without justice & without mercy

Życie nauczyło Royle’a, że zawsze należy być przygotowanym na najgorszy scenariusz. Źle wróżyły już szczątki Fontanny Magicznego Braterstwa, które mijał, przechodząc przez atrium, jednak to, co zastał w Departamencie Tajemnic, znacznie przekraczało granice jego wyobraźni. Wypracowana metoda przewidywania katastroficznych wydarzeń pozwoliła mu jednak zachować równowagę. Podczas gdy jego koledzy w panice biegali po całym departamencie, wymieniając się strzępami informacji na temat tego, co wydarzyło się w nocy, on ze spokojem oceniał rozmiar strat. Musiał przyznać, że był pod wrażeniem, jak wielkie zniszczenia zdołało spowodować wtargnięcie do Departamentu Tajemnic bandy nastolatków.
Czarne drzwi do wszystkich działów były otwarte na oścież, żeby okrągły korytarz nie kręcił się i nie powodował dodatkowego zamieszania. Nadmiar światła odzierał to pomieszczenie z posępnego uroku, jakim charakteryzowało się na co dzień, a rozgorączkowana atmosfera sprawiała, że przestronne wnętrza departamentu pozornie się skurczyły.
Podłoga pokryta była śladami zielonego śluzu, który współpracownicy wynieśli na butach z Sali Mózgów. Royle zerknął przez próg i stwierdził, że gigantyczne akwarium zostało rozbite, a martwe mózgi leżały na podłodze w karykaturalnej inscenizacji morskiej katastrofy biologicznej. Jeszcze poprzedniego dnia ten widok sprowadziłby go na dno rozpaczy, ale ze zdziwieniem stwierdził, że rozmiar zniszczeń napełnił go raczej nadzieją. Nie wszedł do środka. Zamiast tego skierował się prosto do Sali Czasu.
Ledwie zdążył odnotować, że cudem ocalał klosz wypełniony czasem, kiedy z impetem wpadł na niego czarodziej w szkarłatnej szacie.
– Gdzie jest twój ojciec? – rzucił Williamson, nie dbając o przywitanie.
Auror zagrodził mu drogę. Royle obdarzył go obojętnym spojrzeniem.
– Jako strażnik Sali Przepowiedni ma obowiązek wygłosić krótkie oświadczenie – dodał, irytująco podkreślając słowo „obowiązek”.
Royle pomyślał, że to smutne, że Williamson czekał na niego tylko z tego powodu. Wydawałoby się, że w tak przełomowym dniu znalazłyby się lepsze zadania dla łowcy czarnoksiężników, ale ponieważ w ostatnich miesiącach Royle zbyt często miewał do czynienia z Williamsonem, nie mógł winić Knota, że chciał się go pozbyć.
– Odszedł na emeryturę – powiedział Royle, wymijając aurora. Pewnym krokiem ruszył w stronę Sali Przepowiedni, omijając połamane biurka.
– Żartujesz sobie? – zapytał Williamson, który został kilka kroków z tyłu. – To jest jego rola, musi posprzątać ten bałagan!
– A jaka jest dokładnie twoja rola, Williamson? – zapytał z rozdrażnieniem Royle. – Możesz mi przypomnieć?
Williamson uznał niestety, że Royle’a naprawdę to interesuje i w dwóch zdaniach wyjaśnił to, co obaj wiedzieli – że został przydzielony do ochrony Departamentu Tajemnic po tym, jak zimą pod drzwiami zaatakowany został pracownik Ministerstwa. Royle sądził, że wybór akurat tego aurora idealnie podkreślał stosunek kierownictwa do tego zdarzenia – nikt nie dbał o to, co dzieje się w Departamencie Tajemnic i choć w ciągu ostatniego roku interesowało się nim trochę zbyt wiele ludzi, nikt nie spodziewał się tego, co wydarzyło się w nocy.
Nikt poza ojcem Royle’a, który najwyraźniej coś przeczuwał, bo zdążył wysłać synowi niezwykle wymowną wiadomość. Zanim Royle teleportował się do Ministerstwa po otrzymaniu wyjca w sprawie powrotu Czarnego Pana, przyleciała sowa, która z wielkim trudem uniosła wszystkie dotychczas wydane tomy „Genealogii czarodziejów”, ulubionej lektury ojca, która za sprawą codziennych aktualizacji nie miała końca.
Royle westchnął ciężko i odwrócił się w stronę Williamsona.
– Zajmę się tym.
Williamson prychnął.
– Z całym szacunkiem, Snicket, ale nie jesteś nawet pracownikiem Działu Czasu, nie sądzisz chyba, że zostaniesz teraz strażnikiem?
W powietrzu zawisł ciężar oskarżeń, z którymi Royle spotkał się nie po raz pierwszy. Nie sądził jednak, by ci, którzy mu docinali, naprawdę rozumieli, czym jest nepotyzm. Royle nie tylko wykonywał pracę, która od trzech pokoleń przysługiwała członkom jego rodziny bez względu na wynik procesu rekrutacyjnego. Wątpliwości budziła nawet edukacja Royle’a – jego nauczycielką wróżbiarstwa była jego daleka kuzynka Sybilla, a w klasie owutemowej numerologii uczyła go żona jego brata, która na szczęście nie nosiła ich nazwiska.
Najzabawniejsze było to, że powiązania Royle’a sięgały daleko głębiej, niż mu zarzucano – zmarły poprzedniej nocy Syriusz Black był na przykład szkolnym chłopakiem jego siostry. Patrząc na to w ten sposób, można było dojść do kuriozalnego wniosku, że wszyscy należeli do jego rodziny, a wtedy doprawdy trudno byłoby mu odeprzeć zarzuty, że osiągnął coś tylko dzięki znajomościom.
Royle spiorunował Williamsona wzrokiem.
– Widzisz tutaj innych chętnych? – zapytał nieco agresywniej niż zamierzał.
Być może dopiero jego słowa skłoniły Williamsona do pewnej refleksji. Ani w Sali Czasu, ani w Sali Przepowiedni, do której drzwi otworzył Royle, nie było nikogo poza nimi, chociaż w pozostałych pomieszczeniach roiło się od pracowników – i to nie tylko niewymownych. Mimo że Royle nie uważał, by pojawienie się w Ministerstwie Lorda Voldemorta było dostatecznym powodem, by łamać naraz wszelkie reguły bezpieczeństwa, przynajmniej stanowiło to dobry argument dla pozbycia się drażniącego towarzystwa natrętnego aurora.
Royle wyciągnął różdżkę i włączył jarzeniówki w Sali Przepowiedni. On i Williamson jednocześnie głośno wciągnęli powietrze na widok zniszczeń, których zasięg odpowiadał wybuchowi sporej bomby. Z kilkunastumetrowych półek usytuowanych najbliżej drzwi żadna nie uchowała się w całości, a podłogę pokrywała gruba warstwa szklanego pyłu.
– Pójdę już – powiedział Williamson.
Odwrócił się na pięcie i odszedł.
Royle odczekał, aż ucichnie pogłos jego kroków i sam ruszył wgłąb sali, niezgrabnie przechodząc nad szczątkami archiwum. Poczuł ulgę, gdy już z daleka dostrzegł, że regał numer sto został praktycznie zmieciony z powierzchni ziemi. W pobliżu najwyraźniej znajdowało się epicentrum walki, bo wszystkie sąsiadujące regały były pochylone na zewnątrz – niektóre opierały się jeszcze na kamiennych filarach i sąsiednich półkach, ale wszystkie kule z przepowiedniami zsunęły się i przepadły na zawsze.
Unikanie tego miejsca kosztowało dotąd Royle’a wiele energii, dlatego cieszył się, że ono nareszcie zniknęło. Nie miał wątpliwości – najczarniejsze tajemnice jego rodziny ukryte na tym regale nie należały do tych, których ciężar łatwo było unieść. Wystarczyło już to, czego dowiedział się od ojca na temat śmierci swojej starszej siostry, żeby na długo stracić chęć do poznawania pełnego obrazu. Z perspektywy czasu Royle rozumiał, że był na to po prostu za młody – miał wtedy zaledwie trzynaście lat – tyle, ile teraz jego syn. Na konfrontację z ojcem bardzo nalegał jednak Wolfe, który początkowo nie mógł pogodzić się z myślą, że Annie popełniła samobójstwo. Ta historyczna szczera rozmowa była najlepszym dowodem, że w przypadku ich rodziny niewiedza była błogosławieństwem.
Nikt inny zdawał się tego nie dostrzegać, ale przecież żadna wiedza przechowywana w przepowiedniach nigdy nie zabiłaby Annie, gdyby w ogóle nie dopuszczono jej do pracy w Sali Przepowiedni, szczególnie że była na to zbyt młoda. Był to jeden z powodów, dla których Royle nigdy nie podjął pracy w tym miejscu, zamiast tego wybierając badania naukowe w Sali Mózgów.
Paradoksalnie jego decyzja sprzed lat, by przeciwstawić się tradycji, miała zadecydować o przetrwaniu ich rodzinnego dziedzictwa. Teraz, kiedy przepowiednie zostały zniszczone i kiedy ojciec dał mu wolną rękę, Royle mógł ostatecznie rozliczyć się z niechlubną historią ich rodziny. Dopiero całkowite zniszczenie pozostawiło wystarczająco dużo miejsca na zmiany.
Z kieszeni szaty wyciągnął kawałek pergaminu, który ojciec dołączył do porannej przesyłki. Było to ich ostateczne pożegnanie. Royle od lat obserwował wysiłki ojca, by utrzymać w ryzach niewydolne zaklęcie, na którym opierała się archiwizacja wszystkich przepowiedni. Od lat skuteczne zarządzanie tym archiwum było niemożliwe – to Annie ostatecznie pogrążyła stary system, wypuszczając na wolność demimoza, ostatnią łatę na chorującym systemie. Od czasu jego zniknięcia ojciec przestał już kontrolować zgromadzone przepowiednie i ledwie radził sobie z nowymi. Mimo to Royle nigdy nie zgodził się doraźnie mu pomagać.
