Kości zostały rzucone: rozdział siódmy

W zimnym świetle dnia nie mieli sobie nic do powiedzenia. Ich spojrzenia spotkały się na moment w pokoju wspólnym i Lestrange mrugnął nieprzytomnie, jakby zdziwiony nie tylko jej widokiem, ale i samym istnieniem, po czym zaraz odwrócił wzrok i już więcej na nią nie spojrzał, podczas gdy ona przyglądała mu się bezkarnie ze spokojem graniczącym z obojętnością, zbyt odrętwiała, żeby cokolwiek czuć. Gdyby była naiwna, mogłaby uznać jego niepewność za wyraz pokory, może nawet wstydu, ale jeśli Rabastan Lestrange żałował czegokolwiek tego szarego, kwietniowego poranka, to na pewno nie tego, jak ją potraktował – z czego miałaby się zrodzić w jego głowie podobna wątpliwość? Musiał żałować jedynie tego, że tak bezmyślnie się przed nią odsłonił, że bez wahania przyjął jej litość, że w ogóle ją wzbudził – zupełnie jakby to on został upokorzony przez nią, a nie ona przez niego, oddając mu się wbrew sobie i wszelkiemu rozsądkowi.
Teraz nie miała już dla niego współczucia i nic więcej nie mogła mu dać. Nie odezwali się do siebie słowem przez całą drogę do Hogsmeade, ale tym razem to zwykłe dla niego milczenie wydało jej się nieznośne i kiedy znaleźli się wreszcie w pustej o tak wczesnej porze Gospodzie pod Świńskim Łbem, niemal ucieszyła się na widok swojego brata, mimo że wcale nie miała ochoty go oglądać. Siedział w głębi sali pochylony nad pojedynczą świecą, jakby spowiadał się jej ze wszystkich swoich ukrytych pragnień i powoli przesuwał dłonią tuż nad jasnym płomieniem, uśmiechając przy tym ponuro do własnych myśli. Nigdy wcześniej nie widziała go tak roztargnionego; nie zauważył ich od razu, a kiedy podeszli bliżej i w końcu podniósł na nich spojrzenie swoich dużych, czystych oczu, Raelyn poczuła mdłości na myśl, że jakimś sposobem mógłby dowiedzieć się o tym, co wydarzyło się między nią a Lestrange’em w bibliotece. Nie była pewna, jak by to przyjął ani które z nich zostałoby za to ukarane – Lestrange za to, że wykorzystał jej słabość, czy ona, że mu na to pozwoliła.
Reese nie był jednak sam.
– A niech mnie, Marlow – rzucił Rudolfus Lestrange leniwie, zwracając się z wyraźnym afektem do jej brata, choć to na nią patrzył, mierząc ją spojrzeniem swoich jasnych, migdałowych oczu. – Twoja siostra trochę wyrosła, odkąd ją ostatnio widziałem.
Było coś hipnotyzującego w sposobie, w jaki się poruszał, bawiąc niedbale złotym sygnetem na serdecznym palcu prawej dłoni, odchylając miękko głowę, żeby odrzucić z czoła kosmyk ciemnobrązowych włosów, rozciągając wolno usta w szerokim, ciepłym uśmiechu, który nie mógł być szczery, a jednak właśnie taki się wydawał. Mrugnął do niej porozumiewawczo, żeby się nie obrażała, że tak sobie tylko żartował i podniósł się z krzesła, żeby z udawaną nieśmiałością pocałować ją w policzek.
– Miło cię widzieć – wyszeptał jej do ucha poufale, jakby była jego dawno niewidzianą przyjaciółką i przez sekundę wydawało jej się, że tak właśnie było, że znali się od zawsze i tęskniła za nim każdego dnia przez całe swoje życie, ale potem ich spojrzenia się spotkały i nagle zrozumiała, jakim sposobem udało mu się opętać nawet kogoś tak bezdusznego jak jej brat. – Mam nadzieję, że młody jest dla ciebie miły? – podjął z fałszywą troską, a ona poczuła się nagle bezbronna, jakby nawet jej myśli nie należały już do niej i mimo jego bliskości zrobiło jej się zimno. – Jesteś, młody? – zwrócił się nieoczekiwanie do swojego młodszego brata, którego dotąd ignorował z tak okrutną premedytacją, choć ten, głodny jego uwagi, wpatrywał się w niego niecierpliwie, gryząc nerwowo wargi.
Byli do siebie bardzo podobni – nawet jeśli teraz, w tym konkretnym miejscu i czasie, mogli wydawać się zupełnie różni. Starszy Lestrange był synem swojego ojca, ciemnowłosy, nieznacznie niższy, o mocnej budowie, niepokojącym kroju ust sugerującym okrucieństwo charakteru i zimnych, błyszczących oczach osadzonych głęboko pod wyrazistymi brwiami, podczas gdy młodszy wydawał się przy nim kruchy jak porcelana i wciąż był jeszcze tylko chłopcem ze swoimi przydługimi włosami w kolorze szarego blondu, zaciśniętymi uparcie wargami, nerwowością i niepewnością wieku nastoletniego. A jednak kiedy przypomniała go sobie z tamtego październikowego popołudnia, gdy odezwał się do niej po raz pierwszy – jego niezmącony jeszcze wtedy spokój i ten senny uśmiech, któremu z takim trudem się oparła – uderzyło ją nagle ich głębokie, choć dopiero kiełkujące podobieństwo i jasnym stało się, jakim człowiekiem Rabastan Lestrange miał się stać w przyszłości.
– Nie zawstydzaj mnie z łaski swojej przed moim przyjacielem – ciągnął Rudolfus z tą samą niebezpieczną, bo wykalkulowaną wylewnością. – Wystarczy, że wyżyłeś się na kuzynie Yaxleyu i musiałem się za ciebie tłumaczyć matce. Dumny z siebie jesteś, co? – syknął bratu do ucha, łapiąc go niespodziewanie za kark, jakby był tylko niesfornym szczeniakiem. – Żeby mi się to więcej nie powtórzyło. Jesteśmy w końcu rodziną. – Jego uścisk zelżał nieco, stał się bardziej braterski. – Chodź, mamy sprawy do omówienia. To zajmie tylko moment, a potem się napijemy i powspominamy stare czasy, co wy na to?
Niemożliwym wydawało się odmówić mu czegokolwiek. Reese tylko skinął głową, rozbawiony tym przedstawieniem i starszy Lestrange uśmiechnął się do niego ze słodkim zadowoleniem, podczas gdy młodszy rzucił mu krótkie, ale pełne palącej nienawiści spojrzenie, które Raelyn w pierwszej chwili zinterpretowała jedynie jako zazdrość o to, z jakim teatralnym afektem Rudolfus go traktował. Było w tym jednak coś jeszcze – coś, co niebezpiecznie przypominało oskarżenie, którego nie śmiał zwerbalizować. Jak mógł podejrzewać jej brata o cokolwiek? Musiał jedynie ulec pragnieniu, żeby to właśnie Reese Marlow okazał się winny tego, że jego świat rozpadł się tak niespodziewanie wraz z aresztowaniem jego ojca.
– Wszystko w porządku? – zapytał ją Reese nieoczekiwanie, gdy tamci usiedli w odległej części sali i Raelyn spojrzała na niego ostro, żeby darował sobie tę grę, kiedy byli sami, ale nie zrobiło to na nim najmniejszego wrażenia i tylko dodał beznamiętnie: – Jesteś blada.
Mrugnęła, żeby pozbyć się spod powiek wspomnienia pogrążonego w mroku Działu Ksiąg Zakazanych, wciąż jednak wydawało jej się, że czuje zapach starego pergaminu, kurz pod palcami i chłód kamiennej posadzki na skórze.
– Źle spałam – ucięła natychmiast, zdejmując pelerynę i siadając naprzeciwko niego, ale wcale przy tym na niego nie patrząc. Czuła się pewniej, gdy dzielił ich przynajmniej stół. – Długo się nie odzywałeś.
Skinął wolno głową, świdrując ją spojrzeniem tak długo, póki na niego nie spojrzała i dopiero wtedy odpowiedział z niespotykaną u niego prostotą, która musiała mieć w sobie coś ze szczerości:
– Upewniałem się, że nie jestem pod obserwacją.
Nie potrafiła zdecydować, czy powiedział to, bo zaczynał jej ufać, czy tylko chciał, żeby tak myślała – pewna była jedynie tego, że nie mogła wierzyć w ani jedno jego słowo, bo nawet jeśli mówił prawdę, to nigdy nie robił tego tak po prostu, bez jakiegoś ukrytego celu. Jak mógł żyć w ten sposób? Jak oni wszyscy mogli tak żyć? Uciekła spojrzeniem w stronę okna, ale było ono tak brudne, że widok stanowił jedynie mleczną plamę i dopiero po długiej chwili Reese zapytał ją, czy wróci do domu na zbliżającą się przerwę wiosenną, na co odparła krótko, nie odrywając wzroku od niewyraźnych sylwetek przemykających za szybą jak duchy, że musi skupić się na powtórkach do egzaminów i na tym skończyła się ich rozmowa.
Potem słuchali już tylko Rudolfusa Lestrange’a, jego opowieści z czasów szkolnych i głośnego, beztroskiego śmiechu, który wypełniał całe pomieszczenie, pochłaniając z niego powietrze, i kiedy w końcu się rozstali, Raelyn poczuła ulgę, jakby znów mogła swobodnie oddychać, choć grzane wino i jego słowa wciąż szumiały jej w głowie. Cokolwiek powiedział na stronie swojemu młodszemu bratu – czy nakarmił go samymi kłamstwami, zapewniając, że ich ojciec nie zostanie skazany czy raczej obiecał mu krwawą zemstę – musiało być dokładnie tym, co Rabastan potrzebował usłyszeć, bo w drodze powrotnej do zamku wydawał się dziwnie spokojny, niemal pogody i nawet mijająca ich grupa Gryfonów z szóstego roku, ośmielonych swoją wyższością moralną i przewagą liczebną, nie była w stanie tego zburzyć napastliwymi komentarzami, które ciągnęły się za nimi bez końca. Lestrange w żaden sposób nie zareagował na te zaczepki, jakby to nie on był ich celem; dopiero kiedy najodważniejszy, a może tylko najgłupszy z całej grupy wrzasnął za nim, że tym, co zostanie z jego ojca po procesie, nie nakarmiłby nawet swojego psa, pojedynczy mięsień drgnął mu na policzku, a wtedy Raelyn złapała go odruchowo za rękę, żeby powstrzymać go przed zrobieniem czegoś, czego nie chciała być świadkiem, ale on tylko obejrzał się na nią z uspokajającym uśmiechem, rozbawiony jej histeryczną reakcją, zupełnie jakby nigdy wcześniej nie dał jej powodu, żeby podejrzewała go o najgorsze – nie puścił jednak jej ręki aż do bram zamku.
Chciała myśleć, że ten incydent nie miał znaczenia; że Lestrange nie ośmieli się szukać satysfakcji, gdy wszyscy patrzyli mu na ręce, gotowi obwinić go nawet o zbyt obfite opady atmosferyczne w trakcie zbliżającego się meczu quidditcha – w jego spokoju po spotkaniu z bratem było jednak coś upiornego i kiedy tydzień później w czasie lunchu pocałował ją znienacka na oczach wszystkich w szyję, a zaraz potem rozeszła się plotka o okaleczonym dzieciaku z drugiego roku, po prostu wiedziała.
Nikt nawet nie spojrzał w jego stronę. Być może tylko nieliczni zdawali sobie sprawę, że istniał sposób, by zmusić dziecko wbrew wszelkiemu instynktowi do wsadzenia ręki do kociołka pełnego niebezpiecznego eliksiru na oczach kolegów i starego, poczciwego Slughorna; większość musiała uznać to za zwykły wypadek, obwiniając przede wszystkim jego ofiarę za błędne zmieszanie składników, nieostrożność, brawurę lub tylko czystą głupotę – Raelyn nie potrafiła jednak uwierzyć w tę bezpieczną wersję wydarzeń, nie kiedy okazało się, że ten mały Krukon miał starszego brata w Gryffindorze.
Lestrange nawet nie mrugnął, gdy spojrzała na niego tak, jakby widziała go pierwszy raz w życiu. Nie miała złudzeń – wiedziała przecież, że był zdolny do okrucieństwa, jak mógłby nie być w świecie takim jak ten, ale zawsze wyobrażała sobie, że przybierało ono pospolite formy, że miało jakieś granice, że dopiero uczył się zadawania cierpienia i nie przychodziło mu to jeszcze naturalnie. Czy nie wystarczyło zwyczajnie upokorzyć przed resztą tego, który tak głupio odważył się obrazić jego ojca? Czy parę odpowiednio dobranych klątw i kilka dni w skrzydle szpitalnym to zbyt niska cena za jego urażoną dumę? Może powinna pozwolić mu wtedy wyjąć różdżkę i wyrównać rachunki od razu, zamiast tylko to opóźnić i dać mu czas do zaplanowania czegoś o wiele bardziej dotkliwego. To, że ucierpiało przy tym dziecko, które niczemu nie zawiniło, nie miało nic do rzeczy – Raelyn tylko niejasno zdawała sobie sprawę, że czegoś takiego nie można było w żaden sposób usprawiedliwić, ale nie potrafiła wzbudzić w sobie właściwych uczuć, gdy paraliżował ją strach przed precyzją, z jaką Lestrange uderzył w najczulszy punkt kogoś, kto przecież obraził go zupełnie bezmyślnie, nie mając pojęcia o możliwych konsekwencjach.
Miejsce, w którym jego wargi dotknęły wcześniej skóry na jej szyi, paliło ją teraz jak żywy ogień. Jak miała się od niego uwolnić? Jak miała się uwolnić od nich wszystkich? Nagle wydało jej się to niemożliwe – o ile kiedykolwiek było. Krew odpłynęła jej z twarzy, a widelec wypadł z ręki, uderzając z brzękiem o talerz i siedzący obok Travers zapytał ją, czy dobrze się czuje, ale w odpowiedzi tylko skłamała gładko, że zapomniała z dormitorium eseju z historii magii i wybiegła z Wielkiej Sali, która stała się nagle zbyt klaustrofobiczna, żeby mogła spędzić w niej choćby sekundę dłużej. Starała się zachować spokój, czuła jednak, że brakuje jej powietrza i dopiero po chwili uświadomiła sobie, że nie wie, dokąd właściwie idzie. Zatrzymała się więc niezdecydowana na środku korytarza i w przypływie wściekłości na samą siebie i swoją bezradność pchnęła stojącą obok starą zbroję, która rozpadła się z łoskotem na posadzce, wcale nie przynosząc jej tym ulgi, a kiedy jeden z portretów oburzył się na ten jawny akt wandalizmu, wrzasnęła na niego dziko, przepędzając go z jego własnych ram i usiadła pod ścianą wyczerpana tymi wszystkimi sprzecznymi emocjami, które nią targały i których wcale nie chciała czuć.
– Kto by pomyślał, że potrafisz płakać. Taka zimnokrwista Ślizgonka jak ty. Prawie jakbyś była człowiekiem.
Miała ochotę krzyczeć. Chciała być chociaż przez moment sama ze sobą, żeby nie musieć udawać kogoś, kim nie była i móc wreszcie usłyszeć własne myśli. Czy ze wszystkich korytarzy w tym przeklętym zamku Edgar Bones musiał wybrać akurat ten, na którym pozwoliła sobie na chwilę słabości? Nie mogła nawet na niego spojrzeć – nie teraz, nie po tym wszystkim, co wydarzyło się od ich ostatniej rozmowy, która wydawała się tak odległa, jakby miała miejsce w zupełnie innym życiu.
–  Co jest, dziewczyno? – zapytał lekko, siadając tuż obok niej pod zimną, kamienną ścianą. – Niemożliwe, żeby złamano ci serce, musiałabyś je najpierw…
Czuła, że nienawidzi go teraz na równi z innymi i chciała, żeby to poczuł, żeby zostawił ją w spokoju, ale nie miała siły walczyć z jego okrutną, puchońską wytrwałością, która nie pozwalała mu zrezygnować nawet ze spraw dawno przegranych, i kiedy otworzyła usta, żeby wysłać go do diabła, wydobył się z nich tylko słaby, żałosny jęk:
–Zamknij się, proszę cię.
Umilkł posłusznie, choć nie wytrwał w tym milczeniu nawet dwóch sekund.
– Spójrz na mnie.
Oparła głowę o kojąco zimną ścianę i zrezygnowana otworzyła oczy, znajdując jego dziwną, szczerą twarz o wiele bliżej swojej, niż się tego spodziewała – jego wargi zaciśnięte uparcie, brwi ściągnięte w skupieniu, oczy nieruchome i świdrujące ją bezdusznie, jakby jej łzy nie robiły na nim najmniejszego wrażenia, choć nie widziała przez nie zbyt wyraźnie i może tylko jej się wydawało.
– Wystarczy już tego płaczu – orzekł kategorycznie, wycierając jej wilgotne policzki rękawem swojego żółtego swetra z nienaturalną dla siebie dbałością. – Nie robisz się od tego ładniejsza.
Odepchnęła od siebie jego duże, niezgrabne dłonie, nie mogąc znieść jego dotyku i uderzyła go na oślep w twarz, a on wbrew wszelkiej logice w odpowiedzi na to pocałował ją z tak rozpaczliwą determinacją, że zachłysnęła się powietrzem i przylgnęła plecami do ściany, sparaliżowana strachem, że ktoś mógłby ich zobaczyć, ale i niezdolna do stawienia mu oporu, bo wszystko w nim było śmiałe, niezdarnie szczere i przepełnione nadzieją, która w niej już zgasła. Zadrżała, odpowiadając na jego pocałunek z równie desperackim afektem po zaledwie sekundzie wahania i przywarła do niego całym swoim wątłym ciałem, pozwalając mu się objąć tylko po to, by w następnej chwili odepchnąć go od siebie bez ostrzeżenia, bardziej niż jego zaskakując tym samą siebie.
– Co ty wyprawiasz? – rzuciła ostro, zrywając się na równe nogi. Właściwie pytała o to samą siebie, ale to on udzielił jej odpowiedzi:
– Całuję cię – odparł z prostotą, skonfundowany, a może nawet zraniony jej reakcją i bezwiednie oblizał wargi, zanim zapytał wprost: – Nikt wcześniej tego nie robił?
– Nie bądź śmieszny – ucięła natychmiast, rozglądając się niespokojnie po wciąż pustym korytarzu, byle tylko nie patrzeć mu w oczy. Jak wiele by w nich straciła, gdyby wiedział, że zaledwie tydzień temu oddała się Lestrange’owi? Teraz wydało jej się to obrzydliwe. – Nie chcę, żebyś mnie… nie wolno ci tego robić.
Zmarszczył nieufnie nos, wyczuwając jej wahanie.
– Niby czemu mi nie wolno? – podjął wyzywająco, jakby nawet ona nie mogła mu tego zabronić tak po prostu, bez słowa wyjaśnienia i zerwał się z posadzki, gotowy udowodnić jej, że wcale nie potrzebuje jej przyzwolenia, żeby ją całować, zaraz jednak opamiętał się i tylko wymamrotał  gniewnie: – Próbuję cię tylko pocieszyć, do cholery.
– Całujesz wszystkie płaczące dziewczyny?
Spojrzał na nią z politowaniem i nic na to nie odpowiedział, nie zamierzając wdawać się z nią w przepychanki słowne, które nigdzie by ich nie zaprowadziły. Zrobił krok w jej stronę, zdeterminowany, żeby zakończyć ten cyrk, ale ona cofnęła się spłoszona.
– Daj spokój, Lynn – warknął dotknięty, nie potrafiąc już ukryć zniecierpliwienia. – Powiedz mi wreszcie, co się stało.
Z jej gardła wyrwał się jedynie zduszony szloch – może dlatego, że tylko jej matka zwracała się do niej w ten sposób, a może dlatego, że przecież powiedziałaby mu wszystko, gdyby tylko mogła, gdyby miało to jakikolwiek sens, ale przecież nie miało i nie wiedziała, jak miałaby to zrobić, gdzie zacząć i kiedy skończyć, żeby cokolwiek z tego zrozumiał. Jak miałby pojąć, przed czym uciekała, skoro był patologicznie niezdolny do odczuwania strachu?
– Nic się nie stało – wydusiła z siebie, dławiąc się łzami. Nie mogła złapać tchu i cała się trzęsła. – Nic nie można z tym już zrobić. Zostaw mnie w spokoju. Wystarczy, że twój ojciec… Gdyby ktoś nas teraz… Nie masz nawet pojęcia, do czego oni wszyscy…
W jego ciemnych oczach błysnęło zrozumienie, gdy tylko wspomniała jego ojca.
– Myślę, że mam całkiem niezłe pojęcie – przerwał jej z wściekłością, która skutecznie zamknęła jej usta i tylko spojrzała na niego bezradnie szeroko otwartymi oczami. – Wiem, do czego są zdolni i wiem, że to przerażające. Wiem. – Złapał ją za ramiona i potrząsnął nią tak mocno, jakby chciał w ten sposób wytrząsnąć z jej głowy wszystkie te straszne myśli. – Wiem. Ale wszystko będzie dobrze, obiecuję. Tylko postaraj się oddychać.
Pocałował ją w czubek głowy i wtedy wreszcie się poddała – wtuliła twarz w jego wełniany sweter i objęła go w pasie tak mocno, jak tylko potrafiła, gotowa uwierzyć w jego obietnicę, nawet jeśli wiedziała, że nie mógł jej dotrzymać.

