Kości zostały rzucone: epilog

Przez lata największym dramatem Susan Bones były jej zbyt duże uszy. Mogła żyć ze swoją piegowatą twarzą i wściekle rudymi włosami, które wraz z imieniem odziedziczyła po zmarłej na długo przed jej narodzinami babce – ale nie z tymi uszami, których pochodzenie pozostawało dla niej zagadką. Wszystkie uszy w jej rodzinie – zwłaszcza uszy jej perfekcyjnej w każdym calu matki – były przyzwoitych kształtów i rozmiarów, wszystkie poza jej uszami, co wydawało jej się okrutną niesprawiedliwością. Czym sobie na nie zasłużyła? Czy była to kara za jej okazjonalne nieposłuszeństwo, niezdolność do ugryzienia się w język, nieco niespokojną naturę? W dodatku nikt nie traktował poważnie jej obsesji na punkcie uszu – z wyjątkiem ciotki Amelii, która widząc, jaka była z ich powodu nieszczęśliwa, w końcu się nad nią zlitowała i któregoś popołudnia pokazała jej w sekrecie stary rodzinny album ze zdjęciami swojego drugiego brata, tego, o którym z jakiegoś powodu nigdy nie wspominano, i dopiero rozpoznając w jego uszach swoje własne, Susan poczuła się nieco lepiej.
Było to najlepsze wspomnienie Lynn Marlow, choć nie należało do niej – podarowała je jej Amelia Bones w jednym z tych długich, nieco oschle formułowanych listów, zawsze pełnych jednak duchów i małych tkliwości, o swojej decyzji przyjęcia nominacji na Minister Magii wspominając jedynie przelotnie, jakby od niechcenia. Miał to być jej ostatni list i obie o tym wiedziały; niedługo potem została zamordowana w swoim własnym mieszkaniu przez samego Tego Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, jak szeptano, i jeśli czegoś musiała żałować, to tylko tego, że odtąd zbyt duże uszy nie miały być już największym dramatem w życiu Susan Bones – że choć tak wiele zdołały jej oszczędzić tym jednym kłamstwem, nie mogły oszczędzić jej wszystkiego.
Poza tym kłamstwem początkowo łączyło je z Lynn jedynie dławiące, latami niewypowiedziane poczucie winy, jakie budziło w nich wspomnienie Edgara, którego obie zawiodły. Długo nie mogły sobie tego nawzajem wybaczyć, nie ufały sobie i nie potrafiły się porozumieć, jakby posługiwały się różnymi językami, a jednak Amelia nie wydała jej, gdy Barty Crouch Sr usiłował wydusić z niej źródło informacji, która doprowadziła do aresztowania nie tylko Lestrange’ów, ale i jego własnego syna, i Lynn mogła odpłacić jej za tę lojalność jedynie własnym upokorzeniem, jakie niosło ze sobą wyznanie, że to jej brat wzniecił tamtą Szatańską Pożogę, która pochłonęła Edgara Bonesa, jego żonę, dwóch bliźniaczych synów. Nic dziwnego, że nie został naznaczony, myślała o nim później często z pogardą, skoro stać go było jedynie na małoduszne morderstwo pozbawione ryzyka i ciężaru odpowiedzialności. Ona przynajmniej nie odwracała wzroku, odbierając mu życie – i choć przez lata wyznała Amelii o sobie rzeczy, których nigdy wcześniej nie wypowiedziała nawet na głos, to jedno z szacunku dla jej wiary w struktury zachowała dla siebie, bez względu na to, ile butelek wina zdarzało im się razem wypijać długimi, leniwymi wieczorami.
Nigdy nie żałowała tego, co zrobiła – nawet gdy w progu jej mieszkania stanął w końcu auror i przez jedną krótką chwilę wydawało się, że resztę swojego dopiero co z takim trudem wyszarpanego z cudzych rąk życia spędzi w Azkabnie. Alastor Moody nie wierzył już jednak w struktury – jak mógłby, skoro ci sami, którzy najpierw kazali mu zabijać w imię prawa, zaczęli później wchodzić w mętne układy ze szczurami, pojmanie których kosztowało go zbyt wiele czasu, wysiłku i fragmentów własnego, żywego ciała, by potrafił spojrzeć na to z szerszej perspektywy. Twarz miał pociętą starymi i zupełnie świeżymi bliznami; brakowało mu stopy, lewego oka i kawałka nosa, który stracił w potyczce dzięki jej uprzejmości, jak podkreślił kąśliwie, choć ona sama już dawno zdążyła zapomnieć o tych, których wydanie na śmierć nic jej nie kosztowało. Kazał jej schować różdżkę, zanim zrobi sobie krzywdę; musiał się jednak spodziewać, że go nie posłucha, bo nie udało jej się go zaskoczyć i rozbroił ją bez wysiłku, nieco znużony. Nawet nie zapytał, czy zabiła swojego brata; wiedział, że to zrobiła – i chociaż próbowała jeszcze zetrzeć ten uśmiech samozadowolenia z jego okaleczonej twarzy, wyznając mu wyzywająco, ale i bezradnie, niemal ze wstydem, że jej brat nie miał Znaku, Alastor Moody jedynie roześmiał się gorzko, rozgrzeszając ją jednym lekceważącym machnięciem ręki.
Nigdy więcej nie miała już wątpliwości.
Pogrzebał śledztwo w sprawie morderstwa jej brata, uznając jej działania za uzasadnione, właściwe, niemal konieczne i odwiedzał ją później czasem, by dzielić się swoimi wspomnieniami Edgara z czasów, gdy ten niczym się już z nią nie dzielił – a jednak nigdy nie zaufał jej na tyle, by choć raz wymienić z nazwy Zakon Feniksa, o którym Amelia wypowiadała się zawsze z wyraźną rezerwą, nie pochwalając partyzanckiego charakteru organizacji, której jej brat poświęcił się bez reszty, wolny od podobnych wątpliwości. Jak Alastor Moody mógłby obdarzyć zaufaniem kogoś, kto już raz zdradził, kto zabił własnego brata, kto pochodził z siedliska żmij? Początkowo czuła się dotknięta tą niemożnością odkupienia, znajdując pocieszenie jedynie w tym, że stary auror nikomu tak naprawdę nie ufał; z czasem jednak pozbyła się złudzeń. Czy ostatecznie nie osądził jej właściwie? Czy nie wyssała obłudy z mlekiem matki, jak poetycko ujął to przed laty Edward Bones, choć nie znał jej wcale? Czy nie miała zdrady we krwi? Gdyby tylko wiedział, ile kosztowało ją wydanie Rabastana Lestrange’a, naplułby jej w twarz.
Nie czuła się jednak winna. Czy nie dała mu wyboru, zanim jeszcze sama podjęła decyzję? Czy nie zdecydował się zostać, kiedy wciąż mógł jeszcze odejść? Musiał wiedzieć, że lojalność wobec Rudolfusa Lestrange’a, ta sama, która pogrążyła jej brata i wielu innych, w końcu pogrąży i jego, i była w tym okrutna ironia, że choć z Reesem darzyli się wzajemnie taką awersją, zgubiło ich to samo i że to ona im w tym pomogła.
Rabastana Lestrange’a pamiętała później wyraźniej jako tamtego chimerycznego, zamkniętego w sobie chłopca z czasów, gdy jeszcze nie odezwał się do niej ani słowem – i było niemal tak, jakby nigdy tego nie zrobił i nie łączyło ich nic poza przynależnością do domu Salazara. Wspomnienie jej brata z kolei zatarło się w jej pamięci przez lata do tego stopnia, że zabicie go wydawało się jedynie niespełnioną fantazją, choć jego śmierć długo pozostawała dla niej policzkiem, oskarżeniem, którego nie sposób odeprzeć, ostatnim wyrzutem sumienia, że była w stanie żyć bez Edgara Bonesa – że musiał znaczyć dla niej mniej, niż Rudolfus Lestrange dla niego.
Ale czy żyła bez niego? W ich starym mieszkaniu na poddaszu nie zostało po nim nic poza niechlujnie pomalowanymi przez niego ścianami, a jednak czuła jego obecność tak wyraźnie, jakby znajdował się tuż obok. W skrzypieniu starego parkietu rozpoznawała jego pospieszne kroki, drzwi trzaskające w przeciągu zawsze były drzwiami zatrzaskiwanymi przez niego w gniewie, bębnienie deszczu o szybę – niecierpliwym bębnieniem jego palców. Kuchnia wibrowała echem jego okrutnego śmiechu, jakim zwykł kwitować podejmowane przez nią kulinarne wysiłki; kafelki w łazience były przesiąknięte śladami jego mokrych stóp; stary fotel zawsze wydawał się nagrzany, jakby dopiero przed momentem się z niego zerwał. Jego niezgrabna sylwetka wciąż majaczyła na krawędzi jej pola widzenia i wydawało się, że wystarczy obrócić lekko głowę, przesunąć nieco wzrok, by znów zobaczyć jego dziwną, zmienną jak pogoda twarz, ściągnięte brwi, orli nos; z czasem jednak nauczyła się tego nie robić, kierować spojrzenie w przeciwną stronę, zadowalać powidokami, oszczędzać sobie rozczarowania. Teraz, gdy był martwy, mogła wreszcie powiedzieć mu wszystko, czego nie powiedziała mu, kiedy jeszcze żył, ze strachu, że spojrzy na nią inaczej – i czasem tylko, kiedy była na niego wściekła, kazała mu wracać do swojej żony, tej przeklętej szlamy, która urodziła mu synów, ale była zbyt dumna, by przyjąć jego nazwisko i skryć za nim swoje pochodzenie. Tęsknota za nim zawsze jednak sprowadzała go z powrotem i znów zasypiała z wyobrażeniem jego długich ramion zamkniętych wokół niej, budząc się z nadzieją, że jeszcze nie wstał, że było za wcześnie nawet dla niego, choć było już przecież za późno dla nich obojga. Wydawało się, że teraz nie mogła go już stracić, a jednak z każdym takim porankiem jego wspomnienie odrobinę bladło, stając się z wolna jedynie sumą listów Amelii, anegdot Moody’ego i jej własnych, wciąż na nowo opowiadanych samej sobie historii. I chociaż nie pozwalała sobie zapomnieć, paląc, by ocalić od zapomnienia ich ostatnie spotkanie, gdy śmierdział tytoniem i eliksirami odkażającymi; rozrzucając wszędzie książki tak, jak on by je rozrzucił; trzymając w rogu sypialni gotowy do użycia kociołek, którego nigdy nie używała, po szesnastu długich latach skrzypienie podłogi było już w końcu tylko skrzypieniem podłogi, a papieros – papierosem, którego odpaliła pstryknięciem palców nawet nie pomyślawszy o Edgarze Bonesie.
Z ulgą, ale i nieco mściwą satysfakcją odrzuciła na blat biurka list, którego autor, ten stary nudziarz z ostatniej konferencji, nigdy nie miał już otrzymać od niej odpowiedzi i wraz z obłokiem dymu, rzuciła w przestrzeń:
– Długo kazałeś na siebie czekać.
Nasłuchiwała, jak przystaje z wahaniem i jak po chwili zbliża się już bez tej zbędnej przecież ostrożności, by w końcu usiąść w fotelu pod oknem za jej plecami. Czy zapomniał już, że zawsze słyszała wszystko wyraźniej? Czuła na sobie jego wzrok, zaciągając się powoli dymem, ale dopiero z kolejnym obłokiem zmusiła się, żeby obrócić się w krześle i na niego spojrzeć.
Jego włosy były długie i mokre; skądkolwiek przychodził, musiało tam padać, bo niebo nad Edynburgiem było tego sierpniowego wieczoru czyste i wciąż jasne, choć słońce skryło się już za horyzontem. Było coś znajomego w jego milczącej obecności, kościach policzkowych niemal zdartych z jego wyniosłej matki, lekko zadartym nosie, który sprawiał, że wydawał się bardziej arogancki, niż był w rzeczywistości, a jednak nie rozpoznawała jego dłoni o krótkich, brudnych paznokciach, wychudłych członków skrytych pod zbyt obszerną szatą ani tych nieruchomych, palących oczu, które w bladym świetle końca dnia wydawały się bardziej niebieskie niż bladozielone z jej wspomnień, dawniej zmrużone, a teraz czujne i wyraźne za szkłami w cienkich, złotych oprawkach.
Przed rokiem, gdy po pierwszej masowej ucieczce wydrukowali w Proroku Codziennym jego stare zdjęcie, ostatnie, jakie zrobiono mu przed zesłaniem do Azkabanu, zastanawiała się, jak bardzo zmienił się przez te lata spędzone w zimnej, ciemnej celi i czy rozpozna go, gdy po nią przyjdzie. Nie miała wątpliwości, że w końcu to zrobi, nawet gdy zamknęli go znów wraz z innymi po tej awanturze w Departamencie Tajemnic – i chociaż miała czas, by uciec gdzieś daleko stąd, wraz ze śmiercią Amelii, która przyjęła nominację na Minister Magii jedynie dla zasady, świadomie podpisując tym swój wyrok, Lynn zrozumiała w końcu to, co Edgar Bones zrozumiał dawno temu – że czasem nie warto uciekać, nie za wszelką cenę.
Zaklęcia ochronne nałożyła zatem jedynie dla przyzwoitości i nie wyobrażała sobie, żeby stanowiły dla niego wyzwanie; drażnił ją jednak, każąc jej na siebie czekać i jedynie odwlekając to, co nieuniknione, bo nawet teraz, gdy już tutaj był, wciąż to odwlekał.
– Mogę dopalić? – rzuciła obojętnie, próbując nadać tej torturze jakieś ramy czasowe, a on tylko mrugnął na zgodę i gdy wydawało się, że następne minuty spędzą w milczeniu, zapytał cicho, ochryple:
– Gdzie teraz jest?
Strzepnęła popiół do popielniczki, nie odrywając wzroku od jego twarzy. Wyglądał jak jego ojciec w dniu, w którym został aresztowany, a jednak bardziej niż kiedykolwiek przypominał swoją posągową matkę, która podobnie jak on teraz, z trudem przełykając własną dumę i pogardę, jaką ją darzyła, odwiedziła ją raz przed laty, by w bękarcie, którego istnienia nie uznawała, odnaleźć odbicie swojego utraconego syna, nie otrzymując jednak nic poza fałszywym aktem zgonu. Tylko tyle miało pozostać po jej znakomitym rodzie – zaledwie kłamstwo i stos kości, których nie mieli pozwolić jej nawet ucałować przed pogrzebaniem w zbiorowej mogile pod murami Azkabanu. Czy nie powiedziała mu tego, gdy do niej wrócił? Czy nie rozpoznała w nim już swojego ukochanego syna?
Wiele by dała, by ten jeden, jedyny raz poznać jego myśli. Musiał się przynajmniej domyślać, że Susan nie była jego dzieckiem, że jego dziecka nie traktowałaby z podobną czułością, ale czy pytał o nią tylko po to, by po latach wziąć na niej odwet za to, czym nigdy nie była? Wszystko w nim krzyczało, że nie zadowolą go już kłamstwa, którymi dotąd się karmił, odrzucając prawdę i nie dbając o nią wcale, ale czy rzeczywiście był na nią gotowy, czy był to jedynie kolejny z jego kaprysów, z których nie zdołał odrzeć go ani Azkaban, ani upływ czasu?
– Które z was zabiło Susan Bones? – rzuciła mu w twarz wyzywająco, ale nawet jeśli zaskoczyło go to pytanie, nie dał tego po sobie poznać i tylko poruszył się leniwie w fotelu, a jego dłoń bezwiednie powędrowała do lewego przedramienia, na którym nosił Znak.
– Ja ją zabiłem – odparł po chwili zastanowienia z pewnym wahaniem, jakby nie pamiętał zbyt wyraźnie, po czym dodał, przypominając sobie nagle: – Bellatriks obcięła jej palce.
Z trudem wytrzymała jego spojrzenie. Czy o wszystkich swoich ofiarach zapomniał z podobną łatwością? Czy nie pamiętał już o tamtym chłopcu, którego zmusił do samookaleczenia, a którego jedyną zbrodnią były więzy krwi? Czy nie zdawał sobie sprawy z tego, co tamtego ostatniego dnia wolności zrobili Longbottomom, którzy nigdy nie odzyskali zmysłów i nie rozpoznawali nawet własnego syna? Chciałaby móc myśleć, że dopiero Azkaban zabił w nim litość, ale przecież nie znał jej już wcześniej.
– Jest bezpieczna – rzuciła sucho w odpowiedzi na jego pytanie.
Była bezpieczna staraniami Williama Bonesa, który wraz z upadkiem Ministerstwa zdecydował się wraz z całą rodziną opuścić Anglię jeszcze przed rozpoczęciem roku szkolnego, ale była też bezpieczna swoimi przekonaniami, śmiałością i tą puchońską wytrwałością odziedziczoną wraz z uszami po Edgarze Bonesie, która nie pozwalała jej zrezygnować nawet ze spraw dawno przegranych, czyniąc wszelkie wysiłki zapewnienia jej bezpieczeństwa daremnymi; nie sądziła jednak, by potrafił zrozumieć, dlaczego napawało ją to takim spokojem.
Zdusiła niedopałek w popielniczce; ich czas się skończył. Lestrange nie poruszył się jednak i tylko przyglądał jej się tak, jakby szukał czegoś na jej twarzy i wciąż tego nie znajdował. Czy aż tak zmieniła się przez te lata? Czy spodziewał się może palącego rumieńca wstydu na jej szyi, podczas gdy wciąż patrzyła mu w oczy bez skruchy? Nie była mu nic winna i przez ostatnie lata powtarzała to sobie wystarczająco wiele razy, by nie zwątpić w to nawet teraz, gdy patrzyła na to, co Azkaban zrobił z jego ciałem, co ona mu zrobiła.
Nie sięgnęła po różdżkę; nie zamierzała mu tego ułatwiać. Podniosła się z krzesła, a kiedy w żaden sposób na to nie zareagował, podeszła do niego i usiadła mu na kolanach, ciekawa, na ile jej pozwoli – i choć wszystkie jego mięśnie napięły się wyraźnie, jakby spodziewał się ataku, był jednocześnie głodny tego dotyku, którego tak długo był pozbawiony i wydawał się przez to bardziej bezbronny, niż był w rzeczywistości.
– Miałam nadzieję, że cię wtedy zabiją – wyznała otwarcie, opierając dłonie na jego klatce piersiowej ostrożnie, żeby przypadkiem nie spłoszyć jego miarowego oddechu, ale nie miała pewności, czy w ogóle to poczuł, czy był jeszcze w stanie poczuć cokolwiek po latach spędzonych w przenikliwym chłodzie Morza Północnego – wyraz jego twarzy pozostał niezmieniony i tylko jego spojrzenie stało się miękkie i patrzył na nią tak, jakby jej nie widział, jakby jej tam wcale nie było.
– Wiem – odparł tonem, który wydał jej się uspokajający, bo nie było w nim żalu ani pragnienia odwetu. – Próbowali.
Ledwo dotknęła jednak jego nagiej skóry tuż nad kołnierzykiem szaty, jego ciałem wstrząsnął nagły dreszcz obrzydzenia i odepchnął od siebie jej ręce, zaciskając palce na jej przedramionach z gwałtownością, której się po nim nie spodziewała. Jego oczy na moment rozszerzyły się w panice, by zaraz pociemnieć od gniewu tak zajadłego, że zerwała się na równe nogi, wyrywając z jego uścisku, a kiedy i on poderwał się z fotela, wydawało się, że wreszcie ją zabije, choć nie rozumiała, czym go sprowokowała; minęła jednak sekunda, dwie i wciąż stali naprzeciw siebie w ciszy przerywanej jedynie ich ciężkimi oddechami.
– Zrób to wreszcie – rzuciła w końcu niecierpliwie, wyczerpana tą niepewnością, w której ją trzymał, ale on tylko spojrzał na nią z wyrzutem, wciąż nieco roztrzęsiony, jakby to ona dręczyła jego, a nie on ją – i dopiero gdy wraz z niosącym się echem, okrutnym śmiechem Bellatriks Lestrange jego spojrzenie stężało, Lynn Marlow zrozumiała, że nigdy tak naprawdę nie znała Rabastana Lestrange’a i mogła jedynie z ulgą przymknąć powieki, by myśleć już tylko o zbyt dużych uszach Susan Bones.

