trzy.

Maj zielenił się wokół nich i zielenił się w nich; rozkwitał pąkami na okolicznych drzewach, piękniał, stroił się w swoje najlepsze szaty, ale to mu nie wystarczało, to było za mało, musiał sięgnąć i po nich dwóch, a potem i po całą resztę, i na nowo rozkwitnąć w ludziach nadzieją. Pierwsze dni tej prawdziwej wiosny były piękne swoją zuchwałością, swoim słońcem, swoim przekonaniem o własnej wspaniałości – a temu przecież nie można się było przeciwstawić. Wszyscy żyli więc jakimś szczęściem niepojętym, jakimś szczęściem urojonym, bo nawet jeśli świat się dla nich kończył, to narkotyczny, zieleniejący maj pozwalał im tego nie zauważać.
Regulus przeżywał ostatnie szczęśliwe dni swojego życia. Jeszcze nie wiedział, że umrze, jeszcze szalona myśl przeciwstawienia się nie urodziła się w jego głowie. I chociaż z każdym dniem był jej coraz bliższy, chociaż ona pchała się na świat, tłukąc podbrzusze jego świadomości malutkimi piąstkami, kopiąc je z bezwzględną potrzebą zadawania bólu malutkimi stópkami, Regulus tak naprawdę nigdy wcześniej nie był równie daleki śmierci. Wszystko w nim wyło z miłości do istnienia. To maj, właśnie maj, dziki, nieokiełznany, ale też zniewalający swoim urokiem. To maj mu na to pozwolił.
Chociaż nigdy sam by się do tego nie przyznał, jednym z powodów jego radości był brak Barty’ego. Maj żył quidditchem, a Barty żył wszystkim, co quidditchem nie było; dlatego każdy okres intensywnych treningów był dla Regulusa właśnie taką chwilą wytchnienia, oazą spokoju w świecie pełnym niestabilności i ciągłej potrzeby akceptacji. Ostatnio nawet bardziej niż zwykle – bo przecież ilekroć patrzył na Barty’ego, ilekroć z nim rozmawiał, ilekroć słyszał jego kroki w oddali, przypominał sobie o tym, o czym tak bardzo chciał przecież zapomnieć, i ogarniało go nagłe poczucie beznadziei tak silnej, że nawet maj na chwilę tracił nad nim władzę.
Dobrze było znów być wolnym i oddychać powietrzem, a nie niechcianą obietnicą, od której nie można było uciec. Leżeć na płycie boiska i czuć pod palcami wilgotną od rosy trawę, bo przed ostatnim meczem w sezonie treningi zaczynały się wraz ze wschodem słońca. Z przymkniętymi oczami wdychać zapach natury, świata, poranka, wszystkiego, co nie jest wyrzutem sumienia. Być samym ze sobą, pomimo przechwałek Octaviana, które niby gdzieś tam istniały, gdzieś tam stawały się prawdziwe, ale nie mogły dotrzeć do Regulusa, nie w tych rzadkich chwilach absolutnego oczyszczenia.
Noce też bywały przyjemne; w maju Regulus prawie nie sypiał, ale zupełnie mu to nie przeszkadzało, skoro mógł pobyć sam na sam własną istotą, pozbawiony nie tylko balastu Barty’ego, lecz także własnych, niepokojących myśli. Czasem zdarzało się, że Eugene, zawsze pierwsza, zawsze przed czasem, znajdowała Regulusa wtulonego z ufnością w sportową szatę, ułożonego gdzieś pomiędzy trzecim a siódmym rzędem trybun i, wzruszona jego dziecięcą przecież twarzą, jego dziecięcą przecież ufnością śpiącego, składała na jego policzku matczyny niemal pocałunek, starając się go nie zbudzić, podarować mu odrobinę więcej samotności, odrobinę więcej nieświadomości. Takie małe, piękne chwile, tym był maj dla Regulusa.
Moglibyśmy się zastanowić, co w tym czasie robił Barty; moglibyśmy pogrążyć się w jego otchłaniach odrzucenia, w wyrzucie, że i Regulus, i Eugene go opuścili, i skazali na zadawanie się z zamkowymi nieistotnościami. Moglibyśmy, ale jaki byłby tego sens? Jeszcze będziemy mieli dość czasu na to, by żyć w głowie opuszczonego Bartemiusza, jeszcze zadusimy się jego cierpieniem.
Regulus był już prawie u końca swej drogi.
To prawda, że Barty sięgał właśnie po władzę i potęgę. To prawda, że z punktu widzenia opowiadającego historię to, co działo się z Regulusem w tych ostatnich chwilach jego błogości, jest nudne i niegodne niczyjej uwagi. Ale o ile bardziej wartościowa niż stutysięczne marzenie burzyciela porządku świata była trawa pod jego palcami! Barty mógł burzyć, co tylko chciał. Gonił przecież jedynie za chimerą, za cieniem tego, czego nigdy nie będzie. Regulus wraz z zapachem poranka wdychał istotę istnienia.
W tym przypływie człowieczeństwa, niespodziewanym przecież, a więc i trudnym do odrzucenia, próbował nawet odnaleźć w Perse coś więcej niż szmacianą lalkę. Maj obudził w nim fałszywą nadzieję, że może uda się ich uratować, że może mogliby być… Regulus, który niezwykły był przecież brać wszystko za dobrą monetę, dał się omamić tą wizją szczęśliwej przyszłości, tym przekonaniem, że może na świecie istnieje miłość, że może na świecie istnieje świat inny od świata jego matki; swoją nagłą ślepotę uznał więc za otwarcie od dawna zamkniętych oczu. Biedna, naiwna dusza, gdyby chociaż postanowił nie konfrontować tego przypuszczenia z rzeczywistością! Gdyby tylko maj nie uczynił z niego takiego głupca!
Perse nie zieleniła się.
Tamtego poranka leżała koło niego i chociaż też miała mokrą od rosy trawę pod swoimi palcami, wcale jej nie czuła. Trudno było powiedzieć, co działo się w jej głowie, głowie człowieka, który przecież niczego nigdy nie poczuł i nie doświadczył. Przyszła tam nie po to, by zachłysnąć się majem, by dać sobie szansę na odrobinę szczęścia; nie, przyszła tam dlatego, że Regulus jej kazał, dlatego, że patrzył na nią inaczej, dziwniej, a to zwykle oznaczało kłopoty.
Przyszła tam dlatego, że się bała; bała nie tego, że ominie ją początek jej nowego życia, ale tego, że to życie może naprawdę się rozpocząć, może nabrać kształtu, może wreszcie zastąpić pustkę, którą była, cierpieniem, cierpieniem i wyrzutem, bo tylko to według niej mógł wnieść do świata Regulus Arcturus Black.
Usta Regulusa desperacko poszukujące odrobiny ciepła na jej obojętnym, zimnym ciele były o wiele bezpieczniejsze niż usta Regulusa, który, urażony jej odmową, planował krwawą zemstę. Tak właśnie go sobie wyobrażała: te wściekłe, zaciśnięte usta i zmarszczone brwi, chociaż przecież nigdy nie dał jej powodu, by tak nisko go ceniła. Ale znała takich jak on, i ona, i jej matka, i matka jej matki, i ta znajomość z takimi jak on płynęła w jej żyłach razem z jej krwią i krwią wszystkich jej matek, i wszystkich kobiet, którymi przecież była, pośrednio, oczywiście, i których nauki prowadziły ją za rękę bez względu na okoliczności.
– Ładnie pachniesz – Regulus wymruczał do jej ucha, ale to przecież nie ona pachniała; to trawa, maj, rosa, nadzieja. Perse sama w sobie była przecież martwa i to w ten najgorszy sposób, martwa jeszcze za życia, a więc nie tylko pozbawiona woli i mocy, lecz także rozkładu, jakby chociaż nie mogła już iść do przodu, nie mogła też zrobić kroku w tył, nic już nie mogła, i nikt jej już nie chciał, nawet nie śmierć.
Niespotykaną siłą woli, a raczej nie-woli, nie zrzuciła go jeszcze z siebie i nie odsunęła go od swojej szyi, chociaż całe jej ciało, wszystkie mięśnie, kości, cała skóra napięta była do granic możliwości i gotowa, by rozpaść się, nawet nie pęknąć, a rozpaść się na milion kawałeczków.
Porcelana nigdy nie kruszy się tylko odrobinę.
– Dziękuję .
Jej głos zabrzmiał słabo, nieistotnie, pośród hałasu, jakim był maj i majowy poranek. Równie dobrze mogłoby go przecież nie być, a może i nie było, może Perse chciała, musiała być uprzejma, właściwa, posłuszna, ale gdzieś po drodze zgubiła się w znaczeniu i nigdy nie dotarła do celu. Nie miało to najmniejszego znaczenia, bo Regulus przecież nie szukał jej uprzejmości; ta dawno zaczęła go już dławić nudą. On szukał znaczenia.
Jedyne znaczenie, które Perse jeszcze znała, zamykało się w czubkach jej palców, ostatkiem sił zaciskających się na trawie i na rosie, lekko, coraz lżej, bo i to znaczenie jej uciekało, nawet to. Nie chciała go. Znaczenia, Regulusa, poranka, nie chciała niczego; chciała tylko zamknąć oczy i myśleć o lepszych czasach, których przecież też nigdy nie było, i zapomnieć nie tylko o tym, co się już wydarzyło, lecz także o tym, co miało się wydarzyć, zapomnieć na zapas, a nie trzymać się znaczenia, które zostało jej przypisane bez jej woli.
Opacznie odczytał jej brak protestu. Milczenie było przecież jej naturalnym stanem, jedyną formą, jaką przy nim do tej pory przybierała. Z jej szyi Regulus przeniósł się na jej dekolt, ten, o którym zawsze tak marzył Barty, ten zakazany, którego istnienia sam przecież zwykle nie zauważał, zbyt zajęty niezauważaniem Perse jako takiej, by dać mu choć cień szansy. Jego ręce gładziły jej uda, wciąż niepewne, wciąż niezdecydowane, ale im dłużej ona milczała, związując usta niewidzialnym rzemieniem, tym więcej jego rąk było pod jej spódnicą, głodnych czegoś nowego i zakazanego, i może nawet prawdziwego.
Jej oddech nie przyspieszał. Ani pół jęknięcia nie opuściło jej ust, wciąż zamkniętych i obcych, ani nieśmiałego, ani tęsknego, żadnego, nawet najsłabszego. Regulus nie rozumiał, czemu nagle chciał ją usłyszeć, ale chyba tego właśnie szukał i potrzebował, i świadomość, że Perse odmawia mu takiej prozaicznej przecież przyjemności burzyła mu krew w żyłach. Spróbował ją ugryźć, szarpnąć, zacisnąć dłoń na jej śnieżnobiałych udach, ale wciąż odmawiała i wciąż, i wciąż, czemu musiała mu to wszystko tak utrudniać?
Nie wiedział, co robi, skąd miałby wiedzieć, Barty wiedziałby dokładnie, co się z nim działo i jak sobie z tym poradzić, ale on nie wiedział, nie wiedział, a Perse w niczym mu nie pomagała, ta bezużyteczna lalka, jak mógł myśleć, że cokolwiek w niej warte było jego uwagi? Przyciągnął ją do siebie gwałtownie, przywarł do niej tak, jak mężczyzna powinien przywrzeć do kobiety, ale ona nawet nie drgnęła, nie przysunęła się do niego bardziej, nie owinęła go swoimi ramionami i rękami, nic, nie czuł nawet jej wzmocnionego pulsu, nawet tego. Spróbował pocałować jej usta, zwykle takie czerwone i przecież, kurwa, jego, ale jej usta, choć w końcu się otworzyły, choć w końcu mu odpowiedziały, były zimne i powolne, i nawet kiedy z pośpiechu je przegryzł, kiedy pociekła z nich wąska stróżka jej krwi, nawet wtedy nie były żywe.
– Kurwa!
Wyprostował się zbyt gwałtownie, odpychając ją przy tym od siebie zbyt mocno; krew pociekła też po jej policzku, którym przetarła nierówną murawę boiska, pełną małych, maleńkich kamyczków schowanych pomiędzy nieskończoność skroplonej rosą trawy. Perse wciąż nie wydała z siebie ani pół dźwięku, jedną dłoń kładąc jedynie na swojej twarzy, drugą poprawiając spódnicę, której prawie już na sobie nie miała, desperacko, szybko, byle jak, byle było już po wszystkim. Bała się spojrzeć w jego twarz, jeszcze bardziej, niż bała się pięć sekund temu, kiedy cały jej świat, całe jej porcelanowe królestwo drżało w posadach, bo wtedy przecież paradoksalnie była bezpieczniejsza.
W myślach policzyła do sześciu, potem do dwunastu, licząc skrycie, że może ta burza przejdzie bokiem, że może nie uderzy w nią tu i teraz, i bez ucieczki.
Była w błędzie.
– Czy ty mnie kiedyś pokochasz?!
Głos Regulusa przesiąknięty był cały desperacją, której nie mogła zrozumieć, ale nie brzmiał też przecież tak, jak się tego spodziewała. Przez moment nie wiedziała, co ze sobą zrobić, skulona na ziemi, bezbronna, nieposkładana, nie wiedziała, co miałaby powiedzieć, jak miałaby coś powiedzieć jeszcze kiedykolwiek, a co dopiero tu i teraz, i do niego.
Z ociąganiem Perse podniosła się na jednym ramieniu i w końcu spojrzała na niego, przez ułamek sekundy mierząc wzrokiem jego wzrok, stykając się z nim tak, jak przecież nigdy wcześniej i nigdy później. W jego oczach było coś szalonego, coś, co sprawiło, że wróciła do patrzenia w ziemię niemal natychmiast.
– Oczywiście, że cię kocham – wyrzuciła z siebie o wiele bardziej drżącym głosem, niźli by tego chciała.
Regulus nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał, równie mocno, w co przed ułamkiem chwili nie mogła uwierzyć Perse. Ta wypowiedź wybiła go z rytmu, ale i z szaleństwa; czuł, że cokolwiek przejęło nad nim kontrolę, powoli spływało z jego czoła i z jego barków, i z każdym głębokim oddechem stawał się na powrót słodkim chłopczykiem, za którego miała go jego matka. Choć nie miał tego w zwyczaju, to przeczesał palcami swoje ciemne włosy tak, jak często robił to Barty, czemu znowu myślał o Bartym? Musiał kupić sobie parę sekund, parę dodatkowych oddechów, parę mgnień powiek na odzyskanie kontroli nad ulubioną wersją samego siebie.
– Nie – wychrypiał, gdy wiedział już, że było po wszystkim, że maj umarł w nim na dobre.
Nie odpowiadała; na moment nawet otworzyła usta, by spróbować ponownie z tą swoją śmieszną formułką, którą włożyła jej do głowy jej własna matka, ale nawet Perse musiała wiedzieć, że nadszedł czas, by wspólnie milczeć, by dać sobie szansę na odrobinę samotności mimo wszystko.
Samotność była wszystkim, na co było ich stać.
Regulus wlepił wzrok w niebo, ale tym, czego teraz potrzebował, były gwiazdy i nieskończoność wszechświata, nie onieśmielająca, poranna mieszanka różu z błękitem, tak kusząca i obiecująca tak wiele. Zrozumiał, że wiele nigdy nie miało być jego, że życie, o którym marzył majem, nie było życiem, na które mógł sobie pozwolić, że wszystkie decyzje już zapadły i że nie było odwrotu. Poranne niebo nie mówiło takich historii. Tylko gwiazdy miały w swojej banalności na tyle odwagi, by powiedzieć mu, że umrze już za życia.
– Nie chcę tak – wymamrotał w końcu, a Perse aż podskoczyła na dźwięk jego głosu; prawie zdążyła już zapomnieć o tym, że siedział tuż koło niej, tak na wyciągnięcie ręki, kilka kępek trawy na prawo od miejsca, w którym sama prawie pojęła, jak nieistotna naprawdę była. – Nie tak.
W przypływie jakiejś wcześniej nieznanej ludzkości, jakiegoś człowieczeństwa, którego nikt jej nie nauczył, przez myśl przebrnęło jej, by jakoś go pocieszyć; ale sama wizja zbliżenia się do niego choćby na pół marnego cala przyprawiała ją o mdłości. Nie rozumiała, czemu nagle zaczęło jej być go żal, nie rozumiała, czemu nagle zaczęło jej być żal samej siebie, nic z tego nie rozumiała poza tym, że gdyby Regulus Arctus Black zszedł właśnie z tego świata, nie uroniłaby mimo wszystko nawet pół fałszywej łzy, a mimo to przez kilka sekund chyba naprawdę chciała się do niego przytulić.
– Jesteśmy zaręczeni – podkreśliła chyba bardziej dla samej siebie niż dla niego. – Złączono nas na śmierć i życie, na dobre i złe. Tak musi być. To jedyna właściwa droga.
– Ja chcę…
Przerwał i z hukiem o wiele większym, niż wskazywałoby na to jego wątłe ciało, runął po raz ostatni już tego dnia na murawę boiska. Nie potrafił już dłużej utrzymywać się w pionie. Jakakolwiek siła jeszcze niedawno pchała go do przodu, opuściła już ostatnią, najmniejszą nitkę jego mięśni, odeszła, rozpłynęła się w porannej rosie i nie wiedział nawet, czy jeszcze kiedykolwiek powróci.
– Ja chcę czegoś innego. Nie wiem nawet, kurwa, czego, ale czegoś innego. Nie tego, Perse. Nie tak.
Westchnęła lekko, w końcu, z okrutnym opóźnieniem.
– Nie chcesz mnie?
Był jakiś ból w tym pytaniu, ból, który przecież powinien być satysfakcją, bo przecież i ona nie powinna chcieć jego, gdyby w ogóle zdolna była do chcenia i niechcenia, do bycia samą sobą. Był to ból cudzego zawodu i rozczarowania, ból bycia tą, która nie dorosła do niemożliwie wygórowanych wymagań; ból, który wypalał od środka wszystko to, co jeszcze w niej istniało, co jeszcze miało jakiś sens.
Bo jeśli Regulus jej nie chciał, jeśli Regulus ją odrzucił, w małym świecie Perse nie było żadnej alternatywy.
– To nie ma nic wspólnego z tobą. Znaczy… To ma wszystko wspólnego z tobą, ale nie z tobą, jeśli rozumiesz, o co mi chodzi. To nieludzkie. Wszystko, na co się zgodziliśmy, jest nieludzkie. Nieprawdziwe. Nie wolałabyś, by było inaczej? Nie wolałabyś kochać i znaczyć, i być, kim tylko zechcesz?
Jej odpowiedź rozbrzmiała w nim z taką mocną, z taką siłą, że Regulus czuł, jakby usłyszał jej głos po raz pierwszy w życiu:
– Nie.

