Na psa urok: 08.

Czuła na sobie dziesiątki spojrzeń i były one jeszcze cięższe niż te, które ciążyły jej po przyjęciu u Slughorna. Teraz wydawało jej się, że od tego czasu minęły wieki, choć w rzeczywistości były to dwa tygodnie. Dainah miała nadzieję, że podczas przerwy świątecznej będzie mogła unikać tłumów i spróbować poukładać sobie wszystko w głowie, ale odmówiono jej tej prostej przyjemności – w zamku pozostała większość uczniów, zbyt przerażonych tym, co działo się poza murami Hogwartu, by wracać do domów. Każdego dnia „Prorok Codzienny” donosił o kolejnych zabójstwach. Wśród tych sensacji znalazła się też informacja o śmierci państwa Pool, którą natychmiast podchwycili wszyscy uczniowie. Reakcje były różne – słyszała i wyrazy współczucia, i szyderstwa, i słowa wsparcia, i opinie, że widać zasłużyli na to, co ich spotkało. Nikt nie wiedział tak naprawdę, co sprawiło, że śmierciożercy wybrali właśnie ten dom na cel swojego ataku, ale zdawało się, że każdy miał swoją teorię, swoją opinię i swoje oczekiwania względem tego, jak Dainah powinna się zachowywać w tej sytuacji. Było to nie do zniesienia.
Początkowo próbowała ukrywać się w dormitorium, ale Susannah i Isla – motywowane, jak sądziła, wyłącznie dobrymi intencjami – nie zostawiały jej żadnej przestrzeni do życia, ciągle chcąc jej matkować. Opowiedziała im o tym, co działo się w ministerstwie (choć zataiła to, co wydarzyło się później – czuła, że nie jest to coś, o czym powinna opowiadać nawet swoim przyjaciółkom), a one wplotły w jej opowieść swoje emocje i swoje założenia co do jej emocji, tym samym paraliżując jej możliwość okazywania faktycznych uczuć. Cały czas były przy niej, jakby obawiały się, że wkrótce nastąpi załamanie, które wciąż nie przychodziło. Dainah była nieco bardziej milcząca, ale nic w jej wyglądzie nie wskazywało na to, by w głębi serca przeżywała tragedię, co – zdaniem Isli i Susannah – było niezbitym dowodem na to, że dzieje się z nią coś bardzo złego.
Ich zachowanie sprawiało, że Dainah nie mogła wytrzymać w dormitorium i wymykała się na spacery po zamku. Ciągnęło ją też na błonia, ale starała się ich unikać, zamiast tego przemykając korytarzami, by zaszyć się w jednej z nieużywanych sal lekcyjnych, jakiejś opuszczonej komnacie czy zajrzeć do sowiarni. Na korytarzach nabrała nawyku patrzenia we własne buty, by nie widzieć spojrzeń pełnych współczucia lub pogardy. Szepty były wystarczająco irytujące.
Podczas jednego z pierwszych wieczorów, które spędzała w opuszczonej sali, znalazł ją Syriusz. Miał do tego taki talent, że nawet nie próbowała go pytać, skąd wiedział, gdzie się znajduje. Początkowo jego widok sprawił, że jej ciało napięło się jak struna. Dainah pamiętała dobrze, że całą drogę z Hogsmeade do Hogwartu spędzili w milczeniu. Nie było to milczenie krępujące, ale miała wrażenie, że wtedy, w Londynie, gdy już oderwali się od siebie, wypowiedzieli zbyt mało słów i to, co wówczas nie miało okazji wybrzmieć, wisiało między nimi, choć nie miała pojęcia, co by to mogły być za słowa. Ani żarliwe przeprosiny, ani wyrazy dozgonnej miłości nie były tu na miejscu, a wszystko, co znajdowało się pomiędzy tymi skrajnościami, zdawało się równie fałszywe. Dlatego też milczeli do siebie także wtedy, kiedy Syriusz wszedł do tej klasy i znalazł ją siedzącą na podłodze. Opierała się o ścianę i miała wzrok skierowany w stronę okna, choć myślami błądziła gdzieś daleko. Dopiero, kiedy odchrząknął, skupiła na nim spojrzenie. Nic nie powiedziała. On także milczał. Bez słowa usiadł obok niej i zarzucił rękę na jej ramiona, przyciągając ją lekko do siebie. Jej serce na chwilę wtedy zamarło w oczekiwaniu na to, co stanie się dalej. Ale nic się nie stało. Po prostu siedzieli obok siebie w ciszy.
Tymczasem grudzień skończył się i nadszedł styczeń, a wraz z nim do zamku powrócili pozostali uczniowie, którzy błyskawicznie dowiedzieli się o ataku śmierciożerców na rodziców Dainah, więc temat znów odżył. W połowie stycznia wydawało się, że wszyscy już o nim zapomnieli, zwłaszcza że od tego czasu było jeszcze kilka głośnych morderstw. Dlatego też Daniah zdziwiła się, gdy pewnego wtorkowego ranka drogę zaszło jej kilku Ślizgonów zarówno z jej rocznika, jak i młodszych.
– Twój ojciec nie potrafił dochować wierności sprawie – powiedział Yaxley, patrząc na nią z niechęcią.
Dainah popatrzyła na niego pytająco, jakby nie była pewna, czy na pewno mówił do niej.
– Nadchodzi wojna i każdy będzie musiał bardzo uważnie wybrać stronę, po której stanie – kontynuował, a w jego oczach błyszczało coś niebezpiecznego, jakieś źle skrywane szaleństwo. – Będziesz umiała wybrać lepiej niż on?
– O czym wy… – zaczęła, ale jeden ze Ślizgonów wybuchnął śmiechem.
– Pamiętaj, z jakiego domu jesteś – powiedział Selwyn. – Pamiętaj, jak kończą zdrajcy.
Dainah uniosła brwi, zbyt zdziwiona całą tą rozmową, by zadać najbardziej palące pytanie. Oni jednak nie mieli zamiaru z nią rozmawiać, najwyraźniej zadowoleni z tego, co już zdążyli powiedzieć, bo cała grupa bez słowa ją minęła, zostawiając z jeszcze większym mętlikiem w głowie.
Tego dnia miała nadzieję, że Syriusz znajdzie ją w pustej sali – wiedział o całym tym zamieszaniu i, być może, wiedział o śmierciożercach więcej niż ona. Wiedziała, że jego brat zadaje się z Yaxleyem i Selwynem, choć miała wątpliwości co do tego, czy Syriusz będzie w stanie powiedzieć jej cokolwiek o poczynaniach swojego brata. Był to jednak jakiś początek. Jakaś część niej chciała też wiedzieć, czy Syriusz w jakikolwiek sposób zareaguje na to, że grożono jej w umiarkowanie zawoalowany sposób. Starała się wciąż przypominać sobie, że przecież nic ich nie łączy, ale czuła przyjemne ciepło na myśl, że może… może by go to zirytowało.
Ale Syriusz nie przyszedł do niej ani tamtego, ani kolejnego dnia.
Nie był chory, widziała go przecież w Wielkiej Sali. Ze swojego miejsca przy stole Slytherinu obserwowała, jak jadł tosty, jak żartował z Potterem, Lupinem i Pettigrew, jak kończył pisać jakieś wypracowanie, a także jak rozmawiał z innymi dziewczętami. Czasami były to rozmowy zwyczajne, które kończyły się podaniem mu solniczki czy czegoś z leżącego daleko półmiska, ale czasami dziewczęta te podchodziły do niego z odległych końców Wielkiej Sali, by usiąść pomiędzy półmiskami, jakby same były czymś, co można zjeść, jakby chciały zostać pożarte przez niego. Zawsze były wtedy ładniejsze i pogodniejsze od Dainah, a przynajmniej takimi jej się wydawały. Zawsze miały dłuższe nogi, równiejsze zęby, lepszą fryzurę, większy biust… Kiedy tylko na nie patrzyła, przypominała sobie dotyk Syriusza na swoim ciele, jego oddech we włosach i błądzące, rozgrzane dłonie, i zastanawiała się, czy one również na to liczyły, czy może miały podobne wspomnienia.
Wiedziała, że nie powinna o tym myśleć – w końcu ją i Syriusza nic nie łączyło poza tymi dziwnymi spotkaniami od czasu do czasu i szybkim zbliżeniem gdzieś między odrapaną ścianą a koszem na śmieci w ciemnej uliczce w Londynie. Nie miała prawa być o niego zazdrosna, a jednak… Wzdłuż kręgosłupa pełzło jej zimno, kiedy myślała o ustach Syriusza na ustach innej dziewczyny. Często miała wrażenie, że to tylko kwestia czasu, że któregoś dnia – między jednym kęsem posiłku a drugim – zobaczy właśnie to. Zastanawiała się, co wtedy poczuje i czy będzie zdolna do odczuwania czegokolwiek. Choć Syriusz nie był jej, to nie chciała, by był czyjś. W żadnym ze scenariuszy, które pojawiały się w jej głowie, nie wstawała jednak od stołu Ślizgonów, nie podchodziła do niego, nie odpychała tej obcej dziewczyny i nie próbowała o niego walczyć. Zawsze w takich wyobrażeniach to, czego się obawiała, rozgrywało się na jej oczach, a ona bezwolnie na to przyzwalała, jakby wcale jej to nie dotykało.
Póki co jednak nic takiego się nie stało. A wieczorem, kiedy wyszła z kolacji i ruszyła w stronę jednej z sobie tylko znanych sal, dogonił ją Syriusz.
– Co jest, Pool? Przy stole wyglądałaś jak rozwścieczony hipogryf – zagadnął, a ona poczuła rozlewające się po brzuchu ciepło na myśl, że przynajmniej raz ją zauważył.
– Nie wiem, o czym mówisz – odparła możliwie obojętnym tonem.
– Dobra, dobra. – Wyszczerzył się. – Przyszedłem zadbać o twoją edukację.
Dainah uniosła pytająco brew.
– Siedzisz w tych salach i nic z tego nie wynika. Martwię się, Pool – powiedział, przykładając dłoń do serca, jakby dla podkreślenia swojego zmartwienia. Dainah parsknęła śmiechem. – Nie ma się co śmiać, owutemy się same nie napiszą. Dlatego postanowiłem zmierzyć się z trudnym zadaniem powtórzenia z tobą eliksirów.
– Chcę ci przypomnieć, że miałam W z sumów, doskonale sama sobie poradzę.
– Chcę ci przypomnieć, że moje plecy doskonale pamiętają, jak sama sobie radzisz.
Dainah fuknęła z irytacją, która od udawanej szybko przeszła do prawdziwej.
– W porządku, zobaczymy, jak sobie poradzisz – powiedziała, unosząc wyzywająco brodę.
Syriusz pocałował ją tak szybko i krótko, że nawet nie zdążyła zaprotestować. A potem bezczelnie zniknął gdzieś za zakrętem korytarza.
*
– Gdzie ty ciągle znikasz? – zapytała Susannah, kiedy Dainah pakowała kilka pergaminów do szkolnej torby.
– Hm? – zapytała, z roztargnieniem sprawdzając, czy wrzuciła już do niej podręcznik.
– Wychodzisz gdzieś kilka razy w tygodniu i wracasz o dziwnych porach – kontynuowała.
Dainah zerknęła w lustro i odgarnęła parę jasnych kosmyków za ucho.
– Uczę się, owutemy się zbliżają – powiedziała.
– Przecież ona się zakochała – oświadczyła Isla, która przysłuchiwała się tej wymianie zdań. – To nie jest żadna nauka, to zwyczajne randki.
– Nie mam pojęcia, o co wam chodzi – odpowiedziała Dainah, nawet się przy tym nie rumieniąc. – Zejdźcie ze mnie.
Susannah westchnęła.
– Żeby tak ze mną ktoś się chciał uczyć. Zostanę starą panną, zobaczycie – powiedziała.
Isla natomiast patrzyła na Dainah tak, jakby starała się wywiercić jej wzrokiem dziurę w czaszce i zajrzeć do środka. Widać było, że coś analizowała, a wyniki tej analizy nie mogły jej się podobać, bo z każdą chwilą marszczyła nos coraz bardziej. Dainah nie miała zamiaru czekać na pytanie o to, z kim spędza tyle czasu, i bez zbędnych słów wyszła z dormitorium.
Powtórki z Syriuszem trwały już od kilku tygodni i, ku swojemu zdumieniu, odkryła, że faktycznie, przez większość czasu zajmują się nauką. Kilkukrotnie zdarzyło im się zapomnieć na kilka chwil o księgach i pergaminach, zamiast tego skupiając się na swoich ciałach. Zwykle później nie wracali już do powtórek z eliksirów, ale opowiadali o niewiele znaczących historyjkach z przeszłości, póki któreś z nich nie trafiło w czuły punkt tego drugiego. Wtedy zapadali w bezpieczne milczenie albo rozchodzili się do dormitoriów, by za parę dni ponownie się spotkać.
*
W końcu nadszedł luty. W drugą jego sobotę miało się wydarzyć coś, co napełniało Dainah pewnymi obawami. Miała po raz pierwszy od dawna iść na boisko do quidditcha i patrzeć, jak czternaścioro osób na miotłach przerzuca się piłkami, i udawać, że jest tym zainteresowana. Wiedziała, że taki mecz może trwać długo, i wcale nie miała ochoty spędzać tyle czasu na tak bezproduktywnej rozrywce, ale przed kilkoma dniami Syriusz wspominał o tym, jak ważna jest to potyczka, jeśli Gryfoni chcą wygrać Puchar Quidditcha. Widziała ten zapał w jego oczach, aż w końcu najwyraźniej przypomniał sobie, do kogo mówi, bo wymamrotał tylko „Ale przecież ciebie to i tak nie interesuje” i do końca spotkania był dziwnie nachmurzony. Dainah poczuła się nieco dotknięta tymi słowami, choć mecz istotnie jej nie interesował. Nie zareagowała jednak i dopiero następnego dnia, kiedy znów obserwowała Syriusza ze swojego miejsca przy stole Slytherinu, doszła do wniosku, że pójdzie na ten mecz. Skoro tak go to interesuje, to powinna chyba wykazać się jakimś zainteresowaniem. Nie żeby łączyło ich coś, co wymagało od niej takiego zaangażowania.
W sobotni poranek ubrała się dostatecznie ciepło, bo nie zmarznąć na boisku. Isla i Susannah patrzyły na nią ze źle skrywanym zdziwieniem, ale żadna nie wypowiedziała ani słowa. Przy śniadaniu nie widziała Syriusza, ale nie przeszkadzało jej to. W końcu i tak nie mogłaby mu powiedzieć, że będzie na trybunach… a nawet gdyby powiedziała mu o tym, czy jej obecność cokolwiek by zmieniła? Po prostu pójdzie tam, obejrzy ten mecz, a jeśli Syriusz w przyszłości coś o nim wspomni, będzie mogła zaskoczyć go wiedzą o tym, co działo się na boisku.
Mecz był dokładnie tak nudny, jak się tego spodziewała. Kafel wędrował z rąk do rąk, czasami przelatując przed obręcz po puchońskiej stroni boiska, czasami przez jedną z tych po gryfońskiej stronie. Dainah nie śledziła jego ruchów uważnie, bardziej skupiona na tłuczkach, z którymi musiał sobie radzić Syriusz. To był całkiem dobry mecz, jeśli wierzyć słowom komentatora, punkty przyrastały szybko, ale złoty znicz nadal się nie pokazał, przez co szukający byli najbardziej wypoczętymi graczami na boisku. Dobre pół godziny musiało minąć, zanim złoty błysk pojawił się blisko jasnowłosego Puchona, który od razu ruszył w pościg, szybko mając Gryfona na ogonie miotły. Widziała też, jak Syriusz odbija tłuczek w kierunku trójki puchońskich ścigających i wykrzykuje coś do drugiego z gryfońskich pałkarzy. Był tak skupiony na grze, że Dainah fascynowały obserwowanie go. Latał z taką gracją, a jednocześnie bez szczególnego wahania posyłał tłuczki w przeciwników. Było w tym coś magicznego, choć nie na tyle, by chciała oglądać mecze, w których nie mogłaby zobaczyć Blacka.
– Sto dwadzieścia do stu dla Puchonów. Walka o znicza wciąż trwa, Adams wysuwa się na prowadzenie. Jeśli szukający Gryfonów złapie znicza, jego drużyna wygra – informował komentator.
Dainah wbiła wzrok w złoty punkcik, który zdawał się zwodzić obu zawodników, to przystając, to znów przyspieszając. Gryfon reagował na te zmiany z rosnącym zdenerwowaniem, ale wciąż podążał za piłeczką, podczas gdy Puchon wydawał się bardziej skołowany. Jego ruchy nie zawsze wydawały się Dainah logiczne, ale zdawała sobie sprawę, że sport nie musi być logiczny.
W pewnym momencie tłuczek świsnął tuż obok ucha szukającego Hufflepuffu, który chyba próbował zaprotestować, bo zamachał ręką do sędziego, Ten go zignorował, ale przyleciał do niego jeden z puchońskich pałkarzy. Wymienili kilka słów, a potem pałkarz zaczął przejmować tłuczki i posyłać je w kierunku znicza, jakby chciał zniechęcić Gryfona do podlatywnia do niego. Zniechęcanie Gryfonów do czegokolwiek zwykle nie działa, podobnie było w tym przypadku. Syriusz natychmiast znalazł się obok kolegi ze swojej drużyny i osłaniał go przed tłuczkami, kiedy tamten próbował zbliżyć się do znicza, który na chwilę zastygł w powietrzu, jakby czekał na rozwój zdarzeń.
Dainah przestała na chwilę oddychać, kiedy zobaczyła, jak tłuczek trafia w rękę Syriusza, z której wypadła pałka. Tymczasem w jego kierunku mknął ją drugi tłuczek. Dainah usłyszała dźwięk gwizdka, który miał przerwać mecz, ale żaden z zawodników się nie zatrzymał. Szukający Gryffindoru wykorzystał ten moment, by zanurkować w kierunku znicza, a Syriusz szarpnął miotłą i wleciał prosto w tłuczek tak, by nie uderzył on jego kolegi z drużyny. Potem wszystko wydarzyło się jednocześnie, komentator zaczął krzyczeć, że Adams złapał znicza, drużyna Gryffindoru zebrała się wokół Syriusza, by sprowadzić jego miotłę na ziemię, Puchoni natomiast otoczyli swojego pałkarza i wydawali poirytowane krzyki. Wokół tego wszystkiego krążył sędzia, a Dainah rozbolała głowa. Zanim się zorientowała, co właściwie robi, wstała z miejsca i zaczęła schodzić z trybun. Nogi niosły ją na boisko, ale przecież nie mogła tam iść, co miałaby tam robić?
Raz jeszcze spojrzała na boisko. Gryfoni wylądowali już na trawie, a James Potter odrzucił swoją miotłę i, przepchnąwszy się przez Puchonów, zaczął okładać ich pałkarza. Reszta drużyny Gryffindoru próbowała powstrzymać Syriusza przed podnoszeniem się. Z trybuny dla nauczycieli już zbiegła pani Pomfrey. Wszystkie te obrazy kłębiły się przed oczami Dainah i wirowały, póki nie zamknęła oczu i nie zeszła chwiejnie z trybuny dla Ślizgonów, która tego dnia była tylko w połowie pełna. Nie zastanawiała się, czy zwraca na siebie spojrzenia innych. Możliwie spokojnym, ale stanowczym krokiem ruszyła do zamku.
*
Kręciła się w okolicy skrzydła szpitalnego, póki drużyna Gryffindoru z niego nie wyszła. Później widziała, jak wchodzi tam jeszcze kilka osób – Gryfonów, najwyraźniej zaniepokojonych stanem zdrowia Syriusza. Nie miała śmiałości wejść do skrzydła, kiedy oni wszyscy tam byli. Jej miejsce było w lochach, nie powinna nawet krążyć przy tych drzwiach. Dotkliwie też zdawała sobie sprawę, że gdyby nie pomysł pójścia na ten mecz, nawet nie widziałaby, że powinna się martwić o Syriusza. Gdyby nie to, że tam była, siedziałaby pewnie w opuszczonej sali i się uczyła, być może zastanawiając się przelotnie, czy wygrał i czy właśnie świętuje.
Teraz jednak stała za jakąś zbroją i czekała, aż miną ją dwie Gryfonki, z których jedna mówiła, że niesie mu kociołkowe pieguski, które Syriusz tak uwielbia. Dainah nie wiedziała, że Syriusz je uwielbia. Nie wiedziała też, kim są te Gryfonki, ale w tamtej chwili ich nie znosiła.
W końcu jednak korytarz opustoszał i odważyła się wyjść zza zbroi. Kiedy tylko weszła do skrzydła szpitalnego, od razu zauważyła Syriusza. Leżał na łóżku pod oknem i marszczył brwi, jakby próbował rozwiązać jakiś bardzo poważny problem. Obok niego, na szafce nocnej, leżały nierozpakowane kociołkowe pieguski, a Dainah nie była pewna, czy bardziej cieszy ją widok całego i relatywnie zdrowego Syriusza, czy niezjedzonych ciastek.
– Pool, co tu robisz? – zapytał, kiedy ją zobaczył.
To sprawiło, że na chwilę się zatrzymała. Co właściwie tam robiła? Czy nie chciał jej widzieć?
Syriusz wyszczerzył zęby, nie czekając na jej odpowiedź.
– Daliśmy im niezłego łupnia – stwierdził.
– Z tego co widziałam, to oni dali łupnia tobie – zauważyła sucho.
– To tylko… Byłaś na trybunach, Pool? – zapytał, uśmiechając się jak kot, który właśnie zjadł kanarka.
Nie podobał jej się ten uśmiech, który sprawiał, że czuła się, jakby stała przed nim naga. Co gorsza nie fizycznie – tego się nie obawiała – ale emocjonalnie.
– Byłam – przyznała w przypływie śmiałości.
Syriusz uśmiechnął się do niej tak szeroko, że tym razem poczuła, jakby miały się pod nią ugiąć kolana. Żadne z nich nic jednak nie powiedziało.
– Długo będą cię tu trzymać? – zapytała tylko, kiedy poczuła, że cisza zaczyna się już przeciągać.
– Pani Pomfrey uparła się, że powinienem zostać do rana – mruknął, ale po chwili zmienił wyraz twarzy. – Chciałabyś mi potowarzyszyć? – zapytał, to unosząc, to opuszczając brwi w geście, który w teorii miał być zalotny, a tylko wywołał u niej śmiech.
– Chciałbyś – odpowiedziała, siadając obok łóżka.
Zdążyli wymienić raptem parę zdań, zanim do skrzydła szpitalnego wpadli przyjaciele Syriusza. James Potter – nadal w stroju do quidditcha – zmarszczył brwi na widok Dainah.
– Co ona tu robi? – zapytał Syriusza, jakby ten nie zauważył, że tuż obok niego siedzi Ślizgonka.
– Pójdę już – mruknęła Dainah, podnosząc się z miejsca. Nie spojrzała na Syriusza, wbijając wzrok w podłogę, dlatego tym bardziej zaskoczyło ją, kiedy poczuła na swojej dłoni ciepło jego dłoni.
– To jest Dainah – powiedział spokojnie. – I zostanie tutaj.