Advertisements

Tonight, tonight

You can never ever leave
Without leaving a piece of youth
And our lives are forever changed
We will never be the same
/Smashing Pumpkins – Tonight, tonight/

Pierwsze krople letniego deszczu – tak wyczekiwanego przez wszelką zieleń, która przebiła się przez pokryty betonem Londyn – dotknęły chodnika w tym samym momencie, kiedy zamknął się w łazience Potterów, bezpieczny w Dolinie Godryka. Nadal oddychał ciężko, jakby przebiegł całą drogę między Londynem a Dorset, choć przecież nie byłby w stanie tego zrobić, nawet nienawiść, która zasnuwała mu obraz czerwienią i którą smakował w ustach – smakowała krwią, kurzem i, nie wiedzieć czemu, lukrecją – nie dałaby mu dostatecznie dużo siły. Przestronna łazienka Potterów – pełna beżów i bieli, prostych kształtów i puchatych ręczników – nie pasowała do niego, czy może raczej on nie pasował do niej. Roztrzęsiony i na poły szalony – przecież musiał być szalony – pośrodku tej jasności wyglądał jak… jak ponurak. Myśl ta sprawiła, że parsknął śmiechem, zbyt głośnym i trwającym zbyt długo, by mógł być zignorowany.
Ledwie zdążył go stłumić, zdławić w sobie, śmiać się dalej w sobie, nim usłyszał niepewne pukanie do drzwi.
– Wszystko w porządku, Syriuszu?
Nic nie było w porządku. Nic.
– Oczywiście – zapewnił, choć w pierwszej chwili nie był pewny, czy to jego głos.
– Zawołaj mnie, gdybyś czegoś potrzebował – powiedziała pani Potter, a potem odeszła, wyraźnie słyszał jej oddalające się kroki.
Nie planował jej wołać, nawet gdyby miał stracić resztki siebie pośrodku jej zadbanej, idealnej łazienki.
Nadal siedział na podłodze, opierając się plecami o wannę. Wodził oczami po ścianach, bezrefleksyjnie katalogując wszystko, co stało na półkach, każdą buteleczkę, każdy flakonik… Co jakiś czas trafiał na obrazek w ramce, zza której patrzyły na niego kocięta lub dzieci, wszystkie w towarzystwie kwiatów i wszystkie tak samo przestraszone. Jakiejś części jego świadomości to niemal pochlebiało – tej mrocznej części, która mogłaby trafić do Slytherinu, która mogłaby być Blackiem.
Szybko przeniósł wzrok na niewielkie okno przysłonięte firanką. Po szybie płynęły ciężkie krople deszczu, a Syriusz poczuł, że w gardle znów rodzi mu się płacz, który chciał ze wszelkich sił stłumić. Już wcześniej – kiedy pierwsza wściekłość minęła i kiedy zdał sobie sprawę, że tym razem nie może wrócić, tym razem nie może dać im wygrać – uronił kilka łez, która zdradziecko popłynęły po jego policzkach, kiedy ze wszelkich sił starał się je powstrzymać, zawrócić, zdławić w zarodku. Musiał je jednak wytrzeć wierzchem dłoni, wykonując wściekły ruch. Wściekłość była łatwiejsza, płonęła jasnym, gorącym płomieniem, wychodziła z trzewi i rozlewała się na resztę ciała, oplatając kręgosłup jęzorami żywego ognia. Wypierała wszystkie inne emocje, które w pewnym momencie próbowały nad nim zapanować, ale chwycił się jej, jak tonący łapie cokolwiek, co tylko przypomina linę, żeby tylko pozostać na powierzchni.
Za oknem było już ciemno. Nawet gdyby przesłuchiwano go przed Wizengamotem, nie byłby w stanie ustalić, czy to tylko wina burzowej chmury, czy też siedział na podłodze tak długo, aż zapadł zmrok. Deszcz nadal tłukł w szybę, tak samo nieustępliwy jak pół godziny i miliard lat temu.
Z trudem się podniósł, zmuszając do wysiłku mięśnie, które zastygły w bezruchu, napięte, jakby gotowe do kolejnej ucieczki. Podszedł do umywalki, żeby ochlapać twarz wodą – zmyć ślady, przecież każdy, kto go widział, musiał je widzieć, musiał wiedzieć, że płakał – i ze zdziwieniem stwierdził, że jego twarz się nie zmieniła. Patrzył na niego ten sam Syriusz, którego widział tego samego ranka – naprawdę to było dziś rano? – w łazience domu przy Grimmauld Place. Było w tym coś niedorzecznego, niemożliwego, wręcz nieprzyzwoitego, że jego twarz była wciąż tą samą twarzą, która przedrzeźniała Regulusa przy rodzinnym stole czy którą w porywie złości uderzyła Walburga Black.
Nie mogąc dłużej znieść tego widoku, który nijak nie przystawał do wszystkiego, co kotłowało się w syriuszowym sercu, gotowe eksplodować, jeśli tylko wściekłość przestanie sterować całym jego ciałem, mechanicznie zdjął z siebie ubranie – kupione w mugolskim sklepie, żeby tylko zrobić im na złość – i wszedł do wanny.
Woda powinna go uspokoić, ale im dłużej w niej leżał, tym boleśniej był świadom, że wściekłość go opuszcza, ale jej miejsca nic nie zajmuje. Kiedy zawartość wanny całkiem ostygła, a jego palce namiękły jak nigdy, zdał sobie sprawę, że wypełnia go pustka tak namacalna, że aż musiał sprawdzić, czy nadal ma brzuch i nogi. Były tam, kiedy wycierał je puchatym, beżowym ręcznikiem pani Potter, były tam, kiedy zakładał piżamę i musiały tam nadal być, kiedy zebrał swoje rzeczy i wyszedł na korytarz. Możliwie bezszelestnie – jakby nigdy nie istniał, jakby go tu wcale nie było – dotarł do pokoju gościnnego, do którego pani Potter przyniosła koce i poduszki, jeszcze zanim nawiązał duchowy kontakt z podłogą w jej łazience. Zapewniała, że to żaden problem, że miło im go gościć – i była przy tym tak szczera, że niemal jej wierzył.
Na znajdującej się w pokoju sofie leżał James, który bawił się złotym zniczem. Wypuszczał go, pozwalał mu przez chwilę cieszyć się wolnością, a potem łapał, zduszając wszelkie złudzenia co do tego, kto w tej sytuacji ustalał zasady. Syriusz poczuł, że go mdli, ale nic nie powiedział. W milczeniu patrzył, jak złota piłeczka raz po raz próbuje wyrwać się na wolność i wraca do dłoni Jamesa.
– W końcu nawiałeś – powiedział, a w jego głosie pobrzmiewała duma z przyjaciela. Wcześniej, kiedy Syriusz stanął na progu ich domu, wymienili niewiele słów, obaj zbyt oszołomieni. – Ale się wkurzą.
– Już byli wkurzeni – odpowiedział Syriusz, oczekując powrotu wściekłości.
James zaśmiał się i przez chwilę wydawało się, że zgubi swój złoty znicz, ale ponownie udało mu się w porę podciąć skrzydełka i zamknąć go w dłoni.
– Chcesz o tym pogadać?
Syriusz przez chwilę milczał, rozważając, jak ubrać w słowa wszystko, co się wydarzyło tego dnia – od śniadania, przez odwiedziny wuja Cygnusa, zasłyszane ukradkiem dyskusje o nim czy o Andromedzie – czarnych owcach wśród Blacków – a potem, w okolicy obiadu, wszystko eskalowało tak szybko, że pamiętał tylko te mniej znaczące urywki, wśród których przewijały się przytyki do kolorów Gryffindoru, do tego koszmarnego, mugolskiego wynalazku, który odtwarzał muzykę, do dekoltu Brigitte Bardot… To było łatwiej pamiętać, łatwiej ubrać w słowa i opowiedzieć Rogatemu, zostawiając w tej historii przerwy wystarczająco długie, by mógł się pośmiać, i dostatecznie krótkie, by nie dostrzegł, że w opowieści brakuje wielu elementów. Że niezależnie od tego, jak Walburga i Orion Black nienawidzili połączenia złota z czerwienią, odsłoniętych ramiona Bardot i piosenek Bruce’a Springsteena, które Syriusz pokochał, żadna z tych spraw – ani nawet wszystkie naraz – nie tłumaczyła, czemu pierworodny szlachetnego i starożytnego rodu Blacków znalazł się bez dachu nad głową.
James nadal rechotał, zbyt rozbawiony wizją plakatu tańczącego kankana pośród rodowych sreber podczas niedzielnego obiadu.
– Dobre zaklęcie – powiedział, a w jego oczach zalśniło coś, co nakazywało sądzić, że wkrótce podobne zjawisko będzie można zaobserwować na stole w kuchni państwa Potterów.
Syriusz uśmiechnął się krzywo.
– Miałem czas, żeby ćwiczyć.
To na chwilę otrzeźwiło Jamesa, który w mgnieniu oka spoważniał.
– Nie powinieneś był tam w ogóle wracać – oświadczył, podnosząc się z sofy. – To banda oszołomów, szkoda twojego czasu na nich. Powinieneś był prosto z Londynu przyjechać do nas.
Syriusz odruchowo skrzywił się lekko, jakby słowa te dotknęły go fizycznie. Choć ten lekki grymas znikł tak szybko, jak się pojawił, to nie uszedł uwadze Jamesa; Rogaty nie wiedział jednak, co z właśnie powziętą wiedzą zrobić, więc wzruszył ramionami i klepnął Syriusza w ramię.
– Wyśpij się, a jutro pogramy w quidditcha – powiedział, wychodząc z pokoju.
Syriusz zbyt szybko został sam ze swoimi myślami, swoją pustką – która po wyjściu Jamesa stała się jeszcze bardziej oczywista, bo wcześniej była, ale mógł ją odepchnąć, zlekceważyć, zepchnąć na drugi plan, skoro była zbędna w tej rozmowie, skoro mógł ją przykryć zabawnym komentarzem i niezbyt szczerym uśmiechem – i z tobołkiem ubrań, które przyniósł z łazienki. Rzucił je w kierunku krzesła, nie patrząc nawet, gdzie wylądowały. Przez ułamek sekundy poczuł wyrzuty sumienia – pani Potter nie powinna patrzeć na jego brudne skarpetki, kiedy tu jutro wejdzie – ale były one zbyt małe, by coś z nimi zrobił. Zamiast tego rzucił się na sofę, układając się wygodnie i wbijając wzrok w sufit. Jedynym źródłem światła – teraz, kiedy James zamknął za sobą drzwi do korytarza – był księżyc. Zbliżała się pełnia, ale cóż z tego, jeśli Remus był setki kilometrów stąd.
Poprzedniej nocy patrzył na księżyc przez zupełnie inne okno, leżąc na zupełnie innym łóżku i zastanawiając się, jak długo jeszcze zniesie to, co działo się przy Grimmauld Place. Jak długo pozostanie jeszcze sobą – Syriuszem – zanim coś w nim pęknie i stanie się kimś innym – Blackiem. Przecież o to im właśnie chodziło, pod tymi wystudiowanymi maskami obojętności kryło się pragnienie, by był taki jak oni; czuł je w każdym pogardliwym spojrzeniu, w każdym wymierzonym mu razie, w każdej złośliwości. Umacniało to jego postanowienie, by nigdy nie stać się jednym z nich, ale…
Ale…
Syriusz zamknął oczy, przywołując w myślach jakąś – jakąkolwiek – piosenkę z tych, które ostatnio słyszał w radio. Niemal chwytał myślą melodie i słowa, ale wszystkie prędzej czy później rozmywały się, łączyły w bezsensowne twory albo urywały. Gdzieś tam, z tyłu głowy, była cały czas twarz jego matki, jej głos, grymas wściekłości i – co gorsze – błysk aprobaty w oczach.
