Tonight, tonight

You can never ever leave
Without leaving a piece of youth
And our lives are forever changed
We will never be the same
/Smashing Pumpkins – Tonight, tonight/

Pierwsze krople letniego deszczu – tak wyczekiwanego przez wszelką zieleń, która przebiła się przez pokryty betonem Londyn – dotknęły chodnika w tym samym momencie, kiedy zamknął się w łazience Potterów, bezpieczny w Dolinie Godryka. Nadal oddychał ciężko, jakby przebiegł całą drogę między Londynem a Dorset, choć przecież nie byłby w stanie tego zrobić, nawet nienawiść, która zasnuwała mu obraz czerwienią i którą smakował w ustach – smakowała krwią, kurzem i, nie wiedzieć czemu, lukrecją – nie dałaby mu dostatecznie dużo siły. Przestronna łazienka Potterów – pełna beżów i bieli, prostych kształtów i puchatych ręczników – nie pasowała do niego, czy może raczej on nie pasował do niej. Roztrzęsiony i na poły szalony – przecież musiał być szalony – pośrodku tej jasności wyglądał jak… jak ponurak. Myśl ta sprawiła, że parsknął śmiechem, zbyt głośnym i trwającym zbyt długo, by mógł być zignorowany.
Ledwie zdążył go stłumić, zdławić w sobie, śmiać się dalej w sobie, nim usłyszał niepewne pukanie do drzwi.
– Wszystko w porządku, Syriuszu?
Nic nie było w porządku. Nic.
– Oczywiście – zapewnił, choć w pierwszej chwili nie był pewny, czy to jego głos.
– Zawołaj mnie, gdybyś czegoś potrzebował – powiedziała pani Potter, a potem odeszła, wyraźnie słyszał jej oddalające się kroki.
Nie planował jej wołać, nawet gdyby miał stracić resztki siebie pośrodku jej zadbanej, idealnej łazienki.
Nadal siedział na podłodze, opierając się plecami o wannę. Wodził oczami po ścianach, bezrefleksyjnie katalogując wszystko, co stało na półkach, każdą buteleczkę, każdy flakonik… Co jakiś czas trafiał na obrazek w ramce, zza której patrzyły na niego kocięta lub dzieci, wszystkie w towarzystwie kwiatów i wszystkie tak samo przestraszone. Jakiejś części jego świadomości to niemal pochlebiało – tej mrocznej części, która mogłaby trafić do Slytherinu, która mogłaby być Blackiem.
Szybko przeniósł wzrok na niewielkie okno przysłonięte firanką. Po szybie płynęły ciężkie krople deszczu, a Syriusz poczuł, że w gardle znów rodzi mu się płacz, który chciał ze wszelkich sił stłumić. Już wcześniej – kiedy pierwsza wściekłość minęła i kiedy zdał sobie sprawę, że tym razem nie może wrócić, tym razem nie może dać im wygrać – uronił kilka łez, która zdradziecko popłynęły po jego policzkach, kiedy ze wszelkich sił starał się je powstrzymać, zawrócić, zdławić w zarodku. Musiał je jednak wytrzeć wierzchem dłoni, wykonując wściekły ruch. Wściekłość była łatwiejsza, płonęła jasnym, gorącym płomieniem, wychodziła z trzewi i rozlewała się na resztę ciała, oplatając kręgosłup jęzorami żywego ognia. Wypierała wszystkie inne emocje, które w pewnym momencie próbowały nad nim zapanować, ale chwycił się jej, jak tonący łapie cokolwiek, co tylko przypomina linę, żeby tylko pozostać na powierzchni.
Za oknem było już ciemno. Nawet gdyby przesłuchiwano go przed Wizengamotem, nie byłby w stanie ustalić, czy to tylko wina burzowej chmury, czy też siedział na podłodze tak długo, aż zapadł zmrok. Deszcz nadal tłukł w szybę, tak samo nieustępliwy jak pół godziny i miliard lat temu.
Z trudem się podniósł, zmuszając do wysiłku mięśnie, które zastygły w bezruchu, napięte, jakby gotowe do kolejnej ucieczki. Podszedł do umywalki, żeby ochlapać twarz wodą – zmyć ślady, przecież każdy, kto go widział, musiał je widzieć, musiał wiedzieć, że płakał – i ze zdziwieniem stwierdził, że jego twarz się nie zmieniła. Patrzył na niego ten sam Syriusz, którego widział tego samego ranka – naprawdę to było dziś rano? – w łazience domu przy Grimmauld Place. Było w tym coś niedorzecznego, niemożliwego, wręcz nieprzyzwoitego, że jego twarz była wciąż tą samą twarzą, która przedrzeźniała Regulusa przy rodzinnym stole czy którą w porywie złości uderzyła Walburga Black.
Nie mogąc dłużej znieść tego widoku, który nijak nie przystawał do wszystkiego, co kotłowało się w syriuszowym sercu, gotowe eksplodować, jeśli tylko wściekłość przestanie sterować całym jego ciałem, mechanicznie zdjął z siebie ubranie – kupione w mugolskim sklepie, żeby tylko zrobić im na złość – i wszedł do wanny.
Woda powinna go uspokoić, ale im dłużej w niej leżał, tym boleśniej był świadom, że wściekłość go opuszcza, ale jej miejsca nic nie zajmuje. Kiedy zawartość wanny całkiem ostygła, a jego palce namiękły jak nigdy, zdał sobie sprawę, że wypełnia go pustka tak namacalna, że aż musiał sprawdzić, czy nadal ma brzuch i nogi. Były tam, kiedy wycierał je puchatym, beżowym ręcznikiem pani Potter, były tam, kiedy zakładał piżamę i musiały tam nadal być, kiedy zebrał swoje rzeczy i wyszedł na korytarz. Możliwie bezszelestnie – jakby nigdy nie istniał, jakby go tu wcale nie było – dotarł do pokoju gościnnego, do którego pani Potter przyniosła koce i poduszki, jeszcze zanim nawiązał duchowy kontakt z podłogą w jej łazience. Zapewniała, że to żaden problem, że miło im go gościć – i była przy tym tak szczera, że niemal jej wierzył.
Na znajdującej się w pokoju sofie leżał James, który bawił się złotym zniczem. Wypuszczał go, pozwalał mu przez chwilę cieszyć się wolnością, a potem łapał, zduszając wszelkie złudzenia co do tego, kto w tej sytuacji ustalał zasady. Syriusz poczuł, że go mdli, ale nic nie powiedział. W milczeniu patrzył, jak złota piłeczka raz po raz próbuje wyrwać się na wolność i wraca do dłoni Jamesa.
– W końcu nawiałeś – powiedział, a w jego głosie pobrzmiewała duma z przyjaciela. Wcześniej, kiedy Syriusz stanął na progu ich domu, wymienili niewiele słów, obaj zbyt oszołomieni. – Ale się wkurzą.
– Już byli wkurzeni – odpowiedział Syriusz, oczekując powrotu wściekłości.
James zaśmiał się i przez chwilę wydawało się, że zgubi swój złoty znicz, ale ponownie udało mu się w porę podciąć skrzydełka i zamknąć go w dłoni.
– Chcesz o tym pogadać?
Syriusz przez chwilę milczał, rozważając, jak ubrać w słowa wszystko, co się wydarzyło tego dnia – od śniadania, przez odwiedziny wuja Cygnusa, zasłyszane ukradkiem dyskusje o nim czy o Andromedzie – czarnych owcach wśród Blacków – a potem, w okolicy obiadu, wszystko eskalowało tak szybko, że pamiętał tylko te mniej znaczące urywki, wśród których przewijały się przytyki do kolorów Gryffindoru, do tego koszmarnego, mugolskiego wynalazku, który odtwarzał muzykę, do dekoltu Brigitte Bardot… To było łatwiej pamiętać, łatwiej ubrać w słowa i opowiedzieć Rogatemu, zostawiając w tej historii przerwy wystarczająco długie, by mógł się pośmiać, i dostatecznie krótkie, by nie dostrzegł, że w opowieści brakuje wielu elementów. Że niezależnie od tego, jak Walburga i Orion Black nienawidzili połączenia złota z czerwienią, odsłoniętych ramiona Bardot i piosenek Bruce’a Springsteena, które Syriusz pokochał, żadna z tych spraw – ani nawet wszystkie naraz – nie tłumaczyła, czemu pierworodny szlachetnego i starożytnego rodu Blacków znalazł się bez dachu nad głową.
James nadal rechotał, zbyt rozbawiony wizją plakatu tańczącego kankana pośród rodowych sreber podczas niedzielnego obiadu.
– Dobre zaklęcie – powiedział, a w jego oczach zalśniło coś, co nakazywało sądzić, że wkrótce podobne zjawisko będzie można zaobserwować na stole w kuchni państwa Potterów.
Syriusz uśmiechnął się krzywo.
– Miałem czas, żeby ćwiczyć.
To na chwilę otrzeźwiło Jamesa, który w mgnieniu oka spoważniał.
– Nie powinieneś był tam w ogóle wracać – oświadczył, podnosząc się z sofy. – To banda oszołomów, szkoda twojego czasu na nich. Powinieneś był prosto z Londynu przyjechać do nas.
Syriusz odruchowo skrzywił się lekko, jakby słowa te dotknęły go fizycznie. Choć ten lekki grymas znikł tak szybko, jak się pojawił, to nie uszedł uwadze Jamesa; Rogaty nie wiedział jednak, co z właśnie powziętą wiedzą zrobić, więc wzruszył ramionami i klepnął Syriusza w ramię.
– Wyśpij się, a jutro pogramy w quidditcha – powiedział, wychodząc z pokoju.
Syriusz zbyt szybko został sam ze swoimi myślami, swoją pustką – która po wyjściu Jamesa stała się jeszcze bardziej oczywista, bo wcześniej była, ale mógł ją odepchnąć, zlekceważyć, zepchnąć na drugi plan, skoro była zbędna w tej rozmowie, skoro mógł ją przykryć zabawnym komentarzem i niezbyt szczerym uśmiechem – i z tobołkiem ubrań, które przyniósł z łazienki. Rzucił je w kierunku krzesła, nie patrząc nawet, gdzie wylądowały. Przez ułamek sekundy poczuł wyrzuty sumienia – pani Potter nie powinna patrzeć na jego brudne skarpetki, kiedy tu jutro wejdzie – ale były one zbyt małe, by coś z nimi zrobił. Zamiast tego rzucił się na sofę, układając się wygodnie i wbijając wzrok w sufit. Jedynym źródłem światła – teraz, kiedy James zamknął za sobą drzwi do korytarza – był księżyc. Zbliżała się pełnia, ale cóż z tego, jeśli Remus był setki kilometrów stąd.
Poprzedniej nocy patrzył na księżyc przez zupełnie inne okno, leżąc na zupełnie innym łóżku i zastanawiając się, jak długo jeszcze zniesie to, co działo się przy Grimmauld Place. Jak długo pozostanie jeszcze sobą – Syriuszem – zanim coś w nim pęknie i stanie się kimś innym – Blackiem. Przecież o to im właśnie chodziło, pod tymi wystudiowanymi maskami obojętności kryło się pragnienie, by był taki jak oni; czuł je w każdym pogardliwym spojrzeniu, w każdym wymierzonym mu razie, w każdej złośliwości. Umacniało to jego postanowienie, by nigdy nie stać się jednym z nich, ale…
Ale…
Syriusz zamknął oczy, przywołując w myślach jakąś – jakąkolwiek – piosenkę z tych, które ostatnio słyszał w radio. Niemal chwytał myślą melodie i słowa, ale wszystkie prędzej czy później rozmywały się, łączyły w bezsensowne twory albo urywały. Gdzieś tam, z tyłu głowy, była cały czas twarz jego matki, jej głos, grymas wściekłości i – co gorsze – błysk aprobaty w oczach.
Nie było nic straszniejszego niż aprobata Walburgi Black.
Otworzył oczy i położył się tak, by widzieć okno. Księżyc znajdował się poza zasięgiem jego wzroku, ale świecił jasno. Nigdy nie przykładał się do astronomii na tyle, by móc oczyścić umysł dzięki znajomym kształtom gwiazd; wiedział też, że nie spotka na nocnym niebie swojego imiennika, który wakacje spędzał na południowej półkuli. Może miał dobry pomysł, może Syriusz powinien był podążyć jego tropem, uciec gdzieś daleko, gdzie nikt go nie znał, nikt nie mógł oceniać go po statusie krwi czy zastanawiać się, kiedy okaże się, że jabłko wcale nie pada daleko od jabłoni.
To tylko kwestia czasu.
Potrząsnął głową, chcąc pozbyć się pobrzmiewającego w niej głosu matki. Nie chciał o niej myśleć – już nigdy – a szczególnie nie kilka godzin po tym, kiedy ostatecznie się od niej uwolnił, kiedy uciekł, by już nigdy nie powrócić.
Poczuł, że zaschło mu w ustach, choć przecież nic nie mówił.
Cicho, najciszej jak mógł, żeby nikogo nie obudzić przeszedł przez ciemny korytarz do kuchni. Tam jednak zorientował się, że nie tylko on ma problemy ze snem. Eufemia Potter siedziała w wygodnym fotelu w przestrzeni pomiędzy kuchnią a salonem, zatopiona w lekturze jakiejś opasłej księgi. Tuż obok niej druty niezmordowanie pracowały nad robótką z granatowej wełny. Syriusz chciał się wycofać, żeby nie zakłócać jej spokoju, ale było już za późno. Jasne, niebieskie oczy zdawały się prześwietlać go na wylot. Nawet jeśli biła z nich sympatia, Syriusz miał ochotę skryć się w mroku i pozostać w nim tak długo, aż matka Jamesa nie pójdzie spać. Bał się tego, co Eufemia może w nim znaleźć, jeśli jej wzrok zbyt uważnie zacznie badać jego wnętrze.
Krwi się nie oszuka, a w jego żyłach płynie krew Blacków.
– Też nie możesz spać? – zapytała dobrotliwie, a jej pokrytą zmarszczkami twarz rozświetlił uśmiech. – Księżyc miesza nam wszystkim w głowach.
– Tak – odpowiedział cicho, niepewnie przestępując z nogi na nogę. Mógł uciec z domu, mógł robić wszystko, by przekonać świat o tym, na jak niewielu rzeczach mu zależy, mógł… mógł wiele, ale teraz, kiedy między nim a szklanką wody stała cała dobroć pani Potter, czuł się, jakby znów miał cztery lata i potrzebował kogoś, kto odgoni wszystkie koszmary.
Wtedy nikogo takiego nie znalazł. Nie chciał nawet myśleć, że teraz mogłoby być inaczej, perspektywa ta była zbyt przerażająca.
– Martwiliśmy się o ciebie, Syriuszu – powiedziała. – James nie dostał żadnej sowy od początku wakacji.
Skinął głową, z trudem przełykając ślinę. W gardle utworzyła mu się gula, która niewiele miała wspólnego ze wspomnieniem martwych ptaków lądujących na trawie przed domem po tym, jak zostały rażone klątwą, a więcej z tym, że nie wiedział, co powinien zrobić z wiedzą o tym, że ktoś się o niego martwił.
– Próbowałem… próbowałem napisać.
Pani Potter pokiwała głową, a w jej oczach – zamiast wesołych błysków, które zwykle mógł dostrzec – pojawiło się coś, co nakazało mu spuścić wzrok. Skąd mógł wiedzieć, czy nie tak wygląda oklumencja, a ostatnim, czego by chciał, to jakikolwiek oklumenta – nawet najsympatyczniejszy – oglądający jego wspomnienia.
– Cieszę się, że udało ci się do nas dotrzeć – zapewniła. – Podróż musiała być trudna.
Syriusz pomyślał o wyrzuconym przez okno kufrze, o tym, jak bał się, że skręci kostkę, kiedy wyskoczy za nim – a wtedy go znajdą, wtedy nie da rady się oddalić – o tym, że jeszcze bardziej się bał, że złapią go, zanim wmiesza się w tłum mugoli, o oglądaniu się przez ramię przez kilkanaście kilometrów wędrówki po Londynie, o próbie kupienia mugolskiego jedzenia za złoto, kiedy nie miał przy sobie innych pieniędzy, o strachu, który kurczył żołądek tak bardzo, że nie mógł myśleć o niczym innym, tylko o tych kilku sekundach, które…
A potem był Błędny Rycerz i Dorset, i Dolina Godryka.
– A skąd. – Zmusił się do uśmiechu. – Błędny Rycerz nie jest aż tak zły.
Pani Potter posłała mu łagodny uśmiech, który sygnalizował, że wie, co Syriusz próbuje zrobić, i póki co mu na to pozwala. Podbródkiem wskazała jedno z krzeseł, nakazując mu, by usiadł.
– Nie będę przeszkadzał – mruknął, próbując wycofać się z kuchni.
– Nonsens – odpowiedziała, przywołując różdżką imbryk i filiżankę, która wydawała mu się tak idiotycznie różowa i pokryta rysunkami kwiatów, że nie mógł wyobrazić sobie, dlaczego ktokolwiek mógłby taką z własnej woli kupić. Jego matka…
Ale nie chciał myśleć o swojej matce.
Eufemia nalała mu herbaty do filiżanki i ponownie zwróciła w jego stronę badawcze spojrzenie.
– Zostaniesz do końca wakacji?
Tym razem nie próbował się uśmiechać, po prostu skinął głową.
– Jeśli to nie problem – powiedział ciszej, niż chciał. Jego głos był zbyt słaby, zbyt niepewny, a przecież Syriusz nie mógł być słaby i niepewny, nie teraz, kiedy słowa jego matki były tak świeże w jego głowie.
Wrócisz tu, wrócisz z podkulonym ogonem.
Nigdy nie wróci do tego domu. Będzie mieszkał w lesie, pod mostem, wprowadzi się do Zakazanego Lasu, jeśli będzie musiał, ale nie wróci na Grimmauld Place.
– Żaden – zapewniła, popychając w jego stronę cukiernicę. – Im nas więcej, tym weselej, prawda?
Zupełnie nieproszony do jego umysłu wdarł się obraz roześmianego wuja Cygnusa. Kto by pomyślał, że strach może tak szybko zastąpić śmiech. Kto by pomyślał, że…
Ale o wuju Cygnusie też nie chciał myśleć, nie w przytulnej kuchni Potterów.
– Na pewno nie będę sprawiał większych problemów niż James – wyszczerzył zęby w tak dobrze sobie znanym uśmiechu i miał nadzieję, że nie pęknie mu od tego twarz.
– Czasami nieźle nam daje w kość – zaśmiała się Eufemia i przez chwilę Syriusz mógłby przysiąc, że miała nie więcej niż 30 lat. – Ale coś ci powiem, niedaleko pada jabłko od jabłoni.
Mrugnęła porozumiewawczo, a po kręgosłupie Syriusza przeszedł dreszcz tak gwałtowny, że aż podskoczył wraz z krzesłem, na którym siedział. Nerwowo chwycił za filiżankę, próbując zamaskować swój nagły ruch.
Niemal spełnił ich oczekiwania, przecież powiedzieli…
Nie mógł być taki jak oni.
– O? – wykrztusił w końcu, zdając sobie sprawę, że cisza, która zapadła, musi być co najmniej niezręczna.
Eufemia uważnie mu się przyglądała, już nie udając, że nie dostrzega jego dziwnego zachowania. Teraz próbowała ocenić, co się stało, że stanął na ich progu – rozdygotany i z szaleństwem w oczach.
Nie wiedział, jak głęboko w sobie ma ukryć wydarzenia tego popołudnia, ale oddałby wiele, żeby nikt się o nich nie dowiedział. Inna część umysłu Syriusza niemal żałowała, że nie wypowiedział tych słów, że nie był w stanie – musisz chcieć go użyć, synu, musisz naprawdę chcieć – bo podczas gdy jarząca się różdżka wywoływała strach w oczach wuja Cygnusa, wypowiedzenie tych słów wywołałoby strach w oczach ich wszystkich. Strach był lepszy niż to, co widział, kiedy uciekał na piętro. Chociaż… wtedy stałby się jednym z nich, matka sama to wykrzyczała, wtedy byłby Blackiem.
Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że Eufemia opowiada o przygodach swojego męża w Hogwarcie. Fleamont był Gryfonem – oczywiście – i łamał regulamin szkoły niemal tak samo często jak jego syn.
Syriusz próbował skupić się na jej słowach, ale serce biło mu jak oszalałe, a z tyłu głowy wciąż miał te wszystkie słowa i spojrzenia, które przelały czarę goryczy, które uświadomiły mu – ostatecznie – że jeśli nie przetnie wszystkich więzów, które łączą go z rodziną, to oni wygrają. Żadne mugolskie plakaty, żadne barwy go przed tym nie uchronią. To coś, ten pierwiastek blackowatowści, było w nim jak bomba i mogło wybuchnąć. Jeśli nie ucieknie, to zwariuje i stanie się jednym z nich – nieważne, czy nastąpi to za tydzień, czy za dekadę.
– Och, chyba nie powinnam cię zanudzać opowieściami sprzed stu lat – powiedziała w końcu.
Chciał zaprotestować, zapewnić, że jej opowieści warte są wysłuchania, ale… nie mógł przywołać żadnej z nich. Wolał więc milczeć.
Eufemia wstała ze swojego fotela i, pokrzątawszy się chwilę po kuchni, podczas gdy Syriusz uparcie wbijał wzrok w filiżankę, ruszyła w kierunku korytarza.
– Syriuszu – odezwała się, już u drzwi pomieszczenia – zostań z nami tak długo, jak tylko masz ochotę. Jesteś dla Jamesa jak brat.
Pokiwał tylko głową, bo w gardle znów urosła mu gula, której nie był w stanie przełknąć – tym razem jednak powodem jej powstania było wzruszenie, nie strach czy wstyd. Nie wiedział, czy pani Potter w ogóle widziała jego kiwnięcie, ale nie miało to większego znaczenia. Ich dziwna rozmowa musiała dostarczyć jej więcej informacji, niżby chciał.
Kiedy został sam, wypił jeszcze kilka filiżanek herbaty. Tu, w tej przytulnej kuchni, z tą idiotycznie różową filiżanką w dłoni łatwiej było mu zrozumieć, poczuć, że w końcu jest daleko od sreber i szarości, że właściwie nic, co stało się przy Grimmauld Place – nieważne, jak przerażające i jak bardzo chciałby o tym zapomnieć – nie miało większego znaczenia teraz, kiedy uciekł. Właściwie… czy nie było w tym jakiejś poetyckiej sprawiedliwości? Syriusz nie był fanem poezji i rzadko ją rozumiał, ale wśród wszystkich emocji, które odczuwał – wciąż przygaszone, ale powoli wypełniające jego pustkę – pączkowało coś, co nakazywało mu się śmiać, gdy myślał o tym, że podniósł na nich różdżkę, że ten akt buntu – tak przecież różny od dotychczasowych wyrazów buntu, z którymi się już oswoili – wywarł na nich takie wrażenie. Chciał myśleć, że nigdy nie zamierzał wypowiedzieć tych słów, że nienawiść, którą czuł we krwi, nie była dostatecznie silna, ale… nie wiedział. Nie mógł był pewien sam siebie. Wolał nie być.

