Łapy przy sobie: osiem

Taktyka roboczo zatytułowana myśl jak James Potter dawała zaskakująco dobre rezultaty. Wytężałam wzrok, z wysiłkiem przebijając się przez lekką, ale uporczywą mgłę utrudniającą orientowanie się w sytuacji na boisku, by za każdym razem z parosekundowym wyprzedzeniem przewidzieć, jaki manewr wykona Potter. Gdy coś spektakularnie mu się udawało, buczałam głośno, całkowicie zagłuszana przez wrzask wszystkich dookoła, a w szczególności Syriusza, który swoje krzyki zwycięstwa kierował prosto do mojego ucha. Wkrótce ja i Black straciliśmy częściowo zarówno głos, jak i słuch, bo żadne z nas nie potrafiło powstrzymać się przed tą bezsensowną demonstracją sił. Pozostawało tajemnicą, czy Syriusz wykazywał wcześniej takie zaangażowanie w quidditcha – mnie na pewno nie zdarzyło się to nigdy wcześniej.
Byłam jednak pełna wdzięczności dla Georgiany, szukającej i kapitan drużyny Krukonów, która przez ostatnie dwa miesiące katowała nas tą swoją odkrywczą taktyką i tym samym zdołała w najwyższym stopniu zadusić wszystkie zmartwienia poza tym jednym – czy Ravenclaw wygra ostatni mecz w sezonie. Gigi dostała na punkcie Pottera niezdrowej obsesji, która we wszystkich członkach drużyny rozpaliła przekonanie, że powstrzymanie Jamesa Pottera stanowi jedyny i najważniejszy cel strategiczny; miało to nawet sporo sensu, bo Potter rzeczywiście był jedynym naprawdę dobrym ogniwem drużyny Gryffindoru. Udowodnił zresztą, że jeden znakomity zawodnik to akurat tyle, by wygrać Puchar. Tak czy inaczej, o wiele milej było siedzieć w tym czasie w głowie Prefekta Naczelnego, ścigającego i kapitana drużyny Gryfonów, analizując jego charakterystyczne zagrania i ucząc się im przeciwdziałać, niż w swojej własnej. Całkowite zaangażowanie się w codzienne, katorżnicze treningi quidditcha połączone z okazjonalnym, katorżniczym zakuwaniem do owutemów u boku Vicky, dawały mi złudzenie, że żyję najmocniej i najlepiej jak mogę. Pozwalały niemal zupełnie zapomnieć o tym, że w pewnym sensie byłam śmiertelnie chora.
Naturalnie osób, które o tym wiedziały, było najwyżej dziesięć, ale i tak ich widok bardzo mnie drażnił. Kiedy napotykałam zmartwione spojrzenie Vector albo pozbawione litości, zaciekawione spojrzenie Avery’ego, unosiłam wysoko głowę i wkładałam całą energię, by pokazać swoją determinację do życia. Nie znaczyło to, że się okłamywałam – przeciętny człowiek miał w życiu kilka dat, które ze średnim prawdopodobieństwem mogły stać się jego datami śmierci – ja miałam tylko jedną, co zaprzeczało naturze i co całkowicie pozbawiało mnie złudzeń.
Mimowolnie chętniej przebywałam w towarzystwie osób, które o niczym nie miały pojęcia i dlatego na finałowym meczu Pucharu Quidditcha zamiast u boku Vector, stałam w środku trybuny Gryfonów, ostentacyjnie przebrana w barwy Ravenclawu i chroniona przed powszechną nienawiścią tylko tym, że nawet miażdżące zwycięstwo Krukonów nie byłoby już w stanie odebrać Pucharu Gryffindorowi. Fakt ten niezmiernie bawił Syriusza, którego bardziej pochłaniało obserwowanie moich reakcji niż akcji na boisku. Świadomość, że skupiam na sobie jego uwagę, była bardzo przyjemna. Po pewnym czasie nie mogłam się powstrzymać, żeby spoglądać na niego za każdym razem, kiedy wydawało mi się, że on patrzy na mnie. Uśmiechałam się do niego częściej niż nakazywała przyzwoitość.
Nasz ścigający wbił bramkę Gryfonom, ponownie wyrównując wynik. Wrzasnęłam bezgłośnie, czując że wykorzystuję na to ostatnie pokłady energii. Poprzedniej nocy prawie nie spałam, bo jako jedyny rezerwowy gracz w drużynie Krukonów do ostatniej chwili nie wiedziałam, czy nie będę musiała grać za Higglebottoma, który wciąż nie doleczył się z kontuzji w ostatnim meczu. Wiadomość, że Higglebottom mimo wszystko zdecydował się grać, przyjęłam z wielką ulgą, żałując jedynie, że dotarła do mnie dopiero rano.
Nie tylko mój entuzjazm przechodził ciężką próbę. Mecz trwał już ponad sześć godzin, bijąc dziesięcioletni rekord długości. Kibice krzyczeli ciszej i podskakiwali niżej, a gracze tracili koncentrację i częściej znosiło ich z kursu. Na całym boisku pozostało już tylko parę osób, które chciały, by ten nieistotny z racji wyniku i decydujący z racji honoru mecz wciąż trwał. Była to z pewnością Georgiana, nieustraszenie goniąca w kółko szukającego Gryfonów po to, by żadne z nich nie miało najmniejszej szansy złapania znicza, nasi pałkarze i obrońca, których zadaniem była bezwzględna obrona bramki przed Jamesem Potterem i James Potter, któremu nie wystarczyło, by ten mecz po prostu się zakończył; który pragnął, by ostatni występ w jego szkolnej karierze zapisał się w pamięci na pokolenia. Jak dotąd oceniałam jego szanse jako marne.
Wodziłam za nim wzrokiem, doceniając malowniczą pętlę, jaką wykonał tylko po to, by kafel odbił się od złączonych barów obrońcy i pałkarza, którzy wspólnie bronili teraz bramki. Moje spojrzenie skupiło się na chwilę na przeciwnej stronie boiska, na trybunie Krukonów, w grupie których znajdowała się zupełnie nierozpoznawalna z tej odległości Vector. Uderzyło mnie znajome poczucie winy związane z tym, że nie ma mnie przy niej. Czułam, że zdradzam naszą przyjaźń, odsuwając się od niej w takim momencie, ale jednocześnie nie mogłam tego powstrzymać; chciałam nam tylko oszczędzić cierpienia.
Poluźnienie relacji z Vector na chwilę przed końcem szkoły było dla mnie wyjątkowo bolesne. Wydawało się, że chociaż koniec szkoły wszystkim miał przynieść jednakową zmianę, nie wszyscy byli na nią jednakowo przygotowani, a ja oddawałam właśnie walkowerem ostatnią szansę, by wejść w dorosłość ramię w ramię razem z Vector. Nie mogłam jednak nic poradzić na to, że ciążyło mi przekonanie, że z nas dwóch tylko ona ma szansę pójść dalej. Było to najgorsze z uczuć.
Wsparcia nie mogłam też szukać w Syriuszu, który podobną przemianę wartości miał już za sobą. Pamiętałam, jakim zaskoczeniem było to, że ze wszystkich ludzi na ziemi podejście Syriusza zweryfikował właśnie James Potter. Jak jego wola, żeby spoważnieć i wydorośleć, ukoronowana niejako zeszłoroczną nominacją na Prefekta Naczelnego, spotkała się początkowo z gwałtownym protestem i niezrozumieniem Syriusza. Jak Black na kilka tygodni odsunął się od swojego przyjaciela, nie potrafiąc zrozumieć jeszcze jego motywacji, tylko po to, by po czasie wrócić z nieco zmienionym nastawieniem. Marzyłam, by i w tym sensie myśleć jak James Potter – cieszyć się, póki jeszcze było to możliwe i brać odpowiedzialność za siebie i innych, kiedy było to konieczne, ale widocznie taktyka Gigi działała na boisku, ale niełatwo dawała się rozciągnąć na inne dziedziny.
Wyrzuty sumienia zagłuszało nieco to, że Vector sama zachęcała mnie, żebym poszła na mecz z Syriuszem, który swoim zwyczajem zaproponował to zupełnie niezobowiązująco. Nie miałam pojęcia i nie pytałam, jak sobie to wyobraża – żeby uniknąć rozczarowań uznałam, że chodzi mu o skandowanie haseł obcej drużyny w towarzystwie dziesięciu innych kolegów. Wszystko okazało się jednak bardziej kameralne, bo z jego bliższych znajomych w promieniu paru metrów znajdował się tylko Peter Pettigrew, Remus Lupin i promieniejąca ze szczęścia Lily Evans, którzy powitali moją obecność uprzejmym zdziwieniem.
– Czy ona zamierza wygrać za wszelką cenę? – zapytał nieoczekiwanie Syriusz z autentycznym zaciekawieniem. Pochylał się nade mną i mówił mi do ucha, inaczej nie mielibyśmy szansy się usłyszeć. Odwróciłam się i spojrzałam na niego z bardzo bliska – patrzył prosto na naszą kapitan, która raz po raz skutecznie blokowała szukającego, lawirując na granicy faulu. Parsknęłam śmiechem, a potem uwiesiłam mu się na ramieniu, żeby odpowiedzieć prosto do ucha:
– Potter też mógłby odpuścić! Co wam szkodzi?!
Nie od razu się odsunęłam. Godziny stania na powietrzu robiły swoje i powoli robiło się zimno. Wszystkim zaczął doskwierać głód, część kibiców wycofała się już do zamku, a część przywoływała z dormitorium cieplejsze ciuchy i jedzenie. Wzmógł się też wiatr; wszystko to powodowało, że nie było nic przyjemniejszego, niż niezobowiązujące wiszenie na Syriuszu Blacku.
– On ma naprawdę dobry powód!
– Serio? – zapytałam z powątpiewaniem. Osobiście uważałam, że Krukonom należało się to jedno zwycięstwo. – Niby jaki?
Odpowiedź przeznaczona tylko dla moich uszu spowodowała, że prawie padłam ze zdumienia.
– Zamierza się oświadczyć, a nie wyobrażasz sobie chyba, że mógłby to zrobić po przegranym meczu.
Mimowolnie skierowałam zdumiony wzrok na Lily Evans. Black mocno objął mnie ramieniem, kierując moją uwagę na siebie.
– Niezbyt subtelne.
Nie odważyłam się poruszyć, żeby nie cofnął ręki, ale tego nie zrobił. Przez chwilę stałam jak wryta, ale po kilku minutach udało mi się oswoić z tym publicznym wyrażaniem czułości na tyle, żeby móc położyć głowę na ramieniu Blacka i trochę się rozluźnić. Mój wzrok na krótko spotkał się z taksującym spojrzeniem blondynki z rzędu poniżej.
– EJ! – krzyknął nieoczekiwanie Syriusz. Zerwałam się szybko, nie wiedząc w którą stronę patrzeć.
Nie bez przyczyny. O wyniku ostatniego meczu sezonu zdecydowały bowiem dwie akcje, które rozegrały się niemal jednocześnie i co do chronologii których wszyscy mieli wątpliwości – był to dramatyczny atak Gigi na znicza i nie mniej desperacki, mało techniczny rzut Jamesa Pottera zakończony golem. Przez chwilowe rozproszenie Blackiem nie tylko nie liczyłam już punktów, ale też nie zdążyłam zobaczyć żadnej z tych akcji. W pierwszej chwili nie mogłam wiedzieć, czy huk, który potoczył się po całym stadionie, oznaczał zwycięstwo Krukonów czy Gryfonów.
Nie miało to zresztą wielkiego znaczenia, bo wrzeszczący z radości Black podniósł mnie i pocałował na oczach wszystkich. Oddałam pocałunek i wtuliłam się w niego mocno. Tłum skakał i śpiewał ogłuszająco. Minęło kilka cudownie długich minut, zanim Syriusz odstawił mnie na ziemię.
Ludzie zaczęli przepychać się wyjścia, by dobiec do swojej drużyny, podczas gdy ja starałam się zaczerpnąć powietrza. Przed oczami pojawiły mi się ciemne plamy. Przed utratą przytomności usłyszałam jeszcze ostrzegawczy krzyk Evans.

Łapy przy sobie: osiem

Pod znakiem borsuka: Piłeś? Nie planuj.