Nie było nic straszniejszego niż aprobata Walburgi Black.
Otworzył oczy i położył się tak, by widzieć okno. Księżyc znajdował się poza zasięgiem jego wzroku, ale świecił jasno. Nigdy nie przykładał się do astronomii na tyle, by móc oczyścić umysł dzięki znajomym kształtom gwiazd; wiedział też, że nie spotka na nocnym niebie swojego imiennika, który wakacje spędzał na południowej półkuli. Może miał dobry pomysł, może Syriusz powinien był podążyć jego tropem, uciec gdzieś daleko, gdzie nikt go nie znał, nikt nie mógł oceniać go po statusie krwi czy zastanawiać się, kiedy okaże się, że jabłko wcale nie pada daleko od jabłoni.
To tylko kwestia czasu.
Potrząsnął głową, chcąc pozbyć się pobrzmiewającego w niej głosu matki. Nie chciał o niej myśleć – już nigdy – a szczególnie nie kilka godzin po tym, kiedy ostatecznie się od niej uwolnił, kiedy uciekł, by już nigdy nie powrócić.
Poczuł, że zaschło mu w ustach, choć przecież nic nie mówił.
Cicho, najciszej jak mógł, żeby nikogo nie obudzić przeszedł przez ciemny korytarz do kuchni. Tam jednak zorientował się, że nie tylko on ma problemy ze snem. Eufemia Potter siedziała w wygodnym fotelu w przestrzeni pomiędzy kuchnią a salonem, zatopiona w lekturze jakiejś opasłej księgi. Tuż obok niej druty niezmordowanie pracowały nad robótką z granatowej wełny. Syriusz chciał się wycofać, żeby nie zakłócać jej spokoju, ale było już za późno. Jasne, niebieskie oczy zdawały się prześwietlać go na wylot. Nawet jeśli biła z nich sympatia, Syriusz miał ochotę skryć się w mroku i pozostać w nim tak długo, aż matka Jamesa nie pójdzie spać. Bał się tego, co Eufemia może w nim znaleźć, jeśli jej wzrok zbyt uważnie zacznie badać jego wnętrze.
Krwi się nie oszuka, a w jego żyłach płynie krew Blacków.
– Też nie możesz spać? – zapytała dobrotliwie, a jej pokrytą zmarszczkami twarz rozświetlił uśmiech. – Księżyc miesza nam wszystkim w głowach.
– Tak – odpowiedział cicho, niepewnie przestępując z nogi na nogę. Mógł uciec z domu, mógł robić wszystko, by przekonać świat o tym, na jak niewielu rzeczach mu zależy, mógł… mógł wiele, ale teraz, kiedy między nim a szklanką wody stała cała dobroć pani Potter, czuł się, jakby znów miał cztery lata i potrzebował kogoś, kto odgoni wszystkie koszmary.
Wtedy nikogo takiego nie znalazł. Nie chciał nawet myśleć, że teraz mogłoby być inaczej, perspektywa ta była zbyt przerażająca.
– Martwiliśmy się o ciebie, Syriuszu – powiedziała. – James nie dostał żadnej sowy od początku wakacji.
Skinął głową, z trudem przełykając ślinę. W gardle utworzyła mu się gula, która niewiele miała wspólnego ze wspomnieniem martwych ptaków lądujących na trawie przed domem po tym, jak zostały rażone klątwą, a więcej z tym, że nie wiedział, co powinien zrobić z wiedzą o tym, że ktoś się o niego martwił.
– Próbowałem… próbowałem napisać.
Pani Potter pokiwała głową, a w jej oczach – zamiast wesołych błysków, które zwykle mógł dostrzec – pojawiło się coś, co nakazało mu spuścić wzrok. Skąd mógł wiedzieć, czy nie tak wygląda oklumencja, a ostatnim, czego by chciał, to jakikolwiek oklumenta – nawet najsympatyczniejszy – oglądający jego wspomnienia.
– Cieszę się, że udało ci się do nas dotrzeć – zapewniła. – Podróż musiała być trudna.
Syriusz pomyślał o wyrzuconym przez okno kufrze, o tym, jak bał się, że skręci kostkę, kiedy wyskoczy za nim – a wtedy go znajdą, wtedy nie da rady się oddalić – o tym, że jeszcze bardziej się bał, że złapią go, zanim wmiesza się w tłum mugoli, o oglądaniu się przez ramię przez kilkanaście kilometrów wędrówki po Londynie, o próbie kupienia mugolskiego jedzenia za złoto, kiedy nie miał przy sobie innych pieniędzy, o strachu, który kurczył żołądek tak bardzo, że nie mógł myśleć o niczym innym, tylko o tych kilku sekundach, które…
A potem był Błędny Rycerz i Dorset, i Dolina Godryka.
– A skąd. – Zmusił się do uśmiechu. – Błędny Rycerz nie jest aż tak zły.
Pani Potter posłała mu łagodny uśmiech, który sygnalizował, że wie, co Syriusz próbuje zrobić, i póki co mu na to pozwala. Podbródkiem wskazała jedno z krzeseł, nakazując mu, by usiadł.
– Nie będę przeszkadzał – mruknął, próbując wycofać się z kuchni.
– Nonsens – odpowiedziała, przywołując różdżką imbryk i filiżankę, która wydawała mu się tak idiotycznie różowa i pokryta rysunkami kwiatów, że nie mógł wyobrazić sobie, dlaczego ktokolwiek mógłby taką z własnej woli kupić. Jego matka…
Ale nie chciał myśleć o swojej matce.
Eufemia nalała mu herbaty do filiżanki i ponownie zwróciła w jego stronę badawcze spojrzenie.
– Zostaniesz do końca wakacji?
Tym razem nie próbował się uśmiechać, po prostu skinął głową.
– Jeśli to nie problem – powiedział ciszej, niż chciał. Jego głos był zbyt słaby, zbyt niepewny, a przecież Syriusz nie mógł być słaby i niepewny, nie teraz, kiedy słowa jego matki były tak świeże w jego głowie.
Wrócisz tu, wrócisz z podkulonym ogonem.
Nigdy nie wróci do tego domu. Będzie mieszkał w lesie, pod mostem, wprowadzi się do Zakazanego Lasu, jeśli będzie musiał, ale nie wróci na Grimmauld Place.
– Żaden – zapewniła, popychając w jego stronę cukiernicę. – Im nas więcej, tym weselej, prawda?
Zupełnie nieproszony do jego umysłu wdarł się obraz roześmianego wuja Cygnusa. Kto by pomyślał, że strach może tak szybko zastąpić śmiech. Kto by pomyślał, że…
Ale o wuju Cygnusie też nie chciał myśleć, nie w przytulnej kuchni Potterów.
– Na pewno nie będę sprawiał większych problemów niż James – wyszczerzył zęby w tak dobrze sobie znanym uśmiechu i miał nadzieję, że nie pęknie mu od tego twarz.
– Czasami nieźle nam daje w kość – zaśmiała się Eufemia i przez chwilę Syriusz mógłby przysiąc, że miała nie więcej niż 30 lat. – Ale coś ci powiem, niedaleko pada jabłko od jabłoni.
Mrugnęła porozumiewawczo, a po kręgosłupie Syriusza przeszedł dreszcz tak gwałtowny, że aż podskoczył wraz z krzesłem, na którym siedział. Nerwowo chwycił za filiżankę, próbując zamaskować swój nagły ruch.
Niemal spełnił ich oczekiwania, przecież powiedzieli…
Nie mógł być taki jak oni.
– O? – wykrztusił w końcu, zdając sobie sprawę, że cisza, która zapadła, musi być co najmniej niezręczna.
Eufemia uważnie mu się przyglądała, już nie udając, że nie dostrzega jego dziwnego zachowania. Teraz próbowała ocenić, co się stało, że stanął na ich progu – rozdygotany i z szaleństwem w oczach.
Nie wiedział, jak głęboko w sobie ma ukryć wydarzenia tego popołudnia, ale oddałby wiele, żeby nikt się o nich nie dowiedział. Inna część umysłu Syriusza niemal żałowała, że nie wypowiedział tych słów, że nie był w stanie – musisz chcieć go użyć, synu, musisz naprawdę chcieć – bo podczas gdy jarząca się różdżka wywoływała strach w oczach wuja Cygnusa, wypowiedzenie tych słów wywołałoby strach w oczach ich wszystkich. Strach był lepszy niż to, co widział, kiedy uciekał na piętro. Chociaż… wtedy stałby się jednym z nich, matka sama to wykrzyczała, wtedy byłby Blackiem.
Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że Eufemia opowiada o przygodach swojego męża w Hogwarcie. Fleamont był Gryfonem – oczywiście – i łamał regulamin szkoły niemal tak samo często jak jego syn.
Syriusz próbował skupić się na jej słowach, ale serce biło mu jak oszalałe, a z tyłu głowy wciąż miał te wszystkie słowa i spojrzenia, które przelały czarę goryczy, które uświadomiły mu – ostatecznie – że jeśli nie przetnie wszystkich więzów, które łączą go z rodziną, to oni wygrają. Żadne mugolskie plakaty, żadne barwy go przed tym nie uchronią. To coś, ten pierwiastek blackowatowści, było w nim jak bomba i mogło wybuchnąć. Jeśli nie ucieknie, to zwariuje i stanie się jednym z nich – nieważne, czy nastąpi to za tydzień, czy za dekadę.
– Och, chyba nie powinnam cię zanudzać opowieściami sprzed stu lat – powiedziała w końcu.
Chciał zaprotestować, zapewnić, że jej opowieści warte są wysłuchania, ale… nie mógł przywołać żadnej z nich. Wolał więc milczeć.
Eufemia wstała ze swojego fotela i, pokrzątawszy się chwilę po kuchni, podczas gdy Syriusz uparcie wbijał wzrok w filiżankę, ruszyła w kierunku korytarza.
– Syriuszu – odezwała się, już u drzwi pomieszczenia – zostań z nami tak długo, jak tylko masz ochotę. Jesteś dla Jamesa jak brat.
Pokiwał tylko głową, bo w gardle znów urosła mu gula, której nie był w stanie przełknąć – tym razem jednak powodem jej powstania było wzruszenie, nie strach czy wstyd. Nie wiedział, czy pani Potter w ogóle widziała jego kiwnięcie, ale nie miało to większego znaczenia. Ich dziwna rozmowa musiała dostarczyć jej więcej informacji, niżby chciał.
Kiedy został sam, wypił jeszcze kilka filiżanek herbaty. Tu, w tej przytulnej kuchni, z tą idiotycznie różową filiżanką w dłoni łatwiej było mu zrozumieć, poczuć, że w końcu jest daleko od sreber i szarości, że właściwie nic, co stało się przy Grimmauld Place – nieważne, jak przerażające i jak bardzo chciałby o tym zapomnieć – nie miało większego znaczenia teraz, kiedy uciekł. Właściwie… czy nie było w tym jakiejś poetyckiej sprawiedliwości? Syriusz nie był fanem poezji i rzadko ją rozumiał, ale wśród wszystkich emocji, które odczuwał – wciąż przygaszone, ale powoli wypełniające jego pustkę – pączkowało coś, co nakazywało mu się śmiać, gdy myślał o tym, że podniósł na nich różdżkę, że ten akt buntu – tak przecież różny od dotychczasowych wyrazów buntu, z którymi się już oswoili – wywarł na nich takie wrażenie. Chciał myśleć, że nigdy nie zamierzał wypowiedzieć tych słów, że nienawiść, którą czuł we krwi, nie była dostatecznie silna, ale… nie wiedział. Nie mógł był pewien sam siebie. Wolał nie być.

