Część trzynasta, w której parę spraw się wyjaśnia

            Ogień w kominku trzaskał wesoło i ostatnim, co Ingrid miała ochotę robić, było wkładanie do niego głowy, nawet jeśli wcześniej wrzuci odpowiednią ilość proszku Fiuu. Dobre pół godziny układała fryzurę i podejrzewała, że nawet mugolski lakier do włosów, którego użyła, nie zniesie próby wytrzymałościowej, jaką będzie rozmowa przez kominek. Westchnęła, zamknęła drzwi zaklęciem – w końcu nie mogła pozwolić, by ukochany mugol Gwen zobaczył coś tak nienaturalnego jak jej tułów sterczący z kominka – i rzuciła proszek w płomienie, które natychmiast zmieniły barwę. Ingrid nie była w stanie opisać, jak bardzo nie chce tego robić, ale wypowiedziała odpowiednie słowa i wetknęła głowę do kominka.
Początkowo myślała, że coś zepsuła albo pomyliła ruszty, ale wkrótce jej oczom ukazały się różowe, kosmate kapcie, z których starczały dość chuderlawe nogi. Przewróciła oczami, starając się przypomnieć sobie, dlaczego uznała, że to będzie dobry pomysł.
– Stęskniłaś się? – zapytał Mortimer, wyszczerzając zęby w zbyt szerokim uśmiechu. Przykucnął, żeby mogła go lepiej widzieć, i żałowała, że to zrobił: miał na sobie bokserki w znicze i koszulkę ubrudzoną czymś żółtym, prawdopodobnie curry. Na koszulce widniał wielki napis „Peace & Love”. Ingrid się skrzywiła.
– Naprawdę nie miałeś nic innego?
– Dzień prania, księżniczko. Myślałem, że jesteś w Leeds.
– Jestem w Leeds – warknęła. Żałowała, że w ogóle pomyślała o tym, by zwrócić się do niego po pomoc. – Castor też tu jest.
Mortimer na chwilę przestał się uśmiechać. Przeczesał włosy palcami i spojrzał na nią, jakby liczył, że powie, że żartowała. Ingrid jednak milczała, a jej spojrzenie świadczyło o tym, że mówi poważnie.
– Nie mówił mi o tym – zapewnił.
– Nieważne, czy mówił o tym królowej! Wyobraź sobie, co się stanie w czasie kolacji!
Mortimer najwyraźniej zaczął sobie wyobrażać, bo tym razem to on zamilkł. Ingrid prychnęła, najwyraźniej rozgniewana.
– Możesz coś wymyślić? Kolana mnie już bolą – mruknęła, a widząc uśmieszek Mortimera, dodała: – Nawet nie próbuj nic mówić.
– Musisz go zatrzymać – oświadczył spokojnie. – Albo ją.
– Kiedy ostatni raz udało ci się zatrzymać Castora? Bo powinnam to odnotować w kalendarzu – powiedziała, a potem poruszyła głową, jakby próbowała zatoczyć koło, co nie było łatwe w jej obecnej pozycji. – Musimy coś zrobić!
– Chwila, kochanie, to ty jesteś w Leeds, nie ja – zaprotestował.
– Mogę zabrać osobę towarzyszącą – mruknęła niechętnie.
– Wiem. I stanowczo powiedziałaś, że prędzej prześpisz się z trytonem niż mnie zaprosisz. To oznacza – urwał na chwilę, przybliżając się do jej twarzy – że tkwisz w tym sama. Chociaż zawsze możesz mnie poprosić.
– Przestań – warknęła. – Dobrze wiesz, że Ketteridge’owie są nam potrzebni.
– Owszem, dlatego właśnie ty się miałaś nimi zająć.
– I się zajmowałam! – krzyknęła. – Ale pojawienie się Castora nie było w moim planie. Do tego Marge najwyraźniej go uwielbia, dasz wiarę?
– Potrafi być czarujący – stwierdził pogodnie Mortimer. – Nie zaprzeczysz, że ma ten nieodparty urok, który sprawia…
– Zamknij się, znajdź jakieś porządne ubranie i za pięć minut chcę cię tu widzieć.
– Nie da rady, księżniczko, mówiłem, dzień prania. – Zaśmiał się bezczelnie.
– Transmutuj coś. – Przewróciła oczami, po czym dodała najciszej, jak tylko mogła: – Proszę?
Mortimer chwycił się za serce i teatralnie westchnął, posyłając w kierunku Ingrid całusa. Potem jednak od razu spoważniał i wstał z podłogi.
– Czekaj na mnie przy kominku – rzucił i wyszedł z pokoju.
Zadowolona z siebie Ingrid wyciągnęła głowę z kominka i wyprostowała się. Nie wiedziała, co było bardziej upokarzające: to, że musiała komunikować się z kimkolwiek w tak niewygodny sposób, czy to, że musiała prosić o pomoc Mortimera. Teraz jednak nie było czasu na tego typu rozważania. Powinna poprawić fryzurę i zająć się Castorem. Nie wydawało jej się, żeby Marge Ketteridge ucieszyła się, gdyby Castor nie pojawił się na kolacji – wiedziała o jego przybyciu i najwyraźniej bardzo liczyła na jego obecność, toteż oszołomienie go i związanie odpadało. Na tym inwencja Ingrid się kończyła. Jeśli miała nie dopuścić do spotkania Gwen z Castorem, potrzebowała Mortimera – chociaż nie chciała przyznawać, że ten irytujący bubek mógł się do czegokolwiek przydać.
Po chwili jednak, kiedy wyszedł z kominka i otrzepał popiół z nienagannie skrojonego garnituru, musiała przyznać, że miał swoje zastosowania. Gdyby pominąć fryzurę, wyglądałby jak wzór młodego człowieka, który zawsze panuje nad sytuacją i wie, co mówi. Jak ktoś, kto może powstrzymać nadciągającą katastrofę. Do tego to był naprawdę dobrze skrojony garnitur. Ingrid nieświadomie oblizała wargi, co nie uszło uwadze Mortimera.
– Boli mnie, że muszę to powiedzieć, ale nie mamy teraz czasu. – Uśmiechnął się, kiedy posłała mu poirytowane spojrzenie. – Idź do Gwen i nie dopuść, żeby wpadła na niego przed kolacją.
– Jak to przed kolacją? Sprowadziłam cię tutaj, żebyś się go pozbył! Nie próbuj żadnych numerów, bo nie jestem w nastroju do żartów. Kiedy wejdziemy do jadalni, Castora ma tam nie być, obojętne, jak tego dokonasz, on…
Ingrid urwała, bo Mortimer popchnął ją w stronę ściany i przyłożył jej różdżkę do policzka. Zniknął gdzieś irytujący uśmiech i po raz pierwszy zielone oczy, zwykle ukryte pod strzechą włosów, patrzyły na nią z nieskrywaną złością. Ingrid była gotowa odszczekać wszystko, co mówiła na temat nieszkodliwości Mortimera. W tym momencie wyglądał jak ktoś, kto jest zdolny do wszystkiego. I bardzo dobrze, bo kogoś takiego właśnie potrzebowała.
– Chyba się nie rozumiemy, księżniczko – syknął. – To nie ty wydajesz rozkazy.
Pokiwała lekko głową, niepewna, jakiej odpowiedzi się spodziewał.
– Ketteridge’owie chcą odzyskać córkę, my chcemy pozyskać ich dla naszej sprawy, może umknął ci ten szczegół – kontynuował, ani na chwilę nie opuszczając różdżki. – Musimy sprawić, by wszystkie strony, łącznie z Castorem, były zadowolone, nie tylko twoja przyjaciółeczka. Ona jest tu najmniej ważna i lepiej, żebyś o tym pamiętała.
– Ale Gwen…
– Gwen jest w to wszystko zamieszana przypadkiem – odpowiedział, opuszczając różdżkę, po czym posłał jej jeden z tych głupkowatych uśmiechów, które sprawiały, że nie była w stanie traktować go poważnie. Do tej pory. – Powinnaś do niej iść, wiesz? Nie zachowujesz się jak dobra przyjaciółka.
Pocałował ją szybko, zanim zdążyła zareagować, po czym odsunął się na stosowną odległość. Ingrid powoli wciągnęła powietrze. Ani trochę nie podobała jej się sytuacja, w której się znaleźli, ale nie żałowała już, że sprowadziła Mortimera.
– Trzymaj go z daleka od niej, a wszystko będzie dobrze – powiedziała, a kiedy Mortimer skinął głową, wyszła z pokoju, odblokowując wcześniej drzwi.
Wiedziała, że musi znaleźć Gwen, zanim ta wpakuje się w jakieś kłopoty. Powinna też zająć się mugolem; gdyby spotkał Castora, pewnie nie skończyłoby się to dobrze, szczególnie jeśli Castor nadal był zainteresowany Gwen. Nie wydawało jej się to prawdopodobne, w końcu wszystko wydarzyło się ponad rok temu i – jak jej się wydawało – chodziło tylko o złoto, ale być może nie znała wszystkich faktów. Być może zamieszany był w to też honor rodu; coś, na czego punkcie Castor miał obsesję.
Ingrid poczuła, jak coś przewraca jej się w żołądku. Reagowała tak, ilekroć przypomniała sobie o krótkotrwałym związku Castora z Gwen, o ile można to tak nazwać. Była Puchonka należała do ludzi ufnych i wierzących w miłość od pierwszego wejrzenia, więc nie zdziwiło ją, kiedy pewnego dnia podszedł do niej Castor Fairbairn, Ślizgon i najlepszy pałkarz w Hogwarcie. Opowiadała później Ingrid, jaki był czarujący, a Ingrid mogła tylko potakiwać; Castor był czarujący, kiedy chciał być. Wiedziało o tym już kilkanaście dziewcząt na zamku i choć Ingrid się do nich nie zaliczała, słyszała to i owo. Nawet nie sugerowała przyjaciółce, że to zły pomysł – wcześniej jej sugestie nie spotykały się z wdzięcznością, więc powinna oszczędzić sobie trudu i po prostu czekać na rozwój zdarzeń. Nie musiała czekać długo, nie minął nawet miesiąc, a Gwen już wypłakiwała sobie po nim oczy. Ingrid pamiętała ten dzień aż za dobrze. Przechodziła jednym z korytarzy, których zwykle unikała – kobieta z jednego z obrazów zwykła obrzucać ją wyzwiskami tylko dlatego, że kiedyś dorysowała jej wąsy. Tego dnia jednak spieszyła się do biblioteki i nawet wyzwiska nie mogły jej powstrzymać. Gdyby nie to, że była już spóźniona, na pewno by tamtędy nie szła i nie usłyszała krzyku, który dochodził z jednej z pustych sal. Zatrzymała się, niepewna, jak powinna zareagować; nigdy nie należała do osób z radością niosącym pomóc ludziom w potrzebie. Krzyk jednak się powtórzył, a Ingrid zaświtało w głowie, że brzmiał znajomo. Podeszła bliżej do drzwi i usłyszała drugi głos:
– Nadal nie chcesz? Myślisz, że jesteś za dobra, dziwko?!
– C-castor, proszę… – odpowiedział głos, który poprzednio krzyczał.
Ingrid nie czekała dłużej, kopnęła drzwi, a kiedy nie chciały ustąpić, użyła zaklęcia. Dziękowała Merlinowi, że Fairbairn nie wpadł na to, by wyciszyć pomieszczenie.
Drętwota! – krzyknęła Ingrid, a Ślizgon padł na ziemię.
Leżąca na podłodze Gwen oddychała ciężko, a z rozciętej wargi płynęła jej krew. Poza tym wyglądała na nieuszkodzoną i Ingrid odetchnęła z ulgą. Przez ułamek sekundy myślała, że Castor zrobił coś gorszego.
– Gwen, co się stało? Co ten sukinsyn zrobił? – zapytała, pomagając przyjaciółce wstać.
– Crusiatus… Nie wyszedł mu najlepiej, ale… ale i tak bolało – siąknęła Gwen, wycierając krew i łzy rękawem. Trzęsła się jak osika i unikała patrzenia w stronę Castora, co było w pełni zrozumiałe.
– Musimy iść do skrzydła, pielęgniarka powinna cię obejrzeć.
– Nie! – zaprotestowała Gwen. – Nie chcę, żeby… żeby każdy wiedział. Nic takiego się nie stało – dodała, przełykając głośno ślinę, jakby próbowała się uspokoić. Zrobiła też krok w stronę wyjścia i by się przewróciła, gdyby Ingrid jej nie podtrzymywała.
– Nikt się o niczym nie dowie, ale musisz iść do skrzydła – przekonywała Ślizgonka.
Gwen jednak pokręciła głową i powiedziała, że chce iść do dormitorium. Obiecała, że jeśli rano nadal będzie się źle czuła, zajrzy do skrzydła. Obie wiedziały jednak, że tego nie zrobi; podobnie obie zdawały sobie sprawę, że będzie się źle czuła. Ingrid próbowała ją przekonać, ale panna Ketteridge nie zmieniła zdania. Nie chciała też wyjaśnić, czemu Castor ją zaatakował, choć Ślizgonka miała pewne podejrzenia. Kiedy tylko doprowadziła Gwen do pokoju wspólnego Puchonów, zawróciła i pobiegła do sali, w której powinien leżeć oszołomiony Castor. Był tam, choć zaklęcie przestawało działać, o czym świadczył fakt, że poruszał palcami u rąk. Ingrid kopnęła go w żebra.
– Coś ty zrobił?! – krzyknęła, szykując się do kolejnego kopnięcia, ale poczuła na ramieniu czyjąś rękę.
– Spokojnie, po co te nerwy? – zapytał Alfred, najlepszy przyjaciel Castora.
– Wiesz, co ten sukinsyn chciał zrobić? – zapytała Ingrid, odwracając się w jego kierunku. Była wściekła i gdyby tylko sięgnął po różdżkę, chętnie by się z nim pojedynkowała. Zresztą nie musiał nawet wyciągać różdżki.
Alfred wzruszył ramionami.
– To tylko zakład – odpowiedział, jakby to wyjaśniało wszystko. – Założyliśmy się z chłopakami, że w ciągu miesiąca nie uda mu się z nią przespać. Wiesz, że Castor nie lubi przegrywać.
Ingrid patrzyła na nich z niedowierzaniem.
– Próbował ją zgwałcić! – krzyknęła. – Dla cholernego zakładu?!
– Nie, nie, gwałt byłby wbrew zasadom – zaśmiał się Alfred, ale chwilę później oberwał prawym sierpowym i zatoczył się lekko do tyłu.
Ingrid doskoczyła do niego i zaczęła okładać go pięściami, całkiem zapominając o tym, że ma różdżkę. Nie mogła uwierzyć w to, co właśnie usłyszała.
– Ej! Uspokój się! Castor! Zrób coś! – krzyknął Alfred.
Ingrid poczuła, że świat się przemieszcza i szybko zdała sobie sprawę, że to ona ląduje na podłodze. Nie mogła się ruszyć, ale doskonale słyszała, co się wokół niej działo. Widziała, jak Castor posyła jej pogardliwe spojrzenie. Słyszała śmiech Alfreda. Zarejestrowała, że mówią coś do siebie nawzajem, ale nie była pewna co; wściekłość i niemoc sprawiały, że nie mogła zarejestrować słów. W końcu jednak Castor nachylił się nad nią i wycedził:
– Nie waż się chodzić po zamku i opowiadać te zmyślone historyjki, to był uczciwy zakład, żadnych zaklęć obezwładniających ani eliksirów. Ten Cruciatus miał ją po prostu przekonać, a ty, wredna, mała suko… Ciebie to nie dotyczy, więc zapomnij, że cokolwiek widziałaś, jasne?
Na odchodne kopnął ją w żebra mocniej, niż ona kopnęła jego. Zaklęcie jeszcze działało, więc nie mogła się ruszyć, musiała poczekać, aż przestanie działać albo aż ktoś ją znajdzie i je zdejmie. Wolała jednak być sama. Czuła obrzydzenie tak silne, że na samą myśl, że musiałaby komuś opowiadać, co widziała w tej sali, chciało jej się wymiotować. Dlatego też nie powiedziała nikomu – ani tego dnia, ani następnego, ani żadnego innego w ciągu miesięcy, które upłynęły od tego czasu. Nawet Gwen nie wiedziała, że Ingrid wróciła do tej sali. Zresztą Gwen nie chciała o tym rozmawiać. Płakała, jadła czekoladę, spędzała większość czasu wolnego od nauki w dormitorium, bo tam czuła się bezpiecznie. Ingrid starała się ją chronić przed konfrontacją z Castorem, ale zdawała sobie sprawę, że prędzej czy później będą musieli się spotkać. Miała tylko nadzieję, że nastąpi to później.
Teraz jednak, kiedy Castor i Gwen znajdowali się pod jednym dachem, wydawało się, że spotkanie to jest nieuchronne. Nie byłoby to spotkanie w rodzaju tych, które miały miejsce w Hogwarcie – wyminięcie w drzwiach czy uczestniczenie w tych samych zajęciach; nie, to byłoby spotkanie o wiele trudniejsze, zwłaszcza jeśli matka Gwen była przekonana, że powinna wyswatać córkę z Castorem. Ingrid po raz kolejny poczuła, że żołądek jej się przewraca.
Szybko znalazła Gwen i bez słowa zaprowadziła ją do pokoju.
– Gdzie David? – zapytała szybko.
– Coś się stało? Ingrid, wyglądasz… no, gorzej niż ja – zaśmiała się.
– Jeszcze nie, ale jesteśmy w domu pełnym magii, powinnaś go pilnować – warknęła Ingrid, ignorując drugą część zdania. – Gdzie on jest?
Gwen spojrzała na nią z obawą. Nie podobał jej się ton głosu przyjaciółki, dobitnie świadczył o tym, że działo się coś złego – coś, o czym Gwen nie wiedziała, a czego się bała, odkąd tylko przekroczyła próg domu.
– Ostatnio był w salonie, ciotka Portia chciała opowiedzieć mu coś o rodowej zastawie… Ale uprzedzałam ją, że David jest mugolem! – dodała szybko panna Ketteridge. – Obiecała, że nie zrobi ani nie powie nic, co mogłoby mu się wydać dziwne.
Ingrid westchnęła. Ani trochę jej się to nie podobało.
– Czekaj tu, pójdę po niego. Nie wracaj tam, musimy o czymś porozmawiać – powiedziała, zdając sobie sprawę, że jej słowa ani trochę nie uspokoją Gwen. Nie powinny, w końcu obie znajdowały się w nieciekawej sytuacji.
– Ingrid, co się… – zaczęła panna Ketteridge, ale przyjaciółka uciszyła ją gestem ręki.
– Później wszystko wyjaśnię – odpowiedziała.
