03.

Pokój przesłuchań był dość ponury. Jasne, sprzątano w nim regularnie, ale wydawało się, że ściany wchłonęły całą lepiej lub gorzej tłumioną wściekłość osób, które miały wątpliwość przyjemność przebywania w nim – a na przestrzeni lat były to setki osób, w końcu gmach, w którym mieściła się siedziba magopolicji, pamiętał jeszcze czasy, kiedy czarodziejom groziło spalenie na stosie. Oczywiście mugolskie prawo nie miało wpływu na powstanie gmachu ani powstanie gmachu nie poskutkowało liberalizacją prawa, w końcu mugole nawet o tym budynku nie wiedzieli. Jedyne, co miało w tym momencie znaczenie, to fakt, że w pokoju tym przesłuchiwano już wiele osób i żadna z nich nie była z tego powodu szczęśliwa. Pokój najwyraźniej też nieszczególnie.
W tym momencie siedział w nim ciemnowłosy dwudziestokilkulatek, który patrzył tępo w ścianę, jakby miał nadzieję, że nagle otworzy się w niej przejście do innego świata, ale jednocześnie w to nie wierzył. Nic dziwnego, w końcu był mugolem. Samo sprawdzenie go tutaj kosztowało Faye trochę wysiłku. Najgorsze były pertraktacje z amnezjatorami, którzy patrzyli krzywo na każdego, kto próbował dokładać im roboty. Oczywiście wymazanie paru godzin z pamięci mugola nie powinno być dla nich szczególnie trudne, ale wiązało się z przykrą koniecznością spisania notatki do akt, które Faye – stojąca przed drzwiami do pokoju przesłuchań i zaglądająca przez szybę – trzymała teraz pod pachą.
Powiedziała wszystkim, że da sobie radę, więc nie było odwrotu. Musi przejść przez próg, usiąść naprzeciwko mugola – „Elliota”, przypomniała sobie, „on ma na imię Elliot” – i porozmawiać z nim o śmierci jego siostry. Trudno wyobrazić sobie przyjemniejszą pogawędkę. Do tego cały czas miała z tyłu głowy słowa Rottensona, który cierpkim tonem poinformował ją, że mieliby bardzo dobry ślad, ale jakiś idiota wylał na niego kawę. Usunięcie plamy z kawy oznaczałoby całkowite zniszczenie śladu, a on nie będzie brał za to odpowiedzialności. Nie ma zamiaru więcej pracować z takimi osłami i jeśli Faye nic ze wspomnianymi osłami nie zrobi, to niech sobie poszuka następcy Rottensona.
Faye nie miała pojęcia, co zrobić z osłami i dziękowała Merlinowi i Morganie, że pomysł Mitchella z ogłoszeniami w prasie wypalił. Gdyby ten mugol się nie zgłosił, nadal kręciliby się w kółko, a sprawa musiałaby trafić do archiwum.
Głęboki wdech wcale nie pomógł, ale skoro go już wzięła, czuła, że nie ma odwrotu.
Otworzyła drzwi.
Chłopak zerwał się, na poły z uprzejmości, na poły – ze zdenerwowania, co jeszcze bardziej wytrąciło ją z rytmu. Nie była przyzwyczajona do uprzejmych facetów. I do takich, którzy boją się kobiet.
– Ee… Cześć? – zaczęła, idiotka, miała ochotę samej sobie dać w twarz. Dobrze, że Rudolph tego nie widział. W życiu by jej nie odpuścił.
– Dzień dobry – odpowiedział niepewnie Elliot, siadając na krześle dopiero, kiedy ona usiadła na swoim. – Ja… chodzi o moją siostrę, prawda? – zapytał, choć doskonale wiedział, że tak, w końcu sam się zgłosił. Może cały czas liczył, że wszystko okaże się kosmiczną pomyłką.
– Będziesz musiał ją zidentyfikować, ale tak. Tak. Tak – sama nie wiedziała, czemu się powtarza, czemu mówi coraz głośniej. Nie mogła znieść jego spojrzenia. Rany, ręce pociły jej się jak jakieś cholerne myszy. I przeklinała w swojej głowie! Od kiedy to w ogóle przeklinała? Nawet prywatnie?! – Tak. Chodzi o twoją siostrę.
Elliot przełknął ślinę i znów zawiesił wzrok na ścianie. Nie otworzyło się żadne magiczne przejście, czas się nie zatrzymał, Faye nie odwołała swoich słów. Patrzyła tylko na niego z pewnym smutkiem, jakby nie wiedziała, czy wypada jej już zadawać pytania, czy też powinna w jakiś sposób zauważyć i uszanować jego cierpienie. W końcu odchrząknęła. Elliot zamrugał i spojrzał na nią. Też odchrząknął.
– No więc… nazywała się Mary i zaginęła tydzień temu. Nie wróciła na noc do domu i jej współlokatorka zadzwoniła do mnie – powiedział trochę sztywno, jakby wcześniej nauczył się tej kwestii na pamięć. – Skontaktowaliśmy się z jej znajomymi, obdzwoniliśmy szpitale, próbowaliśmy zajrzeć do jej ulubionych pubów i kawiarni, bo Mary była porządną dziewczyną, nigdy nie znikała tak bez uprzedzenia, nigdy…
– Rozumiem – powiedziała, w jej mniemaniu spokojnie. Nie rozumiała.
