We Are Not Amused, S02E01

Pada śnieg, pada śnieg, dzwonią dzwonki sań…
Śnieg padał już od dawna. Niektórzy zapomnieli, jak wyglądał świat, którego nie otulała kołderka białego puchu. Inni zapomnieli, jak to jest mieć suchy płaszcz czy nieośnieżone buty. I właśnie tacy ludzie patrzyli na pokryte śniegiem błonia i marudzili, jednocześnie zapierając się w progu zamku, deklarując, że ich noga nie postanie na zewnątrz, póki nie nadejdzie wiosna.
– Nie, po prostu nie, jest zimno, mokro i zbyt biało, to nienormalne, że jest tak biało – mamrotała Sylv, patrząc z niesmakiem na błonia. Tym razem nie oddzielała jej od nich szyba. Wcale jej się to nie podobało.
– I ciągle pada. Zapada nas tutaj i umrzemy – dodała Kicia.
Stojąca obok nich Lyśka przewróciła oczami. Był to przewrót tak teatralny i dobrze przećwiczony (bo często stosowany), że gdyby go nagrać, mogłaby dostać Oscara za najlepszy występ roku.
– I nikt nas już nigdy tutaj nie znajdzie – kontynuowała Sylv.
– Nawet Remus, a Remus jest przecież taki mądry – Kicia nie próżnowała.
– Nawet McGonagall.
– Nawet Trzmiel nas nie znajdzie.
– Nasze kości zasypie puch i nawet pies nas nie wykopie.
– Zostaniemy tu na zawsze. Jak jakaś Jęcząca Marta. Będziemy straszyć wszystkich, którzy wejdą do Wielkiego Holu – oznajmiła Kicia, dramatycznie łapiąc się za policzki i mrugając z przejęciem. – Może to jest jakiś pomysł!
– Do tego musiałybyśmy umrzeć. Najpewniej przez zamarznięcie. Nie chcę zamarzać – stwierdziła Sylv.
– Nie musiałybyśmy zdawać owutemów!
To brzmiało nawet kusząco. Nie na tyle kusząco jednak, żeby ryzykować wycieczkę na błonia.
– Jesteście pewne, że chcecie iść ze mną na te łyżwy? – wtrąciła się Lysia. – Ja wiem, że obiecałam wam, że będą tam Huncwoci, ale NAPRAWDĘ nie musicie.
– Remus? – zainteresowała się Kicia, ale nie na tyle, wyściubić nos poza mury zamku.
Sylv patrzyła na świat z nieco krzywą miną, jakby była rozdarta wewnętrznie. Nie była pewna, czemu właściwie się zgodziła; mogła być więźniem własnej uprzejmości. Często jej się to zdarzało i później znajdowała się w miejscach i okolicznościach, w których nie zawsze chciała się znajdować. Podejrzewała jednak, że w przypadku Kici zadziałał inny mechanizm, Kicia została pchnięta siłą doremusową i uprzejmość nie miała z tym nic wspólnego.
– Pójdziemy – stwierdziła Sylv, jakby właśnie w duchu postanowiła, że będzie się dobrze bawić, choćby miało ją to zabić.
– Pójdziemy? – zdziwiła się Kicia, jakby nie spodziewała się tak stanowczej deklaracji i oczekiwała raczej taktycznego odwrotu.
– Ale bez marudzenia. Albo powiem Remusowi, że wypisujesz jego nazwisko we wszystkich swoich notesach – pogroziła Lysia.
Lysia, z natury, była straszna i dotrzymywała swoich strasznych obietnic; nie było co sobie z nią pogrywać! Kicia aż pobladła, gotowa zemdleć tu i teraz, ale wtedy, oczywiście, nie mogłaby iść na łyżwy i cały sekret diabli by wzięli.
Sylv chichotała. Lysi nie podobał się taki obrót sprawy – odwróciła się szybko w jej kierunku i pogroziła jej palcem.
– A Potterowi powiem, że ty wypisujesz jego.
– Kiedy ja nie wypisuję.
– Ale ja powiem.
– Ale tak… tak nieprawdę powiesz? Gdzie puchońskie ideały? – zająknęła się speszona nieco Sylv.
– Ideały ideałami, ale łyżwy to co innego – orzekła Lysia i popatrzyła poważnie na zziębniętą Ślizgonkę i Puchonkę. – Idziecie?
Kicia zrobiła niepewny krok naprzód, ale zanim postawiła stopę w białym puchu, jeszcze się zawahała. A potem opuściła ją wolno, wolniutko, jakby w obawie, że śnieg się na nią rzuci.
Nie rzucił się. Widząc to, Sylv wykonała podobny krok naprzód. Obie miały jednak dość skwaszone miny.
– Nawet Fryderyk radzi sobie lepiej od was! – Lysia wskazała dłonią na borsuka, który w najlepsze tarzał się w śniegu. – Wstydźcie się. Gdzie wasz duch świąteczny?
Sylv otworzyła usta, ale wystarczyło jedno zmarszczenie brwi Lysi i zamknęła je z powrotem. Kicia nawet nie próbowała. Jej nieskazitelna reputacja nie była warta nawet marudzenia.
– No, od razu lepiej.
*
Evan Rosier stał po drugiej stronie pokrytej szronem szyby i niewątpliwie jej się przyglądał.
Lysia nie do końca rozumiała, czemu pojawiał się, gdzie tylko by nie poszła, ale przez te wszystkie lata zdążyła się już do tego przyzwyczaić. Fryderyk też go polubił. Nie był to jakiś straszny problem. Po prostu…
Po prostu tego nie rozumiała, ok? Gdyby była takim metr osiemdziesiąt pięć czystego, rudego seksu, znalazłaby sobie lepsze zajęcie niż prześladowanie Puchonek.
Pomachała mu słodką, świąteczną laską; ale najwidoczniej wszyscy Ślizgoni byli skazani na brak świątecznego nastroju, ten tylko skrzywił się, odwrócił się na pięcie i rozpłynął się w mroku.
*
Księżyc świecił jasno, choć do pełni pozostał jeszcze tydzień. Gwiazdy również świeciły, jasne i wyraźne, jakby mróz wyklarował powietrze. Ecia i Lemot nie były z tego zadowolone. Zimno wkradało się pod szaliki, śnieg padał na nosy, wiatr zawiewał w plecy, ich mapy nieba były zbyt nudne, by się nimi zajmować, a do tego wszystkiego dochodziło pakowanie prezentów. Obie miały świadomość, że mogły zrobić to wcześniej; obie miały też plan nie dać po sobie poznać, jak bardzo złym pomysłem okazało się pakowanie czegokolwiek na szczycie wieży astronomicznej w środku zimy. Dlatego papier łopotał, co jakiś czas dało się też słyszeć nieparlamentarne określenia rzucane bardziej w przestrzeń niż pod adresem wstążek, które nie chciały się dać zawiązać w ładną kokardkę.
– Za rok zajmę się tym wcześniej – obiecała sobie Lemot, ale na wszelki wypadek powiedziała to na głos, jakby w nadziei, że Eci jej przypomni.
– Za rok nikomu niczego nie kupujemy – Ecia była bardziej kategoryczna. – Nikt nie jest wart odmrożonych palców.
– I tyle dobrego papieru się marnuje.
Przez chwilę znów pakowały w milczeniu, a to przytrzymując coś łokciem, a to podnosząc prezent z ziemi i otrzepując ze śniegu przed ostatecznym zapakowaniem. Podobno liczył się gest, ale obie czuły się nieusatysfakcjonowane stanem, w jakim znajdowały się przygotowane przez nie podarunki.
– Co w końcu kupiłaś Edgarowi? – Lemot spytała od niechcenia; Edgar nie był jej typem człowieka, bo nie gustowała w poetach, ale w sumie i tak był już lepszy od swojej alternatywy w życiu Eci.
– Ołówek.
– Ołówek?
– Ołówek.
Lemot nie była pewna, co powinna powiedzieć. Poeci zapewne korzystali z ołówków, ale w jej pojęciu dobrego prezentu dla faceta ołówki się nie mieściły. Ale poeci to co innego. Poeci w ogóle nie byli czymś, co mieściło się w Lemota pojęciu.
– Bardzo… praktycznie – orzekła w końcu.
– To jest bardzo ładny ołówek. Pokażę ci.
Niestety, ołówek był już spakowany. Ecia westchnęła ciężko, niezadowolona z tego, że będzie musiała się poprawiać… ale w sumie przynajmniej będzie mogła go poprawić.
Spokojnie rozłożyła papier, nie nadszarpując go nawet w jednym miejscu i wyjęła z niego 100% czarny ołówek.
– Stylowy – dorzuciła.
– Bardzo jednolita kolorystyka. Żadnych kompromisów – oceniła Lemot.
Nagle poczuła, że jej prezenty są takie kolorowe, że mogą nie zyskać akceptacji obdarowanych. Jakaś część jej jestestwa zadrżała na myśl o tym, co znajduje się w paczce dla Eci. Nie było to czarne i Lemot początkowo trochę się wahała, ale powiedziała sobie, że przecież są święta.
To było dawno, kiedy jeszcze czuła świątecznego ducha, a nie odmrożenia z powodu ekstremalnych warunków pakowania prezentów. Teraz nie czuła żadnego ducha, tylko płatki śniegu roztapiające się na jej karku, który nagle przestał być osłonięty przez szalik. W ogóle jej się to nie podobało.
*
Kaja przebierała widelcem w obiedzie, jakby spodziewała się znaleźć w nim skrzydła much siatkoskrzydłych. Nie chodziło o to, że nie lubiła marchewki z groszkiem. Raz po raz patrzyła na ogromne choinki, które stały w Wielkiej Sali, i robiło jej się przykro. Alex popatrzyła na nią badawczo.
– Mówiłam, żebyś nie jadła groszku, pewnie ci zaszkodził – powiedziała.
Kaja odłożyła stanowczo widelec. Nie był to gest, na który mogło pozwolić sobie wiele osób – w wykonaniu większości społeczeństwa wyglądałoby to po prostu jak rzucenie sztućcem o stół, ale Kaja zrobiła to z takim wdziękiem, że nikt nie mógł mieć wątpliwości, że to był zaplanowany gest, który jest wstępem do przemowy.
– Tak nie może być – powiedziała tylko i się zasępiła.
W powietrzu zawisła cisza, która powinna być wypełniona kajową przemową.
Alex próbowała, naprawdę próbowała, ich przed nią uratować; pochyliła się nad Kają i pocałowała ją w policzek, ale niestety, na to było już za późno. Kaja zaczęła:
– Święta to nie jest czas radości dla wszystkich, czy nikt nie myśli o skrzatach? Jest zima i nie da się uniknąć tego, że uczniowie nanoszą śnieg do zamku, choć nanosiliby go mniej, gdyby porządnie wycierali buty przed wejściem do holu, ale te choinki? Stoi ich tu dwadzieścia i wszystkie gubią igły. Przecież skrzaty muszą to sprzątać. Nieustanne. I to tak, żeby uczniowie ich nie widzieli, jakby sprzątanie było czymś, czego należy się wstydzić. Nie powinniśmy im tak dokładać pracy, zwłaszcza jeśli przygotowują całe mnóstwo wykwintnych potraw świątecznych. Trzeba się na coś zdecydować, a nie tak prowadzić do wyzysku.
– Naczytałaś się opowiadań Sylv? – znienacka zapytała Zielon. Zielon często pojawiała się znienacka i zadawała bardzo mądre pytania, na które nikt wcześniej nie wpadł.
Kaja gwałtownie się naburmuszyła.
– Znalazłam jej notes w szklarni.
– I przeczytałaś?
– Były tam napisane słowa, co innego miałam z nimi zrobić – odpowiedziała bezradnie Kaja, która czuła straszliwy zew czytania wszystkiego, co zostało napisane.
– Ale czy musisz je od razu powtarzać?
– NO ALE JAK JUŻ JE ZAPAMIĘTAŁAM, TO CO MIAŁAM ZROBIĆ?
Alex pogłaskała Kaję po ręce. Tak na wszelki wypadek. Kaja była bardzo zdolną czarownicą, ale często, w wyniku nadmiernego stresu, zdarzało jej się myślami nadmuchiwać przypadkowych przechodniów.
– Ale nie sprzątaj z nimi, uczniom nie wolno.
Kaja zmarkotniała. Jej dormitorium lśniło. Nic innego nie wolno jej było sprzątać.
Właśnie dlatego czytała cudze notesy.
– Kiedy ja muszę.
– Wiem – powiedziała współczująco Alex.
– Święta to nie jest dobry czas – orzekła Kaja, która posmutniała i wyglądała, jakby wraz z przemową wyleciało z niej całe powietrze.
– Chciałaś powiedzieć: święta to nie jest dobry czas na anginę. Nie mogę śpiewać – powiedziała smętnie Zielon.
Kaja podniosła swój widelec tylko po to, by jeszcze raz go opuścić:
– Święta to nie jest czas radości dla wszystkich, czy nikt nie myśli o…
– Bardzo mi przykro, że nie możesz śpiewać – przerwała jej Alex.
– Chyba nici z tegorocznego kolędowania. Połowa chóru nam odpadła. W ogóle nie czuję tej świątecznej atmosfery, tak bez kolęd – stwierdziła ze smutkiem Zielon.
Kaja też była wyraźnie zasmucona. Empatia zżerała ją od środka. Alex też posmutniała, bo w takich chwilach nie ma się co wyłamywać – zwłaszcza kiedy siedzi się przy nieswoim stole i je się z talerza jakiegoś przypadkowego Krukona, który zrezygnował z posiłku. Zresztą, nawet gdyby teraz ktoś chciał się do nich dosiąść, wszechogarniająca atmosfera smutku, która była niemal namacalna, by go od tego szybko odwiodła.
Święta jeszcze nie nadeszły, a już były paskudne.
*
Ale czy aby na pewno?
Uciskane skrzaty postarały się, by nocą przy każdym łóżku – pełnym czy to pustym, bo przecież cudze łóżka nie wypełnią się same – znalazła się sterta prezentów i skarpeta wypełniona cukierkami, a potem ruszyły z powrotem do kuchni, gotować grzany sok jabłkowy i piec przepyszne indyki (z indyka i z soi). Duchy grzecznie ćwiczyły kolędy z dala od śpiących uczniów. A śnieg, nawet śnieg przestał padać i teraz grzecznie leżał na swoim miejscu, gotowy na bałwanki i wojny na śnieżki.
Choć przecież były święta, to uczniowie budzili się wcześnie, jakby przyciągały ich podarunki leżące w nogach łóżka. Nieważne, czy byli to pierwszoroczni, czy całkiem dorosłe już Ślizgonki z siódmego roku. Może właśnie one przejawiały najwięcej entuzjazmu.
– Prezeeeenty! – zawołała Kicia, która wparowała do dormitorium Alex, by dźgać ją palcem w czoło, żeby ta się obudziła. Była to skuteczna metoda, którą Kicia praktykowała od lat.
– Przecież święta są okropne, a my jesteśmy mroczne i złe, i nic nas miało nie cieszyć – wymamrotała Alex, nawet nie podnosząc głowy z poduszki.
– Będziemy! Ale później! Teraz prezenty! – pisnęła Kicia.
Dźwięk rozdzieranego papieru skłonił Alex do tego, by jednak się podniosła i zobaczyła, co znalazło się przy jej łóżku. A było tego więcej, niż się spodziewała. Jeden z pakunków wyglądał, jakby pół nocy przeleżał w zaspie, i tworzyła się wokół niego kałuża. Od tego zaczęła rozpakowywanie i szybko poczuła się prawie jak Grinch, któremu serce urosło dziesięciokroć.
*
W innej części zamku rozgrywały się podobne sceny.
Kaja ciągnęła Lemota za stopę, próbując wyszarpać ją siła z łóżka i krzycząc:
– Zobacz, dostałam maskotkę zarazka!
