tak miesiąc, rok, stulecie. Czas nie tyle stanął w miejscu, ile splątał się jak mój język, tak jak on upasł się moją bezradnością. Leah nie zamierzała uderzyć szybko – ją bawiła ta chwila, to czekanie na atak, ten strach. Ofiara po to żaden sport, tak potem wielokrotnie mówiła, sama to słyszałam, sama temu przytakiwałam. Ofiara przed jest najsmaczniejsza.
W końcu jednak usłyszałam stanowcze:
– Co tu się do cholery dzieje?
Różdżka jednak nie opadła, wciąż stykała się z moim nosem i nigdzie się nie wybierała.
– Ona broni szlamy.
Po raz kolejny tego dnia odpowiedziało jej milczenie.
Nie musiałam unosić głowy, żeby wiedzieć, kto za nią stoi. Rosier. Evan Rosier, na którego czekałam, a który to nie raczył powiedzieć nawet słowa w mojej obronie. W tamtym momencie zarzekałam się, że nigdy mu tego nie wybaczę, że jak mógł… A mimo to mu wybaczyłam, ten pierwszy raz i te wszystkie następne.
– Arbanddel, no powiedz coś, taka byłaś wygadana.
Tyle że nawet jeśli chciałam jej coś powiedzieć, to przecież nie mogłam, przecież ten supeł z języka, ta gula w moim gardle, to dławiące mnie coś, przecież nie mogłam! Z braku powietrza ciemniało mi przed oczami, jak miałam je jeszcze marnować na obronę? Jak?
Do dzisiaj nie wiem, co by się ze mną stało, gdyby nie ta biblioteka, pod którą staliśmy, gdyby nie ta pierwszoroczna Puchonka, którą wcześniej przestraszyłam. Pewnie nic – pewnie skończyłoby się na strachu, na pokazie siły. W Hogwarcie nie było pola na większe wyskoki, tu świat jeszcze nie rozpadł się na miliony małych kawałeczków. Ale co, gdyby nie było nas w Hogwarcie? Pozwoliłby jej? Nie wiem. A przynajmniej udaję przed sobą, że nie wiem.
Wolę nie wiedzieć.
Puchoneczka po raz drugi zaryzykowała wyjście z biblioteki. O wiele ostrożniejszy Evan, który przecież nie mógł wiedzieć, że to jedynie nic nieznacząca pierwszoklasistka, chwycił Leah za rękę i jednym ruchem odciągnął ją ode mnie. Nie protestowała. Zniknęli zanim zdążyłam odplątać swój język i wydusić choćby krótkie: to nie tak, jak myślisz.
A ja zostałam sama z bezwładną dziewczyną, dla której zaryzykowałam tak wiele, a której twarzy nawet przecież dzisiaj nie pamiętam.
Wewnętrzną niespójność tej notki sponsoruje fakt, że miało być o jednym, a jak zwykle wyszło o czymś innym i zrobił się bałagan. A ja to chyba jestem ostatnią osobą na świecie, której by się chciało ten bałagan sprzątać. Tylko biedny ten Nott, nie załapał się w ogólę na nocię, która w planie bsa zatytułowana była jego własnym imieniem.

Część Szesnasta. Szminka.

To był naprawdę ciężki dzień.
Choć zegar ledwo co wybił godzinę czwartą, Vorrenus Nott z trudem utrzymywał się na nogach. Cholerni skąpcy! Od samego rana latał od domu do domu starając się nadrobić czas, który stracili na romansach Wilkesa, ale szło mu jeszcze gorzej niż zwykle. Trzy z siedmiu osób, które zdążył już odwiedzić, odmówiły mu; nawet obietnice szybkiej spłaty długu i osobistej wizyty panicza Riddle’a nie potrafiły ich przekonać do łaskawszego spojrzenia na jego prośbę. Co będzie, gdy przyjdzie do wytłumaczenia się Mu z porażki? Parę lat temu wyśmiałby osobę, która powiedziałaby mu, że będzie drżał na samą myśl o jakimś młokosie. Dzisiaj stało się to rzeczywistością.
Dokładnie trzynaście po – cóż za absurdalna godzina! – był umówiony z Muldberem. Miał dziką, naprawdę dziką, ochotę się spóźnić. Przecież nie mógł być jedyną osobą na świecie, której ktoś popsuł dzień. Orson ze swoją obsesją na punkcie punktualności był ofiarą niemal idealną. Niemal, bo w końcu nie był z nim tam umówiony w celach towarzyskim. Mieli jeszcze coś do załatwienia.
Kiedy wczoraj przyszedł do niego do domu (i obudził Constantine’a, to było wręcz do przewidzenia), miał ochotę go wyśmiać, ale po solidnie przespanej nocy nabrał przekonania, że być może rozumowanie jego kolegi nie jest aż tak bezsensowne, jak mu się początkowo wydawało. Tylko dlatego rano wysłał mu krótką wiadomość, że jednak może się z nim spotkać – i tylko dlatego odwołał spotkanie z kolejną nadzianą paniusią, która pewnie też odesłałaby go z kwitkiem. Jednak im bliżej był umówionego miejsca, tym większe ogarniały go wątpliwości, potęgowane jedynie przez ogólny zły nastrój. Powoli zaczynał przyznawać, że wczoraj zachowywał się jak rozsądny człowiek, a przez noc zdążył oszaleć – jakby nie było na odwrót!
Spóźnił się o dwie minuty. Tak dla zasady.
– Czołem, Muldber – powiedział, pozdrawiając przyjaciela gestem ręki.
Ten nie odpowiedział. Groźnie zmarszczył brwi – a, pamiętając o niedźwiedziej fizjonomii Orsona, każdy przyzna, że jego groza jest stokroć groźniejsza od grozy niczyjej.
– No co? – Nott uśmiechnął się niewinnie. Bardzo starał się nie okazywać tej odrobiny strachu, która zrodziła się w jego sercu. – Jak na mój dzisiejszy plan zajęć, jestem dziś wyjątkowo punktualny.
Widząc, że jego tłumaczenia nie robią na koledze większego wrażenia, zdecydował się sięgnąć po broń ostateczną.
– Wybacz, stary – powiedział z nieukrywanym żalem w głosie. – Postawię ci piwo.
