32. O tym, że oliwa może i sprawiedliwa, ale czasami mogłaby trzymać język za klejącymi się zębiskami

Po tej rozmowie nie tylko straciłam cały apetyt, ale i wszelką chęć do nauki. Albo jakiejkolwiek innej aktywności. Najchętniej wróciłabym do dormitorium i zwinęła się w kłębek, żeby przespać cały dzień, ale wiedziałam, że nie mogę tego zrobić. Nie tylko dlatego, że nie chciałam za długo przebywać z Brendą w jednym pomieszczeniu. Nawet i nie dlatego, że sama myśl o tym, jak niespokojny i męczący był mój sen tej nocy sprawiała, że miałam ochotę nie spać przez najbliższy tydzień. Nie, po prostu wiedziałam, że powinnam… poszukać Syriusza. Tak, poszukać. Nie nastawiałam się na wielką scenę przeprosin, chociaż obiecałam Jamesowi. Ale nic nie wskazywało na to, bym kiedykolwiek zebrała się w sobie, by chociaż spróbować.
– Co jest? Reg cię bije? – spytał młody Crouch, bezceremonialnie ładując się na mój skrawek parapetu na trzecim piętrze. – Co za dupek. Wiedziałem, że skończy kiedyś jako damski bokser. Z taką matką!
Spojrzałam w jego stronę. Wyglądał na… rozbawionego. A czy ten bezczelny blondasek kiedykolwiek nie był rozbawiony? Czy uśmiech schodził mu z twarzy? Mogłam się założyć, że nawet płacze z tym wyszczerzem. Ktoś mu go tam przykleił.
– Nie mam pojęcia, o czym mówisz – warknęłam.
Naprawdę, ale to naprawdę nie miałam teraz ochoty na rozmowę z nim. Prawdę mówiąc nie przypominałam sobie, żebym kiedykolwiek miała taką ochotę. Prawdopodobnie czym prędzej bym sobie poszła, gdyby nie wspomniał o tym, co ciekawiło mnie już od dawna.
– I co takiego wiesz o jego matce? – dodałam, starając się, żeby zabrzmiało to możliwie neutralnie. Oczywiście starania te nic nie dały, Barty na pewno zorientował się, jak bardzo jestem zainteresowana tym tematem.
– Nic takiego – powiedział, a jego uśmiech rozszerzył się jeszcze bardziej. Miałam ochotę uderzyć go w tę jego twarz klasowego pyszałka.
– Och, litości. Po prostu tak o niej wspomniałeś, bo ma oczy podobnego koloru co ja.
Tak, sarkazm też mi nie wychodził. Zdecydowanie powinnam zebrać resztki własnej godności z tego parapetu i odmaszerować.
Po chwili żałowałam, że kiedykolwiek to powiedziałam.
Barty przysunął się do mnie, tym swoim ciekawskim nosem uderzając o mój. Chciał się przyjrzeć, jasne, ale i tak było to bezczelne.
– A wiesz, że ma? – spytał, odsuwając się.
– Zgadywałam – odpowiedziałam i też się odsunęłam. Zwiększanie odległości nigdy nikomu nie zaszkodziło. – Czemu właściwie zacząłeś tę rozmowę? – zapytałam, patrząc na niego podejrzliwie.
Nie przypominałam sobie żadnej rozmowy z Bartym, której świadkiem nie byłby Regał. Ba, nawet i w takich wypadkach Barty szybko nas zostawiał, żeby – jak sądziłam – nie musieć dłużej oddychać tym samym powietrzem co ja. A teraz nagle przyszedł tu, przysiadł się i zaczął mówić. To było tak nienormalne, że aż dziwiłam się samej sobie, że nie zapytałam go o to, kiedy tylko się odezwał.
Wzruszył ramionami.
– Czasem fajnie tak zagadać do Gryfona. Poszerzanie perspektyw i tak dalej.
Wyglądał tak, jakby nałykał się jakiegoś świństwa. Musiał się go nałykać, jeśli gadał takie bzdury.
– Jasne. I dlatego spacerowałeś sobie po zamku i akurat trafiłeś na mnie – prychnęłam. – Jestem pewna, że idąc tu musiałeś minąć dziesiątki Gryfonów.
Spojrzałam na niego surowo, choć wiedziałam, że nie przyniesie to żadnych rezultatów. Nie miałam pojęcia, jak z nim rozmawiać i doprowadziło mnie to do szału. Jakbym i bez tego nie była zdenerwowana.
– Jesteś jedyna!
Zrobił naprawdę, naprawdę, naprawdę poważną minę. A potem ryknął takim śmiechem, że niemal zleciał z parapetu.
Zacisnęłam zęby, bo naprawdę nie byłam w nastroju do żartów. Przez chwilę bałam się, że z bliżej nieznanych mi przyczyn mogłabym się rozpłakać, ale obawa ta znikła tak samo szybko, jak się pojawiła.
– Bardzo zabawne, Barty, powinieneś zostać komikiem – mruknęłam tylko, patrząc gdzieś w podłogę. Naprawdę miałam ochotę stamtąd jak najszybciej odejść, ale wcale bym się nie zdziwiła, gdyby ruszył za mną. Dlatego nawet nie próbowałam.
– Wiem, dziękuję, naturalny talent.
Mogłam się założyć o to, że mimo że na niego nie patrzyłam, właśnie do mnie mrugnął. Młody Crouch był półgłówkiem. Wszyscy ludzie jego pokroju nałogowo mrugają.
– Przykro mi, Annie, że nie spełniłem twoich oczekiwań. Jestem tylko biednym, małym Bartemiuszem. Chociaż i tak założę się, że jestem lepszy niż Reg, jeśli chodzi o…
– O? – zapytałam, zanim zdałam sobie sprawę, że prawdopodobnie zaraz usłyszę coś, czego na pewno nie chciałabym słyszeć. Mogłam iść o zakład, że usłyszał tę plotkę i irytowanie Regała już mu się znudziło, więc postanowił poznęcać się nade mną. Tak, to brzmiało niezwykle prawdopodobnie.
– No, wiesz.
Jasne, że wiedziałam. Ostatecznie tego właśnie dotyczyła większość rozmów, jakie odbywałam w ciągu ostatniego czasu.
W końcu podniosłam wzrok i spojrzałam na niego ponuro.
– Jeśli chcesz mnie wkurzać z powodu jakichś idiotyzmów, które od kogoś usłyszałeś, to daruj sobie – warknęłam.
– Tylko MÓWIĘ, Annie. Na wypadek, gdybyś go kiedyś zostawiła… – Przerwał i przyjrzał mi się krytycznie. – Nie. Odwołuję. Żadnych Gryfonek. – Przechylił głowę, jak jakiś cholerny zwierzaczek przypatrujący się czemuś uważnie. – Za chuda w biodrach.
Odskoczyłam od niego jak oparzona. Mogłam się spodziewać, że powie coś całkowicie niestosownego i spróbuje wyprowadzić mnie z równowagi, ale to nie znaczy, że byłam na to przygotowana. I chociaż miałam przed sobą wizję raczej ponurego dnia, a mój nastrój pozostawiał wiele do życzenia, i tak zapłonął we mnie gniew.
– Co ty sobie wyobrażasz, ty arystokratyczny bubku! – krzyknęłam, celując w niego palcem wskazującym. – Jeśli ci się wydaje, że to zabawne, to się mylisz! Poza tym prędzej zjadłabym wiadro ślimaków, niż pozwoliła ci się zbliżyć do mnie na odległość różdżki! Natychmiast stąd idź, jeśli masz jakikolwiek instynkt samozachowawczy!
I, żeby podkreślić, jak bardzo poważna jestem, wyjęłam różdżkę. Wiedziałam, że Regał nie byłby zadowolony, gdybym uszkodziła jego przyjaciela, ale tego było za wiele!
– Spokojnie, spokojnie – powiedział, unosząc ręce do góry na znak poddania się. – Jak Reg z tobą wytrzymuje? Powiedzieć nic nie można!
– To było bezczelne i obraźliwe – stwierdziłam już spokojniej. – I to nie twoja sprawa, jak sprawy się mają między mną a Regiem. Powinieneś się trzymać od tego z daleka.
Nie żebym na to liczyła – nie było nawet takiej możliwości. Poza tym nadal byłam na niego zdenerwowana. Co prawda już nie krzyczałam, ale nadal nie schowałam różdżki. Jedno złe słowo i Barty będzie miał rybią płetwę na środku czoła.
Za to on opuścił ręce. I niespodziewanie wzruszył ramionami.
– Nie to nie. Jak masz mnie tak traktować, lepiej sobie pójdę. – Zeskoczył z parapetu. – Chociaż… Nie, nie będę ci tego teraz mówił. Lepiej powiem Regowi. Chłopak się ucieszy!
Nienawidziłam, kiedy ktoś próbował złowić mnie na taki haczyk – dokładnie taki sam chwyt zastosowała Brenda i nie skończyło się to najlepiej. Ale wiedziałam (tak samo dobrze jak i on wiedział), że dam się złapać ponownie. I prawdopodobnie później będę tego żałować.
– Czekaj, o co chodzi? – zapytałam, starając się zachować spokój. – O czym chcesz powiedzieć Regowi?
– O tym, o czym dowiedziałem się od Severusa. A mu przekazała to sama Lily Evans.
Jego uśmiech z rozbawionego zmienił się w złośliwy. Niespodziewanie Barty Crouch spoważniał. Coś złego czaiło się w tych jego wyblakłych oczach. Coś bardzo… Bardzo złego.
– Reg się zdenerwuje, że mu nie powiedziałaś.
Zamrugałam. Byłam naprawdę zdziwiona i nie byłam sobie w stanie wyobrazić niczego, co Lily mogłaby powie… O nie. O nie, nie, nie, nie mogła chyba powiedzieć o tej idiotycznej sytuacji, która miała miejsce w dormitorium? Przecież James jej to wytłumaczył! Nie, na pewno chodziło o coś innego.
– Nie powiedziałam o czym? Nie mam pojęcia, co takiego Lily mogłaby o mnie wiedzieć.
Prawie nie kłamałam. Jedyne, czym Lily mogłaby mi zaszkodzić, to właśnie ujawnienie tej scenki. Albo zjedzenie zapasu czekoladowych żab, które trzymam pod łóżkiem, ale wątpiłam, bo chodziło o to.
Zapadła taka… złowróżbna cisza.
– Jesteś szlamą – wyrzucił z siebie, nie kryjąc obrzydzenia.
Przez jakieś dwie sekundy czułam ulgę – czyli jednak nie chodziło o to nieporozumienie. Potem jednak żołądek mi się zacisnął i miałam wrażenie, jakbym połknęła olbrzymie ilości kostek lodu. Nie miałam pojęcia, skąd taka reakcja, przecież nie wstydziłam się swojego pochodzenia. I wcale go nie ukrywałam – wiedziałam, że Regał kiedyś o to zapyta lub ktoś mu powie. Miałam tylko nadzieję, że tym kimś nie będzie Barty.
– No i? – zapytałam, starając się zachować pozory. Jakiekolwiek. Nie rozumiałam, dlaczego tak mnie zabolał fakt, że Barty się dowiedział i powie o tym Regałowi, ale zabolał.
– Mój kumpel i szlama. Świetnie. To takie… – skrzywił się. – Za chuda w biodrach, o tak. Kiedy Severus mi powiedział, w końcu zrozumiałem, dlaczego ciebie po prostu NIE DA się lubić.
Starałam się nie dać po sobie poznać, że cała ta sytuacja była bardzo niewygodna. Przecież kiedyś bym powiedziała, to nie tak, że chciałam to ukryć… Tylko dlaczego akurat teraz, kiedy i tak mam już dużo na głowie? Wiedziałam tylko jedno: nie zniżyłabym się to proszenia Barty’ego, żeby zachował to w tajemnicy. I tak by mnie nie posłuchał, a tylko dostarczyłabym mu argumentów przeciwko sobie. Nie żeby jakichś potrzebował.
– Jakoś inni nie mają problemów z lubieniem mnie – odpowiedziałam, choć zabrzmiało to prawie jak obrona. Przed czym się miałam bronić? Merlinie, byłam szlamą i nigdy się tego nie wstydziłam!
– Szlama. SZLAMA. Nigdy nie sądziłem, że Reg i…
Pokręcił głową. Widocznie znudziło mu się szlamowanie.
– Powiedz mi coś, Annie. Nie wstyd ci?
I tu leżał pies pogrzebany. Czy było mi wstyd? Wiedziałam, że nie było żadnego powodu, przecież to nic nie znaczyło, wszyscy ludzie byli przecież równi. Moi rodzice byli wspaniałymi ludźmi i nie miałam zamiaru się ich wstydzić z takiego powodu. Ale… dlaczego to zabolało? I skąd ten lód w żołądku? Czy to możliwe, żebym przez te wszystkie kontakty z arystokratami zaraziła się ich sposobem myślenia? Nie, to nie miało sensu.
– Nie – powiedziałam, ale mój ton głosu nie był w stanie przekonać nawet mnie samej. Nie wiedziałam. Miałam wrażenie, że jakiś czas temu coś się zmieniło, a ja tego wcześniej nie zauważyłam. A teraz sama się pogubiłam w swoich opiniach.
– A powinno. Na twoim miejscu wyskoczyłbym przez to okienko. Nadużywasz mocy, która nie jest ci…
– Co tu się dzieje, Barty?
Oho, zjawił się i Severus.
Miałam ochotę odwrócić się na pięcie i uciec. Miałam też ochotę się rozpłakać albo uderzyć Barty’ego, zrobić mu jakąś krzywdę. Miałam przeokropną ochotę zjeść tyle czekoladowych żab, żeby mnie zemdliło. Ale nie zrobiłam żadnej z tych rzeczy. Wiedziałam, że Severus nie jest rycerzem na białym koniu, który uratuje mnie przed złym smokiem – Bartym. Pewnie sam się z tego śmiał. Może śmiał się cały Slytherin.
Po postu stałam tam dalej i milczałam, patrząc to na jednego, to na drugiego. Jasne, mogłam odpowiedzieć na jego pytanie, ale nie wiedziałam jak. „Barty właśnie znęca się nade mną psychicznie” nie brzmiało najlepiej i jakoś wątpiłam, czy Severusa taka odpowiedź by zainteresowała.
