Pod znakiem borsuka: Trudna sztuka jednostronnego kompromisu

Nie była pewna, czy wczoraj przypadkiem jej się nie przyśniło. Wróciła do pokoju nad ranem, mokra i półprzytomna, a gdy się obudziła, Glendy nie było nigdzie w pobliżu i nikt nie mógł potwierdzić tego, że rzeczywistość w istocie była rzeczywistością. Sobie nie mogła już ufać. Nie po tym, w co się wpakowała.
Florence Jezebel Yaxley rozpoczęła swoją bolesną niedzielę od zimnego, bardzo zimnego prysznica i krótkiej notatki do Jamesa Pottera. Jamesa Pottera! Czy naprawdę kiedykolwiek podejrzewała, choćby w swoich najśmielszych koszmarach, że spędzi jakiekolwiek… wczesne popołudnie wypisując listy do Jamesa Pottera? Kto miał być następny? Syriusz Black?
Wszystko, co święte, czy to właśnie czekało na nią w przyszłości? Nie kariera magomedyka a obśliniony pysk Syriusza Blacka? Na samą myśl robiło jej się słabo.
A to nie był czas na słabość. Musiała zachować absolutną świeżość umysłu na tyle, na ile było to możliwe w obecnych okolicznościach. Nie, kiedy w każdej chwili mógł pojawić się koło niej właśnie James Potter i musiałaby mu opowiedzieć o wszystkim, co przyszło jej do głowy pod prysznicem.
– Weź się w garść, Flossie. To wcale nie jest głupi plan.
Jej poziom zaufania do samej siebie naprawdę musiał być krytycznie niski, bo nie uwierzyła sobie choćby przez ułamek sekundy. Odkrząknęła i powtórzyła jeszcze raz:
– To wcale nie jest głupi plan.
– Gadasz do siebie?
Gdyby nie to, że bezpiecznie czuła się jedynie w pozycji siedzącej, niechybnie podskoczyłaby na dźwięk jego głosu. Kiedy podniosła głowę, by spojrzeć na jego roześmianą twarz okoloną okrutną dla jej aktualnego stanu ilością promieni słonecznych, zrozumiała, że może jednak, może odrobinkę, był to bardzo głupi plan.
Tyle że mleko już się rozlało. Była tu i teraz, na błoniach, James był tuż koło niej, a jej durna godność prawdziwego Perfekta nie pozwalała jej się wycofać z danego słowa.
– Upewniam się, że jestem stuprocentowo przygotowana ­– odpowiedziała, próbując  zachować zimną krew. Podejrzewała, że nie za bardzo jej to wychodziło. Jej oczy odmawiały współpracy i za nic nie chciały się otworzyć, nie, kiedy patrzyła prosto w aureolę wokół jego rozczochranej głowy. – Nie lubię nie być przygotowana. To nieprofesjonalne.
Nie mogła pozbyć się wrażenia, że James umierał ze śmiechu.
Jedną nogą szturchnął stosik pergaminów, leżący na ziemi tuż koło niej. Ostatkiem sił powstrzymała się przed skomentowaniem tego w jakikolwiek sposób, chociaż naprawdę, naprawdę miała ochotę go za to skarcić. Jak małe dziecko, które musi popsuć swoją zabawkę, no doprawdy.
– Ale że będziemy się uczyć? – spytał niewinnie, co wcale nie pomogło jej irytacji.
– Nie, James. Będziemy negocjować.
Gdyby nie to, że Flossie i tak nie podejrzewała Jamesa Pottera o przesadne pokłady intelektu, a więc i niewiele miał go do stracenia, gotowa była uznać, że od ostatniej nocy ogłupiał jeszcze bardziej. Przynajmniej na to wskazywała jego mina i podwójne mrugnięcie, które ją poprzedziło. Nawet oślepiona przez popołudniowe słońce nie mogła jej nie zauważyć.
Bez słowa próbowała mu zasugerować, że może jednak przestałby się wygłupiać i usiadł – w końcu słowa w ogóle do niego nie docierały – ale minęły może i nawet dwie minuty nim zrozumiał, co się do niego gestykuluje i w końcu przesunął się z linii koszmarnego prześwietlenia. Flossie tak ulżyło, że nie musiała już wypalać sobie oczu, że przez moment miała ochotę go za to przytulić; tylko moment, bo zaraz uświadomiła sobie, że profesjonalizm nie obejmuje przytulania współkonspiratorów.
Jedyne, co jej pozostało, to przygładzić sweter, wziąć głęboki oddech i…
– Przyniosłem ci śniadanie, chcesz? – James przerwał jej w momencie, w którym już miała zacząć mu opowiadać o istocie tabelek i kalendarzy, które przyniosła ze sobą na błonia.
Tym razem naprawdę mu się przyjrzała. I tak, nie dało się ukryć, że w swoich dłoniach James w istocie trzymał kwiecisty talerzyk z trzema bułeczkami. Być może nawet…
– Poziomkowe.
Mimowolnie wyszczerzyła się do niego w największym uśmiechu, na jaki było ją stać. Nie miała pojęcia, skąd James wiedział o jej miłości do poziomkowych bułeczek, ale aktualnie niewiele ją to obchodziło. Potrzebowała odrobiny szczęścia. Nawet z rąk nie tego Gryfona, co trzeba.
Ostatkiem sił powstrzymała się od wyrwania mu ich siłą; zresztą, Potter i tak był zbyt zajęty naśmiewaniem się z jej entuzjazmu, by jakkolwiek się z nią drażnić i, na przykład, próbować zatrzymać talerzyk dla siebie. Chociaż do tej pory nie czuła głodu, nagle zdała sobie sprawę z tego, że z nerwów nie jadła wczoraj cały dzień. I dzień wcześniej. W zasadzie poza wątpliwym ponczem Syriusza nie miała w ustach niczego od… od rozmowy z Remusem w bibliotece.
Kto jak kto, ale ona akurat nie musiała przechodzić na dietę.
– Kiedy zdążyłaś to wszystko napisać? – James wyciągnął się wygodnie na trawie i zaczął przeglądać jej pergaminy. Pierwszym, który porwał, była tabela pełna wyliczeń prawdopodobieństw warunkowych na wzbudzenie zazdrości różnych technik trzymania się za ręce.
Zanim mogła mu odpowiedzieć, musiała przełknąć wyjątkowo duży kawałek bułki, który akurat przegryzała. Tak, mogła umierać z głodu, wstydu, złamanego serca, bólu głowy i słabego towarzystwa, ale nie był to powód, by od razu rezygnować z podstawowych manier.
– To? To są tylko podstawy. Nie wiedziałam od czego zacząć.
– Ja nawet nie wiem, co połowa z tych szlaczków oznacza. – Przysunął pergamin, który czytał, tuż pod swój nos, udając, że bardzo się na nim skupia. – Jesteś pewna, że to ma znaczenie? Czy będę trzymał twoją rękę od prawej czy lewej strony?
– Lata studiowania Starożytnych Runów nauczyły mnie, że w badaniu przyszłości nic nie pomaga tak, jak właściwa metodyka pracy.
James spojrzał w jej kierunku, ale nie odpowiedział. Gdyby nie to, jak bardzo absorbowało ją połączenie właściwej metodyki pracy i poziomkowych bułeczek, może przejęłaby się intensywnością tego spojrzenia. Zwykle nie czuła się zbyt komfortowo pod taką ścisłą obserwacją. Zwykle wolała raczej bardziej trochę nie istnieć.
– Jeśli chcemy, żeby ten plan wypalił…
– Upaćkałaś się dżemem – przerwał jej, a kiedy nie odpowiedziała, dodał: – Na nosie.
Po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna, Flossie nie miała pojęcia, co powiedzieć.
***
Syriusz dogonił je gdzieś na schodach pomiędzy trzecim i czwartym piętrem; i chociaż zwykle z bieganiem po Hogwarcie radził sobie bardziej niż przyzwoicie, fakt, że szukał Glendy już od paru godzin, sprawdzając jedną po drugiej wszystkie wieże i inne ekstremalnie położone zakamarki, niezbyt korzystnie wpływał na jego kondycję. Dlatego też zanim w ogóle się odezwał, pierwsze parę sekund spędził na zginaniu się wpół i łapaniu oddechu, ku wielkiemu zdziwieniu Dawn, która właśnie odkryła, że Syriusz Black był jednak tylko człowiekiem, a nie starożytnym bogiem zesłanym na ziemię ku uciesze damskich oczu.
– Będziesz żył? – zakpiła Glenda, której nijak nie wzruszała obecna sytuacja Syriusza. Jasne, nie żeby nie kiedyś coś tam, ale aktualnie nie wyglądał on dużo lepiej niż statystyczny Peter Pettigrew. – Musimy cię eskortować do Skrzydła Szpitalnego?
– Bardzo… bardzo zabawne, Kendrick.
– Zrobiłeś się fioletowy – cicho dorzuciła od siebie Dawn.
Glenda parsknęła śmiechem, ale Syriusz nie wyglądał na najszczęśliwszego; nie pamiętał nawet, kiedy po raz ostatni rozmawiał z Dawn, nie miał więc pojęcia, że ta krótka uwaga nie była kolejnym zamachem na jego męską dumę a prawdziwym współczuciem. Faktycznie robił się fioletowy. Może jeszcze nie stuprocentowo jagodowy, ale zdecydowanie zmierzał w tym kierunku.
Dawn próbowała się do niego uśmiechnąć, ale sama wizja uśmiechania się do kogoś tak nadzwyczajnego jak Syriusz Black, nawet w wersji śmietany z jagodami, przerażała ją na tyle, że uśmiech nijak nie chciał pojawić się na jej twarzy. Jedyne, na co mogła się zdobyć, to krok w tył, tak, by mogła bezpiecznie schować się za plecami Glendy.
– Szukałem cię… cały… dzień.
Gdyby powiedział coś takiego jej, małej, nieistotnej, zapomnianej Dawn, czciłaby te cztery słowa do końca swojego życia. Tymczasem Glenda jedynie wzruszyła ramionami i rzuciła:
– Czego chcesz?
Syriusz w końcu złapał na tyle oddechu, by móc się wyprostować. Teraz, gdy już nie sapał jak gigantyczne psisko po intensywnym popołudniu w parku, obie dziewczyny zauważyły, że był czymś wyraźnie zaaferowany. Jednak nawet w tysiąc lat nie odgadłyby, co miał im do powiedzenia.
– To prawda? – spytał. – Rogacz i Flossie?
– Rogacz i Flossie co?
– No… Wiesz.
Glenda nie odpowiedziała. Wpatrywała się w Syriusza tak, jak gdyby naprawdę przemienił się nagle z Gryfona w jagodę, a potem zaczął stepować. Chociaż jeśli miałaby być szczera, w jej oczach prawdopodobieństwo Syriusza-jagody stepującego na schodach do wieży północnej wciąż było nieskończenie większe niż Flossie i Jamesa choćby rozmawiających ze sobą z własnej, nieprzymuszonej woli.
Nie, żeby z Jamesem było coś nie tak. Chyba. Glenda nie miała nigdy żadnych powodów by wątpić w jakość Pottera jako towarzystwa. Jasne, dla niej był trochę za niski i trochę zbyt żałosny w swoich jękach i stękach do Lily Evans, ale przynajmniej nie był Remusem Lupinem. Remusa Glenda nie mogła znieść najbardziej, taki był sztywny i nudny, i pozbawiony jakiejkolwiek joie de vivre. James nie był najgorszy.
Po prostu Flossie… Flossie też była specyficzna. Glenda kochała ją całym swoim sercem, ale nie dało się ukryć, że niespecjalnie nadawała się do interakcji z bardziej… normalnymi ludźmi. Nie żeby przez tyle lat nie udało się jej trochę ucywilizować, ale przed nimi wciąż była dość daleka droga, a obściskiwanie się z Jamesem Potterem mogło okazać się skrótem, którego biedna Florence by nie przeżyła.
– Flossie i James będą mieli dziecko? – niespodziewanie wypaliła Dawn, która z tego wszystkiego rozumiała jeszcze mniej niż Glenda.
– Co? – Glenda i Syriusz spytali unisono, w akcie pół-skonfundowania i pół-paniki.
Dawn skurczyła się i dosłownie, i w przenośni, gdy dwie pary bardzo intensywnych oczu wbiły się prosto w jej czoło. Dla człowieka, którego nigdy nikt nie zauważał, było to zdecydowane przekroczenie wszystkich norm bezpieczeństwa związanych z cudzą uwagą.
W zaistniałej sytuacji nie pozostało jej nic innego jak zacisnąć obie dłonie na krawędzi jej swetra i właśnie się skurczyć – najlepiej do rozmiaru guzika, o tak, guzik byłby wystarczający. Tyle że Dawn nie była też asem czarowania i mimo jej najwytrwalszych prób, nigdy nie udało jej się opanować samo-transmutacji; i chociaż bardzo bardzo chciała być guzikiem, nic jej z tego nie wychodziło.
– No… Mówiłeś, że Flossie i James, no i że wiemy – Dawn mówiła tak cicho, że i Glenda, i Syriusz nie za bardzo usłyszeli ją za pierwszym razem. Dlatego też po chwili musiała dorzucić, odrobinę głóśniej: – Nie to powiedziałeś?
Gigantyczny kamień spadł z serca Glendy. Nie, żeby podejrzewała, że Dawn mogła wiedzieć coś, czego nie wiedziała ona… Ale jeśli chodziło o Florence i jej zdolność do pakowania się w niepotrzebne kłopoty, nigdy nic nie wiadomo.
– Nie, nie to powiedział – warknęła na Dawn, która od tego warknięcia w istocie prawie skurczyła się do rozmiaru guzika. – Syriusz sugeruje, że Florence i James Potter mają romans. Bez dzieci.
– Nie jestem gotowy na dzieci – Syriusz mruknął, chociaż nikt nie pytał go o zdanie; co zresztą zasugerowało mu po chwili spojrzenie Glendy.
Dawn wyrzuciła z siebie niemal niesłyszalne Och, którego nikt już nie usłyszał, bo Glenda otrząsnęła się już z pierwszego szoku i była gotowa drążyć temat. Wszyscy, którzy znali Glendę Kendrick chociaż odrobinę, wiedzieli, by trzymać się od niej z daleka, gdy była w nastroju na drążenie tematu – ale najwyraźniej to, co chciał tym osiągnąć, było dla Syriusza ważniejsze niż jego życie i perspektywy na miłe popołudnie, bo jeszcze nie zaczął uciekać.
– Nie wkręcasz nas? Flossie i James? Nie wydaje ci się to… komiczne?
– Przysięgam na moją piękną mordę, że własnymi oczami ich widziałem wczoraj, tymi tutaj bosko szarymi – Syriusz wyszczerzył się, mimo że przez Rogatego aktualnie nie było mu bardzo do śmiechu.
Glenda przewróciła oczami.
– Flossie wróciła wczoraj tak późno, że w ogóle tego nie pamiętam. Pamiętasz? – Spojrzała na Dawn, która energicznie i bez słowa pokręciła głową. – A rano była tak nieprzytomna, że nawet nie mogłam jej spytać, jak poszło jej tête a tête z… Myślałam, że Flossie umówiła się wczoraj z Remusem?
– Dlaczego Flossie miałaby się umówić z Remusem?
– To dziwi cię bardziej niż wersja z Jamesem?
Próbował się nad tym zastanowić; ale ostatecznie Syriusz jedynie doszedł do wniosku, że niczego już w ogóle nie rozumie.
***
Bułeczki poziomkowe dawno się już skończyły, ale Flossie i James wciąż przerabiali czwarty pergamin. Z dwudziestu siedmiu. Po prostu niezależnie od tego, jak bardzo Flossie starała się trzymać przyzwoite tempo przerabiana materiału, James co chwilę znajdywał powód, by ją rozproszyć.
– Całowałaś się w ogóle kiedyś? – spytał przykładowo znienacka, kiedy w ogóle się tego nie spodziewała.
Posłała mu bardzo ostre spojrzenie; chociaż niepokrycie się rumieńcem przysporzyło jej więcej trudności, niż chciałaby się do tego przyznać.
– Słucham?
– Muszę wiedzieć, nie? Chciałaś być przygotowana.
Przez sekundę prawie, prawie mu uwierzyła – ale potem James Potter postanowił z głupim uśmiechem na twarzy przeczesać palcami swoje czarne, wiecznie rozczochrane włosy i wrażenie tego, że kiedykolwiek mógł coś traktować poważnie prysło.
Flossie wyprostowała się, by dodać sobie odrobinę powagi i mimowolnie też odgarnęła włosy ze swojej twarzy.
– Jak już musisz wiedzieć – zaczęła bardzo obrażonym tonem – to po raz pierwszy całowałam się już w wieku sześciu lat.
Głupi uśmiech nie schodził mu z twarzy, a ona czuła podskórnie, że im dłużej się on utrzyma, tym gorzej jej będzie z tym powstrzymywaniem rumieńca. Mimo to uparcie nie odwracała od niego wzroku, zdeterminowana wygrać tę potyczkę, która dla Jamesa wcale pewnie nie była żadną potyczką.
Nie wyglądał wszak jak ktoś, kto właśnie się pojedynkował, nawet jeśli był to pojedynek na ego. Cały leżał rozciągnięty na trawie, a do tego podśmiewał się lekko i ogólnie sprawiał wrażenie zdecydowanie zrelaksowanego.
– Zdradzisz mi, kto był tym szczęśliwcem?
I stało się. Flossie zarumieniła się w sposób niewątpliwie uroczy, chociaż jednocześnie zdecydowanie niepożądany. A że była człowiekiem białych włosów i bardziej niż porcelanowej skóry, w ogóle nie dało się tego rumieńca ukryć, niezależnie od tego, jak poważną chciała przy nim zrobić minę.
James wyszczerzył się jeszcze bardziej.
– No, no, miłości swojego życia nie powiesz? – spytał zaczepnie, puszczając do niej oko jak jakiś… jakiś… jakiś Gryfon.
W naturze Florence Yaxley nie leżało kłamstwo, niestety – co oczywiście wliczała w tabele ryzyka ich planu, które przygotowała. Ze wszystkich swoich wad Flossie najbardziej nie znosiła w sobie właśnie tej niemożności niemówienia prawdy; lanie wody przydałoby się jej w wielu kłopotliwych sytuacjach życiowych i ta właśnie była tego najlepszym przykładem. Ale nie. W życiu Flossie to prawda musiała zawsze zwyciężyć, niezależnie od tego, ile ją kosztowała.
– Syriusz – wymamrotała niewyraźnie, licząc na to, że James jej nie usłyszy.
Usłyszał.
– Syriusz? Syriusz Black? Pierwszym facetem, z którym się całowałaś, był Syriusz Black?
James praktycznie dusił się ze śmiechu, co wcale nie pomagało ani jej rumieńcom, ani koszmarnym wspomnieniom podwieczorków u Blacków, na które ojciec targał ją w dzieciństwie.
– Miałam sześć lat, ok? Nie możesz mnie za to winić!
