Kto z kogo zrobi jelenia? – 01

To lato zdawało się trwać wiecznie. Nie było to pod tym względem wyjątkowe lato – przeciwnie, każde spędzone w domu dłużyło jej się niemiłosiernie, bo ileż można toczyć na nowo tę samą kłótnię? Sytuacja była patowa, bo Petunii duma nie pozwalała ustąpić, trzymała się uparcie tych samych argumentów, co wtedy, kiedy jej siostra miała jedenaście lat, Lily tym bardziej nie miała najmniejszego zamiaru poczuwać się do winy. Dodatkowo sprawy nie poprawiały niekończące się listy od Jamesa Pottera, który ku rozpaczy Evans upatrzył ją sobie na obiekt westchnień. I to jak irytujących westchnień! Za każdym razem, kiedy Lily wydawało się, że starsza siostra odpuści, że się już uspokoi albo przynajmniej zacznie ją ignorować, bo i to byłoby jakąś poprawą, przylatywała sowa przynosząc kolejny list z zaproszeniem na randkę, śpiewające wyjce, wychwalające pod niebiosa urodę rudowłosej Evans, biegające słodycze “dla najsłodszej Gryfonki”… I cała zabawa zaczynała się od nowa. Petunia wrzeszczała, Lily nie zostawała jej dłużna, wreszcie któraś wychodziła z domu, trzaskając drzwiami z całej siły – Petunia wybiegała na spotkania z narzeczonym, a Lily… cóż, jednak to lato różniło się od poprzednich.
Lily nie była czarownicą z rodowodem. Nie była nawet czarownicą z ułamkiem rodowodu – urodziła się w mugolskiej rodzinie. Kiedy miała jedenaście lat i przyleciała sowa z listem z Hogwartu, czego tak bardzo zazdrościła jej siostra, była przekonana, że to nic takiego, że to nie decyduje przecież o tym czy zostanie lepszą uczennicą. Utwierdzał ją w tym przekonaniu jej najlepszy przyjaciel – Severus Snape. Teraz jednak po pięciu latach doświadczeń w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, po niezliczonej ilości docinków ze strony Ślizgonów, po niepokojących informacjach o atakach na urodzonych tak jak ona, o których coraz częściej donosił Prorok Codzienny, wiedziała lepiej. Wiedziała, że większość wierzy w podział na czarodziejów lepszego i gorszego sortu, a ona w ich mniemaniu należała do tego drugiego. Ewentualnie trzeciego – nie-czarodzieje. Nie przeszkadzało jej to, nie była przecież na tyle głupia, żeby przejmować się zdaniem tłumu, jednak w czerwcu, czego nigdy by się  nie spodziewała, usłyszała z ust swojego jedynego przyjaciela, tego, który zapewniał ją, że to nie ma znaczenia, to niewybaczalne słowo. Wtedy wszystko się zmieniło.
W wyniku tego właśnie zdarzenia to lato różniło się od poprzednich. Nie było uciekania od kłótni z Petunią na Spinner’s End, spacerów po parku, niekończących się rozmów o wszystkim i niczym jednocześnie. Próbował ją przepraszać, oczywiście, jeszcze zanim skończył się rok szkolny i wrócili na wakacje do rodzinnych domów, ale Lily wiedziała, choć wolałaby jednak nie, że Severus nie nazwałby jej szlamą, gdyby naprawdę nie miał tego na myśli i to ucinało wszelkie dyskusje na ten temat. Skończyły się wymówki, że to na pewno ślizgońskie otoczenie, że to koledzy z roku, którzy byli podejrzewani o okrutne wypadki w szkole mają na niego taki wpływ. Severus musiał brać odpowiedzialność za własne słowa.
I co jej teraz zostało? Dokąd ucieknie przed męczącym nagabywaniem przez Jamesa Pottera? Komu opowie jak irytujący, jak odpychający jest, kiedy mówi “umów się ze mną, Evans”, mierzwiąc te swoje i tak już rozczochrane kłaki? Owszem, może i stanął w jej obronie, ale zrobił to tylko dlatego, że mu się podoba. Wcale nie jest lepszy od Severusa z tym swoim włóczeniem się po szkole i dręczeniem słabszych. Och, ile szlabanów mu już dała! Do spółki z jego najlepszym przyjacielem Blackiem oczywiście, który tak uparcie twierdził, że nie ma nic wspólnego ze swoją rodziną, która najchętniej odśpiewałaby hymn na cześć Voldemorta.
Potrząsnęła głową i rude włosy zasłoniły jej twarz, co nie miało najmniejszego znaczenia, ponieważ poza nią w tym przedziale Ekspresu Londyn-Hogwart nie było nikogo. Tak chyba czuła się lepiej, nie przeszkadzało jej spędzanie czasu tylko ze sobą, bo dlaczego miała na siłę szukać nowego przyjaciela czy przyjaciółki? Zresztą już za późno, grupki zostały utworzone i trudniej byłoby wślizgnąć się do jednej z nich po tylu latach. I do kogo niby miałaby się zwrócić? Dziewczęta, z którymi dzieliła dormitorium były miłe, tak, ale miały swój własny świat, czasem nawet Lily miała wrażenie, że to jedna osoba z dwiema głowami. Nagle się wzdrygnęła, bo przyszła jej do głowy myśl tak nieprawdopodobna i odrażająca, że aż książka, którą trzymała otwartą na kolanach spadła i uderzyła o podłogę pociągu z cichym, trochę przytłumionym stuknięciem. Nie będzie przecież zadawała się z bandą Pottera, to co najmniej śmieszne. Bratać się z wrogiem? Niedorzeczne!
Wygrzebała z torby pudełeczko z czekoladową żabą, wiadomo, nic tak nie poprawia nastroju jak czekolada. Usłyszała dźwięk przesuwanych drzwi i podniosła głowę, żeby zobaczyć, kto wchodzi i czekoladowa żaba wypadła jej z dłoni – był to James Potter, ta właśnie odrażająca niedorzeczność we własnej osobie. Wyglądał tak samo jak zawsze – chodząca pewność siebie, chociaż w opinii Lily była to raczej chodząca arogancja i samozadowolenie graniczące z samozachwytem, okulary zjeżdżające mu z nosa, potargane włosy i postawa zdradzająca jego uwielbienie do samego siebie. Kiedy zorientował się, że Lily patrzy na niego, usta rozciągnęły mu się w uśmiechu, powoli zamknął za sobą drzwi i schylił się po upuszczoną przez nią żabę. Lily wreszcie ocknęła się ze stanu zaskoczenia wywołanego jego obecnością i płynnie przeskoczyła do stanu irytacji, którą zawsze odczuwała w jego towarzystwie.
– Potter – wycedziła i wyciągnęła władczo rękę w jego kierunku, chciała przecież odzyskać swoją czekoladową żabę!
James zignorował jej wyciągniętą dłoń, chociaż świerzbiło go, żeby ją ująć i ucałować, tak, to by ją naprawdę rozsierdziło.
– Evans – odpowiedział radośnie. – Poczta się podobała?
Lily westchnęła ciężko. Naprawdę nie miała siły na kolejny rok przepychania się z nim i udowadniania mu, że się z nim nie umówi. Gdyby był choć odrobinę bardziej dojrzały, mogłaby przynajmniej r o z w a ż y ć tę opcję. Niewiele by to pewnie zmieniło, o ile cokolwiek, ale nie mógłby jej zarzucić, że nie próbowała, prawda?
– Malowniczo wyglądała w płomieniach kominka, cudowne doświadczenie, dziękuję.
Nie zraziło go to zbytnio, przecież był Jamesem Potterem, ścigającym i kapitanem drużyny quidditcha, człowiekiem o niezachwianej samoocenie i legendarnej wręcz niezłomności. Usiadł naprzeciw niej wygodnie i uśmiechnął się, tarmosząc oczywiście włosy – czy on zawsze chce wyglądać, jakby go wiatr uczesał?
– Ech, Evans… – zaczął, obracając w dłoni tę nieszczęsną czekoladową żabę, która chyba bardzo chciała wydostać się z przedziału. No, przynajmniej z jego rąk. – Nikt ci nie powiedział, że kominki są romantyczne?
Lily, słysząc to, pobladła, chociaż dla osób o jej kolorze włosów bardziej charakterystyczne było spurpurowienie. Właściwie Lily nie miała w sobie wielu cech przypisywanych rudzielcom. Nie była wybuchowa, impulsywna, czy złośliwa, ale czy to takie złe? Ona była zwyczajnie… spokojna, chociaż w tej chwili bardziej zrezygnowana.
Podniosła na niego wzrok i uśmiechnęła się krzywo.
– Ech, Potter. Wiele rzeczy ciśnie się na usta, kiedy się pomyśli o tobie, ale r o m a n t y c z n e nie jest jednym z tych skojarzeń.
Ale James nie usłyszał już nic, co nastąpiło po “pomyśli się o tobie”.
– Najpierw kominek, teraz o mnie myślisz, chyba wiesz, jaki jest następny krok?
Zamknęła oczy na chwilę. No tak, mogła się spodziewać, że w ten sposób zareaguje, nie powinna była konstruować swojej wypowiedzi w ten sposób. I ten jego głos! Jakby specjalnie mówił niższym tonem niż zawsze, kto tak robi? Może nauczył się tego od Blacka? Otworzyła oczy, żeby posłać mu znudzone spojrzenie.
– Nie, Potter, nie wiem i nie chcę wiedzieć. Po co w ogóle tu przyszedłeś?
To w zasadzie było całkiem dobre pytanie, było jej dobrze samej, a on musiał się napatoczyć i zburzyć jej idealny spokój. Zaraz jednak miała zatęsknić i za tym, bo drzwi do przedziału otworzyły się ponownie z hukiem i do środka dosłownie wpadł Syriusz Black, a za nim Remus Lupin.
– Widzisz, Luniu, mówiłem ci, że tu będzie – oznajmił Syriusz triumfalnie, podnosząc się z podłogi. – Sie masz, Evans – rzucił i opadł na siedzenie obok Jamesa ku rozpaczy Lily.
Remus nadal stał w drzwiach, niepewny, co zrobić, nie chciał nikomu się narzucać ze swoim towarzystwem. Lily starała się ignorować fakt, że jej przedział przestał należeć wyłącznie do niej i podniosła książkę, która wcześniej spadła jej z kolan. James tymczasem się podniósł.
– Nie rozsiadaj się, Łapo, już idziemy, jeszcze tylko jedna sprawa.
Odwrócił się przodem do Lily, uśmiechnął oszałamiająco i rzucił nonszalancko:
– To co, piątek pod portretem Grubej Damy o siódmej?
Remus odwrócił się na pięcie, bo nie chciał być świadkiem tego, co teraz nastąpi, Syriusz również wycofał się chyłkiem, ale James stał nadal dumnie wyprostowany i patrzył na nią wyczekująco. Lily nie wytrzymała.
– Zjeżdżajcie mi stąd, ale już! Bo wam wszystkim wlepię szlaban na dobry początek roku szkolnego! I oddawaj moją czekoladową żabę! – I wyszarpnęła mu łakoć niedelikatnie z dłoni.
James odrobinę się ociągał, ale wyszedł nie tracąc rezonu, bo zanim Lily zamknęła za nimi drzwi swojego przedziału, usłyszała, jak mówi:
– No widzicie? Nie powiedziała nie!
Wrzasnęła głośno z wściekłością.
No. To by było na tyle, jeśli chodzi o brak porywczości podobno charakteryzującej rudych ludzi.

Kto z kogo zrobi jelenia? – 01

04. Migracje

Nie wiem, co się dzieje wokół mnie. Czy ktoś mi pomoże? Nie, przecież zostałam całkiem sama, muszę jakoś zorganizować sobie życie na nowo. Nie mogę znieść tego domu – takiego pustego, będącego symbolem kłamstwa. Iluzji rodziny, która być może nigdy nie istniała. Od dawna to wiedziałam, a przynajmniej przeczuwałam, dlaczego więc wciąż się tym tak przejmowałam? Może dlatego, że teraz nie mam niczego – poza jakimiś oszczędnościami u Gringotta jestem totalnie spłukana. Nie mam pieniędzy na studia, nie mam pieniędzy na życie, nie mam przyjaciół, nie mam rodziny… Och, no tak, jest rodzina matki w Rosji, ale oni nigdy się mną nie interesowali, zachowywali się tak, jakby mnie nie było, liczyła się tylko ona. J a nikogo nie obchodzę, wiec nikt nie pomoże mi choćby w znalezieniu pracy. Jak mam teraz stanąć na nogi? I tak nie wytrzymam dłużej w tym kraju, chcę stąd uciec jak najdalej, tam, gdzie nikogo nie będzie interesowała moja historia. Gdzieś, gdzie będę anonimowa, gdzie start od zera nie będzie dla mnie życiową porażką. Skoro tutaj już tak sromotnie przegrałam, równie dobrze mogę zacząć gdziekolwiek.
Czułam się przybita, przegrana. Siedziałam całymi dniami w domu przy pianinie, wypalając przy tym papierosa za papierosem – egzystowałam. Nie miałam żadnego planu awaryjnego, nic nie przychodziło mi do głowy poza ucieczką w nieznane. Kiedy wreszcie odważyłam się wyjść z domu, pierwsze kroki skierowałam na Pokątną. Starałam się nie patrzeć na ludzi, żeby przypadkiem nie spotkać kogoś, kto zna mnie z Hogwartu, bo może słyszał już plotki, w końcu tak szybko się roznoszą w tak niewielkiej społeczności; szłam prosto do Gringotta z jasnym celem – opróżnienie swojej skrytki i zamiana całości na funty. I tak tu nie zostanę, jestem już spakowana, wsiądę w pierwszy lepszy samolot i zobaczę, gdzie mnie poniesie, mam nadzieję, że na drugi koniec świata. Dom wynajmę – już prawie wszystko załatwiłam z pośrednikiem – przynajmniej będę miała z tego jakieś pieniądze, żeby się utrzymać chociaż na początku. Cały czas głowę miałam gdzieś daleko, zupełnie nie zwracałam uwagi na otoczenie, potykałam się o nierówny bruk, ślizgałam na błyszczącej posadzce banku, wychodząc nawet spadłam ze schodów, obijając sobie boleśnie kolana. Doprawdy, czy ten dzień może być jeszcze gorszy? Nie chcąc ryzykować kolejnych wypadków, znalazłam jakiś zaciszny zaułek wprost idealny do teleportacji. Sprawdziłam dokładnie, czy w tym roztargnieniu nie zapomniałam czegoś, na przykład własnej głowy albo różdżki i upewniwszy się, że wszystko mam, okręciłam się wokół własnej osi, żeby się deportować, ale… nic się nie wydarzyło. Nie traciłam zimnej krwi, bo przecież mogłam niedostatecznie się skupić, spróbowałam więc jeszcze raz, niestety, z równie marnym skutkiem. Oparłam się o ścianę i przymknęłam oczy, myśląc gorączkowo. Czy to możliwe, żebym straciła moc? Nie, nie, nie, to się nie dzieje, to mi się śni, zaraz się obudzę we własnym łóżku. Nie ma jeszcze powodu do paniki. Drżącymi dłońmi wyjęłam z torebki różdżkę.
Lumos – szepnęłam, ale różdżka nie rozbłysła światłem.
Oblałam się zimnym potem. Słyszałam o takich przypadkach – w wyniku silnych emocji zanikają moce, ale nie sądziłam, że to mogłoby przydarzyć się mnie. Wzięłam kilka głębszych wdechów. Czy naprawdę aż tak na mnie wpłynęła sytuacja z matką i Mattem? I jeszcze to aresztowanie ojca… Nie potrzebowałam więcej problemów, ale życie jeszcze musiało rzucić mnie na kolana, i kopać, kiedy leżałam; zrezygnowana postanowiłam więc wrócić do domu mugolskim metrem.
Następnego dnia sytuacja nie uległa poprawie. Nie miałam nawet z kim o tym porozmawiać, w normalnych okolicznościach po prostu napisałabym do Matta, ale teraz duma mi na to nie pozwalała. Nie chciałam się przyznawać do porażki, na pewno nie przed nim – przyjaciółek nie miałam; Lena-dziwaczka, zawsze w duecie z Mattem, a teraz samotna bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej. Patrzyłam bezradnie na spakowaną walizkę, jakby miała mi powiedzieć, co powinnam dalej robić – tylko jedna, tylko tyle było mi potrzeba, nic więcej, nie miałam zwierząt ani niczego, co trzymałoby mnie w Anglii choćby jeden dzień dłużej. Nie wiedziałam jeszcze, jak poradzę sobie bez magii, przecież to ważna część mnie… Z drugiej jednak strony – dlaczego mam się przez to definiować? Potrafię o siebie zadbać nawet bez tego.
Wybrałam w ciemno samolot do Tokio. Lot był długi i meczący, a bilet drogi, niewiele mi zostało na wynajęcie jakiegoś pokoiku w podrzędnym motelu. Staruszek w recepcji wydawał się miły, chociaż jedna życzliwa mi osoba w całym tym bałaganie, jakim stało się moje życie. Nocą, kiedy nie mogłam zasnąć z powodu różnicy czasu, dopadły mnie ponure myśli. Co ja tu robię? Może podjęłam zbyt pochopną decyzję? Nie znałam języka, obyczajów, żadnych ludzi… Tokio wydało mi się bardzo anonimowe – wielkie miasto, tłumy ludzi zmierzających w sobie tylko znanym kierunku, a wszystko wyglądało jak dobrze nakręcona maszyna, jakby kierowała tym jakaś niewidzialna siła. Może tu nie pasowałam, ale teraz nie pasowałam nigdzie, bezdomna sierota włócząca się gdzieś po świecie. Pozbawiona magii obywatelka niczego. Na co ja właściwie liczyłam, przyjeżdżając tu? Że będzie mi łatwiej? Że jakoś zapomnę? Nie da się o tym zapomnieć, przez to czułam się jeszcze bardziej samotna, w dodatku samotna w obcym kraju i bez możliwości czarowania, jak jakaś istota drugiej kategorii – tego nauczono mnie w Slytherinie, zbyt trudno zmienić nawyki, zmienić poglądy, które wpajano mi przez całe życie.
Wyjrzałam przez okno, dzielnica nie należała do spokojnych, nie, nie było mnie stać na taką. Może trochę kusiłam los, a może było mi wszystko jedno? Złapałam torebkę i prawie wybiegłam na ulicę, by zaczerpnąć powietrza, bo dusiłam się sama w ciasnym pokoiku. Nie wiedziałam, w którą stronę iść, ale chciałam tylko iść bez żadnego celu, zobaczyć, dokąd dojdę. Mijałam studentów wracających z imprez, grupki znajomych szczebioczących wesoło między sobą… Która w ogóle była godzina? Pierwsza? Może druga? Nie obchodziło mnie to. Fascynowało mnie miasto, które zdawało się tętnić, żyć własnym życiem, życiem, które zaczynało się dopiero po zmroku. Obserwowałam ludzi – tak barwnych, tak odmiennych od sztywnych Anglików, do których byłam przyzwyczajona… Znów moje myśli odpłynęły gdzieś daleko poza tę ulicę, którą szłam. Nagle poczułam, że na kogoś wpadłam, straciłam równowagę i upadłam na chodnik. Zaklęłam głośno i podniosłam głowę, żeby zwymyślać – zupełnie niesłusznie – mojego oprawcę, który okazał się jasnowłosą Japonką na oko w moim wieku. Wyciągnęła do mnie rękę, trajkocząc coś po japońsku, nie zrozumiałam oczywiście ani słowa, mogłam jedynie przeprosić ją w moim ojczystym języku. Jej ciemne skośne oczy zabłysły.
– Turystka? – zapytała po angielsku.
Osłupiałam. Nie spodziewałam się, że będzie potrafiła coś powiedzieć.
– Znasz angielski? – zapytałam z nadzieją, zamiast zwyczajnie odejść w swoją stronę, przecież to mogła być jakaś wariatka.
Odgarnęła na plecy swoje rozjaśnione włosy i speszyła się nieco.
– Trochę. Zgubiłaś się? Dzielnica niebezpieczna.
Och. Chyba wzięła mnie za jakieś naiwne dziewczątko, które odłączyło się przypadkiem od swojej wycieczki.
– Nie zgubiłam. Szukam… Właściwie nie wiem czego. Chyba siebie samej.
Słowa same ze mnie wypłynęły, nie wiedziałam, czemu, przecież nawet nie znałam jej imienia. Czułam jednak, że bardzo potrzebuję z kimś porozmawiać, a ta dziewczyna… Pewnie rano już o mnie zapomni. Rozejrzała się nerwowo, jakby bała się, że ktoś ją goni.
– Chodź – powiedziała. – Tu niedaleko bar całonocny.
Musiałam wyglądać naprawdę żałośnie, skoro widząc mnie pierwszy raz w życiu nie poszła zwyczajnie w swoją stronę. Uśmiechnęła się trochę pokrzepiająco.
– Kumiko.
Złapałam jej wyciągniętą rękę i odwzajemniłam uśmiech. Nie wiem dlaczego, ale wzbudziła we mnie jakieś… zaufanie? Po prostu czułam, że nie muszę brać nóg za pas.
– Lena.
Nie zdawałam sobie wtedy sprawy, ze właśnie przez ten idiotyczny upadek poznałam przyjaciółkę, która w dodatku jest czarownicą.

