Łapy przy sobie: dziesięć

Trzydziestego pierwszego sierpnia 1978 roku nie skatalogowałam ani jednej nowej przepowiedni. Po wejściu do Departamentu Tajemnic skierowałam się prosto do pomieszczenia, w którym sypiał Gaus. Dwie pierwsze godziny pracy spędziłam, bawiąc się z demimozem w odbijanie piłeczki od ścian. Była to nieco bezsensowna gra, bo Gaus łapał ją za każdym razem, zawczasu znając jej trajektorię, ale mimo to bawiliśmy się świetnie.
Nie wolno było mi wypuszczać go do Sali Przepowiedni bez smyczy, ale nie dbałam o to. Wbił we mnie swoje wielkie, zdziwione oczy, ale nie czekał na mocniejszą zachętę. Wybiegł w stronę głównej alejki tak szybko, że nie miałam szans go dogonić. Byłam przekonana, że gdy tam dotrę, już go nie zobaczę.
Ku mojemu zdziwieniu Gaus nie stał się jednak niewidzialny. Dogoniłam go w jednym z bocznych rzędów. Chciałam go pogłaskać i jakoś zachęcić do ucieczki, ale on nie zwracał na mnie uwagi. Kręcił się szaleńczo wokół regału, do którego przez dwa miesiące pracy w Sali Przepowiedni nie zdążyłam jeszcze dotrzeć – świadczyła o tym gruba warstwa kurzu, pokrywająca niemal wszystkie stojące na półkach kule.
Przebiegłam wzrokiem po etykietach. Sądząc po inicjałach, cały regał wypełniony został zapisami przepowiedni wygłoszonymi przez jedną osobę i nie musiałam nawet specjalnie sprawdzać dat, żeby domyślić się, kto mógł być tak płodny. Moja uwaga naturalnie skupiła się na tych opisach, które zawierały znane mi nazwiska – z wariacko kołaczącym sercem czytałam:
„A.S.I do J.D. – Justice Dawn”, „A.S.I do M.S. – Mercy Snicket”, „A.S.I do R.S. – Roman Snicket” oraz kilka innych oznaczonych inicjałami i imionami moich stryjów i ciotek. Dodatkową sensację w żołądku wzbudzało to, że wszystkie zostały podpisane odręcznym, cienkim pismem mojego ojca.
Przeszłam do półki niżej tylko po to, by poczuć się jeszcze gorzej na widok trzech identycznych kulek, których jeszcze nie zdążył pokryć kurz. „A.S.II – Futrzak”, „A.S.II – Anemone Snicket II i Syriusz Black III”, „A.S.II do S.B.III – James Potter, Lily Evans i ? ?Potter (dziecko)”.
Gaus nie zwracał jednak uwagi na żadną z nich. Wybałuszał oczy i prychał, by zwrócić moją uwagę. Zafiksował się na jednej przepowiedni, która stała na końcu regału.
Jej opis głosił: „A.S.I do R.S. – Anemone Snicket II” i był datowany na trzeciego listopada 1959 roku.
Wmurowało mnie w podłogę. Była to jedna z niewielu przepowiedni w tej sali, które mogłam bezkarnie podnieść i obejrzeć, ale czułam się niezdolna do poruszenia odpowiednimi mięśniami, by wyciągnąć dłoń przed siebie. Przybił mnie ciężar świadomości, że mam przed sobą przepowiednię babci na mój temat, skierowaną do mojego ojca i wypowiedzianą krótko przed jej śmiercią. Sądząc po zachowaniu Gausa, który niemal dotykał ją swoimi skórzastymi palcami, była to przepowiednia, która wkrótce miała się spełnić.
Nie musiałam poznawać jej treści, żeby w przypływie gwałtownej fali zrozumienia domyślić się, czego dotyczyła. Nie zdążyłam zadać sobie jednak pytania, jak właściwie ma do tego dojść, bo nagle Gaus rzucił się na kulkę i zrzucił ją z półki, by złapać ją na sekundę przed zderzeniem z podłogą. Krzyknęłam z przerażeniem, bojąc się, że stanie mu się krzywda, ale widocznie czary chroniące przepowiednie przez intruzami nie działały na zwierzęta. Demimoz spojrzał na mnie mokrymi oczyma i uciekł w stronę wyjścia.
Rzuciłam się w pościg za przepowiednią, której jeszcze chwilę wcześniej nie chciałam poznawać. Gaus wybiegł z Sali Przepowiedni do Sali Czasu, a ja zastanawiałam się, co się stanie, jeśli spotkam tam Saula Croakera albo mojego ojca. Moje obawy były jednak niezasadne, bo w Sali Czasu nikogo nie było – musiała się już zbliżać pora lunchu. Nie mogłam też nigdzie dostrzec demimoza i przez chwilę stałam na środku gabinetu, zastanawiając się, gdzie mógł się ukryć, kiedy drzwi wyjściowe samoistnie się otworzyły.
Wbiegłam przez nie do czarnego, okrągłego korytarza, z którego można było przejść do innych działów Departamentu. Zyskując ostatnią szansę, żeby dogonić Gausa, zatrzasnęłam za sobą drzwi do Sali Czasu. Okrągły pokój zaczął obracać się wokół własnej osi. Straciłam równowagę i przywarłam do podłogi, czekając, aż ściany przestaną się poruszać. Przymknęłam oczy, bo poruszające się płomienie przyprawiały mnie o mdłości. Kiedy wszystko przestało się kręcić, otworzyłam oczy i spostrzegłam, że Gaus znów zmienił postać na widzialną.
Tuzin identycznie wyglądających drzwi nie był widocznie sztuczką, która mogłaby skołować demimoza, bo Gaus bez namysłu ruszył ku jednym z nich. Zebrałam się z podłogi i otworzyłam te drzwi, zanim on zdążył nawet spróbować.
Kiedy Rookwood oprowadzał mnie po Departamencie, musiał poświęcić tej sali bardzo mało czasu, bo nie mogłam przywołać jej z pamięci. Podejrzewałam, że musiała uciec mi w natłoku wrażeń, bo w porównaniu z innymi była zaskakująco pusta.
Czując się jak we śnie, podążyłam za Gausem, który zszedł po schodach w kierunku niewysokiego podium usytuowanego na środku sali, na którym stał gigantyczny, kamienny łuk. Dopiero kiedy stanęłam naprzeciw niego, rozpoznałam ciężką, czarną zasłonę, która pod nim wisiała. Momentalnie straciłam zainteresowanie zarówno demimozem, jak i jego skradzioną przepowiednią.
Podeszłam bliżej, by w pełni poczuć siłę, która od miesięcy przyciągała mnie do tego miejsca i cieszyłam się tym, że w końcu jej się udało. Stałam przez chwilę w bezruchu, wpatrując się z bliska w splot tej morderczej tkaniny i napawałam się wypełniającą mnie powoli niepowstrzymaną ciekawością. Pozwoliłam sobie na to tylko dlatego, że wiedziałam, jak ją zaspokoić.
Zanim zrobiłam krok do przodu, obejrzałam się jeszcze, by po raz ostatni spojrzeć na pustkę po mojej prawej, którą w samobójczej wizji sprzed kilku miesięcy wypełniał Syriusz Black. Ten widok ostatecznie mnie uspokoił.
Wiedziałam, że nie musiałabym umrzeć, gdybym nie chciała wiedzieć i że nie umarłabym, gdybym nie wiedziała.
Nie musiałam dłużej domyślać się, dlaczego wszyscy nienawidzili mojej babki, bo stało się to dla mnie zupełnie jasne. Jej niechciany dar przepowiadania dat śmierci stał się przekleństwem, gdy tylko poznała swoją i kiedy zdecydowała się tej śmierci uniknąć, żyć skradzionymi latami, w ukryciu i bez satysfakcji. Nie mogąc znaleźć własnego spełnienia, dzieliła się swoim bólem, dręcząc innych. Poczucie władzy przynosiło jej niszczenie życia innym – wystarczyło sześć cyfr i nie musiała nawet machać różdżką, by ich wykończyć.
Spośród swoich dzieci musiała wybrać któreś, by przekazać mu swoje dziedzictwo. Zdecydowała się na swojego syna, o którym myślała, że odziedziczył jej obojętny stosunek do losu innych. Zrobiła go strażnikiem Sali Przepowiedni, oddając mu pod opiekę archiwum, które sama założyła i latami pielęgnowała, ale razem z nim dała mu cenną wiedzę o tym, komu zdążyła już zatruć życie.
Zabawne było to, jak bardzo moja babka nie pomyliła się co do Romana Snicketa – on rzeczywiście zawsze płynął z prądem – przynajmniej do momentu, w którym nie uderzyła w niego personalnie. Ani myślał powstrzymywać ją, kiedy siała zwątpienie i zniechęcenie w jego rodzeństwie, a nawet żonie, ale gdy nie mogła powstrzymać się przed tym, by wyjawić i jego datę śmierci, coś w nim pękło. Wpychając ją za zasłonę w Sali Śmierci zakończył życie, któremu dawno pisany był koniec, popełnił morderstwo, które skrycie pragnęła popełnić cała rodzina, a Anemone Snicket zwyczajnie nie mogła tego przewidzieć, bo był to pierwszy i ostatni raz, kiedy mój ojciec się zbuntował.
Nie mogła temu zapobiec, ale zdążyła go ukarać, rzucając klątwę na pierwsze dziecko, które miał spłodzić już po jej śmierci. Kiedy Mercy się o tym dowiedziała, odrzuciła mojego ojca – nie dlatego, że popełnił morderstwo, ale dlatego, że sądziła, że w ten sposób blokuje wykonanie przepowiedni. Kiedy ona znalazła w sobie opór, mój ojciec wyczerpał już siłę do walki z fatum i wdał się w przelotny romans z bliźniaczką Mercy, która – identyczna co do wyglądu i zupełnie różna co do charakteru – była dla niego wystarczającym substytutem kobiety, którą zabrała mu jego martwa matka. Zmarłej matce zdecydowanie nie robiło różnicy, czy byłam córką Justice czy Mercy, bylebym się urodziła.
Biorąc pod uwagę okoliczności, moja rodzina miałaby jeszcze szansę przetrwać, gdybym umarła jako dziecko, ale podobne miłosierdzie nie było w stylu mojej babki. Ona chciała wyrównać rachunki uczciwie, życie za życie – dać mi dorosnąć, bym z pomocą daru przepowiadania, który dostałam od niej w spadku – sama, z własnej woli, oddała się w ramiona przeznaczenia, przy milczącej aprobacie rodziny, która wiedziała już, co to znaczy igrać z losem.
Na znajomość przyszłości mogą pozwolić sobie tylko ci, którzy potrafią tę wiedzę oswoić i cieszyć się życiem, jednocześnie odgrywając posłusznie swoją rolę. Miałam szansę zostać pierwszą osobą w rodzinie, która dobrze to zrozumiała i pozornie moje pójście na rzeź dowiodło, że naprawdę zasługiwałam na ten dar.
Nie można jednak całkiem zdradzić krwi, a w mojej płynął bunt przeciwko przeznaczeniu. Dlatego zrobiłam coś, co kosztowało mnie szczęście i życie – z całej siły odepchnęłam Syriusza Blacka starym sposobem swojej babki, wiedząc że nigdy mi tego nie wybaczy i dzięki temu nigdy nie przyjdzie do Sali Śmierci, żeby umrzeć razem ze mną. Pożyczyłam mu lata życia, wiedząc doskonale, jak duża jest szansa, że te skradzione lata będą zupełnie jałowe. Mimo to miałam nadzieję, że ktoś o tak wielkiej woli życia będzie je cenił wyżej niż żadne.