Z całego tego rozbawienia aż przewrócił się na plecy. Trudno mu było sformułować jakąkolwiek odpowiedź, bo wizja małej Flossie i małego Łapy była zbyt u-ro-cza, żeby nie umrzeć od niej ze śmiechu. W zasadzie z tego wszystkiego powoli zaczynało mu brakować powietrza; i wcale nie pomogło mu to, że ostatkiem oddechu wydusił z siebie:
– Petera też masz na liście?
Zareagowała instynktownym pacnięciem go w ramię, a gdy to nie podziałało, Flossie musiała chwycić się ostateczności – porzucenia jej starannie przygotowanych notatek i rzucenia się na niego z pięściami. W teorii brzmiało to o wiele poważniej niż w praktyce. Florence mogła być wysoka jak na swój wiek i swoją płeć, ale w kwestii masy wciąż była od Jamesa przynajmniej dwukrotnie mniejsza, a i przecież nie próbowała go naprawdę pobić. No, może trochę. Na trochę zasłużył.
Sama nie zauważyła nawet kiedy przestała uderzać go zaciśniętymi pięściami, a zaczęła łaskotać. W końcu skoro chciał się z niej śmiać, mógł się z niej śmiać porządnie, prawda? A potem nie zauważyła kiedy to on zaczął ją łaskotać i jak sama wylądowała na plecach, chociaż w jej podręczniku Dobrej Uczennicy i Córki i Obywatelki nie było ani słowa o turlaniu się po trawie.
W szczególności o turlaniu się po trawie z ludźmi, których się ledwo znało, a mimo to wchodziło się z nimi w szemrane układy i układziki.
W końcu jednak James jej odpuścił i upewniwszy się, że sam był już bezpieczny, odsunął się od niej na tyle, by nie mogła mu oddać. Jakimś cudem jego włosy były jeszcze bardziej poczochrane niż zwykle. Flossie zdziwiła się, że w ogóle to zauważyła, ale szybko odrzuciła od siebie tę myśl – włosy Jamesa Pottera nie znajdowały się na liście rzeczy do omówienia tego popołudnia.
– A ty co? – spytała. – Całowałeś się kiedyś w ogóle?
– Ty mi nie odpowiedziałaś.
Poprawiła włosy, sweter, w zasadzie całą siebie. Może i James lubił żyć chaosem, ale nie była to forma, na której przybranie Flossie zdobyłaby się na dłużej niż trzy, może cztery minuty.
– Tak – odpowiedziała po chwili zastanowienia. – Całowałam się, byłam w związku, on był mugolem, nic to nie znaczyło.
Chyba nie spodziewał się takiej odpowiedzi; w jego głowie Flossie była tylko i wyłącznie Idealną Panną Prefekt i nigdy nie zdołała stać się w niej człowiekiem z krwi i kości. Zaczynał żałować, że spytał. Chciał się z nią podroczyć, zobaczyć, jak peszy się tym, że nikt nigdy nic, może nawet sprawdzić, jak daleko może się posunąć w udawaniu. Jeśli w ogóle zdecydowaliby się na udawanie. Nie chciał z nią poważnie rozmawiać.
Czuł, że poważnie rozmawiali.
W szczególności, że jej błękitne oczy wpatrywały się w niego intensywnie, oczekując odpowiedzi, a James zdawał sobie sprawę z tego, jaki niespecjalnie dobry był z niego człowiek.
– Parę koleżanek dziewczyn Syriusza, nic specjalnego.
Kiwnęła głową na znak, że zrozumiała. Usiadła wygodnie i sięgnęła po pergaminy, które wcześniej porzuciła. Nagle zrobiło się niezręcznie i żadne z nich nie rozumiało dlaczego.
Jednak zanim przeszli do następnych podpunktów planu, Flossie rzuciła jeszcze oschle:
– Wolałabym, żebyś mnie nie całował, chyba że naprawdę musisz.
A on nie zaprotestował nawet odrobinę.
***
Z parapetu w jej dormitorium Lily z pewnością mogłaby dotrzeć Jamesa i Flossie na błoniach; to wymagałoby jednak tego, żeby otworzyła oczy, a ona zbyt zajęta była wygrzewaniem się w słońcu, by zwracać uwagę na takie szczegóły.
Od samego rana czuła się po prostu najszczęśliwsza i nic, absolutnie nic, nawet James Potter, nie mogło jej tego szczęścia odebrać. Jedyne, na co miała ochotę, to siedzenie na parapecie i rozmyślanie o poprzedniej nocy. Co to była za noc! Czy kiedykolwiek wcześniej czuła coś takiego? Nie, zdecydowanie nie. Ani Severus… ani jakikolwiek inny chłopak w Hogwarcie nie reprezentował takich manier i takiej wrażliwości jak Elijah Prewett. Nie dosięgali mu do pięt.
– Ty wciąż w chmurach? – Jakby z innej planety dobiegł ją głos Jolene.
Otworzyła oczy i spojrzała na przyjaciółkę wychodzącą z ich wspólnej łazienki. W innych okolicznościach zdenerwowałoby ją to, że Jolene razem ze sobą przyniosła cały strumień wody skapujący z jej włosów, ale dzisiaj w ogóle jej to nie przeszkadzało. Dzisiaj Jolene mogła wpaść do sypialni z całą wanną. Z dwoma wannami. Z trze… Nie, trzy wanny to byłaby przesada.
Lily uśmiechnęła się radośnie.
– Nigdy nie planuję z nich schodzić.
Jolene upuściła na podłogę ręcznik, którym wycierała swoje włosy i rzuciła się na łóżko. Stary materac, którego nikt nie wymieniał od bardzo, bardzo dawna, zaskrzypiał pod jej ciężarem, ale przyzwyczajona do tego dźwięku, który towarzyszył jej od sześciu lat, w ogóle na to nie zareagowała. Przypatrywała się Lily i jej uśmiechowi, niepewna, czy powinna się nim cieszyć, czy martwić.
Elijah Prewett może i nie był Ślizgonem, ale wciąż był Prewettem – co stanowiło dość potężny problem, bo, cóż, wszyscy Prewetci byli szczurami. Może nie aż takimi jak jego brat, Octavian, ale jednak szczurami. Czy Elijah mógł się okazać wyjątkiem? Mógł. Ale czy Lily naprawdę musiała być tą, która się o tym przekona?
Poza tym pozostawał jeszcze jeden drobny problem – James Potter. Lily mogła wczoraj tego nie zauważyć, ale Jolene nie umknęła ani sekunda, którą Rogaty spędził poprzedniej nocy z Flossie Yaxley. I tak, jej przyjaciółka mogła się zarzekać, że pomiędzy nią i Jamesem nigdy nic nie będzie, ile chciała – ona już jej nie wierzyła. Niewątpliwie w jakiś pokrętny sposób czuła do niego miętę. Choćby i bardzo krzykliwą, ale jednak miętę.
– Widziałaś wczoraj Rogatego? Nieźle zaszalał. Kto by się spodziewał.
Cisza, jaką odpowiedziała jej Lily, potwierdziła wszystkie jej najgorsze podejrzenia.
Chwilę zajęło Lily przypomnienie sobie, że była szczęśliwa. Najwidoczniej jej chmury nie znajdowały się poza zasięgiem obślizgłych łapsk Pottera; obślizgłych łapsk Pottera, które wczoraj zdecydowanie znalazły się na pośladkach Florence Yaxley. Florence Yaxley! Kto to w ogóle pomyślał, taka szara myszka, Puchoneczka, Panna Regulamin, a tu proszę, imprezki i tańczenie z największym łobuzem tego zamku, naprawdę, w ogóle tego nie przewidziała.
Nie, żeby życie osobiste Jamesa Pottera w ogóle ją interesowało. Po prostu wolała nie przypominać sobie takich… nieprzyzwoitych scen. Nie w momencie, w którym miała być bezgranicznie zakochana w swoim życiu i Elijah Prewetcie.
– Może…
– Biedna dziewczyna – Lily westchnęła dramatycznie. Po jej dobrym nastroju nie pozostał ślad. – To oczywiste, że Potter bawi się jej naiwnością. Nic lepszego nie można się po nim spodziewać.
Jolene czuła, że powinna interweniować nim Lily wpędzi się w swoją spiralę nienawiści i wyruszy na kilkudziesięciominutową przygodę pełną krzyków, płaczu i przekleństw; jednak otoczona swoimi ulubionymi poduszkami nie za bardzo miała ochotę się podnosić.
Może nie będzie tak źle, musiała sobie myśleć, w końcu panna Evans wciąż była zachwycona wieczorem z tym swoim Prewettem, prawda?
– Flossie jest bardzo miła. I bardzo ładna.
Gdy tylko te słowa opuściły jej usta, Jolene zrozumiała, że popełniła kardynalny błąd; ale na poprawienie się było już za późno. W przeciągu kilkunastu sekund z uśmiechniętej, lekko bladej z niewyspania Lily przemieniła się w płonącą żywym ogniem jaszczurkę, gotową odgryźć każdą głowę, która nadzieje jej się pod ostre zęby. Lily była aktywowana. Nic, absolutnie nic nie mogło jej już powstrzymać.
Zeskoczyła z parapetu i podeszła do łóżka, na którym leżała Jolene. Sama nie za bardzo wiedziała, co chciała tym osiągnąć. Cokolwiek. Chyba. Cały pokój wydawał jej się jedną, wielką, falującą plamą.
– Nie wiem, no nie wiem, zawsze wydawało mi się, że Glenda byłaby o wiele bardziej w jego stylu – wyrzucała z siebie słowa praktycznie na jednym oddechu. – Taka idealnie szczupła i wysportowana, i kto wie jeszcze jaka łatwa w obsłudze, Flossie przy niej to katalog wszystkich nieszczęść i założę się, że nawet nigdy nikogo porządnie nie pocałowała.
– Może Rogaty…
– Rogaty, Rogaty, Rogaty, tak o nim rozmawiamy, jakby był centrum wszechświata, a przecież nie jest, jest na tym świecie dużo bardziej wartościowych mężczyzn i ludzi, choćby Elijah, Elijah nigdy nie podrywałby Florence Yaxley, a w szczególności nie na moich oczach, na naszych oczach, Rogaty nie ma ani krzty przyzwoitości, a ta jego wczorajsza fryzura była jeszcze głupsza niż wszystkie jego poprzednie fryzury!
Z tymi słowami ciężko usiadła na łóżku, zgniatając przy tym nogi Jolene, których ta nie zdążyła zabrać jej z drogi w odpowiednim czasie. Wyglądało jednak na to, że skończyła jej się energia i na kolejny wybuch raczej nie było szans. Najwidoczniej nieprzespane noce czasem się na coś przydawały.
Jolene podniosła się trochę i oparła głowę o ramię Lily.
– Elijah zaprosił cię dzisiaj na spacer? – spróbowała zmiany tematu.
Ta podziałała tylko połowicznie. Bo chociaż Lily przestała już strzelać piorunami na prawo i lewo, to w jej odpowiedzi wciąż była duża nuta smutku:
– Tak. Widzisz, James Potter nigdy nie zaprosiłby nikogo na spacer. Ten buc w ogóle nie zna się na romantyzmie.
***
– Chcesz, żebym zabrał cię na romantyczny spacer? – James spytał znienacka.
Florence spojrzała na niego ze zdziwieniem, głównie dlatego, że zajęta była właśnie tłumaczeniem mu meandrów swojego planu zajęć. Chwilę zajęło jej zrozumienie, dlaczego o tym wspomniał; chwilę dość upokarzającą jak na to, że uznawała samą siebie na dość inteligentną jak na blondynkę. A tu jednak. Nie wyszło jej dodanie prostego A do B.
– Ale czemu? – spytała, bo mimo iż rozumiała, dlaczego tak nagle o tym wspomniał, to sama idea spaceru z Jamesem Potterem, a co dopiero romantycznego spaceru z Jamesem Potterem w ogóle jej się nie podobała.
– Czemu?
– No… czemu?
James chyba nie spodziewał się takiej reakcji; odruchowo przeczesał dłonią włosy, ale zrobił to jakby nieświadomie, bardzo powoli i na moment zamarł nawet w takiej pozie. Flossie musiała przyznać, że było coś uroczo niewinnego w jego zmarszczonej minie; przypominał jej trochę Lunę, kiedy akurat się nie dąsała albo nie biegała za Evanem Rosierem, a może nawet małą, niewinną sarenkę.
Bo to w zasadzie było urocze, to, z jaką śmiałością James nosił uczucia na swojej skórze i chyba niezdolny był do jakiegokolwiek ich kamuflowania. W świecie, w którym wychowała się Florence, pełnym ludzi nie nawet o podwójnych, a posetnych intencjach, taka szczerość była swojego rodzaju powiewem świeżości. Jasne, było to też naiwne i dziecinne, i łatwe do obśmiania, ale w zasadzie z racji tego, że Flossie była córką swojego ojca, a jednocześnie zupełnie nie była córką swojego ojca, co sama aż za dobrze rozumiała, ani trochę nie miała ochoty wykorzystywać jego… prostolinijności.
Przynajmniej aktualnie.
Gdyby naprawdę była córką swojego ojca, dramatycznie uniosłaby jedną brew; ale zamiast tego musiała się zadowolić zachęcającym uśmiechem.
– Powinniśmy się lepiej poznać – oświadczył w końcu James, próbując zabrzmieć przy tym bardzo oficjalnie.
Ten oficjalny ton pogłębił jeszcze wrażenie emocjonalnej nieporadności, które na niej wywołał, przez co w pierwszym odruchu prawie, prawie powiedziała tak. Tyle że w głębi serca Florence nigdy nie zapominała o rzeczy w życiu najważniejszej – doprowadzaniu planów do szczęśliwego końca – a randki z Jamesem Potterem wydawały jej się niewystarczająco efektywne.
Dlatego też strząsnęła z siebie współczucie wymieszanie z rozmemłaniem, odwróciła na chwilę wzrok od orzechowych oczy Jamesa i powiedziała prosto w swój bardzo efektywny i bardzo plany-do-końca-doprowadzający pergamin:
– Nie wiem, czy to statystycznie opłacalne rozwiązanie.
James Potter zaniemówił po raz chyba już setny w trakcie tego krótkiego popołudnia. Czuł, że niedługo do tego przywyknie i zrozumie, że Florence nie myśli w sposób jakkolwiek ludzki, ale to niedługo jakoś tak nie chciało nadejść, a on zupełnie nie był przygotowany na w międzyczasie.
Zmarszczył się więc jeszcze bardziej, próbując skupić myśli i przełożyć to, co miał do powiedzenia na język, którym posługiwał się ten obcy gatunek zwany Puchonką z Planem.
– No… Jeśli będziemy coś o sobie wiedzieć, to będziemy bardziej wiarygodni?
Florence zastanowiła się. James z zapartym tchem obserwował ją, jak przygryzała wargę i bez słowa wodziła oczami po pergaminie, który, jak zakładał, nie miał przecież nic wspólnego z jego pytaniem. Czuł, że może mu się udało. Że może faktycznie powiedział coś, co należało powiedzieć.
Prawie.
– Nie będzie lepiej jak zrobię ci tabelkę? Będziesz miał wszystko zapisane i na pewno nie zapomnisz.
Spojrzała na niego w końcu z jakimś świeżo obudzonym entuzjazmem. Jak na człowieka, którego oceny nigdy nie przekraczały wybłaganych Z, Flossie wykazywała zbyt dużą miłość do tabelek. Był to, prawdopodobnie, efekt Starożytnych Run – tak podejrzewał, bo Remus od Starożytnych Run też oszalał na punkcie kolumn i wierszy.
– Naprawdę myślisz, że tabelka wystarczy? – jeszcze próbował, nieśmiało, z mniejszym przekonaniem.
– Na pewno spędzimy nad nią mniej czasu niż na spacerach, w szczególności w błocie, założę się, że trudno będzie znaleźć nam czas na spacery bez błota.
Ta pasja, z którą rzuciła się w ramiona tabelkowego pomysłu prawie przekonała Jamesa, by poddał się tu i teraz i zapomniał o tym, że może ten ich… plan mógłby mieć jakiekolwiek ludzkie oblicze. Kiedy tak patrzył na nią, sięgającą po nowy pergamin i mamroczącą coś do niego o kamieniach milowych jej życia i ulubionym kolorze, nawet był gotowy posłusznie za nią podążyć. Czemu nie. Przecież dokładnie wiedział, jaki był jego ulubiony kolor, nie?
Chociaż jakby się nad tym dłużej zastanowić, James nie był pewien, czy wiedział, jaki był jego ulubiony kolor. Z rozpędu prawie powiedział, że niebieski – ale może tylko ślepo powtarzał to po innych mężczyznach? Niebieski był chyba ulubionym kolorem i Syriusza, i Remusa, i Petera, i w zasadzie bardzo wielu innych jego kolegów.
Zresztą Florence chyba – musiał się przyjrzeć, bo nie pamiętał – Florence chyba miała niebieskie oczy, co mogłoby być odebrane jako próba flirtu, a on, James Potter, nigdy nie mieszał profesjonalizmu z przyjemnością. No, prawie nigdy.
Więc może zielony? Lily miała zielone oczy. Albo czerwony, jak jej rude włosy i cały Gryffindor! Tyle że żaden z tych kolorów tak naprawdę do niego nie przemawiał; oba kojarzyły mu się głównie z koszmarnymi, świątecznymi swetrami. A na tym kończyły się jego skojarzenia i sama myśl o tym, że musiałby przypomnieć sobie wszystkie kolory tego świata i ułożyć je w kolejności od najładniejszego do najobrzydliwszego przyprawiał go o mdłości.
James nie był po prostu gotowy, by w sposób zorganizowany spojrzeć w głąb siebie.
Mógł chcieć się przypodobać Flossie na tyle, by ich plan wypalił bez większych sprzeczek – ale głęboka psychoanaliza nie wchodziła w grę. Nie, żeby obawiał się, że przypadkiem odkryje w sobie coś niepożądanego; skrycie przeczuwał, że nie był na tyle skomplikowany, by znaleźć w sobie coś poza Quidditchem i piwem kremowym. Ale sam ten wysiłek! Tyle pracy po nic!
– Wiesz, mi się wydaje, że my będziemy zupełnie nieautentyczni – zebrał się na odwagę, by przerwać tabelkowe szaleństwo. – Nie możemy być tylko na pokaz. Ludzie muszą na nas wpadać, no wiesz, przypadkiem.
I po raz pierwszy Florence musiała przyznać mu rację.
***
W taki piękny, jesienny dzień w Pokoju Wspólnym Gryffindoru nie powinno być nikogo – w końcu takich dni w Szkocji nigdy nie było wiele, a co dopiero tamtego roku, gdy ilość deszczu przekraczała jakiekolwiek zdrowe normy. Ale wyjątkowe sytuacje wymagały wyjątkowych środków; i tak oto Syriusz, Peter i Remus znaleźli się na dywanie naokoło kominka, który był rozpalony mimo tego, że temperatura otoczenia podchodziła już pod rekordowe 19 stopni Celsjusza w pełnym słońcu.
