11.

Pogodziliśmy się tamtej nocy.
Wtedy myślałam, że to ta mieszanka emocji, smutek, słodycz, złość, krew zaschnięta na jego dłoniach, że to wszystko skołowało mnie na tyle, bym w końcu mogła zapomnieć o tym, o czym przypadkiem powiedziała mi Leah, i na kilka godzin być znowu taką, jaką desperacko chciałam być – jego. I może było w tym trochę racji, chociaż w teorii, bo przecież po jednym zapomnieniu przyszły następne i chyba nigdy już tak naprawdę nie wróciłam do tamtych myśli i do pełnej świadomości tego, że ta krew na jego dłoniach… Że krwi…
Ale tak naprawdę to wiosna przyszła do nas wcześniej. Rosier i ja zawsze żyliśmy dziwnym cyklem kłótni, złości i ponownych początków; tamten rok nie był w tym wypadku wyjątkiem. Po tylu latach wiem, że Evan potrafił kochać tylko wiosną, chociaż wiosna, cóż, wiosna była często dość subiektywnym pojęciem.
Wtedy wiosna rozpoczęła się dla nas zimnym, grudniowym porankiem, kiedy z hukiem teleportowaliśmy się tuż za drzwiami mieszkania Constantine’a Notta; Constanine’a Notta, którego niechybnie wyrwalibyśmy z łóżka naszą niecierpliwością, gdyby nie to, że on tej nocy nie rzucił się z pięściami na nikogo aż tak specjalnego i nie musiał uciekać w pośpiechu z miejsca zbrodni, teraz, natychmiast, do utraty tchu.
Z tamtej wiosny pamiętam głównie zacieki na suficie w jego pokoju, co drugą sobotę punktualnie wkradające się do mojej rzeczywistości o drugiej trzydzieści popołudniu; bo przecież wszystkie inne wspomnienia, te dobre i… Nie chcę już myśleć o smaku jego ust i dotyku jego dłoni, bo jedyne, co po nich pozostało, jedyne, co wciąż potrafię do siebie przywołać, to chłód, morderczy chłód ostatniego pożegnania, na które się odważyłam.
Czy powinnam była pozwolić mu odejść? Tak po prostu? Czy gdybym nie próbowała go do siebie ściągnąć, przytulić, ożywić niczym postać ze starych, dziecięcych baśni, czy wtedy pamiętałabym jego ciało takim, jakie je znałam, a nie takim, jakie podarował mi Alastor Moody?
Może.
Nie wiem.
Nie myślałam jeszcze o Wilkesie. Do niego nie pozwolili mi się zbliżyć; jego twarzy nie widziałam od czasu, gdy dwa tygodnie temu objął mnie na pożegnanie po jakiejś nieistotnej sprawie, którą przyszedł ze mną załatwić. Nie znam jego siniaków, jego opuchlizny, musiało być z nim gorzej, tak mówią mi palce pani Wilkes zaciśnięte na moim ramieniu, jeszcze gorzej. Malfoy mówił, że nie byli pewni, czyje dłonie są czyje, więc musieli poprosić ją o rozpoznanie; ktoś w Ministerstwie uznał, że starsza, schorowana kobieta będzie lepszym sędzią niż ja – i pewnie miał rację, bo nie wiem, czy gdybym ujrzała dłoń Evana Rosiera oddzieloną od jego ciała, czy gdyby przyprowadzono mnie do niego wcześniej, nie wiem, czy miałabym siłę stać tu i ściskać palcami kogokolwiek.
Więc może Wilkes, może on pozostał w mojej pamięci takim, jakim był – ale na myślenie o nim, na myślenie o tamtym jednym, jedynym pocałunku jest jeszcze za wcześnie, tyle pozostało mi do powiedzenia, do wycierpienia, Wilkes musi poczekać.
Cała ta wiosna, to szaleństwo, to całkowite oddanie się komuś i czemuś bez większego przygotowania czy nadziei na powodzenie, ta nasza beznadziejna potrzeba siebie nawzajem trwała równie długo, co mrugnięcie powieki, i zanim zdążyłam się z tym pogodzić przyszedł maj, a z nim moje ostatnie tygodnie w Hogwarcie. Nie rozumiałam wtedy, jak ważne było to, co właśnie miało nadejść – egzaminy, pożegnania, szanse, które już nigdy nie powrócą – i nie obchodziło mnie to bardziej niż to, czy następnego dnia będzie padać siarczyście, czy może tylko trochę. Hogwart z tamtą wiosną przestał dla mnie istnieć.
Nie pamiętałam już nawet, jak bardzo tęskniłam za Virginią, która, nieświadoma mojej obojętności, wciąż rzucała mi mordercze spojrzenia z łóżka obok. Nie przeszkadzało mi to, że za kilka krótkich dni być może nigdy jej już nie zobaczę i nie usłyszę ani jednej opowieści o jej nudnych, przecodziennych snach. Jej i wszystkich innych Puchonów, którzy przecież byli kiedyś moją najbliższą rodziną. W świecie pełnym Evana Rosiera tylko on mógł mieć znaczenie. Tylko on.
Z tego wszystkiego nie myślałam nawet i o tym, by odliczać dni do końca; kiedy więc Leah podeszła do mnie tamtego wieczora i oświadczyła, że chciałaby się pożegnać, początkowo nie miałam ani cienia podejrzenia, o czym w ogóle do mnie mówiła.
– Pożegnać się?
Zmrok zapadał już nad błoniami, a ja z wytrwałością jakiegoś mugolskiego, niedorosłego poety wpatrywałam się w pustkę nieba nad jeziorem, kto by się przejmował słońcem pochylającym się nad horyzontem dokładnie za moimi plecami? A przecież woda w jeziorze była tak przyjemnie chłodna, a powoli zbierająca się rosa tylko dodawała temu wszystkiemu mokrego uroku, niewątpliwie zwiastującego przeziębienie.
Spojrzałam na nią, choć było to dość trudne z pozycji, w której się znajdowałam, leżenie na brzuchu nigdy nie sprzyjało podtrzymywaniu kontaktu wzrokowego. Ale Leah nie znosiła, gdy się ją ignoruje, więc niezależnie od tego, jak uszkodzić by to mogło moją szyję, nie miałam w tej kwestii za dużo do powiedzenia.
– Ogłuchłaś? Tak, pożegnać się. – Wzięła głęboki oddech. – Za tydzień pierwsze egzaminy.
Jestem przekonana, że wtedy po raz pierwszy tego roku przypomniałam sobie o istnieniu egzaminów, może nawet nauki jako takiej. Moje wyniki nie były wtedy najlepsze; Wilkes nie kręcił się już po zamku, by pisać moje eseje, a młodsi uczniowie, których zwykle się do tego wykorzystywało, nie byli równie uzdolnieni jak on. Edukacja istniała dla mnie tylko teoretycznie; i może kiedyś przyjdzie mi tego żałować, ale kiedyś, kiedyś to jeszcze nie dzisiaj.
Przewróciłam się na plecy, niechętnie, ale z pewną dozą zaciekawienia, co w zasadzie można by było powiedzieć o czymkolwiek, w co kiedykolwiek wciągnęła mnie Leah.
