10.

Znałam kilku Constantine’ów Nottów, lepszych czy gorszych, bo życie nie szczędziło mu ani twarzy do odegrania, ani niespodziewanych zwrotów akcji. Z nas wszystkich, z tych, którzy przetrwali i wciąż jakimś cudem trzymają się kurczowo swojego istnienia, to Nott stracił najwięcej i kiedyś wydawało mu się nawet, że przy tym i najwięcej zyskał. Kiedyś był szczęśliwy. Kiedyś dzięki zręcznym i upadlającym kłamstwom Malfoya wyszedł z Azkabanu, magiczna sztuczka, która nie udaje się wielu, kiedyś wrócił do kobiety, którą kochał, i do przyjaciół, którzy jeszcze żyli. Tak trudno teraz w to uwierzyć, w szczęśliwego Notta, w Notta, którego nie złamały i nie zwyciężyły tygodnie wśród dementorów, Notta, który z krzywym uśmiechem na wygłodzonej twarzy przywitał mnie tamtego dnia w swojej kuchni.
Leah, coś ty mu najlepszego zrobiła?
Wiem, że parę ulic dalej czeka na mnie właśnie Constantine Nott, jego najnowsza i ostateczna wersja. Wiem, że kiedy w końcu otworzę oczy, przywołana przez obojętny głos jakiegoś podrzędnego urzędnika, kiedy razem z panią Wilkes wrócę do rzeczywistości, już tylko Nott będzie na mnie czekał. Ale czy mogę liczyć na pomoc człowieka, który nie potrafi pomóc samemu sobie?
Myślę teraz o Notcie tamtego dnia, kiedy wypuszczono go z Azkabanu, myślę o tym, co musiał przeżyć zamknięty przez tyle czasu z bestiami, które żywią się szczęściem i radością, myślę o rozpaczy, którą wtedy poznał, tej najgorszej, pozbawionej nadziei i nawet w tym momencie nie wydaje mi się on równie zniszczony, pusty, pokonany, jak teraz, kiedy choroba Leah wysysa z niego życie kropelka po kropelce, kiedy w pełni włada nim myśl o tym, że z nią już nigdy nie będzie dobrze i że jedyne, co mu pozostaje, to pilnować jej przed tym, co mogłaby zrobić samej sobie.
To były moje szczęśliwe lata, Nott, to moja tęsknota za tym, co już było, ale nawet w tym koszmarnym dniu nie potrafię zapomnieć o tym, że być może to, co spotkało Rosiera, było o wiele bardziej miłosierne, że może żegnanie go na zawsze jest łatwiejsze, niż wpatrywanie się w jego pustą, pozbawioną uczuć i wspomnień twarz.
Leah, Leah, Leah.
Ta część historii dotyczy Notta i Notta wyłącznie – mówi o jego cierpieniu i niespodziewanym powrocie, a ja mimo to nie potrafię nie myśleć o tobie. Jesteś moją obsesją, Leah, w równym stopniu co jego. Jesteś obsesją nas wszystkich.
Bo czy istnieje jeszcze Nott bez Leah?
Mówię sobie, że Constantine Nott jest moim przyjacielem, że wiele wspólnie przeszliśmy i że mimo wszystko zawsze będziemy się już wspierać, ale sama w to nie wierzę. On przecież nigdy nie był dla mnie niczym więcej niż naroślą na ramieniu Leah, niż jej cieniem i jej wiernym posługaczem. Tak jakby pokochawszy ją na zawsze oddał jej we władanie całego siebie, nie tylko w tym zwykłym, wyświechtanym przez poetów sensie, w którym my wszyscy oddajemy siebie miłości i obowiązkom; nie, Nott zdawał się pójść o krok dalej, naprawdę zrzec się prawa do bycia człowiekiem, prawa do bycia bez-Leah, do samostanowienia. Tamtego dnia jeszcze tego nie wiedziałam, znałam go tylko jako swojego nadgorliwego i irytującego nauczyciela, który ex machina trafił do więzienia i wyszedł z niego o połowę chudszy i zdecydowanie brudniejszy. Nie mogłam przypuszczać, że pustka w jego oczach i stracone kilogramy to efekt odstawienia Leah, jego najdroższego, najsilniejszego narkotyku, jego powietrza, jego powodu do trwania. Chciałabym móc powiedzieć, że Rosier kochał mnie tak, jak Nott kocha Leah – ale jeśli mam być szczera, wydaje mi się, że nikt inny nikogo tak nie kochał, nie kocha i nie pokocha, że dwie takie miłości rozsadziłyby świat od środka, że przyroda nie zniosłaby takiego zachwiania równowagi.
