Pod znakiem borsuka: Trudna sztuka jednostronnego kompromisu

Nie była pewna, czy wczoraj przypadkiem jej się nie przyśniło. Wróciła do pokoju nad ranem, mokra i półprzytomna, a gdy się obudziła, Glendy nie było nigdzie w pobliżu i nikt nie mógł potwierdzić tego, że rzeczywistość w istocie była rzeczywistością. Sobie nie mogła już ufać. Nie po tym, w co się wpakowała.
Florence Jezebel Yaxley rozpoczęła swoją bolesną niedzielę od zimnego, bardzo zimnego prysznica i krótkiej notatki do Jamesa Pottera. Jamesa Pottera! Czy naprawdę kiedykolwiek podejrzewała, choćby w swoich najśmielszych koszmarach, że spędzi jakiekolwiek… wczesne popołudnie wypisując listy do Jamesa Pottera? Kto miał być następny? Syriusz Black?
Wszystko, co święte, czy to właśnie czekało na nią w przyszłości? Nie kariera magomedyka a obśliniony pysk Syriusza Blacka? Na samą myśl robiło jej się słabo.
A to nie był czas na słabość. Musiała zachować absolutną świeżość umysłu na tyle, na ile było to możliwe w obecnych okolicznościach. Nie, kiedy w każdej chwili mógł pojawić się koło niej właśnie James Potter i musiałaby mu opowiedzieć o wszystkim, co przyszło jej do głowy pod prysznicem.
– Weź się w garść, Flossie. To wcale nie jest głupi plan.
Jej poziom zaufania do samej siebie naprawdę musiał być krytycznie niski, bo nie uwierzyła sobie choćby przez ułamek sekundy. Odkrząknęła i powtórzyła jeszcze raz:
– To wcale nie jest głupi plan.
– Gadasz do siebie?
Gdyby nie to, że bezpiecznie czuła się jedynie w pozycji siedzącej, niechybnie podskoczyłaby na dźwięk jego głosu. Kiedy podniosła głowę, by spojrzeć na jego roześmianą twarz okoloną okrutną dla jej aktualnego stanu ilością promieni słonecznych, zrozumiała, że może jednak, może odrobinkę, był to bardzo głupi plan.
Tyle że mleko już się rozlało. Była tu i teraz, na błoniach, James był tuż koło niej, a jej durna godność prawdziwego Perfekta nie pozwalała jej się wycofać z danego słowa.
– Upewniam się, że jestem stuprocentowo przygotowana ­– odpowiedziała, próbując  zachować zimną krew. Podejrzewała, że nie za bardzo jej to wychodziło. Jej oczy odmawiały współpracy i za nic nie chciały się otworzyć, nie, kiedy patrzyła prosto w aureolę wokół jego rozczochranej głowy. – Nie lubię nie być przygotowana. To nieprofesjonalne.
Nie mogła pozbyć się wrażenia, że James umierał ze śmiechu.
Jedną nogą szturchnął stosik pergaminów, leżący na ziemi tuż koło niej. Ostatkiem sił powstrzymała się przed skomentowaniem tego w jakikolwiek sposób, chociaż naprawdę, naprawdę miała ochotę go za to skarcić. Jak małe dziecko, które musi popsuć swoją zabawkę, no doprawdy.
– Ale że będziemy się uczyć? – spytał niewinnie, co wcale nie pomogło jej irytacji.
– Nie, James. Będziemy negocjować.
Gdyby nie to, że Flossie i tak nie podejrzewała Jamesa Pottera o przesadne pokłady intelektu, a więc i niewiele miał go do stracenia, gotowa była uznać, że od ostatniej nocy ogłupiał jeszcze bardziej. Przynajmniej na to wskazywała jego mina i podwójne mrugnięcie, które ją poprzedziło. Nawet oślepiona przez popołudniowe słońce nie mogła jej nie zauważyć.
Bez słowa próbowała mu zasugerować, że może jednak przestałby się wygłupiać i usiadł – w końcu słowa w ogóle do niego nie docierały – ale minęły może i nawet dwie minuty nim zrozumiał, co się do niego gestykuluje i w końcu przesunął się z linii koszmarnego prześwietlenia. Flossie tak ulżyło, że nie musiała już wypalać sobie oczu, że przez moment miała ochotę go za to przytulić; tylko moment, bo zaraz uświadomiła sobie, że profesjonalizm nie obejmuje przytulania współkonspiratorów.
Jedyne, co jej pozostało, to przygładzić sweter, wziąć głęboki oddech i…
– Przyniosłem ci śniadanie, chcesz? – James przerwał jej w momencie, w którym już miała zacząć mu opowiadać o istocie tabelek i kalendarzy, które przyniosła ze sobą na błonia.
Tym razem naprawdę mu się przyjrzała. I tak, nie dało się ukryć, że w swoich dłoniach James w istocie trzymał kwiecisty talerzyk z trzema bułeczkami. Być może nawet…
– Poziomkowe.
Mimowolnie wyszczerzyła się do niego w największym uśmiechu, na jaki było ją stać. Nie miała pojęcia, skąd James wiedział o jej miłości do poziomkowych bułeczek, ale aktualnie niewiele ją to obchodziło. Potrzebowała odrobiny szczęścia. Nawet z rąk nie tego Gryfona, co trzeba.
Ostatkiem sił powstrzymała się od wyrwania mu ich siłą; zresztą, Potter i tak był zbyt zajęty naśmiewaniem się z jej entuzjazmu, by jakkolwiek się z nią drażnić i, na przykład, próbować zatrzymać talerzyk dla siebie. Chociaż do tej pory nie czuła głodu, nagle zdała sobie sprawę z tego, że z nerwów nie jadła wczoraj cały dzień. I dzień wcześniej. W zasadzie poza wątpliwym ponczem Syriusza nie miała w ustach niczego od… od rozmowy z Remusem w bibliotece.
Kto jak kto, ale ona akurat nie musiała przechodzić na dietę.
– Kiedy zdążyłaś to wszystko napisać? – James wyciągnął się wygodnie na trawie i zaczął przeglądać jej pergaminy. Pierwszym, który porwał, była tabela pełna wyliczeń prawdopodobieństw warunkowych na wzbudzenie zazdrości różnych technik trzymania się za ręce.
Zanim mogła mu odpowiedzieć, musiała przełknąć wyjątkowo duży kawałek bułki, który akurat przegryzała. Tak, mogła umierać z głodu, wstydu, złamanego serca, bólu głowy i słabego towarzystwa, ale nie był to powód, by od razu rezygnować z podstawowych manier.
– To? To są tylko podstawy. Nie wiedziałam od czego zacząć.
– Ja nawet nie wiem, co połowa z tych szlaczków oznacza. – Przysunął pergamin, który czytał, tuż pod swój nos, udając, że bardzo się na nim skupia. – Jesteś pewna, że to ma znaczenie? Czy będę trzymał twoją rękę od prawej czy lewej strony?
– Lata studiowania Starożytnych Runów nauczyły mnie, że w badaniu przyszłości nic nie pomaga tak, jak właściwa metodyka pracy.
James spojrzał w jej kierunku, ale nie odpowiedział. Gdyby nie to, jak bardzo absorbowało ją połączenie właściwej metodyki pracy i poziomkowych bułeczek, może przejęłaby się intensywnością tego spojrzenia. Zwykle nie czuła się zbyt komfortowo pod taką ścisłą obserwacją. Zwykle wolała raczej bardziej trochę nie istnieć.
– Jeśli chcemy, żeby ten plan wypalił…
– Upaćkałaś się dżemem – przerwał jej, a kiedy nie odpowiedziała, dodał: – Na nosie.
Po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna, Flossie nie miała pojęcia, co powiedzieć.
***
Syriusz dogonił je gdzieś na schodach pomiędzy trzecim i czwartym piętrem; i chociaż zwykle z bieganiem po Hogwarcie radził sobie bardziej niż przyzwoicie, fakt, że szukał Glendy już od paru godzin, sprawdzając jedną po drugiej wszystkie wieże i inne ekstremalnie położone zakamarki, niezbyt korzystnie wpływał na jego kondycję. Dlatego też zanim w ogóle się odezwał, pierwsze parę sekund spędził na zginaniu się wpół i łapaniu oddechu, ku wielkiemu zdziwieniu Dawn, która właśnie odkryła, że Syriusz Black był jednak tylko człowiekiem, a nie starożytnym bogiem zesłanym na ziemię ku uciesze damskich oczu.
– Będziesz żył? – zakpiła Glenda, której nijak nie wzruszała obecna sytuacja Syriusza. Jasne, nie żeby nie kiedyś coś tam, ale aktualnie nie wyglądał on dużo lepiej niż statystyczny Peter Pettigrew. – Musimy cię eskortować do Skrzydła Szpitalnego?
– Bardzo… bardzo zabawne, Kendrick.
– Zrobiłeś się fioletowy – cicho dorzuciła od siebie Dawn.
Glenda parsknęła śmiechem, ale Syriusz nie wyglądał na najszczęśliwszego; nie pamiętał nawet, kiedy po raz ostatni rozmawiał z Dawn, nie miał więc pojęcia, że ta krótka uwaga nie była kolejnym zamachem na jego męską dumę a prawdziwym współczuciem. Faktycznie robił się fioletowy. Może jeszcze nie stuprocentowo jagodowy, ale zdecydowanie zmierzał w tym kierunku.
Dawn próbowała się do niego uśmiechnąć, ale sama wizja uśmiechania się do kogoś tak nadzwyczajnego jak Syriusz Black, nawet w wersji śmietany z jagodami, przerażała ją na tyle, że uśmiech nijak nie chciał pojawić się na jej twarzy. Jedyne, na co mogła się zdobyć, to krok w tył, tak, by mogła bezpiecznie schować się za plecami Glendy.
– Szukałem cię… cały… dzień.
Gdyby powiedział coś takiego jej, małej, nieistotnej, zapomnianej Dawn, czciłaby te cztery słowa do końca swojego życia. Tymczasem Glenda jedynie wzruszyła ramionami i rzuciła:
– Czego chcesz?
Syriusz w końcu złapał na tyle oddechu, by móc się wyprostować. Teraz, gdy już nie sapał jak gigantyczne psisko po intensywnym popołudniu w parku, obie dziewczyny zauważyły, że był czymś wyraźnie zaaferowany. Jednak nawet w tysiąc lat nie odgadłyby, co miał im do powiedzenia.
– To prawda? – spytał. – Rogacz i Flossie?
– Rogacz i Flossie co?
– No… Wiesz.
Glenda nie odpowiedziała. Wpatrywała się w Syriusza tak, jak gdyby naprawdę przemienił się nagle z Gryfona w jagodę, a potem zaczął stepować. Chociaż jeśli miałaby być szczera, w jej oczach prawdopodobieństwo Syriusza-jagody stepującego na schodach do wieży północnej wciąż było nieskończenie większe niż Flossie i Jamesa choćby rozmawiających ze sobą z własnej, nieprzymuszonej woli.
Nie, żeby z Jamesem było coś nie tak. Chyba. Glenda nie miała nigdy żadnych powodów by wątpić w jakość Pottera jako towarzystwa. Jasne, dla niej był trochę za niski i trochę zbyt żałosny w swoich jękach i stękach do Lily Evans, ale przynajmniej nie był Remusem Lupinem. Remusa Glenda nie mogła znieść najbardziej, taki był sztywny i nudny, i pozbawiony jakiejkolwiek joie de vivre. James nie był najgorszy.
Po prostu Flossie… Flossie też była specyficzna. Glenda kochała ją całym swoim sercem, ale nie dało się ukryć, że niespecjalnie nadawała się do interakcji z bardziej… normalnymi ludźmi. Nie żeby przez tyle lat nie udało się jej trochę ucywilizować, ale przed nimi wciąż była dość daleka droga, a obściskiwanie się z Jamesem Potterem mogło okazać się skrótem, którego biedna Florence by nie przeżyła.
– Flossie i James będą mieli dziecko? – niespodziewanie wypaliła Dawn, która z tego wszystkiego rozumiała jeszcze mniej niż Glenda.
– Co? – Glenda i Syriusz spytali unisono, w akcie pół-skonfundowania i pół-paniki.
Dawn skurczyła się i dosłownie, i w przenośni, gdy dwie pary bardzo intensywnych oczu wbiły się prosto w jej czoło. Dla człowieka, którego nigdy nikt nie zauważał, było to zdecydowane przekroczenie wszystkich norm bezpieczeństwa związanych z cudzą uwagą.
W zaistniałej sytuacji nie pozostało jej nic innego jak zacisnąć obie dłonie na krawędzi jej swetra i właśnie się skurczyć – najlepiej do rozmiaru guzika, o tak, guzik byłby wystarczający. Tyle że Dawn nie była też asem czarowania i mimo jej najwytrwalszych prób, nigdy nie udało jej się opanować samo-transmutacji; i chociaż bardzo bardzo chciała być guzikiem, nic jej z tego nie wychodziło.
– No… Mówiłeś, że Flossie i James, no i że wiemy – Dawn mówiła tak cicho, że i Glenda, i Syriusz nie za bardzo usłyszeli ją za pierwszym razem. Dlatego też po chwili musiała dorzucić, odrobinę głóśniej: – Nie to powiedziałeś?
Gigantyczny kamień spadł z serca Glendy. Nie, żeby podejrzewała, że Dawn mogła wiedzieć coś, czego nie wiedziała ona… Ale jeśli chodziło o Florence i jej zdolność do pakowania się w niepotrzebne kłopoty, nigdy nic nie wiadomo.
– Nie, nie to powiedział – warknęła na Dawn, która od tego warknięcia w istocie prawie skurczyła się do rozmiaru guzika. – Syriusz sugeruje, że Florence i James Potter mają romans. Bez dzieci.
– Nie jestem gotowy na dzieci – Syriusz mruknął, chociaż nikt nie pytał go o zdanie; co zresztą zasugerowało mu po chwili spojrzenie Glendy.
Dawn wyrzuciła z siebie niemal niesłyszalne Och, którego nikt już nie usłyszał, bo Glenda otrząsnęła się już z pierwszego szoku i była gotowa drążyć temat. Wszyscy, którzy znali Glendę Kendrick chociaż odrobinę, wiedzieli, by trzymać się od niej z daleka, gdy była w nastroju na drążenie tematu – ale najwyraźniej to, co chciał tym osiągnąć, było dla Syriusza ważniejsze niż jego życie i perspektywy na miłe popołudnie, bo jeszcze nie zaczął uciekać.
– Nie wkręcasz nas? Flossie i James? Nie wydaje ci się to… komiczne?
– Przysięgam na moją piękną mordę, że własnymi oczami ich widziałem wczoraj, tymi tutaj bosko szarymi – Syriusz wyszczerzył się, mimo że przez Rogatego aktualnie nie było mu bardzo do śmiechu.
Glenda przewróciła oczami.
– Flossie wróciła wczoraj tak późno, że w ogóle tego nie pamiętam. Pamiętasz? – Spojrzała na Dawn, która energicznie i bez słowa pokręciła głową. – A rano była tak nieprzytomna, że nawet nie mogłam jej spytać, jak poszło jej tête a tête z… Myślałam, że Flossie umówiła się wczoraj z Remusem?
– Dlaczego Flossie miałaby się umówić z Remusem?
– To dziwi cię bardziej niż wersja z Jamesem?
Próbował się nad tym zastanowić; ale ostatecznie Syriusz jedynie doszedł do wniosku, że niczego już w ogóle nie rozumie.
***
Bułeczki poziomkowe dawno się już skończyły, ale Flossie i James wciąż przerabiali czwarty pergamin. Z dwudziestu siedmiu. Po prostu niezależnie od tego, jak bardzo Flossie starała się trzymać przyzwoite tempo przerabiana materiału, James co chwilę znajdywał powód, by ją rozproszyć.
– Całowałaś się w ogóle kiedyś? – spytał przykładowo znienacka, kiedy w ogóle się tego nie spodziewała.
Posłała mu bardzo ostre spojrzenie; chociaż niepokrycie się rumieńcem przysporzyło jej więcej trudności, niż chciałaby się do tego przyznać.
– Słucham?
– Muszę wiedzieć, nie? Chciałaś być przygotowana.
Przez sekundę prawie, prawie mu uwierzyła – ale potem James Potter postanowił z głupim uśmiechem na twarzy przeczesać palcami swoje czarne, wiecznie rozczochrane włosy i wrażenie tego, że kiedykolwiek mógł coś traktować poważnie prysło.
Flossie wyprostowała się, by dodać sobie odrobinę powagi i mimowolnie też odgarnęła włosy ze swojej twarzy.
– Jak już musisz wiedzieć – zaczęła bardzo obrażonym tonem – to po raz pierwszy całowałam się już w wieku sześciu lat.
Głupi uśmiech nie schodził mu z twarzy, a ona czuła podskórnie, że im dłużej się on utrzyma, tym gorzej jej będzie z tym powstrzymywaniem rumieńca. Mimo to uparcie nie odwracała od niego wzroku, zdeterminowana wygrać tę potyczkę, która dla Jamesa wcale pewnie nie była żadną potyczką.
Nie wyglądał wszak jak ktoś, kto właśnie się pojedynkował, nawet jeśli był to pojedynek na ego. Cały leżał rozciągnięty na trawie, a do tego podśmiewał się lekko i ogólnie sprawiał wrażenie zdecydowanie zrelaksowanego.
– Zdradzisz mi, kto był tym szczęśliwcem?
I stało się. Flossie zarumieniła się w sposób niewątpliwie uroczy, chociaż jednocześnie zdecydowanie niepożądany. A że była człowiekiem białych włosów i bardziej niż porcelanowej skóry, w ogóle nie dało się tego rumieńca ukryć, niezależnie od tego, jak poważną chciała przy nim zrobić minę.
James wyszczerzył się jeszcze bardziej.
– No, no, miłości swojego życia nie powiesz? – spytał zaczepnie, puszczając do niej oko jak jakiś… jakiś… jakiś Gryfon.
W naturze Florence Yaxley nie leżało kłamstwo, niestety – co oczywiście wliczała w tabele ryzyka ich planu, które przygotowała. Ze wszystkich swoich wad Flossie najbardziej nie znosiła w sobie właśnie tej niemożności niemówienia prawdy; lanie wody przydałoby się jej w wielu kłopotliwych sytuacjach życiowych i ta właśnie była tego najlepszym przykładem. Ale nie. W życiu Flossie to prawda musiała zawsze zwyciężyć, niezależnie od tego, ile ją kosztowała.
– Syriusz – wymamrotała niewyraźnie, licząc na to, że James jej nie usłyszy.
Usłyszał.
– Syriusz? Syriusz Black? Pierwszym facetem, z którym się całowałaś, był Syriusz Black?
James praktycznie dusił się ze śmiechu, co wcale nie pomagało ani jej rumieńcom, ani koszmarnym wspomnieniom podwieczorków u Blacków, na które ojciec targał ją w dzieciństwie.
– Miałam sześć lat, ok? Nie możesz mnie za to winić!
Z całego tego rozbawienia aż przewrócił się na plecy. Trudno mu było sformułować jakąkolwiek odpowiedź, bo wizja małej Flossie i małego Łapy była zbyt u-ro-cza, żeby nie umrzeć od niej ze śmiechu. W zasadzie z tego wszystkiego powoli zaczynało mu brakować powietrza; i wcale nie pomogło mu to, że ostatkiem oddechu wydusił z siebie:
– Petera też masz na liście?
Zareagowała instynktownym pacnięciem go w ramię, a gdy to nie podziałało, Flossie musiała chwycić się ostateczności – porzucenia jej starannie przygotowanych notatek i rzucenia się na niego z pięściami. W teorii brzmiało to o wiele poważniej niż w praktyce. Florence mogła być wysoka jak na swój wiek i swoją płeć, ale w kwestii masy wciąż była od Jamesa przynajmniej dwukrotnie mniejsza, a i przecież nie próbowała go naprawdę pobić. No, może trochę. Na trochę zasłużył.
Sama nie zauważyła nawet kiedy przestała uderzać go zaciśniętymi pięściami, a zaczęła łaskotać. W końcu skoro chciał się z niej śmiać, mógł się z niej śmiać porządnie, prawda? A potem nie zauważyła kiedy to on zaczął ją łaskotać i jak sama wylądowała na plecach, chociaż w jej podręczniku Dobrej Uczennicy i Córki i Obywatelki nie było ani słowa o turlaniu się po trawie.
W szczególności o turlaniu się po trawie z ludźmi, których się ledwo znało, a mimo to wchodziło się z nimi w szemrane układy i układziki.
W końcu jednak James jej odpuścił i upewniwszy się, że sam był już bezpieczny, odsunął się od niej na tyle, by nie mogła mu oddać. Jakimś cudem jego włosy były jeszcze bardziej poczochrane niż zwykle. Flossie zdziwiła się, że w ogóle to zauważyła, ale szybko odrzuciła od siebie tę myśl – włosy Jamesa Pottera nie znajdowały się na liście rzeczy do omówienia tego popołudnia.
– A ty co? – spytała. – Całowałeś się kiedyś w ogóle?
– Ty mi nie odpowiedziałaś.
Poprawiła włosy, sweter, w zasadzie całą siebie. Może i James lubił żyć chaosem, ale nie była to forma, na której przybranie Flossie zdobyłaby się na dłużej niż trzy, może cztery minuty.
– Tak – odpowiedziała po chwili zastanowienia. – Całowałam się, byłam w związku, on był mugolem, nic to nie znaczyło.
Chyba nie spodziewał się takiej odpowiedzi; w jego głowie Flossie była tylko i wyłącznie Idealną Panną Prefekt i nigdy nie zdołała stać się w niej człowiekiem z krwi i kości. Zaczynał żałować, że spytał. Chciał się z nią podroczyć, zobaczyć, jak peszy się tym, że nikt nigdy nic, może nawet sprawdzić, jak daleko może się posunąć w udawaniu. Jeśli w ogóle zdecydowaliby się na udawanie. Nie chciał z nią poważnie rozmawiać.
Czuł, że poważnie rozmawiali.
W szczególności, że jej błękitne oczy wpatrywały się w niego intensywnie, oczekując odpowiedzi, a James zdawał sobie sprawę z tego, jaki niespecjalnie dobry był z niego człowiek.
– Parę koleżanek dziewczyn Syriusza, nic specjalnego.
Kiwnęła głową na znak, że zrozumiała. Usiadła wygodnie i sięgnęła po pergaminy, które wcześniej porzuciła. Nagle zrobiło się niezręcznie i żadne z nich nie rozumiało dlaczego.
Jednak zanim przeszli do następnych podpunktów planu, Flossie rzuciła jeszcze oschle:
– Wolałabym, żebyś mnie nie całował, chyba że naprawdę musisz.
A on nie zaprotestował nawet odrobinę.
***
Z parapetu w jej dormitorium Lily z pewnością mogłaby dotrzeć Jamesa i Flossie na błoniach; to wymagałoby jednak tego, żeby otworzyła oczy, a ona zbyt zajęta była wygrzewaniem się w słońcu, by zwracać uwagę na takie szczegóły.
Od samego rana czuła się po prostu najszczęśliwsza i nic, absolutnie nic, nawet James Potter, nie mogło jej tego szczęścia odebrać. Jedyne, na co miała ochotę, to siedzenie na parapecie i rozmyślanie o poprzedniej nocy. Co to była za noc! Czy kiedykolwiek wcześniej czuła coś takiego? Nie, zdecydowanie nie. Ani Severus… ani jakikolwiek inny chłopak w Hogwarcie nie reprezentował takich manier i takiej wrażliwości jak Elijah Prewett. Nie dosięgali mu do pięt.
– Ty wciąż w chmurach? – Jakby z innej planety dobiegł ją głos Jolene.
Otworzyła oczy i spojrzała na przyjaciółkę wychodzącą z ich wspólnej łazienki. W innych okolicznościach zdenerwowałoby ją to, że Jolene razem ze sobą przyniosła cały strumień wody skapujący z jej włosów, ale dzisiaj w ogóle jej to nie przeszkadzało. Dzisiaj Jolene mogła wpaść do sypialni z całą wanną. Z dwoma wannami. Z trze… Nie, trzy wanny to byłaby przesada.
Lily uśmiechnęła się radośnie.
– Nigdy nie planuję z nich schodzić.
Jolene upuściła na podłogę ręcznik, którym wycierała swoje włosy i rzuciła się na łóżko. Stary materac, którego nikt nie wymieniał od bardzo, bardzo dawna, zaskrzypiał pod jej ciężarem, ale przyzwyczajona do tego dźwięku, który towarzyszył jej od sześciu lat, w ogóle na to nie zareagowała. Przypatrywała się Lily i jej uśmiechowi, niepewna, czy powinna się nim cieszyć, czy martwić.
Elijah Prewett może i nie był Ślizgonem, ale wciąż był Prewettem – co stanowiło dość potężny problem, bo, cóż, wszyscy Prewetci byli szczurami. Może nie aż takimi jak jego brat, Octavian, ale jednak szczurami. Czy Elijah mógł się okazać wyjątkiem? Mógł. Ale czy Lily naprawdę musiała być tą, która się o tym przekona?
Poza tym pozostawał jeszcze jeden drobny problem – James Potter. Lily mogła wczoraj tego nie zauważyć, ale Jolene nie umknęła ani sekunda, którą Rogaty spędził poprzedniej nocy z Flossie Yaxley. I tak, jej przyjaciółka mogła się zarzekać, że pomiędzy nią i Jamesem nigdy nic nie będzie, ile chciała – ona już jej nie wierzyła. Niewątpliwie w jakiś pokrętny sposób czuła do niego miętę. Choćby i bardzo krzykliwą, ale jednak miętę.
– Widziałaś wczoraj Rogatego? Nieźle zaszalał. Kto by się spodziewał.
Cisza, jaką odpowiedziała jej Lily, potwierdziła wszystkie jej najgorsze podejrzenia.
Chwilę zajęło Lily przypomnienie sobie, że była szczęśliwa. Najwidoczniej jej chmury nie znajdowały się poza zasięgiem obślizgłych łapsk Pottera; obślizgłych łapsk Pottera, które wczoraj zdecydowanie znalazły się na pośladkach Florence Yaxley. Florence Yaxley! Kto to w ogóle pomyślał, taka szara myszka, Puchoneczka, Panna Regulamin, a tu proszę, imprezki i tańczenie z największym łobuzem tego zamku, naprawdę, w ogóle tego nie przewidziała.
Nie, żeby życie osobiste Jamesa Pottera w ogóle ją interesowało. Po prostu wolała nie przypominać sobie takich… nieprzyzwoitych scen. Nie w momencie, w którym miała być bezgranicznie zakochana w swoim życiu i Elijah Prewetcie.
