Znicze i żaby: 01.

Poranek 24 sierpnia nadszedł zbyt wcześnie. Ten poranek, kiedy wszystko powinno być dopięte na ostatni guzik, sprawdzone (po dwakroć!) i gotowe. Tymczasem ja byłam tak daleko od stanu choćby przypominającego gotowość, jak reprezentacji Finlandii od finału Mistrzostw Świata w Quidditchu. Wyglądałoby to trochę inaczej, gdybym mogła liczyć na większe wsparcie, tymczasem zespół marzeń odpowiedzialny za przygotowanie wszystkiego składał się głównie z Ludo Bagmana, mięsożernej rośliny, którą odziedziczyłam wbrew sobie, stosu dokumentów i – przemęczonej i niewyspanej – mnie, która nie mogła się doczekać, aż ktoś (najlepiej narodowości irlandzkiej) wyląduje na ziemi ze złotym zniczem i to wszystko się skończy, żebym mogła rzucić się w wir przygotowań do czegoś innego. Nikt nie mówił mi, że praca w Departamencie Magicznych Gier i Sportów będzie tak wymagająca. Większość osób, z którymi rozmawiałam, twierdziła wręcz, że powinnam nosić do pracy dobrą książkę albo poduszkę, bo umrę z nudów.
Umieranie z nudów nigdy nie wydawało mi się dobrą opcją – w szczególności nie zaś, gdy, wyposażona w aż osiem owutemów zdanych na Wybitny, wstępowałam w szeregi Ministerstwa. Sądziłam, że oto los w końcu nagrodził mnie za lata nauki, że udało mi się osiągnąć szczyt marzeń każdej porządnej czarownicy. Przez całe trzy tygodnie zwalczałam zło w Departamencie Magicznych Wypadków i Katastrof… aż okazało się, że w Departamencie Magicznych Gier i Sportów teraz natychmiast TERAZ Ludo Bagman potrzebował asystentki i tylko ja spełniałam jego pięciopergaminową listę wymagań, łącznie ze złoto-brązowymi oczami przypominającymi mu o jego matce. I odtąd było tylko gorzej.
Bagman nie był łatwym szefem. Właściwie ciężko powiedzieć, jakim był szefem, bo przymiotnik, który opisałby go najlepiej, to „nieobecny”, co przecież niewiele mówi o szefach. Kiedy jednak pojawiał się w naszym zawalonym aktami, ciasnym biurze, poświęcał mi zbyt mało czasu, by choćby dostrzec, czy nadal mam złoto-brązowe oczy jego matki. Słyszałam, że nadchodzi, z drugiego końca korytarza, bo zawsze głośno z kimś rozmawiał, by następnie – na tym samym wydechu – kompletnie zmienić i temat, i rozmówcę, a kiedy próbowałam notować wszystkie pomysły i polecenia, w mgnieniu oka znikał i gdyby nie charakterystyczny strój, widoczny gdzieś w końcu korytarza, nie miałabym pewności, że w ogóle się pojawił i do mnie mówił.
Tak, jeśli mam być szczera, 24 sierpnia modliłam się o nudę. Zamiast nudy miałam na biurku listę VIP-ów, którzy pewnie już się pojawiali w okolicy stadionu, gdzie ja i Ludo (a raczej: Ludo) powinniśmy ich witać. Tymczasem nie mogłam wyjść z biura, póki nie uporządkuję faktur za efekty specjalne i nie sprawdzę (kolejny raz) wyników sprzedaży biletów, ewentualnych wolnych miejsc, które jeszcze można sprzedać, czy listy gości z loży, którzy już potwierdzili swój udział. Każde z tych zadań nie brzmiało źle, kiedy myślało się o nim solo, ale wspólnie tworzyły jeden wielki, ogromny głaz, który ciążył mi na ramionach tak bardzo, że nie mogłam nawet myśleć o śnie. Co miało swoje plusy, bo nie zanosiło się na to, że będę mogła spać, póki ktoś nie złapie tego cholernego znicza. Który, o matko, czy ktoś pamiętał o zamówieniu znicza?!
Gdybym sama nie była autorką tego koszmaru, mogłabym podejrzewać, że przez moje biurko przebiegło stado nadaktywnych gumochłonów – znalezienie tam zielonej teczki wypełnionej całą dokumentacją zniczy, które mieliśmy zamówić aż z Islandii graniczyło z cudem. Na samą myśl o szukaniu dokumentacji tłuczków robiło mi się słabo. Nie martwiłam się tylko o kafla, który został już sprowadzony z Tadżykistanu. Nikt mi nie zarzuci, że nie panowałam przynajmniej nad fragmentem tego, nad czym ktoś powinien panować dzień przed największą sportową imprezą roku.
– Magnolia! Wciąż tu jesteś? Nie powinnaś być na stadionie? – Ze strony drzwi dobiegł mnie głos, którego nie mogłam z nikim pomylić. – Czy nikt w waszym biurze nie pracuje? Nawet ty? Niech tylko pan Crouch się o tym dowie, no doprawdy, co za skandal.
– Za pięć minut się tam przeniosę – odpowiedziałam dostatecznie głośno, żeby Percy Weasley nie wpadł na genialny pomysł wchodzenia do jej pokoju. Wtedy oberwałabym jeszcze za bałagan. Polityka czystego biurka to było coś, co nie mogło się zdarzyć w Departamencie Magicznych Gier i Sportów. Nie byłam właściwie pewna, jaką władzę nade mną miał Percy, ale sposób, w jaki się nosił, zdawał sugerować, że prawidłowa odpowiedź to coś między „wielką” a „ogromną”.
Nie znosiłam w nim wszystkiego – a zwłaszcza prychania. Percy prychał z wyższością częściej niż Harry Potter ratował wszechświat. O, na przykład teraz.
– Pięć minut, no naprawdę, dla was to zawsze wszystko za pięć minut.
Westchnęłam, zanim zdążyłam stłumić ten dźwięk. Czasami zastanawiałam się, czy naprawdę to wszystko warte jest znoszenia takich komentarzy. Gdybym na przykład teraz zemdlała, mistrzostwa mogłyby się nie odbyć, bo Bagman na pewno nie dopilnowałby tego wszystkiego, co powinno zostać dopilnowane. Z drugiej strony, gdybym zemdlała, pewnie nikt by tego nie zauważył przez kilka godzin, a potem ktoś by mnie zwolnił za to, że mistrzostwa się nie odbyły. Dla dobra mnie i galeonów, które co miesiąc spływały na moje konto – lepiej, żebym nie mdlała.
– Czemu ciebie nie ma jeszcze na stadionie? – zapytałam. Wiedziałam, że teraz na pewno już sobie nie pójdzie; mogłam równie dobrze spróbować jakoś się na nim odegrać.
– Pan Crouch poprosił mnie, bym wrócił do Ministerstwa z BARDZO WAŻNĄ MISJĄ – sposób, w jaki podkreślał powagę swojego zadania, którym zapewne było pogonienie skrzata Croucha czy znalezienie jakiegoś zagubionego listu, byłby o wiele zabawniejszy, gdyby nie to, że wciąż nie ustaliłam, czy ktoś zamówił znicza. – Uznałem, że sprawdzę, czy pan Bagman wyszedł z biura na czas. Pan Crouch poradziłby sobie oczywiście o wiele lepiej i bez pana Bagmana. Oczywiście.
– Oczywiście – potwierdziłam, przerzucając kolejne papiery na biurku. Było ich stanowczo za dużo. I chyba między nimi leżała w połowie zjedzona kanapka. Gdyby nie obecność Percy’ego, mogłabym wyrzucić za drzwi resztki godności i ją zjeść, bo – o ile dobrze pamiętałam – miała niecałe dwa dni. Ale Percy nadal tam był, irytujący i nieustępliwy jak kurzajka na czubku nosa. – Pan Bagman wyszedł z biura na czas – dodałam z przesadną emfazą w nadziei, że Percy sobie pójdzie. I, być może, miałam niewielką nadzieję, że po drodze się potknie.
Ale on wcale sobie nie poszedł – nawet gorzej, wszedł do biura. Z pogardą spojrzał na biurko, które dzieliłam z Bertą i jej mięsożerną rośliną, na nasz remont, pudła, farby, tynk, na to wszystko, co na pewno nie miało miejsca w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów, i rozsiadł się na fotelu dla petentów.
– Poczekam na ciebie.
– To bardzo… – szukałam odpowiedniego słowa. „Upierdliwe” cisnęło mi się na usta. – …miłe? – zaryzykowałam. Rzuciłam okiem na kanapkę, wyobrażając sobie jej smak w ustach i… czy to było potwierdzenie zamówienia zniczy?
Percy zauważył, że ja coś zauważyłam – i zanim zdążyłam położyć swoje dłonie na zamówieniu zniczy, schowanym pomiędzy Przepisami Quidditcha, wydanie 213, i listą zakupów z zeszłego tygodnia, on trzymał je już w swoich piegowatych łapskach. Chciałam warknąć coś o tym, że po co siadał na piętnaście sekund, zgniótł przy tym tylko wczorajszego „Proroka” i nic z tego nie wyniknęło, ale w ostatniej chwili ugryzłam się w język.
– Segreguję dokumentację – powiedziałam słabo, bo jak wyjaśnić komuś, że wszystkie próby ułożenia dokumentów w jakimkolwiek porządku kończyły się bałaganem, gdy do pokoju wpadał Huragan Ludovic i akurat nie było mnie na miejscu, by ograniczyć jego destruktywne działanie.
– Masz na myśli ten niezapłacony rachunek?
– Ale został przyjęty! – odpowiedziałam nieco zbyt szybko. Zauważyłam też, że w miejscu, w którym zapisany był termin płatności, przyklejony był plaster pomidora z mojej kanapki. Byłabym zawstydzona, gdybym miała na to siłę.
– Jesteś pewna? Bo został wystawiony dopiero wczoraj popołudniu.
To by znaczyło, że rachunek był świeższy od mojej kanapki.
Kiedy moje życie stało się tak przygnębiające?
– Zapewniam cię, że znicz czeka już na stadionie.
*
Znicz nie czekał na mnie na stadionie. Nie czekał na nikogo. W zasadzie w ogóle go nie było, nawet odrobiny, kawałka skrzydełka, nic. Jego wspomnienie nie żyło w pudełku na piłki, bo przecież nigdy tam nie trafił.
– Sprowadziliśmy go z Irla… Islandii! – usłyszałam głos Bagmana i nawet nie obejrzałam się za siebie, by sprawdzić, z kim rozmawia. Rozważałam rzucenie jakiegoś niewerbalnego zaklęcia, które sprawiłoby, że ziemia rozstąpiłaby się pode mną i pozwoliła mi uniknąć absolutnej kompromitacji. Wyobrażałam sobie pana Croucha albo Ministra Magii, albo kogoś jeszcze ważniejszego od nich, kto staje na środku boiska i ogłasza do setek, nie, tysięcy!, zgromadzonych czarodziejów, że mistrzostwa są odwołane, ponieważ Magnolia Duckworth zawaliła.
Nie zrobiłam jednak nic równie szalonego, bo przecież miałam jeszcze jeden dzień. Przez jeden dzień mogłabym zgromadzić dziesiątki piłek dowolnej wielkości. Prawda?
Wzięłam głęboki oddech i odwróciłam się w jego stronę, z bardzo profesjonalnym uśmiechem na ustach.
– Pan Bagman! Zapomniał pan, że nie wolno tu panu wchodzić przed meczem! Oglądanie piłek przynosi strasznego pecha!
Nienawidziłam siebie coraz bardziej z każdym wypowiedzianym słowem.
– Nonsens! – uparł się, a jego żółto-czarne szaty zaszeleściły na wietrze, przypominając o tym, że kilka lub kilkanaście lat oraz kilkanaście lub kilkadziesiąt kilogramów temu miał karierę sportową i odnosił sukcesy. – Ci mili panowie chcą zobaczyć piłki, zanim zdecydują się obstawiać zwycięzców jutrzejszego meczu.
Wskazał ręką na trzy gobliny, które przeszywały mnie wzrokiem, jakby wiedziały, że nie mam żadnego znicza i jestem obrzydliwą kłamczuchą.
Kogo zresztą próbowałam oszukać? Gobliny! Najbardziej przenikliwe istoty w całym magicznym świecie! Ich wielgaśne nosy na pewno mogły wywąchać złoto – a raczej jego brak – przez trzy stopy kamienia, a co dopiero przez małą szkatułkę na piłki. Nie miałam absolutnie żadnych szans.
– Nie możemy im na to pozwolić To wbrew zasadzie sto trzydziestej czwartej, paragraf dziesiąty, Wielkiego Kodeksu Quidditcha. Światowy Związek Quidditcha nigdy nam nie daruje. Wyrzucą nas z międzynarodowych rozgrywek.
Patrzyłam jak mina Bagmana zmienia się z roześmianej na przerażoną, w pełni świadoma tego, że zasada sto trzydziesta czwarta Wielkiego Kodeksu Quidditcha nie miała aż dziesięciu paragrafów, ale te pięć, które miała, dotyczyły dopuszczonego stopnia szorstkości witek mioteł. Czasami to, czego uczyłam się w mojej pracy, naprawdę mnie przerażało.
– No, panowie, sami panowie rozumieją, komisja i…
Bagman zrobił się równie czerwony, co włosy przeklętego Percy’ego Weasleya, gdy wszystkie trzy gobliny wymruczały coś w tym swoim zupełnie niezrozumiałym języku i wskazały na szkatułkę. Ja sama czułam się, jak gdybym też zmieniała się w dorodnego pomidora, chociaż przy mojej zbyt śniadej na Brytyjkę skórze nieczęsto mi się to zdarzało.
Milczałam, a mój oddech stał się płytszy, jakby kolor skóry niedostatecznie mnie zdradzał. Gobliny dalej mrugały tymi świdrującymi oczkami, ale w końcu musiały uznać, że nie warto poświęcać na nas czasu, bo odwróciły się i odeszły. Bagman trochę posmutniał.
– Wszystko dla dobra naszej drużyny, panie Bagman – próbowałam wydusić z siebie odrobinę entuzjazmu.
– Nie mówisz przypadkiem po goblińsku? – Nie czekał na moją odpowiedź. – Nikt nie mówi po goblińsku, tylko Crouch, a Croucha nigdzie nie ma, nie wiesz, gdzie jest ten jego Weatherby?
– Weath…? – zaczęłam, zanim dotarło do mnie, że Percy Weasley nie jest na tyle ważną postacią w świecie Ludovica Bagmana, by ten znał jego nazwisko. Uznałam, że nie warto nawet go poprawiać. – Interesował się ochroną stadionu, miał sprawdzać zaklęcia zabezpieczające.
Ludo pokręcił głową z takim rozmachem, że jego starannie przylizane, blond włosy wpadły mu niemal wszystkie do oczu. Mimo że wygrał w loterii genetycznej i był nielicznym z wysoko postawionych urzędników Ministerstwa, który wciąż mógł pochwalić się bujną czupryną, patrząc na niego często zastanawiałam się, jak ten głupkowaty gigant o z wiekiem coraz grubszych kościach nie tak dawno przecież temu łamał jedno serce za drugim. Tego amanta, idola wszystkich kobiet i dziewczynek, a przecież pewnie i paru mężczyzn widać było tylko czasami, gdzieś w tyle jego oczu – ale już nie w kościach policzkowych, zakrytych jeśli nawet nie brodą, która była bardziej oznaką zaniedbania niż stylu, to latami objadania się Ciągutkami Toffee i nie w eratycznych ruchach wszystkich kończyn, które wciąż chciałyby się bawić, czarować, tańczyć – ale zupełnie się już do tego nie nadawały.
Czasem zastanawiałam się, czy to wszystko nie było tylko bujdą na resorach, czy Ludo Bagman naprawdę był kiedyś najpopularniejszym zawodnikiem Os i czy całe biuro nie zmówiło się tylko po to, by mnie oszukać – i naprawdę nie znałam odpowiedzi na to pytanie.
– No cóż, Magnolio, no cóż my poradzimy – wymamrotał bardziej do siebie niż do mnie. – Cóż my zrobimy, te gobliny i wszystko, byle tylko Irlandia wygrała, trzeba być dobrej myśli, ej?
– Jasne, naprzód, Irlandio! – krzyknęłam z większym zapałem, niż ten, który odczuwałam. – A teraz przepraszam, muszę poszukać… tego… no…
Bagman pokiwał głową, zbyt zatopiony w myślach, by dostrzec, jak koślawe było zdanie, które wypowiedziałam.
Miałam dokładnie 18 godzin na znalezienie znicza.
A także na upewnienie się, że wszystkie delegacje odebrały swoje bilety, że nikt nie koczował poza oficjalnie wyznaczonymi granicami pola namiotowego, że obie reprezentacje otrzymały odpowiednie wsparcie w kwestii treningu i wypoczynku, że wszystkie posiłki dla zaproszonych gości wydano, że wykonano wszystkie niezbędne pomiary mioteł i szat, że dziennikarzy „Proroka” wyrzucono z rejonów, w którym nie wolno im było przebywać (co najmniej raz na dziesięć minut), że żadne z zaklęć okalających nas ze wszystkich stron nie pękło, że wszystkie rachunki na pewno zostały opłacone, że… To była bardzo długa lista i bardzo krótkie 18 godzin.
Zostawiłam go zatopionego w myślach i zaczęłam sortować listę rzeczy do zrobienia. Musiałam je pogrupować, żeby nie oszaleć. Musiałam znaleźć kogoś do pomocy. Musiałam znaleźć złotego znicza.
– Hej, Magnolia! Magnolia! Ej, co tak pędzisz?
Byłam pewna, że kiedy w końcu odwróciłam się w stronę spieszącego za mną Olivera Wooda, on zdążył już wypowiedzieć moje imię przynajmniej z dziesięć razy – chociaż ja usłyszałam je tylko dwukrotnie. Gdyby nie moja długa lista rzeczy do zrobienia, być może widok jego roześmianej twarzy ucieszyłby mnie trochę bardziej; Gryfoni nigdy nie byli najlepszym towarzystwem, ale Oliver, z którym podzieliłam kilka z moich owutemów, w zasadzie dał się znieść. Ale nie miałam czasu na to, by się cieszyć. W zasadzie nie miałam czasu nawet oddychać.
– Czy to nie cudowne? Tyle ludzi! Tyle quidditcha! Nie uważasz, że powinnaś trochę przystopować?
– Gdybym mogła, to bym przystopowała – mruknęłam i od razu zrobiło mi się przykro, bo Oliver w żadnym stopniu na takie mruczenie i burczenie sobie nie zasłużył. Zatrzymałam się, choć z tyłu głowy słyszałam tykający zegar. – Mam nadzieję, że masz dobre miejsce – powiedziałam, tym razem serdecznie.
– Tak! – Oczy rozbłysły mu entuzjazmem. – Graham kupił najlepsze, jakie mógł. Zobaczę każdy ruch każdej miotły… o ile nie odlecą za daleko – dodał, pochmurniejąc nieco, jakby dopiero uświadomił sobie, że jest taka możliwość, że nie każda akcja odbędzie się tuż przed jego oczami.
Nie wiedziałam, kim był Graham, i nie byłam nawet pewna, czy powinnam wiedzieć. Gryfoni zawsze stanowili dla mnie zagadkę, której nie chciałam rozwiązywać. Z tą ich pychą i miłością własną nie stanowili najlepszego materiału na moje towarzystwo – w szczególności że przy ośmiu owutemach nie miałam zbyt wiele czasu na przyjaciół. Poza Glorią, z którą dzieliłam dormitorium Hufflepuffu, w zasadzie nie utrzymywałam bliskiego kontaktu z żadnym innym uczniem.
Zanim jednak zdążyłam odpowiedzieć, Oliver przerwał moje nierozpoczęte zdanie:
– Pracujesz teraz dla Bagmana, nie? O rany! Dopiero musicie mieć miejscówkę!
Tak, jakąś miejscówkę miałam na pewno. O ile Bagman o niej pamiętał. Nie podejrzewałam go jednak o dobrą pamięć, od dwóch miesięcy obiecywał załatwić mi przyłączenie do sieci Fiuu, a jednak nadal musiałam korzystać z cudzego rusztu lub wchodzić do pracy razem z petentami. O miejscu może jednak pamiętał. Nawet jeśli, to moje szanse, by móc je zająć, malały z każdą chwilą, kiedy stałam i nie szukałam znicza.
– Na pewno będzie widział wszystko, co będzie mógł zobaczyć – odpowiedziałam wymijająco. – W końcu jest komentatorem – dodałam, zanim zdążyłam ugryźć się w język.
– To musi być ekstra sprawa, pracować z taką legendą.
W innej sytuacji zaproponowałabym mu może i nawet zdobycie kubka z autografem; ale patrzenie na słońce zachodzące nad horyzontem przyprawiało mnie o straszny zawrót głowy.
– Tak, tak, ale słuchaj, Oliver, muszę jeszcze…
– Może jakoś ci pomóc? – zapytał ze wrodzoną Gryfonom uprzejmością.
W zasadzie… Czy Oliver Wood mógł mi pomóc? I czy, gdybym mu pozwoliła i gdybym powiedziała mu, jak wiele pozostało do zrobienia, a on przypadkiem wydał mnie dziennikarzom „Proroka Codziennego”, skończyłoby się to moim zwolnieniem z pracy?
To nie był ani łatwy, ani oczywisty wybór.
– W sumie… – zaczęłam, próbując powiedzieć „poradzę sobie” albo „zostały mi już ostatnie detale”, ale jakoś moje usta opuściły zupełnie inne słowa: – …będę wdzięczna.
Jego mina, gdy powiedziałam mu, że z Islandii nie dostarczono znicza, wyrażała i panikę, i czysty entuzjazm.
– Z Islandii? – powtórzył. – To najlepsze możliwe znicze, zawsze chciałem takiego dotknąć. Ale… to trochę daleko, nie?
– Trochę – odpowiedziałam, czując rosnącą falę paniki. Może popełniłam błąd i powinnam wszystko ogarnąć sama.
Zmarszczył brwi. Intensywnie o czymś myślał.
Po długiej minucie milczenia gotowa byłam odwrócić się na pięcie i uciec co najmniej na Islandię… Gdy Wood nagle rozpromienił się jak pięciolatek.
– A mój się nada?
– Ni… Tak – rzuciłam szybko, zanim zdążyłam się rozmyślić. Łamałam przepisy. Wiele przepisów. Nie miałam czasu ich nawet zliczyć ani poczuć się z tego powodu źle, ale miałam pełną świadomość, że kiedy mecz już się skończy, zaszyję się w jakimś ciemnym kącie, gdzie będę cierpiała emocjonalne katusze związane z perfidną nieuczciwością, której się właśnie dopuściłam.
*
Łamałam przepisy. Łamałam przepisy! W pełni dotarło to do mnie dopiero, gdy na kwadrans przed meczem siedziałam na podłodze namiotu sędziów, ze szkatułką ze zniczem Wooda pode mną.
W skali od jednego do dziesięciu wstydziłam się na jakieś trzy tysiące dwieście dziewięćdziesiąt pięć. Rumieniłam się, ale każdy, kto mnie mijał, rzucał jakiś komentarz o ekscytacji przed meczem. Kiwałam głową, prawie ich nie słysząc. Jakaś część mnie zastanawiała się, czy ludzi, którzy podmieniają znicze na takie, które nigdy nie opuściły granic Wielkiej Brytanii i które na pewno nie pochodzą z Islandii, są wleczeni do Azkabanu przez dementorów.
Na moje szczęście sprawdzenie piłek odkładano tak długo, że gdy w końcu udało mi się dotrzeć do namiotu, na to wszystko było już za późno. Zawodnicy rozgrzewali się na boisku tuż za stadionem, a sędziowie – popijając ostatni łyczek Ognistej na szczęście. Znicz nikogo tu nie interesował.
Kątem oka patrzyłam, jak Bagman rozmawiał ze swoją najlepszą, biurową towarzyszką – Burgundą Clemens.
Odetchnęłam z ulgą. W myślach przebiegłam listę zadań, które miałam wykonać. Wszystkie delegacje odebrały swoje bilety. Nikt nie koczował poza oficjalnie wyznaczonymi granicami pola namiotowego. Obie reprezentacje otrzymały odpowiednie wsparcie w kwestii treningu i wypoczynku. Wszystkie posiłki dla zaproszonych gości wydano. Wykonano wszystkie niezbędne pomiary mioteł i szat. Dziennikarzy „Proroka” wyrzucono z rejonów, w którym nie wolno im było przebywać (w sumie ponad dwudziestokrotnie). Żadne z zaklęć okalających nas ze wszystkich stron nie pękło. Wszyscy byli w jednym kawałku, trybuny były pełne, okrzyki kibiców dało się słyszeć aż tutaj. Wszystko się musiało udać. Już za kilka minut będę mogła wkroczyć na trybuny i zająć miejsce, które Bagman – prawdopodobnie – dla mnie zajął. Będę wolna od myślenia o nieislandzkich zniczach i…
– Maggie? Mogłabyś podejść do bramki numer dwa? Chyba mamy jakiś problem z zabezpieczeniami.