Obliviate 8: ulga

Dawno zapadł już zmierzch. Jedynym źródłem światła w motelowym pokoju była blada poświata ulicznej latarni, ale Olga nie zdecydowała się włączyć żarówki, żeby nie ujawnić swojej obecności. Siedziała na łóżku i od dłuższego czasu wpatrywała się w okno w budynku po przeciwnej stronie ulicy.
Nigdy wcześniej nie nocowała w tym motelu, ale mimo to doskonale znała każdy element jego posępnego wystroju, począwszy od koca w kratę pokrywającego łóżko, który z bliska okazał się mieć nie tylko drażniącą fakturę, lecz także nieznośny zapach, poprzez dużą szafę z laminowanej płyty, a skończywszy wyblakłej tapecie w pionowe pasy. Kiedy jeszcze pomieszkiwała u Dymitra, jednodniowe wycinki z życia zupełnie obcych ludzi wdzierały się do jej codzienności za sprawą małej odległości między budynkami i braku zasłon w motelowych pokojach. Zmiana perspektywy była dla niej niekomfortowa – czy ktoś mógł obserwować ją z drugiej strony ulicy i, podobnie jak ona kiedyś, oceniać ją wyłącznie na podstawie tego, co zamierzała robić przez następne godziny? Co by pomyślał, obserwując z dystansu chudą, skuloną kobietę, tak apatyczną, że niezdolną nawet do zdjęcia porwanego płaszcza?
Najważniejsze było jednak to, że pozostawała niewidoczna dla Mitii. Okno jego pokoju było ciemne – była przekonana, że nie wrócił jeszcze do mieszkania. Dawało jej to jeszcze trochę czasu do zastanowienia.
Nie potrafiła jednoznacznie odpowiedzieć sobie na pytanie, co zamierzała zrobić. Wizje, które ledwie do siebie dopuszczała, jeszcze się nie wyklarowały. Wiedziała jednak, co chce osiągnąć, i była zdeterminowana, by to dostać. W wyobraźni z łatwością wpadała do jego mieszkania, obezwładniała go zaklęciem i groziła mu, żądając ujawnienia jego wspomnień z nocy pożaru. Kiedy jednak myślała o tym trzeźwo, wiedziała, że z tym planem zdołałaby dotrzeć najwyżej do jego przedpokoju – nigdy nie była w stanie kontrolować się przy Dymitrze. On zdawał się mieć władzę zarówno nad jej emocjami, jak i nad jej zdrowym rozsądkiem. Z łatwością zdołałby ją rozbroić nawet nie różdżką, ale kilkoma słowami. W ten sposób straciłaby ostatnią marną przewagę, jaką nad nim miała – Olga była pewna, że Dymitr nie miał pojęcia, że nie pamiętała, co dokładnie się wydarzyło. Był jedyną znaną jej osobą, która posiadała kompletną wiedzę na temat tego, dokąd posunęło się ich szaleństwo, ale nie zdawał sobie z tego sprawy.
A jednak musiała wiedzieć – bez względu na cenę.
Nie wyobrażała sobie nic gorszego od trwania w tej nieświadomości. Było coś przerażającego w tym aspekcie modyfikacji pamięci, że nawet ktoś całkowicie pewien swoich kompletnych wspomnień, mógł nie mieć pojęcia, co wydarzyło się naprawdę. W tym sensie uważała, że nikt nie jest zdolny do zabicia w drugiej osobie człowieczeństwa skuteczniej niż amnezjator.
Mimo to nie zawahała się, by odebrać świadomość nie tylko ludziom, wobec których miała ten obowiązek, lecz także dziesiątkom tych, którzy służyli wyłącznie zagłuszaniu jej poczucia winy i wypełnianiu jej zachcianek. W tym nadużywaniu swojej władzy poszła dalej, niż kiedykolwiek się spodziewała – zdołała wyrządzić nieodwracalną szkodę nawet sobie.
Nie było innego wytłumaczenia dla tego, jak wyglądały jej wspomnienia z najbardziej traumatycznej nocy jej życia. Były one do tego stopnia niekompletne i sprzeczne, że wywołałyby niepokój nawet u kogoś, kto nie miał pojęcia o istnieniu zaklęć zapomnienia. Olga wiedziała o pamięci zbyt wiele, by winą za swoją częściową amnezję obarczać wyłącznie nadużywanie alkoholu.
Najwyraźniej zrobiła to sobie sama, chociaż wątpiła, czy była to decyzja świadoma. Nieraz zdarzało jej się użyć czarów bezwiednie, w szczególności gdy miały działać one w jej obronie. Jak jednak mogła choć przez chwilę pomyśleć, że wiedzieć będzie trudniej niż nie wiedzieć, ale podejrzewać? Może ktoś, kto nigdy nie przekroczył własnych granic, nie czułby tego piekielnego poczucia winy, ale Olga nie potrafiła już powiedzieć, czy miała jeszcze jakiekolwiek zasady – czy odkąd związała się z Mitią istniało jeszcze coś, do czego bezwzględnie nie byłaby zdolna.
Najbardziej przerażało ją to, że najwyraźniej od nocy, w której wzniecili pożar, Dymitr traktował ją inaczej, jak równego sobie, jakby przekonał się wtedy, że nie jest samotny w swoich destrukcyjnych zapędach. Trudno jej było odgadnąć, co mogło być tak szalone, żeby zdolne było zaimponować nawet Dymitrowi.
Sądziła, że kiedy założy najgorsze – ze wszystkich koszmarów najgorszy wydawał się ten, w którym pozbawiła życia przypadkowych ludzi, dla zabawy i z powodu własnej głupoty – i kiedy się z tego wyspowiada, będzie mogła się z tym oswoić. Rozmowa z Rogerem ostatecznie utwierdziła ją jednak w przekonaniu, że nie potrafiła sobie przebaczyć niczego, co do czego nie miała ostatecznej pewności. Nie potrafiła czuć prawdziwej skruchy, bo to wyobrażone morderstwo zdawało się tak prawdziwe, jak słuchanie krzyków w sennych koszmarach – dotkliwe, lecz niewystarczające. Dopóki nie miała więc absolutnej pewności, niejednoznaczna interpretacja nie dawała jej szans na odkupienie, którego pragnęła.
Sama myśl o tym, że po latach mogłaby w końcu spojrzeć na siebie w lustrze, przestać wzdrygać się przy każdym wspomnieniu o płomieniach, że mogłaby nareszcie pogodzić się ze sobą, przyniosła jej na chwilę ulgę.
Nie było innej drogi niż przestać bać się prawdy i stawić czoła strachowi przed przysięgą i utratą Dymitra.
Czy przyjechała do Rosji, żeby raz na zawsze to skończyć? Ta myśl była czymś zupełnie nowym – dotąd wydawało się, że przyjechała ostatecznie się poddać. Nagle przed jej oczami stanął obraz, w którym wchodzi do mieszkania Dymitra nie po to, by siłą wyłudzić od niego wspomnienia, do których sama zrzekła się praw. Wyobraziła sobie, że przychodzi do niego całkowicie zdecydowana, żeby je dostać, nareszcie pozbawiona wszelkich skrupułów.
Kiedy w oknie Dymitra zapaliło się światło, Olga mimowolnie się wzdrygnęła. Zupełnie straciła poczucie czasu. Nie zdawała sobie sprawy, że kiedy siedziała, wpatrując się w przestrzeń, wszystkie mięśnie miała napięte. Spróbowała się rozluźnić, ale nie przyniosło to żadnego skutku.
– No chodź – powiedziała do siebie, jakby mierzyła w okno Dymitra z różdżki, czekając w napięciu, kiedy pojawi się jej ofiara, a nie siedziała w bezruchu, bezbronna, ze wzrokiem zafiksowanym na jednym punkcie. – Podejdź bliżej.
Podniosła się z łóżka, powodując tym gwałtowny ból każdego najmniejszego fragmentu jej spiętego ciała. Podeszła do parapetu i poczuła przyjemność na myśl o tym, że gdyby tylko spojrzał w jej okno, mógłby ją dostrzec w delikatnym świetle z ulicy. Bezwiednie zacisnęła dłoń na różdżce i powoli wyciągnęła ją z kieszeni prochowca.
Było jeszcze jedno wyjście, którego wcześniej do siebie nie dopuszczała.
Nigdy nie doszłoby do tego wszystkiego, gdyby nie Dymitr. Bez wątpienia to on był on powodem wszystkich koszmarów, które dręczyły ją przez lata. Przez chwilę pomyślała, jak wyglądałoby jej życie, gdyby nigdy go nie było, i choć jego obecność była w niej tak głęboko zakorzeniona, Olga po raz pierwszy pomyślała, że istniała też droga bez niego, że mogła ją wybrać i gdyby ją wybrała, byłaby innym człowiekiem.
Spojrzała na swoje dotychczasowe życie tak, jakby było tworzywem materialnym – żywym, ale chorym organem. Powoli zaczęła nakreślać w myślach granice, wokół których wystarczyło ciąć, by pozbyć się nowotworu, który toczył jej tkanki. Czy gdyby zdołała go starannie wyciąć, wystarczyłoby jeszcze zdrowego organu, żeby się odbudować?
Ciemna, chuda sylwetka Dymitra pojawiła się w oknie. Olga wpatrywała się w nią intensywnie, zastanawiając się, czy zwróci się w jej stronę. On pozostał jednak obojętny, w pełni pochłonięty swoimi sprawami i przez to nieświadomy decyzji, którą podjęła Olga.
Naprawdę chciała, żeby spojrzał na nią w tym ostatnim momencie, ale nie zamierzała o to błagać ani na to czekać. Sama myśl o tym, że sekundy dzielą ją od tego, żeby Dymitr na zawsze zniknął z jej życia, zabierając ze sobą wszystko, co zniszczył, wystarczyła, by uczynić ten moment najszczęśliwszym w jej życiu. Nie przejmując się tym, że zachowuje się jak wariatka, uniosła wyżej różdżkę i wycelowała nią starannie. Nie obchodziło ją, jak niewielkie ma szanse i nawet nie przeszło jej przez myśl, jak lekkomyślnie postępuje.
Obliviate! – powiedziała głośno, oddając się w pełni uczuciu szczęścia, które całkowicie przejęło nad nią kontrolę. Nigdy wcześniej nie czuła się tak błogo. Jej wspomnienia były w pełni plastyczne, gotowe do kształtowania na nowo.
Nie mogła dłużej powstrzymywać głośnego śmiechu, który cisnął się jej do gardła. Kiedy w końcu wydobył się z niej, rozbrzmiewając głośno w małym pomieszczeniu – śmiech pełen czystej satysfakcji na myśl, jak bardzo dotknie Dymitra to, że w końcu znalazła w sobie odwagę, by żyć bez niego – Olga umarła.

