Łapy przy sobie: osiem

Taktyka roboczo zatytułowana myśl jak James Potter dawała zaskakująco dobre rezultaty. Wytężałam wzrok, z wysiłkiem przebijając się przez lekką, ale uporczywą mgłę utrudniającą orientowanie się w sytuacji na boisku, by za każdym razem z parosekundowym wyprzedzeniem przewidzieć, jaki manewr wykona Potter. Gdy coś spektakularnie mu się udawało, buczałam głośno, całkowicie zagłuszana przez wrzask wszystkich dookoła, a w szczególności Syriusza, który swoje krzyki zwycięstwa kierował prosto do mojego ucha. Wkrótce ja i Black straciliśmy częściowo zarówno głos, jak i słuch, bo żadne z nas nie potrafiło powstrzymać się przed tą bezsensowną demonstracją sił. Pozostawało tajemnicą, czy Syriusz wykazywał wcześniej takie zaangażowanie w quidditcha – mnie na pewno nie zdarzyło się to nigdy wcześniej.
Byłam jednak pełna wdzięczności dla Georgiany, szukającej i kapitan drużyny Krukonów, która przez ostatnie dwa miesiące katowała nas tą swoją odkrywczą taktyką i tym samym zdołała w najwyższym stopniu zadusić wszystkie zmartwienia poza tym jednym – czy Ravenclaw wygra ostatni mecz w sezonie. Gigi dostała na punkcie Pottera niezdrowej obsesji, która we wszystkich członkach drużyny rozpaliła przekonanie, że powstrzymanie Jamesa Pottera stanowi jedyny i najważniejszy cel strategiczny; miało to nawet sporo sensu, bo Potter rzeczywiście był jedynym naprawdę dobrym ogniwem drużyny Gryffindoru. Udowodnił zresztą, że jeden znakomity zawodnik to akurat tyle, by wygrać Puchar. Tak czy inaczej, o wiele milej było siedzieć w tym czasie w głowie Prefekta Naczelnego, ścigającego i kapitana drużyny Gryfonów, analizując jego charakterystyczne zagrania i ucząc się im przeciwdziałać, niż w swojej własnej. Całkowite zaangażowanie się w codzienne, katorżnicze treningi quidditcha połączone z okazjonalnym, katorżniczym zakuwaniem do owutemów u boku Vicky, dawały mi złudzenie, że żyję najmocniej i najlepiej jak mogę. Pozwalały niemal zupełnie zapomnieć o tym, że w pewnym sensie byłam śmiertelnie chora.
Naturalnie osób, które o tym wiedziały, było najwyżej dziesięć, ale i tak ich widok bardzo mnie drażnił. Kiedy napotykałam zmartwione spojrzenie Vector albo pozbawione litości, zaciekawione spojrzenie Avery’ego, unosiłam wysoko głowę i wkładałam całą energię, by pokazać swoją determinację do życia. Nie znaczyło to, że się okłamywałam – przeciętny człowiek miał w życiu kilka dat, które ze średnim prawdopodobieństwem mogły stać się jego datami śmierci – ja miałam tylko jedną, co zaprzeczało naturze i co całkowicie pozbawiało mnie złudzeń.
Mimowolnie chętniej przebywałam w towarzystwie osób, które o niczym nie miały pojęcia i dlatego na finałowym meczu Pucharu Quidditcha zamiast u boku Vector, stałam w środku trybuny Gryfonów, ostentacyjnie przebrana w barwy Ravenclawu i chroniona przed powszechną nienawiścią tylko tym, że nawet miażdżące zwycięstwo Krukonów nie byłoby już w stanie odebrać Pucharu Gryffindorowi. Fakt ten niezmiernie bawił Syriusza, którego bardziej pochłaniało obserwowanie moich reakcji niż akcji na boisku. Świadomość, że skupiam na sobie jego uwagę, była bardzo przyjemna. Po pewnym czasie nie mogłam się powstrzymać, żeby spoglądać na niego za każdym razem, kiedy wydawało mi się, że on patrzy na mnie. Uśmiechałam się do niego częściej niż nakazywała przyzwoitość.
Nasz ścigający wbił bramkę Gryfonom, ponownie wyrównując wynik. Wrzasnęłam bezgłośnie, czując że wykorzystuję na to ostatnie pokłady energii. Poprzedniej nocy prawie nie spałam, bo jako jedyny rezerwowy gracz w drużynie Krukonów do ostatniej chwili nie wiedziałam, czy nie będę musiała grać za Higglebottoma, który wciąż nie doleczył się z kontuzji w ostatnim meczu. Wiadomość, że Higglebottom mimo wszystko zdecydował się grać, przyjęłam z wielką ulgą, żałując jedynie, że dotarła do mnie dopiero rano.
Nie tylko mój entuzjazm przechodził ciężką próbę. Mecz trwał już ponad sześć godzin, bijąc dziesięcioletni rekord długości. Kibice krzyczeli ciszej i podskakiwali niżej, a gracze tracili koncentrację i częściej znosiło ich z kursu. Na całym boisku pozostało już tylko parę osób, które chciały, by ten nieistotny z racji wyniku i decydujący z racji honoru mecz wciąż trwał. Była to z pewnością Georgiana, nieustraszenie goniąca w kółko szukającego Gryfonów po to, by żadne z nich nie miało najmniejszej szansy złapania znicza, nasi pałkarze i obrońca, których zadaniem była bezwzględna obrona bramki przed Jamesem Potterem i James Potter, któremu nie wystarczyło, by ten mecz po prostu się zakończył; który pragnął, by ostatni występ w jego szkolnej karierze zapisał się w pamięci na pokolenia. Jak dotąd oceniałam jego szanse jako marne.
Wodziłam za nim wzrokiem, doceniając malowniczą pętlę, jaką wykonał tylko po to, by kafel odbił się od złączonych barów obrońcy i pałkarza, którzy wspólnie bronili teraz bramki. Moje spojrzenie skupiło się na chwilę na przeciwnej stronie boiska, na trybunie Krukonów, w grupie których znajdowała się zupełnie nierozpoznawalna z tej odległości Vector. Uderzyło mnie znajome poczucie winy związane z tym, że nie ma mnie przy niej. Czułam, że zdradzam naszą przyjaźń, odsuwając się od niej w takim momencie, ale jednocześnie nie mogłam tego powstrzymać; chciałam nam tylko oszczędzić cierpienia.
Poluźnienie relacji z Vector na chwilę przed końcem szkoły było dla mnie wyjątkowo bolesne. Wydawało się, że chociaż koniec szkoły wszystkim miał przynieść jednakową zmianę, nie wszyscy byli na nią jednakowo przygotowani, a ja oddawałam właśnie walkowerem ostatnią szansę, by wejść w dorosłość ramię w ramię razem z Vector. Nie mogłam jednak nic poradzić na to, że ciążyło mi przekonanie, że z nas dwóch tylko ona ma szansę pójść dalej. Było to najgorsze z uczuć.
Wsparcia nie mogłam też szukać w Syriuszu, który podobną przemianę wartości miał już za sobą. Pamiętałam, jakim zaskoczeniem było to, że ze wszystkich ludzi na ziemi podejście Syriusza zweryfikował właśnie James Potter. Jak jego wola, żeby spoważnieć i wydorośleć, ukoronowana niejako zeszłoroczną nominacją na Prefekta Naczelnego, spotkała się początkowo z gwałtownym protestem i niezrozumieniem Syriusza. Jak Black na kilka tygodni odsunął się od swojego przyjaciela, nie potrafiąc zrozumieć jeszcze jego motywacji, tylko po to, by po czasie wrócić z nieco zmienionym nastawieniem. Marzyłam, by i w tym sensie myśleć jak James Potter – cieszyć się, póki jeszcze było to możliwe i brać odpowiedzialność za siebie i innych, kiedy było to konieczne, ale widocznie taktyka Gigi działała na boisku, ale niełatwo dawała się rozciągnąć na inne dziedziny.
Wyrzuty sumienia zagłuszało nieco to, że Vector sama zachęcała mnie, żebym poszła na mecz z Syriuszem, który swoim zwyczajem zaproponował to zupełnie niezobowiązująco. Nie miałam pojęcia i nie pytałam, jak sobie to wyobraża – żeby uniknąć rozczarowań uznałam, że chodzi mu o skandowanie haseł obcej drużyny w towarzystwie dziesięciu innych kolegów. Wszystko okazało się jednak bardziej kameralne, bo z jego bliższych znajomych w promieniu paru metrów znajdował się tylko Peter Pettigrew, Remus Lupin i promieniejąca ze szczęścia Lily Evans, którzy powitali moją obecność uprzejmym zdziwieniem.
– Czy ona zamierza wygrać za wszelką cenę? – zapytał nieoczekiwanie Syriusz z autentycznym zaciekawieniem. Pochylał się nade mną i mówił mi do ucha, inaczej nie mielibyśmy szansy się usłyszeć. Odwróciłam się i spojrzałam na niego z bardzo bliska – patrzył prosto na naszą kapitan, która raz po raz skutecznie blokowała szukającego, lawirując na granicy faulu. Parsknęłam śmiechem, a potem uwiesiłam mu się na ramieniu, żeby odpowiedzieć prosto do ucha:
– Potter też mógłby odpuścić! Co wam szkodzi?!
Nie od razu się odsunęłam. Godziny stania na powietrzu robiły swoje i powoli robiło się zimno. Wszystkim zaczął doskwierać głód, część kibiców wycofała się już do zamku, a część przywoływała z dormitorium cieplejsze ciuchy i jedzenie. Wzmógł się też wiatr; wszystko to powodowało, że nie było nic przyjemniejszego, niż niezobowiązujące wiszenie na Syriuszu Blacku.
– On ma naprawdę dobry powód!
– Serio? – zapytałam z powątpiewaniem. Osobiście uważałam, że Krukonom należało się to jedno zwycięstwo. – Niby jaki?
Odpowiedź przeznaczona tylko dla moich uszu spowodowała, że prawie padłam ze zdumienia.
– Zamierza się oświadczyć, a nie wyobrażasz sobie chyba, że mógłby to zrobić po przegranym meczu.
Mimowolnie skierowałam zdumiony wzrok na Lily Evans. Black mocno objął mnie ramieniem, kierując moją uwagę na siebie.
– Niezbyt subtelne.
Nie odważyłam się poruszyć, żeby nie cofnął ręki, ale tego nie zrobił. Przez chwilę stałam jak wryta, ale po kilku minutach udało mi się oswoić z tym publicznym wyrażaniem czułości na tyle, żeby móc położyć głowę na ramieniu Blacka i trochę się rozluźnić. Mój wzrok na krótko spotkał się z taksującym spojrzeniem blondynki z rzędu poniżej.
– EJ! – krzyknął nieoczekiwanie Syriusz. Zerwałam się szybko, nie wiedząc w którą stronę patrzeć.
Nie bez przyczyny. O wyniku ostatniego meczu sezonu zdecydowały bowiem dwie akcje, które rozegrały się niemal jednocześnie i co do chronologii których wszyscy mieli wątpliwości – był to dramatyczny atak Gigi na znicza i nie mniej desperacki, mało techniczny rzut Jamesa Pottera zakończony golem. Przez chwilowe rozproszenie Blackiem nie tylko nie liczyłam już punktów, ale też nie zdążyłam zobaczyć żadnej z tych akcji. W pierwszej chwili nie mogłam wiedzieć, czy huk, który potoczył się po całym stadionie, oznaczał zwycięstwo Krukonów czy Gryfonów.
Nie miało to zresztą wielkiego znaczenia, bo wrzeszczący z radości Black podniósł mnie i pocałował na oczach wszystkich. Oddałam pocałunek i wtuliłam się w niego mocno. Tłum skakał i śpiewał ogłuszająco. Minęło kilka cudownie długich minut, zanim Syriusz odstawił mnie na ziemię.
Ludzie zaczęli przepychać się wyjścia, by dobiec do swojej drużyny, podczas gdy ja starałam się zaczerpnąć powietrza. Przed oczami pojawiły mi się ciemne plamy. Przed utratą przytomności usłyszałam jeszcze ostrzegawczy krzyk Evans.

Advertisements

Pod znakiem borsuka: Piłeś? Nie planuj.