Advertisements

Pod znakiem borsuka: Trudna sztuka jednostronnego kompromisu

Nie była pewna, czy wczoraj przypadkiem jej się nie przyśniło. Wróciła do pokoju nad ranem, mokra i półprzytomna, a gdy się obudziła, Glendy nie było nigdzie w pobliżu i nikt nie mógł potwierdzić tego, że rzeczywistość w istocie była rzeczywistością. Sobie nie mogła już ufać. Nie po tym, w co się wpakowała.
Florence Jezebel Yaxley rozpoczęła swoją bolesną niedzielę od zimnego, bardzo zimnego prysznica i krótkiej notatki do Jamesa Pottera. Jamesa Pottera! Czy naprawdę kiedykolwiek podejrzewała, choćby w swoich najśmielszych koszmarach, że spędzi jakiekolwiek… wczesne popołudnie wypisując listy do Jamesa Pottera? Kto miał być następny? Syriusz Black?
Wszystko, co święte, czy to właśnie czekało na nią w przyszłości? Nie kariera magomedyka a obśliniony pysk Syriusza Blacka? Na samą myśl robiło jej się słabo.
A to nie był czas na słabość. Musiała zachować absolutną świeżość umysłu na tyle, na ile było to możliwe w obecnych okolicznościach. Nie, kiedy w każdej chwili mógł pojawić się koło niej właśnie James Potter i musiałaby mu opowiedzieć o wszystkim, co przyszło jej do głowy pod prysznicem.
– Weź się w garść, Flossie. To wcale nie jest głupi plan.
Jej poziom zaufania do samej siebie naprawdę musiał być krytycznie niski, bo nie uwierzyła sobie choćby przez ułamek sekundy. Odkrząknęła i powtórzyła jeszcze raz:
– To wcale nie jest głupi plan.
– Gadasz do siebie?
Gdyby nie to, że bezpiecznie czuła się jedynie w pozycji siedzącej, niechybnie podskoczyłaby na dźwięk jego głosu. Kiedy podniosła głowę, by spojrzeć na jego roześmianą twarz okoloną okrutną dla jej aktualnego stanu ilością promieni słonecznych, zrozumiała, że może jednak, może odrobinkę, był to bardzo głupi plan.
Tyle że mleko już się rozlało. Była tu i teraz, na błoniach, James był tuż koło niej, a jej durna godność prawdziwego Perfekta nie pozwalała jej się wycofać z danego słowa.
– Upewniam się, że jestem stuprocentowo przygotowana ­– odpowiedziała, próbując  zachować zimną krew. Podejrzewała, że nie za bardzo jej to wychodziło. Jej oczy odmawiały współpracy i za nic nie chciały się otworzyć, nie, kiedy patrzyła prosto w aureolę wokół jego rozczochranej głowy. – Nie lubię nie być przygotowana. To nieprofesjonalne.
Nie mogła pozbyć się wrażenia, że James umierał ze śmiechu.
Jedną nogą szturchnął stosik pergaminów, leżący na ziemi tuż koło niej. Ostatkiem sił powstrzymała się przed skomentowaniem tego w jakikolwiek sposób, chociaż naprawdę, naprawdę miała ochotę go za to skarcić. Jak małe dziecko, które musi popsuć swoją zabawkę, no doprawdy.
– Ale że będziemy się uczyć? – spytał niewinnie, co wcale nie pomogło jej irytacji.
– Nie, James. Będziemy negocjować.
Gdyby nie to, że Flossie i tak nie podejrzewała Jamesa Pottera o przesadne pokłady intelektu, a więc i niewiele miał go do stracenia, gotowa była uznać, że od ostatniej nocy ogłupiał jeszcze bardziej. Przynajmniej na to wskazywała jego mina i podwójne mrugnięcie, które ją poprzedziło. Nawet oślepiona przez popołudniowe słońce nie mogła jej nie zauważyć.
Bez słowa próbowała mu zasugerować, że może jednak przestałby się wygłupiać i usiadł – w końcu słowa w ogóle do niego nie docierały – ale minęły może i nawet dwie minuty nim zrozumiał, co się do niego gestykuluje i w końcu przesunął się z linii koszmarnego prześwietlenia. Flossie tak ulżyło, że nie musiała już wypalać sobie oczu, że przez moment miała ochotę go za to przytulić; tylko moment, bo zaraz uświadomiła sobie, że profesjonalizm nie obejmuje przytulania współkonspiratorów.
Jedyne, co jej pozostało, to przygładzić sweter, wziąć głęboki oddech i…
– Przyniosłem ci śniadanie, chcesz? – James przerwał jej w momencie, w którym już miała zacząć mu opowiadać o istocie tabelek i kalendarzy, które przyniosła ze sobą na błonia.
Tym razem naprawdę mu się przyjrzała. I tak, nie dało się ukryć, że w swoich dłoniach James w istocie trzymał kwiecisty talerzyk z trzema bułeczkami. Być może nawet…
– Poziomkowe.
Mimowolnie wyszczerzyła się do niego w największym uśmiechu, na jaki było ją stać. Nie miała pojęcia, skąd James wiedział o jej miłości do poziomkowych bułeczek, ale aktualnie niewiele ją to obchodziło. Potrzebowała odrobiny szczęścia. Nawet z rąk nie tego Gryfona, co trzeba.
Ostatkiem sił powstrzymała się od wyrwania mu ich siłą; zresztą, Potter i tak był zbyt zajęty naśmiewaniem się z jej entuzjazmu, by jakkolwiek się z nią drażnić i, na przykład, próbować zatrzymać talerzyk dla siebie. Chociaż do tej pory nie czuła głodu, nagle zdała sobie sprawę z tego, że z nerwów nie jadła wczoraj cały dzień. I dzień wcześniej. W zasadzie poza wątpliwym ponczem Syriusza nie miała w ustach niczego od… od rozmowy z Remusem w bibliotece.
Kto jak kto, ale ona akurat nie musiała przechodzić na dietę.
– Kiedy zdążyłaś to wszystko napisać? – James wyciągnął się wygodnie na trawie i zaczął przeglądać jej pergaminy. Pierwszym, który porwał, była tabela pełna wyliczeń prawdopodobieństw warunkowych na wzbudzenie zazdrości różnych technik trzymania się za ręce.
Zanim mogła mu odpowiedzieć, musiała przełknąć wyjątkowo duży kawałek bułki, który akurat przegryzała. Tak, mogła umierać z głodu, wstydu, złamanego serca, bólu głowy i słabego towarzystwa, ale nie był to powód, by od razu rezygnować z podstawowych manier.
– To? To są tylko podstawy. Nie wiedziałam od czego zacząć.
– Ja nawet nie wiem, co połowa z tych szlaczków oznacza. – Przysunął pergamin, który czytał, tuż pod swój nos, udając, że bardzo się na nim skupia. – Jesteś pewna, że to ma znaczenie? Czy będę trzymał twoją rękę od prawej czy lewej strony?
– Lata studiowania Starożytnych Runów nauczyły mnie, że w badaniu przyszłości nic nie pomaga tak, jak właściwa metodyka pracy.
James spojrzał w jej kierunku, ale nie odpowiedział. Gdyby nie to, jak bardzo absorbowało ją połączenie właściwej metodyki pracy i poziomkowych bułeczek, może przejęłaby się intensywnością tego spojrzenia. Zwykle nie czuła się zbyt komfortowo pod taką ścisłą obserwacją. Zwykle wolała raczej bardziej trochę nie istnieć.
– Jeśli chcemy, żeby ten plan wypalił…
– Upaćkałaś się dżemem – przerwał jej, a kiedy nie odpowiedziała, dodał: – Na nosie.
Po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna, Flossie nie miała pojęcia, co powiedzieć.
***
Syriusz dogonił je gdzieś na schodach pomiędzy trzecim i czwartym piętrem; i chociaż zwykle z bieganiem po Hogwarcie radził sobie bardziej niż przyzwoicie, fakt, że szukał Glendy już od paru godzin, sprawdzając jedną po drugiej wszystkie wieże i inne ekstremalnie położone zakamarki, niezbyt korzystnie wpływał na jego kondycję. Dlatego też zanim w ogóle się odezwał, pierwsze parę sekund spędził na zginaniu się wpół i łapaniu oddechu, ku wielkiemu zdziwieniu Dawn, która właśnie odkryła, że Syriusz Black był jednak tylko człowiekiem, a nie starożytnym bogiem zesłanym na ziemię ku uciesze damskich oczu.
– Będziesz żył? – zakpiła Glenda, której nijak nie wzruszała obecna sytuacja Syriusza. Jasne, nie żeby nie kiedyś coś tam, ale aktualnie nie wyglądał on dużo lepiej niż statystyczny Peter Pettigrew. – Musimy cię eskortować do Skrzydła Szpitalnego?
– Bardzo… bardzo zabawne, Kendrick.
– Zrobiłeś się fioletowy – cicho dorzuciła od siebie Dawn.
Glenda parsknęła śmiechem, ale Syriusz nie wyglądał na najszczęśliwszego; nie pamiętał nawet, kiedy po raz ostatni rozmawiał z Dawn, nie miał więc pojęcia, że ta krótka uwaga nie była kolejnym zamachem na jego męską dumę a prawdziwym współczuciem. Faktycznie robił się fioletowy. Może jeszcze nie stuprocentowo jagodowy, ale zdecydowanie zmierzał w tym kierunku.
Dawn próbowała się do niego uśmiechnąć, ale sama wizja uśmiechania się do kogoś tak nadzwyczajnego jak Syriusz Black, nawet w wersji śmietany z jagodami, przerażała ją na tyle, że uśmiech nijak nie chciał pojawić się na jej twarzy. Jedyne, na co mogła się zdobyć, to krok w tył, tak, by mogła bezpiecznie schować się za plecami Glendy.
– Szukałem cię… cały… dzień.
Gdyby powiedział coś takiego jej, małej, nieistotnej, zapomnianej Dawn, czciłaby te cztery słowa do końca swojego życia. Tymczasem Glenda jedynie wzruszyła ramionami i rzuciła:
– Czego chcesz?
Syriusz w końcu złapał na tyle oddechu, by móc się wyprostować. Teraz, gdy już nie sapał jak gigantyczne psisko po intensywnym popołudniu w parku, obie dziewczyny zauważyły, że był czymś wyraźnie zaaferowany. Jednak nawet w tysiąc lat nie odgadłyby, co miał im do powiedzenia.
– To prawda? – spytał. – Rogacz i Flossie?
– Rogacz i Flossie co?
– No… Wiesz.
Glenda nie odpowiedziała. Wpatrywała się w Syriusza tak, jak gdyby naprawdę przemienił się nagle z Gryfona w jagodę, a potem zaczął stepować. Chociaż jeśli miałaby być szczera, w jej oczach prawdopodobieństwo Syriusza-jagody stepującego na schodach do wieży północnej wciąż było nieskończenie większe niż Flossie i Jamesa choćby rozmawiających ze sobą z własnej, nieprzymuszonej woli.
Nie, żeby z Jamesem było coś nie tak. Chyba. Glenda nie miała nigdy żadnych powodów by wątpić w jakość Pottera jako towarzystwa. Jasne, dla niej był trochę za niski i trochę zbyt żałosny w swoich jękach i stękach do Lily Evans, ale przynajmniej nie był Remusem Lupinem. Remusa Glenda nie mogła znieść najbardziej, taki był sztywny i nudny, i pozbawiony jakiejkolwiek joie de vivre. James nie był najgorszy.
Po prostu Flossie… Flossie też była specyficzna. Glenda kochała ją całym swoim sercem, ale nie dało się ukryć, że niespecjalnie nadawała się do interakcji z bardziej… normalnymi ludźmi. Nie żeby przez tyle lat nie udało się jej trochę ucywilizować, ale przed nimi wciąż była dość daleka droga, a obściskiwanie się z Jamesem Potterem mogło okazać się skrótem, którego biedna Florence by nie przeżyła.
– Flossie i James będą mieli dziecko? – niespodziewanie wypaliła Dawn, która z tego wszystkiego rozumiała jeszcze mniej niż Glenda.
– Co? – Glenda i Syriusz spytali unisono, w akcie pół-skonfundowania i pół-paniki.
Dawn skurczyła się i dosłownie, i w przenośni, gdy dwie pary bardzo intensywnych oczu wbiły się prosto w jej czoło. Dla człowieka, którego nigdy nikt nie zauważał, było to zdecydowane przekroczenie wszystkich norm bezpieczeństwa związanych z cudzą uwagą.
W zaistniałej sytuacji nie pozostało jej nic innego jak zacisnąć obie dłonie na krawędzi jej swetra i właśnie się skurczyć – najlepiej do rozmiaru guzika, o tak, guzik byłby wystarczający. Tyle że Dawn nie była też asem czarowania i mimo jej najwytrwalszych prób, nigdy nie udało jej się opanować samo-transmutacji; i chociaż bardzo bardzo chciała być guzikiem, nic jej z tego nie wychodziło.
– No… Mówiłeś, że Flossie i James, no i że wiemy – Dawn mówiła tak cicho, że i Glenda, i Syriusz nie za bardzo usłyszeli ją za pierwszym razem. Dlatego też po chwili musiała dorzucić, odrobinę głóśniej: – Nie to powiedziałeś?
Gigantyczny kamień spadł z serca Glendy. Nie, żeby podejrzewała, że Dawn mogła wiedzieć coś, czego nie wiedziała ona… Ale jeśli chodziło o Florence i jej zdolność do pakowania się w niepotrzebne kłopoty, nigdy nic nie wiadomo.
– Nie, nie to powiedział – warknęła na Dawn, która od tego warknięcia w istocie prawie skurczyła się do rozmiaru guzika. – Syriusz sugeruje, że Florence i James Potter mają romans. Bez dzieci.
– Nie jestem gotowy na dzieci – Syriusz mruknął, chociaż nikt nie pytał go o zdanie; co zresztą zasugerowało mu po chwili spojrzenie Glendy.
Dawn wyrzuciła z siebie niemal niesłyszalne Och, którego nikt już nie usłyszał, bo Glenda otrząsnęła się już z pierwszego szoku i była gotowa drążyć temat. Wszyscy, którzy znali Glendę Kendrick chociaż odrobinę, wiedzieli, by trzymać się od niej z daleka, gdy była w nastroju na drążenie tematu – ale najwyraźniej to, co chciał tym osiągnąć, było dla Syriusza ważniejsze niż jego życie i perspektywy na miłe popołudnie, bo jeszcze nie zaczął uciekać.
– Nie wkręcasz nas? Flossie i James? Nie wydaje ci się to… komiczne?
– Przysięgam na moją piękną mordę, że własnymi oczami ich widziałem wczoraj, tymi tutaj bosko szarymi – Syriusz wyszczerzył się, mimo że przez Rogatego aktualnie nie było mu bardzo do śmiechu.
Glenda przewróciła oczami.
– Flossie wróciła wczoraj tak późno, że w ogóle tego nie pamiętam. Pamiętasz? – Spojrzała na Dawn, która energicznie i bez słowa pokręciła głową. – A rano była tak nieprzytomna, że nawet nie mogłam jej spytać, jak poszło jej tête a tête z… Myślałam, że Flossie umówiła się wczoraj z Remusem?
– Dlaczego Flossie miałaby się umówić z Remusem?
– To dziwi cię bardziej niż wersja z Jamesem?
Próbował się nad tym zastanowić; ale ostatecznie Syriusz jedynie doszedł do wniosku, że niczego już w ogóle nie rozumie.
***
Bułeczki poziomkowe dawno się już skończyły, ale Flossie i James wciąż przerabiali czwarty pergamin. Z dwudziestu siedmiu. Po prostu niezależnie od tego, jak bardzo Flossie starała się trzymać przyzwoite tempo przerabiana materiału, James co chwilę znajdywał powód, by ją rozproszyć.
– Całowałaś się w ogóle kiedyś? – spytał przykładowo znienacka, kiedy w ogóle się tego nie spodziewała.
Posłała mu bardzo ostre spojrzenie; chociaż niepokrycie się rumieńcem przysporzyło jej więcej trudności, niż chciałaby się do tego przyznać.
– Słucham?
– Muszę wiedzieć, nie? Chciałaś być przygotowana.
Przez sekundę prawie, prawie mu uwierzyła – ale potem James Potter postanowił z głupim uśmiechem na twarzy przeczesać palcami swoje czarne, wiecznie rozczochrane włosy i wrażenie tego, że kiedykolwiek mógł coś traktować poważnie prysło.
Flossie wyprostowała się, by dodać sobie odrobinę powagi i mimowolnie też odgarnęła włosy ze swojej twarzy.
– Jak już musisz wiedzieć – zaczęła bardzo obrażonym tonem – to po raz pierwszy całowałam się już w wieku sześciu lat.
Głupi uśmiech nie schodził mu z twarzy, a ona czuła podskórnie, że im dłużej się on utrzyma, tym gorzej jej będzie z tym powstrzymywaniem rumieńca. Mimo to uparcie nie odwracała od niego wzroku, zdeterminowana wygrać tę potyczkę, która dla Jamesa wcale pewnie nie była żadną potyczką.
Nie wyglądał wszak jak ktoś, kto właśnie się pojedynkował, nawet jeśli był to pojedynek na ego. Cały leżał rozciągnięty na trawie, a do tego podśmiewał się lekko i ogólnie sprawiał wrażenie zdecydowanie zrelaksowanego.
– Zdradzisz mi, kto był tym szczęśliwcem?
I stało się. Flossie zarumieniła się w sposób niewątpliwie uroczy, chociaż jednocześnie zdecydowanie niepożądany. A że była człowiekiem białych włosów i bardziej niż porcelanowej skóry, w ogóle nie dało się tego rumieńca ukryć, niezależnie od tego, jak poważną chciała przy nim zrobić minę.
James wyszczerzył się jeszcze bardziej.
– No, no, miłości swojego życia nie powiesz? – spytał zaczepnie, puszczając do niej oko jak jakiś… jakiś… jakiś Gryfon.
W naturze Florence Yaxley nie leżało kłamstwo, niestety – co oczywiście wliczała w tabele ryzyka ich planu, które przygotowała. Ze wszystkich swoich wad Flossie najbardziej nie znosiła w sobie właśnie tej niemożności niemówienia prawdy; lanie wody przydałoby się jej w wielu kłopotliwych sytuacjach życiowych i ta właśnie była tego najlepszym przykładem. Ale nie. W życiu Flossie to prawda musiała zawsze zwyciężyć, niezależnie od tego, ile ją kosztowała.
– Syriusz – wymamrotała niewyraźnie, licząc na to, że James jej nie usłyszy.
Usłyszał.
– Syriusz? Syriusz Black? Pierwszym facetem, z którym się całowałaś, był Syriusz Black?
James praktycznie dusił się ze śmiechu, co wcale nie pomagało ani jej rumieńcom, ani koszmarnym wspomnieniom podwieczorków u Blacków, na które ojciec targał ją w dzieciństwie.
– Miałam sześć lat, ok? Nie możesz mnie za to winić!
Z całego tego rozbawienia aż przewrócił się na plecy. Trudno mu było sformułować jakąkolwiek odpowiedź, bo wizja małej Flossie i małego Łapy była zbyt u-ro-cza, żeby nie umrzeć od niej ze śmiechu. W zasadzie z tego wszystkiego powoli zaczynało mu brakować powietrza; i wcale nie pomogło mu to, że ostatkiem oddechu wydusił z siebie:
– Petera też masz na liście?
Zareagowała instynktownym pacnięciem go w ramię, a gdy to nie podziałało, Flossie musiała chwycić się ostateczności – porzucenia jej starannie przygotowanych notatek i rzucenia się na niego z pięściami. W teorii brzmiało to o wiele poważniej niż w praktyce. Florence mogła być wysoka jak na swój wiek i swoją płeć, ale w kwestii masy wciąż była od Jamesa przynajmniej dwukrotnie mniejsza, a i przecież nie próbowała go naprawdę pobić. No, może trochę. Na trochę zasłużył.
Sama nie zauważyła nawet kiedy przestała uderzać go zaciśniętymi pięściami, a zaczęła łaskotać. W końcu skoro chciał się z niej śmiać, mógł się z niej śmiać porządnie, prawda? A potem nie zauważyła kiedy to on zaczął ją łaskotać i jak sama wylądowała na plecach, chociaż w jej podręczniku Dobrej Uczennicy i Córki i Obywatelki nie było ani słowa o turlaniu się po trawie.
W szczególności o turlaniu się po trawie z ludźmi, których się ledwo znało, a mimo to wchodziło się z nimi w szemrane układy i układziki.
W końcu jednak James jej odpuścił i upewniwszy się, że sam był już bezpieczny, odsunął się od niej na tyle, by nie mogła mu oddać. Jakimś cudem jego włosy były jeszcze bardziej poczochrane niż zwykle. Flossie zdziwiła się, że w ogóle to zauważyła, ale szybko odrzuciła od siebie tę myśl – włosy Jamesa Pottera nie znajdowały się na liście rzeczy do omówienia tego popołudnia.
– A ty co? – spytała. – Całowałeś się kiedyś w ogóle?
– Ty mi nie odpowiedziałaś.
Poprawiła włosy, sweter, w zasadzie całą siebie. Może i James lubił żyć chaosem, ale nie była to forma, na której przybranie Flossie zdobyłaby się na dłużej niż trzy, może cztery minuty.
– Tak – odpowiedziała po chwili zastanowienia. – Całowałam się, byłam w związku, on był mugolem, nic to nie znaczyło.
Chyba nie spodziewał się takiej odpowiedzi; w jego głowie Flossie była tylko i wyłącznie Idealną Panną Prefekt i nigdy nie zdołała stać się w niej człowiekiem z krwi i kości. Zaczynał żałować, że spytał. Chciał się z nią podroczyć, zobaczyć, jak peszy się tym, że nikt nigdy nic, może nawet sprawdzić, jak daleko może się posunąć w udawaniu. Jeśli w ogóle zdecydowaliby się na udawanie. Nie chciał z nią poważnie rozmawiać.
Czuł, że poważnie rozmawiali.
W szczególności, że jej błękitne oczy wpatrywały się w niego intensywnie, oczekując odpowiedzi, a James zdawał sobie sprawę z tego, jaki niespecjalnie dobry był z niego człowiek.
– Parę koleżanek dziewczyn Syriusza, nic specjalnego.
Kiwnęła głową na znak, że zrozumiała. Usiadła wygodnie i sięgnęła po pergaminy, które wcześniej porzuciła. Nagle zrobiło się niezręcznie i żadne z nich nie rozumiało dlaczego.
Jednak zanim przeszli do następnych podpunktów planu, Flossie rzuciła jeszcze oschle:
– Wolałabym, żebyś mnie nie całował, chyba że naprawdę musisz.
A on nie zaprotestował nawet odrobinę.
***
Z parapetu w jej dormitorium Lily z pewnością mogłaby dotrzeć Jamesa i Flossie na błoniach; to wymagałoby jednak tego, żeby otworzyła oczy, a ona zbyt zajęta była wygrzewaniem się w słońcu, by zwracać uwagę na takie szczegóły.
Od samego rana czuła się po prostu najszczęśliwsza i nic, absolutnie nic, nawet James Potter, nie mogło jej tego szczęścia odebrać. Jedyne, na co miała ochotę, to siedzenie na parapecie i rozmyślanie o poprzedniej nocy. Co to była za noc! Czy kiedykolwiek wcześniej czuła coś takiego? Nie, zdecydowanie nie. Ani Severus… ani jakikolwiek inny chłopak w Hogwarcie nie reprezentował takich manier i takiej wrażliwości jak Elijah Prewett. Nie dosięgali mu do pięt.
– Ty wciąż w chmurach? – Jakby z innej planety dobiegł ją głos Jolene.
Otworzyła oczy i spojrzała na przyjaciółkę wychodzącą z ich wspólnej łazienki. W innych okolicznościach zdenerwowałoby ją to, że Jolene razem ze sobą przyniosła cały strumień wody skapujący z jej włosów, ale dzisiaj w ogóle jej to nie przeszkadzało. Dzisiaj Jolene mogła wpaść do sypialni z całą wanną. Z dwoma wannami. Z trze… Nie, trzy wanny to byłaby przesada.
Lily uśmiechnęła się radośnie.
– Nigdy nie planuję z nich schodzić.
Jolene upuściła na podłogę ręcznik, którym wycierała swoje włosy i rzuciła się na łóżko. Stary materac, którego nikt nie wymieniał od bardzo, bardzo dawna, zaskrzypiał pod jej ciężarem, ale przyzwyczajona do tego dźwięku, który towarzyszył jej od sześciu lat, w ogóle na to nie zareagowała. Przypatrywała się Lily i jej uśmiechowi, niepewna, czy powinna się nim cieszyć, czy martwić.
Elijah Prewett może i nie był Ślizgonem, ale wciąż był Prewettem – co stanowiło dość potężny problem, bo, cóż, wszyscy Prewetci byli szczurami. Może nie aż takimi jak jego brat, Octavian, ale jednak szczurami. Czy Elijah mógł się okazać wyjątkiem? Mógł. Ale czy Lily naprawdę musiała być tą, która się o tym przekona?
Poza tym pozostawał jeszcze jeden drobny problem – James Potter. Lily mogła wczoraj tego nie zauważyć, ale Jolene nie umknęła ani sekunda, którą Rogaty spędził poprzedniej nocy z Flossie Yaxley. I tak, jej przyjaciółka mogła się zarzekać, że pomiędzy nią i Jamesem nigdy nic nie będzie, ile chciała – ona już jej nie wierzyła. Niewątpliwie w jakiś pokrętny sposób czuła do niego miętę. Choćby i bardzo krzykliwą, ale jednak miętę.
– Widziałaś wczoraj Rogatego? Nieźle zaszalał. Kto by się spodziewał.
Cisza, jaką odpowiedziała jej Lily, potwierdziła wszystkie jej najgorsze podejrzenia.
Chwilę zajęło Lily przypomnienie sobie, że była szczęśliwa. Najwidoczniej jej chmury nie znajdowały się poza zasięgiem obślizgłych łapsk Pottera; obślizgłych łapsk Pottera, które wczoraj zdecydowanie znalazły się na pośladkach Florence Yaxley. Florence Yaxley! Kto to w ogóle pomyślał, taka szara myszka, Puchoneczka, Panna Regulamin, a tu proszę, imprezki i tańczenie z największym łobuzem tego zamku, naprawdę, w ogóle tego nie przewidziała.
Nie, żeby życie osobiste Jamesa Pottera w ogóle ją interesowało. Po prostu wolała nie przypominać sobie takich… nieprzyzwoitych scen. Nie w momencie, w którym miała być bezgranicznie zakochana w swoim życiu i Elijah Prewetcie.