Advertisements

Marzenia

Wielokrotnie słyszał, że szczęście jest czymś, na co pracuje się przez całe życie. Może mieć związek z karmą, aurą, dniem urodzin, preferowanym kolorem bielizny u płci pięknej czy jeszcze innym mugolskim przesądem. Ha, mugolskim – używał tego słowa tak, jakby od zawsze był częścią magicznego świata, jakby nigdy nie splamił się kontaktem z niemagicznymi obywatelami. Nic bardziej mylnego. Do dnia jedenastych urodzin był przekonany, że magia nie istnieje, a to wszystko, co go otacza, to zarazem wszystko, co istnieje, czego może się spodziewać i czego może od życia oczekiwać. Że prawa fizyki go ograniczają, a z wolnością i nieosiągalnością zarazem kojarzy się niebieskie niebo, na które spoglądał, kiedy zmęczony całym dniem zabawy kładł się na trawie i marzył. Nie pamiętał już swoich marzeń z dzieciństwa, nie były nigdy zbyt skomplikowane i często koncentrowały się na nowej grze czy zabawce, którą chciałby dostać. Może nawet część z nich się spełniła, kto wie. Z czasem wszystkie blakły i zlewały się w jedno ogólne wspomnienie dzieciństwa, zepchnięte gdzieś w głąb pamięci i przytłoczone wszystkim, co wydarzyło się później.
Kiedy zamykał oczy i próbował przywołać jakieś konkretne marzenie, przed oczami stawał mu tylko jeden obraz. Był późny, jesienny wieczór, za oknem wiał wiatr, a matka właśnie skończyła czytać mu bajkę na dobranoc. Wtedy jeszcze miał z nią całkiem dobre relacje. W każdym razie skończyła czytać, pocałowała go w czoło i powiedziała, że jutro – w jego urodziny! – stanie się coś magicznego. I mrugnęła porozumiewawczo, jakby właśnie zdradziła mu największą tajemnicę. Po tym wyszła, zostawiając go samego z natłokiem myśli. Zdaje się, że długo nie mógł zasnąć, co i raz wyobrażając sobie innego rodzaju prezenty. Może chodziło o przyjęcie z magikiem? To by było magiczne. Zdecydowanie jednak wolałby psa. Kilku jego kolegów miało psy i strasznie im tego zazdrościł – wszystkim, nawet Gregory’emu, który musiał wyprowadzać starego pudla swojej matki. Rano jednak okazało się, że nie dostał psa – dostał natomiast list. Matka wyjaśniła mu, że jest czarodziejem i od września pójdzie do Hogwartu. W pierwszej chwili chciał zapytać, czy to oznacza, że nie może dostać psa. Później, kiedy matka wyjawiła, że sama jest czarownicą, zrozumiał, że to nie żart, że za kilka miesięcy naprawdę zmieni szkołę i będzie się uczył tych wszystkich strasznych i ciekawych rzeczy, o których mu opowiedziała.
Szybko jednak okazało się, że matka nie powiedziała mu nic konkretnego. Nie przygotowała go na to, co zastał w szkole. Oczywiście, kupiła mu różdżkę, podręczniki i całą resztę – wszystko, o czym mógłby marzyć. Poza psem, rzecz jasna. (W Hogwarcie nie można było ich trzymać – matka tłumaczyła mu to kilkakrotnie, zawsze dodając, że mogą kupić sowę czy kota, ale on za każdym razem odmawiał; chciał psa i kupno innego zwierzaka nijak by tej chęci nie zaspokoiło). Wiedział, jakie zajęcia będzie miał na pierwszym roku, wiedział, że istnieją cztery domy, znał kilka legend związanych z samym zamkiem… Wszystko, co powiedziała mu matka, było wiedzą powierzchowną. Tego samego dowiedziałby się w ciągu pierwszej godziny podróży pociągiem, gdyby trafił na rozmownych współpasażerów. Traf chciał jednak, że jego współpasażerowie wiedzieli jeszcze mniej niż on sam – przez chwilę mógł się poczuć ważny, ale kiedy skończyły mu się informacje, którymi mógłby się z nimi dzielić, rozmowa zeszła na mugolskie książki czy programy telewizyjne. Po jakimś czasie w przedziale zapadła cisza i zrozumiał, że nie ma ochoty jej przerywać. Oczywiście jego współpasażerowie byli dość sympatyczni, ale nie sądził, by mogli zostać jego przyjaciółmi. Jeden z nich miał naprawdę irytujący śmiech, a drugi był koszmarnie nijaki – prawdopodobnie mógłby stać się całkiem niewidzialny, gdyby tylko co jakiś czas nie wyrażał głośno swojej nadziei na to, że w Hogwarcie będzie telewizja. Chyba nawet zapytał o to, gdy tylko dojechali na miejsce i zostali skierowani do łódek, przy okazji zwracając na siebie uwagę większości pierwszoroczniaków – część uśmiechała się z politowaniem, część z niecierpliwością czekała na odpowiedź. Sytuacja była wręcz idiotyczna, ale zapewniła wszystkim temat do rozmów na czas podróży do zamku. Potem wszystko zaczęło dziać się tak szybko, że zanim zdał sobie sprawę, Tiara Przydziału wykrzyknęła:
– Lawson, Jack!
Jakieś ręce popchnęły go naprzód, inne ręce założyły mu na głowę Tiarę i zanim się obejrzał, dziesiątki jeszcze innych rąk go oklaskiwały, kiedy został skierowany do stołu Slytherinu, przy którym miał jeść posiłki przez najbliższe siedem lat. Ludzie poklepywali go po plecach, przedstawiali mu się, a ktoś zapytał, czy gra w quidditcha. Zaprzeczył, bo nie wiedział, czym quidditch w ogóle jest. A potem cały rytuał powitania zaczął się od nowa, bo przy stole usiadł następny Ślizgon. Reszta wieczoru zleciała w mgnieniu oka i zanim się obejrzał, był już w lochach, w swoim nowym łóżku, znacznie wygodniejszym niż to, które miał w domu. Nie ułatwiło mu to jednak zaśnięcia – wręcz przeciwnie, w jego myślach panował niemal taki sam chaos, jak wtedy, kiedy matka obiecała mu magiczną niespodziankę. Rozmyślał o czterech domach i zastanawiał się, co sprawiło, że on został Ślizgonem, a jego współpasażerowie z pociągu trafili do Gryffindoru i Hufflepuffu. Nie wiedział o domach za wiele, ale wydawało mu się logiczne, że jakieś różnice musiały istnieć – i to różnice ważniejsze niż te wspominane przez Tiarę w piosence, której nawet nie słyszał za dobrze w całej tej atmosferze radosnego podniecenia.
– Lawson, śpisz? – zapytał jakiś głos po jego prawej stronie. Przekręcił głowę, żeby spróbować przyjrzeć się swojemu rozmówcy, ale było zbyt ciemno. Przez chwilę zastanawiał się, czy może chłopak boi się ciemności i chce z nim porozmawiać.
– Nie – odpowiedział w końcu, akceptując fakt, że nie ma pojęcia, z kim rozmawia. Nieistotne, dowie się jutro.
– Powiedz, Lawson, jesteś… szlamą?
Szlama? Nie miał pojęcia co to, ale spodziewał się, że coś złego. Nie dlatego, że ton głosu na to wskazywał, głos był tylko zaciekawiony – po prostu samo słowo źle brzmiało. Najlepszym wyjściem wydało mu się nieudzielenie odpowiedzi. To nic, że w tym przypadku milczenie niewątpliwie zostanie uznane za równoznaczne z udzieleniem odpowiedzi twierdzącej. W tej chwili wszystko było lepszym wyjściem niż przyznanie, że nie ma się pojęcia, co ten termin oznacza.
– Czyli jesteś – stwierdził głos obojętnie, po czym dodał ciszej: – To wszystko, co stało się lata temu, było nieistotne. Dom Węża ma te same zasady od tysiąca lat. Lepiej się z nimi zapoznaj, żeby nie odstawać.
Jack znów nie odpowiedział. Nie interesowało go wtapianie się w tłum i udawanie kogoś, kim nie był, tylko po to, by zdobyć akceptację. Próbował tego w mugolskiej szkole, ale nigdy nie udało mu się stać w pełni takim, jakim chcieliby go widzieć koledzy, zawsze zostawał gdzieś na uboczu. Jeśli teraz miało być podobnie – trudno. Zainteresowało go natomiast to, co głos powiedział o istnieniu zasad i o „tym, co się stało”. Nie miał pojęcia, co to może znaczyć, ale miał zamiar się dowiedzieć. Gdy tylko znajdzie bibliotekę. Doskonale wiedział, że znajdowanie informacji na własną rękę jest dużo lepsze od pytania o nie innych.
Do biblioteki trafił kilka dni później i od razu mu się spodobała. Nie była tak zimna jak pokój wspólny w lochach, a ludzie nie patrzyli na niego tak… Nie był pewien, jak właściwie patrzyło na niego kilku Ślizgonów, których na tym przyłapał, ale spodziewał się, że gdyby mógł zajrzeć do ich myśli, nie znalazłby tam nic pochlebnego na swój temat. Szybko przekonał się, że ludzie w bibliotece byli zajęci swoimi sprawami, zamknięci w swoich małych światach, z których tylko czasami, gdy musieli poszukać innej książki lub wyjąć z torby nowy zwój pergaminu, wracali na ziemię.
Tam też właśnie zobaczył ją po raz pierwszy. (Właściwie to zabawne, że przez kilka lat zamienili ze sobą tylko kilka zdań – ona była zbyt zajęta nauką i miała swoich przyjaciół, a on starał się nie zwracać na siebie niczyjej uwagi). Szybko dowiedział się, co oznacza słowo „szlama” i o czym mówił jego współlokator pierwszej nocy. Oczywiście wszystkie książki zapewniały, że Voldemort został pokonany, a jego popleczników schwytano i osądzono, ale nie do końca w to wierzył. Wiedział, że niektórzy starsi Ślizgoni w tajemnicy czytali różnego rodzaju wspomnienia i zapiski śmierciożerców, że popierali ich poglądy. Do pewnego stopnia była to zapewne forma buntu przeciwko ustanowionym zasadom, ale zdawało się, że kilku z nich wciągnęło się w to całkiem na poważnie. To właśnie oni dbali o to, żeby nie zapomniał o swoim pochodzeniu. Czasami przypominali mu o nim werbalnie, innym razem złośliwym zaklęciem. Wiedzieli, że nie powie nic opiekunowi domu ani nikomu innemu – bo i do kogo miałby się zwrócić? Przecież to Jack Lawson, odludek zakochany w książkach.
Prawda była taka, że siedzenie w bibliotece wydawało mu się bardziej interesujące od przesiadywania w pokoju wspólnym. Nie interesował się sportem, bo dobrze wiedział, że wstąpienie do drużyny wiązałoby się z większą ilością kontaktów z pozostałymi Ślizgonami, a na to nie miał ochoty. Nie chodziło nawet o to, że nie lubił ludzi – po prostu zdawał sobie sprawę, że reszta Ślizgonów, zapatrzona w zbuntowanych siódmoroczniaków (bo zawsze to właśnie siódmy rok się buntował, zupełnie jakby starsze roczniki tuż przed ukończeniem szkoły przekazywały im jakieś sekretne wiadomości, dopuszczały do jakiejś tajemnicy) niespecjalnie kwapiła się do nawiązywania z nim chociażby umiarkowanie przyjaznych kontaktów. Nie narzekał. Z większością z nich i tak nie chciałby rozmawiać, gdyby spotkali się na bardziej neutralnym gruncie.
A później biblioteka stała się jego ulubionym miejscem z jeszcze jednego powodu – mógł tam bezkarnie przyglądać się pewnej Gryfonce. Nie był głupi, świetnie wiedział, kim była i z kim spędzała czas poza biblioteką. Mógł sobie z łatwością wyobrazić reakcję Scorpiusa i innych Ślizgonów, gdyby spróbował się z nią zaprzyjaźnić.
Chociaż nie, właściwie nie mógł być pewny, jak zareagowałby Scorpius – tak, to właśnie on jako pierwszy zainteresował się pochodzeniem Jacka i zapewne to właśnie on poinformował starszych Ślizgonów o tym, czego się dowiedział. Początkowo starsze roczniki były zainteresowane młodym Malfoyem – w końcu nie co dzień ma się możliwość porozmawiać z synem prawdziwego śmierciożercy! Scorpius cieszył się swoją sławą i chętnie opowiadał każdemu, kto go o coś zapytał, różnego rodzaju historie zasłyszane w domu. Kilka tygodni później opowieści Scorpiusa zaczęły się powtarzać i stało się jasne, że nie ma on nic więcej do powiedzenia. Starsze roczniki przestały się nim interesować, a sam Malfoy przygasł. Kiedy wrócił po pierwszej przerwie świątecznej – był jeszcze bardziej milczący. Plotki głosiły, że poprosił ojca, żeby ten opowiedział mu więcej o śmierciożercach, ale spotkał się z odmową. Na tyle gwałtowną, że przestał rozmawiać z innymi na temat czystości krwi. Wtedy właśnie zaczął rozmawiać z Jackiem, ale ich znajomość nie trwała długo, bo w trzeciej klasie znów zaczął kręcić się w pobliżu siódmoklasistów, starając się wkupić w ich łaski nowymi historyjkami. Jack przyjął to spokojnie. Miał trzynaście lat, nie potrzebował przyjaciół.
Od tego czasu atmosfera w ich dormitorium kilkakrotnie się zmieniała: od lodowatej obojętności i wyszydzania aż do koleżeńskich gestów czy niemal przyjacielskich pogawędek. Wahania te miały związek nie tylko ze statusem Scorpiusa w grupie zbuntowanych siódmoklasistów, lecz także z tym, jak bardzo Jack zapominał, że nie potrzebował przyjaciół. Prawda wyglądała bowiem tak, że nikt w całym Hogwarcie nie jest w stanie przeżyć siedmiu lat bez ani jednej przyjaznej twarzy. Sześciu lat też nie. Dlatego też chodził do biblioteki. Dlatego kolegował się z rok młodszą Ślizgonką, której krew była tak samo „brudna” jak jego.
Poznał Florence w okolicznościach, o których oboje chyba woleliby zapomnieć. Starał się właśnie pozbyć muchomora, który wyrósł mu na lewym policzku (skutek zaklęcia, którym dopiero co oberwał), kiedy usłyszał czyjś cichy płacz. Rzadko zdarzało się, żeby ktoś płakał na korytarzu, ale mógł wyobrazić sobie, że jedna z dziewcząt poczuła przemożną chęć pozbycia się w ten sposób nadmiaru wody z organizmu. Dopiero kiedy podszedł bliżej, zauważył, że policzek dziewczyny zdobił taki sam muchomor. Miała też dwie pieczarki na czole. Świadczyło to o pewnej kreatywności rzucającego zaklęcie.
Florence – której imienia jeszcze wówczas nie znał – zdawała się nie zgadzać z jego opinią, bo płakała dość histerycznie, jakby miała już nigdy nie odzyskać swojej relatywnie nieskazitelnej jak na nastolatkę cery. Próbował ją pocieszyć, ale uspokoiła się dopiero, kiedy udało mu się zaklęciem usunąć wszystkie trzy grzyby. Pamiętał nawet, żeby zająć się też swoim muchomorem. Najwyraźniej to sprawiło, że zyskał w jej oczach szacunek, bo zaczęła mu się zwierzać. Nie należał do osób, które często traktowano jako ramię do wypłakania się lub ucho do wygadania, więc nie bardzo wiedział, jak ma się zachować. Dość sztywno siedział pod ścianą, jakąś stopę od dziewczyny, i słuchał. Niezbyt uważnie zresztą. Spodziewał się, że już nigdy nie będzie mu dane zamienić z tą ciemnowłosą dziewczynką choćby słowa.
Niestety, Florence miała co do niego inne plany. Była rok młodsza i jej również nie dało się określić jako czystej krwi czarownicę. Miała problemy z opanowaniem wielu zaklęć i dlatego starsze roczniki tak lubiły jej dokuczać. Prawie zrobiło mu się jej szkoda. Prawie. A ona, zupełnie jakby mogła to wyczuć, w tej właśnie chwili, kiedy jego współczucie osiągnęło punkt krytyczny (to znaczy stało się czymś więcej niż obojętnym kiwaniem głową, ale jeszcze nie zdołało wyewoluować w żadne słowa otuchy czy poklepanie po dłoni), wlepiła w niego te dziwne, fiołkowe oczy i oświadczyła, że szuka korepetytora.
Odmówił. Natychmiast i bez wahania. Nie zamierzał nikomu pomagać, nie miał na to ani czasu, ani ochoty. Florence jednak nie dała tak szybko za wygraną i oświadczyła, że w takim razie zostaną przyjaciółmi. Prychnął. Naprawdę, tego było już za wiele. Jeszcze trochę i ta rozgadana czternastolatka zaproponowałaby mu, żeby został jej chłopakiem. Uznał, że musi stamtąd jak najszybciej odejść.
Nie oznaczało to, że uwolnił się od niej. Florence dokładała starań, żeby wpadać na niego na korytarzach, a niedługo potem zaczęła przysiadać się do jego stolika w bibliotece, starając się przy tym nie odzywać ani słowem, żeby mu nie przeszkadzać. Doceniał to i czasami uśmiechał się pod nosem, kiedy widział, jak czasem, wertując z wielkim skupieniem księgi, otwierała usta, żeby coś powiedzieć, a potem szybko je zamykała, jakby właśnie dotarło do niej, że jest w bibliotece. Nie miał pojęcia, kiedy to się stało, ale kiedy któregoś wieczoru Florence się nie zjawiła – zaczął się martwić. Nie na tyle, żeby ruszyć na poszukiwania, ale nie mógł oprzeć się wrażeniu, że czegoś mu brakowało, że coś było nie tak. Ulżyło mu, kiedy następnego dnia wszystko wróciło do normy. Od tego czasu powoli zaczął oswajać się z myślą, że być może jednak zaprzyjaźnił się z tą irytującą dziewczynką.
To właśnie Florence zauważyła, że co jakiś czas zerkał w kierunku znajdującego się w pewnym oddaleniu stolika, przy którym zwykli rezydować Gryfoni. Początkowo nie chciała nic mówić, ale w końcu nie wytrzymała:
– Podejdź tam – szepnęła, żeby nie zwrócić na siebie uwagi bibliotekarki.
Spojrzał na nią, jakby nie był pewny, o czym mówi. I czy dobrze zrozumiał. I czy aby się nie przesłyszał. Spojrzenie Florence były jednak dziwnie stanowcze i – był tego pewien – gdyby tylko mogła, najpewniej uniosłaby brew. Niestety, podnoszenie brwi było dziedziną, w której Florence odnosiła jeszcze mniej sukcesów niż w zaklęciach. Kilka razy prosiła go, żeby ją tego nauczył, ale jej mięśnie twarzy odmawiały posłuszeństwa i cała nauka kończyła się na tym, że on śmiał się do rozpuku z dziwacznych min, jakie jej wychodziły, a ona udawała, że jest obrażona. Teraz jednak nawet nie próbowała unosić brwi, po prostu patrzyła na niego, jakby oczekiwała, że naprawdę wstanie i ruszy w kierunku stolika Gryfonów.
Nie wstał. Prawdę mówiąc nawet się nie poruszył. Siedział dalej, jakby ktoś przywiązał go do krzesła. Jakby w ogóle jej nie usłyszał. Nie miał pojęcia, czego Florence od niego oczekiwała – że nagle zaprzyjaźni się z grupą Gryfonów w taki sam sposób, w jaki ona zmusiła go, żeby został jej przyjacielem? Może chciała, żeby połączyli stoliki i wspólnie się uczyli? Naprawdę, śmiechu warte.
Oczywiście wiedział, kto siedział przy tym stoliku. Każdy w zamku wiedział. Jakże mógłby nie wiedzieć, skoro dzieci sławnego Harry’ego Pottera i ich znajomi były ciągłym tematem plotek i obiektem obserwacji. Nie miał pojęcia, czemu wszyscy wydawali się tacy zainteresowani ich osobami, bo sam nie widział w nich nic szczególnego. Ot, uczniowie jak uczniowie. W porządku, może ta dziewczyna – Rose – się wyróżniała. Ale nie na tyle, żeby chciał podejść do jej stolika i przyjrzeć jej się uważnie. Albo zagadać. Albo… Nie, wcale nie chciał. Po prostu coś dziwnego przyszło Florence do głowy, najpewniej szczelnie wypakowanej marzeniami o romansach, królewiczach i królewnach. I białych koniach. I smokach.
Przez chwilę patrzył na rudą głowę Rose Weasley i obserwował, jak raz po raz próbuje założyć za ucho irytujący kosmyk włosów, który ciągle przeszkadzał jej w czytaniu jakiejś opasłej księgi. Mógł przyznać się przed samym sobą – i tylko przed samym sobą – że nie po raz pierwszy się jej przyglądał. W porządku, nie brzmi to może specjalnie romantycznie, ale też i on nie był romantykiem. Do tego nie miał najmniejszego nawet zamiaru robić czegokolwiek poza przyglądaniem jej się. A może nawet i z tego powinien zrezygnować, jeśli Florence coś zauważyła.
Nagle przebiegł mu po plecach zimny dreszcz, kiedy wyobraził sobie, jak Florence – szczerze wierząc, że wyświadcza mu przysługę – idzie do Rose i mówi jej o jego skłonnościach do zawieszania na niej wzroku. Zupełnie jakby to było coś więcej niż przypadek. Po prostu jej włosy zwracały uwagę; trudno przejść obojętnie obok szopy rudych włosów, prawda? Każdy od czasu do czasu rzuciłby na nie okiem. Może nawet opisałby je w jakiś bardziej wymyślny sposób niż słowem „rude” – Florence raz (kiedy usiłowała nauczyć go odróżniania więcej niż kilkunastu podstawowych kolorów) wspomniała, że są kasztanowe, a nie marchewkowe. Kolor kasztanów nie bardzo mu się kojarzył z kolorem włosów Rose, ale nie miał zamiaru się kłócić, bo musiałby przyznać, że wcześniej przyglądał się tym włosom i zadał sobie dostatecznie dużo trudu, by zastanawiać się nad nazwą ich koloru.
Pokręcił głową, jakby liczył, że dzięki temu pozbędzie się natrętnych myśli. Miał siedemnaście lat, mógł sam decydować, czy chce porozmawiać z jakąś dziewczyną, czy nie – i nie potrzebował do tego porad żadnej piętnastoletniej smarkuli.
– Podejdziesz czy nie? – zapytała Florence, wskazując brodą stolik Gryfonów, jakby chciała mu przypomnieć, o czym rozmawiają.
– Nie – odpowiedział, unosząc lekko brew, jakby chciał ją sprowokować, by powiedziała jeszcze coś na ten temat.
Florence prychnęła i wróciła do czytania książki. Liczył, że oznaczało to koniec rozmowy, ale jakiś kwadrans później znów się odezwała:
– Powinieneś kiedyś do niej podejść.
Nie odpowiedział. Nie miał zamiaru opowiadać jej o kilku rozmowach, które do tej pory przeprowadził z Rose. Cztery z nich dotyczyły książki, którą on czytał, a do której ona chciała zajrzeć. Dwie dotyczyły książki, którą ona czytała, a do której on chciał zajrzeć. Dwie inne dotyczyły pogody. Jedna – nowego nauczyciela obrony przed czarną magią i wyglądała mniej więcej tak: Rose się potknęła, wpadła na niego i zapytała, czy słyszał, że w tym roku będą mieli nowego nauczyciela, na co on przytaknął i sobie poszedł. Nie był to moment, w którym udowodnił, na jak świetnego faceta wyrósł. Zdecydowanie nie chciałby opowiadać o tym Florence.
– Będziesz żałował – dodała, kiedy zrozumiała, że nie doczeka się odpowiedzi.