– Nie piszesz egzaminów?
Leah przewróciła oczami, zabawne, że mogłam to zobaczyć w tak nikłym świetle, a może wcale tego nie widziałam? Leah przewracała oczyma zawsze i wszędzie, czasem dziwiłam się, że jeszcze od tego przewracania nie wypadły i nie poturlały się po zimnych posadzkach Hogwartu przy akompaniamencie cichego chichotu setek i setek obrazów. Czy to, co zrobiła naprawdę, ma jeszcze jakiekolwiek znaczenie?
Leah też już przecież nie ma.
Usiadła na trawie koło mnie, jej spódnica zakryła większość mnie tak, bym nie mogła jej już nigdzie uciec, tak myślę, bo z jakich innych powodów miałaby nosić tak absurdalnie szerokie spódnice?
– Egzaminy to strata czasu – oznajmiła tym swoim tonem eksperta, prawdziwej Pani tego świata. – Ministerstwo i tak zaraz upadnie i trzeba będzie się kwalifikować od początku.
Mogłam nie przejmować się zbytnio kawałkiem pergaminu, który za parę miesięcy jakaś sowa przyniesie do mojego domu – ale ucieczka? Ucieczka… ucieczka zawierała w sobie intencję, moc do czynienia zmian, a ja od dawna żyłam już tylko siłą inercji. Słowa Leah wyrwały mnie więc na chwilę z mojego otępienia, ze świata Evana Rosiera i sprowadziły mnie na tu i teraz błoni bez najmniejszego problemu.
Egzaminy to strata czasu?
Pięć minut wcześniej nie obchodziło mnie to, czy kiedykolwiek jeszcze zobaczę na własne oczy jakiekolwiek pytanie egzaminacyjne; ale nagle obudziła się we mnie potrzeba obrony autorytetów i wartości uniwersalnych, którą budzić we mnie potrafiła tylko Leah, i musiałam zareagować.
– Oszalałaś? Aż tak ci się spieszy?
Roześmiała się tylko, a kiedy próbowałam podnieść się na łokciach z oburzeniem godnym prawdziwej heroiny, szturchnęła mnie stopą w żebra, by mnie powstrzymać. I tyle też pozostało z mojego oburzenia. Jej pusty śmiech i siniak na moim lewym boku.
– Jak chcesz – odmruknęłam obojętnie, prawie obojętnie, bo chociaż ciągłe przebywanie z Evanem Rosierem nauczyło mnie szybkiego chowania dumy do kieszeni, wtedy jeszcze czasami pozwalałam sobie na krótkie chwile zapomnienia. – Nie jestem twoją matką.
– Tej mi by tu jeszcze, kurwa, brakowało. Wyobrażasz to sobie? Wpadłaby tu z dwójką dzieciaków na każdej ręce, upaprana jakimś słodkim gównem i zaczęłaby się drzeć, jakby to kogokolwiek obchodziło. Co za wstyd, ja pierdolę, Arbanddel, nie podrzucaj mi takich obrazów.
Nigdy nie poznałam matki Leah.
Nigdy nie poznałam nikogo z jej rodziny, chociaż wiem, że przynajmniej trójka z siódemki jej rodzeństwa przebywała w Hogwarcie w tym samym czasie co my. Leah… Leah nigdy nie chciała być częścią swojej rodziny. Czy to aż takie dziwne? Z każdym rokiem zastanawiam się, dlaczego w ogóle ktokolwiek chciałby być częścią swojej rodziny. Dzieckiem swoich rodziców. Patrzeć dzień w dzień na to, czym niechybnie się stanie, jeśli po drodze jakiś szczęśliwy zbieg okoliczności nie pozbawi go życia.
Kiedyś myślałam, kiedyś, wtedy, kiedy Leah zaczęła tracić kontakt ze światem, wydawało mi się, że może jej matka przyjdzie jej na ratunek i w końcu ujrzę tę mityczną matronę z dwójką dzieciaków na każdej ręce; ale tak jak Leah zapomniała o nich, tak jej rodzina zapomniała o niej i do naszego spotkania nigdy nie doszło.
– Myślisz, że się nie dowie?
– Myślę, że będę wtedy zaje-kurwa-daleko. – Przez chwilę wydawało mi się, że słyszałam w jej głosie coś więcej niż zwykłe zniecierpliwienie. – Ale jesteś dzisiaj nudna. Nasz ostatni dzień na błoniach, a ciebie nie stać nawet na pół sekundy jakiegoś współczucia.
– Czego mam ci współczuć? Postradania zmysłów czy braku perspektyw zawodowych?
– Wal się.
A mimo to nie wstała z mokrej od rosy trawy i przez kilka minut siedziałyśmy, leżałyśmy tak koło siebie, czekając na to, aż słońce zajdzie za horyzontem, a wraz z nim jakakolwiek presja rozmawiania, rozumienia się nawzajem, współczucia, bycia.
Mimo cichego szumu wiatru przesuwającego kropla po kropli wodę jeziora, z mojej z każdą sekundą wciąż coraz bardziej przemoczonej pozycji słyszałam każdy jej oddech. Nawet w tej chwili absolutnego spokoju wcale nie była spokojna; już wtedy coś innego władało każdą sekundą jej życia i każdą myślą, i nie pozwalało jej ani pokochać, ani zrozumieć świata naokoło niej. Żaden zachód, żadna rosa nie mogły tego zmienić.
W końcu poprawiła spódnicę i odchrząknęła, jak gdyby miała do ogłoszenia coś ważnego, a nie banał, którego sama zdążyłam się już domyślić.
– Od jutra będę mieszkać z Nottem.
Może wiedziałam, co planowała mi powiedzieć, ale i tak ciężar tego zdania przygniótł mnie o wiele bardziej, niż chciałabym się do tego przyznać. Chyba już wtedy wiedziałam, musiałam wiedzieć, że historia moja i Rosiera nie potoczy się tak… prostolinijnie, z winy obu strony, mojej tym bardziej, dlaczego nigdy nie potrafiłam tak po prostu powiedzieć „Tak”?
– Dlaczego mówisz, że przyszłaś się pożegnać? – Potrzebowałam czasu, żeby zebrać myśli, żeby przypomnieć sobie o oddychaniu. – Planujesz mnie tam unikać?
– Rosier musi się w końcu wynieść, wiesz? Będziemy zakładać rodzinę.
Rodzina, czym mogła być dla nich rodzina, większą liczbą dzieci, które nie będą chciały być swoimi rodzicami? Niedzielnymi popołudniami przed kominkiem? Leah szydełkującą małe buciki dla równie małego chłopca? Czy tak wyobrażali sobie swoją rodzinę?
Okrutnie, okrutnie się pomylili.
Nie aż tak bardzo jak ja.
Leah już nie było, ale był Theodor, bez bucików i bez matki, jest Theodor, powinnam powiedzieć, bo przecież czeka gdzieś tam na nas wszystkich, zapomniany i przez nią, i przez Constanine’a, kolejna dusza, której nikt nie chce, porzucona jak setki innych, odłożona na później, które wcale nie musi nadejść. To jest ich rodzina, tak, złamane, dziecięce serce i mężczyzna, któremu już wszystko jedno.