Peter siedział na jednym z foteli stojących na dywanie i udawał, że próbuje się skupić na czytaniu podręcznika od Zielarstwa i wcale, ale to wcale nie podsłuchuje Remusa z Syriuszem. Remus, wyraźnie czymś podłamany, siedział na dywanie i opierał się o ten właśnie fotel. Syriusz zaś kręcił się tam i z powrotem, mamrocząc coś do siebie.
– Więc Glenda mówi, że o niczym nie wie? – Remus zebrał się w sobie, by wrócić do konwersacji, którą przerwali na kilka minut ciężkiego milczenia. – Myślałem, że mówią sobie o wszystkim.
– Ponoć w ogóle nie miała czasu z nią porozmawiać. Śpiąca królewna nie chciała się obudzić, czy coś.
Peter przerzucił jedną kartkę swojego podręcznika; pierwszą od dziesięciu minut. Nie wiedział, czy Syriusz i Remus w ogóle zwracali na niego uwagę, ale wolał nie ryzykować. Po raz pierwszy w życiu dowiedział się czegoś istotnego – i to ilu rzeczy jednocześnie! Nie miał pojęcia ani o tym, że Remus się w kimś zakochał, ani o tym, że James nie był już zakochany w Lily, a już na pewno nie o tym, że James poderwał dziewczynę, w której zakochał się Remus.
Z tego wszystkiego czuł, że jego mózg niedługo przegrzeje się z nadmiaru wiadomości. Gotowy był jednak jakoś to przetrzymać. Być częścią drużyny czy coś.
– Nie wiem, czemu James miałby nas okłamywać, Syriuszu. – Remus brzmiał na pokonanego. – To nic, że Glenda nie wie. Wszyscy widzieliśmy to, co widzieliśmy i słyszeliśmy to, co słyszeliśmy.
To była ciężka noc i jeszcze cięższy poranek. Gdy James w końcu wrócił do ich dormitorium, przez dobre pół godziny monologował do nich wszystkich o tym, jakim jest koszmarnym przyjacielem, ale po prostu nie mógł, nie mógł oprzeć się słodkiej Flossie. Na samo wspomnienie Remusowi żołądek podchodził do gardła.
Nie chciał przecież źle życzyć kumplowi. Przez te wszystkie lata Rogacz był dla niego niewyobrażalnym wsparciem. Gdyby nie on i Syriusz, nigdy nie pogodziłby się z tym… z tym, czym był. W innych okolicznościach byłby bardzo szczęśliwy, że ten w końcu odpuścił sobie Lily Evans. Tylko czy naprawdę to musiała być ona? Ze wszystkich dziewczyn w całym zamku – właśnie Flossie?
– Czemu w ogóle ignorowałeś ją cały wieczór? – Pytanie Syriusza niespodziewanie uderzyło go prosto w bolące serce. – Nie ty ją przypadkiem tam zaprosiłeś?
– To nie jest takie łatwe.
– Serio? Rozmawiacie ze sobą non stop. Jedyne, co musiałbyś zrobić inaczej niż zwykle, to podać jej szklankę z ponczem. Serio, Lunio, to nie jest jakaś skomplikowana filozofia, konwersować z ładną kobietą.
Syriusz przystanął na chwilę, by przyjrzeć się swojemu przyjacielowi i od razu pożałował swoich słów. Remus wyglądał na kompletnie złamanego tym, co usłyszał. I może w istocie potrzebował porządnego kubła zimnej wody na swojej głowie, ale on sam nie był pewien, czy chciał koniecznie być tym, który go wyleje.
James w tym aspekcie poradził sobie znakomicie.
– Nie o to mi chodziło. – Nie kłamał. Ostatnim, na co miał ochotę, było pogorszenie stanu Remusa. – To wina Rogatego. Wkurwił mnie.
Remus parsknął śmiechem, który mógł oznaczać tylko jedno – całkowitą pogardę do samego siebie. Trudno było jakkolwiek zareagować na taki gest. Chyba nie istniało w całym Wszechświecie coś, co mogłoby teraz wytrącić go z tego samo-potępiającego nastroju.
Peter próbował go pocieszyć, szturchając go nogą; ten jednak w ogóle tego nie zauważył, zbyt zajęty był obarczaniem siebie winą za wszystko, co wydarzyło się pomiędzy Florence i Jamesem.
– Jeśli tego właśnie chce Flossie, niech będzie, jak ma być. – Wziął głęboki oddech. – Nigdy nie byłem dla niej wystarczająco dobrą opcją. Nie taki, jaki jestem.
Zanim Syriusz zdążył mu odpowiedzieć, usłyszeli trzask zamykanych drzwi i czyjeś szybkie kroki w dół schodów. Wszyscy zamilkli; nie zakładali, że w taki piękny dzień ktokolwiek przerwie im rozmowę i tylko dlatego zdecydowali, że Pokój Wspólny był wystarczająco bezpieczny. Nie, żeby z ich dormitorium było coś nie tak. Może poza zapachem. Gdyby od czasu do czasu otwierali okna i nigdy nie nosili tych samych skarpet przez tydzień, ich dormitorium byłoby idealne.
Jak połączeni ze sobą niewidzialnym sznurkiem wszyscy trzej odwrócili głowę w stronę źródła tego hałasu, by już po kilkunastu sekundach zobaczyć Lily Evans. Lily, która mogła położyć na swojej twarzy bardzo ładną warstwę makijażu, jednak nijak nie pomogło jej to ukryć zapłakanych oczu. Lily uczesanej, ubranej w swoją najładniejszą sukienkę, ale wciąż wyglądającą jak siedem bardzo nieszczęśliwych nieszczęść.
Na ich widok Lily wyprostowała się i poprawiła sukienkę; z zadartym do góry nosem wyglądała jeszcze dziwniej, bo nijak nie korespondował on z jej ogólną postawą.
– Jakbyście chcieli wiedzieć – zaczęła Bardzo Poważnym Tonem – to idę właśnie na romantyczny spacer brzegiem jeziora z Elijah Prewettem.
Zanim którykolwiek z nich zamknął rozdziawione ze zdziwienia usta, Lily już nie było. Wybiegła z Pokoju Wspólnego tak, jak gdyby przed czymś uciekała a nie wybierała się na romantyczny spacer brzegiem jeziora, i, przy okazji, jakby wcale nie miała na stopach wysokich, czerwonych szpilek.
– Czy oni wszyscy oszaleli? – wydusił z siebie w końcu Syriusz.
Peter poczuł, że to była jego chwila. Ten moment, w którym swoją ciętą ripostą włączy się w konwersację i uratuje złamane serce Remusa, tak jak i poczucie zagubienia Syriusza. Wszystko, czego potrzebował, to dobra puenta; dobry moment na jej wypowiedzenie w końcu już znalazł.
– Jak gumochłony w rui – powiedział w końcu tonem nie zbyt dramatycznym, ale jednak chociaż odrobinę.
Nigdy nie miał zrozumieć, czemu ani Syriusz, ani Remus nie docenili jego dowcipu.
***
James bardzo, bardzo starał się skupić na każdym słowie, jakie wyrzucała z siebie Florence, ale od ponad godziny nie powiedziała już w sumie niczego istotnego, więc nie było to specjalnie proste zadanie. James stwierdziłby nawet, że było to zadanie trudne.
W zasadzie więcej czasu poświęcał zastanawianiu się, kiedy Flossie zauważy, że zamiast na nią patrzył na drużynę Puchonów zbierającą się wokół boiska. Gdyby nie był bogiem Quidditcha, pomyślałby, że to bardzo nadgorliwe, tak prowadzić treningi w niedzielę, ale prawda była o wiele bardziej prozaiczna – weekendy były jedynymi dniami, kiedy Puchoni w ogóle mogli dopchać się do boiska. Wszyscy inni odpoczywali i byli zbyt zajęci leżeniem do góry brzuchem, by wypychać ich z kolejki.
Zwykle w chwilach autentycznego zmęczenia, a przecież taką właśnie przeżywał, James nie potrafił myśleć nawet o Quidditchu. Sam był w szoku, że cokolwiek we Wszechświecie potrafiło go powstrzymać od latania, ale tak po prostu było. Wyglądało jednak na to, że głos Flossie recytującej mu po raz trzeci plan na ten tydzień – tak, żeby na pewno nie zapomniał – zrobił swoje, bo bardzo, bardzo chciał sobie polatać.
Dwa kółeczka w tą, dwa kółeczka w tamtą i…
– James. – Głos Flossie docierał do niego, chyba, chociaż nie wiedział, które James w końcu usłyszał. – James, co robimy we wtorek?
Mrugnął na znak, że żył, ale z odpowiedzią poszło mu znacznie gorzej.
– Eeee…
– Czy ty mnie w ogóle słuchasz? Co cię tak rozprasza? Evans kręci się po błoniach?
Zanim zdążył jej odpowiedzieć, odwróciła się, by znaleźć źródło jego rozkojarzenia i, jak podejrzewał, zrównać je z ziemią. Spodziewał się wykładu właśnie w stylu Lily – mężczyźni i miotły, bla bla, jak dzieci, czego się można po nich spodziewać – i na samą myśl, że ktoś mógł rozgrywać w jego życiu rolę Lily nie będąc Lily, coś kłuło go w żołądek.
Nigdy by nie zgadł, co wydarzyło się zamiast tego.
Florence chyba, nie był tego do końca pewny, bo cała ta sytuacja była zbyt surrealna, by określać ją w kryteriach pewności, Florence chyba zaklęła pod nosem i zerwała się z trawy niemal natychmiastowo. Wszystkie pergaminy, które trzymała ułożone równiutko na swoich kolanach, rozsypały się po trawie w sposób nader nieperfekcyjny, ale w ogóle się tym nie przejęła; pochyliła się tylko i zaczęła je gorączkowo zbierać, nie starając się nawet posegregować ich w kolejności alfabetycznej, nic a nic.
Gdy już wyrwał się z pierwszego zdziwienia, rzucił się jej na pomoc. W zasadzie chciał spytać, o co chodziło, ale przy całym tym zawirowaniu koncentracji starczyło mu jedynie na krótkie:
– Flossie?
– Spóźniłam się. Nie wierzę, że się spóźniłam. Ja… – Jednym, bardzo brutalnym ruchem wcisnęła wszystkie pergaminy do torby, która nagle zmaterializowała się przy jej stopie. James mógł się założyć, że naprawdę się zmaterializowała i wcześniej jej tam nie było. – Wyjaśnię ci później.
Wciąż nie wierzył swoim oczom, gdy zaczęła od niego odbiegać; tym razem jednak udało mu się wydusić z siebie o wiele potężniejsze:
– Flossie!
Zatrzymała się w miejscu, chociaż widać było, że bardzo jej to nie odpowiadało.
– Obiecałam Glendzie i Philowi, że przyjdę na ich trening Quidditcha – powiedziała z lekkim rozdrażnieniem, a gdy James nie odpowiedział, dodała: – Chcą, żebym popatrzyła na dynamikę drużyny. Czy coś tam. Nie wiem, mam przyjść też na nabory w przyszłym tygodniu.
Chociaż widział, że przebierała nogami, żeby już sobie pójść, za nic nie mógł przyspieszyć swoich procesów myślowych. Czy Flossie… Czy Florence Yaxley, najbardziej sztywna ze wszystkich sztywnych Prefektów naprawdę właśnie powiedziała, że za sprawą jakiegoś cudu – w postaci Glendy Kendrick i Phila Bardsleya – będzie grała w Quidditcha? W DRUŻYNIE QUIDDITCHA?
– Naprawdę muszę iść, James – Flossie postarała się, by jej naprawdę brzmiało naprawdę poważnie.
Odwróciła się na pięcie i poszła, a James z rozdziawioną gębą patrzył na jej huśtający się na boki kucyk. Czuł, że powinien się podnieść i wrócić do dormitorium, a najlepiej pod zimny prysznic, żeby otrząsnąć się z tego wszystkiego, przez to tego ranka przeciągnęła go Flossie, ale nie miał siły ani na wstawanie, ani tym bardziej na ciężką podróż w stronę zamku.
I może dobrze, że się nie podniósł, bo już po chwili Flossie odwróciła się ponownie i ruszyła w jego kierunku, wciąż nerwowa, ale teraz zdecydowanie nerwowa z jego powodu.
– Jak się dowiemy, że to działa? – krzyknęła do niego jeszcze z odległości kilkunastu kroków, co wcale nie pomagało jego poczuciu odrealnienia.
– Co? – spytał głucho.
– Jak się dowiemy, że nasz plan zadziałał?
Stanęła tuż przed nim i przysłoniła mu sobą całe słońce. W zasadzie nie było to złe rozwiązanie, bo od nadmiaru pogody robiło mu się powoli niedobrze, tak bardzo brak deszczu nie leżał w jego brytyjskiej naturze. Jednak jej nagła bliskość w niczym nie pomogła mu zrozumieć, o co jej chodziło.
– Lily umówi się ze mną, a Remus z tobą? – zaryzykował najprostszą z odpowiedzi.
– Ale kiedy? Jak? Musimy mieć plan. Sposób na mierzenie efektów naszego głównego planu. Pomyśl o tym!
Posłała mu uśmiech, który mniej mu się kojarzył z Flossie jako taką, a bardziej z Glendą, czy Flossie, która latała na miotle aż tak różniłaby się od Glendy, gdyby nie jej oczywisty brak biustu? Też starał się uśmiechnąć, ale ona już na niego nie patrzyła i ruszyła na kolejny bieg w kierunku boiska.
Nie ostatni.
– Święta!
Tym razem zdążył się już podnieść z trawy. W połowie spodziewał się następnego nalotu i bardzo starał się go uniknąć. Najwyraźniej w porównaniu do nerwowo-podekscytowanej Flossie był raczej powolnym żółwiem niż rączym rumakiem.
Tym razem uśmiechnął się do niej już pewnie i starał się nie wyszczerzać głupio oczu, bo w zasadzie nie było to zbyt estetyczne rozwiązanie. Puchonka czy nie, nie było co przy niej tracić reputacji.
– Co święta? – spytał, zanim zdążył ugryźć się w język.
– No… Słyszałam od Glendy, że kiedy wszyscy wyjeżdżają, organizujecie sobie z Dumbledorem potańcowkę.
– To jest bardzo przyzwoite spotkanie świąteczne, nie wiem o co…
– Ty zaprosisz Lily, ja Remusa i będziemy wiedzieć, nie?
James zastanowił się przez moment. Ze względu na Syriusza faktycznie nigdy nie jeździł na święta do domu; co sprawiało, że we dwójkę musieli zwykle znaleźć sobie swój sposób na świętowanie. Ostatnie dwa lata robili to organizując małe spotkanie w Sali Wejściowej – z nauczycielami włącznie, żeby nie było, oczywiście, było to spotkanie zdecydowanie legalne i przyzwoite. Trochę szarad, trochę puddingu i trochę tańczenia.
Lily nigdy nie zostawała na święta w Hogwarcie. Czy nie byłoby cudownie przeżyć z nią tych kilka fantastycznych chwil pod sztucznym śniegiem wyczarowanym przez Flitwicka?
– Zgaduję, że milczenie to zgoda?
– Zabieram cię na ten twój trening – odpowiedział. – Biegasz tak już z piętnaście minut, straciłaś całe piętnaście minut bardzo istotnej dynamiki drużyny!
Jego milczenie było zgodą.

Advertisements

Pod znakiem borsuka: Piłeś? Nie planuj.

W tym tygodniu pierwsze wyjście do Hogsmeade.
Flossie mrugnęła pierwszy raz, a potem i drugi, ale to, że zamiast dłużącego się opisu przemiany materii ożywionej w nieożywioną, pięćdziesiąta strona jej podręcznika od Transmutacji mówiła tylko o Hogsmeade, nie było wcale wina jej oczu. Tak bardzo koncentrowała się na tym jednym zdaniu, że aż litery musiały ulec sile jej perswazji i układały sie, wedle swoich możliwości, w nieskończoność W tym tygodniu pierwsze wyjście do Hogsmeade i W tym tygodniu pierwsze wyjście do Hogsmeade, i jakieś nieśmiałe W tym toiu pierwse wjście o Hosmee, któremu jego poprzednicy zużyli juz prawie wszystkie litery.
Miała szczęście, że Remus pogrążył się w lekturze; inaczej juz dawno odkryłby, jaką obsesyjną wariatką Florence Jezebel Yaxle była naprawdę, i z ich herbaty wyszłyby nici.
Rozejrzała się po bibliotece, ale w niczym to nie pomogło; wyglądało na to, że nawet kłęby kurzu w najodleglejszych kątach pomieszczenia drwiły z niej, układając się w sylaby, a to, to jej zdecydowanie w niczym nie pomagało. Miała ochotę zatrzasnąć książkę i wyjść stąd tu, teraz, natychmiast, ale to też nie była najlepsza opcja – co powiedziałaby Lupinowi? Że przypomniała sobie o tym, że przypadkiem zamknęła Lunę w pudełku pod łóżkiem? To nie był przypadek, a Flossie wiedziała, że nieładnie jest opowiadać kłamstwa.
– W tym tygodniu pierwsze wyjście do Hogsmeade – wyrzuciła z siebie w końcu, nie mogąc juz dłużej zatrzymać tego zdania w sobie. Od razu tego pożałowała; Remus podniósł głowę znad własnego podręcznika i spojrzał na nią uważnie, a ona w ostatniej chwili zdążyła zasłonić ramieniem własny. Naprawdę w ostatniej chwili. – Czas szybko leci.
Próbowała się uśmiechnąć, ale czy tego chciała, czy nie, nerwowy rumieniec zaczął pojawiać się na jej bladych zwykle policzkach.
– Szósty rok to juz nie przelewki. Zanim się obejrzymy, będziemy się zastanawiać na tym, które OWTMy mamy realne szanse zdać w przyszłym roku. – Glos Remusa był spokojny, chociaż słychać było w nim pewną, wątłą jeszcze, nutę niepewności o to, co będzie. – Transmutacja, oczywiście, zostaje na twojej liście.
– Oczywiście.
Przez krotka chwilę jej obawy na temat Hogsmeade zastąpiła smutna rzeczywistość – sześć czekających na nią egzaminów, z których może tylko połowę była w stanie zdać na Wybitny tu i teraz – ale gdy tylko Remus wrócił do czytania, świadomość tego, jak szybko zbył jej… W zasadzie nie było to nawet pytanie, a mimo to Flossie nie mogła w to uwierzyć.
To jest, zanim Remus nie powiedział:
– Planujesz cos ciekawego?
Jej serce zatrzepotało radośnie; wykonało serię fikołków i przysiadów, i o mało co, a wyskoczyłoby jej nie tylko z piersi, ale i z regulaminowego sweterka, taka była szczęśliwa. Czy on właśnie… Chyba tak, prawda? Czemu inaczej by ja o to pytał?
– N… – odchrząknęła, bo z wrażenia wyschło jej w gardle. – Nie. Glenda ostatnio w kołko gdzieś znika. Jeszcze nie odkryłam dlaczego.
– A co z Dawn?
– Dawn? – Przerwała na pięć bardzo długich sekund, które zajęło jej przypomnienie sobie, kim jest Dawn. – Ach, Dawn. Nie wiem. Jeszcze jej nie pytałam.