Kiedy zauważył, że i to nie działa na Muldbera, niemal wpadł w panikę. Owszem, chciał go zdenerwować, ale żeby aż tak? Dwie minuty! Jak można robić komuś takie wyrzuty o marne sto dwadzieścia sekund? Co innego gdyby naprawdę dopiął swego i przyszedł tu po piątej, po drodze odwiedziwszy jedną lub nawet dwie ciekawe knajpy. Wtedy faktycznie każdy by się trochu zirytował. Mógłby nawet przyznać mu rację, ale…
Już miał błagać go o litość ze względu na nieletniego syna do wykarmienia, gdy Orson nareszcie przemówił:
– Nie chodzi mi o to.
Nottowi po raz pierwszy w życiu zabrakło słów.
Gorączkowo przeszukiwał swoje wspomnienia w poszukiwaniu czegoś, co zrobił źle, ale nic takiego nie mógł sobie przypomnieć. Dzisiaj nawet Iola nie była na niego zła, bo kiedy wychodził, jeszcze spała. A kiedy zasypiał, był zbyt pijany, by cokolwiek pamiętać, ale to inna historia.
– A o co? – spytał w końcu, gdy jego poszukiwania zakończyły się fiaskiem.
– Zgadnij.
Vorrenus wysilił procesy myślowe, ale jego mózg nie był przyzwyczajony do takiego wysiłku i nie udźwignął presji, którą na nim wywierano. Zero odpowiedzi.
– Jeśli masz zamiar dalej tak pracować, pozyskane pieniądze w całości pójdą na alimenty.
Nott spojrzał na Orsona z jeszcze większym niezrozumieniem w oczach. Nie podobało mu się to, co kolega insynuował i nie podobało mu się również to, że jego insynuacje mogły nie być bezpodstawne.
Muldber westchnął.
– Zetrzyj lepiej tę szminkę – powiedział wreszcie, już niemal spokojnym głosem.
O to mu chodziło. No tak. Ta starucha musiała mu narobić problemów.
Ostatnim domem, w którym dziś wizytował, była posiadłość państwa Heddersonów. Jak na złość nie było w domu głowy rodziny – statecznego Ludwika Heddersona, który winien był Tomowi sporą przysługę po tym, jak ten uratował jego syna z objęć… zaklętej szafy. Przywitała go jego matka, największa zdzira spośród wielkiej galerii zdzirowatych arystokratek. Nie dość, że nie poczęstowała go żadnymi ciasteczkami, nie podarowała ni jednego pensa, to jeszcze musiała go na pożegnanie pocałować w policzek! Obrzydlistwo. Nic gorszego nigdy go nie spotkało, naprawdę.
– Daj spokój, stary, chyba nie myślisz, że ja… – zaczął, ale widząc minę Orsona, wolał nie kończyć zdania.
Bo on myślał. Dokładnie tak myślał.
***
Mimo, iż Nott naprawdę starał się przekonać go do zmiany zdania, Orson Muldber wiedział swoje. Zbyt dobrze znana była mu skłonność przyjaciela do wchodzenia w bliskie stosunki z nowopoznanymi kobietami – niezależnie od wieku, rasy czy wyznania. Tolerował to zbyt długo. Myślał, że wystarczy odrobina cierpliwości, a Vorrenus się opamięta. Miał w końcu żonę. I syna. Syna, którego przecież kochał i dla którego był najwyższym autorytetem! Ale widocznie lata ukrywania licznych romansów najlepszego kumpla – ukrywania ich przed biedną Iolą, która, jak by nie patrzeć, też była jego przyjaciółką – okazały się latami straconymi. Cierpliwość nie była widocznie odpowiednim rozwiązaniem. Muldber zrozumiał to, gdy tego dnia Nott przekroczył granicę.
Umawiali się, że interesy załatwiają na poważnie. Żadnego picia z klientami, żadnego… Żadnych poufałości. Widocznie on tego nie rozumiał. A może starał się zachowywać w porządku, ale nie był już w stanie? Gdyby odpowiedź na to pytanie była pozytywna, Orson musiałby przyznać, że jest po części winny zaistniałej sytuacji. Brak reakcji to przyzwolenie. Ale, litości, miał być niańką czy mordercą?
Od samego rana źle się czuł, ale kiedy zobaczył tego cholernego, spóźnionego sukinsyna momentalnie zapomniał o wszechogarniającym bólu, który obudził go o piątej trzydzieści. Szminka! Czerwona szminka na jego policzku zadziałała lepiej niż najlepsze eliksiry lecznicze. Miało to swoje zalety. Po pierwsze, nie czuł już kłucia w żołądku i nie musiał planować jutrzejszej wizyty u magomedyka, po drugie zaś… Cóż, całą swoją frustrację mógł przelać na kogoś, kto jest o wiele bardziej materialny niż jakiś tam ból.
Na Nocie mógł się wyżyć. Na swoich wnętrznościach – nie bardzo.
W milczeniu przemierzali kolejne ulice. Orson uznał, że dzika awantura w tym momencie była absolutnie niewskazana. Co innego po robocie. Ale dopóki nie wypełnili wszystkich punktów harmonogramu na ten dzień, lepiej było torturować Notta-gadułę, uciszając go, ilekroć spróbuje się odezwać. To dopiero musiała być dla niego męczarnia! Muldber nawet nie musiał zastanawiać się, czy kiedykolwiek wcześniej jego przyjaciel przez tak dług okres czasu powstrzymywał się od mówienia; doskonale znał odpowiedź na to pytanie. Oczywiście, że nie!
– Dobra, chyba jesteśmy na miejscu – rzucił, doskonale rozumiejąc, że kara postu słownego dla Notta będzie musiała również poczekać, aż skończą.
Jednak ledwo Vorrenus się odezwał, Orson zaczął gorąco za nią tęsknić.
– Czemu kiedy wczoraj przyszedłeś do mnie, nie powiedziałeś mi, że będziemy go szukać w knajpie? – spytał charakterystycznym dla siebie tonem wioskowego głupka. – Takie poszukiwania mi się podobają! Czy to oznacza, że możemy…
– Nott, proszę cię, myśl.
Nie otrzymał odpowiedzi. Westchnął więc nad własną głupotą, która kazała mu wierzyć, że zmusi go do kojarzenia ze sobą nawet tak prostych faktów. Czy przez te wszystkie lata nie powinien się przyzwyczaić do tego, że to niemożliwe?
– Tutaj go wtedy widzieliśmy, tak? – spróbował więc podpowiedzieć Vorrenusowi. – Wtedy, gdy wróciliśmy od Wilkesa.
