03: Wokół pani Arbanddel

To było jak znalezienie się w zbyt ciasnym korytarzu, do którego zagonieni płonnymi ambicjami staramy się zatkać uszy na wszystko, czego słuchanie już dawno nas znużyło, i jak dziecko zapominające o obowiązkach, które narzucili mu rodzice lub guwernantka, szukamy tej krainy znanej z mieniących się ciepłem i złotem popołudni, gdy wymagano jeszcze od nas ledwie tyle, by – po zaspokojeniu żądań czasu nieubłaganie przydającego nam lat – starczyło nam sił na konsolidację wspomnień i doświadczeń w jedną, ciągłą linię.
Zrobiło jej się ciemno przed oczami, choć nie pamiętała, by je zamykała, klatkę piersiową ścisnął zaś ciężar znany chyba tylko z chwil, kiedy prawdziwie cierpiała; nie, Jemima, zdecydowanie nie zostanie fanką teleportacji. Tylko w dłoniach wciąż czuła przyjemną miękkość, czy szata Severusa miała domieszkę jedwabiu? układała się tak delikatnie i plastycznie wokół ciała, które wcale takie nie było, bo to ciało było zimne jak próżnia i równie niegościnne dla dotyku obcego, im bliżej go, tym trudniej przychodziło Jemimie wyzbyć się przekonania, że Severus nie istnieje w wymiarze wspólnym wszystkim ludziom, ale porusza się w swoim własnym, zamkniętym dla zmysłów osób postronnych. Z uporem śmiertelnie chorego, który wie już o swojej chorobie i przeczuwa zbliżający się koniec, ale broni się z całych sił przed porzuceniem nadziei, choćby tylko dlatego, że przykro mu rozstawać się z przyjemnostkami życia, ściskała szatę Severusa, jak dawniej ściskała sukienkę Luny, i wiedziała, że jeśli tym razem puści, to rozpadnie się na tysiąc małych kawałeczków, z których każdy będzie niezdolny do samodzielnego życia tak samo, jak Jemima w dniu, w którym opuścił je Rosier. I od tamtej pory były już tylko Arbanddel, choćby tysiąc razy temu przeczyły, i tysiąc razy prosiły Evana o litość, bo przecież Rosier chciał je tylko na chwilkę, dopóki nie stały się zbyt realne, wtedy ich masa absolutna stała się nie do zniesienia, gniotła go, uwierała i nieznośnie ciążyła na barkach, aż wreszcie wrzucił je tam, gdzie ludzie w swoim mniemaniu ważni składują tych nic nie znaczących; Jemima podejrzewała, że Snape też ma takie miejsce, ale w przeciwieństwie do Rosiera ma jeszcze drugie, to, dokąd wysyła się kogoś za przewinienia miłości, by rozkoszować się jego wieczną obecnością.
– Jesteśmy już na Pokątnej, Rosier – usłyszała jednostajny, matowy głos Snape’a.
Jednakże nie informował jej przecież o tym, gdzie się znajdują, by wiedziała, a jedynie po to, aby wreszcie puściła jego szatę, zwracając mu tym samym wolność, której – jak pływak, który chcąc uratować tonącego, musi wpierw wyzwolić się z jego rozpaczliwych objęć – tak desperacko potrzebował. Zamiast szaty Severusa, jej palce oplotły teraz zamsz torebki, wtapiając w nią swe miękkie czubki niby stołowe nożyki, które choć dobre są do smarowania grzanki masłem, nie są wystarczająco ostre, by nabić na nie kawałek soczystej polędwicy i nie pozwolić mu obsunąć się na talerz. Środek ciężkości Jemimy, wzorem wahadła w zegarze, przelatywał z jednej strony na drugą, a ona sama nie znajdywała oparcia we własnych mięśniach i ścięgnach nie tyle z powodu niedawnej aportacji – która jak doprowadzenie wody do temperatury wrzenia wprowadza zamęt do układu pozostającego dotąd w równowadze – co wskutek poruszenia, które wywołała w niej sprzeczka na błoniach. I napełniła ją ta kłótnia dawno nie odczuwaną obawą, że krew Rosiera nie jest wystarczająco dobra, wszak gdy przyszło mu opuścić piedestał niedostępnego awangardzisty – do czego nie zmusiły go przecież żadne okoliczności, a o czym, świadomy własnych niedociągnięć, zadecydował, chcąc wyzwolić się z łańcuchów zarzuconych na takich jak on: młodych i sytuowanych – zmieszała się z rzeczywistością, rozrzedzającym tym samym swój gęsty, konkretny, charakter, by odtąd płynąć w żyłach i tętnicach Rosiera bardziej namacalnego, tego tak bliskiego sercu Jemimy, a tak odległego sercu Severusa, który kochał tylko to, co abstrakcyjnie piękne. Jak wszyscy młodzi Jemima nie mogła mieć żalu o tę słabostkę Rosiera, który zawsze wiedział czego chce, i być może to właśnie go zgubiło, ten brak wątpliwości, które innych chroniły przed tragedią, a doprowadziły do jego własnej, bo gdy ujrzał już, że dąży ku nieskończonej, zabrakło w nim tchórzostwa, by zawrócić. Jemima zachłystywała się życiem podarowanym jej przez Rosiera – w jednej z tych chwil, gdzie liczył się on jeszcze z siłami inercji niosącymi nas nieraz w niespodziewanych kierunkach, gdy wsłuchujemy się zbytnio w to, co podpowiadają nam emocje – i powodu docinek Snape’a odnośnie krwi Rosiera upatrywała właśnie w tym żalu, że Rosier przekroczył samego siebie, zostawiając Snape’a jego własnej beznadziejności.
– Rosier, rusz się, na litość boską.
Jak gdyby pod wpływem silnego eliksiru znieczulającego Jemima parsknęła śmiechem. Ledwie udało jej się utrzymać wątłą jaźń po właściwej stronie kurtyny świadomości, gdy uważność wydała się nagle taka nudna bądź pod wpływem oziębłej niedostępności Snape’a, bądź trącającego ją ramienia, nie pierwszego i nie ostatniego, wszak ulicę Pokątną zaliczyć należy do najbardziej ruchliwych właśnie sobotnim popołudniem, gdy czarodzieje – uzbierawszy z codziennych sprawunków piramidkę – ruszają rozliczyć się ze swymi tygodniowymi zaniedbaniami. Niektórzy, w chwili zetknięcia się ich ciał z ciałem Jemimy, rozciągali jej rzeczywistość także na siebie, wkraczając do jej świata z impertynenckim „Uważaj, jak leziesz” albo też i aksamitnym „Przepraszam”, a wszystko po to, by móc udać, że i oni przynależą do świata pięknej młodości, który część z nich opuściła wieki temu; lecz marzyli o nim bez nadziei i bez celu, tak jak marzył Nicolas Flammel czy Lord Voldemort.
– Pomóż mi. Zgodziłeś się zostać moim przyjacielem dosłownie minuty temu – zauważyła zadziwiająco przytomnie.
Nie mogła przestać się uśmiechać, tak jak uśmiecha się dziecko: mobilizując nieomal każde pasmo cieniutkich mięśni we wspólnym wysiłku okazania naturalnej reakcji, podkoloryzowanej nieco fanaberią czy preferencjami wobec określonej osoby.
– Nie muszę się przed tobą tłumaczyć, jeśli jesteś zbyt g ł u p i a, by zrozumieć, że n i e ma przyjaźni między nauczycielem a uczniem – uciął prędko nauczyciel eliksirów, chwytając Jemimę za łokieć, a gest ten miał w sobie tyle stanowczości, że nie potrafiła mu się nie poddać, choć cała krzyczała w środku, żeby ją puścił, mimo że sekundę temu poprosiła o wsparcie jego silnych dłoni, że Severus ma zimne palce, że ona nie chce, że nie pójdzie… Ze zdumieniem skonstatowała, że jednak idzie, że daje mu się prowadzić, a jego dłonie wcale nie są zimne, to po prostu ona jest zgrzana; że obejmują ją jak cęgi i może im się powierzyć, bo gdyby chciał, to uniósłby ją całą za ten łokieć, jak gdyby nie ważyła więcej niż pióro feniksa.
– Nie możesz mnie znieważać, kiedy ci się podoba…
Jej głos stracił dawną pogardliwą nutę, a tylko rysy twarzy wciąż zdradzały nieudolne zdziwienie. Jemimie zdało się, że nie ona jedna grała, i nie ona jedna przygotowywała obronę, długo zanim miał nastąpić atak. Oskarżeniom o pretensjonalność zachowania najlepiej wszak przeciwstawić ich uniwersalny charakter. Usłyszała, jak pada pytanie, będące jednocześnie samo dla siebie odpowiedzią, usłyszała, jak jego twarda skorupka uderza o bruk i pęka, odsłaniając słodkie wnętrze nieskończonych możliwości.