Lemot robiła wszystko, co w jej mocy, by przekręcić się na drugi boczek i wrócić do spania; ale Kai i jej miłości do medycznych pluszaków nic nie mogło zatrzymać. Gdy ciągnięcie za stopę już nie pomagało, usiadła na poduszce zaraz koło głowy Lemota, a z drugiej strony położyła swojego zarazka. Gdzie Lemot by się nie odwróciła, tam kłopoty.
– Jest taki uroczo zniekształcony!
– To… niesamowite – powiedziała Lemot, szukając odpowiedniego słowa i nie znajdując go w głowie. Poprzestała na czymś, co wydawało się brzmieć odpowiednio.
– Też tak sądzę! A ty co dostałaś?
Lemot marzyła o jeszcze pięciu minutach snu, ale zaczynała rozumieć, że na to nie ma szans.
*
W pokoju wspólnym Gryfonów rozpakowywanie szło pełną parą – najlepiej Zielonowi, która zajęła samymi swoimi prezentami dobrą część podłogi i wszystkie fotele. Kanapę na szczęście udało się przejąć Eci, zanim Zielon w ogóle wyszła z łazienki, inaczej pewnie znalazłaby jeszcze kilka, by i ją obsypać.
– Nie uwierzysz, co dostałam! – zachwyciła się Zielon.
Eci mogła uwierzyć. Widziała ogrom zielonowych prezentów i nie miała wątpliwości, że wszystkie są Zielona, w końcu Zielon zachwycała się każdym z nich osobno.
– Spójrz, jaki uroczy!
Zielon podsunęła Eci pod nos bardzo piękny, bardzo stary i z pewnością bardzo skradziony naszyjnik. Wszyscy wiedzieli, że facet Zielona, Bohun Dołohow, spędzał pół życia na Nokturnie; wszyscy poza Zielonem, która uważała, że jej ukochany nie może jej widywać w co drugą niedzielę, bo wymyka się do Londynu pracować w domu opieki dla starszych czarodziei, a tatuaż na jego ramieniu to ekspresja na temat stanu przedwojennego świata.
– Wygląda na przeklęty – zauważyła Ecia, która nie wiedziała nic o klątwach, ale bardzo dużo o śmierciożercach.
– Niemożliwe. Ten blask, który od niego bije, to żadna klątwa, to podobno efekt specjalnego, mugolskiego zabiegu – powiedziała, od razu zakładając go na szyję. – Miał rację, pasuje mi do oczu.
Ecia nic nie powiedziała. Nie dlatego, że miała coś przeciwko oczom Zielona, ale była zbyt zajęta patrzeniem sceptycznie na nową ozdobę jej szyi. Naszyjnik połyskiwał zbyt złowrogo, by jakikolwiek mugol mógł mieć z nim cokolwiek wspólnego.
Pierwsze parę sekund faktycznie nie wskazywało na to, że wydarzyło się coś niedobrego. Wręcz przeciwnie – Zielon wyglądała na praktycznie odmienioną. Cała błyszczała się, świeciła, połyskiwała, a wszystko to bez ani pół łuski lub cekina. Żyć, nie umierać.
Ale nic co dobre nie trwa wiecznie, nie?
Ecia głęboko przełknęła ślinę. Nie była do końca pewna, jak protokół dyplomatyczny opisuje właściwą procedurę poinformowania kogoś o tym, że wyrósł mu ogon.
– Wesołych Świąt – powiedziała niepewnie. – Może skoczymy przed śniadaniem do skrzydła szpitalnego?
*
Sylv obudziła się trochę później, gdy większość jej koleżanek z dormitorium wyszła na śniadanie. Trudno. I tak nie za bardzo się z nimi dogadywała – najwidoczniej przeniesienia na siódmym roku ze Slytherinu do Hufflepuffu to nie jest coś, co większość akceptuje. Ich strata. Sama uważała, że każdy powinien mieć szansę się przeidentyfikować i na nic nigdy nie było za późno.
Ze swojego łóżka słyszała już Lysię, wyjącą w niebiosa w rytmie melodii, która może i była świąteczna, ale trudno ją było rozpoznać, prosto z pokoju wspólnego, co wcale nie skłaniało jej do podniesienia się. Wręcz przeciwnie. Wolała tu zostać na zawsze.
I pewnie zostałaby, gdyby Fryderyk nie zdecydował polizać jej w stopy.
Wzdrygnęła się. Bycie obiektem lizanym nie było czymś, w czym się odnajdywała. Możliwie delikatnie, ale stanowczo machnęła ręką, chcąc odgonić borsuka. Fryderyk najwyraźniej jednak nie uważał, że machanie ma go zniechęcić do dalszego lizania. Sylv możliwie najdelikatniej starała się go przesunąć, ale tu również napotkała opór zwierzęcia. W przypływie bezradności schowała stopę pod kołdrę i, obawiając się, że borsuk podąży za nią, usiadła po turecku. Borsuk posłał jej nieco zdezorientowane spojrzenie.
Dopiero wtedy, gdy tak przyjrzała się mu i jego niewątpliwie przystojnemu pyszczkowi, zauważyła mały pakunek przy jego łapkach. No jasne. To Lysia jak zawsze używała swojego borsuka do wszystkiego poza tym, do czego borsuki były stworzone. Biedny Fryderyk w ogóle nie miał czasu się borsuczyć, bo w kółko był kurierem, swatką, pięciogwiazdkowym kucharzem, przewodnikiem, a czasami nawet kosmetyczką.
Z drugiej strony, Sylv wciąż pamiętała, jak w zeszłym roku Fryderyk ładnie umalował ją na Sylwestra, więc w zasadzie…
Wzięła do ręki pakunek. Papier, którym był obwiązany, był bardzo ładny, chociaż jak na jej gust za dużo było na nim kicających królików.
– Dziękuję – powiedziała do borsuka, czując się nieco głupio, bo niewiele osób rozmawia z borsukami. No, w sumie to był Fryderyk, nie zwykły borsuk.
Rozwinęła papier, niepewna, co znajdzie w środku.
– O – tyle była w stanie powiedzieć.
Z pięknej, różowej, serduszkowej ramki patrzyło na nią zdjęcie Jamesa Pottera bez koszulki, podpisane: Lysia & Ecia & Lemot życzą Wesołych Świąt!
*
Świece w Wielkiej Sali paliły się jasno, choinki prawie nie gubiły igieł, a przy stołach siedzieli już pierwsi uczniowie, którzy zdecydowali się spędzić Święta w Hogwarcie. Było ich na tyle niewielu, że pozostawianie czterech stołów i nakazywanie każdemu siedzenia w innym kącie było co najmniej sprzeczne ze świątecznym duchem. Nakrycia ustawiono przy jednym tylko stole.
Ecia siedziała po prawej od swojego poety, zachwyconego swoim nowym ołówkiem i komponującego już coś na skrawku serwetki. Bardzo starała się być skoncentrowana na tym, co robił, ale jej wzrok mimowolnie uciekał na boki. Jak to mówią – zdarza się. Jej poeta zdawał się tego zupełnie nieświadomym, zbyt zajęty rymowaniem słonia ze słońcem.
Przy tym całym swoim znudzeniu przypadkiem nawiązała kontakt wzrokowy z Persusem Wilkesem, stojącym po drugiej stronie Wielkiej Sali, i aż z wrażenia przygryzła wargę. Nie wiedziała, czemu nie domyślała się, że tu będzie, skoro był tu wczoraj już po tym, jak wszyscy wyjechali na święta do domu, ale najwidoczniej była na tyle zdesperowana, że łudziła się, że weźmie jakiś specjalny kominek. Czy coś. Szybko odwróciła wzrok i zasłoniła swetrem nadgarstek, licząc, że z tej odległości Wilkes nie zauważy, że miała na sobie bransoletkę, którą wysłał jej na święta i której miała nie zakładać, ale TAKA BYŁA ŁADNA, ŻAL, ŻEBY SIĘ PRZEZ SKURWIELA ZMARNOWAŁA.
– Wszystko ok? – spytała Lysia, która zaraz też znalazła Wilkesa wzrokiem i dodała: – Powinnaś mu w końcu powiedzieć.
– Co?
– No żeby się w końcu zdecydował albo spierdalał.
– Kto się ma na coś zdecydować? – spytała Kaja, która wyłoniła się z mroku, taka mała sztuczka, której nauczyła ją Alex.
– Lyśka. Na to, co zje na śniadanie – odparła Sylv, która widziała, że Wilkes znalazł się w polu widzenia wszystkich zebranych, ale uznała, że lepiej będzie, jeśli wszyscy skupią się na jedzeniu.
Śniadanie było wyjątkowe w Święta. Skrzaty dokładały szczególnych starań, by na stołach nie zabrakło tego, co stosunkowo rzadko się na nich pojawiało. I tak oprócz jajecznicy czy owsianki można było znaleźć kanapeczki z łososiem czy inne rarytasy.
– Śniadanie! – zawołała Kicia, przekraczając tylko próg Wielkiej Sali. Była o wiele radośniejsza niż przez kilka ostatnich dni. I najwyraźniej wykrzesała z siebie świąteczną atmosferę, bo miała na sobie szmaragdowy sweter z reniferem. Renifer miał czerwony nos i nieco przepite oczy, ale może to kwestia tego, że osoba, która robiła sweter, nie do końca panowała nad zaklęciem odpowiadającym za robótki ręczne.
Już biegła w ich stronę, wymachując entuzjastycznie rękami, gdy nagle drogę przeciął jej kafel; w zasadzie w ostatniej chwili zatrzymała się jak wryta, bo inaczej skończyłaby ze zdecydowanie złamanym nosem.
– ŁAPA!
– To nie ja! – krzyknął Syriusz, który, faktycznie, aktualnie trzymał tego kafla. – Mów do tej wariatki!
– TY RZUCAJ, A NIE DYSKUTUJESZ. – Z drugiej strony Kici ryknęła Lemot, tak, jak tylko ona potrafiła, bardzo stanowczym tonem. – CZY WYMIĘKASZ, BLACK?
– Nie wypada rzucać przy jedzeniu – zauważyła Kaja, wybierając akurat pieczywo. Kaja miała na sobie podobny sweter co Kicia, choć jej był granatowy i zamiast renifera widniała na nim koślawa choinka. Nie wzbudził takiej sensacji, bo granat wełny zlał się z ogólną kajowatością i w kajowatość tę wniknął tak, że ciężko było na pierwszy rzut oka uwierzyć, że nie jest to coś, co Kaja nosiłaby na co dzień. Dopiero choinka to zdradzała. – Skrzaty się bardzo napracowały, trzeba to docenić.
– Doceniamy – zapewniła Alex, która musiała wejść razem z Kicią, a następnie sunąć niezauważona w mroku, by znaleźć się przy stole, z dala od latających kafli. Alex też miała na sobie sweter. Srebrzysty z motywem cukrowych lasek.
– ZOSTAWCIE MI TROCHĘ CIASTA – Lemot zakrzyknęła ponownie, przez co o mało sama nie dostała kaflem w potylicę. – ZANIM ZIELON WSZYSTKO ZJE.
– TY RZUCAJ, A NIE… – zaczął Black, ale nie skończył. Wściekły wzrok Lemota i kafel w jego brzuchu mu w tym przeszkodziły.
– ZOSTAWIMY CI – odkrzyknęła Lysia.
Sylv opuściła rękę, którą sięgała po sernik. Sernik był jej słabością, ale uznała, że potencjalnie może być też słabością Lemota, więc lepiej go zostawi, żeby nie oberwać kaflem. Poza tym zaczynanie dnia od sernika – choć brzmiało to jak śniadanie mistrzów – mogło nie być najlepszym pomysłem. Zamiast tego strzepnęła kilka okruszków (które mogły, ale nie musiały pochodzić z innego kawałka sernika) z czarnego swetra z reniferem bliźniaczo podobnym do tego, który miała Kicia, i sięgnęła po pieczywo. Takie niesłodkie.
– Chcieli mnie zabić – powiedziała Kicia, kiedy już spokojnie usiadła przy stole, pewna, że nikt jej nie zabije kaflem. – Ładne swetry – dodała.
Kaja uśmiechnęła się radośnie. Też uważała, że ma ładny sweter.
– Gdzie w ogóle jest Zielon? – spytała Alex.
Ecia westchnęła ciężko.
– To długa historia.
Planowała na tym zakończyć swoją wypowiedź, ale prawie wszystkie głowy odwróciły się w jej kierunku. Bardzo chciała, żeby ludzie w końcu przestali na nią dzisiaj patrzeć, a wyglądało na to, że bez wypowiedzi o stanie Zielona ani rusz.
– Jest w skrzydle szpitalnym. – Kicia aż zakrzyknęła ze strachu; Ecia musiała odczekać, aż ktoś poda jej wody, zanim mogła kontynuować: – Wyrósł jej ogon.
– Czy ktoś powiedział ogon? Idealnie! – niespodziewanie odezwał się poeta.
– Ale jak to wyrósł? Tak sam z siebie? – zapytała Sylv, która wiedziała, że co prawda w tym zamku pewne rzeczy dzieją się same z siebie, ale miała nadzieję, że po siedmiu spędzonych w nim latach nie dowie się, że losowo wybranym uczniom doprawia się ogony.
– Taki prawdziwy? – zainteresowała się Kaj. – Może powinnam iść ją odwiedzić.
– Nie no, chyba od tego nie umrze? – Alex zasmuciła się.
– Raczej nie. Ale jaki ciekawy przypadek medyczny się marnuje.
Tym razem wszystkie spojrzały na Kaja.
– Żartowałam – zapewniła gorliwie. A potem dodała bardzo cichutko: – Trochę.
– Miała na sobie sweter? – zapytała Sylv. – Nie żebym myślała, że ten ogon to od swetra, ale… No, próbuję ustalić, czy wszyscy je dostali.
Ecia, która siedziała w złocistym swetrze z ogromną bombką, posłała jej spojrzenie mówiące „A sądzisz, że założyłabym to z własnej woli?”. Siedząca obok niej Lyś miała na sobie żółty sweter z borsukiem wystylizowanym na bałwana. Wydawało się oczywiste, że Zielon też powinna dostać sweter. Nawet Lemot, która nadal rzucała kaflem w Syriusza, dostała, choć trudno było ustalić, jakiego był pierwotnie koloru, bo ewidentnie przetransmutowała go w coś, co tego koloru nie miało.
Lysia obstawiała na brązowy. To dopiero się komuś trafił żarcik. Dawać ludziom brązowe swetry.
Ramieniem objęła siedzącą koło niej i lekko strapioną Ecię:
– A nie mówiłam, że święta są cudoooowne?
Ecia starała się wykrzesać z siebie entuzjastyczny uśmiech. Jak na człowieka, który przeżył to, co przeżył, na wieży astronomicznej, nawet jej się to udało.
– Święta są super – oświadczyła Lemot, siadając przy stole. Świąteczne wzorki na jej swetrze zamigotały różnobarwnie. – Gdzie Zielon? Nie przy cieście?
Kaja już otwierała usta, by wytłumaczyć jej ten niezwykle skomplikowany, medyczny przypadek, gdy nagle usłyszały śpiewane i radosne:
– Tu jesteeeeem!
Zielon – w czerwonym swetrze ze Świętym Mikołajem jak z amerykańskiej reklamy – wkroczyła do Wielkiej Sali. Szła dumnie i pewnie jak na kogoś, kto jeszcze przed chwilą miał ogon. Chociaż… Kiedy usiadła na ławie i sięgnęła po kawałek ciasta, oczom wszystkich ukazał się widok niezwykły: ogon nadal był tam, gdzie się pojawił. Tyle tylko, że teraz przystrojony był świątecznymi lampkami.
– No co? Pani Pomfrey powiedziała, że sam zniknie za kilka godzin, ale do tej pory może tworzyć świąteczną atmosferę. Do tego wyleczyła moją anginę. Mogę śpiewać – powiedziała Zielon, po czym wgryzła się w kawałek sernika.
Sernika, po który właśnie sięgała Lemot.

