rozdział 6

Następne dni nie były najszczęśliwszymi w życiu Elliota. Nie chodziło nawet o to, że Abigail uciekała na jego widok, o nie. Z tym mógłby żyć, przecież opracował plan podglądania jej w łazience siódmego roku, taka dzienna dawka Abbie zupełnie mu wystarczała. Nie chodziło też o Leslie, która zdążyła się dowiedzieć o jego chwili słabości i oskarżała go o próbę wykorzystania niewinnego dziewczęcia. O nie. Z Leslie też nauczył się już żyć. Katastrofą Elliotowego życia była jego nowa, eliksirowa partnerka.
Okazało się bowiem, że pewnego pięknego dnia pozbawiono go towarzystwa Marie, Krukonki, która wczesniej mu towarzyszyła. Prawdę mówiąc, mówiła tak niewiele, że jej imię poznał dopiero po kilku tygodniach, a i to tylko dzięki zrządzeniu losu. Teraz najwyraźniej Marie znalazła kogoś, z kim kroiło się dżdżownice lepiej niż z Elliotem i namówiła Rosalie Potter, żeby się z nią zamieniła.
Elliot wcześniej nie miał większego kontaktu z prapraprawnuczką słynnego Harry’ego Pottera i dziękował za to wszystkim znanym sobie siłom wyższym.
Co było główną wadą Rosalie? Była kopią praprapradziadka.
Może nie dokładną kopią, ale miała te same kruczoczarne włosy i zielone oczy (wiele osób twierdziło, że w genach Potterów zaszła jakaś mutacja, która sprawiła, że taka kombinacja wyparła nawet rude włosy Weasley’ów; inni twierdzili, że wszystkie nowonarodzone dzieci poddawane są okropnemu rytuałowi, który sprawia, że ich wygląd się zmienia i pasuje do oczekiwanego przez resztę rodziny). Poza tym była irytująca, przekonana o własnej wyjątkowości, która sprawiała, że nie dotyczyły jej te samy prawa, których musieli przestrzegać inni uczniowie. Była też przekonana, że nauczyciel eliksirów jej nienawidzi.
– Skąd wzięły się u ciebie te idiotyczne loki na głowie? Wpadłeś do kociołka za młodu? – To były pierwsze słowa, jakie do niego wypowiedziała. Później nie było lepiej.
Elliot pamiętał, że popatrzył wtedy na jej wiecznie rozwiane włosy i tylko zmarszczył lekko nos. Jego mama zawsze powtarzała, że jeśli nie ma nic miłego do powiedzenia, to lepiej, żeby nie mówił nic. O ile większość słów wypływających z ust rodzicielki puszczał mimo uszu, o tyle te słowa utkwiły mu w głowie na dobre. Często się do nich stosował, a ilekroć mu się one przypominały, przypominała mu się także matka – jej loki (które po niej odziedziczył), czarujący uśmiech (mimo zajęczej wargi) i zapach pierniczków, który zawsze ją otaczał. W każdym razie większość lekcji eliksirów składała się od tamtej pory ze wspominania matki (i jej mądrych słów) oraz podwójnie ciężkiej pracy, ponieważ Rosalie nie potrafiła zrobić nic dobrze. Elliot zastanawiał się, jak to możliwe, że chodziła na kurs dla zaawansowanych.
– Co to jest? – spytała kiedyś, pokazując mu srebrny nożyk, którego używali od pierwszej klasy.
– Dlaczego siekasz je na takie małe kawałeczki?
– Co to za różnica, gdzie i jak pomieszam?
– Ale to brzydkie!
I tak dalej, i tak dalej.
Elliot czuł, że jeszcze trochę i wyleje całą zawartość kociołka na jej głowę, ale obawiał się, że ten gest mógłby zostać źle odebrany przez wszystkich wokół – ostatecznie nikt nie mógł zbyt otwarcie atakować Potterów, jeśli nie chciał spotkać się z posądzeniami o sprzyjanie śmierciożercom. Od dziesiątków lat nikt nie słyszał o prawdziwych śmierciożercach, ale część ludzi nadal się bała, że nagle się odrodzą i cała ta wojna, o której teraz uczono na historii magii, będzie się toczyła od nowa.
Tak więc tych kilka dni nie było najszczęśliwszymi w życiu Elliota. Podejrzewał – co było odrobinę pocieszające – że Rosalie też nie bawiła się najlepiej. W końcu był tylko, używając jej języka, brzydkim, wyciągniętym swetrem, na który była skazana z braku lepszych możliwości. A przynajmniej tak było do momentu tego feralnego pocałunku.
A było to tak.
W piątek rano znowu zaspała na eliksiry i Elliot znowu musiał pracować sam. Tym razem jednak miarka się przebrała. Puściły mu nerwy. Jednak Elliot nie był do końca facetem – brakowało mu tego i owego dyndającego, żeby ruszyć się i powiedzieć Potterównie, co o tym sądzi. Co więc uczynił? Poskarżył się. Komu? Tej, której skarżą się wszyscy. Leslie.
Leslie wysłuchała go z uwagą (na chwilę nawet przestała jeść marchewki i Elliotowi dziwnie się mówiło bez towarzyszącego temu chrupania), a w kluczowych momentach kiwała głową. Elliot powiedział znacznie więcej niż powinien – wylał całe wiadro żalów i smutków związanych z tą sytuacją, a Leslie wysłuchała wszystkiego i wchłonęła te żale jak gąbka. W każdym razie, kiedy zabrakło mu już powodów do narzekań, zamilkł i czekał, jaką radę od niej usłyszy.
– Ja z nią porozmawiam – oświadczyła.
W sercu Elliota pojawiła się nadzieja. Niepotrzebna. Zapomniał on bowiem o tym, że Leslie wciąż była na niego zła za tę hecę z randką i planowała za pomocą Rosalie się na nim za to odegrać.
Podziękował jej wtedy serdecznie i poczuł, że większość jego zmartwień zniknęła. Wkrótce jednak zorientował się, że popełnił błąd i że nie powinien był mówić Leslie o czymkolwiek. Nie minęły nawet dwa dni, a jego życie po raz kolejny stało się piekłem.
– Słyszałem, że wykorzystałeś jakąś małolatę, no proszę, Edward, taki niepozorny, a jednak zboczeniec – Rosalie wypaliła znad kociołka.
Elliot otworzył usta, a potem szybko je zamknął. Nie był pewny, o co jej chodziło, ale powiedział pierwszą rzecz, która przyszła mu do głowy:
– Ale ja nazywam się Elliot.
W końcu każdą sprawę należy wyjaśniać od rzeczy najważniejszych. Albo najprostszych.
– A więc to, co powiedziało mi to kolorowe stworzenie, było prawdą!
– Co? – zdziwił się Elliot. Nie miał pojęcia, o czym Rosalie mówiła, ale miał ochotę wczołgać się do kociołka. – O czym ty mówisz?
– Wykorzystałeś tę, no, jak jej tam, Amelię?
– Nikogo nie wykorzystałem! – oburzył się, po czym przerwał krojenie jakiejś glutowatej roślinki i spojrzał na Potterównę. – Nikogo! – powtórzył z ledwo dosłyszalnym smutkiem w głosie.
– A mnie byś nie wykorzystał?
– Nie! – odparł z przerażeniem. Rosalie mogła być ładna, ale była tak irytująca, że cały jej urok gdzieś znikał, gdy tylko otworzyła usta.
Zapadła krępująca cisza.
Elliot wrócił do krojenia roślinki, ale czuł na sobie palące spojrzenie Potterówny i kilku osób pracujących przy kociołkach znajdujących się najbliżej nich. Zastanawiał się, czy Abbie słyszała całą tę rozmowę.
– Ale jesteś pewien? – Rosalie nie wytrzymała. – Bo, wiesz, taka druga okazja ci się już z tymi włosami nie trafi.
Nóż Elliota się obsunął i zatopił w palcu Puchona. Przez chwilę było mu przykro z powodu tego, co powiedziała o jego włosach, ale potem ból z palca uniemożliwił mu przejmowanie się takimi głupotami.
– Jestem absolutnie pewien – odpowiedział, patrząc z przerażeniem na krwawiący palec. – Potrzebuję pomocy medycznej – dodał pobladły jak ściana.
– Daj, ja cię uleczę.
A potem, zanim Elliot zdążył zareagować, ujęła jego dłoń w swoje dłonie i jej obślizgły język dotknął jego rany.
Elliot naprawdę, naprawdę nie chciał zwracać uwagi innych uczniów na tę scenę, ale nie wytrzymał i z krzykiem wydarł swoją dłoń z jej rąk. Poczuł się okropnie, a do tego nadal krwawił – krew spływała cienką strużką po palcu i wyglądała tak okropnie, że zaczęło mu się kręcić w głowie. Na wszelki wypadek krzyknął jeszcze raz, bo poczuł, że wkrótce umrze, więc opinia innych nie powinna być dla niego tak ważna.
– Rose, doprawdy, potrzebne nam te sceny? – ze stolika obok odezwał się Sigfried. Na jego twarzy malowało się zniesmaczenie. – Przecież…
– Milcz, jak do mnie mówisz!
Elliot tymczasem napotkał zatroskane spojrzenie Abbie i krzyknął jeszcze raz, ale ciszej, bo czuł, że się wykrwawia na śmierć i chciał zachować resztki energii na jakieś mądre ostatnie słowa. Przez chwilę zastanawiał się też, co właśnie robi nauczyciel.
Jak to co? spytacie. Nienawidzi Rosalie, morduje dyrektorów, a w wolnym czasie podkochuje się w ułudach swojego dzieciństwa. (Hogwart był bowiem szkołą z tradycjami i nie zatrudniał byle kogo na tak odpowiedzialne stanowisko).
– Jeszcze głupsza niż była – Siggy wymruczał pół do siebie, pół do całego pomieszczenia, był to bowiem mruk sceniczny.
Elliot spojrzał na krwawą plamę, jaka teraz znajdowała się na mankiecie jego koszuli, i zastanowił się, czy tak właśnie ginęły wspaniałe umysłu, które mogły zmienić świat: dźgnięte nożem przez nieświadome niczego istoty i zapomniane. Zastanawiał się też, czemu Abbie nie chce mu pomóc; w porządku, ostatnio nie spędzali ze sobą najwięcej czasu, ale powinna mu wybaczyć to niefortunne pytanie, skoro znajdował się o krok od śmierci. Myślał też o przyszłości nauczyciela; powinni go zwolnić, jeśli na jego lekcji umrze uczeń, prawda? W końcu wymyślił też odpowiednie ostatnie słowa, ale kiedy chciał je wypowiedzieć, zauważył, że krew przestała lecieć. Umknął śmierci! Z radości aż usiadł i zaczął uśmiechać się sam do siebie.
– Nie jestem głupia! – Rosalie krzyknęła i, na Merlina, zrobiła kaczy dzióbek. Tego było za wiele. Siggy parsknął śmiechem.
Elliot usłyszał to parsknięcie i jeszcze kilka innych, towarzyszących mu parsknięć. Zaczął się zastanawiać, czy ktoś śmieje się z niego, ale szybko zrezygnował z tej myśli. Niemożliwe. Dla pewności jednak rozejrzał się po sali, po czym utkwił wzrok w Sigfriedzie, ciekaw, co jeszcze Ślizgon powie Rosalie.
Ale Sigfried milczał. Widocznie uznał, że dyskusja sięgnęła intelektualnego dna i nie była warta jego zachodu.
Milczała też reszta uczniów. Milczenie było z każdą chwilą coraz głośniejsze, coraz trudniejsze do przełamania. Elliot tak się na nim skupił, że nawet zapomniał o swoim palcu.
I do czego ono doprowadziło? No do czego? Do feralnego pocałunku.
Nie żeby to była reguła, nie każde milczenie prowadziło do czegoś takiego, ale zdarzało się to na tyle często, by ludzie zaczęli obawiać się milczenia. A przynajmniej milczenia w nieodpowiednim towarzystwie.
Wszystko – nieświadoma i jak zwykle niewinna – zapoczątkowała Abigail.
– Myślę, że coś chce nam tu wybuchnąć – powiedziała cichutko, ciągnąć Sigfrieda za rękaw. Sama idea dotykania Sigfriedowego rękawa doprowadzała ją do ekstazy. Musiała to zrobić, no musiała. Chodziło przecież o ratowanie życia innych, nie tylko o to, żeby sprawdzić, czy jego rękaw jest tak miękki, na jaki wyglądał.
W każdym razie wszyscy zwrócili uwagę na Abbie, a kiedy wskazała ona kociołek, który miał zaraz wybuchnąć, przenieśli wzrok na Elliota, jakby to była jego wina. Nikt się jednak nie ruszył.
– Czy ty nie jesteś Amelią? – spytała Rosalie.
– Nie, jestem Abbie – odpowiedziała Abbie.
I przestała zwracać uwagę na Gryfonkę, a zamiast tego zaczęła mieszać zawartość kociołka. Sigfried coś kroił w pośpiechu, najwyraźniej świadomy, jak niewiele brakowało do eksplozji.
Elliot tymczasem zerknął na swój własny kociołek i zwiesił nos na kwintę. Nie istniała żadna szansa, żeby mizerna i przypalona zawartość stała się eliksirem. Z równym powodzeniem mógł już wyjść z sali.
– Amelią, którą Elliot wykorzystał?
Odpowiedziało jej tylko charakterystyczne bulgotanie kociołka. Abbie była zbyt zajęta, żeby nawet przetworzyć to, co mówiła Rosalie.
– Nikogo nie wykorzystałem – powtórzył po raz kolejny Elliot, przewracając oczami.
– A więc jednak. Wszystko mi powiedziano. Ach, nieszczęsna istotko!
Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, ramiona Rosalie oplotły niczego nieświadomą Abigail. Sigfried znowu się skrzywił; i choć niektórzy molgiby chcieć podejrzewać go o zazdrość, chodziło jedynie o to, że Rose nagle znalazła się bardzo blisko niego.
– Zostaw mnie! – krzyknęła Abbie. – Eliksir! Muszę mieszać eliksir!
Przez chwilę rozważała nawet, czy nie uderzyć Rosalie mieszadłem, ale uznała, że to mobłoby wywołać nieprzewidziane i nieprzyjemne skutki. Dlatego też ograniczyła się do prób wyrwania się z jej uścisku.
Ale wtedy Rosalie ją pocałowała.
Abbie była absolutnie przerażona, kiedy usta Rosalie dotknęły jej czoła. Przerażona do tego stopnia, że mieszadło wypadło z jej ręki, co z kolei wywołało gniewny pomruk Sigfrieda (choć kiedy Abbie później o tym myślała, była prawie przekonana, że Ślizgon był zły, że nie był na miejscu Rosalie; na pewno!). Eliksir również zabulgotał złowrogo.
Wydarzyło się najgorsze. Eliksir wybuchł.
A wyniki były następujące: Sigfried wylądował na Rosalie, Rosalie wylądowała na Abigail, a Abigail wylądowała na Elliocie. Wtedy też Elliot po raz pierwszy w życiu oddychał zapachem włosów Abbie i po raz pierwszy mógł ją bezkarnie objąć w sposób jak nazbyt nieprzyzwoity.
I wtedy Elliot poczuł bezkresną wdzięczność wobec Rosalie Potter, która doprowadziła do ich nieśmiertelnej przyjaźni.

***

Leslie słuchała o tym wszystkim z niedowierzaniem. Kiedy wymyśliła cały ten plan, nie spodziewała się takiego obrotu sprawy. Nie była pewna, czego właściwie się spodziewała, ale na pewno nie tego! Tymczasem Elliot wyglądał na całkiem zadowolonego. Owszem, upierał się, żeby nosić wielki opatrunek na palcu, co sprawiało, że wyglądał śmiesznie (na całe szczęście zrezygnował z temblaka), ale co chwila uśmiechał się szeroko – trochę tak, jakby oszalał i jeszcze nie zdawał sobie z tego sprawy.
– Naprawdę postanowiłeś się zaprzyjaźnić z Rosalie Potter? – spytała po raz setny, a Elliot po raz setny kiwnął głową.
– Na początku nie miałem o niej najlepszego zdania – dodał, kiedy Leslie posłała mu najbardziej pytające spojrzenie, na jakie mogła się zdobyć. – Ale wiesz, ludzie się zmieniają. Jest… bywa naprawdę miła.
– Moje czoło… – Abigail nie mogła wyjść z szoku.
– Jest też bardzo otwarta – dodał Elliot. – Tak okazuje, że kogoś lubi.
– L-l-lubi?
Elliot z uśmiechem pokiwał głową. W końcu to było najsensowniejsze wytłumaczenie.
– Ale… czemu wszyscy mnie nagle lubią?
Na to Elliot nie miał odpowiedzi. Nie czuł się gotowy opowiadać jej o swojej fascynacji jej osobą. Nie do końca rozumiał też, czemu Rosalie zapałała taką sympatią właśnie do niej.
– Bo jesteś słodziutka – zawyrokowała Leslie. – Kuci-kuci pysiaczek-misiaczek.
Abbie przez chwilę wyglądała, jakby to przeraziło ją jeszcze bardziej.
– Absolutnie – potwierdził Elliot. I się uśmiechnął jeszcze szerzej.
Chciała zapaść się pod ziemię.
– Nie martw się, na pewno ją polubisz, kiedy poznacie się bliżej – stwierdził Elliot.
– BLIŻEJ?
– No tak. Wiesz, teraz na pewno będziemy spędzać więcej czasu we czwórkę, prawda, Leslie? – Elliot posłał jej pytające spojrzenie. – Rosalie mówiła, że się znacie. Wspominała nawet coś o twoich włosach.
Abigail czuła, że koniec świata nadchodzi i, o dziwo, wcale nie pod postacią Luise.