Kości zostały rzucone: rozdział dwunasty

Znalazła go na dywanie w salonie z prawie pustą już butelką wina, osieroconego i niezdarnie naśladującego ich ojca w jego melancholii. Wciąż jednak pił z kieliszka, chwytając się tej zbytecznej elegancji, jakby tylko ona utrzymywała go jeszcze przy zdrowych zmysłach – jego ruchy były precyzyjne, plecy sztywne i tylko ciemnoczerwone plamy na jego szyi zdradzały targające nim emocje. Obejrzał się na nią gorączkowo i widząc jej mokrą od łez twarz, rozpoznał w jej rozpaczy jedynie swoją własną; wyciągnął do niej niecierpliwie rękę, a kiedy zbliżyła się do niego bezwolnie jak po sznurku i uklękła tuż przy nim, on objął ją bez słowa, wczepiając w nią swoje długie, białe palce, chowając twarz w jej swetrze i szukając w niej pocieszenia, którego nie znajdował nawet w tym, że sam przecież ocalał. Ale czy ona nie była ostatnim ocalałym okruchem jego utraconego raju, jedynym stałym elementem pośród tego chaosu, nad którym wciąż jeszcze panował?
Mylił się jednak – nie opłakiwała wcale rozpadającego się na ich oczach świata, który zawsze był tylko jego światem, nigdy jej. Nie opłakiwała Rabastana Lestrange’a, jego brata ani okrutnego losu, jaki czekał ich teraz po aresztowaniu. Nie opłakiwała śmierci Edgara Bonesa, nieuniknionej, a przy tym tak niesłusznej i pozbawionej znaczenia pośród zbyt wielu innych, podobnych śmierci. Wreszcie nie opłakiwała nawet samej siebie. Zbyt długo jednak powstrzymywała się od łez, by odmówić ich sobie teraz, gdy nie został już nikt, przed kim musiałaby się z nimi kryć – gdy nawet on nie potrafił już wykorzystać ich przeciwko niej.
Przeczesała palcami jego ciemne, lśniące włosy; teraz, gdy to ona miała nad nim władzę, czułość przychodziła jej niemal naturalnie, bez wysiłku. Możliwe, że miała ją już wcześniej, tylko tego nie dostrzegała. Czy od zawsze nie była wcieleniem wszystkich jego lęków, rysą na jego ambicji, ostatnim wyrzutem sumienia, którego pragnął się wyrzec? Czy jeszcze w szkole Rabastan Lestrange nie wyśmiał jej, gdy z taką naiwnością wyznała mu, jak niewiele znaczyła dla swojego brata? Już wtedy wiedział, że znaczyła dla niego zbyt wiele, by mógł to znieść; już wtedy wszyscy wokół byli dla niego jedynie sumą ich słabości.
Dotąd karmili się nawzajem jedynie samymi kłamstwami, ale teraz nie mieli już nikogo poza sobą i nie musiała go dłużej zwodzić ani oszukiwać. Wreszcie zostali sami – kiedy więc zapytał ją, co zrobiła ze swoim bękartem, powiedziała mu prawdę, choć na nią nie zasługiwał.
Nie mogła już dłużej być jej matką. Uświadomiła to sobie gdzieś pomiędzy zielonymi wzgórzami północnej Walii a lśniącym od deszczu londyńskim brukiem, spoglądając na jej wykrzywioną, czerwoną od krzyku twarz i nic już nie czując. Nawet nie próbowała jej uspokoić; nie mogła. Czy nie tak miało właśnie wyglądać jej życie? Czy odtąd nie miało być w nim jedynie więcej łez, strachu i cudzych grzechów? Czy to nie ją miała kiedyś za to wszystko winić? Dla świata miała być jedynie bękartem mordercy – a jednocześnie prawda o jej faktycznym ojcu była zbyt okrutna, by mogła przynieść jej ukojenie, poczucie przynależności, zrozumienie. Nie należałaby nigdzie, rozdarta między dwoma ojcami i ich odmiennymi światami, aż w końcu musiałaby poświęcić część siebie i wybrać jeden kosztem drugiego – o ile było to w ogóle możliwe. Raelyn nigdy się to nie udało, choć przecież próbowała. Próbowała.
Amelia Bones wpuściła ją do swojego ciasnego, wypełnionego książkami aż po sufit mieszkania z niechęcią, której nawet nie próbowała ukryć. Była jednak córką swojego ojca, więc uprzejmość wygrała w niej z resentymentem i przez zaciśnięte zęby zaproponowała jej filiżankę herbaty. Nie uroniła ani kropli, lewitując porcelanę swojej matki i usiadła sztywno w fotelu obok, odkładając różdżkę na kolana, jakby śpiące dziecko w ramionach Raelyn to było za mało, żeby jej zaufać. Sama jego obecność wydawała się ją obrażać i tylko prychnęła rozjuszona, słysząc jego imię; nazwanie imieniem jej matki bękarta człowieka, który ją zamordował, musiało jej się wydawać okrutnym żartem.
Jakimi słowami miała ją przekonać? Już wcześniej nie potrafiły się porozumieć, ale wtedy był z nimi Edgar, który zagłuszał całym sobą tę narastającą między nimi ciszę i zawsze w końcu zmuszał je do powiedzenia głośno tego, czego bez niego nie odważyłyby się nawet pomyśleć. Tamtego lata wszystko wydawało się możliwe; teraz jednak każdy oddech miał swoją cenę i Raelyn nie zamierzała trwonić go na skamlenie o litość. Zniecierpliwiona kazała jej spojrzeć na to dziecko, które z taką determinacją omijała dotąd spojrzeniem i nie czekając, aż ta dopiero zasiana w niej wątpliwość zapuści korzenie, powiedziała wprost:
– Nie mogę już dłużej być jej matką.
W surowych, błękitnych oczach Amelii Bones, oczach jej ojca, błysnęła panika. Spojrzała na nią poruszona, na moment zapominając o wszystkim, co dzieliło je teraz i w przeszłości; Raelyn nie potrafiła jednak wyjaśnić jej, co nią kierowało, podobnie jak nigdy nie potrafiła wyjaśnić Edgarowi, przed czym uciekała i że czasem uciekała w jego ramiona jedynie przed samą sobą. Targało nią tak wiele sprzecznych emocji, że równie dobrze mogła nie czuć niczego. Jej gotowość poświęcenia samej siebie była jednocześnie pragnieniem uwolnienia się od ciężaru odpowiedzialności za to kruche życie, które z siebie wydała. Dławiąca, zalewająca ją falami czułość – palącym poczuciem winy. Strach przed tym, co miało dopiero nadejść – przekonaniem, że ten jeden, jedyny raz postępowała słusznie.
Być może nie istniały właściwe słowa na opisanie tego wszystkiego, a może tylko ich nie znała – i chociaż żaden powód z osobna nie wydawał się wystarczający, by wyrzec się własnego dziecka, wszystkie razem sumowały się w nieuniknioną konieczność. Nie dbała o to, co Bonesowie mieli o niej myśleć i mogli przeklinać ją przez resztę jej dni, jeśli tylko mieli zapewnić Susan przyszłość wolną od jej grzechów.
Nie zostawiła im zresztą wyboru.
Reese tylko zamrugał rozpaczliwie, bezradny wobec jej szczerości. Nie był już nawet w stanie wzbudzić w sobie słusznego gniewu z powodu tego kłamstwa, które mogło ich kosztować tak wiele, gdyby zostało odkryte – jakie miało to jednak znaczenie teraz, gdy zostali sami na zgliszczach jego marzeń? Odepchnął ją jedynie rozdrażniony. Czas czułości minął.
W dniu, w którym Lestrange’owie zostali skazani na dożywocie w Azkabanie, rozbił całe szkło, płacząc z wściekłości i ciągnął ten spektakl całą noc; jego rozpacz pozwalała jej jednak zagłuszyć tę zimną pustkę, jaką czuła, przyglądając się białej, ściągniętej twarzy Rabastana Lestrange’a z pierwszej strony Proroka Codziennego, tak przecież różnej, a jednocześnie tak podobnej do twarzy jego ojca, która przed laty spoglądała na nich w Wielkiej Sali z dziesiątek kopii. Sprawiał wrażenie starszego, niż był w rzeczywistości; próbowała jeszcze uchwycić jego spojrzenie, jakby w ten sposób mogła poznać jego myśli i podzielić się z nim własnymi, ale jego oczy wciąż nerwowo śledziły coś poza kadrem.
Czy żałowała tego, co zrobiła? Nie była pewna, czy kiedy powiedziała Amelii Bones o tamtych krzykach w zapomnianej posiadłości, była gotowa skazać go na resztę życia pełnego udręki; czy nie żywiła czasem nadziei, że aurorzy go po prostu zabiją. Teraz chwytała się przekonania, że musiało się to skończyć w ten sposób, że nie była to jej odpowiedzialność i wciąż od nowa czytała, co zdążyli zrobić Longbottomom – a kiedy i to zawodziło, zaciskała powieki i ze wszystkimi detalami wyobrażała sobie morderstwo Susan Bones, licząc jej kolejno obcięte palce, wszystkie dziesięć. Czy przynajmniej ona nie zasługiwała na taką sprawiedliwość, w jaką wierzyła?
O świcie znalazła swojego brata nieprzytomnego na dywanie i usiadła przy nim, wsłuchując się w jego płytki, urywany oddech, każdy brzmiący jak pierwszy zaczerpnięty po wypłynięciu na powierzchnię z lodowatych głębin. Długo przyglądała się jego drżącym, bezkrwistym wargom, śladom wymiocin na jego szacie, strzępom Proroka Codziennego w jego kurczowo zaciśniętej dłoni, zastanawiając się bezwiednie – jakie to uczucie wzlecieć tak wysoko tylko po to, by teraz upaść tak nisko?
W końcu uznała, że już wystarczy.
Przyłożyła swoją drobną, kojąco chłodną dłoń do jego rozpalonej twarzy i odgarnęła mu z czoła mokre od potu kosmyki, a kiedy otworzył oczy, z trudem skupiając na niej wzrok, podała mu szklankę wody. Przyjął ją bez słowa; podniósł się ostrożnie i upił mały łyk, potem drugi i trzeci.
To było niemal zbyt łatwe.
– Pamiętasz, jaki byłeś wściekły, kiedy przyszły moje wyniki sumów? – zapytała w zamyśleniu, wpatrując się w jego poruszającą się z wysiłkiem krtań. Zdawał się jej nie słuchać. – Rozbiłeś mi wtedy wargę, tak bardzo chciałeś, żebym kontynuowała eliksiry. Miałeś oczywiście rację, ale dopiero teraz potrafię to docenić. – Po czym dodała z nadzieją: – Jesteś zadowolony z postępów, jakie zrobiłam?
Wypiwszy ostatni łyk, cisnął szklanką w głąb pokoju, gdzie ta rozbiła się wrzaskliwie na ścianie i dopiero później spojrzał znużony na Raelyn, nic nie rozumiejąc z tego, co do niego mówiła. Nie miało to jednak znaczenia; w końcu miał zrozumieć.
– Wiesz, kto nauczył mnie tak dobrze warzyć ten eliksir? – podjęła pozornie bez emocji, wciąż nie potrafiąc jednak wypowiedzieć jego imienia, nie w tym domu, nie przy nim. Westchnęła z rezygnacją. – Nie musiałeś go zabijać, Reese. Nie w ten sposób.
Przymknął ze zmęczeniem powieki i odwrócił twarz, jakby dźwięk jej głosu sprawiał mu ból. Pochylił się do przodu i oparł na drżących dłoniach, krztusząc się i plując na dywan czerwoną śliną.
– Nie dostrzegasz pewnej ironii w tym, że zawsze tak bardzo mierziła cię słabość charakteru naszego drogiego ojca, choć on przecież zabił naszą matkę za samą próbę zdrady, podczas gdy ty nie potrafiłeś zabić mnie? – ciągnęła, obserwując z pewnym znudzeniem, jak jego ciałem wstrząsają coraz silniejsze konwulsje aż w końcu wymiotuje gęstą, ciemną krwią, łudząc się jeszcze zapewne, że było to tylko wino. – Dlaczego tego wtedy nie zrobiłeś? – drążyła z uporem, ale nawet gdyby chciał, nie mógł udzielić jej teraz odpowiedzi, więc w końcu ucięła: – Powinieneś. Tak byłoby lepiej. Nie tylko dla ciebie.
Wezbrał w niej gwałtownie żal, że mógł zakończyć to już dawno temu, że mógł jej tego wszystkiego oszczędzić, ale tego nie zrobił – ze strachu przed samotnością lub ze zwykłego wyrachowania, nie miało to dla niej większego znaczenia. Pomyślała o Susan, która nie przyszłaby na świat – której nigdy nie musiałaby się wyrzec; o Edgarze, który mógłby wciąż żyć – którego śmierci nie musiałaby opłakiwać; wreszcie o Rabastanie Lestrange’u, który nadal by się ukrywał – którego nigdy by nie zdradziła.
Nachyliła się do niego, czując jak gniew rośnie jej w gardle.
– Może wciąż jeszcze by ich szukali – wyszeptała mu do ucha. – Może nigdy by ich nie znaleźli.
Nie od razu dotarł do niego sens jej słów. Otarł usta wierzchem dłoni i przez sekundę, dwie wpatrywał się jedynie w czerwoną plamę na dywanie przed sobą; dopiero potem z wysiłkiem obrócił głowę w jej kierunku i spojrzał na nią szeroko otwartymi oczami, nie wierząc jeszcze, że to zrobiła, że była do tego zdolna. A przecież to on ją do tego pchnął – to on latami badał jej granice, przesuwał je coraz dalej i dalej, aż w końcu wydawało się, że nie zostały już żadne.
Zawył jak zranione zwierzę i rzucił się na nią, rzężąc i krztusząc krwią. Przygniótł ją do podłogi całym sobą; był już jednak zbyt słaby, by jej zagrozić i po chwili rozpaczliwej szarpaniny to ona znalazła się na nim, siadając mu na klatce piersiowej i ciężarem swojego wątłego ciała odbierając mu ostatni oddech. Próbował jeszcze sięgnąć do jej szyi, ale jedynie ją zadrapał.
– Śmiałeś się, kiedy obiecałam ci, że cię zabiję – wysyczała mu twarz z zimną wściekłością, czując pod sobą konwulsje wstrząsające jego ciałem. Chwyciła go za szczękę, żeby unieruchomić jego głowę i uniemożliwić mu wyplucie krwi, którą się dławił. – Dlaczego teraz się nie śmiejesz?
Oczy uciekły mu w głąb czaszki i poczuła, jak uścisk jego długich palców na jej przedramieniu słabnie, jak jego ciało napręża się całe w agonii, a potem wiotczeje i w końcu nieruchomieje.
Nie odpowiedział. Nie żył już.
Zapadła cisza, przerywana jedynie jej chrapliwym oddechem. Bała się poruszyć, jakby jego klatka piersiowa znów miała wypełnić się oddechem, jeśli tylko uwolni ją od ciężaru swojego ciała; jakby miał mrugnąć rozbawiony i wykrzywić czerwone od krwi wargi w uśmiechu, gdy tylko odważy się odwrócić wzrok od jego twarzy. Cała się trzęsła i nie od razu uświadomiła sobie, że płacze; minęły długie minuty, zanim uwierzyła, że był martwy.
Podwinęła lewy rękaw jego szaty aż po łokieć, szukając na jego przedramieniu Znaku, ale w miejscu, w którym Rabastan Lestrange nosił swój, jego skóra była jasna i gładka; sprawdziła drugą rękę, nie znajdując na niej żadnych śladów czarnej magii i tylko wrzasnęła przeciągle, oszołomiona i wściekła. Nie myśląc o tym, co robi, złapała kawałek rozbitego szkła i w amoku pocięła jego lewe przedramię, tnąc zajadle, do samej kości; napluła mu jeszcze w twarz i dopiero wtedy zerwała się na równe nogi, przerażona samą sobą.
Czy to możliwe, że wraz z utratą Rudolfusa Lestrange’a zgasło w nim to niezaspokojone pragnienie władzy, ta paląca go ambicja, wreszcie nawet wola przetrwania? Czy był nim opętany do tego stopnia, że nie będąc naznaczonym, nie potrafił wykorzystać szansy na odnalezienie się w nowym porządku bez niego? Zawsze czuła, że ten niebezpieczny, głęboki afekt, jakim darzył go odkąd sięgała pamięcią, prędzej czy później go zgubi; nie podejrzewała tylko, że to ona wykorzysta go przeciwko niemu, a nie sam Rudolfus Lestrange.
Myśl, że zabiła go już w momencie, w którym zdradziła i skazała na Azkaban tego, który znaczył dla niego więcej niż on sam, a nie dopiero teraz, wydała jej się dziwnie kojąca i jej oddech wyrównał się z wolna, a serce zwolniło, wracając do normalnego rytmu. Czy ostatecznie nie było to najlepsze, co mogło go spotkać? Czy nie okazała mu litości, której on nigdy nie okazał jej? Uśmiechnęła się do swoich myśli, spoglądając na jego ciało po raz ostatni niemal z czułością.
Wreszcie była prawdziwie wolna.