Nott zamyślił się. Po chwili jednak na jego twarzy zagościł wyraz symbolizujący zwykle nagłe olśnienie.
– Ach! Ten gnojek, który chciał nas podpalić! – wykrzyknął.
– Nie, ten gnojek, który ugasił…
***
Ale Nott był już we własnym świecie i zupełnie nie interesowały go wyjaśnienia Muldbera. Po pierwsze, był niesamowicie dumny z tego, że wreszcie rozumie, o kim Orson opowiadał mu wczoraj cały wieczór. Po drugie zaś… Przypomniał sobie, jak skończyła się dla niego tamta noc i przez chwilę, och, taką maleńką chwileńkę, nie mógł sobie odmówić przyjemności porządnego wytarzania się w tym wspomnieniu.
Zastanawiał się, czy ją dziś zobaczy. Pewnie tak. W końcu właśnie tu pracowała. Jednak nie był pewien tego, czy powinien ją widzieć. W końcu Orson i tak był na niego zły. Jeszcze powiedziałby Ioli… a do tego absolutnie nie mógł dopuścić. Kochał swoją żonę, mimo wszystko. Był też mały Constantine. Jakim okazałby się ojcem, gdyby zostawił jego matkę dla kobiety lekkich obyczajów?
Jednak, wierzcie mi, naprawdę chciał to zrobić.
Od tamtego czasu nie przestawał o niej myśleć. I to go dręczyło. Zdawał sobie wprawdzie sprawę z tego, że nie jest święty – ale zwykle od razu zapominał o kobietach, które spotykał. W szczególności o TAKICH kobietach! Zawsze sądził, że incydent, który zamyka się w paru zaledwie godzinach, nie jest zdradą. Nie był jednak pewien co do tego, czy tamten incydent się zakończył. Przecież….
Nie, myślenie nie było złe. Byle tylko tego nie powtarzał, bo jako w miarę przyzwoity człowiek nie będzie mógł potem spojrzeć na siebie w lustrze.
– Czy ty mnie w ogóle słuchasz, Nott? – głos Muldbera przerwał jego rozważania.
Postanowił. Przybierze teraz najpoważniejszą i najbardziej skupioną minę świata, a potem o niej zapomni. I za nic, za nic w świecie nie odezwie się do niej, jeśli ją zobaczą.
***
Jakże słaba okazuje się nasza silna wola w obliczu tak zwanego Zrządzenia Losu.
***
Muldber pogrążony był w rozmowie z barmanem. To akurat Nott musiał mu przyznać – chłopak znał się na wyciąganiu informacji. Może w innych sferach życia lekko kulał, może i wyglądał jak wygłodniały niedźwiedź, ale ludzie naprawdę chętnie dzielili się z nim tym, co wiedzieli. Podejrzewał, że pewnie się go bali. Choć on sam nie pamiętał już dnia, w którym po raz pierwszy zobaczył te kilkaset kilogramów personifikowanej zagłady (o pyszczku równie łagodnym, co wilkołak w pełnię i dłoniach gotowych w każdej chwili zmiażdżyć ci czaszkę), domyślał się, że Orson robił na przypadkowych osobach wrażenie wstrząsające. On się po prostu zdążył przyzwyczaić.
A skoro jego przyjaciel zajmował się tym, w czym był najlepszy, Nott miał chwilę dla siebie. Zajął się więc konsumpcją piwa, które miał oddać Muldberowi, ale uznał, że jemu zrobi ono lepiej. Pijąc, zupełnie nierozważnie rozglądał się po okolicy.
Wtedy ją zobaczył.
Stała dokładnie tam, gdzie tej feralnej nocy. Była sama, samiuteńka. Okropne wrażenie powtarzalności wszechrzeczy, świadomość, że złośliwa czasoprzestrzeń kpi sobie z nas i pętli oś wydarzeń, poczucie nieuniknionego – to wszystko uderzyło mu do głowy mocniej niż alkohol, którego przecież nie spożył jeszcze tak dużo. Znów był Nottem z wtedy. Znów miał sięgnąć po kufel, potrącić przy tym świeczkę i…
Ale nic takiego się nie wydarzyło.
– Ej, czy to nie jest ta twoja znajoma? – Orson poklepał go po ramieniu. – Daj jej spokój. Nie powinieneś zbytnio przywiązywać się do błahostek z przeszłości.
Tyle, że dla niego była to już teraźniejszość.
– Dowiedziałeś się czegoś? – spytał, nie odrywając wzroku od kobiety za szybą.
– Aha – odpowiedział. Przedwcześnie uznał sprawę byłej miłostki Notta za zamkniętą. – Wszyscy go tu znają. Nie mieszka w Londynie, prowadzi tu tylko jakieś szemrane interesy. Facet widział go wielokrotnie z Felicią.
– To nie ma sensu. Gdzie Cardiff a gdzie Londyn?
Zbywanie przyjaciela widocznie przyspieszało jego proces kojarzenia faktów. Wniosek, który wyciągnął Nott, był bowiem dość słuszny.
Jednak i na to Orson miał odpowiedź:
– Odległości nie mają znaczenia, gdy jesteś czarodziejem.
Ta deklaracja sprawiła, że Nott jednak na niego spojrzał.
– Myślałem, że była charłakiem – nie krył zdziwienia.
– Ona tak.

Część Dwunasta. Jego (nie)zawodni przyjaciele.

Wilkes został. Stwierdził, że jego rodzice sami wszystko najlepiej ustalą, w końcu to oni zarządzili ślub, niech się teraz martwią – on mógłby się w ogóle nie żenić. Ceri była wstrząśnięta jego postawą, więc nie omieszkał jej przypomnieć, że sama nie była lepsza. Nie pokłócili się jakoś specjalnie, oświadczyny nie zostały zerwane, po prostu nie odzywała się do niego cały dzień.
Bartemiusz nic nie mógł poradzić na to, że na sam widok Marcusa aż skręcało go ze złości. Był nieprzyjemny do tego stopnia, że Muldber i Nott wyjechali, nie uzyskawszy absolutnie nic. Całe dnie spędzał na poszukiwaniach Felicii – wolał już nawet towarzyszyć temu zeru, Gerardowi, niż patrzeć jak Wilkes i Ceri… To zdecydowanie był widok z kategorii tych nie do wytrzymania.
Zanim jednak przejdziemy do tego, co działo się w posiadłości pana Croucha Seniora, zajmijmy się sprawami Londynu.