– Rozmawiamy z Annie o jej rodzinie.
Już dawno porzuciłam wizję Snape’a – proletariusza. Te krucze acz przetłuszczone włosy nie pozwalały mi jej podtrzymać. Ale całkowita obojętność na fakt, że moi rodzice są mugolami, którą ujrzałam w jego małych oczkach była pocieszająca.
– I do jakich wniosków doszliście? Postanowiła ich zabić?
Barty odwrócił się w jego stronę.
– Severusie, sam przecież wiesz…
– Wiem, wiem. Reg. Matka. Na pohybel szlamom. Łapię.
Spojrzał na mnie. Czy wspominałam już kiedykolwiek o tym, jaki bił od niego chłód? Naprawdę, nadawał się albo na lodówkę, albo przynajmniej na grabarza.
– Posłuchaj, młoda, jakkolwiek się nazywasz – zaczął powoli. – Radzę ci teraz stąd odejść. Natychmiast!
– Ale… – zaczął Crouch, ale jego kolega uciszył go gestem dłoni.
Wzruszyłam ramionami. Było mi wszystko jedno. Wiedziałam, że powinnam coś powiedzieć, bronić się, dać do zrozumienia, że się nie wstydzę, że w ogóle się tym nie przejęłam i wszystko jest w porządku. Tyle, że nic z tej wiedzy nie wypływało. Byłam już zmęczona – i tą rozmową, i tą poprzednią, a także – tak na zapas – wszystkimi rozmowami, które, jak się domyślałam, dopiero będą miały miejsce. Nie chciałam dłużej tu stać i czekać, aż usłyszę coś jeszcze gorszego – musiałam odejść (nie, uciec – to przecież była ucieczka) i to wszystko przemyśleć. Nad dużą liczbą czekoladowych żab. Naprawdę dużą. To była kryzysowa sytuacja.
Dlatego też zrobiłam to, co powinnam była zrobić, gdy tylko Barty się do mnie odezwał. Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam w kierunku wieży Gryffindoru.
Jakby z innego świata dobiegały do mnie głosy Severusa i Barty’ego. I gdybym była w lepszym nastroju – gdyby to nie dotyczyło mnie – pewnie umarłabym ze śmiechu słysząc znudzone, smarkowe:
– Czy ja zawsze muszę załatwiać wasze problemy? Dzieci.

20. O tym, że święta nie zawsze zapowiadają się wesoło

Przez następnych kilka dni starałam się unikać Syriusza jeszcze bardziej niż zwykle. Nie dość, że całkowicie zepsuł i tak kiepskie przyjęcie u Ślimaka, to najwyraźniej coś związanego z moją osobą stanowiło dla niego problem – nie wiedziałam tylko co, skoro do tej pory nasze relacje wyglądały dość… Właściwie ciężko mówić o relacjach w naszym przypadku. To znaczy o ile nie chce się dokonać analizy psychologicznej, która miałaby stwierdzić, że oboje kwalifikujemy się do zamknięcia w Mungu. W każdym razie po wyjściu od Ślimaka Regał mnie przeprosił, choć uważałam, że w niczym nie zawinił i byłam skłonna całą winę zwalić na jego brata, po czym wyraził nadzieję, że jeśli pójdziemy jeszcze na jakieś przyjęcie, to nie skończy się tak dramatycznie. Nie mogło mnie to nie rozbawić. Problem tylko w tym, że potem nie rozmawialiśmy, a już jutro Hogwart miał opustoszeć na święta. Nie zdążyłam mu jeszcze złożyć życzeń – i to wszystko przez Syriusza! Miałam szczerą nadzieję, że zakrztusi się puddingiem. W szczególności, że wszystko wskazywało na to, że zostaniemy razem na święta. Razem. Sami. Słodkie têteà-tête ze starszym Blackiem było ostatnią rzeczą, o której marzyłam.
Dlatego też, chociaż wolałabym przespać cały dzień, przywędrowałam do Wielkiej Sali i z nadzieją popatrzyłam na stół Ślizgonów. Regała nie było widać, choć zauważyłam kilku jego koleżków. Miałam nadzieję, że ich obecność świadczyła o tym, że i Black się zaraz zjawi.
Ślizgoni byli chyba najdziwniejszą nacją na świecie. Nie dość, że jako paskudna arystokracja nosili swoje ego dwa metry ponad głową, to jeszcze wszyscy starali się być modni i ponętni – i o ile Regałowi czy jego najlepszemu przyjacielowi Barty’emu całkiem nieźle to wychodziło, o tyle modny i ponętny Severus prezentował się przerażająco.
Trochę bezmyślnie zajęłam się konsumowaniem tosta, raz po raz zerkając jednak w kierunku stołu, przy którym zasiadała cała ta arystokracja. Z pewnym zdziwieniem zauważyłam, że nie wzbudzali we mnie aż takiej niechęci jak wtedy, kiedy pierwszy raz przekroczyłam próg tego miejsca. Nie znaczyło to jednak, że zmieniłam swoje poglądy. Po prostu nie okłamałam Chevonne. Zaczęłam widzieć w nich ludzi. No, przynajmniej w części. Niektórych nie uznałabym za ludzi, nawet gdyby było to w pełni potwierdzone biologicznie.
Przyszło mi do głowy, że powinnam porozmawiać także z Chevonne – w porządku, powiedziałyśmy sobie parę niemiłych rzeczy (właściwie to głównie ona mówiła), ale była chyba jedyną dziewczyną w tym zamku, z którą mogłam porozmawiać o czymś innym niż nauka albo chłopcy. Tyle tylko, że Chevonne też nie było w Wielkiej Sali. To wyglądało na jakiś spisek.
Czyżby wszyscy postanowili ode mnie uciec? Nawet Jamesa nie było! Nawet Lily i dziewczyn z mojego pokoju (ale to akurat była moja wina – zajęłam rano łazienkę i bezskutecznie próbowałam się utopić w zlewie, bo nad nim usnęłam; na stojąco). Na szafot!
W końcu, kiedy już kończyłam pić herbatę, zauważyłam kogoś, na kogo wcale, ale to wcale nie czekałam. Do Wielkiej Sali wszedł dość ponury Syriusz i usiadł w pewnej odległości ode mnie. Sprawiło mi to pewną ulgę, ale też i zaniepokoiło – skąd ten nastrój? Wiedziałam od Jamesa, że Black zostawał na święta w Hogwarcie, więc jeśli faktycznie miał problemy rodzinne, powinien się raczej cieszyć…
W końcu zdałam sobie sprawę, że się na niego bezczelnie gapię i z powrotem skupiłam się na herbacie.
Uratowała mnie Brenda.
Podeszła zdecydowanie za blisko i oskarżycielsko wycelowała we mnie palec, po czym stwierdziła, że przeze mnie nie mogła ułożyć sobie włosów i jeśli to źle wpłynie na jej wizerunek, to będzie to moja wina. Potem zauważyła Syriusza i natychmiast się do niego przysiadła, skupiając na nim całą swoją uwagę. Powinnam odetchnąć z ulgą, że dała mi spokój, ale zrobiło mi się go żal – Brenda najwyraźniej nie zauważyła, że nie jest w najlepszym nastroju albo to ignorowała. Choć stawiałabym na to pierwsze. Ze wszystkich znanych mi stworzeń Brenda była zdecydowanie najgłupsza. Ale czego można się spodziewać po człowieku, na którego wołają Bre? Jak taki francuski serek, który często jadałam na śniadanie?
Rozejrzałam się po Sali – Regała ani Chevonne nie było – i dopiłam resztkę herbaty. Mogłabym wstać i zająć się własnymi sprawami, ale nie miałam pojęcia, co właściwie ze sobą zrobić. Oczywiście czekało na mnie trochę prac domowych, ale na ich odrobienie będę miała jeszcze dużo czasu. Teraz mogłam się do woli obijać… tyle, że nie miałam ochoty.
Postanowiłam wstać, ale gdy tylko to zrobiłam, zauważyłam, że ktoś podnosi się i przy stole Ślizgonów. Severus właśnie skończył jeść śniadanie. Usiadłam. Nie chciałam mijać go w drzwiach. Jeszcze musiałabym poprowadzić z nim konwersację, a od kiedy dowiedziałam się, że jednak nie jest z ludu, stracił całą sympatię, jaką do niego żywiłam.
Dlatego właśnie siedziałam przy stole, wodząc wzrokiem od jednego talerza do drugiego i usilnie ignorując wszystko i wszystkich. Wiedziałam, że już jutro wyjadą na święta. Wszyscy albo prawie wszyscy. I będą się świetnie bawić. Oczywiście, też mogłabym wyjechać. Nie o to chodzi – raczej o to, że zdałam sobie sprawę, jak samotna jestem. Wszyscy się z kimś żegnali, przytulali, ściskali i żartowali. A ja siedziałam i czekałam na dwie osoby, z którymi chciałam się pożegnać i życzyć im wesołych świąt. Z czego z jedną nie rozmawiałam od ponad miesiąca. Wcześniej jakoś to do mnie nie docierało, ale teraz poczułam, że chociaż otacza mnie tłum, to nie mam nawet do kogo się odezwać.
Westchnęłam i dolałam sobie herbaty. Jeśli smutku nie da się zajeść czekoladą, to można chociaż zapić go herbatą! Przynajmniej tak twierdził jeden francuski mugol. Ech. Nie wiem, czy powinnam mu ufać – był w końcu burżujem, ale przynajmniej społecznie nieakceptowanym. Coś za coś. Wydawał się też być jakimś autorytetem. Wiecie, promował ciastka (a nie tylko herbatę).
W każdym razie czekanie w końcu się opłaciło. Do Wielkiej Sali weszła Chevonne. Od razu usiadła przy stole Puchonów, nie zerkając w moją stronę ani razu. Nie wiem, czego się spodziewałam – bo raczej nie tego, że telepatycznie odgadnie, że chcę z nią porozmawiać i rzuci mi się na szyję – ale zastanowiłam się, czy na pewno mam o czym z nią rozmawiać. Albo raczej: czy chcę. Ale, na Merlina, nadchodziły święta. Kiedy mam rozmawiać z innymi, jeśli nie teraz?
Zdecydowałam się działać.
Ale dokładnie w tym momencie pojawił się Regał. Wyjątkowo… uroczy Regał. No tak. Kolejne próby stania się ponętnym? Chociaż, przyznaję, jemu wychodziło. Choć chyba nie tak, jak by tego chciał. W końcu kto mógł przypuszczać, że bycie niewyspanym i rozczochranym może komukolwiek dodać urody?
Powinnam do niego podejść i porozmawiać – jeśli nie o świętach, to chociaż o tym nieszczęsnym wieczorze u Ślimaka. Ale powinnam też porozmawiać z Chevonne. I ona weszła tu pierwsza, więc może to od rozmowy z nią powinnam zacząć. Chociaż rozmowa z nią może być trudniejsza. No i…
Sama sobie przerwałam. Od kiedy miałam w zwyczaju rezygnować z rozmowy z osobą o podobnych przekonaniach (nawet, jeśli jest na mnie obrażona), żeby szybciej móc porozmawiać z arystokratą? To zupełnie do mnie niepodobne. I wcale, ale to wcale mi się to nie podobało. Wstałam z miejsca, zdecydowana, że porozmawiam z Chevonne, a potem – może – z Regałem. Tak. Powinnam zacząć od Chevonne. To logiczne.
Ale czy na pewno?
Stół Puchonów był bliżej. Powinnam od niego zacząć. Chevonne była na mnie zła. Chevonne nie powinna widzieć, jak rozmawiam z arystokratą. Chevonne miała podobne poglądy i…
Zaraz, od kiedy postanowiłam ukrywać jednych swoich nielicznych przyjaciół przed drugimi? Gdzie polityka otwartości? Naprawdę działo się ze mną coś niedobrego. Dlatego właśnie muszę zacząć od Chevonne. Rozmowa z nią – i pogodzenie się – sprowadzi mnie z powrotem na właściwe tory. Za dużo czasu spędzałam ostatnio z tymi arystokratami, czas to zmienić. Znów wrócimy do naszych wieczorków w bibliotece, do wspólnego pisania wypracowań i…
I tym sposobem doszłam do stołu Ślizgonów.
– Cześć, Reg – powiedziałam. Nazywałam go Regiem, bo a. był to skrót od Regała (a nadal nie powiedziałam mu, że tak go nazywam w myślach), b. Regulus mi się nie podobało, c. wszyscy go tak nazywali. Ale i tak uważałam, że Regał brzmi zacniej.
– Cześć – powiedział i, mamo kochana, uśmiechnął się. I to tak się uśmiechnął, że aż musiałam usiąść z wrażenia. – W zasadzie chciałem cię poszukać, by złożyć ci życzenia świąteczne – dodał, z gracją smarując tost dżemem.
– Naprawdę? Myślałam, że nie obchodzisz świąt – wypaliłam, od razu ganiąc się w myślach za to, że właśnie sama chciałam złożyć mu życzenia. – To znaczy wiesz, przez ten brak prezentów i w ogóle – dodałam pospiesznie. – Ale też chciałam złożyć ci życzenia.
Miałam wrażenie, że mówię od rzeczy i dlatego za wszelką cenę unikałam jego spojrzenia, skupiając wzrok raczej na toście. Co nie było łatwe, bo Regał zaraz zaczął go konsumować.
Cóż za pasjonująca konsumpcja! Z jaką pasją można wgryzać się w takiego tosta! I, o zgrozo!, nie rozciapywać przy tym dżemu po całym stole!
– To, że nie obchodzę świąt – powiedział w przerwie między kolejnymi gryzami – nie oznacza, że jestem pozbawiony dobrych manier, Annie.
Mimowolnie się uśmiechnęłam – może nieco głupkowato – i w duchu przyznałam, że nawet jeśli był okropnym arystokratą, to przynajmniej został dobrze wychowany (nie to co jego brat!). I że to naprawdę miłe, że chciał sobie zadać tyle trudu.
– Dzięki – odparłam, zanim zdążyłam przemyśleć, co właściwie mówię. Przecież dopiero wyjaśnił mi swoją motywację, nie powinnam tak szybko dziękować. Dziękuje się za życzenia, nie za deklarację złożenia takowych.
