Epilog.

Panna Gamp wróciła do wynajętego mieszkania zmęczona, ale całkiem zadowolona. Wieczór zapadł już parę ładnych godzin temu, a mugole w mieszkaniach obok powoli kończyli się krzątać i kładli się spać. Sigrid nie słyszała wspomnianego krzątania – mury kamienicy były za grube – ale była pewna, że miało miejsce, w końcu przez parę lat udało jej się poznać zwyczaje sąsiadów.
Początkowo wydawało jej się, że nie będzie w stanie przywyknąć do niewielkiego mieszkania. Budziły ją hałasy dochodzące z ulicy, a nocne spacery po dzielnicy zupełnie nie wchodziły w grę; z czasem jednak przyzwyczaiła się do odgłosów miasta i przestała się bać podpitych mugoli. Zawsze jednak miała w kieszeni różdżkę. Może i przywykła do tej okolicy, ale nie oznacza to, że chciała być bezbronna. Czasami łapała się na tym, że z podejrzliwością przyglądała się każdemu, kto zbliżał się w jej kierunku – nie tylko mugolom na ulicy, lecz także współpracownikom w Mungu. Od wydarzeń w Hogwarcie upłynęło już ponad sześć lat, ale w Sigrid pozostała jakaś obawa, że po raz kolejny ktoś będzie chciał ją okłamać lub spróbować decydować za nią w sprawach, w których ostateczne słowo powinno należeć do niej. Obawy te nie wpływały jakoś szczególnie na jej życie towarzyskie, choć trudno by je było nazwać bujnym. Niemal codziennie była w Mungu, toteż większość czasu spędzała z innymi uzdrowicielami ze znajdującego się na parterze oddziału wypadków przedmiotowych. Praca zajmowała jej na tyle dużo czasu, że nie przeszkadzało jej niezwykle ograniczone grono znajomych, których widywała w czasie wolnym. Mogła do woli siedzieć z nosem w książkach lub doskonalić zaklęcia domowe, w których nie była najlepsza. Potrafiła doskonale sprzątać, ale te związane z gotowaniem po prostu jej nie wychodziły, nawet kiedy postępowała zgodnie z zaleceniami wypisanymi w książce. Kiedy wyrzucała do kosza kolejny zakalec, czasami przychodziło jej do głowy, że gdyby mogła zwrócić się o pomoc do matki, najpewniej szybciej nauczyłaby się tych typowo kobiecych zaklęć. Potem jednak zdawała sobie sprawę, że jej matka prawdopodobnie nigdy w życiu nie użyła ani jednego z tych zaklęć, ponieważ wszystko robiły za nią skrzaty.
Sigrid nie rozmawiała z matką od czasu pamiętnej awantury, która miała miejsce krótko po powrocie panny Gamp z Hogwartu. Przez pierwsze dwa dni rodzice nie poruszali tematu zaręczyn z Oswaldem, ale trzeciego dnia matka złamała niepisaną zasadę i zaczęła namawiać córkę, by przemyślała swoją decyzję, bo znalezienie drugiego narzeczonego będzie trudne, jeśli nie niemożliwe, biorąc pod uwagę, że jedno słowo Löwenheima na temat spotkania w Hogsmeade wystarczy, by zrujnować jej reputację. Sigrid wyjaśniła, że napisała już do niego list informujący o zerwaniu zaręczyn i nie interesują jej żadni narzeczeni, już zdecydowała, że chce zostać uzdrowicielką. Pani Gamp nie przyjęła tego najlepiej, więc rozmowa szybko przerodziła się w kłótnię, którą najpewniej słyszało pół hrabstwa. Sigrid do tej pory dziwiła się samej sobie, że była w stanie sprzeciwić się matce i nie zmienić zdania pod naporem jej krzyku. W każdym razie do akcji musiał wkroczyć pan Gamp, którego wrzaski wywabiły z gabinetu. Nie powiedział ani słowa do córki, wyprowadził tylko panią Gamp z pokoju i wezwał skrzata, który od razu przyniósł kieliszek czegoś na uspokojenie nerwów. Sigrid nie usłyszała już ani słowa od matki, ale po kolacji – którą skrzaty przyniosły jej do pokoju, co w oczywisty sposób miało sugerować, że nie jest mile widziana przy rodzinnym stole – w jej pokoju zjawił się ojciec. Usiadł na krześle przy biurku i przez dłuższą chwilę przyglądał jej się, jakby chciał się upewnić, że podjął właściwą decyzję. Sigrid miała wrażenie, że prześwietla ją na wylot, zagląda w głąb duszy i czyta w jej myślach. W końcu jednak pan Gamp przeniósł wzrok na ścianę, gdzieś ponad lewym ramieniem córki. Powiedział, że go zawiodła. Sigrid milczała; słyszała już to samo od matki. Pan Gamp, podobnie jak wcześniej jego małżonka, wspomniał też, ile wysiłku kosztowało ich zaaranżowanie małżeństwa, z którego Sigrid tak szybko zrezygnowała. Dodał też coś o niedojrzałych smarkulach, które nie mają pojęcia o prawdziwym świecie, a potem zamilkł i znów świdrował ją wzrokiem, być może czekając na jakiś wyraz skruchy i rzewne przeprosiny. Nie doczekawszy się ani jednego, ani drugiego, wstał z krzesła i wyjął z kieszeni niewielką sakiewkę, którą położył na biurku. Wyjaśnił córce, że nie mają zamiaru popierać jej frywolnego zachowania i planów całkiem niestosownych dla kobiety o jej pozycji społecznej, dlatego też chcą, żeby jak najszybciej opuściła ich dom. Jako że nie są bez serca, podarują jej pewną ilość złota, ale to wszystko, co kiedykolwiek od nich dostanie. Sigrid pokiwała głową, zdając sobie sprawę z powagi sytuacji – zyskała wolność, ale straciła rodzinę. Miała ochotę się rozpłakać, ale wiedziała, że niczego to nie zmieni. Podziękowała więc i zapewniła ojca, że w ciągu doby zniknie z jego domu. Oczywiście dotrzymała słowa, choć w pakowaniu musiał jej pomóc Johan. Obiecał, że będzie do niej pisał i życzył jej powodzenia. Sigrid doskonale zdawała sobie sprawę, że powodzenie jej się przyda – wylądowała w umiarkowanie schludnym pokoju w Dziurawym Kotle i nie miała pojęcia, co powinna zrobić dalej. Kiedy już uwolniła się od władzy rodziców, wolność i możliwość dokonywania wyborów trochę ją przerażały i paraliżowały. Spędziła dobre trzy dni w Dziurawym Kotle, zastanawiając się nad swoją przyszłością, ale nie robiąc nic konstruktywnego. W końcu trzeciego dnia usłyszała pukanie do drzwi, a kiedy je otworzyła, zobaczyła Torvalda, którego przecież miała już nigdy, przenigdy nie widzieć. Burke wyjaśnił, że Johan wysłał mu sowę. Uśmiechnął się krzywo – w ten irytujący, ujmujący sposób, który sprawiał, że wnętrzności Sigrid chciał się roztopić. Nie wyglądał, jakby szczególnie przejmował się tym, co wydarzyło się kilka tygodni wcześniej w Hogwarcie. Wyjaśnił, że całkiem nieźle radził sobie na Nokturnie i, kiedy już upewnił się, że panna Gamp nie rzuci w niego jakąś złośliwą klątwą, zaproponował jej swoją pomoc. Przez chwilę chciała odmówić, ale kiedy rozejrzała się po pokoju i przypomniała sobie, jak zagubiona się czuła, gdy tylko z niego wychodziła – zgodziła się.
Sigrid westchnęła, zdjęła buty i wstawiła wodę na herbatę. Jesień zaczęła już intensywnie zmieniać się w zimę i panna Gamp martwiła się, że znowu będzie musiała uszczelniać okna zaklęciami, bo stare gazety nie zdawały w tej kwestii egzaminu, jak przekonała się pierwszej zimy. Właściwie mogłaby się przeprowadzić, bo pieniądze, które zarabiała w Mungu, wystarczyłyby na coś lepszego, ale nie chciała. Przywiązała się do tych dwóch pokojów z kuchnią; poza tym miała pewność, że jak długo mieszkała w mugolskiej dzielnicy, tak długo rodzice nie zainteresują się jej losem. Johan, który ukończył już Hogwart (wcześniej pomagając Slytherinowi zdobyć Puchar Quidditcha trzy razy z rzędu) i planował wziąć ślub z dziewczyną, którą sam wybrał, ale która zyskała przychylność państwa Gamp, wiele razy powtarzał jej, że rodzice najpewniej przyjęliby ją do domu, gdyby tylko ich odwiedziła, ale Sigrid nigdy się na to nie zdecydowała. Nie chciała nawet sobie wyobrażać, jak taka wizyta mogłaby przebiegać i o ile spraw mogliby się posprzeczać. Wolała trzymać się swojego życia, które może nie było idealne, ale przynajmniej było jej własne.
Czajnik zaczął poświstywać, więc panna Gamp wsypała do szklanki trochę herbaty, a potem zalała ją wodą. Nie zdążyła jeszcze wyjść z kuchni, kiedy usłyszała zgrzyt klucza w zamku. Uśmiechnęła się lekko i zawróciła, żeby przygotować drugą herbatę.
– Cholerni mugole, jeśli to się nie skończy jakąś krwawą jatką…! – dobiegło z przedpokoju. Sigrid westchnęła. Wiedziała, że z kontynentu docierały nie najlepsze wieści, ale nie sądziła, żeby faktycznie mogło to doprowadzić do jakichś walk, nawet jeśli w całą tę sprawę zaangażują się czarodzieje. Europa przeżyła już jedną wojnę i nie potrzebowała następnej, niezależnie od tego, jakie plotki krążyły po kraju.
– Herbaty? – zapytała i, nie czekając na odpowiedź, postawiła obie szklanki na stole w salonie. Zauważyła mokre ślady na parkiecie i dywanie. Zmarszczyła brwi. Naprawdę wolałaby, gdyby pamiętał o zdejmowaniu butów i nie zmuszał jej do używania zaklęcia, nad którym nie do końca panowała.
Torvald nie odpowiedział, tylko cmoknął ją w czoło i opadł na niską sofę. Mruknął jeszcze coś o mugolach, potem dodał coś o zwiększonym zapotrzebowaniu na substancje, które rzadko są wykorzystywane do pokojowych celów, ale w końcu zamilkł i utkwił wzrok w szklance. Zawsze dziwiło go, że Sigrid była w stanie przygotować herbatę tak szybko, a do tego zawsze miała pod ręką ciasteczka. Nic dziwnego, że tak często ją odwiedzał.
Panna Gamp powiedziała, że w Mungu nie dzieje się nic nowego, nie wzrosła nawet liczba pacjentów z zatruciami, czego się spodziewała, choć nie mówiła tego Torvaldowi, który, jako jeden z tych Ludzi Od Wszystkiego z Nokturnu pośrednio byłby temu winny.
– Sprzedają to za granicę – rzucił w kierunku swojej szklanki, cały czas unikając jej wzroku. Rzadko się tak działo, zwykle patrzył prosto na nią i uśmiechał w ten charakterystyczny sposób, póki nie zgodziła się na kolejne szaleństwo.
– Czemu przyszedłeś? – zapytała w końcu, odstawiając swoją szklankę. Straciła jakoś ochotę na herbatę. Atmosfera w salonie nagle stała się bardziej napięta.
Burke milczał przez chwilę, kołysząc zawartością szklanki. Sigrid musiała się powstrzymać, by mu jej nie zabrać, póki jeszcze nie rozlał niczego na dywan. Cały weekend myślała o tym, że powinna go wyczyścić, i kiedy w końcu jej się udało, Torvald próbuje go znów ubrudzić.
– Uwierzysz, jeśli powiem, że się stęskniłem?
– Nie, raczej nie – odparowała, od razu zdając sobie sprawę, że jej ton był odrobinę zbyt chłodny. Nie dodała jednak nic, co mogłoby ocieplić wypowiedziane słowa.
Nie podobało jej się, że Burke nigdy nie zaproponował, by zamieszkali razem, ale jednocześnie nie przeszkadzało mu przychodzić do niej, kiedy tylko miał na to ochotę. Nie pisnął nawet słowa o zaręczynach czy ślubie, co nie przeszkadzało mu raczej częściej niż rzadziej lądować w jej sypialni, o co Sigrid czasami miała do siebie pretensje, szczególnie kiedy w nocy nachodziły ją przerażające myśli o nieplanowanej ciąży. Nie podobało jej się też, jakiego rodzaju interesy prowadził i z jakimi ludźmi się kontaktował. Irytowało ją, kiedy rano budziła się w pustym łóżku, po czym odkrywała, że wyszedł z jej zapasem tych czy tamtych eliksirów, a także całym zapasem ciasteczek, które miała w kuchni. Złościła się, kiedy znikał bez słowa na dwa tygodnie czy miesiąc. Starała się nie zastanawiać, czyimi perfumami będzie pachniał, kiedy wróci, albo jak wiele Ognistej wypije, zanim do niej trafi.
A jednak nic nie mówiła. Nie przeprowadziła się, nie zabrała mu klucza, nie wyrzuciła go za drzwi. Cierpliwie kupowała nowe ciasteczka, sprzątała zabłocony dywan, prała jego koszule i warzyła nowe eliksiry, żeby uzupełnić zapasy. Wszystko to sprawiało, że kiedy Torvald się u niej zjawiał, w całym mieszkaniu panowała dziwnie domowa atmosfera, która skłaniała go do tego, by czasami zostać nawet na kilka dni. Bywało, że panna Gamp zastanawiała się, co myślą o niej sąsiedzi, ale potem przypominała sobie, w jakiej dzielnicy mieszkała. Pewnie zastanawiali się, dlaczego odwiedza ją tylko jeden mężczyzna.
– Ranisz mnie, Sigrid – powiedział, ale jego słowom zaprzeczył szeroki uśmiech.
– Wiedziałam, że w końcu przyjdzie moja kolej – odpowiedziała, uśmiechając się równie szeroko. Wiedziała już, jak ten wieczór się skończy.
Rano, zanim wyszedł, Torvald powiedział jej, że wieczorem powinni gdzieś razem wyjść. Sigrid uniosła w zdziwieniu brwi, ale Burke odmówił ujawnienia szczegółów swojego planu, co zirytowało pannę Gamp. Torvald zaśmiał się i wyjaśnił, że musi o nią dbać, bo jeśli kiedyś postanowi się ustatkować, to tylko z nią. A później wyszedł, Merlin jeden wie dokąd. Sigrid westchnęła. Nie tak wyobrażała sobie przyszłość, kiedy opuszczała Hogwart, ale podejrzewała, że gdyby ktoś powiedział jej, że może cofnąć się w czasie i zacząć od nowa, nie zdecydowałaby się. Jej życie nie było idealne, ale czyje było? Radziła sobie finansowo, robiła to, co chciała, a do tego mogła sama o sobie decydować. Być może nie osiągnęła więcej, ponieważ nie była pięknym głuptaskiem, ale to, co miała, w zupełności wystarczało.

Epilog.

Rozdział osiemnasty.