*

Kolejne dni minęły tak szybko, zmieniły się w tydzień, drugi, trzeci… Miałam wrażenie, że gdzieś je zgubiłam. Nadal byłam w obcym kraju, w wielkim mieście, ale już nie tak samotna, choć nadal w pewien sposób wyobcowana. Miałam teraz coś w rodzaju własnego miejsca – to Kumiko przyjęła mnie do siebie, dzięki czemu nie musiałam dłużej wynajmować pokoju w tym obskurnym motelu. Sama do końca nie byłam świadoma, jak to się stało, że z tak kompletnie przypadkowego spotkania, kiedy byłam na samym dnie wyniknie tyle dobrego. Kumiko uczyła mnie japońskiego tak szybko, jak dawała radę, jednocześnie ja pomagałam jej szlifować angielski. Wzięłam też na siebie sporą część obowiązków domowych – robiłam zakupy, sprzątałam, czasem coś udawało mi się ugotować, ale przez większość dni zadowalałyśmy się jakimiś gotowymi daniami. Cały czas starałam się szukać jakiejś pracy, ale dobrze wiedziałam, że dopóki nie opanuję języka, nie mam nawet możliwości marzyć o jakimś przyzwoitym zarobku. Wciąż skrycie liczyłam, że uda mi się znów czarować, skutek jednak okazał się beznadziejny. Im bardziej się starałam, im bardziej byłam zdeterminowana, tym gorzej mi szło. Ledwie dwa razy udało mi się zmusić różdżkę do wyemitowania bladej poświaty, która niestety prawie natychmiast znikła za pierwszym. Za drugim przeszkodziła mi Kumiko wracająca nad ranem z pracy – to wtedy właśnie odkryłyśmy, że obie należymy do tego samego świata.
Nie zadawała mi wielu pytań, chyba widziała, że nie chcę o tym mówić, a tak naprawdę zwyczajnie się wstydziłam. Wstydziłam się tego, że muszę zachowywać się jak mugol, że nie mogę polegać na tym, do czego przywykłam, dlatego wciąż czułam się wybrakowana. Przecież nawet gdybym miała jakieś pieniądze, nie mogłabym robić tego, co sobie zaplanowałam po ukończeniu Hogwartu – jak? Jak bez mocy kształcić się dalej? Przecież w alchemii również potrzebna jest magia. Starałam się poświęcać temu jak najmniej myśli, ale nie potrafiłam, zbyt głęboko to we mnie tkwiło; dopiero później zorientowałam się, że ciągły żal do matki i Matta nie pozwalał mi sięgnąć do mojej mocy. Nie, wtedy jeszcze wybaczenie nie znajdowało się w moim zasięgu, ba, wydawało mi się, że nigdy nie będzie nawet takiej możliwości, że będę tłamsić w sobie tę gorycz już do końca życia. Każdego dnia na nowo rozdrapywałam tę ranę myśląc o tym, że nie mam od nich żadnej wiadomości, rozpamiętując scenę z kuchni, słowa Matta, wściekłość matki, aresztowanie ojca… Wciąż tkwiłam w miejscu.
Kilka tygodni po moim przybyciu do Tokio zaczęłam się zastanawiać, gdzie właściwie pracuje Kumiko. Nie była może jakaś specjalnie tajemnicza, ale tak się złożyło, że nigdy nie zapytałam jej o to wprost, a ona najwyraźniej nie czuła potrzeby, żeby mnie o tym informować. Zakładałam, że jest kelnerką, pewnie gdzieś na nocną zmianę, bo wychodziła wieczorem i wracała rankiem bardzo zmęczona. Och, jak ja się myliłam! Nie mogłam uwierzyć w prawdę nawet wtedy, kiedy zobaczyłam ją na własne oczy i wtedy zrozumiałam, dlaczego wcześniej o niczym mi nie powiedziała. Zupełnie przypadkiem wybrałam się na wieczorny spacer, udało mi się już poznać okolicę na tyle, że wiedziałam, że się nie zgubię i w razie niebezpieczeństwa szybko ucieknę. Czy byłam zamyślona, czy po prostu postanowiłam wybrać inną ścieżkę niż zazwyczaj? Po tylu latach zatarło mi się to w pamięci, wiem jedynie, że znalazłam się na ulicy, na której młode kobiety zarabiały swoim ciałem i momentalnie stanęłam jak wryta, gdyż ujrzałam wśród nich Kumiko. Kumiko, do której kleił się mężczyzna. Kumiko, która uśmiechała się do niego lubieżnie. Kumiko ubraną w strój, który więcej odsłaniał niż zakrywał. Mężczyzna klepnął ją w pośladek, usłyszałam jej śmiech, trochę sztuczny, bo czyż mogło jej to sprawić przyjemność? Po chwili oddalili się w głąb ulicy i zniknęli w taksówce, a ja wciąż tam stałam i patrzyłam w kierunku, w którym odjechali. Czy Kumiko mnie dostrzegła? Czy musiała to robić? Może ktoś ją zmusił, szantażował… Moje myśli pędziły setki mil na godzinę, wydawało mi się, że jestem w zupełnie innym miejscu i może dlatego nie zauważyłam mężczyzny, który zatrzymał się w niewielkiej odległości ode mnie. Dopiero jego głos wyrwał mnie z zamyślenia.
– Ile za godzinę? – zapytał po japońsku, a ja prawie podskoczyłam.
Przeniosłam na niego wzrok. Był bardziej zadbany, niż ten, z którym pojechała Kumiko, miał na sobie garnitur, choć bez krawata, górne guziki koszuli były nonszalancko rozpięte – średnia klasa? Wyglądał na oko na trzydzieści lat, może trzydzieści kilka, w szoku nie zwróciłam nawet uwagi czy był choćby przystojny.
– Przepraszam? Ja tu nie pracuję – odpowiedziałam po japońsku, po czym dodałam po angielsku: – Jestem turystką, zwyczajnie zabłądziłam.
Japończyk zmierzył mnie wzrokiem i pokręcił głową, chyba był niezadowolony.
– Szkoda – odezwał się płynnie w moim języku. – Mogłabyś sporo dostać.
Nie odpowiedziałam mu nic więcej, wolałam czym prędzej się oddalić. Nie rozumiałam do końca, co tu się wydarzyło – ten mężczyzna właśnie zaproponował mi pieniądze za seks. W pierwszej chwili poczułam wzburzenie i przyspieszyłam kroku. Czy ja wyglądam na prostytutkę? Nie jest tak, że nigdy w życiu tego nie robiłam, ale przecież nie byłam specjalnie rozwiązła. Po chwili jednak stwierdziłam, że myślę stereotypem. Nie każda przecież wygląda tak, jak ja sobie to wyobrażam. Jestem zwyczajnie zbulwersowana, bo dopiero co zobaczyłam swoją koleżankę jako jedną z nich. A może to tylko jednorazowy wyskok? Muszę po prostu z nią porozmawiać, tak, ona mi przecież wszystko wytłumaczy, to na pewno był tylko koszmarny zbieg okoliczności.
Szłam szybko przed siebie, nie zastanawiając się zbytnio nad kierunkiem, nogi same mnie niosły i po jakimś czasie znalazłam się pod blokiem, w którym mieszkałyśmy. Chciałam jak najszybciej dostać się do mieszkania, bo bałam się myśli, które zaczęły krążyć po mojej głowie z zawrotną prędkością. A gdybym to j a była na miejscu Kumiko? Do tego nie potrzeba zaawansowanej znajomości japońskiego, żadnych kwalifikacji… Wystarczy ładna twarz i zgrabne ciało, a pieniądze same wpadają do kieszeni – to byłoby takie proste. Mogłabym przecież, choć przez krótki czas spróbować, coś odłożyć, przeczekać, aż trafi się coś lepszego… Pokręciłam głową i natychmiast wbiegłam po schodach, nie zatrzymując się, dopóki nie znalazłam się bezpiecznie za drzwiami mieszkania, chciałam jakoś odgrodzić się od tych dziwnych pomysłów, jak w ogóle mogłam coś takiego rozpatrywać? Oddychałam szybko, kucnąwszy na podłodze przy szafce na buty, może byłam w szoku? Nie wiem, ile czasu trwałam w tej pozycji, wreszcie nogi zaczęły mi drętwieć, poszłam więc do pokoju Kumiko i zwinęłam się na jej łóżku, zapadając w płytki sen. Obudziłam się zlana potem i spostrzegłam, że Kumiko stoi nade mną zdziwiona moją obecnością. Śniła mi się moja matka, która wyzywała mnie od małej kurewki, która nic w życiu nie potrafi zrobić, nawet magię straciła. Moja matka mówiąca, że przecież tylko do tego się nadaję, nigdy nie miałam szansy być kimś więcej niż dziwką. Spojrzałam półprzytomnie na Kumiko i przekrzywiłam głowę.
– Pracujesz jako prostytutka? – zapytałam ją dziwnie nonszalanckim tonem.
Nie zdawałam sobie sprawy, że podświadomie podjęłam decyzję, która parę godzin temu napawała mnie takim lękiem.
Kumiko zamrugała zdziwiona, najwyraźniej nie dostrzegła mnie, kiedy odjeżdżała z klientem. Zamiast odpowiedzieć pokiwała nieznacznie głową. Podniosłam się do pozycji siedzącej, żeby lepiej ją widzieć.
– Na pewno masz swoje powody – ciągnęłam. – Nie musisz mi mówić, jeśli nie chcesz.
Na jej twarzy odmalował się wyraz ulgi, nie chciała chyba o tym rozmawiać, a i ja nie byłam gotowa, żeby usłyszeć tę historię, wystarczająco zmagałam się ze swoją własną.
– Widzisz, ja też mam swoje powody. Chciałabym, żebyś mi pomogła, tylko w ten sposób mogę teraz zarabiać.
Jej skośne oczy rozwarły się szeroko, ja sama byłam zaskoczona własnymi słowami.
Kilka dni później po usłyszeniu niezliczonych historii na temat jej profesji oraz człowieka, który tym wszystkim kręcił, Kumiko kazała mi się naszykować. Nie miałam chyba odpowiednich ubrań, parę sukienek, które ledwie się nadawały, wybrałam tę, którą lubiłam najmniej – czerwoną, mocno dopasowaną – i włożyłam ją na siebie. Pozwoliłam Kumiko zakręcić mi włosy, zrobić wyzywający makijaż, wreszcie, kiedy nałożyłam na stopy szpilki, posadziła mnie na krześle.
– Musisz dokładnie wiedzieć, co oznacza praca dla Króliczka, jeśli poważnie chcesz w to wejść – powiedziała starannie po angielsku, stając dokładnie przede mną.
Pokiwałam głową na znak, że rozumiem, a ona odgarnęła na bok włosy i odsłoniła lewą łopatkę. Widniał tam maleńki króliczek, pewnie tatuaż.
– Każda z dziewczyn go ma. Niemożliwe usunąć, nawet z magią.
Napiętnowana już na zawsze? Jest naprawdę malutki, nie będzie go widać, zresztą – kto zorientowałby się, co oznacza niewinny wizerunek króliczka? Bardziej zastanowiło mnie, w jaki sposób mugol mógłby zrobić coś, czego nawet magia nie jest w stanie usunąć, zapytałam więc o to Kumiko.
– Czarodziej-przyjaciel – odpowiedziała krótko. – Jesteś pewna?
Przygryzłam wargę, ale zawzięłam się. Nie było już odwrotu, zacisnę zęby i dam radę. Czy nie tego nauczył mnie Slytherin?
– Dobrze. Chodź – pomogła mi wstać i przełożyła przez ramię cienki pasek malutkiej torebki, po chwili jednak obejrzała się na mnie. – Nie przyznawaj, że czarujesz.
Ponownie pokiwałam głową i opuściłyśmy mieszkanie.
W miarę, jak zbliżałyśmy się do dzielnicy, w której znajdowało się coś na kształt biura Króliczka, nogi i ręce coraz bardziej mi się trzęsły. Nie bałam się, nie, po prostu… Czułam, że to ostatnie chwile mojej beztroski, czas pożegnać dawne życie i stać się nową sobą, która potrafi o siebie zadbać nawet w najbardziej niesprzyjających i wrogich warunkach. Zaadaptuj się, Lena, to twoja jedyna szansa, zintegruj się z otoczeniem, to tylko tymczasowe. Traktuj to jak pracę, nadaj sobie pseudonim – tak radziła mi Kumiko, mówiła, żeby zrobić wszystko, by nie identyfikować siebie z osobą, której Króliczek płaci. Wszystko już sobie wczoraj obmyśliłam – zrobię to, nie będę Leną, która przegrała, nie będę Leną, która sobie nie radzi, będę Rose, która umie zadowolić mężczyzn. Rose, która używa różanych perfum zamiast jaśminowych. Rose, która się nie boi, mimo że Lena drży ze strachu.
Niepewnym krokiem weszłyśmy do budynku i zostałyśmy po kilku minutach zaproszone do jego gabinetu. Było to niewielkie pomieszczenie, dość obskurne, ponure, ale czego niby ja się spodziewałam? Promieni słońca, obrazu znad morza czy zwierzątka w kącie? Tu nawet nie było okna, naprzeciw drzwi stało jedynie masywne biurko, a po jego lewej stronie wypełniony barek, stoliczek, kanapa wyglądająca na niewygodną i pasujące fotele z wyświechtaną tapicerką. Jeden nawet miał jakąś tłustą plamę na siedzeniu. Nie chciałam się zbytnio skupiać na tym, co mówiła do niego Kumiko, dlatego zmuszałam się do zastanawiania nad kształtem owej plamy, czy ktoś coś tam wylał? A może to od potu? Nie, wygląda raczej na ślad po jakimś płynie, w powietrzu unosiło się echo zapachu jakiegoś alkoholu, możliwe, że to właśnie był powód. Nagle poczułam się nieswojo – to Króliczek na mnie patrzył. Nie, on mnie o g l ą d a ł jak towar od góry do dołu i z każdej strony. Nie śmiałam nawet drgnąć, nie wiedziałam, co teraz się stanie. Powiedział coś półgębkiem do Kumiko, a ona przyprowadziła jakiegoś goryla stojącego za drzwiami, miał w ręce maszynkę do tatuażu. Króliczek nie kłopotał się, żeby poinformować mnie, że jest zaczarowana, dowiedziałam się tego dopiero później, kilka lat później, kiedy zbierałam informacje po to, żeby go wykończyć. Rzucił mi dziwne spojrzenie, teraz wiem dobrze, że po prostu od samego początku miał na mnie ochotę. Wskazał mi fotel i odezwał się czystą angielszczyzną.
– Usiądź.
Spełniłam polecenie w milczeniu. Pomyślałam sobie, że powinnam się przyzwyczajać do tego, że ktoś wydaje mi jakieś instrukcje.
– Rozluźnij się. To nie będzie bolało. To znak, że od teraz pracujesz dla mnie, rozumiesz?
Pokiwałam głową, nie śmiąc powiedzieć słowa w obawie, że głos mi się załamie. Patrzyłam prosto w jego czarne, skośne oczy – były harde i nieprzeniknione, żadnych emocji, też powinnam się tego nauczyć.
Uśmiechnął się jakoś tak dziwnie, trochę obrzydliwie, bardziej przypominało to grymas.
– Witaj na pokładzie, Lena.
Poklepał mnie po ramieniu i odwrócił się.
– Rose – poprawiłam go. – Pracując jestem Rose.
Ale mimo stworzenia sobie alter ego, mimo tej – jak się okazało – żałosnej próby odcięcia się od rzeczywistości, kiedy goryl usiadł za mną, by wytatuować mi króliczka, słyszałam z tyłu głowy głos. Ociekający słodyczą, obrzydliwie przeciągający sylaby głos, szepczący jedno słowo – dziiiiiiwkaaaaaa.