– Może…
– Biedna dziewczyna – Lily westchnęła dramatycznie. Po jej dobrym nastroju nie pozostał ślad. – To oczywiste, że Potter bawi się jej naiwnością. Nic lepszego nie można się po nim spodziewać.
Jolene czuła, że powinna interweniować nim Lily wpędzi się w swoją spiralę nienawiści i wyruszy na kilkudziesięciominutową przygodę pełną krzyków, płaczu i przekleństw; jednak otoczona swoimi ulubionymi poduszkami nie za bardzo miała ochotę się podnosić.
Może nie będzie tak źle, musiała sobie myśleć, w końcu panna Evans wciąż była zachwycona wieczorem z tym swoim Prewettem, prawda?
– Flossie jest bardzo miła. I bardzo ładna.
Gdy tylko te słowa opuściły jej usta, Jolene zrozumiała, że popełniła kardynalny błąd; ale na poprawienie się było już za późno. W przeciągu kilkunastu sekund z uśmiechniętej, lekko bladej z niewyspania Lily przemieniła się w płonącą żywym ogniem jaszczurkę, gotową odgryźć każdą głowę, która nadzieje jej się pod ostre zęby. Lily była aktywowana. Nic, absolutnie nic nie mogło jej już powstrzymać.
Zeskoczyła z parapetu i podeszła do łóżka, na którym leżała Jolene. Sama nie za bardzo wiedziała, co chciała tym osiągnąć. Cokolwiek. Chyba. Cały pokój wydawał jej się jedną, wielką, falującą plamą.
– Nie wiem, no nie wiem, zawsze wydawało mi się, że Glenda byłaby o wiele bardziej w jego stylu – wyrzucała z siebie słowa praktycznie na jednym oddechu. – Taka idealnie szczupła i wysportowana, i kto wie jeszcze jaka łatwa w obsłudze, Flossie przy niej to katalog wszystkich nieszczęść i założę się, że nawet nigdy nikogo porządnie nie pocałowała.
– Może Rogaty…
– Rogaty, Rogaty, Rogaty, tak o nim rozmawiamy, jakby był centrum wszechświata, a przecież nie jest, jest na tym świecie dużo bardziej wartościowych mężczyzn i ludzi, choćby Elijah, Elijah nigdy nie podrywałby Florence Yaxley, a w szczególności nie na moich oczach, na naszych oczach, Rogaty nie ma ani krzty przyzwoitości, a ta jego wczorajsza fryzura była jeszcze głupsza niż wszystkie jego poprzednie fryzury!
Z tymi słowami ciężko usiadła na łóżku, zgniatając przy tym nogi Jolene, których ta nie zdążyła zabrać jej z drogi w odpowiednim czasie. Wyglądało jednak na to, że skończyła jej się energia i na kolejny wybuch raczej nie było szans. Najwidoczniej nieprzespane noce czasem się na coś przydawały.
Jolene podniosła się trochę i oparła głowę o ramię Lily.
– Elijah zaprosił cię dzisiaj na spacer? – spróbowała zmiany tematu.
Ta podziałała tylko połowicznie. Bo chociaż Lily przestała już strzelać piorunami na prawo i lewo, to w jej odpowiedzi wciąż była duża nuta smutku:
– Tak. Widzisz, James Potter nigdy nie zaprosiłby nikogo na spacer. Ten buc w ogóle nie zna się na romantyzmie.
***
– Chcesz, żebym zabrał cię na romantyczny spacer? – James spytał znienacka.
Florence spojrzała na niego ze zdziwieniem, głównie dlatego, że zajęta była właśnie tłumaczeniem mu meandrów swojego planu zajęć. Chwilę zajęło jej zrozumienie, dlaczego o tym wspomniał; chwilę dość upokarzającą jak na to, że uznawała samą siebie na dość inteligentną jak na blondynkę. A tu jednak. Nie wyszło jej dodanie prostego A do B.
– Ale czemu? – spytała, bo mimo iż rozumiała, dlaczego tak nagle o tym wspomniał, to sama idea spaceru z Jamesem Potterem, a co dopiero romantycznego spaceru z Jamesem Potterem w ogóle jej się nie podobała.
– Czemu?
– No… czemu?
James chyba nie spodziewał się takiej reakcji; odruchowo przeczesał dłonią włosy, ale zrobił to jakby nieświadomie, bardzo powoli i na moment zamarł nawet w takiej pozie. Flossie musiała przyznać, że było coś uroczo niewinnego w jego zmarszczonej minie; przypominał jej trochę Lunę, kiedy akurat się nie dąsała albo nie biegała za Evanem Rosierem, a może nawet małą, niewinną sarenkę.
Bo to w zasadzie było urocze, to, z jaką śmiałością James nosił uczucia na swojej skórze i chyba niezdolny był do jakiegokolwiek ich kamuflowania. W świecie, w którym wychowała się Florence, pełnym ludzi nie nawet o podwójnych, a posetnych intencjach, taka szczerość była swojego rodzaju powiewem świeżości. Jasne, było to też naiwne i dziecinne, i łatwe do obśmiania, ale w zasadzie z racji tego, że Flossie była córką swojego ojca, a jednocześnie zupełnie nie była córką swojego ojca, co sama aż za dobrze rozumiała, ani trochę nie miała ochoty wykorzystywać jego… prostolinijności.
Przynajmniej aktualnie.
Gdyby naprawdę była córką swojego ojca, dramatycznie uniosłaby jedną brew; ale zamiast tego musiała się zadowolić zachęcającym uśmiechem.
– Powinniśmy się lepiej poznać – oświadczył w końcu James, próbując zabrzmieć przy tym bardzo oficjalnie.
Ten oficjalny ton pogłębił jeszcze wrażenie emocjonalnej nieporadności, które na niej wywołał, przez co w pierwszym odruchu prawie, prawie powiedziała tak. Tyle że w głębi serca Florence nigdy nie zapominała o rzeczy w życiu najważniejszej – doprowadzaniu planów do szczęśliwego końca – a randki z Jamesem Potterem wydawały jej się niewystarczająco efektywne.
Dlatego też strząsnęła z siebie współczucie wymieszanie z rozmemłaniem, odwróciła na chwilę wzrok od orzechowych oczy Jamesa i powiedziała prosto w swój bardzo efektywny i bardzo plany-do-końca-doprowadzający pergamin:
– Nie wiem, czy to statystycznie opłacalne rozwiązanie.
James Potter zaniemówił po raz chyba już setny w trakcie tego krótkiego popołudnia. Czuł, że niedługo do tego przywyknie i zrozumie, że Florence nie myśli w sposób jakkolwiek ludzki, ale to niedługo jakoś tak nie chciało nadejść, a on zupełnie nie był przygotowany na w międzyczasie.
Zmarszczył się więc jeszcze bardziej, próbując skupić myśli i przełożyć to, co miał do powiedzenia na język, którym posługiwał się ten obcy gatunek zwany Puchonką z Planem.
– No… Jeśli będziemy coś o sobie wiedzieć, to będziemy bardziej wiarygodni?
Florence zastanowiła się. James z zapartym tchem obserwował ją, jak przygryzała wargę i bez słowa wodziła oczami po pergaminie, który, jak zakładał, nie miał przecież nic wspólnego z jego pytaniem. Czuł, że może mu się udało. Że może faktycznie powiedział coś, co należało powiedzieć.
Prawie.
– Nie będzie lepiej jak zrobię ci tabelkę? Będziesz miał wszystko zapisane i na pewno nie zapomnisz.
Spojrzała na niego w końcu z jakimś świeżo obudzonym entuzjazmem. Jak na człowieka, którego oceny nigdy nie przekraczały wybłaganych Z, Flossie wykazywała zbyt dużą miłość do tabelek. Był to, prawdopodobnie, efekt Starożytnych Run – tak podejrzewał, bo Remus od Starożytnych Run też oszalał na punkcie kolumn i wierszy.
– Naprawdę myślisz, że tabelka wystarczy? – jeszcze próbował, nieśmiało, z mniejszym przekonaniem.
– Na pewno spędzimy nad nią mniej czasu niż na spacerach, w szczególności w błocie, założę się, że trudno będzie znaleźć nam czas na spacery bez błota.
Ta pasja, z którą rzuciła się w ramiona tabelkowego pomysłu prawie przekonała Jamesa, by poddał się tu i teraz i zapomniał o tym, że może ten ich… plan mógłby mieć jakiekolwiek ludzkie oblicze. Kiedy tak patrzył na nią, sięgającą po nowy pergamin i mamroczącą coś do niego o kamieniach milowych jej życia i ulubionym kolorze, nawet był gotowy posłusznie za nią podążyć. Czemu nie. Przecież dokładnie wiedział, jaki był jego ulubiony kolor, nie?
Chociaż jakby się nad tym dłużej zastanowić, James nie był pewien, czy wiedział, jaki był jego ulubiony kolor. Z rozpędu prawie powiedział, że niebieski – ale może tylko ślepo powtarzał to po innych mężczyznach? Niebieski był chyba ulubionym kolorem i Syriusza, i Remusa, i Petera, i w zasadzie bardzo wielu innych jego kolegów.
Zresztą Florence chyba – musiał się przyjrzeć, bo nie pamiętał – Florence chyba miała niebieskie oczy, co mogłoby być odebrane jako próba flirtu, a on, James Potter, nigdy nie mieszał profesjonalizmu z przyjemnością. No, prawie nigdy.
Więc może zielony? Lily miała zielone oczy. Albo czerwony, jak jej rude włosy i cały Gryffindor! Tyle że żaden z tych kolorów tak naprawdę do niego nie przemawiał; oba kojarzyły mu się głównie z koszmarnymi, świątecznymi swetrami. A na tym kończyły się jego skojarzenia i sama myśl o tym, że musiałby przypomnieć sobie wszystkie kolory tego świata i ułożyć je w kolejności od najładniejszego do najobrzydliwszego przyprawiał go o mdłości.
James nie był po prostu gotowy, by w sposób zorganizowany spojrzeć w głąb siebie.
Mógł chcieć się przypodobać Flossie na tyle, by ich plan wypalił bez większych sprzeczek – ale głęboka psychoanaliza nie wchodziła w grę. Nie, żeby obawiał się, że przypadkiem odkryje w sobie coś niepożądanego; skrycie przeczuwał, że nie był na tyle skomplikowany, by znaleźć w sobie coś poza Quidditchem i piwem kremowym. Ale sam ten wysiłek! Tyle pracy po nic!
– Wiesz, mi się wydaje, że my będziemy zupełnie nieautentyczni – zebrał się na odwagę, by przerwać tabelkowe szaleństwo. – Nie możemy być tylko na pokaz. Ludzie muszą na nas wpadać, no wiesz, przypadkiem.
I po raz pierwszy Florence musiała przyznać mu rację.
***
W taki piękny, jesienny dzień w Pokoju Wspólnym Gryffindoru nie powinno być nikogo – w końcu takich dni w Szkocji nigdy nie było wiele, a co dopiero tamtego roku, gdy ilość deszczu przekraczała jakiekolwiek zdrowe normy. Ale wyjątkowe sytuacje wymagały wyjątkowych środków; i tak oto Syriusz, Peter i Remus znaleźli się na dywanie naokoło kominka, który był rozpalony mimo tego, że temperatura otoczenia podchodziła już pod rekordowe 19 stopni Celsjusza w pełnym słońcu.
Peter siedział na jednym z foteli stojących na dywanie i udawał, że próbuje się skupić na czytaniu podręcznika od Zielarstwa i wcale, ale to wcale nie podsłuchuje Remusa z Syriuszem. Remus, wyraźnie czymś podłamany, siedział na dywanie i opierał się o ten właśnie fotel. Syriusz zaś kręcił się tam i z powrotem, mamrocząc coś do siebie.
– Więc Glenda mówi, że o niczym nie wie? – Remus zebrał się w sobie, by wrócić do konwersacji, którą przerwali na kilka minut ciężkiego milczenia. – Myślałem, że mówią sobie o wszystkim.
– Ponoć w ogóle nie miała czasu z nią porozmawiać. Śpiąca królewna nie chciała się obudzić, czy coś.
Peter przerzucił jedną kartkę swojego podręcznika; pierwszą od dziesięciu minut. Nie wiedział, czy Syriusz i Remus w ogóle zwracali na niego uwagę, ale wolał nie ryzykować. Po raz pierwszy w życiu dowiedział się czegoś istotnego – i to ilu rzeczy jednocześnie! Nie miał pojęcia ani o tym, że Remus się w kimś zakochał, ani o tym, że James nie był już zakochany w Lily, a już na pewno nie o tym, że James poderwał dziewczynę, w której zakochał się Remus.
Z tego wszystkiego czuł, że jego mózg niedługo przegrzeje się z nadmiaru wiadomości. Gotowy był jednak jakoś to przetrzymać. Być częścią drużyny czy coś.
– Nie wiem, czemu James miałby nas okłamywać, Syriuszu. – Remus brzmiał na pokonanego. – To nic, że Glenda nie wie. Wszyscy widzieliśmy to, co widzieliśmy i słyszeliśmy to, co słyszeliśmy.
To była ciężka noc i jeszcze cięższy poranek. Gdy James w końcu wrócił do ich dormitorium, przez dobre pół godziny monologował do nich wszystkich o tym, jakim jest koszmarnym przyjacielem, ale po prostu nie mógł, nie mógł oprzeć się słodkiej Flossie. Na samo wspomnienie Remusowi żołądek podchodził do gardła.
Nie chciał przecież źle życzyć kumplowi. Przez te wszystkie lata Rogacz był dla niego niewyobrażalnym wsparciem. Gdyby nie on i Syriusz, nigdy nie pogodziłby się z tym… z tym, czym był. W innych okolicznościach byłby bardzo szczęśliwy, że ten w końcu odpuścił sobie Lily Evans. Tylko czy naprawdę to musiała być ona? Ze wszystkich dziewczyn w całym zamku – właśnie Flossie?
– Czemu w ogóle ignorowałeś ją cały wieczór? – Pytanie Syriusza niespodziewanie uderzyło go prosto w bolące serce. – Nie ty ją przypadkiem tam zaprosiłeś?
– To nie jest takie łatwe.
– Serio? Rozmawiacie ze sobą non stop. Jedyne, co musiałbyś zrobić inaczej niż zwykle, to podać jej szklankę z ponczem. Serio, Lunio, to nie jest jakaś skomplikowana filozofia, konwersować z ładną kobietą.
Syriusz przystanął na chwilę, by przyjrzeć się swojemu przyjacielowi i od razu pożałował swoich słów. Remus wyglądał na kompletnie złamanego tym, co usłyszał. I może w istocie potrzebował porządnego kubła zimnej wody na swojej głowie, ale on sam nie był pewien, czy chciał koniecznie być tym, który go wyleje.
James w tym aspekcie poradził sobie znakomicie.
– Nie o to mi chodziło. – Nie kłamał. Ostatnim, na co miał ochotę, było pogorszenie stanu Remusa. – To wina Rogatego. Wkurwił mnie.
Remus parsknął śmiechem, który mógł oznaczać tylko jedno – całkowitą pogardę do samego siebie. Trudno było jakkolwiek zareagować na taki gest. Chyba nie istniało w całym Wszechświecie coś, co mogłoby teraz wytrącić go z tego samo-potępiającego nastroju.
Peter próbował go pocieszyć, szturchając go nogą; ten jednak w ogóle tego nie zauważył, zbyt zajęty był obarczaniem siebie winą za wszystko, co wydarzyło się pomiędzy Florence i Jamesem.
– Jeśli tego właśnie chce Flossie, niech będzie, jak ma być. – Wziął głęboki oddech. – Nigdy nie byłem dla niej wystarczająco dobrą opcją. Nie taki, jaki jestem.
Zanim Syriusz zdążył mu odpowiedzieć, usłyszeli trzask zamykanych drzwi i czyjeś szybkie kroki w dół schodów. Wszyscy zamilkli; nie zakładali, że w taki piękny dzień ktokolwiek przerwie im rozmowę i tylko dlatego zdecydowali, że Pokój Wspólny był wystarczająco bezpieczny. Nie, żeby z ich dormitorium było coś nie tak. Może poza zapachem. Gdyby od czasu do czasu otwierali okna i nigdy nie nosili tych samych skarpet przez tydzień, ich dormitorium byłoby idealne.
Jak połączeni ze sobą niewidzialnym sznurkiem wszyscy trzej odwrócili głowę w stronę źródła tego hałasu, by już po kilkunastu sekundach zobaczyć Lily Evans. Lily, która mogła położyć na swojej twarzy bardzo ładną warstwę makijażu, jednak nijak nie pomogło jej to ukryć zapłakanych oczu. Lily uczesanej, ubranej w swoją najładniejszą sukienkę, ale wciąż wyglądającą jak siedem bardzo nieszczęśliwych nieszczęść.
Na ich widok Lily wyprostowała się i poprawiła sukienkę; z zadartym do góry nosem wyglądała jeszcze dziwniej, bo nijak nie korespondował on z jej ogólną postawą.
– Jakbyście chcieli wiedzieć – zaczęła Bardzo Poważnym Tonem – to idę właśnie na romantyczny spacer brzegiem jeziora z Elijah Prewettem.
Zanim którykolwiek z nich zamknął rozdziawione ze zdziwienia usta, Lily już nie było. Wybiegła z Pokoju Wspólnego tak, jak gdyby przed czymś uciekała a nie wybierała się na romantyczny spacer brzegiem jeziora, i, przy okazji, jakby wcale nie miała na stopach wysokich, czerwonych szpilek.
– Czy oni wszyscy oszaleli? – wydusił z siebie w końcu Syriusz.
Peter poczuł, że to była jego chwila. Ten moment, w którym swoją ciętą ripostą włączy się w konwersację i uratuje złamane serce Remusa, tak jak i poczucie zagubienia Syriusza. Wszystko, czego potrzebował, to dobra puenta; dobry moment na jej wypowiedzenie w końcu już znalazł.
– Jak gumochłony w rui – powiedział w końcu tonem nie zbyt dramatycznym, ale jednak chociaż odrobinę.
Nigdy nie miał zrozumieć, czemu ani Syriusz, ani Remus nie docenili jego dowcipu.
***
James bardzo, bardzo starał się skupić na każdym słowie, jakie wyrzucała z siebie Florence, ale od ponad godziny nie powiedziała już w sumie niczego istotnego, więc nie było to specjalnie proste zadanie. James stwierdziłby nawet, że było to zadanie trudne.
W zasadzie więcej czasu poświęcał zastanawianiu się, kiedy Flossie zauważy, że zamiast na nią patrzył na drużynę Puchonów zbierającą się wokół boiska. Gdyby nie był bogiem Quidditcha, pomyślałby, że to bardzo nadgorliwe, tak prowadzić treningi w niedzielę, ale prawda była o wiele bardziej prozaiczna – weekendy były jedynymi dniami, kiedy Puchoni w ogóle mogli dopchać się do boiska. Wszyscy inni odpoczywali i byli zbyt zajęci leżeniem do góry brzuchem, by wypychać ich z kolejki.
Zwykle w chwilach autentycznego zmęczenia, a przecież taką właśnie przeżywał, James nie potrafił myśleć nawet o Quidditchu. Sam był w szoku, że cokolwiek we Wszechświecie potrafiło go powstrzymać od latania, ale tak po prostu było. Wyglądało jednak na to, że głos Flossie recytującej mu po raz trzeci plan na ten tydzień – tak, żeby na pewno nie zapomniał – zrobił swoje, bo bardzo, bardzo chciał sobie polatać.
Dwa kółeczka w tą, dwa kółeczka w tamtą i…
– James. – Głos Flossie docierał do niego, chyba, chociaż nie wiedział, które James w końcu usłyszał. – James, co robimy we wtorek?
Mrugnął na znak, że żył, ale z odpowiedzią poszło mu znacznie gorzej.
– Eeee…
– Czy ty mnie w ogóle słuchasz? Co cię tak rozprasza? Evans kręci się po błoniach?
Zanim zdążył jej odpowiedzieć, odwróciła się, by znaleźć źródło jego rozkojarzenia i, jak podejrzewał, zrównać je z ziemią. Spodziewał się wykładu właśnie w stylu Lily – mężczyźni i miotły, bla bla, jak dzieci, czego się można po nich spodziewać – i na samą myśl, że ktoś mógł rozgrywać w jego życiu rolę Lily nie będąc Lily, coś kłuło go w żołądek.
Nigdy by nie zgadł, co wydarzyło się zamiast tego.
Florence chyba, nie był tego do końca pewny, bo cała ta sytuacja była zbyt surrealna, by określać ją w kryteriach pewności, Florence chyba zaklęła pod nosem i zerwała się z trawy niemal natychmiastowo. Wszystkie pergaminy, które trzymała ułożone równiutko na swoich kolanach, rozsypały się po trawie w sposób nader nieperfekcyjny, ale w ogóle się tym nie przejęła; pochyliła się tylko i zaczęła je gorączkowo zbierać, nie starając się nawet posegregować ich w kolejności alfabetycznej, nic a nic.
Gdy już wyrwał się z pierwszego zdziwienia, rzucił się jej na pomoc. W zasadzie chciał spytać, o co chodziło, ale przy całym tym zawirowaniu koncentracji starczyło mu jedynie na krótkie:
– Flossie?
– Spóźniłam się. Nie wierzę, że się spóźniłam. Ja… – Jednym, bardzo brutalnym ruchem wcisnęła wszystkie pergaminy do torby, która nagle zmaterializowała się przy jej stopie. James mógł się założyć, że naprawdę się zmaterializowała i wcześniej jej tam nie było. – Wyjaśnię ci później.
Wciąż nie wierzył swoim oczom, gdy zaczęła od niego odbiegać; tym razem jednak udało mu się wydusić z siebie o wiele potężniejsze:
– Flossie!
Zatrzymała się w miejscu, chociaż widać było, że bardzo jej to nie odpowiadało.
– Obiecałam Glendzie i Philowi, że przyjdę na ich trening Quidditcha – powiedziała z lekkim rozdrażnieniem, a gdy James nie odpowiedział, dodała: – Chcą, żebym popatrzyła na dynamikę drużyny. Czy coś tam. Nie wiem, mam przyjść też na nabory w przyszłym tygodniu.
Chociaż widział, że przebierała nogami, żeby już sobie pójść, za nic nie mógł przyspieszyć swoich procesów myślowych. Czy Flossie… Czy Florence Yaxley, najbardziej sztywna ze wszystkich sztywnych Prefektów naprawdę właśnie powiedziała, że za sprawą jakiegoś cudu – w postaci Glendy Kendrick i Phila Bardsleya – będzie grała w Quidditcha? W DRUŻYNIE QUIDDITCHA?
– Naprawdę muszę iść, James – Flossie postarała się, by jej naprawdę brzmiało naprawdę poważnie.
Odwróciła się na pięcie i poszła, a James z rozdziawioną gębą patrzył na jej huśtający się na boki kucyk. Czuł, że powinien się podnieść i wrócić do dormitorium, a najlepiej pod zimny prysznic, żeby otrząsnąć się z tego wszystkiego, przez to tego ranka przeciągnęła go Flossie, ale nie miał siły ani na wstawanie, ani tym bardziej na ciężką podróż w stronę zamku.
I może dobrze, że się nie podniósł, bo już po chwili Flossie odwróciła się ponownie i ruszyła w jego kierunku, wciąż nerwowa, ale teraz zdecydowanie nerwowa z jego powodu.
– Jak się dowiemy, że to działa? – krzyknęła do niego jeszcze z odległości kilkunastu kroków, co wcale nie pomagało jego poczuciu odrealnienia.
– Co? – spytał głucho.
– Jak się dowiemy, że nasz plan zadziałał?
Stanęła tuż przed nim i przysłoniła mu sobą całe słońce. W zasadzie nie było to złe rozwiązanie, bo od nadmiaru pogody robiło mu się powoli niedobrze, tak bardzo brak deszczu nie leżał w jego brytyjskiej naturze. Jednak jej nagła bliskość w niczym nie pomogła mu zrozumieć, o co jej chodziło.
– Lily umówi się ze mną, a Remus z tobą? – zaryzykował najprostszą z odpowiedzi.
– Ale kiedy? Jak? Musimy mieć plan. Sposób na mierzenie efektów naszego głównego planu. Pomyśl o tym!
Posłała mu uśmiech, który mniej mu się kojarzył z Flossie jako taką, a bardziej z Glendą, czy Flossie, która latała na miotle aż tak różniłaby się od Glendy, gdyby nie jej oczywisty brak biustu? Też starał się uśmiechnąć, ale ona już na niego nie patrzyła i ruszyła na kolejny bieg w kierunku boiska.
Nie ostatni.
– Święta!
Tym razem zdążył się już podnieść z trawy. W połowie spodziewał się następnego nalotu i bardzo starał się go uniknąć. Najwyraźniej w porównaniu do nerwowo-podekscytowanej Flossie był raczej powolnym żółwiem niż rączym rumakiem.
Tym razem uśmiechnął się do niej już pewnie i starał się nie wyszczerzać głupio oczu, bo w zasadzie nie było to zbyt estetyczne rozwiązanie. Puchonka czy nie, nie było co przy niej tracić reputacji.
– Co święta? – spytał, zanim zdążył ugryźć się w język.
– No… Słyszałam od Glendy, że kiedy wszyscy wyjeżdżają, organizujecie sobie z Dumbledorem potańcowkę.
– To jest bardzo przyzwoite spotkanie świąteczne, nie wiem o co…
– Ty zaprosisz Lily, ja Remusa i będziemy wiedzieć, nie?
James zastanowił się przez moment. Ze względu na Syriusza faktycznie nigdy nie jeździł na święta do domu; co sprawiało, że we dwójkę musieli zwykle znaleźć sobie swój sposób na świętowanie. Ostatnie dwa lata robili to organizując małe spotkanie w Sali Wejściowej – z nauczycielami włącznie, żeby nie było, oczywiście, było to spotkanie zdecydowanie legalne i przyzwoite. Trochę szarad, trochę puddingu i trochę tańczenia.
Lily nigdy nie zostawała na święta w Hogwarcie. Czy nie byłoby cudownie przeżyć z nią tych kilka fantastycznych chwil pod sztucznym śniegiem wyczarowanym przez Flitwicka?
– Zgaduję, że milczenie to zgoda?
– Zabieram cię na ten twój trening – odpowiedział. – Biegasz tak już z piętnaście minut, straciłaś całe piętnaście minut bardzo istotnej dynamiki drużyny!
Jego milczenie było zgodą.