Kości zostały rzucone: rozdział siódmy

Na psa urok: 07.

Kiedy Slughorn wezwał ją do swojego gabinetu, obawiała się, że ich rozmowa będzie miała związek z incydentem w trakcie przyjęcia. Od tego czasu Ślimak traktował ją bardzo chłodno w czasie eliksirów – choć mogła być to tylko jej wyobraźnia, a nauczyciel zachowywał się całkiem normalnie – zaś ona słyszała tyle docinków i złośliwych szeptów, że była gotowa przyjąć, że mistrz eliksirów również ma do niej pretensje. Nie wiedziała tylko, czemu czekał tak długo, by je wyrazić – wezwał ją do siebie tuż przed świętami, w dniu, kiedy wszyscy uczniowie, którzy planowali zimową przerwę spędzić w domu, już opuścili zamek.
– Dzień dobry, profesorze – powiedziała, wchodząc do gabinetu i delikatnie zamykając za sobą drzwi. Planowała być uosobieniem wdzięku i uroku, a przypadkowe trzaśnięcie drzwiami pogrzebałoby szanse na realizację tego planu.
Slughorn przyglądał się jakiś papierom leżącym na jego biurku. Dainah rzuciła tylko na nie okiem – kilka wycinków z Proroka i pergaminów – i skupiła się na twarzy nauczyciela. Wydawał się czymś zasmucony.
Lepszy smutek niż wściekłość, pomyślała.
– Panna Pool. Siadaj, Dainah – powiedział cicho, wskazując krzesło po drugiej stronie biurka.
W kiepskim oświetleniu, jakie panowało w całych lochach, wyglądał wyjątkowo posępnie. Nie wzbudzał jednak strachu, co ośmieliło Dainah. Spodziewała się, że już w progu usłyszy ostrą reprymendę. Wiedziała dobrze, że była współwinna incydentowi na przyjęciu – tak samo zresztą, jak wiedziała, że Slughorn kochał te imprezy. Nie miała wątpliwości, że będzie na nią zły. Była zła na siebie, że nie przewidziała, jak skończy się syriuszowa konfrontacja z bratem.
– Jest mi tak przykro, moje dziecko – zaczął, a ona odetchnęła z ulgą. Nie straci punktów dla Slytherinu.
Wystarczyło jej, że ilekroć wchodziła do Wielkiej Sali lub do pokoju wspólnego, tylekroć ktoś miał coś do powiedzenia na temat towarzystwa, w jakim się obracała. Wiele razy słyszała o zdradzie krwi czy o sympatyzowaniu z mugolami, choć nie miała pojęcia, w jaki sposób wyciągnięto ten wniosek. Syriusz był w końcu czystokrwistym czarodziejem, nawet jeśli należał do Gryffindoru. Niektórzy uważali, że oszalała, a zdrada, jakiej się w ich opinii dopuściła, była efektem zaklęcia lub eliksiru. Może Slughorn też uważał, że została zmanipulowana?
– Właśnie otrzymaliśmy sowę z ministerstwa – dodał, wskazując na jeden z pergaminów.
Dainah spojrzała na niego pytająco. Czy w czasie przyjęcia oberwał ktoś poza Regulusem? Może jakiś urzędnik skarżył się na pobrudzoną szatę? Czy jednak pisałby o tym dopiero teraz? I czego Slughorn by oczekiwał, że Dainah zapłaci za czyjąś nową szatę? Przecież to absurdalny pomysł.
– Profesorze, ja bardzo przepraszam za całe to zamieszanie w czasie przyjęcia, naprawdę – powiedziała szybko, starając się wyglądać możliwie niewinnie.
Slughorn zamrugał, jakby nie wiedział, o czym właśnie mówi.
– Przyjęcie? A, tak. – Machnął ręką.
Dainah uśmiechnęła się lekko, czując, jak sporej wielkości głaz właśnie znika z jej żołądka.
– Panno Pool, jest mi bardzo przykro – ciągnął, biorąc do ręki pergamin. Zerknął na niego jeszcze raz, a potem jej go podał. – Przyjmij moje kondolencje.
Dainah powoli, jakby w zwolnionym tempie sięgnęła po pergamin. W pierwszej chwili wydawało jej się, że to, co zostało na nim napisane, jest w obcym języku, bo nie rozumiała sensu czytanych zdań. Nie mogła się skoncentrować, bo w uszach szumiała jej krew. W końcu jednak, słowo po słowie, złożyła komunikat w całość.
Ataku dokonali nieznani osobnicy, podejrzewa się o to śmierciożerców.
W czasie ataku zniszczona została większa część domu.
Podczas oględzin miejsca zdarzenia znaleziono dwa ciała ludzkie, które następnie zidentyfikowano jako…
– Moi rodzice nie żyją? – zapytała, a jej głos brzmiał tak cicho i głucho, że nie była pewna, czy jakikolwiek dźwięk wydobył się z jej gardła. Może tylko otworzyła usta. A może nie zrobiła nawet tego.
Slughorn posłał jej współczujące spojrzenie.
– Musisz udać się do ministerstwa, panno Pool. To bardzo ważne – powiedział tylko.
Faktycznie, na samym dole listu widniała informacja o tym, ze jej stawiennictwo jest wymagane. Nie wiedziała, co o tym myśleć. Tam, gdzie wcześniej znajdował się ciężki kamień, gdzie były wszystkie jej myśli, uczucia i organy wewnętrzne, teraz znajdowała się pustka. Sprawiała ona, że Dainah czuła, jakby dotykała tylko obrzeży rzeczywistości, znajdując się jednocześnie gdzieś indziej.
– Oczywiście – usłyszała swój głos. Potem jakby z zewnątrz widziała, jak jej perspektywa się zmienia, musiała wstać z krzesła. – Do widzenia, profesorze – powiedział znów ten głos, o którym sądziła, że należy do niej.
*
Dainah szła przez błonia oszołomiona. Jej mózg rejestrował wiejący wiatr i padający śnieg, ale wydawało jej się, że ani ich nie widzi, ani nie słyszy. Jej rodzice nie żyli. Mimo że byli figurami znajdującymi się gdzieś daleko, daleko, które miała zobaczyć dopiero za kilka miesięcy, a potem – być może – opuścić na zawsze, by podążyć własną ścieżką, to myśl o tym, że nie ma już możliwości ich zobaczenia, była porażająca.
Nie, jeszcze ich zobaczę, pomyślała Dainah. Skoro ministerstwo chce mnie widzieć, na pewno pokażą mi ich ciała.
Myśl o tym, że jej rodzice nie są już jej rodzicami, nie są istotami żyjącymi, a tylko ciałami, powracała do niej cały czas, bolesna jak cios obuchem w głowę. Dainah była oszołomiona, odkąd wyszła z gabinetu Slughorna. Nie odzywała się, kiedy dotarła do dormitorium, żeby zabrać płaszcz. Zignorowała pytające spojrzenia Susannah i Isli, a następnie wyszła z zamku. Nie była w stanie myśleć, miała w głowie pustkę, a dopiero powiew zimnego, zimowego powietrza na jej policzkach przywrócił jej zdolność myślenia w ograniczonym zakresie, ale wystarczającym do tego, by pustka została gdzieś przytułmiona, ale nadal tam była, czekając tylko, aż Dainah przestanie przywoływać kolejne myśli i będzie podatna na jej atak.
Na błoniach nie było nikogo. Nic dziwnego, pogoda była paskudna, a większość uczniów w tym czasie wolała siedzieć w bibliotece czy w pokoju wspólnym, może nawet w Wielkiej Sali, choć do kolacji zostało jeszcze trochę czasu. Dainah żałowała, że nie wzięła ze sobą nic do jedzenia. Nie była pewna, czy coś by przełknęła, ale bała się tego, że gdy dotrze do ministerstwa i zobaczy swoich rodziców – ich ciała, to tylko ciała – nie będzie w stanie zachować powagi i jej żołądek wyda ją, zdradzi, że jest głodna, że jest w stanie być głodna, kiedy jej świat powinien właśnie lec w gruzach. Powinna płakać, ale nie była w stanie. Cały czas odczuwała tę pustkę, która uniemożliwiała jej płacz, ale podejrzewała, że jeśli nie będzie płakała, wzbudzi jakieś podejrzenia, których przecież wzbudzać wcale nie chce.
Gdzieś trochę przed nią zaszeleściły drzewa w Zakazanym Lesie. Może nie powinna była iść jego skrajem. Gdyby teraz wyskoczyło z niego coś, co miało wobec niej złe zamiary, mogłaby nie być w stanie się obronić, była zbyt zdekoncentrowana. Irytowało ją to, że nie może się skupić. Powinna móc skupić się chociaż na kilku czynnościach, które ma wykonać. Dotrzeć do Hogsmeade, przenieść się do ministerstwa, znaleźć osobę, której nazwisko Slughorn zapisał jej na kartce, a potem… Nie była pewna, co będzie się działo, kiedy wyjdzie z ministerstwa, jej wyobraźnia nie działa z takim wyprzedzeniem.
Nagle na jej drodze wyrósł Syriusz, który musiał wyjść spomiędzy drzew. Nie zauważyła go, ale jednocześnie nawet nie zdziwiła jej jego obecność w tym miejscu. Syriusz miał tendencję do pojawiania się w różnych miejscach. Właśnie wydłużył jej listę o jeszcze jeden punkt – będzie musiała się go pozbyć.
– Co masz taką ponurą minę, Pool? – zapytał. – Umarł ktoś?
Dainah popatrzyła do niego z niedowierzaniem. Nie była pewna, czy żartuje, czy też ona ma wypisane na twarzy informacje o tym, co się właśnie stało. Ale nie, Syriusz się uśmiechał, a włosy opadały mu na czoło i oczy zupełnie tak samo jak zawsze. Miał w nich nawet topniejące płatki śniegu, które zwykle sprawiały, że serce Dainah drgało, zalane falą ciepła, którego źródła nawet nie próbowała dociekać. Teraz jednak nie odczuła niczego takiego, zupełnie, jakby jej serce było skute lodem i całkowicie niezdolne do drgania.
– Skąd ten pomysł? – zapytała chłodno.
Syriusz wzruszył ramionami i wyszedł na ścieżkę, tarasując jej drogę. Dainah spojrzała na niego pytająco. Nie miała siły na to, by kazać mu odejść, ale nie chciała, żeby szedł z nią. To nie będzie przyjemna wycieczka. Będzie pełna łez, trudnych decyzji i niewygodnych pytań. Pewnie dołączą do nich spojrzenia pełne współczucia. Dainah nic z tego się nie podobało i nie chciała, żeby Syriusz widział ją w takim stanie.
– Urocze, niewinne dziewczęta nie powinny same wychodzić na błonia po zmroku – powiedział, posyłając jej zawadiacki uśmiech. – Mówiliśmy już o tym, prawda?
– Nie mam czasu na twoje żarciki – warknęła.
– A więc chcesz spotkać wilkołaka albo akromantulę?
– Nie idę do Zakazanego Lasu, muszę dostać się do Hogsmeade.
Syriusz nie przestawał się uśmiechać, ale jednocześnie popatrzył na nią pytająco, co nadało jego twarzy dziwny wyraz, jakby dolna jej część i górna zupełnie nie zgrały ze sobą mimiki.
– A więc przygoda? – zapytał, decydując się na nieco urażony, ale względnie neutralny ton. – Beze mnie?
– Syriuszu, naprawdę, to, co robię, nie jest twoją sprawą – westchnęła ciężko.
Popatrzył na nią, jakby jej nie wierzył. Musiało mu się wydawać, że to, co działo się na przyjęciu Slughorna, zostało przez nią zapominane. Nie wiedział w końcu, że po prostu zyskała pewną perspektywę, której wcześniej nie miała. Bójka dwóch Blacków nie była czymś, co teraz miało znaczenie. Powinien to zrozumieć, ale nie spodziewała się, że wykaże się taką empatią. Zresztą nie była zainteresowana jego empatią.
– Pójdę z tobą, Hogsmeade wygląda świetnie wieczorami – oświadczył, nie pytając jej nawet, po co tam idzie. Był jednak dziwnie poważny i przez chwilę zastanawiała się, czy wiedział już, co jest faktycznym celem jej wieczornej podróży.
– Muszę tam złapać kominek do Londynu – powiedziała, zanim zdążyła się powstrzymać.
Syriusz nie okazał zdziwienia. Po prostu pokiwał głowa.
– A więc Londyn – potwierdził.
*
Podróżowanie siecią Fiuu nie było preferowaną przez Dainah metodą podróżowania, dlatego niemal cieszyła się, kiedy znalazła się w holu Ministerstwa Magii. Nie pomyliła rusztów, nie podpaliła swoich szat, nie była szczególnie ubrudzona sadzą. Na nic innego nie mogła liczyć. Oczywiście Syriusz wyglądał na człowieka, który codziennie podróżował w ten sposób i nie robiło to na nim wrażenia. Żeby było gorzej, nie miał na sobie chyba ani jednego pyłku sadzy.
– Co teraz, Pool? – zapytał tylko, kiedy już otrzymali przepustki, a także sprawdzono ich różdżki.
Dainah wyjęła karteczkę, którą otrzymała od Slughorna. Im bliżej była celu swojej wyprawy, tym mniejszą miała ochotę na rozmawianie z nim czy z kimkolwiek innym. Podczas drogi do Hogsmeade wymienili parę zdań, ale on mówił zdecydowanie więcej niż ona. Teraz odpowiadała mu tylko półsłówkami lub skinieniami głową. Jej myśli zdawały się zwalniać na tyle, że mogła poradzić sobie tylko z jedną myślą w jednym momencie.
– Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów? – zdziwił się Syriusz.
Skinęła głową.
– To na drugim poziomie – powiedział, a ona była mu wdzięczna, że nie zapytał, po co tam idą.
Przez cały ten czas nie zadał tego pytania, jakby było mu zupełnie obojętne, co znajdzie się u celu ich podróży, a jego interesowała sama ta podróż. Być może właśnie na tym polegało całe życie Syriusza – radość z podróży i zastanawianie się nad kolejną przygodą dopiero, kiedy ta obecna się skończy. Przez jej mózg łagodnie przepłynęła myśl o tym, że w sumie nie ma pojęcia, co Syriusz planuje po zakończeniu Hogwartu, ale na pewno nie wróci do swojej rodziny – jeśli czegoś się dowiedziała w czasie przyjęcia u Slughorna, to właśnie tego, że w szlachetnym i starożytnym rodzie Blacków występuje znaczący konflikt. Syriusz będzie zdany na siebie. Całkiem jak ona.
– Winda jest tam. – Machnął ręką, a ona nie zareagowała. – Co jest, Pool?
– Nic – ucięła. – Wszystko w porządku.
Popatrzył na nią, jakby wiedział doskonale, że właśnie kłamie, ale planował pozwolić jej na te małe sekrety, których i tak długo nie zatrzyma tylko dla siebie – niebawem dojdą do Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Zresztą sama jego nazwa była dla Syriusza pewną wskazówką, że nie jest to miła wycieczka w celu załatwienia jakichś nic nieznaczących spraw.
Wsiedli do windy w milczeniu. Potem – wciąż w milczeniu – ruszyli korytarzem. Kiedy wcześniej dotarli do Hogsmeade śnieg przestał padać, ale było już całkiem ciemno. Księżyc świecił jasno, a jego blask był zimny i wyraźny, co świadczyło o mroźnym powietrzu. Za oknami ministerstwa również była noc, ale sceneria wyglądała zgoła inaczej – wielkie, leniwie opadające płatki śniegu przemykały za szybą, tworząc niemal magiczną atmosferę.
Dainah zacisnęła szczękę, jakby bała się, że jeśli nie napnie mięśni, to całkiem zwiotczeją i nie będzie w stanie ich użyć, kiedy będzie musiała. Wyglądała na tak spiętą, że Syriusz zastanawiał się, jak udaje jej się chodzić. Choć stawiała kroki w sposób zdecydowany i bezkompromisowy, było w niej coś, co skłaniało go do myślenia, że to tylko maska, pod którą kryje się coś innego, coś, nad czym Dainah nie panuje i dlatego tego nie pokazuje.
– Będzie lepiej, jeśli poczekasz pod drzwiami – powiedziała tylko i, nie czekając na jego odpowiedź, weszła do pomieszczenia. Na drzwiach wisiała tabliczka głosząca Biuro Aurorów, a Syriuszowi po raz pierwszy przeszło przez myśl, że może wcale nie powinien jej towarzyszyć, że to, co miała do zrobienia, faktycznie go nie dotyczyło, a fakt, że jednak pozwoliła mu iść za sobą, nie miał związku z sympatią, jaką do niego czuła, a po prostu z brakiem siły, by go od siebie odpędzić. W końcu nikt nie przychodził tutaj dlatego, że chciał. Ludzie, którzy tu przychodzili, mieli do załatwienia coś nieprzyjemnego, a fakt, że on towarzyszył jej do tego punktu, obligował go do tego, by ją pocieszyć, kiedy stamtąd wyjdzie.