Łapy przy sobie: dziesięć

Łapy przy sobie: dziewięć

Pierwszego dnia Rookwood przegonił mnie przez wszystkie sale w Departamencie Tajemnic w tak ekspresowym tempie, że niczemu nie zdążyłam się przyjrzeć. Na koniec przeszliśmy ze sali pełnej tykających zegarów wprost do pomieszczenia, które miało wysokość sporej katedry i zostawił mnie między dwoma regałami tak wysokimi, że nie mogłam dostrzec ich końca nawet, gdy zadarłam głowę. Tam opiekę nade mną przejął mój ojciec.
Jako dziecko lubiłam wyobrażać sobie, co niesamowitego może znajdować się w Departamencie Tajemnic i zazdrościłam ojcu, kiedy wychodził do pracy – zupełnie jakby każdego dnia miał przeżywać nową przygodę. Jeśli ktokolwiek przeżywał tu przygody, to z pewnością nie w Sali Przepowiedni, której od niemal dwudziestu lat strzegł mój ojciec, przed nim jego matka, a w końcu ja.
Było to miejsce wprost stworzone dla ludzi, którzy kochają samotność i ciemność. Z łatwością mogłam wyobrazić sobie tutaj kogoś podobnego do Severusa Snape’a, ale nie potrafiłam pogodzić z tym miejscem mojego ojca. Poza pracą Roman Snicket nigdy nie uciekał przed ludźmi – przeciwnie, zdawał się ich potrzebować. Był dość rozmowny, chociaż można było poznać, że każda rozmowa była dla niego rozgrywką i że z każdej bezwzględnie musiał coś wynieść. Objawiało się to szczególnie, gdy zmuszony był prowadzić rozmowy, które uważał za bezowocne – wtedy wyraźnie nudził się, uciekał wzrokiem i nieświadomie wybijał rytm palcami, wszystko by przyciągnąć swoją trudną do skupienia uwagę. Każda z tych cech znikała jednak z chwilą, kiedy przechodził przez próg Departamentu – tutaj był tylko swoim cieniem, bez słowa snującym się między gabinetem a regałami. Jedyną oznaką jego obecności było upiorne echo jego kroków, które odbijało się od mebli i sklepienia.
Ja sama czułam się tak, jakby w Sali Przepowiedni pracowało tylko moje ciało. Przebywanie w niej było jak nurkowanie w ciemne głębiny, w których otępione były wszystkie zmysły. Niekończące się rzędy emitujących słabe światło przepowiedni w ciemności przypominały bezkresne cmentarzysko pełne martwych dusz, a w ostrym świetle jarzeniówek gigantyczną szklarnię do hodowli osobliwych grzybów.
Każdego dnia samoistnie pojawiały się nowe zapisy przepowiedni zaklęte w małych, szklanych kulkach. Do moich obowiązków należało zapoznanie się z ich treścią, katalogowanie ich i znajdowanie im odpowiedniego miejsca. Była to żmudna praca, wymagająca całych godzin poszukiwań, oznaczania dat, nazwisk, pozycji planet, powiązywania zdarzeń, a niekiedy zgadywania. Kiedy zachodziła taka konieczność, ojciec wzywał zainteresowanych w celu złożenia dodatkowych wyjaśnień. Po opatrzeniu zapisu odpowiednią etykietą, nakładał na kule czary ochronne i wtedy nikt postronny nie mógł ich już dotknąć.
W tym martwym miejscu tylko jedna istota zdawała się zachować w sobie wolę życia. Sala Przepowiedni była domem i więzieniem dla demimoza o imieniu Gaus. Gaus dosłownie rwał się do codziennych spacerów po Sali Przepowiedni, a spacerowanie z nim było moim ulubionym obowiązkiem, choć nieustannie kusiło mnie, by puścić go ze smyczy. Minęło kilka tygodni, zanim nabrał do mnie wystarczającego zaufania, żeby pokazać swoją naturalną formę, zamiast pozostawać niewidzialnym.
Gaus był prawie mojego wzrostu. Pokrywało go długie, srebrzyste futro, które ciągnął za sobą po podłodze i które trzeba było później czesać i odkurzać. Poruszał się z łatwością zarówno na dwóch, jak i na czterech chwytnych łapach. Spędzanie z nim czasu było najdziwniejszym i zarazem najpiękniejszym, czego można było doświadczyć w Sali Przepowiedni.
Jego magiczną właściwością było to, że na dużą odległość wyczuwał wysokie prawdopodobieństwo. Wyjątkowo lubił grzać się przy przepowiedniach, które w najbliższym czasie miały się spełnić, dzięki czemu bardzo ułatwiał mi pracę. Tylko dzięki jego intuicji udawało się na bieżąco wykrywać te przepowiednie, których status się zmienił – nie wyobrażałam sobie, w jaki inny sposób można było ogarnąć to nieskończone, wciąż rozrastające się archiwum.
Dni mijały mi na codziennym grzebaniu się w losie innych tak, że nie czułam potrzeby konfrontowania się z własnym. Na prawie dwa miesiące swojego dorosłego życia zanurzyłam się w obcych problemach tak głęboko, że nie prawie nie widziałam już moich. Koniec wakacji zbliżał się jednak nieuchronnie, a ja wiedziałam, że zanim wydarzy się coś ostatecznego, pozostało mi stawić czoła jeszcze jednemu spotkaniu.
Syriusz czekał na mnie pod wejściem do Ministerstwa dla pracowników. Siedział na ogromnym, czarnym motocyklu zaparkowanym w niedozwolonym miejscu. Miał na sobie skórzany kombinezon, w którym wyglądał tak dobrze, że robiło się słabo. Jedną nogę oparł o wysoki krawężnik. Kiedy tylko mnie zauważył, bez słowa przywitania rzucił we mnie kaskiem.
– Widzę, że skończyłaś z buntem wobec tatusia – rzucił głosem pełnym goryczy.
Nigdy nie powiedziałam mu ani o swojej dacie śmierci, ani o wizji naszego wspólnego samobójstwa, dlatego nie mógł rozumieć, jak małe znaczenie miało to, w jakiej pracy spędziłam ostatnie dwa miesiące swojego życia. Myślę, że wybrałam Departament Tajemnic dlatego, że tam najprędzej spodziewałam się przeżyć jeszcze coś ważnego. Spotkało mnie gorzkie rozczarowanie.
Ledwie zdążyłam wdrapać się na siedzenie pasażera i niezdarnie zapiąć kask pod szyją, kiedy bez ostrzeżenia ruszyliśmy z werwą w stronę głównej arterii. Instynktownie ciasno objęłam Syriusza w pasie, chowając się za jego plecami. Nie przejmował się zachowywaniem bezpiecznej prędkości i przez całą drogę zatrzymał się tylko raz, by zrugać mnie, że go przyduszam. Uwolniłam go z uścisku i obiema rękoma złapałam za uchwyty przede mną. Pęd wiatru zapierał mi dech w piersiach. Po raz pierwszy od długiego czasu czułam, że żyję; jednocześnie kusiło mnie, żeby puścić motocykl. Zanim zatrzymaliśmy się ponownie, zdążyliśmy wyjechać już kilka kilometrów poza miasto.
Syriusz wpuścił mnie do środka sporego domu, który z zewnątrz sprawiał nieco ponure wrażenie. Przeszliśmy przez wąski korytarz zagracony kartonami. Najwyraźniej właśnie się wprowadził. Kiedy znaleźliśmy się w kuchni, mimowolnie wycofałam się pod ścianę, przechodząc do pozycji obronnej.
Black zrobił mi kawę zawierającą pewną ilość fusów i trochę gorącej wody. Podał mi kubek i oparł się tyłem o blat kuchenny.
– Wywalam parę rzeczy – wytłumaczył krótko sytuację. Wpatrywał się we mnie wyczekująco.
Nie mogłam znaleźć odpowiednich słów, więc wbiłam wzrok w kawę.
– Twój dom? – zapytałam.
– Odziedziczyłem.
Była to wymiana uprzejmości na miarę naszych możliwości. Nie wypytywałam dalej – wiedziałam, że gdyby chciał powiedzieć mi coś więcej, po prostu by to zrobił. Z drugiej strony nie dziwiłam mu ani trochę, że nie czuł takiej potrzeby.
Zapadło długie, nieznośne milczenie.
– Czego właściwie oczekujesz? – wypalił w końcu Syriusz, kiedy nie mógł już wytrzymać tej ciszy.
Wiedziałam, że muszę coś z siebie wydusić, skoro już poprosiłam go o spotkanie.
– To był błąd – powiedziałam po prostu.
To stwierdzenie oddawało moje uczucia tak żałośnie nieprecyzyjnie, że momentalnie pożałowałam, że w ogóle otworzyłam usta. Obiektywnie rzecz biorąc, popełniłam największy z błędów i chociaż wspominanie tego łamało mi serce, nie mogłam go szczerze żałować, bo jednocześnie miałam głębokie przekonanie, że postąpiłam słusznie. Wcześniej sądziłam, że chcę porozmawiać, żeby wydusić z siebie fałszywe przeprosiny, ale nieoczekiwanie dotarło do mnie, że może przyszłam nie po to, żeby cokolwiek powiedzieć, ale po to, by ostatecznie przekonać się, że nie miałam tam czego szukać.
Kiedy odważyłam się w końcu spojrzeć mu w oczy, wykonał gwałtowny ruch rękoma, jakby nie mógł już wytrzymać stania w bezruchu. Przeczesał włosy, nieświadomie kopiując gest swojego najlepszego przyjaciela.
– Mało powiedziane – wyrzucił z siebie wściekle, patrząc na mnie oskarżycielsko. – Powiedziałaś mi, jak zginą moi przyjaciele. Powiedziałaś mi, że stracą dziecko, którego nawet jeszcze nie planują! KURWA!
Walnął obiema pięściami w ścianę.
– Czy ty masz pojęcie, co zrobiłaś?!
Ukryłam twarz w dłoniach. Od finału Pucharu Quidditcha zdawały się minąć nie miesiące, a lata. Patrząc na faceta przed sobą, nie widziałam już chłopaka, który ryknął z niepowstrzymanej euforii, kiedy James Potter po raz ostatni załatwił Gryffindorowi zwycięstwo. Wiedziałam, że w tym sensie on też mnie już nie rozpoznaje.
Żałowałam tylko, że moc swoich słów pojęłam dopiero kilka sekund po tym, jak wypowiedziałam je na głos i że nie była to świadoma decyzja – że przyszła tak automatycznie, tak krótko po tym, jak odzyskałam przytomność po meczu. W głębi duszy wiedziałam jednak, że po prostu nie byłam w stanie unieść ciężaru wiedzy i bezpiecznie zatrzymać słów przy sobie.
– Zrobię WSZYSTKO, żeby do tego nie dopuścić – oświadczył Syriusz z wielką determinacją. Patrzył na mnie wyzywająco.
Uwierzyłam mu na słowo. Pomyślałam, że jeśli naprawdę ludzie dzielą się na tych, którzy potrafią pogodzić się ze swoim przeznaczeniem i na tych, którzy przenigdy nie powinni poznać przyszłości przed jej nadejściem, to Black bezwzględnie należał do tej drugiej grupy.
Mimo wszystko jego słowa sprawiały mi niemal fizyczny ból. Chciałam wypowiedzieć jakieś własne, by się obronić, ale nieoczekiwanie wszystko, co miałam do wyznania, na dobre ugrzęzło mi w gardle.
Spojrzałam w jego smutne oczy, poszukując wskazówek, ale nie znalazłam w nich ani miłości, ani nienawiści. Przez chwilę czułam ogromną pokusę, żeby pokonać dzielący nas dystans i zrobić coś desperackiego, co znów odwróciłoby bieg wydarzeń. Coś, co oddaliłoby w czasie konieczność zaakceptowania, że nie było już dla nas dobrego zakończenia.
Może nie mogliśmy mieć dobrego zakończenia, ale nie zniosłabym, gdybyśmy nie dostali żadnego. Dlatego zamiast mówić coś, co na nowo rozpaliłoby wątpliwości, odłożyłam kubek na stół i wyszłam, nie oglądając się za siebie.