Sigrid Gamp siedziała w Wielkiej Sali i z wyrazem najwyższego znudzenia grzebała widelcem w czymś, co znajdowało się na jej talerzu. Nie była pewna, co to było. Od jakiegoś czasu – mogła dokładnie określić, od jakiego, ale nigdy nie przyznała tego na głos – nie była pewna, co je, jeśli w ogóle pamiętała o posiłkach. Większość czasu spędzała w bibliotece i przypadkowy obserwator mógłby przysiąc, że była to ta sama panna Gamp, która jeszcze w grudniu spędzała tam niemal każdy wieczór. Sigrid jednak miała pełną świadomość tego, ile zmieniło się w ciągu kilku miesięcy. Zwykle przypominała sobie o tym w czasie długich, bezsennych nocy, kiedy to analizowała każde wypowiedziane czy usłyszane słowo, opracowywała plany na przyszłość i próbowała zaplanować swoje dalsze życie. Nikt jej nie poinformował, że plany układane w środku nocy rzadko są udane. Nikt jej nie poinformował o wielu rzeczach, ale dopiero teraz docierało do niej, co naprawdę oznacza powiedzenie, że wiedza to potęga. Do tej pory żyła w przeświadczeniu, że chodzi o poznanie zawartości jak największej ilości ksiąg, o przyswojenie informacji i stworzenie w głowie ogromnej bazy danych; teraz uświadomiła sobie, że byłaby o wiele szczęśliwsza, gdyby w porę wymieniła połowę tej wiedzy na informacje na temat jej własnego życia.
W pewnym oddaleniu od niej siedziała grupa szóstorocznych Krukonek. Jedna z nich opowiadała jakąś zabawną historię, a pozostałe śmiały się w głos. Jednej nawet zawartość widelca spadła na szatę, co tylko zwiększyło ogólną wesołość. Sigrid rzuciła im obojętne spojrzenie i ponownie wbiła wzrok we własny talerz. Nie wiedziała, czy powinna cieszyć się wizją nadchodzących owutemów, które pozwolą jej opuścić Hogwart, czy raczej martwić się tym, co czeka ją później.
Kilka dni pod odejściu Torvalda, kiedy Johan wyjaśnił jej już wszystko, a ona wylała stosowną ilość łez, podjęła decyzję, by napisać zarówno do rodziców, jak i do Oswalda, którego co prawda nie poznała, ale wszystko, czego dowiedziała się na jego temat, nie zachęcało jej do nawiązania bliższego kontaktu. Chciała tylko wytłumaczyć mu, że Alyssa nie była nią. Listowna odpowiedź, jaką otrzymała, była tak prostacka, że od razu wylądowała w kominku.
List od rodziców prawdopodobnie także powinien tam wylądować, ale tak się nie stało. Poinformowała ich bowiem, że chce zerwać zaręczyny. Przedstawiła zmodyfikowaną wersję wydarzeń w Hogsmeade, zgodnie z którą pojawienie się Alyssy było złośliwym żartem, którego ofiarą miała paść panna Gamp. Nie wdawała się w szczegóły, ale stanowczo podkreśliła, że nie chce być żoną człowieka, który zachowuje się w tak niemoralny i nieobyczajny sposób. Miała pełną świadomość, że nie powinna wypominać komukolwiek nieobyczajności, ponieważ jej związek z Torvaldem niewątpliwie zostałby potępiony przez społeczeństwo, gdyby tylko ktoś się o nim dowiedział; była jednak pewna, że nie chce mieć z Oswaldem Löwenheimem nic wspólnego, a wykorzystanie tej sytuacji wydawało jej się najłatwiejszym rozwiązaniem. Może jednak czegoś się od Burke’a i pozostałych mężczyzn, którzy chcieli sterować jej życiem nauczyła. Nie była z siebie dumna, ale poczuła się lepiej, jakby właśnie zdejmowała z pleców olbrzymi ciężar, o którym nie wiedziała, że go nosi.
Odpowiedź pani Gamp była pełna wyrzutów i oskarżeń o bezsensowne marzenia o ognistym romansie, a także o egoistyczne przedkładanie własnych pragnień nad interes całej rodziny, o niedocenianie poświęcenia, jakbym było zaaranżowanie całego tego układu. Sigrid spodziewała się podobnej reakcji, ale nie oznaczało to, że słowa matki jej nie zabolały. Niemniej jednak nie spaliła tego listu, a jedynie schowała na dno kufra. Może uważała, że krzywdząca ocena jej poczynań była pewnego rodzaju karą za to, że nie chciała się podporządkować? Łamanie zasad nikomu nie powinno uchodzić na sucho, prawda?
W ciągu kilku kolejnych dni Sigrid robiła wszystko, żeby uniknąć spotkania z Bernardem, choć ten kilka razy próbował zacząć rozmowę. Przynajmniej dwa razy uchwyciła też współczujące spojrzenie Gabriela Lyndona, który zerkał na nią ze stołu Gryfonów. Panna Gamp nie chciała ich towarzystwa ani ich zainteresowania. Zrobili już wystarczająco dużo, powinni zostawić ją w spokoju i pozwolić jej teraz zacząć decydować o swoim życiu – póki jeszcze nie jest za późno. Zdała sobie sprawę, że niewiele brakowało, a znalazłaby się w prawdziwej sytuacji bez wyjścia: gdyby podporządkowała się rodzinie i wyszła za Oswalda, zostałaby kurą domową, stałą bywalczynią salonów i nieszczęśliwą, niespełnioną kobietą, żyjącą z dnia na dzień, ignorującą zdrady męża i różnego rodzaju otaczające ją intrygi. Gdyby nie Torvald, prawdopodobnie nawet by nie zastanowiła się, jak bardzo tego wszystkiego nie chce; gdyby nie pokazał jej, że świat może wyglądać inaczej, przystałaby na to, ponieważ od lat przekonywano ją, że nie ma żadnej alternatywy. Powinna być mu za to wdzięczna, ale nie mogła wybaczyć mu, że ją okłamywał.
Przejmowanie władzy nad własnym życiem było jednak zajęciem pracochłonnym i dlatego panna Gamp odizolowała się od reszty uczniów. To właśnie doprowadziło do obecnej sytuacji: do owutemów pozostał niecały tydzień, a ona siedziała samotnie przy stole, dłubiąc widelcem w czymś, co chyba miało być omletem.
Zaczęła się przelotnie zastanawiać, jak wyglądałoby jej życie, gdyby Torvald nie został usunięty ze szkoły; czy wybaczyłaby mu, że działał za jej plecami? Może do reszty poddałaby się jego czarowi i zdecydowała się na jakiś szalony krok, który teraz wydawał jej się czystą głupotą? Może zgodziłaby się uciec z nim, rujnując swoją reputację i ryzykując, że zostanie porzucona, gdy tylko Burke się nią znudzi? Może wyszłaby za Oswalda i utrzymywałaby romans ze Ślizgonem, żeby zapewnić mu sieć kontaktów wśród arystokracji? W końcu o to mu przecież chodziło; chciał jak najwięcej zarobić, a powszechnie wiadomo, że arystokracja jest najpewniejszym źródłem zysku. Wolała nie zastanawiać się, czy Burke postanowił nawiązać znajomość z nią tylko dlatego, że mogła być dla niego użyteczna. Oczywiście tego typu myśli i tak napływały do jej głowy, szczególnie nocą, kiedy nie mogła spać, a wszystkie plany wydawały się zbudowane na cienkich i chybotliwych nóżkach.
Zdecydowanym ruchem odłożyła widelec, jakby omlet w jakiś sposób ją uraził i sprowokował niechciany potok myśli. Nie mogła pozwolić, żeby teraz dopadł ją smutek, musiała skupić się na egzaminach, na swojej przyszłości. Będzie miała jeszcze wiele, wiele lat na przeżywanie tego słusznego smutku. Teraz jednak musi z niego zrezygnować na rzecz ważniejszych spraw, ale żeby móc się na nich skupić, powinna zacząć się odżywiać. Omlet wyglądał jednak na tyle nieapetycznie, że zadecydowała o wprowadzeniu swojego postanowienia w życie dopiero w porze kolacji.
Wydawało się, że tego dnia coś w niej pękło i Sigrid Gamp podjęła jakąś ważną decyzję. Nie było to prawdą: coś w niej pękło o wiele wcześniej, a decyzję podjęła o wiele później, ale być może tego akurat dnia jedno wydarzenie zostało przeanalizowane i powolutku zaczęło z niego kiełkować drugie, niedojrzałe jeszcze i całkiem zielone, ale już widoczne na horyzoncie. Póki jednak nie osiągnęło postaci dorosłej, Krukonka skupiała się na nauce i o wiele częściej pojawiała się w Wielkiej Sali, nie tylko po to, by odbierać innym apetyt swoim smutkiem. Nie, w tych dniach Sigrid cechowała jakaś ponura determinacja, czająca się gdzieś w opuszczonych kącikach ust czy przekrwionych oczach. Nadal nie sypiała najlepiej, a do tego wertowała księgę za księgą, jakby starała się zrekompensować brak wiedzy o samej sobie wiedzą na temat zaklęć. Nie chciała myśleć o transmutacji, za bardzo kojarzyła jej się z Torvaldem – do tego stopnia, że wybuchła płaczem, kiedy udało jej się przemienić coś w surykatkę. Od tego czasu powtarzała materiał z innych przedmiotów, zostawiając transmutację na koniec.
W całym tym ferworze całkiem zapomniałam o quidditchu, póki któregoś dnia nie usłyszała, że Ślizgoni wygrali Puchar. Zdała sobie wtedy sprawę z dwóch rzeczy: po pierwsze, musieli zastąpić kimś Torvalda, ponieważ mecz na pewno odbywał się po tym, jak został wyrzucony, po drugie, nie wiedziała o meczu, ponieważ siedziała w bibliotece, całkiem odcięta od innych ludzi. Być może spędzanie takiej ilości czasu w samotności przyczyniało się do tego, że nie wiedziała także o wielu innych rzeczach. Wobec niemożności poznania zawartości każdej napisanej księgi, zdobywanie wiedzy na temat pozornie mniej istotnych wydarzeń nie wydawało się ani trochę słuszne; w końcu czym jest wiedza o meczu quidditcha wobec ogromu informacji na temat postępu, jaki w przeciągu ostatnich trzystu lat dokonał się w dziedzinie eliksirów podawanych czarodziejom z urazami struktury kostnej? Wiedza o tych eliksirach, choć niewątpliwie fascynująca, nie zbliżała panny Gamp do innych ludzi, a życie w izolacji z kolei mogło doprowadzić do kolejnej sytuacji w rodzaju tej, w której niedawno się znalazła. Czy uniknęłaby tego wszystkiego, gdyby miała wokół siebie więcej ludzi? Pewnie nie całkiem, ale chciała myśleć, że szybciej dowiedziałaby się, że coś działo się za jej plecami. Niewątpliwie jednak teraz, kiedy wszystko się posypało, nie siedziałaby sama, bo osoba, która jeszcze pół roku temu była jej jedynym przyjacielem, zawiodła jej zaufanie. Nie mogła zastąpić Bernarda tak szybko, jak szybko drużyna Slytherinu zastąpiła Torvalda. Zdziwiło ją, jak ta zmiana w składzie drużyny ją zabolała; logiczna część jej umysłu zdawała sobie sprawę, że było to nieuniknione, ale ta druga, mniej logiczna, która wiedziała, ile dla Burke’a znaczyłoby zdobycie Pucharu, czuła się zawiedziona. Powinni jakoś bardziej przejąć się jego odejściem. Wystawienie nowego gracza sprawiało, że niemal niezauważalną stała się luka, jaką w taktyce Ślizgonów spowodowała jego nieobecność. Sigrid miała wrażenie, że powinni to odczuć silniej – najlepiej tak jak ona, kiedy miała odwagę przyznać przed samą sobą, co czuła.
Kilka dni przed owutemami próbowała porozmawiać z Johanem i wypytać go delikatnie o to, czy utrzymuje listowny kontakt z Torvaldem. Sigrid nie była pewna, czy wiedziałaby, co chce napisać w liście do Burke’a, ale czułaby się pewniej, gdyby wiedziała, że ma możliwość skontaktować się z nim; i, przede wszystkim, że on może skontaktować się z nią, gdyby uznał, że tego właśnie chce. Najwyraźniej jeszcze takiej potrzeby nie odczuł, ale nie minęło jeszcze dużo czasu, a on prawdopodobnie zajęty był innymi sprawami. Akurat o to Sigrid nie miała do niego żalu.
– Naprawdę chcesz się z nim kontaktować? – zapytał Johan, kiedy już wyjaśnił jej, że otrzymał jeden list od Burke’a, ale nie znał jego dokładnego miejsca pobytu. Żadne z Gampów nie skomentowało treści listu, Johan nie chciał martwić siostry swoją nielegalną działalnością, a ona nie chciała nic na ten temat wiedzieć. Miała za dużo własnych problemów i wybrała rozwiązanie godne tchórza.
– Nie wiem – odpowiedziała zgodnie z prawdą. – Chciałabym wiedzieć, gdzie jest. Tak na wypadek, gdybym miała mu coś do powiedzenia.
Młody Gamp pokiwał głową. Wydawało mu się, że Sigrid i Torvald będą mieli sobie o wiele więcej do wyjaśnienia, ale nie komentował decyzji siostry. Po tym, jak otrzymał wykład na temat bez porozumienia z nią i ingerowania w jej sprawy, trochę bał się jej sprzeciwiać i choćby sugerować, jak powinna się zachowywać. Co więcej, nie był już taki pewny, czy Burke byłby idealnym mężem dla Sigrid. Nadal nie podobało mu się, że wynajął Alyssę, której zachowanie wydawało się wychowanemu pod kloszem Johanowi nieco skandalizujące i całkiem nieprzystające damie.
– Postanowiłaś już, co zrobisz po owutemach? – zapytał, ale nie dlatego, że chciał poinformować matkę. Po prostu był ciekaw, co postanowi jego siostra.
Prawdę mówiąc, Johan przestał pisać listy do matki od razu po tym zamieszaniu z Torvaldem i Oswaldem. Otrzymał od niej dwie wiadomości z zapytaniem, co się dzieje, a kiedy nie odpisał na nie – wyjca. Pani Gamp wykrzyczała, że niepokoi ją ten brak wiadomości, że się martwi i Johan nie powinien dawać jej tylu powodów do zmartwień, bo zawsze był takim grzecznym chłopcem. Grupa starszych Ślizgonów nadal się z niego śmiała, ale młody Gamp starał się ignorować ich docinki. Wiedział, że jego decyzja jest słuszna, nawet jeśli po powrocie do domu przyjdzie mu za nią odpokutować.
– Jeszcze nie – odpowiedziała Sigrid, wzdychając ciężko.
Z każdym dniem czuła, że pozostawało jej coraz mniej czasu na podjęcie decyzji, ale jednocześnie moment ukończenia szkoły do pewnego stopnia paraliżował ją tak bardzo, że nie była w stanie myśleć o niczym, co znajdowało się poza murami zamku. Nie chciała zostawać w Hogwarcie na zawsze, ale jednocześnie nie docierało do niej, że niedługo zostanie uznana za jednostkę dorosłą i zdolną do samodzielnej egzystencji. Nie czuła się zdolna do czegokolwiek, choć wiedziała, że nie ma nikogo, do kogo mogłaby się zwrócić o pomoc.
– Rodzice będą naprawdę wściekli… – zaczął Johan, w pełni świadomy, że tymi słowami ściągnie na siebie gniew siostry.
Sigrid jednak nie wybuchła gniewem, nie miała na to siły. Pokiwała jedynie głową i westchnęła. Reakcja państwa Gamp nadal była dla niej ważnym czynnikiem w procesie podejmowania decyzji, choć zdawała sobie sprawę, że nie powinno tak być. Rodzice chcieli oddać ją komuś, kogo ani ona, ani oni nie znali, tylko dlatego, że jego nazwisko dobrze brzmiało; kazali ją szpiegować, ponieważ jej nie ufali; nie pozwalali jej podjąć wymarzonej pracy. Nie powinna liczyć się z ich zdaniem aż tak, ale starych nawyków nie można pozbyć się tak łatwo.
– Moje życie nie będzie podporządkowane sprawianiu im radości – odpowiedziała w końcu, jakby chciała podzielić się z bratem czymś, co nie było jeszcze planem, ale przynajmniej wytyczało kierunek, w którym Sigrid chce podążać. – Chcę sama decydować o swoim losie.
Johan spojrzał na nią, jakby nie był pewien, co myśleć o tej deklaracji. Zdawał sobie sprawę, że prawdopodobnie z punku widzenia Sigrid zerwanie kontaktów z rodziną jest najrozsądniejszym rozwiązaniem, ale jednocześnie musiał przyznać, że sam by się na to nie zdecydował. Nie wyobrażał sobie tak zwanej dorosłości, ale też i nie musiał – miał jeszcze dużo czasu na zastanawianie się nad tym, czego chce od życia, i w jaki sposób to uzyskać, nie narażając się jednocześnie na gniew państwa Gamp. Sigrid tego czasu nie miała.
– Nie wrócisz zatem do domu? – spytał.
Krukonka przez chwilę milczała, a kiedy złapała się na tym, że nieświadomie próbuje uciec wzrokiem od swojego rozmówcy, zmusiła się, by na niego spojrzeć. Nie chciała błądzić wzrokiem po błoniach, a nawet po ścianach i podłogach. Nie chciała, by było to drogą ucieczki przed niewygodną konwersacją. Jeśli nie miała odwagi rozmawiać z Johanem, jak mogła liczyć na to, że będzie mogła rozmawiać z matką; nie miała wątpliwości, że do takiej rozmowy prędzej czy później dojdzie, a jej inicjatorką bynajmniej nie będzie Sigrid.
Spojrzała na Johana i zadała sobie pytanie, kiedy jej brat zdążył tak dorosnąć. Nie fizycznie – wyglądał bowiem tak samo, jak jeszcze tydzień czy miesiąc temu – ale psychicznie. Zdawała sobie sprawę z tego, jaki układ zawarł z Torvaldem, ale nie sądziła, że to zmieniło jakoś jego postawę. A jednak, Johan nie był tym nieznośnym dzieciakiem, który chciał, żeby oddała mu swoje stare wypracowania i gotów był zrobić wszystko, żeby tylko osiągnąć swój cel przy jak najmniejszym wysiłku, całkiem nie zważając przy tym na innych ludzi. Nie, w nim też się coś zmieniło. Najwyraźniej oboje nauczyli się czegoś od Burke’a.
– Może na chwilę, ale nie sądzę. Wolałabym jak najszybciej wyjechać – powiedziała w końcu, choć pomysł ten nie był jeszcze ostatecznie ukształtowany w jej głowie.
Mogła zabrać wszystkie swoje oszczędności i poszukać jakiegoś lokum w Londynie, ale wtedy prędzej czy później państwo Gamp by ją odnaleźli. Mogła wyjechać też na kontynent – tak, jak to wcześniej rozważała, ale tym razem w jej wyobraźni nie było żadnego mężczyzny, który by ją na to namówił. Mogłaby podróżować, zwiedzić Paryż, Rzym, Budapeszt… Tylko wszystko to kosztowało, a jej zapas galeonów najpewniej szybko by stopniał. Nie była pewna, jaką pracę mogłaby znaleźć; nie wiedziała wiele o mugolach, a nawiązanie kontaktu ze społecznością magiczną oznaczałoby, że rodzice znaleźliby ją raczej prędzej niż później. Niezależnie od tego, jak bardzo nie chciała się z nimi widzieć, zdawała sobie sprawę, że powinna – i to jak najszybciej. Nie liczyła na to, że zrozumieją jej stanowisko i zgodzą się zapłacić za jej kurs uzdrowicielski, ale wiedziała też, że jeśli nie załatwi tego teraz, to będzie rzucało cień na jej dalsze życie.
– Nie możesz ciągle przed nimi uciekać – powiedział Johan, jakby czytał jej w myślach. – Znajdą cię, nawet jeśli zerwiesz zaręczyny z Löwenheimem.
Sigrid całkiem przestała myśleć o Oswaldzie, odkąd otrzymała i spaliła jego list. Nie brała nawet pod uwagę możliwości, że będzie musiała wyjść za niego za mąż. Nie, to rozwiązanie zdecydowanie odpadało. Wywoła skandal – kto wie, może już wywołała. Rodzice mają prawo być wściekli. Nie mogła po prostu pozwolić, by ich gniew stał się ważniejszy od jej wolnej woli, by ich pragnienia przysłoniły jej własne.
– Wiem – odpowiedziała. – Nie chcę uciekać, ale nie chcę też oddawać im kontroli nad swoim życiem.
Przez chwilę wydawało jej się, że Johan ją przytuli, ale nie zrobił tego. Stał obok i kiwał głową, jakby rozważał, czy powinien coś powiedzieć. W końcu uśmiechnął się do niej.
– To dobrze. Poinformuj mnie kiedyś, jak ci się udaje tę kontrolę sprawować. Powodzenia.
A potem odszedł do pokoju wspólnego Ślizognów, pozostawiając Sigrid samą sobie – trochę tak, jak zostawił ją Torvald. Tym razem jednak Krukonka czuła, że ma jakąś kontrolę nad sytuacją, a przyszłość rysuje się w jaśniejszych barwach. Owszem, jej świat runął (jak można to określić dla słusznej porcji dramatyzmu), ale miała zamiar go odbudować. A pierwszym krokiem do tego będzie zdanie owutemów. O drugi krok będzie się martwiła później.

Rozdział osiemnasty.

Rozdział siedemnasty.