Advertisements

02.

― Lena, wyłaź wreszcie.
Charlie stała przed drzwiami sypialni siostry i bezskutecznie dobijała się do środka. Cała ta sytuacja już przestała ją śmieszyć. Skoro Helena chciała jej pomocy, to niechże coś zrobi w tym kierunku.
Znów zastukała do drzwi i tym razem, ku zdziwieniu blondynki ukazała się w nich Lena. Włosy miała rozczochrane, jakby nie myła i nie czesała ich przez całe święta, pod zapuchniętymi oczami widniały cienie, a ubrania były wygniecione.
― Na Merlina, jak ty wyglądasz?
Ta w odpowiedzi wzruszyła jedynie ramionami i wróciła do swojego pokoju, a Charlie natychmiast podążyła za nią.
Pomieszczenie było w opłakanym stanie. Ubrania porozrzucane dosłownie wszędzie, na biurku kilka kubków po wypitej herbacie prosiło się o umycie. Półki pokrywała pokaźna warstewka kurzu, śmieci wysypywały się z kosza, a pościel na łóżku zwinięta była w trąbkę. W całym pokoju unosił się nieprzyjemny zapach lekkiej stęchlizny, jakby nie wietrzono tutaj co najmniej przez tydzień.
Helena usiadła na pufku, Charlie zajęła drugi i spojrzała starszej siostrze prosto w oczy.
― No i co się tak gapisz? ― zapytała Lena wojowniczo.
― Gapię się, bo przydałoby mi się więcej szczegółów.
Helena nie wydawała się skora do rozmowy.
― I po co ci to?
Charlie nie mogła się nadziwić, jak jej siostra może tak bagatelizować sprawę, która miała dla niej kolosalne znaczenie. Przecież kiedy do niej przyszła, była zdruzgotana. Tymczasem nazajutrz miały wracać do Hogwartu, a informacji jak na lekarstwo.
― Daj mi papierosa.
Blondynka przewróciła oczami.
― Rodzice jeszcze nie śpią.
― Jestem pełnoletnią czarownicą, zapomniałaś? ― Lena sięgnęła po leżącą na biurku różdżkę, wycelowała ją w drzwi i rzuciła niewerbalne zaklęcie.
Charlene nie miała bynajmniej zamiaru tak łatwo się poddać. Założyła ręce na piersi i spojrzała na siostrę badawczo.
― Dostaniesz fajkę, jak zaczniesz mówić.
Przez chwilę walczyły na spojrzenia, wreszcie jednak Helena się poddała. Wzięła od siostry papierosa, wsunęła go między wargi i rozejrzała się gorączkowo w poszukiwaniu zapalniczki.
― Właściwie nie ma o czym opowiadać ― zaczęła niby to zdawkowo. ― Umówiliśmy się parę razy wieczorem na spacer, raz nawet poszliśmy do Hogsmeade.
Dla Charlie wyglądało to jak najzwyklejszy podryw – tysięczna zdobycz najbardziej pożądanego osobnika płci brzydszej. Postanowiła jednak nie przerywać Lenie.
― Opowiadał mi jaka to ja jestem piękna, jak się różnię od tych wszystkich dziewczyn, które się do niego kleją. Że tylko ja go tak naprawdę rozumiem. ― Teraz głos Heleny przepełniony był goryczą. ― A potem go zobaczyłam z tą… tą Gryfonką.
Odwróciła głowę w stronę okna i w ten sposób Charlie zrozumiała, że nic więcej się nie dowie.
― W dniu, w którym jechaliśmy do domu, Mary wypłakiwała się w rękaw Evans ― poinformowała Charlie.
Helena udawała, że te słowa nie zrobiły na niej najmniejszego wrażenia. Charlie tymczasem wstała i skierowała się do drzwi.
― Cokolwiek by się działo, ty o niczym nie wiedziałaś. Jasne? ― Charlene patrzyła na siostrę dopóki ta nie przytaknęła. ― I wyrzuć już tego peta, bo palisz filtr.
I wyszła.
Paręnaście minut później, już leżąc w łóżku, Charlie analizowała plan, który ułożyli z Nickiem przy pomocy Cassie. Ustalili, że udawanie głupiej nie zainteresuje Syriusza na tyle, by zaangażował się bardziej niż przy którymkolwiek swoim podrywie. Nie, jego trzeba zaintrygować czymś tak, by nie mógł wyrzucić myśli o niej z głowy. Najprostszym byłoby uwieść go i porzucić, ale taka zemsta nie stanowiłaby odpowiedniej rekompensaty dla Heleny, dlatego trzeba go wciągnąć w iluzję czegoś prawdziwego. Charlie jednak miała lekkie wątpliwości czy uda jej się grać tak sugestywnie, by Black nabrał się, że faktycznie coś do niego czuje, że to rzeczywiście jest relacja inna, niż wszystkie, jakich do tej pory doświadczał. Dopiero wtedy, gdy uwierzy, można zadać ostateczny cios i ujawnić, że to wszystko było jedynie farsą mającą na celu upokorzenie go na oczach innych uczniów.
Cassie przekonywała ją, że to wcale nie takie trudne. Wystarczy zagrać trochę niedostępną, niby zajętą pracą domową czy inną głupotą – jak rysowanie – a potem powiązać to z jego hobby. Nick z kolei podsunął, że dobrze byłoby, gdyby spędzili razem trochę czasu. I tu właśnie pojawił się pomysł wciągnięcia Syriusza w szlaban. Ale w jaki sposób wpakować w kłopoty jednego z czterech największych rozrabiaków w całej szkole? Przecież on na pewno wszędzie miał kontakty i czujki, które w razie czego bardzo szybko go powiadomią – inaczej nie udałoby mu się tyle razy wywinąć.
Charlie pomyślała, że najlepszym miejscem na rozpoczęcie akcji byłoby Hogsmeade – neutralny grunt, na którym żadne usprawiedliwienie nie wzbudzi niepożądanych wątpliwości. Pozostało tylko porozmawiać z tymi dwiema Gryfonkami, które miały opowiedzieć im o zwyczajach Syriusza.

***

Następnego dnia wieczorem uczniowie siedzieli już wygodnie w swoich pokojach wspólnych ze skwaszonymi minami – w końcu jutro rozpoczynały się zajęcia. Charlie zaraz po wejściu do salonu podeszła do tablicy z ogłoszeniami, by dowiedzieć się daty następnego wyjścia do Hogsmeade. Cóż, dyrekcja szkoły była całkiem łaskawa dając możliwość odwiedzenia wioski już w drugi weekend po powrocie do Hogwartu. Blondynka wymieniła porozumiewawcze spojrzenia z Nickiem i rozsiadła się na ulubionej kanapie przy oknie. Celia opadła na siedzenie tuż obok niej. Przerwa świąteczna wyraźnie zadziałała pozytywnie na nastawienie panny Stone do przyjaciół, jednak temat kontrowersyjnej pomocy starszej siostrze Charlene musiał w końcu wypłynąć.
― No dobra, cóż się roi w tej twojej głowie, Charlie? ― zapytała zdawkowo. ― Znam cię i wiem, że na pewno nie próżnowałaś podczas świąt.
Charlie oparła się głową o ramię przyjaciółki, nogi zarzuciła na poręcz fotela, w którym siedział Nick i roześmiała się. Zawsze to robiła, kiedy chciała rozładować napiętą atmosferę. Albo uniknąć mówienia o czymś, czego Celia nie powinna wiedzieć. A już na samym początku ustalili z Humphreyem, że nie będą jej mieszać do tego planu.
― Uwierz mi, lepiej, żebyś nie wiedziała.
Nie robili tego, by rozzłościć Celię. Chcieli chronić ją i po części siebie, bo gdyby jakimś cudem się dowiedziała i zachowała to dla siebie, mogłaby mieć kłopoty, a oni dobrze wiedzieli, jak bardzo ceniła sobie swoją błyszczącą odznakę prefekta.
― A Milesowi podobało się to magiczne jojo, które wybrałyśmy dla niego u Zonka?
Charlie odetchnęła, że rozmowa zeszła na bezpieczny temat i bez reszty pogrążyła się w opowieści o swoim czteroletnim braciszku. Miles, jako że był najmłodszy, stał się oczkiem w głowie całej rodziny. Wszyscy rozpieszczali go z całych sił, jednak Charlene zdecydowanie w tym przodowała. Zawsze miała dla chłopca jakieś magiczne łakocie lub śliczny obrazek, które ten zawsze przywieszał z uporem maniaka na tablicy nad swoim łóżkiem, a że szybko się nudził, siostra musiała dostarczać mu jak najczęściej coraz to ciekawsze rysunki, które dostawał sową pożyczoną od Nicka raz w tygodniu.
Wreszcie Celia zrobiła się na tyle śpiąca, że zdrzemnęła się chwilkę na kanapie zanim Nick wygonił ją do dormitorium. Szatynka lekko się ociągała, jednak wreszcie potrzeba snu zwyciężyła i powlokła się do sypialni. Charlie przez moment uważnie wpatrywała się w przyjaciela. Wciąż nie mogła zrozumieć, dlaczego zwyczajnie nie zawalczy o Celię, przecież istniała szansa, że się uda, właściwie nawet całkiem spora.
― Czemu po prostu jej nie powiesz? ― zapytała, zanim zdążyła ugryźć się w język. Nick był przewrażliwiony na tym punkcie i nie znosił, kiedy Charlene mu to wypominała.
― Czemu po prostu nie przestaniesz się czepiać? ― odpowiedział zgryźliwie.
Charlie wyprostowała się i zaczęła bawić się kosmykiem swoich włosów.
― Bo jesteście, do cholery, moimi przyjaciółmi. Chcę, żebyście byli szczęśliwi. ― Założyła nogę na nogę, co zazwyczaj oznaczało, że nic więcej na ten temat nie doda. W każdym razie nie dziś. Rozejrzała się niedbale po pokoju wspólnym i jej wzrok znów spoczął na nim. ― Słuchaj, pożycz mi Zeusa. Teraz.
Nicholas zamrugał szybko, ale nic nie powiedział.
― Trzeba jak najszybciej skontaktować się z tymi Gryfonkami. Zwyczajnie wyślemy im sowę ― wyjaśniła i zaczęła grzebać w leżącej na podłodze torbie w poszukiwaniu kawałka pergaminu i pióra. Zerknęła w międzyczasie na wielki zegar wiszący nad kominkiem. ― Jeszcze wcześnie, zdążę wysłać.
Nick westchnął i złapał ją za rękę.
― Jest po dziesiątej. Zdążysz najwyżej złapać szlaban.
― Ale napisać mogę teraz.
Skreśliła zgrabnie kilka zdań, podpisała i zapieczętowała. Nie była pewna, czy pojawi się w zaproponowanym miejscu chociaż jedna z nich, ale musiała zaryzykować.
― Charlie, tyle rzeczy może nie wypalić. Jeszcze możemy się wycofać.
― Już za późno ― oznajmiła. ― A kiedy to wszystko się skończy, osobiście dopilnuję, żebyś wreszcie porozmawiał poważnie z Celią.

***

― W bibliotece? Zorganizowałaś spotkanie w bibliotece?
Charlie tylko prychnęła i pociągnęła Nicka za rękę do środka. Poprowadziła go do najbardziej odosobnionego stolika i zarazem odgrodzonego regałem z książkami poświęconymi eliksirom od kontuaru panny Pince. Była to młoda kobieta, jednak jej twarz przypominała sępa, a okulary o kocim kształcie tylko dopełniały tego obrazu.
― To przecież oczywiste ― powiedziała wreszcie Charlie, gdy zajęli już miejsca. ― Najciemniej pod latarnią. Kto się niby będzie spodziewał knucia niecnych planów w bibliotece?
Nick odetchnął z ulgą i wlepił wzrok w drzwi wejściowe, które były stąd zaskakująco dobrze widoczne. Zerknął ukradkowo na zegarek – już za chwilę miały się pojawić i rzeczywiście w tym momencie w wejściu stanęły dwie Gryfonki i zaczęły rozglądać się po pomieszczeniu. Gdy dostrzegły dwójkę Puchonów, szybko podeszły i zajęły miejsca po drugiej stronie stolika. Pierwsza z nich była wysoka, szczupła, miała intensywnie zielone oczy w kształcie migdałów, regularne rysy twarzy, a z tłumu wyróżniała ją kaskada ciemnorudych włosów. Druga, nieco niższa, o włosach w odcieniu piasku ocierała ukradkowo błękitne, lekko zapuchnięte oczy, co odejmowało jej trochę urody, jednak nie sposób zaprzeczyć, że była zwyczajnie bardzo ładna.
Charlie wyprostowała się i odchrząknęła – przedstawienie czas zacząć.
― No cóż, nie znamy się, ale mam nadzieję, że nam pomożecie. To jest Nick, ja jestem Charlie.
Rudowłosa dziewczyna niespokojnie się poruszyła.
― Tyle wiemy z listu, który przysłałaś. Jestem Lily, a to Mary. Szalenie nas interesuje wasza paląca potrzeba poszerzenia wiedzy na temat Blacka.
Na dźwięk tego nazwiska Mary drgnęła, jednak nic nie powiedziała. Widocznie uzgodniły to między sobą przed przyjściem.
― Wierzę, że może nam przyświecać ten sam cel ― oznajmiła Charlie spoglądając na Mary.
― Doprawdy? ― zapytała Lily. ― Nawet go dobrze nie znasz, nas zresztą też.
Na taką odpowiedź Puchonka czekała.
― Moja siostra poznała go wystarczająco dobrze. Zdaje się, że Mary również.
Na chwilę zapadła głęboka cisza. Policzki Lily Evans lekko poróżowiały i wymieniła szybkie spojrzenie z przyjaciółką.
― Znów to zrobił, tak? ― Tym razem odezwała się Mary.
Puchoni równocześnie przytaknęli.
― Chcemy go troszkę… utemperować. Obiecałam to siostrze. Pomożecie nam?
Obie Gryfonki uśmiechnęły się z satysfakcją.
― Och tak ― powiedziała Lily. ― Z przyjemnością powiemy wam wszystko.
Nick natychmiast chwycił za pióro i zaczął skrupulatnie notować każde ich słowo.
Wieczorem oboje analizowali wszystkie notatki o Syriuszu i dopracowywali szczegóły planu. Pokój wspólny był już niemal wyludniony, jedynie kilkoro piątoklasistów ślęczało nad jakimiś wyjątkowo problematycznymi zagadnieniami do sumów.
― Kobieciarz, dobra, to już wiedzieliśmy wcześniej.
― Tak ― przytaknęła panna Dawson. ― Ale teraz wiemy, że raczej nie powtarza swoich zagrywek. Musimy być kreatywni.
― Ty już jesteś kreatywna za nas oboje ― odpowiedział Nick i wskazał na notatki, które w prawie każdym wolnym miejscu pokryte były jakimś malutkim obrazkiem.
― Przywyknij ― zasugerowała z uśmiechem. ― No dobrze, ta jego banda jest dla niego ważna, trzeba będzie ich rozdzielić.
Humphrey przyglądał się przez chwilę jakiemuś słowu na pergaminie.
― Mam tu napisane „skrzywiony”.
Charlie uderzyła się otwartą dłonią w czoło.
― Och, tak! Chodzi o rodzinę, jako jedyny trafił do Gryffindoru. Nie wspominać o tym ― wyjaśniła.
Na chwilę Charlie pogrążyła się we własnych myślach. Black zdecydowanie miał w sobie jakiś rys arystokraty, nawet jeśli Evans mówiła, że nie chce się do tego przyznać. Z tym musieli obejść się naprawdę ostrożnie, zraniona męska duma mogła pokrzyżować wszystkie ich misterne plany i przygotowania.
― Evans powiedziała, że upewnią się, że Black na pewno w ten weekend pójdzie do Hogsmeade. Myślisz, że się nabierze na tę ściemę z randką w ciemno? ― Głos Nicka pełen był wątpliwości.
Charlie skrzywiła się lekko i westchnęła.
― Miejże trochę wiary ― upomniała przyjaciela. ― Twoje jedyne zadanie to napuścić na nas woźnego, nabieranie zostaw mnie.
Humphrey przytaknął i znów pogrążył się w notatkach. Mieli już zaplanowany praktycznie każdy szczegół, byli gotowi na każdą ewentualność, jednak wciąż czuł w sobie jakąś dozę niepewności. Może ten dyskomfort wynikał z faktu, że tak się czaili przed Celią? Potrząsnął głową, nie chciał teraz nad tym się zastanawiać, musiał całkowicie się skupić na tym, by jak najlepiej pomóc Charlie.
Następnego dnia po lekcjach Charlene chodziła nachmurzona jak chmura gradowa. Profesor Robinson zadał im wyjątkowo paskudne wypracowanie o klątwach, a ona chciała wolny czas po południu przeznaczyć na dopieszczanie swojej intrygi. Z zasępioną miną skręciła w kierunku biblioteki, która o tej porze zwykle była zatłoczona – kolejny powód, by zdenerwować się jeszcze bardziej. Jedyne wolne miejsce było przy stoliku obok okna, który zajmował jakiś Krukon. Charlie niewiele myśląc, za to sporo w głębi duszy narzekając, podeszła i bez słowa usiadła. Wygrzebała z torby czystą rolkę pergaminu, pióro, atrament oraz podręcznik i starannie wykaligrafowała tytuł wypracowania – Różnice między klątwami a zwykłymi czarnomagicznymi zaklęciami i sposoby obrony przed nimi. Wcześniej już studiowała trochę to zagadnienie, dlatego czym prędzej zabrała się do pisania wstępu, jednak po kilkunastu minutach, gdy już dotarła do sedna problemu, zwyczajnie się zacięła. Otworzyła książkę i zaczęła gorączkowo przeglądać kolejne strony w poszukiwaniu pomocy, jednak na próżno. Oparła głowę o stolik i przymknęła oczy marząc, by znikąd spłynęło na nią natchnienie.
― Kryterium podziału to intencje rzucającego zaklęcie ― usłyszała tuż przy swoim uchu i zaskoczona aż podskoczyła. ― Spokojnie, chciałem tylko pomóc.
Ostrożnie podniosła wzrok na twarz Krukona siedzącego przy jej stoliku. Uśmiechał się niepewnie, jego błękitne, błyszczące oczy lustrowały ją, a prawa ręka nieświadomie mierzwiła przydługie włosy w odcieniu rudawego blondu.
― Wydawało mi się, że to nieładnie zaglądać damie przez ramię ― zauważyła całkiem przytomnie jak na szok, którego przed chwilą doznała.
Chłopak speszył się lekko, a jego policzki poróżowiały.
― Możliwe, ale wyglądało na to, że utknęłaś ― usprawiedliwił się już bez cienia zażenowania. ― Jestem Charles Barker, zdaje się, że chodzimy razem na obronę przed czarną magią. ― Tu wskazał na swój podręcznik, który otwarty byl na tym samym rozdziale, co jej własny. ― Możesz mówić mi Charlie, a ty jesteś?
― Charlene Dawson, ale też możesz mówić Charlie. Nawet powinieneś.
Charles spojrzał na nią szeroko otwartymi oczami.
― Twoi rodzice mają poczucie humoru ― przyznał z uśmiechem.
― Przywykłam ― odparła blondynka. ― Cóż, skoro tyle wiesz o tych klątwach, może skrócisz moje męki i mi pomożesz?
Krukon gestem nakazał jej, by zaczekała, wstał i zniknął między regałami. Po kilku minutach wrócił taszcząc ze sobą wyjątkowo dużą książkę, którą rzucił na stolik z taką siłą, że wzbił się w powietrze tuman kurzu.
― Nie dam ci samej utknąć z tymi klątwami do przyszłego tygodnia.
Charlie uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością i otworzyła księgę w poszukiwaniu przydatnych informacji. Charles wrócił do swojego wypracowania, jednak po chwili przerwał.
― Skąd właściwie takie nietypowe imię?
Blondynka drgnęła ze zdenerwowania. Ta kwestia spędzała jej sen z powiek, dlatego nikt nie zwracał się do niej pełnym imieniem.
― Moja matka ― zaczęła powoli ― bardzo lubi zaczytywać się w tandetnych romansach. Dlaczego nie mogła mnie nazwać po prostu Charlotte? Przecież tak samo się skraca!
Z tej całej ekspresji na samym środku jej wypracowania wykwitł dorodny kleks. Westchnęła i ściągnęła go prawie natychmiast różdżką.
Charles tymczasem wolał nie odpowiadać, gdyż nie chciał sprowadzić na siebie złości jeszcze większej, niż w ogóle poruszenie tematu imienia, dlatego znów pochłonęło go wypracowanie. Panna Dawson z kolei nie otrzymawszy odzewu, również skupiła się na zadaniu.