W tym tygodniu pierwsze wyjście do Hogsmeade.
Flossie mrugnęła pierwszy raz, a potem i drugi, ale to, że zamiast dłużącego się opisu przemiany materii ożywionej w nieożywioną, pięćdziesiąta strona jej podręcznika od Transmutacji mówiła tylko o Hogsmeade, nie było wcale wina jej oczu. Tak bardzo koncentrowała się na tym jednym zdaniu, że aż litery musiały ulec sile jej perswazji i układały sie, wedle swoich możliwości, w nieskończoność W tym tygodniu pierwsze wyjście do Hogsmeade i W tym tygodniu pierwsze wyjście do Hogsmeade, i jakieś nieśmiałe W tym toiu pierwse wjście o Hosmee, któremu jego poprzednicy zużyli juz prawie wszystkie litery.
Miała szczęście, że Remus pogrążył się w lekturze; inaczej juz dawno odkryłby, jaką obsesyjną wariatką Florence Jezebel Yaxle była naprawdę, i z ich herbaty wyszłyby nici.
Rozejrzała się po bibliotece, ale w niczym to nie pomogło; wyglądało na to, że nawet kłęby kurzu w najodleglejszych kątach pomieszczenia drwiły z niej, układając się w sylaby, a to, to jej zdecydowanie w niczym nie pomagało. Miała ochotę zatrzasnąć książkę i wyjść stąd tu, teraz, natychmiast, ale to też nie była najlepsza opcja – co powiedziałaby Lupinowi? Że przypomniała sobie o tym, że przypadkiem zamknęła Lunę w pudełku pod łóżkiem? To nie był przypadek, a Flossie wiedziała, że nieładnie jest opowiadać kłamstwa.
– W tym tygodniu pierwsze wyjście do Hogsmeade – wyrzuciła z siebie w końcu, nie mogąc juz dłużej zatrzymać tego zdania w sobie. Od razu tego pożałowała; Remus podniósł głowę znad własnego podręcznika i spojrzał na nią uważnie, a ona w ostatniej chwili zdążyła zasłonić ramieniem własny. Naprawdę w ostatniej chwili. – Czas szybko leci.
Próbowała się uśmiechnąć, ale czy tego chciała, czy nie, nerwowy rumieniec zaczął pojawiać się na jej bladych zwykle policzkach.
– Szósty rok to juz nie przelewki. Zanim się obejrzymy, będziemy się zastanawiać na tym, które OWTMy mamy realne szanse zdać w przyszłym roku. – Glos Remusa był spokojny, chociaż słychać było w nim pewną, wątłą jeszcze, nutę niepewności o to, co będzie. – Transmutacja, oczywiście, zostaje na twojej liście.
– Oczywiście.
Przez krotka chwilę jej obawy na temat Hogsmeade zastąpiła smutna rzeczywistość – sześć czekających na nią egzaminów, z których może tylko połowę była w stanie zdać na Wybitny tu i teraz – ale gdy tylko Remus wrócił do czytania, świadomość tego, jak szybko zbył jej… W zasadzie nie było to nawet pytanie, a mimo to Flossie nie mogła w to uwierzyć.
To jest, zanim Remus nie powiedział:
– Planujesz cos ciekawego?
Jej serce zatrzepotało radośnie; wykonało serię fikołków i przysiadów, i o mało co, a wyskoczyłoby jej nie tylko z piersi, ale i z regulaminowego sweterka, taka była szczęśliwa. Czy on właśnie… Chyba tak, prawda? Czemu inaczej by ja o to pytał?
– N… – odchrząknęła, bo z wrażenia wyschło jej w gardle. – Nie. Glenda ostatnio w kołko gdzieś znika. Jeszcze nie odkryłam dlaczego.
– A co z Dawn?
– Dawn? – Przerwała na pięć bardzo długich sekund, które zajęło jej przypomnienie sobie, kim jest Dawn. – Ach, Dawn. Nie wiem. Jeszcze jej nie pytałam.
Chciała wyprostować się w krześle, ale wołała nie ryzykować odsłonięciem swojej książki od Transmutacji – kto wie, czy już się uspokoiła? Taka zgarbiona, tkwiąca w niewygodnej pozie wymagającej od niej wykręcania łokcia w stronę, w którą porządne łokcie nigdy się nie wyginają, nie potrafiła przywołać ani odrobiny pewności siebie.
Nic a nic.
W swoich marzeniach uśmiechnęłaby się powalająco, zarzuciła nogę na nogę, nie mając na sobie regulaminowej spódniczki zakrywającej oba kolana, i spytałaby, czy nie chciałby z nią pójść na te herbatę, a potem prosto do łóż… ołtarza. W rzeczywistości nie mogła się nawet wyprostować i jedyne, co jej pozostało, to słuchanie, jak Remus mówił:
– James z Syriuszem maja juz opracowany plan na każdą sekundę soboty, nie wiem, czy będę miał choćby czas zjeść śniadanie.
Juz otwierała usta, by powiedzieć mu, że nie myślała, że zaproszą na swoja herbatę też Syriusza z Jamesem, w szczególności nie Syriusza, zepsułby całą atmosferę, gdy dotarło do niej to, co naprawdę powiedział i niewyobrażalny zawód przybił ją do krzesła, stołu, podłogi jednym, ciężkim ruchem.
– Och. Brzmi… super?
– Tak, chyba tak. – Remus wciąż uśmiechał się ciepło. Gdyby nie ten jego uśmiech, Flossie czuła, że nie mogłaby powstrzymać się od płaczu. – Dobrze mieć ich znowu przy sobie.
Nie wiedziała, co miałaby na to odpowiedzieć; a on chyba nie miał nic więcej do powiedzenia. Tkwili więc tak w zawieszeniu, obydwoje nie zdecydowani na to, żeby kontynuować, ale i też nie powracający do czytania, a z każdą sekunda cisza, w której ugrzęzli, robiła się coraz bardziej nieznośna. Gdyby to była Wielka Sala! Albo szklarnia. Wieża astronomiczna, chociaż Florence nie było tam od trzeciego roku. Wszystko byłoby lepsze niż cicha, najcichsza biblioteka.
Zaryzykowała wyprostowanie się – na szczęście podręcznik od Transmutacji wrócił do opowiadania o przemianie materii organicznej w materię nieorganiczną, bo ostatnie, czego potrzebowała, to kolejna kompromitacja, tym razem w dodatku taka, której świadomym będzie Remus. A on przecież wciąż na nią patrzył. Patrzył i przewiercał ja wzrokiem.
Nie wytrzymała.
– Muszę już chyba wracać, Glenda będzie mnie szukać.
– Nie mówiłaś, że Glenda ostatnio…
– Mówiłam. Ale dzisiaj miałyśmy razem tłumaczyć Runy. Może mnie nie wystawi.
Wstała i zaczęła pakować podręczniki do swojej torby. Ku jej zdziwieniu jej ręce nie trzęsły się nawet odrobinę; i chociaż czuła, że znajduje się na granicy płaczu, ani pół łzy nie spłynęło po jej policzku. Jakimś cudem, magia, pozostawała zewnętrznie opanowana. I tylko jej lekko przyspieszony oddech, którego przecież i tak nie słyszał, mógł zdradzać to, jak upokorzona się teraz czuła.
Kątem oka spojrzała na Remusa, który juz na nią nie patrzył; wręcz przeciwnie, wbił wzrok w najbliższą półkę z książkami i teraz ja przewiercał, z równym uporem i determinacją, co w zasadzie w ogóle nie było do niego podobne.
Ale kiedy już zarzucała torbę na ramię i szykowała się, by szybko pożegnać go i uciec z biblioteki, Remus zrobił coś jeszcze bardziej nieoczekiwanego – wziął głęboki oddech i nieodwracając wzroku od książek, powiedział niewyraźnie:
– A co robisz w sobotę wieczorem?
***
Wychodziła właśnie z Wielkiej Sali, gdy z wielkim uśmiechem na swojej twarzy przeciął jej drogę.
– Cześć, Lily.
Musiała zadrzeć głowę do góry, by spojrzeć mu w oczy, o tyle był od niej wyższy. Przez te wszystkie miesiące, które spędziła wzdychając do jego pleców, nigdy nie zbliżyła się do niego na tyle, by w pełni pojąć to, o ile był od niej większy – a przecież sama nie należała do najdrobniejszych dziewcząt w zamku. Może przywykła do Jolene na tyle, że zapomniała, że istnieją więksi od niej ludzie? Trudno jej było to określić.
Jedyne, czego była pewna to to, że glos uciekł jej z gardła, że cala się czerwieni, że gdyby trzymała coś w rękach, z pewnością by to teraz upuściła, i że on stal tuz koło niej, na wyciągniecie reki, na tyle blisko, że gdyby się odważyła, mogłaby dźgnąć go palcem w nos.
– Słyszałem, że Potter z kolegami organizują jakąś imprezkę i pomyślałem, że może mogłabyś mnie na nią wkręcić?
Zakaszlała nerwowo. Musiała mu się wydawać bardzo zabawna, taka czerwona i spięta.
– Ciebie? Ty potrzebujesz zaproszenia?
Roześmiał się, a Lily czuła, że jeszcze chwila i zemdleje, przygnieciona ciężarem śmiechu Elijah Prewetta. Czuła, że śmiał się z niej, chociaż wiedziała, że to nieprawda, że bawi go pewnie idea tego, że ktoś go gdzieś kiedyś może przypadkiem nie zaprosić.
– Czy to było tak?
– Tak. – Trzęsąca się dłonią poprawiła włosy, które opadły jej na czoło. Była z siebie dumna, że nie wykrzyczała mu tego prosto w twarz. – Jasne. Sobota, siódma, łazienka dziewcząt na pierwszym piętrze.
Gdy ze zdziwieniem uniósł jedna brew, Lily zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem nie rozmawiała z Octavianem. Przez te wszystkie lata chyba wszyscy nauczyli się ich odróżniać – głownie po tym, że podczas gdy Octavian w pełni korzystał z przywileju bycia bezduszną świnią, jaki dawało mu bycie Ślizgonem, i nosił się jak bezduszna świnia, Elijah pozostawał miłym chłopcem z sąsiedztwa. Jednak poza manieryzmami nic nie rozróżniało ich aż tak; jasne, gdyby miała okazje porządnie im się przyjrzeć, pewnie wyliczyłaby wszystkie drobne różnice, nawet bliźniacy nie są przecież identyczni, o, choćby ten pieprzyk na prawej powiece, ciekawe, czy mieli go obydwoje…
Tyle że przecież Octavian był jej zupełnie obojętny. Przy swojej niewielkiej wiedzy o biologii, jaka udało jej się pozyskać w mugolskich szkołach przed swoimi jedenastymi urodzinami i ze skradzionych Petunii podręczników, nie rozumiała, czemu dwójka dokładnie tak samo wyglądających ludzi, z którymi ledwo kiedykolwiek rozmawiała, mogła wywoływać w niej tak skrajnie rożne reakcje, ale nawet przy lekceważąco podniesionej brwi, Elijah zdecydowanie nie był Octavianem.
– Opuszczona – wyrzuciła z siebie, zbyt zajęta patrzeniem w jego oczy, by skupić swoje myśli. – Łazienka jest opuszczona, nikt tam nie zagląda, nawet nie Pani Norris. Duch, który się tam zagnieździł, nie lubi towarzystwa, ale Syriusz ponoć jakoś go do siebie przekonał.
– Brzmi nieźle. – Nie mogła nie zauważyć, że skrzywił się na samo wspomnienie Syriusza. – Dzięki, Lily.
Uśmiechnął się do niej i zrobił krok w lewo tak, by mogła go w końcu ominąć. Nie śpieszyła się z tym; gorączkowo szukała jakiegokolwiek tematu, jaki mogłaby przy nim poruszyć, gotowa stać tu i choćby do końca świata, a przynajmniej do obiadu. Nic jednak nie przychodziło jej do głowy. Trudno było rozmawiać z człowiekiem, o którym niczego się nie wiedziało.
– A, właśnie – przerwał jej rozmyślania juz krok dalej od niej, jakby o czymś sobie przypomniał. – Mogę przyprowadzić ze sobą parę osób? Octavian z Siobhan na pewno będą chcieli przyjść, a jest przecież jeszcze Phil, Glenda, pewnie nawet Flossie ruszy się w końcu z biblioteki…
– Jasne – odpowiedziała z największym uśmiechem, na jaki było ją stać. – Pogadam z Potterem.
Dopiero gdy plecy Elijah zniknęły za rogiem, uświadomiła sobie wagę obietnicy, którą właśnie złożyła.
***
Tłusta ropucha szara rozpłaszczona na jej kolanach wydała z siebie bulgoczące westchniecie, gdy Dawn zaczęła drapać ja za gruczołem przyusznym. Księżniczka, bo tak nazywała się ta niewątpliwie nie-książęca istota, była z natury bardzo wybrednym stworzeniem; najwidoczniej tego konkretnego dnia drapanie jej za prawym gruczołem przyusznym nie było jej w smak. Tak samo jak nie drapanie po brzuszku, grzbiecie czy pod łapkami.
W innej sytuacji Dawn wdałaby się pewnie w dyskusję ze złośliwym płazem i uprzejmie i zdecydowanie… niestanowczo spytałaby, gdzie w zasadzie powinna była drapać. Ale to nie była inna sytuacja. To był dzień, jaki nie zdarzał się prawie nigdy. Dawn nie była sama; nie, jakieś piętnaście minut temu Florence wpadła do pokoju i zaczęła krzyczeć, mamrotać coś do siebie, powtarzać w kolko jakiś bełkot, którego nie dało się zrozumieć, ale, tego Dawn była pewna, czasami był to bełkot skierowany do niej.
Cóż, przynajmniej do czasu, kiedy w pokoju pojawiła się Glenda.
– Co tu się dzieje?
Florence przystanęła, ale tylko na ułamek sekundy; spojrzała na Glendę lekko nieobecnym wzrokiem człowieka, który usilnie próbuje przekalkulować w swojej głowie to, co dzieje się dookoła niego, ale przy tym za bardzo się spieszy, gubi, próbuje pojąć wszystko i wszystkich jednocześnie, a więc tak naprawdę nie rozumie niczego.
– Musisz mi pomóc – wyrzuciła z siebie, doskakując do szafy, bo  stanie w miejscu nie wchodziło teraz w rachubę. – Musisz mi pomóc, bo sama tu zaraz oszaleję, nie wiem, czy ze szczęścia, czy ze strachu, czy może jeszcze z czegoś innego, oszaleję normalnie, takich rzeczy się nie robi z zaskoczenia, powinno się jakoś człowieka uprzedzić, zostawić uprzejmą notatkę, zasygnalizować, wpisać się do kalendarza, nie wiem, może…
Wyciągała z szafy chyba wszystkie ubrania, które posiadała i rzucała je na swoje łóżko jedno po drugim, tworząc największą błękitno-szarą stertę tkanin w historii… przynajmniej Hufflepuffu. Dawn patrzyła na to wszystko z niezmiennym niepokojem, lecz chociaż najchętniej schowałaby się pod jakieś łóżko, razem z Księżniczką, z dala od tego chaosu i Flossie niewątpliwie tracącej swoje zmysły, nie chciała przecież rezygnować z okazji na wykazanie się wsparciem i współczuciem.
Chociaż Glenda, cóż, Glenda na ten przykład w ogóle nie była ani przestraszona, ani nawet współczująca; podeszła tylko do łóżka Florence i podniosła z niego świąteczny sweter, który Flossie w zeszłym roku dostała od Siobhan, wyjątkowe paskudztwo, nawet Dawn by go nie założyła, a przecież kochała swetry w ropuchy.
– Remus cię gdzieś w końcu zaprosił? ­– spytała beznamiętnie, a Dawn ledwo mogła powstrzymać się od rozdziabania swojej buzi na… na bardzo dużą odległość.
Florence przystanęła po raz drugi i tym razem nawet się odwróciła. Wyglądała na skonsternowaną.
– Skąd wiesz? Kto ci powiedział?
– Zgaduję po… – Glenda wykonała wyjątkowo zamaszysty gest dłonią. – Po tym wszystkim.
Napad szaleństwa Flossie właśnie skończył się równie szybko, co żył; w końcu niewielu ludziom wystarczyłoby sił na takie nerwowe bieganie i mamrotanie, i rzucanie zawartością swojej garderoby przez dłużej niż dziesięć minut, a co dopiero człowiekowi tak wątłej postury co Florence. Teraz, gdy pierwszy stres minął, jedyne, co jej pozostało to przymknąć oczy, oprzeć się o szafę za swoimi plecami i wyrzucić z siebie z ciężkim, odpowiednio dramatycznym westchnięciem:
– Nie wiem, co mam zrobić.
Po takich deklaracjach zawsze zapada niezręczna cisza, pełna Wielkich Myśli i Poważnych Decyzji Życiowych. Nawet Glenda nie potrafiła znaleźć odpowiednich słów, które by ją przerwały; chociaż, w głębi serca, prawdopodobnie rozważała bardziej rozwiązania siłowe.
– Mogłabyś… – Dawn zebrała się na odwagę, by w końcu się odezwać. – Powinnaś po prostu być sobą.
Florence otworzyła oczy i spojrzała na nią z jakimś… zdziwieniem? Przez chwilę Dawn wydawało się, że Flossie nie do końca wierzyła w to, że była z nią w jednym pokoju, ale szybko odsunęła od siebie tę myśl. W końcu oferowała jej współczucie już od dłuższego czasu, oczywistym było to, że Florence zauważyła wysiłek, jaki włożyła w niechowanie się pod łóżkiem, prawda?
Księżniczka zabulgotała z wyrzutem, gdy przypadkiem ukłuła ją paznokciem w gruczoł przyuszny.
– Na pewno nie możesz założyć tego – Glenda w końcu postanowiła się odezwać i przerwać tę paradę nieporozumień. – Znajdziemy ci coś nowego. Tylko nie swetry, błagam, facet może być nudny, ale nie jest jeszcze niczyją babcią.
– Lubię swetry. – Florence brzmiała na obrażoną.
– A ja lubię hamburgery, ale linia nie utrzymuje się sama.
Z taką argumentacją naprawdę nie było jak się kłócić.
***
Całe schody prowadzące do korytarza przed łazienką dziewcząt na pierwszym piętrze zalane były wodą, co w zasadzie nie rokowało najlepiej dla ich imprezy. Nie, żeby odrobina wilgoci miała przeszkodzić w czymkolwiek ludziom zdeterminowanym by uniknąć czujnego oka profesorów i w spokoju napić się mniej lub bardziej legalnych trunków. To przyczyna tej nagłej powodzi na małą skalę ich niepokoiła.
Nikt, absolutnie nikt, nie chciał łamać prawa z płaczącym duchem nad głową.
Wspinali się więc z bardzo niewyraźnymi minami, starając się ignorować wodę powoli wypełniającą ich budy i nie dramatyzować, bo czy byliby prawdziwymi Gryfonami, gdyby przed zabawą powstrzymała ich odrobina ektoplazmy?
– Rozmawiałem dziś z Lily – James szukał zastępczego, suchego tematu. – Miała do mnie prośbę.
Dziwny akcent na prośbę sprawił, że Syriusz, Gryfon czy nie, lekko się zaniepokoił. Ostatnie, czego teraz potrzebowali, to Rogacz niezdolny ruszyć tyłka i pomóc mu z Martą przez to swoje złamane serce.
– Lekki szantażyk?
– Właśnie nie. Była dla mnie bardzo miła.
– Nie krzyczała? Nie rzucała w ciebie talerzami? Nie płakała? Nic?
Gigantyczny uśmiech na twarzy Jamesa ostatecznie utwierdził Syriusza w przekonaniu, że Lily kombinuje coś bardzo bardzo złego. Już dawno pogodził się z myślą, że ten niestabilny psychicznie rudzielec nigdy w życiu nie spojrzy na jego przyjaciela jak na coś szlachetniejszego niż skrzat domowy – po prawdzie Lily pewnie traktowała skrzaty domowe lepiej niż samego Jamesa, ale nie miał lepszego porównania. Mimo to myśl, że ona, świadoma tego, jakie wywiera na nim wrażenie, mogłaby wodzić go za nos dla własnych niecnych celów mroziła mu krew w żyłach.
– Nawet wyglądała na zadowoloną z tego, że mnie znalazła. Znalazła. Co znaczy, że mnie szukała, sama z siebie, i to z uśmiechem na tym jej uroczym pyszczku.
– Czego chciała? – Syriusz zaryzykował pytaniem, chociaż czuł całym sobą, że odpowiedź mu się nie spodoba.
– Prewettowie chcą wpaść na naszą imprezę.
Odpowiedź mu się nie spodobała.
Już otwierał usta, by w końcu wyjaśnić Rogaczowi, czemu nie powinien wspierać rozwijającej się przyjaźni Lily Evans z Elijah Prewettem, chociaż wiedział, że na to było już za późno, bo James niewątpliwie spełnił życzenie swojego słoneczka, nie zastanowiwszy się nawet, czemu to ona, nie Elijah, go o to prosiła nawet przez sekundę, gdy rozdzierający uszy pisk rozdarł ich uszy.
Nie było czasu na zastanowienie; biegiem ruszyli w kierunku łazienki dziewcząt na pierwszym piętrze, nie zważając na to, że śliska podłoga uciekała im spod nóg i gdyby nie wyjątkowe szczęście, które przyświecało im przez całe życie, już po pierwszych trzech krokach straciliby po sprawnej nodze albo kręgosłupie. Z każdym przebiegniętym metrem pisk był coraz głośniejszy, ale i coraz wyraźniejszy; i już na zakręt przed wejściem do łazienki mogli rozróżnić poszczególne słowa w potoku łez, żalu i rozpaczy, który, dość dosłownie, wylewała z siebie Marta.
W zasadzie ani Syriusz, ani James nie wiedzieli, czemu w łazience na pierwszym piętrze mieszkał duch martwej dziewczyny; wypadki chodziły po ludziach od wieki wieków i obydwoje uważali, że najlepiej dać temu święty spokój. W szczególności, że Marta… Marta nie bez powodu była nazywana Jęczącą. Chociaż w zasadzie była bardzo przydatna, w szczególności do szpiegowania, podkradania składników i innych złośliwości, do których potrafił przekonać ją Syriusz, przez większość czasu trzeba było przy niej stąpać bardzo bardzo delikatnie.
Kiedy wpadli do łazienki, siedziała na jednym z kranów w głównym pomieszczeniu, kranów, z których lała się woda, a które ona sama popsuła pewnie w ataku złości, i zalewała się ekto-łzami, mamrocząc do siebie wszystko i nic, czego, po głębszym zastanowieniu, woleliby jednak nie rozumieć.
– Marto? – James spytał najdelikatniejszym głosem, na jaki było go stać na bezdechu. – Coś się stało?
Marta podniosła głowę i na chwilę przestała nawet piszczeć; wyglądała na zaskoczoną, bo z pewnością nie słyszała ich kroków ponad swoim płaczem, chociaż przecież nie byli ani cisi, ani konspiracyjny.
– Co mi się stało? CO MI SIĘ STAŁO?
Jednym płynnym ruchem Marta wślizgnęła się do kranu, na którym przed chwilą siedziała, wypłynęła z kranu po przeciwnej stronie pomieszczenia za plecami Jamesa i Syriusza, wykonała bardzo zdenerwowanego fikołka i zawisła do góry nogami tuż nad głową Rogatego.
– To wy chcecie przyprowadzić tu tłumy tylko po to, żeby mnie upokorzyć! Udajecie, że chcecie się ze mną dobrze bawić, a tak naprawdę chcecie się bawić moim kosztem!
Wróciła do swojej normalnej orientacji, wciąż jednak żywo gestykulowała i gdyby nie to, że cała była przezroczysta, już dawno rozbiłaby Jamesowi głowę.
Konkurs rzucania przekąskami w Martę, Marta przecież i tak niczego nie rozumie, Marty i tak to już nie boli, kto rzuci w głowę dostaje dodatkowe 10 punktów!
James i Syriusz spojrzeli na siebie ze zdziwieniem; może i nie byli najbardziej empatycznymi facetami na świecie, ale Marta była przydatna, a przydatnym… duchom nie robi się takich rzeczy. Kto mógł jej coś takiego powiedzieć? Komu zależałoby na tym, żeby zniszczyć każdą chwilę szczęścia w ich życiu?
Niemal równocześnie wyszeptali:
– Snape.
– On przynajmniej rozumie, jak to jest, gdy ni-ni-ni-niktcięniekocha! – Marta wykonała jeszcze jeden fikołek i z jeszcze głośniejszym piskiem zniknęła w kranie, by po paru długich, dudniących w rurach sekundach, zmaterializować się w jednej z toalet.