Dlatego też Regał przerwał na chwilę swą zacną konsumpcję i spojrzał na mnie badawczo, w sposób dla mnie niepojęty unosząc przy tym jedną z brwi.
O Merlinie, ale jak on tę brew uniósł!…
Skup się, Annie. To arystokrata. I twój chyba-przyjaciel, ale nadal arystokrata.
– No wiesz, za chęci. Doceniam to, naprawdę – sprecyzowałam, mając ochotę uciec od stołu. Podejrzewałam jednak, że to zwróciłoby na mnie jeszcze większą uwagę, a już teraz przysłuchiwało mi się kilka osób.
Na przykład Barty’ego. Ten wychudzony i wyblakły paniczyk siedział tuż obok Regała i wyglądał tak, jakby za chwilę miał paść ze śmiechu. Naprawdę. Z pasją chichotał w swój rękaw, myśląc, że ani Reg, ani ja tego nie zauważymy. Ale ja widziałam. Reg… Reg wrócił do tosta.
– To kto zacznie? – spytał.
Uznałam, że przedłużanie tego momentu nie ma większego sensu. Jeszcze Barty dostanie czkawki ze śmiechu. Powiedziałam, że chętnie zacznę i złożyłam mu długie, porządne życzenia, prosto z serca (co powinno mnie zaniepokoić), po czym wyciągnęłam z torby nie najpiękniej opakowaną czekoladę i mu podałam, wyjaśniając, że wiem, że w ramach prezentu miałam z nim iść do Ślimaka, ale skoro wieczór był niewypałem, to chciałam dać mu coś innego, a że było mało czasu… Wyraziłam nadzieję, że będzie mu smakować i zamilkłam, czekając na reakcję. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że za dużo gadam. Co się ze mną działo tego dnia?
Regał wyglądał na zaskoczonego. Barty – czkał. A ja czułam się jako skończona idiotka.
Po chwili krępującego milczenia, młody Black wypalił:
– Wesołych świąt, Annie.
– Dziękuję – odpowiedziałam, starając się zamaskować pewien zawód.
W porządku: to były życzenia, tak? Od początku mówił, że złoży mi życzenia. Zwykle życzy się innym wesołych świąt. Życzył mi właśnie tego. To już moja wina, że zaczęłam nawijać o cieple rodzinnym, spokoju i tych innych bzdetach. I o śniegu. Jakby śnieg mógł mieć wpływ na to, jak się spędza święta… W każdym razie próbowałam przekonać samą siebie, że to były dobre, porządne, do bólu życzeniowate życzenia.
Uśmiechnęłam się, żeby zamaskować to, co wcześniej mogło być słyszalne w moim głosie.
– Taaaak, i mnóstwa wesołych skrzatów w biało-czerwonych poszewkach na poduszki – dorzucił Barty.
Zacisnęłam zęby, nadal starając się uśmiechać, co musiało wyglądać nieco groteskowo.
– Nie popieram takiej polityki wobec skrzatów – powiedziałam prawie spokojnie. – Ale tobie też życzę wesołych świąt, Barty.
Tym razem wybuchnął śmiechem zupełnie otwarcie.
– Nie popierasz takiej polityki wobec skrzatów? Annie, czy ty siebie słyszysz? To absurdalne! – Nie wiem, jak był w stanie budować tak skomplikowane konstrukcje zdaniowe, skoro niemal tarzał się ze śmiechu po stole. – Zastanów się poważnie. Przecież…
– Nie popieram zmuszania skrzatów do tego, żeby ubierały się w coś… takiego – powiedziałam szybko, zanim zacząłby jakiś wywód o wyższości ludzi nad tymi biednymi stworzeniami. – Wszystkie powinny dostać ubranie. I otrzymywać pieniądze za swoją ciężką pracę.
Nie podobało mi się, że go to bawi, ale nie miałam zamiaru pozostawiać tego bez komentarza. Dlaczego Regał w ogóle się z nim zadawał?! To znaczy jeśli pominąć, że obaj byli takimi samymi arystokratami. Nie powinnam o tym zapominać. Obojętnie, jak miły i przystojny mógł być Regał, to nadal arystokraci. I trzeba ich zwalczać, a nie tłumaczyć im, co źle robią, bo i tak się nie zmienią.
– Chcesz płacić skrzatom? I może jeszcze przyznać im pełnię praw obywatelskich? – Barty przestał się śmiać. Zaczął wyglądać groźnie. – Czy ty oszalałaś?! Kobieto! Zniszczysz…
– Och, daj spokój, stary – tym słodkich wtrąceniem Regał oznajmił, że zakończył konsumpcję tosta.
Barty zaniemówił. Wyglądał trochę jak ryba – wiecie, niemo otwierał i zamykał swoje (ponętne, bo ślizgońskie!) usteczka.
Posłałam mu spojrzenie, które miało znaczyć „a widzisz, bubku?”, choć prawdopodobnie wcale tego nie oznaczało. Potem uśmiechnęłam się do Regała. Miał na brodzie trochę dżemu, ale uznałam, że zwrócenie na to uwagi byłoby czymś niewłaściwym (o starciu go nawet nie mówiąc, to w ogóle i absolutnie nie wchodziło w grę, choć przeszło mi przez głowę). Zamiast tego zerknęłam w kierunku drzwi, jakby nagle stały się bardziej realne i zaczęły mnie wzywać.
– Chyba będę się już zbierać. Muszę jeszcze coś załatwić – stwierdziłam, wstając z miejsca. – To… do zobaczenia w styczniu?
– Jasne – powiedział.
Wstałam, dalej się uśmiechając, i raźno ruszyłam w stronę drzwi. Nie, nie byłam stuprocentowo pewna, że za mną pójdzie. Nie byłam tego pewna nawet w siedemdziesięciu pięciu procentach. Ale też tego nie wykluczałam. A jeśli nie on – może wpadnę na Chevonne, która nadal siedziała na swoim miejscu.
W każdym razie, gdy tylko wyszłam z Wielkiej Sali, natychmiast oparłam czoło o kamienną ścianę. O Merlinie, dlaczego nie mam jakiegoś filtra między mózgiem a ustami? Powinnam zwracać większą uwagę na to, co mówię. Zrobiłam parę wdechów i wydechów, żeby się całkiem uspokoić i spojrzałam na drzwi. Może nie z nadzieją, ale z czymś do niej zbliżonym.
Tyle tylko, że Regał nie wyszedł.
Nikt nie wyszedł.
Mogłam z całym przekonaniem stwierdzić, że na tym korytarzu znajdowali się dokładnie wszyscy, których obchodziłam. Wspominałam już, że byłam tam tylko ja, prawda?
Znów oparłam się czołem o ścianę. Postanowiłam poczekać na Chevonne, a potem wrócić do dormitorium i nie wychodzić z niego do końca dnia.
Albo przynajmniej do końca świąt.
Po paru minutach oczekiwania (w czasie których dokładnie przyjrzałam się swoim paznokciom i poszukałam we włosach ewentualnych rozdwojonych końcówek) zauważyłam wychodzącą Chevonne. Ruszyłam w jej kierunku, nieśmiało się uśmiechając. Nie wiedziałam, co chcę jej powiedzieć (no jasne, bo kto by się nad czymś takim zastanawiał, kiedy może przyglądać się swoim paznokciom?), ale byłam pewna, że chcę z nią porozmawiać.
– Cześć – przywitałam się, zatrzymując się jakieś dwie stopy przed nią.
– Cześć – odpowiedziała sucho, ale przynajmniej nie uciekła.
– Wyjeżdżasz na święta? – zapytałam, żeby jakoś rozluźnić atmosferę. Byłam prawie pewna, że wyjeżdża. Prawie każdy wyjeżdżał.
– Wyjeżdżam.
– To chyba się już nie zobaczymy przed styczniem. Więc… no wiesz, wesołych świąt – powiedziałam, nagle tracąc całą inwencję, która sprawiła, że moje życzenia dla Regała były tak długie i potoczyste.
– Wzajemnie.
W porządku, czyli nie chciała wielkiego pojednania. Nawet mimo takich świetnych okoliczności.
– Myślałam, że może chciałabyś się wybrać ze mną do Hogsmeade w styczniu. Mam wrażenie, że minęły wieki, odkąd ostatni raz rozmawiałyśmy, musimy to nadrobić – powiedziałam, znów przywołując szeroki uśmiech.
– A nie będziesz tam szła z którymś… z Blacków?
– Nie, nic takiego nie planuję – odpowiedziałam szybko. Taka była prawda: żaden tego nie zaproponował. Zresztą, z Syriuszem nie poszłabym nawet od drzwi sali eliksirów do drzwi sali zaklęć, co dopiero mówić o Hogsmeade! – Poza tym to nie tak, że spędzam z nimi każdą wolną chwilę.
– Nie? – Ona też potrafiła unieść jedną brew! Czy to była jakaś nowa moda? Jeśli tak, dlaczego nikt mnie tego jeszcze nie nauczył? – A to przed chwilą to było..?
– Jak to? To były życzenia świąteczne – odpowiedziałam spokojnie, nie pojmując, czemu uznała, że musi o to zapytać. – To taki zwyczaj. Zwykle ludzie podchodzą do swoich znajomych i życzą im wesołych świąt.
– I rumienią się przy tym tak obficie?
– Nie rumieniłam się! To dlatego, że Barty mnie zdenerwował! – wyjaśniłam. – Jego poglądy na temat skrzatów są nie do przyjęcia.
Miałam nadzieję, że to ją przekona. W końcu mnie to zdenerwowało. Nieważne, że już wcześniej się zarumieniłam dlatego, że zdałam sobie sprawę z tego, że moje życzenia były odrobinę za długie i w znacznej mierze pozbawione sensu.
– Nie? – znów ta brew, znów! – Wiesz, kiedy taka blondyneczka jak ty rumieni się, trudno to ukryć. Och, to takie… dziewiętnastowieczne.
– Nie ma we mnie nic dziewiętnastowiecznego – warknęłam. – Dziewiętnasty wiek był pełen podziałów społecznych, wywyższania arystokracji i nie chcę mieć z nim nic wspólnego! Rumienię się, kiedy jestem zdenerwowana. Tak jak teraz!
Bo tak, byłam zarumieniona! Nie miałam jednak najmniejszego zamiaru przyznawać, że było to spowodowane także sugestiami Chevonne.
– A nie wtedy, gdy, hm, lecisz na kogoś, na kogo nie powinnaś?
– Na nikogo nie lecę! – fuknęłam.
Byłam naprawdę, ale to naprawdę zirytowana. Co ona sobie myślała?… Przecież nie leciałam na Regała!
Wcale a wcale! Nigdy przenigdy!
Prawda?…
Nieważne, zastanowię się nad tym przez święta. Teraz mogłam to spokojnie negować.
Chevonne jednak patrzyła na mnie tak sceptycznie, że nawet nie musiała syczeć:
– Jasssne,
żebym wiedziała, że mi nie wierzy. Ale syknęła.
Postanowiłam zachować się jak mała, trzyletnia dziewczynka.
Tupnęłam, po czym wydęłam wargi.
– Nie lecę! Nie, nie, nie! – powtórzyłam z uporem. Zdecydowanie nie był to krok w kierunku ocieplenia naszych stosunków, ale nie miałam zamiaru pozwolić, żeby myślała o mnie coś takiego!
– A jak wytłumaczysz…
Ale nie dane było jej dokończyć. Bo oto z Wielkiej Sali wyszedł Wielki Nieobecny Syriusz Black. Wyszedł – i stanął jak wryty, tępo wpatrując się w tupiącą mnie.
Ile mógł usłyszeć?
Znając moje szczęście – pewnie wszystko. Mogłam teraz rzeczowo wyjaśnić Chevonne – i jemu – co miałam na myśli i dlaczego tupałam. Mogłam zacząć krzyczeć i uciec. Mogłam sprawić, że Syriusza – i Chevonne – trafi szlag i powiedzieć, że w istocie, lecę na Regała (nawet jeśli nie leciałam! Nawet jeśli nie wiedziałam, czy lecę). Mogłam też po prostu stać i patrzeć na nich z nadzieją, że któreś z nich się odezwie.
Zdecydowałam się na to ostatnie wyjście. Tyle, że oni najwyraźniej też – dalej stali i patrzyli na mnie, a ja poczułam, że rumieniec zalewa mi już nie tylko twarz, ale i szyję.
– Wesołych świąt, Vonne – Syriusz w końcu przemówił. A potem, jak gdyby nigdy nic, ruszył w dalszą podróż w kierunku Wieży Gryffinforu.
Zacisnęłam pięści. Przez chwilę miałam ochotę pobiec zanim, zatrzymać go i wszystko (jakie wszystko?) mu wyjaśnić. Nie wiedziałam dlaczego, ale to był impuls. Oczywiście tego nie zrobiłam, dalej stałam z Chevonne i patrzyłam badawczo, mając nadzieję, że się zarumieni. Wtedy nie mogłaby mieć do mnie pretensji o to, że złożyłam życzenia Regałowi. Jechałybyśmy na jednym wózku.
– Wszystkiego najlepszego – wymamrotała już raczej do siebie. Ale się nie zarumieniła, skubana.
Mimo to spojrzałam na nią tak, jak powinna spojrzeć niesłusznie oskarżona i niezwykle skrzywdzona osoba. Nie byłam pewna, czy byłam niezwykle skrzywdzona, ale nie przeszkodziło mi to tak spojrzeć.
– To co z Hogsmeade? – zapytałam niewinnym tonem. W porządku, oskarżała mnie o coś idiotycznego, ale nadal myślałam o niej jako o przyjaciółce i chciałam wypić z nią herbatę czy zjeść szarlotkę.
– Co z…? Ach, tak, Hogsmeade. – A jednak! Czyli ją rozkojarzył. Czyli ona wciąż… Czyli byłam niewinna! – Zobaczymy po świętach.
Uśmiechnęłam się tryumfująco, choć nie byłam pewna dlaczego właściwie.
– W porządku. Zatem wesołych – powiedziałam i ruszyłam w stronę wieży. Teraz, kiedy pożegnałam już wszystkich, których miałam zamiar pożegnać, mogłam iść spać i liczyć na to, że, gdy się obudzę, będzie już styczeń.