– Może…
– Biedna dziewczyna – Lily westchnęła dramatycznie. Po jej dobrym nastroju nie pozostał ślad. – To oczywiste, że Potter bawi się jej naiwnością. Nic lepszego nie można się po nim spodziewać.
Jolene czuła, że powinna interweniować nim Lily wpędzi się w swoją spiralę nienawiści i wyruszy na kilkudziesięciominutową przygodę pełną krzyków, płaczu i przekleństw; jednak otoczona swoimi ulubionymi poduszkami nie za bardzo miała ochotę się podnosić.
Może nie będzie tak źle, musiała sobie myśleć, w końcu panna Evans wciąż była zachwycona wieczorem z tym swoim Prewettem, prawda?
– Flossie jest bardzo miła. I bardzo ładna.
Gdy tylko te słowa opuściły jej usta, Jolene zrozumiała, że popełniła kardynalny błąd; ale na poprawienie się było już za późno. W przeciągu kilkunastu sekund z uśmiechniętej, lekko bladej z niewyspania Lily przemieniła się w płonącą żywym ogniem jaszczurkę, gotową odgryźć każdą głowę, która nadzieje jej się pod ostre zęby. Lily była aktywowana. Nic, absolutnie nic nie mogło jej już powstrzymać.
Zeskoczyła z parapetu i podeszła do łóżka, na którym leżała Jolene. Sama nie za bardzo wiedziała, co chciała tym osiągnąć. Cokolwiek. Chyba. Cały pokój wydawał jej się jedną, wielką, falującą plamą.
– Nie wiem, no nie wiem, zawsze wydawało mi się, że Glenda byłaby o wiele bardziej w jego stylu – wyrzucała z siebie słowa praktycznie na jednym oddechu. – Taka idealnie szczupła i wysportowana, i kto wie jeszcze jaka łatwa w obsłudze, Flossie przy niej to katalog wszystkich nieszczęść i założę się, że nawet nigdy nikogo porządnie nie pocałowała.
– Może Rogaty…
– Rogaty, Rogaty, Rogaty, tak o nim rozmawiamy, jakby był centrum wszechświata, a przecież nie jest, jest na tym świecie dużo bardziej wartościowych mężczyzn i ludzi, choćby Elijah, Elijah nigdy nie podrywałby Florence Yaxley, a w szczególności nie na moich oczach, na naszych oczach, Rogaty nie ma ani krzty przyzwoitości, a ta jego wczorajsza fryzura była jeszcze głupsza niż wszystkie jego poprzednie fryzury!
Z tymi słowami ciężko usiadła na łóżku, zgniatając przy tym nogi Jolene, których ta nie zdążyła zabrać jej z drogi w odpowiednim czasie. Wyglądało jednak na to, że skończyła jej się energia i na kolejny wybuch raczej nie było szans. Najwidoczniej nieprzespane noce czasem się na coś przydawały.
Jolene podniosła się trochę i oparła głowę o ramię Lily.
– Elijah zaprosił cię dzisiaj na spacer? – spróbowała zmiany tematu.
Ta podziałała tylko połowicznie. Bo chociaż Lily przestała już strzelać piorunami na prawo i lewo, to w jej odpowiedzi wciąż była duża nuta smutku:
– Tak. Widzisz, James Potter nigdy nie zaprosiłby nikogo na spacer. Ten buc w ogóle nie zna się na romantyzmie.
***
– Chcesz, żebym zabrał cię na romantyczny spacer? – James spytał znienacka.
Florence spojrzała na niego ze zdziwieniem, głównie dlatego, że zajęta była właśnie tłumaczeniem mu meandrów swojego planu zajęć. Chwilę zajęło jej zrozumienie, dlaczego o tym wspomniał; chwilę dość upokarzającą jak na to, że uznawała samą siebie na dość inteligentną jak na blondynkę. A tu jednak. Nie wyszło jej dodanie prostego A do B.
– Ale czemu? – spytała, bo mimo iż rozumiała, dlaczego tak nagle o tym wspomniał, to sama idea spaceru z Jamesem Potterem, a co dopiero romantycznego spaceru z Jamesem Potterem w ogóle jej się nie podobała.
– Czemu?
– No… czemu?
James chyba nie spodziewał się takiej reakcji; odruchowo przeczesał dłonią włosy, ale zrobił to jakby nieświadomie, bardzo powoli i na moment zamarł nawet w takiej pozie. Flossie musiała przyznać, że było coś uroczo niewinnego w jego zmarszczonej minie; przypominał jej trochę Lunę, kiedy akurat się nie dąsała albo nie biegała za Evanem Rosierem, a może nawet małą, niewinną sarenkę.
Bo to w zasadzie było urocze, to, z jaką śmiałością James nosił uczucia na swojej skórze i chyba niezdolny był do jakiegokolwiek ich kamuflowania. W świecie, w którym wychowała się Florence, pełnym ludzi nie nawet o podwójnych, a posetnych intencjach, taka szczerość była swojego rodzaju powiewem świeżości. Jasne, było to też naiwne i dziecinne, i łatwe do obśmiania, ale w zasadzie z racji tego, że Flossie była córką swojego ojca, a jednocześnie zupełnie nie była córką swojego ojca, co sama aż za dobrze rozumiała, ani trochę nie miała ochoty wykorzystywać jego… prostolinijności.
Przynajmniej aktualnie.
Gdyby naprawdę była córką swojego ojca, dramatycznie uniosłaby jedną brew; ale zamiast tego musiała się zadowolić zachęcającym uśmiechem.
– Powinniśmy się lepiej poznać – oświadczył w końcu James, próbując zabrzmieć przy tym bardzo oficjalnie.
Ten oficjalny ton pogłębił jeszcze wrażenie emocjonalnej nieporadności, które na niej wywołał, przez co w pierwszym odruchu prawie, prawie powiedziała tak. Tyle że w głębi serca Florence nigdy nie zapominała o rzeczy w życiu najważniejszej – doprowadzaniu planów do szczęśliwego końca – a randki z Jamesem Potterem wydawały jej się niewystarczająco efektywne.
Dlatego też strząsnęła z siebie współczucie wymieszanie z rozmemłaniem, odwróciła na chwilę wzrok od orzechowych oczy Jamesa i powiedziała prosto w swój bardzo efektywny i bardzo plany-do-końca-doprowadzający pergamin:
– Nie wiem, czy to statystycznie opłacalne rozwiązanie.
James Potter zaniemówił po raz chyba już setny w trakcie tego krótkiego popołudnia. Czuł, że niedługo do tego przywyknie i zrozumie, że Florence nie myśli w sposób jakkolwiek ludzki, ale to niedługo jakoś tak nie chciało nadejść, a on zupełnie nie był przygotowany na w międzyczasie.
Zmarszczył się więc jeszcze bardziej, próbując skupić myśli i przełożyć to, co miał do powiedzenia na język, którym posługiwał się ten obcy gatunek zwany Puchonką z Planem.
– No… Jeśli będziemy coś o sobie wiedzieć, to będziemy bardziej wiarygodni?
Florence zastanowiła się. James z zapartym tchem obserwował ją, jak przygryzała wargę i bez słowa wodziła oczami po pergaminie, który, jak zakładał, nie miał przecież nic wspólnego z jego pytaniem. Czuł, że może mu się udało. Że może faktycznie powiedział coś, co należało powiedzieć.
Prawie.
– Nie będzie lepiej jak zrobię ci tabelkę? Będziesz miał wszystko zapisane i na pewno nie zapomnisz.
Spojrzała na niego w końcu z jakimś świeżo obudzonym entuzjazmem. Jak na człowieka, którego oceny nigdy nie przekraczały wybłaganych Z, Flossie wykazywała zbyt dużą miłość do tabelek. Był to, prawdopodobnie, efekt Starożytnych Run – tak podejrzewał, bo Remus od Starożytnych Run też oszalał na punkcie kolumn i wierszy.
– Naprawdę myślisz, że tabelka wystarczy? – jeszcze próbował, nieśmiało, z mniejszym przekonaniem.
– Na pewno spędzimy nad nią mniej czasu niż na spacerach, w szczególności w błocie, założę się, że trudno będzie znaleźć nam czas na spacery bez błota.
Ta pasja, z którą rzuciła się w ramiona tabelkowego pomysłu prawie przekonała Jamesa, by poddał się tu i teraz i zapomniał o tym, że może ten ich… plan mógłby mieć jakiekolwiek ludzkie oblicze. Kiedy tak patrzył na nią, sięgającą po nowy pergamin i mamroczącą coś do niego o kamieniach milowych jej życia i ulubionym kolorze, nawet był gotowy posłusznie za nią podążyć. Czemu nie. Przecież dokładnie wiedział, jaki był jego ulubiony kolor, nie?
Chociaż jakby się nad tym dłużej zastanowić, James nie był pewien, czy wiedział, jaki był jego ulubiony kolor. Z rozpędu prawie powiedział, że niebieski – ale może tylko ślepo powtarzał to po innych mężczyznach? Niebieski był chyba ulubionym kolorem i Syriusza, i Remusa, i Petera, i w zasadzie bardzo wielu innych jego kolegów.
Zresztą Florence chyba – musiał się przyjrzeć, bo nie pamiętał – Florence chyba miała niebieskie oczy, co mogłoby być odebrane jako próba flirtu, a on, James Potter, nigdy nie mieszał profesjonalizmu z przyjemnością. No, prawie nigdy.
Więc może zielony? Lily miała zielone oczy. Albo czerwony, jak jej rude włosy i cały Gryffindor! Tyle że żaden z tych kolorów tak naprawdę do niego nie przemawiał; oba kojarzyły mu się głównie z koszmarnymi, świątecznymi swetrami. A na tym kończyły się jego skojarzenia i sama myśl o tym, że musiałby przypomnieć sobie wszystkie kolory tego świata i ułożyć je w kolejności od najładniejszego do najobrzydliwszego przyprawiał go o mdłości.
James nie był po prostu gotowy, by w sposób zorganizowany spojrzeć w głąb siebie.
Mógł chcieć się przypodobać Flossie na tyle, by ich plan wypalił bez większych sprzeczek – ale głęboka psychoanaliza nie wchodziła w grę. Nie, żeby obawiał się, że przypadkiem odkryje w sobie coś niepożądanego; skrycie przeczuwał, że nie był na tyle skomplikowany, by znaleźć w sobie coś poza Quidditchem i piwem kremowym. Ale sam ten wysiłek! Tyle pracy po nic!
– Wiesz, mi się wydaje, że my będziemy zupełnie nieautentyczni – zebrał się na odwagę, by przerwać tabelkowe szaleństwo. – Nie możemy być tylko na pokaz. Ludzie muszą na nas wpadać, no wiesz, przypadkiem.
I po raz pierwszy Florence musiała przyznać mu rację.
***
W taki piękny, jesienny dzień w Pokoju Wspólnym Gryffindoru nie powinno być nikogo – w końcu takich dni w Szkocji nigdy nie było wiele, a co dopiero tamtego roku, gdy ilość deszczu przekraczała jakiekolwiek zdrowe normy. Ale wyjątkowe sytuacje wymagały wyjątkowych środków; i tak oto Syriusz, Peter i Remus znaleźli się na dywanie naokoło kominka, który był rozpalony mimo tego, że temperatura otoczenia podchodziła już pod rekordowe 19 stopni Celsjusza w pełnym słońcu.
Peter siedział na jednym z foteli stojących na dywanie i udawał, że próbuje się skupić na czytaniu podręcznika od Zielarstwa i wcale, ale to wcale nie podsłuchuje Remusa z Syriuszem. Remus, wyraźnie czymś podłamany, siedział na dywanie i opierał się o ten właśnie fotel. Syriusz zaś kręcił się tam i z powrotem, mamrocząc coś do siebie.
– Więc Glenda mówi, że o niczym nie wie? – Remus zebrał się w sobie, by wrócić do konwersacji, którą przerwali na kilka minut ciężkiego milczenia. – Myślałem, że mówią sobie o wszystkim.
– Ponoć w ogóle nie miała czasu z nią porozmawiać. Śpiąca królewna nie chciała się obudzić, czy coś.
Peter przerzucił jedną kartkę swojego podręcznika; pierwszą od dziesięciu minut. Nie wiedział, czy Syriusz i Remus w ogóle zwracali na niego uwagę, ale wolał nie ryzykować. Po raz pierwszy w życiu dowiedział się czegoś istotnego – i to ilu rzeczy jednocześnie! Nie miał pojęcia ani o tym, że Remus się w kimś zakochał, ani o tym, że James nie był już zakochany w Lily, a już na pewno nie o tym, że James poderwał dziewczynę, w której zakochał się Remus.
Z tego wszystkiego czuł, że jego mózg niedługo przegrzeje się z nadmiaru wiadomości. Gotowy był jednak jakoś to przetrzymać. Być częścią drużyny czy coś.
– Nie wiem, czemu James miałby nas okłamywać, Syriuszu. – Remus brzmiał na pokonanego. – To nic, że Glenda nie wie. Wszyscy widzieliśmy to, co widzieliśmy i słyszeliśmy to, co słyszeliśmy.
To była ciężka noc i jeszcze cięższy poranek. Gdy James w końcu wrócił do ich dormitorium, przez dobre pół godziny monologował do nich wszystkich o tym, jakim jest koszmarnym przyjacielem, ale po prostu nie mógł, nie mógł oprzeć się słodkiej Flossie. Na samo wspomnienie Remusowi żołądek podchodził do gardła.
Nie chciał przecież źle życzyć kumplowi. Przez te wszystkie lata Rogacz był dla niego niewyobrażalnym wsparciem. Gdyby nie on i Syriusz, nigdy nie pogodziłby się z tym… z tym, czym był. W innych okolicznościach byłby bardzo szczęśliwy, że ten w końcu odpuścił sobie Lily Evans. Tylko czy naprawdę to musiała być ona? Ze wszystkich dziewczyn w całym zamku – właśnie Flossie?
– Czemu w ogóle ignorowałeś ją cały wieczór? – Pytanie Syriusza niespodziewanie uderzyło go prosto w bolące serce. – Nie ty ją przypadkiem tam zaprosiłeś?
– To nie jest takie łatwe.
– Serio? Rozmawiacie ze sobą non stop. Jedyne, co musiałbyś zrobić inaczej niż zwykle, to podać jej szklankę z ponczem. Serio, Lunio, to nie jest jakaś skomplikowana filozofia, konwersować z ładną kobietą.
Syriusz przystanął na chwilę, by przyjrzeć się swojemu przyjacielowi i od razu pożałował swoich słów. Remus wyglądał na kompletnie złamanego tym, co usłyszał. I może w istocie potrzebował porządnego kubła zimnej wody na swojej głowie, ale on sam nie był pewien, czy chciał koniecznie być tym, który go wyleje.
James w tym aspekcie poradził sobie znakomicie.
– Nie o to mi chodziło. – Nie kłamał. Ostatnim, na co miał ochotę, było pogorszenie stanu Remusa. – To wina Rogatego. Wkurwił mnie.
Remus parsknął śmiechem, który mógł oznaczać tylko jedno – całkowitą pogardę do samego siebie. Trudno było jakkolwiek zareagować na taki gest. Chyba nie istniało w całym Wszechświecie coś, co mogłoby teraz wytrącić go z tego samo-potępiającego nastroju.
Peter próbował go pocieszyć, szturchając go nogą; ten jednak w ogóle tego nie zauważył, zbyt zajęty był obarczaniem siebie winą za wszystko, co wydarzyło się pomiędzy Florence i Jamesem.
– Jeśli tego właśnie chce Flossie, niech będzie, jak ma być. – Wziął głęboki oddech. – Nigdy nie byłem dla niej wystarczająco dobrą opcją. Nie taki, jaki jestem.
Zanim Syriusz zdążył mu odpowiedzieć, usłyszeli trzask zamykanych drzwi i czyjeś szybkie kroki w dół schodów. Wszyscy zamilkli; nie zakładali, że w taki piękny dzień ktokolwiek przerwie im rozmowę i tylko dlatego zdecydowali, że Pokój Wspólny był wystarczająco bezpieczny. Nie, żeby z ich dormitorium było coś nie tak. Może poza zapachem. Gdyby od czasu do czasu otwierali okna i nigdy nie nosili tych samych skarpet przez tydzień, ich dormitorium byłoby idealne.
Jak połączeni ze sobą niewidzialnym sznurkiem wszyscy trzej odwrócili głowę w stronę źródła tego hałasu, by już po kilkunastu sekundach zobaczyć Lily Evans. Lily, która mogła położyć na swojej twarzy bardzo ładną warstwę makijażu, jednak nijak nie pomogło jej to ukryć zapłakanych oczu. Lily uczesanej, ubranej w swoją najładniejszą sukienkę, ale wciąż wyglądającą jak siedem bardzo nieszczęśliwych nieszczęść.
Na ich widok Lily wyprostowała się i poprawiła sukienkę; z zadartym do góry nosem wyglądała jeszcze dziwniej, bo nijak nie korespondował on z jej ogólną postawą.
– Jakbyście chcieli wiedzieć – zaczęła Bardzo Poważnym Tonem – to idę właśnie na romantyczny spacer brzegiem jeziora z Elijah Prewettem.
Zanim którykolwiek z nich zamknął rozdziawione ze zdziwienia usta, Lily już nie było. Wybiegła z Pokoju Wspólnego tak, jak gdyby przed czymś uciekała a nie wybierała się na romantyczny spacer brzegiem jeziora, i, przy okazji, jakby wcale nie miała na stopach wysokich, czerwonych szpilek.
– Czy oni wszyscy oszaleli? – wydusił z siebie w końcu Syriusz.
Peter poczuł, że to była jego chwila. Ten moment, w którym swoją ciętą ripostą włączy się w konwersację i uratuje złamane serce Remusa, tak jak i poczucie zagubienia Syriusza. Wszystko, czego potrzebował, to dobra puenta; dobry moment na jej wypowiedzenie w końcu już znalazł.
– Jak gumochłony w rui – powiedział w końcu tonem nie zbyt dramatycznym, ale jednak chociaż odrobinę.
Nigdy nie miał zrozumieć, czemu ani Syriusz, ani Remus nie docenili jego dowcipu.
***
James bardzo, bardzo starał się skupić na każdym słowie, jakie wyrzucała z siebie Florence, ale od ponad godziny nie powiedziała już w sumie niczego istotnego, więc nie było to specjalnie proste zadanie. James stwierdziłby nawet, że było to zadanie trudne.
W zasadzie więcej czasu poświęcał zastanawianiu się, kiedy Flossie zauważy, że zamiast na nią patrzył na drużynę Puchonów zbierającą się wokół boiska. Gdyby nie był bogiem Quidditcha, pomyślałby, że to bardzo nadgorliwe, tak prowadzić treningi w niedzielę, ale prawda była o wiele bardziej prozaiczna – weekendy były jedynymi dniami, kiedy Puchoni w ogóle mogli dopchać się do boiska. Wszyscy inni odpoczywali i byli zbyt zajęci leżeniem do góry brzuchem, by wypychać ich z kolejki.
Zwykle w chwilach autentycznego zmęczenia, a przecież taką właśnie przeżywał, James nie potrafił myśleć nawet o Quidditchu. Sam był w szoku, że cokolwiek we Wszechświecie potrafiło go powstrzymać od latania, ale tak po prostu było. Wyglądało jednak na to, że głos Flossie recytującej mu po raz trzeci plan na ten tydzień – tak, żeby na pewno nie zapomniał – zrobił swoje, bo bardzo, bardzo chciał sobie polatać.
Dwa kółeczka w tą, dwa kółeczka w tamtą i…
– James. – Głos Flossie docierał do niego, chyba, chociaż nie wiedział, które James w końcu usłyszał. – James, co robimy we wtorek?
Mrugnął na znak, że żył, ale z odpowiedzią poszło mu znacznie gorzej.
– Eeee…
– Czy ty mnie w ogóle słuchasz? Co cię tak rozprasza? Evans kręci się po błoniach?
Zanim zdążył jej odpowiedzieć, odwróciła się, by znaleźć źródło jego rozkojarzenia i, jak podejrzewał, zrównać je z ziemią. Spodziewał się wykładu właśnie w stylu Lily – mężczyźni i miotły, bla bla, jak dzieci, czego się można po nich spodziewać – i na samą myśl, że ktoś mógł rozgrywać w jego życiu rolę Lily nie będąc Lily, coś kłuło go w żołądek.
Nigdy by nie zgadł, co wydarzyło się zamiast tego.
Florence chyba, nie był tego do końca pewny, bo cała ta sytuacja była zbyt surrealna, by określać ją w kryteriach pewności, Florence chyba zaklęła pod nosem i zerwała się z trawy niemal natychmiastowo. Wszystkie pergaminy, które trzymała ułożone równiutko na swoich kolanach, rozsypały się po trawie w sposób nader nieperfekcyjny, ale w ogóle się tym nie przejęła; pochyliła się tylko i zaczęła je gorączkowo zbierać, nie starając się nawet posegregować ich w kolejności alfabetycznej, nic a nic.
Gdy już wyrwał się z pierwszego zdziwienia, rzucił się jej na pomoc. W zasadzie chciał spytać, o co chodziło, ale przy całym tym zawirowaniu koncentracji starczyło mu jedynie na krótkie:
– Flossie?
– Spóźniłam się. Nie wierzę, że się spóźniłam. Ja… – Jednym, bardzo brutalnym ruchem wcisnęła wszystkie pergaminy do torby, która nagle zmaterializowała się przy jej stopie. James mógł się założyć, że naprawdę się zmaterializowała i wcześniej jej tam nie było. – Wyjaśnię ci później.
Wciąż nie wierzył swoim oczom, gdy zaczęła od niego odbiegać; tym razem jednak udało mu się wydusić z siebie o wiele potężniejsze:
– Flossie!
Zatrzymała się w miejscu, chociaż widać było, że bardzo jej to nie odpowiadało.
– Obiecałam Glendzie i Philowi, że przyjdę na ich trening Quidditcha – powiedziała z lekkim rozdrażnieniem, a gdy James nie odpowiedział, dodała: – Chcą, żebym popatrzyła na dynamikę drużyny. Czy coś tam. Nie wiem, mam przyjść też na nabory w przyszłym tygodniu.
Chociaż widział, że przebierała nogami, żeby już sobie pójść, za nic nie mógł przyspieszyć swoich procesów myślowych. Czy Flossie… Czy Florence Yaxley, najbardziej sztywna ze wszystkich sztywnych Prefektów naprawdę właśnie powiedziała, że za sprawą jakiegoś cudu – w postaci Glendy Kendrick i Phila Bardsleya – będzie grała w Quidditcha? W DRUŻYNIE QUIDDITCHA?
– Naprawdę muszę iść, James – Flossie postarała się, by jej naprawdę brzmiało naprawdę poważnie.
Odwróciła się na pięcie i poszła, a James z rozdziawioną gębą patrzył na jej huśtający się na boki kucyk. Czuł, że powinien się podnieść i wrócić do dormitorium, a najlepiej pod zimny prysznic, żeby otrząsnąć się z tego wszystkiego, przez to tego ranka przeciągnęła go Flossie, ale nie miał siły ani na wstawanie, ani tym bardziej na ciężką podróż w stronę zamku.
I może dobrze, że się nie podniósł, bo już po chwili Flossie odwróciła się ponownie i ruszyła w jego kierunku, wciąż nerwowa, ale teraz zdecydowanie nerwowa z jego powodu.
– Jak się dowiemy, że to działa? – krzyknęła do niego jeszcze z odległości kilkunastu kroków, co wcale nie pomagało jego poczuciu odrealnienia.
– Co? – spytał głucho.
– Jak się dowiemy, że nasz plan zadziałał?
Stanęła tuż przed nim i przysłoniła mu sobą całe słońce. W zasadzie nie było to złe rozwiązanie, bo od nadmiaru pogody robiło mu się powoli niedobrze, tak bardzo brak deszczu nie leżał w jego brytyjskiej naturze. Jednak jej nagła bliskość w niczym nie pomogła mu zrozumieć, o co jej chodziło.
– Lily umówi się ze mną, a Remus z tobą? – zaryzykował najprostszą z odpowiedzi.
– Ale kiedy? Jak? Musimy mieć plan. Sposób na mierzenie efektów naszego głównego planu. Pomyśl o tym!
Posłała mu uśmiech, który mniej mu się kojarzył z Flossie jako taką, a bardziej z Glendą, czy Flossie, która latała na miotle aż tak różniłaby się od Glendy, gdyby nie jej oczywisty brak biustu? Też starał się uśmiechnąć, ale ona już na niego nie patrzyła i ruszyła na kolejny bieg w kierunku boiska.
Nie ostatni.
– Święta!
Tym razem zdążył się już podnieść z trawy. W połowie spodziewał się następnego nalotu i bardzo starał się go uniknąć. Najwyraźniej w porównaniu do nerwowo-podekscytowanej Flossie był raczej powolnym żółwiem niż rączym rumakiem.
Tym razem uśmiechnął się do niej już pewnie i starał się nie wyszczerzać głupio oczu, bo w zasadzie nie było to zbyt estetyczne rozwiązanie. Puchonka czy nie, nie było co przy niej tracić reputacji.
– Co święta? – spytał, zanim zdążył ugryźć się w język.
– No… Słyszałam od Glendy, że kiedy wszyscy wyjeżdżają, organizujecie sobie z Dumbledorem potańcowkę.
– To jest bardzo przyzwoite spotkanie świąteczne, nie wiem o co…
– Ty zaprosisz Lily, ja Remusa i będziemy wiedzieć, nie?
James zastanowił się przez moment. Ze względu na Syriusza faktycznie nigdy nie jeździł na święta do domu; co sprawiało, że we dwójkę musieli zwykle znaleźć sobie swój sposób na świętowanie. Ostatnie dwa lata robili to organizując małe spotkanie w Sali Wejściowej – z nauczycielami włącznie, żeby nie było, oczywiście, było to spotkanie zdecydowanie legalne i przyzwoite. Trochę szarad, trochę puddingu i trochę tańczenia.
Lily nigdy nie zostawała na święta w Hogwarcie. Czy nie byłoby cudownie przeżyć z nią tych kilka fantastycznych chwil pod sztucznym śniegiem wyczarowanym przez Flitwicka?
– Zgaduję, że milczenie to zgoda?
– Zabieram cię na ten twój trening – odpowiedział. – Biegasz tak już z piętnaście minut, straciłaś całe piętnaście minut bardzo istotnej dynamiki drużyny!
Jego milczenie było zgodą.

