Obliviate 7: gniew

Sam widok płomieni spowodował, że serce biło Oldze jak szalone.
Była to reakcja absurdalnie wyolbrzymiona, zważywszy na to, że wpatrywała się w ogień bezpiecznie rozpalony w kominku. Znajdowała się na lotnisku w Moskwie, jednym z niewielu miejsc w całej Rosji, które posiadały kominki podłączone do międzynarodowej sieci Fiuu, i z głową w środku piekła cierpliwie czekała na połączenie, otoczona oślepiającymi płomieniami.
Minęła wieczność, zanim pojawił się Roger.
Wyglądał, jakby wyciągnęła go z łóżka. W pośpiechu zdążył tylko narzucić na siebie koszulkę. Olga z łatwością mogła sobie wyobrazić, że Paige celowo przeciągnęła go jeszcze w łóżku, nie chcąc wypuścić, i jak zasiała w nim zniecierpliwienie, kusząc obietnicami, by przyspieszyć jego powrót.
Ta myśl nieoczekiwanie wzbudziła w niej zazdrość, będącą połączeniem gorącego pragnienia, by znaleźć się na jej miejscu, z gorzkim zrezygnowaniem towarzyszącym myśli, że Roger bez konsekwencji spotykał się z kolejną swoją podwładną, podczas gdy Olga płaciła za swoje romanse najwyższą cenę.
Na widok Olgi Roger zrobił niezadowoloną minę.
– Kopę lat – stwierdził z dezaprobatą. Przyglądał się jej uważnie, a między jego ciemnymi brwiami pojawiła się zmarszczka. Olga wiedziała, że to ze względu na jej fatalny wygląd. Czuła, że jej twarz jest opuchnięta od płaczu, ale Roger to przemilczał. – Co jest?
Silił się na lekki ton, a Olga wiedziała, że nie chciał pokazać jej, że jej niezapowiedziany wyjazd cokolwiek go obchodził. Nie mogła mieć do niego żalu. Zdawała sobie sprawę, w jakiej znalazł się sytuacji po tym, jak bez uprzedzenia opuściła swoje stanowisko pracy, i mogła się tylko domyślać, że wkrótce dowiedział się, co łączyło ją z Adamem. Po tym, jak na jej odejście zareagował Blythe, nie było możliwości, żeby nie doszło między nimi do konfrontacji i to nie konfrontacji między szefem a podwładnym, ale konfrontacji między byłym kochankiem a niedoszłym mężem.
– Muszę ci coś powiedzieć – powiedziała Olga gorączkowo.
W pierwszym momencie Roger zapomniał się i spojrzał na nią ze szczerym zainteresowaniem. Wiedziała, że ta obietnica odrobiny szczerości mimowolnie zwróciła jego uwagę, bo przez cały czas trwania ich związku nie próbował wyłudzić od niej nic więcej.
Była gotowa wyznać mu wszystko, w desperackiej próbie odcięcia się od niewygodnej prawdy o niej samej, którą z taką lekkością objawił jej Dymitr. Jeśli naprawdę czerpała chorą przyjemność z destrukcji, z łamania prawa i odbierania innym wolności, wyjawienie Rogerowi całej prawdy było jedyną drogą, by powstrzymać siebie samą, a przy okazji zrujnować się w oczach ostatniego człowieka, którego zdanie jeszcze trochę ją obchodziło.
Zmrużyła oczy, bo widok płomieni intensyfikował wspomnienia, które skutecznie wyparła, przechowując je na granicy świadomości.
– Pamiętasz nasze pierwsze spotkanie?
Roger kiwnął głową. Była pewna, że to wspomnienie było dla niego warte niemal tyle, co dla niej. Olga nabrała powietrza. Serce biło jej jak szalone, prawie czuła, jak wzrastające ciśnienie rozwala ją od środka. Całą siłą woli zmusiła się do mówienia.
Nie było łatwo znaleźć w sobie odpowiednie słowa opisujące to, co stało się w przeddzień jej ucieczki z Rosji. Starała się być precyzyjna i rzeczowa, ale nawet w jej głowie ta historia brzmiała tak, jakby ją zmyśliła. Do granic możliwości nasiąknięta głupotą i przemocą, jej historia nie pozwalała oddać swojej istoty za pomocą tak prymitywnego środka jak mowa.
Przeszło jej przez myśl, by podzielić się wspomnieniem i pokazać Rogerowi wszystko takim, jakim było w jej pamięci, ale wiedziała, że ubranie tego w słowa jest jedynym sposobem, by Roger nigdy nie zobaczył, w jak opłakanym stanie są jej poszatkowane wspomnienia. Ich widok zmniejszyłby jej wiarygodność.
Bardzo sucho opowiedziała mu, w jakim stanie opuściła bar wraz ze swoim towarzyszem i jak tułali się po mieście, jak co noc szukając przygody, by zabić nudę pijackich nocy, i jak w końcu doszło między nimi do pojedynku. Jak w wyniku niekontrolowanego przepływu mocy wybuchł pożar, nad którym szybko stracili panowanie. Głos lekko łamał się jej, gdy opowiadała, że mugolska straż pożarna i policja były bezsilne. Niechętnie wycisnęła z siebie wyznanie, że w pierwszym odruchu chciała uciekać, ale była zbyt pijana na teleportację. Próbowała zaklęć, nie zważając na obecność mugoli, ale jej żałosne próby nie mogły powstrzymać piekła, które się rozpętało. Nie wdając się w szczegóły, wspomniała jak ogień trawił kolejne domy, jak jej uszy wypełnił nieznośny wrzask i jak w napadzie paniki zaczęła niechlujnie, na oślep modyfikować pamięć wszystkim świadkom i funkcjonariuszom, jak przyniosło jej to ulgę i pozwoliło odzyskać nad sobą panowanie. Jak o liczbie ofiar i zasięgu pożaru dowiedziała się dopiero, kiedy była już bezpieczna w Wielkiej Brytanii.
Roger nie zapytał, dlaczego jeszcze nie wyjawiła mu nazwiska swojego towarzysza, zupełnie jakby akceptował wersję, w której to ona jest inicjatorem wydarzeń, a on tylko dodatkiem, zbyt istotnym, by go pominąć, ale za mało istotnym, by pozwolić mu działać. Olga wiedziała jednak, że gdyby nie było Dymitra, nie byłoby tej historii. Nie potrafiła jednak racjonalnie wyjaśnić komuś, kto nie znał ich relacji, w jaki sposób Mitia potrafił podsycać w niej wszystkie najgorsze żądze i z jakiego powodu mu na to pozwalała.
Fizjologiczne objawy stresu powodowały, że coraz ciężej było jej wydusić z siebie słowa. Miała wrażenie, że sekundy dzielą jej od utraty przytomności. Trzęsące się ręce splotła na kolanach, zanim odważyła się powiedzieć:
– Moim wspólnikiem był Dymitr Szatow.
Odczekała jeszcze sekundę, ale ponieważ z całą pewnością wciąż była boleśnie żywa, falę paniki zmyła fala złości.
Davies spojrzał na Olgę, jakby nic nie usłyszał.
– Zawsze zastanawiałem się, co za sobą zostawiłaś – powiedział Roger, jego ton nie wskazywał na to, że cokolwiek w jej wyznaniu go zaszokowało. – Czułem, że zostawiłaś znęcającego się nad tobą męża albo jakąś traumę z dziećmi, i rozumiałem to.
Zamilkł, wpatrując się w Olgę intensywnie, jakby próbował skleić jego wykreowany obraz z twardymi faktami. Nie wyglądał, jakby zrobił to z łatwością.
– Nigdy o to nie pytałem. Cieszyłem się, że cokolwiek cię zżera, wylizujesz się z tego i zostawiasz wszystko za sobą. Wierzyłem ci, kiedy budziłaś się w moim łóżku i kiedy mówiłaś, że mnie kochasz.
Nie przerywała mu, przypominając sobie te dni, w których czuła się normalnie, w których chcąc zatrzymać przy sobie ostatnią nadzieję na zwyczajne życie, odgrywała skrupulatnie uczucia, których nigdy nie znała i których objawów uczyła się wtórnie, bacznie obserwując zachowania tych, którzy naprawdę ich doświadczyli. Kiedy patrzyła na Rogera, na którego twarzy odbijały się skrajne uczucia, mieszanina rozczarowania, wstrętu i miłości, wiedziała, że odegrała rolę jego Olgi prawie tak dobrze, jakby naprawdę nią była.
– Jesteś zajebistą aktorką – wyznał nagle, idealnie dopełniając jej myśli. Wyrwał się ze swojego patetycznego monologu, uderzony w twarz szczerością za samym sobą. – Mnie łatwo było oszukać, podszedłem do ciebie z sercem na dłoni, ale masz pojęcie, że udało ci się nabrać Adama? Kurwa. Ten facet naprawdę myślał, że z nim zostaniesz.
Nie zgadzała się z tymi słowami. Zawsze uważała, że musiała zostawić Rogera właśnie dlatego, że miał tendencję do emocjonalnego angażowania się, której jej zdaniem nie przejawiał Adam. Prawdziwym centrum świata Blythe’a był on sam i właśnie dlatego był idealnym kandydatem na męża. Olga uważała, że jej relacja z Adamem polegała na tym, że odgrywali swoje role, wiedząc, że to tylko teatr i akceptując to. Byli sobie wzajemnie potrzebni. Tego samego nie można było powiedzieć o relacji z Rogerem. Prawo nie pozwalało mu mieć tylu kobiet, z iloma był głęboko związany i było to jego osobistą tragedią, jednak zdolności do zaangażowania nie sposób było mu odmówić.
W pełni zdawała sobie sprawę z tego, co mu zrobiła, wiedziała jednak, że zostawienie go za sobą było najlepszą decyzją. Mimo to jego słowa były jak szpilki wbijane w jej posiniaczone już przez Dymitra ciało.
– Dymitr nie jest moim mężem, jest moim kuzynem – powiedziała z głęboką satysfakcją.
Powiedziała to tylko dlatego, że chciała zobaczyć wyraz szoku na twarzy Rogera. Wyraźnie wyobrażał sobie, że wie o niej już wszystko, że dostarczony przez chwilą ostatni kawałek układanki stanowił dla niego klucz do jej tajemnicy. Teraz, kiedy powiedziała mu prawdę i kiedy okazało się, że nawet ta prawda nie mogła jej odkupić, ponownie poczuła się beznadziejnie bezsilna. Jedyną ulgę mogło jej przynieść przekonanie, że inni cierpią tak samo.
Nie musiała mu więcej tłumaczyć, nawet Davies nie był takim idiotą, by pomyśleć, że Dymitr, będąc jej kuzynem, nie był jednocześnie jej kochankiem. Można powiedzieć, że nawet mężem, bo czy ich więź różniła się czymkolwiek od zdegenerowanego małżeństwa, poza tym, że ich przysięga małżeńska była jednostronna i miała skutki śmiertelne? Chciała powiedzieć to Rogerowi, udowodnić mu, że życie może być gorsze niż cokolwiek, co podpowiadała mu wyobraźnia, ale zdążyła tylko nabrać powietrza.
– Kurwa, Olga.
Roger ukrył twarz w dłoniach. Olga milczała, gorączkowo zbierając się, żeby ugodzić go jeszcze bardziej. Skoro już tak zapoznawali się z całą prawdą, mogłaby wygarnąć mu, że nieprzypadkowo był pierwszą osobą, którą spotkała po ucieczce z Rosji, że szef Biura Amnezjatorów był dokładnie tym, kogo wtedy potrzebowała, że nawet niecałą dobę po tym, jak przez swoje groźne poszukiwanie wolności podpaliła masę ludzi, była w stanie kalkulować zyski i straty; że jego dobra aparycja była jedynie miłym dodatkiem, a nie warunkiem koniecznym. Istniało jednak spore prawdopodobieństwo, że już to wiedział.
– Mówisz mi to, bo chcesz się pozbyć tego syfu – powiedział gniewnie Roger, nieoczekiwanie patrząc jej prosto w oczy. – Chcesz sobie ulżyć, tak? Nagle łatwo jest powiedzieć, że, kurwa, uciekłaś z kraju, bo kogoś spaliłaś, spanikowałaś i jeszcze się z tego wyłgałaś? Nagle lekiem na wyrzuty sumienia jest pierdolone wyznanie prawdy? I TO TYLE? – zaśmiał się gorzko i pokręcił głową z niedowierzaniem.
– Najlepsze jest to, że mówisz mi to nie dlatego, że zawsze chciałem ci pomóc, ale dlatego, że jestem twoim pierdolonym szefem i w mojej mocy jest cię wywalić dyscyplinarnie za pieprzenie się z Fullerem i manipulacje zaklęciami! Mówisz to mi w nadziei, że będę chciał cię, kurwa, dobić, ukarać, poniżyć publicznie. Przyjęcie kary za ten jeden błąd rozszerzyłabyś wtedy na wszystkie winy, ale wiesz co? NIE MA MOWY.
Patrzyła na niego bez zrozumienia.
– Śledziłeś Fullera? – zapytała, szczerze zdumiona, że okazywał tyle uwagi jej akcjom. Przez chwilę poczuła się lepiej, wiedząc, że wciąż zwracał na nią uwagę.
Davies wciąż patrzył na nią z niedowierzaniem, jakby nie mieściło mu się w głowie, że przykładała uwagę do tego, co najmniej istotne. Wiedziała, że zastanawiał się, jak jej to dosadnie wytłumaczyć, ale widocznie szybko stracił wiarę, że mógłby ją jeszcze czegoś nauczyć i powiedział tylko:
– Śledziłem ciebie.
Zapadła cisza wypełniona obustronnym zażenowaniem. Trwała jednak znacznie krócej, niż życzyłaby sobie Olga, bo Roger wstał, a Olga przestraszyła się, że odejdzie bez pożegnania. On jednak znalazł dla niej ostatnie słowa, które wypowiedział, zanim wyrzucił ją za swojego kominka:
– Wypierdalaj z powrotem do tego Dymitra i chroń dalej jego dupę, bo wygląda na to, że jest ostatnim, kto ci pozostał.
Właśnie wtedy Olga nieoczekiwanie zrozumiała, dlaczego jeszcze żyje.