dwa.

Kwiecień kłamał. Obiecywał i zwodził, jakby był kobietą a nie zbiorem przepełnionych niczym dni i nieprzespanych nocy. Co i rusz przypominał im o tym, że gonili niemożliwe, że za tym murem nie było żadnej dziewczyny, że to tylko głos, z którego powstała mara ust i pocałunków. Regulus wiedział o tym znacznie lepiej niż Barty – ten dawał się mamić kwietniowi, pozostawał pod jego urokiem, ignorował rozczarowania i hołubił sukcesy, których tak naprawdę nie było.
Pod koniec miesiąca cali przesiąknięci byli jego kłamstwami i nawet ubrania, które nosili, zdawały się ciężkie i utrudniające oddychanie. Regulusowi przeszkadzało to bardziej, bo brak mu było ślepej lojalności Barty’ego, jego bezwzględnego posłuszeństwa i wiary, że wielka sprawa wymaga poświęceń. Dlatego to jego kwiecień skrzywdził najbardziej i to on jako pierwszy postanowił zakończyć tę mękę niewiedzy i lekceważenia.
Ostatniego dnia tego parszywego miesiąca wyrwali się więc do Hogsmeade. Wiele obiecywali sobie po tym spotkaniu, wiele sobie wymarzyli i wiele wyśnili w swoich młodych sercach. Czekać miał tam na nich początek nowej, pięknej ery.
Ale nie czekał.
Barty obracał w palcach kieliszek koszmarnego, tak siarkowatego i pięciokrotnie wymieszanego z wodą wina, że sprzedawano go nawet takim smarkaczom jak on. Denerwował się. Nienawidził bycia lekceważonym.
– Odłóż to już – mruknął Regulus. – Ten dźwięk wytrąca mnie z równowagi.
W półmroku ledwo widział jego twarz, ale doskonale potrafił ją sobie wyobrazić – zmęczone, ciemne oczy, lekko zmarszczone brwi i ten grymas, który psuł wszystko. Strach. Dopiero teraz Barty zrozumiał, że jego przyjaciel najzwyczajniej w świecie się bał.
Posłusznie odstawił kieliszek.
– Powinni być tu godzinę temu, Reg. Mój kuzynek sobie z nami pogrywa.
Reg roześmiał się.
– Kuzynek? Odkąd to uznajesz istnienie siostry swojego ojca?
Barty posłał mu groźne spojrzenie, zupełnie zapomniawszy, że jeśli on nie jest w stanie widzieć przyjaciela, to samo działa i w drugą stronę. Stary był ostatnią osoba, o której chciał rozmawiać. Stary i ta cała jego pierdolona rodzina! Charłacy i szlamy, tego był pewien. To cud, że Wilkes wyrósł przy tym wszystkim na zupełnie normalnego człowieka.
– Że co? – burknął. – Że jestem hipokrytą?
– Tego nie powiedziałem. To już twoje słowa.
Gniew przysłonił mu na chwilę wzrok, zupełnie przyćmił jego zdolność pojmowania i dopiero dźwięk tłuczonego szkła obudził go częściowo z tego transu. Czerwona plama na dywanie zaniepokoiła go nie dlatego, że przypominała mu, w jakim celu się tu znaleźli – celu, którego konsekwencji wszak mimo wszystko wciąż w pełni nie pojmował – co z powodu zamieszania, które niewątpliwie wywołała. Mimo to nie mógł oderwać od niej wzroku, choć przecież próbował wyrwać się z tej hipnozy, choć przecież nie mógł ścierpieć idei bycia niewolnikiem, choćby jego panem miało być tylko szkło i parę kropli jakiegoś sikacza.
– Pięknie – usłyszał mruknięcie Regulusa, lecz nawet to nie zmusiło go do uniesienia głowy; podejrzewał, że do tego nie wystarczyłaby parada różowych słoni, ba, egzekucja by nie wystarczyła, chyba że byłaby to egzekucja starego. Ech, stary, szkoda, że to było tylko wino, a nie jego parszywa krew.
Kroki, krótkie zaklęcie i plama zniknęła, a kieliszek znów mógł być kieliszkiem. Tyle że kroki wcale nie ustały, ba, były coraz głośniejsze, aż w końcu przybrały formę najbrzydszych kobiecych nóg, które Barty w życiu widział.
– Chłopcy chyba za dużo wypili, co? – skrzek wdzierał mu się w czaszkę. – Będziemy sprawiać kłopoty, czy zrozumiemy, że szkła się tu nie tłucze?
– Bardzo przepraszamy, kolega… – zaczął Regulus, ale nie dane mu było skończyć.
Barty podniósł wzrok.
Po części dlatego, że czerwona plama zniknęła, po części dlatego, że od tych tłustych, pozbawionych uroku nóg zaczynało mu się kręcić w głowie. Tyle że wyżej wcale nie było lepiej, zobaczył jej brzuch owinięty brudnym fartuchem, męskie ramiona, zbyt duże piersi, czarny wąs i puste oczy – świecie, co uczyniła ci północ, by tak karać jej kobiety – i Barty musiał wysilać się, by nie jęknąć z obrzydzeniem. Na szczęście jednak wciąż myślami był przy starym, przy krwi i przy zasłużonej zemście, zamiast więc śmiertelnie ją obrazić, jedynie śmiertelnie przestraszył tę karykaturę istnienia, co zawsze jest jednak trochę lepsze.
Przez chwilę wszyscy milczeli – Barty, bo nie rozumiał, co się dzieje, Regulus, bo nie rozumiał, co się z nim stało, a ona głównie dlatego, że czuła się, jakby spojrzała w zimne oczy śmierci.
– Może jednak będzie lepiej, jeśli pójdziecie, chłopcy – odezwała się w końcu, dla bezpieczeństwa wkładając dłonie głęboko w fartuch.
Barty podniósł się, a ona mimowolnie wykonała krok do tyłu. Zdziwił się, bo wciąż nie rozumiał, dlaczego się bała. Nie mógł przecież widzieć wyrazu swojej twarzy, który i największego ze śmiałków wpędziłby do szafy. Czystej nienawiści.
– Spokojnie, Daisy, są tutaj ze mną. – Ktoś położył dłoń na ramieniu kobiety, a ona, zdawało się, natychmiast przestała się bać, ukojona nie tylko tym familiarnymgestem, ale i dobrze znanym jej głosem.
Dobrze znanym im wszystkim głosem.
– Rosier? – powiedzieli chórem, obydwaj równie zdziwieni.
Ruda czupryna Evana Rosiera wychyliła się zza pleców kobiety. Po chwili zaciskające się na jej ramieniu palce odpuściły, rozluźniły się zupełnie i zamieniły ten gest ostrzeżenia w coś przyjaznego i zupełnie naturalnego. Daisy uśmiechnęła się mimowolnie, kto miał bowiem w sobie siłę odmówienia dłoniom Rosiera? Kto potrafiłby złościć się, gdy ten ósmy cud świata gładzi je po ramieniu?
Odpowiedź brzmiała: nikt.
– Możesz już iść. Przypilnuję ich – zapewnił, a ona uśmiechnęła się jeszcze bardziej, bo jeżeli było w Rosierze coś urokliwszego niż jego dłonie, były to jego błękitne oczy, ach, Barty rozumiał ją jak nikt inny, przecież każdy, każdy człowiek we wszechświecie chciałby, żeby te oczy zajrzały w jego oczy, żeby prześwidrowały jego duszę i żeby wypełniły go spokojem, jakiego nigdy wcześniej nie widział. – Zapłacimy za to szkło.
– Ach, nie trzeba – odpowiedziała, wciąż oczarowana, a potem odeszła, nie odwracając się ani razu, tak, jakby bała się, że cała ta scena była tylko miłym snem, że gdy się odwróci, wcale go tam nie będzie.
Ale on wciąż był. Jak najbardziej był.
– Przepraszam za spóźnienie, myślałem, że uda mi się wcześniej, ale Arbanddel mnie zatrzymała. – Rosier mrugnął do nich w sposób, który nie mógłby być bardziej oczywistym. – Ale widzę, że Wilkes też się nie postarał. Długo już tu siedzicie? Bo widzę, że z nudów was już roznosi.
Barty’emu trudno było chociaż na chwilę oderwać od niego wzrok. Wszystko, co tamten robił, było takie… od niechcenia. Nawet uśmiechał się tak, jakby myślami błądził wśród wielkich problemów wszechświata i tylko przypadkiem, na granicy świadomości, respektował ich nieistotną obecność. Jak on to robił? Barty zastanawiał się nad tym już od swojego pierwszego roku w Hogwarcie, jednak nie rozwiązał tej zagadki. Próbował wszystkich jego sztuczek, ale żadne nie chciały jakoś zadziałać. Coś wciąż mu uciekało, nie dawało się pochwycić i jasno zdefiniować i to samo sprawiało właśnie, że Barty – choć zwykle nie przejawiał ciągot do takiego zachowania – gapił się bezmyślnie na Rosiera, obdarzając go uśmiechem prawdziwego idioty.
– Myślałem, że przyjdzie tylko Wilkes – zauważył Regulus, który zawsze wykazywał niezwykłą odporność na urok Rosiera. – Coś się stało?
– Leah nie czuje się najlepiej, Nott poprosił go, żeby z nią trochę posiedział. Ale myślałem, że i tak będzie tu przede mną.
– Leah jest chora?
Rosier w końcu usiadł i dopiero wtedy, w świetle lampki stojącej na stole Barty zauważył, jaki był zmęczony.
– Chora to… to złe słowo. Roztrzęsiona. Nie może się pozbierać po tym, co stało się z Yaxleyem. A teraz jeszcze Avery.
– Nie przyszliśmy tu rozmawiać o Leah, prawda?
Choć to na Wilkesa od początku czekali, teraz już nikt się go nie spodziewał i Barty aż podskoczył w fotelu na dźwięk jego głosu. Szybko jednak zebrał się w sobie, bo oto czekało na niego coś, czego nigdy by nie przewidział – Rosier opuścił świat nonszalancji, wyprostował się w fotelu i rzucił Wilkesowi, swojemu najlepszemu przyjacielowi, psia krew, spojrzenie tak pełne nienawiści, że chyba nawet Regulus nie mógł dłużej zgrywać obojętnego.
– Młodzi mają prawo wiedzieć, Wilkes. Ich może spotkać dokładnie to samo. Nie uważasz, że…
– A powiedziałeś Lunie?
– Oszalałeś? Jak mam jej to powiedzieć? „Słuchaj, kochanie, Leah straciła kontakt z rzeczywistością”? To nie jej sprawa, Wilkes. Młodzi to co innego. Walczą z nami w jednej wojnie. Oni chcą z nami zginąć w imię jednej idei. Chcesz im odmówić wiedzy o tym, jakie mogą być tego konsekwencje?
– Evan, musisz jej powiedzieć.
W mgnieniu oka Rosier znalazł się tak blisko Wilkesa, że ledwo zostawił mu dość przestrzeni do oddychania.
I nawet w tej chwili nienawiści w oczach Barty’ego Rosier z Wilkesem wyglądali jak bracia: jeden z nich tylko skrzywiony balastem pokrewieństwa ze starym. Wszystko było w nich takie samo – nawet mina, którą przybrali, nawet to, jak niemo wygrażali sobie całymi swoimi ciałami, ba, Barty mógłby przysiąc, że nawet zęby zaciskali jednakowo, że ich pięści były bliźniacze i że przypadkiem tylko nie przemawiali jednym głosem.
– Nie będziesz mi mówił, co mam robić – warknął Rosier, cały czerwony ze złości, co przecież nie jest trudne, gdy jest się rudym.
– Jeśli ty nie chcesz, sam jej powiem – odpowiedział mu równie czerwony Wilkes. – Luna zasługuje na prawdę. Nie możesz jej wiecznie okłamywać.
– Nie wiem, co ty sobie wyobrażasz, Wilkes, ale jeśli się do niej zbliżysz…
Nie dane im jednak było dowiedzieć się, czym mu groził, bo Rosier nagle wykrzywił się paskudnie i złapał za lewe ramię. Barty’emu z wrażenia na chwilę odebrało oddech, a cały świat cały zawirował z braku powietrza, bo oto ziścić się mogły jego najskrytsze marzenia. Doskonale wiedział bowiem, dlaczego Rosier nagle zwinął się z bólu.
Pozostawało pytanie – dlaczego Wilkes nie?
– Kurwa. Nie tutaj.
– Przestań chociaż przeklinać, Evan. I leć. On nie lubi czekać.
Na chwilę znów byli przyjaciółmi – połączyło ich poczucie wspólnego celu, spojrzenie pełne porozumienia. Ale trwało to krócej niż mrugnięcie powieką. Bo potem powrócił ten przejmujący ból i przyniósł ze sobą wszystko, co najgorsze.
Niemniej, Rosier wychodził. Wybiegał. Zanim zdążył pomyśleć nad tym, co robił, Barty również zerwał się z fotela i bezmyślnie, jakby jego nogi kierowały nim samym, podążył za nim. Musiał. Nie potrafił przepuścić takiej okazji. Przecież…
– Barty? Czemu się za mną wleczesz? Wracaj do środka. Wilkes nie ma dla was całego dnia.
Słowa Rosiera odbijały się w jego pustej czaszce, odbijały i zderzały w nieskończoność, nie było tam bowiem nawet iskry woli ich przetworzenia.
– Pokaż mi.
Rosier roześmiał się, a on nie rozumiał dlaczego. Czy nie byli w wystarczająco ustronnym miejscu? Nie poprosił o nic przecież, zanim nie znaleźli się w uliczce tak ciemnej, że z trudem widział czubek swojego nosa. Czy nie był godny tego widoku? Prosili go, żeby nadstawiał dla tej sprawy kark, a nie mógł nawet przez ułamek sekundy, nawet…
– Jeszcze przyjdzie na to czas. Leć do Regulusa. Stęskni się.
Ale Barty nie miał zamiaru nigdzie iść. Zamiast tego zbliżył się do Rosiera jeszcze bardziej – tak blisko, że gdyby tylko chciał, że gdyby był wystarczająco szybki, mógłby zacisnąć palce na jego lewym ramieniu, a wtedy Rosier, czy tego chciał, czy nie chciał, musiałby zrobić to, czego on chciał.