Nie zdążyła jednak wyjść, bo drzwi się otworzyły i do pokoju wszedł David. Zakrywał dłonią prawe oko i Ingrid przemknęło przez myśl, że być może rodowa zastawa nauczyła się latać. Nie zapytała o to jednak na głos, bo Gwen natychmiast podeszła do mugola i zaczęła pytać, co się stało. Nie chciał udzielać informacji, co irytowało Ingrid, ale w końcu opuścił rękę i dla obu dziewczyn stało się jasne, że niebawem wokół jego oka wykwitnie wielki, fioletowy siniec.
– Kto to zrobił? – zapytała przerażona Gwen.
– Nie pytałem o nazwisko – odpowiedział David, siadając na łóżku. Po raz kolejny przyłożył dłoń do oka, po czym się skrzywił.
– Cholera – wymamrotała Ingrid. – Nie ruszajcie się stąd, muszę sprowadzić… Po prostu się stąd nie ruszajcie.
Znów nie zdążyła wyjść, bo drzwi po raz kolejny się otworzyły. Ingrid szybko spojrzała w nich kierunku, gotowa rzucić klątwę na każdego, kto przekroczy próg tego pokoju, ale szybko odetchnęła z ulgą. Zza drzwi wystawała rozczochrana głowa Mortimera.
– Co on tu robi? – zapytała Gwen, która nadal siedziała obok Davida.
Ingrid i Mortimer zignorowali jej pytanie.
– Znalazłeś go? – zapytała Ingrid.
– Raczej rzuca się w oczy – odpowiedział Mortimer, po czym wyminął ją i podszedł do Davida, który oparł obie dłonie na kolanach i próbował przyjrzeć się przybyszowi. Mortimer przechylił głowę na bok, po czym oświadczył: – Chwała Merlinowi, to tylko podbite oko. Już myślałem, że jesteś jednym z tych punków.
Nikt się nie zaśmiał, więc Mortimer zrobił smutną minę i wycofał się o parę kroków. Zdawał sobie sprawę, że są w nim utkwione trzy pary oczu, i wyraźnie się tym rozkoszował. W końcu Gwen nie wytrzymała:
– Czy ktoś mi może wyjaśnić, co się tu dzieje? Niedługo będzie kolacja, przez którą chcę przebrnąć w spokoju i zapomnieć, że w ogóle tu przyjechałam! Nie potrzebuję żadnych bójek ani innego zamieszania, więc wyjaśnijcie, co właściwie robicie w moim pokoju!
Ingrid przełknęła ślinę i spojrzała na Mortimera. Uśmiechał się lekko, jakby cała ta sytuacja go bawiła. Ingrid miała ochotę go uderzyć; nic z tego, co się działo, nie było ani trochę zabawne. Jednak fakt, że nie próbował nic mówić, oznaczał, że nie wiedział, jak uniknąć mówienia prawdy, a ten obowiązek wolał zwalić na kogoś innego.
– Chodzi o gości, których zaprosili twoi rodzice – zaczęła Ingrid. – Niektórzy są dość… nieprzewidywalni.
– Zauważyłam! – fuknęła Gwen. – Przecież David nie podbił sobie tego oka sam!
– Nie, z pewnością nie – stwierdził z uśmiechem Mortimer. – Wyręczył go w tym Castor.
Ciszę, która zapadła w pokoju, można było ciąć nożem.

Część dwunasta, w której świat drastycznie się zmniejsza

            Gwen obserwowała na krajobraz, który zmieniał się w plamy kolorów. Gdyby się skupiła, mogłaby odróżnić poszczególne jego elementy, ale utkwiła wzrok na niewielkiej plamie na szybie, odmawiając patrzenia na cokolwiek innego. Plama kolorów była bardziej wypadkiem przy pracy, w końcu nie mogła jej nie widzieć. Gwen miała wrażenie, że ostatnio w jej życiu zdarzają się wyłącznie wypadki przy pracy i czuła się z tego powodu źle – jakby w jej żołądku zamieszkało coś dużego i oślizgłego, co przemieszczało się, ilekroć pomyślała o popełnionych błędach czy niewykorzystanych szansach.
Był dwudziesty trzeci grudnia, a ona tkwiła w pociągu do Leeds. Kolejny punkt na niespisanej nigdzie liście błędów.
Przypomniała sobie, co dokładnie doprowadziło do tego momentu. Wszystko zaczęło się od listu i od jej wizyty u Ingrid. Była tak wściekła, kiedy wróciła, tak nieszczęśliwa i samotna, że postanowiła zrobić to, co zrobiłaby dawna Gwen, ta, która jeszcze nie poznała Castora. Poszła szukać człowieka, który przywróci jej świat na właściwe tory. Obiecywała sobie, że w świecie mugoli nie będzie próbowała niczego takiego, że będzie trzymać się z dala od wszystkich ludzi, którzy mogą decydować o jej życiu, że weźmie wszystkie sprawy w swoje ręce. A jednak wylądowała na wycieraczce David i rzuciła się na niego, jakby czas spędzony z nim miał wynagrodzić jej pustkę i wściekłość, które czuła wcześniej. Potrząsnęła lekko głową i przypomniała sobie całą tę sytuację.
– Gwen? Co się stało? Co ro… – zapytał wtedy, a ona zaczęła go całować. Przez chwilę jej na to pozwolił, ale kiedy jej ręka niebezpiecznie zbliżyła się do paska jego spodni, odsunął się. – Co się dzieje? – powtórzył, patrząc na nią z pewnym niedowierzaniem.
Poczuła się wtedy wyjątkowo głupio. Nie była pewna dlaczego, przecież nie zrobiła nic, czego oboje by nie chcieli. Wykonała pierwszy krok, tak? W porządku, może to był za duży krok, może David nie był gotowy, w końcu Amy… Nie, ona umarła prawie półtora roku temu, nie mogło chodzić o Amy, zresztą w ogóle nie chciała o Amy myśleć. Musiało chodzić o nią samą, nie chciał jej – i to w chwili, kiedy ona potrzebowała jego. David jednak powtórzył pytanie, a ona odpowiedziała coś nieskładnego i się rozpłakała. Przecież jej nie chciał, nikt jej nie chciał, nikt na całym świecie. David przytulił ją wtedy mocno i zaprowadził do salonu, a kiedy przestała trzymać się go jak koła ratunkowego, przyrządził gorącą czekoladę. To jeszcze bardziej ją uspokoiło i panna Ketteridge w końcu opowiedziała mu o wszystkim – pomijając taki drobny szczegół, jakim był fakt, że większość osób uwikłanych w jej opowieść to czarodzieje. Jej słowa rwały się, to cichły, to znów były niemal krzykiem; wyrzucała je z siebie z prędkością karabinu maszynowego, a innym razem milczała i obracała w dłoniach kubek, za wszelką cenę unikając wzroku Davida. W końcu chciała go wykorzystać, by poczuć się lepiej, jak mogła na niego spojrzeć? Do tej pory nigdy nie znalazła się w takiej sytuacji. W ciągu ostatnich dwóch lat nauki w Hogwarcie kilkakrotnie gubiła swoje problemy w czyichś ustach, przelewała je w kogoś innego, aż to dziwne poczucie ciężkości i oślizgłości znikało z jej żołądka. Nikt nie protestował, nikt nie mówił, że ma dość własnych problemów, by przyjmować także te jej, nikt nie odtrącał jej ust, być może szukając w nich ujścia własnych bolączek, które spalały się gdzieś na granicy warg. A jednak David… David zmusił ją, żeby wyrzuciła z siebie wszystkie strapienia w sposób bardziej konwencjonalny. Cały czas słuchał uważnie, ale utrzymywał między nimi pewien dystans, jakby nie chciał, by Gwen po raz kolejny go pocałowała. Przez myśl przeszło jej, że być może w ogóle jej nie chce – w żaden sposób – i powinna go zostawić samego, ale sposób, w jaki na nią patrzył, świadczył o tym, że nadal jest jej przyjacielem i chce jej pomóc.
– To nie ma sensu – powiedziała wtedy, ostawiając kubek na stolik. Obracanie go w dłoniach odwracało jej uwagę od Davida, ale uznała, że nie powinna ukrywać się za kawałkiem fajansu, który nawet nie udawał porcelany.
– Nic nie ma sensu – stwierdził David. Zdanie to nie było jednak rzucone mimochodem; powiedział je cicho, patrząc na nią uważnie, jakby chciał się upewnić, że je usłyszała i nie uznała go za zlepek pustych słów.
– Bardzo pocieszające – rzuciła Gwen, wydając z siebie dziwne parsknięcie, skrzyżowanie śmiechu i szlochu.
David milczał przez chwilę, przyglądając jej się uważnie, jakby chciał przewiercić jej wzrokiem czaszkę. Nie było to jednak spojrzenie niechciane czy wrogie. Wydawało się raczej, że próbuje ocenić, jak panna Ketteridge zareaguje na jego następne słowa.
– Nie naprawię całego twojego życia, Gwen – powiedział, a ona chciała zaprotestować, zapewnić, że wcale tego od niego nie oczekuje, choć przecież na to właśnie liczyła. – Nikt poza tobą go nie naprawi. Nawet jeśli nic nie ma sensu, to nadal ty podejmujesz decyzje.
– Ale ja nie wiem, co robię. Wszystko się wali, a ja nie mogę nic zrobić – odpowiedziała, pociągając nosem. Może karmił ją banałami, ale w jego ustach brzmiały sensownie. Sprawiały, że czuła się minimalnie lepiej.
– To normalne – zapewnił i przyciągnął ją do siebie.
Atmosfera w pokoju się zmieniła i utrzymywanie odległości nie było już konieczne. Gwen była zmęczona własną huśtawką nastrojów, ale nie chciała przerywać rozmowy. Mówiła więc o rzeczach ważnych i mniej ważnych, a czasami czekała, żeby David się odezwał. Nie zauważyła nawet, kiedy zasnęła, ale następnego ranka miała niejasne poczucie, że opowiedziała mu o egzaminie z eliksirów, w czasie którego wybuchł jej kociołek.
Przez kolejnych kilka dni w Gwen dojrzewały słowa Davida, które jej mózg zarejestrował w półśnie. Wyparowała gdzieś też większość złości na Ingrid – do tego stopnia, że kiedy zjawiła się pod drzwiami panny Ketteridge, ta nie udawała, że nie ma jej w domu. Rozmowa nie trwała jednak długo i Gwen nie bardzo wiedziała, jak powinna się po niej czuć, ale słowa przyjaciółki dołączyły do chaosu, który panował w jej głowie. Ostatecznie z chaosu tego wyłoniła się decyzja. Nie musiała to być dobra decyzja, ale została podjęta i Gwen wyciągnęła torbę podróżną, żeby się spakować.
– Chcesz kanapkę? – zapytał David, a Gwen oderwała wzrok od okna. Za bardzo zatopiła się w myślach i przez chwilę zapomniała, że jadą do Leeds.
– A są jeszcze te z serem?
David uśmiechnął się i podał jej odpowiednią kanapkę. Gwen odpowiedziała uśmiechem, ale niezbyt szerokim – nie była do końca przekonana, czy nie pakowała i siebie, i jego w jakąś katastrofę.
Wgryzła się w kanapkę i przypomniała sobie, jak w połowie pakowania torby rzuciła ją w kąt, bo przypomniało jej się, że miała zrobić coś ważnego. Pobiegła do Davida, który był nieco zdziwiony jej – jak sam to określił – szalonym wejrzeniem, właściwym fanatykom i ludziom, którym wydaje się, że właśnie mieli objawienie. Gwen nie sądziła, by było to objawienie, ale szybko zapytała, czy David pojedzie z nią na święta do Leeds. Dodała, że zrozumie jego odmowę, ale bardzo jej na tym zależy. Wiedziała, że jeśli zabierze go ze sobą, będzie miała przynajmniej jedną osobę po swojej stronie, jeden głos rozsądku przebijający się przez harmider oskarżeń, jakie niewątpliwie padną z ust państwa Ketteridge. Nie była pewna, czy David się zgodzi; nie była nawet pewna, czy sama na jego miejscu by się zgodziła. On jednak pokiwał głową i zapytał, kiedy ma być gotowy do podróży.
– Dzięki, że tu jesteś – powiedziała Gwen, przeżuwając kanapkę.
– Dzięki, że mnie zaprosiłaś – odpowiedział. – Nie chciałem spędzać świąt samotnie.
Gwen posłała mu pytające spojrzenie.
– Moja mama nie przepada za takimi okazjami – dodał. – Gdyby nie ty, siedziałbym samotnie w mieszkaniu.
– Możliwe, że jeszcze za tym zatęsknisz, kiedy poznasz moją rodzinę – zaśmiała się. Nie sądziła, że będzie aż tak źle, ale wolała go w jakikolwiek sposób uprzedzić.
– Daj spokój, to tylko parę dni i parę pysznych posiłków, co złego może się stać?
Taaak, co złego, pomyślała Gwen, po raz kolejny wbijając wzrok w krajobraz za oknem. Dobrze wiedziała, ile złego może się stać, kiedy przyjedzie do domu ze „swoim mugolem”. Nie była pewna, czy rodzice naprawdę chcą poznać Davida. Nie była pewna, jak się wobec niego zachowają – może powinna go uprzedzić, powiedzieć, że jest czarownicą? Problem w tym, że nie mogła być pewna jego reakcji, a nie chciała myśleć o tym, jak by się poczuła, gdyby nie chciał jej więcej znać. Tylko czy prowadzenie go prosto do paszczy lwa było na pewno dobrym pomysłem?
Wkrótce okazało się jednak, że państwo Ketteridge nie mieli zamiaru pożerać Davida żywcem. Posłali córce kilka pytających spojrzeń, ale nie skomentowali ani jego wieku, ani faktu, że w oczywisty wręcz sposób nie zachowywali się jak zakochani. Gwen oczywiście podkreśliła, że są przyjaciółmi, ale w takich sytuacjach zawsze pada tego rodzaju zapewnienie.
– Cudownie, że jednak się zdecydowałaś przyjechać – powtarzała pani Ketteridge, a Gwen czuła się coraz gorzej. Nie powinni witać jej z otwartymi ramionami, w ogóle nie powinni jej witać. Mieli jej dosyć, powinni być wściekli.
– Cóż, dziękuję, że mnie… nas zaprosiliście – wydukała w końcu, kiedy matka na chwilę zamilkła.
– Jak moglibyśmy tego nie zrobić! – oburzyła się pani Ketteridge, a idący za nimi David uśmiechnął się do Gwen. Póki co wyjazd do Leeds zapowiadał się raczej spokojnie i sympatycznie. – Wspominałam, że będziemy mieli gości?
– Nie, nie przypominam sobie. – Gwen przełknęła ślinę, nagle pełna złych przeczuć. – Kogo zaprosiliście?
– Rodziców Elli i jej młodszą siostrę, powinni niebawem się zjawić – odpowiedziała, uśmiechając się szeroko. Gwen również się uśmiechnęła. Ella była wieloletnią dziewczyną jej starszego brata. – Na kolacji będzie jeszcze parę osób, to jasne, nawet twoja przyjaciółka obiecała zajrzeć, to naprawdę smutne, że jej rodzina nie chce uczestniczyć w tych mug… nużących uroczystościach, wiesz, że tak powiedzieli? Jakby o to chodziło! Wiadomo, że chodzi o rodzinną atmosferę, o uczczenie odchodzącego roku, o te wszystkie potrawy, a nawet sobie nie wyobrażasz, ile pracy trzeba w nie włożyć, prawie nie wychodzę z kuchni!
– A to dopiero – mruknęła pod nosem Gwen. Złe przeczucia nie odeszły. – Ingrid będzie tu sama?
– Za jaką gospodynię ty mnie masz! Oczywiście, że może przyprowadzić ze sobą osobę towarzyszącą.
– Chyba powinnam odświeżyć się po podróży – powiedziała szybko Gwen. Bała się, że matka powie, że razem z Ingrid zjawi się Mortimer; nie chciała spotkać nikogo ze znajomych Castora, zwłaszcza w takiej sytuacji. Gdyby tam był, nie mogłaby przed nim uciec. Musiałaby przesiedzieć całą kolację, patrząc na niego i zastanawiając się, czy on też brał w tym wszystkim udział.
– Słusznie, w twoim dawnym pokoju położyłam dodatkowy materac, czujcie się jak u siebie w domu. – Pani Ketteridge mrugnęła porozumiewawczo do córki i odeszła w kierunku kuchni, pewnie po to, by sprawdzić, czy skrzaty panują nad sytuacją.
Gwen westchnęła i zerknęła na Davida, który położył swoją torbę podróżną w okolicy materaca. Panna Ketteridge nie chciała się zastanawiać, co jej rodzina przetransmutowała w ten materac; nie chciała też myśleć o dwóch pokojach gościnnych, które najwyraźniej zostały przydzielone komuś innemu. I ona, i David byli przecież dorośli, więc ta sytuacja nie powinna być ani trochę niezręczna. Co więcej, pewnie by nie była, gdyby Gwen przestała uporczywie się zastanawiać, co by się wydarzyło, gdyby wtedy David jej nie zatrzymał.
– Twoja mama jest całkiem sympatyczna – powiedział David, najwyraźniej nie mogąc znaleźć lepszego tematu.
– Ma swoje momenty, reszta będzie gorsza – mruknęła Gwen, omiatając wzrokiem pokój; nie była pewna, czy przed wyjazdem do Londynu zabrała wszystkie hogwarckie szaty, księgi i inne przedmioty świadczące o tym, że nie była mugolką.
– Nie możesz się tak nastawiać, w końcu to święta.
Zakończywszy pobieżny skan pokoju, Gwen spojrzała na niego i poczuła ukłucie… nie była pewna, jakie to uczucie, ale było na tyle silne, by zatrzymać tok jej myśli. Poczuła się źle. David przyjechał tu z nią, żeby nie musiała samotnie stawiać czoła swojej rodzinie, podczas gdy ona nawet go nie uprzedziła, że może mieć do czynienia z lewitującymi talerzami czy głowami w kominkach, a teraz jeszcze to on, który nigdy nie poznał Ketteridge’ów, musiał uspokajać ją.
– Dziękuję, że tu jesteś – powiedziała, przytulając go możliwie przyjacielsko i starając się nie myśleć o tym, jak ładnie pachniał.
– Nie ma problemu, Gwen. Od tego są przyjaciele. – Uśmiechnął się, a ona odpowiedziała podobnym uśmiechem. No tak, przyjaciele. Są przyjaciółmi i tyle. Musi to zapamiętać.