Wzruszył ramionami. Chyba nie myślała, że zrobi to na nim większe wrażenie? Żałował już tylu rzeczy, że jeszcze jedna nie zrobiłaby mu różnicy. Do tego mógł się założyć, że nawet gdyby wstał i tam poszedł, nawet gdyby nawiązał cywilizowaną rozmowę z Rose, to tematy szybko by im się wyczerpały, zapadłaby niezręczna cisza, a potem jedno z nich wymyśliłoby jakąś idiotyczną wymówkę, żeby się oddalić. I to by było na tyle. Żadnej randki w Hogsmeade, żadnych spacerów po błoniach, żadnego wielkiego romansu. Nie nadawał się do tego i tyle.
Florence chyba przyznała mu w myślach rację, bo nie poruszała więcej tego tematu. Nie oznaczało to, że wszystko pozostało takie samo jak przed tą rozmową. Nie wiedzieć czemu, nie mógł pozbyć się uporczywych myśli o Rose i wieczorem, kiedy nie mógł zasnąć, zastanawiał się, czy przypadkiem – tylko przypadkiem – Florence nie miała racji. Nie, nie dlatego, że wierzył w historie miłosne – doskonale wiedział, że szczęśliwe zakończenia istnieją tylko w bajkach. Widział to na własne oczy.
Spróbował powstrzymać wspomnienia, o których uporczywie starał się nie myśleć, ale było za późno. Znów miał pięć lat i patrzył, jak jego ojciec pakuje walizkę i odchodzi bez słowa pożegnania. Znów miał siedem lat i pomagał matce sprzątać, żeby nowy tatuś miał gdzie rozpakować swoje rzeczy (dopiero niedawno dowiedział się, że wcale nie wprowadzał się dlatego, że tak kochał matkę Jacka – po prostu jego żona dowiedziała się o romansie i wyrzuciła go z domu). Znów miał jedenaście lat i patrzył, jak wspomniany nowy tatuś pakuje walizkę i odchodzi, krzycząc, że nie będzie mieszkał pod jednym dachem z pomiotami szatana, które potrafią czarować. Znów miał dwanaście lat i przekonywał matkę, żeby nie zapraszała nikogo do mieszkania. (Już wtedy zrezygnowała z czytania mu bajek na dobranoc; może wiedziała, że i tak nie uwierzy w szczęśliwe zakończenie?) Znów miał trzynaście lat i w czasie wakacji sprzątał porozrzucane po salonie puste butelki. Znów miał czternaście lat i nieco sztywno przytulał matkę, kiedy po raz kolejny jakiś facet wyszedł z walizką i bez słowa pożegnania. Znów miał piętnaście lat i przez dwa tygodnie nie wracał do domu, bo nie wiedział, co tam zastanie. Znów miał szesnaście lat i czuł się zbyt zmęczony, żeby mieć do matki o cokolwiek pretensje, zbyt zmęczony, żeby próbować dawać jej dobre rady czy uświadomić, jak bardzo sobie szkodzi. Wiedział, że to prawdopodobnie nie zobaczą się więcej, bo nie miał zamiaru wracać do domu po zakończeniu szkoły. Przez chwilę miał nawet wyrzuty sumienia, jakieś poczucie głębokiej, pierwotnej tęsknoty za poczuciem bezpieczeństwa, jakie powinno się utożsamiać z domem rodzinnym, ale szybko zdał sobie sprawę, że nie o dom rodzinny tu chodziło, a raczej o polanę za miastem, na której spędził większą część dzieciństwa. Trawa wydawała się tam bardziej zielona, niebo bardziej niebieskie, a słońce cieplejsze. Lubił tam przychodzić, kłaść się w trawie i patrzeć bezmyślnie w niebo. Czasem nawet wyobrażał sobie, że koło niego leży wielki, kosmaty pies, jego najlepszy przyjaciel. Tak, kiedy już znajdzie sobie jakieś mieszkanie, kupi psa. Na pewno. Pies będzie patrzył na niego wielkimi, brązowymi oczami, jakby go rozumiał, jakby te oczy były najmądrzejszymi oczami na świecie, jakby te oczy wcale nie były psie, jakby należały do kogoś całkiem innego, jakby…
Westchnął. W porządku, Florence miała rację. Powinien był podejść i porozmawiać z tą Gryfonką, żeby udowodnić sobie, jak idiotyczne jest to zauroczenie. Jego myśli zdecydowanie za często do niej wracały, to nie było zdrowe. Musi pozbyć się jej raz na zawsze, i jeśli rozmowa z nią ma być jedynym, co może mu uświadomić, że powinien przestać o niej myśleć, to z nią porozmawia. Merlinie, porozmawia z nią!
Minął ponad tydzień, zanim się na to zdobył. Był wdzięczny Florence, że nie drążyła tematu, choć widział, że czasami rzucała mu wymowne spojrzenia, jakby miała do niego pretensje, że nie zrobił czegoś, co powinien był zrobić już dawno. Nie miał pewności, czy chodziło o rozmowę z Rose, czy o to, że ciągle zapominał poćwiczyć z nią któregoś z zaklęć (nie miał pojęcia którego i podejrzewał, że byłaby zirytowana, gdyby jej o tym powiedział. Dlatego liczył, że sama w końcu wspomni, o które chodziło).
W końcu jednak, kiedy uznał, że ma już dość myślenia o rudej Gryfonce, zebrał w sobie resztki odwagi, która – nie wiedzieć czemu – znikała, ilekroć w przeszłości myślał o tej rozmowie. Jednocześnie czuł, że nie może dłużej tego w sobie dusić, bo coraz częściej o niej myślał, zupełnie jakby świadomość, że z nią porozmawia, sprawiała, że podświadomość częściej przywoływała jej wyobrażenie, a przywoływała je częściej, żeby go zmusić, by jak najszybciej z nią porozmawiał. Może z zauroczeniem jest jak ze zrywaniem plastra – im szybciej się go pozbędzie, tym mniej boli.
Był pochmurny, piątkowy wieczór, kiedy ze zdumieniem zauważył, że Rose siedzi przy stoliku sama. Zwykle ktoś dotrzymywał jej towarzystwa i prawdopodobnie to onieśmielało go jeszcze bardziej. Teraz miał szansę porozmawiać z nią sam na sam, zrobić na niej dobre ważnie. I przekonać się, czy warto było tracić czas na przyglądanie się, jak promienie słońca nadawały jej włosom miedziany kolor. Albo kasztanowy, jeśli wierzyć Florence. O ile kasztany błyszczały, choć wydawało mu się to niedorzeczne.
– Wolne? – zapytał, wskazując na krzesło obok niej. Nie zdążył się jeszcze rozmyślić ani wmówić sobie, że rozmawianie z nią to zły pomysł.
Rose oderwała oczy od książki, którą czytała, i spojrzała na niego poważnie, jakby chciała ocenić, czy przypadkiem sobie z niej nie żartuje. Uznał, że pewnie wiedziała o nim jeszcze mniej niż on o niej (i mógł się założyć, że nie spędzała przynajmniej kilkunastu sekund dziennie na obserwowaniu jego włosów), więc chciała się upewnić, czy to nie jakiś żart. Nie wiedział, czemu miałby żartować – w końcu to pytanie wydawało mu się całkiem normalne i naturalne. Ludzie czasami dosiadają się do siebie, kiedy w bibliotece jest tłok.
W porządku, może jednak to źle zaplanował, bo biblioteka była praktycznie pusta, jeśli nie liczyć dwóch osób w przeciwległym kącie pomieszczenia. Miał do wyboru kilkanaście innych stolików, więc nie mógł tłumaczyć się tłokiem. Zrobił głęboki wdech, jakby liczył, że w momencie, kiedy świeże powietrze dotrze do płuc, w mózgu pojawi się jakieś dobre wyjaśnienie. Nic z tego.
– Oczywiście – odpowiedziała w końcu Rose, cały czas obserwując go znad brzegu księgi.
– Dzięki.
Usiadł szybko, jak gdyby w obawie przed tym, że Gryfonka się rozmyśli. Nie mógł sobie jednak przypomnieć, co jego plan przewidywał po tym. Powinien zacząć rozmowę, ale nagle wszystkie słowa, które wydawały się odpowiednie, uciekły mu z głowy. Zaczął żałować, że nie zabrał ze sobą Florence. Pewnie nie dałaby mu spokoju do końca roku szkolnego, bezlitośnie przypominając, jak zrobił z siebie idiotę przed dziewczyną, która mu się podobała, ale przynajmniej nie dopuściłaby do zapadnięcia niezręcznej ciszy. Takiej, jaka właśnie zapadła.
Próbował przypomnieć sobie, jak w czasie ostatnich wakacji nawiązywał rozmowę z mugolkami, ale pytanie „często tu przychodzisz?” nijak nie pasowało do okoliczności. Nie wiedział, jaki temat rozmowy wybrać, więc zdecydował się na najbezpieczniejszy:
– Okropnie dziś padało, prawda?
Rose znów spojrzała na niego znad książki i poczuł, że chyba palnął głupstwo. Nie dlatego, że tego dnia nie padało – lało bowiem jak z cebra – ale dlatego, że dziewczyna najwyraźniej była bardziej zainteresowana lekturą niż jego osobą. Poczuł się trochę tak, jak wtedy, kiedy pierwszy raz usłyszał, że nie powinien być w Slytherinie, bo jego szlamowata krew jest obrazą dla Domu Węża – jakby powinien przeprosić, ale ani nie wiedział za co, ani nie miał ochoty.
– Owszem – odpowiedziała, znów spuszczając wzrok na książkę.
Poczuł, że ta rozmowa donikąd nie prowadzi, a sam pomysł, żeby tu siadać, był najgłupszym ze wszystkich jego dotychczasowych pomysłów. Powinien natychmiast wstać i udawać, że to się nigdy nie stało, że nigdy jej nawet nie zauważył. W końcu nie musiał z nią już nigdy rozmawiać, za kilka miesięcy oboje skończą szkołę i już nigdy, przenigdy się nie zobaczą.
Na tę myśl poczuł jakiś ciężar w sercu, coś zupełnie innego niż to, co czuł, kiedy uświadomił sobie, że już nigdy nie zobaczy matki. Ten ciężar był bardziej motywujący, jakby nakłaniał go, że temu zapobiegł, żeby jakoś zatrzymał Rose – a przynajmniej porozmawiał z nią jak człowiek. Postanowił spróbować po raz ostatni; obiecał sobie, że jeśli i tym razem nie wywiąże się żadna rozmowa, to wstanie i wyjdzie, żeby zachować choć odrobinę męskiej dumy.
– Uczysz się już do owutemów?
Rose zamknęła książkę i popatrzyła na niego poważnie tymi brązowymi oczyma, w których – gdyby dobrze poszukać – najpewniej dałoby się odnaleźć odpowiedzi na wszystkie dręczące go pytania. Czy coś podobnego. Florence cały czas mu powtarzała, że oczy są niezwykle ważne i jeśli będzie się w nie patrzeć dostatecznie długo, to można coś zobaczyć. Nie miał pojęcia, co miała na myśli – bo sądził, że nie chodziło jej o źrenicę.
Gryfonka przekrzywiła lekko głowę i kilka pasm rudych włosów wyślizgnęło się zza jej ucha. Tym razem – w przeciwieństwie do tych razów, kiedy widział, jak poprawiała fryzurę – nie zareagowała. Patrzyła na niego, jakby chciała przejrzeć go na wylot, usłyszeć myśli, prześwietlić zęby i sprawdzić, czy umył uszy. Nie było w tym spojrzeniu nic romantycznego, a raczej chłodny namysł. W końcu jednak musiała zobaczyć w jego twarzy coś, co sprawiło, że odpowiedziała:
– Tak. – A po krótkiej chwili, w czasie której Jack zdążył podjąć decyzję o odwrocie i prawie wstał już z krzesła, dodała: – Jeśli chcesz pogadać, to możemy spotkać się za godzinę przy tym posągu goblina na drugim piętrze. Teraz naprawdę muszę doczytać tę książkę.
– Świetnie. Jasne. Do zobaczenia – odpowiedział, zanim jego mózg zdołał wygenerować bardziej składne zdanie.
Uśmiechnął się, jakby właśnie ktoś mu powiedział, że wygrał tysiąc galeonów. Poderwał się z krzesła, bo poczuł, że za nic w świecie nie będzie w stanie wysiedzieć tuż obok niej i milczeć przez całą godzinę. Postanowił się przejść, a potem zjawić się pod pomnikiem goblina. W końcu porozmawiają, ha! Jeszcze nie wiedział, co dokładnie chce jej powiedzieć, ale miał całą godzinę, żeby poukładać sobie wszystko w głowie.
Dokładnie pięćdziesiąt pięć minut później stał w umówionym miejscu. Niczego nie poukładał sobie w głowie, ale był szczerze przekonany, że kiedy już zaczną rozmawiać, to wszystko jakoś się potoczy. W końcu wszyscy jakoś radzili sobie z rozmowami, wszyscy z kimś rozmawiali, to nie mogło być specjalnie trudne. Nawet w jego przypadku – w porządku, miał opinię odludka, ale to nie znaczyło, że nie potrafił rozmawiać. Florence ciągle zmuszała go do rozmów. Właściwie to częściej coś mówiła i spodziewała się, że będzie na to w jakiś sposób reagował, można to było nazwać rozmowami.
Rose pojawiła się o czasie, nerwowo poprawiając torbę z książkami na ramieniu. Uśmiechnęła się niepewnie i popatrzyła na niego, jakby nadal nie wierzyła, że chciał się z nią spotkać. Nie był pewny, dlaczego tak mu się przyglądała – nie był szczególnie przystojny, nie grał w quidditcha, nie było w nim absolutnie nic, co mogłoby ją onieśmielać. Chyba że… Nagle poczuł, że widniejące na jego szacie godło Domu Węża pali go żywym ogniem. Nie ufała mu, bo był Ślizgonem. Nawet go nie znała, a jednak myślała, że był taki sam jak wszyscy inni mieszkańcy Slytherinu. Tyle się mówi o przyjaźni między domami, o zakopywaniu topora wojennego, o budowaniu mostów porozumienia – i po co? Żeby wyhaftowane na szacie godło decydowało o wartości człowieka? Nawet, jeśli nie jest akceptowany we własnym domu, ciągle narażony na złośliwe uwagi i niespecjalne przyjemne zaklęcia?
Najwyraźniej w jego oczach musiał pojawić się wyraz jakiegoś zawodu, bo Rose zrobiła krok do przodu i uśmiechnęła się nieco pewniej. Zapytała, czemu chciał z nią porozmawiać, a on, zanim zdążył to przemyśleć, powiedział, jak bardzo podobają mu się jej włosy. Nie był pewny, jak zareagowała, bo natychmiast wbił wzrok w czubki własnych butów, ale kiedy zdał sobie sprawę, że nie uciekła, kontynuował. Powiedział, że od jakiegoś czasu chciał z nią porozmawiać. Powiedział, że wydawała mu się sympatyczna. Powiedział właściwie wszystko, co chciał jej powiedzieć, a ona słuchała z uśmiechem. Nie spodziewał się, że będzie taka miła, ani że ich rozmowa przeciągnie się do późnych godzin wieczornych. Kiedy jednak wrócił do dormitorium, był z siebie zadowolony.
Dopiero następnego dnia dopadły go wyrzuty sumienia, sprytnie zamaskowane pod postacią Florence. Przysiadła się do niego jak co dzień i zapytała, czemu nie pojawił się na kolacji. W pytaniu tym pobrzmiewała troska – coś, czego się nie spodziewał i czego od dawna nie doświadczał. Nie wiedział, co jej powiedzieć, więc po prostu opisał zdawkowo cały wieczór, starając się przy tym nie zwracać na siebie uwagi pozostałych Ślizgonów.
– Wiedziałam, że w końcu zmądrzejesz – stwierdziła Florence, klepiąc go po plecach. – Mam nadzieję, że umówiliście się już na kolejne spotkanie.
Przytaknął. Faktycznie, rozmawiało im się tak dobrze, że postanowili się spotkać ponownie po obiedzie. Rozważał nawet, czy pogoda jest odpowiednia do spacerów po błoniach, ale uznał, że do południa na pewno się rozpada. Florence przytaknęła i przez chwilę patrzyła na zaczarowane sklepienie Wielkiej Sali, po czym oświadczyła, że i tak powinien zabrać Rose na jakiś spacer – jeśli nie na błonia, to przynajmniej po zamku.
– Siedzenie przy jakimś marmurowym goblinie jest strasznie nieromantyczne – dodała, zupełnie jakby spodziewała się po nim jakiegokolwiek romantyzmu. Przecież znała go dostatecznie dobrze, aby wiedzieć, że prędzej oboje zostaną okrzyknięci Ślizonami Roku niż on zdobędzie się na jakiś świadomie romantyczny gest.
Kto wie, może i miała rację – Hogwart w końcu był wielkim zamczyskiem, niby czemu nie mieliby trochę pozwiedzać? W końcu już za rok zostaną pozbawieni takiej możliwości. Podziękował jej za radę i z zapałem wrócił do pałaszowania śniadania. W końcu czekał go świetny dzień.
Świetny dzień wkrótce stał się świetnym tygodniem, który potem ewoluował w świetny miesiąc i zanim Jack się obejrzał – nadeszły święta i musiał rozstać się z Rose na pewien czas. Wiedział, że tęskniła za rodziną i chciała wrócić do domu, ale nie mógł uciszyć natrętnego głosu, który powtarzał mu, że jego własne święta byłyby o wiele, wiele lepsze, gdyby została w zamku. Oczywiście nie powiedział jej tego. Nie mógł oczekiwać, że zrezygnuje ze spotkania się z rodziną tylko ze względu na niego i jego uczucie samotności. W porządku, to niesprawiedliwe stwierdzenie, w końcu miał spędzić święta w towarzystwie Florence, z którą dawno nie rozmawiał, bo ciągle się mijali – kiedy on miał chwilę czasu, ona musiała gdzieś iść, a kiedy z kolei ona spędzała popołudnie w bibliotece, on był zbyt zajęty Rose, by z nią pogadać. Czasami miał z tego powodu wyrzuty sumienia, ale potem patrzył na refleksy miedzi, jakie zimowe słońce wydobywało z włosów Gryfonki i wszystko inne schodziło na dalszy plan.
W czasie świąt wszystko wróciło jednak do normy – Florence była tą samą Florence co dawniej i wydawało się, jakby nic się nie zmieniło, choć oboje wiedzieli, że w styczniu zmieni się wszystko. Nie poruszali tego tematu. Cieszyli się niemal pustym pokojem wspólnym, pysznym, świątecznym jedzeniem w Wielkiej Sali, spokojem na korytarzach, śniegiem za oknem… I chociaż w ciągu tych dni kilka razy pomyślał, że tęskni za Rose, cieszył się, że mógł spędzić tyle czasu z Florence.
W styczniu Rose wróciła, a wraz z jej powrotem cały zamek stał się jaśniejszy i bardziej przytulny. Przez myśl przeszło mu nawet, że być może dlatego jego matka tyle razy próbowała z kimś być – że też chciała, żeby ich małe mieszkanie było takie jasne i przytulne, też chciała mieć wrażenie, że w czyichś oczach są odpowiedzi na wszystkie zagadki wszechświata, a czyjś uśmiech może zastępować słońce. Szybko jednak odrzucał tę myśl, przypominając sobie wszystkie nieudane związki matki – to jasne, że w niczym nie przypominały one tego, co łączyło jego i Rose. Matka robiła coś źle, za każdym razem omijała jakieś wskazówki, znaki. Nie był do niej podobny. Ani trochę. Nie popełniał jej błędów i potrafił stworzyć coś, co jej się nigdy nie udawało. Chociaż kto wie – nie rozmawiał z nią ponad pół roku, może coś się zmieniło. Rose kilka razy pytała go, czemu nie dostaje listów z domu, ale za każdym razem ją zbywał. Może powinien jednak napisać do matki – tylko po to, by Rose widziała, że dostaje odpowiedź?
Na początku lutego, w czasie jednego ze spacerów po błoniach, Rose zrobiła coś, czego się nie spodziewał. Kiedy byli już nad jeziorem, a on opowiadał właśnie o jakimś eliksirze, który chciałby uwarzyć, zatrzymała się i szarpnęła go za rękaw. Też się zatrzymał, nie dokończył nawet zdania, które zawisło gdzieś niezręcznie między nimi. Nie wiedział, co za chwilę usłyszy, ale widział po jej oczach, że to będzie coś ważnego. Poczuł, że żołądek zawiązuje mu się w supeł. Najpewniej uznała, że ma go już dość i właśnie szuka najbardziej humanitarnego sposobu na zerwanie z nim. Nie wiedział, czemu uznała, że zaśnieżone błonia będą odpowiednie – może to taka sugestia, że powinien po prostu zamarznąć na śmierć i dać jej spokój?
Rose – nieświadoma gonitwy myśli, jaka miała miejsce w jego głowie – zdjęła rękawiczkę, po czym położyła mu dłoń na policzku, delikatnie starając się skierować jego spojrzenie na siebie. Przez chwilę udawał, że nie rozumie, o co jej chodzi, w końcu jednak skapitulował. Wiedział, że nie odwlecze nieuniknionego. Wiedział, że już za chwilę stanie się coś złego. Wiedział, że…
– Chciałam ci tylko powiedzieć… i wiem, że to trochę za wcześnie… że – zawahała się, a na jej policzkach pojawił się rumieniec, po czym dokończyła szeptem: – że cię kocham.
Zamrugał. Wydawało mu się, że się przesłyszał, że Rose powiedziała coś zupełnie innego. Jednak sposób, w jaki na niego patrzyła, w jaki stanęła na palcach, żeby pocałować go w jeden policzek, potem w drugi, potem w (zimny jak lód) nos, a na końcu w usta, świadczył o tym, że powiedziała właśnie to, co usłyszał. Poczuł, że kamień spadł mu z serca, ale jednocześnie ucisk w żołądku – nie wiedzieć czemu – wcale nie zelżał. Zignorował go jednak. To była zbyt ważna chwila, by przejmować się czymś tak mało istotnym.
– Ja… – zaczął, ale nagle zabrakło mu słów. Jego głowa była pusta, zupełnie jakby wszystkie myśli zostały zassane przez ten nieznośny supeł.
Szybko jednak zastąpił słowa gestami i pocałował ją tak, jak główni bohaterowie mugolskich filmów zwykli całować się tuż przed szczęśliwym zakończeniem. Chciał przelać w ten pocałunek wszystkie uczucia, które do niej żywił, wszystkie słowa, które gdzieś wyparowały – wszystko, absolutnie wszystko, co się z nią wiązało. Chciał jej pokazać, jak ważna jest dla niego i jak dziwne i puste byłoby jego życie bez niej.
Prawdopodobnie mu się to udało, bo do końca spaceru oboje głupkowato się uśmiechali.
Wieczorem, kiedy wrócił do pokoju wspólnego, drogę zastąpiło mu kilku Ślizognów. Ich miny świadczyły o tym, że nie podoba im się jego uśmiech. Właściwie to nie podobała im się cała jego osoba i najwyraźniej chcieli mu to dać do zrozumienia szybkim pchnięciem w kierunku ściany i przystawieniem różdżki do szyi. Nie działo się to po raz pierwszy – za każdym takim razem miał ochotę zapytać ich, w którym mugolskim filmie widzieli coś podobnego. Nie miał wątpliwości, że przynajmniej część z nich oglądała mugolskie filmy.
– Jak tam twój mały romans, Lawson? – zapytał Scorpius, który najwyraźniej znów został przyjęty do grupy zbuntowanych fanów śmierciożerców. Kto wie, może nawet został ich nieoficjalnym przywódcą, w końcu jego nazwisko było dobrze znane.
Jack nie odpowiedział. Od dłuższego czasu starał się nie reagować na żadne zaczepki i zauważył, że przynosiło to efekty. Oczywiście na ogół i tak obrywał pięścią lub jakąś klątwą, ale nigdy nie było to na tyle poważne, by musiał iść do skrzydła szpitalnego. Wyglądało na to, że tym razem będzie inaczej – jeden z roślejszych szóstoklasistów, którzy bezmyślnie wykonywali polecenia starszych uczniów, walnął go z całej siły w żołądek, wcale nie przejmując się supłem, który nadal tam był. Może liczył, że terapia szokowa pomoże?