Do dziś tylko jeden z nich zdawał sobie sprawę, że jedynym wyjściem był nowy początek.
Royle delikatnie rozprostował wystrzępiony pergamin, wygładzając go dłonią. Cała powierzchnia pokryta była gęstym pismem jego ojca. Uśmiechnął się ciepło, zdając sobie sprawę, jak mrówczą pracą było wybieranie tych wszystkich nazwisk, wyselekcjonowanie czarodziejów, którzy – zdaniem Romana Snicketa – mogli posiadać dar przepowiadania przyszłości i których proroctwa zasługiwały według niego na przechowanie w Sali Przepowiedni. Wiara, że takie decyzje można podjąć tylko na podstawie powiązań ujawionych w „Genealogii czarodziejów” i własnej intuicji ujawniała manię wielkości, lecz także naiwność, jaka charakteryzowała ojca.
Autorskie zaklęcie Royle’a, które rewolucjonizowało system pozyskiwania przepowiedni, nie było jeszcze idealne. Wcześniej zamierzał jeszcze gruntownie je przetestować przed przedstawieniem go ojcu – teraz uznał, że nie ma na to czasu. Podświadomie zdawał sobie sprawę, że ojciec nigdy nie dopuściłby do jego wdrożenia – był zbyt przywiązany do czaru wynalezionego przez babkę, by dostrzec, że jego czas już dawno przeminął.
Nie zawsze jednak uszanowanie dziedzictwa musiało oznaczać brnięcie w błąd swoich rodziców, dlatego Royle bez wahania, zdecydowanym ruchem przedarł pergamin na pół. Rozległ się głośny huk, który potoczył się echem po wysokiej hali. Potężna moc uwolnionego zaklęcia zaparła Royle’owi dech w piersiach. Po chwili było już po wszystkim – zniknęły wszystkie przepowiednie, a podłogę pokrywała tylko warstwa starych desek.

Advertisements

without Justice

Wyszła z pokoju dzieci, delikatnie zamykając za sobą drzwi.
Codziennym rytuałem Romana było czytanie przed snem. Na początku małżeństwa miała trudności z przystosowaniem się do tego nawyku – próbowała odrywać go od lektury i wciągnąć w rozmowę, ale z czasem nauczyła się, że nie ma szans, by poświęcił jej całą uwagę, dopóki z własnej woli nie odłoży książki na stolik nocny, co działo się zwykle o tej samej porze. Jeśli tylko pochłonął go jakiś wątek, nie potrafił w żaden sposób przenieść swojej uwagi, odciąć się od myśli, którą przetwarzał. Jeśli zwracała na siebie uwagę zbyt nachalnie, stawał się rozdrażniony i nieobecny.
Poprawiła wiązanie jedwabnego szlafroka i podeszła do łóżka od jego strony. Podniósł na nią nierozumiejący, zamglony wzrok. Uśmiechnęła się słodko, chwyciła za grzbiet ciężkiego tomu i odłożyła ją na bok. Weszła na łóżko, siadając na mężu okrakiem. Czuła miękki materiał szlafroka i kołdry na swojej skórze. Położyła mu dłoń na policzku. Zadrapał wnętrze jej dłoni krótkim, szorstkim zarostem, kiedy spróbował odwrócić się w stronę książki, którą bezprawnie mu odebrano. Przytrzymała jego głowę, zmuszając go, by na nią spojrzał.
Pochyliła się nad nim i delikatnie pocałowała jego spierzchnięte usta. Wiedziała, że nie znosił, gdy jej długie włosy łaskotały go po twarzy, jednak nie dbała, by założyć je za ucho. Wsunął jej język do ust, niechętnie, najwyraźniej w nadziei, że jeśli spełni jej oczekiwania, będzie mógł wrócić do książki.
– Mercy – wyrzucił z siebie zachrypniętym głosem, kiedy stało się jasne, że nie będzie miał spokoju. Sądząc po brzmieniu jego głosu, nie używał go cały dzień. Jej imię zabrzmiało jak mieszanka pytania i wyrzutu. Nadszedł moment, by wytłumaczyć się z jawnego pogwałcenia zasad.
Mercy odrzuciła włosy do tyłu, z trudem powstrzymując wybuch złości. Dokładnie wiedziała, jaką cenę przyjdzie jej zapłacić za zakłócanie prywatnej przestrzeni męża, ale nie znaczyło to, że z czasem przyjmowała lepiej żałosne wyniki tych prób. Wieczorami nudziła się, przerzucając wściekle strony nieinteresujących ją magazynów, oczekując na wybicie dwudziestej trzeciej.
– Jestem w ciąży – rzuciła mu w twarz.
Nie sprawiło to, że poczuła się lepiej. Kiedy wyrzuciła z siebie tę informację, nagle zrozumiała, że podzieliła się w nią w najgorszy możliwy sposób. Napełniło ją to nieoczekiwaną goryczą, wzmocnioną jeszcze nieproszoną i niespodziewaną myślą o tym, jakich słów użyła jej siostra, kiedy mówiła Romanowi, że urodzi mu córkę. Ten moment wyjawienia tajemnicy miał być zwieńczeniem całego miesiąca pełnego radości, spokoju i – nieoczekiwanie – czegoś w rodzaju satysfakcji. Najwyraźniej jednak podzielenie się nowiną złamało dyskretny urok, którą ta informacja miała w jej głowie, zanim przestała być tajemnicą.
Roman najwyraźniej nie wyczuł jej nagłego rozgoryczenia, bo nareszcie zdecydował się skupić na niej całą swoją uwagę, już ani jedna nitka zainteresowania nie łączyła go z ciężkim woluminem, który leżał na kołdrze. Jego dotyk momentalnie ją uspokoił. Zawsze zabiegała, by ich relacja była oparta o fizyczną bliskość, mimo że jemu czułości przychodziły z pewną trudnością, a dla niej były tak naturalne. Chowanie się w jego objęciach i pocałunki były dyskretnym i ważnym przypomnieniem dla obojga, że wszystko co robią, robią dla wspólnego dobra. Przez osiem lat ich małżeństwa tylko raz dał jej powód, by w to zwątpić.
Usłyszała kroki, chociaż nie miała najmniejszej ochoty zajmować się czymkolwiek, co działo się poza ich sypialnią. Roman nie był tak wyczulony, bo kiedy sięgnęła po porzucony na podłodze szlafrok, próbował wciągnąć ją pod kołdrę. Tylko jej znakomity słuch i intuicja ich uratowały. Zanim drzwi do sypialni się otworzyły i pojawiła się w nich Annie, znów byli mniej więcej ubrani i tylko ich przyspieszone oddechy mogły świadczyć, że jeszcze nie spali.
Annie niezdarnie wgramoliła się im do łóżka, które było dla niej jeszcze zbyt wysokie i położyła się na kołdrze obok „Genealogii czarodziejów”, wtulając się w Mercy. Była w półśnie, jej zmrużone oczy nie zdradzały, czy w ogóle zachowała więcej świadomości niż tyle, ile potrzebne było jej, by odnaleźć drogę do pokoju rodziców. Mercy pogłaskała córkę, przykryła swoim kocem, objęła ją ramieniem i dopiero wtedy spojrzała na Romana. Jego mina spowodowała, że miała ochotę wybuchnąć śmiechem.
Jego wzrok mimowolnie skierował się na drzwi, a ona nie wiedziała, czy wypada uświadamiać mu, jak bardzo jest do tyłu, jeśli chodzi o własne dzieci. W ich rodzinie to Mercy zajmowała się dziećmi, starała się rozpoznawać ich emocje i odpowiednio nimi pokierować. Miała wrażenie, że Roman tego nie potrafił i nie miała do niego żalu. Dzieci były dla niego elementem codzienności, który czasami – jak tego wieczoru – sprowadzał go na ziemię. Rzadko z nimi rozmawiał, być może nawet tego nie potrafił. Z rozwijaniem więzi z dziećmi czekał najwyraźniej do momentu, w którym staną się bardziej rozumne, ale Mercy sądziła, że i z wyczuciem tej chwili ma szansę się spóźnić, skoro nie zauważył nawet, że jego syn podjął już decyzję, że jest zbyt dorosły, by przychodzić w nocy do rodziców. Mercy dokładnie wiedziała, że Wolfie leży teraz na swoim łóżku, prawie widziała, jak jego duże, brązowe oczy wpatrują się w sufit i jak kształtuje charakter, z całej siły zmuszając się do pozostania w łóżku i nie ruszenia za swoją siostrą. Roman zupełnie to przeoczył.
Nie zmieniało to faktu, że dystans, który sztucznie kreował jej mąż powodował, że dzieci jeszcze bardziej zabiegały o jego uwagę. Być może podświadomie czuły, że muszą się czymś wykazać, by zdobyć jego akceptację. Było to w pełni zrozumiałe w przypadku Wolfiego. W przypadku Annie tendencja powoli się odwracała, ostatnio Annie nie próbowała już zbliżyć się do ojca, zadowalając się towarzystwem Mercy.
Mercy wciąż pamiętała dzień, w którym Roman przyniósł Annie do ich domu. Pamiętała swoją determinację, by wszyscy odczuli, że jej decyzja była ostateczna i nieodwołalna. Sama się tak nie czuła, miała pełną świadomość, że gdyby tylko zaczęła zastanawiać się nad konsekwencjami swojej decyzji albo swoimi odczuciami w stosunku do niej, od razu nabrałaby wątpliwości, na które w tamtym czasie nie było miejsca. Prawie nigdy nie wracała też do tych wspomnień, bojąc się, że wyzwoli to falę emocji, z którymi nie miała zamiaru sobie radzić. Była gotowa z całych sił bronić rodziny, którą założyła, nawet jeśli oznaczało to zranienie rodziny, w której się urodziła. Jako matka doskonale wiedziała, że rozstanie z rodzonym dzieckiem na zawsze pozostawi ślad w psychice Justice, ale nie widziała innego sposobu, by uratować własne życie, jak przygarnąć dziecko swojego męża, nawet mając świadomość, że Justice podjęła tę decyzję pod naciskiem. Mercy wysłała do niej Romana, wiedząc dokładnie, że bezpośrednia konfrontacja z siostrą mogłaby podważyć jej przekonanie, że miała prawo tak postąpić.