11.

Pogodziliśmy się tamtej nocy.
Wtedy myślałam, że to ta mieszanka emocji, smutek, słodycz, złość, krew zaschnięta na jego dłoniach, że to wszystko skołowało mnie na tyle, bym w końcu mogła zapomnieć o tym, o czym przypadkiem powiedziała mi Leah, i na kilka godzin być znowu taką, jaką desperacko chciałam być – jego. I może było w tym trochę racji, chociaż w teorii, bo przecież po jednym zapomnieniu przyszły następne i chyba nigdy już tak naprawdę nie wróciłam do tamtych myśli i do pełnej świadomości tego, że ta krew na jego dłoniach… Że krwi…
Ale tak naprawdę to wiosna przyszła do nas wcześniej. Rosier i ja zawsze żyliśmy dziwnym cyklem kłótni, złości i ponownych początków; tamten rok nie był w tym wypadku wyjątkiem. Po tylu latach wiem, że Evan potrafił kochać tylko wiosną, chociaż wiosna, cóż, wiosna była często dość subiektywnym pojęciem.
Wtedy wiosna rozpoczęła się dla nas zimnym, grudniowym porankiem, kiedy z hukiem teleportowaliśmy się tuż za drzwiami mieszkania Constantine’a Notta; Constanine’a Notta, którego niechybnie wyrwalibyśmy z łóżka naszą niecierpliwością, gdyby nie to, że on tej nocy nie rzucił się z pięściami na nikogo aż tak specjalnego i nie musiał uciekać w pośpiechu z miejsca zbrodni, teraz, natychmiast, do utraty tchu.
Z tamtej wiosny pamiętam głównie zacieki na suficie w jego pokoju, co drugą sobotę punktualnie wkradające się do mojej rzeczywistości o drugiej trzydzieści popołudniu; bo przecież wszystkie inne wspomnienia, te dobre i… Nie chcę już myśleć o smaku jego ust i dotyku jego dłoni, bo jedyne, co po nich pozostało, jedyne, co wciąż potrafię do siebie przywołać, to chłód, morderczy chłód ostatniego pożegnania, na które się odważyłam.
Czy powinnam była pozwolić mu odejść? Tak po prostu? Czy gdybym nie próbowała go do siebie ściągnąć, przytulić, ożywić niczym postać ze starych, dziecięcych baśni, czy wtedy pamiętałabym jego ciało takim, jakie je znałam, a nie takim, jakie podarował mi Alastor Moody?
Może.
Nie wiem.
Nie myślałam jeszcze o Wilkesie. Do niego nie pozwolili mi się zbliżyć; jego twarzy nie widziałam od czasu, gdy dwa tygodnie temu objął mnie na pożegnanie po jakiejś nieistotnej sprawie, którą przyszedł ze mną załatwić. Nie znam jego siniaków, jego opuchlizny, musiało być z nim gorzej, tak mówią mi palce pani Wilkes zaciśnięte na moim ramieniu, jeszcze gorzej. Malfoy mówił, że nie byli pewni, czyje dłonie są czyje, więc musieli poprosić ją o rozpoznanie; ktoś w Ministerstwie uznał, że starsza, schorowana kobieta będzie lepszym sędzią niż ja – i pewnie miał rację, bo nie wiem, czy gdybym ujrzała dłoń Evana Rosiera oddzieloną od jego ciała, czy gdyby przyprowadzono mnie do niego wcześniej, nie wiem, czy miałabym siłę stać tu i ściskać palcami kogokolwiek.
Więc może Wilkes, może on pozostał w mojej pamięci takim, jakim był – ale na myślenie o nim, na myślenie o tamtym jednym, jedynym pocałunku jest jeszcze za wcześnie, tyle pozostało mi do powiedzenia, do wycierpienia, Wilkes musi poczekać.
Cała ta wiosna, to szaleństwo, to całkowite oddanie się komuś i czemuś bez większego przygotowania czy nadziei na powodzenie, ta nasza beznadziejna potrzeba siebie nawzajem trwała równie długo, co mrugnięcie powieki, i zanim zdążyłam się z tym pogodzić przyszedł maj, a z nim moje ostatnie tygodnie w Hogwarcie. Nie rozumiałam wtedy, jak ważne było to, co właśnie miało nadejść – egzaminy, pożegnania, szanse, które już nigdy nie powrócą – i nie obchodziło mnie to bardziej niż to, czy następnego dnia będzie padać siarczyście, czy może tylko trochę. Hogwart z tamtą wiosną przestał dla mnie istnieć.
Nie pamiętałam już nawet, jak bardzo tęskniłam za Virginią, która, nieświadoma mojej obojętności, wciąż rzucała mi mordercze spojrzenia z łóżka obok. Nie przeszkadzało mi to, że za kilka krótkich dni być może nigdy jej już nie zobaczę i nie usłyszę ani jednej opowieści o jej nudnych, przecodziennych snach. Jej i wszystkich innych Puchonów, którzy przecież byli kiedyś moją najbliższą rodziną. W świecie pełnym Evana Rosiera tylko on mógł mieć znaczenie. Tylko on.
Z tego wszystkiego nie myślałam nawet i o tym, by odliczać dni do końca; kiedy więc Leah podeszła do mnie tamtego wieczora i oświadczyła, że chciałaby się pożegnać, początkowo nie miałam ani cienia podejrzenia, o czym w ogóle do mnie mówiła.
– Pożegnać się?
Zmrok zapadał już nad błoniami, a ja z wytrwałością jakiegoś mugolskiego, niedorosłego poety wpatrywałam się w pustkę nieba nad jeziorem, kto by się przejmował słońcem pochylającym się nad horyzontem dokładnie za moimi plecami? A przecież woda w jeziorze była tak przyjemnie chłodna, a powoli zbierająca się rosa tylko dodawała temu wszystkiemu mokrego uroku, niewątpliwie zwiastującego przeziębienie.
Spojrzałam na nią, choć było to dość trudne z pozycji, w której się znajdowałam, leżenie na brzuchu nigdy nie sprzyjało podtrzymywaniu kontaktu wzrokowego. Ale Leah nie znosiła, gdy się ją ignoruje, więc niezależnie od tego, jak uszkodzić by to mogło moją szyję, nie miałam w tej kwestii za dużo do powiedzenia.
– Ogłuchłaś? Tak, pożegnać się. – Wzięła głęboki oddech. – Za tydzień pierwsze egzaminy.
Jestem przekonana, że wtedy po raz pierwszy tego roku przypomniałam sobie o istnieniu egzaminów, może nawet nauki jako takiej. Moje wyniki nie były wtedy najlepsze; Wilkes nie kręcił się już po zamku, by pisać moje eseje, a młodsi uczniowie, których zwykle się do tego wykorzystywało, nie byli równie uzdolnieni jak on. Edukacja istniała dla mnie tylko teoretycznie; i może kiedyś przyjdzie mi tego żałować, ale kiedyś, kiedyś to jeszcze nie dzisiaj.
Przewróciłam się na plecy, niechętnie, ale z pewną dozą zaciekawienia, co w zasadzie można by było powiedzieć o czymkolwiek, w co kiedykolwiek wciągnęła mnie Leah.
– Nie piszesz egzaminów?
Leah przewróciła oczami, zabawne, że mogłam to zobaczyć w tak nikłym świetle, a może wcale tego nie widziałam? Leah przewracała oczyma zawsze i wszędzie, czasem dziwiłam się, że jeszcze od tego przewracania nie wypadły i nie poturlały się po zimnych posadzkach Hogwartu przy akompaniamencie cichego chichotu setek i setek obrazów. Czy to, co zrobiła naprawdę, ma jeszcze jakiekolwiek znaczenie?
Leah też już przecież nie ma.
Usiadła na trawie koło mnie, jej spódnica zakryła większość mnie tak, bym nie mogła jej już nigdzie uciec, tak myślę, bo z jakich innych powodów miałaby nosić tak absurdalnie szerokie spódnice?
– Egzaminy to strata czasu – oznajmiła tym swoim tonem eksperta, prawdziwej Pani tego świata. – Ministerstwo i tak zaraz upadnie i trzeba będzie się kwalifikować od początku.
Mogłam nie przejmować się zbytnio kawałkiem pergaminu, który za parę miesięcy jakaś sowa przyniesie do mojego domu – ale ucieczka? Ucieczka… ucieczka zawierała w sobie intencję, moc do czynienia zmian, a ja od dawna żyłam już tylko siłą inercji. Słowa Leah wyrwały mnie więc na chwilę z mojego otępienia, ze świata Evana Rosiera i sprowadziły mnie na tu i teraz błoni bez najmniejszego problemu.
Egzaminy to strata czasu?
Pięć minut wcześniej nie obchodziło mnie to, czy kiedykolwiek jeszcze zobaczę na własne oczy jakiekolwiek pytanie egzaminacyjne; ale nagle obudziła się we mnie potrzeba obrony autorytetów i wartości uniwersalnych, którą budzić we mnie potrafiła tylko Leah, i musiałam zareagować.
– Oszalałaś? Aż tak ci się spieszy?
Roześmiała się tylko, a kiedy próbowałam podnieść się na łokciach z oburzeniem godnym prawdziwej heroiny, szturchnęła mnie stopą w żebra, by mnie powstrzymać. I tyle też pozostało z mojego oburzenia. Jej pusty śmiech i siniak na moim lewym boku.
– Jak chcesz – odmruknęłam obojętnie, prawie obojętnie, bo chociaż ciągłe przebywanie z Evanem Rosierem nauczyło mnie szybkiego chowania dumy do kieszeni, wtedy jeszcze czasami pozwalałam sobie na krótkie chwile zapomnienia. – Nie jestem twoją matką.
– Tej mi by tu jeszcze, kurwa, brakowało. Wyobrażasz to sobie? Wpadłaby tu z dwójką dzieciaków na każdej ręce, upaprana jakimś słodkim gównem i zaczęłaby się drzeć, jakby to kogokolwiek obchodziło. Co za wstyd, ja pierdolę, Arbanddel, nie podrzucaj mi takich obrazów.
Nigdy nie poznałam matki Leah.
Nigdy nie poznałam nikogo z jej rodziny, chociaż wiem, że przynajmniej trójka z siódemki jej rodzeństwa przebywała w Hogwarcie w tym samym czasie co my. Leah… Leah nigdy nie chciała być częścią swojej rodziny. Czy to aż takie dziwne? Z każdym rokiem zastanawiam się, dlaczego w ogóle ktokolwiek chciałby być częścią swojej rodziny. Dzieckiem swoich rodziców. Patrzeć dzień w dzień na to, czym niechybnie się stanie, jeśli po drodze jakiś szczęśliwy zbieg okoliczności nie pozbawi go życia.
Kiedyś myślałam, kiedyś, wtedy, kiedy Leah zaczęła tracić kontakt ze światem, wydawało mi się, że może jej matka przyjdzie jej na ratunek i w końcu ujrzę tę mityczną matronę z dwójką dzieciaków na każdej ręce; ale tak jak Leah zapomniała o nich, tak jej rodzina zapomniała o niej i do naszego spotkania nigdy nie doszło.
– Myślisz, że się nie dowie?
– Myślę, że będę wtedy zaje-kurwa-daleko. – Przez chwilę wydawało mi się, że słyszałam w jej głosie coś więcej niż zwykłe zniecierpliwienie. – Ale jesteś dzisiaj nudna. Nasz ostatni dzień na błoniach, a ciebie nie stać nawet na pół sekundy jakiegoś współczucia.
– Czego mam ci współczuć? Postradania zmysłów czy braku perspektyw zawodowych?
– Wal się.
A mimo to nie wstała z mokrej od rosy trawy i przez kilka minut siedziałyśmy, leżałyśmy tak koło siebie, czekając na to, aż słońce zajdzie za horyzontem, a wraz z nim jakakolwiek presja rozmawiania, rozumienia się nawzajem, współczucia, bycia.
Mimo cichego szumu wiatru przesuwającego kropla po kropli wodę jeziora, z mojej z każdą sekundą wciąż coraz bardziej przemoczonej pozycji słyszałam każdy jej oddech. Nawet w tej chwili absolutnego spokoju wcale nie była spokojna; już wtedy coś innego władało każdą sekundą jej życia i każdą myślą, i nie pozwalało jej ani pokochać, ani zrozumieć świata naokoło niej. Żaden zachód, żadna rosa nie mogły tego zmienić.
W końcu poprawiła spódnicę i odchrząknęła, jak gdyby miała do ogłoszenia coś ważnego, a nie banał, którego sama zdążyłam się już domyślić.
– Od jutra będę mieszkać z Nottem.
Może wiedziałam, co planowała mi powiedzieć, ale i tak ciężar tego zdania przygniótł mnie o wiele bardziej, niż chciałabym się do tego przyznać. Chyba już wtedy wiedziałam, musiałam wiedzieć, że historia moja i Rosiera nie potoczy się tak… prostolinijnie, z winy obu strony, mojej tym bardziej, dlaczego nigdy nie potrafiłam tak po prostu powiedzieć „Tak”?
– Dlaczego mówisz, że przyszłaś się pożegnać? – Potrzebowałam czasu, żeby zebrać myśli, żeby przypomnieć sobie o oddychaniu. – Planujesz mnie tam unikać?
– Rosier musi się w końcu wynieść, wiesz? Będziemy zakładać rodzinę.
Rodzina, czym mogła być dla nich rodzina, większą liczbą dzieci, które nie będą chciały być swoimi rodzicami? Niedzielnymi popołudniami przed kominkiem? Leah szydełkującą małe buciki dla równie małego chłopca? Czy tak wyobrażali sobie swoją rodzinę?
Okrutnie, okrutnie się pomylili.
Nie aż tak bardzo jak ja.
Leah już nie było, ale był Theodor, bez bucików i bez matki, jest Theodor, powinnam powiedzieć, bo przecież czeka gdzieś tam na nas wszystkich, zapomniany i przez nią, i przez Constanine’a, kolejna dusza, której nikt nie chce, porzucona jak setki innych, odłożona na później, które wcale nie musi nadejść. To jest ich rodzina, tak, złamane, dziecięce serce i mężczyzna, któremu już wszystko jedno.
Nie chciałam powiedzieć tego, co powiedziałam, nie chciałam burzyć jej małego szczęścia, ale mój język rzadko kiedy słuchał mojej głowy i tego dnia wcale nie planował zrywać z tą wyjątkowo niepotrzebną tradycją.
– Jesteś pewna?
Kolejny wybuch śmiechu, kolejne, lekkie kopnięcie w żebra, ale teraz już nie takie pewne, już wątpiące o swojej słuszności.
– Tego, że Rosier musi się wynieść? – odburknęła. – Najwyższy czas. Nie będzie na nas pasożytował go końca życia. Jasne, może ostatnio udało ci się go trochę ucywilizować, ale, do cholery, nie będę się całe życie przewracać o jego brudne gacie. Poza tym – przerwała dość dramatycznie. – Poza tym to jesteście strasznie głośni, a ja się lubię w soboty relaksować w kąpieli.
Uśmiechnęłam się mimowolnie; z jednej strony, z jednej strony Rosier, z drugiej strony idea zrelaksowanej Leah i nawet już myślenie o przyszłości nie potrafiło odebrać mi tego uśmiechu. Przynajmniej przez ułamek sekundy, bo potem…
– A tej rodziny?
Nie mówił jej oddech, powietrze pomiędzy nami, wieczór, woda w jeziorze, trawa pokryta rosą. Nie krzyczała jej spódnica i jej stopa, powstrzymująca się jakoś przed kolejnym kopniakiem w moje żebra. Nie. Nie. Nie. Słyszałam tylko Nie.
Bo gdy wysyczała:
– To nie twój interes.
To jej przekonanie o słuszności wszystkiego, co kiedykolwiek postanowiła, po raz pierwszy nie zrobiło na mnie wrażenia.

BS zawsze miał dedykacje, więc musi mieć i teraz. Tym razem dla Eci i jej niezdrowej sympatii do Leah.

Ownlog mnie wkurwił. Będę tęsknić za moim pięknym szablonem.

10.

Znałam kilku Constantine’ów Nottów, lepszych czy gorszych, bo życie nie szczędziło mu ani twarzy do odegrania, ani niespodziewanych zwrotów akcji. Z nas wszystkich, z tych, którzy przetrwali i wciąż jakimś cudem trzymają się kurczowo swojego istnienia, to Nott stracił najwięcej i kiedyś wydawało mu się nawet, że przy tym i najwięcej zyskał. Kiedyś był szczęśliwy. Kiedyś dzięki zręcznym i upadlającym kłamstwom Malfoya wyszedł z Azkabanu, magiczna sztuczka, która nie udaje się wielu, kiedyś wrócił do kobiety, którą kochał, i do przyjaciół, którzy jeszcze żyli. Tak trudno teraz w to uwierzyć, w szczęśliwego Notta, w Notta, którego nie złamały i nie zwyciężyły tygodnie wśród dementorów, Notta, który z krzywym uśmiechem na wygłodzonej twarzy przywitał mnie tamtego dnia w swojej kuchni.
Leah, coś ty mu najlepszego zrobiła?