Elliot zrobił głęboki wdech, jakby chciał wyrzucić z siebie jak najwięcej słów za jednym zamachem w nadziei, że to będzie bolało mniej niż wyrzucanie ich zdanie po zdaniu.
– W końcu poszliśmy na policję, bo do rana nie wróciła, nie poszła do pracy, nie skontaktowała się z nami w żaden sposób, ale policja nic nie zrobiła, to znaczy nie znaleźli jej, a potem to ogłoszenie… Julie, znaczy współlokatorka Mary, je zobaczyła, bo ona czyta te wszystkie szmatławce… – urwał na chwilę, bo najwyraźniej skończyło mu się powietrze w płucach. Przez chwilę patrzył we własne zaciśnięte dłonie, jakby układał kolejne zdanie w głowie albo próbował zebrać się na odwagę, by je wypowiedzieć. – Nie rozumiem wszystkiego, co tu się dzieje. Nie rozumiem, gdzie właściwie teraz jestem i dlaczego nie mogę być… przesłuchiwany na posterunku, na którym zgłaszaliśmy zaginięcie Mary, czemu sprawa została przekazana wam… Ale zrobię wszystko, wszystko, żeby tego skurwiela złapali – zapewnił, choć głos mu się łamał.
Faye zastanawiała się, ile powinna mu zdradzić. Był mugolem, do diaska! Co miała mu powiedzieć? Przepraszam, twoją siostrę zabił czarodziej? Sama jestem czarodziejką?
To wydawało jej się najgorszym wyjściem.
– Zajmiemy się tym. Jesteśmy specjalną ma… policją?
Elliot pokiwał głową i spróbował się uśmiechnąć, ale na jego ustach pojawiło się coś, co przypominało raczej grymas bólu. Patrzył z ponurym oczekiwaniem, jakby spodziewał się katowskiego topora, a nie pytania.
– Musisz mi o niej więcej opowiedzieć, Elliot. Przepraszam.
– Nazywała się Mary Kelsey i miała dwadzieścia cztery lata. Mieszkała z Julie, przyjaciółką, bo jakiś czas temu zerwała z facetem, z którym była, i nie mogła jeszcze stanąć na własne nogi. To w ogóle nie był dla niej najlepszy rok, zwolnienie z pracy, a potem to wszystko… – Zamilkł na chwilę i wziął głęboki wdech, żeby uspokoić drżący głos. – W każdym razie znalazła pracę w jakiejś restauracji, nie pamiętam nazwy. Pracowała tam może z miesiąc? Ale nie narzekała, płacili jak trzeba, napiwki też nie były złe. Przychodziło tam sporo gości w garniturach, więc Mary miała nadzieję, że pozna kogoś…
Elliot przerwał i wyszarpnął z kieszeni chusteczkę, żeby wytrzeć oczy, w których zgromadziło się za wiele łez.
– Gdzie możemy znaleźć tę Julie?
Elliot odłożył chusteczkę na stolik i pomacał się po drugiej kieszeni. A potem po trzeciej, kiedy okazało się, że druga jest pusta.
– Zapisałem wcześniej adres – wyjaśnił, podając Faye niewielką, zieloną kartkę. – Uznałem, że się przyda, a ja nie mam pamięci do numerów domów.
Faye skinęła głową i spojrzała na niego wyczekująco.
– No więc… – zaczął ponownie – nie wiem, co jeszcze mam powiedzieć. Pewnie kiedy ostatni raz ją widziałem czy coś? Trzy dni przed tym, jak zaginęła, przyszła po parę filmów. Zjedliśmy kolację i obiecała, że zadzwoni za parę dni. Nie zadzwoniła – dodał bezradnie, choć było to oczywiste. – Później już jej nie widziałem.
Faye zaczynała żałować, że poprosiła o to przesłuchanie.
– Dobrze, może jeszcze… – próbowała szybko przypomnieć sobie, o co jeszcze poprosił ją Rottenson. Jakby cała jej wiedza śledczego uciekła od niej w parę sekund. – Co z tym byłym chłopakiem?
Elliot wzruszył ramionami.
– Nie spotkałem go. Nazywał się… nie, nie pamiętam. Takie dziwne imię, może Julie będzie wiedziała – powiedział obojętnym tonem. Najwyraźniej ten temat był dostatecznie odległy od sprawy śmierci Mary, by nie nadszarpywać widocznie jego nerwów. Szybko jednak drżenie wróciło. – Mówiła, że przestali się dogadywać i tyle – dodał.
– Myślisz może, że miał moty… – w ostatniej chwili ugryzła się w język.
– Nie sądzę… nie wiem. – Ukrył twarz w dłoniach i przez chwilę siedział w milczeniu, kołysząc się lekko. W końcu się odezwał, choć jego głos był nieco stłumiony przez dłonie. – Mary była świetną dziewczyną, naprawdę. Nie mam pojęcia, czemu ktokolwiek mógłby chcieć zrobić jej krzywdę. Ona kochała cały świat.
– Nie ma ludzi, których kochają wszyscy, chłopczyku – usłyszała za sobą głos Rottensona.
Elliot podniósł głowę i przez dłuższą chwilę wyglądał, jakby ktoś mu dał w twarz. Potem zagryzł wargi i ograniczył się do patrzenia na Rottensona z niechęcią.