Miał tylko nadzieję, że nie będzie płakała. Nie wiedział, co robić, kiedy jakaś kobieta przy nim płakała.
*
Dainah niewiele czuła i niewiele myślała. Mechanicznie odpowiadała na pytania, nie zatajając niczego. W końcu nie miało większego znaczenia, jak wyglądało ich życie rodzinne, skoro większość osób tworzących tę rodzinę bał martwa i leżała kilka stóp od nich, przykryta białym prześcieradłem. Dainah była zdumiewająco obojętna na ten widok i przez myśl przeszło jej nawet, że może to zostać źle odebrane przez aurorów. W końcu powinna być zrozpaczoną córką, sierotą, która właśnie dowiedziała się, że jej rodzice zginęli z ręki osób, które mogły wcześniej odwiedzać ich dom jako znajomi czy przyjaciele. Mogli siedzieć w salonie i pić kawę z jej matką lub cicho rozmawiać z jej ojcem. Powinna zalać się łzami, tymczasem ona siedziała sztywno na krześle, napięta jak struna, odpowiadając na wszystkie pytania krótko, ale nie nieuprzejmie.
– Śmierciożercy, mówią na nich – stwierdził niski, żylasty mężczyzna, który zadawał jej wcześniej pytania. – Ostatnio atakują coraz częściej.
– Ale czemu zaatakowali moich rodziców? – zapytała Dainah.
– Tego chcieliśmy się dowiedzieć od ciebie.
Dainah popatrzyła na niego bez emocji. Przez chwilę miała ochotę prychnąć, ale zdołała zdławić ten odruch.
– Nie mam pojęcia.
Auror popatrzył na nią, jakby podejrzewał, że kłamie. Może pochodził z jednej z tych rodzin, w których wszyscy wszystko o sobie wiedzieli. W domu państwa Pool tak nie było. Ledwie dostrzegali siebie wzajemnie, zbyt zajęci swoim życiem wewnętrznym.
– Żadnych domysłów? – zapytał, mrużąc oczy.
Nie odpowiedziała. Utkwiła wzrok w ciałach leżących pod prześcieradłami, starając się zrozumieć, co właściwie czuje. Z jednej strony przepełniała ją okropna pustka, z drugiej natomiast miała wrażenie, że pulsuje w niej tak wiele emocji, że strasznym wydawało jej się czekanie na to, które z nich wygrają i pojawią się na jej twarzy, w jej głosie czy w gestach. Auror wykazywał zerowe współczucie, ale niespecjalnie ją to dziwiło. Czasy były niespokojne. Jej tragedia pewnie była tylko kolejną rubryką w jego sprawozdaniu miesięcznym. Jakaś jej część to rozumiała, podczas gdy inna jej część miała ochotę wylać na notatki aurora lurowatą kawę, którą jej zaserwował.
– Każdy ma jakichś wrogów, pomyśl – powiedział, nie odrywając wzroku od swoich notatek.
– Może pana notatki wiedzą o nich więcej niż ja – fuknęła w końcu, czując, że pustka ustępuje emocjom, które zdominował gniew.
Auror podniósł na nią wzrok.
– Zdajesz sobie sprawę, gdzie jesteś? – warknął na nią, najwyraźniej zdając sobie sprawę z tego, że niewiele z niej wyciągnie.
Dalsza rozmowa trwałą krótko, a Dainah podpisała najbardziej zdawkowy protokół, jaki mogła sobie wyobrazić. Auror fałszywie uprzejmym tonem zapewnił ją, że pożałuje, jeśli próbuje kogoś ukrywać, a także zapewnił, że siły ministerstwa są już na tropie sprawców. Dodał, że będą ją informować o postępach w śledztwie, ale z tomu jego głosu wywnioskowała, że może tak wcale nie być – brzmiało to bardziej jak wyuczona formułka niż jak szczere zapewnienie.
To wszystko jest robione tylko na pokaz, pomyślała. Nikogo nie obchodzą moi rodzice. Ja też nikogo nie obchodzę.
Kiedy wyszła z gabinetu, trochę się zdziwiła, że Syriusz na nią czekał, choć nie było to spowodowane tym, że spodziewała się, że zostanie porzucona. Po prostu nie potrafiła wyobrazić sobie, że czekał w jednym miejscu przez tyle czasu. Syriusz był zbyt żywy i dynamiczny, żeby czekać. A jednak…
– Chodź, Pool, niedaleko jest sympatyczna kawiarnia – powiedział.
Dainah uniosła brwi, ale nie zaprotestowała. Szukała w myślach słów, które chciałaby do niego skierować, ale nic nie przychodziło jej do głowy. Milczała przez całą drogę do wyjścia z ministerstwa, a także kiedy nocne, zimowe powietrze owiało jej policzki. Syriusz zdecydowanym krokiem ruszył przed siebie, a ona podążyła za nim. Dopiero po kilkunastu minutach stało się jasne, co powinna powiedzieć:
– Nie masz pojęcia, gdzie jesteśmy, co?
Syriusz wyszczerzył zęby w jej kierunku.
– Najmniejszego. Ale coś tu musi być otwarte.
*
Znalezienie czynnej kawiarni okazało się jednak trudniejsze. Choć Dainah była pewna, że powinni wyjść z ministerstwa w centrum Londynu, tak się nie stało. Krążyli więc uliczkami, z każdym krokiem coraz bardziej zamieniając się w śnieżne bałwany i przez większość czasu milcząc do siebie. Syriusz wziął na siebie rolę przewodnika, choć odgrywał ją raczej średnio. Czasami rzucał jakiś mniej lub bardziej zabawny komentarz, a ona uśmiechała się lekko, jakby mimochodem.
W końcu chłód skłonił ich do podążenia za jakąś mugolską wycieczką, która mówiła coś o jedzeniu. W ten właśnie sposób znaleźli się w całkiem przestronnej restauracji, która cieszyła się ogromnym zainteresowaniem ze strony mugoli, choć jedzenie nie było w niej zbyt wyrafinowane.
– Gdzie są sztućce? – szepnęła Dainah, kiedy czekali w kolejce, by złożyć zamówienie, i mogli się przyjrzeć innym gościom tego przybytku.
– Gdzie twoja wola przeżywania przygód, Pool? – zaśmiał się Syriusz.
Dainah wolałaby jednak przeżywać te przygody z nożem i widelcem w ręku, o czym jednak mu nie powiedziała, żeby nie narażać się na kolejne podśmiewanie. Już wcześniej się z niej nabijał, jednak nie brała jego docinków do siebie. Wypełniały one pustkę, którą odczuwała, i pozwalały jej poczuć się trochę bardziej jak ona sama.
Kilka minut i niespełna jednego funta później siedzieli przy stoliku w rogu sali i przeżuwali kanapki z wołowiną, przegryzając je frytkami. Gdzieś pomiędzy nimi wciąż wisiało niezadane pytanie o to, czemu Dainah musiała udać się do ministerstwa, ale żadne z nich nie miało ochoty poruszać tego tematu. Zamiast tego łatwo przychodziły im niewiele znaczące słowa o esejach i owutemach, jego odpuszczanie sobie mugoloznawstwa, jej znużenie na historii magii…
– Czyli co planujesz? To nie brzmi, jakbyś starał się o ciepłą posadkę w ministerstwie – powiedziała, chwytając jeszcze kilka frytek, które Syriusz pożerał w godnym podziwu tempie.
Syriusz spochmurniał i na chwilę przerwał jedzenie.
– Nie wiem – powiedział głosem tak ponurym i szczerym, że aż poczuła się zaskoczona i niemal winna.
Pokiwała głową i przez chwilę w milczeniu sączyła napój, który jej podano.
– Chciałbym zobaczyć trochę świata – powiedział w końcu, patrząc przez okno. – Zobaczyć, jak życie może wyglądać gdzieś indziej. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, w czym wyrośliśmy, ale może gdzieś tam jest coś… lepszego. Innego.
Pokiwała głową. Nie myślała o tym w ten sposób. Może w ogóle o tym nie myślała, zbyt pewna, że gdy tylko skończy Hogwart, bez problemu wpadnie w rolę napisaną dla niej przez rodziców. Albo w taką, w którą przypadkowo wepchnie ją życie, zupełnie nie pytając jej o zdanie.
– Nie sądzę, żebym kiedykolwiek ruszyła się z Anglii – odpowiedziała głucho, czując, że słowa rezonują wewnątrz niej, odbijając się gdzieś w pustce, którą nosiła w sobie i której nie dała rady wypełnić frytkami z colą ani hamburgerem.
– Nigdy nie mów nigdy, Pool. Robi się tu coraz bardziej niebezpiecznie – stwierdził, ale nie kontynuował tematu, kiedy zobaczył, że jej mina zrzedła.
– Dlatego chcesz wyjechać? – odparowała ostro, niemal z pretensją, czując, że jest dla niego niesprawiedliwa, ale jednocześnie pragnąc, by on też poczuł się dotknięty.
– Nie. Dlatego właśnie nie wyjadę – uśmiechnął się krzywo, a uśmiech ten był wyraźnie wymuszony.
Dainah skupiła się na resztce frytek, które leżały przed nią. Syriusz lekko odsunął się od stolika i rozłożył się na krześle z wystudiowaną nonszalancją. Gdyby nie konstrukcja krzesła, najpewniej by się na nim bujał. Przybrał maskę obronną, jakby spodziewał się ataku lub przynajmniej próbował wyglądać na dzielniejszego niż był w rzeczywistości. Dainah zastanawiała się, czy faktycznie chce walczyć z tym zagrożeniem, które pojawiło się w kraju, a jeśli tak, to czy w wieku siedemnastu lat ma dostatecznie dużą wiedzę, by poradzić sobie z ludźmi, którzy władają czarną magią i najwyraźniej nie mają skrupułów przed wysadzaniem w powietrze innych czarodziejów i ich rodzin. Syriusz był jednym z lepszych uczniów na roku – a przynajmniej wtedy, kiedy chciało mu się uczyć – ale był jeszcze dzieciakiem, tak samo jak ona. Ktoś mógł im powiedzieć, że są dorośli, że mogą używać różdżek czy się teleportować, ale żadne z nich nie miało pojęcia, co czeka ich w świecie, który każdego dnia stawał się coraz mroczniejszy.
Wiedziała, że nie powinna pytać o jego rodzinę – na przyjęciu u Slughorna dowiedziała się wystarczająco dużo o tym, jakie relacje panują w rodzie Blacków. Nie chciała też mówić o tym, że jej rodzina właściwie przestała istnieć. Nie chciała nawet myśleć o tym, gdzie podzieje się po ukończeniu Hogwartu, bo w miejscu, gdzie dawniej stał jej dom, był tylko stosik gruzu. Domyślała się, że Syriusz również nie ma dachu nad głową i być może jego wola walki wynikała właśnie z tego, że nie miał nic własnego, żadnego kąta, żadnego celu, żadnej powinności. Miał tylko swój bunt i złość na rodzinę, a Dainah wiedziała dobrze, że to może rozgrzać kości bardziej niż cokolwiek innego.
Zastanawiała się, czy kiedykolwiek poczuje w kościach takie ciepło.
– Chcesz zabijać innych? – wypaliła, chcąc skruszyć jego maskę i, być może, sprawić, że poczuje się tak źle jak ona, choć z innych powodów.
Syriusz ściągnął brwi, najwyraźniej traktując jej pytanie nie jako prowokację, ale jako poważną wątpliwość.
– Tylko jeśli będę musiał – powiedział wyjątkowo przytomnym i pozbawionym śladów bucostwa głosem.
– A więc masz prawo decydować o tym, kogo trzeba zabić, a kto może żyć? – zapytała, czując pierwsze iskierki złości. Tak bardzo chciała w tej chwili poczuć cokolwiek.
– To nie tak, Pool – westchnął.
– Tak właśnie robią śmierciożercy. Zabijają, kogo chcą – upierała się.
– To co innego, oni zabijają niewinnych – zaoponował. – Mugoli. I czarodziejów, którzy nie popierają Sama-Wiesz-Kogo.
Czy moi rodzice nie chcieli go poprzeć? Za to właśnie zginęli?, przemknęło przez myśl Dainah.
– Jesteś zadufanym w sobie bubkiem, wiesz? – fuknęła.
Syriusz nagle zmienił pozycję, w jakiej wcześniej znajdowało się jego ciało. Zamiast nonszalancji pojawiło się spięcie, jakieś zwarcie i skupienie w sobie do tego stopnia, że gdy wcześniej zdawał się rozsadzać i przytłaczać krzesło swoją osobą, teraz usiadł wyprostowany, niemal zlewając się z tym meblem, tworząc prostą, niewyróżniającą się całość, dla której ważniejsze od teatralnego zachowania było skupienie na temacie. Dainah poczuła, że szare oczy przewiercają ją na wylot. Było to o tyleż niepokojące, co ekscytujące.
– Naprawdę, Pool? – zapytał spokojnym, wypranym z emocji tonem. – Właśnie tak sądzisz?
Pulsowała w niej chęć powiedzenia czegoś, co go zaboli, co sprawi, że będzie musiał zareagować emocjonalnie. Nie chciała go skrzywdzić dlatego, że go nie lubiła; chciała to zrobić, ponieważ wiedziała, że on to zniesie, że sobie z tym poradzi i – być może – nie odtrąci jej za to.
– Porywasz się na coś, co przerasta cię o trzy głowy – odpowiedziała, starając się zachować spokój. – Chcesz coś komuś udowodnić?
Chcesz coś udowodnić swojej rodzinie?, przeszło jej przez myśl, ale nie powiedziała tego na głos. Nie była szalona.
– Wychodzimy – warknął tak oschle, że przez chwilę zastanawiała się, czy jednak nie wypowiedziała tych słów. Gdyby była w innym stanie psychicznym, może by się wystraszyła. Teraz poczuła tylko jęzory ognia liżące jej wnętrzności i dziękowała Merlinowi za to, że nie były już tą lodowatą pustką.
Kiedy znaleźli się przed restauracją, Syriusz chwycił Dainah za rękaw i poprowadził w stronę uliczki rzadziej uczęszczanej przez mugoli, gdzie mogli porozmawiać bez przyciągania pytających czy zdezorientowanych spojrzeń, których nie brakowało, gdy jeszcze siedzieli w środku. Znaleźli się w ciasnej, słabo oświetlonej uliczce, która musiała być jakimś sporadycznie używanym skrótem pomiędzy wysokimi kamienicami. Syriusz nie puścił jej rękawa, zaciskając na nim palce.
– W co ty grasz, Pool?
Oddychał ciężko i szybko, jakby właśnie przebiegł ładnych parę kilometrów.
Nie odpowiedziała. Zamiast tego przywarła wargami do jego ust z taką mocą, że aż zatoczył się na ścianę jednej z kamienic. Nie zaprotestował, najwyraźniej zdziwiony jej nagłym pocałunkiem, tak łapczywym i desperackim, jakby próbowała przeniknąć do jego jestestwa. Nie pozwoliła mu też przerwać pocałunku, nieznacznie tylko przesuwając usta i z zapałem ssąc jego dolną wargę.
– Pool – zaprotestował w końcu, choć był to protest raczej słaby i pozbawiony przekonania.
– Po prostu się nie odzywaj – szepnęła gdzieś w jego szyję, gdzie teraz, kiedy przestała stać na palcach, znajdowała się jej twarz. Oddychała równie szybko co on wcześniej, ale nie z powodu wściekłości.
Tym razem to on ją pocałował, a jego pocałunek był niemal tak samo nieustępliwy jak ten, który ona zainicjowała. Dainah poczuła pod plecami nierówny, ceglany mur, a poczucie, że jest otoczona z dwóch stron – z jednej właśnie przez zimny budynek, a z drugiej przez ciepłe ciało Syriusza – dało jej impuls do tego, by dotknąć paska jego spodni i wsunąć dłoń pod sweter. Dotyk jego skóry rozpalał kolejne płomienie, które ogarniały ją całą. Nie miałaby nic przeciwko temu, by w nich spłonąć.
– Pool, nie zaczynaj czegoś, czego nie chcesz kontynuować – powiedział cicho w jej jasne włosy.
– Kto powiedział, że nie chcę? – zapytała, rozpinając swój własny sweter.
Było to dostateczną zachętą dla Syriusza, który znów ją pocałował, przyciskając do ściany i obejmując trochę zbyt mocno. Dainah to nie przeszkadzało. Czuła, że w ten sposób zatrzymuje ją na tym świecie, że chroni ją i przed samospaleniem, i przed lodowatą pustką. Czuła, że oddanie mu kawałka siebie to jedyny sposób, by zachować całą resztę.

Na psa urok: 07.