***

Wielkimi krokami zbliżał się dzień wyznaczony na wyjście do Hogsmeade. Napięcie rosło, mnożyły się też wątpliwości, jednak Charlie była nieugięta, ilekroć Nick choćby wspomniał o możliwości wycofania się, ona natychmiast dusiła ten pomysł w zarodku. Tymczasem Celia w ogóle nie chciała na ten temat rozmawiać, a w szczególności z Nickiem. Omijała go szerokim łukiem, co tym bardziej go irytowało, gdyż panna Stone nie miała większych oporów przed spędzaniem czasu w towarzystwie Charlie.
— Wykończy mnie ta dziewczyna — mruknął w wieczór poprzedzający ich szatański plan.
Charlie jak zwykle wylegiwała się w poprzek kanapy ze szkicownikiem na kolanach i bezmyślnie coś bazgrała. Gdy wreszcie słowa przyjaciela do niej dotarły, drgnęła lekko i podniosła leniwie głowę.
— Mówiłam ci sto razy, żebyś jej powiedział.
Nick cały się najeżył.
— Nic jej nie będę mówił! — wrzasnął zirytowany, a grupka drugoroczniaków, którzy w najlepsze grali w gargulki w kącie salonu, spojrzała na niego ze zdziwieniem.
Charlie westchnęła zrezygnowana.
— Jesteś taki sam, jak twoja matka. Jak już się na coś uprzesz, to nawet za całe złoto Gringotta nie zmienisz zdania.
Humphrey zesztywniał. Niewiele wiedział o tym, jaka była jego matka w Hogwarcie, znał tylko tę część historii, w której zrezygnowała w ogóle z używania swoich mocy. Pani Humphrey dobrowolnie wyrzekła się różdżki, poślubiła mugola i usilnie starała się zapomnieć o fakcie, że coś takiego jak magia w ogóle istniało, ale jednej rzeczy nie przewidziała. Urodził jej się syn, który moc odziedziczył.
— A co ty możesz o tym wiedzieć?
— Znamy cię całe życie. Myślisz, że nie zdążyłam się na niej poznać? — Puściła mu oko, wyczuwając, że się zdenerwował. — Ojciec mi opowiadał. Oboje byli Puchonami, prawda?
Nick szybko zamrugał, chociaż nie chciał dać po sobie poznać, że nie miał o niczym najmniejszego pojęcia. Niestety, Charlie to dostrzegła i bez trudu poprawnie zinterpretowała.
— Och.
— No właśnie — odpowiedział powoli. — Och
Blondynka lekko się zmieszała. Nie chciała się wtrącać w jego sprawy rodzinne, ale z drugiej strony to był przecież Nick, jej najlepszy przyjaciel od kołyski, zawsze nierozłączni i nawzajem zawsze znali na wylot swój tok myślenia i punkt widzenia. Bez problemu mogli przewidzieć swoje reakcje i dlatego właśnie dziewczyna tak sobie tę więź ceniła.
— Nick… — zaczęła cicho.
— Tak, tak, wiem, przywyknij! — krzyknął i wstał. — Idę spać, zobaczymy się jutro, tylko bądź gotowa.
Po tych słowach odwrócił się i podążył w stronę korytarza prowadzącego do męskiego dormitorium. Charlie przez chwilę siedziała jak wryta, jednak szybko otrząsnęła się z transu.
— Hej, Nick! — zawołała zanim zdążył złapać za klamkę. — Tym razem nie udało ci się zgadnąć, co myślę. Chciałam powiedzieć, że mi przykro.
Humphrey wciąż stał do niej tyłem, przez chwilę nawet mogło się wydawać, że się odwróci, jednak w końcu zniknął za drzwiami.
— Zdaje się, że to ja będę musiała przywyknąć — westchnęła Charlie i również powlokła się do swojej sypialni.
Tej nocy panna Dawson naprawdę źle spała. Zazwyczaj nie miała z tym problemów, nie odkąd przestały ją dręczyć koszmary, że dostała trolla z historii magii. Teraz jednak sumy były już za nią, a ona do późnej nocy rzucała się z boku na bok, aż wreszcie obudziła się z wrzaskiem, gdyż przyśnił jej się Nick rzucający w nią tortem kremowym, przy czym śmiał się jak opętany i wrzeszczał do niej: Przywyknij! Przywyknij! Kiedy rankiem spojrzała w lustro i ujrzała okropne cienie pod oczami, po raz pierwszy w życiu przejęła się tym, jak wygląda. Przecież miała dziś wyglądać tak, by zwalić Blacka z nóg! Przez pewien czas biła się z myślami, aż w końcu postanowiła pójść po pomoc do Heleny. Ta oczywiście była wniebowzięta, marzyła o tym, by wystylizować siostrę odkąd zaczęła się interesować eliksirami kosmetycznymi. W parę chwil doprowadziła cerę Charlie do normalnego wyglądu i niechętnie wypuściła ze swojego dormitorium. Wychodząc do pokoju wspólnego zdeterminowana, by wcielić swój plan w życie, wpadła na Nicka.
— Jak leziesz, Dawson?
Po tych słowach już wiedziała, że jakoś się dogadają.
— Jak t y leziesz, Humphrey? — roześmiała się.
Nick spojrzał gdzieś ponad ramieniem przyjaciółki.
— Celia nie idzie? — zapytał, a Charlie potrząsnęła głową.
— Obiecałam jej, że napiszę za nią to wypracowanie z historii magii — odpowiedziała. — Po prostu jadła mi z ręki.
Nick tylko kiwnął głową i gestem wskazał przyjaciółce wyjście z salonu.
Po dłuższym spacerze, podczas którego nerwowo próbowali uzgodnić ostatnie szczegóły planu, dotarli wreszcie do wioski i nie tracąc czasu skierowali swoje kroki w kierunku pubu Pod Trzema Miotłami. Dziewczyna rzuciła przyjacielowi lekko zdenerwowane spojrzenie.
— Evans powiedziała, że będą tutaj około trzynastej — oznajmił uspokajającym głosem Nick.
Charlie pokiwała głową i pomyślała, że papieros teraz na pewno by jej pomógł, ale w tej chwili zauważyła w oddali cztery zaśmiewające się głośno postacie. Szturchnęła Nicka, wskazała mu głową kierunek i uśmiechnęła się.
— Do dzieła — szepnął Humphrey i pchnął ją lekko w stronę zbliżających się Gryfonów.
Puchonka wzięła dwa głębokie wdechy i ruszyła. Była ekstremalnie skoncentrowana na swoim celu, który zbliżał się i zbliżał śmiejąc się głośno z dowcipu, który opowiedział mu jego przyjaciel w okularach. Przydługie czarne włosy Blacka powiewały na wietrze razem z czerwono-złotym szalikiem. Kurtkę miał nonszalancko rozpiętą, jakby niska temperatura w ogóle mu nie dokuczała. Nagle Syriusz przystanął i zaczął grzebać w kieszeniach i w tym właśnie momencie Charlie dostrzegła swoją szansę. Skoczyła prosto na niego, zarzuciła mu ręce na szyję i pocałowała prosto w usta.
— Hej! — krzyknął zdziwiony Gryfon. — Czy my się znamy?
— Ty jesteś Luke? — zapytała niewinnym głosem, wymyślając imię na poczekaniu. — Nasi przyjaciele nas umówili…
Syriusz spojrzał na nią ze zdziwieniem, ale nie było w tym wrogości, w jego szarych oczach czaiła się odrobina ciekawości.
— Jestem Syriusz, a ty zdaje się z kimś mnie pomyliłaś.
Dziewczyna rozszerzyła oczy w udawanym zakłopotaniu i zakryła usta dłonią. Zerknęła na przyjaciół Syriusza — wszyscy jednak zniknęli z pola widzenia we wnętrzu pubu.
— Przepraszam, musiałeś pomyśleć, że zwariowałam, co za upokorzenie…
I ukryła twarz w dłoniach. Chłopak natychmiast rzucił się, by ratować sytuację. Dotknął delikatnie jej ramienia, a ona drgnęła i podniosła głowę.
— Mój przyjaciel — zaczęła i wskazała gestem oddalającego się Nicka — uważa, że jestem trochę… samotna. Dlatego umówił mi randkę w ciemno, a ja jak zwykle wszystko pomyliłam…
Usta Gryfona rozciągnęły się w uśmiechu. Ta nieporadna Puchonka wzbudziła w nim jakąś nić sympatii.
— Słuchaj — powiedział głębokim, aksamitnym głosem, którego zdaniem Charlie używał, by bałamucić naiwne koleżanki. — Może przyłączysz się do nas? Jestem pewien, że moi kumple nie mieliby nic przeciwko…
Dziewczyna potrząsnęła głową, ale Syriusz nie dał jej powiedzieć ani słowa.
— No przecież muszę jakoś ci wynagrodzić to, że nie jestem Luke.
Charlie zaśmiała się krótko — wpadał prosto w zastawione na niego sidła. Nawinęła niewinnie pasmo włosów na palec i zagryzła wargę.
— Nie, muszę go poszukać — odpowiedziała doskonale grając rozdartą między obowiązkiem wobec przyjaciół a chęcią spędzenia z nim popołudnia. — Ale… moglibyśmy spotkać się wieczorem.
Jego szare oczy rozbłysły.
— W takim razie sowiarnia? O dziesiątej?
Charlie pokiwała entuzjastycznie głową w odpowiedzi, posłała mu szeroki uśmiech i odbiegła w stronę Miodowego Królestwa, gdzie miał na nią czekać Nicholas. Jak dotąd wszystko szło zgodnie z planem.