We Are Not Amused, S02E01

Pada śnieg, pada śnieg, dzwonią dzwonki sań…
Śnieg padał już od dawna. Niektórzy zapomnieli, jak wyglądał świat, którego nie otulała kołderka białego puchu. Inni zapomnieli, jak to jest mieć suchy płaszcz czy nieośnieżone buty. I właśnie tacy ludzie patrzyli na pokryte śniegiem błonia i marudzili, jednocześnie zapierając się w progu zamku, deklarując, że ich noga nie postanie na zewnątrz, póki nie nadejdzie wiosna.
– Nie, po prostu nie, jest zimno, mokro i zbyt biało, to nienormalne, że jest tak biało – mamrotała Sylv, patrząc z niesmakiem na błonia. Tym razem nie oddzielała jej od nich szyba. Wcale jej się to nie podobało.
– I ciągle pada. Zapada nas tutaj i umrzemy – dodała Kicia.
Stojąca obok nich Lyśka przewróciła oczami. Był to przewrót tak teatralny i dobrze przećwiczony (bo często stosowany), że gdyby go nagrać, mogłaby dostać Oscara za najlepszy występ roku.
– I nikt nas już nigdy tutaj nie znajdzie – kontynuowała Sylv.
– Nawet Remus, a Remus jest przecież taki mądry – Kicia nie próżnowała.
– Nawet McGonagall.
– Nawet Trzmiel nas nie znajdzie.
– Nasze kości zasypie puch i nawet pies nas nie wykopie.
– Zostaniemy tu na zawsze. Jak jakaś Jęcząca Marta. Będziemy straszyć wszystkich, którzy wejdą do Wielkiego Holu – oznajmiła Kicia, dramatycznie łapiąc się za policzki i mrugając z przejęciem. – Może to jest jakiś pomysł!
– Do tego musiałybyśmy umrzeć. Najpewniej przez zamarznięcie. Nie chcę zamarzać – stwierdziła Sylv.
– Nie musiałybyśmy zdawać owutemów!
To brzmiało nawet kusząco. Nie na tyle kusząco jednak, żeby ryzykować wycieczkę na błonia.
– Jesteście pewne, że chcecie iść ze mną na te łyżwy? – wtrąciła się Lysia. – Ja wiem, że obiecałam wam, że będą tam Huncwoci, ale NAPRAWDĘ nie musicie.
– Remus? – zainteresowała się Kicia, ale nie na tyle, wyściubić nos poza mury zamku.
Sylv patrzyła na świat z nieco krzywą miną, jakby była rozdarta wewnętrznie. Nie była pewna, czemu właściwie się zgodziła; mogła być więźniem własnej uprzejmości. Często jej się to zdarzało i później znajdowała się w miejscach i okolicznościach, w których nie zawsze chciała się znajdować. Podejrzewała jednak, że w przypadku Kici zadziałał inny mechanizm, Kicia została pchnięta siłą doremusową i uprzejmość nie miała z tym nic wspólnego.
– Pójdziemy – stwierdziła Sylv, jakby właśnie w duchu postanowiła, że będzie się dobrze bawić, choćby miało ją to zabić.
– Pójdziemy? – zdziwiła się Kicia, jakby nie spodziewała się tak stanowczej deklaracji i oczekiwała raczej taktycznego odwrotu.
– Ale bez marudzenia. Albo powiem Remusowi, że wypisujesz jego nazwisko we wszystkich swoich notesach – pogroziła Lysia.
Lysia, z natury, była straszna i dotrzymywała swoich strasznych obietnic; nie było co sobie z nią pogrywać! Kicia aż pobladła, gotowa zemdleć tu i teraz, ale wtedy, oczywiście, nie mogłaby iść na łyżwy i cały sekret diabli by wzięli.
Sylv chichotała. Lysi nie podobał się taki obrót sprawy – odwróciła się szybko w jej kierunku i pogroziła jej palcem.
– A Potterowi powiem, że ty wypisujesz jego.
– Kiedy ja nie wypisuję.
– Ale ja powiem.
– Ale tak… tak nieprawdę powiesz? Gdzie puchońskie ideały? – zająknęła się speszona nieco Sylv.
– Ideały ideałami, ale łyżwy to co innego – orzekła Lysia i popatrzyła poważnie na zziębniętą Ślizgonkę i Puchonkę. – Idziecie?
Kicia zrobiła niepewny krok naprzód, ale zanim postawiła stopę w białym puchu, jeszcze się zawahała. A potem opuściła ją wolno, wolniutko, jakby w obawie, że śnieg się na nią rzuci.
Nie rzucił się. Widząc to, Sylv wykonała podobny krok naprzód. Obie miały jednak dość skwaszone miny.
– Nawet Fryderyk radzi sobie lepiej od was! – Lysia wskazała dłonią na borsuka, który w najlepsze tarzał się w śniegu. – Wstydźcie się. Gdzie wasz duch świąteczny?
Sylv otworzyła usta, ale wystarczyło jedno zmarszczenie brwi Lysi i zamknęła je z powrotem. Kicia nawet nie próbowała. Jej nieskazitelna reputacja nie była warta nawet marudzenia.
– No, od razu lepiej.
*
Evan Rosier stał po drugiej stronie pokrytej szronem szyby i niewątpliwie jej się przyglądał.
Lysia nie do końca rozumiała, czemu pojawiał się, gdzie tylko by nie poszła, ale przez te wszystkie lata zdążyła się już do tego przyzwyczaić. Fryderyk też go polubił. Nie był to jakiś straszny problem. Po prostu…
Po prostu tego nie rozumiała, ok? Gdyby była takim metr osiemdziesiąt pięć czystego, rudego seksu, znalazłaby sobie lepsze zajęcie niż prześladowanie Puchonek.
Pomachała mu słodką, świąteczną laską; ale najwidoczniej wszyscy Ślizgoni byli skazani na brak świątecznego nastroju, ten tylko skrzywił się, odwrócił się na pięcie i rozpłynął się w mroku.
*
Księżyc świecił jasno, choć do pełni pozostał jeszcze tydzień. Gwiazdy również świeciły, jasne i wyraźne, jakby mróz wyklarował powietrze. Ecia i Lemot nie były z tego zadowolone. Zimno wkradało się pod szaliki, śnieg padał na nosy, wiatr zawiewał w plecy, ich mapy nieba były zbyt nudne, by się nimi zajmować, a do tego wszystkiego dochodziło pakowanie prezentów. Obie miały świadomość, że mogły zrobić to wcześniej; obie miały też plan nie dać po sobie poznać, jak bardzo złym pomysłem okazało się pakowanie czegokolwiek na szczycie wieży astronomicznej w środku zimy. Dlatego papier łopotał, co jakiś czas dało się też słyszeć nieparlamentarne określenia rzucane bardziej w przestrzeń niż pod adresem wstążek, które nie chciały się dać zawiązać w ładną kokardkę.
– Za rok zajmę się tym wcześniej – obiecała sobie Lemot, ale na wszelki wypadek powiedziała to na głos, jakby w nadziei, że Eci jej przypomni.
– Za rok nikomu niczego nie kupujemy – Ecia była bardziej kategoryczna. – Nikt nie jest wart odmrożonych palców.
– I tyle dobrego papieru się marnuje.
Przez chwilę znów pakowały w milczeniu, a to przytrzymując coś łokciem, a to podnosząc prezent z ziemi i otrzepując ze śniegu przed ostatecznym zapakowaniem. Podobno liczył się gest, ale obie czuły się nieusatysfakcjonowane stanem, w jakim znajdowały się przygotowane przez nie podarunki.
– Co w końcu kupiłaś Edgarowi? – Lemot spytała od niechcenia; Edgar nie był jej typem człowieka, bo nie gustowała w poetach, ale w sumie i tak był już lepszy od swojej alternatywy w życiu Eci.
– Ołówek.
– Ołówek?
– Ołówek.
Lemot nie była pewna, co powinna powiedzieć. Poeci zapewne korzystali z ołówków, ale w jej pojęciu dobrego prezentu dla faceta ołówki się nie mieściły. Ale poeci to co innego. Poeci w ogóle nie byli czymś, co mieściło się w Lemota pojęciu.
– Bardzo… praktycznie – orzekła w końcu.
– To jest bardzo ładny ołówek. Pokażę ci.
Niestety, ołówek był już spakowany. Ecia westchnęła ciężko, niezadowolona z tego, że będzie musiała się poprawiać… ale w sumie przynajmniej będzie mogła go poprawić.
Spokojnie rozłożyła papier, nie nadszarpując go nawet w jednym miejscu i wyjęła z niego 100% czarny ołówek.
– Stylowy – dorzuciła.
– Bardzo jednolita kolorystyka. Żadnych kompromisów – oceniła Lemot.
Nagle poczuła, że jej prezenty są takie kolorowe, że mogą nie zyskać akceptacji obdarowanych. Jakaś część jej jestestwa zadrżała na myśl o tym, co znajduje się w paczce dla Eci. Nie było to czarne i Lemot początkowo trochę się wahała, ale powiedziała sobie, że przecież są święta.
To było dawno, kiedy jeszcze czuła świątecznego ducha, a nie odmrożenia z powodu ekstremalnych warunków pakowania prezentów. Teraz nie czuła żadnego ducha, tylko płatki śniegu roztapiające się na jej karku, który nagle przestał być osłonięty przez szalik. W ogóle jej się to nie podobało.
*
Kaja przebierała widelcem w obiedzie, jakby spodziewała się znaleźć w nim skrzydła much siatkoskrzydłych. Nie chodziło o to, że nie lubiła marchewki z groszkiem. Raz po raz patrzyła na ogromne choinki, które stały w Wielkiej Sali, i robiło jej się przykro. Alex popatrzyła na nią badawczo.
– Mówiłam, żebyś nie jadła groszku, pewnie ci zaszkodził – powiedziała.
Kaja odłożyła stanowczo widelec. Nie był to gest, na który mogło pozwolić sobie wiele osób – w wykonaniu większości społeczeństwa wyglądałoby to po prostu jak rzucenie sztućcem o stół, ale Kaja zrobiła to z takim wdziękiem, że nikt nie mógł mieć wątpliwości, że to był zaplanowany gest, który jest wstępem do przemowy.
– Tak nie może być – powiedziała tylko i się zasępiła.
W powietrzu zawisła cisza, która powinna być wypełniona kajową przemową.
Alex próbowała, naprawdę próbowała, ich przed nią uratować; pochyliła się nad Kają i pocałowała ją w policzek, ale niestety, na to było już za późno. Kaja zaczęła:
– Święta to nie jest czas radości dla wszystkich, czy nikt nie myśli o skrzatach? Jest zima i nie da się uniknąć tego, że uczniowie nanoszą śnieg do zamku, choć nanosiliby go mniej, gdyby porządnie wycierali buty przed wejściem do holu, ale te choinki? Stoi ich tu dwadzieścia i wszystkie gubią igły. Przecież skrzaty muszą to sprzątać. Nieustanne. I to tak, żeby uczniowie ich nie widzieli, jakby sprzątanie było czymś, czego należy się wstydzić. Nie powinniśmy im tak dokładać pracy, zwłaszcza jeśli przygotowują całe mnóstwo wykwintnych potraw świątecznych. Trzeba się na coś zdecydować, a nie tak prowadzić do wyzysku.
– Naczytałaś się opowiadań Sylv? – znienacka zapytała Zielon. Zielon często pojawiała się znienacka i zadawała bardzo mądre pytania, na które nikt wcześniej nie wpadł.
Kaja gwałtownie się naburmuszyła.
– Znalazłam jej notes w szklarni.
– I przeczytałaś?
– Były tam napisane słowa, co innego miałam z nimi zrobić – odpowiedziała bezradnie Kaja, która czuła straszliwy zew czytania wszystkiego, co zostało napisane.
– Ale czy musisz je od razu powtarzać?
– NO ALE JAK JUŻ JE ZAPAMIĘTAŁAM, TO CO MIAŁAM ZROBIĆ?
Alex pogłaskała Kaję po ręce. Tak na wszelki wypadek. Kaja była bardzo zdolną czarownicą, ale często, w wyniku nadmiernego stresu, zdarzało jej się myślami nadmuchiwać przypadkowych przechodniów.
– Ale nie sprzątaj z nimi, uczniom nie wolno.
Kaja zmarkotniała. Jej dormitorium lśniło. Nic innego nie wolno jej było sprzątać.
Właśnie dlatego czytała cudze notesy.
– Kiedy ja muszę.
– Wiem – powiedziała współczująco Alex.
– Święta to nie jest dobry czas – orzekła Kaja, która posmutniała i wyglądała, jakby wraz z przemową wyleciało z niej całe powietrze.
– Chciałaś powiedzieć: święta to nie jest dobry czas na anginę. Nie mogę śpiewać – powiedziała smętnie Zielon.
Kaja podniosła swój widelec tylko po to, by jeszcze raz go opuścić:
– Święta to nie jest czas radości dla wszystkich, czy nikt nie myśli o…
– Bardzo mi przykro, że nie możesz śpiewać – przerwała jej Alex.
– Chyba nici z tegorocznego kolędowania. Połowa chóru nam odpadła. W ogóle nie czuję tej świątecznej atmosfery, tak bez kolęd – stwierdziła ze smutkiem Zielon.
Kaja też była wyraźnie zasmucona. Empatia zżerała ją od środka. Alex też posmutniała, bo w takich chwilach nie ma się co wyłamywać – zwłaszcza kiedy siedzi się przy nieswoim stole i je się z talerza jakiegoś przypadkowego Krukona, który zrezygnował z posiłku. Zresztą, nawet gdyby teraz ktoś chciał się do nich dosiąść, wszechogarniająca atmosfera smutku, która była niemal namacalna, by go od tego szybko odwiodła.
Święta jeszcze nie nadeszły, a już były paskudne.
*
Ale czy aby na pewno?
Uciskane skrzaty postarały się, by nocą przy każdym łóżku – pełnym czy to pustym, bo przecież cudze łóżka nie wypełnią się same – znalazła się sterta prezentów i skarpeta wypełniona cukierkami, a potem ruszyły z powrotem do kuchni, gotować grzany sok jabłkowy i piec przepyszne indyki (z indyka i z soi). Duchy grzecznie ćwiczyły kolędy z dala od śpiących uczniów. A śnieg, nawet śnieg przestał padać i teraz grzecznie leżał na swoim miejscu, gotowy na bałwanki i wojny na śnieżki.
Choć przecież były święta, to uczniowie budzili się wcześnie, jakby przyciągały ich podarunki leżące w nogach łóżka. Nieważne, czy byli to pierwszoroczni, czy całkiem dorosłe już Ślizgonki z siódmego roku. Może właśnie one przejawiały najwięcej entuzjazmu.
– Prezeeeenty! – zawołała Kicia, która wparowała do dormitorium Alex, by dźgać ją palcem w czoło, żeby ta się obudziła. Była to skuteczna metoda, którą Kicia praktykowała od lat.
– Przecież święta są okropne, a my jesteśmy mroczne i złe, i nic nas miało nie cieszyć – wymamrotała Alex, nawet nie podnosząc głowy z poduszki.
– Będziemy! Ale później! Teraz prezenty! – pisnęła Kicia.
Dźwięk rozdzieranego papieru skłonił Alex do tego, by jednak się podniosła i zobaczyła, co znalazło się przy jej łóżku. A było tego więcej, niż się spodziewała. Jeden z pakunków wyglądał, jakby pół nocy przeleżał w zaspie, i tworzyła się wokół niego kałuża. Od tego zaczęła rozpakowywanie i szybko poczuła się prawie jak Grinch, któremu serce urosło dziesięciokroć.
*
W innej części zamku rozgrywały się podobne sceny.
Kaja ciągnęła Lemota za stopę, próbując wyszarpać ją siła z łóżka i krzycząc:
– Zobacz, dostałam maskotkę zarazka!
Lemot robiła wszystko, co w jej mocy, by przekręcić się na drugi boczek i wrócić do spania; ale Kai i jej miłości do medycznych pluszaków nic nie mogło zatrzymać. Gdy ciągnięcie za stopę już nie pomagało, usiadła na poduszce zaraz koło głowy Lemota, a z drugiej strony położyła swojego zarazka. Gdzie Lemot by się nie odwróciła, tam kłopoty.
– Jest taki uroczo zniekształcony!
– To… niesamowite – powiedziała Lemot, szukając odpowiedniego słowa i nie znajdując go w głowie. Poprzestała na czymś, co wydawało się brzmieć odpowiednio.
– Też tak sądzę! A ty co dostałaś?
Lemot marzyła o jeszcze pięciu minutach snu, ale zaczynała rozumieć, że na to nie ma szans.
*
W pokoju wspólnym Gryfonów rozpakowywanie szło pełną parą – najlepiej Zielonowi, która zajęła samymi swoimi prezentami dobrą część podłogi i wszystkie fotele. Kanapę na szczęście udało się przejąć Eci, zanim Zielon w ogóle wyszła z łazienki, inaczej pewnie znalazłaby jeszcze kilka, by i ją obsypać.
– Nie uwierzysz, co dostałam! – zachwyciła się Zielon.
Eci mogła uwierzyć. Widziała ogrom zielonowych prezentów i nie miała wątpliwości, że wszystkie są Zielona, w końcu Zielon zachwycała się każdym z nich osobno.
– Spójrz, jaki uroczy!
Zielon podsunęła Eci pod nos bardzo piękny, bardzo stary i z pewnością bardzo skradziony naszyjnik. Wszyscy wiedzieli, że facet Zielona, Bohun Dołohow, spędzał pół życia na Nokturnie; wszyscy poza Zielonem, która uważała, że jej ukochany nie może jej widywać w co drugą niedzielę, bo wymyka się do Londynu pracować w domu opieki dla starszych czarodziei, a tatuaż na jego ramieniu to ekspresja na temat stanu przedwojennego świata.
– Wygląda na przeklęty – zauważyła Ecia, która nie wiedziała nic o klątwach, ale bardzo dużo o śmierciożercach.
– Niemożliwe. Ten blask, który od niego bije, to żadna klątwa, to podobno efekt specjalnego, mugolskiego zabiegu – powiedziała, od razu zakładając go na szyję. – Miał rację, pasuje mi do oczu.
Ecia nic nie powiedziała. Nie dlatego, że miała coś przeciwko oczom Zielona, ale była zbyt zajęta patrzeniem sceptycznie na nową ozdobę jej szyi. Naszyjnik połyskiwał zbyt złowrogo, by jakikolwiek mugol mógł mieć z nim cokolwiek wspólnego.
Pierwsze parę sekund faktycznie nie wskazywało na to, że wydarzyło się coś niedobrego. Wręcz przeciwnie – Zielon wyglądała na praktycznie odmienioną. Cała błyszczała się, świeciła, połyskiwała, a wszystko to bez ani pół łuski lub cekina. Żyć, nie umierać.
Ale nic co dobre nie trwa wiecznie, nie?
Ecia głęboko przełknęła ślinę. Nie była do końca pewna, jak protokół dyplomatyczny opisuje właściwą procedurę poinformowania kogoś o tym, że wyrósł mu ogon.
– Wesołych Świąt – powiedziała niepewnie. – Może skoczymy przed śniadaniem do skrzydła szpitalnego?
*
Sylv obudziła się trochę później, gdy większość jej koleżanek z dormitorium wyszła na śniadanie. Trudno. I tak nie za bardzo się z nimi dogadywała – najwidoczniej przeniesienia na siódmym roku ze Slytherinu do Hufflepuffu to nie jest coś, co większość akceptuje. Ich strata. Sama uważała, że każdy powinien mieć szansę się przeidentyfikować i na nic nigdy nie było za późno.
Ze swojego łóżka słyszała już Lysię, wyjącą w niebiosa w rytmie melodii, która może i była świąteczna, ale trudno ją było rozpoznać, prosto z pokoju wspólnego, co wcale nie skłaniało jej do podniesienia się. Wręcz przeciwnie. Wolała tu zostać na zawsze.
I pewnie zostałaby, gdyby Fryderyk nie zdecydował polizać jej w stopy.
Wzdrygnęła się. Bycie obiektem lizanym nie było czymś, w czym się odnajdywała. Możliwie delikatnie, ale stanowczo machnęła ręką, chcąc odgonić borsuka. Fryderyk najwyraźniej jednak nie uważał, że machanie ma go zniechęcić do dalszego lizania. Sylv możliwie najdelikatniej starała się go przesunąć, ale tu również napotkała opór zwierzęcia. W przypływie bezradności schowała stopę pod kołdrę i, obawiając się, że borsuk podąży za nią, usiadła po turecku. Borsuk posłał jej nieco zdezorientowane spojrzenie.
Dopiero wtedy, gdy tak przyjrzała się mu i jego niewątpliwie przystojnemu pyszczkowi, zauważyła mały pakunek przy jego łapkach. No jasne. To Lysia jak zawsze używała swojego borsuka do wszystkiego poza tym, do czego borsuki były stworzone. Biedny Fryderyk w ogóle nie miał czasu się borsuczyć, bo w kółko był kurierem, swatką, pięciogwiazdkowym kucharzem, przewodnikiem, a czasami nawet kosmetyczką.
Z drugiej strony, Sylv wciąż pamiętała, jak w zeszłym roku Fryderyk ładnie umalował ją na Sylwestra, więc w zasadzie…
Wzięła do ręki pakunek. Papier, którym był obwiązany, był bardzo ładny, chociaż jak na jej gust za dużo było na nim kicających królików.
– Dziękuję – powiedziała do borsuka, czując się nieco głupio, bo niewiele osób rozmawia z borsukami. No, w sumie to był Fryderyk, nie zwykły borsuk.
Rozwinęła papier, niepewna, co znajdzie w środku.
– O – tyle była w stanie powiedzieć.
Z pięknej, różowej, serduszkowej ramki patrzyło na nią zdjęcie Jamesa Pottera bez koszulki, podpisane: Lysia & Ecia & Lemot życzą Wesołych Świąt!
*
Świece w Wielkiej Sali paliły się jasno, choinki prawie nie gubiły igieł, a przy stołach siedzieli już pierwsi uczniowie, którzy zdecydowali się spędzić Święta w Hogwarcie. Było ich na tyle niewielu, że pozostawianie czterech stołów i nakazywanie każdemu siedzenia w innym kącie było co najmniej sprzeczne ze świątecznym duchem. Nakrycia ustawiono przy jednym tylko stole.
Ecia siedziała po prawej od swojego poety, zachwyconego swoim nowym ołówkiem i komponującego już coś na skrawku serwetki. Bardzo starała się być skoncentrowana na tym, co robił, ale jej wzrok mimowolnie uciekał na boki. Jak to mówią – zdarza się. Jej poeta zdawał się tego zupełnie nieświadomym, zbyt zajęty rymowaniem słonia ze słońcem.
Przy tym całym swoim znudzeniu przypadkiem nawiązała kontakt wzrokowy z Persusem Wilkesem, stojącym po drugiej stronie Wielkiej Sali, i aż z wrażenia przygryzła wargę. Nie wiedziała, czemu nie domyślała się, że tu będzie, skoro był tu wczoraj już po tym, jak wszyscy wyjechali na święta do domu, ale najwidoczniej była na tyle zdesperowana, że łudziła się, że weźmie jakiś specjalny kominek. Czy coś. Szybko odwróciła wzrok i zasłoniła swetrem nadgarstek, licząc, że z tej odległości Wilkes nie zauważy, że miała na sobie bransoletkę, którą wysłał jej na święta i której miała nie zakładać, ale TAKA BYŁA ŁADNA, ŻAL, ŻEBY SIĘ PRZEZ SKURWIELA ZMARNOWAŁA.
– Wszystko ok? – spytała Lysia, która zaraz też znalazła Wilkesa wzrokiem i dodała: – Powinnaś mu w końcu powiedzieć.
– Co?
– No żeby się w końcu zdecydował albo spierdalał.
– Kto się ma na coś zdecydować? – spytała Kaja, która wyłoniła się z mroku, taka mała sztuczka, której nauczyła ją Alex.
– Lyśka. Na to, co zje na śniadanie – odparła Sylv, która widziała, że Wilkes znalazł się w polu widzenia wszystkich zebranych, ale uznała, że lepiej będzie, jeśli wszyscy skupią się na jedzeniu.
Śniadanie było wyjątkowe w Święta. Skrzaty dokładały szczególnych starań, by na stołach nie zabrakło tego, co stosunkowo rzadko się na nich pojawiało. I tak oprócz jajecznicy czy owsianki można było znaleźć kanapeczki z łososiem czy inne rarytasy.
– Śniadanie! – zawołała Kicia, przekraczając tylko próg Wielkiej Sali. Była o wiele radośniejsza niż przez kilka ostatnich dni. I najwyraźniej wykrzesała z siebie świąteczną atmosferę, bo miała na sobie szmaragdowy sweter z reniferem. Renifer miał czerwony nos i nieco przepite oczy, ale może to kwestia tego, że osoba, która robiła sweter, nie do końca panowała nad zaklęciem odpowiadającym za robótki ręczne.
Już biegła w ich stronę, wymachując entuzjastycznie rękami, gdy nagle drogę przeciął jej kafel; w zasadzie w ostatniej chwili zatrzymała się jak wryta, bo inaczej skończyłaby ze zdecydowanie złamanym nosem.
– ŁAPA!
– To nie ja! – krzyknął Syriusz, który, faktycznie, aktualnie trzymał tego kafla. – Mów do tej wariatki!
– TY RZUCAJ, A NIE DYSKUTUJESZ. – Z drugiej strony Kici ryknęła Lemot, tak, jak tylko ona potrafiła, bardzo stanowczym tonem. – CZY WYMIĘKASZ, BLACK?
– Nie wypada rzucać przy jedzeniu – zauważyła Kaja, wybierając akurat pieczywo. Kaja miała na sobie podobny sweter co Kicia, choć jej był granatowy i zamiast renifera widniała na nim koślawa choinka. Nie wzbudził takiej sensacji, bo granat wełny zlał się z ogólną kajowatością i w kajowatość tę wniknął tak, że ciężko było na pierwszy rzut oka uwierzyć, że nie jest to coś, co Kaja nosiłaby na co dzień. Dopiero choinka to zdradzała. – Skrzaty się bardzo napracowały, trzeba to docenić.
– Doceniamy – zapewniła Alex, która musiała wejść razem z Kicią, a następnie sunąć niezauważona w mroku, by znaleźć się przy stole, z dala od latających kafli. Alex też miała na sobie sweter. Srebrzysty z motywem cukrowych lasek.
– ZOSTAWCIE MI TROCHĘ CIASTA – Lemot zakrzyknęła ponownie, przez co o mało sama nie dostała kaflem w potylicę. – ZANIM ZIELON WSZYSTKO ZJE.
– TY RZUCAJ, A NIE… – zaczął Black, ale nie skończył. Wściekły wzrok Lemota i kafel w jego brzuchu mu w tym przeszkodziły.
– ZOSTAWIMY CI – odkrzyknęła Lysia.
Sylv opuściła rękę, którą sięgała po sernik. Sernik był jej słabością, ale uznała, że potencjalnie może być też słabością Lemota, więc lepiej go zostawi, żeby nie oberwać kaflem. Poza tym zaczynanie dnia od sernika – choć brzmiało to jak śniadanie mistrzów – mogło nie być najlepszym pomysłem. Zamiast tego strzepnęła kilka okruszków (które mogły, ale nie musiały pochodzić z innego kawałka sernika) z czarnego swetra z reniferem bliźniaczo podobnym do tego, który miała Kicia, i sięgnęła po pieczywo. Takie niesłodkie.
– Chcieli mnie zabić – powiedziała Kicia, kiedy już spokojnie usiadła przy stole, pewna, że nikt jej nie zabije kaflem. – Ładne swetry – dodała.
Kaja uśmiechnęła się radośnie. Też uważała, że ma ładny sweter.
– Gdzie w ogóle jest Zielon? – spytała Alex.
Ecia westchnęła ciężko.
– To długa historia.
Planowała na tym zakończyć swoją wypowiedź, ale prawie wszystkie głowy odwróciły się w jej kierunku. Bardzo chciała, żeby ludzie w końcu przestali na nią dzisiaj patrzeć, a wyglądało na to, że bez wypowiedzi o stanie Zielona ani rusz.
– Jest w skrzydle szpitalnym. – Kicia aż zakrzyknęła ze strachu; Ecia musiała odczekać, aż ktoś poda jej wody, zanim mogła kontynuować: – Wyrósł jej ogon.
– Czy ktoś powiedział ogon? Idealnie! – niespodziewanie odezwał się poeta.
– Ale jak to wyrósł? Tak sam z siebie? – zapytała Sylv, która wiedziała, że co prawda w tym zamku pewne rzeczy dzieją się same z siebie, ale miała nadzieję, że po siedmiu spędzonych w nim latach nie dowie się, że losowo wybranym uczniom doprawia się ogony.
– Taki prawdziwy? – zainteresowała się Kaj. – Może powinnam iść ją odwiedzić.
– Nie no, chyba od tego nie umrze? – Alex zasmuciła się.
– Raczej nie. Ale jaki ciekawy przypadek medyczny się marnuje.
Tym razem wszystkie spojrzały na Kaja.
– Żartowałam – zapewniła gorliwie. A potem dodała bardzo cichutko: – Trochę.
– Miała na sobie sweter? – zapytała Sylv. – Nie żebym myślała, że ten ogon to od swetra, ale… No, próbuję ustalić, czy wszyscy je dostali.
Ecia, która siedziała w złocistym swetrze z ogromną bombką, posłała jej spojrzenie mówiące „A sądzisz, że założyłabym to z własnej woli?”. Siedząca obok niej Lyś miała na sobie żółty sweter z borsukiem wystylizowanym na bałwana. Wydawało się oczywiste, że Zielon też powinna dostać sweter. Nawet Lemot, która nadal rzucała kaflem w Syriusza, dostała, choć trudno było ustalić, jakiego był pierwotnie koloru, bo ewidentnie przetransmutowała go w coś, co tego koloru nie miało.
Lysia obstawiała na brązowy. To dopiero się komuś trafił żarcik. Dawać ludziom brązowe swetry.
Ramieniem objęła siedzącą koło niej i lekko strapioną Ecię:
– A nie mówiłam, że święta są cudoooowne?
Ecia starała się wykrzesać z siebie entuzjastyczny uśmiech. Jak na człowieka, który przeżył to, co przeżył, na wieży astronomicznej, nawet jej się to udało.
– Święta są super – oświadczyła Lemot, siadając przy stole. Świąteczne wzorki na jej swetrze zamigotały różnobarwnie. – Gdzie Zielon? Nie przy cieście?
Kaja już otwierała usta, by wytłumaczyć jej ten niezwykle skomplikowany, medyczny przypadek, gdy nagle usłyszały śpiewane i radosne:
– Tu jesteeeeem!
Zielon – w czerwonym swetrze ze Świętym Mikołajem jak z amerykańskiej reklamy – wkroczyła do Wielkiej Sali. Szła dumnie i pewnie jak na kogoś, kto jeszcze przed chwilą miał ogon. Chociaż… Kiedy usiadła na ławie i sięgnęła po kawałek ciasta, oczom wszystkich ukazał się widok niezwykły: ogon nadal był tam, gdzie się pojawił. Tyle tylko, że teraz przystrojony był świątecznymi lampkami.
– No co? Pani Pomfrey powiedziała, że sam zniknie za kilka godzin, ale do tej pory może tworzyć świąteczną atmosferę. Do tego wyleczyła moją anginę. Mogę śpiewać – powiedziała Zielon, po czym wgryzła się w kawałek sernika.
Sernika, po który właśnie sięgała Lemot.

