Marzenia

Wielokrotnie słyszał, że szczęście jest czymś, na co pracuje się przez całe życie. Może mieć związek z karmą, aurą, dniem urodzin, preferowanym kolorem bielizny u płci pięknej czy jeszcze innym mugolskim przesądem. Ha, mugolskim – używał tego słowa tak, jakby od zawsze był częścią magicznego świata, jakby nigdy nie splamił się kontaktem z niemagicznymi obywatelami. Nic bardziej mylnego. Do dnia jedenastych urodzin był przekonany, że magia nie istnieje, a to wszystko, co go otacza, to zarazem wszystko, co istnieje, czego może się spodziewać i czego może od życia oczekiwać. Że prawa fizyki go ograniczają, a z wolnością i nieosiągalnością zarazem kojarzy się niebieskie niebo, na które spoglądał, kiedy zmęczony całym dniem zabawy kładł się na trawie i marzył. Nie pamiętał już swoich marzeń z dzieciństwa, nie były nigdy zbyt skomplikowane i często koncentrowały się na nowej grze czy zabawce, którą chciałby dostać. Może nawet część z nich się spełniła, kto wie. Z czasem wszystkie blakły i zlewały się w jedno ogólne wspomnienie dzieciństwa, zepchnięte gdzieś w głąb pamięci i przytłoczone wszystkim, co wydarzyło się później.
Kiedy zamykał oczy i próbował przywołać jakieś konkretne marzenie, przed oczami stawał mu tylko jeden obraz. Był późny, jesienny wieczór, za oknem wiał wiatr, a matka właśnie skończyła czytać mu bajkę na dobranoc. Wtedy jeszcze miał z nią całkiem dobre relacje. W każdym razie skończyła czytać, pocałowała go w czoło i powiedziała, że jutro – w jego urodziny! – stanie się coś magicznego. I mrugnęła porozumiewawczo, jakby właśnie zdradziła mu największą tajemnicę. Po tym wyszła, zostawiając go samego z natłokiem myśli. Zdaje się, że długo nie mógł zasnąć, co i raz wyobrażając sobie innego rodzaju prezenty. Może chodziło o przyjęcie z magikiem? To by było magiczne. Zdecydowanie jednak wolałby psa. Kilku jego kolegów miało psy i strasznie im tego zazdrościł – wszystkim, nawet Gregory’emu, który musiał wyprowadzać starego pudla swojej matki. Rano jednak okazało się, że nie dostał psa – dostał natomiast list. Matka wyjaśniła mu, że jest czarodziejem i od września pójdzie do Hogwartu. W pierwszej chwili chciał zapytać, czy to oznacza, że nie może dostać psa. Później, kiedy matka wyjawiła, że sama jest czarownicą, zrozumiał, że to nie żart, że za kilka miesięcy naprawdę zmieni szkołę i będzie się uczył tych wszystkich strasznych i ciekawych rzeczy, o których mu opowiedziała.
Szybko jednak okazało się, że matka nie powiedziała mu nic konkretnego. Nie przygotowała go na to, co zastał w szkole. Oczywiście, kupiła mu różdżkę, podręczniki i całą resztę – wszystko, o czym mógłby marzyć. Poza psem, rzecz jasna. (W Hogwarcie nie można było ich trzymać – matka tłumaczyła mu to kilkakrotnie, zawsze dodając, że mogą kupić sowę czy kota, ale on za każdym razem odmawiał; chciał psa i kupno innego zwierzaka nijak by tej chęci nie zaspokoiło). Wiedział, jakie zajęcia będzie miał na pierwszym roku, wiedział, że istnieją cztery domy, znał kilka legend związanych z samym zamkiem… Wszystko, co powiedziała mu matka, było wiedzą powierzchowną. Tego samego dowiedziałby się w ciągu pierwszej godziny podróży pociągiem, gdyby trafił na rozmownych współpasażerów. Traf chciał jednak, że jego współpasażerowie wiedzieli jeszcze mniej niż on sam – przez chwilę mógł się poczuć ważny, ale kiedy skończyły mu się informacje, którymi mógłby się z nimi dzielić, rozmowa zeszła na mugolskie książki czy programy telewizyjne. Po jakimś czasie w przedziale zapadła cisza i zrozumiał, że nie ma ochoty jej przerywać. Oczywiście jego współpasażerowie byli dość sympatyczni, ale nie sądził, by mogli zostać jego przyjaciółmi. Jeden z nich miał naprawdę irytujący śmiech, a drugi był koszmarnie nijaki – prawdopodobnie mógłby stać się całkiem niewidzialny, gdyby tylko co jakiś czas nie wyrażał głośno swojej nadziei na to, że w Hogwarcie będzie telewizja. Chyba nawet zapytał o to, gdy tylko dojechali na miejsce i zostali skierowani do łódek, przy okazji zwracając na siebie uwagę większości pierwszoroczniaków – część uśmiechała się z politowaniem, część z niecierpliwością czekała na odpowiedź. Sytuacja była wręcz idiotyczna, ale zapewniła wszystkim temat do rozmów na czas podróży do zamku. Potem wszystko zaczęło dziać się tak szybko, że zanim zdał sobie sprawę, Tiara Przydziału wykrzyknęła:
– Lawson, Jack!
Jakieś ręce popchnęły go naprzód, inne ręce założyły mu na głowę Tiarę i zanim się obejrzał, dziesiątki jeszcze innych rąk go oklaskiwały, kiedy został skierowany do stołu Slytherinu, przy którym miał jeść posiłki przez najbliższe siedem lat. Ludzie poklepywali go po plecach, przedstawiali mu się, a ktoś zapytał, czy gra w quidditcha. Zaprzeczył, bo nie wiedział, czym quidditch w ogóle jest. A potem cały rytuał powitania zaczął się od nowa, bo przy stole usiadł następny Ślizgon. Reszta wieczoru zleciała w mgnieniu oka i zanim się obejrzał, był już w lochach, w swoim nowym łóżku, znacznie wygodniejszym niż to, które miał w domu. Nie ułatwiło mu to jednak zaśnięcia – wręcz przeciwnie, w jego myślach panował niemal taki sam chaos, jak wtedy, kiedy matka obiecała mu magiczną niespodziankę. Rozmyślał o czterech domach i zastanawiał się, co sprawiło, że on został Ślizgonem, a jego współpasażerowie z pociągu trafili do Gryffindoru i Hufflepuffu. Nie wiedział o domach za wiele, ale wydawało mu się logiczne, że jakieś różnice musiały istnieć – i to różnice ważniejsze niż te wspominane przez Tiarę w piosence, której nawet nie słyszał za dobrze w całej tej atmosferze radosnego podniecenia.
– Lawson, śpisz? – zapytał jakiś głos po jego prawej stronie. Przekręcił głowę, żeby spróbować przyjrzeć się swojemu rozmówcy, ale było zbyt ciemno. Przez chwilę zastanawiał się, czy może chłopak boi się ciemności i chce z nim porozmawiać.
– Nie – odpowiedział w końcu, akceptując fakt, że nie ma pojęcia, z kim rozmawia. Nieistotne, dowie się jutro.
– Powiedz, Lawson, jesteś… szlamą?
Szlama? Nie miał pojęcia co to, ale spodziewał się, że coś złego. Nie dlatego, że ton głosu na to wskazywał, głos był tylko zaciekawiony – po prostu samo słowo źle brzmiało. Najlepszym wyjściem wydało mu się nieudzielenie odpowiedzi. To nic, że w tym przypadku milczenie niewątpliwie zostanie uznane za równoznaczne z udzieleniem odpowiedzi twierdzącej. W tej chwili wszystko było lepszym wyjściem niż przyznanie, że nie ma się pojęcia, co ten termin oznacza.
– Czyli jesteś – stwierdził głos obojętnie, po czym dodał ciszej: – To wszystko, co stało się lata temu, było nieistotne. Dom Węża ma te same zasady od tysiąca lat. Lepiej się z nimi zapoznaj, żeby nie odstawać.
Jack znów nie odpowiedział. Nie interesowało go wtapianie się w tłum i udawanie kogoś, kim nie był, tylko po to, by zdobyć akceptację. Próbował tego w mugolskiej szkole, ale nigdy nie udało mu się stać w pełni takim, jakim chcieliby go widzieć koledzy, zawsze zostawał gdzieś na uboczu. Jeśli teraz miało być podobnie – trudno. Zainteresowało go natomiast to, co głos powiedział o istnieniu zasad i o „tym, co się stało”. Nie miał pojęcia, co to może znaczyć, ale miał zamiar się dowiedzieć. Gdy tylko znajdzie bibliotekę. Doskonale wiedział, że znajdowanie informacji na własną rękę jest dużo lepsze od pytania o nie innych.
Do biblioteki trafił kilka dni później i od razu mu się spodobała. Nie była tak zimna jak pokój wspólny w lochach, a ludzie nie patrzyli na niego tak… Nie był pewien, jak właściwie patrzyło na niego kilku Ślizgonów, których na tym przyłapał, ale spodziewał się, że gdyby mógł zajrzeć do ich myśli, nie znalazłby tam nic pochlebnego na swój temat. Szybko przekonał się, że ludzie w bibliotece byli zajęci swoimi sprawami, zamknięci w swoich małych światach, z których tylko czasami, gdy musieli poszukać innej książki lub wyjąć z torby nowy zwój pergaminu, wracali na ziemię.
Tam też właśnie zobaczył ją po raz pierwszy. (Właściwie to zabawne, że przez kilka lat zamienili ze sobą tylko kilka zdań – ona była zbyt zajęta nauką i miała swoich przyjaciół, a on starał się nie zwracać na siebie niczyjej uwagi). Szybko dowiedział się, co oznacza słowo „szlama” i o czym mówił jego współlokator pierwszej nocy. Oczywiście wszystkie książki zapewniały, że Voldemort został pokonany, a jego popleczników schwytano i osądzono, ale nie do końca w to wierzył. Wiedział, że niektórzy starsi Ślizgoni w tajemnicy czytali różnego rodzaju wspomnienia i zapiski śmierciożerców, że popierali ich poglądy. Do pewnego stopnia była to zapewne forma buntu przeciwko ustanowionym zasadom, ale zdawało się, że kilku z nich wciągnęło się w to całkiem na poważnie. To właśnie oni dbali o to, żeby nie zapomniał o swoim pochodzeniu. Czasami przypominali mu o nim werbalnie, innym razem złośliwym zaklęciem. Wiedzieli, że nie powie nic opiekunowi domu ani nikomu innemu – bo i do kogo miałby się zwrócić? Przecież to Jack Lawson, odludek zakochany w książkach.
Prawda była taka, że siedzenie w bibliotece wydawało mu się bardziej interesujące od przesiadywania w pokoju wspólnym. Nie interesował się sportem, bo dobrze wiedział, że wstąpienie do drużyny wiązałoby się z większą ilością kontaktów z pozostałymi Ślizgonami, a na to nie miał ochoty. Nie chodziło nawet o to, że nie lubił ludzi – po prostu zdawał sobie sprawę, że reszta Ślizgonów, zapatrzona w zbuntowanych siódmoroczniaków (bo zawsze to właśnie siódmy rok się buntował, zupełnie jakby starsze roczniki tuż przed ukończeniem szkoły przekazywały im jakieś sekretne wiadomości, dopuszczały do jakiejś tajemnicy) niespecjalnie kwapiła się do nawiązywania z nim chociażby umiarkowanie przyjaznych kontaktów. Nie narzekał. Z większością z nich i tak nie chciałby rozmawiać, gdyby spotkali się na bardziej neutralnym gruncie.
A później biblioteka stała się jego ulubionym miejscem z jeszcze jednego powodu – mógł tam bezkarnie przyglądać się pewnej Gryfonce. Nie był głupi, świetnie wiedział, kim była i z kim spędzała czas poza biblioteką. Mógł sobie z łatwością wyobrazić reakcję Scorpiusa i innych Ślizgonów, gdyby spróbował się z nią zaprzyjaźnić.
Chociaż nie, właściwie nie mógł być pewny, jak zareagowałby Scorpius – tak, to właśnie on jako pierwszy zainteresował się pochodzeniem Jacka i zapewne to właśnie on poinformował starszych Ślizgonów o tym, czego się dowiedział. Początkowo starsze roczniki były zainteresowane młodym Malfoyem – w końcu nie co dzień ma się możliwość porozmawiać z synem prawdziwego śmierciożercy! Scorpius cieszył się swoją sławą i chętnie opowiadał każdemu, kto go o coś zapytał, różnego rodzaju historie zasłyszane w domu. Kilka tygodni później opowieści Scorpiusa zaczęły się powtarzać i stało się jasne, że nie ma on nic więcej do powiedzenia. Starsze roczniki przestały się nim interesować, a sam Malfoy przygasł. Kiedy wrócił po pierwszej przerwie świątecznej – był jeszcze bardziej milczący. Plotki głosiły, że poprosił ojca, żeby ten opowiedział mu więcej o śmierciożercach, ale spotkał się z odmową. Na tyle gwałtowną, że przestał rozmawiać z innymi na temat czystości krwi. Wtedy właśnie zaczął rozmawiać z Jackiem, ale ich znajomość nie trwała długo, bo w trzeciej klasie znów zaczął kręcić się w pobliżu siódmoklasistów, starając się wkupić w ich łaski nowymi historyjkami. Jack przyjął to spokojnie. Miał trzynaście lat, nie potrzebował przyjaciół.
Od tego czasu atmosfera w ich dormitorium kilkakrotnie się zmieniała: od lodowatej obojętności i wyszydzania aż do koleżeńskich gestów czy niemal przyjacielskich pogawędek. Wahania te miały związek nie tylko ze statusem Scorpiusa w grupie zbuntowanych siódmoklasistów, lecz także z tym, jak bardzo Jack zapominał, że nie potrzebował przyjaciół. Prawda wyglądała bowiem tak, że nikt w całym Hogwarcie nie jest w stanie przeżyć siedmiu lat bez ani jednej przyjaznej twarzy. Sześciu lat też nie. Dlatego też chodził do biblioteki. Dlatego kolegował się z rok młodszą Ślizgonką, której krew była tak samo „brudna” jak jego.
Poznał Florence w okolicznościach, o których oboje chyba woleliby zapomnieć. Starał się właśnie pozbyć muchomora, który wyrósł mu na lewym policzku (skutek zaklęcia, którym dopiero co oberwał), kiedy usłyszał czyjś cichy płacz. Rzadko zdarzało się, żeby ktoś płakał na korytarzu, ale mógł wyobrazić sobie, że jedna z dziewcząt poczuła przemożną chęć pozbycia się w ten sposób nadmiaru wody z organizmu. Dopiero kiedy podszedł bliżej, zauważył, że policzek dziewczyny zdobił taki sam muchomor. Miała też dwie pieczarki na czole. Świadczyło to o pewnej kreatywności rzucającego zaklęcie.
Florence – której imienia jeszcze wówczas nie znał – zdawała się nie zgadzać z jego opinią, bo płakała dość histerycznie, jakby miała już nigdy nie odzyskać swojej relatywnie nieskazitelnej jak na nastolatkę cery. Próbował ją pocieszyć, ale uspokoiła się dopiero, kiedy udało mu się zaklęciem usunąć wszystkie trzy grzyby. Pamiętał nawet, żeby zająć się też swoim muchomorem. Najwyraźniej to sprawiło, że zyskał w jej oczach szacunek, bo zaczęła mu się zwierzać. Nie należał do osób, które często traktowano jako ramię do wypłakania się lub ucho do wygadania, więc nie bardzo wiedział, jak ma się zachować. Dość sztywno siedział pod ścianą, jakąś stopę od dziewczyny, i słuchał. Niezbyt uważnie zresztą. Spodziewał się, że już nigdy nie będzie mu dane zamienić z tą ciemnowłosą dziewczynką choćby słowa.
Niestety, Florence miała co do niego inne plany. Była rok młodsza i jej również nie dało się określić jako czystej krwi czarownicę. Miała problemy z opanowaniem wielu zaklęć i dlatego starsze roczniki tak lubiły jej dokuczać. Prawie zrobiło mu się jej szkoda. Prawie. A ona, zupełnie jakby mogła to wyczuć, w tej właśnie chwili, kiedy jego współczucie osiągnęło punkt krytyczny (to znaczy stało się czymś więcej niż obojętnym kiwaniem głową, ale jeszcze nie zdołało wyewoluować w żadne słowa otuchy czy poklepanie po dłoni), wlepiła w niego te dziwne, fiołkowe oczy i oświadczyła, że szuka korepetytora.
Odmówił. Natychmiast i bez wahania. Nie zamierzał nikomu pomagać, nie miał na to ani czasu, ani ochoty. Florence jednak nie dała tak szybko za wygraną i oświadczyła, że w takim razie zostaną przyjaciółmi. Prychnął. Naprawdę, tego było już za wiele. Jeszcze trochę i ta rozgadana czternastolatka zaproponowałaby mu, żeby został jej chłopakiem. Uznał, że musi stamtąd jak najszybciej odejść.
Nie oznaczało to, że uwolnił się od niej. Florence dokładała starań, żeby wpadać na niego na korytarzach, a niedługo potem zaczęła przysiadać się do jego stolika w bibliotece, starając się przy tym nie odzywać ani słowem, żeby mu nie przeszkadzać. Doceniał to i czasami uśmiechał się pod nosem, kiedy widział, jak czasem, wertując z wielkim skupieniem księgi, otwierała usta, żeby coś powiedzieć, a potem szybko je zamykała, jakby właśnie dotarło do niej, że jest w bibliotece. Nie miał pojęcia, kiedy to się stało, ale kiedy któregoś wieczoru Florence się nie zjawiła – zaczął się martwić. Nie na tyle, żeby ruszyć na poszukiwania, ale nie mógł oprzeć się wrażeniu, że czegoś mu brakowało, że coś było nie tak. Ulżyło mu, kiedy następnego dnia wszystko wróciło do normy. Od tego czasu powoli zaczął oswajać się z myślą, że być może jednak zaprzyjaźnił się z tą irytującą dziewczynką.
To właśnie Florence zauważyła, że co jakiś czas zerkał w kierunku znajdującego się w pewnym oddaleniu stolika, przy którym zwykli rezydować Gryfoni. Początkowo nie chciała nic mówić, ale w końcu nie wytrzymała:
– Podejdź tam – szepnęła, żeby nie zwrócić na siebie uwagi bibliotekarki.
Spojrzał na nią, jakby nie był pewny, o czym mówi. I czy dobrze zrozumiał. I czy aby się nie przesłyszał. Spojrzenie Florence były jednak dziwnie stanowcze i – był tego pewien – gdyby tylko mogła, najpewniej uniosłaby brew. Niestety, podnoszenie brwi było dziedziną, w której Florence odnosiła jeszcze mniej sukcesów niż w zaklęciach. Kilka razy prosiła go, żeby ją tego nauczył, ale jej mięśnie twarzy odmawiały posłuszeństwa i cała nauka kończyła się na tym, że on śmiał się do rozpuku z dziwacznych min, jakie jej wychodziły, a ona udawała, że jest obrażona. Teraz jednak nawet nie próbowała unosić brwi, po prostu patrzyła na niego, jakby oczekiwała, że naprawdę wstanie i ruszy w kierunku stolika Gryfonów.
Nie wstał. Prawdę mówiąc nawet się nie poruszył. Siedział dalej, jakby ktoś przywiązał go do krzesła. Jakby w ogóle jej nie usłyszał. Nie miał pojęcia, czego Florence od niego oczekiwała – że nagle zaprzyjaźni się z grupą Gryfonów w taki sam sposób, w jaki ona zmusiła go, żeby został jej przyjacielem? Może chciała, żeby połączyli stoliki i wspólnie się uczyli? Naprawdę, śmiechu warte.
Oczywiście wiedział, kto siedział przy tym stoliku. Każdy w zamku wiedział. Jakże mógłby nie wiedzieć, skoro dzieci sławnego Harry’ego Pottera i ich znajomi były ciągłym tematem plotek i obiektem obserwacji. Nie miał pojęcia, czemu wszyscy wydawali się tacy zainteresowani ich osobami, bo sam nie widział w nich nic szczególnego. Ot, uczniowie jak uczniowie. W porządku, może ta dziewczyna – Rose – się wyróżniała. Ale nie na tyle, żeby chciał podejść do jej stolika i przyjrzeć jej się uważnie. Albo zagadać. Albo… Nie, wcale nie chciał. Po prostu coś dziwnego przyszło Florence do głowy, najpewniej szczelnie wypakowanej marzeniami o romansach, królewiczach i królewnach. I białych koniach. I smokach.
Przez chwilę patrzył na rudą głowę Rose Weasley i obserwował, jak raz po raz próbuje założyć za ucho irytujący kosmyk włosów, który ciągle przeszkadzał jej w czytaniu jakiejś opasłej księgi. Mógł przyznać się przed samym sobą – i tylko przed samym sobą – że nie po raz pierwszy się jej przyglądał. W porządku, nie brzmi to może specjalnie romantycznie, ale też i on nie był romantykiem. Do tego nie miał najmniejszego nawet zamiaru robić czegokolwiek poza przyglądaniem jej się. A może nawet i z tego powinien zrezygnować, jeśli Florence coś zauważyła.
Nagle przebiegł mu po plecach zimny dreszcz, kiedy wyobraził sobie, jak Florence – szczerze wierząc, że wyświadcza mu przysługę – idzie do Rose i mówi jej o jego skłonnościach do zawieszania na niej wzroku. Zupełnie jakby to było coś więcej niż przypadek. Po prostu jej włosy zwracały uwagę; trudno przejść obojętnie obok szopy rudych włosów, prawda? Każdy od czasu do czasu rzuciłby na nie okiem. Może nawet opisałby je w jakiś bardziej wymyślny sposób niż słowem „rude” – Florence raz (kiedy usiłowała nauczyć go odróżniania więcej niż kilkunastu podstawowych kolorów) wspomniała, że są kasztanowe, a nie marchewkowe. Kolor kasztanów nie bardzo mu się kojarzył z kolorem włosów Rose, ale nie miał zamiaru się kłócić, bo musiałby przyznać, że wcześniej przyglądał się tym włosom i zadał sobie dostatecznie dużo trudu, by zastanawiać się nad nazwą ich koloru.
Pokręcił głową, jakby liczył, że dzięki temu pozbędzie się natrętnych myśli. Miał siedemnaście lat, mógł sam decydować, czy chce porozmawiać z jakąś dziewczyną, czy nie – i nie potrzebował do tego porad żadnej piętnastoletniej smarkuli.
– Podejdziesz czy nie? – zapytała Florence, wskazując brodą stolik Gryfonów, jakby chciała mu przypomnieć, o czym rozmawiają.
– Nie – odpowiedział, unosząc lekko brew, jakby chciał ją sprowokować, by powiedziała jeszcze coś na ten temat.
Florence prychnęła i wróciła do czytania książki. Liczył, że oznaczało to koniec rozmowy, ale jakiś kwadrans później znów się odezwała:
– Powinieneś kiedyś do niej podejść.
Nie odpowiedział. Nie miał zamiaru opowiadać jej o kilku rozmowach, które do tej pory przeprowadził z Rose. Cztery z nich dotyczyły książki, którą on czytał, a do której ona chciała zajrzeć. Dwie dotyczyły książki, którą ona czytała, a do której on chciał zajrzeć. Dwie inne dotyczyły pogody. Jedna – nowego nauczyciela obrony przed czarną magią i wyglądała mniej więcej tak: Rose się potknęła, wpadła na niego i zapytała, czy słyszał, że w tym roku będą mieli nowego nauczyciela, na co on przytaknął i sobie poszedł. Nie był to moment, w którym udowodnił, na jak świetnego faceta wyrósł. Zdecydowanie nie chciałby opowiadać o tym Florence.
– Będziesz żałował – dodała, kiedy zrozumiała, że nie doczeka się odpowiedzi.
Wzruszył ramionami. Chyba nie myślała, że zrobi to na nim większe wrażenie? Żałował już tylu rzeczy, że jeszcze jedna nie zrobiłaby mu różnicy. Do tego mógł się założyć, że nawet gdyby wstał i tam poszedł, nawet gdyby nawiązał cywilizowaną rozmowę z Rose, to tematy szybko by im się wyczerpały, zapadłaby niezręczna cisza, a potem jedno z nich wymyśliłoby jakąś idiotyczną wymówkę, żeby się oddalić. I to by było na tyle. Żadnej randki w Hogsmeade, żadnych spacerów po błoniach, żadnego wielkiego romansu. Nie nadawał się do tego i tyle.
Florence chyba przyznała mu w myślach rację, bo nie poruszała więcej tego tematu. Nie oznaczało to, że wszystko pozostało takie samo jak przed tą rozmową. Nie wiedzieć czemu, nie mógł pozbyć się uporczywych myśli o Rose i wieczorem, kiedy nie mógł zasnąć, zastanawiał się, czy przypadkiem – tylko przypadkiem – Florence nie miała racji. Nie, nie dlatego, że wierzył w historie miłosne – doskonale wiedział, że szczęśliwe zakończenia istnieją tylko w bajkach. Widział to na własne oczy.
Spróbował powstrzymać wspomnienia, o których uporczywie starał się nie myśleć, ale było za późno. Znów miał pięć lat i patrzył, jak jego ojciec pakuje walizkę i odchodzi bez słowa pożegnania. Znów miał siedem lat i pomagał matce sprzątać, żeby nowy tatuś miał gdzie rozpakować swoje rzeczy (dopiero niedawno dowiedział się, że wcale nie wprowadzał się dlatego, że tak kochał matkę Jacka – po prostu jego żona dowiedziała się o romansie i wyrzuciła go z domu). Znów miał jedenaście lat i patrzył, jak wspomniany nowy tatuś pakuje walizkę i odchodzi, krzycząc, że nie będzie mieszkał pod jednym dachem z pomiotami szatana, które potrafią czarować. Znów miał dwanaście lat i przekonywał matkę, żeby nie zapraszała nikogo do mieszkania. (Już wtedy zrezygnowała z czytania mu bajek na dobranoc; może wiedziała, że i tak nie uwierzy w szczęśliwe zakończenie?) Znów miał trzynaście lat i w czasie wakacji sprzątał porozrzucane po salonie puste butelki. Znów miał czternaście lat i nieco sztywno przytulał matkę, kiedy po raz kolejny jakiś facet wyszedł z walizką i bez słowa pożegnania. Znów miał piętnaście lat i przez dwa tygodnie nie wracał do domu, bo nie wiedział, co tam zastanie. Znów miał szesnaście lat i czuł się zbyt zmęczony, żeby mieć do matki o cokolwiek pretensje, zbyt zmęczony, żeby próbować dawać jej dobre rady czy uświadomić, jak bardzo sobie szkodzi. Wiedział, że to prawdopodobnie nie zobaczą się więcej, bo nie miał zamiaru wracać do domu po zakończeniu szkoły. Przez chwilę miał nawet wyrzuty sumienia, jakieś poczucie głębokiej, pierwotnej tęsknoty za poczuciem bezpieczeństwa, jakie powinno się utożsamiać z domem rodzinnym, ale szybko zdał sobie sprawę, że nie o dom rodzinny tu chodziło, a raczej o polanę za miastem, na której spędził większą część dzieciństwa. Trawa wydawała się tam bardziej zielona, niebo bardziej niebieskie, a słońce cieplejsze. Lubił tam przychodzić, kłaść się w trawie i patrzeć bezmyślnie w niebo. Czasem nawet wyobrażał sobie, że koło niego leży wielki, kosmaty pies, jego najlepszy przyjaciel. Tak, kiedy już znajdzie sobie jakieś mieszkanie, kupi psa. Na pewno. Pies będzie patrzył na niego wielkimi, brązowymi oczami, jakby go rozumiał, jakby te oczy były najmądrzejszymi oczami na świecie, jakby te oczy wcale nie były psie, jakby należały do kogoś całkiem innego, jakby…
Westchnął. W porządku, Florence miała rację. Powinien był podejść i porozmawiać z tą Gryfonką, żeby udowodnić sobie, jak idiotyczne jest to zauroczenie. Jego myśli zdecydowanie za często do niej wracały, to nie było zdrowe. Musi pozbyć się jej raz na zawsze, i jeśli rozmowa z nią ma być jedynym, co może mu uświadomić, że powinien przestać o niej myśleć, to z nią porozmawia. Merlinie, porozmawia z nią!
Minął ponad tydzień, zanim się na to zdobył. Był wdzięczny Florence, że nie drążyła tematu, choć widział, że czasami rzucała mu wymowne spojrzenia, jakby miała do niego pretensje, że nie zrobił czegoś, co powinien był zrobić już dawno. Nie miał pewności, czy chodziło o rozmowę z Rose, czy o to, że ciągle zapominał poćwiczyć z nią któregoś z zaklęć (nie miał pojęcia którego i podejrzewał, że byłaby zirytowana, gdyby jej o tym powiedział. Dlatego liczył, że sama w końcu wspomni, o które chodziło).
W końcu jednak, kiedy uznał, że ma już dość myślenia o rudej Gryfonce, zebrał w sobie resztki odwagi, która – nie wiedzieć czemu – znikała, ilekroć w przeszłości myślał o tej rozmowie. Jednocześnie czuł, że nie może dłużej tego w sobie dusić, bo coraz częściej o niej myślał, zupełnie jakby świadomość, że z nią porozmawia, sprawiała, że podświadomość częściej przywoływała jej wyobrażenie, a przywoływała je częściej, żeby go zmusić, by jak najszybciej z nią porozmawiał. Może z zauroczeniem jest jak ze zrywaniem plastra – im szybciej się go pozbędzie, tym mniej boli.
Był pochmurny, piątkowy wieczór, kiedy ze zdumieniem zauważył, że Rose siedzi przy stoliku sama. Zwykle ktoś dotrzymywał jej towarzystwa i prawdopodobnie to onieśmielało go jeszcze bardziej. Teraz miał szansę porozmawiać z nią sam na sam, zrobić na niej dobre ważnie. I przekonać się, czy warto było tracić czas na przyglądanie się, jak promienie słońca nadawały jej włosom miedziany kolor. Albo kasztanowy, jeśli wierzyć Florence. O ile kasztany błyszczały, choć wydawało mu się to niedorzeczne.
– Wolne? – zapytał, wskazując na krzesło obok niej. Nie zdążył się jeszcze rozmyślić ani wmówić sobie, że rozmawianie z nią to zły pomysł.
Rose oderwała oczy od książki, którą czytała, i spojrzała na niego poważnie, jakby chciała ocenić, czy przypadkiem sobie z niej nie żartuje. Uznał, że pewnie wiedziała o nim jeszcze mniej niż on o niej (i mógł się założyć, że nie spędzała przynajmniej kilkunastu sekund dziennie na obserwowaniu jego włosów), więc chciała się upewnić, czy to nie jakiś żart. Nie wiedział, czemu miałby żartować – w końcu to pytanie wydawało mu się całkiem normalne i naturalne. Ludzie czasami dosiadają się do siebie, kiedy w bibliotece jest tłok.
W porządku, może jednak to źle zaplanował, bo biblioteka była praktycznie pusta, jeśli nie liczyć dwóch osób w przeciwległym kącie pomieszczenia. Miał do wyboru kilkanaście innych stolików, więc nie mógł tłumaczyć się tłokiem. Zrobił głęboki wdech, jakby liczył, że w momencie, kiedy świeże powietrze dotrze do płuc, w mózgu pojawi się jakieś dobre wyjaśnienie. Nic z tego.
– Oczywiście – odpowiedziała w końcu Rose, cały czas obserwując go znad brzegu księgi.
– Dzięki.
Usiadł szybko, jak gdyby w obawie przed tym, że Gryfonka się rozmyśli. Nie mógł sobie jednak przypomnieć, co jego plan przewidywał po tym. Powinien zacząć rozmowę, ale nagle wszystkie słowa, które wydawały się odpowiednie, uciekły mu z głowy. Zaczął żałować, że nie zabrał ze sobą Florence. Pewnie nie dałaby mu spokoju do końca roku szkolnego, bezlitośnie przypominając, jak zrobił z siebie idiotę przed dziewczyną, która mu się podobała, ale przynajmniej nie dopuściłaby do zapadnięcia niezręcznej ciszy. Takiej, jaka właśnie zapadła.
Próbował przypomnieć sobie, jak w czasie ostatnich wakacji nawiązywał rozmowę z mugolkami, ale pytanie „często tu przychodzisz?” nijak nie pasowało do okoliczności. Nie wiedział, jaki temat rozmowy wybrać, więc zdecydował się na najbezpieczniejszy:
– Okropnie dziś padało, prawda?
Rose znów spojrzała na niego znad książki i poczuł, że chyba palnął głupstwo. Nie dlatego, że tego dnia nie padało – lało bowiem jak z cebra – ale dlatego, że dziewczyna najwyraźniej była bardziej zainteresowana lekturą niż jego osobą. Poczuł się trochę tak, jak wtedy, kiedy pierwszy raz usłyszał, że nie powinien być w Slytherinie, bo jego szlamowata krew jest obrazą dla Domu Węża – jakby powinien przeprosić, ale ani nie wiedział za co, ani nie miał ochoty.
– Owszem – odpowiedziała, znów spuszczając wzrok na książkę.
Poczuł, że ta rozmowa donikąd nie prowadzi, a sam pomysł, żeby tu siadać, był najgłupszym ze wszystkich jego dotychczasowych pomysłów. Powinien natychmiast wstać i udawać, że to się nigdy nie stało, że nigdy jej nawet nie zauważył. W końcu nie musiał z nią już nigdy rozmawiać, za kilka miesięcy oboje skończą szkołę i już nigdy, przenigdy się nie zobaczą.
Na tę myśl poczuł jakiś ciężar w sercu, coś zupełnie innego niż to, co czuł, kiedy uświadomił sobie, że już nigdy nie zobaczy matki. Ten ciężar był bardziej motywujący, jakby nakłaniał go, że temu zapobiegł, żeby jakoś zatrzymał Rose – a przynajmniej porozmawiał z nią jak człowiek. Postanowił spróbować po raz ostatni; obiecał sobie, że jeśli i tym razem nie wywiąże się żadna rozmowa, to wstanie i wyjdzie, żeby zachować choć odrobinę męskiej dumy.
– Uczysz się już do owutemów?
Rose zamknęła książkę i popatrzyła na niego poważnie tymi brązowymi oczyma, w których – gdyby dobrze poszukać – najpewniej dałoby się odnaleźć odpowiedzi na wszystkie dręczące go pytania. Czy coś podobnego. Florence cały czas mu powtarzała, że oczy są niezwykle ważne i jeśli będzie się w nie patrzeć dostatecznie długo, to można coś zobaczyć. Nie miał pojęcia, co miała na myśli – bo sądził, że nie chodziło jej o źrenicę.
Gryfonka przekrzywiła lekko głowę i kilka pasm rudych włosów wyślizgnęło się zza jej ucha. Tym razem – w przeciwieństwie do tych razów, kiedy widział, jak poprawiała fryzurę – nie zareagowała. Patrzyła na niego, jakby chciała przejrzeć go na wylot, usłyszeć myśli, prześwietlić zęby i sprawdzić, czy umył uszy. Nie było w tym spojrzeniu nic romantycznego, a raczej chłodny namysł. W końcu jednak musiała zobaczyć w jego twarzy coś, co sprawiło, że odpowiedziała:
– Tak. – A po krótkiej chwili, w czasie której Jack zdążył podjąć decyzję o odwrocie i prawie wstał już z krzesła, dodała: – Jeśli chcesz pogadać, to możemy spotkać się za godzinę przy tym posągu goblina na drugim piętrze. Teraz naprawdę muszę doczytać tę książkę.
– Świetnie. Jasne. Do zobaczenia – odpowiedział, zanim jego mózg zdołał wygenerować bardziej składne zdanie.
Uśmiechnął się, jakby właśnie ktoś mu powiedział, że wygrał tysiąc galeonów. Poderwał się z krzesła, bo poczuł, że za nic w świecie nie będzie w stanie wysiedzieć tuż obok niej i milczeć przez całą godzinę. Postanowił się przejść, a potem zjawić się pod pomnikiem goblina. W końcu porozmawiają, ha! Jeszcze nie wiedział, co dokładnie chce jej powiedzieć, ale miał całą godzinę, żeby poukładać sobie wszystko w głowie.
Dokładnie pięćdziesiąt pięć minut później stał w umówionym miejscu. Niczego nie poukładał sobie w głowie, ale był szczerze przekonany, że kiedy już zaczną rozmawiać, to wszystko jakoś się potoczy. W końcu wszyscy jakoś radzili sobie z rozmowami, wszyscy z kimś rozmawiali, to nie mogło być specjalnie trudne. Nawet w jego przypadku – w porządku, miał opinię odludka, ale to nie znaczyło, że nie potrafił rozmawiać. Florence ciągle zmuszała go do rozmów. Właściwie to częściej coś mówiła i spodziewała się, że będzie na to w jakiś sposób reagował, można to było nazwać rozmowami.
Rose pojawiła się o czasie, nerwowo poprawiając torbę z książkami na ramieniu. Uśmiechnęła się niepewnie i popatrzyła na niego, jakby nadal nie wierzyła, że chciał się z nią spotkać. Nie był pewny, dlaczego tak mu się przyglądała – nie był szczególnie przystojny, nie grał w quidditcha, nie było w nim absolutnie nic, co mogłoby ją onieśmielać. Chyba że… Nagle poczuł, że widniejące na jego szacie godło Domu Węża pali go żywym ogniem. Nie ufała mu, bo był Ślizgonem. Nawet go nie znała, a jednak myślała, że był taki sam jak wszyscy inni mieszkańcy Slytherinu. Tyle się mówi o przyjaźni między domami, o zakopywaniu topora wojennego, o budowaniu mostów porozumienia – i po co? Żeby wyhaftowane na szacie godło decydowało o wartości człowieka? Nawet, jeśli nie jest akceptowany we własnym domu, ciągle narażony na złośliwe uwagi i niespecjalne przyjemne zaklęcia?
Najwyraźniej w jego oczach musiał pojawić się wyraz jakiegoś zawodu, bo Rose zrobiła krok do przodu i uśmiechnęła się nieco pewniej. Zapytała, czemu chciał z nią porozmawiać, a on, zanim zdążył to przemyśleć, powiedział, jak bardzo podobają mu się jej włosy. Nie był pewny, jak zareagowała, bo natychmiast wbił wzrok w czubki własnych butów, ale kiedy zdał sobie sprawę, że nie uciekła, kontynuował. Powiedział, że od jakiegoś czasu chciał z nią porozmawiać. Powiedział, że wydawała mu się sympatyczna. Powiedział właściwie wszystko, co chciał jej powiedzieć, a ona słuchała z uśmiechem. Nie spodziewał się, że będzie taka miła, ani że ich rozmowa przeciągnie się do późnych godzin wieczornych. Kiedy jednak wrócił do dormitorium, był z siebie zadowolony.
Dopiero następnego dnia dopadły go wyrzuty sumienia, sprytnie zamaskowane pod postacią Florence. Przysiadła się do niego jak co dzień i zapytała, czemu nie pojawił się na kolacji. W pytaniu tym pobrzmiewała troska – coś, czego się nie spodziewał i czego od dawna nie doświadczał. Nie wiedział, co jej powiedzieć, więc po prostu opisał zdawkowo cały wieczór, starając się przy tym nie zwracać na siebie uwagi pozostałych Ślizgonów.
– Wiedziałam, że w końcu zmądrzejesz – stwierdziła Florence, klepiąc go po plecach. – Mam nadzieję, że umówiliście się już na kolejne spotkanie.
Przytaknął. Faktycznie, rozmawiało im się tak dobrze, że postanowili się spotkać ponownie po obiedzie. Rozważał nawet, czy pogoda jest odpowiednia do spacerów po błoniach, ale uznał, że do południa na pewno się rozpada. Florence przytaknęła i przez chwilę patrzyła na zaczarowane sklepienie Wielkiej Sali, po czym oświadczyła, że i tak powinien zabrać Rose na jakiś spacer – jeśli nie na błonia, to przynajmniej po zamku.
– Siedzenie przy jakimś marmurowym goblinie jest strasznie nieromantyczne – dodała, zupełnie jakby spodziewała się po nim jakiegokolwiek romantyzmu. Przecież znała go dostatecznie dobrze, aby wiedzieć, że prędzej oboje zostaną okrzyknięci Ślizonami Roku niż on zdobędzie się na jakiś świadomie romantyczny gest.
Kto wie, może i miała rację – Hogwart w końcu był wielkim zamczyskiem, niby czemu nie mieliby trochę pozwiedzać? W końcu już za rok zostaną pozbawieni takiej możliwości. Podziękował jej za radę i z zapałem wrócił do pałaszowania śniadania. W końcu czekał go świetny dzień.
Świetny dzień wkrótce stał się świetnym tygodniem, który potem ewoluował w świetny miesiąc i zanim Jack się obejrzał – nadeszły święta i musiał rozstać się z Rose na pewien czas. Wiedział, że tęskniła za rodziną i chciała wrócić do domu, ale nie mógł uciszyć natrętnego głosu, który powtarzał mu, że jego własne święta byłyby o wiele, wiele lepsze, gdyby została w zamku. Oczywiście nie powiedział jej tego. Nie mógł oczekiwać, że zrezygnuje ze spotkania się z rodziną tylko ze względu na niego i jego uczucie samotności. W porządku, to niesprawiedliwe stwierdzenie, w końcu miał spędzić święta w towarzystwie Florence, z którą dawno nie rozmawiał, bo ciągle się mijali – kiedy on miał chwilę czasu, ona musiała gdzieś iść, a kiedy z kolei ona spędzała popołudnie w bibliotece, on był zbyt zajęty Rose, by z nią pogadać. Czasami miał z tego powodu wyrzuty sumienia, ale potem patrzył na refleksy miedzi, jakie zimowe słońce wydobywało z włosów Gryfonki i wszystko inne schodziło na dalszy plan.
W czasie świąt wszystko wróciło jednak do normy – Florence była tą samą Florence co dawniej i wydawało się, jakby nic się nie zmieniło, choć oboje wiedzieli, że w styczniu zmieni się wszystko. Nie poruszali tego tematu. Cieszyli się niemal pustym pokojem wspólnym, pysznym, świątecznym jedzeniem w Wielkiej Sali, spokojem na korytarzach, śniegiem za oknem… I chociaż w ciągu tych dni kilka razy pomyślał, że tęskni za Rose, cieszył się, że mógł spędzić tyle czasu z Florence.
W styczniu Rose wróciła, a wraz z jej powrotem cały zamek stał się jaśniejszy i bardziej przytulny. Przez myśl przeszło mu nawet, że być może dlatego jego matka tyle razy próbowała z kimś być – że też chciała, żeby ich małe mieszkanie było takie jasne i przytulne, też chciała mieć wrażenie, że w czyichś oczach są odpowiedzi na wszystkie zagadki wszechświata, a czyjś uśmiech może zastępować słońce. Szybko jednak odrzucał tę myśl, przypominając sobie wszystkie nieudane związki matki – to jasne, że w niczym nie przypominały one tego, co łączyło jego i Rose. Matka robiła coś źle, za każdym razem omijała jakieś wskazówki, znaki. Nie był do niej podobny. Ani trochę. Nie popełniał jej błędów i potrafił stworzyć coś, co jej się nigdy nie udawało. Chociaż kto wie – nie rozmawiał z nią ponad pół roku, może coś się zmieniło. Rose kilka razy pytała go, czemu nie dostaje listów z domu, ale za każdym razem ją zbywał. Może powinien jednak napisać do matki – tylko po to, by Rose widziała, że dostaje odpowiedź?
Na początku lutego, w czasie jednego ze spacerów po błoniach, Rose zrobiła coś, czego się nie spodziewał. Kiedy byli już nad jeziorem, a on opowiadał właśnie o jakimś eliksirze, który chciałby uwarzyć, zatrzymała się i szarpnęła go za rękaw. Też się zatrzymał, nie dokończył nawet zdania, które zawisło gdzieś niezręcznie między nimi. Nie wiedział, co za chwilę usłyszy, ale widział po jej oczach, że to będzie coś ważnego. Poczuł, że żołądek zawiązuje mu się w supeł. Najpewniej uznała, że ma go już dość i właśnie szuka najbardziej humanitarnego sposobu na zerwanie z nim. Nie wiedział, czemu uznała, że zaśnieżone błonia będą odpowiednie – może to taka sugestia, że powinien po prostu zamarznąć na śmierć i dać jej spokój?
Rose – nieświadoma gonitwy myśli, jaka miała miejsce w jego głowie – zdjęła rękawiczkę, po czym położyła mu dłoń na policzku, delikatnie starając się skierować jego spojrzenie na siebie. Przez chwilę udawał, że nie rozumie, o co jej chodzi, w końcu jednak skapitulował. Wiedział, że nie odwlecze nieuniknionego. Wiedział, że już za chwilę stanie się coś złego. Wiedział, że…
– Chciałam ci tylko powiedzieć… i wiem, że to trochę za wcześnie… że – zawahała się, a na jej policzkach pojawił się rumieniec, po czym dokończyła szeptem: – że cię kocham.
Zamrugał. Wydawało mu się, że się przesłyszał, że Rose powiedziała coś zupełnie innego. Jednak sposób, w jaki na niego patrzyła, w jaki stanęła na palcach, żeby pocałować go w jeden policzek, potem w drugi, potem w (zimny jak lód) nos, a na końcu w usta, świadczył o tym, że powiedziała właśnie to, co usłyszał. Poczuł, że kamień spadł mu z serca, ale jednocześnie ucisk w żołądku – nie wiedzieć czemu – wcale nie zelżał. Zignorował go jednak. To była zbyt ważna chwila, by przejmować się czymś tak mało istotnym.
– Ja… – zaczął, ale nagle zabrakło mu słów. Jego głowa była pusta, zupełnie jakby wszystkie myśli zostały zassane przez ten nieznośny supeł.
Szybko jednak zastąpił słowa gestami i pocałował ją tak, jak główni bohaterowie mugolskich filmów zwykli całować się tuż przed szczęśliwym zakończeniem. Chciał przelać w ten pocałunek wszystkie uczucia, które do niej żywił, wszystkie słowa, które gdzieś wyparowały – wszystko, absolutnie wszystko, co się z nią wiązało. Chciał jej pokazać, jak ważna jest dla niego i jak dziwne i puste byłoby jego życie bez niej.
Prawdopodobnie mu się to udało, bo do końca spaceru oboje głupkowato się uśmiechali.
Wieczorem, kiedy wrócił do pokoju wspólnego, drogę zastąpiło mu kilku Ślizognów. Ich miny świadczyły o tym, że nie podoba im się jego uśmiech. Właściwie to nie podobała im się cała jego osoba i najwyraźniej chcieli mu to dać do zrozumienia szybkim pchnięciem w kierunku ściany i przystawieniem różdżki do szyi. Nie działo się to po raz pierwszy – za każdym takim razem miał ochotę zapytać ich, w którym mugolskim filmie widzieli coś podobnego. Nie miał wątpliwości, że przynajmniej część z nich oglądała mugolskie filmy.
– Jak tam twój mały romans, Lawson? – zapytał Scorpius, który najwyraźniej znów został przyjęty do grupy zbuntowanych fanów śmierciożerców. Kto wie, może nawet został ich nieoficjalnym przywódcą, w końcu jego nazwisko było dobrze znane.
Jack nie odpowiedział. Od dłuższego czasu starał się nie reagować na żadne zaczepki i zauważył, że przynosiło to efekty. Oczywiście na ogół i tak obrywał pięścią lub jakąś klątwą, ale nigdy nie było to na tyle poważne, by musiał iść do skrzydła szpitalnego. Wyglądało na to, że tym razem będzie inaczej – jeden z roślejszych szóstoklasistów, którzy bezmyślnie wykonywali polecenia starszych uczniów, walnął go z całej siły w żołądek, wcale nie przejmując się supłem, który nadal tam był. Może liczył, że terapia szokowa pomoże?
– To Gryfonka – syknął Scorpius.
– I zdrajczyni krwi – dodał ktoś stojący obok niego, ale Jack nie był pewny kto, bo właśnie po raz kolejny zawarł bliższą znajomość ze ścianą.
– Nawet taka szlama jak ty nie powinna zadawać się z Gryfonami – dodał ktoś inny.
– Lepiej żebyśmy cię z nią już nie widzieli – zagroził inny głos.
– Następnym razem nie będziemy tacy mili – skwitował Scorpius, uśmiechając się jadowicie.
A później ogarnęła go ciemność. Kiedy znów otworzył oczy, zauważył pochylającą się nad nim Florence. Nie wyglądała na zadowoloną. Prawdę mówiąc, wyglądała, jakby zaraz miała się rozpłakać. Zauważył, że nadal są w pokoju wspólnym i wydało mu się dziwne, że wokół nie było nikogo innego. W końcu był sobotni wieczór – gdzie wszyscy się podziali?
– Jest środek nocy – wyjaśniła, kiedy zorientowała się, że jest przytomny i rozgląda się po pomieszczeniu. – Wszyscy śpią.
Westchnął. Mógł sobie wyobrazić, jak wyglądała jego twarz po kilku uderzeniach i jakimś zaklęciu, które sprawiło, że na tak długo stracił przytomność. Wolał jeszcze nie myśleć o tym, jak wyjaśni to Rose; póki co wiedział tylko, że nie może powiedzieć jej prawdy. Nie wiedział, jak by zareagowała, ale domyślał się, że wynikłoby z tego tylko więcej problemów.
– Tym razem powinieneś iść do skrzydła szpitalnego – stwierdziła Florence, siadając obok niego. – Wyglądasz okropnie.
– Dzięki – odpowiedział, starając ocenić stan swojej twarzy przez obmacywanie jej rękami. Wyczuł spory strup na lewej skroni i kilka mniejszych zadrapań w jego okolicy. Nie było szans, żeby udało mu się tego pozbyć w ciągu kilku godzin bez interwencji pielęgniarki. – I wiesz, że tam nie pójdę.
– Wiem – westchnęła i przez chwilę siedzieli w ciszy, jakby zapomnieli, że właśnie prowadzili rozmowę.
Może po prostu oboje musieli się zastanowić nad tym, co chcą powiedzieć. Jack nie był pewny. Wiedział tylko, że Rose nie może się o niczym dowiedzieć. W sumie Florence też powinien oszczędzić szczegółów.
– Rose nie będzie zadowolona – dodała w końcu.
– Wiem – odpowiedział cicho, jakby właśnie podejmował trudną decyzję. – Ale to nie jej sprawa. O niczym się nie dowie.
Przez chwilę wydawało mu się, że Florence coś powie, ale tylko pokręciła głową i znów zapadło milczenie. Z pewnym zdziwieniem zauważył, że nie był to ten rodzaj ciszy, który domagał się przerwania; nie, taka cisza, jak ta, która właśnie zapadła, pojawiała się, kiedy wszystko zostało już powiedziane, a atmosfera oczyszczona. Nie miał pewności, ile czasu tak siedzieli, ale najwyraźniej na tyle długo, żeby Florence zdrętwiały nogi. Niezgrabnie się podniosła i zrobiła minę, która była pewnego rodzaju odpowiednikiem uniesienia brwi.
– Chcesz tu siedzieć do rana? – zapytała.
Zaprzeczył i też się podniósł. Powinien iść do dormitorium i spróbować przespać jak największą część następnego dnia. Wiedział, że nie będzie mógł pokazać się Rose – żadne ze znanych mu zaklęć ani eliksirów nie mogło doprowadzić go do stanu używalności w tak krótkim czasie. Bez słowa ruszył w kierunku dormitorium.
– Oni nie żartują – powiedziała cicho Florence. Nie spojrzał na nią. Niespecjalnie chciał też słyszeć, co miała do powiedzenia. – Zastanów się, czy warto. Proszę.
Nie odpowiedział, ale oboje wiedzieli, że żadna odpowiedź nie była tu potrzebna. Musiał poukładać sobie wszystko w głowie. Do tej pory nie pozwalał czysto krwistym Ślizgonom podejmować za siebie decyzji, więc nie widział powodu, dla którego teraz miałby ulec ich groźbom, ale gdzieś w głowie tłukła mu się natrętna myśl, że gdyby tak zrobił, gdyby ze strachu przed nimi zerwał z Rose, to nie musiałby się zastanawiać, czemu nie mógł odpowiedzieć na jej wyznanie. Nie chciał o tym myśleć, wolał zapamiętać smak jej ust i ten szczery uśmiech, jakim go obdarzyła, kiedy przestali się całować. To właśnie było coś warte; ba, było warte więcej niż tysiąc takich spotkań ze Scorpiusem i jego bandą. A jednak – nie mógł jej odpowiedzieć. Nie mógł powiedzieć tych dwóch słów jako pierwszy i nie mógł ich powtórzyć za nią, choć tak bardzo chciał.
Nie wiedział dlaczego. Jeszcze rok temu powiedziałby, że nie wierzy w miłość. Tyle tylko, że przez te parę miesięcy mnóstwo się zmieniło – cały jego świat przewrócił się do góry nogami i już sam nie był pewny, co myśli i co czuje. Kiedy patrzył na Rose, chciał być lepszym człowiekiem. Chciał być kimś, kto odda jej swoją kurtkę, kiedy zacznie padać, kto ją przytuli, kiedy będzie jej smutno, kto będzie mógł rozpoznać jej kroki na schodach – jakkolwiek niemęsko to brzmiało. W zamian chciał tylko patrzeć na jej uśmiech i obserwować promienie słońca w jej włosach. Jeśli to nie była miłość, to nie wiedział, co nią było. Ale jeśli to była miłość – dlaczego nie mógł powiedzieć tych dwóch słów?
Dręczyło go to przez większą część następnego tygodnia i starał się ograniczyć czas spędzany z Rose, żeby uniemożliwić jej powtórzenie tego, co powiedziała na błoniach. Owszem, jej słowa sprawiły, że poczuł się wspaniale, ale nie chciał słyszeć ich po raz kolejny, jeśli nie mógł zrewanżować jej się tym samym. Z kolei świadomość, że nie mógł jej odpowiedzieć, sprawiała, że nie chciał z nią przebywać – czuł, jakby ją w jakiś sposób oszukiwał. Jednocześnie kiedy patrzył na jej uśmiech, kiedy widział, jak marszczy nos na myśl o pracy domowej z zielarstwa, kiedy obserwował, jak śnieg pada na jej włosy – wiedział, że jej nie kocha, ale mógłby. Gdyby tylko sobie pozwolił, to pokochałby ją bardziej niż samego siebie.
Tyle tylko, że nie mógł sobie pozwolić. Ciągle pamiętał matkę i jej mężczyzn, z których każdy był gorszy od poprzedniego. Obiecał sobie, że nigdy nie będzie taki jak ona, że nie uwierzy w szczęście z kimś innym, jeśli ten ktoś może tak łatwo odejść i zostawić za sobą zgliszcza. Przy Rose na chwilę o tym zapomniał – o trzaskaniu drzwi, o walizkach i o zgliszczach – ale najwyraźniej nie na tyle, żeby jej w pełni zaufać. Żeby powiedzieć jej wszystko o swoim dzieciństwie, o planach i o marzeniach. Oczywiście, o części z nich jej mówił, ale nie o wszystkich.
Rose zdawała sobie sprawę, że coś jest nie tak. Kilka razy pytała, co się stało w sobotę wieczorem i czy ktoś go pobił, ale za każdym razem odpowiadał, że spadł ze schodów. Nigdy nie powiedział których, a Rose nie pytała – wiedziała, że kłamał.
W dalszym ciągu się spotykali i rozmawiali o wszystkich mało ważnych sprawach, jakie mogły im przyjść do głów, ale Rose nigdy nie powtórzyła, że go kocha, a i on nie zaczynał tematu uczuć. Łatwiej było rozmawiać o owutemach, o pogodzie czy o innych uczniach albo w ogóle milczeć. Właśnie w chwilach ciszy zdawał sobie sprawę, że się od siebie bezpowrotnie oddalają, że być może ich znajomość potrwa jeszcze miesiąc czy dwa, ale potem Rose wyślizgnie mu się z rąk i straci ją na zawsze. Czasami zastanawiał się, czy nie lepiej by było, gdyby jednak skłamał i powiedział, że ją kocha – ale gdyby to zrobił, to na czym opierałby się ten związek? Wydawało mu się, że lepiej pozwolić jej odejść teraz, niż czekać, aż zrobi to kiedyś w przyszłości.
W połowie marca poczuł, że jest już zmęczony tymi wiszącymi między nimi niedomówieniami, omijanymi tematami i wiecznie obecną świadomością, że już niedługo ich znajomość się skończy. Nie miał wątpliwości, że będzie to definitywny koniec; może dlatego tak go odwlekał. Kiedy jednak zauważył, że Rose też była zmęczona, zaczął się zastanawiać, jak poruszyć ten temat. Ciężko zacząć mówić o tym, że w pomieszczeniu znajduje się wielki, zielony słoń, jeśli wcześniej przez ponad miesiąc się go ignorowało.
Rose okazała się od niego odważniejsza – w końcu była Gryfonką – i poruszyła ten temat w ostatnim tygodniu marca. Powiedziała, że nadal uważa go za sympatycznego chłopaka i cieszy się, że go poznała, ale coś się miedzy nimi popsuło i powinni zostać tylko przyjaciółmi. Zgodził się, bo i co innego mógł zrobić? Przez chwilę nawet przyszło mu do głowy, że to najlepsze wyjście, skoro jeszcze dwa miesiące temu go kochała. Jeśli jej uczucia zmieniały się tak szybko, to może lepiej, że nic z tego nie wyszło. Oczywiście nigdy nie powiedziałby tego na głos.
Przez parę dni łapał się na tym, że odruchowo szedł pod pomnik goblina (przy którym zwykli się spotykać) albo patrzył na jej stolik w bibliotece, ale starał się nad tym panować. Brakowało mu jej towarzystwa, ale wiedział, że to było najlepsze z możliwych rozwiązań. Za niecałe dwa miesiące każde z nich podąży własną drogą i już nigdy się nie zobaczą. Nie miał wątpliwości, że tak właśnie będzie, że już w lipcu stanie na środku jakiejś londyńskiej ulicy, sam jak palec, i będzie musiał zacząć budować sobie życie wśród mugoli. Pamiętał, jak matka opowiadała o tłumie przyjaciół, którzy zostaną przy nim na dobre i na złe, a jeśli nie, to na pewno będzie za nimi tęsknił. Nie widział wokół siebie żadnego tłumu, tak samo, jak nie widział go wokół matki. Opowiedziała mu po prostu kolejną bajkę na dobranoc.
Początkowo unikał Florence, chociaż zapewniła go, że może z nią o wszystkim porozmawiać. Wiedział, że może, ale nie był pewien, czy chce – mimo wszystko Florence była dziewczyną, mogłaby zwrócić jego uwagę na coś, co zrobił źle, co opacznie zrozumiał lub o czym zapomniał. Nie chciał zastanawiać się, czy cała sytuacja z Rose mogła skończyć się inaczej – oswoił się już z myślą, że ktoś inny będzie szukał w jej oczach odpowiedzi i patrzył na promienie słońca w jej włosach. Nie przeszkadzało mu to.
W połowie kwietnia Malfoy podszedł do niego i poklepał go po plecach. Pogratulował mu też dobrego wyboru – Scorpius żywił niezachwiane przekonanie, że Jack zdecydował się zadbać o dobre imię Domu Węża i dlatego właśnie zerwał z Rose. Ten przez chwilę chciał zaoponować, wyjaśnić, że wszystko wyglądało inaczej, ale zdał sobie sprawę, że to bez sensu. Malfoy i tak będzie wierzył w to, w co chce wierzyć, więc tłumaczenie mu czegokolwiek byłoby tylko stratą czasu. Wystarczyło, że oboje z Rose znali prawdę – wcale nie chodziło o żaden ślizgoński honor, po prostu im nie wyszło. I tyle. Bez żadnego drugiego czy trzeciego dna. Poza tym nigdy nie robił nic tylko ze względu na kilku osiłków, którzy go do tego zmuszali, skąd w umyśle Scorpiusa wziął się pomysł, że nagle się to zmieniło?
Niedługo potem podeszła do niego Florence. Z pewnym zdumieniem odkrył, że nie rozmawiali ze sobą kilka dni i brakowało mu jej towarzystwa. Przyzwyczaił się do niej i w myślach obiecywał sobie, że bez względu na to, co będzie robił po ukończeniu szkoły, nie zapomni o wysyłaniu do niej listów. Może i nie zdobył całej grupy oddanych przyjaciół, ale chciał myśleć, że jego kontakt z Florence nie urwie się tak szybko, jak z innymi uczniami.
– Nie pozwól mu się wyprowadzić z równowagi – powiedziała, siadając obok niego na kanapie.
Pokiwał głową. Wiedział, o kogo jej chodziło, bo co jakiś czas łypał złowrogo w kierunku Scorpiusa. Musiała to zauważyć i uznała, że sytuacja wymagała jej interwencji.
– Wiem – odpowiedział. – Nie zamierzam.
Florence pokiwała głową, ale nie wstała. Wyjęła z torby jakąś książkę, która nie przypominała żadnego podręcznika. Miała trochę zniszczoną okładkę, jakby ktoś czytał ją naprawdę często, ale można było dojrzeć tytuł: był to „Juliusz Cezar” Shakespeare’a.
– Nie uczysz się do egzaminów? – zapytał.
– Nie – odpowiedziała spokojnie i zmarszczyła nos, bo wiosenne słońce zaczęło razić ją w oczy. Jeszcze chwilę wcześniej ta część błoni, na której siedzieli, znajdowała się w cieniu.
– Ale przecież zaklęcia… – zaczął, nagle boleśnie odczuwając wyrzuty sumienia. Wiedział, że zaniedbał Florence. Obiecał jej, że będzie ją douczał, ale wolał spędzać czas z Rose. Czy Florence znalazła sobie lepszego korepetytora?
– Nie martw się – powiedziała, uśmiechając się do niego znad książki. Kiedy nie odwzajemnił uśmiechu, westchnęła i zagięła róg strony, na której skończyła czytać (okropny zwyczaj, którego próbował ją oduczyć). – Nie wracam tu w przyszłym roku – dodała spokojnym tonem, zupełnie jakby mówiła o tym, że na kolację będzie placek z jabłkami.
– Jak to nie wracasz? – zapytał odrobinę głośniej niż planował. Głowy kilku przechodzących niedaleko nich uczniów na moment zwróciły się w ich stronę, ale najwyraźniej byli zbyt mało interesujący, by ktoś poświęcił im więcej niż kilka chwil.
– Po prostu. Dobrze wiesz, że ledwo zdałam sumy i udało mi się to tylko dzięki twojej pomocy. Nie nadaję się na czarownicę i, prawdę mówiąc, nie jestem pewna, czy podoba mi się ten świat. Wrócę do mugoli. – I wzruszyła ramionami, jakby to, co właśnie powiedziała, nie miało większego znaczenia.
Nagle dotarło do niego, że miało znaczenie. Miało wielkie, kolosalne wręcz znaczenie. Nie dlatego, że odczuwał wyrzuty sumienia i nie dlatego, że właśnie stracił jedyny stały punkt, jaki rysował się w jego przyszłości – perspektywę pisania listów do niej. Nie, chodziło o coś całkiem innego. Chodziło nie o niego, ale o nią – o jej życie.
– Nie możesz tego zrobić – stwierdził stanowczo, jakby liczył, że jego zakaz jakoś na nią wpłynie.
Zaśmiała się i popatrzyła na niego. Sprawiała wrażenie, jakby nie była pewna, co ma zrobić. On też tego nie wiedział, tak samo jak nie wiedział, co sam powinien zrobić. Nie wiedział nawet, dlaczego słońce przestało na nich świecić, choć odpowiedź na to konkretne pytanie byłaby zdecydowanie najłatwiejsza ze wszystkich odpowiedzi, które chciał znaleźć. Tym razem jednak nie szukał ich w cudzych oczach, nie leżał nawet na trawie i nie patrzył w niebo. Nie, patrzył prosto na Florence, jakby widział ją pierwszy raz w życiu.
– Oczywiście, że mogę – stwierdziła spokojnie. – Naprawdę, nie mam nic przeciwko temu. Nie chcę powtarzać roku, bo i tak nie opanuję odpowiedniej partii materiału.
– Ale przecież będziesz musiała wrócić…
– Wiem, wiem – przerwała mu. Nie chciała, żeby mówił o domu dziecka, w którym spędzała wakacje. W końcu był piękny, słoneczny dzień, dlaczego mieliby rozmawiać na tak nieprzyjemny temat? – Ale tylko na rok, potem skończę osiemnaście lat i będę mogła rozejrzeć się za czymś własnym. Nie wiem tylko, kto mnie zatrudni, mam sporą lukę w edukacji.
Poczuł, jak w gardle rośnie mu gula. Kiedy on romansował sobie w najlepsze z Rose, Florence najwyraźniej zaplanowała całą przyszłość. Nie przedstawiała się w różowych barwach, ale zaplanowała ją sama. Bez uwzględnienia w niej jego – i to, nie wiedzieć czemu, zabolało. Nie bardziej jednak niż świadomość, że Florence – dobra, wesoła, wspaniała Florence – będzie musiała wrócić do tego okropnego miejsca, o którym kilka razy mu opowiadała, a potem poradzić sobie w wielkim, złym świecie. Tym samym, z którym i on będzie musiał sobie poradzić, ale kiedy myślał o konfrontacji Florence z resztą świata, świat ten wydawał się jakby straszniejszy.
– Dobrze to przemyślałaś? – upewnił się. Szukał w głowie jakiegokolwiek argumentu, którym mógłby przekonać ją do zmiany planów, ale wydawało mu się, że wszystko było za mało przekonujące.
– Oczywiście – odpowiedziała i przez chwilę patrzyła na czubki drzew w Zakazanym Lesie.
Z westchnieniem położył się na trawie, żeby przyjrzeć się chmurom. Wiedział, że nie znajdzie w nich pomocy, ale od dziecka lubił patrzeć na niebo i zastanawiać się, jak mógłby zmienić świat. Leżenie i patrzenie w niebo było wtedy lepsze od powrotów do domu – mógł sobie wyobrażać, że jest superbohaterem albo kosmitą, albo czarodziejem, albo… albo że jest szczęśliwym dzieckiem, synem idealnych rodziców, którzy mieszkają w dużym domku na przedmieściach, takim otoczonym białym płotem, i mają dużego, kosmatego psa. Teraz, kiedy był starszy, wiedział, że to kolejne z marzeń, o których lepiej było zapomnieć niż liczyć na to, że się spełnią. A nawet jeśli, to nie w takiej formie, o jakiej marzył w dzieciństwie. Ale przecież marzenia nigdy się nie spełniają, prawda?
– Niczego tam nie znajdziesz – stwierdziła Florence. – Na niebie – uściśliła. Na wypadek, gdyby nie wiedział, o czym mówi.
Wzruszył ramionami, co było dość trudne w pozycji leżącej. Wiedział, że dziewczyna ma rację, ale nie miał pojęcia, po co mu o tym mówi teraz, kiedy dopiero co rozmawiali o jej przyszłości.
– Kasjusz powiedział, że wina jest nie w gwiazdach, lecz w nas samych. Strasznie mi się ten cytat podobał, wiesz? Ale myślę sobie, że nie tylko z winą tak jest – powiedziała cicho, jakby zdradzała mu wielką tajemnicę. – Czasami wydaje mi się, że nie powinno się leżeć i czekać, aż szczęście samo do nas przyjdzie. Bo nie przyjdzie. Nie spadnie nam z nieba i…
Podniósł się na łokciach, żeby móc na nią popatrzeć. Florence jednak nie patrzyła na niego, dalej wbijała wzrok w czubki drzew. Dopiero kiedy poczuła na sobie jego spojrzenie, obróciła głowę. Nie był pewien, co chce jej powiedzieć, ale wiedział, że kiedy już zdecyduje, to będzie to coś uspokajającego, miłego. Nie spodziewał się, że to ona pierwsza zabierze głos.
– Dlatego chciałam wziąć swój los w swoje ręce, wiesz? – zaczęła powoli, jakby sama bała się, do czego ta wypowiedź zmierza. – Wiem, że w powrót do mugoli nie będzie łatwy, ale to lepsze wyjście. Myślałam o tym od jakiegoś czasu. Owszem, magia jest wspaniała i nie żałuję, że tu byłam, ale mogę bez niej żyć. I to życie będzie tak samo dobre, po prostu… na trochę innych zasadach i z trochę innymi ludźmi.
Chciał jej przerwać, powiedzieć, że przecież była tu już szósty rok, na pewno musiała czuć jakikolwiek związek z zamkiem, z kimkolwiek z koleżanek i kolegów, z… z nim! Merlinie, co z nim? Florence jednak kontynuowała:
– Chciałam, żebyś wiedział, że naprawdę dużo dla mnie znaczył ten czas, który spędzaliśmy w bibliotece. Wiem, że przyczepiłam się do ciebie jak rzep do psiego ogona i pewnie miałeś mnie dość, ale zależało mi na twojej przyjaźni i na tobie. Przykro mi, że nie wyszło ci z Rose. Wydawało mi się, że znalazłeś kogoś, kogo mógłbyś pokochać. I… i wiem, że to, co teraz powiem będzie okropnie niezręczne – dodała pospiesznie, a z jej głosu zniknęło już początkowe wahanie – ale chciałam, żebyś wiedział, że cię kocham. I nie oczekuję, że to odwzajemnisz, nie oczekuję, że powiesz cokolwiek, po prostu chciałam, żebyś wiedział, że kiedy patrzyłam w niebo, to marzyłam, że przyjdziesz do mnie i powiesz, że nie zapomnisz o mnie, kiedy skończysz Hogwart, że jeśli chcę, to możemy coś wynająć i pracować wśród mugoli albo… albo coś. Ale potem uznałam, że marzenia tak nie działają i dlatego ci o tym mówię. I wiem, że to nie ma sensu i pewnie chcesz stąd uciec, i…
Przez cały czas, kiedy mówiła, patrzył na nią z największym zdziwieniem. Jak mógł wcześniej tego nie zauważyć, nie mieć najmniejszego pojęcia, co plątało się po jej głowie? W końcu jednak przyszły te słowa, których szukał od początku tej rozmowy, i przerwał jej wywód:
– Tak – stwierdził.
– Co tak? – zapytała zdziwiona, jakby nie spodziewała się po nim żadnej reakcji.
– Możemy poszukać razem jakiegoś mieszkania, zacząć nowe życie wśród mugoli, jeśli chcesz. Możemy się przeprowadzić gdziekolwiek chcesz – powiedział, zanim jego mózg zdążył to wszystko przetworzyć i wymyślić całą listę powodów, dla których nie powinien tego mówić.
– Naprawdę? – zapytała, a oczy zalśniły jej jaśniej niż najjaśniejsze gwiazdy na letnim niebie.
– Naprawdę – potwierdził. – Tylko zamieszkajmy razem jako kumple. Póki co – dodał ostrożnie.
Florence pokiwała głową i uśmiechnęła się promiennie, a on ze zdziwieniem patrzył w jej oczy. Nie szukał w nich odpowiedzi – szukał tych iskierek radości, które właśnie wywołał i które – miał nadzieję – będą się pojawiały często. Chciał, żeby tak było. Chciał na nie patrzeć, chciał je wywoływać i nie chciał, by kiedykolwiek zgasły.
– Ale żeby było jasne – dodał po chwili, a uśmiech Florence nieco przygasł – kupimy psa. Obojętne jakiego, byle był duży i zostawiał dużo sierści na kanapie.
Florence wybuchła śmiechem, który – nie wiedzieć czemu – brzmiał dużo lepiej niż zwykle. Dźwięczniej i weselej. Sam też zaczął się śmiać i wydawało mu się, że jego śmiech też jest inny. Może tak właśnie brzmiał śmiech osoby, która nie czekała, aż jej marzenia same się spełnią, ale nie wahała się o nie walczyć?