Forsycja (złota): rozdział pierwszy

Ze skrzeczącą sową problemy były dwa. Może nawet trzy, jeżeli ktoś chciałby doliczyć do tego wszystkiego niemożność jej uciszenia. Bo co, miała własnej sobie dzióbek papierem zapychać? Żeby się jeszcze biedaczka udusiła? Nie ma mowy. Prędzej sama sobie zawiązałaby pętlę na szyi. Plamić się krwią płomykówki, jeszcze czego.
Nawet jeśli duszenie istotnie jest bezkrwawe i nie można sobie przy nim pobrudzić nowej, letniej sukienki (która to, nawiasem mówiąc, chyba zapomniała, że lato już odeszło), to i tak perspektywa egzekucji na Brando niespecjalnie jej się uśmiechała. Nie, to był felerny pomysł; ale niestety wszystko wskazywało na to, że tylko odrobina bezdusznej przemocy mogłaby rozwiązać problem numer trzy.
Tym bardziej, że z każdą chwilą problem numer jeden i problem numer dwa przybierały na sile, oba równie uciążliwe i oba równie doprowadzające ją do szału. King’s Cross może i był od zawsze najbrzydszym dworcem w Wielkiej Brytanii, ale wciąż znajdował się w Londynie, a Londyn, jak to Londyn, nie znał pojęcia samotności i pustki. Tłumy bankierów, sklepikarzy, modelek, studentów, kelnerów, słowem: wszystkiego, co się tylko zdążyło w tej metropolii zalęgnąć, w wiecznym biegu łatwo mogły pominąć niziutką dziewczynę i jej sowę. Kogo obchodzi sowa w obliczu spóźnienia na Bardzo Ważne Zebranie? Dlatego zwykle wyprawy do Hogwartu przebiegały w miarę sprawnie – nikt na nikogo nie zwracał uwagi, każdy zapatrzony był tylko we własne stopy zajęte biegiem donikąd. Tyle że istniała drobna różnica pomiędzy dziewczynką z sową a dziewczynką ze skrzeczącą sową.
Aha. Dokładnie taka różnica.
Na początku nikt się nawet nie zatrzymywał – ot, wytykali ją paluchem, chichotali pod wąsem i tyle było tej całej ludzkiej uwagi. Jednak przez kwadrans, który spędziła oparta o fasady najbrzydszego dworca może i całego świata, zdążył się przy szerokim wszak wejściu stworzyć zator złożony z gapiów, a zator złożony z gapiów to ostatnie, czego chce czarodziej, któremu jakoś nie marzy się przesłuchanie w Ministerstwie.
Walenie w klatkę nie pomagało, ba, nawet pogarszało sprawę, jednak Forsythia nie mogła się powstrzymać. Może i nie byłaby w stanie udusić sowy, ale z największą przyjemnością rzuciłaby nią o ścianę. Tu właśnie wkraczał na scenę drugi problem ze skrzeczącym ptaszyskiem. Nieustający dźwięk rozrywał jej czaszkę. Nigdy nie była człowiekiem tłumów i hałasów, ale przecież nawet gdyby była, to naprawdę? Naprawdę? Aż tak nisko ją sobie cenisz, płomykówko?
Walenie w klatkę nie pomagało, ale wciąż w nią waliła. Zator zagęszczał się, niemal już każdy przechodzień przystawał, by sprawdzić, czemu przystawali inni. Nie obchodziła ich już pewnie nawet i ta sowa. Odezwała się mentalność tłumu. Mama byłaby z niej dumna, że pamięta cokolwiek z długich wywodów psychologicznych, jakie zawsze jej fundowała lipcowymi wieczorami. Mama rzadko bywała z niej dumna, mama przecież niczego nie rozumiała. Nie wiedziała, jak to jest, być jednocześnie trochę tu i trochę tam.
Drugą ręką sięgnęła do kieszeni płaszcza i wyciągnęła z niej paczkę papierosów. Czy mugole poczują się lepiej widząc coś znajomego? W to wątpiła. Ale sama może poczułaby się lepiej.
– F.? Co ty wyrabiasz?
W całym tym zamieszaniu nawet nie zauważyła Annabeth. Tak się skoncentrowała na tłumie, na skrzeku i na fajce, którą przytrzymywała ustami, gdy prawa ręka zajęta była poszukiwaniem zapalniczki, że zignorowała pojawienie się swojej najlepszej przyjaciółki! To się ten rok zaczyna, ach, tylko pozazdrościć.
– Wtapiam się w otoczenie – odpowiedziała, choć przez skrzek sowy ledwie było słychać jej i tak na co dzień cichy głos. – Moi kuzyni przeżyli w te wakacje boom na Camden. Sama rozumiesz.
Annabeth nie rozumiała. Jak miała rozumieć? Czystokrwistych czarodziei, w szczególności zaś tych, którzy mieszkali na prowincji, od mugoli oddzielał mur, którego nie dało się pokonać. Dla niej papieros, którego w końcu zapaliła Forsythia był równie egzotyczny, co sowa w klatce, drąca się w niebogłosy i blokująca wejście na dworzec.
– Po każdych wakacjach wydajesz mi się być jeszcze bardziej mugolska, króliczku – odpowiedziała więc, nie drążąc tematu ani śmierdzącego czegoś w ustach przyjaciółki, ani żadnych boomów, a już na pewno nie jakiegoś Camden, cokolwiek to było. – Chodź tu się lepiej przytulić. Dwa miesiące cię nie widziałam!
Annabeth nie można się było oprzeć. Forsythia kochała ją jak nic we wszechświecie. Nawet swojej sowy nie kochała tak bardzo, chociaż to może akurat nienajlepszy przykład, zważywszy na tymczasową wrogość w ich relacjach. Gdyby nie sowa, rzuciłaby się jej na szyję bez najmniejszego zawahania, ba, nie zważałaby nawet na to, czy nie przypali koleżance włosów. Właśnie. Gdyby nie sowa.
Pokiwała z rezygnacją głową.
– Brando się niecierpliwi. Wolałabym najpierw zapakować się do przedziału.
– Jesteś niemożliwa – Beth mruknęła w odpowiedzi. – Nie-moż-li-wa.
– Powiedz to Brandonowi.
Ku zdziwieniu samej Forsythii, Annabeth wzięła jej uwagę za dobrą monetę i pochyliła się nad klatką z nieznośną sową. Tłum, który wciąż przecież tworzył zator, ale który wciąż i tak nie patrzył, nijak nie zareagował na to, że teraz jej brązowe loki zasłaniały mu cały widok. Co poniektórzy skupili się bardziej na pośladkach dziewczyny, ale to już zupełnie inna historia.
– Marlonie Brando, sowo o najgłupszym imieniu, jakie słyszałam i jednocześnie najgłupsza ze wszystkich sów, czy mógłbyś być na tyle uprzejmym, żeby już stulić ten pierdolony dziób?
Nikogo nie powinien zaskoczyć fakt, że sowie wcale a wcale nie spodobało się to przemówienie. Teraz nie tylko skrzeczała, ale i w przypływie wściekłości waliła skrzydłami w klatkę. Istny koszmar ornitologa.
Annabeth tymczasem wyprostowała się i rzuciła Forsythii przepraszające spojrzenie. Mówiło ono dokładnie: Nic się nie dało zdziałać, króliczku, taka uparta jak ty. Dziewczyna roześmiałaby się, ale od dłuższego czasu wcale nie było jej do śmiechu. Głowa bolała ją coraz bardziej, tłum irytował, a dworzec wcale nie chciał stać się piękniejszym.
– To co, idziemy? – rzuciła Beth, jednocześnie obejmując Forsythię ramieniem.
Mogła sobie pozwolić na takie manewry. Żyła w domu pełnym dorosłych czarodziei, niestraszny był jej więc Namiar i jego konsekwencje. Zaklęcia do śledzenia użycia czarów u nieletnich były niedokładne, urzędnicy nie potrafili ustalić, czy to nieletni, czy też któryś z domowników, i tego typu zgłoszenia z marszu umarzano. Dlatego też Annabeth była w stanie przed wyjściem na pociąg rzucić na swój kufer – albo poprosić o to starszych braci – zaklęcie lekkości, które sprawiało, że ważył nie więcej niż klasyczna, damska torebka. Tymczasem Forsythia nie dość, że pchała oporny, mugolski wózek bagażowy, to dodatkowo obciążony był on i kufrem pełnym ciężkich podręczników, i klatką z Brandonem.
Czasami naprawdę zazdrościła swoim czysto krwistym koleżankom. Wszystko było dla nich takie proste i takie… takie ładne. Forsythia zawsze sądziła, że magia jest przede wszystkim ładna. Mugolska praktyczność była przy niej taka szara, taka nieinteresująca.
Wystarczyło spojrzeć na wnętrze King’s Cross. Sąsiadujący z nim St Pancras, to było coś. A tutaj? Przerośnięty hangar dla samolotów albo niedzielna hala targowa w pseudoindustrialnych częściach kraju. Nie mogła wręcz patrzeć na te odrapane z farby, zardzewiałe, stalowe kontrukcje, na te przestrzenie, tak, jasne, chyba takie z horrorów. Do tego te gołębie. Gdyby była potężnym czarownikiem, doprowadziłaby do ich absolutnej eksterminacji, bo doprawdy patrzeć już nie mogła na obsrane ławki i obsranych bankierów. Mogłaby się założyć w swoim naiwnym umyśle mugolaczki, że czarodzieje właśnie tak robili. Gołębie były brzydkie, magia – po prostu ładna.
Zamiast więc podziwiać przeszklony dach, zamiast słuchać Annabeth i rozkoszować się chwilą, Forsythia gapiła się, owszem, na dach, ale zbyt zajęta była kontemplowaniem beznadziei mugolskiego życia. Zresztą, po co miała się tym dzielić z przyjaciółką? Ta by ją zbyła. Ona też nie rozumiała, jak to jest, być trochę tu i trochę tam. Zupełnie jak mama, chociaż tyle je przecież różniło.
Z zamyślenia wyrwał ją dopiero lekkie uszczypnięcie w bok, które zafundowała jej Beth.
– Ał!
– Pytałam, jak wakacje, F. Wszystko dobrze? Nie wydajesz się zbyt szczęśliwa powrotem.
Forsythia wzruszyłaby ramionami, ale w jej tragarskiej sytuacji nie byłoby to zbyt wygodne.
– To nie tak, jak myślisz – odpowiedziała.
Annabeth przyjrzała jej się uważnie. To nie tak, jak myślisz mogło dotyczyć tylko jednego. Ale już, tak szybko, tak od razu? Ledwo przedarły się przez stłoczony przy wejściu tłum (który to pewnie pozostanie tam przez dłuższy czas, choć przecież składał się będzie z coraz to nowszych, coraz to bardziej niepewnych na co patrzeć ludzi), a ona już…?
– Dwa miesiące bez Blacka to było coś, ha?
Forsythia najeżyła się. Samo wspomnienie Syriusza doprowadzało ją do szału. Jak gdyby skrzecząca sowa nie była wystarczająco denerwująca! Nie podobało jej się to, że Annabeth od razu przeskoczyła do tego tematu. Miała nadzieję na odrobinę dłuższe wakacje. Wakacje od niego.
– Daj spokój, to nie to – odfuknęła. – Nie lubię tego przejścia. Wiesz, w jednej minucie jestem mugolem, a w następnej wierzę w latające dywany.
– Słyszałam, że uciekł z domu i mieszka teraz z Jamesem – Beth zignorowała jej protest. – Taka plotka poszła po rodzinnych obiadkach, rozumiesz, takie tam w stylu my nie mamy syna, co za skandal, klasyk.
Peron dłużył się niemiłosiernie. Kto to pomyślał, by na perony dziewiąty i dziesiąty trzeba było przejść po innych peronach? Widzicie, mugole nawet w swojej praktyczności według Forsythii niespecjalnie się sprawdzali. Niby wszystko numerowali, niby wszystko mieli pod kontrolą, a tu proszę, nie zaplanowali krótszych peronów na wypadek nieprzyjemnych konwersacji.
Jedyne, co mogła zrobić, to ze złością cisnąć o podłogę resztą papierosa, by po chwili przejechać po niej metalowym kółeczkiem wózka. Tak, to ją trochę uspokoiło, w szczególności, gdy pomyślała sobie, że ten niedopałek był głową wyżej wymienionego.
– Zobacz, półnagi piłkarz na piątej – rzuciła beznadziejnie, bo przecież Annabeth nie mogła wiedzieć ani o piłce nożnej, ani o mugolskich opisach kierunków.
Jednak słowo półnagi na chwilę wytrąciło łasą na chłopców dziewczynę i plan częściowo bo częściowo, ale zadziałał. I to na tyle, że Beth nie powróciła już do poprzedniego tematu. Ciąg skojarzeń w głowach młodych kobiet nie ma sobie równych.
– Tobie tylko jedno na myśli! – wykrzyknęła radośnie i przyciągnęła Forsythię do siebie. Zupełnie nie zważała na kufry, klatki, wózki. Dla niej to był inny świat. Nawet nie zastanowiła się nad tym, czy tamtej będzie teraz wygodnie, bo nie wiedziała tak za bardzo, co to znaczy niewygoda. – Powiedz mi, F., znalazłaś sobie jakiegoś rycerza w te wakacje? Czy odstraszył go twój mugolski zapach?
Forsythia spróbowała odsunąć się od niej nieznacznie, ale to nie było takie proste – musiała więc od tego momentu iść dziwnie zgięta na lewą stronę.
– Przecież wiesz – odpowiedziała niemrawo.
Annabeth posłała jej pełne zrozumienia spojrzenie.
Przez to spojrzenie o mało co nie wpadłyby na mugolkę z dzieckiem, która spieszyła się na peron dziesiąty. Bo i przejście, do którego zmierzały, było prawie przed ich nosem. Forsythia powinna pewnie przemyśleć złośliwość rzeczy martwych, która wydłuża perony, gdy nie trzeba, a potem skraca je wedle uznania, jednak, to pewnie też złośliwość, zdążyła już zapomnieć o irytacji na Syriusza. Nawet sowa zdawała się skrzeczeć jakby ciszej.
Forsythia w końcu się zachwyciła. Bo oto ta zbitka starych cegieł trzymała w sobie tajemnicę jej życia.
Dla mugolskiego dziecka Hogwart był o wiele lepszy niż sklep pełen czekoladek – tu czekoladki się ruszały (i to dosłownie). Ono mogło nigdy tam nie należeć, ono mogło zawsze czuć się intruzem, wreszcie, ono mogło wrócić do domu i porzucić magię, zapomnieć, nie pożałować ani przez chwilę. Ale nie mogło się nie zachwycić za każdym razem, gdy stawało u progu tego absolutu.
– Rogaty ci jeszcze nie przeszedł? F., daj spokój. Myślałam, że tylko ci się tak uwidziało przed wakacjami – Annabeth równie dobrze mogłaby mówić do siebie. Cała uwaga F. skupiona była na ścianie, do której się zbliżały. – Przecież wiesz, jaki on jest cały tylko dla Evans. Ona go w końcu weźmie, on cię nigdy nie zauważy i tyle z tego będzie.
Z przejściem na peron 9 i ¾ było tak. Wszystko rozchodziło się o całkowitą naturalność ruchu. Tłum wewnątrz dworca niewiele różnił się od tłumu, który zatorował do niego wejście. Nie zwracał uwagi na nic poza hałasem i… i zdenerwowaniem. Pierwszaki wpadały najłatwiej, nie wiedziały jeszcze, jak się nonszalancko podeprzeć, jak mimochodem wjechać wózkiem w ścianę. Skrzecząca sowa nie była dobrym pomysłem, bo wciąż przyciągała uwagę, chociaż, z racji tego, że poruszała się i nie tkwiła w jednym miejscu przez kwadrans, nie zbierała już całego batalionu gapiów.
Sowa nie sowa, rozglądanie się na boki było najgorszym, co mogły zrobić, bo wiadomo, że rozglądający się to zwykle przestępcy, a przestępców, którzy tak naprawdę nie są przestępcami albo są przestępcami dość niegroźnymi w skali przestępczości, widzi się zawsze.
– Rozchmurz się, przecież… – zaczęła Annabeth. W połowie zdania przerwało jej zaklęcie, umożliwiające dotarcie na magiczny peron. – Przecież nie musisz – podjęła po drugiej stronie – jeszcze oglądać Evans. Posadzi się ją w przedziale dla prefektów i cała podróż z głowy.
– To nie tak – odpowiedziała mechanicznie Forsythia.
Czy nie lubiła Lily tylko dlatego, że przez nią James był dla niej niedostępny? Nie. Nie lubiła Lily, bo ta była najzwyczajniej w świecie nudna i F. miała na ten temat przygotowany cały wykład, którego niejednokrotnie musiała słuchać Beth, tyle że zbyt zajęta była łapczywym pochłanianiem wszystkiego, co czekało na nią po drugiej stronie ceglanej ściany, by się w to zagłębiać.
Tak dobrze było znów się w tym zanurzyć! Forsythia już czuła mrowienie magii w koniuszkach palców, choć przecież Meade, ich współlokatorka, niejednokrotnie tłumaczyła jej, że to niemożliwe. Chociaż peron 9 i ¾ wyglądał dokładnie tak, jak reszta peronów King’s Cross, tutaj wszystko jej się podobało, tutaj wszystko było ładne. Gdyby ktoś spytał dlaczego, wcale by nie fuknęła, że przecież jest ładniejszy, nie; odpowiedziałaby, że podczas gdy mugolska część jest brudna i wyprana z życia, tutaj wszystko było pełne duszy, werwy, radości, tutaj nawet cegły czerwieniły się ze szczęścia a nie ze wstydu, jak to było po drugiej stronie.
Annabeth postanowiła nie drążyć tematu, wiedziała wszak wszystko na temat tej niechęci, którą sama przecież też czuła do panny Evans. W Lily irytowało ją wszystko, od mdłych butów po mdłe uszy, wszystko po prostu. Zamiast więc rozwodzić się na tematy nieprzyjemne, rozejrzała się po obecnych na peronie uczniach i…
– Spójrz, kto tam stoi. – Wskazała Forsythii wysokiego bruneta.
Ta z niechęcią podążyła za palcem koleżanki, spodziewając się każdego, tylko nie Jamesa Pottera. A czy ktoś poza Jamesem Potterem mógłby ją jeszcze zainteresować? Nie sądziła. Była beznadziejnie zakochana, tak beznadziejnie, że nawet topienie się w jeziorze nie wchodziło w rachubę, bo trytony z awersji do tej beznadziei z pewnością wyniosłyby ją na brzeg.
Ach, tak, jego się spodziewała. Kapitan Krukonów. Nie była nawet pewna jego imienia – Quidditch wprawdzie ją interesował, ale zbyt bała się wysokości, by kiedykolwiek spróbować, a bez aktywnej pasji do tego sportu niewiele się w środkowisku graczy dało zdziałać. Annabeth była ścigającą i dzięki temu Forsythia dobrze orientowała się w składzie własnej drużyny, ale jej edukacja nie doszła jeszcze do poziomu drużyn obcych.
Niemniej chłopak uśmiechnął się na jej widok i nawet pomachał. Od razu go sobie przypomniała. Kręcił się wokół nich pod koniec poprzedniego roku, nawet rozmawiali kiedyś przez moment w bibliotece.
– Ile ja bym dała, żeby Osbert na mnie spojrzał, ty szczęściaro, ty – rozmarzyła się Annabeth. – Szkoda, że w zeszłym roku tak go poturbowali, nie? Już wtedy by cię gdzieś zaprosił i wyleciałaby ci z głowy na durna ciągotka do Jamesa.
Forsythia spojrzała na nią z rozbawieniem.
– To nie moja liga, Beth. Ja jestem skromną dziewczyną, która…
– Która się kocha w Jamesie Potterze! F., ty moja mała hipokrytko.
Annabeth pocałowałaby przyjaciółkę w rozkoszną, głupiutką główkę, ale w ruchu było to zdecydowanie utrudnione. Już machanie, wskazywanie, rozglądanie się i niesienie kufra było wystarczająco wymagające.
– Nie krzycz tak, jeszcze cię ktoś usłyszy.
Najpierw roześmiała się Beth, potem Forsythia. Nawet jeśli jedna z nich udawała naburmuszoną, nie mogła tego robić długo. To był jeden z głównych filarów ich przyjaźni – nigdy przenigdy nie chować urazy.
– Chodź, pomogę ci z tym kufrem – powiedziała Annabeth, gdy w końcu znalazły się przy drzwiach jednego z wagonów.
To nie był byle jaki wagon. Dziewczyny kultywowały małą tradycję – co roku podróżowały do Hogwartu w tym samym przedziale. Na początku było to dość przypadkowe, ale czy serii przypadków nie można równie dobrze nazwać przeznaczeniem? Teraz nie mogły już inaczej, zresztą, jako szóstoklasistki miały już swoje sposoby przekonywania młodszych uczniaków.
– Teraz to sobie sama pomogę, cwaniaku.
W nieskończonych kieszeniach płaszcza Forsythii – które naprawdę były nieskończone, wiwat, magia! – znajdowała się również jej różdżka. Tak dobrze było w końcu zacisnąć na niej palce, stęsknione za ciepłem buzującego magią kawałka mahonia, tak dobrze było poczuć moc. Nic więc dziwnego, że zamiast nieporadnie gramolić się z ciężkimi bagażami, dziewczyna zdecydowała się na proste zaklęcie lewitacji, którego uczą przecież już pierwszaków.
Annabeth znowu się roześmiała, tym swoim perlistym śmiechem wiły i Forsythia pomyślała, że gdyby ta była blondynką, pewnie sama by ją o wiłostwo posądziła. Szybko jednak skoncentrowała się na swoim zaklęciu, magia bywała kapryśna, gdy się taki mag rozproszył, trzeba było odłożyć zachwyt na później.
Forsythia i jej bagaże weszły do pociągu pierwsze; krótko za nimi podążyła Annabeth, która wciąż nie mogła przestać mówić:
– Wiesz, świetnie by było, gdybyśmy w tym roku częściej wychodziły do Hogsmeade we dwie. Lily i tak w kółko zostawia nas dla Snape’a, a bez niej Winnie i Meade zachowują się jak bezgłowe druzgotki. Obie niby takie mądre i takie utalentowane, a to Evans musi za nie w kółko myśleć. Nudzi mnie to. Jesteśmy na tyle dorosłe, żeby je w końcu od siebie odczepić. Mam dosyć bezsensownego mielenia ozorem o zastosowaniu włosia mantikory w leczeniu łuszczycy, co to w ogóle jest łuszczyca?
– To taka choroba skóry. Nie martw się, nie jest zakaźna. Kogokolwiek leczą te dwie, na ciebie to nie przejdzie.
– Wiem, chodziło mi ra…
Nie dokończyła zdania, bo oto z ich przedziału wyskoczył jej własny, prywatny, ukochany kot. Aż pisnęła z wrażenia. Nic nie wywołuje przecież w młodej dziewczynie tak silnych emocji, jak stan ukochanego zwierzaka.
– Hildegarda! – krzyknęła, rzucając kufer na podłogę i wyciągając ręce do przestraszonej kotki. Ta dopiero po chwili zdecydowała się podejść i dać się przytulić, na tyle była rozproszona tym, co jej się przydarzyło. – Co się dzieje, kochanie? Przecież prosiłam małą, żeby odniosła cię na twój ulubiony stoliczek przy oknie. Ja się rozmówię z gówniarą, zobaczysz.
Poziom oburzenia Beth bardzo Hildegardzie odpowiadał. Była w istocie najbardziej rozpieszczoną perską kotką na calutkim świecie. Uwielbiała, gdy się do niej mówiło, a jeszcze bardziej uwielbiała, gdy się do niej mówiło o niej. Momentalnie zapomniała o tym, czego się przestraszyła; zajęła się taplaniem w morzu zachwytu nad samą sobą.
Jako że Annabeth zajęta była drapaniem kotki za uchem, to Forsythii przypadł wątpliwy zaszczyt sprawdzenia, co takiego działo się w ich przedziale. Nie miała ochoty na strojących sobie żarty młodziaków, na zmianę przedziału też resztą nie. Westchnęła ciężko, odstawiła bagaże i ruszyła w stronę nieuniknionego.
Tylko kto powiedział, że nieuniknione zawsze musi być też najgorsze?
– Black! To jest nas przedział! Co ty sobie w ogóle wyobrażasz?
To, co zobaczyło, przechodziło ludzkie pojęcie. Syriusz Black rozkładał się w brudnymi buciorami na jej siedzeniu. Jej siedzeniu. Z brudnymi buciorami. Ona nie po to odpoczywała od niego przez dwa miesiące, żeby teraz te brudne buciory…
– Wasz? A to one są jakoś podpisane czy co?
Złośliwy uśmiech zagościł na tym jego przystojnym pysku. Forsythia najchętniej rozkwasiłaby mu nos i tym sposobem pozbyłaby się i uśmiechu, i przystojnego pyska, jednak przewaga fizyczna Syriusza jej na to nie pozwalała. Nie mogła nawet do niego podejść i zmusić go, żeby wstał, gdy do niego mówi, a nie leżał rozwalony na całą długość przedziału, z brudnymi buciorami dokładnie na jej miejscu.
– Przecież… Przecież… – Starała się łapać oddech. – Siedzimy tu zawsze od naszej drugiej podróży do Hogwartu. Zawsze, rozumiesz? ZAWSZE. Bo pierwszą… Bo pierwszą spędziłam z tobą i to była najgorsza podróż w moich życiu!
Bardzo starała się powstrzymać od tupnięcia i prawie jej by się to udało, gdyby Syriusz nie postanowił rzucić jej najbardziej lekceważącego spojrzenia świata. Tego było za wiele. To zasługiwało nie tylko na tupnięcie, ale i na nerwowe przeszukiwanie kieszeni w poszukiwaniu ostrych narzędzi.
Gdyby Annabeth nie weszła wtedy do przedziału, narzędzia pewnie i znalazłyby się, bo przecież kieszenie były nieskończone. Hildegarda jednak postanowiła, że znudziło jej się siedzenie na rękach, zresztą, sama Beth zastanawiała się, gdzie zniknęła jej Forsythia. Można powiedzieć, że pojawiła się w idealnym momencie, chociaż bardziej coś odwlekała niż powstrzymywała.
– Ej, ej, ej! – wykrzyknęła elokwentnie. – Spokojnie. Lily z Lunatykiem pójdą i tak do przedziału prefektów, tak? Tak. A nas jest siódemka. Wystarczy tylko wyrzucić Meade i możemy wszyscy siedzieć razem, F., i tak jej nie lubisz.
Forsythia dyszała ciężko, jak maszyna, którą szybko rozgrzano, a potem równie szybko próbowano zgasić. Tak się też czuła, jak durna kolejka parowa, której za szybko dołożyli do pieca. Nie mogła się uspokoić. Starała się, ale ta przystojna morda Blacka…
– Nie daj się prosić – powiedział złośliwie, patrząc jej prosto w oczy. – Forsey-Dorsey.
Tego było za wiele.
Zdecydowanie za wiele.
Zanim zastanowiła się nad tym, co robi, zaczęła z kieszeni wyciągać wszystko, co wpadło w jej ręce – papierosy, zapalniczkę, starego Timesa, paczkę gumy do żucia, pluszowego chomika młodszego brata, po prostu wszystko – i rzucać tym po prostu wszystkim w Syriusza. Ten zerwał się z miejsca, bo choć przedmioty te nie bardzo mogły go zranić, cała sytuacja była, delikatnie to ujmując, co najmniej upokarzająca. W jednym susie doskoczył do Forsythii i zawarczał jej prosto w twarz:
– Co ty sobie wyobrażasz, wariatko?
Ona wcale nie pozostała mu dłużna:
– Co ja sobie wyobrażam? Co ja? Sam jesteś wariat! Co sobie wyobrażasz, wariacie?
Mogli tak godzinami i Annabeth doskonale o tym wiedziała. Dlatego wycofała się razem z Hildegardą na korytarz, pozostawiając ich samymi sobie. Nawet Brando był spokojniejszy, korytarze pociągu do Hogwartu były mu zdecydowanie bliższe, zresztą, bał się perskiej kotki i nie odważyłby się w jej obecności na żadne ekscesy.
Chociaż Annabeth nie miała nic przeciwko obserwowaniu widoków za oknem, które przy aktualnym położeniu pociągu stanowiły li i wyłącznie ceglaną ścianę i parę metalowych umocnień, o tyle przeciskający się przez nią, dwa kufry, sowę i kota uczniowie nie podobali jej się już tak bardzo. Dlatego ucieszyła się, gdy po niespełna dwóch minutach pojawił się James. Przez to, że Forsythia i Syriusz zawsze wymykali się im spod kontroli, łączyła ich szczególna więź dwóch starych panien, które niańczą cudze dzieci.
– Co się dzieje? – spytał, podchodząc bliżej.
Annabeth mruknęła coś o tym, że to, co zwykle i głową wskazała mu drzwi do przedziału z furiatami. Rogaty swoim zwyczajem przeczesał palcami swoje ciemne włosy, tym gestem i paroma zmęczonymi spojrzeniami odwlekając swoją interwencję. Wakacje kończyły się w tym roku wyjątkowo szybko.
Za każdym razem było dokładnie tak samo. Forsythia i Syriusz kłócili się o wszystko, chociaż, jeśli miał być szczery, to jego przyjaciel prowokował większość z tych spięć. O co pokłócili się na początku – tego nie wiedział nikt. Łapa nie pisnął o tym nawet słówkiem, a kiedy raz spytał o to Annabeth, usłyszał:
– Nie wiem, Rogaty. Naprawdę nie wiem. F. nigdy mi o tym nie opowiedziała. To musiało być coś, wiesz, ja o niej wiem wszystko. Nawet takie głupstwa jak to, że w trzeciej klasie w tajemnicy nadmuchała sobie duży palec u nogi i musieli go cztery godziny nakłuwać, żeby to zeszło. Nawet takie głupstwa. A tego nie i już.
Dawno pogodził się już z myślą, że tak będzie zawsze, ale gdzieś tam w głębi ducha wierzył, że jeśli wyciągnąłby od nich ten sekret, te małe kłótnie też by w końcu ustały. Tylko co jeśli nawet oni nie pamiętali, o co poszło?
Gdy tylko go zobaczyli, wykrzyczeli w pełnej synchronizacji, jak zawsze:
– To on!
– To ona!
Potem nastąpiło też jak zawsze:
– Powiedz mu coś!
– Powiedz jej coś!
A potem znowu zaczęli się kłócić i przekrzykiwać, zdenerwowani tym, że powiedzieli to samo, sfrustrowani swoim podobieństwem i przekonani, że to pierwsze parodiuje to drugie i to drugie parodiuje to pierwsze.
James wiedział, że najlepszym, co można zrobić w tej sytuacji, to przeczekać. Zawołał się do siebie Annabeth i pomógł jej z kuframi. Potem rozsiadł się wygodnie na siedzeniu i czekał.
Czekał.
Czekał.
Wkrótce dołączył do nich Peter, o którym zawsze wszyscy zapominali, a po nim oplotkowane już przecież Meade z Winnie. Na początku było dojść miejsca, by wszyscy usiedli, wszak Syriusz i Forsythia stali, drąc się na siebie i ignorując całe swoje otoczenie. Nie była to najwygodniejsza konfiguracja, ale czy można było temu zaradzić?
Pociąg ruszył, a oni wciąż swoje i swoje. Wakacje się skończyły, jak powiedział James. Witaj rzeczywistości. Witaj roku szkolny.
W końcu nastąpił przełom. Nikt nie wiedział, co takiego powiedział Syriusz, bo nikt tak po prawdzie tego nie słuchał. Nie powinno się mieć nawet pewności, że Forsythia go słuchała, tak zaślepiona była złością. Czy to było ważne? Grunt, że przełom nastąpił, Syriusz oberwał jeszcze resztką zakupionych wczoraj rodzynków w czekoladzie i Forsythia usiadła.
Usiadła na swoim miejscu, oczywiście, skrzyżowała ręce na piersi, oczywiście i ostentacyjnie wyjrzała przez okno, też oczywiście. Syriusz stał przez chwilę nad nią, jakby czekając, że się przesunie. Nie przesuwała się. Nie miała zamiaru się przesuwać.
– Glizdek, idź sprawdzić, czy cię nie ma z Remusem – warknął w końcu, wciąż patrząc na Forsythię.
– Ale Remus jest prefektem i…
– Glizdek! Żebym ja nie musiał drugi raz powtarzać!
Odwrócił się gwałtownie i chyba ten gest ostatecznie przekonał Petera do posłuszeństwa. W innej sytuacji Forsythii byłoby go żal, nie znosiła bowiem tego, z jaką pogardą Syriusz czasami do niego podchodził. Teraz jednak zbyt była skoncentrowana na ignorowaniu Blacka, by wstawić się za kolegą.
Kiedy Syriusz zwalił się ociężale na miejsce naprzeciwko Forsythii, siedzący w klatce nad jego głową Brando aż zaskrzeczał z niezadowolenia. Dobrze, że wygrzewająca się na słońcu Hildegarda machnęła na niego ogonem, bo wszystko, razem z tym rokiem szkolnym, zaczęłoby się na nowo jeszcze raz i jeszcze raz, i jeszcze raz, i jeszcze…