Obliviate 6: radość

Dymitr pojawił się w barze pod koniec października.
Na pierwszy rzut oka w ogóle się nie zmienił. Tacy jak on nigdy się nie starzeli. Ich sylwetka nie nabierała masy, ręce i nogi pozostawały kościste, obciągnięte półprzezroczystą skórą, z wyraźnie zaznaczonymi, niebieskimi żyłami. Miał chyba nieco dłuższe włosy, przez co jego fryzura zupełnie straciła kształt, a czarne kosmyki kręciły się lekko, uciekając we wszystkie strony. Z bliska widać było, że rysy tylko nieznacznie mu się wyostrzyły, a nieliczne, płytkie zmarszczki mimiczne na stałe odciskały na jego twarzy charakterystyczny ironiczny uśmiech. Mimo że golił się na gładko, ciemna broda odznaczała się na skórze w postaci sinego cienia. Zasadniczo wciąż wyglądał, jakby wczoraj skończył siedemnaście lat.
Zauważył ją od razu.
– Wróciłaś – rzucił entuzjastycznie na powitanie, oplatając ją ramieniem i składając mokry pocałunek na jej ustach. Bez pytania rozsiadł się na miejscu obok. Omiótł ją badawczym spojrzeniem, a potem stwierdził fachowo: – Wciąż żyjesz. Niezłe osiągnięcie, co nie, Szatow?
W ciągu ostatnich tygodni Olga przychodziła tutaj i siadając codziennie na tym samym miejscu, nieustannie odgrywała w głowie scenę tego spotkania, dopuszczając całą gamę scenariuszy. Teraz zrozumiała, że najbardziej bała się, że Dymitr nie pojawi się w ogóle, że będzie zmuszona odgrywać ten refren bez końca, aż umrze tu z przepicia, braku snu lub szaleństwa. Nie mogła więc czuć nic poza ulgą. W pewnym sensie jego widok był dla niej wybawieniem.
– Jak życie? – zapytał nagląco.
– Jak widać – odpowiedziała chłodno.
– Musiałem cię trochę pogonić – dodał przepraszająco, przybliżając się nieco, tak że mogła teraz oglądać go z bliska, topiąc się w czarnych oczach. – Zaczynałaś zapuszczać korzenie.
Nawet jej to nie obeszło.
Początkowo myślała, że to naprawdę paranoja – nawet Adam, który okazywał jej najwięcej zrozumienia z racji miejsca, jakie zajmowała w jego życiu, nie uważał, by strach przed ogniem mógł być tak silny, by nie być zdolną do kasowania pamięci ofiarom większych pożarów. Z czasem jednak uznał to za niegroźną przypadłość, coś jak alergię na kurz. Olga jednak nie mogła się uspokoić – te drobne incydenty rozpoczęły się zbyt nagle, zwieńczone wybuchem Szatańskiej Pożogi w czerwcu. Kiedy Adam albo Paige wspominali o jakimkolwiek pożarze, Olgę ogarniała panika, która jak trucizna rozlewała się po całym jej ciele, paraliżując jej ruchy. Kiedy tylko zobaczyła Dymitra, zadowolonego, jakby właśnie udało mu się wyciągnąć mysz z nory tylko po to, by za chwilę zatrzasnąć ją w pułapce, nie miała już żadnych wątpliwości. Właściwie mógł się nie odzywać. Powiedział już wszystko, podpalając mieszkanie Adama.
Wpatrywała się w swojego oprawcę pustymi oczyma; taka już była rola myszy.
– Zdradziłam cię na milion sposobów – powiedziała mu jadowicie w twarz. Nawet by nie mrugnął, gdyby na niego napluła.
Uśmiechnął się tylko, jakby z grzeczności chwalił ją za odrobienie pracy domowej.
– Ale nigdy nie powiedziałaś policji, co naprawdę się stało – zauważył. Czekał na jej reakcję z sadystyczną przyjemnością wypisaną na twarzy. Pożerał ją wzrokiem.
Olga prychnęła.
Myślała o tym wcześniej setki razy – naprawdę uważał, że nie brała tego pod uwagę? Podejrzewała, że naprawdę uważał, że tamtej nocy pokazał jej jakiś swój sekret, odsłonił słabość, w pewnym sensie naraził się, pokazując jej, co go napędza. Czy wyjawienie tego komuś byłoby zdradą? Wałkowała ten temat bezustannie, ostatecznie zawsze wybierając milczenie. Gdyby powiedziała prawdę, to ona byłaby skończona – w żadnym razie nie milczała, by go chronić, chroniła tylko swoją ostatnią drogę do normalnego życia.
Zupełnie jakby taki powrót był jeszcze możliwy.
– To by mnie zabiło? – zapytała obojętnie.
Było to jedno z pytań, które najczęściej sobie zadawała. Czy to mnie zabije? Z czasem odpowiedzi „tak” i „nie” przestały się od siebie różnić –„tak, umrę” wydawało się identyczne z „nie, przeżyję”, bo w pewnym sensie dawno czuła się martwa.
– Nie – odpowiedział jej natychmiast. – Bez znaczenia, dopóki wciąż chciałaś do mnie wrócić. Czy to nie jest prawdziwa lojalność?
Nazwałaby to raczej prawdziwym szaleństwem.
Wypili jeszcze kilka drinków, zanim przenieśli się do jego zapyziałej kawalerki.
Uprawiali seks na blacie we wnęce kuchennej – był to najwygodniejszy punkt najbliższy drzwi, wybrany starannie podczas wszystkich wcześniejszych razów. Tyłek Olgi wpasował się idealnie pomiędzy puste kieliszki do wódki i porozrzucane fiolki po eliksirach. Nie dała się rozproszyć przez nieprzyjemne uczucie na gołej skórze, gdy przykleiła się do plamy zaschniętego wina, bo to było jak powrót do domu – niezbyt ekscytujące, ale rozluźniające, zaspokajające podstawową tęsknotę. Znali swoje ciała zbyt dobrze, by mogła wystąpić jakąkolwiek niezręczność, ta idealna synchronizacja dążyła prosto do celu. Zawsze wydawało jej się dziwne, że ktoś tak niestabilny, niepogodzony z samym sobą potrafił wygenerować poczucie absolutnej harmonii.
Po wszystkim przenieśli się do łóżka i Dymitr natychmiast zasnął, a Olga przez kilka godzin leżała, rozczochrana, naga, wplątana w jego ciało i zmiętą pościel tak, jak ją zostawił, i napawała się poczuciem idealnej pustki. Pustka była znacznie lepsza niż to, co odczuwała w ostatnich tygodniach – narastający lęk, stopniowo ogarniający ją obłęd. Nie potrafiła sobie wyobrazić, co stałoby się z nią, gdyby miała tak żyć przez kolejne tygodnie, świadoma nadchodzącego wybuchu.
Poruszyła kilkakrotnie biodrami, próbując pobudzić Mitię, ale ten spał jak kamień.
Przewróciła się na plecy i zapaliła papierosa, którego końcówka była jedynym jasnym punktem w pomieszczeniu.
Gdyby miała być ze sobą zupełnie szczera, musiałaby przyznać, że oczekiwała jednak czegoś więcej. Nie pamiętała już, jak to było za pierwszym razem. Ku jej zdziwieniu, ze znajomości z Mitią pamiętała więcej z pocałunków niż z pieprzenia; pewnie dlatego, że była wtedy prawdziwie naiwna, że czuła, że znalazła swoje idealne dopełnienie, do którego ciągnęła ją jakaś niewyobrażalna siła, pierwotna i niemożliwa do przezwyciężenia. Wydawało jej się, że nawet jeśli wiedziałaby, że to uczucie ją zgubi, dałaby się zniszczyć jeszcze raz i tak bez końca.
Wtedy myślała, że to jakieś absolutne spełnienie, że do tego punktu dąży każdy człowiek, że desperackie pragnienie utrzymania się w tym najwyższym punkcie to cały sens życia.
Nic dziwnego, że tak bała się to stracić.
Nic dziwnego, że to, co przyszło później, tak nią wstrząsnęło.
Czy w całym świecie ktoś poza nią przeżył coś takiego? Uwielbiała zadawać sobie to pytanie, gdy tylko ogarniał ją żal za straconą duszą. Wracała do tej chwili za każdym razem, gdy tłuści mężczyźni leżeli na niej, poruszając się leniwie. Miała jedno wspomnienie, które było jak pstryczek w jej mózgu, aktywujący podniecenie i doprowadzający ją na szczyt; działo się tak w pewnym oderwaniu od tego, jak reagowało jej ciało.
Czy w całym świecie ktoś poza nią przeżył coś takiego? Kiedy uciekła od Dymitra, czuła tylko bezdenną beznadzieję. Uciekła do Anglii, zastanawiając się, czy ma to jakikolwiek sens, a śmierć była jedynym, czego pragnęła. Nigdy nie powiedziała Rogerowi, że kiedy przespała się z nim po raz pierwszy, była absolutnie przekonana, że każdy kolejny, głośniejszy oddech będzie jej ostatnim. Wtedy jeszcze rządziło nią przekonanie, że taka prosta zdrada od razu ją zabije, ale kiedy tak się nie stało, brnięcie w to dalej, pozwalanie sobie na coraz więcej w tej szalonej fantazji na temat samobójstwa, zaczęło sprawiać jej masochistyczną przyjemność. Za tym pierwszym razem doszłaby nawet, gdyby Roger dotknął ją tylko raz.
To rzecz jasna szalenie wysoko postawiło poprzeczkę poszukiwania czegoś, co zapewniłoby choćby podobny poziom adrenaliny, daleko przekraczając przy tym granice tego, co kiedyś uważała za moralne. Choć szukała wiele lat, nigdy nie poczuła już niczego podobnego.
To, że przeżyła, rodziło kolejne pytania. Może przysięga była pijacką halucynacją, a może to, że nigdy nie wypowiedziała jej na głos, blokowało jej egzekucję?
Była to idiotyczna nadzieja, która dusiła sama siebie.
Kiedy w chwilach spędzonych z Rogerem czuła, że serce jej topnieje, że na widok jego gęstych rzęs albo orlego nosa zaczęła czuć coś prawdziwego, przychodziła jej na ratunek przeciwwaga, która była wystarczającą i prawdziwą odpowiedzią. Rozsądek podpowiadał milion powodów, dla których Roger zasługiwał na bycie tylko zabawką, a cisnący wnętrzności instynkt przetrwania zabijał każdą myśl naznaczoną czułością. To było jak sztucznie wykreowany wyrzut sumienia. Może właśnie na taki zasługiwała, skoro w naturze żadnego nie wykształciła.
Zapomniana końcówka żarzącego się papierosa spadła na skórę Olgi, przywracając ją do rzeczywistości. Syknęła głośno i odskoczyła, zrzucając z siebie popiół i z przerażeniem patrząc na czerwony ślad poniżej jej obojczyka, który był widoczny nawet w gęstej ciemności.
Dymitr przebudził się, zbliżył nos do jej ucha i powiedział cicho zaspanym głosem:
– Czegoś mi jednak brakuje.
Olga zamarła, niepewna, co może się wydarzyć. Mitia nie znosił, gdy czegoś mu brakowało. Dzięki temu tak długo, jak długo Olga zaspokajała wszystkie jego zachcianki, była bezpieczna i mogła trwać w swojej pustce.
– Chciałbym, żebyś powiedziała to głośno – wyjaśnił.
Olga wciąż milczała, bojąc się poruszyć.
– Żebyś się przyznała, że to ci się naprawdę podobało. Że nie powiedziałaś nikomu nie przez jakąś durną przysięgę, nawet nie żeby mnie chronić, ale dlatego, że naprawdę cię to jarało. Piękne były te płomienie, no nie, Szatow? Wzbijające się wysoko, dzikie, niepokonane… Wiesz, czym jest dobra zabawa. Powiedz to.
W Oldze wezbrała się odraza, niepodobna do niechęci, którą czuła wobec Dymitra czy Adama, wobec wszystkich swoich przypadkowych kochanków – był do głęboki wstręt do siebie samej, jakiego nie poczuła nigdy wcześniej.
Nie odpowiedziała. Odwróciła się w stronę Dymitra i pocałowała go gwałtownie. Dymitr uznał to za wystarczającą zachętę i wszedł w nią niecierpliwie. Było boleśnie; szybkimi ruchami wbijał się w nią głęboko, próbując ją rozerwać.