W tym tygodniu pierwsze wyjście do Hogsmeade.
Flossie mrugnęła pierwszy raz, a potem i drugi, ale to, że zamiast dłużącego się opisu przemiany materii ożywionej w nieożywioną, pięćdziesiąta strona jej podręcznika od Transmutacji mówiła tylko o Hogsmeade, nie było wcale wina jej oczu. Tak bardzo koncentrowała się na tym jednym zdaniu, że aż litery musiały ulec sile jej perswazji i układały sie, wedle swoich możliwości, w nieskończoność W tym tygodniu pierwsze wyjście do Hogsmeade i W tym tygodniu pierwsze wyjście do Hogsmeade, i jakieś nieśmiałe W tym toiu pierwse wjście o Hosmee, któremu jego poprzednicy zużyli juz prawie wszystkie litery.
Miała szczęście, że Remus pogrążył się w lekturze; inaczej juz dawno odkryłby, jaką obsesyjną wariatką Florence Jezebel Yaxle była naprawdę, i z ich herbaty wyszłyby nici.
Rozejrzała się po bibliotece, ale w niczym to nie pomogło; wyglądało na to, że nawet kłęby kurzu w najodleglejszych kątach pomieszczenia drwiły z niej, układając się w sylaby, a to, to jej zdecydowanie w niczym nie pomagało. Miała ochotę zatrzasnąć książkę i wyjść stąd tu, teraz, natychmiast, ale to też nie była najlepsza opcja – co powiedziałaby Lupinowi? Że przypomniała sobie o tym, że przypadkiem zamknęła Lunę w pudełku pod łóżkiem? To nie był przypadek, a Flossie wiedziała, że nieładnie jest opowiadać kłamstwa.
– W tym tygodniu pierwsze wyjście do Hogsmeade – wyrzuciła z siebie w końcu, nie mogąc juz dłużej zatrzymać tego zdania w sobie. Od razu tego pożałowała; Remus podniósł głowę znad własnego podręcznika i spojrzał na nią uważnie, a ona w ostatniej chwili zdążyła zasłonić ramieniem własny. Naprawdę w ostatniej chwili. – Czas szybko leci.
Próbowała się uśmiechnąć, ale czy tego chciała, czy nie, nerwowy rumieniec zaczął pojawiać się na jej bladych zwykle policzkach.
– Szósty rok to juz nie przelewki. Zanim się obejrzymy, będziemy się zastanawiać na tym, które OWTMy mamy realne szanse zdać w przyszłym roku. – Glos Remusa był spokojny, chociaż słychać było w nim pewną, wątłą jeszcze, nutę niepewności o to, co będzie. – Transmutacja, oczywiście, zostaje na twojej liście.
– Oczywiście.
Przez krotka chwilę jej obawy na temat Hogsmeade zastąpiła smutna rzeczywistość – sześć czekających na nią egzaminów, z których może tylko połowę była w stanie zdać na Wybitny tu i teraz – ale gdy tylko Remus wrócił do czytania, świadomość tego, jak szybko zbył jej… W zasadzie nie było to nawet pytanie, a mimo to Flossie nie mogła w to uwierzyć.
To jest, zanim Remus nie powiedział:
– Planujesz cos ciekawego?
Jej serce zatrzepotało radośnie; wykonało serię fikołków i przysiadów, i o mało co, a wyskoczyłoby jej nie tylko z piersi, ale i z regulaminowego sweterka, taka była szczęśliwa. Czy on właśnie… Chyba tak, prawda? Czemu inaczej by ja o to pytał?
– N… – odchrząknęła, bo z wrażenia wyschło jej w gardle. – Nie. Glenda ostatnio w kołko gdzieś znika. Jeszcze nie odkryłam dlaczego.
– A co z Dawn?
– Dawn? – Przerwała na pięć bardzo długich sekund, które zajęło jej przypomnienie sobie, kim jest Dawn. – Ach, Dawn. Nie wiem. Jeszcze jej nie pytałam.
Chciała wyprostować się w krześle, ale wołała nie ryzykować odsłonięciem swojej książki od Transmutacji – kto wie, czy już się uspokoiła? Taka zgarbiona, tkwiąca w niewygodnej pozie wymagającej od niej wykręcania łokcia w stronę, w którą porządne łokcie nigdy się nie wyginają, nie potrafiła przywołać ani odrobiny pewności siebie.
Nic a nic.
W swoich marzeniach uśmiechnęłaby się powalająco, zarzuciła nogę na nogę, nie mając na sobie regulaminowej spódniczki zakrywającej oba kolana, i spytałaby, czy nie chciałby z nią pójść na te herbatę, a potem prosto do łóż… ołtarza. W rzeczywistości nie mogła się nawet wyprostować i jedyne, co jej pozostało, to słuchanie, jak Remus mówił:
– James z Syriuszem maja juz opracowany plan na każdą sekundę soboty, nie wiem, czy będę miał choćby czas zjeść śniadanie.
Juz otwierała usta, by powiedzieć mu, że nie myślała, że zaproszą na swoja herbatę też Syriusza z Jamesem, w szczególności nie Syriusza, zepsułby całą atmosferę, gdy dotarło do niej to, co naprawdę powiedział i niewyobrażalny zawód przybił ją do krzesła, stołu, podłogi jednym, ciężkim ruchem.
– Och. Brzmi… super?
– Tak, chyba tak. – Remus wciąż uśmiechał się ciepło. Gdyby nie ten jego uśmiech, Flossie czuła, że nie mogłaby powstrzymać się od płaczu. – Dobrze mieć ich znowu przy sobie.
Nie wiedziała, co miałaby na to odpowiedzieć; a on chyba nie miał nic więcej do powiedzenia. Tkwili więc tak w zawieszeniu, obydwoje nie zdecydowani na to, żeby kontynuować, ale i też nie powracający do czytania, a z każdą sekunda cisza, w której ugrzęzli, robiła się coraz bardziej nieznośna. Gdyby to była Wielka Sala! Albo szklarnia. Wieża astronomiczna, chociaż Florence nie było tam od trzeciego roku. Wszystko byłoby lepsze niż cicha, najcichsza biblioteka.
Zaryzykowała wyprostowanie się – na szczęście podręcznik od Transmutacji wrócił do opowiadania o przemianie materii organicznej w materię nieorganiczną, bo ostatnie, czego potrzebowała, to kolejna kompromitacja, tym razem w dodatku taka, której świadomym będzie Remus. A on przecież wciąż na nią patrzył. Patrzył i przewiercał ja wzrokiem.
Nie wytrzymała.
– Muszę już chyba wracać, Glenda będzie mnie szukać.
– Nie mówiłaś, że Glenda ostatnio…
– Mówiłam. Ale dzisiaj miałyśmy razem tłumaczyć Runy. Może mnie nie wystawi.
Wstała i zaczęła pakować podręczniki do swojej torby. Ku jej zdziwieniu jej ręce nie trzęsły się nawet odrobinę; i chociaż czuła, że znajduje się na granicy płaczu, ani pół łzy nie spłynęło po jej policzku. Jakimś cudem, magia, pozostawała zewnętrznie opanowana. I tylko jej lekko przyspieszony oddech, którego przecież i tak nie słyszał, mógł zdradzać to, jak upokorzona się teraz czuła.
Kątem oka spojrzała na Remusa, który juz na nią nie patrzył; wręcz przeciwnie, wbił wzrok w najbliższą półkę z książkami i teraz ja przewiercał, z równym uporem i determinacją, co w zasadzie w ogóle nie było do niego podobne.
Ale kiedy już zarzucała torbę na ramię i szykowała się, by szybko pożegnać go i uciec z biblioteki, Remus zrobił coś jeszcze bardziej nieoczekiwanego – wziął głęboki oddech i nieodwracając wzroku od książek, powiedział niewyraźnie:
– A co robisz w sobotę wieczorem?
***
Wychodziła właśnie z Wielkiej Sali, gdy z wielkim uśmiechem na swojej twarzy przeciął jej drogę.
– Cześć, Lily.
Musiała zadrzeć głowę do góry, by spojrzeć mu w oczy, o tyle był od niej wyższy. Przez te wszystkie miesiące, które spędziła wzdychając do jego pleców, nigdy nie zbliżyła się do niego na tyle, by w pełni pojąć to, o ile był od niej większy – a przecież sama nie należała do najdrobniejszych dziewcząt w zamku. Może przywykła do Jolene na tyle, że zapomniała, że istnieją więksi od niej ludzie? Trudno jej było to określić.
Jedyne, czego była pewna to to, że glos uciekł jej z gardła, że cala się czerwieni, że gdyby trzymała coś w rękach, z pewnością by to teraz upuściła, i że on stal tuz koło niej, na wyciągniecie reki, na tyle blisko, że gdyby się odważyła, mogłaby dźgnąć go palcem w nos.
– Słyszałem, że Potter z kolegami organizują jakąś imprezkę i pomyślałem, że może mogłabyś mnie na nią wkręcić?
Zakaszlała nerwowo. Musiała mu się wydawać bardzo zabawna, taka czerwona i spięta.
– Ciebie? Ty potrzebujesz zaproszenia?
Roześmiał się, a Lily czuła, że jeszcze chwila i zemdleje, przygnieciona ciężarem śmiechu Elijah Prewetta. Czuła, że śmiał się z niej, chociaż wiedziała, że to nieprawda, że bawi go pewnie idea tego, że ktoś go gdzieś kiedyś może przypadkiem nie zaprosić.
– Czy to było tak?
– Tak. – Trzęsąca się dłonią poprawiła włosy, które opadły jej na czoło. Była z siebie dumna, że nie wykrzyczała mu tego prosto w twarz. – Jasne. Sobota, siódma, łazienka dziewcząt na pierwszym piętrze.
Gdy ze zdziwieniem uniósł jedna brew, Lily zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem nie rozmawiała z Octavianem. Przez te wszystkie lata chyba wszyscy nauczyli się ich odróżniać – głownie po tym, że podczas gdy Octavian w pełni korzystał z przywileju bycia bezduszną świnią, jaki dawało mu bycie Ślizgonem, i nosił się jak bezduszna świnia, Elijah pozostawał miłym chłopcem z sąsiedztwa. Jednak poza manieryzmami nic nie rozróżniało ich aż tak; jasne, gdyby miała okazje porządnie im się przyjrzeć, pewnie wyliczyłaby wszystkie drobne różnice, nawet bliźniacy nie są przecież identyczni, o, choćby ten pieprzyk na prawej powiece, ciekawe, czy mieli go obydwoje…
Tyle że przecież Octavian był jej zupełnie obojętny. Przy swojej niewielkiej wiedzy o biologii, jaka udało jej się pozyskać w mugolskich szkołach przed swoimi jedenastymi urodzinami i ze skradzionych Petunii podręczników, nie rozumiała, czemu dwójka dokładnie tak samo wyglądających ludzi, z którymi ledwo kiedykolwiek rozmawiała, mogła wywoływać w niej tak skrajnie rożne reakcje, ale nawet przy lekceważąco podniesionej brwi, Elijah zdecydowanie nie był Octavianem.
– Opuszczona – wyrzuciła z siebie, zbyt zajęta patrzeniem w jego oczy, by skupić swoje myśli. – Łazienka jest opuszczona, nikt tam nie zagląda, nawet nie Pani Norris. Duch, który się tam zagnieździł, nie lubi towarzystwa, ale Syriusz ponoć jakoś go do siebie przekonał.
– Brzmi nieźle. – Nie mogła nie zauważyć, że skrzywił się na samo wspomnienie Syriusza. – Dzięki, Lily.
Uśmiechnął się do niej i zrobił krok w lewo tak, by mogła go w końcu ominąć. Nie śpieszyła się z tym; gorączkowo szukała jakiegokolwiek tematu, jaki mogłaby przy nim poruszyć, gotowa stać tu i choćby do końca świata, a przynajmniej do obiadu. Nic jednak nie przychodziło jej do głowy. Trudno było rozmawiać z człowiekiem, o którym niczego się nie wiedziało.
– A, właśnie – przerwał jej rozmyślania juz krok dalej od niej, jakby o czymś sobie przypomniał. – Mogę przyprowadzić ze sobą parę osób? Octavian z Siobhan na pewno będą chcieli przyjść, a jest przecież jeszcze Phil, Glenda, pewnie nawet Flossie ruszy się w końcu z biblioteki…
– Jasne – odpowiedziała z największym uśmiechem, na jaki było ją stać. – Pogadam z Potterem.
Dopiero gdy plecy Elijah zniknęły za rogiem, uświadomiła sobie wagę obietnicy, którą właśnie złożyła.
***
Tłusta ropucha szara rozpłaszczona na jej kolanach wydała z siebie bulgoczące westchniecie, gdy Dawn zaczęła drapać ja za gruczołem przyusznym. Księżniczka, bo tak nazywała się ta niewątpliwie nie-książęca istota, była z natury bardzo wybrednym stworzeniem; najwidoczniej tego konkretnego dnia drapanie jej za prawym gruczołem przyusznym nie było jej w smak. Tak samo jak nie drapanie po brzuszku, grzbiecie czy pod łapkami.
W innej sytuacji Dawn wdałaby się pewnie w dyskusję ze złośliwym płazem i uprzejmie i zdecydowanie… niestanowczo spytałaby, gdzie w zasadzie powinna była drapać. Ale to nie była inna sytuacja. To był dzień, jaki nie zdarzał się prawie nigdy. Dawn nie była sama; nie, jakieś piętnaście minut temu Florence wpadła do pokoju i zaczęła krzyczeć, mamrotać coś do siebie, powtarzać w kolko jakiś bełkot, którego nie dało się zrozumieć, ale, tego Dawn była pewna, czasami był to bełkot skierowany do niej.
Cóż, przynajmniej do czasu, kiedy w pokoju pojawiła się Glenda.
– Co tu się dzieje?
Florence przystanęła, ale tylko na ułamek sekundy; spojrzała na Glendę lekko nieobecnym wzrokiem człowieka, który usilnie próbuje przekalkulować w swojej głowie to, co dzieje się dookoła niego, ale przy tym za bardzo się spieszy, gubi, próbuje pojąć wszystko i wszystkich jednocześnie, a więc tak naprawdę nie rozumie niczego.
– Musisz mi pomóc – wyrzuciła z siebie, doskakując do szafy, bo  stanie w miejscu nie wchodziło teraz w rachubę. – Musisz mi pomóc, bo sama tu zaraz oszaleję, nie wiem, czy ze szczęścia, czy ze strachu, czy może jeszcze z czegoś innego, oszaleję normalnie, takich rzeczy się nie robi z zaskoczenia, powinno się jakoś człowieka uprzedzić, zostawić uprzejmą notatkę, zasygnalizować, wpisać się do kalendarza, nie wiem, może…
Wyciągała z szafy chyba wszystkie ubrania, które posiadała i rzucała je na swoje łóżko jedno po drugim, tworząc największą błękitno-szarą stertę tkanin w historii… przynajmniej Hufflepuffu. Dawn patrzyła na to wszystko z niezmiennym niepokojem, lecz chociaż najchętniej schowałaby się pod jakieś łóżko, razem z Księżniczką, z dala od tego chaosu i Flossie niewątpliwie tracącej swoje zmysły, nie chciała przecież rezygnować z okazji na wykazanie się wsparciem i współczuciem.
Chociaż Glenda, cóż, Glenda na ten przykład w ogóle nie była ani przestraszona, ani nawet współczująca; podeszła tylko do łóżka Florence i podniosła z niego świąteczny sweter, który Flossie w zeszłym roku dostała od Siobhan, wyjątkowe paskudztwo, nawet Dawn by go nie założyła, a przecież kochała swetry w ropuchy.
– Remus cię gdzieś w końcu zaprosił? ­– spytała beznamiętnie, a Dawn ledwo mogła powstrzymać się od rozdziabania swojej buzi na… na bardzo dużą odległość.
Florence przystanęła po raz drugi i tym razem nawet się odwróciła. Wyglądała na skonsternowaną.
– Skąd wiesz? Kto ci powiedział?
– Zgaduję po… – Glenda wykonała wyjątkowo zamaszysty gest dłonią. – Po tym wszystkim.
Napad szaleństwa Flossie właśnie skończył się równie szybko, co żył; w końcu niewielu ludziom wystarczyłoby sił na takie nerwowe bieganie i mamrotanie, i rzucanie zawartością swojej garderoby przez dłużej niż dziesięć minut, a co dopiero człowiekowi tak wątłej postury co Florence. Teraz, gdy pierwszy stres minął, jedyne, co jej pozostało to przymknąć oczy, oprzeć się o szafę za swoimi plecami i wyrzucić z siebie z ciężkim, odpowiednio dramatycznym westchnięciem:
– Nie wiem, co mam zrobić.
Po takich deklaracjach zawsze zapada niezręczna cisza, pełna Wielkich Myśli i Poważnych Decyzji Życiowych. Nawet Glenda nie potrafiła znaleźć odpowiednich słów, które by ją przerwały; chociaż, w głębi serca, prawdopodobnie rozważała bardziej rozwiązania siłowe.
– Mogłabyś… – Dawn zebrała się na odwagę, by w końcu się odezwać. – Powinnaś po prostu być sobą.
Florence otworzyła oczy i spojrzała na nią z jakimś… zdziwieniem? Przez chwilę Dawn wydawało się, że Flossie nie do końca wierzyła w to, że była z nią w jednym pokoju, ale szybko odsunęła od siebie tę myśl. W końcu oferowała jej współczucie już od dłuższego czasu, oczywistym było to, że Florence zauważyła wysiłek, jaki włożyła w niechowanie się pod łóżkiem, prawda?
Księżniczka zabulgotała z wyrzutem, gdy przypadkiem ukłuła ją paznokciem w gruczoł przyuszny.
– Na pewno nie możesz założyć tego – Glenda w końcu postanowiła się odezwać i przerwać tę paradę nieporozumień. – Znajdziemy ci coś nowego. Tylko nie swetry, błagam, facet może być nudny, ale nie jest jeszcze niczyją babcią.
– Lubię swetry. – Florence brzmiała na obrażoną.
– A ja lubię hamburgery, ale linia nie utrzymuje się sama.
Z taką argumentacją naprawdę nie było jak się kłócić.
***
Całe schody prowadzące do korytarza przed łazienką dziewcząt na pierwszym piętrze zalane były wodą, co w zasadzie nie rokowało najlepiej dla ich imprezy. Nie, żeby odrobina wilgoci miała przeszkodzić w czymkolwiek ludziom zdeterminowanym by uniknąć czujnego oka profesorów i w spokoju napić się mniej lub bardziej legalnych trunków. To przyczyna tej nagłej powodzi na małą skalę ich niepokoiła.
Nikt, absolutnie nikt, nie chciał łamać prawa z płaczącym duchem nad głową.
Wspinali się więc z bardzo niewyraźnymi minami, starając się ignorować wodę powoli wypełniającą ich budy i nie dramatyzować, bo czy byliby prawdziwymi Gryfonami, gdyby przed zabawą powstrzymała ich odrobina ektoplazmy?
– Rozmawiałem dziś z Lily – James szukał zastępczego, suchego tematu. – Miała do mnie prośbę.
Dziwny akcent na prośbę sprawił, że Syriusz, Gryfon czy nie, lekko się zaniepokoił. Ostatnie, czego teraz potrzebowali, to Rogacz niezdolny ruszyć tyłka i pomóc mu z Martą przez to swoje złamane serce.
– Lekki szantażyk?
– Właśnie nie. Była dla mnie bardzo miła.
– Nie krzyczała? Nie rzucała w ciebie talerzami? Nie płakała? Nic?
Gigantyczny uśmiech na twarzy Jamesa ostatecznie utwierdził Syriusza w przekonaniu, że Lily kombinuje coś bardzo bardzo złego. Już dawno pogodził się z myślą, że ten niestabilny psychicznie rudzielec nigdy w życiu nie spojrzy na jego przyjaciela jak na coś szlachetniejszego niż skrzat domowy – po prawdzie Lily pewnie traktowała skrzaty domowe lepiej niż samego Jamesa, ale nie miał lepszego porównania. Mimo to myśl, że ona, świadoma tego, jakie wywiera na nim wrażenie, mogłaby wodzić go za nos dla własnych niecnych celów mroziła mu krew w żyłach.
– Nawet wyglądała na zadowoloną z tego, że mnie znalazła. Znalazła. Co znaczy, że mnie szukała, sama z siebie, i to z uśmiechem na tym jej uroczym pyszczku.
– Czego chciała? – Syriusz zaryzykował pytaniem, chociaż czuł całym sobą, że odpowiedź mu się nie spodoba.
– Prewettowie chcą wpaść na naszą imprezę.
Odpowiedź mu się nie spodobała.
Już otwierał usta, by w końcu wyjaśnić Rogaczowi, czemu nie powinien wspierać rozwijającej się przyjaźni Lily Evans z Elijah Prewettem, chociaż wiedział, że na to było już za późno, bo James niewątpliwie spełnił życzenie swojego słoneczka, nie zastanowiwszy się nawet, czemu to ona, nie Elijah, go o to prosiła nawet przez sekundę, gdy rozdzierający uszy pisk rozdarł ich uszy.
Nie było czasu na zastanowienie; biegiem ruszyli w kierunku łazienki dziewcząt na pierwszym piętrze, nie zważając na to, że śliska podłoga uciekała im spod nóg i gdyby nie wyjątkowe szczęście, które przyświecało im przez całe życie, już po pierwszych trzech krokach straciliby po sprawnej nodze albo kręgosłupie. Z każdym przebiegniętym metrem pisk był coraz głośniejszy, ale i coraz wyraźniejszy; i już na zakręt przed wejściem do łazienki mogli rozróżnić poszczególne słowa w potoku łez, żalu i rozpaczy, który, dość dosłownie, wylewała z siebie Marta.
W zasadzie ani Syriusz, ani James nie wiedzieli, czemu w łazience na pierwszym piętrze mieszkał duch martwej dziewczyny; wypadki chodziły po ludziach od wieki wieków i obydwoje uważali, że najlepiej dać temu święty spokój. W szczególności, że Marta… Marta nie bez powodu była nazywana Jęczącą. Chociaż w zasadzie była bardzo przydatna, w szczególności do szpiegowania, podkradania składników i innych złośliwości, do których potrafił przekonać ją Syriusz, przez większość czasu trzeba było przy niej stąpać bardzo bardzo delikatnie.
Kiedy wpadli do łazienki, siedziała na jednym z kranów w głównym pomieszczeniu, kranów, z których lała się woda, a które ona sama popsuła pewnie w ataku złości, i zalewała się ekto-łzami, mamrocząc do siebie wszystko i nic, czego, po głębszym zastanowieniu, woleliby jednak nie rozumieć.
– Marto? – James spytał najdelikatniejszym głosem, na jaki było go stać na bezdechu. – Coś się stało?
Marta podniosła głowę i na chwilę przestała nawet piszczeć; wyglądała na zaskoczoną, bo z pewnością nie słyszała ich kroków ponad swoim płaczem, chociaż przecież nie byli ani cisi, ani konspiracyjny.
– Co mi się stało? CO MI SIĘ STAŁO?
Jednym płynnym ruchem Marta wślizgnęła się do kranu, na którym przed chwilą siedziała, wypłynęła z kranu po przeciwnej stronie pomieszczenia za plecami Jamesa i Syriusza, wykonała bardzo zdenerwowanego fikołka i zawisła do góry nogami tuż nad głową Rogatego.
– To wy chcecie przyprowadzić tu tłumy tylko po to, żeby mnie upokorzyć! Udajecie, że chcecie się ze mną dobrze bawić, a tak naprawdę chcecie się bawić moim kosztem!
Wróciła do swojej normalnej orientacji, wciąż jednak żywo gestykulowała i gdyby nie to, że cała była przezroczysta, już dawno rozbiłaby Jamesowi głowę.
Konkurs rzucania przekąskami w Martę, Marta przecież i tak niczego nie rozumie, Marty i tak to już nie boli, kto rzuci w głowę dostaje dodatkowe 10 punktów!
James i Syriusz spojrzeli na siebie ze zdziwieniem; może i nie byli najbardziej empatycznymi facetami na świecie, ale Marta była przydatna, a przydatnym… duchom nie robi się takich rzeczy. Kto mógł jej coś takiego powiedzieć? Komu zależałoby na tym, żeby zniszczyć każdą chwilę szczęścia w ich życiu?
Niemal równocześnie wyszeptali:
– Snape.
– On przynajmniej rozumie, jak to jest, gdy ni-ni-ni-niktcięniekocha! – Marta wykonała jeszcze jeden fikołek i z jeszcze głośniejszym piskiem zniknęła w kranie, by po paru długich, dudniących w rurach sekundach, zmaterializować się w jednej z toalet.