Marzenia

Na kartach wspomnień

Tracy Davis była zmęczona.
Nie, to za mało powiedziane – Tracy Davis po prostu padała z nóg. Od samego rana musiała biegać po całym zamku, najpierw żeby oddać zaległe wypracowanie z transmutacji, potem wypytać o szczegóły pracy z eliksirów, znaleźć w bibliotece kilka książek, wrócić do pokoju wspólnego i później jeszcze bez sensu łazić po błoniach z Amelie, co i raz potykając się o zbyt długą, czarną szatę albo wpadając na kogoś, na kogo wpaść nie chciała – zwłaszcza tych wszędobylskich Gryfonów z jej roku, ze słynnym Harrym Potterem na czele – strasznie drażnił ją ten nadęty bubek, w skrytości ducha zgadzała się z  większością słów Dracona na jego temat.
Kiedy w końcu udało jej się doczłapać do dormitorium – była całkiem wyzuta z sił i ostatnim, o czym chciała myśleć, było wypracowanie z historii magii. Zresztą, nawet gdyby chciała je napisać, i tak Urk Ryży pomyliłby jej się z Ulrykiem Kędzierzawym czy jakimś Heinrichiem Rudym. Po prostu nie miała głowy do historii i już. Choćby uczyła się tydzień i była przygotowana wyśmienicie – Binns i tak ją obleje, mogła się o to założyć. I tak dziękowała Merlinowi, że profesorek pozwolił jej pisać to wypracowanie, bez niego nie mogłaby pisać SUMa (choć, jak Binns sam zaznaczył, szanse na zdanie panna Davis miała takie same, jak gobliny na wygranie rewolucji z 1278 roku).
– O słodki Salazarze – westchnęła, układając się wygodnie na łóżku. – Przeczytam tę książkę i jutro bez problemu napiszę tak długą pracę, jak tylko Binns sobie uroił.
Nie minęło pięć minut i dziewczyna pogrążyła się we śnie.

*

– Znowu ktoś cię wołał – mruknął ciepły, męski głos, który niespodziewanie odezwał się tuż nad jej uchem. – To chyba to dziewczę…
Tracy, zaniepokojona nieco, otworzyła oczy. Była pewna, że doszło tu do jakiegoś nadużycia – męski głos w damskim dormitorium? O co chodziło? Jedyną metodą odkrycia prawdy było właśnie zapoznanie się z otoczeniem. Niestety, wbrew wcześniejszym oczekiwaniom, otoczeniem nie było dormitorium Slytherinu. Ba, nie było nim żadne ze znanych jej pomieszczeń.
– Taaak, to było do przewidzenia, że wkrótce jakaś tu przybędzie – odparł inny głos, też męski, ale o wiele cichszy, trochę świszczący jak dźwięk sztyletu przeszywającego powietrze w styczniowy dzień.
– Lepsze to, niż gnicie tutaj bez towarzystwa, nie sądzisz? – zapytał znów pierwszy głos.
– Doprawdy nie wiem co w tym lepszego. – Tracy była pewna, że mężczyzna uśmiechnął się ironicznie. Wiedziała już, kogo przypominały jej ich głos, czas było poznać i twarze.
Kilkakrotnie zamknęła i otworzyła oczy, aż przyzwyczaiły się do słabego oświetlenia, jakie dawała stojąca w kącie świeca. Okazało się, że panna Davis leżała na dziwnym skrzyżowaniu sofy, łoża i kozetki, które stało po drugiej stronie wielkiego, gotyckiego okna, zajmującego większą część ściany. Niedaleko okna znajdowała się duża, ponura, drewniana szafa (Tracy mogła iść o zakład, że trzeszczała), a tuż obok niej – stoliczek ze świeczką. Bliżej stały dwa wysłużone nieco fotele wyściełane skórami dzikich zwierząt. To właśnie na tych fotelach siedzieli mężczyźni – skrajnie do siebie niepodobni. Jeden wyglądał na typowego rycerza, wysoki, umięśniony, z zadbaną brodą i wąsami, w ciemnoczerwonym płaszczu zarzuconym na ramiona. Drugi wyglądał bardziej jak uczony – blady, chudy, miał pospiesznie przystrzygane wąsy i nieco koślawą, kozią bródkę, a do tego ubrany był w czernie i ciemne zielenie. W słabym świetle świecy wydawali się przeciwieństwami, największymi kontrastami, jakie tylko umysł ludzki mógł wymyślić.
– Na Merlina – westchnęła Tracy. – Gdzie ja jestem?
– Kto przywołał imię tego podrzędnego maga? – W drzwiach, których wcześniej Ślizgonka nie zauważyła, choć była świadoma ich istnienia, pojawiła się wysoka, brązowowłosa kobieta w powłóczystej, eleganckiej, granatowej sukni do samej ziemi. Jej wejściu towarzyszyło krakanie kruków za oknem i grzmot zwiastujący rychłą burzę, więc zrobiła na pannie Davis wrażenie większe nawet, niż siedzący w fotelach mężczyźni.
– Uspokój się, na litość, uspokój! – Do pokoju wbiegła niska, pulchna kobieta, wyraźnie wpatrzona w tę, która weszła do pokoju wcześniej. W przeciwieństwie do tamtej jednak – nie miała w sobie nic z wiotkiej, ulotnej elegancji. Wyglądała raczej jak ciosana z twardego kamienia, miała stanowcze rysy, które starała się maskować szerokim uśmiechem, rudoblond włosy wymykały się ciągle spod czepca i opadały falami na popielato-żółtą suknię, bardziej strojną i bufiastą niż suknia elegantki.
Tracy skuliła się na łożu. Oddałaby wszystko, by zniknąć – zwłaszcza teraz, kiedy czwórka nieznanych jej osób stała przy oknie, oświetlana słabym światłem świecy i sporadycznymi piorunami, które przeszywały niebo za oknem. Wiedziała jednak, że niczego to nie zmieni, że trzeba się zebrać na odwagę i odezwać.
– Ja… przepraszam… – zaczęła.
Elegantka w niebieskiej sukni westchnęła krótko, jakby zraził ją akcent dziewczyny. Pozostali wpatrywali się z zaciekawieniem w Ślizgonkę.
– Yyy… gdzie ja jestem? – zadała w końcu najbardziej podstawowe pytanie.
– Jesteś w bezpiecznym miejscu, kochanie – odezwała się pulchna kobieta. – Nic ci nie grozi, więc wypoczywaj, musiałaś uderzyć się w głowę, gdy tylko się zjawiłaś.
– Ale… gdzie dokładniej jestem? – Poczuła się naprawdę głupio. Tak głupio, jak jeszcze nigdy przedtem. Nie umywały się do tego nawet odpytywania na transmutacji. Nic nie było tak straszne.
Niebo przeszyła wyjątkowo jasna błyskawica, która dokładnie oświetliła twarze czwórki stojącej przed oknie. Tracy drgnęła, wydawało jej się, że ich poznaje, ale była to myśl tak irracjonalna, że od razu ją odrzuciła.
– Milady, witaj na zamku Hogwart w Szkocji – powiedział „rycerz”. – Pozwól, że się przedstawię, Godryk Gryffindor.
Davis przełknęła głośno ślinę, patrząc a pozostałą trójkę. Dobrze wiedziała kto to.
– Salazar Slytherin – powiedział drugi mężczyzna, wykonując niewielki ukłon.
– Rowena Ravenclaw. – Elegantka dygnęła.
– I Helga Hufflepuff. – Niewysoka kobieta uśmiechnęła się serdecznie.
Tracy zamarła. Skąd ona się tutaj wzięła? I – przede wszystkim – jak ma wrócić?! Przecież jeśli nie odda Binnsowi wypracowania do czwartku, to może pożegnać się ze szkołą. Rodzice by ją chyba zabili, gdyby została wyrzucona z Hogwartu. Ogarnęła ją panika, miała ochotę podbiec do drzwi i wyjść, nieważne gdzie, byle biec, uciec. Jej umysł nie mógł ogarnąć tego, co się działo, wiedziała o tym.
– I ty się masz za Ślizgonkę? – warknął Slytherin. – Nie jesteś tu naprawdę, to chyba jasne. I nas też tutaj nie ma, jesteśmy wspomnieniem zapisanym pewnej burzowej nocy, kiedy znaleźliśmy… – wykrzywił pogardliwie usta – pewnego przybłędę.
– Oczywiście został nakarmiony i napojony, inaczej nie godzi się wypuszczać gościa, ale on zamiast odejść jak obyczaj każe, chciał, abyśmy nauczyli go magii, był straszliwie uciążliwy, nie ustępował pod wpływem próśb i gróźb – wyjaśniła Ravenclaw.
– Nazywał się Merlin, później napisano o nim wiele książek, nigdzie jednak nie wspominając o tym incydencie, być może się go wstydził, ale wtedy całkiem nielogicznym wydaje się, że stworzył to wspomnienie – dodała Huffepuff.
– Jesteście… wspomnieniem?
– Tak – przyznał Gryffindor. – Konkretniej – wspomnieniem Merlina, które on zapisał w księdze. Księga zaginęła dawno, dawno temu, potem została pocięta i użyta do wyklejek przy innych księgach, które mnisi skrzętnie przepisywali. Myśleliśmy, że to już koniec i nigdy więcej nikt nie odczyta tego wspomnienia, aż nadeszły czasy rewolucji angielskiej. Książka, w której było wspomnienie, została spalona. Ocalało tyko kilka kartek, w tym i okładka. Znalazł je przechodzący obok pogorzeliska czarodziej, Nicolas Flamel. Od dawna interesował się alchemią, a więc i spalaniem, pierwiastkami, magią szeroko pojętą. Wyczuł, że od znaleziska bije silna aura magiczna…
– Tak, był pierwszym po Merlinie i kilku nieuważnych mnichach człowiekiem, którego przyszło nam gościć. Niestety, spieszył się do swych prac i nie zabawił z nami długo. Chyba wyczuł, że to wspomnienie może być warte wiele galeonów. – Rowena prychnęła cicho. – Sprzedał nas jak uliczne dziewki!
– Dokładniej to oddawał wszystkim swoim przyjaciołom po kolei. Wszyscy prędzej czy później umierali, więc wciąż wracaliśmy do Flamela. W końcu przekazał książkę Dumbledore’owi, który kazał usunąć z niej wspomnienie i oprawić je w osobną księgę, którą będzie się trzymać w zamkniętym miejscu, by nie naruszać naszego spokoju… – Helga uśmiechnęła się lekko.
– Spokoju – warknął Salazar. – Spokoju! Nigdy nie mieliśmy spokoju, przekazywani z rąk do rąk! Wyobraźcie sobie, co by się stało, gdyby wszyscy się dowiedzieli, że fragmenty naszych dusz nadal są w magicznym świecie! Już widzę te tłumy spadające do tej komnaty. W każdym razie – zwrócił się do Tracy – plan Albusa zawiódł, głupiec spuścił książkę z oka na kilka miesięcy, w czasie których dokonano podmiany, znów wylądowaliśmy na wyklejce jakiejś księgi, którą początkowo trzymał w domu ród Gampów, a po jego wygaśnięciu przeszła różnymi ścieżkami przez większość domów rodzin czystej krwi – zakończył z pewną dumą.
– Nie zagrzała jednak miejsca w żadnym domu – przypomniał Godryk. – Wszyscy czuli jej dziwną aurę i chcieli się jej jak najszybciej pozbyć. W końcu któreś z nieszczęsnych dzieci zawiozło ją do Hogwartu i zostawiło w bibliotece. Myślę, że tak właśnie tu trafiłaś… – Uśmiechnął się do panny Davis.
– T-tak, właśnie tak. Ja… ja się uczę w Hogwarcie, jestem w Slytherinie, na piątym roku. – Wskazała nieśmiało herb domu wyhaftowany na piesi. – Na księgę trafiłam przypadkiem, szukałam czegoś, co pomogłoby mi napisać wypracowanie z historii magii. Binns się uczepił i… Zresztą, pewnie i tak niewiele was to interesuje, pomóżcie mi się tylko stąd wydostać, proszę. – Zrobiła najżałośniejszą minę, na jaką ją było stać i z pewnym zdziwieniem zaobserwowała, że cała czwórka zaczęła się śmiać.
– Nie jesteś pierwszą, spośród naszych gości, która ma kłopot z Binnsem – wyjaśnił Gryffindor. – Poczekaj, opowiemy ci coś ciekawego…

*

Tracy Davis była szczęśliwa.
Nie, to za mało powiedziane – Tracy Davis po prostu szalała z radości, która rozpierała ją od niemal godziny. Okazało się, że jej wypracowanie nie tylko zadowoliło Binnsa, ale wręcz go urzekło! Zaliczyła u niego historię magii i nawet życzył jej powodzenia na SUMie. Sama Tracy nie zdradziła źródła swej wiedzy, ale postanowiła, że odda książkę Dumbledore’owi, który przecież cały czas był najbardziej „prawdziwym” jej właścicielem. Nie rozumiała tylko, czemu dyrektor puszczał do niej porozumiewawcze oko, kiedy wyjaśniała pokrótce całą sytuację i czemu Binns tak entuzjastycznie zareagował na wieść, że Godrykowi Gryffindorowi najbardziej brakuje soku dyniowego.