Advertisements

rozdział 5

Nie można powiedzieć, by Sigfried był całkiem nieświadomy. A skąd. Był świadomy, że swędzi go lewa łydka. Był świadomy, że zawartość jego talerza z każdą chwilą stygła jeszcze bardziej. Był też świadomy, że Bernie nie pozwoli mu zjeść ani kęsa, póki nie skończy opowiadać o tym, o czym akurat opowiadał. Sigfried nie wiedział o czym. Był zbyt zajęty rozglądaniem się po Wielkiej Sali i rzucaniem morderczych spojrzeń wszystkim, którzy przyglądali mu się o pięć sekund za długo – a tych, nie wiedzieć czemu, nie brakowało.
Bo to, że ponoć zaliczył jakąś tam dziewczynkę niespecjalnie go interesowało. Aktualnie całą jego uwagę absorbowała ta kretynka uwieszona na jego ramieniu. Kretynka, której nie było prawa tam być. Kilka razy próbował dać jej do zrozumienia – najpierw uprzejmie i dość łagodnie, potem nieuprzejmie i stanowczo – że nie była mile widziana, ale najwyraźniej jej to nie przeszkadzało. Odkąd tylko zaczęły krążyć te plotki, Luise najwyraźniej uznała, że musi zacząć znaczyć swoje terytorium – najczęściej oznaczało to molestowanie jego ramienia.
I po co zapraszał ją na to urodzinowe wyjście? Po co? Jego wczorajszy – genialny, jasne, kurwa jego mać – plan okazał się największym idiotyzmem roku i teraz musiał ponosić jego konsekwencje.
Nagle zauważył, że Bernie przestał trajkotać i najwyraźniej oczekiwał odpowiedzi. Nie miał pojęcia jakiej i nie sądził, by Luise, która jedną ręką trzymała kurczowo jego ramię, a drugą – w której miała widelec – rozgarniała po talerzu jedzenie, jakby sprawdzała, czy żaden skrzat nie ukrył w jej sałatce nic, co od czego mogłaby przytyć. Sigfried nadal był zdziwiony, że dziewczyna uznaje sałatki za normalne jedzenie, ale nie zapytał jej o to. Nie chciał zaczynać z nią żadnych rozmów. Zamiast tego spojrzał na Berniego i spróbował domyślić się, jakiej odpowiedzi oczekiwał jego przyjaciel.
Jednak jego brwi nie były zbyt wymowne.
– E? – spytał więc elokwentnie, narażając się na kolejną kpinę.
– Przestań się gapić w jej biust i zacznij mnie słuchać, durniu.
Sigfried prychnął. Nie gapił się w niczyj biust – przynajmniej nie w tej chwili. Nie chciał jednak przyznawać się, że próbował popełnić kilka morderstw przy użyciu własnego wzroku. Nie brzmiało to najlepiej nawet w jego głowie.
– Powtórz ostatnie dwa zdania.
– “Ej, pytałem cię o coś. Przestań się gapić w jej biust i zacznij mnie słuchać, durniu. ”
– Nie nazywaj go durniem – wtrąciła się Luise, machając w kierunku Berniego widelcem, na który nabity był liść sałaty. Wyjątkowo groźny i całkowicie nieapetyczny liść sałaty.
– Siedź cicho, kobieto, niegodnaś zużywać moje powietrze.
Luise zrobiła minę skrzywdzonej, cierpiącej niewiasty, która potrzebuje silnego ramienia. Sigfried ją zlekceważył i zwrócił się do Berniego:
– W porządku, nie słyszałem ani słowa z tego twojego bełkotu. Przedstaw skróconą wersję i pozwól mi coś zjeść.
– A weź się – odburknął Bernie i zanim ktokolwiek zdążył go zatrzymać, wstał i wyszedł.
Sigfried postanowił skorzystać z tej rady – wziął się do śniadania. Wiedział, że będzie musiał porozmawiać z przyjacielem, ale nie miał na to teraz ochoty. Na siedzenie w Wielkiej Sali też nie. Właściwie nie był pewny, na co miał ochotę.
– Małe buzi-buzi? – Jego osobista dziewczyna wymruczała mu do ucha, nie zważając na to, że on próbował przeżuwać jajecznicę. Jajecznicę! Jakie tu kurwa buzi-buzi!
Ze złością nabrał jeszcze trochę jajecznicy na widelec, ale zorientował się, że towarzystwo Luise odebrało mu cały apetyt. Wziął ze stołu jabłko, po czym wyszarpnął ramię z jej uścisku i wstał. Miał zamiar wyjść i iść przed siebie, jak najdalej. Iść i znaleźć coś, czego mu brakowało. A przede wszystkim pozbyć się Luise.
– Ale pysiaczku!
– Nie pysiaczkuj mi tu – warknął. – Zostaw mnie w spokoju.
Oczywiście wiedział, że to znów przyciągnie do niego ciekawskie spojrzenia, ale nie obchodziło go to specjalnie. Trudno, niech się gapią.
– Odwrócić mordy – warknął na wszelki wypadek, wszakże jego natura desperata lubiła takie chwyty.
Część głów posłusznie się odwróciła, ale pozostałe albo nie dosłyszały, albo udawały, że jego słowa nie były skierowane do nich. Sigfried miał ochotę znów warknąć, ale uznał, że to miałoby tyle sensu co walka z wiatrakami. Był Ślizgonem. Nie walczył z wiatrakami. Czekał, aż zrobią to inni, a on będzie mógł czerpać z tego jakieś korzyści. W tym wypadku nie było jednak nikogo innego i na horyzoncie nie dało się dostrzec żadnych korzyści.
– Misu… – Luise zdecydowanie nie była wiatrakiem. Miała w sobie tyle wewnętrznego oporu, co każda inna angielska nastolatka.
Sigfried rzucił jej mordercze spojrzenie, po czym wyszedł z Wielkiej Sali. Dręczyła go myśl, że powinien się zatrzymać i zastanowić nad swoim dotychczasowym życiem, planami na przyszłość albo czymś równie poważnym. Nie był pewny skąd wziął się tak dziwaczny pomysł. Może był niedotleniony?
Niewątpliwie potrzebował papierosa.

***

Wiadomość, że Sigfried spotyka się z Luise zdruzgotała i tak już zdruzgotaną Abigail. Jak to – spotykał się? Kto mu pozwolił? Z nieznanych nikomu powodów Abbie uważała, że z chwilą ujrzenia go… w całej krasie, nabyła go niego specjalne prawa własności. Gdy okazało się, że to nieprawda, popadła w depresję jeszcze większą niż wtedy, gdy w drugiej klasie jakiś tępy Gryfon zdeptał jej żabę.
Miała ochotę dalej leżeć w łóżku i rozpaczać, ale Leslie jej nie pozwoliła. Stwierdziła, że jeśli przeleży jeszcze kilka godzin, to nogi jej wrosną w materac, a pająki zaczną tworzyć pajęczyny między jej palcami. Powiedziała jeszcze parę rzeczy, ale wizja tych pająków do tego stopnia wytrąciła Abbie z równowagi, że postanowiła wrócić do życia i zapomnieć na jakiś czas o czekoladowych żabach. Teraz żałowała, że to zrobiła. Mogłaby przykryć się kołdrą i udawać, że cały świat nie istnieje, gdyby tylko na korytarzu można było znaleźć jakąś kołdrę. Dyrekcja jednak nie zadbała o tak ważny element wystroju i Abbie musiała zmierzyć się z tą wiadomością. I patrzeć prosto w oczy Leslie, która jej o tym mówiła. I nie pozwolić, żeby jej przyjaciółka zauważyła, że ta wiadomość wywarła na niej większe wrażenie, niż powinna.
Co Leslie sobie wyobrażała? Że jak całymi dniami przeżuwa marchewki, to czyni ją wyjątkową? Guzik. Abbie niedobrze się już robiło od tych marchewek.
Przez chwilę miała wrażenie, że ma dość całej Leslie – od czubka głowy aż po paznokcie u stóp – ale szybko odegnała tę myśl. Była zła na cały świat, ale to jeszcze nie powód, żeby wyładowywać złość na przyjaciółce. Nawet jeśli akurat teraz była irytująca.
I to przeżuwanie! Jakby chociaż raczyła przeżuwać zgodnie z kierunkiem wskazówek zegara. Ale nie. Anarchizm i antykonserwatyzm Leslie był na tyle rozwinięty, by przeżuwać na opak, by dręczyć ją tym ruchem mięśni przeciwnym, tymi zębami źleskrętnymi. Abbie dostawała szału. Czuła, jak gdyby w okolicach jej przepony formował się wulkan albo coś takiego, nie była zbyt dobra z tych tam przyrodniczych.
– I co teraz zrobisz? – zapytała Leslie, całkiem nieświadoma powagi sytuacji.
– Skończę esej z historii magii i nie, nie pożyczę ci go, bo nie możesz mnie tak wykorzystywać całe moje życie i nie, nie żuj, jak do mnie mówisz! – chciała wykrzyknąć Abbie, ale zamiast tego mruknęła:
– Esej.
Leslie prychnęła. Możliwe, że wypluła przy tym odrobinę marchewki.
– Esej? On spotyka się z inną, a ty będziesz pisać esej? Na jakim ty świecie żyjesz! Absolutnie nie możesz teraz pisać eseju!
– Nie?
– W żadnym razie! Ostatnio ćwiczyłam monolog, który mogłabyś teraz wygłosić – stwierdziła Leslie z całkowitą powagą. – Pamiętasz? Ten, przy którym się tak jąkałam, że Mary z piątego roku rzuciła we mnie podręcznikiem do transmutacji.
Abbie była pewna, że nikt nie powinien ćwiczyć monologów żując marchewkę.
Leslie jednak wzięła jej milczenie za próbę przypomnienia sobie owego monologu, więc dodała:
– Ten, na koniec którego bohaterka chce się otruć, bo pojęła, że nigdy nie będzie z facetem, którego kocha. Powinnaś powiedzieć coś podobnego. Tylko nie masz się czym otruć.
– Marchewką.
– Marchewka nie jest toksyczna! – zapewniła Leslie, wymachując wspomnianym warzywem, które aż uderzyło w ścianę. – To najlepsze, co można jeść, jeśli chce się dbać o cerę. A do tego gryzienie sprawi, że będę mówić jeszcze wyraźniej i zostanę cenioną aktorką.
Abigail starała się jej słuchać, ale czuła, po prostu czuła, że jej wulkan budzi się ze snu wiecznego.
– Może to nie najlepszy moment – ciągnęła Leslie – ale powinnaś jeść więcej marchewek, ostatnio masz strasznie niezdrową cerę.
Budził się…
– Naprawdę, jeśli nie będziesz o siebie bardziej dbać, to Sigfried nigdy na ciebie nie spojrzy. – Poklepała ją po ramieniu. – Ale nie martw się, zajmę się twoją dietą.
Abbie zacisnęła zęby. Powinna być przyzwyczajona, że Leslie najpierw mówi, a dopiero potem myśli, ale ona tu cierpiała! Czy nikt nie mógł tego uszanować?
– To szło jakoś tak… Burgundio, ojczyzno moja, ty jesteś jak palma…
– Jaka palma? – zapytała Abbie, na chwilę zapominając o budzącym sie wulkanie, niezdrowej cerze i marchewkach. O Sigfriedzie nie zapomniała, ale sprawa palmy przez ułamek sekundy wydawała jej się ważniejsza.
– Liściasta.
– Przecież to nie była żadna pa… – urwała.
Dotarło do niej, że to bez sensu. Leslie i tak uzna, że palma jest dobra, nawet jeśli w oryginalnym tekście było coś innego. Nie było sensu jej przekonywać, bo uświadamianie jej czegoś takiego było jak rzucanie grochem (albo marchewką) w ścianę. Lepiej było wrócić do zastanawiania się, co takiego ma w sobie Luise, czego brakowało jej samej. Oczywiście mogłaby wymieniać długo – w końcu Luise miała długie, lśniące włosy, zawsze miała coś do powiedzenia (nawet jeśli częściej powinna milczeć) i nie bała się nawiązać z Sigfriedem kontaktu wzrokowego. Albo jakiegokolwiek innego. Ale to jeszcze nie wyjaśniało, czemu Sigfried miałby się z nią zadawać!
– Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, kto cię spalił.
Abbie westchnęła ciężko, czując, że sytuacja ją przerasta. Bez precyzowania, jaka sytuacja – i ta obecna, i sytuacja z Sigfriedem, i nawet to wypracowanie, które już prawie skończyła, też zaczęło ją przerastać. Powinna być zła. Albo poirytowana. Albo jakakolwiek inna, byle nie musiała się czuć dziwnie przytłoczona, jakby te wszystkie palmy i marchewki spadły jej na głowę.
– A co, jeśli on się w niej zakocha? – wypaliła, zanim zdążyła zrozumieć, co wypaliła.
Leslie popatrzyła na nią, jakby zupełnie nie rozumiała, co Abbie ma na myśli. Potem jednak zrozumiała, że wprowadziła do scenariusza coś, czego w nim wcześniej nie było. Albo w ogóle wyszła poza scenariusz, to było całkiem w jej stylu.
– Na pewno ją to bardzo ucieszy – powiedziała powoli, jednocześnie starając się wymyślić coś pocieszającego, co mogłaby dodać. – Byliby całkiem uroczą parą.
– Ta ropucha?
– Przyznasz, że ma świetne włosy. No i jeszcze… – zaczęła, ale zorientowała się, że Abbie chciała usłyszeć coś innego. To wszystko przez to, że zrezygnowały ze scenariusza! – To znaczy nie, absolutnie nie, wyglądaliby koszmarnie, a ona powinna spaść z czubka wieży astronomicznej.
Abbie kiwnęła głową. Leslie uznała to za zachętę i kontynuowała:
– Mogłaby też zgubić się w lochach i umrzeć z głodu albo utopić się w jeziorze, albo wejść do Zakazanego Lasu, albo…
– Kto?
Leslie zamrugała. Na wszelki wypadek dwa razy. Potem zmrużyła oczy. Potem zamknęła najpierw lewe, a potem prawe. I na wszelki wypadek zamrugała raz jeszcze. Przecież była pewna, że mówi to, czego Abbie od niej oczekiwała! Jako aktorka z zamiłowania – powinna wykazać się większą wrażliwością na oczekiwania i potrzeby publiczności.
– A o kim rozmawiamy? – zapytała, pozwalając sobie jeszcze na chwilę zapomnieć o wrażliwości.
– Właśnie o to pytam.
I dopiero wtedy zrozumiała, że głos ten nie był głosem Abbie.
Scenariusz nie zakładał obecności trzeciej osoby na scenie, ale w sumie mogła się domyślać, że skoro został rzucony w metaforyczny kąt, to coś takiego mogło się zdarzyć. Zwłaszcza, że były w miejscu publicznym.
– O mojej kuzynce – odpowiedziała automatycznie Leslie.
– Nie wiedziałem, że masz kuzynkę.
Nikt o tym nie wiedział. Abbie podejrzewała, że sama Leslie dowiedziała się o jej istnieniu jakieś dziesięć sekund temu. Leslie jednak to nie zraziło i dodała:
– Jasne. Po prostu za sobą nie przepadamy. Bardzo. Naprawdę. Okropna jest. Paskudna, ot co. To znaczy ma okropny charakter.
Elliot westchnął. Wiedział, że kłamała – nie miał jednak sił na dłuższe dysputy.
Leslie też westchnęła.
– Muszę nad tym popracować. Ale naprawdę nas zaskoczyłeś, nie powinieneś się zakradać, kiedy mówię coś takiego.
Mruknął coś w odpowiedzi.
Abbie popatrzyła na nich, jakby nie była pewna, co właściwie się tu dzieje – miała zamiar spokojnie zajmować się historią magii, może trochę ponarzekać albo podręczyć się czarnymi myślami, a ta dwójka jej to uniemożliwiała.
– W zasadzie, chciałem cię o coś spytać, Abigail. Leslie, pozwolisz…?
Leslie przez chwilę popatrzyła na niego, jakby nie wiedziała, czego od niej oczekuje, po czym wruszyła ramionami, jakby chciała powiedzieć “Nie zwracajcie uwagi na mnie, mnie tu wcale nie ma”. W końcu nie była na tyle okroponą osobą, żeby nie pozwolić mu porozmawiać z Abbie.
– Na osobności.
– Och, jasne, już idę. Przecież bym wam nie przeszkadzała. Wcale. – Odgryzła kawałek machewki, po czym spojrzała na wyczekującą minę Elliota i na dość obojętny wyraz twarzy Abbie. Nie powobało jej się to ani trochę. – Zdajesz sobie sprawę, że ona ma złamane serce, tak? I chcesz jej odebrać resztkę komfortu, jaką oferowało jej moje towarzystwo?! Jesteś potworem, Elliot.
To powiedziawszy, wstała i odeszła, zabierając cały wspomniany komfort ze sobą.
– Złamane serce…? – Elliot nie rozumiał. A Abbie wcale nie miała zamiaru mu tego tłumaczyć.
Wpatrywała się w swoje podręczniki wzrokiem, który o mało nie wypalił w nich dziury, tak był zdesperowany. Nie rozumiała do końca, dlaczego patrzenie na Elliota było dla niej takim problemem – zwykle na niego patrzyła, w końcu się przyjaźnili, nie da się przyjaźnić na ślepo. Jednak tym razem czuła, że coś złego wisi w powietrzu i że da się przed tym obronić tylko przez unikanie jego wzroku.
– Dobra, nie chcesz mówić, to nie – dodał po chwili, obrażony. – Myślałem, że mówimy sobie wszystko.
Abbie pokiwała głową, jakby chciała go zapewnić, że tak, mówią sobie wszystko. Bo do tej pory tak było – mówili sobie wszystko (poza tym, o czym nie mówili, ale jeśli takie rzeczy istniały, to przecież druga osoba nie musiała o tym wiedzieć). Złamane serce Abbie zdecydowanie zaliczało się do rzeczy, o których druga osoba nie musiała wiedzieć i gdyby Leslie nie poruszyła tego tematu…! Cóż, prędzej czy później i tak by go poruszyła, ale Abbie do tej pory miała nadzieję, że stanie się to później. Nie była gotowa na rozmowę o Sigfriedzie z kimś, kto nie był Leslie. A Elliot zdecydowanie nie był Leslie.
– Okay.
Głos Elliota był smutny i zapowiadał sesję krępującego milczenia.
– Jak twój esej na historię magii? – zapytała w końcu Abbie, która stoczyła wewnętrzną walkę. W końcu uznała, że rozmowa na temat, który nie jest związany z Sigfriedem, może się udać. O ile rozmowa nie będzie wymagała kontaktu wzrokowego, rzecz jasna.
– Poszłabyśzemnąnarandkę?
Zanim Abbie zorientowała się, co robi, spojrzała na niego i zobaczyła jego proszące spojrzenie. Mogłoby złamać jej serce, gdyby nie fakt, że jej serce już było złamane. Co gorsze, nie miała pojęcia, co ma odpowiedzieć.
– Ja… yyy… Elliot, ale… To znaczy… – zaczęła, po czym poczuła, że zaraz się rozpłacze, bo cała ta sytuacja stała się dla niej za trudna i zbyt niezrozumiała. Podniosła się z fotela i uciekła do dormitorium.