Forsycja (czerwona): rozdział pierwszy

Od rana miałam wrażenie, że o czymś zapomniałam – pewnie tak było, zwykle tego rodzaju wrażenia były prawdziwe – ale tym czymś na pewno nie był Marlon. Wydawał z siebie smętne pohukiwania, kiedy jadłam śniadanie i wrzucałam ostatnie, pominięte wczoraj szpargały do kufra. Dziobał klatkę, kiedy jechałam na King’s Cross. Teraz, kiedy stałam tuż obok peronu dziewiątego, nieustannie trzepotał skrzydłami i zwracał na mnie uwagę przechodniów.
W końcu to nie tak, że na dworcu widywało się wiele osób z sowami.
Oczywiście pierwszego września wszystko wyglądało odrobinę inaczej, a pohukiwanie dochodzące z tego czy tamtego wózka na bagaże jakby umykało uwadze mugoli. Na ogół. Nie było to regułą, kiedy źródło pohukiwania rozbijało się o pręty klatki i najwyraźniej chciało zakosztować wolności. Nie wiedziałam, jakie są szanse na to, że Marlon sam trafi do Hogwartu, ale wolałam nie ryzykować. Nie zawsze dobrze się ze sobą dogadywaliśmy; miałam nawet wrażenie, że w jego oczach zawaliłam jakiś test, który każdy powinien przejść, jeśli ma dostąpić zaszczytu korzystania z pocztowych usług Marlona. Może po prostu trafiłam na wyjątkowo ślizgońską sowę.
Rozważałam zapalenie papierosa, ale rozwścieczyłoby Marlona jeszcze bardziej – albo dlatego, że sam chciałby zapalić, albo dlatego, że przeszedł szybki kurs krzewienia zdrowego stylu życia. Nigdy nie wiadomo, czym sowy zajmują się w wolnym czasie. Oczywiście palenie rozzłościłoby też Meade, która z całą pewnością nie chciała zapalić i z równym powodzeniem mogłaby być autorką kursów poświęconych zdrowemu trybowi życia. Tyle że Meade tu nie było, choć zawsze na każde spotkanie przybywała za wcześnie. Annie twierdziła, że to dlatego, że Meade nie ma nic lepszego do roboty. To było okrutne. Prawdziwe, ale okrutne.
Zanim jednak sięgnęłam do torebki, zauważyłam wśród tłumu ciemną czuprynę Annie. Ciężko było ją przeoczyć – może nie tyle samą czuprynę, ile samą Annie. Annabeth Fudge był najśliczniejszym stworzeniem, jakie kiedykolwiek chodziło do Hogwartu, jak zgodnie twierdzili wszyscy chłopcy. Nie byłam pewna, czy powinnam jej za to nienawidzić. Przez pięć lat wspólnego zajmowania dormitorium miałyśmy swoje różnice, ale zwykle potrafiłyśmy je pokonać i dogadywałyśmy się wręcz znakomicie. Nie przeszkadzało mi to jednak zastanawiać się, czy gdybym była tak ładna jak Annie, to udałoby mi się umówić z jednym jedynym chłopakiem, z którym naprawdę chciałam się umówić. Chociaż w tym przypadku odniosłabym sukces raczej wtedy, kiedy wyglądałabym jak inna z moich współlokatorek.
– Co zrobiłaś Marlonowi? – zapytała Annie w ramach powitania. – Ciska się, jakbyś go napoiła kawą.
– Nie dałabym sowie kawy! – udałam oburzoną. Annie nigdy nie zaakceptowała mojego ulubionego napoju i była gotowa obwiniać go o każdą moją nadpobudliwość. Najwyraźniej o nadpobudliwość mojej sowy też.
Annie uśmiechnęła się do mnie – chyba nie protekcjonalnie, a przynajmniej taką miałam nadzieję – i kucnęła przy klatce z Marlonem. Oczywiście jej kotka, Hildegarda, siedziała spokojnie w koszyku i obrzucała świat pogardliwym spojrzeniem. Oczywiście. Annie zaczęła coś szeptać i włożyła palec do klatki. Miałam nadzieję, że Marlon jej nie dziobnie, musiałabym słuchać o jej kontuzji do końca podróży. Chociaż…
Ale nie, Marlon jej nie dziobnął. Annie wyprostowała się i poprawiła okulary przeciwsłoneczne, które spoczywały na czubku jej głowy. Marlon patrzył na nią z uwielbieniem.
Chyba jednak troszeczkę jej w tej chwili nienawidziłam.
– Jak minęły wakacje? – zapytała, błyskając w moim kierunku garniturem prostych, białych zębów, które ładnie kontrastowały z jej opalenizną.
– Nieźle – odpowiedziałam zdawkowo. Kiedy ma się trójkę młodszego rodzeństwa nieźle to najlepsze, na co można czasami liczyć. – Byliśmy nad morzem – dodałam.
– Och, my też! – rozpromieniła się Annie. – Lazurowe Wybrzeże jest takie piękne. Do ostatniej chwili nie byłam pewna, czy tacie uda się załatwić świstoklika, wiesz, jak ciężko bywa z tymi międzynarodowymi…
Kiwnęłam głową. Nie miałam pojęcia.
– Na szczęście się udało. O, patrz, Meade! Widzisz gdzieś jej brata? – zapytała, zapominając na chwilę o całym Lazurowym Wybrzeżu. Nie mogłam jej się dziwić. Trenton Wright był facetem, dla którego można zapomnieć nawet o Lazurowym Wybrzeżu.
Zerknęłam w kierunku, który wskazała.
– Wygląda na to, że jest sama. Może Trenton zgubił się gdzieś po drodze?
Annie posłała mi spojrzenie, które sugerowało, że byłam idiotką, bo tylko idiotka mogła pomyśleć, że ktoś tak wspaniały i mądry jak Trenton zgubiłby się na dworcu. Uśmiechnęłam się do niej krzywo. Kiedy chodziło o Wrighta, Annie traciła całe poczucie humoru.
– Meade, kochanie, jak wakacje? – zapytała, kiedy Meade była dostatecznie blisko, by nie trzeba było do niej krzyczeć.
Meade nie była opalona. Ba, przy Annie wyglądała na jeszcze bledszą niż zwykle. Jej długie, jasne włosy były – jak zawsze – zaplecione w warkocz, a ubranie, które wybrała panna Wright, do złudzenia przypominało szkolny mundurek, choć z całą pewnością nim nie było. Annie – z jej opalenizną, pieczołowicie zakręconymi lokami i krótką sukienką w czerwono-żółte kwiaty na białym tle – zupełnie do nas nie pasowała. Ja sytuowałam się bowiem gdzieś pomiędzy nimi dwiema; miałam na sobie pasiastą, czerwono-żółtą bluzkę, którą mama kupiła mi wiosną (twierdziła, że skoro mam w pokoju proporczyk w tych samych kolorach, to na pewno marzę i o bluzce), i czarne spodnie, które wyglądały dostatecznie dobrze, bym mogła stawić w nich czoła całemu światu. Kto wie, gdybym kiedykolwiek miała wybierać spodnie, w których stawię czoła światu, może faktycznie wybrałabym te. Nie miałam jednak czasu zrobić nic z włosami, więc brązowe kosmyki opadały mi na ramiona w czymś, co mogłoby zostać uznane za artystyczny nieład, gdyby ktoś miał dostatecznie dużo dobrej woli.
– Przerobiłam już materiał na ten semestr zaklęć – powiedziała Meade z niespotykanym jak na nią entuzjazmem.
Annie nieco zrzedła mina. Nie interesowała się nauką, kiedy – technicznie rzecz biorąc – były jeszcze wakacje.
– Och, to musiało być ciekawe – odpowiedziała jednak, posyłając Meade szeroki uśmiech.
– O tak – zapewniła Meade i zaczęła mówić o nowej technice kontroli ruchów nadgarstka, jakby było to najwspanialsze, o czym w życiu słyszała.
Zaczęłam grzebać w torebce. To zdecydowanie był moment, żeby zapalić. Nawet jeśli miałam rzucić, zanim pojadę do Hogwartu. Nie miałam pewności, czy skrzaty nie rewidują naszych szafek. Nie miałam odwagi zapytać Meade, choć z całą pewnością wiedziałaby o skrzatach wszystko. Byłam jednak pewna, że usłyszałabym też długi i wyczerpujący wykład na temat szkodliwości palenia. Czasem lepiej zaryzykować.
Ledwie zdążyłam odpalić papierosa i raz się zaciągnąć, a już poczułam na sobie karcące spojrzenia trzech par oczu. Nawet Marlon był przeciwko mnie.
– Ostatni już… – mruknęłam, a potem rozejrzałam się po dworcu. – Może powinnyśmy wejść na peron.
– Wtedy Fred i Lily nas nie znajdą – odpowiedziała Meade.
– Jesteśmy w tłumie, jakie są szanse, że znajdą nas tutaj? – zapytałam.
– Rzucamy się w oczy – zapewniła mnie Annie, a potem zaczęła podskakiwać. Kilka lub kilkanaście głów odwróciło się w jej stronę. Być może ludzie z tak głębokim dekoltem nie powinni tak żywiołowo podskakiwać, ale Annie albo na to nie wpadła, albo nie tylko na to wpadła, lecz także postanowiła to wykorzystać do własnych celów.
W końcu dotarły do nas Lily i Fred, które wpadły na siebie w innej części dworca i zdążyły jeszcze pójść do sklepu po ciasteczka.
– Trochę przypominają kociołkowe pieguski, ale to zupełnie coś innego – zapewniała Lily. – Pokochacie je, jak tylko spróbujecie. Prawda, Fred?
Fred pokiwała głową i utkwiła wzrok w swojej prawej stopie. Miałam ochotę poklepać ją po plecach, ale nie byłam pewna, jak zareaguje na tak niespodziewany kontakt. Fred była jedną z najbardziej nieśmiałych osób, które znałam, i często wyglądała, jakby chciała zniknąć. Teraz miała na sobie bluzkę na tyle za dużą, że z równym powodzeniem mogła rozpocząć już proces znikania. Zastanawiałam się, czy to kolejna z bluzek jej mamy. Fred przyznała się kiedyś, że ograbia mamę z bluzek, bo są o wiele ładniejsze od tego, co zwykle widuje w sklepach. No i oszczędzało to Fred wizyt we wspomnianych sklepach, więc z jej perspektywy taki stan rzeczy miał same plusy. Nie byłam pewna, co na to jej mama, ale pewnie zdążyła się już pogodzić z faktem, że każda szara, czarna lub brązowa bluzka, którą kiedykolwiek kupi, prędzej czy później trafi do szafy jej córki.
Lily odpakowała ciasteczka i podsunęła je każdej z nas pod nos. Musiała zrobić coś w rodzaju powolnego piruetu, a biała sukienka zakręciła się wokół jej kolan. Nie byłam pewna, kiedy Lily zdążyła pogodzić się z bielą, której kiedyś szczerze nie znosiła, ale najwyraźniej była to daleko idąca ugoda, bo na głowie miała zrolowaną apaszkę, która zastępowała przepaskę. No i, jak zawsze, promieniała od niej jakaś radość, która prawie skraplała się na ciasteczkach. Czasami zastanawiałam się, jak można być tak nieustannie radosnym i nie zwariować.
– Dzięki – powiedziałam, dopalając papierosa.
Ciasteczko nie wyglądało szczególnie interesująco, ale kiedy już zgasiłam peta (kolejne potępiające spojrzenie od Meade) i wgryzłam się w nie, okazało się naprawdę dobre. Pochwaliłam gust Lily, podobnie jak uczyniła reszta naszej małej grupy.
– Brando może jeść ciasteczka, prawda? – upewniła się Lily, choć kucnęła już przy klatce i wiedziałam, że niezależnie od tego, co powiem, Marlon zaraz dostanie ciasteczko.
– Jasne.
Lily wsunęła kawałek ciasteczka do klatki, a Marlon zahukał z wdzięcznością. Mały zdrajca, najwyraźniej udawał, że przez miesiąc nic nie jadł. Lily zrobiła minę; tę samą, która pojawiała się na jej twarzy, ilekroć patrzyła na jakieś zwierzę, które Kettleburn przyprowadzał na opiekę. Nie znosiłam tej miny.
– Jaki on uroczy! – zaćwierkała Lily.
Pokiwałam głową. Słowo daję, czasami moja sowa była bardziej popularna ode mnie.
– Skoro już jesteśmy wszystkie, to może chodźmy na peron – zaproponowała Meade, która chyba też miała dość ochów i achów, które spływały na Marlona.
Nikt nie odpowiedział, ale każda z nas złapała własny kufer i, na tyle dyskretnie, na ile było to możliwe, przeszłyśmy przez barierkę. Pewnie nie miało to nic wspólnego z dyskrecją, ale nie sądzę, by mugole coś zobaczyli. Zastanawiałam się, czy gdybym była tam, gdzie teraz byli oni – gdybym przechodziła obojętnie obok tej barierki, zajęta swoimi sprawami – to czy zauważyłabym zniknięcie piątki osób. Może nie. Może nigdy nie zauważałabym niczego, całe życie przekonana, że magia istnieje tylko w książkach.
Czerwona lokomotywa wyglądała dokładnie tak samo jak co roku i w dziwny sposób ten widok mnie uspokoił. Byłam tu, przeszłam przez barierkę. Magia istnieje. Po raz szósty zyskałam pewność, że tu pasuję, że powinnam tu być. Nie mogłam się nie uśmiechnąć. Oczywiście dokładnie w tym samym momencie w moim polu widzenia znalazł się Osbert Runcorn, siódmoroczny Krukon, z którym w zeszłym roku kilka razy rozmawiałam na tematy niezwiązane z nauką. Jak na Krukona, Osbert był naprawdę otwarty na tematy niezwiązane z nauką. Patrzył na mnie, jakby to, co mówiłam, było niezwykle ciekawe i jakby nigdy nie spotkał bardziej interesującej osoby. Potem jednak oberwał tłuczkiem w czasie meczu z Gryfonami i na dłużej wylądował w skrzydle szpitalnym, nie byłam nawet pewna, czy udało mu się zdać egzaminy. Najwyraźniej jednak tak, skoro był tu dziś i rozmawiał z Trentonem.
Osbert odpowiedział na uśmiech, który nie był wcale adresowany do niego, ale może – może – gdybym wiedziała, że tam stoi i że odpowie na mój uśmiech, to mogłabym się uśmiechnąć i do niego.
– Nie mogę się doczekać, kiedy zdejmę te buty – powiedziała Annie wsiadając do wagonu. Jej głos przywołał mnie do rzeczywistości. – Są śliczne, ale chodzenie w nich to prawdziwy koszmar.
Zatrzymała się i pomachała w naszą stronę stopą obutą w coś białego z wysokim obcasem. Wyglądało dość niewygodnie i nie miałam pojęcia, czemu Annie zdecydowała się to założyć.
– Mam nadzieję, że nasz przedział będzie wolny – powiedziała Meade, całkiem ignorując buty Annie.
Annie prychnęła cicho, ale dodała:
– Niechby tylko któryś pierwszoklasista spróbował go zająć! Przecież to nasz przedział, tu się poznałyśmy. No, część z nas.
Przewróciłam oczami. Annie miała naturalne ciągoty do szukania ludzi, którzy byliby skłonni słuchać jej trajkotania i przytakiwać, ilekroć coś powie, toteż kiedy jako jedenastolatka znalazła przedział z Meade, Fred i jakąś Puchonką (która do dziś, ilekroć widzi Annie, rozgląda się za jakąś drogą ucieczki) – poczuła, że znalazła swoje miejsce na ziemi. Lily podróżowała z Severusem, tym Ślizgonem, z którym przyjaźniła się aż do zeszłego roku. Jeśli o mnie chodzi… zaliczyłam wtedy najgorszą podróż mojego życia i wolałam już do końca życia trzymać się trajkotania Annie, książek Meade, radości Lily i Fred, która… no, głównie siedziała pod oknem i próbowała spać. Fred nie była duszą towarzystwa i niejednokrotnie łatwiej było się porozumieć z Zającem, należącym do niej królikiem.
W każdym razie od końca pierwszej klasy podróżowałyśmy wspólnie w ostatnim przedziale drugiego wagonu i żadna z nas nie planowała tego zmieniać.
Tyle tylko, że teraz Annie zatrzymała się przed drzwiami do naszego przedziału i powiedziała:
– Co tu robisz?
Przez moment wydawało mi się, że mówi do Fred, której obecności mogła nie zauważyć, ale szybko zdałam sobie sprawę, że chodzi o kogoś, kto – najwyraźniej – siedzi w naszym przedziale. W naszym przedziale!
– Syriuszu, dobrze wiesz, że to nasz przedział – powiedziała Annie, a mi przypomniała się moja pierwsza podróż do Hogwartu.
Nigdy, nawet gdyby ktoś płacił mi sto galeonów, nie zgodziłabym się powtórnie jechać w tym samym przedziale co Syriusz Black. Nigdy.
– Nie zmieścimy się wszyscy – powiedziała Annie w stronę przedziału, a ja byłam pewna, że Syriusz zaproponował, żebyśmy pozwoliły mu zostać w naszym przedziale. Za nic w świecie. To w końcu był nasz przedział.
Annie zachichotała i rzuciła nam rozbawione spojrzenie. Naprawdę żałowałam, że nie słyszałam, co Syriusz mówił – nie żebym chciała słuchać tego bubka, ale odpowiedzi Annie i jej chichot byłyby o wiele bardziej zrozumiałe.
– No nie wiem, może Forsythia by się zgodziła? – Annie znów zachichotała, a ja poczułam, że chyba jednak nienawidzę jej bardziej niż troszeczkę.
– Co ja? – mruknęła. Nie lubiłam, kiedy ludzie decydowali za mnie.
– Syriusz zaproponował, żebyśmy wspólnie jechali do Hogwartu. Najwyraźniej w ich przedziale doszło do jakiegoś wybuchu… No wiesz, tajemniczego wybuchu. – Znów zachichotała. – Mogłabyś mu usiąść na kolanach, wtedy wszyscy byśmy się zmieścili.
Spojrzałam na Annie z niedowierzaniem.
– Może ty powinnaś to zrobić, skoro przez połowę piątej klasy robiłaś wszystko, żeby się na te kolana dostać – warknęłam.
Annie znów zachichotała, jakbym opowiedziała najlepszy żart świata. Miałam jej dość. Gdybyśmy nie znajdowały się w wąskim korytarzu, a miedzy nami nie stały Fred i Lily, mogłabym wbić jej różdżkę w żebra i powiedzieć parę ciepłych słów.
– Jaki wybuch? – zapytała Lily, marszcząc przy tym czoło. Najwyraźniej odezwał się w niej instynkt prefekta.
Syriusz tymczasem postanowił wychylić głowę z naszego przedziału i posłać nam jeden z tych uśmiechów, od których mdlała połowa Hogwartu.
– Nic poważnego – zapewnił ją. – Po prostu ktoś nie zachowywał należytej ostrożności z substancjami, które wymagają należytej ostrożności.
Lily uniosła brew.
Syriusz dalej się uśmiechał, ale nie powiedział ani słowa więcej.
Bezradnie wbiłam wzrok w przedział obok, który był pełen Puchonów. Na oko drugorocznych. Może z nimi byłoby przyjemniej?… Chociaż nie, nie istniał żaden powód, żebym rezygnowała z naszego przedziału. Do cholery, był nasz!
– Może w takim razie winowajca wykorzysta zaklęcia sprzątające czy naprawiające i zajmie się waszym przedziałem, żebyście mogli zostawić nasz w spokoju? – zapytałam, starając się pohamować narastającą złość.
Syriusz posłał mi kolejny czarujący uśmiech, który ani trochę na mnie nie działał, a potem z wypracowaną nonszalancją odgarnął z czoła parę opadających, czarnych kosmyków. Pewnie poświęcił dziś o wiele więcej czasu na stylizację włosów niż ja. I jeszcze miał czas zajmować cudze przedziały. Dupek.
– Wszyscy jesteśmy Gryfonami, powinniśmy zacieśniać więzy i podróżować wspólnie – powiedział.
– Nie mam zamiaru, już raz to przeżyłam i to była najgorsza podróż w moim życiu! – przypomniałam mu.
Syriusz odwrócił wzrok, ale byłam pewna, że przewraca oczami. Absolutnie pewna.
– To było dawno.
– Nie dość dawno, żebym ponownie dała się zamknąć na parę godzin w ciasnym przedziale z tobą.
– Ale Forsy-Dorsy…
– Nie nazywaj mnie tak!
Oczywiście dokładnie w tym momencie po przeciwnej stronie korytarza zjawił się James Potter. Nie byłam pewna, ile z tej wymiany zdań słyszał, ale przez kilka sekund miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Nawet jeśli miałam rację co do tego, kto powinien siedzieć w przedziale – a miałam! – nie chciałam, żeby James to wszystko słyszał.
James jednak podrapał się tylko po czarnych, rozczochranych włosach i spojrzał na nas niepewnie. W końcu jednak uśmiechnął się promiennie, a ja zdałam sobie sprawę, że to nie do mnie adresowany jest jego uśmiech. Po prostu zobaczył Lily. Oczywiście. Czemu miałby uśmiechać się do mnie.
– Coś się stało? – zapytał w końcu, najwyraźniej uznając, że lepiej udawać, że niczego nie słyszał. Nie mogłam mu się dziwić. Też bym ignorowała wszystko, co mówił Black.
– Drobne nieporozumienie – zapewniła Annie.
– Co się stało z waszym przedziałem? – zapytała spokojnie Lily. Miała minę kogoś, kto wie, że zaraz weźmie udział w czymś bardzo nieprzyjemnym, ale nie ma pojęcia, jak mógłby tego uniknąć.
– Nie musisz się tak o nas troszczyć, Lily – odpowiedział, posyłając jej uśmiech, który na nim wyglądał o wiele lepiej niż na Syriuszu. – Drobny wypadek, ale wszystko jest pod kontrolą, Glizdek właśnie zaciera śl… Wszystko jest pod kontrolą.
Lily zmrużyła oczy, ale najwyraźniej uznała, że czasem lepiej nie zadawać zbyt wielu pytań, a póki nie znajdzie się w Hogwarcie, nie musi pełnić obowiązków prefekta. Gdyby to Meade dostała odznakę – zaprowadziłaby tu należyty porządek.
Chciałam coś wtrącić do rozmowy, ale nie wiedziałam, co mogłabym powiedzieć, by było odpowiednio stanowcze i nie obrażało Jamesa. Możecie zostać, ale bez Blacka? Chyba by nie przeszło.
– To co, możemy się dosiąść? – zapytał James. – Nie będziemy nikomu przeszkadzać i kupimy kociołkowe pieguski dla wszystkich.
– Och, ciasteczka, jak cudownie – zachichotała Annie, a ja miałam ochotę ją zdzielić.
– Nie zmieścimy się – zauważyła Meade. – To przedział sześcioosobowy – dodała, gdyby James nie zdążył tego detalu zarejestrować przez sześć lat.
James zmarkotniał i zrobiło mi się go szkoda. Może naprawdę ten szczegół mu umknął?
– Oczywiście mamy tu dwójkę prefektów, którzy mają zarezerwowane miejsca w specjalnym przedziale – kontynuowała Meade.
– Nie możemy skazywać Lily na towarzystwo Ślizgonów – syknęłam. Potem jednak przypomniało mi się, że przecież przez pięć lat przyjaźniła się z jednym. Postanowiłam, że będzie lepiej, jeśli już się nie odezwę. – I tak byśmy się nie zmieścili – dodałam jeszcze. W końcu nie można zamilknąć po czymś takim jak ostatnie zdanie, które mi się wyrwało.
– Zmieścimy się – zapewnił James, rozglądając się po nas i szukając kogoś, kto przejawiałby taki sam optymizm. Syriusz i Annie uśmiechnęli się entuzjastycznie.
– To bez sensu, nie warto jechać w takim ścisku – oświadczyła Meade. – Pójdę usiąść z Trentonem, i tak muszę doczytać podręcznik do transmutacji.
Meade była jedną z najlepszych czarownic na naszym roku, ale transmutacja zawsze była jej piętą achillesową. Zdała suma na P, ale kosztowało ją to wiele wysiłku.
– Nie, nie, miałaś zostać z nami i opowiedzieć o tych wszystkich eliksirach, o których czytałaś w wakacje! – zaprotestowałam.
Nikt mnie nie poparł, a Meade wzruszyła ramionami.
– Mogę ci opowiedzieć po uczcie, jeśli naprawdę chcesz posłuchać.
Nie chciałam, ale wydawało mi się, że to jedyny argument, który może ją przekonać.
Nie przekonał.
Po paru roszadach związanych z przeciskaniem się przez korytarz, lewitowaniem kufrów i rzucaniem błagalnych spojrzeń w stronę pleców nieugiętej Meade zajęłam miejsce pod oknem. Moje miejsce w moim przedziale. Tak, jak chciałam.
Problem w tym, że na wprost mnie siedział najbardziej irytujący człowiek, jakiego znałam.
Po raz pierwszy żałowałam, że nie jestem taka jak Fred, ale raz – choć raz – spróbuję się na niej wzorować. Zamknęłam oczy i przycisnęłam czoło do szyby. Może jeśli będę ignorować Syriusza dostatecznie długo, to zniknie? Zastanawiałam się, kto bawi się lepiej: Lily z Remusem w przedziale dla prefektów, Meade z książką do transmutacji, Fred udająca, że śpi tuż obok mnie, czy Annie, zaśmiewająca się z czegoś sztucznie między Syriuszem a Jamesem. Każda z nich znajdowała się w lepszym położeniu niż ja.
Wyciągnęłam nogi, kopiąc Syriusza w piszczel. Syknął, ale nic nie powiedział, chociaż musiał wiedzieć, że zrobiłam to specjalnie. Nie powiedziałam nic, tylko dalej starałam się udawać, że śpię. Nie miałam pojęcia, jak Fred mogła spać w pociągu. Było mi niewygodnie i wcale nie byłam śpiąca, ale wiedziałam, że gdybym otworzyła oczy… Nie, nic z tego. Nie miałam zamiaru nawet patrzeć na Blacka. On najwyraźniej też nie był w nastroju do patrzenia na kogokolwiek, bo poczułam kopnięcie w mój własny piszczel, a potem, kiedy lekko uchyliłam oczy i spojrzałam na niego przez rzęsy, zorientowałam się, że on też udaje, że śpi. Żadne z nas nie miało najwyraźniej ochoty patrzeć na to drugie ani na nikogo innego z obecnych w przedziale.
To będzie długich kilka godzin.