James nie mógł skupić swoich myśli; jej płacz powoli rozdzierał mu już nie tylko uszy, ale i mózg, i wszystkie kończyny, i czuł, że jeszcze chwila, a sam zacznie wyć z bólu i nic nigdy już go nie uratuje. To, że ich jutrzejsza impreza stanęła właśnie pod wielkim znakiem zapytania było jego najmniejszym problemem w obliczu perspektywy utraty wszystkich zmysłów i wieczności z Martą w jej łazience.
Na jego szczęście Syriusz pierwszy wyrwał się z tego otępienia i rzucił krótkie:
– Załatwię to.
Chwilę zajęło Jamesowi zrozumienie, co właśnie do niego powiedział; i dopiero gdy płacz Marty zaczął cichnąć, powoli ale stabilnie, w końcu czarowi Syriusza Blacka nie oparła się jeszcze żadna kobieta, dopiero wtedy wyrzucił z siebie żarcik, na którego wypowiedzenie czekał już przecież całą wieczność:
– No najwyżej będzie to impreza w stylu marynarskim.
***
Florence nie mogła uwierzyć we własną głupotę. Sobota, jak to sobota, w końcu nadeszła, a z nią sobotni wieczór, pełen obietnic i marzeń, które, tym razem, miały się spełnić.
Cały wieczór spędziła z Glendą w Hogsmeade, myśląc, planując, zamartwiając się; chociaż Glenda skupiała swoją uwagę bardziej na Kremowym Piwie niż na marudzeniu Flossie. Ten wieczór miał być idealny, a ideały nie powstają same z siebie – nie, poprzedzają je zawsze i bezwzględnie wielkie przygotowania i staranność, z której Florence przecież była słynna.
Do ósmej wieczorem, kiedy to miała spotkać się z Remusem w łazience dziewcząt na pierwszym piętrze w swojej głowie przeżyła liczne scenariusze, naprawdę, od tych naprawdę złych do tych naprawdę naprawdę dobrych, ale nawet te najstraszniejsze do pięt nie sięgały temu, co zastała, gdy w uroczej, białej sukience stanęła u progu swojego przeznaczenia.
Albo teraz, gdy trzy godziny później kończyła drinka, którego numeru już nie pamiętała, podanego jej przez nikogo innego niż Syriusza Blacka, którego w zasadzie pamiętała, ale nie pamiętała, dlaczego aż tak go nie znosiła.
– Mogę ci coś powiedzieć, Flossie?
Na prawo od niej siedziała Siobhan, której powiedziano, że zaprasza się ją, owszem, ale na imprezę w stylu marynarskim a nie na romantyczną kolację przy świecach, które jeszcze nie zamokły. W innych okolicznościach cieszyłaby się z towarzystwa Krunkonki – w zasadzie poza Glendą i Remusem była jej ulubioną osobą w całym Hogwarcie, nawet pomimo tego, że była jednocześnie dziewczyną Octaviana, taka była cicha i spokojna, ale przy tym i zabawna, i inteligentna, i w zasadzie gdyby była postacią książkową, wydawałaby się Flossie zbyt nierealna by w nią uwierzyć. Teraz się nie cieszyła.
Teraz nic by jej nie ucieszyło.
– Hm? – odpowiedziała z automatu, chociaż nie była pewna, co takiego się do niej mówiło.
Od trzech godzin drylowała wzrokiem Remusa Lupina, który do tej pory nawet się z nią nie przywitał. Dla niego tylko wcisnęła się w sukienkę Glendy, za krótką o przynajmniej pół kolana, jeśli ktokolwiek spytałby ją o zdanie, i dla niego siedziała właśnie na zimnym zlewie, oparta o jeszcze zimniejsze lustro, z włosami ukrytymi pod marynarską czapką, której pochodzenia też już nie pamiętała, ale którą musiała zdobyć, bo z tego wszystkiego, z tej nadziei aż zakręciła swoje włosy, a i bez tego w tłumie lekko nieprzytomnych Hogwartczyków wyglądała jak porcelanowa lalka.
Wszystko dla niego.
– To w zasadzie… Nie wiem, czy powinnam.
Gdyby Florence spojrzała teraz na Siobhan, zauważyła, że ta wyglądała na zupełnie czymś wytrąconą z równowagi. Już sam fakt, że zasikała dłonie nie na czerwonej tajemnicy, którą Syriusz wciskał wszystkim dookoła, ale na szklance wody z połączeniu z podkrążonymi oczami powinien wzbudzić przynajmniej niepokój. A co dopiero to, jaka była przygarbiona i blada, jak niemrawo machała nogami i wbijała wzrok we wciąż całkowicie mokrą posadzkę, jak przez cały wieczór pełen – jak powinno być – radości i zabawy nie uśmiechnęła się ani razu.
Ale Florence nie patrzyła na Siobhan, patrzyła na Remusa i zastanawiała się, jak mogła być taka niedomyślna i nie dodać w głowie zwykłego dwa do zwykłego dwa. Teraz, gdy wszystko stało się jasne i oczywiste, uważała, że fakt, że w sobotę wieczór zaproszoną ją i na imprezę Huncwotów – a przynajmniej Glenda wspominała, że ją zaproszono, Flossie nie zwracała na to większej uwagi – i na tajemniczą schadzkę z jednym z Huncwotów… powinien jej się wydać co najmniej podejrzany. Może gdyby Glenda postanowiła jednak wybrać się na tę imprezę i dopytała Elijah o szczegóły, może wspólna lokacja byłaby lepszą wskazówką, ale przecież powinna wiedzieć, prawda?
– Myślę… Myślę, że…
W zasadzie nawet zaintrygowało ją to, czemu Siobhan najwyraźniej nie potrafi czegoś z siebie wydusić; ale szybko zrzuciła całą winę na alkohol, muzykę i płacz Jęczącej Marty od czasu do czasu docierających do nich z którejś z rur.
Bo przecież powinna była wiedzieć.
Głównie to, że Remus nigdy nigdzie by jej nie zaprosił. Najwidoczniej w jego głowie nie była niczym więcej niż człowiekiem, któremu z dobroci serca pomagał z Transmutacją. Nawet nie kumplem, bo przecież chociaż zaprosił ją na imprezę – pewnie z litości – w ogóle z nią nie rozmawiał, ba, nie patrzył na nią i nic nie wskazywało na to, że choćby zauważył, że przyszła. Że przejął się, czy przyjdzie.
– Myślę, że Octavian mnie zdradza.
Na dźwięk słowa Octavian Florence zareagowała automatycznie; nie miała zielonego pojęcia, o czym Siobhan do niej mówiła, ale jakakolwiek wzmianka o jakimkolwiek Ślizgonie zawsze sprawiała, że ciarki przechodziły jej po plecach.
– Jeszcze go nie zostawiłaś?
Flossie panowała nawet spojrzeć na Siobhan i zaprezentować jej najlepszy przewrót oczami, na jaki było ją stać; ale w tym momencie Remus odwrócił się w jej kierunku i na moment zamarła z wrażenia. Gdyby popatrzył chociaż trochę dłużej, wylałaby na siebie podejrzaną ciecz, której jeszcze trochę pozostało w jej szklance. Ale przecież nie spojrzał na nią, tylko na jakąś Gryfonkę, która machała do niego ze zlewu niedaleko Florence, przecież nie zatrzymał na niej wzroku nawet na pół sekundy.
Tego było za wiele.
O jeden brak spojrzenia za wiele.
Siobhan właśnie otwierała usta, by jej odpowiedzieć, gdy Flossie zeskoczyła ze zlewu, odwróciła się w końcu w jej kierunku i wymamrotała bardzo zdenerwowanym głosem:
– Octavian jest strasznym chujem. Wyrzuć go przez okno.
Zrobiła krok do tyłu i o mało co nie straciła równowagi; w ostatniej chwili złapała się zlewu, który wciąż miała na wyciągnięcie ręki. Musiała stąd wyjść. Musiała stąd wyjść natychmiast.
Zanim sama zajęłaby się wyrzucaniem przez okno.
***
Odbijał od ściany małą, gumową piłeczkę; zwykle bawiłby się zniczem, ale nie chciał przynosić go do kompletnie zalanej łazienki, bo nawet magiczne metale i woda nigdy nie były fortunnym pomieszczeniem. Teraz żałował swojego wyboru. Czuł, że znajomy kształt w jego rękach i ten cudowny, cudowny dźwięk trzepoczących skrzydełek jakoś by go uspokoił.
James nie mógł uwierzyć w to, że wszyscy, wszyscy się domyślili, tylko nie on. Początkowo był zły na Syriusza, że ten go nie uprzedził; ale po dłuższym zastanowieniu doszedł do wniosku, że sam był sobie winien, taki ślepy na wszystkie możliwe sygnały. Nie, żeby mógł to wszystko jakoś powstrzymać, ale… Może gdyby był na to przygotowany, nie musiałby wlać w siebie tyle ponczu Łapy, by nie mieć siły roztrzaskać czaszki Elijah o zimną posadzkę łazienki?
Może.
– Wiedziałeś? – wychrypiał do Phila, który właśnie opowiadał mu o swoich planach na następny mecz… czy czymś innym. Przez te warstwy alkoholu, frustracji i dźwięku piłeczki odbijającej się od ściany trudno mu było przedrzeć się do świata zewnętrznego i słuchać tego, co się do niego mówiło. – Że Elijah i Evans?
Phil spojrzał na niego z bardzo współczującą miną; być może James nawet by mu uwierzył, że tak się o niego martwił, gdyby nie jego pijana i nieogolona morda człowieka, któremu wszystko jedno.
– Ty chyba nie tak na poważnie, nie?
James wzruszył ramionami. Chyba czuł, że teraz nic nie mogło być dla niego poważne, bo gdyby się przejął, mógłby przypadkiem zrozumieć, że wypił za dużo, żeby przeżyć.
– Nie, po prostu jestem zdziwiony.
Zdziwiony nie było może ostatnim słowem, jakim podsumowałby swój stan przez ostatnie trzy godziny, trzy długie godziny patrzenia na Lily, jego Lily flirtującą z Elijah… Wiedział, że Puchonom nie można ufać. Nie wszystkich, znaczy się, Phil był w porządku, Glenda z Flossie też, w zasadzie, chociaż Phila znał zdecydowanie lepiej, potem Glendę, a potem… Ale wiedział, że na pewno Puchonom, których bracia bliźniacy są Ślizgonami nie można ufać, nie, niedaleko pada śliwa od jabłoni, czy jakoś tak, ale było jedynym, które mógł z siebie teraz wydusić.
Bo chociaż chyba wszyscy w Hogwarcie wiedzieli o jego wiecznych deklaracjach miłości do Evans, większość traktowała to raczej jak wygłupy; żart, który rozciągnął się w czasie na tyle, że teraz nie można go było już przerwać. Nie chciał burzyć tego wrażenia. Ostatnim, co było mu potrzebne, był tłum ludzi, którzy się nad nim litowali.
– Chyba wszyscy wiedzieli, Potter.
Piłeczka uderzyła w ścianę trochę mocniej niż poprzednio.
– Wiesz… – Phil zdawał sobie sprawę z tego, że nie uzyska odpowiedzi. – Nie musisz się o nią martwić. Przyjaźnicie się i w ogóle, ale Elijah wcale nie jest taki zły, na jakiego wygląda.
– Nie martwię się o Evans.
– Twój najlepszy kumpel jest Blackiem, może czas zaufać i Prewettowi.
James już odwracał się, by odwarknąć, żeby nie mieszać do tego Syriusza, ale gdy w końcu oderwał wzrok od ściany, mimowolnie spojrzał na Lily, a ona… Ona to nic, tylko rumieniła się tym swoim rumieńcem, do którego zdążył się już tak przywiązać; to Elijah stanowił problem. Akurat w tym momencie, jakby czekał na to, że Potter się odwróci, jakby czyhał na niego z tym swoim cholernym planem, pochylił się nad Lily i odsunął kosmyk włosów z jej twarzy.
Piłeczka, zamiast w rękach Jamesa, wylądowała na jego brzuchu.
Nawet tego nie zauważył.
***
Przez cienką koronkę swojej sukienki czuła aż nazbyt dobrze zimno kamiennej ściany za jej plecami; ale nijak nie mogło jej to otrzeźwić. Nie miała pojęcia, jak długo już tu siedziała, wpatrzona w swoje nogi, rozciągnięte na posadzce; jedyne, na czym mogła się skupić to zaklinanie losu, marzenie, że cały ten koszmarny wieczór okaże się właśnie tym – koszmarem, i jutro obudzi się w lepszej sobocie.
James znalazł ją właśnie taką, skuloną pod parapetem dwa korytarze od łazienki dziewcząt na pierwszym piętrze, w połowie drogi do schodów, które mogły prowadzić do pokoju wspólnego Hufflepuffu. W pierwszym odruchu planował ją zignorować; ale tego wieczora ignorował już tyle myśli i wspomnień, że nie miał siły na więcej.
Usiadł więc tuż koło Flossie i podał jej butelkę Ognistej, którą udało mu się uratować przez Syriuszowym ponczem. Nie spodziewał się, że po nią sięgnie, nie ta Panna Perfekcyjna, ale wyczerpał też swój limit zdziwienia na jeden dzień, więc nawet nie wzruszył ramionami, gdy jednak to zrobiła. Przymknął tylko oczy i odchylił do tyłu głowę, bo cały świat wirował odrobinę za szybko nawet na jego standardy.
– A tobie co się stało? – wyrzucił z siebie w końcu, chociaż chyba nie chciał wiedzieć.
Flossie krzywiła się właśnie po tym, jak wychyliła swój pierwszy łyk czystego alkoholu na pusty żołądek, nie odpowiedziała mu więc od razu. Samo pytanie zresztą nie było najłatwiejsze. Obrzydliwa czy nie, Ognista kupowała jej cenny czas.
– Wszyscy wiedzą, że Elijah lubi rude.
James parsknął gorzkim śmiechem.
– Spadaj.
– Mówię poważnie. Nie pamiętasz… – Przerwała na kolejny łyk. – Była taka chyba wcześniej.
Otworzył oczy, bo chyba przyszedł czas, by zabrać jej butelkę. Dopiero teraz, z bliska, przyjrzał się Flossie dokładniej – i mógłby przysiąc, że płakała, a on, chyba, wiedział dlaczego.
W innych okolicznościach zaproponowałby jej ramię, o które mogłaby się oprzeć, takim był przecież człowiekiem-przytulanką, który zawsze dbał o innych bardziej niż o siebie, chyba, że akurat byli Smarkerusem, ale nim to Florence – jak podejrzewał – nie była. Tyle że jej uwaga zabolała go bardziej niż chciał to przyznać; albo, co było równie prawdopodobne, chciał po prostu zemścić się na kimś za to, jaki czuł się dziś skrzywdzony.
A on przecież wiedział doskonale, czemu Flossie płakała. Wiedział, bo był światkiem tego, jak Remus walczył ze sobą samym i rzucał się, i miotał, i nie potrafił się zdecydować. Wiedział, bo kazał mu zaprosić ją – niezobowiązująco – na tę imprezę, a potem spił się za bardzo, by przypilnować, by z nią porozmawiał. Wreszcie wiedział, bo rozumiał to dziwne trzepotanie w brzuchu, które Lupin odczuwał w obecności Florence aż za dobrze, ale też rozumiał, czemu jego przyjaciel… mógłby się go obawiać.
Wiedział za dużo na człowieka, któremu kolejny łyk Ognistej zupełnie rozwiązał język.
– Bo Lunio był dzisiaj dużo lepszy.
Florence zamarła; nie trwało to jednak długo, bo za dużo już tej soboty przeżyła, by obawiać się konsekwencji zdradzenia swojej tajemnicy. Zresztą cały wieczór czuła, że świat wokół niej widzi więcej niż ona sama – rozciągnięcie tego do stwierdzenia, że świat wokół niej widzi, jak robi z siebie idiotkę, nie wymagało skomplikowanej, umysłowej gimnastyki.
– Oddawaj butelkę.
Wyciągnęła rękę, by zabrać mu Ognistą. Spudłowała pierwszy, drugi i trzeci raz, bo chociaż wypił od niej dużo więcej, wciąż był nie dość, że bardziej odporny na różnego rodzaju trunki to jeszcze o wiele zręczniejszy; bez problemu uciekał przed jej dłońmi. I chociaż zwykle by ją to irytowało, takie dziecięce gry bez najmniejszego celu, nie mogła powstrzymać śmiechu.
Było coś relaksującego w patrzeniu na to, jak ona się śmieje, coś strasznie zaraźliwego, więc po chwili i James w końcu się uśmiechnął, może po raz pierwszy tego wieczora i nawet oddał jej tę butelkę, a raczej się podłożył, zbyt zajęty czuciem się odrobinę lepiej, by zauważyć.
Jednym sprawnym haustem wypiła resztę Ognistej i chociaż wydawać by się mogło, że powinni teraz zamilknąć i delektować się odzyskaną ciszą, wyrzuciła z siebie nagłe:
– Chciałabym, żeby wiedział, jak to jest.
James odkrył, że coś jeszcze mogło go tego dnia zdziwić.
Nie to, że Florence w głębi duszy potrzebowała jakoś zemścić się na jego przyjacielu – w końcu z jego doświadczenia wynikało, że młode kobiety miewały i bardziej absurdalne i okrutne pomysły. Nie. James dziwił się, że przez sekundę poczuł dokładnie to samo.
Nie odpowiedział jej od razu. Zresztą i sama Florence nie czekała chyba na jakąkolwiek opowieść – zsunęła się jeszcze niżej, tak, że praktycznie leżała lekko tylko głową oparta o ścianę tuż za nią i patrzyła w sufit, ściskając w rękach pustą butelkę. Nie potrzebowała jego odpowiedzi, a on potrzebował chwili, by zabić w sobie ten niespodziewany zew krwi, który nie leżał przecież w jego naturze.
I kiedy myślał, że ta fala zazdrości już minęła i nie chciał już głowy Lily na srebrnym talerzu, inna, złośliwa myśl obudziła się w jego głowie. Myśl, która z początku nie podobała mu się dużo bardziej, ale im dłużej patrzył na Florence, na jej zmęczony profil, opuchnięty od łez, tym bardziej czuł, że może to jedyny sposób, że może poza tym, że uratuje to ją, może uratuje to też jego.
– Flossie. – Pauza. – Flossie. – Powtórzył, bo musiał mieć pewność, że go słucha. Że nie mówi tego do wirujących ścian i parapetów. – Flossie, ja chyba wiem, co musimy zrobić.
Poczekał, aż się odwróciła i aż jego oczy spotkały jej oczy, które w sumie, w sumie też wirowały, i dopiero wtedy kontynuował:
– Musimy im pokazać, co tracą.
– Co?
Jej twarz nie wyrażała zdziwienia, a bezkresne niezrozumienie. Ale i też – chęć zrozumienia, jakby naprawdę wierzyła w to, że pijany James Potter, tu i teraz, odkrył receptę na rozwiązanie wszystkich ich problemów.
– Flossie, musisz się ze mną umówić.
Aż usiadła z wrażenia; wprawdzie zajęło jej to więcej czasu niż normalnie, bo złośliwa posadzka wysuwała jej się spod dłoni, ale po kilku próbach upokarzającego pełzania udało jej się doprowadzić do jako takiego pionu.
– Oszalałeś?
– Mówię poważnie. – I wyglądał, jakby mówił. Odsunął się od ściany i usiadł naprzeciwko niej, trochę za blisko jak na obecny stan ich zmysłów równowagi. – Jeśli się ze mną umówisz, Lunio umrze z zazdrości, Lily zrozumie, co takiego straciła, i wszystko, wszystko się ułoży.
– Remus nawet nie zauważy.
Bardzo starał się posłać jej powątpiewające spojrzenie; nie był pewien, czy takie aktualnie mu wychodziły, ale coś musiało do Florence dotrzeć, bo sama wyglądała, jakby intensywnie myślała nad jego propozycją. Ten entuzjazm powoli go wykańczał i nie wiedział, ile jeszcze tak wytrzyma, siedzący sam z siebie w pionie, ale poganianie jej chyba nie wchodziło w drogę.
– Nie chcę cię oglądać nago – wyrzuciła z siebie po dłuższej chwili.
Chyba jeszcze zanim do końca dotarło do niego to, co powiedziała, wybuchnął śmiechem tak gromkim, że nieomal przewrócił się do tyłu i jedynym, co go uratowało, było przerzucenie ciężaru na ramię, które oparł o ścianę za jej głową. Flossie też się roześmiała, po parosekundowym opóźnieniu, jakby sama nie skonsultowała ze sobą swojej odpowiedzi i dopiero teraz ją zrozumiała.
– Jeszcze będziesz o to błagać.
– Po moim trupie.
Ich śmiech w końcu wygasł; chociaż obydwoje dawno stracili już poczucie czasu. Przez moment jeszcze siedzieli na podłodze, James pochylający się nad nią i próbujący utrzymać równowagę, Florence próbująca złapać oddech, chociaż pół oddechu, aż w końcu on podniósł się powoli i niepewnie, wyciągając jedną rękę w jej kierunku.
Nie chciała wstawać. Ostatnim, na co miała ochotę, było podniesienie się z tej zimnej posadzki, która wyziębiała jej pośladki przez cienką, cieniutką koronkę, ale na której przez moment było jej tak dobrze i spokojnie. Ale James nie poddawał się i wszystko wskazywało na to, że będzie próbował ją podnieść, co nawet ona mogła ocenić jako mało bezpieczne, więc…
Musiał przytrzymać ją, gdy wstała i sam o mało co się nie przewrócił pod jej ciężarem; pion nie był czymś, co działało w świecie, który wirował i kręcił się.
– Idziemy tańczyć – oświadczył, gdy pierwsze niebezpieczeństwo minęło.
– Nie chcę.
– Musisz. Powiedziałaś, że się ze mną umówisz, a ja muszę się jeszcze napić.
Chciała zauważyć, że mówił o tańczeniu, nie o piciu, ale szybko wypadło jej to z głowy.
***
James stawiał tak gwałtowne kroki, że raz po raz ochlapywał jej rajstopy wodą, ale chociaż zwykle by jej to przeszkadzało, gdy tylko weszła do zalanej łazienki dziewcząt na pierwszym piętrze to nie mokra odzież przykuła jej uwagę.
W końcu, po tylu godzinach, nie wiedziała tak naprawdę ilu, spotkała w końcu oczy Remusa Lupina.
Przez moment zaparły jej dech w piersiach; jakby cały ten wieczór się nie wydarzył i jakby weszła tu po raz drugi, do tej drugiej soboty, którą sobie wymarzyła. Wydawało jej się, że się do niej uśmiechnął, ale nie była pewna, czy i tego sobie nie wyobrażała. I kiedy też próbowała się uśmiechnąć, przypomniała sobie o tym pierwszym wieczorze, tej poprzedniej sobocie i serce zakłuło ją boleśnie, przywracając jednak zdolność oddychania.
Była gotowa wybiec, tu i teraz, zostawić Pottera samemu sobie i zapomnieć o tym beznadziejnie głupim planie, który przyszedł mu do głowy, gdy usłyszała jego słowa, niemal bezgłośne:
– Lily.
Podążyła za jego wzrokiem i od razu ją znalazła – siedzącą na podłodze na marynarce Elijah Prewetta, owiniętą jego ramię i roześmianą, taką, jaką wyobrażała siebie jeszcze jakiś czas temu w odrobinę innym towarzystwie. I chociaż nigdy wcześniej Lily Evans nie zaplątała jej myśli, i w zasadzie była jej zwykle zupełnie obojętna, niespodziewanie dla samej siebie Florence poczuła, że szczerze jej nie znosi i że z wielką chęcią wygarnęłaby jej, co o niej myśli, także tu i teraz, zostawiając osłupiałego Pottera samemu sobie.
Ale nie mogła. Wiedziała, że to nie jej sprawa, że takie wybuchy niczego nie wnoszą. Spojrzała więc na Jamesa, próbując go jakoś pocieszyć, jakoś do niego dotrzeć. Zanim zrozumiała, co takiego robi, złapała go za jego dłoń i zacisnęła na niej swoje palce z całej siły. Chyba nie oczekiwała, że na to zareaguje; a już na pewno nie oczekiwała, że on zrobi to samo.
I kiedy też spojrzał jej w oczy, też ściskając jej dłoń w swojej dłoni, zrozumiała, że przynajmniej na ten jeden wieczór nie jest z tym wszystkim już taka całkiem sama.