– Pokaż mi – powtórzył głosem tak pustym, że przez chwilę nawet zastanawiał się, czy nie powiedział tego ktoś inny, czy świat nie gra sobie z nim w jakąś dziwną grę. – Ja to muszę zobaczyć. Proszę, Evan. Zawsze byliśmy kumplami, nie?
Jedno krótkie westchnięcie, jedno krótkie Lumos i czubek różdżki Rosiera zapalił się bladym światłem. Barty ze zniecierpliwieniem wpatrywał się w zakryte jeszcze ramię przyjaciela, z całego serca chciał go pospieszyć, ale powstrzymywał się przed tym ostatkiem sił, czuł bowiem, że skoro ten i tak wyświadcza mu przysługę, należy postępować według jego zasad.
Tyle że rękaw jego szaty nie chciał się podwinąć, różdżka nie chciała przesunąć się bliżej do jego ramienia, wszystko zamarło na te kilkadziesiąt sekund, które były chyba najdłuższymi w Barty’ego życiu.
– Jesteś pewien? – zapytał Rosier. – To nie jest takie…
– Och, pokaż mi to wreszcie! Ile można czekać?
– To jest poważna, czarnomagiczna blizna, Barty! Powstała w skutek poważnej, czarnomagicznej klątwy! Albo to do ciebie dotrze, albo możesz wracać do domu!
Zanim Barty zdążył mu odpowiedzieć, Rosier znów złapał się za ramię. Ból musiał stawać się trudny do zniesienia, bo wyglądało na to, że nie powróci już do swojej moralizatorskiej przemowy.
Gdyby tylko mały Crouch go posłuchał.
Ale nie posłuchał. To stary był od słuchania innych ludzi. Regulus był. On, Barty, nie przejmował się bólem. Nie przejmował się też cudzymi rozkazami. Był panem samego siebie. I jeśli chciał coś zobaczyć, to, kurwa, miał święte i swoje własne prawo zobaczyć to tu i teraz.
Dlatego też spojrzał na Rosiera z czymś, co w jego mniemaniu było wyższością, lecz tak naprawdę przypominało jedynie żałosną próbę nadania sobie samemu znaczenia i powtórzył to, co usłyszał wcześniej od Wilkesa:
– On nie lubi czekać.
Rosier nie był już w stanie sprzeciwiać się. Nie mógł go wyśmiać. Może gdyby nie był taki zdeterminowany i wściekły, może wtedy Barty byłby w stanie zauważyć, jak strasznie cierpiał, jak silne musiało być zaklęcie, które paliło już nie tylko jego ramię, lecz także wszystkie jego kości, jego mięśnie, jego skórę, ba, nawet jego krew i powietrze gromadzące się w jego płucach. Ale nie zauważył. Zupełnie go to nie obchodziło.
Wyciągnął rękę i sprawnym ruchem podwinął rękaw szaty Rosiera.
Widział Znak. Widział go z bliska. A Znak widział jego, Barty wiedział to doskonale, widział i podziwiał to, jaki sam był podziwiany. Zdawało się wręcz, że czarny wąż próbował powiedzieć mu coś swoimi błyszczącymi ślepiami i swoim rozdwojonym językiem, że nawet niema i martwa czaszka zmienia swój kształt, żeby…
Wtedy Rosier zniknął. Teleportował się. Znalazł w sobie resztkę siły, by przysunąć różdżkę do palącego ramienia.
Barty’emu nie pozostało nic innego, jak krzyknąć ze wściekłości, że nie zabrał ze sobą i jego.

jeden.

Marzec przywitał ich chłodem i słotą, której przecież w Szkocji niemało. Czemu to wszystko służyło? Barty przeklinał ten deszcz, tę mgłę i to paskudne miejsce, które ktoś wypłukał w pomyjach po wczorajszym objedzie. Barty pragnął piękna, a piękna nie ma bez słońca, nie ma bez nieruchomości tafli jeziora, której nie wzburzą nawet skrzydła ważki, tego smoka małego świata. Ale i słońca nie ma bez piękna, a tu wszystko było takie stare i takie nudne, i takie bez uroku.
Przeciągnął się. Tak, wszystko, ale to już niedługo. Tyle że niedługo wydawało się wiecznością. Dlaczego lato nie mogło już po prostu przyjść? Dlaczego grało takiego sukinsyna?
Niedługo było za daleko, by oddać palce mrowieniu ekscytacji.
– Nie marszcz noska – mruknęła mu do ucha Perse.
Barty zdziwił się, nie tylko dlatego, że nagle wyrwano go z jego ponurych rozmyślań. Znał Perse od dawna i wiedział, że jest niema – nie, nie dosłownie, jej ciało było bardziej niż doskonałe. Była niema tradycją, rodziną i wychowaniem, a to o wiele więcej niż natura może zdziałać. Wszak i niemi ludzie, tak przynajmniej myślał Barty, jakoś się ze sobą komunikują. Ona nie miała światu niczego do powiedzenia.
Zagadka szybko została jednak rozwiązana. Tuż za Perse, w świecie, który z jednej tylko strony ograniczała alabastrowa linia jej ramion – ach, gdyby wylądować się tam, gdzie są one z obu stron! – znajdował się Regulus, mrugający do niego zaczepnie, lecz nie tak, jak mrugają kochankowie, o nie, to było mrugnięcie współzbrodniarza. Regulus i Perse znali się od zawsze, zaręczeni zaś byli jeszcze dłużej, a przecież młoda męska dusza nienawidzi kajdan. Dlatego grali nią oboje, przerzucali na prawo i lewo jak szmacianą lalką, bo przecież nigdy niczym innym nie była. Bawiła ich jej skromność i jej nieistnienie, ta pusta skorupa, którą nazywała sobą, a która tak łatwo się rumieniła.
Barty rozkoszował się różem jej policzków tak, jak niektórzy rozkoszują się różem dobrego wina i krótką miłością za gargulcem na trzecim piętrze.
– Przestanę – odpowiedział Perse, choć przecież wcale z nią nie rozmawiał. – Ale ty zmarszcz swój. To piękny nosek do marszczenia.
Zamiast napawać się władzą nad pąsem, który ogarną całą jej duszę i ciało, spojrzał najpierw na Regulusa, bo przecież takie były reguły tej gry. Bo choć grali w nią oboje, to Regulus ustalał zasady. Z tego swojego pieprzonego posłuszeństwa swojej pieprzonej matce.
Regulus roześmiał się, a więc wszystko było w porządku. Nie przekroczył granicy, za którą były już tylko jego smutne, zawiedzione oczy.
Barty mógł więc powrócić do Perse i uważnie obserwować przemianę, jaka w niej zachodziła. Ten róż powoli spływający po jej twarze, jej dekolcie, jej rękach – bo przecież nie czerwień, jej skóra rozrobiła krew swoją nieskazitelną bielą – był w jego mniemaniu najbardziej podniecającym widokiem świata. A przecież dla nastoletnich chłopców wszystko jest podniecającym widokiem.
Nie zawiodła.
Regulus odgarnął jej ciemne loki, a tętno Barty’ego jeszcze bardziej przyspieszyło, bo nawet jej ucho było różowe i takie piękne w zestawieniu z czerwienią regulusowych ust i języka.
– Zmarszczę – powiedziała cicho i bez wyrazu, bo przecież nie były to jej słowa – jeśli go ucałujesz.
Barty nie zawahał się.
Oczy Perse, dotąd martwe, błysnęły przerażeniem, gdy zbliżył się do niej i czerpiąc przyjemność z każdej sekundy jej bezwzględnego posłuszeństwa, ucałował jej zimny i zupełnie mu obojętny nos.
Nos, który musiała zmarszczyć.
– Jesteście okrutni – zauważyła Eugene, ale kto by jej słuchał? Odkąd Wilkes skończył szkołę, nie było tu porządku, bo prawo stanowił Regulus, a przecież jemu wszystko było jedno i to samo.
Zignorowali ją więc obaj, a Perse nic nie przyszło z tego protestu, wszak należała do Regulusa, a on nigdy nie miał należeć do niej.
Więcej pożytku przyniósł jej trzepot setek skrzydeł, za którymi podążał korowód skrzeków setek dziobów wraz ze sznurem upuszczonych setek listów. Barty nie spodziewał się niczego, stary przecież nigdy do niego nie pisał, a matka nigdy nie sprzeciwiała się staremu, ale na wszelki wypadek odsunął się i zakrył dłońmi talerz z francuskimi tostami, o których już dawno zdążył zapomnieć. Koperty może i pachniały piękniej pokryte syropem klonowym, ale trudniej się je otwierało bez ubrudzenia palców, a Barty poza pięknem kochał też czyste palce.
– Co, Black, mamusia napisała? – rzucił Octavian, ten mały sukinkot, którego wstydziła się nawet jego siostra. Barty nie rozumiał, dlaczego w ogóle siedział koło nich przy stoliku, skoro jego jedynym zajęciem było zatruwanie ich życia docinkami niegodnymi nawet pięciolatków. – Zapomniałeś z domu swojego śliniaczka?
– Och, przymknij się – powiedziała Eugene, bo to w zasadzie było jedyne zdanie, jakie od wielu lat wypowiadała do swojego brata. – Bo ci przypomnę o tym wyjcu z zeszłego tygodnia, w którym nasza matka przypominała ci o konieczności zdrowego odżywiania się i noszenia zimą czapki.
Octavian przymknął się.
Barty posłał Eugene wdzięczny uśmiech, bo od żartów tego pacana zawsze bolała go głowa. Ból ten uleczyć mógł potem dopiero dobry kufel piwa – trudny do zdobycia, kiedy się jest nieletnim – lub uśmiech samej Eugene, która od dobrych paru miesięcy spędzała mu sen z powiek. A wszystko przez to, że po ostatnim meczu…
Eugene uśmiechnęła się, a Barty z trudem powstrzymał się od przypominania sobie, jak to wpadł do szatni i zobaczył ją niespecjalnie ubraną, ale zupełnie tym nieskrępowaną i pomyślał: cholera, co za kobieta.
Co za kobieta istotnie.
W przezwyciężeniu tej pokusy pomogła mu ciekawość, bo przecież musiał wiedzieć, kto pisał do Regulusa. Co, jeśli to coś ważnego? Fakt, w dziewięciu na dziesięć przypadkach była to tylko jego matka, ten prawdziwy wrzód na tyłku, jakby nie mogła bardziej przypominać starego i nienawidzić swojego dziecka. Odkąd Syriusz zabawił się w kurczaka i uciekł z domu, kierowany tą chorą miłością do bagna ludzkiego, matka Regulusa zrobiła się jeszcze gorsza i teraz nie było dnia i nie było wesołego popołudnia, którego nie zatrułaby swoim zrzędzeniem. Ale może tym razem to nie była ona? Może zagadała się z jakąś inną potworą, inną zasuszoną jaszczurką w peruce, którą dawno już zjadły mole, i nie napisała?
Wyraz twarzy Regulusa niewiele mu powiedział. Oczywiście, mógłby liczyć na to, że Perse zapyta, co się dzieje, ale czekać na to pytanie przyszłoby mu przynajmniej do następnego stulecia, jeśli nie do absolutnego nigdy. Nie, żeby nie była ciekawska – te wszystkie panienki z dobrych domów są takie same, o tym Barty wiedział aż za dobrze, i ponad wszystko kochają wściubianie nosków w nie swoje sprawy. Jednak Perse różniła się trochę od reszty, różniła się tym, że bała się Regulusa ponad wszystko we wszechświecie i wolała za wszelką cenę nie przypominać mu o tym, że istnieje.
Pozostało tylko jedno. System sekretnych znaków, których używali, odkąd mieli jedenaście lat. Najpierw jedno stuknięcie środkowym palcem, potem…
– Barty – Regulus nie pozwolił mu dokończyć. – Skocz ze mną na słówko.
– Teraz?
– Nie, kurwa, za dwie godziny.
Perse skrzywiła się. Regulus nie lubił przeklinać – robił to tylko przy niej i tylko dlatego, że tak strasznie ją to irytowało. Nawyk ten nabył dawno temu od Evana Rosiera, który lubił uczyć go rzucania nożami w ścianę.
Stary, dobry Rosier. Trochę go żal, że tak się rzucił w wir narzeczeństwa z wnuczką tej wariatki, ale co na to poradzisz? Stary też był wariatem, a Barty wcale nie uważał, że w jakikolwiek sposób powinno to wpływać na jego kontakty towarzyskie. Zasługiwał na znacznie lepszego ojca niż stary.
Zasługiwał co najmniej na starszą wersję Evana Rosiera.
Wstali. Pierwszy Regulus, który nadawał tempo wszystkim ich ruchom. Potem Barty, jak echo, jak cień Regulusowego cienia, ostrożnie i dokładnie, bo co, jeśli się pomyli? Nie robili tego świadomie, tak samo, jak dwie krople nie spływają po szybie tym samym wodnym korytem, wiedząc, że naśladują siebie nawzajem. Tacy się już urodzili? Może. Mogli też po prostu do tego przywyknąć. Robili tak od zawsze, trudno więc było znaleźć początek w tym, co dzieliło się w nieskończoność.
Eugene kiwnęła im na pożegnanie, jako jedyna zresztą, bo ostatnio coś złego działo się ze światem i teraz bubki takie jak Octavian otaczały wianuszki wielbicielek. Barty uważał, że to znak tego, co nieuchronnie nadejdzie – wojny, która wleje się do Hogwartu przez szpary w starych oknach. A ci, którzy będą słabi i neutralni, bardziej więc znienawidzeni od wroga, zostaną wyniesieni ponad wszystkich, bo tylko przy nich człowiek będzie się czuł tak, jak gdyby miał dożyć jutra. Bo przecież Octavian lepszy był w tym od szczura i od karalucha, i Barty pewien był, że nie ma na świecie siły zdolnej go unicestwić. Kanalie żyją najdłużej.