Całkowicie zerwała też kontakt z siostrą. Nie rozmawiali o niej od czasu, kiedy Roman powiedział jej o dziecku, a od kiedy przekazał Justice informację o decyzji, jaką podjęli i od czasu, kiedy przyniósł Annie w małym zawiniątku i bez słowa podał ją Mercy, Mercy prawie nie myślała o swojej siostrze. Milczenie Romana było jego jedynym komentarzem. Mercy sądziła, że będzie to trudniejsze, że widok Annie będzie jej o niej w jakiś sposób przypominał, ale była to niepotrzebna obawa. Ich dzieci nie przypominały wprost ani Romana, ani Mercy, nie były prostym wynikiem dodawania. Nie wiedziała zresztą, czego tak naprawdę oczekiwała, skoro jedyną cechą fizyczną odróżniającą ją od jej siostry było małe znamię na plecach. Pod względem fizycznym Annie była jej dzieckiem nawet bardziej niż był nim Wolfie.
Nigdy nie miała więc realnego powodu, by czuć się zagrożoną, ale dopóki nie zorientowała się, że jest w ciąży, nie uświadomiła sobie, że przez te lata tak właśnie się czuła. Pomimo usunięcia siostry ze swojego życia i tego, że zarówno Roman, jak i Justice zrobili wszystko, czego od nich wymagała, by zadośćuczynić jej tamtego wyskoku. Miała też całkowitą pewność, że zawsze będzie jedyną matką swoich dzieci – mimo tego wszystkiego dopiero teraz czuła, że to ona wygrała. Nie mogła powstrzymać się, by jakoś tego nie przypieczętować, by wszystkim o tym głośno powiedzieć. Robiła to z pobudek czysto egoistycznych, ale nie miała poczucia winy mimo świadomości, że nikt poza nią już tego nie potrzebuje. Roman zdążył już przysnąć, kiedy zdecydowała się mu to powiedzieć głośno, zupełnie nie zważając na to, czy nie obudzi Annie. Sięgnęła ramieniem ponad drobnym, skulonym ciałkiem córki i lekko szturchnęła męża w ramię.
– Już czas, żeby Justice poznała swoją córkę.

without Mercy

 – Jest środek nocy – powiadomił ją Roman, gdy tylko otworzył drzwi. Zrobił to jeszcze zanim zdążyła użyć zardzewiałego dzwonka albo pięści, co trochę wytrąciło ją z równowagi. Nie wyglądał, jakby spał albo szykował się do snu – wciąż miał na sobie swój typowy zestaw złożony z czarnych spodni garniturowych i koszuli z podwiniętymi rękawami. Tylko jego bose stopy świadczyły o tym, że w tej chwili zestaw nie był uniformem służbowym, lecz pełnił rolę stroju domowego.
Minęła sekunda, nim zdołała wymazać ze swojej twarzy wyraz zaskoczenia. Zastanawiała się, czy skoro nie spał, widział lub słyszał, jak kilkukrotnie przeszła korytarzem pod jego drzwiami, zanim zdecydowała się wejść. Jeśli tak, nie zamierzała dać po sobie poznać, że ją to krępuje.
– Długo się zastanawiałam, czy w ogóle tu przyjść – odpowiedziała zgodnie z prawdą rzeczowym tonem, znakomicie pasującym do powodu ich spotkania. Podała szwagrowi ciężką torbę materiałową, którą wcześniej trzymała w ręku i, nie czekając na zaproszenie, przekroczyła próg jego tymczasowego mieszkania.
Było bardzo małe. Wnętrze niewielkiego pokoju rozświetlone było jedynie pomarańczowym światłem ulicznej latarni, a Justice podejrzewała, że mieszkanie jest bardzo ciemne nawet w ciągu dnia. Jedna ze ścian zastawiona była całkowicie regałami zarzuconymi stosami książek, a przytłaczające wrażenie potęgowały pozostałe meble – zbyt ciężki drewniany stół i duża wersalka obita welurem. W najciemniejszy róg pokoju wciśnięto małą lodówkę i kuchenkę. Było to mieszkanie, w którym ktoś mógłby umrzeć ze starości.
Roman położył torbę na malutkim blacie obok zlewu i zaczął wypakowywać zawartość. Justice nie kwapiła się do pomocy. Czuła się niezręcznie. Wycofała się pod okno. Zanim oparła się o parapet, bezwiednie przetarła po nim palcami. Choć na pierwszy rzut oka to miejsce przypominało norę, była to przynajmniej niezwykle czysta nora.
– Mogłabyś? – zapytał, podając jej dwa słoiki z sokiem, a ona rzuciła mu nierozumiejące spojrzenie. Dopiero kiedy wskazał podbródkiem w stronę okna, wzięła od niego słoiki i odłożyła je na małą półkę pod parapetem.
Kiedy wypakował już tygodniowe zapasy żywnościowe przyrządzone przez jego żonę i złożył materiałową torbę w równą kostkę, wręczył ją Justice, która tymczasowo odłożyła ją na puszkę z kawą. Roman rzucił jej zaskoczone spojrzenie, a Justice pomyślała, że pewnie spodziewał się, że jak zwykle wyjdzie, gdy tylko spełni swoją rolę posłańca.
Zanim zdążył jakoś zwerbalizować swoje zdziwienie i tym samym uczynić tę sytuację jeszcze bardziej niezręczną, Justice zdecydowała się jednak odezwać:
– Mógłbyś mi wytłumaczyć, co się właściwie stało? – zapytała chłodno.
Niełatwo przeszło jej to przez gardło, bo wymagało to przyznania się, jak niewiele wie. Biorąc pod uwagę to, że Mercy od miesiąca zbywała ją półsłówkami, oczekując wyłącznie wypełniania funkcji neutralnego pośrednika, nie miała już innej możliwości, by się dowiedzieć, jak po prostu zapytać. Zawiłe intrygi były specjalnością jej siostry i to konieczność stanowienia przeciwwagi dla tej postawy wytworzyła w Justice silną potrzebę doprowadzania do bezpośrednich konfrontacji. Nie zawsze jednak przychodziło jej to z łatwością.
Przez lata wyrzucała sobie na przykład, że milczała w dniu ślubu siostry. Wtedy powstrzymała ją tylko niepisana tradycja, że w dniu ślubu nie powinno się już poddawać pod wątpliwość wyboru małżonka. Długo nie mogła zrozumieć, z jakiego powodu Marcy wybrała sobie właśnie Romana. Ten mężczyzna, starszy od nich o dekadę, wydawał się najmniej odpowiednim z kandydatów. Justice pamiętała, że kiedy go poznała, trudno było jej uwierzyć, że w ogóle udało mu się przyciągnąć uwagę Mercy i nie wierzyła w przetrwanie tego związku – Snicket wydawał się zbyt wycofany i cichy, by móc przetrwać z jej towarzyską siostrą. Kolejne lata pokazały, że się pomyliła – w czasie swojego małżeństwa Mercy i Roman wypracowali pewien kompromis i do niedawna wydawało się, że jedynym powodem, dla którego Justice miała trudności z zaakceptowaniem narzeczonego swojej siostry, była zazdrość o nią. Wiele wskazywało jednak na to, że i Mercy ogarnęły w końcu wątpliwości, a Justice mogła wyobrazić sobie tylko jeden powód, dla którego się tak stało.
– Zdradziłeś ją, prawda? – zapytała agresywniej, kiedy nie odpowiedział na pierwsze pytanie. Słysząc zdenerwowanie w jej głosie, uśmiechnął się lekceważąco, co jeszcze bardziej zirytowało Justice. Czuła, że traktował ją z góry.
– Nie – wyrzucił z siebie z irytującym opanowaniem.
Miał nad nią przewagę, którą częściowo tłumaczyła sobie różnicą wieku – w jego towarzystwie zawsze czuła się jak pierwszoroczniak. Czuła, że jej wysokie buty i elegancki płaszcz wprost krzyczały, jak bardzo jej zależy, podczas gdy Roman sprawiał wrażenie, jakby cała sytuacja niewiele go obchodziła. Była to cecha, która zawsze ją w nim irytowała i Justice podejrzewała, że Mercy też miała trudności, by ją zaakceptować.
Miał też realną przewagę, którą dawało mu to, że był jedyną osobą, która znaczyła w życiu Mercy więcej niż Justice. Było przedziwnym doświadczeniem na zawsze oddać bliźniaczą siostrę komuś zupełnie obcemu.
– Jeśli to zrobiłeś… – wyrzuciła z siebie na wydechu.
– Jeśli Mercy nic ci nie powiedziała, nie zamierzam się tłumaczyć – wyjaśnił stanowczym tonem. Nie mogła wyczytać z jego twarzy żadnej z emocji, którą chciała na niej zobaczyć – żadnej tęsknoty czy skruchy – tylko ciemne oczy pełne beznamiętnej cierpliwości, która do złudzenia przypominała wyrachowanie.
Nie odwróciła wzroku, chociaż czuła, że jej oczy zaczęły łzawić. Jego spokój doprowadzał ją do szału. Jeśli to była próba, zamierzała ją wygrać.
– Jeśli myślisz, że to są jakieś wakacje, to się grubo mylisz – wypaliła Justice. Jej głos zadrżał, całą siłą woli opanowała się, żeby nie zacząć na niego krzyczeć. Zmowa milczenia między Snicketem i jej siostrą powodowała, że czuła się bezbronna i wykluczona. Jednocześnie miała świadomość, jak śmiesznie brzmiały jej wyrzuty. Złapała się na tym, że teraz chciała od niego tylko jednej ludzkiej reakcji, najmniejszego dowodu na to, że czymkolwiek zawinił, teraz tego żałował. – Gdyby zależało to ode mnie, zdechłbyś tu z głodu.
Nie wiedziała już, czy wyładowuje złość na niego czy na swoją siostrę, która co prawda wyrzuciła męża z domu, ale przy tym najwyraźniej nie zamierzała wyciągnąć dalszych konsekwencji ani skończyć z byciem najlepszą żoną.