Pod znakiem borsuka: Piłeś? Nie planuj.

Człowiek człowiekowi wilkołakiem: 05

Ślady butów w śniegu się nagle urwały. Zatrzymała się przy ostatnim i rozejrzała bezradnie. Jak ona miała teraz dotrzeć do szkoły, kiedy nie miała po czyich śladach iść? Nie zwróciła specjalnej uwagi na to, że urwane ślady mogły oznaczać jakąś tajemnicę do rozwiązania; może jakiś uczeń został porwany przez hipogryfa? Albo ktoś lecący na miotle rzucił w niego jakieś złowieszcze zaklęcie, które sprawiło, że rozpadł się w proch? Może wciąż tu był, ale w pelerynie-niewidce?
Właściwie ta ostatnia myśl sprawiła, że cofnęła się o dwa kroki po tych śladach i zaczęła machać różdżką, upewniając się, że nikt tuż przed nią nie stał. Wcale by ją to nie zdziwiło, skoro zdawała sobie sprawę, z tego, że jej brat był w posiadaniu peleryny-niewidki.
Potrząsnęła głową i skupiła się na bieżącej sytuacji, a nie rozwiązywaniu tajemnic Hogwartu − jak dotrzeć do szkoły bez śniegu w butach, za kołnierzem, w staniku, we włosach, oczach i nosie? To był poważny kryzys, bo ślady już nie miały jak uratować jej życia i miała już zostać na błoniach, w odległości zaledwie około dwustu stóp od szkoły, do odwilży. Była szansa, że ktoś znajdzie ją wcześniej, ale na pewno nie wystarczająco wcześnie, żeby uratować ją przed niechybnym zamarznięciem. Rozważyła nawet zbudowanie igloo, żeby przedłużyć okres przetrwania, ale zdała sobie sprawę, że nawet nie wiedziała, jak to igloo wykonać. Cóż za okrutny los, który skazał ją na taką śmierć.
− Kitty!
Westchnęła głośno, może trochę z ulgą, bo wizja śmierci się nieznacznie oddaliła. Nie na długo. W jej stronę biegł właśnie James i wcale nie sprawiło to, że Kitty poczuła się bezpieczniej. Wręcz przeciwnie. Na widok białej śmierci w jego ręce, zbitej w całkiem okazałą śnieżkę (zapewne również twardą jak kamień), przestała się przejmować tym, że ślady w śniegu się skończyły, przestała przejmować się śniegiem w butach − po prostu zaczęła uciekać. Bo James nie był sam.
I to właśnie jego towarzysz dopadł ją jako pierwszy, tuż po tym jak Kitty wśród całych tych nieodśnieżonych błoni, straciła równowagę i runęła w pozornie tylko miękki i puszysty śnieg. Odruchowo zasłoniła twarz rękoma i leżała na brzuchu cała zdrętwiała, kiedy Syriusz smarował jej głowę śniegiem.
− Ile wy macie lat? − zajęczała spod śniegu.
Kolejna z jej obaw weszła w życie − śnieg w ustach. Wypluła go i zrzuciła z siebie Syriusza. Przekręciła się i usiadła, i już chciała zmrozić wzrokiem brata i jego najlepszego przyjaciela, kiedy na jej twarzy rozpadła się śnieżka. Śnieg w oczach, nosie i ustach − zawsze o tym marzyła. Otrzepała się trochę zbyt gwałtownie, bo uderzyła łokciem Syriusza, który wciąż był stanowczo zbyt blisko niej, by mogła poczuć się bezpiecznie.
− Nienawidzę was.
Podniosła głowę. Cały komplet Huncwotów postanowił zniszczyć jej dzień.
Uparcie starała się nie patrzeć na Remusa. Odkąd Abby powiedziała jej, że to takie oczywiste, że ją lubił, to czuła się nieco skrępowana w jego obecności. W szczególności, że teraz zwracała uwagę, jak bardzo był dla niej miły. Ciężko było jednak uniknąć spojrzenia Remusa, kiedy ten wyciągnął do niej rękę, by pomóc jej wstać. Skorzystała z pomocy, ale pociągnął ją trochę zbyt mocno, jakby oceniał jej wagę o przynajmniej kilkanaście funtów wyższą (oburzające!) − ledwo udało jej się zachować równowagę i nie wpaść na niego. Poczuła, że jej policzki zaczęły się czerwienić; na szczęście było na tyle zimno, że można byłoby pogodę uznać za powód rumieńców.
− Chodź, Kitty, ulepimy Smarka − powiedział rozbawiony James.
Syriusz i Peter zaśmiali się. Podniosła ostrożnie wzrok na Remusa, który cały czas stał dość blisko. Uśmiechał się; nie była pewna czy z powodu pomysłu Jamesa, czy tak po prostu do niej. Jedno było pewne − cała czwórka była w świetnym humorze i Kitty trochę się ten humor udzielił, mimo całej swojej niechęci do śniegu i tego, że miała ten śnieg w każdym miejscu, w którym go nie chciała.
Kitty ostatecznie też się uśmiechnęła i pokręciła z rezygnacją głową.
− Ile wy macie lat? − zapytała znowu, a James wyszczerzył zęby.
− Nie bądź jak McGonagall. Chodź.
Chwycił ją za płaszcz i zaczął odciągać ją coraz dalej od wejścia do Howagrtu. Kitty tęsknie patrzyła za szkołą, w której było tak przyjemnie i ciepło, a zamiast tego czekał ją chłód i śmierć podczas lepienia bałwana. Syriusz wcisnął na jej i tak już całą w śniegu głowę swoją czapkę, może z powodu poczucia winy? Kitty nie zastanawiała się nad tym, po prostu przyjęła bez słowa czapkę, która może pomoże jej przetrwać te ekstremalne warunki.
Peter w międzyczasie zaczął już toczyć pierwszą kulę.
− Jak chcecie sprawić, żeby bałwan wyglądał jak Snape? − zapytała, obserwując poczynania Petera.
Syriusz wyciągnął z kieszeni bardzo skrzywdzoną przez los marchewkę. Była naprawdę krzywa.
− Poprosiliśmy skrzaty o najbrzydszą marchewkę, jaką znajdą.
− Widzę pewne podobieństwo.
Huncwoci zaśmiali się na tę uwagę, mimo że wcale nie miała być śmieszna − po prostu odzwierciedlała faktyczny stan nosa Severusa Snape’a.
− Mamy też ślizgoński szalik − powiedział James, wskazując na wypchaną torbę Remusa. − Uczynny brat Syriusza nam go użyczył.
− Z własnej woli?
− Niekoniecznie − odpowiedział Remus i zerknął w stronę szkoły. − Syriusz zostawił go w śniegu. Nie martw się, ktoś go już pewnie z niego wyciągnął.
Nie martwiła się. Może trochę, ale raczej o to, że liczyła, że jej brat i jego przyjaciele już wyrośli z maltretowania słabszych, ale najwyraźniej wciąż to była przednia rozrywka. Mogła się domyślić po tym jak James złapał Philipowi nos, ale to nie był raczej atak na słabszego.
Pokręciła z rezygnacją głową, poprawiła rękawiczki i sama zaczęła lepić kulkę. Śnieg jej nawet w tej prostej czynności nie wspierał, bo nie chciał się lepić i rozpadał się w jej rękach. Burknęła pod nosem i otrzepała rękawiczki. Było jej zimno, wciąż marzyła o ciepłej kąpieli i siedzeniu w kocu tuż przed kominkiem. Zamyśliła się chwilę i ocknęła się dopiero, kiedy śnieżka uderzyła ją w ramię. Kitty spojrzała na brata z oburzeniem i wcisnęła ręce do kieszeni.
− Przydaj się do czegoś i poszukaj gałęzi na ręce.
Uniosła brwi i westchnęła. Nie widząc lepszego zajęcia skierowała się w stronę najbliższych krzaków; musiała się oczywiście przedzierać przez świeży i nienaruszony jeszcze śnieg. Usłyszała a sobą kroki i obejrzała się, żeby zobaczyć Remusa, który postanowił jej towarzyszyć przy tym tak odpowiedzialnym zadaniu. Czyżby Huncwoci uznali, że bez pomocy nie uda jej się zdobyć rąk dla Severusa Snape’a? Albo że wybierze zbyt ładne i proste gałęzie? Właściwie nie powinno ją to dziwić, sama na widok tego śniegu podejrzewała, że zaraz zwyczajnie się o coś potknie, przewróci i już nie wstanie, nie wspominając nawet o wybieraniu odpowiednich gałęzi. Oczywiście Kitty nie była taką fajtłapą; miała stosunkowo dobrą koordynację ruchową, która pomogła jej dostać się i utrzymać później w drużynie quidditcha. Jednak widok całkowicie zasypanych błoni oraz śnieg w butach i pod ubraniami odbierał jej całą pozytywną energię i siły nad podnoszenie odpowiednio wysoko nóg. Dlatego nawet nie skomentowała tego, że Remus poszedł za nią.
Zrównał z nią krok i spojrzał na nią, ale ta dzielnie przedzierała się przez śnieg. Wciąż chodziły jej po głowie słowa Abby, więc nie chciała na niego patrzeć. Nigdy wcześniej nawet by tego nie rozważała, ale wszystko potwierdzało, że mogła mieć rację.
− Wszystko w porządku? − zapytał w końcu, a ona przystanęła i zerknęła na niego kątem oka wyraźnie zdziwiona pytaniem. − Syriusz porządnie cię śniegiem natarł.
Kitty sięgnęła ręką do czapki Syriusza, którą wciąż miała na głowie.
− No nie było to najprzyjemniejsze przeżycie.
Remus ściągnął rękawiczkę i wyciągnął rękę w stronę jej twarzy. Kitty uważnie obserwowała, co robił i przez chwilę rozważała, czy aby nie uciekać gdzieś daleko przez śnieg, ale potem spojrzała mu w oczy i porzuciła te myśli. Nie odwzajemnił jej spojrzenia, skupił się na jakimś nieokreślonym punkcie trochę poniżej. Uśmiechał się lekko, nie robiło to takiego wrażenia, jak uśmiech Philipa; Remus uśmiechał się do niej dużo częściej, ale był to ciepły i pełen sympatii uśmiech, który teraz sprawił, że serce zabiło jej trochę mocniej.
Miała wrażenie, że świat na chwilę zamarł wokół jego jasnobrązowych oczu, ale dłoń Remusa dotarła w końcu do celu. Strzepnął resztkę śniegu z jej włosów, po czym cofnął rękę. Kitty złapała się na myśli, że mógłby jej nie zabierać. Spojrzał jej w oczy, a ona prędko odwróciła głowę.
− Gałęzie. Musimy znaleźć gałęzie − powiedziała, rozwiewając tym samym całą romantyczną atmosferę. Było stanowczo zbyt zimno i śnieżnie na jakiekolwiek romanse.
Remus ocknął się jakby i zerknął w stronę pozostałych Huncwotów, możliwe, że w obawie czy aby ich nie obserwowali. W końcu, kiedy ostatnio jakiś chłopak publicznie okazywał Kitty sympatię, skończyło się to złamanym nosem. Bo może wcale nie chodziło tu o to, że Philip był Ślizgonem, a po prostu, że zarywał do jego siostry? Remus powinien mieć się na baczności.
W końcu skinął głową.
− Panie przodem.
Kitty burknęła pod nosem, ale ruszyła przez śnieg w stronę upragnionych krzaków.
*
James otrzepał się pobieżnie ze śniegu i podparł pięści o biodra. Patrzył z dumą na swoje i swoich przyjaciół (i trochę też siostry) prawie skończone dzieło. Kitty musiała przyznać, że podobieństwo było uderzające, jak na porównanie bałwana z człowiekiem. Oddawał prawie wszystkie najważniejsze cechy Snape’a, poza jego włosami. Powbijali mu do głowy pozostałości po gałęziach przeznaczonych na ręce i fryzurą przypominał bardziej Jamesa, ale była to jedyna niedoskonałość bałwana.
− Dzieło mojego życia − skomentował James i otarł nieistniejącą łzę spod oka.
− Nie przesadzałaby… − zaczęła Kitty, ale brat nie dał jej dokończyć.
− DZIEŁO MOJEGO ŻYCIA.
− Chciałam tylko powiedzieć, że nazywając Snape’a dziełem swojego życia…
James wytknął ją palcem, więc postanowiła znowu nie skończyć myśli.
− Musiałaś mi to odebrać.
Rozłożyła bezradnie ramiona i wskazała głową na zbliżających się dwóch z trzech pozostałych Huncwotów. Petera zobaczyła trochę dalej leżącego w śniegu, a Syriusz idący z przodu miał nad wyraz świetny humor, więc Kitty podejrzewała, że potraktował przyjaciela tak samo jak wcześniej potraktował ją. Ale Peterowi nie odstąpił czapki w ramach przeprosin.
− Nos widzę na swoim miejscu, idealnie − skomentował Syriusz i wyciągnął z kieszeni dwa ciemne kamyki, które wbił bałwanowi w miejsce oczu. Zrobił to na tyle krzywo, że można było przysiąc, że bałwanowy Snape miał zeza albo jakąś inną wadę wzroku. − Trzeba postawić go gdzieś bardziej na widoku.
James wyciągnął różdżkę z kieszeni i zaczął lewitować bałwana w stronę zamku, a Syriusz jako dobry i pomocny kolega postanowił asekurować śnieżny twór; szkoda byłoby gdyby nagle, przez jakieś błędy w podstawowej edukacji Jamesa, miał się rozsypać.
− W końcu będzie ciepło − powiedziała pod nosem Kitty i potarła dłonie o siebie. Dodało to jedynie dramatyzmu jej słowom, bo rękawiczki były już i tak całkiem przemoczone, a palce tak zmarznięte, że ich nie czuła.
− Nikt cię nie zmuszał do spędzania z nami czasu − odpowiedział jej spokojnie Remus. Nie wyczuła w jego głosie pretensji, ale i tak poczuła się trochę głupio za marudzenie.
− No co ty, było zabawnie. Spędzanie czasu z wami jest zabawne. Poza momentami jak lądowałam twarzą w śniegu. I śnieg jakimś cudem lądował mi w stani… za kołnierzem.
Remus zaśmiał się, a Kitty pomachała tylko ręką, żeby jej nie słuchał.
− Jakby ciebie nie było, to na pewno byłoby nudniej.
Spojrzała na niego trochę zaskoczona. Trochę trudno jej było sobie wyobrazić Syriusza i Jamesa spędzających czas w nudny sposób. Może poza przygotowaniami do egzaminów, ale do tego było jeszcze daleko.
− To znaczy?
− Wszyscy się popisywali jak tylko mogli.
Pierwsze, co pomyślała po jego odpowiedzi to Syriusz, który wrzucił ją i wiele innych osób do śniegu. Nie o takiej formie popisywania się marzyła. Obejrzała się na Petera, który wyczołgał się już ze śniegu i próbował z małym powodzeniem ich dogonić. Kitty postanowiła być miła i zwolniła trochę krok.
Spojrzała w końcu na Remusa.
− Ty też?
Remus nie odpowiedział. Uśmiechnął się tylko uprzejmie i wzruszył ramionami, jakby było to obojętne, ale wcale nie było. Jego odpowiedź mogła potwierdzić już ostatecznie słowa Abby, ale Remus postanowił zostać ją z tą niby-odpowiedzią, a głupio byłoby dopytywać o szczegóły tego tajemniczego wzruszenia ramionami. Jeszcze by się zorientował, że ona wie, że on ją lubił. Wtedy byłoby dopiero niezręcznie.

Człowiek człowiekowi wilkołakiem: 05

Kto z kogo zrobi jelenia? – 01

To lato zdawało się trwać wiecznie. Nie było to pod tym względem wyjątkowe lato – przeciwnie, każde spędzone w domu dłużyło jej się niemiłosiernie, bo ileż można toczyć na nowo tę samą kłótnię? Sytuacja była patowa, bo Petunii duma nie pozwalała ustąpić, trzymała się uparcie tych samych argumentów, co wtedy, kiedy jej siostra miała jedenaście lat, Lily tym bardziej nie miała najmniejszego zamiaru poczuwać się do winy. Dodatkowo sprawy nie poprawiały niekończące się listy od Jamesa Pottera, który ku rozpaczy Evans upatrzył ją sobie na obiekt westchnień. I to jak irytujących westchnień! Za każdym razem, kiedy Lily wydawało się, że starsza siostra odpuści, że się już uspokoi albo przynajmniej zacznie ją ignorować, bo i to byłoby jakąś poprawą, przylatywała sowa przynosząc kolejny list z zaproszeniem na randkę, śpiewające wyjce, wychwalające pod niebiosa urodę rudowłosej Evans, biegające słodycze “dla najsłodszej Gryfonki”… I cała zabawa zaczynała się od nowa. Petunia wrzeszczała, Lily nie zostawała jej dłużna, wreszcie któraś wychodziła z domu, trzaskając drzwiami z całej siły – Petunia wybiegała na spotkania z narzeczonym, a Lily… cóż, jednak to lato różniło się od poprzednich.
Lily nie była czarownicą z rodowodem. Nie była nawet czarownicą z ułamkiem rodowodu – urodziła się w mugolskiej rodzinie. Kiedy miała jedenaście lat i przyleciała sowa z listem z Hogwartu, czego tak bardzo zazdrościła jej siostra, była przekonana, że to nic takiego, że to nie decyduje przecież o tym czy zostanie lepszą uczennicą. Utwierdzał ją w tym przekonaniu jej najlepszy przyjaciel – Severus Snape. Teraz jednak po pięciu latach doświadczeń w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, po niezliczonej ilości docinków ze strony Ślizgonów, po niepokojących informacjach o atakach na urodzonych tak jak ona, o których coraz częściej donosił Prorok Codzienny, wiedziała lepiej. Wiedziała, że większość wierzy w podział na czarodziejów lepszego i gorszego sortu, a ona w ich mniemaniu należała do tego drugiego. Ewentualnie trzeciego – nie-czarodzieje. Nie przeszkadzało jej to, nie była przecież na tyle głupia, żeby przejmować się zdaniem tłumu, jednak w czerwcu, czego nigdy by się  nie spodziewała, usłyszała z ust swojego jedynego przyjaciela, tego, który zapewniał ją, że to nie ma znaczenia, to niewybaczalne słowo. Wtedy wszystko się zmieniło.
W wyniku tego właśnie zdarzenia to lato różniło się od poprzednich. Nie było uciekania od kłótni z Petunią na Spinner’s End, spacerów po parku, niekończących się rozmów o wszystkim i niczym jednocześnie. Próbował ją przepraszać, oczywiście, jeszcze zanim skończył się rok szkolny i wrócili na wakacje do rodzinnych domów, ale Lily wiedziała, choć wolałaby jednak nie, że Severus nie nazwałby jej szlamą, gdyby naprawdę nie miał tego na myśli i to ucinało wszelkie dyskusje na ten temat. Skończyły się wymówki, że to na pewno ślizgońskie otoczenie, że to koledzy z roku, którzy byli podejrzewani o okrutne wypadki w szkole mają na niego taki wpływ. Severus musiał brać odpowiedzialność za własne słowa.
I co jej teraz zostało? Dokąd ucieknie przed męczącym nagabywaniem przez Jamesa Pottera? Komu opowie jak irytujący, jak odpychający jest, kiedy mówi “umów się ze mną, Evans”, mierzwiąc te swoje i tak już rozczochrane kłaki? Owszem, może i stanął w jej obronie, ale zrobił to tylko dlatego, że mu się podoba. Wcale nie jest lepszy od Severusa z tym swoim włóczeniem się po szkole i dręczeniem słabszych. Och, ile szlabanów mu już dała! Do spółki z jego najlepszym przyjacielem Blackiem oczywiście, który tak uparcie twierdził, że nie ma nic wspólnego ze swoją rodziną, która najchętniej odśpiewałaby hymn na cześć Voldemorta.
Potrząsnęła głową i rude włosy zasłoniły jej twarz, co nie miało najmniejszego znaczenia, ponieważ poza nią w tym przedziale Ekspresu Londyn-Hogwart nie było nikogo. Tak chyba czuła się lepiej, nie przeszkadzało jej spędzanie czasu tylko ze sobą, bo dlaczego miała na siłę szukać nowego przyjaciela czy przyjaciółki? Zresztą już za późno, grupki zostały utworzone i trudniej byłoby wślizgnąć się do jednej z nich po tylu latach. I do kogo niby miałaby się zwrócić? Dziewczęta, z którymi dzieliła dormitorium były miłe, tak, ale miały swój własny świat, czasem nawet Lily miała wrażenie, że to jedna osoba z dwiema głowami. Nagle się wzdrygnęła, bo przyszła jej do głowy myśl tak nieprawdopodobna i odrażająca, że aż książka, którą trzymała otwartą na kolanach spadła i uderzyła o podłogę pociągu z cichym, trochę przytłumionym stuknięciem. Nie będzie przecież zadawała się z bandą Pottera, to co najmniej śmieszne. Bratać się z wrogiem? Niedorzeczne!
Wygrzebała z torby pudełeczko z czekoladową żabą, wiadomo, nic tak nie poprawia nastroju jak czekolada. Usłyszała dźwięk przesuwanych drzwi i podniosła głowę, żeby zobaczyć, kto wchodzi i czekoladowa żaba wypadła jej z dłoni – był to James Potter, ta właśnie odrażająca niedorzeczność we własnej osobie. Wyglądał tak samo jak zawsze – chodząca pewność siebie, chociaż w opinii Lily była to raczej chodząca arogancja i samozadowolenie graniczące z samozachwytem, okulary zjeżdżające mu z nosa, potargane włosy i postawa zdradzająca jego uwielbienie do samego siebie. Kiedy zorientował się, że Lily patrzy na niego, usta rozciągnęły mu się w uśmiechu, powoli zamknął za sobą drzwi i schylił się po upuszczoną przez nią żabę. Lily wreszcie ocknęła się ze stanu zaskoczenia wywołanego jego obecnością i płynnie przeskoczyła do stanu irytacji, którą zawsze odczuwała w jego towarzystwie.
– Potter – wycedziła i wyciągnęła władczo rękę w jego kierunku, chciała przecież odzyskać swoją czekoladową żabę!
James zignorował jej wyciągniętą dłoń, chociaż świerzbiło go, żeby ją ująć i ucałować, tak, to by ją naprawdę rozsierdziło.
– Evans – odpowiedział radośnie. – Poczta się podobała?
Lily westchnęła ciężko. Naprawdę nie miała siły na kolejny rok przepychania się z nim i udowadniania mu, że się z nim nie umówi. Gdyby był choć odrobinę bardziej dojrzały, mogłaby przynajmniej r o z w a ż y ć tę opcję. Niewiele by to pewnie zmieniło, o ile cokolwiek, ale nie mógłby jej zarzucić, że nie próbowała, prawda?
– Malowniczo wyglądała w płomieniach kominka, cudowne doświadczenie, dziękuję.
Nie zraziło go to zbytnio, przecież był Jamesem Potterem, ścigającym i kapitanem drużyny quidditcha, człowiekiem o niezachwianej samoocenie i legendarnej wręcz niezłomności. Usiadł naprzeciw niej wygodnie i uśmiechnął się, tarmosząc oczywiście włosy – czy on zawsze chce wyglądać, jakby go wiatr uczesał?
– Ech, Evans… – zaczął, obracając w dłoni tę nieszczęsną czekoladową żabę, która chyba bardzo chciała wydostać się z przedziału. No, przynajmniej z jego rąk. – Nikt ci nie powiedział, że kominki są romantyczne?
Lily, słysząc to, pobladła, chociaż dla osób o jej kolorze włosów bardziej charakterystyczne było spurpurowienie. Właściwie Lily nie miała w sobie wielu cech przypisywanych rudzielcom. Nie była wybuchowa, impulsywna, czy złośliwa, ale czy to takie złe? Ona była zwyczajnie… spokojna, chociaż w tej chwili bardziej zrezygnowana.
Podniosła na niego wzrok i uśmiechnęła się krzywo.
– Ech, Potter. Wiele rzeczy ciśnie się na usta, kiedy się pomyśli o tobie, ale r o m a n t y c z n e nie jest jednym z tych skojarzeń.
Ale James nie usłyszał już nic, co nastąpiło po “pomyśli się o tobie”.
– Najpierw kominek, teraz o mnie myślisz, chyba wiesz, jaki jest następny krok?
Zamknęła oczy na chwilę. No tak, mogła się spodziewać, że w ten sposób zareaguje, nie powinna była konstruować swojej wypowiedzi w ten sposób. I ten jego głos! Jakby specjalnie mówił niższym tonem niż zawsze, kto tak robi? Może nauczył się tego od Blacka? Otworzyła oczy, żeby posłać mu znudzone spojrzenie.
– Nie, Potter, nie wiem i nie chcę wiedzieć. Po co w ogóle tu przyszedłeś?
To w zasadzie było całkiem dobre pytanie, było jej dobrze samej, a on musiał się napatoczyć i zburzyć jej idealny spokój. Zaraz jednak miała zatęsknić i za tym, bo drzwi do przedziału otworzyły się ponownie z hukiem i do środka dosłownie wpadł Syriusz Black, a za nim Remus Lupin.
– Widzisz, Luniu, mówiłem ci, że tu będzie – oznajmił Syriusz triumfalnie, podnosząc się z podłogi. – Sie masz, Evans – rzucił i opadł na siedzenie obok Jamesa ku rozpaczy Lily.
Remus nadal stał w drzwiach, niepewny, co zrobić, nie chciał nikomu się narzucać ze swoim towarzystwem. Lily starała się ignorować fakt, że jej przedział przestał należeć wyłącznie do niej i podniosła książkę, która wcześniej spadła jej z kolan. James tymczasem się podniósł.
– Nie rozsiadaj się, Łapo, już idziemy, jeszcze tylko jedna sprawa.
Odwrócił się przodem do Lily, uśmiechnął oszałamiająco i rzucił nonszalancko:
– To co, piątek pod portretem Grubej Damy o siódmej?
Remus odwrócił się na pięcie, bo nie chciał być świadkiem tego, co teraz nastąpi, Syriusz również wycofał się chyłkiem, ale James stał nadal dumnie wyprostowany i patrzył na nią wyczekująco. Lily nie wytrzymała.
– Zjeżdżajcie mi stąd, ale już! Bo wam wszystkim wlepię szlaban na dobry początek roku szkolnego! I oddawaj moją czekoladową żabę! – I wyszarpnęła mu łakoć niedelikatnie z dłoni.
James odrobinę się ociągał, ale wyszedł nie tracąc rezonu, bo zanim Lily zamknęła za nimi drzwi swojego przedziału, usłyszała, jak mówi:
– No widzicie? Nie powiedziała nie!
Wrzasnęła głośno z wściekłością.
No. To by było na tyle, jeśli chodzi o brak porywczości podobno charakteryzującej rudych ludzi.