Nie chciałam powiedzieć tego, co powiedziałam, nie chciałam burzyć jej małego szczęścia, ale mój język rzadko kiedy słuchał mojej głowy i tego dnia wcale nie planował zrywać z tą wyjątkowo niepotrzebną tradycją.
– Jesteś pewna?
Kolejny wybuch śmiechu, kolejne, lekkie kopnięcie w żebra, ale teraz już nie takie pewne, już wątpiące o swojej słuszności.
– Tego, że Rosier musi się wynieść? – odburknęła. – Najwyższy czas. Nie będzie na nas pasożytował go końca życia. Jasne, może ostatnio udało ci się go trochę ucywilizować, ale, do cholery, nie będę się całe życie przewracać o jego brudne gacie. Poza tym – przerwała dość dramatycznie. – Poza tym to jesteście strasznie głośni, a ja się lubię w soboty relaksować w kąpieli.
Uśmiechnęłam się mimowolnie; z jednej strony, z jednej strony Rosier, z drugiej strony idea zrelaksowanej Leah i nawet już myślenie o przyszłości nie potrafiło odebrać mi tego uśmiechu. Przynajmniej przez ułamek sekundy, bo potem…
– A tej rodziny?
Nie mówił jej oddech, powietrze pomiędzy nami, wieczór, woda w jeziorze, trawa pokryta rosą. Nie krzyczała jej spódnica i jej stopa, powstrzymująca się jakoś przed kolejnym kopniakiem w moje żebra. Nie. Nie. Nie. Słyszałam tylko Nie.
Bo gdy wysyczała:
– To nie twój interes.
To jej przekonanie o słuszności wszystkiego, co kiedykolwiek postanowiła, po raz pierwszy nie zrobiło na mnie wrażenia.

BS zawsze miał dedykacje, więc musi mieć i teraz. Tym razem dla Eci i jej niezdrowej sympatii do Leah.

Ownlog mnie wkurwił. Będę tęsknić za moim pięknym szablonem.

Advertisements

trzy.

Maj zielenił się wokół nich i zielenił się w nich; rozkwitał pąkami na okolicznych drzewach, piękniał, stroił się w swoje najlepsze szaty, ale to mu nie wystarczało, to było za mało, musiał sięgnąć i po nich dwóch, a potem i po całą resztę, i na nowo rozkwitnąć w ludziach nadzieją. Pierwsze dni tej prawdziwej wiosny były piękne swoją zuchwałością, swoim słońcem, swoim przekonaniem o własnej wspaniałości – a temu przecież nie można się było przeciwstawić. Wszyscy żyli więc jakimś szczęściem niepojętym, jakimś szczęściem urojonym, bo nawet jeśli świat się dla nich kończył, to narkotyczny, zieleniejący maj pozwalał im tego nie zauważać.
Regulus przeżywał ostatnie szczęśliwe dni swojego życia. Jeszcze nie wiedział, że umrze, jeszcze szalona myśl przeciwstawienia się nie urodziła się w jego głowie. I chociaż z każdym dniem był jej coraz bliższy, chociaż ona pchała się na świat, tłukąc podbrzusze jego świadomości malutkimi piąstkami, kopiąc je z bezwzględną potrzebą zadawania bólu malutkimi stópkami, Regulus tak naprawdę nigdy wcześniej nie był równie daleki śmierci. Wszystko w nim wyło z miłości do istnienia. To maj, właśnie maj, dziki, nieokiełznany, ale też zniewalający swoim urokiem. To maj mu na to pozwolił.
Chociaż nigdy sam by się do tego nie przyznał, jednym z powodów jego radości był brak Barty’ego. Maj żył quidditchem, a Barty żył wszystkim, co quidditchem nie było; dlatego każdy okres intensywnych treningów był dla Regulusa właśnie taką chwilą wytchnienia, oazą spokoju w świecie pełnym niestabilności i ciągłej potrzeby akceptacji. Ostatnio nawet bardziej niż zwykle – bo przecież ilekroć patrzył na Barty’ego, ilekroć z nim rozmawiał, ilekroć słyszał jego kroki w oddali, przypominał sobie o tym, o czym tak bardzo chciał przecież zapomnieć, i ogarniało go nagłe poczucie beznadziei tak silnej, że nawet maj na chwilę tracił nad nim władzę.
Dobrze było znów być wolnym i oddychać powietrzem, a nie niechcianą obietnicą, od której nie można było uciec. Leżeć na płycie boiska i czuć pod palcami wilgotną od rosy trawę, bo przed ostatnim meczem w sezonie treningi zaczynały się wraz ze wschodem słońca. Z przymkniętymi oczami wdychać zapach natury, świata, poranka, wszystkiego, co nie jest wyrzutem sumienia. Być samym ze sobą, pomimo przechwałek Octaviana, które niby gdzieś tam istniały, gdzieś tam stawały się prawdziwe, ale nie mogły dotrzeć do Regulusa, nie w tych rzadkich chwilach absolutnego oczyszczenia.
Noce też bywały przyjemne; w maju Regulus prawie nie sypiał, ale zupełnie mu to nie przeszkadzało, skoro mógł pobyć sam na sam własną istotą, pozbawiony nie tylko balastu Barty’ego, lecz także własnych, niepokojących myśli. Czasem zdarzało się, że Eugene, zawsze pierwsza, zawsze przed czasem, znajdowała Regulusa wtulonego z ufnością w sportową szatę, ułożonego gdzieś pomiędzy trzecim a siódmym rzędem trybun i, wzruszona jego dziecięcą przecież twarzą, jego dziecięcą przecież ufnością śpiącego, składała na jego policzku matczyny niemal pocałunek, starając się go nie zbudzić, podarować mu odrobinę więcej samotności, odrobinę więcej nieświadomości. Takie małe, piękne chwile, tym był maj dla Regulusa.
Moglibyśmy się zastanowić, co w tym czasie robił Barty; moglibyśmy pogrążyć się w jego otchłaniach odrzucenia, w wyrzucie, że i Regulus, i Eugene go opuścili, i skazali na zadawanie się z zamkowymi nieistotnościami. Moglibyśmy, ale jaki byłby tego sens? Jeszcze będziemy mieli dość czasu na to, by żyć w głowie opuszczonego Bartemiusza, jeszcze zadusimy się jego cierpieniem.
Regulus był już prawie u końca swej drogi.
To prawda, że Barty sięgał właśnie po władzę i potęgę. To prawda, że z punktu widzenia opowiadającego historię to, co działo się z Regulusem w tych ostatnich chwilach jego błogości, jest nudne i niegodne niczyjej uwagi. Ale o ile bardziej wartościowa niż stutysięczne marzenie burzyciela porządku świata była trawa pod jego palcami! Barty mógł burzyć, co tylko chciał. Gonił przecież jedynie za chimerą, za cieniem tego, czego nigdy nie będzie. Regulus wraz z zapachem poranka wdychał istotę istnienia.
