Tonight, tonight

You can never ever leave
Without leaving a piece of youth
And our lives are forever changed
We will never be the same
/Smashing Pumpkins – Tonight, tonight/

Pierwsze krople letniego deszczu – tak wyczekiwanego przez wszelką zieleń, która przebiła się przez pokryty betonem Londyn – dotknęły chodnika w tym samym momencie, kiedy zamknął się w łazience Potterów, bezpieczny w Dolinie Godryka. Nadal oddychał ciężko, jakby przebiegł całą drogę między Londynem a Dorset, choć przecież nie byłby w stanie tego zrobić, nawet nienawiść, która zasnuwała mu obraz czerwienią i którą smakował w ustach – smakowała krwią, kurzem i, nie wiedzieć czemu, lukrecją – nie dałaby mu dostatecznie dużo siły. Przestronna łazienka Potterów – pełna beżów i bieli, prostych kształtów i puchatych ręczników – nie pasowała do niego, czy może raczej on nie pasował do niej. Roztrzęsiony i na poły szalony – przecież musiał być szalony – pośrodku tej jasności wyglądał jak… jak ponurak. Myśl ta sprawiła, że parsknął śmiechem, zbyt głośnym i trwającym zbyt długo, by mógł być zignorowany.
Ledwie zdążył go stłumić, zdławić w sobie, śmiać się dalej w sobie, nim usłyszał niepewne pukanie do drzwi.
– Wszystko w porządku, Syriuszu?
Nic nie było w porządku. Nic.
– Oczywiście – zapewnił, choć w pierwszej chwili nie był pewny, czy to jego głos.
– Zawołaj mnie, gdybyś czegoś potrzebował – powiedziała pani Potter, a potem odeszła, wyraźnie słyszał jej oddalające się kroki.
Nie planował jej wołać, nawet gdyby miał stracić resztki siebie pośrodku jej zadbanej, idealnej łazienki.
Nadal siedział na podłodze, opierając się plecami o wannę. Wodził oczami po ścianach, bezrefleksyjnie katalogując wszystko, co stało na półkach, każdą buteleczkę, każdy flakonik… Co jakiś czas trafiał na obrazek w ramce, zza której patrzyły na niego kocięta lub dzieci, wszystkie w towarzystwie kwiatów i wszystkie tak samo przestraszone. Jakiejś części jego świadomości to niemal pochlebiało – tej mrocznej części, która mogłaby trafić do Slytherinu, która mogłaby być Blackiem.
Szybko przeniósł wzrok na niewielkie okno przysłonięte firanką. Po szybie płynęły ciężkie krople deszczu, a Syriusz poczuł, że w gardle znów rodzi mu się płacz, który chciał ze wszelkich sił stłumić. Już wcześniej – kiedy pierwsza wściekłość minęła i kiedy zdał sobie sprawę, że tym razem nie może wrócić, tym razem nie może dać im wygrać – uronił kilka łez, która zdradziecko popłynęły po jego policzkach, kiedy ze wszelkich sił starał się je powstrzymać, zawrócić, zdławić w zarodku. Musiał je jednak wytrzeć wierzchem dłoni, wykonując wściekły ruch. Wściekłość była łatwiejsza, płonęła jasnym, gorącym płomieniem, wychodziła z trzewi i rozlewała się na resztę ciała, oplatając kręgosłup jęzorami żywego ognia. Wypierała wszystkie inne emocje, które w pewnym momencie próbowały nad nim zapanować, ale chwycił się jej, jak tonący łapie cokolwiek, co tylko przypomina linę, żeby tylko pozostać na powierzchni.
Za oknem było już ciemno. Nawet gdyby przesłuchiwano go przed Wizengamotem, nie byłby w stanie ustalić, czy to tylko wina burzowej chmury, czy też siedział na podłodze tak długo, aż zapadł zmrok. Deszcz nadal tłukł w szybę, tak samo nieustępliwy jak pół godziny i miliard lat temu.
Z trudem się podniósł, zmuszając do wysiłku mięśnie, które zastygły w bezruchu, napięte, jakby gotowe do kolejnej ucieczki. Podszedł do umywalki, żeby ochlapać twarz wodą – zmyć ślady, przecież każdy, kto go widział, musiał je widzieć, musiał wiedzieć, że płakał – i ze zdziwieniem stwierdził, że jego twarz się nie zmieniła. Patrzył na niego ten sam Syriusz, którego widział tego samego ranka – naprawdę to było dziś rano? – w łazience domu przy Grimmauld Place. Było w tym coś niedorzecznego, niemożliwego, wręcz nieprzyzwoitego, że jego twarz była wciąż tą samą twarzą, która przedrzeźniała Regulusa przy rodzinnym stole czy którą w porywie złości uderzyła Walburga Black.
Nie mogąc dłużej znieść tego widoku, który nijak nie przystawał do wszystkiego, co kotłowało się w syriuszowym sercu, gotowe eksplodować, jeśli tylko wściekłość przestanie sterować całym jego ciałem, mechanicznie zdjął z siebie ubranie – kupione w mugolskim sklepie, żeby tylko zrobić im na złość – i wszedł do wanny.
Woda powinna go uspokoić, ale im dłużej w niej leżał, tym boleśniej był świadom, że wściekłość go opuszcza, ale jej miejsca nic nie zajmuje. Kiedy zawartość wanny całkiem ostygła, a jego palce namiękły jak nigdy, zdał sobie sprawę, że wypełnia go pustka tak namacalna, że aż musiał sprawdzić, czy nadal ma brzuch i nogi. Były tam, kiedy wycierał je puchatym, beżowym ręcznikiem pani Potter, były tam, kiedy zakładał piżamę i musiały tam nadal być, kiedy zebrał swoje rzeczy i wyszedł na korytarz. Możliwie bezszelestnie – jakby nigdy nie istniał, jakby go tu wcale nie było – dotarł do pokoju gościnnego, do którego pani Potter przyniosła koce i poduszki, jeszcze zanim nawiązał duchowy kontakt z podłogą w jej łazience. Zapewniała, że to żaden problem, że miło im go gościć – i była przy tym tak szczera, że niemal jej wierzył.
Na znajdującej się w pokoju sofie leżał James, który bawił się złotym zniczem. Wypuszczał go, pozwalał mu przez chwilę cieszyć się wolnością, a potem łapał, zduszając wszelkie złudzenia co do tego, kto w tej sytuacji ustalał zasady. Syriusz poczuł, że go mdli, ale nic nie powiedział. W milczeniu patrzył, jak złota piłeczka raz po raz próbuje wyrwać się na wolność i wraca do dłoni Jamesa.
– W końcu nawiałeś – powiedział, a w jego głosie pobrzmiewała duma z przyjaciela. Wcześniej, kiedy Syriusz stanął na progu ich domu, wymienili niewiele słów, obaj zbyt oszołomieni. – Ale się wkurzą.
– Już byli wkurzeni – odpowiedział Syriusz, oczekując powrotu wściekłości.
James zaśmiał się i przez chwilę wydawało się, że zgubi swój złoty znicz, ale ponownie udało mu się w porę podciąć skrzydełka i zamknąć go w dłoni.
– Chcesz o tym pogadać?
Syriusz przez chwilę milczał, rozważając, jak ubrać w słowa wszystko, co się wydarzyło tego dnia – od śniadania, przez odwiedziny wuja Cygnusa, zasłyszane ukradkiem dyskusje o nim czy o Andromedzie – czarnych owcach wśród Blacków – a potem, w okolicy obiadu, wszystko eskalowało tak szybko, że pamiętał tylko te mniej znaczące urywki, wśród których przewijały się przytyki do kolorów Gryffindoru, do tego koszmarnego, mugolskiego wynalazku, który odtwarzał muzykę, do dekoltu Brigitte Bardot… To było łatwiej pamiętać, łatwiej ubrać w słowa i opowiedzieć Rogatemu, zostawiając w tej historii przerwy wystarczająco długie, by mógł się pośmiać, i dostatecznie krótkie, by nie dostrzegł, że w opowieści brakuje wielu elementów. Że niezależnie od tego, jak Walburga i Orion Black nienawidzili połączenia złota z czerwienią, odsłoniętych ramiona Bardot i piosenek Bruce’a Springsteena, które Syriusz pokochał, żadna z tych spraw – ani nawet wszystkie naraz – nie tłumaczyła, czemu pierworodny szlachetnego i starożytnego rodu Blacków znalazł się bez dachu nad głową.
James nadal rechotał, zbyt rozbawiony wizją plakatu tańczącego kankana pośród rodowych sreber podczas niedzielnego obiadu.
– Dobre zaklęcie – powiedział, a w jego oczach zalśniło coś, co nakazywało sądzić, że wkrótce podobne zjawisko będzie można zaobserwować na stole w kuchni państwa Potterów.
Syriusz uśmiechnął się krzywo.
– Miałem czas, żeby ćwiczyć.
To na chwilę otrzeźwiło Jamesa, który w mgnieniu oka spoważniał.
– Nie powinieneś był tam w ogóle wracać – oświadczył, podnosząc się z sofy. – To banda oszołomów, szkoda twojego czasu na nich. Powinieneś był prosto z Londynu przyjechać do nas.
Syriusz odruchowo skrzywił się lekko, jakby słowa te dotknęły go fizycznie. Choć ten lekki grymas znikł tak szybko, jak się pojawił, to nie uszedł uwadze Jamesa; Rogaty nie wiedział jednak, co z właśnie powziętą wiedzą zrobić, więc wzruszył ramionami i klepnął Syriusza w ramię.
– Wyśpij się, a jutro pogramy w quidditcha – powiedział, wychodząc z pokoju.
Syriusz zbyt szybko został sam ze swoimi myślami, swoją pustką – która po wyjściu Jamesa stała się jeszcze bardziej oczywista, bo wcześniej była, ale mógł ją odepchnąć, zlekceważyć, zepchnąć na drugi plan, skoro była zbędna w tej rozmowie, skoro mógł ją przykryć zabawnym komentarzem i niezbyt szczerym uśmiechem – i z tobołkiem ubrań, które przyniósł z łazienki. Rzucił je w kierunku krzesła, nie patrząc nawet, gdzie wylądowały. Przez ułamek sekundy poczuł wyrzuty sumienia – pani Potter nie powinna patrzeć na jego brudne skarpetki, kiedy tu jutro wejdzie – ale były one zbyt małe, by coś z nimi zrobił. Zamiast tego rzucił się na sofę, układając się wygodnie i wbijając wzrok w sufit. Jedynym źródłem światła – teraz, kiedy James zamknął za sobą drzwi do korytarza – był księżyc. Zbliżała się pełnia, ale cóż z tego, jeśli Remus był setki kilometrów stąd.
Poprzedniej nocy patrzył na księżyc przez zupełnie inne okno, leżąc na zupełnie innym łóżku i zastanawiając się, jak długo jeszcze zniesie to, co działo się przy Grimmauld Place. Jak długo pozostanie jeszcze sobą – Syriuszem – zanim coś w nim pęknie i stanie się kimś innym – Blackiem. Przecież o to im właśnie chodziło, pod tymi wystudiowanymi maskami obojętności kryło się pragnienie, by był taki jak oni; czuł je w każdym pogardliwym spojrzeniu, w każdym wymierzonym mu razie, w każdej złośliwości. Umacniało to jego postanowienie, by nigdy nie stać się jednym z nich, ale…
Ale…
Syriusz zamknął oczy, przywołując w myślach jakąś – jakąkolwiek – piosenkę z tych, które ostatnio słyszał w radio. Niemal chwytał myślą melodie i słowa, ale wszystkie prędzej czy później rozmywały się, łączyły w bezsensowne twory albo urywały. Gdzieś tam, z tyłu głowy, była cały czas twarz jego matki, jej głos, grymas wściekłości i – co gorsze – błysk aprobaty w oczach.
Nie było nic straszniejszego niż aprobata Walburgi Black.
Otworzył oczy i położył się tak, by widzieć okno. Księżyc znajdował się poza zasięgiem jego wzroku, ale świecił jasno. Nigdy nie przykładał się do astronomii na tyle, by móc oczyścić umysł dzięki znajomym kształtom gwiazd; wiedział też, że nie spotka na nocnym niebie swojego imiennika, który wakacje spędzał na południowej półkuli. Może miał dobry pomysł, może Syriusz powinien był podążyć jego tropem, uciec gdzieś daleko, gdzie nikt go nie znał, nikt nie mógł oceniać go po statusie krwi czy zastanawiać się, kiedy okaże się, że jabłko wcale nie pada daleko od jabłoni.
To tylko kwestia czasu.
Potrząsnął głową, chcąc pozbyć się pobrzmiewającego w niej głosu matki. Nie chciał o niej myśleć – już nigdy – a szczególnie nie kilka godzin po tym, kiedy ostatecznie się od niej uwolnił, kiedy uciekł, by już nigdy nie powrócić.
Poczuł, że zaschło mu w ustach, choć przecież nic nie mówił.
Cicho, najciszej jak mógł, żeby nikogo nie obudzić przeszedł przez ciemny korytarz do kuchni. Tam jednak zorientował się, że nie tylko on ma problemy ze snem. Eufemia Potter siedziała w wygodnym fotelu w przestrzeni pomiędzy kuchnią a salonem, zatopiona w lekturze jakiejś opasłej księgi. Tuż obok niej druty niezmordowanie pracowały nad robótką z granatowej wełny. Syriusz chciał się wycofać, żeby nie zakłócać jej spokoju, ale było już za późno. Jasne, niebieskie oczy zdawały się prześwietlać go na wylot. Nawet jeśli biła z nich sympatia, Syriusz miał ochotę skryć się w mroku i pozostać w nim tak długo, aż matka Jamesa nie pójdzie spać. Bał się tego, co Eufemia może w nim znaleźć, jeśli jej wzrok zbyt uważnie zacznie badać jego wnętrze.
Krwi się nie oszuka, a w jego żyłach płynie krew Blacków.
– Też nie możesz spać? – zapytała dobrotliwie, a jej pokrytą zmarszczkami twarz rozświetlił uśmiech. – Księżyc miesza nam wszystkim w głowach.
– Tak – odpowiedział cicho, niepewnie przestępując z nogi na nogę. Mógł uciec z domu, mógł robić wszystko, by przekonać świat o tym, na jak niewielu rzeczach mu zależy, mógł… mógł wiele, ale teraz, kiedy między nim a szklanką wody stała cała dobroć pani Potter, czuł się, jakby znów miał cztery lata i potrzebował kogoś, kto odgoni wszystkie koszmary.
Wtedy nikogo takiego nie znalazł. Nie chciał nawet myśleć, że teraz mogłoby być inaczej, perspektywa ta była zbyt przerażająca.
– Martwiliśmy się o ciebie, Syriuszu – powiedziała. – James nie dostał żadnej sowy od początku wakacji.
Skinął głową, z trudem przełykając ślinę. W gardle utworzyła mu się gula, która niewiele miała wspólnego ze wspomnieniem martwych ptaków lądujących na trawie przed domem po tym, jak zostały rażone klątwą, a więcej z tym, że nie wiedział, co powinien zrobić z wiedzą o tym, że ktoś się o niego martwił.
– Próbowałem… próbowałem napisać.
Pani Potter pokiwała głową, a w jej oczach – zamiast wesołych błysków, które zwykle mógł dostrzec – pojawiło się coś, co nakazało mu spuścić wzrok. Skąd mógł wiedzieć, czy nie tak wygląda oklumencja, a ostatnim, czego by chciał, to jakikolwiek oklumenta – nawet najsympatyczniejszy – oglądający jego wspomnienia.
– Cieszę się, że udało ci się do nas dotrzeć – zapewniła. – Podróż musiała być trudna.
Syriusz pomyślał o wyrzuconym przez okno kufrze, o tym, jak bał się, że skręci kostkę, kiedy wyskoczy za nim – a wtedy go znajdą, wtedy nie da rady się oddalić – o tym, że jeszcze bardziej się bał, że złapią go, zanim wmiesza się w tłum mugoli, o oglądaniu się przez ramię przez kilkanaście kilometrów wędrówki po Londynie, o próbie kupienia mugolskiego jedzenia za złoto, kiedy nie miał przy sobie innych pieniędzy, o strachu, który kurczył żołądek tak bardzo, że nie mógł myśleć o niczym innym, tylko o tych kilku sekundach, które…
A potem był Błędny Rycerz i Dorset, i Dolina Godryka.
– A skąd. – Zmusił się do uśmiechu. – Błędny Rycerz nie jest aż tak zły.
Pani Potter posłała mu łagodny uśmiech, który sygnalizował, że wie, co Syriusz próbuje zrobić, i póki co mu na to pozwala. Podbródkiem wskazała jedno z krzeseł, nakazując mu, by usiadł.
– Nie będę przeszkadzał – mruknął, próbując wycofać się z kuchni.
– Nonsens – odpowiedziała, przywołując różdżką imbryk i filiżankę, która wydawała mu się tak idiotycznie różowa i pokryta rysunkami kwiatów, że nie mógł wyobrazić sobie, dlaczego ktokolwiek mógłby taką z własnej woli kupić. Jego matka…
Ale nie chciał myśleć o swojej matce.
Eufemia nalała mu herbaty do filiżanki i ponownie zwróciła w jego stronę badawcze spojrzenie.
– Zostaniesz do końca wakacji?
Tym razem nie próbował się uśmiechać, po prostu skinął głową.
– Jeśli to nie problem – powiedział ciszej, niż chciał. Jego głos był zbyt słaby, zbyt niepewny, a przecież Syriusz nie mógł być słaby i niepewny, nie teraz, kiedy słowa jego matki były tak świeże w jego głowie.
Wrócisz tu, wrócisz z podkulonym ogonem.
Nigdy nie wróci do tego domu. Będzie mieszkał w lesie, pod mostem, wprowadzi się do Zakazanego Lasu, jeśli będzie musiał, ale nie wróci na Grimmauld Place.
– Żaden – zapewniła, popychając w jego stronę cukiernicę. – Im nas więcej, tym weselej, prawda?
Zupełnie nieproszony do jego umysłu wdarł się obraz roześmianego wuja Cygnusa. Kto by pomyślał, że strach może tak szybko zastąpić śmiech. Kto by pomyślał, że…
Ale o wuju Cygnusie też nie chciał myśleć, nie w przytulnej kuchni Potterów.
– Na pewno nie będę sprawiał większych problemów niż James – wyszczerzył zęby w tak dobrze sobie znanym uśmiechu i miał nadzieję, że nie pęknie mu od tego twarz.
– Czasami nieźle nam daje w kość – zaśmiała się Eufemia i przez chwilę Syriusz mógłby przysiąc, że miała nie więcej niż 30 lat. – Ale coś ci powiem, niedaleko pada jabłko od jabłoni.
Mrugnęła porozumiewawczo, a po kręgosłupie Syriusza przeszedł dreszcz tak gwałtowny, że aż podskoczył wraz z krzesłem, na którym siedział. Nerwowo chwycił za filiżankę, próbując zamaskować swój nagły ruch.
Niemal spełnił ich oczekiwania, przecież powiedzieli…
Nie mógł być taki jak oni.
– O? – wykrztusił w końcu, zdając sobie sprawę, że cisza, która zapadła, musi być co najmniej niezręczna.
Eufemia uważnie mu się przyglądała, już nie udając, że nie dostrzega jego dziwnego zachowania. Teraz próbowała ocenić, co się stało, że stanął na ich progu – rozdygotany i z szaleństwem w oczach.
Nie wiedział, jak głęboko w sobie ma ukryć wydarzenia tego popołudnia, ale oddałby wiele, żeby nikt się o nich nie dowiedział. Inna część umysłu Syriusza niemal żałowała, że nie wypowiedział tych słów, że nie był w stanie – musisz chcieć go użyć, synu, musisz naprawdę chcieć – bo podczas gdy jarząca się różdżka wywoływała strach w oczach wuja Cygnusa, wypowiedzenie tych słów wywołałoby strach w oczach ich wszystkich. Strach był lepszy niż to, co widział, kiedy uciekał na piętro. Chociaż… wtedy stałby się jednym z nich, matka sama to wykrzyczała, wtedy byłby Blackiem.
Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że Eufemia opowiada o przygodach swojego męża w Hogwarcie. Fleamont był Gryfonem – oczywiście – i łamał regulamin szkoły niemal tak samo często jak jego syn.
Syriusz próbował skupić się na jej słowach, ale serce biło mu jak oszalałe, a z tyłu głowy wciąż miał te wszystkie słowa i spojrzenia, które przelały czarę goryczy, które uświadomiły mu – ostatecznie – że jeśli nie przetnie wszystkich więzów, które łączą go z rodziną, to oni wygrają. Żadne mugolskie plakaty, żadne barwy go przed tym nie uchronią. To coś, ten pierwiastek blackowatowści, było w nim jak bomba i mogło wybuchnąć. Jeśli nie ucieknie, to zwariuje i stanie się jednym z nich – nieważne, czy nastąpi to za tydzień, czy za dekadę.
– Och, chyba nie powinnam cię zanudzać opowieściami sprzed stu lat – powiedziała w końcu.
Chciał zaprotestować, zapewnić, że jej opowieści warte są wysłuchania, ale… nie mógł przywołać żadnej z nich. Wolał więc milczeć.
Eufemia wstała ze swojego fotela i, pokrzątawszy się chwilę po kuchni, podczas gdy Syriusz uparcie wbijał wzrok w filiżankę, ruszyła w kierunku korytarza.
– Syriuszu – odezwała się, już u drzwi pomieszczenia – zostań z nami tak długo, jak tylko masz ochotę. Jesteś dla Jamesa jak brat.
Pokiwał tylko głową, bo w gardle znów urosła mu gula, której nie był w stanie przełknąć – tym razem jednak powodem jej powstania było wzruszenie, nie strach czy wstyd. Nie wiedział, czy pani Potter w ogóle widziała jego kiwnięcie, ale nie miało to większego znaczenia. Ich dziwna rozmowa musiała dostarczyć jej więcej informacji, niżby chciał.
Kiedy został sam, wypił jeszcze kilka filiżanek herbaty. Tu, w tej przytulnej kuchni, z tą idiotycznie różową filiżanką w dłoni łatwiej było mu zrozumieć, poczuć, że w końcu jest daleko od sreber i szarości, że właściwie nic, co stało się przy Grimmauld Place – nieważne, jak przerażające i jak bardzo chciałby o tym zapomnieć – nie miało większego znaczenia teraz, kiedy uciekł. Właściwie… czy nie było w tym jakiejś poetyckiej sprawiedliwości? Syriusz nie był fanem poezji i rzadko ją rozumiał, ale wśród wszystkich emocji, które odczuwał – wciąż przygaszone, ale powoli wypełniające jego pustkę – pączkowało coś, co nakazywało mu się śmiać, gdy myślał o tym, że podniósł na nich różdżkę, że ten akt buntu – tak przecież różny od dotychczasowych wyrazów buntu, z którymi się już oswoili – wywarł na nich takie wrażenie. Chciał myśleć, że nigdy nie zamierzał wypowiedzieć tych słów, że nienawiść, którą czuł we krwi, nie była dostatecznie silna, ale… nie wiedział. Nie mógł był pewien sam siebie. Wolał nie być.