03: Wokół pani Arbanddel

To było jak znalezienie się w zbyt ciasnym korytarzu, do którego zagonieni płonnymi ambicjami staramy się zatkać uszy na wszystko, czego słuchanie już dawno nas znużyło, i jak dziecko zapominające o obowiązkach, które narzucili mu rodzice lub guwernantka, szukamy tej krainy znanej z mieniących się ciepłem i złotem popołudni, gdy wymagano jeszcze od nas ledwie tyle, by – po zaspokojeniu żądań czasu nieubłaganie przydającego nam lat – starczyło nam sił na konsolidację wspomnień i doświadczeń w jedną, ciągłą linię.
Zrobiło jej się ciemno przed oczami, choć nie pamiętała, by je zamykała, klatkę piersiową ścisnął zaś ciężar znany chyba tylko z chwil, kiedy prawdziwie cierpiała; nie, Jemima, zdecydowanie nie zostanie fanką teleportacji. Tylko w dłoniach wciąż czuła przyjemną miękkość, czy szata Severusa miała domieszkę jedwabiu? układała się tak delikatnie i plastycznie wokół ciała, które wcale takie nie było, bo to ciało było zimne jak próżnia i równie niegościnne dla dotyku obcego, im bliżej go, tym trudniej przychodziło Jemimie wyzbyć się przekonania, że Severus nie istnieje w wymiarze wspólnym wszystkim ludziom, ale porusza się w swoim własnym, zamkniętym dla zmysłów osób postronnych. Z uporem śmiertelnie chorego, który wie już o swojej chorobie i przeczuwa zbliżający się koniec, ale broni się z całych sił przed porzuceniem nadziei, choćby tylko dlatego, że przykro mu rozstawać się z przyjemnostkami życia, ściskała szatę Severusa, jak dawniej ściskała sukienkę Luny, i wiedziała, że jeśli tym razem puści, to rozpadnie się na tysiąc małych kawałeczków, z których każdy będzie niezdolny do samodzielnego życia tak samo, jak Jemima w dniu, w którym opuścił je Rosier. I od tamtej pory były już tylko Arbanddel, choćby tysiąc razy temu przeczyły, i tysiąc razy prosiły Evana o litość, bo przecież Rosier chciał je tylko na chwilkę, dopóki nie stały się zbyt realne, wtedy ich masa absolutna stała się nie do zniesienia, gniotła go, uwierała i nieznośnie ciążyła na barkach, aż wreszcie wrzucił je tam, gdzie ludzie w swoim mniemaniu ważni składują tych nic nie znaczących; Jemima podejrzewała, że Snape też ma takie miejsce, ale w przeciwieństwie do Rosiera ma jeszcze drugie, to, dokąd wysyła się kogoś za przewinienia miłości, by rozkoszować się jego wieczną obecnością.
– Jesteśmy już na Pokątnej, Rosier – usłyszała jednostajny, matowy głos Snape’a.
Jednakże nie informował jej przecież o tym, gdzie się znajdują, by wiedziała, a jedynie po to, aby wreszcie puściła jego szatę, zwracając mu tym samym wolność, której – jak pływak, który chcąc uratować tonącego, musi wpierw wyzwolić się z jego rozpaczliwych objęć – tak desperacko potrzebował. Zamiast szaty Severusa, jej palce oplotły teraz zamsz torebki, wtapiając w nią swe miękkie czubki niby stołowe nożyki, które choć dobre są do smarowania grzanki masłem, nie są wystarczająco ostre, by nabić na nie kawałek soczystej polędwicy i nie pozwolić mu obsunąć się na talerz. Środek ciężkości Jemimy, wzorem wahadła w zegarze, przelatywał z jednej strony na drugą, a ona sama nie znajdywała oparcia we własnych mięśniach i ścięgnach nie tyle z powodu niedawnej aportacji – która jak doprowadzenie wody do temperatury wrzenia wprowadza zamęt do układu pozostającego dotąd w równowadze – co wskutek poruszenia, które wywołała w niej sprzeczka na błoniach. I napełniła ją ta kłótnia dawno nie odczuwaną obawą, że krew Rosiera nie jest wystarczająco dobra, wszak gdy przyszło mu opuścić piedestał niedostępnego awangardzisty – do czego nie zmusiły go przecież żadne okoliczności, a o czym, świadomy własnych niedociągnięć, zadecydował, chcąc wyzwolić się z łańcuchów zarzuconych na takich jak on: młodych i sytuowanych – zmieszała się z rzeczywistością, rozrzedzającym tym samym swój gęsty, konkretny, charakter, by odtąd płynąć w żyłach i tętnicach Rosiera bardziej namacalnego, tego tak bliskiego sercu Jemimy, a tak odległego sercu Severusa, który kochał tylko to, co abstrakcyjnie piękne. Jak wszyscy młodzi Jemima nie mogła mieć żalu o tę słabostkę Rosiera, który zawsze wiedział czego chce, i być może to właśnie go zgubiło, ten brak wątpliwości, które innych chroniły przed tragedią, a doprowadziły do jego własnej, bo gdy ujrzał już, że dąży ku nieskończonej, zabrakło w nim tchórzostwa, by zawrócić. Jemima zachłystywała się życiem podarowanym jej przez Rosiera – w jednej z tych chwil, gdzie liczył się on jeszcze z siłami inercji niosącymi nas nieraz w niespodziewanych kierunkach, gdy wsłuchujemy się zbytnio w to, co podpowiadają nam emocje – i powodu docinek Snape’a odnośnie krwi Rosiera upatrywała właśnie w tym żalu, że Rosier przekroczył samego siebie, zostawiając Snape’a jego własnej beznadziejności.
– Rosier, rusz się, na litość boską.
Jak gdyby pod wpływem silnego eliksiru znieczulającego Jemima parsknęła śmiechem. Ledwie udało jej się utrzymać wątłą jaźń po właściwej stronie kurtyny świadomości, gdy uważność wydała się nagle taka nudna bądź pod wpływem oziębłej niedostępności Snape’a, bądź trącającego ją ramienia, nie pierwszego i nie ostatniego, wszak ulicę Pokątną zaliczyć należy do najbardziej ruchliwych właśnie sobotnim popołudniem, gdy czarodzieje – uzbierawszy z codziennych sprawunków piramidkę – ruszają rozliczyć się ze swymi tygodniowymi zaniedbaniami. Niektórzy, w chwili zetknięcia się ich ciał z ciałem Jemimy, rozciągali jej rzeczywistość także na siebie, wkraczając do jej świata z impertynenckim „Uważaj, jak leziesz” albo też i aksamitnym „Przepraszam”, a wszystko po to, by móc udać, że i oni przynależą do świata pięknej młodości, który część z nich opuściła wieki temu; lecz marzyli o nim bez nadziei i bez celu, tak jak marzył Nicolas Flammel czy Lord Voldemort.
– Pomóż mi. Zgodziłeś się zostać moim przyjacielem dosłownie minuty temu – zauważyła zadziwiająco przytomnie.
Nie mogła przestać się uśmiechać, tak jak uśmiecha się dziecko: mobilizując nieomal każde pasmo cieniutkich mięśni we wspólnym wysiłku okazania naturalnej reakcji, podkoloryzowanej nieco fanaberią czy preferencjami wobec określonej osoby.
– Nie muszę się przed tobą tłumaczyć, jeśli jesteś zbyt g ł u p i a, by zrozumieć, że n i e ma przyjaźni między nauczycielem a uczniem – uciął prędko nauczyciel eliksirów, chwytając Jemimę za łokieć, a gest ten miał w sobie tyle stanowczości, że nie potrafiła mu się nie poddać, choć cała krzyczała w środku, żeby ją puścił, mimo że sekundę temu poprosiła o wsparcie jego silnych dłoni, że Severus ma zimne palce, że ona nie chce, że nie pójdzie… Ze zdumieniem skonstatowała, że jednak idzie, że daje mu się prowadzić, a jego dłonie wcale nie są zimne, to po prostu ona jest zgrzana; że obejmują ją jak cęgi i może im się powierzyć, bo gdyby chciał, to uniósłby ją całą za ten łokieć, jak gdyby nie ważyła więcej niż pióro feniksa.
– Nie możesz mnie znieważać, kiedy ci się podoba…
Jej głos stracił dawną pogardliwą nutę, a tylko rysy twarzy wciąż zdradzały nieudolne zdziwienie. Jemimie zdało się, że nie ona jedna grała, i nie ona jedna przygotowywała obronę, długo zanim miał nastąpić atak. Oskarżeniom o pretensjonalność zachowania najlepiej wszak przeciwstawić ich uniwersalny charakter. Usłyszała, jak pada pytanie, będące jednocześnie samo dla siebie odpowiedzią, usłyszała, jak jego twarda skorupka uderza o bruk i pęka, odsłaniając słodkie wnętrze nieskończonych możliwości.
– Kto powiedział, że nie mogę? – zadzwoniło cicho, ale paraliżująco wyraźnie w jej uszach.
–  Widzisz? Dlatego właśnie nikt cię nie lubi! Jesteś wredny, nadęty i… i… nieznośny!
Prawie uderzyła o jego plecy, gdy nieoczekiwanie puścił jej łokieć i stanął w miejscu. Założyła włosy za ucho, znów wolna i pozostawiona sama sobie, by wedle uznania korzystać z uroków danych jej przez łaskawą naturę.
– Za szybko chodzisz – zwierzyła się zakłopotana przestrzeni obok Snape’a, by po chwili spojrzeć nauczycielowi w oczy z dawnym buntem.
– Powinienem był cię uderzyć, kiedy mogłem – wyznał szczerze, lecz odrobinę za ostro, by dała się przekonać, że naprawdę by to zrobił. Gdzieś głęboko w Severusie skrywał się prawdziwy talent aktorski. – Teraz już za późno. Okazuje się, że mam więcej wad niż zalet, bardzo mi przykro, panno Rosier.
– To gdzie idziemy, huh?
Czuła, że radzi sobie coraz gorzej; wyciągnęła z torebki papierosa i wetknęła go między pełne wargi.
– Jest kategorycznie zakazane… – zaczął Snape.
– W i e m, nie jestem głupia. Po prostu nie obchodzi mnie zakaz.
– Minus pięćdziesiąt…
– Przestań z tymi punktami, to naprawdę denerwujące! – Mówiła głośno, przerysowując każde słowo, i patrząc, jak odrywa się od jej ust i przykleja do twarzy Snape’a jak guma balonowa.
– Chcesz zrobić z tego sto? No dalej – pomyślała, lecz była to myśl z zewnątrz, i już wiedziała, kto jest jej winien, i komu przyjdzie odpowiedzieć za użycie legilimencji wobec uczennicy. Z drugiej strony oszukiwałaby samą siebie, gdyby nie przyznała przed sobą, że imponuje jej tak wysoki poziom wiedzy i umiejętności, a zarazem jadowitość języka Severusa Snape’a.
Tylko ulica wciąż pozostawała niema na ich sprzeczkę. Sztyletowali się spojrzeniami jeszcze chwilę, a krzyki ludzi i tupot podeszew opływały ich jak niewidzialne fale. Jeśli Severus odpychał od siebie wszelkie zainteresowanie i empatię oleistymi włosami i sterylną czernią szaty, to Jemima tworzyła wokół siebie barwną ramę, w której zamykał się urok jej sylwetki i pewna nieodgadnioność charakteru, tak kusząca dla wielu mężczyzn, niby trzon stałej ekspozycji w muzeum, do którego przywykliśmy chodzić, ale niepewni zamysłu artysty, przynosimy doń owego dnia własne nastroje i uczucia, by nimi domalować własną interpretację. I staliby tak całą wieczność, bo przecież w tej statecznej mściwości spełniali się obydwoje, pozwalając rozkwitnąć w całej okazałości udręce swoich krótkich żywotów, gdyby Jemima na złość nauczycielowi nie zapaliła jednak papierosa.
– Och, mam tego dosyć. Chodźmy. Tam sprzedają lody.
Lecz lody nie zdołały przekonać czarnej duszy Severusa, i jak wcześniej z siłą i stanowczością, tak teraz z pewną dozą rezygnacji, znów schwycił Jemimę za łokieć, by skierować jej kroki do apteki Mulpeppera, gdzie miał nadzieję szybko zakończyć szlaban. Przy okazji obiecał sobie w duchu nie nakładać na Jemimę kolejnych, jeśli komukolwiek uda się z niej zrobić czarodziejkę, to nie jemu, on definitywnie umywa od tego ręce. Może nawet pora zawiadomić Trzmiela. Snape poczuł nagle ogromne zmęczenie. Czyżby otarł się o wypalenie zawodowe?
Mulpepper przywitał go wylewnie, jak zwykle mówiąc za dużo, i kaszląc za dużo, a we wnętrzu unosił się zapach ziół: piołunu, tojadu, rokitnika, z delikatną sugestią świeżych cytryn, który miał zapewne maskować przebijający aromat tabaki. I już Snape otwierał usta, by wydać Jemimie polecenie, a zarazem uwolnić się od przymusu prowadzenia jej szlabanu, lecz z ciekawości Mulpeppera wypełzło na świat pytanie o eliksir paraliżujący zmysły i jego możliwe zastosowanie w magomedycynie, a także prawa do dystrybucji i sprzedaży, i Snape wiedział już, że jeśli nie zabije tematu w zarodku, wizyta w aptece Mulpeppera zajmie im całe popołudnie, bo któż inny mógł odpowiedzieć na te pytania, jak sam twórca eliksiru.
– Panie Mulpepper – zaczął, sycząc raczej niezbyt życzliwie. – Ta młoda panna chciałaby zakupić trzystugramowy słoik skrzydeł nietoperza. Nie pozwólmy jej dłużej czekać.
Jemima wyłożyła na apteczną ladę dziesięć sykli i kilka knutów, i układała z nich fantazyjne wzory, dopóki pochłonięty historiami o własnej przedsiębiorczości Mulpepper nie podał jej wreszcie ceny.
– To za te, które zmarnowałaś – usłyszała od Snape’a. – Weźmiemy jeszcze cztery śledziony nietoperza – zwrócił się znów do aptekarza. – Może tym razem panna Rosier uwarzy poprawnie eliksir rozdymający.
Ale Jemima nie chciała już warzyć eliksiru rozdymającego. Chciała przygotować eliksir paraliżujący zmysły. Nie spuszczała wzroku ze srebrnawej zawartości fiolki, którą zachwycał się Mulpepper – jak poinformował, była to próbka, którą otrzymał od Towarzystwa Alchemików.
– Panie Snape, to najprawdziwszy dar, że pana mamy… – nawijał w nieskończoność ten apteczny bubek, a Snape pochmurniał z minuty na minutę coraz bardziej i bardziej; Jemima spodziewała się zaraz opadu gradu i intensywnego wiatru, powietrze lekko się zjonizowało. Chwyciła papierową torbę z zakupionymi ingredientami.
– Wychodzimy.
Jego dłoń była duża, spocona i chłodna, dokładnie taka, jakiej się spodziewała. Gdy wyprowadziła ich na uliczkę, dokąd wychodziły tylne drzwi sklepików, apteki i księgarń, szybko go puściła.
– Słuchaj, wiem, że nie chcesz tego słyszeć ode mnie, ale… Rosier byłby dumny. Może nie używasz swojej magii do zabijania ludzi, ale jesteś cwany, Snape. Zatrzęsiesz kiedyś światem.
Jak pisarz, czytający na głos swoje dzieło, życzyła sobie zobaczyć w Severusie oddanego słuchacza, lecz napotkała jedynie pustkę jego oczu, paraliżującą i niemą, i tak beznadziejnie spokojną, że nie zapragnęła już mącić jej żadną zbędną uwagą, bo ta pustka mówiła jej więcej o Snapie niż sam potrafił o sobie opowiedzieć.