W tym przypływie człowieczeństwa, niespodziewanym przecież, a więc i trudnym do odrzucenia, próbował nawet odnaleźć w Perse coś więcej niż szmacianą lalkę. Maj obudził w nim fałszywą nadzieję, że może uda się ich uratować, że może mogliby być… Regulus, który niezwykły był przecież brać wszystko za dobrą monetę, dał się omamić tą wizją szczęśliwej przyszłości, tym przekonaniem, że może na świecie istnieje miłość, że może na świecie istnieje świat inny od świata jego matki; swoją nagłą ślepotę uznał więc za otwarcie od dawna zamkniętych oczu. Biedna, naiwna dusza, gdyby chociaż postanowił nie konfrontować tego przypuszczenia z rzeczywistością! Gdyby tylko maj nie uczynił z niego takiego głupca!
Perse nie zieleniła się.
Tamtego poranka leżała koło niego i chociaż też miała mokrą od rosy trawę pod swoimi palcami, wcale jej nie czuła. Trudno było powiedzieć, co działo się w jej głowie, głowie człowieka, który przecież niczego nigdy nie poczuł i nie doświadczył. Przyszła tam nie po to, by zachłysnąć się majem, by dać sobie szansę na odrobinę szczęścia; nie, przyszła tam dlatego, że Regulus jej kazał, dlatego, że patrzył na nią inaczej, dziwniej, a to zwykle oznaczało kłopoty.
Przyszła tam dlatego, że się bała; bała nie tego, że ominie ją początek jej nowego życia, ale tego, że to życie może naprawdę się rozpocząć, może nabrać kształtu, może wreszcie zastąpić pustkę, którą była, cierpieniem, cierpieniem i wyrzutem, bo tylko to według niej mógł wnieść do świata Regulus Arcturus Black.
Usta Regulusa desperacko poszukujące odrobiny ciepła na jej obojętnym, zimnym ciele były o wiele bezpieczniejsze niż usta Regulusa, który, urażony jej odmową, planował krwawą zemstę. Tak właśnie go sobie wyobrażała: te wściekłe, zaciśnięte usta i zmarszczone brwi, chociaż przecież nigdy nie dał jej powodu, by tak nisko go ceniła. Ale znała takich jak on, i ona, i jej matka, i matka jej matki, i ta znajomość z takimi jak on płynęła w jej żyłach razem z jej krwią i krwią wszystkich jej matek, i wszystkich kobiet, którymi przecież była, pośrednio, oczywiście, i których nauki prowadziły ją za rękę bez względu na okoliczności.
– Ładnie pachniesz – Regulus wymruczał do jej ucha, ale to przecież nie ona pachniała; to trawa, maj, rosa, nadzieja. Perse sama w sobie była przecież martwa i to w ten najgorszy sposób, martwa jeszcze za życia, a więc nie tylko pozbawiona woli i mocy, lecz także rozkładu, jakby chociaż nie mogła już iść do przodu, nie mogła też zrobić kroku w tył, nic już nie mogła, i nikt jej już nie chciał, nawet nie śmierć.
Niespotykaną siłą woli, a raczej nie-woli, nie zrzuciła go jeszcze z siebie i nie odsunęła go od swojej szyi, chociaż całe jej ciało, wszystkie mięśnie, kości, cała skóra napięta była do granic możliwości i gotowa, by rozpaść się, nawet nie pęknąć, a rozpaść się na milion kawałeczków.
Porcelana nigdy nie kruszy się tylko odrobinę.
– Dziękuję .
Jej głos zabrzmiał słabo, nieistotnie, pośród hałasu, jakim był maj i majowy poranek. Równie dobrze mogłoby go przecież nie być, a może i nie było, może Perse chciała, musiała być uprzejma, właściwa, posłuszna, ale gdzieś po drodze zgubiła się w znaczeniu i nigdy nie dotarła do celu. Nie miało to najmniejszego znaczenia, bo Regulus przecież nie szukał jej uprzejmości; ta dawno zaczęła go już dławić nudą. On szukał znaczenia.
Jedyne znaczenie, które Perse jeszcze znała, zamykało się w czubkach jej palców, ostatkiem sił zaciskających się na trawie i na rosie, lekko, coraz lżej, bo i to znaczenie jej uciekało, nawet to. Nie chciała go. Znaczenia, Regulusa, poranka, nie chciała niczego; chciała tylko zamknąć oczy i myśleć o lepszych czasach, których przecież też nigdy nie było, i zapomnieć nie tylko o tym, co się już wydarzyło, lecz także o tym, co miało się wydarzyć, zapomnieć na zapas, a nie trzymać się znaczenia, które zostało jej przypisane bez jej woli.
Opacznie odczytał jej brak protestu. Milczenie było przecież jej naturalnym stanem, jedyną formą, jaką przy nim do tej pory przybierała. Z jej szyi Regulus przeniósł się na jej dekolt, ten, o którym zawsze tak marzył Barty, ten zakazany, którego istnienia sam przecież zwykle nie zauważał, zbyt zajęty niezauważaniem Perse jako takiej, by dać mu choć cień szansy. Jego ręce gładziły jej uda, wciąż niepewne, wciąż niezdecydowane, ale im dłużej ona milczała, związując usta niewidzialnym rzemieniem, tym więcej jego rąk było pod jej spódnicą, głodnych czegoś nowego i zakazanego, i może nawet prawdziwego.
Jej oddech nie przyspieszał. Ani pół jęknięcia nie opuściło jej ust, wciąż zamkniętych i obcych, ani nieśmiałego, ani tęsknego, żadnego, nawet najsłabszego. Regulus nie rozumiał, czemu nagle chciał ją usłyszeć, ale chyba tego właśnie szukał i potrzebował, i świadomość, że Perse odmawia mu takiej prozaicznej przecież przyjemności burzyła mu krew w żyłach. Spróbował ją ugryźć, szarpnąć, zacisnąć dłoń na jej śnieżnobiałych udach, ale wciąż odmawiała i wciąż, i wciąż, czemu musiała mu to wszystko tak utrudniać?
Nie wiedział, co robi, skąd miałby wiedzieć, Barty wiedziałby dokładnie, co się z nim działo i jak sobie z tym poradzić, ale on nie wiedział, nie wiedział, a Perse w niczym mu nie pomagała, ta bezużyteczna lalka, jak mógł myśleć, że cokolwiek w niej warte było jego uwagi? Przyciągnął ją do siebie gwałtownie, przywarł do niej tak, jak mężczyzna powinien przywrzeć do kobiety, ale ona nawet nie drgnęła, nie przysunęła się do niego bardziej, nie owinęła go swoimi ramionami i rękami, nic, nie czuł nawet jej wzmocnionego pulsu, nawet tego. Spróbował pocałować jej usta, zwykle takie czerwone i przecież, kurwa, jego, ale jej usta, choć w końcu się otworzyły, choć w końcu mu odpowiedziały, były zimne i powolne, i nawet kiedy z pośpiechu je przegryzł, kiedy pociekła z nich wąska stróżka jej krwi, nawet wtedy nie były żywe.
– Kurwa!