Kto z kogo zrobi jelenia? – 01

Człowiek człowiekowi wilkołakiem: 02

Kitty siedziała na łóżku i próbowała zapleść sobie włosy bez użycia lustra. Abby obserwowała to jak po raz kolejny rozczesywała włosy i zaczynała od nowa. Zrezygnowana siadła obok niej i przejęła pałeczkę. Abby lubiła się bawić jej włosami i zwykle wymyślała jakieś szalone fryzury, a Kitty potem miała trudności z rozczesaniem ich, a potem nie wychodziła z dormitorium przez resztę wieczoru. Ale nic dziwnego, że Abby tak je lubiła − Kitty miała długie i grube włosy, wprost idealne do takich fryzur. Kitty co prawda zawsze chciała, żeby były trochę jaśniejsze, bo mogłaby przysiąc, że teraz wręcz pochłaniały światło. To była oczywiście przesada, miała zwyczajnie czarne włosy z brązowymi przebłyskami w słońcu, ale lubiła być dramatyczna, jeżeli chodziło o opisywanie ich koloru. W szczególności kiedy narzekała. A Kitty lubiła narzekać. Dużo. I zawsze robiła to bardzo barwnie − nie można przecież poprzestawać na półśrodkach.
− Nie rozumiem, jak udało ci się wymigać z tego szlabanu.
Abby przerwała ciszę. Kitty chwilę jeszcze milczała, chciała poruszyć głową, by spojrzeć na nią, ale ta unieruchomiła jej głowę dłońmi. Nie ma przeszkadzania tworzeniu sztuki! Kitty powiedziałaby najchętniej, żeby zajęła się swoimi włosami, ale ta nie miała się czym zajmować. Abby przede wszystkim miała krótko ścięte włosy i co najwyżej mogła w nie wpiąć jakąś kolorową spinkę, ale odejmowało jej to wtedy kilka lat, a to było ostatnie, co chciałaby zrobić. W szczególności, że miała dodatkowo dość okrągłą twarz i duże oczy. Generalnie, jeżeli nie liczyć niskiego wzrostu ich obu, to różniły się od siebie dość znacznie. Okrutni nastolatkowie uznaliby, że Abby była tą brzydszą koleżanką − grubszą, mniej atrakcyjną. Kitty się z tym nie zgadzała, ale rzadko która dziewczyna w jej wieku była całkowicie zadowolona ze swojego wyglądu. W przypadku Kitty, poza rzecz jasna kolorem, była to chłopięca sylwetka. Może nie dało się Kitty pomylić z chłopcem, ale miała dość szerokie ramiona i niespecjalne wcięcie w talii, co szkolny mundurek dodatkowo podkreślał. Nienawidziła tego.
− Philip się za mną wstawił − odpowiedziała w końcu. Nie musiała odwracać głowy, żeby wiedzieć, że Abby wykrzywiła usta. Nie lubiła Philipa. Naprawdę trudno było znaleźć kogokolwiek, kto by uznał ten związek za dobry pomysł i Kitty nie poprawiało to wcale humoru. Nawet jej najbliższa przyjaciółka była wobec niego krytyczna. − Wyjaśnił, że próbowałam ich rozdzielić.
− Ślizgon, a jednak się do czegoś przydał.
Kitty aż sapnęła z oburzenia. Takie uprzedzenia, a to przecież Abby była tą rozsądną. Możliwe, że właśnie w ten sposób okazywała ten rozsądek, ale Kitty wcale się to nie podobało. Czemu nikt nie mógł jej wspierać?
− Philip jest przemiły, powinnaś go lepiej poznać, a nie stereotypami rzucać na lewo i prawo jak mój brat! Już wystarczająco dużo problemów mi narobił. I wstydu!
Abby znowu musiała unieruchomić głowę Kitty, bo poniosła ją gestykulacja. Już kończyła swoje dzieło, a nie chciała zaczynać od nowa tylko dlatego, że Kitty była nadaktywna, kiedy wspominała o Philipie i Jamesie w jednym zdaniu.
− No już, nie unoś się tak. To był komplement.
− Nie brzmiał.
Abby wpięła w jej włosy kilka spinek, które Kitty trzymała na stoliku nocnym i odsunęła się. Kitty odruchowo przejechała palcami po głowie, by sprawdzić, co tym razem jej przyjaciółka wymyśliła. Lustro było za daleko, ale wyglądało na to, że nie było tak źle − dwa warkocze zbiegające się w jeden, który został związany w coś w rodzaju koka.
Z pokoju wspólnego dotarły do nich podniesione głosy oburzenia. Wśród nich bez problemu rozpoznały głos Jamesa. Kitty wymieniła się zaniepokojonym spojrzeniem z Abby, podniosła się z łóżka i wyszła czym prędzej z dormitorium, a Abby zaraz za nią. Niby podniesione głosy w pokoju wspólnym nie były niczym niezwykłym, ale w tej chwili oznaczały, że szlaban się już skończył i James równie dobrze mógł opowiadać pozostałym Gryfonom jak bohatersko uśmiercił potwornego Ślizgona.
Kitty nie pomyliła się za bardzo, bo kiedy już mogła rozróżnić słowa, do jej uszu dotarło:
− …wtedy zgiął się w pół, skomląc jakieś śmieszne groźby.
James wykonał pozę bohatera, a Syriusz i Peter pokładali się ze śmiechu. Paru innych Gryfonów też się śmiało, ale jej spojrzenie na Remusie, który jako pierwszy zauważył jej pojawienie się w pokoju wspólnym. Chciała wierzyć, że przynajmniej on się nie śmiał, ale nie była pewna, czy nie przestał po prostu na jej widok. Prawdopodobnie tak było. Wszyscy koledzy Jamesa mieli wspólnie tylko połowę mózgu.
Ich spojrzenia spotkały się na chwilę, ale Kitty była bardziej zainteresowana poruszeniem, które wywoływała historia Jamesa.
− Coś ty znowu zrobił? − zapytała, kierując swój wzrok na brata.
James powinien się poczuć zagrożony, ale za grosz w nim było instynktu samozachowawczego. Kitty miała wrażenie, że to była taka główna cecha męskiej części Gryffindoru. Nie tracąc niczego z pozy bohatera, James odwrócił się do niej; prawdopodobnie oczekiwał, że i ona również będzie z niego dumna, albo przynajmniej się trochę uśmiechnie.
− Pokazałem Traversowi, gdzie jego miejsce. Więcej się do ciebie nie zbliży.
− Żebyś widziała, jak mu nos rozkwasił! − dodał rozbawiony Syriusz.
Kitty zamrugała szybko. Wyraźnie ciężko było jej uwierzyć, w to co właśnie usłyszała. Teraz w ślad za Remusem, również Peter poszedł po rozum do głowy i przestał się śmiać. Kitty tym razem miała spódnicę z kieszeniami, toteż miała również różdżkę pod ręką, a dodatkowo nie miała żadnych świadków, którzy mogliby jej dać szlaban za niecne, różdżkowe zamiary. Trwało to dość szybko, ale James, mimo że miał o rok mniejsze doświadczenie z czarowania, nie miał problemu, by obronić się przed rzuconym zaklęciem.
− To nie twoja sprawa, z kim się spotykam.
James bez problemu obronił się również przed drugim zaklęciem. Abby tymczasem odsunęła się trochę od Kitty w obawie przed rykoszetem, bądź łokciem, którym Kitty bardzo żywo poruszała podczas rzucania zaklęć.
− Moja, jeżeli sama nie potrafisz wybrać sobie normalnego faceta, nie Ślizgona! OPANUJ SIĘ.
Kitty opuściła różdżkę, widząc że i tak niewiele zdziała w ten sposób. Liczyła na efekt zaskoczenia, ale James był zbyt czujny. Najwyraźniej nie był tak głupi, jak jej się momentami wydawało.
− Powiedz jeszcze, że taki Syriusz byłby lepszym kandydatem − powiedziała trochę spokojniej, czym wywołała ciche oburzenie obserwatorów; może brak instynktu samozachowawczego nie było tylko męską domeną.
− Kitty, nie − wtrąciła cicho Abby, która jako jedyna pozostawała tą logicznie myślącą, ale Kitty udawała, że tego nie usłyszała.
Oboje z Jamesem spojrzeli w stronę Syriusza, który momentalnie przestał się śmiać i wyglądał na trochę przestraszonego nagłym przejęciem uwagi całego pokoju wspólnego. Normalnie byłby przeszczęśliwy − w końcu lubił być w centrum uwagi, ale raczej nie w ten sposób. Szybko się rozejrzał w poszukiwaniu innego Syriusza, na którego mógłby zrzucić całą uwagę, ale kiedy takowego nie znalazł, uniósł ręce w obronnym geście.
− Mnie w to nie mieszajcie.
Kitty uniosła brew. Sam się w to wmieszał, kiedy swoim brakiem wychowania i nieumiejętnością przewidywania konsekwencji swoich czynów, wskazał ją palcem podczas balu − teraz niech cierpi.
James ostatecznie wykrzywił usta i wzdrygnął się na samą myśl.
− Jeszcze gorzej − stwierdził.
Syriusz automatycznie zapomniał, że jeszcze kilka sekund temu powiedział, żeby go w to nie mieszać.
− Że niby jestem GORSZY dla twojej siostry od ŚLIZGONA?
Do Kitty w końcu dotarł absurd całej tej sytuacji, bo oto właśnie Syriusz Black zaczął przekonywać Jamesa, że byłby idealnym chłopakiem dla niej. Kitty była przerażona. To nie tak, że Syriusz jej się nie podobał, bo trzeba byłoby być ślepym albo kłamcą, żeby stwierdzić coś takiego. Może nawet wizja umawiania się z Syriuszem nie wydawałaby się tak idiotyczna, gdyby nie to, że w ostatnie wakacje wprowadził się do ich domu.
Kitty już pierwszego dnia odczuła, że przybyło jej młodszych braci, a jeden młodszy brat to i tak już zbyt wiele! W szczególności, że z tym nowym bratem nie mogła znaleźć wspólnego języka; tak jak wcześniej w szkole nigdy nie mieli takiego problemu, to po wspólnym zamieszkaniu Kitty miała tylko ochotę otruć go, kiedy spał. Tak więc, o ile do obecności Jamesa i jego irytujących nawyków przez te szesnaście lat zdążyła się przyzwyczaić, tak Syriusz był nie do wytrzymania przez te dwa miesiące. Przede wszystkim jeżeli chodziło o jego nawyki łazienkowe, które, na pierwszy rzut oka każdego dnia się zmieniały, na pewno miały jakiś spójny wzór. Nikt nie mógł być tak po prostu aż takim chodzącym chaosem. Poza tym wszędzie zostawiał czarne kłaki i za każdym razem wina spadała na Kitty. Tak jakby nikt nie pamiętał, że przed wprowadzeniem się Syriusza, nigdzie żadnych włosów nie było. Może dlatego, że Kitty posiadła tę umiejętność, której niektórym brak − musiała sprzątać po sobie.
Kitty poczuła czyjś dotyk na ramieniu, co wyrwało ją z zamyślenia. Z początku spodziewała się Abby, dlatego zdziwiła się, kiedy spotkała się ze spojrzeniem Remusa. Nawet nie zauważyła, kiedy znalazł się tak blisko niej.
− Powinnaś iść do Philipa − powiedział, a ona momentalnie przypomniała sobie, od czego ta dyskusja się zaczęła. Od rozkwaszonego nosa Philipa!
− O Merlinie, mam nadzieję, że nic mu nie jest.
Uśmiechnęła się blado do Remusa, chociaż wciąż była zła na niego, jak i na resztę najlepszych kolegów Jamesa. Bo Remus na pewno był przy tej sytuacji i na pewno nie zrobił nic, żeby powstrzymać rozlew krwi.
Nie zwracając uwagi na ożywioną dyskusję Jamesa i Syriusza, wyminęła ich i wybiegła z pokoju wspólnego. Może powinna była zapytać Remusa, gdzie ostatni raz widzieli się z Philipem, ale już nie chciała się cofać. Biorąc jednak pod uwagę, co powiedział na samym początku Syriusz, to cel mógł być tylko jeden − skrzydło szpitalne. Chyba że Philip sam sobie potrafił poskładać nos, albo postawił być dumny do końca i wykrwawić się gdzieś na pierwszym piętrze w okolicy gabinetu profesor McGonagall albo w drodze do lochów. Kitty po cichu liczyło, że nie udało mu się do tych lochów dotrzeć, bo wtedy musiałaby się mocno nakombinować, by go stamtąd wywabić. A Ślizgoni z reguły rzadko byli pomocni, jak widzieli czerwono-złoty krawat.
Kitty miała jednak trochę szczęścia, bo kiedy kierowała się już w stronę skrzydła szpitalnego na pierwszym piętrze, Philip wyszedł jej na przeciw. Zawahał się, jak ją zobaczył, może nawet chciał gdzieś uciec, ale ostatecznie zatrzymał się i czekał, aż do niego podejdzie.
− Co się stało? − zapytała od razu.
Philip odwrócił wzrok. Był wyraźnie zdenerwowany, ale wcale jej to nie dziwiło. Tymczasem plamki krwi na jego śnieżnobiałym kołnierzyku tylko potwierdzały słowa Syriusza. Że też James nie mógł sobie darować pokazu siły! Chociaż trochę ją zdziwiło, że po pierwsze, Philip był tym poszkodowanym (no dobra, niby mieli przewagę, ale podejrzewała, że James zdecydował się na samotne szukanie sprawiedliwości), a po drugie, że polała się krew. Co oni za zaklęć używali?
− Wziął mnie z zaskoczenia − odpowiedział w końcu i westchnął ciężko. Był lekko zaczerwieniony, ale Kitty nie była pewna czy ze wstydu, czy złości. Niby wiadomo, że był wściekły, ale jednak dać się zaskoczyć młodszemu Gryfonowi uwłaczało wszystkim Ślizgonom.
− Nie widziałeś różdżki?
− Nie widziałem pięści.
Kitty aż otworzyła usta ze zdumienia. To nie było podobne do Jamesa, który wiecznie się przechwala, jaki był świetny z zaklęć i pojedynków! Żeby doprowadził do zwykłej, mugolskiej bójki? To już było przegięciem z jego strony.
− Przepraszam cię za niego, zupełnie nie…
Philip przerwał jej machnięciem ręki. Nagle zrobił się wyjątkowo spokojny, nawet jak na niego.
− Kathleen. − Spojrzała na niego czujnie. − Tych parę miesięcy było miłych, ale nie chce mi się codziennie użerać z twoim bratem, więc myślę, że to tyle.
Kitty przechyliła głowę i zrobiła naprawdę głupi wyraz twarzy. Teraz to już zupełnie nie wierzyła, co się wokół niej działo. Najpierw szlaban, potem kłótnia z Jamesem, teraz to? Jakiś naprawdę nieśmieszny żart. Niby wiedziała, że Philip zawsze cenił sobie spokój i swobodę, ale nie sądziła, że aż do tego stopnia.
Kitty nie odpowiedziała od razu, więc swoim sposobem unikania dramatycznych sytuacji, Philip postanowił nie czekać dłużej na jej odpowiedź i zwyczajnie się oddalił. Prawdziwy mężczyzna.
− TRAVERS − krzyknęła za nim, ale ten już skręcił na klatkę schodową.
Wydała z siebie dźwięk frustracji zbliżony do głośnego i długiego ugh, po czym fuknęła na najbliżej wiszący obraz. Ciągle zapominała, że w tym zamku wszyscy byli wiecznie obserwowani.
Przynajmniej wciąż miała ładną fryzurę i nikt jej tego nie odbierze.