Na kartach wspomnień

walentynki

Luty tego roku był wyjątkowo śnieżny, praktycznie przez całe noce padał śnieg, a w dzień jego nadmiar topiło słabe, brytyjskie słońce. Co w żadnym wypadku nie znaczyło, że ulice przestawały być białe – wręcz przeciwnie, większość trawników i parków pokrywała warstwa białego puchu, niezwykle przyjemnego dla oka. Dla kogoś, kto na co dzień mieszkał z dala od Londynu – widok ten nie był szczególnie pociągający. Melanie należała do tych szczęśliwców, którzy mieszkali daleko, daleko od głośnej stolicy i bywali w niej tylko, gdy musieli załatwić coś ważnego.
Właśnie tak, jak teraz.
Panna O’Carrington przemierzała właśnie brudnośniegowe ulice mugolskiego Londynu, żałowała, że nie aportowała się bezpośrednio w Ministerstwie, a potem siecią Fiuu do Dziurawego Kotła, to by wiele ułatwiło. I pozwoliłoby zachować uczucie suchości w butach. A to – wbrew powszechnie przyjętej opinii – niezwykle ważne, by mieć sucho bezpośrednio pod stopami. Zwłaszcza, gdy mowa o dość drogich kozakach, kupionych za poważną, mugolską gotówkę. Melanie poczuła, że to miłość od pierwszego wejrzenia i gdyby można było wychodzić za mąż za elementy garderoby, to ona natychmiast poślubiłaby te buty. Nie było w nich właściwie niczego wyjątkowego – wysokie, czarne kozaki na średnim, kieliszkowatym obcasie, mające zmyślnie ukryty suwak i noski przypominające trzewiki czarownic sprzed kilku wieków. I srebrną klamrę, którą owinęła żółto-czarną wstążką. Lubiła mieć na sobie coś, co przypominało jej o Hogwarcie, a cóż sprawdziłoby się w tej roli lepiej, jeśli nie kolory jej domu?
W każdym razie kwestia suchości w butach była szczególnie ważna, bo zaraz po wyjściu z Ministerstwa miała się udać na spotkanie z uroczym gentlemanem, na którego niedawno wpadła w swoim miasteczku. Nie wiedziała, co tam robił, ale to nie było specjalnie ważne – starczyło, że się tam znajdował i wydawał się być mile zaskoczony spotkaniem. I zaproponował powtórkę. Tu, w Londynie. Czemu nie, w końcu i tak musiała przyjechać. Zresztą – na takie spotkanie mogłaby jechać i bez powodu, choć pewnie nie przyznałaby się przed nim otwarcie. Lepiej było mówić o sprawach w Ministerstwie. Bezpieczniej. To dawało możliwości manewru, poczucie panowania nad sytuacją. Nie sprawiała wrażenia desperatki. Mogła wykreować się w dowolny sposób, przybrać formę, jaką tylko chciała. Nie musiała być z nim szczera. On też nie był. Nigdy. Wiedziała to doskonale, choć tak naprawdę rozmawiali tylko kilka godzin. Dość słyszała w Hogwarcie. Tak, ludzie się zmieniają, wiedziała o tym i nie była na tyle cyniczna, by usprawiedliwiać tylko siebie tym utartym sloganem. No i była Puchonką. Noblesse oblige, jak zwykli mawiać co bardziej rozgarnięci znajomi. Choć nie były to najbezpieczniejsze czasy i wygłaszanie takich kwestii mogło się skończyć nieprzyjemnościami wśród otoczenia – w najlepszym wypadku, rzecz jasna. Od razu posypałyby się bardzo niesmaczne oskarżenia o bycie śmierciożercą czy inną formę sprzyjania tej jakże niebezpiecznej formacji.
Melanie była na to zbyt wygodnicka. Tak, w duchu sprzyjała większości działań Czarnego Pana, ale nigdy nie dałaby tego wyraźnie do zrozumienia. Dlatego tak łatwo zgodziła się na to spotkanie – była pewna, że z nim jest tak samo. A jej intuicja była w takich sprawach nieomylna.
Westchnęła ciężko i szybkim, machinalnym ruchem poprawiła fryzurę. Zaraz będzie na miejscu, powinna poprawić makijaż… Tylko gdzie? No trudno, musi zaufać swemu urokowi. Zerknęła na zegarek. Siedem minut spóźnienia. Idealnie.
Zamaszystym gestem otworzyła drzwi i weszła do ciepłego pomieszczenia. Nie przepadała za mugolskimi barami, ale ten miał swój klimat – jedna ze ścian była starą, ceglaną pamiątką po odległych czasach, reszta wnętrza, obita drewnem, też była stylizowana na jakieś dawne wieki. Z niskiego sufitu zwieszały się bogato zdobione, duże żyrandole. Stolików było niewiele, ustawiono je w pewnej odległości od siebie – czy naprawdę chciano w ten sposób zapewnić gościom poczucie prywatności? Zaśmiała się w duchu na samą myśl. Zauważyła kelnerki w śmiesznych strojach, stylizowanych podobnie, jak samo wnętrze. A potem zauważyła i jego. Zajął najbardziej oddalony od innych stolik w samym rogu sali.
Podeszła, zdejmując po drodze płaszcz. Nie chciała, żeby poczuł się w obowiązku odbierać go od niej czy wieszać wieszaku. Wolała to zrobić sama, tak po prostu. Poprawiła dyskretnie spódnicę i usiadła na ciężkim, zdobionym krześle, od razu przetrząsając torebkę w poszukiwaniu papierosów. Ach, te mugolskie przyzwyczajenia. Ale czemu ma sobie żałować.
– Masz ogień? – zapytała towarzysza.
– Nie powinnaś tu palić – mruknął w odpowiedzi.
– Nie pytam czy powinnam, ale czy masz ogień.
– Nie – odpowiedział krótko, patrząc na nią z kpiącym uśmiechem. – Ale zapytaj kelnerki, właśnie tu idzie.
Faktycznie, wkrótce podeszła do nich niska blondynka w nieco przymałej sukni. Podała im menu i popatrzyła karcąco na Melanie.
– Przepraszam panią, ale tu nie wolno palić – powiedziała cicho, jakby w obawie, że może urazić czymś gościa.
– Och, jeden drobny papieros, co ci szkodzi przymknąć na to oko… – zaczęła, szukając wzrokiem plakietki z imieniem kelnerki; faktycznie, plastikowa, nieco tandetna przypinka spoczywała na piersi dziewczyny – …Doris. Obiecuję, że nie pożałujesz… – Puściła do niej oko.
– Hm, ale… drewno, rozumie pani…
– Powiedziałam, że nie będziesz żałować. Drewnu też nic nie będzie – odparła przez zęby. – A teraz mogłabyś przyjąć zamówienie i zniknąć stąd?
Dziewczyna niedostrzegalnie pokiwała głową i wyjęła z fartucha notes. Nie odezwała się już, zapisała ich życzenia i zniknęła razem z menu. Melanie prychnęła lekko i, rozejrzawszy się wokoło, zapaliła papierosa różdżką. Zaciągnęła się kilka razy i dopiero popatrzyła na mężczyznę, z którym się tu spotkała. Jej gra chyba póki co działa nieźle, bo nie okazywał żadnego zniecierpliwienia – wręcz przeciwnie, wydawał się nią zaintrygowany.
– Jak ci się podoba Londyn o tej porze roku? – zapytał.
– Koszmar – mruknęła. – Nie mam pojęcia jak mugole mogą sobie radzić bez wszystkich zaklęć rozgrzewających, czyszczących, Ognistej Whiskey…
– No cóż, mają wiele artykułów zastępujących te nasze udogodnienia.
– Taaak, z pewnością…
Nie zdążyła dodać nic więcej, bo wróciła Doris i bez słowa postawiła na stoliku dwie kawy, sernik i napoleonkę, a potem – nerwowo zerkając na papierosa – odeszła. O’Carrington strząsnęła popiół na podłogę i przydepnęła obcasem, żeby dywan się przypadkiem nie zatlił.
– Ładnie wyglądasz – powiedział, podając jej czerwoną różę. – Właściwie od tego powinniśmy zacząć tę rozmowę.
– Dziękuję – odparła, patrząc na kwiat. – Trochę to gryfońskie, ale niezwykle miłe.
– Masz coś przeciwko Gryfonom? – zapytał ze śmiechem, zadowolony, że rozmowa powoli zmierza na dobre tory.
– Oczywiście, że nie. Inaczej bym się tu z tobą nie spotykała. – Odgarnęła z szyi włosy w kolorze orzecha włoskiego. Tak, chciała, by zauważył ten diament w misternie robionej oprawie, który wisiał na delikatnym, srebrnym łańcuszku. – Robota goblinów – dodała, gdy zauważyła, że jego wzrok ześlizgnął się niżej i zatrzymał na błyskotce. – Przynajmniej jedna rzecz, na jakiej się znają.
– Nie sądzisz, że twoje sądy są zbyt ostre? – zapytał, upijając trochę kawy.
– Czy ja wiem? Takie czasy, ludzie bez wyrobionego zdania nie mają szans. – Zapatrzyła się w apetycznie wyglądający sernik. Zaczęła żałować, że wybrała nędznie wyglądającą napoleonkę. – Ale przecież nie zaprosiłeś mnie tutaj, żebyśmy rozmawiali o goblinach i innych sprawach związanych z szarą rzeczywistością, prawda? – Spojrzała wymownie na różę, bezczelnie leżącą pośrodku stołu.
– Tak, masz rację, ale to nie jest najlepsze miejsce. Myślę, że jak zjemy, powinniśmy się przejść. Co ty na to?
„Chodzić? W tym śniegu?! Nawet dla ciebie tego nie zrobię!”, pomyślała. Ale tak powiedziałaby ta stara i nudna Melanie. A przecież została w domu, tu siedzi nowa Melanie-aktorka. Jedyna w swoim rodzaju, urzekająca, wyjątkowa…
– Jasne.
Nawet Melanie-aktorka nie umie się oprzeć tym oczom. Czy któraś inna umiała?
Niespiesznie dokończyli kawę i ciasto, rozmawiając od niechcenia o pogodzie i ostatnich wydarzeniach. Mózg O’Carrington jednak pracował bez wytchnienia – mugole za oknem zachowywali się jakoś dziwnie, goście przy innych stolikach też. Wszyscy tacy nienaturalnie szczęśliwi, poruszający się tyko parami, z kwiatkami w dłoniach. A potem spojrzała na niego i wszystko stało się jasne – on też…?
No tak, to musiały być te całe mugolskie Walentynki czy jak oni to nazywają… Zawsze kojarzyło jej się z pracami murarskimi i ilekroć słyszała tę nazwę – nie mogła pohamować śmiechu. A teraz ma się okazać, że nie tylko będzie świadkiem cudzego szczęścia w Walentynki, ale wręcz uczestniczką tego całego szaleństwa?
Nie, zdecydowanie musi poprawić makijaż. Zanim dojdzie do czegokolwiek. Nie może mieć rozmazanej szminki czy cukru pudru na górnej wardze! Przeprosiła rozmówcę i szybko udała się do łazienki, by „przypudrować nosek”. Wierutna bzdura, gdyby chodziło tylko o puder… No cóż, nie zamierzała przecież walczyć z utartymi sloganami, skoro na co dzień żyła wśród tak wielu. Ba, czasem to wręcz one stanowiły o jej bycie. Nie było sensu się nad tym rozwodzić, trzeba było wracać do stolika.
Chwilę jeszcze porozmawiali, po czym nadszedł moment opuszczenia pubu. Melanie nie omieszkała wrzucić niedopałka papierosa do filiżanki po kawie, ale zostawiła też sowity napiwek, choć to nie ona płaciła za zamówienie.
„Cóż za tani romantyzm”, przemknęło jej przez myśl, gdy podał jej płaszcz. Ale doceniała to, przecież nie była tak wyprana z uczuć, za jaką chciała uchodzić.
Na ulicy przekonała się, że wieczorny śnieg rozpoczynał balet nad ich głowami – płatki wirowały, łagodnie miotane słabymi podmuchami wiatru, w końcu lądując łagodnie na przechodniach lub chodniku. Melanie musiała przyznać, że nigdy nie widziała piękniejszego kontrastu, niż te płatki śniegu, które padały na jego czarne włosy. Wmawiała sobie, że to przez ten idiotyczny dzień, że tak naprawdę wcale nie zachowywałaby się tak irracjonalnie. Ukradkiem zerknęła na różę, którą niosła w lewym ręku. To w końcu jeszcze o niczym nie świadczyło.
Dotarli do jakiejś ustronnej uliczki, którą nie przechadzały się akurat żadne parki.
– Melanie, musimy porozmawiać – powiedział w końcu.
Poczuła, jak wzbiera w niej fala gorąca. Intuicja krzyczała, żeby się nie wahała, że to chodzi o uczucia, na pewno!
– Słucham – odparła najcieplejszym głosem, jaki mogła z siebie wykrzesać. Przybliżyła twarz do jego twarzy na tyle, że wyraźnie czuła drogą wodę kolońską. Nie, nie liczyła na nic, a przynajmniej chciała, żeby tak to wyglądało.
– Chciałem cię zapytać… – zaczął, rozglądając się dookoła. Melanie miała wrażenie, że zacznie piszczeć, gdy usłyszy te słowa. W duchu śmiała się już na widok min kuzynek, kiedy przedstawi go rodzinie. – …ców?
Zamrugała. Jak to możliwe, że niedosłyszała tych najważniejszych w życiu słów?!
– Przepraszam, możesz powtórzyć? – poprosiła najsłodszym tonem, na jaki było ją stać.
– Pytałem, czy to prawda, że popierasz śmierciożerców? – zawahał się. – Zrozumiem, jeśli nie odpowiesz, ale to bardzo, bardzo ważne.
Prychnęła głośno. A więc o to chciał ją zapytać?! O jej przekonania?! Nie mogła w to uwierzyć! Był tak bezczelny, że… Chwila, właściwie to ona wyobrażała sobie niewiadomo co. On tylko zapytał. Ale w takim razie po co ta atmosfera?!
– Ja… Och. Jak MOŻESZ o to pytać DZIŚ?! – wybuchła.
– Co…? O co chodzi, co sobota ma do tego? – zdziwił się, kompletnie nie rozumiejąc jej wybuchu.
– Nie mówię o sobocie, ty ośle skończony! – Cofnęła się. Nie mogła znieść dłużej tego zapachu wody kolońskiej, który najwyraźniej teraz był tożsamy z zapachem idioty. – Poza tym to nie twoja sprawa, kogo popieram.
– Zastanów się, Melanie. To ważne kwestia, w tych dniach – jak sama powiedziałaś – ludzie bez wyrobionego zdania nie mają szans. Dobrze wiesz, co się dzieje. Musisz się opowiedzieć po jednej ze stron. – Utkwił w niej bystre spojrzenie ciemnych oczu.
O’Carrington poczuła się naga i bezbronna. Jej intuicja się pomyliła, po raz pierwszy w życiu. Jak mogła pomyśleć, że on… No cóż, musi to ciągnąć dalej, ostatecznie nikt nie powiedział, że chodzi mu tylko o formalności. Nie może porzucić gry w trakcie spektaklu, tak robią tylko amatorki. Ona jest profesjonalistką. Musi znowu zaufać swojej intuicji, przecież od dawna czuła, że on TEŻ ma takie zapatrywania, po co to ukrywać? Tym razem nie może się mylić!
– Myślę, że dobrze wiesz, co odpowiem. Nie pytałbyś w innym wypadku, prawda? – Znów podeszła bliżej, jakby stanie po przeciwnej stronie ulicy oznaczało pewną śmierć przez zamarznięcie, a on był jedynym źródłem ciepła w tę śnieżną noc. – Musisz zdawać sobie sprawę, że ten kryzys to tylko sprawa przejściowa, że wkrótce wszystko się unormuje…
Nie odtrącił jej, pozwolił stać tak blisko, że jej nos prawie zagrzebywał się w jego szaliku.
– Co masz na myśli? – zapytał.
– To chyba oczywiste – szepnęła prosto do jego ucha. – Czarny Pan zwycięży, zapewni lepszą przyszłość takim jak ty czy ja… Nie możemy żyć dłużej wśród tego plugastwa, które otacza nas ze wszystkich stron, sam o tym wiesz doskonale, twoja rodzina…
– Tyle chyba wystarczy, Melanie. Dziękuję ci za… urocze popołudnie – odpowiedział, a ton jego głosu był chłodniejszy niż temperatura śniegu, który ich otaczał.
Nie odsunął się. Stał tak dalej i patrzył na nią z całą pogardą, na jaką było go tylko stać. Nie widziała jego oczu, ale była pewna, że nie wyrażają niczego innego. Nie chciała ich widzieć, nie chciała zobaczyć, jak bardzo go zawiodła, choć liczyła na tak wiele. Sama się odsunęła, jakby nagle ją oparzył.
– Dlaczego ty… – wydyszała. – Dlaczego jesteś takim odmieńcem?! – Ze złości cisnęła różę na chodnik. – Zrobiłam z siebie idiotkę, a ty tak po prostu dziękujesz?
– Czego oczekiwałaś? – zapytał kpiąco. – Myślę, że powinnaś już iść. Zatrzeć ślady, nim wyśledzą cię aurorzy.
– Ty sukinsynu… Nie jestem śmierciożerczynią!
– Masz wyrobione zdanie na ten temat. A ja mam swoje. Do widzenia, mademoiselle.
Spokojnie odszedł do końca uliczki, gdzie zatrzymał się na chwilę i popatrzył na nią, a śnieg spokojnie padał na jego czarne włosy i ciepły, wełniany płaszcz. Była pewna… chciała być pewna, że w jego oczach jest żal, że jest mu przykro, że go zawiodła. Ale z drugiej strony – gdyby tak było, to z pewnością nie odszedłby. Ten jakże prosty gest znaczył wszystko, przekreślał nie tylko jej przekonanie o niezawodności intuicji, lecz także znacznie komplikował dotychczasowe życie. Zrozumiała już, co robił w jej miasteczku. Jakie to było proste, chciał ją sprawdzić! Przekonać się, kogo popiera. I użył do tego jej własnych słów.
Gdy spojrzała ponownie na koniec ulicy – już go nie było i wiedziała, że nigdy się nie zobaczą. Podniosła z ziemi różę i popatrzyła na nią. Nie była już tak piękna jak kilka godzin temu, ale wciąż wyglądała nieźle.
– Nienawidzę cię, Syriuszu Black – wymamrotała do rośliny i zdeportowała się. Nie było czasu na rozmyślanie, teraz został jej tylko czas na działanie, jeśli nie chce przypłacić życiem swej głupoty. A – mimo wszystko – nie chciała.

walentynki

Szczęśliwe zakończenie

Zdarzają się takie noce, przez które ciężko jest przebrnąć, a człowiek nie ma pewności, czy kiedy – jeśli – przyjdzie świt, będzie tą samą osobą, którą był, kładąc się do łóżka. Takie noce są pełne lepkich, czarnych wspomnień, których nie sposób wygonić z głowy i przed którymi nie ma obrony. Przez długie godziny jest się zakładnikiem własnej przeszłości, która leniwie przewija się przed oczami, sugerując działania, które można było podjąć, wybory, które powinny być inne… Najpierw wspomnienia pojawiają się kolejno, potem coraz szybciej i szybciej, wirując, łącząc się i eksplodując w jasnozielonym błysku, po którym nie następuje czerń. Po nim następuje coś znacznie gorszego. Prędzej czy później przychodzi świt.
Lily Potter widziała w minionych miesiącach zbyt wiele świtów. Częściej, niż chciałaby się przyznać, witała je leżąc w zbyt dużym łóżku, sparaliżowana własnym strachem przed kolejnym dniem i niedowierzająca, że wciąż żyje, wciąż jest prawie tą samą osobą, którą była wcześniej. Kiedy noc znikała, a pierwsze promienie słońca wpadały do pokoju, łatwiej było odepchnąć wspomnienia i cienie w tył głowy, ale zawsze tam były. Towarzyszyły jej wciąż i wciąż, przypominając, co mogła zrobić, jak wyglądałoby jej życie, gdyby
Czasami myślała, że Jamesa spotkał lepszy los.
*
Szopa czarnych włosów, które wyglądały, jakby nigdy nie widziały grzebienia, rzucała się w oczy w tłumie w Wielkiej Sali, w czasie zajęć, przerw, w pokoju wspólnym, na błoniach – wszędzie, gdzie nie spojrzała, był James Potter wraz ze swoimi włosami, swoim wianuszkiem przyjaciół, swoim zadufaniem w sobie i pewnie ukradzionym zniczem. Był nie do zniesienia, a jednak Lily nie mogła przestać zerkać, czy na pewno tam jest. Od września zachowywał się inaczej. Rok szkolny trwał już jakiś czas, a on wydawał się spokojniejszy, momentami nawet nieobecny, jakby wydarzyło się coś ważnego. Coś, co przedarło się przez pustą jak balon głowę i zmusiło do myślenia. Tak, zdecydowanie wyglądał na istotę myślącą.
To była nowość i Lily nie była pewna, jak powinna się w związku z tym zachować. Zwłaszcza że bywały dni, kiedy James mijał ją na korytarzu czy w pokoju wspólnym, zupełnie ignorując lub posyłając nieznaczny, ale smętny uśmiech. Żadnego błaznowania, żadnego „Spójrz na to, Evans!”.
Może był chory?
*
Każdy dzień rozpoczynał się wcześnie. Początkowo myślała, że to ponura rzeczywistość samotnego rodzica małego dziecka – płacz w środku nocy, płacz o świcie, płacz o każdej porze dnia. Ten płacz świdrował jej czaszkę i nie pomagał zapomnieć o wszystkim, co się stało. Teraz jednak Harry przesypiał już całe noce i dopiero rano stanowczo domagał się jedzenia. Mogłaby sypiać po więcej niż trzy-cztery godziny na dobę. Może wtedy sińce pod oczami w końcu by znikły, choć nie miała pewności, że rozpozna w lustrze swoją twarz bez nich.
Przez jakiś czas myślała, że mimo tego, co się stało, będzie w stanie dalej żyć w domu, który urządzili wspólnie z Jamesem. Kiedy wszyscy dowiedzieli się o tej tragedii – a dowiedzieli się w ciągu jednej nocy – Lily spotkała się ze setkami przejawów życzliwości i współczucia. Zupełnie obcy ludzie brali ją w ramiona, płacząc lub pozwalając jej się wypłakać. Osoby, których w życiu nie widziała, przynosiły jej jedzenie czy oferowały pomoc. Wiadomo już było, że Voldemort zginął, ale śmierciożercy nadal stanowili zagrożenie, dlatego choć dom był w końcu otoczony zaklęciem Fidelisa, Syriusz uparł się, że będzie spał na kanapie w salonie i pilnował jej bezpieczeństwa.
Wokół niej było dużo ludzi, a jednak była tak samotna. Dom był za duży, pełen obcych miejsc, a ludzkie spojrzenia zbyt pełne współczucia. Nie potrafili patrzeć na nią inaczej. Była żoną bohatera i matką innego bohatera. Przestała być Lily. Nikt nie był zainteresowany nią, interesowała ich tylko jej strata. Właśnie to poczucie, że traci własną podmiotowość, skłoniło ją, by pewnej nocy spakować tylko najważniejsze przedmioty i zniknąć wraz z Harrym.
*
Powrót do Hogwartu po świętach zawsze był dla niej ciężki. Spędzała w domu o wiele mniej czasu, niżby chciała. Nawet jeśli wziąć pod uwagę krzywe spojrzenia Petunii, powroty do domu były ważne i z pewną obawą myślała o tym, jak będą wyglądały, kiedy już zda owutemy. Wiedziała, że nigdy nie wróci do mugolskiego życia, nie po tym, jak przez siedem lat podziwiała, jak wspaniały jest świat czarodziejów. W czerwcu stanie przed trudnym wyborem i choć już domyślała się, jaką decyzję podejmie, sama waga tej decyzji ją przerażała. Po raz pierwszy poczuła, że nie miałaby nic przeciwko temu, żeby do jej przedziału wpadł James Potter i zaczął się wygłupiać. Tymczasem minęła już połowa podróży, a on nawet nie przechodził korytarzem.
Kiedy sama wyszła na korytarz, powtarzała sobie, że to nie zainteresowanie losem Jamesa Pottera, to po prostu wypełnianie obowiązków prefekta. Musiała się upewnić, czy w pociągu panuje porządek.
Nie pamiętała już, jaką wymówkę przygotowała sama przed sobą, by usprawiedliwić fakt, że weszła do przedziału Huncwotów i spędziła w nim większość podróży.
*
Harry budził się najpóźniej o siódmej. Częściej o szóstej. Zwykle już wtedy nie spała. Czasami brała prysznic, innym razem przygotowywała śniadanie albo po prostu patrzyła przez okno. Mieszkali w niezbyt ładnej okolicy, ale z okna w kuchni było widać pobliski park. Lubiła na niego patrzeć przez cały rok, nawet jeśli zimą nie działo się w nim nic ciekawego. Czasami łapała się na tym, że przez dobry kwadrans stoi przy oknie i patrzy na park, podczas gdy powinna robić coś zupełnie innego. Coś, co dorośli będący w jej sytuacji życiowej, powinni robić. W końcu dorośli zawsze powinni mieć zajęcie, wyglądanie przez okno to domena dzieci.
Lily nie była pewna, czy jest na pewno dorosła. Robiła wszystko, co robić musiała, ale miała wrażenie, że nie robi tego odpowiednio, nie myśli odpowiednio, nie ma odpowiedniego przygotowania czy nastawienia. Choć minęło wiele czasu, odkąd była dzieckiem, nie czuła się mądrzejsza, niż kiedy siedziała na hogwarckich błoniach. Może bardziej zmęczona.
– Mama! – zawołał Harry ze swojego pokoju, a ona nie mogła wykrzesać z siebie żadnej radości na myśl o nadchodzącym dniu.
*
James Potter czytał książkę. Nie brzmi to może szczególnie zdumiewająco – podobne zachowanie zdarzało mu się w przeszłości – ale nie mogła pozbyć się wrażenia, że czyta ją w inny sposób. W większym skupieniu i z szacunkiem właściwym książkom, a nie jakby zaraz miał ją rzucić w kąt i pognać na boisko quidditcha. Jakby naprawdę chciał się czegoś dowiedzieć. „Oczywiście, że chce się czegoś dowiedzieć, w tym roku zdajemy owutemy,” skarciła się w myślach Lily. Mimo to nie mogła przestać na niego patrzeć.
Byli w bibliotece, dzieliło ich dobrych pięć czy sześć stolików, a jednak ponad głowami i ramionami innych uczniów, tej dziwnej plątaniny zupełnie nieinteresujących ciał, co rusz na niego zerkała. Zdarzało mu się przygryzać koniec pióra, co nie było dobrym pomysłem i na sam ten widok Lily marszczyła nos, choć nie tyle z niechęcią, ile z rozbawieniem. Poza tym jednak czytał z uwagą, co jakiś czas marszcząc czoło albo poprawiając okulary. Był skupiony. Naprawdę skupiony.
Lily w końcu musiała odwrócić wzrok, bo obawiała się, że zacznie się rumienić.
*
Harry w całej swojej dziecięcej naiwności i niewinności patrzył na nią spod strzechy czarnych włosów, a ona nie była pewna, co właściwie łapie ją za serce – jego spojrzenie czy włosy tak podobne do włosów Jamesa, o którym przecież starała się nie myśleć, bo cóż by jej z tego myślenia miało przyjść? James nie żył, wszyscy uważali go za bohatera, a ona była tak nieszczęśliwa, jak jeszcze nigdy w życiu. Nie mogła nikomu o tym powiedzieć. Nie zrozumieliby. W końcu to ona odrzuciła ich pomoc, w ostatecznym rozrachunku to ona nie dopasowała się do roli, którą jej napisali.
– Nie, nie możemy iść do parku – odpowiedziała, gasząc jego entuzjazm. Odwróciła się od niego, choć na dłuższą metę nie pozwoliło jej to uciec. W tej chwili jednak skupiła się na przygotowywaniu jajecznicy. Nie była to spektakularna ucieczka, ale na inną nie mogła sobie pozwolić.
Bardziej spektakularne ucieczki miała już za sobą.
*
Zaproszenie do Hogsmeade było jednocześnie do bólu znajome i niespodziewane. Wydawało jej się, że James zmienił się przez tych kilka miesięcy do tego stopnia, że stracił nią zainteresowanie i nie zaprosi jej już do Trzech Mioteł. W końcu jesienią nawet nie zapytał… Choć wcale na to nie czekała. Ani trochę. Po prostu przez tyle lat słyszała podobne zaproszenia wciąż i wciąż, że kiedy James bez słowa ruszył w kierunku miasteczka wraz z Syriuszem, Remusem i Peterem, Lily poczuła się zawiedziona. Nie była nawet pewna dlaczego – gdyby zapytał, to zgodziłaby się czy odmówiła?
Śnieg jednak powoli topniał, a uczniowie szykowali się do kolejnej wizyty w Hogsmeade, James zadał to samo pytanie, które słyszała już tyle razy. Jednak teraz nie szczerzył się jak dzieciak, nie popisywał zniczem, nie robił nic, co mogłoby ją zdenerwować. Po prostu siedział na wprost niej i w oczekiwaniu na odpowiedź smarował sobie tost marmoladą. Zdawał się pogodzony z odpowiedzią niezależnie od tego, jaka by ona nie była.
Kiedy Lily się zgodziła, James skinął głową i tylko brzdęk noża nieco zbyt mocno odkładanego na brzeg talerza zdradził, jak wiele ta odpowiedź dla niego znaczyła.
*
Harry był już najedzony i ubrany, a ona marzyła, żeby jak najszybciej odprowadzić go do przedszkola. Kiedy pierwszy raz powiedziała komukolwiek o tym pomyśle – ten Harry Potter w mugolskim przedszkolu! – nie spotkała się z entuzjazmem. Szybko zjawiło się całe stado samozwańczych ciotek i wujków, którzy chcieli poświęcić się wychowywaniu Harry’ego, gdyby ona postanowiła – co niewskazane – znaleźć pracę. Po co jej praca, kiedy w skrytce u Gringotta miała więcej złota, niż zdoła wydać? Może nic nie robić, po co jej praca? Czy nie chce być z synem? Prawie cały magiczny świat chciałby być na jej miejscu, móc spędzać czas z bohaterem narodowym. A ona jednak nie mogła.
Przedszkole było niedaleko, ale droga codziennie trwała długo, bo Harry nie mógł się zdecydować, czy woli iść, czy przyglądać się mijanym psom i gołębiom. Lily zatrzymywała się, ilekroć była taka potrzeba, kątem oka pilnując syna, ale zbyt zmęczona, by jakkolwiek przyspieszyć tę drogę. W końcu docierają do przedszkola, gdzie niemal wpycha Harry’ego w ręce przedszkolanki i ucieka do pracy. Nie jest to praca jej marzeń, zdecydowanie poniżej kwalifikacji, ale mugoli niespecjalnie interesuje, ile kto zdobył owutemów. W tym świecie Lily mogła pracować tylko fizycznie za niską pensję. Nie przeszkadzało jej to tak, jak przeszkadzało innym, którzy dowiedzieli się, jaką ścieżkę wybrała.
Kiedy pracowała, nie musiała myśleć.
*
Nie była pewna, kiedy po raz ostatni – o ile kiedykolwiek – toczyła z Jamesem Potterem poważną dyskusję. Nie była pewna, czego się spodziewała, ale to była bardzo przyjemna dyskusja. Zaczęło się od eliksirów, potem płynnie przemknęli przez plany na przyszłość (auror i uzdrowicielka), by skupić się na sytuacji politycznej i opiniach na temat zasadności Traktatu o Tajności. Zanim się obejrzała, wypili po dwa kremowe piwa, ale koniec tematów do rozmów nie majaczył nawet na horyzoncie.
W końcu zdała sobie sprawę, ile czasu minęło, kiedy Trzy Miotły niemal opustoszały. Pospiesznie wrócili do zamku, bo nie chciała dawać nikomu złego przykładu – prefekt nie powinien dostawać szlabanów ani się spóźniać. Kiedy jednak dotarli do pokoju wspólnego, długo nie mogli rozejść się do dormitoriów, raz po raz przypominając sobie zabawną historyjkę czy ciekawostkę z niedawno przeczytanej książki. Nie, Lily zdecydowanie nie mogła sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz rozmawiała na poważnie z Jamesem Potterem. Być może to był pierwszy raz.
Wiedziała jednak, że nie ostatni.
*
Niewiele łączyło ją z innymi kobietami, które pracowały na stanowiskach podobnych do tego, które sama zajmowała. Nie wszystkie były niewyedukowane, niektórym po prostu nie dopisało szczęście i wylądowały w ponurym miejscu, z którego niewiele osób uciekało, a większość z dnia na dzień szarzała coraz bardziej i bardziej, zlewając się z kolorem ścian i podłóg, mechanicznie wykonując swoją pracę. Większość z nich milczała – może skupiały się na pracy, może wszystkie myślami były gdzieś indziej i przeżywały o wiele ciekawsze życie. Takie, w którym nie trzeba przekładać kartonów, pilnować maszyn czy zmywać podłogi, kiedy coś się wylało. Wszystkie teraz mogły być myślami w ciepłych krajach, a tylko rękoma w tym ponurym przybytku.
Lily nie myślała o ciepłych krajach. Była skupiona na tym, co robiła, i czyjś głos nieoczekiwanie wyrwał ją z transu do tego stopnia, że przez chwilę niemal nie wiedziała, co powinna robić. Jedna z dziewcząt stojących nieopodal – nie mogła mieć więcej niż osiemnaście lat – obejmowała brzuch, nieco go wypinając.
– Jimmy powiedział, że teraz się ze mną ożeni. Mam nadzieję, że będziemy mieli córeczkę – trajkotała dziewczyna, a Lily poczuła, jak po plecach przebiega jej zimny dreszcz. Choć nie była o wiele starsza od tej dziewczyny, nie potrafiła przypomnieć sobie tego, co właśnie mogła czuć ta dziewczyna. Ale przecież też czuła podobny entuzjazm, podobną radość, musiała je czuć.
Prawda?
*
Owutemy nie sprzyjały romansom, do tego każdego dnia Prorok donosił o coraz dalej idących okrucieństwach. Lily i James często widywali się tylko przy śniadaniu – kiedy to wymieniali szeptem informacje, które pozyskali z prasy lub od znajomych – i kolacji, kiedy przepytywali się z zaklęć lub eliksirów. Nie był to żaden płomienny romans, ale podążali swoim tempem we wspólnie obranym kierunku. Było to obiektem żartów wielu osób, ale oni nic sobie z tego nie robili.
– Lily, gdybyś dała mu szansę parę lat temu, Jim nie musiałby tyle szlochać po nocach – zaśmiał się Syriusz, błyskawicznie spiorunowany wzrokiem przez Jamesa. Syriusz wyszczerzył zęby w zawadiackim uśmiechu i pociągnął nosem, udając, że ociera łzę. Palce Jamesa zacisnęły się pod stołem na jej dłoni, ale kiedy spojrzała na niego, odkryła, że w jego oczach nie ma ani krztyny złości, a jedynie smutek.
Syriusz, kiedy przestał błaznować, popatrzył na Jamesa z takim samym smutkiem, po czym szybko wrócił do pochłaniania tego, co miał na talerzu. Obaj do końca kolacji byli dziwnie cisi.
*
Przerwa na lunch była stratą czasu. Lily bezmyślnie grzebała widelcem w stojącej przed nią sałatce. Tutaj, na terenie stołówki, rozmów było więcej, kobiety zbijały się w kilkuosobowe grupki i początkowo szeptały, by w końcu krzyczeć tylko po to, by słyszeć własną rozmowę ponad głosami grupki znajdującej się tuż obok. Samotnic takich jak Lily nie było wiele, ale zwykle siedziały z boku i skupiały się na własnym talerzu. Nie chciały z nikim rozmawiać.
Czasami Lily zastanawiała się, czemu właściwie dalej to znosi. Przecież tak łatwo byłoby spakować walizkę, zabrać Harry’ego i się teleportować. Do Doliny Godryka lub gdzieś indziej, w końcu mieli tylu znajomych… Ta myśl jednak ją mroziła. W tych długich tygodniach po śmierci Jamesa wszyscy ci znajomi, którzy tak gwarnie tłoczyli się w ich – jej – salonie i kuchni sprawiali, że nie miała czym oddychać. Podawała im herbatę i ciasteczka, podgrzewała przyniesione obiady, serwowała kanapeczki, ale miała wrażenie, że za to wszystko płaci własną duszą, że z każdą wypchaną jedzeniem gębą ona coraz bardziej dławi się i dusi. A oni wszyscy stawali się jej tak samo obcy jak te kobiety, które cały czas rozmawiały, zamiast zjeść w spokoju swój lunch. W końcu nie mogła już na nich patrzeć, nawet na Syriusza, który był takim wsparciem.
Szczególnie na Syriusza.
*
Dopiero, kiedy przyłączyli się do Zakonu Feniksa, kiedy już mieli owutemy za sobą, dowiedziała się, że rodzice Jamesa zginęli w czasie minionych wakacji. Nie była pewna, jak mogła się nie domyślić. To cierpienie w jego oczach musiało mieć jakieś źródło, a ona nawet nie próbowała zgadywać, przyjmując je z dobrodziejstwem inwentarza.
Początkowo myślała, że nie będzie umiała traktować go odpowiednio, że zasługiwał na szczególne względy z tytułu bycia sierotą, choć nie miała pojęcia, jak traktuje się osiemnastoletnie sieroty. Potem jednak zdała sobie sprawę, że gdyby zaczęła traktować go inaczej niż do tej pory, w żaden sposób by mu nie pomogła. Martwi rodzice byli czymś, co James miał już za sobą. Nadal ogarniał go smutek – widziała to – ale minęło już zbyt wiele czasu, by teraz nieustannie pytać go o samopoczucie. Powinna traktować go tak samo. W końcu byli parą od niedawna, nie chciała tego zepsuć.
A jednak jej się to udało, choć nie z powodu nadmiaru troski.
*
Niewiele było momentów, kiedy Lily pozwalała swoim myślom błądzić, zamiast skupiać się na pracy. Zdarzały się jednak dni, kiedy porywały ją te same lepkie myśli, które towarzyszyły jej w nocy, gdy nie mogła spać; rzadko nawiedzały ją myśli wesołe, ale do tego już przywykła. Czasami nie była pewna, co jest gorsze – „Lily, uciekaj, ja go powstrzymam,” które krzyczał James, i to zielone światło, czy może wspomnienie wszystkich gorących szeptów prosto w jej ucho, dużych, ciepłych dłoni, których dotyk tak uspokajał. Starała się nie myśleć ani o jednym, ani o drugim.
Nie była pewna, czy czynią ją to złą matką, ale cieszyła się, że Harry nie będzie pamiętał ani zielonego światła, ani Jamesa. Wiedziała jednak, że z każdym dniem Harry rośnie i coraz bliższy jest zadania pytań, na które nie była pewna, czy umie odpowiedzieć. Teraz, kiedy miał kilka lat, akceptował odpowiedź, że tatuś bardzo go kochał, ale musiał odejść i było mu z tego powodu bardzo przykro. W którymś momencie jednak to przestanie wystarczać. W którymś momencie Lily przestanie wystarczać, przestanie być jego całym światem. Czy będzie miał wtedy żal, że uciekła?
Wiedziała, że będzie miał żal; chciała, żeby go miał.
*
Choć słońce już dawno zaszło, nie miała ochoty zapalać żadnej z lamp. Nie wiedziała, jak długo siedziała w ciemności, aż w końcu usłyszała znajome skrzypienie drzwi – od kiedy stało się znajome? – i równie znajomy głos, który wypowiadał jej imię z taką troską, że chciała się rozpłakać. Czekała, kiedy pojawią się łzy, bo do tej pory trwała w przedziwnym odrętwieniu, które sprawiało, że choć była świadoma upływu czasu, nie mogła się ruszyć. Dopiero kiedy James usiadł obok niej i objął ją ramieniem, zaczęła płakać. Cały świat zawalił jej się na głowę.
– Co się stało? – zapytał, nadal ją obejmując, a kiedy nie odpowiedziała, potrząsnął lekko jej ramieniem. – Co z Zakonem? Ktoś zginął? Lily, co się dzieje?
– Jestem w ciąży – odpowiedziała po chwili, kiedy znalazła głos. Czuła się fatalnie i chciała zniknąć. Nie rozumiała, czemu James całuje ją w skroń, policzek, czoło, wszędzie, gdzie tylko mógł. Bełkotał, że jest najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi, a ona nadal miała ochotę zniknąć. Nie czuła się gotowa, żeby zostać matką, nie widziała go w roli ojca i, przede wszystkim, nie sądziła, by świat, w którym żyli, nadawał się do tego, by sprowadzać na niego dziecko.
*
Na koniec dnia pracy była zmęczona, ale to był dobry rodzaj zmęczenia, który pozwalał jej poczuć, że zrobiła coś użytecznego. Zmęczenie całkiem innego rodzaju niż to, które towarzyszyło jej, kiedy wstawała z łóżka. Tamto wiązało się ze wciąż żywymi wspomnieniami, to – stanowiło dowód, że nie jest ich więźniem, że ma teraźniejszość i, być może, przyszłość. Póki co jednak jej przyszłość wiązała się z koniecznością odebrania Harry’ego z przedszkola i przeczekania kilku godzin, by ten dzień powtórzyć w identycznej niemal formie.
Harry – jak zwykle – ucieszył się, kiedy ją zobaczył. Podbiegł i wtulił twarz w jej płaszcz, a ona poczuła się bezradna. Poklepała go po głowie i zadała kilka pytań o jego dzień. Usłyszała nawet część odpowiedzi. Była zirytowana samą sobą. Czemu nie mogła poświęcać mu więcej uwagi?
Czemu zabrała go ze sobą, kiedy uciekała, skoro nie umie się nim opiekować?
*
James nie odstępował jej ani na krok, nieustannie pytając, czy jest jej wygodnie, czy powinien coś podać i czy na pewno nie ma skurczów. Był irytujący, a może tylko tak jej się wydawało, bo za tydzień powinna rodzić i nie czuła się na to ani trochę gotowa. Myślała, że jeśli wezmą ślub – który on od razu zaproponował, a ona zgodziła się dostatecznie szybko, by nie wzbudzać podejrzeń, że nie jest do tego pomysłu przekonana – to wszystko stanie się łatwiejsze, ale ślub tak naprawdę niczego nie zmienił. Byli tymi samymi ludźmi, tak samo niegotowymi na dziecko jak wcześniej. Żałowała, że nie może porozmawiać o tym z matką, która choć była mugolką, to nigdy nie zerwała kontaktów z Lily. Aż do tego wieczora, kiedy oboje z ojcem zginęli. Nie zdążyli zostać dziadkami, choć przecież Lily tak się pospieszyła.
James był naprawdę świetnym facetem, tak zaangażowanym i opiekuńczym. Nie żałowała, że wtedy zgodziła się wyjść z nim do Hogsmeade, nie żałowała właściwie niczego, ale gdyby to nie działo się tak szybko, gdyby mieli więcej czasu… Ale teraz nie było czasu, teraz była chodzącą – człapiącą – bombą zegarową. Nieprzydatna Zakonowi, stanowiąca zagrożenie dla innych, bo niemogąca się teleportować. James zaczął mówić o zwiększeniu ochrony domu, ale nie słuchała. Czekała w napięciu, aż kopniaki ustaną, a zaczną się skurcze. Czekała, aż dziecko się urodzi, bo kiedy je zobaczy, nie będzie mogła dłużej narzekać, że wszystko wydarzyło się za szybko.
Przecież zawsze tak było, że dzięki dziecku wszystko się układało, prawda?
*
Harry nie przestawał opowiadać o smokach i robotach, tworząc wielowątkową baśń, która już dawno straciła sens, ale pozwalała mu iść szybciej i nie zatrzymywać się tak często, jak rano, kiedy szli do przedszkola. Był przejęty tym, co mówiły inne dzieci, a do tego o wszystkim chciał jej powiedzieć. Myśli Lily tymczasem krążyły gdzieś między kolacją a sprzątaniem – wiedziała, że powinna odkurzyć salon, dawno tego nie robiła, a gdyby ktoś przyszedł z wizytą…
Problem w tym, że nikt nie przychodził z wizytą. Jedynym gościem, który ją tu odwiedził, był Syriusz. Nie wiedziała, jak zdobył adres, w końcu nie zostawiła go żadnemu z przyjaciół Jamesa. Zarzucił jej wtedy, że to okrutne, że ma prawo widzieć chrześniaka, że tęskni za nim tak samo jak ona. Za nim. Nie wypowiadali imienia Jamesa, nie musieli. Wspólna żałoba, tragiczna pustka, którą czuli i której nic nie mogło wypełnić, ich zbliżyła, a to, co nie udało się pustce, dokończyła Ognista Whisky, którą Syriusz przyniósł. Kiedy obudzili się o świcie na kanapie, żadne z nich nie wiedziało, gdzie podziać oczy. „Nie powinniśmy byli”. „To by się nie stało, gdyby nie Ognista”. „Tak bardzo przepraszam”. „To był błąd”. Wszystko to, co się mówi, kiedy spędziło się z kimś noc, a w świetle dnia doszło się do wniosku, że to nie był najlepszy pomysł. Nie zdążyła nawet znaleźć swojej sukienki, kiedy usłyszała, że Syriusz – już ubrany – zakłada buty. „Nie powinniśmy byli, to obraza dla jego pamięci,” powiedział wtedy, a ona poczuła, jakby ją spoliczkował. Nie była już nawet kobietą, której można było pożądać, była tylko wdową i matką, istotą z marmuru.
Harry dalej trajkotał radośnie, a ona skreśliła sprzątanie z listy obowiązków na ten wieczór.
*
– Harry… Harry James Potter – powiedział James ze wzruszeniem, patrząc na nią, jakby dała mu najwspanialszy prezent, jaki w życiu otrzymał.
Uśmiechnęła się do niego. Wiedziała, że będzie na tyle dobrym ojcem, na ile będzie mógł; wiedziała, że nie spocznie, póki Harry nie będzie najszczęśliwszym dzieckiem na świecie; wiedziała, że zapewni mu szczęśliwe dzieciństwo. Nie wiedziała tylko, jak ona się w ten obrazek wpisuje. Miała wrażenie, że do niego nie pasuje i choć zrobi wszystko, żeby być równie szczęśliwą co oni, bała się, że nie da rady.
Ukryła twarz w poduszce i pozwoliła sobie na kilka łez. Nikt nie zwrócił na nią uwagi.
*
Harry z zapałem coś kolorował, a ona przeżuwała kolację, którą wcześniej przygotowała, ale gdyby ktoś zapytał ją, co właściwie jadła, nie byłaby w stanie odpowiedzieć. Smakowało jak popiół, choć przecież nie mogło nim być, bo Harry przed chwilą jadł to samo i nie protestował. Niedługo powinna położyć go spać i zacząć mierzyć się z demonami przeszłości, żeby zakończyć ten dzień tak niewyróżniający się wśród innych dni.
Wzięła do ust kolejny kęs kolacji, kiedy rozległo się pukanie do drzwi. Początkowo nie zareagowała, zbyt zaskoczona, bo przecież nikt ich tu nie odwiedzał. Nikt poza Syriuszem, ale to nie mógł być on, nie po tamtym poranku. Kiedy jednak Harry zaczął powtarzać, że musi otworzyć drzwi, bo nie można pozwalać gościom czekać na wycieraczce, Lily wstała. Choć musiała wykonać tylko kilka kroków, każdy z nich wydawał się trudny, jakby jej nogi ważyły tonę. W końcu jednak odsunęła zasuwę i uchyliła drzwi.
– Syriusz? – zapytała z niedowierzaniem, niepewna, czy powinna go wpuścić do środka.
*
Dziecko wolało Jamesa, nie ją. To było oczywiste. Harry pozwalał jej się wziąć na ręce tylko po to, by go nakarmiła, ale w momencie, kiedy był już najedzony, zaczynał krzyczeć i robił to tak długo, aż James nie przyszedł i nie wziął go na ręce. Wtedy i tylko wtedy się uspokajał. Frustrowało to Lily i wprawiało w obawę, że może Harry w jakiś sposób wie, może wyczuwa te myśli, które towarzyszyły jej przed porodem, może wie, że ona nie nadaje się na matkę i w ten sposób to daje do zrozumienia. Przez kilka pierwszych miesięcy życia zdawał się ją ledwo akceptować i przepłakała z tego powodu niejedną noc.
– To minie, jak mógłby cię nie kochać? Jesteś najlepszą matką na świecie – mówił James, kiedy byli sami.
Choć chciała wierzyć w jego słowa, nie była pewna, czy powinna. Gdzieś w jej głowie czaiły się nieobce każdemu rodzicowi, ale spotęgowane zachowaniem Harry’ego lęki, że nigdy nie będzie dostatecznie dobra, że nie poradzi sobie z tym wyzwaniem.
*
Syriusz był tak samo przystojny jak zawsze, choć wychudł, a w jego spojrzeniu kryło się jakieś szaleństwo, którego wcześniej nie zauważyła lub którego wcześniej tam nie było. Patrzył na nią, jakby miała odpowiedzi na wszystkie pytania egzystencjalne, które mogą go w tej chwili dręczyć, a Lily po raz pierwszy poczuła coś innego niż pustkę. Poczuła irytację.
– Co tu robisz? – zapytała, przypominając sobie ten gorzki poranek, kiedy widzieli się po raz ostatni, ten wymuszony wstyd i koszmarny zawód, że nie była wystarczająco dobra, by go zatrzymać, by był nią zainteresowany jako kobietą.
– Musimy porozmawiać, Lily – powiedział niemal błagalnie – o tej nocy, kiedy on umarł.
*
W połowie lata Harry zaczął ją akceptować, choć nie była pewna, czemu nie robił tego wcześniej ani co się zmieniło. Skończyły się jednak krzyki, ilekroć brała go na ręce w celu innym niż karmienie. James patrzył na nich z bezgraniczną miłością, której czasami się trochę bała, ale do której przywykła. Po raz pierwszy od czasu, kiedy odkryła, że jest w ciąży, zaczęła myśleć o przyszłości nie z obawą, ale z niewielką, ledwie tlącą się nadzieją. Oczywiście Voldemort i jego śmierciożercy dalej byli na wolności, nie można było zaznać spokoju, póki nie zostaną pokonani, ale były momenty, kiedy myślała, że to wszystko niedługo się skończy, że będą szczęśliwą rodziną, że ich świat nie runie.
A potem przyszedł ten październikowy wieczór, który był tak podobny do innych wieczorów. Nic nie zwiastowało tragedii; ot, zwykła sobota. Tego dnia przygotowała pieczeń na obiad, a James stwierdził, że dawno nie jadł tak dobrego sosu. Nawet żartował, że skrzaty w Hogwarcie powinny się od niej uczyć. Wiedziała, że sos nie był tak dobry, jak James twierdził, że był, ale miło było słyszeć te wszystkie komplementy.
Kiedy odkładała umyte naczynia do szafki, usłyszała dziwny, nieznany dźwięk, który dopiero później skatalogowała jako huk otwieranych z ogromnym impetem drzwi. Wszystko wydarzyło się zbyt szybko – i „Lily, uciekaj, ja go powstrzymam”, i zielone światło, i dźwięk upadającego ciała, i strach, bezbrzeżny strach, kiedy zapadła cisza. W końcu jednak cichutkie kwilenie Harry’ego sprawiło, że musiała zdobyć się na odwagę i wejść do salonu. Musiała zmierzyć się z tym, co zostało z jej dotychczasowego życia.
*
Kolorowy fotel z kwiecistym obiciem wyglądał pociesznie, kiedy Syriusz w nim usiadł, roztaczając wokół aurę przygnębienia i źle tłumionego szaleństwa. Wcześniej położył na podłodze sporej wielkości czarną torbę. Harry próbował do niej zajrzeć, ale kiedy napotkał karcące spojrzenie Syriusza, zajął się porzuconymi w kącie salonu klockami, co jakiś czas tylko rzucając zaciekawione spojrzenia w kierunku torby.
Lily usiadła w drugim fotelu. Nie wiedziała, czego spodziewać się po jego wizycie, i nie rozumiała, czemu nie poświęcił więcej czasu na przywitanie z Harrym. Wziął go przelotnie na ręce i przytulił, ale zanim malec zdążył się choćby zorientował, kto ich odwiedził, Syriusz wypuścił go z objęć i skupił całą uwagę na niej. Tymczasem ona obserwowała go chłodno i nie zaoferowała herbaty, co jednak ani trochę nie sprawiło, że poczuł się niechcianym gościem. Przyszedł tu z misją, widziała to wyraźnie.
– Wolałbym nie musieć cię o to prosić, ale… – zaczął, wyjmując z torby kamienną myślodsiewnię. – Dumbledore podejrzewa, że James działał po stronie Voldemorta. Musimy oczyścić jego imię, Lily, musimy.
*
Czas jest przedziwnym zjawiskiem. Choć człowiek nie ma nad nim żadnej kontroli, to jednak jest w stanie odczuwać go w tak różne sposoby, jakby tak naprawdę cały świat był wytworem jego własnej wyobraźni, jakby nic poza nią nie istniało. Lily pamiętała tylko fragmenty tego, co działo się po śmierci Jamesa. Pamiętała, że jego ciało leżało w salonie przez cztery tysiące lat, a ona sama brała Harry’ego na ręce przez dobre pół wieku. A potem była cisza. Harry poruszał ustami, był czerwony na twarzy jak wtedy, kiedy za długo płakał, ale nie słyszała, by wydawał z siebie jakikolwiek dźwięk. Trwali w tej ciszy, póki świat nie zadrżał w posadach, co było niemożliwe, bo przecież świat się skończył pół godziny i setki lat temu.
Nie wiedziała, skąd wziął się Hagrid, ale tam był. Był też Syriusz, widziała jego twarz. Była pewna, że widziała McGonagall, ale to nie oznaczało, że kobieta faktycznie tam była, bo Lily wydawało się, że widzi też swoich rodziców, Petunię, Severusa i tę mugolkę, którą poznała w czasie jednych wakacji, Maggie. Wszyscy patrzyli na nią, jak na dzikie zwierzę, którego kolejnego ruchu nie mogli przewidzieć. Wokół niej roiło się od twarzy, nieustannie przemieszczających się postaci. Czuła ich ręce obejmujące jej ramiona, słyszała ich głosy, mogła wywęszyć ich współczucie wymieszane z radością, bo Voldemort najwyraźniej zginął, zabierając Jamesa ze sobą.
Wyrwała się z letargu dopiero, kiedy ktoś wylewitował ciało Jamesa z salonu. Pozostał po nim tylko przesunięty za bardzo w lewo stolik kawowy.
*
Wynurzywszy się ze wspomnień, Lily przez chwilę siedziała w milczeniu, jakby próbowała je wszystkie przyswoić, na nowo zaakceptować i przykryć pierzynką obojętności. Czuła na sobie wyczekujące spojrzenie Syriusza i wiedziała, że będzie musiała mu opowiedzieć o tym, co widziała – przynajmniej we fragmentach – ale potrzebowała jeszcze kilku chwil, by poukładać sobie to wszystko w głowie. James był przecież uosobieniem cech, którymi powinien odznaczać się każdy Gryfon. Nie mogła uwierzyć, że Dumbledore podejrzewał go o działanie na rzecz Voldemorta.
– Nie widziałam nic, co… wskazywałoby na to, że zmienił stronę – powiedziała, nie podnosząc wzroku. Nie wykluczała, że do końca świata będzie patrzeć na własne kolana, jeśli podniesienie wzroku oznaczało konieczność zmierzenia się z tą idiotyczną teorią.
Syriusz przez chwilę wyglądał, jakby uleciało z niego powietrze, ale po chwili nabrał nowego zapału, który w ogóle nie korespondował z jego wcześniejszym przygnębieniem, za to sprawił, że iskierki szaleństwa w jego oczach stały się wyraźniejsze.
– Wiedziałem, że to nie może być prawda. Przecież gdyby był… gdyby coś się stało, to byśmy zauważyli. Kto, jeśli nie my – mruknął, jakby sam siebie próbował przekonać.
Lily milczała. Wojna, która tak nagle skończyła się przed kilku laty, była o tyle dziwna, że niejednokrotnie nie można było odróżnić przyjaciela od wroga. Ale James…?
– Dumbledore mówi, że to mógł być Imperius, ale że Rogaty z całą pewnością współpracował z Voldemortem, dostarczał informacje i to przez nie zginęli Prewettowie – powiedział tak cicho, że Lily nie była pewna, czy na pewno go słyszy, czy też jej mózg uzupełnia jego słowa, tworząc całkowicie niemożliwe stwierdzenia.
– Jak długo…? – zapytała słabo.
– Przynajmniej pół roku. To niemożliwe, nie kiedy byliście tacy szczęśliwi, nie kiedy mieliście Harry’ego – powiedział łamiącym się głosem.
Lily poczuła wyrzuty sumienia. Pół roku przed tą feralną nocą działo się tak wiele, że nie była niczego pewna. Zwłaszcza teraz, kiedy wszystko się zlewało ze sobą i zacierało, tworząc jednolity, szary obraz minionych dni. Wiedziała, że James gdzieś wychodził, z kimś się spotykał. Czasami pytała, ale mówił, że to spotkania Zakonu. Czy nimi były? Nie wiedziała. Nie uczestniczyła w działaniach Zakonu tak żywo jak wcześniej, nie mogła. Do tego wciąż była obawa, że wśród nich znajduje się szpieg… Czy faktycznie tam był? Czy co noc sypiała z tym szpiegiem?
– Nie miał Mrocznego Znaku – powiedziała w końcu.
– Dumbledore mówi… – zaczął Syriusz, a Lily poczuła, że wzbiera w niej ogromny gniew.
– Co Dumbledore o tym wie, nie było go z nami! Dlaczego wyciąga to po tylu latach? James zginął z ręki Voldemorta, czy to nie wystarczający dowód, że z nim nie współpracował? Czy grzebanie w przeszłości komukolwiek może teraz pomóc?! – wybuchła. Nie miała pojęcia, że są w niej tak ogromne pokłady złości i goryczy, ale poczuła się nieco lepiej, kiedy wyrzuciła z siebie przynajmniej część tego, co ją dręczyło.
Syriusz potarł twarz dłonią, jakby zbierał siłę, żeby powiedzieć coś, czego bardzo nie chciał mówić. Wyglądał jak ktoś, kto stracił wszystkie złudzenia i szukał choćby strzępka nadziei, którego nie mógł znaleźć.
– Snape potwierdził jego zdradę – powiedział z głębokim niesmakiem.
– Wierzymy w to, co mówi podwójny albo potrójny agent, a nie w to, co wiemy o Jamesie? – warknęła Lily. Złość w niej pulsowała, co było całkiem miłym uczuciem. Było jakimkolwiek uczuciem.
– Nie, oczywiście, że nie! – obruszył się Syriusz, a ona po raz pierwszy poczuła, że być może to nie ona jest w najgorszej sytuacji.
Syriusz kochał Jamesa jak brata, po jego śmierci został sam, a teraz chcą mu odebrać nawet dobre wspomnienia. Lily przynajmniej miała Harry’ego. Mogła oddać wszystkie wspomnienia za to, żeby nie musiał on dorastać z wiedzą, że jego ojciec jest podejrzewany o zdradę – jest zdrajcą? Mogła ponownie uciec, zabrać go ze sobą, zastąpić mu cały magiczny świat na dobre, zrobić z niego mugola. Syriusz nie miał gdzie uciekać. Syriusz musiał temu wszystkiemu stawić czoła. Musiał położyć na jednej szali informacje od Dumbledore’a, zaś na drugiej swoje uczucia. Niezależnie od tego, po której stronie ostatecznie się opowie, w którą wersję uwierzy, już zawsze będzie nosił to piętno, ten ból, który będzie go dławił w nocy i nie odstępował w dzień, który znieczuli go na inne bodźce i odbierze światu kolory. I w tym odnalazła coś znajomego, a jednocześnie coś, co podgrzewało jej złość. Teraz, kiedy Syriusz nie był w pozycji człowieka oferującego jej pomoc, kiedy cierpiał tak samo lub nawet bardziej… Teraz potrafiła wybaczyć mu tamten poranek.
– Co planujesz? – zapytała, kiedy zorientowała się, że zbyt długo milczą.
– Nie wiem, ale nie mogę pozwolić, żeby wszyscy sądzili… żeby Dumbledore przekonał ich, że… – Spojrzał na nią, a z szarych oczu znikło całe szaleństwo, pozostawiając za sobą tylko smutek. – Nie wiem.
Lily nachyliła się nad stołem i delikatnie położyła dłoń na jego policzku, kierując na siebie jego wzrok.
– Możesz na mnie liczyć – zapewniła, choć jeszcze kilka godzin temu nie uwierzyłaby, gdyby ktoś jej powiedział, że kiedykolwiek wygłosi takie słowa. Teraz jednak, kiedy złość ogrzewała jej kości i budziła ze snu zapomniane już cechy osobowości, po raz pierwszy od dawna czuła się sobą. – Nie przekonamy wszystkich, ale… ale w naszych sercach James pozostanie prawdziwym bohaterem. Prawdziwym Gryfonem.
Syriusz pokiwał głową.
*
Zdarzają się takie noce, przez które ciężko jest przebrnąć, a człowiek nie ma pewności, czy kiedy – jeśli – przyjdzie świt, będzie tą samą osobą, którą był, kładąc się do łóżka. Lily Potter nadal zdarzały się takie noce. Co jakiś czas wolała wstać z łóżka i doczekać do świtu w kuchni, patrząc przez okno na park, który wyglądał pięknie o każdej porze roku. Zdarzały się też noce, kiedy to nie jej wspomnienia sprawiały, że nie mogła spać. Syriusz wiercił się i miotał, ilekroć śniło mu się coś koszmarnego. Budziła go wtedy łagodnie i czasami to wystarczało. Częściej jednak musiała patrzeć, jak w pośpiechu się ubiera i wychodzi, by wrócić po kilku godzinach z podkrążonymi oczami i ubraniami przesiąkniętymi ostrym zapachem whisky i papierosów. Nie wiedziała, czy chodził zawsze w to samo miejsce, czy za każdym razem w inne. Nie pytała.
Czasami miała wrażenie, że postąpiła jak rasowa femme fatale – w chwili, kiedy był najbardziej zagubiony, dała mu pozorne ukojenie, a potem oplotła się wokół niego, wciągając w tryb życia, który prowadziła, odciągając od świata magii, który w tamtym czasie buzował od plotek o Jamesie. Syriusz się nie opierał, szukając w niej oparcia i zrozumienia. Początkowe opory związane z brukaniem pamięci przyjaciela pozwalały mu wracać do niej coraz częściej i częściej, aż w końcu wprowadził się na stałe. Stało się to tak naturalnie, że oboje zdali sobie z tego sprawę dopiero, kiedy Harry zapytał, czy wujek Syriusz też dostanie prezent od Mikołaja, a jeśli tak, to czy nie powinien powiesić świątecznej skarpety. Skarpeta zawisła trochę z boku tych, które Lily i Harry powiesili, ale w czasie świąt była tak samo pełna łakoci.
Nawet jeśli nie było to jej szczęśliwe zakończenie, to bywało szczęśliwsze, niż się spodziewała.