Chciała wyprostować się w krześle, ale wołała nie ryzykować odsłonięciem swojej książki od Transmutacji – kto wie, czy już się uspokoiła? Taka zgarbiona, tkwiąca w niewygodnej pozie wymagającej od niej wykręcania łokcia w stronę, w którą porządne łokcie nigdy się nie wyginają, nie potrafiła przywołać ani odrobiny pewności siebie.
Nic a nic.
W swoich marzeniach uśmiechnęłaby się powalająco, zarzuciła nogę na nogę, nie mając na sobie regulaminowej spódniczki zakrywającej oba kolana, i spytałaby, czy nie chciałby z nią pójść na te herbatę, a potem prosto do łóż… ołtarza. W rzeczywistości nie mogła się nawet wyprostować i jedyne, co jej pozostało, to słuchanie, jak Remus mówił:
– James z Syriuszem maja juz opracowany plan na każdą sekundę soboty, nie wiem, czy będę miał choćby czas zjeść śniadanie.
Juz otwierała usta, by powiedzieć mu, że nie myślała, że zaproszą na swoja herbatę też Syriusza z Jamesem, w szczególności nie Syriusza, zepsułby całą atmosferę, gdy dotarło do niej to, co naprawdę powiedział i niewyobrażalny zawód przybił ją do krzesła, stołu, podłogi jednym, ciężkim ruchem.
– Och. Brzmi… super?
– Tak, chyba tak. – Remus wciąż uśmiechał się ciepło. Gdyby nie ten jego uśmiech, Flossie czuła, że nie mogłaby powstrzymać się od płaczu. – Dobrze mieć ich znowu przy sobie.
Nie wiedziała, co miałaby na to odpowiedzieć; a on chyba nie miał nic więcej do powiedzenia. Tkwili więc tak w zawieszeniu, obydwoje nie zdecydowani na to, żeby kontynuować, ale i też nie powracający do czytania, a z każdą sekunda cisza, w której ugrzęzli, robiła się coraz bardziej nieznośna. Gdyby to była Wielka Sala! Albo szklarnia. Wieża astronomiczna, chociaż Florence nie było tam od trzeciego roku. Wszystko byłoby lepsze niż cicha, najcichsza biblioteka.
Zaryzykowała wyprostowanie się – na szczęście podręcznik od Transmutacji wrócił do opowiadania o przemianie materii organicznej w materię nieorganiczną, bo ostatnie, czego potrzebowała, to kolejna kompromitacja, tym razem w dodatku taka, której świadomym będzie Remus. A on przecież wciąż na nią patrzył. Patrzył i przewiercał ja wzrokiem.
Nie wytrzymała.
– Muszę już chyba wracać, Glenda będzie mnie szukać.
– Nie mówiłaś, że Glenda ostatnio…
– Mówiłam. Ale dzisiaj miałyśmy razem tłumaczyć Runy. Może mnie nie wystawi.
Wstała i zaczęła pakować podręczniki do swojej torby. Ku jej zdziwieniu jej ręce nie trzęsły się nawet odrobinę; i chociaż czuła, że znajduje się na granicy płaczu, ani pół łzy nie spłynęło po jej policzku. Jakimś cudem, magia, pozostawała zewnętrznie opanowana. I tylko jej lekko przyspieszony oddech, którego przecież i tak nie słyszał, mógł zdradzać to, jak upokorzona się teraz czuła.
Kątem oka spojrzała na Remusa, który juz na nią nie patrzył; wręcz przeciwnie, wbił wzrok w najbliższą półkę z książkami i teraz ja przewiercał, z równym uporem i determinacją, co w zasadzie w ogóle nie było do niego podobne.
Ale kiedy już zarzucała torbę na ramię i szykowała się, by szybko pożegnać go i uciec z biblioteki, Remus zrobił coś jeszcze bardziej nieoczekiwanego – wziął głęboki oddech i nieodwracając wzroku od książek, powiedział niewyraźnie:
– A co robisz w sobotę wieczorem?
***
Wychodziła właśnie z Wielkiej Sali, gdy z wielkim uśmiechem na swojej twarzy przeciął jej drogę.
– Cześć, Lily.
Musiała zadrzeć głowę do góry, by spojrzeć mu w oczy, o tyle był od niej wyższy. Przez te wszystkie miesiące, które spędziła wzdychając do jego pleców, nigdy nie zbliżyła się do niego na tyle, by w pełni pojąć to, o ile był od niej większy – a przecież sama nie należała do najdrobniejszych dziewcząt w zamku. Może przywykła do Jolene na tyle, że zapomniała, że istnieją więksi od niej ludzie? Trudno jej było to określić.
Jedyne, czego była pewna to to, że glos uciekł jej z gardła, że cala się czerwieni, że gdyby trzymała coś w rękach, z pewnością by to teraz upuściła, i że on stal tuz koło niej, na wyciągniecie reki, na tyle blisko, że gdyby się odważyła, mogłaby dźgnąć go palcem w nos.
– Słyszałem, że Potter z kolegami organizują jakąś imprezkę i pomyślałem, że może mogłabyś mnie na nią wkręcić?
Zakaszlała nerwowo. Musiała mu się wydawać bardzo zabawna, taka czerwona i spięta.
– Ciebie? Ty potrzebujesz zaproszenia?
Roześmiał się, a Lily czuła, że jeszcze chwila i zemdleje, przygnieciona ciężarem śmiechu Elijah Prewetta. Czuła, że śmiał się z niej, chociaż wiedziała, że to nieprawda, że bawi go pewnie idea tego, że ktoś go gdzieś kiedyś może przypadkiem nie zaprosić.
– Czy to było tak?
– Tak. – Trzęsąca się dłonią poprawiła włosy, które opadły jej na czoło. Była z siebie dumna, że nie wykrzyczała mu tego prosto w twarz. – Jasne. Sobota, siódma, łazienka dziewcząt na pierwszym piętrze.
Gdy ze zdziwieniem uniósł jedna brew, Lily zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem nie rozmawiała z Octavianem. Przez te wszystkie lata chyba wszyscy nauczyli się ich odróżniać – głownie po tym, że podczas gdy Octavian w pełni korzystał z przywileju bycia bezduszną świnią, jaki dawało mu bycie Ślizgonem, i nosił się jak bezduszna świnia, Elijah pozostawał miłym chłopcem z sąsiedztwa. Jednak poza manieryzmami nic nie rozróżniało ich aż tak; jasne, gdyby miała okazje porządnie im się przyjrzeć, pewnie wyliczyłaby wszystkie drobne różnice, nawet bliźniacy nie są przecież identyczni, o, choćby ten pieprzyk na prawej powiece, ciekawe, czy mieli go obydwoje…
Tyle że przecież Octavian był jej zupełnie obojętny. Przy swojej niewielkiej wiedzy o biologii, jaka udało jej się pozyskać w mugolskich szkołach przed swoimi jedenastymi urodzinami i ze skradzionych Petunii podręczników, nie rozumiała, czemu dwójka dokładnie tak samo wyglądających ludzi, z którymi ledwo kiedykolwiek rozmawiała, mogła wywoływać w niej tak skrajnie rożne reakcje, ale nawet przy lekceważąco podniesionej brwi, Elijah zdecydowanie nie był Octavianem.
– Opuszczona – wyrzuciła z siebie, zbyt zajęta patrzeniem w jego oczy, by skupić swoje myśli. – Łazienka jest opuszczona, nikt tam nie zagląda, nawet nie Pani Norris. Duch, który się tam zagnieździł, nie lubi towarzystwa, ale Syriusz ponoć jakoś go do siebie przekonał.
– Brzmi nieźle. – Nie mogła nie zauważyć, że skrzywił się na samo wspomnienie Syriusza. – Dzięki, Lily.
Uśmiechnął się do niej i zrobił krok w lewo tak, by mogła go w końcu ominąć. Nie śpieszyła się z tym; gorączkowo szukała jakiegokolwiek tematu, jaki mogłaby przy nim poruszyć, gotowa stać tu i choćby do końca świata, a przynajmniej do obiadu. Nic jednak nie przychodziło jej do głowy. Trudno było rozmawiać z człowiekiem, o którym niczego się nie wiedziało.
– A, właśnie – przerwał jej rozmyślania juz krok dalej od niej, jakby o czymś sobie przypomniał. – Mogę przyprowadzić ze sobą parę osób? Octavian z Siobhan na pewno będą chcieli przyjść, a jest przecież jeszcze Phil, Glenda, pewnie nawet Flossie ruszy się w końcu z biblioteki…
– Jasne – odpowiedziała z największym uśmiechem, na jaki było ją stać. – Pogadam z Potterem.
Dopiero gdy plecy Elijah zniknęły za rogiem, uświadomiła sobie wagę obietnicy, którą właśnie złożyła.
***
Tłusta ropucha szara rozpłaszczona na jej kolanach wydała z siebie bulgoczące westchniecie, gdy Dawn zaczęła drapać ja za gruczołem przyusznym. Księżniczka, bo tak nazywała się ta niewątpliwie nie-książęca istota, była z natury bardzo wybrednym stworzeniem; najwidoczniej tego konkretnego dnia drapanie jej za prawym gruczołem przyusznym nie było jej w smak. Tak samo jak nie drapanie po brzuszku, grzbiecie czy pod łapkami.
W innej sytuacji Dawn wdałaby się pewnie w dyskusję ze złośliwym płazem i uprzejmie i zdecydowanie… niestanowczo spytałaby, gdzie w zasadzie powinna była drapać. Ale to nie była inna sytuacja. To był dzień, jaki nie zdarzał się prawie nigdy. Dawn nie była sama; nie, jakieś piętnaście minut temu Florence wpadła do pokoju i zaczęła krzyczeć, mamrotać coś do siebie, powtarzać w kolko jakiś bełkot, którego nie dało się zrozumieć, ale, tego Dawn była pewna, czasami był to bełkot skierowany do niej.
Cóż, przynajmniej do czasu, kiedy w pokoju pojawiła się Glenda.
– Co tu się dzieje?
Florence przystanęła, ale tylko na ułamek sekundy; spojrzała na Glendę lekko nieobecnym wzrokiem człowieka, który usilnie próbuje przekalkulować w swojej głowie to, co dzieje się dookoła niego, ale przy tym za bardzo się spieszy, gubi, próbuje pojąć wszystko i wszystkich jednocześnie, a więc tak naprawdę nie rozumie niczego.
– Musisz mi pomóc – wyrzuciła z siebie, doskakując do szafy, bo  stanie w miejscu nie wchodziło teraz w rachubę. – Musisz mi pomóc, bo sama tu zaraz oszaleję, nie wiem, czy ze szczęścia, czy ze strachu, czy może jeszcze z czegoś innego, oszaleję normalnie, takich rzeczy się nie robi z zaskoczenia, powinno się jakoś człowieka uprzedzić, zostawić uprzejmą notatkę, zasygnalizować, wpisać się do kalendarza, nie wiem, może…
Wyciągała z szafy chyba wszystkie ubrania, które posiadała i rzucała je na swoje łóżko jedno po drugim, tworząc największą błękitno-szarą stertę tkanin w historii… przynajmniej Hufflepuffu. Dawn patrzyła na to wszystko z niezmiennym niepokojem, lecz chociaż najchętniej schowałaby się pod jakieś łóżko, razem z Księżniczką, z dala od tego chaosu i Flossie niewątpliwie tracącej swoje zmysły, nie chciała przecież rezygnować z okazji na wykazanie się wsparciem i współczuciem.
Chociaż Glenda, cóż, Glenda na ten przykład w ogóle nie była ani przestraszona, ani nawet współczująca; podeszła tylko do łóżka Florence i podniosła z niego świąteczny sweter, który Flossie w zeszłym roku dostała od Siobhan, wyjątkowe paskudztwo, nawet Dawn by go nie założyła, a przecież kochała swetry w ropuchy.
– Remus cię gdzieś w końcu zaprosił? ­– spytała beznamiętnie, a Dawn ledwo mogła powstrzymać się od rozdziabania swojej buzi na… na bardzo dużą odległość.
Florence przystanęła po raz drugi i tym razem nawet się odwróciła. Wyglądała na skonsternowaną.
– Skąd wiesz? Kto ci powiedział?
– Zgaduję po… – Glenda wykonała wyjątkowo zamaszysty gest dłonią. – Po tym wszystkim.
Napad szaleństwa Flossie właśnie skończył się równie szybko, co żył; w końcu niewielu ludziom wystarczyłoby sił na takie nerwowe bieganie i mamrotanie, i rzucanie zawartością swojej garderoby przez dłużej niż dziesięć minut, a co dopiero człowiekowi tak wątłej postury co Florence. Teraz, gdy pierwszy stres minął, jedyne, co jej pozostało to przymknąć oczy, oprzeć się o szafę za swoimi plecami i wyrzucić z siebie z ciężkim, odpowiednio dramatycznym westchnięciem:
– Nie wiem, co mam zrobić.
Po takich deklaracjach zawsze zapada niezręczna cisza, pełna Wielkich Myśli i Poważnych Decyzji Życiowych. Nawet Glenda nie potrafiła znaleźć odpowiednich słów, które by ją przerwały; chociaż, w głębi serca, prawdopodobnie rozważała bardziej rozwiązania siłowe.
– Mogłabyś… – Dawn zebrała się na odwagę, by w końcu się odezwać. – Powinnaś po prostu być sobą.
Florence otworzyła oczy i spojrzała na nią z jakimś… zdziwieniem? Przez chwilę Dawn wydawało się, że Flossie nie do końca wierzyła w to, że była z nią w jednym pokoju, ale szybko odsunęła od siebie tę myśl. W końcu oferowała jej współczucie już od dłuższego czasu, oczywistym było to, że Florence zauważyła wysiłek, jaki włożyła w niechowanie się pod łóżkiem, prawda?
Księżniczka zabulgotała z wyrzutem, gdy przypadkiem ukłuła ją paznokciem w gruczoł przyuszny.
– Na pewno nie możesz założyć tego – Glenda w końcu postanowiła się odezwać i przerwać tę paradę nieporozumień. – Znajdziemy ci coś nowego. Tylko nie swetry, błagam, facet może być nudny, ale nie jest jeszcze niczyją babcią.
– Lubię swetry. – Florence brzmiała na obrażoną.
– A ja lubię hamburgery, ale linia nie utrzymuje się sama.
Z taką argumentacją naprawdę nie było jak się kłócić.
***
Całe schody prowadzące do korytarza przed łazienką dziewcząt na pierwszym piętrze zalane były wodą, co w zasadzie nie rokowało najlepiej dla ich imprezy. Nie, żeby odrobina wilgoci miała przeszkodzić w czymkolwiek ludziom zdeterminowanym by uniknąć czujnego oka profesorów i w spokoju napić się mniej lub bardziej legalnych trunków. To przyczyna tej nagłej powodzi na małą skalę ich niepokoiła.
Nikt, absolutnie nikt, nie chciał łamać prawa z płaczącym duchem nad głową.
Wspinali się więc z bardzo niewyraźnymi minami, starając się ignorować wodę powoli wypełniającą ich budy i nie dramatyzować, bo czy byliby prawdziwymi Gryfonami, gdyby przed zabawą powstrzymała ich odrobina ektoplazmy?
– Rozmawiałem dziś z Lily – James szukał zastępczego, suchego tematu. – Miała do mnie prośbę.
Dziwny akcent na prośbę sprawił, że Syriusz, Gryfon czy nie, lekko się zaniepokoił. Ostatnie, czego teraz potrzebowali, to Rogacz niezdolny ruszyć tyłka i pomóc mu z Martą przez to swoje złamane serce.
– Lekki szantażyk?
– Właśnie nie. Była dla mnie bardzo miła.
– Nie krzyczała? Nie rzucała w ciebie talerzami? Nie płakała? Nic?
Gigantyczny uśmiech na twarzy Jamesa ostatecznie utwierdził Syriusza w przekonaniu, że Lily kombinuje coś bardzo bardzo złego. Już dawno pogodził się z myślą, że ten niestabilny psychicznie rudzielec nigdy w życiu nie spojrzy na jego przyjaciela jak na coś szlachetniejszego niż skrzat domowy – po prawdzie Lily pewnie traktowała skrzaty domowe lepiej niż samego Jamesa, ale nie miał lepszego porównania. Mimo to myśl, że ona, świadoma tego, jakie wywiera na nim wrażenie, mogłaby wodzić go za nos dla własnych niecnych celów mroziła mu krew w żyłach.
– Nawet wyglądała na zadowoloną z tego, że mnie znalazła. Znalazła. Co znaczy, że mnie szukała, sama z siebie, i to z uśmiechem na tym jej uroczym pyszczku.
– Czego chciała? – Syriusz zaryzykował pytaniem, chociaż czuł całym sobą, że odpowiedź mu się nie spodoba.
– Prewettowie chcą wpaść na naszą imprezę.
Odpowiedź mu się nie spodobała.
Już otwierał usta, by w końcu wyjaśnić Rogaczowi, czemu nie powinien wspierać rozwijającej się przyjaźni Lily Evans z Elijah Prewettem, chociaż wiedział, że na to było już za późno, bo James niewątpliwie spełnił życzenie swojego słoneczka, nie zastanowiwszy się nawet, czemu to ona, nie Elijah, go o to prosiła nawet przez sekundę, gdy rozdzierający uszy pisk rozdarł ich uszy.
Nie było czasu na zastanowienie; biegiem ruszyli w kierunku łazienki dziewcząt na pierwszym piętrze, nie zważając na to, że śliska podłoga uciekała im spod nóg i gdyby nie wyjątkowe szczęście, które przyświecało im przez całe życie, już po pierwszych trzech krokach straciliby po sprawnej nodze albo kręgosłupie. Z każdym przebiegniętym metrem pisk był coraz głośniejszy, ale i coraz wyraźniejszy; i już na zakręt przed wejściem do łazienki mogli rozróżnić poszczególne słowa w potoku łez, żalu i rozpaczy, który, dość dosłownie, wylewała z siebie Marta.
W zasadzie ani Syriusz, ani James nie wiedzieli, czemu w łazience na pierwszym piętrze mieszkał duch martwej dziewczyny; wypadki chodziły po ludziach od wieki wieków i obydwoje uważali, że najlepiej dać temu święty spokój. W szczególności, że Marta… Marta nie bez powodu była nazywana Jęczącą. Chociaż w zasadzie była bardzo przydatna, w szczególności do szpiegowania, podkradania składników i innych złośliwości, do których potrafił przekonać ją Syriusz, przez większość czasu trzeba było przy niej stąpać bardzo bardzo delikatnie.
Kiedy wpadli do łazienki, siedziała na jednym z kranów w głównym pomieszczeniu, kranów, z których lała się woda, a które ona sama popsuła pewnie w ataku złości, i zalewała się ekto-łzami, mamrocząc do siebie wszystko i nic, czego, po głębszym zastanowieniu, woleliby jednak nie rozumieć.
– Marto? – James spytał najdelikatniejszym głosem, na jaki było go stać na bezdechu. – Coś się stało?
Marta podniosła głowę i na chwilę przestała nawet piszczeć; wyglądała na zaskoczoną, bo z pewnością nie słyszała ich kroków ponad swoim płaczem, chociaż przecież nie byli ani cisi, ani konspiracyjny.