– Czy Mary miała coś na sumieniu?
– Nie! – oburzył się Elliot, zapominając o własnym smutku i gotów bronić dobrego imienia siostry. – Mary nigdy nie zrobiła nic złego!
Rolę osoby ciskającej złowrogie spojrzenia przejęła Faye, która z jednej strony miała ochotę wyrzucić Rottensona za drzwi za to, że wciskał nos w jej przesłuchanie, ale z drugiej była wdzięczna za to, że ktoś wziął na siebie ciężar zadawania pytań Elliotowi i słuchania jego odpowiedzi. Póki co, niezdolna do podjęcia decyzji, siedziała na swoim miejscu i patrzyła na mugola z mieszaniną współczucia i niezdrowej ciekawości, jaka towarzyszy wszystkim ludziom, którzy napotykają coś tak egzotycznego jak – w tym przypadku – głęboka żałoba.
– Nigdy? – Rottenson wydawał się niezbyt zachwycony. – Ach. Nigdy. Wliczając w to, oczywiście, narkotyki, które znaleźliśmy w jej krwi?
Elliot zbladł, choć chwilę temu wydawało się, że nie może być ani trochę bledszy.
– N-narkotyki? – powtórzył głucho, choć w jego głosie nadal pobrzmiewała rozpaczliwa próba chronienia honory siostry. – Może to ten skurwiel jej coś podał, nie wzięłaby nic sama, nie Mary!
– Ten skurwiel?
Ton Rottensona był tak odarty z wszelkiej wrażliwości, że Faye aż musiała syknąć:
– Zabójca.
Elliot przeniósł wzrok na nią, ale nie była pewna, co miało znaczyć to spojrzenie. Po chwili jednak znów patrzył na Rottensona i z niezachwianą pewnością powiedział:
– Moja siostra nie brała narkotyków.
– Przecież sam powiedziałeś, że prawie w ogóle cię nie odwiedzała – Rottenson nie zwracał uwagi ani na Faye, ani na Elliota. – Nie wiesz nawet, gdzie pracowała, ani z kim się umawiała. Wiesz, co wiesz? – Spojrzał mu głęboko w oczy. – Gówno wiesz. Twoja siostra mogła umierać ci pod nosem, cierpieć z bólu i upokorzenia, zabijać to w sobie silnymi narkotykami, a ty byś gówna nie zobaczył! Co, jeśli tak było, panie mądry i dobry? Jesteś bezużyteczny. Za życia byłeś bezużyteczny dla niej, a po śmierci jesteś bezużyteczny dla nas.
Elliot zacisnął pięści, aż zbielały mu knykcie. Przez chwilę milczał, jakby słowa Rottensena całkiem wyssały powietrze z jego płuc. W końcu jednak z pewnym wysiłkiem wziął wdech i się odezwał:
– Znałem Mary. Ostatnio każde z nas miało swoje sprawy, ale znaliśmy się dobrze, wiedziałem to o niej, wiedziałem na pewno nie zrobiłaby czegoś tak głupiego. – Zamknął na chwilę oczy, jakby to, co miał zamiar powiedzieć, miało łatwiej paść z jego ust, kiedy nie widział słuchaczy. – Nasza matka była narkomanką, zostawiła nas i pewnie się gdzieś zaćpała. Mary zawsze chciała pomagać takim ludziom, ale nie miała pieniędzy na studia. Odkładała, co mogła, ale…
Urwał. Nadal nie otwierał oczu, dopiero łagodny głos Faye sprawił, że na nich spojrzał.
– Nikt nie próbuje odbierać ci twojej miłości do siostry – zapewniła go. – Tak samo jak ty chcemy znaleźć tego, kto jej to zrobił, dlatego musisz powiedzieć nam o wszystkim, co wiesz. Każdy szczegół, każdy drobiazg, który wydaje ci się nieistotny, może nam pomóc. Nawet coś, co próbujesz zataić, żeby chronić pamięć Mary.
Rottenson prychnął lekceważąco.
– Ale ja niczego nie ukrywam – zapewnił Elliot. – Ten jej były chłopak mógł być podejrzany, nie wiem, mógł trzymać ją na dystans od rodziny, ale nigdy nic nie mówiła, nawet jak się rozstali. No i nie miała do niego żalu ani nic, po prostu im nie wyszło.
Zapadła chwila niezręcznej ciszy. Faye nie wiedziała, co jeszcze miała powiedzieć, Elliot wciąż czuł się szalenie urażony, a Rottenson… Rottenson wyglądał po prostu jak kawał zimnego sukinkota, z którego twarzy można wyczytać jedynie pogodę. Pod warunkiem, że akurat jest kurewska zima.
– Marnujesz na niego czas – zawyrokował ostatecznie.
– Doskonale wiem, co robię – warknęła Faye, a potem jej głos zmiękł, kiedy dodała: – A Elliot nam pomógł. Jeszcze tylko jedna formalność i będzie po wszystkim.
Elliot nie zareagował, choć uraza i złość malujące się na jego twarzy na chwilę ustąpiły uldzie, by potem znów zmienić się w zwyczajny smutek.
– Co robiłeś w noc zabójstwa? – zapytała Faye. – To znaczy w czwartek, czternastego?