– Kto powiedział, że nie mogę? – zadzwoniło cicho, ale paraliżująco wyraźnie w jej uszach.
–  Widzisz? Dlatego właśnie nikt cię nie lubi! Jesteś wredny, nadęty i… i… nieznośny!
Prawie uderzyła o jego plecy, gdy nieoczekiwanie puścił jej łokieć i stanął w miejscu. Założyła włosy za ucho, znów wolna i pozostawiona sama sobie, by wedle uznania korzystać z uroków danych jej przez łaskawą naturę.
– Za szybko chodzisz – zwierzyła się zakłopotana przestrzeni obok Snape’a, by po chwili spojrzeć nauczycielowi w oczy z dawnym buntem.
– Powinienem był cię uderzyć, kiedy mogłem – wyznał szczerze, lecz odrobinę za ostro, by dała się przekonać, że naprawdę by to zrobił. Gdzieś głęboko w Severusie skrywał się prawdziwy talent aktorski. – Teraz już za późno. Okazuje się, że mam więcej wad niż zalet, bardzo mi przykro, panno Rosier.
– To gdzie idziemy, huh?
Czuła, że radzi sobie coraz gorzej; wyciągnęła z torebki papierosa i wetknęła go między pełne wargi.
– Jest kategorycznie zakazane… – zaczął Snape.
– W i e m, nie jestem głupia. Po prostu nie obchodzi mnie zakaz.
– Minus pięćdziesiąt…
– Przestań z tymi punktami, to naprawdę denerwujące! – Mówiła głośno, przerysowując każde słowo, i patrząc, jak odrywa się od jej ust i przykleja do twarzy Snape’a jak guma balonowa.
– Chcesz zrobić z tego sto? No dalej – pomyślała, lecz była to myśl z zewnątrz, i już wiedziała, kto jest jej winien, i komu przyjdzie odpowiedzieć za użycie legilimencji wobec uczennicy. Z drugiej strony oszukiwałaby samą siebie, gdyby nie przyznała przed sobą, że imponuje jej tak wysoki poziom wiedzy i umiejętności, a zarazem jadowitość języka Severusa Snape’a.
Tylko ulica wciąż pozostawała niema na ich sprzeczkę. Sztyletowali się spojrzeniami jeszcze chwilę, a krzyki ludzi i tupot podeszew opływały ich jak niewidzialne fale. Jeśli Severus odpychał od siebie wszelkie zainteresowanie i empatię oleistymi włosami i sterylną czernią szaty, to Jemima tworzyła wokół siebie barwną ramę, w której zamykał się urok jej sylwetki i pewna nieodgadnioność charakteru, tak kusząca dla wielu mężczyzn, niby trzon stałej ekspozycji w muzeum, do którego przywykliśmy chodzić, ale niepewni zamysłu artysty, przynosimy doń owego dnia własne nastroje i uczucia, by nimi domalować własną interpretację. I staliby tak całą wieczność, bo przecież w tej statecznej mściwości spełniali się obydwoje, pozwalając rozkwitnąć w całej okazałości udręce swoich krótkich żywotów, gdyby Jemima na złość nauczycielowi nie zapaliła jednak papierosa.
– Och, mam tego dosyć. Chodźmy. Tam sprzedają lody.
Lecz lody nie zdołały przekonać czarnej duszy Severusa, i jak wcześniej z siłą i stanowczością, tak teraz z pewną dozą rezygnacji, znów schwycił Jemimę za łokieć, by skierować jej kroki do apteki Mulpeppera, gdzie miał nadzieję szybko zakończyć szlaban. Przy okazji obiecał sobie w duchu nie nakładać na Jemimę kolejnych, jeśli komukolwiek uda się z niej zrobić czarodziejkę, to nie jemu, on definitywnie umywa od tego ręce. Może nawet pora zawiadomić Trzmiela. Snape poczuł nagle ogromne zmęczenie. Czyżby otarł się o wypalenie zawodowe?
Mulpepper przywitał go wylewnie, jak zwykle mówiąc za dużo, i kaszląc za dużo, a we wnętrzu unosił się zapach ziół: piołunu, tojadu, rokitnika, z delikatną sugestią świeżych cytryn, który miał zapewne maskować przebijający aromat tabaki. I już Snape otwierał usta, by wydać Jemimie polecenie, a zarazem uwolnić się od przymusu prowadzenia jej szlabanu, lecz z ciekawości Mulpeppera wypełzło na świat pytanie o eliksir paraliżujący zmysły i jego możliwe zastosowanie w magomedycynie, a także prawa do dystrybucji i sprzedaży, i Snape wiedział już, że jeśli nie zabije tematu w zarodku, wizyta w aptece Mulpeppera zajmie im całe popołudnie, bo któż inny mógł odpowiedzieć na te pytania, jak sam twórca eliksiru.
– Panie Mulpepper – zaczął, sycząc raczej niezbyt życzliwie. – Ta młoda panna chciałaby zakupić trzystugramowy słoik skrzydeł nietoperza. Nie pozwólmy jej dłużej czekać.
Jemima wyłożyła na apteczną ladę dziesięć sykli i kilka knutów, i układała z nich fantazyjne wzory, dopóki pochłonięty historiami o własnej przedsiębiorczości Mulpepper nie podał jej wreszcie ceny.
– To za te, które zmarnowałaś – usłyszała od Snape’a. – Weźmiemy jeszcze cztery śledziony nietoperza – zwrócił się znów do aptekarza. – Może tym razem panna Rosier uwarzy poprawnie eliksir rozdymający.
Ale Jemima nie chciała już warzyć eliksiru rozdymającego. Chciała przygotować eliksir paraliżujący zmysły. Nie spuszczała wzroku ze srebrnawej zawartości fiolki, którą zachwycał się Mulpepper – jak poinformował, była to próbka, którą otrzymał od Towarzystwa Alchemików.
– Panie Snape, to najprawdziwszy dar, że pana mamy… – nawijał w nieskończoność ten apteczny bubek, a Snape pochmurniał z minuty na minutę coraz bardziej i bardziej; Jemima spodziewała się zaraz opadu gradu i intensywnego wiatru, powietrze lekko się zjonizowało. Chwyciła papierową torbę z zakupionymi ingredientami.
– Wychodzimy.
Jego dłoń była duża, spocona i chłodna, dokładnie taka, jakiej się spodziewała. Gdy wyprowadziła ich na uliczkę, dokąd wychodziły tylne drzwi sklepików, apteki i księgarń, szybko go puściła.
– Słuchaj, wiem, że nie chcesz tego słyszeć ode mnie, ale… Rosier byłby dumny. Może nie używasz swojej magii do zabijania ludzi, ale jesteś cwany, Snape. Zatrzęsiesz kiedyś światem.
Jak pisarz, czytający na głos swoje dzieło, życzyła sobie zobaczyć w Severusie oddanego słuchacza, lecz napotkała jedynie pustkę jego oczu, paraliżującą i niemą, i tak beznadziejnie spokojną, że nie zapragnęła już mącić jej żadną zbędną uwagą, bo ta pustka mówiła jej więcej o Snapie niż sam potrafił o sobie opowiedzieć.