Im dłużej jednak przebywali w domu państwa Ketteridge’ów, tym bardziej Gwen zaczynała wątpić, czy uda jej się wrócić do myślenia o Davidzie wyłącznie jako o przyjacielu. Jednak wokół niej tyle się działo, że dopiero w nocy, kiedy wsłuchiwała się w jego oddech (uparł się, że będzie spać na materacu, choć przekonywała go, że mogą podzielić się łóżkiem), miała czas zastanowić się nad wszystkim, co chciałaby mu powiedzieć, gdyby tylko się tak nie bała. Rano jednak ponownie porywał ją wir zdarzeń i nie miała okazji. Musiała w końcu porozmawiać z tyloma osobami, dopilnować, by każdy wiedział, że użycie magii jest zakazane w czasie posiłków, przypomnieć skrzatom, że nie mogą pozwolić, by David je zobaczył… Wbrew pozorom wymagało to mnóstwa pracy, zwłaszcza kiedy dom zaczął wypełniać się gośćmi. Oczywiście musiała też odbyć rozmowę z ojcem, który nie był szczególnie zadowolony z jej poczynań. Otwarcie powiedział jej, że David został zaproszony wyłącznie na życzenie jej matki i ojciec ma nadzieję nigdy więcej go nie widzieć, bo Gwen nie powinna wiązać się z mugolem, a już na pewno nie z mugolem w takim wieku. Panna Ketteridge próbowała tłumaczyć, że nic jej z Davidem nie łączy, ale ojciec w to nie wierzył. Zresztą sama też nie do końca wierzyła, co doprowadziło do tego, że kiedy po skończonej rozmowie wyszła z jego gabinetu, miała łzy w oczach.
– Gwen? – zapytał znajomy głos, a ona szybko przetarła twarz dłonią. Chciała uciec do swojego dawnego pokoju i poczekać, aż David ją tam znajdzie.
– Ingrid, dobrze cię widzieć – odpowiedziała, uśmiechając się wbrew sobie.
Nie chodziło nawet o to, że nie chciała widzieć przyjaciółki; chciała, jak najbardziej, ale nie w tym momencie. Poza tym bała się, że nagle zza pleców Ingrid wyskoczy Mortimer. Gwen co prawda nie podejrzewała Ingrid o romans z nim, ale były Ślizgon wydawał się do niej wyjątkowo przywiązany.
– Nie kłam, wyglądasz jak kupka nieszczęść zamieciona starą Kometą.
Ingrid ją przytuliła, a Gwen poczuła się nieco lepiej.
– Cieszę się, że wróciłaś do nas – dodała Ingrid, a Gwen nagle przestała czuć się tak dobrze. – Mugole są dobrzy na chwilę, ale ostatecznie nie jesteśmy nimi, a oni nie są nami. Różnice są za duże.
– Ale ja… ja i David przyjechaliśmy tylko na święta – wyjaśniła Gwen, patrząc na przyjaciółkę ze zdziwieniem.
Ingrid uniosła brwi. Była przekonana, że to będzie powrót na stałe. Kiedy rozmawiały, wyglądała na tak przybitą i zniechęconą, jakby tylko resztki honoru powstrzymywały ją przed powrotem do domu i przyznaniem się do błędu.
– Może jeszcze zmienisz zdanie – powiedziała, raz jeszcze przytulając Gwen. – Muszę coś załatwić, zobaczymy się na kolacji.
– Ale… – zaczęła Gwen, jednak Ingrid już odeszła. – To dopiero za dwie godziny – mruknęła do siebie, wzruszając ramionami. Nie wiedziała, co chodziło po głowie jej przyjaciółki, ale domyślała się, że prędzej czy później dowie się wszystkiego. Do tego czasu powinna schodzić z drogi ojcu i pilnować, by wszyscy dowiedzieli się o zakazie czarowania.
Tymczasem Ingrid ruszyła na poszukiwanie pani Ketteridge, która przeprowadzała właśnie inspekcję jadalni. Wydawała się pochłonięta ocenianiem kąta, pod którym skrzaty złożyły serwetki, ale była świadoma, że do pomieszczenia ktoś wszedł.
– Ingrid, kochanie – zawołała – co za miła niespodzianka!
– Nie powiedziałaś mi, że przyjechała z mugolem – szepnęła Ingrid, ale ton jej głosu zdradzał podenerwowanie.
– Nie wiedziałam, czy w ogóle przyjedzie. Poza tym może to i dobrze, jeśli ten mugol trochę się przestraszy.
– Ona go kocha – syknęła Ingrid. – Chcemy przekonać ją, żeby nam pomogła, a nie sprawić, że oboje uciekną z krzykiem i uwiją sobie urocze gniazdko gdzieś na końcu świata.
– Co też opowiadasz, moja droga – ucięła pani Ketteridge. – Moje źródła mówią coś innego.
– Źródła? Jakie źródła? – Ingrid była zbita z tropu i, po raz pierwszy w życiu, żałowała, że nie ma z nią Mortimera. Był irytujący, ale wykazywał naturalny talent do dyplomacji, którego jej często brakowało.
– Nie martw się, kochanie, wszystko zaplanowałam. To będzie niezapomniana kolacja – oznajmiła, uśmiechając się promiennie do kogoś, kto znajdował się za plecami Ingrid.
Dziewczyna szybko się odwróciła, żeby sprawdzić, z kim współpracowała matka Gwen. Nie miała żadnych przypuszczeń, ale i tak ze zdumienia otworzyła szerzej oczy. W drzwiach stał bowiem niezwykle z siebie zadowolony Castor Fairbairn.

Część jedenasta, w której świat przewraca się do góry nogami i sprawia, że można grać na żebrach jak na cymbałkach

            Ingrid paliła powoli papierosa, patrząc uważnie na Gwen. Panna Ketteridge nie zdawała sobie wcześniej sprawy, że jej przyjaciółka pali, ale w końcu w ciągu ostatnich miesięcy nie widywały się za często. Zanim zdążyła jednak poczuć się z tego powodu źle, przypomniało jej się, co doprowadziło do tego, że wylądowała w mieszkaniu Ingrid. Był osiemnasty grudnia. Powinna siedzieć w mieszkaniu, owinięta w koc, i wypłakiwać sobie oczy nad jakimś głupim filmem, który pokazują w telewizji (David jakiś czas temu namówił ją na kupno telewizora). Powinna robić zakupy i dekorować salon. Powinna próbować ubrać Matta w kostium elfa albo robić coś równie niedorzecznego. Powinna próbować piec pierniczki i narazić się na trwałe uszkodzenia ciała. Nic z tego, siedziała tutaj z Ingrid i z… Nie, starała się nie myśleć, że w przeciwległym kącie pokoju siedzi jeden z kolegów Castora.
– No i co z tego, że wysłali ci list? – zapytała Ingrid. Pytanie to już wcześniej wisiało w powietrzu, ale Gwen nie udzieliła na nie odpowiedzi, póki nie zostało zwerbalizowane.
– Wiedzieli o wszystkim od ciebie – powiedziała z wyrzutem. Miała ochotę zacząć tupać nogą albo się rozpłakać, bo cała ta sytuacja nagle stała się o wiele poważniejsza i bardziej przerażająca, niż była jeszcze parę godzin temu, kiedy Gwen myślała o niej w swoim własnym salonie.
– Martwili się o ciebie – odpowiedziała Ingrid. – Zniknęłaś tak niespodziewanie… Zdajesz sobie sprawę, że nigdy nie uwierzyli do końca w tę bajeczkę o chęci poznania świata mugoli, prawda?
– To nie bajeczka, mugole są naprawdę bardzo… – zaczęła, choć wypowiadała słowa przez zaciśnięte zęby, ale potem przypomniała sobie Juliusa i nie bardzo wiedziała, jak dokończyć to zdanie.
– Nieważne – przerwała Ingrid, zaciągając się papierosem. – Z ich perspektywy to mało wiarygodne i domyślają się, że coś ukrywasz. Chcieli wiedzieć, co dzieje się z ich drogą córką, pewnie uważali, że wrócisz do domu po miesiącu i podporządkujesz się ich decyzjom.
Gwen westchnęła. Nie chciała omawiać tych kwestii przy świadkach, a już zwłaszcza nie przy Mortimerze.
– Nawet jeśli, nie dawało ci to prawa… – zaczęła.
– Naprawdę? A co tobie dawało brawo sprzedać połowę rodzinnej zastawy i zniknąć pod osłoną nocy? – zapytała Ingrid, wykrzywiając usta w grymasie, który miał przypominać uśmiech. – Przestań robić ze mnie czarny charakter.
– Chcesz powiedzieć, że to ja jestem czarnym charakterem? – zapytała Gwen, nie kryjąc oburzenia.
– Nie, Gwendy, tu nie ma czarnych charakterów, nie jesteśmy w książce dla dzieci.
Panna Ketteridge zacisnęła zęby. Nie miała ochoty kontynuować tego tematu, a jednak nie ruszyła się z miejsca, nadal wbijając wzrok w twarzy przyjaciółki, ale tym razem było to spojrzenie niezwykle chłodne i ostre, jakby marzyła, by zamieniło się w sopel lodu zdolny przebić czaszkę. Ingrid dopaliła papierosa i zaczęła przyglądać się swoim paznokciom. Nie chciała dać Gwen satysfakcji i zarejestrować posyłane jej spojrzenie. W salonie na chwilę zapadła cisza, którą w końcu przerwał Mortimer:
– Rodzina jest ważna – powiedział spokojnie, wodząc wzrokiem gdzieś po suficie. A może oglądał własną grzywkę, tego ani Ingrid, ani Gwen nie mogły być pewne.
– Nikt cię nie pytał o opinię – warknęła Ingrid. Nie była pewna, czemu go nie wyrzuciła za drzwi.
Mortimer podniósł ręce w geście poddania, uśmiechając się lekko. Stało się jasne, że nieźle się bawił, nawet jeśli jego komentarz sprawił, że w salonie znów zapadła cisza. Nie przeszkadzało mu to, bo zdawał sobie sprawę, że za chwilę ktoś się odezwie. Myślał, że będzie to Ingrid, która nie przepadała za ciszą, ale była Ślizgonka z uporem wygładzała serwetkę, której róg nie chciał leżeć prosto, ale w końcu dała za wygraną, wzruszyła ramionami i przeniosła spojrzenie w kierunku okna, jakby spodziewała się, że znajdzie tam odpowiedź na wszystkie bolączki świata. Była Puchonka siedziała jakaś taka skulona w sobie, jakby nie była pewna, co powinna zrobić teraz, kiedy uleciał już z niej cały ogień złości, który płonął, kiedy wpadła do tego mieszkania.
– Zaprosili mnie na święta – szepnęła w końcu Gwen, wbijając wzrok we własny rękaw. Nie była pewna, po co to powiedziała; może liczyła, że Ingrid pomoże jej podjąć decyzję? Do tej pory często to robiła, popychając całe życie Gwen do przodu, kiedy panna Ketteridge stanęła w miejscu i nie była w stanie znaleźć sił, by ten stan rzeczy zmienić.
– Mówiłaś, że cię nienawidzą, że ich zawiodłaś – przypomniała Ingrid. Nie była pewna, po czyjej stronie powinna się opowiadać, ale państwo Ketteridge nie byli aż tacy źli, jak przedstawiała to Gwen. Ktoś powinien powiedzieć to głośno.
– Bo tak było – mruknęła. – Nie akceptują mnie i mojego stylu życia. Napisali, żeby wzięła ze sobą swojego mugola!
– Masz własnego mugola? – zapytał z ciekawością Mortimer. – Niewolnika? To mało puchońskie.
Został zignorowany.
– Nie znali jego imienia – wyjaśniła Ingrid, prychnąwszy donośnie.
– Nie powiedziałaś im? – zdziwiła się Gwen.
Ingrid wzruszyła ramionami. Przez chwilę zbierała myśli, żeby w możliwie najłatwiejszy i najbardziej logiczny sposób przekazać to, co chciała powiedzieć, ale w końcu słowa musiały nabrać kształtów zdań, bo przemówiła:
– Może wyobrażasz sobie, że co tydzień wpadałam do nich na sobotnią herbatkę i opowiadałam o wszystkim, co dzieje się i w moim, i w twoim życiu, ale tak nie było, Gwen. Rozmawialiśmy dwa czy trzy razy, ale nie było to przy herbatce i ciasteczkach, ale przy innych okazjach, kiedy mogliśmy zamienić tylko kilka słów, bo na więcej nie starczało czasu. Mówili, że się martwią. Twoja matka bardzo schudła. Bała się, że nie żyjesz. Powiedziałam im wystarczająco dużo, żeby przestali się martwić.
– Opowiadałaś im o moim życiu! Dałaś im mój adres bez pytania mnie o pozwolenie! – krzyknęła Gwen.
– Gdybym zapytała, to czy byś się zgodziła?
– Nie!
– No właśnie – skwitowała Ingrid. – Niczego by to nie rozwiązało, ty nadal byś się ukrywała przed światem na tym zadupiu, a oni szukaliby innego sposobu nawiązania z tobą kontaktu. Rozwiązałam wasze problemy i nie usłyszałam nawet żadnego podziękowania.
– Niczego nie rozwiązałaś! Gdyby nie to, nie miałabym żadnych kłopotów – zapewniła Gwen.
– Jasne, bo przez ostatnie pół roku bawiłaś się po prostu wyśmienicie. – Ingrid uniosła brew, czekając na odpowiedź.
Mortimer słuchał wszystkiego z wielką uwagą, zadowolony, że stał się niemal niewidzialny. Nie miał pojęcia, co działo się z Gwen Ketteridge, odkąd przestała widywać się z Castorem. Niespecjalnie interesował się jej losem; gdyby ktoś go zapytał, jak jego zdaniem wyglądała jej przyszłość, odpowiedziałby coś o nudnej pracy i nudnym mężu z jeszcze nudniejszej rodziny, nudnej gromadce dzieci i o życiu z dnia na dzień. Dziewczyna po prostu nie była jedną z tych osób, które zapadają w pamięć; jasne, ładnie się uśmiechała, potrafiła wyglądać uroczo, ale przecież nie o to w życiu chodziło. Była wystarczająco inteligentna, żeby nie wpakować się w nic, co mogłoby ją kosztować życie, ale jednocześnie na tyle głupia, by nijak nie wyróżniać się w tłumu. Tłum składał się z tysięcy dziewczyn takich jak Gwendolyn Ketteridge, różniących się wyglądem, ale rzadko charakterem.
– Nie wiem, po co się tu w ogóle zjawiłam – westchnęła Gwen, wstając z miejsca. – Ingrid, nie informuj ich już o niczym. Nie chcę mieć kontaktu ani z nimi, ani z… nikim z tego świata – zakończyła, choć przez chwilę wydawać się mogło, że ostatnim słowem będzie „tobą”. Może Gwen planowała je wypowiedzieć, ale zabrakło jej odwagi.
Ingrid milczała. Mogła powiedzieć, że nie ma problemu, nikomu i niczym nie powie, a następnie złamać słowo. Mogła powiedzieć, że to bez sensu i nie będzie niczego obiecywać. Mogła powiedzieć, że Gwen powinna była założyć czapkę, bo jest zimno. Nie powiedziała jednak nic, patrzyła tylko, jak jej przyjaciółka w pośpiechu zakłada płaszcz i wychodzi, trzaskając drzwiami. Potem przeniosła wzrok na Mortimera.
– Podobało ci się przedstawienie? – zapytała gniewnie.
– Brakowało efektów specjalnych – odparł, patrząc na nią ciepło. – Ale słyszałem, że w tym niewielkim teatrze za rogiem grają coś lepszego, może…
– Oszczędź sobie, nie jestem dziś w nastroju – ucięła.
– Ingrid, powinnaś się rozerwać, po świętach Ministerstwo będzie miało zbyt wiele na głowie, żebyś mogła…
– Myślisz, że nie nadążę z parzeniem kawy dla wielkich szych? – warknęła. – Wiem, co się stanie po świętach, tak samo dobrze jak ty wiesz, że jestem zbyt małą płotką, żeby wpłynęło to na moje obowiązki.
– Ministerstwo będzie potrzebowało każdej różdżki, którą będzie w stanie wykorzystać – odpowiedział Mortimer, podchodząc do niej i pochylając się tak, że ich nosy prawie się stykały. – Prawdę mówiąc, my też. Dlaczego odpychasz małą wielbicielkę mugoli?
Ingrid zaśmiała się gorzko.
– Naprawdę myślisz, że zgodziłaby się pracować z Castorem? Po tym, co jej zrobiliście?
– To była wyłącznie wina Castora, posunął się za daleko – odpowiedział szybko Mortimer, cały czas podtrzymując kontakt wzrokowy. – Poza tym nie musi wiedzieć, że jest w to zamieszany. Nie musi wiedzieć nic poza tym, co konieczne.
– Nie pójdzie na to, za bardzo pokochała życie bez różdżki, żeby teraz wrócić w sam środek całego tego zamieszania.
– O jakim zamieszaniu mówisz, kochanie? Powinna tylko wrócić do rodziny na święta, przekonać się, że wyjazd był błędem.
Ingrid przewróciła oczami.
– Jasne, w końcu to takie proste. – Odepchnęła go od siebie. – A teraz spadaj, miałam wystarczająco kiepski dzień, żeby jeszcze patrzeć na twoją twarz.
Mortimer się zaśmiał i cmoknął ją w policzek.
– Uwielbiam, kiedy się tak zachowujesz. Wpadnę pojutrze, mam nadzieję, że do tego czasu przekonasz Gwen, żeby pojechała do Leeds. O, kupię też te bilety.
Ingrid wstała i otworzyła drzwi na klatkę schodową, wypraszając Mortimera stanowczym gestem. Była zmęczona i miała ochotę na gorącą kąpiel, a ten pajac zabierał jej cenny czas.
– Nie chcę twoich biletów, chcę, żebyś dał mi spokój – powiedziała, kiedy ją mijał.
– Oczywiście, kochanie – odpowiedział, kiedy już znalazł się na klatce schodowej. – Do zobaczenia.
Ingrid trzasnęła drzwiami i poszła do łazienki. To był za długi dzień, potrzebowała chwili wytchnienia. Może Mortimer miał rację i musiała się rozerwać? Postanowiła, że jutro pójdzie do baru, o ile do rana nie zmieni zdania i nie uda się do Gwen.
Tymczasem panna Ketteridge wróciła do swojego mieszkania. Nie była już wściekła – zgubiła to uczucie gdzieś po drodze, być może wtedy, kiedy wylądowała w wielkiej, błotnistej kałuży i się przewróciła – ale chciało jej się płakać. Rozmowa z Ingrid sprawiła, że Gwen czuła się we własnej skórze jeszcze gorzej niż przed wizytą w Londynie. Nie powinna była w ogóle wyściubiać nosa ze swojego mieszkania. Gdyby zakopała się pod kocem i przespała dwanaście godzin, świat mógłby dać jej spokój, a list od rodziców – zniknąć. Teraz jednak pergamin wręcz bezczelnie leżał na stole i przypominał o tym, że powinna podjąć decyzję, najlepiej wcześniej rozważywszy słowa Ingrid, nawet jeśli Gwen była na nią wściekła.