– Cholera jasna, Rosier, w celi miałem czyściej! – Najpierw go usłyszałam, a potem zobaczyłam, zgarbionego, z wielkim trudem otwierającego drzwi do własnej kuchni, takiego małego i ledwie istniejącego, cień człowieka, którym znałam go wcześniej. – Arbanddel. Powiedziałbym, że cieszę się na twój widok, ale szczerze mówiąc, nie mógłbym na to mieć bardziej wyjebane.
Ani jego strój, ani sposób mówienia nie pasował do Constantine’a Notta, którego znałam – bo każdy jeden Nott, który przewinął się przez moje życie, miał swoje nawyki i swoje atrybuty, i gdyby nie wspólne ciało naprawdę trudno byłoby ich ze sobą połączyć. Patrzyłam na niego jak zahipnotyzowana i do dzisiaj pamiętam, jak zdziwiona byłam tym, co miałam przed oczami. Tym, kogo miałam przed oczami.
– A jej co zrobiłeś, sukinsynie? Wyrwałeś jej język, bo za dużo mówiła?
– Arbanddel już wychodzi.
– Dobra już, dobra, nie przesadzaj z tą czułością, bo się zawstydzę. Naprawdę, Rosier, tak ci z mordy patrzy, jakby to ciebie do snu utulał oddech dementorów.
Nie mogłam spojrzeć na Evana.
Ani wtedy, ani parę tygodni później, gdy zimnym, grudniowym popołudniem po raz pierwszy i ostatni dane mi było stanąć u progu Malfoy Manor. Brakowało mi uszczypliwości Notta i jego zmęczonej Azkabanem duszy, która od tamtego dnia regularnie widywałam w co drugą sobotę o trzeciej trzydzieści po południu; one przynajmniej dawały punkt zaczepienia dla moich myśli i pozwalały zapomnieć o tym, udawać nieświadomość tego, że Rosier i jego twarz mnie przerażają.
Malfoy Manor wyglądało pięknie w śnieżnej aranżacji.
To zabawne, że tyle lat później wciąż potrafię w głowie bez wahania odtworzyć jego architekturę. Może widoki nie były tak skuteczne, jak cudna, żywa, pełna oddechów i niestałości istota, ale wciąż stanowiły alternatywę na tyle kuszącą, że chyba już na zawsze odciśniętą w mojej pamięci.
Widzę więc marmurowe posadzki i kryształowe żyrandole, majestatyczne, dębowe schody dla mnie prowadzące donikąd, oszronione okna pełne bruzd lat, korytarze bez końca i bez początku, zawsze takie same, pełne białych wazonów z białymi różami i liliami, nigdy nie narcyzami, unikających wytartych skojarzeń czy krzyczących: nigdy nie będzie tu dla niej miejsca? I obrazy, wszędzie obrazy szczurów w ulizanych perukach, martwych za życia i żywych po śmierci, zza każdego zaułka, zasłony, przez każdą niezaklejoną dziurkę od klucza łypiących na mnie ślepym okiem, zazdrosnych o to, że mnie się udało, że nigdy nie byłam i nie będę częścią ich tragedii i nieświadomych tego, ze jak każdy człowiek, mam przecież własną.
Straszliwie martwe, zimne i nieprzyjazne było to piękno.
Każda idealnie smukła kolumna boleśnie przypominała o tym, że znajdowałam się w miejscu, w którym nikt nigdy niczego nie pragnął. Nawet oranżerii skąpanej w czystym, grudniowym słońcu bliżej było do lamentu wdów i sierot, których te mury widziały aż nadto, niż do radości weselnej fety. Ja potrzebowałam sojusznika, uśmiechu, przyjemnego dotyku znajomej dłoni; Malfoy Manor oferowało jedynie – i aż – piękno dawno utraconego ideału.
Czy naprawdę było to o tyle lepsze od jego twarzy?
Tyle zmarnowanego przez strach czasu, którego już nie odzyskam. Tyle wspomnień straconych na Malfoy Manor.
Cyzia wyglądała okropnie. Matki zawsze mówią o blasku, który otacza panny młode. Ja nie zdążyłam go zaznać – i wiem, że nigdy nie będzie już mój, ale ona, ona przeżyła dzień swojego ślubu i pewnie przeżywała go raz po raz, leżąc nocami w zimnym łóżku i patrząc w baldachim, raz po raz, i za każdym razem był on równie ciemny i straszny, i obcy, i pozbawiony nie tylko blasku, lecz także światła jako takiego. W oczach Cyzi widziałam tylko bezgwiezdną noc. A przecież to wszystko to miął być dopiero początek.