04. Migracje

03. (Nie) zapomnij o mnie

Noc.
Już się kiedyś zastanawiałam, dlaczego najbardziej czarne myśli dopadają mnie właśnie w nocy. Dziś jednak wiem dobrze, że to nie pora jest kluczowa. Dziś coś innego doprowadziło mnie na skraj rozpaczy. K t o ś inny… Naprawdę nie spodziewałam się tego po ośmiu latach małżeństwa. Zawsze nam się układało, ale gdzieś w tej jego rozczochranej głowie zrodził się ten idiotyczny pomysł. Dlaczego on zawsze musi szukać dziury w całym? Dlaczego przez to czuję się, jakbym mu nie wystarczała? Jakbym była tylko zastępczym środkiem? Kiedy mi o tym powiedział, pierwszą reakcją, całkiem zresztą słuszną, była myśl, że się znudził. Naszym zwyczajnym, bezproblemowym życiem, seksem, wreszcie mną, że ciągle pragnie więcej i więcej, a ja nie mogę mu tego dać… Co innego może pomyśleć żona, której mąż oznajmia, że chce ją wymazać sobie z pamięci? I to z jakiego powodu! Żeby się przekonać, czy znów się w niej zakocha. Nie jestem przekonana, że to może się udać…
Odgarniam rozczochrane włosy i nalewam sobie kolejną szklankę bourbona, bo inaczej czuję, że zaraz stracę zmysły. Chociaż… może lepiej byłoby teraz niczego nie czuć. Gilbert się wściekł. Wyszedł z domu, nie zgodziłam się na ten absurd – dlaczego w ogóle miałabym? Naprawdę tego ode mnie oczekiwał? Wyszedł z domu tak, jak stał, nie wiem, dokąd poszedł, kiedy wróci i c z y w ogóle w najbliższym czasie wróci. Jakiś głos w głowie podpowiada mi, że i tak to zrobi. Pójdzie do swojej szefowej i każe jej przeprowadzić na sobie ten cholerny eksperyment. Zupełnie mnie pominie przy podejmowaniu decyzji, przecież wyszedł, zlekceważył mnie, a ja stałam mu na drodze do tego planu, czyżby w ogóle nie liczył się z moim zdaniem? Dlaczego na królika doświadczalnego musi wybierać siebie? Czy nie będzie mu żal, kiedy straci wspomnienie każdego gestu, każdego pocałunku, każdego słowa? Och, Gilbercie, dlaczego nie potrafię cię uszczęśliwić? Czy musisz mnie ranić, żeby czuć, że żyjesz? Czy zawsze ktoś musi cierpieć?
Jest jeszcze ta problematyczna kwestia dziecka, którego oboje chcemy, a mieć nie możemy. Ludzie już tak są skonstruowani, że pragną zawsze najbardziej tego, czego nie mogą dostać. Sama nie potrafię siebie zrozumieć, bo przecież od początku o tym wiedziałam i na to się zgodziłam. Nie pragnęłam być matką, bałam się, że będę taka jak moja, że nie będę potrafiła go kochać, ale… Powiedziałam mu bardzo wyraźnie, dziś pierwszy raz pożałowałam, że to niemożliwe. Teraz, kiedy już to powiedzieliśmy, nie wiem, czy kiedykolwiek uda nam się wypełnić tę pustkę. To zawsze będzie wisieć gdzieś między nami, o ile w ogóle on wróci. O ile będzie wiedział, kim jestem. O ile będzie pamiętał, że tego pragnął. Nie mogę znieść myśli, że mogłoby tak się stać, nie chcę się przyznać przed sobą, że jestem przekonana, że to się właśnie dzieje. Bardzo dokładnie wyobrażałam sobie jak stoi przed swoją szefową i czaruje każdym słowem, by osiągnąć swój cel. Poczułam w środku rozdzierającą rozpacz.
Zostawił mnie.
Odszedł i już nie wróci. Musiałam wreszcie powiedzieć to na głos, chociaż bardzo tego nie chciałam, bo w chwili, kiedy to powiem… To się stanie bardziej realne, bardziej prawdziwe, a ten jeden, jedyny raz wolałabym się łudzić. Zacisnęłam mocno palce na szklance z drinkiem, aż kłykcie mi pobielały – nie znałam innego eliksiru, który teraz by mi przyniósł ulgę – i wychyliłam na raz całą jej zawartość. Bourbon trochę pomagał, dzięki temu mogłam być w tym mieszkaniu, gdzie wszystko przypominało mi o nim, gdzie nawet powietrze pachniało jak on. Zaśmiałam się gorzko, kiedy przypomniałam sobie, jak wiele lat temu powiedziałam mu, że jego skóra ma zapach czekolady. Teraz każde wspomnienie bolało, czułam się jakby ktoś wyrwał część mnie. Odstawiłam szklankę na podłogę, wstałam, podeszłam do stolika w rogu salonu i drżącymi palcami wyjęłam papierosa, wsadziłam do ust i podpaliłam. To zadziwiające, jak wspomnienia wracają w chwilach rozpaczy, ciągle jeszcze pamiętam, jakie wrażenie zrobił na mnie, kiedy zobaczyłam go pierwszy raz. Od razu wiedziałam, że to ktoś, obok kogo po prostu nie mogę przejść obojętnie, bo wtedy straciłabym coś bardzo ważnego. Uśmiechnęłam się pod nosem. Przecież nawet nie byłam wtedy zainteresowana związkiem. Uciekłam od tego półżycia, które prowadziłam w Japonii, żeby zostać alchemiczką, a nieoczekiwanie spotkałam przyszłego męża. Najważniejszą dla mnie kwestią była jego reakcja na wiadomość o mojej pracy, a skoro nie uciekł z krzykiem albo, co gorsza, nie wyzwał mnie od najgorszych kurew, istniała jakaś szansa, choć wtedy sama nie wiedziałam na co. Podświadomie go kokietowałam, flirtowałam z nim, choć przecież wiedziałam, że kogoś ma i już samo to powinno być dla mnie ostrzeżeniem. Nie mogłam jednak nic na to poradzić, to było silniejsze ode mnie. Zaciągnęłam się głęboko i strzepnęłam popiół do popielniczki. Urywek kolejnej reminiscencji ukłuł mnie dotkliwie – jeszcze kilka dni temu upominałam go, żeby nie strzepywał popiołu do filiżanki po kawie, zaraz potem pieprzył mnie jak szalony na kuchennym stole.
Nie było takiego miejsca, które stanowiłoby dla nas przeszkodę.
Stanęłam przy przeszklonej ścianie i zapatrzyłam się na Nowy Jork, który właściwie nigdy nie jest pogrążony we śnie. Nie przypuszczałam, że będę mieszkać w Stanach, pamiętałam jednak całkiem wyraźnie, jak podczas podróży poślubnej zapytał mnie, czy mi się tu podoba. Nie wiedziałam wtedy, że myślał o przeniesieniu się tu na stałe. Właściwie miejsce było mi obojętne, najważniejsze, że miałam jego. Mara miała rację, kiedy powiedziała, że jestem daleko od domu. Może nawet trochę tęskniłam za Londynem, ale tym z czasów, kiedy byłam jeszcze małą dziewczynką, a ojciec uczył mnie grać na pianinie “O Holy Night”, z czasów, kiedy wydawało mi się, że mam szczęśliwą rodzinę. Przeszłam wolnym krokiem wzdłuż okna do fortepianu i przejechałam palcami po obudowie. Usiadłam, uniosłam pokrywę klawiatury i zagrałam na próbę jakąś prostą melodię. Od razu w głowie miałam obraz z dnia, kiedy Gilbert i ja pierwszy raz razem graliśmy, to było jeszcze na studiach, tamto pianino nie było nastrojone, ale i tak bawiliśmy się świetnie. Zagrałam tę samą piosenkę, odtwarzając w myślach jak posuwał mnie wtedy na klawiaturze.
Czy jeszcze kiedyś będzie nam dane to powtórzyć? Boję się, autentycznie się boję, że nie, że straciłam wszystko na zawsze, że straciłam jego… Ta myśl mnie paraliżowała, bo przez całe nasze małżeństwo gdzieś w głębi czułam obawę, że to wszystko jest zbyt piękne, zbyt szczęśliwe. Że kiedy się obudzę, będę znów w małej kawalerce Kumiko w Shibuya.
Zacisnęłam oczy i siłą skupiłam myśli na wspomnieniu z innego dnia, dzień ten był raczej chłodny, ale francuski ogródek naszej uczelni miał własny mikroklimat – siedziałam na ławce z odsłoniętymi ramionami i dekoltem, wygrzewałam się w słońcu. Wtedy przyszedł Gilbert z całym swoim sprzętem do malowania, kiedy mnie zobaczył, od razu rozstawił sztalugę obok i zaczął rysować. Lubiłam myśleć, że uwielbiał, kiedy mu pozowałam, ale właściwie nigdy nie dowiedziałam się, czy to prawda. Tego dnia dostałam pierwszą wiadomość od mojego ojca odkąd zaczął odsiadywać swój wyrok, tak bardzo ucieszyłam się, że wreszcie go zobaczę, że byłam ślepa na wszystko inne. Pamiętam, że poszłam do ogródka szukać ziół do eliksirów, ale klimat zrobił się tam tak przyjemny, że przysiadłam na ławce i zaczęłam w głowie komponować piosenkę. Taką właśnie zobaczył mnie Gilbert. Nie minęła godzina, a już pieprzyliśmy się w najlepsze.
Nie potrafię wytłumaczyć tej dzikiej żądzy, która mnie ogarnia za każdym razem, kiedy na niego patrzę, kiedy wdycham zapach jego skóry, kiedy czuję na sobie jego dotyk…
Tak, teraz jest tylko jedno wspomnienie, które kołacze mi się w głowie, jednocześnie mnie ciesząc i rozdzierając serce na pół – noc przed naszym ślubem. Nigdy wcześniej, ale też już nigdy potem nie kochaliśmy się z takim uczuciem, powoli, tak zmysłowo… Zapłakałam głośno i zamknęłam z trzaskiem klawiaturę fortepianu. Czułam, jak po mięśniach rozlewa się bezradna złość, że nie mogę nic zrobić, by go powstrzymać, by było tak, jak wcześniej. Widocznie powiedzieć, że go kocham nade wszystko, co kiedykolwiek w życiu miałam to dla niego za mało. Może wcale nie jestem miłością jego życia? Nie, wiem, że to niesprawiedliwe tak myśleć, nie mogę wybiec za nim dlatego, że wiem, jak bardzo chce być niezależny, ale… Właśnie, zawsze jest jakieś a l e… Człowiek zawsze chce więcej i więcej aż w końcu przekroczy granicę. Czuję, że Gilbert właśnie ją przekracza. Sam. Beze mnie. Kiedy już wszystko zapomni, nie będzie odwrotu. Mówił, że będzie tą samą osobą, ale jak mnie znajdzie, skoro nawet nie będzie wiedział, kim jestem ani gdzie szukać? Ba, nawet nie będzie wiedział, że i s t n i e j e ktoś, kogo powinien szukać. Ten eksperyment nie ma szans powodzenia, nie w tej materii. Znów czułam bolesne ukłucie w sercu na myśl, że przeszedłby obok mnie obojętnie, nie zatrzymując nawet wzroku na dłużej, nie wiedząc, że tyle nas przecież łączyło, że tyle lat spędziliśmy razem.
Najgorsza chyba jest świadomość, że ja przecież będę pamiętać.
Zapaliłam kolejnego papierosa i dolałam sobie bourbona. Naprawdę nie wiedziałam, co więcej mi w tej sytuacji pozostało, chodziłam po całym mieszkaniu otępiała, wreszcie weszłam do garderoby, by zostawić w niej ubranie i mój wzrok spoczął na gładkiej tafli lustra. Jęknęłam głośno – w dolnej jego części widać jeszcze było zaschniętą smugę jego nasienia. To pamiątka po naszej ostatniej zabawie, mieliśmy mało czasu, zaraz zaczynał się spektakl, musieliśmy zwyczajnie oboje zapomnieć o umyciu lustra. Dotknęłam go ostrożnie opuszkami, jakby gładka powierzchnia miała się rozprysnąć pod moimi palcami i obraz naszych czerwonych z podniecenia twarzy stanął mi przed oczami jak najbardziej wyraźnie. Potrząsnęłam głową, żeby wyrzucić to wspomnienie z myśli i po chwili wróciłam do salonu, w ręce trzymając różdżkę. Rozejrzałam się pobieżnie, mój wzrok spoczął na dwóch zawieszonych na ścianie gitarach – jedna należała do mnie, druga do niego, była mu naprawdę bardzo droga, może droższa niż ja? Przyszedł mi do głowy naprawdę podły pomysł, sama nawet nie wiem skąd. Chciałam złapać tę rzecz, która przecież tak wiele dla niego znaczyła i roztrzaskać ją w drobny mak, uderzać nią o podłogę tak długo, aż nie będzie można nigdy więcej jej poskładać. Ostrożnie zdjęłam gitarę z uchwytu i patrzyłam na nią przez chwilę. Wydawało mi się, że jest ciepła w dotyku, zupełnie, jakbym trzymała coś żywego i już wiedziałam, że nie będę w stanie jej zniszczyć. Gdyby Gilbert kiedykolwiek zechciał tu wrócić, chociaż naprawdę w to nie wierzyłam, nie wybaczyłby mi takiej odrażającej zbrodni. Uśmiechnęłam się do siebie, machnęłam krótko różdżką i obok zmaterializowała się kopia gitary mojego męża. Popatrzyłam na obie.
– Hm, naprawdę można się nabrać – mruknęłam do siebie.
Cóż, niewprawne oko nie zauważyłoby różnicy. Pogłaskałam czule oryginał i nie mogąc się powstrzymać zagrałam urywek jakiejś nostalgicznej piosenki, ale tylko poczułam się od tego gorzej. Zaniosłam gitarę do swojego laboratorium i ukryłam w szafce z pustymi fiolkami, tej, do której zaglądałam najrzadziej, żebym nie musiała każdego dnia patrzeć na coś, co tak bardzo wyraźnie mi o nim przypomina. Na coś, w czym żyła jakaś jego cząstka. Zamknęłam starannie drzwi na klucz.
Pół godziny później siedziałam bez ruchu na kanapie. Butelka z bourbonem była prawie pusta, ja z kolei porządnie zamroczona. Czułam mdłości, ale nie na tyle silne, by pobiec do łazienki i zwymiotować nadmiar alkoholu. Uparcie wpatrywałam się w fałszywą gitarę i z każdą sekundą narastała we mnie złość. Między palcami trzymałam dopalającego się już papierosa, na którego zupełnie nie zwracałam uwagi, automatycznie go zutylizowałam i wstałam. Dygotałam na całym ciele, ledwie mogłam utrzymać się w pionie. Chwiejnym krokiem podeszłam do fotela, na którym leżała gitara, wzięłam ją w ręce i niewiele myśląc zaczęłam uderzać nią o podłogę, krzycząc, płacząc… Uderzałam tak długo i mocno, aż nie poczułam wreszcie ulgi; przede mną leżały rozpryśnięte po podłodze szczątki tej nieszczęsnej gitary. Osunęłam się na kolana między cały ten bałagan, schowałam twarz w dłoniach i rozpłakałam się głośno. W tamtej chwili byłam pewna, że nic już nie będzie dobrze.
Kilka następnych dni zlało się w mojej głowie w jakąś nierozpoznawalną masę. Funkcjonowałam jak automat – chodziłam do pracy, bo musiałam, jadłam, kiedy sobie o tym przypomniałam. Piłam ogromne ilości kawy i paliłam niewyobrażalnie dużo papierosów, wszystkie wieczory spędzałam samotnie w restauracji przy kawie i lampce czerwonego wina, licząc, że zobaczę go tam chociażby przelotnie, że rozpoznam w nim tego Gilberta, którego kocham i za którym tak tęsknię, ale jeszcze mi się to nie udało. Kiedy wracałam do domu, zamykałam się w laboratorium nad jakimś eliksirem, byle tylko nie myśleć. Wyglądałam jak cień samej siebie – mimo że fizycznie się nie zmieniłam, nawet nie poznawałam swojego odbicia w lustrze, moje oczy straciły radosny blask. Mało spałam, o ile udawało mi się zasnąć, a rano znów szłam do pracy i zabawa we w miarę normalne funkcjonowanie zaczynała się od nowa.
Tego wieczoru czułam się gorzej – zgodnie z wypracowanym przeze mnie schematem każdy następny dzień był trudniejszy od poprzedniego. Restauracja nie świeciła pustkami, ale nie można powiedzieć, że była zatłoczona. Moja kawa wystygła, ale nie zauważyłam tego, skupiałam się na notatkach w swoim grubym zeszycie, pewna klientka złożyła dziś osobliwe zamówienie, musiałam wiec dokładnie przeanalizować koszt całego eliksiru i rozłożyć to w czasie – receptura była naprawdę skomplikowana. Prawą ręką założyłam za ucho wymykający się z warkocza kosmyk, a w lewej trzymałam papierosa, zerknęłam na niego i zauważyłam, że popiół zaraz spadnie mi na notes. Chciałam strzepnąć do popielniczki, ale w ciągu spędzonej tu godziny, zdążyłam ją przepełnić. Podniosłam głowę, by zlokalizować kelnera i przywołałam go do siebie skinieniem. Rozejrzałam się pobieżnie po restauracji i wtedy go zobaczyłam. Sama nie wiem, jak powstrzymałam odruch wstania i pobiegnięcia prosto do niego. Siedział przy stoliku nieznacznie ode mnie oddalonym, wyglądał… Jak ktoś zupełnie mi obcy. Nie miał na palcu obrączki i kiedy to sobie uświadomiłam, poczułam nieprzyjemne ukłucie w sercu – tylko mnie to utwierdziło w przekonaniu, że jednak to zrobił. Wymazał mnie. Natychmiast zrobiło mi się chłodno i pobladłam na twarzy. Zdałam sobie sprawę, że gdzieś w głębi serca bardzo chciałam wierzyć, że jednak się nie odważy. Że się opamięta, stanie w drzwiach naszego mieszkania i wszystko będzie, jak dawniej. Szybko odwróciłam wzrok, zanim w ogóle spostrzegł, że mu się przyglądam, pewnie wydałoby mu się to dziwne. Zresztą nie wiem, to chyba nie był ten Gilbert, którego znałam, nie ten Gilbert, którego kochałam.
Kelner przyniósł mi świeżą popielniczkę, a ja uśmiechnęłam się do niego blado i zamówiłam sobie lampkę czerwonego caberneta, który przyniesiono mi praktycznie od razu – bywałam tu tak często, że mogłabym pewnie nic nie mówić, a i tak dostałabym swoje zamówienie. Nie wiedziałam, co zrobić. W mojej głowie myśl goniła za myślą, ale żadna nie wydawała mi się właściwa. Czy mogę go zaczepić? Czy powinnam? Czy w ogóle byłby mną zainteresowany? I czy mam prawo narzucać mu się ze swoją obecnością, może chciał zacząć od nowa beze mnie? Kręciłam nerwowo na palcu własną obrączką, czy powinnam ją zdjąć? Nie, czułabym się, jakbym oszukiwała.
Pytania, pytania… i decyzja do podjęcia.
Oblizałam usta i wzięłam głęboki wdech. Cóż więcej miałam do stracenia? Przecież już gorzej nie może być, a gdyby udało mi się… może istniał choć cień szansy, że znów mnie pokocha? Że jednak mnie zauważy, że nie przejdzie obok mnie, jak obok kogoś obcego. Przecież sam mówił, że zmienią się tylko wspomnienia, uczucia gdzieś tam zostały, musiało tak być. Uczepiłam się kurczowo tej myśli, tej nikłej nadziei, że nie wszystko jeszcze stracone.
Nie wiem, czy potrafię. Nie wiem, czy jeszcze pamiętam, jak to się robi, czy wciąż mam w sobie jakiś czar, który go zainteresuje jeszcze jeden raz? Nie dowiem się tego siedząc przy stoliku i patrząc, jak odchodzi w kierunku, którego nie znałam i w którym nie mogłam za nim pójść. Uparcie nie chciałam dać mu odejść – jak mogłabym? Nie mogę się przecież poddać. Upiłam niewielki łyk wina, policzyłam w głowie do dziesięciu i podniosłam się z krzesła.
Zrobię to. Sprawię, że mój mąż zakocha się we mnie drugi raz.