***
Jak już to było wspomniane, dwaj z przyjaciół Toma Riddle’a wrócili do siebie. Nie udało im się wypełnić swojego zadania nawet w najmniejszym stopniu – wprawdzie poznali brata Ceri, Bartemiusza, ale wątpił, by którykolwiek z nich mógł wspominać to spotkanie dobrze.
– To wszystko przez Wilkesa! – uskarżał się Nott. – Gdyby nie traktował tak brutalnie małego Gerardzika, na pewno wszystko wyszłoby o wiele lepiej. Od początku mu mówiłem, że ma się zachowywać spokojnie, ale nie, musiał go walnąć po pysku zamiast kulturalnie przywitać!
Przed niechlubnym powrotem do Londynu postanowili się napić – siedzieli więc w nie-ulubionym pubie w nie-ulubionym centrum nie-ulubionego miasta Orsona. Nawet nie przeszkadzało im to, że lokal był wybitnie mugolski – choć, trzeba przyznać, od czasu do czasu pojawiał się w nim jakiś równie zdesperowany, co oni czarodziej. Pomijając fakt nie-magicznej obsługi, było tam nawet przyjemnie. Sam Muldber nigdy nie miał nic przeciwko powietrzu, w którym jest więcej dymu papierosowego niż tlenu. Zaduch też jakoś mu nie przeszkadzał. Soczyście zielone ściany zaś wyglądały bardzo interesująco.
Za oknem rozpościerał się uroczy widok – obskurna ulica Cardiff nocą. Na ich oczach mugolska prostytutka dopiero co zwinęła jakiemuś skończonemu frajerowi portfel – Nott był zachwycony odegraną sceną i nawet chciał pójść jej pogratulować, ale uznał, że mają ważniejsze sprawy do roboty – a teraz wdzięczyła się do nich przez szybę. O ile dobrze pójdzie, za jakiś kwadrans będzie szła z Vorrenusem równie obskurną uliczką w kierunku jeszcze gorszego hotelu. Poza nią z okna widać było jeszcze zawszonego, bezdomnego psa, przewrócony kosz na śmieci i parę pijaczków, chodzących zygzakiem i wyśpiewujących nieprzyzwoite piosenki. Przy damie!
– Pewnie, byłeś od niego wiele lepszy – Muldber uśmiechnął się kpiąco. – Wbicie komuś noża w brzuch to największy przejaw twojej sympatii?
Zamówione piwo kusiło, a obydwoje nie mogli odciągnąć wzroku od szyby; sięgali po nie trochę na ślepo. Za pierwszy razem, czyli dokładnie teraz, Vorrenus wsadził swój rękaw do kufla i przewrócił dłonią białą świecę. Trunkowi nic się nie stało, ale serweta zajęła się ogniem. Nic by nie zauważyli, gdyby nie krzyk mężczyzny siedzącego przy stoliku obok. Dziwny pan w meloniku nie dość, że zaalarmował pół ulicy, wrzeszcząc:
– Pożar! Pożar!,
to jeszcze podbiegł i wylał tam szklankę wody. Nikt mu nie podziękował. Ba! Orson warknął na niego, żeby nie przeszkadzał im w ważnej rozmowie.
– To był przypadek – Nott stwierdził fachowo.
– Nic takiego się nie stało. – Uczynny mężczyzna uznał to za wypowiedź skierowaną do niego. – Miło jest pomóc bliźniemu. Mogę się przysiąść?
Muldber znów wymruczał coś o tym, żeby poszedł sobie precz, ale ten nie wziął sobie tego do serca. Wręcz przeciwnie; przystawił tam swoje krzesło, na ich stoliku postawił swoją pustą szklankę po wodzie, a zaraz koło niej melonik i rozsiadł się aż za wygodnie.
Posiadanie tego jegomościa koło siebie miało dla Orsona jeden jedyny plus – palił, co jeszcze pogłębiało zadymiony charakter lokalu. Mogli się schować za zasłonką stworzoną przez wydmuchiwane przez niego toksyny. A dmuchał porządnie – prosto w potężną twarz Muldbera. Jakby chciał go zirytować, a nie wiedział, że w ten sposób nic nie uzyska.
– Podejrzewam, że jego siostra miałaby o tym inne zdanie – Orson nie zmienił tematu ich rozmowy. Wydawało się, że w ogóle nie przejął się tym, że ktoś im się przysłuchuje. – Zresztą, nie roztrząsajmy już tego. Na pewno musi być jakieś wyjście. Tom nas…
– Pójdziesz do Gabrielle – przerwał mu Nott. Nie chciał, żeby padło słowo-klucz: zabije. Na samą myśl o tym, co zrobi im Riddle, kiedy się dowie, że nawalili, robiło mu się gorąco. – Poprosisz ją ładnie, żeby skontaktowała cię z synalkiem, kiedy tylko wróci. Proste.
– Byłem u niej w poniedziałek. Pomyśli, że się jej narzucam.
– Nie, panie! – przerwał mu mężczyzna, który się przysiadł. Jego jasne oczy wręcz promieniowały entuzjazmem, a z jego piegowatej twarzy nie schodził uśmiech. – Kobiety lubią, kiedy się im narzuca. Powinien pan do niej często dzwonić, zawsze przynosić jakieś czekoladki i inne bzdurki, całować w rękę, taki tani bajer.
Nott westchnął z rezygnacją. Jego upatrzona zdobycz na chwilę znikła mu z pola widzenia. Miał nadzieję, że nie odeszła z tamtymi pijaczkami.
– Masz jakiś lepszy pomysł? – spytał Muldbera. Ich towarzysz znowu został zignorowany.
– Niech Wilkes się tym zajmie – odpowiedział, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. – Ma go w końcu teraz pod ręką.
– Nasz przyjaciel, mój drogi, myśli teraz tylko o… – przerwał na chwilę. Obiekt jego obserwacji znów pojawił się za oknem. Był sam. Zaczął modlić się w duchu, żeby tak było jeszcze przez najbliższe parę minut. – … młodej Crouchównie.
Mężczyzna z melonikiem poruszył się niespokojnie. Gdyby nie byli tak zajęci wpatrywaniem się w przeciwną stronę, na pewno zauważyliby, że zaczął się niesamowicie pocić. Ręce mu się trzęsły, gdy sięgał po następnego papierosa.