Advertisements

Pod znakiem borsuka: Trudna sztuka jednostronnego kompromisu

Nie była pewna, czy wczoraj przypadkiem jej się nie przyśniło. Wróciła do pokoju nad ranem, mokra i półprzytomna, a gdy się obudziła, Glendy nie było nigdzie w pobliżu i nikt nie mógł potwierdzić tego, że rzeczywistość w istocie była rzeczywistością. Sobie nie mogła już ufać. Nie po tym, w co się wpakowała.
Florence Jezebel Yaxley rozpoczęła swoją bolesną niedzielę od zimnego, bardzo zimnego prysznica i krótkiej notatki do Jamesa Pottera. Jamesa Pottera! Czy naprawdę kiedykolwiek podejrzewała, choćby w swoich najśmielszych koszmarach, że spędzi jakiekolwiek… wczesne popołudnie wypisując listy do Jamesa Pottera? Kto miał być następny? Syriusz Black?
Wszystko, co święte, czy to właśnie czekało na nią w przyszłości? Nie kariera magomedyka a obśliniony pysk Syriusza Blacka? Na samą myśl robiło jej się słabo.
A to nie był czas na słabość. Musiała zachować absolutną świeżość umysłu na tyle, na ile było to możliwe w obecnych okolicznościach. Nie, kiedy w każdej chwili mógł pojawić się koło niej właśnie James Potter i musiałaby mu opowiedzieć o wszystkim, co przyszło jej do głowy pod prysznicem.
– Weź się w garść, Flossie. To wcale nie jest głupi plan.
Jej poziom zaufania do samej siebie naprawdę musiał być krytycznie niski, bo nie uwierzyła sobie choćby przez ułamek sekundy. Odkrząknęła i powtórzyła jeszcze raz:
– To wcale nie jest głupi plan.
– Gadasz do siebie?
Gdyby nie to, że bezpiecznie czuła się jedynie w pozycji siedzącej, niechybnie podskoczyłaby na dźwięk jego głosu. Kiedy podniosła głowę, by spojrzeć na jego roześmianą twarz okoloną okrutną dla jej aktualnego stanu ilością promieni słonecznych, zrozumiała, że może jednak, może odrobinkę, był to bardzo głupi plan.
Tyle że mleko już się rozlało. Była tu i teraz, na błoniach, James był tuż koło niej, a jej durna godność prawdziwego Perfekta nie pozwalała jej się wycofać z danego słowa.
– Upewniam się, że jestem stuprocentowo przygotowana ­– odpowiedziała, próbując  zachować zimną krew. Podejrzewała, że nie za bardzo jej to wychodziło. Jej oczy odmawiały współpracy i za nic nie chciały się otworzyć, nie, kiedy patrzyła prosto w aureolę wokół jego rozczochranej głowy. – Nie lubię nie być przygotowana. To nieprofesjonalne.
Nie mogła pozbyć się wrażenia, że James umierał ze śmiechu.
Jedną nogą szturchnął stosik pergaminów, leżący na ziemi tuż koło niej. Ostatkiem sił powstrzymała się przed skomentowaniem tego w jakikolwiek sposób, chociaż naprawdę, naprawdę miała ochotę go za to skarcić. Jak małe dziecko, które musi popsuć swoją zabawkę, no doprawdy.
– Ale że będziemy się uczyć? – spytał niewinnie, co wcale nie pomogło jej irytacji.
– Nie, James. Będziemy negocjować.
Gdyby nie to, że Flossie i tak nie podejrzewała Jamesa Pottera o przesadne pokłady intelektu, a więc i niewiele miał go do stracenia, gotowa była uznać, że od ostatniej nocy ogłupiał jeszcze bardziej. Przynajmniej na to wskazywała jego mina i podwójne mrugnięcie, które ją poprzedziło. Nawet oślepiona przez popołudniowe słońce nie mogła jej nie zauważyć.
Bez słowa próbowała mu zasugerować, że może jednak przestałby się wygłupiać i usiadł – w końcu słowa w ogóle do niego nie docierały – ale minęły może i nawet dwie minuty nim zrozumiał, co się do niego gestykuluje i w końcu przesunął się z linii koszmarnego prześwietlenia. Flossie tak ulżyło, że nie musiała już wypalać sobie oczu, że przez moment miała ochotę go za to przytulić; tylko moment, bo zaraz uświadomiła sobie, że profesjonalizm nie obejmuje przytulania współkonspiratorów.
Jedyne, co jej pozostało, to przygładzić sweter, wziąć głęboki oddech i…
– Przyniosłem ci śniadanie, chcesz? – James przerwał jej w momencie, w którym już miała zacząć mu opowiadać o istocie tabelek i kalendarzy, które przyniosła ze sobą na błonia.
Tym razem naprawdę mu się przyjrzała. I tak, nie dało się ukryć, że w swoich dłoniach James w istocie trzymał kwiecisty talerzyk z trzema bułeczkami. Być może nawet…
– Poziomkowe.
Mimowolnie wyszczerzyła się do niego w największym uśmiechu, na jaki było ją stać. Nie miała pojęcia, skąd James wiedział o jej miłości do poziomkowych bułeczek, ale aktualnie niewiele ją to obchodziło. Potrzebowała odrobiny szczęścia. Nawet z rąk nie tego Gryfona, co trzeba.
Ostatkiem sił powstrzymała się od wyrwania mu ich siłą; zresztą, Potter i tak był zbyt zajęty naśmiewaniem się z jej entuzjazmu, by jakkolwiek się z nią drażnić i, na przykład, próbować zatrzymać talerzyk dla siebie. Chociaż do tej pory nie czuła głodu, nagle zdała sobie sprawę z tego, że z nerwów nie jadła wczoraj cały dzień. I dzień wcześniej. W zasadzie poza wątpliwym ponczem Syriusza nie miała w ustach niczego od… od rozmowy z Remusem w bibliotece.
Kto jak kto, ale ona akurat nie musiała przechodzić na dietę.
– Kiedy zdążyłaś to wszystko napisać? – James wyciągnął się wygodnie na trawie i zaczął przeglądać jej pergaminy. Pierwszym, który porwał, była tabela pełna wyliczeń prawdopodobieństw warunkowych na wzbudzenie zazdrości różnych technik trzymania się za ręce.
Zanim mogła mu odpowiedzieć, musiała przełknąć wyjątkowo duży kawałek bułki, który akurat przegryzała. Tak, mogła umierać z głodu, wstydu, złamanego serca, bólu głowy i słabego towarzystwa, ale nie był to powód, by od razu rezygnować z podstawowych manier.
– To? To są tylko podstawy. Nie wiedziałam od czego zacząć.
– Ja nawet nie wiem, co połowa z tych szlaczków oznacza. – Przysunął pergamin, który czytał, tuż pod swój nos, udając, że bardzo się na nim skupia. – Jesteś pewna, że to ma znaczenie? Czy będę trzymał twoją rękę od prawej czy lewej strony?
– Lata studiowania Starożytnych Runów nauczyły mnie, że w badaniu przyszłości nic nie pomaga tak, jak właściwa metodyka pracy.
James spojrzał w jej kierunku, ale nie odpowiedział. Gdyby nie to, jak bardzo absorbowało ją połączenie właściwej metodyki pracy i poziomkowych bułeczek, może przejęłaby się intensywnością tego spojrzenia. Zwykle nie czuła się zbyt komfortowo pod taką ścisłą obserwacją. Zwykle wolała raczej bardziej trochę nie istnieć.
– Jeśli chcemy, żeby ten plan wypalił…
– Upaćkałaś się dżemem – przerwał jej, a kiedy nie odpowiedziała, dodał: – Na nosie.
Po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna, Flossie nie miała pojęcia, co powiedzieć.
***
Syriusz dogonił je gdzieś na schodach pomiędzy trzecim i czwartym piętrem; i chociaż zwykle z bieganiem po Hogwarcie radził sobie bardziej niż przyzwoicie, fakt, że szukał Glendy już od paru godzin, sprawdzając jedną po drugiej wszystkie wieże i inne ekstremalnie położone zakamarki, niezbyt korzystnie wpływał na jego kondycję. Dlatego też zanim w ogóle się odezwał, pierwsze parę sekund spędził na zginaniu się wpół i łapaniu oddechu, ku wielkiemu zdziwieniu Dawn, która właśnie odkryła, że Syriusz Black był jednak tylko człowiekiem, a nie starożytnym bogiem zesłanym na ziemię ku uciesze damskich oczu.
– Będziesz żył? – zakpiła Glenda, której nijak nie wzruszała obecna sytuacja Syriusza. Jasne, nie żeby nie kiedyś coś tam, ale aktualnie nie wyglądał on dużo lepiej niż statystyczny Peter Pettigrew. – Musimy cię eskortować do Skrzydła Szpitalnego?
– Bardzo… bardzo zabawne, Kendrick.
– Zrobiłeś się fioletowy – cicho dorzuciła od siebie Dawn.
Glenda parsknęła śmiechem, ale Syriusz nie wyglądał na najszczęśliwszego; nie pamiętał nawet, kiedy po raz ostatni rozmawiał z Dawn, nie miał więc pojęcia, że ta krótka uwaga nie była kolejnym zamachem na jego męską dumę a prawdziwym współczuciem. Faktycznie robił się fioletowy. Może jeszcze nie stuprocentowo jagodowy, ale zdecydowanie zmierzał w tym kierunku.
Dawn próbowała się do niego uśmiechnąć, ale sama wizja uśmiechania się do kogoś tak nadzwyczajnego jak Syriusz Black, nawet w wersji śmietany z jagodami, przerażała ją na tyle, że uśmiech nijak nie chciał pojawić się na jej twarzy. Jedyne, na co mogła się zdobyć, to krok w tył, tak, by mogła bezpiecznie schować się za plecami Glendy.
– Szukałem cię… cały… dzień.
Gdyby powiedział coś takiego jej, małej, nieistotnej, zapomnianej Dawn, czciłaby te cztery słowa do końca swojego życia. Tymczasem Glenda jedynie wzruszyła ramionami i rzuciła:
– Czego chcesz?
Syriusz w końcu złapał na tyle oddechu, by móc się wyprostować. Teraz, gdy już nie sapał jak gigantyczne psisko po intensywnym popołudniu w parku, obie dziewczyny zauważyły, że był czymś wyraźnie zaaferowany. Jednak nawet w tysiąc lat nie odgadłyby, co miał im do powiedzenia.
– To prawda? – spytał. – Rogacz i Flossie?
– Rogacz i Flossie co?
– No… Wiesz.
Glenda nie odpowiedziała. Wpatrywała się w Syriusza tak, jak gdyby naprawdę przemienił się nagle z Gryfona w jagodę, a potem zaczął stepować. Chociaż jeśli miałaby być szczera, w jej oczach prawdopodobieństwo Syriusza-jagody stepującego na schodach do wieży północnej wciąż było nieskończenie większe niż Flossie i Jamesa choćby rozmawiających ze sobą z własnej, nieprzymuszonej woli.
Nie, żeby z Jamesem było coś nie tak. Chyba. Glenda nie miała nigdy żadnych powodów by wątpić w jakość Pottera jako towarzystwa. Jasne, dla niej był trochę za niski i trochę zbyt żałosny w swoich jękach i stękach do Lily Evans, ale przynajmniej nie był Remusem Lupinem. Remusa Glenda nie mogła znieść najbardziej, taki był sztywny i nudny, i pozbawiony jakiejkolwiek joie de vivre. James nie był najgorszy.
Po prostu Flossie… Flossie też była specyficzna. Glenda kochała ją całym swoim sercem, ale nie dało się ukryć, że niespecjalnie nadawała się do interakcji z bardziej… normalnymi ludźmi. Nie żeby przez tyle lat nie udało się jej trochę ucywilizować, ale przed nimi wciąż była dość daleka droga, a obściskiwanie się z Jamesem Potterem mogło okazać się skrótem, którego biedna Florence by nie przeżyła.
– Flossie i James będą mieli dziecko? – niespodziewanie wypaliła Dawn, która z tego wszystkiego rozumiała jeszcze mniej niż Glenda.
– Co? – Glenda i Syriusz spytali unisono, w akcie pół-skonfundowania i pół-paniki.
Dawn skurczyła się i dosłownie, i w przenośni, gdy dwie pary bardzo intensywnych oczu wbiły się prosto w jej czoło. Dla człowieka, którego nigdy nikt nie zauważał, było to zdecydowane przekroczenie wszystkich norm bezpieczeństwa związanych z cudzą uwagą.
W zaistniałej sytuacji nie pozostało jej nic innego jak zacisnąć obie dłonie na krawędzi jej swetra i właśnie się skurczyć – najlepiej do rozmiaru guzika, o tak, guzik byłby wystarczający. Tyle że Dawn nie była też asem czarowania i mimo jej najwytrwalszych prób, nigdy nie udało jej się opanować samo-transmutacji; i chociaż bardzo bardzo chciała być guzikiem, nic jej z tego nie wychodziło.
– No… Mówiłeś, że Flossie i James, no i że wiemy – Dawn mówiła tak cicho, że i Glenda, i Syriusz nie za bardzo usłyszeli ją za pierwszym razem. Dlatego też po chwili musiała dorzucić, odrobinę głóśniej: – Nie to powiedziałeś?
Gigantyczny kamień spadł z serca Glendy. Nie, żeby podejrzewała, że Dawn mogła wiedzieć coś, czego nie wiedziała ona… Ale jeśli chodziło o Florence i jej zdolność do pakowania się w niepotrzebne kłopoty, nigdy nic nie wiadomo.
– Nie, nie to powiedział – warknęła na Dawn, która od tego warknięcia w istocie prawie skurczyła się do rozmiaru guzika. – Syriusz sugeruje, że Florence i James Potter mają romans. Bez dzieci.
– Nie jestem gotowy na dzieci – Syriusz mruknął, chociaż nikt nie pytał go o zdanie; co zresztą zasugerowało mu po chwili spojrzenie Glendy.
Dawn wyrzuciła z siebie niemal niesłyszalne Och, którego nikt już nie usłyszał, bo Glenda otrząsnęła się już z pierwszego szoku i była gotowa drążyć temat. Wszyscy, którzy znali Glendę Kendrick chociaż odrobinę, wiedzieli, by trzymać się od niej z daleka, gdy była w nastroju na drążenie tematu – ale najwyraźniej to, co chciał tym osiągnąć, było dla Syriusza ważniejsze niż jego życie i perspektywy na miłe popołudnie, bo jeszcze nie zaczął uciekać.
– Nie wkręcasz nas? Flossie i James? Nie wydaje ci się to… komiczne?
– Przysięgam na moją piękną mordę, że własnymi oczami ich widziałem wczoraj, tymi tutaj bosko szarymi – Syriusz wyszczerzył się, mimo że przez Rogatego aktualnie nie było mu bardzo do śmiechu.
Glenda przewróciła oczami.
– Flossie wróciła wczoraj tak późno, że w ogóle tego nie pamiętam. Pamiętasz? – Spojrzała na Dawn, która energicznie i bez słowa pokręciła głową. – A rano była tak nieprzytomna, że nawet nie mogłam jej spytać, jak poszło jej tête a tête z… Myślałam, że Flossie umówiła się wczoraj z Remusem?
– Dlaczego Flossie miałaby się umówić z Remusem?
– To dziwi cię bardziej niż wersja z Jamesem?
Próbował się nad tym zastanowić; ale ostatecznie Syriusz jedynie doszedł do wniosku, że niczego już w ogóle nie rozumie.
***
Bułeczki poziomkowe dawno się już skończyły, ale Flossie i James wciąż przerabiali czwarty pergamin. Z dwudziestu siedmiu. Po prostu niezależnie od tego, jak bardzo Flossie starała się trzymać przyzwoite tempo przerabiana materiału, James co chwilę znajdywał powód, by ją rozproszyć.
– Całowałaś się w ogóle kiedyś? – spytał przykładowo znienacka, kiedy w ogóle się tego nie spodziewała.
Posłała mu bardzo ostre spojrzenie; chociaż niepokrycie się rumieńcem przysporzyło jej więcej trudności, niż chciałaby się do tego przyznać.
– Słucham?
– Muszę wiedzieć, nie? Chciałaś być przygotowana.
Przez sekundę prawie, prawie mu uwierzyła – ale potem James Potter postanowił z głupim uśmiechem na twarzy przeczesać palcami swoje czarne, wiecznie rozczochrane włosy i wrażenie tego, że kiedykolwiek mógł coś traktować poważnie prysło.
Flossie wyprostowała się, by dodać sobie odrobinę powagi i mimowolnie też odgarnęła włosy ze swojej twarzy.
– Jak już musisz wiedzieć – zaczęła bardzo obrażonym tonem – to po raz pierwszy całowałam się już w wieku sześciu lat.
Głupi uśmiech nie schodził mu z twarzy, a ona czuła podskórnie, że im dłużej się on utrzyma, tym gorzej jej będzie z tym powstrzymywaniem rumieńca. Mimo to uparcie nie odwracała od niego wzroku, zdeterminowana wygrać tę potyczkę, która dla Jamesa wcale pewnie nie była żadną potyczką.
Nie wyglądał wszak jak ktoś, kto właśnie się pojedynkował, nawet jeśli był to pojedynek na ego. Cały leżał rozciągnięty na trawie, a do tego podśmiewał się lekko i ogólnie sprawiał wrażenie zdecydowanie zrelaksowanego.
– Zdradzisz mi, kto był tym szczęśliwcem?
I stało się. Flossie zarumieniła się w sposób niewątpliwie uroczy, chociaż jednocześnie zdecydowanie niepożądany. A że była człowiekiem białych włosów i bardziej niż porcelanowej skóry, w ogóle nie dało się tego rumieńca ukryć, niezależnie od tego, jak poważną chciała przy nim zrobić minę.
James wyszczerzył się jeszcze bardziej.
– No, no, miłości swojego życia nie powiesz? – spytał zaczepnie, puszczając do niej oko jak jakiś… jakiś… jakiś Gryfon.
W naturze Florence Yaxley nie leżało kłamstwo, niestety – co oczywiście wliczała w tabele ryzyka ich planu, które przygotowała. Ze wszystkich swoich wad Flossie najbardziej nie znosiła w sobie właśnie tej niemożności niemówienia prawdy; lanie wody przydałoby się jej w wielu kłopotliwych sytuacjach życiowych i ta właśnie była tego najlepszym przykładem. Ale nie. W życiu Flossie to prawda musiała zawsze zwyciężyć, niezależnie od tego, ile ją kosztowała.
– Syriusz – wymamrotała niewyraźnie, licząc na to, że James jej nie usłyszy.
Usłyszał.
– Syriusz? Syriusz Black? Pierwszym facetem, z którym się całowałaś, był Syriusz Black?
James praktycznie dusił się ze śmiechu, co wcale nie pomagało ani jej rumieńcom, ani koszmarnym wspomnieniom podwieczorków u Blacków, na które ojciec targał ją w dzieciństwie.
– Miałam sześć lat, ok? Nie możesz mnie za to winić!
Z całego tego rozbawienia aż przewrócił się na plecy. Trudno mu było sformułować jakąkolwiek odpowiedź, bo wizja małej Flossie i małego Łapy była zbyt u-ro-cza, żeby nie umrzeć od niej ze śmiechu. W zasadzie z tego wszystkiego powoli zaczynało mu brakować powietrza; i wcale nie pomogło mu to, że ostatkiem oddechu wydusił z siebie:
– Petera też masz na liście?
Zareagowała instynktownym pacnięciem go w ramię, a gdy to nie podziałało, Flossie musiała chwycić się ostateczności – porzucenia jej starannie przygotowanych notatek i rzucenia się na niego z pięściami. W teorii brzmiało to o wiele poważniej niż w praktyce. Florence mogła być wysoka jak na swój wiek i swoją płeć, ale w kwestii masy wciąż była od Jamesa przynajmniej dwukrotnie mniejsza, a i przecież nie próbowała go naprawdę pobić. No, może trochę. Na trochę zasłużył.
Sama nie zauważyła nawet kiedy przestała uderzać go zaciśniętymi pięściami, a zaczęła łaskotać. W końcu skoro chciał się z niej śmiać, mógł się z niej śmiać porządnie, prawda? A potem nie zauważyła kiedy to on zaczął ją łaskotać i jak sama wylądowała na plecach, chociaż w jej podręczniku Dobrej Uczennicy i Córki i Obywatelki nie było ani słowa o turlaniu się po trawie.
W szczególności o turlaniu się po trawie z ludźmi, których się ledwo znało, a mimo to wchodziło się z nimi w szemrane układy i układziki.
W końcu jednak James jej odpuścił i upewniwszy się, że sam był już bezpieczny, odsunął się od niej na tyle, by nie mogła mu oddać. Jakimś cudem jego włosy były jeszcze bardziej poczochrane niż zwykle. Flossie zdziwiła się, że w ogóle to zauważyła, ale szybko odrzuciła od siebie tę myśl – włosy Jamesa Pottera nie znajdowały się na liście rzeczy do omówienia tego popołudnia.
– A ty co? – spytała. – Całowałeś się kiedyś w ogóle?
– Ty mi nie odpowiedziałaś.
Poprawiła włosy, sweter, w zasadzie całą siebie. Może i James lubił żyć chaosem, ale nie była to forma, na której przybranie Flossie zdobyłaby się na dłużej niż trzy, może cztery minuty.
– Tak – odpowiedziała po chwili zastanowienia. – Całowałam się, byłam w związku, on był mugolem, nic to nie znaczyło.
Chyba nie spodziewał się takiej odpowiedzi; w jego głowie Flossie była tylko i wyłącznie Idealną Panną Prefekt i nigdy nie zdołała stać się w niej człowiekiem z krwi i kości. Zaczynał żałować, że spytał. Chciał się z nią podroczyć, zobaczyć, jak peszy się tym, że nikt nigdy nic, może nawet sprawdzić, jak daleko może się posunąć w udawaniu. Jeśli w ogóle zdecydowaliby się na udawanie. Nie chciał z nią poważnie rozmawiać.
Czuł, że poważnie rozmawiali.
W szczególności, że jej błękitne oczy wpatrywały się w niego intensywnie, oczekując odpowiedzi, a James zdawał sobie sprawę z tego, jaki niespecjalnie dobry był z niego człowiek.
– Parę koleżanek dziewczyn Syriusza, nic specjalnego.
Kiwnęła głową na znak, że zrozumiała. Usiadła wygodnie i sięgnęła po pergaminy, które wcześniej porzuciła. Nagle zrobiło się niezręcznie i żadne z nich nie rozumiało dlaczego.
Jednak zanim przeszli do następnych podpunktów planu, Flossie rzuciła jeszcze oschle:
– Wolałabym, żebyś mnie nie całował, chyba że naprawdę musisz.
A on nie zaprotestował nawet odrobinę.
***
Z parapetu w jej dormitorium Lily z pewnością mogłaby dotrzeć Jamesa i Flossie na błoniach; to wymagałoby jednak tego, żeby otworzyła oczy, a ona zbyt zajęta była wygrzewaniem się w słońcu, by zwracać uwagę na takie szczegóły.
Od samego rana czuła się po prostu najszczęśliwsza i nic, absolutnie nic, nawet James Potter, nie mogło jej tego szczęścia odebrać. Jedyne, na co miała ochotę, to siedzenie na parapecie i rozmyślanie o poprzedniej nocy. Co to była za noc! Czy kiedykolwiek wcześniej czuła coś takiego? Nie, zdecydowanie nie. Ani Severus… ani jakikolwiek inny chłopak w Hogwarcie nie reprezentował takich manier i takiej wrażliwości jak Elijah Prewett. Nie dosięgali mu do pięt.
– Ty wciąż w chmurach? – Jakby z innej planety dobiegł ją głos Jolene.
Otworzyła oczy i spojrzała na przyjaciółkę wychodzącą z ich wspólnej łazienki. W innych okolicznościach zdenerwowałoby ją to, że Jolene razem ze sobą przyniosła cały strumień wody skapujący z jej włosów, ale dzisiaj w ogóle jej to nie przeszkadzało. Dzisiaj Jolene mogła wpaść do sypialni z całą wanną. Z dwoma wannami. Z trze… Nie, trzy wanny to byłaby przesada.
Lily uśmiechnęła się radośnie.
– Nigdy nie planuję z nich schodzić.
Jolene upuściła na podłogę ręcznik, którym wycierała swoje włosy i rzuciła się na łóżko. Stary materac, którego nikt nie wymieniał od bardzo, bardzo dawna, zaskrzypiał pod jej ciężarem, ale przyzwyczajona do tego dźwięku, który towarzyszył jej od sześciu lat, w ogóle na to nie zareagowała. Przypatrywała się Lily i jej uśmiechowi, niepewna, czy powinna się nim cieszyć, czy martwić.
Elijah Prewett może i nie był Ślizgonem, ale wciąż był Prewettem – co stanowiło dość potężny problem, bo, cóż, wszyscy Prewetci byli szczurami. Może nie aż takimi jak jego brat, Octavian, ale jednak szczurami. Czy Elijah mógł się okazać wyjątkiem? Mógł. Ale czy Lily naprawdę musiała być tą, która się o tym przekona?
Poza tym pozostawał jeszcze jeden drobny problem – James Potter. Lily mogła wczoraj tego nie zauważyć, ale Jolene nie umknęła ani sekunda, którą Rogaty spędził poprzedniej nocy z Flossie Yaxley. I tak, jej przyjaciółka mogła się zarzekać, że pomiędzy nią i Jamesem nigdy nic nie będzie, ile chciała – ona już jej nie wierzyła. Niewątpliwie w jakiś pokrętny sposób czuła do niego miętę. Choćby i bardzo krzykliwą, ale jednak miętę.
– Widziałaś wczoraj Rogatego? Nieźle zaszalał. Kto by się spodziewał.
Cisza, jaką odpowiedziała jej Lily, potwierdziła wszystkie jej najgorsze podejrzenia.
Chwilę zajęło Lily przypomnienie sobie, że była szczęśliwa. Najwidoczniej jej chmury nie znajdowały się poza zasięgiem obślizgłych łapsk Pottera; obślizgłych łapsk Pottera, które wczoraj zdecydowanie znalazły się na pośladkach Florence Yaxley. Florence Yaxley! Kto to w ogóle pomyślał, taka szara myszka, Puchoneczka, Panna Regulamin, a tu proszę, imprezki i tańczenie z największym łobuzem tego zamku, naprawdę, w ogóle tego nie przewidziała.
Nie, żeby życie osobiste Jamesa Pottera w ogóle ją interesowało. Po prostu wolała nie przypominać sobie takich… nieprzyzwoitych scen. Nie w momencie, w którym miała być bezgranicznie zakochana w swoim życiu i Elijah Prewetcie.