Torvald Burke był zdania, że trudne czasy najlepiej pokazują, z jakiej gliny człowiek jest ulepiony. Do tej pory nieczęsto miał poważne problemy, toteż nie do końca mógł być pewny swojej gliny; powtarzał sobie jedynie, że jeśli nie przestanie myśleć, to będzie w stanie albo całkiem uniknąć konsekwencji, albo przynajmniej ograniczyć straty. Jednocześnie zdawał sobie sprawę, że sprawa z roślinami, Sigrid i Aldertonem doskonale pokazała, że nie zawsze jest w stanie trzeźwo myśleć. Panna Gamp go rozpraszała, a nie mógł jej zawsze mieć pod ręką jako deski ratunkowej. Zresztą wątpił, żeby chciała go ratować, gdyby dowiedziała się o wszystkim, co działo się za jej plecami.
Po powrocie z Hogsmeade rozmawiał z Johanem i wiedział, że Alyssa poszła z Löwenheimem do jego pokoju, chociaż wcześniej wyraźnie instruował ją, żeby tego nie robiła, jeśli nie będzie musiała. Według młodego Gampa nie musiała. Jej rola ograniczać się miała do prowadzenia rozmowy i znalezienia słabości Löwenheima, niczego więcej. Burke uprzedzał ją, że arystokrata może oczekiwać podobnego zakończenia spotkania, ale podkreślał, że nie powinna się godzić od razu. Najwyraźniej nie podkreślił tego zbyt stanowczo. Oczywiście z samą Alyssą jeszcze nie rozmawiał, ale liczył na to, że kuzynka się wytłumaczy z tej decyzji, która mogła zrujnować cały jego plan. Żałował też, że obiecał jej za tę przysługę tyle złota. Wiedział, że wyszła za mąż za jakiegoś charłaka, który miał dostać całkiem przyjemny spadek, ale kiedy przyszło co do czego – nie zobaczył złamanego sykla z majątku rodzinnego. Nie robił też wiele, żeby utrzymać siebie i Alyssę, więc dziewczyna spędzała sporo czasu na Nokturnie, imając się różnych prac, o których nie chciała wiele mówić. Torvald podejrzewał, że większość pieniędzy zarabiała na plecach i żałował, że nie wypytał jej o to dokładniej. Może liczyła, że jeśli pójdzie z Löwenheimem, ten też jej zapłaci? Albo chciała wyciągnąć w ten sposób więcej złota od Burke’a? W końcu poświęciła się dla drużyny, czyż nie?
Ślizgon zaklął. Miał wystarczająco dużo na głowie; obiecał Johanowi, że pozbędzie się Löwenheima, ale teraz nie był pewien, czy mu się to uda. Spotkanie arystokraty z Alyssą miało być rozpoznaniem przeciwnika. Torvald chciał skompromitować go w oczach towarzystwa, ale w taki sposób, żeby nie ucierpiała reputacja Sigrid. Nic z tego, teraz lepsze karty znajdowały się w rękach Löwenheima, który mógł zerwać zaręczyny – w końcu po co kupować krowę, skoro mleko można mieć za darmo? Alyssa była idiotką, nie powinien jej w ogóle w to mieszać. Uznał jednak, że będzie to mniej drastyczne niż użycie eliksiru wielosokowego, do którego i tak nie miał dostępu i wątpił, by udało mu się go uwarzyć bez pomocy panny Gamp.
Przetarł twarz dłonią. Ostatnio zbyt często jego myśli i plany związane były z Krukonką. Doskonale zdawał sobie sprawę, że rozbicie jej narzeczeństwa było w takim samym stopniu przysługą dla niej, jak i dla niego. Lubił i rozumiał ją na tyle, że nie chciał, by znalazła się w tak toksycznym układzie jak ten, w jakim znajdowały się dziesiątki innych arystokratek. Sigrid chciała pracować jako uzdrowicielka, poświęcić się innym, pewnie założyć rodzinę i kupić domek na przedmieściach. Potrafił wyobrazić ją sobie w ogródku otoczonym białym płotem, sadzącą jakieś kwiatki czy inne rośliny. Spodziewał się, że przez pewien czas gryzłyby ją wyrzuty sumienia związane z porzuceniem stylu życia wpajanego jej od dziecka, ale w końcu by się pozbierała. Mogłaby być szczęśliwa. A on, w przypływie skończonego altruizmu, takiego, który zdarza się raz w życiu, chciał jej pomóc to szczęście osiągnąć. Może nawet zostanie dzięki temu ojcem chrzestnym któregoś z obrzydliwych, rozkrzyczanych dzieciaków, które Sigrid – jego Sigrid – niewątpliwie urodzi jakiemuś nudziarzowi podobnemu do MacIvera. Torvald nie wpisywał samego siebie w ten idylliczny obrazek, bo nie była to jego wizja szczęścia. Tego rodzaju izolacja od najbardziej wpływowych środowisk magicznego świata byłaby najgorszą karą, jaką mógł sobie wyobrazić. Potrzebował tych wszystkich dwulicowych, zakłamanych arystokratów – a oni potrzebowali jego. Mogli egzystować w idealnej symbiozie, zamiatając coraz więcej i więcej spraw pod różnego rodzaju metaforyczne dywany. Gdyby dostał etat w Ministerstwie, zyskałby jeszcze większą możliwość wchodzenia w kontakt z osobami, których mógłby potrzebować, ale wtedy częściej byłby w salonie, a nie w kuchni, co mogłoby zaszkodzić jego stanowi wiedzy. Wszystko to jednak stało w zupełnej opozycji do tego, o czym jego zdaniem marzyła Sigrid i dlatego miał zamiar pozwolić jej odejść z możliwie ciepłymi wspomnieniami. Nie było to z jego strony szczególnie szlachetne, liczył bowiem na to, że wspomnienia te da się jeszcze wykorzystać – jako uzdrowicielka, Sigrid miałaby dostęp do wielu interesujących substancji. Tak, taki układ byłby całkiem dobry. Jasne, będzie mu brakowało eksperymentowania z granicami jej wpojonej przez rodzinę moralności, ale jednocześnie zdawał sobie sprawę, że to za mało, żeby chcieć z nią zostać.
Nie brał nawet pod uwagę możliwości, że ona chciałaby zrezygnować ze swoich planów dla niego. To byłoby niedorzeczne i nie służyłoby żadnemu z nich. Co więcej, doprowadziłoby do tego, że prędzej czy później dowiedziałaby się o czymś, o czym wolałaby nie wiedzieć – o jakiejś nielegalnej transakcji, drobnym wymuszeniu, nocy w czyjej sypialni – a wtedy oboje żałowaliby wspólnie spędzonego czasu. Do tego Burke straciłby wymarzone źródło eliksirów uzdrawiających, antidotów i trucizn. Nie, musi pozostać możliwie niezaangażowany.
W końcu nic nie mówiło „niezaangażowany” lepiej niż aktywne działanie na rzecz pozbycia się jej narzeczonego, prawda?
Nie miał zamiaru jednak niczego wyjaśniać Sigrid, póki nie rozwiąże sprawy z Löwenheimem. Błąd Alyssy jeszcze niczego nie przekreślał i Torvald był pewien, że jakoś sobie poradzi. A przynajmniej był tego pewien, póki nie został wezwany do gabinetu opiekuna domu. Miał nadzieję, że to po prostu kolejna rozmowa o jego przyszłości, może coś związanego z quidditchem, ale całkiem niegroźnego. Zmienił zdanie, kiedy zobaczył, że dyrektor zajmuje miejsce za biurkiem, a stary Graise stoi obok niego. Z Graise’em mógłby się dogadać, nie interesowało go wiele, był też zbyt wiekowy, żeby aktywnie ingerować w życie wychowanków. Dyrektor – niewiele młodszy – był natomiast pełen poczucia obowiązku, który najwyraźniej w tej chwili nakazywał mu pouczyć pewnego przedsiębiorczego Ślizgona.
Kiedy wyszedł z gabinetu, czuł, że cały świat wiruje wokół niego. Nie miał pojęcia, jak zatrzymać to wirowanie, ale przerażało go, jak niestabilna wydawała się w tej chwili podłoga. Nie był pewien, jak daleko od pokoju wspólnego Ślizgonów był, kiedy zdał sobie sprawę, że słyszy wołanie. Świat na moment przestał wirować, choć myśli w głowie Torvalda nadal płynęły nieprzerwanym strumieniem, wpadając na siebie, popychając się nawzajem, jakby każda z nich walczyła o to, by zostać uznaną za najważniejszą; podobnie tłoczyły się pomysły, jednak żaden z nich nie nadawał się do przerobienia na plan działania. Burke po raz pierwszy od dawna nie wiedział, co ma robić, dlatego pojawienie się Sigrid w jakiś sposób rozwiązało ten problem.
– Torvaldzie, Johan powiedział mi o waszej umowie – oświadczyła, a on spojrzał na nią nieprzytomnym wzrokiem. Wiedziała o wszystkim? Cóż, niewiele to zmieniało w tej chwili. Kiedyś i tak by się dowiedziała.
Pokiwał głową, po czym szarpnął ją za rękaw, prowadząc do jakiegoś pustego pomieszczenia – mniejszego od sali, a większego od schowka na miotły. Może był to kiedyś czyjś gabinet, może spiżarnia, może cela, w której torturowano nieposłusznych uczniów. Torvalda całkiem to nie interesowało; w tym momencie miał inny cel, jedyny, jaki przychodził mu do głowy i wydawał się silniejszy od pozostałych myśli nakazujących mu rozważanie sposobów ucieczki. Nie istniała żadna droga ucieczki.
Gdy tylko zamknął drzwi, popchnął pannę Gamp w ich kierunku, po czym – zanim zdążyła powiedzieć choćby słowo – przywarł wargami do jej ust. Nie chciał dawać jej ani chwili na zastanowienie, zresztą nie o nią teraz chodziło. Sigrid i jej wymarzony domek z białym płotem stały w jego wyobraźni nienaruszone i jeszcze bardziej odległe. Krukonka próbowała się wyrwać, pewnie po to, żeby powiedzieć mu, jak się na nim zawiodła i jak wściekła była. Torvaldowi to nie przeszkadzało, mogła się złościć, to jeszcze lepiej odwróci jego uwagę od prawdziwego problemu.
Ich języki przez chwilę ze sobą walczyły, ale dla Torvalda to było za mało. Owszem, przestał myśleć, ale nadal czuł; gdyby choć na chwilę zatracił się w Sigrid… Nerwowo zaczął szukać guzików przy jej bluzce, ale zanim zdążył rozpiąć wszystkie, panna Gamp stanowczym ruchem odtrąciła jego rękę. Burke patrzył z poirytowaniem, jak zapinała te guziki, które już odpiął. Nadal nie powiedział do niej ani słowa, ale domyślał się, że wkrótce się to zmieni. Jeszcze raz spróbował pocałować Sigrid, choć spodziewał się, że ta go odtrąci.
– Torvaldzie! – fuknęła. Była naprawdę wściekła, jeszcze nigdy nie widział, żeby okazywała aż tyle negatywnych emocji.
W tej chwili podobała mu się jeszcze bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej. Udało mu się doprowadzić eksperyment do końca; panna Gamp porzuciła maskę chłodnej arystokratki, nie ukrywała się za wychowaniem czy moralnością, nie krępowała się i nie bała się mówić tego, co myśli – przynajmniej przy nim. Nie był pewien, czy o to właśnie mu chodziło, ale poczuł przypływ dumy. Stała na wprost niego, rozczochrana (miało to związek z faktem, że wcześniej jego ręka wylądowała w jej włosach), w pomiętej bluzce i z wyrazem bezgranicznej wściekłości malującym się na twarzy. Była gotowa powiedzieć to, co myśli, a nie to, czego się od niej oczekuje.
– Nie wiem, co próbowałeś osiągnąć, ale nie odwrócisz mojej uwagi – oznajmiła, opierając ręce na biodrach. – Właśnie rozmawiałam z Bernardem i z Johanem – dodała, w nadziei, że to przyciągnie jego uwagę.
Przyciągnęło. Nadal jednak nie sformułowała żadnego zarzutu, żadnego pytania, więc nie miał jej nic do powiedzenia. Nie chciał oferować żadnych informacji sam z siebie, choć doskonale zdawał sobie sprawę, że w tym momencie ukrywanie czegokolwiek i tak nie ma sensu. Nie przywykł jednak odpowiadać na niezadane pytania, nawet jeśli wymagało tego dobre wychowanie. Torvald nie był szczególnie dobrze wychowany, dlatego spojrzał na Sigrid obojętnie i czekał, co powie dalej.
Zaczęła w końcu wyrzucać z siebie zdania – początkowo niepewnie, jakby liczyła, że jej przerwie i zaprzeczy, potem jednak z coraz większym przekonaniem i gniewem. Zarzucała mu, że się nią bawił, że decydował o jej życiu, że zniszczył jej reputację. Burke nie zaprzeczał. Owszem, mogło to tak wyglądać. Sam nie określiłby tego tak dosadnie, ale to dziwne poczucie dumy nakazywało mu milczeć i słuchać. Nadal kłębiło się w nim za dużo myśli i emocji, żeby mógł zdecydować się na jakieś działanie, choć im dłużej słuchał Sigrid, tym bardziej wypełniała go jakiegoś rodzaju pustka. Panna Gamp jednak nie rezygnowała, wylewała z siebie cały żal, jaki nagromadził się w niej przez lata i zanim Torvald się obejrzał – słuchał skarg na despotyczną matkę, na nieobecnego ojca, na Johana. Krukonka pozbywała się całego bagażu emocjonalnego, jakby dzięki temu miała odzyskać wewnętrzny spokój, a on patrzył na nią, jakby była najbardziej fascynującym zjawiskiem, jakie widział. Kto by przypuszczał, że chłodna i opanowana panna Gamp, jeśli poddać ją działaniu odpowiednich czynników, będzie tak żywa, tak prawdziwa i pełna emocji. Całkiem jakby wyssała wszystkie emocje Burke’a i dodała je do swoich, uśpionych. Krążyła teraz po niewielkim pomieszczeniu, machając rękoma lub przeczesując nimi włosy; nie milkła nawet na chwilę, jakby dopiero docierało do niej, że może zwerbalizować każdą myśl, a nikt nie będzie jej z tego powodu oceniał. Przez chwilę wydawało się, że wręcz upaja się swoim głosem i swoimi emocjami, co Torvaldowi wcale nie przeszkadzało. Czuł się trochę jak krzesło lub stojak na płaszcze; jak element tła, który nie jest kluczowy dla danej sceny. Rzadko tak się czuł, właściwie po raz pierwszy, odkąd znalazł się w Hogwarcie.
– Jak mogłeś, Torvaldzie? Po prostu… Nie masz mi nic do powiedzenia? – zakończyła w końcu Sigrid, a w jej oczach pojawiły się łzy.
Burke zmarszczył nos. Nie chciał, żeby płakała, ale jednocześnie nic, co mógłby jej powiedzieć, nie zahamowałoby łez. Pewnie nawet miała prawo płakać, w końcu jej świat mógł runąć, a ona była tak zaabsorbowana ratowaniem tych ruin, że nie widziała domu z białym płotem, który nadal znajdował się w wyobraźni Torvalda, drażniąc go samym swoim istnieniem. Co ona wiedziała o zrujnowanym życiu, kiedy ta wizja ciągle mogła się urzeczywistnić?
– Nie mów, że nie bawiłaś się dobrze – powiedział w końcu ostrym tonem. – Świetnie zdawałaś sobie sprawę, że to, co robimy, jest wbrew twoim zasadom, ale szukałaś jakiegoś powodu, żeby się zgodzić, bo miałaś na to ochotę. Nie zrzucaj winy na mnie.
Broda panny Gamp zadrżała, jakby dziewczyna chciała się rozpłakać, ale zrobiła głęboki wdech i spróbowała się opanować. Burke patrzył na to dość obojętnie. Nie był pewien, czy chciał ją zranić świadomie – w końcu w jej przyszłości nadal malował się ten domek, a on…! – czy po prostu chciał jej udowodnić, jaki jest naprawdę, odstraszyć ją i zniechęcić. Może to był kolejny eksperyment, w końcu ostatnio się w nich najwyraźniej rozmiłował.
– Nic z tego, co nas… łączyło, nie dawało ci prawa knuć za moimi plecami i sterować moim życiem – odpowiedziała, z trudem zachowując spokój.
– Nie zdawałem sobie sprawy, że aż tak bardzo chcesz wyjść za mąż za Löwenheima i do końca życia spełniać jego zachcianki – odparował Burke, po czym dodał jadowitym niemal tonem: – Najwyraźniej byłem dla ciebie tylko zabawką, wiesz, jak mnie to rani?
Sigrid próbowała zaciskać szczękę, ale tym razem nie opanowała łez. Dwie krople spłynęły po jej policzkach, a Torvald spodziewał się, że za nimi popłyną kolejne. Od chwili, w której podjął decyzję o przeprowadzeniu eksperymentu, spodziewał się, że prędzej czy później znajdzie się w takiej sytuacji. Nie potrafił ustalić jednak, co czuł, kiedy na nią patrzył.
– Ty draniu – powiedziała w końcu panna Gamp. – To ty się mną cały czas bawiłeś, nie wiem, co chciałeś osiągnąć, ale… Jak mogłeś?!
Torvald patrzył na nią przez chwilę. Żałował, że nie usiadł wcześniej na krześle, które stało w kącie. Wyglądało na to, że ta rozmowa nie skończy się zbyt szybko, zwłaszcza jeśli postanowi się tłumaczyć. Jeszcze nie zdecydował, czy powie coś na swoją obronę, czy pozwoli jej wyjść z tego pomieszczenia z przeświadczeniem, że chciał jej zaszkodzić. Nie był pewny, czy miało to dla niego jakieś znaczenie.
– Löwenheim nie potraktowałby cię lepiej – rzucił.
– I dlatego uznałeś, że daje ci to prawo robić coś takiego?! – krzyknęła. Nowa fala wściekłości najwyraźniej sprawiła, że przestała płakać. – Nie przyszło ci do głowy, żeby ze mną porozmawiać? Wolałeś współpracować z moim bratem za moimi plecami?!
Wyglądała, jakby chciała chwycić krzesło, obok którego stała, i roztrzaskać je o najbliższą ścianę; kto wie, może zamiast ściany wolałaby wybrać głowę Torvalda. Burke, raczej nieświadomy, jak niewiele dzieliło go od bliższego spotkania z elementem wystroju wnętrza, na którym wcześniej chciał usiąść, nadal stał w tym samym miejscu, a całą swoją pozą wyrażał ogólną niezręczność, jaka temu staniu i tej rozmowie towarzyszyła. Nie wiedział, ani czego chciał od niej, ani czego chciał od swojego życia. Nie miał pojęcia, co się stanie następnego dnia po śniadaniu, nie potrafił wyobrazić sobie, gdzie będzie za tydzień, za miesiąc czy za rok. Podejrzewał, że wyląduje na Nokturnie i będzie się imał każdej pracy, jaką ktoś mu zaproponuje. Nie miał wątpliwości, że rodzice wyrzucą go z domu, gdy tylko się tam zjawi. Spodziewał się, że gdyby powiedział to wszystko Sigrid, zapomniałaby o swoim gniewie, a w jej oczach pojawiłoby się bezgraniczne współczucie. Na samą myśl o tym spojrzeniu Burke’owi robiło się niedobrze. Wolał, żeby miała o nim jak najgorsze zdanie i żeby już nigdy nie chciała go widzieć, niż żeby mu współczuła.
– Tak wyszło – powiedział w końcu, kiedy zdał sobie sprawę, że cisza, która zapadła, zaczyna go dusić.
Nie miał ochoty kontynuować tej rozmowy, musiał w końcu spakować kufer. Zastanawiał się, czy powinien komukolwiek mówić o zaistniałej sytuacji, ale uznał, że nikogo to i tak nie zainteresuje. Młody Gamp pewnie będzie zawiedziony, chociaż kto wie, może ulży mu, że nie będzie musiał zakradać się do szklarni. Właściwie Torvald mógłby wykorzystywać go do dalszego zbierania roślin, ale wątpił, żeby Johan się na to zgodził, jeśli nie dostanie nic w zamian. Gdyby Burke był na jego miejscu, z pewnością by odmówił. Oznaczało to, że w całym zamku nie było właściwie nikogo, z kim musiał porozmawiać. Nie wiedział, czy powinno go to ucieszyć, czy zasmucić.
Sigrid popatrzyła na niego z bezgranicznym smutkiem. Wściekłość całkiem z niej wyparowała, jakby Krukonka wykrzyczała wszystko, co miała światu do wykrzyczenia, a teraz nie wiedziała, jak powinna się zachować. Najwyraźniej tego nikt jej nigdy nie nauczył. Nie mogła wycofać się do tej wystudiowanej, sztucznej pozy, do wyuczonego chłodu i powagi. Za dużo się stało i za bardzo podobało jej się to, co czuła, kiedy nie ograniczały jej zasady. Torvald był jedyną osobą, przy której mogła się tak zachowywać; nawet jeśli zranił ją tak samo jak inni… Nie, zranił ją bardziej.
– Naprawdę nie masz mi nic do powiedzenia? – powtórzyła niemal błagalnie. Nie wiedziała, czego oczekuje, ale spodziewała się, że tego nie dostanie. Wbiła wzrok w podłogę, żeby nie patrzeć dłużej na Ślizgona.
Burke podszedł do niej i kciukiem podniósł jej brodę. Nie wiedział, po co to robi. Powinien wykorzystać moment jej nieuwagi i wyjść, a nie ponownie nawiązywać z nią kontakt wzrokowy. Jego zachowanie najwyraźniej zaskoczyło też samą pannę Gamp, bo popatrzyła na niego pytająco. Torvald przez chwilę myślał nad stosowną odpowiedzią, ale jej nie znalazł. Zamiast tego pocałował ją – i ze zdziwieniem zarejestrował, że Sigrid bez oporu oddała ten pocałunek, choć wydawało się, że jest na niego wściekła. Może jej zachowanie niezbicie dowodziło, jakimi uczuciami go darzyła, nawet jeśli on ich nie odwzajemniał. Wiedział jednak, że powinien coś jeszcze zrobić, zanim wyjdzie z tego pomieszczenia i zniknie z jej życia.
– Wyrzucili mnie z Hogwartu – powiedział cicho. – Johan pewnie ci wszystko wyjaśnił lub niebawem to zrobi. Muszę wyjechać jutro z samego rana, więc prawdopodobnie już się nie zobaczymy.
Sigrid spojrzała na niego oszołomiona, jakby nie zrozumiała jego słów.
– C-co? – zapytała, chwytając go za szatę. Nie mogła pozwolić, żeby odszedł, nie po przekazaniu jej takiej wiadomości.
Torvald jednak zrobił dwa kroki w tył i panna Gamp musiała go puścić, jeśli nie chciała się przewrócić. Teraz to ona szukała odpowiednich słów, ale miała pustkę w głowie. Ślizgon posłał jej szeroki uśmiech – ten, który zwykle widywała w chwilach, kiedy był z siebie całkiem zadowolony. Nie rozumiała tego, ale nie zdążyła go o nic zapytać. Burke wyszedł z pomieszczenia, a ona nie miała siły go gonić.

