II. O marności magii.

Blady chłopak o ciemnych, przetłuszczonych włosach i haczykowatym nosie zwisał właśnie głową w dół.
Dwie piątoklasistki przepychały się właśnie w tłumie innych uczniów, próbując zobaczyć jak najwięcej. Takiego widowiska nie mogły przegapić. Gacie Smarkerusa wreszcie ujrzą światło dzienne!
– Założę się, że nigdy ich nie zmieniał. – Ebony właśnie bezpretensjonalnie przestawiła jakiegoś pierwszaka, kręcącego się jej pod nogami. – To będzie obrzydliwe.
– Jeśli Lily ich przyłapie…
– Matt, daj spokój. Grizel obiecała, że zajmie się Evans. Minęłyśmy ją na korytarzu, zapomniałaś?
Mattia kiwnęła głową. Chciała coś jeszcze powiedzieć, ale koleżanka uciszyła ją gestem dłoni.
Z każdą chwilą tłok robił się coraz większy. Już nie mogły zliczyć ilości stratowanych dzieciaczków. Po co takie w ogóle się pchają? Nie znają Smarkerusa, nie wiedzą, co z niego za ziółko, niech więc lepiej zostaną przy ciągnięciu młodszych dziewczynek za warkoczyki. To zajęcie na ich poziomie.
W końcu udało im się dotrzeć na tyle blisko, żeby widzieć Jamesa Pottera.
Ciekawy chłopak był z tego Jimmy’ego. Już piąty rok uganiał się za dziewczyną z ich dormitorium, a mimo to ciągle robił sobie pod górkę. Wmówił sobie, że to żałosne stworzenie, Smarkerus, odbiera mu ukochaną i nic nie potrafiło wybić mu tego z głowy. Każdy zaś atak na tego Ślizgona oddalał od niego Lily i, prawdę mówiąc, bardziej szkodził tym sobie niż jemu.
Tym razem był tak zaaferowany swoim odwetem, że nawet nie zauważył swoich koleżanek. Syriusz jednak nie był na tyle zapatrzony w Smarkerusa – uśmiechnął się do nich i pomachał wolną ręką, zapraszając, żeby podeszły bliżej. Tłum jego fanek, który oczywiście musiał również pchać się na sam przód, pisnął z radości, przyjmując zaproszenie na siebie, ale nie odważając się zrobić choćby kroku w przód.
Ebony rozstawiła je wszystkie jednym zgrabnym ruchem różdżki – rozstąpiły się niczym Morze Czerwone i pozwoliły jej i Matti przejść bez żadnych problemów. Dziewczyny zajęły najlepsze miejsca w pierwszym rzędzie, kompletnie ignorując ludzi krzyczących, żeby chociaż ukucnęły.
Przedstawienie szybko się zaczęło; jedno zaklęcie i Smarkerus wisiał w powietrzu, obrzucany wyzwiskami Pottera. Syriusz też nie próżnował, ale zawsze był w tym trochę z tyłu. Nie wyrywał się. To była prywatna zemsta jego przyjaciela.
Gdzieś w pobliżu stał zniesmaczony Remus Lupin i mały, króliczy chłopiec – Peter. Mattia postanowiła, że najwyższy czas do nich podejść i się przywitać, ale…
Cóż, okazało się, że Grizel nie była w porządku.
Na scenę wkroczyła zdenerwowana Lily Evans. Tłum automatycznie się rozrzedził; z tych kilkudziesięciu osób, które obserwowały scenę od początku została połowa, może mniej. Wszyscy wiedzieli, że ruda w takich wypadkach bywała niebezpieczna.
Mattia, razem z Ebony, skorzystała z okazji i wymknęła się z całą resztą. Posłała jeszcze tylko zniesmaczone spojrzenie zdrajczyni – która stała niedaleko Lily i uśmiechała się złośliwie – a później już ich nie było.
***
– Naprawdę ściągnąłem mu te gacie! – Jimmy upierał się przy swoim, choć przecież wszyscy naokoło wiedzieli, jak cała ta sytuacja się skończyła. – No to co, że był pod wodą? Ściągnąłem!
Sytuacja wyglądała następująco – gdy tylko Lily skończyła swój standardowy wywód pod tytułem Potter, jesteś gnojkiem, chłopak zwołał do siebie wszystkich zainteresowanych i obiecał, że pokaże im bieliznę Smarkerusa. Kiedy już to zrobił, zaproponował, że ją ściągnie, ale po gwałtownych protestach jednej z tych ambitnych pań prefekt Gryffindoru, czynności tej zaniechał, jedynie wrzucając swojego głównego wroga do jeziora na małą kąpiel.