03. (Nie) zapomnij o mnie

02. Katastrofa po włosku

Raz, dwa, trzy… Oddychaj, Lena. Oddychaj spokojnie. Nie mogę zaczerpnąć powietrza, czuję się, jakbym była pod wodą i nie potrafiła wypłynąć na powierzchnię. Rozglądam się wokół, ale nic nie widzę, tylko niewyraźne, mętne cienie niemożliwe do rozpoznania. Słyszę jakieś głosy, ale są przytłumione, niezrozumiałe… Wreszcie zdaję sobie sprawę, że nikogo tu nie ma, jestem tu sama, a te głosy i obrazy istnieją tylko w mojej głowie. Bardzo powili dociera do mnie to, co się stało, a kiedy sobie to uświadamiam…
Czuję, że zaraz oszaleję.
Siedziałam w swojej sypialni w moim rodzinnym domu w Londynie. Rodzinnym… Zaśmiałam się histerycznie. Moja rodzina właśnie przestała istnieć. Próbowałam to zrozumieć, jakoś sobie to poukładać w głowie, ale zwyczajnie nie potrafiłam. Nie czułam się jeszcze przygotowana na mierzenie się z problemem takiego kalibru, ledwie tydzień temu po raz ostatni opuściłam progi Hogwartu. Cała ta sytuacja wyglądała, jakby moja matka tylko czekała aż skończę szkołę, by uciec od własnego życia, którego tak bardzo nienawidziła, by uwolnić się od wszystkich krępujących ją zobowiązań – mnie i mojego ojca. Jakbyśmy przez całe życie stanowili dla niej niewygodną przeszkodę, powstrzymującą ją od rozwinięcia skrzydeł. Zaśmiałam się gorzko.
Co za głupota!
Dom był zupełnie pusty, cichy, wydawał mi się teraz taki obcy, nie mogłam znieść przebywania w nim. Zeszłam do salonu i czułym gestem pogładziłam pianino – nadal miało odsłonięte klawisze tak, jak zostawił je ojciec. Czułam się opuszczona i oszukana, jeszcze nie do końca mogłam uwierzyć w to, co się stało, miałam raczej wrażenie, że ktoś wyrwał mnie z mojego życia i wkleił do jakiegoś równoległego świata, w którym nie mam nikogo. Nie mam matki, nie mam ojca, nie mam już przyjaciela i muszę jakoś sobie poradzić sama. Podeszłam do stojącej przy ścianie komody, wyjęłam z szuflady papier do nut, jakiś ołówek i usiadłam przy instrumencie. To mi pomoże jakoś ułożyć to sobie w głowie albo przynajmniej nie myśleć przez chwilę, inaczej stracę zmysły i zamkną mnie w Świętym Mungu. Może tak by było lepiej? Może tak by było łatwiej? Nie musiałabym się zastanawiać, co mam właściwie zrobić ze swoim życiem, jak sobie poradzić w sytuacji, kiedy nie mam właściwie niczego. A zawsze myślałam, że po ukończeniu szkoły pójdę na jakieś studia alchemiczne, zostanę Mistrzynią Eliksirów, ale najwyraźniej życie potrafi wszystkie plany najbardziej boleśnie zweryfikować.
Usiadłam przy pianinie i zagrałam na rozgrzewkę dobrze znaną mi melodię. Uderzałam wściekle w klawisze, ale radosny utwór zupełnie mi dziś nie leżał, co było zupełnie zrozumiałe jeśli pomyśleć o wydarzeniach ostatniego tygodnia.
Matt i ja przyjaźniliśmy się przez cały okres nauki w Hogwarcie, dlatego nie było dla mnie większym zaskoczeniem, że po zakończeniu ostatniej klasy przyjechał do Londynu bez zapowiedzi – to było całkiem w jego stylu, impulsywność i spontaniczność to jego drugie imiona. Czasem mnie to okropnie denerwowało, robiłam mu o to karczemną awanturę, on się obrażał, ja się wściekałam, ale mijała godzina lub dwie i pod jakimś głupim pretekstem wracaliśmy do porządku dziennego. Do końca szóstej klasy niczego nie podejrzewałam, chociaż słyszałam czasem w dormitorium plotkujące współlokatorki; myślały, że nie zwracam na nie uwagi. Wreszcie Matt się przyznał, że stracił dla mnie głowę, a ja nie mogłam – i nie chciałam – tego w ogóle słuchać, czy chociaż przyjąć do wiadomości. Po co komplikować coś, co dobrze działa? Po co skazywać przyjaźń na zagładę? Nie chciałam niczego zmieniać, on wręcz przeciwnie; nigdy jeszcze nie kłóciliśmy się tak zajadle. Najpierw próbował tłumaczyć, przekonywał, że będzie cudownie, że nie może przestać o mnie myśleć… Mało brakło, żebym wybuchła mu śmiechem prosto w twarz, jak szesnastolatek może wygadywać takie rzeczy? Zupełnie, jakby chciał zaraz paść przede mną na kolana i się oświadczyć! Zwymyślałam go od cholernych romantyków i marzycieli, nie wiedziałam, skąd w nim taka determinacja, nigdy nie przejawiał takich skłonności. Wreszcie już miałam dość tej rozmowy, choć ledwie można było tak ją nazwać, wrzeszczeliśmy na siebie jak opętani, kazałam mu wracać do siebie, bo wtedy też mnie odwiedził w wakacje. Nie odzywałam się ani słowem przez dwa tygodnie, on był nie mniej uparty, trwał zawzięcie przy każdym swoim argumencie, snuł perspektywy wspólnej, cudownej przyszłości we Włoszech, tam mieszka rodzina jego matki, a mnie już mdliło na samą myśl, że mogłabym dać się uwiązać przy mężczyźnie zaraz po szkole tak, jak zrobiła to moja matka, a potem przez całe życie miała pretensje do mnie i ojca. Poza tym, dlaczego tak bardzo chciał mnie do tego przymusić? Przecież dobrze mnie znał, wiedział, że to mnie nie uszczęśliwi.
Potem sytuacja jakoś sama się załagodziła, Matt o tym nie mówił, więc ja byłam zadowolona, myśląc sobie, że mu wreszcie przeszło. Dzięki temu siódma klasa przebiegła jakoś spokojnie, r a z mu się zdarzyło wyskoczyć z pomysłem randki, ale moje spojrzenie wystarczyło, żeby zdusić to w zarodku. Czy byłam przez to złym człowiekiem? Czy pozbawiałam go szansy na szczęście? Nie myślałam o tym w ten sposób, teraz też tak nie uważam, jednak jako dla najbliższego przyjaciela zawsze chciałam dla niego dobrze. A teraz to! Przyjeżdża sobie i znów z tym wyskakuje! Moja matka była wniebowzięta, młody mężczyzna, który docenia urodę córki, przecież na pewno doceni i ją, bo jesteśmy takie podobne. Skakała wokół niego, jakby był co najmniej królową Elżbietą albo cholernym rosyjskim carem. Stroiła się w najlepsze sukienki, chodziła po domu w szpilkach, jak nigdy wcześniej, ciągnęła się za nią stale chmura słodkiego zapachu perfum… Ale Matt był twardy. Przynajmniej tak mogło się wydawać na pierwszy rzut oka, bo nie wiedziałam, że nadal liczy na szansę z mojej strony. Spacerowaliśmy po którymś parku, już sama teraz nie wiem, którym, zmierzchało, ale wcale nam się nie spieszyło wracać, szliśmy z wolna, delektując się lodami malinowymi. Opowiadałam mu właśnie, że martwię się o ojca, ciągle siedzi w pracy, a kiedy wraca, od razu idzie spać albo siedzi przy pianinie przez pół nocy i gra jakieś awanturnicze melodie. Matt niespecjalnie mnie słuchał, wydawał się nieobecny, jakby pochłaniała go jakaś wielka idea i musiał poświęcić jej dosłownie każdą myśl, ale nie spodziewałam się, że znów wyciągnie ten temat. Wystarczyło jednak, że na mnie spojrzał i już wiedziałam. Zatrzymałam się gwałtownie i lody prawie wypadły mi z rożka, zdążyły jednak poplamić mi sukienkę. Zaklęłam głośno, co od razu zwróciło uwagę jakiejś mijającej nas starszej pani, niespecjalnie się tym przejęłam.
– Nawet nie zaczynaj tematu – powiedziałam ostrzegawczo.
Od razu się zjeżył, nawet końcówki jego jasnych włosów drgnęły.
– O co ci chodzi?
Och, jakby nie wiedział!
– Dobrze wiesz. Myślałam, że ci przeszło.
Musiałam zadrzeć głowę, żeby spojrzeć mu hardo w oczy, jestem przecież niewysoka, a on wręcz przeciwnie – miał posturę koszykarza.
– Przeszło? – prychnął.
Prawie usłyszałam, jak trybiki w mojej głowie wskakują na odpowiednie miejsce. Jak mogłam przez tyle czasu tego nie zauważyć! Czułam się jak kompletna kretynka.
– Ty przecież nie zmieniłaś zdania.
Musiał to wiedzieć i mimo to dalej drążył, już czułam, jak narasta we mnie złość, ale starałam się powstrzymać. Nie będziemy przecież wrzeszczeć na siebie w parku.
– Nie, nie zmieniłam – przyznałam otwarcie.
Nie zamierzałam nic przed nim ukrywać, chciałam raz na zawsze zamknąć ten temat i wybić mu te mrzonki z głowy. Wyraz jego twarzy był napięty, jakby i on walczył ze złością. Przybliżył się, a kiedy się odezwał, głos miał całkiem łagodny.
– Ale mogłabyś.
Aż się zagotowałam w środku. Czy on naprawdę niczego nie rozumie? Ale to nie koniec, bo kontynuował:
– Mogłabyś chociaż spróbować, a nie od razu się nastawiasz negatywnie.
Tego było już za wiele.
– Czyś ty zwariował do reszty? Myślisz, że da się nauczyć kochać?
Już nawet nie o to mi chodziło. Marnował czas i dobrze to wiedział, po co tak się uparł? Bo mu się podobałam? Bo mu było tak wygodnie? A może wziął sobie za punkt honoru rozwścieczyć mnie do granic możliwości? Bo to akurat świetnie mu się udawało.
Jak gdyby nigdy nic podszedł do pobliskiej ławki i usiadł na niej. Obserwował przez moment swoje palce, wreszcie je złączył końcami i patrzył na mnie wnikliwie tymi fiołkowymi oczami. Zawsze mnie zastanawiało, jaka genetyczna mieszanka dała efekt w postaci tak niespotykanego koloru… Nadal stałam, wolałam nie podchodzić bliżej, bo mogłam jeszcze zacząć okładać go pięściami, chociaż z racji moich rozmiarów, nie zrobiłabym mu najmniejszej krzywdy.
– Mamy solidną podstawę. Jesteśmy przyjaciółmi, bylibyśmy zgodnym małżeństwem.
Kiedy to usłyszałam, momentalnie wryło mnie w ziemię. Czy ktoś mu kazał mówić takie rzeczy? Zamrugałam szybko i odgarnęłam wpadające mi do oczu włosy. Nie mogłam uwierzyć, że coś takiego wyszło z jego ust, cała się spięłam i wykrzywiłam.
– Zgodnym c z y m?
Teraz chyba on był wyprowadzony z równowagi, nerwowo tupał stopą o ziemię.
– Nie udawaj, że się nie domyślałaś. Taka jest kolej rzeczy, tak? – Jego głos był pełen jadu. – Szkoła, potem małżeństwo, jestem na to gotowy, a ty byłabyś dla mnie idealną żoną. Myślisz, że po co tu przyjechałem? Przywiozłem ci cholerny pierścionek, więc przestań się już wściekać, bo oboje wiemy, że i tak go przyjmiesz.
Niespecjalnie panowałam w tej chwili nad swoimi gestami. Zanim się zorientowałam, już stałam tuż przed nim i wymierzyłam mu siarczysty policzek, niech szlag trafi moją impulsywność i jego przesadną pewność siebie! A więc o to mu chodziło. Nie miał zamiaru pytać mnie o zdanie, przyjechał załatwić s p r a w ę. Niedoczekanie.
– Ty skończony idioto – zaczęłam cedzić słowa. – Nie kocham cię i to się nigdy nie zmieni, w tej chwili nawet specjalnie za tobą nie przepadam. Jeśli chcesz spędzić życie z kobietą o nazwisku Mallory, pogadaj z moją matką, na pewno byłaby zachwycona perspektywą ucieczki od nudnego życia, które ma z nami!
Ludzie spacerujący po parku gapili się na nas jak na parę skłóconych kochanków, jakieś kobiety pokazywały nas sobie palcami i kręciły głowami z dezaprobatą. No tak, podwójne standardy, mężczyzna może nie przejmować się zdaniem kobiety, ale kiedy kobieta na to się nie godzi, bo chce od życia czegoś innego, to już jest społecznie nieakceptowalne.
Inną sprawą było to, że nie do końca panowałam nad słowami, które wydobywały się z moich ust, jakbym nie miała rozumu, żeby się nad nimi zastanowić.
Matt poderwał się z ławki, zmierzwił włosy.
– Może tak zrobię! – zagrzmiał. – Myślisz, że się nad tym nie zastanawiałem? Twoja matka jest piękną kobietą i w dodatku zawsze dla mnie taką miłą…
O, Slytherinie, ja chyba śnię! Roześmiałam się głośno z bezsilności, naprawdę wyczerpałam już wszystkie pokłady cierpliwości, a jestem mimo wszystko wyrozumiałą osobą.
– Czy ty siebie słyszysz?! Masz osiemnaście lat! Moja matka jest dwa razy od ciebie starsza, w ogóle o czym my dyskutujemy? To moja matka, ma męża, w ogóle rodzinę, nie ośmielisz się, nie masz prawa.
Cisnął z wściekłością lody do śmietnika.
– Tak? To się jeszcze przekonamy!
I oddalił się, w ogóle się za mną nie oglądając.
– Idiota! – zdążyłam jeszcze za nim wrzasnąć i zaraz potem usłyszałam charakterystyczny trzask deportacji.
Co on w ogóle sobie myśli? Jak ś m i e w ogóle dopuszczać do siebie taką możliwość? Moja matka jest głupia, ale nie aż tak. Drżącymi palcami wyciągnęłam z torebki paczkę papierosów, które jej ukradłam, to jedyna używka, na jaką sobie pozwalała w swojej obsesji na punkcie dbania o urodę. Odpaliłam z trudem zapalniczką, w której pewnie kończył się gaz, a może to ja z nerwów nie mogłam się skupić na tym, by utrzymać niewielki płomyk dłużej niż ułamek sekundy? Nerwy były całkowicie na miejscu, każdy na moim miejscu byłby wytrącony z równowagi. Zaciągnęłam się głęboko i od razu poczułam ulgę, nikotyna rozchodząca się po moim ciele dawała mi złudne poczucie, że się uspokajam. Nie czułam wyrzutów sumienia, czułam przede wszystkim złość, że Matt wziął mnie za pewnik i pominął przy całym procesie decyzyjnym. Co mu się w ogóle uroiło? I jeszcze ten tekst o mojej matce!
Do domu wróciłam późno, wolałam włóczyć się bez celu po mieście niż patrzeć na mojego przyjaciela, niż wysłuchiwać jego kolejnych argumentów, bo wydawało mi się, że to jeszcze nie koniec sprawy. Dom było cichy, ciemny – wszyscy na pewno już spali, zaszłam do kuchni i nastawiłam wodę na herbatę. Ojciec jeszcze nie wrócił z pracy, zawsze zostawiał swój neseser na krześle przy stole, które teraz było puste. Martwiło mnie, że tak się przemęcza, wreszcie będzie musiał zwolnić. Zapaliłam kolejnego papierosa, rzuciłam na drzwi zaporę – matka nie znosiła, kiedy paliłam w domu, a już szczególnie w kuchni, sama zawsze wychodziła na taras. Zawsze mnie to w niej irytowało, sztorcowała mnie na każdym kroku, musisz być taka a taka albo nie możesz tego robić, to nie przystoi. Co sama robiła? Całymi dniami siedziała, przeglądała te swoje pisemka o modzie, nie miała żadnych przyjaciółek w Anglii, tylko te rosyjskie arystokratki, do których teleportowała się na każde ich skinienie… Dla mnie nigdy nie miała czasu. No, chyba że chciała mnie krytykować. Zupełnie, jakby to była moja wina, że nie jest już taka młoda, jakbym przez swoje urodzenie zabrała jej urodę… Jakby była o mnie zazdrosna.
Usłyszałam zgrzyt zamka i natychmiast zgasiłam papierosa. To na pewno ojciec, zobaczy, że siedzę tu sama, pogłaszcze mnie przez moment po głowie, wypije drinka i pójdzie spać. Miałam wrażenie, jakby tracił kontakt z rzeczywistością, jakby pochłaniał go jakiś zajmujący dylemat i nie mógł skupić swojej uwagi na niczym innym. Już niedługo miałam się przekonać, że to prawda, ale nie, nie dziś, dziś miałam stracić coś innego, bo oto do moich uszu doszedł śmiech, śmiech dwóch osób. Nie mógł to być ojciec, nawet gdyby kogoś miał, co naprawdę mnie nie obchodziło, nie przyprowadziłby jej do domu. Nie potrafiłam ruszyć się z miejsca, nie potrafiłam odnaleźć w sobie odwagi potrzebnej, by sprawdzić, co się działo w hallu, ale wcale nie musiałam tego robić, bo po krótkiej chwili o n i wpadli do kuchni. Nie zauważyli mnie, oczywiście, jakby mogli, przecież byli tak zajęci sobą, badając sobie nawzajem językiem migdałki, a ja… Ja po prostu nie wierzyłam w to, co widziałam.
Moja matka całowała się z moim przyjacielem pośrodku naszej kuchni.
W głowie usłyszałam pierwszy trzask – coś bezpowrotnie się rozpadło, wiedziałam to już teraz, kiedy stali sobie beztrosko pośrodku tej cholernej kuchni, urządzonej na niebiesko, wszak to ulubiony kolor matki i – o, ironio! – mój, stali i całowali się, jakby cały świat wokół nich nie istniał. Wydawało mi się to jakimś okrutnym żartem, tak, ktoś na pewno chciał sobie ze mnie zadrwić, utrzeć mi nosa. W porządku, Matt, wygrałeś, udowodniłeś mi, że możesz!
W tej chwili poczułam, że odzyskuję głos, jakby ktoś na powrót pozwolił mi używać mojego języka.
– Co tu się dzieje?
Patrzyłam, jak odrywają się od siebie, speszeni obecnością osoby trzeciej, może lekko zawstydzeni, jak pięciolatek przyłapany na zabawie w błocie w niedzielnym ubraniu. Najpierw zauważyłam to fiołkowe spojrzenie przepełnione triumfem, potem to niebieskie, to, które po niej odziedziczyłam, ale nie widziałam w nim nic znajomego, nic, do czego byłam przyzwyczajona przez te osiemnaście lat z okładem. Moja matka wyglądała na zadowoloną. I to ona pierwsza się odezwała.
– Tylko nie krzycz.
Tylko tyle miała mi do powiedzenia? Żadnego przepraszam? Dlaczego właściwie miałam nie krzyczeć, bo to nie przystoi panience z dobrego domu?
Zamrugałam szybko, nie mogłam oderwać od niej wzroku, ale kiedy się odezwałam, to nie do niej skierowane były moje słowa.
– Jak śmiałeś? Ty… ty…
Wyciągał ręce w obronnym geście, dobrze wiedział, że zbliżam się do niebezpiecznego wybuchu.
– Uspokój się, Lena.
Przeniosłam natychmiast spojrzenie na niego.
– Uspokój? I co jeszcze, może teraz mam mówić do ciebie t a t o?!
Nie mieściło mi się w głowie, że traktują to oboje tak spokojnie. Dobrze, że stałam w pewnym oddaleniu od blatu, bo mogłabym zaraz zacząć rzucać talerzami. Albo, co gorsza, sztućcami i wcale nie z zamiarem trafienia w ścianę.
Moja matka, moja słodka mamusia, która tak bardzo nie przejmowała się własną rodziną, że aż obściskiwała się z nastoletnim przyjacielem swojej również nastoletniej córki, w dodatku na jej oczach, stanęła między mną a Mattem, jakby j e g o chciała chronić przede m n ą. Jakbym to j a zrobiła tę tak obrzydliwą rzecz, że nawet nie przechodziło mi to przez myśl, a co dopiero przez gardło.
– Lena – zaczęła ostrożnie, nie chcąc podjudzać mnie pewnie jeszcze bardziej. Byłam ciekawa, co takiego chciała powiedzieć, dlatego milczałam. – Pomyśl racjonalnie.
Z każdym słowem robiła krok w moją stronę, sprytne, m a m u s i u, ale na każdy jej krok, ja robiłam jeden w tył.
– Każdy przecież ma prawo do szczęścia.
Wszystko w niej w tej chwili napawało mnie obrzydzeniem, jej postawa, jej aparycja, to, że tak bardzo ją przypominałam, jej przesłodzony głos i wreszcie to, z jakim uporem nadal zaciągała rosyjskim akcentem.
– To dla mnie szansa na szczęśliwe życie.
Tymi słowami wyczerpała moją cierpliwość.
– Zdradziłaś nas. Szczęśliwe życie? Kuguarzyca z młodym Adonisem, komiczne, doprawdy! Jak ty sobie to wyobrażasz? Kim ja dla ciebie jestem?
No kim? Czy krew z jej własnej krwi to było dla niej za mało? Czy spokojne i ułożone życie, dostanie przecież, nigdy niczego jej nie brakowało, ojciec spełniał ślepo każdą jej zachciankę, czy to wszystko nic już nie znaczyło? Tyle lat… po prostu zmarnowanych?
Chyba jednak i ona, moja wiecznie spokojna i ułożona mamusia, dotarła wreszcie do jakiejś granicy. Przewróciła teatralnie oczami, odgarnęła zmierzwione włosy i wwiercała we mnie świdrujące spojrzenie.
– Nie mogę już tu wytrzymać! Nienawidzę Londynu, duszę się tu, nienawidzę twojego ojca, który od dawna nie poświęca mi uwagi! I t y!
Gestykulowała żywo, kto by pomyślał, że arystokratka potrafi być tak niepowściągliwa.
– Ciebie też nienawidzę, kiedy na ciebie patrzę, widzę wszystko to, co mi odebrałaś, czego już nigdy nie będę mieć, a ty tak! I to mnie jeszcze bardziej mierzi! Cholerna ślicznotka, księżniczka tatusia, ale nie, ja jestem lepsza, nadal mam to coś, bo jednak on zainteresował się mną, a tobą się znudził!
Wreszcie umilkła i wycofała się prosto w ramiona Matta, a ja… Cóż, co innego się domyślać, co innego dostać potwierdzenie swoich teorii. Nic dla niej nie znaczyłam i nawet nie czułam w tej chwili żadnego żalu z tego powodu, tylko jakąś dziwną pustkę. Matt patrzył na mnie z politowaniem, ale ja byłam na to zbyt dumna, nie chciałam jego litości, nie chciałam jego współczucia, chciałam, żeby zabrał ze sobą tę wywłokę, którą kiedyś nazywałam matką, i nie pokazywał mi się więcej na oczy.
– Jutro wyjedziemy do Włoch… – zaczął, ale nie pozwoliłam mu dokończyć.
– Nie – powiedziałam martwo. – Wyjedziecie natychmiast. Nie chcę was widzieć, nigdy więcej. Nie wiem, co powiecie ojcu i nie obchodzi mnie to.
Zamilkłam na chwilę i przyglądałam się Mattowi.
– Nie wierzę, że naprawdę mnie kochałeś – powiedziałam i opuściłam kuchnię, zostawiając w ten sposób dawne życie, dawną Lenę, bo przecież nigdy później nie byłam już taka sama.
Gdy wróciłam do kuchni pół godziny później po papierosy, o których zapomniałam, już ich nie było. Zniknęli bez śladu, jakby nigdy ich tu nie było, jakby ktoś wziął gumkę i wymazał ich z mojego życia. Straciłam za jednym razem matkę i jedynego przyjaciela.
Straciłam grunt pod nogami. Straciłam rodzinę, straciłam wiarę w to, że istnieje w życiu coś, o co warto walczyć.
Siedziałam więc teraz przy pianinie, grając jakąś smętną melodię, jedyną, jaka teraz pasowała do tego, jak się czułam. A czułam się pusta i tak miało zostać na długie lata, bo jeszcze tej samej nocy mugolski Wydział Przestępstw Gospodarczych odebrał mi ojca.
– Przepraszam, a panowie do kogo? – zapytałam niezbyt grzecznie, kiedy zobaczyłam na progu dwóch funkcjonariuszy mugolskiej policji. I to w środku nocy!
Ojciec spał, ledwie pół godziny temu wrócił, poklepał mnie po główce tak, jak wcześniej myślałam i poszedł do sypialni. Wieści o swojej żonie przyjął jak plotki o obcej osobie.
Policjanci pokazali mi odznaki.
– Wydział Przestępstw Gospodarczych. Szukamy Franka Mallory. Aresztujemy go pod zarzutem defraudacji.
Zarzut defraudacji, pięcioletni wyrok…
Raz, dwa, trzy… Lena… Jesteś tam?
Całe moje życie legło w gruzach.