Rozdział siedemnasty.

Rozdział szesnasty.

Bernard MacIver nie był w Hogsmeade. Większą część dnia spędził w skrzydle szpitalnym, dziękując opatrzności za to, że w ogóle się obudził. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co planował ten niedoszły morderca. W końcu to niemożliwe, żeby całkiem przypadkiem oszołomił go akurat przy trującej roślinie; oczywiście, nie podejrzewał Burke’a o dogłębną wiedzę z zakresu zielarstwa, ale nic o tak jaskrawym kolorze liści i o mięsożernych kwiatach nie może być przyjazne ludziom. Teraz, kiedy Bernard prawie całkiem pozbył się toksyn z organizmu, a regeneracja wygryzionej łydki postępowała (choć pielęgniarka twierdziła, że zostanie mu blizna), przyszedł czas na wyrównanie rachunków. Nawet nie dlatego, że Krukon był osobą mściwą, nigdy nie podejrzewał siebie o takie zapędy; w tym przypadku chodziło o coś więcej. Burke nie tylko chciał go zabić, lecz także złamał szkolny regulamin i mógł zostać pociągnięty do odpowiedzialności za obydwa te czyny. MacIver nie musiał zdawać się na uczniowską sprawiedliwość, wymierzaną w ciemnym korytarzu, z dala od spojrzeń nauczycieli, ale mógł otwarcie udać się do opiekuna domu i opowiedzieć o całym zajściu.
Dlatego właśnie w czasie kolacji nie znajdował się w Wielkiej Sali, lecz w gabinecie dyrektora. Opisywał ze szczegółami całe zajście, a starszy czarodziej kiwał głową, podczas gdy na jego twarzy malowało się pewnego rodzaju zniesmaczenie. Bernard zdawał sobie sprawę, że niesmak ten wywołało zachowanie Ślizgona; kiedy dobierał słowa, zadbał o to, żeby przedstawić siebie jako ofiarę, która starała się powstrzymać Burke’a przed włamaniem do szklarni. Zasugerował nawet, że Torvald prowadził jakiegoś rodzaju nielegalną działalność opartą na sprzedaży tych roślin, choć był to raczej prywatny domysł Krukona niż przekazanie faktycznej wiedzy. Zanim się obejrzał, do gabinetu został wezwany opiekun Ślizgonów, który miał przeszukać dormitorium zamieszkiwane przez Burke’a. Bernardowi przemknęło przez myśl, że być może posunął się za daleko i jeśli nie znajdą żadnych dowodów, to straci wiarygodność, ale szybko odegnał tę myśl. Brak dowodów nie musiał świadczyć o tym, że Burke nie zajmował się działalnością przestępczą, a jedynie o tym, że nie było śladów poświadczających tę działalność. W końcu Ślizgon był niedoszłym mordercą, na pewno potrafił zatrzeć ślady po paru roślinach w szkolnej torbie. Z drugiej strony – nie był najlepszym mordercą (co Bernarda bezgranicznie cieszyło); może z roślinami postępował równie nieuważnie?
Dyrektor w którymś momencie skończył kiwać głową i podziękował Bernardowi za to, że powiadomił o wszystkim nauczycieli. Potem dość stanowczo wyprosił go z gabinetu, mamrocząc coś o spotkaniu z opiekunami domów. MacIver poczuł się nieco zawiedziony. Zdawał sobie sprawę, że wprawił w ruch maszynę doskonałą, której Burke się nie wymknie, ale jednocześnie żałował, że nie będzie mógł obserwować jej działania krok po kroku. Nie był przekonany, czy opiekun Ślizgonów dokona starannej rewizji, może dyrektor również nie do końca mu ufał?
Nie pozostało mu jednak nic innego, jak tylko wrócić do swojego dormitorium. Podejrzewał, że następnego dnia przy śniadaniu dowie się, jaki los czeka Burke’a – szlaban i utrata punktów wydawały się zbyt małą karą za tego rodzaju przewinienia, szczególnie jeśli zostaną znalezione jakieś ślady roślin ze szklarni. Miał tylko nadzieję, że Sigrid nie złamie to serca, w końcu robił to wszystko dla niej. Może powinien z nią najpierw porozmawiać? Jeśli Burke zostanie wyeliminowany, to cały ten plan uknuty z Gabrielem nie będzie konieczny. MacIvera nawet to ucieszyło, bał się w pełni ufać Gryfonowi; zbyt łatwo mógłby powiedzieć o wszystkim Sigrid, a do tego zbyt łatwo mógłby ją uwieść. Krukon nie miał złudzeń: wiedział, że z ich trzech, wygląda najgorzej, a do tego zajmuje o wiele niższą pozycję społeczną niż Lyndon. Najwyraźniej jednak nie to się liczyło dla Sigrid, skoro spotykała się z Torvaldem. Czy chodziło zatem tylko o wygląd? Bernard nie podejrzewał go o żadne ukryte zalety. Musiało chodzić o wygląd i o nic poza tym. Ale przecież panna Gamp nigdy nie była tak powierzchowna, zawsze najbardziej liczyły się dla niej książki. Przynajmniej dopóki nie poznała Burke’a, potem coś zaczęło się zmieniać. Bernard tego nie rozumiał, ale miał zamiar uświadomić Sigrid, że popełniła błąd i powinna odciąć się do Ślizgona, póki jeszcze nie jest za późno.
Nie dotarł jednak do dormitorium, ponieważ w pokoju wspólnym czekała na niego Sigrid. Gdy tylko go zobaczyła, poderwała się z miejsca i ruszyła w jego kierunku. Serce zabiło mu odrobinę szybciej. Czy chciała go przytulić? Martwiła się o niego? Zrozumiała, że Burke nie jest jej godny? Czyżby wszystkie jego wysiłki miały za chwilę zostać nagrodzone?
Panna Gamp jednak go nie przytuliła, zatrzymała się nawet w odległości uniemożliwiającej przytulenie. Nie żeby on zdobył się na ten gest pierwszy, myślał o tym od dawna i się nie odważył, więc nawet teraz, kiedy zrobił już tyle, żeby ją uratować… nawet teraz zdawał sobie sprawę, że nie jest jej godny. Jest najlepszym z możliwych kandydatów, ale to wcale nie świadczy dobrze o nim, raczej źle o pozostałych. Owszem, był inteligentny, ale zdawał sobie sprawę, że to nie wystarcza. Świat jest tak dziwnie urządzony, że głupcy często wygrywają z mędrcami, marzyciele z realistami, ignoranci z inteligentami; ot, taka zwykła niesprawiedliwość. Dlatego właśnie Bernard korzystał ze swojej inteligencji tylko po to, by uratować Sigrid przed Burke’em, nawet jeśli chciał, żeby w ostatecznym rozrachunku została panią MacIver. Szanse na to były mniej więcej takie jak na to, że mugole nauczą się warzyć Felix Felicis.
– Cieszę się, że cię widzę – powiedziała Sigrid zmęczonym głosem, w którym nie pobrzmiewała radość. Zanim Bernard zdołał zapytać ją, co się stało, dodała: – Możemy porozmawiać? Najlepiej na korytarzu, wolałabym, żeby nikt tego nie słyszał.
MacIver mógł tylko pokiwać głową. Nie wiedział, czego się spodziewać. Chwilę wcześniej chwalił swoją inteligencję, ale teraz zdawała się całkiem bezużyteczna; nie był bowiem w stanie ustalić, dlaczego Sigrid była czymś zmartwiona. Nie była to chyba jego wina, prawda? Musiało chodzić o Burke’a, ewentualnie o Johana, który ostatnio wydawał się zamieszany w brudne sprawki Torvalda. Czy o to właśnie chodziło? Dyrekcja znalazła dowody w dormitorium Ślizgona, a ten wydał swojego młodszego wspólnika? To mogłoby załamać Sigrid, była w końcu taka wrażliwa.
Szli w milczeniu, póki panna Gamp nie zatrzymała się przy jednym z okien. Bernard przypomniał sobie, że wiele razy odbywali rozmowy przy oknach, ponieważ pozwalały one Sigrid na błądzenie wzrokiem po błoniach; wolała mówić o trudnych sprawach, kiedy nie patrzyła na swojego rozmówcę. Krukonowi wydawało się, że w czasie rozmowy o narzeczonym, także skupiała wzrok na jakimś punkcie za oknem, ale nie mógł być tego pewny; to działo się tak dawno.
– Rozmawiałam z Gabrielem – powiedziała w końcu Sigrid, patrząc gdzieś daleko na horyzont. Jej ton był dość obojętny i Bernard zastanawiał się, ile Gryfon jej powiedział. Czy zdemaskował ich umowę, czy też chodziło o coś innego? Gdyby faktycznie ich zdradził, czy nie byłaby mniej spokojna?
– Narzucał ci się? – zapytał MacIver, równie obojętnym tonem.
Sigrid przez chwilę milczała, jakby rozważała, jak ma odpowiedzieć na to pytanie; może chciała, żeby Bernard powiedział coś jeszcze, mogła czekać, aż zacznie mówić i sam się zdradzi. Krukon szybko zganił się w myślach. To mało prawdopodobne, Lyndon musiał po prostu zamieszać jej w głowie, może za bardzo sugerował, że to on może być jej narzeczonym, zbyt gwałtownie podkopał jej wiarę w uczciwość Burke’a. Może po prostu potrzebowała przyjaciela, którym Bernard zawsze dla niej był. Ramienia do wypłakania się, kogoś, komu na niej zależy i kto nigdy by jej nie zranił. Krukon przez chwilę poczuł się dobrze ze świadomością, że to właśnie on był taką osobą – jedynym, komu Sigrid mogła ufać, i jedynym, który był gotowy zrobić wiele, żeby ją uszczęśliwić.
– Powiedział mi, co planowaliście. Przynajmniej częściowo – odpowiedziała panna Gamp, a mina Bernarda zrzedła. Szybko jednak przybrał maskę obojętności, jakby w nadziei, że jeszcze nie przegrał z kretesem.
– Co masz na myśli? – zaryzykował. Sigrid wyglądała w tej chwili na tak kruchą i niewinną, może będzie w stanie przekonać ją, że Lyndon kłamał? Nie chciał tego robić, wiedział, że jego przyjaciółka jest na tyle inteligentna, by zdać sobie sprawę z tego, że jest oszukiwana, ale była też zagubiona, potrzebowała kogoś, na kim mogłaby się wesprzeć i gdyby zdobył jej bezgraniczne zaufanie…
– Doskonale wiesz, co mam na myśli, Bernardzie – powiedziała chłodno, odwracając wzrok od okna.
MacIver zdał sobie w tej chwili sprawę, że być może się pomylił. Być może wcale nie znał jej aż tak dobrze, jak mu się wydawało; może nie znał jej wcale, a może po prostu towarzystwo Ślizgona ją zmieniło. W każdym razie panna Gamp nie była krucha i niewinna, była najzwyczajniej w świecie wściekła. Mogła być zagubiona, ale gniew doskonale to maskował. Krukon nie był pewny, czy kiedykolwiek widział ją w takim stanie; kiedy opowiadała mu pierwszy raz o tajemniczym narzeczonym, była raczej bezsilna i sfrustrowana, jakby poddała się i zgodziła się akceptować bieg rzeczy. Teraz zdawało się, że jest gotowa wziąć swój los w swoje ręce. Zbiło to nieco Bernarda z tropu. Chciał ją uratować, bo wierzył, że nie jest w stanie tego zrobić sama, a teraz… czyżby źle oceniała wroga i uznała, że on jej źle życzy?
Zmarszczył brwi. Nie podobała mu się ta sytuacja.
– Nie wiem, co Gabriel ci powiedział, ale nigdy nie chciałem ci zaszkodzić – powiedział w końcu, patrząc na nią uważnie, jakby liczył, że siłą spojrzenia przekona ją do spojrzenia na całą tę sytuację z jego perspektywy.
– Powiedział, co planowaliście i czego dowiedzieliście się o Torvaldzie, o jego umowie z Johanem.
– I to na mnie, a nie na Torvaldzie skupia się cała twoja złość? – zapytał szybko Bernard, rzucając jej na poły wyzywające, na poły proszące spojrzenie.
Nie wiedział, jak postępować z tą nową Sigrid. Nie chciał stracić jej przyjaźni, ale jednocześnie zdawał sobie sprawę, że jeśli nie przedstawi całej tej sytuacji w korzystnym dla siebie świetle, być może to ona zerwie z nim wszelkie kontakty. Lyndon zdecydował się przyznać do wszystkiego w najmniej odpowiednim momencie, gdyby poczekał do jutra, tylko do jutra…
– Nie o Torvalda tu chodzi – odpowiedziała panna Gamp, nadal patrząc na niego.
Zaczynał się zastanawiać, kiedy skończy się ten nagły przypływ odwagi. Podejrzewał, że raczej prędzej niż później; Sigrid powie o jedno słowo za dużo, zda sobie sprawę z tego, że nie powinna się tak zachowywać, nie powinna łamać zasad wpojonych jej przez rodzinę, nie powinna rezygnować z wieloletniej przyjaźni z powodu nieporozumienia. Wszystko, co się wydarzyło, było bowiem dla Bernarda nieporozumieniem; Lyndon musiał przedstawić jej jakąś inną wersję zdarzeń, wypaczoną i daleką od prawdy. Przecież Krukonowi nie chodziło o nic więcej, jak tylko o to, by Sigrid pomóc, nie powinna mieć do niego pretensji.
Rzucił coś o niesprawiedliwym ocenianiu innych i niedostrzeganiu przyjaciół. Poirytowało to pannę Gamp jeszcze bardziej, stała tyłem do okna, jakby gotowa na konfrontację z całym światem, i powtarzała, jak się na Bernardzie zawiodła. Nie rozumiała, jak mógł knuć za jej plecami coś tak obrzydliwego, przecież tak nie zachowują się przyjaciele. MacIver poczuł się nierozumiany, próbował się tłumaczyć, ale Sigrid nie dopuszczała go do słowa, co irytowała go jeszcze bardziej niż jej zarzuty. Nie przypominał sobie, by kiedykolwiek wcześniej się tak zachowywała. Była dobrze wychowaną arystokratką, cichą i spokojną. Była kimś, o kim Bernard mógł do woli marzyć, z kim mógłby spędzić przyszłość, gdyby okoliczności były bardziej sprzyjające. A później przyszedł Burke i najwyraźniej ją zepsuł. Sprawił, że zaczęła się zachowywać jak wszystkie te mugolskie kobiety, które zabiegały o przyznanie im praw wyborczych. Dostały je kilka lat temu i niewiele to zmieniło, jeśli wierzyć gazetom, które czytał w wakacje. To jasne, że Ślizgon musiał nafaszerować jej głowę jakimiś niedorzecznościami.
– Bernardzie, naprawdę przykro mi, że musimy zakończyć naszą przyjaźń w takiej atmosferze – powiedziała w końcu, odwracając się do okna. Wydawała się o wiele spokojniejsza, bardziej opanowana.
MacIver uznał, że najwyraźniej wypaliła się w niej cała ta dziwna, nieznana odwaga. Teraz powinna znowu być tą Sigrid, którą znał i której nie miał odwagi zaprosić na herbatę, chociaż byli przyjaciółmi. Tą bezpieczną, znajomą Sigrid, o której życiu wiedział niemal wszystko i której mógł udzielać rad. Tą Sigrid, która unikała konfrontacji i być może przez to wydawała mu się tak idealna.
– Nie musimy – powiedział, jakby fala odwagi przeszła teraz na niego. – Zależy mi na tobie, Sigrid.
Panna Gamp milczała przez chwilę, nie patrząc w jego kierunku. Bernard zastanawiał się, czy właśnie zmarnował ewentualne szanse, które mógł u niej mieć. Nie rozumiał zmiany, jaka zaszła w Sigrid, ale przed samym sobą przyznał, że nawet ta nowa, zepsuta wersja mu odpowiada. Nie była tak dobra jak wcześniejsza, ale to nadal Sigrid. Nie powinien z niej rezygnować.
– To miłe, Bernardzie – odpowiedziała chłodno, rzucając mu przepraszające spojrzenie, dość typowe dla starej, znanej mu Sigrid. – Ale jestem zaręczona. Nie sądzę, żeby się to zmieniło.
– Jakoś nie przeszkadzało ci się to zadawać z Burke’em – warknął, po raz pierwszy od dawna zupełnie nie kontrolując tego, co mówił. Nie chciał jej niczego zarzucać, ale słowa te popłynęły z jego ust, zanim zdążył się nad nimi zastanowić.
Sigrid zacisnęła szczękę. Zdaniem Krukona nie mogła udawać ani przed sobą, ani przed nim, że nadal wierzyła, że to Ślizgon jest jej narzeczonym. Została oszukana przez wszystkich, nie tylko przez Bernarda, toteż nie tylko on powinien ponosić tę niesprawiedliwą karę. Niemal wszyscy z jej otoczenia kłamali i spiskowali za jej plecami. MacIverowi przemknęło przez myśl, że musiała czuć się z tym podle; dlaczego więc odpychała od siebie najlepszego przyjaciela?
– Chyba nie mamy sobie nic więcej do powiedzenia – wymamrotała w końcu, ale cała jej pewność siebie gdzieś uleciała, jakby wcześniejszy wybuch złości w ogóle nie miał miejsca. Teraz stała przed nim smutna, zagubiona dziewczyna, która próbowała poskładać swój rozbity świat. Naprawdę było mu jej żal, dlaczego nie pozwoliła sobie pomóc?
– Sigrid, ja…
Nie zdążył jednak dokończyć zdania, ponieważ na korytarzu zjawił się Johan Gamp. Był zdyszany, jakby biegł całą drogę z lochów. Popatrzył na Bernarda niepewnie, ale najwyraźniej uznał, że to, co chce powiedzieć, jest zbyt ważne, by czekać, aż Krukon odejdzie. Podszedł do Sigrid i szarpnął ją za rękę.
– Musimy porozmawiać, teraz – powiedział.
Sigrid rzuciła mu pytające spojrzenie. Skoncentrowała całą swoją uwagę na bracie, jakby unikanie MacIvera miało sprawić, że ten zniknie, a wraz z nim cała niezręczność tej sytuacji i cała złość, jaką w stosunku do niego czuła.
– Torvald mówił, że jutro ci wszystko wyjaśni, ale chyba ma jakieś kłopoty, więc lepiej, żebyś się dowiedziała wcześniej – zaczął Johan, po czym urwał na chwilę, rzucił Bernardowi spojrzenie, które miało go najpewniej skłonić do odejścia, ale Krukon nie miał zamiaru ruszyć się z miejsca, więc młody Gamp musiał kontynuować: – Chyba wszystko poszło nie tak z Oswaldem, rodzice jeszcze nic nie wiedzą, ale ktoś im na pewno powie, a wtedy… Znaczy z tym Oswaldem, który jest twoim narzeczonym, ja i Torvald nawiązaliśmy z nim kontakt listowny, ale to straszny bufon. Rano obserwowałem go w Hogsmeade, bo koniecznie chciał się z tobą spotkać, ale nie mogliśmy na to pozwolić. Wydawało mi się, że po prostu pozwolimy mu siedzieć w herbaciarni i czekać, ale Torvald wysłał jakąś dziewczynę, żeby udawała ciebie. Nie była w tym najlepsza, ale Oswald chyba się nabrał, bo potem… potem poszli do wynajętego pokoju i wydaje mi się, że powinnaś o tym wiedzieć, skoro wszyscy myślą, że to byłaś ty.
Johan wyrzucił to wszystko z siebie możliwie szybko, biorąc minimalną liczbę wdechów. Spodziewał się, że reakcja Sigrid nie będzie najlepsza, dlatego wolał nie przedłużać tej chwili. Miał rację, kiedy już skończył mówić i spojrzał na siostrę, wyglądała, jakby zaraz miała zemdleć. Straszliwie pobladła i trzęsły jej się ręce. Milczała przez dłuższą chwilę i Bernard, który przysłuchiwał się wszystkiemu z ciekawością, uznał, że szukała odpowiednich słów; jak przystało na dobrze wychowaną arystokratkę, nie chciała zareagować zbyt emocjonalnie, nawet jeśli te wieści mogły sprawić jej spore kłopoty. MacIverowi przeszło przez myśl, że w tej sytuacji powinna zwrócić się do niego o pomoc. Torvald i Johan zawiedli ją o wiele bardziej niż on, nie mogła im ufać.
Sigrid tymczasem starała się opanować skaczący puls. Zdawała sobie doskonale sprawę z powagi sytuacji. Jeśli rozejdzie się plotka, że poszła z Oswaldem – jakim Oswaldem? Dlaczego nie znała jego nazwiska? – do wynajętego pokoju, będzie skończona. Z drugiej strony, czy dzięki temu Oswald nie zerwie zaręczyn? Tylko co dadzą jej zerwane zaręczyny, jeśli będzie skompromitowana? Co powiedzą rodzice? Dlaczego właściwie przejmowała się opinią towarzystwa, skoro nigdy nie chciała dołączyć do grona lwic salonowych? Potrząsnęła głową. Musiała to wszystko przeanalizować na chłodno. Podziękowała Johanowi za to, że ją poinformował i w możliwie najbardziej formalny i bezuczuciowy sposób pożegnała się z nim i z Bernardem. Miała nadzieję, że MacIver odczeka kilka minut, zanim wróci do pokoju wspólnego, nie chciała go w tej chwili widzieć. Nie chciała widzieć nikogo.
Bernard tymczasem patrzył na odchodzącą Sigrid z pewnym zawodem. Liczył, że sytuacja z Torvaldem sprawi, że mu wybaczy, że będzie w jego ramionach szukać pociechy i pomocy. Panna Gamp jednak zrobiła coś innego, czego się po niej nie spodziewał. Z wyprostowanym czołem i zaciśniętą szczęką ruszyła do wieży Krukonów. Sama. Jakby nie potrzebowała ani Bernarda, ani nikogo innego. Zdaniem MacIvera było w tym wszystkim jednak coś pocieszającego – owszem, nie udało mu się jej zdobyć, ale nie udało się to też Burke’owi, tego był pewien. Ślizgon właśnie przegrał z kretesem. I ta myśl sprawiła, że na koniec dnia Bernard MacIver się uśmiechnął. Nie był mściwym człowiekiem, ale poczuł, że właśnie dokonała się jakiegoś rodzaju sprawiedliwość dziejowa.