Wyprostował się zbyt gwałtownie, odpychając ją przy tym od siebie zbyt mocno; krew pociekła też po jej policzku, którym przetarła nierówną murawę boiska, pełną małych, maleńkich kamyczków schowanych pomiędzy nieskończoność skroplonej rosą trawy. Perse wciąż nie wydała z siebie ani pół dźwięku, jedną dłoń kładąc jedynie na swojej twarzy, drugą poprawiając spódnicę, której prawie już na sobie nie miała, desperacko, szybko, byle jak, byle było już po wszystkim. Bała się spojrzeć w jego twarz, jeszcze bardziej, niż bała się pięć sekund temu, kiedy cały jej świat, całe jej porcelanowe królestwo drżało w posadach, bo wtedy przecież paradoksalnie była bezpieczniejsza.
W myślach policzyła do sześciu, potem do dwunastu, licząc skrycie, że może ta burza przejdzie bokiem, że może nie uderzy w nią tu i teraz, i bez ucieczki.
Była w błędzie.
– Czy ty mnie kiedyś pokochasz?!
Głos Regulusa przesiąknięty był cały desperacją, której nie mogła zrozumieć, ale nie brzmiał też przecież tak, jak się tego spodziewała. Przez moment nie wiedziała, co ze sobą zrobić, skulona na ziemi, bezbronna, nieposkładana, nie wiedziała, co miałaby powiedzieć, jak miałaby coś powiedzieć jeszcze kiedykolwiek, a co dopiero tu i teraz, i do niego.
Z ociąganiem Perse podniosła się na jednym ramieniu i w końcu spojrzała na niego, przez ułamek sekundy mierząc wzrokiem jego wzrok, stykając się z nim tak, jak przecież nigdy wcześniej i nigdy później. W jego oczach było coś szalonego, coś, co sprawiło, że wróciła do patrzenia w ziemię niemal natychmiast.
– Oczywiście, że cię kocham – wyrzuciła z siebie o wiele bardziej drżącym głosem, niźli by tego chciała.
Regulus nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał, równie mocno, w co przed ułamkiem chwili nie mogła uwierzyć Perse. Ta wypowiedź wybiła go z rytmu, ale i z szaleństwa; czuł, że cokolwiek przejęło nad nim kontrolę, powoli spływało z jego czoła i z jego barków, i z każdym głębokim oddechem stawał się na powrót słodkim chłopczykiem, za którego miała go jego matka. Choć nie miał tego w zwyczaju, to przeczesał palcami swoje ciemne włosy tak, jak często robił to Barty, czemu znowu myślał o Bartym? Musiał kupić sobie parę sekund, parę dodatkowych oddechów, parę mgnień powiek na odzyskanie kontroli nad ulubioną wersją samego siebie.
– Nie – wychrypiał, gdy wiedział już, że było po wszystkim, że maj umarł w nim na dobre.
Nie odpowiadała; na moment nawet otworzyła usta, by spróbować ponownie z tą swoją śmieszną formułką, którą włożyła jej do głowy jej własna matka, ale nawet Perse musiała wiedzieć, że nadszedł czas, by wspólnie milczeć, by dać sobie szansę na odrobinę samotności mimo wszystko.
Samotność była wszystkim, na co było ich stać.
Regulus wlepił wzrok w niebo, ale tym, czego teraz potrzebował, były gwiazdy i nieskończoność wszechświata, nie onieśmielająca, poranna mieszanka różu z błękitem, tak kusząca i obiecująca tak wiele. Zrozumiał, że wiele nigdy nie miało być jego, że życie, o którym marzył majem, nie było życiem, na które mógł sobie pozwolić, że wszystkie decyzje już zapadły i że nie było odwrotu. Poranne niebo nie mówiło takich historii. Tylko gwiazdy miały w swojej banalności na tyle odwagi, by powiedzieć mu, że umrze już za życia.
– Nie chcę tak – wymamrotał w końcu, a Perse aż podskoczyła na dźwięk jego głosu; prawie zdążyła już zapomnieć o tym, że siedział tuż koło niej, tak na wyciągnięcie ręki, kilka kępek trawy na prawo od miejsca, w którym sama prawie pojęła, jak nieistotna naprawdę była. – Nie tak.
W przypływie jakiejś wcześniej nieznanej ludzkości, jakiegoś człowieczeństwa, którego nikt jej nie nauczył, przez myśl przebrnęło jej, by jakoś go pocieszyć; ale sama wizja zbliżenia się do niego choćby na pół marnego cala przyprawiała ją o mdłości. Nie rozumiała, czemu nagle zaczęło jej być go żal, nie rozumiała, czemu nagle zaczęło jej być żal samej siebie, nic z tego nie rozumiała poza tym, że gdyby Regulus Arctus Black zszedł właśnie z tego świata, nie uroniłaby mimo wszystko nawet pół fałszywej łzy, a mimo to przez kilka sekund chyba naprawdę chciała się do niego przytulić.
– Jesteśmy zaręczeni – podkreśliła chyba bardziej dla samej siebie niż dla niego. – Złączono nas na śmierć i życie, na dobre i złe. Tak musi być. To jedyna właściwa droga.
– Ja chcę…
Przerwał i z hukiem o wiele większym, niż wskazywałoby na to jego wątłe ciało, runął po raz ostatni już tego dnia na murawę boiska. Nie potrafił już dłużej utrzymywać się w pionie. Jakakolwiek siła jeszcze niedawno pchała go do przodu, opuściła już ostatnią, najmniejszą nitkę jego mięśni, odeszła, rozpłynęła się w porannej rosie i nie wiedział nawet, czy jeszcze kiedykolwiek powróci.
– Ja chcę czegoś innego. Nie wiem nawet, kurwa, czego, ale czegoś innego. Nie tego, Perse. Nie tak.
Westchnęła lekko, w końcu, z okrutnym opóźnieniem.
– Nie chcesz mnie?
Był jakiś ból w tym pytaniu, ból, który przecież powinien być satysfakcją, bo przecież i ona nie powinna chcieć jego, gdyby w ogóle zdolna była do chcenia i niechcenia, do bycia samą sobą. Był to ból cudzego zawodu i rozczarowania, ból bycia tą, która nie dorosła do niemożliwie wygórowanych wymagań; ból, który wypalał od środka wszystko to, co jeszcze w niej istniało, co jeszcze miało jakiś sens.
Bo jeśli Regulus jej nie chciał, jeśli Regulus ją odrzucił, w małym świecie Perse nie było żadnej alternatywy.
– To nie ma nic wspólnego z tobą. Znaczy… To ma wszystko wspólnego z tobą, ale nie z tobą, jeśli rozumiesz, o co mi chodzi. To nieludzkie. Wszystko, na co się zgodziliśmy, jest nieludzkie. Nieprawdziwe. Nie wolałabyś, by było inaczej? Nie wolałabyś kochać i znaczyć, i być, kim tylko zechcesz?
Jej odpowiedź rozbrzmiała w nim z taką mocną, z taką siłą, że Regulus czuł, jakby usłyszał jej głos po raz pierwszy w życiu:
– Nie.