– Może…
– Biedna dziewczyna – Lily westchnęła dramatycznie. Po jej dobrym nastroju nie pozostał ślad. – To oczywiste, że Potter bawi się jej naiwnością. Nic lepszego nie można się po nim spodziewać.
Jolene czuła, że powinna interweniować nim Lily wpędzi się w swoją spiralę nienawiści i wyruszy na kilkudziesięciominutową przygodę pełną krzyków, płaczu i przekleństw; jednak otoczona swoimi ulubionymi poduszkami nie za bardzo miała ochotę się podnosić.
Może nie będzie tak źle, musiała sobie myśleć, w końcu panna Evans wciąż była zachwycona wieczorem z tym swoim Prewettem, prawda?
– Flossie jest bardzo miła. I bardzo ładna.
Gdy tylko te słowa opuściły jej usta, Jolene zrozumiała, że popełniła kardynalny błąd; ale na poprawienie się było już za późno. W przeciągu kilkunastu sekund z uśmiechniętej, lekko bladej z niewyspania Lily przemieniła się w płonącą żywym ogniem jaszczurkę, gotową odgryźć każdą głowę, która nadzieje jej się pod ostre zęby. Lily była aktywowana. Nic, absolutnie nic nie mogło jej już powstrzymać.
Zeskoczyła z parapetu i podeszła do łóżka, na którym leżała Jolene. Sama nie za bardzo wiedziała, co chciała tym osiągnąć. Cokolwiek. Chyba. Cały pokój wydawał jej się jedną, wielką, falującą plamą.
– Nie wiem, no nie wiem, zawsze wydawało mi się, że Glenda byłaby o wiele bardziej w jego stylu – wyrzucała z siebie słowa praktycznie na jednym oddechu. – Taka idealnie szczupła i wysportowana, i kto wie jeszcze jaka łatwa w obsłudze, Flossie przy niej to katalog wszystkich nieszczęść i założę się, że nawet nigdy nikogo porządnie nie pocałowała.
– Może Rogaty…
– Rogaty, Rogaty, Rogaty, tak o nim rozmawiamy, jakby był centrum wszechświata, a przecież nie jest, jest na tym świecie dużo bardziej wartościowych mężczyzn i ludzi, choćby Elijah, Elijah nigdy nie podrywałby Florence Yaxley, a w szczególności nie na moich oczach, na naszych oczach, Rogaty nie ma ani krzty przyzwoitości, a ta jego wczorajsza fryzura była jeszcze głupsza niż wszystkie jego poprzednie fryzury!
Z tymi słowami ciężko usiadła na łóżku, zgniatając przy tym nogi Jolene, których ta nie zdążyła zabrać jej z drogi w odpowiednim czasie. Wyglądało jednak na to, że skończyła jej się energia i na kolejny wybuch raczej nie było szans. Najwidoczniej nieprzespane noce czasem się na coś przydawały.
Jolene podniosła się trochę i oparła głowę o ramię Lily.
– Elijah zaprosił cię dzisiaj na spacer? – spróbowała zmiany tematu.
Ta podziałała tylko połowicznie. Bo chociaż Lily przestała już strzelać piorunami na prawo i lewo, to w jej odpowiedzi wciąż była duża nuta smutku:
– Tak. Widzisz, James Potter nigdy nie zaprosiłby nikogo na spacer. Ten buc w ogóle nie zna się na romantyzmie.
***
– Chcesz, żebym zabrał cię na romantyczny spacer? – James spytał znienacka.
Florence spojrzała na niego ze zdziwieniem, głównie dlatego, że zajęta była właśnie tłumaczeniem mu meandrów swojego planu zajęć. Chwilę zajęło jej zrozumienie, dlaczego o tym wspomniał; chwilę dość upokarzającą jak na to, że uznawała samą siebie na dość inteligentną jak na blondynkę. A tu jednak. Nie wyszło jej dodanie prostego A do B.
– Ale czemu? – spytała, bo mimo iż rozumiała, dlaczego tak nagle o tym wspomniał, to sama idea spaceru z Jamesem Potterem, a co dopiero romantycznego spaceru z Jamesem Potterem w ogóle jej się nie podobała.
– Czemu?
– No… czemu?
James chyba nie spodziewał się takiej reakcji; odruchowo przeczesał dłonią włosy, ale zrobił to jakby nieświadomie, bardzo powoli i na moment zamarł nawet w takiej pozie. Flossie musiała przyznać, że było coś uroczo niewinnego w jego zmarszczonej minie; przypominał jej trochę Lunę, kiedy akurat się nie dąsała albo nie biegała za Evanem Rosierem, a może nawet małą, niewinną sarenkę.
Bo to w zasadzie było urocze, to, z jaką śmiałością James nosił uczucia na swojej skórze i chyba niezdolny był do jakiegokolwiek ich kamuflowania. W świecie, w którym wychowała się Florence, pełnym ludzi nie nawet o podwójnych, a posetnych intencjach, taka szczerość była swojego rodzaju powiewem świeżości. Jasne, było to też naiwne i dziecinne, i łatwe do obśmiania, ale w zasadzie z racji tego, że Flossie była córką swojego ojca, a jednocześnie zupełnie nie była córką swojego ojca, co sama aż za dobrze rozumiała, ani trochę nie miała ochoty wykorzystywać jego… prostolinijności.
Przynajmniej aktualnie.
Gdyby naprawdę była córką swojego ojca, dramatycznie uniosłaby jedną brew; ale zamiast tego musiała się zadowolić zachęcającym uśmiechem.
– Powinniśmy się lepiej poznać – oświadczył w końcu James, próbując zabrzmieć przy tym bardzo oficjalnie.
Ten oficjalny ton pogłębił jeszcze wrażenie emocjonalnej nieporadności, które na niej wywołał, przez co w pierwszym odruchu prawie, prawie powiedziała tak. Tyle że w głębi serca Florence nigdy nie zapominała o rzeczy w życiu najważniejszej – doprowadzaniu planów do szczęśliwego końca – a randki z Jamesem Potterem wydawały jej się niewystarczająco efektywne.
Dlatego też strząsnęła z siebie współczucie wymieszanie z rozmemłaniem, odwróciła na chwilę wzrok od orzechowych oczy Jamesa i powiedziała prosto w swój bardzo efektywny i bardzo plany-do-końca-doprowadzający pergamin:
– Nie wiem, czy to statystycznie opłacalne rozwiązanie.
James Potter zaniemówił po raz chyba już setny w trakcie tego krótkiego popołudnia. Czuł, że niedługo do tego przywyknie i zrozumie, że Florence nie myśli w sposób jakkolwiek ludzki, ale to niedługo jakoś tak nie chciało nadejść, a on zupełnie nie był przygotowany na w międzyczasie.
Zmarszczył się więc jeszcze bardziej, próbując skupić myśli i przełożyć to, co miał do powiedzenia na język, którym posługiwał się ten obcy gatunek zwany Puchonką z Planem.
– No… Jeśli będziemy coś o sobie wiedzieć, to będziemy bardziej wiarygodni?
Florence zastanowiła się. James z zapartym tchem obserwował ją, jak przygryzała wargę i bez słowa wodziła oczami po pergaminie, który, jak zakładał, nie miał przecież nic wspólnego z jego pytaniem. Czuł, że może mu się udało. Że może faktycznie powiedział coś, co należało powiedzieć.
Prawie.
– Nie będzie lepiej jak zrobię ci tabelkę? Będziesz miał wszystko zapisane i na pewno nie zapomnisz.
Spojrzała na niego w końcu z jakimś świeżo obudzonym entuzjazmem. Jak na człowieka, którego oceny nigdy nie przekraczały wybłaganych Z, Flossie wykazywała zbyt dużą miłość do tabelek. Był to, prawdopodobnie, efekt Starożytnych Run – tak podejrzewał, bo Remus od Starożytnych Run też oszalał na punkcie kolumn i wierszy.
– Naprawdę myślisz, że tabelka wystarczy? – jeszcze próbował, nieśmiało, z mniejszym przekonaniem.
– Na pewno spędzimy nad nią mniej czasu niż na spacerach, w szczególności w błocie, założę się, że trudno będzie znaleźć nam czas na spacery bez błota.
Ta pasja, z którą rzuciła się w ramiona tabelkowego pomysłu prawie przekonała Jamesa, by poddał się tu i teraz i zapomniał o tym, że może ten ich… plan mógłby mieć jakiekolwiek ludzkie oblicze. Kiedy tak patrzył na nią, sięgającą po nowy pergamin i mamroczącą coś do niego o kamieniach milowych jej życia i ulubionym kolorze, nawet był gotowy posłusznie za nią podążyć. Czemu nie. Przecież dokładnie wiedział, jaki był jego ulubiony kolor, nie?
Chociaż jakby się nad tym dłużej zastanowić, James nie był pewien, czy wiedział, jaki był jego ulubiony kolor. Z rozpędu prawie powiedział, że niebieski – ale może tylko ślepo powtarzał to po innych mężczyznach? Niebieski był chyba ulubionym kolorem i Syriusza, i Remusa, i Petera, i w zasadzie bardzo wielu innych jego kolegów.
Zresztą Florence chyba – musiał się przyjrzeć, bo nie pamiętał – Florence chyba miała niebieskie oczy, co mogłoby być odebrane jako próba flirtu, a on, James Potter, nigdy nie mieszał profesjonalizmu z przyjemnością. No, prawie nigdy.
Więc może zielony? Lily miała zielone oczy. Albo czerwony, jak jej rude włosy i cały Gryffindor! Tyle że żaden z tych kolorów tak naprawdę do niego nie przemawiał; oba kojarzyły mu się głównie z koszmarnymi, świątecznymi swetrami. A na tym kończyły się jego skojarzenia i sama myśl o tym, że musiałby przypomnieć sobie wszystkie kolory tego świata i ułożyć je w kolejności od najładniejszego do najobrzydliwszego przyprawiał go o mdłości.
James nie był po prostu gotowy, by w sposób zorganizowany spojrzeć w głąb siebie.
Mógł chcieć się przypodobać Flossie na tyle, by ich plan wypalił bez większych sprzeczek – ale głęboka psychoanaliza nie wchodziła w grę. Nie, żeby obawiał się, że przypadkiem odkryje w sobie coś niepożądanego; skrycie przeczuwał, że nie był na tyle skomplikowany, by znaleźć w sobie coś poza Quidditchem i piwem kremowym. Ale sam ten wysiłek! Tyle pracy po nic!
– Wiesz, mi się wydaje, że my będziemy zupełnie nieautentyczni – zebrał się na odwagę, by przerwać tabelkowe szaleństwo. – Nie możemy być tylko na pokaz. Ludzie muszą na nas wpadać, no wiesz, przypadkiem.
I po raz pierwszy Florence musiała przyznać mu rację.
***
W taki piękny, jesienny dzień w Pokoju Wspólnym Gryffindoru nie powinno być nikogo – w końcu takich dni w Szkocji nigdy nie było wiele, a co dopiero tamtego roku, gdy ilość deszczu przekraczała jakiekolwiek zdrowe normy. Ale wyjątkowe sytuacje wymagały wyjątkowych środków; i tak oto Syriusz, Peter i Remus znaleźli się na dywanie naokoło kominka, który był rozpalony mimo tego, że temperatura otoczenia podchodziła już pod rekordowe 19 stopni Celsjusza w pełnym słońcu.
Peter siedział na jednym z foteli stojących na dywanie i udawał, że próbuje się skupić na czytaniu podręcznika od Zielarstwa i wcale, ale to wcale nie podsłuchuje Remusa z Syriuszem. Remus, wyraźnie czymś podłamany, siedział na dywanie i opierał się o ten właśnie fotel. Syriusz zaś kręcił się tam i z powrotem, mamrocząc coś do siebie.
– Więc Glenda mówi, że o niczym nie wie? – Remus zebrał się w sobie, by wrócić do konwersacji, którą przerwali na kilka minut ciężkiego milczenia. – Myślałem, że mówią sobie o wszystkim.
– Ponoć w ogóle nie miała czasu z nią porozmawiać. Śpiąca królewna nie chciała się obudzić, czy coś.
Peter przerzucił jedną kartkę swojego podręcznika; pierwszą od dziesięciu minut. Nie wiedział, czy Syriusz i Remus w ogóle zwracali na niego uwagę, ale wolał nie ryzykować. Po raz pierwszy w życiu dowiedział się czegoś istotnego – i to ilu rzeczy jednocześnie! Nie miał pojęcia ani o tym, że Remus się w kimś zakochał, ani o tym, że James nie był już zakochany w Lily, a już na pewno nie o tym, że James poderwał dziewczynę, w której zakochał się Remus.
Z tego wszystkiego czuł, że jego mózg niedługo przegrzeje się z nadmiaru wiadomości. Gotowy był jednak jakoś to przetrzymać. Być częścią drużyny czy coś.
– Nie wiem, czemu James miałby nas okłamywać, Syriuszu. – Remus brzmiał na pokonanego. – To nic, że Glenda nie wie. Wszyscy widzieliśmy to, co widzieliśmy i słyszeliśmy to, co słyszeliśmy.
To była ciężka noc i jeszcze cięższy poranek. Gdy James w końcu wrócił do ich dormitorium, przez dobre pół godziny monologował do nich wszystkich o tym, jakim jest koszmarnym przyjacielem, ale po prostu nie mógł, nie mógł oprzeć się słodkiej Flossie. Na samo wspomnienie Remusowi żołądek podchodził do gardła.
Nie chciał przecież źle życzyć kumplowi. Przez te wszystkie lata Rogacz był dla niego niewyobrażalnym wsparciem. Gdyby nie on i Syriusz, nigdy nie pogodziłby się z tym… z tym, czym był. W innych okolicznościach byłby bardzo szczęśliwy, że ten w końcu odpuścił sobie Lily Evans. Tylko czy naprawdę to musiała być ona? Ze wszystkich dziewczyn w całym zamku – właśnie Flossie?
– Czemu w ogóle ignorowałeś ją cały wieczór? – Pytanie Syriusza niespodziewanie uderzyło go prosto w bolące serce. – Nie ty ją przypadkiem tam zaprosiłeś?
– To nie jest takie łatwe.
– Serio? Rozmawiacie ze sobą non stop. Jedyne, co musiałbyś zrobić inaczej niż zwykle, to podać jej szklankę z ponczem. Serio, Lunio, to nie jest jakaś skomplikowana filozofia, konwersować z ładną kobietą.
Syriusz przystanął na chwilę, by przyjrzeć się swojemu przyjacielowi i od razu pożałował swoich słów. Remus wyglądał na kompletnie złamanego tym, co usłyszał. I może w istocie potrzebował porządnego kubła zimnej wody na swojej głowie, ale on sam nie był pewien, czy chciał koniecznie być tym, który go wyleje.
James w tym aspekcie poradził sobie znakomicie.
– Nie o to mi chodziło. – Nie kłamał. Ostatnim, na co miał ochotę, było pogorszenie stanu Remusa. – To wina Rogatego. Wkurwił mnie.
Remus parsknął śmiechem, który mógł oznaczać tylko jedno – całkowitą pogardę do samego siebie. Trudno było jakkolwiek zareagować na taki gest. Chyba nie istniało w całym Wszechświecie coś, co mogłoby teraz wytrącić go z tego samo-potępiającego nastroju.
Peter próbował go pocieszyć, szturchając go nogą; ten jednak w ogóle tego nie zauważył, zbyt zajęty był obarczaniem siebie winą za wszystko, co wydarzyło się pomiędzy Florence i Jamesem.
– Jeśli tego właśnie chce Flossie, niech będzie, jak ma być. – Wziął głęboki oddech. – Nigdy nie byłem dla niej wystarczająco dobrą opcją. Nie taki, jaki jestem.
Zanim Syriusz zdążył mu odpowiedzieć, usłyszeli trzask zamykanych drzwi i czyjeś szybkie kroki w dół schodów. Wszyscy zamilkli; nie zakładali, że w taki piękny dzień ktokolwiek przerwie im rozmowę i tylko dlatego zdecydowali, że Pokój Wspólny był wystarczająco bezpieczny. Nie, żeby z ich dormitorium było coś nie tak. Może poza zapachem. Gdyby od czasu do czasu otwierali okna i nigdy nie nosili tych samych skarpet przez tydzień, ich dormitorium byłoby idealne.
Jak połączeni ze sobą niewidzialnym sznurkiem wszyscy trzej odwrócili głowę w stronę źródła tego hałasu, by już po kilkunastu sekundach zobaczyć Lily Evans. Lily, która mogła położyć na swojej twarzy bardzo ładną warstwę makijażu, jednak nijak nie pomogło jej to ukryć zapłakanych oczu. Lily uczesanej, ubranej w swoją najładniejszą sukienkę, ale wciąż wyglądającą jak siedem bardzo nieszczęśliwych nieszczęść.
Na ich widok Lily wyprostowała się i poprawiła sukienkę; z zadartym do góry nosem wyglądała jeszcze dziwniej, bo nijak nie korespondował on z jej ogólną postawą.
– Jakbyście chcieli wiedzieć – zaczęła Bardzo Poważnym Tonem – to idę właśnie na romantyczny spacer brzegiem jeziora z Elijah Prewettem.
Zanim którykolwiek z nich zamknął rozdziawione ze zdziwienia usta, Lily już nie było. Wybiegła z Pokoju Wspólnego tak, jak gdyby przed czymś uciekała a nie wybierała się na romantyczny spacer brzegiem jeziora, i, przy okazji, jakby wcale nie miała na stopach wysokich, czerwonych szpilek.
– Czy oni wszyscy oszaleli? – wydusił z siebie w końcu Syriusz.
Peter poczuł, że to była jego chwila. Ten moment, w którym swoją ciętą ripostą włączy się w konwersację i uratuje złamane serce Remusa, tak jak i poczucie zagubienia Syriusza. Wszystko, czego potrzebował, to dobra puenta; dobry moment na jej wypowiedzenie w końcu już znalazł.
– Jak gumochłony w rui – powiedział w końcu tonem nie zbyt dramatycznym, ale jednak chociaż odrobinę.
Nigdy nie miał zrozumieć, czemu ani Syriusz, ani Remus nie docenili jego dowcipu.
***
James bardzo, bardzo starał się skupić na każdym słowie, jakie wyrzucała z siebie Florence, ale od ponad godziny nie powiedziała już w sumie niczego istotnego, więc nie było to specjalnie proste zadanie. James stwierdziłby nawet, że było to zadanie trudne.
W zasadzie więcej czasu poświęcał zastanawianiu się, kiedy Flossie zauważy, że zamiast na nią patrzył na drużynę Puchonów zbierającą się wokół boiska. Gdyby nie był bogiem Quidditcha, pomyślałby, że to bardzo nadgorliwe, tak prowadzić treningi w niedzielę, ale prawda była o wiele bardziej prozaiczna – weekendy były jedynymi dniami, kiedy Puchoni w ogóle mogli dopchać się do boiska. Wszyscy inni odpoczywali i byli zbyt zajęci leżeniem do góry brzuchem, by wypychać ich z kolejki.
Zwykle w chwilach autentycznego zmęczenia, a przecież taką właśnie przeżywał, James nie potrafił myśleć nawet o Quidditchu. Sam był w szoku, że cokolwiek we Wszechświecie potrafiło go powstrzymać od latania, ale tak po prostu było. Wyglądało jednak na to, że głos Flossie recytującej mu po raz trzeci plan na ten tydzień – tak, żeby na pewno nie zapomniał – zrobił swoje, bo bardzo, bardzo chciał sobie polatać.
Dwa kółeczka w tą, dwa kółeczka w tamtą i…
– James. – Głos Flossie docierał do niego, chyba, chociaż nie wiedział, które James w końcu usłyszał. – James, co robimy we wtorek?
Mrugnął na znak, że żył, ale z odpowiedzią poszło mu znacznie gorzej.
– Eeee…
– Czy ty mnie w ogóle słuchasz? Co cię tak rozprasza? Evans kręci się po błoniach?
Zanim zdążył jej odpowiedzieć, odwróciła się, by znaleźć źródło jego rozkojarzenia i, jak podejrzewał, zrównać je z ziemią. Spodziewał się wykładu właśnie w stylu Lily – mężczyźni i miotły, bla bla, jak dzieci, czego się można po nich spodziewać – i na samą myśl, że ktoś mógł rozgrywać w jego życiu rolę Lily nie będąc Lily, coś kłuło go w żołądek.
Nigdy by nie zgadł, co wydarzyło się zamiast tego.
Florence chyba, nie był tego do końca pewny, bo cała ta sytuacja była zbyt surrealna, by określać ją w kryteriach pewności, Florence chyba zaklęła pod nosem i zerwała się z trawy niemal natychmiastowo. Wszystkie pergaminy, które trzymała ułożone równiutko na swoich kolanach, rozsypały się po trawie w sposób nader nieperfekcyjny, ale w ogóle się tym nie przejęła; pochyliła się tylko i zaczęła je gorączkowo zbierać, nie starając się nawet posegregować ich w kolejności alfabetycznej, nic a nic.
Gdy już wyrwał się z pierwszego zdziwienia, rzucił się jej na pomoc. W zasadzie chciał spytać, o co chodziło, ale przy całym tym zawirowaniu koncentracji starczyło mu jedynie na krótkie:
– Flossie?
– Spóźniłam się. Nie wierzę, że się spóźniłam. Ja… – Jednym, bardzo brutalnym ruchem wcisnęła wszystkie pergaminy do torby, która nagle zmaterializowała się przy jej stopie. James mógł się założyć, że naprawdę się zmaterializowała i wcześniej jej tam nie było. – Wyjaśnię ci później.
Wciąż nie wierzył swoim oczom, gdy zaczęła od niego odbiegać; tym razem jednak udało mu się wydusić z siebie o wiele potężniejsze:
– Flossie!
Zatrzymała się w miejscu, chociaż widać było, że bardzo jej to nie odpowiadało.
– Obiecałam Glendzie i Philowi, że przyjdę na ich trening Quidditcha – powiedziała z lekkim rozdrażnieniem, a gdy James nie odpowiedział, dodała: – Chcą, żebym popatrzyła na dynamikę drużyny. Czy coś tam. Nie wiem, mam przyjść też na nabory w przyszłym tygodniu.
Chociaż widział, że przebierała nogami, żeby już sobie pójść, za nic nie mógł przyspieszyć swoich procesów myślowych. Czy Flossie… Czy Florence Yaxley, najbardziej sztywna ze wszystkich sztywnych Prefektów naprawdę właśnie powiedziała, że za sprawą jakiegoś cudu – w postaci Glendy Kendrick i Phila Bardsleya – będzie grała w Quidditcha? W DRUŻYNIE QUIDDITCHA?
– Naprawdę muszę iść, James – Flossie postarała się, by jej naprawdę brzmiało naprawdę poważnie.
Odwróciła się na pięcie i poszła, a James z rozdziawioną gębą patrzył na jej huśtający się na boki kucyk. Czuł, że powinien się podnieść i wrócić do dormitorium, a najlepiej pod zimny prysznic, żeby otrząsnąć się z tego wszystkiego, przez to tego ranka przeciągnęła go Flossie, ale nie miał siły ani na wstawanie, ani tym bardziej na ciężką podróż w stronę zamku.
I może dobrze, że się nie podniósł, bo już po chwili Flossie odwróciła się ponownie i ruszyła w jego kierunku, wciąż nerwowa, ale teraz zdecydowanie nerwowa z jego powodu.
– Jak się dowiemy, że to działa? – krzyknęła do niego jeszcze z odległości kilkunastu kroków, co wcale nie pomagało jego poczuciu odrealnienia.
– Co? – spytał głucho.
– Jak się dowiemy, że nasz plan zadziałał?
Stanęła tuż przed nim i przysłoniła mu sobą całe słońce. W zasadzie nie było to złe rozwiązanie, bo od nadmiaru pogody robiło mu się powoli niedobrze, tak bardzo brak deszczu nie leżał w jego brytyjskiej naturze. Jednak jej nagła bliskość w niczym nie pomogła mu zrozumieć, o co jej chodziło.
– Lily umówi się ze mną, a Remus z tobą? – zaryzykował najprostszą z odpowiedzi.
– Ale kiedy? Jak? Musimy mieć plan. Sposób na mierzenie efektów naszego głównego planu. Pomyśl o tym!
Posłała mu uśmiech, który mniej mu się kojarzył z Flossie jako taką, a bardziej z Glendą, czy Flossie, która latała na miotle aż tak różniłaby się od Glendy, gdyby nie jej oczywisty brak biustu? Też starał się uśmiechnąć, ale ona już na niego nie patrzyła i ruszyła na kolejny bieg w kierunku boiska.
Nie ostatni.
– Święta!
Tym razem zdążył się już podnieść z trawy. W połowie spodziewał się następnego nalotu i bardzo starał się go uniknąć. Najwyraźniej w porównaniu do nerwowo-podekscytowanej Flossie był raczej powolnym żółwiem niż rączym rumakiem.
Tym razem uśmiechnął się do niej już pewnie i starał się nie wyszczerzać głupio oczu, bo w zasadzie nie było to zbyt estetyczne rozwiązanie. Puchonka czy nie, nie było co przy niej tracić reputacji.
– Co święta? – spytał, zanim zdążył ugryźć się w język.
– No… Słyszałam od Glendy, że kiedy wszyscy wyjeżdżają, organizujecie sobie z Dumbledorem potańcowkę.
– To jest bardzo przyzwoite spotkanie świąteczne, nie wiem o co…
– Ty zaprosisz Lily, ja Remusa i będziemy wiedzieć, nie?
James zastanowił się przez moment. Ze względu na Syriusza faktycznie nigdy nie jeździł na święta do domu; co sprawiało, że we dwójkę musieli zwykle znaleźć sobie swój sposób na świętowanie. Ostatnie dwa lata robili to organizując małe spotkanie w Sali Wejściowej – z nauczycielami włącznie, żeby nie było, oczywiście, było to spotkanie zdecydowanie legalne i przyzwoite. Trochę szarad, trochę puddingu i trochę tańczenia.
Lily nigdy nie zostawała na święta w Hogwarcie. Czy nie byłoby cudownie przeżyć z nią tych kilka fantastycznych chwil pod sztucznym śniegiem wyczarowanym przez Flitwicka?
– Zgaduję, że milczenie to zgoda?
– Zabieram cię na ten twój trening – odpowiedział. – Biegasz tak już z piętnaście minut, straciłaś całe piętnaście minut bardzo istotnej dynamiki drużyny!
Jego milczenie było zgodą.