03: Wokół pani Arbanddel

Gilbert 10

Rozliczenie emocjonalne przyszło w marcu, miesiącu, którego nienawidziłem nie ze względu na jego nijakie i nic nie znaczące położenie w kalendarzu – nie poprzedzał go wszak ani miesiąc ważny, ani też nie następował po nim świeżo zielony oddech wiosny, wyzwalający powiew narodowego święta, czy nawet radość czegoś tak przyziemnego, jak urodziny bliskiej osoby – co powtarzalność dni upływających w ponurym przygnębieniu. Dni te wypełniałem melancholijnym, pozbawionym celowości snuciem się z kąta w kąt, aby choć przez jedną chwilkę zająć czymś chętne, ale chore ciało, bo chore trawiącą mnie umysłową chorobą. Tak więc w marcu nadszedł czas emocjonalnego rozliczenia ze wszystkich drobnych miłostek, których dopuściłem się przez ostatnie miesiące, ale i z większych miłości – tych, których teraz boleśnie żałowałem, i żadnej nie mogłem się pozbyć, ale też nie dane mi było jej zachować; takie rzeczy zwyczajnie wymagają czasu albo samobójstwa, by wreszcie dać się zdusić i pozwolić człowiekowi odetchnąć nowo odzyskaną namiętnością. Wypełniało mnie przekonanie, że jestem w stanie dużo gorszym niż uprzednio; że jak zlana ze smogiem, rozpylona rurami wydechowymi i wiatrem nowojorska mgła lgnę do płaszczy, szalików i swetrów, poszukując niemożliwej otuchy. Obwiniałem zbyt gęsto rozsiane na osi czasu punkciki wielkich tragedii, a tak naprawdę całkiem małych tragedii – wszak dotyczyły ledwie mnie i mojej rodziny – wystarczająco nieusuwalne, bym nie mógł się z nimi uporać – śmierci ojca, powrotu Czarnego Pana, odejścia Leny, wreszcie zabójstwo Charliego – lecz kamieniem węgielnym, na którym zbudowałem twierdzę samotności byłem ja sam. Moje imię, wypowiedziane pochopnie, pobrzmiewało soczystym przekleństwem użyte w błahym kontekście codziennych zdarzeń; odczuwałem mdłości, bo nie potrafiłem wyzwolić się spod ciężaru, którym owo imię obarczyłem, od historii, którą z nim związałem, ach!, gdyby tylko padając na brudny bruk, Charlie nie wyszeptał mego imienia!…
Tego późnojesiennego poranka, gdy kontynuowaliśmy – ja i moja droga przyjaciółka Cassidy – podróż na północny-zachód, nie mogłem przezwyciężyć wrażenia, że z każdym przebytym przez czerwone ferrari o śliskim bieżniku kilometrem umyka przede mną jak świeży zając przed zziajanym z wysiłku chartem coś esencjonalnego, podczas gdy moje siły i uwaga skoncentrowane są na niższych kręgach ludzkiej egzystencji, to jest zasadniczo na seksie. Moje szczupłe palce zajęte były dwie zgoła różnymi czynnościami: w jednej trzymałem wypalonego do połowy papierosa, drugą natomiast przez krótką chwilkę zlewającą się z szeregiem innych chwilek, równie miłych i słodko duszących – wszak nic już nie łączyło mnie z Cas, bym zapamiętał je ostro, jak zapamiętałem te spędzone z Leną – położyłem na wychudłym udzie mojej towarzyszki. Kiedy podchwyciłem spojrzenie okrutnych oczu Cas, zerkała na moje krocze, jak gdyby oceniała żywotność pozornie uwiędłego kwiatu, jednego z wielu, które zabiła brakiem dbałości o to, co na świecie żywe i piękne.
– Nie musisz. Jesteśmy kwita. – Jak gdybym potrzebował rachunku od byłej kochanki! umorzenia kolejnej raty! – To jest chore, Gilbercie, zwyczajnie chore.
Dokonałem założenia, że Cas pozostaje w związku, lecz nie podzieliłem się z nią tą obserwacją; nie istniało inne wytłumaczenie jej zrezygnowanego nastawienia, wszak to ona uległa pierwsza, i przez siedem lat nie wyzbyła się tej uległości. Wierzyłem… Chciałem uwierzyć, że wpadka z szampanem nie była pożywką freudystów, przecież jeszcze w przeddzień wyjazdu z Nowego Yorku mój penis był w najpiękniejszej kobiecie, z jaką się kochałem, pomyślałem. Och, jakże ja wierzyłem! Byłem najbardziej struchlałym z grzeszników, myśląc o tej butelce.
Uprzedzenie do zatrzymywania w przydrożnych motelach sieci Motel 6 – czy też jakiejkolwiek innej sieci, ale tę akurat widywałem za oknem na tyle często, by nabawić się mdłości na widok niskobudżetowych, niskorosłych karykatur budynków – tłumaczyłem jednym seansem horroru za dużo.  Z drugiej strony niepodobna prowadzić piętnaście godzin, nawet czyniąc założenie, że ja i Cas prowadzilibyśmy auto tyle samo, co z góry należało wykluczyć, gdyż odkąd upuściłem kluczyki do kratki ściekowej, Cas nie dopuszczała mnie do funkcji bardziej odpowiedzialnych niż mycie karoserii, nie tyle z powodu wagi mojego błędu – mogła wszakże swobodnie manipulować zamkiem centralnym przy pomocy dyskretnych zaklęć – co zwyczajnej niechęci do ludzi zdolnych zapomnieć się, rozproszyć, gdy przyjdzie im akurat do głowy pomysł na rewolucyjny obraz, śmiałą sztukę teatralną czy symfonię ich życia, innymi słowy: artystów. Zatrzymanie się w motelu było ledwie odpryskiem wyprawy z Nowego Yorku do Idaho. Po krótkiej wymianie zdań z właścicielem, okazało się, że zamiast kierować się na północ dwudziestką dziewiątką, Cas skręciła na południową osiemdziesiątkę z przyczyn znanych jedynie Cas – wszak dróg tych nie dało się pomylić, bo prowadziły w dwóch zgoła przeciwnych kierunkach. Być może „pomyłka” Cas świadczyła o jakości naszej relacji, skoro optowałem za północą, a moja towarzyszka arbitralnie podjęła decyzję o wyborze drogi wiodącej do południowej części stanu Idaho, całkowicie ignorując fakt, że ja także mam coś do powiedzenia w tej sprawie.
– Nadstaw uszka, kochaniutki: nie mogę prowadzić, jeśli nie wiem, dokąd jadę. Idaho musi mieć setki tysięcy kilometrów kwadratowych, jak spodziewasz się kogokolwiek tam znaleźć, nie znając jego adresu? – warknęła, rzucając torbę na łóżko w pokoju przydzielonym nam na tę noc.
– Po prostu prowadź, skoro ja nie mogę – odparłem pochopnie i cierpko. W krótkim czasie od nawiązania ze mną znajomości, Cassidy zostawiła w tyle konkurencję osób równie antypatycznych, co ona sama, osiągając mistrzostwo w umiejętności poniżania mnie w dowolnie wybrany sposób.
Jestem zmęczony, powiedziałem, ale nie brakiem snu, a jej towarzystwem; wzruszyła karykaturalnie ramionami. Odkąd opuściliśmy Nowy York, noce spędzałem głównie na paleniu papierosów; gdy cierpi się na bezsenność, nic nie dzieli dnia od nocy i bardzo łatwo poddać się rezygnacji, którą niesie z sobą brak światła, bo przecież czy bez światła cokolwiek byłoby możliwe? Czy rozmawialibyśmy w kompletnych ciemnościach, palili papierosy, uśmiechali się i mówili sobie: och, bardzo lubię, kiedy nie mogę cię zobaczyć, wtedy nie muszę obawiać się, że okażesz się zbyt brzydki? Cas siedziała na płowej narzucie i malowała paznokcie, opierając dłoń na blacie nocnej szafki, a ja zahipnotyzowany przyglądałem się gładkim ruchom pędzelka. Z jakiegoś powodu skłoniło mnie to do rozmyślania o wielkich mistrzach. Czy Matisse namalowałby teraz Cas? Nie rozpakowała walizki, jak gdyby nie chciała podniecać chaosu panującego w pokoju już przed moim nadejściem, stając się tym samym zagadką Schrödingera – jednocześnie dopiero co przyjechała i już opuszczała to miejsce.
W miejscach takich jak Motel 6 nic do siebie nie pasuje – zasłony do mebli, meble do ścian, ściany do podłóg… Wszak nikt nie planuje zostać tu całe życie, a okrutna piramida przetrwania żąda wyrzeczenia się w pierwszej kolejności piękna.
– Gdzie jest twoja pieprzona żona, Gilbercie?
Machała energicznie stopą w górę i w dół, a pędzelek też poruszał się w górę i w dół, zostawiając za sobą czerwoną smugę. Wreszcie sięgnęła po zmywacz i starła lakier, który do tej pory nałożyła. Potem rozpoczęła całą metodyczną czynność od początku. Gdzie jest twoja pieprzona żona? pytała w kółko jak zacięta pozytywka, lecz dobrze wiedziałem, że nie oczekuje żadnej odpowiedzi, bo Cas doskonale potrafiła odpowiadać na własne pytania, nie potrzebowała do tego innych ludzi, nie potrzebowała mnie, Richarda ani nikogo innego, znalazła po prostu formułkę, którą zamierzała mnie zadręczyć, bym wreszcie skapitulował i wyszedł z pokoju, zostawiając ją samą; tak długo chciała dowiedzieć się, gdzie jest moja żona, że aż sama zapomniała, po co chciała to wiedzieć.