– To Gryfonka – syknął Scorpius.
– I zdrajczyni krwi – dodał ktoś stojący obok niego, ale Jack nie był pewny kto, bo właśnie po raz kolejny zawarł bliższą znajomość ze ścianą.
– Nawet taka szlama jak ty nie powinna zadawać się z Gryfonami – dodał ktoś inny.
– Lepiej żebyśmy cię z nią już nie widzieli – zagroził inny głos.
– Następnym razem nie będziemy tacy mili – skwitował Scorpius, uśmiechając się jadowicie.
A później ogarnęła go ciemność. Kiedy znów otworzył oczy, zauważył pochylającą się nad nim Florence. Nie wyglądała na zadowoloną. Prawdę mówiąc, wyglądała, jakby zaraz miała się rozpłakać. Zauważył, że nadal są w pokoju wspólnym i wydało mu się dziwne, że wokół nie było nikogo innego. W końcu był sobotni wieczór – gdzie wszyscy się podziali?
– Jest środek nocy – wyjaśniła, kiedy zorientowała się, że jest przytomny i rozgląda się po pomieszczeniu. – Wszyscy śpią.
Westchnął. Mógł sobie wyobrazić, jak wyglądała jego twarz po kilku uderzeniach i jakimś zaklęciu, które sprawiło, że na tak długo stracił przytomność. Wolał jeszcze nie myśleć o tym, jak wyjaśni to Rose; póki co wiedział tylko, że nie może powiedzieć jej prawdy. Nie wiedział, jak by zareagowała, ale domyślał się, że wynikłoby z tego tylko więcej problemów.
– Tym razem powinieneś iść do skrzydła szpitalnego – stwierdziła Florence, siadając obok niego. – Wyglądasz okropnie.
– Dzięki – odpowiedział, starając ocenić stan swojej twarzy przez obmacywanie jej rękami. Wyczuł spory strup na lewej skroni i kilka mniejszych zadrapań w jego okolicy. Nie było szans, żeby udało mu się tego pozbyć w ciągu kilku godzin bez interwencji pielęgniarki. – I wiesz, że tam nie pójdę.
– Wiem – westchnęła i przez chwilę siedzieli w ciszy, jakby zapomnieli, że właśnie prowadzili rozmowę.
Może po prostu oboje musieli się zastanowić nad tym, co chcą powiedzieć. Jack nie był pewny. Wiedział tylko, że Rose nie może się o niczym dowiedzieć. W sumie Florence też powinien oszczędzić szczegółów.
– Rose nie będzie zadowolona – dodała w końcu.
– Wiem – odpowiedział cicho, jakby właśnie podejmował trudną decyzję. – Ale to nie jej sprawa. O niczym się nie dowie.
Przez chwilę wydawało mu się, że Florence coś powie, ale tylko pokręciła głową i znów zapadło milczenie. Z pewnym zdziwieniem zauważył, że nie był to ten rodzaj ciszy, który domagał się przerwania; nie, taka cisza, jak ta, która właśnie zapadła, pojawiała się, kiedy wszystko zostało już powiedziane, a atmosfera oczyszczona. Nie miał pewności, ile czasu tak siedzieli, ale najwyraźniej na tyle długo, żeby Florence zdrętwiały nogi. Niezgrabnie się podniosła i zrobiła minę, która była pewnego rodzaju odpowiednikiem uniesienia brwi.
– Chcesz tu siedzieć do rana? – zapytała.
Zaprzeczył i też się podniósł. Powinien iść do dormitorium i spróbować przespać jak największą część następnego dnia. Wiedział, że nie będzie mógł pokazać się Rose – żadne ze znanych mu zaklęć ani eliksirów nie mogło doprowadzić go do stanu używalności w tak krótkim czasie. Bez słowa ruszył w kierunku dormitorium.
– Oni nie żartują – powiedziała cicho Florence. Nie spojrzał na nią. Niespecjalnie chciał też słyszeć, co miała do powiedzenia. – Zastanów się, czy warto. Proszę.
Nie odpowiedział, ale oboje wiedzieli, że żadna odpowiedź nie była tu potrzebna. Musiał poukładać sobie wszystko w głowie. Do tej pory nie pozwalał czysto krwistym Ślizgonom podejmować za siebie decyzji, więc nie widział powodu, dla którego teraz miałby ulec ich groźbom, ale gdzieś w głowie tłukła mu się natrętna myśl, że gdyby tak zrobił, gdyby ze strachu przed nimi zerwał z Rose, to nie musiałby się zastanawiać, czemu nie mógł odpowiedzieć na jej wyznanie. Nie chciał o tym myśleć, wolał zapamiętać smak jej ust i ten szczery uśmiech, jakim go obdarzyła, kiedy przestali się całować. To właśnie było coś warte; ba, było warte więcej niż tysiąc takich spotkań ze Scorpiusem i jego bandą. A jednak – nie mógł jej odpowiedzieć. Nie mógł powiedzieć tych dwóch słów jako pierwszy i nie mógł ich powtórzyć za nią, choć tak bardzo chciał.
Nie wiedział dlaczego. Jeszcze rok temu powiedziałby, że nie wierzy w miłość. Tyle tylko, że przez te parę miesięcy mnóstwo się zmieniło – cały jego świat przewrócił się do góry nogami i już sam nie był pewny, co myśli i co czuje. Kiedy patrzył na Rose, chciał być lepszym człowiekiem. Chciał być kimś, kto odda jej swoją kurtkę, kiedy zacznie padać, kto ją przytuli, kiedy będzie jej smutno, kto będzie mógł rozpoznać jej kroki na schodach – jakkolwiek niemęsko to brzmiało. W zamian chciał tylko patrzeć na jej uśmiech i obserwować promienie słońca w jej włosach. Jeśli to nie była miłość, to nie wiedział, co nią było. Ale jeśli to była miłość – dlaczego nie mógł powiedzieć tych dwóch słów?
Dręczyło go to przez większą część następnego tygodnia i starał się ograniczyć czas spędzany z Rose, żeby uniemożliwić jej powtórzenie tego, co powiedziała na błoniach. Owszem, jej słowa sprawiły, że poczuł się wspaniale, ale nie chciał słyszeć ich po raz kolejny, jeśli nie mógł zrewanżować jej się tym samym. Z kolei świadomość, że nie mógł jej odpowiedzieć, sprawiała, że nie chciał z nią przebywać – czuł, jakby ją w jakiś sposób oszukiwał. Jednocześnie kiedy patrzył na jej uśmiech, kiedy widział, jak marszczy nos na myśl o pracy domowej z zielarstwa, kiedy obserwował, jak śnieg pada na jej włosy – wiedział, że jej nie kocha, ale mógłby. Gdyby tylko sobie pozwolił, to pokochałby ją bardziej niż samego siebie.
Tyle tylko, że nie mógł sobie pozwolić. Ciągle pamiętał matkę i jej mężczyzn, z których każdy był gorszy od poprzedniego. Obiecał sobie, że nigdy nie będzie taki jak ona, że nie uwierzy w szczęście z kimś innym, jeśli ten ktoś może tak łatwo odejść i zostawić za sobą zgliszcza. Przy Rose na chwilę o tym zapomniał – o trzaskaniu drzwi, o walizkach i o zgliszczach – ale najwyraźniej nie na tyle, żeby jej w pełni zaufać. Żeby powiedzieć jej wszystko o swoim dzieciństwie, o planach i o marzeniach. Oczywiście, o części z nich jej mówił, ale nie o wszystkich.
Rose zdawała sobie sprawę, że coś jest nie tak. Kilka razy pytała, co się stało w sobotę wieczorem i czy ktoś go pobił, ale za każdym razem odpowiadał, że spadł ze schodów. Nigdy nie powiedział których, a Rose nie pytała – wiedziała, że kłamał.
W dalszym ciągu się spotykali i rozmawiali o wszystkich mało ważnych sprawach, jakie mogły im przyjść do głów, ale Rose nigdy nie powtórzyła, że go kocha, a i on nie zaczynał tematu uczuć. Łatwiej było rozmawiać o owutemach, o pogodzie czy o innych uczniach albo w ogóle milczeć. Właśnie w chwilach ciszy zdawał sobie sprawę, że się od siebie bezpowrotnie oddalają, że być może ich znajomość potrwa jeszcze miesiąc czy dwa, ale potem Rose wyślizgnie mu się z rąk i straci ją na zawsze. Czasami zastanawiał się, czy nie lepiej by było, gdyby jednak skłamał i powiedział, że ją kocha – ale gdyby to zrobił, to na czym opierałby się ten związek? Wydawało mu się, że lepiej pozwolić jej odejść teraz, niż czekać, aż zrobi to kiedyś w przyszłości.
W połowie marca poczuł, że jest już zmęczony tymi wiszącymi między nimi niedomówieniami, omijanymi tematami i wiecznie obecną świadomością, że już niedługo ich znajomość się skończy. Nie miał wątpliwości, że będzie to definitywny koniec; może dlatego tak go odwlekał. Kiedy jednak zauważył, że Rose też była zmęczona, zaczął się zastanawiać, jak poruszyć ten temat. Ciężko zacząć mówić o tym, że w pomieszczeniu znajduje się wielki, zielony słoń, jeśli wcześniej przez ponad miesiąc się go ignorowało.
Rose okazała się od niego odważniejsza – w końcu była Gryfonką – i poruszyła ten temat w ostatnim tygodniu marca. Powiedziała, że nadal uważa go za sympatycznego chłopaka i cieszy się, że go poznała, ale coś się miedzy nimi popsuło i powinni zostać tylko przyjaciółmi. Zgodził się, bo i co innego mógł zrobić? Przez chwilę nawet przyszło mu do głowy, że to najlepsze wyjście, skoro jeszcze dwa miesiące temu go kochała. Jeśli jej uczucia zmieniały się tak szybko, to może lepiej, że nic z tego nie wyszło. Oczywiście nigdy nie powiedziałby tego na głos.
Przez parę dni łapał się na tym, że odruchowo szedł pod pomnik goblina (przy którym zwykli się spotykać) albo patrzył na jej stolik w bibliotece, ale starał się nad tym panować. Brakowało mu jej towarzystwa, ale wiedział, że to było najlepsze z możliwych rozwiązań. Za niecałe dwa miesiące każde z nich podąży własną drogą i już nigdy się nie zobaczą. Nie miał wątpliwości, że tak właśnie będzie, że już w lipcu stanie na środku jakiejś londyńskiej ulicy, sam jak palec, i będzie musiał zacząć budować sobie życie wśród mugoli. Pamiętał, jak matka opowiadała o tłumie przyjaciół, którzy zostaną przy nim na dobre i na złe, a jeśli nie, to na pewno będzie za nimi tęsknił. Nie widział wokół siebie żadnego tłumu, tak samo, jak nie widział go wokół matki. Opowiedziała mu po prostu kolejną bajkę na dobranoc.
Początkowo unikał Florence, chociaż zapewniła go, że może z nią o wszystkim porozmawiać. Wiedział, że może, ale nie był pewien, czy chce – mimo wszystko Florence była dziewczyną, mogłaby zwrócić jego uwagę na coś, co zrobił źle, co opacznie zrozumiał lub o czym zapomniał. Nie chciał zastanawiać się, czy cała sytuacja z Rose mogła skończyć się inaczej – oswoił się już z myślą, że ktoś inny będzie szukał w jej oczach odpowiedzi i patrzył na promienie słońca w jej włosach. Nie przeszkadzało mu to.
W połowie kwietnia Malfoy podszedł do niego i poklepał go po plecach. Pogratulował mu też dobrego wyboru – Scorpius żywił niezachwiane przekonanie, że Jack zdecydował się zadbać o dobre imię Domu Węża i dlatego właśnie zerwał z Rose. Ten przez chwilę chciał zaoponować, wyjaśnić, że wszystko wyglądało inaczej, ale zdał sobie sprawę, że to bez sensu. Malfoy i tak będzie wierzył w to, w co chce wierzyć, więc tłumaczenie mu czegokolwiek byłoby tylko stratą czasu. Wystarczyło, że oboje z Rose znali prawdę – wcale nie chodziło o żaden ślizgoński honor, po prostu im nie wyszło. I tyle. Bez żadnego drugiego czy trzeciego dna. Poza tym nigdy nie robił nic tylko ze względu na kilku osiłków, którzy go do tego zmuszali, skąd w umyśle Scorpiusa wziął się pomysł, że nagle się to zmieniło?
Niedługo potem podeszła do niego Florence. Z pewnym zdumieniem odkrył, że nie rozmawiali ze sobą kilka dni i brakowało mu jej towarzystwa. Przyzwyczaił się do niej i w myślach obiecywał sobie, że bez względu na to, co będzie robił po ukończeniu szkoły, nie zapomni o wysyłaniu do niej listów. Może i nie zdobył całej grupy oddanych przyjaciół, ale chciał myśleć, że jego kontakt z Florence nie urwie się tak szybko, jak z innymi uczniami.
– Nie pozwól mu się wyprowadzić z równowagi – powiedziała, siadając obok niego na kanapie.
Pokiwał głową. Wiedział, o kogo jej chodziło, bo co jakiś czas łypał złowrogo w kierunku Scorpiusa. Musiała to zauważyć i uznała, że sytuacja wymagała jej interwencji.
– Wiem – odpowiedział. – Nie zamierzam.
Florence pokiwała głową, ale nie wstała. Wyjęła z torby jakąś książkę, która nie przypominała żadnego podręcznika. Miała trochę zniszczoną okładkę, jakby ktoś czytał ją naprawdę często, ale można było dojrzeć tytuł: był to „Juliusz Cezar” Shakespeare’a.
– Nie uczysz się do egzaminów? – zapytał.
– Nie – odpowiedziała spokojnie i zmarszczyła nos, bo wiosenne słońce zaczęło razić ją w oczy. Jeszcze chwilę wcześniej ta część błoni, na której siedzieli, znajdowała się w cieniu.
– Ale przecież zaklęcia… – zaczął, nagle boleśnie odczuwając wyrzuty sumienia. Wiedział, że zaniedbał Florence. Obiecał jej, że będzie ją douczał, ale wolał spędzać czas z Rose. Czy Florence znalazła sobie lepszego korepetytora?
– Nie martw się – powiedziała, uśmiechając się do niego znad książki. Kiedy nie odwzajemnił uśmiechu, westchnęła i zagięła róg strony, na której skończyła czytać (okropny zwyczaj, którego próbował ją oduczyć). – Nie wracam tu w przyszłym roku – dodała spokojnym tonem, zupełnie jakby mówiła o tym, że na kolację będzie placek z jabłkami.
– Jak to nie wracasz? – zapytał odrobinę głośniej niż planował. Głowy kilku przechodzących niedaleko nich uczniów na moment zwróciły się w ich stronę, ale najwyraźniej byli zbyt mało interesujący, by ktoś poświęcił im więcej niż kilka chwil.
– Po prostu. Dobrze wiesz, że ledwo zdałam sumy i udało mi się to tylko dzięki twojej pomocy. Nie nadaję się na czarownicę i, prawdę mówiąc, nie jestem pewna, czy podoba mi się ten świat. Wrócę do mugoli. – I wzruszyła ramionami, jakby to, co właśnie powiedziała, nie miało większego znaczenia.
Nagle dotarło do niego, że miało znaczenie. Miało wielkie, kolosalne wręcz znaczenie. Nie dlatego, że odczuwał wyrzuty sumienia i nie dlatego, że właśnie stracił jedyny stały punkt, jaki rysował się w jego przyszłości – perspektywę pisania listów do niej. Nie, chodziło o coś całkiem innego. Chodziło nie o niego, ale o nią – o jej życie.
– Nie możesz tego zrobić – stwierdził stanowczo, jakby liczył, że jego zakaz jakoś na nią wpłynie.
Zaśmiała się i popatrzyła na niego. Sprawiała wrażenie, jakby nie była pewna, co ma zrobić. On też tego nie wiedział, tak samo jak nie wiedział, co sam powinien zrobić. Nie wiedział nawet, dlaczego słońce przestało na nich świecić, choć odpowiedź na to konkretne pytanie byłaby zdecydowanie najłatwiejsza ze wszystkich odpowiedzi, które chciał znaleźć. Tym razem jednak nie szukał ich w cudzych oczach, nie leżał nawet na trawie i nie patrzył w niebo. Nie, patrzył prosto na Florence, jakby widział ją pierwszy raz w życiu.
– Oczywiście, że mogę – stwierdziła spokojnie. – Naprawdę, nie mam nic przeciwko temu. Nie chcę powtarzać roku, bo i tak nie opanuję odpowiedniej partii materiału.
– Ale przecież będziesz musiała wrócić…
– Wiem, wiem – przerwała mu. Nie chciała, żeby mówił o domu dziecka, w którym spędzała wakacje. W końcu był piękny, słoneczny dzień, dlaczego mieliby rozmawiać na tak nieprzyjemny temat? – Ale tylko na rok, potem skończę osiemnaście lat i będę mogła rozejrzeć się za czymś własnym. Nie wiem tylko, kto mnie zatrudni, mam sporą lukę w edukacji.
Poczuł, jak w gardle rośnie mu gula. Kiedy on romansował sobie w najlepsze z Rose, Florence najwyraźniej zaplanowała całą przyszłość. Nie przedstawiała się w różowych barwach, ale zaplanowała ją sama. Bez uwzględnienia w niej jego – i to, nie wiedzieć czemu, zabolało. Nie bardziej jednak niż świadomość, że Florence – dobra, wesoła, wspaniała Florence – będzie musiała wrócić do tego okropnego miejsca, o którym kilka razy mu opowiadała, a potem poradzić sobie w wielkim, złym świecie. Tym samym, z którym i on będzie musiał sobie poradzić, ale kiedy myślał o konfrontacji Florence z resztą świata, świat ten wydawał się jakby straszniejszy.
– Dobrze to przemyślałaś? – upewnił się. Szukał w głowie jakiegokolwiek argumentu, którym mógłby przekonać ją do zmiany planów, ale wydawało mu się, że wszystko było za mało przekonujące.
– Oczywiście – odpowiedziała i przez chwilę patrzyła na czubki drzew w Zakazanym Lesie.
Z westchnieniem położył się na trawie, żeby przyjrzeć się chmurom. Wiedział, że nie znajdzie w nich pomocy, ale od dziecka lubił patrzeć na niebo i zastanawiać się, jak mógłby zmienić świat. Leżenie i patrzenie w niebo było wtedy lepsze od powrotów do domu – mógł sobie wyobrażać, że jest superbohaterem albo kosmitą, albo czarodziejem, albo… albo że jest szczęśliwym dzieckiem, synem idealnych rodziców, którzy mieszkają w dużym domku na przedmieściach, takim otoczonym białym płotem, i mają dużego, kosmatego psa. Teraz, kiedy był starszy, wiedział, że to kolejne z marzeń, o których lepiej było zapomnieć niż liczyć na to, że się spełnią. A nawet jeśli, to nie w takiej formie, o jakiej marzył w dzieciństwie. Ale przecież marzenia nigdy się nie spełniają, prawda?
– Niczego tam nie znajdziesz – stwierdziła Florence. – Na niebie – uściśliła. Na wypadek, gdyby nie wiedział, o czym mówi.
Wzruszył ramionami, co było dość trudne w pozycji leżącej. Wiedział, że dziewczyna ma rację, ale nie miał pojęcia, po co mu o tym mówi teraz, kiedy dopiero co rozmawiali o jej przyszłości.
– Kasjusz powiedział, że wina jest nie w gwiazdach, lecz w nas samych. Strasznie mi się ten cytat podobał, wiesz? Ale myślę sobie, że nie tylko z winą tak jest – powiedziała cicho, jakby zdradzała mu wielką tajemnicę. – Czasami wydaje mi się, że nie powinno się leżeć i czekać, aż szczęście samo do nas przyjdzie. Bo nie przyjdzie. Nie spadnie nam z nieba i…
Podniósł się na łokciach, żeby móc na nią popatrzeć. Florence jednak nie patrzyła na niego, dalej wbijała wzrok w czubki drzew. Dopiero kiedy poczuła na sobie jego spojrzenie, obróciła głowę. Nie był pewien, co chce jej powiedzieć, ale wiedział, że kiedy już zdecyduje, to będzie to coś uspokajającego, miłego. Nie spodziewał się, że to ona pierwsza zabierze głos.
– Dlatego chciałam wziąć swój los w swoje ręce, wiesz? – zaczęła powoli, jakby sama bała się, do czego ta wypowiedź zmierza. – Wiem, że w powrót do mugoli nie będzie łatwy, ale to lepsze wyjście. Myślałam o tym od jakiegoś czasu. Owszem, magia jest wspaniała i nie żałuję, że tu byłam, ale mogę bez niej żyć. I to życie będzie tak samo dobre, po prostu… na trochę innych zasadach i z trochę innymi ludźmi.
Chciał jej przerwać, powiedzieć, że przecież była tu już szósty rok, na pewno musiała czuć jakikolwiek związek z zamkiem, z kimkolwiek z koleżanek i kolegów, z… z nim! Merlinie, co z nim? Florence jednak kontynuowała:
– Chciałam, żebyś wiedział, że naprawdę dużo dla mnie znaczył ten czas, który spędzaliśmy w bibliotece. Wiem, że przyczepiłam się do ciebie jak rzep do psiego ogona i pewnie miałeś mnie dość, ale zależało mi na twojej przyjaźni i na tobie. Przykro mi, że nie wyszło ci z Rose. Wydawało mi się, że znalazłeś kogoś, kogo mógłbyś pokochać. I… i wiem, że to, co teraz powiem będzie okropnie niezręczne – dodała pospiesznie, a z jej głosu zniknęło już początkowe wahanie – ale chciałam, żebyś wiedział, że cię kocham. I nie oczekuję, że to odwzajemnisz, nie oczekuję, że powiesz cokolwiek, po prostu chciałam, żebyś wiedział, że kiedy patrzyłam w niebo, to marzyłam, że przyjdziesz do mnie i powiesz, że nie zapomnisz o mnie, kiedy skończysz Hogwart, że jeśli chcę, to możemy coś wynająć i pracować wśród mugoli albo… albo coś. Ale potem uznałam, że marzenia tak nie działają i dlatego ci o tym mówię. I wiem, że to nie ma sensu i pewnie chcesz stąd uciec, i…
Przez cały czas, kiedy mówiła, patrzył na nią z największym zdziwieniem. Jak mógł wcześniej tego nie zauważyć, nie mieć najmniejszego pojęcia, co plątało się po jej głowie? W końcu jednak przyszły te słowa, których szukał od początku tej rozmowy, i przerwał jej wywód:
– Tak – stwierdził.
– Co tak? – zapytała zdziwiona, jakby nie spodziewała się po nim żadnej reakcji.
– Możemy poszukać razem jakiegoś mieszkania, zacząć nowe życie wśród mugoli, jeśli chcesz. Możemy się przeprowadzić gdziekolwiek chcesz – powiedział, zanim jego mózg zdążył to wszystko przetworzyć i wymyślić całą listę powodów, dla których nie powinien tego mówić.
– Naprawdę? – zapytała, a oczy zalśniły jej jaśniej niż najjaśniejsze gwiazdy na letnim niebie.
– Naprawdę – potwierdził. – Tylko zamieszkajmy razem jako kumple. Póki co – dodał ostrożnie.
Florence pokiwała głową i uśmiechnęła się promiennie, a on ze zdziwieniem patrzył w jej oczy. Nie szukał w nich odpowiedzi – szukał tych iskierek radości, które właśnie wywołał i które – miał nadzieję – będą się pojawiały często. Chciał, żeby tak było. Chciał na nie patrzeć, chciał je wywoływać i nie chciał, by kiedykolwiek zgasły.
– Ale żeby było jasne – dodał po chwili, a uśmiech Florence nieco przygasł – kupimy psa. Obojętne jakiego, byle był duży i zostawiał dużo sierści na kanapie.
Florence wybuchła śmiechem, który – nie wiedzieć czemu – brzmiał dużo lepiej niż zwykle. Dźwięczniej i weselej. Sam też zaczął się śmiać i wydawało mu się, że jego śmiech też jest inny. Może tak właśnie brzmiał śmiech osoby, która nie czekała, aż jej marzenia same się spełnią, ale nie wahała się o nie walczyć?