Łapy przy sobie: dziewięć

Łapy przy sobie: osiem

Taktyka roboczo zatytułowana myśl jak James Potter dawała zaskakująco dobre rezultaty. Wytężałam wzrok, z wysiłkiem przebijając się przez lekką, ale uporczywą mgłę utrudniającą orientowanie się w sytuacji na boisku, by za każdym razem z parosekundowym wyprzedzeniem przewidzieć, jaki manewr wykona Potter. Gdy coś spektakularnie mu się udawało, buczałam głośno, całkowicie zagłuszana przez wrzask wszystkich dookoła, a w szczególności Syriusza, który swoje krzyki zwycięstwa kierował prosto do mojego ucha. Wkrótce ja i Black straciliśmy częściowo zarówno głos, jak i słuch, bo żadne z nas nie potrafiło powstrzymać się przed tą bezsensowną demonstracją sił. Pozostawało tajemnicą, czy Syriusz wykazywał wcześniej takie zaangażowanie w quidditcha – mnie na pewno nie zdarzyło się to nigdy wcześniej.
Byłam jednak pełna wdzięczności dla Georgiany, szukającej i kapitan drużyny Krukonów, która przez ostatnie dwa miesiące katowała nas tą swoją odkrywczą taktyką i tym samym zdołała w najwyższym stopniu zadusić wszystkie zmartwienia poza tym jednym – czy Ravenclaw wygra ostatni mecz w sezonie. Gigi dostała na punkcie Pottera niezdrowej obsesji, która we wszystkich członkach drużyny rozpaliła przekonanie, że powstrzymanie Jamesa Pottera stanowi jedyny i najważniejszy cel strategiczny; miało to nawet sporo sensu, bo Potter rzeczywiście był jedynym naprawdę dobrym ogniwem drużyny Gryffindoru. Udowodnił zresztą, że jeden znakomity zawodnik to akurat tyle, by wygrać Puchar. Tak czy inaczej, o wiele milej było siedzieć w tym czasie w głowie Prefekta Naczelnego, ścigającego i kapitana drużyny Gryfonów, analizując jego charakterystyczne zagrania i ucząc się im przeciwdziałać, niż w swojej własnej. Całkowite zaangażowanie się w codzienne, katorżnicze treningi quidditcha połączone z okazjonalnym, katorżniczym zakuwaniem do owutemów u boku Vicky, dawały mi złudzenie, że żyję najmocniej i najlepiej jak mogę. Pozwalały niemal zupełnie zapomnieć o tym, że w pewnym sensie byłam śmiertelnie chora.
Naturalnie osób, które o tym wiedziały, było najwyżej dziesięć, ale i tak ich widok bardzo mnie drażnił. Kiedy napotykałam zmartwione spojrzenie Vector albo pozbawione litości, zaciekawione spojrzenie Avery’ego, unosiłam wysoko głowę i wkładałam całą energię, by pokazać swoją determinację do życia. Nie znaczyło to, że się okłamywałam – przeciętny człowiek miał w życiu kilka dat, które ze średnim prawdopodobieństwem mogły stać się jego datami śmierci – ja miałam tylko jedną, co zaprzeczało naturze i co całkowicie pozbawiało mnie złudzeń.
Mimowolnie chętniej przebywałam w towarzystwie osób, które o niczym nie miały pojęcia i dlatego na finałowym meczu Pucharu Quidditcha zamiast u boku Vector, stałam w środku trybuny Gryfonów, ostentacyjnie przebrana w barwy Ravenclawu i chroniona przed powszechną nienawiścią tylko tym, że nawet miażdżące zwycięstwo Krukonów nie byłoby już w stanie odebrać Pucharu Gryffindorowi. Fakt ten niezmiernie bawił Syriusza, którego bardziej pochłaniało obserwowanie moich reakcji niż akcji na boisku. Świadomość, że skupiam na sobie jego uwagę, była bardzo przyjemna. Po pewnym czasie nie mogłam się powstrzymać, żeby spoglądać na niego za każdym razem, kiedy wydawało mi się, że on patrzy na mnie. Uśmiechałam się do niego częściej niż nakazywała przyzwoitość.
Nasz ścigający wbił bramkę Gryfonom, ponownie wyrównując wynik. Wrzasnęłam bezgłośnie, czując że wykorzystuję na to ostatnie pokłady energii. Poprzedniej nocy prawie nie spałam, bo jako jedyny rezerwowy gracz w drużynie Krukonów do ostatniej chwili nie wiedziałam, czy nie będę musiała grać za Higglebottoma, który wciąż nie doleczył się z kontuzji w ostatnim meczu. Wiadomość, że Higglebottom mimo wszystko zdecydował się grać, przyjęłam z wielką ulgą, żałując jedynie, że dotarła do mnie dopiero rano.
Nie tylko mój entuzjazm przechodził ciężką próbę. Mecz trwał już ponad sześć godzin, bijąc dziesięcioletni rekord długości. Kibice krzyczeli ciszej i podskakiwali niżej, a gracze tracili koncentrację i częściej znosiło ich z kursu. Na całym boisku pozostało już tylko parę osób, które chciały, by ten nieistotny z racji wyniku i decydujący z racji honoru mecz wciąż trwał. Była to z pewnością Georgiana, nieustraszenie goniąca w kółko szukającego Gryfonów po to, by żadne z nich nie miało najmniejszej szansy złapania znicza, nasi pałkarze i obrońca, których zadaniem była bezwzględna obrona bramki przed Jamesem Potterem i James Potter, któremu nie wystarczyło, by ten mecz po prostu się zakończył; który pragnął, by ostatni występ w jego szkolnej karierze zapisał się w pamięci na pokolenia. Jak dotąd oceniałam jego szanse jako marne.
Wodziłam za nim wzrokiem, doceniając malowniczą pętlę, jaką wykonał tylko po to, by kafel odbił się od złączonych barów obrońcy i pałkarza, którzy wspólnie bronili teraz bramki. Moje spojrzenie skupiło się na chwilę na przeciwnej stronie boiska, na trybunie Krukonów, w grupie których znajdowała się zupełnie nierozpoznawalna z tej odległości Vector. Uderzyło mnie znajome poczucie winy związane z tym, że nie ma mnie przy niej. Czułam, że zdradzam naszą przyjaźń, odsuwając się od niej w takim momencie, ale jednocześnie nie mogłam tego powstrzymać; chciałam nam tylko oszczędzić cierpienia.
Poluźnienie relacji z Vector na chwilę przed końcem szkoły było dla mnie wyjątkowo bolesne. Wydawało się, że chociaż koniec szkoły wszystkim miał przynieść jednakową zmianę, nie wszyscy byli na nią jednakowo przygotowani, a ja oddawałam właśnie walkowerem ostatnią szansę, by wejść w dorosłość ramię w ramię razem z Vector. Nie mogłam jednak nic poradzić na to, że ciążyło mi przekonanie, że z nas dwóch tylko ona ma szansę pójść dalej. Było to najgorsze z uczuć.
Wsparcia nie mogłam też szukać w Syriuszu, który podobną przemianę wartości miał już za sobą. Pamiętałam, jakim zaskoczeniem było to, że ze wszystkich ludzi na ziemi podejście Syriusza zweryfikował właśnie James Potter. Jak jego wola, żeby spoważnieć i wydorośleć, ukoronowana niejako zeszłoroczną nominacją na Prefekta Naczelnego, spotkała się początkowo z gwałtownym protestem i niezrozumieniem Syriusza. Jak Black na kilka tygodni odsunął się od swojego przyjaciela, nie potrafiąc zrozumieć jeszcze jego motywacji, tylko po to, by po czasie wrócić z nieco zmienionym nastawieniem. Marzyłam, by i w tym sensie myśleć jak James Potter – cieszyć się, póki jeszcze było to możliwe i brać odpowiedzialność za siebie i innych, kiedy było to konieczne, ale widocznie taktyka Gigi działała na boisku, ale niełatwo dawała się rozciągnąć na inne dziedziny.
Wyrzuty sumienia zagłuszało nieco to, że Vector sama zachęcała mnie, żebym poszła na mecz z Syriuszem, który swoim zwyczajem zaproponował to zupełnie niezobowiązująco. Nie miałam pojęcia i nie pytałam, jak sobie to wyobraża – żeby uniknąć rozczarowań uznałam, że chodzi mu o skandowanie haseł obcej drużyny w towarzystwie dziesięciu innych kolegów. Wszystko okazało się jednak bardziej kameralne, bo z jego bliższych znajomych w promieniu paru metrów znajdował się tylko Peter Pettigrew, Remus Lupin i promieniejąca ze szczęścia Lily Evans, którzy powitali moją obecność uprzejmym zdziwieniem.
– Czy ona zamierza wygrać za wszelką cenę? – zapytał nieoczekiwanie Syriusz z autentycznym zaciekawieniem. Pochylał się nade mną i mówił mi do ucha, inaczej nie mielibyśmy szansy się usłyszeć. Odwróciłam się i spojrzałam na niego z bardzo bliska – patrzył prosto na naszą kapitan, która raz po raz skutecznie blokowała szukającego, lawirując na granicy faulu. Parsknęłam śmiechem, a potem uwiesiłam mu się na ramieniu, żeby odpowiedzieć prosto do ucha:
– Potter też mógłby odpuścić! Co wam szkodzi?!
Nie od razu się odsunęłam. Godziny stania na powietrzu robiły swoje i powoli robiło się zimno. Wszystkim zaczął doskwierać głód, część kibiców wycofała się już do zamku, a część przywoływała z dormitorium cieplejsze ciuchy i jedzenie. Wzmógł się też wiatr; wszystko to powodowało, że nie było nic przyjemniejszego, niż niezobowiązujące wiszenie na Syriuszu Blacku.
– On ma naprawdę dobry powód!
– Serio? – zapytałam z powątpiewaniem. Osobiście uważałam, że Krukonom należało się to jedno zwycięstwo. – Niby jaki?
Odpowiedź przeznaczona tylko dla moich uszu spowodowała, że prawie padłam ze zdumienia.
– Zamierza się oświadczyć, a nie wyobrażasz sobie chyba, że mógłby to zrobić po przegranym meczu.
Mimowolnie skierowałam zdumiony wzrok na Lily Evans. Black mocno objął mnie ramieniem, kierując moją uwagę na siebie.
– Niezbyt subtelne.
Nie odważyłam się poruszyć, żeby nie cofnął ręki, ale tego nie zrobił. Przez chwilę stałam jak wryta, ale po kilku minutach udało mi się oswoić z tym publicznym wyrażaniem czułości na tyle, żeby móc położyć głowę na ramieniu Blacka i trochę się rozluźnić. Mój wzrok na krótko spotkał się z taksującym spojrzeniem blondynki z rzędu poniżej.
– EJ! – krzyknął nieoczekiwanie Syriusz. Zerwałam się szybko, nie wiedząc w którą stronę patrzeć.
Nie bez przyczyny. O wyniku ostatniego meczu sezonu zdecydowały bowiem dwie akcje, które rozegrały się niemal jednocześnie i co do chronologii których wszyscy mieli wątpliwości – był to dramatyczny atak Gigi na znicza i nie mniej desperacki, mało techniczny rzut Jamesa Pottera zakończony golem. Przez chwilowe rozproszenie Blackiem nie tylko nie liczyłam już punktów, ale też nie zdążyłam zobaczyć żadnej z tych akcji. W pierwszej chwili nie mogłam wiedzieć, czy huk, który potoczył się po całym stadionie, oznaczał zwycięstwo Krukonów czy Gryfonów.
Nie miało to zresztą wielkiego znaczenia, bo wrzeszczący z radości Black podniósł mnie i pocałował na oczach wszystkich. Oddałam pocałunek i wtuliłam się w niego mocno. Tłum skakał i śpiewał ogłuszająco. Minęło kilka cudownie długich minut, zanim Syriusz odstawił mnie na ziemię.
Ludzie zaczęli przepychać się wyjścia, by dobiec do swojej drużyny, podczas gdy ja starałam się zaczerpnąć powietrza. Przed oczami pojawiły mi się ciemne plamy. Przed utratą przytomności usłyszałam jeszcze ostrzegawczy krzyk Evans.