– To twój telefon?  – usłyszałem, jak zmienia mantrę.
– Telefon? – zdziwiłem się, unosząc brwi.
– Tak, dzwoni telefon.
Aż do tego momentu nie zdawałem sobie sprawy z posiadania telefonu. Przeszukiwałem kieszenie bez większego efektu, dopóki nie zlokalizowałem źródła uciążliwej dla ucha, monofonicznej melodii.
– Richard musiał mi go włożyć do torebki – podsumowała, gdy wybebeszyła już całe wnętrze czarnej torby, którą sam jej kupiłem przed kilkoma laty.
– Richard?
Tak, definitywnie nic z tego nie rozumiałem.
– Owszem, Richard – powtórzyła cierpliwie.
Nie wydawało mi się, abym znał Richarda zdolnego przebywać z Cas, z tym reprezentatywnym przykładem pustej złości.
– Nie mam na to czasu – sapnęła wreszcie, zrezygnowana. – Zawsze coś grasz, Gil. Nie wiem, czego ode mnie chcesz tym razem.
Szukałem odpowiednich słów, lecz jakże miałem odpowiedzieć logicznie, skoro moje myśli zgubiły logikę już dawno temu?
– Nie wiem, Cas. Nie wiem, czego od ciebie chcę – sparafrazowałem, choć przecież wiedziałem, ale poczułem się urażony.
– Dostałam od ciebie list…
Owszem, miała rację. Nawet wtedy, w tym hotelowym pokoju pozbawionym przywiązania i bezpieczeństwa – zresztą, teraz nigdzie nie jest bezpiecznie i nie sposób przywiązać się do czegokolwiek – cieszyłem się obecnością Cas, nawet jeśli agresywny dzwonek jej telefonu – a przez krótkie chwile i mojego telefonu – wyrwał mnie z twórczego zamyślenia. Wysłałem list do Cas, i zaraz potem napisałem do Louisa, uprzedzając, że pragnę go zobaczyć, że jeśli natychmiast nie zobaczę jego twarzy, zacznę rozpadać się od środka, groziłem mu, że się otruję jedną z trucizn przygotowanych przez moją żonę albo też skoczę z brooklyńskiego mostu, czego oczywiście nie zamierzałem robić, ale co doskonale opisywało moje życie wewnętrzne, to małe piekło buzujących cząsteczek wody i rozpadających się pierwiastków. Tym, co trzymało moje wątłe komórki razem, były wspomnienia nielicznych dni młodości, gdy wspólnie z Lou i Mignon mieliśmy wszystko.
– Nie wiem, Cas – powtórzyłem płaskim głosem.
Im dłużej zwlekałem, tym trudniej było mi zdobyć się na ostateczną szczerość, na którą nie zasługiwała, ale której potrzebowała, bo wielbiła porządek słowa i czynu.
– Nie mam dla ciebie wielkiego monologu szaleńca. Nie czuję się najlepiej, jeśli mam być szczery. Wysuszasz mnie. Nie przychodzą mi do głowy żadne słowa warte wypowiedzenia, może prócz tych, które mogłyby dotyczyć innej kobiety.
Nie spoglądała na mnie, dopóki nie pociągnęła ostatni raz pędzelkiem po paznokciach, wtedy rzuciła mi obłędnie nienawistne spojrzenie, na które skrycie liczyłem i natychmiast je wchłonąłem, bo trzeźwiło lepiej niż celnie wymierzony cios pięścią.
– Gdzie twoja pieprzona żona? To teraz jej problem.
– Louis! – wykrzyknąłem z zatrważającym entuzjazmem człowieka zbudzonego z przydługiej drzemki, ekscytując się nieco sztucznie, i nieco sztuczniej zagłuszając wibrujące jeszcze w powietrzu wspomnienie mojej żony. – To mój drogi przyjaciel, chciałbym go zobaczyć.
Cas westchnęła cicho, po czym wyciągnęła z torebki szwajcarski scyzoryk; ostrym czubkiem podrapała idealnie nałożoną warstwę lakieru.
Nie pojmowałem, po co trudzić się takimi szczegółami, jak pomalowane paznokcie, skoro nie przywiązuje się wagi do stosowności ubioru, nie mówiąc już o jego estetyce, którą to Cas zapamiętale lekceważyła, zbywając machnięciem nadgarstka plamy tak zwane incydentalne, bałem się plam tak zwanych incydentalnych całe młodociane życie, przez cały okres tak zwany młodzieńczy obawiałem się tak zwanych plam incydentalnych, żyłem w ciągłym strachu przed poplamieniem mankietów czy nogawek, podczas gdy Cas była od tego strachu wolna – zawsze miała przy sobie różdżkę i, znając Cas, ośmieliłaby się ją użyć bez względu na obecność tak zwanych osób trzecich niemagicznych, w przeciwieństwie do mnie, który nigdy nie uciekałem się do tego najprostszego rozwiązania, zwyczajnie bojąc się konsekwencji. Dlatego też nie rozumiałem, dlaczego na kolację wychodzimy dopiero po północy i dlaczego zmarnowała nasz cenny czas. Towarzyszyłem Cas jak zwykle w marynarce i krawacie, co tylko podkreślało niestosowność jej dżinsów i skórzanej kurtki, z którą rzadko kiedy się rozstawała. Na stałe Cas mieszkała w dość ciepłej Philadelphii. Poznałem kiedyś faceta z Philadelphii, piliśmy razem whiskey przez jeden wieczór w Vegas, było to przeddzień mojego ślubu. Miał wzruszającą i zarazem straszną twarz człowieka, który widywał w życiu jedynie najgorsze, a omijało go najlepsze, żył tym, co najstraszniejsze, a szybko nudził się najpiękniejszym, wolał niespokojne Vegas od niespokojnej Philadelphii – wszak wszystkie miasta są niespokojne, ponieważ spokojnych nikt już nie chce zamieszkiwać – dlatego mieszkałem z Leną w Brooklynie, pozostając właścicielem mieszkania we Wschodnim Londynie, a mężczyzna z Philadelphii wolał mordercze Vegas od zbrodniczej Philadelphii.
Gdy dotarliśmy wreszcie do restauracji, było za późno na lunch i za wcześnie na drinka, co nie przeszkodziło mi zamówić podwójną szkocką, bo południe służyło mierzeniu się z w pełni rozkwitłym już dla innych dniem, a wieczór zapominaniu. Z Cas budziliśmy się w południe i zasypialiśmy o brzasku, wiedząc, że czeka nas kolejny, równie powolny i cierpki dzień, podstępnie pchający w bagno nadchodzącego.
Tej późno listopadowej nocy w czasie powrotu do hotelu Cas obdarzyła jednym z dobrych i jednocześnie złych spojrzeń chłopaka niewiele młodszego ode mnie, który wszak uznał za stosowne ukarać za to spojrzenie mnie. Lecz dlaczego mnie? Czy uczyniłem coś złego, zatrzymując się, by odpalić papierosa? Czy wyczuł w moim geście potępienie, którym skrycie darzyłem młodych takich jak on – bez przeszłości, bez przyszłości, podwieszanych u sufitu próżnych sal? Prawdziwie go potępiając, ratowałem go od zapomnienia, a on jak mi się odwdzięczył? – ciosem pięścią prosto w górną wargę i nos, które prawie natychmiast nabrzmiały ciepłem i oburzeniem. Z winy Cas zostałem przy tym nazwany staruszkiem, nie dobiwszy nawet ćwierćwiecza, to Cas prowokowała swym spojrzeniem, swym apodyktycznym, narcystycznym stosunkiem do świata, nawet tą kurtką. To właśnie Cassidy wzbudzała w przechodniach uczucia równie skarlałe, jak jej własne, nieludzkie, a może właśnie dlatego bardziej ludzkie – od kiedy sięgam pamięcią, w Cas cechy jasne, pozytywne tworzyły amalgamat ze złośliwą ograniczonością, co było możliwe chyba wyłącznie dzięki temu, że była kobietą. Uprzednio, nie mając większego wyboru, uczestniczyłem w tej czy owej bójce, ale czyż mogłem uderzyć teraz młodszego, mniejszego ode mnie? Ból kusząco podpowiadał, że owszem, że nieomal dorównujemy sobie tężyzną fizyczną, lecz przecież miałem nad nim tę przewagę, że znałem cel swego życia,  innymi słowy: byłem dorosłym mężczyzną. Cas nieodmiennie pozostawała obojętna na troski świata, skoro świat ten zawierał moją skromną osobę. Moje zaciśnięte na nasadzie nosa palce szybko przeszły zapachem krwi; czy z kości można tak krwawić? Z czego właściwie zbudowany jest nos? Czy ta miękka cześć to chrząstka? Czy chrupnięcie w chwili zetknięcia się pięści z nosem wskazywało na złamanie, czy to może chrząstka się przemieściła? Wreszcie spytałem sam siebie: czy przyjdzie mi wykrwawić się na śmierć z rany zadanej w tak głupi sposób? A może uduszę się własną krwią?…
Rubaszny, porywisty śmiech Cas skłaniał, by uwierzyć, że czeka mnie o ile nie dobra, to w ogóle jakakolwiek przyszłość – najwyraźniej plucie krwią to dobroczynny objaw, skoro ta krew nie wydobywa się z trzewi, a jedynie spływa z wnętrza nosa. W chwilach popisów ultra-okrutności Cas, wspomnienia o matce rzedły i snuły się dżdżystą mgiełką, a ona sama kurczyła się do rozmiaru robaka i na chwiejnych, patykowatych nóżkach dreptała w stronę nieskończonej, gdzie miałem już nigdy o niej nie pomyśleć.
