without justice & without mercy

Życie nauczyło Royle’a, że zawsze należy być przygotowanym na najgorszy scenariusz. Źle wróżyły już szczątki Fontanny Magicznego Braterstwa, które mijał, przechodząc przez atrium, jednak to, co zastał w Departamencie Tajemnic, znacznie przekraczało granice jego wyobraźni. Wypracowana metoda przewidywania katastroficznych wydarzeń pozwoliła mu jednak zachować równowagę. Podczas gdy jego koledzy w panice biegali po całym departamencie, wymieniając się strzępami informacji na temat tego, co wydarzyło się w nocy, on ze spokojem oceniał rozmiar strat. Musiał przyznać, że był pod wrażeniem, jak wielkie zniszczenia zdołało spowodować wtargnięcie do Departamentu Tajemnic bandy nastolatków.
Czarne drzwi do wszystkich działów były otwarte na oścież, żeby okrągły korytarz nie kręcił się i nie powodował dodatkowego zamieszania. Nadmiar światła odzierał to pomieszczenie z posępnego uroku, jakim charakteryzowało się na co dzień, a rozgorączkowana atmosfera sprawiała, że przestronne wnętrza departamentu pozornie się skurczyły.
Podłoga pokryta była śladami zielonego śluzu, który współpracownicy wynieśli na butach z Sali Mózgów. Royle zerknął przez próg i stwierdził, że gigantyczne akwarium zostało rozbite, a martwe mózgi leżały na podłodze w karykaturalnej inscenizacji morskiej katastrofy biologicznej. Jeszcze poprzedniego dnia ten widok sprowadziłby go na dno rozpaczy, ale ze zdziwieniem stwierdził, że rozmiar zniszczeń napełnił go raczej nadzieją. Nie wszedł do środka. Zamiast tego skierował się prosto do Sali Czasu.
Ledwie zdążył odnotować, że cudem ocalał klosz wypełniony czasem, kiedy z impetem wpadł na niego czarodziej w szkarłatnej szacie.
– Gdzie jest twój ojciec? – rzucił Williamson, nie dbając o przywitanie.
Auror zagrodził mu drogę. Royle obdarzył go obojętnym spojrzeniem.
– Jako strażnik Sali Przepowiedni ma obowiązek wygłosić krótkie oświadczenie – dodał, irytująco podkreślając słowo „obowiązek”.
Royle pomyślał, że to smutne, że Williamson czekał na niego tylko z tego powodu. Wydawałoby się, że w tak przełomowym dniu znalazłyby się lepsze zadania dla łowcy czarnoksiężników, ale ponieważ w ostatnich miesiącach Royle zbyt często miewał do czynienia z Williamsonem, nie mógł winić Knota, że chciał się go pozbyć.
– Odszedł na emeryturę – powiedział Royle, wymijając aurora. Pewnym krokiem ruszył w stronę Sali Przepowiedni, omijając połamane biurka.
– Żartujesz sobie? – zapytał Williamson, który został kilka kroków z tyłu. – To jest jego rola, musi posprzątać ten bałagan!
– A jaka jest dokładnie twoja rola, Williamson? – zapytał z rozdrażnieniem Royle. – Możesz mi przypomnieć?
Williamson uznał niestety, że Royle’a naprawdę to interesuje i w dwóch zdaniach wyjaśnił to, co obaj wiedzieli – że został przydzielony do ochrony Departamentu Tajemnic po tym, jak zimą pod drzwiami zaatakowany został pracownik Ministerstwa. Royle sądził, że wybór akurat tego aurora idealnie podkreślał stosunek kierownictwa do tego zdarzenia – nikt nie dbał o to, co dzieje się w Departamencie Tajemnic i choć w ciągu ostatniego roku interesowało się nim trochę zbyt wiele ludzi, nikt nie spodziewał się tego, co wydarzyło się w nocy.
Nikt poza ojcem Royle’a, który najwyraźniej coś przeczuwał, bo zdążył wysłać synowi niezwykle wymowną wiadomość. Zanim Royle teleportował się do Ministerstwa po otrzymaniu wyjca w sprawie powrotu Czarnego Pana, przyleciała sowa, która z wielkim trudem uniosła wszystkie dotychczas wydane tomy „Genealogii czarodziejów”, ulubionej lektury ojca, która za sprawą codziennych aktualizacji nie miała końca.
Royle westchnął ciężko i odwrócił się w stronę Williamsona.
– Zajmę się tym.
Williamson prychnął.
– Z całym szacunkiem, Snicket, ale nie jesteś nawet pracownikiem Działu Czasu, nie sądzisz chyba, że zostaniesz teraz strażnikiem?
W powietrzu zawisł ciężar oskarżeń, z którymi Royle spotkał się nie po raz pierwszy. Nie sądził jednak, by ci, którzy mu docinali, naprawdę rozumieli, czym jest nepotyzm. Royle nie tylko wykonywał pracę, która od trzech pokoleń przysługiwała członkom jego rodziny bez względu na wynik procesu rekrutacyjnego. Wątpliwości budziła nawet edukacja Royle’a – jego nauczycielką wróżbiarstwa była jego daleka kuzynka Sybilla, a w klasie owutemowej numerologii uczyła go żona jego brata, która na szczęście nie nosiła ich nazwiska.
Najzabawniejsze było to, że powiązania Royle’a sięgały daleko głębiej, niż mu zarzucano – zmarły poprzedniej nocy Syriusz Black był na przykład szkolnym chłopakiem jego siostry. Patrząc na to w ten sposób, można było dojść do kuriozalnego wniosku, że wszyscy należeli do jego rodziny, a wtedy doprawdy trudno byłoby mu odeprzeć zarzuty, że osiągnął coś tylko dzięki znajomościom.
Royle spiorunował Williamsona wzrokiem.
– Widzisz tutaj innych chętnych? – zapytał nieco agresywniej niż zamierzał.
Być może dopiero jego słowa skłoniły Williamsona do pewnej refleksji. Ani w Sali Czasu, ani w Sali Przepowiedni, do której drzwi otworzył Royle, nie było nikogo poza nimi, chociaż w pozostałych pomieszczeniach roiło się od pracowników – i to nie tylko niewymownych. Mimo że Royle nie uważał, by pojawienie się w Ministerstwie Lorda Voldemorta było dostatecznym powodem, by łamać naraz wszelkie reguły bezpieczeństwa, przynajmniej stanowiło to dobry argument dla pozbycia się drażniącego towarzystwa natrętnego aurora.
Royle wyciągnął różdżkę i włączył jarzeniówki w Sali Przepowiedni. On i Williamson jednocześnie głośno wciągnęli powietrze na widok zniszczeń, których zasięg odpowiadał wybuchowi sporej bomby. Z kilkunastumetrowych półek usytuowanych najbliżej drzwi żadna nie uchowała się w całości, a podłogę pokrywała gruba warstwa szklanego pyłu.
– Pójdę już – powiedział Williamson.
Odwrócił się na pięcie i odszedł.
Royle odczekał, aż ucichnie pogłos jego kroków i sam ruszył wgłąb sali, niezgrabnie przechodząc nad szczątkami archiwum. Poczuł ulgę, gdy już z daleka dostrzegł, że regał numer sto został praktycznie zmieciony z powierzchni ziemi. W pobliżu najwyraźniej znajdowało się epicentrum walki, bo wszystkie sąsiadujące regały były pochylone na zewnątrz – niektóre opierały się jeszcze na kamiennych filarach i sąsiednich półkach, ale wszystkie kule z przepowiedniami zsunęły się i przepadły na zawsze.
Unikanie tego miejsca kosztowało dotąd Royle’a wiele energii, dlatego cieszył się, że ono nareszcie zniknęło. Nie miał wątpliwości – najczarniejsze tajemnice jego rodziny ukryte na tym regale nie należały do tych, których ciężar łatwo było unieść. Wystarczyło już to, czego dowiedział się od ojca na temat śmierci swojej starszej siostry, żeby na długo stracić chęć do poznawania pełnego obrazu. Z perspektywy czasu Royle rozumiał, że był na to po prostu za młody – miał wtedy zaledwie trzynaście lat – tyle, ile teraz jego syn. Na konfrontację z ojcem bardzo nalegał jednak Wolfe, który początkowo nie mógł pogodzić się z myślą, że Annie popełniła samobójstwo. Ta historyczna szczera rozmowa była najlepszym dowodem, że w przypadku ich rodziny niewiedza była błogosławieństwem.
Nikt inny zdawał się tego nie dostrzegać, ale przecież żadna wiedza przechowywana w przepowiedniach nigdy nie zabiłaby Annie, gdyby w ogóle nie dopuszczono jej do pracy w Sali Przepowiedni, szczególnie że była na to zbyt młoda. Był to jeden z powodów, dla których Royle nigdy nie podjął pracy w tym miejscu, zamiast tego wybierając badania naukowe w Sali Mózgów.
Paradoksalnie jego decyzja sprzed lat, by przeciwstawić się tradycji, miała zadecydować o przetrwaniu ich rodzinnego dziedzictwa. Teraz, kiedy przepowiednie zostały zniszczone i kiedy ojciec dał mu wolną rękę, Royle mógł ostatecznie rozliczyć się z niechlubną historią ich rodziny. Dopiero całkowite zniszczenie pozostawiło wystarczająco dużo miejsca na zmiany.
Z kieszeni szaty wyciągnął kawałek pergaminu, który ojciec dołączył do porannej przesyłki. Było to ich ostateczne pożegnanie. Royle od lat obserwował wysiłki ojca, by utrzymać w ryzach niewydolne zaklęcie, na którym opierała się archiwizacja wszystkich przepowiedni. Od lat skuteczne zarządzanie tym archiwum było niemożliwe – to Annie ostatecznie pogrążyła stary system, wypuszczając na wolność demimoza, ostatnią łatę na chorującym systemie. Od czasu jego zniknięcia ojciec przestał już kontrolować zgromadzone przepowiednie i ledwie radził sobie z nowymi. Mimo to Royle nigdy nie zgodził się doraźnie mu pomagać.
Do dziś tylko jeden z nich zdawał sobie sprawę, że jedynym wyjściem był nowy początek.
Royle delikatnie rozprostował wystrzępiony pergamin, wygładzając go dłonią. Cała powierzchnia pokryta była gęstym pismem jego ojca. Uśmiechnął się ciepło, zdając sobie sprawę, jak mrówczą pracą było wybieranie tych wszystkich nazwisk, wyselekcjonowanie czarodziejów, którzy – zdaniem Romana Snicketa – mogli posiadać dar przepowiadania przyszłości i których proroctwa zasługiwały według niego na przechowanie w Sali Przepowiedni. Wiara, że takie decyzje można podjąć tylko na podstawie powiązań ujawionych w „Genealogii czarodziejów” i własnej intuicji ujawniała manię wielkości, lecz także naiwność, jaka charakteryzowała ojca.
Autorskie zaklęcie Royle’a, które rewolucjonizowało system pozyskiwania przepowiedni, nie było jeszcze idealne. Wcześniej zamierzał jeszcze gruntownie je przetestować przed przedstawieniem go ojcu – teraz uznał, że nie ma na to czasu. Podświadomie zdawał sobie sprawę, że ojciec nigdy nie dopuściłby do jego wdrożenia – był zbyt przywiązany do czaru wynalezionego przez babkę, by dostrzec, że jego czas już dawno przeminął.
Nie zawsze jednak uszanowanie dziedzictwa musiało oznaczać brnięcie w błąd swoich rodziców, dlatego Royle bez wahania, zdecydowanym ruchem przedarł pergamin na pół. Rozległ się głośny huk, który potoczył się echem po wysokiej hali. Potężna moc uwolnionego zaklęcia zaparła Royle’owi dech w piersiach. Po chwili było już po wszystkim – zniknęły wszystkie przepowiednie, a podłogę pokrywała tylko warstwa starych desek.