rozdział 4

Abigail siedziała w pokoju wspólnym nie dlatego, że tam sypiała, a skądże. Nawet niespecjalnie lubiła tam przebywać, bo meble za bardzo przypominały jej, że musiała się przenieść z przytulnego i słonecznego pokoju wspólnego Hufflepuffu do zimnych i ciemnych lochów. Oczywiście, część puchońskiego umeblowania również została przeniesiona, ale kiedy przychodziła do pokoju wspólnego, większość była już zajęta i Abbie i tak lądowała na zimnych, skórzanych fotelach.
Dlaczego zatem spędzała w pokoju wspólnym tyle czasu? Odpowiedź była prosta – dormitorium nie lubiła jeszcze bardziej, zwłaszcza, że Elliot nie mógł tam wejść, więc ich trzyosobowe narady musiały odbywać się gdzieś indziej. Najczęściej – w pokoju wspólnym.
Gdy zdarzył się ten nieszczęsny wypadek z Sigfriedem, czekała na jedną z takich narad. Ale po tym, co zobaczyła… Ciężko jej było zostać w tym pomieszczeniu. W szczególności, że kolorem przypominała dojrzałego pomidora, więc pewnie nie uniknęłaby pytań przyjaciół. Dlatego też – wciąż zszokowana – przeniosła się do dormitorium i z mocnym postanowieniem nieopuszczania go nigdy, utonęła w morzu poduszek.
Leslie znalazła ją kilka minut później i, zabrawszy kilka poduszek przykrywających głowę i kark przyjaciółki – tylko po to, żeby ta mogła lepiej słyszeć, zapytała, co się stało. Nie spodziewała się, że usłyszy coś wstrząsającego, Abbie lądowała bowiem pod stosem poduszek średnio raz na dwa tygodnie, ostatnio dlatego, że w czasie obiadu nie podano do pieczeni jej ulubionego sosu.
– B-bo j-ja n-nie ch-ch-chciałam…
– Oczywiście, że nie chciałaś – zapewniła Leslie, siadając na brzegu łóżka. – A czego dokładniej?
– W-widzieć…
Leslie ciężko westchnęła i pogłaskała Abbie po głowie. Szykowała się długa rozmowa, składająca się z wielu zająknięć i zdań niespecjalnie złożonych.
– Co takiego zobaczyłaś, skarbie?
Ale w tym momencie Abbie zaczęła płakać tak żałośnie, że jakakolwiek komunikacja była niemożliwa.
– Spokojnie, na pewno… – Leslie się zawahała. Nie wiedziała, jak pocieszyć przyjaciółkę, bo nie była pewna, co tak naprawdę się stało. Dlatego przytuliła ją i stwierdziła spokojnym, przekonującym głosem: – Na pewno.
– Właśnie na pewno! W tym jest problem! – wyrzuciła z siebie aż nazbyt gwałtownie. Po chwili jednak zorientowała się, że nie powinna budować tak skomplikowanych zdań, więc w ramach pokuty zapłakała jeszcze żałośniej.
Leslie bezradnie rozejrzała się za czekoladą albo przynajmniej za chusteczkami, ale nie zauważyła nic takiego w najbliższej okolicy. Musiała sama doprowadzić Abbie do porządku.
– Jestem pewna, że odrobinę to wyolbrzymiasz. Uspokój się i opowiedz mi o tym.
Odpowiedziało jej niewyraźne mruknięcie. Nadszedł czas na podjęcie poważniejszych kroków. Czekolada była jednak koniecznością. Leslie na chwilę wstała, mając nadzieję, że Abbie w tym czasie nie zatonie znowu w poduszkach, po czym podeszła do swojego kufra i zaczęła szukać czegokolwiek z dużą zawartością cukru. W końcu znalazła trzy czekoladowe żaby; jedną od razu położyła przed Abbie i czekała, aż jej widok wywoła jakąś reakcję.
Mruczenie niebezpiecznie zaczynało przypominać “Chcę umrzeć”.
– I zostawić tę czekoladę samotną i nieutuloną w żalu?
Abbie milczała.
Leslie poruszała żabą, jakby kawałek czekolady próbował sam zbliżyć się do Abbie, po czym powiedziała możliwie najbardziej żabim głosem:
– No dalej, wiem, że chcesz. To czekolaaada.
Abbie milczała mniej intensywnie.
– Pyszna czekoladowa żaba, wspaniała, wyborna i prosto ze sklepu – przekonywała Leslie, stawiając dwie kolejne tuż przy pierwszej. – I, patrz, nawet ma znajomych!
Milczenie Abbie stawało się niemilczące.
– I wszystkie trzy bardzo chcą być zjedzone, no popatrz jak bardzo. – Znów udała, że żaba skacze i to prosto w kierunku Abbie.
Abbie milczała już tylko siłą woli.
Leslie zaczęła bardzo ostentacyjnie odwijać sreberko, w które zapakowana była pierwsza żaba.
I wtedy to się stało. Żaba momentalnie wylądowała w przełyku Abbie, zapewne z pominięcime procesu gryzienia. A już z pewnością z pominięciem procesu zdjęcia całego sreberka.
Leslie odetchnęła z ulgą. Jej przyjaciółka wróciła do świata żywych i była gotowa przyswoić następną porcję czekolady. (Tym razem jednak dla pewności sama odwinęła sreberko).
Abbie otarła łzy i wzięła drugą czekoladową żabę, tym razem nawet gryząc ją przed połknięciem.
Zapanowało milczenie dla odmiany niezręczne.
– Chcesz o tym pogadać? – zapytała Leslie, zdając sobie sprawę, że wszystkie znaki na niebie i ziemi świadczyły o tym, że nie, Abbie absolutnie i stanowczo nie chce pogadać.
Przecząco pokręciła głową
Leslie po raz pierwszy przyszło do głowy, że być może stało się coś naprawdę strasznego. Straszniejszego od zmiany sosu albo kolejnej porażki na eliksirach. Tak strasznego, że nawet czekolada nie była w stanie pomóc. Nie była jednak pewna, co tak strasznego mogło się stać w tak krótkim czasie, który minął odkąd ostatni raz widziała Abbie.
Może porwali ją kosmici? Elliot powiedział jej ostatnio, że koniec świata jest już bliski. Nie wierzyła wprawdzie zbytnio w istoty pozaziemskie, ale tacy mugole na przykład nie wierzyli w jednorożce, co nie przeszkadzało jednorożcom istnieć. Dlatego też zadała przyjaciółce bardzo ważne pytanie:
– Zielony osobnik z rogiem na czole zamknął cię w szafie?
Abbie dalej szlochała, może nawet odrobinę rozpaczliwiej – trochę tak, jakby brakowało jej łez i powodów, ale dalej chciała płakać, żeby pozbyć się czegoś z pamięci. Mogło to być wspomnienie kosmity, ale z drugiej strony mogła się też rozpłakać na myśl, o ile lepsze od tego, co ją spotkało, byłoby porwanie przez zielone ludki.
– Z dwoma rogami?
Szlochanie nie ustawało.
– Czy on ci te rogi gdzieś…
Abbie była tak zaskoczona tym pomysłem, że nawet przez chwilę zapomniała o szlochaniu i zaprzeczyła, zanim z jej oczu popłynęła nowa fala łez.
– Merlinowi dzięki – orzekła Leslie.
– To p-poważna sprawa – stwierdziła Abbie, uznawszy, że jej przyjaciółka nie rozumie zaistniałej sytuacji.
– ? – spytała Leslie.
– Widziałam… o Merlinie, widziałam coś strasznego! – krzyknęła Abbie, wycierając łzy i patrząc Leslie w oczy. – Coś, czego nigdy nie powinnam była widzieć. Nigdy.
– ?!
Abbie spojrzała na nią błagalnie. Nie istniała żadna, nawet najmniejsza szansa na to, że opowie o wszystkim i nie spłonie przy tym ze wstydu. Właściwie po raz pierwszy przyszło jej do głowy, jak musiał czuć się Sigfried. Jeśli ona tak zareagowała – a w końcu to nie ona zeszła do pokoju wspólnego w takim… stanie – to jak musiał on zareagować. Na pewno chciał się zapaść pod ziemię. Aż mu współczuła.
– Abbie, nie bądź głuptasem i mów.
– To było… no wiesz – wykrztusiła i podjęła nieudaną próbę ponownego zakopania się w poduszki.
– Nie wiem.
Abbie westchnęła. Stanęła przed wyborem tak trudnym, że – była tego pewna – wielu uciekłoby z krzykiem i wolałoby się jednak zakopać w poduszkach albo zabarykadować w łazience, żeby uniknąć odpowiadania na nie. Wiedziała jednak, że musi się tym z kimś podzielić. Wzięła głęboki wdech.
– Widziałam Sigfrieda – stwierdziła poważnie, jakby w nadziei, że Leslie zrozumie, że wyczyta prosto z jej umysłu, jak ta scena naprawdę wyglądała.
Ta nie zrozumiała; a przynajmniej to można było wywnioskować z jej wybuchu śmiechu.
– Nie po raz pierwszy.
– Ale widziałam go tak… bardziej – oznajmiła Abbie i rozejrzała się za jakąś poduszką, za którą mogłaby ukryć twarz.
– Jak… bardziej?
– Bardzo bardziej – szepnęła Abbie, jakby bała się, że coś się stanie, jeśli wypowie to na głos. – Najbardziej jak się da.
Zapadła pełna niezręczności cisza.
Abbie nie miała zamiaru jej przerywać – nie istniało nic, co mogłaby w tamtej chwili powiedzieć. Leslie najwyraźniej dokładnie analizowała jej słowa – rozbierała na sylaby i głoski, a potem składała z powrotem; trochę tak, jakby podnosiła wszystkie kamienie na jakimś skalniaczku, w nadziei, że pod którymś znajdzie skarb. Albo przynajmniej jakieś zrozumiałe, logiczne i spójne wyjaśnienie całej sytuacji.
– Ale, jak to, nerki?
Abbie wydała z siebie dźwięk, który był niezbyt udolnym połączeniem jęku rozpaczy, krzyku, westchnienia i – być może – śmiechu. Choć ani trochę nie było jej do śmiechu.
– Nie – odpowiedziała. – Coś bardziej… osobistego – dodała, rumieniąc się okropnie.
– Wątrobę?!
– Trochę niżej – przyznała Abbie, równie zawstydzona, co zmęczona rozmową z Leslie. Naprawdę, miała nadzieję, że jej przyjaciółka w końcu odgadnie, bo nie istniała na niebie i ziemi siła, która zmusiłaby Abbie, żeby sama powiedziała, o jaką część Sigfrieda chodzi.
Ale Leslie nie wiedziała.
– No i nie tak… wewnątrz – dodała Abbie w nadziei, że to rozjaśni wątpliwości.
Wszystko wskazywało jednakże na to, że niewinna wyobraźnia Leslie nie była w stanie tego zwizualizować.
Abbie poczuła, że jest zarumieniona już nie po same cebulki włosów, ale jej rumieniec zaczyna już schodzić po szyi i jeśli dalej tak pójdzie, to będzie jedyną osobą na świecie z zarumienionymi ze wstydu stopami.
– Leslie, błagam, nie każ mi tego mówić.
W końcu gdyby powiedziała, to fakt, że widziała to, co widziała, byłby niezaprzeczalny. Nie żeby teraz był zaprzeczalny, ale gdyby to powiedziała… Nie była pewna, co by się stało, ale i tak nie miała zamiaru tego sprawdzać.
– Mówić czego?
– No mówić, co widziałam – odpowiedziała, tak zbita z tropu, że na chwilę zapomniała, że ma być zawstydzona, zapłakana i przygnębiona.
Leslie wiedziała, że ma misję. Nie mogła tak po prostu jej odpuścić. Wszak nalegała jedynie dla jej dobra – co, jeśli Abbie będzie miała z tego powodu całożyciową traumę? Nigdy by sobie tego nie wybaczyła.
– Musisz to z siebie wyrzucić, cukiereczku.
Abbie poczuła, że jest czerwieńsza niż czerwone dekoracje w Gryffinclawie. Ta rozmowa trwała zbyt długo i wcale nie pomagała jej w niczym. W końcu chciała w jakiś sposób zapomnieć o tym wszystkim (a zaklęcia zapomnienia nie brała pod uwagę – w jej pamięci było też trochę rzeczy, o których wolałaby pamiętać), ale nie mogła, bo im dłużej Leslie nie chciała zgadnąć, co się stało, tym dłużej bo głowie Abbie krążył obraz Sigfrieda.
– N-nieee.
– Bo zawołam Elliota!
Co wcale nie jest taki złym pomysłem, przemknęło przez myśl Abbie, przynajmniej Elliot mógłby szybciej zgadnąć i nie gadać o wątrobie. Potem jednak szybko odrzuciła ten pomysł. Spaliłaby się ze wstydu! Jak feniks! Chociaż gdyby umiała się spalać jak feniks, to rozwiązałoby wiele jej kłopotów. Spaliłaby się od razu, kiedy zobaczyła Sigfrieda, a potem zaczęłaby wszystko od nowa. I na pewno by o niczym nie pamiętała, nie myślałaby ani nie… Pokręciła głową, żeby przerwać tok myśli.
Ale to nie podziałało. Tamten obraz wciąż tkwił przed duszy jej oczyma, jak jakiś pożal się Merlinie duch ojca czy inna niepokojąca zmora.
– Chcę czekoladową żabę – stwierdziła Abbie najbardziej stanowczym głosem, jaki mogła przywołać.
– Nie.
Popatrzyła na Leslie błagalnie. A potem znów się rozpłakała, bo nie miała pojęcia, co innego ma zrobić.
– Idę po Elliota – zarządziła Leslie, podnosząc się z fotela. – Mężczyzna się nam tu przyda.
Abbie poczuła, że tego by nie zniosła. Miała już dość mężczyzn i jednak nie chciała żadnego widzieć na oczy. Chciała tylko zjeść czekoladę i przespać najbliższy tydzień.
– Nie! – krzyknęła, a potem dodała najszybciej, jak tylko mogła: – Bojagowidziałambezubrania.
Najpierw cisza, a potem..
Leslie wybuchnęła śmiechem.
Abbie patrzyła na nią wystraszonymi, przerażonymi i załzawionymi oczami. Zupełnie nie rozumiała, co tak śmieszy jej przyjaciółkę. Przecież to poważna sprawa! Dramat! Tragedia!
– Głuptasie, to, że chłopak nie miał na sobie krawata czy – o zgrozo! – koszulki, to jeszcze nie armageddon.
– Nie chodzi o krawat – odpowiedziała Abbie, potarwszy czoło ze zdenerwowania. O koszulce wolała nie wspominać.
Dlaczego Leslie tego nie rozumiała? A może rozumiała i perfidnie bawiła się jej kosztem?
– Nie mów, ze zapomniał też skarpetek!
– Między innymi – mruknęła Abbie, rozglądając się za czekoladowmi żabami. Jakieś musiały tu jeszcze być. Nie przejdzie przez tę rozmowę bez dodatkowej dawki cukru
– Między czym?
Abbie pomyślała dokładnie między czym a czym powinno znajdować się jakieś ubranie, ale nie odpowiedziała. Zaczęła szukać czekoladowych żab na podłodze i – całkiem wygodnie – zajrzała nawet pod łóżko. Kiedy była pewna, że Leslie nie zobaczy jej twarzy (a ona nie będzie widziała reakcji Leslie), wzięła głęboki wdech i powiedziała:
– Nie miał nic.
I spróbowała wcisnąć się pod łóżko, choć wiedziała, że nie ma na to szans.
I wtedy stało się najgorsze. Leslie zaczęła krzyczeć na tyle głośno, że słyszał ją nie tylko cały Slythhuff, ale i calutki zamek.
– Uprawiałaś seks z Sigfriedem? TYM Sigfriedem? I NIC MI NIE POWIEDZIAŁAŚ?!
Abbie za szybko spróbowała się podnieść i z całej siły uderzyła głową w łóżko. Świat na moment zrobił się ciemny i niewyraźny, ale zamrugała kilka razy i wszystko wróciło do normy. Przynajmniej jeśli chodzi o ten kawałek świata, który widziała. Cała reszta świata – ta, która słyszała krzyk Leslie – na pewno nie wróci do normy.
– C-co? Nie! Ja nic…! Leslie, ale…!
– Zmusił cię, żebyś mu… – Leslie aż zabrakło słów.
Abbie poczuła, że po (zarumienionych, tego była pewna) plecach spływa jej zimny pot. Nie mogła pozwolić, żeby Leslie wyszła z tego pokoju z tak krzywdzącym pojęciem i o niej, i o Sigfriedzie (który na pewno, na pewno to wszystko słyszał i ją znienawidzi).
– NIE! – krzyknęła jeszcze głośniej. Prawie tak głośno, jak wcześniej Leslie. – Po prostu go… no, zobaczyłam. I to wszystko.
– Ekshibicjonista!
– To był wypadek!
– Z tego się biorą dzieci!
– Z pa-patrzenia? – zapytała niepewnie Abbie, po czym przypomniała sobie, że była grzeczną dziewczynką. – Nie żebym patrzyła.
– Dokładnie z tego!
Abbie przełknęła ślinę. Wiedziała to i owo o dzieciach, ale słowa Leslie i tak ją zaniepokoiły. Nawet nie dlatego, że wierzyła, że mogłaby zajść w ciążę od samego patrzenia (chociaż słyszała, jak jej kuzynka zapierała się, że w jej przypadku tak właśnie było), ale raczej dlatego, że nie chciała, by Leslie myślała o niej tak, jak ona sama myślała o tej kuzynce, która obecnie miała trójkę dzieci i zero mężów czy narzeczonych.
– Leslie, ale ja… – zaczęła, choć nie wiedziała, co ma powiedzieć dalej. Ale ja nie jestem moją kuzynką?
– Zawiodłaś mnie, Abigail.
Poczuła się, jakby właśnie wbito jej w serce nóż. Jak Leslie mogła pomyśleć, że ona i Sigfried… że oni mogliby cokolwiek… razem i w ogóle. Przecież to niedorzeczne. Poczuła, że po policzkach znów płyną jej łzy, tym razem jednak nie płakała, bo była smutna i zawstydzona. Płakała, bo przeczuwała, że niedługo będzie na językach całego Hogwartu, a Sigfried najpewniej zrzuci ją z wieży astronomicznej, gdy tylko się dowie.
Ale nie wiedziała, że stanie się coś jeszcze gorszego.