Poranek nadszedł niezauważony – wybudzał się długo z nocnych rozkoszy, rozciągał najpierw jedną promienną nogę, później drugą, sięgał daleko za i przed, nie miesząc się na parkingu przed Motelem 6 i dlatego świetlistymi palcami muskał moje policzki, nagą łydkę, by wreszcie ugryźć celnie złotymi zębami rozchylone powieki, zmusić mięśnie do posłusznych skurczów, drgania. Przed zaśnięciem długo myślałem o oceanie uderzającym o brzeg. Kochałem się z Leną na plaży wiele razy, mocno, szorstko; unoszony porywistym wiatrem piasek wciskał się w usta, tamując wyrywające się z piersi krzyki. Lena dochodziła prawie od razu, gdy w nią wchodziłem. Wspomnienie pachniało tak samo intensywnie, jak rzeczywistość, obudziłem się na brzegu – machałem beztrosko stopami zanurzonymi w klarownej wodzie, słońce ogrzewało moją nagą pierś; ocean złocił się na horyzoncie.
– Gdzie jest twoja pieprzona żona, Gilbercie?
Dziwne, mógłbym przysiąc, że umarłem.

 Dłubałam w tym już rok, wybaczcie, jeśli jest, jakie jest.

Gilbert 10

02: Nie ma Jemimy

 Okazja to piękny kwiat czasu, trzeba go zerwać we właściwym momencie.
L’Orfeo favola in musica

Z sufitu w prawym rogu pokoju kapała woda, przyprawiając Severusa Snape’a o apopleksję; natrętny, bębniąco-plaskający dźwięk przeszkadzał mu rokoszować się Orfeuszem Monteverdiego (libretto Alessandro Striggio, 1607) w wykonaniu doskonałego francusko-włoskiego zespołu operowego specjalizującego się w muzyce wczesnobarokowej. Severus byłby nawet skłonny nazwać owo wykonanie najlepszym, jakie słyszał do tej pory, gdyby tylko należał do osób skorych wydawać osąd, nim zapoznają się z całym dostępnym im materiałem. Wszak Severusowi zostało jeszcze przecież trochę oper do wysłuchania, bo przecież nie mógł uczestniczyć w większości premier. Dlaczego D u m b l e d o r e nie może zrezygnować ze swoich wypraw do Tajlandii? Dlaczego ciężar zarządzania Hogwartem pod nieobecność wielkiego czarodzieja spoczywa na Severusie Snapie? Funkcja zastępcy dyrektora przypadała wszakże Minerwie McGonagall, tej szarej suce, którą wszyscy tylko zdawali się lubić, a której tak naprawdę nie lubił nikt, bo nosiła się zbyt dumnie i odzywała zbyt pochopnie, podczas gdy należało raczej milczeć; tak, Severus zdecydowanie nie darzył jej sympatią. Co do zasady preferował towarzystwo introwertyków, z którymi można było pomilczeć i okazjonalnie roztrząsać swoje bóle, taka samotność bez konieczności przebywania samemu bardzo Severusowi odpowiadała, wtedy jego tendencja monologowania do samego siebie wydawała się jakby ciut normalniejsza, jakby ciut mniej paranoidalna, wszak nie przemawiał już do chłodu ścian – mimo że loch był jego jedynym przyjacielem – a do chłodu innej osoby, ale jakże żywej, a przynajmniej sprawiającej pozory żywotności, bo tak naprawdę wszyscy umarli już dawno temu na choroby znane tylko dogłębnie rozczarowanym. Ach! Dokąd odeszli Rosier i Wilkes, Avery i Mulciber, Lestrange’owie? – ci, których kochał jak braci, a których jedno życie liczyło się jak setki mniej znaczących innych żyć, dla Severusa mogliby być przecież nieśmiertelni, wiecznie młodzi, wiecznie piękni, i wiecznie tacy ciepli, jak wtedy, kiedy chwytał ich dłonie albo wspierał się na ich ramieniu. Nawet Bella – słodka, wierna koleżanka – zaprzestała korespondencji z Severusem, odkąd nie poparł Voldemorta po jego śmierci. Lecz dlaczego miałby podążać za kimś, kto był nie tylko doszczętnie przegrany, ale i zupełnie martwy? Czyż Severus nie próbował go ocalić, prosząc o oszczędzenie Potterów? Może gdyby ocalał Lord Voldemort, ocalałaby w Severusie ta ukochana cząstka jego życia, kamyk węgielny, wokół którego Severus budował swoje dorosłe życie – miłość do wszystkich, którzy zostali zabici, do Wilkesa, do Rosiera, do Blacka… To z nimi pragnął przebywać, to ich roześmianym głosom pozwalać burzyć, łoskotać falami o mury snape’owości. A przecież już nie mógł; od bardzo dawna nie kładł się na tafli wody i nie unosił się, wypychany do góry jedynie własnym ciężarem. Miał wrażenie, że brodzi po kolana w cuchnącym błocie.
Spojrzał na ciemnobrunatną plamę na suficie, a plama spojrzała na niego. Zamknął oczy; myślał o morzu, które widział tylko jeden raz, jako sześcioletnie dziecko. Eileen… Matka zabrała go do Brighton, tego obrzydliwego Brighton, w którym nie znalazł dla siebie absolutnie niczego wartego uwagi, a w którym więziono go trzy sierpniowe tygodnie, najdłuższe tygodnie jego życia, jeszcze dłuższe od tych kilku marcowych, gdy Lily przestała się do niego odzywać. I gdyby nie to morze, osunąłby się w świat dorosłych, dusząc i dławiąc przemocą i bólem.
Morze. Morze mu się podobało, pomyślał.
Jemima rozczesywała jedwabiste włosy przed lustrem, wygładzając włosianą szczotką złote, lejące się pasma jedno po drugim, dziesiąte, czterdzieste piąte i setne, lecz przecież nie liczyła, nie liczyła jeszcze zanim Luna Arbanddel nauczyła ją cyfr, bo zawsze kręcił się obok ktoś, kto – urzeczony mieniącymi się odcieniami złota i wiosny falami – poprosi, by uczyniono mu honor, zezwalając choćby na dotknięcie czegoś tak dalece nie pasującego do znanej nam rzeczywistości, a przynależącego raczej do rajskiego wymiaru; taką właśnie zastała Jemimę Gilberta Minchum. Pozornie oddana w pełni ruchom dłoni, umysłowość Jemimy spowita była rozkoszną mgiełką zapomnienia, nic nie robiąca sobie z czasu i przestrzeni, przeskakiwała od dnia do dnia, nie powstrzymywana chronologią, logiką czy innym porządkiem, a ukazywało się to naszemu wymiarowi pod postacią głośnego śpiewu – Jemima nuciła wszak znane wszystkim uczniom zwrotki najpopularniejszej piosenki o Severusie Snapie.
Nawet słonia, nawet konia
Nawet żyrafę ze stołka jak bieda
I tylko Snape’a przelecieć się nie da
Jemima uśmiechnęła się niedyskretnie do swojego odbicia. Bo przecież wszystko w niej krzyczało, chcąc zaskarbić sobie uwagę zarówno mężczyzn, jak i kobiet, wyciągnąć z ich ust – jak szklaną kulkę służącą ćwiczeniom wymowy – komplementy nie po ty, by podsycać nimi ogień próżności, lecz tworzyć galerię wszystkich zwrotów ku czci absolutnego piękna, i wreszcie gromadzić je na czarne chwile, kiedy czuła się mała, tak mała, jak w dniu, w którym zabito Evana Rosiera.