46. O mężczyznach, medalu i innych rzeczach na m

Przeczytałam pergamin kilka razy, a potem wypisałam najważniejsze informacje. Nie miałam odwagi jeszcze testować zaklęcia na medalu, więc póki co chodziłam po zamku ze złożonym kawałkiem pergaminu w kieszeni i myślałam o tym, jak bardzo Dunstan będzie mi wdzięczny, kiedy już go uratuję. Nie żebym się odważyła to zrobić w najbliższym czasie – zaklęcie wydawało mi się dość trudne i powinnam najpierw je przećwiczyć na czymś innym.
Co jeśli się pomylę? Wyglądało na niebezpieczne. Dziewczyna zaś – w swoim lichym wypracowaniu – nie wspominała o skutkach ubocznych.
Nie chodziło o byle co – nie, na szali znajdowało się ludzkie życie. Nie mogłam pozwolić sobie na żaden błąd. Problem tkwił jednak w tym, że zaklęcie to wymagało wiedzy z transmutacji – przedmiotu, który nadal był moją piętą achillesową mimo korepetycji z Syr… korepetycji, kropka.
Próbowałam poprosić Jamesa o radę, ale…
– Po co ci to?
Właśnie.
Nie do końca mogłam mu wyjaśnić, że mam przy sobie kradziony medal z zaklętym w nim byłym dyrektorem Hogwartu, który czasami się do mnie odzywał, choć na ogół nie mówił nic konkretnego. Jeśli pominąć obelgi rzucane pod moim adresem, to w ogóle niewiele mówił. Obelgi te jednak były wyrażone w niezwykle kulturalny sposób i nie brałam ich sobie do serca, bo wiedziałam, że na nie zasłużyłam.
W każdym razie nie mogłam wyjaśnić Jamesowi całej sytuacji, bo uznałby, że jestem pomylona.
– Wiesz, to… wygląda niebezpiecznie. Jeśli nie powiesz mi, do czego ci to potrzebne…
– Takie tam dodatkowe ćwiczenia – wymamrotałam, starając się spojrzeć na niego najbardziej niewinnymi, smutnymi i przekonującymi zarazem oczętami. Wiedziałam, że z daleka śmierdziało to kłamstwem i jakąś grubszą aferą, ale nie miałam wyboru.
– Poproś Łapę, ja nie piszę się na coś, co może pozbawić cię nosa – odpowiedział, oddając mi pergamin. – Jeszcze wpadniesz w kompleksy i zaczniesz mordować tych, którzy je jeszcze mają. Nie, dziękuję.
Zacisnęłam zęby. Tego rodzaju radę mógł sobie w buty włożyć. Gdyby Syriusz był ostatnią osobą w Hogwarcie, która miałaby jakiekolwiek pojęcie o transmutacji, to i tak bym z nim nie porozmawiała na ten temat. Nie tylko dlatego, że od razu domyśliłby się, że chodzi o medal, ale przede wszystkim dlatego, że najzwyczajniej w świecie nie chciałam z nim rozmawiać. O niczym i nigdy.
– No co? – spytał, nieświadomy gafy, jaką popełnił.
– Chyba spasuję – mruknęłam. – No nic, dzięki i tak.
Oznaczało to tylko jedno – powinnam była już wcześniej opracować jakiś plan awaryjny, bo właśnie teraz naprawdę by mi się przydał.
Zanim zostawił mnie w spokoju, spytał:
– Annie, wszystko między wami gra?
Miałam do wyboru kilka opcji. Mogłam powiedzieć “nie” i rozpłakać się na jego ramieniu. Mogłam powiedzieć “nie” i uciec. Mogłam powiedzieć “nie” i udawać, że się tym nie przejmuję. Mogłam też powiedzieć “jasne” i uśmiechnąć się promiennie, żeby go uspokoić – oczywiście naraziłabym się wtedy na to, że popęka mi twarz. Mogłam też mruknąć coś niezrozumiałego i spojrzeć na niego z bezgranicznym smutkiem. Co też zrobiłam.
James wyglądał na zdziwionego.
– Tak szybko? – spytał.
Westchnęłam ciężko. Był wrażliwy jak łuski rogoogona węgierskiego.
– Tak wyszło – ucięłam, nieco zdziwiona, że Syriusz mu nic nie powiedział. Miał przecież wystarczająco dużo czasu.
– Cholera – mruknął. – Ja sobie z nim porozmawiam. Myślałem, wiesz, że to bardziej… na zawsze.
– Nie musisz. – Spróbowałam się uśmiechnąć, żeby zapewnić go, że tak, wszystko jest w porządku i nie, nie musi. – Naprawdę. – A po chwili dodałam jeszcze: – Wszystko jest w porządku.
Nie wiem, czy istniał jakiś limit kłamstw na dany dzień tygodnia, ale była środa, a ja chyba swój właśnie wyczerpałam.
– Kłamiesz.
Znalazł się as wróżbiarstwa, pomyślałam.
– Ale to nie znaczy, że musisz się tym martwić, serio – spróbowałam go przekonać. – Poza tym, wybacz, muszę lecieć. No wiesz, biblioteka i ćwiczenia z transmutacji… czy coś.
James mruknął coś jeszcze o niestabilnych nastolatkach i pozwolił mi odejść.
Ja zaś wcale nie udałam się do biblioteki, ale na błonia. Chciałam pomyśleć, a spacer w pięknych okolicznościach przyrody wydawał się sprzyjać myśleniu. Potrzebowałam innego planu i potrzebowałam go na wczoraj.
Może Lunatyk mógłby mi pomóc? Nie był przecież głupi. Ba! Był mądrzejszy od Rogatego i S… tego drugiego razem wziętych. Problem jednak tkwił w tym, że najprawdopodobniej zadałby mi te same pytania co James, albo jeszcze więcej. O ile być może udałoby mi się go namówić, by pomógł mi z teorią, o tyle namówienie go do pomocy z praktyką wydawało mi sie niemal niemożliwe. A to właśnie praktyka mnie przerażała.
Czy naprawdę mogłam stracić swój nos? Zdążyłam się już do niego przywiązać przez te wszystkie lata. Nie żebym była próżna. Wiedziałam, że to ciężka praca a nie wygląd świadczą o człowieku. Czy jednak nie wyglądałabym bez nosa śmiesznie? Wolałabym jednak nie ryzykować własnym nosem, nawet w tak ważnej sprawie jak ta. Musiało istnieć inne wyjście, jakieś mniej inwazyjne.
Myślałam. A zielone i niewątpliwie urokliwe błonia nie wpływały na moje procesy myślowe dobrze. Fakt, że wszystko się zieleniło, zdawał się przyciągać pary, które wesoło spacerowały w tę i z powrotem, śmiejąc się i rozmawiając o niczym. Dlaczego nie byłam jedną z nich? Co poszło nie tak? Czy… Stop. Zakazany temat zbliżał się równie szybko, co Zakazany Las.
Potrząsnęłam głową i znów skupiłam się na skrawku pergaminu znajdującym się w mojej kieszeni. Powinnam myśleć o tym, jak pomóc dyrektorowi Dunstanowi. Potrzebował mnie, do diaska! Nie chciałam myśleć o tym, że był chyba jedyną istotą (o ile można uznać, że w tej formie był istotą) w zamku, która mnie potrzebowała. Nie mogłam go zostawić na pastwę losu. Nie i już!
Po prostu będę musiała zaryzykować. Może w przypadku trudnych zaklęć transmutacyjnych istniało coś takiego jak szczęście nowicjusza? Może była niezwykle utalentowana w tej dziedzinie, a mój talent po prostu drzemał zbyt głęboko, bym była tego świadoma?
Nie, niemożliwe. Przemawiała przeze mnie pycha. Niemożliwym było, bym wykazywała jakieś szczególne zdolności. To nieegalitarne!
Z drugiej jednak strony – brak tej pychy nie zmieni sytuacji medalu. Czy pomoc Dunstanowi oznaczała zaprzedanie wszystkich moich ideałów? Porzucenie ich w nadziei, że uda mi się uratować jedno ludzkie życie?
Czekało przede mną zadanie trudniejsze niż dotąd sądziłam.