Roman podszedł bliżej, w końcu opuszczając swoje miejsce przy lodówce. Chwycił butelkę, która stała na parapecie pod oknem i mechanicznie ją odkorkował. Justice nie ruszyła się z miejsca, nawet kiedy musiał ją ominąć, żeby sięgnąć po kieliszek.
– Mamy szczęście, że w ogóle nie zależy to od ciebie – wycedził, wręczając jej wypełnioną po brzegi lampkę wina. To, że jednak udało się go wyprowadzić z równowagi, okazało się nie tyle satysfakcjonujące, co przerażające. Przez dłuższą chwilę Justice nie odważyła się poruszyć, przytłoczona grobową ciszą, która nagle zapadła. Starała się oddychać jak najciszej, co było trudne – sama nakręcała się w swoim rozdrażnieniu. Stykali się ramionami, ona zwrócona w stronę ponurego pokoju, on z wzrokiem wbitym za okno.
– To mieszkanie mojej matki.
Odwróciła głowę w jego stronę. Miał ostry profil, w którym szczególnie wyróżniał się długi, prosty nos. Mercy wyjawiła kiedyś Justice, że miała nadzieję, że ich syn go odziedziczy.
– Co? – zapytała nieco nieprzytomnie, źle znosząc nagłą zmianę tematu. Upiła łyk wina, z trudem odganiając myśli o małym Wolfiem.
– Mieszkała tu.
Justice z całej siły ściskała w dłoni kieliszek. W ogóle nie rozumiała, do czego zmierzał Roman. On przetarł twarz dłońmi. Z bliska nie wydawał się tak niedostępny – wręcz przeciwnie, teraz to on był raczej bezbronny.
– Ciekawa kobieta – powiedziała Justice. Uśmiechnęła się blado na samo wspomnienie. Spotkały się tylko raz, na weselu. – Przepowiedziała mi, kiedy umrę.
Spojrzała na Romana. Spodziewała się, że chociaż trochę go to rozbawi, ale kamienny wyraz jego twarzy nie zmienił się ani odrobinę, kiedy zapytał:
– Uwierzyłaś jej?
Zmarszczyła brwi.
– Chyba żartujesz.
Jego mina spowodowała, że ostatecznie odechciało się jej żartów. Nie rozumiała, co takiego powiedziała; nigdy też nie spodziewała się dostrzec w jego gestach takiej czułości. Pochylił się nad nią i ją pocałował, a ona przez chwilę zwątpiła, czy naprawdę był tak niezdolny do odczuwania, czy nie postawiła mu diagnozy zbyt szybko. Ten magiczny moment przeminął jak mrugnięcie okiem, jednak nie powstrzymało to jego rąk, które zabłądziły pod jej płaszczem. Kiedy go całowała, czuła się jak złodziej.
Tamtej nocy przede wszystkim powinna była zapytać, dlaczego mieszkanie jego matki było puste. To najważniejsze pytanie nigdy jednak nie padło. Później, by nadać wszystkiemu, co wydarzyło się dalej większy sens, Justice czasami dodawała w swoich wspomnieniach kilka szczegółów. Czasami między pocałunkami Roman odgarniał jej jasne włosy z czoła, patrzył na nią z uczuciem i szeptał jej do ucha:
– Jesteście takie podobne.
Nigdy naprawdę tego nie powiedział, ale właśnie to miał na myśli.

Łapy przy sobie: dziesięć

Trzydziestego pierwszego sierpnia 1978 roku nie skatalogowałam ani jednej nowej przepowiedni. Po wejściu do Departamentu Tajemnic skierowałam się prosto do pomieszczenia, w którym sypiał Gaus. Dwie pierwsze godziny pracy spędziłam, bawiąc się z demimozem w odbijanie piłeczki od ścian. Była to nieco bezsensowna gra, bo Gaus łapał ją za każdym razem, zawczasu znając jej trajektorię, ale mimo to bawiliśmy się świetnie.
Nie wolno było mi wypuszczać go do Sali Przepowiedni bez smyczy, ale nie dbałam o to. Wbił we mnie swoje wielkie, zdziwione oczy, ale nie czekał na mocniejszą zachętę. Wybiegł w stronę głównej alejki tak szybko, że nie miałam szans go dogonić. Byłam przekonana, że gdy tam dotrę, już go nie zobaczę.
Ku mojemu zdziwieniu Gaus nie stał się jednak niewidzialny. Dogoniłam go w jednym z bocznych rzędów. Chciałam go pogłaskać i jakoś zachęcić do ucieczki, ale on nie zwracał na mnie uwagi. Kręcił się szaleńczo wokół regału, do którego przez dwa miesiące pracy w Sali Przepowiedni nie zdążyłam jeszcze dotrzeć – świadczyła o tym gruba warstwa kurzu, pokrywająca niemal wszystkie stojące na półkach kule.
Przebiegłam wzrokiem po etykietach. Sądząc po inicjałach, cały regał wypełniony został zapisami przepowiedni wygłoszonymi przez jedną osobę i nie musiałam nawet specjalnie sprawdzać dat, żeby domyślić się, kto mógł być tak płodny. Moja uwaga naturalnie skupiła się na tych opisach, które zawierały znane mi nazwiska – z wariacko kołaczącym sercem czytałam:
„A.S.I do J.D. – Justice Dawn”, „A.S.I do M.S. – Mercy Snicket”, „A.S.I do R.S. – Roman Snicket” oraz kilka innych oznaczonych inicjałami i imionami moich stryjów i ciotek. Dodatkową sensację w żołądku wzbudzało to, że wszystkie zostały podpisane odręcznym, cienkim pismem mojego ojca.
Przeszłam do półki niżej tylko po to, by poczuć się jeszcze gorzej na widok trzech identycznych kulek, których jeszcze nie zdążył pokryć kurz. „A.S.II – Futrzak”, „A.S.II – Anemone Snicket II i Syriusz Black III”, „A.S.II do S.B.III – James Potter, Lily Evans i ? ?Potter (dziecko)”.
Gaus nie zwracał jednak uwagi na żadną z nich. Wybałuszał oczy i prychał, by zwrócić moją uwagę. Zafiksował się na jednej przepowiedni, która stała na końcu regału.
Jej opis głosił: „A.S.I do R.S. – Anemone Snicket II” i był datowany na trzeciego listopada 1959 roku.
Wmurowało mnie w podłogę. Była to jedna z niewielu przepowiedni w tej sali, które mogłam bezkarnie podnieść i obejrzeć, ale czułam się niezdolna do poruszenia odpowiednimi mięśniami, by wyciągnąć dłoń przed siebie. Przybił mnie ciężar świadomości, że mam przed sobą przepowiednię babci na mój temat, skierowaną do mojego ojca i wypowiedzianą krótko przed jej śmiercią. Sądząc po zachowaniu Gausa, który niemal dotykał ją swoimi skórzastymi palcami, była to przepowiednia, która wkrótce miała się spełnić.
Nie musiałam poznawać jej treści, żeby w przypływie gwałtownej fali zrozumienia domyślić się, czego dotyczyła. Nie zdążyłam zadać sobie jednak pytania, jak właściwie ma do tego dojść, bo nagle Gaus rzucił się na kulkę i zrzucił ją z półki, by złapać ją na sekundę przed zderzeniem z podłogą. Krzyknęłam z przerażeniem, bojąc się, że stanie mu się krzywda, ale widocznie czary chroniące przepowiednie przez intruzami nie działały na zwierzęta. Demimoz spojrzał na mnie mokrymi oczyma i uciekł w stronę wyjścia.
Rzuciłam się w pościg za przepowiednią, której jeszcze chwilę wcześniej nie chciałam poznawać. Gaus wybiegł z Sali Przepowiedni do Sali Czasu, a ja zastanawiałam się, co się stanie, jeśli spotkam tam Saula Croakera albo mojego ojca. Moje obawy były jednak niezasadne, bo w Sali Czasu nikogo nie było – musiała się już zbliżać pora lunchu. Nie mogłam też nigdzie dostrzec demimoza i przez chwilę stałam na środku gabinetu, zastanawiając się, gdzie mógł się ukryć, kiedy drzwi wyjściowe samoistnie się otworzyły.
Wbiegłam przez nie do czarnego, okrągłego korytarza, z którego można było przejść do innych działów Departamentu. Zyskując ostatnią szansę, żeby dogonić Gausa, zatrzasnęłam za sobą drzwi do Sali Czasu. Okrągły pokój zaczął obracać się wokół własnej osi. Straciłam równowagę i przywarłam do podłogi, czekając, aż ściany przestaną się poruszać. Przymknęłam oczy, bo poruszające się płomienie przyprawiały mnie o mdłości. Kiedy wszystko przestało się kręcić, otworzyłam oczy i spostrzegłam, że Gaus znów zmienił postać na widzialną.
Tuzin identycznie wyglądających drzwi nie był widocznie sztuczką, która mogłaby skołować demimoza, bo Gaus bez namysłu ruszył ku jednym z nich. Zebrałam się z podłogi i otworzyłam te drzwi, zanim on zdążył nawet spróbować.
Kiedy Rookwood oprowadzał mnie po Departamencie, musiał poświęcić tej sali bardzo mało czasu, bo nie mogłam przywołać jej z pamięci. Podejrzewałam, że musiała uciec mi w natłoku wrażeń, bo w porównaniu z innymi była zaskakująco pusta.
Czując się jak we śnie, podążyłam za Gausem, który zszedł po schodach w kierunku niewysokiego podium usytuowanego na środku sali, na którym stał gigantyczny, kamienny łuk. Dopiero kiedy stanęłam naprzeciw niego, rozpoznałam ciężką, czarną zasłonę, która pod nim wisiała. Momentalnie straciłam zainteresowanie zarówno demimozem, jak i jego skradzioną przepowiednią.
Podeszłam bliżej, by w pełni poczuć siłę, która od miesięcy przyciągała mnie do tego miejsca i cieszyłam się tym, że w końcu jej się udało. Stałam przez chwilę w bezruchu, wpatrując się z bliska w splot tej morderczej tkaniny i napawałam się wypełniającą mnie powoli niepowstrzymaną ciekawością. Pozwoliłam sobie na to tylko dlatego, że wiedziałam, jak ją zaspokoić.
