Kości zostały rzucone: rozdział dwunasty

Znalazła go na dywanie w salonie z prawie pustą już butelką wina, osieroconego i niezdarnie naśladującego ich ojca w jego melancholii. Wciąż jednak pił z kieliszka, chwytając się tej zbytecznej elegancji, jakby tylko ona utrzymywała go jeszcze przy zdrowych zmysłach – jego ruchy były precyzyjne, plecy sztywne i tylko ciemnoczerwone plamy na jego szyi zdradzały targające nim emocje. Obejrzał się na nią gorączkowo i widząc jej mokrą od łez twarz, rozpoznał w jej rozpaczy jedynie swoją własną; wyciągnął do niej niecierpliwie rękę, a kiedy zbliżyła się do niego bezwolnie jak po sznurku i uklękła tuż przy nim, on objął ją bez słowa, wczepiając w nią swoje długie, białe palce, chowając twarz w jej swetrze i szukając w niej pocieszenia, którego nie znajdował nawet w tym, że sam przecież ocalał. Ale czy ona nie była ostatnim ocalałym okruchem jego utraconego raju, jedynym stałym elementem pośród tego chaosu, nad którym wciąż jeszcze panował?
Mylił się jednak – nie opłakiwała wcale rozpadającego się na ich oczach świata, który zawsze był tylko jego światem, nigdy jej. Nie opłakiwała Rabastana Lestrange’a, jego brata ani okrutnego losu, jaki czekał ich teraz po aresztowaniu. Nie opłakiwała śmierci Edgara Bonesa, nieuniknionej, a przy tym tak niesłusznej i pozbawionej znaczenia pośród zbyt wielu innych, podobnych śmierci. Wreszcie nie opłakiwała nawet samej siebie. Zbyt długo jednak powstrzymywała się od łez, by odmówić ich sobie teraz, gdy nie został już nikt, przed kim musiałaby się z nimi kryć – gdy nawet on nie potrafił już wykorzystać ich przeciwko niej.
Przeczesała palcami jego ciemne, lśniące włosy; teraz, gdy to ona miała nad nim władzę, czułość przychodziła jej niemal naturalnie, bez wysiłku. Możliwe, że miała ją już wcześniej, tylko tego nie dostrzegała. Czy od zawsze nie była wcieleniem wszystkich jego lęków, rysą na jego ambicji, ostatnim wyrzutem sumienia, którego pragnął się wyrzec? Czy jeszcze w szkole Rabastan Lestrange nie wyśmiał jej, gdy z taką naiwnością wyznała mu, jak niewiele znaczyła dla swojego brata? Już wtedy wiedział, że znaczyła dla niego zbyt wiele, by mógł to znieść; już wtedy wszyscy wokół byli dla niego jedynie sumą ich słabości.
Dotąd karmili się nawzajem jedynie samymi kłamstwami, ale teraz nie mieli już nikogo poza sobą i nie musiała go dłużej zwodzić ani oszukiwać. Wreszcie zostali sami – kiedy więc zapytał ją, co zrobiła ze swoim bękartem, powiedziała mu prawdę, choć na nią nie zasługiwał.
Nie mogła już dłużej być jej matką. Uświadomiła to sobie gdzieś pomiędzy zielonymi wzgórzami północnej Walii a lśniącym od deszczu londyńskim brukiem, spoglądając na jej wykrzywioną, czerwoną od krzyku twarz i nic już nie czując. Nawet nie próbowała jej uspokoić; nie mogła. Czy nie tak miało właśnie wyglądać jej życie? Czy odtąd nie miało być w nim jedynie więcej łez, strachu i cudzych grzechów? Czy to nie ją miała kiedyś za to wszystko winić? Dla świata miała być jedynie bękartem mordercy – a jednocześnie prawda o jej faktycznym ojcu była zbyt okrutna, by mogła przynieść jej ukojenie, poczucie przynależności, zrozumienie. Nie należałaby nigdzie, rozdarta między dwoma ojcami i ich odmiennymi światami, aż w końcu musiałaby poświęcić część siebie i wybrać jeden kosztem drugiego – o ile było to w ogóle możliwe. Raelyn nigdy się to nie udało, choć przecież próbowała. Próbowała.
Amelia Bones wpuściła ją do swojego ciasnego, wypełnionego książkami aż po sufit mieszkania z niechęcią, której nawet nie próbowała ukryć. Była jednak córką swojego ojca, więc uprzejmość wygrała w niej z resentymentem i przez zaciśnięte zęby zaproponowała jej filiżankę herbaty. Nie uroniła ani kropli, lewitując porcelanę swojej matki i usiadła sztywno w fotelu obok, odkładając różdżkę na kolana, jakby śpiące dziecko w ramionach Raelyn to było za mało, żeby jej zaufać. Sama jego obecność wydawała się ją obrażać i tylko prychnęła rozjuszona, słysząc jego imię; nazwanie imieniem jej matki bękarta człowieka, który ją zamordował, musiało jej się wydawać okrutnym żartem.
Jakimi słowami miała ją przekonać? Już wcześniej nie potrafiły się porozumieć, ale wtedy był z nimi Edgar, który zagłuszał całym sobą tę narastającą między nimi ciszę i zawsze w końcu zmuszał je do powiedzenia głośno tego, czego bez niego nie odważyłyby się nawet pomyśleć. Tamtego lata wszystko wydawało się możliwe; teraz jednak każdy oddech miał swoją cenę i Raelyn nie zamierzała trwonić go na skamlenie o litość. Zniecierpliwiona kazała jej spojrzeć na to dziecko, które z taką determinacją omijała dotąd spojrzeniem i nie czekając, aż ta dopiero zasiana w niej wątpliwość zapuści korzenie, powiedziała wprost:
– Nie mogę już dłużej być jej matką.
W surowych, błękitnych oczach Amelii Bones, oczach jej ojca, błysnęła panika. Spojrzała na nią poruszona, na moment zapominając o wszystkim, co dzieliło je teraz i w przeszłości; Raelyn nie potrafiła jednak wyjaśnić jej, co nią kierowało, podobnie jak nigdy nie potrafiła wyjaśnić Edgarowi, przed czym uciekała i że czasem uciekała w jego ramiona jedynie przed samą sobą. Targało nią tak wiele sprzecznych emocji, że równie dobrze mogła nie czuć niczego. Jej gotowość poświęcenia samej siebie była jednocześnie pragnieniem uwolnienia się od ciężaru odpowiedzialności za to kruche życie, które z siebie wydała. Dławiąca, zalewająca ją falami czułość – palącym poczuciem winy. Strach przed tym, co miało dopiero nadejść – przekonaniem, że ten jeden, jedyny raz postępowała słusznie.
Być może nie istniały właściwe słowa na opisanie tego wszystkiego, a może tylko ich nie znała – i chociaż żaden powód z osobna nie wydawał się wystarczający, by wyrzec się własnego dziecka, wszystkie razem sumowały się w nieuniknioną konieczność. Nie dbała o to, co Bonesowie mieli o niej myśleć i mogli przeklinać ją przez resztę jej dni, jeśli tylko mieli zapewnić Susan przyszłość wolną od jej grzechów.
Nie zostawiła im zresztą wyboru.
Reese tylko zamrugał rozpaczliwie, bezradny wobec jej szczerości. Nie był już nawet w stanie wzbudzić w sobie słusznego gniewu z powodu tego kłamstwa, które mogło ich kosztować tak wiele, gdyby zostało odkryte – jakie miało to jednak znaczenie teraz, gdy zostali sami na zgliszczach jego marzeń? Odepchnął ją jedynie rozdrażniony. Czas czułości minął.
W dniu, w którym Lestrange’owie zostali skazani na dożywocie w Azkabanie, rozbił całe szkło, płacząc z wściekłości i ciągnął ten spektakl całą noc; jego rozpacz pozwalała jej jednak zagłuszyć tę zimną pustkę, jaką czuła, przyglądając się białej, ściągniętej twarzy Rabastana Lestrange’a z pierwszej strony Proroka Codziennego, tak przecież różnej, a jednocześnie tak podobnej do twarzy jego ojca, która przed laty spoglądała na nich w Wielkiej Sali z dziesiątek kopii. Sprawiał wrażenie starszego, niż był w rzeczywistości; próbowała jeszcze uchwycić jego spojrzenie, jakby w ten sposób mogła poznać jego myśli i podzielić się z nim własnymi, ale jego oczy wciąż nerwowo śledziły coś poza kadrem.
Czy żałowała tego, co zrobiła? Nie była pewna, czy kiedy powiedziała Amelii Bones o tamtych krzykach w zapomnianej posiadłości, była gotowa skazać go na resztę życia pełnego udręki; czy nie żywiła czasem nadziei, że aurorzy go po prostu zabiją. Teraz chwytała się przekonania, że musiało się to skończyć w ten sposób, że nie była to jej odpowiedzialność i wciąż od nowa czytała, co zdążyli zrobić Longbottomom – a kiedy i to zawodziło, zaciskała powieki i ze wszystkimi detalami wyobrażała sobie morderstwo Susan Bones, licząc jej kolejno obcięte palce, wszystkie dziesięć. Czy przynajmniej ona nie zasługiwała na taką sprawiedliwość, w jaką wierzyła?
O świcie znalazła swojego brata nieprzytomnego na dywanie i usiadła przy nim, wsłuchując się w jego płytki, urywany oddech, każdy brzmiący jak pierwszy zaczerpnięty po wypłynięciu na powierzchnię z lodowatych głębin. Długo przyglądała się jego drżącym, bezkrwistym wargom, śladom wymiocin na jego szacie, strzępom Proroka Codziennego w jego kurczowo zaciśniętej dłoni, zastanawiając się bezwiednie – jakie to uczucie wzlecieć tak wysoko tylko po to, by teraz upaść tak nisko?
W końcu uznała, że już wystarczy.
Przyłożyła swoją drobną, kojąco chłodną dłoń do jego rozpalonej twarzy i odgarnęła mu z czoła mokre od potu kosmyki, a kiedy otworzył oczy, z trudem skupiając na niej wzrok, podała mu szklankę wody. Przyjął ją bez słowa; podniósł się ostrożnie i upił mały łyk, potem drugi i trzeci.
To było niemal zbyt łatwe.
– Pamiętasz, jaki byłeś wściekły, kiedy przyszły moje wyniki sumów? – zapytała w zamyśleniu, wpatrując się w jego poruszającą się z wysiłkiem krtań. Zdawał się jej nie słuchać. – Rozbiłeś mi wtedy wargę, tak bardzo chciałeś, żebym kontynuowała eliksiry. Miałeś oczywiście rację, ale dopiero teraz potrafię to docenić. – Po czym dodała z nadzieją: – Jesteś zadowolony z postępów, jakie zrobiłam?
Wypiwszy ostatni łyk, cisnął szklanką w głąb pokoju, gdzie ta rozbiła się wrzaskliwie na ścianie i dopiero później spojrzał znużony na Raelyn, nic nie rozumiejąc z tego, co do niego mówiła. Nie miało to jednak znaczenia; w końcu miał zrozumieć.
– Wiesz, kto nauczył mnie tak dobrze warzyć ten eliksir? – podjęła pozornie bez emocji, wciąż nie potrafiąc jednak wypowiedzieć jego imienia, nie w tym domu, nie przy nim. Westchnęła z rezygnacją. – Nie musiałeś go zabijać, Reese. Nie w ten sposób.
Przymknął ze zmęczeniem powieki i odwrócił twarz, jakby dźwięk jej głosu sprawiał mu ból. Pochylił się do przodu i oparł na drżących dłoniach, krztusząc się i plując na dywan czerwoną śliną.
– Nie dostrzegasz pewnej ironii w tym, że zawsze tak bardzo mierziła cię słabość charakteru naszego drogiego ojca, choć on przecież zabił naszą matkę za samą próbę zdrady, podczas gdy ty nie potrafiłeś zabić mnie? – ciągnęła, obserwując z pewnym znudzeniem, jak jego ciałem wstrząsają coraz silniejsze konwulsje aż w końcu wymiotuje gęstą, ciemną krwią, łudząc się jeszcze zapewne, że było to tylko wino. – Dlaczego tego wtedy nie zrobiłeś? – drążyła z uporem, ale nawet gdyby chciał, nie mógł udzielić jej teraz odpowiedzi, więc w końcu ucięła: – Powinieneś. Tak byłoby lepiej. Nie tylko dla ciebie.
Wezbrał w niej gwałtownie żal, że mógł zakończyć to już dawno temu, że mógł jej tego wszystkiego oszczędzić, ale tego nie zrobił – ze strachu przed samotnością lub ze zwykłego wyrachowania, nie miało to dla niej większego znaczenia. Pomyślała o Susan, która nie przyszłaby na świat – której nigdy nie musiałaby się wyrzec; o Edgarze, który mógłby wciąż żyć – którego śmierci nie musiałaby opłakiwać; wreszcie o Rabastanie Lestrange’u, który nadal by się ukrywał – którego nigdy by nie zdradziła.
Nachyliła się do niego, czując jak gniew rośnie jej w gardle.
– Może wciąż jeszcze by ich szukali – wyszeptała mu do ucha. – Może nigdy by ich nie znaleźli.
Nie od razu dotarł do niego sens jej słów. Otarł usta wierzchem dłoni i przez sekundę, dwie wpatrywał się jedynie w czerwoną plamę na dywanie przed sobą; dopiero potem z wysiłkiem obrócił głowę w jej kierunku i spojrzał na nią szeroko otwartymi oczami, nie wierząc jeszcze, że to zrobiła, że była do tego zdolna. A przecież to on ją do tego pchnął – to on latami badał jej granice, przesuwał je coraz dalej i dalej, aż w końcu wydawało się, że nie zostały już żadne.
Zawył jak zranione zwierzę i rzucił się na nią, rzężąc i krztusząc krwią. Przygniótł ją do podłogi całym sobą; był już jednak zbyt słaby, by jej zagrozić i po chwili rozpaczliwej szarpaniny to ona znalazła się na nim, siadając mu na klatce piersiowej i ciężarem swojego wątłego ciała odbierając mu ostatni oddech. Próbował jeszcze sięgnąć do jej szyi, ale jedynie ją zadrapał.
– Śmiałeś się, kiedy obiecałam ci, że cię zabiję – wysyczała mu twarz z zimną wściekłością, czując pod sobą konwulsje wstrząsające jego ciałem. Chwyciła go za szczękę, żeby unieruchomić jego głowę i uniemożliwić mu wyplucie krwi, którą się dławił. – Dlaczego teraz się nie śmiejesz?
Oczy uciekły mu w głąb czaszki i poczuła, jak uścisk jego długich palców na jej przedramieniu słabnie, jak jego ciało napręża się całe w agonii, a potem wiotczeje i w końcu nieruchomieje.
Nie odpowiedział. Nie żył już.
Zapadła cisza, przerywana jedynie jej chrapliwym oddechem. Bała się poruszyć, jakby jego klatka piersiowa znów miała wypełnić się oddechem, jeśli tylko uwolni ją od ciężaru swojego ciała; jakby miał mrugnąć rozbawiony i wykrzywić czerwone od krwi wargi w uśmiechu, gdy tylko odważy się odwrócić wzrok od jego twarzy. Cała się trzęsła i nie od razu uświadomiła sobie, że płacze; minęły długie minuty, zanim uwierzyła, że był martwy.
Podwinęła lewy rękaw jego szaty aż po łokieć, szukając na jego przedramieniu Znaku, ale w miejscu, w którym Rabastan Lestrange nosił swój, jego skóra była jasna i gładka; sprawdziła drugą rękę, nie znajdując na niej żadnych śladów czarnej magii i tylko wrzasnęła przeciągle, oszołomiona i wściekła. Nie myśląc o tym, co robi, złapała kawałek rozbitego szkła i w amoku pocięła jego lewe przedramię, tnąc zajadle, do samej kości; napluła mu jeszcze w twarz i dopiero wtedy zerwała się na równe nogi, przerażona samą sobą.
Czy to możliwe, że wraz z utratą Rudolfusa Lestrange’a zgasło w nim to niezaspokojone pragnienie władzy, ta paląca go ambicja, wreszcie nawet wola przetrwania? Czy był nim opętany do tego stopnia, że nie będąc naznaczonym, nie potrafił wykorzystać szansy na odnalezienie się w nowym porządku bez niego? Zawsze czuła, że ten niebezpieczny, głęboki afekt, jakim darzył go odkąd sięgała pamięcią, prędzej czy później go zgubi; nie podejrzewała tylko, że to ona wykorzysta go przeciwko niemu, a nie sam Rudolfus Lestrange.
Myśl, że zabiła go już w momencie, w którym zdradziła i skazała na Azkaban tego, który znaczył dla niego więcej niż on sam, a nie dopiero teraz, wydała jej się dziwnie kojąca i jej oddech wyrównał się z wolna, a serce zwolniło, wracając do normalnego rytmu. Czy ostatecznie nie było to najlepsze, co mogło go spotkać? Czy nie okazała mu litości, której on nigdy nie okazał jej? Uśmiechnęła się do swoich myśli, spoglądając na jego ciało po raz ostatni niemal z czułością.
Wreszcie była prawdziwie wolna.