Łapy przy sobie: osiem

Łapy przy sobie: siedem

– Vector, ten durny kot jest martwy. Zdechł, bo wyskoczył z okna. Koty nie rozwalają się o bruk, koty zawsze spadają na cztery łapy. Koty nie wyskakują z okna w środku zimy. Mimo to, z całą pewnością, ten kot jest martwy.
Wyrzucałam z siebie słowa cicho i powoli, smakując je, próbując się z nimi oswoić i jakoś je okiełznać. Mimo wielokrotnego powtarzania nie zmieniły jednak swojej wartości logicznej. Sztywne ciało kota mojego młodszego brata wciąż spoczywało pod ziemią w naszym ogrodzie.
Vector nie zwracała na mnie uwagi, bo przez ostatnie pół godziny zdążyła stracić do mnie cierpliwość. Była zirytowana, bo nie udało jej się znaleźć żadnego skutecznego sposobu, żeby mnie pocieszyć albo uciszyć. Profesor Fowler rzucał nam groźne spojrzenia znad tabel, podczas gdy Vicky wykonywała obliczenia za naszą dwójkę. Wiedziałam, że zapłacę za to srogo na kolejnej lekcji, bo wtedy to ja będę musiała odwalić całą robotę, ale nie mogłam się opamiętać.
– Annie – zwróciła się do mnie Vector natarczywym szeptem, kiedy zebrała siły na kolejną próbę. Wykorzystała chwilę, gdy Fowler konsultował rozwiązanie z Sawneyem Goddardem. – Uspokój się. To, że kot zdechł przez przypadek jest znacznie bardziej prawdopodobne niż to, że zdechł, bo tak przepowiedziałaś.
Nie było najmniejszej konieczności tłumaczenia mi takich banałów. Było oczywiste, że prawdopodobieństwo wystąpienia dwóch niezależnych zdarzeń jest znacznie wyższe niż prawdopodobieństwo wystąpienia dwóch powiązanych, na dodatek w odpowiedniej kolejności. Problem w tym, że odkąd dowiedziałam się o babci, moje postrzeganie świata stało się nieco mniej liczbowe.
Żaden rachunek prawdopodobieństwa nie mógł mnie już uspokoić. Wolfe opisał śmierć kota w dokładnie taki sposób, w jaki zobaczyłam ją po omdleniu ostatniego dnia wakacji, a nigdy nawet nie wspomniałam mu o swojej wizji. Odkąd dowiedziałam się o darze babci, usiłowałam odpychać od siebie myśl, że mogłam go odziedziczyć, ale to właśnie śmierć kota wytrąciła mi z ręki ostatnie desperackie argumenty.
Musiałam się z tym pogodzić i podejść do zagadnienia jak Krukonka – od strony praktycznego zastosowania. Po pierwsze, musiałam dowiedzieć się, jakie okoliczności wywołują wizje, żeby móc ich unikać. Po drugie, musiałam nauczyć się przewidywać datę spełnienia przepowiedni. Po trzecie, musiałam się upewnić, czy to nie ja zabiłam kota.
To ostatnie było najgorsze – dopuścić do siebie myśl, że moja wizja mogła być bezpośrednią konsekwencją niechęci, którą żywiłam do zdechłego zwierzęcia. W odwiecznym sporze między psiarzami a kociarzami zawsze stałam po stronie psów i nie mogłam przeżyć, kiedy dowiedziałam się, że do Hogwartu można zabierać tylko niektóre zwierzęta. Po pierwszym roku rodzice zaproponowali mi kupno sowy albo kota, ale obraziłam się wtedy i odrzuciłam ich pomysł. Kiedy w zeszłe wakacje ojciec kupił Royle’owi kota, to zwierzę stało się symbolem całego żalu do tego, czego nie mogłam mieć, chociaż wcześniej nawet nie chciałam.
Kiedy ocknęłam się po omdleniu w sierpniu, natychmiast uznałam, że kiedy straciłam przytomność, przewidziało mi się dokładnie to, o czym skrycie marzyłam przez całe wakacje. Czym innym było jednak wyganianie kota do ogrodu, mierzenie się z nim na złe spojrzenia i zrzucanie go z kanapy, a czym innym prawdziwa intencja uśmiercenia go. Miałam nadzieję, że moja wizja była jedynie zapisem tego, co i tak miało się wydarzyć, a nie że powstała dlatego, że chciałam, by się ziściła.
Ostatecznie Royle naprawdę potrzebował tego kota. Wciąż pamiętałam, jak bardzo nie chciał wypuścić go z rąk przez pierwszą dobę. Czułam w gardle kulę wielkości jabłka, kiedy przypomniałam sobie dłonie brata ślizgające się po miękkim, czarnym futerku.
– To mogła być moja wina – mruknęłam głucho, bezwiednie bawiąc się liczydłem. Vicky poprawiła koraliki, żeby nie zamieszały w jej wyniku i odpowiedziała mi zirytowanym szeptem:
– Mógł też wyskoczyć za ptakiem.
– Jesteś w zmowie z moim bratem? – zapytałam, celując w nią oskarżycielsko piórem.
Nie odpowiedziała mi, ale lekko się uśmiechnęła. Byłam zbyt pogrążona we własnych myślach, by drążyć ten temat, ale pocieszało mnie, że Vector doskonale obędzie się beze mnie, jeśli tylko postanowi owinąć sobie Wolfe’a wokół palca. W pewnym sensie już jej się udało – mój brat dostawał maślanych oczu, kiedy tylko patrzył na Vicky. Najlepszym dowodem było to, jak szybko zapomniał o mojej minie na wieść o kocie – wystarczyło, by Vector pojawiła się w Trzech Miotłach. Choć trochę smutno było patrzeć, jak inteligentnemu facetowi paruje mózg, uznałam, że mogę z tym żyć.
Tymczasem to mój mózg parował, kiedy intensywnie myślałam nad tym, jakie okoliczności wystąpiły bezpośrednio przed moimi omdleniami. Rysując skomplikowany szlaczek na pergaminie do obliczeń, usiłowałam odtworzyć po kolei wszystkie wydarzenia począwszy od wakacji, ale ciągle coś mi się wymykało.
– To mógł być efekt zbyt intensywnej ekspozycji – zwerbalizowałam w końcu, zwracając się do Vector. – Całe wakacje z tym głupim kotem… mdleję… dwa miesiące myślenia o Blacku… mdleję.
Vector fuknęła ostrzegawczo, ale było już za późno.
– Dziewczyny. – Profesor Fowler stracił w końcu cierpliwość i zdecydował się nas zrugać swoim obojętnym tonem: – Nie ma potrzeby, żebyście tu siedziały. Owutemy dopiero za cztery miesiące.
Zawsze zdumiewało mnie, jak głośne są kropki w wypowiedziach profesora Fowlera. Potrafił nadawać im więcej znaczenia niż zdaniom, które kończyły. Od kiedy usłyszałam go po raz pierwszy, marzyłam, by skomponował całą wypowiedź złożoną z samych kropek i byłam pewna, że ta wypowiedź poszłaby mi w pięty bardziej niż cokolwiek, co w życiu powiedział.
– Przepraszam, profesorze – wypaliłam automatycznie. Nabrałam powietrza i dodałam: – Zastanawiałam się tylko, czy moglibyśmy wspólnie wyliczyć moją Wibrację Śmierci.
Zapadła cisza. Wszyscy wlepili we mnie wzrok, a spojrzenie Vector niemal paliło mi skórę. Nie odważyłam się na nią spojrzeć. Miałam nadzieję, że wybaczy mi, jeśli wyjaśnię jej później.
Doskonale wiedziałam, jak zuchwała była to prośba. Kurs numerologii przez całe semestry skupiał się na obliczaniu Piramidy Życia, nadawaniu odpowiednich imion zwiększających potencjał, eksploracji Drogi Życia i obliczaniu prawdopodobieństwa dla różnych ścieżek. Wszystkie te zagadnienia skupiały się na narodzinach i kształtowaniu życia, właściwie milcząc na temat śmierci.
Profesor Fowler tłumaczył nam, że nie wszyscy czarodzieje potrafią unieść ciężar znajomości swojej Wibracji Śmierci. Niektórzy nie potrafią jej zrozumieć i unikają jej, naginając swoją ścieżkę. Nie wiedziałam, czy ja będę potrafiła unieść tę odpowiedzialność, ale nie było innego sposobu, by się dowiedzieć, niż sprawdzić to empirycznie.
Sądziłam, że skoro już zobaczyłam swoją śmierć, poznanie jej daty nie będzie niczym wielkim. Nie mogłam wiedzieć, kiedy zdechnie kot Royle’a, ale zdecydowanie musiałam wiedzieć, kiedy przyjdzie pora na spełnienie mojej drugiej wizji.
Poza tym nie mogłam wyznaczyć swojej Wibracji sama. Dobrze obliczyć mogli ją tylko postronni, bo należało przyjąć po drodze kilkanaście zmiennych, co do których sam zainteresowany nie mógł być obiektywny. Co innego pięciu czy sześciu czarodziejów – to dawało już wiarygodny wynik.
– Ja i Septima mamy tu spór akademicki i nie ma innego sposobu, by go rozwiązać – wytłumaczyłam po chwili, wypełniając te słowa całą swoją determinacją. Rzuciłam okiem na Vicky, która była w zbyt głębokim szoku, by się sprzeciwiać. – Poza tym procedura może przydać się na egzaminach.
Wiedziałam, że jeśli tylko sprawię wrażenie, że nie przyjmuję odmowy, profesor Fowler się zgodzi. Główną zasadą na jego zajęciach było drążyć problem, aż pozostanie po nim tylko pył. Z tego powodu po numerologii rzadko jadaliśmy lunch – dzwonek na koniec zajęć był jedynie sugestią.
Vicky pokręciła głową z niedowierzaniem, ale Fowler się zgodził.
– Skoro tak.
Następne pół godziny przebiegło w wyjątkowo upiornej atmosferze. Profesor Fowler wypisał moje dane wyjściowe na tablicy. Złapałam Goddarda, jak patrzył na mnie pustym wzrokiem i usiłowałam się do niego uśmiechnąć, ale mięśnie twarzy odmówiły mi posłuszeństwa. Vector nie odezwała się do mnie ani słowem, zajęta wypisywaniem długich wierszy cyfr. Ja sama usiłowałam przejść całą procedurę, ale byłam tak rozkojarzona, że robiłam błędy nawet przy przepisywaniu.
Zgniotłam w dłoni swój bezużyteczny arkusz pergaminu, kiedy okazało się, że wszyscy moi koledzy i nauczyciel uzyskali wynik, zanim ja dotarłam do połowy. Musiałam użyć całej siły woli, by zmusić się do spojrzenia na tablicę, na którą Fowler skopiował wszystkie daty:
ANEMONE SNICKET 31 08 1960
78% 31 08 1978 (Vector)
95% 31 08 1978 (Goddard)
81% 31 08 1978 (O’Sullivan)
99% 31 08 1978 (Avery)
89% 31 08 1978 (Fowler)