– Mówicie o Felicii Crouch? – spytał, niby tak bez przyczyny. – Słyszałem, że ktoś ją ubił. Jak się cieszę, że to tylko…
Umilkł, gdy tylko zauważył, że w końcu udało mu się ściągnąć na siebie spojrzenie swoich dziwnych towarzyszy. Nie można powiedzieć, że był z tego zadowolony. Głośno przełknął ślinę i już miał zamiar zacząć się pokrętnie tłumaczyć, gdy Muldber wybawił go z opresji.
– Ej, stary, my znamy jakąś Felicię?
– Nie – Nott odpowiedział mu spokojnie. – Ona ma samych braci.
Orson wydał się zatroskany tym, co usłyszał. Poklepał po ramieniu biedaka, który najwyraźniej stracił kogoś bardzo dla siebie ważnego. Mężczyznę, pod wpływem wielkiej siły łapy Orsona, aż wbiło w krzesło.
– To okropne, tak mordować ludzi, nie? Nikt już nie jest nigdzie bezpieczny – osądził Muldber.
– Straszne – Nott posłał mu kpiący, ale niecierpliwy uśmieszek. – Ale nie mamy teraz na to czasu, wiesz? Wymierzaniem sprawiedliwości niech się zajmie ktoś inny.
– Gdybym znalazł łajdaka, który zabija komuś ukochane, zmiażdżyłbym mu wszystkie kości.
Nie wiedzieć czemu, ich towarzysz z każdym słowem Orsona robił się coraz to bardziej niespokojny. Jakby nie czuł się do końca pocieszony; wręcz przeciwnie – wyglądał tak, jakby spokój ducha miał odzyskać dopiero w następnym wcieleniu i to w sytuacji, gdy zostanie dębem.
– Będę ci do tego bardzo potrzebny? – Vorrenus zaczął nerwowo bębnić palcami o stół. Jeszcze parę sekund takich bezsensownych rozmyślań i dziewczynka mu umknie. Niedoczekanie!
– Daj jej spokój. – Muldber znów sięgnął po piwo. Mężczyzna pozbawiony dotyku jego olbrzymiej ręki westchnął z ulgą. – Iola wszystkiego się domyśli, jeśli wrócę sam. Wścieknie się i w końcu naprawdę cię zostawi.
– Znajdź sobie miejsce w jakimś hoteliku, meldujemy się we własnych domach dopiero jutro o ósmej. Zrozumiano?
Wstał. Było to o tyle dziwne, że zostawił jeszcze sporo piwa, co raczej mu się nie zdarzało. Musiało mu bardzo… zależeć. Bardzo.
Orson kiwnął głową. Co innego miał zrobić? Wydać kumpla? Jasne. Jeszcze tak nisko nie upadł.
– Nie zapomnij złożyć wizyty Gabrielle – Nott rzucił na odchodne.
Wyszedł.
Muldber odwrócił się w kierunku mężczyzny z melonikiem, ale jego też już tam nie było.
***
Idąc znów do posiadłości pani Crouch, zastanawiał się, czy ten dziwak, którego ostatnio spotkali z Vorrenusem istniał naprawdę.
Cały ten cyrk z mini-pożarem, piciem wody w pubie i opowieściami o zmarłych ukochanych wydawał mu się dziwnie nierzeczywisty. Był czarodziejem, przywykł do rzeczy niezwykłych – co musieli o tym myśleć mugole? Czy w ogóle coś zauważyli? Może z Nottem ulegli zbiorowej halucynacji albo, co gorsza, przysnęło mu się przy tym piwie. Wypadki chodzą po ludziach, mężczyźni z melonikiem – nie. Kto to w ogóle widział? Przecież to był dzieciak, miał może ze dwadzieścia lat, pryszczaty jeszcze był, może nawet nie musiał się golić. Takie szczeniaki nie noszą tego typu nakryć głowy. To się kłóci z ich wizerunkiem złej i zbuntowanej młodzieży.
Zresztą, nie powinna go obchodzić jakaś obca dziewczyna. Możliwe, że nawet sam ją kiedyś zabił, kto by pamiętał nazwiska wszystkich tych… Ale nie, to chyba nie on, Crouch zapadłoby mu w pamięć.
– Przejmuję się tylko dlatego, że to mogłaby być, no nie wiem, siostra Ceri – powiedział do siebie. Jakaś para mijających go staruszków rzuciłaby mu gorszące spojrzenie, ale zbyt się bała. – Albo kuzynka. Bzdura. Nott powiedział, że ona ma samych braci. Gdyby ktokolwiek wspomniał o jakiejś Felicii…
Bo przecież nie przyszło mu do głowy, że ta Stokrotka, o której kiedyś tyle paplała, istnieje naprawdę.
***
Gabrielle Crouch siedziała przy biurku, zajęta pisaniem listu. Używała tej samej kwiatowej papeterii, co zwykle, ale tym razem granatowy tusz zastąpiła czarnym. Powód był aż za banalny – innego po prostu nie mogła znaleźć. Nie była jednak tym faktem zbyt zasmucona. Zwykła wymiana korespondencji z jedną z przyjaciółeczek, która wyjechała na kontynent i jest bajecznie szczęśliwa.
Chętnie napisałaby jej, jak wielką darzy ją nienawiścią, ale nie wypadało.
Orson stanął w progu i chrząknął znacząco. Wprawdzie przeszedł już przez kontrolę całego tłumu skrzatów i został zapowiedziany z piętnaście razy, jednak zawsze lepiej było najpierw w miarę subtelnie zasygnalizować swoją obecność.
– Pan znowu tutaj, panie Muldber? – spytała, usłyszawszy jego sygnał. Nie podniosła głowy.
– Również miło mi panią widzieć – odpowiedział. Tym razem nie musiał aż tak się pilnować. Nie chodziło o pieniądze, w każdej innej kwestii Tom bywał łaskawszy. Chyba, ze chodziło o zdradę. A on przecież nigdy…! – Jak się pani dzisiaj czuje?
– Syn mi się gdzieś zagubił.
Uśmiechnął się uprzejmie i odważył nawet na roześmianie się. Delikatne, oczywiście. Tak dla uznania żartu gospodyni.
– Pan Bartemiusz został w domu ojca. – Bardzo cieszył go fakt, że szybko przeszli do właściwego tematu. – Skoro już o nim mowa…
– Co on tam robi? – przerwała mu.
Podniosła głowę. Muldber odniósł wrażenie, że jej wzrok naprawdę zabija, a on właśnie teraz traci ostatnie siły życiowe. Momentalnie zrobiło mu się zimno, serce zwolniło. Próbował sobie przetłumaczyć, że to znów jego chora wyobraźnia. Podziałało, ale tylko odrobinkę.