Na psa urok: 08.

Na psa urok: 07.

Kiedy Slughorn wezwał ją do swojego gabinetu, obawiała się, że ich rozmowa będzie miała związek z incydentem w trakcie przyjęcia. Od tego czasu Ślimak traktował ją bardzo chłodno w czasie eliksirów – choć mogła być to tylko jej wyobraźnia, a nauczyciel zachowywał się całkiem normalnie – zaś ona słyszała tyle docinków i złośliwych szeptów, że była gotowa przyjąć, że mistrz eliksirów również ma do niej pretensje. Nie wiedziała tylko, czemu czekał tak długo, by je wyrazić – wezwał ją do siebie tuż przed świętami, w dniu, kiedy wszyscy uczniowie, którzy planowali zimową przerwę spędzić w domu, już opuścili zamek.
– Dzień dobry, profesorze – powiedziała, wchodząc do gabinetu i delikatnie zamykając za sobą drzwi. Planowała być uosobieniem wdzięku i uroku, a przypadkowe trzaśnięcie drzwiami pogrzebałoby szanse na realizację tego planu.
Slughorn przyglądał się jakiś papierom leżącym na jego biurku. Dainah rzuciła tylko na nie okiem – kilka wycinków z Proroka i pergaminów – i skupiła się na twarzy nauczyciela. Wydawał się czymś zasmucony.
Lepszy smutek niż wściekłość, pomyślała.
– Panna Pool. Siadaj, Dainah – powiedział cicho, wskazując krzesło po drugiej stronie biurka.
W kiepskim oświetleniu, jakie panowało w całych lochach, wyglądał wyjątkowo posępnie. Nie wzbudzał jednak strachu, co ośmieliło Dainah. Spodziewała się, że już w progu usłyszy ostrą reprymendę. Wiedziała dobrze, że była współwinna incydentowi na przyjęciu – tak samo zresztą, jak wiedziała, że Slughorn kochał te imprezy. Nie miała wątpliwości, że będzie na nią zły. Była zła na siebie, że nie przewidziała, jak skończy się syriuszowa konfrontacja z bratem.
– Jest mi tak przykro, moje dziecko – zaczął, a ona odetchnęła z ulgą. Nie straci punktów dla Slytherinu.
Wystarczyło jej, że ilekroć wchodziła do Wielkiej Sali lub do pokoju wspólnego, tylekroć ktoś miał coś do powiedzenia na temat towarzystwa, w jakim się obracała. Wiele razy słyszała o zdradzie krwi czy o sympatyzowaniu z mugolami, choć nie miała pojęcia, w jaki sposób wyciągnięto ten wniosek. Syriusz był w końcu czystokrwistym czarodziejem, nawet jeśli należał do Gryffindoru. Niektórzy uważali, że oszalała, a zdrada, jakiej się w ich opinii dopuściła, była efektem zaklęcia lub eliksiru. Może Slughorn też uważał, że została zmanipulowana?
– Właśnie otrzymaliśmy sowę z ministerstwa – dodał, wskazując na jeden z pergaminów.
Dainah spojrzała na niego pytająco. Czy w czasie przyjęcia oberwał ktoś poza Regulusem? Może jakiś urzędnik skarżył się na pobrudzoną szatę? Czy jednak pisałby o tym dopiero teraz? I czego Slughorn by oczekiwał, że Dainah zapłaci za czyjąś nową szatę? Przecież to absurdalny pomysł.
– Profesorze, ja bardzo przepraszam za całe to zamieszanie w czasie przyjęcia, naprawdę – powiedziała szybko, starając się wyglądać możliwie niewinnie.
Slughorn zamrugał, jakby nie wiedział, o czym właśnie mówi.
– Przyjęcie? A, tak. – Machnął ręką.
Dainah uśmiechnęła się lekko, czując, jak sporej wielkości głaz właśnie znika z jej żołądka.
– Panno Pool, jest mi bardzo przykro – ciągnął, biorąc do ręki pergamin. Zerknął na niego jeszcze raz, a potem jej go podał. – Przyjmij moje kondolencje.
Dainah powoli, jakby w zwolnionym tempie sięgnęła po pergamin. W pierwszej chwili wydawało jej się, że to, co zostało na nim napisane, jest w obcym języku, bo nie rozumiała sensu czytanych zdań. Nie mogła się skoncentrować, bo w uszach szumiała jej krew. W końcu jednak, słowo po słowie, złożyła komunikat w całość.
Ataku dokonali nieznani osobnicy, podejrzewa się o to śmierciożerców.
W czasie ataku zniszczona została większa część domu.
Podczas oględzin miejsca zdarzenia znaleziono dwa ciała ludzkie, które następnie zidentyfikowano jako…
– Moi rodzice nie żyją? – zapytała, a jej głos brzmiał tak cicho i głucho, że nie była pewna, czy jakikolwiek dźwięk wydobył się z jej gardła. Może tylko otworzyła usta. A może nie zrobiła nawet tego.
Slughorn posłał jej współczujące spojrzenie.
– Musisz udać się do ministerstwa, panno Pool. To bardzo ważne – powiedział tylko.
Faktycznie, na samym dole listu widniała informacja o tym, ze jej stawiennictwo jest wymagane. Nie wiedziała, co o tym myśleć. Tam, gdzie wcześniej znajdował się ciężki kamień, gdzie były wszystkie jej myśli, uczucia i organy wewnętrzne, teraz znajdowała się pustka. Sprawiała ona, że Dainah czuła, jakby dotykała tylko obrzeży rzeczywistości, znajdując się jednocześnie gdzieś indziej.
– Oczywiście – usłyszała swój głos. Potem jakby z zewnątrz widziała, jak jej perspektywa się zmienia, musiała wstać z krzesła. – Do widzenia, profesorze – powiedział znów ten głos, o którym sądziła, że należy do niej.
*
Dainah szła przez błonia oszołomiona. Jej mózg rejestrował wiejący wiatr i padający śnieg, ale wydawało jej się, że ani ich nie widzi, ani nie słyszy. Jej rodzice nie żyli. Mimo że byli figurami znajdującymi się gdzieś daleko, daleko, które miała zobaczyć dopiero za kilka miesięcy, a potem – być może – opuścić na zawsze, by podążyć własną ścieżką, to myśl o tym, że nie ma już możliwości ich zobaczenia, była porażająca.
Nie, jeszcze ich zobaczę, pomyślała Dainah. Skoro ministerstwo chce mnie widzieć, na pewno pokażą mi ich ciała.
Myśl o tym, że jej rodzice nie są już jej rodzicami, nie są istotami żyjącymi, a tylko ciałami, powracała do niej cały czas, bolesna jak cios obuchem w głowę. Dainah była oszołomiona, odkąd wyszła z gabinetu Slughorna. Nie odzywała się, kiedy dotarła do dormitorium, żeby zabrać płaszcz. Zignorowała pytające spojrzenia Susannah i Isli, a następnie wyszła z zamku. Nie była w stanie myśleć, miała w głowie pustkę, a dopiero powiew zimnego, zimowego powietrza na jej policzkach przywrócił jej zdolność myślenia w ograniczonym zakresie, ale wystarczającym do tego, by pustka została gdzieś przytułmiona, ale nadal tam była, czekając tylko, aż Dainah przestanie przywoływać kolejne myśli i będzie podatna na jej atak.
Na błoniach nie było nikogo. Nic dziwnego, pogoda była paskudna, a większość uczniów w tym czasie wolała siedzieć w bibliotece czy w pokoju wspólnym, może nawet w Wielkiej Sali, choć do kolacji zostało jeszcze trochę czasu. Dainah żałowała, że nie wzięła ze sobą nic do jedzenia. Nie była pewna, czy coś by przełknęła, ale bała się tego, że gdy dotrze do ministerstwa i zobaczy swoich rodziców – ich ciała, to tylko ciała – nie będzie w stanie zachować powagi i jej żołądek wyda ją, zdradzi, że jest głodna, że jest w stanie być głodna, kiedy jej świat powinien właśnie lec w gruzach. Powinna płakać, ale nie była w stanie. Cały czas odczuwała tę pustkę, która uniemożliwiała jej płacz, ale podejrzewała, że jeśli nie będzie płakała, wzbudzi jakieś podejrzenia, których przecież wzbudzać wcale nie chce.
Gdzieś trochę przed nią zaszeleściły drzewa w Zakazanym Lesie. Może nie powinna była iść jego skrajem. Gdyby teraz wyskoczyło z niego coś, co miało wobec niej złe zamiary, mogłaby nie być w stanie się obronić, była zbyt zdekoncentrowana. Irytowało ją to, że nie może się skupić. Powinna móc skupić się chociaż na kilku czynnościach, które ma wykonać. Dotrzeć do Hogsmeade, przenieść się do ministerstwa, znaleźć osobę, której nazwisko Slughorn zapisał jej na kartce, a potem… Nie była pewna, co będzie się działo, kiedy wyjdzie z ministerstwa, jej wyobraźnia nie działa z takim wyprzedzeniem.
Nagle na jej drodze wyrósł Syriusz, który musiał wyjść spomiędzy drzew. Nie zauważyła go, ale jednocześnie nawet nie zdziwiła jej jego obecność w tym miejscu. Syriusz miał tendencję do pojawiania się w różnych miejscach. Właśnie wydłużył jej listę o jeszcze jeden punkt – będzie musiała się go pozbyć.
– Co masz taką ponurą minę, Pool? – zapytał. – Umarł ktoś?
Dainah popatrzyła do niego z niedowierzaniem. Nie była pewna, czy żartuje, czy też ona ma wypisane na twarzy informacje o tym, co się właśnie stało. Ale nie, Syriusz się uśmiechał, a włosy opadały mu na czoło i oczy zupełnie tak samo jak zawsze. Miał w nich nawet topniejące płatki śniegu, które zwykle sprawiały, że serce Dainah drgało, zalane falą ciepła, którego źródła nawet nie próbowała dociekać. Teraz jednak nie odczuła niczego takiego, zupełnie, jakby jej serce było skute lodem i całkowicie niezdolne do drgania.
– Skąd ten pomysł? – zapytała chłodno.
Syriusz wzruszył ramionami i wyszedł na ścieżkę, tarasując jej drogę. Dainah spojrzała na niego pytająco. Nie miała siły na to, by kazać mu odejść, ale nie chciała, żeby szedł z nią. To nie będzie przyjemna wycieczka. Będzie pełna łez, trudnych decyzji i niewygodnych pytań. Pewnie dołączą do nich spojrzenia pełne współczucia. Dainah nic z tego się nie podobało i nie chciała, żeby Syriusz widział ją w takim stanie.
– Urocze, niewinne dziewczęta nie powinny same wychodzić na błonia po zmroku – powiedział, posyłając jej zawadiacki uśmiech. – Mówiliśmy już o tym, prawda?
– Nie mam czasu na twoje żarciki – warknęła.
– A więc chcesz spotkać wilkołaka albo akromantulę?
– Nie idę do Zakazanego Lasu, muszę dostać się do Hogsmeade.
Syriusz nie przestawał się uśmiechać, ale jednocześnie popatrzył na nią pytająco, co nadało jego twarzy dziwny wyraz, jakby dolna jej część i górna zupełnie nie zgrały ze sobą mimiki.
– A więc przygoda? – zapytał, decydując się na nieco urażony, ale względnie neutralny ton. – Beze mnie?
– Syriuszu, naprawdę, to, co robię, nie jest twoją sprawą – westchnęła ciężko.
Popatrzył na nią, jakby jej nie wierzył. Musiało mu się wydawać, że to, co działo się na przyjęciu Slughorna, zostało przez nią zapominane. Nie wiedział w końcu, że po prostu zyskała pewną perspektywę, której wcześniej nie miała. Bójka dwóch Blacków nie była czymś, co teraz miało znaczenie. Powinien to zrozumieć, ale nie spodziewała się, że wykaże się taką empatią. Zresztą nie była zainteresowana jego empatią.
– Pójdę z tobą, Hogsmeade wygląda świetnie wieczorami – oświadczył, nie pytając jej nawet, po co tam idzie. Był jednak dziwnie poważny i przez chwilę zastanawiała się, czy wiedział już, co jest faktycznym celem jej wieczornej podróży.
– Muszę tam złapać kominek do Londynu – powiedziała, zanim zdążyła się powstrzymać.
Syriusz nie okazał zdziwienia. Po prostu pokiwał głowa.
– A więc Londyn – potwierdził.
*
Podróżowanie siecią Fiuu nie było preferowaną przez Dainah metodą podróżowania, dlatego niemal cieszyła się, kiedy znalazła się w holu Ministerstwa Magii. Nie pomyliła rusztów, nie podpaliła swoich szat, nie była szczególnie ubrudzona sadzą. Na nic innego nie mogła liczyć. Oczywiście Syriusz wyglądał na człowieka, który codziennie podróżował w ten sposób i nie robiło to na nim wrażenia. Żeby było gorzej, nie miał na sobie chyba ani jednego pyłku sadzy.
– Co teraz, Pool? – zapytał tylko, kiedy już otrzymali przepustki, a także sprawdzono ich różdżki.
Dainah wyjęła karteczkę, którą otrzymała od Slughorna. Im bliżej była celu swojej wyprawy, tym mniejszą miała ochotę na rozmawianie z nim czy z kimkolwiek innym. Podczas drogi do Hogsmeade wymienili parę zdań, ale on mówił zdecydowanie więcej niż ona. Teraz odpowiadała mu tylko półsłówkami lub skinieniami głową. Jej myśli zdawały się zwalniać na tyle, że mogła poradzić sobie tylko z jedną myślą w jednym momencie.
– Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów? – zdziwił się Syriusz.
Skinęła głową.
– To na drugim poziomie – powiedział, a ona była mu wdzięczna, że nie zapytał, po co tam idą.
Przez cały ten czas nie zadał tego pytania, jakby było mu zupełnie obojętne, co znajdzie się u celu ich podróży, a jego interesowała sama ta podróż. Być może właśnie na tym polegało całe życie Syriusza – radość z podróży i zastanawianie się nad kolejną przygodą dopiero, kiedy ta obecna się skończy. Przez jej mózg łagodnie przepłynęła myśl o tym, że w sumie nie ma pojęcia, co Syriusz planuje po zakończeniu Hogwartu, ale na pewno nie wróci do swojej rodziny – jeśli czegoś się dowiedziała w czasie przyjęcia u Slughorna, to właśnie tego, że w szlachetnym i starożytnym rodzie Blacków występuje znaczący konflikt. Syriusz będzie zdany na siebie. Całkiem jak ona.
– Winda jest tam. – Machnął ręką, a ona nie zareagowała. – Co jest, Pool?
– Nic – ucięła. – Wszystko w porządku.
Popatrzył na nią, jakby wiedział doskonale, że właśnie kłamie, ale planował pozwolić jej na te małe sekrety, których i tak długo nie zatrzyma tylko dla siebie – niebawem dojdą do Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Zresztą sama jego nazwa była dla Syriusza pewną wskazówką, że nie jest to miła wycieczka w celu załatwienia jakichś nic nieznaczących spraw.
Wsiedli do windy w milczeniu. Potem – wciąż w milczeniu – ruszyli korytarzem. Kiedy wcześniej dotarli do Hogsmeade śnieg przestał padać, ale było już całkiem ciemno. Księżyc świecił jasno, a jego blask był zimny i wyraźny, co świadczyło o mroźnym powietrzu. Za oknami ministerstwa również była noc, ale sceneria wyglądała zgoła inaczej – wielkie, leniwie opadające płatki śniegu przemykały za szybą, tworząc niemal magiczną atmosferę.
Dainah zacisnęła szczękę, jakby bała się, że jeśli nie napnie mięśni, to całkiem zwiotczeją i nie będzie w stanie ich użyć, kiedy będzie musiała. Wyglądała na tak spiętą, że Syriusz zastanawiał się, jak udaje jej się chodzić. Choć stawiała kroki w sposób zdecydowany i bezkompromisowy, było w niej coś, co skłaniało go do myślenia, że to tylko maska, pod którą kryje się coś innego, coś, nad czym Dainah nie panuje i dlatego tego nie pokazuje.
– Będzie lepiej, jeśli poczekasz pod drzwiami – powiedziała tylko i, nie czekając na jego odpowiedź, weszła do pomieszczenia. Na drzwiach wisiała tabliczka głosząca Biuro Aurorów, a Syriuszowi po raz pierwszy przeszło przez myśl, że może wcale nie powinien jej towarzyszyć, że to, co miała do zrobienia, faktycznie go nie dotyczyło, a fakt, że jednak pozwoliła mu iść za sobą, nie miał związku z sympatią, jaką do niego czuła, a po prostu z brakiem siły, by go od siebie odpędzić. W końcu nikt nie przychodził tutaj dlatego, że chciał. Ludzie, którzy tu przychodzili, mieli do załatwienia coś nieprzyjemnego, a fakt, że on towarzyszył jej do tego punktu, obligował go do tego, by ją pocieszyć, kiedy stamtąd wyjdzie.