– Byłem w domu, póki nie zadzwoniła Julie – odpowiedział bezbarwnym tonem. – Wróciłem z pracy koło siódmej, może trochę później, bo po drodze robiłem zakupy, potem coś zjadłem, włączyłem jakiś film… Wieczór jak każdy.
– O której zadzwoniła Julie?
Elliot zmarszczył lekko czoło, ale odpowiedział dość szybko:
– Trochę po dziesiątej. Przed jedenastą skończyliśmy dzwonić i się dowiadywać, czy ktoś widział Mary.
Faye zerknęła na Rottensona, który nadal milczał i wbiłaj wzrok w Elliota. Odchrząknęła, ale nawet to nie wyrwało go z transu, w który – jak się zdawało – zapadł.
– Dziękuję, panie Kelsey – rzuciła bardziej oficjalnie, niżby chciała, ale obecność Rottensona i nerwowa atmosfera, którą wywołał, udzieliła się także jej. – Skontaktujemy się z panem, jeśli będziemy coś wiedzieć albo pojawią się nowe okoliczności wymagające wyjaśnienia. A teraz jeśli moglibyśmy oficjalnie przeprowadzić identyfikację ciała…
– Och, nie chcesz mi powiedzieć, że przesłuchałaś go, zanim w ogóle upewniłaś się, że to krewny ofiary, prawda?
Faye poczuła, jak jej plecy mimowolnie prostują się, jakby gotowała się do odparcia ataku.
– Upewniłam się. Wstępnie – odpowiedziała, choć zdawała sobie sprawę, jak słabo to brzmi. Wiedziała jednak, że gdyby przesłuchiwała go po tym, jak zobaczył ciało, byłby jeszcze bardziej bezużyteczny niż teraz.
– Przegrałem przez ciebie kolejnego piątaka, dziewczyno.
Faye nie odpowiedziała; czuła się źle, chciała jak najszybciej wyjść z tego pokoju, a najlepiej z tego budynku. Wiedziała, że musi zaprowadzić Elliota do kostnicy, a potem do amnezjatorów – ani jedno, ani drugie nie będzie przyjemną wycieczką. Docinki Rottensona były tym, co mogło ją złamać, więc musiała jak najszybciej się go pozbyć.
– Panie Kelsey, proszę za mną. Przeprowadzimy teraz pozostałe procedury

03.

02.

Pojedyncza, choć przecież nie pierwsza, kropla majestatycznie rozbryzgała się na krawędzi biurka. Chłopcy ze Złotej Różdżki łatali dziurę w dachu już z dobre trzy miesiące, zasłaniając się tym, że tamten wybuch, co to wybuchł te dobre trzy miesiące temu, wprawdzie dziurę w dachu wywołał, jednakoż była ona na tyle mała, by na liście priorytetów wylądować daleko za łazienkami jakiegoś arystokraty z sakiewką większą od… no, od tej dziury. Faye westchnęłaby mimochodem, jednak a. ta kropla naprawdę nie była pierwsza, a ile można wzdychać?, b. skoro nawet jej ojciec nie mógł zmusić nikogo do rozwiązania tego problemu, jej wzdychanie na niewiele by się zdało. Przesunęła się jedynie odrobinę, bo chociaż woda nijak jej nie sięgała, robiła to automatycznie za każdym razem, gdy słyszała ten nieznośny plusk.
Od znalezienia zwłok minęło już kilka godzin, które spędziła zupełnie inaczej, niż to sobie wyobrażała. Oczyma wyobraźni widziała siebie i może jednego czy dwóch innych członków brygady teleportujących się z miejsca zbrodni prosto do miejsca, w którym oczywiście musiał ukrywać się morderca. Nie była pewna, skąd znaliby adres, ale jej wyobraźnia mogła działać bez tego szczegółu. Chciała szybkiego śledztwa i szybkiego ujęcia; takiego, które udowodniłoby wszystkim, że nie jest po prostu rozkapryszoną córeczką tatusia, która dostała stanowisko dlatego, że za długo marudziła. Nie, ona naprawdę chciała zajmować się takimi sprawami, chciała łapać morderców, bandytów i złodziei. Chciała mieć pewność, że świat magiczny może być bezpiecznym miejscem.
Póki co jednak nie była ani o krok bliżej znalezienia mordercy. Tkwiła dokładnie w tym samym punkcie co wtedy, gdy znaleźli ciało, a ona musiała podpisać notatkę służbową, która później wędrowała do teczki z aktami. No, napisać notatkę, a potem dopiero podpisać. Nie rozumiała dlaczego – skoro w aktach był protokół oględzin od kogoś z Munga, czy ktokolwiek zwróci uwagę na świstek, który ona ma dorzucić?
Plusk. Kolejna kropla uderzyła o blat.
Faye zaczęła bujać się na krześle. Notatka powinna być zwięzła, ale podejrzewała, że „Znaleźliśmy zwłoki kobiety. Szczegóły w protokole; verte.” mogłoby nie satysfakcjonować jej ojca. Albo tego, kto zajrzy do akt. O ile ktokolwiek zajrzy i w ogóle przeczyta jej notatkę, zamiast prześlizgnąć się po niej wzrokiem i zająć się protokołem. To o niego chodziło, na co ta biurokracja?
– Potrzebuję kawy – mruknęła do samej siebie.