03: Wokół pani Arbanddel

Kości zostały rzucone: rozdział szósty

Zmuszał się do jedzenia suchego tosta, z roztargnieniem wpatrując w przestrzeń gdzieś ponad jej ramieniem, zupełnie jakby nie czuł na swoich plecach ciężaru tych wszystkich spojrzeń, nie słyszał powtarzanego szeptem swojego nazwiska, nie widział czarno-białych fotografii swojego ojca spoglądających na niego z pierwszych stron Proroka Codziennego – a przecież musiał widzieć i słyszeć, cokolwiek czuć. Był szary na twarzy, usta miał zasznurowane, brwi ściągnięte w zamyśleniu, podbródek jak zawsze nieco wyzywająco uniesiony, może tylko odrobinę wyżej niż zwykle, i Raelyn przyglądała mu się z mieszanymi uczuciami, nie potrafiąc oddzielić satysfakcji od litości. O czym mógł myśleć w takim momencie, jeśli nie o tym, co właśnie utracił bezpowrotnie?
Nic już nie miało być takie, jakie było jeszcze wczoraj – ani dla niego, ani dla nich wszystkich. Aresztowania i procesy zdarzały się już wcześniej, nigdy jednak tak spektakularne, bo nigdy dotąd nie ośmielono się uderzyć w wielkie rody – niemożliwym wydawało się zagrozić ludziom, którzy złoto, władzę i przywileje gromadzili od wieków; którzy związani nierozerwalnymi więzami krwi, pozostawali lojalni jedynie wobec siebie; którzy stanowili fundament magicznego porządku. Jak aurorom udało się w ogóle zbliżyć do kogoś takiego jak Linus Lestrange? Na dnie jasnych, zimnych oczu człowieka ze zdjęcia kryła się gotowość do obrócenia w popiół całego świata, a wraz z nim samego siebie – gorączka, która trawiła także obu jego synów, choć to Rabastan zawsze wydawał się bliższy samospalenia, mimo że nigdy nie używał wielkich słów, nie mówił o obowiązku, poświęceniu, magicznej dominacji, czystości krwi. Nie słyszała nawet, żeby kiedykolwiek nazwał kogoś szlamą, ale przecież nie musiał – wystarczyło, że milczał, gdy robili to inni. Rodzeństwo Carrow przodowało w wywlekaniu cudzego pochodzenia, jakby ich własne miało przez to zyskać i Travers uwielbiał im to wytykać, co zawsze prowadziło do awantury, podczas gdy Yaxley potrafił bez końca snuć bardziej wyszukane, ale przy tym śmiertelnie nużące rozważania o konieczności oczyszczenia rasy, póki ktoś nie kazał mu się zamknąć. Ona sama w czasie tych jałowych dyskusji nie odzywała się wcale, a zapytana wprost mówiła jedynie to, co tamci chcieli usłyszeć – i tylko Lestrange patrzył na nią tak, jakby wiedział, że wypowiadane przez nią słowa nic dla niej nie znaczyły, jakby rozpoznawał w tym samego siebie. Zdawał się w nic nie wierzyć, nie tak naprawdę, a jednak ze wszystkich spraw wartych jego życia zdecydowany był poświęcić się bez reszty właśnie tej, bezwarunkowo godząc na wszystko, co zostało mu przeznaczone z tytułu urodzenia i Raelyn nie potrafiła zdecydować, czy budziło to jej podziw, czy raczej pogardę.
Z zamyślenia wyrwał go dopiero kawałek pergaminu złożony w formę żurawia, który wylądował na jego pustym talerzu. Rozwinął papier ostrożnie, odczytując wiadomość z wahaniem, jakby mógł otrzymać jeszcze gorszą nowinę od tej, którą tego ranka poznali wszyscy, ale zaraz jego usta wykrzywiły się w lekceważącym grymasie i zmiął pergamin w dłoni, a kiedy Yaxley posłał mu pytające spojrzenie, rzucił tylko:
– Slughorn chce mnie widzieć w swoim gabinecie.
Wszyscy starannie unikali jego wzroku, jakby bali się, że mogliby się czymś od niego zarazić, a kiedy pojawił się na obronie przed czarną magią spóźniony niemal kwadrans, nauczyciel udał, że nawet tego nie zauważył. Usiadł z tyłu i na moment ze zmęczeniem przymknął oczy – wydawał się spokojny, niemal apatyczny, ale wargi miał pobladłe i dopiero w czasie lunchu, który spędzali w pokoju wspólnym z dala od tych wszystkich szeptów i spojrzeń, Traversowi udało się wydusić z niego zaledwie parę słów wyjaśnienia.
– Cofnął mi pozwolenie na korzystanie z Działu Ksiąg Zakazanych – wyznał pozornie beznamiętnie i Travers z Yaxleyem parsknęli śmiechem jednocześnie. Wszyscy widzieli go czytającego w pokoju wspólnym Tajemnice najczarniejszej magii, jedną z tych książek, którą Albus Dumbledore miał wycofać z Działu Ksiąg Zakazanych, gdy tylko został mianowany dyrektorem szkoły; gest Slughorna, opakowany w gładkie słówka i zapewnienia, że to wszystko musiało być jedynie nieporozumieniem, nie miał więc większego znaczenia – a jednak Lestrange musiał poczuć się dotknięty tak zachowawczą reakcją ze strony człowieka, który nigdy wcześniej niczego nie odmówił jego ojcu, bratu ani jemu samemu.
Jego nazwisko wymawiano teraz jak przekleństwo. Skupiał na sobie uwagę wszystkich, gdziekolwiek się pojawił i z każdym dniem z coraz większym trudem znosił ciągnące się za nim spojrzenia, ciszę zapadającą nagle wraz z jego pojawieniem się, gorączkowe szepty wybuchające za jego plecami. Nikt nie śmiał rzucić mu jednak wyzwania – nawet Gideon Prewett trzymał język za zębami, odbijając sobie na młodszych Ślizgonach, którzy nagle stracili całą swoją butę i starali nie rzucać się w oczy. Travers stał się w stosunku do niego niemal agresywnie opiekuńczy, gotowy ustawić w szyku każdego, komu wyrwie się o jedno słowo za dużo; Yaxley próbował rozproszyć jego myśli, ale sam nie potrafił myśleć o niczym innym; rodzeństwo Carrow wolało w ogóle nie pokazywać mu się na oczy.
W połowie marca, gdy rozpoczął się proces jego ojca i podano do wiadomości publicznej listę zarzutów, którą otwierały przynależność do śmierciożerców i przekazywanie tajnych informacji Ministerstwa Magii, a zamykało użycie Zaklęć Niewybaczalnych, coś w nim pękło. Siedzieli późnym wieczorem w opustoszałym już salonie Slytherinu – Travers rozłożony na kanapie, dziwnie milczący, Yaxley kręcąc się niespokojnie w jednym fotelu, Lestrange zapadnięty głęboko w drugim, kartkując od niechcenia Najczarniejsze czary, ona tuż obok niego na dywanie, próbując jeszcze walczyć z ogarniającą ją sennością. W którymś momencie Yaxley nie wytrzymał; zerwał się z miejsca i podszedł do kominka, w którym dogasał ogień, rozpoczynając kolejny z serii swoich monologów analizujących drobiazgowo ostatnie wydarzenia. Mówiono, że stary Lestrange został zatrzymany na podstawie oskarżenia jakiegoś pracownika ministerstwa, który miał wyrwać się spod jego klątwy Imperius i tylko Edward Bones był na tyle zuchwały, żeby podjąć się ryzyka oskarżenia go – cecha, która najwyraźniej łączyła go z jego synem, choć ten zapewne wyparłby się jakiegokolwiek podobieństwa do ojca. Mówiono, że aresztowania dokonało pięciu aurorów, nie napotykając oporu; że planowano przesłuchania i obserwację nie tylko Lestrange’ów, ale także powiązanych z nimi wielkimi rodami, a więc przede wszystkim blisko spowinowaconych Yaxleyów i Blacków. Tego ranka Yaxley otrzymał list od matki w rozdartej kopercie, opieczętowany jako skontrolowany przez ministerstwo – to dlatego cały dzień był taki niespokojny i teraz potrzebował jedynie publiczności, żeby zwerbalizować dręczące go obawy. Raelyn nie miała jednak nawet siły go słuchać; oparła się głową o fotel i przymknęła rozpalone powieki, myśląc tylko o tym, że od aresztowania starego Lestrange’a nie otrzymała od swojego brata żadnej wiadomości. Czym mógł być tak zajęty, że nie miał czasu napisać nawet paru nic nieznaczących słów, które i tak niczego by nie wyjaśniły? Czy była to tylko ostrożność, czy może był na tyle często widywany w towarzystwie Rudolfusa Lestrange’a, że jego też obserwowali?
Nie usłyszała, co takiego Yaxley powiedział, że Lestrange podniósł na niego spojrzenie znad książki i syknął ostrzegawczo przez zęby:
– Jeszcze jedno słowo, Yaxley.
Gdyby się wtedy wycofał, nic by się nie wydarzyło – Corban Yaxley musiał być już jednak zmęczony życiem w cieniu Rabastana Lestrange’a, jego chimerycznym usposobieniem, ciągłym milczeniem i koniecznością odgadywania jego myśli, bo krew odpłynęła mu z twarzy, zmrużył swoje okrutne, błękitne oczy i wycedził zimno:
– Nie zapominasz się czasem?
Nawet nie zauważyła, kiedy Lestrange wyjął różdżkę i nie usłyszała wypowiadanej przez niego formuły; mrugnęła i Yaxley uderzył plecami o kamienny gzyms kominka, a potem upadł na kolana, rzężąc przeraźliwie, plując czerwoną śliną, nie mogąc złapać tchu. Travers zerwał się z kanapy i chwycił Lestrange’a za ramię, ale ten odwinął się wściekle, rozbijając mu dolną wargę i gdy na moment się rozdzielili, Raelyn niespodziewanie dla samej siebie znalazła się między nimi, rzucając ostro:
– Przestańcie. Wystarczy już.
Pożałowała tego, gdy tylko na nią spojrzał. Jego twarz była zmieniona, oczy miał pociemniałe od gniewu, a kiedy zrobił krok w jej stronę, odruchowo wyciągnęła przed siebie ręce, jakby to mogło go przed czymkolwiek powstrzymać i wyrwało jej się krótkie, zduszone:
– Proszę.
Zawahał się i zatrzymał, tylko mocniej zaciskając palce na różdżce. Spojrzał krótko na niewielką plamę ciemnej krwi na dywanie i drżącego konwulsyjnie Yaxleya, na Traversa z różdżką w dłoni za jej plecami, wreszcie znów na nią, jej rozszerzone strachem oczy i tylko skrzywił się pogardliwie, po czym odwrócił do nich plecami i zostawił ich bez słowa. Nie przyniosło jej to wcale ulgi; poczuła nagle dotkliwie chłód lochów na skórze i z jakiegoś powodu chciała pójść za nim, gdziekolwiek zamierzał o tej porze ukryć się przed Filchem, ale gdy tylko zrobiła krok, Travers natychmiast złapał ją za łokieć.
– Zostaw go – nakazał ostro, zaraz jednak dodał łagodniej, z rezygnacją: – Zostaw. Tak będzie lepiej.
Minęło kilka wyjątkowo długich dni, zanim którekolwiek z nich odważyło się wykonać jakiś ruch – najpierw Travers próbował załagodzić sytuację, przyjmując rolę mediatora, ale zraniona duma Yaxleya i nieustępliwość Lestrange’a mu tego nie ułatwiały; potem Raelyn otrzymała wreszcie list od brata, w którym nieoczekiwanie ustalał miejsce i datę spotkania w Hogsmeade, nic nie wyjaśniając, za to nakazując jej przyprowadzić ze sobą Lestrange’a – zupełnie jakby mogła go do czegokolwiek zmusić, a przecież równie dobrze mogłaby próbować przekonać słońce, żeby wzeszło na zachodzie, a zaszło na wschodzie. Długo nie potrafiła zmusić się, żeby w ogóle się do niego zbliżyć. Przypominał jej zranione zwierzę, którego reakcji nie sposób przewidzieć – trzymał się na dystans, znikał gdzieś nocami, opuszczał posiłki i z każdym kolejnym dniem wydawał się bledszy, szczuplejszy, jeszcze bardziej odległy. Odsuwała tę rozmowę w czasie, ile tylko było to możliwe, w końcu jednak nadszedł dzień przed umówionym spotkaniem, minęło południe, skończyły się zajęcia, podano kolację, a Lestrange’a nigdzie nie było, zupełnie jakby nigdy nie istniał i dopiero późnym wieczorem zauważyła go wymykającego się znów z pokoju wspólnego, a wtedy nie miała już wyboru – musiała iść za nim i znalazła go w bibliotece, siedzącego na podłodze w Dziale Ksiąg Zakazanych przy świetle pojedynczej świecy, z twarzą ukrytą za kurtyną jasnych włosów, zaczytanego w księdze, której tytułu i treści wolała się nawet nie domyślać.
– Czego chcesz, Marlow? – zapytał niecierpliwie, nie odrywając wzroku od ryciny przedstawiającej coś, co musiało być obdartą ze skóry ludzką ręką, a ona tylko podała mu list bez słowa, nie zamierzając tłumaczyć się z czegoś, czego sama nie rozumiała; zadarł głowę, odsłaniając twarz, która w świetle wątłego, migoczącego płomienia wydała jej się zupełnie obca i między jego bezwiednie ściągniętymi brwiami pojawiła się głęboka bruzda.
– W porządku – zgodził się w końcu niechętnie, ledwo przebiegając wzrokiem po treści listu. – To wszystko?
Potwierdziła skinięciem głowy, a jednak nie ruszyła się z miejsca i tylko uciekła spojrzeniem w bok, znajdując rozrzucone wokół niego księgi otwarte na recepturach trucizn, opisach zakazanych eksperymentów, formułach potwornych klątw. Przypomniało jej to, jak swoje trudne do ukrycia zainteresowanie czarną magią zawsze usprawiedliwiał chęcią zostania łamaczem klątw i nagle poczuła rozpaczliwą potrzebę, żeby nie było to tylko kolejne z jego kłamstw, żeby była w tym choć odrobina prawdy i mogła wierzyć, że w którymś momencie było to możliwe – nawet jeśli teraz już wszystko przepadło.
Uklękła obok niego na kamiennej posadzce, szukając na jego twarzy potwierdzenia, że i on kiedyś w to wierzył, po czym wyrwało jej się krótkie, nabrzmiałe od żalu:
– Byłbyś świetny w łamaniu klątw.
Niezrozumienie w jego oczach zmieniło się w wyrzut, że w ogóle o tym wspomniała, bo przecież obydwoje wiedzieli, czemu miał się poświęcić po opuszczeniu szkolnych murów i że nie było już od tego odwrotu z wyjątkiem śmierci, której przecież żadne z nich nie pragnęło, nie teraz, gdy ich życie miało się dopiero rozpocząć. Nic na to nie odpowiedział, bo nic nie zostało już do powiedzenia i jedynie pocałował ją tak, jakby tylko chciał zamknąć jej usta, żeby nie rozbudzała w nim tęsknoty za czymś, czego nigdy nie posiadał i nie zdradziła przypadkiem otaczającej ich ciemności, że kiedykolwiek ośmielił się poświęcić chociaż jedną bezwiedną myśl innemu życiu. Jak mogłaby go odepchnąć? Czuła wyraźnie jego rozdrażnienie na swoich wargach, ale to nie jego się obawiała, a swojej władzy nad nim, której tak wcześniej pragnęła, a której teraz nie potrafiła wykorzystać, nie kiedy było to takie łatwe. Nie przyniosłoby jej to żadnej satysfakcji i niczego by nie osiągnęła, unieszczęśliwiając go bardziej, niż on mógł unieszczęśliwić ją, biorąc jej litość i nie dając niczego w zamian poza kilkoma niecierpliwymi pocałunkami, upokorzeniem i odrobiną bólu, kiedy wziął ją w końcu na tej zimnej posadzce, w tej okrutnej ciszy, w świetle pojedynczego, chwiejnego płomienia, a potem zostawił bez słowa, nie potrafiąc nawet spojrzeć jej w oczy. Nie miała mu tego za złe, a przynajmniej nie bardziej niż sobie – obydwoje doskonale zdawali sobie przecież sprawę, że jutro będzie tak, jakby nic z tego się nie wydarzyło, jakby był to jedynie senny koszmar, który tylko wspólnie śnili i nie było sensu silić się na żadne gesty, skoro zaraz mieli o nich zapomnieć.