Chapter 33 (Penny, Soł, Lori, Kit, Niewiadoma, Mol, Sylf, Dejka)

Eklerkowa ekspedycja wyszła już dawno. Zbyt dawno, by mieć jeszcze nadzieję na jej powrót. Nikt spośród zgromadzonej dziesiątki nie miał co do tego wątpliwości – kiedy na wiosnę ktoś się dokopie do salonu Ślizgonów, będzie musiał minąć ich zmrożone zwłoki, żeby odkryć, no, więcej zwłok. Zwłoki były nieuniknione, szczególnie kiedy wszystkie mózgi zaczęły o nich myśleć, a to za sprawą nieobecności Lyśki w salonie.
Penny (nadal z globuesm), Soł (nadal głodna), Lori (wcale nie tak zmarznięta), Kit (niezadowolona z tego, że wiosny nie widać, a quidditch czeka), Niewiadoma (niezadowolona, bo nie ma kim nakarmić węży), Mol (zmartwiona, bo a nuż naprawdę ktoś ją zamroduje, a ona nie kupiła jeszcze nowych butów przez sowią pocztę), Sylf (z którą nikt nie chciał grać w makao), Malfoy (nieco obrażony), Rosier (nieco zainteresowany sytuacją – a to było dużo jak na niego) i Dejka (która również myślała o tym, że ktoś może kogoś zamordować, ale nie napawało jej to aż takim przerażeniem) patrzyli na siebie, jakby w oczekiwaniu, które z nich złamie ciszę.
– Siedzimy tu już… – melodramatycznie zaczęła Kit. – Już z dobry kwadrans. A trening?
– Jest za zimno na trening – odważyła się powiedzieć Lori, której przecież wcale a wcale nie było zimno. – Ludzie zamarzają.
– Albo umierają w inny sposób. – Dej pokiwała głową.
– NIKT NIE BĘDZIE UMIERAŁ! – wykrzyknęła Mol, która przypomniała sobie o swoich butach.
– Nawet z głodu? – upewniła się Soł.
– Ani z nudów? – zapytała Sylf.
– Ani… – zaczął Malfoy, ale ostre spojrzenie Penny go uciszyło.
Rosier przyglądał się temu wszystkiemu ze wspomnianym zainteresowaniem. Dawno już nie miał okazji oglądać tak dynamicznego tłumu. Lysia, zajęta przecież zwykle borsukowaniem się pod kanapami lub jedzeniem dzieci, nigdy nie dostarczała mu takich rozrywek.
– Zawsze tyle dramatyzujecie? – zapytał z ciekawości, sięgając po szklaneczkę whisky stojącą na kominku. Ci źli zawsze piją whisky.
– Zwykle – odpowiedziała Niewiadoma. – Gdyby tu byli Gryfoni, byłoby jeszcze gorzej.
Rosier uśmiechnął się uśmiechem prawdziwego sukinkota i już już czuł w ustach smak whisky wymieszanej z kąśliwą uwagą, gdy…
Gdy nagle spurpurowiał i upadł na podłogę.
– AAAAAAAA! TRUP! – krzyknęła Mol, która niewiele o trupach wiedziała.
Penny westchnęła. Nie dość, że męczył ją globus, to jeszcze jej tu mdleć i umierać zaczynali! Wstała i podeszła do Rosiera, badając go z odległości pozwalającej na stwierdzenie, czy żyje.
– Zanieście go do którejś sypiali – powiedziała w końcu.
– A-ale… co z nim? – zapytała niepewnie Soł, wlepiając wzrok w purpurową twarz Rosiera. I pomyśleć, że przez parę sekund rozważała sięgnięcie po whisky!
– Ktoś podał mu eliksir nasenny, co z was za Ślizgoni?
– Od tego się zmienia kolor? – zapytała ze zdziwieniem Sylf. – Nic o tym nie było w książkach. To… niezdrowe – dodała, krzywiąc się lekko.
– Może to dlatego, że był rudy? – spytała Lori, która zawsze była dociekliwa.
– Wtedy powinien zzielenieć, to by wyglądało lepiej. Albo gorzej. – Kit wzruszyła ramionami. Rosier nie był częścią drużyny, więc nie mieścił się w jej zainteresowaniach.
– Ruszycie go czy nie? – Penny się niecierpliwiła.
Rosier został wyniesiony, bo skutki zniecierpliwienia Penny mogłyby być bardziej nieprzyjemne niż kontakt ze spurpurowiałym i nieprzytomnym Rosierem. Wktórce potem w salonie patrzyło po sobie dziewięć osób.
– Ktoś mu dolał ten eliksir do whisky – powiedziała Mol. – Ktoś chciał go zabić!
– Nie histeryzuj, kobieto – warknął Malfoy.
Mol chciała coś odpowiedzieć, ale zdecydowała, że może coś w tym jest i warto zachować histerię na później. Póki co zastanawiała się, co może spożywać, żeby mieć pewność, że nie będzie w tym truci… znaczy się, eliksiru. Nie żeby w obecnej sytuacji Ślizgoni mieli duży wybór w kwestii źródeł pożywienia.
– Myślę, że powinniśmy zachować spokój i czekać na ratunek – powiedziała Soł.
– Ale spróbować się wydostać na własną rękę – dodała Kit, która nie była najlepsza w siedzeniu w jednym miejscu.
– Zagłosujmy?
– Na słodkie oczy Salazara, jesteśmy Ślizgonami, nie wierzymy w demokrację! – przypomniała Niewiadoma.
– Na pohybel Gryfonom! Na pohybel szlamom! – Malfoy zerwał się z fotela i zamachnął tak mocno i z taką pasją, że zawadził łapą o czoło siedzącej koło niego Kit. A że łapy Malfoya były gigantyczne…
Kit zachwiała się i spadła z pufy, na której siedziała, przy okazji trafiając głową w kominek. Pozostałe osiem osób na chwilę zamarło.
– Ty… ty ją zamordowałeś! – krzyknęła Lori.
Malfoy nie odpowiedział, ale patrzył z przerażeniem na Kit, która wcale się nie podnosiła. Był przekonany, że gdyby mogła, to wstałaby w ułamku sekundy, żeby tylko móc go walnąć.
– Alejaniechciałemmamoprzecieżja… – zaczął, ale nie skończył, bo wstrząsnął nim szloch okrutny i niespodziewany.
Wszyscy patrzyli z nieukrywanym niesmakiem na płaczącego Malfoya – jedno dlatego, że uważali do za winnego, drudza zaś po prostu patrzyli z niesmakiem na wszystkich płaczących. W końcu Penny uznała, że ponownie musi wziąć sprawy w swoje ręce.
– Zabrać ją i położyć obok Rosiera. Ofiarami zajmiemy się, kiedy już stąd wyjdziemy – powiedziała.
Jednak zanim ktokolwiek zdążył kogokolwiek wynieść, Malfoy pękł. Pękł może nie dosłownie, może i metyaforycznie, ale i to zrobiło na nich niesamowite wrażenie. Pęknąwszy, wybiegł z pokoju i tyle go widzieli.
– Oddzielił się od grupy – zauważyła Soł. – To nigdy nie jest dobry pomysł.
– Chyba że grupa akurat chce go ukamienować, bo podejrzewa go o morderstwo – uzupełniła Sylf. – Wtedy to bardzo dobry pomysł.
– No dobra, ale nadal jest nas ósemka i musimy coś jeść. Espedycja eklerkowa nie wróci. Mamy jakieś sugestie? – zapytała Niewiadoma.
– I pić! Musimy też pić coś, w czym nie ma eliksirów! – dodała Mol, która najwyraźniej zafiksowała się na tym, co spotkało biednego Rosiera.
– Może jednak najpierw ją wyniesiemy? – Penny znów się niecierpliwiła.
Kit została podniesiona i wyniesiona z pokoju wspólnego, a miny wszystkich zebranych były równie ponure.
– Może powinniśmy dołożyć drewna do komina – zasugerowała Soł.
– Nie mamy już drewna. Dlatego jest tak zimno – przypomniała Dej.
– Może to najwyższy czas porąbać te wspaniałe, drewniane łoża, które na pewno będą się palić przez długi, długi czas? – wysunęła propozycję Lori.
Odpowiedział jej pomruk aprobaty, ale w tym momencie do pomieszczenia wróciły Sylf i Mol, które wynosiły Kit.
– Malfoy pękł – oznajmiła nieco pobladła Mol.
Odpowiedział jej pomruk ‘tak, wiemy’. Okazało się jednak, że nic takiego nikt nie wiedział, bo Malfoy pękł bardziej, niż wskazywałby na to stan, w jakim wybiegł z pokoju wspólnego. Zalewając się łzami wpadł na ścianę i w chwili, kiedy wpadły na niego Sylf i Mol, nie nadawał się już do niczego poza przewleczeniem go do pomieszczenia, w którym składowano dotychczasowe ofiary. Nikt nie dopowiadał jednak, czego to były ofiary – pierwsze ofiary zimy, ofiary braku przepisów BHP w Hogwarcie czy też może ofiary… czegoś straszniejszego?
– Ja narąbię tego drewa – zaproponowała Soł, która nie mogła już znieść tej bezczynności. Co, mają tu siedzieć i czekać, aż zamarzną? Czy może aż opuści ich kolejne z nich?
– Jesteś pewna, że powinnaś iść sama? – zapytała Sylf, która przecież parę chwil temu dołączyła do krytyki chodzenia gdzieś samodzielnie.
– Będę przecież tuż obok, nic mi się nie stanie – zapewniła Soł. – Poza tym jest tu tylko nasza siódmka, no i ta omdlała trójka. Kto może mnie skrzywdzić?
Wydawało się to całkie logiczne, kiedy przedstawiła sytuację w ten sposób.
Wydawało się to mniej logiczne, gdy w parę chwil później usłyszeli krzyk, a potem Soł wcale nie wróciła.
– Czyli drewna nie będzie – westchnęła Dej.
– Mamy iść i ją przeciągnąć do pomieszczenia z tamtymi? – zapytała Sylf.
Kto by pomyślał, że kilka nieszczęśliwych (?) wypadków może pozbawić je całych pokładów, empatii, które zwykle w sobie nosiły. Reszta zgromadzonych – na co dzień równie empatyczna – pokiwała smętnie głowami.
– To był tylko wypadek, prawda? – upewniła się Mol, której głos lekko drżał.
Odpowiedziała jej cisza; też już nikt nie był pewien, czy w komnatach Ślizgonów czai się coś złego, czy też nie.
– Musimy to sprawdzić – powiedziała cicho Niewiadoma. Straciła większość animuszu. – W parach. Albo lepiej trójkach.
– W trójkach to będzie trwało wieki – zauważyła Lori.
Kilka osób spojrzało na nią sceptycznie, kilka z aprobatą.
– Musimy podzielić się na trzy dwójki – powiedziała Dej. – Będziemy bezpieczne w dwójkach.
Pozostałe Ślizgonki niechętnie się zgodziły. Przeszukiwanie sypialni przeprowadzane było szybko i z pewną dozą hollywoodzkich gestów, choć Ślizgonki, rzecz jasna, nie zdawały sobie sprawy, że powielają zachowania wielu aktorów kina akcji. Tak więc otwierały drzwi kopniakiem, wbiegały szybko, przywierały do ścian i cały czas nie znajdowały niczego.
– To nie ma sensu – mruknęła Sylf.
– Przynajmniej jeszcze żyjemy – odpowiedziała Dej. – Ej, to co jest?
Sylf trzymała bowiem w ręku jakieś pasiaste zawiniątko. Po chwili rozwiązała sznureczki tego, co okazało się woreczkiem.
– To chyba sztylet – odpowiedziała, przyglądając się rękojeści. – Patrz, to złoty bazyliszek z oczami z…
Niestety, Dej nigdy nie dowiedziała się, z czego były bazyliszkowe oczy, jako że Sylf padła na podłogę. Była spetryfikowana, co do tego nie było żadnych wątpliwości.
– Dziewczyny! TUTAJ! – krzyknęła i już po chwili pozostała czwórka znajdowała się przy jej boku.
– No to klopsiki – powiedziała Lori, ale Niewiadoma szturchnęła ją za to w ramię.
– Nie mów o jedzeniu, bo już i bez tego jesteśmy wystarczająco wygłodniałe.
– Chyba nie chcecie zjeść Sylf, nie? – zatroskała się Mol. – O matko, ktoś nas morduje po to, żeby nas zjeść!
– Ciebie to akurat… – zaczęła Lori, ale Niewiadoma szturchnęła ją jeszcze raz, a że bardzo ceniła sobie niesiniakowatość własnych ramion, zrezygnowała z kończenia.
– Umrzemy – wymamrotała Mol, blada jak ściana. – Umrzemy z głodu, umrzemy z zimna i umrzemy przez to, że ktoś nas zamorduje. Nie mogę zginąć, nie mogę, nie mogęęę!
– Nie umrzemy – oświadczyła stanowczo Penny. – Musimy tylko zdobyć opał i przeszukać te wszystkie sypialnie, na pewno ktoś tu ukrył jedzenia i picie. To wszystko jest zupełnie wykonalne.
– Jesteś pewna, że nie powinnyśmy się po prostu zgromadzić wokół kominka i czekać na pomoc? Jesteśmy kobietami i bohaterkami tej notki, ktoś nas powinien uratować – powiedziała Mol.
– Myślę, że powinnyśmy zorganizować proces – zarządziła Dejka. Wszystkie spojrzały na nią ze zdziwieniem. – No co? Nie chcecie skazać mordercy?
– Ale nie wiemy, kto jest mordercą – zauważyła całkiem przytomnie Lori.
Dejka wzruszyła ramionami.
– No to będzie proces poszlakowy. Nie na takich już ludzi skazywali.
– Głosuję za Molem. Kto głosuje za Molem? – Niewiadoma pierwsza wyczuła, co się święci. Wyczuła, a inne podążyły. Wokół nich wyrósł las – no, zagajniczek – uniesionych rąk.
Mol rozejrzała się wokół z bardzo nieszczęśliwą miną.
– Jak to za mną?! – oburzyła się. – Ja się nie znam na procesach, a jeśli chcecie mnie to skafkować…!
– Dejka poprowadzi, Mol będzie główną oskarżoną, a my, no, będziemy świadczyć.
Dejka pokiwała głową, a na jej ustach wykwitł uśmiech. Wiedziała, że kiedyś jej się przyda wiedza, którą dawno, dawno temu posiadła. Nie miała zamiaru być miła ani korzystać z prawa łaski. Chciała kogoś skazać – obojętne kogo.
– Czy oskarżona ma obrońcę? – zapytała poważnie, poprawiając szkolną szatę tak, by stworzyć wrażenie, że to toga.
– Nie! I jak zaraz nie przestaniesz, to.. to…!
– Do sądu zwraca się ‘wysoki sądzie’ – zauważyła spokojnie Dejka. Żałowała, że nie ma peruki. Powinna mieć perukę, nawet jeśli zepułoby jej to fryzurę. – I oskarżona nie poprawia swojej sytuacji.
– Ja cię zaraz wysokisądne!
A potem zrobiło się strasznie nieprofesjonalnie, bo nie dość, że nikt nie podjął się obrony oskarżonej (ba, nie było nawet prokuratora!), to wysoki sąd zrezygnował z całej powagi, która przysługiwała mu z urzędu, i palnął Mola w głowę.
To palnięcie, oczywista, wywołało palnięcie odwrotne. Tak to już z palnieciami bywa, moi drodzy.
Palnięcie to wywołało kolejną falę palnięć, które szybko przerodziły się w regularną bójkę. Nie wyglądało na to, że szybko się skończy, więc niedoszli świadkowie również do niej dołączyli, bo wiadomo, że gdzie dwóch się bije, tam trzeci też się bije, żeby nikt nie powiedział, że jest mordercą.
Problem z palnięciami i bójkami jako takimi polega na tym, że kiedy się już kończą, to nikt tak naprawdę nie wie, kto odpowiada za czyje obrażenia.
Grunt, że kiedy już jako tako się od siebie oderwały, to Dejka leżała nieprzytomna na podłodze.
– To nie ja! – krzyknęła Mol, chociaż nikt jeszcze nie zdążył jej o nic oskarżyć. – Ja jej nawet nie dotykałam… no, za bardzo!
Niewiadoma spojrzała po pozostałych dwóch dziewczynach. Ich spojrzenia mówiły dokładnie to samo. Bo jeśli to Mol, czy nie lepiej utwierdzać ją w przekonaniu, że są po jej stronie? Żeby, no, ten, ich też nie capnęła?
Lori skinęła lekko głową, a Penny uśmiechnęła się słabo.
– Takie wypadki się zdarzają. Zanieśmy ją do sali z innymi… wypadkami i się nie przejmujmy – powiedziała.
– Wierzycie mi?
Odpowiedział jej niespecjalnie entuzjastyczny pomruk, który sugerował, że tak, wszyscy jej ufają. Mol się uśmiechnęła.
– Bałam się, że będziecie mnie oskarżać – powiedziała.
– No co ty, kociaczku. – Niewiadoma owinęła ją ramieniem. – Hopnij no tylko ze zwłokami. To nam pokaże, że masz, no, dobre intencje.
Mol chciała zaprotestować, ale w końcu bardzo, bardzo chciała udowodnić, że ma dobre intencje, no bo przecież była niewinna i nie chciała zostać kolejną ofiarą. Nic nie mówiło ‘dobre intencje’ lepiej niż to. Zgodziła się i jak najszybciej wyciągnęła Dejkę z pokoju.
– To co, ufamy jej?
– Co ty, zgłupiałaś? Chcesz, żeby nas zaciukała? Nawet nie zmruży oka.
– Nooo! I jeszcze nas zje!
– Cicho, durne. Powiedzcie lepiej, co chcecie z tym zrobić.
Zapadła cisza mówiąca więcej niż tysiąc Rafaello.
– Zgadzamy się, że to ona jest mordercą, prawda?
Tym razem rozległy się dwa ciche mruknięcia.
– To w imię ochrony naszego życia powinnyśmy się zaczaić.
– Kiedy będzie się tego najmniej spodziewać?
– Tak. Dokładnie.
– I wykorzystać broń, której będzie się najmniej spodziewać.
– Koniecznie.
– Cicho, wraca.
Mol weszła do pokoju wspólnego i uśmiechnęła się niepewnie. Niczego nie podejrzewała, a do tego była już zmęczona. I głodna. I zimno jej było.
– Może powinnyśmy wszystkie się na chwilę odprężyć? Kąpiel, ciepłe łóżeczko, te sprawy – zasugerowała Niewiadoma.
– W końcu jutro też jest dzień. Powinnyśmy od rana szukać jedzenia – dodała Lori.
– A sen dobrze wpłynie na urodę, w końcu chcemy być piękne, jak nas uratują – dorzuciła Penny.
– I bal! Nie zapominajmy o przygotowaniach do balu!
– Do balu na pewno nas uratują, a jak będziemy na nim wyglądać…!
Na dźwięk słowa bal oczy Mola zaświeciły się niebezpiecznie. Wszystkimi wstrząsnął niechciany dreszcz.
– Skoro bal, to… to pewnie macie rację – powiedziała. – Musimy się odprężyć i zadbać o siebie, nawet jeśli czekamy na ratunek. Idę wziąć kąpiel.
– Czekaj! Muszę ci nastawić wodę! W końcu jestem twoją trenerką, nie? Nie mogę pozwolić, żeby spaliła ci się skóra! – Penny wykazała się aż nazbyt nienaturalnym entuzjazmem.
Mol przez moment przeszło przez myśl, że powinna zaprotestować, w końcu Penny nigdy nie była dla niej taka miła, ale potem zrezygnowała. Wspólne przetrwanie tak groźnej sytuacji najwyraźniej zbliża ludzi.
– Dziękuję, Penny, jesteś wspaniała. – Uśmiechnęła się naprawdę, naprawdę szeroko. – Myślisz, że to zamknięcie bardzo zaburzy naszą dietę? I czy powinnyśmy wrócić od jutra do ćwiczeń w pokoju wpólnym?
– Zastanowimy się nad tym po kąpieli.
– Tak, racja, powinnam się odprężyć, prawda? Mówiłaś, że powinnam się częściej odprężać i mety… medytować, o, właśnie. Nauczysz mnie medytować, Penny?
– Po kąpieli.
– Ale może gdybym się relaksowała i medytowała jednocześnie, to…
– PO KĄPIELI. MILCZ.
Mol zmarkotniała.
– W porządku. Ale obiecaj, Penny!
Jednak kolejne spojrzenie Penny ostatecznie przekonało ją o tym, by nie protestować.
Niewiadoma i Lori westchnęły, kiedy Penny i Mol wyszły. A potem spojrzały na siebie porozumiewawczo.
– Znajdź to… mugolskie urządzenie – powiedziała Niewiadoma. – Musimy to załatwić jak najszybciej.
Jak najszybciej oznaczało – dokładnie w trzy minuty i dwadzieścia trzy sekundy.
Krzyk i było po wszystkim.
– To co teraz, dziewczęta? – spytała Penny.
– Pozbądźmy się tego urządzenia – powiedziała Niewadoma, która nie ufała niczemu, co pochodziło ze świata mugoli. No i napawała ją przerażeniem myśl, że żółciutka, gumowa kaczuszka naszpikowana tym mugolskim czymś, no, prądem, może zabić Ślizgonkę. Nie podobało jej się to ani trochę.
– A zwłoki?
– Najpierw to coś! – zarządziła Niewiadoma. W końcu płynęła w jej żyłach krew Czarnego Pana, musiała być przeciwka takiemu zmugoleniu w domu Salazara. – Potem zwłoki. W końcu pewnie łazienka nam się jeszcze przyda.
Penny westchnęła. Nie dlatego, że miała coś przeciwko oczyszczaniu łazienki ze zwłok – to wspierała w całej rozciągłości – ale zaczęły dokuczać jej wszystkie niewygody związane z ich obecnym położeniem.
– Może spróbujmy rozpalić w kominku, kiedy Lori pozbędzie się tego… gumowego drobiu?
Niewiadoma kiwnęła głową.
Kilka zaklęć później ogień zaczął nieśmiało trzaskać, choć w pokoju wspólnym nadal panował chłód. Penny siedziała przy kominku, starając się szczękać zębami z możliwie największą gracją, a Niewiadoma próbowała zerwać ze ściany starą, na wpół wyliniałą skórę niedźwiedzia.
– Zostaw to – powtórzyła po raz enty Penny.
– Nie, kiedy człowiek owinie się w skórę, to jest mu ciepło.
– Ale ktoś ją przykleił Trwałym Przylepcem, możesz ją tylko podrzeć.
– Uda mi się, zobaczysz!
W końcu do pokoju wróciła Lori i spróbowała pomóc Niewiadomej. Penny straciła zainteresowanie ich wysiłkami i trochę się zdziwiła, kiedy kątem oka dostrzegła Niewadomą owiniętą w niedźwiedzią skórę.
– Mówiłam, że się uda – oświadczyła. – Patrzcie na ten łeb, mogłabym mu włożyć głowę do paszczy!
Faktycznie, udowodniła wszystkim, że mogła.
Powinna była najpierw jednak sprawdzić, czy nikt nie nasączył kłów niedźwiedzia – które przy okazji porządnie drasnęły jej skórę – trucizną. W końcu to Slytherin, czego się spodziewała?
– Czy ona…? – zapytała Lori.
Penny wstała, żeby przyjrzeć się Niewiadomej. Z daleka wiedziała, że kły musiały być wysmarowane trucizną, ale nigdy, absolutnie nigdy nie widziała tak idealnego odcieniu indygo, który teraz pokrywał całą twarz Niewiadomej. Musiała zobaczyć to z bliska.
Kiedy jednak podchodziła do Niewiadomej, poślizgnęła się na jednym z dywaników leżących przed kominkiem. Samo w sobie wydawało się to nie do pomyślenia i Penny niewątpliwie spaliłaby się ze wstydu, że zdarzyło jej się w takim momencie potknąć, ale, niestety, wpadła do kominka i była zbyt zajęta spalaniem się w sposób o wiele mniej metaforyczny, żeby martwić się o wizerunek.
Lori została sama.
Pomyślicie – farciara. Tyle że Lori wiedziała. Wiedza nie ma niczego wspólnego ze szczęściem. Wiedza to potęga.
Ale czy aby na pewno?
Rozejrzała się po pomieszczeniu. Po przypalonej Penny i przytrutej Niewiadomej. A potem sięgnęła po książkę, którą notkę temu siedziała, siedząc na kanapie.
Dziesięcioro murzyniątek figlowało ranną porą…
Wiedziała, co jej pozostało. Sznur i gałąź pod ciężarem zgięta.