Rozdział szesnasty.

Rozdział piętnasty.

Johan Gamp wyszedł ze skrzydła szpitalnego w piątkowy wieczór. Długo przekonywał pielęgniarkę, że czuje się dobrze i na pewno może dołączyć do innych uczniów; kiedy się w końcu zgodziła – odczuł prawdziwą ulgę, ponieważ jego nieobecność w czasie sobotniego wyjścia do Hogsmeade byłaby poważną przeszkodą w realizacji planu, który Torvald wyłożył mu już jakiś czas temu. Johan naprawdę nie chciał zawieść starszego kolegi, w końcu zabrnęli już tak daleko… tak daleko, że młody Gamp wolał nawet nie myśleć, co by się stało, gdyby ktoś niepowołany – Sigrid lub ktoś z nauczycieli – poznał ten plan. Nie miał wątpliwości, że poniósłby straszną karę, nawet jeśli nie o wszystkim wiedział. Zastanawiał się, czy Burke wyłgałby się od kary; podejrzewał, że było to możliwe i w jednej chwili poczuł rosnący podziw dla niego, a w drugiej zimny dreszcz. W końcu jeśli jeden wspólnik zostanie uznany za niewinnego, to cała wina spadnie na drugiego, który nie zna wszystkich szczegółów, więc nawet nie może w pełni współpracować z nikim. Straszna sytuacja.
Żeby nie dopuścić do takiego rozwoju wypadków, Johan z samego rana udał się do Hogsmeade. Torvald powiedział mu, gdzie będzie znajdował się Oswald Löwenheim. Zadaniem Johana była dokładna obserwacja narzeczonego Sigrid, a w razie konieczności – ostrzeżenie Burke’a, który planował w tym samym czasie zabrać pannę Gamp na kufel piwa kremowego. Pod żadnym pozorom nie mogli dopuścić, by Löwenheim i Sigrid ze sobą rozmawiali, a najlepiej by było, gdyby się w ogóle nie widzieli. Niedopuszczenie do tego było drugą, równie ważną, częścią zadania Johana.
Młody Gamp zdziwił się, kiedy odkrył, że Löwenheim zatrzymał się w jedynym przybytku w Hogsmeade, w którym można było wynająć pokój; zupełnie nie rozumiał, czemu nie mógł się teleportować lub skorzystać z sieci Fiuu, żeby przybyć na to spotkanie. Burke wyjaśnił mu, że Oswald prawdopodobnie nie miał zamiaru spać w tym pokoju; że był wstrętnym dupkiem, który nie szanował Sigrid i dlatego nie można dopuścić do tego, żeby się spotkali. Johan musiał się z tym zgodzić. Nie miał zamiaru pozwolić, żeby ktoś taki kręcił się w pobliżu jego siostry.
Kiedy zjawił się w herbaciarni, w której miało odbyć się spotkanie Löwenheima i Sigrid, Oswalda jeszcze nie było. Przynajmniej tak się Johanowi wydawało. Nie miał pojęcia, jak Löwenheim wyglądał, więc mógł tylko przypuszczać, że będzie on jedynym facetem (poza samym Johanem), który będzie siedział przy stoliku samotnie. Ślizgon przez chwilę zastanawiał się, czy może nie powinien pomyśleć o jakimś przebraniu, ale wątpił, żeby Oswald go skądś znał. Skoro nie znał Sigrid, to jego tym bardziej. Nie musiał się też martwić ewentualną niezręczną sytuacją, w której Löwenheim dowie się, że był śledzony przez swojego szwagra, ponieważ do ślubu w żadnym wypadku nie dojdzie, Torvald był tego pewien, a do tej pory miał rację w praktycznie każdej kwestii, w której zabierał głos – tak się przynajmniej Johanowi wydawało.
Niemal godzinę później, kiedy Johan kończył już swoją drugą szarlotkę, do herbaciarni wszedł ktoś, kto po prostu musiał być Oswaldem. Wyglądał całkiem przeciętnie – ot, mysie włosy ułożone z przesadną starannością, dość pospolite rysy twarzy, nierzucający się w oczy kolor szaty, do której przypięta była sporej wielkości brosza z lwem (nie był to jednak lew Gryffindoru, zgodnie z krążącą po salonach legendą, miał on upamiętać zwierzę, które ktoś z Löwenheimów sprowadził z Afryki, oswoił i nazwał Drew; ta ostatnia część mogła być jednak zmyślona, ponieważ nikt z rodu nie potwierdził nigdy tej informacji). Gdyby nie ona, można by pomyśleć, że Oswald chciał pozostać incognito. Oczywiście zdradzał go jeszcze jeden szczegół: tuż za nim wszedł sporej wielkości ryś, oblizując się w nieco niepokojący sposób. Johan nigdy nie miał kontaktu z żadnym rysiem, ale coś mu podpowiadało, że nie jest on na tyle oswojony, by można było traktować go jak domowego kota.
Löwenheim usiadł przy stoliku i popatrzył na kelnerkę, jakby to miało przyspieszyć jej działanie. W końcu zamówił jakąś herbatę, o której Johan nigdy nie słyszał – wędzoną! Taki dziwak! – i poprosił o spodeczek mleka dla rysia. Gamp musiał przyznać, że zwierzę wyglądało imponująco, musiało mierzyć dobre cztery stopy, choć ćwierć tego przypadała na ogon, który nieustannie się poruszał, jakby jego posiadacz próbował… nie, Johan nie miał pojęcia, o co rysiowi chodziło, ale najwyraźniej nieźle się bawił: pochlipywał mleko, a kiedy Oswald schylał się, żeby podrapać go za uszami – mruczał z lubością, prawie jak zwykły kot. Gdyby nie potężne rozmiary i pędzelki na uszach, to pewnie mógłby uchodzić za kota, choć Johan nigdy nie widział kota o takim futrze. Nie chodziło nawet o cętki, futro rysia wyglądało na o wiele gęstsze od kociego, ale prawdopodobnie było to wynikiem przystosowania do życia w lasach. Koty – przynajmniej zdaniem Johana – żyły w salonach, więc były koszmarnie nudne. Taki ryś natomiast…!
Rozważania te przerwało jednak pojawienie się jakiejś dziewczyny, która usiadła przy stoliku Oswalda. Johan prawie zakrztusił się resztką swojej herbaty. Kim ona była i co tu robiła? Przecież Löwenheim miał się spotkać z jego siostrą, niemożliwe, żeby umówił się jeszcze z kimś na tę samą godzinę w tym samym miejscu. Nie słyszał, co dziewczyna powiedziała, bo akurat w tym momencie podeszła do niego kelnerka.
– Co, nie przyszła? – zagadnęła.
Johan rzucił jej puste spojrzenie; o kim ona mówiła? Czy ona też wiedziała, że dziewczyną przy stole Oswalda nie jest Sigrid? Najwyraźniej nie, ponieważ dodała:
– Nie martw się, masz jeszcze czas na romanse. Chcesz jeszcze jedną herbatę?
Gamp pokiwał głową i kelnerka odeszła. Tajemnicza dziewczyna nadal siedziała przy stoliku Löwenheima. Johan próbował wychylić się na krześle, żeby zobaczyć jej twarz, ale niewiele to dało. Był pewien, że jej nie znał. Podejrzewał też, że została tu przysłana, żeby udawać Sigrid, ale opierał to podejrzenie jedynie na pewnym ogólnym podobieństwie do panny Gamp. Nieznajoma była podobnego wzrostu i miała podobny kolor włosów, ale fryzura, w którą je ułożyła, w niczym nie przypominała fryzur preferowanych przez Sigrid. Wplecione we włosy niebieskie kokardy niewątpliwie miały podkreślać domniemaną krukońskość nieznajomej. Johanowi wydało się to idiotyczne, ale nigdy nie twierdził, że znał się na modzie czy na dziewczynach.
Oswald wyglądał na zadowolonego. Na jego szerokich wargach raz po raz pojawiał się uśmiech, choć kilka razy zdarzyło się, że zmarszczył brew. Ślizgon zastanawiał się, czy każde zmarszczenie brwi przybliża ich wszystkich do momentu, w którym wyda się, że nieznajoma to nie Sigrid. Nie miał wątpliwości, że tak się stanie, choć póki co Löwenheim zwracał się do niej imieniem panny Gamp. Johan żałował, że nie może wybiec z herbaciarni, odszukać Torvalda i dowiedzieć się, co to wszystko miało znaczyć. Jak miał zamiar nie dopuścić do ślubu Sigrid z Oswaldem, jeśli nie robił nic, żeby odwieść Löwenheima od tego pomysłu? Johanowi wydawało się, że to właśnie powinno być kluczem do sukcesu; gdyby Sigrid nie pojawiła się na spotkaniu, prawdopodobnie uznałby to za straszną zniewagę. Może na tyle straszną, żeby zerwać zaręczyny? Oczywiście, wtedy państwo Gamp dowiedzieliby się o wszystkim i matka na pewno wysłałaby jakiś niezwykle nieprzyjemny list, ale przecież to niewielka cena; szczególnie w porównaniu do tej, jaką przyszłoby płacić Sigrid, gdyby ślub naprawdę się odbył. Ale Torvald obiecał, że się nie odbędzie.
Dziewczyna udająca Sigrid miała akcent, który bardzo Johana irytował. Nie umiał stwierdzić dlaczego, ale wiedział, że nie jest prawdziwą arystokratką. Wątpił, by Oswald dał się nabrać, jeśli nawet on zauważył, że coś jest nie tak z jej zachowaniem. Wygląd był bez zarzutu – granatowa suknia ze srebrnymi akcentami, całkiem ładna – zachowanie też – piła herbatę w taki sam sposób, jak czyniła to pani Gamp – ale ten akcent… Nie, coś było nie tak.
Oczywiście Torvald nie mógł skłonić prawdziwej arystokratki, żeby udawała Sigrid – wieść o czymś takim szybko by się rozeszła po salonach. Musiał więc poprosić o to kogoś innego, kto najwyraźniej dostał tylko ogólne instrukcje dotyczące oczekiwanego zachowania lub nie potrafił odpowiednio odegrać swojej roli. Johan zresztą nadal nie rozumiał, jakiego rodzaju miała to być rola. Dlaczego Löwenheim miał żyć w przekonaniu, że spotkał się z Sigrid? Przecież i tak się z nią nie ożeni, jedyne, w czym to spotkanie pomoże, to podtrzymanie iluzji, że… O to chodziło Torvaldowi? Chciał zyskać na czasie? Nie chciał wywoływać skandalu akurat teraz? Ale dlaczego? Tego Johan nie rozumiał. Skandal wydawał się nieuchronny, w końcu ślub miał się odbyć stosunkowo niedługo, na pewno zaczęły się już jakieś przygotowania; czy nie lepiej byłoby odwołać wszystko już teraz?
A jednak nieznajoma siedziała przy stoliku i tym swoim irytującym akcentem przekonywała Oswalda, że jest panną Gamp, że jest Krukonką, że jest idealnym materiałem na żonę, że jest głupiutka i mało ambitna. Johan poczuł, że się mimowolnie krzywi. Dziewczyna była wszystkim tym, czym nie była jego siostra, przynajmniej tak mu się w tej chwili wydawało. Nie utrzymywał z Sigrid na tyle bliskich więzi, żeby wiedzieć o niej wszystko, ale szpiegował ją na tyle długo, by zdawać sobie sprawę, że panna Gamp chce czegoś więcej niż życia w cieniu męża. Wydawało mu się, że Torvald mógł jej to zapewnić. Löwenheim – na pewno nie. Widać było, jak wielką przyjemność sprawiało mu przekonywanie dziewczyny o własnej wspaniałości. Czuł się dobrze w jej towarzystwie, bo chłonęła każde jego słowo, raz po raz wydając z siebie westchnienia czy zadając jakieś pytanie. Sama rozmowa była dość nudna, Oswald opowiadał coś o jakiejś rodzinnej tradycji, ale nieznajoma wydawała się zafascynowana. Johanowi przyszło do głowy, że mogła być lepszą aktorką, niż początkowo sądził.
Przestał aż tak uważnie przysłuchiwać się ich słowom, kiedy zdał sobie sprawę, że dziewczyna dobrze sobie radzi, a jego interwencja nie będzie potrzebna. Dopiero temat ślubu przykuł jego uwagę. Löwenheim opowiadał o planach, jakie jego matka i pani Gamp poczyniły; Johan poczuł coś na kształt wyrzutów sumienia. Nieznajoma była jednak zachwycona, zaczęła wypytywać o szczegóły, których Oswald z przyjemnością jej udzielał. Mówił zdawkowo o kwiatach, kokardach, sukienkach i innych bzdetach, po czym przeszedł do tematu jedzenia. Pochwalił się, że współpracował przy układaniu menu i długo musiał przekonywać obie rodziny, by zostały na nim umieszczone jego ulubione dania. O ulubione dania Sigrid, jak wywnioskował Johan, nikt nie zapytał. Nieznajomej to nie przeszkadzało. Młody Gamp pomyślał, że może powinna ona kontynuować swoją grę i poślubić Oswalda. Może o to właśnie Torvaldowi chodziło? Nie, to niemożliwe, przecież każdy, kto choć trochę znał Sigrid, od razu by rozpoznał, że to nie ona. Ale – ile osób naprawdę znało Sigrid? Johan nie był pewien, czy sam ją znał, a z całą pewnością nie mógł tego powiedzieć o swoich rodzicach. Wiedział jednak, że Burke nie zdecydowałby się na taki krok jak podstawienie fałszywej panny młodej, to zbyt łatwo mogło się wydać.
Ryś Löwenheima skończył pić i zmienił pozycję tak, że Johan widział jego ubrudzony mlekiem pyszczek. Wydawał się w tym momencie całkiem niewinny, wręcz uroczy. Później jednak ziewnął, pokazując przy tym cały garnitur ostrych zębów. Kiedy zabrał się do zlizywania mleka, znów wyglądał niewinnie, ale Johan wiedział, że była to fałszywa niewinność. Spojrzał na dziewczynę przy stoliku Oswalda. Była tak samo fałszywa jak ta niewinność rysia. Wszystko było tak samo fałszywe. Całe życie salonowe, życie w Hogwarcie, wszystko. Każdy musiał udawać, że jest kimś innym, może nie aż tak, jak dublerka Sigrid, ale nikt nie mógł być zawsze sobą. Burke ukrywał przed wszystkimi prowadzone przez siebie interesy, MacIver ukrywał swoje plany wobec Sigrid, Lyndon tak samo, Sigrid ukrywała uczucie do Torvalda, Löwenheim ukrywał… Johan nie wiedział co, ale nie miał wątpliwości, że musiał coś ukrywać. Każdy był fałszywy i obrzydliwy w tej swojej uładzonej sztuczności. Gamp poczuł, jakby zjadł coś nieświeżego. Nie miał ochoty dłużej tu siedzieć, ale nie mógł wyjść, póki nie upewnił się, że Oswald i nieznajoma nie wpadną na Sigrid i Torvalda. Teraz wydawało się jasne, dlaczego unikanie prawdziwej Sigrid było tak ważną częścią planu, choć Johan żałował, że nie został o tym uprzedzony wcześniej. Na tym jednak polegała jego rola, nigdy nie znał całego obrazu sytuacji. Raz po raz dawał się zaskakiwać dlatego, że Burke nie przygotował go na to, co miało się stać.
Johan stracił ochotę na trzecią szarlotkę i przez następne pół godziny jedynie dłubał w niej widelcem, jednym uchem przysłuchując się rozmowie toczącej się przy stoliku obok. Nie interesowało go, co Oswald miał do powiedzenia całemu światu. Nie interesowały go też sztuczne odpowiedzi nieznajomej. Stracił nawet zainteresowanie rysiem, który teraz chodził wokół stolika Löwenheima i przyglądał się wszystkim obecnym w herbaciarni. Możliwe, że szukał drogi ucieczki, choć prawdopodobnie tak długo przebywał w domu arystokraty, że zatracił już instynkt. Gamp poczuł, że mógłby się utożsamić z tym rysiem. Od dziecka trzymano go pod kloszem, uczono, by robił to, czego od niego oczekiwano. Może jego też planowali zaręczyć z jakąś dziewczyną, o której nic nie wiedział? Czy jego rodzice byliby tak okrutni? Właściwie – dlaczego nie? Skoro nie wahali się sterować życiem Sigrid, to czy zawahaliby się sterować jego życiem? Prawdopodobnie nie, w końcu oczekiwali od niego, że w odpowiedniej chwili wkroczy na salony, podbije swoją uprzejmością kilka serc i podniesie rangę ich rodu. Czy oczekiwali też, że przedłuży linię rodu? Na pewno, choć wolał o tym w tej chwili nie myśleć.
Poczuł, że zazdrości Torvaldowi. Burke był wolny, nie miał żadnych obligacji względem rodziny, względem klasy społecznej, z której pochodził. Mógł decydować sam o sobie, mógł piąć się w górę dowolnie wybranymi przez siebie środkami, mógł też stoczyć się do poziomu mugoli, a gdyby tak zrobił – nikt by nie powiedział ani słowa. Torvald nie był obserwowany przez nikogo, co oznaczało, że mógł pozwolić sobie na to, o czym Johan nigdy nawet nie pomarzy. Mógł zostać tym, kim tylko chciał, ale… Co jeśli Torvald chciał zostać arystokratą? I postanowił użyć do tego Sigrid? Ślizgon potrząsnął głową. Nie, niemożliwe. Przecież Burke musiał zdawać sobie sprawę, że państwo Gamp nie pozwolą Sigrid na mezalians, zwłaszcza jeśli wcześniej zapewnili jej odpowiedniego narzeczonego. Nawet jeśli Torvald chciał dołączyć do salonowego życia (choć Johan nie mógł zrozumieć, czemu miałby tego chcieć), to nie byłaby dobra droga.
Löwenheim i nieznajoma dziewczyna raz po raz śmiali się z czegoś, co powiedziało to drugie, a Johan miał wrażenie, że atmosfera w herbaciarni jest zbyt gęsta i zaraz się w niej udusi. Zastanawiał się, o ile bardziej podejrzanie wyglądałby, gdyby stał pod drzwiami i czekał, aż Oswald i jego ryś wyjdą. Prawdopodobnie nikt nie zwróciłby na niego większej uwagi. Już miał zamiar się podnieść, kiedy zauważył, że Löwenheim przywołuje kelnerkę. Gamp spojrzał w ich stronę, ciekawy, co się stanie. Może po prostu chce dolewkę herbaty?
Oswald jednak uregulował rachunek i ruszył w stronę wyjścia. Nieznajoma i ryś podążyli za nim, zgrabnie imitując królewski orszak. Johan poderwał się z miejsca, nie patrząc nawet w stronę kelnerki, zostawił na stole parę monet. Też wyszedł z herbaciarni, obawiając się, że straci Löwenheima i nieznajomą z oczu. Nie mógł pozwolić, żeby zaginęli w tłumie, żeby wpadli na Sigrid i Torvalda, żeby zrobili coś, o czym pani Gamp mogłaby się dowiedzieć. Chodzenie po ulicy było znacznie bardziej niebezpieczne, w końcu mogli spotkać kogoś, kto zna Sigrid i kto zdemaskuje tę dziewczynę.
Jego obawy okazały się jednak bezpodstawne; śledzenie Löwenheima było zadaniem łatwym (poruszali się dość wolno, ponieważ ryś chciał zbadać większość nowych zapachów) i bezpiecznym (Oswald nie zwracał bowiem uwagi na otoczenie, skupiając się raczej na sobie i swoim orszaku). Co więcej, nie miał on zamiaru krążyć z nieznajomą po całym miasteczku, ani nawet – jak Johan początkowo przypuszczał – zmieniać herbaciarnię na pub. Młody Gamp nie miał pojęcia, gdzie zmierzają, ale kiedy skręcili w jedną z bocznych uliczek, zobaczył spory szyld i zrozumiał. Ten pokój, który Löwenheim wynajął i o którym Torvald mówił… Cóż, szli do tego pokoju. Teraz. Czy powinien ich powstrzymać? W końcu nieznajoma udawała jego siostrę, a gdyby ktoś choćby podejrzewał Sigrid o to, że poszła z kimś – nawet z własnym narzeczonym – w takie miejsce, byłaby skończona w towarzystwie, nikt nie utrzymywałby z nią kontaktów, nikt nie chciałby się z nią ożenić, nikt…
Czy o to właśnie Burke’owi chodziło? Chciał skompromitować Sigrid? Johanowi wydawało się, że to nienajlepszy pomysł, ale z drugiej strony był przekonany, że Torvald uprzedziłby nieznajomą, że ma dbać o reputację Sigrid. Nie sądził, by dziewczyna wyszła z roli i działała samowolnie. A więc to wszystko naprawdę było ukartowane?
Nie znalazł swoich odpowiedzi i nie podjął żadnej decyzji. Patrzył, jak Oswald Löwenheim, jego ryś i nieznajoma udająca Sigrid znikają za ciężkimi drzwiami. Rozumiał, co zaraz się stanie, ale nie miał pojęcia, jakie to będzie miało konsekwencje. Wzruszył ramionami, choć nie było przy nim nikogo, kto by ten gest widział, i zawrócił. Wyglądało na to, że jego zadanie się skończyło, choć powinien o wszystkim zameldować Torvaldowi.