Advertisements

without Justice

Wyszła z pokoju dzieci, delikatnie zamykając za sobą drzwi.
Codziennym rytuałem Romana było czytanie przed snem. Na początku małżeństwa miała trudności z przystosowaniem się do tego nawyku – próbowała odrywać go od lektury i wciągnąć w rozmowę, ale z czasem nauczyła się, że nie ma szans, by poświęcił jej całą uwagę, dopóki z własnej woli nie odłoży książki na stolik nocny, co działo się zwykle o tej samej porze. Jeśli tylko pochłonął go jakiś wątek, nie potrafił w żaden sposób przenieść swojej uwagi, odciąć się od myśli, którą przetwarzał. Jeśli zwracała na siebie uwagę zbyt nachalnie, stawał się rozdrażniony i nieobecny.
Poprawiła wiązanie jedwabnego szlafroka i podeszła do łóżka od jego strony. Podniósł na nią nierozumiejący, zamglony wzrok. Uśmiechnęła się słodko, chwyciła za grzbiet ciężkiego tomu i odłożyła ją na bok. Weszła na łóżko, siadając na mężu okrakiem. Czuła miękki materiał szlafroka i kołdry na swojej skórze. Położyła mu dłoń na policzku. Zadrapał wnętrze jej dłoni krótkim, szorstkim zarostem, kiedy spróbował odwrócić się w stronę książki, którą bezprawnie mu odebrano. Przytrzymała jego głowę, zmuszając go, by na nią spojrzał.
Pochyliła się nad nim i delikatnie pocałowała jego spierzchnięte usta. Wiedziała, że nie znosił, gdy jej długie włosy łaskotały go po twarzy, jednak nie dbała, by założyć je za ucho. Wsunął jej język do ust, niechętnie, najwyraźniej w nadziei, że jeśli spełni jej oczekiwania, będzie mógł wrócić do książki.
– Mercy – wyrzucił z siebie zachrypniętym głosem, kiedy stało się jasne, że nie będzie miał spokoju. Sądząc po brzmieniu jego głosu, nie używał go cały dzień. Jej imię zabrzmiało jak mieszanka pytania i wyrzutu. Nadszedł moment, by wytłumaczyć się z jawnego pogwałcenia zasad.
Mercy odrzuciła włosy do tyłu, z trudem powstrzymując wybuch złości. Dokładnie wiedziała, jaką cenę przyjdzie jej zapłacić za zakłócanie prywatnej przestrzeni męża, ale nie znaczyło to, że z czasem przyjmowała lepiej żałosne wyniki tych prób. Wieczorami nudziła się, przerzucając wściekle strony nieinteresujących ją magazynów, oczekując na wybicie dwudziestej trzeciej.
– Jestem w ciąży – rzuciła mu w twarz.
Nie sprawiło to, że poczuła się lepiej. Kiedy wyrzuciła z siebie tę informację, nagle zrozumiała, że podzieliła się w nią w najgorszy możliwy sposób. Napełniło ją to nieoczekiwaną goryczą, wzmocnioną jeszcze nieproszoną i niespodziewaną myślą o tym, jakich słów użyła jej siostra, kiedy mówiła Romanowi, że urodzi mu córkę. Ten moment wyjawienia tajemnicy miał być zwieńczeniem całego miesiąca pełnego radości, spokoju i – nieoczekiwanie – czegoś w rodzaju satysfakcji. Najwyraźniej jednak podzielenie się nowiną złamało dyskretny urok, którą ta informacja miała w jej głowie, zanim przestała być tajemnicą.
Roman najwyraźniej nie wyczuł jej nagłego rozgoryczenia, bo nareszcie zdecydował się skupić na niej całą swoją uwagę, już ani jedna nitka zainteresowania nie łączyła go z ciężkim woluminem, który leżał na kołdrze. Jego dotyk momentalnie ją uspokoił. Zawsze zabiegała, by ich relacja była oparta o fizyczną bliskość, mimo że jemu czułości przychodziły z pewną trudnością, a dla niej były tak naturalne. Chowanie się w jego objęciach i pocałunki były dyskretnym i ważnym przypomnieniem dla obojga, że wszystko co robią, robią dla wspólnego dobra. Przez osiem lat ich małżeństwa tylko raz dał jej powód, by w to zwątpić.
Usłyszała kroki, chociaż nie miała najmniejszej ochoty zajmować się czymkolwiek, co działo się poza ich sypialnią. Roman nie był tak wyczulony, bo kiedy sięgnęła po porzucony na podłodze szlafrok, próbował wciągnąć ją pod kołdrę. Tylko jej znakomity słuch i intuicja ich uratowały. Zanim drzwi do sypialni się otworzyły i pojawiła się w nich Annie, znów byli mniej więcej ubrani i tylko ich przyspieszone oddechy mogły świadczyć, że jeszcze nie spali.
Annie niezdarnie wgramoliła się im do łóżka, które było dla niej jeszcze zbyt wysokie i położyła się na kołdrze obok „Genealogii czarodziejów”, wtulając się w Mercy. Była w półśnie, jej zmrużone oczy nie zdradzały, czy w ogóle zachowała więcej świadomości niż tyle, ile potrzebne było jej, by odnaleźć drogę do pokoju rodziców. Mercy pogłaskała córkę, przykryła swoim kocem, objęła ją ramieniem i dopiero wtedy spojrzała na Romana. Jego mina spowodowała, że miała ochotę wybuchnąć śmiechem.
Jego wzrok mimowolnie skierował się na drzwi, a ona nie wiedziała, czy wypada uświadamiać mu, jak bardzo jest do tyłu, jeśli chodzi o własne dzieci. W ich rodzinie to Mercy zajmowała się dziećmi, starała się rozpoznawać ich emocje i odpowiednio nimi pokierować. Miała wrażenie, że Roman tego nie potrafił i nie miała do niego żalu. Dzieci były dla niego elementem codzienności, który czasami – jak tego wieczoru – sprowadzał go na ziemię. Rzadko z nimi rozmawiał, być może nawet tego nie potrafił. Z rozwijaniem więzi z dziećmi czekał najwyraźniej do momentu, w którym staną się bardziej rozumne, ale Mercy sądziła, że i z wyczuciem tej chwili ma szansę się spóźnić, skoro nie zauważył nawet, że jego syn podjął już decyzję, że jest zbyt dorosły, by przychodzić w nocy do rodziców. Mercy dokładnie wiedziała, że Wolfie leży teraz na swoim łóżku, prawie widziała, jak jego duże, brązowe oczy wpatrują się w sufit i jak kształtuje charakter, z całej siły zmuszając się do pozostania w łóżku i nie ruszenia za swoją siostrą. Roman zupełnie to przeoczył.
Nie zmieniało to faktu, że dystans, który sztucznie kreował jej mąż powodował, że dzieci jeszcze bardziej zabiegały o jego uwagę. Być może podświadomie czuły, że muszą się czymś wykazać, by zdobyć jego akceptację. Było to w pełni zrozumiałe w przypadku Wolfiego. W przypadku Annie tendencja powoli się odwracała, ostatnio Annie nie próbowała już zbliżyć się do ojca, zadowalając się towarzystwem Mercy.
Mercy wciąż pamiętała dzień, w którym Roman przyniósł Annie do ich domu. Pamiętała swoją determinację, by wszyscy odczuli, że jej decyzja była ostateczna i nieodwołalna. Sama się tak nie czuła, miała pełną świadomość, że gdyby tylko zaczęła zastanawiać się nad konsekwencjami swojej decyzji albo swoimi odczuciami w stosunku do niej, od razu nabrałaby wątpliwości, na które w tamtym czasie nie było miejsca. Prawie nigdy nie wracała też do tych wspomnień, bojąc się, że wyzwoli to falę emocji, z którymi nie miała zamiaru sobie radzić. Była gotowa z całych sił bronić rodziny, którą założyła, nawet jeśli oznaczało to zranienie rodziny, w której się urodziła. Jako matka doskonale wiedziała, że rozstanie z rodzonym dzieckiem na zawsze pozostawi ślad w psychice Justice, ale nie widziała innego sposobu, by uratować własne życie, jak przygarnąć dziecko swojego męża, nawet mając świadomość, że Justice podjęła tę decyzję pod naciskiem. Mercy wysłała do niej Romana, wiedząc dokładnie, że bezpośrednia konfrontacja z siostrą mogłaby podważyć jej przekonanie, że miała prawo tak postąpić.
Całkowicie zerwała też kontakt z siostrą. Nie rozmawiali o niej od czasu, kiedy Roman powiedział jej o dziecku, a od kiedy przekazał Justice informację o decyzji, jaką podjęli i od czasu, kiedy przyniósł Annie w małym zawiniątku i bez słowa podał ją Mercy, Mercy prawie nie myślała o swojej siostrze. Milczenie Romana było jego jedynym komentarzem. Mercy sądziła, że będzie to trudniejsze, że widok Annie będzie jej o niej w jakiś sposób przypominał, ale była to niepotrzebna obawa. Ich dzieci nie przypominały wprost ani Romana, ani Mercy, nie były prostym wynikiem dodawania. Nie wiedziała zresztą, czego tak naprawdę oczekiwała, skoro jedyną cechą fizyczną odróżniającą ją od jej siostry było małe znamię na plecach. Pod względem fizycznym Annie była jej dzieckiem nawet bardziej niż był nim Wolfie.
Nigdy nie miała więc realnego powodu, by czuć się zagrożoną, ale dopóki nie zorientowała się, że jest w ciąży, nie uświadomiła sobie, że przez te lata tak właśnie się czuła. Pomimo usunięcia siostry ze swojego życia i tego, że zarówno Roman, jak i Justice zrobili wszystko, czego od nich wymagała, by zadośćuczynić jej tamtego wyskoku. Miała też całkowitą pewność, że zawsze będzie jedyną matką swoich dzieci – mimo tego wszystkiego dopiero teraz czuła, że to ona wygrała. Nie mogła powstrzymać się, by jakoś tego nie przypieczętować, by wszystkim o tym głośno powiedzieć. Robiła to z pobudek czysto egoistycznych, ale nie miała poczucia winy mimo świadomości, że nikt poza nią już tego nie potrzebuje. Roman zdążył już przysnąć, kiedy zdecydowała się mu to powiedzieć głośno, zupełnie nie zważając na to, czy nie obudzi Annie. Sięgnęła ramieniem ponad drobnym, skulonym ciałkiem córki i lekko szturchnęła męża w ramię.
– Już czas, żeby Justice poznała swoją córkę.