Chapter 32 (Zielon, Zet, Cam, Marta, Gagata, Drach, Amelia, Tibby, Atri, Soł, Lori, Sylv, Penny, Kit, Kicia, Mal, Lori, Niewiadoma, Mol)

Tamtego dnia było zimno, oj, zimno, bo skrzaty zaspały do pracy i w większości kominków zapalono dopiero późnym popołudniem. Do tego ktoś nie zamknął drzwi do Sali Wejściowej i nawiało tam trochę śniegu. O ile początkowo wszyscy uznali, że jest to cokolwiek urokliwe, o tyle kiedy weszli do Wielkiej Sali i zobaczyli ośnieżone stoły, uznali, że wcale to tak zabawne nie jest. Okazało się, że Irytkowi udało się zmajstrować coś przy zaklęciu rzuconym na sufit Wielkiej Sali i teraz śnieg, który spadał na dach pomieszczenia, lądował na stołach i podłodze.
– Dobrze, że zabrałam ze sobą parasolkę – powiedziała Zielona, która, w istocie, trzymała nad głową parasolkę koloru również zielonego.
– Chcą nas wymrozić – powiedziała Zet. – Żebyśmy nie mogli przyjść na bal, bo wszyscy wylądujemy w skrzydle szpitalnym.
– Ale po co im bal bez uczniów? – zapytała Gagata. – Kto ma tańczyć? Ślimak?
– Może to taki test. Przetrwają najsilniejsi – powiedziała Marta, poprawiając wełnianą czapkę. Miała też rękawiczki i szalik. Jakiś czas wcześniej kupiła sukienkę na bal i teraz była zdeterminowana, żeby ją założyć.
– I Kicia nie przetrwa i będzie można pójść z Syriuszem? – zapytała Amelia.
– Syriusz też może nie przetrwać – zauważyła Drach. – Właściwie to może organizacja nie wyszła i w ten sposób chcą nam dać do zrozumienia, że balu nie będzie.
– Taki tygrys jak on na pewno przetrwa!
– Ma takie same szanse jak my wszyscy.
– Zaraz, jak to przetrwa? – zainteresowała się Cam, która do tej pory próbowała ulepić bałwana, ale śnieg był na to zbyt zimny. – Czyli reszta z nas zginie?
Zielon wzruszyła ramionami.
– To możliwe – odpowiedziała Drach. – Jeśli będzie tak zimno przez dłuższy czas…
– Umrzemy?! – krzyknęła Amelia. – Ja nie mogę umrzeć! Nie po to przenosiłam się do Hogwartu, żeby tu umrzeć!
– Nie mówili ci, że to na północy?
– Nie. – Wzruszyła ramionami. – Przecież każda szkoła utrzymuje swoją lokalizację w tajemnicy.
– Ale co, powiedzieli ci, że to na Malediwach czy jak?
– W sumie to nic mi nie powiedziali – powiedziała z namysłem. – Wiedziałam tylko, że to nie Francja…
– To jakim cudem mówisz po angielsku?
Amelia otworzyła usta, a potem – najwyraźniej nie znalazłwszy odpowiedzi – zamknęła je. Potem znów otworzyła. I zakmnęła.
– Jesteście takie niewrażliwe! – powiedziała i wybiegła z Wielkiej Sali, pozostawiając wszystkich w niewiedzy.
– Jak to: w niewiedzy? – powiedziała Gagata, która czytała scenariusz. – Ja muszę wiedzieć!
– A w scenariuszu nic nie ma? – zapytała Drach.
Pokręciła głową.
– Co tam scenariusz – westchnęła Cam. – Trzeba się pozbyć tego śniegu.
– Jakiego śniegu? – spytała Zielona, która, bezpieczna pod swoją parasolką, dawno już zapomniała, że jakikolwiek śnieg tam kiedykolwiek był.
– Tego, po którym stąpasz – odpowiedziała Gagata. – I od którego wszyscy mamy umrzeć.
– To radioaktywny śnieg? – zaniepokoiła się Marta. Jej czapka nie była odporna na radioaktywność.
– Co to radioaktywność? – spytała z kolei Tibby, która przecież była krwi tak czystej, że gdyby ta krew była wodą, to można by się w niej było przeglądać.
– Takie coś… yyy… no wiesz, takie drobinki, które robią nam krzywdę – wyjaśniła Marta. – Czasami świecą – dodała dla ułatwienia, ale z miny Tibby można było wnosić, że niewiele ułatwiła.
– Jak świetliki?
Marta popatrzyła na nią z niedowierzaniem.
– Ni… Tak – poprawiła się. – Totalnie jak świetliki, Tibs.
– Co to są świetliki? – spytała z kolei Gagata, której nigdy specjalnie nie interesowała przyroda.
– Nie słyszałaś? Takie drobinki, które świecą i czasami robią nam krzywdę. Odwrotność radioaktywności – odpowiedziała Drach, strząsając śnieg z ramienia.
– Tego też nie było w scenariuszu!
– A śnieg był?
– Też nie.
– To chyba jesteśmy zdane na siebie.
Ciszę, która zapadła, można było kroić nożem.

***

W lochach nie było śniegu, ale za to kamienne ściany pokryły się cienką warstewką lodu. Jej obecność na podłodze sprawiała, że poruszanie się sprawiało trudności i stawało się sportem niemal ekstremalnym. W związku z tym wielu Ślizgonów nie próbowało nawet wychodzić z dormitorium. Ich smętne rozmowy dawało się jednak słyszeć z pewnej odległości, bo wejście do pokoju wspólnego zamarzło w stanie otwartym (możliwe, że projektant tego włazu później pracował dla PKP, ale nie ma co do tego pewności – to tylko odręczny dopisek na marginesie scenariusza).
– Umrzeeeemy z zimnaaa – jęknął jeden głos.
– Albo z głooodu – jęknął drugi.
– Umrzeeemy – potwierdził trzeci.
– A mnie z tego zimna ogarnęła ambiwalencja – oświadczył czwarty i był to głos najprzytomniejszy; być może jego posiadaczka siedziała najbliżej kominka.
– Musicie tak jęczeć? – spytała Penny, która wprawdzie zwykle znajdowała się w hierarchii społecznej tak wysoko, by nie przejmować się takimi drobiazgami jak głos tłumu, ale nawet i ją dosięgała moc zimy. – Dostaję od was globusa.
– Ale jest zimnooo – jęknęła Soł.
– I nie ma czekolady – dodała Atri.
– I w ogóle nic nie ma – uzupełniła Kicia, starając się wyglądać możliwie smętnie.
– GLOBUSA DOSTAJĘ!
To sprawiło, że na paręnaście sekund zapadła cisza.
– To prawie jak zesłanie na Syberię – powiedziała Lori. – Gdziekolwiek to jest, jest tam zimno.
Penny warknęła. A potem pisnęła. A potem… A potem zanim zdążyła cokolwiek zarobić, jej różdżka wyfrunęła z jej ręki i wleciała prosto w śliczne rączki Rosiera.
– Spokojnie, Penny, nie chcemy chyba zamienić ich wszystkich w żaby, hę?
– Dlaczego nie? – mruknęła Penny, starając się wyglądać możliwie dumnie pod kocem z herbem Slytherinu, którym się okryła.
– Bo żaby zostawiają wszędzie śluz? Nie chciałbym mieć śluzu na szacie.
– Zawsze możemy w coś, co nie wydziela śluzu.
– Nie, nie, nie, część z nich to moja drużyna, nie wolno ich zamieniać! – krzyknąła Kit, która siedziała gdzieś nieopodal.
Rosier wykonał klasyczną minę “a nie mówiłem” i uśmiechnął się rozbrajająco tym swoim uśmiechem królewicza-rozrabiaki.
– To nie zmienia faktu, że jesteśmy tu uwięzieni – mruknęła Soł. – Nawet jeśli jako jedyni w całym zamku wpadliśmy na to, żeby rozpalić ogień.
– Możemy pograć w makao? – zaproponowała Sylf.
– Może lepiej pobiegajmy, tak na rozgrzewkę? – zapytała Mol, której nadal zależało na ćwiczeniach przed balem.
– Jakie biegamy, mój globus!
Mol nie zdecydowała się na protest.
– Powinniśmy wysłać delegację po jedzenie – stwierdziła Niewiadoma, która w końcu miała pewien autorytet, bo była córką Voldemorta.
Kilka osób mrukneło z aprobatą.
– Jacyś ochotnicy? – zapytała.
Tym razem nikt się nie odezwał.
– W takim razie na ochotnika nominuję Lucjusza.
Malfoy z przerażenia aż upuścił pilniczek do paznokci.
– C-co? – zapytał.
– Jesteś nominowany – poinformowałą go Niewiadoma.
Z wrażenia z rąk wypadła mu aż prost… znaczy, grzebień mu wypadł, bo prawdziwi mężczyźni nie używają prostownic.
– Ja nie mogę – zaprotestował. – Niech ktoś inny idzie!
– Malfoy, globus!
Lucjusz zerwał się na równe nogi i nawet zasalutował. Potem jednak zwrócił się do Niewiadomej:
– To powinna być ekspedycja dwuosobowa.
– Cykorzysz?
– A skąd! Po prostu nie usniosę sam takiej ilości jedzenia, które niewątpliwie zdobędę!
– Od czego masz różdżkę?
– Najpierw to on by musiał wiedzieć, z której strony ją chwycić – wtrąciła się Lori.
Malfoy skrzywił się w najbardziej pseudoarystokratyczny sposób, w jaki tylko mógł.
– Zamarzła, nie mogę jej użyć – oświadczył.
– Różdżki zamarzają? – spytała Kicia.
Lucjusz zaczął kiwać głową, ale Atri go uprzedziła:
– Znów pomylił różdżkę z prostownicą.
– NICZEGO NIE POMYLIŁEM, NIEGODNE NIEWIASTY!
– MALFOY, GLOBUS!
Lucjusy skulił się w sobie, bo oto oczy Penny zapłonęły prawdziwym ogniem wysokiego pochodzenia, który palił go jak nic innego w tym wielkim, samotnym wszechświecie.
– W porządku, idę – oświadczył, starając się zachować jak najwięcej godności. Pod nosem dodał jednak: – Ale jeśli zginę, to tu umrzecie.
– Żadnego umierania! – zarządziła Niewiadoma, która zaczynała być już głodna. – Mal i Hasz mogą też iść.
– My? Taki dzielny woj jak Malfoy nie potrzebuje kobiet. – Mal aż zachichotała.
Niewiadoma zaczęła się rozlądać po pokoju wspólnym, szukając lepszych kandydatów, którzy akurat pochowali się po kątach.
– Hmm – zamyśliła się, co sprawiło, że lepsi kandydaci jeszcze bardziej próbowali ukryć się przed jej wzrokiem.
– Niech idzie ktokolwiek, bo Penny ma globus, Niewiadoma zaraz zacznie grozić tym, że rzuci kogoś wężom na pożarcie, a mi jest coraz zimniej – powiedziała Soł. – Jak nikt nie chce, to ja pójdę, ale zjem wszystkie eklerki, zanim wam je przyniosę.
– Będą eklerki? – ożywiła się Kicia.
– W kuchni powinny być – odpowiedziała Soł. W powietrzu zawisło niewypowiedziane “o ile ktoś tam w końcu dotrze”.
– Ja chcę eklerki!
– To chodź z nami.
– Nie chcę iść z Malfoyem. On się krzywo patrzy.
– Bo zgubił pro…
– Koniec żartów! – krzyknęła Niewiadoma. – Bo rzucę na pożarcie wężom! Ślizgoni powinni być… – tu urwała, bo próbowała dopasować cechę charakterystyczną Ślizgonów, która odpowiadałaby zaistniałej sytuacji, ale najwyraźniej nie znalazła żadnej, bo zakończyła: – …najedzeni. Niech ktokolwiek tam idzie!
Tyle że ktokolwiek był chyba na wakacjach, bo nikt jakoś nie poszedł.
– To co z tym makao? – zapytała Sylf po dłuższej chwili ciszy.
– W porządku, mogę grać – westchnęła Atri.
– Ale co z eklerkami?… – zapytała zasmucona Kicia.
I tak zaczęli sie przerzucać, przepytywać i przeoskarżać. Trwałoby to pewnie długo, wszak Ślizgoni, jako węże, pełni są jadu i innych niestrawności. Trwałoby. Nie trwało jednak, bo oto padło bardzo poważne pytanie:
– Gdzie jest Lyśka? Lyśka zwykle jęczy najgłośniej.
– Z Puchonami? – zasugerowała Lori. Jej sugestia była zresztą całkiem logiczna.
– Ale Lyśka zawsze tu siedzi. Zawsze. A teraz jest zimno. Nie powinna, no nie wiem, borsuczyć się gdzieś po kanapą? – spytała Niewiadoma. – Nie podoba mi się to. Jak Lyśki nigdzie nie widać i nie słychać, to znaczy, że idą kłopoty.
– Może zamarzła? – zapytała Kit, którą los Lyśki niespecjalnie interesował, ale bardzo chciała się dowiedzieć, czy w takich warunkach naprawdę można zamarznąć.
– NADCHODZI ZIMA.
– Och, Malfoy, zamknij się, GLOBUS.
W pokoju wspólnym znów zapadła cisza, ale tym razem niespokojna i pełna napięcia. Wszyscy rozglądali się – najpierw nieznacznie, potem coraz bardziej otwarcie – za Lyśką. No bo Niewiadoma miała rację, powinna tu być. Jej brak sprawił, że większość Ślizgonów poczuła się mocno zaniepokojona.
– Zginiemy tu jedna osoba po drugiej. Jak dziesięciu tych, no, mugoli – mruknęła Mol. – A jeśli wśród nas jest morderca?
Ta cisza była jeszcze bardziej niepokojąca.