VII. O potędze rodziny

Czasem, ale tylko czasem, bał się, jak ona zareaguje.
Ćwiczył swoją rolę już miliony razy. Co wieczór powtarzał ją sobie przed snem. W jego wyobraźni zawsze, ale to zawsze, ona mówiła tak i wszystko było tak cudownie jasne i tak cudownie piękne, i tak jedyne, i tak niepowtarzalne.
Mimo to bał się, tak strasznie bał się odrzucenia. Nie żeby jej nie ufał. Po prostu siła tego uczucia była w jego oczach niczym w porównaniu z niestałością jej charakteru. Wiedział, że może być tylko jej kaprysem – bo choć z całych sił wierzył w prawdziwość jej miłości, zdawał sobie sprawę, że zniknie ona równie szybko, jak się pojawiła.
Dlatego postanowił ją spytać. Związać ze sobą na zawsze. Upewnić się, że co by się nie działo, ona będzie koło niego. Do śmierci. Albo dalej niż do śmierci. Marzyła mu się wieczność. Wieczność z nią i wieczność przy niej. Kiedyś, jeszcze nie tak dawno temu, to była tylko gra. To była tylko taka miłostka. To była tylko taka gra pozorów. Teraz chodziło o jego życie.
I o kobietę jego życia.
Wszyscy powtarzali mu, że powinien wziąć się w garść. Syriusz mówił, że Matt mówiła, że Grizel mówiła, że… Ale za dużo po drodze było tego mówienia, zbyt wiele źródeł informacji. Niepewność rosła. A on chciał wiedzieć. Dopiero gdy się dowie, będzie mógł się, cholera, wziąć w garść.
Swoją drogą plotka o tym, jakoby kobieta jego życia miała przyjąć jego oświadczyny dotarła do Jamesa w dość nietypowy sposób. Już sam fakt, że Grizel powiedziała coś Mattii był zaskakujący – a jeszcze to, że ta przekazała wszystko Łapie! Miłość jednoczyła ludzi. Nawet cudza miłość.
Nerwowo przechadzał się po własnym dormitorium, czekając aż wreszcie wybije ta przeklęta siódma i będzie mógł zejść na śniadanie. Od jakiegoś czasu nienawidził nocy. Z nerwów nie mógł spać (jeść też nie mógł, ale w Wielkiej Sali zwykle znajdował kobietę swojego życia), a nie miał serca budzić swoich przyjaciół. Oni mieli własne życie. Lepsze, gorsze, inne – ale własne. Po raz pierwszy w życiu musiał sam stanąć naprzeciw swoim problemom. Po raz pierwszy w życiu nikt nie mógł mu pomóc. Po raz pierwszy w życiu był naprawdę sam – a przecież walczył w imię swojej nowej, dwuosobowej… rodziny.
Ciężko było zostać odpowiedzialnym, dorosłym mężczyzną, prawda, panie Rogaczu?
***
– Lily, chciałbym z tobą o czymś porozmawiać – zaczął niepewnie tuż po tym, jak wyszli z kolacji. – Miałabyś może…
Rzuciła mu spojrzenie pełne potępienia. Nie rozumiał, o co jej chodziło. Od kiedy to nie mogli ze sobą rozmawiać? Przecież, cóż, byli parą. Pary rozmawiają ze sobą dosyć często. To wręcz ich obowiązek.
Zresztą, lubił z nią rozmawiać. Mógł spędzać całe dnie słuchając jej opowieści o Grizel, zadaniach domowych, problemach z Mattią. Od czasu do czasu pozwalała i jemu dojść do głosu – by mógł opisać jej swój ostatni trening czy poskarżyć się na dodatkowe ćwiczenia z eliksirów. Oczywiście, były rzeczy, które przed sobą ukrywali – nie wiedział wprawdzie, co takiego mogłaby ukrywać przed nim postać tak krystaliczna jak Lily, ale on wielokrotnie musiał zatajać przed nią różne psikusy, które wymyślali z chłopakami. Nie mógł też przy niej wspominać o Łapie. Wprawdzie próbował ich do siebie nawzajem przyzwyczaić, jednak Lily pozostawała oporna – uważała jego najlepszego przyjaciela za lekkoducha, który mógłby go tylko sprowadzić na złą drogę.
Tak czy inaczej, liczył, że bez problemu uda mu się ją namówić na krótki spacer po błoniach. Dlatego spytał:
– No co?
Grizel, która stała tuż obok nich, parsknęła śmiechem. Tak. Jego reakcja nie była najmądrzejsza.
– Za tydzień mamy pierwszy egzamin – Lily w końcu zdecydowała się przemówić. – Musimy rozmawiać akurat teraz? Przecież cały weekend powtarzałam ci, że od poniedziałku rozpoczynam powtórki!
Faktycznie. Dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że kiedy on przez ostatnie dwa dni zbierał się w sobie, by w końcu z nią porozmawiać, ona starała się mu wytłumaczyć, że ze względu na owutemy będą musieli zrezygnować ze spędzania ze sobą każdej wolnej chwili. Jakby dotąd poświęcali sobie wystarczająco dużo czasu! Przecież miał treningi. A Lily? Biblioteka, Klub Ślimaka… W tygodniu mieli dla siebie co najwyżej pół godziny dziennie. Tych pół godziny właśnie potrzebował.
– Nie zajmę ci wiele czasu – obiecał.
Starał się przy tym beztrosko uśmiechnąć, ale niespecjalnie mu to wychodziło. Był, jak by to powiedziała Mattia, strzępkiem nerwów. Ebony dorzuciłaby: wiesz, jakby miał się zaraz dowiedzieć, że już nigdy nie zobaczy meczu quidditcha czy coś.
– Przecież słyszysz, że musimy się uczyć, tak? – Grizel, uznawszy, że Lily się złamie, postanowiła bronić świętości czasu powtórek. – Nie możesz jej tego powiedzieć teraz? Byle szybko, mamy naprawdę mnóstwo roboty.
– To naprawdę ważne.
Westchnięcie Lily było aż nazbyt teatralne.
– Grizel ma rację. Powiesz to teraz albo zaczekamy z tą poważną rozmową do soboty. – Zrobiła pauzę. – Czy o tym, że idziemy razem do Hogsmeade, też zapomniałeś?
Czuł, jak ucieka mu grunt pod stopami. Co miał robić? Rzeczywistość nijak miała się do jego wyobrażeń. Miało być tak pięknie – wieczór, spacer, ciche pytanie. Tymczasem znajdowali się na głównym korytarzu Hogwartu, vis a vis drzwi do Wielkiej Sali. Jako że stali dokładnie po środku, zdążyli jeśli nie zatamować, to przynajmniej poważnie spowolnić przepływ innych uczniów. Dlatego też z każdą chwilą tłum naokoło nich rósł. Czy wszyscy naprawdę mieli to usłyszeć? Nie, nie mógł być taki głupi. Ta chwila miała być wyjątkowa! Nie może z nerwów palnąć takiego głupstwa i wypalić:
– Lily, wyjdziesz za mnie?
***
Wieża Gryffindoru wprost huczała od plotek. Co tam wieża Gryffindoru! Można było odnieść wrażenie, że cały zamek w każdej chwili może wybuchnąć od nadmiaru różnych wersji tej historii. Jedno było pewne – James Potter oświadczył się Lily Evans, a ona go przyjęła. Co do reszty zdania Hogwartczyków były podzielone.
– Słyszałaś? Potter i Evans…
– I ona, wiesz, rozumiesz, popłakała się! Tak na oczach wszystkich…
– Zapadła taka cisza. No i ona nic nie mówi, zero reakcji, blada…
– A ta jej koleżanka w śmiech! I wtedy Rogacz zaczął płakać! Huncwot…
– Przyszedł Syriusz i pyta: „Ej, co się dzieje, chłopie?”, a ona, rozumiesz, wciąż ryczy…
– Czy płakała? Oczywiście, że nie! Nie wiem, kto ci nagadał takich bzdur. Rzuciła mu się od razu na szyję i…
– Wiesz, to było na głównym korytarzu, ale już po kolacji, widziały to z cztery…
– Cały tłum, rozumiesz? Pół Hogwartu! Na błoniach! O tej porze dnia!
Od natłoku sprzecznych informacji Mattię koszmarnie rozbolała głowa. Oczywiście, Grizel powiedziała jej, że oświadczyny zostały przyjęte; ale co dalej? Gryfonka nigdy nie była specjalnie zainteresowana życiem innych ludzi, ale te wszystkie ploteczki doprowadziły ją do stanu, w którym musiała – za cenę życia lub śmierci – dowiedzieć się prawdy.
Nie wiedziała jednak, kto mógłby jej to wszystko ładnie wyjaśnić.
Rozmowa z Evans nie wchodziła w grę; i to nie tylko dlatego, że się nie lubiły. Po prostu od czasu tamtego zajścia – a minęły już spokojnie z cztery godziny – nikt jej i Rogatego nie widział. Nie martwiła się o to specjalnie. Podejrzewała, że gdyby ktoś jej się kiedyś oświadczył, zachowałaby się pewnie podobnie. Tyle że w ten sposób traciła bezpośrednie źródło informacji.
Tylko dwie osoby poza Lilką i Rogatym wiedziały, co się wtedy naprawdę wydarzyło. Pierwszą z nich była Gizel, która uznała, że okoliczności tych oświadczyn są zbyt intymne, by dzielić się nimi nawet z Mattią. Drugą z nich był Łapa. Łapa, który jako jedyny zdążył – tylko sobie znanymi, huncwockimi metodami – porozmawiać z Jamesem przed jego zniknięciem. Do niego zaś nie mogła pójść. Nie zamieniła z nim ani pół słowa od tamtej… tamtej rozmowy na błoniach.
– Matt! Słyszałaś? Rogaty się zaręczył! – Ebony wyglądała tak, jakby przebiegła cały dystans pomiędzy błoniami, na których jeszcze przed chwilą znajdowała się ze swoim chłopakiem a pokojem wspólnym. – Niewiarygodne!
– Dopiero teraz to do ciebie dotarło? – spytała zaskoczona; czyżby tylko ją maltretowano ciągłym powtarzaniem tej informacji?
Ale ona już jej nie słuchała. Nim Mattia zdążyła zareagować, Ebony upatrzyła sobie nowego rozmówcę – a był nim sam Syriusz Black.
– Łapo! Słyszałeś, że…
– Tak, słyszałem – przerwał jej. – Jeszcze pół osoby spyta mnie, czy o tym słyszałem, a źle się to dla nas wszystkich skończy.
Nie pytając nikogo o zdanie, zajął miejsce, które tylko pozornie wydawało się oddalone od fotela, na którym siedziała Mattia. Jednak z jej perspektywy wyglądało to niemal tak, jakby usiadł jej na kolanach. O dziwo, nie przeszkadzało jej to; była to w końcu niezła okazja, by się czegoś dowiedzieć.
Bo Ebony pytała. Pytała i pytała, nie zwracając uwagi na to, że Syriusz najwyraźniej nie był w nastroju na udzielanie odpowiedzi.
– To prawda, że się popłakała? Ruda?
– Nie wiem. Nie. Gdyby płakała, Rogacz pewnie by jej uciekł.
– Dlaczego?
– Był zdenerwowany. Potraktowałby to jako odmowę. To dość naturalna reakcja.
I tak dalej, i tak dalej. Nigdy wcześniej – i nigdy później – Mattia nie widziała, by jej przyjaciółka aż tak się czymś ekscytowała. Zupełnie tak, jak gdyby były to jej własne zaręczyny! W jej głosie nie było kpiny, unikała standardowych żarcików i drwin, oczy aż świeciły jej z podniecenia. Przypominała…
Mattia z obrzydzeniem porównywała zachowanie Ebony do tego, co od paru godzin prezentował front plotkar.
Po piętnastu minutach nie wytrzymała i podniosła się ze swojego fotela. Planowała bezzwłocznie udać się spać, naiwnie licząc, że rano uda jej się na spokojnie porozmawiać z Rogaczem. Ale ledwie wstała, Syriusz rzucił jej najbardziej błagalne spojrzenie świata. Przez sześć i pół roku się z nim przyjaźniła – nie zdążyła przez te kilka miesięcy pozbyć się nawyku pomagania mu w trudnych sytuacjach. Szybko zrozumiała, że nie była w stanie skazywać go na dłuższe uczestnictwo w tym przesłuchaniu.
Jednak to, co zrobiła, zadziwiło nawet ją.
Usiadła mu prawie na kolanach. Prawie – choć postronny obserwator pewnie uznałby, że to gruba przesada. Przeciągnęła się, potarła zmęczone oczka, a potem zupełnie naturalnie oparła się o niego. Dla wzmocnienia efektu postanowiła też ziewnąć. Ci, którym wydaje się, że musiało to wyglądać strasznie sztucznie, powinni wiedzieć, że Ebony od razu to kupiła. Przez te wszystkie lata bowiem nie nauczyła się rozpoznawać gierek Mattii. Nie było ich zbyt wiele.
– Jestem śpiąca – dodała, na wypadek gdyby sama gestykulacja nie pomogła. – Możecie dokończyć tę niezwykle fascynującą rozmowę rano?
– Ale…
Nie dokończyła; zdziwienie odebrało jej mowę. Syriusz pocałował Mattię w czubek głowy. Na jej oczach. Zupełnie tak, jak to bywało dawniej, przed tym, co – jak podejrzewała Ebony – było największą kłótnią w historii ich znajomości.
Kłótnią bez kłótni.
– Jasne – Łapa mruknął jej do ucha i ulotnił się stamtąd natychmiast.
Przez chwilę milczały, każda pogrążona w swoich własnych rozmyślaniach. Ebony złamała się pierwsza. Wypaliła:
– Czyli jest jeszcze dla was jakaś szansa, co?
Mattia nie odpowiedziała. Szansa? Dla nich? Wolała się nad tym nawet nie zastanawiać. Łapa kiedyś był jej przyjacielem – ale przekroczyli granicę, do której nie powinni się byli nawet zbliżać. Nigdy nie rozważała ewentualnych nadziei na powrót do tamtego stanu. Chyba nie chciała. Chyba uważała, że tak będzie lepiej.
Nie pojmowała jedynie tego, dlaczego – choć przecież było to tylko przedstawienie dla Ebony – to, co wydarzyło się przed chwilą wydawało się takie… naturalne.
***
Pierścionek Lily był przepiękny.
Zachwycił ją do tego stopnia, że aż na chwilę zapomniała o tym, jakie to dramatycznie płytkie i puchońskie – zachwycać się biżuterią. Wpatrywała się w niego, nie mogąc wydusić z siebie ani pół słowa. Ale potem przyszła zazdrość, to obrzydliwe uczucie, które zbyt często niszczy chwile największego szczęścia.
Potem.
Na razie patrzyła na Rogatego i Rudą, takich szczęśliwych i zakochanych, zastanawiając się nad tym, czy też kiedyś ją to spotka. Podejrzewała, że tak. Może nie była tak pełna uroku jak Lily, ale… To Mattii groziło staropanieństwo. To ona była taka zimna, taka nieczuła, taka… wręcz aseksualna.
Ebony Vitreous gorąco wierzyła w to, że w przeciągu dekady zostanie czyjąś narzeczoną.