Korytarze Hogwartu były równie zimne, co spojrzenia, którymi ich pożegnano – a jednak Regulus czuł się wśród nich dobrze, czy on w ogóle potrzebował ludzi? Barty nie rozumiał tego do końca, dla niego niezbędna była sława i poklask, łaknął tłumów mających jego imię na swoich ustach, tłumów pięknych pięknem identyczności, tłumów bezwzględnych bezwzględnością nieistotności, bo co innego im pozostało? Nie potrafiłby żyć w odosobnieniu, ba, nie nadawałby się do konspiracji, chciał być docenionym i widocznym, i chciał błyszczeć światłem miliardów gwiazd, w które wpatrywał się nocami ze swojego łóżka na strychu, gdzie zesłał go stary. Korytarze Hogwartu nie były dla niego.
– Stało się coś? – spytał Regulusa, bo nie mógł się już doczekać wieści, ta plucha i ta nuda zabijała go powoli, kawałeczek po kawałeczku, zaczynając od dużego palca u nogi, bo przecież to coś, od czego w ciele zawsze wszystko się zaczyna. – Rosier napisał?
Dla Barty’ego Rosier był po trochu bogiem; tylko po trochu, bo przecież nie był Regulusem Blackiem, zresztą, rudy był, a być rudym to gorzej niż urodzić się bez twarzy. Niemniej to on dzierżył klucz do ich światłej przyszłości i to sprawiało, że Barty wypowiadał jego nazwisko z niejaką czcią. Dzielili zresztą o wiele więcej niż plany na najbliższe parę lat – łączyła ich pasja, entuzjazm, porywanie się z motyką na słońce, młodzieńczy idealizm, a to więcej, niż zwykle łączy kochanków.
Jednak Regulus nie miał zamiaru odpowiadać. Uciszył go gestem ręki. Nie był wielkim fanem słów.
Barty zdziwił się, gdy weszli do pokoju wspólnego, bo przecież ta plątanina zielonych obić i zimnego ognia w kominku nijak pasowała mu do atmosfery tajemnicy, którą miał zaraz poznać. Czy poduszki z wydzierganymi wężami godne są powierzenia im sekretu? Ściany mają uszy, owszem, wszędzie – ale tutaj nawet żyrandole zdawały się patrzeć na nich setkami świec, nawet i stare draperie oddychały ich konspiracją.
W porze śniadania nikogo tu jednak nie było i może to dlatego Regulus zdecydował się na jeden z foteli przy schodach, gdzie zwykle siadali, gdy dość już mieli bawienia się Perse.
Dopiero teraz Barty zauważył, jak zdenerwowany jest Regulus. W lochach wszystko było lepiej widać. Półmrok wyciągał z ludzi to, czego światło dzienne nigdy miało nie ujrzeć. Ich myśli.
Regulus myślał o smutku, o bólu i o utracie.
– Trzymaj się mocno – powiedział. – To nie będzie przyjemne.
Barty już czuł się źle. Zmartwiona twarz przyjaciela doprowadzała go do obłędu. Czasami wydawało mu się, że żył tylko po to, by widzieć Regulusa szczęśliwym. To był jeden z tych momentów.
– Dajesz.
– Zabili Sigurda Yaxleya.
Dobrze, że jednak mocno się trzymał, czuł bowiem, z jaką siłą podłoga przyciąga go do siebie i woła, by ją objął, by upadł i już nigdy nie powstał.
Zabili Sigurda Yaxleya.
I choć wiedział, z jakim ryzykiem wiąże się wszystko, w co się wplątali, dopiero teraz miał okazję poczuć je tętniące w jego żyłach i przestraszyć się naprawdę. Sigurd Yaxley, Sigurd Yaxley nie żyje. Przecież jeszcze parę miesięcy temu… Nie może być tylko jednego Yaxleya, świat jest zbudowany dla dwóch, co się teraz stanie z tą luką po człowieku?
Wiedział, co czuł brat Sigurda, wiedział to aż za dobrze, bo gdyby Regulusowi coś się stało…
– Snape składa Rosiera, ale ten się wyliże. Mieli bardzo ciężką noc.
– Co się stało? – spytał, gdy w końcu odzyskał głos. Zabili Sigurda Yaxleya, cholera, jak można mówić, gdy zabili Sigurda Yaxleya?
– Aurorzy się stali, to się stało. Ogarnij się, Barty, ja mówię poważnie, musimy się wyplątać z tego bałaganu, dopóki jest jeszcze czas. Wcale nie chcemy tej wojny. – Jego oczy nie wyglądały jak jego oczy, a tak przynajmniej uważał Barty, miały w sobie za dużo pewności i zdecydowania, a przecież Regulus nienawidził decydować. – To nie nasza sprawa. Dzisiaj Yaxley, jutro my, a ja nie chcę zakopywać cię pod ziemią. Nie ciebie, Barty.
Nie odpowiedział.
Nie rozumiał, co się dzieje. Czy Regulus namawiał go do tchórzostwa? Dezercji? Fakt, nie było jeszcze za późno, byli po słowie z Rosierem, ale Rosier zrozumiałby, gdyby odpuścili, kto jak kto, ale on akurat swoje na tej wojnie przeżył. W szczególności, że przecież wczoraj w nocy…
– Jak to: Snape składa Rosiera? – spytał, bo dopiero teraz to do niego dotarło.
Regulus westchnął tak, jak ojcowie wzdychają, gdy ich synowie po raz kolejny pytają ich, jak to jest zabić człowieka.
– Skoncentruj się. Próbuję ci powiedzieć…
– JAK TO SKŁADA ROSIERA? CO MU, KURWA, JEST?
– Przestań się drzeć, ściągniesz nam na głowę jakąś pluskwę.
Regulus miał rację, ale Barty tego nie rozumiał – przynajmniej nie ten Barty, który chciał krzyczeć i płakać, i wyrywać sobie włosy z głowy, bo po raz pierwszy w życiu kogoś stracił.
I to prawie podwójnie.
– CO MU JEST?
– Żyje, Barty, to naprawdę nie jest teraz ważne, przecież jak Książę się do czegoś weźmie, to zawsze sobie z tym poradzi, nie? Usiądźże, słyszę Ellen, przekręcającą się na jej łóżku, wolałbym, żebyś jej tu nie ściągnął.
Dopiero teraz Barty zrozumiał.
Usiadł, chociaż sekundę temu nie wiedział, że stał. Odzyskał oddech i odzyskał zdolność myślenia. Wszystko wróciło do normy, bo przecież Regulus miał rację – Książę wiedział, co robi.
– Nie możesz mówić poważnie, Reg.
Nie rozumiał jednak, dlaczego mówi to, co mówi. Nie sprzeciwiał się Regulusowi. Zawsze grał tylko i wyłącznie w jego grę. Choć władał całym światem, nigdy nie władał nim.
Aż do teraz.
– Nie możesz mówić poważnie o tym, żeby stchórzyć. To jest nasza wojna.
– Barty, ja po prostu…
– Nie, Reg. Nie przerywaj mi. – Odnalazł w sobie stanowczość, o istnieniu której też nie wiedział. – To jest nasza wojna. Nie tylko dlatego, że jest słuszna. Obiecaliśmy kumplowi, że będziemy tam przy nim i nie możemy go teraz zostawić. Faceta trzeba składać. Potrzebuje nas.
Cisza była ciężka, ale lepsza niż słowa, które chcieli do siebie wypowiedzieć.
Szkoda.
Być może wszystko skończyłoby się inaczej.

wstęp.

Sierpień dłużył się niemiłosiernie. Z każdym dniem wydawał się jeszcze gorętszy i jeszcze bardziej nieznośny. Spokojnie można było odnieść wrażenie, że to szaleństwo nigdy się nie skończy – że linia czasu w punkcie trzydziestym pierwszym trafiła na jakąś paskudną, złośliwą asymptotę pionową i będzie dążyć do nieskończoności. Nic bowiem nie wskazywało na to, by ich męczarnia miała się kiedykolwiek skończyć. Świat zatrzymał się na chwilę i zapomniał o swoich mieszkańcach. Może ze starych już i zmęczonych rąk wypadł mu kapelusz, po który musiał się schylić? A może ujrzał na horyzoncie zdarzeń coś, co sprawiło, że pogrążył się w rozmyślaniach o starych, dobrych czasach, które na szczęście nigdy nie wrócą? Jakakolwiek kierowała nim potrzeba, jedno nie ulegało wątpliwości. Bawił się zdecydowanie lepiej niż ci, którzy przez niego utknęli na dobre w skwarze niedzielnych popołudni.
Tik tak, ciągłe tik tak zegara nad kominkiem.
A przecież nie zapowiadał się aż tak źle! Ba. Posiadał wręcz całkiem przyzwoite wiadro potencjału. Tyle było do osiągnięcia, tyle do zrobienia, zanim po raz ostatni… To miało być ich lato. Wkraczali w nie przekonani, że zdolni są góry przenosić, jeśli tylko zapragną uczynić coś tak absurdalnego. Wkraczali! Wbiegali w nie, ufnie, motywowani zapachem świeżości tego, co przed nimi. Teraz, po dwóch miesiącach prawdziwego życia klapki zaczynały spadać z ich młodych oczu. To nie świeżość wzywała ich do siebie – wszystko wszakże, czego byli świadkami, okazywało się od dawna martwe, a poruszające się tylko siłą rozpędu. Czuli (nie można było tego nie czuć), że ich oszukano, że sprawa, za którą postanowili oddać swoje życie to nic więcej, jak tylko echo miriad podobnych jej rewolucji.
On też to czuł. Może jeszcze nie tak, jak Regulus – wszakże tamten od początku miał wątpliwości – ale i jego zaczynał powoli opuszczać dziecięcy entuzjazm. Wszystko, czego ostatnio się dotykał, z kilometra czuć było stęchlizną. Zbyt wiele spodziewał się po swojej misji, by nie rozczarować się rzeczywistością. Był wszakże tylko siedemnastoletnim chłopcem – czy ktokolwiek o zdrowych zmysłach zdecydowałby się powierzyć mu zadanie odpowiedzialniejsze niż tysięczne śledzenie niespecjalnie ważnej ofiary czy maskowanie roboty kolegów? Problem polegał na tym, że Barty Crouch Junior nie był osobą o zdrowych zmysłach.
Dlatego też uważał, że nie zasłużył sobie na siedzenie w domu Lestrange’ów i granie z Rudolphem w karty! Chciał burzyć stary porządek i wprowadzać świat w nową erę. Marzył o gigantycznym skoku naprzód. Pragnął czuć się potrzebnym i docenianym, do diabła! Czy to tak wiele, pytam? Czy naprawdę młody człowiek jego pokroju nie ma prawa wymagać, by coś w końcu zaczęło się dziać?!
Tak po prawdzie, cała jego frustracja wynikała z faktu, że się nudził.
Głośne tykanie zegara co i rusz przypominało mu o tym, że sierpień trwał. Powtarzał sobie, że już niedługo Hogwart znów przyjmie go w swe bezpieczne ramiona i wszystko wróci do normy. Nie był jednak pewien, czy norma będzie jeszcze kiedykolwiek go zadawalać. Zbyt wielu rzeczy zasmakował, by o nich zapomnieć – zbyt mało jednak, by się nimi nasycić. Niemniej jednak rzucenie się w wir nauki mogłoby pomóc mu zapomnieć o rozczarowaniu, jakiego doznał. Regulusowi też przydałaby się chwila wytchnienia. Z niepokojem obserwował przemiany, jakie ostatnimi dniami przechodził jego najlepszy przyjaciel. Jeszcze chwila a zostałby z niego zaledwie cień cienia! Od dwóch tygodni praktycznie ze sobą nie rozmawiali, choć przecież… Obu ich spalał sierpniowy żar.
Tym czasem – tik tak, tik tak i cisza drgającego, gorącego powietrza, którą powinien był wypełnić szelest kartek wypadających z kalendarza.
– Znowu poker pików, Crouch? – Głos Lestrange’a też docierał do niego jakby z opóźnieniem. – Oszukujesz.
– Myślę.
Wygrywanie raz po raz też go nudziło ­– ale przegrana nie wchodziła w rachubę. Nie pozwalała mu na to ambicja, przypominająca o sobie nawet w tak błahych sprawach. Nie pozostawało mu więc nic innego jak leniwie przerzucać kartę po karcie, niespecjalnie zważając ani na to, w co gra, ani na to, jakie szczęście mu niewątpliwie sprzyjało.
Z fotela, na którym się wylegiwał, miał doskonały widok na Lestrange’a; jednak choć obserwacja oznak nerwowości przeciwnika prawdopodobnie wyszłaby mu na dobre, wolał bezwolnie wpatrywać się w sufit, tak, jak gdyby liczył, że właśnie stamtąd nadejdzie pomoc. W takich chwilach dni, które mijały, zlewały mu się w nieustający koszmar nierówno nałożonej farby. Półbóg kontra ścienni malarze zagłady – już wkrótce we wszystkich księgarniach.
Jakieś zbłąkane kocisko przemknęło po tarasie i schowało się w cieniu drzew na tyłach ogrodu. Choć przecież nie był w stanie ich usłyszeć, stukot zwierzęcych łap uderzających o kostkę brukową rozsadzał mu czaszkę. Miał ochotę wstać i zaprowadzić porządek, lecz nie mógł znaleźć w sobie wystarczająco dużo siły, by choćby machnąć ręką. Pozostał więc tam, gdzie był, klnąc w duszy na los i podatki.
I wciąż tylko tik tak i tik tak, jak gdyby był to jedyny dźwięk we wszechświecie – bo i kocie łapy zdawały się go wydawać.
Zastanawiał się, jak cudownie byłoby znaleźć się teraz w skórze tego przypadkowego futrzaka. Zamiast siedzieć i wysłuchiwać, jakim to złym jest chłopcem, wygrywając po raz enty, mógłby zapomnieć o całym świecie i uciąć sobie małą drzemkę w miejscu jeśli nie chłodnym, to przynajmniej chłodniejszym. A potem? Potem w kociej postaci mógłby podbić cały świat, pełen myszy tylko czekających na to, aż zanurzy w nich swoje kły i…
Ale był tutaj, teraz, chociaż jego umysł podróżował po zupełnie nieznanych mu terenach. Jego ciało wciąż było tylko jego ciałem; tak samo ludzkie i ułomne, jak pięć minut i pięć lat wcześniej. Ledwo mieścił się w fotelu, który dla siebie wybrał – i z minuty na minutę odczuwał to coraz silniejszym mrowieniem w zgiętych kończynach. Chłopcy zbyt szybko rosną, jak kiedyś powiedziała mu matka, ta dobra kobieta, za dobra dla męża, który jej się trafił. Chłopcy zbyt szybko rosną, zbyt szybko przerastają fotele, ale to wszystko dlatego, że ich osobowości nie mieszczą się w tragicznie ciasnych żyłach i potrzebują przestrzeni, dłuższych kości, pojemniejszych żołądków i mięśni, o tak, mięśni, dzięki którym kiedyś nabiorą drugiej kosmicznej i odlecą w nieskończoność.