Chapter 31 (Cam, Amelia, Holly, Karacha, Marta, Małża, Bran, Len, Evy)

Amelia wpadła do pokoju wspólnego podskakując na tyle żywiołowo, że aż zrzuciła parę zapomnianych podręczników ze stołu, a potem potknęła się o fotel. Nie przeszkadzało jej to jednak cieszyć się dalej i kiedy w końcu doskakała do Cam, siedzącej – jak na złość – na drugim końcu pokoju wspólnego Gryfonów, uśmiech nie schodził jej z twarzy.
– Dostałam zaproszenie na bal! – zakomunikowała, pokazując w uśmiechu wszystkie zęby.
– Wiemy. Odmówiłaś mu.
– Nie! – zaprotestowała, a potem jej uśmiech na chwilę przygasł, bo przypomniała sobie o całym incydencie z Blackiem. – To znaczy wtedy tak, ale dostałam zaproszenie dziś rano!
Cam klasnęła w dłonie.
– Kto jest tym szczęśliwcem?
Amelia strapiła się lekko.
– Nie pytałam o imię, ale jest Krukonem, jest wysoki, ma ciemne włosy i taaaakie niesamowite oczy, nie uwierzyłabyś! – Znów się szeroko uśmiechnęła, najwyraźniej przypominając sobie oczy Krukona.
– Kto ma, kto ma? – Holly zjawiła się znikąd. Jak wszyscy Huncwoci, Holly miała magiczną umiejętność pojawiania się ex machina. Spadania z sufitów i takich tam. – Ja chcę wieeeeeeeeeedzieć!
– Krukon – powtórzyła Amelia, nadal uśmiechając się szeroko. To mógł być początek skurczu mięśni twarzy. – Taki wysoki i ciemnowłosy, i…
– I nie zapytałaś o imię? – zdziwiła się Cam. – To trochę… nieuprzejme? – zaryzykowała. Nie była pewna, czy powinna krytykować Amelię, bo ona też nie zawsze troszczyła się o pamiętanie imienia swojej randki, ale bal to trochę co innego.
– Nie! To taka tajemnica! Wiesz, że się nie znają, że nic o sobie nie wiedzą… Ach. Jakie to romantyczne.
Cam pokiwała głową. Nie była mocna w tajemnicach.
– Czyli ten Bezimienny Krukon jest nowym Syriuszem Blackiem, tak? – zapytała Amelię.
Amelia przewróciła oczami.
– Syriusz jest tylko jeden, ale, wiesz, gdyby ktoś miał go zastąpić na stanowisku etatowego przystojniaka Hogwartu, to Krukon ma mój głos – odpowiedziała. Po drodze jej uśmiech przygasł, ale pewnie ze względu na zmęczenie mięśni. Musiała uśmiechać się przez całą drogę od Wielkiej Sali do wieży Gryfonów.
– No co wy, a Rogaty? – zaprotestowała Holly.
Cam poklepała ją po plecach.
– Rozumiemy, Holl, że masz z tym problem, ale naprawdę, widziałaś go ostatnio? Znaczy przez ostatnie parę lat? Myślę, że ostatni raz czesał się jeszcze zanim dostał sowę z informacją o przyjęciu do szkoły.
Amelia pokiwała głową:
– To zdecydowanie spycha go poza pierwszą trójkę.
Holly zatrapiła się, bo od zawsze kochała się w Jamesie. Jak to – poza pierwszą trójkę? To kto…
– To kto jest trzeci?
Cam i Amelia odpowiedziały jednocześnie:
– Persus Wilkes.
– Evan Rosier.
Holly zmarszczyła czoło.
– Ślizgoni? Naprawdę? Nie powinnyśmy wykazać się większym, no wiecie, patriotyzmem… etnicznym?
– Etnicznym? – powtórzyła Cam.
– No przecież Ślizgoni to taki trochę inny gatunek – wyjaśniła powoli Holly, patrząc na nie z pewnym niedowierzaniem. – Nie możemy ustawiać ich tak wysoko na liście ani z nimi krzyżować. Ani myśleć o krzyżowaniu. Ani w ogóle myśleć.
Amelia zmrużyła oczy.
– Czy ty aby się w którymś nie podkochiwałaś w piątej klasie?
– TO BYŁO DAWNO I NIEPRAWDA.
– Mmm-hmm – potwierdziły Amelia i Cam zgodnym chórkiem.
Cała dyskusja była jednak na tyle głośna, że zwabiła parę innych Gryfonek.
– Co się dzieje? – zapytała Karacha, podchodząc do grupy.
– Amelia i Cam lecą na Ślizgonów!
– Naprawdę?! – oburzyła się Karacha.
– Których? – zapytała Marta, która też znalazła się w okolicy.
– A jak myślisz?
Marta zamyśliła się. Możliwe, że przypominała sobie detale anatomiczne i takie tam, bo zaczęła się podejrzanie uśmiechać.
– Chodziło o Wilkesa i Rosiera – powiedziała szybko Cam, żeby temat nie zszedł na bardziej niebezpieczne terytorium. – I o listę najprzystojniejszych facetów, z którymi idziemy lub nie idziemy na bal. W większości nie idziemy. Poza Amelią – dodała, świadoma, że zaczyna mówić za dużo i wygladało to na słowotok, który miał ukryć poczucie winy albo coś do poczucia winy zbliżonego.
– Amelia idzie na bal z Rosierem? – zdziwiła się Karacha. – I jeszcze żyje? To znaczy… Nie, żebym się bała czy coś, bo Gryfoni nigdy się nie boją. – Wyprężyła mężnie pierś, ale tylko na chwilę, bo zaraz pobladła ze… ze zmęczenia, kurczaczek! – Ale Lysia?
– Nie! – oburzyła się Amelia. – Idę z tym Krukonem, wiecie, tym z siódmego roku. Ciemne włosy, wysoki.
Zamachała rękoma, pokazując, jak wysoki. Spojrzenia wszystkich skierowały się w górę.
– Nie widziałam żadnych trzymetrowych Krukonów – oświadczyła Marta.
Amelia prychnęła.
– Może trochę wyolbrzymiam, ale jest wysoki!
– A jak się nazywa? – spytała Karacha.
– Dlaczego wszyscy o to pytają? Nie możecie się po prostu cieszyć moim szczęciem?! – krzyknęła Amelia, najwyraźniej już poirytowana. Potem jednak trochę się przestraszyła tego, że podniosła głos. – Znaczy… nie wiem – dodała już spokojniej.
– Bo to romans i tajemnica – od razu wyjaśniła Holly.
– No właśnie, romans i tajemnica – powtórzyła Amelia, której chyba się ta myśl podobała. Po czym przypomniało jej się, że powinna wykazać się troską o koleżanki, i zapytała: – A wy wszystkie już macie z kim iść?
Kiwnęły głowami.
Amelia uśmiechnęła się wyczekująco. Miała nadzieję, że powiedzą, z kim idą. W końcu dobrze zbierać takie informacje; nie miała wątpliwości, że prędzej czy później Pe przyjdzie wylewać żale na jej piersi i wtedy będzie mogła ją pocieszyć przedstawiając coraz to krótszą listę wolnych facetów.
– No? – dodała po krótszej chwili milczenia.
– Ja idę z Jamesem – powiedziała Holly z niejaką dumą.
– Kojarzycie tego Puchona z loczkami? Tego w okularach? – zapytała Cam. – Tego, który chodził za mną dwa dni? Wczoraj mnie zaprosił.
– Mnie zabiera mój kuzyn – rzuciła od niechcenia Karacha, która chyba nie była zbyt dumna ze swojej randki.
Marta wzruszyła ramionami.
– Póki co przyjęłam trzy zaproszenia, potem zdecyduję – powiedziała.
– Trzy? – zakrzykneły chórem.
– No tak – potwierdziła. – Znaczy dostałam cztery, ale jednemu od razu odmówiłam.
– Kim był ten czwarty? – spytała Amelia.
Marta ponownie wzruszyła ramionami.
– Nie wiem, jaki pryszczaty piątoroczniak.
Gryfonki pokręciły głowami z niedowierzaniem, po czym rozmowa zeszła na inny, równie emocjonujący temat – temat sukienek.

***

W pokoju wspólnym Puchonów też poruszano okołobalowe tematy. Bran opowiadała właśnie Małży, że mardzo zależało jej na ciemnośliwkowej sukience, ale kiedy ją przymierzyła, nie była pewna, czy to dobry kolor. Obie nie były specjalistkami od kolorów czy sukienek, ale nie sprawiało to, że problem przestawał istnieć.
– A próbowałaś jasnośliwkowego?
– Nie mieli – odpowiedziała Bran. – Znaczy powiedzieli, że to się nazywa wrzosowy i że ktoś go wykupił.
– Nie, wrzosowy jest chyba bardziej… wrzosowy?
– Obydwa są fioletowe. Poza tym rozmawiałam z facetem, może to jemu się coś pomyliło. – Westchnęła. – W sumie to nie mam chyba szans z Remusem, więc nie wiem, czemu mi tak na tej sukience zależy.
– Nie masz szansy? Ty nie masz szansy? Pomyśl o tych wszystkich… – urwała.
Urwała nie dlatego, że zabrakło jej słów, a dlatego, że pośrodku pokoju wspólnego rozgrywała się scena, której nikt nie mógł przegapić.
Głównym aktorem tej sceny był Amos, jak zwykle nieświadomy, jakie emocje wzbudzał wśród dużej części puchońskiej drużyny quidditcha. Diggory był zbyt zapatrzony w Evy, żeby zauważać takie rzeczy; ba, prawdopodobnie gdyby któraś z dziewczyn zebrała się na zaproszenie na bal, zatrzepotałby rzęsami i zapytał “kto? ja”. Chciał iść z Evy i właśnie próbował skierować rozmowę na temat balu, żeby móc ją oficjalnie zaprosić.
– No więc… Masz już sukienkę?
Evy pokręciła głową, patrząc na swój kocyk.
– Powinnaś mieć. To już za tydzień.
Evy mruknęła coś pod nosem, po czym odchrząknęła i powtórzyła głośniej:
– Ale ja nie idę.
– Nie? Dlaczego?
Przez chwilę milczała, po czym zerknęła na niego, a następnie przeniosła wzrok gdzieś na dywan.
– Bo nie mam sukienki – odpowiedziała. W jej głowie była to o wiele lepsza odpowiedź niż “bo nikt mnie nie zaprosił”.
– Och. Czy to znaczy, że ktoś zaprosił cię przede mną? – wypalił Amos, który nigdy nie był dobry w gryzieniu się w język.
Evy szybko i zdecydowanie pokręciła głową.
– Czyli znaczy czy nie znaczy?
– Nie znaczy? – powiedziała Evy, której ton był jednak tak niepewny, że aż się prosił o znak zapytania.
– Czyli ja mogę cię zaprosić i nie powiesz mi, że ktoś już cię zaprosił?
Len westchnęła ze zniecierpliwienia. Tak, była przy tym Len, która zajmowała się zaplataniem Evy warkoczyków.
– Może szybciej? – poprosiła. – I bez kręcenia głową.
Evy skuliła się w sobie, bo czuła się zestresowana faktem, że dwie osoby coś od niej chciały. Uznała jednak, że skupi się na udzieleniu odpowiedzi Amosowi:
– Tak – powiedziała z wysiłkiem.
– Evy, pójdziesz ze mną na bal?
– T-tak – powtórzyła z jeszcze większym wysiłkiem i uśmiechnęła się lekko.
I wtedy Amos zrobił coś, czego nie powinien był zrobić dla dobra Evy, oczywiście, bo przecież wszystkie kobiety w tym pomieszczeniu poprzysięgły sobie przez niego, że wyprują z niej flaki. Pocałował ją. I to pomimo okrzyku obrzydzenia Len.
Evy była rozdarta wewnętrznie, bo jednocześnie ją to zaskoczyło, speszyło, ucieszyło i przestraszyło. Na szczęście nie dane jej było słyszeć zgrzytania zębów, które dobiegło z kąta, w którym siedziała Małża. Bran poklepała Małżę po plecach.
– Kiedyś tam będziesz ty.
– Jaaasne – mruknęła Małża.
– Jasne, że jasne. Niby co takiego on w niej widzi?
– Nie mam bladego pojęcia. Ale najwyraźniej coś, czego żadna z nas nie ma – odpowiedziała, zerknając na równie przygnębioną Len.
– Tak. Odrobina szczęścia.
Małża zmrużyła oczy i przyglądała się uważnie Evy, która teraz ściskała swój kocyk.
– Nie – powiedziała nagle, jakby przyszedł jej do głowy genialny pomysł. – Ona ma kocyk.
Bran popatrzyła sceptycznie.
– No ma. Myślisz, że Amos leci na kocyki?…
– Może to jakaś trauma z dzieciństwa, nieważne.
Spojrzenie Małży mówiło, że zabije każdego, kto śmie zasugerować, że to nie kocyk jest kluczem do sukcesu, więc Bran niezobowiązująco pokiwała głową.
– Poczekaj tu – powiedziała Małża i pobiegła do dormitorium.
Po chwili wróciła ze sporych rozmiarów kocem, który położyła sobie na kolanach i zaczęła poprawiać czy głaskać w sposób niemal lubieżny, o ile można lubieżnie głaskać koc. To było naprawdę niepokojące.
– Nie sądzisz, że wystarczyłoby tylko odrobinę cierpliwości? To sportowiec. Evy mu się znudzi.
– To zwiększy moje szanse – odpowiedziała Małża, patrząc to na Amosa (który nadal patrzył na Evy), to na Len (która wyglądała na poirytowaną, że sama na to nie wpadła).
– Małż, przemyśl to jeszcze raz, proszę.
– Nie, nie, przecież to świetny pomysł – odpowiedziała z uśmiechem. – Do balu jeszcze został jakiś tydzień, prawda? Może się udać.
Bran westchnęła. Świetny czy nie świetny, ten pomysł zupełnie jej się nie podobał.