without Mercy

 – Jest środek nocy – powiadomił ją Roman, gdy tylko otworzył drzwi. Zrobił to jeszcze zanim zdążyła użyć zardzewiałego dzwonka albo pięści, co trochę wytrąciło ją z równowagi. Nie wyglądał, jakby spał albo szykował się do snu – wciąż miał na sobie swój typowy zestaw złożony z czarnych spodni garniturowych i koszuli z podwiniętymi rękawami. Tylko jego bose stopy świadczyły o tym, że w tej chwili zestaw nie był uniformem służbowym, lecz pełnił rolę stroju domowego.
Minęła sekunda, nim zdołała wymazać ze swojej twarzy wyraz zaskoczenia. Zastanawiała się, czy skoro nie spał, widział lub słyszał, jak kilkukrotnie przeszła korytarzem pod jego drzwiami, zanim zdecydowała się wejść. Jeśli tak, nie zamierzała dać po sobie poznać, że ją to krępuje.
– Długo się zastanawiałam, czy w ogóle tu przyjść – odpowiedziała zgodnie z prawdą rzeczowym tonem, znakomicie pasującym do powodu ich spotkania. Podała szwagrowi ciężką torbę materiałową, którą wcześniej trzymała w ręku i, nie czekając na zaproszenie, przekroczyła próg jego tymczasowego mieszkania.
Było bardzo małe. Wnętrze niewielkiego pokoju rozświetlone było jedynie pomarańczowym światłem ulicznej latarni, a Justice podejrzewała, że mieszkanie jest bardzo ciemne nawet w ciągu dnia. Jedna ze ścian zastawiona była całkowicie regałami zarzuconymi stosami książek, a przytłaczające wrażenie potęgowały pozostałe meble – zbyt ciężki drewniany stół i duża wersalka obita welurem. W najciemniejszy róg pokoju wciśnięto małą lodówkę i kuchenkę. Było to mieszkanie, w którym ktoś mógłby umrzeć ze starości.
Roman położył torbę na malutkim blacie obok zlewu i zaczął wypakowywać zawartość. Justice nie kwapiła się do pomocy. Czuła się niezręcznie. Wycofała się pod okno. Zanim oparła się o parapet, bezwiednie przetarła po nim palcami. Choć na pierwszy rzut oka to miejsce przypominało norę, była to przynajmniej niezwykle czysta nora.
– Mogłabyś? – zapytał, podając jej dwa słoiki z sokiem, a ona rzuciła mu nierozumiejące spojrzenie. Dopiero kiedy wskazał podbródkiem w stronę okna, wzięła od niego słoiki i odłożyła je na małą półkę pod parapetem.
Kiedy wypakował już tygodniowe zapasy żywnościowe przyrządzone przez jego żonę i złożył materiałową torbę w równą kostkę, wręczył ją Justice, która tymczasowo odłożyła ją na puszkę z kawą. Roman rzucił jej zaskoczone spojrzenie, a Justice pomyślała, że pewnie spodziewał się, że jak zwykle wyjdzie, gdy tylko spełni swoją rolę posłańca.
Zanim zdążył jakoś zwerbalizować swoje zdziwienie i tym samym uczynić tę sytuację jeszcze bardziej niezręczną, Justice zdecydowała się jednak odezwać:
– Mógłbyś mi wytłumaczyć, co się właściwie stało? – zapytała chłodno.
Niełatwo przeszło jej to przez gardło, bo wymagało to przyznania się, jak niewiele wie. Biorąc pod uwagę to, że Mercy od miesiąca zbywała ją półsłówkami, oczekując wyłącznie wypełniania funkcji neutralnego pośrednika, nie miała już innej możliwości, by się dowiedzieć, jak po prostu zapytać. Zawiłe intrygi były specjalnością jej siostry i to konieczność stanowienia przeciwwagi dla tej postawy wytworzyła w Justice silną potrzebę doprowadzania do bezpośrednich konfrontacji. Nie zawsze jednak przychodziło jej to z łatwością.
Przez lata wyrzucała sobie na przykład, że milczała w dniu ślubu siostry. Wtedy powstrzymała ją tylko niepisana tradycja, że w dniu ślubu nie powinno się już poddawać pod wątpliwość wyboru małżonka. Długo nie mogła zrozumieć, z jakiego powodu Marcy wybrała sobie właśnie Romana. Ten mężczyzna, starszy od nich o dekadę, wydawał się najmniej odpowiednim z kandydatów. Justice pamiętała, że kiedy go poznała, trudno było jej uwierzyć, że w ogóle udało mu się przyciągnąć uwagę Mercy i nie wierzyła w przetrwanie tego związku – Snicket wydawał się zbyt wycofany i cichy, by móc przetrwać z jej towarzyską siostrą. Kolejne lata pokazały, że się pomyliła – w czasie swojego małżeństwa Mercy i Roman wypracowali pewien kompromis i do niedawna wydawało się, że jedynym powodem, dla którego Justice miała trudności z zaakceptowaniem narzeczonego swojej siostry, była zazdrość o nią. Wiele wskazywało jednak na to, że i Mercy ogarnęły w końcu wątpliwości, a Justice mogła wyobrazić sobie tylko jeden powód, dla którego się tak stało.
– Zdradziłeś ją, prawda? – zapytała agresywniej, kiedy nie odpowiedział na pierwsze pytanie. Słysząc zdenerwowanie w jej głosie, uśmiechnął się lekceważąco, co jeszcze bardziej zirytowało Justice. Czuła, że traktował ją z góry.
– Nie – wyrzucił z siebie z irytującym opanowaniem.
Miał nad nią przewagę, którą częściowo tłumaczyła sobie różnicą wieku – w jego towarzystwie zawsze czuła się jak pierwszoroczniak. Czuła, że jej wysokie buty i elegancki płaszcz wprost krzyczały, jak bardzo jej zależy, podczas gdy Roman sprawiał wrażenie, jakby cała sytuacja niewiele go obchodziła. Była to cecha, która zawsze ją w nim irytowała i Justice podejrzewała, że Mercy też miała trudności, by ją zaakceptować.
Miał też realną przewagę, którą dawało mu to, że był jedyną osobą, która znaczyła w życiu Mercy więcej niż Justice. Było przedziwnym doświadczeniem na zawsze oddać bliźniaczą siostrę komuś zupełnie obcemu.
– Jeśli to zrobiłeś… – wyrzuciła z siebie na wydechu.
– Jeśli Mercy nic ci nie powiedziała, nie zamierzam się tłumaczyć – wyjaśnił stanowczym tonem. Nie mogła wyczytać z jego twarzy żadnej z emocji, którą chciała na niej zobaczyć – żadnej tęsknoty czy skruchy – tylko ciemne oczy pełne beznamiętnej cierpliwości, która do złudzenia przypominała wyrachowanie.
Nie odwróciła wzroku, chociaż czuła, że jej oczy zaczęły łzawić. Jego spokój doprowadzał ją do szału. Jeśli to była próba, zamierzała ją wygrać.
– Jeśli myślisz, że to są jakieś wakacje, to się grubo mylisz – wypaliła Justice. Jej głos zadrżał, całą siłą woli opanowała się, żeby nie zacząć na niego krzyczeć. Zmowa milczenia między Snicketem i jej siostrą powodowała, że czuła się bezbronna i wykluczona. Jednocześnie miała świadomość, jak śmiesznie brzmiały jej wyrzuty. Złapała się na tym, że teraz chciała od niego tylko jednej ludzkiej reakcji, najmniejszego dowodu na to, że czymkolwiek zawinił, teraz tego żałował. – Gdyby zależało to ode mnie, zdechłbyś tu z głodu.
Nie wiedziała już, czy wyładowuje złość na niego czy na swoją siostrę, która co prawda wyrzuciła męża z domu, ale przy tym najwyraźniej nie zamierzała wyciągnąć dalszych konsekwencji ani skończyć z byciem najlepszą żoną.
Roman podszedł bliżej, w końcu opuszczając swoje miejsce przy lodówce. Chwycił butelkę, która stała na parapecie pod oknem i mechanicznie ją odkorkował. Justice nie ruszyła się z miejsca, nawet kiedy musiał ją ominąć, żeby sięgnąć po kieliszek.
– Mamy szczęście, że w ogóle nie zależy to od ciebie – wycedził, wręczając jej wypełnioną po brzegi lampkę wina. To, że jednak udało się go wyprowadzić z równowagi, okazało się nie tyle satysfakcjonujące, co przerażające. Przez dłuższą chwilę Justice nie odważyła się poruszyć, przytłoczona grobową ciszą, która nagle zapadła. Starała się oddychać jak najciszej, co było trudne – sama nakręcała się w swoim rozdrażnieniu. Stykali się ramionami, ona zwrócona w stronę ponurego pokoju, on z wzrokiem wbitym za okno.
– To mieszkanie mojej matki.
Odwróciła głowę w jego stronę. Miał ostry profil, w którym szczególnie wyróżniał się długi, prosty nos. Mercy wyjawiła kiedyś Justice, że miała nadzieję, że ich syn go odziedziczy.
– Co? – zapytała nieco nieprzytomnie, źle znosząc nagłą zmianę tematu. Upiła łyk wina, z trudem odganiając myśli o małym Wolfiem.
– Mieszkała tu.
Justice z całej siły ściskała w dłoni kieliszek. W ogóle nie rozumiała, do czego zmierzał Roman. On przetarł twarz dłońmi. Z bliska nie wydawał się tak niedostępny – wręcz przeciwnie, teraz to on był raczej bezbronny.
– Ciekawa kobieta – powiedziała Justice. Uśmiechnęła się blado na samo wspomnienie. Spotkały się tylko raz, na weselu. – Przepowiedziała mi, kiedy umrę.
Spojrzała na Romana. Spodziewała się, że chociaż trochę go to rozbawi, ale kamienny wyraz jego twarzy nie zmienił się ani odrobinę, kiedy zapytał:
– Uwierzyłaś jej?
Zmarszczyła brwi.
– Chyba żartujesz.
Jego mina spowodowała, że ostatecznie odechciało się jej żartów. Nie rozumiała, co takiego powiedziała; nigdy też nie spodziewała się dostrzec w jego gestach takiej czułości. Pochylił się nad nią i ją pocałował, a ona przez chwilę zwątpiła, czy naprawdę był tak niezdolny do odczuwania, czy nie postawiła mu diagnozy zbyt szybko. Ten magiczny moment przeminął jak mrugnięcie okiem, jednak nie powstrzymało to jego rąk, które zabłądziły pod jej płaszczem. Kiedy go całowała, czuła się jak złodziej.
Tamtej nocy przede wszystkim powinna była zapytać, dlaczego mieszkanie jego matki było puste. To najważniejsze pytanie nigdy jednak nie padło. Później, by nadać wszystkiemu, co wydarzyło się dalej większy sens, Justice czasami dodawała w swoich wspomnieniach kilka szczegółów. Czasami między pocałunkami Roman odgarniał jej jasne włosy z czoła, patrzył na nią z uczuciem i szeptał jej do ucha:
– Jesteście takie podobne.
Nigdy naprawdę tego nie powiedział, ale właśnie to miał na myśli.