Człowiek człowiekowi wilkołakiem: 02

Pod znakiem borsuka: Trudne początków początki

Florence Jezebel Yaxley patrzyła w lustro, a lustro patrzyło w nią.
W powietrzu wyczuć można było jakieś napięcie, tak jakby nie ścierała się tu z sama sobą szesnastoletnia dziewczynka, a dwie armie, gotowe nie tylko do ataku, ale też i do rozboju, i gwałtu. A wszystko rozchodziło się o perfekcję, a raczej jej brak i niemożność jej osiągnięcia. Widzicie, Florence uzależniona była od perfekcji, a raczej jej braku w samej sobie i lustro było jej narkotykiem, ecstasy na jej samoudręczenie.
A przecież nie było z nią tak źle. Wysoka, szczupła, z twarzy też w miarę… przyjemna, nawet w swoich własnych, krytycznych oczach nie była porażką. Była przyzwoita. Taka właśnie, na miarę swoim możliwości, niespecjalna, ładna ale bez przesady, urocza ale bez błysku w oczach, z biodrami, na które się spojrzy, ale zaraz się o nich zapomni.
Ze złością zrzuciła z siebie buty na obcasach, bo przez sekundę wydawało jej się, że znowu urosła i to o całe dwa cale. Od czasu, gdy w trzeciej klasie dobiła pięciu stóp i ośmiu cali, w kółko wpadała w te wzrostową paranoję, przekonana, że chociaż w jej wieku dziewczyny wprawdzie już nie rosną, to Phil Bardsley dolewa jej do herbaty SzkieleWzro. Ale i brak butów w niczym nie pomógł i tylko tak głupio stała, bosa, przed tym lustrem, a Florence zza tafli przewracała na nią oczami.
Że tez musiało jej się trafić lustro z takim parszywym charakterem.
– Spokojnie – wyszeptała zdecydowanie nerwowo. – Musisz być spokojna.
Prawą dłonią przejechała po spódnicy, poprawiając jakiś niefortunny plis i spojrzała w lustro jeszcze raz, biorąc przy tym wielki, olbrzymi łyk powietrza. Nie wiedziała, co mogłaby jeszcze zrobić. Może poprawić francuski warkocz? W zasadzie mogłaby przecież, ta wstążka, którą wybrała, zlewała się praktycznie z kolorem jej włosów, tak blond, że prawie białych, a przecież miało być ją widać, tak? W ogóle jakiś krzywy był ten warkocz i na pewno…
– Florence! – Głos jej ojca ledwo przebił się do niej przez liczne drzwi i ściany, które oddzielały ją od salonu.
– Już, zaraz!
Nie było więc czasu na poprawianie warkocza. Szkoda. Z poprawionym warkoczem na pewno byłoby lepiej. A tak… A tak czasu zostało jej dość tylko na wyprostowanie plakietki prefekta, którą zdążyła już przyczepić do swojego swetra. Chociaż od listu z Hogwartu, w którym przyznano jej to stanowisko, minął już ponad rok, Florence wciąż nie mogła uwierzyć w swoje szczęście; w końcu nie była ani najpilniejszą, ani najmądrzejszą, ani nawet w zasadzie najgrzeczniejszą uczennicą na swoim roku. Czym zasłużyła sobie na ten zaszczyt?
Potem jeszcze tylko krótki rajd do szafy w poszukiwaniu płaskich butów i porzuconej tam wcześniej torebki, i mogła wychodzić. Jednak stojąc już w drzwiach swojego pokoju, przypomniała sobie o najważniejszym – i musiała zawrócić. Pięć sekund siedzenia na łóżku później (na wszelki wypadek) i znowu stała przed lustrem, patrząc na siebie poważnym wzrokiem:
– To będzie twój rok, Flossie. – Chociaż nie wyglądała jakby w to wierzyła. – To będzie rok, w którym Remus Lupin w końcu zaprosi cię na herbatę.
Próbowała się do siebie uśmiechnąć, ale niewiele z tego wyszło; chociaż zapewne Florence w lustrze i tak uśmiechała się o wiele bardziej przekonująco od niej samej.
– Florence!
– Już przecież schodzę!
I faktycznie – schodziła. Prawie. Strzepnęła jeszcze z ramienia jakiś niewidzialny pyłek, ściągnęła mocniej wstążkę na włosach i wybiegła z pokoju, tym pospiechem niwecząc cały trud, jaki włożyła w doprowadzenie siebie do porządku. Zwolniła dopiero w połowie wielkich schodów prowadzących do foyer ich domu; pewnie zleciała by z nich w takim tempie, przy tej niebezpiecznej kombinacji śliskich podeszew i drogich marmurów, ale na szczęście przed połamanymi żebrami uratowała ją mina jej ojca.
Lista rzeczy, które pochwalał Corban Yaxley nie była specjalnie długa, a już na pewno nie znajdowało się na niej bieganie po schodach. Ojciec Florence mógł pół życia spędzić zarzekając się, że nie chce żyć tak, jak wymagała od tego jego pozycja i nazwisko – ale kiedy chodziło o niepotrzebne konwenanse, cóż, tych nie dało się tak po prostu wypielić. Flossię miała z tym łatwiej, wychowano ja wszakże w dość przy… przyjemnej? atmosferze, jeżeli faktycznie cokolwiek przyjemnego może się dziać w domach z marmurowymi schodami; ale dla Corbana nie było już ratunku.
– Nie musisz aż tak się śpieszyć – zauważył szorstko, mierżąc ją spojrzeniem cala jej drogę w dół. – Pociąg z pewnością na ciebie zaczeka.
– Bardzo jesteś zabawny.
– Nie żartuję. Maszyniści też jakoś zarabiają.
Gdy stanęli ze sobą wreszcie twarzą w twarz – a raczej nosem w szyję – nikt nie mógł mieć już wątpliwości, że oto rozmawiają ze sobą ojciec z córką. Wprawdzie Florence miała na tyle szczęścia, że rysy twarzy odziedziczyła po swojej o wiele delikatniejszej matce, jednak wszystko inne – od mimiki przez kolorystykę aż do samego sposobu, w jaki nerwowo przygryzali wargi – wszystko inne dzielili ze sobą sprawiedliwie.
– Nie wiem, czy ktoś ci o tym powiedział, tato – Florence zaczęła tym samym szorstkim tonem – ale lokomotywa jest zaczarowana i żaden maszynista nie jest jej do niczego potrzebny. Wiem to z bardzo zaufanego źródła. Sinead jest uzależniona od Historii Hogwartu.
Corban uśmiechnął się półgębkiem i wygładził jej włosy. Najwidoczniej ta obsesja perfekcyjności bądź jej braku tez była dziedziczna.
– A wiesz też, że nie musisz nosić mundurka poza Hogwartem?
– W przedziale prefektów nigdy nie ma się gdzie przebrać.
Nie było. Chyba że komuś nie przeszkadzało przebieranie się w męskim towarzystwie… a Florence miała z tym pewien problem. Nie, żeby była wstydliwa. Nie była wstydliwa. Wcale. Ani odrobinę. Może trochę. Po prostu nie lubiła ludziom świecić bielizną, ile by na nią nie wydała.
Rozejrzała się po pomieszczeniu. Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że zapomniała o czymś bardzo ważnym. Corban przyglądał jej się niespecjalnie cierpliwie; czekanie też nie było jego specjalnością.
Florence otworzyła usta, ale ostatecznie się nie odezwała.
– Twój kot – Corban nie wytrzymał. Zwykle pozwoliłby jej na te chwile absolutnego roztargnienia, ale mieli wyjść z domu jakieś pół godziny temu.
Uśmiechnęła się z zażenowaniem i stanęła na palcach, by pocałować ojca w policzek.
– Zaraz wracam ­– powiedziała szybko i ruszyła z powrotem w stronę schodów. – Luna!
***
Niby Lily przyzwyczaiła się już do tego, że jest czarownicą – ale peron 9 i ¾ co roku robił na niej równie silne wrażenie. Po wakacjach spędzonych ze swoją mugolską rodziną zapominała, jak wspaniała i… trudna do pojęcia potrafi być magia. Mogła każdą wolną chwilę spędzać przeglądając księgi z zaklęciami, ale to po prostu nie było to samo.
Z lekko otwartymi ustami przyglądała się czarownicom i czarodziejom odprowadzających na pociąg swoje dzieci, zapomniawszy, że w Londynie powinni ubierać się po mugolsku, nie w pełne szaty wyjściowe. Kufry latały na prawo i lewo naokoło niej, szukając swoich właścicieli, którzy ledwo pod koniec zeszłego semestru pojęli zaklęcie lokalizujące. Sowy huczały, przestraszone tłumem, hałasem i światłem, no i jeszcze kotami, które czaiły się na nie zza nóg swoich właścicieli, ciekawe tego, że taka kolacja została im podstawiona pod mokry, różowy nosek. Różdżki…
– Lily, wyglądasz, jakby cię ktoś kociołkiem w łeb strzelił i uszkodził ci dobry kawał mózgu. – Usłyszała za plecami znajomy, ukochany głos.
Jolene Hudges! W Hogwarcie nie było drugiej osoby, na której widok mogłaby ucieszyć się bardziej. Była jej przyjaciółką, powierniczką, ratowniczką, zbawicielką, wszystkim. Świat Lily zaczynał się i kończył na naleśnikach, które razem kradły ze stołówki i wyciągały dopiero wtedy, gdy wszyscy poszli już spać, a one we dwie, w swoich puchatych piżamkach mogły być wreszcie same w Lily łóżku i rozmawiać o wszystkim i niczym.
Czasami Lily zastanawiała się, jak w ogóle przetrwała pierwsze tygodnie Hogwartu bez Jolene. Z początku nie bardzo mogły się ze sobą dogadać; Lily większość czasu spędzała z Severusem i… Ale o Severusie nie było po co wspominać. Na Severusa przyjdzie jeszcze czas.
– Wcale tak nie wyglądam! – Uznała za swój obowiązek zaznaczyć. – Sama wyglądasz, jakbyś wpadła do kociołka wodnego trolla! Co ci się stało?
Faktycznie, zwykle przecież dość praktyczne i życiowo uporządkowane, te sto czterdzieści funtów (i, zdaniem Jolene, co najmniej o czterdzieści za dużo) teraz upaćkane było jakąś trudna do zidentyfikowania mazią. Bo chociaż wyglądało na to, że jej przyjaciółka zrobiła wszystko, co w jej mocy, by zmyć ją ze swojej skóry i włosów, to najwyraźniej wszystko okazało się niewystarczające.
– Barry dostał na urodziny swoją pierwszą różdżkę, a Ted przekonał go, że zna zaklęcie zmieniające owsiankę w budyń czekoladowy.
Lily westchnęła ciężko. Dzieciństwo w rodzinie czarodziei brzmiało dla niej jak marzenie; i chociaż bardzo kochała swoich rodziców (a nawet Petunię, czasami), dałaby wszystko, by dorwać się do Czasozmieniacza i Zamienic się miejscami z jakimś innym niczego nieświadomym rudzielcem, tak, by to ona mogła dziecięca różdżką niszczyć życie swojego starszego rodzeństwa.
Nie mogła się już doczekać swoich siedemnastych urodzin. Teraz tylko w Hogwarcie miała pozwolenie na czary; czy to nie było niesprawiedliwe? Przecież była odpowiedzialna. Dobrze wychowana. Nikomu i niczemu nie zrobiłaby krzywdy.
Nawet Petunii.
Czasami.
– Ziemia do Lily. – Z zamyślenia po raz drugi już wyrwał ja glos Jolene. – Tak się gapisz, jakbyś nigdy nie widziała latającego kufra.
– Wcale nie…
– A może to jakiś chłopak, co? Wypatrzyłaś jakiegoś przystojniaka?
Jolene stanęła na palcach – ale ze jej kości rosły raczej wszech niż wzwyż od samego dzieciństwa, nawet na tych palcach ledwo sięgała Lily do ramienia. Szanse na to, że wypatrzy kogokolwiek w tłumie, były zerowe.
Tyle, ze los, jak to los, bywa złośliwy; i swoja złośliwością lubi się popisywać w najmniej korzystnych momentach.
– Elijah Prewett na ciebie patrzy!
Z trudem powstrzymała odruch odwrócenia się w kierunku, który niesubtelnie wymachując rekami, wskazywała Jolene. Elijah Prewett. Jasne. Mogła już bardziej uwierzyć w to, że stal i patrzył na nią książę Karol, który nie dość, ze nigdy nie zetknął się z dziewczynka jej pokroju na odległość krótsza niż przewidywana przepisami bezpieczeństwa i korowodem policji,  to w dodatku nawet nie był czarodziejem i nijak nie dostałby się na peron.
Nie, żeby chciała, żeby patrzył na nią książę Karol. Książę nie książę, ale te uszy!
– Elijah Prewett na mnie nie patrzy, Jolene – powiedziała surowo. – Elijah Prewett nie wie nawet, że istnieję.
– Wszyscy wiedzą, że istniejesz, Lily. Rogacz się o to postarał.
A jednak mimowolnie się odwróciła; to był taki odruch duszenia, gryzienia, bicia, rzucania czymkolwiek we wszystkich ludzi, którzy przypominali jej o istnieniu Jamesa Pottera i tej jego wielkiej miłości. Ile razy można powiedzieć jednemu chłopakowi, że nie jest się zainteresowanym? No ile? Właśnie. I to zamierzała jakoś wytłumaczyć Jolene – siłowo lub słownie – gdy jej oczy, JEJ oczy spotkały się z oczami Elijaha Prewetta.
Na chwilę odebrało jej dech w piersiach; nie często bowiem zdarza się, że człowiek, którego nazwisko wypisuje się koło swojego dzień w dzień na okładkach wszystkich zeszytów, mimo dorosłego wieku lat piętnastu, cały rok, nagle jednak zdecyduje się na swojego prześladowcę spojrzeć. I chociaż szybko dotarło do niej, że było to raczej spojrzenie przypadkowe, tak, na pewno, to czuła się tak, jakby wygrała los na największej loterii świata.
***
Szminka Glendy Kendrick zostawiła na jej policzku pełny, różowy ślad – ale do tego była już przyzwyczajona. Do wytulania i rozczochrywania też. Ale czy to wszystko musiało się dziać tuż przed tym, jak zobaczy ją Remus? Nie mogły z tym poczekać do Hogwartu?
Nie, żeby nie tęskniła za swoja najlepsza przyjaciółką. Po prostu miała w życiu priorytety.
– Strasznie się przypaliłaś na tej Majorce – zauważyła Flossie, starając się wyrównać pogniecione w uścisku ubrania. – Wiesz, gdybyś była mugolem, mogłabyś od tego dostać… kraba? Chyba. Wypisałam się z mugoloznastwa, i tak nigdy nie miałam do tego pamięci.
– Co to krab? – nieśmiało spytała Dawn.
Dawn Somers była tak cicha i przezroczysta, że w zasadzie trudno było w ogóle zauważyć jej obecność. Florence ciągle zdarzało się o niej zapominać i zostawiać ją w rożnych miejscach jak opuszczonego, dziecięcego misia. Zresztą, sama Dawn byla takim uroczym misiem pysiem, porównanie samo cisnęło się na usta.
Teraz tez zdziwiona była jej nagłym pojawieniem się, chociaż przecież Puchonka rozmawiała z nią jeszcze zanim Glenda podeszła do nich na peronie.
– Taka choroba. Śmiertelna. Od słońca.
Florence za wszelką cenę chciała brzmieć profesjonalnie;  od czasu, kiedy odkryła, że cudem zwanym Remusem zdała suma z transmutacji na tyle dobrze, że teraz mogła kontynuować wszystkie wybrane przez siebie przedmioty, próbowała zacząć wczuwać się w rolę Poważnej Uzdrowicielki. A że twarz miała niespecjalnie skazana współczuciem, wychodziło jej to nad wyraz dobrze.
Gdyby jeszcze tylko poinformowanie o tym jej ojca wyszło jej równie dobrze, wtedy… Ale przecież postanowiła, że zmierzy się z tym w święta. Przerwy świąteczne wydawały się lepszym momentem na załatwianie takich spraw. Każdy moment, który nie był teraz, był odpowiedni.
– Mugoloznastwo to była taka straszna strata czasu – Glenda zamruczała tym swoim niskim głosem prawdziwej femme fatale i przewróciła oczami. – Cieszę się, że nie będziesz mnie już tam ciągać.
– Nie pojawiłaś się tam ani razu – zauważyła Florence.
– Widzisz? Tyle marudzenia na nic.
Florence pokręciła głową, zrezygnowana. Nie było siły we wszechświecie, która mogłaby zmusić Glendę do zrobienia czegoś, czego ona nie chciała – bo niby dlaczego miałaby zgadzać się na jakiekolwiek życiowe kompromisy? Była śliczna jak obrazek, śmigała na miotle jak marzenie i w gwiazdach zapisane było, że któregoś dnia wyjdzie za bardzo bogatego człowieka. Tak przynajmniej powiedziała jej matce wróżbitka, u której była tuż przed jej narodzinami; a że Kendrickowie nigdy nie skąpili złota na to, co najważniejsze, była to wróżbitka naprawdę dobrej jakości.
– Wcale nie…
– To co, Dawn, zgaduje, ze twoje wakacje tez były udane? – przerwała jej Glenda.
Dawn. Oczywiście. Florence nie mogła uwierzyć w to, że zapomniała o niej dwa razy w przeciągu paru minut. Z każdym rokiem miała z tym coraz większy problem. Jakby Dawn kurczyła się w praniu coraz bardziej i bardziej, i któregoś dnia miała już tylko pozostać pyłkiem na czyimś kołnierzyku.
Spojrzała w jej kierunku. Faktycznie, wciąż tam stała. Nie była pewna, czy jak odwróci głowę, będzie pamiętała, jak Dawn wygląda, ale teraz niewątpliwie była małą, rudą dziewczyną z bardzo piegowatym nosem, lekką nadwagą i parą przekrzywionych okularów. Jak stereotypowo. Może zbyt stereotypowo? Mimowolnie Florence zaczęła zastanawiać się, czy gdyby Dawn była metamorfomagiem, w ogóle by to zauważyła. Chyba nie.
– Bardzo – To była cala odpowiedz Dawn, z cichym B i odrobinę głośniejsza reszta.
Dlaczego w ogóle się z nią przyjaźniły? Zapomniały powiedzieć jej, że nie są zainteresowane?
– Brzmi, jakbyś miała nam strasznie dużo do powiedzenia. – Florence wymusiła na sobie przyjacielski uśmiech. Jeśli kobry bywają przyjacielskie, oczywiście.  – Ale będziemy musiały nadgonić już na uczcie. Obowiązki prefekta wzywają.
Schyliła się, by podnieść kufer i klatkę z bardzo niezadowoloną ze swojego stanu kotką; gdy się wyprostowała, przywitały ją równie niezadowolone oczy Glendy.
– No co?
– Znowu nie jedziesz z nami?
– Daj spokój, cały przedział i tak będzie wypchany. – Wzięła głęboki oddech. – Wy dwie, Phil, Elijah, a jak on to pewnie Octavian z Sinead… Siedzielibyśmy w ścisku.
– Nie widzę mojej przyjaciółki cały miesiąc…
– Który spędziłaś na Majorce.
Gdyby oczy Glendy mogły zabijać; ale na szczęście nie mogły i skończyło się tylko na krótkim, acz piorunującym spojrzeniu.
– Nie widzę cie cały miesiąc, a ty wolisz spędzać czas z tymi nudziarzami?
Florence, tym razem dziwnie świadoma obecności Dawn, próbowała zasygnalizować to najpierw niewerbalnie – drobnym mruganiem oczami i wywijaniem nimi na prawo i lewo w nadziei, że może jakimś cudem Glenda zrozumie, o co jej chodziło. Glenda nie zrozumiała. Jedyne, co jej pozostało to niemal niemo wyrzucić z siebie:
– Remus.
Na cale szczęście nie musiała się powtarzać; nie tylko dlatego, że obawiała się Dawn, o nie, czuła, że z Dawn wszystkie sekrety są bezpieczniejsze niż w Gringotcie. Po prostu wiedziała, że sam zainteresowany kręcił się już po peronie. Wcześniej w tłumie mignął jej jego profil – czy Remus nie miał po prostu idealnego nosa? Nie mogła tak ryzykować.
– Każdy facet na całym świecie byłby szczęśliwy mając takie cudo u siebie przy boku. – Florence bardzo w to wątpiła, ale postanowiła nie przerywać. – A ty musiałaś sobie wybrać takiego sztywniejszego od kija mojej miotły?
– Może trochę ciszej?
– Po prostu uważam, że marnujesz swój czas.
Przez chwilę nie odpowiedziała; nie przyjmowała do wiadomości, że mogłaby się mylić. Ostatnie kilka miesięcy zeszłego roku, w trakcie których Remusa widywała codziennie, bo przygotowywał ją do suma z transmutacji, były najlepszymi miesiącami jej życia. Tak świetnie się dogadywali! Przedmiot, który zawsze traktowała jak znienawidzoną wyższą konieczność nagle stal się tym, na który wręcz czekała – i kiedy sumy w końcu nadeszły i nie musiała się już nim zajmować, w zasadzie zaczęła za nim tęsknic. Te ostatnie dwa miesiące bez Remusa strasznie jej się dłużyły i już nie mogła się doczekać tego, jak znowu usiądzie kolo niego w klasie McGonagall.
Wiec nie, nie marnowała swojego czasu.
Z Glenda nie dało się jednak dyskutować; wyprostowała się wiec tylko i powiedziała:
– Zobaczymy się później.
Nie chciała odchodzić taka zdenerwowana, dlatego tez uśmiechnęła się jeszcze lekko do Dawn i dodała:
– Milej podroży.
Wiedziała, że jej podroż będzie po prostu idealna.
***
Spóźnili się. Jak zawsze. James mógłby spytać samego siebie, czy kiedykolwiek dotarli gdzieś razem na czas, ale byłoby to pytanie wyjątkowo retoryczne, a on przecież nawet sam do końca nie wiedział, czym pytanie retoryczne jest. Powinien spędzać więcej czasu z Lunatykiem. I by się czegoś nauczył, i może pojawiłby się gdzieś na czas.
Z Syriuszem było jak było.
W szczególności teraz, gdy całe jego życie wywróciło się do góry nogami. Niby zarzekał się, że wszystko z nim w absolutnym porządku, że przecież właśnie tego chciał całe swoje życie, że to jego decyzja – ale utrata rodziny, jaka by ona nie była, odcisnęła na nim jakieś piętno. Całe lato spędzili w Dolinie Godryka, próbując zapomnieć o tym, że świat jako taki w ogóle istnieje, ale przecież wakacje musiały się kiedyś skończyć, nie? A zderzenia z rzeczywistością nie należą przecież do przyjemnych.
– Nie ociągaj się, Rogaty, bo nam odjedzie! – Na ten przykład, trzeba było od nowa przyzwyczaić się, że Syriusz marudzi jak stara baba. Czasami miał ochotę powiedzieć mu, że z tym grymasem na pysku zaczyna przypominać swoja matkę, ale to byłby cios poniżej pasa. – No rusz się!
Ruszali się w zasadzie oboje. Na złamanie karku biegli w stronę przejścia na Peron 9 i ¾, przepychając się przez tłum mugoli, którzy najwyraźniej ślepi byli na kufry i klatkę z sowa, jakie ze sobą targali. Szybciej już nie dało rady. Mogliby się teleportować, jasne, ale bez pozwolenia pod koniec dnia wylądowali by raczej w Ministerstwie niż w Hogwarcie.
– To nie ja uparłem się, żeby jechać tym cholernym motorem!
Syriusz przystanął tak gwałtownie, że przez pierwsze kilkadziesiąt sekund James nawet nie zauważył, że staruszki taranuje już tylko jeden zestaw kufrów. Z nieświadomości wyrwało go dopiero szorstkie:
– Nie nazywaj Amabel cholernym motorem!
James odwrócił się i nieomal potknął się o własne nogi; był skonfundowany. Nie za bardzo wiedział, czy ma być zły, płakać, śmiać się, rzucać w tego idiotę butami… Nigdy wcześniej nie uczestniczył w tak absurdalnej sytuacji. Naprawdę mieli spóźnić się na pociąg przez taka bzdurę?
– Dałeś temu złomowi imię? – wyrzucił tylko z siebie, na więcej nie było go stać.
– I jeszcze złom, co? Źle cie dzisiaj przewiozła? Dziewczyna lata jak marzenie, wiadomo, trochę jeszcze turkocze jej w silniku, ale jak na jej wiek to przecież…
Przerwało mu bicie zegara. Najpierw pierwsze, nieśmiałe, zalotne. Takie słodkie: spójrzcie, no co tu ja tutaj. Rozchodzące się po ciele przyjemnym dreszczem, powoli, byle nie za szybko, przecież jeszcze mamy czas, będzie następna okazja, czy musimy wszystko tak od razu psuć?