Chapter 30 (Kicia, Pe, Tibby, Tilly, Hestia, Szinga)

Kicia była naprawdę zmarnowana. Unikała Lemoty już od wczoraj. Zabijało ją to od środka. Kicia ogólnie była dość żywotną osobą, toteż zabijanie – nawet od środka – zupełnie jej nie odpowiadało. Żadna ilość czekolady nie zmieniała tego stanu rzeczy.
– Nie martw się, kocie, coś wymyślimy – pocieszała ją Pe, która w obliczu takiej tragedii traciła trochę na swojej gadatliwości.
– Ale ja nie wiem, co mam zrobić – powiedziała smętnie Kicia.
Pe się zamyśliła. Chciała jej pomóc opracować genialny plan.
– Kup rękawicę sokolnika. Wiesz, kiedyś czytałam, że mugole tak rozwiązują problemy, kupują rękawicę sokolnika i idą do parku, bo może przyleci do nich sokół albo znajdą dziewczynę, znaczy bardziej chodzi im o dziewczynę, ale sokół też jest fajny, znaczy nie mówię, że potrzebujesz dziewczyny albo sokoła, ale… wiesz, gdybyś jakiegoś miała, to możesz mi oddać, sokoły na pewno są fajne, skoro śpiewa się o nich piosenki! Hej! Hej! Heeeej, sokoły…!
– Ale…
– Oooomijajcie góry, lasy, doooooły…! Zaraz, ale jak to leciało dalej? Kicia, ty przecież masz zespół, powinnaś wiedzieć, to jest muzyka, prawda? Ja uwielbiam muzykę, gdyby tylko muzyka była przystojnym facetem, to by było coś, ale mogę ją też uwielbiać inaczej, chociaż o wiele bardziej bym ją uwielbiała, gdybym była w zespole. Nikt mnie nie kooocha!
Pe pociągnęła nosem.
– Z kim idziesz na bal? – spytała nagle Kicia. Tak o. Skojarzyło jej się.
– Na bal? – zapytała Pe. W jej spojrzeniu czaiło się szaleństwo. – Będzie jakiś bal? Czemu ja nic nie wiem? Kiedy?
– Na święta…
– Naprawdę? Ojej! – Spojrzała na Kicię uważnie. – A z kim ty idziesz? Z kim ja idę? Z kim idzie każdy, jest jakaś lista, został ktoś wolny, o Merlinie, SUKIENKA! Masz sukienkę? Czy ja mam sukienkę? Czy ktokolwiek ma sukienkę? Znaczy na ten bal się idzie w sukienkach, prawda? Skąd wziąć sukienkę?
– Zaprosił mnie Syriusz Black – Kicia wyszeptała tak cicho, że Pe musiała naprawdę przestać na moment mówić, by to usłyszeć.
– O nie, to znaczy, że nie pójdzie ze mną. Myślisz, że by poszedł? O, wiem, może pójdzie z nami obiema, co? To by było fajne, tylko musiałbyśmy mieć inne sukienki, bo wtedy przestałoby być fajnie. – Pe się zamyśliła. – Czemu jesteś smutna, skoro cię zaprosił? Chyba mu nie… odmówiłaś?
– Lemot będzie smutna.
– Nie zaprosił jej? A, no tak, nie zaprosił, skoro zaprosił ciebie. Możemy ją też zaprosić, pójdziemy z nim we trzy!
– Nie nie wiem, czy…
– Nie, nie, nie, nie możesz nie wiedzieć, bo zobacz, to jest bardzo proste. Syriusz jest zawsze otoczony wielbicielkami i wielbicielami, ale z przewagą wielbicielek, bo wielbiciele brzmią trochę podejrzanie, a to w końcu Hogwart, porządna szkoła i tutaj nigdy nic podejrzanego się nie dzieje. Pomijając animagów, jakieś wielkie węże, mnóstwo duchów, eksplodujące kominki i inne takie, ale poza tym to nic podejrzanego. No więc Syriusz jest do tego przyzwyczajony, a nie powinnyśmy go odzwyczajać, bo to źle wpłynie na jego ten, no, komfort psychiczny. Niech się dobrze czuje na tym balu, a kto zapewni mu lepsze samopoczucie niż trzy takie dziarskie dziewoje, hue hue, jak my! Myślę, że to jest genialne, nie myślisz, że to jest genialne? A w ogóle, to gdzie my jesteśmy, bo pić mi się chce i poszłabym do kuchni, ale ostatnio mnie skrzaty wyrzuciły, wiesz, ta sprawa z kominkiem, ale to nie była moja wina i w sumie możemy uznać, że ona się nie wydarzyła, bo prawie nie ma świadków, i ja wiem, że skrzaty musiały to sprzątać, ale ja nie chciałaaam!
Kicia czuła się przytłoczona nie tylko swoją niefortunną decyzją, ale i monologiem Pe. Dlatego nastała cisza. Cisza, która ciszą być powinna, w końcu biblioteka to nie miejsce do tego, by…
– O czym tak milczycie? – spytała Tibby, która pojawiła się deux ex machina, by dialog nie umarł z powodu śmierci emocjonalnej Kici.
– O tym, że ja, Kicia i Lemot idziemy na bal z Syriuszem, co jest świetnym pomysłem, nawet jeśli Kicia tego jeszcze nie powiedziała, ale wiem, że Kicia tak myśli, bo Kicia mnie kocha, więc musi tak myśleć. Tylko się martwię sukienką, bo ja nie wiedziałam, że bal będzie i nie mam sukienki, bo nikt mi nie powiedział. W sumie widziałam, że ludzie z Hogsmade wracali z sukienkami, ale nie wiedziałam dlaczego, bo to trochę dziwne, żeby tak spontanicznie kupować sukienki, nawet Sylv kupiła, więc to musiało być coś dziwnego, ale pomyślałam, że może to znowu jakieś zaklęcie, jak z tymi wężami, przy których mnie nie było, ale mi opowiedziała i strasznie szkoda, że mnie nie było, ale bardziej szkoda, że mnie na tych zakupach nie było, bo przydałaby mi się sukienka, skoro już we trzy idziemy z Syriuszem. A ty?
Pe uśmiechnęła się szeroko i patrzyła wyczekująco na nieco przestraszoną Tibby.
– Chyba… Chyba z takim Gryfonem z siódmego roku.
– Przystojnym? – zapytała Pe, ale było to pytanie raczej konwersacyjne. Nie wyglądała, jakby chciała wprosić się i do tej pary. – A jaką masz sukienkę? To znaczy o ile masz? Bo chyba wszyscy mają i to niedobrze, bo naprawdę nie wiem, co mam zrobić, bo skrzaty się na mnie obraziły, więc na nie wolę nie liczyć, a przecież jej nie przetransmutuję, prawda? Ooo, może ktoś przetransmutuje ją za mnie, w sumie to by było tańsze, ale nie, ja wcale tego nie powiedziałam.
– Może kupimy je razem?
– Znaczy się nie jesteś dobra z transmutacji? – zmartwiła się Pe. – Kicia, a ty?
Kicia uparcie milczała. W świecie Kici nie było sukienek. W świecie Kici wszystkie sukienki zostały jej odebrane za karę, bo przecież jak się samemu kradnie, to trzeba się liczyć z tym, ze ciebie też ktoś prędzej czy później z czegoś ogołoci.
Pe ją przytuliła.
– Ale będziemy się świetnie bawić. Chciałabym niebieską sukienkę, taką zwiewną. Albo może lepiej zieloną i bardziej obcisłą? Ale nie wiem, czy obcisła to dobry pomysł, jak myślisz, Kiciu? I w sumie zielona to taka Slizgońska jest, a ja nie jestem Ślizgońska, w sumie może powinnam mieć żółtą, ale nie chcę żółtej. Mogłabym się ewentualnie na pomarańczową zgodzić, ale wszyscy pewnie pójdą w jakichś innych kolorach, więc to może nie jest najlepszy pomysł, chociaż przynajmniej bym się wyróżniała. Ale wiesz, jeśli ty pójdziesz w zielonej, a możesz, bo jesteś Ślizgonką, to ja mogę w pomarańczowej, bo to takie kontrastowe. Co kontrastuje z zielonym i pomarańczowym? Bo przecież musimy jakoś ubrać Lemotę, prawda? No i nie wiem, jaką szatę wyjściową ma Syriusz, może nam zepsuć cały pomysł, musisz go powstrzymać, Kiciu, natychmiast, póki nie jest za późno! Cały świat na ciebie liczy!
Kicia podniosła się. Chyba nie mogła tego już dłużej znieść.
– Idziesz mu to powiedzieć? – zapytała z nadzieją Pe. – Bo jeśli tak, to możesz też…
Ale nie dokończyła. Kicia jej brutalnie przerwała. Może nie dlatego, że Kicia była osobą brutalną, ale po prostu Pe nie dało się łagodnie przerwać.
– Nikt więcej z nami nie idzie. Idę ja i on. Kropka. Przestań tyle mówic, Pe. To boli w uszy.
Pe pociągnęła nosem i zrobiła minę właściwą wszystkim zagubionym w czasie śnieżycy szczeniaczkom.
– To z kim ja idę?
– Zaproś sobie kogoś i daj mi pocierpieć w miczelniu.
– Ale kogo?
Pe nadal była zagubiona i był do doprawdy łamiący serce widok.
– Może Petera?
– Jakiego Petera? Znam jakiegoś Petera? – zdziwiła się Pe. – Znów ktoś mi o czymś nie powiedział?
Tibby, bo to ona rzuciła genialnym pomysłem Peterowym, uściśliła:
– Glizdogona. Tego od Huncwotów.
Pe spojrzała na nią z niedowierzaniem i przez chwilę wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć, ale w końcu zrezygnowała i powiedziała coś innego:
– Ale co z sukienką? Bo nic mi nie mówicie, skąd ja mam wziąć sukienkę? I jaką sukienkę, bo wcześniej myślałam, żeby pomarańczową, ale skoro nie idę z Kicią, to może jednak niebieską?
– Pójdźmy razem na zakupy? – ponowiła swoją prośbę Tibby.
– Dobra, idźmy! Ale pomożesz mi wybrać kolor, prawda? Bo ja naprawdę nie wiem. – Pe zrobiła smętną minę.
– Jasne, że tak. Zobaczysz, będzie świetnie.

***

Nie było. Przynajmniej nie tam, gdzie aktualnie znajdowała się Tilly. Co ją podkusiło, by chodzić na te głupie spotkania Klubu Ślimaka?
– Pyszczek do góry – powiedziała Hestia, która akurat Ślimaka lubiła. – Jeszcze tylko pół godzinki i możemy się zmywać.
– Aż pół godziny – poprawiła Tilly.
Wyglądała na zniecierpliwioną – w końcu mogłaby tyle rzeczy w tym czasie zrobić, ale nie, zdecydowała się przyjść i teraz ponosiła tego konsekwencje. Rozejrzała się po twarzach innych zebranych; większość była równie zniecierpliwiona i znudzona.
– Przynajmniej nie musisz rozmawiać ze Smarkiem – Hestia kontynuowała. – Zobacz, w tym tygodniu przypadł Szindze. Każdy ma swój krzyż.
– Przynajmniej można z nim porozmawiać o eliksirach – odpowiedziała Tilly, zerkając w stronę jakiegoś Gryfona, który regularnie bywał na spotkaniach, ale nie udało jej się jeszcze dowiedzieć dlaczego. Wiedziała natomiast, że nie był w stanie uwarzyć tak prostego eliksiru jak eliksiru snu, co sprawiało, że nie mogła traktować go poważnie.
– Jeśli chce się zarazić jego fryzurą…
– Fryzury nie są zaraźliwe – stwierdziła z przekonaniem Tilly. – Ale gdyby miał jakąś śmiertelną chorobę, to…
– Łupież?
– Nie jest śmiertelny, chociaż na pewno denerwujący.
Hestia wzruszyła ramionami. Sama nie podeszłaby do Smarka, ale…
– Jak ci to tak nie przeszkadza – powiedziała z wyrzutem – to proszę, leć ratować Szingę. A ja w spokoju zjem ciasteczka. Ale, uwaga, jeśli coś złapiesz, nie leć do mnie z płaczem.
Tilly wstała.
– W porządku, pójdę i udowodnię ci, że przez rozmowę nie da się niczym od niego zarazić. I zostaw mi parę ciasteczek.
Ulga, która odmalowała się w oczach Szingi, gdy zobaczyła nadchodzącą Tilly, była wręcz nieopisana.
– Cześć… Krukonko, oto mój kolega, znaczy się Książę. Książę Krukonka – powiedziała szybko. – Na pewno się zaprzyjaźnicie, a teraz wybaczcie, wzywają mnie Sprawy Niezwykłej Wagi. Pa!
Tilly uniosła nieco brwi, bo Ślizgonka oddaliła się w naprawdę ekspresowym tempie, po czym spojrzała na Severusa.
– Cześć – powiedziała uprzejmie.
Severus milczał, co w jego przypadku nie było szczególnie niepokojące. Tilly nie chciała jednak zrazić go do siebie ani spłoszyć, więc nie popadała w słowotok.
– Jestem Tilly – dodała, a kiedy Severus nadal milczał, wyciągnęła rękę. Dla dobra nauki, rzecz jasna; udowodni Hestii, że nawet przez podanie ręki nie zarazi się łupieżem.
Jednak nie spotkała się z żadną reakcją. Severus zdawał się bardziej płochliwy od tchórzofretek.
Tilly opuściła rękę i postanowiła zostać przy próbach nawiązania kontaktu werbalnego:
– Od dawna przychodzisz na spotkania u Ślimaka?
Pokręcił głową.
Przynajmniej była to jakaś reakcja. Tilly postanowiła trzymać się krótkich wypowiedzeń zakończonych pytajnikiem.
– Z powodu eliksirów, prawda? – Przez moment milczała, ale zanim Severus zdążył pokiwał głową, dodała: – Słyszałam, że potrafisz uwarzyć wszystko. To naprawdę imponujące, bo większość uczniów w ogóle nie zwraca uwagi na to, jak ważne są eliksiry.
– Słuchaj – Snape niespodziewanie się odezwał. – Czego ty ode mnie chcesz?
Tilly była bardzo zadowolona, że udało jej się go zmusić do odezwania się. Postanowiła kontynuować:
– Chciałam porozmawiać – odpowiedziała, a kiedy zdała sobie sprawę, że nie zawierało to pytajnika, najwyraźniej kluczowego w kontaktach z Severusem, dodała: – Możemy pogadać o eliksirach?
Nie żeby eliksiry były jej najukochańszym przedmiotem, ale doceniała urok parującego kociołka. Z najwyższą uwagą kroiła i miażdżyła składniki, mieszała odpowiednią ilość razy i tak dalej. Naprawdę, podobało jej się to, ale podobała jej się też transmutacja czy zaklęcia. Uznała jednak, że te tematy zostawi na później.
– Nie wiem, kto ci o mnie powiedział, ale najwidoczniej kłamał. Ja nie produkuję eliksirów. W szczególności nie tych, o które pytasz.
– O które pytam? – powtórzyła Tilly, odruchowo dodając pytajnik. – Ale ja nie pytam o żadne eliksiry! Chciałam porozmawiać!
– Daruj sobie.
Tilly poczuła się dotknięta.
– Jestem Krukonką, gdybym chciała takie eliksiry, o jakich myślisz, że chcę rozmawiać, to bym je sobie uwarzyła – oświadczyła. – Chciałam porozmawiać o zastosowaniu oka traszki w eliksirze pieprzowym i o tym, co można stosować alternatywnie.
Snape przyglądał się jej dość podejrzliwie. Ze co ona sobie wyobraża? Tak po prostu chce pogadać? Jasne. Nikt z nim tak po prostu nie rozmawia.
Tilly przyglądała mu się z mieszaniną oburzenia (które jednak powoli z niej uchodziło) i uporu (skoro chciała z nim porozmawiać, to przecież teraz nie zrezygnuje). Co on sobie wyobrażał? Że tak po prostu sobie pójdzie. Jasne. Nikt jej nie spławia w taki sposób.
– A masz coś w zamian?
– W zamian za rozmowę? – zdziwiła się.
Kiwnął głową.
– Rozmowa nie jest czymś, co można kupić! – oburzyła się ponownie. – To dobrowolna wymiana myśli dwóch lub więcej osób, które są zainteresowanie poznaniem myśli pozostałych. Albo podzieleniem się z nimi swoimi myślami.
– A co, jeśli tylko jedna osoba jest zainteresowana?
Tilly przyjrzała mu się uważnie. Bezczelny Ślizgon, to ona do niego z okiem traszki, a on…!
– W takim razie czego chcesz w zamian? – zapytała.
– Przysługi.
– Przysługi? – powtórzyła niepewnie Tilly. W końcu to był Ślizgon, można było z nimi inteligentnie rozmawiać, ale żeby od razu wyświadczać im przysługi?
– Pójdziesz ze mną na bal.
Tilly zamrugała. Nie miała pojęcia, skąd mu to przyszło do głowy i miała szczery zamiar odmówić, ale kiedy otworzyła usta, powiedziała:
– Dobra, ale wyjaśnisz mi, o co w tym wszystkim chodzi. A potem pogadamy o oku traszki.