James nie mógł skupić swoich myśli; jej płacz powoli rozdzierał mu już nie tylko uszy, ale i mózg, i wszystkie kończyny, i czuł, że jeszcze chwila, a sam zacznie wyć z bólu i nic nigdy już go nie uratuje. To, że ich jutrzejsza impreza stanęła właśnie pod wielkim znakiem zapytania było jego najmniejszym problemem w obliczu perspektywy utraty wszystkich zmysłów i wieczności z Martą w jej łazience.
Na jego szczęście Syriusz pierwszy wyrwał się z tego otępienia i rzucił krótkie:
– Załatwię to.
Chwilę zajęło Jamesowi zrozumienie, co właśnie do niego powiedział; i dopiero gdy płacz Marty zaczął cichnąć, powoli ale stabilnie, w końcu czarowi Syriusza Blacka nie oparła się jeszcze żadna kobieta, dopiero wtedy wyrzucił z siebie żarcik, na którego wypowiedzenie czekał już przecież całą wieczność:
– No najwyżej będzie to impreza w stylu marynarskim.
***
Florence nie mogła uwierzyć we własną głupotę. Sobota, jak to sobota, w końcu nadeszła, a z nią sobotni wieczór, pełen obietnic i marzeń, które, tym razem, miały się spełnić.
Cały wieczór spędziła z Glendą w Hogsmeade, myśląc, planując, zamartwiając się; chociaż Glenda skupiała swoją uwagę bardziej na Kremowym Piwie niż na marudzeniu Flossie. Ten wieczór miał być idealny, a ideały nie powstają same z siebie – nie, poprzedzają je zawsze i bezwzględnie wielkie przygotowania i staranność, z której Florence przecież była słynna.
Do ósmej wieczorem, kiedy to miała spotkać się z Remusem w łazience dziewcząt na pierwszym piętrze w swojej głowie przeżyła liczne scenariusze, naprawdę, od tych naprawdę złych do tych naprawdę naprawdę dobrych, ale nawet te najstraszniejsze do pięt nie sięgały temu, co zastała, gdy w uroczej, białej sukience stanęła u progu swojego przeznaczenia.
Albo teraz, gdy trzy godziny później kończyła drinka, którego numeru już nie pamiętała, podanego jej przez nikogo innego niż Syriusza Blacka, którego w zasadzie pamiętała, ale nie pamiętała, dlaczego aż tak go nie znosiła.
– Mogę ci coś powiedzieć, Flossie?
Na prawo od niej siedziała Siobhan, której powiedziano, że zaprasza się ją, owszem, ale na imprezę w stylu marynarskim a nie na romantyczną kolację przy świecach, które jeszcze nie zamokły. W innych okolicznościach cieszyłaby się z towarzystwa Krunkonki – w zasadzie poza Glendą i Remusem była jej ulubioną osobą w całym Hogwarcie, nawet pomimo tego, że była jednocześnie dziewczyną Octaviana, taka była cicha i spokojna, ale przy tym i zabawna, i inteligentna, i w zasadzie gdyby była postacią książkową, wydawałaby się Flossie zbyt nierealna by w nią uwierzyć. Teraz się nie cieszyła.
Teraz nic by jej nie ucieszyło.
– Hm? – odpowiedziała z automatu, chociaż nie była pewna, co takiego się do niej mówiło.
Od trzech godzin drylowała wzrokiem Remusa Lupina, który do tej pory nawet się z nią nie przywitał. Dla niego tylko wcisnęła się w sukienkę Glendy, za krótką o przynajmniej pół kolana, jeśli ktokolwiek spytałby ją o zdanie, i dla niego siedziała właśnie na zimnym zlewie, oparta o jeszcze zimniejsze lustro, z włosami ukrytymi pod marynarską czapką, której pochodzenia też już nie pamiętała, ale którą musiała zdobyć, bo z tego wszystkiego, z tej nadziei aż zakręciła swoje włosy, a i bez tego w tłumie lekko nieprzytomnych Hogwartczyków wyglądała jak porcelanowa lalka.
Wszystko dla niego.
– To w zasadzie… Nie wiem, czy powinnam.
Gdyby Florence spojrzała teraz na Siobhan, zauważyła, że ta wyglądała na zupełnie czymś wytrąconą z równowagi. Już sam fakt, że zasikała dłonie nie na czerwonej tajemnicy, którą Syriusz wciskał wszystkim dookoła, ale na szklance wody z połączeniu z podkrążonymi oczami powinien wzbudzić przynajmniej niepokój. A co dopiero to, jaka była przygarbiona i blada, jak niemrawo machała nogami i wbijała wzrok we wciąż całkowicie mokrą posadzkę, jak przez cały wieczór pełen – jak powinno być – radości i zabawy nie uśmiechnęła się ani razu.
Ale Florence nie patrzyła na Siobhan, patrzyła na Remusa i zastanawiała się, jak mogła być taka niedomyślna i nie dodać w głowie zwykłego dwa do zwykłego dwa. Teraz, gdy wszystko stało się jasne i oczywiste, uważała, że fakt, że w sobotę wieczór zaproszoną ją i na imprezę Huncwotów – a przynajmniej Glenda wspominała, że ją zaproszono, Flossie nie zwracała na to większej uwagi – i na tajemniczą schadzkę z jednym z Huncwotów… powinien jej się wydać co najmniej podejrzany. Może gdyby Glenda postanowiła jednak wybrać się na tę imprezę i dopytała Elijah o szczegóły, może wspólna lokacja byłaby lepszą wskazówką, ale przecież powinna wiedzieć, prawda?
– Myślę… Myślę, że…
W zasadzie nawet zaintrygowało ją to, czemu Siobhan najwyraźniej nie potrafi czegoś z siebie wydusić; ale szybko zrzuciła całą winę na alkohol, muzykę i płacz Jęczącej Marty od czasu do czasu docierających do nich z którejś z rur.
Bo przecież powinna była wiedzieć.
Głównie to, że Remus nigdy nigdzie by jej nie zaprosił. Najwidoczniej w jego głowie nie była niczym więcej niż człowiekiem, któremu z dobroci serca pomagał z Transmutacją. Nawet nie kumplem, bo przecież chociaż zaprosił ją na imprezę – pewnie z litości – w ogóle z nią nie rozmawiał, ba, nie patrzył na nią i nic nie wskazywało na to, że choćby zauważył, że przyszła. Że przejął się, czy przyjdzie.
– Myślę, że Octavian mnie zdradza.
Na dźwięk słowa Octavian Florence zareagowała automatycznie; nie miała zielonego pojęcia, o czym Siobhan do niej mówiła, ale jakakolwiek wzmianka o jakimkolwiek Ślizgonie zawsze sprawiała, że ciarki przechodziły jej po plecach.
– Jeszcze go nie zostawiłaś?
Flossie panowała nawet spojrzeć na Siobhan i zaprezentować jej najlepszy przewrót oczami, na jaki było ją stać; ale w tym momencie Remus odwrócił się w jej kierunku i na moment zamarła z wrażenia. Gdyby popatrzył chociaż trochę dłużej, wylałaby na siebie podejrzaną ciecz, której jeszcze trochę pozostało w jej szklance. Ale przecież nie spojrzał na nią, tylko na jakąś Gryfonkę, która machała do niego ze zlewu niedaleko Florence, przecież nie zatrzymał na niej wzroku nawet na pół sekundy.
Tego było za wiele.
O jeden brak spojrzenia za wiele.
Siobhan właśnie otwierała usta, by jej odpowiedzieć, gdy Flossie zeskoczyła ze zlewu, odwróciła się w końcu w jej kierunku i wymamrotała bardzo zdenerwowanym głosem:
– Octavian jest strasznym chujem. Wyrzuć go przez okno.
Zrobiła krok do tyłu i o mało co nie straciła równowagi; w ostatniej chwili złapała się zlewu, który wciąż miała na wyciągnięcie ręki. Musiała stąd wyjść. Musiała stąd wyjść natychmiast.
Zanim sama zajęłaby się wyrzucaniem przez okno.
***
Odbijał od ściany małą, gumową piłeczkę; zwykle bawiłby się zniczem, ale nie chciał przynosić go do kompletnie zalanej łazienki, bo nawet magiczne metale i woda nigdy nie były fortunnym pomieszczeniem. Teraz żałował swojego wyboru. Czuł, że znajomy kształt w jego rękach i ten cudowny, cudowny dźwięk trzepoczących skrzydełek jakoś by go uspokoił.
James nie mógł uwierzyć w to, że wszyscy, wszyscy się domyślili, tylko nie on. Początkowo był zły na Syriusza, że ten go nie uprzedził; ale po dłuższym zastanowieniu doszedł do wniosku, że sam był sobie winien, taki ślepy na wszystkie możliwe sygnały. Nie, żeby mógł to wszystko jakoś powstrzymać, ale… Może gdyby był na to przygotowany, nie musiałby wlać w siebie tyle ponczu Łapy, by nie mieć siły roztrzaskać czaszki Elijah o zimną posadzkę łazienki?
Może.
– Wiedziałeś? – wychrypiał do Phila, który właśnie opowiadał mu o swoich planach na następny mecz… czy czymś innym. Przez te warstwy alkoholu, frustracji i dźwięku piłeczki odbijającej się od ściany trudno mu było przedrzeć się do świata zewnętrznego i słuchać tego, co się do niego mówiło. – Że Elijah i Evans?
Phil spojrzał na niego z bardzo współczującą miną; być może James nawet by mu uwierzył, że tak się o niego martwił, gdyby nie jego pijana i nieogolona morda człowieka, któremu wszystko jedno.
– Ty chyba nie tak na poważnie, nie?
James wzruszył ramionami. Chyba czuł, że teraz nic nie mogło być dla niego poważne, bo gdyby się przejął, mógłby przypadkiem zrozumieć, że wypił za dużo, żeby przeżyć.
– Nie, po prostu jestem zdziwiony.
Zdziwiony nie było może ostatnim słowem, jakim podsumowałby swój stan przez ostatnie trzy godziny, trzy długie godziny patrzenia na Lily, jego Lily flirtującą z Elijah… Wiedział, że Puchonom nie można ufać. Nie wszystkich, znaczy się, Phil był w porządku, Glenda z Flossie też, w zasadzie, chociaż Phila znał zdecydowanie lepiej, potem Glendę, a potem… Ale wiedział, że na pewno Puchonom, których bracia bliźniacy są Ślizgonami nie można ufać, nie, niedaleko pada śliwa od jabłoni, czy jakoś tak, ale było jedynym, które mógł z siebie teraz wydusić.
Bo chociaż chyba wszyscy w Hogwarcie wiedzieli o jego wiecznych deklaracjach miłości do Evans, większość traktowała to raczej jak wygłupy; żart, który rozciągnął się w czasie na tyle, że teraz nie można go było już przerwać. Nie chciał burzyć tego wrażenia. Ostatnim, co było mu potrzebne, był tłum ludzi, którzy się nad nim litowali.
– Chyba wszyscy wiedzieli, Potter.
Piłeczka uderzyła w ścianę trochę mocniej niż poprzednio.
– Wiesz… – Phil zdawał sobie sprawę z tego, że nie uzyska odpowiedzi. – Nie musisz się o nią martwić. Przyjaźnicie się i w ogóle, ale Elijah wcale nie jest taki zły, na jakiego wygląda.
– Nie martwię się o Evans.
– Twój najlepszy kumpel jest Blackiem, może czas zaufać i Prewettowi.
James już odwracał się, by odwarknąć, żeby nie mieszać do tego Syriusza, ale gdy w końcu oderwał wzrok od ściany, mimowolnie spojrzał na Lily, a ona… Ona to nic, tylko rumieniła się tym swoim rumieńcem, do którego zdążył się już tak przywiązać; to Elijah stanowił problem. Akurat w tym momencie, jakby czekał na to, że Potter się odwróci, jakby czyhał na niego z tym swoim cholernym planem, pochylił się nad Lily i odsunął kosmyk włosów z jej twarzy.
Piłeczka, zamiast w rękach Jamesa, wylądowała na jego brzuchu.
Nawet tego nie zauważył.
***
Przez cienką koronkę swojej sukienki czuła aż nazbyt dobrze zimno kamiennej ściany za jej plecami; ale nijak nie mogło jej to otrzeźwić. Nie miała pojęcia, jak długo już tu siedziała, wpatrzona w swoje nogi, rozciągnięte na posadzce; jedyne, na czym mogła się skupić to zaklinanie losu, marzenie, że cały ten koszmarny wieczór okaże się właśnie tym – koszmarem, i jutro obudzi się w lepszej sobocie.
James znalazł ją właśnie taką, skuloną pod parapetem dwa korytarze od łazienki dziewcząt na pierwszym piętrze, w połowie drogi do schodów, które mogły prowadzić do pokoju wspólnego Hufflepuffu. W pierwszym odruchu planował ją zignorować; ale tego wieczora ignorował już tyle myśli i wspomnień, że nie miał siły na więcej.
Usiadł więc tuż koło Flossie i podał jej butelkę Ognistej, którą udało mu się uratować przez Syriuszowym ponczem. Nie spodziewał się, że po nią sięgnie, nie ta Panna Perfekcyjna, ale wyczerpał też swój limit zdziwienia na jeden dzień, więc nawet nie wzruszył ramionami, gdy jednak to zrobiła. Przymknął tylko oczy i odchylił do tyłu głowę, bo cały świat wirował odrobinę za szybko nawet na jego standardy.
– A tobie co się stało? – wyrzucił z siebie w końcu, chociaż chyba nie chciał wiedzieć.
Flossie krzywiła się właśnie po tym, jak wychyliła swój pierwszy łyk czystego alkoholu na pusty żołądek, nie odpowiedziała mu więc od razu. Samo pytanie zresztą nie było najłatwiejsze. Obrzydliwa czy nie, Ognista kupowała jej cenny czas.
– Wszyscy wiedzą, że Elijah lubi rude.
James parsknął gorzkim śmiechem.
– Spadaj.
– Mówię poważnie. Nie pamiętasz… – Przerwała na kolejny łyk. – Była taka chyba wcześniej.
Otworzył oczy, bo chyba przyszedł czas, by zabrać jej butelkę. Dopiero teraz, z bliska, przyjrzał się Flossie dokładniej – i mógłby przysiąc, że płakała, a on, chyba, wiedział dlaczego.
W innych okolicznościach zaproponowałby jej ramię, o które mogłaby się oprzeć, takim był przecież człowiekiem-przytulanką, który zawsze dbał o innych bardziej niż o siebie, chyba, że akurat byli Smarkerusem, ale nim to Florence – jak podejrzewał – nie była. Tyle że jej uwaga zabolała go bardziej niż chciał to przyznać; albo, co było równie prawdopodobne, chciał po prostu zemścić się na kimś za to, jaki czuł się dziś skrzywdzony.
A on przecież wiedział doskonale, czemu Flossie płakała. Wiedział, bo był światkiem tego, jak Remus walczył ze sobą samym i rzucał się, i miotał, i nie potrafił się zdecydować. Wiedział, bo kazał mu zaprosić ją – niezobowiązująco – na tę imprezę, a potem spił się za bardzo, by przypilnować, by z nią porozmawiał. Wreszcie wiedział, bo rozumiał to dziwne trzepotanie w brzuchu, które Lupin odczuwał w obecności Florence aż za dobrze, ale też rozumiał, czemu jego przyjaciel… mógłby się go obawiać.
Wiedział za dużo na człowieka, któremu kolejny łyk Ognistej zupełnie rozwiązał język.
– Bo Lunio był dzisiaj dużo lepszy.
Florence zamarła; nie trwało to jednak długo, bo za dużo już tej soboty przeżyła, by obawiać się konsekwencji zdradzenia swojej tajemnicy. Zresztą cały wieczór czuła, że świat wokół niej widzi więcej niż ona sama – rozciągnięcie tego do stwierdzenia, że świat wokół niej widzi, jak robi z siebie idiotkę, nie wymagało skomplikowanej, umysłowej gimnastyki.
– Oddawaj butelkę.
Wyciągnęła rękę, by zabrać mu Ognistą. Spudłowała pierwszy, drugi i trzeci raz, bo chociaż wypił od niej dużo więcej, wciąż był nie dość, że bardziej odporny na różnego rodzaju trunki to jeszcze o wiele zręczniejszy; bez problemu uciekał przed jej dłońmi. I chociaż zwykle by ją to irytowało, takie dziecięce gry bez najmniejszego celu, nie mogła powstrzymać śmiechu.
Było coś relaksującego w patrzeniu na to, jak ona się śmieje, coś strasznie zaraźliwego, więc po chwili i James w końcu się uśmiechnął, może po raz pierwszy tego wieczora i nawet oddał jej tę butelkę, a raczej się podłożył, zbyt zajęty czuciem się odrobinę lepiej, by zauważyć.
Jednym sprawnym haustem wypiła resztę Ognistej i chociaż wydawać by się mogło, że powinni teraz zamilknąć i delektować się odzyskaną ciszą, wyrzuciła z siebie nagłe:
– Chciałabym, żeby wiedział, jak to jest.
James odkrył, że coś jeszcze mogło go tego dnia zdziwić.
Nie to, że Florence w głębi duszy potrzebowała jakoś zemścić się na jego przyjacielu – w końcu z jego doświadczenia wynikało, że młode kobiety miewały i bardziej absurdalne i okrutne pomysły. Nie. James dziwił się, że przez sekundę poczuł dokładnie to samo.
Nie odpowiedział jej od razu. Zresztą i sama Florence nie czekała chyba na jakąkolwiek opowieść – zsunęła się jeszcze niżej, tak, że praktycznie leżała lekko tylko głową oparta o ścianę tuż za nią i patrzyła w sufit, ściskając w rękach pustą butelkę. Nie potrzebowała jego odpowiedzi, a on potrzebował chwili, by zabić w sobie ten niespodziewany zew krwi, który nie leżał przecież w jego naturze.
I kiedy myślał, że ta fala zazdrości już minęła i nie chciał już głowy Lily na srebrnym talerzu, inna, złośliwa myśl obudziła się w jego głowie. Myśl, która z początku nie podobała mu się dużo bardziej, ale im dłużej patrzył na Florence, na jej zmęczony profil, opuchnięty od łez, tym bardziej czuł, że może to jedyny sposób, że może poza tym, że uratuje to ją, może uratuje to też jego.
– Flossie. – Pauza. – Flossie. – Powtórzył, bo musiał mieć pewność, że go słucha. Że nie mówi tego do wirujących ścian i parapetów. – Flossie, ja chyba wiem, co musimy zrobić.
Poczekał, aż się odwróciła i aż jego oczy spotkały jej oczy, które w sumie, w sumie też wirowały, i dopiero wtedy kontynuował:
– Musimy im pokazać, co tracą.
– Co?
Jej twarz nie wyrażała zdziwienia, a bezkresne niezrozumienie. Ale i też – chęć zrozumienia, jakby naprawdę wierzyła w to, że pijany James Potter, tu i teraz, odkrył receptę na rozwiązanie wszystkich ich problemów.
– Flossie, musisz się ze mną umówić.
Aż usiadła z wrażenia; wprawdzie zajęło jej to więcej czasu niż normalnie, bo złośliwa posadzka wysuwała jej się spod dłoni, ale po kilku próbach upokarzającego pełzania udało jej się doprowadzić do jako takiego pionu.
– Oszalałeś?
– Mówię poważnie. – I wyglądał, jakby mówił. Odsunął się od ściany i usiadł naprzeciwko niej, trochę za blisko jak na obecny stan ich zmysłów równowagi. – Jeśli się ze mną umówisz, Lunio umrze z zazdrości, Lily zrozumie, co takiego straciła, i wszystko, wszystko się ułoży.
– Remus nawet nie zauważy.
Bardzo starał się posłać jej powątpiewające spojrzenie; nie był pewien, czy takie aktualnie mu wychodziły, ale coś musiało do Florence dotrzeć, bo sama wyglądała, jakby intensywnie myślała nad jego propozycją. Ten entuzjazm powoli go wykańczał i nie wiedział, ile jeszcze tak wytrzyma, siedzący sam z siebie w pionie, ale poganianie jej chyba nie wchodziło w drogę.
– Nie chcę cię oglądać nago – wyrzuciła z siebie po dłuższej chwili.
Chyba jeszcze zanim do końca dotarło do niego to, co powiedziała, wybuchnął śmiechem tak gromkim, że nieomal przewrócił się do tyłu i jedynym, co go uratowało, było przerzucenie ciężaru na ramię, które oparł o ścianę za jej głową. Flossie też się roześmiała, po parosekundowym opóźnieniu, jakby sama nie skonsultowała ze sobą swojej odpowiedzi i dopiero teraz ją zrozumiała.
– Jeszcze będziesz o to błagać.
– Po moim trupie.
Ich śmiech w końcu wygasł; chociaż obydwoje dawno stracili już poczucie czasu. Przez moment jeszcze siedzieli na podłodze, James pochylający się nad nią i próbujący utrzymać równowagę, Florence próbująca złapać oddech, chociaż pół oddechu, aż w końcu on podniósł się powoli i niepewnie, wyciągając jedną rękę w jej kierunku.
Nie chciała wstawać. Ostatnim, na co miała ochotę, było podniesienie się z tej zimnej posadzki, która wyziębiała jej pośladki przez cienką, cieniutką koronkę, ale na której przez moment było jej tak dobrze i spokojnie. Ale James nie poddawał się i wszystko wskazywało na to, że będzie próbował ją podnieść, co nawet ona mogła ocenić jako mało bezpieczne, więc…
Musiał przytrzymać ją, gdy wstała i sam o mało co się nie przewrócił pod jej ciężarem; pion nie był czymś, co działało w świecie, który wirował i kręcił się.
– Idziemy tańczyć – oświadczył, gdy pierwsze niebezpieczeństwo minęło.
– Nie chcę.
– Musisz. Powiedziałaś, że się ze mną umówisz, a ja muszę się jeszcze napić.
Chciała zauważyć, że mówił o tańczeniu, nie o piciu, ale szybko wypadło jej to z głowy.
***
James stawiał tak gwałtowne kroki, że raz po raz ochlapywał jej rajstopy wodą, ale chociaż zwykle by jej to przeszkadzało, gdy tylko weszła do zalanej łazienki dziewcząt na pierwszym piętrze to nie mokra odzież przykuła jej uwagę.
W końcu, po tylu godzinach, nie wiedziała tak naprawdę ilu, spotkała w końcu oczy Remusa Lupina.
Przez moment zaparły jej dech w piersiach; jakby cały ten wieczór się nie wydarzył i jakby weszła tu po raz drugi, do tej drugiej soboty, którą sobie wymarzyła. Wydawało jej się, że się do niej uśmiechnął, ale nie była pewna, czy i tego sobie nie wyobrażała. I kiedy też próbowała się uśmiechnąć, przypomniała sobie o tym pierwszym wieczorze, tej poprzedniej sobocie i serce zakłuło ją boleśnie, przywracając jednak zdolność oddychania.
Była gotowa wybiec, tu i teraz, zostawić Pottera samemu sobie i zapomnieć o tym beznadziejnie głupim planie, który przyszedł mu do głowy, gdy usłyszała jego słowa, niemal bezgłośne:
– Lily.
Podążyła za jego wzrokiem i od razu ją znalazła – siedzącą na podłodze na marynarce Elijah Prewetta, owiniętą jego ramię i roześmianą, taką, jaką wyobrażała siebie jeszcze jakiś czas temu w odrobinę innym towarzystwie. I chociaż nigdy wcześniej Lily Evans nie zaplątała jej myśli, i w zasadzie była jej zwykle zupełnie obojętna, niespodziewanie dla samej siebie Florence poczuła, że szczerze jej nie znosi i że z wielką chęcią wygarnęłaby jej, co o niej myśli, także tu i teraz, zostawiając osłupiałego Pottera samemu sobie.
Ale nie mogła. Wiedziała, że to nie jej sprawa, że takie wybuchy niczego nie wnoszą. Spojrzała więc na Jamesa, próbując go jakoś pocieszyć, jakoś do niego dotrzeć. Zanim zrozumiała, co takiego robi, złapała go za jego dłoń i zacisnęła na niej swoje palce z całej siły. Chyba nie oczekiwała, że na to zareaguje; a już na pewno nie oczekiwała, że on zrobi to samo.
I kiedy też spojrzał jej w oczy, też ściskając jej dłoń w swojej dłoni, zrozumiała, że przynajmniej na ten jeden wieczór nie jest z tym wszystkim już taka całkiem sama.