 

Advertisements

Obliviate 6: radość

Dymitr pojawił się w barze pod koniec października.
Na pierwszy rzut oka w ogóle się nie zmienił. Tacy jak on nigdy się nie starzeli. Ich sylwetka nie nabierała masy, ręce i nogi pozostawały kościste, obciągnięte półprzezroczystą skórą, z wyraźnie zaznaczonymi, niebieskimi żyłami. Miał chyba nieco dłuższe włosy, przez co jego fryzura zupełnie straciła kształt, a czarne kosmyki kręciły się lekko, uciekając we wszystkie strony. Z bliska widać było, że rysy tylko nieznacznie mu się wyostrzyły, a nieliczne, płytkie zmarszczki mimiczne na stałe odciskały na jego twarzy charakterystyczny ironiczny uśmiech. Mimo że golił się na gładko, ciemna broda odznaczała się na skórze w postaci sinego cienia. Zasadniczo wciąż wyglądał, jakby wczoraj skończył siedemnaście lat.
Zauważył ją od razu.
– Wróciłaś – rzucił entuzjastycznie na powitanie, oplatając ją ramieniem i składając mokry pocałunek na jej ustach. Bez pytania rozsiadł się na miejscu obok. Omiótł ją badawczym spojrzeniem, a potem stwierdził fachowo: – Wciąż żyjesz. Niezłe osiągnięcie, co nie, Szatow?
W ciągu ostatnich tygodni Olga przychodziła tutaj i siadając codziennie na tym samym miejscu, nieustannie odgrywała w głowie scenę tego spotkania, dopuszczając całą gamę scenariuszy. Teraz zrozumiała, że najbardziej bała się, że Dymitr nie pojawi się w ogóle, że będzie zmuszona odgrywać ten refren bez końca, aż umrze tu z przepicia, braku snu lub szaleństwa. Nie mogła więc czuć nic poza ulgą. W pewnym sensie jego widok był dla niej wybawieniem.
– Jak życie? – zapytał nagląco.
– Jak widać – odpowiedziała chłodno.
– Musiałem cię trochę pogonić – dodał przepraszająco, przybliżając się nieco, tak że mogła teraz oglądać go z bliska, topiąc się w czarnych oczach. – Zaczynałaś zapuszczać korzenie.
Nawet jej to nie obeszło.
Początkowo myślała, że to naprawdę paranoja – nawet Adam, który okazywał jej najwięcej zrozumienia z racji miejsca, jakie zajmowała w jego życiu, nie uważał, by strach przed ogniem mógł być tak silny, by nie być zdolną do kasowania pamięci ofiarom większych pożarów. Z czasem jednak uznał to za niegroźną przypadłość, coś jak alergię na kurz. Olga jednak nie mogła się uspokoić – te drobne incydenty rozpoczęły się zbyt nagle, zwieńczone wybuchem Szatańskiej Pożogi w czerwcu. Kiedy Adam albo Paige wspominali o jakimkolwiek pożarze, Olgę ogarniała panika, która jak trucizna rozlewała się po całym jej ciele, paraliżując jej ruchy. Kiedy tylko zobaczyła Dymitra, zadowolonego, jakby właśnie udało mu się wyciągnąć mysz z nory tylko po to, by za chwilę zatrzasnąć ją w pułapce, nie miała już żadnych wątpliwości. Właściwie mógł się nie odzywać. Powiedział już wszystko, podpalając mieszkanie Adama.
Wpatrywała się w swojego oprawcę pustymi oczyma; taka już była rola myszy.
– Zdradziłam cię na milion sposobów – powiedziała mu jadowicie w twarz. Nawet by nie mrugnął, gdyby na niego napluła.
Uśmiechnął się tylko, jakby z grzeczności chwalił ją za odrobienie pracy domowej.
– Ale nigdy nie powiedziałaś policji, co naprawdę się stało – zauważył. Czekał na jej reakcję z sadystyczną przyjemnością wypisaną na twarzy. Pożerał ją wzrokiem.
Olga prychnęła.
Myślała o tym wcześniej setki razy – naprawdę uważał, że nie brała tego pod uwagę? Podejrzewała, że naprawdę uważał, że tamtej nocy pokazał jej jakiś swój sekret, odsłonił słabość, w pewnym sensie naraził się, pokazując jej, co go napędza. Czy wyjawienie tego komuś byłoby zdradą? Wałkowała ten temat bezustannie, ostatecznie zawsze wybierając milczenie. Gdyby powiedziała prawdę, to ona byłaby skończona – w żadnym razie nie milczała, by go chronić, chroniła tylko swoją ostatnią drogę do normalnego życia.
Zupełnie jakby taki powrót był jeszcze możliwy.
– To by mnie zabiło? – zapytała obojętnie.
Było to jedno z pytań, które najczęściej sobie zadawała. Czy to mnie zabije? Z czasem odpowiedzi „tak” i „nie” przestały się od siebie różnić –„tak, umrę” wydawało się identyczne z „nie, przeżyję”, bo w pewnym sensie dawno czuła się martwa.
– Nie – odpowiedział jej natychmiast. – Bez znaczenia, dopóki wciąż chciałaś do mnie wrócić. Czy to nie jest prawdziwa lojalność?
Nazwałaby to raczej prawdziwym szaleństwem.
Wypili jeszcze kilka drinków, zanim przenieśli się do jego zapyziałej kawalerki.
Uprawiali seks na blacie we wnęce kuchennej – był to najwygodniejszy punkt najbliższy drzwi, wybrany starannie podczas wszystkich wcześniejszych razów. Tyłek Olgi wpasował się idealnie pomiędzy puste kieliszki do wódki i porozrzucane fiolki po eliksirach. Nie dała się rozproszyć przez nieprzyjemne uczucie na gołej skórze, gdy przykleiła się do plamy zaschniętego wina, bo to było jak powrót do domu – niezbyt ekscytujące, ale rozluźniające, zaspokajające podstawową tęsknotę. Znali swoje ciała zbyt dobrze, by mogła wystąpić jakąkolwiek niezręczność, ta idealna synchronizacja dążyła prosto do celu. Zawsze wydawało jej się dziwne, że ktoś tak niestabilny, niepogodzony z samym sobą potrafił wygenerować poczucie absolutnej harmonii.
Po wszystkim przenieśli się do łóżka i Dymitr natychmiast zasnął, a Olga przez kilka godzin leżała, rozczochrana, naga, wplątana w jego ciało i zmiętą pościel tak, jak ją zostawił, i napawała się poczuciem idealnej pustki. Pustka była znacznie lepsza niż to, co odczuwała w ostatnich tygodniach – narastający lęk, stopniowo ogarniający ją obłęd. Nie potrafiła sobie wyobrazić, co stałoby się z nią, gdyby miała tak żyć przez kolejne tygodnie, świadoma nadchodzącego wybuchu.
Poruszyła kilkakrotnie biodrami, próbując pobudzić Mitię, ale ten spał jak kamień.
Przewróciła się na plecy i zapaliła papierosa, którego końcówka była jedynym jasnym punktem w pomieszczeniu.
Gdyby miała być ze sobą zupełnie szczera, musiałaby przyznać, że oczekiwała jednak czegoś więcej. Nie pamiętała już, jak to było za pierwszym razem. Ku jej zdziwieniu, ze znajomości z Mitią pamiętała więcej z pocałunków niż z pieprzenia; pewnie dlatego, że była wtedy prawdziwie naiwna, że czuła, że znalazła swoje idealne dopełnienie, do którego ciągnęła ją jakaś niewyobrażalna siła, pierwotna i niemożliwa do przezwyciężenia. Wydawało jej się, że nawet jeśli wiedziałaby, że to uczucie ją zgubi, dałaby się zniszczyć jeszcze raz i tak bez końca.
Wtedy myślała, że to jakieś absolutne spełnienie, że do tego punktu dąży każdy człowiek, że desperackie pragnienie utrzymania się w tym najwyższym punkcie to cały sens życia.
Nic dziwnego, że tak bała się to stracić.
Nic dziwnego, że to, co przyszło później, tak nią wstrząsnęło.
Czy w całym świecie ktoś poza nią przeżył coś takiego? Uwielbiała zadawać sobie to pytanie, gdy tylko ogarniał ją żal za straconą duszą. Wracała do tej chwili za każdym razem, gdy tłuści mężczyźni leżeli na niej, poruszając się leniwie. Miała jedno wspomnienie, które było jak pstryczek w jej mózgu, aktywujący podniecenie i doprowadzający ją na szczyt; działo się tak w pewnym oderwaniu od tego, jak reagowało jej ciało.
Czy w całym świecie ktoś poza nią przeżył coś takiego? Kiedy uciekła od Dymitra, czuła tylko bezdenną beznadzieję. Uciekła do Anglii, zastanawiając się, czy ma to jakikolwiek sens, a śmierć była jedynym, czego pragnęła. Nigdy nie powiedziała Rogerowi, że kiedy przespała się z nim po raz pierwszy, była absolutnie przekonana, że każdy kolejny, głośniejszy oddech będzie jej ostatnim. Wtedy jeszcze rządziło nią przekonanie, że taka prosta zdrada od razu ją zabije, ale kiedy tak się nie stało, brnięcie w to dalej, pozwalanie sobie na coraz więcej w tej szalonej fantazji na temat samobójstwa, zaczęło sprawiać jej masochistyczną przyjemność. Za tym pierwszym razem doszłaby nawet, gdyby Roger dotknął ją tylko raz.
To rzecz jasna szalenie wysoko postawiło poprzeczkę poszukiwania czegoś, co zapewniłoby choćby podobny poziom adrenaliny, daleko przekraczając przy tym granice tego, co kiedyś uważała za moralne. Choć szukała wiele lat, nigdy nie poczuła już niczego podobnego.
To, że przeżyła, rodziło kolejne pytania. Może przysięga była pijacką halucynacją, a może to, że nigdy nie wypowiedziała jej na głos, blokowało jej egzekucję?
Była to idiotyczna nadzieja, która dusiła sama siebie.
Kiedy w chwilach spędzonych z Rogerem czuła, że serce jej topnieje, że na widok jego gęstych rzęs albo orlego nosa zaczęła czuć coś prawdziwego, przychodziła jej na ratunek przeciwwaga, która była wystarczającą i prawdziwą odpowiedzią. Rozsądek podpowiadał milion powodów, dla których Roger zasługiwał na bycie tylko zabawką, a cisnący wnętrzności instynkt przetrwania zabijał każdą myśl naznaczoną czułością. To było jak sztucznie wykreowany wyrzut sumienia. Może właśnie na taki zasługiwała, skoro w naturze żadnego nie wykształciła.
Zapomniana końcówka żarzącego się papierosa spadła na skórę Olgi, przywracając ją do rzeczywistości. Syknęła głośno i odskoczyła, zrzucając z siebie popiół i z przerażeniem patrząc na czerwony ślad poniżej jej obojczyka, który był widoczny nawet w gęstej ciemności.
Dymitr przebudził się, zbliżył nos do jej ucha i powiedział cicho zaspanym głosem:
– Czegoś mi jednak brakuje.
Olga zamarła, niepewna, co może się wydarzyć. Mitia nie znosił, gdy czegoś mu brakowało. Dzięki temu tak długo, jak długo Olga zaspokajała wszystkie jego zachcianki, była bezpieczna i mogła trwać w swojej pustce.
– Chciałbym, żebyś powiedziała to głośno – wyjaśnił.
Olga wciąż milczała, bojąc się poruszyć.
– Żebyś się przyznała, że to ci się naprawdę podobało. Że nie powiedziałaś nikomu nie przez jakąś durną przysięgę, nawet nie żeby mnie chronić, ale dlatego, że naprawdę cię to jarało. Piękne były te płomienie, no nie, Szatow? Wzbijające się wysoko, dzikie, niepokonane… Wiesz, czym jest dobra zabawa. Powiedz to.
W Oldze wezbrała się odraza, niepodobna do niechęci, którą czuła wobec Dymitra czy Adama, wobec wszystkich swoich przypadkowych kochanków – był do głęboki wstręt do siebie samej, jakiego nie poczuła nigdy wcześniej.
Nie odpowiedziała. Odwróciła się w stronę Dymitra i pocałowała go gwałtownie. Dymitr uznał to za wystarczającą zachętę i wszedł w nią niecierpliwie. Było boleśnie; szybkimi ruchami wbijał się w nią głęboko, próbując ją rozerwać.