Chapter 29 (Lysia, Eta, Lemot, Sylv, Tabby)

Jesień, jak uparte, stare babsko, jakoś na złośc światu nie chciała się zrobić młodsza (mówiłam, że uparte?) i jakoś tak wycofać się na cmentarzysko historii, tak więc z każdym dniem miesiąca, o którym nikt już nie pamiętał, czy był październikiem, listopadem czy może środkiem lipca (w Szkocji wszystko wygląda zawsze tak samo) robiło się coraz chmurniej i od jakiegoś tygodnia trudno było wychwycić w tłumie uczniów Zielona, bo parasolki nosili wszyscy.
W jedną z takich paskudnych niedziel Lysia postanowiła, że najwyższy czas wyciągnąć Lemota z dna depresji powypadkowo-posyriuszowej i zaprowadzić ją na zakupy. Wszyscy doskonale wiedzą, jakim zakupoholikiem jest Lemot, dlatego plan zaskoczył bardzo szybko i w jakąś godzinę temu dwie eLki zmierzały w stronę jedynego sklepu z ubraniami w pobliskiej wiosce. Towarzyszyć im miała przy tym tylko Eta, bo Eta sama w sobie w zupełności całkowicie wypełniała ich serca (w szczególności teraz, gdy była taka szczęśliwa dzięki Wilkesowi), ale uparła się ona, by przyprowadzić ze sobą Sylv i Tabby, gdyż, cytuję:
– Co, jak nas ktoś napadnie? Potrzebna nam obstawa. Nie możemy ryzykować Lemoty po raz drugi.
Lysia chciała przy tym dodać coś o tym, że umie czarować z miliard razy lepiej niż Sylv i jej to zresztą kiedyś udowodniła, ale stwierdziła, że co jak co, ale freciasty spokój ducha należy pielęgnować.
Sylv, gdyby znała myśli Lysi, pewnie by się zgodziła, że nie jest konieczną obstawą, a kupowanie sukienek to zupełnie nie jej rodzaj rozrywki. Ba, zasugerowała, żeby zamiast (albo oprócz) niej wziąć Pe, ale plan ten nie wypalił. Najwyraźniej uznano, że Pe stanowi zbyt duże zagrożenie dla sklepów, z których nie chce się być wyrzuconym z hukiem, a do takiego należał sklep z sukienkami.
– To co, mała czarna? – spytała Tabby, która z natury nie interesowała się sukienkami i nie wiedziała, czy istnieją jakiekolwiek inne ich rodzaje.
– Czarna to świetny pomysł – odpowiedziała Sylv, która z natury też nie interesowała się sukienkami, ale jeszcze bardziej nie interesowała się kolorami. Wiedziała tylko, że czerwony, choć ładny, jest zbyt gryfoński. Zostawał zatem czarny.
Spojrzenia, które na sobie poczuła, świadczyły o tym, że najwyraźniej jej paleta barw była zbyt uboga.
– Pomarańczowy. Sylv byłoby bardzo do twarzy w pomarańczowym – rzuciła Lysia. I choć pozornie wydawać by się to mogło miłą uwagą, bójcie się, wszak Lysia nigdy nie jest miła. – Czy ten wąż nie był wtedy pomarańczowy? Tak ładnie wam razem było.
Sylv popatrzyła na nią złowrogo. Nawet nie z powodu węża – który nadal był niemal największą traumą jej życia, ale była jedna, większa trauma – co raczej z powodu zaproponowanego koloru.
– Nie ma mowy – odpowiedziała. – Czarny jest ponadczasowy.
– Ja lubię pomarańczowy – powiedziała Eta, co wszystkim przypomniało o pewnym wyznaniu o budyniu. Niemniej jednak, nieświadoma tego, dodała: – Z czarnym w paski byłby taki… Jak tygrysek! Przebierzemy się za tygryski?
Sylv zamknęła oczy. Gdyby zostawiła je otwarte, zauważyłaby, że Tabby zrobiła to samo, wcześniej mruknąwszy coś o piratach. Ale kto widział piratów na balu?
– Kocie, tygrysy to my musimy przyp… – zaczęła Lysia, ale szybko przypomniała sobie o Lemocie. Kurczaczek. Jak można być takim nieostrożnym?
– WILKESIDZIEZEMNĄNABAL.
Dokładnie tak.
Tabby, która już otworzyła oczy, posłała Lemotowi pocieszające spojrzenie.
– Zawsze Lysia może cię spiknąć z Averym. Oni tam w Slytherinie skaczą, jak im zagra. Boją się Rosiera.
Lemot oduśmiechnęła się.
– Um, a z kim idzie Ten, Którego Imienia Nie Można Chwilowo Wymawiać, Ale Nie Jest Tym, Którego Imienia Nie Będzie Można Wymawiać Za Parę Miesięcy? – zapytała Sylv, która czytała wcześniej scenariusz. W końcu miała iść na bal samotnie, zasługiwała na jakieś spoilery.
– Miał iść z Francuzką, ale dała mu kosza, nie? – Tabby, wbrew pozorom, znała się na dobrej plotce.
Odpowiedziało jej kiwanie głowami, ale jakoś nikt nie kwapił się do ujawnienia imienia tego nikczemnego Syriuszokrada.
– Dobra, nie musicie tak konspiracyjnie milczec, wezmę to na klatę – powiedziała Lemota.
Głowy kiwały nadal.
– Słyszałam coś o Zet, ale wiem na pewno, że ją zaprosił Caradoc Dearborn – powiedziała w końcu Sylv, która naprawdę nie wiedziała.
– Kto to w ogóle jest? – zmieniała temat Lysia.
– Zet? – zapytała wyjątkowo głupio Sylv, która nie była tego dnia najprzytomniejsza. – No wiesz, ta blondynka. Gryfonka. Quidditch. Głośna jest, gada o sporcie i wzdychała do Syriusza jeszcze niedawno.
– Nie, nie, ten Caradoc.
– Aaa… – Tu Sylv dokonała rzeczy niezgodnej z prawami fizyki, prawami Wielkiej Brytanii i prawami, jakimi rządzi się ten tekst, a mianowicie wyciągnęła z niepozornej kieszeni wieeeeelką ryzę zbindowanego papieru opatrzonego tytułem “Spoilery”, przewróciła kilka stron i, odciągnąwszy Lysię na stronę, pokazała coś palcem. A potem dodała: – Gryfon jakoś.
Lysia wzruszyła ramionami. Lysia leci tylko na Mrocznych Skurwieli.
Sylv schowała spis spoilerów.
– To co z tą czarną sukienką? – zapytała niewinnie. (Trenowała wcześniej, więc niewinne pytanie w jej wykonaniu nosiło już pewne znamiona niewinności).
– Z kim Syriusz idzie na bal? – zupełnie zignorowała ją Lemota. – Et, powiedz mi. Musze wiedzieć.
– Z… – Eta się zawahała. Spojrzała na Tabby, a potem na Lysię.
– Tabby ma rację. Powinnaś pójść z Averym. Wtedy możemy się tam wybrac wszystkie razem – powiedziała Lysia.
– Ale ja nie pytam, z kim ja mam iść. Pytam, z kim idzie Syriusz – powiedziała Lemota, a w jej głosie pobrzmiewały pierwsze nuty legendarnej wręcz stanowczości.
– LEMOTJAIDĘNABALZWILKESEM! – wyrzuciła z siebie Eta, która ostatnimi czasy musiała wypowiadać to przynajmniej raz na dwie minuty. – JAKTYPÓJDZIESZZAVERYMTOBĘDZIEMYMIAŁYPODWÓJNĄRANDKĘ.
Lemotowa stanowczość nieco stopniała i niechybnie zmieniłaby się w kałużę, gdyby nie pisk dobiegający z jakiegoś odległego kąta sklepu. Pisk był przeraźliwy, bo nieużywany kilka lat, więc mógł zardzewieć. Źródłem pisku była Sylv, która gdzieś po drodze straciła zainteresowanie Syriuszem i zaczęła szukać czarnej sukienki, zanim ktoś jej zasugeruje coś paskowanego i tygrysiego. Teraz ściskała coś, co niewątpliwie uszyto z czarnego atłasu i w ogólnym zarysie sukienkę przypominało, ale niespecjalnie pasowało na bal. Miało za szerokie rękawy, a do tego sięgało samej ziemi, a w fałdach spódnicy mogłoby się schować z pięćdziesiąt skrzatów domowych. W zasadzie tylko gorset wydawał się w miarę sensowny.
– KURCZACZEK! Czy ktoś mi w końcu może powiedzieć, co się dzieje? – wyrzuciła Lemota. – Czemu wszyscy obchodzą się ze mną jak z jajkiem?
Sylv przestała się szczerzyć, ale nadal kurczowo trzymała sukienkę, co po sylvowemu miało znaczyć “ta albo żadna”.
– Nadal mowa o Syriuszu? – zapytała.
– Czy to naprawdę aż takie ważne? – to z kolei Tabby.
– Tak – oświadczyła Lemot. – Na oba pytania.
– Kicia – powiedziała naprawdę cicho Lysia.
Sylv mimowolnie rozejrzała się wokół.
– Gdzie Kicia?
To naprawdę nie był jej najlepszy dzień.
– Jak… jak to się stało? – spytała Lemota, która zrozumiała aż za dobrze, co jej właśnie powiedziano.
Nastała kolejna chwila ciszy, tym razem próbująca zatuszować fakt, że Lemot otrzymała właśnie cios pazurkiem w plecy. Czy wszystkim wydawało się, że jak chwilę się nie będą odzywać, to Kicia nagle odwoła swoją randkę z Syriuszem? Chyba tak.
Chyba…
– Wiesz, on dowiedział się, że zakładają jakiś zespół, a przecież wiesz, jaki jest Black, zawsze musi być w centrum uwagi – powiedziała w końcu Lysia. – Zaprosił ją. Ale to nic osobistego! – dorzuciła nerwowo. – To tylko PR.
Lemot prychnęła wymownie. A potem zapadła jakaś taka dziwna cisza, jakby wszyscy zastanawiali się, o jaki zespół chodzi i czemu nikt o nim nie słyszał.
– Ten zespół, w którym ja jestem? – spytała Eta. – To dlatego Wilkes… WILKESIDZIEZEMNĄNABAL?
– Wilkes też chce być w centrum uwagi? – zdziwiła się Tabby.
– Nie, Wilkes naprawdę się z tobą umówił, Ettie – powiedziała Lysia. – Rozmawialiśmy i…
– Ty go do tego zmusiłaś? – tym razem zdziwiła się Sylv.
– Dlaczego Kicia mi to zrobiła? – Lemot nie odpuszczała.
– Dlaczego tylko ja mam sukienkę? – dodała Sylv, bo skoro padały już pytania egzystencjalne, to…
– IDĘNABALZWILKESEM!
– To nie było pytanie – zauważyła Sylv. – Może zajmiemy się resztą sukienek? No wiecie, szybciej wybierzemy, szybciej stąd wyjdziemy?
– Wiecie co? Odechciało mi się zakupów – powiedziała Lemota i wyszła stanowczo.
Tutaj scena podzieliła się na dwie, bo Lysia, oczywiście, podążyła za Lemotą, a reszta została w środku, oniemiała, że takie ładne zakupy tak źle się kończą.
– To co, szukamy jeszcze czegoś? – zapytała Sylv, która wiedziała, że miała być obstawą, ale nagle ta rola straciła sens, podobnie jak jej obecność w sklepie.
– Ubierzmy może Etę, co? Wilkes się ucieszy – powiedziała Tabby i, wierzcie mi lub nie, puściła do Eciaka oczko.
– WILKESSIĘUCIESZY,BOIDZIEZEMNĄNABAL! – oświadczyła Eta na jednym wydechu, zachowując przy tym reguły interpunkcji.
– I dlatego trzeba kupić sukienki – powiedziała Sylv. – Dział z czarnymi jest tam – pokazała kierunek, z którego wcześniej przyszła.
– Chcę tygryska.
Sylv się zmarwiła. Nie widziała tygryskowych sukienek.
– Może zacznijmy jednak od czarnych, a potem… no, zobaczymy? – zaproponowała.
Tabby pokiwała głową.
– Możesz zawsze mieć pomarańczowe akcesoria.
– Akcesoria nie są wystarczająco tygrysie – zmartwiła się Eta.
– Ogonek? – podsunęła Sylf.
Eta spojrzała w taki sposób, że stało się jasne, co myśli o tej sugestii.
– Zacznijmy od fioletowych – oświadczyła, gubiąc gdzieś tygryskowatość.
Tabby westchnęła. Zastanawiała się, kiedy nastąpi moment, w którym powinna wszystkim powiedzieć, że nie idzie na żaden głupi bal.

***

– Mam na nią rzucić klątwę? – zaproponowała Lysia, bo ostatnio była miła, a poza tym chciała poprawić Lemocie nastrój.
– Weź przestań, to Kicia. Naprawdę chcesz mordować Kicię? – Lemot nie do końca wiedziała, co ma myśleć. W końcu.. W końcu się przyjaźniły, nie? – Kurczaczek – dorzuciła, nerwowo przetrząsając kieszenie. – Zapomniałam, że bez Łapy nie mam już dostępu do mugolskich fajek.
– Ślizgoni też je mają – stwierdziła Lysia, bo to było prostsze niż odpowiedź na postawione wcześniej pytanie. – I nie musimy jej mordować. Wężoramiona mogłyby wystarczyć, jeśli chcesz.
– Lyś, weź się opanuj, nie możemy skrzywdzić KICI.
Lysia zrobiła smutną minę, ale potem się znowu uśmiechnęła – odrobinę psychopatycznie do tego.
– A Syriusza?
– Posiekać gnoja.
Uśmiech Lysi stał się jeszcze bardziej niepokojący.
– No to mi się podoba – powiedziała triumfalnie, co początkowo zaniepokoiło Lemotę, ale szybko zostało zagłuszone przez: – Chodź, pod Miotłami powinien być Wilkes, skombinuje ci coś na odstresowanie.
To już się Lemocie bardziej podobało i pozwoliła jej się poprowadzić w stronę wspomnianego przybytku.
Przez chwilę szły w milczeniu, bo żadna z nich nie miała nic więcej do dodania. Ok, Lysia nie miała. Lemota męczyła się sama ze swoimi myślami. Bo przecież… Przecież…
– Lyś, czemu ona mi to zrobiła? – nie wytrzymała.
Gdyby była z nimi Sylv, to pewnie by odpowiedziała “Bo to zła kobieta była” (w dzieciństwie karmiono ją filmami nieodpowiednimi dla tak młodego widza i najpewniej to właśnie zabiło w niej wrażliwość). Sylv jednak została w sklepie, więc odpowiedzi musiała udzielić Lysia.
– Nie wiem – powiedziała, co powinno wszystkich zdziwić, bo Lysia zwykle wiedziała, a jeśli już nie wiedziała, to się nie przyznawała.
– Może ktoś ją w to wmanewrował? – Lemota chwytała się wszystkich desperackich opcji.
– Kto? Antyfanki Syriusza? – zapytała Lysia, która w końcu była miła, więc może naprawdę wierzyła… Nie. To było ironiczne. – Po prostu ją zaprosił i się zgodziła. Albo odwrotnie.
– Ale Kicia nas ko…
– I my też kochamy Kicię. Na teraz i na zawsze. Nie będziemy się przejmować jakimś zafajdanym Blackiem, nie? Nie ten, to następny – Lysia przerwała na moment. – Mówię ci, jedno słowo i pół Slytherinu u twych stóp.
– Czemu całe pół naraz? – zmartwiła się Lemot. – Niech się w kolejkę ustawią czy coś.
– Do pani usług.