Zanim zrobiłam krok do przodu, obejrzałam się jeszcze, by po raz ostatni spojrzeć na pustkę po mojej prawej, którą w samobójczej wizji sprzed kilku miesięcy wypełniał Syriusz Black. Ten widok ostatecznie mnie uspokoił.
Wiedziałam, że nie musiałabym umrzeć, gdybym nie chciała wiedzieć i że nie umarłabym, gdybym nie wiedziała.
Nie musiałam dłużej domyślać się, dlaczego wszyscy nienawidzili mojej babki, bo stało się to dla mnie zupełnie jasne. Jej niechciany dar przepowiadania dat śmierci stał się przekleństwem, gdy tylko poznała swoją i kiedy zdecydowała się tej śmierci uniknąć, żyć skradzionymi latami, w ukryciu i bez satysfakcji. Nie mogąc znaleźć własnego spełnienia, dzieliła się swoim bólem, dręcząc innych. Poczucie władzy przynosiło jej niszczenie życia innym – wystarczyło sześć cyfr i nie musiała nawet machać różdżką, by ich wykończyć.
Spośród swoich dzieci musiała wybrać któreś, by przekazać mu swoje dziedzictwo. Zdecydowała się na swojego syna, o którym myślała, że odziedziczył jej obojętny stosunek do losu innych. Zrobiła go strażnikiem Sali Przepowiedni, oddając mu pod opiekę archiwum, które sama założyła i latami pielęgnowała, ale razem z nim dała mu cenną wiedzę o tym, komu zdążyła już zatruć życie.
Zabawne było to, jak bardzo moja babka nie pomyliła się co do Romana Snicketa – on rzeczywiście zawsze płynął z prądem – przynajmniej do momentu, w którym nie uderzyła w niego personalnie. Ani myślał powstrzymywać ją, kiedy siała zwątpienie i zniechęcenie w jego rodzeństwie, a nawet żonie, ale gdy nie mogła powstrzymać się przed tym, by wyjawić i jego datę śmierci, coś w nim pękło. Wpychając ją za zasłonę w Sali Śmierci zakończył życie, któremu dawno pisany był koniec, popełnił morderstwo, które skrycie pragnęła popełnić cała rodzina, a Anemone Snicket zwyczajnie nie mogła tego przewidzieć, bo był to pierwszy i ostatni raz, kiedy mój ojciec się zbuntował.
Nie mogła temu zapobiec, ale zdążyła go ukarać, rzucając klątwę na pierwsze dziecko, które miał spłodzić już po jej śmierci. Kiedy Mercy się o tym dowiedziała, odrzuciła mojego ojca – nie dlatego, że popełnił morderstwo, ale dlatego, że sądziła, że w ten sposób blokuje wykonanie przepowiedni. Kiedy ona znalazła w sobie opór, mój ojciec wyczerpał już siłę do walki z fatum i wdał się w przelotny romans z bliźniaczką Mercy, która – identyczna co do wyglądu i zupełnie różna co do charakteru – była dla niego wystarczającym substytutem kobiety, którą zabrała mu jego martwa matka. Zmarłej matce zdecydowanie nie robiło różnicy, czy byłam córką Justice czy Mercy, bylebym się urodziła.
Biorąc pod uwagę okoliczności, moja rodzina miałaby jeszcze szansę przetrwać, gdybym umarła jako dziecko, ale podobne miłosierdzie nie było w stylu mojej babki. Ona chciała wyrównać rachunki uczciwie, życie za życie – dać mi dorosnąć, bym z pomocą daru przepowiadania, który dostałam od niej w spadku – sama, z własnej woli, oddała się w ramiona przeznaczenia, przy milczącej aprobacie rodziny, która wiedziała już, co to znaczy igrać z losem.
Na znajomość przyszłości mogą pozwolić sobie tylko ci, którzy potrafią tę wiedzę oswoić i cieszyć się życiem, jednocześnie odgrywając posłusznie swoją rolę. Miałam szansę zostać pierwszą osobą w rodzinie, która dobrze to zrozumiała i pozornie moje pójście na rzeź dowiodło, że naprawdę zasługiwałam na ten dar.
Nie można jednak całkiem zdradzić krwi, a w mojej płynął bunt przeciwko przeznaczeniu. Dlatego zrobiłam coś, co kosztowało mnie szczęście i życie – z całej siły odepchnęłam Syriusza Blacka starym sposobem swojej babki, wiedząc że nigdy mi tego nie wybaczy i dzięki temu nigdy nie przyjdzie do Sali Śmierci, żeby umrzeć razem ze mną. Pożyczyłam mu lata życia, wiedząc doskonale, jak duża jest szansa, że te skradzione lata będą zupełnie jałowe. Mimo to miałam nadzieję, że ktoś o tak wielkiej woli życia będzie je cenił wyżej niż żadne.

Łapy przy sobie: dziewięć

Pierwszego dnia Rookwood przegonił mnie przez wszystkie sale w Departamencie Tajemnic w tak ekspresowym tempie, że niczemu nie zdążyłam się przyjrzeć. Na koniec przeszliśmy ze sali pełnej tykających zegarów wprost do pomieszczenia, które miało wysokość sporej katedry i zostawił mnie między dwoma regałami tak wysokimi, że nie mogłam dostrzec ich końca nawet, gdy zadarłam głowę. Tam opiekę nade mną przejął mój ojciec.
Jako dziecko lubiłam wyobrażać sobie, co niesamowitego może znajdować się w Departamencie Tajemnic i zazdrościłam ojcu, kiedy wychodził do pracy – zupełnie jakby każdego dnia miał przeżywać nową przygodę. Jeśli ktokolwiek przeżywał tu przygody, to z pewnością nie w Sali Przepowiedni, której od niemal dwudziestu lat strzegł mój ojciec, przed nim jego matka, a w końcu ja.
Było to miejsce wprost stworzone dla ludzi, którzy kochają samotność i ciemność. Z łatwością mogłam wyobrazić sobie tutaj kogoś podobnego do Severusa Snape’a, ale nie potrafiłam pogodzić z tym miejscem mojego ojca. Poza pracą Roman Snicket nigdy nie uciekał przed ludźmi – przeciwnie, zdawał się ich potrzebować. Był dość rozmowny, chociaż można było poznać, że każda rozmowa była dla niego rozgrywką i że z każdej bezwzględnie musiał coś wynieść. Objawiało się to szczególnie, gdy zmuszony był prowadzić rozmowy, które uważał za bezowocne – wtedy wyraźnie nudził się, uciekał wzrokiem i nieświadomie wybijał rytm palcami, wszystko by przyciągnąć swoją trudną do skupienia uwagę. Każda z tych cech znikała jednak z chwilą, kiedy przechodził przez próg Departamentu – tutaj był tylko swoim cieniem, bez słowa snującym się między gabinetem a regałami. Jedyną oznaką jego obecności było upiorne echo jego kroków, które odbijało się od mebli i sklepienia.
Ja sama czułam się tak, jakby w Sali Przepowiedni pracowało tylko moje ciało. Przebywanie w niej było jak nurkowanie w ciemne głębiny, w których otępione były wszystkie zmysły. Niekończące się rzędy emitujących słabe światło przepowiedni w ciemności przypominały bezkresne cmentarzysko pełne martwych dusz, a w ostrym świetle jarzeniówek gigantyczną szklarnię do hodowli osobliwych grzybów.
Każdego dnia samoistnie pojawiały się nowe zapisy przepowiedni zaklęte w małych, szklanych kulkach. Do moich obowiązków należało zapoznanie się z ich treścią, katalogowanie ich i znajdowanie im odpowiedniego miejsca. Była to żmudna praca, wymagająca całych godzin poszukiwań, oznaczania dat, nazwisk, pozycji planet, powiązywania zdarzeń, a niekiedy zgadywania. Kiedy zachodziła taka konieczność, ojciec wzywał zainteresowanych w celu złożenia dodatkowych wyjaśnień. Po opatrzeniu zapisu odpowiednią etykietą, nakładał na kule czary ochronne i wtedy nikt postronny nie mógł ich już dotknąć.
W tym martwym miejscu tylko jedna istota zdawała się zachować w sobie wolę życia. Sala Przepowiedni była domem i więzieniem dla demimoza o imieniu Gaus. Gaus dosłownie rwał się do codziennych spacerów po Sali Przepowiedni, a spacerowanie z nim było moim ulubionym obowiązkiem, choć nieustannie kusiło mnie, by puścić go ze smyczy. Minęło kilka tygodni, zanim nabrał do mnie wystarczającego zaufania, żeby pokazać swoją naturalną formę, zamiast pozostawać niewidzialnym.
Gaus był prawie mojego wzrostu. Pokrywało go długie, srebrzyste futro, które ciągnął za sobą po podłodze i które trzeba było później czesać i odkurzać. Poruszał się z łatwością zarówno na dwóch, jak i na czterech chwytnych łapach. Spędzanie z nim czasu było najdziwniejszym i zarazem najpiękniejszym, czego można było doświadczyć w Sali Przepowiedni.
Jego magiczną właściwością było to, że na dużą odległość wyczuwał wysokie prawdopodobieństwo. Wyjątkowo lubił grzać się przy przepowiedniach, które w najbliższym czasie miały się spełnić, dzięki czemu bardzo ułatwiał mi pracę. Tylko dzięki jego intuicji udawało się na bieżąco wykrywać te przepowiednie, których status się zmienił – nie wyobrażałam sobie, w jaki inny sposób można było ogarnąć to nieskończone, wciąż rozrastające się archiwum.
Dni mijały mi na codziennym grzebaniu się w losie innych tak, że nie czułam potrzeby konfrontowania się z własnym. Na prawie dwa miesiące swojego dorosłego życia zanurzyłam się w obcych problemach tak głęboko, że nie prawie nie widziałam już moich. Koniec wakacji zbliżał się jednak nieuchronnie, a ja wiedziałam, że zanim wydarzy się coś ostatecznego, pozostało mi stawić czoła jeszcze jednemu spotkaniu.