***

Minęło jeszcze kilka dni, nim zdecydowałam, że poznałam wystarczająco dużo teorii i wystarczajaco dużo razy przeczytałam pergamin z notatkami. Nie czułam się gotowa, żeby spróbować tego zaklęcia, ale byłam wystarczająco zdeterminowana i nic mnie nie mogło powstrzymać. A przynajmniej tak mi się wydawało, nim przypadkiem wpadłam na Syriusza. Przynajmniej wydawało mi się, że to Syriusz, jako że jego twarz była sklejona z twarzą jakiejś dziewczyny. Na chwilę całkiem zapomniałam o medalu; najzwyczajniej w świecie marzyłam o tym, żeby zapaść się pod ziemię albo zostać rażoną piorunem. Ewentualnie żeby to oni zapadli się pod ziemię lub zostali porażeni.
Nie zauważyli mnie, a ja nie wiedziałam, czy powinnam… czy mogę… Jednym słowem: stałam i się gapiłam. Mogłam nawet przetrzeć oczy i się uszczypnąć, bo naprawdę nie chciałam wierzyć własnym oczom.
Bo tą dziewczyną była…
– Bre, co się dzieje? – usłyszałam głos Syriusza, zaniepokojonego tym, że kilkanaście sekund wcześniej dziewczyna niespodziewanie się od niego odkleiła. – Dlaczego..?
Nie dokończył, bo odwrócił się i jakoś tak wyszło, że mnie zauważył.
Zdziwłabym się, gdyby mnie NIE zauważył. Właściwie trudno przeoczyć kogoś, kto od pewnego czasu stoi na środku korytarza i gapi się z wyjątkowo głupią miną. Na szczęście kiedy mnie zobaczyli, zdążyłam już zapanować nad mimiką i po prostu tam stałam jak słup soli.
– Cześć, Annie! – Brenda wykrzyknęła i, na Merlina, gdyby Syriusz jej nie powstrzymał, gotowa by była rzucić mi się na szyję. – Jak tam?
Nie odpowiedziałam, patrzyłam na nią, jakbym nie do końca była pewna, czy ją widzę. Przeniosłam wzrok na Syriusza, a potem znowu na nią. Tak, zdecydowanie to byli oni. Stali tam. A wcześniej badali sobie migdałki. Świetnie.
– Annie, to zdecydowanie nie tak, jak my…
– Mamy dziś uroczą pogodę, prawda? – Bre przerwała mu władczo i, żeby zaznaczyć swoją pozycję w stadzie, przyciągnęła samca bliżej swego nieskazitelnego boku.
Spojrzałam na niego jak na wariata. Nie tak jak myślę?! A potem spojrzałam na Brendę. Czy ona miała mnie za kretynkę? Zamknęłam oczy, żeby spokojnie policzyć do dziesięciu. Nie ukrywam, miałam cichą nadzieję, że kiedy je otworzę, to okaże się, że ich tam wcale nie było, a ja leżę w swoim dormitorium.
Ale oni wciąż tam niestety byli. I patrzyli. Wyczekująco.
Odkaszlnęłam.
– Chyba nie powinnam wam przeszkadzać – mruknęłam.
Dlaczego nikt nigdy nie napisał poradnika, w którym znalazłabym instrukcję, jak postąpić w takiej sytuacji? Wiedziałam, że jestem piątym kołem u wozu i to ja wprowadzam nerwową atmosferę, ale zarazem czułam się jak ofiara w całej tej sytuacji i chciałam domagać się wyjaśnień. Nie żebym na jakieś zasługiwała.
– Annie, ja…
– A jaki masz cudny sweterek, no proszę cię, nie pozbawiaj nas jego widoku!
Zacisnęłam zęby i wzięłam głęboki oddech. Naprawdę, naprawdę powinnam stamtąd iść i, Merlinie, nie robić sceny, ale miałam wrażenie, że nogi wrosły mi w posadzkę. Może jednak ziemia postanowiła mnie pochłonąć, ale robiła to wyjątkowo wolno.
– Bre, czy mogłabyś…
– Gdzie go kupiłaś? Ach, ten szyk paryski!
Nie wiedziałam, czy Syriusz chciał ze mną porozmawiać, czy tylko uciszyć Brendę, ale perspektywa wysłuchiwania jego wyjaśnień tak mnie przeraziła, że cały proces zapadania się pod ziemię nie tylko ustał, ale nagle poczułam, że mam w nogach władzę, a w żyłach płynie mi niemal wyłącznie adrenalina. Tak, powinnam stamtąd uciekać, zanim zrobię czy powiem coś, co sprawi, że ta scenek będzie jeszcze dziwniejsza.
– Muszę lecieć – mruknęłam, zanim poczułam w gardle gulę. Obróciłam się na pięcie i ruszyłam przed siebie, żeby nie musieć mówić nic więcej.
Syriusz znów za mną nie pobiegł.
Nie żeby mnie to zdziwiło. Zresztą może to i lepiej, nie będę musiała rozdrapywać ani starych, ani nowych ran. Wystarczy, że skupię się na czymś innym. Czymś, co sprawi, że poczuję się ważna i potrzebna.
Czymś takim jak odczarowanie medalu.
Podjęłam swoją decyzję. Czy była ona dobra, czy zła – podjęłam ją w tej chwili. Nie było już odwrotu.
Potrzebowałam tylko jakiegoś w miarę ustronnego miejsca, w którym będę mogłą rzucić zaklęcie i w którym pojawienie się Dunstana nie wzbudzi sensacji. I takie, w którym nikt nie będzie mi przeszkadzał. Zwłaszcza Syriusz, gdyby jednak postanowił za mną pobiec. Nie żeby mógł coś zmienić. Moje postanowienie było niezachwiane.
Więc gdzie? Zakazany Las wydawał mi się banalny. Łazienki – mokre. A lochy obślizgłe i pokryte śluzem. Wyglądało na to, że w całym zamku nie ma odpowiedniego miejsca, w którym uczniowie mogliby próbować rzucać niebezpieczne zaklęcia mogące wpłynąć na życie innych ludzi. Poczułam się zawiedziona – nie wiem, czego właściwie się spodziewałam, ale nie tego, że będę musiała ukrywać się z tym medalem w schowku z miotłami albo iść do Zakazanego Lasu i odganiać krwiożercze bestie, zamiast koncentrować się na medalu.
Aż nagle… Dziwne, że nie pomyślałam o tym od początku! W końcu to było najlepsze miejsce – a przynajmniej najlepsze z tych, które przychodziły mi do głowy. Suche, względnie bezpieczne, bez groźnych stworzeń i ciekawskich spojrzeń innych uczniów.
A był to…
Cóż, jednak schowek na miotły. Ale nie byle jaki – ten największy, w którym spokojnie mogłam się zmieścić nie tylko ja, lecz także i dyrektor Dunstan, kiedy go w końcu odczaruję. Oczywiście starałam się zakładać, że mi się uda; ba, przez chwilę zaczęłam się zastanawiać, jak to wszystko wyjaśnię Dumbledore’owi. I czy powinnam od razu zwrócić uwagę na to, że w zamku powinno jednak znaleźć się pomieszczenie lepiej przystosowane do rzucania takich zaklęć jak to, które miałam zamiar rzucić.
Wchodziłam tam z duszą na ramieniu.
Odetchnęłam z ulgą, kiedy nie zauważyłam żadnych czających się w pobliżu pająków. Czyli problem krwiożerczych bestii miałam z głowy. Wyjęłam medal, położyłam przed sobą i, wziąwszy głęboki wdech, wyciągnęłam różdżkę.
Ostatnie, o czym pomyślałam to: Żeganj, nosie.

***

Annie Wesdjiasmiermio, obiecująca czarownica i samozwańcza obrończyni uciśnionych, miała wiele zalet. Brakowało jej jednak talentu do transmutacji, toteż gdy tylko rzuciła zaklęcie, nad którym wcześniej tyle czasu się zastanawiała, wydarzyło się coś, co można opisać tylko w jeden sposób: rozpętało się piekło.
Widzieliście kiedyś dziurę w czasoprzestrzeni? Ja nie. Ale ona ujrzała. A może ujrzałaby, gdyby jeszcze mogła patrzeć. Mogłaby też ujrzeć wiele innych rzeczy – błyski sprzed istnienia wszechrzeczy, rodzące się wszechświaty, wybuchy gwiazd, tworzenie się światów, stepujące jednorożce i wiewiórkę w cylindrze. Niestety, nic z tego. Annie padła trupem, zanim zdołała zobaczyć cokolwiek innego niż błysk światła opuszczający jej różdżkę i kierujący się w stronę medalu.
Co zdarzyło się po tym, jak jej ciało – lekko przypalone – upadło po raz ostatni na zimną posadzkę i parę mopów?
Najpierw medal zaczął dymić – nie, nie palił się, metale na ogół nie stają w ogniu. I nie był to też taki zwykły dym – ten był zielony. Dym wypełnił cały schowek i zaczął przeciskać się przez drzwi, żeby wydostać się na korytarz i radośnie rozprzestrzenić się po całym zamku.
Potem coś zaczęło bzyczeć. Jak stado bardzo wściekłych os. Być może w dymie znajdowały się właśnie osy, ale tego nikt dotąd nie ustalił. Bardziej wprawne ucho mogłoby usłyszeć też inne dźwięki – szelest liści płaczacej wierzby smętnie opadających na błonia, tętent kopyt dzikich mustangów, porykiwanie słoni i okrzyki, które zwykle da się usłyszeć w mugolskich barach. Ale możliwe, że bardziej wprawne ucho wcale by ich nie usłyszało. Mogło ich tam – podobnie jak bardziej wprawnego ucha – wcale nie być.
Był za to medal, który zmienił się pod wpływem rzuconego zaklęcia. Zaczął rosnąć. Rosnąć do rozmiarów, które znacznie przewyższały rozmiary schowka na miotły – jak więc dalej się tam mieścił? Cóż, to nie było największym problemem. Gorzej z tym, co najwidoczniej chciało się z medalu wydostać.
Gdy Annie myślała o tym, co może się stać po tym, jak rzuci zaklęcie, wyobrażała sobie prawdopodobnie, że pojawi się obłok zwykłego dymu, a potem na miejscu medalu stanie uśmiechnięy Dunstan, otrzepie szatę i jej podziękuje. Nic bardziej mylnego – wszystko potoczyło się zdecydowanie inaczej, można wręcz cieszyć się, że Annie nie dożyła tego momentu, bo wszystkie jej oczekiwania były mylne. Dunstan nie wyskoczył ot tak, o nie. Medal jednak urósł do takich rozmiarów, że można się było domyślać, że czarodziej jest w środku i szuka wyjścia. Nikt jednak nie montował w medalach drzwi, więc musiał się przebić przez warstwę metalu. Gdyby ktoś obserwował całą tę scenę z zewnątrz, niewątpliwie uznałby, że coś jest nie tak, kiedy metal pękł w jednym miejscu, a powstałą dziurę zaczęło powiększać coś, co na pewno nie było ludzkimi rękoma.
Coś, co wyglądało na głodne. Coś, co po tylu latach niewątpliwie było głodne. Coś, co miało… macki? I zęby?
Dalsze szczegóły zostały utajnione przed gronem uczniowskim. Jedyne, o czym wiadomo było szerszej publice to fakt, że przedwieczny demon, zaklęty w artefakcie, w ostatniej chwili został zatrzymany przez prawdziwego dyrektora Hogwartu, Albusa De. Nie wiadomo, dlaczego nie zareagował on wcześniej. Pojawiły się nawet głosy, że ktoś, kto nie wie, że uczniowie chodzą z tak niebezpiecznymi przemiotami w kieszeniach, nie powinien kierować Hogwartem. Nie doszło jednak do dymisji, a wszystkie wątki tej sprawy zręcznie wyciszono.
Historia Annie, dzielnej towarzyszki, zakończyła się tamtego dnia. Co jednak przydarzyło się pozostałym bohaterom tego utworu?
Żadne z nich nie poznało wszystkich faktów związanych ze śmiercią koleżanki, ale więkoszość była wstrząśnięta. Chevonne wybuchła płaczem. Peterowi, gdy tylko się o tym dowiedział, wypadł z ręki widelec. Remus nie mógł uwierzyć, że Annie zrobiła coś tak lekkomyślnego. James czuł się winny. A Syriusz…? Dowiedział się o tym jako ostatni, bo w czasie tragedii gdzieś zniknął. Kiedy jednak usłyszał o tym smutnym wydarzeniu, zrobił minę, jakby nie był pewny, czego się od niego oczekuje i stwierdził, że jest mu bardzo przykro. A potem czknął. I poszedł na piwo.

KONIEC

45. O tym, że wszystko, co dobre, nad wyraz łatwo się kończy

Nie wiem, czego właściwie się spodziewałam, ale nie tego, co zobaczyłam. Zanim jednak przyjrzałam się otoczeniu, mój wzrok padł na grupę skrzatów, które zgromadziły się wokół nas i patrzyły z zainteresowaniem.
– Sio z kuchni! Sio! – zaczęły krzyczeć, nim zdążyłam wypowiedzieć choćby słowo.
Biedactwa, musiano poddać ich praniu mózgu. Na szczęście zjawiłam się w odpowiednim czasie.
– Nie, nie, poczekajcie – zaczęłam, lekceważąc Petera, który trącał mnie w ramię, jakby chciał coś powiedzieć. Cokolwiek by to było, na pewno nie mogło być ważniejsze od mojej rozmowy ze skrzatami. – Chcę wam pomóc – dodałam, uśmiechając się szeroko do tych biednych, zniewolonych istot.
Ale skrzaty nie słuchały; co więcej, coraz bardziej zbliżały się do miejsca, w którym stałam. Miałam nadzieję, że nie będą próbowały nas wypchnąć. Jak bowiem miałam przeciwstawić się im siłą? To niegodne! Nie można nam było ich atakować!
Do tego Peter zaczął pod nosem mamrotać coś, co brzmiało jak “Annie, posłuchaj…”, ale uciszyłam go gestem ręki. Nie miałam czasu, kiedy przede mną stała gromada skrzatów.
– Rozumiem waszą sytuację! – powiedziałam głośniej, mając nadzieję, że teraz zareagują. – Rozumiem, że boicie się zbuntować, ale nie możecie tak dalej żyć, zasługujecie na coś lepszego!
Zero reakcji.
– Przychodzę, żeby dać wam wolność! – dodałam, w nadziei, że to zabrzmi lepiej. Albo chociaż powstrzyma je przed zbliżaniem się do mnie.
– Sio z kuchni! – krzyczały i krzyczały, a krąg zacieśniał się. Peter zaczynał mamrotać z coraz większą determinacją. Ja zaś ujrzałam…
Nie, to nie mogło być to.
Nie mogłam zobaczyć tego!
A jednak! Nie mogłam się mylić.
Jeden ze skrzatów trzymał… patelnię. Ale dlaczego? Jak mógł iść z patelnią na człowieka, który niósł mu miłość i wolność?
Odruchowo zacisnęłam palce na różdżce. Jasne, nie miałam zamiaru ich atakować, ale to byłaby samoobrona konieczna. Zresztą nie zrobiłabym nic złego, przelewitowałabym tylko tę patelnię na bezpieczną odległość. Najlepiej poza teren zamku.
– One tak zawsze? – wymamrotałam do Petera, zanim zdałam sobie sprawę, że miałam się nie przyznawać, że nigdy wcześniej tu nie byłam.
– Nie nazwałabym tego kłamstwem, najwyżej…
Ale nie dokończyłam, bo uzbrojony skrzat naruszył moją przestrzeń osobistą i bynajmniej nie miał zamiaru mnie przytulić w podzięce za kaganek wolności, który im przyniosłam.
Ale ktoś go powstrzymał. Ujrzałam tylko silne, męskie ramię (z pewnością nie należało do Petera), które odsunęło ode mnie tę groźną patelnię, a po chwili byłam już wyciągana na zewnątrz kuchni.
Obraz zasłonił przejście, na dobre odgradzając mnie od wojowniczych skrzatów. Odetchnęłam z ulgą i spojrzałam już nie na męskie ramię, ale w męskie oczy mojego wybawcy. Wyglądał na równie zdenerwowanego co skrzaty, przed którymi właśnie mnie uratował.
– Co ty sobie wyobrażałaś? Oszalałaś?! – krzyczał.
– Nie mów do mnie takim tonem, Syriuszu Black! – Nie ma mowy, żeby na mnie krzyczał. W porządku, nie zachowałam się najmądrzej, ale nie dawało mu to prawa podnosić na mnie głosu. – Niosłam im wolność! Jak mogłeś mnie do nich nie zabrać, kiedy tylko dowiedziałeś się, w jakich warunkach przebywają! To nie do wiary!
– Co im niosłaś?
– Wolność – syknęłam. – Wolność im niosłam! Możliwość decydowania o tym, co chcą robić! Myślisz, że chcą spędzać całe dnie w kuchni i przygotowywać dla nas te wszystkie wspaniałe uczty?
Wyglądał na tak zszokowanego, że aż nie był w stanie mówić.
– Wiedziałam, że nie akceptujesz moich przekonań i nie mogę liczyć na wsparcie z twojej strony, ale jak możesz być tak bezduszny i nie pozwalać tym biednym, stłamszonym istotom poznać smaku wolności?
Spojrzałam na niego z bezgranicznym zawodem.
Wciąż milczał.
– Naprawdę możesz spać spokojnie, kiedy wiesz, że dziesiątki niewinnych skrzatów dzień w dzień karmi cię i pierze twoje ubrania? I to za darmo? Czy ty nie masz sumienia?!
Popatrzyłam na niego, jakbym go widziała pierwszy raz w życiu. Wiedziałam, że jest arystokratą i to wpływa na wiele jego poglądów, ale starał się dowieść, że jest inny, niż mi się wydawało. Najwyraźniej jednak miałam rację – burżujska mentalność tkwiła w nim zbyt głęboko.
– Chyba nie mam – odwarknął.
– Nie wierzę, że to powiedziałeś! Ty bezduszny arystokrato! – krzyknęłam, starając się powstrzymać łzy napływające mi do oczu.
Syriusz milczał przez chwilę, niewzruszony moimi łzami.
– Pytałaś mnie, czy uważam cię za hipokrytkę – powiedział w końcu. – Moja odpowiedź brzmi: tak.
W porządku, o ile wcześniej stałam się powstrzymać łzy, teraz wszelkie tamy puściły, stawidła się podniosły, a hydranty eksplodowały. Płakałam – i to nie w ten ładny, cichy sposób, w jaki płakały zwykle bohaterki książek. Nie było w tym nic ładnego.
– Nie masz serca – wysiąkałam. – Chciałabym móc cię nienawidzić!
I odwróciłam się, zanim mógł zobaczyć, jak koszmarnie wyglądam. Tak, złamał mi serce. Tak, był potworem. Tak, był takim samym arystokratą jak każdy inny. Ale to nie znaczyło, że może zobaczyć mnie zapłakaną i z czerwonymi oczami.
Nie pobiegł za mną.
Część mnie się z tego cieszyła, inna część chciała, żeby mnie zatrzymał, przytulił i przeprosił, a jeszcze inna wprost marzyła o tym, żeby walnąć Petera, który przez cały czas patrzył na nas z pewnym zdziwieniem i źle skrywaną fascynacją, jakby właśnie oglądał najciekawsze w świecie przedstawienie.
Pierwsza część wygrała. Odeszłam bez słowa.