Advertisements

Obliviate 6: radość

Dymitr pojawił się w barze pod koniec października.
Na pierwszy rzut oka w ogóle się nie zmienił. Tacy jak on nigdy się nie starzeli. Ich sylwetka nie nabierała masy, ręce i nogi pozostawały kościste, obciągnięte półprzezroczystą skórą, z wyraźnie zaznaczonymi, niebieskimi żyłami. Miał chyba nieco dłuższe włosy, przez co jego fryzura zupełnie straciła kształt, a czarne kosmyki kręciły się lekko, uciekając we wszystkie strony. Z bliska widać było, że rysy tylko nieznacznie mu się wyostrzyły, a nieliczne, płytkie zmarszczki mimiczne na stałe odciskały na jego twarzy charakterystyczny ironiczny uśmiech. Mimo że golił się na gładko, ciemna broda odznaczała się na skórze w postaci sinego cienia. Zasadniczo wciąż wyglądał, jakby wczoraj skończył siedemnaście lat.
Zauważył ją od razu.
– Wróciłaś – rzucił entuzjastycznie na powitanie, oplatając ją ramieniem i składając mokry pocałunek na jej ustach. Bez pytania rozsiadł się na miejscu obok. Omiótł ją badawczym spojrzeniem, a potem stwierdził fachowo: – Wciąż żyjesz. Niezłe osiągnięcie, co nie, Szatow?
W ciągu ostatnich tygodni Olga przychodziła tutaj i siadając codziennie na tym samym miejscu, nieustannie odgrywała w głowie scenę tego spotkania, dopuszczając całą gamę scenariuszy. Teraz zrozumiała, że najbardziej bała się, że Dymitr nie pojawi się w ogóle, że będzie zmuszona odgrywać ten refren bez końca, aż umrze tu z przepicia, braku snu lub szaleństwa. Nie mogła więc czuć nic poza ulgą. W pewnym sensie jego widok był dla niej wybawieniem.
– Jak życie? – zapytał nagląco.
– Jak widać – odpowiedziała chłodno.
– Musiałem cię trochę pogonić – dodał przepraszająco, przybliżając się nieco, tak że mogła teraz oglądać go z bliska, topiąc się w czarnych oczach. – Zaczynałaś zapuszczać korzenie.
Nawet jej to nie obeszło.
Początkowo myślała, że to naprawdę paranoja – nawet Adam, który okazywał jej najwięcej zrozumienia z racji miejsca, jakie zajmowała w jego życiu, nie uważał, by strach przed ogniem mógł być tak silny, by nie być zdolną do kasowania pamięci ofiarom większych pożarów. Z czasem jednak uznał to za niegroźną przypadłość, coś jak alergię na kurz. Olga jednak nie mogła się uspokoić – te drobne incydenty rozpoczęły się zbyt nagle, zwieńczone wybuchem Szatańskiej Pożogi w czerwcu. Kiedy Adam albo Paige wspominali o jakimkolwiek pożarze, Olgę ogarniała panika, która jak trucizna rozlewała się po całym jej ciele, paraliżując jej ruchy. Kiedy tylko zobaczyła Dymitra, zadowolonego, jakby właśnie udało mu się wyciągnąć mysz z nory tylko po to, by za chwilę zatrzasnąć ją w pułapce, nie miała już żadnych wątpliwości. Właściwie mógł się nie odzywać. Powiedział już wszystko, podpalając mieszkanie Adama.
Wpatrywała się w swojego oprawcę pustymi oczyma; taka już była rola myszy.
– Zdradziłam cię na milion sposobów – powiedziała mu jadowicie w twarz. Nawet by nie mrugnął, gdyby na niego napluła.
Uśmiechnął się tylko, jakby z grzeczności chwalił ją za odrobienie pracy domowej.
– Ale nigdy nie powiedziałaś policji, co naprawdę się stało – zauważył. Czekał na jej reakcję z sadystyczną przyjemnością wypisaną na twarzy. Pożerał ją wzrokiem.
Olga prychnęła.
Myślała o tym wcześniej setki razy – naprawdę uważał, że nie brała tego pod uwagę? Podejrzewała, że naprawdę uważał, że tamtej nocy pokazał jej jakiś swój sekret, odsłonił słabość, w pewnym sensie naraził się, pokazując jej, co go napędza. Czy wyjawienie tego komuś byłoby zdradą? Wałkowała ten temat bezustannie, ostatecznie zawsze wybierając milczenie. Gdyby powiedziała prawdę, to ona byłaby skończona – w żadnym razie nie milczała, by go chronić, chroniła tylko swoją ostatnią drogę do normalnego życia.
Zupełnie jakby taki powrót był jeszcze możliwy.
– To by mnie zabiło? – zapytała obojętnie.
Było to jedno z pytań, które najczęściej sobie zadawała. Czy to mnie zabije? Z czasem odpowiedzi „tak” i „nie” przestały się od siebie różnić –„tak, umrę” wydawało się identyczne z „nie, przeżyję”, bo w pewnym sensie dawno czuła się martwa.
– Nie – odpowiedział jej natychmiast. – Bez znaczenia, dopóki wciąż chciałaś do mnie wrócić. Czy to nie jest prawdziwa lojalność?
Nazwałaby to raczej prawdziwym szaleństwem.
Wypili jeszcze kilka drinków, zanim przenieśli się do jego zapyziałej kawalerki.
Uprawiali seks na blacie we wnęce kuchennej – był to najwygodniejszy punkt najbliższy drzwi, wybrany starannie podczas wszystkich wcześniejszych razów. Tyłek Olgi wpasował się idealnie pomiędzy puste kieliszki do wódki i porozrzucane fiolki po eliksirach. Nie dała się rozproszyć przez nieprzyjemne uczucie na gołej skórze, gdy przykleiła się do plamy zaschniętego wina, bo to było jak powrót do domu – niezbyt ekscytujące, ale rozluźniające, zaspokajające podstawową tęsknotę. Znali swoje ciała zbyt dobrze, by mogła wystąpić jakąkolwiek niezręczność, ta idealna synchronizacja dążyła prosto do celu. Zawsze wydawało jej się dziwne, że ktoś tak niestabilny, niepogodzony z samym sobą potrafił wygenerować poczucie absolutnej harmonii.
Po wszystkim przenieśli się do łóżka i Dymitr natychmiast zasnął, a Olga przez kilka godzin leżała, rozczochrana, naga, wplątana w jego ciało i zmiętą pościel tak, jak ją zostawił, i napawała się poczuciem idealnej pustki. Pustka była znacznie lepsza niż to, co odczuwała w ostatnich tygodniach – narastający lęk, stopniowo ogarniający ją obłęd. Nie potrafiła sobie wyobrazić, co stałoby się z nią, gdyby miała tak żyć przez kolejne tygodnie, świadoma nadchodzącego wybuchu.
Poruszyła kilkakrotnie biodrami, próbując pobudzić Mitię, ale ten spał jak kamień.
Przewróciła się na plecy i zapaliła papierosa, którego końcówka była jedynym jasnym punktem w pomieszczeniu.
Gdyby miała być ze sobą zupełnie szczera, musiałaby przyznać, że oczekiwała jednak czegoś więcej. Nie pamiętała już, jak to było za pierwszym razem. Ku jej zdziwieniu, ze znajomości z Mitią pamiętała więcej z pocałunków niż z pieprzenia; pewnie dlatego, że była wtedy prawdziwie naiwna, że czuła, że znalazła swoje idealne dopełnienie, do którego ciągnęła ją jakaś niewyobrażalna siła, pierwotna i niemożliwa do przezwyciężenia. Wydawało jej się, że nawet jeśli wiedziałaby, że to uczucie ją zgubi, dałaby się zniszczyć jeszcze raz i tak bez końca.
Wtedy myślała, że to jakieś absolutne spełnienie, że do tego punktu dąży każdy człowiek, że desperackie pragnienie utrzymania się w tym najwyższym punkcie to cały sens życia.
Nic dziwnego, że tak bała się to stracić.
Nic dziwnego, że to, co przyszło później, tak nią wstrząsnęło.
Czy w całym świecie ktoś poza nią przeżył coś takiego? Uwielbiała zadawać sobie to pytanie, gdy tylko ogarniał ją żal za straconą duszą. Wracała do tej chwili za każdym razem, gdy tłuści mężczyźni leżeli na niej, poruszając się leniwie. Miała jedno wspomnienie, które było jak pstryczek w jej mózgu, aktywujący podniecenie i doprowadzający ją na szczyt; działo się tak w pewnym oderwaniu od tego, jak reagowało jej ciało.
Czy w całym świecie ktoś poza nią przeżył coś takiego? Kiedy uciekła od Dymitra, czuła tylko bezdenną beznadzieję. Uciekła do Anglii, zastanawiając się, czy ma to jakikolwiek sens, a śmierć była jedynym, czego pragnęła. Nigdy nie powiedziała Rogerowi, że kiedy przespała się z nim po raz pierwszy, była absolutnie przekonana, że każdy kolejny, głośniejszy oddech będzie jej ostatnim. Wtedy jeszcze rządziło nią przekonanie, że taka prosta zdrada od razu ją zabije, ale kiedy tak się nie stało, brnięcie w to dalej, pozwalanie sobie na coraz więcej w tej szalonej fantazji na temat samobójstwa, zaczęło sprawiać jej masochistyczną przyjemność. Za tym pierwszym razem doszłaby nawet, gdyby Roger dotknął ją tylko raz.
To rzecz jasna szalenie wysoko postawiło poprzeczkę poszukiwania czegoś, co zapewniłoby choćby podobny poziom adrenaliny, daleko przekraczając przy tym granice tego, co kiedyś uważała za moralne. Choć szukała wiele lat, nigdy nie poczuła już niczego podobnego.
To, że przeżyła, rodziło kolejne pytania. Może przysięga była pijacką halucynacją, a może to, że nigdy nie wypowiedziała jej na głos, blokowało jej egzekucję?
Była to idiotyczna nadzieja, która dusiła sama siebie.
Kiedy w chwilach spędzonych z Rogerem czuła, że serce jej topnieje, że na widok jego gęstych rzęs albo orlego nosa zaczęła czuć coś prawdziwego, przychodziła jej na ratunek przeciwwaga, która była wystarczającą i prawdziwą odpowiedzią. Rozsądek podpowiadał milion powodów, dla których Roger zasługiwał na bycie tylko zabawką, a cisnący wnętrzności instynkt przetrwania zabijał każdą myśl naznaczoną czułością. To było jak sztucznie wykreowany wyrzut sumienia. Może właśnie na taki zasługiwała, skoro w naturze żadnego nie wykształciła.
Zapomniana końcówka żarzącego się papierosa spadła na skórę Olgi, przywracając ją do rzeczywistości. Syknęła głośno i odskoczyła, zrzucając z siebie popiół i z przerażeniem patrząc na czerwony ślad poniżej jej obojczyka, który był widoczny nawet w gęstej ciemności.
Dymitr przebudził się, zbliżył nos do jej ucha i powiedział cicho zaspanym głosem:
– Czegoś mi jednak brakuje.
Olga zamarła, niepewna, co może się wydarzyć. Mitia nie znosił, gdy czegoś mu brakowało. Dzięki temu tak długo, jak długo Olga zaspokajała wszystkie jego zachcianki, była bezpieczna i mogła trwać w swojej pustce.
– Chciałbym, żebyś powiedziała to głośno – wyjaśnił.
Olga wciąż milczała, bojąc się poruszyć.
– Żebyś się przyznała, że to ci się naprawdę podobało. Że nie powiedziałaś nikomu nie przez jakąś durną przysięgę, nawet nie żeby mnie chronić, ale dlatego, że naprawdę cię to jarało. Piękne były te płomienie, no nie, Szatow? Wzbijające się wysoko, dzikie, niepokonane… Wiesz, czym jest dobra zabawa. Powiedz to.
W Oldze wezbrała się odraza, niepodobna do niechęci, którą czuła wobec Dymitra czy Adama, wobec wszystkich swoich przypadkowych kochanków – był do głęboki wstręt do siebie samej, jakiego nie poczuła nigdy wcześniej.
Nie odpowiedziała. Odwróciła się w stronę Dymitra i pocałowała go gwałtownie. Dymitr uznał to za wystarczającą zachętę i wszedł w nią niecierpliwie. Było boleśnie; szybkimi ruchami wbijał się w nią głęboko, próbując ją rozerwać.

 

Obliviate 5: smutek

Olga przetarła twarz dłońmi, wpatrując się tępo w kieliszek. Niespecjalnie pamiętała, jak w ogóle się tu dostała, gdzie sypiała, czy miała przy sobie portfel, kiedy ostatnio jadła i czy myła włosy albo zęby – było jej to zupełnie obojętne tak długo, jak długo utrzymywała w żyłach odpowiednie stężenie alkoholu.
Bez namysłu sięgnęła po kolejną porcję wódki. Siła pędu, z jaką uniosła kieliszek, żeby wlać sobie do gardła uzdrawiającą ciecz, spowodowała, że zachwiała się na wysokim stołku.
Jej wzrok mimowolnie padł na lustro za barem. Między butelkami dostrzegła odbicie, w którym z trudem rozpoznała swoją własną twarz. Odbicie zmrużyło oczy co najmniej dwie sekundy po tym, jak zrobiła to Olga, jednak nawet wówczas nie udało mu się skupić wzroku ani utrzymać ostrości w jednym punkcie. Olga zaśmiała się sobie w twarz i uniosła kolejny kieliszek na znak toastu. Niema, żałosna towarzyszka z naprzeciwka poszła w jej ślady.
Grupka podejrzanych typów pokazywała sobie Olgę palcami, a ona chciała ich zganić, zagrozić im, może nawet ich zmiażdżyć – Olga, która potrafiła to wszystko, pozostała jednak w Wielkiej Brytanii. Olga, która przekroczyła granicę Rosji, do której obiecała sobie przenigdy nie wracać, była całkowicie bezsilna wobec ludzi, którzy ją wyśmiewali.
Mogła co najwyżej na nich krzyknąć, jednak dźwięk, który wydobył się z jej gardła, okazał się cichym chrząknięciem. Czuła przemożną chęć wyplucia na blat flegmy, która zalegała w jej ciele, ale na samą myśl o śliskim, zielonym roztworze, który wypełniał ją po brzegi, poczuła mdłości.
Podparła ciężką głowę ręką, a jej łokieć zahaczył o rząd kieliszków i sto albo dwieście mililitrów wódki powoli rozlało się na blacie, leniwie wypuszczając ruchome odnóża w stronę Olgi. W końcu dotarły do brzegu blatu i zimna struga alkoholu rozbiła się o jej prochowiec.
Zniosła to, z wyższością ignorując mokrą plamę. Zamknęła oczy, dając ukojenie ciężkim powiekom i zmęczonym oczom, którym szkodziła każda ilość światła.
Barman podszedł najpierw do Dymitra, któremu polał to, co zawsze, klepiąc go po ramieniu. Wymienili kilka słów, których Olga nie dosłyszała, choć zajęta była obserwowaniem tej sceny z drugiego końca lady barowej. Ani Dymitr, ani barman zdawali się jej nie zauważać. Powoli sączyła swoją wódkę z sokiem pomarańczowym zastanawiając się, co właściwie myślała sobie, przychodząc do tej speluny w piątek wieczorem, w dodatku zupełnie sama.
Dymitr wprawionym gestem wychylił szklankę swojego trunku i zupełnie nieoczekiwanie, zanim jeszcze Olga zdążyła odwrócić wzrok, wstał i podszedł w jej stronę. Czuła się, jakby ktoś ją spetryfikował, nie mogła ruszyć się o milimetr.
Przysunął sobie stołek i usiadł niemożliwie blisko niej.
Pochylił się nad nią, a ona poczuła jego ciepły, alkoholowy oddech na swojej szyi.
Wciągnęła powoli powietrze.
– Co jest, Szatow? – zapytał beztrosko, z wyraźną przyjemnością mówiąc jej po nazwisku, które w jego ustach brzmiało jak przekleństwo. Nie zadał sobie trudu, żeby patrzeć jej w twarz. Pstryknął na kelnera, co zainicjowało powtórkę sceny z nalewaniem trunku z tą różnicą, że tym razem barman ją zauważył, zmierzył oceniającym wzrokiem i uśmiechnął się krzywo, a potem nalał jej to samo. – Chciałaś się zabawić?
Miał drażniący, ochrypły od picia i papierosów głos.
Olga czasami zastanawiała się, czy rzucał swoimi prostackimi uwagami na oślep, czy może niepostrzeżenie czytał jej w myślach, zanim je formułował, by móc dręczyć ją jeszcze dotkliwiej. Chociaż z ich dwojga to ona naprawdę znała się na legilimencji, nigdy nie miała odwagi tego sprawdzić.
– Coś w tym stylu – powiedziała obojętnie, nieoczekiwanie odzyskując głos. Podniosła rękę i podtrzymała jego brodę wyżej, kierowana uzasadnioną obawą, że jeszcze chwila, a jego twarz wylądowałaby w jej dekolcie.
W odpowiedzi wyprostował się, uśmiechnął się drwiąco i objął ją w pasie. Olgę przeszył dreszcz, tym silniejszy, że desperacko powstrzymywany. Dymitr zignorował go, odgarnął z czoła swoją czarną czuprynę, a potem sięgnął po swoją szklankę, drugą podając Oldze.
– W takim razie zróbmy to – zadecydował za nich dwoje.
Trzy godziny później niemal leżeli na blacie.
Morze alkoholu spowodowało, że Olga śmiała się histerycznie, wpatrując się w Dymitra. Byli tak blisko siebie, że niemal stykali się nosami. Mówiła mu rzeczy, które zalegały na samym dnie jej podświadomości. Bez cienia zażenowania, bez żadnej kontroli i bez najmniejszej obawy przed konsekwencjami. Miała wrażenie, że przez tych parę godzin zdążyła zarazić się od niego jakąś nieznaną, egzotyczną chorobą, która teraz powodowała, że wszystko ją paliło, ale też że czuła się żywa jak nigdy wcześniej.
– Zawsze… – wyznała z trudem, cedząc słowa, które nie chciały wychodzić z niej w normalnym tempie, hamowane przez alkohol. – Zawsze kojarzyłeś mi się z wolnością.
Dymitr prychnął jej w twarz i zaśmiał się krótko.
– Ty zawsze byłaś dla mnie nudziarą – powiedział po prostu.
Nie protestowała i nie oburzała się. Gdyby nie była nudziarą, nigdy nie ciągnęłaby w jego stronę. Właśnie fakt, że uosabiał wszystko to, czego sama nie mogła w sobie wykrzesać, tworzył tę niezrozumiałą chemię. Znała go, od kiedy się urodził. Przez lata obserwowała go z boku, zafascynowana jego niedojrzałością, niezdolnością do zaangażowania, skłonnością do podważania każdej zasady i – choć jego gwałtowny i bezsensowny bunt prowadził jedynie do autodestrukcji – zazdrościła mu go z całego serca.
– Powiem ci coś – obiecał, pokazując jej, żeby przysunęła się bliżej. Zrobiła to, jakby przyciągana magnesem. Pocałował ją mocno, zabierając jej oddech. Olga na chwilę się zamknęła, by po kilkunastu sekundach wybuchnąć mu w twarz śmiechem.
– Mówię poważnie – powiedział poważnie.
Olga cała była znakiem zapytania.
– Mój sekret– powiedział. – Jeśli tylko obiecasz, że nigdy mnie nie zdradzisz.
Zaśmiała się. Obiecać to było tak łatwo, jak oddychać.
– Obiecuję, że nigdy cię nie zdradzę – odpowiedziała gorliwie, nieco brzydząc się swojego służalczego tonu. Czuła, że ciekawość wypełnia ją po brzegi, że zrobiłaby w tym momencie wszystko, by tylko ją zaspokoić.
Pokręcił głową i wrócił do swojego drwiącego uśmiechu.
– Myślałaś, że uwierzę ci na słowo?
Z trudem podniósł głowę i wyciągnął różdżkę z tylnej kieszeni spodni. Zachwiał się na stołku, jednak wprawa pozwoliła mu szybko odzyskać równowagę.
Nie od razu zrozumiała, co miał na myśli, a kiedy w końcu to do niej dotarło, w jej głowie nie włączył się żaden alarm. Wspaniale było nie słyszeć w głowie natrętnego głosu rozsądku – czyżby dotarła do granicy, za którą nic już nie było przeszkodą?
Ich gwarantem był barman, którego nie obchodziło zupełnie, że dwoje zalanych w trupa ludzi związuje się na śmierć i życie przysięgą, której nawet nie wypowiedzieli na głos. Nie obchodziło go to tak długo, jak długo zarzekali się, że wyjdą natychmiast po tym, jak przypieczętuje im Wieczystą.
Światło z różdżki, które splatało ich dłonie było tak jasne, że Olga mimowolnie przymknęła powieki, aby nie wypaliło jej oczu.
Ocknęła się gwałtownie.
Podniosła obolałą głowę, czując już nie tylko mdłości, lecz także silny ból wewnątrz czaszki, po którym rozpoznała, że musiała uderzyć głową w ladę. Kątem oka widziała, jak zbliża się barman. Ostrożnie postawiła nogi na ziemi, starając się ignorować silne zawroty głowy. Wytarła mokre ręce w mokry płaszcz.
Barman chwycił ją za rękaw i spojrzał na nią groźnie.
– Odwal się – powiedziała mu z serca tym samym zachrypniętym głosem, którego używała wcześniej w beznadziejnej próbie dania nauczki menelom.
– Vladimir cię odwiezie.
Spojrzała na barmana z nienawiścią. Po tylu latach nie potrafiła przypomnieć sobie, czy to właśnie on był gwarantem, gdy w tym właśnie barze nieodwracalnie zniszczyła sobie życie. Właściwie nie miała nawet pewności, czy był to dokładnie ten sam bar, wszystkie one wyglądały tak samo – zresztą, jakie znaczenie miały te drobne szczegóły?
Żadnego, gdy pamięć zawodziła ją nawet w kwestii odpowiedzi na najważniejsze pytanie.
– Nie potrzebuje twojej litości.
Wyrwała się, z całych sił usiłując się nie zatoczyć.
– Chcę rozmawiać z Mitią – rzuciła na odchodne. – Sprowadź go.
Nie mogła poczekać na odpowiedź. Odległość dzielącą ją od drzwi przebyła jak najszybciej, całą siłą woli skupiając się na tym, by nie zawadzić o żaden stolik. Wypadła z baru z pełnym impetem i tuż za progiem zwymiotowała soczyście w chłodną noc.
Pytanie, przed którym uciekała przez całą Europę, wróciło z pełną mocą, gdy tylko otrzeźwiała, znów w pełni zdolne do tego, by doprowadzić ją do szaleństwa. Jakie były dokładne słowa przysięgi, którą wypowiedziała tamtej nocy?
Nie pamiętała; wiedziała, że prędzej umrze, niż je sobie przypomni.