Potem drugie i trzecie, już śmielsze, już rozochocone powodzeniem poprzednim. Takie w sam raz na to, by zawtórował mu skrzek sroki, tyle że na dworcach kolejowych nie żyją żadne sroki, ledwo mieszczą się tu gołębie, tyle ich tu jest, gołąb na gołębiu. A gołębie nie skrzeczą, co najwyżej gruchotają i to nie w rytmie, a na widok kanapek, bajgli, pasztecików, nawet frytek, byle pełnoglutenowych i ukradzionych komuś prosto z papierka.
Czwarte bicie zegara zaświeciło w oczach Jamesa najniebezpieczniejszym z błysków – błyskiem paniki, szybko odbitym i w oczach Syriusza. Małe trybiki w ich główkach pracowały na pełnych obrotach w rytmie tego bicia, ale dopiero to piąte, pełne, grzmiące sztormem i burza, wyrwało ich z tego stanu osłupienia, tego stanu niewierzenia własnym oczom.
I zanim mogło rozbrzmieć cudowne szóste bicie zegara, chłopcy zerwali się do biegu, powrócili do tratowania staruszek, którym na nic torebki i parasole obronne, nawet nie przepraszając nikogo po drodze, bo każde przeprosiny to dodatkowa sekunda, a im sekundy skończyły się jakieś pól godziny temu. Koło zegara, pod którym się kłócili, została tylko jedna, porzucona gazeta, jeden Prorok Codzienny, takie maleństwo, a ilu mugoli wyśle na czyszczenie pamięci!
Ale czy nawet najpiękniejsze siedem bić zegara mogło ich jeszcze uratować?
***
Przez te dwa miesiące, kiedy się nie widzieli, kiedy nie wymienili ani jednego listu i ani jednego zdjęcia, Florence zapomniała już prawie, jakie wrażenie wywoływał na niej sam widok Remusa Lupina. Z pamięci całkowicie wyleciało jej i wzmocnione bicie serca, i ciepło rozlewające się po całym jej ciele, a nawet i ucisk w żołądku, którego nie mogły wyjaśnić jej żadne podręczniki magomedycyny. Nie musiał nawet patrzeć w jej kierunku ani uśmiechać się, nic z tych rzeczy; wystarczyło, że był, nawet nie na wyciągnięcie dłoni, i Flossie traciła jakąkolwiek kontrolę nad sobą.
Tak jest teraz, gdy zobaczyła go na końcu korytarza, wychodzącego z przedziału dla prefektów. Sam Remus nie miał szansy jej zauważyć, dzielił ich bowiem prawdziwy tłum jedno- i drugorocznych, ale przecież ona nie mogła go przegapić. Z wrażenia aż przystanęła; co w zasadzie nie było najmądrzejszym rozwiązaniem ­– jakiś mały człowieczek wpadł na nią z rozpędu i to z takim rozmachem, że klatka, w której trzymała swoją kotkę wypadła jej z ręki.
– Szlag­ – warknęła do siebie i już była gotowa odejmować punkty i straszyć szlabanami, gdyby nie to, że Luna, korzystając z tej wyśmienitej okazji, wybiegła z klatki, a dzieciak, który na nią wpadł, schował się w przedziale, gdy odwróciła się za swoim kotem.
Nic nie szło zgodnie z jej planem. Luna kocim zwyczajem rozmyła się w tłumie i ślad po niej zaginął; nie było sensu rzucać się w szaleńczy pościg, jeszcze nie teraz, trzeba było odczekać aż ułoży się gdzieś do snu, leniwa bestia, i dopiero wtedy uderzyć. Jedyne, co Florence pozostało to wziąć się w garść, poprawić przekrzywioną zderzeniem spódnicę i wrócić do patrzenia na Remusa.
Remusa, który znajdował się o wiele bliżej niej niż to zapamiętała.
– Cześć – wyrzuciła z siebie ze zbyt entuzjastycznym uśmiechem.
– Wyglądasz jakbyś potrzebowała pomocy – Wskazał głową na kufer, który wciąż trzymała w ręce. – Mogę?
Nie tracąc głupiego uśmiechu ze swojej twarzy, Florence podała mu kufer – zbyt późno uświadamiając sobie, że przecież był obłożony zaklęciem lekkości i ważył nie wiele więcej niż skrzydełko bahanki. Remus wyglądał na zaskoczonego; ale szybko zmył zdziwienie ze swojej twarzy i wrócił do swojego zwyczajnego, spokojnego stanu.
Flossie uwielbiała ten spokój. Jego przyjaciele – James, Syriusz, a może nawet i Peter – byli uosobieniem chaosu w najczystszej postaci. Remus nigdy nie tracił gruntu pod swoimi nogami. A do tego wyglądał idealnie, taki wysoki i szczupły, z brązowymi włosami lekko opadającymi na brązowe oczy… Florence umiała docenić dobrą koordynację kolorystyczną; w końcu sama była cała stworzona z jasnoszarego puchu i nawet jej niebieskie oczy czasem bladły, by stopić się z całą resztą.
I tylko blizna Remusa na prawym policzku mówiła, że poza tym ideałem opanowania było w nim coś więcej – coś czekającego na to, by to odkryła, by położyła na tym swoje niecierpliwe rączki i dotarła do samego sedna… problemu.
– Gdzie Luna? – nawet nie zająknął się na temat lekkiego kufra.
Florence schyliła się, by podnieść z ziemi klatkę, ale Remus ją ubiegł; i chociaż ku jej rozczarowaniu ich dłonie nie zetknęły się przy tym w sposób wyjątkowo romantyczny albo jakikolwiek inny, udało jej się wymienić z nim niezręczny uśmiech, gdy zderzyli się głowami, i to musiało jej na ten czas wystarczyć.
– Zwinęła się, jak zawsze – odpowiedziała, niezbyt pośpiesznie wyprostowując się. Gdyby to od niej zależało, zostałaby na podłodze pociągu, chociaż zwykle takie miejsca były zbyt niehigieniczne dla jej stylu życia. – Kiedyś wróci.
– Powinnaś była kupić sobie psa, są o wiele lojalniejsze.
Z jakiegoś powodu bardzo go to bawiło; Florence nie rozumiała i nie miała tego nigdy zrozumieć, ale posłusznie uśmiechała się w odpowiedzi, bo i tak nie mogła się tego uśmiechu pozbyć.
– Psy nie znajdują się na liście zwierząt dozwolonych.
– Straszna strata, nie sądzisz?
Nie sądziła; łamanie regulaminu to nie było coś, czym interesowałaby się Florence, w szczególności zaś w imię kępy nikomu do niczego niepotrzebnego futra. Już otworzyła usta, by go o tym poinformować, ale powstrzymała się w ostatniej chwili; Remus nie musiał wiedzieć o tym, że nie lubiła psów, skoro tak bardzo był do nich przywiązany. Takie drobne różnice w dobrym związku zawsze da się jakoś zbalansować.
Ruszyła za nim w stronę przedziału prefektów.
– Jest wiele szkolnych regulacji, nad których zmianą popracowałabym, zanim przyszłoby mi do głowy mieszanie przy liście zwierząt dozwolonych – wyrzuciła z siebie na jednym oddechu. – Jak choćby nierozsądne pomysły na szlabany, jakie wpadają do głowy niektórym profesorom. Nikt nie sprawuje nad tym żadnej kontroli. Ty powinieneś o tym wiedzieć najlepiej. Czy to nie James z Syriuszem musieli w zeszłym roku pracować z centaurami w Zakazanym Lesie? W Zakazanym Lesie! Za-ka-za-nym. Gdyby ktoś się o tym dowiedział, i oczywiście miał w sobie tyle odwagi, by przeciwstawić się starczym fanaberiom Dumbledore’a, Hogwart dawno by już zamknięto.
Nie planowała wygłaszać żadnych przemów; czasami wychodziły z niej samoistnie, bez jakiegokolwiek pytania o pozwolenie. Dla człowieka, który lubił mieć wszystko pod ścisłą kontrolą, było to dość stresującym przeżyciem. Ale że większość tych słowotoków nachodziła ją w towarzystwie Remusa, jakoś sobie je wybaczała, tłumacząc, że to jego obecność aż tak ją inspiruje.
Remus pokręcił tylko głową i przytrzymał drzwi od przedziału tak, by mogła przez nie przejść pierwsza. W środku, jak zawsze, było pusto. Większość prefektów wolała spędzać podróż do Hogwartu w gronie przyjaciół i tylko nieliczni decydowali się na inne towarzystwo – a to i tak zwykle dopiero po pierwszych parędziesięciu minutach jazdy, gdy nadgonili już wszystkie wakacyjne ploteczki i wyprzytulali się z kim chcieli.
– Może masz rację – odpowiedział jej bez przekonania, wrzucając jej kufer na półkę z bagażem. Florence nie bez przebłysku samozadowolenia zauważyła, że jego znajduje się tylko kilka cali dalej. – Ale jesteś odrobinę zbyt surowa. Chłopakom nic się nie stało, ba, Syriusz wciąż utrzymuje, że była to przygoda jego życia.
– Syriusz nie ma zielonego pojęcia, co jest bezpieczne, a co nie.
– Też się tego czasami obawiam.
Spojrzał na nią znowu i przez moment w jego oczach zobaczyła smutek, którego zupełnie się nie spodziewała. Czy powiedziała coś złego? Przecież Syriuszowi nic nie było, tak? Znała tego bufona od dziecka, jeszcze z czasów, gdy jej ojciec utrzymywał kontakt z tą częścią magicznego świata, a sam Syriusz nie zdecydował, że nienawidzi swojej rodziny. Chłopak był nieśmiertelny. Tylko prawdziwa ignorancja i nieświadomość tego, że jest się wrażliwym na ból, chroniła człowieka w takim stopniu. A on opanował i jedno, i drugie.
– Dasz sobie tutaj radę sama? – Remus wyrwał ją z tych rozważań w samą porę; gotowa była już wygłaszać kolejną przemowę, tym razem może mniej przyjemną, na temat tego, jakim beznadziejnym człowiekiem był Syriusz Black. – Nie chcę cię tutaj tak bez nikogo zostawiać, ale muszę sprawdzić, czy Peter znalazł już Jamesa i całą resztę. Sama wiesz, ma tendencję do gubienia się.
Przez chwilę myślała, że się przesłyszała. Czy to oznaczało, że nie będą spędzać razem podróży do Hogwartu? Ale jak to? Czy nie była wystarczająco dobrym towarzystwem? Myślała, że… Szybko jednak uświadomiła sobie, że to przecież tymczasowe; Remus martwił się o swojego przyjaciela i musiał upewnić się, że wszystko było w absolutnym porządku. Prawda? Na pewno chodziło mu tylko o to.
– Jasne. Mam trochę lektur do nadrobienia.
– Znalazłaś Tajemne i Tajemnicze Tajniki Transmutacji III, tak, jak ci polecałem? – spytał, a gdy kiwnęła głową, dodał: – Świetnie. Zacznij od czwartego rozdziału, wiem, że to niekonwencjonalne, ale sama szybko zrozumiesz, dlaczego.
Uśmiech w końcu zszedł z jej twarzy.
– Dzięki, Remus.
– Zawsze do usług.
***
Patrzył, jak pociąg powoli zaczyna toczyć się w stronę dalekiej Szkocji, zdecydowanie bez niego na pokładzie i nagle cale jego życie stanęło mu przed oczami, jak w jakiejś tandetnej, mugolskiej noweli o umieraniu. Bo czy bez Hogwartu w ogóle miał jakieś życie? Rodzinę, której nigdy nie chciał? Przyjaciół, którzy zajęci będą zdobywaniem tytułów naukowych i całego świata?
Cóż, przynajmniej zostanie mu Rogaty. Z Rogatym zawsze było lepiej niż bez Rogatego; chociaż będzie musiał pamiętać, by stłuc mu mordę za Anabel. I za to, że się spóźnili, a teraz do końca życia będą już sprzedawać gazety, bo nie był za bardzo pewny, co innego mogą robić ludzie, którzy nie skończyli żadnej szkoły.
Może czas będzie złamać różdżkę i zostać mechanikiem? Z jego motorem szło mu nieźle i bez magii, a matkę mogło to w sumie zabić, więc…
– Bardsley do nas macha!
Faktycznie, Bardsley machał, i to dość energicznie. Wystarczyło się trochę skupić na tu i teraz, i trudno go było nie zauważyć. Taki kawal chłopa przecież z niego był, w sam raz na pałkarza, a i z talentem do uderzania tłuczkiem, naprawdę marnował się w tym Hufflepuffie. James kiedyś cos tam wspominał, że chętnie by im go podkupił, ale nawet Remus nie mógł znaleźć w regulaminie Hogwartu kruczka, który by to umożliwiał. A przydałby im się, oczywiście, każdy talent się przydaje, nie?
Na tylnim… balkonie, czy co to tam było, Syriusz nie był do końca pewny, ba, pewny był, że nigdy wcześniej tego nie widział, za Philem Bardsley stal tez Elijah Prewett. Ten nie machał, w końcu Prewettom nie wypada; bo chociaż może i był o wiele bardziej zrelaksowany od swojego brata bliźniaka, to mimo wszystko był szują niegodną niczyjego zaufania. A już na pewno nie zaufania Jamesa, który z uśmiechem na ustach biegł właśnie w jego stronę.
– Puśćcie bagaże, Elijah je wam przelewituje! – Phil krzyczał trochę za głośno jak na to, że i Syriusz, i James dobiegali już do pociągu.
Gdyby byli tu z Remusem, ten przejąłby się stanem swoich idealnie wyprasowanych i złożonych w kostkę koszul; na szczęście żaden z nich nie miał takich problemów i tylko sowa Jamesa wyraziła swoje oburzenie głośnym skrzekiem, gdy jej klatka z hukiem runęła o peron. Chwile później nie było jej jednak o wiele lepiej – chociaż tym razem zderzyła się z odrobinę przyjaźniejsza podłogą pociągu.
James, z pomocą Phila, wskoczył za nią pierwszy; Syriusz ociągał się trochę i o mało co, a pociąg przyśpieszyłby na tyle, że już by go nie dogonił. Ale ostatecznie złapał Phila za rękę i pozwolił się wciągnąć na pokład.
– Na ostatnia chwile dzisiaj, co? – Phil szczerzył do nich zęby. – Kiedyś wpakujecie się w coś, z czego nie da się już wyplątać.
– Nie istnieją rzeczy, z których nie da się wyplątać – James odpowiedział z pewnością, której nigdy nie brakuje młodym, odważnym i głupim. – Co wy tu w ogóle robicie? Elijah chciał jeszcze pomachać do mamusi?
Prewett, który w ogóle nie wyglądał tak, jakby potrzebował jeszcze mamusi, może raczej okładki jakiegoś magazynu, na której niewątpliwie kiedyś się znajdzie, parsknął śmiechem, ale Syriusz nie mógł się pozbyć wrażenia, że James nie rzucałby takimi żarcikami, gdyby wiedział, że właśnie zacienia więzy z człowiekiem, na punkcie którego z miłości szaleje Lily Evans.
***
Minęło pół godziny, a potem godzina, a potem półtorej – i nikt się nie pojawił. Po Remusie nie było ani śladu; tak jak po Lunie, ale jeśli chodziło o jej podróżne nawyki, w tym nie było akurat niczego dziwnego. Inni prefekci też jakoś nie kwapili się, by spędzać czas w swoim przedziale. I tak właśnie, mimo swoich skomplikowanych planów i postanowień, Florence została całkowicie sama.
Siedziała przy oknie z Tajemnymi i Tajemniczymi Tajnikami Transmutacji III na kolanach i próbowała się skupić na rozdziale czwartym, ale jedyne, do czego była zdolna, to czytanie jednej i tej samej linijki tekstu po stokrotność. Nie wiedziała, czy to wina jej niechęci do transmutacji, nastroju, czy może tego, że do końca życia każda zamiana książki w pytona będzie jej się kojarzyć z Remusem. Czuła, że było to jakieś skomplikowane połączenie wszystkich trzech czynników, z niezdrowo wysoką zawartością tego ostatniego.
Świat za szybą nie wyglądał zbyt obiecująco; im dalej na północ tym bardziej padało. Florence zawsze uważała, że Hogwart powinien znajdować się gdzieś w środkowej Anglii, tam, gdzie jest daleko od morza i pada najmniej. Ale nie. Ktoś postawił na Szkocję. To pewnie Salazar Slytherin liczył na to, że część niegodnych studentów poślizgnie się na śniegu i wpadnie do jeziora. Śnieg. Czemu musieli się uczyć gdzieś, gdzie czasem padał śnieg?
Z niepotrzebnym hukiem zatrzasnęła książkę. Dość tego użalania się za sobą; jeszcze chwila i będzie gotowa napisać wniosek o przeniesienie do brazylijskiej szkoły magii i przy odrobinie pecha będzie pierwszym uczniem, któremu taki wniosek zaakceptują.
Musiała coś ze sobą zrobić. Ale co? Powrót do Puchonów wiązał się z nieuniknionym tygodniem marudzenia Glendy i jej a nie mówiłam. Nie była pewna, czy to w ogóle jakaś alternatywa. Remusa… Remusa nie mogła tak po prostu poszukać, bo wyszłaby na desperatkę.
Może czas było znaleźć Lunę?
To w zasadzie nie był taki zły pomysł; a przynajmniej na tyle motywujący, że ani się obejrzała, a już szła korytarzem, zaglądając jeden po drugim przez szyby innych przedziałów, w nadziei, że los się do niej uśmiechnie i nie będzie musiała szukać jej tam, gdzie Luna zwykle bywała w takich sytuacjach. Naprawdę nie miała na to ochoty. Wolałaby już wrócić do transmutacji i samoudręczenia.
W połowie pociągu gotowa była już się poddać i wrócić do przedziału prefektów przegraną, już odwracała się na pięcie w niezgrabnym pół-piruecie, gdy los w swojej łaskawości jednak zesłał jej zbawienie.
James Potter wyszczerzył się na jej widok i pewnie przeczesałby swoim zwyczajem zbyt długą, czarną grzywkę, która opadała mu na oczy, gdyby nie to, że w rękach trzymał birmańską kotkę, dziwnie spokojną i zadowoloną z tego faktu, trochę wylewającą się poza jego ramiona z nadmiaru karmy wsypywanej codziennie do jej miseczki. Florence mimowolnie odwzajemniła ten uśmiech; bo chociaż zwykle James Potter nie był jej ulubionym towarzystwem, w obecnej sytuacji nie mogła za bardzo wybrzydzać.
I tylko jej serce zakłuło ją króciutko; świadomość, że jeśli jej kotka znalazła Jamesa to znalazła i Remusa, i że to on powinien ją przecież odnosić.
– Znalazłeś Lunę! – Nie mogła powstrzymać okrzyku radości.
James zbliżył się do niej, nie wypuszczając z uścisku kota.
– Twoja? – zapytał. – Wpadłem na nią wychodząc z łazienki. Urocze kocisko. Bardzo podatne na drapanie za uchem.
Kłucie w sercu już nie powróciło. Remus nie wiedział o Lunie. Oczywiście, że nie. Przyniósłby ją sam, gdyby James się z nim skonsultował. Jak mogła pomyśleć inaczej?
– Jest bardzo… nieposłuszna – odpowiedziała mu lekko przepraszającym tonem. Nieposłuszna nawet w połowie nie obejmowało tego, jaka była Luna. Ona żyła po to, by przeciwstawiać się Florence i wszystkiemu, w co wierzyła. – Przepraszam, że sprawiła ci kłopot.
– Kłopot? Co ty. Ty uważaj, żeby ci do mnie nie uciekła, myślę, że połączyła nas miłość aż po grób.
Florence pochyliła się, żeby pogłaskać Lunę po głowie. Ta, niezadowolona, próbowała uderzyć ją łapą – taka z niej była księżniczka.
– Myślę, że ta pozycja jest już zajęta.
– Przez kogo? – James udawał oburzonego. – Jestem gotowy wyzwać go na pojedynek na śmierć i życie. Łotr nie ma ze mną najmniejszych szans.
Przyłożyła dłoń do ust i wyszeptała szeptem wyjątkowo scenicznym:
– Mała ma drobną obsesję na punkcie Evana Rosiera.
Taka była niestety prawda – ilekroć Luna znikała jej z oczu, prędzej czy później Florence znajdowała ją w lochach Slytherinu, podążającą tylko i wyłącznie za Evanem Rosierem. Było coś niepokojąco prześladowczego w tej obsesji, która doprowadzała do śmiechu Rosiera, a samą Flossie do absolutnego szału. Czego by nie dała, by jej kot przyzwyczaił się do człowieka, który nie był socjopatą i koszmarem jej wczesnego dzieciństwa. Czy nie mogła upatrzyć sobie jakiegoś Krukona? Krukoni byli mili. W porównaniu z Evanem Rosierem wszyscy byli mili.
– Żartujesz?
Pokręciła głową; naprawdę chciałaby żartować, ale nic z tego. Jej przeznaczeniem było do końca życia ściągać Lunę z kolan Rosiera – bo Florence, przy swoim wrodzonym talencie do rozdmuchiwania spraw błahych czuła, że nawet po tym, jak obydwoje ukończą naukę w Hogwarcie, Luna jakoś znajdzie swoją drogę prosto w jego ramiona, choćby miała przejść całą Anglię, a nawet całą kulę ziemską.
James złapał kotkę za kark i podniósł ją na wysokość swoich oczu; z perspektywy Florence wyglądało to tak komicznie, zdziwiony kot i James marszczący brwi w fałszywym oburzeniu, że aż mimowolnie zachichotała, chociaż chichot, trzeba to podkreślić, nie leżał w jej naturze.
– Ty obrazo na kocim narodzie, ty zdrajczyni kociego rodzaju! Jak mogłem w ogóle spojrzeć w twoją stronę? Złamałaś mi serce, przebiegła myszojadko!
– Wiesz, James – próbowała brzmieć surowo. – To wciąż jest mój kot.
– Nie boisz się z nią spać w jednym pokoju?
– Nawet w jednym łóżku.
Podał jej kota, rozdziawiając przy tym usta w wyrazie udawanego zdziwienia. Zachichotała ponownie, nie za bardzo zdając sobie z tego sprawę, a on roześmiał się tym razem z nią, i tak stali, idioci, śmiejący się do kota na pustym korytarzu, kota, któremu nie podobały się nowe ręce i który robił wszystko, by się im wyrwać.
– Dzięki – powiedziała w końcu, ściskając przy tym Lunę odrobinę za mocno; ta w samoobronie dziabnęła ją w ramię, co z kolei spowodowało ciche syknięcie Florence, która w odwecie ścisnęła ją jeszcze mocniej. – Naprawdę nie chciałam zaczynać roku od Rosiera.
– To bardziej niż zrozumiałe.
James w końcu przeczesał grzywkę palcami; ten jego nawyk mógł niektórym wydawać się irytujący, ale dla Florence, z jej obsesją klasyfikowania wszystkich i wszystkiego, Jamesa Pottera bez niego po prostu nie było – stanowił o istocie jego istnienia równie mocno, co wiecznie po-tłuczkowe siniaki na jego ramionach czy ten szelmowski błysk w oku, gdy planował coś bardzo bardzo głupiego.
– Może… może jednak ci z nią pomóc? – spytał, patrząc na szarpaninę, która odgrywała się na jego oczach. – Mógłbym ci ją odnieść do przedziału, albo, no nie wiem, nie chciałabyś jechać z nami? Mamy puste miejsce, a Syriuszowi brakuje ochotników do Eksplodującego Durnia.
Wziął ją z zaskoczenia; czy naprawdę miałaby spędzić z nimi podróż do Hogwartu? Dałoby jej to okazję do spędzenia czasu z Remusem, ale czy na pewno była na to gotowa?
– Nie wiem… Nie wiem, czy to dobry pomysł – odpowiedziała po zdecydowanie zbyt długiej pauzie. – Ja i Syriusz tyle godzin razem w jednym miejscu.
Wzruszyła lekko ramionami; rozłożyłaby też ręce, gdyby właśnie nie odgryzała jej ich Luna. James wyglądał na zakłopotanego.
– Racja, zapomniałem. Przepraszam.
– Nie przepraszaj, nie ma za co.
– No ale… – Wziął głęboki oddech. – Przepraszam i tak.
Wbił wzrok w buty. Florence też odwróciła głowę; po raz pierwszy od dawna nie wiedziała ani co ze sobą zrobić, ani co powiedzieć. Czuć się niezręcznie to jedno, ale czuć się niezręcznie i być Jamesem Potterem? Czy on przypadkiem nie był personifikacją wszystkich rodzajów pewności siebie?
– Poradzę sobie – wyrzuciła z siebie w końcu.
– Jesteś pewna? Mógłbym…
– Jestem.
Spojrzeli na siebie równocześnie; i obojgu z nich zrobiło się lżej na sercu, że to drugie też mimowolnie się rumieni, i aż się z tej lekkości do siebie uśmiechnęli. Nawet Luna przestała na chwilę się szarpać, pogodzona z faktem, że czy tego chce, czy nie, będzie musiała wrócić do swojej klatki i spędzić tam co najmniej kilka najbliższych godzin.
– Dzięki, Potter.
– Nie ma za co.