– Co mi się stało? CO MI SIĘ STAŁO?
Jednym płynnym ruchem Marta wślizgnęła się do kranu, na którym przed chwilą siedziała, wypłynęła z kranu po przeciwnej stronie pomieszczenia za plecami Jamesa i Syriusza, wykonała bardzo zdenerwowanego fikołka i zawisła do góry nogami tuż nad głową Rogatego.
– To wy chcecie przyprowadzić tu tłumy tylko po to, żeby mnie upokorzyć! Udajecie, że chcecie się ze mną dobrze bawić, a tak naprawdę chcecie się bawić moim kosztem!
Wróciła do swojej normalnej orientacji, wciąż jednak żywo gestykulowała i gdyby nie to, że cała była przezroczysta, już dawno rozbiłaby Jamesowi głowę.
Konkurs rzucania przekąskami w Martę, Marta przecież i tak niczego nie rozumie, Marty i tak to już nie boli, kto rzuci w głowę dostaje dodatkowe 10 punktów!
James i Syriusz spojrzeli na siebie ze zdziwieniem; może i nie byli najbardziej empatycznymi facetami na świecie, ale Marta była przydatna, a przydatnym… duchom nie robi się takich rzeczy. Kto mógł jej coś takiego powiedzieć? Komu zależałoby na tym, żeby zniszczyć każdą chwilę szczęścia w ich życiu?
Niemal równocześnie wyszeptali:
– Snape.
– On przynajmniej rozumie, jak to jest, gdy ni-ni-ni-niktcięniekocha! – Marta wykonała jeszcze jeden fikołek i z jeszcze głośniejszym piskiem zniknęła w kranie, by po paru długich, dudniących w rurach sekundach, zmaterializować się w jednej z toalet.
James nie mógł skupić swoich myśli; jej płacz powoli rozdzierał mu już nie tylko uszy, ale i mózg, i wszystkie kończyny, i czuł, że jeszcze chwila, a sam zacznie wyć z bólu i nic nigdy już go nie uratuje. To, że ich jutrzejsza impreza stanęła właśnie pod wielkim znakiem zapytania było jego najmniejszym problemem w obliczu perspektywy utraty wszystkich zmysłów i wieczności z Martą w jej łazience.
Na jego szczęście Syriusz pierwszy wyrwał się z tego otępienia i rzucił krótkie:
– Załatwię to.
Chwilę zajęło Jamesowi zrozumienie, co właśnie do niego powiedział; i dopiero gdy płacz Marty zaczął cichnąć, powoli ale stabilnie, w końcu czarowi Syriusza Blacka nie oparła się jeszcze żadna kobieta, dopiero wtedy wyrzucił z siebie żarcik, na którego wypowiedzenie czekał już przecież całą wieczność:
– No najwyżej będzie to impreza w stylu marynarskim.
***
Florence nie mogła uwierzyć we własną głupotę. Sobota, jak to sobota, w końcu nadeszła, a z nią sobotni wieczór, pełen obietnic i marzeń, które, tym razem, miały się spełnić.
Cały wieczór spędziła z Glendą w Hogsmeade, myśląc, planując, zamartwiając się; chociaż Glenda skupiała swoją uwagę bardziej na Kremowym Piwie niż na marudzeniu Flossie. Ten wieczór miał być idealny, a ideały nie powstają same z siebie – nie, poprzedzają je zawsze i bezwzględnie wielkie przygotowania i staranność, z której Florence przecież była słynna.
Do ósmej wieczorem, kiedy to miała spotkać się z Remusem w łazience dziewcząt na pierwszym piętrze w swojej głowie przeżyła liczne scenariusze, naprawdę, od tych naprawdę złych do tych naprawdę naprawdę dobrych, ale nawet te najstraszniejsze do pięt nie sięgały temu, co zastała, gdy w uroczej, białej sukience stanęła u progu swojego przeznaczenia.
Albo teraz, gdy trzy godziny później kończyła drinka, którego numeru już nie pamiętała, podanego jej przez nikogo innego niż Syriusza Blacka, którego w zasadzie pamiętała, ale nie pamiętała, dlaczego aż tak go nie znosiła.
– Mogę ci coś powiedzieć, Flossie?
Na prawo od niej siedziała Siobhan, której powiedziano, że zaprasza się ją, owszem, ale na imprezę w stylu marynarskim a nie na romantyczną kolację przy świecach, które jeszcze nie zamokły. W innych okolicznościach cieszyłaby się z towarzystwa Krunkonki – w zasadzie poza Glendą i Remusem była jej ulubioną osobą w całym Hogwarcie, nawet pomimo tego, że była jednocześnie dziewczyną Octaviana, taka była cicha i spokojna, ale przy tym i zabawna, i inteligentna, i w zasadzie gdyby była postacią książkową, wydawałaby się Flossie zbyt nierealna by w nią uwierzyć. Teraz się nie cieszyła.
Teraz nic by jej nie ucieszyło.
– Hm? – odpowiedziała z automatu, chociaż nie była pewna, co takiego się do niej mówiło.
Od trzech godzin drylowała wzrokiem Remusa Lupina, który do tej pory nawet się z nią nie przywitał. Dla niego tylko wcisnęła się w sukienkę Glendy, za krótką o przynajmniej pół kolana, jeśli ktokolwiek spytałby ją o zdanie, i dla niego siedziała właśnie na zimnym zlewie, oparta o jeszcze zimniejsze lustro, z włosami ukrytymi pod marynarską czapką, której pochodzenia też już nie pamiętała, ale którą musiała zdobyć, bo z tego wszystkiego, z tej nadziei aż zakręciła swoje włosy, a i bez tego w tłumie lekko nieprzytomnych Hogwartczyków wyglądała jak porcelanowa lalka.
Wszystko dla niego.
– To w zasadzie… Nie wiem, czy powinnam.
Gdyby Florence spojrzała teraz na Siobhan, zauważyła, że ta wyglądała na zupełnie czymś wytrąconą z równowagi. Już sam fakt, że zasikała dłonie nie na czerwonej tajemnicy, którą Syriusz wciskał wszystkim dookoła, ale na szklance wody z połączeniu z podkrążonymi oczami powinien wzbudzić przynajmniej niepokój. A co dopiero to, jaka była przygarbiona i blada, jak niemrawo machała nogami i wbijała wzrok we wciąż całkowicie mokrą posadzkę, jak przez cały wieczór pełen – jak powinno być – radości i zabawy nie uśmiechnęła się ani razu.
Ale Florence nie patrzyła na Siobhan, patrzyła na Remusa i zastanawiała się, jak mogła być taka niedomyślna i nie dodać w głowie zwykłego dwa do zwykłego dwa. Teraz, gdy wszystko stało się jasne i oczywiste, uważała, że fakt, że w sobotę wieczór zaproszoną ją i na imprezę Huncwotów – a przynajmniej Glenda wspominała, że ją zaproszono, Flossie nie zwracała na to większej uwagi – i na tajemniczą schadzkę z jednym z Huncwotów… powinien jej się wydać co najmniej podejrzany. Może gdyby Glenda postanowiła jednak wybrać się na tę imprezę i dopytała Elijah o szczegóły, może wspólna lokacja byłaby lepszą wskazówką, ale przecież powinna wiedzieć, prawda?
– Myślę… Myślę, że…
W zasadzie nawet zaintrygowało ją to, czemu Siobhan najwyraźniej nie potrafi czegoś z siebie wydusić; ale szybko zrzuciła całą winę na alkohol, muzykę i płacz Jęczącej Marty od czasu do czasu docierających do nich z którejś z rur.
Bo przecież powinna była wiedzieć.
Głównie to, że Remus nigdy nigdzie by jej nie zaprosił. Najwidoczniej w jego głowie nie była niczym więcej niż człowiekiem, któremu z dobroci serca pomagał z Transmutacją. Nawet nie kumplem, bo przecież chociaż zaprosił ją na imprezę – pewnie z litości – w ogóle z nią nie rozmawiał, ba, nie patrzył na nią i nic nie wskazywało na to, że choćby zauważył, że przyszła. Że przejął się, czy przyjdzie.
– Myślę, że Octavian mnie zdradza.
Na dźwięk słowa Octavian Florence zareagowała automatycznie; nie miała zielonego pojęcia, o czym Siobhan do niej mówiła, ale jakakolwiek wzmianka o jakimkolwiek Ślizgonie zawsze sprawiała, że ciarki przechodziły jej po plecach.
– Jeszcze go nie zostawiłaś?
Flossie panowała nawet spojrzeć na Siobhan i zaprezentować jej najlepszy przewrót oczami, na jaki było ją stać; ale w tym momencie Remus odwrócił się w jej kierunku i na moment zamarła z wrażenia. Gdyby popatrzył chociaż trochę dłużej, wylałaby na siebie podejrzaną ciecz, której jeszcze trochę pozostało w jej szklance. Ale przecież nie spojrzał na nią, tylko na jakąś Gryfonkę, która machała do niego ze zlewu niedaleko Florence, przecież nie zatrzymał na niej wzroku nawet na pół sekundy.
Tego było za wiele.
O jeden brak spojrzenia za wiele.
Siobhan właśnie otwierała usta, by jej odpowiedzieć, gdy Flossie zeskoczyła ze zlewu, odwróciła się w końcu w jej kierunku i wymamrotała bardzo zdenerwowanym głosem:
– Octavian jest strasznym chujem. Wyrzuć go przez okno.
Zrobiła krok do tyłu i o mało co nie straciła równowagi; w ostatniej chwili złapała się zlewu, który wciąż miała na wyciągnięcie ręki. Musiała stąd wyjść. Musiała stąd wyjść natychmiast.
Zanim sama zajęłaby się wyrzucaniem przez okno.
***
Odbijał od ściany małą, gumową piłeczkę; zwykle bawiłby się zniczem, ale nie chciał przynosić go do kompletnie zalanej łazienki, bo nawet magiczne metale i woda nigdy nie były fortunnym pomieszczeniem. Teraz żałował swojego wyboru. Czuł, że znajomy kształt w jego rękach i ten cudowny, cudowny dźwięk trzepoczących skrzydełek jakoś by go uspokoił.
James nie mógł uwierzyć w to, że wszyscy, wszyscy się domyślili, tylko nie on. Początkowo był zły na Syriusza, że ten go nie uprzedził; ale po dłuższym zastanowieniu doszedł do wniosku, że sam był sobie winien, taki ślepy na wszystkie możliwe sygnały. Nie, żeby mógł to wszystko jakoś powstrzymać, ale… Może gdyby był na to przygotowany, nie musiałby wlać w siebie tyle ponczu Łapy, by nie mieć siły roztrzaskać czaszki Elijah o zimną posadzkę łazienki?
Może.
– Wiedziałeś? – wychrypiał do Phila, który właśnie opowiadał mu o swoich planach na następny mecz… czy czymś innym. Przez te warstwy alkoholu, frustracji i dźwięku piłeczki odbijającej się od ściany trudno mu było przedrzeć się do świata zewnętrznego i słuchać tego, co się do niego mówiło. – Że Elijah i Evans?
Phil spojrzał na niego z bardzo współczującą miną; być może James nawet by mu uwierzył, że tak się o niego martwił, gdyby nie jego pijana i nieogolona morda człowieka, któremu wszystko jedno.
– Ty chyba nie tak na poważnie, nie?
James wzruszył ramionami. Chyba czuł, że teraz nic nie mogło być dla niego poważne, bo gdyby się przejął, mógłby przypadkiem zrozumieć, że wypił za dużo, żeby przeżyć.
– Nie, po prostu jestem zdziwiony.
Zdziwiony nie było może ostatnim słowem, jakim podsumowałby swój stan przez ostatnie trzy godziny, trzy długie godziny patrzenia na Lily, jego Lily flirtującą z Elijah… Wiedział, że Puchonom nie można ufać. Nie wszystkich, znaczy się, Phil był w porządku, Glenda z Flossie też, w zasadzie, chociaż Phila znał zdecydowanie lepiej, potem Glendę, a potem… Ale wiedział, że na pewno Puchonom, których bracia bliźniacy są Ślizgonami nie można ufać, nie, niedaleko pada śliwa od jabłoni, czy jakoś tak, ale było jedynym, które mógł z siebie teraz wydusić.
Bo chociaż chyba wszyscy w Hogwarcie wiedzieli o jego wiecznych deklaracjach miłości do Evans, większość traktowała to raczej jak wygłupy; żart, który rozciągnął się w czasie na tyle, że teraz nie można go było już przerwać. Nie chciał burzyć tego wrażenia. Ostatnim, co było mu potrzebne, był tłum ludzi, którzy się nad nim litowali.
– Chyba wszyscy wiedzieli, Potter.
Piłeczka uderzyła w ścianę trochę mocniej niż poprzednio.
– Wiesz… – Phil zdawał sobie sprawę z tego, że nie uzyska odpowiedzi. – Nie musisz się o nią martwić. Przyjaźnicie się i w ogóle, ale Elijah wcale nie jest taki zły, na jakiego wygląda.
– Nie martwię się o Evans.
– Twój najlepszy kumpel jest Blackiem, może czas zaufać i Prewettowi.
James już odwracał się, by odwarknąć, żeby nie mieszać do tego Syriusza, ale gdy w końcu oderwał wzrok od ściany, mimowolnie spojrzał na Lily, a ona… Ona to nic, tylko rumieniła się tym swoim rumieńcem, do którego zdążył się już tak przywiązać; to Elijah stanowił problem. Akurat w tym momencie, jakby czekał na to, że Potter się odwróci, jakby czyhał na niego z tym swoim cholernym planem, pochylił się nad Lily i odsunął kosmyk włosów z jej twarzy.
Piłeczka, zamiast w rękach Jamesa, wylądowała na jego brzuchu.
Nawet tego nie zauważył.
***
Przez cienką koronkę swojej sukienki czuła aż nazbyt dobrze zimno kamiennej ściany za jej plecami; ale nijak nie mogło jej to otrzeźwić. Nie miała pojęcia, jak długo już tu siedziała, wpatrzona w swoje nogi, rozciągnięte na posadzce; jedyne, na czym mogła się skupić to zaklinanie losu, marzenie, że cały ten koszmarny wieczór okaże się właśnie tym – koszmarem, i jutro obudzi się w lepszej sobocie.
James znalazł ją właśnie taką, skuloną pod parapetem dwa korytarze od łazienki dziewcząt na pierwszym piętrze, w połowie drogi do schodów, które mogły prowadzić do pokoju wspólnego Hufflepuffu. W pierwszym odruchu planował ją zignorować; ale tego wieczora ignorował już tyle myśli i wspomnień, że nie miał siły na więcej.
Usiadł więc tuż koło Flossie i podał jej butelkę Ognistej, którą udało mu się uratować przez Syriuszowym ponczem. Nie spodziewał się, że po nią sięgnie, nie ta Panna Perfekcyjna, ale wyczerpał też swój limit zdziwienia na jeden dzień, więc nawet nie wzruszył ramionami, gdy jednak to zrobiła. Przymknął tylko oczy i odchylił do tyłu głowę, bo cały świat wirował odrobinę za szybko nawet na jego standardy.
– A tobie co się stało? – wyrzucił z siebie w końcu, chociaż chyba nie chciał wiedzieć.
Flossie krzywiła się właśnie po tym, jak wychyliła swój pierwszy łyk czystego alkoholu na pusty żołądek, nie odpowiedziała mu więc od razu. Samo pytanie zresztą nie było najłatwiejsze. Obrzydliwa czy nie, Ognista kupowała jej cenny czas.
– Wszyscy wiedzą, że Elijah lubi rude.
James parsknął gorzkim śmiechem.
– Spadaj.
– Mówię poważnie. Nie pamiętasz… – Przerwała na kolejny łyk. – Była taka chyba wcześniej.
Otworzył oczy, bo chyba przyszedł czas, by zabrać jej butelkę. Dopiero teraz, z bliska, przyjrzał się Flossie dokładniej – i mógłby przysiąc, że płakała, a on, chyba, wiedział dlaczego.
W innych okolicznościach zaproponowałby jej ramię, o które mogłaby się oprzeć, takim był przecież człowiekiem-przytulanką, który zawsze dbał o innych bardziej niż o siebie, chyba, że akurat byli Smarkerusem, ale nim to Florence – jak podejrzewał – nie była. Tyle że jej uwaga zabolała go bardziej niż chciał to przyznać; albo, co było równie prawdopodobne, chciał po prostu zemścić się na kimś za to, jaki czuł się dziś skrzywdzony.
A on przecież wiedział doskonale, czemu Flossie płakała. Wiedział, bo był światkiem tego, jak Remus walczył ze sobą samym i rzucał się, i miotał, i nie potrafił się zdecydować. Wiedział, bo kazał mu zaprosić ją – niezobowiązująco – na tę imprezę, a potem spił się za bardzo, by przypilnować, by z nią porozmawiał. Wreszcie wiedział, bo rozumiał to dziwne trzepotanie w brzuchu, które Lupin odczuwał w obecności Florence aż za dobrze, ale też rozumiał, czemu jego przyjaciel… mógłby się go obawiać.
Wiedział za dużo na człowieka, któremu kolejny łyk Ognistej zupełnie rozwiązał język.
– Bo Lunio był dzisiaj dużo lepszy.
Florence zamarła; nie trwało to jednak długo, bo za dużo już tej soboty przeżyła, by obawiać się konsekwencji zdradzenia swojej tajemnicy. Zresztą cały wieczór czuła, że świat wokół niej widzi więcej niż ona sama – rozciągnięcie tego do stwierdzenia, że świat wokół niej widzi, jak robi z siebie idiotkę, nie wymagało skomplikowanej, umysłowej gimnastyki.
– Oddawaj butelkę.
Wyciągnęła rękę, by zabrać mu Ognistą. Spudłowała pierwszy, drugi i trzeci raz, bo chociaż wypił od niej dużo więcej, wciąż był nie dość, że bardziej odporny na różnego rodzaju trunki to jeszcze o wiele zręczniejszy; bez problemu uciekał przed jej dłońmi. I chociaż zwykle by ją to irytowało, takie dziecięce gry bez najmniejszego celu, nie mogła powstrzymać śmiechu.
Było coś relaksującego w patrzeniu na to, jak ona się śmieje, coś strasznie zaraźliwego, więc po chwili i James w końcu się uśmiechnął, może po raz pierwszy tego wieczora i nawet oddał jej tę butelkę, a raczej się podłożył, zbyt zajęty czuciem się odrobinę lepiej, by zauważyć.
Jednym sprawnym haustem wypiła resztę Ognistej i chociaż wydawać by się mogło, że powinni teraz zamilknąć i delektować się odzyskaną ciszą, wyrzuciła z siebie nagłe:
– Chciałabym, żeby wiedział, jak to jest.
James odkrył, że coś jeszcze mogło go tego dnia zdziwić.
Nie to, że Florence w głębi duszy potrzebowała jakoś zemścić się na jego przyjacielu – w końcu z jego doświadczenia wynikało, że młode kobiety miewały i bardziej absurdalne i okrutne pomysły. Nie. James dziwił się, że przez sekundę poczuł dokładnie to samo.