Matt wyszedł z kuchni, najprawdopodobniej z zamiarem przywitania jej, ale kiedy zobaczył, w jakim stanie jest jej płaszcz, zrezygnował i wycofał się do pomieszczenia. Gwen wydała z siebie stłumiony szloch. Nie wiedzieć czemu, właśnie to zachowanie kota sprawiło, że całkiem się złamała. Zdjęła płaszcz i rzuciła go na podłogę – i tak będzie musiała go później doczyścić. Zdjęła też buty, które wylądowały gdzieś na płaszczu, a potem uciekła od całego tego zabłoconego bałaganu i ukryła się pod kocem. Naciągnęła go na głowę, którą oparła na kolanach i, nie przejmując się niewielką ilością dostępnego tlenu, zaczęła rozpaczliwie płakać. Miała dość wszystkich ludzi, nikomu nie mogła ufać, nikomu. Nie miała też żadnej możliwości ucieczki, bo miejsce, które wybrała jako cel swojej poprzedniej ucieczki, okazało się równie nieprzyjazne. Chciała czegoś prostego, bez żadnych intryg, kłamstw i ukrytych celów. Bez ludzi, którzy zawsze mają dwa czy trzy motywy, którzy są przyjaciółmi tych, którzy mogą im w czymś pomóc. Ingrid odnajdowała się tam doskonale, ale Gwen mogła być co najwyżej marionetką, więc uciekła. Uciekła najdalej, jak tylko mogła – nie geograficznie, ale porzuciła świat, w którym spędziła całe swoje życie. Zaczęła od nowa, budując każdy dzień cegiełka po cegiełce, ale najwyraźniej nie miało to żadnego znaczenia. Oszukiwała samą siebie.
W końcu musiała zdjąć koc z głowy, ale przez długi czas jeszcze płakała, zwinięta w kłębek na podłodze. Miała wrażenie, że w każdej sytuacji i w każdym otoczeniu, w jakim się znajduje, prędzej czy później staje się ofiarą. Nie chciała tego – w końcu kto by chciał – ale nie mogła zapanować nad własnym losem. Zmieniała wszystko, starała się nie popełniać tych samych błędów, ale na nic się to nie zdawało. Ciągle była tą samą Gwendolyn, która traciła punkty z byle powodu, której kanapki zawsze spadały masłem na dół, a czekoladowe żaby uciekały, zanim zdążyła je jeść. Była tą Gwendolyn, która nigdy nie mogła znaleźć sobie odpowiedniego towarzystwa ani zaplanować przyszłości. Była tą Gwendolyn, która nie potrafiła niczego zrobić dobrze i najwyraźniej nawet jej własny kot nie mógł znieść jej towarzystwa.
Łzy z czasem przestały płynąć, a oddech uspokoił się. Gwen leżała na podłodze i pustym wzrokiem patrzyła na sufit. Jej umysł był wyjątkowo pusty, jakby pomyślała już wszystkie złe i bolesne myśli i nie zostało jej już nic, czym mogłaby się zranić. Przebiła się przez wszystkie warstwy, przewlokła samą siebie na lewą stronę i zagrała na własnych żebrach melodię nienawiści. Teraz powinna się poskładać i wrócić do formy pierwotnej, ale była zbyt zmęczona walką z własnym demonem.
Słyszała, że Matt wychodzi z kuchni, ale odgłos łapek nie przybliżał się – musiał udać się do sypialni. Była sama. Nie powinno jej to zdziwić, w końcu była w tym mieszkaniu sama przez tak długi czas. Przyzwyczaiła się nawet do tej ciszy, która na początku ją niepokoiła. Przyzwyczaiła się, że musi zmywać po sobie naczynia. Przyzwyczaiła, że może rozmawiać tylko z Matten. Teraz jednak cisza i samotność były o wiele boleśniejsze i o wiele głośniejsze, wypełniały każdy kąt mieszkania i szumiały, parskały, prychały. Były niemal namacalne i Gwen się ich bała jak jeszcze nigdy w życiu.
Z wysiłkiem wstała, a każdy ruch wydawał się jakiś ciężki i toporny, jakby wykonywała go wbrew sobie. Mogła przecież tu zostać i leżeć, leżeć, leżeć; nikomu by to nie przeszkadzało, nikogo by to nie obchodziło. Postanowiła jednak, że coś zmieni, ale do tego potrzebowała innego człowieka, który zagłuszyłby tę ciszę i samotność, który nie znał małej Gwendolyn i nie zastanawiał się, kiedy znów jej się coś nie uda. Potrzebowała całkiem nowego człowieka, który pomógłby jej się skonstruować taką, jaką chce być. I na szczęście taki właśnie człowiek mieszkał tuż obok niej.
Poszła do łazienki, żeby przemyć twarz wodą. Toporność ruchów i pustkę zaczęła zastępować determinacja. Gwen nie chciała być marionetką i wieczną ofiarą, wiedziała, że może to zmienić. Nie musi po raz kolejny uciekać tylko dlatego, że jej kryjówka została namierzona. Nic nie jest przesądzone, a ona może zapanować nad własnym losem, jeśli tylko znajdzie innego człowieka, który jej pomoże, który podpowie, co może zrobić. Do tej pory mogła liczyć na Ingrid, ale najwyraźniej te czasy już minęły i teraz potrzebowała kogoś innego.
Nie była pewna, co chce zrobić, kiedy zapukała do drzwi Davida. Nie była pewna nawet, czego od niego oczekuje, ale miała przeczucie, że jeśli ktoś może jej pomóc poukładać życie, to właśnie on. Że jeśli może na kogoś liczyć – to właśnie na niego. Nieważne, w jakim stanie się znajdowała i jak wyglądała (a domyślała się, że wygląda jeszcze gorzej niż się czuje).
Kiedy więc David otworzył drzwi, rzuciła mu się na szyję i mocno, mocno przytuliła.
– Gwen? Co się stało? Co ro…
Nie zdążył dokończyć, bo niedawno odnaleziona determinacja Gwen, która teraz nią kierowała, uznała, że będzie to odpowiedni moment, żeby go pocałować.

Część dziesiąta, w której przedstawiona zostaje sieć wzajemnych animozji

            Matt nie znosił Davida bez jakiegoś widocznego powodu. Im bardziej jednak David starał się być dla niego miły (kupił mu jakieś kocie przysmaki, a później mysz-zabawkę), tym bardziej Matt był zdecydowany zmienić jego życie w piekło. Z czasem stało się jasne, że większość spotkań Gwen i Davida będzie musiało odbywać się w jego mieszkaniu, jeśli David nie chciał przerywać co chwilę rozmowy, żeby zdezynfekować ranę, albo jeśli Gwen nie chciała co chwilę wstawać i zaglądać do łazienki, w której zamknęła bardzo niezadowolonego z tego faktu kota. Matt dokładał wszelkich starań, żeby zniszczyć łazienkę, więc siłą rzeczy nie mógł być w niej zamykany na długo. Gwen nie stać było na gruntowny remont, a do tego mieszkanie było wynajęte, co w ogóle komplikowało sprawę. Ostatecznie więc wspólne kolacje przeniosły się do mieszkania Davida, który ukończył już remont kuchni. Teraz wyglądała zupełnie inaczej, była biała i wcale nie tak przytulna jak poprzednia. David wynajął nawet ludzi, którzy przemalowali ściany, a później – razem z Gwen – wybrał proste, białe meble. Wszystko było tak białe, że Gwen czasami kręciło się w głowie, kiedy tam siedziała, ale nie mówiła ani słowa. W końcu byli przyjaciółmi i powinna go wspierać w próbach zmiany tych aspektów życia, z którymi źle się czuł.
David nie mówił ani słowa na temat swoich odczuć związanych z osobą Emily, ale Gwen mogłaby się założyć o własną różdżkę, że jej nie lubi. Panna Ketteridge w którąś sobotę postanowiła spotkać się z Emily na kawie i porozmawiać na temat przeczytanych książek. Emily obiecała, że przyprowadzi ze sobą jakichś znajomych i poprosiła, by Gwen zrobiła to samo. W ostatecznym rozrachunku David znalazł się w towarzystwie pięciu rozchichotanych kobiet, które dyskutowały zawzięcie na temat jakiejś książki, którą przekartkował, a następnie odłożył, z trudem ukrywając niesmak, jaki malował się na jego twarzy. W kawiarni rozmawiały jednak o innej książce, której nie czytał, toteż skupił swoją uwagę na składaniu serwetki w żabę, a kiedy skończył ze swoją, stworzył tulipan z serwetki Gwen. Już dawno zjadł kawałek szarlotki i wypił kawę, był całkowicie gotowy zapłacić za siebie i za Gwen (w końcu tak wypada, prawda?) i wyjść, nawet jeśli przez całe popołudnie Matt miałby wbijać pazury w jego łydkę. Nic z tego, Emily – nieformalna przewodnicząca zgromadzenia – była zdecydowana omówić każdy akapit, każdy dialog, każdą kropkę. David pamiętał, że stłumił wtedy ziewnięcie, ale najwyraźniej jego znudzona mina została zauważona (a może Emily dostrzegła, że próbował zabrać trzecią serwetkę?), bo postanowiła zmienić temat i przejść do omawiania kolejnej książki. Tej, którą przekartkował. Jeszcze bardziej skupił swoją uwagę na serwetkach. Rozprostował żabę i zaczął składać ją w coś trudniejszego, co wymagało więcej skupienia. Nie interesowało go, o czym mówią inne osoby siedzące przy stole, nawet jeśli ignorowanie ich okrzyków zachwytu do łatwych nie należało. W końcu jednak Emily wykrzyknęła, że jest to najwspanialsza książka, jaką w życiu czytała, i nawet wytatuowała sobie na ramieniu cytat. Rozciągnęła sweter i przesunęła ramiączko stanika, żeby wszyscy siedzący przy stole mogli przeczytać. David też przeczytał. Umiera się nie po to, żeby przestać żyć, ale po to, by żyć inaczej, co za bzdura. Chyba nawet wypowiedział to na głos, bo przy stoliku zapadła cisza. Nie był pewny, ale kiedy zauważył, że oczy wszystkich skierowane są na niego, wypowiedział się dość ostro na temat. Pamiętał, że mówił coś o umieraniu jako o przeciwieństwie życia, czymś ostatecznym; mówił też o słowach, które zaczęły tracić swoje znaczenie, układanych w piękne zdania, które niczego nie znaczyły. Mógł wspomnieć coś o tym, jak źle świadczy o kimś wybór tego rodzaju idiotyzmu na motto życiowe czy innego znaczący cytat, zasługujący na wtłoczenie pod skórę do końca życia. Może powiedziałby coś więcej, ale Gwen szarpnęła go za rękaw i zamilkł. Zdał sobie sprawę, że powiedział za wiele, więc opuścił głowę i usiadł. Gwen nerwowo poruszyła się w fotelu, po czym spojrzała na zegarek i wybąkała coś o umówionym spotkaniu, o którym ona i David całkiem zapomnieli, ale na którym koniecznie muszą się stawić. Przeprosiła Emily i odeszli. David nie powiedział ani słowa na temat Emily ani jej przyjaciółek, ale Gwen wiedziała, że odczuwa do niej głęboką niechęć wywołaną przepaścią światopoglądową. Sama panna Ketteridge czuła, jakby to spotkanie postarzyło ją o kilka lat, ale nie wiedziała, czemu dokładniej. Przez jakiś czas uważała, że jest to faktycznie niezła książka, ale kiedy pomyślała o wspomnianym cytacie, a potem o wspomnieniach Davida związanych z Amy… mogła zrozumieć jego zachowanie. Problem polegał jednak na tym, że o ile mogła je zrozumieć i mogła zrozumieć zachwyt Emily, to nie wiedziała, gdzie w tym wszystkim sytuuje się ona sama. Tamtego popołudnia jednak wróciła z Davidem do mieszkania, zjedli lody bakaliowe i obejrzeli jakiś głupi film.
Emily nie wypowiadała się na temat tamtego dnia, całkiem jakby nie miał miejsca. Traktowała Gwen odrobinę chłodniej – a może to tylko wyobraźnia Gwen? – ale w którymś momencie stało się jasne, że nie znosiła Alice. Nie miały ze sobą kontaktu, bo widywały się tylko przy przekazywaniu zmiany, ale wtedy ich wzajemna niechęć stawała się tak widoczna, że Gwen nie mogła zrozumieć, dlaczego nie zauważyła jej wcześniej. Zapytana o całą sprawę, Emily tłumaczyła, że kiedyś Alice chciała się z nią zaprzyjaźnić, ale szybko stało się jasne, że Alice nie potrafi być niczyją przyjaciółką.
Alice nie rozumiała uprzedzeń Emily wobec jej osoby i informowała o tym Gwen co jakiś czas. Zwykle co dwa tygodnie, kiedy trzeba było ustalać harmonogram zmian i stawało się jasne, że Emily i Alice nie mogą pracować razem. Była natomiast zła na Gwen, że ta konsekwentnie odrzucała każde zaproszenie do klubu. W końcu, na początku listopada, kiedy panna Ketteridge czuła, że traci panowanie nad własnym życiem, zgodziła się i okazało się, że wyjście to niemal w niczym nie różniło się od poprzedniego. Alice po raz kolejny zabrała koleżanki, które porzuciła przy pierwszym stoliku, skazując tym samym Gwen na towarzystwo wstawionej nieco Mindy.
Okazało się, że Mindy też jest wkurzona i kiedy alkohol krążył po jej żyłach – nie wahała się o całej sprawie opowiedzieć. Jakaś jej kuzynka, z którą Mindy utrzymywała dość ciepłe stosunki, przeżyła jakieś wyjątkowo trudne zerwanie. Mindy nie udało się przypomnieć sobie dokładnej przyczyny – tak samo jak Gwen nie udało się zrozumieć, czemu Mindy siedzi w klubie, zamiast pocieszać kuzynkę – ale przez długi czas opowiadała najróżniejsze historie o tej kuzynce i o jej chłopaku. Nie było to łatwe ze względu na warunki, w jakich się znajdowały, ale do ucha panny Ketteridge dobiegało o wiele więcej słów, niżby chciała. Nie chciała w ogóle słyszeć o cudzych związkach, zwłaszcza tych szczęśliwych – a związek kuzynki Mindy na taki wyglądał, to znaczy póki się nie rozpadł. Gwen wróciła tego dnia do domu bardzo zdołowana i czuła się jeszcze bardziej samotna niż zwykle. Nawet znajomy ciężar Matta na głowie nie pomógł jej się poczuć lepiej. Nie miała jednak śmiałości iść do Davida i namówić go na całonocny maraton filmowy – miała wrażenie, jakby cały ten wieczór był nierzeczywisty. Gwen przecież nie bywała w klubach, nie słuchała opowieści o cudzych wnioskach i nie próbowała żadnych kolorowych drinków, których nazwy słyszała po raz pierwszy. Wolała myśleć, że ten wieczór w ogóle nie miał miejsca, a skoro nie miał miejsca, to nie było sensu mówić o nim Davidowi.
Kuzynka Mindy na pewno była wściekła na swojego chłopaka, ale Gwen na szczęście nie miała okazji tego słyszeć, bo nigdy jej nie poznała.
Chłopak kuzynki Mindy, Julius, miał na pewno wiele powodów, by być złym na wspomnianą kuzynkę, której imienia Gwen nigdy nie poznała, ale pod koniec listopada i w połowie grudnia na jego czarną listę trafili kolejno: David, Matt, Mindy i Gwen. Pannie Ketteridge wydawać się mogło, że prawdopodobieństwo spotkania kogoś, o kim tyle słyszała z ust Mindy, było niewielkie, dlatego też nie połączyła chłopaka z opowieści z Juliusem, który pewnego dnia pojawił się w jej restauracji, a później zaczął pojawiać się częściej, raz po raz zapraszając ją do kina lub na kolację. Był całkiem uroczy, opowiadał zabawne kawały (choć nie wszystkie rozumiała), a do tego był artystą. Gwen nie wiedziała wiele o sztuce, w świecie magicznym nikt nie przejmował się przekazywaniem wiedzy o prerafaelitach lub surrealistach. Nie wiedziała więc, czy Julius naprawdę jest utalentowany, ale sposób, w jaki traktował swoje obrazy, pozwalał jej twierdzić, że pewnie wie, co robi. Gwen nie ukrywała, że była nim zainteresowana – nigdy wcześniej nie spotkała kogoś, kto w tak swobodny sposób podchodził do świata, skupiając się jedynie na sztuce, która w życiu panny Ketteridge była praktycznie nieobecna. Do tego Julius wyróżniał się w tłumie – ubierał się niekonwencjonalnie, czesał dziwacznie, a w lewym uchu nosił wielkie, złote kółko, które, jak sam twierdził, było manifestem światopoglądowym. Gwen nie rozumiała przesłania tego manifestu, ale przyjęła w końcu zaproszenie do kina. Niewiele pamiętała z filmu, choć sama wizyta w kinie była dla niej nieco stresująca (wcześniej była w kinie tylko raz, z Davidem); Julius ciągle komentował jakieś sceny czy dialogi, a kiedy już milczał, próbował położyć dłoń na ramieniu Gwen i przyciągnąć ją do siebie, na co nie pozwalało oparcie fotela, uciskające jej żebra. Zgodziła się jednak na kolejne spotkanie i kolejne, i kolejne, aż w końcu ich spotkania stały się tak naturalną rzeczą, że nie wyobrażała sobie dnia bez Juliusa. Kolacje z Davidem stały się nieregularne, ograniczały się do góra dwóch tygodniowo, co czasami wywoływało w niej wyrzuty sumienia. Później jednak widziała uśmiech Juliusa i zapominała o wszystkim. Być może zapominała za szybko, bo jakieś dwa tygodnie po tej pierwszej wyprawie do kina wylądowali w łóżku i od tego czasu lądowali tam niezwykle często. Wtedy jeszcze panna Ketteridge nie zdawała sobie z tego sprawy, ale był to jedyny możliwy obrót spraw, jeśli nadal chcieli spędzać ze sobą czas – nie mieli żadnych wspólnych tematów, a milczenie w swoim towarzystwie nie należało do działań szczególnie zacieśniających więzi. Musieli zacieśniać je jakoś inaczej, jakby cielesna bliskość mogła zastąpić tę psychiczną. W każdym razie w ostatnim tygodniu listopada nastąpiło nieuchronne: Julius i David się poznali. Spotkanie to nie należało do najprzyjemniejszych, bo David stał na wycieraczce z wyjątkowo głupią miną, a Julius, który otworzył drzwi, miał na sobie tylko przykrótki szlafrok Gwen. David oczywiście szybko się wycofał, ale Julius długo jeszcze pomstował na „nachalnego starucha, który musi się napraszać”. Gwen próbowała bronić swojego przyjaciela, ale jedno spojrzenie Juliusa dało jej do zrozumienia, że powinna zamilknąć. Kiedy później o tym myślała – zastanawiała się, dlaczego właściwie zamilkła. Nie miało to jednak większej różnicy, bo o ile David ignorował obecność Juliusa w życiu Gwen i starał się zachowywać pozory normalności, o tyle Julius ciągle narzekał, że Gwen nie powinna spędzać z Davidem tyle czasu. W tym momencie David znalazł najbardziej niespodziewanego sojusznika – Matta. Od chwili niezręcznego spotkania dwóch mężczyzn, kot zmienił front. Nie tylko przestał atakować Davida, kiedy go widział (co zdarzało się znacznie rzadziej niż dawniej), lecz także zaczął fukać na sam widok Juliusa, skutecznie uprzykrzając jego życie do tego stopnia, że artysta przestał bywać w mieszkaniu Gwen. Panna Ketteridge nadal jednak go odwiedzała, choć zaczynały ogarniać ją wątpliwości, czy Julius jest naprawdę tak wspaniałym facetem, jak jej się wydawało. W drugim tygodniu grudnia stało się jasne, że nie jest. W restauracji pojawiła się Mindy, która chciała zamienić dwa słowa z Alice, ale rozmowa zeszła jakoś na temat facetów i Gwen pokazała jej zdjęcie Juliusa. Mindy natychmiast rozpoznała go jako byłego swojej kuzynki, o którym wcześniej opowiadała te wszystkie historie. Doradziła Gwen, żeby jak najszybciej zakończyła tę znajomość, na co Gwen początkowo nie mogła się zdecydować. Zaczęła obserwować go jednak o wiele uważniej, już nie z perspektywy zakochanej i ślepo w niego zapatrzonej dziewczyny, ale uważnej młodej kobiety, która nie chciała mieć złamanego serca. Ostatecznie jednak wspomniane serce zostało brutalnie złamane, kiedy wpadła na Juliusa całującego jakąś nieznaną jej brunetkę. Próbował tłumaczyć, że jest to jego kuzynka, ale Gwen nie mogła sobie wyobrazić, czemu czyjakolwiek kuzynka chciałaby być całowana w ten sposób. Julius przeszedł do historii, oczywiście wściekły na Davida (który na pewno zasiał ziarno niepewności w jej głowie), Matta (który był głupim futrzakiem), Mindy (która wtrącała nos w nieswoje sprawy) oraz Gwen (która zachowała się jak dziecko i popełniła błąd). Być może wściekł się też na brunetkę, tego panna Ketteridge nie wiedziała, bo zostawiła ich samych tak szybko, jak tylko mogła – zła na siebie i na niego.