Szczęśliwe zakończenie

Piekło

Nocą pokój wspólny był zawsze taki spokojny… Wszyscy już spali, ogień w kominku dogasał, rzucając dziwne cienie na ściany. Zawsze było tajemniczo, a zarazem tak swojsko. I pomyśleć, że ktoś się dziwił, że on uważa to miejsce za swój dom! Przecież tu jest tak… tak, jak powinno być w każdym domu.
Ciszę przerwało stukanie końcówką pióra o blat ławki. Nie powinien tak robić, przecież to niszczy pióro, a naprawdę powinien oszczędzać. Nie przyzna się Jamesowi, że oszczędności sięgnęły stan tak krytyczny, że nie stać go na pióro. Ma jeszcze swoją godność. Zresztą, na Święta na pewno jakieś pióro dostanie.
Spojrzał jeszcze raz na leżący przed nim pergamin.
„Kocham moją rodzinę, ponieważ…”
Żeby tak hipogryfy porwały McGonagall i jej nowe metody wychowawcze. Co z tego, że Ministerstwo nakazało takie badania, ze szczególnym uwzględnieniem rodzin czystej krwi. Czy tylko dlatego musiał pisać kolejne wypracowanie? Czy jakaś durna ankieta dawała McGonagall prawo pozbawiać go wolnego czasu?! Chociaż racja, nie tylko jego. Ale inni już dawno napisali.
Rozsiadł się wygodnie w fotelu, zaczął bawić się piórem. I co ma napisać? Że ich nienawidzi? Banalne. McGonagall znów zaczęłaby myśleć, że ma coś z głową albo jest jakimś degeneratem. Ale co innego ma napisać?…
Odłożył pióro na stół i raz jeszcze spojrzał na pergamin, jakby marząc, że ten zniknie. Niestety, nic takiego się nie stało. Jutro musi oddać wypracowanie, a póki co nic nie napisał.
„No dalej, Łapa, weź się w garść. Przecież musisz coś napisać!”, zganił się w myślach.
Zaczął przypominać sobie chwile spędzane z rodziną. Od tych niedawnych, do tych strzępków wspomnień z dzieciństwa, które z każdym dniem blakły. Musiało być coś, za co mógłby ich kochać… a przynajmniej nie nienawidzić.
Wytężył pamięć. Pojawiło się wspomnienie jakiegoś upalnego, letniego dnia…

Syriusz i Regulus bawili się w ogrodzie. Wtedy jeszcze byli przyjaciółmi – zgodnie deptali klomby kwiatów sadzone przez skrzaty, czy bili się o miotłę Syriusza. Tego dnia jednak bawili się miniaturowym zniczem; klomby były już zadeptane, a miotła od wczoraj złamana. Wtedy na scenę wkroczył czarny charakter. Ojciec. Najwidoczniej wracał z Ministerstwa – zakładał wyjściową tiarę tylko, kiedy wybierał się tam. Niósł pakunek, który z daleka przypominał miotłę.
Syriusz od razu podbiegł do ojca i z uśmiechem patrzył na pakunek… A ojciec go wyminął i podszedł do Regulusa. Bez słowa dał młodszemu z braci nowiutką miotłę, a na pytanie oburzonego starszego syna odpowiedział, że to prezent dla Regulusa, bo „może chociaż on będzie umiał dbać o swoje rzeczy”. Syriusz ze złością złapał wtedy resztki swojej miotły zaczął nią okładać brata, póki nie przybiegła matka i ich nie rozdzieliła.
Miał wrażenie, że nigdy nie zapomni wyrazu jej twarzy… A potem zamkniętych drzwi pokoju, otwieranych dwa razy dziennie, żeby skrzat mu podał jakieś ochłapy jedzenia. Nie płakał. Siedział spokojnie na łóżku i patrzył w okno. Wiedział, że coś jest nie w porządku i powinno być inaczej, ale w jego domu było tak od zawsze… „Czy może raczej od kiedy ten gnojek się urodził”, myślał. Nie znał jednak innego domu, nie wiedział, co traci.
Przez okno widział inny dom, mugolski. Rodzice zawsze unikali sąsiadów, zabraniali nawet synom bawić się z mugolami. Twierdził, że są niegodni tego, że zadawanie się z nimi kala czystą krew Blacków.
Syriusz tego nie rozumiał, ale widział jedno – nigdy nie stanie się taki, jak rodzina. I nie stał się – starał się zaprzyjaźnić z mugolami, widywał się z nimi ilekroć rodzice nie widzieli. Było to o tyle trudne, że ten mały kapuś, Regulus, na niego donosił. Zawsze potem obrywał – krzyki, czasami drobne klątwy… Wszystko w czterech ścianach „domu rodzinnego”. Blackowie nie piorą swoich brudów publicznie – zawsze załatwiają wszystko po cichu, w domu. A potem są kamienne twarze – maski dobierane do okazji, podczas gdy w środku się gotuje. Czy był taki sam? Na początku próbował, ale był zbyt impulsywny, nigdy nie zdołał opanować się we właściwym momencie – mówił o jedno słowo za dużo, co prowokowało kolejne awantury.
Pamiętał doskonale któreś Boże Narodzenie… Był wtedy na trzecim… nie, na czwartym roku w Hogwarcie. Matka zmusiła go, żeby przyjechał na Święta – miała się zebrać cała rodzina, więc i on musiał być. Oczywiście od razu dostał reprymendę i to nie jedną: „uczesz się jak człowiek”, „nie odzywaj się nie pytany”, „nie mów nic o swoich przyjaciołach”, „nie przynieś nam wstydu”, „nie przyznawaj się, że znasz szlamy”… Miał tego po dziurki w nosie. I tak nigdy by im nie odpowiadał. Cokolwiek by zrobił, nie będzie dorastał do pięt Gnojkowi, który był przecież oczkiem w głowie matki i ojca, nadzieją na utrzymanie renomy nazwiska Black i prawdopodobnie przyszłym śmierciożercą. Idealny, oderwany od prawdziwego życia rycerzyk rodziców, wierzący w ideologię Voldemorta i prawdopodobnie nieuświadomiony nawet skąd się biorą dzieci. A jednak to o nim matka opowiadała ciotce Adharze, to on dostawał zawsze to, co chciał, to on… to on zamienił życie Syriusza w koszmar.
Starszy z braci Black nigdy nie był grzecznym chłopcem i marionetką rodziców. Może to dlatego traktowali go jak zło konieczne? On sam wiedział, że nie spełnia ich wymagań, nie zależało mu na tym, ale spodziewał się, że skoro już uparli się zepsuć mu święta, to chociaż zachowają minimum kultury… Srodze się pomylił już na pierwszej kolacji w rodzinnym gronie. Uszczypliwe uwagi ojca, niechęć w spojrzeniu matki i większa porcja deseru na talerzu Regulusa. Dlaczego? Znów zbudził się gniew z dzieciństwa. Dlaczego to ten gnojek ma wszystko? W czym jest lepszy od niego, najpopularniejszego chłopaka w Hogwarcie, jednego z Huncwotów?!
Zjadł swoją porcję i bez słowa wyszedł z pokoju. Nie obchodziło go, że popełnił wykroczenie prawie równorzędne z publicznym obrażaniem rodziny. Musiał się uspokoić, bo inaczej powiedziałby coś, co mogłoby kosztować więcej, niż najbardziej nawet uniżone „przepraszam”. Wiedział tylko jedno – Regulus dostanie za swoje.
I faktycznie, czas mijał, a najmłodszy Black nie miał łatwo. Węże w szafie, śledzie w butach, klej zamiast szamponu… powoli już do tego przywykł. Cały czas nie był pewien jak Syriuszowi udaje się robić te kawały, skoro nie ma wstępu do Ślizgońskiego pokoju wspólnego, ale domyślał się, że Huncwoci mają sposoby na wszystko. Jeśli myślał, że we własnym dormitorium jest bezpieczny, to się mylił. Już nigdzie nie był bezpieczny, Syriusz mógł go znaleźć wszędzie i ośmieszyć po raz kolejny… Czyje życie w takim razie było piekłem?
Syriusz nie wytrzymał swojego piekła – zrobił to, na co wielu buntownikom brakowało odwagi. Raz na zawsze uciekł z domu. Bezpośrednim impulsem do tego była kłótnia z rodzicami. Padały w niej różne słowa, poruszanych było wiele tematów – od Czarnego Pana, przez przyszłość Syriusza, po jego mugolskich przyjaciół. Podsłuchujący pod drzwiami Regulus nie był pewny czyją stronę poprzeć. Chyba po raz pierwszy w życiu podziwiał brata – Syriusz od zawsze się buntował, ale wreszcie gorycz, ukrywana przez te wszystkie lata, wylała się prawdziwym morzem. Cała czwórka była świadoma, że wszystko, co zostało już powiedziane jest ostateczne i nic tego nie zmieni. Zakończył się jakiś etap, czego dowodem było głośne trzaśnięcie drzwiami – Syriusz przemaszerował obok brata, nawet go nie zauważając. Przez kilka godzin nikt nie mógł sobie znaleźć miejsca w dużym i ponurym domu. Dopiero około północy rozległ się zbawienny trzask okiennicy. Nikt nawet nie sprawdzał czy ich podejrzenia są słuszne – wiedzieli, że Syriusz właśnie opuścił dom; uciekł ze swojego piekła…

Czy był potem szczęśliwy? Zabawne, bo powinien być. Opuścił miejsce, którego nigdy nawet nie mógł nazwać domem, zamieszkał z Jamesem, a teraz był w Hogwarcie… I pisał to durne wypracowanie dla McGonagall. Powinien szybciej to zmyślić, bo czekała go jeszcze odpowiedź na list Andromedy – jako jedyna z rodziny nie odwróciła się od niego.
Zerknął na pergamin leżący obok i przeczytał jeszcze raz list.

Drogi Syriuszu,
Wiesz dobrze, że nie chodzi mi o czynienie Ci wymówek. Pisałam wyraźnie, że jestem dumna, że się zbuntowałeś i uciekłeś. Bo buntowało się wielu, ja też, ale nikomu nie wystarczyło odwagi… tylko Ty, Syriuszu… mam nadzieję, że wiesz, co możesz na siebie ściągnąć w ten sposób? Ciotka Ci tego nigdy nie wybaczy, zatruje Ci życie. Z tego, co pisałeś do tej pory wnioskuję, że radzisz sobie nieźle, ale gdyby coś się wydarzyło, pamiętaj, że moje drzwi są zawsze otwarte.
Ucałowania,
Andromeda.

Tak, na nią jedyną zawsze mógł liczyć. Może odwiedzi ją w wakacje? Powinien pogadać z tym całym Tedem, w końcu to mugol, a jeśli rodzinka będzie chciała mu coś zrobić?…
Przeciągnął się i znów postukał piórem w stolik. Piekło się skończyło, teraz tylko musi napisać jakieś zgrabne kłamstewko. Przecież to nic trudnego – kłamał tyle razy, nawet McGonagall wierzyła w jego kłamstwa. A może była to kwestia uczciwości przed samym sobą? Czy w ogóle coś takiego się liczyło w jego przypadku?…
Przyłożył pióro do pergaminu i napisał: „Kocham moją rodzinę, ponieważ nie mam z nią nic wspólnego.” Zatrzymał rękę. Na pewno to właśnie chciał napisać? Cóż, teraz już nie miał wyboru, chciało to dziś skończyć.
„Kocham moją rodzinę, ponieważ nie mam z nią nic wspólnego. Różnimy się w zbyt wielu sprawach, bym mógł ich kochać. Zresztą, dla nich czystość krwi i tradycja są ważniejsze niż szczęście. Czy takich ludzi da się kochać? W każdym razie…”

*

Znów był w tym przeklętym domu, gdzie każdy kąt przypominał o dzieciństwie. Teraz już nie było ojca, matki, ani tego gnojka. Został sam – dziedzic na włościach, wielki pan, spadkobierca fortuny rodu i przede wszystkim więzień prywatnego piekła. Znowu. Całe życie spędzał na przemian w piekle i uciekaniu przed nim.
Usiadł w fotelu i ukrył twarz w dłoniach. Dlaczego to wszystko musiało się stać? Przecież odebrano mu właściwie całe życie – został strzępkiem człowieka, nie przypominał już dawnego siebie. Już od wielu, wielu lat nie pamiętał jak być sobą: wyluzowanym Syriuszem Blackiem, łamaczem damskich serc. Teraz już na pewno żadna dziewczyna by się z nim nie umówiła – Azkaban robi swoje.
Uśmiechnął się pod nosem. Tak, to były czasy. Jeden tydzień z Puchonką, drugi z Krukonką, potem jakaś Gryfonka, sporadycznie może i Ślizgonka. Każda z niewątpliwym urokiem i cechami przydatnymi w tejże chwili. Myślały, że je kocha… Czy on w ogóle potrafił kochać? Kiedy miał się tego nauczyć? W domu? Tam nauczył się tylko buntu i nienawiści. A potem było już za późno. Poznał przyjaźń – sama go znalazła. Na początku nie było łatwo, ale James się nie poddawał. To był naprawdę świetny człowiek, szkoda, że stało się to, co się stało…
Huncwoci byli jego przyjaciółmi, ale z dziewczynami sprawa miała się zupełnie inaczej. Potrafił być czarujący i uroczy, potrafił zdobywać niewieście serca, ale sam nie wiedział po co. Na początku robił to dla zabawy, potem dla korzyści – jedna dziewczyna miała znajomości w Hogsmeade, dzięki innej miał rabat w Esach i Floresach… A najśmieszniejsze, że każda myślała, że to ona jest „tą jedyną”. Nie wyprowadzał ich z błędu, starczało, że miał jedną zasadę: nigdy nie podrywał dwóch dziewczyn naraz. Choćby nie wiadomo jakie korzyści miały z tego być, nie łamał tego postanowienia. Czy zachowywał się okrutnie? Tak, z pewnością, dobrze o tym wiedział, ale znajdował na to wiele usprawiedliwień. A jednak jakaś cząstka umysłu powtarzała, że jest żałosny. Może był? Właściwie jak ustalić, czy ktoś jest żałosny?
Wtedy, w Hogwarcie, na pewno żałosny nie był. Czuł się szczęśliwy – chyba po raz pierwszy w życiu. Dobre czasy się jednak skończyły i musiał zacząć żyć na własną rękę. Miał mieszkanie, znalazł dorywczą pracę, większość czasu spędzał z Jamesem i Lily, a resztę poświęcał na szukanie szczęścia. Nigdy go nie znalazł. Bo czy możliwe jest znalezienie szczęścia przez trzy lata? Bo tyle właśnie trwało jego dorosłe życie – trzy krótkie lata. Potem nastąpiła seria ciosów: śmierć Jamesa i Lily, zdrada Petera, Azkaban… Czy to nie za dużo, jak na jednego człowieka? Jeśli tam na górze ktoś jest, to musiał mieć niezłą zabawę jego kosztem. Test ile czarodziej może wytrzymać. Dla zwycięzcy nagroda – może dalej żyć w tym, co zostanie z jego życia. Reszta dostaje błogosławieństwo śmierci.
Ale on przeżył. Dwanaście lat gnił w Azkabanie. Dwanaście długich lat cierpiał, dzień po dniu zmuszając się do życia i tylko ostatkiem sił trzymając się strzępków logicznych myśli. Wiedział, że był niewinny i tylko to pozwoliło mu żyć tą imitacją życia, choć były momenty, w których żałował, że nie umarł, wiele takich momentów. Budząc się z krzykiem, prosił każdą cząstkę istnienia o śmierć, ale ona nie przychodziła. A potem… Ile właściwie czasu minęło? Ach tak, potem się dowiedział – dwanaście lat… Potem zjawił się Knot, przeprowadzając inspekcję. I ta gazeta, artykuł o Peterze – rozpoznał go od razu, każdy by rozpoznał, jeśli choć raz widział jego przemianę.
To zdjęcie – tak, jedno niewinne zdjęcie, rozpaliło ogień w jego głowie, nie mógł myśleć o niczym innym. Wiedział tylko, że jeśli nic nie zrobi, to Peter zabije Harry’ego. Musiał go uratować, był to winien Jamesowi. Nie wiedział jak, ale uciekł z tego piekła. Znowu mu się udało uciec. Na jak długo? Wystarczająco, żeby pomóc chrześniakowi i po raz kolejny uciec. Cały rok był wolny, mógł odpocząć… Czy raczej sprawiać takie wrażenie – z kraju przychodziły niepokojące wieści, musiał trzymać rękę na pulsie, a potem wreszcie wrócić, żeby pomagać Harry’emu. Wydawało się, że uciekł przed swoim piekłem…
Aż piekło wróciło. Voldemort się odrodził, nastąpiła reaktywacja Zakonu Feniksa, a ten przeklęty dom najlepiej nadawał się na siedzibę. Wrócił do piekła dzieciństwa, z którego uciekł dziewiętnaście lat temu… Co się przez ten czas zmieniło? Na dobrą sprawę niewiele – większość czasu spędził w Azkabanie, a tam nie miał okazji żyć. Czy kiedykolwiek żył naprawdę? Czy miał czas?…
Fotel, w którym siedział, był miękki i nie sprzyjał dalszemu myśleniu. Oparł się wygodniej i zasnął płytkim snem, pełnym koszmarów przeszłości. Nie wiedział jeszcze, że już wkrótce i z tego piekła ucieknie… Kto wie, czy nie do gorszego.

*

Oskarżony o zabicie trzynastu mugoli i osadzony w Azkabanie w 1981 roku Syriusz Black okazał się niewinny. Ministerstwo wczoraj podało wiadomość, która wstrząsnęła całym magicznym światem: na skutek pomyłki w Azkabanie dwanaście lat spędził niewinny człowiek! Oficjalne przeprosiny niesłusznie oskarżonego Syriusza Blacka jednak się nie odbędą, bo, jak Ministerstwo właśnie ujawniło, to właśnie on był tym tajemniczym czarodziejem, który zginął w Sali Śmierci w czasie czerwcowych wydarzeń w gmachu Ministerstwa o których pisaliśmy w numerze 260/1996. Społeczeństwo wypowiada się jednomyślnie: to karygodne. Gdyby Korneliusz Knot wcześniej ustąpił ze stanowiska, z całą pewnością by do tego nie doszło.

Brunetka odłożyła gazetę i spojrzała wyczekująco na siedzącego przed nią mężczyznę. Siwowłosy czarodziej przez chwilę milczał, po czym schował „Proroka Codziennego” do szuflady i podał kobiecie szklankę soku dyniowego.
– Co teraz? – zapytała.
– Teraz, droga Andromedo, nic nie możemy zrobić. Skończyło się nasze pole manewru. Przede wszystkim, nie mam wpływu na Ministerstwo, a Departament Tajemnic…
– Och, daj spokój, Dumbledore! Wiem dobrze, że możesz przekonać Scrimgeoura, wszyscy to wiedzą! Wystarczy jedna twoja sowa…
– Uwierz, że bardzo bym chciał coś zrobić, ale Rufus jest niezwykle uparty. Już w pierwszym dniu jego urzędowania pokłóciliśmy się o Harry’ego. Wątpię, czy Ministerstwo przyjęłoby mnie teraz z otwartymi ramionami, zwłaszcza, że nie mamy dowodów, że…
– Jak to nie mamy? A moja wizja?
– Ministerstwo nie wpuści nas do najbardziej tajnego departamentu na podstawie jednej wizji. Musimy mieć niezbite dowody, a póki co nie ma nawet realnej szansy…
– Ty też uważasz mnie za wariatkę?
– Nie, Andromedo. Sądzę, że możesz mieć rację.
– Ale i tak według ciebie to za mało. Szkoda… – Wstała z krzesła i skierowała się do drzwi. – Mam nadzieję, że zmienisz zdanie. Wiesz, gdzie mnie znaleźć.
– Postaram się porozmawiać z Rufusem. Racjonalne argumenty mogą do niego trafić.
– Mimo wszystko dziękuję.
Andromeda Tonks wyszła, pozostawiając Dumbledore’a samego z jego myślami. A jeśli miała rację? To fakt, wszyscy uważali ją za wariatkę, ale każdy wróżbita miał opinię szalonego. Mogło w tym być ziarnko prawdy… W końcu nikt, kto sprawdzał działanie Łuku Śmierci, nie mógł o tym opowiedzieć i stąd ta nazwa…

*

Czarnowłosy mężczyzna znajdował się w próżni. Nie było tu nic, a jednak… a jednak wszystko. Nie wiedział, czy stoi, czy leży, ale czuł, że jest materialny. Gdzieś w oddali majaczyło jasne światełko, do którego nie sposób się było zbliżyć, choć wielokrotnie próbował. Zostało mu tylko wegetowanie w obecnym położeniu. Był naiwny, jeśli wszystko, co mu się do tej pory przytrafiło, nazywał piekłem. Teraz dopiero był w piekle. Widział światełko ratunku, ale nie mógł się do niego zbliżyć, cały czas otaczały go cienie przeszłości, a wszędzie było tak pusto i zimno… Nie było tu innych ludzi, tylko on. To gorsze niż Azkaban – tam chociaż świszczące oddech dementorów i krzyki innych więźniów przekonywały, że wciąż się żyje, że to istnieje… A teraz? Nie mógł być już niczego pewien, to mogło nawet nie istnieć. Wiedział już doskonale, że jeśli piekło istniało, to on właśnie w takim był. W prywatnym piekle Syriusza Blacka, z którego tym razem nie ucieknie.

koniec

Piekło

kobieta z apaszką

Pamiętam początek tej historii. Strach pomieszany z ciekawością. Poczucie misji walczące z obrzydzeniem do siebie. Chęć z niechęcią. Wiedziałam, że to coś ważnego, w innym wypadku nikt nie kazałby mi tego zaczynać i to w taki sposób.
Nie czułam się szpiegiem tak samo, jak nie czułam się Twoją Kobietą, Severusie. Byłam po prostu obok, nie z Tobą, ale obok Ciebie. Stały element wyposażenia mieszkania, gdzieś między łóżkiem a szafą. Chodzący, jedzący i wyglądający mebel, obiekt, na którym można zawiesić oko i odczuwać zadowolenie z patrzenia, nic więcej.
Ile razy podczas bezsennych nocy myślałam o tym, ile bym dała, by to zmienić. Żeby choć trochę Cię zrozumieć, żeby wniknąć pod tę maskę obojętności i odkryć Twoje prawdziwe myśli i uczucia. Ale Ty nigdy na to nie pozwoliłeś, bo i po co? Nie ufałeś mi nigdy do końca – zresztą czy Ty potrafisz komukolwiek zaufać?
Chociaż…
Przypominam sobie, że któregoś dnia, około roku czy dwóch lat temu przyszedłeś do mnie sam z siebie. Przeglądałam wtedy księgę z mapami, wiedziałeś, że zawsze chciałam podróżować… Zamknąłeś ją i oparłeś się o jej skórzaną oprawę, cały ciężar ciała przekładając na tę rękę. Wyglądałeś bladziej niż zwykle i to mnie zaniepokoiło. Zapytałam. Wiesz, że rzadko pytałam, wiedziałam, że i tak nie usłyszę odpowiedzi. Ale wtedy musiałam. I to poskutkowało, opowiedziałeś mi wszystko, o czym prawdopodobnie i tak bym się dowiedziała, ale chodziło o sam fakt mówienia. Czułam wtedy, że coś znaczę, że moja pozycja w tym domu rośnie. Nie na długo, rzecz jasna, ale wtedy…
To było coś.
Szkoda, że później wróciłeś do dawnych przyzwyczajeń, jakby chcąc zapomnieć o chwili słabości. Ale ja przywykłam, przecież człowiek przyzwyczaja się do wszystkiego. Miałam do siebie żal, że w tym wszystkim, co robiłam, była jakaś rutyna, znajoma nutka nudy i przyzwyczajenia.
Dziś, kiedy stoję przy Twoim grobie, wiem, dlaczego to wszystko się stało. Dlaczego zmarnowaliśmy nasze życia – oboje. Ty poświęciłeś się wspomnieniu, jemu oddałeś wszystkie myśli i działania. Ja ulokowałam moje uczucia jeszcze gorzej – w Tobie. Nigdy nie potrafiłam dostrzec oczywistej prawdy, choć miałam ją na wyciągnięcie ręki. Nie miałam prawa myśleć, że jesteś mój. Ty nie byłeś niczyj. Swój własny. A jednak mimo to nadal chcę pokazać całemu światu, że byłam – nie z Tobą, ale przynajmniej obok Ciebie. To dlatego obwiązałam wazon na kwiaty przy tablicy swoją jedwabną apaszką. Kupiłeś mi ją kiedyś na urodziny… Tak, była okropna, ale i tak ją uwielbiałam, bo dawała mi nadzieję na coś więcej.
Teraz już wiem, że łudziłam się bez sensu.
Nigdy mnie nie kochałeś.
Nigdy nie byłam NIĄ.

kobieta z apaszką

Hestia Jones

Śpiew ptaków zbudził ją bardzo wcześnie. Nie znosiła wcześnie wstawać, ale tym razem nie miała wyboru. W końcu czasu nie było wiele, a ona miała tyle rzeczy do zrobienia…
– Wielkie nieba – westchnęła pani Brown, wchodząc do pokoju córki. – Hestio, musisz się pospieszyć!
– Wiem, mamo – odparła czarnowłosa dziewczyna, próbując domknąć kufer.
Kobieta tylko pokręciła głową i wyszła z pokoju, zostawiając córkę samą. Dziewczyna znów zabrała się za pakowanie kufra. Wreszcie udało się domknąć bagaż i Hestia zeszła do kuchni, gdzie jej rodzice jedli śniadanie. Sama dziewczyna nie mogła przełknąć ani kęsa. Była bardzo zdenerwowana i jak najszybciej chciała dostać się na peron.
W końcu śniadanie dobiegło końca i mogli przenieść się King’s Cross. Dziewczyna już nie mogła się doczekać, kiedy zobaczy przyjaciółki, kiedy tam dotrze… Na tą ostatnią myśl zazgrzytała cicho zębami. Nie lubiła Hogwartu od pewnego czasu.
– Hestia, rusz się! – krzyknęła jakaś blondynka, wyglądając z okna pociągu.
Czarnowłosa skinęła głową, szybko pożegnała się z rodzicami, obiecała zdać wszystkie SUMy i wsiadła do pociągu. Na korytarzu jednak kufer się zaklinował i nie mogła go ruszyć. Przykucnęła i, klnąc pod nosem, próbowała obrócić go o kilka stopni, żeby zmieścił się w przejściu.
Operacja ta się udała i już po chwili dziewczyna podniosła się i chciała ruszyć w stronę przyjaciółki, ale na coś wpadła. Coś było całkiem miękkie, ciepłe i ładnie pachniało, co spowodowało u Hestii podejrzenie, że może to być jakiś inny uczeń. Na wszelki wypadek odskoczyła, potykając się o kufer i lądując na podłodze.
– Nic ci nie jest? – zapytał chłopak, pomagając jej wstać.
– N-nie – odparła dziewczyna, czerwieniąc się potwornie.
– To dobrze – podsumował tamten i ruszył dalej.
Hestia oparła się o okienną szybę i próbowała poskładać myśli. Ona, niewyrośnięta i pokręcona Krukonka z piątego roku wpadła na starszego o dwa lata Huncwota, który do niej zagadał. Była w raju i nie obchodziło ją, gdzie chłopak zmierzał.
A chyba powinno, bo zmierzał do przedziału siódmorocznych Puchonek…

***

Dormitorium piątorocznych Krukonek nie było miejscem, w którym można hałasować do woli – zwykle panowała tam cisza, przerywana tylko przewracaniem kart ksiąg. Tym razem jednak cztery dziewczyny plotkowały zawzięcie i nie przejmowały się ciszą nocną.
– A ja wtedy mówię, że muszę iść do biblioteki – pisnęła ruda Maggie.
– Ależ ty jesteś głupia! – zawyła Camilla, która uznawana była za eksperta w dziedzinie kontaktów damsko-męskich. – Trzeba było iść na błonia!
– No wiesz! A Zielarstwo?! – oburzyła się Natalie.
– A co jest ważniejsze, zielarstwo, czy Puchoni? – zapytała Camilla. – Hes, może mnie wesprzesz?
Hestia zamrugała trochę nieprzytomnie i spojrzała pytająco na koleżankę.
– Mówiłaś coś? – zapytała.
– Tak, Hes – warknęła Camilla. – Ale nieważne. Mów, jak twoje sprawy.
– Moje… sprawy?
– Tak – potwierdziła Maggie, patrząc uważnie na czarnowłosą.
Hestia utkwiła spojrzenie w dywanie i lekko się zaróżowiła.
– Ja nie mam takich spraw – szepnęła.
– Jasne, Hes – westchnęła Camilla. – Bujać to my, ale nie nas. Mów!
– Nie ma o czym mówić – powtórzyła dziewczyna, czerwieniąc się jeszcze bardziej.
Nienawidziła w sobie tego, że zawsze się rumieniła. Zwłaszcza, kiedy kłamała.

***

Hestia, zarumieniona do granic możliwości, wyjrzała zza załomu korytarza. Próbowała się czegoś dowiedzieć i wyglądało na to, że wybrała sobie świetny moment, bo na korytarzu znajdowali się akurat Huncwoci.
Dziewczyna jeszcze bardziej przylgnęła do ściany i próbowała cokolwiek usłyszeć. Spotkanie Gryfonów musiało jednak dobiegać końca, bo kilka chwil później musiała ukryć się za zakurzonym gobelinem, jeśli nie chciała zdradzić miejsca ukrycia.
Nie rozumiała, czemu się ukrywa, zamiast wyjść na korytarz, podejść do Blacka i prosto w oczy powiedzieć, co czuje. Ale nie była w stanie, skoro sama myśl powodowała prawie czerwone rumieńce.
Zerknęła jeszcze raz w stronę Gryfona i starała się opanować falę smutku, kiedy zobaczyła w jego ramionach Casandrę Stonelly, siódmoroczną Puchonkę.
Obróciła się szybko i chciała odejść, gdy wpadła na kogoś. Szybko spojrzała, z kim się zderzyła. Była to raczej wysoka, czarnowłosa Gryfonka, która uśmiechnęła się nieco kpiąco.
– Szpiegujesz Huncwotów, mała? – zapytała.
Hestia przełknęła głośno ślinę. Spodziewała się kłopotów.

***

– Ja… Ja nie… – wymamrotała Hestia, rumieniąc się jeszcze bardziej, niż zwykle.
– Ta, jasne – mruknęła Gryfonka. – O co ci chodziło, mała?
Hestia spojrzała na nią błagalnie.
– Ja już nic… Ja nie…
– O co ci chodziło? – powtórzyła panna Larson.
– O nic – powiedziała twardo. – Ja nie chciałam. To był przypadek.
– Taak?
– Tak – powtórzyła panna Brown, rumieniąc się.
Nagle zza zakrętu korytarza wyszły dwie osoby. Przez chwilę Hestia myślała, że to Black i ta Puchonka, ale okazało się, że były to Maggie i Natalie, jej przyjaciółki. Od razu spojrzały wrogo na Larson.
– Czego chcesz od Hestii? – zapytała Maggie, celując w nią różdżką.
– Uspokój się, mała. Chyba nie chcesz, żebym i ja wyjęła różdżkę?
Maggie przez chwilę się zawahała, ale nie ruszyła się. Znała się na pojedynkach i nawet dwa lata starsza Gryfonka nie była w stanie zachwiać jej pewności siebie.
– Eee… Może już pójdziemy? – zasugerowała Hestia, odrywając się od ściany.
– Tak, chodźmy. – Natalie szarpnęła Maggie za tył szaty.
Gryfonka patrzyła, jak odchodzą w milczeniu, aż wreszcie zawołała:
– Nie masz u niego szans, mała!

***

– O kim ona mówiła? – zapytała Maggie, patrząc na przyjaciółkę podejrzliwie. – O którymś Gryfonie?
– Czyli Camilla miała rację – stwierdziła Natalie z nieznacznym uśmiechem.
– Tak, miała rację – przyznała Hestia. – Wolałabym tego nie mówić, ale…
Maggie popatrzyła na nią badawczo.
– Black? – zapytała, a gdy Hestia pokiwała głową, jęknęła. – Hes, jesteś taka naiwna! On jest najbardziej popularnym chłopakiem w szkole! Do tego jest dwa lata starszy. Nie masz szans, Hes.
Hestia spojrzała na nie ze smutkiem i ledwo dostrzegalną nutą wrogości.
– Zobaczycie – powiedziała. – Jeszcze zobaczycie.