Miał tylko nadzieję, że nie będzie płakała. Nie wiedział, co robić, kiedy jakaś kobieta przy nim płakała.
*
Dainah niewiele czuła i niewiele myślała. Mechanicznie odpowiadała na pytania, nie zatajając niczego. W końcu nie miało większego znaczenia, jak wyglądało ich życie rodzinne, skoro większość osób tworzących tę rodzinę bał martwa i leżała kilka stóp od nich, przykryta białym prześcieradłem. Dainah była zdumiewająco obojętna na ten widok i przez myśl przeszło jej nawet, że może to zostać źle odebrane przez aurorów. W końcu powinna być zrozpaczoną córką, sierotą, która właśnie dowiedziała się, że jej rodzice zginęli z ręki osób, które mogły wcześniej odwiedzać ich dom jako znajomi czy przyjaciele. Mogli siedzieć w salonie i pić kawę z jej matką lub cicho rozmawiać z jej ojcem. Powinna zalać się łzami, tymczasem ona siedziała sztywno na krześle, napięta jak struna, odpowiadając na wszystkie pytania krótko, ale nie nieuprzejmie.
– Śmierciożercy, mówią na nich – stwierdził niski, żylasty mężczyzna, który zadawał jej wcześniej pytania. – Ostatnio atakują coraz częściej.
– Ale czemu zaatakowali moich rodziców? – zapytała Dainah.
– Tego chcieliśmy się dowiedzieć od ciebie.
Dainah popatrzyła na niego bez emocji. Przez chwilę miała ochotę prychnąć, ale zdołała zdławić ten odruch.
– Nie mam pojęcia.
Auror popatrzył na nią, jakby podejrzewał, że kłamie. Może pochodził z jednej z tych rodzin, w których wszyscy wszystko o sobie wiedzieli. W domu państwa Pool tak nie było. Ledwie dostrzegali siebie wzajemnie, zbyt zajęci swoim życiem wewnętrznym.
– Żadnych domysłów? – zapytał, mrużąc oczy.
Nie odpowiedziała. Utkwiła wzrok w ciałach leżących pod prześcieradłami, starając się zrozumieć, co właściwie czuje. Z jednej strony przepełniała ją okropna pustka, z drugiej natomiast miała wrażenie, że pulsuje w niej tak wiele emocji, że strasznym wydawało jej się czekanie na to, które z nich wygrają i pojawią się na jej twarzy, w jej głosie czy w gestach. Auror wykazywał zerowe współczucie, ale niespecjalnie ją to dziwiło. Czasy były niespokojne. Jej tragedia pewnie była tylko kolejną rubryką w jego sprawozdaniu miesięcznym. Jakaś jej część to rozumiała, podczas gdy inna jej część miała ochotę wylać na notatki aurora lurowatą kawę, którą jej zaserwował.
– Każdy ma jakichś wrogów, pomyśl – powiedział, nie odrywając wzroku od swoich notatek.
– Może pana notatki wiedzą o nich więcej niż ja – fuknęła w końcu, czując, że pustka ustępuje emocjom, które zdominował gniew.
Auror podniósł na nią wzrok.
– Zdajesz sobie sprawę, gdzie jesteś? – warknął na nią, najwyraźniej zdając sobie sprawę z tego, że niewiele z niej wyciągnie.
Dalsza rozmowa trwałą krótko, a Dainah podpisała najbardziej zdawkowy protokół, jaki mogła sobie wyobrazić. Auror fałszywie uprzejmym tonem zapewnił ją, że pożałuje, jeśli próbuje kogoś ukrywać, a także zapewnił, że siły ministerstwa są już na tropie sprawców. Dodał, że będą ją informować o postępach w śledztwie, ale z tomu jego głosu wywnioskowała, że może tak wcale nie być – brzmiało to bardziej jak wyuczona formułka niż jak szczere zapewnienie.
To wszystko jest robione tylko na pokaz, pomyślała. Nikogo nie obchodzą moi rodzice. Ja też nikogo nie obchodzę.
Kiedy wyszła z gabinetu, trochę się zdziwiła, że Syriusz na nią czekał, choć nie było to spowodowane tym, że spodziewała się, że zostanie porzucona. Po prostu nie potrafiła wyobrazić sobie, że czekał w jednym miejscu przez tyle czasu. Syriusz był zbyt żywy i dynamiczny, żeby czekać. A jednak…
– Chodź, Pool, niedaleko jest sympatyczna kawiarnia – powiedział.
Dainah uniosła brwi, ale nie zaprotestowała. Szukała w myślach słów, które chciałaby do niego skierować, ale nic nie przychodziło jej do głowy. Milczała przez całą drogę do wyjścia z ministerstwa, a także kiedy nocne, zimowe powietrze owiało jej policzki. Syriusz zdecydowanym krokiem ruszył przed siebie, a ona podążyła za nim. Dopiero po kilkunastu minutach stało się jasne, co powinna powiedzieć:
– Nie masz pojęcia, gdzie jesteśmy, co?
Syriusz wyszczerzył zęby w jej kierunku.
– Najmniejszego. Ale coś tu musi być otwarte.
*
Znalezienie czynnej kawiarni okazało się jednak trudniejsze. Choć Dainah była pewna, że powinni wyjść z ministerstwa w centrum Londynu, tak się nie stało. Krążyli więc uliczkami, z każdym krokiem coraz bardziej zamieniając się w śnieżne bałwany i przez większość czasu milcząc do siebie. Syriusz wziął na siebie rolę przewodnika, choć odgrywał ją raczej średnio. Czasami rzucał jakiś mniej lub bardziej zabawny komentarz, a ona uśmiechała się lekko, jakby mimochodem.
W końcu chłód skłonił ich do podążenia za jakąś mugolską wycieczką, która mówiła coś o jedzeniu. W ten właśnie sposób znaleźli się w całkiem przestronnej restauracji, która cieszyła się ogromnym zainteresowaniem ze strony mugoli, choć jedzenie nie było w niej zbyt wyrafinowane.
– Gdzie są sztućce? – szepnęła Dainah, kiedy czekali w kolejce, by złożyć zamówienie, i mogli się przyjrzeć innym gościom tego przybytku.
– Gdzie twoja wola przeżywania przygód, Pool? – zaśmiał się Syriusz.
Dainah wolałaby jednak przeżywać te przygody z nożem i widelcem w ręku, o czym jednak mu nie powiedziała, żeby nie narażać się na kolejne podśmiewanie. Już wcześniej się z niej nabijał, jednak nie brała jego docinków do siebie. Wypełniały one pustkę, którą odczuwała, i pozwalały jej poczuć się trochę bardziej jak ona sama.
Kilka minut i niespełna jednego funta później siedzieli przy stoliku w rogu sali i przeżuwali kanapki z wołowiną, przegryzając je frytkami. Gdzieś pomiędzy nimi wciąż wisiało niezadane pytanie o to, czemu Dainah musiała udać się do ministerstwa, ale żadne z nich nie miało ochoty poruszać tego tematu. Zamiast tego łatwo przychodziły im niewiele znaczące słowa o esejach i owutemach, jego odpuszczanie sobie mugoloznawstwa, jej znużenie na historii magii…
– Czyli co planujesz? To nie brzmi, jakbyś starał się o ciepłą posadkę w ministerstwie – powiedziała, chwytając jeszcze kilka frytek, które Syriusz pożerał w godnym podziwu tempie.
Syriusz spochmurniał i na chwilę przerwał jedzenie.
– Nie wiem – powiedział głosem tak ponurym i szczerym, że aż poczuła się zaskoczona i niemal winna.
Pokiwała głową i przez chwilę w milczeniu sączyła napój, który jej podano.
– Chciałbym zobaczyć trochę świata – powiedział w końcu, patrząc przez okno. – Zobaczyć, jak życie może wyglądać gdzieś indziej. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, w czym wyrośliśmy, ale może gdzieś tam jest coś… lepszego. Innego.
Pokiwała głową. Nie myślała o tym w ten sposób. Może w ogóle o tym nie myślała, zbyt pewna, że gdy tylko skończy Hogwart, bez problemu wpadnie w rolę napisaną dla niej przez rodziców. Albo w taką, w którą przypadkowo wepchnie ją życie, zupełnie nie pytając jej o zdanie.
– Nie sądzę, żebym kiedykolwiek ruszyła się z Anglii – odpowiedziała głucho, czując, że słowa rezonują wewnątrz niej, odbijając się gdzieś w pustce, którą nosiła w sobie i której nie dała rady wypełnić frytkami z colą ani hamburgerem.
– Nigdy nie mów nigdy, Pool. Robi się tu coraz bardziej niebezpiecznie – stwierdził, ale nie kontynuował tematu, kiedy zobaczył, że jej mina zrzedła.
– Dlatego chcesz wyjechać? – odparowała ostro, niemal z pretensją, czując, że jest dla niego niesprawiedliwa, ale jednocześnie pragnąc, by on też poczuł się dotknięty.
– Nie. Dlatego właśnie nie wyjadę – uśmiechnął się krzywo, a uśmiech ten był wyraźnie wymuszony.
Dainah skupiła się na resztce frytek, które leżały przed nią. Syriusz lekko odsunął się od stolika i rozłożył się na krześle z wystudiowaną nonszalancją. Gdyby nie konstrukcja krzesła, najpewniej by się na nim bujał. Przybrał maskę obronną, jakby spodziewał się ataku lub przynajmniej próbował wyglądać na dzielniejszego niż był w rzeczywistości. Dainah zastanawiała się, czy faktycznie chce walczyć z tym zagrożeniem, które pojawiło się w kraju, a jeśli tak, to czy w wieku siedemnastu lat ma dostatecznie dużą wiedzę, by poradzić sobie z ludźmi, którzy władają czarną magią i najwyraźniej nie mają skrupułów przed wysadzaniem w powietrze innych czarodziejów i ich rodzin. Syriusz był jednym z lepszych uczniów na roku – a przynajmniej wtedy, kiedy chciało mu się uczyć – ale był jeszcze dzieciakiem, tak samo jak ona. Ktoś mógł im powiedzieć, że są dorośli, że mogą używać różdżek czy się teleportować, ale żadne z nich nie miało pojęcia, co czeka ich w świecie, który każdego dnia stawał się coraz mroczniejszy.
Wiedziała, że nie powinna pytać o jego rodzinę – na przyjęciu u Slughorna dowiedziała się wystarczająco dużo o tym, jakie relacje panują w rodzie Blacków. Nie chciała też mówić o tym, że jej rodzina właściwie przestała istnieć. Nie chciała nawet myśleć o tym, gdzie podzieje się po ukończeniu Hogwartu, bo w miejscu, gdzie dawniej stał jej dom, był tylko stosik gruzu. Domyślała się, że Syriusz również nie ma dachu nad głową i być może jego wola walki wynikała właśnie z tego, że nie miał nic własnego, żadnego kąta, żadnego celu, żadnej powinności. Miał tylko swój bunt i złość na rodzinę, a Dainah wiedziała dobrze, że to może rozgrzać kości bardziej niż cokolwiek innego.
Zastanawiała się, czy kiedykolwiek poczuje w kościach takie ciepło.
– Chcesz zabijać innych? – wypaliła, chcąc skruszyć jego maskę i, być może, sprawić, że poczuje się tak źle jak ona, choć z innych powodów.
Syriusz ściągnął brwi, najwyraźniej traktując jej pytanie nie jako prowokację, ale jako poważną wątpliwość.
– Tylko jeśli będę musiał – powiedział wyjątkowo przytomnym i pozbawionym śladów bucostwa głosem.
– A więc masz prawo decydować o tym, kogo trzeba zabić, a kto może żyć? – zapytała, czując pierwsze iskierki złości. Tak bardzo chciała w tej chwili poczuć cokolwiek.
– To nie tak, Pool – westchnął.
– Tak właśnie robią śmierciożercy. Zabijają, kogo chcą – upierała się.
– To co innego, oni zabijają niewinnych – zaoponował. – Mugoli. I czarodziejów, którzy nie popierają Sama-Wiesz-Kogo.
Czy moi rodzice nie chcieli go poprzeć? Za to właśnie zginęli?, przemknęło przez myśl Dainah.
– Jesteś zadufanym w sobie bubkiem, wiesz? – fuknęła.
Syriusz nagle zmienił pozycję, w jakiej wcześniej znajdowało się jego ciało. Zamiast nonszalancji pojawiło się spięcie, jakieś zwarcie i skupienie w sobie do tego stopnia, że gdy wcześniej zdawał się rozsadzać i przytłaczać krzesło swoją osobą, teraz usiadł wyprostowany, niemal zlewając się z tym meblem, tworząc prostą, niewyróżniającą się całość, dla której ważniejsze od teatralnego zachowania było skupienie na temacie. Dainah poczuła, że szare oczy przewiercają ją na wylot. Było to o tyleż niepokojące, co ekscytujące.
– Naprawdę, Pool? – zapytał spokojnym, wypranym z emocji tonem. – Właśnie tak sądzisz?
Pulsowała w niej chęć powiedzenia czegoś, co go zaboli, co sprawi, że będzie musiał zareagować emocjonalnie. Nie chciała go skrzywdzić dlatego, że go nie lubiła; chciała to zrobić, ponieważ wiedziała, że on to zniesie, że sobie z tym poradzi i – być może – nie odtrąci jej za to.
– Porywasz się na coś, co przerasta cię o trzy głowy – odpowiedziała, starając się zachować spokój. – Chcesz coś komuś udowodnić?
Chcesz coś udowodnić swojej rodzinie?, przeszło jej przez myśl, ale nie powiedziała tego na głos. Nie była szalona.
– Wychodzimy – warknął tak oschle, że przez chwilę zastanawiała się, czy jednak nie wypowiedziała tych słów. Gdyby była w innym stanie psychicznym, może by się wystraszyła. Teraz poczuła tylko jęzory ognia liżące jej wnętrzności i dziękowała Merlinowi za to, że nie były już tą lodowatą pustką.
Kiedy znaleźli się przed restauracją, Syriusz chwycił Dainah za rękaw i poprowadził w stronę uliczki rzadziej uczęszczanej przez mugoli, gdzie mogli porozmawiać bez przyciągania pytających czy zdezorientowanych spojrzeń, których nie brakowało, gdy jeszcze siedzieli w środku. Znaleźli się w ciasnej, słabo oświetlonej uliczce, która musiała być jakimś sporadycznie używanym skrótem pomiędzy wysokimi kamienicami. Syriusz nie puścił jej rękawa, zaciskając na nim palce.
– W co ty grasz, Pool?
Oddychał ciężko i szybko, jakby właśnie przebiegł ładnych parę kilometrów.
Nie odpowiedziała. Zamiast tego przywarła wargami do jego ust z taką mocą, że aż zatoczył się na ścianę jednej z kamienic. Nie zaprotestował, najwyraźniej zdziwiony jej nagłym pocałunkiem, tak łapczywym i desperackim, jakby próbowała przeniknąć do jego jestestwa. Nie pozwoliła mu też przerwać pocałunku, nieznacznie tylko przesuwając usta i z zapałem ssąc jego dolną wargę.
– Pool – zaprotestował w końcu, choć był to protest raczej słaby i pozbawiony przekonania.
– Po prostu się nie odzywaj – szepnęła gdzieś w jego szyję, gdzie teraz, kiedy przestała stać na palcach, znajdowała się jej twarz. Oddychała równie szybko co on wcześniej, ale nie z powodu wściekłości.
Tym razem to on ją pocałował, a jego pocałunek był niemal tak samo nieustępliwy jak ten, który ona zainicjowała. Dainah poczuła pod plecami nierówny, ceglany mur, a poczucie, że jest otoczona z dwóch stron – z jednej właśnie przez zimny budynek, a z drugiej przez ciepłe ciało Syriusza – dało jej impuls do tego, by dotknąć paska jego spodni i wsunąć dłoń pod sweter. Dotyk jego skóry rozpalał kolejne płomienie, które ogarniały ją całą. Nie miałaby nic przeciwko temu, by w nich spłonąć.
– Pool, nie zaczynaj czegoś, czego nie chcesz kontynuować – powiedział cicho w jej jasne włosy.
– Kto powiedział, że nie chcę? – zapytała, rozpinając swój własny sweter.
Było to dostateczną zachętą dla Syriusza, który znów ją pocałował, przyciskając do ściany i obejmując trochę zbyt mocno. Dainah to nie przeszkadzało. Czuła, że w ten sposób zatrzymuje ją na tym świecie, że chroni ją i przed samospaleniem, i przed lodowatą pustką. Czuła, że oddanie mu kawałka siebie to jedyny sposób, by zachować całą resztę.