 

Obliviate 5: smutek

Olga przetarła twarz dłońmi, wpatrując się tępo w kieliszek. Niespecjalnie pamiętała, jak w ogóle się tu dostała, gdzie sypiała, czy miała przy sobie portfel, kiedy ostatnio jadła i czy myła włosy albo zęby – było jej to zupełnie obojętne tak długo, jak długo utrzymywała w żyłach odpowiednie stężenie alkoholu.
Bez namysłu sięgnęła po kolejną porcję wódki. Siła pędu, z jaką uniosła kieliszek, żeby wlać sobie do gardła uzdrawiającą ciecz, spowodowała, że zachwiała się na wysokim stołku.
Jej wzrok mimowolnie padł na lustro za barem. Między butelkami dostrzegła odbicie, w którym z trudem rozpoznała swoją własną twarz. Odbicie zmrużyło oczy co najmniej dwie sekundy po tym, jak zrobiła to Olga, jednak nawet wówczas nie udało mu się skupić wzroku ani utrzymać ostrości w jednym punkcie. Olga zaśmiała się sobie w twarz i uniosła kolejny kieliszek na znak toastu. Niema, żałosna towarzyszka z naprzeciwka poszła w jej ślady.
Grupka podejrzanych typów pokazywała sobie Olgę palcami, a ona chciała ich zganić, zagrozić im, może nawet ich zmiażdżyć – Olga, która potrafiła to wszystko, pozostała jednak w Wielkiej Brytanii. Olga, która przekroczyła granicę Rosji, do której obiecała sobie przenigdy nie wracać, była całkowicie bezsilna wobec ludzi, którzy ją wyśmiewali.
Mogła co najwyżej na nich krzyknąć, jednak dźwięk, który wydobył się z jej gardła, okazał się cichym chrząknięciem. Czuła przemożną chęć wyplucia na blat flegmy, która zalegała w jej ciele, ale na samą myśl o śliskim, zielonym roztworze, który wypełniał ją po brzegi, poczuła mdłości.
Podparła ciężką głowę ręką, a jej łokieć zahaczył o rząd kieliszków i sto albo dwieście mililitrów wódki powoli rozlało się na blacie, leniwie wypuszczając ruchome odnóża w stronę Olgi. W końcu dotarły do brzegu blatu i zimna struga alkoholu rozbiła się o jej prochowiec.
Zniosła to, z wyższością ignorując mokrą plamę. Zamknęła oczy, dając ukojenie ciężkim powiekom i zmęczonym oczom, którym szkodziła każda ilość światła.
Barman podszedł najpierw do Dymitra, któremu polał to, co zawsze, klepiąc go po ramieniu. Wymienili kilka słów, których Olga nie dosłyszała, choć zajęta była obserwowaniem tej sceny z drugiego końca lady barowej. Ani Dymitr, ani barman zdawali się jej nie zauważać. Powoli sączyła swoją wódkę z sokiem pomarańczowym zastanawiając się, co właściwie myślała sobie, przychodząc do tej speluny w piątek wieczorem, w dodatku zupełnie sama.
Dymitr wprawionym gestem wychylił szklankę swojego trunku i zupełnie nieoczekiwanie, zanim jeszcze Olga zdążyła odwrócić wzrok, wstał i podszedł w jej stronę. Czuła się, jakby ktoś ją spetryfikował, nie mogła ruszyć się o milimetr.
Przysunął sobie stołek i usiadł niemożliwie blisko niej.
Pochylił się nad nią, a ona poczuła jego ciepły, alkoholowy oddech na swojej szyi.
Wciągnęła powoli powietrze.
– Co jest, Szatow? – zapytał beztrosko, z wyraźną przyjemnością mówiąc jej po nazwisku, które w jego ustach brzmiało jak przekleństwo. Nie zadał sobie trudu, żeby patrzeć jej w twarz. Pstryknął na kelnera, co zainicjowało powtórkę sceny z nalewaniem trunku z tą różnicą, że tym razem barman ją zauważył, zmierzył oceniającym wzrokiem i uśmiechnął się krzywo, a potem nalał jej to samo. – Chciałaś się zabawić?
Miał drażniący, ochrypły od picia i papierosów głos.
Olga czasami zastanawiała się, czy rzucał swoimi prostackimi uwagami na oślep, czy może niepostrzeżenie czytał jej w myślach, zanim je formułował, by móc dręczyć ją jeszcze dotkliwiej. Chociaż z ich dwojga to ona naprawdę znała się na legilimencji, nigdy nie miała odwagi tego sprawdzić.
– Coś w tym stylu – powiedziała obojętnie, nieoczekiwanie odzyskując głos. Podniosła rękę i podtrzymała jego brodę wyżej, kierowana uzasadnioną obawą, że jeszcze chwila, a jego twarz wylądowałaby w jej dekolcie.
W odpowiedzi wyprostował się, uśmiechnął się drwiąco i objął ją w pasie. Olgę przeszył dreszcz, tym silniejszy, że desperacko powstrzymywany. Dymitr zignorował go, odgarnął z czoła swoją czarną czuprynę, a potem sięgnął po swoją szklankę, drugą podając Oldze.
– W takim razie zróbmy to – zadecydował za nich dwoje.
Trzy godziny później niemal leżeli na blacie.
Morze alkoholu spowodowało, że Olga śmiała się histerycznie, wpatrując się w Dymitra. Byli tak blisko siebie, że niemal stykali się nosami. Mówiła mu rzeczy, które zalegały na samym dnie jej podświadomości. Bez cienia zażenowania, bez żadnej kontroli i bez najmniejszej obawy przed konsekwencjami. Miała wrażenie, że przez tych parę godzin zdążyła zarazić się od niego jakąś nieznaną, egzotyczną chorobą, która teraz powodowała, że wszystko ją paliło, ale też że czuła się żywa jak nigdy wcześniej.
– Zawsze… – wyznała z trudem, cedząc słowa, które nie chciały wychodzić z niej w normalnym tempie, hamowane przez alkohol. – Zawsze kojarzyłeś mi się z wolnością.
Dymitr prychnął jej w twarz i zaśmiał się krótko.
– Ty zawsze byłaś dla mnie nudziarą – powiedział po prostu.
Nie protestowała i nie oburzała się. Gdyby nie była nudziarą, nigdy nie ciągnęłaby w jego stronę. Właśnie fakt, że uosabiał wszystko to, czego sama nie mogła w sobie wykrzesać, tworzył tę niezrozumiałą chemię. Znała go, od kiedy się urodził. Przez lata obserwowała go z boku, zafascynowana jego niedojrzałością, niezdolnością do zaangażowania, skłonnością do podważania każdej zasady i – choć jego gwałtowny i bezsensowny bunt prowadził jedynie do autodestrukcji – zazdrościła mu go z całego serca.
– Powiem ci coś – obiecał, pokazując jej, żeby przysunęła się bliżej. Zrobiła to, jakby przyciągana magnesem. Pocałował ją mocno, zabierając jej oddech. Olga na chwilę się zamknęła, by po kilkunastu sekundach wybuchnąć mu w twarz śmiechem.
– Mówię poważnie – powiedział poważnie.
Olga cała była znakiem zapytania.
– Mój sekret– powiedział. – Jeśli tylko obiecasz, że nigdy mnie nie zdradzisz.
Zaśmiała się. Obiecać to było tak łatwo, jak oddychać.
– Obiecuję, że nigdy cię nie zdradzę – odpowiedziała gorliwie, nieco brzydząc się swojego służalczego tonu. Czuła, że ciekawość wypełnia ją po brzegi, że zrobiłaby w tym momencie wszystko, by tylko ją zaspokoić.
Pokręcił głową i wrócił do swojego drwiącego uśmiechu.
– Myślałaś, że uwierzę ci na słowo?
Z trudem podniósł głowę i wyciągnął różdżkę z tylnej kieszeni spodni. Zachwiał się na stołku, jednak wprawa pozwoliła mu szybko odzyskać równowagę.
Nie od razu zrozumiała, co miał na myśli, a kiedy w końcu to do niej dotarło, w jej głowie nie włączył się żaden alarm. Wspaniale było nie słyszeć w głowie natrętnego głosu rozsądku – czyżby dotarła do granicy, za którą nic już nie było przeszkodą?
Ich gwarantem był barman, którego nie obchodziło zupełnie, że dwoje zalanych w trupa ludzi związuje się na śmierć i życie przysięgą, której nawet nie wypowiedzieli na głos. Nie obchodziło go to tak długo, jak długo zarzekali się, że wyjdą natychmiast po tym, jak przypieczętuje im Wieczystą.
Światło z różdżki, które splatało ich dłonie było tak jasne, że Olga mimowolnie przymknęła powieki, aby nie wypaliło jej oczu.
Ocknęła się gwałtownie.
Podniosła obolałą głowę, czując już nie tylko mdłości, lecz także silny ból wewnątrz czaszki, po którym rozpoznała, że musiała uderzyć głową w ladę. Kątem oka widziała, jak zbliża się barman. Ostrożnie postawiła nogi na ziemi, starając się ignorować silne zawroty głowy. Wytarła mokre ręce w mokry płaszcz.
Barman chwycił ją za rękaw i spojrzał na nią groźnie.
– Odwal się – powiedziała mu z serca tym samym zachrypniętym głosem, którego używała wcześniej w beznadziejnej próbie dania nauczki menelom.
– Vladimir cię odwiezie.
Spojrzała na barmana z nienawiścią. Po tylu latach nie potrafiła przypomnieć sobie, czy to właśnie on był gwarantem, gdy w tym właśnie barze nieodwracalnie zniszczyła sobie życie. Właściwie nie miała nawet pewności, czy był to dokładnie ten sam bar, wszystkie one wyglądały tak samo – zresztą, jakie znaczenie miały te drobne szczegóły?
Żadnego, gdy pamięć zawodziła ją nawet w kwestii odpowiedzi na najważniejsze pytanie.
– Nie potrzebuje twojej litości.
Wyrwała się, z całych sił usiłując się nie zatoczyć.
– Chcę rozmawiać z Mitią – rzuciła na odchodne. – Sprowadź go.
Nie mogła poczekać na odpowiedź. Odległość dzielącą ją od drzwi przebyła jak najszybciej, całą siłą woli skupiając się na tym, by nie zawadzić o żaden stolik. Wypadła z baru z pełnym impetem i tuż za progiem zwymiotowała soczyście w chłodną noc.
Pytanie, przed którym uciekała przez całą Europę, wróciło z pełną mocą, gdy tylko otrzeźwiała, znów w pełni zdolne do tego, by doprowadzić ją do szaleństwa. Jakie były dokładne słowa przysięgi, którą wypowiedziała tamtej nocy?
Nie pamiętała; wiedziała, że prędzej umrze, niż je sobie przypomni.