Nie był on jednak jedyną osobą, na którą Gwen była wściekła. Jej złość nigdy nie była zbyt długotrwała, ale niektóre osoby lub zdarzenia sprawiały, że panna Ketteridge miała problem z zapominaniem o wszystkim, co się wydarzyło, i zaczynaniem od nowa. W grudniu wróciła do kolacji z Davidem, który nadal nie poruszał tematu Juliusa, nawet kiedy dowiedział się o wszystkim, co zaszło między nim a Gwen. Matt nadal zachowywał się poprawnie i nic nie wskazywało na to, by coś się mogło zmienić; przynajmniej aż do dnia, w którym Gwen znalazła w skrzynce na listy kopertę zaadresowaną pająkowatym pismem matki. Jeszcze zanim przeczytała list, wiedziała, że jej się nie spodoba jego treść. Rodzice nie kontaktowali się z nią tyle czasu, skąd ta nagła zmiana? Skąd w ogóle mieli jej adres? Z listu okazało się, że od Ingrid, która początkowo nie chciała udzielać im żadnych informacji na temat Gwen, ale z czasem uległa i opowiadała im to i owo. Nie omieszkała też wspomnieć o poważnym i przyszłościowym związku, w jakim Gwen się znajdowała. Państwo Ketteridge nie byli zadowoleni, że ich córka znalazła sobie mugola, ale uznali, że jej zainteresowanie płcią przeciwną jest oznaką, że znormalniała i dorosła. Wydawało im się nienaturalne, że wcześniej z nikim nie chciała się związać (nie wiedzieli bowiem nic o Castorze, a Gwen nie miała zamiaru ich informować). Wyrazili nadzieję, że córka wraz ze swoim mugolem – tak, dokładnie, tak napisali w liście – zjawi się u nich na święta. Dodali też, że niezwykle podobały im się zdjęcia, które dostali od Ingrid. Gwen początkowo nie wiedziała, o jakie zdjęcia chodziło, ale później przypomniało jej się, że zaginęły gdzieś fotografie, które zrobili z Davidem jeszcze w październiku; David upierał się, że skoro ich wycieczka za miasto się nie udała, to powinni ją przełożyć, na co Gwen przystała. Nie wiedziała wtedy, że jednocześnie zgodziła się na kilka godzin uśmiechów do aparatu, co zresztą wcale jej nie przeszkadzało. Nie podobało jej się natomiast, że zdjęcia te trafiły do jej rodziców. Była przekonana, że nie wiedzieli nawet, w jakiej części kraju się znajdowała, więc świadomość, że nie tylko mieli cały czas jej adres, lecz także dostawali krótkie streszczenia każdej wizyty Ingrid sprawiała, że Gwen była krzyczeć ze złości. Nie krzyczała, oczywiście, bo to niczego by nie zmieniło, a panna Ketteridge należała raczej do osób, które cierpią w ciszy i samotności, wiec kiedy jakiś czas później do jej drzwi zapukał David, starała się już zachowywać normalnie. Nie powiedziała mu nic o liście, postanowiwszy, że najpierw rozmówi się z Ingrid, a potem postanowi, co zrobić z zaproszeniem na święta. Nie miała wątpliwości, że było to zaproszenie do jaskini lwa i powinna je odrzucić, jeśli tylko miała odrobinę rozsądku, ale… w końcu to była jej rodzina. Więzy krwi powinny coś znaczyć, prawda? Nawet jeśli w tym momencie miała ochotę po raz kolejny zmienić adres, zabierając ze sobą tylko Matta i Davida.
Ingrid nie zdawała sobie sprawy, że Gwen jest na nią zła. Prawdę mówiąc, sama była wściekła na tyle osób, że Gwen mogła wziąć numerek i ustawić się w kolejce, Ingrid zupełnie nie sprawiało to różnicy. Londyn przed świętami był zatłoczony i po prostu koszmarny, szczególnie dla kogoś, kto świąt nie obchodził i nie uznawał. Wszędzie jednak rzucały się w oczy ozdoby – nawet w Ministerstwie, co przecież nie miało sensu. Ingrid musiała je tolerować, nawet jeśli najchętniej zerwałaby je wszystkie i spaliła w najbliższym kominku. Albo lepiej na stosie, mogłaby tam wrzucić jeszcze parę osób, które ją irytowały, i tym samym pozbyć się problemu. Nawet jeśli stosy były nielegalne. Nastroju Ingrid nie poprawił też fakt, że na wycieraczce przed swoimi drzwiami znalazła nieproszonego gościa, który miał dostatecznie dużo przyzwoitości, by nie próbować otwierać mieszkania siłą. Wątpiła, by mu się udało, ale już dawno nauczyła się, że zawsze należy mieć oko na osobników zainteresowanych czarną magią. Nawet jeśli wydawali się równie nieszkodliwi jak Mortimer – bo jak ktoś o tak idiotycznym imieniu może być groźny?, myślała – i ciągle wodzili za nią smutnymi oczami spaniela, które ledwo było widać zza nieuczesanej szopy jasnych włosów. Mortimer był jednym z tych facetów, którzy kiedyś byli jej do czegoś potrzebni, ale nigdy nie zrozumieli, że to była jednorazowa sytuacja i teraz powinni zabrać swoje zabawki z jej piaskownicy i odejść; nie tylko nie odszedł, ale co jakiś czas pojawiał się na jej wycieraczce z kwiatami czy czekoladkami, które chętnie przyjmowała, a następnie wyrzucała go za próg. Tego dnia była jednak zbyt poirytowana, by poświęcać mu choćby chwilę, ale nie zdążyła mu jeszcze nic powiedzieć, nim wszedł za nią do przedpokoju. Próbował zacząć rozmowę, ale Ingrid z całej siły tupała wysokimi obcasami w terakotę, żeby tylko go zagłuszyć. Nie miała na to ani czasu, ani sił. Niech powie, co ma powiedzieć, i sobie wyjdzie, ten dzień był już wystarczająco zły, Mortimer nie musi dokładać swoich trzech knutów i jeszcze go pogarszać. W tym miejscu trzeba dodać, że Ingrid nie wiedziała o tym, z czego doskonale zdawali sobie sprawę mugole: nigdy nie należy mówić, że dany dzień jest tak zły, że nic nie może sprawi, że będzie gorszy. To jawne wyzwanie rzucane siłom wyższym. Tym razem jakieś siły wyższe musiały słuchać Ingrid, bo kilka minut później rozległo się głośne pukanie do drzwi. Nie zdążyła nawet nic powiedzieć (a nie byłoby to oczekiwane „Proszę”; raczej coś w rodzaju „Odwalcie się wszyscy ode mnie!”), nim drzwi się otworzyły i do zatłoczonego przedpokoju wpadła Gwen. Musiała się teleportować, bo była roztrzęsiona. Stop, musiała się teleportować, bo w ogóle tu była.
– Ingrid, jestem wściekła, musimy porozmawiać – powiedziała, nie przywitawszy się nawet z przyjaciółką. Chwilę później jej wzrok padł na Mortimera, który nadal idiotycznie stał pod ścianą, zapewne szukając w myślach kolejnych obietnic wiecznej miłości, które mógłby złożyć Ingrid. Gwen zbladła. – M-mortimer? Co się tu dzieje?
Ingrid pomasowała własne skronie, jakby w nadziei, że to oddali nieuchronny ból głowy. Jeszcze tylko tego jej brakowało, jakby ten dzień nie był dość koszmarny. W tym momencie była wściekła na absolutnie wszystkich i nienawidziła całego świata.

Część dziewiąta, w której zostają podjęte pewne decyzje

– Och, przepraszam! – krzyknęła Gwen, cudem tylko łapiąc talerz, który prawie spadł na podłogę.
Gdyby się rozbił, wszyscy znów patrzyliby na nią spode łba, jakby robiła to specjalnie. Panna Ketteridge nie miała żadnych ukrytych głęboko ciągot do niszczenia zastawy należącej do jej pracodawców, ale trudno ich było do tego przekonać, kiedy w ciągu tygodnia zbiła dwie szklanki i jeden talerz. Póki co byli na tyle uprzejmi, by nie potrącać jej tego z pensji, ale w powietrzu wisiała niewypowiedziana groźba, że po którymś naczyniu ich dobroć się skończy, a Gwen będzie musiała za wszystko zapłacić – do ostatniego pensa.
– Co się z tobą dzieje? – zapytała Alice, przyglądając się uważnie koleżance z pracy.
– Nic, miałam stresujący tydzień – westchnęła Gwen, zerkając na salę. Do końca zmiany pozostało pół godziny. Miała ochotę czym prędzej wyjść i pobiec do mieszkania.
– Stresujący? – zapytała Alice z uśmieszkiem, który miał sugerować, że wie lepiej. – Widzę, że ciągle patrzysz na zegarek. Znalazłaś sobie faceta?
– C-co? Nie! Żadnego faceta, a skąd – zaprzeczyła Gwen, co wywołało głośny śmiech Alice.
Prawda była taka, że choć od feralnej niedzieli, kiedy dowiedziała się wszystkiego na temat żony Davida, upłynął już ponad tydzień, a ona nadal nie wiedziała, jak powinna na to wszystko reagować. Wydawało jej się, że gdyby próbowała teraz zbliżyć się do niego w jakiś sposób, byłoby to wykorzystywanie sytuacji; w końcu wiedziała, że cierpiał i potrzebował kogoś, kto bezinteresownie chciałby go wspierać. Z drugiej strony, gdyby oddaliła się od niego, mógłby pomyśleć, że opowieść o Amy ją odstraszyła, a wcale tak nie było. Gwen nie była pewna, co powinna myśleć o Amy, ale nie postrzegała jej jako „mrocznej przeszłości” Davida.
W efekcie oboje nie byli pewni, jak powinni się zachowywać. David oddał stery w ręce Gwen, większość czasu wolnego od pracy spędzając właśnie z nią, ewentualnie przeglądając katalogi mebli. Jego kuchnia nadal nie nadawała się do użytku, choć udało im się pozbyć wszystkiego, co zostało zniszczone i nie nadawało się do naprawy. W tej chwili David był posiadaczem lodówki, kuchenki, dwóch szafek (w tym jednej bez drzwiczek) i nowego czajnika, bo jego zniknął w tajemniczych okolicznościach w czasie sprzątania. Nowy czajnik napawał go pewnego rodzaju dumą, choć jednocześnie był bolesnym przypomnieniem, że Amy nie miała już prawa głosu w kwestii wystroju kuchni. Jej biały czajnik w poziomki zniknął, a jego miejsce zajął czarny czajnik elektryczny. Duża zmiana.
W każdym razie Gwen nie do końca zarejestrowała moment, w którym w jej ręce trafiły stery ich przyjaźni czy tego, co ich łączyło. Nie potrafiła tego zdefiniować, ale też i nie próbowała; raz spędziła pół nocy na rozważaniu wszelkich za i przeciw, wszelkich zaleceń i przeciwwskazań, wszelkich konsekwencji i następstw. Rozbolała ją tylko głowa, a następnego dnia rano odkryła, że Matt zwymiotował na kartkę, na której sporządzała tę listę. Uznała, ze to był znak, że nie powinna zaprzątać sobie tym głowy i zobaczyć, co przyniesie los.
Oznaczało to, że – metaforycznie rzecz ujmując – znajdowali się w wagonie bez lokomotywy, który chwilowo toczył się całkiem wolno, ale nikt nie wiedział, czy przypadkiem nie czeka na nich zjazd z górki lub konieczność wepchnięcia wagonu pod górę, co mogłoby się okazać za trudne.
Póki co jednak poprzestawali na tym, co wydawało im się łatwe. Gwen nadal dostawała w restauracji jakiś posiłek, który zabierała do domu. Po drodze do mieszkania pukała do drzwi Davida, który z ciągu kilku minut zjawiał się w jej kuchni. Czasami jadł to, co przyniosła, czasami oferował jej coś, co sam zjadł na obiad (pierwszego dnia, kiedy przyniósł jej przepyszne danie, nie mogła przestać chwalić jego zdolności kulinarnych; to sprawiło, że przyznał, że nie potrafi najlepiej gotować, a jego repertuar ogranicza się do kilku dań, które umożliwiają przeżycie, ale nie są tak wystawne, żeby serwować je Gwen). Zwykle pili później herbatę i rozmawiali na różne tematy, najczęściej możliwie neutralne, związane z pracą lub poczynionymi w ciągu dnia obserwacjami. Żadne z poruszanych przez nich tematów nie były jednak poważne, nie wymagały zatapiania się w niechciane pokłady wspomnień czy refleksji. Starali się robić wszystko, żeby ich kontakty pozostały ciepłe i przyjazne, utrzymane w lekkiej atmosferze. Obojgu to odpowiadało – David najwyraźniej potrzebował po prostu przyjaciela, a Gwen z kolei z każdym dniem przekonywała się, że może lepiej nie zmieniać niczego i pozwolić, żeby zostali po prostu przyjaciółmi. Że być może Matt wiedział, co robi, kiedy zniszczył jej listę.
– Skoro nie masz żadnego faceta – zaczęła Alice, kiedy zabrała już naczynia z ostatniego stolika w jej sekcji – to może chcesz znowu skoczyć do klubu? Zabawimy się.
Gwen pokręciła głową.
– Nie mogę, muszę wracać do domu – odpowiedziała.
Alice spojrzała na nią pytająco, ale Gwen przez dłuższą chwilę milczała, bawiąc się talerzem, który trzymała w ręku.
– Więc?
– Co więc? – Gwen spojrzała na nią z nadzieją, jakby liczyła, że dzięki temu Alice zmieni temat i przestanie ją dręczyć.
– Dlaczego mnie wystawiasz? Nie bawiłaś się dobrze poprzednim razem?
Panna Ketteridge spojrzała na nią z niedowierzaniem. Jak mogła posądzać ją o to, że to ona kogokolwiek wystawia? Poprzednio została porzucona w obcym klubie z obcymi ludźmi, ba, w obcym mieście nawet. Mogło jej się coś stać, mogła złamać obcas albo zostać porwana, albo wypić za dużo. Alice zostawiła ją samą praktycznie chwilę po przekroczeniu progu, a teraz próbowała sugerować, że to Gwen ją porzuciła? Nic z tego! Gwen nie pozwoli się postawić w takiej pozycji, będzie się bronić.
– N-nie, nie o to chodzi – wybąkała w końcu, choć w głowie przygotowała już sobie całą przemowę.
– Więc o co? Nie rozumiem cię, Gwen. Mówisz, że nie masz faceta, a nie chcesz żadnego znaleźć. – Alice spojrzała na nią uważnie. – Może wolisz dziewczyny, co?
Gwen westchnęła.
– Nie potrzebuję teraz faceta – odpowiedziała Gwen, a jej głos świadczył o tym, że silnie wierzy w to, co mówi. W rzeczywistości nie była aż tak przekonana, chociaż kiedy usłyszała własne słowa, zdała sobie sprawę, że może ma rację. To była dziwna myśl, ale postanowiła, że odłoży cały ten problem na później.
Alice przewróciła oczami.
– Jasne, że potrzebujesz, przecież widzę, że dostajesz jedzenie z naszej kuchni. Nie lepiej, gdyby ktoś cię zabierał na kolacje?
Gwen spojrzała na nią zaskoczona. Kiedyś Ingrid powiedziała jej coś podobnego, ale nie spodziewała się, że usłyszy takie słowa jeszcze od kogoś. Wydawało jej się, że – być może – mugole nie byli tak pozbawieni… no, tego, czego brakowało Ingrid, a czego nie próbowała nazywać, żeby nie zacząć myśleć o niej źle. Powinna była w końcu wbić sobie do głowy, że mugole tak naprawdę nie różnią się od ludzi, których poznała w magicznym świecie.
– Co? – zdziwiła się Alice. – Z facetami jest zabawniej, nie zaprzeczysz chyba?
– Ta-ak, czasami – przyznała Gwen, ale w jej myślach szybko pojawił się obraz Castora. Nawet jeśli teraz żałowała, że kiedykolwiek go poznała, musiała przyznać, że na samym początku znajomości bawiła się świetnie.