Na psa urok: 07.

Na psa urok: 06.

– Zaprosił cię na randkę? – zapytała Isla, rozdziawiając usta o wiele szerzej, niż pozwalało na to dobre wychowanie.
– Nie – odparła Dainah. – Tak. Nie. To nie jest takie proste.
Susannah siedziała na swoim łóżku i uważnie przypatrywała się przyjaciółkom. Nie zabrała jeszcze głosu, choć uważnie słuchała. Patrzyła też na nerwowe ruchy Dainah i próbowała rozgryźć, co właściwie stało się tej nocy, po której wróciła do dormitorium ze szlabanem i z tą nie-randką, do której się właśnie szykowała. Gdyby umawiała się z Syriuszem, Susannah by o tym wiedziała, nie miała co do tego wątpliwości. Tymczasem Dainah zdawała się iść na nierandkę zupełnie nieromantycznie – i tego Susannah nie rozumiała.
– Może nie powinnam tam iść? – zapytała Dainah, niepewnie przyglądając się granatowej sukience, którą wyjęła z kufra. Sukienka była okropnie pognieciona i nie wyglądała dostatecznie elegancko, jakby jej posiadaczka spakowała ją tylko na wszelki wypadek, nie zaś dlatego, że była pewna, że będzie musiała iść na spotkanie Klubu Ślimaka.
– I jak się wytłumaczysz z nieobecności?
Dainah chwilę pomyślała.
– Kobiecą niedyspozycją? – zapytała, a Isla popatrzyła na nią, jakby nigdy nie słyszała głupszej wymówki. – Slughorn to facet, nie zrozumie i będzie współczuł.
– Nie zrozumie i będzie miał ci za złe, że nie przyszłaś.
– I tak wolałby tam widzieć mojego ojca, nie mnie – wymamrotała Dainah.
Nie lubiła mówić o swojej rodzinie. Nie była pewna, na jakich zasadach funkcjonowało właściwie małżeństwo jej rodziców, ale odkąd sięgała pamięcią była przekonana, że trudno o dwoje mniej dobranych ludzi. Podczas gdy jej matka bujała gdzieś w obłokach, czasami tylko nawiązując kontakt z ziemią, ojciec był jednym z najbardziej małomównych ludzi, jakich znała. Zwykle znikał w gabinecie na długie godziny lub nawet dni tak, że sama nie była pewna, czy w końcu nie poszedł po rozum do głowy i nie zostawił swojej żony. Nie mogłaby go za to winić. Jednak z jakichś zupełnie niezrozumiałych względów czasami zjawiał się w salonie czy w kuchni, mamrotał coś pod nosem i znów znikał za ciężkimi drzwiami od gabinetu lub wychodził z domu i nie informował nikogo o tym, czy wróci dziś, czy za tydzień. Dainah nie wiedziała, co robił w tym czasie; kiedyś próbowała się domyślać, tworzyła w głowie różne scenariusze, ale nigdy nie wymyśliła nic, co wydawałoby się brzmieć odpowiednio. Sam pomysł, że mógłby mieć kochankę, wywoływał w niej śmiech. Podobnie mało prawdopodobne wydawałyby jej spotkania grupy znajomych. Praca? Być może, ale przecież ojciec przerzucał tylko papiery w Ministerstwie. Nie była pewna nawet, w jakim wydziale pracował. A jednak… Jednak musiał przerzucać te papiery w wyjątkowo dobrze rokujący sposób, skoro Slughorn zaprosił ją do swojego klubu.
Była dobra z eliksirów, ale wątpiła, by samo to zapewniło jej zaproszenie. W końcu Slughorn zaprosił już dwa inne talenty, z którymi Dainah nie mogła się równać – Snape’a i tę rudą Gryfonkę, Lily Evans. Poza nimi na przyjęcia Ślimaka przychodziło jeszcze parę osób. Paru Ślizgonów miało – podobnie jak Dainah – ważnych ojców, jakiś Krukon błyszczał na polu naukowym, zarozumiały Puchon miał przed sobą wspaniałą karierę jako gracz quidditcha… Kręciło się tam jeszcze kilka osób, ale Dainah nie pamiętała, czym sobie zasłużyły na ten zaszczyt.
– Będziecie się tak świetnie bawić – westchnęła Isla, a Dainah prychnęła.
– Mówiłam ci, że te spotkania potrafią być nudne.
– Ale będziesz z Syriuszem. – Isla wydęła usta i zamachała zalotnie rzęsami. – Na pewno znajdziecie jakiś sposób, żeby się dobrze bawić.
– On nie idzie tam po to, żeby się dobrze bawić – przypomniała Dainah. – Pewnie nawet nie będzie ze mną rozmawiał.
– Nikt nie mówił, że musicie rozmawiać, możecie się…
– Nie po to tam idzie – fuknęła Dainah, rozgniewana całą tą sytuacją.
Isla przewróciła oczami i nie kontynuowała tematu.
– To po co właściwie tam idzie? – zapytała w końcu Susannah.
– Chodzi o Regulusa.
Na chwilę zapadła cisza. Cały Hogwart wiedział, że bracia Black nie darzą się sympatią, a jeśli na przyjęciu miało dojść do jakiejś konfrontacji, najpewniej nie będzie ona przyjemna dla świadków.
– Nie powinnaś się mieszać w sprawy rodzinne – powiedziała cicho Susannah. – Obaj mają swoje problemy, które cię nie dotyczą.
Dainah popatrzyła na nią z niedowierzaniem. Susannah była zawsze pełna tego irytującego przekonania, że prawdziwa miłość istnieje, a wszystko, co jest napisane w książkach, może się wydarzyć. Jako pierwsza broniła czystości intencji innych ludzi i starała się dostrzegać w nich dobre strony. I idealizowała wszystko, co mogło się skończyć romansem. Kilka razy z przejęciem mówiła już o poranionej duszy Syriusza Blacka, którą ktoś powinien uleczyć siłą uczucia, a teraz była tak trzeźwa i racjonalna?
– W nic się nie chcę mieszać – oświadczyła chłodno i razem z pogniecioną sukienką znikła w łazience.
*
Dainah wolno sączyła coś, co okazało się sokiem wiśniowym, choć miała nadzieję, że będzie czymś zupełnie innym. Płyn na szczęście był chłodny, przez co zdawał się studzić gotujące się w niej emocje. Wieczór zaczął się nieźle, Syriusz czekał na nią przy wejściu do lochów, przystojny jak zawsze. Początkowo wyglądał na zasępionego, ale posłał jej uśmiech i powiedział – może zbyt mechanicznie, ale wtedy tego nie zarejestrowała – coś miłego o jej wyglądzie. Nawet wymienili kilka zdań w drodze do Slughorna. Atmosfera była prawie randkowa. Przynajmniej przez tych kilka minut, bo na przyjęciu Syriusz dość szybko się od niej odłączył i przepadł gdzieś w tłumie, który składał się zarówno z uczniów, jak i z dorosłych, przy czym ci drudzy przeważali. Dainah nie miała pojęcia, kto wpuścił ich do zamku, ale nie miała czasu nad tym myśleć. Kiedy już ściągnęła na siebie wzrok wszystkich – Slughorn powitał ich na tyle głośno, że słyszeli to nie tylko wszyscy na przyjęciu, lecz także pół zamku – i zgubiła Syriusza, jej uszu dobiegło kilka niewybrednych komentarzy. Najwyraźniej Gryfoni nie byli dobrze postrzegani na takich bankietach, zwłaszcza Gryfoni, którzy trafili do Domu Lwa na złość swoim rodzinom.
– Prowadzisz się ze zdrajcami krwi – syknął do niej Snape, kiedy w pewnym momencie znaleźli się obok siebie przy stole z przekąskami.
– Nisko upadłaś – mruknął Yaxley, kiedy nalewała sobie soku.
– Kalasz imię Salazara – ocenił Selwyn, kiedy przechodziła przez tłum.
Syriusza nie było nigdzie w pobliżu, więc nie słyszał tych komentarzy. Zresztą nawet, gdyby je słyszał, pewnie nic by go nie obeszły. Dainah zwykle nie była tak wrażliwa na opinię innych, ale w tym konkretnym przypadku czuła, jak napiera na nią ściana niechęci, przed którą nie potrafiła się obronić. Najchętniej wyszłaby stamtąd i wróciła do dormitorium, ale nie zamierzała nikomu dawać tej satysfakcji. Została zaproszona i zostanie na przyjęciu dostatecznie długo, by nie wzbudzić sensacji. Z Syriuszem albo bez niego.
Z wystudiowanym znużeniem przyglądała się grupkom, które poruszały się po pomieszczeniu i głośno rozmawiały. Slughorn kluczył między nimi wszystkimi, król swojego małego królestwa, przyjaciel ich wszystkich. Trudno było jednak nie zauważyć, że niektóre z grup milkły, gdy do nich podchodził. Może spotkanie, które Slughorn zorganizował, żeby powygrzewać się w czyimś blasku, było okazją, by część jego gości ubiła swoje własne interesy.
Nagle uwagę Dainah przykuło zamieszanie przy stole z przekąskami. Skupiło się tam sporo osób, w tym chyba wszyscy uczniowie, którzy byli obecni na przyjęciu. Jak na tak dużą grupę byli jednak wyjątkowo cicho – tak cicho, że Dainah wyraźnie usłyszała podniesione głosy. Niepewnie ruszyła w ich kierunku, niemal pewna, że jeden z tych głosów należał do Syriusza.
– Uważasz, że ten bunt cokolwiek zmienił? – zapytał Regulus, siląc się na spokój. Na jego bladej twarzy pojawiły się nieznaczne rumieńce, które wskazywały na to, że temat rozmowy wywołuje w nim emocje. – Nadal jesteś Blackiem.
– Nie mam z wami nic wspólnego – warknął Syriusz, a tłum, który zgromadził się wokół braci, zaczął szeptać. Być może nawet czyniono zakłady, bo obaj Blackowie wyglądali, jakby mieli się rzucić sobie do gardeł. Regulus starał się zachować pozory spokoju, podczas gdy wszystkie emocje Syriusza były wymalowane na jego twarzy.
– Jesteś dokładnie taki sam jak my wszyscy! – krzyknął Regulus, a kilka osób stojących najbliżej zrobiło krok w tył, ktoś nawet stanął na stopie Dainah, która próbowała przecisnąć się przez ten tłum i powstrzymać Syriusza. Gdzieś pod drugiej stronie zbiegowiska widziała rudą głowę Lily Evans, która prawdopodobnie próbowała zrobić to samo.
Było jednak za późno, żeby powstrzymać to, co było nieuniknione. Syriusz rzucił się w kierunku brata, który nie dał rady zablokować tego ataku, być może spodziewając się jakiegoś zaklęcia, a nie rękoczynów. Plecy Regulusa wylądowały na stole z przekąskami, który zakołysał się niebezpiecznie, jakby całkowicie nieprzygotowany na to, że będzie się na nim rozgrywała mugolska bójka.
– Koreczki z łososiem – szepnął z przejęciem ktoś, kto stał tuż obok Dainah. Ona jednak nie słuchała, ruszyła naprzód.
Syriuszowi udało się wymierzyć mocny lewy sierpowy w twarz brata, który teraz ze wszystkich sił starał się odepchnąć Syriusza lub przynajmniej zaserwować mu porządnego kopniaka. Starszy z Blacków jednak nie dał się odepchnąć i zacisnął jedną z pięści na kołnierzyku regulusowej szaty, jakby nie mógł się zdecydować, czy woli go udusić, czy przytrzymać w miejscu i ponownie uderzyć. Regulus jednak szarpnął się zaskakująco mocno, co zakołysało stołem tak, że dwie z jego nóg ustąpiły pod naporem bójki. Koreczki – ku rozpaczy przynajmniej jednego z gości – posypały się na podłogę. Obaj Blackowie w nich wylądowali, tracąc równowagę, ale nie chęć do walki. Dalej się szarpali, nie zwracając uwagi na różnokolorowe pasty, fragmenty ryby, oliwki i inne smakołyki, które mieli przyklejone do szat.
– Co tu się dzieje?! – krzyknął Slughorn, który wcześniej nie interweniował, być może w nadziei, że problem sam się rozwiąże.
Pięść, która wylądowała na nosie Regulusa, i druga, która trafiła Syriusza w skroń, zdawały się dowodzić, że nie, ten problem się sam nie rozwiąże.
Dainah w końcu przepchnęła się przez tłum, który nagle przestał się interesować rozgrywającą się sceną i starał się wyglądać, jakby stał tam przypadkiem, prawdopodobnie w poszukiwaniu przekąsek. Przyklękła w czymś, co kiedyś musiało być półmiskiem faszerowanych jajek, i syknęła do Syriusza:
– Natychmiast się uspokój. Natychmiast.
Syriusz przez chwilę zamarł w bezruchu, jakby jeszcze się wahał, co powinien zrobić, w końcu jednak wypuścił szatę brata i wstał.
– Kurwa – powiedział w przypływie elokwencji.
– Gryffindor traci pięćdziesiąt punktów za atak na ucznia! – grzmiał Slughorn. – I dziesięć za ten paskudny język! Proszę wyjść, panie Black! Natychmiast!
Syriusz wyglądał, jakby nie miał zamiaru wyjść i chciał powiedzieć coś zarówno Slughornowi, jak i wszystkim zebranym, ba, jakby był gotowy bić się z nimi wszystkimi, choć trudno było ustalić w obronie czego właściwie. Dainah popchnęła go w stronę drzwi.
– Idziemy – warknęła do niego.
Tłum rozstąpił się, żeby ich przepuścić. Zrywały się pierwsze szepty, coraz więcej i więcej, aż całe pomieszczenie brzęczało i buczało od szeptów. „Co za wstyd”, „Żenująca sytuacja”, „Taka szkoda”, „Zdrajca krwi”, „Hańba dla rodziny”, „Niby Black, a…”, „Kto go przyprowadził?”, dało się słyszeć z wielu stron, a Dainah musiała zagryźć szczęki, żeby nic nie odpowiedzieć. Nie chciała patrzeć na Slughorna. Była głupia, że zgodziła się zabrać ze sobą Syriusza na to przyjęcie. Wiedziała przecież, że to żadna randka, że chodzi tylko o konfrontację z Regulusem. Czemu się na to zgodziła? Na żal było już jednak za późno, wszyscy widzieli, że wychodzi razem z nim. Przyznała się, że to z jej winy doszło do tego incydentu. Domyślała się, że gdyby należała do któregokolwiek z innych domów, jej także Slughorn odjąłby punkty.
Była wściekła – na siebie, na Syriusza, na wszystkich, którzy byli na przyjęciu.
– Coś ty sobie myślał?! – wybuchła, gdy odeszli już na tyle daleko, by nikt z gości Slughorna nie mógł ich słyszeć.
Syriusz posłał jej nieco obłąkańczy uśmiech i odgarnął włosy z czoła, odsłaniając już formujący się siniak.
– Nie podobał ci się program artystyczny? – zapytał z wymuszoną nonszalancją.
Dainah patrzyła na niego z nieskrywaną wściekłością. Gdyby miał choć minimum przyzwoitości, chociaż udawałby poczucie winy.
– Po to chciałeś tu przyjść? Żeby obić twarz bratu? – zapytała. – Musiałeś mieć do tego tylu świadków?
Musiałeś mnie w to mieszać?
Syriusz wzruszył ramionami i oparł się o ścianę, oddychając ciężko. Najwyraźniej właśnie docierało do niego wszystko, co zdarzyło się na przyjęciu. Chciał przetrzeć twarz rękawem szaty, ale z obrzydzeniem zauważył fragmenty jedzenia na swoim ubraniu.
Dainah stanęła naprzeciwko niego, starając się uchwycić jego spojrzenie. Wściekłość powoli z niej uchodziła, pozostawiając tylko smutek. Za wszelką cenę starała się uchwycić chociaż resztki tej wściekłości, pewna, że dzięki niej łatwiej odbędzie tę rozmowę.
– To nie tak miało wyglądać – mruknął w końcu Syriusz.
– Świetnie. Wiele to zmienia.
Prychnął, jakby to on miał prawo się irytować w tej sytuacji.
– Co chcesz usłyszeć, Pool?
Spróbowała zebrać myśli na tyle, żeby udzielić mu rzeczowej odpowiedzi. Na usta cisnęło jej się kilka zdań, z których żadne nie byłoby w tej sytuacji pomocne, tylko zaogniłaby sytuację. Wzięła głęboki wdech.
– Chcesz iść do skrzydła szpitalnego?
Spojrzał na nią, jakby wydawało mu się, że się przesłyszał. A potem wybuchnął śmiechem.
Jej ani trochę nie było do śmiechu. Wiedziała, że część z tego, co wydarzyło się u Slughorna nie było jej sprawą – Susannah miała rację, nie powinna się mieszać – ale należały jej się jakieś wyjaśnienia.
– Nie planowałem tego – powiedział, jakby to miało cokolwiek wyjaśniać. – To miał być drobny żart, nic strasznego, ale ten mały gnojek…
– Widziałeś, żeby ktokolwiek się śmiał? – przerwała mu ostro.
Syriusz utkwił wzrok we własnych butach. Najwyraźniej nie miał nic lepszego na swoje usprawiedliwienie. Wiedziała, że pewnie nie planował zakończyć tego wieczoru z pokaźnym siniakiem, ale nie wzbudzał w niej zbyt wiele współczucia. Cały czas starała się być wściekłą, choć było to coraz trudniejsze. Tu, na korytarzu, z dala od wszystkich tych ludzi i ich szeptów, łatwiej było zrozumieć tę sytuację. Tyle, że zrozumienie było w tym przypadku pierwszym krokiem do współczucia, a tego Dainah chciała uniknąć.
– Moja rodzina to banda sukinsynów opętanych ideą czystości krwi – powiedział na tyle cicho, że przez chwilę nie była pewna, czy dobrze słyszy.
Pokiwała głową. Nie było to żadną tajemnicą. Cały Slytherin wiedział, że ród Blacków wstydził się za czarną owcę, która trafiła przed siedmiu laty do Gryffindoru. Jeśli wierzyć plotkom, wstyd ten wzmógł się w ostatnich latach, kiedy to Syriusz pewnej pięknej, letniej nocy wyskoczył przez okno, zabierając ze sobą tylko to, co zmieściło mu się do szkolnej torby, by już więcej nie wrócić do rodzinnego domu. Było w tej opowieści – o ile była prawdziwa – coś, co sprawiało, że serce biło jej szybciej, przepełnione podziwem dla niego; było też coś, co nakazywało jej popukać się w czoło.
– Nie jesteś tacy jak oni – stwierdziła rzeczowo, choć nie znała innych Blacków, ale swoją opinię o nich oparła na opinii o innych rodach, które kochały swoją historię i czystość swojej krwi bardziej niż swoje dzieci. – Nie musisz udowadniać tego pięściami.
Syriusz znów dziwnie jej się przyglądał, więc uciekła wzrokiem gdzieś w bok, wpatrując się w czarną oliwkę, która musiała spaść z syriuszowej szaty.
– Moja rodzina też ma swoje problemy, ale to, skąd pochodzimy, nie definiuje nas jako ludzi, nie? – dodała.
Kiedy podniosła wzrok, Syriusz nadal się w nią wpatrywał. Ten wieczór jednak zmienił coś w ich relacji – Dainah nie brakowało już oddechu, kiedy patrzyła mu w oczy. Zamiast tego przeciągnęła dłonią po twarzy, jakby chciała w ten sposób zmusić się do zebrania myśli.
– Co? – zapytała.
Nie uzyskała jednak odpowiedzi, bo Syriusz wykorzystał ten moment, by delikatnie unieść jej brodę dwoma palcami i przywrzeć swoimi wargami do jej ust. Było to tak niespodziewane, że Dainah nie wiedziała, jak zareagować. Instynktownie chciała zarzucić mu rękę na szyję, ale kiedy jej ręka zderzyła się z jego ręką, zrezygnowała z tego pomysłu. Podejrzewała, że był to jeden z najbardziej niezręcznych pocałunków w historii, ale i tak skończył się zbyt szybko.
Gdy tylko odsunęli się od siebie, Dainah nie była pewna, czy bardziej chce znów go pocałować, czy może spoliczkować. Wszystko, co wydarzyło się tego wieczoru, zaczynało jej ciążyć i nie miała siły rozmawiać o tym z Syriuszem. Albo nie rozmawiać. Czuła się trochę wykorzystana, trochę upokorzona, trochę uwiedziona i trochę miała ochotę kontynuować to, co właśnie zaczęli. Wiedziała jednak, że to nie jest dobry moment. Zrobiła głęboki wdech.
– Pójdziesz do tego skrzydła szpitalnego sam czy mam iść z tobą? – zapytała, przywołując jedyny bezpieczny temat.
– Wycieczki do skrzydła szpitalnego to nasz rytuał, co, Pool? – odpowiedział, unosząc brew i posyłając jej uśmiech, który roztopiłby niejedno skute lodem serce.
Jej serce tylko lekko drgnęło na ten widok. Popatrzyła na niego wyczekująco.
Uśmiech powoli spełzł z twarzy Syriusza, jakby docierało do niego, że tym razem jej nie oczaruje i nie wykręci się z sytuacji, w której wolałby się nie znajdować. Uśmiech i poczucie humoru pozwalały mu uniknąć wielu nieprzyjemnych sytuacji, ale tym razem nie wystarczały.
– Mam nadzieję, że do rana zniknie ci ten siniak – powiedziała tylko, odwracając się na pięcie. Choć miała na to ochotę, nie obejrzała się przez ramię i całą drogę do dormitorium niosła wysoko uniesioną głowę, jakby nic się tego wieczora nie wydarzyło i jakby nie wiedziała o tym, że jutro od rana stanie się obiektem plotek całego zamku.

Na psa urok: 06.

Na psa urok: 05.