Rozdział piętnasty.

Rozdział czternasty.

Gabriel Lyndon usłyszał o wszystkim, co wydarzyło się w szklarni, dopiero w czasie obiadu. Nie dlatego, że w Hogwarcie był zły przepływ informacji – po prostu Gabriel zaspał na śniadanie, spóźnił się na pierwsze zajęcia, a później nie rozmawiał z nikim aż do obiadu, bo każdą wolną chwilę spędzał na przepisywaniu wypracowania z astronomii, które miał oddać tego samego dnia. Dopiero kiedy je skończył i zjadł już solidną porcję jakiegoś mięsiwa, zainteresował się najświeższymi plotkami. Dowiedział się co niego o nowej strategii Puchonów, którą przygotowywali na mecz quidditcha, usłyszał parę świńskich komentarzy na temat jednej z koleżanek, obiło mu się też o uszy coś o jakimś Ślizgonie w skrzydle szpitalnym. Początkowo nie zareagował – w końcu Ślizgoni zawsze proszą się o kłopoty, czemu tu się dziwić – ale kiedy w rozmowie padło znajomo brzmiące nazwisko, zaczął słuchać uważniej.
Nie minął nawet kwadrans, nim Gabriel wyszedł z Wielkiej Sali. Miał w głowie straszliwy mętlik. Nie znał wielu szczegółów całego wypadku, ale wszyscy zgadzali się, że młody Gamp miał wypadek w szklarni. Gabriel aż za dobrze był świadomy, że to mogła być ta sama szklarnia, obok której rozmawiał z Bernardem. I naprawdę, naprawdę nie chciał myśleć, co by się stało, gdyby brat Sigrid słyszał całą ich rozmowę.
Musiał znaleźć Bernarda. MacIver będzie wiedział, co robić – w końcu był mózgiem całej operacji, miał pomóc Gabrielowi zdobyć dziewczynę, ocalić ją przed tym okropnym Ślizgonem. Teraz, kiedy na scenie zrobiło się tłoczniej i trzeba było liczyć się też z bratem Sigrid, plan mógł nie wypalić. Zresztą – czy ich plan był na tyle dobry, by mógł wypalić? Gabriel spędził poprzednią noc wyobrażając sobie, co może się stać, jeśli ich plan się powiedzie. W każdym scenariuszu Sigrid była mu wdzięczna za ratunek. W każdym scenariuszu pokonywał Burke’a. W każdym scenariuszu panna Gamp miała stać się panią Lyndon. I w każdym scenariuszu zjawiał się w końcu jej prawdziwy narzeczony – zawsze na białym rumaku, zawsze z perłowobiałym uśmiechem, zawsze z workiem galeonów – żeby zabrać ją daleko i od Gabriela, i od Burke’a, i od wszystkiego, co do tej pory znała. Koło pierwszej w nocy zaczął się zastanawiać, czy nie jest to najlepsze rozwiązanie. Poczekać na zjawianie się narzeczonego. Nie pchać się tam, gdzie nie można nic zrobić.
Ale te oczy, te smutne oczy, jak mógł zapomnieć o jej smutnych oczach? Jak mógł pozwolić, by dalej były smutne, by dzień w dzień smutniały jeszcze bardziej? Nie spodziewał się, by od razu poweselały na jego widok – w końcu Sigrid nawet go nie znała. Kojarzyła go z widzenia, kilka razy powiedzieli sobie cześć, ale nic więcej. Nie, Gabriel nie miał wątpliwości, że nie rzuciłaby mu się na szyję, ale gdyby mieli czas – więcej czasu – zobaczyłaby wszystkie jego dobre strony i mogłaby nauczyć się go kochać. Problem w tym, że nie mieli czasu. Żadne z nich. Był kwiecień, co oznaczało, że szkoła miała się niedługo skończyć, a każde z nich miało wyruszyć swoją drogą; Sigrid miała zostać bogatą żoną arystokraty, a on miał zająć się czymkolwiek, co pozwoliłoby mu utrzymać i siebie, i matkę. Nie był księciem z bajki – czuł się nim mniej i mniej, im bardziej myślał o Sigrid. Nie mógł dać jej tego, na co niewątpliwie zasługiwała, i jedyne, co mogło go powstrzymać przed całkowitym porzuceniem planu, była świadomość, że Burke też jej tego dać nie może. Nieważne, co myślała o całej sprawie sama Sigrid. To oczywiste, że ktoś taki jak Burke nie może zaoferować jej nic poza przepłakanymi nocami. Dlatego właśnie on, Gabriel, musiał coś zrobić. Nie po to, żeby zdobyć dziewczynę – nie, kiedy pierwsze promienie słońca zaczynały wpadać do dormitorium, zdał sobie sprawę, że to nie był najlepszy pomysł. Jego kłamstwo zbyt szybko wyszłoby na jaw i wtedy nie byłby lepszy od Ślizgona. Nie chciał, żeby miała do niego taki sam żal, jaki niewątpliwie będzie miała do Burke’a, kiedy ten już ją porzuci. Czego zatem chciał Gabriel? Nagle poczuł, że wcale nie tak wiele. Wystarczy mu, jeśli powie Sigrid wszystko, co wie – wyjaśni jej, czemu nie powinna zadawać się z tym Ślizgonem i skłoni, żeby poczekała na narzeczonego. I tak nie mogła uciec od małżeństwa, dlaczego zatem miała dodawać sobie cierpienia i do końca życia myśleć o Torvaldzie jako o miłości swojego życia? Wykorzystywał ją, na pewno i oszukiwał, więc nie zasługiwał na żadne ciepłe uczucia. Gabriel postanowił, że jej to wszystko po prostu powie. Wtedy wszystko będzie łatwiejsze. I z tą radosną myślą zasnął, by później przegapić śniadanie i spóźnić się na pierwsze zajęcia.
Gryfon nie był pewny, gdzie powinien szukać MacIvera – trochę zdziwiła go nieobecność Krukona na obiedzie, ale uznał, że mógł zasiedzieć się w bibliotece. (Gabrielowi wydawało się oczywiste, że ktoś taki jak Bernard cały czas siedzi w bibliotece). Rozczarował się, kiedy go tam nie znalazł. Nie wiedział, gdzie indziej go szukać, więc wrócił do Wielkiej Sali. Obiad już się kończył, ale udało mu się dostrzec jakiegoś Krukona, o którym wiedział, że byli razem na roku.
– MacIver? Zniknął gdzieś przed śniadaniem – odpowiedział Krukon spokojnie, jakby zniknięcia kolegów z dormitorium były na porządku dziennym.
Gabriel podziękował mu za informację, choć nie ułatwiała ona poszukiwań. A teraz, kiedy już wiedział, jak chce rozwiązać sytuację z Sigrid, rozmowa z Bernardem stała się dla niego priorytetem – nie chciał, żeby sprawy zabrnęły za daleko, ba, nie chciał nawet, by Sigrid się o czymkolwiek dowiedziała, zanim z nią nie porozmawia. W końcu wystarczyłoby, że powstrzymają Burke’a, panna Gamp nie musiałaby wiedzieć o niczym. Tak byłoby nawet lepiej, w końcu była z pewnością wrażliwą arystokratką i nie należało jej mieszać do brudnych porachunków – a wiedział, że powstrzymywanie Burke’a nie będzie czyste; nazwał to porachunkami tylko dlatego, że brzmiało to lepiej w jego głowie.
Właśnie wtedy – Merlinie, dlaczego? – usłyszał zza roku znajomy głos Sigrid. Zatrzymał się i próbował usłyszeć coś więcej – cokolwiek mówiła, mogło być ważne dla planu, który on i MacIver opracowali… to znaczy opracowują. Gabriel cały czas przypominał sobie, że jego wersja planu musi ulec zmianie.
– … on chciał, naprawdę nie wiem – mówiła tymczasem Sigrid. – Przecież nie zdarzyło się nic złego, oczywiście, Johan miał ten wypadek, ale to się zdarza, nie stało mu się nic poważnego, pielęgniarka mnie o tym zapewniała, więc dlaczego profesor Alderton miał…
– Alderton ma za dużo czasu – stwierdził drugi głos, który Gabriel natychmiast zidentyfikował jako głos Torvalda i w myślach pogratulował sobie wyczucia czasu. – I interesują go sprawy, które nie powinny go interesować. Oczywiście, że nie stało się nic innego, po prostu chciał się upewnić, czy jestem grzecznym, małym Ślizgonem.
Gabriel miał straszną ochotę prychnąć. Naprawdę, nigdy wcześniej nie miał tak szczerej ochoty prychnąć. Prychnięcie wzbierało w nim od palców u nóg, przechodziło przez całe ciało, potęgowane przez każdy mijany organ, i wreszcie dotarło do ust, by tam zamrzeć. Nie zdążyło przez nie ujść – a nie miał wątpliwości, że byłoby to prychnięcie nad prychnięciami, prototypowe i najwspanialsze prychnięcie spośród wszystkich prychnięć, które dane było i będzie kiedykolwiek słyszeć wszystkim, którzy by je faktycznie usłyszeli – bo oto Sigrid odpowiedziała:
– Miałeś szczęście, że tam byłam. Nic nie poprawia wiarygodności Ślizgonów bardziej niż miła Krukonka. – Zaśmiała się.
Burke też się zaśmiał, po czym ich kroki na chwilę umilkły i Lyndon zdał sobie sprawę, że najlepiej będzie, jeśli zniknie, zanim go zobaczą – w końcu i tak dowiedział się czegoś. Wiedział, że Alderton podejrzewał o coś Burke’a. O coś złego. O coś, o czym Sigrid nie miała pojęcia. Ale co to mogło być?
I gdzie podziewał się Bernard?
Gryfon wiele by dał, żeby się tego dowiedzieć, ale w tej chwili musiał uporządkować sobie w głowie, co chce powiedzieć Sigrid. Zaczął się domyślać, że nie uda mu się porozmawiać z MacIverem, zanim będzie musiał porozmawiać z panną Gamp. Był bowiem pewny, że sytuacja jest na tyle poważna, że nie powinien zwlekać ani chwili. Kiedy tylko uda mu się zobaczyć Sigrid samą (w końcu nie chciał, żeby Burke usłyszał choć słowo i znów próbował przestawić mu szczękę) – będzie musiał powiedzieć jej o wszystkim.
Dlatego też Gabriel przez całe popołudnie obserwował Sigrid z daleka i czekał. (Przez chwilę rozważał, czy nie porozmawiać z Aldertonem o Torvaldzie, ale kiedy zauważył, że profesor przygląda mu się uważnie, jakby próbował ocenić, czy to aby nie Gabriel przyczynił się do wyginięcia hafragurków, zrezygnował z tego pomysłu). Okazja nadarzyła się dopiero wieczorem, kiedy Burke wyszedł z Wielkiej Sali i ruszył w bliżej nieznanym kierunku, a Sigrid, dokończywszy kolację, udała się do skrzydła szpitalnego. Przynajmniej miała zamiar się tam udać, bo Lyndon dogonił ją gdzieś w połowie drogi i złapał za rękaw szaty. Krukonka spojrzała na niego pytająco, szybko jednak wyszarpując rękaw.
– Musimy porozmawiać – powiedział poważnym tonem Gabriel.
– Ostatnia nasza rozmowa nie skończyła się najlepiej – odpowiedziała Sigrid. Nie próbowała jednak odejść, co oznaczało, że być może go jednak wysłucha.
– Tym razem nie będzie machania różdżkami – uspokoił ją Gabriel, starając się nie dodać w myślach „o ile nie pojawi się tu Burke”.
Panna Gamp złożyła ręce na piersi i Lyndon domyślił się, że powinien zacząć mówić, jeśli nie chce, żeby jego słuchaczka straciła resztki zainteresowania. Zaczął od naświetlenia swojej sytuacji rodzinnej (choć nie przychodziło mu to łatwo i bardzo starał się pominąć temat obecnego stanu swojej matki, a skupić się na czasach, kiedy ojciec jeszcze żył), a kiedy poczuł się pewniej, wyjaśnił, że przez chwilę wydawało mu się, że być może ona jest jego narzeczoną. Że usłyszał o jej zaręczynach i pomyślał – tak, ośmielił się pomyśleć! – że być może szczęście uśmiechnęło się do niego. Że wydawała mu się niezwykle ciepłą i miłą osobą, która może wiele w życiu osiągnąć. Że chciał ją ocalić przed Torvaldem, jeśli nie miała ochoty z nim przebywać. Że chciał jej dać wszystko – może nawet i gwiazdkę z nieba – ale zdał sobie sprawę, że to nie jego miejsce, nie jego rola i nie jego gwiazdka z nieba mogłaby stać się jej skarbem. I że chciał ją zapewnić, że nie będzie jej prześladował, ale najpierw chce jej powiedzieć o czymś bardzo ważnym.
Sama Sigrid słuchała uważnie, momentami pełna współczucia dla Gabriela, momentami bardzo zła na niego i na cały świat, który sprawiał, że takie rzeczy miały miejsce. Może też zła na swoją rodzinę, że nie powiedzieli jej od razu, kto jest jej narzeczonym – ileż by to ułatwiło! W końcu jednak poklepała Gabriela po ramieniu i wykonała dłonią gest, by mówił dalej.
Gabriel zrobił głęboki wdech i opowiedział jej o rozmowach z Bernardem: o tym, jak chcieli rozbić jej związek z Torvaldem, bo obaj byli przekonani, że to nie Burke jest jej narzeczonym, o tym, co planowali zrobić, o tym, co Bernard mówił na temat Burke’a i zagrożenia, jakim może być dla Sigrid. MacIver był bowiem pewny, że prędzej czy później Ślizgon złamie prawo i pociągnie za sobą pannę Gamp; że nie zadowoli się spędzaniem z nią czasu, ale pozbawi ją czci (w tym miejscu i Gabriel, i Sigrid mogli się lekko zarumienić – on, bo musiał mówić o czymś takim i był przekonany, że sam taki domysł rani jej uszy, a ona, bo jego słowa przypomniały jej o całkiem niedawnych wydarzeniach), zrujnuje jej reputację, wykorzysta ją i porzuci, bo tak właśnie robili ludzie jego pokroju.
Sigrid otworzyła usta, żeby zaprotestować – albo się zgodzić, kto wie? Gabriel jednak przerwał jej i stwierdził, że jeśli teraz nie powie tego, co ma do powiedzenia, to nie powie tego nigdy. Wziął głęboki wdech i wyjawił Sigrid, że Bernard dowiedział się o układzie Torvalda i Johana. Nie wiedział, na czym on polegał, ale wiedział, że w zamian za miejsce w drużynie quidditcha Johan zgodził się coś zrobić – coś związanego z Sigrid. Może chodziło o namówienie ją do udzielania Torvaldowi korepetycji, może o coś innego – tego Lyndon nie wiedział, ale dodał, że Bernard wspominał coś o listach. Gabriel nie miał pojęcia, czemu dwóch Ślizgonów miałoby się komunikować między sobą za pomocą listów, ale Bernard był przekonany, że jakieś listy odgrywają w całej sprawie znaczną rolę.
– Doceniam, że mi o tym mówisz – powiedziała Sigrid, kiedy już przekonała się, że Gabriel zamilkł na dobre. – Dziękuję.
Lyndon nie był pewien, czego się spodziewał. Może wielkiego ataku płaczu? Może chciał, żeby rzuciła mu się w ramiona i szukała w nich pocieszenia? Może chciał, żeby wpadła w gniew i postanowiła zerwać kontakt zarówno z Torvaldem, jak i z Bernardem? Może po prostu chciał zobaczyć, co się stanie. W każdym razie zawiódł się. Sigrid stała przed nim jak uosobienie dobroci i wszystkiego, o czym mógł marzyć, a po jej wargach błąkał się lekki uśmiech. Mogłaby wyglądać jak ktoś, kto zupełnie nie przejął się jego słowami, kto o wszystkim wiedział i się ze wszystkim godził, kto kochał świat mimo tylu jawnych niesprawiedliwości i kłamstw. Dopiero po bliższym przyjrzeniu się, Gabriel zauważył, jak mocno zaciśnięta była jej szczęka, co sprawiało, że lekki uśmiech, który wcześniej tak mu się podobał, teraz wydał mu się przerażającym grymasem.
Zawahał się; nie wiedział, czy powinien już odejść, czy kontynuować rozmowę, która najwyraźniej ją zraniła – jak zresztą mogłaby tego nie zrobić, przecież właśnie powiedział pannie Gamp, że właściwie każdy z jej otoczenia ją okłamywał, że nikomu nie powinna była ufać. Poczuł, że naprawdę jej współczuje i chciałby jakoś ją pocieszyć – w końcu znów była tą biedną, zagubioną dziewczyną o smutnych oczach, którą należy uratować przed ślizgońskim smokiem.
Zanim zorientował się, co robi, objął Sigrid ramieniem i przyciągnął do siebie. Czuł, jak napięte są wszystkie jej mięśnie, domyślał się, że przez jej mózg przebiegają właśnie setki myśli, których nic, co on może zrobić, nie zatrzyma – będą tak biec, i biec, i mnożyć się, i transformować w słuszne i niesłuszne wnioski, przemieniać w decyzje, wzbudzać żal, a wszystko stanie się jeszcze bardziej przytłaczające, splątanie i nielogiczne. Chciał jej pomóc, zatrzymać całą tę machinę, którą puścił w ruch, pokazać jej, że ma kogoś, komu może ufać, kto jej nie okłamie i kto chce jej dobra.
Jednym ramieniem nadal przytrzymywał ją przy sobie, z drugie przemieścił tak, by móc ująć jej brodę dłonią. Chciał popatrzeć w jej oczy, naprawdę – sprawdzić, czy dodał do nich smutku, czy może obudziła się w nich determinacja; poszukać w nich ognia słusznego gniewu, który pomógł rozpalić. Ale w jej oczach nie znalazł żadnej z tych rzeczy. Nie dlatego, że były puste. Widział kłębiące się w nich emocje, ale żadna z nich nie była na tyle silna, żeby wygrać z pozostałymi. Sigrid nie podjęła jeszcze decyzji, była zagubiona i dlatego przybrała maskę idealnej arystokratki, której nic nie jest w stanie wyprowadzić z równowagi. Była spięta i zimna, ale myślała. A Gabriel był pewny, że za chwilę, za moment zapłonie w niej ten ogień, który wypali cały smutek i wszystkie myśli o Torvaldzie.
Nawet nie spostrzegł, w którym momencie zdecydował się ją pocałować – w jednej chwili trzymał ją za brodę, szukał złości w jej oczach, a w następnej całował ją i popychał w kierunku ściany. Nie chodziło nawet o uczucie, które do niej żywił, a z obecności którego dopiero teraz zdawał sobie w pełni sprawę. Nie chodziło też o hormony, które szalały w jego ciele. Nie wiedział, o co chodziło, ale przez moment czuł, że jego świat stał się lepszy, pełniejszy. Jakby fakt, że całował pannę Gamp, był zarazem obietnicą lepszego jutra. Może miał cień nadziei, że ten pocałunek przekona ją, żeby zapomniała o wszystkim i spojrzała na niego łaskawszym okiem? Może po prostu chciał ją pocałować, bo był niemal pewien, że Burke już to zrobił? Może…
Sigrid odepchnęła go za szybko – nie zdążył jeszcze znaleźć odpowiedzi na swoje pytania. Popatrzył na nią z nadzieją, jakby liczył, że miała jakąś epifanię i zaraz powie, żeby nie odchodził, żeby został z nią już na zawsze. Nie była to prawdziwa nadzieja, ale gdyby…!
– To było niedopuszczalne, Gabrielu – powiedziała lodowatym tonem. – Nie waż się do mnie zbliżać. Nie próbuj ze mną rozmawiać. W ogóle nie… Nie dotykaj mnie! – krzyknęła, kiedy wyciągnął rękę w jej kierunku. – Nie wierzę w ani jedno twoje słowo, więc trzymaj się ode mnie z daleka!
I pobiegła najkrótszą drogą do wieży Krukonów. Gabriel mógł przysiąc, że widział w jej oczach łzy i był na siebie zły. Tak bardzo chciał zobaczyć w nich coś – cokolwiek – że nie przyszło mu do głowy, że rezultat jego działań może mu się nie spodobać. Miał jak najlepsze intencje, oczywiście, ale czasem to nie wystarczało.
Zmartwił go też fakt, że panna Gamp zareagowała aż tak ostro. Tak, nie powinien jej całować, ale… Nie, nie chciał się usprawiedliwiać. Miał tylko nadzieję, że Sigrid przemyśli wszystko, co jej powiedział wcześniej i nie uzna tego za stek kłamstw. Naprawdę dobrze jej życzył. Chciał, żeby była szczęśliwa – nawet jeśli przed chwilą unieszczęśliwił ją tak, jak według jego prognoz miał unieszczęśliwić ją Burke. Czy zatem miał prawo go krytykować? Czy miał prawo w ogóle mieszać się do jej życia?
Przez chwilę przemknęło mu przez myśl, że mógłby porozmawiać o tym z Bernardem, ale szybko odgonił tę myśl. Nie widział Krukona przez cały dzień, a do tego postanowił, że po tym dniu przestanie się mieszać w sprawy panny Gamp. Rozmowa z jej przyjacielem kwalifikowałaby się jako mieszanie, więc powinien się powstrzymać. Musiał się w końcu skupić na sobie i swojej matce, to było teraz ważniejsze. Może kiedyś znajdzie jakąś księżniczkę, ale wiedział już z całą pewnością, że księżniczką tą nie będzie panna Gamp.
Gabriel schował ręce do kieszeni i ruszył w kierunku wieży Gryffindoru. Nie czuł się w pełni przegrany. Prawdę mówiąc, nie czuł się w żaden szczególny sposób. W końcu nie stało się nic wielkiego. Ot, po raz kolejny stado smoków wygrało.

Rozdział czternasty.

Rozdział trzynasty.