 

Kości zostały rzucone: rozdział jedenasty

Kiedy w końcu go zabili, nie pozwoliła sobie na łzy. Nie mogła – gdyby uroniła choć jedną, nie potrafiłaby przestać, póki by się nimi nie udławiła, a tamci tylko żywiliby się jej rozpaczą, tak jak żywili się strachem i śmiercią w jej koszmarach, które niczym już nie różniły się od jawy. Nocami gryzła palce, żeby swoimi napadami suchego, histerycznego szlochu nie obudzić śpiącej przy niej Susan, która podobnie jak w przeszłości jej ojciec instynktownie wyczuwała targające nią emocje, absorbowała je całą sobą nawet przez sen i sama stawała się niespokojna, choć przecież jeszcze nie pojmowała brzydoty tego świata. Uspokajał ją jedynie jej dotyk; Raelyn kładła więc dłoń na jej wątłej piersi, całowała jej jasne, dopiero nabierające rudego odcienia włoski i całymi godzinami nuciła jej stare kołysanki, być może te same, które nuciła jej kiedyś jej matka, by odegnać złe sny – na tyle jednak cicho, żeby przypadkiem nie zdradził jej łamiący się pod naporem tłumionych łez głos.
Liście już dawno opadły, kiedy to się stało. Wciąż padało, ale nie dość silnie, by ugasić ogień, który go pochłonął, śpiącego i bezbronnego, zostawiając po nim jedynie stos sczerniałych kości pośród popiołów. Łatwość, z jaką odebrali mu życie, czyniła jego śmierć nieznośną – zatruwając tę ranę, jątrząc ją nieustannie, nie dając chwili wytchnienia ani nawet cienia nadziei na to, że uleczy ją czas. To jej brat wypowiedział formułę zaklęcia, które go zabiło, ale winiła ich wszystkich – za to, że rozpętali tę niepotrzebną wojnę, która stanęła między nimi, zabierając jej tak wiele, by w końcu zabrać i jego.
Ich przeklęta wolność nie była tego warta; nic nie było.
Gdyby nie trzymała Susan w ramionach, kiedy Reese wyszeptał jej do ucha, co zrobił, wyrwałaby mu serce, o ile w ogóle je posiadał; zamiast tego tylko objęła ją mocniej, a on szeptał dalej, sącząc swój jad z właściwą sobie precyzją – że mogła za to winić wyłącznie siebie; że gdyby nie popełniła wtedy tej głupiej zdrady, kto wie, może wcale nie musiałby go zabijać, może jeszcze nie teraz; że to tylko dzięki niej trafił z Edynburga do miejsca, w którym Edgar Bones żył z tą swoją brudną szlamą i dwójką bękartów, prosząc się o śmierć.
Wiedziała, że mówił to wszystko tylko po to, żeby ją ukarać, a jednak udało mu się zaszczepić w niej tę okrutną wątpliwość – czy Edgar żyłby wciąż, gdyby nie opuściła go wtedy ze strachu przed jego utratą, czy może zabiliby go dużo wcześniej i Susan nigdy nie przyszłaby na świat? Nie była pewna, czy potrafiłaby z niej zrezygnować nawet dla niego; nie zniosłaby tego wszystkiego, gdyby nie te nieustannie wczepione w nią niezgrabne paluszki, to maleńkie serce, którego bicie utrzymywało ją nocami przy zdrowych zmysłach i te wszystkie ogromne jak groch łzy wylane nad byle pożartym przez kota wróblem, tak nieistotne, a jednak ważniejsze od jej własnych, tych nigdy nie wylanych.
Nie zaczęła jeszcze zadawać trudnych pytań; nie wiedziała, że powinna mieć ojca ani że uważał się za niego Rabastan Lestrange, który odwiedzał je z rzadka, zawsze tylko na moment, nawet na nią nie patrząc, jakby bał się odnaleźć w niej część siebie. Powołanie nowego, tak wątłego życia musiało go przerażać bardziej niż odbieranie go, tak już przecież powszednie, i czasem nawet wzbudzał tym w Raelyn cień dawnego współczucia, które pomyliła przed laty z innym, czystszym uczuciem – zbyt wiele zależało teraz jednak od jego kruchego poczucia odpowiedzialności, by mogła go z niej zwolnić i wyznać mu prawdę. Były takie chwile, gdy wydawało jej się, że obydwoje nie mieli już nic do stracenia i nie musieli już dłużej kryć się za kłamstwami, że wreszcie mogli być ze sobą szczerzy i prawdziwi, ale żadne z nich nigdy się na to nie zdobyło i potrafili ze sobą jedynie milczeć.
Jego matka od początku zaciekle sprzeciwiała się temu, by dał dziecku swoje święte nazwisko i Raelyn była jej wdzięczna za tę pogardę, jaką ją darzyła, bo dzięki niej mogły należeć z Susan tylko do siebie nawzajem i do nikogo więcej. Jedynie jej brat wydawał się tym rozczarowany, ale ostatecznie samo zmieszanie ich krwi z krwią któregoś ze starożytnych rodów to więcej, niż kiedykolwiek mógł się po niej spodziewać. Nie wolno było jej nawet mrugnąć, kiedy z fałszywą czułością nazywał jej dziecko rozkosznym bękartem – nie zapomniał w końcu o tym, co zrobiła, jak mógłby; teraz jednak, gdy zależało jej na czymś bardziej niż na zniszczeniu tego, co było mu drogie, znów był spokojniejszy, mając nad nią tę władzę, nawet jeśli była to władza jedynie pozorna i tak naprawdę nie mógł nic zrobić, nie ryzykując przy tym niezadowolenia Lestrange’ów, nieprzewidywalnych w swych kaprysach.
Trwali więc w tym impasie, ucząc się nie przekraczać wzajemnych granic, aż w końcu wydawało się, że po latach udręki udało im się osiągnąć porozumienie, dziwną, ale przy tym bezpieczną równowagę między lojalnością a niechęcią i wreszcie mogli żyć jeśli nie ze sobą, to przynajmniej obok siebie. Kiedy z takim samozadowoleniem wyznał jej, że zabił Edgara Bonesa, poczuła się więc przede wszystkim zdradzona. Z początku nie wierzyła, że to zrobił – że był zdolny popełnić morderstwo tylko po to, by ją ukarać i potrafiła zrozumieć, dlaczego miałby to zrobić właśnie teraz, zrywając tym samym pakt, którego zawarcie kosztowało ich tak wiele wysiłku. Czy to morderstwo sprawiło mu aż taką przyjemność, czy znów tylko udawał? Nie sądziła, żeby zdawał sobie sprawę, jak głęboko udało mu się ją zranić; nie sądziła, żeby potrafił to sobie chociaż wyobrazić.
Zasiane w niej poczucie winy kwitło, a on delektował się swoją bezkarnością i nie mogła tego znieść, więc uciekła w ramiona Rabastana Lestrange’a – i chociaż ten nagły, rozpaczliwy afekt, jakim go obdarzyła, musiał mu się wydać nieszczery, nie odmówił jej prośbie i wraz z końcem lata zabrał je do swojej rodzinnej posiadłości w północnej Walii, która służyła jego przodkom jako baza wypadowa na polowania na zielone, walijskie smoki jeszcze długo po tym, jak zostało to uznane za nielegalne. Wzniesiona przed wiekami z surowego, szarego kamienia, otoczona starym lasem i położona wśród zielonych wzgórz, okazała się dla nich zbyt duża i zimna, choć pełna była nie tylko zakurzonych trofeów łowieckich, ale i echa uprawianej tutaj pokoleniami czarnej magii, i Raelyn często zastanawiała się bezwiednie, co musiało dziać się w piwnicach tego domu, choć tak naprawdę nie chciała wiedzieć; chciała tylko ukryć się przed bezdusznością swojego brata i reszty jego świata.
Dni upływały jej z Susan na łapaniu małych, zielonych jaszczurek, które ta brała za skarlałe smoki; wspinaniu się na wzgórza, by z ich szczytów wypatrywać prawdziwych smoków; czytaniu wciąż od nowa Baśni Barda Beedle’a, z których obie najbardziej lubiły tę o skaczącym, mosiężnym kociołku, śmiejąc się zawsze, gdy ten zaczynał wymiotować ślimakami. Lestrange nigdy nie zaburzał tych małych rytuałów swoją obecnością, zbyt pochłonięty szukaniem w zakurzonych księgach odpowiedzi na niezadane wcześniej pytania, by zauważyć ostatnie ciepłe promienie jesiennego słońca, pająka tkającego sieć w rogu okna, jej żałobę. Raz tylko znalazła go w salonie czytającego te same fragmenty Najczarniejszych czarów, które czytał jeszcze w pokoju wspólnym Slytherinu, teraz być może jedynie z nieco większym zrozumieniem, i tak ją tym rozwścieczył, że bez słowa wyrwała mu tę książkę z rąk i cisnęła nią w kąt; nie widziała go potem przez kilka następnych dni, ale kiedy wrócił, wciąż śmierdział czarną magią.
– Może kiedy to się skończy… – zaczął niezręcznie któregoś razu, wyciągając nieśmiało dłoń, żeby dotknąć zasypiającej w jej ramionach Susan, ale mu na to nie pozwoliła.
– To się nigdy nie skończy – ucięła bezlitośnie.
Myliła się jednak. Wszystko skończyło się nagle wraz z październikiem, gdy Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać przepadł bez wieści. Mówiono, że próbował zabić małego chłopca, ale ten przeżył i nikt nie potrafił wyjaśnić, dlaczego tak się stało; wydawało się to nieprawdopodobne, a jednak dni mijały, a ich Czarny Pan – ten, który miał przecież pokonać samą śmierć – nie dawał znaku życia i ich konsternacja szybko przemieniła się w popłoch. Zbierali się w ich domu jak stado struchlałych owiec, wymieniając gorączkowe szepty, jakby ktokolwiek mógł ich w tym miejscu usłyszeć i tylko Bellatriks wrzeszczała, chora z bezsilności. Rudolf porzucił maskę serdeczności, odsłaniając swoje prawdziwe, bezlitosne oblicze; Rabastan znów stał się chimeryczny, bardzo odległy; nawet Reese miał język związany strachem i nie odzywał się wcale. Byli też inni, ale ich białe jak prześcieradła, wykrzywione paniką twarze stały się obce, nierozpoznawalne nawet dla nich samych i w tej histerii nie potrafili niczego uzgodnić, wciąż tylko obwiniając siebie nawzajem; mnożyły się aresztowania, a ci, którzy wcześniej najwięcej mówili o poświęceniu i braterstwie krwi, teraz pierwsi rzucili się Bartemiuszowi Crouchowi do stóp, skamląc o łaskę. Znów byli mali i śmieszni jak dawniej.
Zbyt wiele zdążyli jej jednak odebrać, by mogła czerpać satysfakcję z ich upadku. Czuła jedynie żal – głęboki, dławiący żal, a wraz z nim narastający gniew, że zdążyli go jeszcze zabrać ze sobą; że zabicie go nic ich nie kosztowało i zrobili to tylko po to, by teraz wycofać się z wojny, której tak pragnęli i udawać ofiary swojego własnego okrucieństwa. Mogła jeszcze tylko żywić nadzieję, że wszystkich ich czekał pocałunek dementora, choć przecież nie mieli już duszy, którą mogliby utracić; była to jednak nadzieja płonna i nie przynosiła jej ulgi.
Aresztowano i skazano Dołohowa za zabicie Gideona Prewetta, którego nigdy nie lubiła. Aresztowano i skazano Traversa, z którym dzieliła się zawsze notatkami z historii magii. Wreszcie aresztowano i skazano także Rookwooda, dzięki któremu poznali się jej rodzice i do którego jej matka zwróciła się później o pomoc, co kosztowało ją życie. Lestrange’owie pozostawali w ukryciu, Yaxley wyłgał się jako jeden z pierwszych, jej brat natomiast nie został nawet przesłuchany, zupełnie zapomniany podczas tego festiwalu zemsty.
Reszta kolejno przestała pojawiać się z czasem w tym domu, aż w końcu któregoś wieczoru nie zjawił się już nikt, nawet jej brat, i kiedy wydawało się, że zostali wreszcie sami ze sobą w głuchej ciszy jego ścian, z dala od wszelkiego zgiełku, wypełnił go krzyk – nieludzki skowyt przenikający nawet zaklęcia wyciszające, który cichł tylko po to, by korytarzami mógł nieść się histeryczny, wysoki śmiech Bellatriks i pozbawiony dawnej słodyczy, pełen napięcia głos Rudolfusa.
Nie słyszała Rabastana, ale wiedziała, że musiał być z nimi; zawsze był z nimi, nierozerwalny jak cień. Przyszedł jej tylko powiedzieć, żeby zabrała stąd dziecko; że obie powinny stąd odejść, a potem czekał na nią przy schodach, choć nie miał jej już nic do powiedzenia i nie potrafił się z nią pożegnać. Nawet nie mrugnął, gdy niezręczną ciszę między nimi przerwał rozdzierający, kobiecy krzyk. Jak mógł przywyknąć do podobnego krzyku? Raelyn miała wrażenie, że to krzyczy ktoś w jej głowie.
On wydawał się jednak głuchy na to wszystko i nie odwracał już wzroku od Susan w jej ramionach, jak robił to wcześniej – teraz przyglądał się jej mokrej od łez twarzy tak zachłannie, jakby nigdy dotąd jej nie widział i nigdy więcej nie miał jej już zobaczyć. Musiał poczuć ulgę, nie znajdując w niej nic z siebie – i kiedy tym razem wyciągnął bezwiednie dłoń, żeby przeczesać palcami jej jasne, zmierzwione włosy, Raelyn pozwoliła mu na to ten jeden, jedyny raz.
– Ty też powinieneś stąd odejść – rzuciła szorstko, wbrew sobie podejmując jeszcze tę ostatnią, rozpaczliwą próbę ocalenia go przed tym, co nieuniknione, ale on nawet na nią nie spojrzał i tylko uśmiechnął z pewną czułością, jakby powiedziała coś niemądrego, bo przecież obydwoje zostali pozbawieni złudzeń zbyt dawno, by teraz chwytać się jeszcze nadziei, że istniało na tym świecie miejsce, do którego mógł uciec przed samym sobą i wszystkimi swoimi wyborami, które nigdy nie były tak naprawdę jego.