01. Króliczek Asakura

Kiedy byłam małą dziewczynką, myślałam, że życie to bajka. Zewsząd otaczała mnie magia, rodzice skakali nade mną, dwoili się i troili, żeby nigdy niczego mi nie brakowało. Za każdym razem, kiedy ojciec czarował, niemal zachłystywałam się z ekscytacji, skakałam wokół niego prosząc o więcej i więcej. Nie znałam innego życia. Odkąd dowiedziałam się o Hogwarcie, z niecierpliwością czekałam aż przyleci moja sowa z potwierdzeniem, że mnie przyjęto, co oczywiście nastąpiło w dniu moich jedenastych urodzin. Och, jakaż byłam uradowana! Rodzice cieszyli się razem ze mną, a ja teraz widzę, że byłam jeszcze zbyt młoda i naiwna, żeby widzieć pełen obraz. Ojciec zaczynał wtedy inwestować na mugolskiej giełdzie – praca w magicznej brygadzie uderzeniowej widocznie nie dostarczała mu odpowiedniej ilości adrenaliny. A matka… To materiał na naprawdę długą historię, którą znają nieliczni.
Moja matka była bardzo piękną kobietą. Pochodziła z rosyjskich wyższych sfer, ojciec poznał ją, kiedy podróżował po Europie, zakochał się i przywiózł ją ze sobą do Londynu. Często opowiadał mi tę historię, kiedy byłam jeszcze na tyle mała i ciekawa, że chciałam koniecznie ją poznać. Szybko się pobrali, jeszcze szybciej zaszła w ciążę i urodziłam się ja. Miała silnie dominujący charakter, dlatego dostałam rosyjskie imię, chociaż ojciec nalegał na angielskie. Matka miała po prostu od samego początku sprecyzowane plany co do mnie, była bardzo ambitna i zanim zaczęłam chodzić czy mówić, ułożyła mi już całe życie. Wcześniej tego nie widziałam, ale kiedy wreszcie poszłam do Hogwartu, stało się to bardzo wyraźne.
– Leno, musisz zawsze być najlepsza – powtarzała do znudzenia, nie mogłaby znieść myśli, że jej własne dziecko nie jest wybitne w jakiejkolwiek dziedzinie.
Wymagała ode mnie bycia wyjątkową i tak też się czułam na lekcjach eliksirów. Wielu takich uczniów trafiło do mojego domu – Slytherin był cichą fabryką mistrzów w tej dziedzinie, ale naprawdę nieliczni mieli tę pasję i zmysł prawdziwego alchemika. Ja to miałam, nadal mam, dlatego kiedy tylko matka to zauważyła, zaczęła popychać mnie w kierunku rozwijania tego talentu. Z początku mi to nie przeszkadzało, ale tak to już jest, kiedy ktoś cię zmusza do czegoś, czego robić nie chcesz, że wreszcie, chociaż byłam genialna w warzeniu, zapamiętywaniu receptur, nawet wymyślaniu własnych, stało się to dla mnie dosyć uciążliwe. Każde jej napomknięcie o nauce powodowało we mnie niepowstrzymaną falę irytacji, zupełnie nie umiałam sobie z tym radzić. Wreszcie podczas przerw świątecznych i wakacji robiłam wszystko, by nie spędzać w towarzystwie matki każdej chwili.
Żałowałam, że nie mam rodzeństwa. Może moje życie potoczyłoby się wtedy inaczej? Ale czy lepiej? Może matka nie zrobiłaby tej niewybaczalnej rzeczy, może ja nie stałabym się tym, kim byłam, bo bardzo chcę teraz wierzyć, że ta przeszłość nie będzie za mną wszędzie pełzać i rzucać ponurego cienia na wszystko, co robię.
Zamrugałam oczami w ciemności, ale nie zrobiło mi to specjalnej różnicy. Dlaczego zawsze nocą nachodzą mnie takie myśli? Leżę sama w łóżku w pokoju gościnnym mieszkania Kumiko w Tokio i gapię się bez sensu w sufit. Bez sensu, bo przecież nie mogę już zmienić tego, co się stało, mogę tego nienawidzić, mogę siebie za to nienawidzić, mogę jej nienawidzić i nie uznawać jej za swoją matkę, ale to wszystko przecież w jakiś sposób mnie ukształtowało. Bez tego nie byłabym tą Leną, którą znam i którą wreszcie zaakceptowałam po tak długim czasie wątpienia w to czy dam radę. Potrząsnęłam głową i wstałam z łóżka. Jest środek lata, niebo jeszcze ciemne, ale Tokio nie śpi. Słyszę, jak w drugim pokoju Kumiko cicho mamrocze przez sen – zawsze to robi, kiedy jest niespokojna. Obiecywałam sobie, że nie wrócę więcej do Japonii, że odetnę się od dawnego życia, jednak nie mogłam zostawić Kumiko samej, nie, kiedy prosiła mnie o pomoc. Wystarczająco już wycierpiała.
Spojrzałam na zegar ścienny – jest pół do czwartej. Punktualnie o czwartej jestem umówiona z właścicielem agencji towarzyskiej, w której obie kiedyś pracowałyśmy. Był zrozpaczony, kiedy mu powiedziałam, że odchodzę, zyski pewnie znacznie mu spadły, w końcu atrakcyjna Europejka to rzadki rarytas wśród tokijskich prostytutek. Teraz jest przekonany, że chcę wrócić do pracy. Jakie to żałosne myśleć, że ktokolwiek, kto raz się od tego uwolnił, chciałby z własnej woli wrócić. Skierowałam swoje kroki do łazienki, by się odświeżyć. Przez chwilę wpatrywałam się w lustrze w odbicie swoich ciemnoniebieskich oczu, próbując przekonać siebie, że to, co zamierzałam zrobić nie zniszczy we mnie resztki człowieczeństwa. Potrząsnęłam głową, odszukałam w myślach melodię, która zawsze działała na mnie kojąco i zaczęłam ledwie słyszalnie ją nucić. Po kilkunastu minutach zasunęłam suwak sukienki, włożyłam szpilki, upewniłam się, że w torebce spoczywa odpowiednia fiolka i usiadłam na moment na łóżku. Nie mogłam się oprzeć myśli, że dobrze wiem, co na to powie Gilbert. Albo raczej – co by powiedział, bo nie jestem pewna czy zdobędę się na to, by się do tego przed nim przyznać. Zrobiło mi się niedobrze – znowu zawiodę jego zaufanie w ten sam koszmarny sposób. Nie mogłam sobie jednak pozwolić, by zastanawiać się nad tym choć chwilę dłużej, inaczej gotowa byłam jeszcze zarzucić ten pomysł całkowicie, a tego nie mogłam zrobić. Kumiko na mnie liczyła. Cały czas jednak miałam świadomość, że on by tego właśnie ode mnie oczekiwał. Kiedy wreszcie się deportowałam, słyszałam wyraźnie w głowie jego głos: “Kurwa, Lena, skończysz jak twój ojciec”. Zmaterializowałam się jedną przecznicę od całodobowego motelu, w którym się umówiliśmy, przygładziłam nerwowo sukienkę i zacisnęłam palce lewej dłoni na łańcuszku, który dostałam od Gilberta. Musiało mi to wystarczyć, nie miałam czasu, by lepiej ukoić swoje zszargane nerwy. Weszłam do motelu pewnym krokiem. W recepcji siedział siwy, zgarbiony staruszek, którego dobrze znałam. Kiedy pracowałam często wybierałam akurat ten motel. Pozdrowiłam recepcjonistę, a ten uśmiechnął się do mnie uprzejmie w odpowiedzi zza kontuaru i podał numer pokoju. Kiedy go minęłam, zalała mnie nowa fala mdłości – po wszystkim będę musiała zmodyfikować mu pamięć. W milczeniu przemierzałam obskurny hall, który był po prostu zwyczajnym korytarzem z rzędami drzwi po obu stronach. Nie musiałam wchodzić po schodach, by wiedzieć, że pozostałe dwa piętra wyglądają identycznie. Wreszcie odnalazłam odpowiedni pokój i weszłam do środka nie pukając. Siedział w zrelaksowanej pozie w odrapanym fotelu przy oknie, w zębach trzymał ledwie tlącego się papierosa. Zmierzył wzrokiem całe moje ciało jak towar i rozciągnął usta w obmierzłym uśmiechu.