***

Hestia przeczesała włosy ręką i, starając się pohamować coraz okazalsze rumieńce, przemierzała hogwarckie korytarze, aż dotarła do wieży Gryffindoru. Tu się zatrzymała. Co właściwie miała zrobić? Tu, gdzie była, zaprowadziła ją złość na przyjaciółki i chęć udowodnienia, że się mylą. Ale teraz, kiedy złość już wyparowała…
Dziewczyna popatrzyła błagalnie na portret Grubej Damy, jakby licząc, że ta podpowie jej co robić. Nikt jednak nie kwapił się, by pomóc Krukonce. Hestia miała wrażenie, że rumieni się aż po czubki uszu. Do tego zaczęła nerwowo wykręcać palce i już miała zawrócić, gdy usłyszała za plecami jakiś głos:
– Co tu robisz, mała?
Panna Brown istotnie nie była wysoka i nie wyglądała na swoje piętnaście lat, ale zdecydowanie protestowała przeciwko nazywaniu jej “małą” i to przez każdego, komu się tylko żywnie spodoba. Odwróciła się, chcąc to wyjaśnić, ale ujrzała przed sobą kogoś, komu na pewno spowiadać się nie chciała.
Była to Lily Evans – znana w całej szkole ze swoich rudych włosów i ze zdolności poskramiania Jamesa Pottera. Do tego Gryfonka i to z roku Blacka. “Ktoś tam na górze musi mnie strasznie nie lubić”, pomyślała Hestia, starając się wymyślić jakąś wiarygodną odpowiedź.
– Przechodziłam tędy – bąknęła. – Naprawdę, tylko przechodziłam. Nie szpiegowałam ani nic!
Lily uśmiechnęła się nieznacznie, ale miło.
– Ale ja cię o nic nie posądzam. Po prostu zapytałam.
Hestia zarumieniła się bardziej niż zwykle, zastanawiając się, jak to w ogóle możliwe.
– Ja… – Uśmiechnęła się z trudem. Nie wiedziała, co powiedzieć.
– Domyślam się, po co tu przyszłaś. Nie ty pierwsza i nie ostatnia. – Zamilkła na chwilę, po czym dodała jeszcze pewniejszym głosem. – Huncwotów tu nie ma.
– Nie! Ja nie…! – Dziewczyna chciała się rozpłakać. Nie dość, że wchodzi na idiotkę, to jeszcze przed kimś, kto wie o jej uczuciach więcej, niż ona sama. – Lepiej już pójdę.
Ruszyła korytarzem, przypatrując się swoim stopom. Po chwili zauważyła, że Lily idzie obok niej.
– Co? – zapytała Hestia.
– Pomyślałam, że skoro tak zależy ci na spotkaniu z Huncwotami, to mogę ci pomóc. – Ruda popatrzyła na nią poważnie. – Jesteś Krukonką, prawda?
– Tak, a co?
– Powiedzmy, że mam do Krukonów słabość.
Gryfonka skręciła w inny korytarz, zostawiając Hestię z mętlikiem w głowie. Dziewczyna szybko skierowała się do dormitorium i bez słowa usiadła na swoim łóżku, starając się pozbyć rumieńców i powstrzymać zbierającą się falę łez; sama nie była pewna, czy to łzy radości czy smutku.
– Hes, co się dzieje? – Maggie usiadła obok przyjaciółki i popatrzyła na nią badawczo.
– Nie wiem, Meg. Nie wiem, czy w ogóle się coś stało, ale…
– Mów, na pewno poczujesz się lepiej.
– Myślisz?
Maggie pokiwała rudą głową i spojrzała na nią uważnie, jakby chciała przebić ją wzrokiem. Hestia westchnęła, poprawiła czarne kosmyki splątane na ramionach i zaczęła mówić.

***

Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy Hestia wyszła z zamku. Jezioro było pięknie oświetlone, ale nie o to jej chodziło. Przystała na pomysł Camilli tylko dlatego, że na błoniach spodziewała się zastać Huncwotów. A wtedy będzie mogła siedzieć pod jakimś drzewem i obserwować… Właśnie w tej roli czuła się najlepiej. Była urodzonym obserwatorem, gdyby mogła, to w ogóle nie ingerowałaby w otoczenie, tylko siedziała gdzieś na uboczu i patrzyła.
Ale otoczenie nie zawsze pozwalało jej się bezkarnie obserwować. Przykładem była chociażby Natalie, która zawsze wtedy szturchała ją ramieniem i mówiła coś zabawnego. Przynajmniej zabawnego dla niej – Hestia nie zawsze wiedziała, o czym wcześniej toczyła się dyskusja i śmiała się tylko po to, by nie urazić przyjaciółki.
Teraz jednak miała towarzyszyć obrażonej Camilli i przeglądaniu kilku ksiąg z biblioteki. Czarnula nie była pewna, czy księgi z biblioteki można wynosić na błonia, ale najwyraźniej jej przyjaciółce to nie przeszkadzało, jak zresztą wiele innych zasad, które czasem łamała. Teraz jednak zasady były ostatnią rzeczą, o jakiej Camilla Parker mogłaby myśleć, a to dlatego, że Natalie – ta niepozorna Natalie, która zwykle była w jej cieniu – udało się umówić na randkę z Puchonem, który od dawna podobał się blondynce. Camilla jednak nie rezygnowała i poprzysięgła, że odbije chłopaka Natalie, która zapewniała, że Puchon sam ją zaprosił i jak Cam tak bardzo chce, to może iść z nią. Dziewczyny to jednak nie przekonało i zaczęła unikać Natalie, zmuszając Hestię do tego samego.
Sama Hestia nie miała na ten temat zdania i niewiele obchodziły ją spory przyjaciółek o Puchona, który w jej opinii nie był wart uwagi. Obiecała jednak, że posiedzi tu z przyjaciółką i obietnicy miała zamiar dotrzymać.
Po kilkunastu minutach ślęczenia z nosem w księgach, Camilla szepnęła:
– Patrz, tam się coś dzieje.
Hestia podniosła wzrok i popatrzyła we wskazanym kierunku. Faktycznie, na granicy Zakazanego Lasu stało kilka osób i najwyraźniej z czegoś się śmiało.
– Chodź, zobaczymy o co chodzi. – Blondynka szarpnęła przyjaciółkę za rękaw.
– Nie, Cam… Po co?
– No chodź!
Nie zdążyły nawet podnieść się z miejsc, gdy koło nich przebiegła jakaś zapłakana dziewczyna, ze wszystkich sił próbując zakryć głowę, na której miała resztki różnokolorowych włosów. Hestia rozpoznała w niej Casandrę Stonelly, z którą spotykał się Black. “A więc Casandra wypadła z gry…”, pomyślała.
Szybko wstała i, nie czekając na Camillę, podeszła do grupki zgromadzonej przy Zakazanym Lesie.

***

Był wczesny ranek, gdy drobna czarnulka przechadzała się po brzegu jeziora, zastanawiając się, dlaczego ma na sobie jakąś białą, zwiewną suknię. Była pewna, że nie założyłaby jej dobrowolnie, ale w takim razie dlaczego nie dość, że w niej była, to jeszcze chodziła po błoniach jak jakaś… topielica!
Przystanęła nad brzegiem, próbując się przejrzeć w tafli wody. Nie było fal, a woda wyglądała jak szkło, a mimo tego nie dostrzegła swojej twarzy – widziała tylko rozczochraną szopę włosów. Odruchowo zaczęła je poprawiać, nie zważając na to, że spokojnej i nieruchomej wody przybywało i przybywało… Hestia miała wrażenie, że zaraz się utopi, w końcu nie umiała pływać! Nagle jednak okazało się, że stąpa po wodzie. Krukoński umysł podpowiadał jej, że to fizycznie nie możliwe, ale ta myśl nie potrafiła dotrzeć tam, gdzie powinna. Może dlatego, że wtedy ta bariera pękłaby, a ona zwiedziłaby z bliska dno jeziora.
Mimo wszystko przykucnęła i dotknęła ręką tafli. Była chłodna, ale sucha. Popukała w nią palcem. Dźwięk wydał się znajomy. “Szkło”, przemknęło jej przez umysł. “Ta woda jest ze szkła!”.
Wbrew zdrowemu rozsądkowi oparła dłonie o szklaną taflę i spojrzała na swoje odbicie. Tym razem zobaczyła jakąś twarz, ale nie wyglądała jak jej własna. Co więcej – była coraz bliżej tafli i coraz bardziej przypominała pewnego Gryfona.
Hestia przyłożyła policzek do szkła, patrząc jednym okiem w twarz Blacka. Nigdy nie widziała go z tak bliska… Chociaż nie, wtedy, w pociągu, był równie blisko. Dziewczyna była pewna, że to zbyt piękne, żeby było prawdziwe; była pewna, że śni. Wtedy właśnie twarz Gryfona zmieniła się w twarz Natalie, a szklana tafla znikła. Krukonka poczuła, że spada w czarną otchłań, na dnie której powinna być woda.
Zanim jednak do tej wody dotarła – obudziła się i usiadła na łóżku. Nie ulegało wątpliwościom, że była w dormitorium piątorocznych Krukonek, a nad nią naprawdę pochylała się Natalie.
– Coś się stało? – zapytała.
Hestia pokręciła przecząco głową, zastanawiając się, o czym jej przyjaciółka właściwie mówi.
– Chciałam z tobą porozmawiać – oznajmiła Natalie po krótkim milczeniu.
– O czym?
– O Camilli.
– Więc rozmawiajmy. – Czarnowłosa zarumieniła się lekko, pamiętając wszystko, co panna Parker wygadywała na temat Natalie.
– Nie tu. – Dziewczyna pokręciła głową. – Przecież i ona, i Maggie mogą tu w każdej chwili wejść.
– I co z tego? – Hestia zerknęła na zegarek. – Właściwie dziwię się, co robią poza dormitorium o siódmej rano.
– Są na śniadaniu.
– Co dowodzi, że szybko nie wrócą.
– Wrócą. Zbieraj się.
Panna Brown spojrzała błagalnie na przyjaciółkę, po czym opadła na poduszkę, by po chwili wstać i bez słowa ruszyć do łazienki. Wiedziała, że to nie wina Natalie, że przerwała taki piękny sen. Nawet, jeśli miała ważną sprawę…

***

– Tu chyba nas nie usłyszą, co? – zapytała Hestia, gdy okrążyły jezioro i znalazła się w miejscu, w którym działa się akcja jej snu.
– Tak, tu możemy spokojnie pogadać.
Czarnowłosa odetchnęła z ulgą i popatrzyła pytająco na przyjaciółkę.
– Ja wiem – zaczęła Natalie – że Camilla jest wściekła, ale to naprawdę nie moja wina, że Andy wolał mnie. Nic do niego nie czuję, a spotkaliśmy się tylko raz… Co mam zrobić, żeby Cam zaczęła się normalnie zachowywać?
– Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Może powinnaś z nią porozmawiać?
– Ale ona nie chce ze mną rozmawiać – wyjaśniła brunetka, jakby tłumaczyła dziecku, że dwa i dwa to cztery.
– Powiedz jej to samo co mi, a na pewno zgodzi się na rozmowę. Camilli zwykle szybko przechodzi złość.
– W takim razie… spróbuję.
Natalie poderwała się z miejsca i ruszyła w stronę zamku.
Hestia podeszła do brzegu jeziora tak, jak w swoim śnie, ale tym razem nie miała na sobie sukni, a woda nie była ze szkła. Niewielkie fale podmywały czubki jej butów. Nagle zauważyła, że w wodzie odbija się jeszcze czyjaś twarz. Poczuła, że serce zaczęło jej szybciej bić. Od razu poczuła występujące na policzkach rumieńce. Powoli się odwróciła.
– Cześć, mała. – Lily Evans uśmiechnęła się do niej.
– Cześć – odparła Hestia, rumieniąc się jeszcze bardziej. Powodem tego nie było nawet to, że mówi do jednej z najpopularniejszych dziewczyn w szkole jak do starej znajomej. Krukonka bała się, że ruda domyśli się, o czym marzyła.
– Pamiętasz, co ci obiecałam?
Czarnowłosa pokiwała energicznie głową.
– Więc dziś, o osiemnastej jest trening quidditcha, a po nim możesz wpaść na Syriusza. Trening jest raczej nieoficjalny, więc tłumu jego wielbicielek nie powinno być. Powodzenia… wybacz, ale nie pamiętam twojego imienia.
– Hestia. Hestia Brown.
– Miło mi. Ja jestem…
– Wiem doskonale, kim jesteś. Lily Evans, siódmy rok, Gryffindor. – Rumieniec zalał całą jej twarz i Krukonka była pewna, że wygląda jak mugolska budka telefoniczna.
Lily uśmiechnęła się do niej serdecznie.
– W takim razie powodzenia, Hestio.
– Dzięki… Nie wiem nawet, jak ci się odwdzięczę.
– Nie ma o czym mówić.
Ruda odeszła w stronę zamku, a czarnowłosa położyła się na trawie, patrząc w niebo. Czuła się szczęśliwa i miała nadzieję, że nic tego szczęścia nie zmąci.

***

Dochodziła osiemnasta, gdy Hestia wybiegła z zamku. Musiała naprawdę się namęczyć, aby żadna z przyjaciółek nie poszła z nią. Wysiłek jednak się opłacił, gdyż przez całą godzinę mogła z trybun obserwować grę Gryfonów – czy może raczej popisy Blacka. Siedziała bez ruchu, patrząc z namaszczeniem na Syriusza. Dlaczego on zdawał się jej nie dostrzegać?
Po treningu nie podeszła do niego. Chciała, ale nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Później do akcji włączył się też rozum – co niby mogłaby mu powiedzieć? Że świetnie lata? Przecież on to wie! Dziesiątki dziewczyn mu to powtarzają! Co musiałaby zrobić taka dziewczyna, jak ona…?
Poczuła lekkie pieczenie pod powiekami. Nic nie może zrobić. To stracone nadzieje. Musi o nim zapomnieć. Przecież nie ma szans.
– Co się dzieje, mała? – Lily Evans usiadła obok niej.
– Nic.
– Przecież widzę. Dlaczego nie podeszłaś do niego po treningu?
– A jaki by to miało sens?
Obie zamilkły na chwilę. Hestia zaczęła się obawiać, że ruda po prostu zaraz wstanie i pójdzie sobie, zostawiając ją tutaj jak idiotkę. Ale tak się nie stało.
– Wiesz, Syriusz jest lekkoduchem. Sama zresztą na pewno o tym wiesz… Dla niego życie to zabawa. Przynajmniej teraz. Wie, że podoba się dziewczynom i, cóż, nimi również się bawi. – Zawiesiła na chwilę głos. – Ale to na pewno wiesz.
Czarnowłosa skinęła głową, choć nie była pewna, do czego Evans właściwie zmierza.
– Domyślasz się może dlaczego chciałam ci pomóc?
– Nie. Nie zastanawiałam się nad tym – przyznała.
– Wydawałaś się zdeterminowana i… inna, niż te wszystkie dziewczyny, które się za nim uganiają. Pomyślałam, że może ty sprowadzisz go na ziemię. – Popatrzyła na nią niepewnie. – Nie zrozum mnie źle, Syriusz jest moim przyjacielem. Ja po prostu… och, cóż, trudno. Mam nadzieję, że kiedyś się przełamiesz, mała.
Wstała i ruszyła powoli w stronę zamku, nie oglądając się za siebie.
Krukonka podciągnęła kolana pod brodę. Czego właściwie się spodziewała? Myślała, że Evans jest jakąś dobrą wróżką? Sama jest sobie winna – to ona nie wykorzystała okazji, którą ta niby-dobra wróżka jej przygotowała. Ale czy właściwie chciała tę okazję wykorzystać? Co mogłaby mu wtedy powiedzieć? “Cześć, jestem Hestia, kocham cię od pół roku”?
Poczuła się jakaś strasznie mała, nieważna i stłamszona. Czy nikogo nie obchodziła? Black nawet jej nie dostrzega, a przyjaciółki? Camilla i Natalie są zbyt zajęte wojną o tego Puchona, a Maggie musi je ze sobą godzić. Tak, została sama. Tym razem nawet bez tych rumieńców, za którymi zwykle się kryła. Tym razem było zbyt zimno na rumieńce. Zbyt zimno na siedzenie na stadionie quidditcha. I na pewno zbyt zimno na płacz. Wolała tego nie sprawdzać – jak była mała, matka wmawiała jej, że gdy się płacze na mrozie, to z oczu lecą kryształki lodu. Teraz wiedziała, że to nieprawda, ale czy warto kusić los?
Powinna już wracać do zamku, ale po co właściwie? Było jej wszystko jedno. Mogła tu zostać i zamarznąć. Jak jutro rano przyjdzie tu drużyna Krukonów, to znajdą ją zamarzniętą na trybunach… W tym momencie poczuła, że wyobraźnia ją ponosi. Owszem, było zimno, ale nie aż tak!
Zaczęła się zastanawiać, jaka może być temperatura powietrza, gdy ktoś zarzucił jej płaszcz na ramiona. Z nikłą nadzieją spojrzała na przybysza.
– Maggie?
Dziewczyna skinęła głową i usiadła obok niej, na miejscu, na którym godzinę wcześniej siedziała Lily Evans.
– Hes, co się dzieje? Szukałyśmy cię, ale żadnej z nas nie przyszło do głowy, że będziesz na boisku!
– Jak to szukałyście?
– Ja i Natalie. Camilla wykręciła się korepetycjami. – Westchnęła. – Chyba wszystkie znamy te jej korepetycje, prawda?
Panna Brown skinęła głową. Wiedziała, że dla Camilli zawsze jest jakiś Andy, George, Freddie czy inny John i “korepetycje” z nim. Ciekawe tylko z czego!
– Więc mnie znalazłaś – podjęła Hestia, starając się uśmiechnąć. – I co?
Maggie przez chwilę skubała rękaw płaszcza. Wreszcie podniosła wzrok i powiedziała krótko.
– On nie jest dla ciebie. Jesteś dla niego za dobra, nawet jeśli tego nie widzisz.
Czarnowłosa uśmiechnęła się krzywo.
– Tak myślisz?
– Hes, proszę! Wiem, co mówię.
– Camilla i Natalie też tak uważają?
– Nie wiem – przyznała. – Camilla raczej nie. Według niej Black jest prawie bogiem… A Natalie… sądzę, że nic nie wie. Ma własne zmartwienia.
– Andy Goodman?
– Nie. – Głos rudowłosej stał się surowy i pobrzmiewała w nim nutka nagany. – Jej ojciec nie żyje. Był aurorem, nie pamiętasz?
Szkarłatny rumieniec zalał policzki Hestii. Jak mogła zapomnieć? Przecież ledwo dwa dni temu jej przyjaciółka dostała list od matki… I jeszcze ten artykuł w Proroku. Jak mogła nie pamiętać?!
– Maggie…
– Lepiej nic nie mów. – Tym razem jej głos był przyjemny, spokojny. – Chodźmy stąd, bo zamarzniemy na kość, a rano znajdzie nas drużyna quidditcha.
Hestia zaśmiała się cicho. Jak to możliwe, że ona myślała dokładnie to samo?
Powoli ruszyły w stronę zamku, spoglądając czasami na zasnute chmurami niebo. Czarnowłosa nie wiedziała, która jest godzina, dopóki nie usłyszała głośnego:
– Brown! Sawyer! Co wy tu robicie? – Profesor McGonagall przyjrzała im się dokładnie.
– Szłyśmy właśnie do dormitorium, pani profesor.
– A dlaczego byłyście na dworze?
– Spacer dla zdrowia, pani profesor.
Czarnowłosa cały czas milczała, błagając w myślach wszystkie świętości, o jakich kiedykolwiek słyszała, by nie zaczęła się rumienić.
– Niech wam będzie – mruknęła profesor transmutacji – ale za drugim razem nie ominie was szlaban. Dziś Ravenclaw traci tylko dziesięć punktów.
– To się już nie powtórzy, pani profesor.
McGonagall odprowadziła nas spojrzeniem aż do zakrętu korytarza, tuż za którym było wejście do pokoju wspólnego.
– Stare księgi – powiedziała Maggie, a zbroja odsłoniła przejście.
Kilka chwil później były już w pustym dormitorium. Hestia odwiesiła płaszcz i usiadła ciężko na łóżku. Co właściwie tak ją wyczerpało?
Przyjaciółka jednak usiadła obok niej.
– A teraz opowiedz wszystko Cioci Madeleine-Dobra-Rada – oświadczyła.
Panna Brown mimowolnie się uśmiechnęła.

***

W dormitorium siódmorocznych Gryfonów panowało zamieszanie. Dla przeciętnego obserwatora nie byłoby to zaskoczeniem, ale tym razem prócz czterech Huncwotów, w pokoju był rudowłosa dziewczyna.
– James, pospiesz się! – jęknęła, starając nie patrzeć na bałagan i nie zastanawiać się, czy w pokoju nie ma nowej formy życia.
– Już, już – odkrzyknął jeden z chłopaków, nurkując pod łóżkiem w poszukiwaniu podręcznika od transmutacji. Wreszcie go znalazł i mógł wyjść razem z Lily.
Panna Evans jednak w progu zatrzymała się na chwilę i, jakby z namysłem, powiedziała:
– Syriuszu, wydaje mi się, że powinieneś wiedzieć. Ta mała Brown z Ravenclawu szaleje na twoim punkcie. Chciałam jej pomóc, ale…
– Spokojnie, Lily. – Black znalazł się w polu widzenia rudej. – Co ja mam z tym robić? W tej chwili mam na oku kogo innego.
– Tę Ślizgonkę? – zapytał Peter.
– Tak, tę Pool, jeśli musicie wiedzieć!
Lily popatrzyła na niego.
– Powinieneś to jeszcze przemyśleć. Dainah Pool nie jest dla ciebie. Zawiedziesz się na niej. Natomiast ta mała…
Syriusz przerwał jej niecierpliwym gestem.
– Pozwól, że sam to osądzę – odparł nieco chłodno.
– Żebyś później nie mówił, że cię nie ostrzegałam. – Ruda wyszła z pokoju wraz z Potterem.
Pozostała trójka Huncwotów spojrzała po sobie.
– Co ją ugryzło?

***

Madeleine Sawyer ruszyła korytarzem w kierunku wieży Gryffindoru. Nie wiedziała, co właściwie chciała w ten sposób osiągnąć, ale po wczorajszych zwierzeniach Hestii czuła się w obowiązku coś zrobić. Może po prostu rozmówić się z Blackiem? Albo z Evans?
Szczęście jej dopisało, bo dostrzegła sylwetkę Gryfonki w głębi korytarza. Przyspieszyła kroku i wkrótce się z nią zrównała. Nie była pewna, co chce powiedzieć. Wreszcie wypaliła:
– Oszukałaś ją.
Lily spojrzała na nią pytająco, jakby codziennie oszukiwała tyle osób, że nie mogła już spamiętać ich personaliów.
– Kogo?
– Hestię. Moją przyjaciółkę. – Zaakcentowała ostatnie słowo.
Gryfonka spojrzała na nią z ledwo dostrzegalnym rozbawieniem.
– Jak niby ją oszukałam?
– Obiecałaś pomoc. I co?
– I jej pomogłam – odparła, zatrzymując się. – Powiedziałam o tym treningu. Nie wykorzystała okazji, ale to już nie moja wina. Co jeszcze mam zrobić? To jej sprawa.
Maggie zamilkła. Cóż mogła jej zarzucić? Evans nie miała obowiązku pomagać Hestii, to było jasne. Chociaż coś w jej zachowaniu…
– Ale… przecież ona cierpi!
– Wiem – powiedziała nieco chłodnym tonem. – Ale co mogę zrobić? Czego się po mnie spodziewasz? To Syriusz jest moim przyjacielem, a nie ta mała. On nie jest zainteresowany twoją przyjaciółką. Nie mogę go zmuszać. Liczę, że to uszanujesz.
Krukonka skinęła głową. Lily, uznawszy to za koniec rozmowy, ruszyła dalej. Maggie jednak ją ponownie dogoniła.
– Jeśli jej nie pomożesz, to chociaż nie utrudniaj. Nie wyrządzaj jej szkody. Proszę.
Gryfonka uśmiechnęła się lekko.
– Nie zaszkodzę, możesz być pewna. – Odeszła w swoją stronę.
– Mam nadzieję – szepnęła Madeleine, zawracając do dormitorium. Było jeszcze wcześnie, ale powinna przygotować się do zajęć.

***

Natalie poprawiła szatę i spojrzała na Hestię współczująco, tak jak się patrzy na dziecko, które upadło i chce iść dalej, ale się boi. Sama Hestia nie chciała współczucia. Nie chciała też litości czy udawanego smutku. Pragnęła tylko zapomnieć. Nadal czuła coś do Blacka, ale chciała zakopać to w najgłębszym zakamarku pamięci i nie przyznawać się nigdy do tego, jak głupio się zachowywała. Nigdy, nigdy, nigdy! Ale czy to nie ona sama powtarzała, że nigdy nie należy mówić “nigdy”? Tym razem było to nigdy prawdziwe. Miała taką szczerą nadzieję, zważywszy na okoliczności.
– Hes, proszę. Opowiedz mi co się stało. – Natalie spojrzała na nią współczująco, swymi dużymi, brązowymi oczyma.
– Nic. – Czarnowłosa zdobyła się na lekki uśmiech. – Nie wydarzyło się nic, o czym byś nie wiedziała. – To była prawda. Była pewna, że Maggie rozgadała już wszystkim. Rano, kiedy nie było jej w dormitorium, zaczęła się też obawiać, że może poszła z kimś o tym rozmawiać, ale wytłumaczenie przyjaciółki ją uspokoiło. Kto jak kto, ale rudowłosa uwielbiała przesiadywać w bibliotece o dziwnych porach.
– Kłamiesz. Jestem tego pewna.
– Nat, to ja proszę ciebie! – Hestia poderwała się z miejsca. – Daj temu spokój! Sama jeszcze nie wiem, co tak naprawdę się stało, rozumiesz? Sama tego nie wiem! – Umilkła na chwilę, by mówić dalej, tym razem cichym, opanowanym głosem. – Muszę to przemyśleć. Muszę.
– Mogę…
– Nie, Natalie. Nie możesz. Mogę tylko ja. Tylko musicie dać mi szansę. Przestańcie mnie traktować jak dziecko!
– Nikt cię nie traktuje jak dziecko!
– A właśnie, że tak. Traktujecie mnie jak niedorozwiniętego, ale rozpieszczonego bachora. A teraz ja muszę wziąć się w garść. Sama. Nie pomożecie mi wypytując!
Brunetka popatrzyła na nią z zastanowieniem.
– Czy ty aby nie przesadzasz? Bo w końcu, na litość Merlina, co takiego się stało? Maggie nic mi nie mówiła, więc nie mogło to być nic bardzo poważnego… Nie zrozum mnie źle, Hes. Twoje problemy na pewno są poważne, ale… przesadzasz.
– Tak myślisz? – Czarnowłosa podeszła do drzwi. – Naprawdę?
– Nie, Hestia, chodzi o to, że…
Drzwi trzasnęły głośno. Natalie powoli do nich podeszła i wyjrzała na schody. Jej przyjaciółka musiała już wybiec z wieży.
– Nie zrób nic głupiego – szepnęła do pustego pokoju.

***

Hestia zbiegła po schodach i wpadła jak burza do pokoju wspólnego, przez który przemaszerowała w tempie błyskawicy. Dopiero na korytarzu złość jej przeszła na tyle, by mogła się opanować. A opanować się musiała, bo za kilka minut powinna pojawić się na zaklęciach. Ale… chyba raz może nie pójść. Powie, że źle się czuła. Flitwick na pewno to zrozumie.
Powoli ruszyła w stronę sowiarni. Powinna napisać list do domu, a skoro nie ma nic lepszego do roboty, to może się za to zabrać od razu.
Drzwi cicho skrzypnęły, a drobna czarnulka weszła do środka. Kątem oka zauważyła, że jeden z parapetów jest zajęty. Wolałaby być sama, ale nie chciała zaczepiać starszych od siebie Ślizgonów. Musiała jednak minąć dziewczynę, kiedy szła po swoją sowę i jakiś pergamin. Nie mogła nie zwrócić uwagi na to, że blondynka wpatruje się ze smutkiem w dal, opierając czoło o ścianę tuż przy oknie. “Czyżby płakała?”, zastanowiła się Krukonka, szybko jednak odwracając wzrok. Nawet jeśli, to co ją to obchodziło? Miała własne zmartwienia! Ale… przecież nie może kogoś tak zostawić!
– Coś się stało? – zapytała, patrząc na Ślizgonkę.
Tamta szybko odwróciła ku niej wzrok, ale gdy dostrzegła godło Ravenclawu przybrała zwykłą, ironiczną minę. Zmierzyła czarnulkę bacznym spojrzeniem od stóp do głów i na wszelki wypadek jeszcze raz – w odwrotnej kolejności. Potem odwróciła głowę, ponownie patrząc gdzieś ponad Zakazanym Lasem.
Hestia już miała się znów odezwać, gdy usłyszała zdawkową odpowiedź nieznajomej.
– Nic.
Krukonka już chciała wzruszyć ramionami i iść w przeciwny kąt pomieszczenia, ale coś w spojrzeniu dziewczyny kazało jej stać tu dalej.
– Czego chcesz? – burknęła blondynka.
Dziewczyna zawahała się. Czego właściwie chciała?
– Mogę ci pomóc.
Ślizgonka wykrzywiła usta w pogardliwym uśmieszku.
– Lepiej idź stąd, mała, do swoich wszystkich uśmiechniętych i utalentowanych przyjaciół, zanim mi przyjdzie ochota opowiedzieć, jakie jest prawdziwe życie, a nie – wskazała na odznakę – Krukońskie ideały obłożone książkami.
– Co ty wiesz o Krukonach?! – oburzyła się czarnowłosa.
– Więcej, niż myślisz. Znałam kiedyś jedną Krukonkę. – Zamyśliła się na chwilę.
– Jaką? – zapytała Hestia, zanim pohamowała ciekawość. Od razu się zarumieniła, ale i tak mniej niż zwykle. Blondynka ponownie uśmiechnęła się tak, jak uśmiecha się kobra, nim rzuci się na ofiarę.
– Chcesz wiedzieć, jaką Krukonkę?
– Tak.
– A skąd mam wiedzieć, czy jej wszystkiego nie powtórzysz? – zapytała ironicznie.
– Masz moje słowo!
– Twoje? – mruknęła. – Czyli czyje? Mała, widzę cię pierwszy raz na oczy i naprawdę nie wiem, po co w ogóle jeszcze z tobą rozmawiam!
– Jestem Hestia. Hestia Brown. Z piątego roku.
Ślizgonka popatrzyła na nią krytycznie, ale milczała. Czarnowłosa poczuła się głupio. Dlaczego tamta nic nie mówiła? Przecież powinna się przedstawić… albo powiedzieć cokolwiek!
– A ja… – zaczęła wreszcie tamta. – Jak pewnie zauważyłaś, jestem Ślizgonką. Wątpię, czy to dobre towarzystwo dla ciebie, panno Brown – mruknęła, naśladując sposób mówienia profesor Jones.
Hestia wzruszyła ramionami.
– Wątpię, czy kogoś obchodzi moje towarzystwo.
– Bunt, co? – spytała blondynka zaczepnie.
– Żebyś wiedziała.
– Śmieszna jesteś, mała. – Znów zapatrzyła się na Zakazany Las. – Nie umiałabyś się zbuntować. Buntownicy się nie rumienią. I na ogół nie są Krukonami.
– A co to ma do rzeczy?
– Szczerze? Niewiele. Ale nie lubię Krukonów.
– Niby dlaczego? – zapytała Hestia, zanim zdążyła się pohamować.
– To zbyt długa historia. – Uśmiechnęła się pod nosem. – Więc co takiego się stało, że opuściłaś zacisze biblioteki i rozmawiasz z niebezpieczną Ślizgonką?
– Niebezpieczną? – zdziwiła się czarnowłosa.
– Tak mówią.
– Ale… dlaczego? Nie wydajesz się niebezpieczna. Kim ty w ogóle jesteś?
– Dainah Pool – odparła blondynka, patrząc uważnie na Krukonkę przymrużonymi oczami. – Niewątpliwie “życzliwi” informowali cię o co ciekawszych momentach mojego życia… – Przywołała na usta drwiący uśmiech i czekała na reakcję.
– Coś może i słyszałam – przyznała Hestia. – Ale to nie znaczy, że teraz wstanę i sobie pójdę.
Dainah znów uśmiechnęła się smutno, tak samo jak na początku rozmowy.
– Może masz i rację. To najwyższa pora, żebym ja wstała i poszła. – W drzwiach zatrzymała się na chwilę. – Cóż, mam nadzieję, że twój bunt się uda… Trzymaj się, mała.
– Czekaj! – Hestia podeszła krok bliżej.
– Co?
– Mam nadzieję, że jeszcze porozmawiamy.
Panna Pool uniosła brwi w zdumieniu. Po chwili jednak się opanowała i z lekkim uśmiechem odparła:
– Tego możesz być pewna.

***

Hestia niespokojnie przewracała się z boku na bok, nie mogąc usnąć. A jeśli nawet jej się to udawało – wpadała w lepką ciemność pełną bezpostaciowych szeptów i anonimowych postaci, uciekających, nim zdąży je dogonić. Zwykle budziła się, gdy była o krok od poznania tajemniczej postaci bawiącej się z nią w kotka i myszkę.
Rano była zlana potem i niewyspana. Stojąc pod prysznicem zaczęła się zastanawiać, co te sny mogą właściwie oznaczać. Może za dużo zjadła na kolację? A może powinna jednak chodzić na wróżbiarstwo?… Wtedy wiedziałaby, co te sny znaczą.
Była już wiosna, pora roku, którą Matka Natura stworzyła specjalnie dla zakochanych. Logicznym więc wydawało się, że Krukonka nie tylko nie cieszyła się z odejścia mrozów, ale była tym faktem wręcz przerażona. Za chwilę na błonia wyjdą pary trzymające się za rączki i szepczące sobie czułe słówka… A wśród tych par na pewno będzie ON.
„Przestań, Hes”, zganiła się w myślach. „Miałaś o nim zapomnieć raz na zawsze.”
Łatwiej jednak było pomyśleć, a trudniej wykonać. Mięśnie nie słuchały wewnętrznych nakazów: nie odwracały głowy, gdy on patrzył na stół Krukonów w czasie posiłków, nogi nie udawały, że jej nie prowadzą na boisko quidditcha… Zawsze, prędzej czy później się tam zjawiała. Mówiła sobie, że to ostatni raz, że po prostu chce udowodnić, że drugi raz nie zmarnowałaby szansy. Ale szansy na co? Wiedziała, że on kocha inną. Wiedziała, że ona się mu nie spodoba.

***

Któregoś dnia siedziała na trybunach, patrząc tęsknie w stronę zamku. „A może jednak dziś… może tu przyjdzie, spojrzy na mnie…” mówiła sobie. To nic, że treningi Gryfonów odbywały się o innych porach – wtedy widownia była zawsze pełna. Teraz mogła liczyć na to, że on zechce urządzić sobie samotny trening.
Otworzyła jakąś księgę i z westchnieniem zaczęła czytać. Nawet nie zauważyła, gdy ktoś obok niej usiadł.
– Znowu na niego czekasz? – Blondynka patrzyła w niebo. – Tracisz czas. Nie przyjdzie.
– A skąd ty to możesz wiedzieć?!
– Uwierz, że wiem o nim trochę więcej od ciebie. Nawet, jeśli się pojawi, to nie licz na nic. On nie potrafi odwzajemniać uczuć.
– Ale…
– Hestio, nie chcesz wiedzieć. – Dainah poprawiła sznurowadło i znów zapatrzyła się w niebo. – Słyszałaś kiedyś, że chwali się swoimi „trofeami”?
– Nie…
– Może to tylko plotka, ale wiedz jedno. Nie chciałabyś się tam znaleźć. Żadna z dziewczyn, które się tam znalazły nie była zadowolona.
– Skąd…
– Bo JA też się na tej liście znalazłam – ucięła i spojrzała na Krukonkę uważnie. – Zadurzyłam się w Blacku jakiś czas temu. Stara historia… W każdym razie rozumiem, co czujesz. Dlatego ci to mówię. To sukinkot i szkoda tracić na niego czas.
– Nie.
Blondynka spojrzała na nią ze zdziwieniem. Hestia zdawała się mieć łzy w oczach.
– Co „nie”?
– Nie masz racji. Ja… ja wiem, że nigdy z nim nie będę, ale to na pewno wspaniały chłopak. A ty jesteś po prostu zazdrosna!
Ślizgonka wybuchła głośnym śmiechem i musiała naprawdę długo się opanowywać, by kontynuować rozmowę.
– Tak sądzisz? Skoro tak, to chyba powinnaś sama się przekonać, jak to jest. Skoro nie potrafisz się uczyć na cudzych błędach… Chociaż mało jest ludzi, którzy to potrafią. Sama musiałam się tego nauczyć, a i tak nie wiem, czy w pełni mi się udało. – Uśmiechnęła się smutno. – Powodzenia, mała. Nic więcej nie mogę ci w tej sytuacji życzyć.

***

Nadszedł czerwiec i zakończenie roku. Hestia pluła sobie w brodę, że straciła tyle okazji, żeby porozmawiać z Syriuszem. W przyszłym roku już go tu nie będzie – założy szczęśliwą rodzinę z jakąś piękną dziewczyną i będzie miał dobrą pracę. A ona już nie będzie miała powodu, żeby siedzieć na trybunach, nie będzie miała na kogo zwalać wszystkich smutków, kogo za nie obwiniać.
Podjęła jednak decyzję. Porozmawia z nim. Pożegna się. Powie cokolwiek, nawet jeśli miałaby się przy tym zrobić czerwona jak furgonetka buraków zanurzona w czerwonej farbie olejnej. Jest to winna samej sobie – już nie jemu, tylko właśnie sobie.
Sprawdziła, czy nie ma go na błoniach; była pewna, że właśnie tam będzie spędzał ostatni dzień w Hogwarcie, ale pomyliła się. Wpadła na niego na korytarzu prowadzącym do Wielkiej Sali. Prawie go przewróciła, ale żadne z nich się nie odezwało. Zanim Hestia zebrała się na odwagę – Black wszedł do Wielkiej Sali.
Syriusz? – Zza drzwi dobiegł głos znajomej Ślizgonki.
Dainah, sądzę, że powinniśmy porozmawiać.
O czym? – Czy to była niechęć?
O tym, co się stało… O nas… – rzucił Gryfon.
Krukonka zrozumiała, że była ostatnią osobą, na którą chcieliby wpaść, a była pewna, że wpadną, bo słychać było zbliżające się kroki. Czarnowłosa szybko ukryła się za zbroją i zobaczyła, jak Syriusz i Dainah wychodzą z Wielkiej Sali. Nie trzymali się za ręce, ale dzieliła ich niewielka odległość, co wyraźnie wskazywało na to, że niechęć Ślizgonki już minęła. Wyszli na błonia.
Hestia cicho opadła na podłogę. Czuła się, jakby ktoś właśnie wrzucił jej serce do zamrażarki, a potem na rozgrzane do czerwoności igły. Spodziewała się tego po wszystkich… po wszystkich, tylko nie po niej. Myślała, że Dainah ją rozumie, ale teraz? Po tych kilku rozmowach, po tym co o nim mówiła…
Łza spłynęła po rumianym policzku.
– Mam nadzieję, że będziesz szczęśliwa… – szepnęła, choć chyba nikt nie mógł zdawać sobie sprawy, ile ją kosztowało wypowiedzenie tych kilku słów.

***

Wakacje chyba jeszcze nigdy nie wydawały jej się taką męczarnią. Nie cieszyły jej niezłe wyniki sumów, nie zauważyła jak dumna była jej matka – na arkuszu widniały same „Powyżej Oczekiwań” i „Zadowalające”, a nawet jeden „Wybitny”. Co prawda nie zdała Historii Magii, ale mało komu udawało się zdać bez przygotowania; bo trudno nazwać przygotowaniem przekartkowanie trzynastu grubych tomów dzień przed egzaminem. Hestia już wchodząc na salę pogodziła się z wynikiem i walczyła tylko o Nędzny, zamiast Okropnego.
Teraz jednak miała chandrę i nie cieszyły jej tak przyziemne sprawy. Właściwie mało co ją cieszyło. Gdy odwiedzały ją przyjaciółki, zdobywała się na nikły uśmiech, by ich nie martwić. Jednak wszystkie wiedziały, że to iluzja – Hestia czymś się dręczyła, ale wyraźnie robiła dobrą minę do złej gry. A skoro sama nie chciała rozmawiać, to trudno było ją na zwierzenia namówić. Zresztą jedyna Maggie wiedziała co naprawdę się stało, choć naturalnie nie wiedziała o ostatnim dniu szkoły. Zawsze, gdy miała na końcu języka pytanie o powód zmartwienia przyjaciółki, coś nie pozwalało jej tego pytania zadać. Wiedziała dobrze, dlaczego Hestia tak się czuje. Ten Black. Ten cholerny, przystojny Gryfon, z uczuciem do którego nie radziła sobie połowa hogwarckich dziewcząt.
Wiedziała, co powinna zrobić. I była tego pewna, dopóki sowa nie znikła za horyzontem. Potem nabrała wątpliwości…

***

Po dwóch miesiącach humoru pod zdechłym kotem, Hestia stała się taka, jak dawniej – wesoła i pogodna. Wyglądało na to, że pogodziła się z utratą obiektu westchnień. Po dwóch miesiącach użalania się nad sobą, odrodziła się na nowo. Nikt nie wiedział, co tak naprawdę się w niej zmieniło przez te wakacje, ale jedno było pewne: panna Brown wydoroślała. A przynajmniej wszyscy mieli takie wrażenie. Sama Hestia unikała tematu Blacka i nadal nie dopuszczała przyjaciółek do swej tajemnicy. Wolała, by pozostało to tylko jej sekretem. Zwłaszcza, że naprawdę życzyła Dainah szczęścia, choć większość myśli o niej powodowała nieprzyjemne ukłucie żalu. Miała wrażenie, że zaczynała ufać Ślizgonce, że ona ją rozumie… Widać bardziej rozumiała Blacka.
Krukonka bezmyślnie patrzyła przed siebie. Siedziała już w Wielkiej Sali i czekała na rozpoczęcie Ceremonii Przydziału. Nie myślała o niczym, po prostu wodziła wzrokiem po Sali. Zupełnie nieświadomie zatrzymała spojrzenie na Chrisie Jones, jej równolatku z Hufflpuffu. Czy tylko jej się tak wydawało, czy Chris zmienił się przez wakacje? Zawsze na zielarstwie wydawał jej się nieporadnym, ale uczciwym i sympatycznym chłopakiem. A teraz… coś było inaczej.
Dziewczyna oderwała od niego spojrzenie i patrzyła teraz na Tiarę Przydziału. Nie wiedziała jednak, że siedząca obok niej Maggie doskonale wiedziała, w którą stronę patrzyła. I ruda Krukonka postanowiła tym razem pomóc zawczasu.

***

W opuszczonym korytarzu, będącym rzadko uczęszczanym skrótem do biblioteki, zadudniły kroki. W świetle pochodni raz po raz widoczna była niewysoka postać. Szła szybko i pewnie, wiedząc dokąd zmierza. Istotnie, musiała wiedzieć, gdyż w pewnym momencie zatrzymała się i stuknęła różdżką w odpowiednie cegły. Poczekała, aż ukaże się tajne przejście i weszła do pokoju. Nie był on wiele większy od schowka na miotły, ale stał tam fotel i stolik. Doskonale wiedziała, kogo na tym fotelu zastanie.
Bez słowa usiadła na stoliku i poczekała na reakcję chłopaka.
– Sawyer?! A co ty tu robisz?
– Chciałam pogadać, Jones.
– Ale… dlaczego tu?
– Nie sądzę, by świadkowie byli nam potrzebni.
Maggie popatrzyła na niego krytycznie. Zdecydowanie nie był ideałem chłopaka, ale ona zrobi z niego ideał. Żeby tylko Hestia była szczęśliwa.
I faktycznie, udało jej się to, ale jeszcze nie wiedziała jakim kosztem.

***

Była już dość późna jesień. Drużyna Ravenclawu wygrała mecz z Gryfonami i właśnie hucznie świętowali to zwycięstwo. Maggie z radością patrzyła na Hestię i Chrisa. Rozmawiali ze sobą bardzo przyjaźnie, a do tego ona prawie wcale się nie rumieniła. Ruda poczuła się dumna – w końcu to po części jej zasługa.
Następnego dnia po imprezie udało jej się spotkać Hestię w łazience. Szczotkowała właśnie włosy, nucąc pod nosem jakąś piosenkę. Wyglądała na szczęśliwą.
– Udany wieczór, prawda? – zagadnęła Maggie.
– Tak, bardzo dobrze się bawiłam – przyznała czarnowłosa.
– Wiedziałam, że się pozbierasz. – Przez piegowatą twarz dziewczyny przebiegł grymas zastanowienia, ale jednak zadała pytanie, które chodziło jej po głowie. – Myślisz jeszcze o nim?
– O kim? – zapytała Hestia, rumieniąc się jak za dawnych czasów.
– Wiesz… o Syriuszu. Przeszło ci już to zauroczenie?
– Tak, raczej tak. Chris jest uroczy. Naprawdę nie wiem, jak mogłam tego wcześniej nie dostrzegać.
– To dobrze, bo chyba powinnaś o czymś wiedzieć. Sowa przyleciała dziś rano… – Ruda podała jej niewielki kawałek pergaminu. Były na nim napisane trzy słowa, które zatrzęsły jej już ułożonym światem.
„Zerwali. Jesteś szczęśliwa?”
Rozpoznała pismo Lily Evans. Ale co ona mogła… Domyśliła się, że to sprawka Maggie. Nikt inny nie mógłby czegoś takiego wymyślić.
– Tak – przyznała winowajczyni, jakby wiedząc o czym Hestia myślała. – Napisałam do niej w wakacje. Wyłożyłam całą sprawę. Obiecała mi napisać, jeśli coś się zmieni… Ale nie wiedziałam, że tak szybko to nastąpi. Po prostu chciałam, żebyś wiedziała. Ale to niczego nie zmienia, prawda Hes?
Dziewczyna nie odpowiedziała. Cały czas wpatrywała się w list. „Jesteś szczęśliwa?”, zapytywała Lily. Na pewno liczyła, że to ją ucieszy. A może miała zamiar wymusić na niej wyrzuty sumienia? To liczyło się najmniej. Ważniejszym było określić, co właściwie czuła. Czy była szczęśliwa? Czy ta wiadomość miała dla niej jakieś znaczenie? Czy to coś zmieni? Miała w głowie mętlik. Wiedziała tylko, że informacja ta zrobiła na niej większe wrażenie, niż powinna.