– Wierzymy ci, Rogaczu. – Syriusz poklepał przyjaciela po plecach. – A jak ktoś wątpi, mogę go bardzo skutecznie przekonać.
– Dzięki, przyjacielu. Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć. Jesteś…
– Nazywają cię rogaczem, bo ruda przyprawia ci rogi ze Ślizgonem? – przerwała mu jakaś mała Gryfoneczka, zapewne z drugiego czy trzeciego roku. – To niezbyt chwalebne określenie.
Siedzieli w szóstkę w Pokoju Wspólnym – Huncwoci, Ebony i Mattia – więc od czasu do czasu do ich rozmowy przyłączała się jakaś zbłąkana duszyczka. Nie było to przez nich zbyt mile traktowane. Stanowili zamknięte kółeczko wzajemnej adoracji, od którego obcym – wara.
– Nazywają go rogaczem, bo jest pełnoprawnym facetem. – Vitreous siedziała na podłodze, opierając swoją głowę o kolana koleżanki. Tak, było jej za wygodnie. – Tego nie można powiedzieć o tym wypłoszu, z którym czasem chodzić na spacerki za rączkę. Nie wstyd ci, Isis? Z Puchoniątkiem?
Ciemnooka Gryfoneczka najpierw spaliła się ze wstydu, a potem szybko ruszyła do swoich koleżanek, obiecując samej sobie, że więcej podsłuchiwać już nie będzie.
– Też ich kiedyś widziałam – powiedziała Mattia, bawiąc się jednym z warkoczyków przyjaciółki. Mimo iż jej kolana były ewidentnie zgniatane, całkiem dobrze jej się siedziało, będąc otaczaną ramieniem Syriusza. – Ale to chyba Krukon.
– Jeden pies. Brzydki i tyle.
Blondynka parsknęła śmiechem. Fakt, do urodziwych to on nie należał. O ile takie dzieci można w ogóle określać pod względem urody.
– Przy nas każdy wysiada, prawda, Ebony? – James posłał jej znaczące spojrzenie. – Nie ma co porównywać. Jesteśmy jedynymi przystojniakami w całym zamku.
– Przestań, Rogaczu. – Remus oderwał na chwilę wzrok od książki. Siedział w niewielkim oddaleniu od całej grupy i tłumaczył Peterowi jakieś skomplikowane receptury leków, o których nikt oprócz niego nie miał zielonego pojęcia.
– Właśnie, przestań – poparła do Mattia. – Zapominasz o Smarkerusie.
Cała piątka – Lupin pokręcił z rezygnacją głową – łącznie z okolicznymi ludźmi wybuchła śmiechem.
Dobre parędziesiąt sekund minęło, zanim udało im się uspokoić. Po raz kolejny udowodniono, że długo powtarzane żarty też mogą być śmieszne. Wystarczy tylko trafić w odpowiedni moment. Ile razy już kpili sobie z brzydoty Smarkerusa? Trudno policzyć. Jednak za każdym razem sprawiało im to coraz większą przyjemność.
Nagle Mattia poczuła, że Syriusz po raz kolejny tego wieczora całuje ją w sam czubek jej blond główki. Już miała go od siebie odgonić, gdy usłyszała:
– Oj, MacDonald, nie kpij sobie z wodza Slytherinu, bo jeszcze jego koledzy urządzą cię tak, jak twoją kuzyneczkę.
***
Mary miała małego baranka, odprowadzał ją do szkoły każdego dnia.
Mary MacDonald nie miała baranka, ale była mała i odprowadzała się do szkoły sama. Pewnego dnia, idąc na lekcje do lochów, spotkała srebrno-zielonego barana.
Reszta była milczeniem.
***
Mattia odsunęła się od niego gwałtownie, kopiąc Ebony w plecy.
– To nie było zabawne – stwierdziła.
Wciąż miała przed oczami obraz małej dziewczynki, całkiem podobnej do niej w dzieciństwie. Małej dziewczynki, na której twarzy nagle pojawiły się sińce, na której rękach nagle pojawiła się krew. Małej dziewczynki, która mogła wiele osiągnąć, ale koleżka Snape’a odesłał ją do domu, bo w tej szkole po tym, co jej zrobił, bała się już nawet własnego cienia.
– Właśnie, Łapo. Przestałbyś już – poparł ją Jimmy. – Co ty byś zrobił, gdyby twoją panienkę ktoś teraz potraktował jak Avery tego dzieciaka?
– Znalazłbym sobie następną – stwierdził. – Serena nie jest ważna.