rozdział 3

Abbie zawsze wiedziała, że jest kiepska z eliksirów. Kiedy tylko przekroczyła po raz pierwszy próg pracowni znajdującej się w lochach – już wiedziała, że będzie ciężko, ale musi dać radę. Powtarzała to sobie już siódmy rok, jednak teraz było jeszcze gorzej. Nie chodziło już nawet o to, że nie radziła sobie z wywarami – większym problemem był jej partner. Oczywiście unikała go od czasu tej feralnej bitwy na poduszki, ale w końcu nadszedł ten moment, w którym nie mogła uciec do dormitorium ani ukryć się za fotelem. Musiała stawić mu czoła jak dorosła, poważna i pewna siebie kobieta – tak, jak kazała jej Leslie. Nie wyszło. Abbie starała się zachować pozory powagi i pewności siebie, ale kiedy tylko usłyszała, co mają przygotować na tych zajęciach, poczuła, że musi z kimś o tym porozmawiać. I nie miała zbyt wielkiego wyboru.
Dlatego też, jak prawdziwa kobieta, zemdlała, zanim zdążyła wypowiedzieć chociaż słowo.
Omdlenia nie były jednak jej specjalnością i – choć należała do zacnej i konserwatywnej rodziny, która wspierała omdlewanie młodych dziewcząt znajdujących się w trudnym położeniu życiowym – nigdy nie nauczyła się mdleć z taką gracją jak jej matka, która potrafiła nie tylko wybrać odpowiednią powierzchnię upadku, ale tez upaść tak, by nie zniszczyć fryzury. Abbie omdlewała raczej spontanicznie i nieelegancko, jeśli już jej się to zdarzało.
I zdecydowanie uderzała przy tym głową o posadzkę.
– Abbie! – zakrzyknęła Krukonka siedząca ławkę za nią. – Panie profesorze, Abbie się coś stało!
Cała sala nagle straciła zainteresowanie kociołkami, dżdżownicami czy sproszkowanymi żukami i ruszyła w kierunku Abbie, jakby spodziewali się, że ujrzą niesamowite widowisko, clownów i tresowane niedźwiedzie. Nic z tego – jedyną atrakcją była leżąca na podłodze Puchonka, której zapewne brakowało tlenu, jako że cały jego zapas zużywali pochyleni nad nią gapie.
– Rozsunąć się, młodzieży – zakomenderował profesor. Pewnie też chciał popatrzeć. – No, już, już, żwawo.
Tłum niechętnie się odsunął, ale nie za daleko – nikt nie chciał przegapić czegoś takiego. W końcu rzadko zdarzało się, że ktoś mdlał. To była większa atrakcja niż Gwiazdka!
Po krótkich oględzinach postanowiono zaprowadzić (zanieść) ją do Skrzydła Szpitalnego. I tu pojawiało się pytanie – kto miał to zrobić? Wszyscy nagle okazali się zajęci swoimi eliksirami. Więc może jej partner?
– Sigfried, zaniesiesz koleżankę…
Ale tu profesor zamilkł. Tam bowiem, gdzie kilkadziesiąt sekund temu stał (a przynajmniej w głowie pana profesora tak było) Sigfried, teraz go nie było.
Profesor podrapiał się po łysinie i rozejrzał wokół. Mógł przysiąc, że jeszcze chwilę temu go tu widział. Naprawdę, ta dzisiejsza młodzież – żyją w takim pędzie, na pewno nabawią się wrzodów albo żylaków. Tych nieuleczalnych magicznymi metodami. Rozglądanie się po sali nie przyniosło większych rezultatów. Sigfrieda nie było, a jeden z Gryfonów właśnie dodał całkiem niepotrzebny składnik do eliksiru. Profesor mógłby mu o tym powiedzieć i zaoszczędzić mu godziny pracy, ale musiał się zająć ważniejszymi rzeczami. Na przykład Abbie albo… Merlinie, czy ten kociołek wyglądał, jakby chciał wybuchnąć?!
Gorzej. Nie wyglądał. Właśnie wybuchał.
To odwróciło uwagę profesora od zemdlonej Abbie, która dalej leżała sobie grzecznie na posadzce. Zimnej posadzce! A przecież mogła od tego złapać zapalenie płuc! Hogwarcka posadzka powinna być ogrzewana – zwłaszcza w lochach. Dyrekcja w ogóle nie troszczyła się o uczniów, zwłaszcza tych, którzy z tych czy innych powodów lądują na ziemi.
Przecież oni także… Ale wróćmy lepiej do Abbie. O to, co zdarzyło się następnie: kiedy profesor i większość uczniów skupiła swoją uwagę na kociołku, który był tak nieuprzejmy, że wybuchł w nieodpowiednim momencie, a Sigfried nadal był zaginiony, Abbie dalej leżała na posadzce. Sytuacja ta uległa zmianie, gdy drzwi do sali otworzyły się na oścież i weszła przez nie pielęgniarka, a za nią jakiś kościsty Gryfon, który wykazał się niebywałą odwagą i po nią pobiegł. Cóż świat uczyniłby bez Gryfonów?
Pielęgniarka – bacznie obserwowana przez kilkanaście par oczu – przyjrzała się Abbie. Profesor, jako jedyna osoba w pomieszczeniu, nadal zajmował się kociołkiem, który nadal niemiłosiernie dymił. Wyszeptała jakieś arcyskomplikowane zaklęcie i Abbie otworzyła oczy. Ale gdy zobaczyła, że tyle innych par oczu wpatruje się z nią uwagą, ze strachu zemdlała ponownie. Nie spodobało się to pielęgniarce, która kazała wszystkim wrócić do swoich kociołków i wymamrotała parę nieparlamentarnych słów, których absolutnie nie należy przytaczać. Zapowiadała się długa sesja reanimacyjna.

***

Ale opuśćmy na chwilę Abbie, by zadać sobie jedno ważne, ale naprawdę ważne pytanie. Gdzie był Sigfried?! Gdy tylko zdał sobie sprawę z zamieszania w sali eliksirów, niepostrzeżenie się wycofał. Nie chodziło nawet o to, że nie chciał udzielać pomocy koleżance, o nie. Miał znacznie lepszy powód. Powód ten wcale nie nazywał się alkohol, narkotyki, panienki czy soczek marchwiowy. O nie. Tym razem było to coś absolutnie, absolutnie poważnego. Coś, za co życie by oddał! Ba! Za co miliony…
Dobrze. Najwyższy czas go zdekonspirować. Chodziło tylko i wyłącznie o to, że nie chciał pomóc koleżance. Nie przepadał za nią – ba, irytowała go, choć zamienili ze sobą ledwie parę słów. Poza tym jak właściwie miałby jej pomóc? Zanieść do skrzydła szpitalnego? W życiu. Udzielić pierwszej pomocy? Nie ma mowy. Dlatego właśnie zdecydował, że lepiej będzie się wycofać i pozwolić innym realizować się w roli wybawcy.
Zresztą, Bernie zabiłby go śmiechem, gdyby dowiedział się, że Sigfried dał się wmanewrować w ratowanie kogokolwiek.
Nie wspominając już nawet o tym, że właśnie zyskał ponad godzinę wolnego czasu – nie planował wracać do sali nie tylko dlatego, że nie chciał narażać się na pytające spojrzenia innych, lecz także dlatego, że wiedział, że nie uda mu się skończyć eliksiru, który mieli dziś przygotowywać. Szczerze wątpił, by ktokolwiek zdążył – na pewno wszyscy byli bardziej zainteresowani gapieniem się na Abbie niż mieszaniem w kociołkach; a to oznaczało, że do tematu wrócą na następnych zajęciach. Żadna strata. A przecież mógł spędzić ten czas dużo ciekawiej niż w dusznej, ciemnej sali.
Wystarczyło mieć jakiś plan.
A Sigfried zawsze miał jakiś plan.

***

Czwartkowe popołudnia przez uczniów starszych roczników od wielu już lat nazywane były “dniami, które spędzamy nielegalnie wymykając się na ognistą i popalając mugolskie papierosy po męskich toaletach”, w skrócie: “czwartkowymi popołudniami”. Jak się zapewne domyślacie, Sigfried regularnie uczestniczył w podtrzymywaniu tej zacnej tradycji i, jak się okazało, dzięki temu regularnie co czwartek wieczór nie wpadał na Abbie w Pokoju Wspólnym (co zdarzało mu się każdego dnia), był bowiem zbyt… niedysponowany, by doturlać się do właściwego lochu.
Dlatego właśnie czwartek wydał mu się najprzyjemniejszym dniem tygodnia – co mogło wydawać się opinią niepopularną, bo znacząca większość uczniów (zwłaszcza z młodszych roczników) żywiła przekonanie, że najlepszym wynalazkiem od czasów krojonego chleba są wolne soboty. Sigfriedowe soboty nie były jednak tak interesujące jak czwartki. Co więcej, ten konkretny czwartek miał być jeszcze bardziej interesujące niż wszystkie inne.
A wszystko przez to, że to były Sigfrieda urodziny.
Oczywiście nie rozpowiadał o tym na prawo i lewo, choć – jak zauważył z pewnym zdziwieniem – była to popularna wśród jego znajomych praktyka. Wszyscy mniej lub bardziej dyskretnie przypominali, kiedy są ich urodziny, a później liczyli na to, że dostaną dużo prezentów. Sigfried ani nie podawał tej daty każdemu napotkanemu współuczniowi, ani nie przypominał tym, o których sądził, że tę datę znają.
Nie zawiódł się. Już z samego rana obudziło go radosne ćwierkanie Luise. Ktoś (Bernie?) musiał wpuścić ją do ich dormitorium. Od samego progu zaczęła śpiewać, a potem wyrecytowała przygotowane wcześniej życzenia. Sigfried starał się nie słuchać, ale mówiła na tyle głośno, że nie był w stanie spać dalej. I o ile standardowe życzenia zdrowia i zdanych egzaminów go nie zdumiewały, o tyle inne, wspinające się coraz wyraźniej po stopniach abstrakcji, sprawiły, że zdecydował się jej przerwać. Wizja hipogryfów przynoszących mu piwo kremowe na każde zawołanie – choć kusząca – była zbyt dziwna, by pozwolić jej kontynuować w podobnym duchu. Dlatego właśnie Sigfried wymamrotał coś, co – jak miał nadzieję – zabrzmiało choć trochę jak podziękowanie i było zarazem sygnałem, żeby Luise wyszła.
Tyle że ona, jak wszystkim wiadomo, zbyt rozumna nie była.
– Siggs, a może byśmy tak wieczorem… – zaczęła, siadając na jego łóżku. Tego było już za wiele. Jego łóżko!
Całkiem nieświadomie zacisnął dłonie na kołdrze, jakby w obawie, że Luise postanowi mu ją zabrać w razie odmowy. A, rzecz jasna, miał zamiar odmówić.
– Jestem zajęty – odpowiedział szybko, zanim zdążyła przedstawić jakąś konkretną wizję tego wieczoru. Jeśli zaplanowała go równie starannie, jak zaprezentowane przed chwilą życzenia…
– Daj spokój, przecież wiesz, o co mi chodzi.
Jasne, że wiedział. Dawała mu to do zrozumienia na każdym kroku. Problem w tym, że za każdym razem jej odmawiał, ale Luise nie traktowała tych odmów poważnie. Nie traciła też wiary, że po dziesiątej czy setnej propozycji Sigfried się zgodzi.
– Jestem naprawdę zajęty – powtórzył najbardziej zniecierpliwionym tonem, na jaki mógł się zdobyć.
– Ale twoje urodziny…
– Mam już inne plany. – Spojrzał na nią chłodno. – I doceniłbym, gdybyś wstała.
Luise prychnęła. Tak, śmiała na niego prychać! Po czym wyszła, uprzednio w sposób odpowiednio teatralny wstawszy i takie tam. Sigfried poczuł się nagle niezwykle szczęśliwym. I pewnie pozostałby w tej błogości niespodziewanej na dłużej, gdyby nie usłyszał, że coś pod kołdrą Berniego strasznie się z niego zaśmiewa.
– Morda! – warknął i, dla podkreślenia efektu zaledwie, cisnął w przyjaciela tym, co miał pod ręką. To jest podręcznikiem, który leżał na jego szafce nocnej.
Bernie w porę się uchylił, toteż podręcznik wylądował na Merlinowi ducha winnej ścianie, która niewątpliwie wydałaby z siebie okrzyk oburzenia, gdyby nie była ścianą.
– Może powinieneś się w końcu zgodzić – stwierdził Bernie, starając się powstrzymać śmiech. – No wiesz, pokazać jej, czemu nie powinna się chcieć z tobą umówić. W końcu jesteś koszmarnym materiałem na męża, powinna to zobaczyć.
Po czym – tak profilaktycznie – zamknął się w łazience, zanim jeszcze coś poszybowało w jego kierunku.
Ale Sigfried tym razem nie zamierzał niczym rzucać. Ba. On się wręcz zastanawiał, czy być może Bernie nie miał racji. Co, jeśli urządziłby Luise najgorszą randkę świata? Nie była masochistką. Nie chciałaby mieć z nim po tym niczego wspólnego.
Problem jednam w tym, że coś, co w jego opinii mogło być uznane za najgorszą randkę świata, wcale nie musiało takie być w jej opinii. Drugi problem tkwił w tym, że nie miał zamiaru poświęcać swoich urodzin po to, żeby raz na zawsze się od niej uwolnić.
Chociaż… Może…
Właściwie jego plany nie zawierały niczego, co aż tak odróżniałoby ten właśnie czwartek od innych czwartków. Mógł z tego zrezygnować, żeby zapewnić sobie spokój we wszystkie dni tygodnia.
Zanim więc pomyślał o tym, co robi – wyskoczył z łóżka i wybiegł na korytarz. Szkoda, że nie pomyślał, bo gdyby poświęcił na to chociaż kilka sekund, nie spędziłby ich później na zastanawianiu się, czemu Abigail – która oczywiście znajdowała się w pokoju wspólnym, czy ona tam sypia? – wpatruje się tak intensywnie w jego… O Salazarze i zatruta ropucho, znowu spał bez bokserek!
Wycofał się do dormitorium i zapewne spłoniłby się ze wstydu jak panienka, gdyby nie fakt, że panienką nie był. Wręcz przeciwnie. Nie znaczyło to jednak, że miał zamiar dobrowolnie paradować po pokoju wspólnym w stroju Adama – zwłaszcza, że tego rodzaju incydenty (choć o żadnym jeszcze nie słyszał, to był tego pewien) na długo zapadały w pamięć hogwartczyków. Spodziewał się, że Abigail zadba o to, żeby przynajmniej kilka osób zostało o tym poinformowanych, a kilka godzin później cały zamek będzie wiedział o wszystkim.
Świetnie. Wyglądało na to, że jego lista problemów rosła eksponencjalnie. Przez chwilę nawet rozważał, czy nie zapytać Berniego o radę, ale uznał, że to zły pomysł. Nie tylko dlatego, że musiałby się przyznać do tego, że sobie z czymś radzi gorzej, niż powinien, lecz także dlatego, że musiałby mu opowiedzieć o tym, co się stało przed chwilą i dlaczego uznał to za problem, a nie za formę reklamy czy świetny sposób na zawstydzenie Puchonki.
Jedno było pewne – dziewiętnasty rok jego życia zapowiadał się fatalnie.