***

Spędziłam w łazience kilka godzin, bezustannie miotając się między lustrem, z którego patrzyły na mnie czerwone i spuchnięte oczy, a kabiną, w której się zamykałam, kiedy nie chciałam już na nie patrzeć. W końcu jednak zrozumiałam, że nie mogę spędzić całego swojego życia zamknięta w łazience. Zachowałam nawet tyle trzeźwości umysłu, by wiedzieć, że wręcz nie chcę. Mogłam mieć złamane serce, ale nie znaczyło to, że będę się ukrywać. Nie, nadszedł czas, żeby wrócić do dormitorium, zjeść resztę zapasów czekolady, przespać najbliższy dzień, a następny tydzień przeleżeć w łóżku, marudząc i płacząc, by potem odrodzić się jak feniks z popiołów i pokazać mu, jak wiele stracił! Jednak żeby to wszystko zrobić, musiałam wyjść z łazienki.
A to, jak na złość, w ogóle mi nie wychodziło.
Drzwi ciągle się oddalały. Nie potrafiłam tego wyjaśnić, ale gdy tylko robiłam krok w ich kierunku, coś sprawiało, że natychmiast się wycofywałam. Musiała to być jakaś czarna magia!
Ale któż mógł rzucić na nie tak złośliwe zaklęcie? W tamtej chwili byłam skłonna podejrzewać o to praktycznie każdą znaną mi osobę, jako że byłam głęboko przekonana, że świat mnie szczerze nienawidzi.
I to – za co? Za chęć szerzenia jedynych słusznych ideałów? Toż to absurd!
Oczywiście wiedziałam, że niewinni idealiści – tacy jak ja – zawsze będą na celowniku nieczułych wrogów klasy pracującej, ale nie spodziewałam się tak bolesnego ciosu. Nie posądzałam Syriusza o to, że złośliwie mnie w sobie rozkochał, a potem zdeptał moje serce, nie. Byłam tak samo winna jak on – w końcu zaufałam mu, dałam się przekonać – wbrew wszelkim znakom na niebie i ziemi – że jest inny. O naiwności!
Nie pozostało mi nic innego, jak udowodnić światu swoją rewolucyjną wartość.
Co oznaczało, rzecz jasna, wyjście z łazienki.
Tylko dokąd miałam się udać? To oczywiste, że by udowodnić, na co mnie stać, unikać powinnam szukania wsparcia u przyjaciół – tak więc rozmowa z Jamesem nie wchodziła w rachubę. Wszystkie miejsca zaś niosły ze sobą potencjalne ryzyko natknięcia się na niego. Chociaż… Czy ktokolwiek kiedykolwiek widział go w bilbiotece?
Zastanowiłam się nad tym – tak, raz był tam, bo się z kimś założył, kilka razy sprawdzał, czy w bibliotece jest ktoś z drużyny quidditcha, a raz wszedł po jakąś książkę. Związaną z quidditchem. Oznaczało to, że możliwość wpadnięcia tam na niego była na tyle niewielka, że mogłam podjąć to ryzyko.
Kto by pomyślał, że biblioteka stanie się moją ostatnią deską ratunku!

***

Kiedy już znalazłam się w bibliotece, nie byłam pewna, co właściwie mam robić. Chciałam zająć czymś ręce i mózg, ale żadna księga nie wydawała mi się dość interesująca, żadna nie odciągała mnie od moich własnych problemów. Może nie powinnam przed nimi uciekać, ale nie czułam się też gotowa, by stawić im czoła.
Syriusz uparcie nie chciał wynieść się z mojej głowy.
Zaczęłam szukać wyjść awaryjnych. Syriusz, quidditch, tłuczek, którym powinien oberwać w głowę, Syriusz, uśmiech, mugolski dentysta, okrzyk bólu wydawany przez Syriusza walniętego tłuczkiem… Nie, to nie pomagało. Spróbowałam innej drogi. Niemyślenie o Syriuszu, ignorowanie Syriusza, sytuacja sprzed kilku miesięcy, siedzenie w bibliotece – i to siedzenie w bibliotece z zainteresowaniem! Wtedy miałam chęć do nauki, chciałam pogłębiać swoją wiedzę i… Chwila, wtedy badałam sprawę tego medalu.
Medal! No jasne! Jakże mogłam zapomnieć o takim przydatnym kawałku metalu?
Zresztą – metal jak metal! W medalu był zaklęty człowiek, któremu obiecałam pomóc! Ostatnimi czasy zaniedbałam moje starania, ale to nie znaczyło, że się poddałam. Obiecałam sobie, że będę pomagać uciśnionym, a czarodziej uwięziony w jakiś sposób w metalu zdecydowanie się do tej kategorii zaliczał.
Ochoczo zabrałabym się do pracy, gdyby nie jeden problem – co takiego mogłabym niby jeszcze zrobić? Najlogiczniejszym rozwiązaniem wydawała mi się kolejna rozmowa z medalem – taka poważna, w której on nie mówiłby po łacinie, a ja nie zaprzątałabym sobie głowy Syr… innymi sprawami.
Ale z drugiej strony, co ostatnio powiedział mi medal? Jeśli mu wierzyć, nie znał sposobu na oswobodzenie siebie. Nalegał za to, bym uważnie sprawdziła w bibliotece. A skoro już tu byłam…
Spojrzałam na regał znajdujący się najbliżej. Nie zauważyłam grzbietu z napisem “Odczarowywanie ludzi zaklętych w przedmioty”, ale też i nie spodziewałam się, że tam będzie. Stałam w dziale z książkami do astronomii.
Pozostało mi jedynie zakasać rękawy i ruszyć do pracy (rodacy)!

***

Dwie godziny, setki tomów i kilka garści wyrwanych z głowy włosów później byłam nadal w punkcie wyjścia. Nie miałam pojęcia, jak się zabrać do tak skomplikowanego zaklęcia.
Czego dyrektor ode mnie wymagał? Byłam tylko uczennicą piątej klasy. Nikim specjalnym! W porządku, jako jedyna bądź jedna z nielicznych osób w tym zamku przejmowałam się nierównością społeczną, ale nie czyniło to ze mnie nikogo specjalnego. I było mi z tego powodu naprawdę smutno. Miałam właśnie wyjść z biblioteki, żeby – korzystając z tego, że wszyscy byli na kolacji – przemknąć się do dormitorium i dobrać do jakichś produktów zawierających czekoladę, kiedy coś przykuło moją uwagę.
Dwa stoliki ode mnie siedziała grupka ludzi, których nigdy wcześniej nie widziałam. Tematem ich konwersacji było… nie, nie ratowanie przedwiecznych czarodziei. Ale blisko.
Rozmawiali o zapiekance z bakłażanów, którą jakiś czas temu podano na obiad.
Ale jedna z nich pisała wypracowanie na temat łamania klątw wszelakich.
Nie chciałam czytać jej przez ramię, w końcu to byłoby nieuprzejme. Powinnam podejść, przedstawić się i wciagnąć ją w rozmowę, w wyniku której posiądę wiedzę potrzebną mi do odczarowania medalu. Tyle tylko, że przerwałabym rozmowę o zapiekance, a wydawała się całkiem ożywiona (rozmowa, nie zapiekanka).
Dlatego też zdecydowałam się na czytanie przez ramię.
– Ej, młoda, jakaś do ciebie startuje – usłyszałam po chwili.
Podniosłam wzrok, uznawszy, że najwyraźniej nie tylko nie byłam uprzejma, ale także mało dyskretna w swej nieuprzejmości.
– Brzydka – oznajmił, o zgrozo, najbardziej okularniczy i pryszczaty z nich wszystkich.
Świetnie, teraz moja samoocena została zdeptana nie tylko przez Syriusza, ale też przez jakiegoś nieznanego mi pryszczatego Krukona. Który mógł mi pomóc, gdyby tylko chciał.
– Wypraszam sobie! – prychnęłam odrobinę za głośno
– Nie no, stary, nie jest źle – zawyrokował jego kolega, trochę mniej okularzasty (oprawki miał cieńsze). – Jak na zwolenniczkę kobiecych uroków.
Zamrugałam. Czy oni… Czy oni?! Prychnęłabym jeszcze głośniej, ale niewątpliwie poskutkowałoby to wyrzuceniem mnie z biblioteki, a tego nie chciałam. Musiałam się skupić na misji. Miałam zadanie do wypełnienia i nie mogłam rezygnować, nawet jeśli przy okazji moje dobre (bądź jakiekolwiek inne) imię zostanie zbrukane.
W tym momencie jednak dziewczyna, która niewątpliwie była drugą częścią tematu tej konwersacji, podniosła głowę znad pergaminu (poczuła widocznie, że się o niej mówi) i oceniła:
– Zamknijcie się, idioci, przecież to dziewczyna starszego Blacka.
Poprawka, moje imię nie zostanie zbrukane, bo oficjalnie pozbawiono mnie imienia. Przestałam być Annie. Nie byłam nawet częścią Annie-i-Syriusza. Nie, byłam “dziewczyną (byłą) starszego Blacka”. Zostałam uprzedmiotowiona, przypisana komuś innemu jak podręcznik na eliksirach. Chciałam im coś powiedzieć, ale bałam się, że się rozpłaczę, jak tylko otworzę usta.
– Taka brzydka?
Łzy jednak napłynęły mi do oczu i nie mogłam ich powstrzymać. Tego dnia o jeden raz za dużo zdeptano mi serce. Odwróciłam się i uciekłam, choć wiedziałam, że na tym pergaminie znajduje się prawdopodobnie moja jedyna szansa na uratowanie Dunstana.
Jednak usłyszałam, że ktoś biegnie za mną!
– Czekaj – wysapało coś, co mnie goniło. – No czekaj na mnie!
Poczekałam. Ostatecznie odarto mnie już dziś z godności, podmiotowości i innych -ości. Co miałam do stracenia?
– No – powiedziało coś, gdy mnie w końcu dogoniło. Tym czymś okazała się być dziewczyna od wypracowania. – Powiesz mi, czemuś tak stała mi nad ramieniem? Przepraszam za chłopaków. Mają nie po kolei.
– Czytałam – powiedziałam nieco zachrypniętym głosem, a kiedy upewniłam się, że się nie rozpłaczę, odchrząknęłam i kontynuowałam: – To znaczy twoje wypracowanie, wiem, nie powinnam, ale naprawdę interesuję się tym tematem, a nigdzie nie mogłam znaleźć książek i…
Poczułam się naprawdę głupio.
– Trzeba było poprosić, obyłoby się bez przykrości. – Uśmiechnęła się do mnie zachęcająco. – Pożyczyć ci je? Naprawdę nie jest wybitne, wyciągam zadowalający co najwyżej i to tylko, jak mam dobry dzień…
– Naprawdę mi je pożyczysz? – pisnęłam.
Spojrzałam na dziewczynę z nadzieją i nieomalże czcią, jakby właśnie urosła w moich oczach do rangi bóstwa.
– Nie masz pojęcia, jak mnie to cieszy!
Przytuliłabym ją, gdybym nie bała się, że zgniotę pergamin, jeśli miała go w kieszeni.
– Spoko kalosze – odpowiedziała i podała mi zmasakrowany już lekko kawałek pergaminu. – Podrzuć go do jutra do Wspólnego Krukonów, dobrze?
– Jasne, dzięki!
Uśmiechnęłam się promiennie. Nie przyszło mi do głowy, by zapytać, gdzie dokładniej jest pokój wspólny Krukonów, ale uznałam to za tak niewielki problem, że aż niewarty wspominania w tak istotnej chwili. Oto trzymałam w rękach wiedzę o tym, jak odczarować medal! W końcu!
Czekała mnie długa noc.

44. O rewolucjach kuchennych

            Postanowiłam nie szukać odpowiedzi w damskich łazienkach ani w niezbyt czystych lustrach (choć nie powinnam narzekać, w końcu były czyszczone przez biedne, pracujące niewolniczo skrzaty; gdybym ja musiała pracować niewolniczo, to na pewno bym się nie starała), ale w miejscu dużo bardziej przytulnym i lepiej pachnącym. Tak też – kilka dni później, ale nie mniej zmartwiona ostatnimi wydarzeniami – wylądowałam na kanapie w pokoju wspólnym, otoczona lewym ramieniem Syriusza.
Syriusz był tego dnia wyjątkowo milczący.
Spojrzałam na niego smętnie. W porządku, nie powinnam, bo w końcu było mi wygodnie, miło i ciepło, ale ciągle prześladowała mnie ta rozmowa, którą odbyłam w sowiarni. Dusiła, nie pozwalała w nocy spać, odbierała tlen i uniemożliwiała koncentrację podczas jedzenia, w wyniku czego moje tosty latały po całej Wielkiej Sali. Byłam tym już zmęczona (i głodna, bo z powodu wstydu zaczęłam unikać posiłków).
– Myślisz, że jestem hipokrytką? – zapytałam nagle, jakbym wcale nie myślała o tym od kilku dni i nie formułowała tego pytania przynajmniej od kwadransa.
– Czym? – spytał.
– Hipokrytką – powtórzyłam. – No wiesz, kimś, kogo zachowania są sprzeczne z poglądami albo wybiórczo sprzeczne i w ogóle. Czy jestem nieszczera w tym, co robię i w co wierzę? – wyjaśniłam. W porządku, zdziwiło mnie, że nie znał tego słowa, ale w końcu nie kochałam go za jego intelekt, ale za całą resztę.
– A czy wciąż uważasz, że należy tępić klasy wyższe?
Przełknęłam głośno ślinę. Słowo daję, to była najtrudniejsza rozmowa, jaką mogłam sobie wyobrazić – a wyobrażałam sobie już wiele trudnych rozmów (do których bym się nie przyznała), w tym kłótnie o liczbę dzieci, kolor drzwi wejściowych do domu czy rasę psa, który będzie biegał po ogródku. To było trudniejsze nawet od wszystkich rozmów już odbytych.
– Ja… – zaczęłam, jakby w nadziei, że słowa same się posypią, kiedy tylko otworzę usta. Nic z tego.
– Najpierw może odpowiedz sobie na to pytanie, dobrze? A potem proś mnie o rozwiązywanie swoich dylematów.
Mężczyźni! Phi! Gdyby to było takie łatwe!
– Ale nie chodzi w tym momencie o moje dylematy – powiedziałam, czując się dość podle, bo totalnie chodziło właśnie o to. – Chciałam wiedzieć, jak mnie postrzegasz.
Nie odpowiedział.
Spojrzałam na niego wyczekująco.
– Nie odpowiedziałaś na moje pytanie, Annie.
– Ani ty na moje – stwierdziłam obronnym tonem. W końcu ja zapytałam pierwsza, prawda? Tak jakby. Trochę. To było tylko doprecyzowaniem czy coś.
Westchnął.
– Nie mogę na nie odpowiedzieć, nie wiedząc, co siedzi w tej twojej ślicznej główce.
Czyli otwarcie odmawiał współpracy. Ale przynajmniej powiedział, że mam śliczną główkę. Nie żeby to w czymkolwiek pomagało, ale…
– Nie musisz znać moich myśli, żeby wiedzieć, jak mnie postrzegasz, prawda?
– Wiem, że cię kocham, Annie. Tyle mi wystarczy.
Uśmiechnęłam się do niego, to było naprawdę miłe i sprawiło, że zrobiło mi się jeszcze cieplej, ale nijak nie rozwiązywało mojego problemu. I tak cmoknęłam go w znajdujący się bliżej mnie policzek. Tak na wszelki wypadek jednak już się nie odzywałam – musiałam przemyśleć to wszystko, a bałam się, że powiem coś, co zepsuje atmosferę.