Gilberta oddychała szybko, płytko; szczupłe palce zacisnęła mocno na ramionach koleżanki, jak gdyby chciała powiedzieć jej nie tylko to, że profesor Severus Snape pogwałcił puchońską niepodległość – i jak niespodziewany dysonans w symfonii kompozytora, którego dzieł nie przywykliśmy słuchać, zaburzył harmonię sprawiającą nam do tej pory niebiańską przyjemność – ale również wyznać skrywane uczucie niemożliwe do porównania z żadnym innym, bo miłość Gilberty była tylko jedna, i tylko dla jednej osoby.
– Kurwa!
Jemima zerwała się ze stołka jak oparzona i puściła się biegiem po niskich stopniach, prowadzących do pokoju wspólnego Puchonów, gdzie Snape w najlepsze siał terror wśród pierwszorocznych, którzy mieli pecha i nie zdążyli schować się za paprotkami; Gilberta deptała jej po piętach.
– Minus dziesięć punktó… – huczało miękko w bogato strojnym miedzianymi donicami i rzeźbionym drewnem pokoju wspólnym, tak miękko, że aż trudno było uwierzyć w surowe słowa, zmiękczone wyjątkową akustyką pomieszczenia.
Paprotka o imieniu Charlie wykrwawiała się ziemią na dywan pod nogami nauczyciela.
– Przestań! Przestań natychmiast! – zakomenderowała Jemima tonem mediatora, próbującego przekonać samobójcę, który jedną nogą jest już po drugiej stronie barierki mostu, by wrócił do świata żywych. – Jakim cudem się tu dostałeś?
Zaskoczony tą nagłą wizytą, a nieprzywykły oglądać twarz Severusa Snape’a uczeń, ze zdziwieniem pomieszanym z odrazą odkryłby podobieństwo tej twarzy do mordki płaza, płaskiej i pozbawionej mimiki, jak gdyby naciągnięto ją w stronę czoła, szyi i uszu, i ufiksowano magicznym klejem.
– Rosier, tylko i d i o t a miałby problem z wystukaniem rytmu o właściwą beczkę – wysyczał Snape, prawie nie rozchylając warg.
Wbrew wrodzonemu uporowi, Jemima musiała przyznać Snape’owi rację; do Hufflepuffu upychano każdego, kto nie radził sobie za dobrze z logiką.
– Wszystkich was czeka to samo, co pannę Rosier,­­ jeśli nie stawicie się na szlaban! – Snape uniósł w górę złowieszczy palec.
– Zabierzesz nas na randkę? – rzucił ktoś zza paprotki.
Pozostałe paprotki zarechotały zgodnie.
– Kto to powiedział? Liczę do trzech. Jeśli się nie przyzna, odejmę waszemu domowi kolejne dzie…
Jemima podbiegła do profesora, trącając kolanem stojącego na drodze trzecioklasistę.
– Jestem gotowa, możemy iść. Przepraszam, pomagałam koleżance z referatem, rozumie pan, nie jest zbyt dobra w eliksirach i obliczeniach, ma raczej artystyczną duszę.
Brwi Snape’a szukały ucieczki od słowotoku Jemimy, próbując schować się w pomarszczonej skórze czoła.
– Zapłacę za lody – powiedziała, unosząc dłonie w geście kapitulacji.
Z przyjemnością wytargałby ją za uszy przez wąski, niski korytarzyk we wnętrzu beczki, lecz naruszenie szkolnego regulaminu niosłoby ze sobą ryzyko postępowania dyscyplinarnego, i mimo że toczyło się owo postępowanie w zamkniętym, zaufanym gronie, Snape odczuwał dyskomfort na samo wspomnienie uczestnictwa w radzie, przed którą postawiono Horacego Slughorna, gdy jedna z uczennic bawiących się na przyjęciu bożonarodzeniowych „poczuła się śmiesznie” po kostce kandyzowanego ananasa. Lepiej nie dawać Dumbledorowi powodu, by zwątpił w uczciwość i lojalność Severusa wobec szkoły i jej uczniów, nie póki Snape desperacko potrzebował znajdować się po właściwej, zwycięskiej stronie, czyż nie tego chcieli dla niego jego rodzice? Pamiętał słowa matki wypowiedziane w Brighton, i chyba zawsze już potem szedł po śladach pragnień i przyszłych wspomnień, które wyprzedzały go, wybiegając do przodu o rok, dwa, nieraz całe dziesięciolecia; i gdy wreszcie do nich docierał, były ledwo czytelne, płytkie i prawie całkiem zasypane przez pył niepowodzeń. Starał się ignorować poczucie błądzenia w koło, tak musiało wyglądać przecież młodociane życie, wszak matka nie wyrządziłaby mu krzywdy, wysyłając go w tę niekończącą się drogę bez celu i poza czasem. Nie miał na co narzekać, nie było mu ani zbyt źle, ani zbyt dobrze.
Severus Snape żył. Niewielu jego przyjaciół mogło się pochwalić tym samym.
Przyzywając na twarz najbardziej płaski i obojętny wyraz, jaki potrafił, polecił Jemimie wrócić się po płaszcz.
Pięć minut później musiała biec, by nadążyć za jego krokiem.
Przed nimi i za nimi rozciągały się błonia: nieskończone połacie ledwo wzrośniętej trawy, chybotliwej jeszcze i sztywnej sztywnością porannego przymrozka, ale już nie mokrej od topiących się śniegów. Tak samo jak ta trawa napawała Jemimę zarazem euforią zbliżającej się wiosny i bojaźnią, że zima z zaskoczenia zaciśnie na jej skórze swoje lodowate palce – jak miała to w zwyczaju robić na przełomie marca i kwietnia – tak i szata Severusa Snape’a, zawijająca się wokół chuderlawych, bladych łydek, gdy pokonywał kolejne metry z przekonaniem i energią jucznego kucyka, któremu spieszno do odpoczynku u szczytu góry, przyprawiała Jemimę o zawrót głowy – jak wtedy, gdy wypijemy zbyt szybko ulubiony koktajl albo kieliszek czerwonego wina – swą głęboką, chłodną czernią. Miała wrażenie, że jeśli wyciągnie dłoń i ta dłoń zetknie się z niegościnnym dla obcego ciała materiałem, okaże się, że czerń jest początkiem, a nie końcem wszystkich kolorów, i że za tą barwną granicą skrywa się prawda o Severusie Snapie.
Z zaskoczeniem dotarło do niej, że Severus m ó w i – gdziekolwiek podążali, miała nadzieję przebyć tę drogę w milczeniu, ograniczając się tylko do niezbędnej wymiany zdań, wszak wciąż obrażona była za zachowanie Severusa, który odważył się zachwiać tradycją nieodwiedzania uczniów w ich Domach, wystarczyłby przecież głupi liścik. A teraz usłyszała coś potwornie niesprawiedliwego, co zachwiało całym jej małym światem, wyrzuciło Jemimę z torów historii, i wysłało na tułaczkę w poszukiwaniu doskonalszej tożsamości.
– Jesteś zniewagą dla tej rodziny!
Jak amatorzy gry w ruletkę, nie potrafiący powściągnąć okrzyku triumfu, gdy wbrew wszelkim szansom wypadnie obstawiona przez nich liczba, tak i Snape zdawał się wygrać z własnymi myślami, i z radością zapragnął obwieścić Jemimie swoje zwycięstwo. Obrócił się gwałtownie, a szata zawirowała wraz z nim.
– Żaden Rosier nie był nigdy… Puchonem – cedził słowa jak przez grube sito, a te skapywały jedno po drugim do wiadra rozczarowania. Puchon w ustach Severusa Snape’a brzmiało teraz gorzej niż Gryfon. – Możesz to sobie wyobrazić? Tysiące lat historii wielkiej rodziny, każdy z jej członków był wielkim, wielkim człowiekiem, a ty… Ty nie zasługujesz na te ciężkie powieki, na te usta i kości policzkowe…
– Och, zamknij się, Snape – weszła mu w słowo, i naraz poczuła ogromną ulgę, jak gdyby z jej pleców spadł niewidzialny ciężar, który niosła z sobą całe życie, czekając dnia, kiedy wreszcie będzie mogła się go pozbyć, odliczała minuty, godziny, lata, by w jednej sekundzie dopełnić swojego losu i skazać Severusa Snape’a na wieczne milczenie. – Myślisz, że jesteś jakimś zdolnym alchemikiem, ale jedyne, co w życiu osiągnąłeś, to zabicie Potterów. Mam nadzieję, że plujesz na swoje odbicie w lustrze każdego dnia, bo twoja twarz jest taka, kurwa, obrzydliwa, cały jesteś obrzydliwy, chce mi się rzygać na twój widok. Nie rozumiem, jak ojciec mógł na ciebie spojrzeć i zobaczyć coś więcej niż nieudacznika, który zasłania się swoim jadem, swoją żółcią, który sączy tę żółć we wszystko, co mógłby kiedykolwiek pokochać. To t y jesteś zniewagą dla Rosiera.