rozdział 2

Wszystko wskazywało na to, że dzień, który właśnie się zaczynał, nie będzie w żaden sposób przełomowy w życiu Sigfrieda – będzie po prostu taki sam jak inne. Sigfried zresztą niezwykle sobie chwalił taki stan rzeczy – można nazwać go dobrą passą, można naturalnymi zdolnościami do przyciągania spokoju. Wspomniana dobra passa zaczęła się już jakiś czas temu i trwała nieprzerwanie aż do pierwszego tygodnia września, kiedy coś musiało ją popsuć. Oczywiście już wcześniej pewne zdarzenia były bliskie zburzenia tego spokoju, ale przecież nie mógł pozwolić, by niesmaczna kolacja czy zderzenie z kimś na schodach tak na niego wpłynęło.
Właśnie, zderzenie z kimś na schodach. Bernie przez kilka dobrych dni wypominał mu plamę na spodniach, którą spowodowało jakieś wystraszone chuchło puchońskie. Nie, nie taką plamę. Wpadł na nią, gdy wracali po zajęciach i mała wylała na niego jego wodę. Jasne, że i tak szli się przebrać na trening – jednak Bernie musiał, absolutnie musiał powtarzać wszystkim na prawo i lewo, że ich spotkanie z wspomnianą dziewoją zakończyło się dla Sigfrieda plamą na kroczu. Koszmar. A potem, jakby tego brakowało, ona okazała się…
Ale wróćmy na chwilę do piątkowego obiadu.
Teoretycznie był to obiad jak setki innych w Hogwarcie – tu złośliwy docinek, tam kęs jakiejś pieczeni, jeszcze gdzieś rozmowa o quidditchu albo wypracowaniu z transmutacji. Standard. Najpewniej nawet by go nie zapamiętał, gdyby nie jakieś żarty Berniego. Albo gdyby nie to, co stało się po obiedzie. Tak, zdecydowanie zapamiętał go właśnie przez to. Bernie twierdził, że koniecznie musi mu pokazać jakieś zaklęcie, które ostatnio wymyślił – nie chciał zdradzić, jakiego rodzaju zaklęcie to było, więc Sigfried domyślał się, że to kolejny wygłup, taki sam jak zaklęcie zmieniające nos w czerwony balon. Gdyby jednak okazało się, żę tym razem Berniemu udało się stworzyć coś wartego uwagi – wolał to zobaczyć. Wiedział, że przez to spóźni się nie eliksiry, ale niespecjalnie interesowała go przemowa profesora (co roku powtarzał praktycznie to samo) ani rytuał dobierania się w pary nad parującymi kociołkami (miał nadzieję, że zostanie sam).
Dlatego też zaraz po obiedzie ruszył w jedyne miejsce, w którym mogli być naprawdę sami – do Pokoju Życzeń.
Bernie przez całą drogę opowiadał, jak trudno mu było udoskonalić swój pomysł, jakie miał problemy z odpowiednią inkantacją, jak kilka razy podpalił siebie bądź coś ze swojego otoczenia. Sigfried słuchał tego jednym uchem, przekonany, że i tak nie usłyszy niczego, czego by nie słyszał wcześniej. Bernie był bowiem zapalonym wynalazcą i tworzył lub udoskonalał średnio jedno zaklęcie miesięcznie. To właśnie jemu wszyscy Hogwartczycy zawdzięczali udoskonalenie Furnunculusa. Naprawdę, zapisał się w historii szkoły. Mina pielęgniarki, kiedy zobaczyła pierwszego ucznia porośniętego pieczarkami, była niezapomniana. O całej sprawie jednak nie mówiło się wiele, bo następnego dnia po tym wydarzeniu na obiad była zupa pieczarkowa. Wszyscy, którzy wiedzieli o zaklęciu Berneigo, na wszelki wypadek odmówili konsumpcji.
Teraz jednak Bernie był dużo bardziej podekscytowany. Oczy mu się świeciły, jakby co najmniej wynalazł czwarte Zaklęcie Niewybaczalne.
– Powiesz mi, o co chodzi? – pytał i pytał, wciąż z tym samym rezultatem. Bernie był nieubłagany.
W końcu jednak dotarli do celu i Bernie, który cały czas był tak podekscytowany, że niewiele brakowało, a zacząłby podskakiwać, zapytał:
– Zaraz zobaczysz coś, co zmieni twoje życie. Jesteś gotowy?
Sigfried przewrócił oczami. Widział już tyle zmieniających życie wynalazków, że ta deklaracja nie robiła na nim większego wrażenia.
– Po prostu się pospiesz, zaraz mam eliksiry – mruknął. Jakby Bernie nie mógł popisywać się swoją kreatywnością po zajęciach.
– Żadnego szacunku dla artysty – mruknął urażony Bernie, ale wyciągnął różdżkę i skierował ją w stronę jakiejś starej lampy. Wymamrotał coś niewyraźnie, a potem spojrzał na Sigfrieda, niewątpliwie oczekując wyrazów uznania.
Sigfried spojrzał na lampę, a raczej na miejsce, w którym wcześniej stała lampa. Teraz jej nie było. Zmarszczył brwi i spróbował ją wymacać, ale nie wyczuł jej pod swoją ręką.
– Coś ty z nią zrobił? – zapytał.
Bernie, trochę zawiedziony brakiem zachwytu ze strony kolegi, wyjaśnił, że udoskonalił zaklęcie niewidzialności w taki sposób, że niewielkie przedmioty były również niewyczuwalne. Dodał, że jeszcze nie zakończył prac, bo w ostatecznym efekcie rzucający zaklęcie jako jedyny ma przedmiot widzieć i wyczuwać, ale póki co wyczuwanie nie dział. Przyznał, że w ten sposób stracił ulubioną skarpetkę, bo zaczął testować zaklęcie w dormitorium. To nauczyło go, że powinien jednak chodzić do Pokoju Życzeń.
Sigfried nie rozumiał, czemu wciąż przyjaźnił się z tym lejkogębcem.
Zostawił więc Berniego (nadal czekającego na jakiekolwiek wyrazy uznania) i ruszył w kierunku lochów. Wiedział, że się spóźni i zaczynał żałować, że w ogóle dał się Berniemu wyciągnąć na ten pokaz “świetnego zaklęcia”, jak mówił sam Bernie. Kłamca jeden. Łgarz wręcz.
Nie przeczuwał jednak, co spotka go w sali, do której tak się spieszył.
Nie chodziło o to, że zajęcia już się zaczęły – o tym wiedział. Nie chodziło też o niezadowolenie nauczyciela – przeczuwał je. Chodziło o to, że w tym roku – wbrew jego nadziejom – nie było nieparzystej liczby uczniów i musiał z kimś dzielić kociołek. Co gorsza, kiedy już podszedł na tyle blisko, by dokładniej przyjrzeć się dziewczynie, z którą miał współpracować, okazało się, że już ją poznał kilka dni temu.
To się dopiero Bernie ucieszy! Nie będzie mógł go nawet za to winić – gdyby role się odwróciły, sam zwijałby się ze śmiechu. Teraz jednak stał przed perspektywą spędzenia całego roku przy jednym kociołku z najbardziej niezdarną dziewczyną, jaką poznał. A przynajmniej jedną z bardziej niezdarnych.
Nie było sensu próbować z nią rozmawiać. Bo po co? Nie miał ochoty zawiązywać nowych przyjaźni. Dlatego też ignorował wszelkie nieśmiałe próby z jej strony. Nie było mu nawet głupio – w końcu to ona nazwała go grubą langustą. Ta… jakkolwiek jej było na imię, nie zasługiwała na nawet cień jego uwagi.
Gdy tylko lekcja skończyła się, wyszedł krokiem tak zamaszystym, że aż obraz ze zdziwienia spadł ze ściany.

***

W tym momencie wypada chyba powiedzieć słów kilka o duecie Sigfried i Bernie. Czytelnik z pewnością zauważył już pewne cechy tego połączenia. Pojął komiczność przyjaźni geniusza z głupkiem. Niechcący jednak mógł nie pojąć, kto tu jest geniuszem. Stąd mała dygresyjka.
Sigfried i Bernie spotkali się już w Hogwarts Expressie, kiedy to jeden z nich zaklinował się w pociągowej toalecie, a drugi uratował mu życie. A przynajmniej uratował go przed linczem, jaki niechybnie miałby miejsce, gdyby kolejka uczniów, którzy też chcieli dostać się do toalety, jako pierwsza go wypuściła. Okazało się bowiem, że Berniego fascynowały zaklęcia – i to od zawsze. Jako dziecko nosił ze sobą patyk, który miał zastępować mu różdżkę, i powtarzał zasłyszane inkantacje. Kiedy już kupiono mu jego własną różdżkę, nie mógł się z nią rozstać – a przynajmniej nie mógłby, gdyby rodzice mu jej nie zabrali. Dla jego własnego dobra, jak mówili. W Hogwarts Expressie jednak nie było jego rodziców i Bernie uznał, że to świetny moment na wypróbowanie kilku prostych formuł. Być może skończyłoby się to lepiej, gdyby nie fakt, że Bernie miał wtedy drobne problemy z wymawianiem niektórych głosek i Alohomora, którą chciał otworzyć drzwi, zadziałała całkiem inaczej. A Bernie nie znał przeciwzaklęcia
Na szczęście w okolicy pojawił się młody Sigfried. Od małego kochał przede wszystkim przepisy. I tylko w imię ich – był bowiem z krwi i kości mrocznym skurwielem, nie znał pojęcia litości – uratował swojego przyszłego przyjaciela. Czy bowiem zamykanie się w łazience nie jest przypadkiem… nielegalne?
A potem jakoś już poszło. Męczyli się ze sobą nawzajem już siódmy rok.
Nie było tygodnia, żeby nie zdawali sobie pytania, dlaczego, na różowe skarpetki Merlina, nadal się przyjaźnią, ale nie znajdowali na to pytanie odpowiedzi. Wiedzieli natomiast, że nawet jeśli nie ma ku temu żadnego logicznego powodu, to wolą pozostać w tym nielogicznym układzie i dalej działać sobie na nerwy niż szukać nowych przyjaciół.
Bo przecież obaj mieli z tego korzyści.
Po pierwsze, Bernie. Ile to razy Sigfried ratował mu skórę! Ile to razy pomagał mu uciec od szlabanu czy psychopatycznych morderców z paralelnych rzeczywistości! No i w dodatku dziewczyny. Sieggy przyciągał je jak… ten, no, potas. A że sam był aseksualny (jak wszyscy prawdziwi mroczni skurwiele), wszystko zostawało dla Berniego. Proste.
Po drugie, Sigfried. On… Bernie pomagał mu utrzymać wizerunek. Bez niego towarzysko by przepadł. Sigfrieda do tego stopnia nie obchodziło zdanie innych ludzi, tak gardził społeczeństwem, że gdyby wyszło to na jaw, obrzucono by go toną zgniłych buraków. A tak – konspira trwała.
Dlatego też dalej trzymali się razem i kultywowali drobne zwyczaje (jak choćby to Sigfriedowe oglądanie zaklęć Berniego), bez których zapewne czuliby się zagubieni. Żaden z nich nie czytał poradnika Jak Pielęgnować Trudną Przyjaźń – ba, żaden nawet nie wiedział, że taki poradnik istnieje. Widać nie odnaleźli w hogwarckiej bibliotece regału z poradnikami. Mogli spokojnie żyć w niewiedzy, jak okropne było ich życie i jak wspaniałe mogłoby się stać, gdyby tylko je przeczytali.
Ale, z drugiej strony, gdyby się nie przyjaźnili, czy mogliby razem tak świetnie grać w quidditcha? Nie sposób zliczyć, ile razy byli chwaleni przez kapitana. Ostatnio były to pochwały w rodzaju “Wszyscy jesteście bandą patałachów i jak tak dalej pójdzie, to nie powinniśmy nawet zjawiać się na najbliższym meczu, bo nas rozniosą! Ale Sigfried i Bernie spisali się dobrze”, ale darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby – pochwała to pochwała.
– Bernie, przestań bawić się tym zniczem. Odłóż go na miejsce – powtórzył Sigfried trzykrotnie, gdy w piątkowy wieczór skończyli swój trening. – Wystygnie nam kolacja.
Bernie jednak z lubością malującą się na jego twarzy to wypuszczał, to łapał niewielką piłeczkę. W końcu popatrzył na przyjaciela z urazą.
– Mam prawo się nim bawić – stwierdził, chowając jednak piłeczkę do skrzynki. – W ciągu ostatnich pięciu minut złapałem go więcej razy niż szukający na wszystkich treningach od początku roku.
Sigfried nie mógł zaprzeczytać. Różnica jednak polegała na tym, że Bernie łapał znicza, gdy ten był kilkanaście cali od jego ręki, a szukający… Zresztą nieistotne. Kolacja czekała.
– Może spróbowałbyś z tłuczkiem? – zaproponował, co Bernie przyjął z charakterystycznym dla wszystkich półidiotów prychnięciem.
– Bernie, kolacja. Wielka Sala. Już – powtórzył Sigfried, tym razem skracając komunikat i podkreślając tylko najważniejsze jego elementy.
W końcu jego przyjaciel posłuchał. Z niechęcią odłożył znicz na jego miejsce i ruszył się z ławki. Zajęło mu to trochę czasu, owszem – jemu bowiem nigdzie się nie spieszyło. Notorycznie spóźniał się na wszystkie posiłki, zajęcia i treningi, często przedstawiając najdziwniejsze i najbardziej niedorzeczne wymówki, często zawierające kosmitów – raz przyjacielskich, raz wręcz przeciwnie. W każdym razie nieracjonalne zarządzanie własnym czasem było niemalże znakiem firmowym Berniego, co bardzo irytowało Sigfrieda. Irytowało go jeszcze bardziej, kiedy był z tego powodu głodny lub kiedy spóźniał się na zajęcia i lądował w ławce z Kobietą-Katastrofą.
– Co ty dzisiaj taki nerwowy? – beztrosko spytał Bernie, gdy w końcu ruszyli błoniami w stronę zamku. – Znowu ci…
– Zamknij się – warknął w odpowiedzi. – Nie jestem nerwowy.
Oczywiście, że był nerwowy. Trudno, żeby nie był. Eliksiry na dobre popsuły mu humor – do tego stopnia, że jeszcze nie opowiedział o nich Berniemu. Uznał, że to może być dobry moment – bez całego stołu ciekawskich uszu i bez kusząco smacznych potraw aż proszących, by zatopił w nich zęby – obydwa te czynniki by go rozpraszały.
– Nie zgadniesz, co wydarzyło się dziś przez twoje idiotyczne zaklęcie – powiedział najpoważniej, jak to tylko możliwe. Tak poważnie, że nawet trawa stanęła na baczność z wrażenia.
– Moje zaklęcie nie jest idiotyczne, jest po prostu niedopracowane – odpowiedział automatycznie Bernie, a potem zreflektował się: – Co takiego się stało?
Siegfried zastanawiał się, jak zakomunikować przyjacielowi ogrom porażki, z którą będzie musiał się dręczyć przez najbliższy rok.
– Okazało się, że jedynym wolnym partnerem w tym roku jest…