Kości zostały rzucone: rozdział szósty

Kości zostały rzucone: rozdział piąty

Wciąż wydawało jej się, że czuje na sobie jego wzrok, ale gdy spoglądała w jego stronę, ich spojrzenia nigdy się nie spotykały, a on stale gdzieś się spieszył, czegoś szukał, coś robił, wszystko naraz, niedbale, niecierpliwie, jakby jego ciało nie nadążało za jego niespokojnym umysłem i myślami gnanymi wiatrem. Miał dziwną twarz, zmienną jak pogoda i pełną drobnych pieprzyków w najróżniejszych miejscach, o ustach odrobinę zbyt szerokich, nosie jednoznacznie orlim, oczach ciemnych jak dwie studnie, osadzonych głęboko pod wyrazistymi brwiami, przez które zawsze wydawał się trochę zły, a trochę skonfundowany i zwykle nie zadawał sobie nawet trudu, żeby odgarnąć opadające mu na oczy równie ciemne włosy, tak gęste i zmierzwione, że skutecznie ukrywały jego nieco zbyt duże uszy.
Z taką twarzą Edgar Bones nie mógł kłamać, nawet gdyby chciał – odbijało się na niej jak na tafli wody każde jego wahanie, każda najdrobniejsza myśl, pojawiająca się nagle w jego głowie tylko po to, by zaraz z niej wylecieć i przepaść bezpowrotnie. Nieustannie wydawał się czymś pochłonięty, choć rozpraszał się z łatwością i czasem tracił zainteresowanie, jeszcze zanim skończył zadawać pytanie, jakby sam zdążył już udzielić sobie odpowiedzi we wszystkich możliwych jej wariantach; wyrzucał z siebie słowa pospiesznie, bez zastanowienia, być może z obawy, że bardziej przemyślane mogłyby okazać się mniej szczere i chociaż Raelyn starała się zbywać jego szorstki sposób formułowania myśli latami ćwiczoną obojętnością, to zawsze w końcu udawało mu się odnaleźć jej czuły punkt, pociągnąć za właściwy sznurek, uderzyć w odpowiednią strunę – po czym wycofywał się spłoszony, jakby dopiero uświadamiał sobie, że jego słowa miały swój ciężar i na moment stawał się ostrożniejszy w ich doborze, potem jednak wszystko zaczynało się od nowa.
Sam wydawał się tego rodzaju słabości pozbawiony, ale gdy któregoś grudniowego popołudnia, zniechęcona swoimi miernymi postępami, zapytała go znad kociołka pełnego kolejnego nieudanego eliksiru, dlaczego nie kontynuuje historii magii i czy ojciec nie trzyma dla niego stołka w Wizengamocie, w pierwszej chwili tylko roześmiał się lekceważąco, okrutnie, z głową odrzuconą do tyłu rżąc bez opamiętania wystarczająco długo, by ją tym jedynie zirytować; potem jednak jego śmiech urwał się tak nagle, jakby stanął mu w gardle, jego dłonie bezwiednie zacisnęły się w pięści i przez sekundę gapił się jeszcze bezsilnie w sufit, zanim wydusił z siebie lakoniczne, gorzkie, ciężkie od pogardy:
– Zdechłbym z nudów.
Po czym wrócił do miotania zaklęciami w starą zbroję z taką zajadłością, że ta w końcu rozpadła się z łoskotem na kawałki, a on zdyszany, z koszulką mokrą od potu, z włosami przylepionymi do czoła, skroni, karku, ledwie zerknął na zawartość kociołka i wciąż wściekły rzucił:
– Może poszłoby ci lepiej, gdybyś mniej myślała o Prefekcie Naczelnym, a więcej o tym, co robisz.
W odpowiedzi cisnęła w niego podręcznikiem, a on kazał jej iść do diabła i wyszedł, trzaskając drzwiami. Robił to wielokrotnie, za każdym razem, gdy tylko tracił cierpliwość, a tracił ją zaskakująco łatwo; zawsze jednak w końcu wracał, a ona zawsze na niego czekała i gdzieś pomiędzy tymi niezliczonymi rozstaniami i powrotami udało mu się wypełnić luki w jej wiedzy, skorygować błędy w obróbce składników, wyjaśnić wszelkie niuanse procesu, które podręcznik pomijał milczeniem – dzięki czemu na zaliczenie semestru otrzymała najwyższą ocenę w historii swojej trudnej edukacji z zakresu eliksirów, choć samo w sobie nie miało to żadnego znaczenia.
Poza tymi zimowymi wieczorami i tą nieużywaną klasą gdzieś w głębokich lochach było jednak tak, jakby się w ogóle nie znali – on ze względów bezpieczeństwa wciąż zajmował na eliksirach miejsce z dala od reszty uczniów, ona na obronie przed czarną magią i zaklęciach była teraz częścią grupy stanowiącej tło dla Lestrange’a, w Wielkiej Sali dzielił ich stół Ravenclawu. Mogli swobodnie rozmawiać na zielarstwie, które wszyscy Ślizgoni z ulgą porzucili po czwartym roku, uznając grzebanie w ziemi za uwłaczające ich godności; mogli przywitać się krótko na korytarzu, gdy mijali się w drodze na różne zajęcia; wreszcie mogli chociaż wymienić porozumiewawcze spojrzenia gdziekolwiek na siebie trafili, ale nawet tego nie robili, starannie omijając się wzrokiem. Dla niej było to wygodne rozwiązanie – trzymać te śmieszne korepetycje w tajemnicy i udawać, że nie znali się wcale, tak jak nie znali się przez te wszystkie lata; nie spodziewała się jednak, że Bones podejmie tę narrację ani że brak jego zainteresowania będzie uwierał ją bardziej, niż gotowa była przyznać przed samą sobą, stając się szczególnie dokuczliwym po spędzonej w upiornie opustoszałym zamku przerwie świątecznej, kiedy to ulgę przyniosły jej nawet nierówny oddech śpiącej w łóżku obok Alecto, bezmyślny rechot jej brata bliźniaka podczas śniadania, bezlitosne spojrzenia Yaxleya znad szklanki soku, monologi Traversa, milczenie Lestrange’a.
Wraz z nadejściem nowego roku nie mieli już powodu, żeby dalej się nawzajem dręczyć – nie wiązały ich żadne obietnice ani groźby, a jednak w pierwsze styczniowe sobotnie popołudnie czekała na niego w tej samej opuszczonej klasie, co zawsze, zastanawiając się gorączkowo, co mu powie, jeśli zapyta ją, po co, do diabła, tutaj przyszła. Nie zrobił tego jednak – bez słowa rzucił swoje książki na stół, ona wyjęła swoje i zaczęli rozmawiać o zielarstwie, które przynosiło jej taką ulgę, a do którego on nie miał cierpliwości, przez co w połowie praktycznych zajęć jego rośliny zwykle kończyły rozszarpane na strzępy, a on dramatycznie opuszczał szklarnię, oświadczając bezceremonialnie, że gwiżdże na to wszystko, za co młoda, wyjątkowo wyrozumiała profesor Sprout odejmowała Hufflepuffowi jedynie dziesięć punktów, nauczona doświadczeniem, że dawanie mu szlabanu niczego nie zmieni, bo wbrew swoim szumnym zapowiedziom zawsze w końcu pojawiał się na następnych zajęciach.
– Dlaczego nie zrezygnujesz? – zapytała wprost, nie mogąc wyobrazić sobie przyczyny tego graniczącego wręcz z samoudręczeniem uporu, na co on odgryzł się natychmiast:
– Dlaczego ty nie zrezygnujesz z eliksirów?
Otworzyła usta, żeby powiedzieć mu prawdę – jak jej brat zareagował na jej niewystarczające wyniki sumów i jak od tamtej pory wszystkie ich spięcia zaskakująco szybko eskalowały z werbalnych do fizycznych, jak czasem używał do tego magii, a czasem jedynie łapał ją za włosy, wykręcał rękę albo zaciskał palce na szyi i czekał cierpliwie, aż poprosi, żeby przestał, co zawsze prędzej czy później robiła, choć za każdym razem obiecywała sobie przecież, że nie da mu tej satysfakcji; ostatecznie nic jednak nie powiedziała, bo jak mogłaby powiedzieć coś takiego, jakich słów użyć? Gdyby to zrobiła, znów stałoby się to rzeczywistością, a nie jedynie złym wspomnieniem, które pogrzebała w sobie tak głęboko, że równie dobrze nic z tego mogło się nigdy nie wydarzyć.
Zaciekawiony jej milczeniem nachylił się przez stół i położył swoje duże, niezgrabne dłonie na jej przedramionach, przyglądając się jej twarzy z bliska tak przenikliwie, jakby próbował wyczytać z jej ciemnozielonych tęczówek o brązowych obwódkach treść myśli, którymi nie chciała i nie potrafiła się z nim podzielić.
– Potrzebuję zielarstwa, żeby dostać się na magomedycynę – powiedział po chwili z nienaturalną dla siebie ostrożnością, wyraźnie czekając na jej reakcję, a kiedy spojrzała na niego zaskoczona, odsunął się jak oparzony i odchylił niebezpiecznie na krześle, krzywiąc wyzywająco, ze znużeniem; musiał oglądać podobną reakcję zbyt wiele razy na zbyt wielu twarzach, żeby nie wiedzieć, jak dalej potoczy się ta rozmowa. Istotnie spodziewała się po nim mniej prozaicznego, a bardziej ekscytującego wyboru, ale czy wolno było jej oceniać jego słuszność, gdy sama nie potrafiła sobie nawet wyobrazić swojej przyszłości – zupełnie jakby żadnej nie miała, jakby jej życie miało skończyć się w dniu, w którym po raz ostatni wysiądzie z Hogwarts Express?
– Mój brat naciskał, żebym kontynuowała eliksiry – wyznała pojednawczo, z pewnym wahaniem decydując się na tę wygodną półprawdę, która musiała im na razie wystarczyć.
Z czasem dziwiło ją w nim coraz mniej. Przywykła do jego chaotycznego usposobienia, ciągłego naruszania jej przestrzeni osobistej, żółtych swetrów, marginesów pergaminów zapisanych wierszami o rzeczach tak zwyczajnych, że nigdy nawet nie przeszło jej przez myśl, że można by napisać o nich coś więcej niż tylko tyle, że po prostu są – i kiedy w połowie lutego między jego notatkami z eliksirów przypadkiem znalazła szkic eseju na temat eksploracji kosmosu przez mugoli i ich niedawnym lądowaniu na Księżycu, nie była tym nawet zaskoczona, może jedynie trochę rozczarowana, że pozwoliła sobie na to złudne przekonanie o łączącym ich pragnieniu ucieczki od świata, w którym przyszło im żyć; odrobinę wściekła, że popadła w taką nieznośną kliszę, w poszukiwaniu wytchnienia od fanatyzmu, wpadając w objęcia przeciwnej strony; wreszcie nieco zraniona, że nie wspomniał o tym wcześniej, oszczędzając i jej, i sobie tych wszystkich wspólnie spędzonych godzin, które teraz należało wymazać.
Odłożyła esej tam, gdzie go znalazła, nic nie mówiąc ani o nic nie pytając, bo nie zamierzała wdawać się z jego autorem w ideologiczny spór, który nie był jej sporem, słuchać o słuszności, na którą monopol zawsze miała tylko jedna ze stron ani zostać posądzoną o popieranie czegoś, w co nigdy nie wierzyła. Mogła sobie wyobrazić, że jako dziecko z rodziny o tradycjach jednoznacznie czarodziejskich musiał być ciekawy świata bez magii i ta ciekawość pchnęła go do wybrania na trzecim roku mugoloznawstwa, ale czym w czasie tak gwałtownie nasilającego się konfliktu było kontynuowanie tego przedmiotu na poziomie owutemów, jeśli nie manifestacją przekonań, deklaracją lojalności? Jak głupio z jego strony tak się odsłaniać, rzucać wyzwanie czemuś, czego jeszcze do końca nie pojmował. Teraz, gdy szkolne mury tak skutecznie izolowały ich od świata, mógł sobie jeszcze pozwolić na brawurę, ale po ich opuszczeniu nie ochronią go przed podobną beztroską czystość jego krwi, wpływy jego rodziny ani tym bardziej słuszność przekonań, a ona nie mogła ryzykować zwrócenia na siebie uwagi, nie jeśli kiedykolwiek chciała uwolnić się od swojego brata i jego obsesji kontroli. Nie były tego warte eliksiry, wyniki egzaminów, Edgar Bones ani nikt inny.
Dlatego nie pojawiła się już więcej w tej opuszczonej klasie, tak po prostu, bez słowa wyjaśnienia, i z początku wydawało się, że Bones nawet nie zauważył jej nieobecności albo zwyczajnie nie interesowały go jej przyczyny, ale kiedy po dwóch długich tygodniach przełknęła wreszcie urazę i udało jej się przekonać samą siebie, że tego właśnie chciała, że tak należało postąpić, przysiadł się do niej w czasie kolacji w swoim najbardziej puchońskim ze wszystkich posiadanych przez niego swetrów, zwracając tym nie tylko jej uwagę, ale i wszystkich zebranych jeszcze o tak późnej porze Ślizgonów, wyjątkowo wrażliwych na punkcie nienaruszalności ich uświęconego terytorium.
– Tak świetnie nagle zaczęłaś sobie radzić z eliksirami, co? – rzucił zaczepnie, rozsiadając się swobodnie tuż obok niej, tak blisko, że tylko jemu nie wydawało się to dziwne i Raelyn poczuła na sobie palący wzrok zimnych, brązowych oczu siedzącej po drugiej stronie stołu wraz ze swoim bratem bliźniakiem Alecto Carrow, która nigdy nie wybaczyła jej tego, co dawno temu jedynie powtórzyła bezmyślnie po swoim bracie – że od momentu umieszczenia nazwiska Carrow w Skorowidzu Czystości Krwi, ich krew została rozcieńczona bardziej niż wino w najgorszej spelunie na Nokturnie. Ich spojrzenia spotkały się na moment i Raelyn mrugnęła pierwsza; nie mogła sobie już nawet przypomnieć tamtej pogodnej, nieustraszonej dziewczynki o mysich włosach, z którą cierpiała wspólnie trudy nauki latania na miotle i pierwszych zajęć transmutacji – teraz Alecto Carrow była jedynie chora z nienawiści do całego świata, nie wyłączając, zdaje się, samej siebie.
– To już nie twoje zmartwienie – odpowiedziała na jego zaczepkę z tak doskonałą obojętnością, że prawie sama w nią uwierzyła, a jednak było to za mało, żeby zetrzeć uśmiech samozadowolenia z jego twarzy.
– Jakby kiedykolwiek nim było – parsknął lekceważąco, po czym zapadło pełne napięcia milczenie, którego żadne z nich nie potrafiło przerwać, aż w końcu zrobiła to za nich Alecto Carrow z właściwym sobie wyrafinowaniem i zaangażowaniem wartym lepszej sprawy:
– Zabieraj się stąd, borsuku. Padliną karmią dwa stoły dalej.
Nawet na nią nie spojrzał, jakby te słowa w ogóle do niego nie dotarły, choć usłyszała je połowa Wielkiej Sali i nawet z odległego stołu Gryffindoru zwróciły się w ich stronę ciekawskie spojrzenia; zamiast tego usiadł okrakiem na ławie, opierając się łokciem o stół i jak zawsze, kiedy się denerwował, wyłamał sobie bezwiednie palce.
– Słuchaj. Nie żebym musiał ci się z czegokolwiek tłumaczyć, ale tylko drażnię starego – podjął na nowo, zmieszany i zły. – Nic go tak nie przeraża jak kontakt z mugolami i łamanie ustaleń tej gównianej Ustawy o Tajności, ledwo dotknę tematu, a jakbym co najmniej naszczał na tę jego drogocenną replikę oryginalnego Kodeksu, pod którym bez wahania podpisałby się własną krwią, gdyby tylko ktoś go o to prosił – wyrzucił z siebie jednym tchem i urwał równie gwałtownie, a zaraz potem dodał z wyczuwalną pogardą: – Czy nie o to właśnie chodzi twoim kolegom, poza utrzymaniem się na szczycie łańcucha pokarmowego? O szczanie na Kodeks?
Spojrzała na niego z niedowierzaniem i rzuciła pomiętą serwetkę na talerz w bezgłośnym wyrazie irytacji, nie potrafiąc zdecydować, która część jego wypowiedzi najbardziej ją dotknęła.
– Nie wiem – syknęła przez zęby, podnosząc się z miejsca. – Może sam ich spytaj.
Wyglądał na skonfundowanego i odruchowo złapał ją za nadgarstek, próbując ją jeszcze zatrzymać, ale wyrwała mu się rozpaczliwie, zbyt świadoma publiczności, jaką zgromadzili, żeby pozwolić mu na takie gesty. Chciał coś powiedzieć, ale nie potrafił znaleźć słów i Alecto walnęła dłońmi w stół z taką siłą, że wprawiła w drżenie wszystkie srebrne sztućce.
– Wypierdalaj w podskokach do swojej pasieki, Bones.
Udało jej się zwrócić tym jego uwagę i obejrzał się na nią poirytowany.
– Odpierdol się z łaski swojej, Carrow. R o z m a w i a m.
To wystarczyło, żeby sięgnęła po różdżkę i bez ostrzeżenia cisnęła w jego kierunku klątwą; nie udało jej się go jednak tym zaskoczyć i odbity przez niego promień przeciął stół, z łoskotem wyrzucając w powietrze wszystkie czarki, talerze i półmiski stojące mu na drodze, a wtedy do pojedynku włączył się Amycus z zaklęciem tarczy, chroniąc swoją siostrę przed jej własną klątwą – po czym obydwoje rzucili się jednocześnie do ataku. W Wielkiej Sali nastąpiło poruszenie; niektórzy wycofali się gorączkowo  poza zasięg walczących, inni podeszli bliżej, żeby lepiej widzieć, ktoś pobiegł donieść nauczycielom. Raelyn wyjęła swoją różdżkę, nie zamierzając jednak dołączać do żadnej ze stron, a jedynie osłonić się przed ewentualnym rykoszetem; Bones zresztą wcale nie potrzebował jej pomocy, odbijając oba zaklęcia bez wysiłku, niemal od niechcenia, samemu nie atakując, jakby Carrowowie nie stanowili dla niego wyzwania albo liczył jeszcze, że się opamiętają, czym ostatecznie tylko jeszcze bardziej ich rozjuszył, jednocześnie utwierdzając Raelyn w przekonaniu, że jego brawura w końcu go zgubi – nawet jeśli teraz zniecierpliwiony rozbroił swoich przeciwników, zanim zdążył pożałować swojej zuchwałości.
– Skończyliście? – warknął, łapiąc ich różdżki w powietrzu. – Nie jestem, kurwa, w nastroju.
Przez moment wydawało się, że Alecto skoczy na niego przez stół, gotowa wydrapać mu oczy, ale wtedy szmer publiczności oznajmił pojawienie się Prefekta Naczelnego i wszyscy rozpierzchli się w popłochu, jakby spodziewali się utraty punktów za samo przebywanie w jego pobliżu, choć Lestrange nigdy nie musiał wykorzystywać swoich przywilejów prefekta, żeby wzbudzać respekt – w naturalny sposób odziedziczył go po swoim starszym bracie. Teraz przyglądał się całej scenie z boku w milczeniu – najpierw trzem różdżkom w ręku Edgara Bonesa, potem różdżce w dłoni Raelyn, zamętowi na stole Slytherinu, wreszcie bladej z wściekłości Alecto Carrow i jej bratu, który trzymał ją za rękaw szaty, jakby to mogło ją przed czymkolwiek powstrzymać.
– Minus dwadzieścia punktów dla Slytherinu – powiedział bez emocji, po sekundzie zastanowienia dodając: – Za rozpoczynanie pojedynków, których nie potraficie skończyć.
Bones z niedowierzaniem parsknął śmiechem i bladozielone oczy Lestrange’a zwróciły się w jego stronę.
– Kpisz sobie, Lestrange? – zająknął się Amycus głupio, bezradnie. – My tylko…
– Stul pysk, Carrow – uciął natychmiast, nie odrywając wzroku od Bonesa i przez moment wydawało się, że sam sięgnie po różdżkę, a wtedy nie skończy się na standardowym pojedynku o honor do pierwszej krwi; i chociaż nic na całym świecie nie mogło go przed tym powstrzymać – ani odznaka prefekta, ani porażka rodzeństwa Carrow, ani nawet liczni świadkowie – rozmyślił się w ostatniej chwili i wycofał, rzucając tylko krótkie:
– Rozejść się.
Bones cisnął wściekle w rodzeństwo Carrow ich własnymi różdżkami, ominął Raelyn spojrzeniem i odszedł bez słowa w stronę stołu Hufflepuffu. Lestrange tylko mrugnął; dopiero wtedy zauważyła, jaki był blady, roztrzęsiony jak w gorączce i nagle uświadomiła sobie, że nie widziała go od śniadania, choć po południu mieli przecież razem historię magii. Z wahaniem zrobiła krok w jego stronę, ale on tylko odwrócił się do niej plecami, jakby zdążył zapomnieć o jej istnieniu i odszedł sztywnym krokiem w stronę wyjścia z Wielkiej Sali, najwyraźniej straciwszy apetyt.
Odpowiedzi na jej niewypowiedziane pytanie udzielił jej dopiero następnego ranka nagłówek pierwszej strony Proroka Codziennego – jego ojciec został tamtego dnia aresztowany.