05. Ani ja, ani ty

W którymś momencie, być może między jednym przesłuchaniem a drugim, czaszka Amandy przestała tętnić, jakby się chciała rozpaść. Jednak nawet kiedy ból ustąpił, Amanda przekonała się, że czas nie mijał szybciej, kiedy było się w pokoju przesłuchań. Wiele razy słyszała, że w takich miejscach godziny odczuwało się jak minuty, kiedy już pojawił się ktoś, kto zadawał pytania. Nic z tego; choć pytania padały nieustannie, czas zdawał się płynąć gdzieś obok, a mózg Amandy nie był w stanie przepracować tych kilku minut, które minęły od chwili, gdy Selwyn otworzył drzwi, do pojawienia się magopolicji. „Amando? Amando, nie mdlej,” powiedział wtedy Selwyn, nie robiąc jednak nic, by zasłonić nieprzyjemny widok. „Wiem, że możesz zachować spokój”.
Oczywiście, że mogła. Była niezwykle spokojna. Oddychała mechanicznie, nieco płycej niż zwykle, ale panika w żaden sposób nie przychodziła. Tylko widok wnętrza pokoju zdawał się na stałe wypalać w jej mózgu, a jakaś część jej osobowości – ta pierwotna, zwykle drzemiąca pod osiągnięciami tysięcy lat ewolucji – szeptała, że należy uciekać, że w pobliżu zwłok nie można zachowywać spokoju, nie można stać tam ani chwili dłużej. Amanda nie ruszyła się jednak nawet na krok.
„Wezwij kogoś, trzeba zabezpieczyć ten pokój,” powiedziała w końcu, odtrącając rękę Selwyna, którą próbował położyć na jej ramieniu. Wyglądał na nieco zdziwionego jej reakcją, ale szybko przywołał na twarz raczej ponurą minę.
„To bardzo przykry wypadek,” stwierdził, świdrując Amandę wzrokiem, jakby nie dość świdrowały ją puste oczy Marie, której głowa spoczywała na stoliku do kawy, tuż za progiem. „Będą musieli wszystkich przesłuchać i oby nie dopatrzyli się niczego… nadzwyczajnego”.
Wtedy nie była pewna, co dokładnie miał na myśli; w końcu znalezienie czegokolwiek odstającego od normy mogłoby doprowadzić do ujęcia osoby winnej tej zbrodni. Teraz jednak, kiedy magopolicja skończyła ją przesłuchać, a sprawę przejęli aurorzy, zdawała sobie sprawę, że nic, co mogliby odkryć, nie pomoże. Choć starali się zachowywać spokój, ich pytania zdawały się sugerować, że nie są pewni, jak postępować ze śledztwem. Wydawało się za to jasne, że próbują wyciągnąć z Amandy jak najwięcej tylko dlatego, że wraz z Selwynem odkryła miejsce zbrodni, a także stosunkowo dużo czasu spędziła ze zmarłymi, kiedy jeszcze pozostawali wśród żywych. Jeśli nie znajdą winnego, czy trudno byłoby rzucić podejrzenie – bo przecież podejrzenie wystarczy – na kogoś innego? I czy samo podejrzenie nie wystarczy, by skomplikować czyjeś życie – zwłaszcza teraz, kiedy oczy całego magicznego świata skierowane były na Wielką Brytanię?
„Mam nadzieję, że pamiętasz każdy szczegół dzisiejszego dnia i nie pomylisz się w zeznaniach, Amando,” powiedział Selwyn, kiedy tam stali, a jej wzrok błądził po fragmencie czyichś jelit, które znikały gdzieś za kanapą.
Jeszcze nie wiedziała, że magomedycy określą czas zgonu na tyle mało precyzyjnie, że alibi Amandy stanie się nie tylko posiłek w stołówce.
– Panno Burke, rozumiem, że jest pani przemęczona, ale musimy ustalić fakty, zanim pozwolimy pani odejść – powiedział przesłuchujący ją auror, drapiąc się po czole. Miał ciemne włosy, które zaczynały siwieć i się przerzedzać, o czym ich posiadacz zdawał się zapominać, co jakiś czas próbując odgarnąć z czoła nieistniejącą grzywkę albo maskując ten gest drapaniem się.
Amanda zacisnęła szczękę, co sprawiło, że jej usta zmieniły się w wąziutką linię, całkiem pozbawioną koloru. Nie była pewna, jak długo przebywała w biurze managera hotelu, gdzie najpierw przesłuchiwała ją magopolicja, a później aurorzy. Wszystko po to, by nie wywoływać skandalu, choć jak długo można ukrywać przed innymi mieszkańcami hotelu, że w pokoju obok doszło do krwawej jatki? Nie da się tego sprzątnąć jednym zaklęciem. Nie da się też zatrzymać procesu rozkładu, który sprawi, że jeśli ktoś tego prędko nie posprząta, to niebawem charakterystyczny smród da innym do zrozumienia, że wydarzyła się tragedia. Magopolicjanci jednak rzucili pobieżnie okiem na scenę zbrodni i skupili się na Amandzie i Selwynie, których zabrali na parter, do pomieszczeń administracyjnych. Przez chwilę pozwolono im siedzieć w tym samym pokoju, bo trzech magopolicjantów wspólnymi siłami próbowało obsłużyć aparat telefoniczny i zadzwonić do Biura Aurorów. Widok ten byłby o wiele bardziej zabawny, gdyby Amanda mogła wyrzucić z głowy obrazy, które nadal tańczyły jej przed oczami, ilekroć przymykała powieki.
– Proszę mi jeszcze raz powiedzieć, w jakich okolicznościach znalazła się pani wraz z Vincentem Selwynem pod drzwiami pokoju należącego do norweskiej delegacji – powiedział auror, wyrywając ją z chwilowego zamyślenia.
– Selwyn poprosił mnie o asystę – odpowiedziała, uznawszy, że im krótsze będą jej odpowiedzi, tym szybciej auror się zniechęci. Wszystko miał już w protokole sporządzonym przez magopolicjantów.
– Dlaczego panią?
– Na to pytanie może odpowiedzieć tylko Vincent Selwyn.
– Ale ja pytam panią – odparł auror tonem, jakim zwykle przemawia się do krnąbrnych pięciolatków.
Amanda milczała, bezmyślnie obracając w dłoni naszyjnik. Gdyby można było aktywować świstokliki siłą woli, już dawno by jej tu nie było. Prawdopodobnie.
– Spójrzmy więc na problem z innej strony. Znała pani ofiary… – zaczął auror zmęczonym, monotonnym głosem.
– Rozmawialiśmy. Raz. Nie powiedziałabym, że ich znam – stwierdziła chłodno Amanda.
– Ale zaprosili panią do swojego pokoju, mugole pracujący w hotelu to potwierdzają.
Amanda chciała zrzucić całą winę na Franka, przekazać mu ciężar wymyślenia dobrego powodu – niezwiązanego z działalnością na poły szpiegowską – dla którego odwiedzali Norwegów, ale podejrzewała, że albo już go przesłuchano, albo niebawem się to stanie, a jeśli tak, to nie powinna liczyć na jego zdolność do fałszowania rzeczywistości. Nie powinna też wymyślać niczego, czego Frank nie zdoła podtrzymać.
– To była zwykła, prywatna rozmowa.
– A więc ma pani w zwyczaju odwiedzać nieznane sobie delegacje z innych krajów celem odbycia zwykłych, prywatnych rozmów. Z samego rana. W dniu po hucznym balu, który wszyscy odsypiają. Tak, panno Burke? – drążył auror.
– Nadinterpretuje pan moje słowa – stwierdziła, choć coraz trudniej było jej zachować spokój. Nie miała dobrych wyjaśnień. Nie miała też najlepszego alibi; w końcu skoro mogła zniknąć, żeby porozmawiać z Selwynem, kto wie, co jeszcze mogła w tym czasie zrobić…
– Chcę tylko poznać odpowiedzi na wszystkie pytania, które mogłyby paść w sądzie.
– W sądzie? – Amanda uniosła brew. Nie mieli nawet podejrzanego, ale już myśleli o procesie?
– Tak, świadkowie zwykle występują przed obliczem sędziów… Ale o tym pani doskonale wie, prawda, panno Burke? – Auror posłał jej krzywy uśmiech, jakby chciał powiedzieć, że doskonale wie, jak wyglądały dotychczasowe przygody Amandy z wymiarem sprawiedliwości.
– Czy aby nie przekroczył pan granicy oddzielającej ciche przesłuchanie, które ma się przyczynić do uniknięcia rozgłosu, od upajania się międzynarodową sensacją? Bo jeśli dopuszczamy tę drugą opcję, to chyba najwyższy czas, żebym skontaktowała się z kimś ze Stanów – odparła spokojnie Amanda.
– A więc uważa się pani za Amerykankę? – zapytał auror.
– Czy to pytanie ma na celu ustalenie przebiegu zdarzeń, które doprowadziły do śmierci jednej z delegacji?
Auror nie odpowiedział; patrzył na nią z nieskrywaną niechęcią, jakby tylko czekał, aż Amanda da mu powód, by ją zabrał do Azkabanu pod zarzutem potrójnego zabójstwa.
– Odkąd Torvald zginął, nie było ani jednego Burke’a godnego tego nazwiska – powiedział przez zaciśnięte zęby, po czym posłał Amandzie wyzywające spojrzenie.
Amanda nie odpowiedziała. Czekała, kiedy nadejdzie ten moment, w którymś ktoś przywoła temat jej rodziny. Nie spodziewała się tylko, że stanie się to przy okazji przesłuchania.
Zanim jednak rozmowa ta zaszła dalej, rozległo się donośne pukanie do drzwi i, nie czekając na zaproszenie, wszedł przez nie Selwyn. Wyglądał na zmęczonego, ale nie przerażonego i – z całą pewnością – nie wystraszonego wizją wakacji w Azkabanie.
– Thompson, panna Burke jest zmęczona, czy konieczne jest tak długie przesłuchanie? – zapytał, patrząc na aurora z góry.
Thompson mruknął coś niezrozumiałego, choć Amanda była pewna, że jego mruknięcie zawierało przynajmniej jedną inwektywę. Selwyn to jednak zignorował, podchodząc do Amandy.
– Mam nadzieję, że radzi sobie pani z tą traumą, panno Burke – powiedział, wyciągając do niej dłoń, jakby chciał pomóc jej wstać z fotela.
Amanda spojrzała na niego podejrzliwie. Nie miała pojęcia, co chciał osiągnąć, ale nie miała wątpliwości, że wszystko starannie zaplanował. Być może włącznie z wybraniem właściwego momentu, by wejść do pokoju i przerwać aurorowi dokładnie po tym, jak przypomniał jej o niezbyt radosnej historii rodzinnej.
– Dziękuję za troskę – odpowiedziała, ale nie przyjęła jego dłoni. Spojrzała natomiast na aurora, który przyglądał jej się z nieskrywaną pogardą. – Mam nadzieję, że możemy zakończyć naszą rozmowę.
– Jeśli będę miał jeszcze jakieś pytania, to panią wezwę – mruknął, notując coś w leżących przed nim papierach. – Proszę nie opuszczać kraju.
Amanda nie odpowiedziała, ale wstała z krzesła. Czuła się nieco odrętwiała i chętnie by się przeciągnęła, ale zdawała sobie sprawę, że jest bacznie obserwowana. Do tego grała z Selwynem w jakąś grę, której zasady zdawały się ciągle zmieniać i nigdy nie umożliwiać jej zwycięstwa.
– Dziękuję, Thompson – skinął Selwyn, ruszając w kierunku drzwi. – Odprowadzę pannę Burke, a potem przekażesz mi raport dla ministra.
Gdy znaleźli się na pustym korytarzu, Amanda miała ochotę powiedzieć coś o tym, że rozgrywka, którą Selwyn prowadzi, nie będzie taka łatwa. Nie była jednak pewna, czy powinna jasno dać mu do zrozumienia, że podnosi rzuconą przez niego rękawicę. Czy gra, której nie sposób wygrać, warta jest tego, by ją podejmować? Chociaż Amanda zawsze lubiła wyzwania, nie miała przekonania co do metod, którymi Selwyn się posługiwał.
– Amando, przyjmij moje najszczersze wyrazy współczucia z powodu traumy, która… – zaczął, zanim zdążyła zdecydować, co chce powiedzieć.
– Daruj sobie – warknęła. – Oboje wiemy, że to ukartowałeś.
– Rozumiesz zatem, że musiałem przekazać ci bardzo ważną wiadomość.
Powiedział to z takim spokojem, że Amanda po raz pierwszy tego wieczora poczuła wściekłość. Stłumiła ją jednak; emocje nigdy nie są dobrym doradcą.
– Myślę, że nasza współpraca powinna przebiegać teraz nawet lepiej niż wcześniej – ciągnął Selwyn. – Podobno traumatyczne sytuacje zbliżają ludzi.
Amanda nadal milczała, zaciskając szczękę. Selwyn był niezwykle irytujący i wiele by dała, by już nigdy więcej go nie oglądać, ale on – pozornie beztrosko – szedł tuż obok, jakby zupełnie nie zdawał sobie sprawy z jej irytacji. Był dobry, ale Amanda też była niezła; nie miała zamiaru dać się wpędzić w kozi róg, nawet jeśli właśnie pokazano jej, co ministerstwo jest gotowe zrobić z osobami podejrzewanymi o szpiegostwo. Jej obecność na miejscu zbrodni miała stanowić ostrzeżenie, że następną krwawą plamą, z którą będą jutro walczyć sprzątaczki, stanie się ona.
– Mam nadzieję, że odpowiedzialni za ten nieszczęśliwy wypadek zostaną szybko schwytani. To ogromne nieszczęście… – dodał Selwyn, patrząc na nią uważnie.
– Tak, doprawdy niefortunne zdarzenie – mruknęła w końcu Amanda.
Selwyn zmrużył oczy, jakby chciał coś dodać, ale Amanda spojrzała na niego poważnie. Być może znalazł w jej minie to, czego szukał, bo pozostałą część drogi pokonali w milczeniu. Dopiero pod drzwiami prowadzącymi do pokoju amerykańskiej delegacji się odezwał:
– Do jutra, Amando. Mam nadzieję, że uda nam się porozmawiać bez takich niespodzianek.
Nie doczekał się jednak odpowiedzi. Amanda trzasnęła drzwiami, jakby tylko w ten sposób mogła kazać mu iść do diabła. Selwyn uśmiechnął się do siebie.
*
Najwcześniejsze wspomnienie, do którego Amanda mogła dotrzeć, było czarno-białe albo przynajmniej takim się wydawało, bo wszyscy byli ubrani na czarno. Była późna jesień, a niebo zasnuło się ciężkimi chmurami, które wisiały nisko i zwiastowały obfity deszcz. Pamiętała te chmury wyraźnie, bo to właśnie na nie patrzyła większość czasu. Pamiętała, że kurczowo trzymała w swoich niewielkich rączkach dużą i ciepłą dłoń, która sprawiała, że Amanda mogła się skoncentrować na tym, co działo się wokół. Pamiętała też parę chłodnych, niebieskich oczu, które raz po raz napotykały jej spojrzenie skierowane w górę i które stanowiły jedyne źródło koloru w tym ponurym świecie.
Ciągu dalszego tego dnia Amanda nie pamiętała i strasznie ją to irytowało. Była najmłodsza ze wszystkich domowników i nie znosiła, kiedy jej wiek uniemożliwiał jej pełne uczestnictwo w sprawach rodziny. „Jesteś jeszcze dzieckiem”, mówił Torsten, tak dorosły dzięki swoim kilku latom więcej. „Nie musisz się tym jeszcze interesować”, mówiła babcia Sigrid, raz po raz znikająca we wspomnieniach Amandy w gabinecie lub za parującym kociołkiem. „Nic”, było odpowiedzią, którą najczęściej słyszała od ojca; mogła bombardować go pytaniami o to, co się działo, ale nigdy nie uzyskała pełnej wersji zdarzeń. Tylko jedna osoba traktowała ją poważnie. „Czego chcesz się dowiedzieć, księżniczko?”, pytał dziadek Torvald, siadając w wielkim fotelu i pozwalając jej się wgramolić na kolano lub na fotelowe oparcie. A Amanda chciała dowiedzieć się wszystkiego.
Pierwsze wspomnienie wiąże się zatem z opowieścią Torvalda, a wszelkie obrazy, które Amanda jest w stanie przywołać, jeśli się bardzo skupi, prawdopodobnie powstały w wyniku przetwarzania tych opowieści i tylko luźno pokrywały się z rzeczywistością. „Nie przejmuj się, księżniczko”, uspokajał Torvald, kiedy widział, że kilkuletnia Amanda marszczyła czoło w skazanej na porażkę próbie przypomnienia sobie kobiety, którą nie tak dawno pożegnali po raz ostatni. „Nie wszystkich ludzi trzeba pamiętać”.
Było w tym stwierdzeniu coś przerażającego, choć w umyśle dziecka nic, co mówił Torvald, nie mogło wywołać obaw. Wszystko było prawdą, wszystko było słuszne i wszystko budziło jeszcze większą ciekawość, jeszcze większą chęć pobierania nauk. Torsten rzadko do niej dołączał, kiedy rozmawiała z Torvaldem o wszystkim z najwyższą powagą, na jaką stać było cztero-, pięcio- czy nawet siedmiolatkę.
„To zły człowiek”, powiedział kiedyś Torsten. Specjalnie przyszedł do jej pokoju, choć tak rzadko to czynił, i powiedział, że nie powinna tyle czasu spędzać z dziadkiem, że to przez niego mama nie żyje. Amanda jednak – niezdolna do przedstawienia poważniejszego argumentu – pokazała bratu język i wróciła do przeglądania książki, która leżała przed nią. Nie umiała jeszcze czytać, choć rozpoznawała większość liter i tylko kwestią czasu było, kiedy uda jej się poznać całą treść woluminu. Podobnie kwestią czasu było, kiedy jej relacja z Torstenem stanie się na tyle zła, że przestaną ze sobą dobrowolnie rozmawiać.
Świat Amandy kręcił się bowiem wokół Torvalda. Odkąd wraz z ojcem i bratem zamieszkała w dużym, starym domu na odludziu – bo wiedziała, że wcześniej mieszkali gdzieś indziej, gdzieś, gdzie pachniało wanilią i chorobą – wiele czasu spędzała na przechadzaniu się po licznych pokojach w nadziei, że w którymś z nich będzie Torvald. Czasami go znajdowała, częściej to on znajdował ją, gdy już zwątpiła i znalazła sobie inną rozrywkę. Ale kiedy już miał dla niej czas, była najszczęśliwszym dzieckiem na świecie. Nie zdarzało się to jednak tak często, jak by chciała. Częściej była tylko ona, ciemne korytarze, zakurzone książki, czasami obrażony Torsten. Ojca w jej wspomnieniach było równie mało co babci Sigrid, choć z innych powodów.
Ona była zajęta, brała za dużo dyżurów w szpitalu, a kiedy nie mogła wziąć kolejnego, pracowała nad czymś w domu. Prawie nie zaglądała do kuchni, nad którą władzę przejęły skrzaty domowe. I choć Amanda wspominała ją ciepło, nie mogła pozbyć się wrażenia, że w oczach babci Sigrid zawsze czaił się jakiś smutek, poczucie przegranej, które nie utrzymywało się w nich dłużej niż kilka sekund, ale powracało z dużą regularnością. Kiedy jednak miała czas dla Amandy, opowiadała ciekawe rzeczy o Hogwarcie i o magii.
Ojciec natomiast zamykał się w gabinecie i nie opuszczał czterech ścian przez długie godziny, całkiem ignorując Amandę i Torstena, którzy zabiegali o jego uwagę. Zdarzało mu się opuszczać posiłki i Amanda częściej widywała go przypadkiem, kiedy przechodził jednym z korytarzy, niż dlatego, że chciał ją zobaczyć.
„Sigurd za bardzo kocha swoją przeszłość i swoje udręczenie, by kiedykolwiek spojrzeć ponad to”, powiedział kiedyś Torvald. Amanda nie od razu zrozumiała. Przedstawiona jej koncepcja była za trudna, zbyt mroczna dla dziecka, ale słowa zapadły jej w pamięć na tyle, że po kilku latach mogła do nich wrócić i zrozumieć, że śmierć żony złamała Sigurda. Amanda wracała po latach do wielu słów, które dobiegły jej uszu, gdy cichutko przemierzała liczne korytarze domu, w którym grube dywany tłumiły jej kroki. Im dłużej skupiała się na wspomnieniach, tym więcej puzzli do siebie pasowało, tym bardziej oczywistym stawał się ciąg zdarzeń, który doprowadził nie tylko do tego, że jej pierwsze wspomnienie dotyczy pogrzebu, lecz także wszystkiego, co zdarzyło się później. Kilkunastoletnia Amanda mogłaby bez większego problemu rozrysować przebieg zdarzeń, zaznaczyć punkty zwrotne, przedstawić alternatywne rozwiązania i na koniec całą tę gdybologię spalić, bo wiedziała doskonale, że nikt spoza rodziny nigdy nie powinien poznać wszystkich faktów, o których wiedziała. Zabierze ze sobą zarówno te tajemnice, jak i te, które powstały w kolejnych latach, kiedy świat Amandy się poszerzał, wykraczał poza pokój dziecięcy, poza dom na odludziu, poza dziecięcy sposób myślenia. Do grona tych sekretów chętnie dołączyłaby Zachariaha, ale na to było już za późno. Nie żeby był największym błędem, jaki w życiu popełniła, nie. Amanda niewielu rzeczy żałowała; po prostu gdyby mogła, dziś inaczej by to wszystko rozegrała. Czy jednak można winić młodą dziewczynę – dziecko właściwie, choć pełnoletnie – o to, że próbowała jeszcze bardziej poszerzyć swój świat?