Łapy przy sobie: siedem

Łapy przy sobie: sześć

Na początku lutego przyszła pora na długo wyczekiwane spotkanie z bratem. Do zaśnieżonego Hogsmeade poszłam sama, bo wcześniej umówiłam się z Vector, że spotkamy się dopiero na miejscu.
Wolfe czekał już na mnie w Trzech Miotłach. Zajął miejsce tuż przy witrynie i uśmiechnął się szeroko, kiedy tylko mnie zauważył. Wpadłam do pubu z takim entuzjazmem, że kilkoro gości przy stolikach zlokalizowanych blisko drzwi spojrzało na mnie z wyrzutem, kiedy pęd powietrza wpuścił do wnętrza nie tylko masę powietrza o ujemnej temperaturze, ale także sporą ilość świeżego, śnieżnego pyłu. Postanawiając się nimi nie przejmować, zwróciłam się w stronę brata i rzuciłam się na niego z takim impetem, że ledwie utrzymał równowagę. Ścisnął mnie tak mocno, że wydałam z siebie jeden pisk, będący jednocześnie wyrazem bólu i niewypowiedzianej radości.
Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo za nim tęskniłam, zanim go nie zobaczyłam. Było niewyobrażalną ulgą przekonać się, że przez ostatnie pół roku wcale się nie zmienił. Mnie i Wolfe’a zawsze z łatwością identyfikowano jako rodzeństwo – dzieliliśmy te same kolory, w tym brązowe włosy i jasną cerę. Mieliśmy też ten sam długi nos o prostym grzbiecie, odziedziczony wprost po ojcu. Różnice, takie jak ta, że Wolfe miał znacznie mocniejszą posturę, inny kształt oczu i nieco ostrzejsze rysy, nie miały więc większego znaczenia przy ogólnym wrażeniu. Patrzenie na niego było jak przyglądanie się osobliwej wariacji na temat własnego wyglądu.
Nic nie wskazywało też na to, by trudy dorosłości pozbawiły go luzu i optymizmu, którymi zawsze się charakteryzował.
– Cześć, młoda! – wyrzucił z siebie Wolfe, kiedy tylko uwolniłam go od uścisku. Rzuciłam torbę na parapet i wdrapałam się na wysoki stołek, z którego rozpościerał się idealny widok na główną ulicę. Natychmiast ukradłam Wolfe’owi jedno z kremowych piw, które widocznie zawczasu przyniósł z baru. – Wyglądasz przerażająco radośnie.
Uśmiechałam się tak szeroko, że rzeczywiście musiało wyglądać to niepokojąco. Od świąt byłam niewyobrażalnie, niewiarygodnie szczęśliwa. W trakcie przerwy świątecznej zarówno ja, jak i Syriusz, z godną podziwu determinacją udawaliśmy, że wcale nie wolelibyśmy spędzić świąt poza zamkiem i w konsekwencji dotrzymywaliśmy sobie towarzystwa, unikając dotkliwej samotności. Kiedy wracałam myślami do tych chwil, ogarniało mnie uczucie tak niepowstrzymanej radości, że wydawało się to niezdrowe. Szczególnie gdy zestawiło się to z obniżonym nastrojem, który towarzyszył mi przez większość grudnia.
To, że zachowywałam się idiotycznie radośnie nie oznaczało jednak, że straciłam kontakt z rzeczywistością. Pierwszym szokiem było zakończenie przerwy świątecznej. Kiedy tylko szkoła ponownie zapełniła się uczniami, bezpowrotnie zniknęła magiczna atmosfera prywatności, która usprawiedliwiała moje niezobowiązujące spotkania z Blackiem. Ze względu na powrót swoich przyjaciół, znów spędzaliśmy czas głównie w ich towarzystwie, a spotkania w pustych korytarzach nie wydawały się już na miejscu. Za tymi momentami tęskniłam najbardziej – naturalnie dogadywanie się z Blackiem nie było łatwe, szczególnie że zaskakująco często nasze podejście do życia się różniło, a żadne z nas nie należało do osób opanowanych i często dochodziło do spięć. Mimo to wytworzyła się między nami pewna więź.
Zwykle nie brakowało mi wsparcia psychicznego, którego w dowolnych ilościach udzielali mi Vector i Wolfe, a wcześniej także rodzice, ale okazało się, że świadomość, że jest ktoś, kogo mogę bezkarnie przytulić czy pocałować, dawała zupełnie inne poczucie komfortu. W relacji z Blackiem szczególnie tęskniłam więc do bliskości fizycznej, która była dla mnie czymś zupełnie nowym i która została znacząco ograniczona po tym, jak rozpoczął się nowy semestr. Tym samym stało się jasne, że choć wciąż rozmawialiśmy ze sobą codziennie, regularnie przyjacielsko się przepychaliśmy i zaskakująco dobrze się rozumieliśmy, nie miałam co liczyć, że Black kiedykolwiek nazwie mnie swoją dziewczyną.
Nie zamierzałam zresztą o to zabiegać.
– Jak rodzice? – zapytałam Wolfe’a po tym, jak w ekspresowym tempie nadrobiliśmy zaległości w naszym życiu, głównie przekrzykując się wynikami w pracy i w szkole, informacjami o znajomych i głupimi żartami.
– Mercy kazała zdać mi raport, jak sobie radzisz, a stary niespecjalnie przejął się, że zwiałaś – powiedział prostolinijnie Wolfe, wzruszając ramionami. Poczułam lekkie ukłucie w sercu na myśl, że najwyraźniej cierpieli z powodu rozłąki mniej niż ja. – Upiera się, że niedługo wrócisz. Mam ci przekazać, że załatwił ci robotę i że możesz zacząć w lipcu.
Wolfe uśmiechał się szyderczo, jawnie robiąc sobie żarty z mojego rozdarcia między wybraniem własnej drogi a wybraniem drogi, którą dla mnie wymyślono. Jak dotąd nie było między nimi różnicy, bo przedmioty, które proponował mi ojciec, w pełni pokrywały się z moimi zainteresowaniami. Wcześniej jego propozycje wydawały się ekscytujące, ale nadszedł czas, by zastanowić się, co innego można zrobić z osobliwym połączeniem owutema z numerologii, zaklęć, astronomii i opieki nad magicznymi stworzeniami. Wolfe’owi łatwo było się śmiać, bo sam miał już za sobą wybór kariery i konfrontowanie tych pomysłów z pomysłami ojca, ale za wyśmiewanie młodszych należał mu się kuksaniec w obojczyk. Z grzeczności udał, że go zabolało.