Pod znakiem borsuka: Trudne początków początki

Człowiek człowiekowi wilkołakiem: 01

Potrzeba przerwania mu w trakcie mówienia była przytłaczająca. Nigdy nie potrafiła cierpliwie czekać, aż ktoś skończy − zawsze musiała wtrącić swoje trzy grosze. I to nie tak, że mogła poczekać na chociażby dokończenie zdania, gdyby to zrobiła, to to, co chciała powiedzieć, przepadłoby w odmętach jej umysłu. Na to przecież nie mogła pozwolić! Abby często powtarzała, że powinna walczyć z tą skłonnością, ale to było silniejsze od niej. To tak jak powiedzieć palaczowi, że ma przestać palić. Do tego potrzebna jest ciężka praca, a Kitty nie miała takiego samozaparcia. Ale kto w wieku siedemnastu lat ma?
− Kocham tę piosenkę! − powiedziała więc, wchodząc Philipowi w słowo. Był trochę zaskoczony, ale powinien był się już przyzwyczaić do jej zachowania. Nie było to w końcu nic niezwykłego, chociaż wyraźnie chciał dokończyć historię. Nie można powiedzieć, że Kitty straciła zainteresowanie (może trochę, raczej małomówny Philip jak już zszedł a jakiś interesujący go temat, to nie potrafił skończyć) − po prostu musiała podzielić się tą informacją. I liczyła, że Philip coś z tą informacją zrobi.
Philip przez krótką chwilę nic nie mówił, prawdopodobnie analizował możliwości. Zawsze to robił. Nie było jednak o czym myśleć i Kitty wiedziała, że jest tylko jedna rzecz, którą mógł zrobić. Nie zawiódł jej oczekiwań.
Najpierw przez jego twarz przemknął mu uśmiech, trochę zrezygnowany, ale zawsze uśmiech. Kitty uwielbiała jak się uśmiechał − za każdym razem robiło to na niej wrażenie. Za każdym, bo nie zdarzało się to zbyt często. Należał do tego spokojnego i trochę zbyt poważnego typu ludzi, których wśród Ślizgonów było nadzwyczaj wielu. Ale podczas, gdy przy większości znanych jej Ślizgonów pod tą powagą kryło się wieczne zniesmaczenie otaczającym światem, tak u Philipa tego nie wyczuwała. Był po prostu poważny. I uśmiechał się do niej raz na jakiś czas.
Chwycił ją za rękę i poprowadził w stronę centralnej części Wielkiej Sali, gdzie zwykle stały stoły Krukonów i Puchonów. Teraz nie było stołów, była tylko duża przestrzeń zapełniona bawiącymi się uczniami. Otóż w Hogwarcie odbywał się bal. I to nie byle jaki bal! Bal z okazji Nocy Duchów, a namawianie dyrektora na zorganizowanie go trwało od poprzedniej Nocy Duchów. Na początku roku szkolnego wszyscy byli już zrezygnowani, stracili nadzieję, że kiedykolwiek w Hogwarcie odbędzie się jakiś bal, a tu pewnego październikowego poranka dyrektor ogłosił bal. Ależ to było poruszenie!
Kitty nie wspomina dobrze tego poruszenia, bo zamiast ekscytować się nadchodzącym balem, ona miała niecały miesiąc na przekonanie Philipa żeby chociażby rozważył uczestniczenie w balu. A to wydawało się jeszcze trudniejsze od namawiania dyrektora na zorganizowanie go.
Philip jednak w przeciągu ich paromiesięcznego związku rzadko kiedy zawodził oczekiwania Kitty. A skoro już wmieszali się w bawiący się tłum, Philip zakręcił dziewczyną w rytm szybkiej muzyki. Czarna sukienka Kitty uniosła się pod wpływem obrotów i odsłoniła na krótką chwilę jej blade kolana. Tylko na chwilę, bo Philip nie chciał, żeby Kitty straciła równowagę od tego całego kręcenia się, więc przyciągnął ją do siebie, a brzeg sukienki, zgodnie z zasadami grawitacji, opadł i zasłonił kolana.
Philip wspominał wcześniej, jako argument przeciwko pójściu na bal, że nie tańczy. Kitty odebrała to jako brak umiejętności tanecznych. Teraz jednak coś tu nie pasowało. Nie była oczywiście żadnym znawcą, bo sama nigdy nie uczyła się tańczyć, ani też specjalnie nie miała poczucia rytmu, ale Philip z pewnością wiedział co robi. Po prostu musiał mieć jakiekolwiek umiejętności, skoro nie dopuścił, żeby Kitty nadepnęła mu, ani komukolwiek w okolicy na buty. Nie żeby się starała, oczywiście. Jest to jednak całkiem możliwe, jak ma się dwie lewe nogi.
− Mówiłeś ostatnio, że nie tańczysz − odezwała się w końcu.
− Bo nie tańczę. Ale potem byś mi przez miesiąc wypominała, że nie chciałem z tobą tańczyć.
Philip nie lubił utrudniać sobie życia. Prawdopodobnie dlatego zgodził się w ogóle na pójście na bal. Kitty natomiast, jak to zwykle, kiedy mówił tego typu rzeczy, nadęła policzki i odwróciła głowę.
− Wcale bym nie wypominała.
Wiedziała, że dokładnie to by robiła, ale to nie oznaczało, że miała mu przyznać rację, kiedy ją tak jawnie obrażał. Philip westchnął cicho, nachylił nad nią i pocałował w skroń. Zerknęła na niego kątem oka i uśmiechnęła figlarnie. Nie zdążył się wyprostować, bo zarzuciła mu ręce na szyję i pocałowała w usta. Nie zdarzało im się to specjalnie często w miejscach, gdzie było tyle ludzi, ale Kitty poniosła chwila. W końcu bal, taniec, alkohol, którego jeszcze troszkę zostało ukrytego w piersiówce Philipa. Oczywiście nie była pijana, aż tyle tego alkoholu nie było (podczas zwyczajowych imprez w pokoju wspólnym alkoholu było dużo więcej, ale wtedy też łatwiej ukrywać się przed nauczycielami pilnującymi porządku).
Nie przejmowała się tym, że być może przeszkadzają jakimś innym uczniom w tańczeniu, Wielka Sala zgodnie z nazwą, była wystarczająca duża, by inni mogli się przesunąć.
Pocałunek nie trwał jednak zbyt długo. Do uszu Kitty dotarł znajomy głos. Nie musiała się nawet odwracać w stronę, z której dobiegał ten głos, by wiedzieć, że to się nie skończy dobrze. Teraz tylko pytanie: dla kogo?
− Stary, patrz, coś się przyssało do twojej siostry − powiedział rozbawiony Syriusz i, nie znając zasad dobrego wychowania, wskazał palcem na Kitty i Philipa.
Kitty odsunęła się nieznacznie od Philipa, który momentalnie się wyprostował − był przynajmniej o dwie głowy wyższy od niej, i spojrzała wprost na Syriusza. Jak zwykle robił wrażenie, może nawet bardziej niż zwykle. Syriusz był jak zwykle przystojny, włosy zaczesał do tyłu i miał na sobie elegancką szatę wyjściową, przy której szaty jego kolegów, którzy stali trochę z tyłu, jakby nie chcieli się w to mieszać, wyglądały jakby były kupione na wyprzedaży szat używanych. Kilka tańczących par również się zatrzymało i albo też podziwiali ten widok, albo byli zainteresowani tym, co się dzieje, ale Kitty podejrzewała raczej to pierwsze.
Teraz jednak Kitty nie miała czasu być pod wrażeniem wyglądu Syriusza, który z roku na rok przechodził samego siebie, bo wiedziała, że zaraz polecą głowy. Gdyby nie to, że grzywka Kitty sięgała oczu, można byłoby zaobserwować drgającą ze złości brew, ale zmrużone powieki mogły sugerować, że była zdenerwowana. Jednak przy tym, co mógł w tej chwili myśleć Philip, Kitty była zupełnie spokojna i pogodna − w końcu nienawidził Syriusza Blacka i jego kolegów, jak z resztą wszyscy inni Ślizgoni. Ale czemu się dziwić, skoro prawie wszystkie żarty i żarciki Syriusza i Jamesa uderzały właśnie w Ślizgonów. Ich rówieśnicy często planowali zemstę z różnymi efektami, ale sam Philip nie zniżał się do tego poziomu. Po prostu pałał do nich cichą nienawiścią, której Kitty starała się nie komentować, ani też w ogóle poruszała tego tematu. Było to nawet łatwiejsze niż podejrzewała.
Jakoś w momencie, kiedy zaczynali się spotykać, Kitty zasugerowała, żeby zachować to w tajemnicy przed Jamesem, a Philip przyjął to z ulgą. Nie dlatego, że bał się konfrontacji z młodszym Gryfonem (a nawet jeżeli, to by się przecież nie przyznał), ale dlatego, że uważał to za niewarte zachodu. James zawsze był przesadnie głośny i zwykle najpierw rzucał zaklęcia, a potem dopiero zadawał pytania.
Kitty zapobiegawczo stanęła pomiędzy Philipem a zbliżającym się Jamesem. Nie było takiej potrzeby, mieli zbyt wiele świadków, żeby miało dojść do rękoczynów.
Jamesowi zapewne nasuwało się na język wiele słów, o których znajomość nikt by nie podejrzewał dobrze wychowanego szesnastolatka, ale ostatecznie poprzestał na:
− Odpieprz się od mojej siostry, gumochłonie!
Wyrafinowany język Jamesa sprawił, że Kitty zaczęła się wstydzić, że jest z nim spokrewniona. Wiadomo, kochała Jamesa na swój sposób − był w końcu jej młodszym bratem. Zwykle przymykała oczy na głupoty, które robił i zawsze przekonywała matkę, że jest najzdolniejszym i najgrzeczniejszym uczniem w szkole (z różnym efektem). Może też dlatego James, w ramach wdzięczności, postawił sobie za punkt honoru by obronić siostrę przed Ślizgonem.
− Gumochłonie? − powtórzył Philip przez zaciśnięte zęby, zanim Kitty zdecydowała to jakoś skomentować. Był wściekły, można było to bardzo łatwo poznać po jego tonie i spojrzeniu. Był też trochę spięty. Kitty ukradkiem chwyciła go za rękę, licząc że może to go trochę uspokoi, ale było to wątpliwe.
− Racja, to obraza dla gumochłonów. Kitty, odsuń się od niego, bo jeszcze coś złapiesz.
Wyciągnął rękę do Kitty, ta jednak ani drgnęła. Prawdopodobnie jakby puściła rękę Philipa, ten by sięgnął po różdżkę, tym więc sposobem ratowała ich obu przed szlabanem (bo prawdopodobnie nawet nie zdążyliby sobie zrobić krzywdy przed nadejściem profesor McGonagall).
− Syriusz, zabierz mi z oczu mojego tępego brata zanim stracę cierpliwość.
Były to puste groźby, bo co ona mogłaby zrobić? James jednak nie musiał tego wiedzieć. Syriusz zaczął się śmiać na tę uwagę, sam był w końcu prowodyrem całej tej sytuacji, ale Kitty wiedziała, że sama nie przekona swojego brata do odejścia, a im dłużej tu stali, tym większa była szansa, że Philip straci cierpliwość. A Philip nie planował współpracować.
− Nie, Kathleen, niech najpierw powie, co ma powiedzieć.
James uśmiechnął się szeroko, a Kitty wykrzywiła usta. To po prostu nie mogło skończyć się dobrze, w szczególności, że James postanowił jednak wyciągnąć różdżkę.
− Zabierz łapy z mojej siostry, teraz.
To Kitty trzymała Philipa, nie on ją, ale teraz na przekór Jamesowi, uwolnił rękę i objął dziewczynę, która teraz najchętniej byłaby gdzieś w najdalszej części Hogwartu i nie miała z tym nic wspólnego. Teraz to Philip będzie jej wypominał, że namówiła go na pójście na bal. Perspektywa, kiedy to ona narzekała była jednak dużo lepsza, mogła o tym wcześniej pomyśleć.
Kitty była przekonana, że póki jest w zasięgu rażenia, James nie zdecyduje się rzucić żadnego zaklęcia, ten jednak przygotowywał się już do jednego − może był pewien, że nie trafi w Kitty − a Philip sięgnął po swoją różdżkę, kiedy całą salą wstrząsnął krzyk profesor McGonagall. Część uczniów, którzy byli najbliższymi świadkami sytuacji momentalnie się wycofała. Coś jednak Kitty przewidziała dobrze.
− POTTER!
Kitty się wzdrygnęła, mimo wszystko nie lubiła słyszeć swojego nazwiska wypowiadanego w ten sposób, mimo że nigdy nie było to skierowane do niej.
− Co się tu dzieje? − zapytała McGonagall zza pleców Jamesa. Ten wykrzywił wargi i szybko schował różdżkę, ale było na to już za późno.
− Koleżeńska wymiana zdań − odpowiedział, szczerząc zęby.
− Z użyciem różdżki?
− Sztuczkę chciałem pokazać, to chyba nic strasznego.
James potrafił być bardzo przekonujący i może by jakimś cudem nabrał przeciętnego nauczyciela, który nie miał z nim zbyt wiele do czynienia, ale próby przegadania profesor McGonagall zawsze kończyły się fiaskiem. W szczególności, że ani Kitty, ani tym bardziej Philip nie mieli zamiaru mu pomóc w tej sytuacji. Ten drugi z resztą sam się szlabanu spodziewał, w szczególności, że nawet nie fatygował się, żeby schować różdżkę.
− Szlaban − powiedziała w końcu, co nie było specjalnie wielkim zaskoczeniem. W końcu według regulaminu, używanie różdżek w celach niecnych jest karalne szlabanem albo utratą punktów (Kitty nie pamiętała dokładnie jak brzmiał ten punkt regulaminu, ale wydawało jej się, że mógł zawierać słowo niecny). − Wszyscy. Potter, Travers − zawahała się chwilę, kiedy spojrzała na Kitty. − Potter.
Syriusz wycofał się parę kroków, jakby jeszcze miała jego nazwisko wymienić, ale wyglądało na to, że nawet nie zwróciła na niego uwagi. Taka zniewaga z jej strony! Philip natomiast był wściekły, ale nie zdążył nic powiedzieć, bo Kitty się wtrąciła, jak to zwykle miała w zwyczaju:
− Ale ja nawet nie mam przy sobie różdżki! Ta sukienka nie ma kieszeni!
Kitty zaprezentowała brak kieszeni do poparcia swoich słów. McGonagall jednak, jak zwykle, była nieugięta.
− Jutro po zajęciach u mnie w gabinecie. Bez dyskusji.
I to właśnie w ten sposób Kitty otrzymała swój pierwszy w życiu szlaban. W dodatku za niewinność! Spojrzała groźnie na Syriusza, który był tego wszystkiego prowodyrem. Ten nie tracąc dobrego humoru, wrócił do Petera i Remusa, którzy w trakcie całej sytuacji byli na tyle daleko, by nie można było ich podejrzewać o współudział, ale na tyle blisko, że wszystko słyszeli. Kitty w tej chwili myślała tylko nad jakimś barwnym i widowiskowym sposobem uduszenia Syriusza Blacka.

Człowiek człowiekowi wilkołakiem: 01