– W takim razie w czym problem?
– Po prostu nie jestem w nastroju. Wolę teraz pobyć sama.
Alice spojrzała na nią, jakby czekała, aż Gwen zacznie recytować mongolską poezję ludową albo żonglować talerzami. To było jedno z dziwniejszych stwierdzeń, jakie słyszała.
– Jak można woleć coś takiego? – zmarszczyła nos. – Nie przypominam sobie, żebym była sama dłużej niż tydzień, odkąd skończyłam piętnaście lat.
Gwen pokiwała głową. Też kiedyś zastanawiała się, jak ktoś może dobrowolnie decydować się na samotność. Gdyby kilka lat temu ktoś powiedział jej, że dobrowolnie odetnie się od wszystkich znajomych i praktycznie całej swojej przeszłości, wybuchłaby śmiechem i kazałaby mu przestać pić Ognistą.
– Powinnaś spróbować – powiedziała cicho, odkładając talerz, który cały czas trzymała w dłoniach. – Czasami warto zrobić coś, na co wcześniej nigdy by się nie zdecydowało.
Alice wzruszyła ramionami.
– Pewnie warto – mruknęła obojętnie. – To może chcesz gdzieś wyskoczyć jutro?
– Nie, jestem zajęta, przepraszam – odpowiedziała Gwen, zerkając na zegar. Naprawdę chciałaby już być w domu.
– W takim razie baw się dobrze. Wiem, że ja będę. – Alice uśmiechnęła się do niej i Gwen odpowiedziała podobnym uśmiechem.
Kiedy w końcu wskazówki zegara wskazały odpowiednią godzinę i Gwen mogła wyjść z pracy, zabrawszy przygotowany wcześniej obiad, czuła, że musi sporo przemyśleć. Cieszyła się, że czeka ją spacer przez miasto; początkowo czuła się nieswojo, chodząc po nocy bez różdżki, ale z czasem się przyzwyczaiła. Nadal niepokoiły ją złowrogie szelesty, ale wiedziała, że za większość tych dźwięków odpowiedzialne są dzikie koty, które ani trochę jej nie przerażały.
Noc była całkiem ciepła, a księżyc świecił jasno, dało się nawet dostrzec gwiazdy. Gwen postanowiła, że przystanie przy parku, może usiądzie na ławce i przyjrzy się im bliżej. Powinna też przyjrzeć się bliżej swoim uczuciom, ale w tym momencie gwiazdy wydawały jej się o wiele ciekawsze. Nie patrzyła na nie od czasu, kiedy zaplanowali z Davidem tę feralną wyprawę. Później żadne z nich nie poruszało tego tematu, co trochę ją męczyło. Nie zauważała tego na co dzień, zbyt zadowolona, że ma z kim rozmawiać, by zwracać uwagę na to, jak puste były ich konwersacje. Mieli być przyjaciółmi, ale czy przyjaciele nie rozmawiali o czymś poważniejszym niż pogoda czy zachowanie klientów restauracji? Owszem, David zwierzył jej się z najbardziej traumatycznego doświadczenia, jakie miało miejsce w jego życiu, ale nigdy do niego nie wracali. Gwen nie miała nawet okazji zareagować w jakikolwiek sposób. Co prawda nadal nie była pewna, jak by zareagowała, gdyby miała okazję, ale…
Nie, prawda jest taka, że mogła się do tego odnieść w jakikolwiek sposób, ale uznała, że nie powinna przywoływać tak bolesnego tematu. Schowała głowę w piasek i pozwoliła, żeby mówili o niczym. Była tchórzem, nawet jeśli udawała, że robi to po to, żeby nie zranić uczuć Davida. Z drugiej jednak strony – co by to zmieniło, gdyby wróciła do tematu Amy? W żaden sposób nie ukoiłaby bólu, który David odczuwa po jej stracie, nie zastąpiłaby jej, nie zepchnęła do sfery wspomnień. Nawet gdyby próbowała. David nadal ją kochał, widziała to w jego oczach, kiedy wynosili worki ze śmieciami, kiedy przestawiał zniszczoną figurkę delfina, kiedy patrzył na nowy czajnik, jakby jego widok go obrażał. Gwen nie powinna w to ingerować – nie powinna udzielać żadnych rad ani próbować wypełnić pustkę, która powstała w jego życiu po śmierci Amy. Tak, teraz widziała to wyraźnie; o ile kilka dni temu miała jeszcze wątpliwości, o tyle teraz, tutaj, na tej ławce i pod tymi gwiazdami była pewna. Gdyby próbowała czegokolwiek z Davidem, czułaby się nie w porządku wobec siebie i wobec niego. Do tego podejrzewała, że nawet gdyby zgodził się wyjść z nią na elegancką kolację, taką, na którą nie chodzili przyjaciele i która kończyła się mniej lub bardziej romantycznym pocałunkiem, to zrobiłby to tylko dlatego, że chciałby wypełnić pustkę po Amy. Mógłby ją wypełnić kimkolwiek i Gwen nie chciała, by pewnego dnia oboje sobie to uświadomili. Oczywiście nie podejrzewała, by mógł to zrobić specjalnie, ale i tak nie chciała dopuścić do sytuacji, w której byłaby z kimś tylko dlatego, że oboje nie chcieli być samotni.
Westchnęła i spojrzała na reklamówkę, w której znajdowała się ich kolacja. Jedzenie posiłków z Davidem wydawało jej się tak naturalne, nie chciała tego zmieniać. Nie powinna tego zmieniać, w końcu mogli być najlepszymi przyjaciółmi. Nie musieli sypiać ze sobą, by być blisko. I Gwen chciała być blisko, przecież go lubiła. Po prostu znajdowali się w nieodpowiednim momencie. Oboje.
Wstała z ławki, nagle przepełniona siłą nowego postanowienia. Wiedziała już, co powinna robić, jak się zachowywać i jakie tematy poruszać w rozmowie z Davidem. Wiedziała też, że jeśli się nie pospieszy, to i David, i Matt padną z głodu, a przynajmniej będą udawali, że niewiele brakowało. Gwen uśmiechnęła się sama do siebie. Nie mogła zrozumieć, dlatego jej kot nie lubił Davida, ale w ostatnich dniach stało się jasne, że Matt postrzegał go jako osobistego wroga, którego chciał zniszczyć lub przynajmniej wyrzucić z mieszkania. Gwen nie wiedziała, ile razy musiała za niego przepraszać lub zamykać go w łazience, żeby nie próbował drapać, gryźć i zabierać jedzenia z talerza Davida, którzy wcale nie przejmował się zachowaniem kota, czasami żartując, że Matt broni swojego terytorium, innym razem zwyczajnie je ignorując. Matt nigdy go nie ignorował; jeśli nie przeprowadzał ataku, czaił się gdzieś i bacznie obserwował, gotów w każdej chwili rzucić się z pazurami na Davidową łydkę. Gwen całkiem nie rozumiała, czemu tak się zachowywał – do tej pory akceptował wszystkich jej znajomych, pamiętała nawet, że często leżał na kolanach Castora, jeśli nie…
Potrząsnęła głową. Nie miała zamiaru myśleć teraz o Castorze. Miała dom, do którego musiała dotrzeć, i kilka pustych żołądków do wypełnienia. Miała swój świat i nie było w nim miejsca dla Castora.
Kiedy jednak dotarła do mieszkania (wcześniej zapukawszy do drzwi Davida), Matt wcale nie dawał jej do zrozumienia, że jest zaniedbany i słania się z głodu. Nie dawał jej nawet do zrozumienia, że powinna się wstydzić z jakiegoś nieznanego ani jej, ani jemu powodu. Właściwie nic nie dawał jej do zrozumienia. Leżał na lodówce i gdyby nie zwisający ogon, mogłaby go w ogóle nie zauważyć.
– Złaź stamtąd natychmiast – fuknęła. Nie chciała, żeby każdy produkt, który będzie wyciągać z lodówki, by oblepiony kocim futrem
Matt ziewnął, przeciągnął się, obrócił, by spojrzeć na nią z wyższością, a potem znów zwinął się w kłębek i zasnął.
– Nie możesz tego robić! – krzyknęła na niego Gwen, zbyt zajęta przygotowywaniem kolacji, żeby wejść na stołek i go stamtąd zdjąć.
– Coś się stało? – zapytał David, który wszedł do mieszkania. – Dzień dobry, Gwen.
Gwen się do niego uśmiechnęła, po czym machnęła ręką w ogólnym kierunku lodówki.
– Matt znowu sprawia kłopoty. Ale chyba go tam zostawię, nie mam siły się z nim szarpać, jestem głodna jak wilk.
– Gdyby nie to, że pewnie straciłbym rękę, to zaproponowałbym, że go stamtąd zdejmę – zaśmiał się David. Miał już na rękach kilka śladów po konfrontacji z pazurami Matta, więc wiedział, że jeśli kot nie chciał zmieniać miejsca, w którym akurat leżał, nie należało podejmować tego rodzaju decyzji za niego.
– Nie wiem, co się z nim dzieje, nigdy się tak nie zachowywał – westchnęła Gwen.
– Nigdy nie spał tam, gdzie chciał, i nigdy nikogo nie ignorował? Naprawdę? – David posłał jej sceptyczne spojrzenie.
Tym razem to Gwen się zaśmiała.
– Oczywiście, że tak robił, przecież to Matt. Chodziło mi o to drapanie. Zawsze tylko patrzył na ludzi z wyższością, czasami ich ignorował, ale nigdy nie próbował ich zabić.
David wzruszył ramionami.
– Po prostu mnie nie zna, kiedyś mu przejdzie. Nie wiem, może w ten sposób daje mi do zrozumienia, żebym zmienił żel pod prysznic albo płyn do płukania ubrań.
– Może faktycznie musi się po prostu do ciebie przyzwyczaić. A ja muszę pamiętać, żeby mu podcinać pazury, to powinno wiele ułatwić.
Zaśmiali się, po czym David zaczął opowiadać o jakimś programie, który oglądał w telewizji. Gwen słuchała z uwagą, jednocześnie przenosząc talerze z kolacją do salonu, a następnie kompletując sztućce i zalewając herbatę wodą. Nie miała pojęcia, gdzie znajdowały się rafy koralowe, o których David opowiadał, ale chciałaby je kiedyś zobaczyć.
– Matt znowu się gdzieś czai – rzuciła, kiedy mieli już wracać do salonu.
Faktycznie, na lodówce nie leżał już czarno-biały kłębek futra. Jak się szybko okazało, kłębek w magiczny sposób przemieścił się do salonu, gdzie właśnie pożerał kawałek mięsa leżącego na talerzu. Ani Gwen, ani Davidowi nie umknął fakt, że kot wybrał talerz, z którego zwykle jadł David. Żadne z nich nie powiedziało tego na głos, żeby nie wyjść na paranoika, ale oboje mogli przysiąc, że Matt, który skończył już jeść mięso i usiadł, by umyć łapkę i pyszczek, patrzy na nich wyzywająco i uśmiecha się złośliwie.
Wyglądało na to, że choć Gwen podjęła wcześniej decyzję o tym, by zatrzymać Davida w swoim życiu i obsadzić go w roli najlepszego przyjaciela, Matt podjął całkiem inną decyzję odnośnie jego osoby.

Część ósma, w której świat zamyka się w delfinie

– Ś-śmierci? – powtórzyła Gwen, której mózg najwyraźniej właśnie zaprotestował i przestał przetwarzać informacje.
Przecież David był tylko kilka lat starszy od niej, jego żona musiała być w podobnym wieku, jeszcze przed trzydziestką. Ludzie nie umierają tak młodo, to nienormalne. Musiało się stać coś strasznego, zawsze działo się coś strasznego; Gwen przypomniała sobie te nieliczne artykuły z „Proroka Codziennego”, w których wspomniane były eksplozje kociołków, niefortunne eksperymenty z zaklęciami lub zakończone niepowodzeniem kontakty z magicznymi stworzeniami. Wszystko to zdarzało się niezmiernie rzadko i dotyczyło tylko czarodziejów, nie mugoli. Dlaczego więc żona Davida umarła?
Ale przecież mugole też musieli umierać. Nawet jeśli nie korzystali z magii, to mieli tę swoją technologię, pewnie równie niebezpieczną. Nie myślała o tym wcześniej. Rzadko myślała o własnej śmiertelności, co dopiero o cudzej. Teraz jednak musiała się zmierzyć z pustką po śmierci kogoś, kogo nawet nie znała. Właściwie to nie musiała, ale doskonale zdawała sobie sprawę, że o ile wyjście z mieszkania i zostawienie Davida w takim stanie psychicznym, w jakim się znajdował, byłoby najprostszym rozwiązaniem, o tyle nie mogła tego zrobić. Nie mogła go zostawić samego tylko dlatego, że nie rozumiała.
David tymczasem milczał, patrząc na worki na śmieci. Gwen nie była pewna, jak interpretować jego spojrzenie; żałował tego, co zrobił? Przypominał sobie, jak kuchnia wyglądała, zanim ją zniszczył? Jak wyglądała za życia jego żony?
– Tak mi przykro – powiedziała w końcu Gwen. Nie była pewna, czy powinna dodać coś jeszcze.
– Mi też – odpowiedział David. Nie patrzył na nią; utkwił wzrok w jakimś punkcie na ścianie, daleko w bok od jej ramienia.
Gwen nie była pewna, czy brak kontaktu wzrokowego z jego strony świadczył o tym, że nie chciał z nią rozmawiać. Nie była nawet pewna, czy ona potrafiła z nim rozmawiać. Nigdy wcześniej nie znajdowała się w podobnej sytuacji, ale przecież to był David, jej załóżmy-że-przyjaciel, który co prawda nie znalazł czasu, żeby jej powiedzieć o tym, że był żonaty, ale jeśli zdarzyło się coś tragicznego – a musiało! – to jego zachowanie było zrozumiałe. Nie mogła mieć do niego pretensji o coś takiego. Zwłaszcza nie teraz, kiedy wyglądał na całkowicie zagubionego.
– Pewnie chcesz odwołać ten wyjazd za miasto – powiedział, przenosząc wzrok na nią. – Rozumiem.
– C-co? Nie, ja… – zaczęła, ale nie była pewna, jak powinna zakończyć to zdanie.
– Myślałem, że spędzanie z tobą czasu sprawi, że przestanę o tym myśleć, nie chciałem, żebyś dowiedziała się o wszystkim w taki sposób. Przepraszam, Gwen.
Odwrócił się i ruszył w kierunku kuchni, najwyraźniej po to, żeby odstawić termos. A może po to, żeby nie patrzeć, jak Gwen wychodzi – musiał być bowiem przekonany, że wyjdzie. Panna Ketteridge jednak zrobiła głęboki wdech, po czym ruszyła za nim i, niewiele myśląc, przytuliła go. Nigdy wcześniej go nie przytulała, więc przez chwilę wydawało jej się to dziwne. Liczyła się z tym, że może zostać odepchnięta, zwłaszcza, że David w pierwszej chwili zesztywniał, jakby nie był pewien, jak się zachować. Potem jednak się rozluźnił i Gwen śmielej wtuliła policzek w jego plecy.
– Nie masz za co przepraszać – odpowiedziała. – Nie wiem, jak ci pomóc, ale jeśli mogę coś zrobić…
David przez chwilę milczał. Gwen nie przestała go obejmować i musiała przyznać przed samą sobą, że pewna okropna cząstka jej osobowości cieszyła się, że nie widzi jego twarzy. Bała się, co mogłaby na niej zobaczyć. Chciała zaproponować, że zostanie tu z nim i będzie opowiadać idiotyczne historyjki czy przypominać sobie stare kawały – wszystko po to, żeby nie zrobił czegoś nieprzemyślanego, tak jak w przypadku kuchni – ale jednocześnie nie chciała się narzucać. Skoro do tej pory nie wyciągnął do nikogo ręki, może nie potrzebował nikogo innego? Ale jeśli tak, to dlaczego zniszczył kuchnię? Dlaczego nie było tu jego matki? Prawdopodobnie ona wiedziałaby, co zrobić w takiej sytuacji. Gwen jej nie poznała, ale głęboko wierzyła, że matki posiadają jakieś tajemne zdolności w zakresie pocieszania własnych dzieci.
Problem jednak w tym, że David nie miał zbitego kolana, które wystarczy pocałować, a potem rzucić na nie zaklęcie dezynfekujące. Nie miał żadnej rany, żadnego urazu, który można leczyć w ten sposób. Chociaż… Gwen przez chwilę zastanawiała się nad zaklęciem zapomnienia, ale nie odważyłaby się próbować, nawet jeśli to mogłoby mu pomóc. Nie tylko nie wierzyła w swoje zdolności, lecz także bała się ingerować w czyjąś przeszłość. Ból Davida, choć nie był przyjemny, należał do niego i Gwen nie miała prawa go odbierać. Po całej tej historii z Castorem kilka razy zastanawiała się, czy nie poprosić Ingrid o rzucenie takiego zaklęcia, ale nigdy się nie zdecydowała. Sytuacja Davida była o tysiąc razy gorsza, ale to nie zmieniało zasad. Nie powinna nawet o tym myśleć.
– Gwen… Dziękuję – powiedział w końcu David.
Tym razem to panna Ketteridge zachowała milczenie, niepewna, co mogłaby odpowiedzieć. Stali tak jeszcze przez chwilę, po czym David  wyswobodził się z jej uścisku i odstawił termos na jedną z szafek, które miały blaty (choć ta akurat nie miała drzwiczek; Gwen wolała nie myśleć o tym za wiele).
– Nie powinieneś tu siedzieć – powiedziała, kiedy możliwie dyskretnie rozejrzała się po pomieszczeniu.
Choć David uprzątnął większość rozbitych naczyń czy zdewastowanych szafek, kuchnia nadal wyglądała jak obraz nędzy i rozpaczy. Gwen nie sądziła, by mogła w jakikolwiek sposób pomóc ją naprawić, więc postanowiła skupić się na Davidzie, który co prawda odstawił termos, ale stał w miejscu i patrzył na coś leżącego na podłodze. Gwen próbowała dojrzeć, co to było, ale nie miała pewności. Fragment czegoś niebieskiego – może kubka, może miseczki, może jakiejś ozdoby. Niezależnie jednak, co to było, David prawdopodobnie nie powinien poświęcać temu tyle uwagi, jeśli wcześniej widok tego czegoś (gdy było jeszcze w całości) sprowokował go do zdemolowania kuchni. Nie miała jednak zamiaru wyciągać go siłą z jego własnego mieszkania, nawet jeśli wydawało jej się, że to najzdrowsze, co mógł w tej chwili zrobić: wyjść. W końcu nawet gdyby nie patrzył na to wszystko, czy uwolniłby się od wspomnień? Nie, one poszłyby za nim, gdziekolwiek by się udał. Gwen coś o tym wiedziała.