Rozważała, czy nie wysłać po nią Mitchella, który od rana był na każde zawołanie, ale możliwe, że znów próbował zebrać się na odwagę, by zaprosić Faye na kawę. Do tej pory zrobił to dwa razy, a kiedy spotkał się z odmową – przez kolejny miesiąc posyłał jej dość nieprzyjemne spojrzenia, ilekroć mijali się w siedzibie brygady. A potem robił się miły, by po jakimś czasie znów zaskoczyć ją tego rodzaju pytaniem. Dlatego wolała nie sugerować, że myśli o nim i o kawie w jednym zdaniu.
Przestała się bujać. Bujanie się na krześle nie przybliży jej do wykrycia sprawcy.
Kolejna kropla uderzyła odrobinę zbyt finezyjnie.
Reparo! – Wycelowała różdżkę w dziurę nad swoim biurkiem, ale tak jak za każdym innym razem, nic to nie dało.
Spojrzała smętnie na pergamin, na którym powinna widnieć notatka. Póki co widniał na nim kleks, którego usuwaniem planowała zająć się później. Mało motywujące. Zerknęła zatem na wiszący na ścianie zegar, którego wskazówki w ciągu ostatniego kwadransa przesunęły się aż o godzinę. W porządku, czyli to nie był kwadrans. Znów gdzieś odpłynęła myślami. Problem z odpływaniem tkwi w tym, że trzeba później wracać i człowiek zdaje sobie sprawę, że świat pędził naprzód bez niego. I że ktoś – jak właśnie zauważyła – pił kawę z jej ulubionego kubeczka z logo Harpii z Holyhead. To ją zmotywowało do działania.
– To mój kubek – powiedziała spokojnie.
Odpowiedziała jej cisza. Wszyscy obecni w pomieszczeniu – a nie było ich wielu, raptem piątka – ze skupieniem wpatrywali się we własne biurka.
– Ktoś pił z mojego kubeczka – uzupełniła głośniej, na wypadek, gdyby ktoś nie słyszał.
Oczywiście w tym właśnie momencie do pomieszczenia musiał wejść Rudolph [mamy dla niego nazwisko?]. Nikt, łącznie z samą Faye, nie miał wątpliwości, że nie przepuści takiej okazji, by jej dopiec.
– Mieliśmy tu Złotowłosą? Mam cholerną nadzieję, że ktoś ją złapał, bo nie widzi mi się, żebyście w najbliższym czasie przekazali tego dupka od trupa na Pokątnej dementorom.
Faye posłała mu prawdziwie bazyliszkowe spojrzenie. Marzyła, by ten złośliwy, pełen satysfakcji uśmieszek jego krzywej gę… Chciała, żeby zamienił się w kamień. Bardzo bardzo.
– To ty – wysyczała z wprawą rasowej kotki.
Rudolph skinął głową, ale nie powiedział nic więcej. Podszedł tylko do biurka Faye i położył na nim krzywo urwany kawałek pergaminu. Faye miała nadzieję, że nie będzie trzeba go wkładać do akt. Nie miała zamiaru pozwolić, by ktoś taki jak Rudolph niszczył jej piękne akta. Nawet jeśli sama nie miała ochoty dokładać do nich swojej notatki.
– Lista świadków, których przesłuchujemy albo przesłuchaliśmy. Jakby coś się komuś zapodziało – mruknął, a potem przeniósł wzrok na dziurę w suficie. – Ładną dziś pogodę mamy, co?
– Dlaczego piłeś z mojego kubeczka?
– Harpie z Holyhead? Naprawdę? – prychnął, jakby nie odczuwał ani cienia wyrzutów sumienia.
– To mój kubeczek. Kup sobie własny.
Rudolph wzruszył ramionami w sposób, który sugerował, że gdyby chciał, to mógłby sobie kupić wszystkie kubeczki świata, ale zwyczajnie nie chce.
Faye westchnęła teatralnie.
– Powiedz mi lepiej, czy wiemy już, kim jest ta dziewczyna.
– Nic z tego, nie miała nic, co ułatwiałoby identyfikację, do tego nie pasowała do naszej bazy danych – mruknął Rudolph. Nie był fanem bazy danych, wynalazku inspirowanego mugolskimi metodami śledczymi. O ile spis różdżek i ich posiadaczy uważał za wynalazek nader sensowny (choć w tym przypadku nie miał zastosowania), o tyle bazą danych zwyczajnie pogardzał.
– Ale była czarownicą? – zapytała Faye, patrząc na niego badawczo, jakby spodziewała się, że zna odpowiedź, ale się nią nie podzieli.
– Nadal to ustalamy. Przyszedł już protokół z Munga?
Faye poczuła się przez moment wyjątkowo głupio, bo protokół owszem, przyszedł. Zerknęła na niego, po czym wróciła do patrzenia w dziurę w suficie i konstruowania własnej notatki, która zostanie podpięta pod protokół oględzin, którego napisanie zleciła… Merlinie, jak on się nazywał? Ten dzień był zdecydowanie za długi, a jej mózg zaczynał odmawiać współpracy.
– No? – powtórzył niecierpliwie. Torturowanie młodej nie sprawiało mu najmniejszej… Dobrze, sprawiało mu to przyjemność, ale przecież nie torturował jej dla samego torturowania. – Co tam takiego napisali?
Faye zadarła nieco brodę do góry, jakby chciała sprowokować go, by powiedział choć jedno słowo na temat jej przelotnej niekompetencji.