Nocne spacery po zamku były jednymi z najgorszych pomysłów, na jakie Dainah wpadła w czasie swojej siedmioletniej edukacji, ale nie mogła ich sobie odmówić. Zaczęły się na piątym roku, kiedy ze stresu przed sumami nie mogła spać. Później wszystko wróciło do normy, ale i tak lubiła przejść się na błonia, może czasami zajrzeć do jakiejś szklarni, której nie powinna odwiedzać, lub do biblioteki. Czasami Filch nakrywał ją na tych spacerach i wlepiał szlaban, zwykle jednak udało jej się uniknąć spotkań z woźnym. Czasami wydawało jej się, że słyszy innych uczniów, ale nigdy z żadnym się nie spotkała. Uważała, że to dobry znak – znak, że potrafi poruszać się po zamku prawie jak jeden z duchów. Byłoby jeszcze łatwiej, gdyby umiała przenikać przez ściany, ale wiedziała, że nie może mieć wszystkiego. Musiało jej wystarczyć chodzenie korytarzami.
Tej nocy nie mogła usnąć i uznała, że dobrym pomysłem będzie spacer po błoniach. No, wymknięcie się z zamku i trzymanie się gdzieś blisko wejścia, żeby móc szybko wrócić, a jednocześnie pozostać niezauważoną z okien. Ten plan miał wiele minusów, ale zawsze miała problemy ze snem w czasie pełni. Zimowe powietrze powinno jej pomóc. Choć był koniec listopada, mróz szczypał w uszy. Tym razem o tym pamiętała i wzięła czapkę. Wzięła też płaszcz i szalik, dzięki czemu była gotowa na każde możliwe warunki atmosferyczne. Brak okien w lochach sprawiał, że to, jaka była pogoda, zawsze było dla niej pewnym zaskoczeniem.
Korytarze były puste, a jednak szła jakby bardziej zdenerwowana niż zwykle. Jej uszu nie dobiegał żaden dźwięk, który mógłby ją zaniepokoić, a jednak coś było nie tak.
To przez tę pełnię, pomyślała. Nie można spać i nie można nawet w spokoju iść na spacer.
Oczywiście wiedziała, że może się to skończyć szlabanem. Nie miała większych obaw. Filch przestawał być straszny, kiedy skończyło się trzynaście lat. Szlabany nadal były w jakiś sposób dolegliwe, ale nie na tyle, by powstrzymać większość uczniów przez zrobieniem tego, co mieli zamiar zrobić.
Drzwi oddzielające Hogwart od reszty świata były ciężkie, a obawy, że zaskrzypią, były właściwie największymi, jakie Dainah miała, jeśli chodziło o ten nocny spacer. Skrzypienie drzwi niechybnie zapewniłoby jej szlaban. Na szczęście stare wrota – choć otwierały się z trudem – nie wydały z siebie dźwięku, zupełnie jakby ktoś je niedawno naoliwił. Chłodne powietrze dotknęło twarzy Dainah, a ona odetchnęła głęboko. Tego było jej trzeba.
Zamknęła oczy i przez moment stała w progu, ciesząc się wolnością, jaką niosło zimowe powietrze. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że powinna jednak zamknąć wrota, jeśli chce zwiększyć szanse bycia niezauważoną.
Zrobiła kilka kroków po śniegu, całkiem ignorując fakt, że zostawia za sobą ślady stóp. Jak będzie wracała, to się nimi zajmie. Teraz chciała chwilę pooddychać. Dotarła do starego dębu, który rósł niemal pod murami zamku i oparła się o jego pień. Świat wydawał się taki spokojny. Mróz musiał być spory, bo jej oddech zamieniał się w parę, a gwiazdy były wyraźnie widoczne. Nie planowała zostawać tam długo.
Skrzypienie śniegu zaalarmowało ją o czyjejś obecności. Niechętnie otworzyła oczy i spojrzała w lewo, skąd słyszała kroki.
– Pool, grzeczne Ślizgonki nie chodzą po błoniach w środku nocy – zagaił Syriusz, jakby spotkali się przypadkiem na środku Wielkiej Sali. – Jeśli to romantyczna schadzka, to brakuje ci drugiej osoby.
– To spacer, nie schadzka – wyjaśniła nieco zbyt szybko. – Nie mierz innych swoją miarą.
Syriusz uniósł brew i posłał jej szelmowski uśmiech.
– Myślisz, że urządzam na błoniach nocne schadzki, Pool? Przyszłaś mnie na jakiejś przyłapać?
– Przyszłam pooddychać czymś innym niż zapach kurzu i płonących pochodni.
Syriusz przestał się uśmiechać i przez chwilę mierzył ją wzrokiem. Ona z kolei przeniosła wzrok z niego na śnieg, woląc nie utrzymywać kontaktu wzrokowego. Widziała wyraźnie swoje ślady stóp, które prowadziły aż do drzwi wejściowych.
– Skąd się tu wziąłeś? – zapytała, nadal patrząc uważnie na ślady. Jedna para butów. Z Wielkiego Holu wyszła jedna osoba.
– O co ci chodzi, Pool? Chodzę do Hogwartu od siedmiu lat. Rozmawialiśmy parę razy. – Wyszczerzył zęby. – To dziwny sposób na podryw, ale jeśli chcesz mnie uwieść tej pięknej, zimowej nocy, nie krępuj się.
Dainah na chwilę zapomniała, jak się oddycha. U-uwieść? Ona – jego? Nie była to myśl, która pojawiła się w jej głowie po raz pierwszy, ale dlaczego miałby powiedzieć coś takiego? Poczuła, jak ciepło napływa do jej twarzy i skupia się na policzkach. Nie miało to raczej nic wspólnego z mrozem, choć wolałaby, gdyby tak było.
– Ślady – odpowiedziała na tyle pewnie, na ile mogła. – Od zamku do tego drzewa prowadzą tylko moje ślady.
Syriusz popatrzył na śnieg, jakby widział go pierwszy raz w życiu.
– Przecież wiesz, że w Hogwarcie nie można się teleportować – zaśmiał się, choć jego szare oczy były poważne. Teraz nie mierzył jej wzrokiem z taką wesołością jak wcześniej. Teraz wyglądał, jakby oceniał, czy może być groźna.
Westchnęła.
– A miej sobie swoje sekrety, tylko nie czaj się tak na ludzi, którzy próbują się zrelaksować – powiedziała, jednocześnie starając się dyskretnie rozejrzeć, skąd mógł przybyć.
Widziała trochę śladów z lewej strony drzewa, ale nic więcej. Jeśli wyszedł tą samą drogą co ona, musiało to być na tyle dawno, by śnieg przysypał jego ślady. Chociaż… padało przed kolacją. Później już nie. Niemożliwe, żeby chodził po błoniach tyle godzin. A jednak – na błoniach nie było śladów ludzkich stóp, tylko tropy zwierząt, które musiały wybiec z Zakazanego Lasu. Dainah poczuła zimno w kościach. Niby wiedziała, że zwierzętom zdarza się wychodzić na szkolne błonia, ale nie wiedziała, że podchodzą tak blisko murów zamku. Nie czuła się dobrze z tą myślą, nie przepadała za większością stworzeń, które nie rozumiały, co się do nich mówiło, i które mogłyby chcieć ją zjeść.
Z Zakazanego Lasu dobiegło wycie wilka, a Dainah przebiegł dreszcz.
– Boisz się złego wilka? – zaśmiał się Syriusz, a uśmiech znów nie sięgnął jego oczu. – Wypełnię swój gryfoński obowiązek i uratuję niewinną pannę przed złym stworem. Chodź, Pool, idziemy do zamku.
Zrobiła głęboki wdech, żeby powiedzieć mu, co myśli o gryfońskiej odwadze i niewinnych pannach, ale kiedy wycie powtórzyło się – czy tylko jej się wydawało, czy było bliżej błoni? – jakoś przeszła jej ochota na dalszą dyskusję. Bez słowa ruszyła w stronę wejścia do zamku, a Syriusz poszedł za nią, patrząc w stronę Zakazanego Lasu w milczeniu. Przez myśl przeszło jej, że może to on boi się tego, co mogło wyjść z lasu, ale próbuje ten strach przelać na nią, żeby nie wydawał jej się mniej męski. Miała ochotę prychnąć na tę myśl.
W końcu jednak dotarli do Wielkiego Holu i Dainah otrzepała buty ze śniegu. Nie była ani trochę bardziej śpiąca i zaczynała żałować, że w ogóle wybrała się na ten spacer.
– No, uratowana – powiedział Syriusz, szczerząc się już zupełnie wesoło. Cokolwiek sprawiło, że się niepokoił jeszcze chwilę temu, przeszło. – Powinnaś pomyśleć o nagrodzie dla swojego wybawcy.
– O czym ty bredzisz? – fuknęła. Jeśli myślał, że rzuci mu się na szyję tylko dlatego, że jest przystojny i potrafi trafić z punktu A do punktu B, to się grubo mylił. Choć była to perspektywa trochę kusząca. – Nie było tu żadnego ratowania.
Tym razem to Syriusz westchnął. Nieco zbyt teatralnie.
– W porządku, nikt nie docenia, jak trudno być Gryfonem – powiedział. – Człowiek nie ma na nic czasu, wciąż tylko trzeba ratować piękne kobiety.
Dainah zacisnęła szczękę. Nie miała zamiaru dać się sprowokować – ani tym, że najwyraźniej została nazwana piękną, ani tym, że utworzył w jej głowie zupełnie niechciany obraz innych dziewczyn, z którymi Syriusz mógłby stać w Wielkim Holu i na które mógłby patrzeć tymi śmiejącymi się oczyma. Choć pewnie stał i patrzył. Nie była wyjątkowa. Ale to nie znaczy, że nie chciała się czuć wyjątkowo choć przez tę chwilę.
– Nie wystarczą ci nagrody od tych pięknych kobiet? – zapytała możliwie obojętnym tonem, choć czuła, że gdzieś w brzuchu ma kawał lodu.
Przez chwilę miał minę, jakby chciał kontynuować to przekomarzanie się, może nawet powiedzieć coś, co sugerowałoby, że ona jest piękna kobietą i z tego tytułu jest mu winna nagrodę. Nie powiedział tego jednak. Może nie była dostatecznie piękna, a może zdał sobie sprawę, że takimi pochlebstwami nie osiągnie tego, co chciał osiągnąć.
– Nie powinnaś sama chodzić nocą po błoniach – powiedział z niespotykaną u niego powagą.
Dainah zdziwiła ta troska o jej dobrostan.
– Ty też nie – odpowiedziała, ale bez przekonania. Była, rzecz jasna, przekonana co do tego, że nikt nie powinien chodzić sam nocą po błoniach, zwłaszcza kiedy w Zakazanym Lesie wyły wilki, ale czuła, że to nie była ta riposta, którą powinna przygotować na tę okoliczność.
Pełnia, uświadomiła sobie nagle. To nie musiały być zwykłe wilki.
Nie zdążyła podzielić się z Syriuszem tą refleksją, kiedy pochylił się nad nią tak, że poczuła jego gorący oddech na uchu. Było to… o wiele bardziej deprymujące, niż się spodziewała. Do tego spodziewała się, że Syriusz będzie pachniał mydłem, może trochę palonym drewnem, jeśli siedział tego dnia przy kominku. Tymczasem poczuła dziwny zapach lasu, który nie mógł pochodzić od żadnej wody kolońskiej, i… czy tak pachniała psia sierść? Czy Syriusz trzymał w zamku psa?
– Pool, mam prośbę – powiedział tak cicho, że bardziej poczuła jego słowa niż je usłyszała. Po jej plecach przebiegł dreszcz, który nie miał nic wspólnego z zimnem czy strachem.
– Ta-ak? – zapytała słabiej, niż planowała.
Syriusz musiał się zaśmiać, bo to też poczuła na uchu i poniżej, na szyi. Był naprawdę blisko. Niebezpiecznie blisko. Powinna się oddalić, jeśli chciała myśleć trzeźwo.
– Wiesz, będę twoim dłużnikiem – dodał, a ciepło, jakie wydzielał, było dla niej wyczuwalne przez płaszcz i piżamę. Nie wykluczała, że gdyby była ubrana w jedną ze zbroi stojących na korytarzu, też by je czuła.
Naprawdę, naprawdę miała nadzieję, że to nie jest głupi żart, który posłuży tylko do tego, by obnażyć jej słabość do niego. Zresztą trudno, żeby nie wiedział o tej słabości. Musiał wiedzieć, skoro ją wykorzystywał.
Lewe ucho nie zdążyło się jeszcze przyzwyczaić do jego bliskości, kiedy poczuła jego dłoń na prawy przedramieniu. Dotknął jej chyba po raz pierwszy. Nawet przez płaszcz czuła, jak z tego miejsca na całe jej ciało rozchodzi się ciepło.
– Pool, proszę – szepnął.
Oddychaj normalnie, na Merlina, przypomniała sobie.
Nie wiedziała, czego chciał, ale miał naprawdę dużą siłę przekonywania. Dainah trudno było sobie wyobrazić prośbę, której by w takim momencie odmówiła.
Czy on chce… mnie zbałamucić?, pomyślała z pewną nadzieją. Nie była pewna, jak inaczej nazwać to, co mogłoby się niedługo wyrazić.
Pogładził ją po przedramieniu.
O Merlinie, chyba chce!
– Idziesz z kimś na przyjęcie do Ślimaka? – zapytał, a ona poczuła tym razem nie tylko ciepło jego oddechu. Poczuła jego nos na swoim uchu. To było zaskakująco zmysłowe.
– N-nie? – powiedziała.
– Świetnie – odpowiedział, uśmiechając się. – Pójdę z tobą – dodał, cmokając ją w uszko.
Dainah zamrugała, niepewna, co się właśnie stało.
– Ze mną? – powtórzyła, boleśnie świadoma, jak głupio brzmi.
– Z tobą, Pool. Będziemy się świetnie bawić.
Teraz, kiedy odsunął się od niej, zrobiło jej się dziwnie zimno. I czuła się skołowana, jakby to, co się właśnie stało, nie pokrywało się z jej nadziejami, przez co miała problem z tym, by ogarnąć rzeczywistość umysłem i zacząć szybko myśleć.
– Po co chcesz iść do Ślimaka? – zapytała w końcu.
– Mam niewyrównane rachunki z bratem – odparł szczerze. – Poza tym jesteś mi coś winna za uratowanie życia. Tym czymś może być jeden wieczór na przyjęciu.
Mrugnął do niej, jakby to wszystko było świetnym żartem. Chciała coś odpowiedzieć, ale usłyszała czyjeś kroki. Kiedy spojrzała w kierunku, z którego dobiegały, zauważyła Filcha, który uśmiechał się na tyle szeroko, że dokładnie mogli policzyć, ilu zębów mu brakuje.
– Co to za nocna schadzka? – warknął. – Szlaban. Oboje. Po paru godzinach czyszczenia pucharów odechce wam się romansowania po nocy.
Dainah wzniosła oczy ku niebu. W co ona się wpakowała?

Na psa urok: 05.

Na psa urok: 04.