*
Frank siedział w ciemnym saloniku, być może zawieszony między jawą a snem, bo nie poderwał się z fotela, gdy tylko trzasnęła drzwiami. Zdążyła dojść do swojego pokoju, zanim usłyszała za plecami szmer i poczuła, że serce zabiło jej szybciej, a mózg przywołał obraz norweskiej delegacji. Nie sparaliżował jej strach, wręcz przeciwnie – coś motywowało ją do działania. Zanim jednak zdążyła zareagować, zza jej pleców dobiegł głos:
– Panno Burke, martwiłem się o panią.
Amanda wzniosła oczy ku sufitowi, zanim odwróciła się w jego stronę. W całej tej kabale brakowało tylko zatroskanego Rothenberga. Zdawała sobie sprawę, że jego obecność w pokoju świadczy o tym, że nie został wezwany na przesłuchanie ani aresztowany. Nie była pewna, czy Norwegowie przekazali mu jakiekolwiek dane, ale wiedziała, że nie powinna rozmawiać z nim tutaj, na wrogim gruncie.
– Niepotrzebnie – odpowiedziała chłodno.
– Ale zniknęła pani po kolacji, a mieliśmy porozmawiać o…
Frank – zaczęła, przerywając mu w połowie zdania – jestem zmęczona. Jutro mogę o wszystkim opowiedzieć, ale dziś chciałabym odpocząć.
Rothenberg przez chwilę na nią patrzył; przez hotelowe okno wpadało niewiele światła, więc bardziej zgadywała niż widziała, jak marszczy czoło. W końcu jednak pokiwał głową.
– Oczywiście, rozumiem – zapewnił. – Życzę pani dobrej nocy.
Amanda tylko skinęła głową, zbyt zmęczona, by silić się na uprzejmość. Chciała tylko przejść przez drzwi i położyć się spać. Wiedziała, że czeka ją kolejna noc, w czasie której możliwe będzie złapanie tylko kilku godzin snu. Wolałaby jednak już pogrążyć się w snach i zaryzykować, że zobaczy w nich wszystko, co przez kilkoma godzinami widziała w rzeczywistości, niż stać tu z Frankiem.
– Mam nadzieję, że dokończymy naszą rozmowę jutro po śniadaniu – dodał.
– W czasie kolejnego zwiedzania? – zapytała, zanim zdążyła się pohamować. Jej ton był jednak wyprany z emocji, a nie tak pogardliwy, jaki się spodziewała usłyszeć.
– Do obiadu mamy czas wolny na zwiedzanie. Nastąpiła drobna zmiana, nie wiedziałem, czy pani o niej słyszała – odpowiedział.
Amanda doskonale wiedziała, że jakaś zmiana musiała nastąpić – Selwyn miał na głowie o wiele więcej niż jeszcze dobę temu i najprawdopodobniej musi się komuś gęsto z czegoś tłumaczyć. Do tego najwyraźniej to właśnie na niego spadnie obowiązek posprzątania po całej tej aferze. Jeśli nie zrobi tego umiejętnie, wybuchnie skandal, który zaszkodzi ministerstwu bardziej niż posądzenia o związki ze śmierciożercami. Nawet jeśli Selwyn był zamieszany w to, co przytrafiło się Norwegom, to przecież… Amanda poczuła pulsowanie w skroniach.
– Oczywiście – powiedziała w końcu, zdając sobie sprawę, że Frank czeka na odpowiedź. – Chętnie odegram rolę przewodniczki, niedaleko jest niezwykle sympatyczna kawiarnia, którą musimy odwiedzić.
– Doskonale. – Rothenberg skinął głową.
Tym razem Amanda nie czekała, aż powie coś więcej. Weszła do swojego pokoju i powoli wypuściła powietrze z płuc. Była w paszczy lwa i musiała działać mądrze, jeśli chciała się z niej wydostać. Mądre działanie oznaczało między innymi jak najszybsze wytworzenie przewagi nad innymi graczami i utrzymywanie poprawnych stosunków z innymi graczami – wszystko to było wysiłkiem nieco innym od tego, który podejmowała w Stanach. Tam budowała swój wizerunek od fundamentów i nie miała wiele do stracenia. Tu każdy mógł zacząć grzebać w jej przeszłości i z łatwością znaleźć coś, co z jego punktu widzenia powinno dać mu nad nią przewagę. Tu konieczna była niezwykle gruba skóra, przytomny umysł i łut szczęścia.
*
– Następnie wilk zapukał do chatki, czekając, aż kózki się odezwą. Któraś zapytała, kto stoi za drzwiami, więc wilk przedstawił się jako ich matka. Nie miały powodów, żeby mu nie ufać, bo pokazał im bieloną mąką łapę. Otworzyły drzwi i wtedy… wiesz, co stało się wtedy, księżniczko? – Torvald popatrzył wyczekująco na kilkuletnią Amandę. Opowiadanie baśni na dobranoc najwyraźniej nudziło go, gdy nie zadawał żadnych pytań i nie zmuszał jej do myślenia.
– I wtedy wilk zjadł je wszystkie – powiedziała z przekonaniem Amanda, która skądś znała już tę bajkę, choć nie miała pojęcia, kto ją mógł opowiadać. – Wszystkie poza najmniejszym, które powiedziało prawdziwej matce, że wilk zjadł pozostałe, więc ona go znalazła, rozpruła mu brzuch i tam były połknięte w całości koźlątka, więc…
– Nie, nie – zaprotestował Torvald, marszcząc brwi. – Kto ci naopowiadał takich bzdur?
Amanda chciała odpowiedzieć, ale zdała sobie sprawę, że nie wie. Zamknęła więc usta i spojrzała z nieskrywaną ciekawością na Torvalda, który zmierzwił jej jasną czuprynę.
– To wersja, którą opowiada się na pocieszenie wszystkim przegranym. Tym, którzy nigdy nic nie osiągną. Tym, którzy zostaną kiedyś pożarci. Chodzi o to, żeby mieli nadzieję na ratunek, kiedy zamknie się za nimi wilcza paszcza – wyjaśnił. – W rzeczywistości to najmniejsze nic nie zmieniło. Matka koza nie byłaby w stanie uwolnić zjedzonych koźlątek. Nawet gdyby zabiła wilka, one już dawno by nie żyły.
Amanda wciągnęła powietrze, chwytając mocno brzeg kołdry i próbując utrzymać dzielną minę. Nie podobała jej się ta wersja baśni.
– Ale co ze szczęśliwym zakończeniem? – zapytała, przekonana, że w każdej baśni musi takowe wystąpić.
– Dla wilka było szczęśliwe – odpowiedział Torvald. – Historię piszą zwycięzcy, a takie opowiastki mają otrzeć łzy tym, którzy są za słabi, by coś osiągnąć.
Nie brzmiało to najlepiej, ale dla Amandy nie brzmiało to też źle. Nie znalazła w tym fałszywej nuty, nawet jeśli taki świat, o jakim mówił Torvald, wydawał się straszniejszy od tego, w którym można rozpruć wilkowi brzuch i wyciągnąć z niego żywe koźlątka. Choć Amanda nie spotkała nigdy ani wilka, ani kóz, domyślała się, że wersja Torvalda jest bliższa prawdzie.
– Zapamiętaj, księżniczko, ludzie dzielą się na wilki i kozy. Na tych, którzy zjadają i mówią innym, co mają robić, bo są dostatecznie odważni i zdeterminowani, oraz na tych, którzy są zjadani, którzy poddają się bezwolnie silniejszym. Jeśli nie sięgniesz po władzę, sama do ciebie nie przyjdzie – powiedział, patrząc na nią tak, jakby właśnie opowiadał zabawną historyjkę przy niedzielnym obiedzie. – Jeśli nie będziesz walczyć o to, by być kimś, kto decyduje o losie innych, jakiś niekompetentny idiota zadecyduje za ciebie.
Amanda poczuła się bardzo głupio; trochę jak wtedy, kiedy wyrzuciła przez okno pluszową sowę, bo myślała, że poleci tak jak prawdziwa. Wtedy miała jednak jakieś trzy czy cztery lata i nie pamiętała tego wydarzenia, pamiętała tylko ile razy Torsten o nim opowiadał, i domyślała się, że ten wstyd wiąże się raczej ze sposobem, w jaki to robił, niż z rzeczywistym wspomnieniem.
– W takim razie chcę być wilkiem – powiedziała z przekonaniem. Nie lubiła, kiedy Torsten mówił jej, co ma robić, ani kiedy skrzaty narzucały jej pory posiłków. Nie lubiła, kiedy ktoś wybierał, którą sukienkę ma danego dnia założyć. Nie wiedziała, co czeka ją w przyszłości, ale spodziewała się, że przez wiele lat jeszcze wiele osób będzie mówiło jej, co ma robić. I, być może, nie zmieni się to w dniu jej siedemnastych urodzin.
Torvald uśmiechnął się szeroko, a Amanda poczuła radość, bo wyczytała z jego uśmiechu dumę. Chciała, żeby ktoś był z niej dumny. Najlepiej ktoś, kogo tak bardzo podziwiała, do kogo za wszelką cenę chciała się upodobnić.
– Wiedziałem, że tak powiesz, księżniczko. Jesteśmy ulepieni z tej samej gliny. Wiemy, na co zasługujemy i jeśli ten przegniły świat nam tego nie daje, to będziemy o to zabiegać wszelkimi sposobami – powiedział, raz jeszcze mierzwiąc jej jasną czuprynę.
Nadal się uśmiechał, a Amanda w swojej dziecięcej naiwności wyobrażała sobie przyszłość, w której Torvald zostaje Ministrem Magii, a ona przewodniczy jakiemuś bardzo ważnemu departamentowi. W którymś momencie chęć decydowania o sobie zespoliła się w jej głowie z chęcią decydowania o innych – a przynajmniej brakiem oporów przez decydowaniem o innych – choć nie była to jeszcze ta chwila. Wówczas Amanda myślała o tych, którzy nie potrafią podejmować decyzji, którzy potrzebują, by ktoś zadecydował za nich. I uważała, że mogłaby to być ona.
– Pamiętaj tylko, że to, czego chcemy, może być poza naszym zasięgiem, że nasze ambicje nie zawsze doczekają się realizacji – dodał, a uśmiech powoli schodził mu z twarzy, jakby właśnie przypominał sobie coś wyjątkowo nieprzyjemnego. – Zawsze będą w nas pragnienia, których nigdy nie zaspokoimy, zawsze będzie coś lepszego, coś większego, coś bardziej zachęcającego…
– I za tym podążymy? – zapytała z nadzieją Amanda, starając się wchłonąć tę nową filozofię.
Torvald spojrzał na nią bez cienia uśmiechu.
– Nie, księżniczko. I nauczysz się z tym żyć, bo nigdy nie osiągniesz wszystkiego. Nauczysz się udawać, bo nigdzie nie będziesz pasować w pełni. Nauczysz się znajdować proste przyjemności, bo tych prawdziwych i głębokich możesz nigdy nie doświadczyć.
*
Kiedy następnego ranka Amanda zeszła do jadalni, Rothenberg już tam był, raz po raz podnosząc głowę znad talerza jajecznicy, by przyjrzeć się osobom wchodzącym do pomieszczenia. Skinął Amandzie, gdy tylko ją zobaczył, i powstrzymał cisnący mu się na usta grad pytań, póki wgryzła się we własną jajecznicę.
– Panno Burke, co dziś zwiedzimy? – zapytał tonem, który niewątpliwie w jego mniemaniu miał uchodzić za konwersacyjny wśród brytyjskich elit.
– Amando – poprawiła go Amanda, patrząc obojętnie na jego talerz. Wnosząc po stanie, w jakim znajdowało się jego śniadanie, musiał siedzieć tu już pewien czas i rozgrzebywać wszystko widelcem.
Frank skinął głową, a przez jego twarz przemknął cień irytacji. Oboje wiedzieli, że przerabiali już to poprzedniego dnia. Oboje wiedzieli też, że Rothenberg specjalnie nie używa jej imienia – nie ze względu na dobre wychowanie, ale ze względu na to, co jego zdaniem wypada, a co nie wypada w środowisku, w którym się znalazł.
Amanda zjadła trochę jajecznicy, a następnie wyjaśniła, że kilka przecznic od hotelu mieści się urocza kawiarnia. Powinni trochę pochodzić, zobaczyć kilka zabytków znajdujących się najbliżej, a potem zajrzeć tam na drugie śniadanie. Plan brzmiał niewinnie i nie powinien wzbudzać niczyich podejrzeń; Amanda domyślała się, że to zbędny środek zapobiegawczy – jeśli nikt ich nie podsłuchiwał, to próżny jej trud, a jeśli ktoś ich podsłuchiwał, to miał po temu powód i nie powinien dać się zwieść takiej historyjce – ale wolała zabezpieczyć się na wszelkich możliwych frontach.
Rothenberg najwyraźniej nie miał apetytu, bo nawet po tym, jak poznał plan działania, nie wrócił do jedzenia. Przez chwilę przesuwał kawałki jedzenia po talerzu, aż napotkał spojrzenie Amandy. Uniosła pytająco brew, a nieco zawstydzony Frank odłożył widelec.
– Nie wiedziałam, że jesteś takim fanem zwiedzania – mruknęła pod nosem.
– Ja… Tak – odpowiedział.
Amanda wykrzywiła usta w namiastce uśmiechu, po czym wróciła do swojego śniadania. Frank próbował nie pytać jej o nic, póki nie skończy, bo wiedział, że i tak nie uzyska odpowiedzi, ale nie było to łatwe. Wiedział, że z Norwegami stało się coś złego. Wiedział, że poprzedniego dnia Selwyn nie zabrał Amandy na kawę i ciasteczko. Wiedział, że mogą być w niebezpieczeństwie i jak najszybciej chciał dowiedzieć się wszystkiego, czego tylko mógł. Jeszcze nie zadecydował, czy w rewanżu powie Amandzie o wszystkim, czego dowiedział się od Marie, ale poważnie to rozważał. Póki co jednak nie mógł się doczekać, aż wyjdą z hotelu i będą mogli porozmawiać.
Jajecznica trafiała do ust Amandy widelec za widelcem. W tempie tak powolnym, że Rothenberg nie był pewien, czy nie jest to specjalnym spektaklem, w którym Amanda się z niego naigrywa. W końcu jednak odłożyła sztuciec i wytarła usta serwetką. Frank przestał nerwowo podrygiwać nogą, ale kiedy Amanda sięgnęła po filiżankę herbaty, poczuł, że wszystko to jest jakimś ponurym żartem.
– Zachowuj się naturalnie – mruknęła Amanda, powstrzymując się przed przewróceniem oczami.
Nikt – a przynajmniej nikt przy zdrowych zmysłach – nie wysyłałaby Rothenberga na misję szpiegowską. Co ci nowojorczycy myśleli? Że pozyska dla nich tajne dane?
W końcu śniadanie dobiegło końca, a oni – przyodziani w płaszcze, bo wiatr był dość nieprzyjemny – mogli wyjść z hotelu. Amanda przez kilka minut się nie odzywała, rzucając tylko co jakiś czas krótkie komentarze na temat mijanych budynków lub informując, którędy powinni iść. Dopiero kiedy dotarli do niewielkiego parku – a może skweru, Frank nie był pewien, liczba drzew wskazywała na to, że może to być park, ale przecież tu wszędzie były drzewa, nie to co w Nowym Jorku – atmosfera nieco się rozluźniła.
– Jeśli ktoś nas śledzi, to musi być w tym naprawdę dobry – powiedziała Amanda. – Możemy chyba przyjąć, że jesteśmy sami.
Frank zamrugał w zdziwieniu.
– Śledzi? Amando, czy jesteśmy o coś podejrzani? – zdziwił się. – Może powinniśmy skontaktować się z mugolską ambasadą, mają tam przynajmniej jednego czarodzieja i…
– I nic nam to nie da – przerwała mu, po czym westchnęła ciężko. – Wiedzą, że mieliśmy kontakt z Norwegami. Wiedzą albo podejrzewają, że chcemy pozyskać informacje… nie żeby inne delegacje nie chciały, ale co do nas mają najwyraźniej największe wątpliwości.
– Co z Marie? – zapytał pospiesznie Rothenberg.
– Nie żyje – odpowiedziała Amanda obojętnie. – Wszyscy nie żyją.
– Na pewno? – Głos Franka był cichy i wystraszony. Rothenberg zdawał sobie sprawę, że zadał niezwykle głupie pytanie, ale zdążył polubić jasnowłosą Norweżkę i miał nadzieję, że jego złe przeczucia są nieuzasadnione.
Amanda łypnęła na niego, jakby chciała zapytać, czy postradał rozum. Przed oczami znów stanął jej pełen krwi pokój.
– Na pewno.
– To z ich powodu Selwyn wywołał cię z kolacji? – upewnił się Frank.
– Chciał zyskać pewność, że będę z nimi współpracować – wyjaśniła spokojnie, jednocześnie zastanawiając się, ile informacji Rothenberg przyjmie bez mniej lub bardziej zasadnego ataku paniki.
Choć udało mu się nawiązać kontakt z inną delegacją i potencjalnie pozyskać od niej pewne informacje, naraził i siebie, i swoich informatorów na niebezpieczeństwo. Do tego cały czas nie mógł zapanować nad emocjami i zdarzało mu się zachowywać w sposób irracjonalny czy godny mugolskiego księgowego. Chciał być szpiegiem, ale jego sposób bycia – który nie mógł być grą, po prostu nie mógł – zdradzał, że nie nadawał się do tego zadania. Rothenberg był niczym więcej jak kozą z aspiracjami.
– Współpracować? – syknął. – Jesteś po ich stronie?
Amanda spojrzała na niego z chłodną wyższością. Dobrze wiedziała, że gdyby pozostawiła go samemu sobie, najpewniej nie wróciłby w jednym kawałku do Nowego Jorku. Wolałaby, żeby on też o tym wiedział.
– Jestem po swojej stronie – odpowiedziała sucho.
– Jesteśmy przedstawicielami amerykańskiego Ministerstwa Magii, nie mamy prawa być po żadnej ze stron, która nie jest oficjalną stroną amerykańską – zaprotestował, a na jego policzkach pojawiły się rumieńce.
– Myślisz, że obchodzi ich, jakimi metodami pozyskamy informacje, które chcą uzyskać? I nie mów, że nie chcą żadnych informacji, bo przecież po to tu jesteś, po to zawierałeś znajomość z Marie – stwierdziła spokojnie, nawet jeśli był to spokój fałszywy. Wiedziała, że są w miejscu publicznym i nie powinni przyciągać uwagi nawet przypadkowych obserwatorów. – Masz wystarczająco dużo rozumu, żeby wiedzieć, że jesteś w gnieździe szerszeni. Zacząłeś je nawet kopać. Decyzja odnośnie do tego, co zrobisz dalej, należy do ciebie. Możesz kontynuować bez mojej pomocy i najpewniej nigdy nie ujrzeć swojej ukochanej Statui Wolności albo możesz zdać się na kogoś, kto ma nieco większą wiedzę o miejscu, w którym jesteśmy.
Rothenberg milczał, zarumieniony ze wstydu lub z wściekłości. Amanda go nie poganiała. Milczenie jej nie przeszkadzało, nawet jeśli wolałaby wiedzieć, jak ułoży się ich współpraca. Frank zdawał się jej ufać do pewnego stopnia, ale – jak się okazało – „do pewnego stopnia” to za mało.
– Jak? – zapytał w końcu.
Amanda spojrzała na niego pytająco.
– Jak zginęła Marie?
Blade wargi Amandy wygięły się w pogardliwym uśmiechu – nie dlatego, że śmierć Norwegów jej nie poruszyła w żaden sposób, lecz dlatego, że Frank nie koncentrował się na tym, co istotne; na żywych, zamiast na martwych.
– Brutalnie – odpowiedziała, ucinając temat. Nie miała zamiaru opowiadać mu o tym, co widziała w hotelowym pokoju. Może przyniosłoby jej to korzyść na krótką metę i udałoby jej się zmanipulować Franka, jego własnym strachem skłonić go do współpracy, ale strach zapewnił raczej kruche fundamenty.
– Jeśli… jeśli użyjemy informacji od niej tak, jak chciała ich użyć… to jej śmierć nie pójdzie na marne, prawda? – zapytał po dłużej chwili myślenia.
Amanda uniosła lekko brwi. Tok myślenia Rothenberga był dla niej raczej zdumiewający i niespecjalnie zrozumiały, ale najwyraźniej zdawał się prowadzić Amerykanina w stronę słusznych z jej punktu widzenia wniosków.
Skinęła głową.
Frank sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza i podał jej złożoną na cztery kartkę.
– To nie jest wszystko. To tylko początek – uprzedził.
– Od czegoś trzeba zacząć – odpowiedziała, rozprostowując kartkę.