W dni, takie jak te, nie miał nawet ochoty myśleć o tym, jak nienawidzi swojego ojca i jak mu wstyd, że dzieli z nim twarz, ręce, piegi, włosy, wszystko, o czym tylko pomyślicie. Chociaż, gdyby się zastanowić dokładniej, na pewno gdzieś w głębi niego tliło się przekonanie, że to stary wymyślił to pieprzone tik tak zegarów.
– Niemożliwe, żebyś był w stanie ograć mnie za każdym razem. Musiałbyś być geniuszem. – Blabla, Lestrange, zrozum, że nikt cię nie słucha, że między każdym twoim słowem jest niedzielne popołudnie do przeżycia, że mówiłeś to już tyle razy, musiałeś stracić na to jedno zdanie z tydzień! – I to geniuszem zażywającym eliksir szczęścia. Czy ty…?
– Myślę.
Podejrzewał, że Rudolphowi nigdy nie znudzi się obrażanie jego inteligencji. Mógłby w końcu stawić czoła tej smutnej prawdzie – w tym roku zdawał dwanaście egzaminów i planował wszystkie zaliczyć na Wybitny. W tej sytuacji oczywistym było to, że wygra w jakąś tam grę, prawda? To nie było trudne. Wystarczyło na chwilę odwrócić wzrok od sufitu – bądź kotów, bądź stadka muszek owocowych nad misą z winogronami – i spojrzeć na karty. Ot cała filozofia. Cztery kolory, trochę figur, nawet przedszkolak dałby radę.
Co innego, gdyby postanowił pokonać go w pojedynku. Pojedynek! Na sam dźwięk tego słowa serce zaczynało mu bić z prędkością, która nie spodobałaby się żadnemu magomedykowi. Gdyby tylko dało się wstać i rozpocząć walkę na śmierć i życie – czułby się nareszcie szczęśliwy. Jako czarodziej został stworzony do celów wyższych niż poker pików. Dar magii uważał za najcenniejsze, co posiadał. To mugole musieli dręczyć swe ograniczone umysły rozrywkami rodzaju tych, które proponował mu sierpień. On miał wizję.
Mógł więc wstać. Najpierw prawa noga, powoli, ostrożnie, starając się nie nastąpić na potłuczoną uprzednio szklankę. Potem lewa, już pewniej, przecież szklanka potłukła się wczoraj – albo w poniedziałek, albo nigdy, czas płatał figle – i na pewno została posprzątana. Nareszcie można usiąść, bez pośpiechu, leniwie przeciągając się po drodze, by sprawdzić, czy wszystkie kostki znajdują się na swoim miejscu. Na końcu…
Tyle, że były to tylko marzenia. Ruszenie się z fotela równało się śmierci z rąk bezwzględnego, rozpalonego do białości sierpnia i jego przeklętych popołudni. Jedynym, na co mógł się zdobyć był drobny gest różdżką, by karty, które na nowo rozdawał Lestrange, trafiły wprost w jego palce niedoszłego pianisty.
Jego serce też zaczynało bić w rytmie powolnego tik tak.
Gdyby chociaż zegar wygrywał walca. Tik tak tik, tik tak tik. Można by wrócić myślami do muzyki i zapomnieć na chwilę o suficie, wygranych, kotach czy fotelu. Ale nie. Któż to widział, by tak uparcie liczyć na dwa? Cóż z tego miała ta marna parodia istnienia, to blaszane pudełko z pseudoduszą w czwartym wymiarze? Czy tik tak przynosiło tej kupie złomu chociaż namiastkę satysfakcji, którą miałby on sam, gdyby w końcu udało mu się pozbyć tego dźwięku ze swojej głowy?
Walc u Ministra! Fanfary, nadchodzi stary ze swoją piękną żoną! A gdzieś tam, z tyłu, słodki i uroczy drań, którego niedługo poznają wszystkie panny wyższej sfery! Chowajcie córki do piwnicy, nadchodzi apokalipsa dla ich rychłych mariaży i raj dla nieślubnych dzieci!
Ale najpierw – cholero ty, na trzy, prosimy o tik tak tik i tik tak tik, czy to tak drugo zrozumieć?
Kobiecy śmiech rozniósł się po obu salach –i tej, po której błądził właśnie jego umysł, i tej, w której znajdowało się jego ciało.
Bellatrix zostawiła ślad szminki na jego policzku. Znowu. Nie mógł zrozumieć, dlaczego z taką pasją go obcałowywała. Przecież w karty grał z nim jej mąż. To dla niego powinna zostawiać tego typu przyjemności – sam obchodził się bez nich jak najlepiej, dziękuję. Lubił, gdy całowały go kobiety, naprawdę, najlepiej kilka na raz i za każdym razem w innej konfiguracji, ale szminki starszej kuzynki Regulusa doprowadzały go do szału. Nie było w nich ani grama rozkoszy.
– Znowu wygrałeś? – spytała, patrząc mu bezczelnie w karty. Nie zareagował. Nie obchodziło go to, że zaraz z pewnością powtórzy wszystko Lestrange’owi. Walc u Ministra…
– Odegram się – zza stołu groźnie zagrzmiał bas, lekko podkręcony butelką szkockiej ze stołu. – On musi oszukiwać. Sama rozumiesz, że to aż niewyobrażalne!
– Oszukujesz, Crouch?
– Myślę.
Nienawidził też tego, z jaką pasją mierzwiła jego jasne włosy. I bez tego uważał, że prezentują się dramatycznie. Naprawdę nie musiała tego stanu pogarszać. Przez nią zaczynał się martwić – autentycznie martwić – o to, jak wygląda. Osobiście uważał, że zamartwianie się na temat wyglądu to zajęcie dobre dla bab i innych przekupek. Zdobywanie świata to zupełnie inna sprawa. Jak jednak miał zdobywać świat, gdy ta kobieta nie potrafiła trzymać rąk przy sobie? Ba! Gdy ta kobieta rozpychała się na jego fotelu, konsekwentnie, cal po calu zabierała mu jego bezpieczną przystań?
Starał się wrócić myślami do walca. Przypomnieć sobie te wirujące w tańcu sukienki różnych kolorów i fasonów, przepiękne tkaniny, z których były uszyte i jednakowe dziewczęta, które je nosiły. Gdzieś na granicy wspomnień widział naszyjnik z agatami Perse na jej długiej, bladej szyi łabędzicy. Starał się zejść trochę niżej, oczyma pamięci zajrzeć jej w dekolt, ale nawet kiedy nie było go przy nim, czuł na sobie gardzące spojrzenie Regulusa, prawdziwego właściciela ich obojga i wiedział, że tak po prostu nie wolno. Szukał więc obrazu jakiejś innej dziewczyny, przecież niczym się od siebie nie różniły, lecz nie szło mu tak dobrze; może i jej nie znosił, ale to, co należało do Blacka, zawsze ciągnęło go bardziej niż to, co było naprawdę wartościowe.
– Mam dla was bardzo ciekawą wiadomość, chłopcy.
Słowa Belli odbijały się po jego głowie, lecz wszystkie brzmiały jak kolejne tik tak pomiędzy tańcami.
Zatańczymy? Zatańczymy! A gdzieś tam, z tyłu, stary patrzy zza framugi drzwi do jadalni i gardzi. Nigdy nie przejmował się starym i jego pogardą dla młodości, swobody, miłości! Stary chciał być kiedyś Ministrem i pewnie kiedyś będzie, niech mu los sprzyja, kogo to obchodziło? Byle tylko na niego nie patrzył, byle bezgłośnie nie karcił za rękę, która zeszła odrobinę za nisko lub pełen winy pocałunek w trzecim takcie. Och, jak on go nienawidził! Walc u Ministra a ten ciągle tylko o tym, że trzeba się zachowywać i że przynosi wstyd rodzinie, kiedy on przecież trzyma się z Regulusem, to wyżej, niż tyłek starego kiedykolwiek podskoczy.
Kto go właśnie tarmosił? Kto mu podkrada fotel? Bellatrix Lestrange! Stary, pomyślałeś ty kiedyś, że będziesz miał synka – kumpla – Blacków? Zawsze chciałeś być częścią elit, ale nigdy ci to nie wyszło. Może i krew najczystsza, może i kiedyś mieszaliście się ze wszystkimi, ale te czasy minęły! Że niby Wilkes? Granda. Małżeństwo twojej siostry to jakaś parodia, zresztą, cała ta twoja siostra to parodia. Więc nie patrz! I schowaj sobie to tik tak w…
– Regulus dał pietra.
Stał właśnie przed starym i mówił mu wszystko, o czym zawsze myślał, ale na co nigdy nie miał odwagi. Stary słuchał, zero skruchy na jego mordzie zblazowanego urzędasa.
– Myślę.
Słuchaj, stary, nie będzie ci tak wesoło, kiedy zmaże ci z gęby ten uśmieszek. Wiesz, że on może to zrobić. Myślisz, że nikogo nigdy nie zabił? Może jeszcze nie, jest młody, ale kiedyś zabije. Będziesz pierwszy. Lubisz zielone, co?
– Crouch, do diabła, czy ty mnie słuchasz?
– Myślę.
– Crouch!
Zanim zdążył go zabić, dostał w twarz. Całusy, tarmoszenie, wszystko mógł zrozumieć, ale policzek? Na zbyt wiele sobie pozwalała. Był zwolennikiem tradycyjnej roli kobiety w rodzinie. Zaczynał rozumieć dlaczego. Choć był o krok od absolutnej zemsty, choć mógł w końcu zemścić się na tym złamanym…
– Słuchasz mnie, Crouch? – powtórzyła, zmuszając go, by spojrzał głęboko w te jej obłąkane oczy.
– Słucham – odpowiedział, stanowczo wyrywając brodę z jej wiedźmich szponów. Na jego twarzy malował się wyraz obrażonego, pięcioletniego chłopczyka. W końcu zaczął zachowywać się jak on sam. – Przecież powiedziałem, że wygrywam z twoim kochasiem ciągle, bo w odróżnieniu od niego myślę głową a nie przyrodzeniem.
Lestrange próbował protestować; Bella roześmiała się. Jednak spodziewał się lepszej reakcji. Ucieczka z krzykiem by go usatysfakcjonowała.
– Dla twojej wiadomości, kochasiu – Lestrange warczał. – Wcale nie rozmawialiśmy o twoich sukcesach, w przypadku których na pewno oszukujesz i…
Z udawanym zaciekawieniem uniósł jedną brew do góry. Jeśli chodziło o teatralność, na tyle było go stać w chwili znudzenia.
– A o czym? – spytał.
Kiedy Bellatrix powtórzyła swoją wiadomość, świat Barty’ego Croucha Juniora rozpadł się na miliard kawałeczków.
Wszystko w rytmie tik tak i tik tak.

wstęp do wstępu.

Trudno by na tym świecie – najlepszym wszak ze wszystkich w wielkim, niczyim uniwersum – znaleźć coś równie niebezpiecznego i kojącego zarazem, co obserwowanie Barty’ego Croucha. Ci, którzy mieli okazję poznać go bliżej, nigdy tego nie żałowali; gdyby jednak jakiś zapalony ankieter-psychoanalityk spytał ich, czy w innym życiu również chcieliby się z nim przyjaźnić, odmówiliby, sami nie rozumiejąc dlaczego. Jednego byliby pewni – nigdy przenigdy, niezależnie od zaistniałych okoliczności, nie chcieliby, by stał się ich wrogiem. Z dwojga złego lepiej byłoby już stykać się z nim na co dzień, uparcie, minuta po minucie podejmując ryzyko i łudząc się, że tym razem wyjdzie się z tego wszystkiego jeśli nie zwycięsko, to przynajmniej bez zbędnych konsekwencji.
Wszystko przez to, że Barty przypominał morze, to najbardziej kapryśne ze wszystkich oblicz Matki Natury.
W pogodne, choć mroźne, zimowe dni był absolutnie najwspanialszą ze wszystkich istot tułających się po Ziemi. W jego oczach odbijał się spokój poranka na plaży, pełen nie tyle tandety tysięcznej akwarelki wschodu słońca, co jakiejś pewności – pewności i piękna. Nie było w nim wtedy ni cienia goryczy. Złudne wrażenie powszedniości, mierności, normy kazało wierzyć w to, że nie skrzywdziłby nawet muchy – ba, byłby w stanie zaopiekować się każdym stworzeniem, jakie tylko wezwałoby go na pomoc. W takie dni łatwo było przy nim zapomnieć o tym, kim jest. Wcale nie przypominał tego Barty’ego Croucha Juniora, syna tego Barty’ego Croucha Seniora, małego hipokryty i wielkiego mordercy.
Jednak im starszy był, tym częściej żył sztormem. Okres dojrzewania obudził w nim bezwzględność nocy letniej, która nigdy nie przebacza i nigdy nie zapomina. W szale potrafił zniszczyć wszystko, co stanęło mu na drodze – dlatego zamiast szukać z nim porozumienia, w jego obecności najpewniej było zachować szczególną ostrożność i nie odsłaniać się za bardzo. Jeden fałszywy krok i po wszystkim; młody Crouch nie zwykł zadawać pytań czy okazywać łaskę. Tym, co go napędzało była pycha i miłość własna – najsilniejszy ze znanych ludzkości wiatrów. Gdyby chociaż był głupcem…! Lekkomyślność, gorąca głowa, jakże by to wszystko było bezpieczniejsze od wyrachowania i zimnej inteligencji!