– Nie wiem. Może się zakochał? – w akcie desperacji również pochwalił się swoim poczuciem humoru.
Tym razem to ona się roześmiała. Nie było w tym jednak ani odrobiny uprzejmości. Suchy, lodowaty, ostry śmiech, jak setki szpilek wbijających się w uszy. Wrażenie, że umiera pogłębiło się – tym razem poczuł w dodatku, że jest zasypywany sześć stóp pod ziemią, jeszcze żywcem.
– Niech pan nie przesadza – stwierdziła w końcu, ale w jej oczach przez moment pojawiło się przerażenie. Gdy tylko zdała sobie z tego sprawę, znów utkwiła wzrok w liście.
– To taki żart, proszę pani, nie chciałem… – urwał. W takim stanie nie miał siły się tłumaczyć. – Ja właściwie w jego sprawie. Bo widzi pani…
– Na nic nie przyda się Tomowi.
Skąd wiedziała? To był kolejny temat do przemyślenia w trakcie przechadzania się ulicami Londynu. Odłożył go więc na później, ale obiecał sobie przedtem, że na pewno do tego wróci. Teraz nie miał czasu, musiał skoncentrować się na tym, żeby nie zejść z tego świata przedwcześnie.
– Dlaczego pani…
– Nie przychodzi pan nigdy we własnej sprawie – odpowiedziała, zanim zdążył zadać pytanie. – Łamigłówka była banalna. Nie wiem tylko, czego dokładnie pan oczekiwał. Bartemiusz jest tylko… urzędnikiem. Nikim ważnym dla spraw tego świata. Nie ma też góry pieniędzy – przerwała na chwilę, żeby zapisać dwa zdania. Droga Niobe! Jest mi niezmiernie miło, otrzymywać Twoje listy. Są dla mnie pociechą w tych smutnych czasach, gdy we własnym domu za jedyne towarzystwo mam skrzaty. Żałosne. – Jeżeli Tom potrzebuje więcej środków na swoje podróże, wystarczy, że poprosi się mnie.
Muldber zdał sobie sprawę, że w ten sposób bardzo delikatnie ucięła tę kwestię. Nie miał jednak zamiaru dać za wygraną. Kolejnej porażki w ciągu tego tygodnia chyba nie przetrzyma.
– A przepowiednia? – wypalił, próbując sobie przypomnieć to, co mówił mu ostatnio Nott. Brzmiało to jak stek bzdur, ale w takiej sytuacji… Nigdy nie zastanawiał się, czego Lord chce od ludzi, z którymi ich kontaktuje, ale widocznie niewiedza czasami jest niewskazana. – O tym, że zostanie…
– Zawsze mówiłam mężowi, że takie małe, niewinne kłamstewko pomoże naszemu synkowi.
Spojrzała na niego po raz drugi. Widział, z jaką rozkoszą przyglądała się jego zdziwieniu i porażce. Jeśli Tom się dowie…! Zabije ich, zabije, nie ma wątpliwości, Gabrielle też, co robić?, czemu akurat oni?
– Coś jeszcze, panie Muldber?
Te oczy naprawdę sprowadzały śmierć.

Część Dziesiąta. Uśmiech sarenek i płatki śniadaniowe.

Na jego twarzy malowało się zaskoczenie.
Nie, nie takie zwykłe zaskoczenie. To było coś więcej. Kolejny etap zaskoczeniowej rewolucji. Zaskoczenie nad zaskoczeniami. Królewskie zaskoczenie zarezerwowane dla króla. Zaskoczenie będące zaskoczeniem w całej swojej zaskoczonej istocie. Esencja zaskoczenia. Zaskoczenie bez skazy. Zaskoczenie czyste do bólu.
Właściwie to nie miał prawa patrzeć na nią w ten sposób. To on był przyczyną tego całego zamieszania. Wyłamał się ze schematu, pojawił nie tam, gdzie powinien, zamienił swoje zwykłe położenie. To widok Wilkesa w salonie Crouchów powinien dziwić Ceri, a nie widok Ceri w salonie Crouchów – Wilkesa. Nic nie mógł jednak poradzić w obliczu tak potężnego zaskoczenia – tak to już bywa, gdy sam Los i Przypadek nie wiedzą, co tak naprawdę się dzieje. Umysły ich obydwojga – zarówno Crouchówny, jak i jej narzeczonego – nie potrafiły dostosować się do zaistniałej sytuacji i rozpaczliwie wręcz próbowały wmówić samym sobie, że to wszystko jest snem.
Palce Bartemiusza zaciśnięte na jej drobnych ramionach były na to jednak zbyt materialne.
– Księżniczko, ja… – Marcus zaczął nieporadnie, zapominając o Gerardzie, który właśnie zwijał się z bólu, siedząc na kanapie za jego plecami. – To, co widzisz… To nie tak jak…
Gdyby ktoś znał Ceri dość dobrze – a paręnaście dni temu z tego świata znikła ostatnia osoba spełniająca ten warunek – wiedziałby, że dla jej umysłu nie ma rzeczy niemożliwych. Chcieć to móc w praktyce.
– Pokłóciliście się? – W jej głosie nie było ani odrobiny urazy, brzmiał równie pogodnie i słodko, co zwykle. – Zawsze ci mówiłam, że powinieneś lepiej panować nad nerwami.
– To nic wielkiego – ofiarnie dorzucił swoje trzy grosze zapomniany Gerard. Nie, nie chciał za wszelką cenę przypomnieć o swoim istnieniu. Po prostu uznał, że Ceri nie należy denerwować jeszcze bardziej. – Sam go poprosiłem, żeby mnie trochę puknął.
– Ból jako droga do zbawienia – poparł go Orson. Już nie zajmował zaszczytnego miejsca na kanapie, lecz, choć był sporym człowiekiem, do tej pory mogła go przeoczyć. – Czasem jak człowiek porządnie nie oberwie, zupełnie traci kontakt z rzeczywistością. Kuzynka Notta… Jak ona miała? – zwrócił się do Vorrenusa, którego wciąż musiał przytrzymywać. – Wiesz, ta blondyna z małymi…
– Zwracasz w ogóle uwagę na te sprawy? – Jego kolega wydawał się być zaskoczony.
– … kotkami na sprzedaż – dokończył, wyraźnie zniesmaczony.