 

Obliviate 5: smutek

Olga przetarła twarz dłońmi, wpatrując się tępo w kieliszek. Niespecjalnie pamiętała, jak w ogóle się tu dostała, gdzie sypiała, czy miała przy sobie portfel, kiedy ostatnio jadła i czy myła włosy albo zęby – było jej to zupełnie obojętne tak długo, jak długo utrzymywała w żyłach odpowiednie stężenie alkoholu.
Bez namysłu sięgnęła po kolejną porcję wódki. Siła pędu, z jaką uniosła kieliszek, żeby wlać sobie do gardła uzdrawiającą ciecz, spowodowała, że zachwiała się na wysokim stołku.
Jej wzrok mimowolnie padł na lustro za barem. Między butelkami dostrzegła odbicie, w którym z trudem rozpoznała swoją własną twarz. Odbicie zmrużyło oczy co najmniej dwie sekundy po tym, jak zrobiła to Olga, jednak nawet wówczas nie udało mu się skupić wzroku ani utrzymać ostrości w jednym punkcie. Olga zaśmiała się sobie w twarz i uniosła kolejny kieliszek na znak toastu. Niema, żałosna towarzyszka z naprzeciwka poszła w jej ślady.
Grupka podejrzanych typów pokazywała sobie Olgę palcami, a ona chciała ich zganić, zagrozić im, może nawet ich zmiażdżyć – Olga, która potrafiła to wszystko, pozostała jednak w Wielkiej Brytanii. Olga, która przekroczyła granicę Rosji, do której obiecała sobie przenigdy nie wracać, była całkowicie bezsilna wobec ludzi, którzy ją wyśmiewali.
Mogła co najwyżej na nich krzyknąć, jednak dźwięk, który wydobył się z jej gardła, okazał się cichym chrząknięciem. Czuła przemożną chęć wyplucia na blat flegmy, która zalegała w jej ciele, ale na samą myśl o śliskim, zielonym roztworze, który wypełniał ją po brzegi, poczuła mdłości.
Podparła ciężką głowę ręką, a jej łokieć zahaczył o rząd kieliszków i sto albo dwieście mililitrów wódki powoli rozlało się na blacie, leniwie wypuszczając ruchome odnóża w stronę Olgi. W końcu dotarły do brzegu blatu i zimna struga alkoholu rozbiła się o jej prochowiec.
Zniosła to, z wyższością ignorując mokrą plamę. Zamknęła oczy, dając ukojenie ciężkim powiekom i zmęczonym oczom, którym szkodziła każda ilość światła.
Barman podszedł najpierw do Dymitra, któremu polał to, co zawsze, klepiąc go po ramieniu. Wymienili kilka słów, których Olga nie dosłyszała, choć zajęta była obserwowaniem tej sceny z drugiego końca lady barowej. Ani Dymitr, ani barman zdawali się jej nie zauważać. Powoli sączyła swoją wódkę z sokiem pomarańczowym zastanawiając się, co właściwie myślała sobie, przychodząc do tej speluny w piątek wieczorem, w dodatku zupełnie sama.
Dymitr wprawionym gestem wychylił szklankę swojego trunku i zupełnie nieoczekiwanie, zanim jeszcze Olga zdążyła odwrócić wzrok, wstał i podszedł w jej stronę. Czuła się, jakby ktoś ją spetryfikował, nie mogła ruszyć się o milimetr.
Przysunął sobie stołek i usiadł niemożliwie blisko niej.
Pochylił się nad nią, a ona poczuła jego ciepły, alkoholowy oddech na swojej szyi.
Wciągnęła powoli powietrze.
– Co jest, Szatow? – zapytał beztrosko, z wyraźną przyjemnością mówiąc jej po nazwisku, które w jego ustach brzmiało jak przekleństwo. Nie zadał sobie trudu, żeby patrzeć jej w twarz. Pstryknął na kelnera, co zainicjowało powtórkę sceny z nalewaniem trunku z tą różnicą, że tym razem barman ją zauważył, zmierzył oceniającym wzrokiem i uśmiechnął się krzywo, a potem nalał jej to samo. – Chciałaś się zabawić?
Miał drażniący, ochrypły od picia i papierosów głos.
Olga czasami zastanawiała się, czy rzucał swoimi prostackimi uwagami na oślep, czy może niepostrzeżenie czytał jej w myślach, zanim je formułował, by móc dręczyć ją jeszcze dotkliwiej. Chociaż z ich dwojga to ona naprawdę znała się na legilimencji, nigdy nie miała odwagi tego sprawdzić.
– Coś w tym stylu – powiedziała obojętnie, nieoczekiwanie odzyskując głos. Podniosła rękę i podtrzymała jego brodę wyżej, kierowana uzasadnioną obawą, że jeszcze chwila, a jego twarz wylądowałaby w jej dekolcie.
W odpowiedzi wyprostował się, uśmiechnął się drwiąco i objął ją w pasie. Olgę przeszył dreszcz, tym silniejszy, że desperacko powstrzymywany. Dymitr zignorował go, odgarnął z czoła swoją czarną czuprynę, a potem sięgnął po swoją szklankę, drugą podając Oldze.
– W takim razie zróbmy to – zadecydował za nich dwoje.
Trzy godziny później niemal leżeli na blacie.
Morze alkoholu spowodowało, że Olga śmiała się histerycznie, wpatrując się w Dymitra. Byli tak blisko siebie, że niemal stykali się nosami. Mówiła mu rzeczy, które zalegały na samym dnie jej podświadomości. Bez cienia zażenowania, bez żadnej kontroli i bez najmniejszej obawy przed konsekwencjami. Miała wrażenie, że przez tych parę godzin zdążyła zarazić się od niego jakąś nieznaną, egzotyczną chorobą, która teraz powodowała, że wszystko ją paliło, ale też że czuła się żywa jak nigdy wcześniej.
– Zawsze… – wyznała z trudem, cedząc słowa, które nie chciały wychodzić z niej w normalnym tempie, hamowane przez alkohol. – Zawsze kojarzyłeś mi się z wolnością.
Dymitr prychnął jej w twarz i zaśmiał się krótko.
– Ty zawsze byłaś dla mnie nudziarą – powiedział po prostu.
Nie protestowała i nie oburzała się. Gdyby nie była nudziarą, nigdy nie ciągnęłaby w jego stronę. Właśnie fakt, że uosabiał wszystko to, czego sama nie mogła w sobie wykrzesać, tworzył tę niezrozumiałą chemię. Znała go, od kiedy się urodził. Przez lata obserwowała go z boku, zafascynowana jego niedojrzałością, niezdolnością do zaangażowania, skłonnością do podważania każdej zasady i – choć jego gwałtowny i bezsensowny bunt prowadził jedynie do autodestrukcji – zazdrościła mu go z całego serca.
– Powiem ci coś – obiecał, pokazując jej, żeby przysunęła się bliżej. Zrobiła to, jakby przyciągana magnesem. Pocałował ją mocno, zabierając jej oddech. Olga na chwilę się zamknęła, by po kilkunastu sekundach wybuchnąć mu w twarz śmiechem.
– Mówię poważnie – powiedział poważnie.
Olga cała była znakiem zapytania.
– Mój sekret– powiedział. – Jeśli tylko obiecasz, że nigdy mnie nie zdradzisz.
Zaśmiała się. Obiecać to było tak łatwo, jak oddychać.
– Obiecuję, że nigdy cię nie zdradzę – odpowiedziała gorliwie, nieco brzydząc się swojego służalczego tonu. Czuła, że ciekawość wypełnia ją po brzegi, że zrobiłaby w tym momencie wszystko, by tylko ją zaspokoić.
Pokręcił głową i wrócił do swojego drwiącego uśmiechu.
– Myślałaś, że uwierzę ci na słowo?
Z trudem podniósł głowę i wyciągnął różdżkę z tylnej kieszeni spodni. Zachwiał się na stołku, jednak wprawa pozwoliła mu szybko odzyskać równowagę.
Nie od razu zrozumiała, co miał na myśli, a kiedy w końcu to do niej dotarło, w jej głowie nie włączył się żaden alarm. Wspaniale było nie słyszeć w głowie natrętnego głosu rozsądku – czyżby dotarła do granicy, za którą nic już nie było przeszkodą?
Ich gwarantem był barman, którego nie obchodziło zupełnie, że dwoje zalanych w trupa ludzi związuje się na śmierć i życie przysięgą, której nawet nie wypowiedzieli na głos. Nie obchodziło go to tak długo, jak długo zarzekali się, że wyjdą natychmiast po tym, jak przypieczętuje im Wieczystą.
Światło z różdżki, które splatało ich dłonie było tak jasne, że Olga mimowolnie przymknęła powieki, aby nie wypaliło jej oczu.
Ocknęła się gwałtownie.
Podniosła obolałą głowę, czując już nie tylko mdłości, lecz także silny ból wewnątrz czaszki, po którym rozpoznała, że musiała uderzyć głową w ladę. Kątem oka widziała, jak zbliża się barman. Ostrożnie postawiła nogi na ziemi, starając się ignorować silne zawroty głowy. Wytarła mokre ręce w mokry płaszcz.
Barman chwycił ją za rękaw i spojrzał na nią groźnie.
– Odwal się – powiedziała mu z serca tym samym zachrypniętym głosem, którego używała wcześniej w beznadziejnej próbie dania nauczki menelom.
– Vladimir cię odwiezie.
Spojrzała na barmana z nienawiścią. Po tylu latach nie potrafiła przypomnieć sobie, czy to właśnie on był gwarantem, gdy w tym właśnie barze nieodwracalnie zniszczyła sobie życie. Właściwie nie miała nawet pewności, czy był to dokładnie ten sam bar, wszystkie one wyglądały tak samo – zresztą, jakie znaczenie miały te drobne szczegóły?
Żadnego, gdy pamięć zawodziła ją nawet w kwestii odpowiedzi na najważniejsze pytanie.
– Nie potrzebuje twojej litości.
Wyrwała się, z całych sił usiłując się nie zatoczyć.
– Chcę rozmawiać z Mitią – rzuciła na odchodne. – Sprowadź go.
Nie mogła poczekać na odpowiedź. Odległość dzielącą ją od drzwi przebyła jak najszybciej, całą siłą woli skupiając się na tym, by nie zawadzić o żaden stolik. Wypadła z baru z pełnym impetem i tuż za progiem zwymiotowała soczyście w chłodną noc.
Pytanie, przed którym uciekała przez całą Europę, wróciło z pełną mocą, gdy tylko otrzeźwiała, znów w pełni zdolne do tego, by doprowadzić ją do szaleństwa. Jakie były dokładne słowa przysięgi, którą wypowiedziała tamtej nocy?
Nie pamiętała; wiedziała, że prędzej umrze, niż je sobie przypomni.