– Myślisz, że to praca w Departamencie Tajemnic? – zapytałam niepewnie, bacznie obserwując reakcję brata i z trudem maskując nutę nadziei w głosie. Wątpiłam, żeby było to możliwe, ale jednocześnie nie potrafiłam sobie wyobrazić, jaka inna praca w Ministerstwie mogłaby wymagać takich dziwnych kwalifikacji, na dodatek potwierdzonych czterema „Wybitnymi”. Ojciec nigdy nie wyjaśnił mi, jakie stanowisko ma na myśli, ale nie było w tym nic dziwnego – bycie Niewymownym polegało głównie na tym, by nigdy niczego nikomu nie wyjaśniać.
– Nie sądzę – odpowiedział Wolfie, robiąc pocieszającą minę. – Dawno byśmy wiedzieli, czym właściwie się zajmują, gdyby zaczęli zatrudniać siedemnastolatki.
Wyszczerzył zęby, a ja – nie mogąc się powstrzymać – parsknęłam śmiechem.
– Babcia też była Niewymowną. Brzmi jak rodzinna tradycja – powiedziałam nagle, wyciągając z torby świstek, będący kopią jednej ze stron książki, w której w trakcie ferii znalazłam wykaz najpopularniejszych wróżbitów pierwszej połowy XX wieku.
Od grudnia nosiłam ten wycinek przy sobie, ale jego istnienie było dla mnie skrajnie niekomfortowe. Wciąż pamiętałam, jak czułam się, kiedy go znalazłam. Czymś innym było przekonanie, że jest się okłamywanym przez całą rodzinę, a czymś innym zobaczenie ostatecznego dowodu na piśmie. Poza tym wybiórcza biografia Anemone Snicket zawierała również informację, że była wnuczką wróżbitki Kasandry Trelawney. Przyrzekłam sobie, że nikt spoza mojej rodziny nigdy nie dowie się, że mnie i Sybillę Trelawney łączą jakiekolwiek więzy krwi. Może według autora książki pokrewieństwo z innymi wieszczkami było dobrą rekomendacją, ale mnie po prostu obrażało.
Podałam wycinek bratu, a on szybko przebiegł wzrokiem po kilku linijkach tekstu.
– Wiem – odpowiedział Wolfe, oddając mi kartkę. – Nie tylko pracowała w Departamencie, nawet tam umarła. W listopadzie pięćdziesiątego dziewiątego.
Daty śmierci nie było w notce biograficznej, pewnie dlatego, że została ona sporządzona jeszcze za życia babci, ale ta data mówiła bardzo wiele. Oznaczała, że w pewnym momencie babka i ojciec pracowali razem, co wydawało się niezwykle nieprawdopodobne, zważywszy na to, w jaki sposób ojciec wypowiadał się o swojej matce. Dopiero po chwili przyszło mi do głowy bardzo zasadne pytanie:
– Skąd wiesz? – zapytałam, zaszokowana.
– Justice mi powiedziała, była na kolacji – odpowiedział łagodnie.
Kiedy rozmawialiśmy między sobą, ja i Wolfe zawsze mówiliśmy o swoich matkach po imieniu. Miało to znaczenie praktyczne, bo nazywając je „mamą” i „ciocią” wielokrotnie przeprowadziliśmy całą rozmowę, by dopiero na końcu dowiedzieć się, że każdy mówi o innej.
Mercy przedstawiła mi moją biologiczną matkę dopiero, kiedy urodził się Royle – być może dopiero wtedy poczuła się wystarczająco pewnie. Pierwsze spotkanie było traumatyczne nie tylko dla mnie, szczególnie że w pierwszym momencie nie potrafiłam ich odróżnić. Potem Wolfe czasem mówił o Justice „twoja mama”, co sprawiało mi przykrość, mimo że wiedziałam, że miał na celu identyfikację, a nie podkreślenie tego, że nie jestem prawdziwą córką Mercy. Używanie imion wzmocniło więc nasze poczucie jedności. Z czasem oryginalna sytuacja rodzinna stała się naszą ulubioną historią do opowiadania na podwórku, a nie źródłem cierpienia. Przejście z tym do porządku dziennego było możliwe tylko dzięki temu, że Justice pojawiała się w naszym domu co najwyżej raz na trzy lata.
To, że odwiedziła nas w święta, było więc wyjątkowo wymowne. Sugerowało, że ojciec rzeczywiście miał w planach jakąś poważną rozmowę ze mną lub o mnie, w przeciwnym razie nie narażałby mamy na nieprzyjemność spotkania ze swoją bliźniaczką.
Nie mogłam też winić Wolfe’a, że wypytywał właśnie ją – Justice była całkowicie pozbawiona irytującej cechy łączącej moich rodziców – umiejętności utrzymywania tajemnic w sekrecie.
– To były wyjątkowo przygnębiające święta – podsumował Wolfie, dobrze odczytując moje milczenie i widocznie chcąc mnie pocieszyć. – Royle prawie się zaryczał, bo zdechł mu kot. Gdybyś była na chacie, nikt by ci nie uwierzył, że nie miałaś z tym nic wspólnego – ten durny futrzak wyskoczył przez okno z twojego pokoju.
Poczułam się, jakbym nagle wdepnęła w stopień-pułapkę – miałam okropne poczucie pustki w brzuchu. Wolfe spojrzał na mnie i zmarszczył brwi.
– Wyluzuj, pewnie skoczył za jakimś ptakiem.
Nic nie odpowiedziałam. Czułam, że z twarzy odpływa mi krew, ale nie zdążyłam dowiedzieć się, czy było to tylko wrażenie czy rzeczywiście zrobiłam się blada jak ściana, bo do Trzech Mioteł wpadła Vicky. Zrobiło się zamieszanie związane z kolejną falą przywitań, pozdrowień i entuzjastycznych okrzyków. Zanim znowu usiedliśmy przy ławie i chwyciliśmy za kufle z kremowym piwem, odzyskałam już swój kolor i mogłam z powodzeniem udawać, że wszystko w porządku.