Byłam przygotowana na dźwięk na pół przełamanego serca; ale kiedy w końcu wydusiła z siebie ciche Tak, setki szczęśliwych jej nieszczęściem rąk rozpoczęły triumfalną pieśń, której nie zagłuszyłby nawet koniec otaczającego je świata. Oglądanie jej takiej zniszczonej, wciągniętej w ramiona Malfoya wbrew wszystkiemu, czego chciała, co kochała, w co wierzyła, nieskażonej nawet cieniem uprzejmego uśmiechu, takiej… pustej w środku zabiło coś i we mnie.
Chyba płakałam.
Wzdrygam się mimowolnie i na chwilę otwieram oczy. Matka Wilkesa patrzy na mnie ze zrozumieniem, chociaż ja przecież nie rozumiem samej siebie. To nie wspomnienie Cyzi idącej na pewna śmierć wszystkich swoich marzeń sprawia, że dreszcz przeszywa całe moje ciało. To nie jej nieszczęście staje mi w gardle krztuszącą kulą i nie pozwala skupić słów, myśli, wrażeń. Malfoy Manor miało rację. Każdy ma swoją własną tragedię.
Wciąż nie potrafię myśleć o dniach, w których było dobrze. Wciąż, jakbym mówiła o długich latach, a przynajmniej miesiącach, które dały mi dość czasu, by przyzwyczaić się do mojego nigdy nie. Czy w ciągu tych kilku dni naprawdę mogłabym…
Nie potrafię myśleć o dniach, w których było dobrze. Boję się, że już nigdy nie będę potrafiła. Kręcę się, owijam złymi wspomnieniami, kłamstwami, sprzeczkami, sercem rozpadającym się na milion kawałeczków, przypominam sobie wszystko, co bolało, co czyniło nas tym, czym przeciecz przez długi czas byliśmy – nieporozumieniem, szaleństwem, pomyłką, walką, burzą, rozpadem, dwójką ludzi, którzy uparli się, by przy sobie trwać, chociaż nie znali nic poza wzajemną krzywdą.
Chyba płakałam. Musiałam płakać, chociaż tego nie pamiętam, bo nawet nie zauważyłam, kiedy Evan mnie objął i przyciągnął do siebie ostrożnie, powoli, żeby nie zwrócić na siebie niczyjej uwagi.
– Wszystko się ułoży.
I wszystko się układało. Te krótkie trzy słowa, w połączeniu z ciepłem jego ciała i jego ust na mojej skroni, to było wszystko, co mogło się ułożyć, ale i wszystko, czego mogłabym chcieć, wtedy, teraz, zawsze. Rosier nigdy nie był fanem wielkich gestowi, skąpił mi ich z uporem prawdziwego goblina, gotowego bronić ostatniej sztuki złota do ostatniego włosa na swoim krzywym nosie, dlatego właśnie może miały nade mną taką władzę i taką moc.
Minęło sześć miesięcy, nim w końcu odważyłam się porozmawiać z Cyzią. Sześć długich miesięcy, w trakcie których chowałam się za wspomnieniem jego ramion i udawałam, że w nocy, gdy Virginia dawno już zasnęła, razem z całym Hufflepuffem, lepszym czy gorszym, razem z pająkami, skrzatami, centaurami w Zakazanym Lesie, że w nocy nie słyszę jej cichego płaczu.
Ale pomiędzy mną z tamtego zimnego, grudniowego dnia a mną za sześć miesięcy była jeszcze przepaść innych mnie i innych Cyzi, i innych Rosierow, przepaść, której dzisiaj już nie potrafię wytłumaczyć, bo przecież nie zdarzyło się nic wartego naszej uwagi, nic specjalnego, a mimo to sześć miesięcy później byłam już innym człowiekiem i Rosier był innym człowiekiem, a Cyzia…
Malfoy zniszczył ją w jednym Tak i w jednym nieszczerym, małżeńskim pocałunku. W pół roku po Cyzi nie było już śladu.
Nigdy nie ukrywałam, że nie znosiłam Malfoya; nikt tego nie ukrywał. Ani Rosier, ani Wilkes, ani Nott, ani bracia Yaxley, ani Snape, ani nikt inny. W Malfoyu było coś, czego zadane z nas nie rozumiało – paląca potrzeba znaczenia. W moim świecie, a raczej w świecie mojego ojca, nie było ludzi, którzy niczego nie znaczyli. Czasem, oczywiście, przykuwali czyjąś uwagę, ale tylko na ułamek sekundy, mrugniecie znużoną całą resztą powieką, a potem znikali bez słowa, odrzuceni w kąt jak zepsuta zabawka, takie to było banalne i porównanie, i życie. Malfoy chciał znaczyć i Cyzia mu na to pozwoliła, podpisując swoją krwią jego pieniądze bez znaczenia, i tamten dzień był triumfem jego życia.