– Chodzi ci o Branwen?
– Może – odparł. – W każdym bądź razie, pamiętasz, Wilkes?, ona zawsze chodziła cała poraniona. Powtarzała, że jeśli nie zaczaruje swojego noża, żeby za nią latał i od czasu do czasu gdzieś dziabnął, traci sens życia.
W czasie, kiedy Muldber i Nott dręczyli obecnych opowieściami o nieistniejących kobietach – żeby tylko zmienić temat, żeby tylko zmienić temat! – Ceri również nie próżnowała. Powoli odzyskiwała równowagę, powtarzane to tylko sen naprawdę przynosiło efekty. Na jej twarzy pojawił się pełen entuzjazmu uśmiech. Wyrwała się oszołomionemu Bartemiuszowi, poprawiła swoją różową czapeczkę i…
Cóż, parę sekund później rzuciła się na szyję swojemu ukochanemu.
Zaskoczenie musiało zwolnić miejsce dla ulgi, więc z ciała Wilkesa przeniosła się do nowego żywiciela. Nie trudno się domyśleć, że został nim Crouch Junior.
***
Żeby nie paść ofiarą mylnego przekonania pod tytułem Ceri jest bezduszna bądź też nie zostać następnym gospodarzem zaskoczenia, musimy spojrzeć na tę sytuację z jej, dość niskiego, punktu widzenia.
Co widziała?
Przede wszystkim znajdowała się w swoim ulubionym, bo jedynym, salonie. Stała na sosnowej podłodze, ściany oślepiały bielą, a ogień w kominku tymczasowo zawiesił swoją egzystencję, czego powodem był nieznośny upał. Naprzeciwko niej powieszono kiedyś pejzaż pędzla jakiegoś znanego mugola, powiększony przynajmniej trzykrotnie. Z obrazu uśmiechały się do niej sarenki, a w uszach zdawał się jej dzwonić śpiew malutkich ptaszków, siedzących na gałęziach. Gdzieś poza drewnianymi ramami rozpościerał się prawdziwy świat, lecz był on równie idylliczny. Na malutkim stoliczku do herbaty stał dzbanuszek – z kawą, oczywiście – a także cztery filiżanki i talerzyk z ciasteczkami czekoladowymi. Wszystko to było przygotowane dla przyjęcia gości, którzy to z kolei zasiedli w przyjacielskich nastrojach na wielkiej kanapie w zielone łaty. Pozostałe meble były nieistotne. Bo kiedy tylko zauważyła Wilkesa przyjacielsko poklepującego jej brata po policzku…!
Zrobiła krok do przodu; pod stopami poczuła puchaty, szmaragdowy dywan. Miała ochotę zostać w tym miejscu, ale ukochany zdawał się wypowiadać jej imię, wzywał ją! Momentalnie stała się najważniejszą osobą, ściany, podłoga, dywan, obraz, ptaszki, sarenki – jakie sarenki? – stoliczek, filiżanki, dzbanuszek, goście, wszystko znikło. Świat, który się zapadł, pochłonął również orzechowy kolor jej włosów, a oczom podarował czekoladowy brąz.
Nie pozostało jej nic innego, jak rzucić mu się na szyję i dać porwać temu, co zostało z wykreowanej przez nią rzeczywistości.
Słyszała, że ktoś coś mówi, ale w tej chwili przestało to być istotne. Chciała tylko sekundki, dwóch, dla siebie – nic więcej! – bo jej Książę do niej przyjechał. Do niej! Tylko do niej! W dodatku pogodził się z jej bratem, przyprowadził ze sobą kolegów i…
***
Odsunął ją od siebie delikatnie, wciąż niepewny, czy ma prawo robić coś wbrew jej woli. Nie zareagowała; nic nie wytrąciło jej z transu, w który wpadła, a o którego istnieniu nikt nie miał pojęcia.
– Marcusie, przyprowadziłeś ze sobą Orsona! – krzyknęła, zauważając Muldbera. Nott chrząknął znacząco. Zareagowała na to, oczywiście, ale tak naprawdę dokończenie tej wypowiedzi od początku miała w planie. – I Vorrenusa! Swoją drogą, Iola wie, że lubicie się tak publicznie przytulać?
Odskoczyli od siebie niemal natychmiast. Chociaż, w sumie, zrobili to dopiero po tym, jak Wilkes posłał im błagalne spojrzenie. Jego reakcja po prostu była niewyobrażalnie szybka.
Orson nawet się zarumienił. To trochę dziwne u mężczyzny, który nigdy nie okazywał żadnych głębszych uczuć i nie nadawał się na aktora, ale jeśli chodziło o tego typu insynuacje, takie objawy były u niego normalne. Wstydził się wtedy za siebie, że daje ludziom w ogóle podstawy do takich podejrzeń. On nigdy…! Nott może i miał ochotę perfidnie wykorzystać ten rumieniec, ale tamto spojrzenie wciąż go powstrzymywało.
– Co was tu sprowadza? – spytała. – Przyjechaliście odwiedzić Stokrotkę? Obawiam się, że teraz jej tu nie ma, ale jeśli wrócicie za parę dni…
– Przyjechałem cię stąd zabrać – Wilkes przerwał jej, podchwytując nowy temat rozmowy. Zmiana sytuacji bardzo mu odpowiadała. Gerardowi chyba też, bo nawet jęczał trochę dyskretniej. – Tak, jak prosiłaś, księżniczko.
– Zabrać? – dziwnie głucho powtórzył Bartemiusz, stojący gdzieś na uboczu rozgrywanej sceny. Do tej pory zadowolił się obserwowaniem, ale skoro jest mowa o odbieraniu mu dopiero odzyskanej siostry… – Dokąd?
Marcus przeniósł na niego swoje spojrzenie. Już nie wyglądał na zdziwionego, na człowieka, którego ogarnęło uczucie ulgi też nie; na jego twarzy znów pojawił się kpiący uśmieszek. Z kolei młody Crouch…
– Do… – zaczął Wilkes.
– Bartemiuszu! Ja ci nie mówiłam? Mówiłam, na pewno mówiłam, bo wiesz… – Nie dane mu było dokończyć. Ceri wkroczyła do akcji, uwieszona tym razem na ramieniu swojego narzeczonego. – Marcusie, to jest właśnie mój nowy brat.