***

Przez następnych parę dni cały czas męczyła mnie ta kwestia. Jak właściwie było z tą hipokryzją? Więcej – jak właściwie było ze mną, już nie tylko pod tym względem, ale tak w ogóle. Czy jeszcze wiedziałam, w co wierzę i kim jestem? Czy te kilka miesięcy naprawdę mogło tak na mnie wpłynąć? I dlaczego w Hogwarcie tak rzadko podawano pudding? To Anglia. Powinno się tu jeść pudding zdecydowanie częściej. Tymczasem skrzaty – o których wolność miałam walczyć! – najwyraźniej miały inne zdanie na temat tego, co powinien jeść przeciętny uczeń Hogwartu. Zwykle sprzeczne z moim, ale nie śmiałabym im tego powiedzieć, w końcu szanuję ich pracę.
Właśnie. Skrzaty. Skoro miałam wątpliwości, co do swojego wkładu w dobro wspólne, dlaczego miałabym nie zacząć od nich? Zbyt długo zwlekałam z odwiedzeniem kuchni! Oczywiście poszłabym tam już dużo, dużo wcześniej, gdyby nie to, że nikt nie powiedział mi, gdzie dokładniej kuchnia się znajduje. Zupełnie jakby to był sekret. Jakby uczniowie nie mieli prawa tam przychodzić czy coś.
Trzeba było to zmienić! Postanowiłam zapytać Syriusza. W końcu – jako mój chłopak – powinien pomagać mi czynić świat lepszym. Przynajmniej w pewnym stopniu.
– Po co?
Prychnęłam. Naprawdę, jak mógł mnie pytać o taką oczywistość! W końcu ktoś powinien uświadomić skrzatom, że zasługują na lepsze warunki życia, wypłatę i godziwe odzienie. Zdecydowałam się jednak na okrojoną wersję:
– Mam ochotę na pudding.
Uśmiechnął się do mnie swoim standardowym, zniewalającym uśmiechem i powiedział:
– Przyniosę ci.
Chór głosów żeńskich westchnął, gdy skutecznie zablokował mój protest. Dwukrotnie. A potem rozmył się we mgle (znaczy – w tłumie właścicielek tychże głosów, które podążyły za nim, udając, że wcale go nie śledzą).
– N… yy… dzięki – wykrztusiłam w końcu, choć nikt i tak mnie nie usłyszał.
Ta rozmowa przebiegała zupełnie inaczej niż się spodziewałam. Nawet nie dlatego, że wątpiłam w jego maniery czy inne zalety, które nakazywały mu to zaproponować, ale po prostu nie spodziewałam się, że mój własny plan może nie wypalić. W porządku – miałam ochotę na pudding, ale byłam niezależną, wolną kobietą i mogłabym go sobie przynieść sama, gdyby tylko ktoś mi wskazał drogę do kuchni!
I cóż miałam teraz uczynić?
Usiadłam w fotelu i zaczęłam tępo gapić się w kominek. Nie miałam pojęcia, co robić, ale uznałam, że kiedy napełnię żołądek pysznym puddingiem, coś na pewno wpadnie mi do głowy.
Pomoc sama spadła mi z nieba. Dosłownie. Nie żebym narzekała, ale zdecydowanie wolałabym bardziej tradycyjne sposoby zjawiania się pomocy. Spadanie z nieba może być w końcu niebezpieczne. Można sobie…
– Ała!
No właśnie, można sobie zrobić krzywdę. Spojrzałam współczująco w kierunku źródła dźwięku.
– Co się stało? – spytałam z całą empatią, na jaką było mnie stać. A, dodajmy, w obecnej chwili pokłady mojej empatii nie były zbyt głębokie, jako że większość energii poświęcałam na zastanawianie się, jak mogę dostać się do kuchni bez pomocy Syriusza.
– Nic – uzyskałam jakże wyjaśniającą odpowiedź. – James pomagał mi ćwiczyć zaklęcia ochronne. To mi chyba nie wyszło.
Pokiwałam głową. Tak, zdecydowanie, coś musiało pójść nie tak. Ale czego innego można by się w tym wypadku spodziewać?
– Zaklęcia obronne potrafią być złośliwe – mruknęłam, nadal myśląc nad sposobem dotarcia do kuchni. Zaczęłam żałować, że nie śledziłam Syriusza, nie żebym miała taką okazję, skoro oddalił się niemal z prędkością światła.
Peter uśmiechnął sie przepraszająco.
Przez chwilę rozważałam, czy nie przypomnieć mu prawidłowych ruchów nadgarstka, ale przecież nie miałam czasu. Musiałam znaleźć kogoś, kto zabierze mnie do kuchni i nie będzie zadawał przy tym zbędnych pytań. Kogoś, kto nie domyśli się, po co chcę się tam dostać. Kogoś takiego… jak Peter? Uśmiechnęłam się.
– Jestem przekonana, że odrobina gorącej czekolady poprawiłaby twoją koncentrację – powiedziałam, starając się nie stracić szansy po raz drugi. – Nie ma nic lepszego niż kubek parującej gorącej czekolady z cynamonem, prawda?
– Powinienem dalej ćwiczyć… – rzucił.
Popatrzyłam na niego poważnie.
– Oczywiście. Będziesz ćwiczyć, jak tylko napijesz się czekolady, to powinno ci pomóc. Sama mogę z tobą poćwiczyć, jeśli chcesz, zaklęcia obronne to moja specjalność – zapewniłam, choć odrobinę mijałam się z prawdą, o czym Peter oczywiście nie musiał wiedzieć. Radziłam sobie z nimi nieźle, ale nie fenomenalnie.
– A James?
– Pewnie chciałby potrenować quidditcha, wiesz, że zbliża sie ten mecz… – zaczęłam. Nie miałam pojęcia, z kim Gryfoni będą grali.
– Z Krukonami! Pokonamy ich!
– Nie jeśli nasza drużyna nie będzie ćwiczyć, słyszałam, że szykują specjalną strategię. Myślę, że powinniśmy dać Jamesowi czas na trening, w końcu nie pokonają Krukonów, jeśli będzie w złej formie.
Peter zastanawiał się przez chwilę. Starałam się wyglądać przekonująco. W końcu nie namawiałam go do niczego złego, prawda?
– Zapytam Jamesa.
– Może ja z nim pogadam? – zaoferowałam, po czym dodałam: – I tak miałam mu oddać podręcznik do transmutacji.
Pokiwał głową.
– Świetnie! W takim razie zaraz wracam, a ty skup się na myśleniu o pysznej gorącej czekoladzie.
Ruszyłam w kierunku dormitorium, a kiedy znalazłam się za drzwiami, po cichu policzyłam do dziesięciu. A potem jeszcze raz. Nie miałam pojęcia, ile powinnam jeszcze odczekać, żeby Peter nie nabrał podejrzeń, ale wiedziałam, że jeśli przesadzę, to James zacznie go szukać. Albo, jeszcze gorzej, Syriusz wróci z moim puddingiem. Chociaż jeszcze gorszą opcją byłoby spotkanie go po drodze.
Każdy możliwy scenariusz wydawał się beznadziejny. Świat najwyraźniej robił wszystko, żeby uniemożliwić mi dotarcie do kuchni. Co za świat…! I właśnie dlatego musiałam go zmienić! Nawet jeśli robił wszystko, żeby mi to uniemożliwić.
Peter czekał grzecznie na kanapie. Najwyraźniej nie zauważył mojego podenerwowania, które starałam się dość nieudolnie zamaskować uśmiechem.
– Załatwione, możemy iść – powiedziałam, starając się brzmieć radośnie.
Wyglądał na dość zadowolonego z faktu, że zwolniono go z ćwiczeń. W końcu udało mi się kogoś uszczęśliwić! Uśmiechnęłam się jeszcze szerzej i razem z nim ruszyłam w kierunku wyjścia z pokoju wspólnego. Jeden problem z głowy, teraz tylko musiałam uniknąć spotkania z Syriuszem. Choć, nie przeczę, nadal miałam ochotę na ten pudding.
– Tędy będzie najszybciej – powiedział nagle i skręcił w korytarz, którego, przysięgam, nigdy wcześniej nie widziałam.
Zaczęłam się zastanawiać, czy to nie jedna z dróg odkrytych przez Huncwotów, o których Syriusz mi opowiadał. Jeśli tak, wydawało się wysoce prawdopodobne, że wpadniemy na niego. W związku z tym nieśmiało zaproponowałam inną drogę; miałoby to więcej sensu, gdybym wiedziała, gdzie dokładnie idziemy.
Ku mojemu zaskoczeniu… odmówił!
Starałam się nie wyglądać na zawiedzioną. Mój mózg od razu zaczął wymyślać powody, dla których Syriusz mógł wybrać tę dłuższą drogę – może nie chciał, by ktoś, kto za nim szedł, poznał skrót? Albo chciał pozwiedzać? Albo po drodze miał coś do załatwienia? Może wcale na niego nie wpadniemy, może… Merlinie, przecież on wraca z puddingiem, nie będzie się z nim włóczył po całym zamku, wybierze najkrótszą drogę, to jasne.
Cały ten korytarz przebyłam z duszą na ramieniu.
Ani śladu Syriusza. Czyli jednak gdzieś się zawieruszył z tym puddingiem. Przeszył mnie niepokój właściwy chyba wszystkim dziewczynom. A może dał go komuś innemu? Może mu się znudziłam?
Opanuj się, Annie. Nikogo nie zostawia się z powodu puddingu!
Naprawdę miałam ochotę zapytać Petera, jak daleko jeszcze, ale nie chciałam, żeby się zorientował, że nie mam pojęcia, gdzie idziemy. Dlatego milczałam i dalej zastanawiałam się, gdzie może być Syriusz. Może coś mu się stało?
– To tu.
Wypuściłam powietrze, o którym nawet nie wiedziałam, że je wstrzymywałam.
– Świetnie, to czas na czekoladę. – Uśmiechnęłam się nerwowo. Dlaczego nie przygotowałam specjalnej mowy dla tych biednych skrzatów? Zasługiwały na to, bym przygotowała dla nich coś specjalnego. Zwłaszcza jeśli one wcześniej przygotują mi gorącą czekoladę. I zaginiony pudding.
Policzyłam do dziesięciu i… ale gdzie były drzwi?!
Wiedziałam, po prostu wiedziałam, Peter zmyślał! Wcale nie wiedział, gdzie jest kuchnia, pewnie nawet nie wiedział, gdzie teraz jesteśmy. Rany, pewnie nie wiedział nawet, jaki jest dzień tygodnia. Co ja sobie myślałam?
– Peter, to na pewno tu?
– To ty… nie wiesz?
O nie. Wyglądał na przerażonego.
– Oczywiście, że wiem – zapewniłam pospiesznie. – Byłam tu już wcześniej, po prostu wydaje mi się, że wtedy ten korytarz wyglądał inaczej.
Zerknęłam na niego, żeby przekonać się, czy mi uwierzył.
Nie uwierzył.
– Łapa się wścieknie.
– Nie wścieknie, jestem jego dziewczyna, prawda?
Przynajmniej miałam nadzieję, że nadal nią byłam. W końcu mógł spotkać kogoś bardziej interesującego, kto miał większe sukcesy w dziedzinie niesienia pomocy uciskanym. Albo mógł się poczuć wykorzystywany jak chłopiec na posyłki. Albo… Stop, miałam teraz ważniejsze rzeczy na głowie.
Peter nie miał na to odpowiedzi.
Postanowiłam się uśmiechnąć. W końcu nic nie robi lepszego wrażenia niż szeroki uśmiech, prawda?
– To co z naszą gorącą czekoladą? – zapytałam, mając nadzieję, że nagle sprawi, że drzwi się przed nami pojawią. Może trzeba było podać jakieś wymyślne hasło?
Wciąż milczał.
– Peter? – zagadnęłam, nadal się uśmiechając.
Świetnie, po prostu świetnie. Byłam gdzieś w drugim końcu zamku, a jedyna osoba, która znała drogę powrotną, udawała teraz rzeźbę.
– Musisz ją połaskotać.
Połaskotać, świetnie. Nie dodał tylko CO mam połaskotać.
– Nie możesz ty jej połaskotać? – zapytałam, starając się zachować spokój. Merlinie, byliśmy tu sami, co miałam łaskotać? Zbroję? W ogóle co za idiotyczny pomysł, łaskotać cokolwiek!
Spojrzał na mnie bezradnie.
– Nie sięgam gruszki.
Westchnęłam ciężko. Dobra, nie było tragicznie, przynajmniej wiedziałam, co mam łaskotać. Nawet jeśli łaskotanie namalowanej gruszki wydawało mi się całkowitym idiotyzmem.
– W porządku, w porządku – wymamrotałam, podchodząc do obrazu. Nigdy nie łaskotałam owoców znajdujących się na obrazach, ale w końcu co mogło w tym być trudnego?
Wydawało mi się, że ona na mnie patrzy. I to potępiająco. Jakby wiedziała, że nie wiem, jak ją łaskotać. Ale może to tylko paranoja.
– Cześć…? – zaryzykowałam, ale nie odpowiedziała.
Może była nierozmowna. Może lubiła być łaskotana przez niznajomych i nie chciała mnie poznawać. Może po prostu była namalowana i nie potrafiła mówić. Nieważne. I tak była w jakiś sposób przerażająca.
Wstrzymałam oddech i…
Niepewnie położyłam rękę na gruszce. Potem drugą. Spodziewałam się, że będzie inna w dotyku, mniej… zachęcająca do łaskotania. Ale nie, była całkiem przyjemna. Spojrzałam na Petera, żeby upewnić się, czy wszystko robię tak, jak trzeba. Na jego twarzy nie malowało się przerażenie, więc uznałam, że wszystko jest pod kontrolą. Połaskotałam gruszkę.
A ona… zachichotała!
Poczułam się dziwnie. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z taką reakcją ze strony namalowanego owocu.
– Wchodzimy czy nie? – spytał Peter.
– Um, tak, jasne. – Naprawdę starałam się brzmieć normalnie, ale miałam wrażenie, że właśnie padam ofiarą jakiegoś żartu i zaraz ktoś wyskoczy zza rogu i wykrzyknie, że dałam się nabrać jak ostatnia kretynka. – Chcesz iść pierwszy?
Wzruszył ramionami.
Świetnie, był równie komunikatywny jak ta gruszka. Może powinni się zaprzyjaźnić. Nie pozostało mi nic innego, jak wziąć głęboki oddech i ruszyć w nieznane.
Co też uczyniłam. W końcu ktoś, kto chce nieść pomoc innym, nie może pozwolić sobie, by strach przed nieznanym wygrał z nim w tak decydującej chwili jak ta.