 

Kości zostały rzucone: rozdział jedenasty

Kiedy w końcu go zabili, nie pozwoliła sobie na łzy. Nie mogła – gdyby uroniła choć jedną, nie potrafiłaby przestać, póki by się nimi nie udławiła, a tamci tylko żywiliby się jej rozpaczą, tak jak żywili się strachem i śmiercią w jej koszmarach, które niczym już nie różniły się od jawy. Nocami gryzła palce, żeby swoimi napadami suchego, histerycznego szlochu nie obudzić śpiącej przy niej Susan, która podobnie jak w przeszłości jej ojciec instynktownie wyczuwała targające nią emocje, absorbowała je całą sobą nawet przez sen i sama stawała się niespokojna, choć przecież jeszcze nie pojmowała brzydoty tego świata. Uspokajał ją jedynie jej dotyk; Raelyn kładła więc dłoń na jej wątłej piersi, całowała jej jasne, dopiero nabierające rudego odcienia włoski i całymi godzinami nuciła jej stare kołysanki, być może te same, które nuciła jej kiedyś jej matka, by odegnać złe sny – na tyle jednak cicho, żeby przypadkiem nie zdradził jej łamiący się pod naporem tłumionych łez głos.
Liście już dawno opadły, kiedy to się stało. Wciąż padało, ale nie dość silnie, by ugasić ogień, który go pochłonął, śpiącego i bezbronnego, zostawiając po nim jedynie stos sczerniałych kości pośród popiołów. Łatwość, z jaką odebrali mu życie, czyniła jego śmierć nieznośną – zatruwając tę ranę, jątrząc ją nieustannie, nie dając chwili wytchnienia ani nawet cienia nadziei na to, że uleczy ją czas. To jej brat wypowiedział formułę zaklęcia, które go zabiło, ale winiła ich wszystkich – za to, że rozpętali tę niepotrzebną wojnę, która stanęła między nimi, zabierając jej tak wiele, by w końcu zabrać i jego.
Ich przeklęta wolność nie była tego warta; nic nie było.
Gdyby nie trzymała Susan w ramionach, kiedy Reese wyszeptał jej do ucha, co zrobił, wyrwałaby mu serce, o ile w ogóle je posiadał; zamiast tego tylko objęła ją mocniej, a on szeptał dalej, sącząc swój jad z właściwą sobie precyzją – że mogła za to winić wyłącznie siebie; że gdyby nie popełniła wtedy tej głupiej zdrady, kto wie, może wcale nie musiałby go zabijać, może jeszcze nie teraz; że to tylko dzięki niej trafił z Edynburga do miejsca, w którym Edgar Bones żył z tą swoją brudną szlamą i dwójką bękartów, prosząc się o śmierć.
Wiedziała, że mówił to wszystko tylko po to, żeby ją ukarać, a jednak udało mu się zaszczepić w niej tę okrutną wątpliwość – czy Edgar żyłby wciąż, gdyby nie opuściła go wtedy ze strachu przed jego utratą, czy może zabiliby go dużo wcześniej i Susan nigdy nie przyszłaby na świat? Nie była pewna, czy potrafiłaby z niej zrezygnować nawet dla niego; nie zniosłaby tego wszystkiego, gdyby nie te nieustannie wczepione w nią niezgrabne paluszki, to maleńkie serce, którego bicie utrzymywało ją nocami przy zdrowych zmysłach i te wszystkie ogromne jak groch łzy wylane nad byle pożartym przez kota wróblem, tak nieistotne, a jednak ważniejsze od jej własnych, tych nigdy nie wylanych.
Nie zaczęła jeszcze zadawać trudnych pytań; nie wiedziała, że powinna mieć ojca ani że uważał się za niego Rabastan Lestrange, który odwiedzał je z rzadka, zawsze tylko na moment, nawet na nią nie patrząc, jakby bał się odnaleźć w niej część siebie. Powołanie nowego, tak wątłego życia musiało go przerażać bardziej niż odbieranie go, tak już przecież powszednie, i czasem nawet wzbudzał tym w Raelyn cień dawnego współczucia, które pomyliła przed laty z innym, czystszym uczuciem – zbyt wiele zależało teraz jednak od jego kruchego poczucia odpowiedzialności, by mogła go z niej zwolnić i wyznać mu prawdę. Były takie chwile, gdy wydawało jej się, że obydwoje nie mieli już nic do stracenia i nie musieli już dłużej kryć się za kłamstwami, że wreszcie mogli być ze sobą szczerzy i prawdziwi, ale żadne z nich nigdy się na to nie zdobyło i potrafili ze sobą jedynie milczeć.
Jego matka od początku zaciekle sprzeciwiała się temu, by dał dziecku swoje święte nazwisko i Raelyn była jej wdzięczna za tę pogardę, jaką ją darzyła, bo dzięki niej mogły należeć z Susan tylko do siebie nawzajem i do nikogo więcej. Jedynie jej brat wydawał się tym rozczarowany, ale ostatecznie samo zmieszanie ich krwi z krwią któregoś ze starożytnych rodów to więcej, niż kiedykolwiek mógł się po niej spodziewać. Nie wolno było jej nawet mrugnąć, kiedy z fałszywą czułością nazywał jej dziecko rozkosznym bękartem – nie zapomniał w końcu o tym, co zrobiła, jak mógłby; teraz jednak, gdy zależało jej na czymś bardziej niż na zniszczeniu tego, co było mu drogie, znów był spokojniejszy, mając nad nią tę władzę, nawet jeśli była to władza jedynie pozorna i tak naprawdę nie mógł nic zrobić, nie ryzykując przy tym niezadowolenia Lestrange’ów, nieprzewidywalnych w swych kaprysach.
Trwali więc w tym impasie, ucząc się nie przekraczać wzajemnych granic, aż w końcu wydawało się, że po latach udręki udało im się osiągnąć porozumienie, dziwną, ale przy tym bezpieczną równowagę między lojalnością a niechęcią i wreszcie mogli żyć jeśli nie ze sobą, to przynajmniej obok siebie. Kiedy z takim samozadowoleniem wyznał jej, że zabił Edgara Bonesa, poczuła się więc przede wszystkim zdradzona. Z początku nie wierzyła, że to zrobił – że był zdolny popełnić morderstwo tylko po to, by ją ukarać i potrafiła zrozumieć, dlaczego miałby to zrobić właśnie teraz, zrywając tym samym pakt, którego zawarcie kosztowało ich tak wiele wysiłku. Czy to morderstwo sprawiło mu aż taką przyjemność, czy znów tylko udawał? Nie sądziła, żeby zdawał sobie sprawę, jak głęboko udało mu się ją zranić; nie sądziła, żeby potrafił to sobie chociaż wyobrazić.
Zasiane w niej poczucie winy kwitło, a on delektował się swoją bezkarnością i nie mogła tego znieść, więc uciekła w ramiona Rabastana Lestrange’a – i chociaż ten nagły, rozpaczliwy afekt, jakim go obdarzyła, musiał mu się wydać nieszczery, nie odmówił jej prośbie i wraz z końcem lata zabrał je do swojej rodzinnej posiadłości w północnej Walii, która służyła jego przodkom jako baza wypadowa na polowania na zielone, walijskie smoki jeszcze długo po tym, jak zostało to uznane za nielegalne. Wzniesiona przed wiekami z surowego, szarego kamienia, otoczona starym lasem i położona wśród zielonych wzgórz, okazała się dla nich zbyt duża i zimna, choć pełna była nie tylko zakurzonych trofeów łowieckich, ale i echa uprawianej tutaj pokoleniami czarnej magii, i Raelyn często zastanawiała się bezwiednie, co musiało dziać się w piwnicach tego domu, choć tak naprawdę nie chciała wiedzieć; chciała tylko ukryć się przed bezdusznością swojego brata i reszty jego świata.
Dni upływały jej z Susan na łapaniu małych, zielonych jaszczurek, które ta brała za skarlałe smoki; wspinaniu się na wzgórza, by z ich szczytów wypatrywać prawdziwych smoków; czytaniu wciąż od nowa Baśni Barda Beedle’a, z których obie najbardziej lubiły tę o skaczącym, mosiężnym kociołku, śmiejąc się zawsze, gdy ten zaczynał wymiotować ślimakami. Lestrange nigdy nie zaburzał tych małych rytuałów swoją obecnością, zbyt pochłonięty szukaniem w zakurzonych księgach odpowiedzi na niezadane wcześniej pytania, by zauważyć ostatnie ciepłe promienie jesiennego słońca, pająka tkającego sieć w rogu okna, jej żałobę. Raz tylko znalazła go w salonie czytającego te same fragmenty Najczarniejszych czarów, które czytał jeszcze w pokoju wspólnym Slytherinu, teraz być może jedynie z nieco większym zrozumieniem, i tak ją tym rozwścieczył, że bez słowa wyrwała mu tę książkę z rąk i cisnęła nią w kąt; nie widziała go potem przez kilka następnych dni, ale kiedy wrócił, wciąż śmierdział czarną magią.
– Może kiedy to się skończy… – zaczął niezręcznie któregoś razu, wyciągając nieśmiało dłoń, żeby dotknąć zasypiającej w jej ramionach Susan, ale mu na to nie pozwoliła.
– To się nigdy nie skończy – ucięła bezlitośnie.
Myliła się jednak. Wszystko skończyło się nagle wraz z październikiem, gdy Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać przepadł bez wieści. Mówiono, że próbował zabić małego chłopca, ale ten przeżył i nikt nie potrafił wyjaśnić, dlaczego tak się stało; wydawało się to nieprawdopodobne, a jednak dni mijały, a ich Czarny Pan – ten, który miał przecież pokonać samą śmierć – nie dawał znaku życia i ich konsternacja szybko przemieniła się w popłoch. Zbierali się w ich domu jak stado struchlałych owiec, wymieniając gorączkowe szepty, jakby ktokolwiek mógł ich w tym miejscu usłyszeć i tylko Bellatriks wrzeszczała, chora z bezsilności. Rudolf porzucił maskę serdeczności, odsłaniając swoje prawdziwe, bezlitosne oblicze; Rabastan znów stał się chimeryczny, bardzo odległy; nawet Reese miał język związany strachem i nie odzywał się wcale. Byli też inni, ale ich białe jak prześcieradła, wykrzywione paniką twarze stały się obce, nierozpoznawalne nawet dla nich samych i w tej histerii nie potrafili niczego uzgodnić, wciąż tylko obwiniając siebie nawzajem; mnożyły się aresztowania, a ci, którzy wcześniej najwięcej mówili o poświęceniu i braterstwie krwi, teraz pierwsi rzucili się Bartemiuszowi Crouchowi do stóp, skamląc o łaskę. Znów byli mali i śmieszni jak dawniej.
Zbyt wiele zdążyli jej jednak odebrać, by mogła czerpać satysfakcję z ich upadku. Czuła jedynie żal – głęboki, dławiący żal, a wraz z nim narastający gniew, że zdążyli go jeszcze zabrać ze sobą; że zabicie go nic ich nie kosztowało i zrobili to tylko po to, by teraz wycofać się z wojny, której tak pragnęli i udawać ofiary swojego własnego okrucieństwa. Mogła jeszcze tylko żywić nadzieję, że wszystkich ich czekał pocałunek dementora, choć przecież nie mieli już duszy, którą mogliby utracić; była to jednak nadzieja płonna i nie przynosiła jej ulgi.
Aresztowano i skazano Dołohowa za zabicie Gideona Prewetta, którego nigdy nie lubiła. Aresztowano i skazano Traversa, z którym dzieliła się zawsze notatkami z historii magii. Wreszcie aresztowano i skazano także Rookwooda, dzięki któremu poznali się jej rodzice i do którego jej matka zwróciła się później o pomoc, co kosztowało ją życie. Lestrange’owie pozostawali w ukryciu, Yaxley wyłgał się jako jeden z pierwszych, jej brat natomiast nie został nawet przesłuchany, zupełnie zapomniany podczas tego festiwalu zemsty.
Reszta kolejno przestała pojawiać się z czasem w tym domu, aż w końcu któregoś wieczoru nie zjawił się już nikt, nawet jej brat, i kiedy wydawało się, że zostali wreszcie sami ze sobą w głuchej ciszy jego ścian, z dala od wszelkiego zgiełku, wypełnił go krzyk – nieludzki skowyt przenikający nawet zaklęcia wyciszające, który cichł tylko po to, by korytarzami mógł nieść się histeryczny, wysoki śmiech Bellatriks i pozbawiony dawnej słodyczy, pełen napięcia głos Rudolfusa.
Nie słyszała Rabastana, ale wiedziała, że musiał być z nimi; zawsze był z nimi, nierozerwalny jak cień. Przyszedł jej tylko powiedzieć, żeby zabrała stąd dziecko; że obie powinny stąd odejść, a potem czekał na nią przy schodach, choć nie miał jej już nic do powiedzenia i nie potrafił się z nią pożegnać. Nawet nie mrugnął, gdy niezręczną ciszę między nimi przerwał rozdzierający, kobiecy krzyk. Jak mógł przywyknąć do podobnego krzyku? Raelyn miała wrażenie, że to krzyczy ktoś w jej głowie.
On wydawał się jednak głuchy na to wszystko i nie odwracał już wzroku od Susan w jej ramionach, jak robił to wcześniej – teraz przyglądał się jej mokrej od łez twarzy tak zachłannie, jakby nigdy dotąd jej nie widział i nigdy więcej nie miał jej już zobaczyć. Musiał poczuć ulgę, nie znajdując w niej nic z siebie – i kiedy tym razem wyciągnął bezwiednie dłoń, żeby przeczesać palcami jej jasne, zmierzwione włosy, Raelyn pozwoliła mu na to ten jeden, jedyny raz.
– Ty też powinieneś stąd odejść – rzuciła szorstko, wbrew sobie podejmując jeszcze tę ostatnią, rozpaczliwą próbę ocalenia go przed tym, co nieuniknione, ale on nawet na nią nie spojrzał i tylko uśmiechnął z pewną czułością, jakby powiedziała coś niemądrego, bo przecież obydwoje zostali pozbawieni złudzeń zbyt dawno, by teraz chwytać się jeszcze nadziei, że istniało na tym świecie miejsce, do którego mógł uciec przed samym sobą i wszystkimi swoimi wyborami, które nigdy nie były tak naprawdę jego.