Z kolei młody Crouch wyglądał zupełnie inaczej niż się czuł. Na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie opanowanego i stuprocentowo obojętnego. Na jego twarzy, poza trzydniowym zarostem, nie wyróżniało się nic. Zachowywał się jak zwykle, jego oczy były równie bezwyrazowe, co wczoraj, przedwczoraj, zawsze. Nie ustalił daty, która zapoczątkowała nigdy się nie kończącą epokę jego oschłości, więc przyjmijmy, że taki był od urodzenia. Za to w środku…
Uczucie, które go ogarnęło można porównać z zapadnięciem się świata, niebem przełamanym na pół, słoniem, który demoluje ukochany ogródek czy brakiem płatków śniadaniowych, na które ma się największą ochotę. Do wyboru, do koloru. To nic przyjemnego, taki płatkowy głód na przykład. O to też pewnie wybuchały wojny. Wstawał sobie rano taki generał, zaglądał do szafki i… Można się zdenerwować równie mocno co wtedy, gdy życie rozsypuje się na miliard kawałeczków, nie mając ku temu żadnego porządnego powodu.
– Bartemiusz Crouch, Ministerstwo Magii – wyrzucił z siebie swoją standardową formułkę. – A panowie…?
Orson nagle zdał sobie sprawę z tego, że przed sobą ma tylko powietrze. Jego przyjaciel bowiem szedł właśnie z wyciągniętą ręką w kierunku ‘przyszłego pana ministra’.
– Vorrenus Nott – Na jego paskudnej twarzy pojawił się jeszcze bardziej obrzydliwy grymas, który zapewne miał być uśmiechem. – Bardzo miło mi poznać.
Jego ręka została zignorowana; w takim wypadku nie pozostało mu nic innego jak schować ją do kieszeni czarnych spodni i udawać, że wcale jej nie wyciągnął.
– Orson Muldber. – Następny w kolejce. On z kolei nie podszedł i nie uśmiechnął się. Zajął zaszczytne miejsce na kanapie, zupełnie ignorując protesty Gerarda, który w trakcie tej wypowiedzi właśnie podnosił się i dyskretnie opuszczał pomieszczenie. O ile można być dyskretnym w takim stanie, oczywiście. – Może matka panu o mnie wspominała. Mieliśmy ostatnio okazję się poznać.
– Nie przypominam sobie – odpowiedział zdawkowo, mając nadzieję, że ten cyrk szybko się skończy.
– W takim wypadku zapewne pamięta nas pan z Hogwartu. Był pan prefektem Ravenclawu, nie mam racji? Nott, ty tego nie pamiętasz, Crouch był na jednym roku z Gerardzikiem, ale jakoś nigdy nie miałem okazji…
– Siostra Lestrange’ów go nie chciała – zauważył Marcus, z którego pamięcią nie było jeszcze aż tak źle. – Pamiętamy, Muldber, daruj sobie opowieści z dzieciństwa.
– W szczególności, że miałem wtedy czternaście lat i byłem tylko głupim gówniarzem. – Bartemiusz zawsze szczędził sobie ostrych słów, ale łudził się jeszcze, że w ten sposób jakoś to utnie. Nie chciał, żeby Ceri wysłuchiwała historyjek o tym, że kiedyś uganiał się za Ślizgonką, która po całym roku zalotów dała mu brutalnego kosza. – Pan, panie Wilkes nie musi się przedstawiać. Zanim zostałem prefektem, dostałem od pana z piętnaście szlabanów. – Do dziś nie wiedział za co. Prawdopodobnie Rebeca maczała w tym swoje śliczne paluszki. – Mógłbym się może tylko dowiedzieć, o co…
– Braciszku, nie chwaliłeś się, że znasz mojego narzeczonego!
Wyczucie sytuacji Ceri zawsze pozostawiało wiele do życzenia.
O ile wcześniejszy stan Bartemiusza można było porównać z głodem płatkowym, o tyle teraz był on o wiele poważniejszy. Wyobraźmy sobie poprzednią sytuację. Generał wstaje rano i widzi, że jedna z szafek w jego kuchni jest pusta. Jeśli jest to dość spokojny człowiek – wierzmy w cuda – wyśle tylko żonę do sklepu. Co jednak jeśli przyjdzie teraz do niego jego największy wróg, zajadający się płatkami, na które miał ochotę?
– Widocznie nie ma się czym chwalić – skromnie zauważył Wilkes. – Zaprosiłaś go na nasz ślub?
Wróg jak wróg. Gdyby jego własna żona zjadła ostatnie opakowanie…?
– Właśnie! Bartemiuszku, prawda, że masz wolny następny weekend?
Jego syn?! Krew z krwi, kość z kości, et tu, Brutus, contra me?
Wojna Światowa gwarantowana. O ile nie gorzej. Gdyby ten generał był na przykład w posiadaniu bomby atomowej… Wystrzeliłby ją w Rosję, potem zabiłby całą swoją rodzinę, a na końcu honorowo powiesiłby się na żyrandolu, przepisując w testamencie cały swój majątek na psa sąsiadki.
Dobrze, że żaden z Crouchów nigdy nie był mugolskim generałem.
To wrażenie, że ktoś właśnie zwinął mu Ceri sprzed nosa potęgowało się z każdą chwilą. Mało brakowało, a pękłby od niego. Nieznośne uczucie, brak płatków śniadaniowych, których nie da się zastąpić niczym innym. Bo niby gdzie sprzedają…?
– Prawdę mówiąc, nie mam wolnego nawet tego weekendu – odpowiedział. – Tego tygodnia też nie. Odprowadziłem cię, przywitałem się ze wszystkimi i teraz powinienem… – Zrobił znaczący krok do tyłu. Ręką wskazał drzwi. Uśmiechnął się przepraszająco. Odwrót! – Zdecydowanie muszę już iść. Trzymaj się, Ceri.
***
– Też go nie lubię – pocieszyłby go Gerard.
Nie miał jednak ku temu okazji. Po pierwsze, wyraźnie za sobą nie przepadali. Po drugie, obydwaj byli teraz w stanie wykluczającym jakąkolwiek komunikację międzyludzką poza siłową.
– Wypatroszę go. Powieszę za jego flaki. Wyrwę serce. – Takie wizje przedstawiłby mu Bartemiusz. Bardzo rozentuzjazmowany, trzeba dodać. – Avada to za mało. Torturowałbym pięć lat, zanim łaskawie…
– Pozwoliłbyś mu w ogóle zdechnąć?
– Nie.
Czy pan nie jest przypadkiem zazdrosny, panie Crouch?