02. Katastrofa po włosku

01. Króliczek Asakura

Kiedy byłam małą dziewczynką, myślałam, że życie to bajka. Zewsząd otaczała mnie magia, rodzice skakali nade mną, dwoili się i troili, żeby nigdy niczego mi nie brakowało. Za każdym razem, kiedy ojciec czarował, niemal zachłystywałam się z ekscytacji, skakałam wokół niego prosząc o więcej i więcej. Nie znałam innego życia. Odkąd dowiedziałam się o Hogwarcie, z niecierpliwością czekałam aż przyleci moja sowa z potwierdzeniem, że mnie przyjęto, co oczywiście nastąpiło w dniu moich jedenastych urodzin. Och, jakaż byłam uradowana! Rodzice cieszyli się razem ze mną, a ja teraz widzę, że byłam jeszcze zbyt młoda i naiwna, żeby widzieć pełen obraz. Ojciec zaczynał wtedy inwestować na mugolskiej giełdzie – praca w magicznej brygadzie uderzeniowej widocznie nie dostarczała mu odpowiedniej ilości adrenaliny. A matka… To materiał na naprawdę długą historię, którą znają nieliczni.
Moja matka była bardzo piękną kobietą. Pochodziła z rosyjskich wyższych sfer, ojciec poznał ją, kiedy podróżował po Europie, zakochał się i przywiózł ją ze sobą do Londynu. Często opowiadał mi tę historię, kiedy byłam jeszcze na tyle mała i ciekawa, że chciałam koniecznie ją poznać. Szybko się pobrali, jeszcze szybciej zaszła w ciążę i urodziłam się ja. Miała silnie dominujący charakter, dlatego dostałam rosyjskie imię, chociaż ojciec nalegał na angielskie. Matka miała po prostu od samego początku sprecyzowane plany co do mnie, była bardzo ambitna i zanim zaczęłam chodzić czy mówić, ułożyła mi już całe życie. Wcześniej tego nie widziałam, ale kiedy wreszcie poszłam do Hogwartu, stało się to bardzo wyraźne.
– Leno, musisz zawsze być najlepsza – powtarzała do znudzenia, nie mogłaby znieść myśli, że jej własne dziecko nie jest wybitne w jakiejkolwiek dziedzinie.
Wymagała ode mnie bycia wyjątkową i tak też się czułam na lekcjach eliksirów. Wielu takich uczniów trafiło do mojego domu – Slytherin był cichą fabryką mistrzów w tej dziedzinie, ale naprawdę nieliczni mieli tę pasję i zmysł prawdziwego alchemika. Ja to miałam, nadal mam, dlatego kiedy tylko matka to zauważyła, zaczęła popychać mnie w kierunku rozwijania tego talentu. Z początku mi to nie przeszkadzało, ale tak to już jest, kiedy ktoś cię zmusza do czegoś, czego robić nie chcesz, że wreszcie, chociaż byłam genialna w warzeniu, zapamiętywaniu receptur, nawet wymyślaniu własnych, stało się to dla mnie dosyć uciążliwe. Każde jej napomknięcie o nauce powodowało we mnie niepowstrzymaną falę irytacji, zupełnie nie umiałam sobie z tym radzić. Wreszcie podczas przerw świątecznych i wakacji robiłam wszystko, by nie spędzać w towarzystwie matki każdej chwili.
Żałowałam, że nie mam rodzeństwa. Może moje życie potoczyłoby się wtedy inaczej? Ale czy lepiej? Może matka nie zrobiłaby tej niewybaczalnej rzeczy, może ja nie stałabym się tym, kim byłam, bo bardzo chcę teraz wierzyć, że ta przeszłość nie będzie za mną wszędzie pełzać i rzucać ponurego cienia na wszystko, co robię.
Zamrugałam oczami w ciemności, ale nie zrobiło mi to specjalnej różnicy. Dlaczego zawsze nocą nachodzą mnie takie myśli? Leżę sama w łóżku w pokoju gościnnym mieszkania Kumiko w Tokio i gapię się bez sensu w sufit. Bez sensu, bo przecież nie mogę już zmienić tego, co się stało, mogę tego nienawidzić, mogę siebie za to nienawidzić, mogę jej nienawidzić i nie uznawać jej za swoją matkę, ale to wszystko przecież w jakiś sposób mnie ukształtowało. Bez tego nie byłabym tą Leną, którą znam i którą wreszcie zaakceptowałam po tak długim czasie wątpienia w to czy dam radę. Potrząsnęłam głową i wstałam z łóżka. Jest środek lata, niebo jeszcze ciemne, ale Tokio nie śpi. Słyszę, jak w drugim pokoju Kumiko cicho mamrocze przez sen – zawsze to robi, kiedy jest niespokojna. Obiecywałam sobie, że nie wrócę więcej do Japonii, że odetnę się od dawnego życia, jednak nie mogłam zostawić Kumiko samej, nie, kiedy prosiła mnie o pomoc. Wystarczająco już wycierpiała.
Spojrzałam na zegar ścienny – jest pół do czwartej. Punktualnie o czwartej jestem umówiona z właścicielem agencji towarzyskiej, w której obie kiedyś pracowałyśmy. Był zrozpaczony, kiedy mu powiedziałam, że odchodzę, zyski pewnie znacznie mu spadły, w końcu atrakcyjna Europejka to rzadki rarytas wśród tokijskich prostytutek. Teraz jest przekonany, że chcę wrócić do pracy. Jakie to żałosne myśleć, że ktokolwiek, kto raz się od tego uwolnił, chciałby z własnej woli wrócić. Skierowałam swoje kroki do łazienki, by się odświeżyć. Przez chwilę wpatrywałam się w lustrze w odbicie swoich ciemnoniebieskich oczu, próbując przekonać siebie, że to, co zamierzałam zrobić nie zniszczy we mnie resztki człowieczeństwa. Potrząsnęłam głową, odszukałam w myślach melodię, która zawsze działała na mnie kojąco i zaczęłam ledwie słyszalnie ją nucić. Po kilkunastu minutach zasunęłam suwak sukienki, włożyłam szpilki, upewniłam się, że w torebce spoczywa odpowiednia fiolka i usiadłam na moment na łóżku. Nie mogłam się oprzeć myśli, że dobrze wiem, co na to powie Gilbert. Albo raczej – co by powiedział, bo nie jestem pewna czy zdobędę się na to, by się do tego przed nim przyznać. Zrobiło mi się niedobrze – znowu zawiodę jego zaufanie w ten sam koszmarny sposób. Nie mogłam sobie jednak pozwolić, by zastanawiać się nad tym choć chwilę dłużej, inaczej gotowa byłam jeszcze zarzucić ten pomysł całkowicie, a tego nie mogłam zrobić. Kumiko na mnie liczyła. Cały czas jednak miałam świadomość, że on by tego właśnie ode mnie oczekiwał. Kiedy wreszcie się deportowałam, słyszałam wyraźnie w głowie jego głos: “Kurwa, Lena, skończysz jak twój ojciec”. Zmaterializowałam się jedną przecznicę od całodobowego motelu, w którym się umówiliśmy, przygładziłam nerwowo sukienkę i zacisnęłam palce lewej dłoni na łańcuszku, który dostałam od Gilberta. Musiało mi to wystarczyć, nie miałam czasu, by lepiej ukoić swoje zszargane nerwy. Weszłam do motelu pewnym krokiem. W recepcji siedział siwy, zgarbiony staruszek, którego dobrze znałam. Kiedy pracowałam często wybierałam akurat ten motel. Pozdrowiłam recepcjonistę, a ten uśmiechnął się do mnie uprzejmie w odpowiedzi zza kontuaru i podał numer pokoju. Kiedy go minęłam, zalała mnie nowa fala mdłości – po wszystkim będę musiała zmodyfikować mu pamięć. W milczeniu przemierzałam obskurny hall, który był po prostu zwyczajnym korytarzem z rzędami drzwi po obu stronach. Nie musiałam wchodzić po schodach, by wiedzieć, że pozostałe dwa piętra wyglądają identycznie. Wreszcie odnalazłam odpowiedni pokój i weszłam do środka nie pukając. Siedział w zrelaksowanej pozie w odrapanym fotelu przy oknie, w zębach trzymał ledwie tlącego się papierosa. Zmierzył wzrokiem całe moje ciało jak towar i rozciągnął usta w obmierzłym uśmiechu.
– Lena – przywitał mnie. – Wyjazd ci służy. Można wiedzieć dokąd ode mnie uciekłaś?
Nie ruszył się z miejsca.
– Króliczku – odpowiedziałam przesadnie słodkim głosem. Właściwie mogę odpowiedzieć na jego pytanie, nie będzie miał okazji zrobić czegokolwiek z tą wiedzą. – Och, tylko do Australii.
Lepiej, żeby jak najdłużej trwał w iluzji, że przyczołgałam się z podkulonym ogonem. Ludzie tak bardzo kochają wierzyć w to, w co chcą wierzyć.
Zawsze kazał wszystkim swoim prostytutkom tak do siebie mówić. Żadna nie znała jego prawdziwego nazwiska, ale też żadna – prócz mnie i Kumiko – nie była czarownicą, a ja wykorzystałam kilka sprytnych zaklęć, by dotrzeć do odpowiednich ludzi i dowiedziałam się, że nazywa się Asakura. Nie miałam jednak zamiaru afiszować się z tą wiedzą.
Króliczek był wysokim, żylastym mężczyzną na oko trzydziestoletnim, ale wszyscy Japończycy wyglądają na mniej lat, niż mają w rzeczywistości. On już przekroczył czterdziestkę, choć niedawno. Ciemne, półdługie włosy zlepiły mu się w strąki, a czarne, skośne oczy błyszczały z ekscytacji. Uch, dobrze wiedziałam, na co liczył i na pewno tego nie dostanie.
– Wiedziałem, że wrócisz. Żadna z dziewczyn nie jest taka dobra, jak ty.
Czyli tak dochodowa. Zaśmiałam się srebrzyście i rzuciłam torebkę na łóżko.
– Już zapomniałam, jaki jesteś milutki.
Wyciągnęłam sobie papierosa z paczki ukrytej za koronką pończochy, kątem oka obserwując, jak Asakura pożera mnie wzrokiem. Jego intencje były tak oczywiste, że równie dobrze mógł je wypowiedzieć na głos. Odpaliłam i rozsiadłam się na łóżku.
– Kumiko ze mną przyjechała – powiedziałam zdawkowo.
Chciałam gładko przejść do rzeczy i jednocześnie sprowokować jego irytację. Udało się, bo twarz mu się wykrzywiła uwydatniając zmarszczki wokół oczu i w kącikach ust – teraz wyglądał na swój wiek.
– Ta mała kurewka nie ma czego tu szukać.To mówiło naprawdę wiele o jego stosunku do swoich pracownic. Zagotowałam się w środku, moja twarz pozostała jednak uprzejmą maską. Musiałam grać teraz głupią, ale wiedziałam, że zanim nadejdzie koniec, on przyzna się do tego, co robił.
– Och. Coś się stało, kiedy mnie nie było.
Wstał z fotela, obciągnął sobie t-shirt i zgasił fajkę w przepełnionej popielniczce. Na spodniach miał tłustą plamę, zapewne keczup wypłynął mu z hamburgera. Nigdy nie mogłam zrozumieć, w jaki sposób ktoś tak odpychający jak on mógł osiągnąć tak wiele w prostytucji – zbudował wręcz imperium. Dziewczyny lgnęły do niego, chciały pracować właśnie dla niego.
– Nie musisz się tym przejmować. Dla ciebie zawsze znajdzie się miejsce. – Oblizał usta. – Za odpowiednią przysługę.
Patrzył na mnie z obrzydliwą lubieżnością, podszedł do łóżka i stanął dokładnie przede mną. Wyraźnie chciał mnie przelecieć, po co te eufemizmy? Nie było czasu na zabawę w subtelności, on w każdej chwili mógł stać się zbytnio popędliwy, dlatego sięgnęłam przez materac po torebkę leżącą na drugim jego końcu i wyciągnęłam z niej dwie pozornie identyczne fiolki. Tylko ja mogłam widzieć różnicę, bo sama przygotowałam zawartość obu. Podałam mu jedną i uśmiechnęłam się tajemniczo.
– Co to jest?
To oczywiste, że nie wiedział, był przecież zwykłym człowiekiem, właściwie mniej niż człowiekiem, ale to akurat nie miało nic wspólnego z nie posiadaniem przez niego mocy magicznej. To mugolskie ścierwo już nigdy nie podniesie ręki na nikogo, w fiolce bowiem znajdowała się porcja niezwykle skomplikowanej trucizny o spowolnionym działaniu. Na tyle, by zdążył się napalić, a potem przyznać do wszystkiego.
– Chcesz się ze mną pieprzyć – powiedziałam wprost i spojrzałam mu w oczy. – A to sprytny australijski specyfik, który zwiększa doznania – skłamałam bez mrugnięcia.
Króliczek nie stronił od żadnych środków odurzających, wystarczyło powiedzieć mu dokładnie to, co chciał usłyszeć, a łykał wszystko. W myślach jęknęłam, och, to było za proste. Czułam, że coś pójdzie nie tak.
Uśmiechnął się i nie odrywając wzroku od okolic mojego biustu wychylił na raz zawartość fiolki. Żeby nie wzbudzać podejrzeń opróżniłam drugą buteleczkę, w której był zwyczajny eliksir uspokajający. Widziałam w jego oczach, że chce zedrzeć ze mnie sukienkę, zerknęłam na jego spodnie i spostrzegłam, ze jego penis był już tak nabrzmiały, że ledwo się w nich mieścił. Świetnie, o to chodziło. Rzucił się na łóżko i usiadł na mnie okrakiem. Śmierdział tanimi fajkami i raczej tandetną wodą po goleniu. Jego dłonie natychmiast powędrowały do zamka mojej sukienki, był tak natarczywy, że oczywiście rozerwał delikatny materiał, ale zupełnie się tym nie przejmował. Wykorzystałam ten moment, żeby znaleźć się na nim, chociaż wszystko we mnie krzyczało z obrzydzenia. Czułam pod sobą jego twardego penisa i zebrało mi się na wymioty. Spojrzałam prosto w jego silnie rozochocone oczy.
– Co jej zrobiłeś, Króliczku? Co zrobiłeś Kumiko?
Ciało pode mną najpierw się spięło, a sekundę później rozluźniło. Asakura patrzył na mnie zdezorientowany. Och, nie, nie wymkniesz mi się.
– Pierdoliłeś ją i lałeś, ty parszywa gnido, tak?
Wstrząsnął nim silny dreszcz. Teraz w oczach miał przerażenie.
– Lena, kurwa, o chuj ci chodzi?
Położyłam mu dłoń na gardle i nachyliłam się nad nim, a on zaczął ciężko oddychać. Wspaniale, trucizna zaczynała działać, jego twarz była teraz koloru papieru.
– Gwałciłeś ją, przyznaj się. – Mój głos był ostry. – Ile jeszcze dziewczyn oprócz niej skrzywdziłeś?
Tak bardzo w tym momencie nim gardziłam, że przestałam słyszeć w głowie Gilberta mówiącego, żebym tego nie robiła. Rozkojarzyłam się tylko na krótką chwilę, a Króliczek bez wahania wykorzystał sytuację. Musiałam źle obliczyć dawkę, nie było innego wytłumaczenia na to, jak odnalazł w sobie siłę. Oczy rozszerzyły mi się ze strachu, torebka ze spoczywającą w niej różdżką leżała zbyt daleko, bym mogła jej dosięgnąć. Uderzył mnie z dużą siłą prosto w twarz, przewrócił mnie gwałtownie na łóżko twarzą do materaca, podniósł mi biodra i podciągnął sukienkę. Cały czas mocno mnie przytrzymywał, nie mogłam się ruszyć.
– Ty pierdolona angielska dziwko – wysyczał wściekle i rozłożył mi nogi.
Krzyknęłam, ale to go nie powstrzymało. Usłyszałam dźwięk rozpinanego rozporka i zamarłam.
– Zerżnąłem ją tyle razy, ile miałem ochotę, a teraz zrobię to samo z tobą.
Wszedł we mnie brutalnie, aż poczułam ostry ból. Poruszył się kilkakrotnie szybko i mocno, potem zwolnił i nagle znieruchomiał.
– Co jest kurwa?!
Ale już nie zdążył się dowiedzieć. Poczułam tylko, że się ze mnie wyślizguje i zaraz potem padł w drgawkach na materac. Podniosłam się, żeby sprawdzić, czy na pewno nie oddycha. Oczy miał szeroko rozwarte w niemym szoku. Przycisnęłam dłoń do ust, by zdusić w sobie szloch. Byłam jednocześnie ogarnięta furią przez to, co mi zrobił i zrozpaczona przez to, co ja zrobiłam. Kolejny raz mam krew na rękach.
– Skurwiel – warknęłam do zwłok i natychmiast podążyłam do łazienki.
Skóra pod moim prawym okiem z każdą sekundą siniała, policzek miałam zaczerwieniony i opuchnięty, a dolną wargę rozciętą – sączyła się z niej z wolna cienka strużka krwi. Jak ja to teraz wytłumaczę Gilbertowi? Oddychałam ciężko i mocno, zaczynałam powoli wpadać w histerię. Obmyłam twarz zimną wodą i usilnie starałam się nie myśleć o tym, co tutaj zaszło, by nie zacząć od nowa panikować. Wróciłam do pokoju i złapałam różdżkę. Naprawiłam rozdartą sukienkę i wylewitowałam ciało Króliczka na fotel – nie miałam najmniejszego zamiaru i ochoty go dotykać. Nie wyglądał na ofiarę trucizny – świetnie, nikt nie może nawet przypadkiem mnie z tym skojarzyć. Oczyściłam starannie wszystko, czego dotykałam, łącznie z nim, zaklęciem, złapałam torebkę i zeszłam cicho do recepcji. Staruszek za kontuarem mnie nie widział i nie słyszał, zbliżyłam się zatem, stanęłam dokładnie za nim i wycelowałam różdżką w jego głowę.
– Obliviate.
Nikt nie może mnie pamiętać.
Deportowałam się z głośnym trzaskiem.
Kiedy otwierałam drzwi do mieszkania Kumiko, na dworze już świtało. Byłam zbyt otępiała, żeby wrócić od razu, siedziałam na schodkach do klatki przez godzinę, myśląc o tym czy to wszystko naprawdę było konieczne. Czy nie mogłam jej zwyczajnie odmówić? Czy zawsze muszę dokonywać złego wyboru? Wreszcie zamknęłam za sobą drzwi mieszkania i osunęłam się po ścianie na podłogę, podpierając się ręką o niską szafkę na buty. Zdaje się, że nerwy mi puszczały, a może to eliksir przestawał już działać? Zaczęłam spazmatycznie oddychać, nic nie widziałam przez łzy wypełniające moje oczy. Nie, nie żałowałam, że to zrobiłam. Pewnie zrobiłabym to samo jeszcze raz, gdyby tylko Kumiko znów mnie o to poprosiła. Żałowałam, że się pomyliłam, że dawka była za słaba. Brzydziłam się samą myślą, że był we mnie, że mnie dotknął, że nie byłam w stanie zrobić nic, by go powstrzymać, wreszcie, że różdżka była za daleko… Znów poczułam, że mnie mdli, biegiem ruszyłam do łazienki i natychmiast zwymiotowałam do sedesu. Podniosłam się z trudem, przepłukałam usta zimną wodą i spojrzałam w lustro. Wyglądałam koszmarnie, a najgorsze było to, że nie rozpoznawałam tych oczu, widziałam w nich pustkę. Nie chciałam być teraz sama, dlatego cicho weszłam do pokoju Kumiko i wsunęłam się pod kołdrę, co ją obudziło, bo poczułam, że się poruszyła. Podniosła głowę, a kiedy na mnie spojrzała, jej twarz wyrażała największe zaskoczenie.
– Lena, jak ty wyglądasz?
Pomyślałam sobie, ze chyba dokładnie tak, jak się czułam, o ile nie jeszcze gorzej. Zamknęłam na chwilę oczy.
– Nic się nie stało, śpij – oznajmiłam głosem drżącym z emocji.
Kumiko zrobiła zdezorientowaną minę. Nic z tego nie rozumiała, a ja nie chciałam jej tego opowiadać – była tylko jedna osoba, z którą mogłam podzielić się tą historią, tym całym towarzyszącym obrzydzeniem, bólem i wstrętem do samej siebie.
Bo nikt inny nie potrafiłby zrozumieć tego, że Tokio było już zamkniętym tematem w moim życiu. Że nie chciałam całe życie uciekać przed przeszłością, albo jeszcze gorzej – utknąć w niej. Musiałam ruszyć naprzód.
Kumiko pokiwała jedynie głową, odwróciła się do mnie tyłem i prawie natychmiast pogrążyła się w dalszym śnie. Ja wtuliłam twarz w jej plecy i wdychając zapach kwiatu wiśni – jej ulubionego szamponu do włosów – rozpłakałam się na dobre, bo dotarło do mnie, kim się stałam, chociaż to nie był pierwszy raz. Trucicielką. Zabójczynią.
Dlaczego powiedziałam Kumiko, że nic się nie stało? Dlaczego jej nie powiedziałam, że zrobił mi to samo, co robił jej? Znów poczułam w żołądku mdłości, zdusiłam to jednak w sobie. Wierzchem dłoni otarłam łzy z policzków. Pomyślę o tym jutro.
Bo jutro będę już w Australii. I nie będzie mnie dzielić kilka tysięcy mil od jedynej osoby, z którą teraz chcę porozmawiać.

01. Króliczek Asakura

02.