Wiatr dął mocniej, niż się tego spodziewała, kiedy wychodziła z zamku bez czapki. Chociaż nawet gdyby wiedziała, że ryzykuje odmrożeniem uszu, nie była pewna, czy zajrzałaby pod łóżko, gdzie – jak podejrzewała – znajdowała się czapka. Depresja miała słabość do wełny – szczególnie teraz, kiedy w lochach było zimno i nieprzyjemnie, a jakaś mniej lub bardziej wyimaginowana wilgoć wchodziła za kołnierz i chłodziła kostki u stóp.
Dainah spróbowała się skulić tak, żeby szalik zakrył jej uszy, ale zdawała sobie sprawę, że nie dość, że to niemożliwe, to jeszcze głupio przy tym wygląda. No i nie dawało jej to żadnego ciepła. Lepiej cierpieć z godnością.
– Dlaczego jest tak zimno – westchnęła Susannah. – Powinni nas na zimę przenosić gdzieś, gdzie jest ciepło. Jesteśmy czarodziejami, czemu musimy siedzieć w takim zimnie.
– Możesz sobie wyczarować ogień. Albo rękawiczki – zauważyła przytomnie Isla.
Susannah i Dainah wymieniły spojrzenia. Owszem, mogły, co nie znaczy, że chciały. Tak, nie chciały, a nie nie potrafiły.
– Lepiej idźmy do Trzech Mioteł i ogrzejmy się w bardziej typowy sposób.
– Kremowe piwo nie jest bardziej typowe od noszenia czapki.
– Nie! – zaprotestowała Susannah, a Isla i Dainah spojrzały na nią, jakby nagle wyrosła jej druga głowa. – Prezenty!
Istotnie, zbliżały się święta i pewnie każda z nich powinna zakupić jakiś prezent, ale zakupy sytuowały się na ich mentalnych listach rzeczy do zrobienia niżej niż na mentalnej liście Susannah, która wydawała się nienaturalnie podekscytowana perspektywą świąt, prezentów i pieczonego indyka. Zupełnie jakby nigdy wcześniej ich nie obchodziła.
– Jest jeszcze dużo czasu – westchnęła Dainah.
– Ale później wykupią nam wszystkie najlepsze!
– W tych sklepach jest ciągle to samo. Niczego nam nie wykupią. Widzimy dokładnie te same towary od pięciu lat – zapewniła Isla.
Susannah wyglądała, jakby trochę opadło z niej powietrze. Dainah i Isla poczuły się niemal winne temu, że zabiły jej dziecięcą ekscytację.
– Możemy zajrzeć do Zonka? – zaoferowała Isla.
– A niektóre z nas mogą postać na zewnątrz – mruknęła Dainah.
– I czekać, aż odpadną im odmrożone uszy?
Dainah zaszurała nogą, jakby zbierała siły na ripostę tak ciętą, że aż odrzuciłaby Islę na kilka stóp w tył, ale jakoś nic nie przyszło jej do głowy. A później, jakby tego było mało, dostrzegła gdzieś w tłumie Syriusza Blacka i przez chwilę zapomniała, że w ogóle powinna myśleć o jakiejś ciętej ripoście. Przypomniała jej o tym dopiero wyczekująca mina Isli, ale wtedy Dainah nie miała już ochoty na werbalne przepychanki.
– W porządku, bawcie się dobrze, a ja poczekam w Trzech Miotłach – oświadczyła.
W jej głowie brzmiało to jak niezły plan – posiedzi w cieple, wypije pyszne kremowe piwo, a przy odrobinie szczęścia poobserwuje Syriusza zza szyby, gdzie nikt nie będzie mógł jej zarzucić, że obsesyjnie mu się przygląda, bo przecież po prostu będzie zerkała na to, co dzieje się na ulicy, i absolutnie nie będzie jej winą to, że Syriusz najpewniej będzie się tą ulicą przechadzał, wszak była to główna ulica i tak naprawdę jedyna godna zainteresowania w całym Hogsmeade. Na pewno będzie miał we włosach płatki śniegu, może rozchełstany płaszcz i…
Jak to bywa z przemyślanymi planami, zamiary Dainah nie wypaliły. Spektakularnie. Owszem, dotarła do Trzech Mioteł. Owszem, było tam ciepło. Owszem, zamówiła piwo kremowe. Tyle tylko, że wszystkie miejsca przy oknach były już dawno zajęte. Mogła ulokować się tylko w okolicy baru, a gdyby zechciała wyglądać przez okno, ryzykowałaby trwały skręt szyi. Zresztą wyglądanie przez okno byłoby strasznie szczeniackie, powinna zachowywać się dojrzalej. Za parę miesięcy skończy szkołę i, naprawdę, najwyższy już czas, żeby wziąć się w garść, póki jeszcze panuje nad sytuacją. Później zadurzy się tak, że nie będzie mogła się skupić na nauce ani na jedzeniu i nieszczęście gotowe. Nie, nie, zdecydowanie powinna sobie wybić to wszystko z głowy. Może to miejsce w Trzech Miotłach było jakimś znakiem od losu, że powinna skupić się na sobie. Albo na czymś innym, co ma przed samym nosem.
Problem w tym, że przed nosem miała zasadniczo ścianę, bo miejsce, które zajęła, było tak niefortunnie stworzone, że umożliwiało obserwację tylko ograniczonego wycinka sali, nie wspominając nawet o świecie zewnętrznym. Być może było to miejsce dla stałych bywalców, którzy przychodzili tu zapomnieć o świecie zewnętrznym i nie chcieli na niego patrzeć. Chociaż nie, tacy pewnie wybierali Gospodę Pod Świńskim Łbem. Może ona też powinna była ją wybrać?
Może tam były miejsca przy oknach?
Miała ochotę wymierzyć samej sobie siarczysty policzek za to, że tak szybko po podjęciu decyzji o niemyśleniu o tym, co dzieje się za oknem, zaczęła myśleć o tym, co się tam dzieje i kto chodzi po ulicy. I czy pada śnieg. I na czyje włosy ten śnieg pada.
Pełne skupienie, powiedziała sobie stanowczo. Będzie siedziała w miejscu, które sobie z braku innych miejsc obrała, i będzie czekała na powrót Isli i Susannah. Potem wypiją po kremowym, porozmawiają o tym, co Susannah kupiła, może wspomną coś o planach na święta lub o nauce, może powrócą do tematu czapek i rękawiczek, ale tylko w kontekście myśliwskich zapędów Depresji, nie zaś umiejętności transmutowania tych przedmiotów. A potem…
– Się masz, Pool – usłyszała tuż przy swoim uchu. Było to tak niespodziewane, że aż podskoczyła na krześle, a kufel kremowego piwa razem z nią.
Odrobina płynu wylała się na blat, ale nie zauważyła tego, bo oto tuż przed jej nosem znajdował się nos Syriusza Blacka. Połączony z całą resztą Syriusza Blacka.
– Cześć – odpowiedziała na tyle nonszalancko, na ile nonszalancki może być ktoś, kto właśnie wylał na stół ćwierć kufla piwa.
– Nie masz szczęścia do płynów, co? Najpierw eliksir, teraz to – zauważył.
– Jasne, naśmiewaj się z cudzego nieszczęścia – odpowiedziała. – Jak plecy? – dodała, zdając sobie sprawę, że to pierwsza ich rozmowa od wizyty w skrzydle szpitalnym, pod czas której nie wykazała odpowiedniego zainteresowana stanem jego zdrowia.
Naprawdę miała nadzieję, że go nie uszkodziła.
– Co? A, tak, wszystko w porządku. Wiesz, to pestka dla pani Pomfrey.
– No tak.
Na chwilę zapadła cisza, w czasie której naprawdę starała się nie patrzeć na roztapiające się płatki śniegu, które miał we włosach. Te, które jeszcze się nie roztopiły, kontrastowały z czernią jego włosów, a te, które uległy już panującemu w pomieszczeniu ciepłu i zmieniły się w wodę, kończyły swój żywot jako krople wody. Niektóre spływały po końcówkach jego włosów. Jedna czy dwie popłynęły po czole i znikły gdzieś w prostych, ciemnych brwiach.
Powinien nosić czapkę, do cholery. To dekoncentrujące.
– Zgubiłaś gdzieś te swoje Ślizgonki? – zapytał zdawkowo.
– A ty zgubiłeś swoich Gryfonów?
Zaśmiał się krótko, ale pokiwał głową.
– Coś w tym rodzaju. Wiesz, jak to jest. Dużo śniegu i lodu, wspaniała zabawa, póki ktoś nie nabije sobie guza.
Dainah upiła łyk piwa kremowego, które jeszcze zostało w jej kuflu.
– Znów próbowaliście wykończyć Snape’a? – zapytała zaskakująco obojętnie jak na kogoś, komu zdarzało się zamienić kilka słów z Severusem. Oczywiście było to w sumie kilka słów na przestrzeni kilku miesięcy, a słowa te dotyczyły tylko eliksirów, ale Dainah nie wykluczała, że byłoby jej trochę przykro, gdyby któryś z głupich żartów naprawdę skończył się tragicznie.
– A skąd, za kogo ty nas masz – teatralnie obruszył się Syriusz. – Próbowaliśmy przekonać Petera do uroków zimy.
– Bez skutku?
Syriusz znów wyszczerzył zęby w uśmiechu.
– Raczej nie polubi tej pory roku. Ale przecież pani Pomfrey radziła sobie już ze skręconymi kostkami czy wybitymi zębami, prawda?
– Nawet nie pytam – stwierdziła Dainah, uśmiechając się lekko.
Sama sytuacja nie była ani trochę zabawna i zrobiło jej się szkoda Petera, z którym co prawda chyba nigdy nie rozmawiała, ale który wydawał się całkiem w porządku. Na pewno nie zasługiwał na to, żeby zostać wytarzanym w śniegu i to tak skutecznie, by musiał później potrzebować pomocy medycznej. Sposób, w jaki Syriusz o tym mówił, wywołał jednak jej mimowolny uśmiech.
– Nawet bym ci nie powiedział.
– Jasne, na pewno chciałeś się pochwalić, jacy jesteście pomysłowi i zabawni – prychnęła Dainah, tym razem ze szczerym rozbawieniem.
– Wszyscy wiedzą, że tacy właśnie jesteśmy.
Dainah już miała coś na to odpowiedzieć, kiedy drzwi Trzech Mioteł otworzyły się, a jej uszu dobiegły znajome głosy. Po chwili Isla wisiała na jej ramionach, trajkocząc w najlepsze o tym, co Susannah kupiła. Dainah nie słuchała. Uważnie patrzyła na Syriusza, którego uśmiech znikł z twarzy, a jego miejsce zastąpiła chłodna obojętność, jakby właśnie wycofywał się z miejsca, które wcześniej zajmował, bo zdał sobie sprawę, że panuje w nim zła energia czy inna bzdura, jaką powtarza się na wróżbiarstwie.
W końcu Susannah do nich dołączyła, stawiając na podłodze sporych rozmiarów torbę z zakupami.
– Mogłaś mi pomóc ją nieść – powiedziała z wyrzutem do Isli. – O. Um, cześć – dodała.
– Cześć – odpowiedział Syriusz, przywołując na usta uśmiech rozbawienia.
No tak, zachowujemy się niepoważnie. Dlaczego nie mogły przyjść tu parę minut później?, przemknęło Dainah przez myśl.
Słowa Susannah zwróciły jednak uwagę Isli, która zostawiła przyjaciółkę w spokoju i spojrzała na Syriusza, jakby widziała go pierwszy raz w życiu.
– Co tu robisz? – spytała tonem tak zaskoczonym, że aż maskował on ewentualną nieuprzejmość samego pytania.
– Zakopuję ślizgońsko-gryfoński topór wojenny – odparł wesoło, po czym teatralnie się skłonił i ruszył w kierunku wyjścia.
Przez chwilę żadna z nich nic nie powiedziała. Susannah patrzyła ze zdziwieniem, Isla – z pewnym podziwem, jakby fakt, że Syriusz z nią rozmawiał, był największym osiągnięciem Dainah w tym semestrze. Kto wie, być może w oczach Isli był. Sama Dainah miała wrażenie, że nie wydarzyło się właściwie nic szczególnego, więc spojrzenia te wywoływały jej dyskomfort.
– No, no – powiedziała w końcu Isla z pewnym podziwem.
– Nie będziesz go gonić? – zapytała Susannah. – W książkach zawsze ktoś kogoś goni.
Dainah prychnęła.
– Mam swoją godność – oświadczyła z przekonaniem silniejszym od tego, które odczuwała.

Na psa urok: 04.

Na psa urok: 03.