Syriusz czekał na mnie pod wejściem do Ministerstwa dla pracowników. Siedział na ogromnym, czarnym motocyklu zaparkowanym w niedozwolonym miejscu. Miał na sobie skórzany kombinezon, w którym wyglądał tak dobrze, że robiło się słabo. Jedną nogę oparł o wysoki krawężnik. Kiedy tylko mnie zauważył, bez słowa przywitania rzucił we mnie kaskiem.
– Widzę, że skończyłaś z buntem wobec tatusia – rzucił głosem pełnym goryczy.
Nigdy nie powiedziałam mu ani o swojej dacie śmierci, ani o wizji naszego wspólnego samobójstwa, dlatego nie mógł rozumieć, jak małe znaczenie miało to, w jakiej pracy spędziłam ostatnie dwa miesiące swojego życia. Myślę, że wybrałam Departament Tajemnic dlatego, że tam najprędzej spodziewałam się przeżyć jeszcze coś ważnego. Spotkało mnie gorzkie rozczarowanie.
Ledwie zdążyłam wdrapać się na siedzenie pasażera i niezdarnie zapiąć kask pod szyją, kiedy bez ostrzeżenia ruszyliśmy z werwą w stronę głównej arterii. Instynktownie ciasno objęłam Syriusza w pasie, chowając się za jego plecami. Nie przejmował się zachowywaniem bezpiecznej prędkości i przez całą drogę zatrzymał się tylko raz, by zrugać mnie, że go przyduszam. Uwolniłam go z uścisku i obiema rękoma złapałam za uchwyty przede mną. Pęd wiatru zapierał mi dech w piersiach. Po raz pierwszy od długiego czasu czułam, że żyję; jednocześnie kusiło mnie, żeby puścić motocykl. Zanim zatrzymaliśmy się ponownie, zdążyliśmy wyjechać już kilka kilometrów poza miasto.
Syriusz wpuścił mnie do środka sporego domu, który z zewnątrz sprawiał nieco ponure wrażenie. Przeszliśmy przez wąski korytarz zagracony kartonami. Najwyraźniej właśnie się wprowadził. Kiedy znaleźliśmy się w kuchni, mimowolnie wycofałam się pod ścianę, przechodząc do pozycji obronnej.
Black zrobił mi kawę zawierającą pewną ilość fusów i trochę gorącej wody. Podał mi kubek i oparł się tyłem o blat kuchenny.
– Wywalam parę rzeczy – wytłumaczył krótko sytuację. Wpatrywał się we mnie wyczekująco.
Nie mogłam znaleźć odpowiednich słów, więc wbiłam wzrok w kawę.
– Twój dom? – zapytałam.
– Odziedziczyłem.
Była to wymiana uprzejmości na miarę naszych możliwości. Nie wypytywałam dalej – wiedziałam, że gdyby chciał powiedzieć mi coś więcej, po prostu by to zrobił. Z drugiej strony nie dziwiłam mu ani trochę, że nie czuł takiej potrzeby.
Zapadło długie, nieznośne milczenie.
– Czego właściwie oczekujesz? – wypalił w końcu Syriusz, kiedy nie mógł już wytrzymać tej ciszy.
Wiedziałam, że muszę coś z siebie wydusić, skoro już poprosiłam go o spotkanie.
– To był błąd – powiedziałam po prostu.
To stwierdzenie oddawało moje uczucia tak żałośnie nieprecyzyjnie, że momentalnie pożałowałam, że w ogóle otworzyłam usta. Obiektywnie rzecz biorąc, popełniłam największy z błędów i chociaż wspominanie tego łamało mi serce, nie mogłam go szczerze żałować, bo jednocześnie miałam głębokie przekonanie, że postąpiłam słusznie. Wcześniej sądziłam, że chcę porozmawiać, żeby wydusić z siebie fałszywe przeprosiny, ale nieoczekiwanie dotarło do mnie, że może przyszłam nie po to, żeby cokolwiek powiedzieć, ale po to, by ostatecznie przekonać się, że nie miałam tam czego szukać.
Kiedy odważyłam się w końcu spojrzeć mu w oczy, wykonał gwałtowny ruch rękoma, jakby nie mógł już wytrzymać stania w bezruchu. Przeczesał włosy, nieświadomie kopiując gest swojego najlepszego przyjaciela.
– Mało powiedziane – wyrzucił z siebie wściekle, patrząc na mnie oskarżycielsko. – Powiedziałaś mi, jak zginą moi przyjaciele. Powiedziałaś mi, że stracą dziecko, którego nawet jeszcze nie planują! KURWA!
Walnął obiema pięściami w ścianę.
– Czy ty masz pojęcie, co zrobiłaś?!
Ukryłam twarz w dłoniach. Od finału Pucharu Quidditcha zdawały się minąć nie miesiące, a lata. Patrząc na faceta przed sobą, nie widziałam już chłopaka, który ryknął z niepowstrzymanej euforii, kiedy James Potter po raz ostatni załatwił Gryffindorowi zwycięstwo. Wiedziałam, że w tym sensie on też mnie już nie rozpoznaje.
Żałowałam tylko, że moc swoich słów pojęłam dopiero kilka sekund po tym, jak wypowiedziałam je na głos i że nie była to świadoma decyzja – że przyszła tak automatycznie, tak krótko po tym, jak odzyskałam przytomność po meczu. W głębi duszy wiedziałam jednak, że po prostu nie byłam w stanie unieść ciężaru wiedzy i bezpiecznie zatrzymać słów przy sobie.
– Zrobię WSZYSTKO, żeby do tego nie dopuścić – oświadczył Syriusz z wielką determinacją. Patrzył na mnie wyzywająco.
Uwierzyłam mu na słowo. Pomyślałam, że jeśli naprawdę ludzie dzielą się na tych, którzy potrafią pogodzić się ze swoim przeznaczeniem i na tych, którzy przenigdy nie powinni poznać przyszłości przed jej nadejściem, to Black bezwzględnie należał do tej drugiej grupy.
Mimo wszystko jego słowa sprawiały mi niemal fizyczny ból. Chciałam wypowiedzieć jakieś własne, by się obronić, ale nieoczekiwanie wszystko, co miałam do wyznania, na dobre ugrzęzło mi w gardle.
Spojrzałam w jego smutne oczy, poszukując wskazówek, ale nie znalazłam w nich ani miłości, ani nienawiści. Przez chwilę czułam ogromną pokusę, żeby pokonać dzielący nas dystans i zrobić coś desperackiego, co znów odwróciłoby bieg wydarzeń. Coś, co oddaliłoby w czasie konieczność zaakceptowania, że nie było już dla nas dobrego zakończenia.
Może nie mogliśmy mieć dobrego zakończenia, ale nie zniosłabym, gdybyśmy nie dostali żadnego. Dlatego zamiast mówić coś, co na nowo rozpaliłoby wątpliwości, odłożyłam kubek na stół i wyszłam, nie oglądając się za siebie.

Łapy przy sobie: osiem

Taktyka roboczo zatytułowana myśl jak James Potter dawała zaskakująco dobre rezultaty. Wytężałam wzrok, z wysiłkiem przebijając się przez lekką, ale uporczywą mgłę utrudniającą orientowanie się w sytuacji na boisku, by za każdym razem z parosekundowym wyprzedzeniem przewidzieć, jaki manewr wykona Potter. Gdy coś spektakularnie mu się udawało, buczałam głośno, całkowicie zagłuszana przez wrzask wszystkich dookoła, a w szczególności Syriusza, który swoje krzyki zwycięstwa kierował prosto do mojego ucha. Wkrótce ja i Black straciliśmy częściowo zarówno głos, jak i słuch, bo żadne z nas nie potrafiło powstrzymać się przed tą bezsensowną demonstracją sił. Pozostawało tajemnicą, czy Syriusz wykazywał wcześniej takie zaangażowanie w quidditcha – mnie na pewno nie zdarzyło się to nigdy wcześniej.
Byłam jednak pełna wdzięczności dla Georgiany, szukającej i kapitan drużyny Krukonów, która przez ostatnie dwa miesiące katowała nas tą swoją odkrywczą taktyką i tym samym zdołała w najwyższym stopniu zadusić wszystkie zmartwienia poza tym jednym – czy Ravenclaw wygra ostatni mecz w sezonie. Gigi dostała na punkcie Pottera niezdrowej obsesji, która we wszystkich członkach drużyny rozpaliła przekonanie, że powstrzymanie Jamesa Pottera stanowi jedyny i najważniejszy cel strategiczny; miało to nawet sporo sensu, bo Potter rzeczywiście był jedynym naprawdę dobrym ogniwem drużyny Gryffindoru. Udowodnił zresztą, że jeden znakomity zawodnik to akurat tyle, by wygrać Puchar. Tak czy inaczej, o wiele milej było siedzieć w tym czasie w głowie Prefekta Naczelnego, ścigającego i kapitana drużyny Gryfonów, analizując jego charakterystyczne zagrania i ucząc się im przeciwdziałać, niż w swojej własnej. Całkowite zaangażowanie się w codzienne, katorżnicze treningi quidditcha połączone z okazjonalnym, katorżniczym zakuwaniem do owutemów u boku Vicky, dawały mi złudzenie, że żyję najmocniej i najlepiej jak mogę. Pozwalały niemal zupełnie zapomnieć o tym, że w pewnym sensie byłam śmiertelnie chora.
Naturalnie osób, które o tym wiedziały, było najwyżej dziesięć, ale i tak ich widok bardzo mnie drażnił. Kiedy napotykałam zmartwione spojrzenie Vector albo pozbawione litości, zaciekawione spojrzenie Avery’ego, unosiłam wysoko głowę i wkładałam całą energię, by pokazać swoją determinację do życia. Nie znaczyło to, że się okłamywałam – przeciętny człowiek miał w życiu kilka dat, które ze średnim prawdopodobieństwem mogły stać się jego datami śmierci – ja miałam tylko jedną, co zaprzeczało naturze i co całkowicie pozbawiało mnie złudzeń.