– Lena – przywitał mnie. – Wyjazd ci służy. Można wiedzieć dokąd ode mnie uciekłaś?
Nie ruszył się z miejsca.
– Króliczku – odpowiedziałam przesadnie słodkim głosem. Właściwie mogę odpowiedzieć na jego pytanie, nie będzie miał okazji zrobić czegokolwiek z tą wiedzą. – Och, tylko do Australii.
Lepiej, żeby jak najdłużej trwał w iluzji, że przyczołgałam się z podkulonym ogonem. Ludzie tak bardzo kochają wierzyć w to, w co chcą wierzyć.
Zawsze kazał wszystkim swoim prostytutkom tak do siebie mówić. Żadna nie znała jego prawdziwego nazwiska, ale też żadna – prócz mnie i Kumiko – nie była czarownicą, a ja wykorzystałam kilka sprytnych zaklęć, by dotrzeć do odpowiednich ludzi i dowiedziałam się, że nazywa się Asakura. Nie miałam jednak zamiaru afiszować się z tą wiedzą.
Króliczek był wysokim, żylastym mężczyzną na oko trzydziestoletnim, ale wszyscy Japończycy wyglądają na mniej lat, niż mają w rzeczywistości. On już przekroczył czterdziestkę, choć niedawno. Ciemne, półdługie włosy zlepiły mu się w strąki, a czarne, skośne oczy błyszczały z ekscytacji. Uch, dobrze wiedziałam, na co liczył i na pewno tego nie dostanie.
– Wiedziałem, że wrócisz. Żadna z dziewczyn nie jest taka dobra, jak ty.
Czyli tak dochodowa. Zaśmiałam się srebrzyście i rzuciłam torebkę na łóżko.
– Już zapomniałam, jaki jesteś milutki.
Wyciągnęłam sobie papierosa z paczki ukrytej za koronką pończochy, kątem oka obserwując, jak Asakura pożera mnie wzrokiem. Jego intencje były tak oczywiste, że równie dobrze mógł je wypowiedzieć na głos. Odpaliłam i rozsiadłam się na łóżku.
– Kumiko ze mną przyjechała – powiedziałam zdawkowo.
Chciałam gładko przejść do rzeczy i jednocześnie sprowokować jego irytację. Udało się, bo twarz mu się wykrzywiła uwydatniając zmarszczki wokół oczu i w kącikach ust – teraz wyglądał na swój wiek.
– Ta mała kurewka nie ma czego tu szukać.To mówiło naprawdę wiele o jego stosunku do swoich pracownic. Zagotowałam się w środku, moja twarz pozostała jednak uprzejmą maską. Musiałam grać teraz głupią, ale wiedziałam, że zanim nadejdzie koniec, on przyzna się do tego, co robił.
– Och. Coś się stało, kiedy mnie nie było.
Wstał z fotela, obciągnął sobie t-shirt i zgasił fajkę w przepełnionej popielniczce. Na spodniach miał tłustą plamę, zapewne keczup wypłynął mu z hamburgera. Nigdy nie mogłam zrozumieć, w jaki sposób ktoś tak odpychający jak on mógł osiągnąć tak wiele w prostytucji – zbudował wręcz imperium. Dziewczyny lgnęły do niego, chciały pracować właśnie dla niego.
– Nie musisz się tym przejmować. Dla ciebie zawsze znajdzie się miejsce. – Oblizał usta. – Za odpowiednią przysługę.
Patrzył na mnie z obrzydliwą lubieżnością, podszedł do łóżka i stanął dokładnie przede mną. Wyraźnie chciał mnie przelecieć, po co te eufemizmy? Nie było czasu na zabawę w subtelności, on w każdej chwili mógł stać się zbytnio popędliwy, dlatego sięgnęłam przez materac po torebkę leżącą na drugim jego końcu i wyciągnęłam z niej dwie pozornie identyczne fiolki. Tylko ja mogłam widzieć różnicę, bo sama przygotowałam zawartość obu. Podałam mu jedną i uśmiechnęłam się tajemniczo.
– Co to jest?
To oczywiste, że nie wiedział, był przecież zwykłym człowiekiem, właściwie mniej niż człowiekiem, ale to akurat nie miało nic wspólnego z nie posiadaniem przez niego mocy magicznej. To mugolskie ścierwo już nigdy nie podniesie ręki na nikogo, w fiolce bowiem znajdowała się porcja niezwykle skomplikowanej trucizny o spowolnionym działaniu. Na tyle, by zdążył się napalić, a potem przyznać do wszystkiego.
– Chcesz się ze mną pieprzyć – powiedziałam wprost i spojrzałam mu w oczy. – A to sprytny australijski specyfik, który zwiększa doznania – skłamałam bez mrugnięcia.
Króliczek nie stronił od żadnych środków odurzających, wystarczyło powiedzieć mu dokładnie to, co chciał usłyszeć, a łykał wszystko. W myślach jęknęłam, och, to było za proste. Czułam, że coś pójdzie nie tak.
Uśmiechnął się i nie odrywając wzroku od okolic mojego biustu wychylił na raz zawartość fiolki. Żeby nie wzbudzać podejrzeń opróżniłam drugą buteleczkę, w której był zwyczajny eliksir uspokajający. Widziałam w jego oczach, że chce zedrzeć ze mnie sukienkę, zerknęłam na jego spodnie i spostrzegłam, ze jego penis był już tak nabrzmiały, że ledwo się w nich mieścił. Świetnie, o to chodziło. Rzucił się na łóżko i usiadł na mnie okrakiem. Śmierdział tanimi fajkami i raczej tandetną wodą po goleniu. Jego dłonie natychmiast powędrowały do zamka mojej sukienki, był tak natarczywy, że oczywiście rozerwał delikatny materiał, ale zupełnie się tym nie przejmował. Wykorzystałam ten moment, żeby znaleźć się na nim, chociaż wszystko we mnie krzyczało z obrzydzenia. Czułam pod sobą jego twardego penisa i zebrało mi się na wymioty. Spojrzałam prosto w jego silnie rozochocone oczy.
– Co jej zrobiłeś, Króliczku? Co zrobiłeś Kumiko?
Ciało pode mną najpierw się spięło, a sekundę później rozluźniło. Asakura patrzył na mnie zdezorientowany. Och, nie, nie wymkniesz mi się.
– Pierdoliłeś ją i lałeś, ty parszywa gnido, tak?
Wstrząsnął nim silny dreszcz. Teraz w oczach miał przerażenie.