 

Obliviate 4: strach

– Nie, nie, NIE, NIE! – krzyczała w kółko Olga. Nie wyartykułowała niczego innego od piętnastu minut i już chwilę temu Adam musiał przyznać, że jest to powód do zmartwienia. Usiłował ją uspokoić, jednak jego własne próby wydawały mu się żenujące. Obecnie rozważał pozostawienie jej w takim stanie psychicznym do czasu, gdy sama zadecyduje, że jest w stanie kontrolować te emocje. Realizował swój plan, pozwalając jej okładać się pięściami po torsie, a łagodził ten stan tylko uspokajającymi mruknięciami. Usiłował ją pogłaskać i przytulić, ale ona wciąż zachowywała się, jakby zamierzała go zabić.
Nigdy wcześniej nie widział jej w takim stanie. Według niego była najbardziej opanowaną osobą na świecie – a jednak teraz musiał pogodzić się z faktem, że choć to jego mieszkanie stało w ogniu, to ona panikowała jak nigdy wcześniej. To ona tryskała łzami, jakby była cholernym hydrantem. To Olga dzisiaj wyglądała, jakby nadszedł dla niej koniec świata, a on – Adam – stał obok niej, rozglądając się po ludziach. Niektórzy gapie zaczynali patrzeć na nią jak na wariatkę, co wzmocniło u Blythe’a silną chęć uciszenia jej.
Wokół kamienicy zebrała się już większość mieszkańców dzielnicy i wielu przypadkowych przechodniów. Gwar spowodowany ożywionymi rozmowami na temat przyczyn pożaru skutecznie zagłuszała syrena strażacka. W pobliżu stała też karetka, która na szczęście okazała się nieprzydatna. Niewątpliwie jedyne mieszkanie, które uległo zniszczeniu, było puste. Ze względu na coraz żywsze reakcje tłumu i fakt, że wszyscy ewakuowani usiłowali wrócić do środka, by na własne oczy zobaczyć, że dorobek ich życia wciąż istnieje, teren zdarzenia właśnie ogradzano, przyklejając folię ostrzegawczą.
Równolegle do mugolskiej akcji ratunkowej działa się druga, o wiele mniej spektakularna. Blythe skinął głową w stronę jednego ze strażaków. Gdzieś w pobliżu czaił się też wysoki mężczyzna w płaszczu uzdrowiciela. Nieustannie krążył wokół miejsca zdarzenia z zasępioną miną. Nie pomagał fakt, że mężczyzna był ciemnowłosy, a szata powiewała za nim na wietrze. Zdecydowanie bardziej niż człowieka przypominał jakiegoś drapieżnego ptaka.
Tak właśnie ratowano obywateli świata magicznego przed zupełnie niemagicznym ogniem.
Żałośnie i bezskutecznie, pomyślał Adam. Tak głęboko pochłonęły go przemyślenia, że przestał zwracać uwagę na histerię Olgi. Ciągle coś krzyczała, jakby to miało coś zmienić, a on już nawet przestał rozpoznawać słowa. To wszystko działo się jakby poza nim.
– Nic takiego się nie stało. – Były to pierwsze słowa, które wypowiedział od dłuższej chwili. Sam nie był pewien, czy były skierowane do rozczochranej Olgi, czy do otaczających go ludzi. A może mówił sam do siebie? – Kupimy nowy dom.
Wyrzucił z siebie te słowa i jednocześnie poczuł niewyobrażalną ulgę. Nie było przecież żadnego problemu, miał wystarczająco pieniędzy, żeby odżałować mieszkanie w tej kamienicy i zrobić dobry pożytek z ubezpieczenia. Nic nie stało na przeszkodzie, by potraktować ten pożar jako okazję do rozpoczęcia czegoś nowego. Miał już trzydzieści pięć lat, w poprzednim tygodniu został zastępcą szefa Biura Amnezjatorów, całkowicie uniezależnił się od swoich rodziców, miał Olgę. Nagle stało się zupełnie jasne, że los daje mu szansę na rozpoczęcie nowego etapu.
– PRZYRZEKNIJ MI, SŁYSZYSZ?! – wrzasnęła mu Olga prosto do ucha. Poczuł niewyobrażalnie silny atak bólu głowy, który odszedł równie szybko, jak przyszedł. Adam nie mógł uwierzyć, że ktokolwiek jest w stanie wytworzyć tak intensywne dźwięki.
Spojrzał na Olgę, szukając wśród swojej wybranki oznak szaleństwa. Nie musiał się do tego przykładać, bo oznaki te wcale nie zamierzały się chować. Miała na sobie podarty płaszcz, którego jeden rękaw zwisał smętnie, niemal wydarty wzdłuż szwów. Była czerwona i opuchnięta na twarzy i okropnie rozczochrana w sposób, którego nie pochwalał.
– Olga, spokojnie! – Starał się uśmiechać łagodnie. Objął ją ciasno – w pierwszej chwili był zdziwiony, że przyszło mu to tak łatwo. Wyglądała, jakby miała się wyrywać od każdego, kto spróbuje jej dotknąć. Był to powód, dla którego jeszcze żaden lekarz nie ośmielił się podać jej leków uspokajających. – Zajmę się tym.
– Przyrzeknij mi! Przyrzeknij mi, że to nie było podpalenie! – Patrzyła mu prosto w oczy. Wyraz jej twarzy świadczył o tym, że była zdeterminowana, by uzyskać tę obietnicę.
Dopiero kiedy to powiedziała, zrozumiał, dlaczego wpadła w taką panikę. Zanim zaczął mówić, przytulił ją mocniej i okrył połami swojego wełnianego płaszcza.
Tłum zaczął się rozchodzić. Adam zdawał sobie sprawę, że to najlepszy moment, żeby zapytać któregoś z funkcjonariuszy o pierwsze hipotezy odnośnie do przyczyn. Odpuścił tę niepowtarzalną okazję na rzecz rozmowy z Olgą.
– To nie jest to samo. To nie była Szatańska Pożoga. Tamtego pożaru nie dało się ugasić, tym mugole zajęli się w pięć minut.
Kiedy mówił „mugole” znacznie ściszył głos, a w samą wypowiedź postarał się włożyć całą cierpliwość, jaką jeszcze posiadał, jednak z najwyższym trudem ukrywał irytację.
Adam nie rozumiał, skąd się to wzięło, ale nie ulegało wątpliwości, że Olga miała prawdziwą obsesję na punkcie pożaru w Grenfell Tower. Początkowo próbował usprawiedliwiać to rozmiarem akcji – niemal wszyscy pracownicy ich departamentu zajmowali się modyfikowaniem pamięci mugoli, którzy mieli nieszczęście stanąć oko w oko z Szatańską Pożogą. Bardzo szybko zrozumiano, że to nie był zwykły ogień i tylko dlatego udało się go powstrzymać przez dalszym rozprzestrzenieniem, jednak wymagało to interwencji dziesiątek wykwalifikowanych czarodziejów. Współteleportowano kilkudziesięciu mugoli, co stanowiło żałosny wynik, biorąc pod uwagę to, ilu zginęło w płomieniach. Wydarzenie odbiło się nie tylko na społeczności mugoli, lecz także tej magicznej – po tej interwencji młodziutka Randi Norton załamała się nerwowo. Adam sam widział coś takiego pierwszy raz w życiu i w żadnym razie nie zamierzał tego powtórzyć, ale sądził, że minęło już wystarczająco dużo czasu, żeby Olga przestała nerwowo reagować na każde wspomnienie o ogniu, szczególnie że nie było jej na miejscu. W końcu musiał jednak zaakceptować fakt, że Olgi nie porażała liczba ofiar ani bliskie sąsiedztwo wieżowca, ale myśl, że ktoś z rozmysłem doprowadził do tego pożaru – na co nie było zresztą jeszcze żadnych dowodów.