Nie odpowiedział jej od razu. Zresztą i sama Florence nie czekała chyba na jakąkolwiek opowieść – zsunęła się jeszcze niżej, tak, że praktycznie leżała lekko tylko głową oparta o ścianę tuż za nią i patrzyła w sufit, ściskając w rękach pustą butelkę. Nie potrzebowała jego odpowiedzi, a on potrzebował chwili, by zabić w sobie ten niespodziewany zew krwi, który nie leżał przecież w jego naturze.
I kiedy myślał, że ta fala zazdrości już minęła i nie chciał już głowy Lily na srebrnym talerzu, inna, złośliwa myśl obudziła się w jego głowie. Myśl, która z początku nie podobała mu się dużo bardziej, ale im dłużej patrzył na Florence, na jej zmęczony profil, opuchnięty od łez, tym bardziej czuł, że może to jedyny sposób, że może poza tym, że uratuje to ją, może uratuje to też jego.
– Flossie. – Pauza. – Flossie. – Powtórzył, bo musiał mieć pewność, że go słucha. Że nie mówi tego do wirujących ścian i parapetów. – Flossie, ja chyba wiem, co musimy zrobić.
Poczekał, aż się odwróciła i aż jego oczy spotkały jej oczy, które w sumie, w sumie też wirowały, i dopiero wtedy kontynuował:
– Musimy im pokazać, co tracą.
– Co?
Jej twarz nie wyrażała zdziwienia, a bezkresne niezrozumienie. Ale i też – chęć zrozumienia, jakby naprawdę wierzyła w to, że pijany James Potter, tu i teraz, odkrył receptę na rozwiązanie wszystkich ich problemów.
– Flossie, musisz się ze mną umówić.
Aż usiadła z wrażenia; wprawdzie zajęło jej to więcej czasu niż normalnie, bo złośliwa posadzka wysuwała jej się spod dłoni, ale po kilku próbach upokarzającego pełzania udało jej się doprowadzić do jako takiego pionu.
– Oszalałeś?
– Mówię poważnie. – I wyglądał, jakby mówił. Odsunął się od ściany i usiadł naprzeciwko niej, trochę za blisko jak na obecny stan ich zmysłów równowagi. – Jeśli się ze mną umówisz, Lunio umrze z zazdrości, Lily zrozumie, co takiego straciła, i wszystko, wszystko się ułoży.
– Remus nawet nie zauważy.
Bardzo starał się posłać jej powątpiewające spojrzenie; nie był pewien, czy takie aktualnie mu wychodziły, ale coś musiało do Florence dotrzeć, bo sama wyglądała, jakby intensywnie myślała nad jego propozycją. Ten entuzjazm powoli go wykańczał i nie wiedział, ile jeszcze tak wytrzyma, siedzący sam z siebie w pionie, ale poganianie jej chyba nie wchodziło w drogę.
– Nie chcę cię oglądać nago – wyrzuciła z siebie po dłuższej chwili.
Chyba jeszcze zanim do końca dotarło do niego to, co powiedziała, wybuchnął śmiechem tak gromkim, że nieomal przewrócił się do tyłu i jedynym, co go uratowało, było przerzucenie ciężaru na ramię, które oparł o ścianę za jej głową. Flossie też się roześmiała, po parosekundowym opóźnieniu, jakby sama nie skonsultowała ze sobą swojej odpowiedzi i dopiero teraz ją zrozumiała.
– Jeszcze będziesz o to błagać.
– Po moim trupie.
Ich śmiech w końcu wygasł; chociaż obydwoje dawno stracili już poczucie czasu. Przez moment jeszcze siedzieli na podłodze, James pochylający się nad nią i próbujący utrzymać równowagę, Florence próbująca złapać oddech, chociaż pół oddechu, aż w końcu on podniósł się powoli i niepewnie, wyciągając jedną rękę w jej kierunku.
Nie chciała wstawać. Ostatnim, na co miała ochotę, było podniesienie się z tej zimnej posadzki, która wyziębiała jej pośladki przez cienką, cieniutką koronkę, ale na której przez moment było jej tak dobrze i spokojnie. Ale James nie poddawał się i wszystko wskazywało na to, że będzie próbował ją podnieść, co nawet ona mogła ocenić jako mało bezpieczne, więc…
Musiał przytrzymać ją, gdy wstała i sam o mało co się nie przewrócił pod jej ciężarem; pion nie był czymś, co działało w świecie, który wirował i kręcił się.
– Idziemy tańczyć – oświadczył, gdy pierwsze niebezpieczeństwo minęło.
– Nie chcę.
– Musisz. Powiedziałaś, że się ze mną umówisz, a ja muszę się jeszcze napić.
Chciała zauważyć, że mówił o tańczeniu, nie o piciu, ale szybko wypadło jej to z głowy.
***
James stawiał tak gwałtowne kroki, że raz po raz ochlapywał jej rajstopy wodą, ale chociaż zwykle by jej to przeszkadzało, gdy tylko weszła do zalanej łazienki dziewcząt na pierwszym piętrze to nie mokra odzież przykuła jej uwagę.
W końcu, po tylu godzinach, nie wiedziała tak naprawdę ilu, spotkała w końcu oczy Remusa Lupina.
Przez moment zaparły jej dech w piersiach; jakby cały ten wieczór się nie wydarzył i jakby weszła tu po raz drugi, do tej drugiej soboty, którą sobie wymarzyła. Wydawało jej się, że się do niej uśmiechnął, ale nie była pewna, czy i tego sobie nie wyobrażała. I kiedy też próbowała się uśmiechnąć, przypomniała sobie o tym pierwszym wieczorze, tej poprzedniej sobocie i serce zakłuło ją boleśnie, przywracając jednak zdolność oddychania.
Była gotowa wybiec, tu i teraz, zostawić Pottera samemu sobie i zapomnieć o tym beznadziejnie głupim planie, który przyszedł mu do głowy, gdy usłyszała jego słowa, niemal bezgłośne:
– Lily.
Podążyła za jego wzrokiem i od razu ją znalazła – siedzącą na podłodze na marynarce Elijah Prewetta, owiniętą jego ramię i roześmianą, taką, jaką wyobrażała siebie jeszcze jakiś czas temu w odrobinę innym towarzystwie. I chociaż nigdy wcześniej Lily Evans nie zaplątała jej myśli, i w zasadzie była jej zwykle zupełnie obojętna, niespodziewanie dla samej siebie Florence poczuła, że szczerze jej nie znosi i że z wielką chęcią wygarnęłaby jej, co o niej myśli, także tu i teraz, zostawiając osłupiałego Pottera samemu sobie.
Ale nie mogła. Wiedziała, że to nie jej sprawa, że takie wybuchy niczego nie wnoszą. Spojrzała więc na Jamesa, próbując go jakoś pocieszyć, jakoś do niego dotrzeć. Zanim zrozumiała, co takiego robi, złapała go za jego dłoń i zacisnęła na niej swoje palce z całej siły. Chyba nie oczekiwała, że na to zareaguje; a już na pewno nie oczekiwała, że on zrobi to samo.
I kiedy też spojrzał jej w oczy, też ściskając jej dłoń w swojej dłoni, zrozumiała, że przynajmniej na ten jeden wieczór nie jest z tym wszystkim już taka całkiem sama.

Pod znakiem borsuka: Trudne początków początki

Florence Jezebel Yaxley patrzyła w lustro, a lustro patrzyło w nią.
W powietrzu wyczuć można było jakieś napięcie, tak jakby nie ścierała się tu z sama sobą szesnastoletnia dziewczynka, a dwie armie, gotowe nie tylko do ataku, ale też i do rozboju, i gwałtu. A wszystko rozchodziło się o perfekcję, a raczej jej brak i niemożność jej osiągnięcia. Widzicie, Florence uzależniona była od perfekcji, a raczej jej braku w samej sobie i lustro było jej narkotykiem, ecstasy na jej samoudręczenie.
A przecież nie było z nią tak źle. Wysoka, szczupła, z twarzy też w miarę… przyjemna, nawet w swoich własnych, krytycznych oczach nie była porażką. Była przyzwoita. Taka właśnie, na miarę swoim możliwości, niespecjalna, ładna ale bez przesady, urocza ale bez błysku w oczach, z biodrami, na które się spojrzy, ale zaraz się o nich zapomni.
Ze złością zrzuciła z siebie buty na obcasach, bo przez sekundę wydawało jej się, że znowu urosła i to o całe dwa cale. Od czasu, gdy w trzeciej klasie dobiła pięciu stóp i ośmiu cali, w kółko wpadała w te wzrostową paranoję, przekonana, że chociaż w jej wieku dziewczyny wprawdzie już nie rosną, to Phil Bardsley dolewa jej do herbaty SzkieleWzro. Ale i brak butów w niczym nie pomógł i tylko tak głupio stała, bosa, przed tym lustrem, a Florence zza tafli przewracała na nią oczami.
Że tez musiało jej się trafić lustro z takim parszywym charakterem.
– Spokojnie – wyszeptała zdecydowanie nerwowo. – Musisz być spokojna.
Prawą dłonią przejechała po spódnicy, poprawiając jakiś niefortunny plis i spojrzała w lustro jeszcze raz, biorąc przy tym wielki, olbrzymi łyk powietrza. Nie wiedziała, co mogłaby jeszcze zrobić. Może poprawić francuski warkocz? W zasadzie mogłaby przecież, ta wstążka, którą wybrała, zlewała się praktycznie z kolorem jej włosów, tak blond, że prawie białych, a przecież miało być ją widać, tak? W ogóle jakiś krzywy był ten warkocz i na pewno…
– Florence! – Głos jej ojca ledwo przebił się do niej przez liczne drzwi i ściany, które oddzielały ją od salonu.
– Już, zaraz!
Nie było więc czasu na poprawianie warkocza. Szkoda. Z poprawionym warkoczem na pewno byłoby lepiej. A tak… A tak czasu zostało jej dość tylko na wyprostowanie plakietki prefekta, którą zdążyła już przyczepić do swojego swetra. Chociaż od listu z Hogwartu, w którym przyznano jej to stanowisko, minął już ponad rok, Florence wciąż nie mogła uwierzyć w swoje szczęście; w końcu nie była ani najpilniejszą, ani najmądrzejszą, ani nawet w zasadzie najgrzeczniejszą uczennicą na swoim roku. Czym zasłużyła sobie na ten zaszczyt?
Potem jeszcze tylko krótki rajd do szafy w poszukiwaniu płaskich butów i porzuconej tam wcześniej torebki, i mogła wychodzić. Jednak stojąc już w drzwiach swojego pokoju, przypomniała sobie o najważniejszym – i musiała zawrócić. Pięć sekund siedzenia na łóżku później (na wszelki wypadek) i znowu stała przed lustrem, patrząc na siebie poważnym wzrokiem:
– To będzie twój rok, Flossie. – Chociaż nie wyglądała jakby w to wierzyła. – To będzie rok, w którym Remus Lupin w końcu zaprosi cię na herbatę.
Próbowała się do siebie uśmiechnąć, ale niewiele z tego wyszło; chociaż zapewne Florence w lustrze i tak uśmiechała się o wiele bardziej przekonująco od niej samej.
– Florence!
– Już przecież schodzę!
I faktycznie – schodziła. Prawie. Strzepnęła jeszcze z ramienia jakiś niewidzialny pyłek, ściągnęła mocniej wstążkę na włosach i wybiegła z pokoju, tym pospiechem niwecząc cały trud, jaki włożyła w doprowadzenie siebie do porządku. Zwolniła dopiero w połowie wielkich schodów prowadzących do foyer ich domu; pewnie zleciała by z nich w takim tempie, przy tej niebezpiecznej kombinacji śliskich podeszew i drogich marmurów, ale na szczęście przed połamanymi żebrami uratowała ją mina jej ojca.
Lista rzeczy, które pochwalał Corban Yaxley nie była specjalnie długa, a już na pewno nie znajdowało się na niej bieganie po schodach. Ojciec Florence mógł pół życia spędzić zarzekając się, że nie chce żyć tak, jak wymagała od tego jego pozycja i nazwisko – ale kiedy chodziło o niepotrzebne konwenanse, cóż, tych nie dało się tak po prostu wypielić. Flossię miała z tym łatwiej, wychowano ja wszakże w dość przy… przyjemnej? atmosferze, jeżeli faktycznie cokolwiek przyjemnego może się dziać w domach z marmurowymi schodami; ale dla Corbana nie było już ratunku.
– Nie musisz aż tak się śpieszyć – zauważył szorstko, mierżąc ją spojrzeniem cala jej drogę w dół. – Pociąg z pewnością na ciebie zaczeka.
– Bardzo jesteś zabawny.
– Nie żartuję. Maszyniści też jakoś zarabiają.
Gdy stanęli ze sobą wreszcie twarzą w twarz – a raczej nosem w szyję – nikt nie mógł mieć już wątpliwości, że oto rozmawiają ze sobą ojciec z córką. Wprawdzie Florence miała na tyle szczęścia, że rysy twarzy odziedziczyła po swojej o wiele delikatniejszej matce, jednak wszystko inne – od mimiki przez kolorystykę aż do samego sposobu, w jaki nerwowo przygryzali wargi – wszystko inne dzielili ze sobą sprawiedliwie.
– Nie wiem, czy ktoś ci o tym powiedział, tato – Florence zaczęła tym samym szorstkim tonem – ale lokomotywa jest zaczarowana i żaden maszynista nie jest jej do niczego potrzebny. Wiem to z bardzo zaufanego źródła. Sinead jest uzależniona od Historii Hogwartu.
Corban uśmiechnął się półgębkiem i wygładził jej włosy. Najwidoczniej ta obsesja perfekcyjności bądź jej braku tez była dziedziczna.
– A wiesz też, że nie musisz nosić mundurka poza Hogwartem?
– W przedziale prefektów nigdy nie ma się gdzie przebrać.
Nie było. Chyba że komuś nie przeszkadzało przebieranie się w męskim towarzystwie… a Florence miała z tym pewien problem. Nie, żeby była wstydliwa. Nie była wstydliwa. Wcale. Ani odrobinę. Może trochę. Po prostu nie lubiła ludziom świecić bielizną, ile by na nią nie wydała.
Rozejrzała się po pomieszczeniu. Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że zapomniała o czymś bardzo ważnym. Corban przyglądał jej się niespecjalnie cierpliwie; czekanie też nie było jego specjalnością.
Florence otworzyła usta, ale ostatecznie się nie odezwała.
– Twój kot – Corban nie wytrzymał. Zwykle pozwoliłby jej na te chwile absolutnego roztargnienia, ale mieli wyjść z domu jakieś pół godziny temu.
Uśmiechnęła się z zażenowaniem i stanęła na palcach, by pocałować ojca w policzek.
– Zaraz wracam ­– powiedziała szybko i ruszyła z powrotem w stronę schodów. – Luna!
***
Niby Lily przyzwyczaiła się już do tego, że jest czarownicą – ale peron 9 i ¾ co roku robił na niej równie silne wrażenie. Po wakacjach spędzonych ze swoją mugolską rodziną zapominała, jak wspaniała i… trudna do pojęcia potrafi być magia. Mogła każdą wolną chwilę spędzać przeglądając księgi z zaklęciami, ale to po prostu nie było to samo.
Z lekko otwartymi ustami przyglądała się czarownicom i czarodziejom odprowadzających na pociąg swoje dzieci, zapomniawszy, że w Londynie powinni ubierać się po mugolsku, nie w pełne szaty wyjściowe. Kufry latały na prawo i lewo naokoło niej, szukając swoich właścicieli, którzy ledwo pod koniec zeszłego semestru pojęli zaklęcie lokalizujące. Sowy huczały, przestraszone tłumem, hałasem i światłem, no i jeszcze kotami, które czaiły się na nie zza nóg swoich właścicieli, ciekawe tego, że taka kolacja została im podstawiona pod mokry, różowy nosek. Różdżki…
– Lily, wyglądasz, jakby cię ktoś kociołkiem w łeb strzelił i uszkodził ci dobry kawał mózgu. – Usłyszała za plecami znajomy, ukochany głos.
Jolene Hudges! W Hogwarcie nie było drugiej osoby, na której widok mogłaby ucieszyć się bardziej. Była jej przyjaciółką, powierniczką, ratowniczką, zbawicielką, wszystkim. Świat Lily zaczynał się i kończył na naleśnikach, które razem kradły ze stołówki i wyciągały dopiero wtedy, gdy wszyscy poszli już spać, a one we dwie, w swoich puchatych piżamkach mogły być wreszcie same w Lily łóżku i rozmawiać o wszystkim i niczym.
Czasami Lily zastanawiała się, jak w ogóle przetrwała pierwsze tygodnie Hogwartu bez Jolene. Z początku nie bardzo mogły się ze sobą dogadać; Lily większość czasu spędzała z Severusem i… Ale o Severusie nie było po co wspominać. Na Severusa przyjdzie jeszcze czas.
– Wcale tak nie wyglądam! – Uznała za swój obowiązek zaznaczyć. – Sama wyglądasz, jakbyś wpadła do kociołka wodnego trolla! Co ci się stało?
Faktycznie, zwykle przecież dość praktyczne i życiowo uporządkowane, te sto czterdzieści funtów (i, zdaniem Jolene, co najmniej o czterdzieści za dużo) teraz upaćkane było jakąś trudna do zidentyfikowania mazią. Bo chociaż wyglądało na to, że jej przyjaciółka zrobiła wszystko, co w jej mocy, by zmyć ją ze swojej skóry i włosów, to najwyraźniej wszystko okazało się niewystarczające.
– Barry dostał na urodziny swoją pierwszą różdżkę, a Ted przekonał go, że zna zaklęcie zmieniające owsiankę w budyń czekoladowy.
Lily westchnęła ciężko. Dzieciństwo w rodzinie czarodziei brzmiało dla niej jak marzenie; i chociaż bardzo kochała swoich rodziców (a nawet Petunię, czasami), dałaby wszystko, by dorwać się do Czasozmieniacza i Zamienic się miejscami z jakimś innym niczego nieświadomym rudzielcem, tak, by to ona mogła dziecięca różdżką niszczyć życie swojego starszego rodzeństwa.
Nie mogła się już doczekać swoich siedemnastych urodzin. Teraz tylko w Hogwarcie miała pozwolenie na czary; czy to nie było niesprawiedliwe? Przecież była odpowiedzialna. Dobrze wychowana. Nikomu i niczemu nie zrobiłaby krzywdy.
Nawet Petunii.
Czasami.
– Ziemia do Lily. – Z zamyślenia po raz drugi już wyrwał ja glos Jolene. – Tak się gapisz, jakbyś nigdy nie widziała latającego kufra.
– Wcale nie…
– A może to jakiś chłopak, co? Wypatrzyłaś jakiegoś przystojniaka?
Jolene stanęła na palcach – ale ze jej kości rosły raczej wszech niż wzwyż od samego dzieciństwa, nawet na tych palcach ledwo sięgała Lily do ramienia. Szanse na to, że wypatrzy kogokolwiek w tłumie, były zerowe.
Tyle, ze los, jak to los, bywa złośliwy; i swoja złośliwością lubi się popisywać w najmniej korzystnych momentach.