            Torvald Burke od rana był radośniejszy, niż wypadało człowiekowi jego pokroju. Zgodnie z obiegową opinią – powinien siedzieć w kącie i knuć. Nic z tego, Torvald właśnie doprowadził swój eksperyment do końca i nie czuł najmniejszej nawet potrzeby czegokolwiek knuć. Czuł natomiast nieprzepartą chęć uśmiechnięcia się do kogoś. Trochę go to zdziwiło – oczywiście to, co się stało poprzedniej nocy, odpowiadało za jego dobry humor, ale nie spodziewał się, że jego własna reakcja na całe to zajście – nie, nie zajście, w żadnym wypadku zajście! tak niefortunny dobór słownictwa nieco ostudził jego radość – na cały ten incydent będzie tak widoczna. Ostatecznie – jak często chodził po pokoju wspólnym i starał się nie uśmiechać? Sama myśl o tym, jak obrzydliwie radośnie musiał wyglądać, wprawiała go w osłupienie.
Z doświadczenia wiedział, że sam fizyczny aspekt całego wydarzenia nie wywołałby w nim aż takiej reakcji. Wszystko wskazywało na to – i przyznawał to z pewną niechęcią – że w jego eksperyment jednak zamieszane były jakieś emocje, i to nie tylko ze strony Sigrid. Gdyby się do niej nie przywiązał, gdyby nic do niej nie czuł, nie chciałby się teraz uśmiechać jak ktoś, kto właśnie zdał owutemy. Nie miał pojęcia, kiedy nastąpiła ta zmiana – jeszcze niedawno myślał o pannie Gamp tylko jako o kimś, kto ma na tyle dobre serce, żeby mu pomagać, i jest na tyle naiwny, żeby wierzyć w jego szlachetne intencje. To się nie zmieniło – w jego umyśle Sigrid nadal była tą mądrą, uczynną, dobrą i nieco naiwną dziewczyną. Z tą różnicą, że teraz była jego mądrą, uczynną, dobrą i nieco naiwną dziewczyną. Nie, nie dziewczyną. Jego Sigrid.
Nie miał wątpliwości, że najdalej za kilka tygodni jego oszustwo wyjdzie na jaw, panna Gamp pozna swojego narzeczonego i najpewniej do końca życia będzie pamiętać, jak okropnie zranił ją niejaki Burke. Trudno. Nie miał zamiaru przepraszać za coś, co sprawiło, że czuł się tak dobrze. Właściwie nie miał zamiaru za nic przepraszać – przynajmniej póki co. Planował natomiast trzymać rękę na pulsie i dowiedzieć się jak najwięcej na temat przyszłego męża jego Sigrid. Wiedział, że nie powinien się do tego mieszać; ba, powinien się wycofać już dawno, zrezygnować z tego eksperymentu i trzymać się pierwotnego planu. Sigrid była jego przepustką do zdania owutemów, niczym więcej. Nie powinien był pozwolić jej stać się czymś więcej.
Teraz jednak było już za późno, żadne z nich nie mogło się cofnąć do tego, co było wcześniej. Sytuacja się zmieniła i musiał jak najszybciej nad nią zapanować. Wiedział, że gdyby oddał stery w ręce Sigrid, oboje wyszliby na tym tragicznie. W końcu nie miała pojęcia o tylu sprawach, że nie mogła realnie ocenić konsekwencji swoich czynów. Miała fałszywy obraz sytuacji – który zresztą on sam pomógł jej wyprodukować – i potrzebowała kogoś, kto ją przeprowadzi przez to wszystko. Dlatego właśnie on, Torvald, nie mógł zmienić się w uśmiechniętego idiotę tylko dlatego, że się z nią przespał. Mógł myśleć o niej, co chciał. Mógł w myślach jej się oświadczać albo przyznawać się do wszystkich kłamstw – choć nie zrobiłby ani jednego, ani drugiego. Nie mógł jednak wyłączyć myślenia. Zwłaszcza nie teraz, kiedy musiał mieć oko nie tylko na samą Sigrid i jej przyjaciela, Krukona, lecz także na tajemniczego narzeczonego.
Westchnął. No tak, i jeszcze Johan. Właściwie młody Gamp był całkiem użyteczny – bardziej, niż można się było spodziewać. Nie tylko pomógł Torvaldowi z Sigrid i umożliwił mu ograniczenie jej kontaktu z narzeczonym, lecz także pomagał mu w nielegalnym handlu magicznymi roślinami i innymi substancjami, które w Hogwarcie były całkiem łatwo dostępne, jeśli było się odpowiednio zdeterminowanym i wiedziało się, gdzie szukać. Torvald wiedział i przez jakiś czas był odpowiednio zdeterminowany. Teraz – miał pomocnika. Na ogół nie lubił powierzać ważnych zadań w cudze ręce, ale młody Gamp udowodnił, że jest sobie w stanie poradzić. Burke póki co nie miał powodu, żeby w to nie wierzyć.
Powód taki pojawił się jednak z samego rana i na dobre zmył z Torvaldowej twarzy resztki uśmiechu. Nie zdążył nawet pomyśleć o śniadaniu, kiedy dotarły do niego najświeższe wiadomości – Johan Gamp nie wrócił na noc, podobno był w skrzydle szpitalnym. Burke najchętniej zakląłby siarczyście, ale to oznaczałoby, że wiedział o całej sprawie coś więcej, a nie chciał, żeby cały pokój wspólny dowiedział się na ten temat za wiele. Nie miał pojęcia, co dokładnie się stało i czy nauczyciele już o wszystkim wiedzą. Był przekonany, że Gamp go nie wydał, ale zdawał sobie sprawę, że jeden nierozważny gest może zrobić to samo, co stwierdzenie „Tak, to Torvald Burke mnie tam wysłał, pani profesor”.
W końcu uznał jednak, że jako zatroskany starszy kolega ma prawo odwiedzić Johana. Miał tylko nadzieję, że uda mu się tam dotrzeć przed Sigrid – choć w innych okolicznościach jej widok być może by go ucieszył, to bardzo mu zależało, żeby nic nie wiedziała o umowie, jaką zawarł z jej bratem. Nie wiedział, jak zareagowałaby na te wieści, ale spodziewał się, że nie byłaby zadowolona. Zwłaszcza, gdyby Johan dodał coś o listach. Nie, zdecydowanie musiał iść tam jak najszybciej i sprawdzić, czy Gamp nie znajduje się pod wpływem jakichś eliksirów, które zmącą jego umysł.
Kiedy dotarł do skrzydła szpitalnego, odkrył, że stan Johana był lepszy, niż się spodziewał, i najpóźniej następnego dnia rano chłopak miał zostać wypuszczony. Młody Gamp był strasznie przejęty i ciągle powtarzał, że musi opowiedzieć Torvaldowi o czymś ważnym, ale dla Burke’a priorytetem były rośliny, które właśnie powinien wysyłać. Zanim jednak Johan cokolwiek powiedział, w skrzydle szpitalnym zjawił się przyjaciel Sigrid, ten MacIver. Torvald nie miał pojęcia, po co właściwie przyszedł, skoro nie zabrał ze sobą panny Gamp. Co oznaczało, że najprawdopodobniej nadal o niczym nie wiedziała. Torvaldowi bardzo to odpowiadało. Uznał, że jeśli będzie miał trochę szczęścia (a ostatnio mu ono dopisywało), zdąży zabrać rośliny ze szklarni i porozmawiać z Sigrid jeszcze przed jej pierwszymi zajęciami. W ten sposób przedstawi jej właściwą wersję zdarzeń i pokaże, jak mu zależ… Nie, po prostu przedstawi jej właściwą wersję zdarzeń.
MacIver szybko wyszedł, ale Torvald nie miał wątpliwości, że Krukon będzie chciał coś podsłuchać. Wyciszył drzwi, a potem dokładnie wypytał Johana o wszystko, co wydarzyło się poprzedniego wieczoru. Dowiedział się nie tylko, gdzie Gamp ukrył rośliny (co go ucieszyło – młody Ślizgon nie tracił zimnej krwi), lecz także (co ucieszyło go jeszcze bardziej) usłyszał wszystkie soczyste szczegóły dotyczące rozmowy MacIvera z Lyndonem. Pochwalił Johana i przypomniał mu wersję zdarzeń, którą wcześniej opracowali. I wyszedł; zapowiadał się naprawdę pracowity poranek.
MacIvera nie było na korytarzu i Burke przez chwilę zastanawiał się, czy Krukon nie pobiegł opowiedzieć o wszystkim Sigrid. Szybko jednak uznał, że tego rodzaju zagranie nie miałoby większego sensu – Bernard lepiej by na tym wyszedł, gdyby udawał, że wcale go tu nie było. Torvald, gdyby był na jego miejscu, wyparłby się wszystkiego.
Było jeszcze zbyt wcześnie na spacery po błoniach, więc Torvald dotarł do szklarni niezauważony. Zastanawiał się, czy śniadanie się już zaczęło. Prawdopodobnie tak, w końcu w skrzydle szpitalnym spędził przynajmniej kwadrans, a jeśli dodać do tego czas spędzony na korytarzach… Miał jednak nadzieję, że uda mu się zdążyć porozmawiać z Sigrid. Chociaż pewnie już usłyszała o wypadku – być może przy stole, być może od MacIvera – i sama szła do skrzydła szpitalnego. Mógłby tam zajrzeć, jeśli nie znajdzie jej w Wielkiej Sali, ale nie chciał chodzić po całym zamku ze sporą ilością roślin, których nie powinien mieć przy sobie. Samo zaglądanie do Wielkiej Sali było pewnego rodzaju ryzykiem, którego nie powinien podejmować. Szybki kurs szklarnia – sowiarnia był tym, czego potrzebował, nie rozpraszające uwagę rozmowy z Sigrid. Nie powinien w ogóle o niej myśleć; najwyraźniej sprawiała, że tracił głowę. Burke nie był głupi, wiedział, że gdyby ktoś wykrył kradzieże w szklarniach, nie skończyłoby się na szlabanie czy utracie punktów – nie, jeśli wziąć pod uwagę, ile roślin zginęło. Nauczyciele na pewno mniej lub bardziej aktywnie szukali winowajcy, więc powinien ograniczyć do minimum czas spędzony z łupem w torbie. Nieważne, co Sigrid sobie pomyśli.
Rośliny leżały dokładnie tam, gdzie poprzedniej nocy zostawił je Johan. Owinięte w coś, co musiało być prześcieradłem, i wciśnięte za inne doniczki. Niemal niezauważalne, jeśli nie wiedziało się, czego szukać. Młody Gamp naprawdę dobrze się spisał. Brakowało raptem jednej rośliny, której zdobycie nie było dla Torvalda trudne. Już miał wychodzić, kiedy usłyszał szelest przy drzwiach. Przykucnął za jedną z dużych i nieszkodliwych roślin, starając się wsłuchać w kroki – miał nadzieję, że nikt nie wejdzie do środka. Może to tylko nauczyciel sprawdzał, czy wszystko w porządku. Może nie wejdzie do środka. Może przejdzie do szklarni obok.
Drzwi jednak otworzyły się szybko i ktoś wszedł do środka. Przez chwilę panowała grobowa cisza i Torvald był przekonany, że ktokolwiek znajdował się w środku, wypatrywał wśród liści i doniczek śladów czegoś lub kogoś, kogo nie powinno być w szklarni. Potem ten ktoś ruszył w kierunku tyłu szklarni. Poruszał się powoli, prawdopodobnie rozglądając się wokół. Być może szukał śladów po wypadku Johana albo tego, co Johan musiał w szklarni zostawić, kiedy biegł do skrzydła szpitalnego.
Burke do tej pory starał się oddychać jak najciszej i jak najpłycej, ale zdawał sobie sprawę, że niedługo to nie wystarczy – kroki skręcą w końcu w lewo i zobaczą dużą grupę donic, a za nimi Ślizgona, który w torbie miał ukrytą paczuszkę z zerwanymi w tej właśnie szklarni roślinami, niezbity dowód na pogwałcenie regulaminu szkoły. Czas na ukrywanie się mijał, zbliżał się czas działania.