Łapy przy sobie: sześć

Łapy przy sobie: pięć

Niedługo po powrocie ze Skrzydła Szpitalnego dostałam list od ojca, który swoim wysokim, wąskim pismem zapowiedział szczerą rozmowę w czasie przerwy świątecznej, zapewnił mnie, że nie ma powodu do obaw i pytał, o której odebrać mnie z dworca. Z jakiegoś powodu ten list bardzo mnie rozwścieczył.
Jeśli mój ojciec uznawał, że prawo do wyjaśnień przysługuje mi dopiero, kiedy prawdy dowiem się przypadkowo, to nie mieliśmy sobie nic do powiedzenia. Nie odpowiedziałam mu; chciałam, żeby moi rodzice przyjechali do Londynu specjalnie po to, by zobaczyć, że mnie tam nie ma. Efekt psuło tylko to, że tak czy inaczej musieli odebrać Royle’a.
Naturalnie wiedziałam, że pozostając w Hogwarcie na święta Bożego Narodzenia odpuszczam najlepszą możliwość, żeby dowiedzieć się czegoś więcej o babci, ale zrezygnowałam z tego z pełną świadomością. Na zdobywanie nowych informacji musiałam poczekać aż do spotkania z Wolfem. Czułam, że ta chwila na ochłonięcie dobrze mi zrobi.
Kiedy rano zeszłam na śniadanie, okazało się, że szkoła się wyludniła. W Wielkiej Sali pozostawiono tylko stół nauczycielski i jeden ze stołów dla uczniów. Wyglądało na to, że rodzice ściągnęli do domu prawie wszystkich młodszych uczniów, a kilkunastu starszych zostało tylko dlatego, że zatrzymały ich problemy przyjaciół albo konflikt z rodziną. Choć zdawałam sobie sprawę z tego, że to zły znak o sytuacji poza szkołą, byłam zadowolona. Pewną ulgę przyniósł mi nawet wyjazd Vector, która co prawda martwiła się moją gwałtowną reakcją na słowa pani Pomfrey, ale jednocześnie nie mogła zrozumieć, z jakiego powodu w ogóle się tym przejmuję.
Zajęłam miejsce na końcu stołu, odsuwając się na taką odległość od grupy Puchonów, by nie czuli się zobowiązani zagadywać i nałożyłam sobie naleśniki.
Przeważnie nie zwracałam dużej uwagi na jedzenie – zwykle w trakcie posiłków rozmawiałam z innymi albo kończyłam zadania domowe – ale wyjątek w postaci świadomego, samotnego posiłku wydawał się idealnym uzupełnieniem mojego buntowniczego nastroju. Wypiłam łyk kawy, robiąc to tak wolno, jak tylko potrafiłam. Złapałam się na tym, że kłótnia Puchonów na temat świątecznego smaku syropu do herbaty dochodzi do mnie jak zza szyby.
Wszystko wydawało się tak surrealistyczne, że nawet fakt, że naprzeciwko mnie rozsiadł się Syriusz Black, nie wywołał u mnie najmniejszego zaskoczenia. Nic nie powiedziałam, po prostu spojrzałam prosto na niego, czekając aż się wytłumaczy. W tym czasie wiedziałam już bardzo dobrze, że nie było lepszego sposobu na zwrócenie uwagi Blacka niż zbicie go z tropu. Widocznie zwykła uprzejmość była zbyt nudna, dlatego też przestałam już mówić mu „cześć”.
– Zmieniłem zdanie – oświadczył, nakładając sobie kiełbaski i niespiesznie smarując tosty.
– Widzę – powiedziałam, nie spuszczając z niego wzroku. Wypiłam kolejny łyk kawy. Znad rantu kubka wystawały mi tylko oczy. – Miałeś być u Pottera.
Zaśmiał się krótko.
– Zdecydowałem się zostawić go z Evans – odpowiedział lekko. – Może wpadnę na świąteczny obiad, ale rodzinne wieczorki zapoznawcze nie są dla mnie.
– Wyobrażam sobie.
Zastanawiałam się, czy pozostanie w szkole dużo go kosztowało. Wydawało mi się, że zrezygnowanie ze spędzenia świąt z rodziną przyjaciela musiało być ciężką decyzją po tym, jak postanowił na zawsze zostawić za sobą swój rodzinny dom. Ciekawiło mnie, czy zdecydował się na święta w zamku tylko dlatego, że nie chciał ingerować w tak rodzinną okazję jak poznawanie przyszłej żony jedynego syna, czy może był zbyt dumny, by całkowicie dać się przygarnąć. Może myśl, że będzie miał wobec Potterów tak wielki dług, powstrzymywała go przed wykorzystaniem całej uprzejmości, jaką mu okazywali.
Póki co nic w jego rozluźnionej postawie nie wskazywało na to, by nękało go cokolwiek podobnego. Z trudem zaakceptowałam, że dokonuję po prostu projekcji swoich własnych uczuć wobec mojej przybranej matki i spróbowałam się nieco rozluźnić. Odłożyłam kawę.
Zapadło milczenie, które Black wykorzystał na sprawne zjedzenie wszystkiego, co miał na talerzu. Ja sama nie poradziłam sobie nawet w połowie tak dobrze. Zajęta zerkaniem na niego co chwilę, nie tknęłam prawie nic poza kawą.
Ta sytuacja do bólu przypominała dobę, którą spędziliśmy wspólnie w Skrzydle Szpitalnym, gdzie przeważnie zajadle milczeliśmy, od czasu do czasu wymieniając drobne uwagi. Bałam się, że w końcu złamię niepisaną zasadę oszczędzania słów i wypowiem głośno wszystko, co leżało mi na sercu, szczególnie że Black był teraz jedyną osobą, która potencjalnie mogłaby mnie wysłuchać i była przy tym odpowiednio wtajemniczona, ale tak się nie stało. Po piętnastu minutach pełnych napięcia Black wstał i rzucił „Do wieczora”.
Zanim naprawdę nadszedł wieczór, minęło kilka długich godzin, które upłynęły na bezcelowym łażeniu pomiędzy biblioteką a prawie pustą wieżą Ravenclawu. Przyszło mi do głowy, żeby zrobić trochę notatek do egzaminu z astronomii, ale kiedy zaczęłam, moją uwagę przykuły prospekty doradzające wybór kariery, które w Pokoju Wspólnym musieli zostawić pięcioroczni. Te z kolei przypomniały mi o ojcu i sprowokowały długą lawinę myśli o tym, że nie powinnam akceptować jego pomocy przy zatrudnieniu w Ministerstwie po ukończeniu szkoły i próbować radzić sobie sama, nawet jeśli miałabym przez to stracić jakąś szansę. Z wściekłości porzuciłam tę ścieżkę rozmyślań i w końcu utknęłam w bibliotece na przeglądaniu ksiąg z działu wróżbiarstwa. W jednej z nich trafiłam na swoje nazwisko. Z hukiem zamknęłam książkę, wpakowałam ją do torby i wyszłam z biblioteki.
Nie poszłam na kolację – zamiast tego znowu snułam się po korytarzach, próbując trzymać swoje myśli z dala od rodziny. Mimowolnie trzymałam się blisko wieży Gryffindoru, jakbym naprawdę wierzyła, że w ten sposób wiarygodnie wpadnę na Blacka wracającego z kolacji, choć przez parę godzin nie spotkałam nawet ducha. Nie wiedziałam, co takiego miałabym mu powiedzieć, gdybyśmy naprawdę się spotkali, szczególnie biorąc pod uwagę elokwencję, jaką wykazałam się przy śniadaniu, ale godziny samotności podniosły mój poziom goryczy i udowodniły mi, że brak mi cierpliwości do buntu pasywnego.
Spotkałam go znowu, gdy po raz piąty przechodziłam wąskimi schodami na skróty. Nie wyglądał na zdziwionego, że mnie widzi, przeciwnie, było to jakby przyszedł na umówione spotkanie. Stanęłam na schodku i rzuciłam torbę na podłogę. Black złożył kawałek pergaminu, który trzymał w ręku i schował go do tylnej kieszeni. Chciałam o niego zapytać, ale zignorował mój pytający wzrok i oparł się plecami o ścianę naprzeciwko mnie.
– Nieźle cię to przybiło – powiedział bez ogródek, przyglądając mi się uważnie.
– Nie wspominałam, że naprawdę wkurza mnie moja rodzina? – zapytałam dość napastliwie, bo przypomniało mi to naszą rozmowę w sowiarni. Wyjątkowo Black nie dał się wciągnąć w potyczkę słowną, tylko zapytał:
– Rozmawiałaś ze starym? Dowiedziałaś się dokładnie, o co chodzi?
– Nie będę rozmawiać z moim ojcem – oświadczyłam dumnie, odwracając wzrok. Czułam łzy cisnące się do oczu, których pojawienie się było wynikiem dręczącej mnie mieszanki gniewu, że właśnie na mnie padło dziedzictwo mojej babci i żalu, że przez kłamstwa rodziców i wujostwa spędzam święta w pustym zamku, ale udało mi się je powstrzymać.
– I co, będziesz to ciągnąć, a w czerwcu nie wrócisz do domu? – zapytał. Oczekiwałam, że będzie się wyzłośliwiał, jak miał w zwyczaju, ale brzmiało to raczej jak pytanie o plany na wakacje.
– Tak – starałam się włożyć w moją odpowiedź jak najwięcej determinacji, patrzeć Blackowi w oczy i nie mrugać, ale w szczerej wersji brzmiałaby ona raczej „Nie wiem, prawdopodobnie”.
Uśmiechnął się pod nosem.
– Zdajesz sobie sprawę, że bunt przeciw rodzinie nie ma wiele sensu, kiedy oni doskonale wiedzą, że wciąż cię obchodzą? – zapytał, a zaraz potem dodał: – Na twoim miejscu bym odpuścił, nie jesteś za dobra w ukrywaniu uczuć.
Nie wiedziałam, czy ma na myśli uczucia wobec niego czy wobec mojej rodziny, ale nie zgadzałam się, że to mnie dyskwalifikowało. Najlepsze relacje miałam nie z tymi, którzy jak mój ojciec całe życie grali w pokera, zdystansowani i oceniający, nigdy nie mówiący o sobie, ale z tymi, przed którymi mogłam się otworzyć i którzy wiedzieli, że mogą otworzyć się przede mną. Vector i Wolfe mogliby mnie zranić jak nikt inny, ale gdybym nie podjęła tego ryzyka, musiałabym ze wszystkim radzić sobie sama i może całe siedem lat tułałabym się bez sensu po korytarzach jak tego wieczoru.
Czułam, że Black ma tak samo, bo choć był o wiele, wiele lepszy ode mnie w udawaniu, że nic go nie obchodzi, zdradzała go chorobliwa lojalność wobec tych, których uznawał za swoich przyjaciół. Przebicie się do tego niewielkiego grona osób, o które otwarcie dbał, wydawało się prawie niemożliwe, ale samo to, że pojawił się na tym korytarzu, żeby ze mną porozmawiać, było całkiem intrygujące.
Zrobiłam krok do przodu. Starając się nie analizować specjalnie, jakie tragiczne konsekwencje może mieć ten ruch, wspięłam się na palce i pocałowałam go krótko w usta, po czym odsunęłam się na parę centymetrów. Przez sekundę się we mnie wpatrywał, a z jego twarzy nie dało się nic wyczytać, ale wyraźnie nie uznał, by sytuacja wymagała więcej przemyśleń, bo intensywnie mnie pocałował, przypierając do przeciwległej ściany.
W tamtej chwili zwątpiłam, by kiedykolwiek wymyślono lepszy środek pocieszający niż duża dawka obezwładniającego zapachu i śliny Syriusza Blacka.