04. Fool (If You Think It’s Over)

Pokój amerykańskiej delegacji świecił pustkami, co trochę Amandę zdziwiło. Nie spodziewała się zobaczyć tu Idy Mae – wręcz przeciwnie, była pewna, że jej nie zobaczy aż do wczesnych godzin porannych – ale nieobecność Rothenberga ją zdziwiła. Przyjęcie zapoznawcze nie było okazją, w której mógłby się odnaleźć. Szczególnie część nieoficjalna, która zaczęła się niemal godzinę temu. Czyżby Frank odnalazł w sobie talent do tańca? Czy, podobnie jak Ida Mae, postanowił postawić na integrację na nieco bardziej osobistym poziomie? Amanda była tym nieco rozczarowana; miała nadzieję przekazać mu wszystko, czego się dowiedziała wcześniej, nad Tamizą. Przed przyjęciem nie było ku temu okazji, zwłaszcza że Ida Mae ciągle pytała o porady lub narzekała, że nie jest w stanie ułożyć sobie włosów bez użycia różdżki.
Teraz jednak był wyśmienity moment na rozmowę o problemach wewnętrznych brytyjskiego ministerstwa. A Rothenberg wolał przyjęcie.
Amanda zdjęła niewygodne pantofle i boso podreptała do swojego pokoju. Wiedziała, że przyjęcie potrwa jeszcze parę godzin, a wszyscy będą zbyt niewyspani, by rano wziąć udział w jakimkolwiek zwiedzaniu, ona jednak planowała rozejrzeć się po paru zakątkach. Nadal nie chciała iść do Dziurawego Kotła, ale miała nadzieję, że uda jej się nawiązać kontakt z magiczną społecznością w innych miejscach.
Zanim jednak zdążyła zdjąć granatową suknię wieczorową, usłyszała ciche pukanie, które po chwili rozbrzmiało donośniej, jakby osoba stojąca pod drzwiami do saloniku zdawała sobie sprawę, że musi być usłyszana przez dwie pary drzwi. Amanda przez chwilę chciała zignorować pukanie, ale zdała sobie sprawę, że byłoby to nierozważne. Ktokolwiek stał za drzwiami, mógł mieć istotne informacje. Lub próbować je zdobyć.
Z niechęcią ponownie założyła pantofle i przywołała wyraz obojętności na twarz, żeby zamaskować lekką irytację, którą odczuwała. Osoba pukająca do drzwi najprawdopodobniej również była poirytowana, bo pukanie stawało się coraz głośniejsze. Amanda w końcu otworzyła drzwi, choć podejrzewała, że gdyby tego nie zrobiła w ciągu kolejnych kilku sekund, same by się otworzyły pod wpływem siły pukania.
Stojący za progiem Vincent Selwyn – w przeciwieństwie do niej – nie zdążył przygotować sobie maski obojętności i jego twarz zdradzała irytację, o którą Amanda go już wcześniej podejrzewała. Nie sądziła natomiast, że w jego oczach odnajdzie także cień niepokoju. Selwyn szybko jednak uśmiechnął się do niej czarująco, przybierając pozę leniwej nonszalancji.
– Panno Burke, proszę mi wybaczyć tak późne najście, ale widziałem, że wyszła pani z bankietu – powiedział, prezentując garnitur bielutkich zębów. – Czy nie bawiła się pani dobrze?
– Wydaje mi się, że byłam tam dostatecznie długo, by moje wyjście nie uraziło gospodarzy wieczoru – odparła Amanda, rekompensując brak wrodzonej lub wypracowanej nonszalancji chłodem.
– Nie jesteśmy urażeni, skądże – zapewnił Selwyn z uśmiechem, odrywając się od framugi, o którą opierał się przez kilka sekund. – Myślę jednak, że powinniśmy porozmawiać.
Amanda uniosła pytająco brew. Nie miała pojęcia, czemu Selwyn chciał z nią rozmawiać o takiej porze i w takich okolicznościach, ale spodziewała się, że będzie próbował zaproponować jej współpracę. Podejrzewała jednak, że nie będzie przy tym tak niezręczny jak Rothenberg. Anglik próbował przybrać minę czarującego drapieżnika, który zmusza jednym skinieniem palca swoją ofiarę, by robiła to, czego on chce. Pewność siebie, którą Rothenberg zdawał się dysponować w ograniczonym zakresie, niemal od niego promieniowała, choć Amanda podejrzewała, że było to promieniowanie wystudiowane, podobnie jak wystudiowany był uśmiech, który najwyraźniej na dobre przykleił się do warg Selwyna.
– Zgaduję, że chce pan wejść, panie Selwyn – powiedziała w końcu, pochylając lekko głowę w jego stronę, jakby nie mogła nie poddać się jego czarowi.
– Jeśli byłaby pani tak uprzejma, panno Burke. Rozmowy przez próg zawsze są niezręczne.
Ledwie Amanda się odsunęła, Selwyn wkroczył do pokoju, jakby miał zamiar przejąć od niej rolę gospodarza pomieszczenia i łaskawie udzielić jej audiencji. Nie czekając na zaproszenie usiadł też na kanapie i spojrzał na nią wyczekująco. Jego uśmiech nieco się zmienił i Amanda nie była pewna, co teraz próbował nim osiągnąć.
– O czym mamy rozmawiać? – zapytała, nie ruszając się spod drzwi.
– Ależ proszę siadać, panno Burke. – Na chwilę zamilkł, mierząc ją uważnie wzrokiem. – Amando. Mogę mówić do pani Amando?
– To zależy od tego, o czym mamy rozmawiać – odparła, siadając na kanapie ustawionej naprzeciw tej, którą zajmował.
Dzielił ich niski stoliczek i przez moment Amanda rozważała, czy nie zaproponować herbaty, ale potem przypomniała sobie, że magia nie działa. Mogłaby zaparzyć herbatę po mugolsku, ale wtedy zostawiłaby Selwyna samego w pomieszczeniu, które już teraz zdawał się mentalnie zawłaszczać. Nie było potrzeby pozwalać mu na to, by poczuł się jeszcze pewniej.
– Jesteś inteligentną kobietą, Amando, na pewno zdajesz sobie sprawę, czemu Scrimgeour zaprosił zagraniczne delegacje.
– Minęło wiele lat, odkąd z uwagą śledziłam poczynania brytyjskiego ministerstwa – odparła obojętnie Amanda, uważnie przyglądając się swoim paznokciom. Był to gest zupełnie pusty, ale czy nie na pustych gestach opierała się gra, którą podjęli jeszcze w progu?
– Nie sądzę, żeby to było prawdą. – Wyraz twarzy Selwyna stał się nieco złośliwy; w którymś momencie przekroczył granicę tego, co uchodziło za uśmiech i przekształcił się w grymas. – Twoja obecność tutaj nie jest przypadkiem.
– Czy właśnie zostałam oskarżona o szpiegostwo? – zapytała chłodno, patrząc na niego spod półprzymkniętych powiek.
– Czy uważasz, że miałbym podstawy, by cię o to oskarżać? – zaśmiał się, choć w jego głosie nie pobrzmiewała radość. Wyglądał raczej jak ktoś, kto gra rolę, co do której nie ma całkowitego przekonania. Szybko jednak ponownie przeorganizował swój wyraz twarzy tak, by Amanda miała problem z jego odczytaniem. – Scrimgeour szukał wyjścia z trudnej sytuacji. Myślał, że znajdzie je poza granicami kraju.
– Skoro Pius Thicknesse najwyraźniej nie podzielał jego opinii, to czemu zaproszenie nie zostało wycofane?
– Och, kto mówi, że potrzeba znalezienia pomocy odeszła razem z nieodżałowanym Rufusem Scrimgeourem? Trawi nas poważny konflikt wewnętrzny, Amando. Powinnaś zdawać sobie z tego sprawę – powiedział Selwyn. Nie uśmiechał się już tak szeroko. Wręcz przeciwnie, wyglądał na skupionego. Nie zajmował też całej przestrzeni na sofie; siedział bezpośrednio naprzeciw Amandy i patrzył uważnie, chcąc uchwycić każdą jej reakcję.
– Wydaje mi się, że ostatni konflikt, który mógł trawić ten kraj, rozwiązał się przed kilkunastu laty – odparła, zachowując kamienną twarz.
– Pozory, moja droga Amando, pozory – rzucił lekko Selwyn, ani na chwilę nie spuszczając jej z oka. – Doskonale wiesz, że w tym kraju nigdy nie zapanuje pokój, póki istnieć będą dwie frakcje o tak sprzecznych poglądach.
– Wybacz, Vincencie, ale czy nie na tym opiera się demokracja? – zapytała, unosząc brew.
Selwyn uśmiechnął się, ale w jego wyrazie twarzy trudno było odszukać nutę radości. Nie wyglądał już jak drapieżnik, ale jak ktoś, komu rozszarpanie cudzej wizji świata na strzępy przyniesie wiele satysfakcji.
– Czy aż tak przeżarły cię amerykańskie ideały, że gotowa jesteś wygłaszać puste frazesy o demokracji?
Tym razem to Amanda posłała mu lekki, pobłażliwy uśmiech. Ich rozmowa stawała się coraz mniej merytoryczna, a szanse, że dotrą do sedna problemu, malały z każdą chwilą. Obecność Selwyna na kanapie irytowała Amandę coraz bardziej i najchętniej wyrzuciłaby go za drzwi, gdyby nie nikła szansa na to, że uda jej się dowiedzieć czegoś ciekawego. Jednak żeby tak się stało, powinna rzucić jakąś kartę na stół i czekać na reakcję.
– Podobno to Dumbledore odpowiada za wasz problem z magią.
Selwyn uniósł brwi. Nie wiedział, czego się właściwie spodziewał, ale nie tego.
– Większość przypisuje odpowiedzialność Scrimgeourowi – stwierdził. Wyglądał, jakby chciał coś dodać, ale ostatecznie się powstrzymał.
– I pewnie większość wydała na niego wyrok?
– Oficjalne śledztwo jest nadal w toku.
Prorok pewnie przeprowadził już swoje własne. Nie sądzę, żeby aż tyle się zmieniło, Vincencie. Nie wiem, jakiej pomocy Scrimgeour oczekiwał od zagranicznych delegacji, ale szanse na jej otrzymanie od początku były zbyt małe, by mógł traktować je poważnie – powiedziała Amanda, mierząc Selwyna uważnym spojrzeniem wyblakłych oczu.
– Szaleństwo dotyka wszystkich, nawet doświadczonych aurorów. Scrimgeour był paranoikiem, ale wierzył, że jest w stanie ochronić swój kraj.
Amanda skrzywiła pogardliwie wargi. Delegacje nie były w stanie ochronić niczego, oboje to wiedzieli. Oboje też wiedzieli, że Scrimgeour najprawdopodobniej nie oszalał. Amanda nie była pewna, co stało się bezpośrednią przyczyną jego śmierci, ale podejrzewała, że Selwyn to wie. I skoro wolał zasłaniać się śledztwem, to należałoby uznać, że nie były to przyczyny naturalne.
– Nie jestem pewna, dokąd ta rozmowa zmierza, Vincencie. Chcesz mnie przekonać do wyjazdu?
– Wyjazdu? – zdziwił się Selwyn. – Wręcz przeciwnie, liczę na to, że zostaniesz z nami jak najdłużej i wyniesiesz z tej wizyty wiele korzyści.
*
Ranek przyszedł o kilka godzin za wcześnie. Amanda miała ochotę go zignorować i ponownie zapaść w sen – kołdra grzała tak cudownie, a poduszka była tak miękka, że wstawanie wydawało się najgorszym pomysłem z możliwych. Do tego powinna odespać nocną rozmowę z Selwynem; co prawda nie trwała ona długo, ale dała Amandzie wiele do myślenia. Wiadomo też, że nie sposób usnąć, kiedy rozważa się kolejne posunięcia na kilku szachownicach jednocześnie.
– Panno Burke – szepnął jakiś głos, który znajdował się zdecydowanie zbyt blisko jej ucha, by mogło to być komfortowe.
Amanda otworzyła oczy, ale nie ruszyła się z miejsca. Rozpoznała głos, który budził ją o tak nieludzkiej godzinie, ale nie miała zamiaru nic z tym faktem robić.
– Panno Burke, przepraszam za to najście, zdaję sobie sprawę, w jak niezręcznej sytuacji właśnie panią postawiłem i jest mi niezmiernie przykro… – zaczął Rothenberg, poprawiając opadające mu na nos okulary. Amanda zauważyła, że nadal był w garniturze, w którym widziała go poprzedniego wieczora. Być może powinna była się martwić porannym powrotem nie Idy Mae, ale właśnie Rothenberga.
– Jest za wcześnie na te wszystkie wyjaśnienia – przerwała mu. – Zgaduję, że coś się stało?
Rothenberg pokiwał głową i nieporadnie rozejrzał się po pokoju. W końcu jego wzrok trafił na stojące w kącie krzesło z miękkim, kremowym obiciem, które przyniósł nieco bliżej łóżka Amandy. Po chwili namysłu postawił je w okolicy nóg i usiadł tak, by na nią nie patrzeć – zapewne po to, by nie urazić jej moralności.
– Wydaje mi się, panno Burke, że zwabiono nas w pułapkę – wyszeptał, a Amanda przez chwilę milczała, próbując przetworzyć jego słowa.
– W pułapkę? – powtórzyła w końcu.
Frank pokiwał głową, patrząc na jej przykryte kołdrą stopy. Wyglądał dość niepewnie, jakby nie wiedział, co powinien powiedzieć, żeby jej nie przestraszyć.
– Ministerstwo nie ma… najlepszych intencji – powiedział w końcu, zniżając głos tak, że niemalże musiała czytać z ruchu jego warg.
– A kiedy miało? – warknęła i już miała przykryć twarz poduszką, kiedy Rothenberg odkaszlnął i przybrał o wiele poważniejszy wyraz twarzy. Amanda była pewna, że na świecie istniało mnóstwo pracowników zakładów pogrzebowych, którzy nie mogli poszczycić się tak poważną miną.
– Panno Burke, jesteśmy w gnieździe wroga – stwierdził. – Wroga demokracji i wszelkiej wolności. – Po czym konspiracyjnie nachylił się nad jej stopami i wyszeptał z odpowiednim dramatyzmem: – To sami śmierciożercy!
– Mają szpiegów w ministerstwie?
– Oni ministerstwem, panno Burke. Gdyby magia nie zwariowała, najpewniej zaczęliby mordować polityczną opozycję albo pozbywać się jej w inny sposób.
Amanda poczuła, że opuszczają ją resztki snu. Szpiedzy ani trochę by jej nie zdziwili – zresztą kto w ostatnich czasach nie był szpiegiem? – ale całkowita kontrola wydawała się niepokojąca. Dlaczego śmierciożercy mieliby zapraszać delegacje. Czy, podobnie jak Scrimgeuor, chcieli pomocy? Ale jaką pomoc świat mógłby zaoferować zwolennikom czarnej magii?
Rothenberg poprawił okulary. Nadal wyglądał jak przedsiębiorca pogrzebowy.
– Panno Burke, muszę przyznać, że nie wiem, jak w obliczu tego odkrycia powinniśmy postępować.
– Skąd absolutna pewność, że ministerstwo przejęli śmierciożercy?
Przez chwilę panowało milczenie; Frank zdjął okulary i zaczął je zawzięcie przecierać rękawem. Amanda wpatrywała się w niego uważnie. W końcu jednak cisza stała się nie do zniesienia i Rothenberg powiedział:
– Nie tylko my podejrzewaliśmy, że coś może być nie tak z zaproszeniem, które otrzymaliśmy. Norweska delegacja, która przybyła wcześniej, już zaczęła zbierać dowody. Podobno nawiązali współpracę z lokalną siłą oporu.
Amanda czuła, że chodzi o Dumbledore’a i garstkę wiernych mu czarodziejów – rozmowa z Selwynem dostatecznie dużo jej rozjaśniła. Nawet jeśli nie utrzymywała kontaktów z nikim w kraju, była przekonana, że aż tak wiele się nie zmieniło w czasie jej nieobecności. Dumbledore zawsze miał wiele do powiedzenia w kwestiach politycznych.
– Dowiedziałeś się czegoś więcej?
– Tylko ogólniki. Marie ma mi dostarczyć kopię ich dokumentów w późniejszym czasie – odpowiedział, wbijając wzrok w buty.
Amanda zmrużyła oczy. Była w stanie poznać tak ogromne poczucie winy na kilometr.
– Co jej obiecałeś?
– Współpracę na nieco szerszym polu i pewne informacje z federalnych baz danych – przyznał niechętnie, choć ta delikatna zmiana tematu wpłynęła na jego ton głosu i ogólną postawę. Nie przypominał już przedsiębiorcy pogrzebowego, a raczej ministerialnego bubka, którego Amanda pamiętała z podróży świstoklikiem.
– Jesteś upoważniony do podejmowania takich decyzji? – zapytała, ale zanim Frank zdążył odpowiedzieć, podniosła dłoń do góry, nakazując mu gestem milczenie. – Zapomnij, nie chcę wiedzieć.
Rothenberg milczał, nadal wpatrując się w przestrzeń między krańcem łóżka Amandy a swoimi stopami. Wydawał się rozdarty między naturalną chęcią ucieczki, a szczenięcym marzeniem o bohaterskich czynach, dzięki którym zapisałby się w annałach albo przynajmniej awansował po powrocie do kraju. Amanda nie miała tak wyszukanych potrzeb. Chciała jedynie wyplątać się z zamieszania, w którym znalazła się zupełnie nie ze swojej winy – a jeśli przy tym uda jej się odnieść pewne korzyści…
– Jesteśmy tu zbyt krótko, by mieć pełne rozeznanie w sytuacji. Jeśli faktycznie trafiliśmy w sam środek wojny domowej, powinniśmy zrobić wszystko, żeby się nie angażować – powiedziała w końcu.
Nie miała wątpliwości, że ministerstwo dołoży starań, żeby wizytę delegacji przedstawić w stosownym świetle, a kontakt zwolenników Dumbledore’a z nimi był tylko kwestią czasu. Bezstronność nie była możliwa, zwłaszcza że w znacznym stopniu pozostawali na łasce ministerstwa, do którego należała ostateczna decyzja o zakończeniu wizyty. A przynajmniej pozostawali na niej jeszcze przez kilka dni. Równo tydzień po tym, jak świstoklik przeniósł ich do Calais, powinien uaktywnić się świstoklik powrotny, który cały czas nosiła na szyi w charakterze naszyjnika.
– Wydaje mi się, panno Burke, że nieangażowanie się nie jest realną opcją. Powinniśmy ograniczać straty i mieć oczy szeroko otwarte – stwierdził Rothenberg.
Amanda skinęła, co całkiem uszło jego uwadze, bo starał się na nią nie patrzeć.
– Co wiedzą Norwegowie? – zapytała.
– Marie przekaże mi kopie niektórych ich notatek w czasie kolacji.
– Niektórych? Naprawdę? – prychnęła Amanda. – Chcą nas kupić niektórymi notatkami?
– To nadal więcej niż nic, panno Burke – przypomniał Rothenberg.
– Pamiętaj tylko, żeby sprawdzić, ile nam oferują, zanim przekażesz im wszystko, co sam wiesz.
Frank skinął głową, ale wyglądał na zamyślonego. Amandzie przeszło przez myśl, że było już za późno na nieprzekazywanie wszystkiego. Westchnęła i odrzuciła kołdrę, próbując wstać z łóżka. Jej nagły gest najwyraźniej wytrącił z transu Rothenberga, który zerwał się na równe nogi, przewracając przy tym krzesło, na którym siedział.
– Panno Burke, trzeba mnie było uprzedzić, dałbym pani trochę prywatności! – zaprotestował, wbijając wzrok we własne buty.
Amanda, która miała na sobie koszulę nocną dumnie reprezentującą styl, którego nie powstydziłaby się niczyja babcia, przewróciła oczami.
– Chcę porozmawiać z tą twoją Norweżką, zanim cały hotel się obudzi i zacznie obserwować, co robią inni – zadeklarowała, wyciągając z szafy coś, w czym mogłaby swobodnie przejść po korytarzu. Przez chwilę rozważała założenie szlafroka, ale spodziewała się, że Rothenberg i jego wizja moralności mogliby tego nie zaakceptować, a było zbyt wcześnie na mierzenie się z jego dziwacznymi poglądami.