***

– Hestio Anne Brown! Masz w tej chwili otworzyć drzwi!
Cisza. Brunetka odparła się o klamkę, plecami przywierając do drewnianej powierzchni. Miała wrażenie, że przyjaciółka robi jej na złość. Chociaż… czy na pewno nadal mogła ją określać mianem przyjaciółki? Tak dawno ze sobą szczerze nie rozmawiały. Właściwie jeśli już wymieniały jakieś spostrzeżenia, to tylko na temat bieżących prac domowych, albo ona żaliła się na Grega. Może powinna jednak bardziej się zainteresować tym, co Hestia przeżywa? Wiedziała od Maggie, że było jej ciężko, bo beznadziejnie durzyła się Blacku, który nie dość, że skończył szkołę, to jeszcze związał się z jakąś Ślizgonką. A potem, tydzień temu, przyszedł ten list i zaczęło się dziać coś niedobrego.
– Hestio, proszę! Otwórz te drzwi, albo je wysadzę!
Nadal brak reakcji. Znów oparła się o wciąż zamknięty przedmiot sporu. Zaczęła się zastanawiać, kiedy właściwie ich przyjaźń zaczęła się psuć. Co chwilę również pojawiało się pytanie „kiedy Hestia otworzy te piekielne drzwi”. Jak na życzenie, drzwi się otworzyły, a ona sama zaliczyła kontakt trzeciego stopnia z podłogą.
– Przepraszam, Natalie – mruknęła czarnowłosa, pomagając jej wstać.
– Nic się nie stało. – Brunetka szybko oceniła strój przyjaciółki. Była pewna, że wybiera się na jakieś spotkanie. Mogła tylko mieć nadzieję, że to spotkanie z Chrisem. Wolała jednak nawet nie pytać, bo mogłoby to być źle odebrane. Popatrzyła tylko jak panna Brown wybiega z pokoju wspólnego, pozostawiając ją na progu łazienki.

***

– Więc jesteś pewna, że ten list niczego między nami nie zmienia? – szepnął Chris, patrząc na nią z nad „Standardowej księgi zaklęć, stopień szósty”.
– Chris, to nie ma znaczenia. Wiem, dość długo mi to zajęło, ale doszłam do wniosku, że to było dawno, a ja byłam głupia i… – urwała, rumieniąc się przy tym.
– To świetnie. Już się bałem, że jednak będziesz wolała Blacka… Wiesz, miał takie powodzenie, że…
– Nie przypominaj mi. To było głupie zauroczenie. Wyrosłam z tego.
Chris nic nie odpowiedział, tylko uśmiechnął się do niej, powodując, że rumieniec stał się jeszcze bardziej widoczny. Ale jemu to nie przeszkadzało – lubił, jak się rumieniła. Właściwie lubił ją niezależnie od tego, jak wyglądała czy co robiła – po prostu za to, kim była. Koledzy z dormitorium przestrzegali go, że dziewczyna może mu złamać serce, jeśli tylko w zasięgu jej wzroku zjawi się Black, ale Puchon się tym nie martwił – konkurent skończył już szkołę i mało prawdopodobne, by Hestia kiedyś go jeszcze spotkała.

***

– Hes, czekaj! – Szybkie kroki odbiły się echem od ścian i sklepienia korytarza. Po chwili blondynowi udało się ją dogonić i przez chwilę szli ramię w ramię, pogrążeni w milczeniu.
– Więc… jak ci poszły owutemy? – zapytała dziewczyna, czując, że cisza staje się coraz bardziej niezręczna.
– Co? Ach tak, owutemy. Nieźle, chyba nawet nieźle. – Chris zamilkł na chwilę. – Tak się zastanawiam, co z nami będzie jak skończymy Hogwart. Przecież już czerwiec, za kilka dni koniec roku i…
Krukonka zatrzymała się na chwilę i utkwiła spojrzenie w chłopaku.
– Zastanawiałam się nad tym samym – powiedziała cicho. – Gdzie chcesz znaleźć pracę?
– Myślałam o karierze uzdrowiciela, ale nie wiem, czy nie przyjmą do Świętego Munga. Wiem, że są jeszcze inne placówki tego typu, ale Mungo jest najlepszy. A ty?
– Ja chciałam znaleźć spokojną posadkę w Ministerstwie. Nie mam zbyt wielkich ambicji – mruknęła, przypominając sobie, jakie kariery zaplanowały jej przyjaciółki. Maggie zostanie aurorką, Natalie miała już zaklepany stołek w Ministerstwie, prawdopodobnie gdzieś przy Departamencie Tajemnic, Camilla dostała propozycję śpiewania w Zwęglonych Ogniomiotach i chciała poświęcić się karierze wokalnej. A ona?…
– Jestem pewien, że znajdziesz wymarzoną pracę – stwierdził z mocą Chris. – Obiecaj mi tylko jedno. Że nie zapomnisz o mnie, że kiedyś się jeszcze spotkamy i wtedy ja… wtedy zrobię to, na co mi dziś nie starczyło odwagi.
Pocałował ją w policzek i ruszył do swojego dormitorium.
Krukonka odruchowo pogładziła się po policzku i przypomniała sobie słowa Puchowa. Na co mu mogło zabraknąć odwagi? Czyżby… Nie chciała nawet myśleć.

***

Obiecywała sobie, że nigdy nie zapomni tych lat spędzonych w Hogwarcie, ale wspomnienia z czasem pokrył kurz.
Była pewna, że nigdy nie stanie się szarą biurokratką, jakich wiele w Ministerstwie, ale ta pewność się wiele razy zachwiała.
Wierzyła, że ślub z Chrisem Jonesem był najlepszym, co jej się tylko mogło w życiu przytrafić. Biała suknia, bukiet, w tle uroczysta muzyka, podniosłe słowa przysięgi, ciepłe oczy Chrisa… Jakie to wszystko było dla niej wtedy ważne. Nie spodziewała się, że może tak szybko stracić swoją wagę. Już kilka dni po weselu miał wrażenie, że coś dzieje się za jej plecami, choć nie mogła wiedzieć, ani nawet podejrzewać co. Jej mąż był nadal taki, jak dawniej, a przynajmniej starał się taki być. Hestia przekonywała samą siebie, że nic się nie dzieje, że to normalne. Niestety, rozmowy przez kominek z Maggie wcale nie utwierdzały jej w tym przekonaniu, a trzeźwe spojrzenie Natalie pomogło jej wygrzebać się z dołka.
Pragnęła na zawsze wyrzucić ten obraz z pamięci, zmazać go, usunąć, ale jednocześnie pielęgnowała jak drogi kwiat, nie pozwalając mu wyblaknąć. Kilka sekund, które potrafią zmienić całe życie. Dwie osoby, które były jej najdroższe na świecie. Camilla Parker i jej mąż, Chris Jones. Bardzo sobą zajęci, nie zauważyli jej wejścia do pokoju. Dopiero gdy chrząknęła, oderwali się od siebie. Żadne nawet nie próbowało się tłumaczyć. Zapadła krępująca cisza, przerwana dopiero trzaśnięciem drzwi za wychodzącą Hestią.
Wiedziała, że musi się z nim rozstać. Nie zdążyła. Dwa dni później został zamordowany przez śmierciożerców. Ich związek się skończył, choć nie przypuszczała, że nastąpi to tak gwałtownie. Miała wrażenie, że się nie pozbiera po tej stracie, że to za dużo jak dla niej. Ale życie toczyło się dalej, początkowo gdzieś obok, potem powoli wprowadzając ją w swój nurt. Skokiem na głęboką wodę był jednak dzień, w którym Maggie zaprosiła ją na tajemnicze spotkanie. Hestia nie była pewna, co właściwie to zebranie miało na celu – przez kilka godzin rozmawiano o Tym, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Zrozumiała dopiero kilka dni później, gdy Maggie przyniosła jej zaproszenie na zebranie Zakonu Feniksa.

***

– I na koniec chciałbym przedstawić Hestię Jones, która dołączy do Zakonu. Złożyła już przysięgę. – Dumbledore uśmiechnął się serdecznie, a ona poczuła, że trema nieco maleje. Przyjrzała się wszystkim będącym na Sali i usiadła obok Maggie.
Zebranie powoli się kończyło, bo – jak wyjaśnił dyrektor – nie dotarł ważny człowiek z jeszcze ważniejszą informacją. To były ciężkie czasu i wszyscy bali się najgorszego. Siedząca przy końcu stołu była Ślizgonka, Dorcas Meadowes smętnie patrzyła na drzwi, wyraźnie kogoś oczekując. Hestia była pewna, że słyszy, jak dziewczyna szepcze zbielałymi od przygryzania wargami „on wróci, wiem, że wróci”. Zauważyła, że szczupłe palce szatynki skubią nerwowo serwetkę.
– Co jej jest? – szepnęła czarnowłosa do siedzącej obok przyjaciółki.
– Och, to dłuższa sprawa. Jest zakochana i… powiedzmy, że nie był to najlepszy wybór.
Dziewczyna pokiwała głową i ze współczuciem spojrzała na Dorcas. Świetnie ją rozumiała, też przez coś takiego przeszła. Zapatrzyła się w okno, wspominając jak to było kiedyś. Ile czasu właściwie minęło od śmierci Chrisa? Nie mogła być pewna. Pół roku? Rok? Sto lat? Teraz, kiedy siedziała w tym niewielkim pokoju, wykładanym dębową boazerią, w otoczeniu przynajmniej połowy Zakonu Feniksa, czuła, że wreszcie zaczyna żyć. Jasne promienie słoneczne załamywały się na szybach i oświetlały jej bladą twarz. Ostatnio długo nie wychodziła z domu, co się odbiło na cerze… Teraz słońce pobudzało ją do marzeń.
– Hes, rusz się. – Maggie zamachała jej ręką przed oczami.
– Co?… Chyba się zamyśliłam…
– Na to wygląda. Chodź, wszyscy już wychodzą. Jak się uda, to się załapiemy na sieć Fiuu. Nie mam ochoty iść w ten deszcz piechotą.
– Piechotą? Czemu? – Wolała pominąć kwestię deszczu, bo niewielka mżawka padająca w słońcu jej nie przeszkadzała.
– Środki ostrożności. No chodź.
Nie zdążyły nawet dojść do drzwi, bo wszyscy zaczęli się cofać i siadać na miejsca. Wrócił też Dumbledore, a za nim James Potter i – Hestii zabiło szybciej serce – Syriusz Black. Obaj uśmiechnięci, trzymali w rękach jakieś kartki. Pani Jones nie mogła się skupić – nie słyszała o czym mówili i dopiero szturchnięcie Maggie wyrwało ją z letargu.
– Teraz już musimy iść. Hes, na litość boską, co się z tobą dzieje?
– N-nic. Ja…
– Zamyśliłaś się?
– Tak, chyba tak…
– Nie mów, że znowu…
– Jakie znowu? Jakie znowu?! Nie może być żadnego „znowu”, skoro wtedy nic się nie wydarzyło! A zresztą…
– Idź do domu, Hes – powiedziała spokojnie Maggie. – Idź do domu, wypij herbatę, poczytaj dobrą książkę i nie myśl.
– Ale ja… – Czarnowłosa zawahała się. – Tak, tak właśnie zrobię.
Zamiar ten jednak spełzł na niczym, gdy w głównym holu wpadły na całą grupę Huncwotów. Peter Pettigrew nerwowo przestępował z nogi na nogę, patrząc przez okno. Remus Lupin przeglądał jakąś książkę leżącą na szafce obok. James Potter całował właśnie Lily Evans (czy też może już Potter?) i nie zwracał uwagi na otoczenie. Syriusz Black natomiast najzwyczajniej w świecie patrzył na nie i uśmiechał się pod nosem.
– Maggie, a kogo to przyprowadziłaś na zebranie? Mam wrażenie, że od ostatniego czasu w Zakonie pojawiło się tyle nowych twarzy…
– Wydaje mi się, Syriuszu, że powinieneś znać Hestię. Z Hogwartu. Była ze mną na roku. – Rudowłosa zaakcentowała imię przyjaciółki, z czego ta nie była wcale zadowolona.
– Hestia? – wymamrotał Syriusz, prawie rozbierając Maggie wzrokiem. – Zupełnie nie kojarzę. Może umówimy się na kolację, powspominać?
Stojąca nieopodal Dorcas w milczeniu łykała łzy i tylko drżące usta wskazywały na to, jakie emocje nią targają. Hestia poczuła, jak burzy się w niej krew. Jak on śmiał! Flirtuje otwarcie z Maggie, kiedy ona i ta biedna dziewczyna konają z zazdrości! Jak mógł się tak bawić ich uczuciami? Przecież musiał sobie zdawać sprawę z tego, co się dzieje!
– Przykro mi, nie mam czasu – odparła ruda takim tonem, jakby naprawdę jej było żal.
– Cóż, trudno. – Black uśmiechnął się, jakby chciał pokazać jaki jest wspaniały. – Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze znajdziesz dla mnie czas.
Maggie nie zdążyła nic odpowiedzieć, bo kolejka do kominka się ruszyła i Syriusz znikł w zielonych płomieniach wraz z resztą Huncwotów. Rudowłosa spojrzała na przyjaciółkę, ale Hestia nie zauważyła tego badawczego spojrzenia – jej wzrok był utkwiony w ścianie.
– Chyba powinnyśmy porozmawiać – zauważyła cichym, pustym głosem.
– Tak. – Panna Sawyers nie wyglądała na zachwyconą. – Tak sądzę…
Obie straciły nadzieję na spokojne popołudnie z herbatą i dobrą książką.

***

Długie, brązowe zasłony drgały lekko, poruszane spokojnym wiatrem. Salon mieszkania przy October Street był ciemny i ponury – zapalona była tylko jedna, niewielka lampka, stojąca w rogu pokoju. Światło wydobywające się przez wzorzysty abażur rzucało dziwne i straszne cienie na sufit i ściany. Siedzące w pokoju kobiety nie zważały na ciemność.
– Więc… spotkaliście się? – zapytała czarnowłosa.
– Można to chyba tak ująć, – przyznała ruda – ale nie znasz całej prawdy.
– Całej prawdy? – syknęła. – Prawda jest taka, że dobrze wiedziałaś o wszystkim, a jednak…
– A jednak co? Hestia, opanuj się! Ty miałaś męża i zapierałaś się, że Black ci przeszedł! A ja też miałam prawo wierzyć, że mogę sobie ułożyć życie!
– Ale przecież wiedziałaś! Jak mogłaś!…
– Zrozum, że nie wszystko się kręci wokół ciebie! Zeszłaś ze sceny, a on się zainteresował mną! Co miałam robić? Zgrywać świętą i odpowiedzieć najprzystojniejszemu facetowi, jakiego widziałam, że nie umówię się z nim, bo moja zamężna przyjaciółka kochała się w nim w Hogwarcie?
– Tak postąpiłaby prawdziwa przy…
– Nie, tak postąpiłaby skończona idiotka. – Maggie zerwała się z fotela, ale zaraz z powrotem nań opadła, jakby ten nagły zryw pozbawił ją wszystkich sił. – Może masz trochę racji, nie powinnam się tak zachowywać, ale spróbuj spojrzeć na to od mojej strony. Podobał mi się, nie miałam żadnych zobowiązań, kolacja wydawała się świetnym pomysłem…
– Żadnych zobowiązań?…
– A czego byś ode mnie oczekiwała? Celibatu? Pomyśl rozsądnie…
– Nie, nie mówię o celibacie, tylko… – Hestia poczuła, że robi jej się głupio. Była pewna, że się rumieni.
– Tylko co? Powiedz, bo nie potrafię cię zrozumieć.
Czarnowłosa zdawała sobie sprawę, że zachowuje się żałośnie. Musiała przyznać, że zazdrościła Maggie – ruda zdobyła coś, na co ona nigdy by się nie zdobyła. Jadła z nim kolację, spędzili razem czas, może nawet… Jej wyobraźnia przedstawiała coraz śmielsze obrazy „dobrego spędzania czasu”. Nie mogła się uwolnić od tych wizji tak samo, jak nie mogła wybaczyć przyjaciółce tej „zdrady”.
– Maggie, przepraszam, ale chyba będzie lepiej… Pójdę już.
Rudowłosa wykonała taki gest, jakby chciała ją zatrzymać, ale zrezygnowała. Dopiero, gdy usłyszała trzaśnięcie drzwi, wstała, wyłączyła lampkę i usiała na podłodze, podciągając kolana pod brodę. Łza potoczyła się po jej policzku. Po niej następna i następna… Panna Sawyers przestała je w końcu hamować.

***

Rzęsisty deszcz zmywał z brudnych chodników kurz całego dnia. Rudowłosa kobieta szła szybko do domu, stukając głośno obcasami. Po raz pierwszy od tak dawna naprawdę spieszyła się z powrotem. To wspaniałe uczucie, że ma na co czekać. Chciało jej się śpiewać, uśmiechać się do obcych ludzi, przelać swoją radość w innych. Wreszcie ktoś ją dostrzegł i zaprosił na kolację. I to dziś!
Szybko wbiegła po schodach i otworzyła drzwi mieszania. October Street jeszcze nigdy nie wydawało jej się tak piękne. Mieszkanie nie było małe, a przytulne. Meble przestały być dziwne, tylko stały się interesujące. Czy to miłość sprawia, że widzi się świat inaczej? Jeśli tak, to ona kocha najsilniejszym uczuciem, jakie znała.
Wyszykowała się, założyła nową sukienkę, uczesała się według porad znalezionych w mugolskim piśmie, zrobiła nawet makijaż i skropiła się sporą ilością ulubionych perfum. W końcu to kolacja w najlepszej mugolskiej restauracji, jaką kiedykolwiek znała. I to jeszcze z kim!
Kiedy o dziewiętnastej rozległ się dzwonek do drzwi, nie mogła w to uwierzyć. Ale jednak – na jej progu stał Syriusz Black z luźno zawiązanym krawatem, nonszalancko opadającymi na czoło czarnymi włosami i uśmiechem na ustach. A w ręku trzymał czerwoną różę.
– Nie trzeba było. – Zarumieniła się. Jak Hestia. Czy to wyrzut sumienia?
– Piękne kobiety zawsze powinny dostawać piękne kwiaty – odpowiedział, wchodząc do mieszkania. – To jak, gotowa?
– Jasne, wezmę tylko płaszcz. – Zamilkła na chwilę. – Jesteś pewien, że to nie za duży wydatek?
– Nie, skąd. Zaufaj mi, Maggie.
Dlaczego, dlaczego mu wtedy zaufała?
– Ufam ci, jak możesz wątpić.
A potem wyszli do restauracji. Dziewczyna zastanawiała się, czy to naprawdę w porządku, że on stawia całą kolację. Gdyby szli na hamburgera to co innego, ale wykwintna kolacja… Zresztą, dlaczego się w ogóle zgodziła? Przecież nie pasuje do eleganckiego wystroju restauracji. Nie umie być damą.
To przez ten uśmiech! Zawsze wszystko było przez ten uśmiech.
– Co zamawiasz? – zapytał, gdy już usiedli przy stoliku i przyszła kelnerka z kartami dań.
– A ty? – Nie wiedziała co zamówić. Wszystko wyglądało tak… dziwnie.
– Chyba Befstrogonowa. Podobno mają tu świetne.
– To ja też. – Uśmiechnęła się z ulgą. Nienawidziła składać zamówienia.
Dopiero kiedy kelnerka przyniosła im kolację, Maggie zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu. Ich stolik był na uboczu, z jednej strony przylegał do okna, z drugiej do ściany, trzecią stanowił bardzo dorodny kwiatek, przez który nie było widać nawet sąsiedniego stolika. Innymi słowy, byli w całkowitym odosobnieniu, które jeszcze potęgowała świadomość, że kelnerka nie wróci, póki jej nie zawołają, a okno wychodzi na ślepą uliczkę.
Stojąca na stole świeczka rzucała cienie na cały kącik, grała światłem w kieliszku, który trzymał w ręku, świeciła się w jego oczach. Do tego to wino było takie smaczne, skąd wiedział, że takie akurat lubi? Czy to nie za piękne, żeby było prawdziwe? Spotykali się właściwie od dwóch tygodni. Czy taka kolacja to dobry „kaliber” spotkań po takim krótkim stażu znajomości?
Czy w tym momencie powinna zapalić się w głowie czerwona lampka ostrzegawcza?
Ale niestety, nie zapaliła się. Wszystko zaczęło pędzić coraz szybciej i szybciej: wino, obiad, wino, deser, wino, usta Syriusza na jej szyi, wino…
Dlaczego tu jest tak ciepło? Syriusz chyba też to zauważa…
Czy to mój płaszcz? Wygląda znajomo.
O, od razu lepiej. Ten chłód nocy… Dzień dobry, panie kierowco!… Syriusz, nie szarp mnie, chciałam się przywitać!
Gdzie wsiadamy? Nie znam tego kierowcy. Wygląda jak McGonagall z wąsami.
Niedobrze mi. Wiesz, że mogę zarzygać tapicerkę?
Znów chód? Dojechaliśmy? Cholera, chyba złamałam obcas… A mama mówiła, nie noś szpilek…
Dużo jeszcze tych schodów? Mam nadzieję, tak mi miło, jak mnie obejmujesz…
To moje mieszkanie? Chyba tak. W takim razie usiądę. Może podłoga przestanie wirować. Jasne, siadaj obok.
Co robisz? Przecież ta sukienka… Zresztą nieważne. Nie przerywaj…

Rano obudziła się obok niego. Naga.
Chyba nikt nie musiał jej tłumaczyć co się stało.
Spojrzała na śpiącego obok Syriusza, matczynym gestem poprawiła kołdrę i zagryzła wargi. Czy to na pewno było dobre?… Nie powinna tyle wczoraj pić. I nie powinno do tego dojść.

Kiedy patrzyła na to z perspektywy czasu – nie żałowała. A przynajmniej nie aż tak, jak oczekiwałaby tego od niej Hestia. Zresztą, niech sama przyzna, która dziewczyna w Hogwarcie o tym nie marzyła!
Pociągnęła kolana pod brodę i otarła łzy. Nie będzie płakać.

***

Hestia siedziała na fotelu, jakby ktoś ją do niego przywiązał. Nie mogła uwierzyć własnym uszom – to, co Maggie mówiła… Jak ona w ogóle mogła! Przecież to okropne, jak mogła tak postąpić! Jak mogła to teraz opowiadać, przecież… przecież to straszne.
Ruda usiadła na drugim fotelu i spojrzała na przyjaciółkę.
– Rozumiesz teraz, dlaczego musimy pomóc Natalie?
– Tak – przyznała czarnowłosa i zamilkła na chwilę.
Niewielki, ale słoneczny pokój wypełniła niemal namacalna cisza, której jednak żadna z kobiet nie chciała niszczyć. Wreszcie Hestia zdecydowała się odezwać.
– A możesz mi opowiedzieć co… co właściwie się stało między wami? Między tobą i Syriuszem, znaczy.
Maggie odwróciła głowę w obronnym geście. Była pewna, że to pytanie padnie, odkąd tylko głowa Hestii pojawiła się w jej kominku dwa dni temu i przeprosiła.
– Zrozum, nie chcę… rozdrapywać tego, co było. To przeszłość. Nie stało się nic poważnego, naprawdę. Zwykła kolacja. – Czuła się podle, mówiąc to. Ale nie mogła powiedzieć jej prawdy, nie mogła.
Czasami między ludźmi tworzą się niewielkie przepaści, które czasem, żłobione wzajemnymi kłamstwami i pretensjami, urastają do rozmiarów wysokich klifów, bezdennych przepaści, przez które nie ma mostu porozumienia. Zazwyczaj nawet nie zauważa się momentu, w którym się tworzą… Czy taki moment pojawił się właśnie teraz?

***

– Dlaczego… dlaczego to musiało się stać? – Brunetka chlipała cicho. Hestii ledwo udało się ją posadzić w fotelu, bo cały czas się wyrywała i chciała coś zrobić, choć sama nie wiedziała co.
– Nie wiem – przyznała czarnowłosa. – Czasami nie mamy wpływu na to, co się dzieje i choćbyśmy z całych sił chciały temu zaradzić, po prostu się nie da. Takie są… no, koleje losu.
– Nie rozumiesz, Hes? Nie rozumiesz, ile ona dla mnie znaczyła? Była moją przyjaciółką!
– Rozumiem, Natalie. Moją też kiedyś była… Dawno temu, wydaje się, że miliony lat temu, kiedy wszystko wyglądało inaczej… Teraz…
– Teraz jej już nie ma, więc może lepiej nic więcej nie mów, bo może ci się wyrwać o jedno słowo za dużo.
– Zrozum, co ona mi zrobiła! Mam prawo nie płakać po jej śmierci!
– Przyjaźniłyście się – syknęła Natalie. – Powinnaś to uszanować.
– Nasza przyjaźń się skończyła w momencie, w którym się z nim przespała. Możesz TO uszanować? – wybuchła Hestia. Od samego rana siedziała z Natalie na tej kanapie i próbowała zrozumieć, co się właściwie stało. Czy to już się zaczęło? Czy Życie zaczęło niszczyć przyjaźń, którą tak pieczołowicie budowały w szkole? Czy na spotkaniu absolwentów będzie więcej pustych krzeseł?
W niewielkim, ale bardzo schludnym pokoju zaległa cisza. Żadna z nich nie miała ochoty nic mówić. Dopiero wróciły z pogrzebu i trudno było ich nastrój sklasyfikować jako wesoły.
Natalie wreszcie wstała z sofy i skierowała się do kuchni. Hestia odetchnęła z ulgą. Niezręczna cisza została przerwana.
– Herbaty? – zapytała oschle brunetka.
– Jeśli to nie problem…
– Nie, mam nadmiar tych fusów… Wiesz, ona często wpadała na herbatkę…
Czarnowłosa wstała i powoli dotarła do krzątającej się w kuchni przyjaciółki. Widziała, że cały czas ma łzy w oczach, ale nie wiedziała jak jej pomóc. Czuła się taka bezsilna, a jednocześnie złość aż w niej kipiała. Jak ona mogła opłakiwać tę podłą, dwulicową… zdrajczynię! Wiedziała dobrze, że się nie lubiły i śmierć jednej z nich niewiele zmieniała.
– Natalie, zrozum… – wymamrotała. – Ona nie wróci, Sama-Wiesz-Kto ją zabił i to jest ostateczne…
– Ale dlaczego? Dlaczego właśnie ona?
„Przespała się z nie tym śmierciożercą, z którym powinna”, przemknęło Hestii przez myśl i od razu poczuła drobne ukłucie winy. Może nie powinna tak myśleć o zmarłej?
Nagle do drzwi wejściowych rozległo się ciche pukanie i weszła Maggie, cała ubrana na czarno, co w połączeniu z jej rudymi włosami wyglądało naprawdę ładnie. Rzuciła na podłogę torebkę i od razu podeszła do brunetki, całkowicie pomijając czarnowłosą.
– Wiem, jak musisz cierpieć – powiedziała współczująco. – Camilla była też moją przyjaciółką, rozumiem ten ból…
– Przynajmniej ty… – szepnęła przez łzy.
Hestia poczuła się całkowicie zbędna. Nie lubiła ckliwych scenek, a w tej na pewno nie chciała brać udziału. Wielkie Opłakiwanie Camillii Parker, tak obiecującej młodej damy, piosenkarki i kurtyzany z zamiłowania. „I złodziejki cudzych mężów”, pomyślała.
Cicho wycofała się z kuchni, chwyciła płaszcz i wyszła, zamykając bezszelestnie drzwi. Chciała iść do domu, wypić ciepłą kawę i spać przez następne miliony lat. Jaki sens miała dalsza egzystencja? Jedyne, co ją trzymało to chęć działania – czasami palący wręcz wewnętrzny przymus, żeby coś zrobić w kierunku zmiany obecnej sytuacji. Szkoda, że tak rzadko realizowany…
Dwie przecznice dalej dogoniła ją zziajana Maggie. Szarpiąc za rękaw zaprowadziła do ślepej uliczki, gdzie sama przysiadła na blaszanym koszu na śmieci, wskazując Hestii drugi. Kobieta z pełną godności miną podziękowała i spojrzała na rudą. Czego mogła chcieć? Przecież nie robić jej wyrzuty o to, co się stało u Natalie. Miała prawo wyjść.
– Wyszłaś – stwierdziła cicho Maggie.
– Tak, stanie tam i patrzenie jak ją razem opłakujecie nie miało sensu.
– Nie mów, że ciebie nie zabolała jej śmierć.
– Tak jak was? Nie, na pewno nie. Wiele lat jej tego szczerze życzyłam. Zasypiając wymyślałam coraz bardziej wyszukane sposoby śmierci, ale to, co się stało, było bardziej oryginalne od wszystkich moich wizji.
Prawda była taka, że Camilla Parker została zabita Avadą w plecy podczas aktu płciowego przez zazdrosnego śmierciożercę.
– Była twoją przyjaciółką.
– I spała z moim mężem. Tak też robią przyjaciółki?
– Poniosło ją. Była młoda i…
– Ja też byłam młoda!
– Nie kochałaś go.
– Jak możesz tak mówić… Jak śmiałaś… – Hestia się zatrzęsła ze złości, a na jej policzki wypłynął rumieniec, zdradzający emocje. – Wiele możesz mi zarzucić, ale nie to. Chris był dla mnie bardzo ważny, kochałam go jak…
– Jak przyjaciela? – wpadła jej w słowo Maggie. – Bo przecież nie tak, jak Syriusza.
Panna Sawyers wiedziała jak uderzyć, żeby bolało najbardziej. I właśnie trafiła w czuły punkt Hestii. Nawet nie zdążyła się ugryźć w język, nim poczuła dłoń czarnowłosej na prawym policzku.
– Nigdy więcej nie mów tak… rozumiesz? Nienawidzę cię! – krzyknęła pani Jones. – Nienawidzę cię za to, że zawsze byłaś taka pomocna, za to, że pomogłaś mi z Chrisem, za to, że tyle o mnie wiesz… I tak, za to, że byłaś z Syriuszem też. Nie mogę na ciebie patrzeć!
– Hestia, uspokój się! Zachowujesz się jak wariatka!
– Może jestem wariatką. Już dawno zwariowałam… Już dawno, Madeleine…
Nie czekając na reakcję rudej wyszła na ulicę i szybko pobiegła do domu. Nie obchodziło jej, że ludzie na ulicy dziwnie patrzą – chciała tylko jak najszybciej dotrzeć do swojego łóżka, zagrzebać się pod kocem i wypłakać wszystkie żale w bordową poduszkę.

***

30 lipca 1980, poniedziałek.
Drogi pamiętniczku, jakkolwiek to brzmi, a wiem, że brzmi idiotycznie, Natalie przysłała mi dziś sowę. Napisała, że Maggie wyjechała. Myślisz, że to moja wina? Przecież nie chciałam… To wszystko, co się stało… Po co ona to mówiła? Nie powinna była, gdyby nie to…
Gdyby nie to nadal bym się nad tym zastanawiała, taka jest prawda. Ona zawsze znała mnie lepiej, niż ja samą siebie. Wiedziała, że tak było. Dlaczego tak zareagowałam, skoro mówiła prawdę? Czy prawda mogła mnie aż tak zranić? Widocznie tak. Jestem za słaba… nie umiem sobie radzić z takimi sytuacjami. Dlatego właśnie zgodziłam się spotkać z Natalie. Liczę, że mi pomoże albo chociaż… Nie, nie wiem na co liczę. Po prostu trudno mi zrywać przyjaźń, jeśli kiedykolwiek przyjaciółkami byłyśmy.
Jak mogę w to wątpić? Byłyśmy!
Tylko czy jesteśmy nadal?…

***

Dziurawy Kocioł wyglądał jak zwykle, ponury i pełen dziwnych typów. Hestia nigdy nie lubiła tu niczego zamawiać – miała wrażenie, że barman pluje do drinków, które są podawane w szklankach w większości składających się z kurzu. Mimo to przystała na prośbę Natalie, by spotkać się właśnie tu.
Brunetka siedziała w kącie i czytała „Proroka codziennego”. Pani Jones podeszła do niej i bez słowa usiadła naprzeciwko.
– Cześć – powitała ją przyjaciółka.
– Mhm – mruknęła Hestia. – O czym chciałaś rozmawiać?
– Napisałam ci wczoraj, że Maddie wyjechała… Nie przejmujesz się tym?
– To był jej wybór. Żałuję, że ostatnia rozmowa z nią wyglądała tak, a nie inaczej, ale chyba wróci, prawda?
– Nie liczyłabym na to, Hes. Była bardzo zdeterminowana. Krzyczała… nieważne, co krzyczała, boję się o nią. Była w takim stanie… może zrobić coś głupiego.
– Myślisz, że powinnyśmy ją znaleźć?
Natalie skinęła głową i otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale nie dane im było dokończyć rozmowy, bo drzwi do baru się otworzyły i wpadli tam Huncwoci.
– Mam syna! – krzyknął James Potter. – Tom, kolejka dla wszystkich! Na mój koszt!

***

Było słoneczne popołudnie, a kamienica na obrzeżach Londynu, w której Hestia się właśnie znajdowała, miała okna zwrócone na południowy zachód, czyli w kierunku świecącego dość ostro słońca. Był środek sierpnia, pierwsze spotkanie Zakonu od narodzin syna Pottera i ucieczki Maggie. Czarnowłosa bała się tego zebrania. Bała się pustego miejsca obok siebie. I bała się też zobaczyć roześmianą twarz Dorcas, bo to ona była ostatnią zdobyczą Syriusza.
Hestia przez chwilę zastanowiła się, czy to nie obsesja – tak dużo spraw podporządkowała Syriuszowi, ciągle się nim interesuje, choć nie ma śmiałości. Czy on kiedykolwiek sam z siebie zwróci na nią uwagę? A jeśli tak, to jak ona się zachowa? Zaczynała podejrzewać się o najgorsze i nie była już niczego pewna.
Tymczasem Dumbledore mówił coś o zapewnieniu szczególnej ochrony członkom Zakonu mieszkającym na odludziu i narażonym na ataki śmierciożerców. Na koniec przemowy pogratulował Jamesowi i Lily syna. Ani słowem nie wspomniał o Maggie, choć Hestia cały czas się łudziła, że to on wysłał ją na tajną misję.
Po zebraniu jednak starszy czarodziej do niej podszedł i zapytał, co się stało z panną Sawyers. Czarnowłosa, chcąc nie chcąc, opowiedziała pokrótce co się stało, pomijając oczywiście szczegóły związane z Blackiem. Miała wrażenie, że Dumbledore nieco się strapił, ale nie pytał o nic więcej i pozwolił jej iść.
Była pewna, że wszyscy już wyszli, więc nie musiała się martwić, że na kogoś wpadnie w takim stanie – łzy same cisnęły jej się do oczu, a nie chciała płakać przy ludziach. Sama nie była pewna, co jest powodem – wspomnienie o Maggie, ogólna chandra czy zespół napięcia przedmiesiączkowego? Nieważne, powinna po prostu znaleźć łazienkę, obetrzeć łzy i wrócić do domu.
Jeszcze nigdy nie była w łazience w tej kamienicy, ale wiedziała, gdzie się znajduje. Szybko do niej podążyła, otwierając drzwi szarpnięciem. Po chwili jednak, zarumieniona do granic możliwości, zamknęła je i cofnęła się kilka kroków w tył. Wszystkiego się spodziewała, ale nie tego! Dlaczego tylko ona ma takie szczęście, by wpadać na Syriusza w dziwacznych momentach?! Szybko kucnęła, zbierając zawartość torebki, która sama wypadła jej z rąk. Niefortunne drzwi jednak zaczęły się powoli otwierać, a ona marzyła tylko, żeby zniknąć. Machnęła ręką na wszystkie drobiazgi, których nie zdołała zebrać i szybko weszła do kuchni, gdzie był kominek, przez który mogła dostać się do domu. Teraz już naprawdę chciało jej się płakać.

Tymczasem Syriusz Black, wyszedłszy z łazienki, zauważył na podłodze kilka kartek papieru, spinkę i dwie monety. Domyślił się, że ich właścicielką jest ta niewiasta, która wparowała do łazienki. Zauważył tylko, że ma dość długie, czarne włosy i jest niewysoka. Mogła być całkiem ładna, wypadałoby się tym zainteresować… Przejrzał wszystkie karteczki, najwięcej uwagi poświęcając tej, która okazała się być listem.
“Hestia Jones, Frederick Street 12, Londyn”, przeczytał.
“Chyba trzeba złożyć wizytę pani Jones”, pomyślał.

***

Hestia siedziała na łóżku przeglądając mugolską gazetę dla pań domu. Chciała sobie ugotować coś wykwintnego, bo miała serdecznie dość kanapek i naprędce gotowanych zup. Nie spodziewała się gości, na co wskazywał jej strój – stare, połatane dżinsy i za duży T-shirt, poplamiony farbami. Do tej pory żałowała, że uparła się sama pomalować ściany w salonie.
Jej myśli błądziły gdzieś wokół gęsi z borówkami i ananasem, kiedy rozległ się dzwonek do drzwi. Dziewczyna uznała, że to domokrążcy i nie warto nawet wstawać, ale dźwięk dzwonka rozległ się kolejny raz. Postanowiła sprawdzić, kto to. Cicho, na palcach podeszła do wizjera i zerknęła, od razu łapiąc się za serce, które najwidoczniej chciało wyskoczyć z piersi, przejść przez dziurkę od klucza i położyć się na wycieraczce. Na wycieraczce, na której stał Syriusz Black.
Czarnowłosa poczuła, że jest jej słabo. W co ona jest ubrana! I te włosy! Musi coś ze sobą zrobić! A jeśli on uzna, że nie ma jej w domu, odejdzie i już nie wróci? Musiała go wpuścić.
Niewiele myśląc otworzyła szafę, wyciągnęła z niej długi płaszcz i, mimo że był środek sierpnia, założyła go na siebie, starając się przy okazji doprowadzić włosy do stanu jako-takiej używalności. Teraz już nie miała wyjścia. Dzwonek rozległ się jeszcze raz, a potem zawtórowało mu szuranie. Syriusz się najwyraźniej niecierpliwił. Teraz albo nigdy. Musi otworzyć te drzwi.
Powoli wyciągnęła rękę, przekręciła klucz i szarpnęła za klamkę, przygotowując się, na to, że zobaczy rozbawienie w ciemnych i pięknych oczach Blacka. Niestety, ani oczu, ani ich właściciela nie było. Na wycieraczce leżała tylko róża i kilka drobiazgów, które wtedy wypadły jej z torebki. Podbiegła do poręczy schodów i wychyliła się. Słyszała jeszcze kroki.
– Syriusz! – krzyknęła za odchodzącym mężczyzną. Nie zareagował. Prawdopodobnie nie usłyszał, nigdy nie umiała głośno krzyczeć, a echo na klatce schodowej było praktycznie zerowe.
– Syriusz… – powtórzyła, opadając na najwyższy stopień. – Dlaczego?… Przecież bym ci otworzyła…
Ukryła twarz w dłoniach i starała się powstrzymać płacz. Wiedziała, że wygląda żałośnie – płacząca, w zimowym płaszczu i z różą w ręku. Dobrze, że sąsiedzi nie patrzyli, co się dzieje, nie zniosłaby kolejnego upokorzenia.

***

Droga Hes,
Piszę do Ciebie po części w brew sobie. Nie chciałam uciec tak samo, jak nie chciałam wielu innych rzeczy. Ale nie myśl, że to przez Ciebie. Nie, po prostu czuję, że muszę odpocząć po tym wszystkim, co się stało. Wydaje mi się, że tak będzie lepiej dla nas obydwu. W końcu masz teraz sposobność umówienia się z Syriuszem, a przecież na tym tak Ci zależało…

Droga Hestio,
Wyjechałam na wakacje. Nie martw się, niedługo powinnam wrócić. Choć nie sądzę, żebyś się o mnie martwiła, to…

Hes!
Niedługo powinnam wrócić, a póki co poproś Natalie, żeby zajęła się moim mieszkaniem. Chciałam Cię jeszcze uspokoić, że nic mi nie jest, po prostu potrzebuję odpoczynku, a w Londynie było to coś nieosiągalnego.

Maggie spojrzała na kartkę. Znowu list brzmiał nie tak, jak powinien. Nie chciała Hestii urazić, ani nie chciała wspominać o niczym ważnym. Może w ogóle nie chciała tego listu pisać? Coś jej mówiło, że jednak powinna.
– Nigdy tego nie skończę – westchnęła, zapalając papierosa.

***

Hestia powoli otworzyła oczy, rozglądając się po ciemnym pokoju. Była trzecia w nocy. Najgorsza godzina, kiedy już nikt nie czyta książek, ani nikt jeszcze nie wstaje. Pora wszystkich samotników rozpaczających nad swym losem i czas, w którym przychodzą do głowy najgorsze pomysły. Gdyby prowadzono statystyki przyczyn samobójstw, to duża część z nich mogłaby się zaczynać słowami „samobójca obudził się o trzeciej nad ranem…”.
Dziewczyna tłumaczyła sobie, że jest za wcześnie, żeby wstawać i powinna wrócić do spania, jeśli nie chce mieć podkrążonych oczu. Tyle, że i tak nikt by nie zwrócił uwagi na jej podkrążone oczy, bo w ogóle nikt nie zwraca na nią uwagi. Czy tak wygląda dorosłość? Całkowita samotność, przerywana nieudanymi próbami wyjścia do ludzi? Jeśli tak, to ona chce być znowu dzieckiem. Chce biegać po łące, zbierać kwiatki, pleść wianki, a potem wrócić do domu, przytulić mamę, założyć jej jeden wianek na głowę i zjeść obiad. Brakowało jej tego wszystkiego. I rodziców, i obiadów, i wolności. Teraz była tylko praca, samotne wieczory i raz na jakiś czas spotkania Zakonu. Tak miało wyglądać jej życie? Bez żadnego celu, po prostu egzystencja z dnia na dzień; przeżuwanie papki bezbarwnej rzeczywistości. Co by to mogło zmienić? Może miłość? Ale do kogo? Przecież sama wie, że nie ma szans z Syriuszem. Nie odważy się z nim porozmawiać na ten temat. Przecież to tak, jakby chciała mu wejść do łóżka.
Westchnęła cicho. Nie miałaby raczej nic przeciwko. Tyle, że nie odważy się. Nie była Gryfonką i nie będzie. Już za późno. Na zbyt wiele rzeczy za późno – nie zmieni świata wokół siebie siedząc w starej piżamie i wylewając łzy.
Wtedy w jej głowie pojawiła się niespodziewana myśl. A gdyby zrobić to, co Maggie? Wyjechać? Uciec stąd, zostawić troski i problemy w tym mieszkaniu, spakować walizkę i na pierwszej napotkanej łące nazrywać kwiatów na wianek? Czy to przyniosłoby ukojenie?
Przyłożyła twarz do poduszki. Nie, nie powinna o tym myśleć. Musi zostać. Dla Zakonu i dla Syriusza. Przecież może ją wreszcie zauważyć. Ta cała Dorcas dostała szansę, czemu ona miałaby nie? Też może iść do mugolskiego salonu piękności, też może kupić sobie ciuchy, na które musi oszczędzać trzy miesiące. Jeśli na to leci Black, to dlaczego ma być gorsza? Ma złoto, całkiem dużo złota, bo nie ma na co wydawać… Po pracy pójdzie do mugolskich sklepów, bo teraz jest zbyt senna, by myśleć.

***

– Hestia! Zaczekaj!
Czarnowłosa odwróciła się i popatrzyła w stronę, z której dobiegał głos. Przez dość wąski korytarz Ministerstwa Magii biegła Natalie, choć buty na dość wysokim obcasie skutecznie to utrudniały. W ręku trzymała coś, co wyglądało jak list.
I faktycznie, było listem, jak się przekonała Hestia. Od razu rozpoznała pismo Maggie.
– Przeczytaj – ponagliła Natalie.