Kto z kogo zrobi jelenia? – 01

To lato zdawało się trwać wiecznie. Nie było to pod tym względem wyjątkowe lato – przeciwnie, każde spędzone w domu dłużyło jej się niemiłosiernie, bo ileż można toczyć na nowo tę samą kłótnię? Sytuacja była patowa, bo Petunii duma nie pozwalała ustąpić, trzymała się uparcie tych samych argumentów, co wtedy, kiedy jej siostra miała jedenaście lat, Lily tym bardziej nie miała najmniejszego zamiaru poczuwać się do winy. Dodatkowo sprawy nie poprawiały niekończące się listy od Jamesa Pottera, który ku rozpaczy Evans upatrzył ją sobie na obiekt westchnień. I to jak irytujących westchnień! Za każdym razem, kiedy Lily wydawało się, że starsza siostra odpuści, że się już uspokoi albo przynajmniej zacznie ją ignorować, bo i to byłoby jakąś poprawą, przylatywała sowa przynosząc kolejny list z zaproszeniem na randkę, śpiewające wyjce, wychwalające pod niebiosa urodę rudowłosej Evans, biegające słodycze “dla najsłodszej Gryfonki”… I cała zabawa zaczynała się od nowa. Petunia wrzeszczała, Lily nie zostawała jej dłużna, wreszcie któraś wychodziła z domu, trzaskając drzwiami z całej siły – Petunia wybiegała na spotkania z narzeczonym, a Lily… cóż, jednak to lato różniło się od poprzednich.
Lily nie była czarownicą z rodowodem. Nie była nawet czarownicą z ułamkiem rodowodu – urodziła się w mugolskiej rodzinie. Kiedy miała jedenaście lat i przyleciała sowa z listem z Hogwartu, czego tak bardzo zazdrościła jej siostra, była przekonana, że to nic takiego, że to nie decyduje przecież o tym czy zostanie lepszą uczennicą. Utwierdzał ją w tym przekonaniu jej najlepszy przyjaciel – Severus Snape. Teraz jednak po pięciu latach doświadczeń w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, po niezliczonej ilości docinków ze strony Ślizgonów, po niepokojących informacjach o atakach na urodzonych tak jak ona, o których coraz częściej donosił Prorok Codzienny, wiedziała lepiej. Wiedziała, że większość wierzy w podział na czarodziejów lepszego i gorszego sortu, a ona w ich mniemaniu należała do tego drugiego. Ewentualnie trzeciego – nie-czarodzieje. Nie przeszkadzało jej to, nie była przecież na tyle głupia, żeby przejmować się zdaniem tłumu, jednak w czerwcu, czego nigdy by się  nie spodziewała, usłyszała z ust swojego jedynego przyjaciela, tego, który zapewniał ją, że to nie ma znaczenia, to niewybaczalne słowo. Wtedy wszystko się zmieniło.
W wyniku tego właśnie zdarzenia to lato różniło się od poprzednich. Nie było uciekania od kłótni z Petunią na Spinner’s End, spacerów po parku, niekończących się rozmów o wszystkim i niczym jednocześnie. Próbował ją przepraszać, oczywiście, jeszcze zanim skończył się rok szkolny i wrócili na wakacje do rodzinnych domów, ale Lily wiedziała, choć wolałaby jednak nie, że Severus nie nazwałby jej szlamą, gdyby naprawdę nie miał tego na myśli i to ucinało wszelkie dyskusje na ten temat. Skończyły się wymówki, że to na pewno ślizgońskie otoczenie, że to koledzy z roku, którzy byli podejrzewani o okrutne wypadki w szkole mają na niego taki wpływ. Severus musiał brać odpowiedzialność za własne słowa.
I co jej teraz zostało? Dokąd ucieknie przed męczącym nagabywaniem przez Jamesa Pottera? Komu opowie jak irytujący, jak odpychający jest, kiedy mówi “umów się ze mną, Evans”, mierzwiąc te swoje i tak już rozczochrane kłaki? Owszem, może i stanął w jej obronie, ale zrobił to tylko dlatego, że mu się podoba. Wcale nie jest lepszy od Severusa z tym swoim włóczeniem się po szkole i dręczeniem słabszych. Och, ile szlabanów mu już dała! Do spółki z jego najlepszym przyjacielem Blackiem oczywiście, który tak uparcie twierdził, że nie ma nic wspólnego ze swoją rodziną, która najchętniej odśpiewałaby hymn na cześć Voldemorta.
Potrząsnęła głową i rude włosy zasłoniły jej twarz, co nie miało najmniejszego znaczenia, ponieważ poza nią w tym przedziale Ekspresu Londyn-Hogwart nie było nikogo. Tak chyba czuła się lepiej, nie przeszkadzało jej spędzanie czasu tylko ze sobą, bo dlaczego miała na siłę szukać nowego przyjaciela czy przyjaciółki? Zresztą już za późno, grupki zostały utworzone i trudniej byłoby wślizgnąć się do jednej z nich po tylu latach. I do kogo niby miałaby się zwrócić? Dziewczęta, z którymi dzieliła dormitorium były miłe, tak, ale miały swój własny świat, czasem nawet Lily miała wrażenie, że to jedna osoba z dwiema głowami. Nagle się wzdrygnęła, bo przyszła jej do głowy myśl tak nieprawdopodobna i odrażająca, że aż książka, którą trzymała otwartą na kolanach spadła i uderzyła o podłogę pociągu z cichym, trochę przytłumionym stuknięciem. Nie będzie przecież zadawała się z bandą Pottera, to co najmniej śmieszne. Bratać się z wrogiem? Niedorzeczne!
Wygrzebała z torby pudełeczko z czekoladową żabą, wiadomo, nic tak nie poprawia nastroju jak czekolada. Usłyszała dźwięk przesuwanych drzwi i podniosła głowę, żeby zobaczyć, kto wchodzi i czekoladowa żaba wypadła jej z dłoni – był to James Potter, ta właśnie odrażająca niedorzeczność we własnej osobie. Wyglądał tak samo jak zawsze – chodząca pewność siebie, chociaż w opinii Lily była to raczej chodząca arogancja i samozadowolenie graniczące z samozachwytem, okulary zjeżdżające mu z nosa, potargane włosy i postawa zdradzająca jego uwielbienie do samego siebie. Kiedy zorientował się, że Lily patrzy na niego, usta rozciągnęły mu się w uśmiechu, powoli zamknął za sobą drzwi i schylił się po upuszczoną przez nią żabę. Lily wreszcie ocknęła się ze stanu zaskoczenia wywołanego jego obecnością i płynnie przeskoczyła do stanu irytacji, którą zawsze odczuwała w jego towarzystwie.
– Potter – wycedziła i wyciągnęła władczo rękę w jego kierunku, chciała przecież odzyskać swoją czekoladową żabę!
James zignorował jej wyciągniętą dłoń, chociaż świerzbiło go, żeby ją ująć i ucałować, tak, to by ją naprawdę rozsierdziło.
– Evans – odpowiedział radośnie. – Poczta się podobała?
Lily westchnęła ciężko. Naprawdę nie miała siły na kolejny rok przepychania się z nim i udowadniania mu, że się z nim nie umówi. Gdyby był choć odrobinę bardziej dojrzały, mogłaby przynajmniej r o z w a ż y ć tę opcję. Niewiele by to pewnie zmieniło, o ile cokolwiek, ale nie mógłby jej zarzucić, że nie próbowała, prawda?
– Malowniczo wyglądała w płomieniach kominka, cudowne doświadczenie, dziękuję.
Nie zraziło go to zbytnio, przecież był Jamesem Potterem, ścigającym i kapitanem drużyny quidditcha, człowiekiem o niezachwianej samoocenie i legendarnej wręcz niezłomności. Usiadł naprzeciw niej wygodnie i uśmiechnął się, tarmosząc oczywiście włosy – czy on zawsze chce wyglądać, jakby go wiatr uczesał?
– Ech, Evans… – zaczął, obracając w dłoni tę nieszczęsną czekoladową żabę, która chyba bardzo chciała wydostać się z przedziału. No, przynajmniej z jego rąk. – Nikt ci nie powiedział, że kominki są romantyczne?
Lily, słysząc to, pobladła, chociaż dla osób o jej kolorze włosów bardziej charakterystyczne było spurpurowienie. Właściwie Lily nie miała w sobie wielu cech przypisywanych rudzielcom. Nie była wybuchowa, impulsywna, czy złośliwa, ale czy to takie złe? Ona była zwyczajnie… spokojna, chociaż w tej chwili bardziej zrezygnowana.
Podniosła na niego wzrok i uśmiechnęła się krzywo.
– Ech, Potter. Wiele rzeczy ciśnie się na usta, kiedy się pomyśli o tobie, ale r o m a n t y c z n e nie jest jednym z tych skojarzeń.
Ale James nie usłyszał już nic, co nastąpiło po “pomyśli się o tobie”.
– Najpierw kominek, teraz o mnie myślisz, chyba wiesz, jaki jest następny krok?
Zamknęła oczy na chwilę. No tak, mogła się spodziewać, że w ten sposób zareaguje, nie powinna była konstruować swojej wypowiedzi w ten sposób. I ten jego głos! Jakby specjalnie mówił niższym tonem niż zawsze, kto tak robi? Może nauczył się tego od Blacka? Otworzyła oczy, żeby posłać mu znudzone spojrzenie.
– Nie, Potter, nie wiem i nie chcę wiedzieć. Po co w ogóle tu przyszedłeś?
To w zasadzie było całkiem dobre pytanie, było jej dobrze samej, a on musiał się napatoczyć i zburzyć jej idealny spokój. Zaraz jednak miała zatęsknić i za tym, bo drzwi do przedziału otworzyły się ponownie z hukiem i do środka dosłownie wpadł Syriusz Black, a za nim Remus Lupin.
– Widzisz, Luniu, mówiłem ci, że tu będzie – oznajmił Syriusz triumfalnie, podnosząc się z podłogi. – Sie masz, Evans – rzucił i opadł na siedzenie obok Jamesa ku rozpaczy Lily.
Remus nadal stał w drzwiach, niepewny, co zrobić, nie chciał nikomu się narzucać ze swoim towarzystwem. Lily starała się ignorować fakt, że jej przedział przestał należeć wyłącznie do niej i podniosła książkę, która wcześniej spadła jej z kolan. James tymczasem się podniósł.
– Nie rozsiadaj się, Łapo, już idziemy, jeszcze tylko jedna sprawa.
Odwrócił się przodem do Lily, uśmiechnął oszałamiająco i rzucił nonszalancko:
– To co, piątek pod portretem Grubej Damy o siódmej?
Remus odwrócił się na pięcie, bo nie chciał być świadkiem tego, co teraz nastąpi, Syriusz również wycofał się chyłkiem, ale James stał nadal dumnie wyprostowany i patrzył na nią wyczekująco. Lily nie wytrzymała.
– Zjeżdżajcie mi stąd, ale już! Bo wam wszystkim wlepię szlaban na dobry początek roku szkolnego! I oddawaj moją czekoladową żabę! – I wyszarpnęła mu łakoć niedelikatnie z dłoni.
James odrobinę się ociągał, ale wyszedł nie tracąc rezonu, bo zanim Lily zamknęła za nimi drzwi swojego przedziału, usłyszała, jak mówi:
– No widzicie? Nie powiedziała nie!
Wrzasnęła głośno z wściekłością.
No. To by było na tyle, jeśli chodzi o brak porywczości podobno charakteryzującej rudych ludzi.