Obliviate 8: ulga

Dawno zapadł już zmierzch. Jedynym źródłem światła w motelowym pokoju była blada poświata ulicznej latarni, ale Olga nie zdecydowała się włączyć żarówki, żeby nie ujawnić swojej obecności. Siedziała na łóżku i od dłuższego czasu wpatrywała się w okno w budynku po przeciwnej stronie ulicy.
Nigdy wcześniej nie nocowała w tym motelu, ale mimo to doskonale znała każdy element jego posępnego wystroju, począwszy od koca w kratę pokrywającego łóżko, który z bliska okazał się mieć nie tylko drażniącą fakturę, lecz także nieznośny zapach, poprzez dużą szafę z laminowanej płyty, a skończywszy wyblakłej tapecie w pionowe pasy. Kiedy jeszcze pomieszkiwała u Dymitra, jednodniowe wycinki z życia zupełnie obcych ludzi wdzierały się do jej codzienności za sprawą małej odległości między budynkami i braku zasłon w motelowych pokojach. Zmiana perspektywy była dla niej niekomfortowa – czy ktoś mógł obserwować ją z drugiej strony ulicy i, podobnie jak ona kiedyś, oceniać ją wyłącznie na podstawie tego, co zamierzała robić przez następne godziny? Co by pomyślał, obserwując z dystansu chudą, skuloną kobietę, tak apatyczną, że niezdolną nawet do zdjęcia porwanego płaszcza?
Najważniejsze było jednak to, że pozostawała niewidoczna dla Mitii. Okno jego pokoju było ciemne – była przekonana, że nie wrócił jeszcze do mieszkania. Dawało jej to jeszcze trochę czasu do zastanowienia.
Nie potrafiła jednoznacznie odpowiedzieć sobie na pytanie, co zamierzała zrobić. Wizje, które ledwie do siebie dopuszczała, jeszcze się nie wyklarowały. Wiedziała jednak, co chce osiągnąć, i była zdeterminowana, by to dostać. W wyobraźni z łatwością wpadała do jego mieszkania, obezwładniała go zaklęciem i groziła mu, żądając ujawnienia jego wspomnień z nocy pożaru. Kiedy jednak myślała o tym trzeźwo, wiedziała, że z tym planem zdołałaby dotrzeć najwyżej do jego przedpokoju – nigdy nie była w stanie kontrolować się przy Dymitrze. On zdawał się mieć władzę zarówno nad jej emocjami, jak i nad jej zdrowym rozsądkiem. Z łatwością zdołałby ją rozbroić nawet nie różdżką, ale kilkoma słowami. W ten sposób straciłaby ostatnią marną przewagę, jaką nad nim miała – Olga była pewna, że Dymitr nie miał pojęcia, że nie pamiętała, co dokładnie się wydarzyło. Był jedyną znaną jej osobą, która posiadała kompletną wiedzę na temat tego, dokąd posunęło się ich szaleństwo, ale nie zdawał sobie z tego sprawy.
A jednak musiała wiedzieć – bez względu na cenę.
Nie wyobrażała sobie nic gorszego od trwania w tej nieświadomości. Było coś przerażającego w tym aspekcie modyfikacji pamięci, że nawet ktoś całkowicie pewien swoich kompletnych wspomnień, mógł nie mieć pojęcia, co wydarzyło się naprawdę. W tym sensie uważała, że nikt nie jest zdolny do zabicia w drugiej osobie człowieczeństwa skuteczniej niż amnezjator.
Mimo to nie zawahała się, by odebrać świadomość nie tylko ludziom, wobec których miała ten obowiązek, lecz także dziesiątkom tych, którzy służyli wyłącznie zagłuszaniu jej poczucia winy i wypełnianiu jej zachcianek. W tym nadużywaniu swojej władzy poszła dalej, niż kiedykolwiek się spodziewała – zdołała wyrządzić nieodwracalną szkodę nawet sobie.
Nie było innego wytłumaczenia dla tego, jak wyglądały jej wspomnienia z najbardziej traumatycznej nocy jej życia. Były one do tego stopnia niekompletne i sprzeczne, że wywołałyby niepokój nawet u kogoś, kto nie miał pojęcia o istnieniu zaklęć zapomnienia. Olga wiedziała o pamięci zbyt wiele, by winą za swoją częściową amnezję obarczać wyłącznie nadużywanie alkoholu.
Najwyraźniej zrobiła to sobie sama, chociaż wątpiła, czy była to decyzja świadoma. Nieraz zdarzało jej się użyć czarów bezwiednie, w szczególności gdy miały działać one w jej obronie. Jak jednak mogła choć przez chwilę pomyśleć, że wiedzieć będzie trudniej niż nie wiedzieć, ale podejrzewać? Może ktoś, kto nigdy nie przekroczył własnych granic, nie czułby tego piekielnego poczucia winy, ale Olga nie potrafiła już powiedzieć, czy miała jeszcze jakiekolwiek zasady – czy odkąd związała się z Mitią istniało jeszcze coś, do czego bezwzględnie nie byłaby zdolna.
Najbardziej przerażało ją to, że najwyraźniej od nocy, w której wzniecili pożar, Dymitr traktował ją inaczej, jak równego sobie, jakby przekonał się wtedy, że nie jest samotny w swoich destrukcyjnych zapędach. Trudno jej było odgadnąć, co mogło być tak szalone, żeby zdolne było zaimponować nawet Dymitrowi.
Sądziła, że kiedy założy najgorsze – ze wszystkich koszmarów najgorszy wydawał się ten, w którym pozbawiła życia przypadkowych ludzi, dla zabawy i z powodu własnej głupoty – i kiedy się z tego wyspowiada, będzie mogła się z tym oswoić. Rozmowa z Rogerem ostatecznie utwierdziła ją jednak w przekonaniu, że nie potrafiła sobie przebaczyć niczego, co do czego nie miała ostatecznej pewności. Nie potrafiła czuć prawdziwej skruchy, bo to wyobrażone morderstwo zdawało się tak prawdziwe, jak słuchanie krzyków w sennych koszmarach – dotkliwe, lecz niewystarczające. Dopóki nie miała więc absolutnej pewności, niejednoznaczna interpretacja nie dawała jej szans na odkupienie, którego pragnęła.
Sama myśl o tym, że po latach mogłaby w końcu spojrzeć na siebie w lustrze, przestać wzdrygać się przy każdym wspomnieniu o płomieniach, że mogłaby nareszcie pogodzić się ze sobą, przyniosła jej na chwilę ulgę.
Nie było innej drogi niż przestać bać się prawdy i stawić czoła strachowi przed przysięgą i utratą Dymitra.
Czy przyjechała do Rosji, żeby raz na zawsze to skończyć? Ta myśl była czymś zupełnie nowym – dotąd wydawało się, że przyjechała ostatecznie się poddać. Nagle przed jej oczami stanął obraz, w którym wchodzi do mieszkania Dymitra nie po to, by siłą wyłudzić od niego wspomnienia, do których sama zrzekła się praw. Wyobraziła sobie, że przychodzi do niego całkowicie zdecydowana, żeby je dostać, nareszcie pozbawiona wszelkich skrupułów.
Kiedy w oknie Dymitra zapaliło się światło, Olga mimowolnie się wzdrygnęła. Zupełnie straciła poczucie czasu. Nie zdawała sobie sprawy, że kiedy siedziała, wpatrując się w przestrzeń, wszystkie mięśnie miała napięte. Spróbowała się rozluźnić, ale nie przyniosło to żadnego skutku.
– No chodź – powiedziała do siebie, jakby mierzyła w okno Dymitra z różdżki, czekając w napięciu, kiedy pojawi się jej ofiara, a nie siedziała w bezruchu, bezbronna, ze wzrokiem zafiksowanym na jednym punkcie. – Podejdź bliżej.
Podniosła się z łóżka, powodując tym gwałtowny ból każdego najmniejszego fragmentu jej spiętego ciała. Podeszła do parapetu i poczuła przyjemność na myśl o tym, że gdyby tylko spojrzał w jej okno, mógłby ją dostrzec w delikatnym świetle z ulicy. Bezwiednie zacisnęła dłoń na różdżce i powoli wyciągnęła ją z kieszeni prochowca.
Było jeszcze jedno wyjście, którego wcześniej do siebie nie dopuszczała.
Nigdy nie doszłoby do tego wszystkiego, gdyby nie Dymitr. Bez wątpienia to on był on powodem wszystkich koszmarów, które dręczyły ją przez lata. Przez chwilę pomyślała, jak wyglądałoby jej życie, gdyby nigdy go nie było, i choć jego obecność była w niej tak głęboko zakorzeniona, Olga po raz pierwszy pomyślała, że istniała też droga bez niego, że mogła ją wybrać i gdyby ją wybrała, byłaby innym człowiekiem.
Spojrzała na swoje dotychczasowe życie tak, jakby było tworzywem materialnym – żywym, ale chorym organem. Powoli zaczęła nakreślać w myślach granice, wokół których wystarczyło ciąć, by pozbyć się nowotworu, który toczył jej tkanki. Czy gdyby zdołała go starannie wyciąć, wystarczyłoby jeszcze zdrowego organu, żeby się odbudować?
Ciemna, chuda sylwetka Dymitra pojawiła się w oknie. Olga wpatrywała się w nią intensywnie, zastanawiając się, czy zwróci się w jej stronę. On pozostał jednak obojętny, w pełni pochłonięty swoimi sprawami i przez to nieświadomy decyzji, którą podjęła Olga.
Naprawdę chciała, żeby spojrzał na nią w tym ostatnim momencie, ale nie zamierzała o to błagać ani na to czekać. Sama myśl o tym, że sekundy dzielą ją od tego, żeby Dymitr na zawsze zniknął z jej życia, zabierając ze sobą wszystko, co zniszczył, wystarczyła, by uczynić ten moment najszczęśliwszym w jej życiu. Nie przejmując się tym, że zachowuje się jak wariatka, uniosła wyżej różdżkę i wycelowała nią starannie. Nie obchodziło ją, jak niewielkie ma szanse i nawet nie przeszło jej przez myśl, jak lekkomyślnie postępuje.
Obliviate! – powiedziała głośno, oddając się w pełni uczuciu szczęścia, które całkowicie przejęło nad nią kontrolę. Nigdy wcześniej nie czuła się tak błogo. Jej wspomnienia były w pełni plastyczne, gotowe do kształtowania na nowo.
Nie mogła dłużej powstrzymywać głośnego śmiechu, który cisnął się jej do gardła. Kiedy w końcu wydobył się z niej, rozbrzmiewając głośno w małym pomieszczeniu – śmiech pełen czystej satysfakcji na myśl, jak bardzo dotknie Dymitra to, że w końcu znalazła w sobie odwagę, by żyć bez niego – Olga umarła.