***

– … ten chłopak, na którego ostatnio wpadłam i któremu poplamiłam spodnie – wypłakała z siebie doprawdy przesmutna Abbie. Leslie spojrzała na nią krzywo. Ten tani sentymentalizm jej się nie podobał.
– Przecież go przeprosiłaś – stwierdziła Leslie, niezadowolona z faktu, że ktokolwiek mógł wprawić jej przyjaciółkę w taki stan. – Nie przejmuj się urażoną męską dumą. Może i chodził przez pół dnia z mokrą plamą w kroku, ale to nie znaczy, że może cię tak traktować. To nawet nie była twoja wina!
Miała chęć znaleźć tego chłopaka i powiedzieć mu, co o nim myśli, ale trzymająca jej rękę Abbie trochę to utrudniała.
Siedzący nieopodal Elliot wzdychał z rezygnacją. Zupełnie nie rozumiał tych damskich pogaduszek. Starał się ich nie słuchać, ale, co zrobić, Abbie była dziś wyjątkowo głośna.
Na marginesie – drodzy czytelnicy, musicie o czymś wiedzieć. Elliot był w Abigail tragicznie zakochany. Ale jako że on sam nie zdawał sobie jeszcze z tego sprawy, na dowody trzeba będzie jeszcze trochę poczekać.
– Przeprosiłam – ale łkała dalej.
– W takim razie jest szowinistyczną świnią i jego rozbuchane ego nie pozwala mu się z tym pogodzić – zawyrokowała Leslie, która od paru dni próbowała swoich sił w byciu feministką, ale jeszcze nie była pewna, czy chce głosić takie poglądy. Na ogół za bardzo lubiła mężczyzn. – Nie zwracaj na niego uwagi i udowodnij mu, że jesteś od niego lepsza w eliksirach!
Oczywiście Leslie wiedziała, że Abbie jest beznadziejna z eliksirów i gdyby to było możliwe, to pomyliłaby spód kociołka z wierzchem, ale chciała pocieszyć przyjaciółkę. Poza tym zawsze była szansa, że ten chłopak będzie jeszcze gorszy.
Abbie nieomal rozpłakała się jeszcze bardziej. Za to Elliot parsknął śmiechem.
– O, kolejny! – zawyrokowała Leslie, oburzona do tego stopnia, by rzucić w niego poduszką.
I tak oto rozpętała się Trzecia Wojna Światowa (poduszkowa). Siły były nierówne, bowiem jedyną stroną naprawdę zaangażowaną w konflikt była oczywiście Leslie. Poduszki jednak latały tam i na zadek, na złość wytapirowanym lalusiom ze Slytherinu i ich bezmózgim mięsom – ochroniarzom. Wkrótce do walki przyłączyli się i inni przedstawiciele najszlachetniejszego z domów Hogwarckich i cały pokój wspólny wypełnił się pierzem z magicznie wygenerowanych poduszek.
Abbie na chwilę zapomniała o płaczu i patrzyła, jak cały pokój wspólny pokrywa się pierzem. Wyglądało to tak nierzeczywiście, że aż żałowała, że nie może tego widoku w żaden sposób uwiecznić. Pióra odpadały na podłogę i wszystkie meble jak płatki śniegu, by za chwilę zostać poruszone przez kogoś, wznieść się w górę, a za chwilę znowu opadać. Naprawdę, widok był niesamowity. I Abbie niewątpliwie byłaby nim jeszcze bardziej zachwycona, gdyby nie fakt, że nagle odsunęła się ściana maskująca wejście do pokoju wspólnego i ktoś wszedł do środka.
– Co ty się dzieje, do licha? – wykrzyknął wyjątkowo męski i zdenerwowany głos. Szykowały się kłopoty.
Cały pokój wspólny zamarł. Ostatnie kawałki pierza lądowały sobie spokojnie zarówno na elementach wystroju, jak i na uczniach, którzy – zaskoczeni krzykiem – nawet ich z siebie nie strącali. Wszystkie spojrzenia powędrowały w kierunku źródła głosu i czekały na to, co będzie się dalej działo.
– Och, Sieggy, spójrz, co one narobiły! – rozległ się pisk nieziemski, jak gdyby ktoś wypuścił z szuflady banshee (albo heroinistę na głodzie).
Abbie przełknęła głośno ślinę, nadal zapominając o płakaniu, choć to był dobry moment. Oczywiście, dlaczego w ogóle spodziewała się innego zakończenia tego wieczoru? Do tej pory jej mózg nie zarejestrował faktu, że prędzej czy później spotka Faceta Marzeń w pokoju wspólnym, choć widziała jego krawat i wiedziała, że należy do Slytherinu. Teraz jednak ten fakt rejestrował, a oczy usłużnie dostarczały mu bieżący obraz, na który składała się Ślizgonka (ta, która miała kilka dni temu problem ze szczotką), uparcie próbująca zwrócić na siebie jego uwagę. Abbie nigdy nie zdobyłaby się na nic takiego.
– Luise, mogłabyś jaśniej? – spytał, wciąż tonem Pana i Władcy Podwórka (w zestawie również łopatka, wiaderko i inne przydatne akcesoria). – Co to za burdel?
Luise nie była skora do wyjaśnień. Podbiegła jednak do wejścia, zapewne by zaprezentować światu swoje długie nogi, bo po co by innego? Abbie patrzyła na nią zachłannie. A to zdzira. Dziewięciocentymetrowe szpilki! Porysuje cały parkiet!
Dobrze, że tu nie było jednak parkietu.
– Masz piórko we włosach – powiedziała, chichocząc i, uwaga, wyciągając swą delikatną rączkę, by wyciągnąć je z jego krótkich, blond (i tylko potencjalnie) loków.
Sala zamarła w oczekiwaniu. To było lepsze niż czeskie przedstawienia romantyczne.
Abbie też zamarła, nagle hiperświadoma piórek we własnych włosach. Piórek, któych nikt nie wyciągnie. We włosach, które nigdy nie będą lokami. Ba, które nigdy nie będą nawet miały konkretnego koloru. Zrobiło jej się smutno.
Tymczasem Sigfried odtrącił rękę Luise, jakby była ona natrętną muchą, i rozejrzał się po pokoju wspólnym, jakby liczył, że winowajca sam wstanie i przyzna się do winy. Spodziewał się, że to wina któregoś z Puchonów – skaranie Merlinowe z nimi, łączenie Slytherinu z Hufflepuffem było najgorszym pomysłem, na jaki dyrektor wpadł. Kiedykolwiek. A należy pamiętać, że dyrektor był wiekowy i wpadał już na różne głupie pomysły. Już zapomniał – wszyscy już zapomnieli – jak się cieszył, że to jednak nie te szlamy z Gryffindoru.
– Kto zaczął tę farsę? – spytał.
– Nie wiem, kotku – odpowiedziała mu jego usłużna blondyneczka.
Barnie, którego obecności nikt nie był do tej pory świadom, wybuchnął dzikim, niepohamowanym śmiechem. Sigfried westchnął. Luise była za głupia, by zareagować.
– Młoda, weź ty zrozum podstawowe prawo natury. Jeśli facet pieprzy cię od czasu do czasu, to jeszcze nie oznacza, że jesteś jego kotkiem – powiedziałby Bernie radośnie, gdyby Sigfried nie zgasił go wzrokiem już po “młoda”.
Luise wciąż była zbyt głupia, by reagować. Nie zauważyła, że to z niej się śmieją.
– Pytam więc was wszystkich: kto jest odpowiedzialny za tę farsę? – Sigfried znów był śmiertelnie poważny. Muchy padały z wrażenia.
Napięcie było takie, że atmosferę w pokoju wspólnym można by kroić nożem. Gdyby tylko ktoś miał nóż i odważył się go wyjąć. Wszyscy jednak siedzieli w milczeniu i patrzyli albo na kolegów i koleżanki, albo w dowolnie wybrany kąt – byle tylko nie w oczy Sigfrieda, który był w tym momencie bardziej przerażający niż nauczyciel transmutacji, pielęgniarka i matki wszystkich zebranych w pokoju razem wzięci.
– Nie będę…
Ale Sigfried nie zdążył oświadczyć, czego nie będzie robił. Stało się bowiem coś tak nieprzewidywalnego i obrzydliwego, że z wrażenia..
Najpierw powiedzmy czytelnikowi, co się stało. Nie będziemy przecież czytelnika trzymać w niepewności. Wystarczy, że czytelnik oczekuje ostatniego odcinka Mody na Sukces. Więcej stresu na jedno życie ludzkie mogłoby być zabójcze, a czytelnicy są zbyt ważni, by ich tracić.
Sigfried nie dokończył zdania, bo gdy je tylko rozpoczął, jakaś tajna siła rzuciła w niego poduszką. Było to tak zaskakujące i obrzydliwe, że cała sala nie mogła powstrzymać się od śmiechu.
Sam zaatakowany natomiast poczuł się niemalże zdradzony; bo jak to tak – poduszką? W niego? Toż to się nie godzi. Był niemal pewnien, że to któryś z Puchonów, byli w końcu zgrają nieprzystosowanych do życia ze Ślizgonami… Puchonów. To jasne, że tylko któryś z nich mógł zrobić coś tak głupiego w tak ważnym momencie. Oczywiście w Sigfriedowej głowie zaświtała też myśl, że być może cała sytuacja urosła do niebotycznych rozmiarów całkiem niepotrzebnie i rzucona poduszka była objawem zdrowej reakcji.
Niemniej – musiał trzymać fason. Rozejrzał się więc po okolicy, swoim groźnym spojrzeniem zamieniając krew w żyłach zgromadzonych na sorbet jabłkowo-wiśniowy. Pech chciał, że jego wzrok zatrzymał się koło płaczącej Abbie. Abbie, która nie dość, że aktualnie się w niego wpatrywała, to w dodatku siedziała koło największej (w końcu Leslie zaczęła tę bitwę) sterty poduszek. I, rzecz jasna, wyglądała, jakby była czemuś winna. Nie miał pojęcia, że Abbie często wyglądała, jakby miała nieczyste sumienie, bo zwykła brać na siebie przynajmniej część win przyjaciół i dobrowolnie cierpiała przez ich mniej lub bardziej poważne przewinienia. Nie dlatego, że miała skłonności do robienia z siebie męczennicy, nie. Po prostu działo się tak dość naturalnie i spontanicznie. Sigfried o tym oczywiście nie wiedział, więc uznał, że jej mina jest formą przyznania się do winy.
– Znowu ty! – wykrzyknął i ostentacyjnie wyszedł z pokoju wspólnego. Część świadków utrzymywało, że uprzednio tupnął lewym kopytem i pogroził jej ogonem, jednak nic takiego się nie wydarzyło.
Abbie natomiast naprawdę poczuła się winna i znów się rozszlochała. Nie wiedziała nawet czemu – przecież i tak nie miała zamiaru się przed nim tłumaczyć. Miała tylko nadzieję, że uda im się dojść do porozumienia w sprawie współpracy na eliksirach, ale scena, która właśnie miała miejsce, utwierdziła ją w przekonaniu, że to niemożliwe, a rozpoczęty właśnie rok szkolny będzie fatalny. A przynajmniej wszystkie piątki w tym roku.