W Wielkiej Sali dzieliło ich dostatecznie dużo innych uczniów – ba, dwa stoły innych uczniów, jeśli nie liczyć Gryfonów i Ślizgonów kręcących się przed nosem i zasłaniających jej widok – by mogła bezkarnie mu się przyglądać. W czasie zajęć, na które wspólnie chodzili – eliksirów, zaklęć lub obrony przed czarną magią – było to nieco trudniejsze, ale nie niemożliwe. Na pozostałych zajęciach, kiedy był dostatecznie daleko, by nie mącić jej w głowie, zastanawiała się, gdzie, na stare kalesony Merlina, podziała się jej godność. Gapić się tak bezczelnie – i to jeszcze na Gryfona? Przecież to nie miało najmniejszego sensu, a przy tym urągało jej godności. Powinna nie wychylać nosa zza książek, jeśli w czasie wolnym miała tak głupie pomysły.
Mimo to dalej zerkała, ciągle mając nadzieję, że pozostanie niezauważona.
Z równym powodzeniem mogła mieć nadzieję, że w tym roku Krukoni wygrają Puchar Quidditcha.
– Znowu patrzysz – powiedziała śpiewnym tonem Isla, kiedy Dainah powinna jeść porannego tosta, ale właśnie zgubiła apetyt i zamiast śniadania chłonęła sposób, w jaki Syriusz Black odgarnia zbyt długie włosy z czoła.
– Wcale nie – odparła mechanicznie, chociaż doskonale wiedziała, że patrzyła, na Morganę, nawet musiała zapomnieć o mruganiu, bo oczy zaszły jej nieco łzami, a przecież miała dostatecznie dużo samokontroli, żeby wiedzieć, że nie było to wzruszenie. Nie upadła aż tak nisko, żeby się wzruszać.
– Wcale ta-ak.
Dainah niemal z bólem oderwała wzrok od Syriusza, odłożyła na talerz nadgryzionego tosta, którego i tak pewnie by już nie zjadła, i poważnie popatrzyła na przyjaciółkę.
– A nawet jeśli, to co? – zapytała, unosząc wyzywająco podbródek.
– Powinnaś z nim porozmawiać. Patrzenie nic nie zmieni.
– Może nie chcę niczego zmieniać – syknęła Dainah, przesuwając tostem po talerzu tylko po to, by nie musieć patrzeć na Islę.
– I dlatego patrzysz?
Nie odpowiedziała. Czuła, że dała się zapędzić w kozi róg, ale jednocześnie nie była gotowa przyznać przyjaciółce racji.
– Nie patrzę – powtórzyła z uporem.
Isla wzruszyła ramionami.
– Skoro tak wolisz. – Przez chwilę przesuwała coś widelcem po talerzu, ale nie wytrzymała i zapytała: – Myślisz, że on jest w porządku?
W porządku? – powtórzyła Dainah, która nie była pewna, czy powinna się zapierać, czy przytaknąć, czy oburzyć się, że jej przyjaciółka sugerowałaby, że Dainah mogłaby przedkładać nad śniadanie patrzenie na kogoś, kto nie jest w porządku.
– Wydaje się… no wiesz.
Dainah zmrużyła oczy.
– Nie wiem.
– Trochę bucem? – stwierdziła Isla nieco pytającym tonem.
I pewnie skończyłoby się to mniej lub bardziej celnym rzucie tostem prosto w rudawą czuprynę Isli, gdyby nie Susannah, która przysiadła się do przyjaciółek, jednocześnie poprawiając zmierzwione włosy. Jednoznacznie zdradzały, że dziewczyna znów zaspała i nie miała czasu się uczesać, zamiast tego wolała złapać kilka kęsów śniadania.
– Myślisz, że Black jest w porządku? – zapytała ją Isla.
Susannah zmarszczyła brwi, patrząc w lewo, gdzie – kilkanaście osób dalej – siedział Regulus Black, rok młodszy geniusz, pupilek Slughorna i człowiek, któremu wszyscy wróżyli zawrotną karierę w ministerstwie, jeśli tylko wybierze taką ścieżkę.
– Jest trochę bucem – orzekła. – Ale może go nie znam dobrze.
Dainah prychnęła:
– Nie ten Black.
Teraz brwi Susannah nieco się uniosły na jej czole i wyglądało na to, że chce coś powiedzieć, ale ugryzła się w język. Przez chwilę przyglądała się starszemu z Blacków, by w końcu stwierdzić, że jego też nie zna dobrze.
– Nie trzeba kogoś znać, żeby widzieć, że jest bucem – stwierdziła Isla, jakby wciąż szukając potwierdzenia dla swojej opinii.
– Ale warto go poznać, żeby wiedzieć, czy na pewno jest bucem – warknęła Dainah. – Może przekładasz na niego własne bucostwo.
– Nie w tym przypadku. – Isla zmarszczyła nos. – Pamiętaj, że od dwóch lat mogą oglądać jego popisy w czasie trzech kursów. Po takim czasie można się czegoś o człowieku dowiedzieć.
Tym razem odpowiedziało jej ciężkie westchnienie.
– Też mogę obserwować go w czasie trzech kursów – przypomniała Dainah.
– I nic z tych obserwacji nie wynikło – przypomniała jej Susannah. – Możesz mi podać tamten półmisek?
– Mogę ci rozbić ten półmisek na głowie – zaoferowała Dainah.
Susannah wzruszyła ramionami i sama sięgnęła po półmisek, przy okazji prawie przewracając kubek, z którego piła Dainah. Rzuciła jej przepraszające spojrzenie i skupiła się na jedzeniu.
– Słyszałam, że ciągle umawia się z kolejnymi dziewczynami i to się źle dla nich kończy – kontynuowała Isla, która zrobiła się ekspertem od tego, kto jak się zachowuje w relacjach damsko-męskich, odkąd znalazła sobie chłopaka. – Przebiera w nich jak w fasolkach wszystkich smaków.
Susannah zachichotała.
– Nie wiem, co one w nim widzą, przecież to bufon – kontynuowała Isla, zupełnie nieświadoma tego, że gdyby spojrzenia mogły zabijać, już leżałaby martwa. I to z twarzą w owsiance. Nikt nie chciał umrzeć z twarzą w owsiance. – Uganiają się za nim, jakby był ósmym cudem świata. To, że ktoś jest przystojny, nie oznacza, że należy mu się narzucać. Trzeba się szanować.
– Właśnie to robiłaś ostatnio w szklarni? Szanowałaś się? Z kim tym razem? – warknęła Dainah.
– Hej! – zawołała Susannah, kiedy Isla była zbyt zajęta mruganiem z niedowierzaniem.
Dainah bez słowa wgryzła się w swój tost, ale miała przy tym taką minę, jakby żuła papier i tylko siłą woli zamierzała go zmusić do tego, by jej smakował.
– Sama wiesz, że często go widać to z Gryfonkami, to z Puchonkami, a nawet z Krukonkami, które nie są zbyt zajęte nauką – zaczęła pojednawczo Susannah.
– Nie przyszło ci do głowy, że jest zbyt uprzejmy, żeby kazać im spierdalać?
– No… nie – przyznała Susannah.
Isla wydawała się pozbierać na tyle, by móc włączyć się do rozmowy. Raz jeszcze zerknęła na Blacka, który akurat żywo coś opowiadał jakiejś brunetce, która uśmiechała się zbyt szeroko, by był to szczery uśmiech. Wydawał się skupiony bardziej na opowieści niż na niej, ale czy takie rzeczy można oceniać z perspektywy dwóch dzielących ich stołów?
– Wykorzystuje je i rzuca – orzekła Isla. – Widzisz, że to typ podrywacza. Chodzi mu tylko o to, by pochwalić się nową zdobyczą przed kolegami. Na pewno cała ich czwórka taka jest, po prostu on wygrywa w jakiejś wewnętrznej rywalizacji i dlatego to widzimy.
Dainah odłożyła niedojedzonego tosta na talerz i rzuciła przyjaciółce tak piorunujące spojrzenie, że mniej odważna osoba skuliłaby się ze strachu. Isla jednak przyjęła to spojrzenie ze spokojem. Żadna z nich się nie odezwała przez dłuższy moment.
– Wydaje mi się – zaczęła ostrożnie Susannah – że ktoś go zranił. Może te wszystkie kontakty, jakie nawiązuje, są tylko próbą ukrycia poranionej duszy i tak naprawdę on szuka kogoś, kto ukoi jego egzystencjalny ból i pomoże mu ułożyć sobie życie po tym, jak rodzina się go wyrzekła?
Jak na złość, w tym właśnie momencie Syriusz Black wybuchnął śmiechem, który słyszała połowa Wielkiej Sali.
– Albo i nie… – mruknęła Susannah.
– Żeby mieć poranioną duszę, trzeba mieć więcej niż dwie szare komórki – szepnęła Isla, jakby miała nadzieję, że Dainah tego nie dosłyszy. – W porządku, sumy mu dobrze poszły i owutemy pewnie też zda nieźle, ale to musi być jakaś sztuczka. Widziałyście go kiedyś z książką?
– Może czyta po nocach?
– Po nocach to… – zaczęła Isla, ale Dainah nie dała jej dokończyć. Z niespodziewaną siłą położyła obie dłonie na stole, przy okazji strasząc siedzące obok nich drugoroczne Ślizgonki, które na moment przerwały rozmowę i zerknęły na nią z pewnym niepokojem.
– Idę do biblioteki – oświadczyła ze spokojem, którego ani Isla, ani Susannah się po niej nie spodziewały.
Zanim którakolwiek z nich zdążyła odpowiedzieć, Dainah wstała i wyszła z Wielkiej Sali. Nie skierowała się jednak do biblioteki, ale mniej lub bardziej bez celu włóczyła się po hogwarckich korytarzach, co jakiś czas ignorując nawoływanie dobiegające ze strony któregoś z obrazów. Zadawała sobie pytanie, które od zarania dziejów towarzyszy ludzkości: czy jest naiwna i nie dostrzega tego, co ma przed nosem? A może Isla wcale nie ma racji? Może nie ma jej też Susannah?
Dainah – mimo że poświęcała stosunkowo dużo czasu na obserwowanie Syriusza Blacka – nie podzielała żadnej z opinii, które usłyszała przy śniadaniu. Starała się rozumieć, skąd obydwa pomysły zrodziły się w głowach jej przyjaciółek, ale żaden nie wydawał się jej odpowiedni. Pełny. Prawdziwy. Może zaobserwowały jakiś fragment Syriuszowego jestestwa, ale na pewno nie całość. Dainah odnotowywała w pamięci i katalogowała różne uśmiechy, gesty, spojrzenia i zmarszczenia nosa od tak dawna, że aż wstydziła się do tego przyznać. Rozmowy, które przeprowadziła z obiektem swojej – jeszcze nie niezdrowej – fascynacji były nieliczne, ale wydawało jej się, że byłaby w stanie coś o nim powiedzieć.
Wiedziała, że rozmawia z wieloma dziewczynami, ale wydawało jej się, że to po prostu to – rozmowy. Wiedziała, że znajduje czas na naukę, a kursy, które kontynuują, muszą go interesować, inaczej by się w nie tak nie angażował. Wiedziała, że ma jakiejś zainteresowania, aspiracje, marzenia – choć nie miała pojęcia, jakie mogłyby one być – bo po prostu ludzie tak pełni życia muszą je mieć. Wiedziała też, że mogłaby się z nim dobrze bawić, gdyby kiedyś przypadkiem zderzyli się w Trzech Miotłach – jakieś kremowe piwo, trochę przekomarzania, nic wielkiego. Tyle tylko, że od incydentu w skrzydle szpitalnym wymieniali co najwyżej lekkie, niewiele znaczące uśmiechy lub uniesienia brwi. Co prawda nie zmienił miejsca, w którym siedział, ponownie ryzykując konfrontację z zawartością jej kociołka, ale ani razu nie odwrócił się, by zamienić z nią dwa słowa. I w sumie czemu miałby? Isla i Susannah uważały, że to źle o nim świadczy, że jest albo zbyt wyniosły, albo zbyt nieśmiały (jakby ten pomysł w ogóle miał sens), ale może po prostu miał ciekawsze rzeczy na głowie niż zagajanie do Ślizgonki, którą raz w życiu dotransportował do skrzydła szpitalnego. Dainah nie miała mu za złe tego, że zdaje się jej nie dostrzegać. Irytowało ją tylko, że jej przyjaciółki tak bardzo chciały rozmawiać o jej nieznacznej – i nic nieznaczącej – obsesji.
Kiedy zdała sobie sprawę, że nieświadomie pokonuje tę samą drogę, którą wcześniej wędrowali do skrzydła szpitalnego, zatrzymała się i czym prędzej zawróciła w kierunku biblioteki. Trochę powstań goblinów powinno przypomnieć jej o tym, co jest teraz naprawdę ważne. I nie jest to urokliwa szarość oczu Syriusza Blacka.