Wiem, że parę ulic dalej czeka na mnie właśnie Constantine Nott, jego najnowsza i ostateczna wersja. Wiem, że kiedy w końcu otworzę oczy, przywołana przez obojętny głos jakiegoś podrzędnego urzędnika, kiedy razem z panią Wilkes wrócę do rzeczywistości, już tylko Nott będzie na mnie czekał. Ale czy mogę liczyć na pomoc człowieka, który nie potrafi pomóc samemu sobie?
Myślę teraz o Notcie tamtego dnia, kiedy wypuszczono go z Azkabanu, myślę o tym, co musiał przeżyć zamknięty przez tyle czasu z bestiami, które żywią się szczęściem i radością, myślę o rozpaczy, którą wtedy poznał, tej najgorszej, pozbawionej nadziei i nawet w tym momencie nie wydaje mi się on równie zniszczony, pusty, pokonany, jak teraz, kiedy choroba Leah wysysa z niego życie kropelka po kropelce, kiedy w pełni włada nim myśl o tym, że z nią już nigdy nie będzie dobrze i że jedyne, co mu pozostaje, to pilnować jej przed tym, co mogłaby zrobić samej sobie.
To były moje szczęśliwe lata, Nott, to moja tęsknota za tym, co już było, ale nawet w tym koszmarnym dniu nie potrafię zapomnieć o tym, że być może to, co spotkało Rosiera, było o wiele bardziej miłosierne, że może żegnanie go na zawsze jest łatwiejsze, niż wpatrywanie się w jego pustą, pozbawioną uczuć i wspomnień twarz.
Leah, Leah, Leah.
Ta część historii dotyczy Notta i Notta wyłącznie – mówi o jego cierpieniu i niespodziewanym powrocie, a ja mimo to nie potrafię nie myśleć o tobie. Jesteś moją obsesją, Leah, w równym stopniu co jego. Jesteś obsesją nas wszystkich.
Bo czy istnieje jeszcze Nott bez Leah?
Mówię sobie, że Constantine Nott jest moim przyjacielem, że wiele wspólnie przeszliśmy i że mimo wszystko zawsze będziemy się już wspierać, ale sama w to nie wierzę. On przecież nigdy nie był dla mnie niczym więcej niż naroślą na ramieniu Leah, niż jej cieniem i jej wiernym posługaczem. Tak jakby pokochawszy ją na zawsze oddał jej we władanie całego siebie, nie tylko w tym zwykłym, wyświechtanym przez poetów sensie, w którym my wszyscy oddajemy siebie miłości i obowiązkom; nie, Nott zdawał się pójść o krok dalej, naprawdę zrzec się prawa do bycia człowiekiem, prawa do bycia bez-Leah, do samostanowienia. Tamtego dnia jeszcze tego nie wiedziałam, znałam go tylko jako swojego nadgorliwego i irytującego nauczyciela, który ex machina trafił do więzienia i wyszedł z niego o połowę chudszy i zdecydowanie brudniejszy. Nie mogłam przypuszczać, że pustka w jego oczach i stracone kilogramy to efekt odstawienia Leah, jego najdroższego, najsilniejszego narkotyku, jego powietrza, jego powodu do trwania. Chciałabym móc powiedzieć, że Rosier kochał mnie tak, jak Nott kocha Leah – ale jeśli mam być szczera, wydaje mi się, że nikt inny nikogo tak nie kochał, nie kocha i nie pokocha, że dwie takie miłości rozsadziłyby świat od środka, że przyroda nie zniosłaby takiego zachwiania równowagi.
– Cholera jasna, Rosier, w celi miałem czyściej! – Najpierw go usłyszałam, a potem zobaczyłam, zgarbionego, z wielkim trudem otwierającego drzwi do własnej kuchni, takiego małego i ledwie istniejącego, cień człowieka, którym znałam go wcześniej. – Arbanddel. Powiedziałbym, że cieszę się na twój widok, ale szczerze mówiąc, nie mógłbym na to mieć bardziej wyjebane.
Ani jego strój, ani sposób mówienia nie pasował do Constantine’a Notta, którego znałam – bo każdy jeden Nott, który przewinął się przez moje życie, miał swoje nawyki i swoje atrybuty, i gdyby nie wspólne ciało naprawdę trudno byłoby ich ze sobą połączyć. Patrzyłam na niego jak zahipnotyzowana i do dzisiaj pamiętam, jak zdziwiona byłam tym, co miałam przed oczami. Tym, kogo miałam przed oczami.
– A jej co zrobiłeś, sukinsynie? Wyrwałeś jej język, bo za dużo mówiła?
– Arbanddel już wychodzi.
– Dobra już, dobra, nie przesadzaj z tą czułością, bo się zawstydzę. Naprawdę, Rosier, tak ci z mordy patrzy, jakby to ciebie do snu utulał oddech dementorów.
Nie mogłam spojrzeć na Evana.
Ani wtedy, ani parę tygodni później, gdy zimnym, grudniowym popołudniem po raz pierwszy i ostatni dane mi było stanąć u progu Malfoy Manor. Brakowało mi uszczypliwości Notta i jego zmęczonej Azkabanem duszy, która od tamtego dnia regularnie widywałam w co drugą sobotę o trzeciej trzydzieści po południu; one przynajmniej dawały punkt zaczepienia dla moich myśli i pozwalały zapomnieć o tym, udawać nieświadomość tego, że Rosier i jego twarz mnie przerażają.
Malfoy Manor wyglądało pięknie w śnieżnej aranżacji.
To zabawne, że tyle lat później wciąż potrafię w głowie bez wahania odtworzyć jego architekturę. Może widoki nie były tak skuteczne, jak cudna, żywa, pełna oddechów i niestałości istota, ale wciąż stanowiły alternatywę na tyle kuszącą, że chyba już na zawsze odciśniętą w mojej pamięci.
Widzę więc marmurowe posadzki i kryształowe żyrandole, majestatyczne, dębowe schody dla mnie prowadzące donikąd, oszronione okna pełne bruzd lat, korytarze bez końca i bez początku, zawsze takie same, pełne białych wazonów z białymi różami i liliami, nigdy nie narcyzami, unikających wytartych skojarzeń czy krzyczących: nigdy nie będzie tu dla niej miejsca? I obrazy, wszędzie obrazy szczurów w ulizanych perukach, martwych za życia i żywych po śmierci, zza każdego zaułka, zasłony, przez każdą niezaklejoną dziurkę od klucza łypiących na mnie ślepym okiem, zazdrosnych o to, że mnie się udało, że nigdy nie byłam i nie będę częścią ich tragedii i nieświadomych tego, ze jak każdy człowiek, mam przecież własną.
Straszliwie martwe, zimne i nieprzyjazne było to piękno.
Każda idealnie smukła kolumna boleśnie przypominała o tym, że znajdowałam się w miejscu, w którym nikt nigdy niczego nie pragnął. Nawet oranżerii skąpanej w czystym, grudniowym słońcu bliżej było do lamentu wdów i sierot, których te mury widziały aż nadto, niż do radości weselnej fety. Ja potrzebowałam sojusznika, uśmiechu, przyjemnego dotyku znajomej dłoni; Malfoy Manor oferowało jedynie – i aż – piękno dawno utraconego ideału.
Czy naprawdę było to o tyle lepsze od jego twarzy?
Tyle zmarnowanego przez strach czasu, którego już nie odzyskam. Tyle wspomnień straconych na Malfoy Manor.
Cyzia wyglądała okropnie. Matki zawsze mówią o blasku, który otacza panny młode. Ja nie zdążyłam go zaznać – i wiem, że nigdy nie będzie już mój, ale ona, ona przeżyła dzień swojego ślubu i pewnie przeżywała go raz po raz, leżąc nocami w zimnym łóżku i patrząc w baldachim, raz po raz, i za każdym razem był on równie ciemny i straszny, i obcy, i pozbawiony nie tylko blasku, lecz także światła jako takiego. W oczach Cyzi widziałam tylko bezgwiezdną noc. A przecież to wszystko to miął być dopiero początek.
Byłam przygotowana na dźwięk na pół przełamanego serca; ale kiedy w końcu wydusiła z siebie ciche Tak, setki szczęśliwych jej nieszczęściem rąk rozpoczęły triumfalną pieśń, której nie zagłuszyłby nawet koniec otaczającego je świata. Oglądanie jej takiej zniszczonej, wciągniętej w ramiona Malfoya wbrew wszystkiemu, czego chciała, co kochała, w co wierzyła, nieskażonej nawet cieniem uprzejmego uśmiechu, takiej… pustej w środku zabiło coś i we mnie.
Chyba płakałam.
Wzdrygam się mimowolnie i na chwilę otwieram oczy. Matka Wilkesa patrzy na mnie ze zrozumieniem, chociaż ja przecież nie rozumiem samej siebie. To nie wspomnienie Cyzi idącej na pewna śmierć wszystkich swoich marzeń sprawia, że dreszcz przeszywa całe moje ciało. To nie jej nieszczęście staje mi w gardle krztuszącą kulą i nie pozwala skupić słów, myśli, wrażeń. Malfoy Manor miało rację. Każdy ma swoją własną tragedię.
Wciąż nie potrafię myśleć o dniach, w których było dobrze. Wciąż, jakbym mówiła o długich latach, a przynajmniej miesiącach, które dały mi dość czasu, by przyzwyczaić się do mojego nigdy nie. Czy w ciągu tych kilku dni naprawdę mogłabym…
Nie potrafię myśleć o dniach, w których było dobrze. Boję się, że już nigdy nie będę potrafiła. Kręcę się, owijam złymi wspomnieniami, kłamstwami, sprzeczkami, sercem rozpadającym się na milion kawałeczków, przypominam sobie wszystko, co bolało, co czyniło nas tym, czym przeciecz przez długi czas byliśmy – nieporozumieniem, szaleństwem, pomyłką, walką, burzą, rozpadem, dwójką ludzi, którzy uparli się, by przy sobie trwać, chociaż nie znali nic poza wzajemną krzywdą.
Chyba płakałam. Musiałam płakać, chociaż tego nie pamiętam, bo nawet nie zauważyłam, kiedy Evan mnie objął i przyciągnął do siebie ostrożnie, powoli, żeby nie zwrócić na siebie niczyjej uwagi.
– Wszystko się ułoży.
I wszystko się układało. Te krótkie trzy słowa, w połączeniu z ciepłem jego ciała i jego ust na mojej skroni, to było wszystko, co mogło się ułożyć, ale i wszystko, czego mogłabym chcieć, wtedy, teraz, zawsze. Rosier nigdy nie był fanem wielkich gestowi, skąpił mi ich z uporem prawdziwego goblina, gotowego bronić ostatniej sztuki złota do ostatniego włosa na swoim krzywym nosie, dlatego właśnie może miały nade mną taką władzę i taką moc.
Minęło sześć miesięcy, nim w końcu odważyłam się porozmawiać z Cyzią. Sześć długich miesięcy, w trakcie których chowałam się za wspomnieniem jego ramion i udawałam, że w nocy, gdy Virginia dawno już zasnęła, razem z całym Hufflepuffem, lepszym czy gorszym, razem z pająkami, skrzatami, centaurami w Zakazanym Lesie, że w nocy nie słyszę jej cichego płaczu.
Ale pomiędzy mną z tamtego zimnego, grudniowego dnia a mną za sześć miesięcy była jeszcze przepaść innych mnie i innych Cyzi, i innych Rosierow, przepaść, której dzisiaj już nie potrafię wytłumaczyć, bo przecież nie zdarzyło się nic wartego naszej uwagi, nic specjalnego, a mimo to sześć miesięcy później byłam już innym człowiekiem i Rosier był innym człowiekiem, a Cyzia…
Malfoy zniszczył ją w jednym Tak i w jednym nieszczerym, małżeńskim pocałunku. W pół roku po Cyzi nie było już śladu.
Nigdy nie ukrywałam, że nie znosiłam Malfoya; nikt tego nie ukrywał. Ani Rosier, ani Wilkes, ani Nott, ani bracia Yaxley, ani Snape, ani nikt inny. W Malfoyu było coś, czego zadane z nas nie rozumiało – paląca potrzeba znaczenia. W moim świecie, a raczej w świecie mojego ojca, nie było ludzi, którzy niczego nie znaczyli. Czasem, oczywiście, przykuwali czyjąś uwagę, ale tylko na ułamek sekundy, mrugniecie znużoną całą resztą powieką, a potem znikali bez słowa, odrzuceni w kąt jak zepsuta zabawka, takie to było banalne i porównanie, i życie. Malfoy chciał znaczyć i Cyzia mu na to pozwoliła, podpisując swoją krwią jego pieniądze bez znaczenia, i tamten dzień był triumfem jego życia.
Ale nawet teraz, w dniu, w którym stoję, gdzie stoję dzięki Malfoyowi i jego przebiegłości szczura, zbyt cwanego, by umrzeć u boku swoich przyjaciół, zbyt tchórzliwego, by bronić ich do ostatniego oddechu, zamiast tego zajmując się obroną ich wdów i sierot, nawet teraz nie potrafię mu wybaczyć tego, że wszystkie jego marzenia stały się rzeczywistością.
Może to zazdrość. Malfoy miał, ma wszystko; żonę, rodzinę, dziecko, świat, przyszłość. Ja…
Ceremonia skończyła się, obiad też, bo wszystko kiedyś jakoś się kończy, a ja zgubiłam Rosiera, jak zawsze, zakręcił się gdzieś przy Wilkesie i rozpłynął się, zmienił się w mgłę, zniknął, nie było go nigdzie, ani przy stołach z jedzeniem, ani przy tańczących w sali balowej, ani w ogrodzie, ani przy mnie. A ja musiałam już wyjść; z braku Rosiera wracały i łzy, i ból głowy, i wrażenie, że uczestniczymy w czyjejś ofierze, że razem z Malfoyem dokonujemy zbrodni na niewinnym. Potrzebowałam powietrza, innego powietrza, z daleka od przedstawienia, którego byłam częścią.
Skołowana zamieszaniem wokół mnie, tańcem, alkoholem, sztucznym śmiechem, kręciłam się w kółko z tego samego pokoju do tego samego pokoju i nie byłam pewna tego, czy kiedykolwiek jeszcze go znajdę, czy znajdę sama siebie, a już z pewnością nie spodziewałam się tego, w jakim znajdę go stanie.
Przypadkiem skręciłam w nie to lewo, w które powinnam, i prawie zderzyłam się z plecami Wilkesa, tak szybko wyrośli oni spod ziemi, tacy duzi chłopcy, a brali się przecież znikąd i z niczego. Ten mnie nie zauważył, zbyt zajęty odciąganiem Rosiera, który chyba nie zauważał jego, a przynajmniej za nic miał jego wysiłki. A cały ten szalony łańcuch zaczynał się i kończył na Lucjuszu Malfoyu, poły którego szaty Evan ściskał w swoich dłoniach, przyciskając go do ściany, chociaż wyglądało na to, że to wcale nie był początek, może nawet nie koniec, bardziej interludium, krew spływająca z ust Malfoya była tego najlepszym dowodem.
– Wycedź jeszcze jedno słowo z tej swojej kurewskiej gęby i…
– Evan!
Spojrzał na mnie, wciekły, a ja momentalnie przypomniałam sobie o strachu i wątpliwościach, i o tym, jakim naprawdę człowiekiem był Evan Rosier, nie, nie przy mnie, Evan nigdy nie nauczył się być przy mnie sobą, razem byliśmy tylko grą i pozorem, ucieczką może, ucieczką od tego, czego baliśmy się w samych sobie. Prawie nie poznałam jego oczu, chociaż znałam na pamięć każde włókno tego błękitu, każdy sposób, w jaki odbijało się od nich światło.
Malfoy wykorzystał tę okazję do tego, by go od siebie odepchnąć. W niczym mu to jednak nie pomogło, ten mały bunt, ta demonstracja; Rosier zareagował instynktownie, jak Wilkes próbował go potem wytłumaczyć, chociaż zawsze ciężko mi było uwierzyć, że nieestetyczna miazga, w którą przemienił się nos Lucjusza, nie sprawiła mu satysfakcji.
Szukalam pomocy w Wilkesie, który wciąż próbował rozdzielić tych dwóch. Jeśli nie ja, to on, jeśli nie on, to kto? Czy był na tym świecie jeszcze człowiek zdolny zatrzymać Rosiera, który coś sobie wymarzył, wymyślił, zaplanował? Ale zanim którekolwiek z nas zdołało coś zdziałać i zmienić, i stać się cichym bohaterem, i uratować całą sytuację, Evan westchnął ciężko i wyrzucił z siebie krótkie:
– Ani mi się, kurwa, waż.
Pamiętam jego ręce, obryzgane krwią, zaciskające się na moim przedramieniu, pamiętam nieme przepraszam w oczach Wilkesa i moje nieme o co w tym chodzi?. Jednak nawet gdy już wychodziliśmy z Malfoy Manor, gdy opuszczaliśmy to przeklęte miejsce, jedyną odpowiedzią, jaką dostałam, było:
– A jak myślisz?
Wygląda na to, że zimą zawsze piszę BSa. Zdarza się.
Dla wszystkich, którzy lubią dobry strzał w mordę.