– Elijah Prewett na ciebie patrzy!
Z trudem powstrzymała odruch odwrócenia się w kierunku, który niesubtelnie wymachując rekami, wskazywała Jolene. Elijah Prewett. Jasne. Mogła już bardziej uwierzyć w to, że stal i patrzył na nią książę Karol, który nie dość, ze nigdy nie zetknął się z dziewczynka jej pokroju na odległość krótsza niż przewidywana przepisami bezpieczeństwa i korowodem policji,  to w dodatku nawet nie był czarodziejem i nijak nie dostałby się na peron.
Nie, żeby chciała, żeby patrzył na nią książę Karol. Książę nie książę, ale te uszy!
– Elijah Prewett na mnie nie patrzy, Jolene – powiedziała surowo. – Elijah Prewett nie wie nawet, że istnieję.
– Wszyscy wiedzą, że istniejesz, Lily. Rogacz się o to postarał.
A jednak mimowolnie się odwróciła; to był taki odruch duszenia, gryzienia, bicia, rzucania czymkolwiek we wszystkich ludzi, którzy przypominali jej o istnieniu Jamesa Pottera i tej jego wielkiej miłości. Ile razy można powiedzieć jednemu chłopakowi, że nie jest się zainteresowanym? No ile? Właśnie. I to zamierzała jakoś wytłumaczyć Jolene – siłowo lub słownie – gdy jej oczy, JEJ oczy spotkały się z oczami Elijaha Prewetta.
Na chwilę odebrało jej dech w piersiach; nie często bowiem zdarza się, że człowiek, którego nazwisko wypisuje się koło swojego dzień w dzień na okładkach wszystkich zeszytów, mimo dorosłego wieku lat piętnastu, cały rok, nagle jednak zdecyduje się na swojego prześladowcę spojrzeć. I chociaż szybko dotarło do niej, że było to raczej spojrzenie przypadkowe, tak, na pewno, to czuła się tak, jakby wygrała los na największej loterii świata.
***
Szminka Glendy Kendrick zostawiła na jej policzku pełny, różowy ślad – ale do tego była już przyzwyczajona. Do wytulania i rozczochrywania też. Ale czy to wszystko musiało się dziać tuż przed tym, jak zobaczy ją Remus? Nie mogły z tym poczekać do Hogwartu?
Nie, żeby nie tęskniła za swoja najlepsza przyjaciółką. Po prostu miała w życiu priorytety.
– Strasznie się przypaliłaś na tej Majorce – zauważyła Flossie, starając się wyrównać pogniecione w uścisku ubrania. – Wiesz, gdybyś była mugolem, mogłabyś od tego dostać… kraba? Chyba. Wypisałam się z mugoloznastwa, i tak nigdy nie miałam do tego pamięci.
– Co to krab? – nieśmiało spytała Dawn.
Dawn Somers była tak cicha i przezroczysta, że w zasadzie trudno było w ogóle zauważyć jej obecność. Florence ciągle zdarzało się o niej zapominać i zostawiać ją w rożnych miejscach jak opuszczonego, dziecięcego misia. Zresztą, sama Dawn byla takim uroczym misiem pysiem, porównanie samo cisnęło się na usta.
Teraz tez zdziwiona była jej nagłym pojawieniem się, chociaż przecież Puchonka rozmawiała z nią jeszcze zanim Glenda podeszła do nich na peronie.
– Taka choroba. Śmiertelna. Od słońca.
Florence za wszelką cenę chciała brzmieć profesjonalnie;  od czasu, kiedy odkryła, że cudem zwanym Remusem zdała suma z transmutacji na tyle dobrze, że teraz mogła kontynuować wszystkie wybrane przez siebie przedmioty, próbowała zacząć wczuwać się w rolę Poważnej Uzdrowicielki. A że twarz miała niespecjalnie skazana współczuciem, wychodziło jej to nad wyraz dobrze.
Gdyby jeszcze tylko poinformowanie o tym jej ojca wyszło jej równie dobrze, wtedy… Ale przecież postanowiła, że zmierzy się z tym w święta. Przerwy świąteczne wydawały się lepszym momentem na załatwianie takich spraw. Każdy moment, który nie był teraz, był odpowiedni.
– Mugoloznastwo to była taka straszna strata czasu – Glenda zamruczała tym swoim niskim głosem prawdziwej femme fatale i przewróciła oczami. – Cieszę się, że nie będziesz mnie już tam ciągać.
– Nie pojawiłaś się tam ani razu – zauważyła Florence.
– Widzisz? Tyle marudzenia na nic.
Florence pokręciła głową, zrezygnowana. Nie było siły we wszechświecie, która mogłaby zmusić Glendę do zrobienia czegoś, czego ona nie chciała – bo niby dlaczego miałaby zgadzać się na jakiekolwiek życiowe kompromisy? Była śliczna jak obrazek, śmigała na miotle jak marzenie i w gwiazdach zapisane było, że któregoś dnia wyjdzie za bardzo bogatego człowieka. Tak przynajmniej powiedziała jej matce wróżbitka, u której była tuż przed jej narodzinami; a że Kendrickowie nigdy nie skąpili złota na to, co najważniejsze, była to wróżbitka naprawdę dobrej jakości.
– Wcale nie…
– To co, Dawn, zgaduje, ze twoje wakacje tez były udane? – przerwała jej Glenda.
Dawn. Oczywiście. Florence nie mogła uwierzyć w to, że zapomniała o niej dwa razy w przeciągu paru minut. Z każdym rokiem miała z tym coraz większy problem. Jakby Dawn kurczyła się w praniu coraz bardziej i bardziej, i któregoś dnia miała już tylko pozostać pyłkiem na czyimś kołnierzyku.
Spojrzała w jej kierunku. Faktycznie, wciąż tam stała. Nie była pewna, czy jak odwróci głowę, będzie pamiętała, jak Dawn wygląda, ale teraz niewątpliwie była małą, rudą dziewczyną z bardzo piegowatym nosem, lekką nadwagą i parą przekrzywionych okularów. Jak stereotypowo. Może zbyt stereotypowo? Mimowolnie Florence zaczęła zastanawiać się, czy gdyby Dawn była metamorfomagiem, w ogóle by to zauważyła. Chyba nie.
– Bardzo – To była cala odpowiedz Dawn, z cichym B i odrobinę głośniejsza reszta.
Dlaczego w ogóle się z nią przyjaźniły? Zapomniały powiedzieć jej, że nie są zainteresowane?
– Brzmi, jakbyś miała nam strasznie dużo do powiedzenia. – Florence wymusiła na sobie przyjacielski uśmiech. Jeśli kobry bywają przyjacielskie, oczywiście.  – Ale będziemy musiały nadgonić już na uczcie. Obowiązki prefekta wzywają.
Schyliła się, by podnieść kufer i klatkę z bardzo niezadowoloną ze swojego stanu kotką; gdy się wyprostowała, przywitały ją równie niezadowolone oczy Glendy.
– No co?
– Znowu nie jedziesz z nami?
– Daj spokój, cały przedział i tak będzie wypchany. – Wzięła głęboki oddech. – Wy dwie, Phil, Elijah, a jak on to pewnie Octavian z Sinead… Siedzielibyśmy w ścisku.
– Nie widzę mojej przyjaciółki cały miesiąc…
– Który spędziłaś na Majorce.
Gdyby oczy Glendy mogły zabijać; ale na szczęście nie mogły i skończyło się tylko na krótkim, acz piorunującym spojrzeniu.
– Nie widzę cie cały miesiąc, a ty wolisz spędzać czas z tymi nudziarzami?
Florence, tym razem dziwnie świadoma obecności Dawn, próbowała zasygnalizować to najpierw niewerbalnie – drobnym mruganiem oczami i wywijaniem nimi na prawo i lewo w nadziei, że może jakimś cudem Glenda zrozumie, o co jej chodziło. Glenda nie zrozumiała. Jedyne, co jej pozostało to niemal niemo wyrzucić z siebie:
– Remus.
Na cale szczęście nie musiała się powtarzać; nie tylko dlatego, że obawiała się Dawn, o nie, czuła, że z Dawn wszystkie sekrety są bezpieczniejsze niż w Gringotcie. Po prostu wiedziała, że sam zainteresowany kręcił się już po peronie. Wcześniej w tłumie mignął jej jego profil – czy Remus nie miał po prostu idealnego nosa? Nie mogła tak ryzykować.
– Każdy facet na całym świecie byłby szczęśliwy mając takie cudo u siebie przy boku. – Florence bardzo w to wątpiła, ale postanowiła nie przerywać. – A ty musiałaś sobie wybrać takiego sztywniejszego od kija mojej miotły?
– Może trochę ciszej?
– Po prostu uważam, że marnujesz swój czas.
Przez chwilę nie odpowiedziała; nie przyjmowała do wiadomości, że mogłaby się mylić. Ostatnie kilka miesięcy zeszłego roku, w trakcie których Remusa widywała codziennie, bo przygotowywał ją do suma z transmutacji, były najlepszymi miesiącami jej życia. Tak świetnie się dogadywali! Przedmiot, który zawsze traktowała jak znienawidzoną wyższą konieczność nagle stal się tym, na który wręcz czekała – i kiedy sumy w końcu nadeszły i nie musiała się już nim zajmować, w zasadzie zaczęła za nim tęsknic. Te ostatnie dwa miesiące bez Remusa strasznie jej się dłużyły i już nie mogła się doczekać tego, jak znowu usiądzie kolo niego w klasie McGonagall.
Wiec nie, nie marnowała swojego czasu.
Z Glenda nie dało się jednak dyskutować; wyprostowała się wiec tylko i powiedziała:
– Zobaczymy się później.
Nie chciała odchodzić taka zdenerwowana, dlatego tez uśmiechnęła się jeszcze lekko do Dawn i dodała:
– Milej podroży.
Wiedziała, że jej podroż będzie po prostu idealna.
***
Spóźnili się. Jak zawsze. James mógłby spytać samego siebie, czy kiedykolwiek dotarli gdzieś razem na czas, ale byłoby to pytanie wyjątkowo retoryczne, a on przecież nawet sam do końca nie wiedział, czym pytanie retoryczne jest. Powinien spędzać więcej czasu z Lunatykiem. I by się czegoś nauczył, i może pojawiłby się gdzieś na czas.
Z Syriuszem było jak było.
W szczególności teraz, gdy całe jego życie wywróciło się do góry nogami. Niby zarzekał się, że wszystko z nim w absolutnym porządku, że przecież właśnie tego chciał całe swoje życie, że to jego decyzja – ale utrata rodziny, jaka by ona nie była, odcisnęła na nim jakieś piętno. Całe lato spędzili w Dolinie Godryka, próbując zapomnieć o tym, że świat jako taki w ogóle istnieje, ale przecież wakacje musiały się kiedyś skończyć, nie? A zderzenia z rzeczywistością nie należą przecież do przyjemnych.
– Nie ociągaj się, Rogaty, bo nam odjedzie! – Na ten przykład, trzeba było od nowa przyzwyczaić się, że Syriusz marudzi jak stara baba. Czasami miał ochotę powiedzieć mu, że z tym grymasem na pysku zaczyna przypominać swoja matkę, ale to byłby cios poniżej pasa. – No rusz się!
Ruszali się w zasadzie oboje. Na złamanie karku biegli w stronę przejścia na Peron 9 i ¾, przepychając się przez tłum mugoli, którzy najwyraźniej ślepi byli na kufry i klatkę z sowa, jakie ze sobą targali. Szybciej już nie dało rady. Mogliby się teleportować, jasne, ale bez pozwolenia pod koniec dnia wylądowali by raczej w Ministerstwie niż w Hogwarcie.
– To nie ja uparłem się, żeby jechać tym cholernym motorem!
Syriusz przystanął tak gwałtownie, że przez pierwsze kilkadziesiąt sekund James nawet nie zauważył, że staruszki taranuje już tylko jeden zestaw kufrów. Z nieświadomości wyrwało go dopiero szorstkie:
– Nie nazywaj Amabel cholernym motorem!
James odwrócił się i nieomal potknął się o własne nogi; był skonfundowany. Nie za bardzo wiedział, czy ma być zły, płakać, śmiać się, rzucać w tego idiotę butami… Nigdy wcześniej nie uczestniczył w tak absurdalnej sytuacji. Naprawdę mieli spóźnić się na pociąg przez taka bzdurę?
– Dałeś temu złomowi imię? – wyrzucił tylko z siebie, na więcej nie było go stać.
– I jeszcze złom, co? Źle cie dzisiaj przewiozła? Dziewczyna lata jak marzenie, wiadomo, trochę jeszcze turkocze jej w silniku, ale jak na jej wiek to przecież…
Przerwało mu bicie zegara. Najpierw pierwsze, nieśmiałe, zalotne. Takie słodkie: spójrzcie, no co tu ja tutaj. Rozchodzące się po ciele przyjemnym dreszczem, powoli, byle nie za szybko, przecież jeszcze mamy czas, będzie następna okazja, czy musimy wszystko tak od razu psuć?
Potem drugie i trzecie, już śmielsze, już rozochocone powodzeniem poprzednim. Takie w sam raz na to, by zawtórował mu skrzek sroki, tyle że na dworcach kolejowych nie żyją żadne sroki, ledwo mieszczą się tu gołębie, tyle ich tu jest, gołąb na gołębiu. A gołębie nie skrzeczą, co najwyżej gruchotają i to nie w rytmie, a na widok kanapek, bajgli, pasztecików, nawet frytek, byle pełnoglutenowych i ukradzionych komuś prosto z papierka.
Czwarte bicie zegara zaświeciło w oczach Jamesa najniebezpieczniejszym z błysków – błyskiem paniki, szybko odbitym i w oczach Syriusza. Małe trybiki w ich główkach pracowały na pełnych obrotach w rytmie tego bicia, ale dopiero to piąte, pełne, grzmiące sztormem i burza, wyrwało ich z tego stanu osłupienia, tego stanu niewierzenia własnym oczom.
I zanim mogło rozbrzmieć cudowne szóste bicie zegara, chłopcy zerwali się do biegu, powrócili do tratowania staruszek, którym na nic torebki i parasole obronne, nawet nie przepraszając nikogo po drodze, bo każde przeprosiny to dodatkowa sekunda, a im sekundy skończyły się jakieś pól godziny temu. Koło zegara, pod którym się kłócili, została tylko jedna, porzucona gazeta, jeden Prorok Codzienny, takie maleństwo, a ilu mugoli wyśle na czyszczenie pamięci!
Ale czy nawet najpiękniejsze siedem bić zegara mogło ich jeszcze uratować?
***
Przez te dwa miesiące, kiedy się nie widzieli, kiedy nie wymienili ani jednego listu i ani jednego zdjęcia, Florence zapomniała już prawie, jakie wrażenie wywoływał na niej sam widok Remusa Lupina. Z pamięci całkowicie wyleciało jej i wzmocnione bicie serca, i ciepło rozlewające się po całym jej ciele, a nawet i ucisk w żołądku, którego nie mogły wyjaśnić jej żadne podręczniki magomedycyny. Nie musiał nawet patrzeć w jej kierunku ani uśmiechać się, nic z tych rzeczy; wystarczyło, że był, nawet nie na wyciągnięcie dłoni, i Flossie traciła jakąkolwiek kontrolę nad sobą.
Tak jest teraz, gdy zobaczyła go na końcu korytarza, wychodzącego z przedziału dla prefektów. Sam Remus nie miał szansy jej zauważyć, dzielił ich bowiem prawdziwy tłum jedno- i drugorocznych, ale przecież ona nie mogła go przegapić. Z wrażenia aż przystanęła; co w zasadzie nie było najmądrzejszym rozwiązaniem ­– jakiś mały człowieczek wpadł na nią z rozpędu i to z takim rozmachem, że klatka, w której trzymała swoją kotkę wypadła jej z ręki.
– Szlag­ – warknęła do siebie i już była gotowa odejmować punkty i straszyć szlabanami, gdyby nie to, że Luna, korzystając z tej wyśmienitej okazji, wybiegła z klatki, a dzieciak, który na nią wpadł, schował się w przedziale, gdy odwróciła się za swoim kotem.
Nic nie szło zgodnie z jej planem. Luna kocim zwyczajem rozmyła się w tłumie i ślad po niej zaginął; nie było sensu rzucać się w szaleńczy pościg, jeszcze nie teraz, trzeba było odczekać aż ułoży się gdzieś do snu, leniwa bestia, i dopiero wtedy uderzyć. Jedyne, co Florence pozostało to wziąć się w garść, poprawić przekrzywioną zderzeniem spódnicę i wrócić do patrzenia na Remusa.
Remusa, który znajdował się o wiele bliżej niej niż to zapamiętała.
– Cześć – wyrzuciła z siebie ze zbyt entuzjastycznym uśmiechem.
– Wyglądasz jakbyś potrzebowała pomocy – Wskazał głową na kufer, który wciąż trzymała w ręce. – Mogę?
Nie tracąc głupiego uśmiechu ze swojej twarzy, Florence podała mu kufer – zbyt późno uświadamiając sobie, że przecież był obłożony zaklęciem lekkości i ważył nie wiele więcej niż skrzydełko bahanki. Remus wyglądał na zaskoczonego; ale szybko zmył zdziwienie ze swojej twarzy i wrócił do swojego zwyczajnego, spokojnego stanu.
Flossie uwielbiała ten spokój. Jego przyjaciele – James, Syriusz, a może nawet i Peter – byli uosobieniem chaosu w najczystszej postaci. Remus nigdy nie tracił gruntu pod swoimi nogami. A do tego wyglądał idealnie, taki wysoki i szczupły, z brązowymi włosami lekko opadającymi na brązowe oczy… Florence umiała docenić dobrą koordynację kolorystyczną; w końcu sama była cała stworzona z jasnoszarego puchu i nawet jej niebieskie oczy czasem bladły, by stopić się z całą resztą.
I tylko blizna Remusa na prawym policzku mówiła, że poza tym ideałem opanowania było w nim coś więcej – coś czekającego na to, by to odkryła, by położyła na tym swoje niecierpliwe rączki i dotarła do samego sedna… problemu.
– Gdzie Luna? – nawet nie zająknął się na temat lekkiego kufra.
Florence schyliła się, by podnieść z ziemi klatkę, ale Remus ją ubiegł; i chociaż ku jej rozczarowaniu ich dłonie nie zetknęły się przy tym w sposób wyjątkowo romantyczny albo jakikolwiek inny, udało jej się wymienić z nim niezręczny uśmiech, gdy zderzyli się głowami, i to musiało jej na ten czas wystarczyć.
– Zwinęła się, jak zawsze – odpowiedziała, niezbyt pośpiesznie wyprostowując się. Gdyby to od niej zależało, zostałaby na podłodze pociągu, chociaż zwykle takie miejsca były zbyt niehigieniczne dla jej stylu życia. – Kiedyś wróci.
– Powinnaś była kupić sobie psa, są o wiele lojalniejsze.
Z jakiegoś powodu bardzo go to bawiło; Florence nie rozumiała i nie miała tego nigdy zrozumieć, ale posłusznie uśmiechała się w odpowiedzi, bo i tak nie mogła się tego uśmiechu pozbyć.