36. O tym, że nieważne jak jest źle – zawsze znajdzie się ktoś, kto uważa, że znajduje się w gorszej sytuacji

Nie mam pojęcia, ile czasu leżałam w absolutnym spokoju – z równym powodzeniem mogło to trwać pięć minut, jak i pięć godzin. James wybiegł tak szybko, że nie zdążyłam go wypytać dokładnie o swój stan – ba, nie zapytałam nawet o to, która godzina. Uznałam jednak, że pielęgniarka musiała akurat uciąć sobie drzemkę, bo nikt się do mnie nie zbliżał. Nie żeby mi jakoś szczególnie zależało na czyimś towarzystwie. Przez chwilę nawet odpowiadała mi ta samotność, liczyłam, że w końcu uporządkuję myśli, ale potem zdałam sobie sprawę, że za bardzo się martwię, żeby skupić się na analizie własnych emocji.
No bo co oni planowali zrobić? Z pewnością nie mieli przyjacielskich zamiarów. A ja, niezależnie od stopnia swojego cierpienia, nie mogłam pozwolić, by polała się krew. Żadnych gilotyn! Nikt jeszcze na tym dobrze nie wyszedł.
Przed oczyma stawały mi coraz czarniejsze scenariusze, zwykle zawierające wiele, wiele krwi. Merlinie, a jeśli coś im się stanie? Albo Regałowi? W porządku, powinnam być na niego wściekła – byłam na niego wściekła! – ale to nie znaczyło, że mają zaczynać jakąś spiralę nienawiści. W szczególności, ze to ja miałam być jej osią.
– Annie! Słyszałam, że zemdlałaś! – Chevonne przerwała moje rozmyślania, a raczej ukierunkowała je na inną płaszczyznę. Mianowicie – skąd ona się tu nagle wzięła? Wskoczyła przez okno czy jak? – Widziałam przed chwilą Rogatego. Był WŚCIEKŁY. Żebyś go widziała! W ogóle nie miał czasu ze mną rozmawiać, skierował mnie tylko tutaj i… Och, dużo gadam, a ty pewnie strasznie źle się czujesz, co?
Przez chwilę milczałam, analizując jej słowa. W zasadzie nie czułam się źle, ale jej obecność i ten natłok słów sprawiły, że zaczęła mnie boleć głowa. Jednak uśmiechnęłam się do niej – nie mogłam jej stąd wyrzucić nie tylko dlatego, że byłyśmy czymś w rodzaju przyjaciółek, ale także dlatego, że mogła dostarczyć mi jakiejś – jakiejkolwiek – wiedzy na temat tego, co się stało między dość wczesnym popołudniem a teraz (nieważne, co dokładnie oznaczało to „teraz”).
– Nie, nie, już jest dobrze – zapewniłam ją. Nie miałam pojęcia, co James jej powiedział, więc wolałam bagatelizować swój stan. Zwłaszcza, że sama nie wiedziałam, w jakim stanie jestem. – Gdzie pobiegł Rogaty? I co dokładniej mówił?
Chevonne usiadła na moim łóżku, nieomal miażdżąc mi przy tym nogi.
– Lepiej TY mi powiedz, co tu się dzieje! Czy to prawda…?
Spojrzałam na nią pytająco. Jasne, mogłam się domyślić, że cały zamek będzie już wiedział, na pewno minęło odpowiednio dużo czasu (ile właściwie?!), żeby te informacje się rozeszły. Prawdopodobnie odpowiednio wyolbrzymione i przeinaczone; uznałam, że lepiej najpierw poznać plotkę, a potem dopiero ją sprostować.
– No, że zerwaliście – wyrzuciła to z siebie jakby przepraszającym tonem. – Ty i ten cały Black Junior.
Wypuściłam powietrze, o którym nawet nie wiedziałam, że jest wstrzymywałam. Żadnych fajerwerków, żadnych dodatkowych wątków.
– Tak – mruknęłam. – Tak wyszło… No wiesz, po prostu… Wiesz.
Miałam ochotę ukryć twarz w poduszce albo przynajmniej naciągnąć na nią koc. Gdyby przeprowadzana wybory na najbardziej wygadaną i uzdolnioną oratorsko uczennicę, przegrałabym z kretesem.
– Lepiej powtórz, co James ci powiedział. Może się dowiem, co się działo, zanim się tu obudziłam – dodałam szybko.
– Poza tym, że zemdlałaś, a on musi szybko znaleźć Łapę, niczego się nie dowiedziałam.
Westchnęłam. Coś mi mówiło, że nie szukał go po to, żeby zaproponować wypalenie fajki pokoju i braterski uścisk. A jeśli we dwóch zaatakują Regała…! Cóż, z jednej strony dostanie to, na co zasłużył, ale z drugiej… Potarłam skronie i spojrzałam na Chevonne.
– To trochę skomplikowane – powiedziałam niemal przepraszająco.
Wzruszyła ramionami.
– Jak wszystko.
Zdecydowanie nie chciałam zabrzmieć jak histeryczka, więc odpowiedź „Ale oni go zabiją i to nie w imię słusznych idei, ale tak bez sensu!” absolutnie nie wchodziła w grę. Proszenie Chevonne, by znalazła i Syriusza, i Jamesa też odpadało, nie ma mowy, żebym posłała tam kolejnego Merlinowi ducha winnego człowieka. Mogłyśmy więc obie milczeć i dumać nad niestałą miłością rzeczy świata tego, albo mogłam zacisnąć zęby i spróbować uporządkować swoje myśli w czasie rozmowy. Tyle, że nie wiedziałam, od czego zacząć. Popatrzyłam na nią dość bezradnie.
– Nie martw się, bardzo go nie pobili – rzuciła po paru minutach obopólnego milczenia.
– To… dobrze – odpowiedziałam, patrząc gdzieś w kąt.
Nie byłam pewna, czy właśnie to chciałam usłyszeć. Przede wszystkim, czy moje zmartwienie było aż tak ewidentne? A jeśli tak, czy na pewno martwiłam się o Regała? Czy ona mówiła o Regale? I czy chciałam, żeby go w ogóle pobili? A może, mimo wszystko, podobało mi się, że ktoś stanął w mojej obronie… nawet, jeśli o to nie prosiłam? Stop, za dużo myśli.
– Myślisz, że będę mogła stąd wyjść jeszcze dziś? – zapytałam, zmieniając temat. Mało zręcznie, ale miałam nadzieję, że dość skutecznie.
– Myślę, że warto stąd wyjść jak najwcześniej. Na wypadek, gdybym się myliła i jednak mu… No wiesz. Szpital jemu przyda się wtedy bardziej.
Wzdrygnęłam się. Nie mogłam pozbyć się sprzed oczy wizji krwawej plamy, która parę godzin wcześniej była Regałem. Naprawdę miałam nadzieję, że moja wyobraźnia przesadza. I to bardzo. Nie ulegało jednak wątpliwościom, że trzeba było stąd zniknąć i to możliwie szybko.
– Mogłabyś zawołać pielęgniarkę? – poprosiłam. – Nie ma sensu czekać, aż sama przyjdzie.
– Jasne.
Nie zdążyłam jej podziękować, a już była z powrotem. Z pielęgniarką równie marudną, co zwykle. Okazało się, oczywiście, że powinnam kontrolnie jeszcze poleżeć, ale jeśli chcę… Nie dowiedziałam się, co mogę zrobić, jeśli chcę, gdyż drzwi się otworzyły.
Oczywiście cała uwaga pielęgniarki skupiła się od razu na drzwiach. Wymamrotała coś o prawdziwym urodzaju i dzieciakach, które powinny bardziej kontrolować swoje zachowanie, a potem ruszyła w tamtym kierunku, oczywiście całkiem zasłaniając mi przy tym widok, już i tak ograniczony przez znajdujący się niedaleko łóżka parawan. Spróbowałam się podnieść i kiedy stwierdziłam, że nie kręci mi się w głowie, zaczęłam przypatrywać się bliżej zamieszaniu przy drzwiach.
Bezwiednie zaczęłam do siebie mamrotać:
– Błagam, błagam, błagam…
– Błagasz o co? – spytała Chevonne, za nic mając konspiracyjny poziom głośności mojego mamrotania.
Na chwilę oderwałam wzrok od drzwi i spojrzałam na nią ze zdziwieniem. Chciałam wyjaśnić, że miałam na myśli „Błagam, niech to nie będzie…”, ale nie byłam pewna, o czyje zdrowie tak się troszczyłam. W końcu zdecydowałam się na wymamrotanie:
– Błagam, niech to nie będzie nic poważnego.
Po czym znów przeniosłam wzrok na plecy pielęgniarki.
Ale kiedy ona w końcu odsunęła się od drzwi, nie ujrzałam ani Regała, ani Jamesa z Syriuszem – był to jakiś zupełnie przypadkowy uczeń, którego nigdy wcześniej nie widziałam. Odetchnęłam z ulgą.
– Muszę stąd jak najszybciej wyjść – powiedziałam bardziej do siebie niż do Chevonne czy do pielęgniarki, która miała teraz ręce pełne roboty.
Nie chciałam czekać, aż w drzwiach pojawi się jakaś znajoma twarz i mniej lub bardziej uprzejmie poprosi o uleczenie ran, które powstały przeze mnie. Wolałam uciec – nawet jeśli ucieczka była najzwyczajniejszym tchórzostwem. W porządku, ten jeden raz mogę być tchórzem. Tchórze też zasługują na komplet praw obywatelskich!
– Przysięgam, jeżeli uda nam się teraz zwiać, napiszę manifest w obronie tchórzostwa – powiedziałam. – I list do Ministra z prośbą, by zwolnił tchórzy z podatków.
Chevonne rzuciła mi pełne pogardy spojrzenie, ale widocznie uznała to za skutek szoku pozerwaniowego, bo nic nie powiedziała.
Kilka chwil później, kiedy już zlokalizowałam położenie swojej torby, wykorzystałyśmy chwilę nieuwagi pielęgniarki i – jak rasowe tchórze – wymknęłyśmy się na korytarz. Chevonne nie posłała mi potępiającego spojrzenia, którego się spodziewałam. Prawdę mówiąc nie posłała mi w ogóle żadnego spojrzenia, za to utkwiła wzrok gdzieś w podłodze, jakby zobaczyła tam coś naprawdę niesamowitego. Ja tymczasem zdecydowałam, że pora zadać jedno ważne pytanie:
– Która godzina?
– Piąta – mruknęła.
– Rano? – zaryzykowałam.
Nie wiedziałam, czy powrót do dormitorium o takiej porze miał sens, ale stanie na korytarzu z pewnością go nie miało. Co absolutnie nie przeszkadzało mi dalej stać.
– Wieczór?
Odetchnęłam z ulgą. W porządku, piąta wieczór to całkiem dobra pora. W sumie to logiczne: kto normalny odwiedziłby mnie o piątej rano. Zdecydowanie jeszcze nie zaczęłam myśleć racjonalnie. Chociaż… jeśli była piąta wieczór… Albo moje siedzenie w zaspie trwało o wiele, wiele krócej, niż mi się wydawało, albo moje omdlenie trwało o wiele, wiele dłużej.
– Jakiego dnia? – zapytałam, jednocześnie zła na siebie, że nie zapytałam o to Jamesa od razu po przebudzeniu. Zachciało mi się powstrzymywania wewnętrzrodowej przemocy!
– Annie! Zemdlałaś, a nie zapadłaś w śpiączkę!
– Przecież nie zapytałam o miesiąc. Ani o rok! – zaoponowałam. Pytanie o dzień naprawdę wydało mi się racjonalne.
A to świadczyło o tym, że zdecydowanie nie powinno mi się kazać przeprowadzać żadnych procesów myślowych.
Westchnęła, ale już niczego nie dodała.
Razem ruszyłyśmy w kierunku wieży Gryffinodru. Chevonne uparła się, by mnie odprowadzić – podejrzewałam, że chciała mieć pewność co do tego, że nie rzucę się w szalone poszukiwania Jamesa i Syriusza. Ale ja nie chciałam ich szukać – nie wtedy, gdy potencjalnie robili z Regała krwawą miazgę.
Podziękowałam jej za troskę i obiecałam, że następnego dnia opowiem jej dokładniej, co się wydarzyło przed moim omdleniem. Potem poczekała, aż przejdę przez dziurę za portretem, jakby obawiała się, że znów zemdleję albo zrobię coś jeszcze głupszego. Ja jednak nic takiego nie planowałam – prawdę mówiąc, dotarło do mnie, że naprawdę nie mam żadnych planów. Na żadne „później”. I żadne… Stop, nie mogłam sobie pozwolić na powtórkę sytuacji z zaspą. Potrzebowałam czasu na myślenie i potrzebowałam czekolady.
Zdecydowanie nie potrzebowałam Brendy, która rzuciła mi się na szyję, gdy tylko weszłam do środka.
– Annie, Annie, tak mi przyyyykro! Teraz jesteśmy dwie w naszym cierpieniu! Jak się czujesz? Nic ci nie jest? Wszyscy mówią, że… Co za pech! I to w tym samym tygodniu, my obie, nasze serca strzaskane… – płakała mi w ramię, choć przecież to ona chciała mnie pocieszać.
Co miałam niby zrobić? Powiedzieć: Nie martw się o mnie, Bre, twój eks-chłoptaś już mnie pocieszył?
Możliwie delikatnie wyswobodziłam się z jej objęć. W porządku, nie wiedziałam, co mogę jej powiedzieć, ale to nie znaczyło, że mogła się do mnie przytulać. Może i powinnam mieć jakieś wyrzuty sumienia, zaoferować jej odrobinę wsparcia, ale naprawdę nie miałam siły. A już na pewno nie póki się nie dowiem, czy James i Syriusz znaleźli Regała. Poza tym nie byłam pewna, czy rozpacz Bre ma jakiekolwiek cechy wspólne z moją rozpaczą, którą póki co stanowczo wypychałam z myśli i pozwalałam jej się zmieniać w gniew. Rozpacz Bre była zdecydowanie bardziej rozpłakana i publiczna. Rozpacz Bre potrwa pewnie dzień czy dwa, jak zwykle w takich wypadkach, a moja… A moja nie ma nic wspólnego z rozpaczą Bre.
– Annie, Annie, i co my teraz zrobimy? – spytała dramatycznie.
Spojrzałam na nią w nadziei, że czeka tylko, aż wyrażę swoje współczucie i rzuci się na inną osobę; ale nie, najwyraźniej naprawdę uznała, że czuję dokładnie to samo co ona – cokolwiek czuła, rzecz jasna. I że na pewno będę chciała to omówić. Nie miałam pojęcia jak mogłabym mówić, skoro póki co nie mogłam nawet myśleć.
– Nie wiem jak ty, Bre, ale ja idę spać – skłamałam w nadziei, że da mi spokój. Przynajmniej na parę godzin.
Nie odpowiedziała. Za to rozpłakała się jeszcze bardziej.
Poczułam się źle. Nie lubiłam, kiedy ktoś płakał przeze mnie. A już zwłaszcza nie ktoś, kto siedział w swojej własnej mentalnej zaspie śniegowej przez kogoś, kto wyciągnął mnie z mojej własnej zaspy. Westchnęłam ciężko. Świetnie, wpakowałam się w naprawdę dziwną sytuację – i to wcale nie z własnej woli.
– Powinnaś zjeść czekoladę – zasugerowałam, starając się jak najdelikatniej objąć Bre ramieniem i skierować do dormitorium. Nie było sensu robić sceny w pokoju wspólnym. – Mam trochę czekoladowych żab, na pewno pomogą nam obu.
A przynajmniej mogłyby pomóc, gdyby czekolada uspokajała sumienie.
– U-u-ucieeekną – zawyła.
– Nie uciekną, na pewno to będą bardzo grzeczne czekoladowe żaby – zapewniłam. Nie miałam pojęcia, co jeszcze mogłabym powiedzieć, żeby ją uspokoić.
– Wszystko ode mnie u-u-ucieeeka.
Merlinie, i co ja miałam zrobić? Jeżeli to nie przypominało ataku histerii, to nie wiedziałam, jak taki atak mógłby wyglądać. Spróbowałam przyjacielsko poklepać Brendę po plecach.
– Masz mnóstwo znajomych, nie warto płakać z takiego powodu – powiedziałam, jednocześnie przeklinając się w myślach. Właśnie, to ja powinnam płakać. Lista moich znajomych była krótsza niż żywot muszki owocówki.
– N-nie mam! Lily się do mnie nie odzy-zywa!
– A Sarah? Melinda? Albo ktoś z innego domu?
Ktokolwiek, kto mógłby zabrać ją ode mnie i doprowadzić do stanu używalności!… Merlinie, naprawdę nie wiedziałam, jak z nią postępować. Miałam własne zmartwienia, nie potrzebowałam cudzych.
Ale Brenda płakała na całego i prowadzenie jej do dormitorium było coraz trudniejsze.
I, oczywiście, skupiała na nas wzrok wszystkich obecnych w pokoju wspólnym. Nienawidziłam takich scen i miałam szczerą ochotę zostawić Brendę i po prostu uciec do dormitorium, ale uznałam, że tego dnia przekroczyłam już limit ucieczek.
– Bre, weź się w garść, wszyscy na nas patrzą – szepnęłam z nadzieją, że to coś da. Chociaż znając zamiłowanie Bre do bycia w centrum uwagi…
I co ja niby miałam z nią zrobić?
Raz jeszcze popchnęłam ją w kierunku schodów do dormitorium, ale wiedziałam, że jeśli nie zacznie współpracować, to nie dam rady jej tam zaprowadzić.
– Bre, no chodź, zjemy czekoladę i ponarzekamy na facetów – zachęciłam. Bezskutecznie.
Miałam tylko nadzieję, że nie wydarzy się nic, co sprawiłoby, że ta sytuacja stałaby się jeszcze gorsza – w wieżę nie uderzy meteoryt albo nie zjawią się James i Syriusz, z którymi co prawda chciałam porozmawiać, ale nie przy Brendzie. I nie przy tylu świadkach.
– Ale…
– Chodź, Bre – usłyszałam.
Nieoczekiwanie na pomoc ruszyła mi Lily. Tak, ta Lily, o której pół minuty temu Brenda powiedziała, że się do niej nie odzywa. Było to co najmniej dziwne, ale…
– Lily! – pisnęła i wpadła w jeszcze większy ryk.
– No, chodź. – Wyda wyglądała na zniecierpliwioną. Podeszła do nas i chwyciła roztrzęsioną Brendę pod drugie ramię. – Wybaczam ci, ale tylko pod warunkiem, że natychmiast pójdziesz z nami do pokoju.
Spojrzałam na nią pytająco, ale Lily wymamrotała tylko coś, co brzmiało jak „Później wyjaśnię”. Nie naciskałam, w końcu nie musiałam wiedzieć o wszystkim, co się działo wokół mnie. Byłabym nawet całkowicie szczęśliwa, gdyby wszyscy zostawili mnie w spokoju i pozwolili mi się wypłakać. Resztki godności nie pozwalały mi płakać przy Brendzie, o której wiedziałam, że nawet jeśli sama również cierpiała, nie zawahałaby się przed zmyśleniem jakiejś plotki, która znów zatrzęsłaby Hogwartem w posadach.
Na szczęście ten argument do niej trafił, bo dłużej nie protestowała; rzuciła tylko jakieś krótkie:
– Naprawdę nie chciałam.,
a potem pozwoliła zaprowadzić się do dormitorium.