VI. O marności przyjaźni

Jakiś czas temu na idealnie gładkim posążku przyjaźni Lily – Mattia pojawiła się rysa.
Dziewczyny same do końca nie rozumiały, co się z nimi dzieje; co dwunastolatki mogą wiedzieć o kryzysach? Próbowały jakoś to nazwać, ale do główek nie przychodziły im słowa trudniejsze od dąsania czy smucenia się. Żadna z nich nie wymyśliłaby nawet tak banalnej i zużytej metafory jak ściana lodowa wyrastająca między nimi. To przekraczało ich możliwości. Było za trudne.
Jak więc pojąć nienazwane?
I choć nie stawiały sobie filozoficznych pytań o przyszłość ich znajomości, czuły się strasznie źle. Z dnia na dzień coraz gorzej, oczywiście. Wyczuwały to nawet zwierzęta. Sowa Lily, która nigdy jakoś nie przepadała za Mattią, a jej uczucia były w pełni odwzajemnione, teraz reagowała na nią wręcz alergiczne. Kot Grizel z dumą prezentował blondyneczce tył swojego przecudnego ciałka. Tylko Ślicznotka pozostawała obiektywna. Sprawy innych ludzi nigdy nie były istotne ani dla ropuch, ani królewien.
Naturalnie, tak jak zwykle w tego typu sytuacjach, zaczęły się tworzyć fronty. Gizel i Lily stanowiły jasną stronę konfliktu, stronę dobrą i pokrzywdzoną. Matt i Ebony były tymi złymi, które bezlitośnie depczą uczucia wszystkich naokoło. Debby zaś i Eirene pozostały państwami niezależnymi, nie mieszały się do sporów, choć przecież potajemnie kontaktowały się z członkami wywiadów obu stron.
W końcu zaś nastąpiło przesilenie.
***
To był czwartek. Nie różnił się zbytnio od pozostałych czwartków; był tak samo nudny (dwie godziny Zielastwa?) i bezbarwny jak cała reszta. Rano grały nawet wspólnie w Miotły i Znicza! Możliwe, że trzykrotna wygrana Mattii (zawsze lepiej wychodziło jej stawianie kółeczek w kratki) zwiastowała nieszczęście, ale kto by się tym przejmował?
Rzekłbyś – cisza przed burzą.
Wracając z obiadu, rozdzieliły się, bo Lily musiała coś jeszcze załatwić. Nikt nie pytał, choć przecież w naturze dwunastoletnich Gryfonek leży zbytnia ciekawość świata. Grzecznie wróciły do dormitorium, bo wciąż było za zimno na naukę na błoniach i, z racji tego, że do Transmutacji miały jeszcze pół godziny, czekały.
Rozmawiały właśnie o ewentualności oblania najbliższego sprawdzianu – żadna z nich nie potrafiła jeszcze tak naprawdę przetransmutować piórka w pinezkę, co tu mówić o bardziej skomplikowanych przedmiotach! – kiedy do pokoju wpadła Ta, Co To Nigdy Niczego Nie Oblewa, czyli panna Evans we własnej osobie.
– Circe nie ma! – krzyknęła z takich strachem w głosie, że Eirene aż podskoczyła z wrażenia.
Circe była ulubionym zwierzątkiem Lily – dwuletnią sową śnieżną, o którą dbała tak, że sama niezbyt chętnie wysyłała ją gdziekolwiek. Całymi dniami uwielbiała wygrzewać się w słoneczku siedząc na parapecie w ich dormitorium i przez to szybko uzyskała status najdziwniejszej sowy w okolicy. Tak, jakby jej właścicielka była szalonym Jimmym Potterem, a nie porządną dziewczynką z dobrego domu.
No i, jak już wspomniano, nie lubiła Mattii. Jak niczego na tym świecie. Tydzień wcześniej nieomal zadziobała ją na śmierć – a przynajmniej próbowała. Bycie zadziobanym na śmierć nie jest czymś, o czym marzy taka dziewczynka.
– Jak to nie ma? – Matt spytała rzeczowo. Od niedawna uchodziła za najrozsądniejszą osobę w tym towarzystwie, co było o tyle dziwne, że nikt normalny tak by jej nie nazwał. – Zapadła się pod ziemię?
Lily spojrzała na nią ze złością, ale nie odpowiedziała, bo gdy już nabierała powietrza do płuc…
– To sowy mogą zapaść się pod ziemię? – spytała Debora.
– Nie wiem – zgodnie z prawdą odpowiedziała jej Grizel, zupełnie ignorując zdenerwowaną sojuszniczkę. – Moja mama czasem mówiła nam, że powinniśmy zapaść się pod ziemię, gdy moi bracia robili babci psikusy. Czy twoja sowa ma babcię?
– Och, na pewno ma! Każdy ma babcię, prawda? – spytała Eriene.
– Tak, tak, ale ja myślę, że takie zapadanie się pod ziemię nie dotyczy tylko wnucząt – odpowiedziała jej Debby. – To takie królewskie określenie. Myślę, że Ślicznotka mogłaby nam to wyjaśnić, ale.. Lily, nie obraź się, twoja sowa nie wygląda jak królewna.
Evans pisnęła. Dziewczynki nie wiedziały za bardzo dlaczego – może jednak się obraziła? Już już chciały ją przeprosić, ale znów…
– Lily, nie krzycz, wystraszysz wszystkie pająki – Ebony parsknęła śmiechem.
W odpowiedzi Evans pisnęła jak jeszcze, tym razem głośniej. Ktoś w Pokoju Wspólnym wrzasnął:
– Ciszej tam!,
a Mattia spojrzała z rezygnacją i na rudą, i odrobinę ciemniejszą koleżankę.
– Byłaś w sowiarni? – spytała.
– Tak – Lily udało się wypowiedzieć trzyliterowe słowo, zachowując pozornie spokojny ton głosu. Przynajmniej już nie piszczała. – Poszłam tam, bo przypomniałam sobie, że miałam napisać do Tunii. Wiesz, ciągle jest na mnie zła.
Blondynka kiwnęła głową. Sama wiedziała coś o obrażonych siostrach., które całemu światu mają wszystko za złe (i w dodatku wlepiają własnej rodzinie szlabany).
– No więc poszłam tam.. Wzięłam ze sobą wcześniej napisany list, wczoraj Grizel rysowała mi na nim miśki. – Grizel potwierdziła. – Wchodzę do sowiarni i wołam, ale żadna z sów nie reaguje. Myślę sobie, że w sumie nie potrzebuję Circe, mogę wysłać inną, ale…
W tym momencie zaczęła płakać.
***
Parę następnych dni było istnym piekłem na ziemi. Mattia momentami miała już tego wszystkiego dość – w kółko rozmawiały o tej sowie, jakby co najmniej naprawdę stało się coś czyjejś babci. A sowa jak nie wracała, tak nie wracała. Złośliwe zwierze widocznie za nic miało sobie nerwy swojej właścicielki i postanowiło wziąć urlop. W końcu każdy ma do niego prawo, prawda?
Kiedy próbowała o tym rozmawiać z Ebony, ta zbywała ją. Tak, jakby samo wspomnienie słowa Circe działało jej na nerwy, a ona sama nie chciała tego okazywać.
– Jeszcze raz Evans o niej wspomni, a wyleję jej na głowę całą zawartość mojego kociołka – przyznała na pewnej lekcji Eliksirów, co Syriusz wypominał jej potem przez długie lata.
Chłopcy też zachowywali się jakby inaczej. I choć tym razem panna MacDonald bardzo chciała wierzyć, że zniknięcie sowy nie jest kolejnym ich psikusem, z dnia na dzień coraz bardziej w to wątpiła. Przy każdej możliwej okazji przyglądała im się podejrzliwie, ale jeśli naprawdę mieli coś na sumieniu, nie zdradzali się z tym w żaden sposób. I to w zasadzie było najbardziej podejrzane.
– Matt, ja nawet nie wiem, która to sowa Lily – Jimmy tłumaczył jej i tłumaczył. – Naprawdę. Do sowiarni wchodzę tylko wtedy, kiedy muszę prosić rodziców o dosłanie mi karmelowych żuczków.
– Kręcisz. – Spojrzała na niego z dezaprobatą. – Kręcisz. Ty o Lily wiesz wszystko.
James tylko się roześmiał.
Niespodziewanie wszyscy stali się jej wrogami – tak, jakby ukrywali przed nią największe sekrety, jak zamordowane pluszaki czy kwiatki pozbawione dostępu tlenu. Im bardziej zbliżała się do Evans i próbowała jej pomóc, tym boleśniej odcinała się od otocznia. Pokłóciła się z Grizel, pokłóciła się z Eirene, pokłóciła się z Debby; chłopcy nie odzywali się do niej za to, że im nie wierzy; Ebony wciąż się dąsała.
Istny koszmar.
Na szczęście w pewnym momencie nastąpił punkt kulminacyjny. A że moment był nieodpowiedni…
Sowa wróciła.
Rankiem, w trzeci czwartek od swojego zniknięcia, wylądowała w talerzu Ebony i wyjątkowo malowniczo pobrudziła się owsianką. Nie zdążyła się wyczyścić, a już znajdowała się w ramionach swojej pani – obsypywana pocałunkami, głaskana po zlepionych piórkach, wytęskniona. Matt patrzyła na to z przerażeniem pomieszanym z obrzydzeniem – nie wyobrażała sobie, by sama mogła w taki sposób traktować jakiekolwiek zwierzę. To było paskudne nawet jeśli rzeczony potworek nie byłby cały pokryty cudzą owsianką, a co dopiero…
– Circe! – James Potter wydawał się być równie szczęśliwy, co Lily. Wyciągnął nawet rękę w kierunku biednej sowy, ale nie było mu dane jej pogłaskać; panna Evans nie chciała dzielić się odzyskaną zgubą.
Wśród okolicznej gawiedzi uczniowskiej zapanowało poruszenie – wszyscy, ale to wszyscy chcieli wiedzieć, co się stało. Grizel i Eirene zdążyły już udać się na lekcje, więc biedna Matt z Deborą stały się jedynymi odpowiedzialnymi za udzielanie im informacji.
Wszyscy jakby zapomnieli o Ebony. Ta zaś korzystała ze swoistego braku zainteresowania jej osobą – siedziała wpatrzona w swoje zmasakrowane śniadanie, od czasu do czasu uśmiechając się z zakłopotaniem do Syriusza. Syriusza, który też jakoś dziwnie się uśmiechał.
– Gdzieś ty była? – odezwała się w końcu Lily. Z przejęciem wpatrywała się w oczy swojej sówki. Widać było, że niesamowicie za nią tęskniła. – Urządziłaś sobie wycieczkę?
Circe z pewnością wyznałaby jej całą prawdę, ale pojawił się jeden problem – sowy, nawet te magiczne, mówić nie potrafią.
– Lily, raczej nigdy się tego nie dowiemy – Remus zabrał głos. Siedział tuż obok Syriusza i od dłuższego czasu przyglądał się wymianie uśmiechów pomiędzy nim a Ebony. Widocznie postanowił im pomóc. Zawsze był bardzo dobrym kolegą. -–Dobrze, że się znalazła. To, co było, nie jest aż tak…
– Ma list! – przerwał mu Jimmy.
Cała grupka drugorocznych Gryfonów jak na zawołanie utkwiła wzrok w lewej nóżce Circe. Tak, ktoś przywiązał do niej wiadomość. Użył do tego bardzo ładnej wstążeczki w zielone groszki. Wstążeczka ta była pierwszym dowodem na to, że wiadomość nie jest skierowana do Lily – Tunia wolała czerwone i błyszczące.
– Do kogo go przyniosłaś, sówko? – panna Evans spytała cichutko. – Do mnie?
Mattia wstrzymała oddech. Nie ona jedna. Na sali zapanowała cisza tak wielka, jakby tak naprawdę nikogo tam nie było, jakby Slytherin, Ravenclaw i Hufflepuff przestały istnieć, nawet jakby sama Lily i jej przyjaciele rozpłynęli się w powietrzu. Wszystkie znaki na niebie i zmieni wskazywały na to, że burza jest blisko, ale nikt nie był w stanie przewidzieć jej rozmiarów.
Była stokroć większa niż się spodziewano.
– Wzięłaś moją sowę! – Lily krzyknęła, mnąc w dłoniach liścik, który dopiero co odczepiła od nóżki Circe. – Co ja mówię! Obydwoje wzięliście moją sowę bez pytania o pozwolenie!
Zwykle spokojna i niesamowicie odważna Ebony skuliła się. Syriusz ze strachu niemal wczołgał się pod stół. Nadchodził kataklizm. Nie chodziło już o zwykłą złość Lily, gdy po raz setny James wkładał jej kwiatki do butów. Nie chodziło już o zwykłą złość Lily, gdy Debby nabałaganiła w dormitorium. Nie chodziło już o zwykłą złość Lily, gdy Mattia znowu prosiła ją o pracę domową.
Chodziło o sowę. O Circe. I o kwestię przywłaszczenia mienia – ale o tym panna Evans nie miała nawet mglistego pojęcia.
– Daj spokój, Lil, przecież to tylko mała pożyczka… – Syriusz zaczął nieśmiało, ale szybko urwał, przytłumiony siłą morderczego spojrzenia swojej koleżanki.
– Oni nie chcieli zrobić nic złego, zapewniam, przecież… – wtórował mu James, tak naprawdę główny sprawca całego zamieszania. Powoli zaczynały go dręczyć wyrzuty sumienia. – Przecież to tylko sowa…
– Tylko sowa? – Lily krzyknęła.
A potem zaczęła płakać.
Podczas gdy Ebony wciąż milczała.
***
Przez następne parę dni sytuacja nie zmieniła się prawie w ogóle. Lily wciąż chodziła wściekła nie niczym osa a całe stado os – nawet jeśli osy nie żyją w stadach, o czym Mattia nie wiedziała zbyt wiele, brzmiało to wystarczająco groźnie, by się do niej nie zbliżać. Syriusz z resztą chłopaków woleli nie pokazywać jej się na oczy. Było to o tyle słuszne, co trudne, bo panna Evans wręcz pokochała ich towarzystwo. Po raz pierwszy mogła bezkarnie na nich krzyczeć i nie być za to ganioną przez resztę koleżanek.
Co do tej reszty – Grizel i Eirene jednoznacznie opowiedziały się po stronie Lily. Było to sytuacją łatwą do przewidzenia. Nieśmiało popierała je również Debby; zwykle nieskora do jakichkolwiek konfliktów tym razem postanowiła zająć słuszne stanowisko. Jedynie Mattia się wahała. Nie ze względu na to, że było jej kogokolwiek żal – uważała, że Ebony z Syriuszem w pełni zasłużyli sobie na to, co ich spotkało. Po prostu z każdym dniem nie znosiła Lily coraz bardziej. Nie mogła wytrzymać jej ciągłych narzekań i obelg, po każdej tyradzie panny Evans robiło jej się wręcz niedobrze, a cała sytuacja wydawała jej się chora. Tak, chora – odnalazła w końcu odpowiednie słowo. Chora o tyle, że przecież chodziło o sowę. O sowę, która w dodatku Mattii nie lubiła!
W końcu Matt podjęła swoją decyzję. Lepszą czy gorszą – nie było to ważne.
Przez następne parę lat sytuacja nie zmieniła się prawie w ogóle.
Tyle, że Ebony wreszcie przestała milczeć.

IV. O marności miłości.

Na dworze już od dawna było ciemno, ale ich to niewiele obchodziło. Nawet jeśli miałaby ich znaleźć McGonagall i tak za parę dni mieli opuścić zamek, więc nic już im raczej nie byłaby w stanie zrobić. Przez cały okres siódmej klasy urządzali sobie tego typu wieczorne spacerki, więc dlaczego teraz mieliby sobie odmówić? To, że zwykle było ich więcej o niczym nie świadczyło. Byli dorośli. Mogli robić to, co chcieli.
Prawdę mówiąc, Mattia nie wiedziała, dlaczego Syriusz nie zgodził się, żeby zabrali ze sobą Ebony. Od pięciu miesięcy nie zostali sam na sam i myślała, że Łapa już się do tego przyzwyczaił. Nie, żeby się pokłócili. Po prostu w pewnym momencie panna Vitreous doradziła przyjaciółce, że lepiej chuchać na zimne i nie kusić losu. W szczególności po tym, co się stało. Od tamtej afery, kiedy zgodziła się przed jakąś z jego adoratorek udawać jego dziewczynę i sprawy zaszły odrobinę za daleko, musiała zacząć lepiej się pilnować.
Ubrana była bardzo skromnie, w prostą, brzoskwiniową sukienkę i tak w całości zakrytą płaszczem – mimo iż był czerwiec, wieczory wciąż były dość chłodne. Nie miała zamiaru paradować po błoniach w cienkiej koszulce, tak jak to robił jej towarzysz.
Od jakiegoś czasu rozmawiali o tym, co aktualnie działo się w zamku – to był ich stały repertuar. Tamtego dnia na przykład cała szkoła żyła tym, że jedna ze Ślizgonek zaczęła się umawiać z Gryfonem. Istny skandal obyczajowy. Matt znała Afrę, bo o niej tu mowa, więc wiedziała, co z tego dziewczęcia za ziółko i była przekonana o interesowności tego związku. Podejrzewała ją o chęć publicznego ośmieszenia chłopaka, ale tego oczywiście nie powiedziała Syriuszowi – jeszcze uprzedziłby chłopaka i wszyscy straciliby widowisko.
– A słyszałaś o tym, że Rogacz ma zamiar się oświadczyć? – spytał, gdy w końcu wyczerpali temat niefortunnego, międzydomowego związku.
– Lily powie mu tak.
Nie wiedziała, skąd w niej ta pewność. Z rudą nie rozmawiała już od dłuższego czasu. Nie lubiły się, irytowały nawzajem swoją obecnością. Jedyną skuteczną metodą na zatrzymanie tego na poziomie obopólnej niechęci było unikanie wspólnych rozmów – żadnych kłótni, żadnych przepychanek słownych, tylko błogosławiona cisza i milczenie. Mimo to jednak wiedziała, jak odpowie jej koleżanka. Jakoś tak podświadomie.
Chociaż czy przypadkiem nie wspominała o tym Grizel..?
– Chociaż jednemu się udało.
Wzruszyła ramionami. Nigdy nie interesowały ją szczegóły miłosnego życia Blacka. Miała ciekawsze rzeczy na głowie. Choćby to, jak szybko zakończyć tę kulawą rozmowę i wrócić do ulubionej książki.
W kontaktach z ludźmi była beznadziejna. Kaleka emocjonalna.
– Wiesz, że Odila pytała mnie dzisiaj, co będziemy robić po Hogwarcie? – kontynuował, zupełnie niewzruszony postawą dziewczyny. – Powiedziałem jej, że zapewne nie będziemy się już wtedy znać, a potem miałem na głowie ryczącą dziewczynkę.
– Jeśli pytasz mnie, dlaczego tak zareagowała, odpowiedź jest bardzo prosta. Byłeś równie delikatny, co zwykle.
Na jego twarzy pojawił się grymas niezadowolenia – charakterystyczny dla dumnego Syriusza Blacka, który nie lubił, gdy się go choć trochę upominało. W jego głowie pewnie właśnie formowały się kąśliwe uwagi, na które Mattia była już uodporniona, ale nie zdążył wypowiedzieć ani jednej.
– Ale jeśli chodzi o coś innego… – kontynuowała. Uśmiech spełzł jej z twarzy, przez moment znów wyglądała jak ponura, niekochana przez nikogo Ślizgonica. – Nie, Łapo, nie będę znowu udawać twojej narzeczonej. Znudziło mi się to.
– Wcale nie o to mi chodziło! – zapewnił trochę zbyt gorliwie.
– Nie?
Spojrzała na niego z lekkim powątpieniem. Na to już nie mógł zareagować inaczej jak obrażoną miną. To takie typowe – prawie nigdy się nie kłócili, ale jeśli już to tylko o takie bzdurne, bezpodstawne insynuacje.
– Nie – odpowiedział, a w zasadzie warknął, co zaowocowało ponownym wzruszeniem ramion dziewczyny. – To wtedy było głupie i więcej się nie powtórzy.
Cisza, która nastała po tym wyznaniu nie była aż taka znów krępująca. Wbrew pozorom, nawet w tak ekstremalnych sytuacjach milczało im się ze sobą całkiem dobrze – czasem nawet lepiej niż rozmawiało. Dlatego też nie próbowali ciągnąć tej żałosnej konwersacji na siłę – na tym etapie szło zapomnieć o wszystkich krzywdach w piętnaście minut względnej ciszy, a dalsze pogłębianie tematu mogłoby sprawić, że odezwaliby się do siebie dopiero za pół roku.
***
Styczniowe poranki bywały tamtej zimy wyjątkowo piękne. Przynajmniej jeżeli chodziło o tę część Anglii. Tutaj jednak nikt nie zwracał uwagi na ich urok – wszyscy byli raczej skoncentrowani na tym, co działo się w ich najbliższym otoczeniu.
W wieży Gryffindoru wszyscy obecni obserwowali przedstawienie wystawione dla nich przez Syriusza Blacka. Jako aktor miał niewiele do powiedzenia – trzymał tylko na kolanach Mattię – ale, wbrew pozorom to on był tu reżyserem. Odbiorcą docelowym miała być Lessie, jego niedoszła dziewczyna, która, teraz cała zalana łzami, ze strachem obserwowała to, co wyczyniała starsza koleżanka. Każdy pocałunek, którym panna MacDonald obdarowywała Łapę był dla niej ciosem prosto w serce.
Ważniejsze jednak było to, co wydarzyło się potem.
Wybiegli z Pokoju Wspólnego, roześmiani i podekscytowani. Patrzyli na siebie zafascynowani, wciągnięci w grę, która zaczęła się w końcu tak niewinnie. Mattia chwyciła go za rękę – po raz pierwszy pewnie występując przeciwko ich idealnej, czystej przyjaźni. Wcale nie mieli zamiaru przestać. Raz w życiu pozwolili sobie na coś więcej, kilka dodatkowych pocałunków i parę godzin spędzonych wspólnie w jakiejś pustej klasie wcale nie na rozmawianiu.
Z tamtą chwilą skończyła się ich przyjaźń.
***
W trakcie tamtej czerwcowej rozmowy na błoniach ich myśli krążyły koło tego samego tematu i po raz pierwszy od bardzo dawna były tak blisko siebie.
– A ty, Matt? – spytał nagle Syriusz.
Spojrzała na niego z nieskrywanym zdziwieniem. Nie wiedziała o co mu chodzi – wolała jednak winę na to zrzucić na fakt, że jest zamyślona, a nie znów bezpodstawnie oskarżać go o jakieś insynuacje. Jednak to jej zaskoczone spojrzenie wybiło go z rytmu i sprawiło, że przez moment odechciało mu się zadawać pełnego pytania.
Przez jedną krótką chwilę.
Potem jednak ich myśli znów się od siebie oddaliły i wszystko wróciło do tej sztucznej, obojętnej normy.
– Co masz zamiar ze sobą zrobić po Hogwarcie?
Niezauważalnie odetchnęła z ulgą.
– Będziesz bardzo płakał, jeśli powiem, że wyjadę daleko stąd i więcej mnie nie zobaczysz? – spytała, uśmiechając się na wskroś niewinnie.
Przez chwilę udawał, że się zastanawia. Jej anielska twarzyczka uniemożliwiała mu podjęcie natychmiastowej, okrutnej reakcji. Twarde nie utknęło w jego krtani i nie chciało z niej wyjść, złośliwe. Te słodkie, niebieskie oczęta przysłaniały mu w tym momencie zimną i gorzką duszę dziewczyny.
– Oświadczę się wtedy Odilii i to ty zostaniesz sama – stwierdził w końcu, z pozorną obojętnością w głosie.
Mattia parsknęła śmiechem.
– Myślisz, że się zgodzi? – spytała z powątpieniem w głosie. – To, że dziewczyna płacze i obiecuje, że będzie usychać z tęsknoty, nie znaczy od razu, że chce z tobą spędzić całe życie.
Tym razem to on wyglądał na niedowierzającego własnym uszom.
Spojrzał na nią swoimi ciemnymi oczami, w których ewidentnie odbijało się zdziwienie. Z tego wszystkiego zatrzymał się i nie był w stanie wykonać nawet kroku.
Jemu się nie odmawia.
– Co ty dziś tak wieszczysz, Matt? – spytał po chwili niezdecydowanego milczenia.
Ona, dla odmiany, szła dalej. Tylko, że tyłem do kierunku ruchu, a przodem do niego, tak, żeby go widzieć. Cofała się powolutku, bez pośpiechu. Nie chciała stracić go z oczu zbyt szybko.
– Po prostu ja bym odmówiła – stwierdziła, nie przestając się uśmiechać. – Wiesz, nie jesteś dobrym materiałem na męża.
– Dlaczego?
Nie odpowiedziała. Odwróciła się do niego plecami i ruszyła dalej.
W normalnej sytuacji uznałby, że skoro nie chce odpowiadać – to nie. Mattia mogła sobie zawsze pozwolić na więcej niż ktokolwiek inny, miała u niego specjalne względy. Nie tak jak Ebony, na którą krzyczał przy każdej możliwej okazji. Nie tak jak różne miłości jego życia, od których tylko wymagał. Ona mogła robić z nim wszystko i nie zdarzyło się, żeby zaprotestował. Wykorzystywała to, owszem. Teraz jednak…
– Dlaczego? – powtórzył, chwytając ją za nadgarstek.
– Zastanówmy się – zaczęła, wciąż się nie odwracając i nie zatrzymując. – Nie chciałabym spędzić życia z kimś, kto przede mną miał więcej kobiet niż włosów na głowie, a przy tym każdą traktował równie podle i przedmiotowo.
Jego uścisk nieco zelżał, ale wciąż był mocny. Mattia resztą sił skupiała się na tym, żeby po prostu mu się nie wyrwać – może nawet nie chodziło o to, że bolało, a o fakt, że już do tej pory powiedziała za dużo. Nie, żeby żałowała Syriusza. Może i się przyjaźnili, ale przyjaciele są po to, żeby mówić prawdę, czyż nie? Zresztą, nigdy nie dawała ich znajomości żadnych szans – jej chęci były tu najmniej ważne.
– Nie rozumiem – przyznał bardzo cicho. – Naprawdę uważasz…
– To ty w ogóle potrafisz przyznać się do niewiedzy? – Zatrzymała się nagle i odwróciła w jego kierunku. Spodziewał się raczej złości, pogardy w jej oczach. Cóż, ciągle go zaskakiwała. Nie przestawała się uśmiechać, lecz nie było w tym ani grama kpiny. Tak zapatrzył się w tę znów niemal anielską postać, że o mało na nią nie wpadł. Na szczęście do tego nie doszło. Co by sobie pomyślała..? – Syriuszku, nie wiedziałam, że poczyniłeś aż takie postępy.
– Matt…
– Tak, wiem, przepraszam. – Nawet nie próbowała udawać skruszonej. – Przecież my teraz o twoich wadach, a nie zaletach. Zapomniało mi się.
W takich sytuacjach naprawdę wątpił, że kiedykolwiek zdołał ją polubić.
Nie trwało to jednak zwykle długo – fakt, mówiła coś nieprzyjemnego, ale po chwili zaczynała się śmiać i znów była urocza, cudowna, wspaniała. Odile mówiła, że musi być skończonym kretynem, jeśli nie widzi, jaka jego przyjaciółeczka jest zepsuta – ale to przez zazdrość! Dlatego też nadal jej nie puścił, wręcz przeciwnie, przysunął się do niej na dość niestosowną odległość.
– Spójrz na takiego Jimmy’ego – kontynuowała swój wywód, pozornie obojętna na zmianę sytuacji. – Był wierny Evansównie przez te wszystkie lata, a ona bardzo ładnie go za to wynagrodziła.
– Myślisz, że po drodze nie miał żadnej innej? – spytał, uśmiechając się kpiąco.
– Na pewno miał, znałam je wszystkie. Co do sztuki.
– Więc…
Westchnęła z rezygnacją.
– Zdrada rodzi się w głowie, nie w rękach. Zawsze wracał do Evans, prawda? Żeby nie zwariować musiał po prostu od czasu do czasu zaopiekować się jakąś inną dziewczyną.
Prawdę mówiąc, niewiele było tych innych Pottera. Może trzy, cztery przez cały okres nauki. Porównywać je z tymi, którym Syriusz narobił nadziei to jak próbować sprawdzić, ile kropel wody mieści w sobie ocean. Niewykonalne, głupie, bezsensowne.
– Chcesz mi powiedzieć, że wyszłabyś za Rogacza?
– Rogacz jest ślepo zakochany w swojej Evansównie, nie psujmy im tego szczęścia.
Odsunął się odrobinę; może nie była to wielka zmiana, ale dziewczyna od razu ją wyczuła.
– Matt, czy ty myślisz, że ja…
Na jedną krótką chwilę stracił możliwość dokończenia swojego zdania; trudno mówić, gdy się kogoś całuje. Trwało to jednak na tyle krótko, że można ten fakt spokojnie pominąć. Jego zdziwienie było o wiele istotniejsze, bo umożliwiło jej zabrania swojej ręki i uwolnienie się od presji tej niewiarygodnie małej odległości między nimi.
– Ty mnie nie obchodzisz, Syriuszku – przyznała, zupełnie spokojnie jak na stan, w którym powinna się znajdować.
Zrobiła krok do tyłu. I jeszcze jeden. I jeszcze…
– Bo cały czas chodziło ci o Odilę, prawda?
To zastanawiające, jak szybko sprzed oczu potrafi nam zniknąć obraz osoby, na której nam niby tak bardzo zależało.