Kości zostały rzucone: rozdział piąty

Gilbert 10

Rozliczenie emocjonalne przyszło w marcu, miesiącu, którego nienawidziłem nie ze względu na jego nijakie i nic nie znaczące położenie w kalendarzu – nie poprzedzał go wszak ani miesiąc ważny, ani też nie następował po nim świeżo zielony oddech wiosny, wyzwalający powiew narodowego święta, czy nawet radość czegoś tak przyziemnego, jak urodziny bliskiej osoby – co powtarzalność dni upływających w ponurym przygnębieniu. Dni te wypełniałem melancholijnym, pozbawionym celowości snuciem się z kąta w kąt, aby choć przez jedną chwilkę zająć czymś chętne, ale chore ciało, bo chore trawiącą mnie umysłową chorobą. Tak więc w marcu nadszedł czas emocjonalnego rozliczenia ze wszystkich drobnych miłostek, których dopuściłem się przez ostatnie miesiące, ale i z większych miłości – tych, których teraz boleśnie żałowałem, i żadnej nie mogłem się pozbyć, ale też nie dane mi było jej zachować; takie rzeczy zwyczajnie wymagają czasu albo samobójstwa, by wreszcie dać się zdusić i pozwolić człowiekowi odetchnąć nowo odzyskaną namiętnością. Wypełniało mnie przekonanie, że jestem w stanie dużo gorszym niż uprzednio; że jak zlana ze smogiem, rozpylona rurami wydechowymi i wiatrem nowojorska mgła lgnę do płaszczy, szalików i swetrów, poszukując niemożliwej otuchy. Obwiniałem zbyt gęsto rozsiane na osi czasu punkciki wielkich tragedii, a tak naprawdę całkiem małych tragedii – wszak dotyczyły ledwie mnie i mojej rodziny – wystarczająco nieusuwalne, bym nie mógł się z nimi uporać – śmierci ojca, powrotu Czarnego Pana, odejścia Leny, wreszcie zabójstwo Charliego – lecz kamieniem węgielnym, na którym zbudowałem twierdzę samotności byłem ja sam. Moje imię, wypowiedziane pochopnie, pobrzmiewało soczystym przekleństwem użyte w błahym kontekście codziennych zdarzeń; odczuwałem mdłości, bo nie potrafiłem wyzwolić się spod ciężaru, którym owo imię obarczyłem, od historii, którą z nim związałem, ach!, gdyby tylko padając na brudny bruk, Charlie nie wyszeptał mego imienia!…
Tego późnojesiennego poranka, gdy kontynuowaliśmy – ja i moja droga przyjaciółka Cassidy – podróż na północny-zachód, nie mogłem przezwyciężyć wrażenia, że z każdym przebytym przez czerwone ferrari o śliskim bieżniku kilometrem umyka przede mną jak świeży zając przed zziajanym z wysiłku chartem coś esencjonalnego, podczas gdy moje siły i uwaga skoncentrowane są na niższych kręgach ludzkiej egzystencji, to jest zasadniczo na seksie. Moje szczupłe palce zajęte były dwie zgoła różnymi czynnościami: w jednej trzymałem wypalonego do połowy papierosa, drugą natomiast przez krótką chwilkę zlewającą się z szeregiem innych chwilek, równie miłych i słodko duszących – wszak nic już nie łączyło mnie z Cas, bym zapamiętał je ostro, jak zapamiętałem te spędzone z Leną – położyłem na wychudłym udzie mojej towarzyszki. Kiedy podchwyciłem spojrzenie okrutnych oczu Cas, zerkała na moje krocze, jak gdyby oceniała żywotność pozornie uwiędłego kwiatu, jednego z wielu, które zabiła brakiem dbałości o to, co na świecie żywe i piękne.
– Nie musisz. Jesteśmy kwita. – Jak gdybym potrzebował rachunku od byłej kochanki! umorzenia kolejnej raty! – To jest chore, Gilbercie, zwyczajnie chore.
Dokonałem założenia, że Cas pozostaje w związku, lecz nie podzieliłem się z nią tą obserwacją; nie istniało inne wytłumaczenie jej zrezygnowanego nastawienia, wszak to ona uległa pierwsza, i przez siedem lat nie wyzbyła się tej uległości. Wierzyłem… Chciałem uwierzyć, że wpadka z szampanem nie była pożywką freudystów, przecież jeszcze w przeddzień wyjazdu z Nowego Yorku mój penis był w najpiękniejszej kobiecie, z jaką się kochałem, pomyślałem. Och, jakże ja wierzyłem! Byłem najbardziej struchlałym z grzeszników, myśląc o tej butelce.
Uprzedzenie do zatrzymywania w przydrożnych motelach sieci Motel 6 – czy też jakiejkolwiek innej sieci, ale tę akurat widywałem za oknem na tyle często, by nabawić się mdłości na widok niskobudżetowych, niskorosłych karykatur budynków – tłumaczyłem jednym seansem horroru za dużo.  Z drugiej strony niepodobna prowadzić piętnaście godzin, nawet czyniąc założenie, że ja i Cas prowadzilibyśmy auto tyle samo, co z góry należało wykluczyć, gdyż odkąd upuściłem kluczyki do kratki ściekowej, Cas nie dopuszczała mnie do funkcji bardziej odpowiedzialnych niż mycie karoserii, nie tyle z powodu wagi mojego błędu – mogła wszakże swobodnie manipulować zamkiem centralnym przy pomocy dyskretnych zaklęć – co zwyczajnej niechęci do ludzi zdolnych zapomnieć się, rozproszyć, gdy przyjdzie im akurat do głowy pomysł na rewolucyjny obraz, śmiałą sztukę teatralną czy symfonię ich życia, innymi słowy: artystów. Zatrzymanie się w motelu było ledwie odpryskiem wyprawy z Nowego Yorku do Idaho. Po krótkiej wymianie zdań z właścicielem, okazało się, że zamiast kierować się na północ dwudziestką dziewiątką, Cas skręciła na południową osiemdziesiątkę z przyczyn znanych jedynie Cas – wszak dróg tych nie dało się pomylić, bo prowadziły w dwóch zgoła przeciwnych kierunkach. Być może „pomyłka” Cas świadczyła o jakości naszej relacji, skoro optowałem za północą, a moja towarzyszka arbitralnie podjęła decyzję o wyborze drogi wiodącej do południowej części stanu Idaho, całkowicie ignorując fakt, że ja także mam coś do powiedzenia w tej sprawie.
– Nadstaw uszka, kochaniutki: nie mogę prowadzić, jeśli nie wiem, dokąd jadę. Idaho musi mieć setki tysięcy kilometrów kwadratowych, jak spodziewasz się kogokolwiek tam znaleźć, nie znając jego adresu? – warknęła, rzucając torbę na łóżko w pokoju przydzielonym nam na tę noc.
– Po prostu prowadź, skoro ja nie mogę – odparłem pochopnie i cierpko. W krótkim czasie od nawiązania ze mną znajomości, Cassidy zostawiła w tyle konkurencję osób równie antypatycznych, co ona sama, osiągając mistrzostwo w umiejętności poniżania mnie w dowolnie wybrany sposób.
Jestem zmęczony, powiedziałem, ale nie brakiem snu, a jej towarzystwem; wzruszyła karykaturalnie ramionami. Odkąd opuściliśmy Nowy York, noce spędzałem głównie na paleniu papierosów; gdy cierpi się na bezsenność, nic nie dzieli dnia od nocy i bardzo łatwo poddać się rezygnacji, którą niesie z sobą brak światła, bo przecież czy bez światła cokolwiek byłoby możliwe? Czy rozmawialibyśmy w kompletnych ciemnościach, palili papierosy, uśmiechali się i mówili sobie: och, bardzo lubię, kiedy nie mogę cię zobaczyć, wtedy nie muszę obawiać się, że okażesz się zbyt brzydki? Cas siedziała na płowej narzucie i malowała paznokcie, opierając dłoń na blacie nocnej szafki, a ja zahipnotyzowany przyglądałem się gładkim ruchom pędzelka. Z jakiegoś powodu skłoniło mnie to do rozmyślania o wielkich mistrzach. Czy Matisse namalowałby teraz Cas? Nie rozpakowała walizki, jak gdyby nie chciała podniecać chaosu panującego w pokoju już przed moim nadejściem, stając się tym samym zagadką Schrödingera – jednocześnie dopiero co przyjechała i już opuszczała to miejsce.
W miejscach takich jak Motel 6 nic do siebie nie pasuje – zasłony do mebli, meble do ścian, ściany do podłóg… Wszak nikt nie planuje zostać tu całe życie, a okrutna piramida przetrwania żąda wyrzeczenia się w pierwszej kolejności piękna.
– Gdzie jest twoja pieprzona żona, Gilbercie?
Machała energicznie stopą w górę i w dół, a pędzelek też poruszał się w górę i w dół, zostawiając za sobą czerwoną smugę. Wreszcie sięgnęła po zmywacz i starła lakier, który do tej pory nałożyła. Potem rozpoczęła całą metodyczną czynność od początku. Gdzie jest twoja pieprzona żona? pytała w kółko jak zacięta pozytywka, lecz dobrze wiedziałem, że nie oczekuje żadnej odpowiedzi, bo Cas doskonale potrafiła odpowiadać na własne pytania, nie potrzebowała do tego innych ludzi, nie potrzebowała mnie, Richarda ani nikogo innego, znalazła po prostu formułkę, którą zamierzała mnie zadręczyć, bym wreszcie skapitulował i wyszedł z pokoju, zostawiając ją samą; tak długo chciała dowiedzieć się, gdzie jest moja żona, że aż sama zapomniała, po co chciała to wiedzieć.
– To twój telefon?  – usłyszałem, jak zmienia mantrę.
– Telefon? – zdziwiłem się, unosząc brwi.
– Tak, dzwoni telefon.
Aż do tego momentu nie zdawałem sobie sprawy z posiadania telefonu. Przeszukiwałem kieszenie bez większego efektu, dopóki nie zlokalizowałem źródła uciążliwej dla ucha, monofonicznej melodii.
– Richard musiał mi go włożyć do torebki – podsumowała, gdy wybebeszyła już całe wnętrze czarnej torby, którą sam jej kupiłem przed kilkoma laty.
– Richard?
Tak, definitywnie nic z tego nie rozumiałem.
– Owszem, Richard – powtórzyła cierpliwie.
Nie wydawało mi się, abym znał Richarda zdolnego przebywać z Cas, z tym reprezentatywnym przykładem pustej złości.
– Nie mam na to czasu – sapnęła wreszcie, zrezygnowana. – Zawsze coś grasz, Gil. Nie wiem, czego ode mnie chcesz tym razem.
Szukałem odpowiednich słów, lecz jakże miałem odpowiedzieć logicznie, skoro moje myśli zgubiły logikę już dawno temu?
– Nie wiem, Cas. Nie wiem, czego od ciebie chcę – sparafrazowałem, choć przecież wiedziałem, ale poczułem się urażony.
– Dostałam od ciebie list…
Owszem, miała rację. Nawet wtedy, w tym hotelowym pokoju pozbawionym przywiązania i bezpieczeństwa – zresztą, teraz nigdzie nie jest bezpiecznie i nie sposób przywiązać się do czegokolwiek – cieszyłem się obecnością Cas, nawet jeśli agresywny dzwonek jej telefonu – a przez krótkie chwile i mojego telefonu – wyrwał mnie z twórczego zamyślenia. Wysłałem list do Cas, i zaraz potem napisałem do Louisa, uprzedzając, że pragnę go zobaczyć, że jeśli natychmiast nie zobaczę jego twarzy, zacznę rozpadać się od środka, groziłem mu, że się otruję jedną z trucizn przygotowanych przez moją żonę albo też skoczę z brooklyńskiego mostu, czego oczywiście nie zamierzałem robić, ale co doskonale opisywało moje życie wewnętrzne, to małe piekło buzujących cząsteczek wody i rozpadających się pierwiastków. Tym, co trzymało moje wątłe komórki razem, były wspomnienia nielicznych dni młodości, gdy wspólnie z Lou i Mignon mieliśmy wszystko.
– Nie wiem, Cas – powtórzyłem płaskim głosem.
Im dłużej zwlekałem, tym trudniej było mi zdobyć się na ostateczną szczerość, na którą nie zasługiwała, ale której potrzebowała, bo wielbiła porządek słowa i czynu.
– Nie mam dla ciebie wielkiego monologu szaleńca. Nie czuję się najlepiej, jeśli mam być szczery. Wysuszasz mnie. Nie przychodzą mi do głowy żadne słowa warte wypowiedzenia, może prócz tych, które mogłyby dotyczyć innej kobiety.
Nie spoglądała na mnie, dopóki nie pociągnęła ostatni raz pędzelkiem po paznokciach, wtedy rzuciła mi obłędnie nienawistne spojrzenie, na które skrycie liczyłem i natychmiast je wchłonąłem, bo trzeźwiło lepiej niż celnie wymierzony cios pięścią.
– Gdzie twoja pieprzona żona? To teraz jej problem.
– Louis! – wykrzyknąłem z zatrważającym entuzjazmem człowieka zbudzonego z przydługiej drzemki, ekscytując się nieco sztucznie, i nieco sztuczniej zagłuszając wibrujące jeszcze w powietrzu wspomnienie mojej żony. – To mój drogi przyjaciel, chciałbym go zobaczyć.
Cas westchnęła cicho, po czym wyciągnęła z torebki szwajcarski scyzoryk; ostrym czubkiem podrapała idealnie nałożoną warstwę lakieru.
Nie pojmowałem, po co trudzić się takimi szczegółami, jak pomalowane paznokcie, skoro nie przywiązuje się wagi do stosowności ubioru, nie mówiąc już o jego estetyce, którą to Cas zapamiętale lekceważyła, zbywając machnięciem nadgarstka plamy tak zwane incydentalne, bałem się plam tak zwanych incydentalnych całe młodociane życie, przez cały okres tak zwany młodzieńczy obawiałem się tak zwanych plam incydentalnych, żyłem w ciągłym strachu przed poplamieniem mankietów czy nogawek, podczas gdy Cas była od tego strachu wolna – zawsze miała przy sobie różdżkę i, znając Cas, ośmieliłaby się ją użyć bez względu na obecność tak zwanych osób trzecich niemagicznych, w przeciwieństwie do mnie, który nigdy nie uciekałem się do tego najprostszego rozwiązania, zwyczajnie bojąc się konsekwencji. Dlatego też nie rozumiałem, dlaczego na kolację wychodzimy dopiero po północy i dlaczego zmarnowała nasz cenny czas. Towarzyszyłem Cas jak zwykle w marynarce i krawacie, co tylko podkreślało niestosowność jej dżinsów i skórzanej kurtki, z którą rzadko kiedy się rozstawała. Na stałe Cas mieszkała w dość ciepłej Philadelphii. Poznałem kiedyś faceta z Philadelphii, piliśmy razem whiskey przez jeden wieczór w Vegas, było to przeddzień mojego ślubu. Miał wzruszającą i zarazem straszną twarz człowieka, który widywał w życiu jedynie najgorsze, a omijało go najlepsze, żył tym, co najstraszniejsze, a szybko nudził się najpiękniejszym, wolał niespokojne Vegas od niespokojnej Philadelphii – wszak wszystkie miasta są niespokojne, ponieważ spokojnych nikt już nie chce zamieszkiwać – dlatego mieszkałem z Leną w Brooklynie, pozostając właścicielem mieszkania we Wschodnim Londynie, a mężczyzna z Philadelphii wolał mordercze Vegas od zbrodniczej Philadelphii.
Gdy dotarliśmy wreszcie do restauracji, było za późno na lunch i za wcześnie na drinka, co nie przeszkodziło mi zamówić podwójną szkocką, bo południe służyło mierzeniu się z w pełni rozkwitłym już dla innych dniem, a wieczór zapominaniu. Z Cas budziliśmy się w południe i zasypialiśmy o brzasku, wiedząc, że czeka nas kolejny, równie powolny i cierpki dzień, podstępnie pchający w bagno nadchodzącego.
Tej późno listopadowej nocy w czasie powrotu do hotelu Cas obdarzyła jednym z dobrych i jednocześnie złych spojrzeń chłopaka niewiele młodszego ode mnie, który wszak uznał za stosowne ukarać za to spojrzenie mnie. Lecz dlaczego mnie? Czy uczyniłem coś złego, zatrzymując się, by odpalić papierosa? Czy wyczuł w moim geście potępienie, którym skrycie darzyłem młodych takich jak on – bez przeszłości, bez przyszłości, podwieszanych u sufitu próżnych sal? Prawdziwie go potępiając, ratowałem go od zapomnienia, a on jak mi się odwdzięczył? – ciosem pięścią prosto w górną wargę i nos, które prawie natychmiast nabrzmiały ciepłem i oburzeniem. Z winy Cas zostałem przy tym nazwany staruszkiem, nie dobiwszy nawet ćwierćwiecza, to Cas prowokowała swym spojrzeniem, swym apodyktycznym, narcystycznym stosunkiem do świata, nawet tą kurtką. To właśnie Cassidy wzbudzała w przechodniach uczucia równie skarlałe, jak jej własne, nieludzkie, a może właśnie dlatego bardziej ludzkie – od kiedy sięgam pamięcią, w Cas cechy jasne, pozytywne tworzyły amalgamat ze złośliwą ograniczonością, co było możliwe chyba wyłącznie dzięki temu, że była kobietą. Uprzednio, nie mając większego wyboru, uczestniczyłem w tej czy owej bójce, ale czyż mogłem uderzyć teraz młodszego, mniejszego ode mnie? Ból kusząco podpowiadał, że owszem, że nieomal dorównujemy sobie tężyzną fizyczną, lecz przecież miałem nad nim tę przewagę, że znałem cel swego życia,  innymi słowy: byłem dorosłym mężczyzną. Cas nieodmiennie pozostawała obojętna na troski świata, skoro świat ten zawierał moją skromną osobę. Moje zaciśnięte na nasadzie nosa palce szybko przeszły zapachem krwi; czy z kości można tak krwawić? Z czego właściwie zbudowany jest nos? Czy ta miękka cześć to chrząstka? Czy chrupnięcie w chwili zetknięcia się pięści z nosem wskazywało na złamanie, czy to może chrząstka się przemieściła? Wreszcie spytałem sam siebie: czy przyjdzie mi wykrwawić się na śmierć z rany zadanej w tak głupi sposób? A może uduszę się własną krwią?…
Rubaszny, porywisty śmiech Cas skłaniał, by uwierzyć, że czeka mnie o ile nie dobra, to w ogóle jakakolwiek przyszłość – najwyraźniej plucie krwią to dobroczynny objaw, skoro ta krew nie wydobywa się z trzewi, a jedynie spływa z wnętrza nosa. W chwilach popisów ultra-okrutności Cas, wspomnienia o matce rzedły i snuły się dżdżystą mgiełką, a ona sama kurczyła się do rozmiaru robaka i na chwiejnych, patykowatych nóżkach dreptała w stronę nieskończonej, gdzie miałem już nigdy o niej nie pomyśleć.
Poranek nadszedł niezauważony – wybudzał się długo z nocnych rozkoszy, rozciągał najpierw jedną promienną nogę, później drugą, sięgał daleko za i przed, nie miesząc się na parkingu przed Motelem 6 i dlatego świetlistymi palcami muskał moje policzki, nagą łydkę, by wreszcie ugryźć celnie złotymi zębami rozchylone powieki, zmusić mięśnie do posłusznych skurczów, drgania. Przed zaśnięciem długo myślałem o oceanie uderzającym o brzeg. Kochałem się z Leną na plaży wiele razy, mocno, szorstko; unoszony porywistym wiatrem piasek wciskał się w usta, tamując wyrywające się z piersi krzyki. Lena dochodziła prawie od razu, gdy w nią wchodziłem. Wspomnienie pachniało tak samo intensywnie, jak rzeczywistość, obudziłem się na brzegu – machałem beztrosko stopami zanurzonymi w klarownej wodzie, słońce ogrzewało moją nagą pierś; ocean złocił się na horyzoncie.
– Gdzie jest twoja pieprzona żona, Gilbercie?
Dziwne, mógłbym przysiąc, że umarłem.

 Dłubałam w tym już rok, wybaczcie, jeśli jest, jakie jest.