16. O tym, że nie wszystko jest takie, na jakie wygląda

Do końca tygodnia codziennie ćwiczyliśmy i w sobotni wieczór byłam w stanie transmutować każdy dowolnie wybrany kubek w widelec, który śmiało mógłby wylądować w każdej szufladzie i nie dałoby się go odróżnić od innych. Co więcej, udawało mi się je później transmutować z powrotem w kubki, co było nie lada sukcesem. Byłam Syriuszowi naprawdę wdzięczna i w głębi duszy cieszyłam się, że jednak nie zrealizowałyśmy z Chevonne tego planu (co nie znaczyło, że nie zrealizujemy go w przyszłości).
W końcu nadszedł niedzielny poranek. Mecz quidditcha miał się zacząć za jakąś godzinę, a ja postanowiłam znaleźć Chevonne. Liczyłam, że do tego czasu złość już jej przeszła – bo nie rozmawiałyśmy ze sobą od czasu tego feralnego dnia, kiedy mnie obraziła.
Nie było jej na śniadaniu. Śniadaniu, które upłynęło mi na namawianiu Jamesa, żeby coś zjadł. Czy to stały problem zawodników – jadłowstręt w dniu meczu? Wydało mi się, że jeszcze co najmniej trzynaście innych dziewcząt w tym momencie tłumaczyło biednym chłopcom koło nich, że śniadanie nie jest trujące.
– James, nie zachowuj się jak dziecko, weź tego tosta – powtórzyłam po raz en-ty, wskazując kawałek pieczywa skąpo posmarowanego dżemem.
James tylko pokręcił głową i wpatrywał się w jakiś punkt, gdzieś daleko, daleko, na przeciwległej ścianie.
Westchnęłam ciężko, po czym zajęłam się swoim śniadaniem. Uznałam, że wrócę do tego problemu, kiedy sama już coś zjem.
– James, Annie ma rację – nieoczekiwanie do całego tego namawiania dołączyła Lily. Lily, która właśnie łaskawie pojawiła się na śniadaniu. – Musisz jeść. Inaczej jak skopiesz im wszystkim tyłki?
Czy koniecznym jest dodanie, że James od razu spożył tosta, którego ja przez piętnaście minut nie mogłam w niego wmusić?
Wtedy zauważyłam, że do Wielkiej Sali weszła Chevonne. Nie wyglądała na specjalnie podekscytowaną. Po prostu podeszła do stołu Puchonów i, nawet nie patrząc w moją stronę, zabrała się do jedzenia. Poczułam ukłucie żalu. Powinna była spojrzeć. Sama nie wiem dlaczego, ale powinna.
Czy powinnam była do niej podejść?
To nie moja wina, że się pokłóciłyśmy (o ile tam można było nazwać to, co się stało parę dni temu), ale skoro jej zakuty łeb nie pozwalał jej się przyznać do błędu, to może ja powinnam wyciągnąć rękę na zgodę? Chociaż mogłaby to odebrać jako potwierdzenie jej przypuszczeń, a nie o to mi chodziło.
Zdecydowanie nie o to.
– Nie martw się, Annie, wygramy – Syriusz opacznie zrozumiał moje nagłe pogorszenie nastroju. – I, zobacz, James już je. No, spokojnie.
Uśmiechnęłam się do niego niemrawo i pokiwałam głową, po czym zabrałam się za przygotowywanie sobie drugiego tosta. Przez cały ten stres związany z korepetycjami nie odżywiałam się najlepiej i uznałam, że teraz należy to naprawić. O ile dżem truskawkowy był tym, czego mój organizm potrzebował. Chociaż jakoś nie słyszałam, by protestował.
– Annie! Nie musiałaś! – powiedział i, zanim zdążyłam zrozumieć, o co mu chodzi, porwał mojego tosta. – Aż tak się martwisz? Mnie nie trzeba specjalnie odżywiać. Sam się karmię. Ale to miłe.
– Ej, to był…! – zaczęłam, po czym zdałam sobie sprawę, że nie warto rozpętywać wojny o tost, kiedy niedługo zacznie się gra. Miałam też nieodparte wrażenie, że reszta Gryfonów miałaby do mnie straszny żal, gdybym rzuciła w jednego z najlepszych graczy kubkiem z herbatą. – …mój tost – dokończyłam pod nosem tak, by nikt nie usłyszał.
– Tym bardziej jestem ci wdzięczny.
A potem znowu to zrobił. To z czołem.
Poczułam na sobie czyjeś spojrzenie i odruchowo zerknęłam na stół Puchonów.
No tak, Chevonne. Oczywiście musiała wybrać akurat TEN moment, żeby spojrzeć! Oczywiście w tej sytuacji straciłam resztki nadziei, że będziemy wspólnie uczyć się do egzaminów, piec ciasteczka czy co jeszcze można robić z przyjaciółmi.
I co? Miałam na niego nakrzyczeć? Nie wiedział, że zniszczył moją przyjaźń, a tłumaczenie mu tego wymagałoby zniszczenia naszego planu i…
– Powodzenia – rzuciłam tylko i uciekłam stamtąd najszybciej, jak się dało.

***

Przepychałam się przez tłum uczniów siedzących na trybunach w jednym celu. Znaleźć Chevonne. Wytłumaczyć. Zwalić winę na Syriusza! Cokolwiek.
Oczywiście musiała wybrać sobie miejsce, do którego najtrudniej się było dostać. Ja jednak byłam przekonana, że muszę to zrobić i przepchnęłam się przez jakąś wyjątkowo głośną grupę pierwszoroczniaków, żeby stanąć koło Chevonne.
– Hej – powiedziałam, choć zabrzmiało to mało zachęcająco. – Masz coś przeciwko, żebym tu usiadła?
– Jeśli się zmieścisz… – powiedziała i łaskawie nie przesunęła swojej torby, która zajmowała ostatnie wolne miejsce na ławce.
– Dzięki – odparłam, siadając koło niej.
Przez chwilę czekałam, mając nadzieję, że może coś powie. Ale nie, milczała. Nawet na mnie nie patrzyła – zupełnie jakby udawała, że mnie tu nie ma.
– To nie było tak, jak myślisz – powiedziałam. – To był mój tost.
Brzmiało to trochę jak pięciolatka próbująca wytłumaczyć, że nie wolno zabijać kotka, bo ma oczka. Zero logiki.
– Co nie było? – spytała obojętnie.
– Przecież wiesz – mruknęłam.
Miałam zamiar dać jej spokój i po prostu tępo gapić się na grę, ale uznałam, że to nie ma sensu: niczego w ten sposób nie rozwiążę, a nie po to przepychałam się przez ten dziki tłum, żeby siedzieć koło Królowej Śniegu, która całym swoim jestestwem negowała moją obecność.
– Wiesz co? Jeśli chcesz milczeć i się obrażać, to proszę bardzo, nie będę cię powstrzymywać, ale chcę ci tylko powiedzieć, że nie stało się nic, za co powinnam się wstydzić. W ogóle NIC się nie stało! Nie mam pojęcia, co sobie wyobrażasz, ale jeśli masz wobec mnie jakieś zarzuty, to powinnaś mi o nich powiedzieć prosto w twarz. Tak robią przyjaciele! – powiedziałam na tyle głośno, że kilka osób z sąsiednich miejsc spojrzało na mnie ni to z zainteresowaniem, ni to karcąco.
– Po prostu nie podoba mi się twoja hipokryzja – odpowiedziała. – Najpierw godzinami opowiadasz o tym, jak to zwalczasz klasę wyższą, a potem… potem…
– A potem robisz słodkie oczka do obu Blacków.
– Nieprawda! – oburzyłam się. – To, że z nimi rozmawiam, nie znaczy, że robię, jak to ujęłaś, słodkie oczka! Jasne, to arystokraci i mam im sporo do zarzucenia, ale to nie znaczy, że nie mogę z nimi rozmawiać na inne tematy! Poza tym – dodałam, bo nagle przypomniał mi się koronny argument – nie bardzo możesz mnie krytykować, skoro sama chodziłaś z Syriuszem. Ja z nim tylko rozmawiałam.
W porządku, wiem, że to był argument poniżej pasa. Ale chciałam oczyścić atmosferę, to chyba dobrze, prawda?
– Ale ja, w odróżnieniu od ciebie, nie głoszę na prawo i lewo, że tacy jak Blackowie powinni być unicestwieni!
– Na prawo i lewo może i nie – mruknęłam pod nosem, po czym zmierzwiłam sobie włosy, nabrałam powietrza i zaczęłam głośno, wyraźnie i, co najważniejsze, spokojnie: – Posłuchaj, wiem, jak to może wyglądać z twojej perspektywy, ale nie mam wpływu na to, jak oni się zachowują. Jeśli o mnie chodzi, nadal mam te same poglądy i nie planuję ich zmieniać tylko dlatego, że z nimi czasami rozmawiam. Nadal uważam, że arystokracja powinna być wycięta w pień i nie wstydzę się tego powtarzać. Nie uważam swoich rozmów z nimi za łamanie zasad czy sprzeniewierzanie się własnym poglądom.
Jasne, że nie uważałam. Głównie dlatego, że mój mózg w jakiś dziwny, magiczny sposób oddzielał od siebie te dwie kwestie, nawet przez chwilę nie sugerując mi, że powinnam się nad nimi obiema zastanowić jednocześnie.
– Ale oni TEŻ są arystokracją, Annie. Nie udawaj, że nie rozumiesz, w czym leży problem. – W końcu na mnie spojrzała. Miała naprawdę, naprawdę smutne oczy. – Zmieniłaś się. Porzuciłaś swoje ideały. I to przez kogo! Przez parę napuszonych… nadętych…
– Nieprawda! – Jej słowa zabolały mnie tak bardzo, że aż zerwałam się z miejsca. – Nieprawda, Chevonne. Jeśli tak uważasz, to znaczy, że wcale mnie nie znasz!
Kątem oka zauważyłam, że przyglądało nam się coraz więcej osób. Nie miałam zamiaru robić sceny, ale teraz było już na to trochę za późno.
– Nie miałam pojęcia, że tak źle mnie oceniasz! Wierzę w to, co mówię, i kilku cholernych arystokratów nie spowoduje, że zmienię zdanie! Powinnaś o tym wiedzieć po tych wszystkich rozmowach!
– Bo poza tym, że są arystokratami, są też ludźmi. Ludźmi, Chevonne! Słyszałaś kiedyś ten termin? Nie wiem, w co ty wierzysz, ale ja wierzę, że wszyscy ludzie są równi. Co daje mi prawo gardzić nimi? Tak, arystokracji należy się pozbyć, ale to nie znaczy, że każdego arystokratę trzeba potraktować Avadą!
Spojrzałam na nią z obawą. Czy to możliwe, żebyśmy się jednak aż tak różniły w naszych poglądach?… Czy to możliwe, że przeoczyłam coś takiego?
– Liczyłam raczej na coś w stylu „och, oni są zupełnie inni niż cała reszta”.
Zawahałam się. Te słowa przypomniały mi o rozmowie z Jamesem na temat rodziny Syriusza i tym, jak ciężko było mi zdecydować, co te słowa zmieniają – o ile w ogóle coś – i dlaczego. Ale nie mogłam tego powiedzieć Chevonne. A już na pewno nie mogłam tego wykrzyczeć przy połowie Hogwartu!
– To się przeliczyłaś – stwierdziłam obojętnie, starając się opanować. Nie powinnam tracić nad sobą panowania, jeśli mogło się to skończyć wyjawieniem cudzego sekretu. – Nie miałam zamiaru mówić nic takiego.
– Na to wygląda.
Zapadła chwila bardzo krępującego milczenia. Na szczęście dla nas – i dla naszej prywatności – Gryffindor zdobył punkty i uwaga publiczności przeniosła się z powrotem na boisko. Na nieszczęście dla mnie, uwaga Chevonne wciąż była skupiona na mnie.
– To kiedy powiesz Regowi, że twoi rodzice są mugolami? – spytała nagle.
– Kiedy rozmowa zejdzie na ten temat – odpowiedziałam wymijająco.
W końcu do tej pory nie pytał, prawda? To nie moja wina. Nie chodzę przecież po Hogwarcie i nie kłamię wszystkim, że mam krew czystszą niż wszystkie arystokratyczne rody razem wzięte, prawda? Poza tym – może go to nie interesowało. Może lubił mnie za to, jaka jestem, a nie za to, co płynie w moich żyłach. A może po prostu zataiłam ten drobny szczegół. Nieważne. W każdym razie mógł zapytać.
– Żebyś się tym swoim Regulusem nie zdziwiła – odpowiedziała.
Zmarszczyłam nos. Czyta mi w myślach czy co?
– Nie mam zamiaru – stwierdziłam chłodno. – Zwykle wiem, czego mogę się spodziewać po ludziach.
Chciałam dodać jeszcze jakiś złośliwy komentarz na temat tego, jak pochopnie mnie oceniła i jak krzywdząca to była ocena, ale się powstrzymałam.
Ona też się powstrzymała. Odwróciła ode mnie wzrok i wróciła do kontemplacji gry. A raczej – kontemplacji tych szaleństw, które odstawiali tam James z Syriuszem.
Odpowiadało mi to. Większość osób na trybunach z uwagą śledziła dalsze losy meczu, a my po prostu milczałyśmy, obie pogrążone we własnych myślach. Czasami nam się to zdarzało, ale o ile wcześniej tego rodzaju cisza i nastrój kontemplacyjny były mile widziane, o tyle teraz zwyczajnie mnie męczyły; miałam nawet wrażenie, że odcinają mi dopływ powietrza. Chciałam wstać i odejść – iść gdziekolwiek, wrócić do zamku, posiedzieć w pustym dormitorium czy w sowiarni, ale perspektywa przepychania się między rzędami nagle odebrała mi cały zapał.
Byłam na nią zła. Bo zupełnie nie miała racji. Wcale… Wcale nie zmieniałam moich poglądów tak, by pasowały do moich znajomości. Nie byłam hipokrytką. Nie sympatyzowałam z wyższymi klasami. Ja tylko…
Merlinie, nie byłam w stanie stwierdzić, co takiego „ja tylko”. Wiedziałam z całą pewnością, że moje poglądy nie uległy zmianie, ale wiedziałam też, że, nawet jeśli czasami mówię i myślę coś zgoła innego, w gruncie rzeczy nie chcę zrywać znajomości z żadnym z Blacków. Powiedziałam Chevonne prawda: obaj byli przede wszystkim ludźmi, a dopiero na drugim miejscu arystokratami. I nie miał znaczenia fakt, że jeden był najwyraźniej czarną owcą w rodzinie, zaś drugi… drugi prawdopodobnie był oczkiem w głowie i sam zajmie się zrywaniem naszej znajomości, kiedy się dowie o moim pochodzeniu, Chevonne miała rację. Czy powinnam mu powiedzieć? Nie chodziło o to, że byłam tchórzem – po prostu uznałam, że gdybym mu powiedziała, to by znaczyło, że uznałam to za istotny fakt. A wcale taki nie był. Przynajmniej dla mnie. Segregowanie ludzi ze względu na płeć jest… równie obrzydliwe, co segregowanie ludzi ze względu na klasę społeczną? Nie! Gorsze! Dużo gorsze!
Westchnęłam. Nadal miałam wrażenie, że brakuje mi powietrza, straciłam też całe zainteresowanie grą. Nie mogłam się wprost doczekać, aż ktoś złapie znicza i wszyscy sobie gdzieś pójdą. Nie wiedziałam, kiedy ten tłum zaczął mi przeszkadzać, ale teraz byłam więcej niż świadoma jego obecności.
Tłum. Czy jest na tym świecie coś wzbudzającego większą obrazę? Co innego – grupa. Zgromadzenie. Ale tłum sam w sobie zakładał jakąś bezmyślność, jakieś tępe podporządkowanie się schematowi.
Nieświadomie zadrżałam. Od kiedy brzydziłam się tłumem? Masą? Od kiedy uważałam, że to stado owiec, prowadzonych bezmyślnie przez przewodnika…? Potarłam skronie. Coś było nie tak. Czy Chevonne mogła mieć rację; czy coś się zmieniło?
Moje rozważania przerwał radosny okrzyk tłumu. Ktoś złapał znicza. Jako, że tłum naokoło mnie był dość mieszany, początkowo nie mogłam zrozumieć, kto. Ale po chwili okazało się, że to James, oczywiście.