Obliviate 7: gniew

Sam widok płomieni spowodował, że serce biło Oldze jak szalone.
Była to reakcja absurdalnie wyolbrzymiona, zważywszy na to, że wpatrywała się w ogień bezpiecznie rozpalony w kominku. Znajdowała się na lotnisku w Moskwie, jednym z niewielu miejsc w całej Rosji, które posiadały kominki podłączone do międzynarodowej sieci Fiuu, i z głową w środku piekła cierpliwie czekała na połączenie, otoczona oślepiającymi płomieniami.
Minęła wieczność, zanim pojawił się Roger.
Wyglądał, jakby wyciągnęła go z łóżka. W pośpiechu zdążył tylko narzucić na siebie koszulkę. Olga z łatwością mogła sobie wyobrazić, że Paige celowo przeciągnęła go jeszcze w łóżku, nie chcąc wypuścić, i jak zasiała w nim zniecierpliwienie, kusząc obietnicami, by przyspieszyć jego powrót.
Ta myśl nieoczekiwanie wzbudziła w niej zazdrość, będącą połączeniem gorącego pragnienia, by znaleźć się na jej miejscu, z gorzkim zrezygnowaniem towarzyszącym myśli, że Roger bez konsekwencji spotykał się z kolejną swoją podwładną, podczas gdy Olga płaciła za swoje romanse najwyższą cenę.
Na widok Olgi Roger zrobił niezadowoloną minę.
– Kopę lat – stwierdził z dezaprobatą. Przyglądał się jej uważnie, a między jego ciemnymi brwiami pojawiła się zmarszczka. Olga wiedziała, że to ze względu na jej fatalny wygląd. Czuła, że jej twarz jest opuchnięta od płaczu, ale Roger to przemilczał. – Co jest?
Silił się na lekki ton, a Olga wiedziała, że nie chciał pokazać jej, że jej niezapowiedziany wyjazd cokolwiek go obchodził. Nie mogła mieć do niego żalu. Zdawała sobie sprawę, w jakiej znalazł się sytuacji po tym, jak bez uprzedzenia opuściła swoje stanowisko pracy, i mogła się tylko domyślać, że wkrótce dowiedział się, co łączyło ją z Adamem. Po tym, jak na jej odejście zareagował Blythe, nie było możliwości, żeby nie doszło między nimi do konfrontacji i to nie konfrontacji między szefem a podwładnym, ale konfrontacji między byłym kochankiem a niedoszłym mężem.
– Muszę ci coś powiedzieć – powiedziała Olga gorączkowo.
W pierwszym momencie Roger zapomniał się i spojrzał na nią ze szczerym zainteresowaniem. Wiedziała, że ta obietnica odrobiny szczerości mimowolnie zwróciła jego uwagę, bo przez cały czas trwania ich związku nie próbował wyłudzić od niej nic więcej.
Była gotowa wyznać mu wszystko, w desperackiej próbie odcięcia się od niewygodnej prawdy o niej samej, którą z taką lekkością objawił jej Dymitr. Jeśli naprawdę czerpała chorą przyjemność z destrukcji, z łamania prawa i odbierania innym wolności, wyjawienie Rogerowi całej prawdy było jedyną drogą, by powstrzymać siebie samą, a przy okazji zrujnować się w oczach ostatniego człowieka, którego zdanie jeszcze trochę ją obchodziło.
Zmrużyła oczy, bo widok płomieni intensyfikował wspomnienia, które skutecznie wyparła, przechowując je na granicy świadomości.
– Pamiętasz nasze pierwsze spotkanie?
Roger kiwnął głową. Była pewna, że to wspomnienie było dla niego warte niemal tyle, co dla niej. Olga nabrała powietrza. Serce biło jej jak szalone, prawie czuła, jak wzrastające ciśnienie rozwala ją od środka. Całą siłą woli zmusiła się do mówienia.
Nie było łatwo znaleźć w sobie odpowiednie słowa opisujące to, co stało się w przeddzień jej ucieczki z Rosji. Starała się być precyzyjna i rzeczowa, ale nawet w jej głowie ta historia brzmiała tak, jakby ją zmyśliła. Do granic możliwości nasiąknięta głupotą i przemocą, jej historia nie pozwalała oddać swojej istoty za pomocą tak prymitywnego środka jak mowa.
Przeszło jej przez myśl, by podzielić się wspomnieniem i pokazać Rogerowi wszystko takim, jakim było w jej pamięci, ale wiedziała, że ubranie tego w słowa jest jedynym sposobem, by Roger nigdy nie zobaczył, w jak opłakanym stanie są jej poszatkowane wspomnienia. Ich widok zmniejszyłby jej wiarygodność.
Bardzo sucho opowiedziała mu, w jakim stanie opuściła bar wraz ze swoim towarzyszem i jak tułali się po mieście, jak co noc szukając przygody, by zabić nudę pijackich nocy, i jak w końcu doszło między nimi do pojedynku. Jak w wyniku niekontrolowanego przepływu mocy wybuchł pożar, nad którym szybko stracili panowanie. Głos lekko łamał się jej, gdy opowiadała, że mugolska straż pożarna i policja były bezsilne. Niechętnie wycisnęła z siebie wyznanie, że w pierwszym odruchu chciała uciekać, ale była zbyt pijana na teleportację. Próbowała zaklęć, nie zważając na obecność mugoli, ale jej żałosne próby nie mogły powstrzymać piekła, które się rozpętało. Nie wdając się w szczegóły, wspomniała jak ogień trawił kolejne domy, jak jej uszy wypełnił nieznośny wrzask i jak w napadzie paniki zaczęła niechlujnie, na oślep modyfikować pamięć wszystkim świadkom i funkcjonariuszom, jak przyniosło jej to ulgę i pozwoliło odzyskać nad sobą panowanie. Jak o liczbie ofiar i zasięgu pożaru dowiedziała się dopiero, kiedy była już bezpieczna w Wielkiej Brytanii.
Roger nie zapytał, dlaczego jeszcze nie wyjawiła mu nazwiska swojego towarzysza, zupełnie jakby akceptował wersję, w której to ona jest inicjatorem wydarzeń, a on tylko dodatkiem, zbyt istotnym, by go pominąć, ale za mało istotnym, by pozwolić mu działać. Olga wiedziała jednak, że gdyby nie było Dymitra, nie byłoby tej historii. Nie potrafiła jednak racjonalnie wyjaśnić komuś, kto nie znał ich relacji, w jaki sposób Mitia potrafił podsycać w niej wszystkie najgorsze żądze i z jakiego powodu mu na to pozwalała.
Fizjologiczne objawy stresu powodowały, że coraz ciężej było jej wydusić z siebie słowa. Miała wrażenie, że sekundy dzielą jej od utraty przytomności. Trzęsące się ręce splotła na kolanach, zanim odważyła się powiedzieć:
– Moim wspólnikiem był Dymitr Szatow.
Odczekała jeszcze sekundę, ale ponieważ z całą pewnością wciąż była boleśnie żywa, falę paniki zmyła fala złości.
Davies spojrzał na Olgę, jakby nic nie usłyszał.