Mimowolnie chętniej przebywałam w towarzystwie osób, które o niczym nie miały pojęcia i dlatego na finałowym meczu Pucharu Quidditcha zamiast u boku Vector, stałam w środku trybuny Gryfonów, ostentacyjnie przebrana w barwy Ravenclawu i chroniona przed powszechną nienawiścią tylko tym, że nawet miażdżące zwycięstwo Krukonów nie byłoby już w stanie odebrać Pucharu Gryffindorowi. Fakt ten niezmiernie bawił Syriusza, którego bardziej pochłaniało obserwowanie moich reakcji niż akcji na boisku. Świadomość, że skupiam na sobie jego uwagę, była bardzo przyjemna. Po pewnym czasie nie mogłam się powstrzymać, żeby spoglądać na niego za każdym razem, kiedy wydawało mi się, że on patrzy na mnie. Uśmiechałam się do niego częściej niż nakazywała przyzwoitość.
Nasz ścigający wbił bramkę Gryfonom, ponownie wyrównując wynik. Wrzasnęłam bezgłośnie, czując że wykorzystuję na to ostatnie pokłady energii. Poprzedniej nocy prawie nie spałam, bo jako jedyny rezerwowy gracz w drużynie Krukonów do ostatniej chwili nie wiedziałam, czy nie będę musiała grać za Higglebottoma, który wciąż nie doleczył się z kontuzji w ostatnim meczu. Wiadomość, że Higglebottom mimo wszystko zdecydował się grać, przyjęłam z wielką ulgą, żałując jedynie, że dotarła do mnie dopiero rano.
Nie tylko mój entuzjazm przechodził ciężką próbę. Mecz trwał już ponad sześć godzin, bijąc dziesięcioletni rekord długości. Kibice krzyczeli ciszej i podskakiwali niżej, a gracze tracili koncentrację i częściej znosiło ich z kursu. Na całym boisku pozostało już tylko parę osób, które chciały, by ten nieistotny z racji wyniku i decydujący z racji honoru mecz wciąż trwał. Była to z pewnością Georgiana, nieustraszenie goniąca w kółko szukającego Gryfonów po to, by żadne z nich nie miało najmniejszej szansy złapania znicza, nasi pałkarze i obrońca, których zadaniem była bezwzględna obrona bramki przed Jamesem Potterem i James Potter, któremu nie wystarczyło, by ten mecz po prostu się zakończył; który pragnął, by ostatni występ w jego szkolnej karierze zapisał się w pamięci na pokolenia. Jak dotąd oceniałam jego szanse jako marne.
Wodziłam za nim wzrokiem, doceniając malowniczą pętlę, jaką wykonał tylko po to, by kafel odbił się od złączonych barów obrońcy i pałkarza, którzy wspólnie bronili teraz bramki. Moje spojrzenie skupiło się na chwilę na przeciwnej stronie boiska, na trybunie Krukonów, w grupie których znajdowała się zupełnie nierozpoznawalna z tej odległości Vector. Uderzyło mnie znajome poczucie winy związane z tym, że nie ma mnie przy niej. Czułam, że zdradzam naszą przyjaźń, odsuwając się od niej w takim momencie, ale jednocześnie nie mogłam tego powstrzymać; chciałam nam tylko oszczędzić cierpienia.
Poluźnienie relacji z Vector na chwilę przed końcem szkoły było dla mnie wyjątkowo bolesne. Wydawało się, że chociaż koniec szkoły wszystkim miał przynieść jednakową zmianę, nie wszyscy byli na nią jednakowo przygotowani, a ja oddawałam właśnie walkowerem ostatnią szansę, by wejść w dorosłość ramię w ramię razem z Vector. Nie mogłam jednak nic poradzić na to, że ciążyło mi przekonanie, że z nas dwóch tylko ona ma szansę pójść dalej. Było to najgorsze z uczuć.
Wsparcia nie mogłam też szukać w Syriuszu, który podobną przemianę wartości miał już za sobą. Pamiętałam, jakim zaskoczeniem było to, że ze wszystkich ludzi na ziemi podejście Syriusza zweryfikował właśnie James Potter. Jak jego wola, żeby spoważnieć i wydorośleć, ukoronowana niejako zeszłoroczną nominacją na Prefekta Naczelnego, spotkała się początkowo z gwałtownym protestem i niezrozumieniem Syriusza. Jak Black na kilka tygodni odsunął się od swojego przyjaciela, nie potrafiąc zrozumieć jeszcze jego motywacji, tylko po to, by po czasie wrócić z nieco zmienionym nastawieniem. Marzyłam, by i w tym sensie myśleć jak James Potter – cieszyć się, póki jeszcze było to możliwe i brać odpowiedzialność za siebie i innych, kiedy było to konieczne, ale widocznie taktyka Gigi działała na boisku, ale niełatwo dawała się rozciągnąć na inne dziedziny.
Wyrzuty sumienia zagłuszało nieco to, że Vector sama zachęcała mnie, żebym poszła na mecz z Syriuszem, który swoim zwyczajem zaproponował to zupełnie niezobowiązująco. Nie miałam pojęcia i nie pytałam, jak sobie to wyobraża – żeby uniknąć rozczarowań uznałam, że chodzi mu o skandowanie haseł obcej drużyny w towarzystwie dziesięciu innych kolegów. Wszystko okazało się jednak bardziej kameralne, bo z jego bliższych znajomych w promieniu paru metrów znajdował się tylko Peter Pettigrew, Remus Lupin i promieniejąca ze szczęścia Lily Evans, którzy powitali moją obecność uprzejmym zdziwieniem.
– Czy ona zamierza wygrać za wszelką cenę? – zapytał nieoczekiwanie Syriusz z autentycznym zaciekawieniem. Pochylał się nade mną i mówił mi do ucha, inaczej nie mielibyśmy szansy się usłyszeć. Odwróciłam się i spojrzałam na niego z bardzo bliska – patrzył prosto na naszą kapitan, która raz po raz skutecznie blokowała szukającego, lawirując na granicy faulu. Parsknęłam śmiechem, a potem uwiesiłam mu się na ramieniu, żeby odpowiedzieć prosto do ucha:
– Potter też mógłby odpuścić! Co wam szkodzi?!
Nie od razu się odsunęłam. Godziny stania na powietrzu robiły swoje i powoli robiło się zimno. Wszystkim zaczął doskwierać głód, część kibiców wycofała się już do zamku, a część przywoływała z dormitorium cieplejsze ciuchy i jedzenie. Wzmógł się też wiatr; wszystko to powodowało, że nie było nic przyjemniejszego, niż niezobowiązujące wiszenie na Syriuszu Blacku.
– On ma naprawdę dobry powód!
– Serio? – zapytałam z powątpiewaniem. Osobiście uważałam, że Krukonom należało się to jedno zwycięstwo. – Niby jaki?
Odpowiedź przeznaczona tylko dla moich uszu spowodowała, że prawie padłam ze zdumienia.
– Zamierza się oświadczyć, a nie wyobrażasz sobie chyba, że mógłby to zrobić po przegranym meczu.
Mimowolnie skierowałam zdumiony wzrok na Lily Evans. Black mocno objął mnie ramieniem, kierując moją uwagę na siebie.
– Niezbyt subtelne.
Nie odważyłam się poruszyć, żeby nie cofnął ręki, ale tego nie zrobił. Przez chwilę stałam jak wryta, ale po kilku minutach udało mi się oswoić z tym publicznym wyrażaniem czułości na tyle, żeby móc położyć głowę na ramieniu Blacka i trochę się rozluźnić. Mój wzrok na krótko spotkał się z taksującym spojrzeniem blondynki z rzędu poniżej.
– EJ! – krzyknął nieoczekiwanie Syriusz. Zerwałam się szybko, nie wiedząc w którą stronę patrzeć.
Nie bez przyczyny. O wyniku ostatniego meczu sezonu zdecydowały bowiem dwie akcje, które rozegrały się niemal jednocześnie i co do chronologii których wszyscy mieli wątpliwości – był to dramatyczny atak Gigi na znicza i nie mniej desperacki, mało techniczny rzut Jamesa Pottera zakończony golem. Przez chwilowe rozproszenie Blackiem nie tylko nie liczyłam już punktów, ale też nie zdążyłam zobaczyć żadnej z tych akcji. W pierwszej chwili nie mogłam wiedzieć, czy huk, który potoczył się po całym stadionie, oznaczał zwycięstwo Krukonów czy Gryfonów.
Nie miało to zresztą wielkiego znaczenia, bo wrzeszczący z radości Black podniósł mnie i pocałował na oczach wszystkich. Oddałam pocałunek i wtuliłam się w niego mocno. Tłum skakał i śpiewał ogłuszająco. Minęło kilka cudownie długich minut, zanim Syriusz odstawił mnie na ziemię.
Ludzie zaczęli przepychać się wyjścia, by dobiec do swojej drużyny, podczas gdy ja starałam się zaczerpnąć powietrza. Przed oczami pojawiły mi się ciemne plamy. Przed utratą przytomności usłyszałam jeszcze ostrzegawczy krzyk Evans.

Łapy przy sobie: siedem

– Vector, ten durny kot jest martwy. Zdechł, bo wyskoczył z okna. Koty nie rozwalają się o bruk, koty zawsze spadają na cztery łapy. Koty nie wyskakują z okna w środku zimy. Mimo to, z całą pewnością, ten kot jest martwy.
Wyrzucałam z siebie słowa cicho i powoli, smakując je, próbując się z nimi oswoić i jakoś je okiełznać. Mimo wielokrotnego powtarzania nie zmieniły jednak swojej wartości logicznej. Sztywne ciało kota mojego młodszego brata wciąż spoczywało pod ziemią w naszym ogrodzie.