Ale nawet teraz, w dniu, w którym stoję, gdzie stoję dzięki Malfoyowi i jego przebiegłości szczura, zbyt cwanego, by umrzeć u boku swoich przyjaciół, zbyt tchórzliwego, by bronić ich do ostatniego oddechu, zamiast tego zajmując się obroną ich wdów i sierot, nawet teraz nie potrafię mu wybaczyć tego, że wszystkie jego marzenia stały się rzeczywistością.
Może to zazdrość. Malfoy miał, ma wszystko; żonę, rodzinę, dziecko, świat, przyszłość. Ja…
Ceremonia skończyła się, obiad też, bo wszystko kiedyś jakoś się kończy, a ja zgubiłam Rosiera, jak zawsze, zakręcił się gdzieś przy Wilkesie i rozpłynął się, zmienił się w mgłę, zniknął, nie było go nigdzie, ani przy stołach z jedzeniem, ani przy tańczących w sali balowej, ani w ogrodzie, ani przy mnie. A ja musiałam już wyjść; z braku Rosiera wracały i łzy, i ból głowy, i wrażenie, że uczestniczymy w czyjejś ofierze, że razem z Malfoyem dokonujemy zbrodni na niewinnym. Potrzebowałam powietrza, innego powietrza, z daleka od przedstawienia, którego byłam częścią.
Skołowana zamieszaniem wokół mnie, tańcem, alkoholem, sztucznym śmiechem, kręciłam się w kółko z tego samego pokoju do tego samego pokoju i nie byłam pewna tego, czy kiedykolwiek jeszcze go znajdę, czy znajdę sama siebie, a już z pewnością nie spodziewałam się tego, w jakim znajdę go stanie.
Przypadkiem skręciłam w nie to lewo, w które powinnam, i prawie zderzyłam się z plecami Wilkesa, tak szybko wyrośli oni spod ziemi, tacy duzi chłopcy, a brali się przecież znikąd i z niczego. Ten mnie nie zauważył, zbyt zajęty odciąganiem Rosiera, który chyba nie zauważał jego, a przynajmniej za nic miał jego wysiłki. A cały ten szalony łańcuch zaczynał się i kończył na Lucjuszu Malfoyu, poły którego szaty Evan ściskał w swoich dłoniach, przyciskając go do ściany, chociaż wyglądało na to, że to wcale nie był początek, może nawet nie koniec, bardziej interludium, krew spływająca z ust Malfoya była tego najlepszym dowodem.
– Wycedź jeszcze jedno słowo z tej swojej kurewskiej gęby i…
– Evan!
Spojrzał na mnie, wciekły, a ja momentalnie przypomniałam sobie o strachu i wątpliwościach, i o tym, jakim naprawdę człowiekiem był Evan Rosier, nie, nie przy mnie, Evan nigdy nie nauczył się być przy mnie sobą, razem byliśmy tylko grą i pozorem, ucieczką może, ucieczką od tego, czego baliśmy się w samych sobie. Prawie nie poznałam jego oczu, chociaż znałam na pamięć każde włókno tego błękitu, każdy sposób, w jaki odbijało się od nich światło.
Malfoy wykorzystał tę okazję do tego, by go od siebie odepchnąć. W niczym mu to jednak nie pomogło, ten mały bunt, ta demonstracja; Rosier zareagował instynktownie, jak Wilkes próbował go potem wytłumaczyć, chociaż zawsze ciężko mi było uwierzyć, że nieestetyczna miazga, w którą przemienił się nos Lucjusza, nie sprawiła mu satysfakcji.
Szukalam pomocy w Wilkesie, który wciąż próbował rozdzielić tych dwóch. Jeśli nie ja, to on, jeśli nie on, to kto? Czy był na tym świecie jeszcze człowiek zdolny zatrzymać Rosiera, który coś sobie wymarzył, wymyślił, zaplanował? Ale zanim którekolwiek z nas zdołało coś zdziałać i zmienić, i stać się cichym bohaterem, i uratować całą sytuację, Evan westchnął ciężko i wyrzucił z siebie krótkie:
– Ani mi się, kurwa, waż.
Pamiętam jego ręce, obryzgane krwią, zaciskające się na moim przedramieniu, pamiętam nieme przepraszam w oczach Wilkesa i moje nieme o co w tym chodzi?. Jednak nawet gdy już wychodziliśmy z Malfoy Manor, gdy opuszczaliśmy to przeklęte miejsce, jedyną odpowiedzią, jaką dostałam, było:
– A jak myślisz?
Wygląda na to, że zimą zawsze piszę BSa. Zdarza się.
Dla wszystkich, którzy lubią dobry strzał w mordę.
Advertisements