– Zawsze zastanawiałem się, co za sobą zostawiłaś – powiedział Roger, jego ton nie wskazywał na to, że cokolwiek w jej wyznaniu go zaszokowało. – Czułem, że zostawiłaś znęcającego się nad tobą męża albo jakąś traumę z dziećmi, i rozumiałem to.
Zamilkł, wpatrując się w Olgę intensywnie, jakby próbował skleić jego wykreowany obraz z twardymi faktami. Nie wyglądał, jakby zrobił to z łatwością.
– Nigdy o to nie pytałem. Cieszyłem się, że cokolwiek cię zżera, wylizujesz się z tego i zostawiasz wszystko za sobą. Wierzyłem ci, kiedy budziłaś się w moim łóżku i kiedy mówiłaś, że mnie kochasz.
Nie przerywała mu, przypominając sobie te dni, w których czuła się normalnie, w których chcąc zatrzymać przy sobie ostatnią nadzieję na zwyczajne życie, odgrywała skrupulatnie uczucia, których nigdy nie znała i których objawów uczyła się wtórnie, bacznie obserwując zachowania tych, którzy naprawdę ich doświadczyli. Kiedy patrzyła na Rogera, na którego twarzy odbijały się skrajne uczucia, mieszanina rozczarowania, wstrętu i miłości, wiedziała, że odegrała rolę jego Olgi prawie tak dobrze, jakby naprawdę nią była.
– Jesteś zajebistą aktorką – wyznał nagle, idealnie dopełniając jej myśli. Wyrwał się ze swojego patetycznego monologu, uderzony w twarz szczerością za samym sobą. – Mnie łatwo było oszukać, podszedłem do ciebie z sercem na dłoni, ale masz pojęcie, że udało ci się nabrać Adama? Kurwa. Ten facet naprawdę myślał, że z nim zostaniesz.
Nie zgadzała się z tymi słowami. Zawsze uważała, że musiała zostawić Rogera właśnie dlatego, że miał tendencję do emocjonalnego angażowania się, której jej zdaniem nie przejawiał Adam. Prawdziwym centrum świata Blythe’a był on sam i właśnie dlatego był idealnym kandydatem na męża. Olga uważała, że jej relacja z Adamem polegała na tym, że odgrywali swoje role, wiedząc, że to tylko teatr i akceptując to. Byli sobie wzajemnie potrzebni. Tego samego nie można było powiedzieć o relacji z Rogerem. Prawo nie pozwalało mu mieć tylu kobiet, z iloma był głęboko związany i było to jego osobistą tragedią, jednak zdolności do zaangażowania nie sposób było mu odmówić.
W pełni zdawała sobie sprawę z tego, co mu zrobiła, wiedziała jednak, że zostawienie go za sobą było najlepszą decyzją. Mimo to jego słowa były jak szpilki wbijane w jej posiniaczone już przez Dymitra ciało.
– Dymitr nie jest moim mężem, jest moim kuzynem – powiedziała z głęboką satysfakcją.
Powiedziała to tylko dlatego, że chciała zobaczyć wyraz szoku na twarzy Rogera. Wyraźnie wyobrażał sobie, że wie o niej już wszystko, że dostarczony przez chwilą ostatni kawałek układanki stanowił dla niego klucz do jej tajemnicy. Teraz, kiedy powiedziała mu prawdę i kiedy okazało się, że nawet ta prawda nie mogła jej odkupić, ponownie poczuła się beznadziejnie bezsilna. Jedyną ulgę mogło jej przynieść przekonanie, że inni cierpią tak samo.
Nie musiała mu więcej tłumaczyć, nawet Davies nie był takim idiotą, by pomyśleć, że Dymitr, będąc jej kuzynem, nie był jednocześnie jej kochankiem. Można powiedzieć, że nawet mężem, bo czy ich więź różniła się czymkolwiek od zdegenerowanego małżeństwa, poza tym, że ich przysięga małżeńska była jednostronna i miała skutki śmiertelne? Chciała powiedzieć to Rogerowi, udowodnić mu, że życie może być gorsze niż cokolwiek, co podpowiadała mu wyobraźnia, ale zdążyła tylko nabrać powietrza.
– Kurwa, Olga.
Roger ukrył twarz w dłoniach. Olga milczała, gorączkowo zbierając się, żeby ugodzić go jeszcze bardziej. Skoro już tak zapoznawali się z całą prawdą, mogłaby wygarnąć mu, że nieprzypadkowo był pierwszą osobą, którą spotkała po ucieczce z Rosji, że szef Biura Amnezjatorów był dokładnie tym, kogo wtedy potrzebowała, że nawet niecałą dobę po tym, jak przez swoje groźne poszukiwanie wolności podpaliła masę ludzi, była w stanie kalkulować zyski i straty; że jego dobra aparycja była jedynie miłym dodatkiem, a nie warunkiem koniecznym. Istniało jednak spore prawdopodobieństwo, że już to wiedział.
– Mówisz mi to, bo chcesz się pozbyć tego syfu – powiedział gniewnie Roger, nieoczekiwanie patrząc jej prosto w oczy. – Chcesz sobie ulżyć, tak? Nagle łatwo jest powiedzieć, że, kurwa, uciekłaś z kraju, bo kogoś spaliłaś, spanikowałaś i jeszcze się z tego wyłgałaś? Nagle lekiem na wyrzuty sumienia jest pierdolone wyznanie prawdy? I TO TYLE? – zaśmiał się gorzko i pokręcił głową z niedowierzaniem.
– Najlepsze jest to, że mówisz mi to nie dlatego, że zawsze chciałem ci pomóc, ale dlatego, że jestem twoim pierdolonym szefem i w mojej mocy jest cię wywalić dyscyplinarnie za pieprzenie się z Fullerem i manipulacje zaklęciami! Mówisz to mi w nadziei, że będę chciał cię, kurwa, dobić, ukarać, poniżyć publicznie. Przyjęcie kary za ten jeden błąd rozszerzyłabyś wtedy na wszystkie winy, ale wiesz co? NIE MA MOWY.
Patrzyła na niego bez zrozumienia.
– Śledziłeś Fullera? – zapytała, szczerze zdumiona, że okazywał tyle uwagi jej akcjom. Przez chwilę poczuła się lepiej, wiedząc, że wciąż zwracał na nią uwagę.
Davies wciąż patrzył na nią z niedowierzaniem, jakby nie mieściło mu się w głowie, że przykładała uwagę do tego, co najmniej istotne. Wiedziała, że zastanawiał się, jak jej to dosadnie wytłumaczyć, ale widocznie szybko stracił wiarę, że mógłby ją jeszcze czegoś nauczyć i powiedział tylko:
– Śledziłem ciebie.
Zapadła cisza wypełniona obustronnym zażenowaniem. Trwała jednak znacznie krócej, niż życzyłaby sobie Olga, bo Roger wstał, a Olga przestraszyła się, że odejdzie bez pożegnania. On jednak znalazł dla niej ostatnie słowa, które wypowiedział, zanim wyrzucił ją za swojego kominka:
– Wypierdalaj z powrotem do tego Dymitra i chroń dalej jego dupę, bo wygląda na to, że jest ostatnim, kto ci pozostał.
Właśnie wtedy Olga nieoczekiwanie zrozumiała, dlaczego jeszcze żyje.

 