– Masz i sobie zobacz – powiedziała, podając mu protokół.
– Nawet go nie przeczytałaś, co?
– Moim obowiązkiem jest napisać protokół, nie będę się sugerować cudzymi uwagami, to zaburzy moją wizję z miejsca zdarzenia – odpowiedziała spokojnie, popychając lekko pergamin od uzdrowicielki w jego stronę. Jej życie byłoby o wiele prostsze, gdyby po prostu wziął ten świstek, przeczytał, co chciał przeczytać, i sobie poszedł.
– I nie jesteś ciekawa tego, jak pokroili twojego pierwszego trupa?
– Doskonale widziałam, co zrobili tej biednej kobiecie – warknęła, rzucając mu spojrzenie, które mogłoby doprowadzić do zgonu kogoś, kto traktował ją poważniej niż Rudolph. W związku z jego brakiem reakcji dodała: – O ile pamiętam, ty wtedy piłeś kawę i wymieniałeś się ploteczkami z Rottensonem. Jeśli któreś z nas powinno dowiedzieć się, jak… pokrojono trupa, to właśnie ty.
Rudolph wyszczerzył zęby w okropnym uśmiechu faceta, który pracuje w tym zawodzie odrobinę zbyt długo.
– Chodzą plotki, że nie wytrzymałaś pierwszego cięcia i postanowiłaś podzielić się ze światem swoim obiadem. – Chwycił w końcu protokół, po który tu przyszedł; w końcu magomedycy może i nie umieją wysławiać się zrozumiale, ale czasem, czasem!, potrafią powiedzieć coś przydatnego. – Oczywiście, bardzo się z Rottensonem cieszymy, że to blaga. Obydwoje postawiliśmy na ciebie po siedem sykli.
Faye zacisnęła szczękę, żeby nie powiedzieć czegoś, czego mogłaby żałować. W pierwszym odruchu chciała zmiąć ten protokół w kulkę i wcisnąć ją Rudolphowi do gardła w nadziei, że sam podzieli się z innymi widokiem obiadu, ale potem zdała sobie sprawę, że a. powinna ten protokół wcześniej przeczytać i b. gdyby Rudolph zdecydował się zaprezentować danie dnia z ministerialnego bufetu, to wylądowałoby ono na jej biurku, a Faye wolałaby tego nie oglądać.
– Bierz ten zasrany protokół i wróć, jak będziesz miał coś konkretnego po przesłuchaniach!
– O kurczaczek, czyli przegraliśmy?
Faye uderzyła otwartą dłonią w biurko, aż buteleczka z atramentem zakołysała się niebezpiecznie nad krawędzią. Już miała coś odpowiedzieć, kiedy podszedł do niej nieco speszony Mitchell, który patrzył to na nią, to na rozbawionego Rudolpha.
– Nie chciałbym przeszkadzać – zaczął głosem wystraszonej sarny, gotowej rzucić się do ucieczki, kiedy tylko drapieżnik łypnie na nią zbyt złowroko – ale pan Rottenson przesyła notatkę… Miała być dołączona do protokołu z miejsca zdarzenia, ale się spóźnił… to znaczy uzdrowicielka nie pozwoliła mu na czas dotrzeć do ciała. Ale napisał notatkę, więc… no, proszę.
Położył kawałek pergaminu na biurku i posłał kolejne przerażone spojrzenie. Nie wyglądał jak ktoś gotowy ponowić zaproszenie na kawę. Faye mogłaby się zastanawiać, skąd ta zmiana, ale nie miała na to czasu. Zamiast tego zerknęła w notatkę od Rottensona, ostentacyjnie ignorując Rudolpha, który nadal stał przed jej biurkiem i wyraźnie zezował w kierunku kawałka pergaminu, ale niechęć do Faye i jego miłość własna nie pozwalały mu ugiąć karku czy czytać jej przez ramię.
– To ciekawe – powiedziała tylko w swoim akcie małej zemsty.
– O? – mruknął Rudolph, jakby doskonale wiedział, co jest napisane w tej notce, ale po prostu z gentlemańsku chciał umożliwić Faye podzielenie się tą wiedzą ze wszystkimi zgromadzonymi.
– Powiedz Rottensonowi, że będę u niego za pół godziny.
Mitchell skinął głową i bez słowa wycofał się z pokoju. Rudolph tymczasem nie miał najmniejszego zamiaru wychodzić. Stał w tym samym miejscu i patrzył wyczekująco.
– Tak? – zapytała słodko Faye.
– Co znalazł? – zapytał krótko, na chwilę rezygnując z pobłażliwego tonu, którego zwykł używać. W tym momencie wyglądał jak zmęczony magopolicjant, który widział wiele i nie spodziewa się od przyszłości niczego dobrego.
– Dlaczego nie pójdziesz się z nim o to założyć? – Uśmiechnęła się triumfalnie. – Założę się, że jeśli zgadniesz, odpali ci więcej niż siedem sykli.
Rudolph wykrzywił nieznacznie usta, jakby właśnie w niezwykle brutalny sposób odtrącono jego rękę wyciągniętą na zgodę. Rzecz jasna niczego nie wyciągał, chodziło tylko o uzyskanie informacji, ale nie rozumiał, skąd w jego głowie wziął się pomysł, że Faye postąpi racjonalnie i powie mu o odkryciu Rottensona.