– A przynajmniej nie sam – dodała, biorąc głęboki wdech. Nie była pewna, kiedy cała ta sytuacja ją przerośnie, ale domyślała się, że nastąpi to niedługo. – Zostanę tu z tobą, dobrze? Możesz mnie ignorować, jeśli poczujesz się przez to lepiej, ale… po prostu tu zostanę.
David pokiwał głową, po czym podniósł to, na co wcześniej patrzył. Przez chwilę patrzył na to uważniej, po czym pokazał to Gwen. Okazało się, że faktycznie była to ozdoba, choć panna Ketteridge dawno nie widziała czegoś równie koszmarnego. Nawet bez głowy, niebieski delfin ozdobiony brokatem wzbudzał w niej uzasadniony niesmak.
– Amy przywiozła go z jakiejś wycieczki – wyjaśnił. – Powiedziała, że w sklepiku z pamiątkami było tyle ślicznych rzeczy, że nie mogła się zdecydować, więc postanowiła kupić najbrzydszą i najbardziej tandetną figurkę, jaką znajdzie. Taką, która zawsze będzie jej przypominała, gdzie była, i zawsze będzie ją rozśmieszała.
Gwen pokiwała głową. Nie była pewna, co powinna powiedzieć, ale cieszyła się, że David nie wyrzucił jej za drzwi. Może jednak coś robiła dobrze.
– Ale już jej nie rozśmiesza, nikogo nie rozśmiesza, cholerna figurka – ciągnął David, zaciskając pięść na pomalowanym na niebiesko kawałku fajansu.
– Chcesz ją wyrzucić? – zapytała cicho Gwen.
David pokręcił głową.
– Amy ją lubiła, nie powinienem jej wyrzucać. Ale zawsze, kiedy na nią patrzyłem, przypominał mi się moment, kiedy ją tu postawiła i… – urwał, po czym kontynuował nieco ciszej: – Cały czas nie znosiłem tej figurki, nie była ani trochę zabawna, a teraz nie jestem w stanie jej wyrzucić, nawet kiedy jest rozbita.
– Może da się ją skleić? – Gwen rozejrzała się wokół. – Pozostałe fragmenty muszą gdzieś tu być.
– Nie, nie ma sensu jej sklejać. – David obrócił w palcach grzbiet i ogon delfina. – Przecież nie jest nikomu potrzebna. Nie znoszę jej. Nie powinienem na nią codziennie patrzeć. Po prostu czasem jeszcze zapominam, że Amy już nie ma, więc nie muszę godzić się na okropne figurki ani kupować chleba z ziarnami. Przez długi czas kupowałem, chociaż jego też nie znoszę, ale Amy powtarzała, że jest zdrowy. Chciała, żebym go jadł, więc jadłem, nawet kiedy to już nie miało znaczenia.
Gwen poczuła, że coś ściska jej gardło. David wydawał jej się w tej chwili tak zagubiony, że miała ochotę znowu go przytulić i już nigdy, przenigdy nie wypuścić z objęć, ale zdawała sobie sprawę, że to nie zastąpi jego zmarłej żony. Niezależnie od tego, jak mocno by go przytulała.
– To ma znaczenie. Ten chleb i to, że go jadłeś – powiedziała, kiedy była pewna, że ta dziwna gula się zmniejszyła. – Nie robiłeś tego z przyzwyczajenia, ale dlatego, że wierzyłeś jej, kiedy mówiła, że to dla twojego dobra.
David wydał z siebie jakiś dźwięk, który mógł sugerować, że zgadza się z nią, ale z równym powodzeniem mogło to być stłumione prychnięcie. Gwen wolała jednak wierzyć, że powiedziała coś znaczącego. Coś, co miało sens. Nawet jeśli jej słowa nie mogły mu pomóc.
– Amy pewnie chciałaby… – zaczęła z wahaniem, ale David jej przerwał:
– Amy nie chce już niczego. Amy nie żyje.
Chłód w jego głosie sugerował, że jakikolwiek postęp, o jakim Gwen myślała, że go poczyniła, właśnie zniknął. Znajdowali się w okolicy punktu wyjścia, z tą tylko różnicą, że David ściskał w dłoni rozbitą figurkę, a Gwen była pewna, że nie ucieknie. Owszem, kroczyła po cienkim lodzie, ale robiła coś ważnego dla człowieka, na którym jej zależało.
– Przepraszam. Może… może chcesz mi o niej opowiedzieć? – zaproponowała niepewnie.
David przez chwilę milczał, jakby nie był pewien, jak powinien zareagować. Gwen chciała wycofać się z tego pytania i zmienić temat, najlepiej na jakiś neutralny, który nie wywoływałby negatywnych skojarzeń i jednocześnie udowadniał, jak bardzo brakuje jej odwagi, by rozmawiać o tym, co jest istotne. Próbowała jednak i to powinno się liczyć. Nie uciekła, ale została i próbowała.
– Naprawdę chcesz o niej słuchać? – zapytał w końcu David.
– Tak. Była dla ciebie ważna, powinieneś opowiedzieć o niej komuś, kto nie miał okazji jej poznać.
Gwen uśmiechnęła się niepewnie, kiedy zaczął mówić. Nie patrzył na nią, utkwił wzrok gdzieś w podłodze, czasami przenosił go na figurkę, którą nadal ściskał w dłoni, a później, kiedy oboje usiedli pod ścianą, przy której jeszcze przedwczoraj stał stół, konsekwentnie wpatrywał się w przeciwległą ścianę, jakby brak kontaktu wzrokowego ze słuchaczem sprawiał, że mówienie o Amy stawało się nieco łatwiejsze. Gwen wiedziała, że odtwarzał w głowie wszystkie przyjemne wspomnienia, o których jej opowiadał, i w kilku momentach nie mogła powstrzymać uśmiechu; nie dlatego, że to, co opowiadał David, było aż tak interesujące i zabawne, chodziło raczej o sposób, w jaki wypowiadał się o swojej zmarłej żonie. Mówił w ciepły i kochający sposób, co sprawiało, że Gwen jeszcze bardziej mu współczuła.
Poznał Amy w czasie studiów, zajmowała się czymś humanistycznym, czego nazwy Gwen nie rozumiała, ale ze słów Davida wywnioskowała, że wiązało się to z innymi kulturami. Amy głęboko wierzyła, że każda z kultur jest równie wartościowa; często zarzucała mu konserwatywne poglądy rodem z dziewiętnastego wieku, choć oboje wiedzieli, że to dalekie od prawdy oskarżenie. Śmiali się z tego jednak, bo Amy potrafiła się śmiać ze wszystkiego. Była jedną z tych otwartych osób, które potrafią rozmawiać na każdy temat z każdym człowiekiem, znała imiona chyba wszystkich na kampusie, choć David większości z nich nigdy nawet nie widział. Oni wszyscy też ją znali, z daleka rozpoznawali szopę brązowych włosów i różne kolorowe chusty, które uwielbiała nosić. Zawsze pachniała fiołkami, lubiła zieloną herbatę i ciągle mówiła o podróżach. Wszyscy wiedzieli, że chciała zwiedzić świat i wielu jej to umożliwiało, zabierając ją ze sobą na wycieczki do różnych egzotycznych krajów. Amy potrafiła się głodzić, byle tylko starczyło jej na bilet, choć najczęściej w takich sytuacjach inni znajomi oferowali jej własne jedzenie. Nigdy nie była sama i nigdy nie odczuwała chęci bycia samą. Nie znosiła papierosów i czasami robiła na drutach, żeby zająć czymś ręce. Oczywiście produkowała kolejne chusty, które rozdawała kolejnym znajomym. Kochała cały świat i cały świat kochał ją, jakże więc David miał jej nie kochać?
Kiedy jednak ukończyli studia – najpierw on, rok później ona – zaczęły się problemy. David był wtedy na stażu w jednym z banków, a Amy traciła jedną pracę po drugiej. Nie potrafiła utrzymać się na żadnej posadzie, ciągle zagadywała klientów, myliła zamówienia, źle wydawała resztę, źle segregowała dokumenty… Była wykształcona, ale nie potrafiła nic robić. Grono znajomych z czasem stopniało, ale nie na tyle, by była samotna. Nadal przez ich londyńskie mieszkanie przewijały się dziesiątki osób, ale teraz coraz więcej z nich zaglądało do lodówki, którą zapełniał David. Wszyscy mówili o podróżach i nie zwracali uwagi na puste żołądki. Byli wizjonerami, chcieli poznać świat, zanim zaczną go zmieniać. Amy była gotowa do ostatniej kropli krwi walczyć o tolerancję, uznanie praw mniejszości i inne sprawy, które nie zaprzątały głowy Davida, póki jej nie poznał. Za to też ją kochał. Była jak promyk słońca, który oświetlał jego szare, poukładane życie. Może dlatego nie mógł zatrzymać jej na dłużej, ale próbował – próbował przywiązać ją do siebie pierścionkiem zaręczynowym, a później obrączką, próbował wspólnymi wyjazdami, które ostatecznie doprowadziły do tego, że musieli wyjechać z Londynu, próbował… Próbował wszystkiego, ale ona ciągle mu się wymykała. Była z nim, ale ciągle marzyła o czymś większym, bardziej znaczącym. Kiedy wylądowali w mieszkaniu, które niewiele wcześniej odziedziczyła, wydawało się, że znajomi całkiem o nich zapomną, ale niektórzy nadal się zjawiali, a Amy ciągle poznawała nowych ludzi. Była jednak zbyt postępowa, co nie wszystkim w miasteczku się podobało. Wiele razy przebąkiwała coś o powrocie do Londynu, ale zawsze plany krzyżował im kolejny wydatek, kolejna wycieczka. Na niektóre z nich jeździli razem, później David dostał stałą pracę i Amy podróżowała sama lub z kimś z londyńskich znajomych, niemal całkiem odciąwszy się od mieszkańców miasteczka. Zawsze jednak wracała do niego, rozświetlając całe mieszkanie swoją energią. Piekła wtedy jakieś ciasto i spędzała długie godziny na opowiadaniu mu o wszystkim, czego się dowiedziała. Była tak radosna, że nie miał sumienia przypominać jej o tym, że powinna szukać pracy. Amy była wolna, nie powinny ograniczać ją tak przyziemne sprawy. Praca była dobra dla niego, ale ona by się nigdy nie odnalazła na fotelu za biurkiem. Amy istniała gdzieś poza rzeczywistością, w jakimś pięknym i doskonałym świecie, w którym on nie mieszkał na stałe, ale w którym bywał, kiedy spędzał z nią czas. Byli szczęśliwi, przynajmniej na tyle, na ile można być szczęśliwym. Tu, w tej kuchni, byli szczęśliwsi niż gdziekolwiek indziej. Aż pewnego dnia Amy nie zjawiła się w kuchni. Nie było jej też w salonie ani w sypialni. Była gdzieś w połowie drogi powrotnej z Londynu, w rozbitym wraku samochodu, który zderzył się z drzewem. Już nigdy miała nie upiec ciasta, nie rozświetlić swoją obecnością żadnego pomieszczenia. Nie zdążyli nawet przetransportować jej do szpitala, umarła na tej drodze sama, choć przecież zawsze miała wokół siebie tylu ludzi.
Po jej śmierci David odziedziczył mieszkanie. Utrzymał też posadę w banku, choć przez pierwszych kilka tygodni miał problemy z motywacją i nie zawsze zjawiał się w pracy. Myślał, że w końcu go zwolnią, i to dało mu siłę, żeby przetrwać ten okres. Nie mógł zostać zwolniony. Amy odeszła, ale on nadal istniał i dlatego musiał mieć pracę. Musiał mieć jakiekolwiek zajęcie, żeby nie siedzieć w domu i nie patrzeć na zdjęcia z podróży ani na jej portrety. Większość z nich wyrzucił, ale część zapakował do pudełek i zamknął w piwnicy – nie był pewien dlaczego, w końcu nie chciał ich nigdy widzieć. Nie chciał widzieć nikogo ze starych znajomych, nie chciał wyjeżdżać, przez długi czas nie chciał w ogóle niczego. Dopiero kiedy zima zaczęła powoli zmieniać się w wiosnę, poczuł, że budzi się z letargu. Stopniowo opuszczał mury, które wokół siebie zbudował, oswajał się z myślą, że choć wszystko poszło nie tak, jak powinno, to jednak istniał. Żył i powinien żyć dalej – nie dla niej, bo jej już nie było i nieważne, co inni mówili o tym, czego by chciała, ale dla siebie.
Gwen poczuła, że po policzkach płyną jej łzy. Możliwe, że płynęły już wcześniej, kiedy opowiadał o Amy, ale dopiero teraz podniosła rękę, żeby je wytrzeć. Nie była pewna, czy David też płakał, bo odwrócił głowę tak, by nie widziała jego twarzy. Może w ogóle zapomniał, że tu była? Może powinna coś powiedzieć? Wątpiła jednak, by istniały jakieś słowa, których mogłaby teraz użyć, a jeśli istniały, to ich nie znała. Przesunęła się nieco w bok i oparła głowę o ramię Davida. Żadne z nich nie miało już nic do powiedzenia, ale też nie chcieli wstawać z kuchennej podłogi.
W końcu David odstawił figurkę, którą cały czas trzymał. Nawet teraz, kiedy Gwen wiedziała, ile ta pamiątka dla niego znaczyła, nie mogła myśleć o niej inaczej, niż jako o największym szkaradztwie, jakie w życiu widziała. Nie rozumiała Amy, ale rozumiała, że David ją kochał. Prawdopodobnie nadal kocha i być może zawsze jakaś część jego umysłu będzie się zastanawiała, jak wyglądałoby jego życie, gdyby zrobił coś inaczej. Wszystkie te wątpliwości, wspomnienia i życzenia koncentrowały się na rozbitej figurce delfina, z którą David najwyraźniej nie wiedział, co powinien zrobić. Gwen też nie widziała. Tak niewielki kawałek fajansu nie powinien zawierać w sobie tak dużego wycinka czyjegoś świata.
– Powinieneś się przespać, za parę godzin musisz być w pracy – powiedziała w końcu, starając się użyć jak najłagodniejszego tonu.
David pokiwał głową i wymamrotał coś niezrozumiałego. Gwen przez chwilę wahała się, po czym dodała:
– Mogę tu zostać, jeśli chcesz. Tylko raczej w salonie, bo ta podłoga jest naprawdę niewygodna.
Tym razem David uśmiechnął się lekko.
– Nie musisz, Gwen. Wystarczająco mi już dziś pomogłaś. Naprawdę to doceniam.
– Skoro tak… Ale wiesz, jeśli zmienisz zdanie, jestem tuż obok – zapewniła, podnosząc się z podłogi.
– Wiem i dziękuję – powiedział, po czym też wstał.
Gwen zauważyła, że na podłodze nadal leżał fragment figurki delfina, ale nie skomentowała tego faktu. Życzyła natomiast Davidowi dobrej nocy i raz jeszcze go przytuliła, po czym wróciła do swojego mieszkania, w którym zastała Matta zlizującego masło ze zrobionych wcześniej kanapek. Wydawało jej się, że przygotowania do wycieczki za miasto miały miejsce kilka dni, a nie godzin temu. Wzięła kota na ręce i przytuliła się do jego grzbietu. Czuła się naprawdę zmęczona psychicznie, ale miała nadzieję, że jej towarzystwo choć trochę pomogło Davidowi. Chciała zrobić dla niego coś więcej, ale nie miała pojęcia co; uznała jednak, że takie przemyślenia mogą poczekać do rana.

Część siódma, w której słoneczna niedziela okazuje się całkiem depresyjna

Matt znowu leżał jej na głowie, co nie byłoby specjalnie irytujące, gdyby nie fakt, że raz po raz poruszał ogonem, co wytrącało Gwen z płytkiego snu. W końcu uznała, że nie ma sensu kontynuować tego rodzaju męczarni i, zepchnąwszy kota, zerknęła na zegarek. Dochodziła siódma. Zdecydowanie za wcześnie, żeby myśleć o pukaniu do drzwi Davida.
Gwen nie była pewna, czy w ogóle powinna tam pukać. Owszem, nie była pewna, co stało się poprzedniego wieczoru, ale nie miała wątpliwości, że coś się stało. I oboje będą musieli się do tego w jakiś sposób ustosunkować, nawet jeśli będzie to polegało na zignorowaniu sprawy. Chociaż Gwen wolałaby jej nie ignorować; zwykle nie radziła sobie najgorzej z takim podejściem do problemu, ale martwiła się o Davida. Jeśli potrzebował pomocy – chciała mu jej udzielić, ale jednocześnie nie chciała się z tą ofertą narzucać, w końcu nie była jego… Czym właściwie była? Czy można zostać czyimś przyjacielem po dwóch tygodniach znajomości? Może była po prostu wścibską sąsiadką. Świetnie pasowała do stereotypu, samotna i z kotem. Jeszcze tylko parędziesiąt lat i różowy szlafrok, a jej zdjęcie będzie mogło pojawiać się w jakiejś encyklopedii przy definicji wścibskiej sąsiadki. O ile taka definicja występuje w encyklopediach. Jeśli nie – powinna.
Zegarek tykał niemiłosiernie, słońce świeciło, a Matt usnął. Gwen mogła leżeć dalej i patrzeć na sufit albo wstać i znaleźć jakieś zajęcie, które pozwoli jej nie zastanawiać się nad tym, co stanie się wieczorem. Nie była pewna, czy kiedy mówił „jutro”, naprawdę miał to na myśl. Mógł po prostu chcieć się jej pozbyć. Oczywiście, nigdy wcześniej nie był dla niej niemiły, ale wczoraj…
Potrząsnęła głową. Nie powinna się nad tym zastanawiać, póki z nim nie porozmawia. Być może istniało jakieś zupełnie logiczne rozwiązanie, które po prostu nie przyszło jej na myśl, ale kiedy je usłyszy, będzie musiała sama zaśmiać się z własnych obaw.
– Jasne, tak jak zawsze – mruknęła do siebie. – Matt, zaczynam tracić rozum, rozmawiam sama ze sobą.
Kot nie odpowiedział, najwyraźniej zadowolony, że dostał na własność dużą ilość kołdry, którą Gwen wcześniej odrzuciła. Panna Ketteridge przetarła twarz dłonią. Nie istniał żaden powód, dla którego powinna wstawać w niedzielę o siódmej rano. Prawdopodobnie nie istniał żaden powód, dla którego powinna w ogóle wstawać w niedzielę.
– Dobra, dość tego – powiedziała do Matta, który nadal spał w najlepsze. – Możesz marnować taki piękny dzień, jeśli chcesz, ale ja nie zamierzam.