Obliviate 6: radość

Dymitr pojawił się w barze pod koniec października.
Na pierwszy rzut oka w ogóle się nie zmienił. Tacy jak on nigdy się nie starzeli. Ich sylwetka nie nabierała masy, ręce i nogi pozostawały kościste, obciągnięte półprzezroczystą skórą, z wyraźnie zaznaczonymi, niebieskimi żyłami. Miał chyba nieco dłuższe włosy, przez co jego fryzura zupełnie straciła kształt, a czarne kosmyki kręciły się lekko, uciekając we wszystkie strony. Z bliska widać było, że rysy tylko nieznacznie mu się wyostrzyły, a nieliczne, płytkie zmarszczki mimiczne na stałe odciskały na jego twarzy charakterystyczny ironiczny uśmiech. Mimo że golił się na gładko, ciemna broda odznaczała się na skórze w postaci sinego cienia. Zasadniczo wciąż wyglądał, jakby wczoraj skończył siedemnaście lat.
Zauważył ją od razu.
– Wróciłaś – rzucił entuzjastycznie na powitanie, oplatając ją ramieniem i składając mokry pocałunek na jej ustach. Bez pytania rozsiadł się na miejscu obok. Omiótł ją badawczym spojrzeniem, a potem stwierdził fachowo: – Wciąż żyjesz. Niezłe osiągnięcie, co nie, Szatow?
W ciągu ostatnich tygodni Olga przychodziła tutaj i siadając codziennie na tym samym miejscu, nieustannie odgrywała w głowie scenę tego spotkania, dopuszczając całą gamę scenariuszy. Teraz zrozumiała, że najbardziej bała się, że Dymitr nie pojawi się w ogóle, że będzie zmuszona odgrywać ten refren bez końca, aż umrze tu z przepicia, braku snu lub szaleństwa. Nie mogła więc czuć nic poza ulgą. W pewnym sensie jego widok był dla niej wybawieniem.
– Jak życie? – zapytał nagląco.
– Jak widać – odpowiedziała chłodno.
– Musiałem cię trochę pogonić – dodał przepraszająco, przybliżając się nieco, tak że mogła teraz oglądać go z bliska, topiąc się w czarnych oczach. – Zaczynałaś zapuszczać korzenie.
Nawet jej to nie obeszło.
Początkowo myślała, że to naprawdę paranoja – nawet Adam, który okazywał jej najwięcej zrozumienia z racji miejsca, jakie zajmowała w jego życiu, nie uważał, by strach przed ogniem mógł być tak silny, by nie być zdolną do kasowania pamięci ofiarom większych pożarów. Z czasem jednak uznał to za niegroźną przypadłość, coś jak alergię na kurz. Olga jednak nie mogła się uspokoić – te drobne incydenty rozpoczęły się zbyt nagle, zwieńczone wybuchem Szatańskiej Pożogi w czerwcu. Kiedy Adam albo Paige wspominali o jakimkolwiek pożarze, Olgę ogarniała panika, która jak trucizna rozlewała się po całym jej ciele, paraliżując jej ruchy. Kiedy tylko zobaczyła Dymitra, zadowolonego, jakby właśnie udało mu się wyciągnąć mysz z nory tylko po to, by za chwilę zatrzasnąć ją w pułapce, nie miała już żadnych wątpliwości. Właściwie mógł się nie odzywać. Powiedział już wszystko, podpalając mieszkanie Adama.
Wpatrywała się w swojego oprawcę pustymi oczyma; taka już była rola myszy.
– Zdradziłam cię na milion sposobów – powiedziała mu jadowicie w twarz. Nawet by nie mrugnął, gdyby na niego napluła.
Uśmiechnął się tylko, jakby z grzeczności chwalił ją za odrobienie pracy domowej.
– Ale nigdy nie powiedziałaś policji, co naprawdę się stało – zauważył. Czekał na jej reakcję z sadystyczną przyjemnością wypisaną na twarzy. Pożerał ją wzrokiem.
Olga prychnęła.
Myślała o tym wcześniej setki razy – naprawdę uważał, że nie brała tego pod uwagę? Podejrzewała, że naprawdę uważał, że tamtej nocy pokazał jej jakiś swój sekret, odsłonił słabość, w pewnym sensie naraził się, pokazując jej, co go napędza. Czy wyjawienie tego komuś byłoby zdradą? Wałkowała ten temat bezustannie, ostatecznie zawsze wybierając milczenie. Gdyby powiedziała prawdę, to ona byłaby skończona – w żadnym razie nie milczała, by go chronić, chroniła tylko swoją ostatnią drogę do normalnego życia.
Zupełnie jakby taki powrót był jeszcze możliwy.
– To by mnie zabiło? – zapytała obojętnie.
Było to jedno z pytań, które najczęściej sobie zadawała. Czy to mnie zabije? Z czasem odpowiedzi „tak” i „nie” przestały się od siebie różnić –„tak, umrę” wydawało się identyczne z „nie, przeżyję”, bo w pewnym sensie dawno czuła się martwa.
– Nie – odpowiedział jej natychmiast. – Bez znaczenia, dopóki wciąż chciałaś do mnie wrócić. Czy to nie jest prawdziwa lojalność?
Nazwałaby to raczej prawdziwym szaleństwem.
Wypili jeszcze kilka drinków, zanim przenieśli się do jego zapyziałej kawalerki.
Uprawiali seks na blacie we wnęce kuchennej – był to najwygodniejszy punkt najbliższy drzwi, wybrany starannie podczas wszystkich wcześniejszych razów. Tyłek Olgi wpasował się idealnie pomiędzy puste kieliszki do wódki i porozrzucane fiolki po eliksirach. Nie dała się rozproszyć przez nieprzyjemne uczucie na gołej skórze, gdy przykleiła się do plamy zaschniętego wina, bo to było jak powrót do domu – niezbyt ekscytujące, ale rozluźniające, zaspokajające podstawową tęsknotę. Znali swoje ciała zbyt dobrze, by mogła wystąpić jakąkolwiek niezręczność, ta idealna synchronizacja dążyła prosto do celu. Zawsze wydawało jej się dziwne, że ktoś tak niestabilny, niepogodzony z samym sobą potrafił wygenerować poczucie absolutnej harmonii.
Po wszystkim przenieśli się do łóżka i Dymitr natychmiast zasnął, a Olga przez kilka godzin leżała, rozczochrana, naga, wplątana w jego ciało i zmiętą pościel tak, jak ją zostawił, i napawała się poczuciem idealnej pustki. Pustka była znacznie lepsza niż to, co odczuwała w ostatnich tygodniach – narastający lęk, stopniowo ogarniający ją obłęd. Nie potrafiła sobie wyobrazić, co stałoby się z nią, gdyby miała tak żyć przez kolejne tygodnie, świadoma nadchodzącego wybuchu.
Poruszyła kilkakrotnie biodrami, próbując pobudzić Mitię, ale ten spał jak kamień.
Przewróciła się na plecy i zapaliła papierosa, którego końcówka była jedynym jasnym punktem w pomieszczeniu.
Gdyby miała być ze sobą zupełnie szczera, musiałaby przyznać, że oczekiwała jednak czegoś więcej. Nie pamiętała już, jak to było za pierwszym razem. Ku jej zdziwieniu, ze znajomości z Mitią pamiętała więcej z pocałunków niż z pieprzenia; pewnie dlatego, że była wtedy prawdziwie naiwna, że czuła, że znalazła swoje idealne dopełnienie, do którego ciągnęła ją jakaś niewyobrażalna siła, pierwotna i niemożliwa do przezwyciężenia. Wydawało jej się, że nawet jeśli wiedziałaby, że to uczucie ją zgubi, dałaby się zniszczyć jeszcze raz i tak bez końca.
Wtedy myślała, że to jakieś absolutne spełnienie, że do tego punktu dąży każdy człowiek, że desperackie pragnienie utrzymania się w tym najwyższym punkcie to cały sens życia.
Nic dziwnego, że tak bała się to stracić.
Nic dziwnego, że to, co przyszło później, tak nią wstrząsnęło.
Czy w całym świecie ktoś poza nią przeżył coś takiego? Uwielbiała zadawać sobie to pytanie, gdy tylko ogarniał ją żal za straconą duszą. Wracała do tej chwili za każdym razem, gdy tłuści mężczyźni leżeli na niej, poruszając się leniwie. Miała jedno wspomnienie, które było jak pstryczek w jej mózgu, aktywujący podniecenie i doprowadzający ją na szczyt; działo się tak w pewnym oderwaniu od tego, jak reagowało jej ciało.
Czy w całym świecie ktoś poza nią przeżył coś takiego? Kiedy uciekła od Dymitra, czuła tylko bezdenną beznadzieję. Uciekła do Anglii, zastanawiając się, czy ma to jakikolwiek sens, a śmierć była jedynym, czego pragnęła. Nigdy nie powiedziała Rogerowi, że kiedy przespała się z nim po raz pierwszy, była absolutnie przekonana, że każdy kolejny, głośniejszy oddech będzie jej ostatnim. Wtedy jeszcze rządziło nią przekonanie, że taka prosta zdrada od razu ją zabije, ale kiedy tak się nie stało, brnięcie w to dalej, pozwalanie sobie na coraz więcej w tej szalonej fantazji na temat samobójstwa, zaczęło sprawiać jej masochistyczną przyjemność. Za tym pierwszym razem doszłaby nawet, gdyby Roger dotknął ją tylko raz.
To rzecz jasna szalenie wysoko postawiło poprzeczkę poszukiwania czegoś, co zapewniłoby choćby podobny poziom adrenaliny, daleko przekraczając przy tym granice tego, co kiedyś uważała za moralne. Choć szukała wiele lat, nigdy nie poczuła już niczego podobnego.
To, że przeżyła, rodziło kolejne pytania. Może przysięga była pijacką halucynacją, a może to, że nigdy nie wypowiedziała jej na głos, blokowało jej egzekucję?
Była to idiotyczna nadzieja, która dusiła sama siebie.
Kiedy w chwilach spędzonych z Rogerem czuła, że serce jej topnieje, że na widok jego gęstych rzęs albo orlego nosa zaczęła czuć coś prawdziwego, przychodziła jej na ratunek przeciwwaga, która była wystarczającą i prawdziwą odpowiedzią. Rozsądek podpowiadał milion powodów, dla których Roger zasługiwał na bycie tylko zabawką, a cisnący wnętrzności instynkt przetrwania zabijał każdą myśl naznaczoną czułością. To było jak sztucznie wykreowany wyrzut sumienia. Może właśnie na taki zasługiwała, skoro w naturze żadnego nie wykształciła.
Zapomniana końcówka żarzącego się papierosa spadła na skórę Olgi, przywracając ją do rzeczywistości. Syknęła głośno i odskoczyła, zrzucając z siebie popiół i z przerażeniem patrząc na czerwony ślad poniżej jej obojczyka, który był widoczny nawet w gęstej ciemności.
Dymitr przebudził się, zbliżył nos do jej ucha i powiedział cicho zaspanym głosem:
– Czegoś mi jednak brakuje.
Olga zamarła, niepewna, co może się wydarzyć. Mitia nie znosił, gdy czegoś mu brakowało. Dzięki temu tak długo, jak długo Olga zaspokajała wszystkie jego zachcianki, była bezpieczna i mogła trwać w swojej pustce.
– Chciałbym, żebyś powiedziała to głośno – wyjaśnił.
Olga wciąż milczała, bojąc się poruszyć.
– Żebyś się przyznała, że to ci się naprawdę podobało. Że nie powiedziałaś nikomu nie przez jakąś durną przysięgę, nawet nie żeby mnie chronić, ale dlatego, że naprawdę cię to jarało. Piękne były te płomienie, no nie, Szatow? Wzbijające się wysoko, dzikie, niepokonane… Wiesz, czym jest dobra zabawa. Powiedz to.
W Oldze wezbrała się odraza, niepodobna do niechęci, którą czuła wobec Dymitra czy Adama, wobec wszystkich swoich przypadkowych kochanków – był do głęboki wstręt do siebie samej, jakiego nie poczuła nigdy wcześniej.
Nie odpowiedziała. Odwróciła się w stronę Dymitra i pocałowała go gwałtownie. Dymitr uznał to za wystarczającą zachętę i wszedł w nią niecierpliwie. Było boleśnie; szybkimi ruchami wbijał się w nią głęboko, próbując ją rozerwać.