43. O rzeczach wartych mniej lub bardziej dogłębnego przemyślenia

Syriusz siedział w kącie.
Nie podeszłam tam. Nie miałam ochoty, wydarzenia całego dnia wypompowały ze mnie resztki energii i jedyne, o czym myślałam, to moje miękkie, ciepłe łóżko. Do którego z przyjemnością bym się rzuciła, gdyby nie fakt, że w dormitorium najprawdopodobniej znajdowała się Brenda. Co prawda od pamiętnej rozmowy o zdradzie minęło trochę czasu, ale podejrzewałam, że nadal czuje się zraniona.
Co więc miałam uczynić?
Spojrzenia wszystkich nie były już we mnie utkwione, jako że moje zdolności – nadal dość egzotyczne jak na Hogwart – nie wzbudzały już takich emocji jak dzień po balu, choć pierwszoroczni nadal chodzili za mną po korytarzu i prosili, żebym coś dla nich podniosła siłą woli. Od czasu, gdy jeden z nich oberwał talerzem, zrobiło się ich jakby mniej, ale nie przestali mnie dręczyć. Niestety, w okolicy nie było nikogo, z kim chciałabym rozmawiać. Może podeszłabym do Jamesa – ale ten zajęty był zaczepianiem Evans, więc pewnie i tak nie zwróciłby na mnie uwagi. Mogłabym też podejść do Remusa, który był dla mnie miły za każdym razem, gdy rozmawialiśmy, ale akurat pisał wypracowanie, więc uznałam, że nie powinnam mu przeszkadzać. Czy więc pozostało mi samotne wpatrywanie się w kominek?
Poczułam się trochę dziwnie – czy to naprawdę byli wszyscy moi znajomi? Wszyscy, do których mogłabym podejść bez jakiegoś jasno sprecyzowanego powodu i pogadać o niczym? Jasne, nigdy nie otaczały mnie tłumy przyjaciół – większość ludzi nie akceptowała moich poglądów – ale nigdy nie było aż tak źle, żebym mogła zliczyć swoich znajomych na palcach jednej ręki. Westchnęłam ciężko.
Nie wydawało mi się, że zawieranie nowych znajomości było zajęciem, o jakim w takiej chwili marzyłam, więc poprzestałam na wpatrywaniu się w ogień i wspominaniu znajomych z Beauxbatons. Ileż czasu minęło, odkąd ostatni raz ich widziałam! Aż smutno było myśleć o tym, że przez cały ten czas nawet do mnie nie napisali! Ani razu? Czy tak szybko o mnie zapomnieli? Przecież nie mogli… prawda? Z drugiej strony – ja też do nich nie napisałam. Może czekali na wiadomość ode mnie z taką samą niecierpliwością, z jaką ja wyglądałam sowy od nich?
Ale tutaj tyle się działo! Nie miałam czasu napisać nawet krótkiego listu. Aż do… teraz. Skoro już o tym pomyślałam i akurat nie miałam lepszego zajęcia – czemu nie napisać listu teraz?
Żeby ograniczyć możliwość dekoncentracji, zabrałam torbę i ruszyłam do sowiarni. Planowałam napisać porządny, długi list i wysłać go najszybciej, jak tylko mi się uda.
Jednak zanim tam doszłam, wpadłam na… na… NA NIĄ. Nie rozmawiałam z Chevonne od pewnego czasu i chociaż ostatnio wszystko między nami było w porządku, to nie wiedziałam, czy ostatnie wydarzenia czegoś nie zmieniły. W szczególności, że patrzyła na mnie jakoś tak smutno. Nie byłam pewna, czy było to spowodowane faktem, że spotykałam się z arystokratą (znowu!), czy raczej tożsamością owego arystokraty, ale spojrzenie Chevonne było tak niesamowicie smutne, że aż sama poczułam, że przepełnia mnie smutek. I uchodzi ze mnie resztka energii, którą chciałam przeznaczyć na napisanie listu.
– Cieszę się twoim szczęściem – zaczęła, ale przecież totalnie było widać, że sie nie cieszy.
– Ja też się cieszę – powiedziałam, bo nie wiedziałam, jak inaczej mogłabym zareagować. – Ale widzę, że coś cię gryzie. Co się stało?
– Test z transmutacji.
– Och! Przecież zawsze byłaś dobra z transmutacji, pamiętam…
W porządku, kłamałam. Chevonne nigdy nie była orłem z transmutacji, ale ja również nie i gdyby nie pewne korepetycje, to najpewniej miałabym niesamowite kłopoty. Przez chwilę zastanawiałam się. czy nie zorganizować podobnych korepetycji Chevonne, ale szybko uznałam, że to zły pomysł.
Jej oczy mówiły, wręcz krzyczały: „jesteś okropnym kłamcą, Annie”.
Miała rację, nie kłamałam najlepiej i na ogół starałam się tego nie robić, ale zdarzały się sytuacje, w których kłamstwo było zwyczajnie wygodne. W końcu przyjaźń przyjaźnią, ale…
– Jestem pewna, że McGonagall pozwoli ci poprawiać – dodałam szczerze.
– Jasne.
Pokiwałam głową i się uśmiechnęłam. Naprawdę nie wiedziałam, co mogę jej jeszcze powiedzieć. Jasne, byłyśmy przyjaciółkami, ale to było kiedyś. W innej rzeczywistości. Parę miesięcy temu.
Dlatego pozwoliłam jej odkiwnąć i zostawić mnie samą.
Wszystko wskazywało na to, że dłoń, na palcach której mogłam liczyć swoich przyjaciół, mogłaby spokojnie być po częściowej amputacji. Najwyraźniej w całym zamku nie było nawet pięciu osób, które mogłabym uważać za przyjaciół. I przez co to wszystko? Przez to, że śmiałam być szczęśliwie zakochana!
Postanowiłam, że nie pozwolę innym zepsuć swojego szczęścia i nawet jeśli przed chwilą, na tym oto korytarzu straciłam przyjaciółkę, nie poddam się, dojdę do sowiarni i napiszę ten list!
Pobiegłam. Nie dane mi jednak było dotrzeć do celu, bo zobaczyłam następną znajomą twarz, ale ją zignorowałam. W końcu nie powinnam zmieniać swoich planów – a przynajmniej nie powinnam zmieniać ich tyle razy – tylko dlatego, że ktoś chciał ze mną porozmawiać, o nie. Miałam misję i nie planowałam znów z niej rezygnować tylko po to, żeby rozmawiać o czymś, co mnie w ogóle nie interesowało, albo po raz kolejny tłumaczyć, co wydarzyło się w Wielkiej Sali.
Kiedy dobiegłam do sowiarni, cały świat migał mi przed oczami. Miałam też trudności ze złapaniem oddechu, ale w końcu uspokoiłam się na tyle, że mogłam napisać list. I choć początkowo nie miałam pewności, o czym chciałam w nim wspomnieć, to z każdym słowem szło mi coraz lepiej i zanim się obejrzałam – skończył mi się pergamin.
– No nie – mruknęłam, bo chciałam pisać dalej.
Jasne, teoretycznie mogłabym przetransmutować coś w pergamin, ale nie czułam się na tyle pewnie, żeby ryzykować. A co, gdyby mój pergamin zmienił się z powrotem w sowie pióra gdzieś nad kanałem La Manche? Nie, to zdecydowanie zły pomysł. Wyglądało na to, że będę musiała wrócić do pokoju wspólnego. Nie byłam jednak pewna, czy w drodze tam i z powrotem pisanie mi się nie znudzi. Stałam więc na środku pomieszczenia i czułam się wewnętrznie rozdarta. Ostatnie dni były tak męczące, że nie byłam w stanie podjąć nawet tak prostej decyzji. Szkoda, że nie było przy mnie nikogo, kto by mi pomógł!
Z drugiej strony – nie był to problem, który wymagał pomocy innych. Nawet jeśli mnie przerastał. I nawet jeśli zbierało mi się na płacz. Już dawno nie czułam się taka bezradna!
Zaczerpnęłam powietrze i usiadłam pod ścianą, żeby się w spokoju wypłakać. I najpewniej bym to zrobiła, gdyby nie nieoparte wrażenie, że siedzę na czymś, na czym nie powinnam. Początkowo starałam się tę myśl ignorować, ale w końcu ciekawość wzięła górę i się podniosłam. Teoretycznie siedziałam na kupce piór wymieszanych z czymś, co wyglądało jak słoma, ale wiedziałam, że to nie może być wszystko. W końcu wyczułam coś twardego, a pióra z natury nie były twarde. Nie żebym siedziała na wielu i mogła wygłaszać takie opinie. Poczułam sie trochę tak, jak księżniczka na ziarnku grochu.
Niepewnie zaczęłam rozgarniać pióra i w końcu zauważyłam coś, co zdecydowanie nie powinno znajdować się w takim miejscu.
Medal!
Zamrugałam z niedowierzaniem. Cały czas był tak blisko?! Szukałam go (mniej lub bardziej aktywnie) przez prawie dwa miesiące!
Czegoś nie rozumiałam. Dlaczego milczał? Siedziałam tu już przeszło godzinę! W jego interesie było zawołać mnie. Mógł we mnie zwątpić – kto wie, takie medale mogą się łatwo obrażać. Albo – i ta myśl mnie przeraziła – Syriusz mógł mu coś zrobić. Uszkodzić mienie szkoły, które potrzebowało mojej pomocy.
Rzuciłam się na niego z taką pasją, że omal sama go nie uszkodziłam. Wytarłam go możliwie najdokładniej o swoją szatę, a potem spróbowałam zacząć do niego mówić, Przeprosiłam i zapewniłam, że chcę mu pomóc.
Wciąż milczał.
Tym razem naprawdę się rozpłakałam – ktoś potrzebował mojej pomocy, a ja nie mogłam jej udzielić. Czułam się naprawdę podle.
Kiedy pierwsza moja łza dotknęła powierzchni medalu, coś się zmieniło. Jakby powietrze zgęstniało, a cała sowiarnia stała się bardziej odległa, oddzielona ode mnie szybą. Domyślałam się, że to działanie medalu i wstrzymałam oddech w nadziei, że przemówi.
– Tyyyyyyyyy – wysyczał.
Odetchnęłam z ulgą. Odezwał się! Nawet jeśli ton jego głosu wskazywał na to, że jest na mnie obrażony, to jednak zdecydował się przemówić. Oczywiście powtórzyłam swoje szczere przeprosiny i w napięciu czekałam na dalsze słowa.
– Tyyyyyy – powtórzył. Ups. Chyba się zaciął.
Na wszelki wypadek nim potrząsnęłam – skoro czasem pomagało to pozytywkom, to czemu nie gadającym medalom?
Kaszlnął! To zdecydowanie był jakiś postęp, ale nadal nie to, o co mi chodziło.
– Panie Dunstan? – zaryzykowałam. – Jest pan tam?
– Jestem, do stu diabłów!
Uśmiechnęłam się i, zanim zdążyłam się zastanowić, odpowiedziałam:
– To wspaniale!
Właściwie nie powinnam tego mówić, skoro byłam osobą, która zobowiązała się mu pomóc i sprawić, że nie będzie tam dłużej uwięziony. Chyba nie byłam najlepsza w próbach ratowania ludzi zaklętych w medalach… o ile to właśnie miało miejsce w jego przypadku. Mogłam się założyć, że wewnątrz medalu spojrzał na mnie z pogardą.
– Przepraszam – dodałam. – Chyba zgubiłam pana na jakiś czas, ale teraz naprawdę dołożę wszelkich stań, żeby panu pomóc.
Zastanawiałam się, czy jeszcze się odezwie. Jak na razie, konsekwentnie milczał.
– Próbowałam się czegoś dowiedzieć, naprawdę – zapewniłam go. – I to nie tak, że o panu zapomniałam albo mi się pan zawieruszył, po prostu…
Urwałam. Nie byłam pewna, czy go to interesuje.
– Ten chłopak myślał, że jak mnie tu zostawi, zjedzą mnie sowy.
Prychnęłam. Co on sobie myślał?! Nie tylko chciał zniszczyć mienie szkoły, ale jeszcze wywołać u wielu niewinnych sów zatrucie!
– Porozmawiam z nim o tym – obiecałam medalowi.
– Żeby mi się to więcej nie powtórzyło, dziewczyno!
– Obiecuję, że o to zadbam. I jestem Annie, nie musi pan do mnie mówić “dziewczyno”.
Miałam nadzieję, że zacznie używać mojego imienia, naprawdę nie podobał mi się sposób, w jaki wymawiał słowo “dziewczyna”. Prawie jakby chciał powiedzieć “karaluch”. Miałam tylko nadzieję, że nie jest męskim szowinistą.
Sytuacja była coraz dziwniejsza.
– Panie Dunstan? Jak mogę panu pomóc?
– Uwolnij mnie.
– Ale jak mam to zrobić?
Merlin mi świadkiem, że gdybym wiedziała, to już bym to uczyniła.
Medal rozgrzał się niebezpiecznie. Oho, ktoś się zdenerwował.
– To ja mam dostęp do biblioteki czy ty?!
Przypomniało mi się, jak skończyła się moja ostatnia wizyta w bibliotece, i od razu się zarumieniłam. Nie miałam ochoty opowiadać o tym Dunstanowi.
– Może być pan dokładniejszy? – zapytałam nieśmiało. Może była jakaś książka, o której on wiedział, a ja nie? W porządku, pewnie były setki takich książek, ale chodziło mi o taką, która będzie zawierała instrukcje, jak pomóc komuś uwiezionemu w medalu.
Jednak w tym momencie usłyszałam szmer na schodach. Ktoś się zbliżał. Musiałam jak najszybciej schować medal. Na pewno próbował protestować, ale materiał mojej szaty stłumił ewentualne odgłosy, które mógł wydawać. Nie wiedziałam, kto się zbliża, więc na wszelki wypadek złapałam swój niedokończony list i zaczęłam wodzić po nim wzrokiem, jakbym go czytała, ale tak naprawdę zastanawiałam się nad tym, jak mogę pomóc Dunstanowi.
– Znowu Gryfoni, szlag by to – tajemnicy osobnik mruczał do siebie gdzieś za moimi plecami. Świetnie. Przerwał mi i jeszcze mnie obrażał. – Powinni ich trzymać w klatkach, co nie, Brunhildo?
Poczułam się osobiście urażona. Byłam Gryfonką i nie miałam pojęcia, czemu ktoś chciałby mnie zamknąć w klatce. Nie wiedziałam, kto wygłosił taką teorię, ale byłam gotowa uświadomić mu, jak bardzo jest to krzywdzące, gdy tylko znajdzie się w polu mojego widzenia.
– Tak, Brunhildo, wiem, że ktoś powinien zrobić z tym porządek.
Zamrugałam. Nie słyszałam odpowiedzi wspomnianej Brunhildy, więc nie wiedziałam, jak bardzo mam się poczuć urażona. Na wszelki wypadek odłożyłam swój list i wstałam.
Wtedy ich zobaczyłam. Nie wyglądali jak terroryści – prawdę mówiąc w ogóle nie rzucali się specjalnie w oczy i choć wiedziałam, że są uczniami (w końcu jedno z nich miało szatę), to nie mogłam sobie przypomnieć, czy spotkałam ich wcześniej.
Oni stanowili chłopca ze Slytherinu i jego sowę.
Postanowiłam oszczędzić sowę i cały swój gniew skierować na chłopca. Kiedy tylko na mnie spojrzał, możliwie najuprzejmiej zapytałam, czemu jest uprzedzony do Gryfonów. Wiedziałam, że nie powinnam się odzywać, w końcu w kieszeni miałam medal, który bardzo chciał być odczarowany, ale nie mogłam przymykać oka na tak jawną dyskryminację.
– Przyjaźnicie się ze szlamami – odpowiedział najzwyczajniej w świecie.
Byłam przerażona. Mógł mieć co najwyżej dwanaście lat.
Próbowałam mu wyjaśnić, że nie należy nikogo nazywać szlamą, bo to niepoprawne politycznie. I że to nie jest powód do dyskryminowania wartościowych jednostek. A wszystko przy akompaniamencie powarkiwań medalu, który najwyraźniej nie czuł się najlepiej w mojej kieszeni, albo nie zgadzał się z moimi poglądami.
– Naprawdę – dodałam po kilku minutach powtarzania tego samego – naprawdę nie mam pojęcia, skąd w tobie tyle nienawiści do ludzi pod każdym względem równych tobie i zasługujących na sprawiedliwe traktowanie. Nie można oceniać ludzi po tym, w jakiej rodzinie się urodzili i… i w ogóle – zakończyłam kulawo, bo oto właśnie uświadomiłam sobie, że w swojej niechęci do arystokracji nie jestem wcale lepsza od tego dzieciaka.
I wiecie, co ten dzieciak zrobił? Uniósł jedną brew!
Zupełnie jakbym była jakąś hipokrytką!
– Nie powinieneś oceniać ludzi, których nie znasz – powiedziałam stanowczo.
Medal chyba się śmiał, bo dźwięki, które wydawał, nie przypominały niczego, co wcześniej od niego słyszałam. Jakoś nie czułam się przez to najlepiej – zupełnie, jakby usłyszał najlepszy żart w swoim życiu (o ile medale mają życie) i teraz podskakiwał w kieszeni, chcąc dać upust radości, którą na tę okazję kumulował od dziesiątek albo i setek lat. A wszystko to moim kosztem! Mnie, która chciała mu pomóc. Mnie, która najwyraźniej sama się pogubiła w tym wszystkim. I to na oczach dziecka. Dlaczego nigdy nie mogłam tracić twarzy albo dochodzić do naprawdę ważnych wniosków w samotności?
Za to młody… Nie wiedziałam, co takiego powiedziałam, że tak nagle zmienił swój wyraz twarzy. Nie wiedziałam też, skąd wyciągnął następujący wniosek:
– Ach, szlama?
Spojrzałam n a niego potępiająco. Nie miałam pojęcia, w jaki sposób to poznał. Może tym wszystkim arystokratom montowano w głowach jakieś radary pozwalające im wyczuć wszystkie okoliczne szlamy? Albo mieli w oczach czytniki czystości krwi, kto wie. W każdym razie młody mnie przejrzał, ale nie miałam zamiaru się przyznawać – i to nie z powodu wstydu czy czegoś równie irracjonalnego, a skąd, po prostu gdyby wiedział, że nie jestem czystej krwi, nie posłuchałby mnie.
– Nie mam pojęcia, skąd ci to przyszło do głowy – stwierdziłam chłodno.
Ale on wciąż uśmiechał się drwiąco.
– Czy to istotne? – zapytałam, próbując przywołać swój zwykły zapał i wygłosić płomienną mowę na temat równości. Miałam wrażenie, że medal tylko nadstawia uszu.
Nie poczuł się w obowiązku mi odpowiadać. Jasne. Byłam tylko szlamą. Pytam się więc świata – czy give peace a chance ma jeszcze sens? Czy cokolwiek da się zdziałać z taką przyszłością tego narodu?
Starając się nie stracić resztek godności, zrobiłam poważną minę i powiedziałam mu, że tą postawą niczego w życiu nie osiągnie i będzie musiał ją zmienić, jeśli chce się stać częścią zdrowego, wspaniałego społeczeństwa, jakiego z pewnością się w przyszłości doczekamy, jeśli tylko zostaną zniesione idiotyczne podziały klasowe. Po czym zrobiłam to, co mogłam zrobić w tej sytuacji. Wyszłam, zanim zdążył odpowiedzieć czy choćby wzruszyć ramionami w odpowiedzi. Czułam, że jak najszybciej muszę znaleźć sie w łazience i sprawdzić, czy w lustrze zobaczę samą siebie, czy może kogoś innego, o innych poglądach czy – na to akurat liczyłam – o lepszej fryzurze.
Nawet nie zauważyłam, gdy zaczęłam biec. Co akurat było dobre, bo łazienka znajdowała się dość daleko. I nie byłam pewna, czy się nie rozpłaczę. Chyba powinnam, skoro zdałam sobie sprawę z czegoś takiego. Bohaterki książek, które czytywałam, zwykle w takich okolicznościach płakały.
Jednak okazało się, że nie nadaję się nawet do płakania. Dobiegłam do łazienki nie uroniwszy ani jednej łzy. Żadna się nie pokazała, kiedy spojrzałam na siebie w lustrze – nawet kiedy zobaczyłam, jak koszmarną, poczochraną szopę mam na głowie. Nic. Zero. Null. Nada.
– Dlaczego świat nie może uwierzyć w ideę wolności? – spytałam lustra, które nie raczyło mi odpowiedzieć.
Pociągnęłam nosem. Odbicie zrobiło to samo, co ani trochę mnie nie zdziwiło. Medal milczał i udawał zwykły kawałek metalu.
– Przecież… To taka piękna idea!
Lustro uparcie milczało. Może próbowałam przekonać samą siebie, a nie szklaną taflę. Czy jednak kochałam ideę wolności na tyle, żeby pogodzić się z krzywdami wyrządzonymi prostemu ludowi przez arystokrację? Czy powinnam…?
Nie wiedziałam.

42. O skutkach balu

Następnego dnia obudziłam się wcześnie. Spodziewałam się, że będę musiała odespać wszystkie te emocje, które przetoczyły się przeze mnie poprzedniego dnia, ale nie, okazało się, że szczęśliwe zakończenie naszej rozmowy (Merlinie, nadal w to nie wierzyłam) było odpowiedzialne nie tylko za mój dobry humor, ale też za ograniczenie potrzeby snu. Po co spać, kiedy tyle się wokół dzieje?
Nagle, kiedy już-już miałam radośnie wyskoczyć z łóżka i ze śpiewem na ustach pobiec do łazienki, dotarło do mnie, że najprawdopodobniej właśnie w tej chwili pół Hogwartu opowiada sobie o tym, co się wydarzyło poprzedniego dnia. Nie przejmowałabym się, gdyby chodziło o moją rozmowę z Syriuszem, ale przy niej (o ile wiedziałam) nie było świadków. Za to wiele osób widziało, co stało się w Wielkiej Sali.
Opadłam na poduszkę i zamknęłam oczy. W porządku, byłam szczęśliwa przez jakieś pięć minut. Czas zejść na ziemię, Annie.
Dlaczego ten świat musiał być aż tak niesprawiedliwy? Halo, świecie! Każdy zasługuje czasem na szczęśliwe zakończenie rodem z Disneya! Nie liczyłam, rzecz jasna, że moje problemy rozwiążą się za sprawą myszy, królików i sów, które przywołam jednym machnięciem rzęs, ale byłoby to miłe. Tymczasem wszystko wskazywało na to, że po raz kolejny będę na ustach większości uczniów. I o ile poprzednio raczej niewiele osób interesowała prawda, o tyle teraz nie miałam złudzeń – padną pytania.
Takie jak to.
– Co to miało być? – spytała Bre, która obudziła się chwilę po mnie.
Spojrzałam na nią. Wzrok miała utkwiony we mnie, więc nie mogłam się nawet łudzić, że ma na myśli coś innego. Mimo to…
– Co miało być czym? – zapytałam względnie niewinnie. Przy okazji wstałam i ruszyłam pospiesznie w kierunku łazienki, jakby w nadziei, że drzwi ochronią mnie przed jej pytaniami.
– To wczoraj!
– Masz na myśli bal? – zapytałam, pospiesznie chwytając jakieś ubrania. Powinnam je była naszykować wcześniej. Albo zostawić w łazience. – Tak, był niesamowity, no wiesz, taki magiczny i w ogóle. Świetnie się bawiłaś, prawda? Jestem pewna. Ale pogadamy przy śniadaniu!
Zamknęłam drzwi od łazienki i natomiast się o nie oparłam. Merlinie, to nie będzie łatwe. To zdecydowanie nie będzie łatwe…
– Annie! Wracaj tu natychmiast i wszystko mi wytłumacz!
Oho, Brenda najwyraźniej próbowała wyważyć drzwi. A że była zbyt mało rozgarnięta, by posłużyć się różdżką… Będą bolały ją pięści.
Postanowiłam ją ignorować. W końcu powinna dać sobie spokój, prawda? Nie byłam na tyle interesująca, żeby przez cały ranek dobijać się do łazienki tylko po to, żeby spróbować ze mną porozmawiać. Poza tym ten hałas powinien obudzić pozostałe dziewczyny, które na pewno nie pozwolą Brendzie mnie terroryzować… Prawda?
– Annie!
No dobrze, może nie prawda. Zostanę pożarta żywcem, kiedy tylko wyjdę. Ale jeśli już ma do tego dojść, to przynajmniej nie będę ubrana w piżamę.
Westchnęłam i – dalej starając się ignorować Bre – zabrałam się za poranną toaletę. Byłam przekonana, że to będzie koszmarny dzień, ale nie mogłam wyjść mu na spotkanie z nieumytymi włosami.