Łapy przy sobie: osiem

Taktyka roboczo zatytułowana myśl jak James Potter dawała zaskakująco dobre rezultaty. Wytężałam wzrok, z wysiłkiem przebijając się przez lekką, ale uporczywą mgłę utrudniającą orientowanie się w sytuacji na boisku, by za każdym razem z parosekundowym wyprzedzeniem przewidzieć, jaki manewr wykona Potter. Gdy coś spektakularnie mu się udawało, buczałam głośno, całkowicie zagłuszana przez wrzask wszystkich dookoła, a w szczególności Syriusza, który swoje krzyki zwycięstwa kierował prosto do mojego ucha. Wkrótce ja i Black straciliśmy częściowo zarówno głos, jak i słuch, bo żadne z nas nie potrafiło powstrzymać się przed tą bezsensowną demonstracją sił. Pozostawało tajemnicą, czy Syriusz wykazywał wcześniej takie zaangażowanie w quidditcha – mnie na pewno nie zdarzyło się to nigdy wcześniej.
Byłam jednak pełna wdzięczności dla Georgiany, szukającej i kapitan drużyny Krukonów, która przez ostatnie dwa miesiące katowała nas tą swoją odkrywczą taktyką i tym samym zdołała w najwyższym stopniu zadusić wszystkie zmartwienia poza tym jednym – czy Ravenclaw wygra ostatni mecz w sezonie. Gigi dostała na punkcie Pottera niezdrowej obsesji, która we wszystkich członkach drużyny rozpaliła przekonanie, że powstrzymanie Jamesa Pottera stanowi jedyny i najważniejszy cel strategiczny; miało to nawet sporo sensu, bo Potter rzeczywiście był jedynym naprawdę dobrym ogniwem drużyny Gryffindoru. Udowodnił zresztą, że jeden znakomity zawodnik to akurat tyle, by wygrać Puchar. Tak czy inaczej, o wiele milej było siedzieć w tym czasie w głowie Prefekta Naczelnego, ścigającego i kapitana drużyny Gryfonów, analizując jego charakterystyczne zagrania i ucząc się im przeciwdziałać, niż w swojej własnej. Całkowite zaangażowanie się w codzienne, katorżnicze treningi quidditcha połączone z okazjonalnym, katorżniczym zakuwaniem do owutemów u boku Vicky, dawały mi złudzenie, że żyję najmocniej i najlepiej jak mogę. Pozwalały niemal zupełnie zapomnieć o tym, że w pewnym sensie byłam śmiertelnie chora.
Naturalnie osób, które o tym wiedziały, było najwyżej dziesięć, ale i tak ich widok bardzo mnie drażnił. Kiedy napotykałam zmartwione spojrzenie Vector albo pozbawione litości, zaciekawione spojrzenie Avery’ego, unosiłam wysoko głowę i wkładałam całą energię, by pokazać swoją determinację do życia. Nie znaczyło to, że się okłamywałam – przeciętny człowiek miał w życiu kilka dat, które ze średnim prawdopodobieństwem mogły stać się jego datami śmierci – ja miałam tylko jedną, co zaprzeczało naturze i co całkowicie pozbawiało mnie złudzeń.
Mimowolnie chętniej przebywałam w towarzystwie osób, które o niczym nie miały pojęcia i dlatego na finałowym meczu Pucharu Quidditcha zamiast u boku Vector, stałam w środku trybuny Gryfonów, ostentacyjnie przebrana w barwy Ravenclawu i chroniona przed powszechną nienawiścią tylko tym, że nawet miażdżące zwycięstwo Krukonów nie byłoby już w stanie odebrać Pucharu Gryffindorowi. Fakt ten niezmiernie bawił Syriusza, którego bardziej pochłaniało obserwowanie moich reakcji niż akcji na boisku. Świadomość, że skupiam na sobie jego uwagę, była bardzo przyjemna. Po pewnym czasie nie mogłam się powstrzymać, żeby spoglądać na niego za każdym razem, kiedy wydawało mi się, że on patrzy na mnie. Uśmiechałam się do niego częściej niż nakazywała przyzwoitość.
Nasz ścigający wbił bramkę Gryfonom, ponownie wyrównując wynik. Wrzasnęłam bezgłośnie, czując że wykorzystuję na to ostatnie pokłady energii. Poprzedniej nocy prawie nie spałam, bo jako jedyny rezerwowy gracz w drużynie Krukonów do ostatniej chwili nie wiedziałam, czy nie będę musiała grać za Higglebottoma, który wciąż nie doleczył się z kontuzji w ostatnim meczu. Wiadomość, że Higglebottom mimo wszystko zdecydował się grać, przyjęłam z wielką ulgą, żałując jedynie, że dotarła do mnie dopiero rano.
Nie tylko mój entuzjazm przechodził ciężką próbę. Mecz trwał już ponad sześć godzin, bijąc dziesięcioletni rekord długości. Kibice krzyczeli ciszej i podskakiwali niżej, a gracze tracili koncentrację i częściej znosiło ich z kursu. Na całym boisku pozostało już tylko parę osób, które chciały, by ten nieistotny z racji wyniku i decydujący z racji honoru mecz wciąż trwał. Była to z pewnością Georgiana, nieustraszenie goniąca w kółko szukającego Gryfonów po to, by żadne z nich nie miało najmniejszej szansy złapania znicza, nasi pałkarze i obrońca, których zadaniem była bezwzględna obrona bramki przed Jamesem Potterem i James Potter, któremu nie wystarczyło, by ten mecz po prostu się zakończył; który pragnął, by ostatni występ w jego szkolnej karierze zapisał się w pamięci na pokolenia. Jak dotąd oceniałam jego szanse jako marne.
Wodziłam za nim wzrokiem, doceniając malowniczą pętlę, jaką wykonał tylko po to, by kafel odbił się od złączonych barów obrońcy i pałkarza, którzy wspólnie bronili teraz bramki. Moje spojrzenie skupiło się na chwilę na przeciwnej stronie boiska, na trybunie Krukonów, w grupie których znajdowała się zupełnie nierozpoznawalna z tej odległości Vector. Uderzyło mnie znajome poczucie winy związane z tym, że nie ma mnie przy niej. Czułam, że zdradzam naszą przyjaźń, odsuwając się od niej w takim momencie, ale jednocześnie nie mogłam tego powstrzymać; chciałam nam tylko oszczędzić cierpienia.
Poluźnienie relacji z Vector na chwilę przed końcem szkoły było dla mnie wyjątkowo bolesne. Wydawało się, że chociaż koniec szkoły wszystkim miał przynieść jednakową zmianę, nie wszyscy byli na nią jednakowo przygotowani, a ja oddawałam właśnie walkowerem ostatnią szansę, by wejść w dorosłość ramię w ramię razem z Vector. Nie mogłam jednak nic poradzić na to, że ciążyło mi przekonanie, że z nas dwóch tylko ona ma szansę pójść dalej. Było to najgorsze z uczuć.
Wsparcia nie mogłam też szukać w Syriuszu, który podobną przemianę wartości miał już za sobą. Pamiętałam, jakim zaskoczeniem było to, że ze wszystkich ludzi na ziemi podejście Syriusza zweryfikował właśnie James Potter. Jak jego wola, żeby spoważnieć i wydorośleć, ukoronowana niejako zeszłoroczną nominacją na Prefekta Naczelnego, spotkała się początkowo z gwałtownym protestem i niezrozumieniem Syriusza. Jak Black na kilka tygodni odsunął się od swojego przyjaciela, nie potrafiąc zrozumieć jeszcze jego motywacji, tylko po to, by po czasie wrócić z nieco zmienionym nastawieniem. Marzyłam, by i w tym sensie myśleć jak James Potter – cieszyć się, póki jeszcze było to możliwe i brać odpowiedzialność za siebie i innych, kiedy było to konieczne, ale widocznie taktyka Gigi działała na boisku, ale niełatwo dawała się rozciągnąć na inne dziedziny.
Wyrzuty sumienia zagłuszało nieco to, że Vector sama zachęcała mnie, żebym poszła na mecz z Syriuszem, który swoim zwyczajem zaproponował to zupełnie niezobowiązująco. Nie miałam pojęcia i nie pytałam, jak sobie to wyobraża – żeby uniknąć rozczarowań uznałam, że chodzi mu o skandowanie haseł obcej drużyny w towarzystwie dziesięciu innych kolegów. Wszystko okazało się jednak bardziej kameralne, bo z jego bliższych znajomych w promieniu paru metrów znajdował się tylko Peter Pettigrew, Remus Lupin i promieniejąca ze szczęścia Lily Evans, którzy powitali moją obecność uprzejmym zdziwieniem.
– Czy ona zamierza wygrać za wszelką cenę? – zapytał nieoczekiwanie Syriusz z autentycznym zaciekawieniem. Pochylał się nade mną i mówił mi do ucha, inaczej nie mielibyśmy szansy się usłyszeć. Odwróciłam się i spojrzałam na niego z bardzo bliska – patrzył prosto na naszą kapitan, która raz po raz skutecznie blokowała szukającego, lawirując na granicy faulu. Parsknęłam śmiechem, a potem uwiesiłam mu się na ramieniu, żeby odpowiedzieć prosto do ucha:
– Potter też mógłby odpuścić! Co wam szkodzi?!
Nie od razu się odsunęłam. Godziny stania na powietrzu robiły swoje i powoli robiło się zimno. Wszystkim zaczął doskwierać głód, część kibiców wycofała się już do zamku, a część przywoływała z dormitorium cieplejsze ciuchy i jedzenie. Wzmógł się też wiatr; wszystko to powodowało, że nie było nic przyjemniejszego, niż niezobowiązujące wiszenie na Syriuszu Blacku.
– On ma naprawdę dobry powód!
– Serio? – zapytałam z powątpiewaniem. Osobiście uważałam, że Krukonom należało się to jedno zwycięstwo. – Niby jaki?
Odpowiedź przeznaczona tylko dla moich uszu spowodowała, że prawie padłam ze zdumienia.
– Zamierza się oświadczyć, a nie wyobrażasz sobie chyba, że mógłby to zrobić po przegranym meczu.
Mimowolnie skierowałam zdumiony wzrok na Lily Evans. Black mocno objął mnie ramieniem, kierując moją uwagę na siebie.
– Niezbyt subtelne.
Nie odważyłam się poruszyć, żeby nie cofnął ręki, ale tego nie zrobił. Przez chwilę stałam jak wryta, ale po kilku minutach udało mi się oswoić z tym publicznym wyrażaniem czułości na tyle, żeby móc położyć głowę na ramieniu Blacka i trochę się rozluźnić. Mój wzrok na krótko spotkał się z taksującym spojrzeniem blondynki z rzędu poniżej.
– EJ! – krzyknął nieoczekiwanie Syriusz. Zerwałam się szybko, nie wiedząc w którą stronę patrzeć.
Nie bez przyczyny. O wyniku ostatniego meczu sezonu zdecydowały bowiem dwie akcje, które rozegrały się niemal jednocześnie i co do chronologii których wszyscy mieli wątpliwości – był to dramatyczny atak Gigi na znicza i nie mniej desperacki, mało techniczny rzut Jamesa Pottera zakończony golem. Przez chwilowe rozproszenie Blackiem nie tylko nie liczyłam już punktów, ale też nie zdążyłam zobaczyć żadnej z tych akcji. W pierwszej chwili nie mogłam wiedzieć, czy huk, który potoczył się po całym stadionie, oznaczał zwycięstwo Krukonów czy Gryfonów.
Nie miało to zresztą wielkiego znaczenia, bo wrzeszczący z radości Black podniósł mnie i pocałował na oczach wszystkich. Oddałam pocałunek i wtuliłam się w niego mocno. Tłum skakał i śpiewał ogłuszająco. Minęło kilka cudownie długich minut, zanim Syriusz odstawił mnie na ziemię.
Ludzie zaczęli przepychać się wyjścia, by dobiec do swojej drużyny, podczas gdy ja starałam się zaczerpnąć powietrza. Przed oczami pojawiły mi się ciemne plamy. Przed utratą przytomności usłyszałam jeszcze ostrzegawczy krzyk Evans.

Pod znakiem borsuka: Piłeś? Nie planuj.