– Psy nie znajdują się na liście zwierząt dozwolonych.
– Straszna strata, nie sądzisz?
Nie sądziła; łamanie regulaminu to nie było coś, czym interesowałaby się Florence, w szczególności zaś w imię kępy nikomu do niczego niepotrzebnego futra. Już otworzyła usta, by go o tym poinformować, ale powstrzymała się w ostatniej chwili; Remus nie musiał wiedzieć o tym, że nie lubiła psów, skoro tak bardzo był do nich przywiązany. Takie drobne różnice w dobrym związku zawsze da się jakoś zbalansować.
Ruszyła za nim w stronę przedziału prefektów.
– Jest wiele szkolnych regulacji, nad których zmianą popracowałabym, zanim przyszłoby mi do głowy mieszanie przy liście zwierząt dozwolonych – wyrzuciła z siebie na jednym oddechu. – Jak choćby nierozsądne pomysły na szlabany, jakie wpadają do głowy niektórym profesorom. Nikt nie sprawuje nad tym żadnej kontroli. Ty powinieneś o tym wiedzieć najlepiej. Czy to nie James z Syriuszem musieli w zeszłym roku pracować z centaurami w Zakazanym Lesie? W Zakazanym Lesie! Za-ka-za-nym. Gdyby ktoś się o tym dowiedział, i oczywiście miał w sobie tyle odwagi, by przeciwstawić się starczym fanaberiom Dumbledore’a, Hogwart dawno by już zamknięto.
Nie planowała wygłaszać żadnych przemów; czasami wychodziły z niej samoistnie, bez jakiegokolwiek pytania o pozwolenie. Dla człowieka, który lubił mieć wszystko pod ścisłą kontrolą, było to dość stresującym przeżyciem. Ale że większość tych słowotoków nachodziła ją w towarzystwie Remusa, jakoś sobie je wybaczała, tłumacząc, że to jego obecność aż tak ją inspiruje.
Remus pokręcił tylko głową i przytrzymał drzwi od przedziału tak, by mogła przez nie przejść pierwsza. W środku, jak zawsze, było pusto. Większość prefektów wolała spędzać podróż do Hogwartu w gronie przyjaciół i tylko nieliczni decydowali się na inne towarzystwo – a to i tak zwykle dopiero po pierwszych parędziesięciu minutach jazdy, gdy nadgonili już wszystkie wakacyjne ploteczki i wyprzytulali się z kim chcieli.
– Może masz rację – odpowiedział jej bez przekonania, wrzucając jej kufer na półkę z bagażem. Florence nie bez przebłysku samozadowolenia zauważyła, że jego znajduje się tylko kilka cali dalej. – Ale jesteś odrobinę zbyt surowa. Chłopakom nic się nie stało, ba, Syriusz wciąż utrzymuje, że była to przygoda jego życia.
– Syriusz nie ma zielonego pojęcia, co jest bezpieczne, a co nie.
– Też się tego czasami obawiam.
Spojrzał na nią znowu i przez moment w jego oczach zobaczyła smutek, którego zupełnie się nie spodziewała. Czy powiedziała coś złego? Przecież Syriuszowi nic nie było, tak? Znała tego bufona od dziecka, jeszcze z czasów, gdy jej ojciec utrzymywał kontakt z tą częścią magicznego świata, a sam Syriusz nie zdecydował, że nienawidzi swojej rodziny. Chłopak był nieśmiertelny. Tylko prawdziwa ignorancja i nieświadomość tego, że jest się wrażliwym na ból, chroniła człowieka w takim stopniu. A on opanował i jedno, i drugie.
– Dasz sobie tutaj radę sama? – Remus wyrwał ją z tych rozważań w samą porę; gotowa była już wygłaszać kolejną przemowę, tym razem może mniej przyjemną, na temat tego, jakim beznadziejnym człowiekiem był Syriusz Black. – Nie chcę cię tutaj tak bez nikogo zostawiać, ale muszę sprawdzić, czy Peter znalazł już Jamesa i całą resztę. Sama wiesz, ma tendencję do gubienia się.
Przez chwilę myślała, że się przesłyszała. Czy to oznaczało, że nie będą spędzać razem podróży do Hogwartu? Ale jak to? Czy nie była wystarczająco dobrym towarzystwem? Myślała, że… Szybko jednak uświadomiła sobie, że to przecież tymczasowe; Remus martwił się o swojego przyjaciela i musiał upewnić się, że wszystko było w absolutnym porządku. Prawda? Na pewno chodziło mu tylko o to.
– Jasne. Mam trochę lektur do nadrobienia.
– Znalazłaś Tajemne i Tajemnicze Tajniki Transmutacji III, tak, jak ci polecałem? – spytał, a gdy kiwnęła głową, dodał: – Świetnie. Zacznij od czwartego rozdziału, wiem, że to niekonwencjonalne, ale sama szybko zrozumiesz, dlaczego.
Uśmiech w końcu zszedł z jej twarzy.
– Dzięki, Remus.
– Zawsze do usług.
***
Patrzył, jak pociąg powoli zaczyna toczyć się w stronę dalekiej Szkocji, zdecydowanie bez niego na pokładzie i nagle cale jego życie stanęło mu przed oczami, jak w jakiejś tandetnej, mugolskiej noweli o umieraniu. Bo czy bez Hogwartu w ogóle miał jakieś życie? Rodzinę, której nigdy nie chciał? Przyjaciół, którzy zajęci będą zdobywaniem tytułów naukowych i całego świata?
Cóż, przynajmniej zostanie mu Rogaty. Z Rogatym zawsze było lepiej niż bez Rogatego; chociaż będzie musiał pamiętać, by stłuc mu mordę za Anabel. I za to, że się spóźnili, a teraz do końca życia będą już sprzedawać gazety, bo nie był za bardzo pewny, co innego mogą robić ludzie, którzy nie skończyli żadnej szkoły.
Może czas będzie złamać różdżkę i zostać mechanikiem? Z jego motorem szło mu nieźle i bez magii, a matkę mogło to w sumie zabić, więc…
– Bardsley do nas macha!
Faktycznie, Bardsley machał, i to dość energicznie. Wystarczyło się trochę skupić na tu i teraz, i trudno go było nie zauważyć. Taki kawal chłopa przecież z niego był, w sam raz na pałkarza, a i z talentem do uderzania tłuczkiem, naprawdę marnował się w tym Hufflepuffie. James kiedyś cos tam wspominał, że chętnie by im go podkupił, ale nawet Remus nie mógł znaleźć w regulaminie Hogwartu kruczka, który by to umożliwiał. A przydałby im się, oczywiście, każdy talent się przydaje, nie?
Na tylnim… balkonie, czy co to tam było, Syriusz nie był do końca pewny, ba, pewny był, że nigdy wcześniej tego nie widział, za Philem Bardsley stal tez Elijah Prewett. Ten nie machał, w końcu Prewettom nie wypada; bo chociaż może i był o wiele bardziej zrelaksowany od swojego brata bliźniaka, to mimo wszystko był szują niegodną niczyjego zaufania. A już na pewno nie zaufania Jamesa, który z uśmiechem na ustach biegł właśnie w jego stronę.
– Puśćcie bagaże, Elijah je wam przelewituje! – Phil krzyczał trochę za głośno jak na to, że i Syriusz, i James dobiegali już do pociągu.
Gdyby byli tu z Remusem, ten przejąłby się stanem swoich idealnie wyprasowanych i złożonych w kostkę koszul; na szczęście żaden z nich nie miał takich problemów i tylko sowa Jamesa wyraziła swoje oburzenie głośnym skrzekiem, gdy jej klatka z hukiem runęła o peron. Chwile później nie było jej jednak o wiele lepiej – chociaż tym razem zderzyła się z odrobinę przyjaźniejsza podłogą pociągu.
James, z pomocą Phila, wskoczył za nią pierwszy; Syriusz ociągał się trochę i o mało co, a pociąg przyśpieszyłby na tyle, że już by go nie dogonił. Ale ostatecznie złapał Phila za rękę i pozwolił się wciągnąć na pokład.
– Na ostatnia chwile dzisiaj, co? – Phil szczerzył do nich zęby. – Kiedyś wpakujecie się w coś, z czego nie da się już wyplątać.
– Nie istnieją rzeczy, z których nie da się wyplątać – James odpowiedział z pewnością, której nigdy nie brakuje młodym, odważnym i głupim. – Co wy tu w ogóle robicie? Elijah chciał jeszcze pomachać do mamusi?
Prewett, który w ogóle nie wyglądał tak, jakby potrzebował jeszcze mamusi, może raczej okładki jakiegoś magazynu, na której niewątpliwie kiedyś się znajdzie, parsknął śmiechem, ale Syriusz nie mógł się pozbyć wrażenia, że James nie rzucałby takimi żarcikami, gdyby wiedział, że właśnie zacienia więzy z człowiekiem, na punkcie którego z miłości szaleje Lily Evans.
***
Minęło pół godziny, a potem godzina, a potem półtorej – i nikt się nie pojawił. Po Remusie nie było ani śladu; tak jak po Lunie, ale jeśli chodziło o jej podróżne nawyki, w tym nie było akurat niczego dziwnego. Inni prefekci też jakoś nie kwapili się, by spędzać czas w swoim przedziale. I tak właśnie, mimo swoich skomplikowanych planów i postanowień, Florence została całkowicie sama.
Siedziała przy oknie z Tajemnymi i Tajemniczymi Tajnikami Transmutacji III na kolanach i próbowała się skupić na rozdziale czwartym, ale jedyne, do czego była zdolna, to czytanie jednej i tej samej linijki tekstu po stokrotność. Nie wiedziała, czy to wina jej niechęci do transmutacji, nastroju, czy może tego, że do końca życia każda zamiana książki w pytona będzie jej się kojarzyć z Remusem. Czuła, że było to jakieś skomplikowane połączenie wszystkich trzech czynników, z niezdrowo wysoką zawartością tego ostatniego.
Świat za szybą nie wyglądał zbyt obiecująco; im dalej na północ tym bardziej padało. Florence zawsze uważała, że Hogwart powinien znajdować się gdzieś w środkowej Anglii, tam, gdzie jest daleko od morza i pada najmniej. Ale nie. Ktoś postawił na Szkocję. To pewnie Salazar Slytherin liczył na to, że część niegodnych studentów poślizgnie się na śniegu i wpadnie do jeziora. Śnieg. Czemu musieli się uczyć gdzieś, gdzie czasem padał śnieg?
Z niepotrzebnym hukiem zatrzasnęła książkę. Dość tego użalania się za sobą; jeszcze chwila i będzie gotowa napisać wniosek o przeniesienie do brazylijskiej szkoły magii i przy odrobinie pecha będzie pierwszym uczniem, któremu taki wniosek zaakceptują.
Musiała coś ze sobą zrobić. Ale co? Powrót do Puchonów wiązał się z nieuniknionym tygodniem marudzenia Glendy i jej a nie mówiłam. Nie była pewna, czy to w ogóle jakaś alternatywa. Remusa… Remusa nie mogła tak po prostu poszukać, bo wyszłaby na desperatkę.
Może czas było znaleźć Lunę?
To w zasadzie nie był taki zły pomysł; a przynajmniej na tyle motywujący, że ani się obejrzała, a już szła korytarzem, zaglądając jeden po drugim przez szyby innych przedziałów, w nadziei, że los się do niej uśmiechnie i nie będzie musiała szukać jej tam, gdzie Luna zwykle bywała w takich sytuacjach. Naprawdę nie miała na to ochoty. Wolałaby już wrócić do transmutacji i samoudręczenia.
W połowie pociągu gotowa była już się poddać i wrócić do przedziału prefektów przegraną, już odwracała się na pięcie w niezgrabnym pół-piruecie, gdy los w swojej łaskawości jednak zesłał jej zbawienie.
James Potter wyszczerzył się na jej widok i pewnie przeczesałby swoim zwyczajem zbyt długą, czarną grzywkę, która opadała mu na oczy, gdyby nie to, że w rękach trzymał birmańską kotkę, dziwnie spokojną i zadowoloną z tego faktu, trochę wylewającą się poza jego ramiona z nadmiaru karmy wsypywanej codziennie do jej miseczki. Florence mimowolnie odwzajemniła ten uśmiech; bo chociaż zwykle James Potter nie był jej ulubionym towarzystwem, w obecnej sytuacji nie mogła za bardzo wybrzydzać.
I tylko jej serce zakłuło ją króciutko; świadomość, że jeśli jej kotka znalazła Jamesa to znalazła i Remusa, i że to on powinien ją przecież odnosić.
– Znalazłeś Lunę! – Nie mogła powstrzymać okrzyku radości.
James zbliżył się do niej, nie wypuszczając z uścisku kota.
– Twoja? – zapytał. – Wpadłem na nią wychodząc z łazienki. Urocze kocisko. Bardzo podatne na drapanie za uchem.
Kłucie w sercu już nie powróciło. Remus nie wiedział o Lunie. Oczywiście, że nie. Przyniósłby ją sam, gdyby James się z nim skonsultował. Jak mogła pomyśleć inaczej?
– Jest bardzo… nieposłuszna – odpowiedziała mu lekko przepraszającym tonem. Nieposłuszna nawet w połowie nie obejmowało tego, jaka była Luna. Ona żyła po to, by przeciwstawiać się Florence i wszystkiemu, w co wierzyła. – Przepraszam, że sprawiła ci kłopot.
– Kłopot? Co ty. Ty uważaj, żeby ci do mnie nie uciekła, myślę, że połączyła nas miłość aż po grób.
Florence pochyliła się, żeby pogłaskać Lunę po głowie. Ta, niezadowolona, próbowała uderzyć ją łapą – taka z niej była księżniczka.
– Myślę, że ta pozycja jest już zajęta.
– Przez kogo? – James udawał oburzonego. – Jestem gotowy wyzwać go na pojedynek na śmierć i życie. Łotr nie ma ze mną najmniejszych szans.
Przyłożyła dłoń do ust i wyszeptała szeptem wyjątkowo scenicznym:
– Mała ma drobną obsesję na punkcie Evana Rosiera.
Taka była niestety prawda – ilekroć Luna znikała jej z oczu, prędzej czy później Florence znajdowała ją w lochach Slytherinu, podążającą tylko i wyłącznie za Evanem Rosierem. Było coś niepokojąco prześladowczego w tej obsesji, która doprowadzała do śmiechu Rosiera, a samą Flossie do absolutnego szału. Czego by nie dała, by jej kot przyzwyczaił się do człowieka, który nie był socjopatą i koszmarem jej wczesnego dzieciństwa. Czy nie mogła upatrzyć sobie jakiegoś Krukona? Krukoni byli mili. W porównaniu z Evanem Rosierem wszyscy byli mili.
– Żartujesz?
Pokręciła głową; naprawdę chciałaby żartować, ale nic z tego. Jej przeznaczeniem było do końca życia ściągać Lunę z kolan Rosiera – bo Florence, przy swoim wrodzonym talencie do rozdmuchiwania spraw błahych czuła, że nawet po tym, jak obydwoje ukończą naukę w Hogwarcie, Luna jakoś znajdzie swoją drogę prosto w jego ramiona, choćby miała przejść całą Anglię, a nawet całą kulę ziemską.
James złapał kotkę za kark i podniósł ją na wysokość swoich oczu; z perspektywy Florence wyglądało to tak komicznie, zdziwiony kot i James marszczący brwi w fałszywym oburzeniu, że aż mimowolnie zachichotała, chociaż chichot, trzeba to podkreślić, nie leżał w jej naturze.
– Ty obrazo na kocim narodzie, ty zdrajczyni kociego rodzaju! Jak mogłem w ogóle spojrzeć w twoją stronę? Złamałaś mi serce, przebiegła myszojadko!
– Wiesz, James – próbowała brzmieć surowo. – To wciąż jest mój kot.
– Nie boisz się z nią spać w jednym pokoju?
– Nawet w jednym łóżku.
Podał jej kota, rozdziawiając przy tym usta w wyrazie udawanego zdziwienia. Zachichotała ponownie, nie za bardzo zdając sobie z tego sprawę, a on roześmiał się tym razem z nią, i tak stali, idioci, śmiejący się do kota na pustym korytarzu, kota, któremu nie podobały się nowe ręce i który robił wszystko, by się im wyrwać.
– Dzięki – powiedziała w końcu, ściskając przy tym Lunę odrobinę za mocno; ta w samoobronie dziabnęła ją w ramię, co z kolei spowodowało ciche syknięcie Florence, która w odwecie ścisnęła ją jeszcze mocniej. – Naprawdę nie chciałam zaczynać roku od Rosiera.
– To bardziej niż zrozumiałe.
James w końcu przeczesał grzywkę palcami; ten jego nawyk mógł niektórym wydawać się irytujący, ale dla Florence, z jej obsesją klasyfikowania wszystkich i wszystkiego, Jamesa Pottera bez niego po prostu nie było – stanowił o istocie jego istnienia równie mocno, co wiecznie po-tłuczkowe siniaki na jego ramionach czy ten szelmowski błysk w oku, gdy planował coś bardzo bardzo głupiego.
– Może… może jednak ci z nią pomóc? – spytał, patrząc na szarpaninę, która odgrywała się na jego oczach. – Mógłbym ci ją odnieść do przedziału, albo, no nie wiem, nie chciałabyś jechać z nami? Mamy puste miejsce, a Syriuszowi brakuje ochotników do Eksplodującego Durnia.
Wziął ją z zaskoczenia; czy naprawdę miałaby spędzić z nimi podróż do Hogwartu? Dałoby jej to okazję do spędzenia czasu z Remusem, ale czy na pewno była na to gotowa?
– Nie wiem… Nie wiem, czy to dobry pomysł – odpowiedziała po zdecydowanie zbyt długiej pauzie. – Ja i Syriusz tyle godzin razem w jednym miejscu.
Wzruszyła lekko ramionami; rozłożyłaby też ręce, gdyby właśnie nie odgryzała jej ich Luna. James wyglądał na zakłopotanego.
– Racja, zapomniałem. Przepraszam.
– Nie przepraszaj, nie ma za co.
– No ale… – Wziął głęboki oddech. – Przepraszam i tak.
Wbił wzrok w buty. Florence też odwróciła głowę; po raz pierwszy od dawna nie wiedziała ani co ze sobą zrobić, ani co powiedzieć. Czuć się niezręcznie to jedno, ale czuć się niezręcznie i być Jamesem Potterem? Czy on przypadkiem nie był personifikacją wszystkich rodzajów pewności siebie?
– Poradzę sobie – wyrzuciła z siebie w końcu.
– Jesteś pewna? Mógłbym…
– Jestem.
Spojrzeli na siebie równocześnie; i obojgu z nich zrobiło się lżej na sercu, że to drugie też mimowolnie się rumieni, i aż się z tej lekkości do siebie uśmiechnęli. Nawet Luna przestała na chwilę się szarpać, pogodzona z faktem, że czy tego chce, czy nie, będzie musiała wrócić do swojej klatki i spędzić tam co najmniej kilka najbliższych godzin.
– Dzięki, Potter.
– Nie ma za co.