– Lena, kurwa, o chuj ci chodzi?
Położyłam mu dłoń na gardle i nachyliłam się nad nim, a on zaczął ciężko oddychać. Wspaniale, trucizna zaczynała działać, jego twarz była teraz koloru papieru.
– Gwałciłeś ją, przyznaj się. – Mój głos był ostry. – Ile jeszcze dziewczyn oprócz niej skrzywdziłeś?
Tak bardzo w tym momencie nim gardziłam, że przestałam słyszeć w głowie Gilberta mówiącego, żebym tego nie robiła. Rozkojarzyłam się tylko na krótką chwilę, a Króliczek bez wahania wykorzystał sytuację. Musiałam źle obliczyć dawkę, nie było innego wytłumaczenia na to, jak odnalazł w sobie siłę. Oczy rozszerzyły mi się ze strachu, torebka ze spoczywającą w niej różdżką leżała zbyt daleko, bym mogła jej dosięgnąć. Uderzył mnie z dużą siłą prosto w twarz, przewrócił mnie gwałtownie na łóżko twarzą do materaca, podniósł mi biodra i podciągnął sukienkę. Cały czas mocno mnie przytrzymywał, nie mogłam się ruszyć.
– Ty pierdolona angielska dziwko – wysyczał wściekle i rozłożył mi nogi.
Krzyknęłam, ale to go nie powstrzymało. Usłyszałam dźwięk rozpinanego rozporka i zamarłam.
– Zerżnąłem ją tyle razy, ile miałem ochotę, a teraz zrobię to samo z tobą.
Wszedł we mnie brutalnie, aż poczułam ostry ból. Poruszył się kilkakrotnie szybko i mocno, potem zwolnił i nagle znieruchomiał.
– Co jest kurwa?!
Ale już nie zdążył się dowiedzieć. Poczułam tylko, że się ze mnie wyślizguje i zaraz potem padł w drgawkach na materac. Podniosłam się, żeby sprawdzić, czy na pewno nie oddycha. Oczy miał szeroko rozwarte w niemym szoku. Przycisnęłam dłoń do ust, by zdusić w sobie szloch. Byłam jednocześnie ogarnięta furią przez to, co mi zrobił i zrozpaczona przez to, co ja zrobiłam. Kolejny raz mam krew na rękach.
– Skurwiel – warknęłam do zwłok i natychmiast podążyłam do łazienki.
Skóra pod moim prawym okiem z każdą sekundą siniała, policzek miałam zaczerwieniony i opuchnięty, a dolną wargę rozciętą – sączyła się z niej z wolna cienka strużka krwi. Jak ja to teraz wytłumaczę Gilbertowi? Oddychałam ciężko i mocno, zaczynałam powoli wpadać w histerię. Obmyłam twarz zimną wodą i usilnie starałam się nie myśleć o tym, co tutaj zaszło, by nie zacząć od nowa panikować. Wróciłam do pokoju i złapałam różdżkę. Naprawiłam rozdartą sukienkę i wylewitowałam ciało Króliczka na fotel – nie miałam najmniejszego zamiaru i ochoty go dotykać. Nie wyglądał na ofiarę trucizny – świetnie, nikt nie może nawet przypadkiem mnie z tym skojarzyć. Oczyściłam starannie wszystko, czego dotykałam, łącznie z nim, zaklęciem, złapałam torebkę i zeszłam cicho do recepcji. Staruszek za kontuarem mnie nie widział i nie słyszał, zbliżyłam się zatem, stanęłam dokładnie za nim i wycelowałam różdżką w jego głowę.
– Obliviate.
Nikt nie może mnie pamiętać.
Deportowałam się z głośnym trzaskiem.
Kiedy otwierałam drzwi do mieszkania Kumiko, na dworze już świtało. Byłam zbyt otępiała, żeby wrócić od razu, siedziałam na schodkach do klatki przez godzinę, myśląc o tym czy to wszystko naprawdę było konieczne. Czy nie mogłam jej zwyczajnie odmówić? Czy zawsze muszę dokonywać złego wyboru? Wreszcie zamknęłam za sobą drzwi mieszkania i osunęłam się po ścianie na podłogę, podpierając się ręką o niską szafkę na buty. Zdaje się, że nerwy mi puszczały, a może to eliksir przestawał już działać? Zaczęłam spazmatycznie oddychać, nic nie widziałam przez łzy wypełniające moje oczy. Nie, nie żałowałam, że to zrobiłam. Pewnie zrobiłabym to samo jeszcze raz, gdyby tylko Kumiko znów mnie o to poprosiła. Żałowałam, że się pomyliłam, że dawka była za słaba. Brzydziłam się samą myślą, że był we mnie, że mnie dotknął, że nie byłam w stanie zrobić nic, by go powstrzymać, wreszcie, że różdżka była za daleko… Znów poczułam, że mnie mdli, biegiem ruszyłam do łazienki i natychmiast zwymiotowałam do sedesu. Podniosłam się z trudem, przepłukałam usta zimną wodą i spojrzałam w lustro. Wyglądałam koszmarnie, a najgorsze było to, że nie rozpoznawałam tych oczu, widziałam w nich pustkę. Nie chciałam być teraz sama, dlatego cicho weszłam do pokoju Kumiko i wsunęłam się pod kołdrę, co ją obudziło, bo poczułam, że się poruszyła. Podniosła głowę, a kiedy na mnie spojrzała, jej twarz wyrażała największe zaskoczenie.
– Lena, jak ty wyglądasz?
Pomyślałam sobie, ze chyba dokładnie tak, jak się czułam, o ile nie jeszcze gorzej. Zamknęłam na chwilę oczy.
– Nic się nie stało, śpij – oznajmiłam głosem drżącym z emocji.
Kumiko zrobiła zdezorientowaną minę. Nic z tego nie rozumiała, a ja nie chciałam jej tego opowiadać – była tylko jedna osoba, z którą mogłam podzielić się tą historią, tym całym towarzyszącym obrzydzeniem, bólem i wstrętem do samej siebie.
Bo nikt inny nie potrafiłby zrozumieć tego, że Tokio było już zamkniętym tematem w moim życiu. Że nie chciałam całe życie uciekać przed przeszłością, albo jeszcze gorzej – utknąć w niej. Musiałam ruszyć naprzód.
Kumiko pokiwała jedynie głową, odwróciła się do mnie tyłem i prawie natychmiast pogrążyła się w dalszym śnie. Ja wtuliłam twarz w jej plecy i wdychając zapach kwiatu wiśni – jej ulubionego szamponu do włosów – rozpłakałam się na dobre, bo dotarło do mnie, kim się stałam, chociaż to nie był pierwszy raz. Trucicielką. Zabójczynią.
Dlaczego powiedziałam Kumiko, że nic się nie stało? Dlaczego jej nie powiedziałam, że zrobił mi to samo, co robił jej? Znów poczułam w żołądku mdłości, zdusiłam to jednak w sobie. Wierzchem dłoni otarłam łzy z policzków. Pomyślę o tym jutro.
Bo jutro będę już w Australii. I nie będzie mnie dzielić kilka tysięcy mil od jedynej osoby, z którą teraz chcę porozmawiać.