09.

Evan uparcie nie odpowiadał na żadną z moich wiadomości – i chociaż na jego miejscu też bym się tak zachowała, ba, przecież ja byłam na jego miejscu i dlatego nie odzywałam się do niego tygodniami, to czułam się urażona tą ciszą i uznawałam ją za niezasłużoną. Bardziej niż miłość i tęsknota, ta duma, a może bardziej jeszcze ciekawość pchała mnie znowu w jego kierunku, sprawiała, że myślałam nawet już nie o tym, co powiedziała Leah, ale o nim samym obsesyjnie, łudząc się, że sam z siebie postanowi przerwać w końcu ten terror rozłąki i jeśli nie pojawi się w Hogwarcie osobiście, to przynajmniej napisze do mnie z wyjaśnieniami.
Nic takiego się, oczywiście, nie wydarzyło.
Teraz, kiedy jest już po wszystkim, wiem, że wojny na milczenie nie da się z nim wygrać. To ciężka i bolesna lekcja – wiedzieć, że tobie zawsze zależy bardziej, że nigdy nie będziesz ważniejsza od tego obezwładniającego poczucia zwycięstwa nad drugim człowiekiem. Ile czasu straciłam, nie mogąc się z tym pogodzić? Zdecydowanie więcej, niż powinnam, i teraz to poczucie winy za zmarnowanie tego, co moglibyśmy mieć i nigdy mieć już przecież nie będziemy, ta koszmarna niemoc odzyskania tych utraconych miesięcy, ta pustka i ten żal do samej siebie, to wszystko nawiedza mnie w koszmarach i dusi, dusi, choć zawsze pozwala w końcu złapać oddech, bo śmierć jest zbyt miłosierna.
Zapukałam trzy razy, ale nikt nie odpowiedział.
Całą poprzednią noc, a potem i całą drogę do niego bałam się, że właśnie to się wydarzy – dokładnie nic. Owszem, mógł po prostu wyjść z domu i spacerować teraz po ulicach Hogsmeade, a może nawet dalej, może wyjechał do Londynu albo poza granice kraju, kontynentu, świata jako takiego, przecież mógł być wszędzie i nigdzie jednocześnie, mógłby spaść poza ramy rzeczywistości albo najzwyczajniej pójść zapatrzyć się na Wrzeszczącą Chatę i stracić poczucie czasu, ale dla mnie – dla mnie stał po drugiej stronie drzwi i śmiał się szyderczo, i delektował się tym, jak krztuszę się własnym upokorzeniem. Czy sprzeciwienie się własnej dumie nie jest wystarczająco bolesne bez dodatkowych nieprzyjemności?
Powinnam była powiedzieć mu, że przyjdę, może chociaż na nie nie odpisywał, czytał te listy, które odbierał ode mnie codziennie o siódmej trzydzieści rano? Ale uprzedzić go to przyznać się do porażki o parę godzin wcześniej, dać mu czas, by przygotował się do swojego triumfu; kto w takiej sytuacji nie wybrałby ryzyka?
Nieostrzeżenie Evana wydawało się o wiele lepszym pomysłem, gdy goblin z kołatki nie wykrzywiał się do mnie kpiąco.
Ile tam stałam? Teraz wydaje mi się, że wieczność, że część mnie wciąż tam stoi i nie potrafi uwierzyć w to, co jej się przytrafia. Mijają dni, miesiące i lata, a jego nie ma – ale skoro go nie ma, to nigdy nie… i w jakiś niezrozumiały sposób ta część mnie jest szczęśliwsza. Czasem chcę być tą częścią mnie, chcę być upokorzona i porzucona na obrzeżach Hogsmeade, chcę, żeby listopadowy deszcz też nie miał dla mnie litości, chcę stać tam tak długo, że aż zabraknie mi łez i tylko ten deszcz będzie powstrzymywał mnie od wyschnięcia z rozpaczy i przeklinania Evana za to, że mnie wtedy nie zostawił, bo przecież o tyle łatwiej winić tych, którzy nie mogą się bronić.
– Luna.
Nie wiem, jak mogłam nie zauważyć tego, że nadchodził, nie usłyszeć jego kroków i oddechu, gdy nachylał się do mojego ucha, nie poczuć ręki, którą objął mnie w pasie. Stałam tam, sparaliżowana tym nagłym odkryciem, z jedną dłonią wciąż zaciśniętą na kołatce, niepewna, czy jeśli drgnę choć odrobinę, Rosier rozpłynie się w powietrzu, jak gdyby nie był człowiekiem, a jedynie wytworem mojej upokorzonej imaginacji.
– Gdybym wiedział, że przyjdziesz, przynajmniej bym się ogolił.
Zupełnie nie przejmując się moją biernością i moim brakiem odzewu, otworzył drzwi, wprowadził mnie do środka, a potem przeprowadził przez najbrudniejszy korytarz, jaki widziałam w życiu do najbrudniejszej kuchni, jaką widziałam w życiu, i posadził mnie na stołku, który tylko lekko przetarł ścierką, która już widziała lepsze czasy, nie zająknąwszy się nawet na temat tych paru tygodni, gdy mnie ignorował i gdy ja ignorowałam jego. Uszami mojej wyobraźni wciąż słyszę szuranie szczurów w ścianach, które teraz służą za wyjątkowo dramatyczny podkład muzyczny do czegoś, co już było, ale wtedy były jedynie nieznośnym hałasem na skraju mojego pojmowania, tak zajętego próbą zrozumienia tego, że Rosier jest, patrzy na mnie, nie mówi nic, ale zdecydowanie jest. Powiedziałabym, że to było nie tylko obrzydliwe z ich strony, tych szczurów, żyć w jego kuchni, lecz także bezczelne, bo przecież nie wolno tak szurać w obecności człowieka, który próbuje uchwycić się rzeczywistości. Powiedziałabym im to prosto w ich szczurze twarze, gdybym je kiedykolwiek zobaczyła, gdyby nie były tylko echem, dźwiękiem, mordęgą.
– Napijesz się czegoś? – spytał w końcu, przecinając tę ciszę i tak już przeciętą szuraniem, naprawdę, ktoś mógłby nauczyć Rosiera, że jeśli nie posiada się skrzata, to należy po sobie sprzątać, to nie jest takie trudne, wystarczy dwa razy machnąć różdżką i po wszystkim.
Próbowałam skupić się na tym, po co przyszłam, nie rozproszyć się przez szczury i konwenanse, i… I jego oczy, które wpatrywały się we mnie niewinnie, oczywiście, czy Evan kiedykolwiek był czemukolwiek winny?
– Nie spodziewałam się, że będziesz mieszkał w takiej norze – wydusiłam z siebie w końcu i od razu tego pożałowałam, bo oczy Evana, te cudowne, wspaniałe, zabójcze, niebieskie oczy Evana błysnęły niebezpiecznie. – Co z domem w Londynie?
Rosier wyciągnął z lodówki butelkę piwa i bezceremonialnie trzasnął nią o kant blatu; podskoczyłam, bo nie spodziewałam się tego nagłego huku, moje uszy nastroiły się już do ciszy i szczurów, ale wciąż nie potrafiły sobie poradzić z istnieniem Evana.
– Niektórzy z nas są prawdziwymi czarodziejami, Arbanddel, i nie wyobrażają sobie mieszkania wśród mugoli, chowając się przed nimi na każdym rogu pod warstwą mugolskiego gówna, umazani nim od stóp do głów, żeby przypadkiem nic się nie wydało.
W dłoni wciąż ściskał butelkę mugolskiego piwa, które wyciągnął właśnie z mugolskiej lodówki, co umniejszało nieco powagi jego brutalnej deklaracji. Wprawdzie większość przedmiotów w magicznych domach było pewną wariacją na temat przedmiotów mugolskich, jedynie zasilanych bez… bez mugolskich sposobów, tyle lat później wciąż nie mogę uwierzyć, że nigdy nie zauważył, jakim hipokrytą był w tamtej chwili.
– Wolisz mieszkać ze szczurami?
– Wolę mieszkać ze szczurami, niż być, kurwa, szczurem, wynurzającym się z pierdolonego kanału mugolskich odchodów, skarbie.
Mimowolnie wzdrygnęłam się, coś było nie tak, Evan był może arogancki i butny, może całe jego jestestwo przesiąknięte było agresją i nienawiścią, może właśnie taki był – na swój własny sposób szalony, szalony szaleństwem innym od tego Leah, bo przyczajonym, ukrytym, schowanym przed światem i przede mną, bo czy w istocie widziałam je kiedykolwiek w pełnej krasie? Raz przebiło się odrobinę przez tę maskę bucowatego szczeniaka, którą przybierał dla świata, nieśmiało wyciągnęło do mnie swoją rączkę, nie, nie rączkę, łapę, sięgnęło po mnie i… Ale to był tylko urywek, jestem pewna, że było tego więcej, wystarczyło posłuchać Wilkesa, Leah, Notta, ich wszystkich, oni to widzieli, bo sami byli częścią tego samego szaleństwa. Więc może był. Może był niewłaściwy. Ale przynajmniej nie klął, nie przy mnie, bo konwenanse, bo udawanie, bo ta gra to była część jego poczucia wyższości nad mugolami i całym żywym światem.
Coś było nie tak.
– Dawno nie widziałeś się z Wilkesem, co?
Pożałowałam tego pytania tak szybko, jak je wypowiedziałam. Evan spojrzał na mnie tak, jak… Jak w zasadzie nigdy wcześniej na mnie nie patrzył. Wtedy nie znałam jeszcze tego spojrzenia, nie miałam okazji bowiem zmierzyć się jeszcze z jego zazdrością, o nie, wtedy całą swoją obsesję na punkcie wyłącznego posiadania mnie przelewał na Wilkesa, bo on też wiedział, musiał wiedzieć, on zrozumiał wszystko znacznie wcześniej. Tamtego dnia po raz pierwszy spojrzał na mnie jak na nieposłuszną dziewczynkę, karcąco i koszmarnie przerażająco, tak, bo w tych swoich napadach zazdrości był przede wszystkim przerażający; ludzie mówią, że zazdrość może ich podniecać, że jest w tym coś pociągającego, że idea mężczyzny pragnącego rozszarpać swojego rywala może być kusząca, ale ci ludzie, te kobiety, one nigdy nie widziały zazdrości Evana. Nie w jej pierwszej fazie.
Rosier wyglądał, jakby mógł Wilkesa, mógł mnie rozszarpać absolutnie niemetaforycznie.
– Co ja, kurwa, potrzebuję niańki?
Ryknął tak głośno, że niemal podskoczyłam i przewróciłam przy tym moje krzesło. Ze złością cisnął o ścianę butelką, którą do tej pory trzymał w ręce i zamarł, dysząc ciężko i wpatrując się we mnie intensywnie. Przez moment czerwień jego twarzy zlała się z czerwienią jego włosów, ukrywanie wściekłości nigdy mu nie wychodziło, to pewnie kolejna rzecz wspólna rzeczy rudych.
Nie wiem, ile zajęło mu uspokajanie się – minuty? godziny? – wiem tylko, że przez tę krótką chwilę byłam pewna, że zaraz rzuci się na mnie i wyrwie mi z piersi bijące serce, nawet nie tyle po to, żeby mnie ukracać, ile żeby mieć pewność, że jest tylko jego.
– Nie mów… – wycharczał w końcu z trudem, musiał odchrząknąć, żeby kontynuować. – Nie wtrącaj się do tego, co jest pomiędzy mną i Wilkesem. Masz się od niego trzymać z daleka. Dotarło do panienki?
Nie wiem, jak znalazłam w sobie siłę, żeby kiwnąć głową. A może to on kiwnął nią za mnie? Może nauczył się kontrolować moje ciało lepiej niż ja sama? Bo przecież znieruchomiałam, przerażona, bo przecież nie miałam najmniejszych szans na poruszenie jakimkolwiek mięśniem, nawet absolutnie nieistotnym, a co dopiero szyją.
A jednak kiwnęłam.
Pochylił się, żeby podnieść przynajmniej część potłuczonego szkła, chociaż teraz wiem, że zrobił to tylko po to, żeby na mnie nie patrzeć. Wtedy… Wtedy myślałam, że nie chce, żebym przypadkiem na nie nadepnęła, a że jest w tej swojej trosce nieporadny, zgubiony, w końcu musi się czuć winny, że tak na mnie naskoczył, prawda?, ryzykuje to, że się pokaleczy, byle tylko pozbyć się szybko tej nieszczęsnej butelki. Ale Evan? Wina? Troska? Schylił się przecież tylko po to, żeby ich uniknąć. Nawet za cenę drobnego skaleczenia.
Nawet nie wiem, czy do niego doszło; też nie potrafiłam wtedy spojrzeć na Rosiera i gdy tylko odzyskałam odrobinę władzy nad samą sobą, wlepiłam wzrok w czubki moich butów i jedynie starałam się usłyszeć, czy jest już z nim lepiej, czy jest już po wszystkim.
Każda burza kiedyś mija. Wystarczy być cierpliwym.
– W zasadzie dobrze się złożyło, że w końcu tu przyszłaś – powiedział w końcu tonem popołudniowej herbatki, bo dla niego nie było po wszystkim, dla niego nigdy nie było wszystkiego. – Zaczynałem się zastanawiać, czy wciąż idziemy razem na ślub Narcyzy.
Nie mogłam uwierzyć własnym uszom. Podniosłam głowę i od razu odnalazłam go wzrokiem – nonszalancko opartego o stół, przy którym siedziałam, z nowym piwem w dłoni i prawie że uśmiechem na ustach. Przez moment myślałam, że się roześmieję, tak absurdalną wydawała mi się ta sytuacja, ale zdusiłam w sobie ten śmiech, bo wiedziałam, że tylko na nowo go zdenerwuję.
– Naprawdę? – wymsknęło mi się. Nie planowałam robić mu wyrzutów, naprawdę, po prostu wciąż nie zebrałam się w sobie po jego wybuchu i… Nie wierzę, naprawdę nie wierzę, że wciąż się tłumaczę, że jego nie ma, a ja wciąż tłumaczę się przed samą sobą, że tyle lat później wciąż czuję się wobec niego bezradna.
– Naprawdę się zastanawiałem czy naprawdę coś innego?
Nie chciałam odpowiedzieć, ale jego oczy drążyły mnie na wskroś i wiedziałam, że nie odpuści.
– Evan… – Głęboki oddech. – Nie rozmawialiśmy ze sobą od miesięcy. Naprawdę uważasz, że powinniśmy zacząć to… zacząć to wszystko od dyskusji na temat ślubu Cyzi?
Wzruszył ramionami. Zdecydowanie czuł się już lepiej. Wracała mu jego poza tego, którego nic nie obchodzi.
– Leah wypaplała ci już wszystko inne, nie?
Napił się piwa, co było tylko kolejnym unikiem. Nie chciałam go przyciskać do ściany. Spędziłam kilka poprzednich tygodni obsesyjnie rozmyślając na temat tego, co usłyszałam o Leah, ale w obliczu możliwości poznania prawdy okazałam się tchórzem. Wolałam, żeby mi nie powiedział. Wolałam nie wiedzieć.
– Leah wcale nie…
– Robię tylko to, co jest słuszne, okay? – przerwał mi niespodziewanie. Nie patrzył na mnie. Patrzył na swoją butelkę, z której po chwili upił kolejny łyk. Próbował udawać, że to nic wielkiego. Och, Evan, czemu nic nigdy nie mogło być dla ciebie wielkie? – Nie chciałem ci mówić, bo wiem, jakim jesteś niewiniątkiem. Jak nie lubisz sobie brudzić ślicznych rączek i wolisz, żeby takie rzeczy załatwiano za twoimi plecami. I tak będzie, Arbanddel. Oczyścimy dla ciebie cały świat, a ty będziesz mogła dalej sobie udawać, że nie działo się to przy twoim pełnym pozwoleniu.
Otwieram oczy, bo nie mogę już znieść tamtej chwili. Nie chcę wracać pamięcią do tamtego milczenia, do tych ciągnących się w nieskończoność minut pełnych strachu i… upokorzenia. Nienawidzę pamiętać go takim, w tej chwili marzę głównie o tym, żeby umieć kiedyś zapomnieć o tym, że tyle razy celowo chciał mnie skrzywdzić, a przecież nie mógł chcieć, prawda? Przecież mnie kochał, a miłość, miłość nie działa w ten sposób i…
Ocieram z policzka łzę. Pani Wilkes głaszcze mnie po włosach. Nie mogę płakać. Nie teraz.
Zamykam oczy, a Evan akurat odstawił butelkę na stół i odsunął się ode mnie, i planował mnie chyba zostawić tam samą, złamaną i cierpiącą, bo w tym zawsze był najlepszy – w zostawianiu ludzi. Dla niego ta rozmowa była już skończona, on oznajmił przecież to, co miał do oznajmienia i nie potrzebował moich zbędnych komentarzy. Ale ja czułam, że go tracę, że jeśli wyjdzie teraz z tej obrzydliwej, pełnej szczurów i rozlanego piwa kuchni, to więcej go nie zobaczę, nawet nie dlatego, że on nie będzie tego chciał – chociaż czy kiedykolwiek tak naprawdę wiedziałam, czego chce Evan Rosier? – ale dlatego, że nigdy już nie otrząsnę się z tego, co właśnie mi powiedział.
– Tęskniłam za tobą. Tylko to chciałam powiedzieć.
Spojrzał na mnie w końcu i ku zdziwieniu nas obojga jego twarz pełna była niezrozumienia. W jego świecie, w jego głowie, każda rozmowa zawsze była potyczką, którą należało wygrać, więc z góry założył, że po to tu przyszłam. Żeby wygrać swój kawałek prawdy.
Nie zdążył odpowiedzieć, bo nagle usłyszeliśmy najpierw dźwięk zamka, potem huk zamykanych drzwi, aż w końcu z korytarza za jego plecami dobiegł do nas głośny kaszel Constantine’a Notta.
Znowu chce mi się pisać. Co oznacza, że moje załamanie nerwowe osiągnęło punkt, w którym nic we mnie już nie wierzy, że mi przejdzie.
Oberwałam od Sylf za lodówkę, ale lodówka została. Przykro mi. Weasleyowie mieli radio i kuchenkę, Rosier może mieć lodówkę.Sylf powiedziała mi, że przecież mógłby mieć szafkę z zaklęciem chłodzącym. Chciałabym tu zaznaczyć, że lodówka to taka szafka, która chłodzi (tylko z innego materiału).
(gdyby Rosier nie miał lodówki, nie mogłabym mu przypierdolić za hipokryzję, a bardzo chciałam, bo po raz pierwszy czułam, że trzeba stanąć w obronie Luny)
(tak oto Luna nie ma czajnika, a Rosier ma lodówkę, witajmy w świecie mojej niekonsekwencji)
Te notki odautorskie zawsze były pełne mojego marudzenia na to, że śmierdzi Zmierzchcem. Chciałam powiedzieć, że ewoulowałam i ze względu na dużą zawartość przemocy domowej dzisiaj czuję, że pisałam 50sog tyle że bez seksu.
(na co komu seks, jak można rzucać butelkami?)
(TRZEBA BYŁO MU ODDAĆ KRZESŁEM)
Dziękuję, pozdrawiam. Kiedyś wrócę, jak widać, nie tak łatwo jest się mnie pozbyć.