Droga Natalie!
Piszę do Ciebie, ponieważ nie potrafię napisać do Hestii, a tylko Wy dwie jesteście mi bliskie. Chcę tylko zawiadomić, że nic mi nie jest, potrzebowałam po prostu wakacji. Powinnam niedługo wrócić.
Maggie

P.S.
Przekaż Hestii, żeby się nie martwiła. Ona wie, o co chodzi.

Czarnowłosa oddała list. Nie czuła specjalnych emocji w związku z tym, co przeczytała. Cieszyła się, że Maggie nic nie jest, ale z drugiej strony zazdrościła, że ruda ponownie zdobyła się na coś, na co ona nie umiała – zrobiła sobie wakacje od szarego życia.
– I co? – zapytała Natalie.
– Nic. Dziękuję, że dałaś mi go do przeczytania.
– Nie ma o czym mówić. – Brunetka uśmiechnęła się. – A teraz wybacz, mam jeszcze mnóstwo pracy.
Hestia skinęła głową i wróciła do swoich obowiązków, przez cały dzień jednak myśląc nad tym, co zrobiła Maggie. Wakacje… O tak, przydałyby jej się. Ale najpierw spróbuje złapać szczęście za nogi. Od razu po pracy idzie do mugolskich sklepów.

***

– W tym byłoby pani do twarzy! – Pulchna sprzedawczyni pchnęła ją w kierunku lustra.
Hestia zatrzymała się, patrząc na swoje odbicie od stóp do głów. Faktycznie, wyglądała nieźle – długa do ziemi suknia w kolorze morskim i z nie największym dekoltem. Tylko czy odważyłaby się ją założyć z jakiejkolwiek okazji? Chociaż z drugiej strony nie ma takich ubrań. Jedyną wieczorową sukienkę zachlapała farbą, kiedy w trakcie malowania wiadro z farbą spadło na – jak się okazało – nieszczelną szafę.
– No dobrze – wymamrotała. – Wezmę ją. A czy jest coś może bardziej… codziennego?
– Oczywiście, kochanieńka! Zaraz się znajdzie coś odpowiedniego!
Po chwili dziewczyna wylądowała w przymierzalni z kilkunastoma bluzkami, spódnicami i sweterkami. Była pewna, że łatwo jej się z tego sklepu wyjść nie uda.
Wreszcie jednak zdecydowała się na odpowiednie stroje, wybrała dodatki, zapłaciła i wyszła. Czekał ją jeszcze sklep z butami, fryzjer i kosmetyczka, ale wiedziała, że nie zdąży wszystkiego zrobić dziś. Uznała, że zajmie się jeszcze butami, a resztę odłoży na następny dzień.
Sklep obuwniczy – największy i najtańszy w całym Londynie – był trzy przecznice dalej, więc nie było sensu brać taksówki czy czekać na autobus. Gderając na ilość torebek z ubraniami (miła sklepowa uparła się zapakować wszystko w oddzielną torbę; nie omieszkała też za każdą policzyć kilku pensów), przyglądała się wystawom. Żałowała, że jej życie nie może być takie, jak tych wszystkich roześmianych modelek z plakatów. One na pewno nie miały takich problemów, jak brak pożywiania w lodówce czy brak faceta.
Z butami poszła jej dużo łatwiej, niż z ubraniami, bo żadna sprzedawczyni nie wydawała się specjalnie zainteresowana doradzaniem jej. Spokojnie wybrała więc kilka par, pasujących do przed chwilą zakupionych strojów. Szybko zapłaciła i skierowała się do wyjścia, nie najlepiej widząc drogę przed sobą – liczba zakupowych zdobyczy to uniemożliwiała. Liczyła po prostu na uprzejmość ludzi, którzy widząc kogoś z pakunkami zejdą mu z drogi.
Przeliczyła się. Na pierwszym zakręcie poczuła, że na kogoś wpadła. Miała wrażenie, że zna ten zapach wody kolońskiej, a kiedy podniosła oczy – zarumieniła się jak za dawnych czasów. Dlaczego ze wszystkich ludzi w Londynie musiała wpaść na niego?!
Z chodnika właśnie podnosił się Syriusz Black, patrząc na nią z najwyższym zdumieniem.
– Hestia Jones? – upewnił się.
– Dzień dobry, Syriuszu. – Rumieńce były w kolorze gaśnicy strażackiej, czuła to. – Przepraszam, nie chciałam na ciebie wpaść, to przez te zakupy, wiesz, te pudła trochę ograniczają widoczność…
„Zamknij się, idiotko, bo powiesz dwa słowa za dużo”, mruknął jakiś głos w jej głowie.
– Poczekaj, pomogę ci – zaoferował Black, powodując, że dziewczynie szybciej zabiło serce.
– Dziękuję, to naprawdę miło z twojej strony…
Przez następne pół godziny czuła się jak w raju. Szła ulicami Londynu – tak, praktycznie przez jego centrum – razem z Syriuszem, który pomagał jej nieść zakupy. Żałowała, że Maggie jej nie widzi. I ta cała Dorcas. Na pewno by zerwali. Chociaż… może nie powinna tak myśleć? W końcu nic między nimi nie było. Black pewnie nawet nie wstąpi na herbatę…
„Zaraz, ja nie mam herbaty! Muszę kupić!”, przemknęło przez myśl Hestii, ale szybko uspokoiła ją myśl, że naprzeciw kamienicy jest niewielki sklep, gdzie na pewno herbata i jakieś ciasteczka będą. A póki co może spokojnie iść przed siebie. Jak najdłużej iść.
– To tu? – zapytał wreszcie Syriusz, wskazując brodą kamienicę przy Frederick Street.
– Tak, tu. Dziękuję raz jeszcze. Może wstąpisz na herbatę? – Hestia starała się nadać swojemu głosowi barwę uprzejmą, ale nieco obojętną. Wiedziała jednak, że on musiał zdawać sobie sprawę, że pod tą pozorną obojętnością była ukryta nieomalże prośba.
Syriusz zerknął na zegarek.
– Tak, mogę wstąpić, skoro zapraszasz.
Hestia zaczekała, aż Black otworzy drzwi do klatki schodowej, a potem szybko weszła po schodach, żeby nerwowo siłować się z kluczem pod drzwiami. Jej towarzysz tymczasem powoli wszedł, pogwizdując cicho i przyglądając się drzwiom sąsiadów. Wreszcie zamek zaskrzypiał i drzwi się otworzyły. Dziewczyna, rumiana jak piwonia, szybko zamknęła drzwi od zabałaganionej sypialni. Chłopak w tym czasie postawił pakunki, poprawił fryzurę i zerknął na gospodynię domu.
– To co z tą herbatką? – zapytał.
Czarnowłosa zarumieniła się jeszcze bardziej, świadoma, że herbaty nie posiada. Ale jeśli o tym powie, to Syriusz może sobie pójść, a tego nie chce! Zaprosiła go więc do salonu, upewniając się czy na pewno nie chce kawy lub czegoś mocniejszego. Zdecydowanie chciał herbatę, „jeśli to nie kłopot”, jak dodał.
Zaniepokojona wpadła do kuchni, przetrząsając wszystkie szafki. Znalazła resztkę zwykłej herbaty, ale wyszłaby z tego taka lura, że wstyd podać. Musiała szukać dalej. Pusta puszka po cytrynowej, resztka malinowej, którą dosypała do szklanki, trochę sypanej Earl Grey… Ale to ciągle mało. Ostatnia nadzieja w niebieskiej puszce. Tak, pojemnik był pełny, ale dziewczyna zamarła, gdy zobaczyła napis. „Herbatka przeczyszczająca”. Przecież nie może go tak urządzić!
Powąchała zawartość puszki. Pachnie normalnie. Może nic się nie stanie, nie da mu przecież całej szklanki, tylko dosypie troszkę… Poza tym ta herbata wymiesza się z pozostałymi, cukrem, cytryną… Nie da się wyczuć.
Sobie nalała soku i wróciła do salonu z obiema szklankami, nadal rumiana jak jabłko jesienią. Powoli piła swój napój, patrząc w ciemne oczy Blacka. Chyba nie zorientował się, że herbata nie była tym, na co liczył, bo nawet się nie skrzywił. W pokoju zapadła cisza.
– Więc… co właściwie kupowałaś? – zagadnął.
– To i owo… odświeżałam garderobę na jesień – odparła, mimo że głos w jej głowie ustawicznie powtarzał „Kłamczucha!”.
– Niezłe odświeżanie, ledwo się w z tymi pakunkami mogłaś zabrać. Dobrze, że na mnie wpadłaś.
– A co tam właściwie robiłeś?
– Wracałem od Dorcas.
Twarz Hestii nieznacznie stężała, ale starała się tego nie okazać. Dopiła resztki soku.
– Coś z nią nie tak? Jest chora?
– Taaak, można to tak ująć. Chora i nudna. Ciągle tylko zajmuje się ubraniami, modą, gazetami… Strasznie pusta dziewczyna.
Czarnowłosa poczuła, że rumieniec obejmuje teraz nie tylko twarz, ale schodzi na szyję i dekolt. I ona chciała się upodobnić do Dorcas? Chciała stać się „pustą dziewczyną”?
– Nawet z nią nie rozmawiałam, mówiąc szczerze…
– Hm… Niewiele straciłaś. – Syriusz zamilkł na chwilę. – Nie wiesz co się stało z Maggie Sawyers?
Serce. Jej serce. Hestia poczuła, jakby właśnie cały rumieniec zszedł w dół, do serca, które eksplodowało. Nic takiego się jednak nie stało. Musiała dalej prowadzić rozmowę. Nieco bledsza.
– Maggie wyjechała. Wydaje mi się, że mówiła coś o niespełnionej miłości, od której musi odpocząć. Och, dobrze, że nie słyszałeś, co mówiła. Stała się straszną feministką. – Dlaczego ten głos w głowie cały czas krzyczy „Kłamczucha”?!
Brwi Blacka mimowolnie uniosły się nieco do góry.
– Cóż, nie spodziewałem się…
Znowu na chwilę zapadła cisza, wreszcie Syriusz się odezwał.
– Mieszkasz sama?
– Tak. Odkąd skończyłam Hogwart musiałam radzić sobie sama. – „A Chris?”, szepnął głos.
– Ale chyba miałaś męża?…
– Śmierciożercy go zabili.
– To musiał być dla ciebie cios, współczuję.
– Nie, nie był. Mieliśmy się rozwieść. Zdradzał mnie.
Znów chwila ciszy. O szybę tłucze mucha. „Czy on też to słyszy?”, przemknęło jej przez myśl.
– Masz już zajęty sobotni wieczór? – zapytał w końcu chłopak.
– N-nie. – Czy to się dzieje naprawdę?
– Może byśmy się gdzieś wybrali?… Wiesz, kolacja…
– Chętnie, Syriuszu.
– Świetnie. Bądź gotowa o dziewiętnastej… – urwał. Po chwili dodał nieco ciszej: – Przepraszam, chyba powinienem już iść… Chyba zjadłem coś niestrawnego.
Uśmiechnął się tym słynnym uśmiechem łamacza serc niewieścich i wstał. Hestia też niechętnie wstała, ale po chwili – gdy otrzymała pożegnalnego buziaka w policzek – nie żałowała. Dopiero kiedy drzwi za Blackiem się zamknęły poczuła wyrzuty sumienia. Czy to przez jej herbatkę?… Nie, niemożliwe.
Ale przecież osiągnęła to, czego chciała. Umówili się. Tylko dlaczego czuła, że nie będzie mogła spojrzeć Maggie i Dorcas w oczy?

***

W sobotę od rana Hestia krzątała się nerwowo po domu. Udało jej się znaleźć mugolski magazyn z artykułem „Wyglądaj świetnie w ten wieczór – 21 praktycznych porad!”, który szybko przeczytała. Po wizycie w sklepie była gotowa do wszystkich zabiegów upiększających – maseczka z ogórka, peeling, depilacja, nałożenie na włosy odżywki, makijaż… Nie martwiła się jedynie o sukienkę – ostatni zakup się przyda. Powinna co prawda pomyśleć o dodatkach, ale tym się może zająć, kiedy będzie czekać, aż odżywka do włosów się wchłonie.
Pół godziny spędziła leżąc bezczynnie z plastrami ogórka na twarzy, w myśli układając listę spraw, które musi jeszcze załatwić do dziewiętnastej. Nie była pewna czy się wyrobi, ale nie miała wyjścia. Musiała dać z siebie wszystko.
Paznokcie, makijaż, fryzura, sukienka… Ma jeszcze trochę czasu… Buty… Gdzie są buty? A, leżą w przedpokoju. Zdąży, nie powinna się denerwować. Wszystko jest w porządku, wdech i wydech. Jeszcze godzina. Może przepakować torebkę na tę bardziej elegancką. I założy buty, tak na wszelki wypadek.
Wpół do siódmej. Założy buty i poczeka w przedpokoju, żeby móc szybko otworzyć drzwi.
Za dwadzieścia. Czy na pewno umyła zęby? Może zje miętówkę.
Za piętnaście. Nie, musi umyć zęby. A co, jeśli poprzednio ich nie domyła?
Za trzynaście. Jedno opakowanie miętówek to za mało. Musi znaleźć drugie.
Za jedenaście. Jasna cholera! Słoik z konfiturą stłukł się na jej sukienkę. Trzeba się przebrać.
Za dziesięć. Ale w co? Nie ma innej sukni!
Za osiem. Koniec paniki. Przecież jest czarownicą. Starczy jedno zaklęcie!
Za siedem. Jakie to było zaklęcie, do jasnego peruna?!
Za pięć. Gotowe. Udało jej się. W nagrodę zje miętówkę.
Za cztery. Może jeszcze jedną?
Za dwie. A jak nie przyjdzie? Na pewno ją wystawi!
Za minuta. Czemu te miętówki nie mieszczą jej się w ustach? Siły Wyższe, na pewno się wygłupi!
Dziewiętnasta. To już! Zaraz zapuka! Fryzura dobrze się układa? A suknia? Po plamie ani śladu?
Minuta po. Powinna się zacząć uśmiechać. Tak na wypadek. Wyplucie siedmiu miętówek pozwoliło jej zamknąć usta.
Pięć po. Zaraz się pojawi. Przecież obiecał.
Piętnaście po. Miętówki się kończą.
Dwadzieścia pięć po. Usta ją bolą od uśmiechu.
Wpół do ósmej. A jak nie przyjdzie? Wiedziała! Z równym powodzeniem mogła zaoszczędzić sobie cały dzień starań. Syriusz ją wystawił. Ale nie będzie płakać, nie będzie…
Za dwadzieścia pięć. A może coś go zatrzymało?
Za dwadzieścia. Coś bardzo ważnego.
Za osiemnaście. Na pewno zaraz przyjdzie. Uśmiechnie się, wręczy jej różę i…
Za piętnaście. Jasna cholera, Syriuszu Black! Masz się tu natychmiast zjawić!
Za dziesięć. Nie oszukuj się, Hestio. On nie przyjdzie. Przestań się głupio szczerzyć, bo ci tak zostanie.
Za osiem. I te miętówki też przestań jeść.
Za siedem. I w ogóle się uspokój, dziewczyno! Co się z tobą dzieje? To tylko facet!
Za sześć. No dobra, nie byle jaki, ale jednak facet.
Za pięć. Pewnie poleciał do tej swojej Dorcas i właśnie… jedzą kolację czy coś.
Za trzy. To bez sensu. Pójdzie się przebrać i zaśnie. Przy odrobinie szczęścia się nie obudzi i nie będzie o tym myśleć.
Za minuta. Przyjdzie. Musi. Nie rób mi tego, Syriuszu. Proszę.
Dwudziesta. Nienawidzę cię, Black!
Minuta po. A może mu się pomyliły godziny? I zaraz zapuka?
Pięć po. To bez sensu. Zrozum, wystawił cię. Zmyj ten idiotyczny makijaż, połóż się spać i naucz się z tym żyć, Hestio.
Dziesięć po. Nie zrobisz tego dalej tu siedząc.
Piętnaście po. No wstań wreszcie! I nie płacz, bo ci tusz spłynie. A jeśli on jednak przyjdzie? Będziesz wyglądać jak potwór z Loch Ness.
Wstała. Przygotowany wcześniej wazonik z wodą wylądował na podłodze. Nawet się nie stłukł. Chyba przeżył już nie takie wstrząsy.
Hestia powoli rozpięła zamek sukienki i ją zdjęła, nie zadając sobie trudu z odwieszeniem jej do szafy. Chciała przebrać się w coś wygodnego, położyć się na kanapie, patrzeć w sufit… I nie myśleć. Przede wszystkim unikać bolesnego tematu, jaki był Syriusz.
Odkręciła wodę. Długa kąpiel to to, czego jej potrzeba. Wleje jakiegoś olejku, weźmie książkę i może posiedzieć tak kilka godzin, aż odkryje, że woda jest lodowata, ona sama ma katar, a mordercą w kryminale był kamerdyner.
Za kwadrans dziewiąta, kiedy Hestia kończyła napuszczać wodę do wanny, rozległ się dzwonek. Dziewczyna spojrzała pytająco w stronę drzwi, jakby liczyła, że udzielą jej odpowiedzi. Wreszcie niepewnie podeszła do wizjera i serce jej zamarło. Syriusz. Jak mógł! Przecież jeśli teraz mu otworzy, zobaczy ją w samej bieliźnie. Jeśli nie otworzy – Black sobie pójdzie.
– Chwileczkę! – krzyknęła, rzucając się biegiem w kierunku sukienki.
– Hestia, otwórz! – Usłyszała zza drzwi.
„Gdybyś wiedział, jak chciałam to usłyszeć”, pomyślała, zapinając sukienkę. Wyglądała fatalnie w porównaniu ze stanem sprzed dwóch godzin, ale i tak w miarę nieźle. Podeszła do drzwi. Żadnej miętówki w ustach. Wazon na podłodze w kuchni. Uśmiech w porządku. Może otworzyć.
Przekręciła zamek i najpierw lekko uchyliła drzwi, a potem otworzyła na tyle szeroko, by chłopak mógł bez przeszkód wejść.
– Przepraszam za spóźnienie. Motor mi się zepsuł pod Londynem – wyjaśnił. – Proszę, to dla ciebie.
– Dziękuję, Syriuszu! Od razu wstawię ją do wazonu. A ty może chcesz umyć ręce? Tu jest łazienka. – Wskazała drzwi w głębi korytarza i sama poszła do kuchni po wazon, w który mogła wstawić śliczną, czerwoną różę.
– Hes, chcesz zatopić sąsiadów? – krzyknął żartobliwym tonem Syriusz z łazienki.
– Co?! – Szybko podeszła do drzwi i zajrzała do środka. – O Boże. Zapomniałam zakręcić wodę. Sąsiedzi mnie zabiją – westchnęła.
– Nie martw się, zaraz się tym zajmiemy – zaoferował Black, podwijając rękawy. – Masz jakąś ścierkę? Najlepiej dużo ścierek.
Czarnowłosa poczuła się okropnie. Cała łazienka dosłownie tonęła w wodzie, która wylewała się z wanny w najlepsze.
– Może najpierw to zakręcę – powiedziała przejęta, siłując się z kranem. – Aaaa! No wspaniale! – jęknęła, patrząc na kurek od zimnej wody, który został w jej ręku. –Lepiej przyniosę te ścierki. I różdżkę.
– Znasz jakieś zaklęcie hydrauliczne? – zdziwił się Syriusz, z łatwością zakręcając kurek od ciepłej wody i udrażniając odpływ wanny, do tej pory zatkany korkiem.
– Eee… nie – przyznała dziewczyna, rumieniąc się. I bez dalszych słów poszła po jakieś ścierki. Wydawało jej się, że jest ich ciągle za mało, więc w przypływie szaleńczej inwencji złapała za świeżo uprane i wyprasowane prześcieradło, które również mogło być dobrym materiałem chłonnym.
Następne pół godziny spędzili na dokładnym wycieraniu podłogi, przy okazji dokumentnie mocząc stroje, które z całą pewnością były na ważniejsze okazje, niż naprawianie wanny. Hestia miała wrażenie, że zaraz się popłacze – tak miała wyglądać jej randka marzeń? Wycieranie podłogi? Syriusz musiał być na nią wściekły. Nawet nie poczuła, kiedy po jej policzkach potoczyły się ciepłe łzy, niszcząc staranny makijaż, z którego do tej pory i tak pozostało najwyżej wspomnienie.
– No, powiedzmy, że tak może być – stwierdził Black, odsuwając się od wanny, by zobaczyć swoje dzieło w pełnej krasie. – Przynajmniej już nie leci woda, ale powinnaś wezwać mugolskiego hydraulika… Hestia? Ty płaczesz?
Nie odpowiedziała, tylko siedziała przy ścianie w mokrej sukience i starała się ukryć twarz w dłoniach. Nie dało się ukryć, że płakała. Łzy żłobiły ścieżki w pudrze i łączyły się na brodzie, żeby skapnąć na dekolt i zostawić nieładny ślad z tuszu.
– Hestia, co się stało? – zapytał skołowany, utwierdzając przy tym stereotyp, że nic nie wytrąca faceta z równowagi bardziej, niż płacząca kobieta.
– Wszystko… wszystko jest nie tak – chlipnęła. – To moja wina, zepsułam cały wieczór i na pewno żałujesz, że w ogóle mnie zaprosiłeś.
– To nieprawda. – Syriusz spróbował usiąść koło niej, choć nie było to łatwe, bo musiał zmieścić się w rogu obok pralki. Udało mu się jednak poklepać ją po ramieniu i uśmiechnąć się rozbrajająco. – I wcale nie żałuję. To ciekawy wieczór, ale przecież noc się dopiero zaczyna.
– Ale… ale to wszystko, ta woda… Naprawdę cię to nie zraziło?
– Jesteś naprawdę niebanalną dziewczyną – odparł. Patrząc w jej zapłakane oczy. Musiał się hamować, by nie wybuchnąć śmiechem, gdy zobaczył rozmazany tusz do rzęs, ale jednak mu się udało. Pomógł jej wstać i osuszył ubrania ciepłym podmuchem z różdżki.
Hestia uśmiechnęła się smutno.
– Wyglądam jak potwór.
– Wcale nie – zaprzeczył szybko Black.
– Zaraz się doprowadzę do normy. Poczekaj w salonie, proszę.
Syriusz posłusznie wycofał się z łazienki i zajął się zwiedzaniem salonu.
– Jesteś taką idiotką, Jones – syknęła do lustra, kiedy miała już pewność, że chłopak jej nie usłyszy. Szybko zmyła makijaż, starając się nałożyć choć prowizorycznie nowy. Zrezygnowała z naprawiania misternej fryzury i po prostu spięła włosy w kok. Nie wyglądała źle, ale i tak była zła na samą siebie. Co on musiał sobie pomyśleć!
– Jestem gotowa – powiedziała cicho, wchodząc do salonu.
Black stał przy oknie, wyglądając na puste podwórze.
– Ślicznie wyglądasz – oznajmił, pocierając brodę z pewnym zakłopotaniem. Domyślał się, ile wysiłku kosztował dziewczynę taki wygląd, a to, co widział teraz nie było nawet ułamkiem tego, co przygotowała wcześniej.
– Nie żartuj – mruknęła. – To co, idziemy?
– Jasne. Mam rezerwację w bardzo przyjemnej restauracyjce.
Hestia założyła buty i jak już miała zamykać drzwi na klucz, coś ją zastanowiło.
– A co z Dorcas?
– To przeszłość. Nie zaprzątaj sobie nią głowy.
„Mam nadzieję, że nie kłamiesz”, pomyślała, nim zamknęła drzwi na klucz. Mimo niefortunnego początku, była pełna optymizmu, który jednak jej przeszedł, gdy dotarli do restauracji.
– Jasna cholera! – Syriusz z całej siły kopnął w zamknięte drzwi.
– Nie denerwuj się, to na pewno pomyłka. Zresztą, nie musimy tu jeść. – Hestia starała się zachować spokój, choć z miernym rezultatem – była tak samo wściekła, jak Black, ale nie uzewnętrzniała tego.
– Ten cholerny sukinsyn zamknął nam drzwi przed nosem! Gdzie moja różdżka?! Już ja dopilnuję, żebyśmy tu zjedli kolację!
– Nie, ściągniesz nam na kark Ministerstwo!
Musieli wyglądać śmiesznie – mężczyzna w garniturze, ale bez krawata, wymachujący jakimś patykiem i kobieta w długiej, zwiewnej sukni koloru morskiego, próbująca go powstrzymać. Prawdopodobnie ta szarpanina trwałaby dość długo, gdyby nie błyskawica, która przeszyła niebo, zwiastując nadchodzącą burzę.
– Chyba powinniśmy dać sobie spokój – mruknął bardzo niechętnie Syriusz. – Przynajmniej dziś wieczór.
Hestii przemknęło przez myśl, że to zwiastuje kolejną randkę. Miała nadzieję, że ta szaleńcza myśl okaże się prawdziwa. Och, jak by tego chciała!
Kolejna błyskawica przeszyła niebo tuż nad nimi, a zaraz po niej rozległ się grzmot i spadły pierwsze, ciężkie krople, po chwili przeradzając się w ulewny deszcz, tak typowy dla Wysp Brytyjskich.
– Żeby to hipogryf podeptał! Chodź gdzieś pod dach, bo przemokniemy do suchej nitki.
Jak na ironię losu, żadnych dobrych schronów nie można było znaleźć i Syriusz wreszcie zdecydował się przeczekać ulewę pod rozłożystym kasztanem, puszczając mimo uszu uwagę o tym, że pioruny najczęściej trafiają w wysokie drzewa. Burknął tylko, że z jego szczęściem nie byłoby to takie niezwykłe.
Deszcz jednak padał coraz intensywniej i po kilkunastu minutach musieli stanąć bardzo blisko siebie, by zachować choć resztki uczucia suchości. Hestia z przyjemnością wąchała perfumy Blacka. Miała wrażenie, że z równym powodzeniem świat mógłby się teraz skończyć, a ona nawet by nie zauważyła.
– Chyba nie ma sensu tu tak sterczeć – zauważył Syriusz gdzieś w okolicach prawego ucha dziewczyny. Zdjął w miarę suchą marynarkę i podał towarzyszce. – Masz, okryj się.
Hestia zarzuciła odzienie na głowę i w dalszym ciągu narkotyzowała się zapachem perfum. Właściwie deszcz przestał jej już przeszkadzać – mogłaby tak stać. Ale Syriusz uznał, że powinni pobiec kilkadziesiąt metrów do najbliższego zadaszonego sklepu, tam złapać oddech i biec dalej – trzy przecznice od tego kasztana było jego mieszkanie, tam będą mogli coś zjeść i napić się ciepłej herbaty. Nie zdążyła nawet powiedzieć, że nie może biec na obcasach, kiedy nogi same zerwały się do sprintu. Nie pamiętała nawet ile czasu biegła – czuła, jakby straciła rozum, a nogi przejęły kontrolę. Nie była pewna, czy się śmieje, czy to tylko jej myśli. Wreszcie jednak buty na obcasie uznały za stosowne zaprotestować i dziewczyna wylądowała w kałuży.
– Nic ci nie jest? – zapytał Syriusz, podchodząc do niej.
– Nie, wszystko dobrze… to przez te obcasy – wymamrotała.
Black pomógł jej wstać – oboje byli już przemoknięci do suchej nitki, ale przestało im to przeszkadzać. Kilka chwil potem chłopak zanucił Deszczową piosenkę i po chwili oboje tańczyli, zaśmiewając się do rozpuku. Po wykonaniu zgrabnego piruetu Hestia zatrzymała się na krawężniku i patrzyła na Syriusza zawodzącego „I’m singing in the rain”. Potem, z jeszcze większym uśmiechem, podszedł do niej i wyciągając rękę zapytał:
– Madame, mogę prosić do deszczowego walca?
Zaśmiała się głośno i podała mu rękę. Po chwili obracali się po całym chodniku, raz po raz depcząc marynarkę Blacka, która upadła w ferworze tańca. Na koniec – jak nakazywał obyczaj – gentleman ucałował dłoń swej partnerki, patrząc później w jej oczy.
– Jesteś wyborną tancerką – przyznał.
– Dziękuję. – Zarumieniła się lekko, choć deszcz szybko zmył ten rumieniec.
Syriusz tymczasem patrzył na jej usta, z dość jasnym zamiarem pocałowania dziewczyny.
„Cholera, gdzie miętówki?”, pomyślała, ale gdy tylko Black złożył pocałunek na jej wargach, myśl zmieniła się diametralnie. „Zresztą, olać miętówki…”

***

Mieszkanie Syriusza faktycznie było niedaleko. Dotarli tam akurat, gdy przestawało padać. Oboje zaśmiewali się do łez i próbowali wycisnąć wodę z ubrań. Gospodarz domu zaoferował Hestii coś do przebrania się, by jej sukienka wyschła. Normalnie by się na coś takiego nie zgodziła, ale ten wieczór wprawił ją w taki nastrój, że się zgodziła bez oporów, po chwili siedząc na sofie w wielkim, czarnym swetrze i parę numerów za dużych skarpetkach. Przed nią stał kubek gorącej herbaty, a Syriusz próbował znaleźć czyste talerze.
Hestia zaoferowała, że pomoże mu w kuchni, na co chętnie przystał. Kilka chwil potem dodawali wszystko, co tylko znaleźli w lodówce do kanapek, wciąż się śmiejąc. Dopiero pukanie do drzwi zepsuło ten nastrój.
– Poczekaj, zaraz otworzę – powiedział Syriusz i podszedł do drzwi.
– Już myślałam, że cię nie zastanę. – Ten głos wydał się Hestii znajomy. – Czemu ode mnie tak szybko wyszedłeś?
Dorcas weszła do przedpokoju.
– Nie wyszedłem. Zerwałem z tobą, pamiętasz? To koniec. Wyjdź stąd, Dorcas.
– Ale ja wiem, że to tylko kolejne droczenie się. Nie daj się prosić… – Jej wzrok nagle zatrzymał się na Hestii, która w swetrze Blacka wyglądała dość dwuznacznie. – Więc to dla niej mnie rzuciłeś? – zapytała ostro Meadows.
– Nie. Hestia jest tylko moją przyjaciółką.
– Też coś. Jeszcze pożałujesz, Black. I ty także, Jones! – krzyknęła, wyciągając w kierunku dziewczyny palec zakończony szponiastym paznokciem.
A potem, zachowując minę pełną godności, trzasnęła drzwiami.
W mieszkaniu zapadła cisza.
– To nie tak… – zaczął Syriusz.
– Nieważne – mruknęła Hestia i ruszyła do łazienki. Założyła mokrą sukienkę i wychodząc rzuciła Blackowi sweter. – Nie musisz się tłumaczyć.
Założyła buty i szukała torebki.
– Hes, zastanów się. Rozchorujesz się!
– I co z tego? – Otworzyła drzwi i wyszła na klatkę schodową. – Dobranoc Syriuszu.
I zbiegła po schodach, łapiąc szybko taksówkę.
Black stał w oknie jeszcze parę minut. Potem rzucił sweter na podłogę i poszedł zjeść kolację sam.
„Idiota”, pomyślał. „Znów wszystko spieprzyłem. Ale Dorcas jeszcze pożałuje.”

***

Hestia dotarła szybko do domu, rzucając nienawistne spojrzenia w kierunku wazonu, w którym stała róża. Była zła zarówno na siebie, jak i na Syriusza – dlaczego jej to zrobił? Przecież to miał być wspaniały wieczór. Dlaczego to wszystko się musiało stać?
Zrzuciła z siebie sukienkę i przywarła plecami do ściany, składając ręce na piersi. Tak strasznie chciało jej się płakać, a jednak łzy nie chciały popłynąć. Sama nie wiedziała dlaczego; może wylała ich już zbyt wiele przez Blacka? Czy istniał jakiś limit łez, które można wylać przez jednego drania?
Usiadła na dywanie i pociągnęła nosem. Czy to musiało się tak skończyć?
Pierwsza łza pojawiła się na powiece i szybko popłynęła po policzku, a za nią kolejne.

***

– Natalie? – zapytała głucho Hestia.
Po drugiej stronie słuchawki panowała cisza.
– Natalie, proszę. Skoro podniosłaś słuchawkę, to odezwij się!
Nadal żadnej reakcji.
– Proszę – szepnęła czarnowłosa płaczliwych głosem. – W imię naszej przyjaźni, odezwij się.
Jakiś szmer po drugiej stronie słuchawki utwierdził ją w przekonaniu, że Natalie tam była. Dopiero, kiedy usłyszała trzask odkładania telefonu na widełki i długi sygnał dostępności zrozumiała, że przyjaźń się skończyła. Natalie, ta twardo stąpająca po ziemi Natalie, która zawsze miała odpowiedź na wszystko i nie dawała się zwariować niesamowitym pomysłom Maggie… Ta sama Natalie teraz odłożyła słuchawkę mugolskiego telefonu. Nie chciała rozmawiać. Nie chciała się z nią kontaktować. Stały się sobie obce.
Dziewczyna odwiesiła swoją słuchawkę i wyszła z czerwonej budki telefonicznej, wracając do mieszkania. Nie mogła już od nikogo oczekiwać pomocy? Naprawdę nie było już nikogo, kto mógłby jej pomóc?
Nieświadomie pomyślała o Maggie. Ile czasu minęło od ich ostatniej rozmowy? Zaczęło jej brakować rudowłosej przyjaciółki. Żałowała, że nie umie się z nią skontaktować. Wtedy jednak przyszła jej do głowy inna myśl. Od czego są znajomości, jakie zawarło się w Hogwarcie, jeśli nie od tego, by prosić koleżanki o pomoc?
Szybko wróciła do domu i napisała krótki list.

Przepraszam, jeśli Cię niepokoję, ale mam szczerą nadzieję, że mnie jeszcze pamiętasz z Hogwartu. Rozmawiałyśmy kilkakrotnie. Gdybyś miała czas, chętnie bym się z Tobą spotkała. Mam problem z… z tym samym Gryfonem, o którym rozmawiałyśmy w Hogwarcie.
Pozdrawiam,
Hestia Jones Brown

Wyjaśniła sowie, że nie wie, gdzie może być adresatka, ale koniecznie musi ten list dostarczyć Dainah Pool, która powinna mieszkać gdzieś w Anglii.
Zaczęło się oczekiwanie.

***

Syriusz, o ile jego wiedza o kobietach była dobra – a śmiał twierdzić, że taka właśnie była – postanowił dać Hestii czas na ochłonięcie. W tym czasie raz na zawsze wyjaśnił Dorcas, że z nimi koniec, choć dziewczyna nadal obiecywała zemstę. Black jednak uważał, że nie posunie się do tego i bagatelizował jej słowa – ktoś taki, jak ona nie umiałaby podnieść różdżki na niewinnych – a jako takich klasyfikował siebie i Hestię. W każdym razie rozwiązał sprawę z panną Meadows i uznał, że może wrócić do sprawy czarnowłosej wdówki, która coraz bardziej go intrygowała. Wiedział, że nie może być zbyt nachalny, więc postanowił odczekać kilka dni i wysłać jej list z powtórnym zaproszeniem na randkę. W końcu rezerwacja nadal była aktualna – tak przynajmniej powiedział właściciel restauracji po bliższym kontakcie z paroma zaklęciami.
Czekał. Wiedział, że dostanie to, czego chce. A teraz chciał Hestii.

***

Odpowiedzi od Dainah nie było – Hestia już zwątpiła w to, że uzyska odpowiedź kiedykolwiek. Zamiast tego dostała sowę od Syriusza z przeprosinami i zaproszeniem na kolejną randkę. Zgodziła się, jeszcze tego samego dnia idąc na zakupy nowej sukni – przecież nie może się pokazać drugi raz w tym samym.
Umówionego dnia starała się tak nie histeryzować, choć miętówki jadła bez opamiętania. Makijaż zrobiła łagodniejszy, a fryzurę mniej wymyślną na wypadek deszczu. I czekała.
Punkt dziewiętnasta rozległo się pukanie i tak samo, jak poprzednio, Syriusz wręczył jej różę, którą wstawiła do wazonu.
– Woda zakręcona? – spytał żartobliwie Black.
– Tak, od wizyty hydraulika podchodzę do tego kranu z ostrożnością – zaśmiała się.
– Czyli możemy iść. – Uśmiechnął się szeroko, a Hestia miała wrażenie, że jej kolana zrobiły się z waty. Czy to… miłość? Nie, niemożliwe.

Restauracja – ta sama, co poprzednio – była tym razem otwarta. Kelnerzy okazali się niezwykle mili, choć sprawiali wrażenie, jakby bali się Syriusza. Zamówienie zrealizowano niesamowicie szybko, a do tego dostali gratis butelkę najlepszego wina.
– Mam wrażenie, że wszyscy na nas patrzą – szepnęła Hestia, jednocześnie krojąc jakieś niezwykle wykwintne mięso znajdujące się na jej talerzu.
– Wydaje ci się, to popularna restauracja, obsługa nawet nie miałaby czasu dokładniej przyglądać się klientom.
– Mugolska? – zapytała dziewczyna.
– Właściciel jest charłakiem, ale obsługa w pełni mugolska.
Pokiwała głową. Trochę żałowała, że nikt znajomy jej nie zobaczy, że nie będzie plotek. Chociaż może to i dobrze? Czy na pewno chciała, żeby wszyscy wiedzieli o tej kolacji? A jeśli znowu coś pójdzie nie tak?
Chyba nikt nie zdawał sobie sprawy, ile Hestia by dała za to, by ta randka się udała. Bardzo się bała, że znowu coś nie wypali, że pojawi się jakaś Dorcas czy inna dziewczyna, że Syriusz się zorientuje, jaką nudziarą jest, że zrobi coś głupiego… Lista obaw wydawała się nie mieć końca. Przez to nie mogła się odprężyć, cały czas miała wrażenie, że jej odpowiedzi są pozbawione jakiegokolwiek sensu. I jeszcze to śmieszne uczucie motylków w brzuchu, kiedy ich dłonie przypadkowo się spotykały, sięgając po solniczkę. Czy to nie było zachowanie typowe dla jakiejś nastolatki? Nie powinna się tak zachowywać, przecież jest dorosła. Och, oczywiście, dorosła nie równa się dojrzała, ale to już lekka przesada, powinna się opanować.
„Ale właściwie… po co się opanowywać? Raz się żyje, Hestio Jones! Tylko raz, powinnaś o tym pamiętać”, zganiła się w myślach, postanawiając choć raz w życiu się naprawdę zabawić. Była tu w wyśmienitym towarzystwie, piła wino o najlepszym bukiecie smakowym, jaki tylko jej usta czuły… a wieczór dopiero się zaczynał.
Potem wszystko stało się intensywniejsze, jaśniejsze, głośniejsze, ale z czasem otoczenie jakby się uspokoiło, a jedyne, co pozostało wyraźne, to był stół i Syriusz. Rozmawiali jeszcze, wznosili toasty, kelner przyniósł drugą butelkę, a potem trzecią. Przestało już ją dziwić, że to na koszt firmy. Po prostu chwila trwała i była piękna, Hestia czuła, że nie byłaby szczęśliwsza nawet, gdyby biegała boso po idealnej, słonecznej, soczyściezielonej łące ze stadami kolorowych motyli. Chociaż może już biegała? Ten pęd powietrza, ta lekkość ducha i…
– Hestia, ty jesteś pijana w sztok! – Głos Syriusza sprowadził ją na ziemię.
– Ależ ssskąd – odparła.
– Lepiej, żebyśmy stąd wyszli.
– Szemu? Mie się tu podoba.
– Hes, tak będzie lepiej, chodź. – Wcisnął kelnerowi kilka wcześniej odliczonych banknotów i poprowadził dziewczynę do wyjścia. Tam dopiero się zawahał. – Khem… Masz jakieś drobne?
– Drobne? – Zdziwienia na chwilę ją otrzeźwiło. – Sprawdź w torebce.
– Nie będę ci grzebał. Chodźmy do mnie, jest blisko.
– Skoro tak mówisz…
Przez następne czterdzieści minut Black prowadził Hestię najkrótszą drogą do swojego mieszkania, by wreszcie wnieść ją po schodach na pierwsze piętro i położyć na sofie w salonie.
„Też mi randka”, pomyślał. „Upiła się zanim… Co się dzieje?”
Wyjrzał z kuchni do salonu. Hestia właśnie próbowała się podnieść z kanapy.
– Lepiej nie wstawaj – mruknął siadając obok niej. – Pewnie masz wrażenie, że jesteś na karuzeli, co?
– Nie, to tylko ten pokój tak wiruje…
– Połóż się spać, to ci dobrze zrobi. No, może jutro będziesz mieć kaca, ale…
– Nie chcę spać – powiedziała dziwnie przytomnym głosem. – Nie chciałam, żeby tak wyszło. Wiem, że mówię teraz od rzeczy, pewnie wygadam coś idiotycznego, ale miałam nadzieję, że ta randka się udała. Po tej ostatniej byłam zła, ale chyba nie umiałabym ci odmówić, Syriuszu. Tyle czasu czekałam i kiedy wreszcie mnie zauważyłeś musiało stać się coś takiego jak ta Dorcas, ja naprawdę nie wiem dlaczego ona musiała przyjść, przecież gdyby nie to, to mógłby być wspaniały wieczór, bo nie przeszkadzał mi ten deszcz, owszem, trochę się zdenerwowałam, jak się tyle spóźniałeś, ale przecież to jeszcze nie koniec świata, prawda? No właśnie, to się przecież zdarza, choć później byłam wkurzona, nawet napisałam do tej dziwaczej Ślizgonki, która kiedyś z tobą była, myślałam, że mi pomoże, ale sowa nie mogła jej znaleźć, a nie miałam się kogo poradzić – Natalie odwiesiła słuchawkę, rozumiesz? Tak po prostu, ja tego nie rozumiem, po tylu latach przyjaźni ona robi coś takiego…
Syriusz spojrzał na nią z przerażeniem. Widział już wiele pijanych kobiet, ale chyba jeszcze żadnej cierpiącej na słowotok spowodowany upojeniem alkoholowym! Nie widział innego wyjścia, jeśli ona ma się zamknąć, to trzeba zamknąć jej usta raz a dobrze.
– …i wtedy, na szóstym roku Natalie po prostu oddała tę książkę, nie czytając nawet liściku, pewnie nadal tam jest. Ale ona już taka jest – zasadnicza, chodzący przepis prawy, praca ponad wszystkim. Powinna sobie kupić koszulkę z napisem „Praca jest dla mnie wszystkim, Ministerstwo to mój dom, śpię za biurkiem”. Nie rozumiem jak ona w ogóle mogła… – zbliżenie się Syriusza zbiło ją z tropu, choć dalej gadała. Zamilkła dopiero, kiedy Black ją pocałował. Słowotok nie był tak silny, na jaki wyglądał, bo zamiast dalej mówić, Hestia po prostu odwzajemniła pocałunek. Miała nadzieję, że ta chwila będzie trwała wiecznie. Nie przeszkadzało jej, że zrobiło się ciemno, kiedy jej sukienka – rzucona w kąt – wylądowała na lampie. Nic jej nie przeszkadzało. Była w raju.

***

Ból głowy jest zawsze pierwszym objawem kaca, ale w przypadku Hestii ograniczył się tylko do ogólnie pojętego „ćmienia” w skroniach. Jednak pierwszą rzeczą, jaką zauważyła, był fakt, że nie jest w swoim łóżku. Pachniało tu inaczej. Znała ten zapach, ale była pewna, że to niemożliwe. Otworzyła powoli oczy, przeciągając się. Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że jest naga. Teraz już naprawdę był najwyższy czas ocenić sytuację możliwie trzeźwo.
Wyglądało na to, że była w sypialni Syriusza Blacka, w jego własnym, prywatnym łóżku. I to naga. Z ostatniej nocy pamiętała niewiele – tylko przebłyski, ale domyślała się, co zaszło. Zarumieniła się na samo wspomnienie i spojrzała na Syriusza, śpiącego po jej lewej stronie. Matczynym gestem poprawiła kołdrę i bezszelestnie wyszła do kuchni, po drodze zakładając ten sam sweter, który Syriusz dał jej na pierwszej randce – nie wiedzieć czemu leżał na samym wierzchu sterty ubrań na fotelu. Nie była pewna, czego właściwie chce szukać w kuchni, ale zajrzała do kilku szafek, ale – nie znajdując herbaty – nalazła sobie wody. Z każdym płynu do jej świadomości powracało coraz więcej obrazów wczorajszego wieczora. Miała wrażenie, że to jakaś szaleńcza układanka, jakieś dziwaczne puzzle, które musi ze sobą poskładać. Nienawidziła tego uczucia, ale występowało na ogół po upiciu się – przestawała kontrolować to, co mówi… Zaraz, co ona mogła powiedzieć Syriuszowi?! Pamiętała, że mówiła coś o Natalie, Chrisie i… Nie, jak mogła zacząć opowiadać o tej całej Dainah, Maggie i innych jego dziewczynach, które spotkała i im zazdrościła. Jeśli się nie myli, to chyba opowiedziała mu właściwie całe swoje życie, łącznie z bieganiem nago po ogródku sąsiadów – to akurat pamiętała bardzo wyraźnie. Zrobiła z siebie pośmiewisko i łatwą dziewczynę. Nie, nie, nie… Nie będzie mogła spojrzeć mu w oczy. Nigdy. Najlepiej będzie, jak natychmiast stąd wyjdzie, w domu się spakuje i ucieknie do Tybetu. Nie zobaczy go nigdy więcej, w górach zje ją yeti i wszyscy zapomną o tym, że istniała. Tak, tak będzie najlepiej.
Znalazła sukienkę, szybko się w nią ubrała, napisała na jakiejś kartce krótki list, wzięła torebkę i starając się nie narobić hałasu otworzyła drzwi. Zerknęła w stronę śpiącego Syriusza, ale nie zmieniła zdania. Zawsze była zdania, że za głupotę trzeba płacić – ona okazała się niezwykle głupia i to właśnie była jej kara.
Zamknęła drzwi z cichym trzaśnięciem i zeszła po schodach. Drugi raz opuszczała tę kamienicę w ciągu dwóch tygodni i drugi raz chciało jej się płakać. Wygrzebała portmonetkę i upewniła się, że ją stać na taksówkę. Tak, niedługo będzie w domu…

Tymczasem Syriusz poruszył się nieco. Słyszał jakieś szmery, ale się tym nie przejmował. Dopiero trzaśnięcie drzwi go dobudziło. Nieco nieprzytomnie rozejrzał się po pokoju.
„Wyszła?”, zdziwił się w myślach.
Powoli obszedł całe mieszkanie, wreszcie znajdując kubek po wypitej wodzie i list. Przeczytał:

Przepraszam, ale wiem, jaką idiotką jestem. Dziękuję za wieczór i żałuję, że to było ostatnie takie spotkanie. Wyjeżdżam jeszcze dziś.
Hestia

– Co jej znowu przyszło do głowy – westchnął, mnąc list i rzucając na podłogę. Jeśli czegoś w kobietach nie rozumiał, to były to idiotyczne reakcje. Jeśli chce się dowiedzieć o co jej chodzi, to nie pozostaje nic innego, jak iść na Frederick Street.