Na kartach wspomnień

Tracy Davis była zmęczona.
Nie, to za mało powiedziane – Tracy Davis po prostu padała z nóg. Od samego rana musiała biegać po całym zamku, najpierw żeby oddać zaległe wypracowanie z transmutacji, potem wypytać o szczegóły pracy z eliksirów, znaleźć w bibliotece kilka książek, wrócić do pokoju wspólnego i później jeszcze bez sensu łazić po błoniach z Amelie, co i raz potykając się o zbyt długą, czarną szatę albo wpadając na kogoś, na kogo wpaść nie chciała – zwłaszcza tych wszędobylskich Gryfonów z jej roku, ze słynnym Harrym Potterem na czele – strasznie drażnił ją ten nadęty bubek, w skrytości ducha zgadzała się z  większością słów Dracona na jego temat.
Kiedy w końcu udało jej się doczłapać do dormitorium – była całkiem wyzuta z sił i ostatnim, o czym chciała myśleć, było wypracowanie z historii magii. Zresztą, nawet gdyby chciała je napisać, i tak Urk Ryży pomyliłby jej się z Ulrykiem Kędzierzawym czy jakimś Heinrichiem Rudym. Po prostu nie miała głowy do historii i już. Choćby uczyła się tydzień i była przygotowana wyśmienicie – Binns i tak ją obleje, mogła się o to założyć. I tak dziękowała Merlinowi, że profesorek pozwolił jej pisać to wypracowanie, bez niego nie mogłaby pisać SUMa (choć, jak Binns sam zaznaczył, szanse na zdanie panna Davis miała takie same, jak gobliny na wygranie rewolucji z 1278 roku).
– O słodki Salazarze – westchnęła, układając się wygodnie na łóżku. – Przeczytam tę książkę i jutro bez problemu napiszę tak długą pracę, jak tylko Binns sobie uroił.
Nie minęło pięć minut i dziewczyna pogrążyła się we śnie.