― Lena, wyłaź wreszcie.
Charlie stała przed drzwiami sypialni siostry i bezskutecznie dobijała się do środka. Cała ta sytuacja już przestała ją śmieszyć. Skoro Helena chciała jej pomocy, to niechże coś zrobi w tym kierunku.
Znów zastukała do drzwi i tym razem, ku zdziwieniu blondynki ukazała się w nich Lena. Włosy miała rozczochrane, jakby nie myła i nie czesała ich przez całe święta, pod zapuchniętymi oczami widniały cienie, a ubrania były wygniecione.
― Na Merlina, jak ty wyglądasz?
Ta w odpowiedzi wzruszyła jedynie ramionami i wróciła do swojego pokoju, a Charlie natychmiast podążyła za nią.
Pomieszczenie było w opłakanym stanie. Ubrania porozrzucane dosłownie wszędzie, na biurku kilka kubków po wypitej herbacie prosiło się o umycie. Półki pokrywała pokaźna warstewka kurzu, śmieci wysypywały się z kosza, a pościel na łóżku zwinięta była w trąbkę. W całym pokoju unosił się nieprzyjemny zapach lekkiej stęchlizny, jakby nie wietrzono tutaj co najmniej przez tydzień.
Helena usiadła na pufku, Charlie zajęła drugi i spojrzała starszej siostrze prosto w oczy.
― No i co się tak gapisz? ― zapytała Lena wojowniczo.
― Gapię się, bo przydałoby mi się więcej szczegółów.
Helena nie wydawała się skora do rozmowy.
― I po co ci to?
Charlie nie mogła się nadziwić, jak jej siostra może tak bagatelizować sprawę, która miała dla niej kolosalne znaczenie. Przecież kiedy do niej przyszła, była zdruzgotana. Tymczasem nazajutrz miały wracać do Hogwartu, a informacji jak na lekarstwo.
― Daj mi papierosa.
Blondynka przewróciła oczami.
― Rodzice jeszcze nie śpią.
― Jestem pełnoletnią czarownicą, zapomniałaś? ― Lena sięgnęła po leżącą na biurku różdżkę, wycelowała ją w drzwi i rzuciła niewerbalne zaklęcie.
Charlene nie miała bynajmniej zamiaru tak łatwo się poddać. Założyła ręce na piersi i spojrzała na siostrę badawczo.
― Dostaniesz fajkę, jak zaczniesz mówić.
Przez chwilę walczyły na spojrzenia, wreszcie jednak Helena się poddała. Wzięła od siostry papierosa, wsunęła go między wargi i rozejrzała się gorączkowo w poszukiwaniu zapalniczki.
― Właściwie nie ma o czym opowiadać ― zaczęła niby to zdawkowo. ― Umówiliśmy się parę razy wieczorem na spacer, raz nawet poszliśmy do Hogsmeade.
Dla Charlie wyglądało to jak najzwyklejszy podryw – tysięczna zdobycz najbardziej pożądanego osobnika płci brzydszej. Postanowiła jednak nie przerywać Lenie.
― Opowiadał mi jaka to ja jestem piękna, jak się różnię od tych wszystkich dziewczyn, które się do niego kleją. Że tylko ja go tak naprawdę rozumiem. ― Teraz głos Heleny przepełniony był goryczą. ― A potem go zobaczyłam z tą… tą Gryfonką.
Odwróciła głowę w stronę okna i w ten sposób Charlie zrozumiała, że nic więcej się nie dowie.
― W dniu, w którym jechaliśmy do domu, Mary wypłakiwała się w rękaw Evans ― poinformowała Charlie.
Helena udawała, że te słowa nie zrobiły na niej najmniejszego wrażenia. Charlie tymczasem wstała i skierowała się do drzwi.
― Cokolwiek by się działo, ty o niczym nie wiedziałaś. Jasne? ― Charlene patrzyła na siostrę dopóki ta nie przytaknęła. ― I wyrzuć już tego peta, bo palisz filtr.
I wyszła.
Paręnaście minut później, już leżąc w łóżku, Charlie analizowała plan, który ułożyli z Nickiem przy pomocy Cassie. Ustalili, że udawanie głupiej nie zainteresuje Syriusza na tyle, by zaangażował się bardziej niż przy którymkolwiek swoim podrywie. Nie, jego trzeba zaintrygować czymś tak, by nie mógł wyrzucić myśli o niej z głowy. Najprostszym byłoby uwieść go i porzucić, ale taka zemsta nie stanowiłaby odpowiedniej rekompensaty dla Heleny, dlatego trzeba go wciągnąć w iluzję czegoś prawdziwego. Charlie jednak miała lekkie wątpliwości czy uda jej się grać tak sugestywnie, by Black nabrał się, że faktycznie coś do niego czuje, że to rzeczywiście jest relacja inna, niż wszystkie, jakich do tej pory doświadczał. Dopiero wtedy, gdy uwierzy, można zadać ostateczny cios i ujawnić, że to wszystko było jedynie farsą mającą na celu upokorzenie go na oczach innych uczniów.
Cassie przekonywała ją, że to wcale nie takie trudne. Wystarczy zagrać trochę niedostępną, niby zajętą pracą domową czy inną głupotą – jak rysowanie – a potem powiązać to z jego hobby. Nick z kolei podsunął, że dobrze byłoby, gdyby spędzili razem trochę czasu. I tu właśnie pojawił się pomysł wciągnięcia Syriusza w szlaban. Ale w jaki sposób wpakować w kłopoty jednego z czterech największych rozrabiaków w całej szkole? Przecież on na pewno wszędzie miał kontakty i czujki, które w razie czego bardzo szybko go powiadomią – inaczej nie udałoby mu się tyle razy wywinąć.
Charlie pomyślała, że najlepszym miejscem na rozpoczęcie akcji byłoby Hogsmeade – neutralny grunt, na którym żadne usprawiedliwienie nie wzbudzi niepożądanych wątpliwości. Pozostało tylko porozmawiać z tymi dwiema Gryfonkami, które miały opowiedzieć im o zwyczajach Syriusza.

***

Następnego dnia wieczorem uczniowie siedzieli już wygodnie w swoich pokojach wspólnych ze skwaszonymi minami – w końcu jutro rozpoczynały się zajęcia. Charlie zaraz po wejściu do salonu podeszła do tablicy z ogłoszeniami, by dowiedzieć się daty następnego wyjścia do Hogsmeade. Cóż, dyrekcja szkoły była całkiem łaskawa dając możliwość odwiedzenia wioski już w drugi weekend po powrocie do Hogwartu. Blondynka wymieniła porozumiewawcze spojrzenia z Nickiem i rozsiadła się na ulubionej kanapie przy oknie. Celia opadła na siedzenie tuż obok niej. Przerwa świąteczna wyraźnie zadziałała pozytywnie na nastawienie panny Stone do przyjaciół, jednak temat kontrowersyjnej pomocy starszej siostrze Charlene musiał w końcu wypłynąć.
― No dobra, cóż się roi w tej twojej głowie, Charlie? ― zapytała zdawkowo. ― Znam cię i wiem, że na pewno nie próżnowałaś podczas świąt.
Charlie oparła się głową o ramię przyjaciółki, nogi zarzuciła na poręcz fotela, w którym siedział Nick i roześmiała się. Zawsze to robiła, kiedy chciała rozładować napiętą atmosferę. Albo uniknąć mówienia o czymś, czego Celia nie powinna wiedzieć. A już na samym początku ustalili z Humphreyem, że nie będą jej mieszać do tego planu.
― Uwierz mi, lepiej, żebyś nie wiedziała.
Nie robili tego, by rozzłościć Celię. Chcieli chronić ją i po części siebie, bo gdyby jakimś cudem się dowiedziała i zachowała to dla siebie, mogłaby mieć kłopoty, a oni dobrze wiedzieli, jak bardzo ceniła sobie swoją błyszczącą odznakę prefekta.
― A Milesowi podobało się to magiczne jojo, które wybrałyśmy dla niego u Zonka?
Charlie odetchnęła, że rozmowa zeszła na bezpieczny temat i bez reszty pogrążyła się w opowieści o swoim czteroletnim braciszku. Miles, jako że był najmłodszy, stał się oczkiem w głowie całej rodziny. Wszyscy rozpieszczali go z całych sił, jednak Charlene zdecydowanie w tym przodowała. Zawsze miała dla chłopca jakieś magiczne łakocie lub śliczny obrazek, które ten zawsze przywieszał z uporem maniaka na tablicy nad swoim łóżkiem, a że szybko się nudził, siostra musiała dostarczać mu jak najczęściej coraz to ciekawsze rysunki, które dostawał sową pożyczoną od Nicka raz w tygodniu.
Wreszcie Celia zrobiła się na tyle śpiąca, że zdrzemnęła się chwilkę na kanapie zanim Nick wygonił ją do dormitorium. Szatynka lekko się ociągała, jednak wreszcie potrzeba snu zwyciężyła i powlokła się do sypialni. Charlie przez moment uważnie wpatrywała się w przyjaciela. Wciąż nie mogła zrozumieć, dlaczego zwyczajnie nie zawalczy o Celię, przecież istniała szansa, że się uda, właściwie nawet całkiem spora.
― Czemu po prostu jej nie powiesz? ― zapytała, zanim zdążyła ugryźć się w język. Nick był przewrażliwiony na tym punkcie i nie znosił, kiedy Charlene mu to wypominała.
― Czemu po prostu nie przestaniesz się czepiać? ― odpowiedział zgryźliwie.
Charlie wyprostowała się i zaczęła bawić się kosmykiem swoich włosów.
― Bo jesteście, do cholery, moimi przyjaciółmi. Chcę, żebyście byli szczęśliwi. ― Założyła nogę na nogę, co zazwyczaj oznaczało, że nic więcej na ten temat nie doda. W każdym razie nie dziś. Rozejrzała się niedbale po pokoju wspólnym i jej wzrok znów spoczął na nim. ― Słuchaj, pożycz mi Zeusa. Teraz.
Nicholas zamrugał szybko, ale nic nie powiedział.
― Trzeba jak najszybciej skontaktować się z tymi Gryfonkami. Zwyczajnie wyślemy im sowę ― wyjaśniła i zaczęła grzebać w leżącej na podłodze torbie w poszukiwaniu kawałka pergaminu i pióra. Zerknęła w międzyczasie na wielki zegar wiszący nad kominkiem. ― Jeszcze wcześnie, zdążę wysłać.
Nick westchnął i złapał ją za rękę.
― Jest po dziesiątej. Zdążysz najwyżej złapać szlaban.
― Ale napisać mogę teraz.
Skreśliła zgrabnie kilka zdań, podpisała i zapieczętowała. Nie była pewna, czy pojawi się w zaproponowanym miejscu chociaż jedna z nich, ale musiała zaryzykować.
― Charlie, tyle rzeczy może nie wypalić. Jeszcze możemy się wycofać.
― Już za późno ― oznajmiła. ― A kiedy to wszystko się skończy, osobiście dopilnuję, żebyś wreszcie porozmawiał poważnie z Celią.

***

― W bibliotece? Zorganizowałaś spotkanie w bibliotece?
Charlie tylko prychnęła i pociągnęła Nicka za rękę do środka. Poprowadziła go do najbardziej odosobnionego stolika i zarazem odgrodzonego regałem z książkami poświęconymi eliksirom od kontuaru panny Pince. Była to młoda kobieta, jednak jej twarz przypominała sępa, a okulary o kocim kształcie tylko dopełniały tego obrazu.
― To przecież oczywiste ― powiedziała wreszcie Charlie, gdy zajęli już miejsca. ― Najciemniej pod latarnią. Kto się niby będzie spodziewał knucia niecnych planów w bibliotece?
Nick odetchnął z ulgą i wlepił wzrok w drzwi wejściowe, które były stąd zaskakująco dobrze widoczne. Zerknął ukradkowo na zegarek – już za chwilę miały się pojawić i rzeczywiście w tym momencie w wejściu stanęły dwie Gryfonki i zaczęły rozglądać się po pomieszczeniu. Gdy dostrzegły dwójkę Puchonów, szybko podeszły i zajęły miejsca po drugiej stronie stolika. Pierwsza z nich była wysoka, szczupła, miała intensywnie zielone oczy w kształcie migdałów, regularne rysy twarzy, a z tłumu wyróżniała ją kaskada ciemnorudych włosów. Druga, nieco niższa, o włosach w odcieniu piasku ocierała ukradkowo błękitne, lekko zapuchnięte oczy, co odejmowało jej trochę urody, jednak nie sposób zaprzeczyć, że była zwyczajnie bardzo ładna.
Charlie wyprostowała się i odchrząknęła – przedstawienie czas zacząć.
― No cóż, nie znamy się, ale mam nadzieję, że nam pomożecie. To jest Nick, ja jestem Charlie.
Rudowłosa dziewczyna niespokojnie się poruszyła.
― Tyle wiemy z listu, który przysłałaś. Jestem Lily, a to Mary. Szalenie nas interesuje wasza paląca potrzeba poszerzenia wiedzy na temat Blacka.
Na dźwięk tego nazwiska Mary drgnęła, jednak nic nie powiedziała. Widocznie uzgodniły to między sobą przed przyjściem.
― Wierzę, że może nam przyświecać ten sam cel ― oznajmiła Charlie spoglądając na Mary.
― Doprawdy? ― zapytała Lily. ― Nawet go dobrze nie znasz, nas zresztą też.
Na taką odpowiedź Puchonka czekała.
― Moja siostra poznała go wystarczająco dobrze. Zdaje się, że Mary również.
Na chwilę zapadła głęboka cisza. Policzki Lily Evans lekko poróżowiały i wymieniła szybkie spojrzenie z przyjaciółką.
― Znów to zrobił, tak? ― Tym razem odezwała się Mary.
Puchoni równocześnie przytaknęli.
― Chcemy go troszkę… utemperować. Obiecałam to siostrze. Pomożecie nam?
Obie Gryfonki uśmiechnęły się z satysfakcją.
― Och tak ― powiedziała Lily. ― Z przyjemnością powiemy wam wszystko.
Nick natychmiast chwycił za pióro i zaczął skrupulatnie notować każde ich słowo.
Wieczorem oboje analizowali wszystkie notatki o Syriuszu i dopracowywali szczegóły planu. Pokój wspólny był już niemal wyludniony, jedynie kilkoro piątoklasistów ślęczało nad jakimiś wyjątkowo problematycznymi zagadnieniami do sumów.
― Kobieciarz, dobra, to już wiedzieliśmy wcześniej.
― Tak ― przytaknęła panna Dawson. ― Ale teraz wiemy, że raczej nie powtarza swoich zagrywek. Musimy być kreatywni.
― Ty już jesteś kreatywna za nas oboje ― odpowiedział Nick i wskazał na notatki, które w prawie każdym wolnym miejscu pokryte były jakimś malutkim obrazkiem.
― Przywyknij ― zasugerowała z uśmiechem. ― No dobrze, ta jego banda jest dla niego ważna, trzeba będzie ich rozdzielić.
Humphrey przyglądał się przez chwilę jakiemuś słowu na pergaminie.
― Mam tu napisane „skrzywiony”.
Charlie uderzyła się otwartą dłonią w czoło.
― Och, tak! Chodzi o rodzinę, jako jedyny trafił do Gryffindoru. Nie wspominać o tym ― wyjaśniła.
Na chwilę Charlie pogrążyła się we własnych myślach. Black zdecydowanie miał w sobie jakiś rys arystokraty, nawet jeśli Evans mówiła, że nie chce się do tego przyznać. Z tym musieli obejść się naprawdę ostrożnie, zraniona męska duma mogła pokrzyżować wszystkie ich misterne plany i przygotowania.
― Evans powiedziała, że upewnią się, że Black na pewno w ten weekend pójdzie do Hogsmeade. Myślisz, że się nabierze na tę ściemę z randką w ciemno? ― Głos Nicka pełen był wątpliwości.
Charlie skrzywiła się lekko i westchnęła.
― Miejże trochę wiary ― upomniała przyjaciela. ― Twoje jedyne zadanie to napuścić na nas woźnego, nabieranie zostaw mnie.
Humphrey przytaknął i znów pogrążył się w notatkach. Mieli już zaplanowany praktycznie każdy szczegół, byli gotowi na każdą ewentualność, jednak wciąż czuł w sobie jakąś dozę niepewności. Może ten dyskomfort wynikał z faktu, że tak się czaili przed Celią? Potrząsnął głową, nie chciał teraz nad tym się zastanawiać, musiał całkowicie się skupić na tym, by jak najlepiej pomóc Charlie.
Następnego dnia po lekcjach Charlene chodziła nachmurzona jak chmura gradowa. Profesor Robinson zadał im wyjątkowo paskudne wypracowanie o klątwach, a ona chciała wolny czas po południu przeznaczyć na dopieszczanie swojej intrygi. Z zasępioną miną skręciła w kierunku biblioteki, która o tej porze zwykle była zatłoczona – kolejny powód, by zdenerwować się jeszcze bardziej. Jedyne wolne miejsce było przy stoliku obok okna, który zajmował jakiś Krukon. Charlie niewiele myśląc, za to sporo w głębi duszy narzekając, podeszła i bez słowa usiadła. Wygrzebała z torby czystą rolkę pergaminu, pióro, atrament oraz podręcznik i starannie wykaligrafowała tytuł wypracowania – Różnice między klątwami a zwykłymi czarnomagicznymi zaklęciami i sposoby obrony przed nimi. Wcześniej już studiowała trochę to zagadnienie, dlatego czym prędzej zabrała się do pisania wstępu, jednak po kilkunastu minutach, gdy już dotarła do sedna problemu, zwyczajnie się zacięła. Otworzyła książkę i zaczęła gorączkowo przeglądać kolejne strony w poszukiwaniu pomocy, jednak na próżno. Oparła głowę o stolik i przymknęła oczy marząc, by znikąd spłynęło na nią natchnienie.
― Kryterium podziału to intencje rzucającego zaklęcie ― usłyszała tuż przy swoim uchu i zaskoczona aż podskoczyła. ― Spokojnie, chciałem tylko pomóc.
Ostrożnie podniosła wzrok na twarz Krukona siedzącego przy jej stoliku. Uśmiechał się niepewnie, jego błękitne, błyszczące oczy lustrowały ją, a prawa ręka nieświadomie mierzwiła przydługie włosy w odcieniu rudawego blondu.
― Wydawało mi się, że to nieładnie zaglądać damie przez ramię ― zauważyła całkiem przytomnie jak na szok, którego przed chwilą doznała.
Chłopak speszył się lekko, a jego policzki poróżowiały.
― Możliwe, ale wyglądało na to, że utknęłaś ― usprawiedliwił się już bez cienia zażenowania. ― Jestem Charles Barker, zdaje się, że chodzimy razem na obronę przed czarną magią. ― Tu wskazał na swój podręcznik, który otwarty byl na tym samym rozdziale, co jej własny. ― Możesz mówić mi Charlie, a ty jesteś?
― Charlene Dawson, ale też możesz mówić Charlie. Nawet powinieneś.
Charles spojrzał na nią szeroko otwartymi oczami.
― Twoi rodzice mają poczucie humoru ― przyznał z uśmiechem.
― Przywykłam ― odparła blondynka. ― Cóż, skoro tyle wiesz o tych klątwach, może skrócisz moje męki i mi pomożesz?
Krukon gestem nakazał jej, by zaczekała, wstał i zniknął między regałami. Po kilku minutach wrócił taszcząc ze sobą wyjątkowo dużą książkę, którą rzucił na stolik z taką siłą, że wzbił się w powietrze tuman kurzu.
― Nie dam ci samej utknąć z tymi klątwami do przyszłego tygodnia.
Charlie uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością i otworzyła księgę w poszukiwaniu przydatnych informacji. Charles wrócił do swojego wypracowania, jednak po chwili przerwał.
― Skąd właściwie takie nietypowe imię?
Blondynka drgnęła ze zdenerwowania. Ta kwestia spędzała jej sen z powiek, dlatego nikt nie zwracał się do niej pełnym imieniem.
― Moja matka ― zaczęła powoli ― bardzo lubi zaczytywać się w tandetnych romansach. Dlaczego nie mogła mnie nazwać po prostu Charlotte? Przecież tak samo się skraca!
Z tej całej ekspresji na samym środku jej wypracowania wykwitł dorodny kleks. Westchnęła i ściągnęła go prawie natychmiast różdżką.
Charles tymczasem wolał nie odpowiadać, gdyż nie chciał sprowadzić na siebie złości jeszcze większej, niż w ogóle poruszenie tematu imienia, dlatego znów pochłonęło go wypracowanie. Panna Dawson z kolei nie otrzymawszy odzewu, również skupiła się na zadaniu.