12. O tym, jak kręta może być droga ku zemście

Tamtego dnia, kiedy już dotarliśmy na ucztę, Syriusz ani słowem nie wspomniał o tym, co się stało w Sali Pamięci. Ani następnego. W ogóle o tym nie wspominał, a przynajmniej nie dowiedziałam się o tym od nikogo. Za to jakiś czas później dotarły do mnie słuchy, że zerwał z Chevonne, która przez jakiś czas snuła się po korytarzach jak cień (choć czerwone i spuchnięte oczy świadczyły o tym, że zwyczajnie, po ludzku płakała), a później najwyraźniej uznała, że nie warto rozpaczać, lepiej skupić się na czymś innym. Tak się złożyło, że jej wybór padł na walkę z kapitalizmem, bowiem pewnego listopadowego wieczoru podeszła do mnie, kiedy siedziałam w bibliotece, i stwierdziła, że chce ze mną porozmawiać. Nie miałam pojęcia, jaki temat chce poruszyć, bo do tej pory ciężko było nazwać nasze stosunki przyjacielskimi, ale okazało się, że gawędzi nam się całkiem miło. Jej poglądy nieznacznie różniły się od moich, ale w większości zasadniczych spraw się zgadzałyśmy, co było dla mnie całkowitym zaskoczeniem. Jeszcze nikt – NIKT – w tym zamku mnie nie popierał tak jak Chevonne. Oczywiście zaczęłyśmy spędzać ze sobą więcej czasu – zwłaszcza, że obie teraz unikałyśmy Syriusza. Okazało się, że razem tworzymy nie tylko idealny front antykapitalistyczny, ale również – antysyriuszowy. Całe wieczory spędzałyśmy na knuciu intryg przeciwko systemowi i starszemu z Blacków. A ile było przy tym śmiechu!
Jednego dnia na przykład siedziałyśmy w bibliotece – żadna z nas nie miała wstępu do dormitorium drugiej – i dyskutowałyśmy o tym, jak na najbliższym meczu Quidditcha podmienimy Syriuszowi szatę na taką, która po parunastu minutach zacznie świecić się i śpiewać.
– Nie, nie, najpierw musimy rzucić zaklęcie na zmianę koloru. Tego się nie załatwi eliksirem – powiedziałam, stukając paznokciem w pergamin, na którym zapisywałyśmy wszystkie składniki i formuły, które były nam potrzebne do realizacji planu. – Nie ma mowy, żeby eliksir zadziałał dopiero po jakimś czasie.
No dobrze, może jakiś by zadziałał, ale nie znałam żadnego. Zaklęcie – ha, z tym byłoby prościej.
– Przecież tyle eliksirów tak działa! – powiedziała. – Jak choćby ten, który robiliśmy ostatnio… Myślałam, że wasza grupa omawia ze Ślimakiem ten sam program.
Nie mogłam pogodzić się z tym, że z Chevonne mam tylko zielarstwo, a przez całą resztę przedmiotów muszę męczyć się ze Ślizgonami. Choćby z Severusem, którego ktoś ciągle zamykał w szafie. Ktoś! Black!
Pokręciłam głową – zarówno w odpowiedzi na jej propozycję, jak i na samo wspomnienie wybryków Blacka – po czym zajrzałam do jednaj z ksiąg.
– Jasne, omawia, ale nie zdążymy – stwierdziłam. – Ten eliksir wymaga czasu, a my mamy go za mało. Dlatego właśnie zaklęcie jest lepszym rozwiązaniem. Chyba że chcemy czekać do następnego meczu…
Urwałam. Obie wiedziałyśmy, że nie chcemy.
– Jak chcesz – odpowiedziała. – Nie ufam zaklęciom. Są kapryśne. Za to dobrze przygotowany eliksir nie może nie zadziałać.
Choć ideologicznie spójne, różniłyśmy się z Chevonne naszym podejściem do magii. Ja, jako dziecko mugoli, nie wyobrażałam sobie czarów bez różdżki – no, dobrze, telekineza była magią bezróżdżkową, ale… Chodziło o takie czary-czary. Za to Chevonne, z dziada pradziada czystomagiczna, gdzieś po drodze zdołała pozbyć się swojego kompleksu krwi. Dla niej eliksiry były magią taką samą, jak głupiutkie zaklęcia. A nawet silniejszą, jako że była z nich diabelnie dobra i jako nieliczna z nie-Ślizgonów i nie-bogatych-bądź-słynnych-bubków należała do Klubu Ślimaka.
– Dobrze rzucone zaklęcie podziała tak samo jak porządny eliksir – zapewniłam, jednocześnie zaglądając do innej księgi, żeby sprawdzić formułę. – A co ze śpiewaniem? – zapytałam po chwili. Nie byłam pewna, jak rozwiążemy ten problem, bo wszystkie moje pomysły brzmiały idiotycznie nawet w mojej własnej głowie.
– Ja nie umiem – zaznaczyła.
Westchnęłam. Wiedziałam, wiedziałam.
– Może zastosujmy tę samą metodę, która jest używana przy wyjcach? – zaproponowałam. – No wiesz, zaczynają krzyczeć dopiero, kiedy się je otworzy. Można zaplanować to tak, że zacznie śpiewać, kiedy szata zmieni kolor i zacznie świecić. Na pewno znajdziemy odpowiednie zaklęcie.
– Można, można – powiedziała i uśmiechnęła się radośnie. – Czy to oznacza, że ty zaśpiewasz?
Westchnęłam. Nie, nie ma mowy! Nie miałam zamiaru… Ale dla dobra planu…
Niespodziewanie zostałam uratowana od odpowiedzi.
– Co Annie będzie śpiewała?
– Nic! – odpowiedziałam odrobinę za głośno (w końcu byłyśmy w bibliotece), nawet nie oglądając się za siebie, żeby spojrzeć na pytającego.
Zamiast tego złapałam pergamin z naszymi notatkami i schowałam go do torby. Nie, to w ogóle nie było podejrzane zachowanie. A skądże. Odchrząknęłam i dopiero obejrzałam się za siebie.
Tuż za moimi plecami stała Brenda, a obok niej – Lily i cała reszta wesołej gromadki.
– Wszystkie stoliki są zajęte, możemy się przysiąść? – spytała Evans.
Ku zdziwieniu mojemu i Chevonne – która to z moich opowieści wiedziała, jak irytujące potrafią być moje współlokatorki – czekały na moją odpowiedź. No, prawie wszystkie. Brenda bowiem od razu zajęła krzesło koło mnie.
– Nie wiedziałam, że masz talent! – Była wyraźnie podekscytowana.
Zrobiłam głupią minę – mniej więcej taką, jaką w większości głupich komedii robi bohaterka, która chce odmówić, ale nie wie, jak to zrobić, żeby nie urazić rozmówcy. W tym przypadku jednak nie chodziło o urażenie nikogo. Bardziej martwiło mnie, ile z naszej rozmowy słyszały i czy widziały pergamin, zanim go schowałam. Jeśli były świadome naszego planu… cóż, lepiej było pozostawać z nimi w przyjacielskich stosunkach.
– Jasne, siadajcie – powiedziałam, po czym zwróciłam się do Brendy: – I mam rozliczne talenty, choć Chevonne nieco przecenia moje umiejętności wokalne.
– Annie, koniecznie musisz nam coś zaśpiewać – dorzuciła od siebie Sarah. Och, było mi miło, że próbuje prowadzić ze mną taką uroczą, konwencjonalną rozmowę, ale mogłaby jej nie prowadzić moim kosztem! – Dawno nie słyszałam dobrego, damskiego wokalu.
– Taaa, Lily strasznie fałszuje pod prysznicem – dorzuciła od siebie Melinda.
– Wcale nie! – oburzyła się Lily, co wyszłoby może bardziej przekonująco, gdyby zaraz nie parsknęła śmiechem.
Przez chwilę miałam ochotę namówić którąś z nich, żeby zaśpiewała. Oczywiście, byłby to genialny plan, gdyby nie fakt, że lubiły Syriusza i z pewnością by się zorientowały, gdyby nagle ich głos zaczął się dobywać z jego szaty. To mogłoby zaowocować wydaniem nas McGonagall i szlabanem, a tego chciałam uniknąć. Liczyłam, że jeśli będę milczeć, same zmienią temat i żadna z nich nie będzie wymagała ode mnie publicznego śpiewania.
– Nie obrażaj się, Lil, taka prawda – broniła się Melinda. – Annie, zaśpiewasz nam i udowodnisz jej, że się myli?
– Annie będzie śpiewać?
No nie, jeszcze go tu brakowało.
– Nie, James, Annie nie będzie śpiewać – powierdziałam szybko, zrywając się na równe nogi. – Annie nie umie śpiewać, więc nie będzie śpiewać. Annie za to musi iść… na chwilę. I zaraz wróci, tak, wróci.
O niczym tak nie marzyłam, jak o wyciągnięciu stąd Chevonne i zaszyciu się w jakimś kącie. Nie ustaliłyśmy jeszcze ostatecznej wersji planu (prawdę mówiąc – nie ustaliłyśmy jeszcze żadnej jego wersji), a czasu było coraz mniej. Zarzuciłam torbę na ramię i spojrzałam wyczekująco na Chevonne.
Jednak ta spojrzała na mnie bezradnie i, nie mogąc wyzwolić się z presji spoczywających na niej spojrzeń, postanowiła pozostać bierną. Świetnie. Sama więc ruszyłam w kierunku wyjścia.
I stanęłam twarzą w tors Syriusza Blacka.
– Nawet jeśli ładnie poprosimy? – spytał.
– Nawet! – odpowiedziałam, chociaż wiedziałam, że nie powinnam podnosić głosu, bo znajdowałam się w bibliotece. I że nie powinnam podnosić go przy Syriuszu, który mógłby połączyć moją niechęć do swojej osoby z tym, co stanie się na najbliższym meczu. – Nie śpiewam publicznie – dodałam.
Naprawdę, naprawdę chciałam stąd wyjść i iść prosto do lochów. W porządku, ostatnio nie spędzałam za dużo czasu w towarzystwie Regała, ale byłam pewna, że to on jest osobą, której mi trzeba. Może sam nie zaśpiewa, ale niewątpliwie pomoże nam zrealizować plan. A gdzie mam większe szanse wpaść na niego niż w lochach?
– To nie jest miejsce publiczne, Annie. Jesteś wśród przyjaciół! – zapewniła mnie Brenda.
– Właśnie! – dorzuciła Sarah.
– Absolutnie! – I Lily.
– Bre raz w życiu ma rację! – I Melinda.
– Ej! Raz w życiu? Czy ty sugerujesz…? – i znowu Brenda, której przerwał głośny śmiech pozostałych dziewczyn.
Tylko Syriusz milczał, patrząc i patrzył, milcząc. A przy tym zarówno jego milczenie jak i spojrzenie były tak intensywne, że miałam ochotę za tę bezczelność posłać go do diabła.
Przetarłam twarz dłonią, co miało świadczyć o całkowitej desperacji, jaką w tym momencie czułam. Nie było mowy o tym, żebym śpiewała. Nie, w żadnym wypadku.
– To JEST miejsce publiczne – stwierdziłam dobitnie. – To jest biblioteka i w każdej chwili może do niej wejść dowolnie wybrany uczeń czy nauczyciel. Poza tym naprawdę muszę… no wiecie, iść do… yyy… iść.
Nerwowo wskazałam na drzwi, co nie było łatwe, bo drogę do nich nadal blokował mi Syriusz.
– Do Regulusa? – zaproponował.
James parsknął śmiechem.
– Nie, nie do niego – odpowiedziałam z całym spokojem, na jaki mogłam się zdobyć. W myślach powtarzałam sobie, że nie mogę doprowadzić do żadnej sceny, nie mogę zacząć na niego krzyczeć, nie mogę… Aż w końcu przyszedł mi do głowy pomysł genialny w swej prostocie! – Muszę iść do łazienki – stwierdziłam luźnym tonem, po czym dodałam konspiracyjnie: – Kobiece sprawy.
Powinien mnie natychmiast przepuścić. To była najlepsza wymówka, jaką miałam w swoim repertuarze i do tej pory mnie nie zawiodła. Spojrzałam na niego wyczekująco.
– Czyli do Regulusa.
To mnie zbiło z tropu. Pierwszy raz moja wymówka nie zadziałała! Sam się prosił o to, co go czekało w czasie najbliższego meczu!
– Po prostu mnie przepuść – warknęłam. Naprawdę, naprawdę mnie to irytowało.
– Daj spokój, Łapo, miłości nie pokonasz – rzucił James.
Syriusz wzruszył ramionami, jednak pod jego pozorną obojętnością kryła się… Tak, zdecydowanie złość. Najwidoczniej wciąż nie wybaczyli sobie incydentu z Hogsmeade. A szkoda. Przecież byli braćmi! Powinni się wspierać!
Teraz jednak nie miałam czasu się nad tym zastanawiać. Nie stawiał oporu, kiedy go wyminęłam i wyszłam z biblioteki. Powoli wypuściłam z płuc całe powietrze. O rany, to było coś. Powinnam zastanowić się nad przyczynami, dla których James powiedział to, co powiedział, ale uznałam, że to może poczekać. Po prostu później rzeczowo mu wyjaśnię, że ma nie opowiadać takich bzdur, albo następnego dnia obudzi się z widelcem zamiast nosa.
Oparłam się plecami o zimną ścianę i powoli uspokoiłam puls – cała ta sytuacja sprawiła, że się zdenerwowałam. Teraz tylko się uspokoić i iść do lochów, tak. Albo najpierw do łazienki, na wypadek, gdyby któreś z nich mnie śledziło (pomysł całkiem irracjonalny, ale lepiej dmuchać na zimne, prawda?).
Łazienki w Hogwarcie były całkiem urocze, choć ta koło biblioteki trochę mniej. Dlaczego? Cóż. Całymi dniami przesiadywały tam małe, płaczące Krukonki, które dostały tego dnia pierwszego Trolla w swoich życiu. I, zapewne, ostatniego, bo kiedy tylko ich nadambitni rodzice-tyrani dowiedzą się o tej ocenie, ostro się za nie zabiorą.
Starałam się zignorować wszystkich znajdujących się w pomieszczeniu. Powoli podeszłam do umywalki, spryskałam twarz zimną wodą i przejrzałam się w lustrze. Nie wyglądałam najlepiej – angielska pogoda źle wpływała na moją cerę, a z włosów (jak podejrzewałam od samego początku) zrobiła wronie gniazdo. Całkiem ładne wronie gniazdo, jeśli pamiętałam o starannym rozczesywaniu ich kilka razy dziennie, ale wciąż wronie gniazdo.
Westchnęłam jeszcze raz i wyszłam. Uspokoiłam się, oczyściłam głowę ze zbędnych myśli, więc nie pozostało mi nic innego, jak tylko iść do lochów.

***

Kiedy szłam do lochów, cały czas oglądałam się przez ramię. Nie zależało mi na opinii kogokolwiek z towarzystwa, które zostawiłam w bibliotece (no dobrze, James nadal był moim przyjacielem, ale tym komentarzem popadł w niełaskę), ale nie chciałam też im udowadniać, że mają rację. Nawet jeśli mieli. Dlatego właśnie praktycznie skradałam się, zamiast iść tam dumnym krokiem i spokojnie poczekać na Regała albo innego Ślizgona, którego mogłabym poprosić, żeby wywołał go z pokoju wspólnego.
Będąc osobą mugolskiego pochodzenia (o czym Regał jeszcze nie wiedział – nie, żeby to miało zmienić naszą relację, skądże, po prostu nie była to jego sprawa!), nie powinnam się tam pokazywać. W szczególności nie taka zwinięta w sobie i upokorzona.
Jednakże sprawa, którą musiałam z nim omówić, była naprawdę pilna. Zrozumiałam, że Chevonne i ja nie jesteśmy w stanie zrealizować tego jakże genialnego planu same; będziemy potrzebować pomocy kogoś, kto tak samo jak my chce zrobić Syriuszowi złośliwy kawał – w kto nadawałby się do tego lepiej niż Regał? W tym momencie przyszła mi do głowy jeszcze jedna osoba – Chevonne wspomniała, że możemy użyć eliksiru… Wobec tego czemu nie porozmawiać z Severusem? Prawdopodobnie pomoże nam równie chętnie co Regał.
Zadowolona z siebie zatrzymałam się przy zakręcie prowadzącym do korytarza, a którym znajdowało się wejście do pokoju wspólnego Ślizgonów. Wystarczy poczekać.
I poczekać.
I poczekać jeszcze trochę. Jak na złość, nikogo nie było.
Zaczęłam nawet zastanawiać się, czy nie pomyliłam korytarzy, przecież to niemożliwe, żeby nikt nie wracał do pokoju wspólnego ani z niego nie wychodził!
Ale jednak. Korytarz wydawał się właściwym. Odpowiednie stężenie mroku w powietrzu.
Westchnęłam ciężko. Nie mogło być jeszcze tak późno, żeby wszyscy spali, prawda? Nie minęło tak dużo czasu, odkąd wyszłam z biblioteki.
Zaczęłam rozważać pukanie we wszystkie ściany po kolei – w nadziei, że może Ślizgoni coś usłyszą. Chociaż nie, to brzmiało głupio nawet w mojej głowie. Wobec tego może lepiej usiąść i poczytać jakąś książkę? Na pewno jakąś miałam w torbie. Albo po prostu wrócić do dormitorium?
Nagle usłyszałam szybkie kroki.
Z nadzieją spojrzałam w stroną, z której dochodził dźwięk. Oto i nadchodzi mój wybawca!
Niestety, Severus nie był w zbyt dobrym humorze. Ktoś musiał znowu go uszkodzić, bo wyglądał fatalnie. Chociaż, stop, fatalnie to mało powiedziane. Wyglądał gorzej niż coś, co przypadkowy kot mógłby przywlec ze śmietnika na tyłach chińskiej restauracji (i nie żebym miała coś przeciwko chińskim restauracjom, to tylko utarty zwrot językowy). Zdecydowałam jednak, że do niego podejdę.
– Byłeś z tym w skrzydle szpitalnym? – zapytałam, wskazując jego zakrwawioną rękę. Tak, wiem, powinnam się najpierw przywitać. No trudno.
– Dam sobie radę sam – warknął i schował rękę pod szatę. – Nie potrzebuję niczyjej pomocy.
– Ale to nie wygląda najlepiej… – zaczęłam, po czym uznałam, że może faktycznie da sobie radę sam. Jakkolwiek to zabrzmi: miał już pewne doświadczenie, jak zdążyłam się zorientować, Syriusz uważał dzień za stracony, jeśli nie rzucił w Severusa chociaż jedną klątwą. Zamiast więc namawiać go, żeby zrobił coś rozsądnego, wypaliłam: – Chcesz nam pomóc odegrać się na Syriuszu?
Byłam pewna, że z miejsca się zgodzi. Każdy na jego miejscu by się zgodził!
– Nie.
– C-co? Jak to?! – zawołałam. – Mamy absolutnie genialny plan i byłam pewna, że…
Spojrzałam na niego niepewnie. Przecież nie mógł odmówić ze strachu przed zemstą czy szlabanem, prawda? To byłoby głupie… Zwłaszcza w przypadku kogoś, kto nie chciał iść do skrzydła szpitalnego, nawet kiedy jego własna krew kapała na podłogę.
– Nie będę się bawił w ich idiotyczne gierki. To nie mój poziom. – Dosłownie zmroził mnie wzrokiem. – A teraz przepraszam, Annie, pilnie potrzebuję mojego kufra.
– Och. Jasne, jasne – mruknęłam, schodząc mu z drogi. – Ale wiesz, gdybyś zmienił zdanie… – zaczęłam, choć wydawało się to zbędne, bo po prostu ruszył w kierunku ściany, za którą było wejście do pokoju wspólnego Ślizgonów. (Nie patrzyłam, która to, wcale!… No dobrze, nie za bardzo).