08.

Reszta tamtego lata… Nie chcę myśleć o reszcie tamtego lata, bo wtedy myślę o Ellie i Ellie wyłącznie. Nie chcę myśleć o Ellie, bo nas dwóch już nigdy nic nie rozdzieli, bo w życiu pełnym utraty i pożegnań trafiła mi się jedyna stała, ty parszywy losie. Wszystkie sekundy, jakie mi pozostały, spędzę myśląc o Ellie. Dlaczego tylko rzeczy prawdziwie złe mogą być prawdziwie nieskończone?
Lato skończyło się jednak, a ja po raz ostatni uciekłam do Hogwartu. Nawet pełne złości oczy Virginii nie mogły mnie przed tym powstrzymać – bo po raz pierwszy od aresztowania mojego ojca nie czułam się już winna a jedynie zmęczona. Może właśnie po to potrzebuję Ellie? Może ma być mi otuchą myśl, że czego nie zrobię – a nawet czego nie zaprzepaszczę swoją niemożnością wyboru – i tak zawsze będzie to błahe przy tym, co ona zrobiła nam wszystkim?
Może. Może dlatego też zaprzeczam sama sobie i wracam do niej, i wracam, i nie mogę przestać o niej myśleć, może w istocie jest ona lekarstwem na moje poszarpane sumienie, może nienawiść wreszcie bardziej absorbuje niż smutek i czyni życie łatwiejszym.
Jeśli to faktycznie miałoby być rozwiązaniem, niech będzie, czas na Ellie – niezmienną, choć przecież wszystko płynie, dokładnie taką samą każdego dnia tego koszmarnego lata. Wszystkie te sceny i scenki są siebie warte, ale skoro prawie całą sobą jestem już znowu w Hogwarcie, próbuję skupić się na Ellie z dnia, w którym wyjeżdżałam.
Stałam w drzwiach naszego salonu, znowu, znowu, znowu, wszystko, co złe, działo się w tym salonie, dlaczego zawsze tam wracam? Jaka nieludzka siła ciągnie mnie do tego miejsca, w jaki wir wpadłam, że chociaż chcę się z niego wydostać, nie mogę; że nawet gdy mogę, to wciąż n i e   m o g ę? Mogłabym się usprawiedliwić tym, że nigdy nie byłam niczym więcej niż kobietą, a kobiety takie jak ja są czystym zaprzeczeniem inicjatywy, zamrożonym potencjałem tego, co się nigdy nie ziści; ale Evan przecież chciał mnie stamtąd zabrać, nie musiałam robić nic, musiałam tylko pozwolić, skinąć uprzejmie głową na jego błagania, na jego próby zaprzepaszczenia swojego życia – bo przecież ojciec by mu nie wybaczył, a bez jego ojca nie byłoby też pieniędzy, kariery, koneksji, bali u Ministra, szlag by to, Rosier, na co ci to było? – musiałam tylko pozostać bierną, a nie po raz pierwszy wybrać niemy upór i to w imię czego? W imię swojej dumy, myślałam, w imię szacunku i lepszych warunków dla wspólnej przyszłości; nie byłam przecież Leah, nie mogłam pozwolić sobie na bycie lokatorką, nie będąc żoną, ale wybiegam myślami tak bardzo do przodu, tak blisko teraz, że… Podczas gdy tak naprawdę odmówiłam mu w imię tego salonu i cierpienia, które nie musiało być moje, ale którego trzymałam się kurczowo całe dorosłe życie.
Stałam więc w drzwiach mojego salonu.
Nigdy nie byłam dobrym czarodziejem, za co Ellie obwiniała moją matkę i jej niskie pochodzenie – zapominając, oczywiście, że sama była kiedyś mniej niż niczym i jeżeli teorie czystości krwi faktycznie się sprawdzały, to pewnie głównie ona przyczyniła się do mojej porażki. Większość moich zaklęć zawsze działała połowicznie albo przynajmniej nie-do-końca – i dlatego właśnie kufer ciążył mi w dłoni, chociaż obłożyłam go zaklęciem lekkości. Po prawdzie to Kłapoucha powinna go trzymać, a przynajmniej znieść na dół, ale ta hańba na skrzacim rodzie nigdy mnie nie słuchała, zawsze była tylko skrzatem Ellie i tylko od niej przyjmowała rozkazy. Nawet nie wiem, czemu ją przy sobie zatrzymaliśmy. Z przyzwyczajenia? A może z dobroci serca? Wątpię. Mój ojciec, tak jak ja, odkrył w sobie po śmierci mojej matki niechęć do podejmowania decyzji, która jest jedynie marnym objawem niechęci do oddychania.
Bezużyteczny skrzat kręcił się zresztą gdzieś po domu, słyszałam szuranie jego przerośniętych stóp, bo odkąd Ellie wróciła, Kłapoucha przestała nie tylko tupać, lecz także nienawistnie trzaskać drzwiami czy zupełnie przypadkowo tłuc talerze.
To zabawne, co człowiek zapamiętuje: dokładny kształt stóp domowego skrzata, którego duży palec lewej nogi był domem dla najobrzydliwszej brodawki świata, ale nie twarz swojej matki.
I chociaż ból prawej dłoni doskwierał mi coraz bardziej, chociaż to, że nie mogłam liczyć na nikogo, doprowadzało mnie do szaleństwa, wreszcie to, że nie musiałam skręcać do salonu, bo nigdy nie podłączyliśmy się do Sieci Fiuu – moja matka tego nie chciała, potem… potem już nie mogliśmy – to mimo to stałam właśnie w drzwiach swojego salonu i zastanawiałam się, po co właściwie tam wchodzę.
Bo czy naprawdę chciałam ją zobaczyć? Albo inaczej – czy nie widziałam jej już takiej dość razy, by obraz ten na stałe wyrył się w mej pamięci?
Z jakiegoś zupełnie niezrozumiałego dla mnie powodu zawsze łudziłam się, że tym razem będzie inaczej.
W ludzkiej wyobraźni te sceny zawsze są takie… dramatyczne. Tłuczone szkło setek butelek na podłodze, część wciąż mokra i skrząca się kropelkami wczorajszego wina. Okrutny odór ludzkich odchodów, potu, wymiotów, który nigdy nie mija, bo od kanapy do okna jest tak daleko, zresztą, gdyby już udało się wstać, to morze tłuczonego szkła! Krzyk. Płacz. Zeszłotygodniowy obiad.
Wyobraźnia ludzka kocha takie sceny.
Delikatnie odstawiłam ciążący mi kufer i podeszłam do niej, spokojnie, ostrożnie, ale nie z obawy o swoje stopy, bo przecież tłuczonego szkła nie było, ani teraz, ani nigdy, co ludzka wyobraźnia wie o takiej prawdziwej, niepoetycznej tragedii? Nie chciałam jej obudzić, po prostu, bo chociaż była potworem, musiałam wciąż wierzyć, że ja jestem człowiekiem. Sama nie wiem, na co mi to było, stać tak nad jej bezwładnym ciałem śpiącego, przecież nie dla triumfu i nie dla satysfakcji, chyba że satysfakcją nazwiemy serce tak zmęczone, że niezdolne do cierpienia. Nie wiem. Po prostu…
Przykucnęłam przy sofie, jak zawsze i jak zawsze wyjęłam jej z ręki niepozorną, pustą szklankę. Ellie już wtedy nie potrzebowała wiele – ale walczyła, walczyła i zaciskała palce, nawet przez sen uparta, mruczała coś do siebie, naprawdę musimy przechodzić zawsze przez ten cyrk? W końcu szarpnęłam z siłą, która niemal wytrąciła mnie z fizycznej równowagi, gdy szklanka wymsknęła się oporowi Ellie, jej ostatecznym burknięciom. Gdy zapadła cisza.
Odstawiłam pustą szklankę na stół, chociaż w głębi serca chciałam roztrzaskać ją o ścianę, przywołać poetyczność wyobraźni ludzkiej i tym samym na chwilę chociaż zapomnieć o prawdziwości tego, co było. Przyjrzałam się Ellie. Jej sen nigdy nie był spokojny, w zasadzie nie przypominał nawet snu a czuwanie, a może nawet szybką ucieczkę z cierpienia w cierpienie.
Może też byłam potworem, bo kiedy patrzyłam na jej udręczoną twarz, nie czułam nic poza obrzydzeniem i smutnym obowiązkiem.
Chwyciłam koc, który leżał na ziemi, i delikatnie ją nim okryłam. To był taki mój mały rytuał oczyszczenia, takie: zrobiłam, co mogłam, i teraz wolno mi oszukiwać się, że odchodzę w spokoju sumienia. Przez to lato materiał tego koca stał się dla mnie symbolem tak bolesnym, że dotykanie go sprawiało mi niemal fizyczne cierpienie. To smutne, z jaką łatwością takie prywatne, pełne czułości gesty zamienić się mogą w narzędzie tortur za cudze winy.
Ellie coś mamrotała.
Odsunęłam się szybko, stanęłam i wykonałam krok w tył, jak uciekinier i winowajca, tak, że niemal wpadłam przy tym na stół. Nie bałam się tego, że jej nieświadome słowa skrzywdzą mnie jeszcze bardziej. Bałam się tego, że poprosi mnie o pomoc.
Poczułam czyjąś rękę na ramieniu, a kiedy odwróciłam się, żeby sprawdzić, kto tak miesza we wspomnieniu o mnie i Ellie, o Ellie i o mnie wyłącznie, byłam już w pociągu do Hogwartu, tam, gdzie miałam być od początku, bo niezależnie od tego, jaką cenę przyjdzie nam za to zapłacić i co w pośpiechu ominiemy i utracimy na zawsze, historia musi iść naprzód.
Teraz, po tylu latach, to, co zobaczyłam, pozbawione poparcia teraźniejszości, wydaje mi się jeszcze bardziej snem i nierzeczywistością, bo czy istniał świat i istniała konfiguracja gwiazd nad naszymi głowami, czy istniała taka chwila jedna i jedyna, kiedy Leah płakała? A jednak oczami wyobraźni, które są jedynie marnym odbiciem oczu młodszej mnie, widzę ją właśnie taką, zapłakaną i bezbronną, i znowu nie mogę w to uwierzyć, i umysł mój buntuje się, bo Leah nie płacze, nie teraz i nie nigdy, nie ma bowiem niczego, co mogłoby doprowadzić ją do tego stanu, nie ma i nigdy nie będzie. Leah nie ma serca, nie ma słabości i przecież…
A mimo to Leah zdecydowanie płakała, tak, jak tych parę lat później, zdecydowanie oszalała i opuściła nas wszystkich, zostawiając po sobie pustkę tym dotkliwszą, że przecież była tu, tuż obok. Leah za nic miała sobie nawet to, że niezdolna była do słabości. Co za ironia losu. Upaść z własnej niemożności upadku.
– Przestań się gapić – warknęła i znowu była Leah, i nawet jej zaczerwienione oczy nie mogły temu przeszkodzić. – Musimy porozmawiać.
Nie byłam pewna, o czym takim Leah mogłaby chcieć ze mną rozmawiać; nasza płaszczyzna wspólnych zainteresowań zaczynała i kończyła się na Rosierze, a Rosiera już nie było, Rosier dorósł i zostawił nas, dzieci, daleko w tyle, zajął się swoimi zabawkami starych ludzi i zupełnie nie mógł się przecież przejmować tym, o czym mogłybyśmy rozmawiać w pociągu do Hogwartu.
A jednak moje pełne niezrozumienia spojrzenie spotkało się z dezaprobatą, a jednak Leah z jakiegoś powodu uważała, że mam święty obowiązek wiedzieć, o czym chce ze mną rozmawiać, Leah, pani życia i śmierci. Bez słowa, w mgnieniu oka przekonała mnie, że zadawanie pytań tu i teraz na nic się zda, że lepiej będzie dla mnie, jeśli poddam się jej woli bez zająknięcia.
Nawet zapłakana była przerażająca.
Może nawet bardziej.
Nie jestem pewna, czy poza nami dwoma były w historii pociągu do Hogwartu osoby, które odkryły istnienie toalety na końcu ostatniego wagonu. Malutkie pomieszczenie wyglądało tak, jakby nigdy wcześniej nie było odwiedzone, ba, jakby dopiero zaczęło istnieć i dopiero budziło się z letargu nicości. Zlew, na który bezceremonialnie popchnęła mnie Leah, był zimny zimnem czegoś, co nigdy nie poczuło ciepła ludzkiego ciała.
Samo przebywanie w tym pozbawionym ducha miejscu było wystarczająco dziwne. To, że Leah, mimo swojej gwałtowności, wciąż wyglądała bardziej desperacko niż przerażająco sprawiało, że czułam się bardziej częścią taniego kryminału niż własnego życia.
– Wiesz już o Notcie?
– O Notcie? A co mnie… – urwałam i spojrzałam na nią jeszcze raz. Nie mogłam w to uwierzyć. Spędziłam tyle czasu wyśmiewając te wszystkie plotkujące dzieci, podczas gdy… – Ty i Nott? Wy? Naprawdę?
Szybko pożałowałam tego, co powiedziałam. Leah spojrzała na mnie tak, jakby nie wierzyła w to, że ktoś może być aż tak głupim.
– Spytałabym, co Rosier w tobie widzi, ale wolałabym nie odbiegać od tematu. Rany. – Teatralnie przewróciła oczami. – Snape miał rację. Naprawdę jesteś powolna.
– Leah, ja…
– Siedź cicho. Nie potrzebuję twojego jęczenia.
Postawienie się Leah, która w zasadzie nie do końca zdawała się Leah, którą znałam, było jeszcze trudniejsze niż zwykle. Musiałam skupić się nie tylko na tym, by wyrwać się z tego stanu zdziwienia i poczucia nierealności, lecz także na tym, by przetworzyć to wszystko, co nagle postanowiła mi powiedzieć. Dopiero potem mogłabym zacząć myśleć o tym, by stanąć w obronie samej siebie.
Byłam na pozycji bardziej niż straconej.
Jedyne, co mi pozostało, to czekać, aż Leah powie to, co ma do powiedzenia i zostawi mnie w spokoju; bo tak jak wszystkie klęski, tak jak noc i tak jak wszelkie nieszczęścia, Leah też prędzej czy później przemijała, pozostawiając po sobie jedynie niesmak w ustach i mgliste przeczucie nieuchronności jej powrotu.
– Aresztowali Notta – oświadczyła w końcu, gdy znudziło jej się patrzenie na mnie z wyższością. – Zabrali go do Azkabanu. Bez przesłuchania, bez procesu, bez… – Urwała. – Rosier wie już, co z nim dalej zrobią? Mają coś na niego?
Moją pierwszą, automatyczną reakcją było:
– Dlaczego ktokolwiek chciałby aresztować Notta?
Dopiero wyraz twarzy Leah, dopiero to, że wyglądała na jeszcze bardziej zdziwioną i skołowaną niż ja, dopiero to sprawiło, że dotarły do mnie jej słowa.
W Azkabanie nie przetrzymuje się niewinnych ludzi.
Przez te wszystkie lata zdążyłam się już pogodzić z myślą, że… Ale nigdy nie nazwałabym żadnego z nich niewinnym człowiekiem. Byli winni. Może to, co robili, może to faktycznie było mniejszym złem. Może tak należało. Ale ich wina nigdy nie była dla mnie wątpliwa.
Wątpliwe było tylko to, czy zasłużyli na to, co się z nimi stało.
W tamtej jednak chwili o niczym nie wiedziałam – a Leah, co oczywiste, nie wiedziała o mojej niewiedzy. Gdyby Rosier powiedział jej, jak bardzo mi nie ufa, pewnie nigdy o niczym bym się nie dowiedziała; wątpię bowiem, czy nawet śmierć Yaxleya zmusiłaby Evana do podzielenia się ze mną swoim sekretem. Powinnam być ci wdzięczna, wiem, ale teraz, teraz, kiedy myślę o tej scenie, nienawidzę cię z całego serca, Leah, jakbyś nie mogła trzymać swojego jęzora za zębami.
– Rosier ci nie powiedział.
Podniosłam się i spojrzałam na nią poważniej. To nie był dobry moment na wycofywanie się.
– Czego mi nie powiedział? – spytałam więc, na wpół wbrew sobie, bo część mnie nigdy nie chciała się dowiedzieć. Część mnie rozumiała doskonale, że najszczęśliwsza zawsze byłam w niewiedzy.
Leah nie odpowiadała przez dłuższą chwilę; wyglądała jak ktoś, kto nie może wybrać pomiędzy kręceniem z niedowierzaniem głową, gorzkimi łzami i wybuchem niekontrolowanego śmiechu.
– On ci nie ufa.
– W jakiej kwestii, Leah?
Wykonałam krok do przodu, ale ona była szybsza. Wybiegła na korytarz. Nie rozumiałam, o co chodzi – tyle mnie szukała, a potem… Wybiegłam za nią.
– Leah! – krzyknęłam odrobinę zbyt desperacko.
Ale ona nawet się nie obejrzała. Czegokolwiek się przypadkiem dowiedziałam, musiałam sobie z tym poradzić zupełnie sama.