Łapy przy sobie: pięć

Łapy przy sobie: cztery

Otworzyłam oczy, ale w pierwszej chwili nie zrobiło to żadnej różnicy. Jedynym źródłem światła było światło księżyca w pełni, które ledwie przebijało się przez ciężkie ciemne zasłony. Dojście do siebie zajęło mi dłuższą chwilę. Wciąż nie czułam się najlepiej, byłam otumaniona i spocona, po czym poznałam, że dopiero niedawno zbiłam wysoką gorączkę. Kiedy wzrok przyzwyczaił się do ciemności, ustaliłam, że w sali szpitalnej nie jestem sama – dwa łóżka dalej leżał Black. Niespecjalnie mnie to zdziwiło, choć widok jego pleców spowodował, że coś wywróciło mi się w żołądku. Oddychał głośno i głęboko.
Miałam poczucie, że wybudziłam się z wyjątkowo realistycznego koszmaru i jego strzępy wciąż jeszcze telepały się na granicy mojej świadomości. Instynktownie czułam, że zdrowiej będzie zepchnąć je jak najgłębiej; chciałam zapomnieć. Był to jedyny sposób uniknięcia ataku paniki wywołanego tym, co zobaczyłam.
Wobec totalnego mętliku w głowie, postanowiłam najpierw zająć się leczeniem ciała. W jakiś sposób zdobycie pewności, że nie obudzę się wepchnięta w szpitalne łachy, spocona i z przetłuszczonymi włosami, stało się dla mnie priorytetem. Nigdy wcześniej nie byłam na noc w Skrzydle Szpitalnym i nie miałam pojęcia, gdzie jest łazienka, ani jak niepostrzeżenie skorzystać z niej w środku nocy. Postanowiłam jednak wziąć prysznic, choćby miało się to odbyć za pomocą Chłoszczyść – a każdy, kto tego próbował, wiedział, że grozi to nie tylko fatalną fryzurą, ale i bańkami mydlanymi pojawiającymi się nieoczekiwanie jeszcze przez tydzień po użyciu zaklęcia.
Na szczęście obyło się bez dramatycznych środków i w ciągu dwudziestu minut powróciłam do żywych, czysta i ubrana w moją ulubioną czarną piżamę, która w przeciwieństwie do szpitalnej nie była zabudowana pod samą brodę i nie dusiła mnie ciasnym kołnierzem. Piżamę i parę innych drobiazgów znalazłam w szafce nocnej, za co w duchu podziękowałam Vector.
Nieuchronna konfrontacja z własnymi myślami dopadła mnie dopiero podczas szorowania zębów.
Prawdziwym lękiem napawało mnie to, że oto drugi raz w ciągu trzech miesięcy zemdlałam, żeby ocknąć się po wielu godzinach. Drugi raz widziałam przy okazji rzeczy dziwne i niezbyt prawdopodobne, które jednak długo nie dawały o sobie zapomnieć, od czasu do czasu powracając w postaci pojedynczych, przerażających obrazów.
Byłam przepełniona sprzecznymi emocjami. Scena przed zasłoną nie miała żadnego odniesienia do rzeczywistości, bo o ile wiedziałam, leżący nieopodal Syriusz Black nie miał najmniejszych powodów do czułego obejmowania mnie albo popełniania ze mną zbiorowego samobójstwa. Wyglądało to na wytwór mojej wybujałej wyobraźni uwolniony w wyniku szoku. Na myśl tym, że moja podświadomość w wolnych chwilach zaklina rzeczywistość i snuje marzenia o tak chorej romantycznej relacji, zrobiło mi się niedobrze. Złość na siebie wymieszana z nieoczekiwanie odkrytymi pokładami czułości i pragnienia bycia otoczoną opieką, stanowiły naprawdę kołującą mieszankę.
Choć wydawało mi się, że zachowuję się bardzo cicho, oblałam egzamin z konspiracji, bo kiedy na palcach wyszłam z łazienki, stanęłam oko w oko z panią Pomfrey z tacą pełną eliksirów w ręku. Bez słów zagoniła mnie do łóżka, na którym z niechęcią usiadłam, a potem natrętnym szeptem powiadomiła mnie, że wysłała sowę do mojego ojca.
Zareagowałam trochę zbyt głośno jak na tę porę, a pielęgniarka nerwowo zerknęła na plecy Blacka. Sądząc po niezaburzonym rytmie jego oddechu, nie obudził się, więc z cichym oburzeniem i z rozpaczliwym gestem zapytałam:
– Dlaczego?
Nie musiała odpowiadać; nagle zrozumiałam. Opuściłam ramiona.
– Chodzi o tę głupią chorobę? – zapytałam szeptem z wyrzutem.
Pani Pomfrey milczała, co było wystarczającym potwierdzeniem. Z determinacją stawiała na szafce nocnej wszystkie leki, które przyniosła, jeden po drugim.
Choć trudno było w to uwierzyć, niemal dwadzieścia lat po swojej śmierci Anemone Snicket wciąż była prawdziwym utrapieniem. Anemone była matką mojego ojca i umarła jeszcze przed moim narodzeniem, ale odkąd pamiętałam, mówiło się o niej w szczególny sposób. Odcisnęła piętno na naszej rodzinie nie tylko ze względu na swój legendarny wredny charakter. Według zeznań mojego taty, mojej mamy, a nawet mojej biologicznej matki, cierpiała na jakąś rzadką chorobę, której nazwy nikt nigdy nie wypowiadał głośno. Strach, że ktoś mógłby ją odziedziczyć, przez lata paraliżował całe pokolenie mojego ojca. Miałam wrażenie, że im intensywniej próbowali zapomnieć o swojej matce, tym gorszy miało to skutek. Zawsze uważałam, że byłoby im znacznie łatwiej, gdyby mnie po niej nie nazwali.
Żadne jednostki chorobowe nie były jednak tak przerażające jak fakt, że na babkę zrzucało się odpowiedzialność za wszystko, co złe. Można było odnieść wrażenie, że nawet to, że mój ojciec zdradził swoją żonę, w wyniku czego urodziłam się ja, było winą babci. O ile mogłam zrozumieć, że według pokrętnej moralności Romana Snicketa nie było niczego złego w ulżeniu swojej rozpaczy po stracie matki w łóżku siostry swojej żony, o tyle nigdy nie zrozumiałam, dlaczego moja przybrana mama nie tylko wybaczyła mu tę zdradę, ale i adoptowała dziecko swojej siostry, a ze swoim zdradliwym mężem miała kolejne. Nie potrafiłam sobie wyobrazić, jak żelazny charakter musiałaby mieć moja martwa babka, by unieść ciężar odpowiedzialności, którą zrzucano na jej barki, ale tak właśnie funkcjonowała moja rodzina.
W każdym razie nie ulegało wątpliwości, że zgodnie ze swoją obsesją ojciec nie omieszkał wspomnieć o tym genetycznym obciążeniu i najwyraźniej zostało to zapisane w mojej karcie, którą przy słabym świetle księżyca właśnie kartkowała pani Pomfrey.
Dlatego postanowiłam ratować sytuację i zachować rozsądek.
– Proszę się nie przejmować, mój ojciec jest przewrażliwiony. To nic takiego.
Pani Pomfrey najwyraźniej postanowiła jednak stawić czoła sytuacji i coś mi wytłumaczyć.
– W trakcie swojej nauki twoja babka była hospitalizowana sto trzydzieści dwa razy – powiedziała rzeczowym szeptem pielęgniarka. Widocznie wyczytała to w swoich notatkach. Pytanie, jak ta informacja się tam znalazła, pozostało bez odpowiedzi. Być może Skrzydło Szpitalne prowadziło swoje księgi i statystyki najbardziej uciążliwych pacjentów, a moja babka pobiła rekord wszech czasów. – Ale według mnie da się to łatwo opanować.
Bezskutecznie szukałam w głowie mądrej odpowiedzi na to nieoczekiwane wyznanie. Widziałam, że pani Pomfrey także bije się z myślami, ale nie rozumiałam, z jakiego powodu.
– A ja jestem hospitalizowana po raz pierwszy – powiedziałam cicho i rozsądnie. Chciałam przypomnieć pani Pomfrey, że sama odesłała mnie z eliksirem wzmacniającym, kiedy na początku roku odwiedziłam ją z takimi samymi objawami. Uznała je wówczas za niegroźne, ale najwyraźniej cokolwiek było w karcie – spowodowało, że zmieniła zdanie.
– To złagodzi bóle i zawroty głowy – wskazała na kilka buteleczek, które stały przy moim łóżku. Wciąż mówiła szeptem, co przestało być zabawne, a zaczęło przypominać dyskusje nad łożem umierającego. – Resztę proponuję potraktować jak skutki uboczne.
W słowach „skutki uboczne” dało się wyczuć nutę z trudem ukrywanej pogardy. Starała się zachowywać profesjonalnie, ale nie potrafiła dobrze ukryć swojej osobistej awersji.
– O czym pani mówi? – zaryzykowałam.
– O wizjach i przepowiedniach, oczywiście – odpowiedziała mi pani Pomfrey z lekceważącą nutą. Słychać było, że bardzo starała się brzmieć naturalnie, ale ledwie jej to przeszło przez gardło.
Zamilkłam, a pielęgniarka wykorzystała chwilę mojej nieuwagi, żeby nafaszerować mnie eliksirem i wepchnąć pod kołdrę i tym samym zakończyć tę niewygodną rozmowę. Zanim odzyskałam zdolność mówienia po przełknięciu gigantycznej łychy ohydnego eliksiru, oddaliła się. Padłam ciężko na poduszkę, marząc, by rano okazało się, że wszyscy odzyskali rozum.
Długo leżałam w bezruchu, bezwiednie obserwując kamienne sklepienie sali szpitalnej i zdążyłam zapomnieć, że nie jestem sama, kiedy Black zdecydował się odezwać. Podskoczyłam ze strachu i w ostatniej chwili powstrzymałam się, żeby nie krzyknąć. Skwitował to złośliwym uśmiechem.
– Może masz prawdziwy dar, jak Sybilla – powiedział ze szczerym rozbawieniem, rezerwując specjalny nadęty ton na słowo „prawdziwy dar”.
Sybilla Trelawney zdążyła już skończyć Hogwart, ale wciąż była żywą legendą, nie tylko wśród Krukonów, którzy wciąż pamiętali, jak godzinami układała tarota w Pokoju Wspólnym. Była obiektem powszechnych drwin, a jej eteryczna aura wariatki przyczyniła się do tego, że od paru lat wróżbiarstwo wybierały najwyżej cztery osoby z każdego rocznika i było za mało chętnych, by kontynuować je na poziomie owutemów. Pozostali bali się, że się czymś zarażą i generalnie uważali ten przedmiot za szkodliwy.
Zgadzałam się z nimi całym sercem i wiedziałam, że moja rodzina odetchnęła z ulgą, gdy na drugim roku bez wahania wybrałam numerologię – dziedzinę ścisłą, opartą na logicznej argumentacji.
– Litości – odparłam krótko przez zaciśnięte zęby.
– Jesteś pewna, że twoja pra-pra babka nie miała na imię Kasandra? – zapytał jeszcze dla pewności, za co z całej siły rzuciłam w niego poduszką. Chciałam, żeby się przymknął.
Nie znałam imion moich pra-pra babek, ale jeśli pani Pomfrey miała rację, to miałam problem ze znacznie bliższym pokrewieństwem. Czy to możliwe, że sekretną chorobą mojej babci była zdolność do przepowiadania przyszłości?
Zdecydowałam, że nie było powodu, by wierzyć w te brednie tak długo, jak żył kot mojego brata Royle’a, a ja i Syriusz Black nie planowaliśmy wspólnej śmierci.
– Przystopuj z tą walecznością – zasugerował Black. – Wystarczy mi, że mam przez ciebie łuski.
Fuknęłam ze złością, przewróciłam się na drugi bok i nakryłam się kołdrą po uszy.
Rano poprawił mi się humor. Okazało się, że moje niewerbalne zaklęcia rzeczywiście częściowo pokryły Blacka gadzimi łuskami dość opornymi na eliksiry i byłam tak zadowolona z siebie, że zapytałam go, czy planuje zostać w Hogwarcie na przerwę świąteczną.
Odpowiedział mi, że raczej nie.

Łapy przy sobie: cztery