W tym tygodniu pierwsze wyjście do Hogsmeade.
Flossie mrugnęła pierwszy raz, a potem i drugi, ale to, że zamiast dłużącego się opisu przemiany materii ożywionej w nieożywioną, pięćdziesiąta strona jej podręcznika od Transmutacji mówiła tylko o Hogsmeade, nie było wcale wina jej oczu. Tak bardzo koncentrowała się na tym jednym zdaniu, że aż litery musiały ulec sile jej perswazji i układały sie, wedle swoich możliwości, w nieskończoność W tym tygodniu pierwsze wyjście do Hogsmeade i W tym tygodniu pierwsze wyjście do Hogsmeade, i jakieś nieśmiałe W tym toiu pierwse wjście o Hosmee, któremu jego poprzednicy zużyli juz prawie wszystkie litery.
Miała szczęście, że Remus pogrążył się w lekturze; inaczej juz dawno odkryłby, jaką obsesyjną wariatką Florence Jezebel Yaxle była naprawdę, i z ich herbaty wyszłyby nici.
Rozejrzała się po bibliotece, ale w niczym to nie pomogło; wyglądało na to, że nawet kłęby kurzu w najodleglejszych kątach pomieszczenia drwiły z niej, układając się w sylaby, a to, to jej zdecydowanie w niczym nie pomagało. Miała ochotę zatrzasnąć książkę i wyjść stąd tu, teraz, natychmiast, ale to też nie była najlepsza opcja – co powiedziałaby Lupinowi? Że przypomniała sobie o tym, że przypadkiem zamknęła Lunę w pudełku pod łóżkiem? To nie był przypadek, a Flossie wiedziała, że nieładnie jest opowiadać kłamstwa.
– W tym tygodniu pierwsze wyjście do Hogsmeade – wyrzuciła z siebie w końcu, nie mogąc juz dłużej zatrzymać tego zdania w sobie. Od razu tego pożałowała; Remus podniósł głowę znad własnego podręcznika i spojrzał na nią uważnie, a ona w ostatniej chwili zdążyła zasłonić ramieniem własny. Naprawdę w ostatniej chwili. – Czas szybko leci.
Próbowała się uśmiechnąć, ale czy tego chciała, czy nie, nerwowy rumieniec zaczął pojawiać się na jej bladych zwykle policzkach.
– Szósty rok to juz nie przelewki. Zanim się obejrzymy, będziemy się zastanawiać na tym, które OWTMy mamy realne szanse zdać w przyszłym roku. – Glos Remusa był spokojny, chociaż słychać było w nim pewną, wątłą jeszcze, nutę niepewności o to, co będzie. – Transmutacja, oczywiście, zostaje na twojej liście.
– Oczywiście.
Przez krotka chwilę jej obawy na temat Hogsmeade zastąpiła smutna rzeczywistość – sześć czekających na nią egzaminów, z których może tylko połowę była w stanie zdać na Wybitny tu i teraz – ale gdy tylko Remus wrócił do czytania, świadomość tego, jak szybko zbył jej… W zasadzie nie było to nawet pytanie, a mimo to Flossie nie mogła w to uwierzyć.
To jest, zanim Remus nie powiedział:
– Planujesz cos ciekawego?
Jej serce zatrzepotało radośnie; wykonało serię fikołków i przysiadów, i o mało co, a wyskoczyłoby jej nie tylko z piersi, ale i z regulaminowego sweterka, taka była szczęśliwa. Czy on właśnie… Chyba tak, prawda? Czemu inaczej by ja o to pytał?
– N… – odchrząknęła, bo z wrażenia wyschło jej w gardle. – Nie. Glenda ostatnio w kołko gdzieś znika. Jeszcze nie odkryłam dlaczego.
– A co z Dawn?
– Dawn? – Przerwała na pięć bardzo długich sekund, które zajęło jej przypomnienie sobie, kim jest Dawn. – Ach, Dawn. Nie wiem. Jeszcze jej nie pytałam.
Chciała wyprostować się w krześle, ale wołała nie ryzykować odsłonięciem swojej książki od Transmutacji – kto wie, czy już się uspokoiła? Taka zgarbiona, tkwiąca w niewygodnej pozie wymagającej od niej wykręcania łokcia w stronę, w którą porządne łokcie nigdy się nie wyginają, nie potrafiła przywołać ani odrobiny pewności siebie.
Nic a nic.
W swoich marzeniach uśmiechnęłaby się powalająco, zarzuciła nogę na nogę, nie mając na sobie regulaminowej spódniczki zakrywającej oba kolana, i spytałaby, czy nie chciałby z nią pójść na te herbatę, a potem prosto do łóż… ołtarza. W rzeczywistości nie mogła się nawet wyprostować i jedyne, co jej pozostało, to słuchanie, jak Remus mówił:
– James z Syriuszem maja juz opracowany plan na każdą sekundę soboty, nie wiem, czy będę miał choćby czas zjeść śniadanie.
Juz otwierała usta, by powiedzieć mu, że nie myślała, że zaproszą na swoja herbatę też Syriusza z Jamesem, w szczególności nie Syriusza, zepsułby całą atmosferę, gdy dotarło do niej to, co naprawdę powiedział i niewyobrażalny zawód przybił ją do krzesła, stołu, podłogi jednym, ciężkim ruchem.
– Och. Brzmi… super?
– Tak, chyba tak. – Remus wciąż uśmiechał się ciepło. Gdyby nie ten jego uśmiech, Flossie czuła, że nie mogłaby powstrzymać się od płaczu. – Dobrze mieć ich znowu przy sobie.
Nie wiedziała, co miałaby na to odpowiedzieć; a on chyba nie miał nic więcej do powiedzenia. Tkwili więc tak w zawieszeniu, obydwoje nie zdecydowani na to, żeby kontynuować, ale i też nie powracający do czytania, a z każdą sekunda cisza, w której ugrzęzli, robiła się coraz bardziej nieznośna. Gdyby to była Wielka Sala! Albo szklarnia. Wieża astronomiczna, chociaż Florence nie było tam od trzeciego roku. Wszystko byłoby lepsze niż cicha, najcichsza biblioteka.
Zaryzykowała wyprostowanie się – na szczęście podręcznik od Transmutacji wrócił do opowiadania o przemianie materii organicznej w materię nieorganiczną, bo ostatnie, czego potrzebowała, to kolejna kompromitacja, tym razem w dodatku taka, której świadomym będzie Remus. A on przecież wciąż na nią patrzył. Patrzył i przewiercał ja wzrokiem.
Nie wytrzymała.
– Muszę już chyba wracać, Glenda będzie mnie szukać.
– Nie mówiłaś, że Glenda ostatnio…
– Mówiłam. Ale dzisiaj miałyśmy razem tłumaczyć Runy. Może mnie nie wystawi.
Wstała i zaczęła pakować podręczniki do swojej torby. Ku jej zdziwieniu jej ręce nie trzęsły się nawet odrobinę; i chociaż czuła, że znajduje się na granicy płaczu, ani pół łzy nie spłynęło po jej policzku. Jakimś cudem, magia, pozostawała zewnętrznie opanowana. I tylko jej lekko przyspieszony oddech, którego przecież i tak nie słyszał, mógł zdradzać to, jak upokorzona się teraz czuła.
Kątem oka spojrzała na Remusa, który juz na nią nie patrzył; wręcz przeciwnie, wbił wzrok w najbliższą półkę z książkami i teraz ja przewiercał, z równym uporem i determinacją, co w zasadzie w ogóle nie było do niego podobne.
Ale kiedy już zarzucała torbę na ramię i szykowała się, by szybko pożegnać go i uciec z biblioteki, Remus zrobił coś jeszcze bardziej nieoczekiwanego – wziął głęboki oddech i nieodwracając wzroku od książek, powiedział niewyraźnie:
– A co robisz w sobotę wieczorem?
***
Wychodziła właśnie z Wielkiej Sali, gdy z wielkim uśmiechem na swojej twarzy przeciął jej drogę.
– Cześć, Lily.
Musiała zadrzeć głowę do góry, by spojrzeć mu w oczy, o tyle był od niej wyższy. Przez te wszystkie miesiące, które spędziła wzdychając do jego pleców, nigdy nie zbliżyła się do niego na tyle, by w pełni pojąć to, o ile był od niej większy – a przecież sama nie należała do najdrobniejszych dziewcząt w zamku. Może przywykła do Jolene na tyle, że zapomniała, że istnieją więksi od niej ludzie? Trudno jej było to określić.
Jedyne, czego była pewna to to, że glos uciekł jej z gardła, że cala się czerwieni, że gdyby trzymała coś w rękach, z pewnością by to teraz upuściła, i że on stal tuz koło niej, na wyciągniecie reki, na tyle blisko, że gdyby się odważyła, mogłaby dźgnąć go palcem w nos.
– Słyszałem, że Potter z kolegami organizują jakąś imprezkę i pomyślałem, że może mogłabyś mnie na nią wkręcić?
Zakaszlała nerwowo. Musiała mu się wydawać bardzo zabawna, taka czerwona i spięta.
– Ciebie? Ty potrzebujesz zaproszenia?
Roześmiał się, a Lily czuła, że jeszcze chwila i zemdleje, przygnieciona ciężarem śmiechu Elijah Prewetta. Czuła, że śmiał się z niej, chociaż wiedziała, że to nieprawda, że bawi go pewnie idea tego, że ktoś go gdzieś kiedyś może przypadkiem nie zaprosić.
– Czy to było tak?
– Tak. – Trzęsąca się dłonią poprawiła włosy, które opadły jej na czoło. Była z siebie dumna, że nie wykrzyczała mu tego prosto w twarz. – Jasne. Sobota, siódma, łazienka dziewcząt na pierwszym piętrze.
Gdy ze zdziwieniem uniósł jedna brew, Lily zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem nie rozmawiała z Octavianem. Przez te wszystkie lata chyba wszyscy nauczyli się ich odróżniać – głownie po tym, że podczas gdy Octavian w pełni korzystał z przywileju bycia bezduszną świnią, jaki dawało mu bycie Ślizgonem, i nosił się jak bezduszna świnia, Elijah pozostawał miłym chłopcem z sąsiedztwa. Jednak poza manieryzmami nic nie rozróżniało ich aż tak; jasne, gdyby miała okazje porządnie im się przyjrzeć, pewnie wyliczyłaby wszystkie drobne różnice, nawet bliźniacy nie są przecież identyczni, o, choćby ten pieprzyk na prawej powiece, ciekawe, czy mieli go obydwoje…
Tyle że przecież Octavian był jej zupełnie obojętny. Przy swojej niewielkiej wiedzy o biologii, jaka udało jej się pozyskać w mugolskich szkołach przed swoimi jedenastymi urodzinami i ze skradzionych Petunii podręczników, nie rozumiała, czemu dwójka dokładnie tak samo wyglądających ludzi, z którymi ledwo kiedykolwiek rozmawiała, mogła wywoływać w niej tak skrajnie rożne reakcje, ale nawet przy lekceważąco podniesionej brwi, Elijah zdecydowanie nie był Octavianem.
– Opuszczona – wyrzuciła z siebie, zbyt zajęta patrzeniem w jego oczy, by skupić swoje myśli. – Łazienka jest opuszczona, nikt tam nie zagląda, nawet nie Pani Norris. Duch, który się tam zagnieździł, nie lubi towarzystwa, ale Syriusz ponoć jakoś go do siebie przekonał.
– Brzmi nieźle. – Nie mogła nie zauważyć, że skrzywił się na samo wspomnienie Syriusza. – Dzięki, Lily.
Uśmiechnął się do niej i zrobił krok w lewo tak, by mogła go w końcu ominąć. Nie śpieszyła się z tym; gorączkowo szukała jakiegokolwiek tematu, jaki mogłaby przy nim poruszyć, gotowa stać tu i choćby do końca świata, a przynajmniej do obiadu. Nic jednak nie przychodziło jej do głowy. Trudno było rozmawiać z człowiekiem, o którym niczego się nie wiedziało.
– A, właśnie – przerwał jej rozmyślania juz krok dalej od niej, jakby o czymś sobie przypomniał. – Mogę przyprowadzić ze sobą parę osób? Octavian z Siobhan na pewno będą chcieli przyjść, a jest przecież jeszcze Phil, Glenda, pewnie nawet Flossie ruszy się w końcu z biblioteki…
– Jasne – odpowiedziała z największym uśmiechem, na jaki było ją stać. – Pogadam z Potterem.
Dopiero gdy plecy Elijah zniknęły za rogiem, uświadomiła sobie wagę obietnicy, którą właśnie złożyła.
***
Tłusta ropucha szara rozpłaszczona na jej kolanach wydała z siebie bulgoczące westchniecie, gdy Dawn zaczęła drapać ja za gruczołem przyusznym. Księżniczka, bo tak nazywała się ta niewątpliwie nie-książęca istota, była z natury bardzo wybrednym stworzeniem; najwidoczniej tego konkretnego dnia drapanie jej za prawym gruczołem przyusznym nie było jej w smak. Tak samo jak nie drapanie po brzuszku, grzbiecie czy pod łapkami.
W innej sytuacji Dawn wdałaby się pewnie w dyskusję ze złośliwym płazem i uprzejmie i zdecydowanie… niestanowczo spytałaby, gdzie w zasadzie powinna była drapać. Ale to nie była inna sytuacja. To był dzień, jaki nie zdarzał się prawie nigdy. Dawn nie była sama; nie, jakieś piętnaście minut temu Florence wpadła do pokoju i zaczęła krzyczeć, mamrotać coś do siebie, powtarzać w kolko jakiś bełkot, którego nie dało się zrozumieć, ale, tego Dawn była pewna, czasami był to bełkot skierowany do niej.
Cóż, przynajmniej do czasu, kiedy w pokoju pojawiła się Glenda.
– Co tu się dzieje?
Florence przystanęła, ale tylko na ułamek sekundy; spojrzała na Glendę lekko nieobecnym wzrokiem człowieka, który usilnie próbuje przekalkulować w swojej głowie to, co dzieje się dookoła niego, ale przy tym za bardzo się spieszy, gubi, próbuje pojąć wszystko i wszystkich jednocześnie, a więc tak naprawdę nie rozumie niczego.
– Musisz mi pomóc – wyrzuciła z siebie, doskakując do szafy, bo  stanie w miejscu nie wchodziło teraz w rachubę. – Musisz mi pomóc, bo sama tu zaraz oszaleję, nie wiem, czy ze szczęścia, czy ze strachu, czy może jeszcze z czegoś innego, oszaleję normalnie, takich rzeczy się nie robi z zaskoczenia, powinno się jakoś człowieka uprzedzić, zostawić uprzejmą notatkę, zasygnalizować, wpisać się do kalendarza, nie wiem, może…
Wyciągała z szafy chyba wszystkie ubrania, które posiadała i rzucała je na swoje łóżko jedno po drugim, tworząc największą błękitno-szarą stertę tkanin w historii… przynajmniej Hufflepuffu. Dawn patrzyła na to wszystko z niezmiennym niepokojem, lecz chociaż najchętniej schowałaby się pod jakieś łóżko, razem z Księżniczką, z dala od tego chaosu i Flossie niewątpliwie tracącej swoje zmysły, nie chciała przecież rezygnować z okazji na wykazanie się wsparciem i współczuciem.
Chociaż Glenda, cóż, Glenda na ten przykład w ogóle nie była ani przestraszona, ani nawet współczująca; podeszła tylko do łóżka Florence i podniosła z niego świąteczny sweter, który Flossie w zeszłym roku dostała od Siobhan, wyjątkowe paskudztwo, nawet Dawn by go nie założyła, a przecież kochała swetry w ropuchy.
– Remus cię gdzieś w końcu zaprosił? ­– spytała beznamiętnie, a Dawn ledwo mogła powstrzymać się od rozdziabania swojej buzi na… na bardzo dużą odległość.
Florence przystanęła po raz drugi i tym razem nawet się odwróciła. Wyglądała na skonsternowaną.
– Skąd wiesz? Kto ci powiedział?
– Zgaduję po… – Glenda wykonała wyjątkowo zamaszysty gest dłonią. – Po tym wszystkim.
Napad szaleństwa Flossie właśnie skończył się równie szybko, co żył; w końcu niewielu ludziom wystarczyłoby sił na takie nerwowe bieganie i mamrotanie, i rzucanie zawartością swojej garderoby przez dłużej niż dziesięć minut, a co dopiero człowiekowi tak wątłej postury co Florence. Teraz, gdy pierwszy stres minął, jedyne, co jej pozostało to przymknąć oczy, oprzeć się o szafę za swoimi plecami i wyrzucić z siebie z ciężkim, odpowiednio dramatycznym westchnięciem:
– Nie wiem, co mam zrobić.
Po takich deklaracjach zawsze zapada niezręczna cisza, pełna Wielkich Myśli i Poważnych Decyzji Życiowych. Nawet Glenda nie potrafiła znaleźć odpowiednich słów, które by ją przerwały; chociaż, w głębi serca, prawdopodobnie rozważała bardziej rozwiązania siłowe.
– Mogłabyś… – Dawn zebrała się na odwagę, by w końcu się odezwać. – Powinnaś po prostu być sobą.
Florence otworzyła oczy i spojrzała na nią z jakimś… zdziwieniem? Przez chwilę Dawn wydawało się, że Flossie nie do końca wierzyła w to, że była z nią w jednym pokoju, ale szybko odsunęła od siebie tę myśl. W końcu oferowała jej współczucie już od dłuższego czasu, oczywistym było to, że Florence zauważyła wysiłek, jaki włożyła w niechowanie się pod łóżkiem, prawda?
Księżniczka zabulgotała z wyrzutem, gdy przypadkiem ukłuła ją paznokciem w gruczoł przyuszny.
– Na pewno nie możesz założyć tego – Glenda w końcu postanowiła się odezwać i przerwać tę paradę nieporozumień. – Znajdziemy ci coś nowego. Tylko nie swetry, błagam, facet może być nudny, ale nie jest jeszcze niczyją babcią.
– Lubię swetry. – Florence brzmiała na obrażoną.
– A ja lubię hamburgery, ale linia nie utrzymuje się sama.
Z taką argumentacją naprawdę nie było jak się kłócić.
***
Całe schody prowadzące do korytarza przed łazienką dziewcząt na pierwszym piętrze zalane były wodą, co w zasadzie nie rokowało najlepiej dla ich imprezy. Nie, żeby odrobina wilgoci miała przeszkodzić w czymkolwiek ludziom zdeterminowanym by uniknąć czujnego oka profesorów i w spokoju napić się mniej lub bardziej legalnych trunków. To przyczyna tej nagłej powodzi na małą skalę ich niepokoiła.
Nikt, absolutnie nikt, nie chciał łamać prawa z płaczącym duchem nad głową.
Wspinali się więc z bardzo niewyraźnymi minami, starając się ignorować wodę powoli wypełniającą ich budy i nie dramatyzować, bo czy byliby prawdziwymi Gryfonami, gdyby przed zabawą powstrzymała ich odrobina ektoplazmy?
– Rozmawiałem dziś z Lily – James szukał zastępczego, suchego tematu. – Miała do mnie prośbę.
Dziwny akcent na prośbę sprawił, że Syriusz, Gryfon czy nie, lekko się zaniepokoił. Ostatnie, czego teraz potrzebowali, to Rogacz niezdolny ruszyć tyłka i pomóc mu z Martą przez to swoje złamane serce.
– Lekki szantażyk?
– Właśnie nie. Była dla mnie bardzo miła.
– Nie krzyczała? Nie rzucała w ciebie talerzami? Nie płakała? Nic?
Gigantyczny uśmiech na twarzy Jamesa ostatecznie utwierdził Syriusza w przekonaniu, że Lily kombinuje coś bardzo bardzo złego. Już dawno pogodził się z myślą, że ten niestabilny psychicznie rudzielec nigdy w życiu nie spojrzy na jego przyjaciela jak na coś szlachetniejszego niż skrzat domowy – po prawdzie Lily pewnie traktowała skrzaty domowe lepiej niż samego Jamesa, ale nie miał lepszego porównania. Mimo to myśl, że ona, świadoma tego, jakie wywiera na nim wrażenie, mogłaby wodzić go za nos dla własnych niecnych celów mroziła mu krew w żyłach.
– Nawet wyglądała na zadowoloną z tego, że mnie znalazła. Znalazła. Co znaczy, że mnie szukała, sama z siebie, i to z uśmiechem na tym jej uroczym pyszczku.
– Czego chciała? – Syriusz zaryzykował pytaniem, chociaż czuł całym sobą, że odpowiedź mu się nie spodoba.
– Prewettowie chcą wpaść na naszą imprezę.
Odpowiedź mu się nie spodobała.
Już otwierał usta, by w końcu wyjaśnić Rogaczowi, czemu nie powinien wspierać rozwijającej się przyjaźni Lily Evans z Elijah Prewettem, chociaż wiedział, że na to było już za późno, bo James niewątpliwie spełnił życzenie swojego słoneczka, nie zastanowiwszy się nawet, czemu to ona, nie Elijah, go o to prosiła nawet przez sekundę, gdy rozdzierający uszy pisk rozdarł ich uszy.
Nie było czasu na zastanowienie; biegiem ruszyli w kierunku łazienki dziewcząt na pierwszym piętrze, nie zważając na to, że śliska podłoga uciekała im spod nóg i gdyby nie wyjątkowe szczęście, które przyświecało im przez całe życie, już po pierwszych trzech krokach straciliby po sprawnej nodze albo kręgosłupie. Z każdym przebiegniętym metrem pisk był coraz głośniejszy, ale i coraz wyraźniejszy; i już na zakręt przed wejściem do łazienki mogli rozróżnić poszczególne słowa w potoku łez, żalu i rozpaczy, który, dość dosłownie, wylewała z siebie Marta.
W zasadzie ani Syriusz, ani James nie wiedzieli, czemu w łazience na pierwszym piętrze mieszkał duch martwej dziewczyny; wypadki chodziły po ludziach od wieki wieków i obydwoje uważali, że najlepiej dać temu święty spokój. W szczególności, że Marta… Marta nie bez powodu była nazywana Jęczącą. Chociaż w zasadzie była bardzo przydatna, w szczególności do szpiegowania, podkradania składników i innych złośliwości, do których potrafił przekonać ją Syriusz, przez większość czasu trzeba było przy niej stąpać bardzo bardzo delikatnie.
Kiedy wpadli do łazienki, siedziała na jednym z kranów w głównym pomieszczeniu, kranów, z których lała się woda, a które ona sama popsuła pewnie w ataku złości, i zalewała się ekto-łzami, mamrocząc do siebie wszystko i nic, czego, po głębszym zastanowieniu, woleliby jednak nie rozumieć.
– Marto? – James spytał najdelikatniejszym głosem, na jaki było go stać na bezdechu. – Coś się stało?
Marta podniosła głowę i na chwilę przestała nawet piszczeć; wyglądała na zaskoczoną, bo z pewnością nie słyszała ich kroków ponad swoim płaczem, chociaż przecież nie byli ani cisi, ani konspiracyjny.
– Co mi się stało? CO MI SIĘ STAŁO?
Jednym płynnym ruchem Marta wślizgnęła się do kranu, na którym przed chwilą siedziała, wypłynęła z kranu po przeciwnej stronie pomieszczenia za plecami Jamesa i Syriusza, wykonała bardzo zdenerwowanego fikołka i zawisła do góry nogami tuż nad głową Rogatego.
– To wy chcecie przyprowadzić tu tłumy tylko po to, żeby mnie upokorzyć! Udajecie, że chcecie się ze mną dobrze bawić, a tak naprawdę chcecie się bawić moim kosztem!
Wróciła do swojej normalnej orientacji, wciąż jednak żywo gestykulowała i gdyby nie to, że cała była przezroczysta, już dawno rozbiłaby Jamesowi głowę.
Konkurs rzucania przekąskami w Martę, Marta przecież i tak niczego nie rozumie, Marty i tak to już nie boli, kto rzuci w głowę dostaje dodatkowe 10 punktów!
James i Syriusz spojrzeli na siebie ze zdziwieniem; może i nie byli najbardziej empatycznymi facetami na świecie, ale Marta była przydatna, a przydatnym… duchom nie robi się takich rzeczy. Kto mógł jej coś takiego powiedzieć? Komu zależałoby na tym, żeby zniszczyć każdą chwilę szczęścia w ich życiu?
Niemal równocześnie wyszeptali:
– Snape.
– On przynajmniej rozumie, jak to jest, gdy ni-ni-ni-niktcięniekocha! – Marta wykonała jeszcze jeden fikołek i z jeszcze głośniejszym piskiem zniknęła w kranie, by po paru długich, dudniących w rurach sekundach, zmaterializować się w jednej z toalet.