– NIE WIERZĘ CI, NIE WIERZĘ! – wydarła się Olga. Wyrwała się gwałtownie z jego objęć. Spojrzała na niego tak nieprzytomnie, że przez sekundę ciężko mu było uwierzyć, że ta sama osoba dzisiaj rano gotowała jajka na twardo (robiła to codziennie, kochała rytuały) i pytała go, co słychać w pracy. Teraz było w niej tyle niezrozumiałej pasji, że nie wyobrażał sobie, by kiedykolwiek miała jeszcze o coś zapytać beznamiętnym, śniadaniowym tonem.
– MASZ CZELNOŚĆ MNIE OKŁAMYWAĆ!
– Uspokój się! Tłumaczę ci przecież, że nie ma mowy, żeby ktoś to zrobił specjalnie!
– NIE MÓWISZ MI PRAWDY!
– Nie masz się czego bać, po co ktoś miałby podkładać… – próbował przebić się Adam.
– JA WIEM, CO…! – zaczęła Olga, jednak Adamowi udało się ją przekrzyczeć:
– ZAMKNIJ SIĘ!!!
Jego palce zacisnęły się na różdżce, którą miał w kieszeni. Wyraz twarzy Olgi świadczył o tym, że doskonale o tym wiedziała. Oboje byli w głębokim szoku. Zapadła cisza z rodzaju tych, które wszystko zmieniają.
– Przepraszam, Olga, ja… – zaczął Adam. Rozpaczliwie chciał się wytłumaczyć, przyciągnął ją do siebie, chciał pocałować, pokazać jak bardzo ją kocha i jak to, co właśnie powiedział wcale nie odzwierciedlało jego uczuć, że na chwilę przestał być sobą. Prawie nigdy nie zdarzało mu się tracić kontroli nad swoim zachowaniem, a już nigdy w obecności Olgi. Nie chciał, żeby miała go za furiata, nie zamierzał nigdy na nią krzyczeć ani jej uderzyć. A jednak poczuł, że właśnie przekroczył tę niewidzialną granicę.
Paradoksalnie uzyskał pewien efekt. Wydawało się, że Olga się uspokoiła. Nie wyrywała się już dłużej, prawdę mówiąc była zupełnie bezwładna.
– Muszę wyjechać – powiedziała.
– W porządku, wyjedziemy na weekend za miasto. Moglibyśmy pojechać nad morze, Roger wspominał, że wybiera się…
– Nie – przerwała mu. – Wyjeżdżam sama, na długo. Wracam do Rosji.
Przez chwilę Adam zastanawiał się, czy się nie przesłyszał. Być może znów ogarnąłby go szok, ale chyba jego organizm wyczerpał już limit skrajnych emocji. Poczuł się winny, ogromne poczucie winy spowodowało, że nie wiedział co powiedzieć. Nic nie mogło tłumaczyć jego wybuchu, wiedział to. Jednocześnie nie mógł uwierzyć, że te dwa słowa zmienią teraz całe jego życie. Nie wierzył, że Olga jest w stanie uciec, bo ją brutalnie uciszył. Takie rzeczy się zdarzają. W każdym związku. A ich związek przetrwał tak wiele – łącznie z idiotycznym ukrywaniem się przed współpracownikami.
– Daj spokój.
Znalazł w sobie siłę tylko na tyle.
– Powinnam była zrobić to już dawno – powiedziała Olga przepraszającym tonem. Wyciągnęła z kieszeni lusterko, które było w równie opłakanym stanie, jak cały jej ekwipunek. Jego powierzchnię przecinała szeroka rysa. Skrzywiła się, gdy zobaczyła przed sobą siedem lat nieszczęścia, ale nie skomentowała tego. Wyciągnęła też z torby duży pędzelek i małe pudełko wypełnione cielistym proszkiem. Tutaj, pośrodku tego piekła, pokrywała swoją twarz maską. Trwało to dłuższą chwilę. Blythe, niemal zafascynowany, obserwował jej wprawne ruchy pędzlem, kiedy rozprowadzała puder. Wciąż był niemy, gdy malowała się szminką.
– Nie zrobisz tego – powiedział w końcu prawie drwiącym tonem, gdy wyglądała już niemal normalnie, o ile normalnym można nazwać płaszcz, który prawie nie ma rękawa.
Olga wzruszyła ramionami. Teraz wyglądała już zupełnie jak ona. Była perfekcyjnie chłodna, opanowana, zdecydowana.
– Muszę.
Wiedział, że blefuje. Znał jej pokerowe sztuczki na wylot. Nabrał podejrzeń, że ona ma go za idiotę. Pomyślał teraz, że to absurdalne, że chwilę temu zamierzał jej się oświadczyć. Same oświadczyny nie miały nic do rzeczy, pewnie nawet nie miała nic przeciwko – ale jak on mógł pomyśleć, że ona zechce kiedykolwiek związać się z nim naprawdę?
– Porozmawiajmy o tym – zaryzykował jeszcze. – Możesz się przez chwilę zastanowić. Chodźmy stąd, to nie jest dobre miejsce na takie rozmowy. Posłuchaj, ja cię przepraszam. Wiesz, że nigdy bym cię nie skrzywdził.
– Adam, tu nie chodzi o nas, ja po prostu… ja muszę wrócić.
Poczuł, że Olga próbuje mu coś wynagrodzić. Że będzie próbowała rozsądnie tłumaczyć swoją decyzję i że prawdopodobnie nigdy nie dopuści do siebie myśli, że ucieka, bo nigdy go nie kochała. Odciągnął ją na stronę. Stanęli tuż za pojazdem pogotowia. Łudził się, że miejsce cokolwiek zmieni.
– Wytłumacz mi to – zażądał.
Olga wzięła głęboki oddech, ale nic nie odpowiedziała. Pokręciła tylko głową.
Adam nie wytrzymał. Roześmiał się w głos. Nie było jednak w tym śmiechu ani krzty radości. Był to zimny śmiech, który w normalnych warunkach Olga skwitowałaby kpiącym spojrzeniem. Teraz jednak czuła się winna, a kiedy czuła się winna, nigdy nie ironizowała.
Blythe machnął ręką w niezidentyfikowanym geście.
– Wiesz co… masz rację. Wyjeżdżasz.
Być może po raz pierwszy widział w jej szarych oczach ból. Miał nadzieję, że będzie przez niego płakać i sprawiało mu to dziką satysfakcję. Raz w życiu poczuł się sukinsynem i było to uczucie tak dobre, że nie zamierzał cofać ani słowa.
Odwrócił się na pięcie i odszedł.
Olga osunęła się na asfalt i ukryła twarz w dłoniach.

 