Ebony, dotychczas zajęta rozmasowywaniem sobie obolałych pleców, odwróciła się w kierunku przyjaciół.
– Ty też z Puchoniątkiem? – spytała, nie ukrywając zdziwienia.
– Tak wyszło. – Syriusz wzruszył ramionami. – Ładna jest.
Mattia straciła wszelką ochotę na rozmowę. Nie lubiła, gdy ktoś przy niej wspominał Mary, a co dopiero – żartował sobie z niej. Fakt, przeżyła i nic poważnego jej się nie stało, ale żyje w ciągłym strachu i… Dlatego też postanowiła się nie odzywać. Wróciła jednak do poprzedniej pozycji, pozwalając bezkarnie obejmować się Blackowi.
– Chodzę z nią na numerologię. Zachowuje się trochę dziwacznie. – Ebony nie miała zamiaru przyznawać mu racji. – Co jest pięknego w odstających uszach? – Prychnęła. – Cóż, lepsze to niż Ślizgonica.
– Uszy ma faktycznie paskudne – wtrącił się James. – Nie to co u Lily, ona…
– Pomyślałeś w ogóle, co ona ci zrobi, jak się dowie o tym jeziorze?
Spojrzał na nią, wmurowany w sofę. Czy pomyślał…?
Schody do dormitorium dziewcząt po raz kolejny musiały udowodnić, że pamiętają o swoich obowiązkach – zrzuciły Pottera z bardzo głośnym hukiem.
***
O tej porze powinny już spać.
Zamiast tego siedziały na łóżkach i oczekiwały. Lily wyszła jakieś pół godziny temu i do tej pory nie wróciła. Ebony podejrzewała, że po prostu gdzieś po drodze natknęła się na Rogacza, ale Grizel i Eirene wyglądały na naprawdę wystraszone.
Czas umilały sobie plotkami.
– No, Matt, przyznaj się – w końcu padło to najbardziej irytujące na świecie stwierdzenie. – Black znów sprawdzał, czy przypadkiem nie jesteś jego ropuszką, którą mógłby zamienić w królewnę?
– Jak widać, znowu bezskutecznie. – Grizel zajęta była szczotkowaniem swoich włosów. Właściwie, nie powinny dopuszczać jej do rozmowy. Po pierwsze, dziś je wystawiła, a po drugie, kiedyś kręciła z głównym tematem tej konwersacji. – Ty też go nie lubisz?
– Współczuję tym jego dziewczynom – stwierdziła główna zainteresowana, unikając odpowiedzi na kłopotliwe pytanie.
Wszystkie zgodnie kiwnęły głową. Taka prawda – Syriusz może i umawiał się z tymi wszystkimi dziewczynami, ale i tak nie przykładał do tego zbyt wielkiej wagi. Mógł chodzić nawet z piętnastoma naraz, nie zauważyłby różnicy.
Zresztą, same tego chciały. To w końcu one tytułowały się jego dziewczynami. On tylko czasem z nimi rozmawiał.
Nagłe pojawienie się Lily urwało ten wątek.
Była absolutnie wściekła, ale ostatnimi czasy to stan dla niej jak najbardziej właściwy. Gdyby wzrok mógł zabijać, nie byłoby tu trupów, ale James Potter na pewno poniósłby tragiczną śmierć na odległość. Stał pewnie teraz przed oczyma jej duszy, by mogła miotać w niego wszystkimi znanymi klątwami.
– Severus przyszedł mnie przeprosić za to, że nazwał mnie szlamą – powiedziała zamiast cześć.
– Smark nazwał cię szlamą?
Wszystkie dziewczyny rzuciły karcące spojrzenie Mattii, której język był na tyle niewyparzony, by nazywać w ten sposób w pobliżu Lily tego porządnego Ślizgona. Blondynka prychnęła i schowała się pod złoto-czerwoną kołdrą. Teraz na świat wystawało tylko kilka jej jasnych loczków.
– Nazwał – przyznała. – I co z tego? Ładnie mnie przeprosił.
Dziewczyny nie odpowiedziały.
– Przynajmniej ładniej niż James – kontynuowała. – Złapał mnie w Pokoju Wspólnym i powiedział, że trochę mu przykro z powodu utopienia Smarkerusa.
Trochę mu przykro!
Ebony parsknęła śmiechem i po chwili również została zmuszona do zajęcia strategicznego miejsca pod kołdrą. Stamtąd jednak mogła usłyszeć załamany głos Lily:
– Jeśli magia ma służyć do takich świństw, wolałabym pozostać mugolem.
Advertisements