04. O tym, jak w końcu poznaję płeć piękną Hogwartu

Jak zostałam poinformowana szeptem, znajdowałam się w Wielkiej Sali. Jak sama nazwa wskazuje, było to ogromne pomieszczenie, w którym postawiono cztery stoły (tu uczynny szept wyjaśnił, że przy każdym z nich zasiadają uczniowie innego z domów), a także piąty, prostopadły względem nich, stół kadry pedagogicznej. Od razu zapytałam o to, czy pracownicy administracyjni także mogą przy nim zasiadać, ale mnie uciszono. Nie miałam zamiaru odpuszczać, po prostu uznałam, że z równym powodzeniem mogę zapytać o to później, jako że właśnie wchodziliśmy do środka i poczułam lekkie zdenerwowanie. Wszyscy poza mną wiedzieli, co mają robić i gdzie się udać.
James proponował, żebym tymczasowo usiadła z nimi przy stole Gryfonów, ale wolałam tego nie robić. Łamanie przepisów to brak szacunku. Co innego bunt przeciwko wyzyskowi klas niższych przez klasy wyższe, a co innego brak szacunku dla człowieka, który (co jest niewykluczone) pochodzi z tych klas niższych.
Dlatego też stałam na środku Wielkiej Sali i jak ostatnia idiotka obracałam się wokół własnej osi, szukając ratunku.
W końcu ratunek nadszedł. Zjawiła się przede mną wysoka (czy ja już coś wspominałam o jedzeniu faszerowanym hormonem wzrostu?) czarownica w okularach z prostokątnymi szkłami. Wyglądała strasznie poważnie, zwłaszcza, że miała usta zaciśnięte w linię prostą. Taka mina nie mogła wróżyć niczego dobrego. Postanowiłam jednak nie zrażać się do niej i przedstawiłam się grzecznie, dygając lekko (co z pewnością wyszłoby lepiej, gdyby nie presja, jaką wywoływała ponad setka wlepionych we mnie oczu).
– Ustaw się z pierwszorocznymi – powiedziała i wskazała mi rządek przemoczonych, wystraszonych wypłoszów w za dużych szatach.
Cóż za upokorzenie! Miałam udawać jedenastolatkę? I to publicznie? Postanowiłam tymczasowo zastosować się do zaleceń kobiety (która, notabene, przedstawiła mi się gdzieś po drodze jako profesor McGonagall, nauczycielka transmutacji i opiekunka Gryfonów), a swoje urazy zachować na później. Zemsta najlepiej smakuje na zimno.
Bardzo niechętnie stanęłam we wskazanym mi miejscu i czułam na sobie spojrzenia większości zgromadzonych w Wielkiej Sali. Słyszałam nawet szepty tych siedzących bliżej – wszyscy byli zainteresowani, kim właściwie jestem, co tu robię i dlaczego mam tak koszmarną fryzurę. Świetnie. Anglicy naprawdę potrafią podnieść dziewczynie samoocenę. Niechętnie przeniosłam wzrok na stołek, na którym leżała stara tiara. Nie taka zwykła tiara – dowiedziałam się, że należała kiedyś do Gryffindora, a teraz zajmowała się przydzielaniem uczniów do domów. Nie było to do końca zgodne z moimi przekonaniami – ostatecznie to forma segregacji i wtłaczania w tryby społeczeństwa – ale nie byłam w odpowiedniej pozycji, żeby próbować obalić ten zwyczaj.
W szczególności, że chwilę później rozpoczął się proces przydzielania do domów. Wyglądał on następująco. Kolejni osobnicy siadali na stołeczku i zakładali tiarę na głowę. Ta, po szybkim skanie ich umysłów (ciekawe, czy sprawdzała przy tym zeznania podatkowe rodziców) oznajmiała całemu światu, gdzie spędzą następne siedem lat swojego życia.
Nie spieszyło mi się do usłyszenia wyroku, więc zaczęłam rozglądać się bezmyślnie po sali, starając się wyobrazić sobie, jak już jutro będę zasiadała przy jednym z tych stołów, rozmawiała z tymi ludźmi i…
– Wesdjiasmiermio, Ann! – wyczytano. To wyrwało mnie z zamyślenia.
Niechętnie (ale bez ociągania się – byłam ostatnią osobą czekającą na przydział, a wszyscy na sali wyglądali na straszliwie wygłodzonych, wolałam nie ryzykować zamieszek) podeszłam do stołka, który był strasznie niski – w końcu dostosowano go do wzrostu jedenastolatków. Usiadłam i założono mi na głowę Tiarę Przydziału. Miałam nieodparte wrażenie, że to wszystko jest jakimś surrealistycznym snem – wszystko, od przeprowadzki ojca, a gadający kapelusz jest jasnym dowodem, że powinnam się obudzić.
– Hm, Annie, nareszcie do nas dotarłaś! – usłyszałam głosik w mojej głowie. Głosik był wyjątkowo piskliwy, choć przecież wygląd tiary zupełnie do niego nie pasował. – Brakowało mi ciebie cztery lata temu. Taki talent! Mielibyśmy go oddać Francuzom?
– O czym, do diabła, pani do mnie mówi? – spytałam, choć nie byłam pewna, czy do tiary wolno zwracać się per pani. Co, jeśli była androgeniczna? Taki brak szacunku.
Ale, nie oszukujmy się, szacunek nie należy się PRZEDMIOTOWI, który segreguje ludzi wedle rasy. Co, może Francuzi są gorsi? To, że jedzą żaby, nie znaczy jeszcze…
– Niewyparzony język, wrodzona bezczelność, bunt przeciwko systemowi i wrażliwość na krzywdę innych. Wybornie! – Tiara zignorowała jej oburzenie. Co za perfidny kawał materiału. Naprawdę, ktoś, kto ją zaczarował, musiał być nienormalny. – W dodatku ta miłość do czerwieni. Niech więc będzie.
Chciałam już spytać “Będzie co?”, gdy tiara ryknęła na całą salę:
– GRYFFINDOR!
Zanim się obejrzałam, zdjęto mi tiarę (a nawet nie zdążyłam się pożegnać!) i popchnięto w kierunku stołu, przy którym siedzieli już moi nowi koledzy. James machał do mnie i nie mogłam oprzeć się pokusie odmachania mu. Z niewyjaśnionych przyczyn miałam ochotę uśmiechnąć się do nich wszystkich (poza Nadąsanym Arystokratą, ma się rozumieć). Ale miałam jeszcze większą ochotę na zjedzenie kawałka placka z dyni.
Co też uczyniłam, gdy tylko opadłam na swoje krzesło.

***

Strasznie bałam się poznania swoich współlokatorek. Cały wieczór towarzyszył mi James – ale w końcu nastąpił moment, w którym musiałam zostać sama. Co miałam zrobić? Tak po prostu otworzyć te koszmarne drzwi i powiedzieć „cześć”? To… frajerskie.
Wiedziałam jednak, że jest już późno, a mój kufer znajduje się w dormitorium, więc powinnam do niego dołączyć, jako że nie miałam żadnego innego miejsca, w które mogłabym się udać. Ba, nie znałam nawet drogi do poszczególnych sal, że o łazienkach nawet nie wspomnę. Nie byłam nawet pewna, czy rano byłabym w stanie trafić samodzielnie do Wielkiej Sali, bo większą część drogi do wieży Gryffidoru spędziłam na rozmowie z Jamesem, a nie na zapamiętywaniu topografii zamku.
Westchnęłam, po czym zrobiłam głęboki wdech, przywołałam na usta szeroki uśmiech i weszłam do środka.
– Um, cześć – powiedziałam, zdając sobie sprawę, jak koszmarnie frajersko brzmię. No trudno. Niech mnie mają za frajerkę.
Początkowo nikt mi nie odpowiedział. W pokoju znajdowały się cztery dziewczyny i wszystkie cztery milczały. Co za babska solidarność!
Miałam ochotę zabrać kufer i wyjść. Albo wcale nie zabierać kufra, rzucić się na łóżko i krzyknąć “przepraszam, że żyję, ale zaraz pójdę spać, więc będziecie mogły dalej mnie nienawidzić”. Potem jednak uznałam, że obydwie reakcje są bez sensu. Popatrzyłam na moje nowe współlokatorki. Na łóżku po lewej siedziała chuda, rudowłosa dziewczyna o niesamowicie zielonych oczach. Na kolanach trzymała paczkę mugolskich cukierków, którymi się dzieliła z drugą, równie chudą, ale zupełnie do niej niepodobną dziewczyną. Miała krótkie włosy koloru, który ludzie zwykli określać jako brązowy tylko z czystej uprzejmości – i z konieczności określenia ich jakimś kolorem. Spuściła ukryte za okularami oczy (chyba niebieskie, ale nie byłam pewna) i z lubością wpatrywała się w cukierki. Na drugim łóżku leżała blondynka – przeglądała jakąś mugolską gazetę i żuła gumę, co i raz strzelając balonami. Wzdrygnęłam się. Czułam, że nie zapałam do niej sympatią. Ostatnią osobą w pokoiku była niska brunetka, której twarz wyglądała, jakby dziewczyna przeszła wyjątkowo ostrą ospę wietrzną, ale nikt nie powiedział jej, że nie powinna się drapać. Albo może powiedział, ale nie zrozumiała – nie wyglądała na najbystrzejszą.
Chrząknęłam, żeby dać im do zrozumienia, że oczekuję jakiejś reakcji – wszystkie bowiem zastygły w miejscu i po prostu na mnie patrzyły.
– No dobra, ja zacznę – odezwała się blondynka. Chciałam jej powiedzieć, że nie wypada mówić do nowo poznanej osoby leżąc i żując gumę, ale się powstrzymałam. Jeszcze kłótni mi dziś brakowało! – Jestem Brenda. I nie słuchaj tego, co ci o mnie powiedzą. Evans zazdrości mi, bo ja całowałam się z Potterem, a ona nie.
– Annie. Miło mi cię poznać – powiedziałam sucho.
Nie było mi specjalnie miło, ale uznałam, że stwierdzenie „wolałabym, żeby nasze stosunki pozostały możliwie neutralne i żebyśmy nie zbliżały się do siebie bardziej niż to konieczne” nie zabrzmiałoby dobrze. Poza tym, nie powinnam oceniać ludzi po wyglądzie. Może miała bardzo bogate wnętrze.
Kiedy jednak zauważyłam, jaką gazetę przegląda – a nie był to tytuł, który zaaprobowałaby moja wewnętrzna dama – zwątpiłam w swój optymizm.
Spojrzałam na resztę dziewczyn, uśmiechając się przyjaźnie. Niechże się któraś przedstawi, niechże się któraś przedstawi, niechże…
– Bre, wcale nie zależy mi na tym, żeby całować tego rozczochrańca! Wolałabym umrzeć, niż pozwolić mu się dotknąć! – zakrzyknęło rudowłose stworzenie. – I nie mów do mnie po nazwisku, bo jak cię zaraz…
Przemoc była w Gryffindorze na porządku dziennym. Dlatego też Brenda po chwili oberwała poduszką.
Spojrzałam na rudowłosą. Uznałam, że skoro mam nie zwracać się do niej po nazwisku, jeśli nie chcę oberwać poduszką (a niespecjalnie chciałam), to powinnam się dowiedzieć, jak ma na imię. O co też zapytałam.
– Lily Evans – odparła, uśmiechając się nieznacznie i częstując mnie cukierkami.
– Sarah – drugi zwierz cukierkowy dołączył do frakcji przedstawiających się. Została jeszcze jedna.
Spojrzałam na ofiarę ospy i uśmiechnęłam się do niej. Nie zareagowała. Podeszłam i wyciągnęłam rękę.
– Annie – powiedziałam wyraźnie, na wypadek, gdyby dziewczę nie przetwarzało danych tak szybko jak pozostałe.
– M-melinda – mruknęła cicho i przelotnie uścisnęła mi rękę, po czym zanurkowała w swoim kufrze.
„Świetnie” – pomyślałam. Jeśli miałam spędzić z tymi sierotami najbliższe trzy lata… Och, jakże różniły się od moich koleżanek z Fracji! Tamte były takie przebojowe, takie doskonałe! A tu? Jakieś zakały rodu ludzkiego. Nawet nie pomagało im to, że prawdopodobnie przynajmniej jedna z nich była pochodzenia niemagicznego (cukierki) i mogła identyfikować się z proletariatem. Beznadziejny przypadek.
Usiadłam na swoim łóżku i próbowałam robić dobrą minę do złej gry.
– Chodziłaś z Jamesem? – spytałam Brendy. Uznałam bowiem, że to wystarczająco neutralny temat. Poza tym, byłam ciekawa, czy dalej ze sobą są. Podejrzewałam, że nie. Gdyby byli, James nie spędziłby ze mną całego wieczoru.
– Tak, ale to przeszłość. James jest teraz A-B-S-O-L-U-T-N-I-E wolny i cały twój.
Spojrzałam na nią jak na kretynkę, bo, nie oszukujmy się, prawdopodobnie była kretynką.
– Nie udawaj, że nie rozumiesz! – Brenda uśmiechnęła się złośliwie. – Spędziłaś dziś ze słodkim panem Potterem cały wieczór, a Evans prawie szlag trafił!
– Nieprawda! – zaprotestowała Lily. Oho. klasyczny przykład wyparcia.
– Ale spędziliśmy ten wieczór absolutnie niezobowiązująco – powiedziałam chłodno, kierując swoje słowa ni to do Brendy, ni to do Lily. Nie chciałam, żeby zabrzmiało to, jakbym się tłumaczyła (bo nie czułam potrzeby się tłumaczyć). – Jestem tu nowa i nie mam zamiaru wplątywać się w żadne romanse – dodałam, żeby wszystko było jasne.
Przez chwilę miałam nieodparte wrażenie, że wszystkie stwierdzą, że kłamię, a ja nie miałabym nawet żadnych argumentów, żeby je przekonać, że tak nie jest.
– Wolę się skupić na walce z burżuazją – dodałam po chwili ciszy. Miałam nadzieję, że zmiana tematu poskutkuje, a ten wydał mi się wystarczająco kontrowersyjny, żeby oderwać ich umysły od mojego rzekomego związku z Jamesem.
– Z burżuazją? A co to jest burżuazja? – spytała, oczywiście, Brenda. Czy ja nie wspominałam już przypadkiem, że jest kretynką?
– No wiesz, z arystokracją. Z klasą rządzącą. Z tymi wszystkimi, którzy dyrygują nami, narzucają nam styl życia, zasady, gnębią nas i uciskają, a cała nasza krwawica idzie na budowę ich pałaców, grobowców, domków letniskowych i basenów – wyjaśniłam, starając się przedstawić to jak najprzystępniej. Żeby wszyscy zrozumieli. Nie żebym specjalnie liczyła na pozyskanie ich dla idei.
Brenda powiedziała tylko:
– A.,
by potem zaprezentować światu minę absolutnego i niekończącego się niezrozumienia. No tak. Czego miałam się po niej spodziewać? Ludzie żujący gumę niespecjalnie nadają się do myślenia.
– Czyli nie lubimy Ślizgonów, tak? – spytała Melinda. Ta wykazywała się tylko odrobinę większym rozsądkiem.
Spojrzałam na nią, jakby była całą nadzieją ludu pracującego – a przynajmniej całą nadzieją dostępną w tym pokoju.
– Tak, jeśli Ślizgoni są wstrętnymi arystokratami i napychają swoje burżuazyjne brzuchy lichymi dochodami ludzi pracy, które wydzierają im siłą…! To znaczy tak. Nie lubimy Ślizgonów – potwierdziłam, uznając, że nie ma sensu wprowadzać jej tak od razu we wszystkie tajniki i meandry jedynej słusznej idei.
Evans wzruszyła ramionami.
– Nic nowego. Od zawsze ich nie lubimy – powiedziała. – Nie masz niczego bardziej odkrywczego?
I gdy już-już miałam przekonywać ją, że moja idea to coś więcej niż bezmyślna nienawiść międzydomowa, Brenda ponownie odezwała się. Widocznie jej procesy myślowe dobiegły końca. Ale jakiego końca.
– Stop! – krzyknęła rozpaczliwie. – Czy Syriusz nie jest przypadkiem takim samym arystokratą? Nie będę protestowała przeciwko niemu. Nie można potępiać metra osiemdziesiąt pięć czystego seksu!
Spojrzałam na nią, nie do końca pewna, czy powinnam wybuchnąć śmiechem, czy głęboko przemyśleć swoje zasady (nie, nie, wcale tego nie pomyślałam!). Zdecydowałam się na lekki uśmiech.
– Nie możemy pozwolić, żeby wróg osłabił naszą czujność swoją aparycją – powiedziałam tonem absolutnej pewności. – Oni mogą być przystojni, ale to my mamy rację – dodałam, parafrazując jakąś złotą myśl, choć w tym momencie nie byłam pewna czyją.
– To głupie – powiedziała Brenda. – Idę się umyć.
Niespecjalnie mnie to zdziwiło – nie spodziewałam się, że zrozumie tak delikatne sprawy. Miałam tylko nadzieję, że nie będzie zbyt długo okupowała łazienki – wstyd przyznać, ale niemożność znalezienia toalet po drodze do i z Wielkiej Sali spowodowała, że mój pęcherz nie był w najlepszym stanie. Miałam nadzieję, że Brenda nie stanie się moim wrogiem z powodu braku poszanowania dla moich przekonań i mojego pęcherza.
W szczególności, że tego wieczoru nie odezwała się do mnie już żadna dziewczyna.