rozdział 1

Wszystko wskazywało na to, że dzisiejszy dzień będzie najgorszym w życiu Abigail. Jako jedna z pierwszych odkrywała bowiem wady nowego systemu domów. Dlaczego? Przecież nie była mugolakiem. Teoretycznie ze strony Ślizgonów nie miała się czego obawiać. Właśnie, teoretycznie. A oto co się wydarzyło.
Po raz pierwszy w życiu obudziła się w swoim nowym dormitorium. Było zimno, mokro, nieprzyjemnie – powiedziałaby, że ślisko, gdyby nie fakt, że Leslie zabroniła jej używać tak tandetnych chwytów literackich. Naprawdę nie chciała ruszać się z łóżka. I zapewne zaspałaby na pierwsze zajęcia – tak jak zaspała na śniadanie – gdyby z łóżka nie zerwał jej krzyk jakiejś blond arystokratycznej zdziry (takich określeń wolno jej było używać):
– Co za szmata tykała mojej szczotki do włosów? Mam w niej cudze kłaki!
Oczywiście Abbie sama nigdy nie ruszyłaby cudzej rzeczy. Za nic w świecie. Kiedyś (w zamierzchłych czasach dzieciństwa, którego prawie nie pamiętała, bo jej rodzina masowo nadużywała zaklęć wywołujących braki w świadomości – tato lubił eksperymentować) zabrała Teoklafowi paczkę landrynek i potem przez tydzień bolały ją wszystkie zęby, bo, oczywista, były zabezpieczone na wypadek, gdyby wpadły w łapki piegowatych pięciolatek. Pech chciał jednak, że była jedyną aktualnie przebywającą w pomieszczeniu właścicielką włosów w kolorze odpowiednim, to jest mysim (tak zwany brak koloru). Dlatego też po wyrywającym ją z łóżka okrzyku nastąpiło wyrywające ją z łóżka zaklęcie.
– Szmato! Twoja szczotka? Twoja?
Abbie nie odpowiedziała. Z natury była cicha, potulna i nieśmiała. Nie urodziła się z potencjałem na klasyczną nastolatkę (i blond zdzirę, och, jak ona by jej zmasakrowała tę mordkę pokrytą pudrem… gdyby na przykład była dobra z zaklęć).
– Naucz się szacunku, motyla noga, no, szmato! Wystarczy, że musimy z wami mieszkać, co to za spo… spon… spouflenie się! Niedługo zaczną nam do łóżek się pchać, prymitywy!
I to był właśnie powód, dla którego Abigail przypuszczała, że dzień ten będzie najgorszym dniem w jej życiu. A to dopiero początek!
Przerwijmy jednak na chwilę i powiedzmy szanownemu, uzależnionemu od krówek ciągutek państwu, kim jest Abigail.
Można by zacząć od przybliżenia jej sytuacji rodzinnej, od jej wyglądu, charakteru czy zainteresowań. Do wyboru do koloru. Wszystko jednak doprowadziłoby do tego, że szanowny czytelnik usnąłby, nie doczytawszy opisu do końca. Nie dlatego, że opis ten byłby tak długi, a skądże. Po prostu Abbie nie była najciekawszą osobą, jaka kiedykolwiek pojawiła się w Hogwarcie. Podobnie jak dziesiątki innych uczniów pochodziła z czystokrwistej rodziny, w której wychowywano dzieci według tego samego modelu co sto lub więcej lat temu. Podobnie jak setki innych uczniów miała irytujących rodziców i równie irytujące rodzeństwo. Jednak w przeciwieństwie do zwykłych zjadaczy tostów, nie buntowała się. Nie i już. Nie robiła taż wielu innych rzeczy – nie próbowała uciekać z domu, nie chodziła na rękach, nie jadła nigdy kebaba, nie założyła nigdy jaskrawozielonych skarpetek, nie chodziła też w ubraniach własnego projektu. A projektantką była dość płodną, raz nawet zdarzyło jej się oddać wypracowanie z narysowanym gdzieś w rogu projektem sukienki. Źródła milczą na temat wpływu tego projektu na jej ocenę.
Sama nie miała też zwyczaju zanudzać innych swoją osobą. Mało mówiła nie tylko na swój temat, ale i ogólnie. Dlatego też społeczeństwo zakładało z góry jej głupotę i brak jakichkolwiek cech, które mogłyby sprawić, że ktoś chciałby z nią rozmawiać. W związku z tym poza szeregiem rozkochanych w niej ciotek (“Och, jaki uroczy chłopiec! I jak mało mówi!” “Ciociu Pelagio, to przecież Abbie” “Och, Abbie, wciąż ci nie urosły, co?” “Ciociu!” “Przecież nie ma się czego wstydzić, kiedy ja miałam dwanaście lat, och, no może jedenaście…” “Ciociu, Abbie jest już dorosła” “Dorosła? A gdzie jej kawaler?”), nie miała w życiu zbyt wiele towarzystwa. Ot, dwójkę oddanych przyjaciół. Ale czy potrzebowała więcej? Chyba nie.
Abbie w ogóle niewiele potrzebowała, by poczuć się szczęśliwą. Przynajmniej szczęśliwą przez chwilę. Wystarczyła jej cisza i spokój, sprzyjające projektowaniu. Jeśli dodać do tego słoneczny dzień, rześki wiaterek i naleśniki z jabłkiem i cynamonem… Tak, to byłby raj w sam raz dla Abbie. Zamiast tego miała popołudnia spędzane na błoniach w towarzystwie rozgadanej Leslie i Elliota, który najczęściej czytał jakąś książkę, co chwila nerwowo poprawiając okulary spadające mu z piegowatego nosa. Nie było mowy o słońcu ani o naleśnikach. Nie znaczy to jednak, że Abbie narzekała; właściwie to starała się w ogóle nie narzekać. Być może miało to związek z tym, że w ogólne niewiele mówiła i prawdopodobnie nie chciała marnować energii na narzekanie. Albo nie chciała budować sobie wizerunku marudy. Albo tak została wychowana.
Z tym, że ten dzień naprawdę był najgorszym dniem jego życia. Spójrzmy bowiem, co wydarzyło się dalej.
Oczywistym było, że po tak wielkim stresie porannym Abbie nie była na siłach udać się na pierwsze zajęcia. Postanowiła przeczekać je w dormitorium, licząc że zaraz po nich w sypialni pojawi się Leslie, oznajmiając jej, gdzie powinna się udać następnie. Tyle że Leslie nie nadchodziła, a Abbie miała coraz mniej czasu. Żałowała, że zdążyła już zalać sokiem dyniowym swój nowy plan lekcji. Ale czy to była jej wina? Nie. To po matce miała dwie prawe ręce (Abbie była leworęczna).
Gdy oczywistym był fakt, że Leslie zignorowała element sypialnia w swym planie dnia, Abbie – przekonana że ten dzień na pewno będzie jeszcze gorszy, bo przecież nie wiedziała, gdzie ma iść – ruszyła na poszukiwania planu zajęć przyjaciółki. Nigdzie go jednak nie było. Choć przeszukała wszystkie szuflady, znalazła jedynie parę spinek, które Leslie pożyczyła od niej pięć lat temu. Swoją drogą, wyszło jej to na dobre. Tęskniła za nimi.
Kiedy jednak po kilku minutach dalszych poszukiwań musiała pogodzić się z myślą, że planu zwyczajnie tam nie ma, poczuła się jeszcze gorzej. Była głodna, niewyspana i nie miała pojęcia, gdzie powinna iść. Nie było to nic nowego, wszystkie trzy stany często jej towarzyszyły, ale miała nadzieję, że uda jej się uniknąć takiego zamieszania tak krótko po rozpoczęciu roku – wiedziała bowiem, że nieobecności przyciągają uwagę innych, a tego chciała uniknąć. Zwłaszcza teraz, kiedy najwyraźniej znalazła się na celowniku byłych Ślizgonek. Wzdrygnęła się na samą myśl.
Dlatego też, licząc na odrobinę szczęścia (czuła, że wyczerpała limit pecha na dzisiaj), postanowiła opuścić dormitorium. I wtedy okazało się, że jednak może być gorzej. Co prawda nie trafiło jej żadne zabłąkane zaklęcie powiększające uszy ani nie wpadła w smocze łajno, to i tak niewiele ją pocieszała świadomość, że mogło być gorzej. Abbie wiedziała, że zawsze może być gorzej, ale czasami trudno jej było uszeregować różne wydarzenia na skali gorszości.
– Przepraszam, nie wiesz, gdzie się podział cały siódmy rok? – miała ochotę spytać małej Puchonki, którą zauważyła w pokoju wspólnym, ale szybko zdała sobie sprawę z bezcelowości takiej zagrywki. No bo niby skąd tamta miałaby to wiedzieć? Jeśli Abbie, będąc na siódmym roku, nie wiedziała…
Przez chwilę stała więc na schodach prowadzących do jej dormitorium i wypatrywała ofiar. W okolicy jednak nie znajdował się nikt, kogo chociaż trochę by kojarzyła. Miała ochotę płakać. Zamiast tego, mruknęła do samej siebie:
– Spoko kapusta, gruba langusta.,
i po głębokim westchnięciu ruszyła w dół schodów.
Wtedy okazało się, że jej obserwacja nie była kompletna. Szybko bowiem wpadła na kogoś, kto musiał uprzednio przystanąć, zastanawiając się, czemu ktoś nazwał go grubym (skoro, jak się później okaże, to ostatnie, co można o tym kimś powiedzieć).
Abbie często zdarzało się wpadać na ludzi – czasami dlatego, że się zagapiła, czasami dlatego, że to oni jej nie zauważyli. Nigdy nie lubiła tych sytuacji, bo obie strony – kiedy już się pozbierały z ziemi – musiały przeprosić, spuścić na dół oczęta i dygnąć przepraszająco. Najczęściej jednak tylko Abbie tak robiła, a druga strona, niezależnie od tego, czy była winną zderzenia, czy nie, najzwyczajniej w świecie prychała coś o łamagach i szła w swoją stronę. Tym razem na szczęście nie doszło do upadku, a tylko do zderzenia. Z czymś twardym i podejrzanie ładnie pachnącym. Abbie, przeczuwając, że może to być coś żywego, na wszelki wypadek się zarumieniła.
– Ej, stary, nie płosz dziewic – rzucił ktoś, kto (prawdopodobnie, Abbie nie miała siły, by na niego spojrzeć) znajdował się po prawicy człowieka (podejrzewała, że to człowiek), na którego wpadła. – Czy… O kurczę, z tą mokrą plamą wyglądasz…
– Przepraszam – zaczęła Abbie, odsuwając się na stosowną odległość i starając się dostrzec rzeczoną plamę, żeby wiedzieć, jak bardzo winna powinna się czuć. – To był wypadek, nie patrzyłam, gdzie idę i…
Urwała. Co było w bardzo złym stylu i gdyby jej matka przy tym była, na pewno by zareagowała. Jednak jak Abbie miała kontynuować przepraszanie, kiedy okazało się, że nie tylko wpadła na człowieka, który wyglądał, jakby wyszedł wprost z okładki jednej z tych książek, które jej matka trzymała w szafce i których nie pozwalała Abbie czytać, by “Nie wypaczała sobie postrzegania świata” i by “Nie popełniała błędów innych i nie miała za wysokich oczekiwań”. Abbie jednak widziała okładki niektórych – kolorowe i zawierające zdjęcie uśmiechniętej pary w mniej lub bardziej czułym uścisku. Oczywiście początkowo poczuła się zgorszona, ale jej dusza artystki musiała przyznać, że ludzie na zdjęciach byli piękni. A teraz ktoś, kto też mógłby się znaleźć na takim zdjęciu, stał przed nią. Z plamą, za którą była odpowiedzialna. Zarumieniła się jeszcze bardziej.
– Wylałaś moją wodę – powiedział głosem tak chłodnym, że gdyby to było możliwe (i gdyby nie wspomniany szlaban na tandetne porównania), serce zamarzłoby jej w przeciągu dokładnie piętnastu sekund i trzech setnych sekundy.
– Przepraszam – powtórzyła, patrząc przepraszająco to na mokrą plamę, to na twarz chłopaka, to na swoje buty. Wiedziała, że powinna utrzymać wzrok na swoich butach, dygnąć i odejść, ale jakoś żadne mięśnie poza mięśniami oczu nie kwapiły się do działania
Ucieleśnienie wszelkich pragnień nastolatki względem samca wyglądało na niewzruszone jej pełną pokory postawą.
– Idziemy – rzucił do swojego towarzysza, wciąż posługując się głosem, którego nie powstydziłby się żaden pingwin czy inna lodowa bestia.
Abbie nie drgnęła, wlepiając wzrok w swoje buty na dobre. To było bezpieczniejsze rozwiązanie. Dopiero kiedy była pewna, że została na schodach sama, odważyła się go podnieść, a nawet lekko się uśmiechnąć. Nadal nie wiedziała, gdzie powinna akurat być, ale przepełniało ją dziwne poczucie, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Przecież profesor przeżyje bez niej te kilkadziesiąt minut, nie ma się gdzie spieszyć. Świat był jakiś taki bardziej przyjazny, a poranne wypadki w dormitorium wydawały się nieważne. Abbie mogłaby nawet zacząć sobie wyobrażać, że jest równie szczęśliwa jak podczas konsumpcji naleśników z jabłkiem i cynamonem, gdyby nie pewien detal – owszem, widziała mężczyznę swoich marzeń, ale nic z tym faktem nie zrobiła. Nie poznała jego imienia, nie dowiedziała się, na którym był roczniku, nic. A do tego była niemal pewna, że on zapamięta ją jako kogoś, kto wylał na niego wodę. O ile w ogóle ją zapamięta.
Nagle świat przestał być taki radosny.
Bo to przecież nie bez przyczyny był najgorszy dzień jej życia.

***

Nie bójcie się, drodzy czytelnicy. To tylko szumne zapowiedzi. Podrygi naiwnego serca, które wciąż wierzy w sprawiedliwość społeczną. Najgorsze dopiero było przed nią. Stojąc na tych nieszczęsnych schodach nawet nie przypuszczała, co przydarzy jej się już w parę dni później, piątkowego popołudnia, gdy łaskawie dotrze w końcu (rzadko się tam pojawiała, naprawdę nie miała do tego serca) na zajęcia z eliksirów.
Sala znajdowała się w podziemiach, więc zawsze było tam zimno. Abbie nigdy nie przepadała za zimnem, podobnie jak za specyficznym zapachem, który unosił się w sali. Leslie twierdziła, że był to zapach nauczyciela, ale żadna z nich nigdy nie zweryfikowała tej teorii.
W każdym razie Abbie pokonała wewnętrzne opory i zajęła miejsce przy najmniej rzucającym się w oczy kociołku. Nie widziała nigdzie swojej zeszłorocznej partnerki, ale pamiętała, że dziewczyna cały czas narzekała, że wybór eliksirów był błędem. Może udało jej się w jakiś sposób wypisać z zajęć? Abbie chętnie poszłaby w jej ślady, gdyby nie obawiała się reakcji rodziny. Zawsze słyszała, że wszyscy byli asami z eliksirów (i zaklęć, i transmutacji, i zielarstwa, i…), więc jej brak talentu w tej dziedzinie jest ujmą na honorze rodu i jeśli już Abbie tak stanowczo się upiera, że talentu takiego nie posiada, to niech przynajmniej fakt ten ukrywa.
Zastanawiała się, jak to będzie – pracować samej. Wszystko wskazywało na to, że w tym roku liczba uczniów jest wybitnie nieparzysta. Zajęcia rozpoczęły się, a nauczyciel nawet nie zwrócił uwagi na to, że koło Abbie nikt nie siedział. Może nie zauważył? W końcu jego szkiełka od okularów były grubsze niż piwny brzuszek wujka Józefa.
Abbie starała się słuchać, ale jej myśli szybko zaczęły krążyć wokół innych, ciekawszych tematów. Zastanawiała się, co będzie na obiad, czy będzie dziś padało, a także czy Leslie w końcu założyła bluzkę, którą dla niej zaprojektowała. Była tak zajęta zastanawianiem się, czy powinna zaprojektować jeszcze pasującą spódnicę, że nie usłyszała skrzypienia drzwi do sali. Dopiero głos profesora wyrwał ją z zamyślenia.
– Sigfried! Znowu! Jaką wymówkę zaprezentujesz nam dzisiaj? – usłyszała. No tak. Ktoś się spóźnił, a profesor, jako człowiek starej daty, nie potrafił zaakceptować, że niektórzy (to jest ci, którzy nie są jeszcze zramolałymi piernikami) mają w życiu rzeczy ważniejsze i ciekawsze od eliksirów. – Powinienem kazać ci wyjść, młody człowieku, ale znajdźże już sobie miejsce, niech na ciebie nie patrzę.
Po chwili nastąpiło szuranie, smeranie, szarganie i ogólnie s… anie. A potem czyjaś torba wylądowała na blacie koło Abigail.
– Jedyne wolne – usłyszała głos znajomy, ale jakby… cieplejszy.
Podniosła głowę i zaniemówiła. Co gorsza, właściciel tego głosu, chyba też ją poznał, bo zanim zdążyła odpowiedzieć, burknął:
– Kurwa, ja to mam pecha.
To wypowiedziawszy, ostentacyjnie odwrócił się do niej plecami.
Abbie rozejrzała się po sali, ale naprawdę nie było innych miejsc, nie mogłaby uciec, nawet gdyby chciała. Czuła, że na jej policzkach znów wykwitł rumieniec. Oczywiście to miło, że ją zapamiętał, ale nie podobało jej się, że zapamiętał ją w taki sposób i, wnosząc po jego reakcji, nie chciał nawiązywać bardziej cywilizowanych kontatków. Co mogło źle wpłynąć na wspólną pracę w tym roku – Abbie była naprawdę kiepska z eliksirów, a milczący i ignorujący partner, który do tego wyglądał jak… W każdym razie nie mogło jej to pomóc. Oczyma wyobraźni widziała, jak profesor wyrzuca ją za drzwi i zabrania nawet podchodzić do egzaminu. Nie, absolutnie nie mogła do tego dopuścić i jeśli faktycznie miała cały rok siedzieć koło Sigfrieda, musiała go jeszcze raz przeprosić.
– Eee… Sigfried… – zaczęła, ale chłopak obrzucił ją tak morderczył spojrzeniem, że od razu z tego zrezygnowała.
Zagryzła wargi i zaczęła nerwowo skubać rękaw szarego swetra. Musiała wymyślić coś innego. Jeśli nie chciał z nią rozmawiać, to może powinna napisać do niego karteczkę? Albo list, taki wysyłany sową?
Jednak lekcja skończyła się, nim Abbie zdążyła cokolwiek postanowić. I tak, dzięki jej niezdecydowaniu, straciła drugą szansę zbliżenia się do Mężczyzny Swojego Życia.