Obliviate 3: wstręt

Adam nigdy nie wracał do domu przed siedemnastą, co dawało Oldze około półtorej godziny wolności każdego dnia. Tego dnia w pełni wykorzystała ten czas. Zanim otworzyła drzwi mieszkania po wyjątkowo krótkiej podróży metrem, zdążyła już spotkać się z Fullerem z dala od jego przystani. Właściwie czuła się trochę rozczarowana. W łóżku Max był przewidywalny do granic możliwości, a na dodatek okropnie dużo gadał o swoim nudnym życiu. Zanim przeszli do sedna, uparł się na swoisty rytuał zapoznawczy, przez który teraz Olgę bolała głowa od ilości danych o jego pochodzeniu, rodzinie i przyjaciołach. Z ciężkim sercem musiała przyznać, że znów się pomyliła i ponownie zmodyfikować mu pamięć zaledwie po kilku godzinach znajomości.
Miała jeszcze chwilę, żeby przygotować obiad, co w praktyce oznaczało wypakowanie jedzenia, które codziennie zamawiała w mugolskiej restauracji trzy przecznice od kamienicy, w której mieszkali. Był to jedyny sposób, by Olga mogła spełniać oczekiwania Adama dotyczące jej roli w prowadzeniu domu, nie musząc się jednocześnie próbować czarów gospodarskich, w których osiągała żenujące wyniki. Adam, który zajmował się gotowaniem w weekendy, robił to z nieco większym zaangażowaniem, ale ponieważ nigdy bezpośrednio nie skarżył się na dostarczaną mu żywność, Olga doszła do wniosku, że taki układ jest dla niego w porządku.
Dysproporcja w podziale dni, w które musiała organizować dla nich jedzenie drażniła ją więc nie dlatego, że to organizowanie za bardzo ją pochłaniało, a dlatego, że przypominało o pozostałych nierównościach. Adam wracał do domu później, ponieważ ostatnio mocno angażował się w pracę departamentu z nadzieją, że Roger mianuje go swoim zastępcą. Olga sądziła, że jest to całkiem prawdopodobne, chociaż racjonalne argumenty nie mogły całkowicie zabić jej ambicji. Mimo że rzadko zostawała w pracy po godzinach, oceniała swoją produktywność znacznie wyżej niż Adama. Jakiś czas temu Roger dał jej jednak do zrozumienia, że nie promuje ją na swojego zastępcę – nawet gdyby zamieszkała w pracy.
Roger miał bardzo dobre powody, żeby jej tego odmówić. Gdyby osobista uraza, jaką do niej żywił, nie okazała się dostatecznym powodem, miał jeszcze do wyboru cały wachlarz względów zawodowych. Na pierwsze miejsce wysuwały się okoliczności, w jakich ją zatrudnił. Nigdy nie podważył jej formalnych kompetencji w niczyim towarzystwie i pewność, z jaką o nich zaświadczał była tak przekonująca, że nie zrobił tego też nikt inny. Kłamstwo o tym, że ukończyła Hogwart, które Roger pomagał zakorzenić jej w czasach, kiedy jeszcze mu na niej zależało, było jedyną możliwością zapewnienia jej bezpieczeństwa. Olga dotąd nie mogła uwierzyć, że wszyscy z taką łatwością wierzyli w to, że była Puchonką. Była kryta tak długo, jak długo nikt nie pamiętał o absolwentach Hufflepuffu, czyli według niej na zawsze.
Najwyraźniej jednak Roger nie był tego taki pewien i nie miał ochoty podnosić rangi tego kłamstwa tylko po to, żeby zyskać kompetentnego zastępcę, szczególnie że osoby, które nie ukończyły Hogwartu, traktowane były z pewną podejrzliwością. Mieszkali w kraju, w którym dziewiętnaście lat po wojnie wciąż wiele osób zadawało jej pytanie, czy nie jest może krewną Dołohowa, o którym z konieczności dowiedziała się tyle, że umarł po złej stronie i że nie był nawet Rosjaninem, ale Ukraińcem.
To nieco komplikowało jej sytuację zawodową i osobistą, a przy tym sprawiało, że wspieranie Adama na drodze do awansu było w jej najwyższym interesie, dlatego kiedy wpadł do domu, od progu informując ją, że ma dla niej bardzo dobre wieści, wprost nie mogła się doczekać, żeby ich wysłuchać.
Odwiesił płaszcz w przedpokoju, ucałował ją na powitanie i uprzejmie odebrał od niej talerze z obiadem. Kiedy wróciła z kuchni, niosąc dwa kieliszki wina, siedział już przy niewielkim stoliku w salonie, oczekując na rozpoczęcie ich codziennego rytuału.
– Roger ma romans z Paige – powiedział obojętnym tonem, który nie odpowiadał wiadomości dnia. Gdyby znała go gorzej, nie wyczułaby jego ekscytacji. Nie odpowiedziała od razu, ponieważ pierwsze, co przyszło jej do głowy, to głęboka chęć urażenia jego inteligencji. To, że Davies ma romans, było dla niej oczywiste od wielu tygodni, a na dodatek nie było wcale taką dobrą nowiną.
Adam nie mógł się jednak doczekać jej reakcji, więc pomiędzy kęsami bekonu dodał:
– To jest dla nas świetna wiadomość.
Uśmiechnął się i sięgnął dłonią przez stół, by pogłaskać jej włosy, a ona powstrzymała odruch, by tę dłoń z siebie zrzucić. Uśmiechnął się reklamowo, trochę zbyt serdecznie. Olga uśmiechnęła się lekko w odpowiedzi, choć nie miała na to najmniejszej ochoty. Upiła łyk wina, kiedy Adam zabrał rękę.
– Co masz na myśli? – zapytała, udając, że nie wie, co usłyszy.
– Jeśli sam szef ma romans z młodszą amnezjator, to oznacza, że jest ogólne przyzwolenie – wyjaśnił spokojnie z wyraźną przyjemnością, tracąc nieco zainteresowanie obiadem i przenosząc je na Olgę. – Możemy w końcu przestać się ukrywać.
Zastanawiała się, czy brzmiałoby to zbyt obcesowo, gdyby powiedziała mu, że skoro czekał już cztery lata, bardziej opłaca mu się przyznać szefowi do związku ze współpracowniczką dopiero po tym, jak dostanie awans. Zrobienie tego teraz było zrywem romantyzmu, o który go nigdy nie posądzała i którego nie pochwalała, bo podejście romantyczne jeszcze nigdy nie dało nikomu wymiernych korzyści. Poza tym istniało pewne małe prawdopodobieństwo, że Roger Davies zdenerwuje się na tę wieść nieco bardziej, niż mógłby przewidywać Adam, który nie był poinformowany o wszystkich szczegółach życia uczuciowego Olgi.
– Poczekajmy, aż to trochę ucichnie.
Adam nie wyglądał, jakby czekanie było rozwiązaniem, które go satysfakcjonowało.
– Wątpię, żeby ucichło, on się z tym nawet nie ukrywa – powiedział Adam. W jego głosie mimowolnie dało się słyszeć nutę żalu, jakby na pewnym poziomie zazdrościł koledze, że może obnosić się ze swoją zdobyczą, podczas gdy on musi milczeć na temat swojej. Olga wiedziała, jak ważne było dla Adama to, co myślą o nim inni i prawie żałowała, że znaleźli się w sytuacji, w której nie mogła dać mu się pochwalić. Niejednokrotnie jednak dawała mu do zrozumienia, że to nie stanie się tak długo, jak długo się z nią nie ożeni. Jak dotąd nic tym nie wskórała – widocznie z jakiegoś powodu formalne przypieczętowanie związku było zbyt wysoką ceną za posiadanie przykładnej żony. Ostatnio jego brak inicjatywy powodował jej lekkie zniecierpliwienie. Podejrzewała, że głównym powodem jego wahania był stosunek jego rodziny do tego, że była emigrantką.
Był pod tym względem absolutnym przeciwieństwem Daviesa, który oświadczył się jej zaledwie po paru tygodniach znajomości i w którego oczach to, że urodziła się w Rosji, było zaletą. Biorąc pod uwagę historię poprzednich związków Rogera, w jego najnowszym romansie dziwiło Olgę tylko to, że teraz umawiał się z rodowitą Angielką.
– Bez znaczenia, Padma i tak nie da mu rozwodu – powiedziała Olga.
Adam zrobił zdziwioną minę, jakby absolutne przekonanie, z jakim Olga wypowiedziała to zdanie, zbiło go z tropu.
– Dlaczego?
– Dlatego, że on go nie chce.
Adam rzucił jej dziwne spojrzenie, po którym Olga zrozumiała, że należało milczeć. Nie mogła się jednak powstrzymać, nawet w niej czasami pojawiało się pragnienie, by głośno wyrażać niewygodną prawdę i by rozliczyć się z rzeczywistością. Choć kiedyś to, że Roger nie wziął dla niej rozwodu uderzało w jej dumę i zmusiło ją do związania się z Adamem, teraz było tylko nieznaczącym, odległym faktem, mającym znaczenie wyłącznie dla kolejnych kochanek Daviesa, gotowych do przyjęcia jego symbolicznych oświadczyn.
Olga nie zamierzała dać Adamowi więcej czasu na zastanawianie się, dlaczego uzurpuje sobie prawo do wygłaszania tak osobistych opinii o ich szefie, więc bez wysiłku skierowała ich rozmowę w stronę Paige i jej nowo otwartych perspektyw kariery, co z kolei przeprowadziło ich przez wałkowany wielokrotnie temat nowego narybku wśród amnezjatorów. Każdego dnia czas obiadu w pełni zdominowany był przez temat pracy, była to ich tradycja, która znakomicie maskowała, że poza pracą nie mieli ze sobą wiele wspólnego.
Jakaś część Olgi uwielbiała to łatwe życie, które wymagało od niej jedynie odhaczania kolejnych punktów z listy i mozolnego powtarzania ich każdego dnia. Była pewna, że jest zdolna prowadzić takie życie przez całe lata i że ta rutyna jest najlepszym sposobem, by trzymać się z daleka od przeszłości.
Były jednak momenty, w których cieszyła się, że amnezjatorzy przechodzą intensywny kurs ochrony przed penetracją z zewnątrz. Dzięki temu Adam nie mógł poznać jej myśli, nie mógł wiedzieć, że ilekroć go całowała, czuła trudną do powstrzymania ochotę do wykrzyczenia mu w twarz, że go nienawidzi. Czasami gryzła go, nie mogąc znaleźć słów, by wyrazić to, co do niego czuła, a on mylił to z tą odrobiną pikanterii, która należała mu się w jego nudnym życiu.
Czasami nie mogła uwierzyć, że w ogóle nie przeszkadzało mu, że miał na własność tylko jeden jej skrawek, że nie chciał i nie potrzebował nic ponad to, żeby mu się oddawała, choćby byle jak, choćby niechętnie. Entuzjazm podczas seksu udawało jej się wykrzesać tylko wtedy, gdy wyobrażała sobie, że jest z innym mężczyzną, kiedy udawało jej się ignorować jasne, zaczesane wysoko włosy Adama, jego szare oczy i ohydne jasne kępki niedogolonego zarostu. Kiedy nie potrafiła tego zrobić i kiedy już myślała, że będzie musiała użyć jednej z tych niedorzecznych wymówek, którymi posługują się kobiety zmuszone do sypiania ze swoimi mężami, udawała, że sama jest kimś innym, że jej ciałem posługuje się kobieta, której nie zależy.
Czasami zastanawiała się, czy chcąc się w pełni kontrolować, nie wybrała świadomie życia, w którym oddała Adamowi nie tylko pozór kontroli i dominacji, lecz także realną władzę nad tym, co się z nią stanie. Wpatrując się nocami w sufit codziennie sprawdzała, czy nie jest to sufit klatki, którą sama sobie zbudowała. Codziennie sprawdzała też, czy nie zatrzasnęła za sobą wyjścia.
Podczas tych rutynowych kontroli nigdy nie przyszło jej do głowy, że ostatecznie to nie ona zdecyduje, czy i kiedy wyjdzie ze swojego więzienia. Zadecydował – jak już wcześniej w jej życiu – ogień, który nieoczekiwanie strawił jej klatkę.