Gilbert 10

Kości zostały rzucone: rozdział czwarty

Pocałowała go na oczach wszystkich, bo wydawało jej się to jedynym sposobem na zmuszenie go do porzucenia pozorów swobody, z jaką zadręczał ją swoją obecnością. Miała zapytać go wprost, czego właściwie od niej chciał, ale gdy tylko otworzyła usta, zdała sobie sprawę, że nie było w tym żadnego sensu – nic na całym świecie nie mogło zmusić Rabastana Lestrange’a do powiedzenia prawdy, o ile w ogóle był zaznajomiony z takim konceptem jak prawda, a przecież nawet gdyby to zrobił, nawet gdyby dla kaprysu postanowił odpowiedzieć na jej pytanie tak szczerze, jak tylko potrafił, i tak nie uwierzyłaby w ani jedno jego słowo, jak mogłaby, skoro on sam już dawno musiał stracić rozeznanie w tych swoich bezmyślnych kłamstwach.
Bawiąc się z nim w chowanego przez ostatnie tygodnie jedynie odsuwała w czasie nieuniknione; teraz widziała już wyraźnie, że nie mogła z nim wygrać, nie w grze, w której to on od początku ustalał zasady, ale gdy tylko to sobie uświadomiła, opętało ją pragnienie, żeby przynajmniej to zwycięstwo nad nią coś go kosztowało – a czy posiadał coś cenniejszego i równie kruchego od swojej reputacji, swojego świętego, niepokalanego nazwiska?
Ona nie miała nic do stracenia, nie musiała nikomu niczego udowadniać i nie bała się czegoś tak banalnego jak publiczne upokorzenie – posiadała w końcu dar niewidzialności. Kiedy więc usłyszała jego kroki wśród innych kroków na korytarzu, kątem oka uchwyciła jego ostry profil i poczuła jego ramię tuż przy swoim, po prostu to zrobiła, jeszcze w tej samej sekundzie, w której przyszło jej to do głowy – stanęła mu na drodze, zmuszając go do zatrzymania się w tłumie uczniów zmierzających na popołudniowe zajęcia i bez wahania go pocałowała, tak go tym zaskakując, że w pierwszym odruchu prawie ją ugryzł, gdy wepchnęła mu język do ust; nie cofnął się jednak ani jej nie odepchnął, a gdy po sekundzie wahania odpowiedział na jej pocałunek z afektem, którego się po nim nie spodziewała – to ona odepchnęła jego, choć kosztowało ją to więcej wysiłku i woli, niż sobie wyobrażała.
– Wystarczy ci już? – rzuciła zimno, wściekłość na siebie tłumiąc wściekłością na niego. Serce tłukło jej się w piersi jak oszalałe, krew ogłuszająco szumiała w uszach, a przecież to nic nie znaczyło, nie mogło, choć przez jedno krótkie mgnienie wydawało jej się, że udało jej się go tym zranić, że było to w ogóle możliwe; zaraz jednak mrugnął nieprzytomnie i skrzywił się bezwiednie, przez co jego rysy utraciły tę odrobinę regularności i jego twarz stała się tak brzydka, że Raelyn nie mogła sobie przypomnieć, dlaczego wcześniej znajdowała taką przyjemność w przyglądaniu jej się.
Takim go zostawiła, gdy po kilku wyjątkowo długich sekundach jasnym stało się, że nie otrzyma od niego odpowiedzi; obróciła się na pięcie i odeszła, czując na sobie spojrzenia tak wielu ludzi, że było to dla niej zupełnie nowe, dziwnie ekscytujące doświadczenie, nie pozwoliła sobie jednak na przyspieszenie kroku i kiedy Lestrange dogonił ją na schodach, poczuła jedynie rozczarowanie, że to przedstawienie niczego nie zmieniło, że nie udało jej się od niego uwolnić.
– Nie, nie wystarczy – syknął jej do ucha ze źle skrywanym zniecierpliwieniem, rozdrażniony, ale przynajmniej w tym rozdrażnieniu prawdziwy. – Miałem nadzieję, że pójdziesz ze mną na bożonarodzeniowe przyjęcie u Slughorna.
Chciała się zatrzymać, żeby przyjrzeć mu się uważniej, ale poczuła jego palce zaciskające się na jej łokciu i dostosowała swój krok do jego kroku, zerkając jedynie na jego profil w poszukiwaniu wyjaśnienia tej rozpaczliwej determinacji, z jaką jej się narzucał – czy był ku temu jakiś powód, na tyle istotny, by zmusić go do czegoś, na co tak wyraźnie nie miał ochoty, że nie mógł już nawet na nią patrzeć, czy chodziło w tym wszystkim tylko o to, że nie potrafił przełknąć odmowy ze strony kogoś, kto nie miał prawa niczego mu odmawiać?
– Dlaczego miałabym to zrobić? – zaryzykowała pytanie, autentycznie ciekawa, może nawet gotowa zapomnieć na moment o swojej dumie, jeśli miałoby to czemuś służyć, ale on tylko wzruszył obojętnie ramionami, zbyt poirytowany, żeby wydusić z siebie choćby słowo; nie spodziewała się zresztą po nim niczego innego niż kolejnego uniku, ale ostatecznie wolała to, niż te jego bezmyślne kłamstwa i słodkie uśmiechy, za które mógłby kupić pół świata, gdyby tylko nie przychodziły mu z tak wyraźnym trudem, że sprawiały wrażenie raczej przykre.
W końcu rzucił w przestrzeń:
– Nie chcesz zobaczyć się z bratem?
Nie chciała, ale jakaś zmiana w jego głosie powstrzymała ją przed przyznaniem się do tego głośno. Ta jawna pogarda, z którą wspomniał jej brata, wydała jej się dziwnie nieproporcjonalna do ilości czasu, jaki obaj poświęcili choćby na zauważenie istnienia tego drugiego i  mogłaby być jedynie echem lekceważenia, z jakim jego rodzina musiała myśleć o kimś takim jak Reese Marlow, mieszańcu odznaczającym się ambicją i talentem niezupełnie adekwatnymi do posiadanego przez siebie majątku czy statusu krwi, gdyby nie to, że sprawiała wrażenie zbyt świeżej, jeszcze nieostygłej, wyrosłej z urazy bardziej osobistej niż kolektywnej.
Przyjrzała mu się z nowym zainteresowaniem. Musiało to być najbliższe szczerości, na co było go stać, więc zgodziła się pójść z nim na to śmieszne przyjęcie, tylko po to, żeby przekonać się, czym jej brat sobie na tę pogardę zasłużył.
Lestrange był tego grudniowego wieczoru chmurny, wciąż rozglądał się za czymś ponad głowami gośćmi i zdawał się myśleć tylko o tym, żeby znaleźć się gdzieś indziej. Komunikował się półsłówkami, nie słuchał tego, co do niego mówiono i nie dawał się wciągać w uprzejme pogawędki o wszystkim, co błahe i nieistotne, byle niezwiązane z rozruchami w kraju, które coraz częściej nazywano otwarcie wojną; nieustannie popijał poncz, jakby zamierzał się w nim utopić i odkąd tylko znaleźli się w gabinecie Slughorna, ani na moment nie puścił jej ręki, choć nie było w tym geście czułości, jedynie praktyczna potrzeba trzymania jej blisko w tym zaskakująco gęstym jak na tak elitarne przyjęcie tłumie, na który składali się ludzie ważni lub jedynie znani z tego, że są znani; utalentowani lub tylko z nimi spokrewnieni; u szczytu kariery lub dopiero aspirujący. Z ich roku był tutaj jeszcze Frank Longbottom, którego rozsądkiem można by obdzielić resztę Gryffindoru oraz jego przeciwieństwo w postaci rudego Gideona Prewetta, skupiającego na sobie uwagę wszystkich w zasięgu wzroku których się znajdował – obaj już jedną nogą na kursach aurorskich; z młodszych roczników, poza dzieciakami z Nienaruszalnej Dwudziestki Ósemki, jeszcze zbyt smarkatych, żeby posiadać jakieś talenty lub cechy charakterystyczne poza swoimi świętymi nazwiskami, wyróżniała się jedynie Amelia Bones, tak różna od swojego brata, że trudno było uwierzyć w ich pokrewieństwo – drobna, nienaganna w każdym calu, miała w sobie dziwną surowość, której nie łagodziły nawet jej duże, błękitne oczy, kwiatowe hafty na szacie wyjściowej ani wiek zaledwie piętnastu lat i Raelyn nie potrafiła oderwać od niej wzroku, póki Lestrange bez ostrzeżenia nie pociągnął jej za sobą przez tłum.
– Lestrange, mój chłopcze! Już zaczynałem myśleć, że wzgardziłeś moim zaproszeniem i znów przedkładasz naukę nad skromne przyjęcie starego profesora! – powitał go Horacy Slughorn teatralnie, ze szczerym wyrzutem, ale wystarczyło, że Lestrange uśmiechnął się nieśmiało i nalana twarz gospodarza rozjaśniła się w momencie, jego jasne oczy stały jeszcze bardziej wodniste i spojrzał na niego z jakąś nagłą tkliwością właściwą ludziom sentymentalnym, którzy pozwoli sobie na o jeden kieliszek wina z czarnego bzu za dużo. – Czasem można pozwolić sobie na odrobinę przyjemności, nie ma w tym nic złego, twój ojciec nigdy zresztą nie oddawał wypracowań na czas. Czy opowiadałem ci, jak pewnego razu…
Twarz Lestrange’a wyrażała zainteresowanie tak uprzejme, że musiał słyszeć wszystkie te historie o swoim ojcu z czasów szkolnych więcej niż raz. Zanim jednak Slughorn na dobre poddał się narracji, jego nieco już mętny wzrok ześliznął się na stojącą obok Raelyn; zamrugał, tracąc wątek i choć był opiekunem jej domu, potrzebował dobrych dwóch sekund, żeby ją w ogóle rozpoznać.
– Ach, jak cudownie, że przyprowadziłeś ze sobą pannę Marlow, właśnie miałem… Reese, mój drogi, właśnie miałem ci wspomnieć, że twoja siostra zaskakująco dobrze poradziła sobie z uwarzeniem Wywaru Żywej Śmierci na zaliczenie semestru. Zaskakująco dobrze!
Reese obrócił się z kieliszkiem wina, którego nie pił i spojrzał prosto na nią, przyglądając jej się z takim zainteresowaniem, jakby widział ją pierwszy raz w życiu. Żadne z nich się nie poruszyło, nie wykonało żadnego gestu, nie zainicjowało powitania, jakiego można by spodziewać się po rodzeństwie, które nie widziało się od miesięcy, a które w tym czasie tak często wymieniało ze sobą listy – równie dobrze mogliby się nigdy wcześniej nie spotkać. Nie byli nawet do siebie podobni; Reese był wysoki i smukły, ciemnowłosy, o czystych, lekko wyłupiastych oczach i łagodnych krzywiznach brwi, sugerujących życzliwość usposobienia, której był pozbawiony, ona – wzrostu ledwie średniego, półprzezroczysta, o zielono-brązowych oczach odziedziczonych po kimś z tej części rodziny, o której wszyscy woleliby zapomnieć. Ich pokrewieństwo zdradzały jednak drobne, a przy tym zbyt głębokie podobieństwa, żeby mogli się ich wyprzeć – sposób, w jaki zaciskali nieprzystępnie usta, marszczyli nieufnie nosy i mrugali rzadko, ale nerwowo, jakby z obawy, że mogą coś przeoczyć; w jaki patrzyli zobojętniali na swojego pijanego ojca, ignorowali dźwięk tłuczonego szkła w środku nocy i nigdy nie wspominali o matce; w jaki uzupełniali się doskonale w swoich różnicach.
Mrugnęła, a on uśmiechnął się do niej leniwie, z zadowoleniem, które zapowiadało najgorsze, bo sięgało nawet jego jasnych, obojętnych oczu.
– Czyżby? – podjął wreszcie, mrugając do niej porozumiewawczo, jakby mieli jakiś wspólny sekret i nawet gdy zwrócił się poufale do Slugnorna, ani na moment nie oderwał od niej spojrzenia: – Muszę przyznać, że straciłem już nadzieję. Wydawało się, że tylko zmarnowałem pański czas, profesorze, prosząc o przyjęcie jej na zajęcia zaawansowane.
Slughorn w odpowiedzi jedynie zaśmiał się dobrodusznie, bo teraz mógł sobie już na tę dobroduszność pozwolić.
– Och, założę się o pudełko kandyzowanych ananasów, że to wpływ młodego Lestrange’a.
Lestrange nie zaprzeczył, a Raelyn tylko się uśmiechnęła, tym bladym, uprzejmym uśmiechem, który nie zdradzał jej myśli, w odwecie wyobrażając sobie rozczarowanie na poczerwieniałej od wina twarzy Slughorna, gdyby mu teraz wyznała, że to nieustannie wymykający mu się Edgar Bones był odpowiedzialny za jej ostatnie drobne sukcesy w dziedzinie eliksirów; z pewnością nie byłby zadowolony, musząc rozstać się ze swoim ulubionym przysmakiem, ale jej wyobrażenie na tym się nie kończyło – wyobraziła sobie jeszcze, z jaką satysfakcją zjedliby z Bonesem te kandyzowane ananasy, od razu całe pudełko, choćby miało ich zemdlić, i niemal słyszała w głowie jego szczekliwy śmiech, który mógł wydawać się okrutny, zanim przypomniała sobie, że przecież nie lubił słodyczy i cała jej fantazja rozpadła się jak domek z kart. Żałowała, że nie zjawił się na przyjęciu choćby na chwilę, tylko po to, żeby wprowadzić odrobinę chaosu w tę skostniałą formułę wymiany uprzejmości; wywołać oburzenie nieodpowiednim strojem; objeść się do nieprzytomności; wysadzić coś w powietrze; podpalić dekoracje; albo chociaż wprawić ją w zakłopotanie swoją agresywną bezpretensjonalnością, do której powoli zaczynała się przyzwyczajać i której, zdaje się, potrzebowała.
Reese spojrzał na Lestrange’a w taki sposób, jakby wcześniej nie był świadomy jego obecności i jego uśmiech stał się nieco szerszy, wyraźnie chłodniejszy, jawnie protekcjonalny, na co Lestrange w bezwiednym odwecie jedynie mocniej ścisnął jej dłoń.
– Z pewnością nie mógł zaszkodzić – orzekł jej brat lekceważąco po sekundzie milczenia, mierząc go spojrzeniem tak obojętnym, że musiała kryć się za tym jakaś niechęć, po czym zwrócił się do niego z wyczuwalną ironią: – To miłe, że zacząłeś troszczyć się o moją siostrę. Teraz wszyscy musimy się o siebie troszczyć.
Z jakiegoś powodu zabrzmiało to jak ostrzeżenie, niemal jak groźba i Raelyn pojęła nagle, że jej brat musiał wreszcie dostać to, czego od miesięcy tak bardzo pragnął, że w końcu udowodnił swoją wartość, swoją lojalność i determinację, że został przyjęty do kręgu, był teraz jednym z nich i nie było już od tego odwrotu, żadnej alternatywy poza śmiercią – i w jednej chwili jej świat stał się jeszcze ciaśniejszy niż dotychczas, jego mury wyższe i tak klaustrofobiczne, że nie było w nich już nawet powietrza, którym mogłaby oddychać.
A Reese nie przestawał się uśmiechać.
– Byłbym zapomniał – wtrącił jakby od niechcenia, choć wszystko, co mówił, miało przecież jakiś cel: – Rudolfus przesyła pozdrowienia.
Podniosła wzrok na Lestrange’a, spodziewając się, że ten skromny dowód pamięci jego brata sprawi mu choć odrobinę przyjemności, ale zamiast tego przez jego twarz przemknął cień urazy i poczuła, jak jego ciało sztywnieje, jak jego palce jeszcze mocniej zaciskają się na jej dłoni; mrugnęła, a wtedy Slughorn przypomniał im o swojej obecności, pytając jowialnie, jak drogiemu Rudolfusowi służy małżeńskie życie, i nagle nie tylko wargi Lestrange’a pobladły w gniewie, ale i jej brat skrzywił się bezwiednie – tak bardzo, mimo wzajemnej niechęci, musiało ich obu mierzić samo wspomnienie Bellatrix Black, teraz już Lestrange, którą Raelyn pamiętała niewyraźnie ze swoich wczesnych szkolnych lat jedynie jako czystą, nieokiełznaną, niemal pierwotną siłę o burzy czarnych loków.
Żaden z nich się nie odezwał, obaj jednakowo sparaliżowani awersją tak silną, że nie byli w stanie jej przełknąć i przypadkiem się przy tym nie udławić; jej brat upił desperacko łyk wina, choć zwykle jedynie udawał, że pije alkohol, żeby niepotrzebnie nie zwracać na siebie uwagi, ale w niczym mu to nie pomogło i zapadło ciężkie milczenie.
Raelyn nie mogła przestać o tym myśleć przez nic nieznaczącą resztę wieczoru i gdy przed północą wracali już z przyjęcia do lochów zimnymi, pustymi korytarzami – Lestrange z dłońmi wciśniętymi głęboko w kieszenie swojej wyjściowej szaty, ona cztery kroki za nim, że wzrokiem wbitym w jego plecy – wciąż przyglądała się Rudolfusowi Lestrange’owi w swoich wspomnieniach, zastanawiając się, w jakim stopniu i czy w ogóle był świadomy tej rywalizacji o swoje względy; czy zdawał sobie sprawę, jak chorobliwie zazdrosny o wszystkich, którzy wokół niego orbitowali, był jego młodszy brat; czy wiedział o tym głęboko skrywanym afekcie, którym od lat darzył go jej brat i czy już wykorzystał to przeciwko niemu, czy dopiero zamierzał?
Jasnym stało się jedynie, że to nagłe zainteresowanie Lestrange’a jej osobą, ta jego nieuzasadniona determinacja, żeby zbliżyć się do niej za wszelką cenę, nawet wbrew sobie, wynikała jedynie z tego, że okoliczności zbliżyły ze sobą ich starszych braci – że wyznawali te same idee, złożyli te same przysięgi i dzielili ze sobą ryzyko wiążące się z ich wypełnianiem, czego jemu, mimo więzów krwi, najwyraźniej wciąż odmawiano, jeśli nie z braku ogólnych predyspozycji, to przynajmniej z powodu zbyt młodego wieku, i Raelyn zdawało się, że teraz już go rozumiała, tę jego ślepą na wszystko potrzebę przypodobania się bratu poprzez kopiowanie nawet jego kręgu znajomych, a jednocześnie nie mogła oprzeć się wrażeniu, że miała także, być może, stanowić jego zakładnika, coś w rodzaju rekompensaty na wypadek, gdyby Reese spróbował mu coś odebrać.
– Niczego w ten sposób nie osiągniesz – odezwała się nagle, zaskakując nie tylko jego, ale i samą siebie tym nieoczekiwanym przypływem litości dla ich obojga, dla tych jego beznadziejnych starań i jej płonnych nadziei, a kiedy odwrócił się znudzony, żeby z wyraźnym już zmęczeniem spojrzeć na nią pytająco, wyjaśniła z żałosną prostotą: – Niewiele go obchodzę.
Zdawało się, że już dawno przywykła do myśli, że łączyły ich z bratem jedynie więzy krwi i nic więcej, że w najlepszym wypadku byli sobie zupełnie obcy, doskonale obojętni, ale gdy tylko wypowiedziała te słowa na głos, gdy ze wszystkich ludzi na całym świecie wyznała to właśnie Rabastanowi Lestrange’owi, poczuła się nagle nieznośnie wręcz nieszczęśliwa.
A wtedy on uśmiechnął się niespodziewanie, niemal z czułością, jakby powiedziała coś tak wzruszająco głupiego, że nawet nie miał serca jej wyśmiać i wyciągnął do niej rękę, żeby do niego podeszła, a kiedy to zrobiła, pocałował ją w skroń i wyszeptał jej do ucha jedynie krótkie:
– Zdziwiłabyś się.

Kości zostały rzucone: rozdział czwarty