***

Dotarłam na śniadanie w jednym kawałku, co niewątpliwie można uznać za sukces. Miałam nadzieję, że w Wielkiej Sali znajdę Syriusza, który pomoże mi uciec Bre i innym plotkarom; nie żebym potrzebowała księcia na białym koniu, który by mnie uratował, w końcu byłam samodzielną i wyzwoloną kobietą – po prostu Syriusz zawsze umiał się dogadać z Bre lepiej niż ja. I nie, nie byłam zazdrosna. Ani trochę.
Syriusza jednak nie było, w związku z czym musiałam ratować się sama. Typowe.
– Annie! To było nie-sa-mo-wi-te – usłyszałam od jakiejś przypadkowej Puchoneczki, która, o dziwo, znała moje imię.
Kiwnęłam głową, żeby zasygnalizować, że ją usłyszałam, ale nic nie odpowiedziałam. Bo i co miałam powiedzieć? Zdecydowanie wolałabym, żeby nikt o niczym nie wiedział i o nic mnie nie wypytał.
Tyle że komentarze się powtarzały. Po prawdzie – lały się na mnie strumieniami ze wszystkich stron.
Kiwałam głową jak jeden z tych plastikowych piesków, które mugole stawiają w samochodach. I nie mogłam nic zjeść – ilość spojrzeń skierowanych w moją stronę sprawiała, że wszystko leciało mi z rąk, a na samą myśl o przełykaniu tostów robiło mi się niedobrze. Zaczęłam się zastanawiać, po co w ogóle wychodziłam z łazienki w dormitorium. Powinnam była spędzić tam cały dzień. Albo wszystkie dni do końca roku.
– Annie! – usłyszałam konspiracyjne wezwanie zza moich pleców i już miałam je zignorować, myśląc, że to kolejny przypadkowy człowiek, gdy głos dodał: – Trzmiel chce z tobą rozmawiać. Mówi, że to pilne.
Spojrzałam w górę, jakby nagle sufit wydał mi się niesamowicie interesujący. Wiedziałam, że to tylko kwestia czasu i prędzej czy później będę musiała z nim porozmawiać. Liczyłam na później.
Wstałam i spojrzałam na swój talerz zawierający trochę dżemu, który spadł mi z łyżeczki, i naderwanego tosta, którego nie udało mi się zjeść. Straciłam apetyt do tego stopnia, że nawet nie zadałam sobie trudu, żeby schować coś do kieszeni szaty i zjeść w samotności. Perspektywa rozmowy z dyrektorem stresowała mnie bardziej niż myśl o spędzaniu całego dnia z Bre i jej niekończącą się lawiną pytań.
Bez słowa ruszyłam w kierunku jego gabinetu. Nieważne, że nie znałam hasła. Miałam ważniejsze rzeczy na głowie!
– Czekaj na mnie! – ten sam konspiracyjny głos krzyczał za mną i, prawdopodobnie, za mą również biegł.
Poczekałam. Było mi absolutnie wszystko jedno. Dumbledore na pewno nie chciał poklepać mnie po główce i powiedzieć, że jestem niesamowicie zdolna. Zastanawiałam się przez chwilę, czy istnieje możliwość, że zostanę wyrzucona. W obecnej atmosferze nie byłoby to nawet takie złe, przynajmniej skończyłyby się te pytania. Już-już miałam zacząć planować swoją ponurą przyszłość, w której pracowałabym jako sekretarka jakiegoś ponurego mugola w przymałym garniturze, kiedy wspomniany głos nie tylko mnie dogonił, ale nawet położył mi rękę na ramieniu.
– Przede mną uciekasz? No co ty.
Pokręciłam głową. Przecież ja nigdzie nie uciekałam. Po prostu przemieszczałam się z punktu A do punktu B. Może trochę zbyt szybko, ale…
– Jest wkurzony? – zapytałam. Nie wyobrażałam sobie wkurzonego Trzmiela. I zdecydowanie nie chciałam być osobą, która doprowadziłaby go do takiego stanu.
– Raczej nie. Można powiedzieć, że jest… zaintrygowany.
Odwrócił mnie w swoim kierunku. Po raz pierwszy patrzyłam na Remusa z tak bliskiej odległości. Prosto w oczy!
– Annie, wierz mi, to najporządniejszy człowiek na świecie. Przygarnie… każdego odmieńca.
Spojrzałam na niego smętnie. Naprawdę, nie miał pojęcia, o czym mówił!
– Dzięki, Remusie. – Spróbowałam się uśmiechnąć. – Wiem, że jest porządny, ale to, co się stało… Nie chciałam, żeby nikt o niczym wiedział.
– Dlaczego? – spytał, marszcząc brwi. – Przecież… Och, przecież to naprawdę niesamowite!
– Ale to… – zawahałam się. Co właściwie miałam mu powiedzieć? Że nie znoszę własnych umiejętności, bo sprawiają, że odstaję od tłumu? W końcu walczyłam o zrównanie wszystkich ludzi, jak mogłam być tak niedopasowana? – …to nie jest normalne – dokończyłam cicho. Taak, świetny argument, Annie.
– Mogłaś trafić o wiele gorzej, zapewniam cię.
– Jasne – zaśmiałam się gorzko. – W końcu mogłam być półgoblinem albo innym wilkołakiem. Przynajmniej to by odstraszało wszystkich, którzy chcą mi zadawać pytania.
W porządku, przemawiała przeze mnie jakaś dziwna nietolerancja. Oczywiście nie miałam nic przeciwko wspomnianym istotom, po prostu tak jakoś… Żeby zatuszować złe wrażenie, które na pewno wywołałam, poklepałam Remusa po ramieniu.
– Dzięki, że starasz się mnie pocieszyć – dodałam.
– Mówię ci prawdę.
Coś dziwnego było w wyrazie jego twarzy. Chciałam spytać, czy ma w rodzinie kogoś… Ale zanim zdążyłam, wyrzucił z siebie:
– Hasło to ananasowe musy świstuny.
– Co…? A, tak, hasło.
Naprawdę, ostatnią rzeczą, o której chciałam teraz myśleć, była rozmowa z Dumbledore’em. Mina Remusa świadczyła o tym, że potrzebuje rozmowy. A najlepiej rozmowy z kimś, kto go przytuli i zaoferuje kubek kakao. Nie posiadałam kakao, ale mogłam go przytulić, gdybym uznała, że sytuacja tego wymaga. Zanim jednak mogłam zaoferować, że z nim porozmawiam o jego zmartwieniach, zrobił nieznaczny krok w tył. Jasny sygnał, że powinnam zająć się własnymi sprawami.
– Powodzenia – powiedział.
Taaak, czułam, że będę go potrzebowała.

***

Kiedy wyszłam z gabinetu Trzmiela, wydawało mi się, że świat się zatrzymał i zaczął się kręcić w drugą stronę. Albo odbijać od jakiś dziwnych, niewidzialnych granic kosmosu jak piłeczka pingpongowa. W każdym razie stało się coś dziwnego.
Nie zostałam wyrzucona (nie żebym naprawdę w to wierzyła). Nie dostałam szlabanu. Nie odjął mi punktów. Ba, więcej – był dla mnie miły
I, co najdziwniejsze w tym wszystkim, PODOBAŁO MU SIĘ. Tak, to co zrobiłam na balu bardzo mu się podobało! Przez chwilę zachowywał się jak dziecko, które otworzyło gwiazdkowy prezent. Zaoferował nawet, że w miarę swoich możliwości (skromnych – zapewnił) mi pomoże rozwijać tę zdolność.
Tak, świat zdecydowanie musiał oszaleć. Dlaczego nikt nie rozumiał, że ja nie chciałam tego rozwijać?!
Głupi, głupi świat!
Westchnęłam i oparłam się o kamienną ścianę. Świetnie. Po prostu świetnie. Wczoraj o tej porze byłam przeciętną uczennicą Hogwartu. Samotną i niekochaną, ale przeciętną. Jakoś nie podobało mi się tego rodzaju „coś za coś”. Ale co mogłam teraz poradzić? Miałam za swoje. To tak, jakbym, no nie wiem, zrzuciła gdzieś bombę atomową i narzekała, że autorzy książek historycznych psują mi image.
Tyle, że to, co stało się wczoraj, nie przyczyniło się do śmierci setek tysięcy istnień. O ile wiedziałam, tylko jedno istnienie odniosło lekkie obrażenia – i to w pełni zasłużone. Naprawdę, czy wszyscy nie mogliby po prostu udawać, że tego nie widzieli i zająć się własnymi sprawami?
Odpowiedź na to pytanie naprawdę mi się nie podobała.
Brzmiała bowiem „nie”. Po co zajmować się wypracowaniem z zielarstwa, kiedy można porozmawiać z kimś o czymś tak niecodziennym jak to, co stało się wczoraj. Jakby kogokolwiek interesowało coś więcej niż sam fakt, że taka sytuacja miała miejsce!
Ruszyłam w kierunku wieży. Miałam nadzieję, że wszyscy dalej znajdowali się w Wielkiej Sali (i najpewniej omawiali bal), więc były duże szanse na to, że uda mi się spędzić trochę czasu w samotności. A przynajmniej bez zgrai plotkar wypytujących mnie o szczegóły.
Moje nadzieje okazały sie płonne.
– Tu cię mam!
Oho, wściekła Brenda. Z tego, co było mi wiadome, jedynym sposobem obrony przed nią w tym stanie była ucieczka. Zaczęłam biec w przeciwnym kierunku. Niestety…
Nigdy nie sądziłam, że stukot szpilek może być tak przerażający! Nie miałam nawet pojęcia, jak mogła w nich biegać. Przecież to przeczyło wszystkim prawom fizyki – nawet tym obowiązującym w Hogwarcie! Brenda najwyraźniej jednak żyła w takim samym przeświadczeniu co niektóre postaci z mugolskich kreskówek, którym udawało się chodzić w powietrzu, póki nie patrzyły w dół. Może Bre mogła biegać, póki nie zdawała sobie sprawy z tego, co ma na nogach?
– Czekaj!
Zatrzymałam się. Nie dlatego, że chciałam z nią rozmawiać; po prostu dalsza ucieczka nie miała sensu. I tak by mnie w końcu znalazła – wspólne dormitorium i takie tam.
– Bre, spieszę się. Naprawdę – powiedziałam, mając cichą nadzieję, że to ją zniechęci.
– Nadal nie powiedziałaś mi, co TO miało niby być! – Podbiegła naprawdę blisko mnie. Gdyby nie była to Brenda, to znaczy gdybym nie wiedziała, jaka jest niegroźna, powiedziałabym, że przypominała rozwścieczoną kuropatwę.
– Nie będę potwierdzać żadnych plotek ani żadnym zaprzeczać – warknęłam. Byłam pewna, że pojawiły się już nie tylko przeróżne wersje wydarzeń, ale i mnóstwo spekulacji. Nie zdziwiłabym się, gdybym przy kolacji dowiedziała się, że ktoś uważa mnie za córkę potwora z Loch Ness.
– Mnie nie powiesz?!
Spojrzałam na nią, jakbym nie była pewna, czy żartuje. Jednak wyraz jej twarzy świadczył o tym, że była jak najbardziej poważna i koniecznie chciała poznać prawdę. Westchnęłam.
– Nie – stwierdziłam stanowczo.
Wyglądała na zdziwioną.
– Przecież… Zrobiłaś mi to i nawet nie chcesz wytłumaczyć… Powiedzieć czy to prawda?
Zamrugałam. Jak to „zrobiłam jej to”? Przecież chyba nawet nie była w pobliżu, kiedy to wszystko się wydarzyło. I, o ile mi wiadomo, nie kolegowała się w Jeffem na tyle, żeby przejmować się jego losem.
– O czym ty mówisz, Bre? – zapytałam naprawdę zbita z tropu
– Ty… Ty… NIE ZAPRZECZAJ!
W chwilę później – płakała. Przez chwilę miałam ochotę ją przytulić i pogłaskać po głowie, ale szybko się rozmyśliłam. Nie tylko dlatego, że była to Brenda, ale też dlatego, że z pewnością nie byłaby zadowolona, gdybym zepsuła jej fryzurę.
– Niczemu jeszcze nie zaprzeczyłam – zauważyłam. Cała ta rozmowa przypominała jakiś dość surrealistyczny sen.
– Chcę to usłyszeć od ciebie.
Spojrzałam na nią bezradnie. Świetnie, naprawdę świetnie.
– Nie mam pojęcia, co chcesz usłyszeć. – Byłam wręcz niespotykanie spokojna. Powinnam kazać jej się opanować i wrócić do wieży, a tymczasem kontynuowałam tę rozmowę. Naprawdę nie wiem, kiedy stałam się taka miła.
– Wczoraj!
Tyle to się domyślałam. Nagle wszystko, ale to wszystko kręciło się wokół wczorajszego dnia.
– Możesz rozwinąć?… – Tak, moja cierpliwość była nieziemska. Ale nawet ona kiedy się kończyła i obawiałam się, że nastąpi to już niedługo, jeśli Bre w końcu nie wydusi z siebie, co takiego jej zrobiłam.
– Ty to powiedz.
Ciężko westchnęłam. W porządku, myśl, Annie. Jeśli nie chodzi jej o Jeffa – a najwyraźniej nie chodzi – to musi chodzić o Syriusza. Nie miałam pojęcia, czego mogłaby od niego chcieć, skoro zerwali. Ja na pewno nie chodziłabym za nikim, żeby wypytać o Regała, ale najwyraźniej Bre była inna.
– Nie wiem, co takiego mam powiedzieć, ale zgaduję, że ma to związek z Syriuszem?…
Rozpłakała się jeszcze bardziej. Czyżbym zgadła?
– Bre… Bre, nie płacz, naprawdę. – Poklepałam ją po plecach. Miałam nadzieję, że pokrzepiająco. – No wiesz, życie idzie naprzód, jest wiele ryb w oceanie i tak dalej…
– Jak mogłaś mi to zrobić? – krzyknęła.
– Przecież zerwaliście – zauważyłam wyjątkowo przytomnie. Naprawdę, nie wiedziałam, po co w ogóle o tym rozmawiamy.
– Co nie uprawnia cię do… do… do podkradania mojego Syriuszka!
Popatrzyłam na Bre ze współczuciem. Naprawdę – współczułam jej. Jak mogła się tak łudzić? No i jak mogła oskarżać mnie o podkradanie jej chłopaka? Przecież to absolutnie niedorzeczne.
– Syriusz nie jest twój, skoro zerwaliście – stwierdziłam, podkreślając ostatnie słowo. – Może spotykać się z kim chce, więc go nie podkradłam.
– Wiesz, ile razy my zerwaliśmy? Nie miałaś prawa!
Zacisnęłam usta. W porządku, słyszałam to i owo na temat ich zerwań, ale przecież…!
– W takim razie powinniście to wyjaśnić między sobą.
Tak, szalenie dojrzałe, Annie, pomyślałam. Wycofywać się z rozmowy, kiedy robi się odrobinę niewygodna. No dobrze – bardzo niewygodna.
– Ale to tyyyy.
Spojrzałam na nią niewinnie, bo – tak! – czułam się niewinna. Nie zrobiłam nic złego. Nic, o co mogłaby mieć pretensje. A fakt, że Brenda miała czelność próbować w jakiś sposób zepsuć te wspomnienia i wywołać we mnie poczucie winy, był okropny. Miałam nadzieję, że uda mi się zakończyć tę rozmowę jak najszybciej.
– Tak, to ja. Ale wiesz, w związku zwykle są dwie osoby, więc on też. I jeśli uważasz, że nie wyjaśnił do końca sytuacji z tobą, to powinnaś rozmawiać z nim, a nie ze mną.
Odpowiedziała mi jedynie płaczem. Tym razem nie poklepałam jej po plecach. Nie zrobiłam nic szczególnego, bo nie miałam pojęcia, jak mogłabym jej pomóc. Prawdę mówiąc – niespecjalnie miałam ochotę jej pomagać. Jasne, wiem, że powinnam traktować ją jak siostrę albo inną towarzyszkę niedoli, ale w tym momencie chciała zepsuć coś pięknego. To zdecydowanie wpływało negatywnie na nasze relacje.
– Zdradziłaś mnie – wychlipała po chwili. – Zdradziłaś moje największe marzenie.
Zamknęłam oczy i policzyłam w myślach do ośmiu. Wiem, powinnam do dziesięciu, ale moja cierpliwość się kończyła w iście ekspresowym tempie.
– Bre, nie mam pojęcia, o czym mówisz – zapewniłam. – Jeśli masz z tym jakiś problem, to naprawdę nie ze mną powinnaś rozmawiać.
– Zdradziłaś mnie i moje… nasze…
Dziecko? Błagałam wszystkich bogów, żeby nie mówiła o dziecku. Mogłabym już nawet żyć z myślą, że robiłam ich związek, ale dziecko…? Spojrzałam na Bre. Nijak nie wyglądała mi na matkę. I miała piętnaście lat. Wydawało mi się to mało prawdopodobne, ale przeczytałam za dużo mugolskich romansów, żeby móc to całkowicie wykluczyć.
– Wasze?… – zachęciłam. Naprawdę wolałabym, żeby to z siebie wydusiła.
Zapadła cisza pełna nerwowego oczekiwania. Nawet Bre zdawała się płakać jakoś mniej. Przełknęłam głośno ślinę. Miałam wrażenie, że czas jakoś zwolnił, a całe nasze otoczenie jakby się oddaliło. Jakby nagle wszechświat się zatrzymał i oczekiwał na to, co padnie z ust Bre. Merlinie, co ona mogła takiego mieć na myśli? Co się wydarzyło między nią i Syriuszem? I czemu mi o tym nie powiedział, jeśli to coś ważnego? W porządku, nie rozmawialiśmy ze sobą za wiele wczoraj, ale mógł się bardziej postarać!
W końcu to z siebie wyrzuciła:
– Zawsze chciałam, żeby pocałował mnie w gradzie.
Popatrzyłam na nią z najszczerszym zdziwieniem. Czyli cały czas chodziło o coś tak… niedorzecznego? Pocałunek w gradzie? Prychnęłam. Głośno.
– Bre, jestem przekonana, że znajdziesz kogoś innego, kto będzie zainteresowany pocałunkami w przeróżnych warunkach atmosferycznych – stwierdziłam, starając się nie roześmiać. Merlinie, kto jak kto, ale Brenda potrafiła zbudować atmosferę! A potem ją, rzecz jasna, zepsuć.
– Tylko Syriusz…
Nagle ta cała rozmowa zaczęła być jeszcze bardziej niewygodna niż wcześniej. Nie miałam zamiaru mówić ani słowa więcej o Syriuszu, pocałunkach ani gradzie (przy czym grad był z tych trzech tematów najmniej drażliwy). Najchętniej już nigdy nie rozmawiałabym z Bre – i nie umiałam nawet wyjaśnić dlaczego. Nigdy nie pałałam do niej sympatią, ale najwyraźniej fakt, że wcześniej spotykała się z Syriuszem jeszcze wzmógł moją niechęć do jej osoby.
– Porozmawiaj o tym z nim – powtórzyłam. – Albo nie. Ja z nim porozmawiam. Dam ci znać, jeśli będzie chciał ci coś przekazać.
Oczywiście wiedziałam, że jeśli Bre się uprze, to sama z nim porozmawia, ale nie chciałam jej do tego zachęcać. Jakoś nie podobała mi się perspektywa Syriusza rozmawiającego z kimś, kto chciał go całować. W gradzie do tego.
– Ty? – Była oburzona. – TY mnie zdradziłaś! Możesz… Możesz to zrobić jeszcze raz!
Merlinie, naprawdę nie wiedziałam, co mam jej powiedzieć. Jak mogłam ją zdradzić? Czy Bre wierzyła w te feministyczne brednie, zgodnie z którymi kobiety powinny trzymać się razem i bojkotować rodzaj męski? Jedno było pewne – za nic w świecie nie chciałabym się dobrowolnie zadawać z Bre.
– Nadal nie mam pojęcia, co mi zarzucasz, ale może lepiej skończmy tę rozmowę? – zaproponowałam.
Naprawdę, byłoby lepiej, gdybyśmy po prostu rozeszły się każda w swoją stronę, zanim któraś z nas powie coś, czego obie będziemy później żałować. Cokolwiek by to miało być.
– Zdradziłaś mnie – powtórzyła jeszcze, wciąż płacząc, ale dyskusja była chyba martwa.
– W porządku – zgodziłam się dla świętego spokoju. – Zdradziłam cię, jestem okropna i masz pełne prawo się do mnie nie odzywać. Prawdę mówiąc, na twoim miejscu bym się w ogóle ignorowała. Zasłużyłam sobie na to – dodałam, nagle całkiem zadowolona z faktu, że Bre poczuła się tym wszystkim tak dotknięta. Nadal było mi jej żal, ale jeśli miało to znaczy, że zacznie mnie ignorować… Powiedzmy, że mogłam na chwilkę schować ten żal do kieszeni.
– Ja… ja się zemszczę! – krzyknęła i pognała w przeciwnym kierunku.
Westchnęłam jeszcze raz. Świetnie, teraz miałam na głowie nie tylko dzikie stado plotkarzy czy pełnego dobrych chęci dyrektora, ale jeszcze najwyraźniej oszalałą z zazdrości Brendę. Czy życie mogło być ciekawsze?