Mimo to, tłum wokół niego rósł. Powiecie – przykuwał ich do niego strach, paraliżujący lęk przed posiadaniem go za swoimi plecami. Powiem wam wtedy – mylicie się. Coś znacznie silniejszego niż instynkt samozachowawczy sprawiał, że Barty (niezależnie od etapu swojego życia) otoczony był gronem pochlebców. Tym czymś był zachwyt.
Wszak na tym świecie nie ma też niczego piękniejszego niż morze. Nieprzewidywalne, niebezpieczne, zabójcze.
Człowiekowi, który raz je pokocha, trudno znaleźć dla siebie miejsce z dala od niego. Jest coś paraliżująco hipnotyzującego w tej trochę większej kałuży. Coś, co nie pozwala ci siebie opuścić – nigdy przenigdy. Tak samo było i z nim. Trudno zliczyć ludzi, których zaufanie zawiódł, a jednak mógł liczyć na to, że w chwili próby skoczą za nim w ogień. Trudno zliczyć ludzi, którzy naprawdę w ten ogień skoczyli. Zgubił ich wszystkich. Co do sztuki. Bez jednego mrugnięcia okiem! Nikt przy zdrowych zmysłach nie podejrzewałby go o choćby najmniejszy strzępek wyrzutów sumienia. Mały hipokryta i wielki morderca, tak, jak zawsze tego pragnął. Przy tym jednak największy, największy zbrodniarz tamtej wojny – jak bowiem inaczej osądzić człowieka, który pozwolił swej matce i swojemu ojcu…
Cii, nie wyprzedzajmy faktów. Zostańmy z Bartym tu i teraz. W chwili, która ostatecznie zadecydowała o jego życiu. Być może istniała dla niego nadzieja – malutka iskiereczka tląca się gdzieś w oddali. Co, jeśli naprawdę mógł skończyć inaczej? Dlaczego akurat musiał zostać zapamiętany jako Jego najwierniejszy? Barty i jego miłość własna, jego pęd do bicia rekordów, o których nie śniłby żaden filozof!
Wiecie, o którym dniu mówię, prawda? Musicie wiedzieć.
Ty też wiesz. Nie patrz na mnie tymi swoimi słodkimi, martwymi oczyma. Przez wszystkie lata, które sobie wtedy odebrałeś, będziesz to doskonale wiedział.
W końcu to ty go zgubiłeś. Tak z przekory, żeby raz było na odwrót!
Regulusie Blacku, największy skurwielu tego świata.

Koniec. Jawa.

Czasami tak po prostu jest. Wspomnienia z lat młodości powracają do nas już nie w snach, ale na jawie. Jak przed nimi uciec? Gdzie się schować? Każdy musi przyznać, że to niemożliwe. Jednak równie ciężkie – jeśli nie gorsze – będą próby zmierzenia się z nimi, wchłonięcia ich w swoją teraźniejszość. Piękno przeszłości leży w tym, że już jej nie ma. Dlaczego mamy godzić się na jej nawroty, nękające nas od czasu do czasu, niepozwalające nam zapomnieć o błędach bez znaczenia, które popełniliśmy w czasach bez znaczenia?
Nasz bohater miał niewątpliwy zaszczyt należeć do zacnej grupy ludzi mierzących się z demonami młodości.
Niespełna pięćdziesięcioletni, wykształcony mężczyzna z żoną, dzieckiem, armią kotów i z obiecującą przyszłością – legendarna Kasandra Trelawney wywróżyła mu stanowisko Ministra Magii na wiele lat przed jego narodzinami – nie miał żadnych problemów. Jego podwładni zawsze przychodzili na czas, szef witał go uśmiechem, a Hallie robiła przepyszną kawę. Od jakiegoś jednak czasu nie potrafił znaleźć dla siebie miejsca. Coś złego działo się z jego życiem. Wszystko zaczęło się, paradoksalnie, gdy dla całego świata wszystko się raczej kończyło – od hecy z Rosierem i Wilkesem, którzy pozbawili biednego Alastora połówki nosa. Nie znał ani jednego z tej dwójki zwyrodnialców, zwolenników Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Jednak od ich śmierci gdziekolwiek by się nie udał, widział tylko jedno – orzechowe oczy wpatrujące się w niego ze wszystkich stron.
Przyznajcie sami, ucieczka od tej, którą się kiedyś kochało, nie może być przyjemna. Nawet gdy od dawna nie pamiętało się jej twarzy. Świadomość, że dziecko… Jej dziecko…
Ale czas mijał nieubłaganie. Od śmierci tej dwójki minęły niemal dwa lata. Od upadku Tego, Którego Imienia Wciąż (nikt nie wie dlaczego) Nie Wolno Wymawiać – dwa razy mniej. Świat wychodził powoli z fazy radosnego upojenia zwycięzców; ileż bowiem można było świętować? Zanim jednak dane mu było pogrążyć się w głupim odrętwieniu, nadeszła chwila zemsty po fakcie, wyłapywania niedobitków. Nasz bohater idealnie odnajdywałby się w roli kata, gdyby nie przeczucie – coś, w co nie powinien był wierzyć – że katastrofa wisiała w powietrzu. Te oczy na to wskazywały. Niby dlaczego niezmiennie go dręczyły? Cóż był im winien? Spłacił swój dług wobec tej miłości. Na rękach wciąż miał krew.
Jego jedyną ostoją wciąż była Hallie, niezastąpiona Hallie, jedyna Hallie, pracę z którą już dawno zamienił na zestaw śniadania i kolacje. To ona potrafiła ukoić jego wyrzuty sumienia, które pojawiły się tak nagle w tyle lat później. To ona zdejmowała część ciężaru przeszłości z tych ramion, które naprawdę nie mogły unieść aż tyle. Gdzie w tym czasie była żona naszego bohatera? Gdzie jego syn? Zajmowali się sobą nawzajem albo tylko sami sobą, już dawno zapomnieli o jego istnieniu. Przydawał się, owszem, jako przyszły Minister Magii. Był koszmarnym ojcem i koszmarnym mężem. Nie potrafił ich pokochać tak, jak…
Aż w końcu katastrofa nadeszła.
Jej oczy były niebieskie.
***
Przyszłość przegrała z przeszłością. Ostateczną bitwę przegrał dla niego jego syn, ten zwyrodnialec, mały niewdzięcznik niewarty wszystkiego, co dla niego poświęcił. Początkowo nie wierzył. Jak bowiem można uwierzyć w coś tak absurdalnego? Zdrajca! Morderca! W jego domu!
– Crouch, nie ma najmniejszych wątpliwości. Przykro mi – powiedział jeszcze jeden z jego kolegów, a raczej ekskolegów, oczywistym bowiem było to, że po takiej kompromitacji nie będzie mógł dłużej zajmować swojego stanowiska i miejsca w socjecie.
Jednak w końcu musiał zaakceptować fakty. Musiał przyznać, że gazety głoszące, że Syn kandydata na Ministra Magii, Bartemiusz Crouch Junior, oskarżony o uprowadzenie Longbottomów! mają rację. Dowody, jakie zgromadzono, były niepodważalne. Mógł próbować z tym walczyć, jednak byłaby to walka z wiatrakami. Musiał zaakceptować to, co się wydarzyło.
Musiał stawić temu czoła.
– Czy to prawda? Złapali Barty’ego? Był takim uroczym, niepozornym chłopcem! – mówili sąsiedzi, a on ich słuchał, starając się nie okazać, jak bardzo zirytowany jest ich sztuczną uprzejmością. Postanowił bowiem oficjalnie odciąć się od sprawy syna. Wyrzucić. Zapomnieć. Tłumaczył sobie i żonie, która mu nie wierzyła, że robi to dla dobra swojej kariery politycznej. Kłamał.
Robił to, by orzechowe oczy więcej nie śledziły każdego jego kroku.
***
Pomieszczenie było małe, ciemne, klaustrofobiczne. Nasz bohater bywał tu już wiele razy. Nigdy nie w charakterze przesłuchiwanego. W tej sytuacji było coś niepokojąco upokarzającego.
– Myślę, że udzielił nam pan wystarczających wyjaśnień, panie Crouch. – Jego rozmówca wstał z krzesła. Coś podpowiadało naszemu bohaterowi, że nikt nie zechce mu teraz podać ręki. A przecież nie był przestępcą. Nigdy nie uczyniłby tego, co ten głupi smarkacz. – Jeszcze raz przykro mi, że sprawa dotyczy pańskiego syna. Nikt nie przypuszczał…
– Prosiłem, by nie tytułować oskarżonego moim synem – odpowiedział chłodno.
Coś upokarzającego było również w tym, z jakim uporem świat przypominał mu o tej relacji. Jak gdyby nikt nie mógł pamiętać o tym, że Barty był niezależnym człowiekiem, zdolnym do podejmowania własnych decyzji. Nie naszego bohatera winą przecież było to, że zamordował on człowieka, prawdopodobnie nawet nie jednego. On sam nigdy… Nigdy by tego nie uczynił. Nie był mordercą.
Orzechowe oczy patrzyły na niego z powątpieniem.
– Dlaczego, panie Crouch? Jeśli mogę pozwolić sobie na osobistą uwagę, sądzę, że nie powinien pan tak…
– Ja nie mam syna.
W dwa tygodnie później miał powiedzieć – wykrzyczeć – to swojemu synowi, wśród tłumu gapiów, czekających na jego upadek. To przesłuchanie było niejako próbą. Mógł zobaczyć, na ile obojętności go stać, czy potrafi wyprzeć się swojej rodziny tak, jak…
Nie, przecież nigdy nie wyparł się tych orzechowych oczu. To było coś zupełnie innego. Gdy niespełna dwa lata wcześniej Alastor napomknął coś o tym, jakoby nieszczęsny Wilkes był jego siostrzeńcem, nasz bohater jedynie przez zaskoczenie powiedział, że był jedynakiem. Wszakże tak mu się przez większość jego życia wydawało. Nie mógłby zabronić tytułowania jej jego siostrą.
– Panie Crouch, przecież ta bitwa już dawno jest przegrana. Nie musi pan wypierać się swojej rodziny. Po co? To jedyne, co panu teraz pozostało – kontynuował przesłuchujący, podczas gdy nasz bohater zastanawiał się, dlaczego podlotek niewiele starszy od Barty’ego uzurpował sobie prawo do udzielania mu porad życiowych. – Jak znosi to pańska żona? Musi cierpieć, w końcu jej pierworodny…
– Ja nie mam syna – powtórzył, z uporem wpatrując się w orzechowe oczy klamki od drzwi. Chciał stamtąd wyjść. Czuł, że jeszcze chwila, a pochłonie go wir wspomnień, którymi wcale nie chciał dzielić się z… nawet z samym sobą.
Jego rozmówca uznał swoją porażkę; po chwili szur odsuwanych krzeseł uwolnił naszego bohatera od jego towarzystwa. Kilka sekund zaledwie dzieliło go od wyjścia z tego pokoju. Jednak jako że ostatnimi czasy nie czuł się najlepiej, kilka sekund zamieniło się w kilkadziesiąt – przed powstaniem musiał wziąć kilka zaskakująco głębokich oddechów, upewnić się, że po chwili nie upadnie. Zwłoka ta nie kosztowała go pozornie wiele. Gdyby jednak był o te niespełna dwadzieścia lat młodszy, pewnie nie usłyszałby, jak jego rozmówca szepcze do kolegi na korytarzu:
– Tak, jasne, nie ma syna. Tak samo, jak nie miał siostry, gdy Szalonooki sprzątnął Wilkesa z Rosierem. No co ty? Nie słyszałeś? Założę się, że to na rodzinnych spotkankach jego synalek został zwerbowany. Wiesz, zaufany kuzynek, psia krew.
***
Choć opuszczał tę salę jako zwycięzca, nasz bohater wyglądem przypominał człowieka, który stracił już nie tylko rodzinę i wizję świetlanej kariery politycznej, ale również i życie. Stało się. Paręnaście minut temu skazał swojego własnego syna na dożywocie w Azkabanie.
Tak, swojego syna. Bo choć przed chwilą zaledwie oficjalnie się go wyparł, to wciąż był jego syn. I właśnie świadomość pokrewieństwa krwi nie pozwalała naszemu bohaterowi czuć się zwycięskim w walce z nieprawością i mordem. Nie potrafił traktować go jak zwykłego kryminalisty. Nie potrafił wyprzeć się go przed samym sobą. Zbyt wiele… Zbyt wiele było w młodym Bartym Juniorze Barty’ego Juniora sprzed niespełna dwudziestu lat.
Dźwięk zamykanych drzwi rozdzierał mu resztki serca, którego obecności – metaforycznie – nie odczuwał od tak dawna. Co teraz będzie? Za co perfidny Los chciał go tak ukarać? Był dobrym człowiekiem. Nigdy… Nigdy…
Zauważył kobietę siedzącą na jednej z kamiennych ławek. Wyglądała doprawdy mizernie. Choć może po prostu z natury była drobna – nasz bohater nie chciał jej się przyglądać na tyle, by to określić. Zastanawiał się, czy skazał właśnie kogoś z jej bliskich. Może znała jego syna? Nigdy nie chciał poznać żadnego z jego przyjaciół. Chociaż nie, wyglądała znacznie starzej, mogła być co najwyżej czyjąś matką czy ciotką, ale nie kochanką.
– Proszę pani, już po rozprawie. Winni – powiedział uprzejmie, lecz beznamiętnie. Nie potrafił być współczującym rozmówcą. – Może pani iść do domu.
Kobieta nie zareagowała. Wciąż wpatrywała się w posadzkę, jakby w niej szukając oparcia.
– Nie powinna pani tu teraz przebywać, to niezgodne z regulaminem. Naprawdę. To koniec. Już po wszystkim.
Przez chwilę nie reagowała, a nasz bohater zastanawiał się, co takiego może zrobić, żeby się jej pozbyć. Nikt nie powinien przesiadywać w tym miejscu po godzinach pracy Rady. Co jeśli jakiś bezmyślny urzędnik ją tu zamknie? Musiał jakoś jej wytłumaczyć…
Ale wtedy ona podniosła głowę i spojrzała na niego ze smutkiem, jakiego nigdy jeszcze nie widział.
Chciał zamknąć te orzechowe oczy, ale to wcale nie był sen.