Chapter 28 (Moll, Niewiadoma, Penny, Amelia, Drach, Zet, Zielon, Aniołak, Maruda, Gagata)

Molly była niepocieszona. Treningi z Penicylinką zdażały się coraz rzadziej, zdawało się też, że nie przynoszą skutków. Większość Ślizgonek się do tego po prostu nie nadawała. Ona sama zaczynała odczuwać na sobie skutki codziennego biegania i noszenia książek na głowie. Czuła się tak, jak gdyby skończyła ze sto lat.
– Co taki smutny pyszczek? – spytała ją Niewiadoma, bo ona była dobrą duszyczką, chociaż córką Voldemorta, i martwiła się o innych. – Usłyszałaś już nowiny?
– Jakie nowiny? – spytała Molly.
– No że Wilkes zaprosił Etkę na bal.
Moll spojrzała na nią, jakby żałowała, że nie ma na głowie kilku ciężkich książek, którymi mogłaby w kogoś rzucać. Później jednak włączył jej się mechanizm wyparcia i zapytała:
– Ale jak to?
Było to pytanie tak niewinne, tak szczere i tak cicho wypowiedziane, że Niewiadoma go nie usłyszała.
– Co?
– Ale jak to? – powtórzyła Moll głośniej, a w jej słowach pobrzmiewała nuta nadziei, że to wszystko okaże się żartem. W końcu do czego to podobne, żeby…!
– Normalnie. Sama widziałam.
– Uśmiechał się? – zapytała z nadzieją Moll.
– Mniej więcej – odpowiedziała Niewiadoma.
– Szyderczo? – Nadzieja Molla prawie się zmaterializowała obok niej.
– Jak dla mnie, uśmiechał się dość radośnie.
– Ani trochę złośliwie? – upewniła się.
Niewiadoma nie zdążyła odpowiedzieć, bo przerwal jej męski, wyjątkowo mroczny i seksowny głos.
– Molly, musimy porozmawiać.
Moll westchnęła. Nie spodziewała się, że będzie to jedna z tych miłych rozmów, w czasie których mogła do woli mówić o modnych w tym sezonie kolorach czy o kroju sukienki, którą chciałaby założyć na bal.
Niewiadoma postanowiła odsunąć się na stosowną odległość. Chciała móc obserwować Molly i Wilkesa, ale znaleźć się poza zasięgiem zaklęć odrywających uszy. Bardzo lubiła swoje uszy. Nie chciała ich stracić.
Molly nie zawiodła.
Zaczęła od płaczu. Niewiadoma nie lubiła, jak ludzie płakali, ale co poradzisz? Potem krzyki, wyzwiska, bicie pięściami…
Wilkes był nieugięty, nawet kiedy Molly przeszła do kopania i histerycznych szlochów, przerywanych tylko po to, by wziąć płytki oddech albo obrzucić go kolejnym wyzwiskiem. W końcu był mrocznym sukinsynem, nie mógł się tak po prostu ugiąć. Chociaż był blisko przerwania tej sceny, kiedy zdał sobie sprawę, że te kopniaki mogą w końcy trafić tam, gdzie bardzo by nie chciał, żeby trafiły. Jego wewnętrzny mrok nie pozwolił mu jednak przerwać; musiał zatem kontynuować.
– Wiem, że jesteś zdenerwowana – powiedział, bo w końcu był prawdziwym facetem, a prawdziwi faceci mówią takie rzeczy, kiedy już dostali w twarz.
– Zdenerowana? Jak mogłeś mnie tak upokorzyć? Zostawić mnie dla takiej… takiej…
– Molly, proszę cię, nie dramatyzuj.
– Ja nie dramatyzuję, ty… ty… pozbawiony uczuć potworze! Jak mogłeś mi to zrobić! Miałam już sukienkę!
W porządku, Moll jeszcze nie miała sukienki, ale miała bardzo szczegółową wizję, jaka to ma być sukienka, więc to prawie tak samo, jakby ją miała, prawda?
Do pokoju wspólnego tymczasem weszła Penny, której wcale ale to wcale nie podobał się poziom hałasu, jaki tam panował.
Spojrzała na Molla i uniosła brew.
– Molly, garbisz się, kiedy go tak kopiesz – stwierdziła, zanim zdążyła się powstrzymać i powiedzieć coś na temat krzyków. – Damy nie podnoszą nogi tak wysoko i utrzymują prostą postawę. Kopanie w piszczele też boli, a do tego wyglądasz wtedy dostojniej.
Wilkes wyszczerzył się wyjątkowo głupio.
– Do tego nie powinniście tak krzyczeć, zachowujecie się jak jacyś mugole – dodała, po czym przeniosła wzrok na Wilkesa, który nadal się szczerzył. – I nawet nie powiem nic na temat tej miny. Co wy wyprawiacie?
– Wilkes zabiera Etę na bal – wymamrotała Molly.
– Nie mamrotać! – powiedziała Penny. – No dobrze, ale w czym cały ten problem? Eta to miła, ładna dziewczyna, z pewnością będą się dobrze bawić, a taki gentleman jak Wilkes odprowadzi ją do jej dormitorium o przyzwoitej godzinie.
– Ale miał zabrać mnie – odpowiedziała Moll, starając się nie mamrotać i nie siąkać, a jednocześnie posłać wilkesowi możliwie najbardziej złowrogie spojrzenie. – Mam nawet sukienkę – dodała, patrząc na Penny, jakby liczyła, że te słowa sprawią, że Penny weźmie jej stronę i zmusi Wilkesa, żeby cofnął słowo dane Etce.
– Wilkes, czy zaprosiłeś Molly na bal?
– Nie.
– Obściskujemy się po kątach wystarczająco długo, żeby to było oczywiste! – wybuchła Moll.
– Niektórzy nie potrafią poradzić sobie z bycie dziewczyną zza bojlera – powiedziałaby Lyśka, gdyby a. to słyszała b. oglądała My So Called Life także w swojej ffowej wersji.
– Molly, co… – zaczęła Penny, po czym przyłożyła dłoń do czoła w niezwykle wystudiowanym geście. – Nie, nie chcę wiedzieć.
Przeniosła wzrok na Wilkesa i pokręciła głową, ale nic nie powiedziała.
– Penny, powiedz tej wariatce, ze nie mogę odwołać danego słowa.
Broda Moll zaczęła się trząść w sposób, który wskazywał na to, że zaraz wybuchnie płaczem tak rozpaczliwym, że jej łzy zaleją pokój wspólny i wszyscy będą brodzić w wodzie.
– Nie można odwoływać danego słowa – potwierdziła Penny.
– Ale…! – zaprotestowała słabo Moll.
To był najczarniejszy dzień jej życia.

***

– Ok – powiedziała Zielona.
Zet pokiwała głową, a Maruda zmrużyła oczy, jakby chciała zaprotestować, ale w końcu, szturchnięta w ramię przez Gagatę, też pokiwała głową.
– No – przytaknęła Drach, która rozglądała się po pokoju wspólnym. Należy dodać, że po zombie apokalipsie nie pozostał nawet ślad; skrzaty domowe naprawdę nieźle się spisały. – A właściwie o czym mówimy?
Zielona wzruszyła ramionami. Ostatnio po prostu lubiła się zgadzać.
Drach zmarszczyła brwi i spojrzała na pozostałe Gryfonki, które przed chwilą kiwały głowami.
– Żadna z was nie wie?
– Ja w… – wyrwała się Amelia. – A nie, nie wiem.
– I dyskutujemy o tym już od trzech godzin?!
Gryfonki pokiwały głowami, najwyraźniej nie mając nic do dodania. Niektóre z nich miały jednak na tyle przyzwoitości, żeby zerknąć gdzieś w bok i wyglądać smętnie.
– Skoro już przerwałyśmy… – zaczęła Amelia, ale Drach jej chyba nie słyszała.
– Musimy się ogarnąć – stwierdziła. – Nie może tak być, że przez trzy godziny i pół strony dyskutujemy o niczym. Inne domy mają coś do zaoferowania, nie powinnyśmy być gorsze, bo nam jeszcze bardziej ograniczą czas antenowy.
– No więc ja… – ale znów ją zagłuszono.
– Ostatnio była u nas zombie apokalipsa, prawda? – kontynuowała Drach. – I co, i nawet śladu nie ma w pokoju wspólnym, nikt nawet się nie zastanawia, co się stało z ludźmi, którzy w niej uczestniczyli. To znaczy poza Syriuszem, o niego pytają wszyscy, ale reszta nikogo nie obchodzi. Tak być nie może, jesteśmy Gryfonkami, Gryfoni zawsze są popularni!
– Drach, ja naprawdę…
– Powtarzam, tak dłużej być nie może. Pomyślcie o meczach. Pomyślcie o pomeczowych imprezach. Pomyślcie o wszystkich wątkach i zalążkach fabuły, których nam poskąpiono!
– SYRIUSZZAPROSIŁMNIENABALAJAMUODMÓWIŁAM.
– Dlatego właśnie powinnyśmy… – ciągnęła Drach, a potem dotarło do niej, co powiedziała Amelia. I zamilkła.
– C-co? – zapytała Zielon.
Pozostałe Gryfonki po prostu patrzył z niedowierzaniem.
– To – powiedziała już znacznie ciszej.
– Ale… jak to odmówiła? – zapytała Maruda.
– Lepiej: ale jak to zaprosił? – zapytała Zielon.
– Tego nie było w scenariuszu – wymamrotała Drach.
– Przestraszyłam się.
– Czego? – zdziwiła się Zet.
– Przecież te zombie to już dawno było – powiedziała Gagata.
– Ale zaraz, co z Lemotą? – zapytała Zielon.
Drach nic nie powiedziała, poprawiła tylko okulary i czekała na rozwój wydarzeń.
Dla Amelii było to zbyt wiele. Wtopiła się w poduszki. Dość dosłownie. Bo Gryfoni często się topią w poduszkach, gdy się robią czerwoni.
– Powinnaś coś powiedzieć – doradziła jej Drach. Nie wiadomo, czy chodziło jej o spójność scenariusza, czy po prostu chciała zabrać jedną z poduszek, które okupowała Amelia, czy też może zainteresowała ją całą ta historia i liczyła na jakieś krwiste szczegóły.
– Czydasiętojakośodkręcić?
– Ciesz się, że Lemota o tym nie wie – powiedziała Zielon, odczuwając niesamowity przypływ rodzinnej solidarności. Nie na tyle duży, żeby Amelię samodzielnie uszkodzić, ale wystarczający, by nie dawać jej dobrych rad.
– Na pewno się da – zaoferowała jednak Zet. – Powinnaś z nim pogadać.
– A właściwie co się z nim działo po zombie apokalipsie? – zapytała Maruda.
– Słyszałam, że od tego czasu zamienia się w wilkołaka – powiedziała Gagata, która usłyszała to kiedyś od Holly, ale, wiadomo, Holly nie można wierzyć.
– Przecież to się zdarzyło niedawno – zauważyła Drach. – Nie było jeszcze pełni nawet.
Gagata wzruszyła ramionami.
– Ej, co ze mną? – zawołała Amelia. – Jatumamproblempoważnypoważnypoważnybardzopoważny!
Ale o niej zdążyli już wszyscy zapomnieć.
– Podobno zombie uciekły do Zakazanego Lasu – dodała Zielon.
– A ja słyszałam, że jakaś walnięta Ślizgonka chciała je oswoić – powiedziała Zet.
– Eta? Po co jej więcej?
Zet wzruszyła ramionami.
– A bo ja wiem? W końcu to Ślizgonka – mruknęła, jakby bycie Ślizgonem tłumaczyło wszystkie dziwactwa.
– Spokojnie, dziołchy, spokojnie, wróćmy do tego, co… – zaczęła Drach.
– Do tego, co zrobiłam? – zapytała Amelia. Miała wyjątkowo bezradną minę i nawet te poduszki jej nie pomagały. W niczym. Bo ogólnie w czymś powinny, w końcu zachomikowała wszystkie w zasięgu rąk.
– No.
– Ale… ale co teraz? – Amelia pociągnęła nosem i nawet jeśli wygladała wyjątkowo smętnie, to pociągnięcie to było raczej teatralne.
Drach rozejrzała się po pokoju, aż w końcu zobaczyła zegar.
– Na pewno nie kolacja – oświadczyła.
Gagata parsknęła śmiechem. Niezły suchar rzadko się zdarzał.
Amelia westchnęła. Zet też westchnęła, chociaż najpierw się zaśmiała. Kolektywne westchnięcie wydarło się później ze wszystkich gardeł, ale niewiele to zmieniło w sytuacji każdej z Gryfonek.
– To może podwieczorek? – zaryzykowała Zielona.
– Nie, skrzaty nie wydają podwieczorków, od czasu tej sprawy z zombie mają nas chyba trochę dość. Ostatnio nawet wyrzuciły z kuchni Pe – odpowiedziała Zet.
Zielon wyraźnie się zasmucił. Podwieczorki są ważne. Może jakiś mały bunt…?
Bunty są jednak niezbyt Gryfońskie, to znaczy bunty w takiej sprawie. Gdyby dorobić do tego większą ideologię – jasne. Ale podwieczorek, nawet jeśli ważny, nijak się miał do zbawiania świata.
– To chociaż ciągutki…? – spytała smutniutka jak malutki szczeniaczek.
– A ma ktoś? – zainteresowała się Drach. – Albo chociaż czekoladowe żaby?
Amelia miała, ale ona już dawno się stopiła i ani jej na myśl nie przyszło, żeby się podzielić. Cierpiała cierpieniem najokrutniejszym i zapomniała o swoich żabach. Szkoda. Może rozwinęłaby sie jakaś akcja?
– Podobno Pe miała sprzedawać ciasteczka – powiedziała Zet, a chwilę potem ziewnęła. Trzy godziny rozmowy o niczym ją wykończyły.
– C-ciasteczka? – znikąd zmaterializowała się Aniołak.
Dziewczyny niemal krzyknęły z wrażenia, bo jak to – czyżby Aniołak stała się duchem, żeby im tu tak deusexmachinić bezkarnie? Na szczęście Aniołak równie szybko zniknęła i wszystko powróciło do normy.
– C-ciasteczka? – znikąd zmaterializowała się Aniołak.
Dziewczyny niemal krzyknęły z wrażenia, bo jak to – czyżby Aniołak stała się duchem, żeby im tu tak deusexmachinić bezkarnie? Na szczęście Aniołak równie szybko zniknęła i wszystko powróciło do normy.
– To było… dziwne – mruknęła Maruda.
– Ale ożywiło akcję – zauważyła Drach.
– Tyle tylko, że nie przybliżyło nas do faktycznych ciasteczek – dodała Zet.
Wszystkie kiwnęły głowami.
– Znaczy się… nie pomożecie mi? – zapytała Amelia. – Ja tu sobie życie zmarnowałam!
– Jak? – usłyszały męski, ciepły głos.
Amelia obejrzała się za siebie, wbiła wzrok w bardzo przystojne źródło głosu i wydała z siebie ni to pisk, ni to skowyt, po którym przyszło kilka niezrozumiałych słów, a następnie ni to westchnienie, ni to jęk. Dźwięki te nie układały się w żaden sensowny komunikat i, najwyraźniej świadoma tego Amelia, poderwała się z miejsca. Pisnęła coś jeszcze, potem walnęła się w czoło otwartą dłonią i uciekła do dormitorium najszybciej, jak tylko mogła.
Drach zaniemówiła.
A szkoda, bo mogłaby znaleźć przynajmniej jeden punkt łączący to, co się stało, ze scenariuszem – zakończenie.