prolog

Czerwcowy upał nie sprzyjał siedzeniu w dusznych murach Wielkiej Sali, jednak uczniowie nie mieli na to wpływu. Dyrektor ogłosił już wcześniej, że wszyscy muszą się stawić na obiedzie. Nie przemawiała przez niego tylko i wyłącznie troska o żołądki uczniów, o nie – miał im do zakomunikowania coś naprawdę ważnego.
Z każdą minutą spóźnienia dyrektora podniecenie tłumu rosło. Co takiego chciał im powiedzieć? Ogłosić, że zostanie nowym Ministrem Magii? Nie, to stara plotka, nikt o zdrowych zmysłach nie przyjąłby tego staruszka na żadne poważne stanowisko, zbyt łasy był na młodych chłopców i cudze pieniądze. Może więc Turniej Trójmagiczny? Ale następny wypadał dopiero za trzy lata! Więc co? Sklątki znów pouciekały z klatek?
Przy stole Gryfonów ktoś zapewniał, że chodzi o anulowanie suma z transmutacji. Jeden z Krukonów złapał się za serce, gdy to usłyszał, ale potem odetchnął z ulgą, gdy jego kolega wyjaśnił, że to nieprawda – chodzi o wydalenie ze szkoły jakiegoś Ślizgona, którego przyłapano na paleniu mugolskich papierosów. Ślizgoni się oburzyli, gdy doszły do nich te plotki – nie żeby żaden z nich nigdy nie złamał regulaminu, ale posądzanie ich o korzystanie z mugolskich używek bolało. Puchoni natomiast siedzieli spokojnie i uśmiechali się do siebie radośnie. Któryś ze Ślizgonów stwierdził, że może zapomniano ich nakręcić.
Wreszcie – na sali zapadła cisza. Pojawił się dyrektor.
Potknął się kilka razy i, zatoczywszy się lekko kilka razy (utrzymywał, że to skutek uboczny eliksirów, które musi przyjmować), dotarł do stołu prezydialnego. Uśmiechnął się szeroko, demonstrując wszystkim uczniom kilkanaście zębów, rozrzuconych dość przypadkowo po dziąsłach. Dyrektor – jak sam twierdził – był kiedyś ogłoszony najprzystojniejszym uczniem Hogwartu, ale nikt nie traktował go poważnie. Ostatecznie ten stary pryk twierdził też, że przyjaźnił się z potężnym Harrym Potterem. Nikt przy zdrowych zmysłach nie chciałby się przyjaźnić z dyrektorem.
– Drodzy towarzysze! – wymamrotał, choć pewnie próbował zakrzyknąć. – Zebraliśmy się tu dzisiaj…
– Panie dyrektorze, nie to przemówienie – syknęła brunetka siedząca po jego prawicy. Brunetka ta odgrywała ważną rolę w życiu dyrektora, ale na szczegóły przyjdzie jeszcze czas. Na razie obdarzona została specjalnym, dziękczynnym uśmiechem.
– Upsik – rzucił do widowni, chichocząc przy tym jak standardowa dwunastolatka.
Przez Wielką Salę przetoczyła sie fala pomruków. Uczniowie nie przepadali za dyrektorem i często dawali mu to do zrozumienia. Raz nawet został wygwizdany, ale miało to miejsce tyle lat temu, że nikt nie pamiętał dlaczego; nikt nie był też pewny, czy to na pewno miało miejsce.
– Cisza tam! – zagrzmiał głos nauczyciela transmutacji. Był to stary i znielubiany propotterowiec, jeden z ludzi idei, kompletnie zgorzkniałych po tym, jak idea okazała się niewypałem. – Dyrektor mówi!
– Dziękuję panu, panie… – Dyrektor próbował posłać mu specjalny uśmiech, ale niemal potknął się o swoje niezawiązane sznurowadła, które, nie wiedziec czemu, przeszkadzały mu w odwróceniu głowy. – Panie. No. Dziękuję.
Jakiś nierozważny pierwszoklasista wybuchnął śmiechem, ale szybko zamilkł, kiedy nauczyciel transmutacji spiorunował go wzrokiem. Reszta uczniów skupiała się na swoich pustych talerzach i starała się nie pójść w ślady kolegi. Dla nikogo nie było tajemnicą, dyrektor nie przepadał za nauczycielem transmutacji. Dyrektor prawdopodobnie nie przepadał za większością personelu, ale mało kto przywiązywał do tego wagę, a częściej traktowali go trochę jak element wystroju wnętrzna.
– Co ja chciałem im powiedzieć, Marge? – spytał, zwracając się do brunetki. – Jak się to zaczynało?
– Drodzy uczniowie – rzuciła konspiracyjnym szeptem, który chyba nie był już potrzebny, skoro dyrektor tak głośno poprosił ją o pomoc. – Zebraliśmy się tu dziś…
– Drodzy uczniowie! – zagrzmiał bełkot dyrektora. – Zebraliśmy się tu dziś ze względu na bardzo smutną okoliczność! Wasz kolega, a nasz drogi przyjaciel…
– Znów nie to, panie dyrektorze.
Tym razem więcej osób wybuchło śmiechem, najwyraźniej uznawszy, że teraz nikt na nich nie spojrzy potępiająco. Wyglądało na to, że dyrektor był dziś w gorszej formie niż zwykle – widać miał im do powiedzenia coś naprawdę ważnego, skoro tak się mylił. Zwykle za drugim razem trafiał we właściwy początek.
– No proszę, Marge, jak tak mnie będziesz poprawiać, to sobie sama przemawiaj! – krzyknął niczym obrażony dwulatek. A potem, zapomniawszy, że jego magicznie wzmocniony głos słyszy cała sala, wykrzyknął jeszcze coś, czego dwulatek pewnie by nie powtórzył: – Pierdolę!
Przez salę przetoczyła się fala wiwatów – tego jeszcze nie było. Owszem, dyrektor często się obrażał i nie zawsze pamiętał o tym, że nie wszystkie słowa, które są mu znane, powinny być wypowiadane przy uczniach, ale nigdy wcześniej nie odmówił wygłaszania przemówienia. Więcej – im bardziej był obrażony, tym dłużej i mniej sensownie mówił.
– Panie dyrektorze! – oburzyła się z kolei profesor zielarstwa. – Nie przy młodzieży!
Natychmiast poparła ją również reszta grona nauczycielskiego. I tu zrobiło się szumnie. Tylko brunetka Marge dziwnie milczała.
– Ja się na to, kurwa, nie pisałem! Puścili mi z torbami budę, to niech się teraz tłumaczą! Pierdolę, nie wracam tu nigdy! – zakrzyknął i, zapewne z wrażenia, wpadł na stół. Stół, jako że liczył już swoje lata, niebezpiecznie się zatrząsł, nic jednak nie ucierpiało.
Tym razem reakcje uczniów były różne. Część (głównie ta srebrno-zielona część) dalej rechotała. Brązowo-niebieska część przestała słuchać, urażona tak rynsztokowym słownictwem dyrektora. Złoto-czerwona część uczniów była rozdarta między dalszym rechotaniem a współczuciem dyrektorowi, przy czym większość jednak skłaniała się ku współczuciu. Czarno-żółta część natomiast siedziała spokojnie i uśmiechała się promiennie, czekając na dalszą część przemówienia.
Dyrektorowi coraz mniej podobało się jego wystąpienie. Dlatego też (wciąż z miną obrażonego dzieciucha) opadł na swoje krzesło i zamilkł, bynajmniej nie na wieki.
Co miało nastąpić dalej?
Na chwilę zapadła cisza. Bardzo dziwna cisza. Cóż, dyrektor złamał standardowy kod swych przemówień i nikt nie wiedział, co zrobić. Nie trwała ona jednak aż tak długo, jak wszystkim się wydawało. Już bowiem po kwadransie nauczyciel transmutacji rzucił nieśmiało:
– To może… pani vice dyrektor?
Uczniowie patrzyli po sobie z zainteresowaniem. Wyglądało na to, że po raz pierwszy głos zabierze ktoś inny. I to nie byle kto, tylko zastępczyni dyrektora, która do tej pory milczała. Właściwie tylko nieliczni kiedykolwiek słyszeli jej głos. Pewne grupka Gryfonów przekonywała nawet, że zapisała się na numerologię wyłącznie po to, by go usłyszeć, choć i oni musieli czuć się zawiedzeni, kiedy okazało się, że na lekcjach najczęściej wypowiadała tylko kilka zdań, w których zwykła podawać temat lekcji i odsyłać uczniów do podręcznika. Dalsze postępy w ich pracy zaś oceniała tylko za pomocą kiwnięć głową, co mogło przyprawiać niektórych o chorobę morską. Prawdę mówiąc, wielu zastanawiało się, czemu właściwie piastowała takie stanowisko – wszyscy wiedzieli, że faktycznie szkołą rządził kto inny.
Jednak i dziś doznali zawodu.
– Marge – wychrypiała pani vice dyrektor.
A więc Marge. Tajemnicza (jeszcze) brunetka, która do tej pory pełniła fukncję asystentki i cichego doradcy, nigdy mówcy. Przerażenie, które widać było na jej twarzy, gdy nieśmiało wstawała, udzieliło się całej sali. Cała sala, setki uczniów wszystkich domów, przez moment czuły się zlęknioną, beznazwiskową (bo czy ktoś kiedykolwiek słyszał jej nazwisko?) Marge.
– Drodzy uczniowie – zaczęła, lecz głos jej się załamał. Gdy mówiła za siebie, nie była już tak pewna swych słów. – Zebraliśmy się tu dzisiaj, by dyrektor… byśmy… bym mogła podzielić się z państwem smutną wiadomością. Mam nadzieję, że zrozumieją państwo powody, dla których wydarzyło się to, co się wydarzyło. Przedwczesny osąd…
Uczniowie nie byli pewni, jak zareagować. Cała zebrana w Wielkiej Sali masa przez chwilę zamykała i otwierała usta jak wyjęte z wody karpie. Byli rozdarci wewnętrznie – jednocześnei czuli się oszukani, bo to nie dyrektor do nich mówił i to nie z niego mogli się śmiać, i zadowoleni, bo mogli się spodziewać, że cała ta nudna część skończy się szybciej i będą mogli się najeść. Jednak coś im kazało się zbuntować – jak to, przemówienie, którego nie wygłosi dyrektor? Toż to przemówienie, którego nie powinni słuchać. Do tego jeszcze przemawiająca nie była na tyle pewna siebie i tego co mówi, by przykuć ich uwagę. Wydawała się jednak na tyle sympatyczna, że nie mogli jej wygwizdać – mogłoby się jej zrobić przykro.
– W skrócie, jesteśmy w dupie – burknął dyrektor ze swego karnego jeżyka (znaczy, krzesła). Pani profesor od zaklęć, znana ze swego delikatnego serduszka, jęknęła z oburzenia.
– Panie dyrektorze! – skarcił go profesor wróżbiarstwa, nieudolnie próbujący ocucić panią od zaklęć chusteczką w kropeczki.
Uczniowie zarechotali. Wszyscy uznali, że mogą jednak słuchać tego, co dzieje się przy stole nauczycieli, bo nawet jeśli kłóci się to z ich niepisanym kodeksem, to przemówienie dyrektora zamieniło się w najlepszy kabaret, jaki mogli sobie wyobrazić.
– Pan dyrektor ma rację – kontynuowała Marge. – Oczywiście, jego język jest… niewskazany i nikt nie chciałby, żebyście go powtarzali, ale nie da się ukryć, że nasze problemy nasz przerosły. – Wzięła naprawdę głęboki oddech. Przez moment co bardziej paranoicznym wydało się, że kradnie całe ich powietrze. – Powiem krótko. My… Hogwart… Chciałam… Zbankrutowaliśmy.
Tym razem żaden z uczniów nie miał wątpliwości, jak powinien zareagować. Z każdego gardła obecnego na sali (a po głośności można domniemywać, że i przynajmniej kilkunastu nieobecnych) wydobyło się głośne “CO?!”. A potem każdy zaczął wykrzykiwać pytania, na które nikt nie mógł udzielić odpowiedzi – bądź to dlatego, że nie słyszał owych pytań, bądź to dlatego, że nie znał odpowiedzi. Najczęściej jednak uczniowie chcieli wiedzieć, jak do tego doszło, co stanie się ze szkołą, czy będą mogli wrócić do zamku we wrześniu, a także czy skrzaty kuchenne zostaną wystawione na licytację i jak długo żyją charpaki krętorogie skandynawskie.
– CISZA!
Tak, to grzmiał nauczyciel transmutacji. Grzmiał tak grzmiście, że zatrząsł się już nie tylko stół nauczycielski, ale i cały zamek, a może nawet i wszystkie budowle w promieniu pięćdziesięciu kilometrów.
Miał jednak siłę przebicia; uczniowie zamilkli i chyba po raz pierwszy wpatrywali się w niego jak w zbawcę. Tłum potrzebował kogoś, kto nad nim zapanuje i, choć nie zostało to przez nikogo zwerbalizowane, teraz uznał, że nauczyciel transmutacji – jeszcze pięć minut temu raczej nielubiany obiekt drwin – nada się do tej roli znakomicie.
– Nikt nikogo nie będzie wyrzucał, nie pomrzecie, nad sytuacją panują dorośli – powiedział władczo, a akompaniowały mu wciąż drżące talerze i sztućce. – Marge, kontynuuj.
Uczniowie poczuli się odrobinę pewniej. Na tyle, by skierować oczęta, w których kryła się nadal niepewność jutra, na Marge. Owszem, słowa nauczyciela transmutacji były jak miód na ich dusze, ale nie znaczyło to, że się całkiem uspokoili. Postanowili jednak na chwilę mu zaufać. Tak na próbę. A nuż mówił prawdę?
– Żeby uratować finanse zamku i nie musieć zamykać szkoły, pan i pani dyrektor postanowili wynająć jego część różnym instytucjom magicznym, którym nie przeszkadza lokalizacja placówki. – Gdy tylko przeszła do oficjalnego bełkotu, Marge zaczęła radzić sobie z przemawianiem. Jakimż oparciem dla człowieka są bzdury biurokracji! – Nie powinno to stanowić problemu dla uczniów, to tylko kilka gazet i jakaś świetlica… Niemniej, ograniczona przestrzeń wymusza na nas zmiany w strukturze nauczania, a co za tym idzie…
Ktoś z Gryfonów krzyknął tęsknie:
– Zabiorą nam quidditcha!
Co poparły setki (a raczej szóstka):
– Nie oddamy! Nie oddamy!
Krukoni wyrazili troskę o bibliotekę, choć byli pewni, że akurat ona jest bezpieczna. Znajdowali się w końcu w szkole – nawet jeśli czasami przypominała ona raczej kabaret czy cyrk – a żadna szkoła nie mogła funkcjonować bez biblioteki. Ślizgoni mamrotali coś o niewielkiej medialności lochów i niskiej przydatności społecznej – nie chcieli dzielić się swoją częścią zamku z nikim, a już zwłaszcza – Merlinie, uchowaj – z jakąś świetlicą. Na samą myśl o dzieciach dorysowujących kwiatki na portrecie Salazara poczuli, jak zimny dreszcz przebiega im po plecach. Puchoni natomiast dalej siedzieli spokojnie i się uśmiechali. Kilku z nich głośno zadeklarowało poparcie dla wszystkich akcji podejmowanych przez dyrekcję i zapewniło, że goście zostaną podjęci na zamku w odpowiedni sposób.
– Z przykrością muszę poinformować, że cięcia powierzchniowe objęły między innymi pokoje wspólne.
Przez salę przetoczyły się różne głosy oburzenia, powarkiwania i niedwuznaczne zaproszenia do dzielenia dormitorium, skierowane do co bardziej urodziwych przedstawicieli płci przeciwnej. Uczniowie nie pojmowali rozmiarów zmian, jakie ich czekały.
– Pani i pan dyrektor musieli podjąć wyjątkowo trudną decyzję. Mam nadzieję, że ją zrozumiecie. Wszystko, co robimy, służy waszemu dobru.
Odezwały się coraz głośniejsze głosy protestu. Fraza “służy waszemu dobru” poruszyła w uczniach jakiś pierwotny instynkt i teraz wszyscy byli niezadowoleni, wszyscy domagali się zachowania obecnego stanu rzeczy, a kilku śmielszych żądało także głowy osoby odpowiedzialnej za tak niefortunną decyzję oraz obiadu.
– Cisza! – nauczyciel transmutacji warknął ponownie.
Zadziałało.
– Wyłączone z funkcjonowania zostaną dormitoria Ravenclawu i Gryffindoru. – Po sali przebiegł szmer oburzenia. A nawet więcej niż szmer. – Wiemy jednak, że jakiekolwiek projekty mieszkaniowe zakładające przebywanie Gryfonów i Ślizgonów w jednym pomieszczeniu…
Nie szmer. Dzikie wycie.
Nie ulegało wątpliwości, co wszyscy zainteresowani myślą na temat takiego połączenia. Eufemistycznie mówiąc – woleliby skoczyć z wieży astronomicznej niż się na to zgodzić. Wszystkie mózgi Gryfonów i Ślizgonów były zbyt zajęte wyrażaniem oburzenia, by przetrawić drugą część informacji. Puchoni dalej się uśmiechali, czekając na informację na temat ich dalszego losu. Krukoni natomiast domyślili się, że skoro połączenie Gryfonów ze Ślizgonami było niemożliwe, to zapowiadały się jeszcze większe zmiany. Jeden z krukońskich prefektów wysunął postulat, by pozwolono im rozłożyć łóżka polowe w bibliotece, ale zagłuszyło go wycie przy sąsiednim stole.
– Stulić pyski! – burknął dyrektor, ale to wywołało jedynie wrzawę przy stole nauczycielskim. Dopiero dziki ryk profesora od transmutacji załatwił sprawę.
– Kontynuuj, Marge – powiedział już łagodniej, ba!, niemal uśmiechnął się (o dziwo, bez kłów).
– W związku z tym pani dyrektor zaproponowała – pani (vice) dyrektor podniosła się lekko i ukłoniła, dumna ze swojego pomysłu) – by Puchonów przenieść do lochów, a Gryfonom i Krukonom udostępnić ich stare dormitorium, co, niewątpliwie, w zaistniałej sytuacji wydaje się najrozsądniejszą opcją.
Wielka Sala zamilkła. Można by usłyszeć upadającą spilkę, gdyby ktoś akurat miał przy sobie takowy kawałek metalu i z nieznanych przyczyn postanowił go upuścić. Wszyscy byli w takim szoku, że nie zauważyli nawet, kiedy Marge życzyła im przyjemnych wakacji. Nie zwrócili uwagi na jedzenie, które pojawiło się przed nimi. Po prostu dalej siedzieli i przecierali uszy ze zdumienia.
A wierzby bez zmian.