*

– Znowu ktoś cię wołał – mruknął ciepły, męski głos, który niespodziewanie odezwał się tuż nad jej uchem. – To chyba to dziewczę…
Tracy, zaniepokojona nieco, otworzyła oczy. Była pewna, że doszło tu do jakiegoś nadużycia – męski głos w damskim dormitorium? O co chodziło? Jedyną metodą odkrycia prawdy było właśnie zapoznanie się z otoczeniem. Niestety, wbrew wcześniejszym oczekiwaniom, otoczeniem nie było dormitorium Slytherinu. Ba, nie było nim żadne ze znanych jej pomieszczeń.
– Taaak, to było do przewidzenia, że wkrótce jakaś tu przybędzie – odparł inny głos, też męski, ale o wiele cichszy, trochę świszczący jak dźwięk sztyletu przeszywającego powietrze w styczniowy dzień.
– Lepsze to, niż gnicie tutaj bez towarzystwa, nie sądzisz? – zapytał znów pierwszy głos.
– Doprawdy nie wiem co w tym lepszego. – Tracy była pewna, że mężczyzna uśmiechnął się ironicznie. Wiedziała już, kogo przypominały jej ich głos, czas było poznać i twarze.
Kilkakrotnie zamknęła i otworzyła oczy, aż przyzwyczaiły się do słabego oświetlenia, jakie dawała stojąca w kącie świeca. Okazało się, że panna Davis leżała na dziwnym skrzyżowaniu sofy, łoża i kozetki, które stało po drugiej stronie wielkiego, gotyckiego okna, zajmującego większą część ściany. Niedaleko okna znajdowała się duża, ponura, drewniana szafa (Tracy mogła iść o zakład, że trzeszczała), a tuż obok niej – stoliczek ze świeczką. Bliżej stały dwa wysłużone nieco fotele wyściełane skórami dzikich zwierząt. To właśnie na tych fotelach siedzieli mężczyźni – skrajnie do siebie niepodobni. Jeden wyglądał na typowego rycerza, wysoki, umięśniony, z zadbaną brodą i wąsami, w ciemnoczerwonym płaszczu zarzuconym na ramiona. Drugi wyglądał bardziej jak uczony – blady, chudy, miał pospiesznie przystrzygane wąsy i nieco koślawą, kozią bródkę, a do tego ubrany był w czernie i ciemne zielenie. W słabym świetle świecy wydawali się przeciwieństwami, największymi kontrastami, jakie tylko umysł ludzki mógł wymyślić.
– Na Merlina – westchnęła Tracy. – Gdzie ja jestem?
– Kto przywołał imię tego podrzędnego maga? – W drzwiach, których wcześniej Ślizgonka nie zauważyła, choć była świadoma ich istnienia, pojawiła się wysoka, brązowowłosa kobieta w powłóczystej, eleganckiej, granatowej sukni do samej ziemi. Jej wejściu towarzyszyło krakanie kruków za oknem i grzmot zwiastujący rychłą burzę, więc zrobiła na pannie Davis wrażenie większe nawet, niż siedzący w fotelach mężczyźni.
– Uspokój się, na litość, uspokój! – Do pokoju wbiegła niska, pulchna kobieta, wyraźnie wpatrzona w tę, która weszła do pokoju wcześniej. W przeciwieństwie do tamtej jednak – nie miała w sobie nic z wiotkiej, ulotnej elegancji. Wyglądała raczej jak ciosana z twardego kamienia, miała stanowcze rysy, które starała się maskować szerokim uśmiechem, rudoblond włosy wymykały się ciągle spod czepca i opadały falami na popielato-żółtą suknię, bardziej strojną i bufiastą niż suknia elegantki.
Tracy skuliła się na łożu. Oddałaby wszystko, by zniknąć – zwłaszcza teraz, kiedy czwórka nieznanych jej osób stała przy oknie, oświetlana słabym światłem świecy i sporadycznymi piorunami, które przeszywały niebo za oknem. Wiedziała jednak, że niczego to nie zmieni, że trzeba się zebrać na odwagę i odezwać.
– Ja… przepraszam… – zaczęła.
Elegantka w niebieskiej sukni westchnęła krótko, jakby zraził ją akcent dziewczyny. Pozostali wpatrywali się z zaciekawieniem w Ślizgonkę.
– Yyy… gdzie ja jestem? – zadała w końcu najbardziej podstawowe pytanie.
– Jesteś w bezpiecznym miejscu, kochanie – odezwała się pulchna kobieta. – Nic ci nie grozi, więc wypoczywaj, musiałaś uderzyć się w głowę, gdy tylko się zjawiłaś.
– Ale… gdzie dokładniej jestem? – Poczuła się naprawdę głupio. Tak głupio, jak jeszcze nigdy przedtem. Nie umywały się do tego nawet odpytywania na transmutacji. Nic nie było tak straszne.
Niebo przeszyła wyjątkowo jasna błyskawica, która dokładnie oświetliła twarze czwórki stojącej przed oknie. Tracy drgnęła, wydawało jej się, że ich poznaje, ale była to myśl tak irracjonalna, że od razu ją odrzuciła.
– Milady, witaj na zamku Hogwart w Szkocji – powiedział „rycerz”. – Pozwól, że się przedstawię, Godryk Gryffindor.
Davis przełknęła głośno ślinę, patrząc a pozostałą trójkę. Dobrze wiedziała kto to.
– Salazar Slytherin – powiedział drugi mężczyzna, wykonując niewielki ukłon.
– Rowena Ravenclaw. – Elegantka dygnęła.
– I Helga Hufflepuff. – Niewysoka kobieta uśmiechnęła się serdecznie.
Tracy zamarła. Skąd ona się tutaj wzięła? I – przede wszystkim – jak ma wrócić?! Przecież jeśli nie odda Binnsowi wypracowania do czwartku, to może pożegnać się ze szkołą. Rodzice by ją chyba zabili, gdyby została wyrzucona z Hogwartu. Ogarnęła ją panika, miała ochotę podbiec do drzwi i wyjść, nieważne gdzie, byle biec, uciec. Jej umysł nie mógł ogarnąć tego, co się działo, wiedziała o tym.
– I ty się masz za Ślizgonkę? – warknął Slytherin. – Nie jesteś tu naprawdę, to chyba jasne. I nas też tutaj nie ma, jesteśmy wspomnieniem zapisanym pewnej burzowej nocy, kiedy znaleźliśmy… – wykrzywił pogardliwie usta – pewnego przybłędę.
– Oczywiście został nakarmiony i napojony, inaczej nie godzi się wypuszczać gościa, ale on zamiast odejść jak obyczaj każe, chciał, abyśmy nauczyli go magii, był straszliwie uciążliwy, nie ustępował pod wpływem próśb i gróźb – wyjaśniła Ravenclaw.
– Nazywał się Merlin, później napisano o nim wiele książek, nigdzie jednak nie wspominając o tym incydencie, być może się go wstydził, ale wtedy całkiem nielogicznym wydaje się, że stworzył to wspomnienie – dodała Huffepuff.
– Jesteście… wspomnieniem?
– Tak – przyznał Gryffindor. – Konkretniej – wspomnieniem Merlina, które on zapisał w księdze. Księga zaginęła dawno, dawno temu, potem została pocięta i użyta do wyklejek przy innych księgach, które mnisi skrzętnie przepisywali. Myśleliśmy, że to już koniec i nigdy więcej nikt nie odczyta tego wspomnienia, aż nadeszły czasy rewolucji angielskiej. Książka, w której było wspomnienie, została spalona. Ocalało tyko kilka kartek, w tym i okładka. Znalazł je przechodzący obok pogorzeliska czarodziej, Nicolas Flamel. Od dawna interesował się alchemią, a więc i spalaniem, pierwiastkami, magią szeroko pojętą. Wyczuł, że od znaleziska bije silna aura magiczna…
– Tak, był pierwszym po Merlinie i kilku nieuważnych mnichach człowiekiem, którego przyszło nam gościć. Niestety, spieszył się do swych prac i nie zabawił z nami długo. Chyba wyczuł, że to wspomnienie może być warte wiele galeonów. – Rowena prychnęła cicho. – Sprzedał nas jak uliczne dziewki!
– Dokładniej to oddawał wszystkim swoim przyjaciołom po kolei. Wszyscy prędzej czy później umierali, więc wciąż wracaliśmy do Flamela. W końcu przekazał książkę Dumbledore’owi, który kazał usunąć z niej wspomnienie i oprawić je w osobną księgę, którą będzie się trzymać w zamkniętym miejscu, by nie naruszać naszego spokoju… – Helga uśmiechnęła się lekko.
– Spokoju – warknął Salazar. – Spokoju! Nigdy nie mieliśmy spokoju, przekazywani z rąk do rąk! Wyobraźcie sobie, co by się stało, gdyby wszyscy się dowiedzieli, że fragmenty naszych dusz nadal są w magicznym świecie! Już widzę te tłumy spadające do tej komnaty. W każdym razie – zwrócił się do Tracy – plan Albusa zawiódł, głupiec spuścił książkę z oka na kilka miesięcy, w czasie których dokonano podmiany, znów wylądowaliśmy na wyklejce jakiejś księgi, którą początkowo trzymał w domu ród Gampów, a po jego wygaśnięciu przeszła różnymi ścieżkami przez większość domów rodzin czystej krwi – zakończył z pewną dumą.
– Nie zagrzała jednak miejsca w żadnym domu – przypomniał Godryk. – Wszyscy czuli jej dziwną aurę i chcieli się jej jak najszybciej pozbyć. W końcu któreś z nieszczęsnych dzieci zawiozło ją do Hogwartu i zostawiło w bibliotece. Myślę, że tak właśnie tu trafiłaś… – Uśmiechnął się do panny Davis.
– T-tak, właśnie tak. Ja… ja się uczę w Hogwarcie, jestem w Slytherinie, na piątym roku. – Wskazała nieśmiało herb domu wyhaftowany na piesi. – Na księgę trafiłam przypadkiem, szukałam czegoś, co pomogłoby mi napisać wypracowanie z historii magii. Binns się uczepił i… Zresztą, pewnie i tak niewiele was to interesuje, pomóżcie mi się tylko stąd wydostać, proszę. – Zrobiła najżałośniejszą minę, na jaką ją było stać i z pewnym zdziwieniem zaobserwowała, że cała czwórka zaczęła się śmiać.
– Nie jesteś pierwszą, spośród naszych gości, która ma kłopot z Binnsem – wyjaśnił Gryffindor. – Poczekaj, opowiemy ci coś ciekawego…

*

Tracy Davis była szczęśliwa.
Nie, to za mało powiedziane – Tracy Davis po prostu szalała z radości, która rozpierała ją od niemal godziny. Okazało się, że jej wypracowanie nie tylko zadowoliło Binnsa, ale wręcz go urzekło! Zaliczyła u niego historię magii i nawet życzył jej powodzenia na SUMie. Sama Tracy nie zdradziła źródła swej wiedzy, ale postanowiła, że odda książkę Dumbledore’owi, który przecież cały czas był najbardziej „prawdziwym” jej właścicielem. Nie rozumiała tylko, czemu dyrektor puszczał do niej porozumiewawcze oko, kiedy wyjaśniała pokrótce całą sytuację i czemu Binns tak entuzjastycznie zareagował na wieść, że Godrykowi Gryffindorowi najbardziej brakuje soku dyniowego.

walentynki

Luty tego roku był wyjątkowo śnieżny, praktycznie przez całe noce padał śnieg, a w dzień jego nadmiar topiło słabe, brytyjskie słońce. Co w żadnym wypadku nie znaczyło, że ulice przestawały być białe – wręcz przeciwnie, większość trawników i parków pokrywała warstwa białego puchu, niezwykle przyjemnego dla oka. Dla kogoś, kto na co dzień mieszkał z dala od Londynu – widok ten nie był szczególnie pociągający. Melanie należała do tych szczęśliwców, którzy mieszkali daleko, daleko od głośnej stolicy i bywali w niej tylko, gdy musieli załatwić coś ważnego.
Właśnie tak, jak teraz.
Panna O’Carrington przemierzała właśnie brudnośniegowe ulice mugolskiego Londynu, żałowała, że nie aportowała się bezpośrednio w Ministerstwie, a potem siecią Fiuu do Dziurawego Kotła, to by wiele ułatwiło. I pozwoliłoby zachować uczucie suchości w butach. A to – wbrew powszechnie przyjętej opinii – niezwykle ważne, by mieć sucho bezpośrednio pod stopami. Zwłaszcza, gdy mowa o dość drogich kozakach, kupionych za poważną, mugolską gotówkę. Melanie poczuła, że to miłość od pierwszego wejrzenia i gdyby można było wychodzić za mąż za elementy garderoby, to ona natychmiast poślubiłaby te buty. Nie było w nich właściwie niczego wyjątkowego – wysokie, czarne kozaki na średnim, kieliszkowatym obcasie, mające zmyślnie ukryty suwak i noski przypominające trzewiki czarownic sprzed kilku wieków. I srebrną klamrę, którą owinęła żółto-czarną wstążką. Lubiła mieć na sobie coś, co przypominało jej o Hogwarcie, a cóż sprawdziłoby się w tej roli lepiej, jeśli nie kolory jej domu?
W każdym razie kwestia suchości w butach była szczególnie ważna, bo zaraz po wyjściu z Ministerstwa miała się udać na spotkanie z uroczym gentlemanem, na którego niedawno wpadła w swoim miasteczku. Nie wiedziała, co tam robił, ale to nie było specjalnie ważne – starczyło, że się tam znajdował i wydawał się być mile zaskoczony spotkaniem. I zaproponował powtórkę. Tu, w Londynie. Czemu nie, w końcu i tak musiała przyjechać. Zresztą – na takie spotkanie mogłaby jechać i bez powodu, choć pewnie nie przyznałaby się przed nim otwarcie. Lepiej było mówić o sprawach w Ministerstwie. Bezpieczniej. To dawało możliwości manewru, poczucie panowania nad sytuacją. Nie sprawiała wrażenia desperatki. Mogła wykreować się w dowolny sposób, przybrać formę, jaką tylko chciała. Nie musiała być z nim szczera. On też nie był. Nigdy. Wiedziała to doskonale, choć tak naprawdę rozmawiali tylko kilka godzin. Dość słyszała w Hogwarcie. Tak, ludzie się zmieniają, wiedziała o tym i nie była na tyle cyniczna, by usprawiedliwiać tylko siebie tym utartym sloganem. No i była Puchonką. Noblesse oblige, jak zwykli mawiać co bardziej rozgarnięci znajomi. Choć nie były to najbezpieczniejsze czasy i wygłaszanie takich kwestii mogło się skończyć nieprzyjemnościami wśród otoczenia – w najlepszym wypadku, rzecz jasna. Od razu posypałyby się bardzo niesmaczne oskarżenia o bycie śmierciożercą czy inną formę sprzyjania tej jakże niebezpiecznej formacji.
Melanie była na to zbyt wygodnicka. Tak, w duchu sprzyjała większości działań Czarnego Pana, ale nigdy nie dałaby tego wyraźnie do zrozumienia. Dlatego tak łatwo zgodziła się na to spotkanie – była pewna, że z nim jest tak samo. A jej intuicja była w takich sprawach nieomylna.
Westchnęła ciężko i szybkim, machinalnym ruchem poprawiła fryzurę. Zaraz będzie na miejscu, powinna poprawić makijaż… Tylko gdzie? No trudno, musi zaufać swemu urokowi. Zerknęła na zegarek. Siedem minut spóźnienia. Idealnie.
Zamaszystym gestem otworzyła drzwi i weszła do ciepłego pomieszczenia. Nie przepadała za mugolskimi barami, ale ten miał swój klimat – jedna ze ścian była starą, ceglaną pamiątką po odległych czasach, reszta wnętrza, obita drewnem, też była stylizowana na jakieś dawne wieki. Z niskiego sufitu zwieszały się bogato zdobione, duże żyrandole. Stolików było niewiele, ustawiono je w pewnej odległości od siebie – czy naprawdę chciano w ten sposób zapewnić gościom poczucie prywatności? Zaśmiała się w duchu na samą myśl. Zauważyła kelnerki w śmiesznych strojach, stylizowanych podobnie, jak samo wnętrze. A potem zauważyła i jego. Zajął najbardziej oddalony od innych stolik w samym rogu sali.
Podeszła, zdejmując po drodze płaszcz. Nie chciała, żeby poczuł się w obowiązku odbierać go od niej czy wieszać wieszaku. Wolała to zrobić sama, tak po prostu. Poprawiła dyskretnie spódnicę i usiadła na ciężkim, zdobionym krześle, od razu przetrząsając torebkę w poszukiwaniu papierosów. Ach, te mugolskie przyzwyczajenia. Ale czemu ma sobie żałować.
– Masz ogień? – zapytała towarzysza.
– Nie powinnaś tu palić – mruknął w odpowiedzi.
– Nie pytam czy powinnam, ale czy masz ogień.
– Nie – odpowiedział krótko, patrząc na nią z kpiącym uśmiechem. – Ale zapytaj kelnerki, właśnie tu idzie.
Faktycznie, wkrótce podeszła do nich niska blondynka w nieco przymałej sukni. Podała im menu i popatrzyła karcąco na Melanie.
– Przepraszam panią, ale tu nie wolno palić – powiedziała cicho, jakby w obawie, że może urazić czymś gościa.
– Och, jeden drobny papieros, co ci szkodzi przymknąć na to oko… – zaczęła, szukając wzrokiem plakietki z imieniem kelnerki; faktycznie, plastikowa, nieco tandetna przypinka spoczywała na piersi dziewczyny – …Doris. Obiecuję, że nie pożałujesz… – Puściła do niej oko.
– Hm, ale… drewno, rozumie pani…
– Powiedziałam, że nie będziesz żałować. Drewnu też nic nie będzie – odparła przez zęby. – A teraz mogłabyś przyjąć zamówienie i zniknąć stąd?
Dziewczyna niedostrzegalnie pokiwała głową i wyjęła z fartucha notes. Nie odezwała się już, zapisała ich życzenia i zniknęła razem z menu. Melanie prychnęła lekko i, rozejrzawszy się wokoło, zapaliła papierosa różdżką. Zaciągnęła się kilka razy i dopiero popatrzyła na mężczyznę, z którym się tu spotkała. Jej gra chyba póki co działa nieźle, bo nie okazywał żadnego zniecierpliwienia – wręcz przeciwnie, wydawał się nią zaintrygowany.
– Jak ci się podoba Londyn o tej porze roku? – zapytał.
– Koszmar – mruknęła. – Nie mam pojęcia jak mugole mogą sobie radzić bez wszystkich zaklęć rozgrzewających, czyszczących, Ognistej Whiskey…
– No cóż, mają wiele artykułów zastępujących te nasze udogodnienia.
– Taaak, z pewnością…
Nie zdążyła dodać nic więcej, bo wróciła Doris i bez słowa postawiła na stoliku dwie kawy, sernik i napoleonkę, a potem – nerwowo zerkając na papierosa – odeszła. O’Carrington strząsnęła popiół na podłogę i przydepnęła obcasem, żeby dywan się przypadkiem nie zatlił.
– Ładnie wyglądasz – powiedział, podając jej czerwoną różę. – Właściwie od tego powinniśmy zacząć tę rozmowę.
– Dziękuję – odparła, patrząc na kwiat. – Trochę to gryfońskie, ale niezwykle miłe.
– Masz coś przeciwko Gryfonom? – zapytał ze śmiechem, zadowolony, że rozmowa powoli zmierza na dobre tory.
– Oczywiście, że nie. Inaczej bym się tu z tobą nie spotykała. – Odgarnęła z szyi włosy w kolorze orzecha włoskiego. Tak, chciała, by zauważył ten diament w misternie robionej oprawie, który wisiał na delikatnym, srebrnym łańcuszku. – Robota goblinów – dodała, gdy zauważyła, że jego wzrok ześlizgnął się niżej i zatrzymał na błyskotce. – Przynajmniej jedna rzecz, na jakiej się znają.
– Nie sądzisz, że twoje sądy są zbyt ostre? – zapytał, upijając trochę kawy.
– Czy ja wiem? Takie czasy, ludzie bez wyrobionego zdania nie mają szans. – Zapatrzyła się w apetycznie wyglądający sernik. Zaczęła żałować, że wybrała nędznie wyglądającą napoleonkę. – Ale przecież nie zaprosiłeś mnie tutaj, żebyśmy rozmawiali o goblinach i innych sprawach związanych z szarą rzeczywistością, prawda? – Spojrzała wymownie na różę, bezczelnie leżącą pośrodku stołu.
– Tak, masz rację, ale to nie jest najlepsze miejsce. Myślę, że jak zjemy, powinniśmy się przejść. Co ty na to?
„Chodzić? W tym śniegu?! Nawet dla ciebie tego nie zrobię!”, pomyślała. Ale tak powiedziałaby ta stara i nudna Melanie. A przecież została w domu, tu siedzi nowa Melanie-aktorka. Jedyna w swoim rodzaju, urzekająca, wyjątkowa…
– Jasne.
Nawet Melanie-aktorka nie umie się oprzeć tym oczom. Czy któraś inna umiała?
Niespiesznie dokończyli kawę i ciasto, rozmawiając od niechcenia o pogodzie i ostatnich wydarzeniach. Mózg O’Carrington jednak pracował bez wytchnienia – mugole za oknem zachowywali się jakoś dziwnie, goście przy innych stolikach też. Wszyscy tacy nienaturalnie szczęśliwi, poruszający się tyko parami, z kwiatkami w dłoniach. A potem spojrzała na niego i wszystko stało się jasne – on też…?
No tak, to musiały być te całe mugolskie Walentynki czy jak oni to nazywają… Zawsze kojarzyło jej się z pracami murarskimi i ilekroć słyszała tę nazwę – nie mogła pohamować śmiechu. A teraz ma się okazać, że nie tylko będzie świadkiem cudzego szczęścia w Walentynki, ale wręcz uczestniczką tego całego szaleństwa?
Nie, zdecydowanie musi poprawić makijaż. Zanim dojdzie do czegokolwiek. Nie może mieć rozmazanej szminki czy cukru pudru na górnej wardze! Przeprosiła rozmówcę i szybko udała się do łazienki, by „przypudrować nosek”. Wierutna bzdura, gdyby chodziło tylko o puder… No cóż, nie zamierzała przecież walczyć z utartymi sloganami, skoro na co dzień żyła wśród tak wielu. Ba, czasem to wręcz one stanowiły o jej bycie. Nie było sensu się nad tym rozwodzić, trzeba było wracać do stolika.
Chwilę jeszcze porozmawiali, po czym nadszedł moment opuszczenia pubu. Melanie nie omieszkała wrzucić niedopałka papierosa do filiżanki po kawie, ale zostawiła też sowity napiwek, choć to nie ona płaciła za zamówienie.
„Cóż za tani romantyzm”, przemknęło jej przez myśl, gdy podał jej płaszcz. Ale doceniała to, przecież nie była tak wyprana z uczuć, za jaką chciała uchodzić.
Na ulicy przekonała się, że wieczorny śnieg rozpoczynał balet nad ich głowami – płatki wirowały, łagodnie miotane słabymi podmuchami wiatru, w końcu lądując łagodnie na przechodniach lub chodniku. Melanie musiała przyznać, że nigdy nie widziała piękniejszego kontrastu, niż te płatki śniegu, które padały na jego czarne włosy. Wmawiała sobie, że to przez ten idiotyczny dzień, że tak naprawdę wcale nie zachowywałaby się tak irracjonalnie. Ukradkiem zerknęła na różę, którą niosła w lewym ręku. To w końcu jeszcze o niczym nie świadczyło.
Dotarli do jakiejś ustronnej uliczki, którą nie przechadzały się akurat żadne parki.
– Melanie, musimy porozmawiać – powiedział w końcu.
Poczuła, jak wzbiera w niej fala gorąca. Intuicja krzyczała, żeby się nie wahała, że to chodzi o uczucia, na pewno!
– Słucham – odparła najcieplejszym głosem, jaki mogła z siebie wykrzesać. Przybliżyła twarz do jego twarzy na tyle, że wyraźnie czuła drogą wodę kolońską. Nie, nie liczyła na nic, a przynajmniej chciała, żeby tak to wyglądało.
– Chciałem cię zapytać… – zaczął, rozglądając się dookoła. Melanie miała wrażenie, że zacznie piszczeć, gdy usłyszy te słowa. W duchu śmiała się już na widok min kuzynek, kiedy przedstawi go rodzinie. – …ców?
Zamrugała. Jak to możliwe, że niedosłyszała tych najważniejszych w życiu słów?!
– Przepraszam, możesz powtórzyć? – poprosiła najsłodszym tonem, na jaki było ją stać.
– Pytałem, czy to prawda, że popierasz śmierciożerców? – zawahał się. – Zrozumiem, jeśli nie odpowiesz, ale to bardzo, bardzo ważne.
Prychnęła głośno. A więc o to chciał ją zapytać?! O jej przekonania?! Nie mogła w to uwierzyć! Był tak bezczelny, że… Chwila, właściwie to ona wyobrażała sobie niewiadomo co. On tylko zapytał. Ale w takim razie po co ta atmosfera?!
– Ja… Och. Jak MOŻESZ o to pytać DZIŚ?! – wybuchła.
– Co…? O co chodzi, co sobota ma do tego? – zdziwił się, kompletnie nie rozumiejąc jej wybuchu.
– Nie mówię o sobocie, ty ośle skończony! – Cofnęła się. Nie mogła znieść dłużej tego zapachu wody kolońskiej, który najwyraźniej teraz był tożsamy z zapachem idioty. – Poza tym to nie twoja sprawa, kogo popieram.
– Zastanów się, Melanie. To ważne kwestia, w tych dniach – jak sama powiedziałaś – ludzie bez wyrobionego zdania nie mają szans. Dobrze wiesz, co się dzieje. Musisz się opowiedzieć po jednej ze stron. – Utkwił w niej bystre spojrzenie ciemnych oczu.
O’Carrington poczuła się naga i bezbronna. Jej intuicja się pomyliła, po raz pierwszy w życiu. Jak mogła pomyśleć, że on… No cóż, musi to ciągnąć dalej, ostatecznie nikt nie powiedział, że chodzi mu tylko o formalności. Nie może porzucić gry w trakcie spektaklu, tak robią tylko amatorki. Ona jest profesjonalistką. Musi znowu zaufać swojej intuicji, przecież od dawna czuła, że on TEŻ ma takie zapatrywania, po co to ukrywać? Tym razem nie może się mylić!
– Myślę, że dobrze wiesz, co odpowiem. Nie pytałbyś w innym wypadku, prawda? – Znów podeszła bliżej, jakby stanie po przeciwnej stronie ulicy oznaczało pewną śmierć przez zamarznięcie, a on był jedynym źródłem ciepła w tę śnieżną noc. – Musisz zdawać sobie sprawę, że ten kryzys to tylko sprawa przejściowa, że wkrótce wszystko się unormuje…
Nie odtrącił jej, pozwolił stać tak blisko, że jej nos prawie zagrzebywał się w jego szaliku.
– Co masz na myśli? – zapytał.
– To chyba oczywiste – szepnęła prosto do jego ucha. – Czarny Pan zwycięży, zapewni lepszą przyszłość takim jak ty czy ja… Nie możemy żyć dłużej wśród tego plugastwa, które otacza nas ze wszystkich stron, sam o tym wiesz doskonale, twoja rodzina…
– Tyle chyba wystarczy, Melanie. Dziękuję ci za… urocze popołudnie – odpowiedział, a ton jego głosu był chłodniejszy niż temperatura śniegu, który ich otaczał.
Nie odsunął się. Stał tak dalej i patrzył na nią z całą pogardą, na jaką było go tylko stać. Nie widziała jego oczu, ale była pewna, że nie wyrażają niczego innego. Nie chciała ich widzieć, nie chciała zobaczyć, jak bardzo go zawiodła, choć liczyła na tak wiele. Sama się odsunęła, jakby nagle ją oparzył.
– Dlaczego ty… – wydyszała. – Dlaczego jesteś takim odmieńcem?! – Ze złości cisnęła różę na chodnik. – Zrobiłam z siebie idiotkę, a ty tak po prostu dziękujesz?
– Czego oczekiwałaś? – zapytał kpiąco. – Myślę, że powinnaś już iść. Zatrzeć ślady, nim wyśledzą cię aurorzy.
– Ty sukinsynu… Nie jestem śmierciożerczynią!
– Masz wyrobione zdanie na ten temat. A ja mam swoje. Do widzenia, mademoiselle.
Spokojnie odszedł do końca uliczki, gdzie zatrzymał się na chwilę i popatrzył na nią, a śnieg spokojnie padał na jego czarne włosy i ciepły, wełniany płaszcz. Była pewna… chciała być pewna, że w jego oczach jest żal, że jest mu przykro, że go zawiodła. Ale z drugiej strony – gdyby tak było, to z pewnością nie odszedłby. Ten jakże prosty gest znaczył wszystko, przekreślał nie tylko jej przekonanie o niezawodności intuicji, lecz także znacznie komplikował dotychczasowe życie. Zrozumiała już, co robił w jej miasteczku. Jakie to było proste, chciał ją sprawdzić! Przekonać się, kogo popiera. I użył do tego jej własnych słów.
Gdy spojrzała ponownie na koniec ulicy – już go nie było i wiedziała, że nigdy się nie zobaczą. Podniosła z ziemi różę i popatrzyła na nią. Nie była już tak piękna jak kilka godzin temu, ale wciąż wyglądała nieźle.
– Nienawidzę cię, Syriuszu Black – wymamrotała do rośliny i zdeportowała się. Nie było czasu na rozmyślanie, teraz został jej tylko czas na działanie, jeśli nie chce przypłacić życiem swej głupoty. A – mimo wszystko – nie chciała.