***

Taksówka zaparkowała przed niepozorną, trzypiętrową kamienicą. Hestia zapłaciła i wysiadła. Te śmieszne samochody to zdecydowanie najlepszy mugolski wynalazek. Zwłaszcza dla kogoś, kto nie znosi teleportacji, a do takich osób należała Hestia – zawsze pełna obaw, że ulegnie rozszczepieniu, choć egzamin zdała za drugim razem.
Otworzyła drzwi i szybko weszła na drugie piętro. Cały czas towarzyszyło jej dziwne przeczucie, że nie jest tu sama. I faktycznie – pod drzwiami do jej mieszkania ktoś siedział. Na początku nie rozpoznała kto, ale rude włosy – choć krótsze, niż dawniej i brudne – jednoznacznie wskazywały na…
– Maggie? – zapytała Hestia z niedowierzaniem.
Rudowłosa spojrzała na nią przekrwionymi oczami.
– Hes… Dawno się nie widziałyśmy, prawda?
Zapadła cisza, w czasie której czarnowłosa nie potrafiła wykrztusić z siebie słowa. Myślała, że Maggie wyjechała na zawsze, że nigdy się nie zobaczą.
– Mogę… mogę wejść? – spytała niepewnie.
– Oczywiście, przepraszam… – Hamując się przed zadaniem lawiny pytań, Hestia przekręciła klucz i wpuściła przyjaciółkę do środka.
– Nie chciałam ci się zwalić na głowę – powiedziała Maggie. – Ale nie miałam gdzie się podziać. Sprzedałam swoje mieszkanie przed wyjazdem.
– Jasne, możesz się tu zatrzymać, nie ma problemu. Czekaj, zrobię ci trochę miejsca w szafie…
– Nie musisz, naprawdę. – Ruda usiadła w fotelu i próbowała się odprężyć. – To co u ciebie? Zmieniło się coś przez ten czas?
– Wszystko po staremu, naprawdę – skłamała szybko. – A co ty robiłaś tyle czasu?
– Podróżowałam, mówiąc ogólnie. Głównie za granicę, z jednego wyjazdu muszę zdać dokładną relację w Zakonie – mrugnęła porozumiewawczo.
Hestia zdała sobie sprawę, że ostatnio było bardzo mało zebrań, a jeśli były, to z mniejszą ilością obecnych. Czy to możliwe, że działo się coś, o czym nie wiedziała?
W pokoju zapadła cisza, którą wreszcie przerwała Maggie.
– A jak ty i… i Black?
– Nijak – odparła, patrząc w okno. Starała się opanować, ale sumienie nie tylko cały czas krzyczało „kłamczucha!”, ale i „a co z Tybetem?”. – Przepraszam, chyba powinnam się pakować…
– Wyjeżdżasz gdzieś?
– Właściwe tak… Mam nadzieję, że zaopiekujesz się moim mieszkaniem…
– Hes, co się stało?
– Nic. Naprawdę nic.
W tym samym momencie rozległ się dzwonek. Hestia nie wiedziała co gorsze – opowiedzieć Maggie prawdę, czy otworzyć drzwi, bo była pewna, że wie kto się za nimi znajduje.

Hestia stała jak sparaliżowana. Dzwonek odezwał się jeszcze dwa razy. Wreszcie, zniecierpliwiona Maggie zapytała:
– Masz zamiar otworzyć czy ja mam to zrobić?
– Nie! Już otwieram. To na pewno domokrążca, posiedź spokojnie, zaraz wrócę. – I podeszła do drzwi z zamiarem posłania najprzystojniejszego faceta świata do wszystkich diabłów.
Faktycznie, za drzwiami znajdował się nieco zirytowany Syriusz.
– Co się stało, dlaczego tak szybko wyszłaś? – zapytał, zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć. – I gdzie chcesz wyjechać?
– Nie mogę teraz rozmawiać – powiedziała najciszej, jak tylko umiała.
– Jasne. Spławiasz mnie. Coś ci się nie podobało w ostatnim wieczorze?
– Nie, było wspaniale, ale mam teraz gościa i naprawdę nie mogę rozmawiać.
– Gościa? Kto to?
– Stara znajoma – mruknęła czarnowłosa, mając nadzieję, że Black nie będzie zadawać dalszych pytań. – Obiecuję, że porozmawiamy później. Masz mugolski telefon? – zapytała, a gdy skinął głową, kontynuowała: – Zapiszę ci mój numer, zadzwoń wieczorem, to porozmawiamy.
Szybko sięgnęła do torebki, żeby wyciągnąć jakąś kartkę i długopis, zapisała parę cyfr i podała ją Syriuszowi. Rozmowa trwała już kilka minut i czarnowłosa bała się, że Maggie może się domyślić, że to nie zwykły akwizytor. Nie mogła zrozumieć samej siebie, ale bardzo nie chciała, żeby ta dwójka się spotkała.
– Hes, kto to? – krzyknęła ruda nie ruszając się z pokoju.
– Nikt, zaraz wracam – odkrzyknęła.
– Od kiedy jestem nikim? – spytał Black, przekornie unosząc lewą brew.
– Nie jesteś nikim, musiałam tak powiedzieć – wyjaśniła, po raz pierwszy w życiu mając nadzieję, że to spotkanie szybko się zakończy.
– Liczę na porządne wytłumaczenie – odparł i pocałował ją na do widzenia.
W tej samej jednak chwili rozległy się kroki i w przedpokoju stanęła Maggie.
– Co tu się… Hestia? – wykrztusiła. Miała przed oczami najniezwyklejszy obrazek, jaki tylko mogła sobie wyobrazić. Oto jej przyjaciółka i jakiś przystojniak, który trochę przypominał Syriusza, odskoczyli od siebie, a on szybko zamknął za sobą drzwi od drugiej strony.
– M-maggie, ja… – zaczęła czarnowłosa, nie bardzo wiedząc co powiedzieć. Czuła, że jej rumieńce są czerwieńsze od budki telefonicznej.
– Nie musisz nic mówić, to w końcu twoje mieszkanie i twoje życie – mruknęła, zbita z tropu. – Ale powiedz mi tylko kto to był.
– Syriusz Black – szepnęła Hestia, której rumieńce pokrywały już nie tylko całą twarz i szyję, ale także i dekolt.
Oczy rudowłosej wydały się nagle przynajmniej dwa razy większe i wytrzeszczone do granic możliwości.
– Chyba musimy porozmawiać…
„Niby o czym?”, pomyślała Hestia. „Czy ty mi się spowiadałaś z tego, co z nim robiłaś?”
– Chyba – przyznała, nie wiedząc, co innego mogłaby powiedzieć.

***

Kubek gorącej czekolady na ogół uspokaja, wprowadza w lepszy nastrój, zwłaszcza w zimowe dni, kiedy ciepło z kubeczka rozchodzi się po całym ciele, przekonując, że zamieć za oknem jest tylko pozorna, można się przed nią ukryć pod kocem i między stronicami książki. Tym razem jednak zamieć była nie za oknem, a w pomieszczeniu i bynajmniej nie chodziło o opady w postaci śniegu, ale o atmosferę, jaka panowała między Hestią, a Maggie.
– Chyba takie rozmowy powoli stają się naszym małym rytuałem – powiedziała spokojnie rudowłosa, siadając wygodnie w fotelu.
Hestia nie odpowiedziała. Stała przy oknie, patrzyła na opustoszałe podwórze i nerwowo skubała rękaw bluzki. Było jeszcze ciepło, ale ona czuła jakiś wewnętrzny chłód, który próbowała zneutralizować odzieniem z długim rękawem.
– O czym właściwie powinnyśmy rozmawiać? – zapytała cicho.
– Myślę, że najlepszym punktem wyjścia będzie Black.
Hestia zamilkła. Stała bez ruchu i wyglądała przez okno, marząc, by świat skończy się tu i teraz, żeby nie musiała tego wszystkiego tłumaczyć, nie Maggie! Może spaść meteoryt, bomba, może wybuchnąć gaz, zaprószyć się ogień, cokolwiek!
– Hes?
– Maggie, co ja ci mogę powiedzieć? Przecież dobrze wiesz jak jest.
– Nie wiem. W tym rzecz, że nie mam pojęcia. Zawsze chciałaś być z tym kretynem, już w szkole. Nie udawało ci się, on zawsze miał inne… nie ukrywam, że ja też się do tego grona zaliczam… ale wreszcie ci się udało, nie cieszysz się? Nie masz tej cholernej radości, którą każdy podobno ma, kiedy spełniają się jego marzenia?
Czarnowłosa zadrżała. Czemu w głosie jej przyjaciółki było tyle nie ubranego w słowa żalu i frustracji? Czy tymi słowami chciała jej, Hestii, zrobić krzywdę? Uświadomić coś? Czy nadal była to ta sama Maggie, która zawsze zna receptę na wszystko? Popatrzyła na zniszczoną twarz przyjaciółki. Nie widziały się dość krótko, a panna Sawyers wyglądała przynajmniej dziesięć lat starzej. Nie mówiła nic o swoim wyjeździe, a ona nie naciskała.
– I? – Cierpki głos rudej wyrwał ją z zamyślenia.
– Co „i”? – zdziwiła się.
– Pochwal się swoim szczęściem.
Hestia miała ochotę się rozpłakać. Dlaczego wszystko musiało się tak potoczyć, dlaczego? Gdyby mogła cofnąć czas, zacząć jeszcze raz… Czy nie ułożyłoby się lepiej? Dlaczego dwie osoby, na których tak jej zależy, zachowują się wobec siebie tak dziwnie? Nie chciała tak rozmawiać z Maggie. Całe szczęście z niej uleciało, zaczynała czuć się jak pusta skorupa, z której oboje zabrali całą radość.
– Nie chcę o tym rozmawiać w taki sposób – szepnęła. – Nie jestem szczęśliwa i nie będę! Między innymi dzięki tobie. To chciałaś osiągnąć?
– Nie.
Zapadła cisza. Maggie patrzyła na nią bez słowa, ale nie spuściła głowy. Jej wzrok był nieugięty, pewny siebie. Hestia czuła, że się zaczyna bać. Nie mogła sobie poradzić z opanowaniem sytuacji, zaczynało ją to wszystko przerastać. Może coś zaczynało w niej pękać? Nigdy nie była silna psychicznie, wolała być gdzieś na uboczu, skoncentrowana na sobie… Teraz zaczynała żałować swojej postawy. Kiedy wszystko skłaniało się ku szczęśliwemu zakończeniu, kiedy Syriusz zwrócił na nią uwagę… Musiało stać się coś takiego. Przecież gdyby nie ona, gdyby nie Maggie… Dlaczego musiała wrócić? Dlaczego musiała pytać? Dlaczego musiała przybrać tę swoją wszystkowiedzącą maskę?! Och, jak ona jej w tym momencie nienawidziła – za to, że rudowłosa wie o niej więcej, niż ona sama o sobie. Panna Sawyers bardzo dobrze wiedziała, jak szczęśliwa jest Hestia. Czuła to, cieszyła się jej radością, ale… cóż, była tylko człowiekiem, nie potrafiła zatrzymać wszystkich swoich odruchów. Nie mogła pogodzić się z tym, co zastała po powrocie. Nie spodziewała się niczego innego, ale ją to niezmiernie zabolało. Jeszcze widok całujących się Hestii i Syriusza… Nie, nie, nie… Musi zmazać to szczęście, ten jej uśmiech, musi wbić kolejną szpilę, przecież wie, gdzie uderzyć… Co ją powstrzymuje?
Patrzyły na siebie wrogo. Żadna nie wiedziała co powiedzieć, atmosfera stała się zbyt napięta. Maggie zrozumiała, że Hestia zmieniła się przez ten czas – nie były to zmiany widoczne, ale jednak. Nie mogła pojąć co takiego zaszło… domyślała się tylko, że to przez Syriusza. To on jest wszystkiemu winien, wszystkiemu, od jej wyjazdu, aż po tę kłótnię. Hestia natomiast uważała, że to Maggie się zmieniła – stała się bardziej oschła, mniej ludzka. Nie mogła dostrzec w niej tej dawno utraconej przyjaciółki. Może nie chciała?
– Przełóżmy tę rozmowę do jutra – szepnęła ruda. – Myślę, że powinnyśmy ochłonąć.
– Tak – przyznała głucho czarnowłosa, układając sobie w głowie plan. – Tak, potrzebujemy krótkiej przerwy.

***

„Chyba nabiorę wprawy w wymykaniu się”, pomyślała Hestia, pakując torbę podróżną.
Postanowiła o świcie wyjść, zostawić wszystkie problemy, pozbyć się ich w najprostszy sposób. Osiągnęła to, czego chciała. Była z Syriuszem, nie usłyszała chórów anielskich czy fajerwerków. Nie czuła się mądrzejsza czy choćby szczęśliwsza – zrobiła z siebie idiotkę przed dwoma osobami, na których jej najbardziej zależy. Wystarczy. Więcej nie powtórzy tego błędu. Czas powinien działać na jej korzyć, a przecież ma go pod dostatkiem. Ma dopiero dziewiętnaście lat, tyle już przeszła… Potrzebuje odpoczynku od siebie, musi zostawić te troski, smutki i problemy, po prostu uwolnić się od nich choć na chwilę, bo inaczej oszaleje!
Jesień tego roku przyszła niezwykle wcześnie, niebo praktycznie z dnia na dzień zasnuło się chmurami i co chwile ciężkie krople rozbijały się o chodnik. Koniec września zawsze kojarzył jej się z kolorowymi liśćmi, ostatnimi promieniami słońca… Teraz pogoda płakała nad jej losem, tak czuła. „Może pogoda dopasowuje się do moich uczuć? To śmieszne, ale… czemu nie?”, myślała.
O piątej rano była już spakowana. Maggie spała w salonie, nie było sensu jej budzić. Zarzuciła torbę na ramię i wyszła, zamykając drzwi zaklęciem. Klucze nie są już potrzebne. Już nie…
Miała przeczucie, że niedługo stanie się coś złego, ale nigdy nie wierzyła przeczuciom. Teraz zacznie nowe życie, ułoży sobie przeszłość, za jakieś pół roku wróci szczęśliwsza, pogodzi się z Maggie, wyjdzie za Syriusza… Czy to nie piękne? Tylko dlaczego płacze? Ach, nie, to deszcz. Ten okropny, jesienny deszcz, który w jednej chwili sprawia, że świat jest ponury i szary.
Mijała tak dobrze jej znane ulice, zatrzymała się nawet przed kamienicą Syriusza. Wahała się, czy się nie pożegnać, ale uznała, że im mnie osób wie o jej planie, tym lepiej. Musi się tylko skontaktować z Dumbledore’em. Tylko tyle. Potem poprosi go o misję z dala od Londynu. Dyrektor jej nie odmówi, przecież ciągle ktoś opuszcza zebrania z tego powodu, teraz jej kolej.

***

30 września 1981,

Powinnam chyba napisać, że jest mi lepiej, prawda? Że cieszę się, że wyrwałam się z Londynu. Że mogę odpocząć.
Nie.
Nie napiszę tak.
Dopiero dwa dni jestem w podróży, cały czas starając się zgubić pościg. Dumbledore obiecał, że w Rzymie ktoś mi pomoże, muszę tam tylko dotrzeć, a mugolskie środki nie są takie przyjazne, jakie się wydają.
Dostałam krótką delegację do Bułgarii, mam się tam spotkać z Nataszą Piorkov, która zajmuje się badaniem środowiska śmierciożerców na Bałkanach. Mam nadzieję, że spiszę się dobrze. Najważniejsze, że mam czas. Dumbledore umówił spotkanie dopiero na dwunastego października, mogę wcześniej zwiedzić Europę… Myślę, że on wiedział, że chcę odpocząć. On zawsze wszystko wie, ale jego wiedza nie jest taka, jak Maggie. Nie, miałam o niej nie pisać.
Kiedy wrócę, będę inna, nie dam się łatwo wyprowadzić z równowagi. Wtedy z nią porozmawiam.

***

Dwudziestego października, kiedy wróciła do Rzymu, gdzie miała otrzymać dalsze informacje od Augustusa McFlarothy’ego, czuła się kimś ważnym, jej ego zostało podbudowane. Odzyskała pozorny spokój ducha – w końcu wokół wrzała wojna, a ona zajmowała jedną ze stron barykady, w każdym momencie mogła zginąć. Ucieszyła się, widząc Augustusa na dworcu. Ten jednak nie wyglądał na uradowanego. Mruknął tylko zdawkowe powitanie i poprowadził ją szybko do punktu aportacyjnego w starym, opuszczonym domu.
– A środki bezpieczeństwa? – zapytała, przechodząc przez dobrze zamaskowaną dziurę w płocie.
– Mamy pozwolenie Dumbledore’a – uciął. – Jesteś potrzebna w Anglii, nie będziemy cię transportować normalną drogą.
Patrzyła na niego zaskoczona.
– Coś się stało?
– Rozumiesz, ile ryzykujemy? – spytał, ignorując jej słowa. – Jeśli byłaś śledzona, pościg zorientuje się, gdzie jest punkt aportacyjny. Oczywiście postaramy się zatrzeć ślady, ale chyba zdajesz sobie sprawę, że…
– Zaraz! Mam się teleportować? – Nie wierzyła własnym uszom. Dyrektor wiedział, jak bardzo się tego bała, a przemieszczenie się na taką odległość… Przecież jest prawie pewne, że się rozszczepi. Nie ma szans, żeby to się udało.
– A jak sobie wyobrażasz przeniesienie się do Szkocji?
– Może świstoklikiem? – zapytała, czując nieznośną suchość w ustach.
– Międzynarodowe są całkowicie pod kontrolą obu Ministerstw. Nie masz wyboru. Zamaskujemy ślad deportacyjny.
– Ale ja się rozszczepię! – jęknęła.
– Ważne, żeby ta twoja część, która ma sprawozdanie Piorkovej dotarła do Dumbledore’a. – Taki właśnie był Augustus. Perfekcjonista, dla którego praca była wszystkim. No i oczywiście jeden z najbardziej oddanych ludzi Dumbledore’a.
Hestia była pewna, że stało się coś okropnego, w innym wypadku nie wzywałoby jej w takim pośpiechu. Jeśli jednak się rozszczepi… Nie, najważniejsze jest nastawienie, musi myśleć pozytywnie.
Augustus wyjaśnił jej, gdzie będzie oczekiwana i o określonej porze dał znać, że czas się deportować. Kobieta skupiła się na przemieszczeniu, wyobraziła polanę, na której musi się pojawić, sprawdziła w myślach czy jest cała i poczuła tak charakterystyczne szarpanie. Nienawidziła teleportacji, ale jeśli uda jej się dotrzeć do Szkocji w jednym kawałku… To będzie cud.
Szkoda, że cuda się dzieją tak rzadko.

Dumbledore z uśmiechem odebrał raport i obiecał znaleźć jej lewą rękę, która z pewnością zgubiła się gdzieś po drodze. Nie wspomniał jeszcze o przyczynie tak szybkiego powrotu, co jeszcze bardziej ją zaniepokoiło.

***

– Maggie! – krzyknęła czarnowłosa, wchodząc do mieszkania.
Ale ruda nie odpowiedziała. Tak, jakby jej w ogóle nie było.
– Jesteś tu? – zapytała, stawiając torbę na podłodze.
Powoli obeszła wszystkie pokoje. Rzeczy panny Sawyers leżały na miejscu, ale jej samej nie było nigdzie. Hestia popatrzyła na swoją niedawno odzyskaną rękę, a potem rozejrzała się po mieszkaniu. Wszystko zdawało się mówić, że ruda zaraz wróci. Wystarczy poczekać.
Czarnowłosa poszła do kuchni, przygotowała dwie porcje kawy, licząc na szybki powrót Maggie. Pół godziny później wypiła zawartość swojego kubka, a po godzinie i drugiego.
„Dlaczego jej jeszcze nie ma?”, zastanawiała się zdenerwowana. „Może coś się stało i powinnam powiadomić Dumbledore’a?”
Uznała jednak, że zachowuje się jak rozhisteryzowana matka nastolatki, która poszła na pierwszą w życiu randkę. Właśnie… Poczuła niemiły skurcz w żołądku. A jeśli po jej wyjeździe Maggie i Syriusz…? Jeśli…? Nie, to niemożliwe, przecież nie było jej tak krótko!
Nutka niepokoju jednak pozostała, zwłaszcza gdy panna Sawyers nie zjawiła się na noc. Nad ranem dopiero Hestię obudziło pukanie do drzwi. Spodziewała się zobaczyć za nimi przyjaciółkę, ale niestety.
– D-dorcas? – wykrztusiła.
– Przychodzę z polecenia Dumbledore’a. Nie myśl, że dla przyjemności.
– Coś się stało?
– Najchętniej bym cię przeklęła, Jones. Wiesz o tym dobrze. Jedna klątwa i po wszystkim. Ale teraz każda różdżka się liczy, nie mogę załatwiać prywatnych spraw… – Spojrzała na nią z odrazą. – Ale jak to się skończy, to się policzymy.
– Po co przyszłaś? – Czarnowłosa zaczynała tracić cierpliwość.
– Jak mówiłam, potrzebna nam każda różdżka, bo przedwczoraj jedną straciliśmy. Dopiero parę godzin temu uzdrowiciele zakończyli pracę. – Zawiesiła głos, mierząc ją spojrzeniem pełnym niejakiego triumfu. – Maggie Sawyers nie żyje. Została zabita w walce ze śmierciożercami.
I wyszła. Tak po prostu. Trzaskając drzwiami.
Hestia nie była pewna, czy to drzwi, czy ta wiadomość to spowodowały, ale cały jej świat zaczął się trząść i sypać na kawałki. Maggie? Jak to możliwe? Przecież ona… ona… Nie mogła! Po prostu nie mogła!
Poczuła gorzkie łzy na policzkach. To dlatego Dumbledore kazał jej wrócić wcześniej. Wiedział…
Poczuła bezsilną złość, żal do całego otaczającego ją świata i piekący ból, który wypełniał praktycznie całe jej ciało. Tak, dokonała się ta przemiana, na którą czekała. Ale nie w takiej formie, jakiej się spodziewała… Po prostu coś się złamało, powódź łez, wzbierająca w niej od jakiegoś czasu, eksplodowała z potężną siłą. Obojętne co się stało, Maggie zawsze była jej przyjaciółką. Teraz nic nie będzie jak dawniej. Nic. I im szybciej to zrozumie, tym lepiej.
Była pewna, że nigdy nie zapomni tego koszmarnego dnia. Dwudziesty drugi października…

***

Niewiele pamiętała z następnych kilku dni. Kilka razy ktoś pukał do drzwi, ale i tak nie otwierała. Nie miała już komu. W końcu trwała wojna, połowa jej przyjaciółek już nie żyła. Im szybciej zrozumie, że ona też zginie, tym lepiej. Po co się łudzić, że to się skończy, że już nie będzie zebrań Zakonu Feniksa, że Voldemort zostanie pokonany… Kto mógłby tego dokonać, skoro sam Dumbledore nie może? Przecież to zabawa, kolejna forma berka czy chowanego, tylko dla starszych dzieci. Trudno się tylko zorientować kto się chowa, a kto kryje – oni czy śmierciożercy. Zresztą, czy to ważne? I jedni, i drudzy padają jak muchy. „W tym tempie sami się wybijemy”, pomyślała.
Zastanawiała się, co ją czeka potem, czy w ogóle jakieś „potem” istnieje. Czy warto wyjść z domu po pewną śmierć. Czy warto żyć?…

Piątego dnia tej depresji, Hestię wybudził z letargu chrzęst otwieranego zamka do drzwi. Zastanawiała się kto jest na tyle głupi, by tu wchodzić bez jej zgody. Podejrzewała nawet, że przyszła po nią śmierć w śmierciożerczej skórze.
Ale nie. W hollu zabrzmiały dwa głosy, oba jej znane. I obu nie spodziewała się usłyszeć już nigdy w życiu.
– Musi gdzieś tu być, wystarczy poszukać. – Ten rzeczowy, opanowany ton mógł należeć tylko do jednej osoby. Natalie. Ale co ona tu robiła?
– To zacznij szukać, a nie się wymądrzać – warknął drugi, męski głos. Był ciepły mimo nieuprzejmego tonu. Hestia poczuła, że zaczyna się rumienić. Syriusz.
Oboje zaraz ją znajdą. Siedzącą pod kocem, w piżamie, w otoczeniu brudnych naczyń i pustych butelek. Z tłustymi, pozlepianymi włosami, wyrazem kompletnego zaspania i apatii wymalowanym na twarzy. Czy naprawdę musi robić z siebie jeszcze większą idiotkę?
Niestety, los po raz kolejny okazał się okrutny i już po chwili usłyszała zbliżające się do niej kroki, dość charakterystycznie stukających obcasów. „Lepiej, że to Natalie, a nie Syriusz”, zdążyła pomyśleć, nim z jej głowy został zrzucony koc, pod którym siedziała.
– No wreszcie – syknęła Natalie. – Jak mogłaś zrobić tu taki chlew?
Z obrzydzeniem kopnęła pustą butelkę po piwie kremowym, która poturlała się pod ścianę, po drodze obijając się o dwa talerze. Dźwięk ten musiał zwrócić uwagę Syriusza, który szybko wszedł do pokoju, patrząc z niedowierzaniem na jego stan.
Faktycznie, większość mieszkania, a zwłaszcza ten pokój, wyglądało jak po przejściu tornada. Przez kilka dni Hestia nie sprzątała, a wszystkie naczynia – póki jeszcze były czyste – składowała w jednym miejscu, razem z opakowaniami po innych produktach żywnościowych, które przyswajała w czasie tego letargu. Wiele tego nie było, ale stan, w jakim czarnowłosa się znajdowała, mógł tłumaczyć jej awersję do jedzenia i utrzymywania innych funkcji życiowych.
– Zostawcie mnie – mruknęła, próbując na powrót ukryć się pod kocem.
– Nic z tego, jesteś nam potrzebna! – Natalie szarpnęła za koc, odrzucając go w przeciwległy kąt pokoju. – Przestań być cholerną egoistką! Nam też jej brakuje, rozumiesz? Nie jesteś sama. Więc nie zachowuj się jak dziecko, kiedy cię potrzebujemy!
– Do czego? Trzeba uzupełnić lukę w szeregach żołnierzyków idących na śmierć? – mruknęła urażona.
– Nie. Jesteś nam potrzebna żeby pomścić Maggie. Twoją przyjaciółkę… podobno.
– Podobno? Podobno?! – krzyknęła. – Nawet nie waż się tak mówić, Natalie. Nie po tym jak odwiesiłaś słuchawkę.
– Ale to nie ja uciekłam – przypomniała. – To ja byłam przy niej, jak uciekłaś. Nie zdajesz sobie sprawy jak się tym przejęła. Zachowałaś się jak nieodpowiedzialny gówniarz, rozumiesz?
– Nikt mi nie będzie prawił morałów. A już zwłaszcza nie ty. – Odwróciła głowę w drugą stronę. Miała jej już dość. Po co w ogóle przyszli? Czemu nie mogą zostawić jej w spokoju?
Jakby w odpowiedzi na te pytania, Syriusz uśmiechnął się nieco sztucznie.
– Drogie panie, chyba nie czas na rozpamiętywanie przeszłości. Hestia musi się dziś stawić na zebraniu Zakonu.
„No tak, mogłam się domyśleć, że o to chodzi. Przecież nie znaczę nic więcej…”, pomyślała, użalając się nad sobą.
Jednak zanim zdążyła zaprotestować, oboje ją podnieśli z podłogi i zmusili do ogarnięcia się w łazience. Dziewczyna bardzo niechętnie na to przystała, ale zdawała sobie sprawę, że musi z tego wyjść. Już dość letargu, już dość. Świat kręci się dalej – już bez niej, ale kręci się. Czas zacząć żyć od nowa – bez przyjaciół. Czy dwudziesty siódmy października stał się datą śmierci jej życia towarzyskiego? A jeśli tak, czy dla kogokolwiek ma to jakiekolwiek znaczenie?

***

– Za parę dni Halloween…
– Wiem – burknęła, przyspieszając kroku.
– Może byśmy wybrali się na kolację?
– Nie wiem, czy to dobry pomysł. – A jednak zwolniła. Nie, miała się nie dać omamić. „Nie, Syriuszu Black, tym razem ci się nie uda!”, postanowiła.
– Słyszałem, że w tej knajpce na The Mall będzie miła atmosfera.
– Ale ja naprawdę…
– Pomyśl, że taka okazja może się nie powtórzyć. Złap wiatr w żagle, jak to mówią.
– Myślę, że…
– Raz się żyje. Powinnaś o tym pamiętać.
– Dobrze, Syriuszu – szepnęła. – Chętnie z tobą pójdę na kolację, ale… ale nie na tę ulicę, proszę. Maggie tak lubiła tam chodzić…
Skinął głową. Był gotów uszanować jej decyzję, przecież nie ważne gdzie pójdą – liczy się zabawa.
Hestia poprawiła cienki płaszcz i przestąpiła z nogi na nogę.
– To jesteśmy umówieni? – spytała.
– Jasne. To będzie najlepsze Halloween twojego życia – mrugnął.
I chwilę potem wsiadł na ten swój motor i odjechał, zostawiając ją z nową nadzieją w sercu i poczuciem winy, że złamała słowo dane sobie samej. Miała nie wplątywać się w związki bez przyszłości, a niewątpliwie randka z Syriuszem do takiej kategorii należała.
Westchnęła. Czemu tak trudno jest zmienić siebie?

***

Trzydziesty pierwszy października był dość słonecznym, typowo jesiennym dniem. Hestia od samego rana szykowała się na kolację. Nie przypuszczała, że tego dnia może stać się cokolwiek nieprzewidywalnego czy dziwnego. Po prostu to był jeden z tych zwykłych, nudnych dni. Tego samego zdania była przez calusieńki dzień, aż do momentu, kiedy Syriusz zadzwonił do drzwi. Miała żal do samej siebie, że poleciała za nim jak mucha za miodem; przecież miała się zmienić, nie być taka głupia… Właściwie całe jej życie uczuciowe sprowadzało się do jednej osoby: Syriusza. Początkowo odległy obiekt uczuć, potem już bliższy… Powinna być szczęśliwa, spełniło się jej marzenie! Tymczasem czuła się jak alpinista, który zdobywa wymarzony szczyt i widzi za nim szereg innych, jeszcze wyższych. A jednak wystarczyła krótka rozmowa, by wyższe szczyty znikły, pozostał tylko ten jeden, na którym czuła się jak na dachu świata.
Zmieniła zdanie dopiero, kiedy w środku kolacji Syriusz ją przeprosił, tłumacząc się niezwykle ważnymi sprawami. Zanim zdążyła zaprotestować, wyszedł, zabrał swój motor i odjechał. Hestia została przy stoliku, postanawiając zaczekać na jego powrót. Czekała godzinę, dwie. Wreszcie zwątpiła. Zapłaciła rachunek i wściekła wybiegła z restauracji, postanawiając następnego dnia tak zrugać Blacka, że aż mu w pięty pójdzie.

Ale następnego dnia Syriusz nie dał znaku życia. Nie musiała iść do pracy, mogła więc spokojnie czekać aż zapuka do drzwi i przeprosi. Czekała od samego rana do pierwszej w nocy. Dopiero następnego ranka sowa dostarczyła jej Proroka Codziennego. Pierwszą stronę stanowił wielki napis „Szokujące morderstwo Potterów! Czarny Pan zniknął! Winny wielokrotnego morderstwa Syriusz Black w Azkabanie!”.
Czy to możliwe? Czy Syriusz zostawił ją w czasie kolacji, żeby… żeby…
Nie.
To nie może być prawda.
Przecież to… to absurd. Na pewno za chwilę zapuka do drzwi, przeprosi i będzie nalegał na kolejną kolację. Przecież nie może być inaczej – takie rzeczy się nie zdarzają…

A jednak Syriusz się nie pojawił – ani tego dnia, następnego, w ciągu całego miesiąca czy wreszcie roku. Hestia cały czas się łudziła, ze to pomyłka. Natalie patrzyła na nią ze współczuciem, ale i pewną rezerwą. Nie potrafiła tego zrozumieć. Wiedziała tylko, że musi Hestii pomóc. Bo nie było już nikogo innego, kto mógłby to zrobić za nią.

***

Każdy wie, że nie należy rozdrapywać starych ran. Po prostu nie i już – w ten sposób mniej boli i łatwiej jest żyć dalej. Kiedy stanie się coś strasznego, coś co złamie czyjeś życie raz na zawsze, najlepiej po prostu zamknąć ten rozdział i żyć dalej. Naciągnąć szary uniform codzienności, nauczyć się dzień w dzień robić to samo i nie myśleć. To podstawa – nie-myślenie jest drogą do nie-pamiętania.
Hestia opanowała tę sztukę do perfekcji. Każdy jej dzień był podobny do innych, nie rozróżniała już miesięcy czy wreszcie lat. Tak nagle się postarzała, z nastolatki przeskoczyła od razu do roli ustatkowanej matrony, która straciła sens życia.
Och, oczywiście, świętowała pokonanie Voldemorta – jak każdy. Ale potem popadła w taką depresję, że nawet Natalie nie umiała jej pomóc. Rutyna przyszła później – zmęczenie tym wszystkim zaowocowało. Nie miała już siły na dłuższe rozpamiętywanie, medytowanie, rozpaczanie… Po prostu musiała zebrać wszystkie siły i zacząć żyć dalej.

I tak czas płynął – codziennie wstawała o wpół do siódmej rano, brała prysznic, jadła tosta z marmoladą, piła kawę, zakładała garsonkę albo szatę (zależnie od okazji), teleportowała się do Ministerstwa, spędzała tam kilka godzin, wracała do domu, przebierała się w wygodniejsze ubrania, jadła coś, siadała w fotelu, czasem wpatrując się w ciemność, czasem czytając lub oglądając telewizję. Kiedy patrzyła na zegarek było już późno i musiała się kłaść spać, żeby następnego dnia powtórzyć to wszystko. Czuła, jakby to była sztuka odtwarzana wciąż i wciąż dla tej samej publiczności. I tak przez paręnaście lat.
Oczywiście, miała chwile załamania nerwowego, kiedy nie była w stanie ruszyć się z łóżka. Wtedy właśnie wracała fala wspomnień o Syriuszu, o tym, że teraz jedyny człowiek, dla którego tyle poświęciła, jest w Azkabanie… Nie umiała sobie z tym poradzić – sytuacja ją przerastała, była nie do objęcia umysłem. Jak coś, o czym czyta się w gazetach, ale nam się to nie zdarza. Wtedy – w przerwach spazmatycznego płaczu – wykrzykiwała do czterech pustych ścian słowa buntu, gorzkie wspomnienia, wyrażenie własnego „nie zgadzam się”. Ale ściany milczały… Dopiero na drugi dzień Natalie do niej przychodziła, sprawnie wymierzonym policzkiem przywracała świat na właściwe miejsce i kazała się pozbierać. To pomagało. Czasem na kilka miesięcy, czasem na kilka dni. Ale mijało, Hestia wracała do swojego szarego uniformu codzienności, zostawiając gorzkie słowa dla siebie samej. Aż do kolejnego wybuchu.

Wreszcie nadszedł TEN dzień. Data, która na zawsze przewróciła jej życie do góry nogami i nawet najsilniejszy policzek od Natalie nie mógł tego uleczyć. „Prorok codzienny” zamieścił informację, że seryjny morderca Syriusz Black zbiegł z Azkabanu.
Czuła irracjonalny lęk przed wychodzeniem z domu. Każdy szmer na ulicy wydawał jej się Syriuszem, każdy cień przypominał go. Modliła się do wszystkich bóstw, jakie tylko znała, żeby tylko go nie spotkała. Nie udało jej się zamknąć tego rozdziału, ale była pewna, że ten widok by jej nie pomógł. Nikt, kto opuścił Azkaban nie był już taki, jak wcześniej. A Syriusz… przecież on jest mordercą, jak może myśleć w taki sposób o kimś, kto zabił trzynaście osób?!
Wiedziała, że najrozsądniej będzie czekać. I tak też zrobiła. W końcu muszą go złapać albo chociaż trafić na jakiś ślad. Ludzie nie rozpływają się w powietrzu! Zwłaszcza tacy, których ścigają wszyscy aurorzy w Wielkiej Brytanii.
A jednak Syriuszowi się udało. W gazetach nie było żadnych konkretów przez długi czas. Dopiero w końcu czerwca, mniej-więcej dwa lata po ucieczce Blacka, odwiedziła ją niezwykle dawno nie widziana osoba. Minerwa McGonagall. Jej była nauczycielka nie zmieniła się ani o jotę od czasów szkolnych i Zakonu… Może tylko w misternym koku przybyło kilka siwych włosów.
W każdym razie Minerwie z całą pewnością nie było do śmiechu. Przedstawiła Hestii pokrótce sytuację, w jakiej znalazł się Zakon, powołany powtórnie do życia parę dni temu.
Początkowo czarnowłosa nie mogła uwierzyć w powrót Voldemorta, dopiero stanowcze, niezbite argumenty, jakimi dysponowała McGonagall, podziałały. Zrozumiała, że powrót do Zakonu jest nieunikniony, że wszystko zacznie się od początku… Nie, nie wszystko. Syriusza już nie będzie. Na jego miejscu usiądzie ktoś nowy. Na wielu miejscach… Jest niesprawiedliwa myśląc, że tylko jego zabraknie – przecież tylu poległo, albo skończyło jak Longbottomowie…
Ale powrót do Zakonu będzie rozdrapywaniem ran. Znowu będzie cierpień, w każdej twarzy dostrzeże przeszłość… Po co się na to skazywać? W imię czego ma cierpieć?!
Jednak dobrze wiedziała, że musi wrócić. Zakon jej potrzebuje. Po raz pierwszy od trzynastu lat jest potrzebna…

***

– Hestio?
– Taaak? – Odłożyła na bok książkę, za którą próbowała się ukryć.
– Myślę, że powinnaś z kimś porozmawiać. – Remus Lupin spojrzał na nią stanowczo. Na każdym zebraniu miała miejsce obok niego, więc siłą rzeczy poznali się lepiej. Usilnie stara się ignorować myśl, że jest też przyjacielem Syriusza. Nie chciała widzieć Blacka. Nie chciała powrotu wspomnień – gdyby wreszcie zaczęła żyć normalnie, bez przeszłości… O ileż byłoby to łatwiejsze!
– Z kim? – zapytała z obawą, choć dobrze wiedziała. Bała się tej rozmowy, choć dobrze wiedziała, że musi ją przeprowadzić. Zastanawiała się jednak czego obawia się bardziej: Syriusza czy siebie. Nie mogła początkowo uwierzyć, że udało mu się uciec z Azkabanu, ale kiedy wyjaśnili jej, że jest niewinny, zaczęła patrzeć na niego nieco przychylniej. Oczywiście, więzienie niezwykle go zmieniło, ale ona nadal miała przed oczami jego dawną twarz. Choć na tej obecnej również były ślady dawnej urody, to jednak nie był ten sam człowiek. Dlatego bała się samej siebie – jak zareaguje w czasie rozmowy? Przecież tyle czasu spędziła na zapominaniu… Ale czy zapomniała? To chyba będzie czas, w którym to sprawdzi.
– Dobrze wiesz z kim. Z Syriuszem.
Pokiwała głową. Podjęła decyzję.
– Gdzie on jest?
– Siedzi w kuchni. – Zawahał się czy powiedzieć coś jeszcze. – Mam nadzieję, że ta rozmowa wam pomoże. Obojgu.
Hestia uśmiechnęła się blado. Też miała taką nadzieję… Ale czym właściwie jest nadzieja? Niektórzy mówili, że ostatnią deską ratunku przed szaleństwem, ale nie była tego pewna. Nadzieja była światełkiem w życiu, czymś, co podtrzymywało na duchu w najgorszym czasie.
Weszła do kuchni, zastukawszy uprzednio. Nie wiedziała, na co ma liczyć. Nic nie wiedziała. Była teraz jak bezuczuciowy robot nastawiony na daną czynność. Porozmawiać. Nic więcej.
Spojrzała na siedzącego za stołem Syriusza. Po raz pierwszy od jego uwięzienia w Azkabanie mieli rozmawiać. I po raz pierwszy nie była tą rozmową przejęta. Obawy znikły.
Po prostu usiadła i zaczęła rozmowę. Bez rumieńców, bez emocji czy ważenia każdego pojedynczego słowa. Zrozumiała wtedy, że jednak dopięła swego. Uwolniła się. Udało jej się zdławić to uczucie, szara rzeczywistość je zabiła. Teraz nie czuła już nic do Blacka. Nic. Po tylu latach, wreszcie…

A jednak po jego śmierci, rok później, płakała. Łzy płynęły wbrew jej woli, po części z żalu, że odszedł ktoś tak ważny w jej życiu, po części z powodu zmarnowanego życia. Kiedy patrzyła w przeszłość, znajdowała tam tylko Syriusza – przez niemal pięć lat był jej obsesją. A kiedy wreszcie dostała to, czego chciała – miejsce Syriusza zajęła rutyna, szarość dnia i zniechęcanie. Co mogła do dziś osiągnąć? Bardzo wiele, mogła mieć rodzinę, dobrą pracę, kochającego męża, wspaniałe dzieci… A jednak wolała całe życie gonić za ulotnym szczęściem, za facetem z innej – całkiem nie pasującej do niej – kategorii. Co jej z tego zostało? Chyba tylko łzy nad samą sobą. Chciałaby zacząć od nowa, zmienić coś… Ale czy ma czas?

***

Nie, nie miała czasu. Nikt z Zakonu nie mógł wiedzieć, ile czasu mu zostało, zwłaszcza po śmierci Dumbledore’a. Chodziło tylko o wybór. Wybór własnej śmierci, jakkolwiek by to nie brzmiało – można było umrzeć z różdżką w ręku, lub kuląc się z przestrachu w kącie. Hestia zawsze obawiała się tej drugiej śmierci, wiedziała, że nie tak umierali jej przyjaciele. Ale czy miałaby odwagę ponieść śmierć bohaterską? Czy umiałaby wstać, rzucić zaklęcie i czekać, aż zielony promień w nią uderzy, zabierając życie? Nie… Na pewno by stchórzyła.

Nie stchórzyła. Kiedy człowiek traci wszystko, łącznie z nadzieją, potrafi stawić czoło śmierci, jeśli staje z nią oko w oko. To nie była kwestia zwycięstwa nad śmierciożercami, i tak nie mogłaby go odnieść – sama jedna przeciw pięciu oprychom. Chodziło tylko o to, by chwycić różdżkę, by spróbować się bronić.
Dlatego wbrew sobie wstała z ziemi, drżąc jak osika. Śmierciożercy się śmiali. Nie wierzyli, że po jednym Cruciatusie będzie jeszcze w stanie stać. Hestia sama nie wierzyła. Podobno przed śmiercią człowiek jest zdolny do niewyobrażalnych czynów – może przebiec kilka kilometrów, choć zawsze dostawał zadyszki po kilkunastu metrach; może też podnieść się, spojrzeć swoim oprawcom w oczy i powiedzieć krótkie zaklęcie. O nic więcej nie chodziło.
Drętwota!
A potem głuchy śmiech, zielony promień i ciemność…
Czy tak się to wszystko kończy? Po śmierci niczego nie ma? Co teraz?
Nie zdążyła zadać sobie dalszych pytań, oślepił ją niesamowity blask, który zabrał jej wszystkie troski, kłopoty i zmartwienia. I dopiero to był koniec.
Ale przecież każdy koniec, to także początek czegoś nowego…
Chciała w to wierzyć.
Nie. Już w to wierzyła.

koniec

Hestia Jones