– W takim razie baw się dobrze z protokołami, których nawet nie rozumiesz. Niektórym z nas płaci się za pracę, nie za machanie rzęsami – warknął w końcu i ruszył do wyjścia. Niech szlag trafi tę cholerną Scottównę. Będzie musiał sam iść do Rottensona i wypytać tego cwaniaka o wszystko.
Z głębokim westchnięciem oparła się o swój fotel i przymknęła oczy. Cisza. Błoga cisza pozbawiona złośliwych komentarzy i niesprawdzonych plotek.
– Faye, masz chwilę? – zapytał Mitchell, który najwyraźniej odnalazł sobie pokłady odwagi. Najwyraźniej to towarzystwo Rudolpha go tak onieśmielało.
Westchnęła. Oczywiście, chwila ciszy i spokoju to za wiele. Potarła twarz dłonią, po czym bez słowa zerknęła w jego stronę.
– Ktoś rzucił pomysł, żeby dać ogłoszenie w gazecie, no wiesz, najpierw w Proroku… – zaczął, zawieszając głos, choć Faye wiedziała, co będzie dalej: „a później w prasie mugolskiej, o której żadne z nas nie ma pojęcia i od której wszyscy wolelibyśmy się trzymać z daleka”. – Może ktoś ją rozpozna – dodał z nadzieją.
– To… – Na początku chciała go zbyć, ale szybko zmieniła zdanie. Mitchell odwalający jej robotę pozwoliłby jej wrócić szybciej do domu. – Wiesz co? – Otworzyła oczy i spojrzała na niego z taką dozą uprzejmości, na jaką było ją jeszcze stać. – Ty to zrób. Jestem pewna, ze świetnie sobie poradzisz.
Mitchell uśmiechnął się szeroko i przez chwilę wyglądał, jakby chciał powtórzyć zaproszenie na kawę, ale szybko przybrał maskę czegoś, co trochę przypominało profesjonalizm.
– Oczywiście, natychmiast – zapewnił.

02.

01.

Angielskie lato, psia jego mać! Jakby samo zrywanie się nocą nie wystarczyło, nie, cholerna pogoda musiała sobie przypomnieć o swojej reputacji. Rudolph nie był pewien, czy, gdy w końcu udało mu się usiąść pod parasolem lodziarni Floriana Fortescue, miał w sobie choćby jedną komórkę nieprzesiąkniętą do szczętu.
Cwaniak Rottenson, ten to dopiero wyglądał! Się mu udało, do stu diabłów, mieszkał na Pokątnej i nie musiał się przedzierać aż drugiego końca miasta tajnymi korytarzami świstoklikowymi, och, żeby te środki antymugolskie szlag trafił.
Dobrze, że przynajmniej ktoś kupił kawę.
– Co to za afera? Nie mogli poczekać do rana, sukinsyny? Muszą nas zrywać z łóżka o trzeciej nad ranem?
Sigfrid Rottenson uśmiechnął się ponuro.
– Jakiś pijak z Dziurawego Kotła potknął się o zwłoki. Chyba nie chcieli, żeby do rana zmyli wszystkie ślady.
– Zwłoki? – Rudolph z wrażenia o mało nie wylał na siebie kawy. Jeszcze tego brakowało, nie dość, że był mokry, to jeszcze cały by się pobrudził! – To co ty tak siedzisz pod tą parasolką? Tyłek cię boli od chodzenia?
– Sam zobacz.
W Rudolphie zapłonął niewielki ognik zawodowej ciekawości; jasne, widział już zwłoki, każdy magopolicjant prędzej czy później na jakieś trafia, ale przez ostatnich parę miesięcy służby nie wydarzyło się nic ciekawego. Był pewien, że doszczętnie zdarł już podeszwy butów na tych chodnikach, po których kazano mu chodzić i wyglądać poważnie, ale w sposób, który wzbudza zaufanie. Rudolph nie był pewien, co to dokładnie znaczy, ale najwyraźniej coś robił dobrze, skoro to właśnie jemu przypadał wątpliwy zaszczyt przypominania obywatelom, że magopolicja nad nimi czuwa. A teraz, kiedy pogodził się już z tym psim losem i uznał, że nie ma szans, żeby kiedykolwiek pozwolili mu zająć się czymś ciekawym (a przynajmniej póki nie zmieni się komendant), teraz wezwano go do trupa. Był pewien, że chodzi o kolejny bzdet, niewarty nawet jego uwagi – taki, którym zajmą się młodsi, a on po prostu złoży podpis, gdzie trzeba.
Kiedy jednak dotarli na miejsce, okazało się, że zwłoki były jak najbardziej rzeczywiste. I najwyraźniej namacalne, bo ktoś właśnie kładł im palce na szyi, jakby miały od tego ożyć. Rudolph miał ochotę prychnąć. Jeśli próbowali rzucać zaklęcie cucące i nie odniosło skutku, to nie trzeba być uzdrowicielem, żeby…
– Mitchell, sprowadź mi tu kogoś z Munga! Dlaczego jeszcze tu nie ma uzdrowiciela?! – krzyknęła niska blondynka.