Obliviate 2: obojętność

Olga z cichym trzaskiem pojawiła się w bocznej, dość obskurnej uliczce. Zachwiała się nieco, jednak szczęśliwie zdołała utrzymać równowagę. Zamrugała kilkakrotnie i odruchowo wygładziła bluzkę. Nienawidziła teleportacji i używała jej tylko, gdy było to absolutnie konieczne.
Wyciągnęła z torebki niewielkie, okrągłe lusterko. Nie wyglądała najlepiej. Sińce pod oczami aż za dobrze świadczyły o jej nieustannych problemach z bezsennością, dodatkowo podkreślone niezdrowym kolorem cery. Rozejrzała się nerwowo dookoła, szukając ewentualnych świadków zdarzenia, ale wyglądało na to, że uliczka była zupełnie opuszczona. Wyciągnęła różdżkę.
Szepcząc pod nosem twardo brzmiącą formułę, obserwowała uważnie w lusterku, jak jej skóra nabiera zdrowszej barwy. Po chwili wiedziała już, że się zagapiła, bo zdrowe zaróżowienie zbyt szybko zamieniało się w intensywny rumieniec. Przeklęła cicho, rzuciła lusterkiem o ziemię (rozbiło się z trzaskiem) i bez namysłu zrosiła twarz wodą z różdżki. Jej uprzednio idealnie gładkie, proste włosy błyskawicznie zareagowały intensywnym skręceniem.
Reparo.
Lusterko wróciło do poprzedniej formy, ale dość niezdarnie wylądowało w jej dłoni. Olga pospiesznie wrzuciła je do torebki. Nie było sensu bardziej rozczulać się nad wyglądem.
Szczelniej otuliła się beżowym prochowcem. Choć formalnie było jeszcze lato, chłodna aura zdawała się tego nie respektować. W powietrzu dało się czuć wilgoć, która właściwa jest tylko jesieni, a Olga była pewna, że gdyby dzisiaj zdecydowała się wstać o rozsądnej porze, zastałaby za oknem gęstą barierę mgły. W duchu podziękowała, że oszczędziła sobie tego widoku.
Bulwar był jeszcze wyludniony. W oddali dało się słyszeć jedynie przytłumione głosy i śmiech dwojga ludzi, którzy zatrzymali się w połowie kładki dla pieszych. Olga mimowolnie zatrzymała wzrok na ciemnych włosach szczupłego mężczyzny w płaszczu, by zmusić się do odwrócenia wzroku, gdy tylko na nią spojrzał.
Choć zdecydowanie nie był tym, za kogo go wzięła, to jego widok wywołał w Oldze wspomnienie rodzinnych stron. Jak zawsze, kiedy myślała o Rosji, wraz z poczuciem nostalgii ogarniał ją głęboki niepokój. Z trudem skierowała swoje myśli w stronę pracy.
Skręciła w lewo i zeszła po kamiennych schodkach w stronę przystani. Zakątek ten był oddzielony od głównej ulicy wysokim murem oporowym. Przeszło jej przez myśl, że gdyby ją ktoś zaatakował, nie miałaby nawet szansy zawołać pomocy. Najwyraźniej o to chodziło dwóm czarodziejom z jej biura, którzy właśnie ucinali sobie miłą pogawędkę z niewinnie wyglądającymi Japończykami. Ci ostatni tłumaczyli coś zażarcie, gestykulując tak intensywnie, że ich zawieszone na szyi aparaty fotograficzne podskakiwały. Adam Blythe odpowiadał im cierpliwym, uspokajającym głosem, torując sobie drogę do odzyskania zdjęć, które nie miały prawa ujrzeć światła dziennego.
Olga pomachała Adamowi na przywitanie i ruszyła żwawym krokiem w stronę pobliskiej motorówki. Na jednym z miejsc pasażerów siedział barczysty mężczyzna. Twarz miał ukrytą w dłoniach. Wyglądał, jakby od dłuższego czasu siedział w bezruchu, co pozwoliło Oldze jednoznacznie rozpoznać go jako głównego poszkodowanego.
Z pewną obawą przeszła po drewnianym pomoście, ale na pokład łódki weszła już całkiem sprawnie.
– Dzień dobry – powiedziała głośno. – Nazywam się Olivia Caulfield. Jestem przedstawicielem pańskiej ubezpieczalni.
Zawsze… zawsze! Kiedy posługiwała się swoją fałszywą tożsamością, musiała gryźć się w język, żeby nie powiedzieć: „Dzień dobry, nazywam się Obliviate…”. Gdyby ktoś ją o to zapytał, musiałaby szczerze odpowiedzieć, że uważa to za chore – co jednak nigdy nie podrzuciło jej pomysłu, żeby zmienić te dane. Zwykła po prostu nazywać to swoją chorobą zawodową.
Mężczyzna odsłonił oczy.
– Jestem Maximillian Fuller… I niech pani nie myśli, że uwierzę w choćby jedno pani słowo! Padłem ofiarą spisku, który ma na celu odebranie mi dorobku mojego życia! Chcecie ogłosić mnie niepoczytalnym! Proszę bardzo… – rozłożył ramiona, jakby chciał pokazać, że nie będzie walczyć, jeśli Olga zechce go aresztować. Nie mógł wiedzieć, że w gruncie rzeczy nie był tak bardzo w błędzie, ponieważ ona rzeczywiście rozmyślała o pewnej formie zniewolenia. W tej krótkiej chwili, w której Szatow zastanawiała się, co mogłaby zrobić z delikwentem, zmienił on zdanie.
– ALBO I NIE! – wrzasnął tak potężnie, że jednocześnie odwrócili się Adam, jego kolega i Japończycy. W tym momencie Olga miała wielką ochotę zakneblować Fullerowi usta. Zamiast tego dała Adamowi znać, że wszystko w porządku.
Sternik Max piorunował ją wzrokiem.
– Nasza firma jest po to, żeby panu pomóc – wyklepała Olga, bezwiednie powtarzając po raz setny tę samą formułkę. Nagle poczuła się tym wszystkim znudzona. – Musimy zorientować się w rozmiarze strat, jednak z góry zapewniam pana, że ubezpieczenie, które pan wykupił, jest kompleksowe, nie ma więc powodów do obaw.
– AKURAT – palnął bezmyślnie Max. Wciąż mierzył Olgę wzrokiem, jednak jego spojrzenie trochę złagodniało. Zaśmiała się w duchu, myśląc jak niewiele potrzeba, żeby owinąć sobie mężczyznę wokół palca. – Wykupiłem tylko ubezpieczenie od powodzi.
– Czy nie to właśnie się stało? – spytała Olga, podchodząc do niego bliżej i patrząc mu prosto w oczy. Oparła mu dłoń na ramieniu, mając nadzieję, że Adam tego nie widzi. Wciąż zależało jej na mieszkaniu.
Ze zdziwieniem odkryła, że Maximilllian Fuller był jak otwarta książka. Czuła, że niewiele brakowało, by mogła dzielić z nim kołaczące się w jego głowie strzępy widoków z przelotu nad Tower, choć nawet nie wyciągnęła różdżki. Całkiem wyraźnie odczuła natomiast desperację i obezwładniający strach przed utratą zmysłów. Z pewnym rozbawieniem odkryła, że pośród tego znalazło się miejsce na komentarze na temat jej nóg.
Oczywiście jej magia była w dużej mierze intuicyjna. Podczas gdy po tylu latach wciąż jeszcze miewała problem z podstawowymi zaklęciami, bardzo dobrze odnajdywała się w tych dziedzinach magii, które dotyczyły ludzi – bez względu na ich zdolności czarodziejskie. Czy nie każdy mugol miewał przebłyski zdolności legilimencji? Czy żeby przewidzieć przyszłość, konieczna była mu różdżka i siedem lat w Hogwarcie? Czy, w końcu, zaklęcie zapomnienia nie było po prostu bardziej potężną formą tego, co mugole wykształcili w sobie jako naturalną ochronę przed utratą zmysłów, a więc amnezją?
Olga wierzyła, że jej predyspozycje do tych intuicyjnych rodzajów magii były naturalnym wynikiem wykształcenia, która odebrała, a także terenów, na których się wychowała. Prasłowiańska magia miała w sobie pewną pierwotną siłę, której mieszkańcy Wysp nigdy nie doświadczyli. Tutaj magia wydawała się już całkowicie udomowiona.
– Moja łódka latała – wyznał nieoczekiwanie sternik. Szatow spojrzała na niego, jakby zupełnie o nim zapomniała. Wyglądał, jakby zamierzał się rozpłakać. Widać było, że to wyznanie bardzo wiele go kosztowało.
Olga spojrzała na niego ze współczuciem.
– To musi być przemęczenie – zaryzykowała. Uśmiechnęła się nieśmiało i przykucnęła naprzeciw niego, wciąż utrzymując kontakt wzrokowy.
– TO NIE JEST ŻADNE, KURWA, PRZEMĘCZENIE! Ja tym KIEROWAŁEM. TO JEST KUREWSKO NIESPRAWIEDLIWE, ŻEBYM MUSIAŁ PRZEŻYWAĆ COŚ TAK POPIERDOLONEGO!
Zerwał się na równe nogi. Olga wiedziała, że jeśli szybko nie zareaguje, zjawią się mugolskie służby porządkowe, a tego jej tylko brakowało w poniedziałek. Tymczasem nie miała już wsparcia, bo Adam i Japończycy odeszli w stronę głównej arterii.
– To zostanie między nami. Nasza firma zajmie się wszelkimi usterkami technicznymi. Czy moglibyśmy zejść pod pokład, żeby omówić szczegóły? – Starała się mówić możliwie najbardziej spokojnym tonem. Choć na zewnątrz nic prócz narastającego nieładu na jej głowie (fryzura Olgi miała irytującą właściwość tracenia swojej formy tym szybciej, im bardziej jej właścicielka traciła rozsądek) na to nie wskazywało, czuła narastającą ekscytację z powodu tego, co miała za chwilę uczynić. – W grę wchodzi do dziesięciu tysięcy funtów odszkodowania, nie pożałuje pan.
Maximillian przyjrzał się jej uważnie. W czasie, kiedy oceniał wiarygodność jej blefu w obliczu tej kryzysowej sytuacji, Olga miała czas, żeby dokładnie przypatrzeć się jego powierzchowności. Choć miał na sobie nieco niechlujnie wyglądającą oliwkową kurtkę i kapelusz, który upodabniał go do rybaka, Szatow z łatwością wychwyciła te cechy, które tak skrzętnie ukrywał. Miał mocną budowę, przystojną, choć poharataną zmarszczkami twarz i szlachetny nos.
– Dobrze – zgodził się, cedząc powoli to jedno słowo i sprawiając, że jego wymówienie trwało wieki. Równie powolnym ruchem – jak gdyby usiłował poruszać się w wodzie, a nie w rześkim powietrzu tego przedpołudnia – wskazał jej wejście pod podkład.
Olga uśmiechnęła się zwycięsko. Dała się przepuścić przodem. W kajucie dominował trudny do zniesienia zapach stęchlizny, który spowodował, że nie tylko zamarzyła o użyciu zaklęcia odświeżającego, lecz także – a może przede wszystkim – o spotkaniu z Fullerem w innych warunkach.
Zanim Maximillian Fuller zdołał rozsiąść się na welurowym kocu, aby sfinalizować umowę z ubezpieczalnią, Olga miała już w ręku różdżkę.
Kiedy odwrócił się i zobaczył wycelowany w niego kijek, nie zdążył się nawet zdziwić. Jego umysł miał już bowiem konsystencję plasteliny, która sprawiała tylko, że dręczyło go jakieś niepokojące wrażenie nieustającego déjà vu.
Obliviate!
A kiedy było już po wszystkim i w kajucie próżno było szukać śladu po Oldze, przez chwilę miał wrażenie, jakby o czymś zapomniał.
Całe szczęście, że nie trwało to długo!
Przypomniał sobie, że spędził wyjątkowo upojną noc z pewną kobietą o jasnobrązowych włosach i szarych oczach. Przypomniał sobie (wspomnienia były tak żywe, jakby zdarzyło się to przed minutą!), jak spotkał ją wczoraj w barze i jak przyprowadził ją tutaj…
Nie przypominał sobie jednak, dlaczego już jej tu nie ma, dlaczego odeszła, ale…
Nie miało to znaczenia, bo na szczęście na stoliku leżał skrawek papieru, na którym widniał numer telefonu Olivii Caulfield.