Starając się nie poruszyć ani jednego liścia, wyciągnął różdżkę. Wiedział, że mimo jego starań – rośliny się poruszyły i kroki za chwilę przyspieszą, ruszą w jego kierunku i niechybnie go znajdą. Na jego korzyść działał tylko element zaskoczenia. Oczywiście, ktokolwiek chodził po szklarni (a Torvald był już pewien, że nie był to żaden nauczyciel) prawdopodobnie spodziewał się, że kogoś tu spotka. Nie spodziewał się tylko, że ten ktoś będzie do niego mierzył z różdżki.
Kroki w końcu zbliżyły się wystarczająco i Burke zobaczył czyjeś nogi i skraj szaty. Gdyby podniósł wzrok, mógłby zobaczyć i resztę, ale nie było mu to potrzebne.
Drętwota! – mruknął, mając nadzieję, że nie zostanie rozpoznany po głosie. Nie umiał rzucać zaklęć bezgłośnie.
Trafił, bo usłyszał charakterystyczny dźwięk ciała upadającego na ziemię. Wyszedł spomiędzy doniczek i przyjrzał się temu, kto zmusił go do użycia różdżki i sprawił, że znalazł się w tak niewygodnej sytuacji.
Bernard MacIver. Oczywiście. Musiał za dużo usłyszeć w skrzydle i postanowił sam dowiedzieć się, co jest grane. Torvald mógł być mu wdzięczny za to, że nie poszedł po żadnego nauczyciela – gdyby tak zrobił, Ślizgon by się nie wywinął. Krukon jednak wolał grać samotnego bohatera i nie prosić nikogo o pomoc.
Burke uśmiechnął się, ale nie był to ten sam łobuzerski uśmiech, który sprawiał, że serce Sigrid biło szybciej. Był to uśmiech zimny, wyrachowany – przypominał bardziej ostrzegawcze wyszczerzenie zębów niż okazanie radości. Wyglądało na to, że był to jego szczęśliwy dzień.
Solidnie kopnął oszołomionego Bernarda w brzuch, a potem przeciągnął go w miejsce, w którym rosły rośliny, które zaatakowały Johana. Przy odrobinie szczęścia minie trochę czasu, zanim Krukon się ocknie. Na odchodne kopnął go jeszcze raz, starając się powstrzymać złośliwy uśmiech.
Oczywiście całe zajście w szklarni oznaczało, że Torvald musiał zadbać o swoje alibi – wiedział, że teraz nie może opuścić śniadania, musi pojawić się tam chociaż na chwilę, żeby któryś z nauczycieli go widział. Kiedy jednak przyjrzał się swojemu ubraniu, zaklął. Błoto. Oczywiście, że błoto. Czego innego mógł się spodziewać. Spróbował wyczyścić je zaklęciem i częściowo nawet mu się to udało, ale mógł iść o zakład, że wprawne oko i tak zauważy. Będzie musiał zaryzykować. Na Merlina, chodził po zamku z torbą pełną podejrzanych roślin, czy naprawdę błoto na nogawkach miało tak wielkie znaczenie?
Szczęście jednak dopisało mu i tym razem. W drzwiach Wielkiej Sali wpadł na Sigrid. Niewiele myśląc, pociągnął ją za rękaw i zaprowadził w kierunku mniej uczęszczanego korytarza. Nie wiedział, po co to zrobił. Powinien był tam wejść, zjeść tosta i wmówić wszystkim, że był tam od samego rana. Zamiast tego stał tu z uosobieniem prawości, z panną Gamp, która – gdyby wiedziała o jego umowie z Johanem – być może wydałaby go szybciej, niż zdążyłby powiedzieć „To nie ja”.
– Co się stało? – zapytała Sigrid, patrząc na niego badawczo. Mógłby przysiąc, że próbuje odczytać jego myśli.
– Nic takiego, musiałem się przejść – zapewnił ją możliwie spokojnym głosem. Powinien być w Wielkiej Sali, gdzie wszyscy go zobaczą. Powinien ją zmusić, żeby usunęła błoto z nogawek jednym sprawnym zaklęciem. Powinien natychmiast iść do sowiarni.
Sigrid przyjrzała mu się uważnie, jakby nie do końca mu wierzyła. Torvald nie należał do ludzi, którzy tłumaczą się ze swoich czynów, więc milczał. W końcu panna Gamp westchnęła i wyczyściła zaklęciem jego nogawki. Poprawiła też krawat.
– W porządku, nie musisz mi mówić – westchnęła. – Po prostu to dziwne, że zrezygnowałeś ze śniadania, żeby przejść się po błoniach.
Wyczuł, że chciała dodać „beze mnie”, ale się powstrzymała. Całe szczęście. Nie był dobry w rozmowach takich jak ta, która mogłaby się wywiązać po jej uwadze.
– Dziękuję – powiedział. Był jej wdzięczny i za nogawki, i za to, że nie pytała, i zwłaszcza za to, że nie powiedziała tych dwóch słów, które mogłyby zepsuć ten do tej pory udany dzień. Poczuł też coś dziwnego. Poczuł, że jest jej coś winien. – Nie byłem w nastroju na śniadanie po wizycie u Johana.
Sigrid spojrzała na niego pytająco – najwyraźniej o niczym jeszcze nie wiedziała. Torvald nie pojmował, jak to się stało; czyżby Krukoni byli tak zajęci czytaniem książek, że nie wymieniali się najnowszymi informacjami? Czy Sigrid nie miała żadnych przyjaciół, którzy powiedzieliby jej o czymś tak ważnym? Prawie jej współczuł. Prawie.
– Wczoraj wieczorem Johan miał wypadek. Nie, nie, to nic poważnego – dodał, kiedy zobaczył, jak blednie. – Możemy go odwiedzić – zaoferował, od razu żałując swoich słów. Powinien być w drodze do sowiarni, musi pozbyć się tych roślin, zanim MacIver odzyska przytomność i powie komuś o tym, co się stało.
Panna Gamp spojrzała jednak na niego z wdzięcznością graniczącą niemal z uwielbieniem, przez co się zawahał. Może jednak mógł odprowadzić ją do skrzydła i dopiero pobiec do sowiarni. Miał przy sobie wszystko, czego potrzebował, więc tych kilka minut nie robiło mu różnicy.
Merlinie, co on, do cholery, wyprawiał. Powinien natychmiast wysłać tę sowę. Dlaczego zachowywał się tak irracjonalnie? Potrząsnął głową, jakby w nadziei, że jego myśli się wyklarują.
Zanim się jednak obejrzał, panna Gamp zaprowadziła go do skrzydła, gdzie uścisnęła brata, wypytała, jak się czuje, a potem poszła wypytać pielęgniarkę o szczegóły. Torvald postanowił wykorzystać tę okazję i zapytał Johana, czy ktoś kręcił się po skrzydle po tym, jak z niego wyszedł.
– Nie, żywej duszy – zapewnił Gamp. – Myślałem, że MacIver tu wróci, ale…
– Świetnie – przerwał mu Burke, zerkając w kierunku, z którego miała nadejść Sigrid. Nie chciał, żeby słyszała choćby słowo. – Byłem tu dłużej, MacIvera nie było wcale, jasne? Towar jest bezpieczny.
Johan pokiwał głową. Nie pytał. Domyślał się, że odpowiedzi – nawet, gdyby je uzyskał – nie spodobałyby mu się. Zapytał natomiast, co z listem, który powinien wysłać matce. Torvald miał mu pomóc w przygotowaniu odpowiedzi. Burke zapewnił, że pamięta o wszystkim i przed kolacją przyniesie mu pergamin z odpowiednim tekstem. Johanowi to wystarczyło, zresztą nie mogli kontynuować rozmowy, bo wróciła Sigrid. Raz jeszcze uścisnęła brata, po czym zapytała Torvalda, czy odprowadzi ją do sali zajęciowej. Obiecała, że od razu po zakończeniu tych zajęć wróci do Johana i posiedzi z nim do wieczora – uznała, że rodzina jest ważniejsza od powtarzania materiału, który i tak miała opanowany.
Burke przystał na jej prośbę – miał nadzieję, że potem uda mu się spokojnie odwiedzić sowiarnię, a następnie wrócić do skrzydła szpitalnego, żeby omówić z Johanem ostateczną wersję listu i ewentualnie poczekać, aż zostanie odnaleziony Bernard MacIver. Sigrid obiecała, że przyjdzie do skrzydła zaraz po zajęciach. I pocałowała go na odchodne. Sama z siebie. Torvald musiał uśmiechnąć się sam do siebie – kto by pomyślał, ile zmieni jeden wieczór.
Jakiś czas później, kiedy wszystko zostało już załatwione, wszystkie ślady nocnego przestępstwa usunięte, a Johan zapewnił, że ma dość towarzystwa i chce spać (Torvald wiedział, że młody Gamp miał zamiar napisać list, którego treść wcześniej dokładnie omówili), Sigrid prowadziła Burke’a do Wielkiej Sali. Upierała się, że skoro opuścił śniadanie, musi zjeść porządny obiad. W tym momencie najwyraźniej szczęście Torvalda miało się skończyć, bo z korytarza obok wyszedł jeden z nauczycieli, profesor Alderton.
– Nie byłeś na śniadaniu, Burke? – zapytał, rzucając mu uważne spojrzenie.
Torvald miał ochotę westchnąć albo rzucić Sigrid karcące spojrzenie. Gdyby milczała albo gdyby jej tu w ogóle nie było, nie musiałby się z niczego tłumaczyć. Wcześniej, kiedy nie spędzał z nią tyle czasu, wszystko było łatwiejsze.
– Nie, profesorze – odpowiedział sucho, czekając na kolejne pytanie. Domyślał się, że MacIver znalazł się już w skrzydle szpitalnym i całe grono pedagogiczne szukało winnego.
– A czemuż to? Apetyt nie dopisywał? – drążył Alderton. Nigdy nie lubił Ślizgonów, a zwłaszcza Ślizgonów, którzy nie szanowali jego przedmiotu.
– Niespecjalnie. Odwiedzałem Johana Gampa w skrzydle szpitalnym.
Burke cały czas patrzył na Aldertona, chociaż wiedział, że powinien przenieść spojrzenie na Sigrid, zorientować się, czy nie chodzi jej po głowie nic głupiego, czy wyraz jej twarzy w żaden sposób nie poddaje w wątpliwość jego historyjki.
– Tak długo, że aż zrezygnował pan ze śniadania?
Ślizon wiedział, że coś było nie tak. To trwało za długo. Nikt, nawet Alderton, nie próbowałby wyciągnąć z niego prawdy, gdyby chodziło o zwykłe oszołomienie kolegi w szklarni. Albo MacIverowi się coś stało, albo wiedział o kradzieżach. Tak czy inaczej, sytuacja nie była wesoła.
Wtedy właśnie Sigrid zrobiła coś, czego się nie spodziewał.
– Torvald był ze mną przez cały czas, profesorze. Bardzo przejęłam się wypadkiem Johana i bałam się, że mogę zemdleć. Torvald dotrzymywał mi towarzystwa – powiedziała.
Nie tylko nie zmniejszyła jego wiarygodności, ale zapewniła mu alibi. Nie miała pojęcia, co faktycznie robił w tym czasie, ale ufała mu na tyle, żeby poprzeć jego wersję zdarzeń. Alderton musiał zrezygnować. Posłał im tylko podejrzliwe spojrzenie i odszedł.
Sigrid spojrzała na Burke’a, jakby nie była pewna, czy dobrze postąpiła. Miał ochotę się uśmiechnąć albo ją pocałować. Nie była pewna! Też coś. Właśnie – przynajmniej na chwilę – uratowała go z rąk Aldertona. Skłamała, żeby wyciągnąć go z kłopotów. Ufała mu. Prawidłowo oceniła sytuację i rozładowała napięcie. Była po jego stronie.
Torvald cmoknął ją w czoło i uśmiechnął się szeroko. Miał ją po swojej stronie – jeszcze bardziej niż do tej pory. Gdyby tylko nie fakt, że ta sytuacja komplikowała niemal tyle samo spraw, ile mogła pomóc rozwiązać.

Rozdział trzynasty.