Vector nie zwracała na mnie uwagi, bo przez ostatnie pół godziny zdążyła stracić do mnie cierpliwość. Była zirytowana, bo nie udało jej się znaleźć żadnego skutecznego sposobu, żeby mnie pocieszyć albo uciszyć. Profesor Fowler rzucał nam groźne spojrzenia znad tabel, podczas gdy Vicky wykonywała obliczenia za naszą dwójkę. Wiedziałam, że zapłacę za to srogo na kolejnej lekcji, bo wtedy to ja będę musiała odwalić całą robotę, ale nie mogłam się opamiętać.
– Annie – zwróciła się do mnie Vector natarczywym szeptem, kiedy zebrała siły na kolejną próbę. Wykorzystała chwilę, gdy Fowler konsultował rozwiązanie z Sawneyem Goddardem. – Uspokój się. To, że kot zdechł przez przypadek jest znacznie bardziej prawdopodobne niż to, że zdechł, bo tak przepowiedziałaś.
Nie było najmniejszej konieczności tłumaczenia mi takich banałów. Było oczywiste, że prawdopodobieństwo wystąpienia dwóch niezależnych zdarzeń jest znacznie wyższe niż prawdopodobieństwo wystąpienia dwóch powiązanych, na dodatek w odpowiedniej kolejności. Problem w tym, że odkąd dowiedziałam się o babci, moje postrzeganie świata stało się nieco mniej liczbowe.
Żaden rachunek prawdopodobieństwa nie mógł mnie już uspokoić. Wolfe opisał śmierć kota w dokładnie taki sposób, w jaki zobaczyłam ją po omdleniu ostatniego dnia wakacji, a nigdy nawet nie wspomniałam mu o swojej wizji. Odkąd dowiedziałam się o darze babci, usiłowałam odpychać od siebie myśl, że mogłam go odziedziczyć, ale to właśnie śmierć kota wytrąciła mi z ręki ostatnie desperackie argumenty.
Musiałam się z tym pogodzić i podejść do zagadnienia jak Krukonka – od strony praktycznego zastosowania. Po pierwsze, musiałam dowiedzieć się, jakie okoliczności wywołują wizje, żeby móc ich unikać. Po drugie, musiałam nauczyć się przewidywać datę spełnienia przepowiedni. Po trzecie, musiałam się upewnić, czy to nie ja zabiłam kota.
To ostatnie było najgorsze – dopuścić do siebie myśl, że moja wizja mogła być bezpośrednią konsekwencją niechęci, którą żywiłam do zdechłego zwierzęcia. W odwiecznym sporze między psiarzami a kociarzami zawsze stałam po stronie psów i nie mogłam przeżyć, kiedy dowiedziałam się, że do Hogwartu można zabierać tylko niektóre zwierzęta. Po pierwszym roku rodzice zaproponowali mi kupno sowy albo kota, ale obraziłam się wtedy i odrzuciłam ich pomysł. Kiedy w zeszłe wakacje ojciec kupił Royle’owi kota, to zwierzę stało się symbolem całego żalu do tego, czego nie mogłam mieć, chociaż wcześniej nawet nie chciałam.
Kiedy ocknęłam się po omdleniu w sierpniu, natychmiast uznałam, że kiedy straciłam przytomność, przewidziało mi się dokładnie to, o czym skrycie marzyłam przez całe wakacje. Czym innym było jednak wyganianie kota do ogrodu, mierzenie się z nim na złe spojrzenia i zrzucanie go z kanapy, a czym innym prawdziwa intencja uśmiercenia go. Miałam nadzieję, że moja wizja była jedynie zapisem tego, co i tak miało się wydarzyć, a nie że powstała dlatego, że chciałam, by się ziściła.
Ostatecznie Royle naprawdę potrzebował tego kota. Wciąż pamiętałam, jak bardzo nie chciał wypuścić go z rąk przez pierwszą dobę. Czułam w gardle kulę wielkości jabłka, kiedy przypomniałam sobie dłonie brata ślizgające się po miękkim, czarnym futerku.
– To mogła być moja wina – mruknęłam głucho, bezwiednie bawiąc się liczydłem. Vicky poprawiła koraliki, żeby nie zamieszały w jej wyniku i odpowiedziała mi zirytowanym szeptem:
– Mógł też wyskoczyć za ptakiem.
– Jesteś w zmowie z moim bratem? – zapytałam, celując w nią oskarżycielsko piórem.
Nie odpowiedziała mi, ale lekko się uśmiechnęła. Byłam zbyt pogrążona we własnych myślach, by drążyć ten temat, ale pocieszało mnie, że Vector doskonale obędzie się beze mnie, jeśli tylko postanowi owinąć sobie Wolfe’a wokół palca. W pewnym sensie już jej się udało – mój brat dostawał maślanych oczu, kiedy tylko patrzył na Vicky. Najlepszym dowodem było to, jak szybko zapomniał o mojej minie na wieść o kocie – wystarczyło, by Vector pojawiła się w Trzech Miotłach. Choć trochę smutno było patrzeć, jak inteligentnemu facetowi paruje mózg, uznałam, że mogę z tym żyć.
Tymczasem to mój mózg parował, kiedy intensywnie myślałam nad tym, jakie okoliczności wystąpiły bezpośrednio przed moimi omdleniami. Rysując skomplikowany szlaczek na pergaminie do obliczeń, usiłowałam odtworzyć po kolei wszystkie wydarzenia począwszy od wakacji, ale ciągle coś mi się wymykało.
– To mógł być efekt zbyt intensywnej ekspozycji – zwerbalizowałam w końcu, zwracając się do Vector. – Całe wakacje z tym głupim kotem… mdleję… dwa miesiące myślenia o Blacku… mdleję.
Vector fuknęła ostrzegawczo, ale było już za późno.
– Dziewczyny. – Profesor Fowler stracił w końcu cierpliwość i zdecydował się nas zrugać swoim obojętnym tonem: – Nie ma potrzeby, żebyście tu siedziały. Owutemy dopiero za cztery miesiące.
Zawsze zdumiewało mnie, jak głośne są kropki w wypowiedziach profesora Fowlera. Potrafił nadawać im więcej znaczenia niż zdaniom, które kończyły. Od kiedy usłyszałam go po raz pierwszy, marzyłam, by skomponował całą wypowiedź złożoną z samych kropek i byłam pewna, że ta wypowiedź poszłaby mi w pięty bardziej niż cokolwiek, co w życiu powiedział.
– Przepraszam, profesorze – wypaliłam automatycznie. Nabrałam powietrza i dodałam: – Zastanawiałam się tylko, czy moglibyśmy wspólnie wyliczyć moją Wibrację Śmierci.
Zapadła cisza. Wszyscy wlepili we mnie wzrok, a spojrzenie Vector niemal paliło mi skórę. Nie odważyłam się na nią spojrzeć. Miałam nadzieję, że wybaczy mi, jeśli wyjaśnię jej później.
Doskonale wiedziałam, jak zuchwała była to prośba. Kurs numerologii przez całe semestry skupiał się na obliczaniu Piramidy Życia, nadawaniu odpowiednich imion zwiększających potencjał, eksploracji Drogi Życia i obliczaniu prawdopodobieństwa dla różnych ścieżek. Wszystkie te zagadnienia skupiały się na narodzinach i kształtowaniu życia, właściwie milcząc na temat śmierci.
Profesor Fowler tłumaczył nam, że nie wszyscy czarodzieje potrafią unieść ciężar znajomości swojej Wibracji Śmierci. Niektórzy nie potrafią jej zrozumieć i unikają jej, naginając swoją ścieżkę. Nie wiedziałam, czy ja będę potrafiła unieść tę odpowiedzialność, ale nie było innego sposobu, by się dowiedzieć, niż sprawdzić to empirycznie.
Sądziłam, że skoro już zobaczyłam swoją śmierć, poznanie jej daty nie będzie niczym wielkim. Nie mogłam wiedzieć, kiedy zdechnie kot Royle’a, ale zdecydowanie musiałam wiedzieć, kiedy przyjdzie pora na spełnienie mojej drugiej wizji.
Poza tym nie mogłam wyznaczyć swojej Wibracji sama. Dobrze obliczyć mogli ją tylko postronni, bo należało przyjąć po drodze kilkanaście zmiennych, co do których sam zainteresowany nie mógł być obiektywny. Co innego pięciu czy sześciu czarodziejów – to dawało już wiarygodny wynik.
– Ja i Septima mamy tu spór akademicki i nie ma innego sposobu, by go rozwiązać – wytłumaczyłam po chwili, wypełniając te słowa całą swoją determinacją. Rzuciłam okiem na Vicky, która była w zbyt głębokim szoku, by się sprzeciwiać. – Poza tym procedura może przydać się na egzaminach.
Wiedziałam, że jeśli tylko sprawię wrażenie, że nie przyjmuję odmowy, profesor Fowler się zgodzi. Główną zasadą na jego zajęciach było drążyć problem, aż pozostanie po nim tylko pył. Z tego powodu po numerologii rzadko jadaliśmy lunch – dzwonek na koniec zajęć był jedynie sugestią.
Vicky pokręciła głową z niedowierzaniem, ale Fowler się zgodził.
– Skoro tak.
Następne pół godziny przebiegło w wyjątkowo upiornej atmosferze. Profesor Fowler wypisał moje dane wyjściowe na tablicy. Złapałam Goddarda, jak patrzył na mnie pustym wzrokiem i usiłowałam się do niego uśmiechnąć, ale mięśnie twarzy odmówiły mi posłuszeństwa. Vector nie odezwała się do mnie ani słowem, zajęta wypisywaniem długich wierszy cyfr. Ja sama usiłowałam przejść całą procedurę, ale byłam tak rozkojarzona, że robiłam błędy nawet przy przepisywaniu.
Zgniotłam w dłoni swój bezużyteczny arkusz pergaminu, kiedy okazało się, że wszyscy moi koledzy i nauczyciel uzyskali wynik, zanim ja dotarłam do połowy. Musiałam użyć całej siły woli, by zmusić się do spojrzenia na tablicę, na którą Fowler skopiował wszystkie daty:
ANEMONE SNICKET 31 08 1960
78% 31 08 1978 (Vector)
95% 31 08 1978 (Goddard)
81% 31 08 1978 (O’Sullivan)
99% 31 08 1978 (Avery)
89% 31 08 1978 (Fowler)