Frank nie ruszył się z miejsca, a Amanda przebrała się w łazience przylegającej do jej pokoju. Najchętniej wzięłaby kolejny prysznic, żeby pozbyć się resztek snu, które czaiły się w kącikach oczu i obciążały jej kości, ale wolała jak najszybciej porozmawiać z Norwegami. Jeśli faktycznie zaczęli węszyć wokół ministerstwa, a wśród urzędników roiło się od śmierciożerców… Wolałaby raczej wcześniej niż później dowiedzieć się tego, o czym oni już wiedzieli.
– Idziemy – zarządziła, wychodząc z łazienki. Rothenberg stał w tym samym miejscu, w którym go zostawiła, nadal z uwagą kontemplując swoje obuwie. Wyglądał raczej smętnie i wyraźnie potrzebował snu jeszcze bardziej niż ona, ale jednocześnie biła od niego jakaś determinacja, jakby liczył, że jedna rozmowa pozwoli im poznać wszystkie mroczne plany śmierciożerców.
– Panno Burke, sądzę… – zaczął Rothenberg, otwierając drzwi pozwalając jej przejść pierwszej.
– Sądzę, że powinieneś skończyć z tym „panno Burke”, zwłaszcza że…
Amandzie nie dane było dokończyć, bo jej uszu dobiegł pisk, a chwilę później w mostek dźgnął ją palec Idy Mae, która z niewiadomych – choć łatwych do odgadnięcia – przyczyn stała w saloniku.
– Wiedziałam, że wyszłaś z przyjęcia, bo ktoś ci wpadł w oko! – krzyknęła, raz jeszcze dźgając Amandę palcem. – Dlaczego się nie przyznałaś, że chodzi o Franka?
Amanda nie musiała się odwracać, żeby mieć pewność, że Rothenberg zarumienił się od cebulek włosów aż po szyję. Tłumaczenie Idzie Mae okoliczności, które doprowadziły do tego, że wspólnie wychodzili z pokoju, było prawdopodobnie ostatnim, co powinien teraz robić, zwłaszcza jeśli chcieli zachować swoje podejrzenia względem ministerstwa w tajemnicy. Nie było bowiem wątpliwości, że Frank, chcąc ratować swoją reputację, wszystko wygada. Amanda nie spodziewała się, by przedłożył powodzenie ich niewielkiej misji nad swój wizerunek. Dlatego trzeba było działać szybko.
– Ido Mae, to w żadnym razie nie jest twoja sprawa – odparła chłodno. – Powinnaś zajmować się swoimi sprawami, zamiast osądzać innych ludzi.
– Nie zaprzeczyłaś! Merlinie, Mandy, nie zaprzeczyłaś! – Ida Mae zaprzestała dźgania, najwyraźniej biorąc słowa Amandy za potwierdzenie. Uważniej przyjrzała się za to Rothenbergowi. – Spójrz, jak on wygląda. Nie dałaś mu się wyspać – zachichotała.
Amanda wzięła głęboki wdech, raz jeszcze dziękując w myślach Merlinowi, że nie dzieli pokoju z Idą Mae i ucieczka od tego głośnego szczebiotania i całkowicie błędnych obserwacji jest możliwa, nawet jeśli czasami trudna i niewygodna.
– Panno Baxter… – zaczął Frank, ale Amanda mu przerwała:
– Ido Mae, niczego nie potwierdzam, a teraz idź do swojego pokoju, bo nie będziesz w stanie wziąć udziału w zwiedzaniu ministerstwa – powiedziała stanowczo.
Ida Mae uśmiechnęła się w sposób, który z pewnością uznała za porozumiewawczy.
– W porządku, zostawię was samych – oświadczyła, tłumiąc ziewnięcie. – Ale jeszcze o tym porozmawiamy, Mandy.
Amanda wydała z siebie niezobowiązujące chrząknięcie, po czym ruszyła do drzwi prowadzących na korytarz. Atmosfera w saloniku ani trochę jej nie odpowiadała; nawet jeśli nie interesowało jej, jak Ida Mae zinterpretowała to, co widziała, nie chciała spędzać kolejnych minut na rozmowie na temat tej interpretacji.
– Panno Burke, powinniśmy byli wytłumaczyć tę sytuację – powiedział w końcu Rothenberg, którego rumieniec ograniczał się teraz wyłącznie do policzków.
– Amando – poprawiła Amanda.
– Amando – zgodził się ponuro Rothenberg. Nie powiedział jednak nic więcej aż do momentu, gdy stanęli przed drzwiami Norwegów.
*
Amanda ścisnęła nasadę nosa, jakby chciała powstrzymać nieuchronnie zbliżającą się migrenę. Nie była pewna, czemu przypisywać odpowiedzialność za ten nadciągający ból głowy – zdarzało jej się sprawnie działać po znacznie mniejszej liczbie przespanych godzin, ale rewelacje Franka i spotkanie z Norwegami były niezwykle męczące. Amanda spędziła zbyt dużo czasu w pomieszczeniu, w którym wszyscy poza nią aż kipieli od idealizmu i ślepej wiary w to, że świat można naprawić. „Chcemy tylko nieść pomoc”, zapewniała Marie Petersen, przewodnicząca norweskiej delegacji. (Amanda przez chwilę zastanawiała się, kto właściwie przewodniczy ich własnej delegacji, ale zdała sobie sprawę, że to zupełnie nieistotne). Póki co pomoc ta ograniczała się do pozyskania pewnych dokumentów, których z pewnością nie dodawano do broszur turystycznych. „Mamy ich więcej”, zapewniła Marie, odrzucając na plecy jasne włosy. Frank głośno przełknął ślinę. Prawdopodobnie to właśnie wtedy Amanda zaczęła odczuwać zbliżającą się migrenę.
Teraz jednak byli na wycieczce. Szef jednego z departamentów oprowadzał ich po wszystkich piętrach, jowialnym tonem opowiadając przeróżne anegdotki i pokazując, jak piękną pogodę można oglądać z ministerialnych okien – wszystko, rzecz jasna, dzięki światłemu przywództwu Piusa Thicknesse i osób odpowiedzialnych za nadzór nad realizacją zadań związanych z administracją.
– Nie bawi się pani najlepiej – zauważył Selwyn, który cały czas szedł gdzieś w ogonie wycieczki. Amanda musiała zwolnić na tyle, że zrównali tempo.
– Już nie zwracamy się do siebie po imieniu? – zapytała, opuszczając dłoń. Migrena czy nie, nie pozwoli Selwynowi oglądać jej w formie gorszej niż zwykle.
– Wiedziałem, że będziesz chciała zacieśnić kontakty, Amando – odpowiedział, uśmiechając się do niej tak szeroko, że mogła przejrzeć się w jego zbyt białych zębach.
Amanda przewróciła oczami.
– Powinniśmy domówić kilka kwestii, które mogły nam umknąć w czasie ostatniej rozmowy – stwierdziła w końcu.
Selwyn uniósł pytająco brew, ale twarz Amandy przypominała maskę bez żadnego wyrazu. W końcu Vincent zmrużył oczy i skinął głową.
– Odłączymy się od grupy, kiedy pójdą zwiedzać Departament Magicznych Gier i Sportów. Ufam, że wiesz, gdzie on się znajduje? – zapytał Selwyn, a kiedy Amanda skinęła głową, podał jej namiary na jeden z pokojów, który powinien być pusty.
Amanda ponownie skinęła głową i szła dalej, nie kontynuując rozmowy. Dopiero kiedy grupa skręciła w kolejny korytarz, a ona i Selwyn zniknęli w niewielkim pokoju, w którym stało puste biurko i niesamowicie koślawa szafka na dokumenty, przez myśl przeszło jej, jak głęboko będzie uwikłana w to, przed czym tak przestrzegała Franka. Tyle tylko, że Frank zbyt łatwo pokazuje emocje. Jeśli mają wrócić do Stanów w jednym kawałku, muszą grać na zwłokę do końca tygodnia, kiedy to zadziała świstoklik.
– Przemyślałaś naszą propozycję, Amando? – zapytał Selwyn, przeczesując szybko czarną czuprynę. Wydawało się, że to gest zwycięzcy.
– Zanim na cokolwiek się zdecyduję, potrzebuję więcej informacji o tym, co się dzieje w kraju – odpowiedziała spokojnie, siadając na krześle za biurkiem.
Selwyn wykrzywił wargi, ale nie była pewna, czy zareagował tak na jej słowa, czy na to, że musiał stać, bo zabrakło miejsc siedzących.
– Chcesz poznać nasze sekrety i sekreciki, zanim zdecydujesz, czy podzielisz się z nami własnymi?
– Chcę wiedzieć, co zmieniło się w kraju i na czym teraz stoimy. Albo stoicie.
– I oczywiście to wszystko znajdzie się w raporcie, który przeczytają najważniejsi urzędnicy w Stanach – dodał Selwyn, uśmiechając się nieco maniacko.
– Oboje zdajemy sobie sprawę, że coś będę musiała napisać. Kto powiedział, że wszystko. – Amanda wzruszyła ramionami, po czym oparła się o biurko i splotła ręce tak, że nagle jej ego zdawało się zwiększyć objętość przynajmniej dwukrotnie i tłamsić Selwyna przeokrutnie. Jakby fakt, że musiał stać po drugiej stronie biurka, uczynił z niego uczniaka, odebrał mu część decyzyjności.
Vincent musiał szybko zdać sobie z tego sprawę i, chcąc odzyskać część wcześniejszej pewności, przysiadł na brzegu biurka i spojrzał na Amandę z góry. Nie odwróciła oczu, nadal czekając na jego reakcję, a jej spojrzenie było twarde i tak wyprane z emocji, że Selwyn nie miał pewności, jak długo będą w stanie siedzieć w tym pomieszczeniu, zanim ściany nie zaczną się przemieszczać pod wpływem ich ego.
– Miałbym zdradzić ci tajemnice państwowe i uwierzyć, że nikt inny się o nich nie dowie? Uważasz, że urodziłem się wczoraj? – zapytał, przywołując najbardziej czarujący z uśmiechów, które miał w zanadrzu, choć doskonale wiedział, że w tym przypadku uśmiech na nic się nie zna.
– Jeśli tak stawiasz sprawę, to czemu uważasz, że pomogę ci w jakikolwiek sposób? Chcemy czy nie, ale to, co proponujesz, wymaga pewnego zaufania. I dobrej woli – odpowiedziała spokojnym, chodnym tonem.
– Przedstaw swoje pytania, zobaczymy, co da się zrobić – stwierdził w końcu, nie chcąc się z nią zgadzać, ale dostrzegając zasadność jej punktu widzenia.
– A więc nie podejmujesz tych decyzji sam? – zapytała, a w jej głosie czaił się jad. – Czy powinnam prosić o rozmowę z twoim przełożonym?
– Doprawdy, Amando, takie złośliwości nie przystoją komuś, kto właśnie głosił tak przejmujące słowa na temat zaufania.
– Daruj sobie. Jeśli mamy ustalić zasady, chcę znać sytuację. Jeśli nie możesz przedstawić mi jej teraz, zrób to jutro. Nie mam zamiaru robić czegokolwiek, póki nie poznam faktów. – I, żeby zaakcentować swoje słowa, wstała zza biurka.
– A jeśli nie? – syknął Selwyn, nachylając się tak, że gdyby biurko było węższe, stykaliby się nosami. – Jeśli nie przedstawię ci żadnych faktów, wtedy skierujesz się do kogoś innego, żeby je poznać?
– Dobrze wiemy, że w kraju działa opozycja wobec władzy ministerstwa – rzuciła Amanda, wzruszając ramionami.
– I wprost nie możesz się doczekać, aż powitają cię z otwartymi ramionami, prawda?
Przez chwilę z biurze zrobiło się cicho, a oboje ważyli słowa, jakby właśnie zeszli na wyjątkowo śliski grunt; znacznie bardziej śliski niż rozmowy o szpiegostwie.
– Zbierz fakty, zapytaj o pozwolenie, kogo chcesz, a potem przyjdź do mnie. Wcześniej nie usłyszysz nawet, jaka pogoda panuje w Nowym Jorku – powiedziała w końcu Amanda, próbując go wyminąć i wyjść z pomieszczenia.
Selwyn jednak złapał ją za rękę, choć nie był pewien, czemu właściwie ją zatrzymuje. Irytowała go, tak bardzo go irytowała, że wprost nie mógł się doczekać, aż ich współpraca się zakończy. To właśnie dlatego nie mógł pozwolić jej wyjść i mieć ostatniego słowa.
– Nie myśl, że jesteś niezastąpiona, Amando – warknął w końcu.
Kąciki ust Amandy lekko drgnęły, ale nic nie powiedziała.
*
Dalszy ciąg wycieczki okazał się niezwykle nudny. Przewodnik z zapałem opowiadał o architekturze sal rozpraw, a Amanda robiła wszystko, by unikać wzroku Rothenberga, który raz po raz rzucał jej pytające spojrzenia, jakby zauważył jej wcześniejszą absencję i koniecznie chciał się dowiedzieć, czym była spowodowana. Amanda nie miała zamiaru niczego mu tłumaczyć w budynku ministerstwa, gdzie każda ściana miała i oczy, i uszy, a zapewne także nos. Na szczęście część rosyjskiej delegacji, która wraz z Idą Mae wprowadzała chaos, dostatecznie dobrze odwracała uwagę od irytującego zachowania Rothenberga. Jeśli przysyłają takich szpiegów, pomyślała Amanda, to nigdy nie uda im się porządnie zinfiltrować tego kraju.
W czasie posiłku Frank gdzieś zniknął, a kiedy w końcu się zjawił, nie znalazł miejsca przy stole Amandy – wokół niej siedziało dwóch Francuzów i jeden Grek, którzy koniecznie chcieli rozmawiać o różnych systemach edukacji. Amanda zbywała ich półsłówkami, a oni zdawali się całkiem usatysfakcjonowani własną dyskusją, co jakiś czas tylko okraszaną informacjami odnośnie do Hogwartu. Gdyby nie to, że nie mogła być dostatecznie pewna, że Frank nie zrobi żadnej niepotrzebnej sceny, pewnie zostawiłaby ich samych sobie już dawno, ale w związku z zaistniałą sytuacją twardo siedziała na miejscu, co jakiś czas ruszając zawartością talerza, której nie miała zamiaru jeść.
Kilkakrotnie jej spojrzenie trafiło na Idę Mae, która siedziała w kącie i bezskutecznie próbowała zainicjować wojnę na jedzenie. Wydawała się w tym momencie tak beznadziejnie nieświadoma jakiegokolwiek zagrożenia, że Amanda prawie jej współczuła. Jeśli przyjdzie co do czego i znajdą się w samym środku konfliktu – na co szanse były niewielkie, ale… – Ida Mae może nawet nie zdać sobie z tego sprawy, póki nie będzie za późno. Ile już zdążyła powiedzieć na temat Stanów? Ile jeszcze powie? I komu? Zdawała się nie mieć preferencji co do tego, w czyim towarzystwie się obraca, jak długo było to głośne i wesołe grono. Kiedy ktoś postanowi to wykorzystać?
Frank, jak Amanda zauważyła kątem oka, usiadł przy innym stole, pospiesznie zjadając to, co nałożył sobie na talerz. Nie patrzył na nią, ale wydawał się czymś zdenerwowany. Nie miała pojęcia, co robił wcześniej i co mogło wywołać to zdenerwowanie, ale miała nadzieję, że nie powinna się martwić także o jego dyskrecję. Gdyby musiała – migrena zapewne by jej nie opuszczała do samego terminu uaktywnienia świstoklika.
Jednak to nie Rothenberg pierwszy podszedł do Amandy, gdy ta wychodziła z jadalni.
– Panno Burke! – zawołał Selwyn, uśmiechając się szeroko, jakby widział ją po raz pierwszy od dawna, choć rozmawiali zaledwie dwie godziny wcześniej.
Amanda się zatrzymała, co spowodowało niewielki chaos komunikacyjny, bo wszyscy inni goście hotelowi musieli omijać zarówno ją, jak i podążającego w jej kierunku Selwyna.
– Cieszę się, że panią widzę – powiedział Selwyn, gdy już znalazł się dostatecznie blisko niej, by jego słowa słyszało tylko kilka znajdujących się najbliżej nich osób. – Muszę przyznać, że potrzebuję pani pomocy.
– W jakim zakresie? – zapytała chłodno. Ani trochę jej się nie podobała zmiana w sposobie, w jaki Selwyn się do niej zwracał, i spodziewała się, że nie wróży ona nic dobrego.
– Nie możemy nawiązać kontaktu z jedną z delegacji, a wiem, że pani spędziła z nią nieco czasu, może zechciałaby mi pani pomóc – powiedział nieco głośniej, ale nie dość, by wzbudzało to podejrzenia. Amanda zaczęła domyślać się, w jakim kierunku ta rozmowa zmierza. Nie wiedziała tylko, jak daleko zajdzie.
– W lobby stoi telefon – odpowiedziała głosem tak lodowatym, że Selwyn powinien się wzdrygnąć.
Nie zrobił tego jednak, a kiedy odwróciła się na pięcie, by odejść, zawołał:
– Chodzi o Norwegów. Była pani z nimi w dobrych kontaktach, na pewno nie chce mi pani pomóc? To bardzo nieuczynne, a jeśli coś im się stało?
– Czy mam wskazać aparat telefoniczny? – zapytała, ale słowa Selwyna poskutkowały; już nie próbowała odchodzić. Domyślała się, jaką cenę mogłaby zapłacić za brak kooperacji.
– Myślałem, że może wskazałaby mi pani ich pokoje, mam trudności z przypomnieniem sobie, kto gdzie został ulokowany, a manager przepadł jak kamień w wodę – odparł z szerokim uśmiechem.
Amanda poczuła, że włos jeży jej się na karku. Historyjka Selwyna była wyssana z palca, ale jeśli chciał ją zaprowadzić do pokoju Norwegów, to oznaczało tylko, że albo ich również pozyskał do swojej małej szpiegowskiej misji, a ich materiały pochodziły właśnie od niego, albo wiedział, że czegoś się dowiedzieli, i chciał udowodnić, że ministerstwo nie będzie tolerowało kreciej roboty. Żadna z tych opcji jej się nie podobała, podobnie jak fakt, że za konieczną uznał jej obecność.
– Jeśli to konieczne… proszę za mną – powiedziała w końcu.
Kiedy ruszyła w stronę schodów, zauważyła stojącego nieopodal Franka. Wyglądał, jakby koniecznie chciał z nią porozmawiać, ale trudno było wyobrazić sobie okoliczności mniej sprzyjające rozmowie od tych, w których właśnie się znajdowali. Chwilę później ktoś potrącił Franka łokciem i Rothenberg przestał patrzeć na Amandę, żeby upewnić się, czy jego garnitur nie został oblany herbatą. Amanda jeszcze bardziej dotkliwie niż zwykle odczuła, że wbrew jakimkolwiek pozorom jest sama wśród stada wilków i baranów.
Na schodach Selwyn nie mówił wiele; zadał jedno czy dwa zdawkowe pytania odnośnie do poziomu zadowolenia z hotelu i z wyżywienia. Odpowiedzi Amandy były lakoniczne, ale Vincentowi zdawało się to nie przeszkadzać. W końcu nie po to zabrał ją na ten nietypowy spacer.
– Czy to właściwe piętro? – zapytał niewinnym tonem, kiedy Amanda skręciła w korytarz i pewnym krokiem ruszyła ku drzwiom.
– Tak. To te drzwi. Mam nadzieję, że pomogłam – odpowiedziała, robiąc krok w tył i sytuując się za Selwynem.
– Tak, bardzo dziękuję. Proszę mnie jeszcze nie opuszczać, sprawdzę tylko, jak czują się nasi znajomi, i możemy dokończyć naszą wcześniejszą rozmowę – rzucił spokojnie, pukając do drzwi.
Amanda stała w miejscu, przygotowując się na to, co może stać się dalej. Czeka ją długa rozmowa z Norwegami i Selwynem? Czy długa rozmowa o Norwegach, których nie będzie za drzwiami? Czy – i to wydawało się najbardziej przerażające – o…
Selwyn ponownie zapukał, tym razem znacznie głośniej i przez chwilę Amandzie wydawało się, że coś poszło nie tak, jak planował. Vincent jednak zapukał ponownie, a następnie wziął za klamkę.
– Może są w środku – powiedział, popychając drzwi.
Amanda poczuła, że jej żołądek zamienił się w bryłkę lodu, skarlał i spadł gdzieś nisko, pod inne organy, a być może w ogóle wypadł z jej ciała. Istotnie, byli w środku. Byli na całej powierzchni pokoju – od sufitu, przez ściany, aż do podłóg.