***

Wielkimi krokami zbliżał się dzień wyznaczony na wyjście do Hogsmeade. Napięcie rosło, mnożyły się też wątpliwości, jednak Charlie była nieugięta, ilekroć Nick choćby wspomniał o możliwości wycofania się, ona natychmiast dusiła ten pomysł w zarodku. Tymczasem Celia w ogóle nie chciała na ten temat rozmawiać, a w szczególności z Nickiem. Omijała go szerokim łukiem, co tym bardziej go irytowało, gdyż panna Stone nie miała większych oporów przed spędzaniem czasu w towarzystwie Charlie.
— Wykończy mnie ta dziewczyna — mruknął w wieczór poprzedzający ich szatański plan.
Charlie jak zwykle wylegiwała się w poprzek kanapy ze szkicownikiem na kolanach i bezmyślnie coś bazgrała. Gdy wreszcie słowa przyjaciela do niej dotarły, drgnęła lekko i podniosła leniwie głowę.
— Mówiłam ci sto razy, żebyś jej powiedział.
Nick cały się najeżył.
— Nic jej nie będę mówił! — wrzasnął zirytowany, a grupka drugoroczniaków, którzy w najlepsze grali w gargulki w kącie salonu, spojrzała na niego ze zdziwieniem.
Charlie westchnęła zrezygnowana.
— Jesteś taki sam, jak twoja matka. Jak już się na coś uprzesz, to nawet za całe złoto Gringotta nie zmienisz zdania.
Humphrey zesztywniał. Niewiele wiedział o tym, jaka była jego matka w Hogwarcie, znał tylko tę część historii, w której zrezygnowała w ogóle z używania swoich mocy. Pani Humphrey dobrowolnie wyrzekła się różdżki, poślubiła mugola i usilnie starała się zapomnieć o fakcie, że coś takiego jak magia w ogóle istniało, ale jednej rzeczy nie przewidziała. Urodził jej się syn, który moc odziedziczył.
— A co ty możesz o tym wiedzieć?
— Znamy cię całe życie. Myślisz, że nie zdążyłam się na niej poznać? — Puściła mu oko, wyczuwając, że się zdenerwował. — Ojciec mi opowiadał. Oboje byli Puchonami, prawda?
Nick szybko zamrugał, chociaż nie chciał dać po sobie poznać, że nie miał o niczym najmniejszego pojęcia. Niestety, Charlie to dostrzegła i bez trudu poprawnie zinterpretowała.
— Och.
— No właśnie — odpowiedział powoli. — Och
Blondynka lekko się zmieszała. Nie chciała się wtrącać w jego sprawy rodzinne, ale z drugiej strony to był przecież Nick, jej najlepszy przyjaciel od kołyski, zawsze nierozłączni i nawzajem zawsze znali na wylot swój tok myślenia i punkt widzenia. Bez problemu mogli przewidzieć swoje reakcje i dlatego właśnie dziewczyna tak sobie tę więź ceniła.
— Nick… — zaczęła cicho.
— Tak, tak, wiem, przywyknij! — krzyknął i wstał. — Idę spać, zobaczymy się jutro, tylko bądź gotowa.
Po tych słowach odwrócił się i podążył w stronę korytarza prowadzącego do męskiego dormitorium. Charlie przez chwilę siedziała jak wryta, jednak szybko otrząsnęła się z transu.
— Hej, Nick! — zawołała zanim zdążył złapać za klamkę. — Tym razem nie udało ci się zgadnąć, co myślę. Chciałam powiedzieć, że mi przykro.
Humphrey wciąż stał do niej tyłem, przez chwilę nawet mogło się wydawać, że się odwróci, jednak w końcu zniknął za drzwiami.
— Zdaje się, że to ja będę musiała przywyknąć — westchnęła Charlie i również powlokła się do swojej sypialni.
Tej nocy panna Dawson naprawdę źle spała. Zazwyczaj nie miała z tym problemów, nie odkąd przestały ją dręczyć koszmary, że dostała trolla z historii magii. Teraz jednak sumy były już za nią, a ona do późnej nocy rzucała się z boku na bok, aż wreszcie obudziła się z wrzaskiem, gdyż przyśnił jej się Nick rzucający w nią tortem kremowym, przy czym śmiał się jak opętany i wrzeszczał do niej: Przywyknij! Przywyknij! Kiedy rankiem spojrzała w lustro i ujrzała okropne cienie pod oczami, po raz pierwszy w życiu przejęła się tym, jak wygląda. Przecież miała dziś wyglądać tak, by zwalić Blacka z nóg! Przez pewien czas biła się z myślami, aż w końcu postanowiła pójść po pomoc do Heleny. Ta oczywiście była wniebowzięta, marzyła o tym, by wystylizować siostrę odkąd zaczęła się interesować eliksirami kosmetycznymi. W parę chwil doprowadziła cerę Charlie do normalnego wyglądu i niechętnie wypuściła ze swojego dormitorium. Wychodząc do pokoju wspólnego zdeterminowana, by wcielić swój plan w życie, wpadła na Nicka.
— Jak leziesz, Dawson?
Po tych słowach już wiedziała, że jakoś się dogadają.
— Jak t y leziesz, Humphrey? — roześmiała się.
Nick spojrzał gdzieś ponad ramieniem przyjaciółki.
— Celia nie idzie? — zapytał, a Charlie potrząsnęła głową.
— Obiecałam jej, że napiszę za nią to wypracowanie z historii magii — odpowiedziała. — Po prostu jadła mi z ręki.
Nick tylko kiwnął głową i gestem wskazał przyjaciółce wyjście z salonu.
Po dłuższym spacerze, podczas którego nerwowo próbowali uzgodnić ostatnie szczegóły planu, dotarli wreszcie do wioski i nie tracąc czasu skierowali swoje kroki w kierunku pubu Pod Trzema Miotłami. Dziewczyna rzuciła przyjacielowi lekko zdenerwowane spojrzenie.
— Evans powiedziała, że będą tutaj około trzynastej — oznajmił uspokajającym głosem Nick.
Charlie pokiwała głową i pomyślała, że papieros teraz na pewno by jej pomógł, ale w tej chwili zauważyła w oddali cztery zaśmiewające się głośno postacie. Szturchnęła Nicka, wskazała mu głową kierunek i uśmiechnęła się.
— Do dzieła — szepnął Humphrey i pchnął ją lekko w stronę zbliżających się Gryfonów.
Puchonka wzięła dwa głębokie wdechy i ruszyła. Była ekstremalnie skoncentrowana na swoim celu, który zbliżał się i zbliżał śmiejąc się głośno z dowcipu, który opowiedział mu jego przyjaciel w okularach. Przydługie czarne włosy Blacka powiewały na wietrze razem z czerwono-złotym szalikiem. Kurtkę miał nonszalancko rozpiętą, jakby niska temperatura w ogóle mu nie dokuczała. Nagle Syriusz przystanął i zaczął grzebać w kieszeniach i w tym właśnie momencie Charlie dostrzegła swoją szansę. Skoczyła prosto na niego, zarzuciła mu ręce na szyję i pocałowała prosto w usta.
— Hej! — krzyknął zdziwiony Gryfon. — Czy my się znamy?
— Ty jesteś Luke? — zapytała niewinnym głosem, wymyślając imię na poczekaniu. — Nasi przyjaciele nas umówili…
Syriusz spojrzał na nią ze zdziwieniem, ale nie było w tym wrogości, w jego szarych oczach czaiła się odrobina ciekawości.
— Jestem Syriusz, a ty zdaje się z kimś mnie pomyliłaś.
Dziewczyna rozszerzyła oczy w udawanym zakłopotaniu i zakryła usta dłonią. Zerknęła na przyjaciół Syriusza — wszyscy jednak zniknęli z pola widzenia we wnętrzu pubu.
— Przepraszam, musiałeś pomyśleć, że zwariowałam, co za upokorzenie…
I ukryła twarz w dłoniach. Chłopak natychmiast rzucił się, by ratować sytuację. Dotknął delikatnie jej ramienia, a ona drgnęła i podniosła głowę.
— Mój przyjaciel — zaczęła i wskazała gestem oddalającego się Nicka — uważa, że jestem trochę… samotna. Dlatego umówił mi randkę w ciemno, a ja jak zwykle wszystko pomyliłam…
Usta Gryfona rozciągnęły się w uśmiechu. Ta nieporadna Puchonka wzbudziła w nim jakąś nić sympatii.
— Słuchaj — powiedział głębokim, aksamitnym głosem, którego zdaniem Charlie używał, by bałamucić naiwne koleżanki. — Może przyłączysz się do nas? Jestem pewien, że moi kumple nie mieliby nic przeciwko…
Dziewczyna potrząsnęła głową, ale Syriusz nie dał jej powiedzieć ani słowa.
— No przecież muszę jakoś ci wynagrodzić to, że nie jestem Luke.
Charlie zaśmiała się krótko — wpadał prosto w zastawione na niego sidła. Nawinęła niewinnie pasmo włosów na palec i zagryzła wargę.
— Nie, muszę go poszukać — odpowiedziała doskonale grając rozdartą między obowiązkiem wobec przyjaciół a chęcią spędzenia z nim popołudnia. — Ale… moglibyśmy spotkać się wieczorem.
Jego szare oczy rozbłysły.
— W takim razie sowiarnia? O dziesiątej?
Charlie pokiwała entuzjastycznie głową w odpowiedzi, posłała mu szeroki uśmiech i odbiegła w stronę Miodowego Królestwa, gdzie miał na nią czekać Nicholas. Jak dotąd wszystko szło zgodnie z planem.

02.

01.

Na pierwszy rzut oka panny Dawson różniły się całkowicie. Wiele osób, gdyby nie wiedziało, że to siostry, wcale by się tego nie domyśliło. Helena miała ciemne włosy i piwne oczy, a jej sylwetka swoimi kształtami przykuwała męski wzrok, tymczasem Charlene była blondynką o oczach barwy czekolady. Jej figury raczej nie dało się nazwać kobiecą, chyba że miało się na myśli zbyt szczupłe biodra i wystające obojczyki. Ten brak podobieństwa do siostry wcale Charlie nie przeszkadzał, w ciągu sześciu lat nauki Helena zdążyła bowiem utracić w jej oczach zaszczytne miano autorytetu. Dlatego, choć w dzieciństwie były niemal nierozłączne, teraz Charlene cieszyła się, że nie musiała spędzać czasu ze starszą siostrą.
Tego grudniowego popołudnia Helena zrobiła coś, czego zaprzestała w okolicach swojego trzeciego roku w Hogwarcie, jednak poczuła, że nie miała innego wyjścia. Podniosła drżącą rękę i zapukała do drzwi dormitorium dziewcząt z szóstego roku, a kiedy usłyszała dźwięczne proszę, weszła do środka i  zalała się łzami.
Charlie – przykryta żółtym kocem z wyszytym w rogu godłem Hufflepuffu – siedziała na szerokim parapecie otwartego na oścież okna. Na widok siostry niechętnie zgasiła niedopalonego papierosa i pozbyła się go zaklęciem. Założyła za ucho niesforny kosmyk blond włosów i westchnęła – rozmowy z Heleną nie należały do jej ulubionych rozrywek.
― Co się stało? ― zapytała zmęczonym głosem, po czym odrzuciła koc na łóżko, zeskoczyła zgrabnie z parapetu i usiadła na kufrze.
Helena wyglądała wręcz koszmarnie – łzy rozmazały jej makijaż, dlatego teraz po policzkach płynęły jej dwie ciemne strużki, nos miała zaczerwieniony od ciągłego wydmuchiwania w chusteczkę, a włosy, zazwyczaj ułożone w ładne loki, były rozczochrane i lekko wilgotne przy twarzy. Stłumiła jednak w sobie kolejny szloch, by przemówić.
― Ale nie będziesz ze mnie się śmiać?
Charlie przewróciła oczami. Jej siostra zawsze robiła wielką aferę z byle czego, ale nigdy jeszcze nie przyszła z problemem do niej. Helena dobrze wiedziała, że blondynka miała dość tego, że nieustannie musiała jej matkować. Teraz jednak młodsza panna Dawson była zaciekawiona, dlatego gestem zachęciła brunetkę, by kontynuowała.
― Bo Syriusz…
― Merlinie, znowu ten Syriusz! ― zdenerwowała się Charlie. Mogła się domyślić, że znów chodziło o niego. ― Nie dość się nagadałaś o nim latem?
― N-nie o to chodzi! ― zawyła Helena, co tak zaskoczyło jej siostrę, że otworzyła szeroko usta i oczy ze zdziwienia. ― On mnie oszukał! Mówił, że będziemy zawsze razem, a ja mu wierzyłam! Ale dzisiaj zobaczyłam, że na piątym piętrze całował się z Mary MacDonaaaaaaald!
Charlene wpatrywała się uparcie w siostrę i nie wiedziała, co zrobić. Dlaczego właściwie przyszła do niej, a nie do jednej ze swoich przyjaciółek?
― Och, Leno ― zaczęła protekcjonalnym głosem, podeszła do okna i otworzyła je szeroko. ― Przecież wiedziałaś, jaki on jest.
Helena otarła łzy rękawem szkolnej szaty, co spowodowało, że teraz całe policzki miała usmarowane tuszem do rzęs.
― Daj mi papierosa ― powiedziała władczo, widząc, że blondynka wyciąga paczkę ze skrytki w podstawce naftowej lampy ustawionej na szafce nocnej. ― Pewnie, że wiedziałam ― kontynuowała, nieporadnie próbując podpalić papierosa różdżką ― ale myślałam, że dla mnie się zmieni… ― przerwała i zakrztusiła się dymem, który właśnie wciągnęła do płuc.
Charlie uśmiechnęła się na widok siostry z papierosem w dłoni.
― Powinnam chyba… ― Lena znów zakasłała. ― Jak to ty mówisz? Przywyknąć?
― Tak ― potwierdziła Charlene. ― Ale nie rozumiem, czego właściwie ode mnie chcesz?
W oczach Heleny zabłysły złowrogie iskierki.
― Chcę się na nim zemścić ― wyznała. ― Pomożesz mi?
A kiedy Charlie, całkowicie zaskoczona, pokiwała głową, Lena uśmiechnęła się, zniszczyła różdżką niedopałek papierosa i opuściła dormitorium Puchonek z szóstego roku.

***

Popołudnie ciągnęło się niemiłosiernie. Charlie siedziała w pokoju wspólnym Puchonów w zrelaksowanej pozie w fotelu przy okrągłym oknie i obserwowała dwójkę swoich przyjaciół, którzy wspólnie odrabiali pracę domową na historię magii. Sama już dawno miała ją skończoną – ten przedmiot był jej konikiem. Teraz jej myśli zaprzątała zupełnie inna sprawa. Charlie poprawiła nerwowo szeroką, czarną wstążkę, którą wplatała w jasne włosy, jakby była opaską i westchnęła. W jaki sposób ma pomóc Helenie? Wiedziała, że siostra oczekiwała jakiegoś spektakularnego przedstawienia, które upokorzyłoby Syriusza Blacka w taki sposób, by już nigdy nie zapomniał, kim była. Charlene nie miała jednak żadnego pomysłu i nie wiedziała, jak w ogóle powinna się do tego zabrać. Z pewnością potrzebowała planu, dobrego planu.
Rozejrzała się po salonie w poszukiwaniu inspiracji, jednak nieliczni obecni co do jednego mieli nosy utkwione w podręcznikach lub wodzili nimi po pergaminach, poprawiając błędy w wypracowaniach. Puchonów cechował perfekcjonizm, każda kropka musiała być idealna, w końcu tak się napracowali, a nie każdy miał wrodzoną mądrość, jak uczniowie z Ravenclawu. Charlene westchnęła zrezygnowana i jej wzrok powędrował znów ku przyjaciołom. Ciemnowłosy i ciemnooki Nicholas Humphrey cierpliwie tłumaczył Celii Stone, że powinna koniecznie dopisać jeszcze jeden akapit do swojego eseju. Cienie, które tworzyło miękkie światło pochodni odrobinę wyostrzyły jego łagodne rysy twarzy, nadając mu większej surowości. Celia odrzuciła na plecy brązowy, ciasno spleciony warkocz przewiązany na końcu żółtą kokardką i zmarszczyła swój mały nosek w niezadowoleniu. Jej zielone oczy nieznacznie pociemniały – nie uśmiechało jej się wertowanie kolejnych tomów przyniesionych z biblioteki przez Humphreya, by spróbować wycisnąć z nich jeszcze więcej na tak niepotrzebny, jak uważała, temat. Spojrzała znacząco na Charlie w nadziei, że blondynka zgodzi się jej pomóc. Pech chciał, że Nick to zauważył.
― Pani prefekt chce iść na łatwiznę? ― zapytał, poprawnie odczytując chęci szatynki. ― Ona ci nie da odpisać.
― Wcale nie chciałam… ― oburzyła się Celia, ale chłopak natychmiast jej przerwał.
― Oczywiście, że chciałaś. Skup się, przecież jesteś mądrą dziewczyną.
Celia delikatnie spąsowiała i przymrużyła oczy, a Charlie zauważyła piękny cień, jaki rzuciły na policzek rzęsy przyjaciółki. Ręka momentalnie zaczęła ją świerzbić do szkicowania. Opanowała jednak wyrobiony przez tyle lat lekcji rysunku odruch i wyprostowała się w fotelu. Przez chwilę biła się z myślami, jednak stwierdziła, że sama nic nie wskóra – musiała zwrócić się z prośbą o jakąkolwiek pomoc. Wiedziała, że Celia nie będzie zachwycona, w grę prawdopodobnie wchodziło łamanie szkolnego regulaminu, który szatynka potrafiła cytować na wyrywki o każdej porze dnia i nocy.
― Wczoraj przyszła do mnie Helena ― zaczęła pozornie lekkim głosem, jednak jej przyjaciele natychmiast wyczuli ukryte drugie dno. ― Płakała.
― Szminka jej się skończyła? ― zapytał Nick i uśmiechnął się pod nosem.
Celia spojrzała na niego karcąco.
― Chciała pomocy ― oznajmiła panna Dawson i założyła niesforny blond kosmyk za ucho.
― Jakiej pomocy? ― drążył Humphrey.
― Cóż, z tego, co wywnioskowałam, chce się zemścić. Na Syriuszu Blacku.
Tak, jak się spodziewała, jej przyjaciele momentalnie zamarli.
― I przyszła z tym do ciebie? ― wyjąkała z trudem Celia i odłożyła pergamin z niedokończonym wypracowaniem, który wciąż ściskała, na pobliski hebanowy stoliczek. ― Jak niby ty masz jej pomóc?
― Nie wiem ― powiedziała Charlie i wstała. Podeszła powoli do okna i oparła się o szeroki, zaokrąglony parapet wyłożony wysłużonymi już żółtymi poduszkami. ― Wydaje mi się, że chodzi o jakieś epickie upokorzenie. ― Spojrzała znacząco na Celię i po krótkiej chwili przeniosła wzrok czekoladowych oczu na przyjaciela. Znali się praktycznie od kołyski, miała nadzieję, że pomoże jej wymyślić jakiś plan.
Panna Stone drgnęła i jej twarz wykrzywił delikatny grymas. Dobrze zrozumiała, o co tak naprawdę chodziło blondynce.
Nicholas tymczasem obserwował uważnie swoje kolana, bojąc się podnieść głowę. Znał możliwości Charlie. Wiedział, że już dawno temu przestała przejmować się regulaminem szkolnym, a jedyne, co powstrzymywało ją od wypowiedzenia wprost tego, o czym myślała, to siedząca przy nich Celia. Celia, która w tej chwili dygotała z podenerwowania.
― Chcesz się zgodzić?! ― wykrzyknęła panna Stone. Była szczerze zdziwiona, że przyjaciółka w ogóle rozważała możliwość wyświadczenia przysługi siostrze, która ignorowała ją praktycznie od trzeciej klasy. I jeszcze pewnie złamie przez to regulamin!
― Celio ― zaczęła spokojnie Charlene ― ja się już zgodziłam.
Celia zamrugała szybko z niedowierzaniem. Sekundę później już zbierała swoje rzeczy i wrzucała je z odrobinę zbyt dużą siłą do torby.
― Świetnie ― oznajmiła wstając. ― Ja nie będę w tym brać udziału.
Po tych słowach, nie oglądając się za siebie, podążyła do drzwi na korytarz prowadzący do dormitoriów dziewcząt.
Dawson i Humphrey jeszcze przez chwilę wpatrywali się w milczeniu w przejście do sypialni, wreszcie z transu pierwsza wyrwała się dziewczyna. Potrząsnęła głową i usiadła na parapecie, o który wcześniej się opierała.
― To jak, Humphrey, pomożesz mi?
Nick wahał się tylko przez moment, ale potaknął. Wiedział, że Celia będzie wściekła, że znów pozwolił sobą dyrygować, że przedłożył Charlie nad przyzwoitość, że kolejny raz poparł chory plan blondynki. W tej chwili jednak zupełnie się tym nie przejmował. Tak bywało zawsze – kiedy tylko Charlie wychodziła z jakąś dziwaczną inicjatywą, on rzucał wszystko, czym się w danej chwili zajmował i pomagał jej przemienić myśl w czyn. Nie wiedział dlaczego, po prostu tak już to funkcjonowało między nimi, byli dla siebie niczym rodzeństwo. Wychowywali się po sąsiedzku, prawie płot w płot, oboje półkrwi, a jej ojciec i jego matka w Hogwarcie również należeli razem do Hufflepuffu. Czasem czuli jakąś dziwną więź łączącą ich ze sobą – myśleli nawet podobnie, a Celia często się śmiała, że zachowują się jak stare dobre małżeństwo. Chyba właśnie dlatego, no i może dla buzującej w krwiobiegu adrenaliny zawsze zgadzał się na szaleństwa panny Dawson.
― Mam nawet pewien pomysł ― powiedział powoli, przenosząc wzrok z drzwi do damskich dormitoriów na przyjaciółkę.
Ta momentalnie się rozpromieniła. Kiedy tylko dotarły do niej jego słowa, prawie usłyszała fanfary i zobaczyła światło nadziei bijące od niego. Jej uwaga skupiała się teraz tylko i wyłącznie na słowach Nicholasa, jednak jakaś część jej artystycznego mózgu już analizowała jego postać i przestrzeń go otaczającą pod kątem rysunku – miękkie światło znajdującego się nieopodal kominka otulające jego sylwetkę i prześlizgujące się po twarzy, iskry w ciemnobrązowych oczach, które tak trudno byłoby oddać na papierze, cienie, które co sekundę się zmieniały, kiedy żywo gestykulował, wyraźną bryłę, jaką tworzył jego tors i jasne, kanarkowożółte tło kanapy, na której siedział.
― No dobrze ― odezwała się wreszcie. ― Ale czy ty znasz bliżej kogoś z Gryffindoru?