James nie mógł skupić swoich myśli; jej płacz powoli rozdzierał mu już nie tylko uszy, ale i mózg, i wszystkie kończyny, i czuł, że jeszcze chwila, a sam zacznie wyć z bólu i nic nigdy już go nie uratuje. To, że ich jutrzejsza impreza stanęła właśnie pod wielkim znakiem zapytania było jego najmniejszym problemem w obliczu perspektywy utraty wszystkich zmysłów i wieczności z Martą w jej łazience.
Na jego szczęście Syriusz pierwszy wyrwał się z tego otępienia i rzucił krótkie:
– Załatwię to.
Chwilę zajęło Jamesowi zrozumienie, co właśnie do niego powiedział; i dopiero gdy płacz Marty zaczął cichnąć, powoli ale stabilnie, w końcu czarowi Syriusza Blacka nie oparła się jeszcze żadna kobieta, dopiero wtedy wyrzucił z siebie żarcik, na którego wypowiedzenie czekał już przecież całą wieczność:
– No najwyżej będzie to impreza w stylu marynarskim.
***
Florence nie mogła uwierzyć we własną głupotę. Sobota, jak to sobota, w końcu nadeszła, a z nią sobotni wieczór, pełen obietnic i marzeń, które, tym razem, miały się spełnić.
Cały wieczór spędziła z Glendą w Hogsmeade, myśląc, planując, zamartwiając się; chociaż Glenda skupiała swoją uwagę bardziej na Kremowym Piwie niż na marudzeniu Flossie. Ten wieczór miał być idealny, a ideały nie powstają same z siebie – nie, poprzedzają je zawsze i bezwzględnie wielkie przygotowania i staranność, z której Florence przecież była słynna.
Do ósmej wieczorem, kiedy to miała spotkać się z Remusem w łazience dziewcząt na pierwszym piętrze w swojej głowie przeżyła liczne scenariusze, naprawdę, od tych naprawdę złych do tych naprawdę naprawdę dobrych, ale nawet te najstraszniejsze do pięt nie sięgały temu, co zastała, gdy w uroczej, białej sukience stanęła u progu swojego przeznaczenia.
Albo teraz, gdy trzy godziny później kończyła drinka, którego numeru już nie pamiętała, podanego jej przez nikogo innego niż Syriusza Blacka, którego w zasadzie pamiętała, ale nie pamiętała, dlaczego aż tak go nie znosiła.
– Mogę ci coś powiedzieć, Flossie?
Na prawo od niej siedziała Siobhan, której powiedziano, że zaprasza się ją, owszem, ale na imprezę w stylu marynarskim a nie na romantyczną kolację przy świecach, które jeszcze nie zamokły. W innych okolicznościach cieszyłaby się z towarzystwa Krunkonki – w zasadzie poza Glendą i Remusem była jej ulubioną osobą w całym Hogwarcie, nawet pomimo tego, że była jednocześnie dziewczyną Octaviana, taka była cicha i spokojna, ale przy tym i zabawna, i inteligentna, i w zasadzie gdyby była postacią książkową, wydawałaby się Flossie zbyt nierealna by w nią uwierzyć. Teraz się nie cieszyła.
Teraz nic by jej nie ucieszyło.
– Hm? – odpowiedziała z automatu, chociaż nie była pewna, co takiego się do niej mówiło.
Od trzech godzin drylowała wzrokiem Remusa Lupina, który do tej pory nawet się z nią nie przywitał. Dla niego tylko wcisnęła się w sukienkę Glendy, za krótką o przynajmniej pół kolana, jeśli ktokolwiek spytałby ją o zdanie, i dla niego siedziała właśnie na zimnym zlewie, oparta o jeszcze zimniejsze lustro, z włosami ukrytymi pod marynarską czapką, której pochodzenia też już nie pamiętała, ale którą musiała zdobyć, bo z tego wszystkiego, z tej nadziei aż zakręciła swoje włosy, a i bez tego w tłumie lekko nieprzytomnych Hogwartczyków wyglądała jak porcelanowa lalka.
Wszystko dla niego.
– To w zasadzie… Nie wiem, czy powinnam.
Gdyby Florence spojrzała teraz na Siobhan, zauważyła, że ta wyglądała na zupełnie czymś wytrąconą z równowagi. Już sam fakt, że zasikała dłonie nie na czerwonej tajemnicy, którą Syriusz wciskał wszystkim dookoła, ale na szklance wody z połączeniu z podkrążonymi oczami powinien wzbudzić przynajmniej niepokój. A co dopiero to, jaka była przygarbiona i blada, jak niemrawo machała nogami i wbijała wzrok we wciąż całkowicie mokrą posadzkę, jak przez cały wieczór pełen – jak powinno być – radości i zabawy nie uśmiechnęła się ani razu.
Ale Florence nie patrzyła na Siobhan, patrzyła na Remusa i zastanawiała się, jak mogła być taka niedomyślna i nie dodać w głowie zwykłego dwa do zwykłego dwa. Teraz, gdy wszystko stało się jasne i oczywiste, uważała, że fakt, że w sobotę wieczór zaproszoną ją i na imprezę Huncwotów – a przynajmniej Glenda wspominała, że ją zaproszono, Flossie nie zwracała na to większej uwagi – i na tajemniczą schadzkę z jednym z Huncwotów… powinien jej się wydać co najmniej podejrzany. Może gdyby Glenda postanowiła jednak wybrać się na tę imprezę i dopytała Elijah o szczegóły, może wspólna lokacja byłaby lepszą wskazówką, ale przecież powinna wiedzieć, prawda?
– Myślę… Myślę, że…
W zasadzie nawet zaintrygowało ją to, czemu Siobhan najwyraźniej nie potrafi czegoś z siebie wydusić; ale szybko zrzuciła całą winę na alkohol, muzykę i płacz Jęczącej Marty od czasu do czasu docierających do nich z którejś z rur.
Bo przecież powinna była wiedzieć.
Głównie to, że Remus nigdy nigdzie by jej nie zaprosił. Najwidoczniej w jego głowie nie była niczym więcej niż człowiekiem, któremu z dobroci serca pomagał z Transmutacją. Nawet nie kumplem, bo przecież chociaż zaprosił ją na imprezę – pewnie z litości – w ogóle z nią nie rozmawiał, ba, nie patrzył na nią i nic nie wskazywało na to, że choćby zauważył, że przyszła. Że przejął się, czy przyjdzie.
– Myślę, że Octavian mnie zdradza.
Na dźwięk słowa Octavian Florence zareagowała automatycznie; nie miała zielonego pojęcia, o czym Siobhan do niej mówiła, ale jakakolwiek wzmianka o jakimkolwiek Ślizgonie zawsze sprawiała, że ciarki przechodziły jej po plecach.
– Jeszcze go nie zostawiłaś?
Flossie panowała nawet spojrzeć na Siobhan i zaprezentować jej najlepszy przewrót oczami, na jaki było ją stać; ale w tym momencie Remus odwrócił się w jej kierunku i na moment zamarła z wrażenia. Gdyby popatrzył chociaż trochę dłużej, wylałaby na siebie podejrzaną ciecz, której jeszcze trochę pozostało w jej szklance. Ale przecież nie spojrzał na nią, tylko na jakąś Gryfonkę, która machała do niego ze zlewu niedaleko Florence, przecież nie zatrzymał na niej wzroku nawet na pół sekundy.
Tego było za wiele.
O jeden brak spojrzenia za wiele.
Siobhan właśnie otwierała usta, by jej odpowiedzieć, gdy Flossie zeskoczyła ze zlewu, odwróciła się w końcu w jej kierunku i wymamrotała bardzo zdenerwowanym głosem:
– Octavian jest strasznym chujem. Wyrzuć go przez okno.
Zrobiła krok do tyłu i o mało co nie straciła równowagi; w ostatniej chwili złapała się zlewu, który wciąż miała na wyciągnięcie ręki. Musiała stąd wyjść. Musiała stąd wyjść natychmiast.
Zanim sama zajęłaby się wyrzucaniem przez okno.
***
Odbijał od ściany małą, gumową piłeczkę; zwykle bawiłby się zniczem, ale nie chciał przynosić go do kompletnie zalanej łazienki, bo nawet magiczne metale i woda nigdy nie były fortunnym pomieszczeniem. Teraz żałował swojego wyboru. Czuł, że znajomy kształt w jego rękach i ten cudowny, cudowny dźwięk trzepoczących skrzydełek jakoś by go uspokoił.
James nie mógł uwierzyć w to, że wszyscy, wszyscy się domyślili, tylko nie on. Początkowo był zły na Syriusza, że ten go nie uprzedził; ale po dłuższym zastanowieniu doszedł do wniosku, że sam był sobie winien, taki ślepy na wszystkie możliwe sygnały. Nie, żeby mógł to wszystko jakoś powstrzymać, ale… Może gdyby był na to przygotowany, nie musiałby wlać w siebie tyle ponczu Łapy, by nie mieć siły roztrzaskać czaszki Elijah o zimną posadzkę łazienki?
Może.
– Wiedziałeś? – wychrypiał do Phila, który właśnie opowiadał mu o swoich planach na następny mecz… czy czymś innym. Przez te warstwy alkoholu, frustracji i dźwięku piłeczki odbijającej się od ściany trudno mu było przedrzeć się do świata zewnętrznego i słuchać tego, co się do niego mówiło. – Że Elijah i Evans?
Phil spojrzał na niego z bardzo współczującą miną; być może James nawet by mu uwierzył, że tak się o niego martwił, gdyby nie jego pijana i nieogolona morda człowieka, któremu wszystko jedno.
– Ty chyba nie tak na poważnie, nie?
James wzruszył ramionami. Chyba czuł, że teraz nic nie mogło być dla niego poważne, bo gdyby się przejął, mógłby przypadkiem zrozumieć, że wypił za dużo, żeby przeżyć.
– Nie, po prostu jestem zdziwiony.
Zdziwiony nie było może ostatnim słowem, jakim podsumowałby swój stan przez ostatnie trzy godziny, trzy długie godziny patrzenia na Lily, jego Lily flirtującą z Elijah… Wiedział, że Puchonom nie można ufać. Nie wszystkich, znaczy się, Phil był w porządku, Glenda z Flossie też, w zasadzie, chociaż Phila znał zdecydowanie lepiej, potem Glendę, a potem… Ale wiedział, że na pewno Puchonom, których bracia bliźniacy są Ślizgonami nie można ufać, nie, niedaleko pada śliwa od jabłoni, czy jakoś tak, ale było jedynym, które mógł z siebie teraz wydusić.
Bo chociaż chyba wszyscy w Hogwarcie wiedzieli o jego wiecznych deklaracjach miłości do Evans, większość traktowała to raczej jak wygłupy; żart, który rozciągnął się w czasie na tyle, że teraz nie można go było już przerwać. Nie chciał burzyć tego wrażenia. Ostatnim, co było mu potrzebne, był tłum ludzi, którzy się nad nim litowali.
– Chyba wszyscy wiedzieli, Potter.
Piłeczka uderzyła w ścianę trochę mocniej niż poprzednio.
– Wiesz… – Phil zdawał sobie sprawę z tego, że nie uzyska odpowiedzi. – Nie musisz się o nią martwić. Przyjaźnicie się i w ogóle, ale Elijah wcale nie jest taki zły, na jakiego wygląda.
– Nie martwię się o Evans.
– Twój najlepszy kumpel jest Blackiem, może czas zaufać i Prewettowi.
James już odwracał się, by odwarknąć, żeby nie mieszać do tego Syriusza, ale gdy w końcu oderwał wzrok od ściany, mimowolnie spojrzał na Lily, a ona… Ona to nic, tylko rumieniła się tym swoim rumieńcem, do którego zdążył się już tak przywiązać; to Elijah stanowił problem. Akurat w tym momencie, jakby czekał na to, że Potter się odwróci, jakby czyhał na niego z tym swoim cholernym planem, pochylił się nad Lily i odsunął kosmyk włosów z jej twarzy.
Piłeczka, zamiast w rękach Jamesa, wylądowała na jego brzuchu.
Nawet tego nie zauważył.
***
Przez cienką koronkę swojej sukienki czuła aż nazbyt dobrze zimno kamiennej ściany za jej plecami; ale nijak nie mogło jej to otrzeźwić. Nie miała pojęcia, jak długo już tu siedziała, wpatrzona w swoje nogi, rozciągnięte na posadzce; jedyne, na czym mogła się skupić to zaklinanie losu, marzenie, że cały ten koszmarny wieczór okaże się właśnie tym – koszmarem, i jutro obudzi się w lepszej sobocie.
James znalazł ją właśnie taką, skuloną pod parapetem dwa korytarze od łazienki dziewcząt na pierwszym piętrze, w połowie drogi do schodów, które mogły prowadzić do pokoju wspólnego Hufflepuffu. W pierwszym odruchu planował ją zignorować; ale tego wieczora ignorował już tyle myśli i wspomnień, że nie miał siły na więcej.
Usiadł więc tuż koło Flossie i podał jej butelkę Ognistej, którą udało mu się uratować przez Syriuszowym ponczem. Nie spodziewał się, że po nią sięgnie, nie ta Panna Perfekcyjna, ale wyczerpał też swój limit zdziwienia na jeden dzień, więc nawet nie wzruszył ramionami, gdy jednak to zrobiła. Przymknął tylko oczy i odchylił do tyłu głowę, bo cały świat wirował odrobinę za szybko nawet na jego standardy.
– A tobie co się stało? – wyrzucił z siebie w końcu, chociaż chyba nie chciał wiedzieć.
Flossie krzywiła się właśnie po tym, jak wychyliła swój pierwszy łyk czystego alkoholu na pusty żołądek, nie odpowiedziała mu więc od razu. Samo pytanie zresztą nie było najłatwiejsze. Obrzydliwa czy nie, Ognista kupowała jej cenny czas.
– Wszyscy wiedzą, że Elijah lubi rude.
James parsknął gorzkim śmiechem.
– Spadaj.
– Mówię poważnie. Nie pamiętasz… – Przerwała na kolejny łyk. – Była taka chyba wcześniej.
Otworzył oczy, bo chyba przyszedł czas, by zabrać jej butelkę. Dopiero teraz, z bliska, przyjrzał się Flossie dokładniej – i mógłby przysiąc, że płakała, a on, chyba, wiedział dlaczego.
W innych okolicznościach zaproponowałby jej ramię, o które mogłaby się oprzeć, takim był przecież człowiekiem-przytulanką, który zawsze dbał o innych bardziej niż o siebie, chyba, że akurat byli Smarkerusem, ale nim to Florence – jak podejrzewał – nie była. Tyle że jej uwaga zabolała go bardziej niż chciał to przyznać; albo, co było równie prawdopodobne, chciał po prostu zemścić się na kimś za to, jaki czuł się dziś skrzywdzony.
A on przecież wiedział doskonale, czemu Flossie płakała. Wiedział, bo był światkiem tego, jak Remus walczył ze sobą samym i rzucał się, i miotał, i nie potrafił się zdecydować. Wiedział, bo kazał mu zaprosić ją – niezobowiązująco – na tę imprezę, a potem spił się za bardzo, by przypilnować, by z nią porozmawiał. Wreszcie wiedział, bo rozumiał to dziwne trzepotanie w brzuchu, które Lupin odczuwał w obecności Florence aż za dobrze, ale też rozumiał, czemu jego przyjaciel… mógłby się go obawiać.
Wiedział za dużo na człowieka, któremu kolejny łyk Ognistej zupełnie rozwiązał język.
– Bo Lunio był dzisiaj dużo lepszy.
Florence zamarła; nie trwało to jednak długo, bo za dużo już tej soboty przeżyła, by obawiać się konsekwencji zdradzenia swojej tajemnicy. Zresztą cały wieczór czuła, że świat wokół niej widzi więcej niż ona sama – rozciągnięcie tego do stwierdzenia, że świat wokół niej widzi, jak robi z siebie idiotkę, nie wymagało skomplikowanej, umysłowej gimnastyki.
– Oddawaj butelkę.
Wyciągnęła rękę, by zabrać mu Ognistą. Spudłowała pierwszy, drugi i trzeci raz, bo chociaż wypił od niej dużo więcej, wciąż był nie dość, że bardziej odporny na różnego rodzaju trunki to jeszcze o wiele zręczniejszy; bez problemu uciekał przed jej dłońmi. I chociaż zwykle by ją to irytowało, takie dziecięce gry bez najmniejszego celu, nie mogła powstrzymać śmiechu.
Było coś relaksującego w patrzeniu na to, jak ona się śmieje, coś strasznie zaraźliwego, więc po chwili i James w końcu się uśmiechnął, może po raz pierwszy tego wieczora i nawet oddał jej tę butelkę, a raczej się podłożył, zbyt zajęty czuciem się odrobinę lepiej, by zauważyć.
Jednym sprawnym haustem wypiła resztę Ognistej i chociaż wydawać by się mogło, że powinni teraz zamilknąć i delektować się odzyskaną ciszą, wyrzuciła z siebie nagłe:
– Chciałabym, żeby wiedział, jak to jest.
James odkrył, że coś jeszcze mogło go tego dnia zdziwić.
Nie to, że Florence w głębi duszy potrzebowała jakoś zemścić się na jego przyjacielu – w końcu z jego doświadczenia wynikało, że młode kobiety miewały i bardziej absurdalne i okrutne pomysły. Nie. James dziwił się, że przez sekundę poczuł dokładnie to samo.
Nie odpowiedział jej od razu. Zresztą i sama Florence nie czekała chyba na jakąkolwiek opowieść – zsunęła się jeszcze niżej, tak, że praktycznie leżała lekko tylko głową oparta o ścianę tuż za nią i patrzyła w sufit, ściskając w rękach pustą butelkę. Nie potrzebowała jego odpowiedzi, a on potrzebował chwili, by zabić w sobie ten niespodziewany zew krwi, który nie leżał przecież w jego naturze.
I kiedy myślał, że ta fala zazdrości już minęła i nie chciał już głowy Lily na srebrnym talerzu, inna, złośliwa myśl obudziła się w jego głowie. Myśl, która z początku nie podobała mu się dużo bardziej, ale im dłużej patrzył na Florence, na jej zmęczony profil, opuchnięty od łez, tym bardziej czuł, że może to jedyny sposób, że może poza tym, że uratuje to ją, może uratuje to też jego.
– Flossie. – Pauza. – Flossie. – Powtórzył, bo musiał mieć pewność, że go słucha. Że nie mówi tego do wirujących ścian i parapetów. – Flossie, ja chyba wiem, co musimy zrobić.
Poczekał, aż się odwróciła i aż jego oczy spotkały jej oczy, które w sumie, w sumie też wirowały, i dopiero wtedy kontynuował:
– Musimy im pokazać, co tracą.
– Co?
Jej twarz nie wyrażała zdziwienia, a bezkresne niezrozumienie. Ale i też – chęć zrozumienia, jakby naprawdę wierzyła w to, że pijany James Potter, tu i teraz, odkrył receptę na rozwiązanie wszystkich ich problemów.
– Flossie, musisz się ze mną umówić.
Aż usiadła z wrażenia; wprawdzie zajęło jej to więcej czasu niż normalnie, bo złośliwa posadzka wysuwała jej się spod dłoni, ale po kilku próbach upokarzającego pełzania udało jej się doprowadzić do jako takiego pionu.
– Oszalałeś?
– Mówię poważnie. – I wyglądał, jakby mówił. Odsunął się od ściany i usiadł naprzeciwko niej, trochę za blisko jak na obecny stan ich zmysłów równowagi. – Jeśli się ze mną umówisz, Lunio umrze z zazdrości, Lily zrozumie, co takiego straciła, i wszystko, wszystko się ułoży.
– Remus nawet nie zauważy.
Bardzo starał się posłać jej powątpiewające spojrzenie; nie był pewien, czy takie aktualnie mu wychodziły, ale coś musiało do Florence dotrzeć, bo sama wyglądała, jakby intensywnie myślała nad jego propozycją. Ten entuzjazm powoli go wykańczał i nie wiedział, ile jeszcze tak wytrzyma, siedzący sam z siebie w pionie, ale poganianie jej chyba nie wchodziło w drogę.
– Nie chcę cię oglądać nago – wyrzuciła z siebie po dłuższej chwili.
Chyba jeszcze zanim do końca dotarło do niego to, co powiedziała, wybuchnął śmiechem tak gromkim, że nieomal przewrócił się do tyłu i jedynym, co go uratowało, było przerzucenie ciężaru na ramię, które oparł o ścianę za jej głową. Flossie też się roześmiała, po parosekundowym opóźnieniu, jakby sama nie skonsultowała ze sobą swojej odpowiedzi i dopiero teraz ją zrozumiała.
– Jeszcze będziesz o to błagać.
– Po moim trupie.
Ich śmiech w końcu wygasł; chociaż obydwoje dawno stracili już poczucie czasu. Przez moment jeszcze siedzieli na podłodze, James pochylający się nad nią i próbujący utrzymać równowagę, Florence próbująca złapać oddech, chociaż pół oddechu, aż w końcu on podniósł się powoli i niepewnie, wyciągając jedną rękę w jej kierunku.
Nie chciała wstawać. Ostatnim, na co miała ochotę, było podniesienie się z tej zimnej posadzki, która wyziębiała jej pośladki przez cienką, cieniutką koronkę, ale na której przez moment było jej tak dobrze i spokojnie. Ale James nie poddawał się i wszystko wskazywało na to, że będzie próbował ją podnieść, co nawet ona mogła ocenić jako mało bezpieczne, więc…
Musiał przytrzymać ją, gdy wstała i sam o mało co się nie przewrócił pod jej ciężarem; pion nie był czymś, co działało w świecie, który wirował i kręcił się.
– Idziemy tańczyć – oświadczył, gdy pierwsze niebezpieczeństwo minęło.
– Nie chcę.
– Musisz. Powiedziałaś, że się ze mną umówisz, a ja muszę się jeszcze napić.
Chciała zauważyć, że mówił o tańczeniu, nie o piciu, ale szybko wypadło jej to z głowy.
***
James stawiał tak gwałtowne kroki, że raz po raz ochlapywał jej rajstopy wodą, ale chociaż zwykle by jej to przeszkadzało, gdy tylko weszła do zalanej łazienki dziewcząt na pierwszym piętrze to nie mokra odzież przykuła jej uwagę.
W końcu, po tylu godzinach, nie wiedziała tak naprawdę ilu, spotkała w końcu oczy Remusa Lupina.
Przez moment zaparły jej dech w piersiach; jakby cały ten wieczór się nie wydarzył i jakby weszła tu po raz drugi, do tej drugiej soboty, którą sobie wymarzyła. Wydawało jej się, że się do niej uśmiechnął, ale nie była pewna, czy i tego sobie nie wyobrażała. I kiedy też próbowała się uśmiechnąć, przypomniała sobie o tym pierwszym wieczorze, tej poprzedniej sobocie i serce zakłuło ją boleśnie, przywracając jednak zdolność oddychania.
Była gotowa wybiec, tu i teraz, zostawić Pottera samemu sobie i zapomnieć o tym beznadziejnie głupim planie, który przyszedł mu do głowy, gdy usłyszała jego słowa, niemal bezgłośne:
– Lily.
Podążyła za jego wzrokiem i od razu ją znalazła – siedzącą na podłodze na marynarce Elijah Prewetta, owiniętą jego ramię i roześmianą, taką, jaką wyobrażała siebie jeszcze jakiś czas temu w odrobinę innym towarzystwie. I chociaż nigdy wcześniej Lily Evans nie zaplątała jej myśli, i w zasadzie była jej zwykle zupełnie obojętna, niespodziewanie dla samej siebie Florence poczuła, że szczerze jej nie znosi i że z wielką chęcią wygarnęłaby jej, co o niej myśli, także tu i teraz, zostawiając osłupiałego Pottera samemu sobie.
Ale nie mogła. Wiedziała, że to nie jej sprawa, że takie wybuchy niczego nie wnoszą. Spojrzała więc na Jamesa, próbując go jakoś pocieszyć, jakoś do niego dotrzeć. Zanim zrozumiała, co takiego robi, złapała go za jego dłoń i zacisnęła na niej swoje palce z całej siły. Chyba nie oczekiwała, że na to zareaguje; a już na pewno nie oczekiwała, że on zrobi to samo.
I kiedy też spojrzał jej w oczy, też ściskając jej dłoń w swojej dłoni, zrozumiała, że przynajmniej na ten jeden wieczór nie jest z tym wszystkim już taka całkiem sama.