Szczęśliwe zakończenie

Zdarzają się takie noce, przez które ciężko jest przebrnąć, a człowiek nie ma pewności, czy kiedy – jeśli – przyjdzie świt, będzie tą samą osobą, którą był, kładąc się do łóżka. Takie noce są pełne lepkich, czarnych wspomnień, których nie sposób wygonić z głowy i przed którymi nie ma obrony. Przez długie godziny jest się zakładnikiem własnej przeszłości, która leniwie przewija się przed oczami, sugerując działania, które można było podjąć, wybory, które powinny być inne… Najpierw wspomnienia pojawiają się kolejno, potem coraz szybciej i szybciej, wirując, łącząc się i eksplodując w jasnozielonym błysku, po którym nie następuje czerń. Po nim następuje coś znacznie gorszego. Prędzej czy później przychodzi świt.
Lily Potter widziała w minionych miesiącach zbyt wiele świtów. Częściej, niż chciałaby się przyznać, witała je leżąc w zbyt dużym łóżku, sparaliżowana własnym strachem przed kolejnym dniem i niedowierzająca, że wciąż żyje, wciąż jest prawie tą samą osobą, którą była wcześniej. Kiedy noc znikała, a pierwsze promienie słońca wpadały do pokoju, łatwiej było odepchnąć wspomnienia i cienie w tył głowy, ale zawsze tam były. Towarzyszyły jej wciąż i wciąż, przypominając, co mogła zrobić, jak wyglądałoby jej życie, gdyby
Czasami myślała, że Jamesa spotkał lepszy los.
*
Szopa czarnych włosów, które wyglądały, jakby nigdy nie widziały grzebienia, rzucała się w oczy w tłumie w Wielkiej Sali, w czasie zajęć, przerw, w pokoju wspólnym, na błoniach – wszędzie, gdzie nie spojrzała, był James Potter wraz ze swoimi włosami, swoim wianuszkiem przyjaciół, swoim zadufaniem w sobie i pewnie ukradzionym zniczem. Był nie do zniesienia, a jednak Lily nie mogła przestać zerkać, czy na pewno tam jest. Od września zachowywał się inaczej. Rok szkolny trwał już jakiś czas, a on wydawał się spokojniejszy, momentami nawet nieobecny, jakby wydarzyło się coś ważnego. Coś, co przedarło się przez pustą jak balon głowę i zmusiło do myślenia. Tak, zdecydowanie wyglądał na istotę myślącą.
To była nowość i Lily nie była pewna, jak powinna się w związku z tym zachować. Zwłaszcza że bywały dni, kiedy James mijał ją na korytarzu czy w pokoju wspólnym, zupełnie ignorując lub posyłając nieznaczny, ale smętny uśmiech. Żadnego błaznowania, żadnego „Spójrz na to, Evans!”.
Może był chory?
*
Każdy dzień rozpoczynał się wcześnie. Początkowo myślała, że to ponura rzeczywistość samotnego rodzica małego dziecka – płacz w środku nocy, płacz o świcie, płacz o każdej porze dnia. Ten płacz świdrował jej czaszkę i nie pomagał zapomnieć o wszystkim, co się stało. Teraz jednak Harry przesypiał już całe noce i dopiero rano stanowczo domagał się jedzenia. Mogłaby sypiać po więcej niż trzy-cztery godziny na dobę. Może wtedy sińce pod oczami w końcu by znikły, choć nie miała pewności, że rozpozna w lustrze swoją twarz bez nich.
Przez jakiś czas myślała, że mimo tego, co się stało, będzie w stanie dalej żyć w domu, który urządzili wspólnie z Jamesem. Kiedy wszyscy dowiedzieli się o tej tragedii – a dowiedzieli się w ciągu jednej nocy – Lily spotkała się ze setkami przejawów życzliwości i współczucia. Zupełnie obcy ludzie brali ją w ramiona, płacząc lub pozwalając jej się wypłakać. Osoby, których w życiu nie widziała, przynosiły jej jedzenie czy oferowały pomoc. Wiadomo już było, że Voldemort zginął, ale śmierciożercy nadal stanowili zagrożenie, dlatego choć dom był w końcu otoczony zaklęciem Fidelisa, Syriusz uparł się, że będzie spał na kanapie w salonie i pilnował jej bezpieczeństwa.
Wokół niej było dużo ludzi, a jednak była tak samotna. Dom był za duży, pełen obcych miejsc, a ludzkie spojrzenia zbyt pełne współczucia. Nie potrafili patrzeć na nią inaczej. Była żoną bohatera i matką innego bohatera. Przestała być Lily. Nikt nie był zainteresowany nią, interesowała ich tylko jej strata. Właśnie to poczucie, że traci własną podmiotowość, skłoniło ją, by pewnej nocy spakować tylko najważniejsze przedmioty i zniknąć wraz z Harrym.
*
Powrót do Hogwartu po świętach zawsze był dla niej ciężki. Spędzała w domu o wiele mniej czasu, niżby chciała. Nawet jeśli wziąć pod uwagę krzywe spojrzenia Petunii, powroty do domu były ważne i z pewną obawą myślała o tym, jak będą wyglądały, kiedy już zda owutemy. Wiedziała, że nigdy nie wróci do mugolskiego życia, nie po tym, jak przez siedem lat podziwiała, jak wspaniały jest świat czarodziejów. W czerwcu stanie przed trudnym wyborem i choć już domyślała się, jaką decyzję podejmie, sama waga tej decyzji ją przerażała. Po raz pierwszy poczuła, że nie miałaby nic przeciwko temu, żeby do jej przedziału wpadł James Potter i zaczął się wygłupiać. Tymczasem minęła już połowa podróży, a on nawet nie przechodził korytarzem.
Kiedy sama wyszła na korytarz, powtarzała sobie, że to nie zainteresowanie losem Jamesa Pottera, to po prostu wypełnianie obowiązków prefekta. Musiała się upewnić, czy w pociągu panuje porządek.
Nie pamiętała już, jaką wymówkę przygotowała sama przed sobą, by usprawiedliwić fakt, że weszła do przedziału Huncwotów i spędziła w nim większość podróży.
*
Harry budził się najpóźniej o siódmej. Częściej o szóstej. Zwykle już wtedy nie spała. Czasami brała prysznic, innym razem przygotowywała śniadanie albo po prostu patrzyła przez okno. Mieszkali w niezbyt ładnej okolicy, ale z okna w kuchni było widać pobliski park. Lubiła na niego patrzeć przez cały rok, nawet jeśli zimą nie działo się w nim nic ciekawego. Czasami łapała się na tym, że przez dobry kwadrans stoi przy oknie i patrzy na park, podczas gdy powinna robić coś zupełnie innego. Coś, co dorośli będący w jej sytuacji życiowej, powinni robić. W końcu dorośli zawsze powinni mieć zajęcie, wyglądanie przez okno to domena dzieci.
Lily nie była pewna, czy jest na pewno dorosła. Robiła wszystko, co robić musiała, ale miała wrażenie, że nie robi tego odpowiednio, nie myśli odpowiednio, nie ma odpowiedniego przygotowania czy nastawienia. Choć minęło wiele czasu, odkąd była dzieckiem, nie czuła się mądrzejsza, niż kiedy siedziała na hogwarckich błoniach. Może bardziej zmęczona.
– Mama! – zawołał Harry ze swojego pokoju, a ona nie mogła wykrzesać z siebie żadnej radości na myśl o nadchodzącym dniu.
*
James Potter czytał książkę. Nie brzmi to może szczególnie zdumiewająco – podobne zachowanie zdarzało mu się w przeszłości – ale nie mogła pozbyć się wrażenia, że czyta ją w inny sposób. W większym skupieniu i z szacunkiem właściwym książkom, a nie jakby zaraz miał ją rzucić w kąt i pognać na boisko quidditcha. Jakby naprawdę chciał się czegoś dowiedzieć. „Oczywiście, że chce się czegoś dowiedzieć, w tym roku zdajemy owutemy,” skarciła się w myślach Lily. Mimo to nie mogła przestać na niego patrzeć.
Byli w bibliotece, dzieliło ich dobrych pięć czy sześć stolików, a jednak ponad głowami i ramionami innych uczniów, tej dziwnej plątaniny zupełnie nieinteresujących ciał, co rusz na niego zerkała. Zdarzało mu się przygryzać koniec pióra, co nie było dobrym pomysłem i na sam ten widok Lily marszczyła nos, choć nie tyle z niechęcią, ile z rozbawieniem. Poza tym jednak czytał z uwagą, co jakiś czas marszcząc czoło albo poprawiając okulary. Był skupiony. Naprawdę skupiony.
Lily w końcu musiała odwrócić wzrok, bo obawiała się, że zacznie się rumienić.
*
Harry w całej swojej dziecięcej naiwności i niewinności patrzył na nią spod strzechy czarnych włosów, a ona nie była pewna, co właściwie łapie ją za serce – jego spojrzenie czy włosy tak podobne do włosów Jamesa, o którym przecież starała się nie myśleć, bo cóż by jej z tego myślenia miało przyjść? James nie żył, wszyscy uważali go za bohatera, a ona była tak nieszczęśliwa, jak jeszcze nigdy w życiu. Nie mogła nikomu o tym powiedzieć. Nie zrozumieliby. W końcu to ona odrzuciła ich pomoc, w ostatecznym rozrachunku to ona nie dopasowała się do roli, którą jej napisali.
– Nie, nie możemy iść do parku – odpowiedziała, gasząc jego entuzjazm. Odwróciła się od niego, choć na dłuższą metę nie pozwoliło jej to uciec. W tej chwili jednak skupiła się na przygotowywaniu jajecznicy. Nie była to spektakularna ucieczka, ale na inną nie mogła sobie pozwolić.
Bardziej spektakularne ucieczki miała już za sobą.
*
Zaproszenie do Hogsmeade było jednocześnie do bólu znajome i niespodziewane. Wydawało jej się, że James zmienił się przez tych kilka miesięcy do tego stopnia, że stracił nią zainteresowanie i nie zaprosi jej już do Trzech Mioteł. W końcu jesienią nawet nie zapytał… Choć wcale na to nie czekała. Ani trochę. Po prostu przez tyle lat słyszała podobne zaproszenia wciąż i wciąż, że kiedy James bez słowa ruszył w kierunku miasteczka wraz z Syriuszem, Remusem i Peterem, Lily poczuła się zawiedziona. Nie była nawet pewna dlaczego – gdyby zapytał, to zgodziłaby się czy odmówiła?
Śnieg jednak powoli topniał, a uczniowie szykowali się do kolejnej wizyty w Hogsmeade, James zadał to samo pytanie, które słyszała już tyle razy. Jednak teraz nie szczerzył się jak dzieciak, nie popisywał zniczem, nie robił nic, co mogłoby ją zdenerwować. Po prostu siedział na wprost niej i w oczekiwaniu na odpowiedź smarował sobie tost marmoladą. Zdawał się pogodzony z odpowiedzią niezależnie od tego, jaka by ona nie była.
Kiedy Lily się zgodziła, James skinął głową i tylko brzdęk noża nieco zbyt mocno odkładanego na brzeg talerza zdradził, jak wiele ta odpowiedź dla niego znaczyła.
*
Harry był już najedzony i ubrany, a ona marzyła, żeby jak najszybciej odprowadzić go do przedszkola. Kiedy pierwszy raz powiedziała komukolwiek o tym pomyśle – ten Harry Potter w mugolskim przedszkolu! – nie spotkała się z entuzjazmem. Szybko zjawiło się całe stado samozwańczych ciotek i wujków, którzy chcieli poświęcić się wychowywaniu Harry’ego, gdyby ona postanowiła – co niewskazane – znaleźć pracę. Po co jej praca, kiedy w skrytce u Gringotta miała więcej złota, niż zdoła wydać? Może nic nie robić, po co jej praca? Czy nie chce być z synem? Prawie cały magiczny świat chciałby być na jej miejscu, móc spędzać czas z bohaterem narodowym. A ona jednak nie mogła.
Przedszkole było niedaleko, ale droga codziennie trwała długo, bo Harry nie mógł się zdecydować, czy woli iść, czy przyglądać się mijanym psom i gołębiom. Lily zatrzymywała się, ilekroć była taka potrzeba, kątem oka pilnując syna, ale zbyt zmęczona, by jakkolwiek przyspieszyć tę drogę. W końcu docierają do przedszkola, gdzie niemal wpycha Harry’ego w ręce przedszkolanki i ucieka do pracy. Nie jest to praca jej marzeń, zdecydowanie poniżej kwalifikacji, ale mugoli niespecjalnie interesuje, ile kto zdobył owutemów. W tym świecie Lily mogła pracować tylko fizycznie za niską pensję. Nie przeszkadzało jej to tak, jak przeszkadzało innym, którzy dowiedzieli się, jaką ścieżkę wybrała.
Kiedy pracowała, nie musiała myśleć.
*
Nie była pewna, kiedy po raz ostatni – o ile kiedykolwiek – toczyła z Jamesem Potterem poważną dyskusję. Nie była pewna, czego się spodziewała, ale to była bardzo przyjemna dyskusja. Zaczęło się od eliksirów, potem płynnie przemknęli przez plany na przyszłość (auror i uzdrowicielka), by skupić się na sytuacji politycznej i opiniach na temat zasadności Traktatu o Tajności. Zanim się obejrzała, wypili po dwa kremowe piwa, ale koniec tematów do rozmów nie majaczył nawet na horyzoncie.
W końcu zdała sobie sprawę, ile czasu minęło, kiedy Trzy Miotły niemal opustoszały. Pospiesznie wrócili do zamku, bo nie chciała dawać nikomu złego przykładu – prefekt nie powinien dostawać szlabanów ani się spóźniać. Kiedy jednak dotarli do pokoju wspólnego, długo nie mogli rozejść się do dormitoriów, raz po raz przypominając sobie zabawną historyjkę czy ciekawostkę z niedawno przeczytanej książki. Nie, Lily zdecydowanie nie mogła sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz rozmawiała na poważnie z Jamesem Potterem. Być może to był pierwszy raz.
Wiedziała jednak, że nie ostatni.
*
Niewiele łączyło ją z innymi kobietami, które pracowały na stanowiskach podobnych do tego, które sama zajmowała. Nie wszystkie były niewyedukowane, niektórym po prostu nie dopisało szczęście i wylądowały w ponurym miejscu, z którego niewiele osób uciekało, a większość z dnia na dzień szarzała coraz bardziej i bardziej, zlewając się z kolorem ścian i podłóg, mechanicznie wykonując swoją pracę. Większość z nich milczała – może skupiały się na pracy, może wszystkie myślami były gdzieś indziej i przeżywały o wiele ciekawsze życie. Takie, w którym nie trzeba przekładać kartonów, pilnować maszyn czy zmywać podłogi, kiedy coś się wylało. Wszystkie teraz mogły być myślami w ciepłych krajach, a tylko rękoma w tym ponurym przybytku.
Lily nie myślała o ciepłych krajach. Była skupiona na tym, co robiła, i czyjś głos nieoczekiwanie wyrwał ją z transu do tego stopnia, że przez chwilę niemal nie wiedziała, co powinna robić. Jedna z dziewcząt stojących nieopodal – nie mogła mieć więcej niż osiemnaście lat – obejmowała brzuch, nieco go wypinając.
– Jimmy powiedział, że teraz się ze mną ożeni. Mam nadzieję, że będziemy mieli córeczkę – trajkotała dziewczyna, a Lily poczuła, jak po plecach przebiega jej zimny dreszcz. Choć nie była o wiele starsza od tej dziewczyny, nie potrafiła przypomnieć sobie tego, co właśnie mogła czuć ta dziewczyna. Ale przecież też czuła podobny entuzjazm, podobną radość, musiała je czuć.
Prawda?
*
Owutemy nie sprzyjały romansom, do tego każdego dnia Prorok donosił o coraz dalej idących okrucieństwach. Lily i James często widywali się tylko przy śniadaniu – kiedy to wymieniali szeptem informacje, które pozyskali z prasy lub od znajomych – i kolacji, kiedy przepytywali się z zaklęć lub eliksirów. Nie był to żaden płomienny romans, ale podążali swoim tempem we wspólnie obranym kierunku. Było to obiektem żartów wielu osób, ale oni nic sobie z tego nie robili.
– Lily, gdybyś dała mu szansę parę lat temu, Jim nie musiałby tyle szlochać po nocach – zaśmiał się Syriusz, błyskawicznie spiorunowany wzrokiem przez Jamesa. Syriusz wyszczerzył zęby w zawadiackim uśmiechu i pociągnął nosem, udając, że ociera łzę. Palce Jamesa zacisnęły się pod stołem na jej dłoni, ale kiedy spojrzała na niego, odkryła, że w jego oczach nie ma ani krztyny złości, a jedynie smutek.
Syriusz, kiedy przestał błaznować, popatrzył na Jamesa z takim samym smutkiem, po czym szybko wrócił do pochłaniania tego, co miał na talerzu. Obaj do końca kolacji byli dziwnie cisi.
*
Przerwa na lunch była stratą czasu. Lily bezmyślnie grzebała widelcem w stojącej przed nią sałatce. Tutaj, na terenie stołówki, rozmów było więcej, kobiety zbijały się w kilkuosobowe grupki i początkowo szeptały, by w końcu krzyczeć tylko po to, by słyszeć własną rozmowę ponad głosami grupki znajdującej się tuż obok. Samotnic takich jak Lily nie było wiele, ale zwykle siedziały z boku i skupiały się na własnym talerzu. Nie chciały z nikim rozmawiać.
Czasami Lily zastanawiała się, czemu właściwie dalej to znosi. Przecież tak łatwo byłoby spakować walizkę, zabrać Harry’ego i się teleportować. Do Doliny Godryka lub gdzieś indziej, w końcu mieli tylu znajomych… Ta myśl jednak ją mroziła. W tych długich tygodniach po śmierci Jamesa wszyscy ci znajomi, którzy tak gwarnie tłoczyli się w ich – jej – salonie i kuchni sprawiali, że nie miała czym oddychać. Podawała im herbatę i ciasteczka, podgrzewała przyniesione obiady, serwowała kanapeczki, ale miała wrażenie, że za to wszystko płaci własną duszą, że z każdą wypchaną jedzeniem gębą ona coraz bardziej dławi się i dusi. A oni wszyscy stawali się jej tak samo obcy jak te kobiety, które cały czas rozmawiały, zamiast zjeść w spokoju swój lunch. W końcu nie mogła już na nich patrzeć, nawet na Syriusza, który był takim wsparciem.
Szczególnie na Syriusza.
*
Dopiero, kiedy przyłączyli się do Zakonu Feniksa, kiedy już mieli owutemy za sobą, dowiedziała się, że rodzice Jamesa zginęli w czasie minionych wakacji. Nie była pewna, jak mogła się nie domyślić. To cierpienie w jego oczach musiało mieć jakieś źródło, a ona nawet nie próbowała zgadywać, przyjmując je z dobrodziejstwem inwentarza.
Początkowo myślała, że nie będzie umiała traktować go odpowiednio, że zasługiwał na szczególne względy z tytułu bycia sierotą, choć nie miała pojęcia, jak traktuje się osiemnastoletnie sieroty. Potem jednak zdała sobie sprawę, że gdyby zaczęła traktować go inaczej niż do tej pory, w żaden sposób by mu nie pomogła. Martwi rodzice byli czymś, co James miał już za sobą. Nadal ogarniał go smutek – widziała to – ale minęło już zbyt wiele czasu, by teraz nieustannie pytać go o samopoczucie. Powinna traktować go tak samo. W końcu byli parą od niedawna, nie chciała tego zepsuć.
A jednak jej się to udało, choć nie z powodu nadmiaru troski.
*
Niewiele było momentów, kiedy Lily pozwalała swoim myślom błądzić, zamiast skupiać się na pracy. Zdarzały się jednak dni, kiedy porywały ją te same lepkie myśli, które towarzyszyły jej w nocy, gdy nie mogła spać; rzadko nawiedzały ją myśli wesołe, ale do tego już przywykła. Czasami nie była pewna, co jest gorsze – „Lily, uciekaj, ja go powstrzymam,” które krzyczał James, i to zielone światło, czy może wspomnienie wszystkich gorących szeptów prosto w jej ucho, dużych, ciepłych dłoni, których dotyk tak uspokajał. Starała się nie myśleć ani o jednym, ani o drugim.
Nie była pewna, czy czynią ją to złą matką, ale cieszyła się, że Harry nie będzie pamiętał ani zielonego światła, ani Jamesa. Wiedziała jednak, że z każdym dniem Harry rośnie i coraz bliższy jest zadania pytań, na które nie była pewna, czy umie odpowiedzieć. Teraz, kiedy miał kilka lat, akceptował odpowiedź, że tatuś bardzo go kochał, ale musiał odejść i było mu z tego powodu bardzo przykro. W którymś momencie jednak to przestanie wystarczać. W którymś momencie Lily przestanie wystarczać, przestanie być jego całym światem. Czy będzie miał wtedy żal, że uciekła?
Wiedziała, że będzie miał żal; chciała, żeby go miał.
*
Choć słońce już dawno zaszło, nie miała ochoty zapalać żadnej z lamp. Nie wiedziała, jak długo siedziała w ciemności, aż w końcu usłyszała znajome skrzypienie drzwi – od kiedy stało się znajome? – i równie znajomy głos, który wypowiadał jej imię z taką troską, że chciała się rozpłakać. Czekała, kiedy pojawią się łzy, bo do tej pory trwała w przedziwnym odrętwieniu, które sprawiało, że choć była świadoma upływu czasu, nie mogła się ruszyć. Dopiero kiedy James usiadł obok niej i objął ją ramieniem, zaczęła płakać. Cały świat zawalił jej się na głowę.
– Co się stało? – zapytał, nadal ją obejmując, a kiedy nie odpowiedziała, potrząsnął lekko jej ramieniem. – Co z Zakonem? Ktoś zginął? Lily, co się dzieje?
– Jestem w ciąży – odpowiedziała po chwili, kiedy znalazła głos. Czuła się fatalnie i chciała zniknąć. Nie rozumiała, czemu James całuje ją w skroń, policzek, czoło, wszędzie, gdzie tylko mógł. Bełkotał, że jest najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi, a ona nadal miała ochotę zniknąć. Nie czuła się gotowa, żeby zostać matką, nie widziała go w roli ojca i, przede wszystkim, nie sądziła, by świat, w którym żyli, nadawał się do tego, by sprowadzać na niego dziecko.
*
Na koniec dnia pracy była zmęczona, ale to był dobry rodzaj zmęczenia, który pozwalał jej poczuć, że zrobiła coś użytecznego. Zmęczenie całkiem innego rodzaju niż to, które towarzyszyło jej, kiedy wstawała z łóżka. Tamto wiązało się ze wciąż żywymi wspomnieniami, to – stanowiło dowód, że nie jest ich więźniem, że ma teraźniejszość i, być może, przyszłość. Póki co jednak jej przyszłość wiązała się z koniecznością odebrania Harry’ego z przedszkola i przeczekania kilku godzin, by ten dzień powtórzyć w identycznej niemal formie.
Harry – jak zwykle – ucieszył się, kiedy ją zobaczył. Podbiegł i wtulił twarz w jej płaszcz, a ona poczuła się bezradna. Poklepała go po głowie i zadała kilka pytań o jego dzień. Usłyszała nawet część odpowiedzi. Była zirytowana samą sobą. Czemu nie mogła poświęcać mu więcej uwagi?
Czemu zabrała go ze sobą, kiedy uciekała, skoro nie umie się nim opiekować?
*
James nie odstępował jej ani na krok, nieustannie pytając, czy jest jej wygodnie, czy powinien coś podać i czy na pewno nie ma skurczów. Był irytujący, a może tylko tak jej się wydawało, bo za tydzień powinna rodzić i nie czuła się na to ani trochę gotowa. Myślała, że jeśli wezmą ślub – który on od razu zaproponował, a ona zgodziła się dostatecznie szybko, by nie wzbudzać podejrzeń, że nie jest do tego pomysłu przekonana – to wszystko stanie się łatwiejsze, ale ślub tak naprawdę niczego nie zmienił. Byli tymi samymi ludźmi, tak samo niegotowymi na dziecko jak wcześniej. Żałowała, że nie może porozmawiać o tym z matką, która choć była mugolką, to nigdy nie zerwała kontaktów z Lily. Aż do tego wieczora, kiedy oboje z ojcem zginęli. Nie zdążyli zostać dziadkami, choć przecież Lily tak się pospieszyła.
James był naprawdę świetnym facetem, tak zaangażowanym i opiekuńczym. Nie żałowała, że wtedy zgodziła się wyjść z nim do Hogsmeade, nie żałowała właściwie niczego, ale gdyby to nie działo się tak szybko, gdyby mieli więcej czasu… Ale teraz nie było czasu, teraz była chodzącą – człapiącą – bombą zegarową. Nieprzydatna Zakonowi, stanowiąca zagrożenie dla innych, bo niemogąca się teleportować. James zaczął mówić o zwiększeniu ochrony domu, ale nie słuchała. Czekała w napięciu, aż kopniaki ustaną, a zaczną się skurcze. Czekała, aż dziecko się urodzi, bo kiedy je zobaczy, nie będzie mogła dłużej narzekać, że wszystko wydarzyło się za szybko.
Przecież zawsze tak było, że dzięki dziecku wszystko się układało, prawda?
*
Harry nie przestawał opowiadać o smokach i robotach, tworząc wielowątkową baśń, która już dawno straciła sens, ale pozwalała mu iść szybciej i nie zatrzymywać się tak często, jak rano, kiedy szli do przedszkola. Był przejęty tym, co mówiły inne dzieci, a do tego o wszystkim chciał jej powiedzieć. Myśli Lily tymczasem krążyły gdzieś między kolacją a sprzątaniem – wiedziała, że powinna odkurzyć salon, dawno tego nie robiła, a gdyby ktoś przyszedł z wizytą…
Problem w tym, że nikt nie przychodził z wizytą. Jedynym gościem, który ją tu odwiedził, był Syriusz. Nie wiedziała, jak zdobył adres, w końcu nie zostawiła go żadnemu z przyjaciół Jamesa. Zarzucił jej wtedy, że to okrutne, że ma prawo widzieć chrześniaka, że tęskni za nim tak samo jak ona. Za nim. Nie wypowiadali imienia Jamesa, nie musieli. Wspólna żałoba, tragiczna pustka, którą czuli i której nic nie mogło wypełnić, ich zbliżyła, a to, co nie udało się pustce, dokończyła Ognista Whisky, którą Syriusz przyniósł. Kiedy obudzili się o świcie na kanapie, żadne z nich nie wiedziało, gdzie podziać oczy. „Nie powinniśmy byli”. „To by się nie stało, gdyby nie Ognista”. „Tak bardzo przepraszam”. „To był błąd”. Wszystko to, co się mówi, kiedy spędziło się z kimś noc, a w świetle dnia doszło się do wniosku, że to nie był najlepszy pomysł. Nie zdążyła nawet znaleźć swojej sukienki, kiedy usłyszała, że Syriusz – już ubrany – zakłada buty. „Nie powinniśmy byli, to obraza dla jego pamięci,” powiedział wtedy, a ona poczuła, jakby ją spoliczkował. Nie była już nawet kobietą, której można było pożądać, była tylko wdową i matką, istotą z marmuru.
Harry dalej trajkotał radośnie, a ona skreśliła sprzątanie z listy obowiązków na ten wieczór.
*
– Harry… Harry James Potter – powiedział James ze wzruszeniem, patrząc na nią, jakby dała mu najwspanialszy prezent, jaki w życiu otrzymał.
Uśmiechnęła się do niego. Wiedziała, że będzie na tyle dobrym ojcem, na ile będzie mógł; wiedziała, że nie spocznie, póki Harry nie będzie najszczęśliwszym dzieckiem na świecie; wiedziała, że zapewni mu szczęśliwe dzieciństwo. Nie wiedziała tylko, jak ona się w ten obrazek wpisuje. Miała wrażenie, że do niego nie pasuje i choć zrobi wszystko, żeby być równie szczęśliwą co oni, bała się, że nie da rady.
Ukryła twarz w poduszce i pozwoliła sobie na kilka łez. Nikt nie zwrócił na nią uwagi.
*
Harry z zapałem coś kolorował, a ona przeżuwała kolację, którą wcześniej przygotowała, ale gdyby ktoś zapytał ją, co właściwie jadła, nie byłaby w stanie odpowiedzieć. Smakowało jak popiół, choć przecież nie mogło nim być, bo Harry przed chwilą jadł to samo i nie protestował. Niedługo powinna położyć go spać i zacząć mierzyć się z demonami przeszłości, żeby zakończyć ten dzień tak niewyróżniający się wśród innych dni.
Wzięła do ust kolejny kęs kolacji, kiedy rozległo się pukanie do drzwi. Początkowo nie zareagowała, zbyt zaskoczona, bo przecież nikt ich tu nie odwiedzał. Nikt poza Syriuszem, ale to nie mógł być on, nie po tamtym poranku. Kiedy jednak Harry zaczął powtarzać, że musi otworzyć drzwi, bo nie można pozwalać gościom czekać na wycieraczce, Lily wstała. Choć musiała wykonać tylko kilka kroków, każdy z nich wydawał się trudny, jakby jej nogi ważyły tonę. W końcu jednak odsunęła zasuwę i uchyliła drzwi.
– Syriusz? – zapytała z niedowierzaniem, niepewna, czy powinna go wpuścić do środka.
*
Dziecko wolało Jamesa, nie ją. To było oczywiste. Harry pozwalał jej się wziąć na ręce tylko po to, by go nakarmiła, ale w momencie, kiedy był już najedzony, zaczynał krzyczeć i robił to tak długo, aż James nie przyszedł i nie wziął go na ręce. Wtedy i tylko wtedy się uspokajał. Frustrowało to Lily i wprawiało w obawę, że może Harry w jakiś sposób wie, może wyczuwa te myśli, które towarzyszyły jej przed porodem, może wie, że ona nie nadaje się na matkę i w ten sposób to daje do zrozumienia. Przez kilka pierwszych miesięcy życia zdawał się ją ledwo akceptować i przepłakała z tego powodu niejedną noc.
– To minie, jak mógłby cię nie kochać? Jesteś najlepszą matką na świecie – mówił James, kiedy byli sami.
Choć chciała wierzyć w jego słowa, nie była pewna, czy powinna. Gdzieś w jej głowie czaiły się nieobce każdemu rodzicowi, ale spotęgowane zachowaniem Harry’ego lęki, że nigdy nie będzie dostatecznie dobra, że nie poradzi sobie z tym wyzwaniem.
*
Syriusz był tak samo przystojny jak zawsze, choć wychudł, a w jego spojrzeniu kryło się jakieś szaleństwo, którego wcześniej nie zauważyła lub którego wcześniej tam nie było. Patrzył na nią, jakby miała odpowiedzi na wszystkie pytania egzystencjalne, które mogą go w tej chwili dręczyć, a Lily po raz pierwszy poczuła coś innego niż pustkę. Poczuła irytację.
– Co tu robisz? – zapytała, przypominając sobie ten gorzki poranek, kiedy widzieli się po raz ostatni, ten wymuszony wstyd i koszmarny zawód, że nie była wystarczająco dobra, by go zatrzymać, by był nią zainteresowany jako kobietą.
– Musimy porozmawiać, Lily – powiedział niemal błagalnie – o tej nocy, kiedy on umarł.
*
W połowie lata Harry zaczął ją akceptować, choć nie była pewna, czemu nie robił tego wcześniej ani co się zmieniło. Skończyły się jednak krzyki, ilekroć brała go na ręce w celu innym niż karmienie. James patrzył na nich z bezgraniczną miłością, której czasami się trochę bała, ale do której przywykła. Po raz pierwszy od czasu, kiedy odkryła, że jest w ciąży, zaczęła myśleć o przyszłości nie z obawą, ale z niewielką, ledwie tlącą się nadzieją. Oczywiście Voldemort i jego śmierciożercy dalej byli na wolności, nie można było zaznać spokoju, póki nie zostaną pokonani, ale były momenty, kiedy myślała, że to wszystko niedługo się skończy, że będą szczęśliwą rodziną, że ich świat nie runie.
A potem przyszedł ten październikowy wieczór, który był tak podobny do innych wieczorów. Nic nie zwiastowało tragedii; ot, zwykła sobota. Tego dnia przygotowała pieczeń na obiad, a James stwierdził, że dawno nie jadł tak dobrego sosu. Nawet żartował, że skrzaty w Hogwarcie powinny się od niej uczyć. Wiedziała, że sos nie był tak dobry, jak James twierdził, że był, ale miło było słyszeć te wszystkie komplementy.
Kiedy odkładała umyte naczynia do szafki, usłyszała dziwny, nieznany dźwięk, który dopiero później skatalogowała jako huk otwieranych z ogromnym impetem drzwi. Wszystko wydarzyło się zbyt szybko – i „Lily, uciekaj, ja go powstrzymam”, i zielone światło, i dźwięk upadającego ciała, i strach, bezbrzeżny strach, kiedy zapadła cisza. W końcu jednak cichutkie kwilenie Harry’ego sprawiło, że musiała zdobyć się na odwagę i wejść do salonu. Musiała zmierzyć się z tym, co zostało z jej dotychczasowego życia.
*
Kolorowy fotel z kwiecistym obiciem wyglądał pociesznie, kiedy Syriusz w nim usiadł, roztaczając wokół aurę przygnębienia i źle tłumionego szaleństwa. Wcześniej położył na podłodze sporej wielkości czarną torbę. Harry próbował do niej zajrzeć, ale kiedy napotkał karcące spojrzenie Syriusza, zajął się porzuconymi w kącie salonu klockami, co jakiś czas tylko rzucając zaciekawione spojrzenia w kierunku torby.
Lily usiadła w drugim fotelu. Nie wiedziała, czego spodziewać się po jego wizycie, i nie rozumiała, czemu nie poświęcił więcej czasu na przywitanie z Harrym. Wziął go przelotnie na ręce i przytulił, ale zanim malec zdążył się choćby zorientował, kto ich odwiedził, Syriusz wypuścił go z objęć i skupił całą uwagę na niej. Tymczasem ona obserwowała go chłodno i nie zaoferowała herbaty, co jednak ani trochę nie sprawiło, że poczuł się niechcianym gościem. Przyszedł tu z misją, widziała to wyraźnie.
– Wolałbym nie musieć cię o to prosić, ale… – zaczął, wyjmując z torby kamienną myślodsiewnię. – Dumbledore podejrzewa, że James działał po stronie Voldemorta. Musimy oczyścić jego imię, Lily, musimy.
*
Czas jest przedziwnym zjawiskiem. Choć człowiek nie ma nad nim żadnej kontroli, to jednak jest w stanie odczuwać go w tak różne sposoby, jakby tak naprawdę cały świat był wytworem jego własnej wyobraźni, jakby nic poza nią nie istniało. Lily pamiętała tylko fragmenty tego, co działo się po śmierci Jamesa. Pamiętała, że jego ciało leżało w salonie przez cztery tysiące lat, a ona sama brała Harry’ego na ręce przez dobre pół wieku. A potem była cisza. Harry poruszał ustami, był czerwony na twarzy jak wtedy, kiedy za długo płakał, ale nie słyszała, by wydawał z siebie jakikolwiek dźwięk. Trwali w tej ciszy, póki świat nie zadrżał w posadach, co było niemożliwe, bo przecież świat się skończył pół godziny i setki lat temu.
Nie wiedziała, skąd wziął się Hagrid, ale tam był. Był też Syriusz, widziała jego twarz. Była pewna, że widziała McGonagall, ale to nie oznaczało, że kobieta faktycznie tam była, bo Lily wydawało się, że widzi też swoich rodziców, Petunię, Severusa i tę mugolkę, którą poznała w czasie jednych wakacji, Maggie. Wszyscy patrzyli na nią, jak na dzikie zwierzę, którego kolejnego ruchu nie mogli przewidzieć. Wokół niej roiło się od twarzy, nieustannie przemieszczających się postaci. Czuła ich ręce obejmujące jej ramiona, słyszała ich głosy, mogła wywęszyć ich współczucie wymieszane z radością, bo Voldemort najwyraźniej zginął, zabierając Jamesa ze sobą.
Wyrwała się z letargu dopiero, kiedy ktoś wylewitował ciało Jamesa z salonu. Pozostał po nim tylko przesunięty za bardzo w lewo stolik kawowy.
*
Wynurzywszy się ze wspomnień, Lily przez chwilę siedziała w milczeniu, jakby próbowała je wszystkie przyswoić, na nowo zaakceptować i przykryć pierzynką obojętności. Czuła na sobie wyczekujące spojrzenie Syriusza i wiedziała, że będzie musiała mu opowiedzieć o tym, co widziała – przynajmniej we fragmentach – ale potrzebowała jeszcze kilku chwil, by poukładać sobie to wszystko w głowie. James był przecież uosobieniem cech, którymi powinien odznaczać się każdy Gryfon. Nie mogła uwierzyć, że Dumbledore podejrzewał go o działanie na rzecz Voldemorta.
– Nie widziałam nic, co… wskazywałoby na to, że zmienił stronę – powiedziała, nie podnosząc wzroku. Nie wykluczała, że do końca świata będzie patrzeć na własne kolana, jeśli podniesienie wzroku oznaczało konieczność zmierzenia się z tą idiotyczną teorią.
Syriusz przez chwilę wyglądał, jakby uleciało z niego powietrze, ale po chwili nabrał nowego zapału, który w ogóle nie korespondował z jego wcześniejszym przygnębieniem, za to sprawił, że iskierki szaleństwa w jego oczach stały się wyraźniejsze.
– Wiedziałem, że to nie może być prawda. Przecież gdyby był… gdyby coś się stało, to byśmy zauważyli. Kto, jeśli nie my – mruknął, jakby sam siebie próbował przekonać.
Lily milczała. Wojna, która tak nagle skończyła się przed kilku laty, była o tyle dziwna, że niejednokrotnie nie można było odróżnić przyjaciela od wroga. Ale James…?
– Dumbledore mówi, że to mógł być Imperius, ale że Rogaty z całą pewnością współpracował z Voldemortem, dostarczał informacje i to przez nie zginęli Prewettowie – powiedział tak cicho, że Lily nie była pewna, czy na pewno go słyszy, czy też jej mózg uzupełnia jego słowa, tworząc całkowicie niemożliwe stwierdzenia.
– Jak długo…? – zapytała słabo.
– Przynajmniej pół roku. To niemożliwe, nie kiedy byliście tacy szczęśliwi, nie kiedy mieliście Harry’ego – powiedział łamiącym się głosem.
Lily poczuła wyrzuty sumienia. Pół roku przed tą feralną nocą działo się tak wiele, że nie była niczego pewna. Zwłaszcza teraz, kiedy wszystko się zlewało ze sobą i zacierało, tworząc jednolity, szary obraz minionych dni. Wiedziała, że James gdzieś wychodził, z kimś się spotykał. Czasami pytała, ale mówił, że to spotkania Zakonu. Czy nimi były? Nie wiedziała. Nie uczestniczyła w działaniach Zakonu tak żywo jak wcześniej, nie mogła. Do tego wciąż była obawa, że wśród nich znajduje się szpieg… Czy faktycznie tam był? Czy co noc sypiała z tym szpiegiem?
– Nie miał Mrocznego Znaku – powiedziała w końcu.
– Dumbledore mówi… – zaczął Syriusz, a Lily poczuła, że wzbiera w niej ogromny gniew.
– Co Dumbledore o tym wie, nie było go z nami! Dlaczego wyciąga to po tylu latach? James zginął z ręki Voldemorta, czy to nie wystarczający dowód, że z nim nie współpracował? Czy grzebanie w przeszłości komukolwiek może teraz pomóc?! – wybuchła. Nie miała pojęcia, że są w niej tak ogromne pokłady złości i goryczy, ale poczuła się nieco lepiej, kiedy wyrzuciła z siebie przynajmniej część tego, co ją dręczyło.
Syriusz potarł twarz dłonią, jakby zbierał siłę, żeby powiedzieć coś, czego bardzo nie chciał mówić. Wyglądał jak ktoś, kto stracił wszystkie złudzenia i szukał choćby strzępka nadziei, którego nie mógł znaleźć.
– Snape potwierdził jego zdradę – powiedział z głębokim niesmakiem.
– Wierzymy w to, co mówi podwójny albo potrójny agent, a nie w to, co wiemy o Jamesie? – warknęła Lily. Złość w niej pulsowała, co było całkiem miłym uczuciem. Było jakimkolwiek uczuciem.
– Nie, oczywiście, że nie! – obruszył się Syriusz, a ona po raz pierwszy poczuła, że być może to nie ona jest w najgorszej sytuacji.
Syriusz kochał Jamesa jak brata, po jego śmierci został sam, a teraz chcą mu odebrać nawet dobre wspomnienia. Lily przynajmniej miała Harry’ego. Mogła oddać wszystkie wspomnienia za to, żeby nie musiał on dorastać z wiedzą, że jego ojciec jest podejrzewany o zdradę – jest zdrajcą? Mogła ponownie uciec, zabrać go ze sobą, zastąpić mu cały magiczny świat na dobre, zrobić z niego mugola. Syriusz nie miał gdzie uciekać. Syriusz musiał temu wszystkiemu stawić czoła. Musiał położyć na jednej szali informacje od Dumbledore’a, zaś na drugiej swoje uczucia. Niezależnie od tego, po której stronie ostatecznie się opowie, w którą wersję uwierzy, już zawsze będzie nosił to piętno, ten ból, który będzie go dławił w nocy i nie odstępował w dzień, który znieczuli go na inne bodźce i odbierze światu kolory. I w tym odnalazła coś znajomego, a jednocześnie coś, co podgrzewało jej złość. Teraz, kiedy Syriusz nie był w pozycji człowieka oferującego jej pomoc, kiedy cierpiał tak samo lub nawet bardziej… Teraz potrafiła wybaczyć mu tamten poranek.
– Co planujesz? – zapytała, kiedy zorientowała się, że zbyt długo milczą.
– Nie wiem, ale nie mogę pozwolić, żeby wszyscy sądzili… żeby Dumbledore przekonał ich, że… – Spojrzał na nią, a z szarych oczu znikło całe szaleństwo, pozostawiając za sobą tylko smutek. – Nie wiem.
Lily nachyliła się nad stołem i delikatnie położyła dłoń na jego policzku, kierując na siebie jego wzrok.
– Możesz na mnie liczyć – zapewniła, choć jeszcze kilka godzin temu nie uwierzyłaby, gdyby ktoś jej powiedział, że kiedykolwiek wygłosi takie słowa. Teraz jednak, kiedy złość ogrzewała jej kości i budziła ze snu zapomniane już cechy osobowości, po raz pierwszy od dawna czuła się sobą. – Nie przekonamy wszystkich, ale… ale w naszych sercach James pozostanie prawdziwym bohaterem. Prawdziwym Gryfonem.
Syriusz pokiwał głową.
*
Zdarzają się takie noce, przez które ciężko jest przebrnąć, a człowiek nie ma pewności, czy kiedy – jeśli – przyjdzie świt, będzie tą samą osobą, którą był, kładąc się do łóżka. Lily Potter nadal zdarzały się takie noce. Co jakiś czas wolała wstać z łóżka i doczekać do świtu w kuchni, patrząc przez okno na park, który wyglądał pięknie o każdej porze roku. Zdarzały się też noce, kiedy to nie jej wspomnienia sprawiały, że nie mogła spać. Syriusz wiercił się i miotał, ilekroć śniło mu się coś koszmarnego. Budziła go wtedy łagodnie i czasami to wystarczało. Częściej jednak musiała patrzeć, jak w pośpiechu się ubiera i wychodzi, by wrócić po kilku godzinach z podkrążonymi oczami i ubraniami przesiąkniętymi ostrym zapachem whisky i papierosów. Nie wiedziała, czy chodził zawsze w to samo miejsce, czy za każdym razem w inne. Nie pytała.
Czasami miała wrażenie, że postąpiła jak rasowa femme fatale – w chwili, kiedy był najbardziej zagubiony, dała mu pozorne ukojenie, a potem oplotła się wokół niego, wciągając w tryb życia, który prowadziła, odciągając od świata magii, który w tamtym czasie buzował od plotek o Jamesie. Syriusz się nie opierał, szukając w niej oparcia i zrozumienia. Początkowe opory związane z brukaniem pamięci przyjaciela pozwalały mu wracać do niej coraz częściej i częściej, aż w końcu wprowadził się na stałe. Stało się to tak naturalnie, że oboje zdali sobie z tego sprawę dopiero, kiedy Harry zapytał, czy wujek Syriusz też dostanie prezent od Mikołaja, a jeśli tak, to czy nie powinien powiesić świątecznej skarpety. Skarpeta zawisła trochę z boku tych, które Lily i Harry powiesili, ale w czasie świąt była tak samo pełna łakoci.
Nawet jeśli nie było to jej szczęśliwe zakończenie, to bywało szczęśliwsze, niż się spodziewała.