Na psa urok: 03.

Na psa urok: 02.

Tym, co było okropnie wyczerpujące w przypadku owutemów, były przygotowania do nich. Dainah była pewna, że kiedy nadejdą same egzaminy, nic, co się na nich wydarzy, nie będzie gorsze niż godziny spędzone na powtarzaniu materiału z poprzednich sześciu lat przy jednoczesnym poszerzaniu już zdobytej – i nie zawsze ugruntowanej – wiedzy. Wybrała przedmioty, które lubiła – eliksiry, zaklęcia, starożytne runy i historię magii – lub te, które były przydatne – jak obrona przed czarną magią, ale nie sprawiało to, że z większą ochotą siadła do nauki. Wiedziała, że nie może całkiem jej sobie odpuścić, ale nie było to szczególnie motywujące, szczególnie kiedy od początku roku szkolnego wszyscy nauczyciele powtarzali, że uczniowie nie powinni rozstawać się z książkami, bo czasu jest coraz mniej. Maj wydawał się tak odległy, że Dainah nie czuła jeszcze presji, żeby skupiać się wyłącznie na nauce.
Może dlatego właśnie była nieco rozkojarzona, kiedy kroiła udka jadowitej ropuchy na eliksirach. Slughorn podkreślał, że trzeba zachować najwyższą uwagę przy usuwaniu gruczołów, i miała zamiar tak zrobić, gdyby nie to, że raz po raz oczy zachodziły jej łzami z powodu wstrzymywanych ziewnięć. Była dziwnie pewna, że profesor nie pochwalałby uczniów ziewających na jego zajęciach z takim rozmachem i zapamiętaniem, z jakimi ona najpewniej by ziewała. Poprzedniej nocy nie spała najlepiej – najpierw musiała dokończyć wypracowanie, które nijak nie chciało przyrastać, a do wymaganej objętości zdawało się cały czas brakować ogromu wiedzy, potem przyszło jej wysłuchać sercowych rozterek Cathy i Isli, a na koniec raz po raz była atakowana przez Depresję, która uznała, że pod jej właśnie łóżkiem jest najlepsza baza wypadowa, a przy okazji można do woli polować na kołdrę.
– Dainah, skup się – syknęła Isla, która też nie była zbyt wyspana, ale potrafiła się na tyle zdyscyplinować, by nie przeszkadzało jej to w pochłanianiu wiedzy.
Jak to zwykle bywa, w tym właśnie momencie doszło do nieszczęścia. Każdy zapamiętał je trochę inaczej. Isla pamiętała, jak z przerażeniem patrzyła, jak Dainah odwraca się w jej stronę, jednocześnie wbijając w ropuchę nóż z impetem właściwym dla osoby, która chce powiedzieć „wiem, co robię, a ty pilnuj swojego nosa”. Dainah pamiętała, jak miejsce irytacji zastąpiło pieczenie tak intensywne, że odrzuciła nóż, który trzymała, i złapała się za przedramię, jednocześnie niemal kuląc się na ławce, przy której pracowała, i potrącając coś ciężkiego ramieniem. Syriusz Black pamiętał, że mieszał swój własny eliksir, kiedy poczuł, że po plecach spływa mu jakaś ciecz, której – był tego pewny – nie powinno tam być; profilaktycznie krzyknął. Profesor Slughorn pamiętał, że kiedy obserwował przewracający się kociołek, to poczuł, że nadciąga migrena.
– Do skrzydła szpitalnego! Natychmiast! – zarządził, patrząc na Dainah, która nadal z całej siły ściskała swoje lewe przedramię. – Panie Black, proszę odprowadzić pannę Pool do skrzydła szpitalnego, pani Pomfrey powinna zerknąć też na pańskie plecy. Pozostali powinni wrócić do pracy!
Dainah próbowała protestować, ale słowa nie chciały przebić się przez falę bólu, która ogarnęła jej ciało. Osiągnęła tyle, że wyprostowała się i odeszła od swojego kociołka, starając się zachować wyprostowaną sylwetkę i jak najwięcej godności. Czuła, że godność ta nie wystarczy jej na całą drogę do skrzydła, ale przynajmniej początkowy odcinek drogi pokona bez wydawania żadnych jęków. Wiedziała też, że protesty nie na wiele by się zdały – co najwyżej usłyszałaby od opiekuna domu kilka cierpkich słów, których nie miała ochoty słyszeć. W sposób oczywisty i niepodlegający dyskusji potrzebowała pomocy medycznej – niezależnie od tego, kto będzie jej towarzyszył w drodze ku tej pomocy.
Zacisnęła zęby. Wiadomo, że kiedy ma się siedemnaście lat, to nie można płakać w żadnej sytuacji, nawet jeśli ma się obawę, że właśnie straciło się rękę z powodu niefortunnego zbiegu okoliczności. Ręka dalej tam była, Dainah widziała i czuła ją wyraźnie, ale ból był tak dotkliwy, że alternatywa wydawała się niemal kusząca.
Syriusz najwyraźniej dostrzegł, że sytuacja jest poważna, bo nie kłócił się z nauczycielem.
– Chodź, Pool – powiedział tylko, a ona nie mogła się nawet ucieszyć z tego, że do niej mówi.
*
Droga do skrzydła szpitalnego jeszcze nigdy nie trwała tak długo. Dainah nie bywała tam często – w ciągu ponad sześciu lat nauki w Hogwarcie miała można dwa wypadki i tyle samo gryp wymagających cudownego eliksiru pani Pomfrey. Nawet kiedy miała gorączkę, do skrzydła mogła dotrzeć stosunkowo szybko.
– Pool, będziesz mdleć? – zapytał Syriusz, kiedy po raz kolejny przystanęła przy jednym z okien. – Może cię przelewitować?
– Nic mi nie jest – wycedziła. – Daj mi chwilę.
Syriusz nie odpowiedział. Dał jej już kilka chwil, w czasie których obserwował ją uważnie. Nie miał wątpliwości, że dziewczyna nie symuluje bólu po to tylko, by urwać się z zajęć, choć początkowo podejrzewał, że jej wypadek był sprytną próbą załatwienia sobie wolnego popołudnia i był jej prawie wdzięczny za to, że go w to – zapewne przypadkowo – wmieszała. Teraz był pewien, że wypadek był poważniejszy, niż do tej pory sądził; zrobiło mi się żal tej upartej Ślizgonki. Widział przecież, że jest źle – palce dłoni, którą zaciskała na lewym przedramieniu, aż zbielały od siły, jakiej używała, a zaciskanie zębów nadało jej twarzy nieprzyjemnego wyrazu. Była jednak zbyt dumna, by skorzystać z jego pomocy. Nie żeby był ekspertem w dziedzinie medycyny. Wydawało mu się po prostu, że jeśli ją przelewituje, dotrą do skrzydła szybciej, więc jednocześnie jej ręką szybciej zajmie się osoba wykwalifikowana do zajmowania się cudzymi rękoma. On się taką osobą nie czuł, a sama myśl o tym, że może jej się pogorszyć i on będzie za to w jakiś sposób odpowiedzialny, sprawiała, że czuł, jakby sam mógł zemdleć.
Merlinie, a jeśli ona zemdleje?
Przynajmniej wtedy nie protestowałaby, gdyby ją przelewitował.
– Jeśli chcesz tam dotrzeć przed kolacją, to powinnaś się pospieszyć – stwierdził, starając się zmotywować ją do działania przez wejście na jej ambicję. Ślizgonki w końcu powinny być ambitne, prawda?
– Idź sam, jeśli tak ci się spieszy – odpowiedziała na przydechu, odchodząc jednak od okna.
– Ślimak kazał mi iść z tobą. Jakim byłbym gentlemanem, gdybym zostawił cię w połowie drogi? – odpowiedział.
– Nie jesteśmy w połowie drogi – ucięła. Była wyraźnie poirytowana i musiało jej to dodawać siły do tego, by iść dalej. Może zapominała o bólu, kiedy się na niego złościła.
– Bo graćkasz się jak moja osiemdziesięcioletnia ciotka.
Dainah zacisnęła zęby. Nie tak wyobrażała sobie pierwszą dłuższą rozmowę, którą odbędzie z Syriuszem. W jej wyobrażeniach mniej było przytyków – nawet jeśli miały ją zmotywować do tego, by szła dalej – a więcej sensu. Sensu zdecydowanie brakowało tej wymianie zdań, do której poniekąd zmusił ich Ślimak. Albo kociołek Dainah.
– Jesteśmy za połową – powiedziała z przekonaniem, robiąc kilka wyjątkowo szybkich kroków naprzód, póki pęd powietrza, który poczuła na przedramieniu, nie zmroził jej nerwów i nie zmusił do tego, by zwolniła. Poruszała się wolniej, ale we właściwym kierunku. Na jej twarzy malowała się stanowczość, jakby właśnie rzuciła wyzwanie całemu światu i zamierzała mu udowodnić, że nie tylko dotrze do skrzydła szpitalnego, lecz także zrobi to w określonym czasie.
– W porządku, jesteśmy za połową – zgodził się Syriusz, który nie brał udziału w wyścigu i nawet niespecjalnie zaprzątał sobie głowę tym, czy połowa drogi jest tutaj, czy była dwa korytarze temu.
Przez chwilę szli w milczeniu; Dainah dalej zaciskała zęby i starała się oddychać miarowo, a Syriusz przyglądał się jej, jakby gotów był ją złapać, gdyby upadała. Racjonalna część jego umysłu wiedziała, że gdyby Ślizgonka postanowiła zemdleć, to pewnie nie zdążyłby uchronić jej przed spotkaniem z podłogą, w końcu nie miał refleksu szukającego, ale ta stuprocentowo gryfońska część twierdziła, że to jego obowiązek.
Kolejne piętro pokonali w milczeniu i Syriusz myślał, że tak będzie aż do samego skrzydła szpitalnego, kiedy nagle Dainah wyrzuciła z siebie pytanie wypowiedziane tak szybko, że musiał przez chwile myśleć, czy na pewno je zrozumiał.
– Jak twoje plecy?
– Co? A, w porządku – zapewnił, zdziwiony, że przez chwilę o nich zapomniał. Czuł, że jego szata jest przemoczona, ale wątpił, by stało mu się coś poważniejszego. Może Ślimak wysłał go tylko po to, żeby przypilnował, by Pool nie zemdlała po drodze?
– Gryfoni – prychnęła i wydawało się, że uznaje tę rozmowę za zakończoną.
– Masz coś do Gryfonów? – zapytał, zanim zdążył się ugryźć w język. Gryzienie się w język nie było jego mocną stroną, zbyt często mówił szybciej, niż myślał.
Dainah przez chwilę nie odpowiadała i zastanawiał się, czy nie uznała jego pytania za dowód na to, że Gryfoni są jacyś… w sumie nie wiedział, co Dainah o nich myślała, ale wzajemna niechęć Gryffindoru i Slytherinu była wręcz legendarna. Czyż rodzina niemal się go nie wyparła, gdy został Gryfonem? Czuł wobec nich pewną pogardę tylko dlatego, że oceniali innych przez pryzmat domu, do którego trafili, a kiedy zdał sobie sprawę, że właśnie w myślach zrobił to samo, poczuł ukłucie wstydu.
– Chodzą za wolno – odpowiedziała Dainah, wyrywając go z zamyślenia.
Faktycznie, szedł wolno, ale tylko dlatego, że to ona narzucała tempo. Wyglądała, jakby miała zaraz zemdleć, to oczywiste, że musiał utrzymać jej tempo, gdyby to od niego zależało, już dawno byłby w skrzydle szpitalnym. Jak mogła sugerować, że to on chodzi wolno!
– Gdyby nie… – zaczął, ale urwał, zobaczywszy, że twarz Ślizgonki znów wykrzywił grymas bólu. Przez chwilę zapomniał, że ta sprzeczka jest zupełnie bez sensu. – Gryfoni po prostu wiedzą, że nie wszędzie warto się spieszyć – stwierdził, posyłając jej plecom szeroki uśmiech.
Dainah westchnęła, choć mógł to też być jęk bólu. Syriusz nie był pewien i nie miał ochoty pytać.
*
Kiedy w końcu znaleźli się w skrzydle szpitalnym, był zdziwiony, że od ich wyjścia z lochów minęło tak mało czasu – miał wrażenie, że szli dobrą godzinę. Pani Pomfrey w pierwszej kolejności zajęła się ręką Ślizgonki, która była blada jak prześcieradło. Syriusz nie słuchał uważnie tego, co pielęgniarka mówiła, zbyt skupiony na wyglądaniu przez okno. Widział tylko, że używała jakiejś dymiącej substancji, słyszał brzdęk szkła, a koło jego nosa w pewnym momencie przelewitowała fiolka z czymś, co wyglądało jak eliksir słodkiego snu. Wyglądało na to, że Pool nie straci ręki, ale proces leczenia zajmie więcej niż pięć minut.
W końcu pani Pomfrey spojrzała pytająco na niego, jakby myślała, że jest tylko uczynnym kolegą, który przyprowadził Dainah do skrzydła, a teraz martwi się o jej stan zdrowia.
– Profesor Slughorn kazał mi przyjść – odpowiedział szybko na jej niezadane pytanie. – Zawartość jej kociołka wylała mi się na plecy.
– Zdejmij szatę – poleciła. Pod nosem powiedziała coś o nieodpowiedzialnych uczniach, którzy porywają się na pracę z substancjami, których nie powinni dotykać.
Syriusz zrzucił szatę bez większego problemu, ale szybko zdał sobie sprawę, że koszula przykleiła mu się do pleców. Pani Pomfrey westchnęła tylko.
– Przejdzie do rana – powiedziała, kiedy Black, krzywiąc się nieco, oderwał materiał od pleców, które były czerwone i opuchnięte, a gdzieniegdzie pokryte żółtymi bąblami. Posmarowała mu plecy jakąś przyjemnie chłodzącą substancją i kazała zostać w skrzydle przynajmniej przez godzinę. I pod żadnym pozorem nie leżeć na plecach.
Są gorsze sposoby na unikanie zajęć, przeszło mu przez myśl. Ale na kolejnych eliksirach muszę usiąść dalej od tej Pool.

Na psa urok: 02.