Człowiek człowiekowi wilkołakiem: 05

Ślady butów w śniegu się nagle urwały. Zatrzymała się przy ostatnim i rozejrzała bezradnie. Jak ona miała teraz dotrzeć do szkoły, kiedy nie miała po czyich śladach iść? Nie zwróciła specjalnej uwagi na to, że urwane ślady mogły oznaczać jakąś tajemnicę do rozwiązania; może jakiś uczeń został porwany przez hipogryfa? Albo ktoś lecący na miotle rzucił w niego jakieś złowieszcze zaklęcie, które sprawiło, że rozpadł się w proch? Może wciąż tu był, ale w pelerynie-niewidce?
Właściwie ta ostatnia myśl sprawiła, że cofnęła się o dwa kroki po tych śladach i zaczęła machać różdżką, upewniając się, że nikt tuż przed nią nie stał. Wcale by ją to nie zdziwiło, skoro zdawała sobie sprawę, z tego, że jej brat był w posiadaniu peleryny-niewidki.
Potrząsnęła głową i skupiła się na bieżącej sytuacji, a nie rozwiązywaniu tajemnic Hogwartu − jak dotrzeć do szkoły bez śniegu w butach, za kołnierzem, w staniku, we włosach, oczach i nosie? To był poważny kryzys, bo ślady już nie miały jak uratować jej życia i miała już zostać na błoniach, w odległości zaledwie około dwustu stóp od szkoły, do odwilży. Była szansa, że ktoś znajdzie ją wcześniej, ale na pewno nie wystarczająco wcześnie, żeby uratować ją przed niechybnym zamarznięciem. Rozważyła nawet zbudowanie igloo, żeby przedłużyć okres przetrwania, ale zdała sobie sprawę, że nawet nie wiedziała, jak to igloo wykonać. Cóż za okrutny los, który skazał ją na taką śmierć.
− Kitty!
Westchnęła głośno, może trochę z ulgą, bo wizja śmierci się nieznacznie oddaliła. Nie na długo. W jej stronę biegł właśnie James i wcale nie sprawiło to, że Kitty poczuła się bezpieczniej. Wręcz przeciwnie. Na widok białej śmierci w jego ręce, zbitej w całkiem okazałą śnieżkę (zapewne również twardą jak kamień), przestała się przejmować tym, że ślady w śniegu się skończyły, przestała przejmować się śniegiem w butach − po prostu zaczęła uciekać. Bo James nie był sam.
I to właśnie jego towarzysz dopadł ją jako pierwszy, tuż po tym jak Kitty wśród całych tych nieodśnieżonych błoni, straciła równowagę i runęła w pozornie tylko miękki i puszysty śnieg. Odruchowo zasłoniła twarz rękoma i leżała na brzuchu cała zdrętwiała, kiedy Syriusz smarował jej głowę śniegiem.
− Ile wy macie lat? − zajęczała spod śniegu.
Kolejna z jej obaw weszła w życie − śnieg w ustach. Wypluła go i zrzuciła z siebie Syriusza. Przekręciła się i usiadła, i już chciała zmrozić wzrokiem brata i jego najlepszego przyjaciela, kiedy na jej twarzy rozpadła się śnieżka. Śnieg w oczach, nosie i ustach − zawsze o tym marzyła. Otrzepała się trochę zbyt gwałtownie, bo uderzyła łokciem Syriusza, który wciąż był stanowczo zbyt blisko niej, by mogła poczuć się bezpiecznie.
− Nienawidzę was.
Podniosła głowę. Cały komplet Huncwotów postanowił zniszczyć jej dzień.
Uparcie starała się nie patrzeć na Remusa. Odkąd Abby powiedziała jej, że to takie oczywiste, że ją lubił, to czuła się nieco skrępowana w jego obecności. W szczególności, że teraz zwracała uwagę, jak bardzo był dla niej miły. Ciężko było jednak uniknąć spojrzenia Remusa, kiedy ten wyciągnął do niej rękę, by pomóc jej wstać. Skorzystała z pomocy, ale pociągnął ją trochę zbyt mocno, jakby oceniał jej wagę o przynajmniej kilkanaście funtów wyższą (oburzające!) − ledwo udało jej się zachować równowagę i nie wpaść na niego. Poczuła, że jej policzki zaczęły się czerwienić; na szczęście było na tyle zimno, że można byłoby pogodę uznać za powód rumieńców.
− Chodź, Kitty, ulepimy Smarka − powiedział rozbawiony James.
Syriusz i Peter zaśmiali się. Podniosła ostrożnie wzrok na Remusa, który cały czas stał dość blisko. Uśmiechał się; nie była pewna czy z powodu pomysłu Jamesa, czy tak po prostu do niej. Jedno było pewne − cała czwórka była w świetnym humorze i Kitty trochę się ten humor udzielił, mimo całej swojej niechęci do śniegu i tego, że miała ten śnieg w każdym miejscu, w którym go nie chciała.
Kitty ostatecznie też się uśmiechnęła i pokręciła z rezygnacją głową.
− Ile wy macie lat? − zapytała znowu, a James wyszczerzył zęby.
− Nie bądź jak McGonagall. Chodź.
Chwycił ją za płaszcz i zaczął odciągać ją coraz dalej od wejścia do Howagrtu. Kitty tęsknie patrzyła za szkołą, w której było tak przyjemnie i ciepło, a zamiast tego czekał ją chłód i śmierć podczas lepienia bałwana. Syriusz wcisnął na jej i tak już całą w śniegu głowę swoją czapkę, może z powodu poczucia winy? Kitty nie zastanawiała się nad tym, po prostu przyjęła bez słowa czapkę, która może pomoże jej przetrwać te ekstremalne warunki.
Peter w międzyczasie zaczął już toczyć pierwszą kulę.
− Jak chcecie sprawić, żeby bałwan wyglądał jak Snape? − zapytała, obserwując poczynania Petera.
Syriusz wyciągnął z kieszeni bardzo skrzywdzoną przez los marchewkę. Była naprawdę krzywa.
− Poprosiliśmy skrzaty o najbrzydszą marchewkę, jaką znajdą.
− Widzę pewne podobieństwo.
Huncwoci zaśmiali się na tę uwagę, mimo że wcale nie miała być śmieszna − po prostu odzwierciedlała faktyczny stan nosa Severusa Snape’a.
− Mamy też ślizgoński szalik − powiedział James, wskazując na wypchaną torbę Remusa. − Uczynny brat Syriusza nam go użyczył.
− Z własnej woli?
− Niekoniecznie − odpowiedział Remus i zerknął w stronę szkoły. − Syriusz zostawił go w śniegu. Nie martw się, ktoś go już pewnie z niego wyciągnął.
Nie martwiła się. Może trochę, ale raczej o to, że liczyła, że jej brat i jego przyjaciele już wyrośli z maltretowania słabszych, ale najwyraźniej wciąż to była przednia rozrywka. Mogła się domyślić po tym jak James złapał Philipowi nos, ale to nie był raczej atak na słabszego.
Pokręciła z rezygnacją głową, poprawiła rękawiczki i sama zaczęła lepić kulkę. Śnieg jej nawet w tej prostej czynności nie wspierał, bo nie chciał się lepić i rozpadał się w jej rękach. Burknęła pod nosem i otrzepała rękawiczki. Było jej zimno, wciąż marzyła o ciepłej kąpieli i siedzeniu w kocu tuż przed kominkiem. Zamyśliła się chwilę i ocknęła się dopiero, kiedy śnieżka uderzyła ją w ramię. Kitty spojrzała na brata z oburzeniem i wcisnęła ręce do kieszeni.
− Przydaj się do czegoś i poszukaj gałęzi na ręce.
Uniosła brwi i westchnęła. Nie widząc lepszego zajęcia skierowała się w stronę najbliższych krzaków; musiała się oczywiście przedzierać przez świeży i nienaruszony jeszcze śnieg. Usłyszała a sobą kroki i obejrzała się, żeby zobaczyć Remusa, który postanowił jej towarzyszyć przy tym tak odpowiedzialnym zadaniu. Czyżby Huncwoci uznali, że bez pomocy nie uda jej się zdobyć rąk dla Severusa Snape’a? Albo że wybierze zbyt ładne i proste gałęzie? Właściwie nie powinno ją to dziwić, sama na widok tego śniegu podejrzewała, że zaraz zwyczajnie się o coś potknie, przewróci i już nie wstanie, nie wspominając nawet o wybieraniu odpowiednich gałęzi. Oczywiście Kitty nie była taką fajtłapą; miała stosunkowo dobrą koordynację ruchową, która pomogła jej dostać się i utrzymać później w drużynie quidditcha. Jednak widok całkowicie zasypanych błoni oraz śnieg w butach i pod ubraniami odbierał jej całą pozytywną energię i siły nad podnoszenie odpowiednio wysoko nóg. Dlatego nawet nie skomentowała tego, że Remus poszedł za nią.
Zrównał z nią krok i spojrzał na nią, ale ta dzielnie przedzierała się przez śnieg. Wciąż chodziły jej po głowie słowa Abby, więc nie chciała na niego patrzeć. Nigdy wcześniej nawet by tego nie rozważała, ale wszystko potwierdzało, że mogła mieć rację.
− Wszystko w porządku? − zapytał w końcu, a ona przystanęła i zerknęła na niego kątem oka wyraźnie zdziwiona pytaniem. − Syriusz porządnie cię śniegiem natarł.
Kitty sięgnęła ręką do czapki Syriusza, którą wciąż miała na głowie.
− No nie było to najprzyjemniejsze przeżycie.
Remus ściągnął rękawiczkę i wyciągnął rękę w stronę jej twarzy. Kitty uważnie obserwowała, co robił i przez chwilę rozważała, czy aby nie uciekać gdzieś daleko przez śnieg, ale potem spojrzała mu w oczy i porzuciła te myśli. Nie odwzajemnił jej spojrzenia, skupił się na jakimś nieokreślonym punkcie trochę poniżej. Uśmiechał się lekko, nie robiło to takiego wrażenia, jak uśmiech Philipa; Remus uśmiechał się do niej dużo częściej, ale był to ciepły i pełen sympatii uśmiech, który teraz sprawił, że serce zabiło jej trochę mocniej.
Miała wrażenie, że świat na chwilę zamarł wokół jego jasnobrązowych oczu, ale dłoń Remusa dotarła w końcu do celu. Strzepnął resztkę śniegu z jej włosów, po czym cofnął rękę. Kitty złapała się na myśli, że mógłby jej nie zabierać. Spojrzał jej w oczy, a ona prędko odwróciła głowę.
− Gałęzie. Musimy znaleźć gałęzie − powiedziała, rozwiewając tym samym całą romantyczną atmosferę. Było stanowczo zbyt zimno i śnieżnie na jakiekolwiek romanse.
Remus ocknął się jakby i zerknął w stronę pozostałych Huncwotów, możliwe, że w obawie czy aby ich nie obserwowali. W końcu, kiedy ostatnio jakiś chłopak publicznie okazywał Kitty sympatię, skończyło się to złamanym nosem. Bo może wcale nie chodziło tu o to, że Philip był Ślizgonem, a po prostu, że zarywał do jego siostry? Remus powinien mieć się na baczności.
W końcu skinął głową.
− Panie przodem.
Kitty burknęła pod nosem, ale ruszyła przez śnieg w stronę upragnionych krzaków.
*
James otrzepał się pobieżnie ze śniegu i podparł pięści o biodra. Patrzył z dumą na swoje i swoich przyjaciół (i trochę też siostry) prawie skończone dzieło. Kitty musiała przyznać, że podobieństwo było uderzające, jak na porównanie bałwana z człowiekiem. Oddawał prawie wszystkie najważniejsze cechy Snape’a, poza jego włosami. Powbijali mu do głowy pozostałości po gałęziach przeznaczonych na ręce i fryzurą przypominał bardziej Jamesa, ale była to jedyna niedoskonałość bałwana.
− Dzieło mojego życia − skomentował James i otarł nieistniejącą łzę spod oka.
− Nie przesadzałaby… − zaczęła Kitty, ale brat nie dał jej dokończyć.
− DZIEŁO MOJEGO ŻYCIA.
− Chciałam tylko powiedzieć, że nazywając Snape’a dziełem swojego życia…
James wytknął ją palcem, więc postanowiła znowu nie skończyć myśli.
− Musiałaś mi to odebrać.
Rozłożyła bezradnie ramiona i wskazała głową na zbliżających się dwóch z trzech pozostałych Huncwotów. Petera zobaczyła trochę dalej leżącego w śniegu, a Syriusz idący z przodu miał nad wyraz świetny humor, więc Kitty podejrzewała, że potraktował przyjaciela tak samo jak wcześniej potraktował ją. Ale Peterowi nie odstąpił czapki w ramach przeprosin.
− Nos widzę na swoim miejscu, idealnie − skomentował Syriusz i wyciągnął z kieszeni dwa ciemne kamyki, które wbił bałwanowi w miejsce oczu. Zrobił to na tyle krzywo, że można było przysiąc, że bałwanowy Snape miał zeza albo jakąś inną wadę wzroku. − Trzeba postawić go gdzieś bardziej na widoku.
James wyciągnął różdżkę z kieszeni i zaczął lewitować bałwana w stronę zamku, a Syriusz jako dobry i pomocny kolega postanowił asekurować śnieżny twór; szkoda byłoby gdyby nagle, przez jakieś błędy w podstawowej edukacji Jamesa, miał się rozsypać.
− W końcu będzie ciepło − powiedziała pod nosem Kitty i potarła dłonie o siebie. Dodało to jedynie dramatyzmu jej słowom, bo rękawiczki były już i tak całkiem przemoczone, a palce tak zmarznięte, że ich nie czuła.
− Nikt cię nie zmuszał do spędzania z nami czasu − odpowiedział jej spokojnie Remus. Nie wyczuła w jego głosie pretensji, ale i tak poczuła się trochę głupio za marudzenie.
− No co ty, było zabawnie. Spędzanie czasu z wami jest zabawne. Poza momentami jak lądowałam twarzą w śniegu. I śnieg jakimś cudem lądował mi w stani… za kołnierzem.
Remus zaśmiał się, a Kitty pomachała tylko ręką, żeby jej nie słuchał.
− Jakby ciebie nie było, to na pewno byłoby nudniej.
Spojrzała na niego trochę zaskoczona. Trochę trudno jej było sobie wyobrazić Syriusza i Jamesa spędzających czas w nudny sposób. Może poza przygotowaniami do egzaminów, ale do tego było jeszcze daleko.
− To znaczy?
− Wszyscy się popisywali jak tylko mogli.
Pierwsze, co pomyślała po jego odpowiedzi to Syriusz, który wrzucił ją i wiele innych osób do śniegu. Nie o takiej formie popisywania się marzyła. Obejrzała się na Petera, który wyczołgał się już ze śniegu i próbował z małym powodzeniem ich dogonić. Kitty postanowiła być miła i zwolniła trochę krok.
Spojrzała w końcu na Remusa.
− Ty też?
Remus nie odpowiedział. Uśmiechnął się tylko uprzejmie i wzruszył ramionami, jakby było to obojętne, ale wcale nie było. Jego odpowiedź mogła potwierdzić już ostatecznie słowa Abby, ale Remus postanowił zostać ją z tą niby-odpowiedzią, a głupio byłoby dopytywać o szczegóły tego tajemniczego wzruszenia ramionami. Jeszcze by się zorientował, że ona wie, że on ją lubił. Wtedy byłoby dopiero niezręcznie.