 

Obliviate 5: smutek

Olga przetarła twarz dłońmi, wpatrując się tępo w kieliszek. Niespecjalnie pamiętała, jak w ogóle się tu dostała, gdzie sypiała, czy miała przy sobie portfel, kiedy ostatnio jadła i czy myła włosy albo zęby – było jej to zupełnie obojętne tak długo, jak długo utrzymywała w żyłach odpowiednie stężenie alkoholu.
Bez namysłu sięgnęła po kolejną porcję wódki. Siła pędu, z jaką uniosła kieliszek, żeby wlać sobie do gardła uzdrawiającą ciecz, spowodowała, że zachwiała się na wysokim stołku.
Jej wzrok mimowolnie padł na lustro za barem. Między butelkami dostrzegła odbicie, w którym z trudem rozpoznała swoją własną twarz. Odbicie zmrużyło oczy co najmniej dwie sekundy po tym, jak zrobiła to Olga, jednak nawet wówczas nie udało mu się skupić wzroku ani utrzymać ostrości w jednym punkcie. Olga zaśmiała się sobie w twarz i uniosła kolejny kieliszek na znak toastu. Niema, żałosna towarzyszka z naprzeciwka poszła w jej ślady.
Grupka podejrzanych typów pokazywała sobie Olgę palcami, a ona chciała ich zganić, zagrozić im, może nawet ich zmiażdżyć – Olga, która potrafiła to wszystko, pozostała jednak w Wielkiej Brytanii. Olga, która przekroczyła granicę Rosji, do której obiecała sobie przenigdy nie wracać, była całkowicie bezsilna wobec ludzi, którzy ją wyśmiewali.
Mogła co najwyżej na nich krzyknąć, jednak dźwięk, który wydobył się z jej gardła, okazał się cichym chrząknięciem. Czuła przemożną chęć wyplucia na blat flegmy, która zalegała w jej ciele, ale na samą myśl o śliskim, zielonym roztworze, który wypełniał ją po brzegi, poczuła mdłości.
Podparła ciężką głowę ręką, a jej łokieć zahaczył o rząd kieliszków i sto albo dwieście mililitrów wódki powoli rozlało się na blacie, leniwie wypuszczając ruchome odnóża w stronę Olgi. W końcu dotarły do brzegu blatu i zimna struga alkoholu rozbiła się o jej prochowiec.
Zniosła to, z wyższością ignorując mokrą plamę. Zamknęła oczy, dając ukojenie ciężkim powiekom i zmęczonym oczom, którym szkodziła każda ilość światła.
Barman podszedł najpierw do Dymitra, któremu polał to, co zawsze, klepiąc go po ramieniu. Wymienili kilka słów, których Olga nie dosłyszała, choć zajęta była obserwowaniem tej sceny z drugiego końca lady barowej. Ani Dymitr, ani barman zdawali się jej nie zauważać. Powoli sączyła swoją wódkę z sokiem pomarańczowym zastanawiając się, co właściwie myślała sobie, przychodząc do tej speluny w piątek wieczorem, w dodatku zupełnie sama.
Dymitr wprawionym gestem wychylił szklankę swojego trunku i zupełnie nieoczekiwanie, zanim jeszcze Olga zdążyła odwrócić wzrok, wstał i podszedł w jej stronę. Czuła się, jakby ktoś ją spetryfikował, nie mogła ruszyć się o milimetr.
Przysunął sobie stołek i usiadł niemożliwie blisko niej.
Pochylił się nad nią, a ona poczuła jego ciepły, alkoholowy oddech na swojej szyi.
Wciągnęła powoli powietrze.
– Co jest, Szatow? – zapytał beztrosko, z wyraźną przyjemnością mówiąc jej po nazwisku, które w jego ustach brzmiało jak przekleństwo. Nie zadał sobie trudu, żeby patrzeć jej w twarz. Pstryknął na kelnera, co zainicjowało powtórkę sceny z nalewaniem trunku z tą różnicą, że tym razem barman ją zauważył, zmierzył oceniającym wzrokiem i uśmiechnął się krzywo, a potem nalał jej to samo. – Chciałaś się zabawić?
Miał drażniący, ochrypły od picia i papierosów głos.
Olga czasami zastanawiała się, czy rzucał swoimi prostackimi uwagami na oślep, czy może niepostrzeżenie czytał jej w myślach, zanim je formułował, by móc dręczyć ją jeszcze dotkliwiej. Chociaż z ich dwojga to ona naprawdę znała się na legilimencji, nigdy nie miała odwagi tego sprawdzić.
– Coś w tym stylu – powiedziała obojętnie, nieoczekiwanie odzyskując głos. Podniosła rękę i podtrzymała jego brodę wyżej, kierowana uzasadnioną obawą, że jeszcze chwila, a jego twarz wylądowałaby w jej dekolcie.
W odpowiedzi wyprostował się, uśmiechnął się drwiąco i objął ją w pasie. Olgę przeszył dreszcz, tym silniejszy, że desperacko powstrzymywany. Dymitr zignorował go, odgarnął z czoła swoją czarną czuprynę, a potem sięgnął po swoją szklankę, drugą podając Oldze.
– W takim razie zróbmy to – zadecydował za nich dwoje.
Trzy godziny później niemal leżeli na blacie.
Morze alkoholu spowodowało, że Olga śmiała się histerycznie, wpatrując się w Dymitra. Byli tak blisko siebie, że niemal stykali się nosami. Mówiła mu rzeczy, które zalegały na samym dnie jej podświadomości. Bez cienia zażenowania, bez żadnej kontroli i bez najmniejszej obawy przed konsekwencjami. Miała wrażenie, że przez tych parę godzin zdążyła zarazić się od niego jakąś nieznaną, egzotyczną chorobą, która teraz powodowała, że wszystko ją paliło, ale też że czuła się żywa jak nigdy wcześniej.
– Zawsze… – wyznała z trudem, cedząc słowa, które nie chciały wychodzić z niej w normalnym tempie, hamowane przez alkohol. – Zawsze kojarzyłeś mi się z wolnością.
Dymitr prychnął jej w twarz i zaśmiał się krótko.
– Ty zawsze byłaś dla mnie nudziarą – powiedział po prostu.
Nie protestowała i nie oburzała się. Gdyby nie była nudziarą, nigdy nie ciągnęłaby w jego stronę. Właśnie fakt, że uosabiał wszystko to, czego sama nie mogła w sobie wykrzesać, tworzył tę niezrozumiałą chemię. Znała go, od kiedy się urodził. Przez lata obserwowała go z boku, zafascynowana jego niedojrzałością, niezdolnością do zaangażowania, skłonnością do podważania każdej zasady i – choć jego gwałtowny i bezsensowny bunt prowadził jedynie do autodestrukcji – zazdrościła mu go z całego serca.
– Powiem ci coś – obiecał, pokazując jej, żeby przysunęła się bliżej. Zrobiła to, jakby przyciągana magnesem. Pocałował ją mocno, zabierając jej oddech. Olga na chwilę się zamknęła, by po kilkunastu sekundach wybuchnąć mu w twarz śmiechem.
– Mówię poważnie – powiedział poważnie.
Olga cała była znakiem zapytania.
– Mój sekret– powiedział. – Jeśli tylko obiecasz, że nigdy mnie nie zdradzisz.
Zaśmiała się. Obiecać to było tak łatwo, jak oddychać.
– Obiecuję, że nigdy cię nie zdradzę – odpowiedziała gorliwie, nieco brzydząc się swojego służalczego tonu. Czuła, że ciekawość wypełnia ją po brzegi, że zrobiłaby w tym momencie wszystko, by tylko ją zaspokoić.
Pokręcił głową i wrócił do swojego drwiącego uśmiechu.
– Myślałaś, że uwierzę ci na słowo?
Z trudem podniósł głowę i wyciągnął różdżkę z tylnej kieszeni spodni. Zachwiał się na stołku, jednak wprawa pozwoliła mu szybko odzyskać równowagę.
Nie od razu zrozumiała, co miał na myśli, a kiedy w końcu to do niej dotarło, w jej głowie nie włączył się żaden alarm. Wspaniale było nie słyszeć w głowie natrętnego głosu rozsądku – czyżby dotarła do granicy, za którą nic już nie było przeszkodą?
Ich gwarantem był barman, którego nie obchodziło zupełnie, że dwoje zalanych w trupa ludzi związuje się na śmierć i życie przysięgą, której nawet nie wypowiedzieli na głos. Nie obchodziło go to tak długo, jak długo zarzekali się, że wyjdą natychmiast po tym, jak przypieczętuje im Wieczystą.
Światło z różdżki, które splatało ich dłonie było tak jasne, że Olga mimowolnie przymknęła powieki, aby nie wypaliło jej oczu.
Ocknęła się gwałtownie.
Podniosła obolałą głowę, czując już nie tylko mdłości, lecz także silny ból wewnątrz czaszki, po którym rozpoznała, że musiała uderzyć głową w ladę. Kątem oka widziała, jak zbliża się barman. Ostrożnie postawiła nogi na ziemi, starając się ignorować silne zawroty głowy. Wytarła mokre ręce w mokry płaszcz.
Barman chwycił ją za rękaw i spojrzał na nią groźnie.
– Odwal się – powiedziała mu z serca tym samym zachrypniętym głosem, którego używała wcześniej w beznadziejnej próbie dania nauczki menelom.
– Vladimir cię odwiezie.
Spojrzała na barmana z nienawiścią. Po tylu latach nie potrafiła przypomnieć sobie, czy to właśnie on był gwarantem, gdy w tym właśnie barze nieodwracalnie zniszczyła sobie życie. Właściwie nie miała nawet pewności, czy był to dokładnie ten sam bar, wszystkie one wyglądały tak samo – zresztą, jakie znaczenie miały te drobne szczegóły?
Żadnego, gdy pamięć zawodziła ją nawet w kwestii odpowiedzi na najważniejsze pytanie.
– Nie potrzebuje twojej litości.
Wyrwała się, z całych sił usiłując się nie zatoczyć.
– Chcę rozmawiać z Mitią – rzuciła na odchodne. – Sprowadź go.
Nie mogła poczekać na odpowiedź. Odległość dzielącą ją od drzwi przebyła jak najszybciej, całą siłą woli skupiając się na tym, by nie zawadzić o żaden stolik. Wypadła z baru z pełnym impetem i tuż za progiem zwymiotowała soczyście w chłodną noc.
Pytanie, przed którym uciekała przez całą Europę, wróciło z pełną mocą, gdy tylko otrzeźwiała, znów w pełni zdolne do tego, by doprowadzić ją do szaleństwa. Jakie były dokładne słowa przysięgi, którą wypowiedziała tamtej nocy?
Nie pamiętała; wiedziała, że prędzej umrze, niż je sobie przypomni.