– O czym ty w ogóle mówisz? Nie rozumiesz tego człowieka, był wybitny w sposób, w jaki ty nigdy nie będziesz.
– Skoro tak za nim tęsknisz, może przydałby ci się Kamień Wskrzeszenia!
Severus Snape zamilkł, a to milczenie osiadło lepkim ciężarem na Jemimie, trawie i krokusach. Ciało Snape’a wibrowało.
– Nie ośmielisz się mnie uderzyć. Jeśli to zrobisz, wsadzę ci twoją własną różdżkę w dupę.
I podziałało. Snape rozluźnił zaciśnięte w pięści dłonie, wypukłe żyły na jego czole puściły zgromadzoną krew dalej, tylko jego serce wciąż waliło jak szalone.
– Nie zmierzałem podnosić na ciebie ręki – wycedził powoli. – Nie jesteś dla mnie godnym przeciwnikiem.
– Masz rację, nie jestem, jestem po prostu dzieciakiem, który nic ci nie zrobił.
– Jesteś niesubordynowana.
– Jestem, i co z tego? Nie możemy być przyjaciółmi, Snape? Tak naprawdę niewiele mnie obchodzi, co się z tobą dzieje, po prostu chcę się od ciebie uczyć. Postarajmy się, żeby to było jak najmniej ofensywne, w porządku? Jestem… Boże, boli mnie już głowa… – Pomasowała skroń, a Snape obserwował jej krótkie, magicznie pomalowane na bordowo paznokcie. – Jestem zmęczona owutemami.
Ostatnim, czego profesor eliksirów się spodziewał, to to, że Jemima spędziła sobotni ranek w bibliotece, podchodził do tej myśli z każdej strony, oglądał ją, obracał i wkładał pomiędzy różne konteksty, próbując dopasować do tej dziewczyny, do jej jedwabistych rzęs, głębokich, niebieskich oczu i perfekcyjnej linii warg, czy ona w ogóle potrzebowała mózgu, skoro wystarczyłoby, że byłaby czystym pięknem?
– Moglibyśmy spróbować – przyznał bardzo, bardzo ostrożnie.
– Dzięki, Snape.
Podążyła za nim jakby pewniej niż uprzednio, i jakby rozpoznając w kroku nauczyciela nieznaną dotąd lekkość, gdy jego duże stopy tłamsiły pod sobą kolejny pagórek.
– Dokąd idziemy? – zainteresowała się, lecz Severus słuchał już tylko własnych pytań, i tylko dla siebie miał odpowiedzi.
Po czterdziestu minutach dotarli do Hogsmeade, skąd deportowali się z cichym trzaskiem, a Jemima mogła wreszcie dotknąć czarnej szaty Severusa Snape’a.

02: Nie ma Jemimy

01: W cieniu zakwitających dziewcząt

Severus Snape patrzył, jak słoik pełen skrzydeł nietoperza uderza o podłogę, zasypując skrzące wilgocią kamienne płyty lochów fontanną martwych – a jednocześnie tak bardzo żywych, bo poderwanych energią kinetyczną do lotu – mysich skrzydełek; nietoperze to przecież takie latające myszy, wysysające sok leśnych jagódek, niegroźne i bardzo piękne.
Stojąca przed Severusem Snapem dziewczyna nie była piękna. Oprócz tego, że wyglądała jak dziecko Brigitte Bardot i syreny, ze swoimi złotymi włosami do pasa i aksamitnym głosem, głosem, którym wypowiedzieć obelgę, a automatycznie stanie się słodką nagrodą. Nie, Severus Snape nie uważał Jemimy Rosier za piękną, gdyż w jego świecie nie istniał już nawet kawałeczek miejsca, w którym dałoby się upchnąć miłość do żywego człowieka, tak głęboko wypełniała go już zmarła kobieta.
Machnął różdżką i wyszeptał formułę zaklęcia naprawiającego. Rozkawałkowany słoik na powrót scalił się w jedno, na chwilę przywracając ład i porządek do podziemnego rezerwatu wszystkiego, co mokre, oślizgłe i zabójcze. I takie piękne, bo zdolne uratować życie.  Sprzeciwiając się temu, co przecież już się wydarzyło, słoik nagiął niezaprzeczalne prawa fizyki, by jednocześnie mógł istnieć słoik stłuczony i słoik cały. Widzieliśmy przecież, jak uderza o ziemię, wszyscy widzieliśmy! A teraz musimy odwidzieć, udać, że to się nigdy nie wydarzyło, ale skoro nie istniał już dowód w postaci kawałków szkła obok nieforemnych stóp Snape’a, to gdzie szukać potwierdzenia, że całego zdarzenia nie zmyśliliśmy? I Severusów też było dwóch, a jednocześnie tylko jeden, i ten jeden nie wiedział już, którym z dwóch, setek, a może tysięcy Severusów jest, bo skoro głupi słoik potrafi wywołać takie zamieszanie, to co dopiero czyjaś śmierć.
Czy znów pogrążył się w myślach? Ostatnio zdarzało mu się to coraz częściej; okazjonalnie wypadał mu wtedy z rąk jakiś preparat czy fiolka. Lecz nie to było najgorsze, nie, najgorsze było przeżywać ten koszmar od nowa; znów mieć piętnaście lat i dać się upokorzyć swojemu największemu rywalowi, a nic przecież nie boli tak, jak zraniona nastoletnia duma. Pamiętał, jak pachniał tamten maj – malwami, ale bliżej w stronę Zakazanego Lasu również miecznikiem o wspaniałych, chabrowych kwiatach. Pamiętał zapach trawy, kiedy zarył w nią zakrzywionym nosem – ziemia wpadła do nozdrzy i wypełniła jego mózg duszącym uczuciem powrotu do korzeni, może teraz przyjdzie mu przestać oddychać i wypuści sprężyste zawiązki, które zatopią się z lubością w glebie i utwierdzą go, że przynależy właśnie tutaj, do Hogwartu, i żaden James Potter tego nie zmieni, nawet jeśli użyje na Severusie jego własnego zaklęcia. Haha! cóż to za perwersyjna rozkosz patrzeć, jak ktoś wyciąga przeciwko tobie twoją własną broń, nie dlatego, że kto od miecza wojuje, ten od miecza ginie, lecz dlatego, że był zbyt głupi, by wynaleźć własną. Nie do końca umiejąc się nią posłużyć, cieszy się z łutu szczęścia, jakim jest skutecznie rzucone zaklęcie. A teraz Severus musi zwisać głową w dół i czuć, jak żołądek podchodzi mu do gardła, a umysł robi się lekki, coraz lżejszy od nadmiaru tlenu dostarczonego z krwią, myśli mieszają się w jedną zgrzaną, ciepłą masę i przelewają od ucha do ucha jak w szklanym naczyniu.
Szlama!
Po tylu latach wciąż dzwonił mu w głowie jego własny, łamiący się głos, i wciąż widział plecy oddalającej się prędko Lily, by tylko znaleźć się jak najdalej od niego, tak daleko, aż Severus skurczy się na horyzoncie, ruchy jego sylwetki zatracą szczegóły i czarna, stateczna postać stanie się tylko jedną z wielu bezimiennych postaci.
– Profesorze?
Rosier wciąż stała naprzeciwko, wpatrując się w Severusa oczami tak odmiennymi od tych, w które spoglądał na lekcjach, bo wyrażającymi znudzenie i zainteresowanie jednocześnie; zwykle widywał tylko jedno z nich.
– Hmph? – zaryzykował. Odchrząknął i spróbował jeszcze raz. – Kto pozwolił ci odejść od kociołka?
– Potrzebuję tych skrzydeł nietoperza – wskazała słoik, na którym Snape kurczowo zaciskał swoje robaczkowate palce. Poluźnił chwyt, pozwalając dziewczynie wyciągnąć naczynie spomiędzy jego obezwładnionych siłą rozsądku dłoni.