 

Obliviate 1: akceptacja

Kwatera Główna Amnezjatorów znajdowała się w głównej części budynku Ministerstwa na głębokości trzeciego piętra w bezpośrednim sąsiedztwie Komitetu Łagodzenia Mugoli i Czarodziejskiego Pogotowia Ratunkowego. Sąsiedztwo to okazywało się męczące, szczególnie ze względu na drugi z tych organów. Pogotowie pracowało dwadzieścia cztery godziny na dobę, zapewniając nieustanny przepływ pracowników i purpurowych przesyłek wewnętrznych przez wąskie korytarze. Efektem były brudnofioletowe smugi na suficie powstałe w wyniku prześcigania się skrzydlatych liścików (z których każdy pragnął dostarczyć się pierwszy) oraz wyraźne ślady brudnych palców pozostawione około półtora metra nad poziomem posadzki.
Piętro to – jako oddział interwencyjny – nie zrzeszało typowych pracowników biurowych, no, może poza Komitetem. Ze względu na charakter pracy wielu z pracujących tu czarodziejów było energicznymi, żądnymi wrażeń mężczyznami koło trzydziestki, którzy nie stronili od rzucania zaklęć na prawo i lewo, nawet gdy nikt nie zdecydował się akurat pogwałcić Zasad Tajności Międzynarodowej Konfederacji Czarodziejów, na straży których stali. Ten zapał do czarów odbił się na dekoracji wnętrz boksów. Wiele biur było zdezelowanych i miesiącami czekało na interwencję Służb Porządkowych.
Pewnym wyjątkiem pośród tego chaosu było eleganckie pomieszczenie konferencyjne na końcu korytarza. Dziesięciu pracowników spędzało tam całe dnie za dębowymi, wypolerowanymi drzwiami ze srebrną tabliczką głoszącą „Komitet Łagodzenia Mugoli”. Z założenia jednostka ta powinna być zaangażowana w działanie całego departamentu, a w rzeczywistości zajmowała się wyłącznie pisaniem i wygłaszaniem stosownych oświadczeń, kiedy sytuacja wymknęła się spod kontroli.
Mugole niezbyt dobrze reagowali na tak wysublimowaną formę łagodzenia jak oświadczenia pisemne, o czym najlepiej wiedzieli amnezjatorzy. Ich nieduże, ale liczne biura upchnięte były po kątach po całym piętrze, co wskazywało jednoznacznie, że gdy organizowano powierzchnię departamentu, nie liczono się jeszcze z ich pracą. Z czasem stanowisko to zyskało szacunek – większość współpracowników doskonale zdawała sobie sprawę, że gdyby nie oni, niezliczona liczba rozwścieczonych mugoli już dawno rozbiegłaby się po świecie, przedstawiając dowody na istnienie zjawisk paranormalnych.
Jedno z biur takich bohaterów znajdowało się tuż obok siedziby Komitetu. Drzwi z brzydkiego drewna sosnowego kontrastowałyby nieznośnie z eleganckimi drzwiami Komitetu, gdyby nie były nieustannie otwarte. W wiklinowym koszu zawieszonym na klamce zbierał się zestaw przesyłek ekspresowych, które poruszały się lekko, niecierpliwie czekając na swoją kolej.
W biurze znajdowały się tylko dwie osoby. Jedna z nich – dwudziestosześcioletnia drobna kobietka o kruczoczarnych włosach sięgających do brody, siedziała na krześle obrotowym w okolicy okna. Skórzane półbuty opierała na krawędzi biurka, a długą szyję wygięła tak, że nieśmiałe promienie słońca padały jej na twarz. Oczy miała zamknięte, co miało się niebawem zmienić.
– Paige!
Głos, który brutalnie wytrącił ją z tej skradzionej chwili relaksu, należał do Olgi Szatow. Kiedy Paige zdecydowała się w końcu otworzyć oczy, zastała Olgę pochyloną nad papierami. Szatow nie pozwalała sobie na wytchnienie nawet w nudne poniedziałki. Sprawiała wrażenie niezwykle zajętej, zawsze musiała mieć coś w rękach, a szefowie i współpracownicy odnosili wrażenie, że ona po prostu nie jest w stanie żyć bez pracy.
– Co?
Olga podniosła głowę znad papierów. W tej krótkiej chwili jej jasnobrązowe włosy zalśniły w słońcu, co spowodowało, że jej rysy złagodniały. Sekundę potem wróciły jednak do stanu naturalnego – to znaczy perfekcyjnego ułożenia z równym cięciem nieco powyżej ramion. Miała duże, okrągłe oczy w kolorze stali i kiedy tylko na kogoś spojrzała, przechodził tego człowieka nieokreślony dreszcz.
Paige wzdrygnęła się odruchowo.
– Od trzech minut lata ci nad głową ekspresówka – odparła Olga, nie kryjąc irytacji.
Paige gwałtownie zerwała się na równe nogi i nieudolne złapała przesyłkę. Zbiegło się to w czasie z przybyciem szefa. Roger Davies stanął w progu, opierając ręce o framugę i przyglądając się tej sytuacji z rozbawieniem.
– Nie wiedziałem, że wzbudzam takie emocje – stwierdził z głupawym uśmieszkiem. – Następnym razem nie założę tej zniewalającej bluzy.
Olga obdarzyła bluzę i jej właściciela zdegustowanym spojrzeniem. Ze względu na to, że ważną częścią pracy amnezjatorów było wtapianie się w środowisko mugolskie, biuro regularnie przeprowadzało szkolenia z tego zakresu, poświęcając wiele czasu zagadnieniom wyboru odpowiedniej odzieży. Z różnym skutkiem, czego żywym przykładem był szef Biura Amnezjatorów we własnej osobie.
Dość obcisła bluza z kapturem w kolorze denaturatu wywoływała niechciany efekt komiczny w zestawieniu z pierwszymi pasmami siwizny pojawiającymi się na skroniach Daviesa. Nawet jego fatalne wybory modowe nie były jednak w stanie całkowicie zamazać jego ogólnej fizycznej atrakcyjności. Olga, która widziała jego zdjęcia z młodości, doceniała pewną szlachetność, którą zyskał razem z wiekiem. Osobiście wolała klasyczną fryzurę i dobrze przyciętą, krótką brodę, które nosił teraz, niż jego młodzieńczą ciemnobrązową czuprynę z zadziornymi falami opadającymi na czoło. Nie dało się jednak ukryć, że w jego najwyższym interesie był jak najszybszy powrót do żony, która miała przynajmniej tę zaletę, że panowała nad jego garderobą.
Pełen samozadowolenia uśmiech Rogera nieco zbladł pod naporem taksującego spojrzenia Olgi.
Paige, która nie zauważyła tej wymiany spojrzeń, bo odczytywała przesyłkę, spojrzała na Rogera zalotnie i powiedziała:
– Nie, bluza jest bardzo w porządku.
Olga nie skomentowała.
Najwyraźniej przesyłka ekspresowa nie była warta tak wielkich emocji, bo Paige wyraźnie się rozluźniła.
– Bonnie pisze, że Randi Norton wylądowała w Mungu – poinformowała wesołym tonem, wracając do swojej niedbałej pozy przy biurku. – Wyobrażacie sobie, że użyła Obliviate na samej sobie?
Olga zbyła tę informację prychnięciem i wróciła do skrupulatnego wypełniania papierów.
– Mocno przeżyła czerwcową akcję – powiedział Roger, chwilowo zaszokowany tą informacją.– Ale wydawało się, że będzie w porządku.
– Może trzeba było się bardziej przejąć – wypaliła oskarżycielsko Olga, wciąż nie podnosząc głowy znad papierów.
Paige przeniosła spojrzenie na Rogera, zastanawiając się, czy zareaguje na tę zaczepkę. Z tego, co było jej wiadomo, Randi uczestniczyła w gigantycznej akcji gaszenia pożaru wieżowca tylko dlatego, że Olga stanowczo tego odmówiła. Wszystko wskazywało na to, że wykazała się niezwykłą intuicją, skoro to, co Randi tam zobaczyła, straumatyzowało ją tak bardzo, że posunęła się do szaleńczego procederu mieszania we własnej pamięci. Nie zmieniało to faktu, że – według Paige – Roger miał stanowczo zbyt wiele wyrozumiałości dla wymówek i złośliwości Olgi. Odmawianie kobietom nie było jego najmocniejszą stroną.
Atmosfera w pokoju stała się nieznośnie ciężka.
– Pójdę wypytać Bonnie – powiedziała Paige, która chciała jak najszybciej opuścić pomieszczenie. Wychodząc, szturchnęła ramię Rogera i puściła do niego oko, chcąc go trochę pocieszyć.
Roger odprowadził Paige wzrokiem, a potem rozsiadł się przy biurku Adama Blythe’a, który już był w terenie. Przez chwilę panowała niezręczna cisza, w trakcie której Olga niemal rozgryzła końcówkę swojego pióra.
– Jest dla ciebie robota – powiedział w końcu Roger. Szatow nie zaszczyciła go nawet spojrzeniem, ale pomimo to kontynuował: – Od rana próbują uspokoić grupę mugoli, która wybrała się dziś w nocy na turystyczny rejs motorówką po Tamizie. Motorówka najwyraźniej nauczyła się latać, bo rejs był bardziej nad Tower. Ledwie wylądowali.
Olga odłożyła papiery i zebrała się zza biurka, pakując do torebki kilka woreczków z niezidentyfikowanym proszkiem, dwie fiolki z połyskującym wesoło lekkim eliksirem oraz trzy różnej długości różdżki, które wyciągnęła z szuflady biurka.
– I przychodzisz do mnie dopiero teraz? – zapytała jakby od niechcenia.
Davies zmierzył ją przeciągłym spojrzeniem i wzruszył ramionami. W ostatnim czasie bardzo starał się, żeby Olga nie była jego pierwszym wyborem, co było o tyle trudne, że mimo swoich wad, była najbardziej skutecznym z amnezjatorów.
– Poradzili sobie z większością turystów. Było prawie po wszystkim, ale pozostało dwóch świadków, którzy za nic nie dadzą się przekonać, że to złudzenie optyczne.
Olga uniosła brwi.
Większość czarodziejów żyła w głębokim przekonaniu, że modyfikacje pamięci to żaden problem. W ich przekonaniu zaklęcie zapomnienia tuszowało wszelkie takie incydenty. Nie zdawali sobie jednak sprawy, że pamięć potrafi być bardzo kapryśna, szczególnie jeśli kryje się pod nią głęboka trauma. Dlatego praca amnezjatora miała niekiedy więcej wspólnego z pracą psychologa niż łamacza klątw. Żeby usunąć lub zmodyfikować pamięć człowiekowi, który przeżył koszmar, należało najpierw w miarę możliwości załagodzić jego stan. W przeciwnym razie informacje z przeszłości mogły gwałtownie powrócić, a takie przypadki kończyły się najczęściej Świętym Mungiem (jeśli Ministerstwo się zorientowało) lub mugolskim zakładem psychiatrycznym (znacznie częściej).
– Trzeba było przyjść od razu – mruknęła pod nosem Olga, wrzucając do torebki część papierów z biurka.
– Dla ciebie jest sternik.
Nieoczekiwanie spojrzała prosto na Rogera. Wyglądało to tak, jakby zainteresowanie tą wypowiedzią przeważyło nad ogólną niechęcią, jaką go darzyła, bo w jej oczach prawie nie było śladu po wcześniejszym zdegustowaniu.
– I tak mu się nie spodobasz – dodał Roger, a w jego głosie zabrzmiała niezrozumiała groźba. Olga niezwykle celnie rzuciła mu w twarz kulką utworzoną z notatki służbowej. Odparł atak, w ostatniej chwili sięgając po różdżkę. Skomentował to krótko: – Jesteś psychiczna.
Nie doczekał się riposty, bo Olgi już nie było.