Już podawałam Sylf skalę, w której należy oceniać ten rozdział, ze względu na moje przerośnięte ego podaruję sobie dzielenie się nią w przestrzeni publicznej.
Powiem tak – nie piszcie, słuchając gameplaya z gry South Parku, bo potem bardzo trudno się skupić na tym, na czym się skupić powinno!

07.

Tak jak i wtedy, tak i teraz nie potrafię zdecydować, na kim się skoncentrować, przeżywam więc jeszcze raz ten horror niedowierzania, jak sztylet w plecy od losu, który nie potrafił pogodzić się z tym, że ja przecież ze wszystkim się pogodziłam, że po tym, jak zabiłam w sobie odejście mojego ojca, mogłam w sobie zabić już wszystkich.
Wtedy myślałam, że to sen, bo wszystkie zmysły krzyczały: oni nie mają prawa tu być. A przecież byli, przecież świat kręcił się, wirował mi przed oczami kolorem jej chusty, którą znałam tak dobrze, a przecież woń jej papierosów oblepiała mi skórę, zaciskała się wokół szyi ciaśniej i ciaśniej, dlaczego? co takiego uczyniłam?, a przecież wreszcie słyszałam jej kaszel i jej cierpienie, gdyż poza szeregiem uzależnień męczyły ją lata kłamstw i zbrodni bez kary. Czy kara nie istnieje po to, żeby nas oczyścić? Czy możemy być spokojni, wiedząc, że popełniamy zbrodnię idealną? Ten kaszel. Tak dobrze pamiętam ten kaszel.
A więc wybrałam. Tak jak wtedy, tak i teraz potrafię myśleć tylko o tym, jak bardzo jej nienawidzę.
– Co Rosier robi w moim salonie? – zachrypiała, ale nawet gdybym była w stanie odpowiedzieć jej na to pytanie – a przecież nie byłam, przecież nie wiedziałam, co Rosier robił w moim salonie – to pewnie i tak nie wydusiłabym z siebie słowa, sparaliżowana świadomością, że przez te wszystkie lata ropucha nie zdążyła zadławić się swoim jadem.
– Ma pani przewygodne kanapy.
Bardzo go to bawiło, bo Rosiera wszystko bawiło, zawsze i wszędzie; w szczególności zaś jeśli odbywało się to czyimś kosztem. Po ustach błądził mu uśmieszek autosatysfakcji, jakby jego żart był najprzedniejszym żartem we wszechświecie i tylko czekać, aż przyjdą mu bić pokłony i koronować wiankami z przekwitłych już dawno kwiatów. Taki to właśnie był – głupio próżny i bezwstydnie arogancki na cudzej kanapie z różdżką pomiędzy długimi palcami i koszulą niedbale niezapiętą na jeden ze środkowych guzików.
Jakbym go wtedy kochała, gdyby złość powoli nie zastępowała mi krwi w żyłach!
Ellie nie wydawała się jednak zachwycona; nie wiem nawet, czy go usłyszała, czy doceniła wartość jego mimochodu,  jego niewymuszenia i jego nonszalancji. Oburzenie, do którego nie miała prawa, przepełniało ją świętym gniewem ofiary i nagle nic nie miało dla niej znaczenia poza wyrzutem i nieuchwytną zemstą na tym, który ją znieważył.
Widziałam ją taką i wcześniej, i później, nie robiło więc to na mnie większego wrażenia. Tamtego dnia przestraszyłam się jej może trochę bardziej niż zwykle, bo nie powinno jej tam być i sama jej obecność nosiła znamiona niezgodnego z prawem istnienia. To, że stała w moim salonie, pochylając się nad rozbawionym Evanem Rosierem, strosząc przy tym pióra, bo tylko tak można nazwać to, co wyczyniała ze swoim szlafrokiem w czerwone pelargonie, sprawiało, że stałam tam z niemo otwartymi ustami, a podłoga usuwała się spod moich nóg, ukazując nieskończoność – okrutną, bo pustą i pozbawioną gwiazd.  Właśnie to, a nie scena, o której aż za dobrze wiedziałam, że musi nadejść.
– Co ty sobie wyobrażasz? Jakim prawem kalasz ten dom swoją obecnością? Nie wstyd ci narzucać porządnym ludziom swoją osobę?
Kiedy Ellie zaczynała, bardzo długo nie kończyła; był to właśnie jeden z powodów, dla których tak łatwo można było do niej przywyknąć, obrócić ją w absurd i zapomnieć o niej. Mama tego nie potrafiła, dlatego płakała, a ja płakałam razem z nią, wystraszona nie tyle krzykami niezrównoważonej staruszki, ile tymi łzami niewinności.
Tak bardzo, jak tego zawsze pragnęłam, tak nigdy nie mogłam wybrać mojej babci. Babcia Wilkesa stała na czele Komitetu Pań i razem z nimi postulowała, by przywrócić polowanie na mugoli, ale zawsze wydawała mi się najsłodszą, bo jej wspomnienie całe oblepione było miodem i syropem klonowym z naleśników, które kazała nam podawać na podwieczorek. Babcia Narcyzy poświęciła całe swoje życie, by wpoić córkom i synowym istotę bycia ostoją właściwego mężczyzny i pogardy dla tych niewłaściwych, ale potrafiła oczarować każdą dziewczynkę swoją kolekcją kryształów i szlachetnych kamieni. Moja babcia, której sprawa czystości krwi i mugoli nie obchodziła ani odrobinę, która jedynie przyklaskiwała wszystkiemu, co mogło poprawić jej reputację, moja babcia z zimną krwią podpaliła moją matkę.
Moją matkę, której już nie pamiętam, jeszcze raz cię za to przepraszam, mamo, nie znam twojej twarzy i ruchu twoich rąk, teraz, kiedy wyobrażam sobie, jak siedzisz na miejscu Rosiera, tak bardzo czuję, że ta myśl nie jest już moja i że na zawsze ją utraciłam.
Możesz się ze mną cieszyć, mamo, której już nie mam nawet we wspomnieniach, bo Ellie nie zabiła Rosiera; zabrakło jej czasu, czasu i woli działania, bo alkohol wyżarł w niej wszystko, co było dobre i to, co było złe, bo tylko czasem jeszcze syczała i prychała, ale były to puste dźwięki pełne pustej nienawiści, a pustka jako zaprzeczenie ruchu nie może zabijać.
Teraz, gdy wiem, że nie umrę z bólu, że rozpacz nie rozpruje mi gardła jak balwierska brzytwa, teraz wiem, mamo, że mnie też zabije, że na to poświęci swój ostatni oddech, ostatni przebłysk woli, bo ja już siedziałam na jego miejscu.
Wybacz mi, że potrafię myśleć o niej, lecz nie o tobie.
– Czy mogłaby pani powtórzyć? – Głos Rosiera docierał do mnie jak przez mgłę i wtedy, i teraz. – Tak się jakoś rozkojarzyłem.
Nadeszła chwila otrzeźwienia.
Nie powinien był powiedzieć tego, co powiedział, nie należy bowiem igrać ze smokiem, nawet jeśli jest to smok stary już i pozbawiony żaru młodości. Jednak ta pomyłka, ten nierozważny popis, to nadało tej scenie pierwszej rysy realności, bo odstąpiła przecież od znanego i z jawy, i ze snu scenariusza, bo gdybym wyobraziła ich sobie, Rosier płakałby jak moja matka, a nie szczycił się swoim napuszeniem. I nagle jakby duch mój powrócił na swoje miejsce, a przynajmniej powietrze wróciło do moich płuc i znowu mogłam istnieć.
– Evan… – wyrzuciłam z siebie ostrzegawczo, przerażona tym, co może się wydarzyć, co musi się wydarzyć, bo Ellie nigdy nie była niczym więcej niż swoją reputacją, bo w tym ciele starej ropuchy tkwiło ciało starej bigoty, zakochanej w swojej omnipotencji i w swojej omniscjencji również.
Rosier się nie bał, jemu to nie przeszkadzało, bo nie rozumiał, wciąż nie rozumie, jak miał zrozumieć, skoro ona zdążyła go zabić? Patrzył na mnie uśmiechnięty od ucha do ucha, chociaż powinien patrzeć na nią, obserwować zmianę w jej obłąkanych oczach, gdy przysięgała sobie samej, że kiedyś mu za to odpłaci. Może wtedy pojąłby, kim naprawdę była ta śmieszna dla niego staruszka. Może – mimo że nie bał się nawet śmieci – by się jej przestraszył.
Tym bardziej, że Ellie aż spurpurowiała ze złości, nadymając się przy tym okrutnie, jak gdyby naprawdę nabierała jadu, którym planowała go opluć, wypalić mu oczy i skórę, odsłonić mięso jego ciała przed nami wszystkimi, żeby cierpiał, cierpiał nieskończenie. Dobrze, że nie miała takich mocy, że w gruncie rzeczy była tylko człowiekiem, więc mogła po ludzku purpurowieć, nadymać się, przynajmniej w tamtej chwili. Jak dobrze, że – chociaż obrzydliwym – była właśnie człowiekiem. Gdy zaciągnęła się bowiem swoim papierosem, by po chwili – w odwecie śmiesznym, nieistotnym ale jedynym możliwym – dmuchnąć w twarz Rosierowi dymem papierosowym, to był jedynie dym, nie trucizna, nie żrący eliksir śmierci i wszystko skończyło się na tym, że Rosier, zamiast wić się z bólu, wybuchnął śmiechem tak szyderczym, że nawet mnie przez jedno króciutkie mgnienie, ułamek chwili wręcz, nawet mnie było Ellie żal.
Wewnątrz tej wyrwy w czasie Ellie nie była straszna czy śmieszna – była słaba. Skurczyła się pod wpływem jego śmiechu do rozmiaru ziarnka grochu, wypłowiała od jego pogardy i była już jedynie takim małym, smutnym czymś, taką rzeczą niepotrzebną i zaniedbaną. Gdyby była czystym upokorzeniem, nie wzbudziłaby pewnie niczyjej litości – bo nawet czyste upokorzenie jest absolutem, a wobec absolutów jesteśmy bezwzględni. Ale wobec smutnych rzeczy wielkości ziarnka grochu?
I ta właśnie Ellie, upokorzona i złamana, stała przez moment przede mną i w żadnym razie nie przypominała tego potwora, którym była – którym jest – moja babcia. Milczała; widocznie przygotowana przez nią przemowa nie pasowała do porażki. Bo tym właśnie była – porażką, upadkiem wszystkiego, co miała, to jest pozoru siły i iluzji kontroli.
Zastygła w swojej niemożności dała mi te parę sekund właśnie na to, bym mogła pod maską złej wiedźmy ujrzeć zmęczoną latami gier i wyścigów staruszkę.
Patrzyłam więc na jej pokrytą niestaranną siecią zmarszczek twarz i wierzyłam, że po raz pierwszy widzę nagą istotę, którą chowała pod skórą. Trwało to krócej niż o tym mówię, bo moja skłonność do nurzania się w pustych słowach jest znacznie silniejsza od jej niewinności. Muszę jednak zaznaczyć, że tak, było mi jej żal, niesprawiedliwy losie, nie osądzaj mnie, bo przecież były chwile, gdy nie zgadzałam się z drogą Evana Rosiera.
– Ellie…
Kiedy w końcu po raz pierwszy od tylu lat na mnie spojrzała, cała ta mara delikatnej, zranionej kobiety rozsypała się i aż dziw, że nie pokryła naszego starego dywanu błyszczącym pyłem ułudy. O ileż mniej kłopotliwe byłoby sprzątanie tego, co zniszczyła tym jednym ruchem głowy, o ileż łatwiejsze i dla umysłu, i dla serca, niż radzenie sobie z tym, że naprawdę tam była.
Była i patrzyła na mnie.
Była i patrzyła na mnie swoimi oczami drapieżcy, bo przecież nie przede mną się zbłaźniła, mnie tam dotąd dla niej nie było, bo chociaż mówiła do mnie i mnie zadawała pytania, w jej uporządkowanym świecie wojen i podstępów znaczyłam tyle, co jeszcze jeden listek na wielkim drzewie nieistotności, jeszcze jeden podmuch wiatru w i tak już zimny dzień, jeszcze jeden… Do tej pory to z Rosierem walczyła, to o Rosiera chodziło w tym wszystkim, to dla niego trwało Wielkie Przedstawienie. Ale skoro on ją pokonał – a nie mogło być tak, że przegrała ostatecznie, a nie mogło być tak, że nie miała ostatniego słowa – musiała poszukać kogoś słabszego, zadowolić się resztkami z pańskiego stołu.
– Rano ma go tu nie być – zażądała kategorycznie, a ja czułam, że złość burzy się w moich żyłach, że skoro nie trzyma jej już paraliż strachu, nic nie jest w stanie jej zatrzymać, że…
Ja również nie zdążyłam; Ellie odwróciła się, wymachując swoim szlafrokiem niczym szatą arcymagów z dawnych czasów i odeszła, tupiąc niemiłosiernie bosymi stopami.
Zostaliśmy sami.
Nic nie wskazywało na to, że Rosier planował podnieść się z sofy lub choćby odezwać. Choćby na mnie spojrzeć. Kiedy w końcu przeniosłam na niego wzrok – dotąd utkwiony w drzwiach, za którymi zniknęła moja babcia – odkryłam, że bardziej ode mnie interesowała go jego różdżka; z ostentacją skupiał na niej całą swoją uwagę. Obudziła się w nim nieistniejąca kreatywność – w tym akcie uporu odkrył w sobie artystę i postanowił wypełnić cały mój salon – a przynajmniej przestrzeń nad swoją głową – chmurami kolorowego dymu, które, chociaż piękne, nie były niczym poza manifestacją.
Nie miałam siły na jego zabawy, nie miałam siły na udawanie, że nic się nie stało, nie miałam siły na pokorne padanie u jego stóp. Czułam, że w każdej chwili mogę wybuchnąć, że powiem coś, czego nie powinnam, a skoro całe moje życie kręciło się wokół tego, co powinnam, co muszę i co wypada, nie mogłam tego ot tak zaprzepaścić, nie mogłam pozwolić sobie na to, by skończyć jak moja babcia.
Chciałabym zapomnieć o tym momencie frustracji, wyrzucić go z pamięci, nie skupiać się na tym, jak stałam tam, bezczynna, wpatrzona w chmury kolorowego dymu, tu czerwonego, tu zielonego, a tu jeszcze pomarańczowego, ale nie długo, bo potem zaraz zmieniał się w fioletowy i w niebieski, i w żółty, a potem wcale nie był już dymem, zbijał się w wielką kulę i stawał się przerośniętą żabą, a potem wyliniałym kocurem, aż wreszcie…
Przeskakuję w myślach do momentu, w którym próbowałam wyjść, ale on mnie zawołał; przeskakuję tam bez najmniejszego problemu, bo mimo całej swojej złości gdy ponownie na niego spojrzałam, nie było już ani chmur dymu, ani niedbałości. Był tylko Evan Rosier, szalenie poważny, szalenie skoncentrowany i szaleńczo spokojny.
Przez moment łudziłam się, że w jego oczach zobaczyłam coś więcej niż obsesję człowieka, który kocha posiadać.
Ile miesięcy – lat – zajęło mi odkrycie tego, że Rosier mnie kochał? A może raczej: ile lat Rosierowi zajęło odkrycie tego, że mnie kochał? Wtedy… Kiedy siedział na mojej kanapie, wpatrzony we mnie uważnie, przecież wcale o tym nie wiedział, tak sobie mówię, nie wiedział, nie – nie kochał. To drugie było zbyt prawdopodobne.
– Gdzie się wybierasz? – spytał zimno, szlag by cię trafił, Rosier, z tym twoim zamiłowaniem do spektakli, wcale nie będę za nimi tęsknić! Nie będę za nimi tęsknić. Nie… Nie za bardzo. – Przyszedłem w odwiedziny, a ty już mnie zostawiasz?
– Nie mam na to ochoty, Evan – odwarknęłam, chociaż sama nie wiedziałam, że potrafię zdobyć się na coś takiego.
Rosier też nie wiedział – uniósł do góry lewą brew w geście teatralnego zdziwienia. Myślałam, że to dopiero początek, że w ten sposób rozpocznie długą tyradę dla samej tyrady, ale nie mogłam się bardziej mylić. Najwidoczniej wyglądałam tak źle, że nawet Evan Rosier musiał mi odpuścić, nawet on zmuszony był odnaleźć w sobie człowieka chociaż raz, chociaż na chwilę.
Podniósł się z sofy i powoli podszedł do mnie, nie za blisko, jakby bał się, że go pogryzę, gorzej, że go uduszę, gorzej, że podbiję mu oko i nie będzie już takim pięknym, rudym aniołkiem. Pięknym, rudym aniołkiem, co się ze mną dzieje, jego odejście odbiera mi już nie tylko rozum, ale i język.
– Przyszedłem ci powiedzieć, że wróciłem.
Otworzyłam usta, żeby mu odpowiedzieć, ale on uciszył mnie gestem dłoni, a ja, zamiast go zignorować, wybrałam nieme kumulowanie w sobie frustracji i rzucanie śmiertelnie śmiesznych, z założenia przerażających spojrzeń.
– Znajomy kupił sobie mieszkanie w Hogsmeade – kontynuował więc. – Chciałem, żebyś wiedziała, że gdybyś… Gdybyś już okiełznała te niepotrzebne wyrzuty, będę w pobliżu.
Zanim zdążyłam zaprotestować, wykonał jeszcze jeden krok do przodu, a ja, ja nie potrafiłam wykonać kroku do tyłu. Byłam zła, owszem, sfrustrowana, zdenerwowana, rozczarowana, zdruzgotana, każda byłam i nie byłam jednocześnie, ale jak bardzo tego wtedy chciałam, tak bardzo nie wykonałam tego kroku do tyłu. Z dumy? Żeby pokazać mu, jak niewiele mnie obchodzi? Czy z tego poczucia fizycznej tęsknoty, z tej potrzeby bycia blisko, która męczyła mnie przez te parę tygodni bez niego?
Nie wiem. Do dzisiaj nie wiem.
– Evan, nie wiem, co sobie wyobrażasz, ale…
– Zawsze miło cię widzieć, Arbanddel.
Jedno krótkie muśnięcie jego ust na moim policzku i już nie było się na kogo denerwować. Evan Rosier teleportował się z mojego salonu pozostawiając mnie sam na sam ze wszystkim, jak to miał w zwyczaju.
Dla Eci, bo to zawsze była jej ulubiona scena, nawet jeśli od lat z uporem maniaka cytuje ją na odwrót.