Kto z kogo zrobi jelenia? – 01

To lato zdawało się trwać wiecznie. Nie było to pod tym względem wyjątkowe lato – przeciwnie, każde spędzone w domu dłużyło jej się niemiłosiernie, bo ileż można toczyć na nowo tę samą kłótnię? Sytuacja była patowa, bo Petunii duma nie pozwalała ustąpić, trzymała się uparcie tych samych argumentów, co wtedy, kiedy jej siostra miała jedenaście lat, Lily tym bardziej nie miała najmniejszego zamiaru poczuwać się do winy. Dodatkowo sprawy nie poprawiały niekończące się listy od Jamesa Pottera, który ku rozpaczy Evans upatrzył ją sobie na obiekt westchnień. I to jak irytujących westchnień! Za każdym razem, kiedy Lily wydawało się, że starsza siostra odpuści, że się już uspokoi albo przynajmniej zacznie ją ignorować, bo i to byłoby jakąś poprawą, przylatywała sowa przynosząc kolejny list z zaproszeniem na randkę, śpiewające wyjce, wychwalające pod niebiosa urodę rudowłosej Evans, biegające słodycze “dla najsłodszej Gryfonki”… I cała zabawa zaczynała się od nowa. Petunia wrzeszczała, Lily nie zostawała jej dłużna, wreszcie któraś wychodziła z domu, trzaskając drzwiami z całej siły – Petunia wybiegała na spotkania z narzeczonym, a Lily… cóż, jednak to lato różniło się od poprzednich.
Lily nie była czarownicą z rodowodem. Nie była nawet czarownicą z ułamkiem rodowodu – urodziła się w mugolskiej rodzinie. Kiedy miała jedenaście lat i przyleciała sowa z listem z Hogwartu, czego tak bardzo zazdrościła jej siostra, była przekonana, że to nic takiego, że to nie decyduje przecież o tym czy zostanie lepszą uczennicą. Utwierdzał ją w tym przekonaniu jej najlepszy przyjaciel – Severus Snape. Teraz jednak po pięciu latach doświadczeń w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, po niezliczonej ilości docinków ze strony Ślizgonów, po niepokojących informacjach o atakach na urodzonych tak jak ona, o których coraz częściej donosił Prorok Codzienny, wiedziała lepiej. Wiedziała, że większość wierzy w podział na czarodziejów lepszego i gorszego sortu, a ona w ich mniemaniu należała do tego drugiego. Ewentualnie trzeciego – nie-czarodzieje. Nie przeszkadzało jej to, nie była przecież na tyle głupia, żeby przejmować się zdaniem tłumu, jednak w czerwcu, czego nigdy by się  nie spodziewała, usłyszała z ust swojego jedynego przyjaciela, tego, który zapewniał ją, że to nie ma znaczenia, to niewybaczalne słowo. Wtedy wszystko się zmieniło.
W wyniku tego właśnie zdarzenia to lato różniło się od poprzednich. Nie było uciekania od kłótni z Petunią na Spinner’s End, spacerów po parku, niekończących się rozmów o wszystkim i niczym jednocześnie. Próbował ją przepraszać, oczywiście, jeszcze zanim skończył się rok szkolny i wrócili na wakacje do rodzinnych domów, ale Lily wiedziała, choć wolałaby jednak nie, że Severus nie nazwałby jej szlamą, gdyby naprawdę nie miał tego na myśli i to ucinało wszelkie dyskusje na ten temat. Skończyły się wymówki, że to na pewno ślizgońskie otoczenie, że to koledzy z roku, którzy byli podejrzewani o okrutne wypadki w szkole mają na niego taki wpływ. Severus musiał brać odpowiedzialność za własne słowa.
I co jej teraz zostało? Dokąd ucieknie przed męczącym nagabywaniem przez Jamesa Pottera? Komu opowie jak irytujący, jak odpychający jest, kiedy mówi “umów się ze mną, Evans”, mierzwiąc te swoje i tak już rozczochrane kłaki? Owszem, może i stanął w jej obronie, ale zrobił to tylko dlatego, że mu się podoba. Wcale nie jest lepszy od Severusa z tym swoim włóczeniem się po szkole i dręczeniem słabszych. Och, ile szlabanów mu już dała! Do spółki z jego najlepszym przyjacielem Blackiem oczywiście, który tak uparcie twierdził, że nie ma nic wspólnego ze swoją rodziną, która najchętniej odśpiewałaby hymn na cześć Voldemorta.
Potrząsnęła głową i rude włosy zasłoniły jej twarz, co nie miało najmniejszego znaczenia, ponieważ poza nią w tym przedziale Ekspresu Londyn-Hogwart nie było nikogo. Tak chyba czuła się lepiej, nie przeszkadzało jej spędzanie czasu tylko ze sobą, bo dlaczego miała na siłę szukać nowego przyjaciela czy przyjaciółki? Zresztą już za późno, grupki zostały utworzone i trudniej byłoby wślizgnąć się do jednej z nich po tylu latach. I do kogo niby miałaby się zwrócić? Dziewczęta, z którymi dzieliła dormitorium były miłe, tak, ale miały swój własny świat, czasem nawet Lily miała wrażenie, że to jedna osoba z dwiema głowami. Nagle się wzdrygnęła, bo przyszła jej do głowy myśl tak nieprawdopodobna i odrażająca, że aż książka, którą trzymała otwartą na kolanach spadła i uderzyła o podłogę pociągu z cichym, trochę przytłumionym stuknięciem. Nie będzie przecież zadawała się z bandą Pottera, to co najmniej śmieszne. Bratać się z wrogiem? Niedorzeczne!
Wygrzebała z torby pudełeczko z czekoladową żabą, wiadomo, nic tak nie poprawia nastroju jak czekolada. Usłyszała dźwięk przesuwanych drzwi i podniosła głowę, żeby zobaczyć, kto wchodzi i czekoladowa żaba wypadła jej z dłoni – był to James Potter, ta właśnie odrażająca niedorzeczność we własnej osobie. Wyglądał tak samo jak zawsze – chodząca pewność siebie, chociaż w opinii Lily była to raczej chodząca arogancja i samozadowolenie graniczące z samozachwytem, okulary zjeżdżające mu z nosa, potargane włosy i postawa zdradzająca jego uwielbienie do samego siebie. Kiedy zorientował się, że Lily patrzy na niego, usta rozciągnęły mu się w uśmiechu, powoli zamknął za sobą drzwi i schylił się po upuszczoną przez nią żabę. Lily wreszcie ocknęła się ze stanu zaskoczenia wywołanego jego obecnością i płynnie przeskoczyła do stanu irytacji, którą zawsze odczuwała w jego towarzystwie.
– Potter – wycedziła i wyciągnęła władczo rękę w jego kierunku, chciała przecież odzyskać swoją czekoladową żabę!
James zignorował jej wyciągniętą dłoń, chociaż świerzbiło go, żeby ją ująć i ucałować, tak, to by ją naprawdę rozsierdziło.
– Evans – odpowiedział radośnie. – Poczta się podobała?
Lily westchnęła ciężko. Naprawdę nie miała siły na kolejny rok przepychania się z nim i udowadniania mu, że się z nim nie umówi. Gdyby był choć odrobinę bardziej dojrzały, mogłaby przynajmniej r o z w a ż y ć tę opcję. Niewiele by to pewnie zmieniło, o ile cokolwiek, ale nie mógłby jej zarzucić, że nie próbowała, prawda?
– Malowniczo wyglądała w płomieniach kominka, cudowne doświadczenie, dziękuję.
Nie zraziło go to zbytnio, przecież był Jamesem Potterem, ścigającym i kapitanem drużyny quidditcha, człowiekiem o niezachwianej samoocenie i legendarnej wręcz niezłomności. Usiadł naprzeciw niej wygodnie i uśmiechnął się, tarmosząc oczywiście włosy – czy on zawsze chce wyglądać, jakby go wiatr uczesał?
– Ech, Evans… – zaczął, obracając w dłoni tę nieszczęsną czekoladową żabę, która chyba bardzo chciała wydostać się z przedziału. No, przynajmniej z jego rąk. – Nikt ci nie powiedział, że kominki są romantyczne?
Lily, słysząc to, pobladła, chociaż dla osób o jej kolorze włosów bardziej charakterystyczne było spurpurowienie. Właściwie Lily nie miała w sobie wielu cech przypisywanych rudzielcom. Nie była wybuchowa, impulsywna, czy złośliwa, ale czy to takie złe? Ona była zwyczajnie… spokojna, chociaż w tej chwili bardziej zrezygnowana.
Podniosła na niego wzrok i uśmiechnęła się krzywo.
– Ech, Potter. Wiele rzeczy ciśnie się na usta, kiedy się pomyśli o tobie, ale r o m a n t y c z n e nie jest jednym z tych skojarzeń.
Ale James nie usłyszał już nic, co nastąpiło po “pomyśli się o tobie”.
– Najpierw kominek, teraz o mnie myślisz, chyba wiesz, jaki jest następny krok?
Zamknęła oczy na chwilę. No tak, mogła się spodziewać, że w ten sposób zareaguje, nie powinna była konstruować swojej wypowiedzi w ten sposób. I ten jego głos! Jakby specjalnie mówił niższym tonem niż zawsze, kto tak robi? Może nauczył się tego od Blacka? Otworzyła oczy, żeby posłać mu znudzone spojrzenie.
– Nie, Potter, nie wiem i nie chcę wiedzieć. Po co w ogóle tu przyszedłeś?
To w zasadzie było całkiem dobre pytanie, było jej dobrze samej, a on musiał się napatoczyć i zburzyć jej idealny spokój. Zaraz jednak miała zatęsknić i za tym, bo drzwi do przedziału otworzyły się ponownie z hukiem i do środka dosłownie wpadł Syriusz Black, a za nim Remus Lupin.
– Widzisz, Luniu, mówiłem ci, że tu będzie – oznajmił Syriusz triumfalnie, podnosząc się z podłogi. – Sie masz, Evans – rzucił i opadł na siedzenie obok Jamesa ku rozpaczy Lily.
Remus nadal stał w drzwiach, niepewny, co zrobić, nie chciał nikomu się narzucać ze swoim towarzystwem. Lily starała się ignorować fakt, że jej przedział przestał należeć wyłącznie do niej i podniosła książkę, która wcześniej spadła jej z kolan. James tymczasem się podniósł.
– Nie rozsiadaj się, Łapo, już idziemy, jeszcze tylko jedna sprawa.
Odwrócił się przodem do Lily, uśmiechnął oszałamiająco i rzucił nonszalancko:
– To co, piątek pod portretem Grubej Damy o siódmej?
Remus odwrócił się na pięcie, bo nie chciał być świadkiem tego, co teraz nastąpi, Syriusz również wycofał się chyłkiem, ale James stał nadal dumnie wyprostowany i patrzył na nią wyczekująco. Lily nie wytrzymała.
– Zjeżdżajcie mi stąd, ale już! Bo wam wszystkim wlepię szlaban na dobry początek roku szkolnego! I oddawaj moją czekoladową żabę! – I wyszarpnęła mu łakoć niedelikatnie z dłoni.
James odrobinę się ociągał, ale wyszedł nie tracąc rezonu, bo zanim Lily zamknęła za nimi drzwi swojego przedziału, usłyszała, jak mówi:
– No widzicie? Nie powiedziała nie!
Wrzasnęła głośno z wściekłością.
No. To by było na tyle, jeśli chodzi o brak porywczości podobno charakteryzującej rudych ludzi.

Człowiek człowiekowi wilkołakiem: 02

Kitty siedziała na łóżku i próbowała zapleść sobie włosy bez użycia lustra. Abby obserwowała to jak po raz kolejny rozczesywała włosy i zaczynała od nowa. Zrezygnowana siadła obok niej i przejęła pałeczkę. Abby lubiła się bawić jej włosami i zwykle wymyślała jakieś szalone fryzury, a Kitty potem miała trudności z rozczesaniem ich, a potem nie wychodziła z dormitorium przez resztę wieczoru. Ale nic dziwnego, że Abby tak je lubiła − Kitty miała długie i grube włosy, wprost idealne do takich fryzur. Kitty co prawda zawsze chciała, żeby były trochę jaśniejsze, bo mogłaby przysiąc, że teraz wręcz pochłaniały światło. To była oczywiście przesada, miała zwyczajnie czarne włosy z brązowymi przebłyskami w słońcu, ale lubiła być dramatyczna, jeżeli chodziło o opisywanie ich koloru. W szczególności kiedy narzekała. A Kitty lubiła narzekać. Dużo. I zawsze robiła to bardzo barwnie − nie można przecież poprzestawać na półśrodkach.
− Nie rozumiem, jak udało ci się wymigać z tego szlabanu.
Abby przerwała ciszę. Kitty chwilę jeszcze milczała, chciała poruszyć głową, by spojrzeć na nią, ale ta unieruchomiła jej głowę dłońmi. Nie ma przeszkadzania tworzeniu sztuki! Kitty powiedziałaby najchętniej, żeby zajęła się swoimi włosami, ale ta nie miała się czym zajmować. Abby przede wszystkim miała krótko ścięte włosy i co najwyżej mogła w nie wpiąć jakąś kolorową spinkę, ale odejmowało jej to wtedy kilka lat, a to było ostatnie, co chciałaby zrobić. W szczególności, że miała dodatkowo dość okrągłą twarz i duże oczy. Generalnie, jeżeli nie liczyć niskiego wzrostu ich obu, to różniły się od siebie dość znacznie. Okrutni nastolatkowie uznaliby, że Abby była tą brzydszą koleżanką − grubszą, mniej atrakcyjną. Kitty się z tym nie zgadzała, ale rzadko która dziewczyna w jej wieku była całkowicie zadowolona ze swojego wyglądu. W przypadku Kitty, poza rzecz jasna kolorem, była to chłopięca sylwetka. Może nie dało się Kitty pomylić z chłopcem, ale miała dość szerokie ramiona i niespecjalne wcięcie w talii, co szkolny mundurek dodatkowo podkreślał. Nienawidziła tego.
− Philip się za mną wstawił − odpowiedziała w końcu. Nie musiała odwracać głowy, żeby wiedzieć, że Abby wykrzywiła usta. Nie lubiła Philipa. Naprawdę trudno było znaleźć kogokolwiek, kto by uznał ten związek za dobry pomysł i Kitty nie poprawiało to wcale humoru. Nawet jej najbliższa przyjaciółka była wobec niego krytyczna. − Wyjaśnił, że próbowałam ich rozdzielić.
− Ślizgon, a jednak się do czegoś przydał.
Kitty aż sapnęła z oburzenia. Takie uprzedzenia, a to przecież Abby była tą rozsądną. Możliwe, że właśnie w ten sposób okazywała ten rozsądek, ale Kitty wcale się to nie podobało. Czemu nikt nie mógł jej wspierać?
− Philip jest przemiły, powinnaś go lepiej poznać, a nie stereotypami rzucać na lewo i prawo jak mój brat! Już wystarczająco dużo problemów mi narobił. I wstydu!
Abby znowu musiała unieruchomić głowę Kitty, bo poniosła ją gestykulacja. Już kończyła swoje dzieło, a nie chciała zaczynać od nowa tylko dlatego, że Kitty była nadaktywna, kiedy wspominała o Philipie i Jamesie w jednym zdaniu.
− No już, nie unoś się tak. To był komplement.
− Nie brzmiał.
Abby wpięła w jej włosy kilka spinek, które Kitty trzymała na stoliku nocnym i odsunęła się. Kitty odruchowo przejechała palcami po głowie, by sprawdzić, co tym razem jej przyjaciółka wymyśliła. Lustro było za daleko, ale wyglądało na to, że nie było tak źle − dwa warkocze zbiegające się w jeden, który został związany w coś w rodzaju koka.
Z pokoju wspólnego dotarły do nich podniesione głosy oburzenia. Wśród nich bez problemu rozpoznały głos Jamesa. Kitty wymieniła się zaniepokojonym spojrzeniem z Abby, podniosła się z łóżka i wyszła czym prędzej z dormitorium, a Abby zaraz za nią. Niby podniesione głosy w pokoju wspólnym nie były niczym niezwykłym, ale w tej chwili oznaczały, że szlaban się już skończył i James równie dobrze mógł opowiadać pozostałym Gryfonom jak bohatersko uśmiercił potwornego Ślizgona.
Kitty nie pomyliła się za bardzo, bo kiedy już mogła rozróżnić słowa, do jej uszu dotarło:
− …wtedy zgiął się w pół, skomląc jakieś śmieszne groźby.
James wykonał pozę bohatera, a Syriusz i Peter pokładali się ze śmiechu. Paru innych Gryfonów też się śmiało, ale jej spojrzenie na Remusie, który jako pierwszy zauważył jej pojawienie się w pokoju wspólnym. Chciała wierzyć, że przynajmniej on się nie śmiał, ale nie była pewna, czy nie przestał po prostu na jej widok. Prawdopodobnie tak było. Wszyscy koledzy Jamesa mieli wspólnie tylko połowę mózgu.
Ich spojrzenia spotkały się na chwilę, ale Kitty była bardziej zainteresowana poruszeniem, które wywoływała historia Jamesa.
− Coś ty znowu zrobił? − zapytała, kierując swój wzrok na brata.
James powinien się poczuć zagrożony, ale za grosz w nim było instynktu samozachowawczego. Kitty miała wrażenie, że to była taka główna cecha męskiej części Gryffindoru. Nie tracąc niczego z pozy bohatera, James odwrócił się do niej; prawdopodobnie oczekiwał, że i ona również będzie z niego dumna, albo przynajmniej się trochę uśmiechnie.
− Pokazałem Traversowi, gdzie jego miejsce. Więcej się do ciebie nie zbliży.
− Żebyś widziała, jak mu nos rozkwasił! − dodał rozbawiony Syriusz.
Kitty zamrugała szybko. Wyraźnie ciężko było jej uwierzyć, w to co właśnie usłyszała. Teraz w ślad za Remusem, również Peter poszedł po rozum do głowy i przestał się śmiać. Kitty tym razem miała spódnicę z kieszeniami, toteż miała również różdżkę pod ręką, a dodatkowo nie miała żadnych świadków, którzy mogliby jej dać szlaban za niecne, różdżkowe zamiary. Trwało to dość szybko, ale James, mimo że miał o rok mniejsze doświadczenie z czarowania, nie miał problemu, by obronić się przed rzuconym zaklęciem.
− To nie twoja sprawa, z kim się spotykam.
James bez problemu obronił się również przed drugim zaklęciem. Abby tymczasem odsunęła się trochę od Kitty w obawie przed rykoszetem, bądź łokciem, którym Kitty bardzo żywo poruszała podczas rzucania zaklęć.
− Moja, jeżeli sama nie potrafisz wybrać sobie normalnego faceta, nie Ślizgona! OPANUJ SIĘ.
Kitty opuściła różdżkę, widząc że i tak niewiele zdziała w ten sposób. Liczyła na efekt zaskoczenia, ale James był zbyt czujny. Najwyraźniej nie był tak głupi, jak jej się momentami wydawało.
− Powiedz jeszcze, że taki Syriusz byłby lepszym kandydatem − powiedziała trochę spokojniej, czym wywołała ciche oburzenie obserwatorów; może brak instynktu samozachowawczego nie było tylko męską domeną.
− Kitty, nie − wtrąciła cicho Abby, która jako jedyna pozostawała tą logicznie myślącą, ale Kitty udawała, że tego nie usłyszała.
Oboje z Jamesem spojrzeli w stronę Syriusza, który momentalnie przestał się śmiać i wyglądał na trochę przestraszonego nagłym przejęciem uwagi całego pokoju wspólnego. Normalnie byłby przeszczęśliwy − w końcu lubił być w centrum uwagi, ale raczej nie w ten sposób. Szybko się rozejrzał w poszukiwaniu innego Syriusza, na którego mógłby zrzucić całą uwagę, ale kiedy takowego nie znalazł, uniósł ręce w obronnym geście.
− Mnie w to nie mieszajcie.
Kitty uniosła brew. Sam się w to wmieszał, kiedy swoim brakiem wychowania i nieumiejętnością przewidywania konsekwencji swoich czynów, wskazał ją palcem podczas balu − teraz niech cierpi.
James ostatecznie wykrzywił usta i wzdrygnął się na samą myśl.
− Jeszcze gorzej − stwierdził.
Syriusz automatycznie zapomniał, że jeszcze kilka sekund temu powiedział, żeby go w to nie mieszać.
− Że niby jestem GORSZY dla twojej siostry od ŚLIZGONA?
Do Kitty w końcu dotarł absurd całej tej sytuacji, bo oto właśnie Syriusz Black zaczął przekonywać Jamesa, że byłby idealnym chłopakiem dla niej. Kitty była przerażona. To nie tak, że Syriusz jej się nie podobał, bo trzeba byłoby być ślepym albo kłamcą, żeby stwierdzić coś takiego. Może nawet wizja umawiania się z Syriuszem nie wydawałaby się tak idiotyczna, gdyby nie to, że w ostatnie wakacje wprowadził się do ich domu.
Kitty już pierwszego dnia odczuła, że przybyło jej młodszych braci, a jeden młodszy brat to i tak już zbyt wiele! W szczególności, że z tym nowym bratem nie mogła znaleźć wspólnego języka; tak jak wcześniej w szkole nigdy nie mieli takiego problemu, to po wspólnym zamieszkaniu Kitty miała tylko ochotę otruć go, kiedy spał. Tak więc, o ile do obecności Jamesa i jego irytujących nawyków przez te szesnaście lat zdążyła się przyzwyczaić, tak Syriusz był nie do wytrzymania przez te dwa miesiące. Przede wszystkim jeżeli chodziło o jego nawyki łazienkowe, które, na pierwszy rzut oka każdego dnia się zmieniały, na pewno miały jakiś spójny wzór. Nikt nie mógł być tak po prostu aż takim chodzącym chaosem. Poza tym wszędzie zostawiał czarne kłaki i za każdym razem wina spadała na Kitty. Tak jakby nikt nie pamiętał, że przed wprowadzeniem się Syriusza, nigdzie żadnych włosów nie było. Może dlatego, że Kitty posiadła tę umiejętność, której niektórym brak − musiała sprzątać po sobie.
Kitty poczuła czyjś dotyk na ramieniu, co wyrwało ją z zamyślenia. Z początku spodziewała się Abby, dlatego zdziwiła się, kiedy spotkała się ze spojrzeniem Remusa. Nawet nie zauważyła, kiedy znalazł się tak blisko niej.
− Powinnaś iść do Philipa − powiedział, a ona momentalnie przypomniała sobie, od czego ta dyskusja się zaczęła. Od rozkwaszonego nosa Philipa!
− O Merlinie, mam nadzieję, że nic mu nie jest.
Uśmiechnęła się blado do Remusa, chociaż wciąż była zła na niego, jak i na resztę najlepszych kolegów Jamesa. Bo Remus na pewno był przy tej sytuacji i na pewno nie zrobił nic, żeby powstrzymać rozlew krwi.
Nie zwracając uwagi na ożywioną dyskusję Jamesa i Syriusza, wyminęła ich i wybiegła z pokoju wspólnego. Może powinna była zapytać Remusa, gdzie ostatni raz widzieli się z Philipem, ale już nie chciała się cofać. Biorąc jednak pod uwagę, co powiedział na samym początku Syriusz, to cel mógł być tylko jeden − skrzydło szpitalne. Chyba że Philip sam sobie potrafił poskładać nos, albo postawił być dumny do końca i wykrwawić się gdzieś na pierwszym piętrze w okolicy gabinetu profesor McGonagall albo w drodze do lochów. Kitty po cichu liczyło, że nie udało mu się do tych lochów dotrzeć, bo wtedy musiałaby się mocno nakombinować, by go stamtąd wywabić. A Ślizgoni z reguły rzadko byli pomocni, jak widzieli czerwono-złoty krawat.
Kitty miała jednak trochę szczęścia, bo kiedy kierowała się już w stronę skrzydła szpitalnego na pierwszym piętrze, Philip wyszedł jej na przeciw. Zawahał się, jak ją zobaczył, może nawet chciał gdzieś uciec, ale ostatecznie zatrzymał się i czekał, aż do niego podejdzie.
− Co się stało? − zapytała od razu.
Philip odwrócił wzrok. Był wyraźnie zdenerwowany, ale wcale jej to nie dziwiło. Tymczasem plamki krwi na jego śnieżnobiałym kołnierzyku tylko potwierdzały słowa Syriusza. Że też James nie mógł sobie darować pokazu siły! Chociaż trochę ją zdziwiło, że po pierwsze, Philip był tym poszkodowanym (no dobra, niby mieli przewagę, ale podejrzewała, że James zdecydował się na samotne szukanie sprawiedliwości), a po drugie, że polała się krew. Co oni za zaklęć używali?
− Wziął mnie z zaskoczenia − odpowiedział w końcu i westchnął ciężko. Był lekko zaczerwieniony, ale Kitty nie była pewna czy ze wstydu, czy złości. Niby wiadomo, że był wściekły, ale jednak dać się zaskoczyć młodszemu Gryfonowi uwłaczało wszystkim Ślizgonom.
− Nie widziałeś różdżki?
− Nie widziałem pięści.
Kitty aż otworzyła usta ze zdumienia. To nie było podobne do Jamesa, który wiecznie się przechwala, jaki był świetny z zaklęć i pojedynków! Żeby doprowadził do zwykłej, mugolskiej bójki? To już było przegięciem z jego strony.
− Przepraszam cię za niego, zupełnie nie…
Philip przerwał jej machnięciem ręki. Nagle zrobił się wyjątkowo spokojny, nawet jak na niego.
− Kathleen. − Spojrzała na niego czujnie. − Tych parę miesięcy było miłych, ale nie chce mi się codziennie użerać z twoim bratem, więc myślę, że to tyle.
Kitty przechyliła głowę i zrobiła naprawdę głupi wyraz twarzy. Teraz to już zupełnie nie wierzyła, co się wokół niej działo. Najpierw szlaban, potem kłótnia z Jamesem, teraz to? Jakiś naprawdę nieśmieszny żart. Niby wiedziała, że Philip zawsze cenił sobie spokój i swobodę, ale nie sądziła, że aż do tego stopnia.
Kitty nie odpowiedziała od razu, więc swoim sposobem unikania dramatycznych sytuacji, Philip postanowił nie czekać dłużej na jej odpowiedź i zwyczajnie się oddalił. Prawdziwy mężczyzna.
− TRAVERS − krzyknęła za nim, ale ten już skręcił na klatkę schodową.
Wydała z siebie dźwięk frustracji zbliżony do głośnego i długiego ugh, po czym fuknęła na najbliżej wiszący obraz. Ciągle zapominała, że w tym zamku wszyscy byli wiecznie obserwowani.
Przynajmniej wciąż miała ładną fryzurę i nikt jej tego nie odbierze.