Patrzył, jak wraca do ławki i wyciąga jedno po jednym skrzydła, które dawniej były tak żywe, a teraz są takie martwe, jak przykłada do nich lodowate ostrze alchemicznego nożyka i kroi na kawałki cienkie jak dusza Severusa. Poczuł nagły ucisk w klatce piersiowej, dobrze znany brak oddechu i to upojne, kojące ciepło w głowie; nieznośną lekkość bytu zwiastującą jedynie utratę przytomności. Bo jakże organizm przyzwyczajony do chłodu i wilgoci, ale też i spokoju, może przetrwać tam, gdzie pod pierzynką ciepła i słońca kryje się kompromitacja i panika?
Chwycił się krawędzi krzesła, żeby nie upaść.
Jemima niezrażona kontynuowała metodyczną czynność pozbawiania skrzydełek nietoperzy rozpoznawalnej formy.
– Pomaga, kiedy oddycha się do papierowej torby. Tak słyszałam – rzuciła zwięźle fachowym tonem.
Papie… Co?!
– Nic mi nie jest – machnął lekceważąco dłonią. Prędzej szczuroszczety nauczą się latać niż on, Severus Snape przyzna się do słabości, i to komu? Uczennicy!
– Akurat – parsknęła, tym samym zmuszając go, by na nią spojrzał. – Jest pan Severusem Snapem, legendarnym łowcą dziecięcych głów. Za nieodrobioną pracę wysyła pan do Zakazanego Lasu na całą noc. Za nieudany eliksir odbiera pięćdziesiąt punktów. Wszyscy wiedzą, że ma pan słabość do chłopców ze Slytherinu, ale dziewczynkami też pan nie…
– Co ty, do cholery, mówisz? – wysapał wściekle, powoli tracąc nad sobą panowanie.
– Ż a r t u j ę – powiedziała po dłuższej chwili, wyraźnie akcentując każdą sylabę.
Patrzył na jej drobne, rozchylone usta, nie rozumiejąc już niczego. Zmarszczyła delikatne brwi, a z nimi zmarszczyło się jej wysokie czoło, i zmarszczył się pracownia, i zmarszczył się zimny loch, jedyny prawdziwy przyjaciel Severusa Snape’a.
– Wie pan, co to żart, prawda?
W głosie Jemimy można było wyczuć minimalne zawahanie; nie była wcale taka pewna, że wiedział.
– Nie. Lubię. Żartów – wycedził przez zęby Mistrz Eliksirów. Po plecach dziewczyny przebiegł dreszcz ekscytacji pomieszanej z przerażeniem – najsłodsze z połączeń; przynajmniej kiedy jest się nastolatką albo Anną Steele. Jemima w żadnym wypadku nie była Anną Steele. Nie była też swoją ciotką, babką czy Evanem Rosierem. Była Jemimą, cokolwiek to znaczyło, nawet jeśli znaczyło, że jej ulubioną rozrywką staną się nielegalne walki skrzatów albo podpalanie ludziom stóp, by wydali swoich przyjaciół i rodziny. Była Rosierem, na litość. I Puchonką, tak, Jemima zdecydowanie była Puchonką, nawet jeśli zdradzały ją te ciężkie powieki, ta ambicja; i ten głos, zmuszający wszystkie inne głosy, by zamilkły, bo przecież nie są zdolne zainteresować samego Evana Rosiera swoim skamleniem o przebaczenie, o zrozumienie, o uwagę…
Nauczeni nosić nasze humory i uczucia na naszej skórze, zapominamy, że nie da się ich przecież zmyć, nie, nawyki i urazy wniknęły już dawno głęboko w warstwę podstawną i skaziły leżące niżej warstwy tak, że nie pomoże nawet obdarcie z tej skóry.
A skóra Jemimy była zrobiona z szarego puchu.
– Właśnie zarobiłaś kolejny szlaban, Rosier. Może to cię nauczy szacunku.
Jemima przygryzła boleśnie wargę, a warga ta bolała równie mocno, co wizja straconego sobotniego popołudnia, które spędzi ponownie w tej mokrej norze. I to w towarzystwie tego dziwaka. Co powiedziałby Evan Rosier, gdyby dowiedział się, że dała się upokorzyć czarodziejowi, którego ojciec był Mugolem z krwi i kości?
W jej geście wzruszenia ramionami było tyle samo niesmaku i złości, co niezamierzonego dziewczęcego uroku, gdy szary sweter stracił punkt zaczepienia i obsunął się z barku, pociągając za sobą ramiączko cienkiej sukienki. A ona nadal siekała skrzydła nietoperza, jak gdyby nic się nie wydarzyło, i wrzucała je garściami do wrzącego wywaru podstawowego, który nabrał już koloru wypłukanej czarnej bawełny.
Miała dopiero szesnaście lat. Severus Snape nigdy nie spojrzałby na dziewczynę tak młodą.
A przecież jednak patrzył, patrzył i chłonął każdy detal tego obrazka, jak gdyby widział go po raz pierwszy w życiu – Dziewczyna warząca eliksir, nadał mu w głowie tytuł, i już, już wynosił go do rangi co najmniej Vermeera, podczas gdy był to tylko nędzny van Meegeren, ale to właśnie ten van Meegeren pasował do Severusa, nie Vermeer, Vermeer wymagałby znajomości tak zwanej sztuki, a Severus nie miał przecież pojęcia o sztuce, pozostał mu tylko ten van Meegeren, kpiący van Meegeren, którego nie chciał nikt, a przecież chcieli wszyscy, bo bali potrafili przyznać się do własnej śmieszności, i dlatego ta śmieszność z nich zakpiła, obracając w żart wszystko, co było dla nich tak zwaną sztuką.
Severus wzdrygnął się, sprawdzając, czy członki jego ciała są wciąż posłuszne – były. Tylko oddech słuchał go nieco mniej chętnie niż zwykle, wszak dopiero wyszedł ze stanu bliskiego omdlenia. Ledwie krew zdążyła wrócić na dawne tory, odkwaszając komórki i sycąc je tlenem, a już Severus popychał swój organizm, wymagając od niego bezwzględnego posłuszeństwa, dalej, i dalej, i dalej w stronę Jemimy.
Czyż nie tak rodzą się rewolucje?
– Co kazałem ci uwarzyć? – wysyczał, stając tuż nad parującym kociołkiem.
– Eliksir rozdymający.
– A co to jest? – Wycelował suchotliwy palec w zawartość kociołka.
– Eliksir rozdymający.
Teraz i ona stała. Na lekko trzęsących się nogach, ale jednak stała. Najwyraźniej głowa nie skonsultowała z nogami pomysłu poderwania się ze stołka. Jemima rzadko zostawała tam, gdzie akurat była.
– Dodałaś skrzydła nietoperza, zamiast śledziony.
Skrzyżowała ramiona na piersi, siląc się na spokój, podczas gdy serce usiłowało wyskoczyć jej z piersi i wgryźć się w miejsce, gdzie podejrzewała, że znajduje się śledziona Snape’a.
Trzeci szlaban, Rosier. Dopóki się nie nauczysz, będziemy się spotykać w tej sali w Każdą Wolną Sobotę – wycedził bardzo, bardzo powoli; na tyle wolno, by zastanowiła się, jak wiele legendarnych Wielkich Imprez Syrka przegapił ten nudziarz.
– Jeśli chce mnie pan mieć na wyłączność, wystarczyło poprosić – wypaliła, zanim zdążyła ugryźć się w język. Ku jej zdziwieniu, kolejny atak nie nastąpił. A więc zamknęła się we względnie przyzwoitej liczbie trzech szlabanów. I tak nieźle, jak na nią.
Idź.
Chwyciła torbę i jej stopy były już po drugiej stronie progu, zanim polecenie zdążyło wybrzmieć w powietrzu.
– Rosier, jeszcze jedno – usłyszała za sobą cichy syk. Obróciła się z miną tak bardzo znudzoną i cierpiącą, jaką zdołała przywołać. – Minus pięćdziesiąt punktów dla Hufflepuffu.
Nieomal zaśmiała się na głos, wszak nic innego jej nie pozostało, jak poddać się własnej śmieszności, śmieszności Snape’a i kolegów i koleżanek Puchonów. Wszyscy wiedzieli, że ostatecznie Puchar Domów zostanie przyznany Slytherinowi. Już Snape’a w tym głowa.
Co nie przeszkodziło Jemimie opuścić lochów, stukając obcasami nieco głośniej niż zwykle, i trzymając głowę może nieco wyżej niż zwykle.


Dla wszystkich, którzy (nie) wierzyli, że się pojawi (i mieli ochotę na wódeczkę).

01: W cieniu zakwitających dziewcząt