Piekło

Nocą pokój wspólny był zawsze taki spokojny… Wszyscy już spali, ogień w kominku dogasał, rzucając dziwne cienie na ściany. Zawsze było tajemniczo, a zarazem tak swojsko. I pomyśleć, że ktoś się dziwił, że on uważa to miejsce za swój dom! Przecież tu jest tak… tak, jak powinno być w każdym domu.
Ciszę przerwało stukanie końcówką pióra o blat ławki. Nie powinien tak robić, przecież to niszczy pióro, a naprawdę powinien oszczędzać. Nie przyzna się Jamesowi, że oszczędności sięgnęły stan tak krytyczny, że nie stać go na pióro. Ma jeszcze swoją godność. Zresztą, na Święta na pewno jakieś pióro dostanie.
Spojrzał jeszcze raz na leżący przed nim pergamin.
„Kocham moją rodzinę, ponieważ…”
Żeby tak hipogryfy porwały McGonagall i jej nowe metody wychowawcze. Co z tego, że Ministerstwo nakazało takie badania, ze szczególnym uwzględnieniem rodzin czystej krwi. Czy tylko dlatego musiał pisać kolejne wypracowanie? Czy jakaś durna ankieta dawała McGonagall prawo pozbawiać go wolnego czasu?! Chociaż racja, nie tylko jego. Ale inni już dawno napisali.
Rozsiadł się wygodnie w fotelu, zaczął bawić się piórem. I co ma napisać? Że ich nienawidzi? Banalne. McGonagall znów zaczęłaby myśleć, że ma coś z głową albo jest jakimś degeneratem. Ale co innego ma napisać?…
Odłożył pióro na stół i raz jeszcze spojrzał na pergamin, jakby marząc, że ten zniknie. Niestety, nic takiego się nie stało. Jutro musi oddać wypracowanie, a póki co nic nie napisał.
„No dalej, Łapa, weź się w garść. Przecież musisz coś napisać!”, zganił się w myślach.
Zaczął przypominać sobie chwile spędzane z rodziną. Od tych niedawnych, do tych strzępków wspomnień z dzieciństwa, które z każdym dniem blakły. Musiało być coś, za co mógłby ich kochać… a przynajmniej nie nienawidzić.
Wytężył pamięć. Pojawiło się wspomnienie jakiegoś upalnego, letniego dnia…

Syriusz i Regulus bawili się w ogrodzie. Wtedy jeszcze byli przyjaciółmi – zgodnie deptali klomby kwiatów sadzone przez skrzaty, czy bili się o miotłę Syriusza. Tego dnia jednak bawili się miniaturowym zniczem; klomby były już zadeptane, a miotła od wczoraj złamana. Wtedy na scenę wkroczył czarny charakter. Ojciec. Najwidoczniej wracał z Ministerstwa – zakładał wyjściową tiarę tylko, kiedy wybierał się tam. Niósł pakunek, który z daleka przypominał miotłę.
Syriusz od razu podbiegł do ojca i z uśmiechem patrzył na pakunek… A ojciec go wyminął i podszedł do Regulusa. Bez słowa dał młodszemu z braci nowiutką miotłę, a na pytanie oburzonego starszego syna odpowiedział, że to prezent dla Regulusa, bo „może chociaż on będzie umiał dbać o swoje rzeczy”. Syriusz ze złością złapał wtedy resztki swojej miotły zaczął nią okładać brata, póki nie przybiegła matka i ich nie rozdzieliła.
Miał wrażenie, że nigdy nie zapomni wyrazu jej twarzy… A potem zamkniętych drzwi pokoju, otwieranych dwa razy dziennie, żeby skrzat mu podał jakieś ochłapy jedzenia. Nie płakał. Siedział spokojnie na łóżku i patrzył w okno. Wiedział, że coś jest nie w porządku i powinno być inaczej, ale w jego domu było tak od zawsze… „Czy może raczej od kiedy ten gnojek się urodził”, myślał. Nie znał jednak innego domu, nie wiedział, co traci.
Przez okno widział inny dom, mugolski. Rodzice zawsze unikali sąsiadów, zabraniali nawet synom bawić się z mugolami. Twierdził, że są niegodni tego, że zadawanie się z nimi kala czystą krew Blacków.
Syriusz tego nie rozumiał, ale widział jedno – nigdy nie stanie się taki, jak rodzina. I nie stał się – starał się zaprzyjaźnić z mugolami, widywał się z nimi ilekroć rodzice nie widzieli. Było to o tyle trudne, że ten mały kapuś, Regulus, na niego donosił. Zawsze potem obrywał – krzyki, czasami drobne klątwy… Wszystko w czterech ścianach „domu rodzinnego”. Blackowie nie piorą swoich brudów publicznie – zawsze załatwiają wszystko po cichu, w domu. A potem są kamienne twarze – maski dobierane do okazji, podczas gdy w środku się gotuje. Czy był taki sam? Na początku próbował, ale był zbyt impulsywny, nigdy nie zdołał opanować się we właściwym momencie – mówił o jedno słowo za dużo, co prowokowało kolejne awantury.
Pamiętał doskonale któreś Boże Narodzenie… Był wtedy na trzecim… nie, na czwartym roku w Hogwarcie. Matka zmusiła go, żeby przyjechał na Święta – miała się zebrać cała rodzina, więc i on musiał być. Oczywiście od razu dostał reprymendę i to nie jedną: „uczesz się jak człowiek”, „nie odzywaj się nie pytany”, „nie mów nic o swoich przyjaciołach”, „nie przynieś nam wstydu”, „nie przyznawaj się, że znasz szlamy”… Miał tego po dziurki w nosie. I tak nigdy by im nie odpowiadał. Cokolwiek by zrobił, nie będzie dorastał do pięt Gnojkowi, który był przecież oczkiem w głowie matki i ojca, nadzieją na utrzymanie renomy nazwiska Black i prawdopodobnie przyszłym śmierciożercą. Idealny, oderwany od prawdziwego życia rycerzyk rodziców, wierzący w ideologię Voldemorta i prawdopodobnie nieuświadomiony nawet skąd się biorą dzieci. A jednak to o nim matka opowiadała ciotce Adharze, to on dostawał zawsze to, co chciał, to on… to on zamienił życie Syriusza w koszmar.
Starszy z braci Black nigdy nie był grzecznym chłopcem i marionetką rodziców. Może to dlatego traktowali go jak zło konieczne? On sam wiedział, że nie spełnia ich wymagań, nie zależało mu na tym, ale spodziewał się, że skoro już uparli się zepsuć mu święta, to chociaż zachowają minimum kultury… Srodze się pomylił już na pierwszej kolacji w rodzinnym gronie. Uszczypliwe uwagi ojca, niechęć w spojrzeniu matki i większa porcja deseru na talerzu Regulusa. Dlaczego? Znów zbudził się gniew z dzieciństwa. Dlaczego to ten gnojek ma wszystko? W czym jest lepszy od niego, najpopularniejszego chłopaka w Hogwarcie, jednego z Huncwotów?!
Zjadł swoją porcję i bez słowa wyszedł z pokoju. Nie obchodziło go, że popełnił wykroczenie prawie równorzędne z publicznym obrażaniem rodziny. Musiał się uspokoić, bo inaczej powiedziałby coś, co mogłoby kosztować więcej, niż najbardziej nawet uniżone „przepraszam”. Wiedział tylko jedno – Regulus dostanie za swoje.
I faktycznie, czas mijał, a najmłodszy Black nie miał łatwo. Węże w szafie, śledzie w butach, klej zamiast szamponu… powoli już do tego przywykł. Cały czas nie był pewien jak Syriuszowi udaje się robić te kawały, skoro nie ma wstępu do Ślizgońskiego pokoju wspólnego, ale domyślał się, że Huncwoci mają sposoby na wszystko. Jeśli myślał, że we własnym dormitorium jest bezpieczny, to się mylił. Już nigdzie nie był bezpieczny, Syriusz mógł go znaleźć wszędzie i ośmieszyć po raz kolejny… Czyje życie w takim razie było piekłem?
Syriusz nie wytrzymał swojego piekła – zrobił to, na co wielu buntownikom brakowało odwagi. Raz na zawsze uciekł z domu. Bezpośrednim impulsem do tego była kłótnia z rodzicami. Padały w niej różne słowa, poruszanych było wiele tematów – od Czarnego Pana, przez przyszłość Syriusza, po jego mugolskich przyjaciół. Podsłuchujący pod drzwiami Regulus nie był pewny czyją stronę poprzeć. Chyba po raz pierwszy w życiu podziwiał brata – Syriusz od zawsze się buntował, ale wreszcie gorycz, ukrywana przez te wszystkie lata, wylała się prawdziwym morzem. Cała czwórka była świadoma, że wszystko, co zostało już powiedziane jest ostateczne i nic tego nie zmieni. Zakończył się jakiś etap, czego dowodem było głośne trzaśnięcie drzwiami – Syriusz przemaszerował obok brata, nawet go nie zauważając. Przez kilka godzin nikt nie mógł sobie znaleźć miejsca w dużym i ponurym domu. Dopiero około północy rozległ się zbawienny trzask okiennicy. Nikt nawet nie sprawdzał czy ich podejrzenia są słuszne – wiedzieli, że Syriusz właśnie opuścił dom; uciekł ze swojego piekła…

Czy był potem szczęśliwy? Zabawne, bo powinien być. Opuścił miejsce, którego nigdy nawet nie mógł nazwać domem, zamieszkał z Jamesem, a teraz był w Hogwarcie… I pisał to durne wypracowanie dla McGonagall. Powinien szybciej to zmyślić, bo czekała go jeszcze odpowiedź na list Andromedy – jako jedyna z rodziny nie odwróciła się od niego.
Zerknął na pergamin leżący obok i przeczytał jeszcze raz list.

Drogi Syriuszu,
Wiesz dobrze, że nie chodzi mi o czynienie Ci wymówek. Pisałam wyraźnie, że jestem dumna, że się zbuntowałeś i uciekłeś. Bo buntowało się wielu, ja też, ale nikomu nie wystarczyło odwagi… tylko Ty, Syriuszu… mam nadzieję, że wiesz, co możesz na siebie ściągnąć w ten sposób? Ciotka Ci tego nigdy nie wybaczy, zatruje Ci życie. Z tego, co pisałeś do tej pory wnioskuję, że radzisz sobie nieźle, ale gdyby coś się wydarzyło, pamiętaj, że moje drzwi są zawsze otwarte.
Ucałowania,
Andromeda.

Tak, na nią jedyną zawsze mógł liczyć. Może odwiedzi ją w wakacje? Powinien pogadać z tym całym Tedem, w końcu to mugol, a jeśli rodzinka będzie chciała mu coś zrobić?…
Przeciągnął się i znów postukał piórem w stolik. Piekło się skończyło, teraz tylko musi napisać jakieś zgrabne kłamstewko. Przecież to nic trudnego – kłamał tyle razy, nawet McGonagall wierzyła w jego kłamstwa. A może była to kwestia uczciwości przed samym sobą? Czy w ogóle coś takiego się liczyło w jego przypadku?…
Przyłożył pióro do pergaminu i napisał: „Kocham moją rodzinę, ponieważ nie mam z nią nic wspólnego.” Zatrzymał rękę. Na pewno to właśnie chciał napisać? Cóż, teraz już nie miał wyboru, chciało to dziś skończyć.
„Kocham moją rodzinę, ponieważ nie mam z nią nic wspólnego. Różnimy się w zbyt wielu sprawach, bym mógł ich kochać. Zresztą, dla nich czystość krwi i tradycja są ważniejsze niż szczęście. Czy takich ludzi da się kochać? W każdym razie…”

*

Znów był w tym przeklętym domu, gdzie każdy kąt przypominał o dzieciństwie. Teraz już nie było ojca, matki, ani tego gnojka. Został sam – dziedzic na włościach, wielki pan, spadkobierca fortuny rodu i przede wszystkim więzień prywatnego piekła. Znowu. Całe życie spędzał na przemian w piekle i uciekaniu przed nim.
Usiadł w fotelu i ukrył twarz w dłoniach. Dlaczego to wszystko musiało się stać? Przecież odebrano mu właściwie całe życie – został strzępkiem człowieka, nie przypominał już dawnego siebie. Już od wielu, wielu lat nie pamiętał jak być sobą: wyluzowanym Syriuszem Blackiem, łamaczem damskich serc. Teraz już na pewno żadna dziewczyna by się z nim nie umówiła – Azkaban robi swoje.
Uśmiechnął się pod nosem. Tak, to były czasy. Jeden tydzień z Puchonką, drugi z Krukonką, potem jakaś Gryfonka, sporadycznie może i Ślizgonka. Każda z niewątpliwym urokiem i cechami przydatnymi w tejże chwili. Myślały, że je kocha… Czy on w ogóle potrafił kochać? Kiedy miał się tego nauczyć? W domu? Tam nauczył się tylko buntu i nienawiści. A potem było już za późno. Poznał przyjaźń – sama go znalazła. Na początku nie było łatwo, ale James się nie poddawał. To był naprawdę świetny człowiek, szkoda, że stało się to, co się stało…
Huncwoci byli jego przyjaciółmi, ale z dziewczynami sprawa miała się zupełnie inaczej. Potrafił być czarujący i uroczy, potrafił zdobywać niewieście serca, ale sam nie wiedział po co. Na początku robił to dla zabawy, potem dla korzyści – jedna dziewczyna miała znajomości w Hogsmeade, dzięki innej miał rabat w Esach i Floresach… A najśmieszniejsze, że każda myślała, że to ona jest „tą jedyną”. Nie wyprowadzał ich z błędu, starczało, że miał jedną zasadę: nigdy nie podrywał dwóch dziewczyn naraz. Choćby nie wiadomo jakie korzyści miały z tego być, nie łamał tego postanowienia. Czy zachowywał się okrutnie? Tak, z pewnością, dobrze o tym wiedział, ale znajdował na to wiele usprawiedliwień. A jednak jakaś cząstka umysłu powtarzała, że jest żałosny. Może był? Właściwie jak ustalić, czy ktoś jest żałosny?
Wtedy, w Hogwarcie, na pewno żałosny nie był. Czuł się szczęśliwy – chyba po raz pierwszy w życiu. Dobre czasy się jednak skończyły i musiał zacząć żyć na własną rękę. Miał mieszkanie, znalazł dorywczą pracę, większość czasu spędzał z Jamesem i Lily, a resztę poświęcał na szukanie szczęścia. Nigdy go nie znalazł. Bo czy możliwe jest znalezienie szczęścia przez trzy lata? Bo tyle właśnie trwało jego dorosłe życie – trzy krótkie lata. Potem nastąpiła seria ciosów: śmierć Jamesa i Lily, zdrada Petera, Azkaban… Czy to nie za dużo, jak na jednego człowieka? Jeśli tam na górze ktoś jest, to musiał mieć niezłą zabawę jego kosztem. Test ile czarodziej może wytrzymać. Dla zwycięzcy nagroda – może dalej żyć w tym, co zostanie z jego życia. Reszta dostaje błogosławieństwo śmierci.
Ale on przeżył. Dwanaście lat gnił w Azkabanie. Dwanaście długich lat cierpiał, dzień po dniu zmuszając się do życia i tylko ostatkiem sił trzymając się strzępków logicznych myśli. Wiedział, że był niewinny i tylko to pozwoliło mu żyć tą imitacją życia, choć były momenty, w których żałował, że nie umarł, wiele takich momentów. Budząc się z krzykiem, prosił każdą cząstkę istnienia o śmierć, ale ona nie przychodziła. A potem… Ile właściwie czasu minęło? Ach tak, potem się dowiedział – dwanaście lat… Potem zjawił się Knot, przeprowadzając inspekcję. I ta gazeta, artykuł o Peterze – rozpoznał go od razu, każdy by rozpoznał, jeśli choć raz widział jego przemianę.
To zdjęcie – tak, jedno niewinne zdjęcie, rozpaliło ogień w jego głowie, nie mógł myśleć o niczym innym. Wiedział tylko, że jeśli nic nie zrobi, to Peter zabije Harry’ego. Musiał go uratować, był to winien Jamesowi. Nie wiedział jak, ale uciekł z tego piekła. Znowu mu się udało uciec. Na jak długo? Wystarczająco, żeby pomóc chrześniakowi i po raz kolejny uciec. Cały rok był wolny, mógł odpocząć… Czy raczej sprawiać takie wrażenie – z kraju przychodziły niepokojące wieści, musiał trzymać rękę na pulsie, a potem wreszcie wrócić, żeby pomagać Harry’emu. Wydawało się, że uciekł przed swoim piekłem…
Aż piekło wróciło. Voldemort się odrodził, nastąpiła reaktywacja Zakonu Feniksa, a ten przeklęty dom najlepiej nadawał się na siedzibę. Wrócił do piekła dzieciństwa, z którego uciekł dziewiętnaście lat temu… Co się przez ten czas zmieniło? Na dobrą sprawę niewiele – większość czasu spędził w Azkabanie, a tam nie miał okazji żyć. Czy kiedykolwiek żył naprawdę? Czy miał czas?…
Fotel, w którym siedział, był miękki i nie sprzyjał dalszemu myśleniu. Oparł się wygodniej i zasnął płytkim snem, pełnym koszmarów przeszłości. Nie wiedział jeszcze, że już wkrótce i z tego piekła ucieknie… Kto wie, czy nie do gorszego.

*

Oskarżony o zabicie trzynastu mugoli i osadzony w Azkabanie w 1981 roku Syriusz Black okazał się niewinny. Ministerstwo wczoraj podało wiadomość, która wstrząsnęła całym magicznym światem: na skutek pomyłki w Azkabanie dwanaście lat spędził niewinny człowiek! Oficjalne przeprosiny niesłusznie oskarżonego Syriusza Blacka jednak się nie odbędą, bo, jak Ministerstwo właśnie ujawniło, to właśnie on był tym tajemniczym czarodziejem, który zginął w Sali Śmierci w czasie czerwcowych wydarzeń w gmachu Ministerstwa o których pisaliśmy w numerze 260/1996. Społeczeństwo wypowiada się jednomyślnie: to karygodne. Gdyby Korneliusz Knot wcześniej ustąpił ze stanowiska, z całą pewnością by do tego nie doszło.

Brunetka odłożyła gazetę i spojrzała wyczekująco na siedzącego przed nią mężczyznę. Siwowłosy czarodziej przez chwilę milczał, po czym schował „Proroka Codziennego” do szuflady i podał kobiecie szklankę soku dyniowego.
– Co teraz? – zapytała.
– Teraz, droga Andromedo, nic nie możemy zrobić. Skończyło się nasze pole manewru. Przede wszystkim, nie mam wpływu na Ministerstwo, a Departament Tajemnic…
– Och, daj spokój, Dumbledore! Wiem dobrze, że możesz przekonać Scrimgeoura, wszyscy to wiedzą! Wystarczy jedna twoja sowa…
– Uwierz, że bardzo bym chciał coś zrobić, ale Rufus jest niezwykle uparty. Już w pierwszym dniu jego urzędowania pokłóciliśmy się o Harry’ego. Wątpię, czy Ministerstwo przyjęłoby mnie teraz z otwartymi ramionami, zwłaszcza, że nie mamy dowodów, że…
– Jak to nie mamy? A moja wizja?
– Ministerstwo nie wpuści nas do najbardziej tajnego departamentu na podstawie jednej wizji. Musimy mieć niezbite dowody, a póki co nie ma nawet realnej szansy…
– Ty też uważasz mnie za wariatkę?
– Nie, Andromedo. Sądzę, że możesz mieć rację.
– Ale i tak według ciebie to za mało. Szkoda… – Wstała z krzesła i skierowała się do drzwi. – Mam nadzieję, że zmienisz zdanie. Wiesz, gdzie mnie znaleźć.
– Postaram się porozmawiać z Rufusem. Racjonalne argumenty mogą do niego trafić.
– Mimo wszystko dziękuję.
Andromeda Tonks wyszła, pozostawiając Dumbledore’a samego z jego myślami. A jeśli miała rację? To fakt, wszyscy uważali ją za wariatkę, ale każdy wróżbita miał opinię szalonego. Mogło w tym być ziarnko prawdy… W końcu nikt, kto sprawdzał działanie Łuku Śmierci, nie mógł o tym opowiedzieć i stąd ta nazwa…

*

Czarnowłosy mężczyzna znajdował się w próżni. Nie było tu nic, a jednak… a jednak wszystko. Nie wiedział, czy stoi, czy leży, ale czuł, że jest materialny. Gdzieś w oddali majaczyło jasne światełko, do którego nie sposób się było zbliżyć, choć wielokrotnie próbował. Zostało mu tylko wegetowanie w obecnym położeniu. Był naiwny, jeśli wszystko, co mu się do tej pory przytrafiło, nazywał piekłem. Teraz dopiero był w piekle. Widział światełko ratunku, ale nie mógł się do niego zbliżyć, cały czas otaczały go cienie przeszłości, a wszędzie było tak pusto i zimno… Nie było tu innych ludzi, tylko on. To gorsze niż Azkaban – tam chociaż świszczące oddech dementorów i krzyki innych więźniów przekonywały, że wciąż się żyje, że to istnieje… A teraz? Nie mógł być już niczego pewien, to mogło nawet nie istnieć. Wiedział już doskonale, że jeśli piekło istniało, to on właśnie w takim był. W prywatnym piekle Syriusza Blacka, z którego tym razem nie ucieknie.

koniec

kobieta z apaszką

Pamiętam początek tej historii. Strach pomieszany z ciekawością. Poczucie misji walczące z obrzydzeniem do siebie. Chęć z niechęcią. Wiedziałam, że to coś ważnego, w innym wypadku nikt nie kazałby mi tego zaczynać i to w taki sposób.
Nie czułam się szpiegiem tak samo, jak nie czułam się Twoją Kobietą, Severusie. Byłam po prostu obok, nie z Tobą, ale obok Ciebie. Stały element wyposażenia mieszkania, gdzieś między łóżkiem a szafą. Chodzący, jedzący i wyglądający mebel, obiekt, na którym można zawiesić oko i odczuwać zadowolenie z patrzenia, nic więcej.
Ile razy podczas bezsennych nocy myślałam o tym, ile bym dała, by to zmienić. Żeby choć trochę Cię zrozumieć, żeby wniknąć pod tę maskę obojętności i odkryć Twoje prawdziwe myśli i uczucia. Ale Ty nigdy na to nie pozwoliłeś, bo i po co? Nie ufałeś mi nigdy do końca – zresztą czy Ty potrafisz komukolwiek zaufać?
Chociaż…
Przypominam sobie, że któregoś dnia, około roku czy dwóch lat temu przyszedłeś do mnie sam z siebie. Przeglądałam wtedy księgę z mapami, wiedziałeś, że zawsze chciałam podróżować… Zamknąłeś ją i oparłeś się o jej skórzaną oprawę, cały ciężar ciała przekładając na tę rękę. Wyglądałeś bladziej niż zwykle i to mnie zaniepokoiło. Zapytałam. Wiesz, że rzadko pytałam, wiedziałam, że i tak nie usłyszę odpowiedzi. Ale wtedy musiałam. I to poskutkowało, opowiedziałeś mi wszystko, o czym prawdopodobnie i tak bym się dowiedziała, ale chodziło o sam fakt mówienia. Czułam wtedy, że coś znaczę, że moja pozycja w tym domu rośnie. Nie na długo, rzecz jasna, ale wtedy…
To było coś.
Szkoda, że później wróciłeś do dawnych przyzwyczajeń, jakby chcąc zapomnieć o chwili słabości. Ale ja przywykłam, przecież człowiek przyzwyczaja się do wszystkiego. Miałam do siebie żal, że w tym wszystkim, co robiłam, była jakaś rutyna, znajoma nutka nudy i przyzwyczajenia.
Dziś, kiedy stoję przy Twoim grobie, wiem, dlaczego to wszystko się stało. Dlaczego zmarnowaliśmy nasze życia – oboje. Ty poświęciłeś się wspomnieniu, jemu oddałeś wszystkie myśli i działania. Ja ulokowałam moje uczucia jeszcze gorzej – w Tobie. Nigdy nie potrafiłam dostrzec oczywistej prawdy, choć miałam ją na wyciągnięcie ręki. Nie miałam prawa myśleć, że jesteś mój. Ty nie byłeś niczyj. Swój własny. A jednak mimo to nadal chcę pokazać całemu światu, że byłam – nie z Tobą, ale przynajmniej obok Ciebie. To dlatego obwiązałam wazon na kwiaty przy tablicy swoją jedwabną apaszką. Kupiłeś mi ją kiedyś na urodziny… Tak, była okropna, ale i tak ją uwielbiałam, bo dawała mi nadzieję na coś więcej.
Teraz już wiem, że łudziłam się bez sensu.
Nigdy mnie nie kochałeś.
Nigdy nie byłam NIĄ.