Wstała i przeciągnęła się, po czym wyjrzała przez okno. Było naprawdę ładnie; być może to właśnie był najpiękniejszy dzień tego lata – nie wiadomo, nikt nie przeprowadzał ankiet, nikt nie prowadził dokładnej statystyki. A przynajmniej nikt znany Gwen. Zresztą nie interesowała jej statystyka, nie była nawet pewna, czy dobrze rozumie to słowo. Właściwie istniało sporo słów, których Gwen nie rozumiała, a którymi mugole posługiwali się z upodobaniem. Większość z nich wydawała jej się dość pusta, bo nie wywierała żadnego wrażenia na tych, którzy ich słuchali, ale z drugiej strony – co ona o tym wiedziała. Planowała kupić sobie książki, z których uczą się mugolskie dzieci, a także jakiś słownik, w którym byłyby te wszystkie trudne i puste słowa.
Na trawniku przed oknem Gwen biegało dwoje dzieci, którym towarzyszył łaciaty pies. Grupa ta wydawała z siebie tyle hałasu, że połowa kamienicy powinna już być na nogach. Panna Ketteridge zerknęła w kierunku ściany oddzielającej jej mieszkanie od mieszkania Davida, jakby chciała przewiercić ją wzrokiem. Czy obudziły go te dzieci? Czy powinna do niego zapukać i upewnić się, że wszystko w porządku? Czy powinna się cieszyć ze słonecznego dnia tak samo jak te dzieci? Zerknęła na Matta; jedno było pewne, kot nie będzie się chciał bawić z nią w berka. Westchnęła. Żałowała, że Ingrid nie dała się namówić na kupienie telefonu komórkowego. Zresztą, nawet gdyby go kupiła, i tak nie istniała na ziemi żadna siła, która zmusiłaby ją do wstania z łóżka o tak wczesnej porze. Zawsze powtarzała, że niedziele są po to, żeby każdy mógł robić to, na co ma ochotę. W soboty należało skończyć wszystkie wypracowania, żeby w niedzielę móc się wyspać, chodzić po błoniach, beztrosko zajadać się ciastem, które skrzaty podawały po obiedzie, plotkować ze znajomymi…
Gwen zagryzła wargę. To był świetny plan, kiedy były w Hogwarcie i miały wypracowania czy znajomych. Teraz wszyscy rozjechali się po świecie, a ona – na własne życzenie, jak ciągle sobie przypominała – wylądowała tutaj. W tym mieszkaniu. Sama. Oczywiście, to była jej decyzja; wcześniej rozważyła wszystkie za i przeciw, dokładnie obejrzała swoje wyniki z owutemów, kilka raz wysłuchała przemów ojca, z których sugerował, że jest głupsza od skrzata domowego i do tej pory zdumiewa go, że nie okazała się charłakiem. Ojciec zawsze potrafił powiedzieć coś, co bolało, wyglądało na to, że to jego specjalny talent. Chyba nikt go przez to nie lubił. Matka go kochała, oczywiście, ale nie lubiła go tak samo jak reszta rodziny. Zdawał sobie z tego sprawę i strasznie go to frustrowało, przez co stawał się jeszcze bardziej nieprzyjemny. To właśnie ojciec w dużej mierze wpłynął na decyzję Gwen. Kiedy przyznała, że myśli o porzuceniu świata magicznego, przypomniał jej o tym, ile pokoleń Ketteridge’ów patrzy na jej poczynania i w zdumieniu kręci głowami. Nigdy nie spełniała jego oczekiwań i byłoby dziwnym, gdyby zaczęła je spełniać teraz. Nie mogła podjąć żadnej sensownej pracy, której rodzina by się nie wstydziła. Nie była wystarczająco inteligentna, wystarczająco przebojowa, w żaden sposób wystarczająca. Nie pasowała do obrazka i nikomu nie wystarczała, dla nikogo nie była dostatecznie dobra – ani dla nich, ani dla Castora. Gdyby miała uszeregować powody – prawdziwe powody, dla których porzuciła magiczny świat, to prawdopodobnie Castor znalazłby się na liście wyżej niż kiepskie wyniki owutemów czy ciekawość, jak żyją mugole. Castor o całe lata świetlne wyprzedzałby chęć zakosztowania życia na własny rachunek, sprawdzenia się czy te wszystkie inne bzdury, które wszystkim opowiadała, kiedy nie chciała, żeby patrzyli na nią ze współczuciem i oferowali chusteczki, które potem musiała chować w rękawie swetra, co było irytujące, bo wypadały w najmniej oczekiwanych momentach.
Nie, myślenie o Castorze tylko popsułoby jej nastrój. Już teraz czuła zbierające się łzy, więc przetarła twarz, zamrugała kilka razy, po czym utkwiła wzrok w trawniku. Dzieci z psem dalej biegały, wydając z siebie dźwięki godne stada małp, które Gwen i Ingrid widziały w Zoo. Wydawało się, że nie mają ani jednego zmartwienia – i dzieci, i małpy, a już w szczególności pies, który właśnie z zapałem przeżuwał jakiś patyk. Gwen uśmiechnęła się pod nosem. Zdecydowanie powinna zmienić tok myślenia, bo to do niczego dobrego nie doprowadzi.
– Co powiesz na śniadanie, Matt? Mam dużo czasu, możemy zrobić sobie prawdziwą ucztę.
Kot nie zareagował, więc Gwen wzięła go na ręce i wyniosła do kuchni. Nie chciała być sama; Matt, nawet gdyby usnął na jednym z blatów lub na lodówce, był lepszy niż konieczność pozostania sam na sam z ciszą.
Kilka godzin później Gwen zrobiła już wszystko, co miała do zrobienia, a co odkładała przez cały tydzień. Siedziała na stoliczku wystawionym na balkon. Wcześniej próbowała zajrzeć na balkon Davida, ale nie zauważyła żadnych oznak życia. Przez kilka minut przekonywała samą siebie, że to nie powód do zmartwień; w końcu po prostu przestała patrzeć w tamtą stronę, zamiast tego koncentrując wzrok na trawniku. Było tam teraz więcej dzieci, bawiących się radośnie pod opieką rodziców, krzyczących, biegających, kopiących piłkę i ogólnie cieszących się towarzystwem siebie nawzajem. Na kilku widocznych ławkach siedziały ich matki, babki, ciotki czy nianie i prowadziły ożywione rozmowy, raz po raz popychając wózki lub rozglądając się w poszukiwaniu dziecka, które zaginęło gdzieś w rozkrzyczanej gromadzie. Na jednej z ławek siedziało nawet kilku ojców, jeden z nich pokazywał pozostałym jakiś nader ciekawy artykuł w gazecie. Idylliczny obrazek, nadający się w sam raz do jednej z tych reklam, które drukowano w czasopismach, które ktoś porzucił przy szafkach, w których Gwen i inne kelnerki zamykały swoje torebki. Życie toczyło się bez niej, świat wcale jej nie potrzebował i nie miał nic przeciwko pokazywaniu jej, jak wiele traci.
Gwen westchnęła. To nie był jej najlepszy dzień, miała tego pełną świadomość. Zeszła ze stolika i postanowiła, że spróbuje się zdrzemnąć. W końcu jeśli naprawdę pojedzie z Davidem oglądać gwiazdy, będzie w poniedziałek niewyspana. Powinna być odpowiedzialna, prawda?
Sen jednak nie przychodził, a ilekroć zamknęła oczy, prędzej czy później przypominała jej się twarz Castora. Słyszała jego słowa, widziała ten uśmiech, który zawsze sprawiał, że miękło jej serce, przypominała sobie sposób, w jaki odgarniał włosy z czoła i… Merlinie, jak ona go nienawidziła. Panna Ketteridge była na ogół ciepłą osobą, która nie potrafiła długo się na kogoś złościć, a już z całą pewnością obca jej była nienawiść, jednak ilekroć przypominała sobie Castora – ogarniała ją niechęć tak silna, że nie sposób jej było pomylić z niczym innym.
Dalsze leżenie pod kocem i unikanie świata zewnętrznego nie miała sensu i kilka minut później Gwen znalazła się pod prysznicem, starając się zmyć z siebie wszystkie wspomnienia czy zawiedzione nadzieje. Miała nadzieję, że strumień nieco zbyt chłodnej wody wypłucze z jej głowy wszystkie myśli. Być może poczułaby się lepiej, gdyby wiedziała, że nie jest jedyną osobą na świecie – ani nawet jedyną w tym budynku – która pokłada w wodzie takie nadzieje. Nic z tego, woda rozwiązuje wiele problemów, ale natłok myśli w rzadkich przypadkach; jedynym pewnym sposobem na pozbycie się natłoku myśli przy pomocy wody jest wypełnienie nią płuc, ale Gwen nigdy nie zdecydowałaby się na coś takiego, nawet gdyby tego rodzaju pomysł zrodził się w jej głowie. Nie oznacza to, że nie rozważali go inni ludzi biorący tego samego dnia prysznic. Wiadomo, ludzie rozważają najdziwniejsze rzeczy pod prysznicem.
W końcu jednak Gwen, owinięta w żółty szlafrok w chmurki, wróciła do sypialni i usiadła na brzegu łóżka. Zegarek wskazywał siedemnastą. Nie było źle, zmarnowała już prawie cały dzień. Jeszcze tylko parę godzin. Żałowała, że nie umówiła się z Davidem na konkretną godzinę, wiedziałaby, kiedy powinna poczuć się wystawiona do wiatru. Żałowała wielu rzeczy, ale żadnej z nich nie była w stanie naprawić przez siedzenie na łóżku w szlafroku. Świat byłby o wiele łatwiejszy, gdyby to wystarczało.
Dłuższa wskazówka przesunęła się znacząco, zanim Gwen zdecydowała się wstać i ubrać. Uznała, że o osiemnastej sama pójdzie do Davida. Nawet jeśli nie chce nigdzie z nią jechać, to powinien powiedzieć jej to wprost. Gdyby wiedziała, mogłaby przecież zaplanować coś innego na wieczór. Zerknęła na książki, które pożyczyła jej Emily, a potem przeniosła wzrok na ścianę. Nie miała ochoty czytać. Miała ochotę oglądać gwiazdy. Póki co jednak powinna się przygotować do wyjścia i coś zjeść.
Kończyła właśnie jeść kanapkę, kiedy usłyszała pukanie do drzwi. Nie miała wątpliwości, kto znajduje się po ich drugiej stronie, w końcu nie spodziewała się, by Ingrid tak szybko zdecydowałaby się na kolejną wizytę.
– Um, cześć – powiedział David, kiedy zaprosiła go do środka.
– Cześć – odpowiedziała, niepewna, jak powinna się odnieść do rozmowy, której tak właściwie nie odbyli poprzedniego wieczoru. Cały dzień zmarnowała na myślenie o niczym, podczas gdy powinna była myśleć o tym. – Obserwowanie gwiazd nadal aktualne, prawda?
Ignorowanie problemu zawsze było bezpieczne.
– Co? A, tak, oczywiście, jeśli nadal chcesz. – David spojrzał na nią poważnie. – Gwen, przepraszam za wczoraj.
– Nic się nie stało – zapewniła szybko.
Tylko się bałam, że jakiś psychopatyczny włamywacz przebija ci czaszkę łomem, dodała w myślach. Uznała jednak, że wypowiedzenie tego na głos świadczyłoby o tym, że domaga się jakichś wyjaśnień, a nie chciała powiedzieć nic, co by sprawiło, że David poczułby się nieswojo w jej towarzystwie.
– Nie byłem pewien, czy powinienem tu dziś przychodzić – powiedział po chwili milczenia.
Serce Gwen wylądowało gdzieś w okolicach dywanu. Czyli jednak żałował, że przyszedł? Nie chciał spędzać z nią czasu?
– Nie, nie, nie dlatego, że nie chciałem – dodał szybko, kiedy zobaczył jej minę. – Po prostu nie byłem pewien, co sobie pomyślałaś po… wczoraj.
– Nic – odpowiedziała Gwen. – Nie pomyślałam sobie absolutnie nic.
Uśmiechnął się smętnie. Oboje wiedzieli, że coś musiała pomyśleć, ale żadne z nich nie chciało kontynuować tematu. W końcu Gwen zapytała:
– Jak długo będziemy obserwować gwiazdy? Może trzeba zrobić kanapki.
Zmiana tematu okazała się świetnym pomysłem. Oboje poczuli się bezpieczniej, kiedy nie istniało niebezpieczeństwo, że rozmowa doprowadzi do jakichś nieprzyjemnych pytań czy wyjaśnień. Przez chwilę rozmawiali o gatunkach serów w pobliskim sklepie, potem Gwen opowiedziała o wizycie Ingrid, a David o znajomym z pracy, który próbował kupić dom i każdą odwiedzoną nieruchomość opisywał w niezwykle zabawny sposób.
– Masz w domu termos? Moglibyśmy też zabrać herbatę – zapytała Gwen, kiedy kanapki były już zrobione, a śmieszne historyjki opowiedziane.
David pokiwał głową i powiedział, że zaraz wróci, po czym wyszedł z jej kuchni. Panna Ketteridge wahała się przez ułamek sekundy, ale zdecydowała się iść za nim. To, że ignorowała temat wczorajszego wieczoru w rozmowie, nie oznaczało, że nie chciała się upewnić, że żaden włamywacz ani morderca nie włamał się do mieszkania Davida. Ledwie zdążyła wejść do przedpokoju, kiedy w kuchennych drzwiach pojawił się David z termosem w ręku. Przez chwilę żadne z nich nic nie mówiło. Głównie dlatego, że Gwen zajęta była przyglądaniem się kilku workom na śmieci w przedpokoju. Wydawało się, że część z nich zawierała potłuczone naczynia czy butelki, a inne fragmenty drewna. Koło jednego z nich rozsypane było coś, co mogłoby być skutym tynkiem.
W końcu przeniosła wzrok z worków na Davida i na fragment kuchni, który widziała za jego plecami. Ściany nie były już żółte; widziała kilka szarych dziur, ale nie była w stanie ustalić, jak powstały. Nie zauważyła też stolika, który powinien być widoczny z przedpokoju. Podejrzewała, że gdyby tam weszła, nie zobaczyłaby wielu innych rzeczy, które widziała poprzednio.
– Właściciel mieszkania cię zabije – powiedziała w końcu, bo wydawało jej się to lepsze od O rany, co się tu stało? lub innych pytań, które cisnęły jej się na usta.
– Nie zabije, to moje mieszkanie – odpowiedział szybko, jednocześnie przestępując z nogi na nogę, jakby chciał jak najszybciej uciec. – Skoro już mamy termos…
Gwen spojrzała na niego zdziwiona. Nie rozumiała nic z tego, co się tu działo; nie rozumiała nawet, jak David może spokojnie myśleć o termosie, kiedy przez jego kuchnię przeszło tornado. Przecież to była prześliczna kuchnia! A teraz większość tego uroku i przytulnej atmosfery najwyraźniej znajdowała się w workach na śmieci.
– Nie rozumiem, co… – zaczęła, ale nie dokończyła, przypomniawszy sobie, ile razy wcześniej decydowała, że nie będzie pytać o poprzedni wieczór. – Mogę jakoś pomóc? No wiesz, z workami?
– Nie musisz, to nic takiego – zapewnił David, trącając jeden z worków nogą.
Worki nie wyglądały jak „nic takiego”. Wyglądały jak coś. Wyglądały tak, jakby zawierały znaczącą część kuchni.
– Ale kuchnia… coś się tam stało, mogę pomóc sprzątać albo…
– Nie musisz – powtórzył. – Naprawdę.
Gwen westchnęła. Cały dzień czuła się niepotrzebna, a teraz, kiedy wydawało jej się, że może zrobić coś użytecznego, nie chciano jej pomocy. Nawet jeśli David zrobił to nieświadomie, pogorszył jej i tak zły humor. Nie miała pojęcia, co mogło się stać w jego kuchni, ale nie wyobrażała sobie, by było to coś tak okropnego, że nie mógł jej o tym powiedzieć. Mógł! Mógł i nie chciał!
– Wiem, że nie muszę – powiedziała po chwili milczenia, w czasie której oboje mierzyli się wzrokiem, jakby nie byli pewni, co powinni zrobić. – Po prostu chcę. Myślałam, że będziemy przyjaciółmi, a przyjaciele powinni pomagać przyjaciołom sprzątać pozostałości po eksplozjach, tornadach i włamaniach.
– Eksplozjach, tornadach i włam…? Nie, nie, nic z tych rzeczy. – David westchnął. – Powiedzmy, że to była spontaniczna i nieprzemyślana decyzja  o remoncie.
Gwen zmarszczyła brwi i czekała, aż David rozwinie temat, ale najwyraźniej nie planował tego uczynić, bo patrzył to na nią, to na termos, jakby chciał zasugerować, że powinni zająć się ważniejszymi sprawami.
– To nie wygląda jak remont – powiedziała, po czym z wahaniem dodała: – To wygląda, jakbyś świadomie zniszczył najładniejszą kuchnię, jaką widziałam. Nie żebyś nie miał do tego prawa, po prostu… nie rozumiem.
– Najładniejsza kuchnia, naprawdę? – powtórzył, starając się powstrzymać uśmiech. – Moja żona ją uwielbiała.
Żona? David jest żonaty?, pomyślała Gwen, czując wyrzuty sumienia z powodu wszystkich tych chwil, w czasie których zastanawiała się, czy mogą być czymś więcej niż przyjaciółmi. Nie poznała jego żony – właściwie dlaczego jej nie poznała? – ale czuła się nie w porządku wobec niej. Coś takiego nawet by jej przez myśl nie przeszło, gdyby wiedziała, że David kogoś ma. Zajęci faceci nigdy jej nie interesowali, niezależnie od tego, jak usilnie Ingrid starała się ją przekonać, że to bezsensowne ograniczanie sobie wyboru.
Cisza, która zapadła w przedpokoju, z każdą sekundą stawała się coraz bardziej nieznośna. Gwen nie miała pojęcia, co powinna powiedzieć, ale wiedziała, że przedłużanie ciszy jest złym pomysłem. W końcu zdecydowała się na stwierdzenie oczywistości:
– Twoja żona ma dobry gust. To znaczy w kwestii kuchni, no wiesz, wystroju.
David pokiwał głową.
– Miała – poprawił.
Gwen miała wrażenie, że zaczęli werbalnie tańczyć wokół źródła problemu. Domyślała się, że będzie tego żałować, ale uznała, że powinna przejść do sedna. Istniało jedno logiczne wyjaśnienie – dlaczego nie widziała jego żony, dlaczego zniszczył jej ulubione pomieszczenie, dlaczego był taki… dziwny.
– Rozwiedliście się? – zapytała.
– Nie – odparł. – Wczoraj była rocznica jej śmierci.