00. Lost Control

Tom Fawley przetarł oczy nie ze zdumienia, a jedynie w geście niemego protestu przeciwko rzeczywistości, która wdzierała się do jego mózgu. Nie był jednym z tych marzycieli-idealistów, którzy chowali głowę w piasek i czekali, aż chwila zagrożenia minie. Zresztą marzyciele ci byli ginącym gatunkiem, bo każdy, kto chował głowę w piasek, musiał liczyć się z tym, że prędzej czy później zabraknie mu tlenu i albo zmierzy się z tym, czego się boi, albo zginie. A trup słał się gęsto; na tyle gęsto, że informacje o kolejnych zgonach stały się nieodzownym elementem konwersacji przy porannej kawie, o ile ktoś był na tyle szczęśliwy, by obudzić się rano i być w posiadaniu kawy. O ile ta pierwsza sztuka do tej pory się Tomowi udawała, o tyle z tym drugim było różnie.
Tym razem jednak nie chodził jedynie o kawę – nie było jej, ale Tom nie zwrócił na to większej uwagi, zbyt pochłonięty lekturą Proroka Codziennego, który podała mu Emmelina Vance. Wyglądała na jeszcze bardziej zmęczoną niż zwykle, co wprawiło Toma w pewne zdumienie; wszyscy wyglądali, jakby niebawem mieli paść ze zmęczenia, i w niektóre dni tylko kawa pozwalała im wyjść poza granice ochronne posiadłości, w której mieszali niczym najdziwniejsza komuna, jaką można sobie wyobrazić.
Ministerstwo Magii otwarte na stosunki dyplomatyczne!, głosił tytuł. Była to prawdziwa sensacja, jako że przez ostatnie przynajmniej pół roku – tak podawały oficjalne media, które drukowały tylko to, co zaaprobował stosowny departament – cała magiczna Wielka Brytania była zamknięta na cztery spusty i wydostanie się z niej graniczyło z cudem. Powrót do niej – o ile ktokolwiek chciałby go próbować – również nie był łatwy, dlatego większość osób, którym udało się uciec, już nie wracała. Tom zastanawiał się czasem, czy nie powinien był posłuchać namów Sarah, która tak smutno patrzyła na niego spod długich, ciemnych rzęs i która potem pocałowała go w policzek i wyszła, znikając z jego życia, jak sądził, na zawsze. Nie istniał żaden powód, dla którego miałaby wracać. Ba, istniały dziesiątki powodów, dla których powinna się trzymać od tego kraju z daleka. Tom miał nadzieję, że tam, gdzie wylądowała – a nie był pewien, co było celem jej podróży – będzie mogła spokojnie warzyć te swoje eliksiry upiększające i bez obaw kłaść się spać. Zasługiwała na to.
– Cholerni… – zaczęła Emmelina, ale Tom ją uciszył. Chciał przeczytać artykuł, choć nie miał wątpliwości, że zgodzi się z opinią koleżanki.
Ministerstwo Magii nigdy nie miało zbyt ciepłych stosunków z innymi krajami. Czarodzieje pamiętali, że zbyt bliska współpraca często źle się kończyła; ograniczali się zatem do minimum uprzejmości czy wymiany podstawowych danych, a potem szybko zmieniali temat na quidditch, bo wiadomo, że to jedyny aspekt stosunków międzynarodowych, który nie tylko wszystkich interesował, lecz także był jawny. Od rezygnacji Knota ze stanowiska Ministra wszystko było jakby zawieszone w powietrzu, a wszyscy zdawali się czekać na drugie uderzenie. Nie musieli długo czekać. Po krótkim okresie destabilizacji przyszły nowe rządy, których twarzą był Rufus Scrimgeour. Popierała go większość społeczeństwa, ale mniejszość pragnęła jego krwi. Na tyle mocno, że w ciągu kilkunastu tygodni przeprowadzono pięć zamachów na jego życie – przynajmniej o tylu Tom wiedział. Spodziewał się, że Scrimgeour nie wszystko nagłaśniał, żeby nie wzniecać paniki, choć panika wzniecała się i bez jego pomocy. Wszyscy wiedzieli, że Voldemort powrócił; czego zatem można się było spodziewać, jeśli nie paniki? Ministerstwo było pełne jego zwolenników – część z nich się ujawniła, część czekała na dogodny moment. Scrimgeour był niemalże osamotniony w swoich działaniach, których celem miało być ratowanie Anglii. Nie ufał swoim współpracownikom, nie ufał Dumbledore’owi, nie zaufałby nawet własnej żonie, gdyby jeszcze się z nim kontaktowała. Podobno od rana do wieczora siedział w biurze, a potem – w tymże samym biurze – kładł się spać. Choć starał się zachowywać pozory kontroli, było jasne, że Ministerstwo nie było w stanie niczym zarządzać i skupiało się tylko na ograniczaniu szkód, a i to w niewielkim zakresie. Odcięcie Wielkiej Brytanii od reszty świata było gestem rozpaczy Scrimgeoura.
A teraz… zmienił zdanie?
– Zaprosił zagraniczne delegacje? – Tom spojrzał na gazetę, potem na Emmelinę, a następnie znów na gazetę. – Scrimgeour?
– Przecież nie rzucili na niego Imperiusa – rzuciła ponuro Emmelina.
Tom potarł brodę.
– Zapraszanie delegacji w takiej chwili jest szaleństwem. Nie kiedy magia… no wiesz.
Emmelina prychnęła cicho.
– Zobaczą, jak jesteśmy słabi, ale co z tego? Przecież to nie tak, że jakiś inny kraj może nas przejąć, są jeszcze mugole – powiedziała. Emmelina bardzo wierzyła w to, że silne przymierze z mugolami może uratować czarodziejów.
– Może teraz ma to jakiś sens, ale jak długo utrzyma się… obecna sytuacja? – rzucił w przestrzeń. Nie znał odpowiedzi tak samo, jak nie znała jej Emmelina.
– Skoro Scrimgeourowi udało się zrobić coś tak niesamowitego, to może uda mu się zdusić całą tę sytuację w zarodku. Teraz mamy szanse, możemy się ujawić, niech mugole wiedzą, że istniejemy. Teraz jest idealny moment.
– Skoro Scrimegour zrobił coś takiego, to Scrimgeour musi zginąć – stwierdził sceptycznie Tom, a kiedy Emmelina rzuciła mu karcące spojrzenie, dodał: – Powiedz, że oni tak nie pomyślą. Przeżył już Merlin wie ile zamachów, jak myślisz, ile jeszcze zniesie? Ile wytrzyma jego paranoja? Jeśli oni go nie wykończą, to sam się wykończy.
– Przecież nic im to nie da, nawet jeśli go zabiją.
– Będą go torturować. Musi istnieć… nie przeciwzaklęcie, to jasne, ale musi istnieć jakiś sposób, żeby wszystko wróciło do normy. Jeśli ktoś go zna, to tylko Scrimgeour. – Tom zamilkł na chwilę, niepewny, czy powinien wygłaszać swoje ponure teorie przed śniadaniem. – Myślę, że zginie na marne.
– Jak to? Przecież nie zdradzi im tajemnicy!
Emmelina wierzyła nie tylko w sojusz z mugolami, lecz także w ludzi z żelaza. Jednym z nich był, w jej opinii, Rufus Scrimgeour, który w jej wyobraźni własnoręcznie zamykał wszystkich śmierciożerców w Azkabanie.
– Nie zdradzi, bo jej nie zna – orzekł Tom. – Jeśli ktokolwiek mógł zrobić coś takiego, to tylko Dumbledore.
Emmelina spojrzała na niego sceptycznie, ale nic nie powiedziała. Nie miała siły się kłócić o coś tak nieistotnego. Już dawno nauczyła się wybierać potyczki, a ta wydawała jej się zupełnie zbędna, w końcu prędzej czy później oboje się przekonają, kto miał rację. Teraz liczyło się tylko to, że inne kraje dowiedzą się, jak źle wygląda sytuacja ze śmierciożercami; usłyszą o wszystkich zgonach, o zaginięciach i torturach. W końcu coś się zmieni, bo Zakon – choć działał aktywnie – nie doczekał się aprobaty ze strony Ministerstwa, więc często potyczki ze śmierciożercami (które teraz wydawały się mało prawdopodobne) kończyły się ucieczką przed aurorami, którzy stali przecież po tej samej stronie barykady co oni. Dzień w dzień wszyscy musieli ukrywać się nie tylko przed śmierciożercami, lecz także przed co bardziej sumiennymi pracownikami Ministerstwa (choć niejednokrotnie byli to ci sami ludzie), kiedy kogoś śledzili lub rozprowadzali nielegalnie listy nazwisk osób, o których wiedzieli na pewno, że są śmierciożercami. Walka stała się niemożliwa, a przynajmniej niewygodna. Emmelina aż za dobrze pamiętała przypadek, kiedy jej różdżka najpierw zamiast zaklęcia zamrożenia ciała rzuciła zaklęcie czterech stron świata, a potem odbiła Drętwotę tak, że Emmelina wylądowała na chodniku i gdyby nie szybka reakcja Moody’ego, to najpewniej spotkałoby ją coś złego. Albo oberwałaby Lumosem po oczach, nie była pewna. Miało to miejsce, kiedy wszyscy dopiero przyzwyczajali się do nowej sytuacji. Teraz wiedziałaby, że zabieranie ze sobą różdżki nie ma większego sensu, choć dotyk znajomego drewna pomagał jej się uspokoić. Ciężko pozbyć się starych nawyków w ciągu półtora tygodnia.
Tom również wiedział, że sprzeczanie się o coś, na co nie ma wpływu, jest bez sensu, ale przez cały dzień myślał o Scrimgeourze, o zamachach i o delegacjach. Nie był pewien, czy ich obecność – o ile w ogóle odpowiedzą na zaproszenie – cokolwiek zmieni. Aż za dobrze pamiętał sytuację sprzed zerwania kontaktów z resztą świata. Kiedy tylko stało się jasne, że Voldemort powrócił, wielu członków Zakonu, przeczuwając, że nadchodzą mroczne czasy, rozeszło się po świecie w poszukiwaniu kogoś, kto zainteresowałby się problemami Anglii. Spotykali się wyłącznie z odmowami; ba, niektóre ministerstwa nawet nie chciały z nimi rozmawiać, bo nie byli oficjalnymi przedstawicielami Brytyjczyków. Dumbledore uznał, że powinni próbować dotrzeć nie do ministerstw, lecz do samych czarodziejów, ale było już za późno. Kraj zamknął się, by kisić się we własnym sosie. A teraz – czemu akurat teraz? – Scrimgeour zdecydował się na coś, co wcześniej wydawało się szaleństwem skazanym na porażkę. Tom nie miał pojęcia, co mogło dziać się w głowie Ministra Magii. Był też bardziej niż Emmelina ostrożny w ocenianiu tego, co właśnie działo się niemalże na ich oczach. I choć w ciągu dnia miał dużo czasu na myślenie, to nie był ani o krok bliżej zrozumienia, w co właściwie grał Scrimgeour i co planował osiągnąć. Nie mogło to być wyłącznie wołanie o pomoc człowieka; zresztą Minister nie należał do tych, którzy wołają o pomoc w taki sposób. Musiało chodzić o coś innego, o czym Tom nie miał pojęcia, bo zbyt długo znajdował się z dala od Londynu i wszystkich plotek, od których miasto aż kipiało.
Wieczorem, kiedy wrócił z pobliskiej wioski, w której robił zapasy mające zapewnić mieszkańcom posiadłości przetrwanie przez najbliższych kilka dni, powitała go blada jak kreda Emmelina.
– Miałeś rację – powiedziała, zanim jeszcze zdążył zdjąć buty, o rozpakowaniu toreb z zakupami nie wspominając.
– Co się stało? – zapytał, patrząc na nią z niepokojem.
– Scrimgeour nie żyje.