***

Późnym wieczorem, kiedy w dormitorium dziewcząt z szóstego roku nie było słychać odgłosów innych, niż miarowe oddechy śpiących współlokatorek, Charlie leżała z otwartymi szeroko oczami i rozmyślała nad swoim planem. Powinna podejść do tego naprawdę poważnie, Syriusz Black to z pewnością nie pierwszy lepszy Gryfon – nie dość, że to gracz quidditcha, łamacz hogwarckich serduszek, to jeszcze jeden z czterech osławionych rozrabiaków. Nie mogła tak po prostu pójść na żywioł, każdy szczegół musiała perfekcyjnie dopracować, a wcześniej przemyśleć. O nie, na pewno nie zlekceważyłaby takiego przeciwnika, przecież oznaczałoby to klęskę. Wiedziała, jak ważne było rozpoznanie, które planowała przeprowadzić z Nickiem tuż po świątecznej przerwie. Ponieważ oboje mieli o Gryfonie raczej ogólną wiedzę, musieli dowiedzieć się więcej od kogoś z jego domu. Nie zdecydowali jeszcze, kto by to mógł być, na pewno jakieś skrzywdzone – jak Helena – dziewczątko.
Charlie miała całą przerwę świąteczną, by wyciągnąć od siostry więcej szczegółów, które pozwoliłyby jej działać sprawnie. Zastanawiała się, czy Helena w ogóle cokolwiek jej powie, przecież już chodziła po szkole przygaszona i nie rozprawiała tyle o urodzie, jak to miała wcześniej w zwyczaju. Charlene jeszcze nigdy nie widziała siostry w takim stanie, wręcz nie mogła uwierzyć, że jeden incydent tak znacząco na nią wpłynął – zawsze była niezwykle pogodna i uganiała się za Syriuszem, jakby był celem jej życia.
Za oknem jakaś sowa zaczęła pohukiwać. Charlie ziewnęła i przewróciła się na prawy bok, przesuwając nieznacznie swoją śpiącą w najlepsze kotkę. Zegar na szafce nocnej obok łóżka wskazywał godzinę pierwszą trzydzieści, na co dziewczyna zareagowała bezgłośnym jęknięciem. Przytuliła głowę do poduszki i wdychając przyjemny zapach zwierzęcego futerka odpłynęła w sen.
Następnego ranka przy śniadaniu wydawało się, że między trójką przyjaciół z Hufflepuffu atmosfera nie zmieniła się od rozmowy przeprowadzonej wczorajszego popołudnia. Wprawny obserwator mógł jednak zauważyć, że choć Celia odzywała się zarówno do Charlie, jak i do Nicholasa, to jej wypowiedzi były raczej zdawkowe i nic nieznaczące, a ton głosu chłodny. Panna Dawson, zamiast zajadać leżącą na talerzu przed nią grzankę z serem, pochylała się nad opartym o blat stołu szkicownikiem i pieczołowicie wykańczała rysunek. Na policzkach wykwitły jej dorodne rumieńce i podnosiła głowę tylko po to, by wpatrywać się w ustalony wcześniej punkt – stół Gryffindoru. Rysowanie zawsze pomagało jej się wczuć w osobowość swojego modela, którym aktualnie był czarnowłosy chłopak nonszalancko rozparty na ławce. Charlie bacznie obserwowała każdy jego ruch, każdy cień, przemykający po jego twarzy. Widziała w jego postawie jakiś wrodzony luz z nutą lekceważenia, kiedy rozluźnił węzeł szkarłatnego krawatu w złote paseczki i rozsyłał na prawo i lewo szeroki uśmiech.
― Czemu nic nie jesz?
Od szkicowania oderwał ją lekko zniecierpliwiony głos Celii, która właśnie zajrzała jej przez ramię – skrzywiła się, ale nie skomentowała tego, co widniało na kartce papieru.
― Nie jestem głodna ― odpowiedziała zdawkowo Charlie i ponownie pochyliła się nad szkicownikiem, jednak czar prysł i nie potrafiła już dojrzeć nic więcej w pozie Syriusza. Znów był tylko jednym z wielu uczniów w Wielkiej Sali. ― Celio, co ciekawego u ciebie w domu? ― zapytała, chcąc odwrócić od siebie uwagę.
― Och ― wyjąkała szatynka. Nie lubiła rozmawiać o trudnej sytuacji w domu. ― Tata wciąż rozgląda się za nowym zleceniem.
Ton jej głosu jednoznacznie wskazywał, że nic więcej na ten temat nie powie, w każdym razie nie teraz. Charlie to szanowała, wiedziała, że kiedy przyjaciółka będzie na to gotowa, sama do niej przyjdzie, dlatego  wzrok utkwiła teraz w Nicholasie. Ten drgnął i wskazał dłonią stół Gryffindoru, wcześniejszy obiekt zainteresowania panny Dawson, która teraz podążyła za jego spojrzeniem. Jej oczom ukazały się dwie Gryfonki z ich roku, jedna z nich – ta o kasztanowych włosach – pocieszała łkającą jej w ramię blondynkę. Charlie w lot pojęła przekaz tego obrazka – oto właśnie znalazła uciśnione dziewczątko, które im pomoże.
― Kto to jest? ― zapytała półgębkiem, kiedy Celia pogrążyła się w lekturze czasopisma Transmutacja współczesna.
― Ta ruda to Lily Evans, Potter się za nią ugania, a ta druga to Mary MacDonald ― odszepnął.
Charlie miała ochotę śpiewać. Nie mogło złożyć się lepiej, przecież Helena mówiła jej o tej MacDonald. Pomimo wcześniej ustalonego planu, chciała wstać i natychmiast pędzić ku dwóm Gryfonkom, jednak Nick przytrzymał jej dłoń, by nie wstała. Posłała mu spojrzenie pełne wyrzutu, ale została przy stole. Zamknęła swój szkicownik i chwyciła zimną już grzankę, połknęła ją na dwa kęsy i popiła sporą ilością soku dyniowego.
― Paskudztwo ― skomentowała z obrzydzeniem.
― Trzeba było jeść, póki ciepłe, a nie zajmować się jakimiś bazgrołami ― odpowiedziała jej Celia znad gazety.
― Weź przywyknij ― rzuciła Charlie i wstała. ― Idziecie na zaklęcia, czy będziecie tu siedzieć, jak te dwa kołki?
Po lekcjach czekało ich już tylko pakowanie kufrów – jutro z samego rana odchodził Ekspres Hogwart-Londyn, a cała trójka zamierzała spędzić Boże Narodzenie w domach. Charlie już nie mogła się doczekać spotkania z najmłodszą latoroślą Dawsonów – czteroletni Miles był oczkiem w jej głowie, dlatego z uśmiechem na ustach wrzucała do kufra wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy. Nie przejmowała się zupełnie składaniem swetrów czy układaniem książek, jedynie z namaszczeniem ułożyła na wierzchu pudełko z przyborami do rysowania. Rozejrzała się po dormitorium w poszukiwaniu koszyka jej kotki Iris.
― Pod moim łóżkiem ― pokierowała ją Celia.
― Dzięki ― odpowiedziała i schyliła się po zgubę.
Poprawiła niebieski kocyk, którym wyłożony był koszyk i postawiła go na zamkniętym wieku kufra tuż obok przygotowanych na jutro ubrań.
― Wściekasz się? ― zapytała blondynka, udając pochłoniętą czesaniem białego futerka Iris.
Celia zastygła w połowie składania spódniczki od szkolnego mundurka i westchnęła.
― Nie ― odparła. ― Po prostu nie rozumiem, jak to jest, że za każdym razem musisz pakować się w kłopoty.
Charlie roześmiała się i niechcący pociągnęła zbyt mocno szczotką, czym wywołała oburzenie swojej kotki, która w proteście ułożyła się w naszykowanym do podróży koszyku.
― Jeszcze nie wiesz, co w ogóle mam zamiar zrobić, a już jesteś pewna, że się wpakuję w kłopoty?
Policzki panny Stone delikatnie poróżowiały, ale odwróciła się do przyjaciółki i usiadła na skraju swojego łóżka.
― Charlie. Znamy się ponad pięć lat. Nie chcę być zmuszona wlepić ci szlaban.
― Nie bój się ― odpowiedziała, a widząc, że Iris nie była już zainteresowana pielęgnacją swojej sierści, odłożyła szczotkę na nocny stolik i wpełzła do łóżka.
Nazajutrz pogoda nie sprzyjała wychodzeniu na dwór. Charlie uwielbiała ciepło, jakie miała zapewnione w dormitorium, dlatego niosąc koszyk z Iris, z niewyraźną miną podążyła w kierunku powozów, które zawsze wiozły uczniów na stację do Hogsmeade i z powrotem. Ledwie uszła kilka kroków, a jej buty przemokły, przez co dziwnie plaskały. Kiedy wreszcie znalazła się w pociągu, wygrzebała ze swojej materiałowej torby różdżkę i jednym krótkim zaklęciem osuszyła mokre obuwie oraz spodnie. Rozsiadła się wygodnie na siedzeniu i zaczęła obserwować swoich przyjaciół z zamiarem naszkicowania ich podczas podróży. W swojej grubej teczce z pracami, którą trzymała w tajnej skrytce z boku kufra miała już wiele przedstawiających ich rysunków, jednak każdy różnił się od poprzedniego. Ten, który właśnie tworzył się w jej głowie chciała sporządzić w dwóch podobnych egzemplarzach i ofiarować Celii i Nickowi w prezencie bożonarodzeniowym. Niewiele myśląc wygrzebała pudełeczko z kolekcją ołówków i pędzli, oparła szkicownik o podkulone kolana i ponownie utkwiła wzrok w dwójce przyjaciół. Niespiesznie nanosiła na kartkę siedzenia, kawałek okna, półkę nad nimi – była całkowicie pochłonięta swoim zajęciem. Zanim minęło ćwierć podróży, miała już gotowe tło i sylwetki postaci, dlatego oderwała się na chwilę od rysowania, czym zaskoczyła pogrążonych w rozmowie Celię i Nicka.
― Pokażesz nam? ― zapytała Celia i uśmiechnęła się.
Charlie pokręciła przecząco głową.
― Jeszcze nie skończone.
Jej przyjaciele dobrze wiedzieli, że nigdy nie pokazałaby im czegoś, czego jeszcze nie dopracowała, ale zarówno Celia, jak i Nicholas uwielbiali jej prace. Zawsze chętnie obserwowali, z jaką pasją panna Dawson oddaje się swojemu ukochanemu zajęciu.
― Chyba się zdrzemnę. ― Panna Stone przeciągnęła się i ziewnęła cichutko. Zwinęła się w kłębek na siedzeniu, oparła głowę o ramię Nicholasa i przymknęła oczy, niemal natychmiast odpływając w sen.
Charlene pomyślała sobie, że świetnie się złożyło, gdyż będzie miała okazję pomówić z Humphreyem na temat ich planu. Chwilowo jednak powróciła do szkicowania. Z doświadczenia wiedziała, że najlepiej było rysować Nicka, kiedy spoglądał na Celię – jego oczy niesamowicie wtedy błyszczały, a na twarzy malował się błogi wyraz uwielbienia. Od kiedy chłopak zwierzył się blondynce, że podoba mu się panna Stone, Charlie starała się robić co w jej mocy, żeby im pomóc, jednak na próżno. Nicholas nie dawał się przekonać prośbą ani groźbą, po prostu nie chciał, by Celia wiedziała o kłębiących się w nim uczuciach. Najwidoczniej nie był gotowy na ich ujawnienie.
Charlie przekrzywiła nieznacznie głowę, by spojrzeć na przyjaciela pod odrobinę innym kątem. Światło powoli się zmieniało i na jego twarzy utworzyły się nowe cienie i załamania. Przez uchylone okno do przedziału wpadł wiatr i rozwiał mu malowniczo włosy, a Charlene uśmiechnęła się do siebie. Uwielbiała go właśnie w takiej rozczochranej fryzurze, a nie w gładkim uczesaniu, które nosił na co dzień. Po godzinie uznała, że już więcej nie da rady narysować i wykończy portret w domu, skoro Celia nadal spała. Zamknęła więc szkicownik i miękki ołówek w ozdobnym pudełeczku. Był to prezent, który dostała na czternaste urodziny od ojca – piękne pudełko, ręcznie rzeźbione i wypełnione profesjonalnymi akcesoriami, najlepszymi dostępnym na rynku. Zanurzyła dłoń w torbie i wydobyła z niej paczkę papierosów i różdżkę. Jak zawsze, kiedy pozwalała sobie palić w dormitorium, a jej współlokatorki już spały, rzuciła na pannę Stone zaklęcie bąblogłowy. Ta jedynie zmarszczyła delikatnie nosek i drzemała dalej, a Charlie wyciągnęła paczkę w kierunku Nicholasa, który lubił z nią popalać, ale zawsze, kiedy Celia nie widziała. Wzięli po jednym, przypalili sobie płomykiem z różdżki i zaciągnęli dym mocno do płuc.
― Merlinie, to dobre ― powiedział Nick z uśmiechem.
― Wpadaj czasem do sowiarni, wielu uczniów tam pali ― odpowiedziała mu panna Dawson. ― Hej, Nick ― zaczęła niby zdawkowo, a on spojrzał na nią badawczo. ― Jak my przekonamy tę Evans i MacDonald, żeby nam pomogły?
Oczy Nicholasa jeszcze bardziej pociemniały – teraz były już prawie czarne. Zaciągnął się powoli i niespiesznie wypuścił dym z ust zanim udzielił jej odpowiedzi.
― Evans będzie łatwo przekonać. Nienawidzi Pottera i Blacka. Uważa ich za wpatrzonych w siebie bubków. A co do Macdonald… ― Zmarszczył delikatnie brwi, zamyślając się chwilę. ― Cóż, jest zraniona. Wystarczy jej obiecać, że wymierzymy sprawiedliwość, resztę zrobi Evans.
Charlie uśmiechnęła się szeroko. Wszystko na pewno świetnie się ułoży, będą mieli jeszcze kilka dni przed powrotem do szkoły na dopracowanie szczegółów. Poprawiła przytrzymującą włosy opaskę – tym razem błękitną – i strzepnęła elegancko popiół do butelki po soku dyniowym.
― Wiesz, zawsze mnie zastanawiała jedna rzecz ― odezwał się znów Humphrey i utkwił w niej świdrujące spojrzenie. ― Jakim cudem ty szmuglujesz fajki do Hogwartu? Gdzie ty je chowasz, że skrzaty ich nigdy nie znajdują?
Charlie jedynie uśmiechnęła się tajemniczo i wyrzuciła niedopałek za okno pędzącego pociągu.
― To, kochany, jest mój słodki sekrecik.
Nie chciała, żeby zbyt wiele osób wiedziało, że transmutuje paczki w skarpetki, które później chowa w wydrążonej podstawie lampki naftowej stojącej przy jej łóżku w dormitorium.

***

― Mamo, daj już spokój.
Od dwóch godzin Charlie próbowała przekonać swoją mamę, że wyjście na zewnątrz po pierwsze nie groziło zamarznięciem, a po drugie nie potwierdzało braku miłości z jej strony. Blondynka zwyczajnie chciała zobaczyć się ze swoją sąsiadką, która była mugolką, więc nie mogły widywać się w ciągu roku. Mało tego, Cassie Irving nie wiedziała, że jej koleżanka posiadała jakieś nadnaturalne moce, a Charlie wcale nie miała zamiaru wyprowadzać jej z błędu, dlatego te nieliczne chwile podczas świątecznych przerw były dla niej tak bardzo ważne.
Wreszcie Polly Dawson skapitulowała. Poprawiła jasne włosy spięte w ciasny kok, mimo że żaden kosmyk się z niego nie wyśliznął i potarła skronie ze zrezygnowaniem.
― No już dobrze, leć do tej swojej Cassie!
Charlie uradowana wybiegła z domu. Po chwili już stała na werandzie państwa Irving czekając na przyjaciółkę. Cassie była rok od niej starszą, wysoką chłopczycą o hebanowym odcieniu włosów i błyszczących, fiołkowych oczach. W dzieciństwie spędzały razem niemal każdą wolną chwilę, podczas gdy ich mamy plotkowały przy kawie. Teraz pani Dawson i pani Irving nie miały już tak wielu wspólnych tematów, jak kiedyś, a powodem była ostatnia ciąża matki Charlie. Miles pochłaniał prawie cały jej wolny czas, który niegdyś był przeznaczony dla sąsiadki.
Wreszcie dziewczyna wyszła, odkrzyknąwszy coś jeszcze w głąb domu i obie podążyły w kierunku nadmorskiej promenady. Charlie zawsze doceniała to, że jej rodzina mieszkała w Brighton – uwielbiała morze nawet z jego kaprysami, nienawidziła tylko tych tłumów turystów, którzy zjeżdżali się do miasta latem.
― A może chcesz się przejechać do Londynu? ― zapytała Cassie, kiedy dotarły na miejsce i usiadły na ławeczce obserwując przechodniów.
Charlene niezbyt chciało się siedzieć w pociągu tylko po to, by dostać się do stolicy. Skrzywiła się nieznacznie i założyła nogę na nogę.
― Po co?
Cassie zarumieniła się, co zdziwiło jej towarzyszkę, bo wyglądała jak wstydliwa pensjonarka. Nic nie odpowiedziała, tylko utkwiła wzrok w pobliskiej plaży spowitej lekką mgłą.
― Mogłybyśmy zgarnąć Nicka ― kontynuowała panna Dawson. ― Porzucalibyśmy kamieniami do morza tak jak kiedyś.
Po krótkiej chwili namysłu brunetka przystała na tę propozycję i obie ruszyły znów w kierunku ich ulicy.
― A co u Heleny? ― zapytała Cassie. ― Nie chciała przyjechać na święta do domu?
Charlie nawet się ucieszyła, że przyjaciółka poruszyła ten temat. Chciała, by trochę pomogła jej w konstrukcji wielkiego planu. Oczywiście bez wtajemniczania jej w szczegóły.
― Och, przyjechała. Ukrywa się w swoim pokoju. Przeżywa zawód miłosny ― odpowiedziała i streściła jej w kilku zdaniach prośbę Leny.
Cassie wytrzeszczyła oczy ze zdziwienia – dobrze znała Helenę i wiedziała, jakie stosunki panowały między siostrami.
― Nie wierzę, że przyszła z tym do ciebie ― zawyrokowała. ― I co on jej takiego zrobił, przecież nigdy nie przejmowała się takimi rzeczami.
Blondynka westchnęła głośno. Właśnie stanęły pod oknem sypialni Nicholasa.
― Nie mam pojęcia. Czuję się trochę, jak jej matka ― powiedziała. ― Ale pomogę jej, trochę rozrywki na pewno nie zaszkodzi ― uśmiechnęła się złowieszczo. Wzięła głęboki wdech i wrzasnęła w kierunku piętra ― HEJ, NICK!
Przy szybie natychmiast ukazała się ciemna czupryna chłopaka. Gdy zobaczył stojące w ogrodzie dziewczęta, rozsunął firanki i otworzył okno.
― Nie wrzeszcz tak ― skarcił przyjaciółkę.
― Chodź, idziemy na plażę ― poinformowała go uradowana panna Dawson.
Nick kiwnął głową i zniknął, a po kilku minutach już stał na werandzie w ciepłym płaszczu i opatulony długim szalikiem.
― No co? ― zapytał widząc spojrzenia obu dziewcząt, które nie były aż tak grubo ubrane. ― Przecież jest grudzień.
W powietrzu rozbrzmiał dźwięczny śmiech blondynki i brunetki.
― Za bardzo się przyzwyczaiłeś do szkockich klimatów ― stwierdziła Charlie. ― Chodź, Cassie nam pomoże zaplanować Wielkie Upokorzenie Syriusza Be.
Nick natychmiast się rozpromienił i we troje podążyli znów w kierunku nadmorskiej promenady.

01.