Rudolph utkwił w niej wzrok. Wyglądała na całkiem ożywioną, ale pewnie to wina całej tej ekscytacji. Stary załatwił córci nową zabaweczkę, wiadomo, że będzie podekscytowana. Mogła pobawić się w oficera śledczego z prawdziwym, stuprocentowym trupem. Gdyby nie była jego córką, w życiu nie awansowałaby tak szybko. Może stary chciał iść na zasłużony odpoczynek, ale dopiero wtedy, kiedy wywinduje blondynę na swojego zastępcę. Rudolph nie miał żadnych wątpliwości, że dziewczynie brakuje kwalifikacji. Poza tym była za młoda. I była kobietą. Kto to widział, żeby baba rządziła w magopolicji?
– Co ona robi, wszystkie ślady nam zadepcze – mruknął do Rottensona, a ten roześmiał się krótko. Co jak co, trafiło im się. – Weź jej coś powiedz, a nie tak siedzisz bezczynnie.
– Siadaj. Nie psuj nam wszystkim zabawy.
– Kręci się jak jakaś strzyga. Po co my tutaj, skoro i tak nie będzie czego badać? Mamy udawać małpy przed ludźmi, że niby nic?…
– Scott powiedział: ma być zadowolona. To niech będzie. Co ci zależy?
– W dupę niech sobie to zadowolenie wsadzi. – Rudolph spojrzał na trupa, wokół którego kręciły się teraz dwie osoby. Uzdrowiciela nadal nie było, więc szanse, że ktokolwiek zabezpieczy zwłoki, ciągle malały. Przynajmniej nie musieli się domyślać, jak ofiara zginęła. – Gdyby nie ta twarzyczka, to nawet ładna by była, co?
– Bo ja wiem, ten fiolet jest zbyt odrzucający, żeby o tym myśleć.
– Spójrz na szerszą perspektywę, stary. Przynajmniej nie musimy jej zbierać, tak jak tego starego, którego rozerwał wybuch jakiegoś eliksiru.
Rudolph westchnął. Ta parszywa noc z minuty na minutę stawała się jeszcze bardziej parszywa. Czym sobie na to zasłużył? Był aż tak złym człowiekiem, żeby go tak karać?
– Masz chociaż jakieś kanapki? Głodny jestem.
Rottenson posłał mu rozbawione spojrzenie.
– Zapytaj młodą, może ci zrobi.
Rudolph zaśmiał się dość paskudnie. Niezależnie od tego, co mógł mówić o Faye Scott do kolegów z pracy, w stosunku do samej dziewczyny zachowałby jednak pewien stopień profesjonalizmu. Mogła go irytować, mógł uważać, że ani trochę nie nadaje się do tej pracy, ale jednocześnie wiedział, że jej ojciec dowiedziałby się o wszystkim w trzy sekundy, a wtedy Rudolph musiałby zacząć rozglądać się za innym zajęciem. Jasne, nie wiedział tego na pewno, ale miał silne przeczucie, że tak by właśnie było.
– Scott! Weź te paluchy, bo nam zwłoki zdeformujesz! – krzyknął więc głośno, ruszając w jej kierunku.
Blondynka się wyprostowała i posłała mu poirytowane spojrzenie.
– Wykonuję swoją pracę! – powiedziała, zadzierając do góry podbródek, jakby to miało sprawić, że wyda im się ważniejsza.
– Ktoś ci płaci za niszczenie dowodów? Na to są paragrafy!
Faye mruknęła coś do stojącego obok niej Mitchella, który najwyraźniej zdążył wezwać uzdrowiciela i wrócić, a potem podeszła do Rudolpha. Nie było wątpliwości, że jest poirytowana.
– Masz jakiś problem? Jeśli nie zauważyłeś, jesteśmy na miejscu zbrodni. Możesz sobie zachować te komentarze na później? – warknęła.
– Widziałaś już kiedyś ludzkie zwłoki, kochanie?
– Tak, jedne tam właśnie leżą i może byś, cholera, okazał im trochę szacunku?
Rudolph nagle zrozumiał, dlaczego Rottenson odpuścił sobie pertraktacje ze Scott. Cwaniak, kurczę jego pieczone. Trzeba było go posłuchać i zostać pod parasolem.
Faye wydęła lekko usta, jakby miało to postawić wykrzyknik albo bardzo wymowną kropkę na końcu jej wypowiedzi, a potem wróciła do Mitchella, który teraz rozmawiał z rozczochraną kobietą w białym fartuchu. Prawdopodobnie była to wyrwana z łóżka uzdrowicielka, bo potem ona też pochyliła się nad zwłokami, jeszcze ich nie dotykając.
– Trzydzieści lat w zawodzie i żeby człowieka tak na starość traktować – mruknął do siebie Rudolph.
– Lepiej jej nie wkurzaj, jeśli chcesz wysłużyć trzydziesty pierwszy rok – odpowiedział mu Rottenson, uśmiechając się krzywo. – No to chyba zaraz ją zabiorą i możemy sprawdzać, czego księżniczka jeszcze nie zadeptała.
Faktycznie, wszystko wskazywało na to, że uzdrowicielce uda się przekonać młodą, jak bardzo potrzebny będzie jej raport, sprawozdanie, obecność w biurze, cokolwiek.
Uzdrowicielka przykryła zwłoki jakąś folią, a potem przelewitowała do wnętrza budynku, koło którego zostały znalezione. Cały czas mówiła coś stłumionym głosem, a Faye kiwała głową. „Pewnie udaje, że cokolwiek rozumie”, pomyślał Rudolph. „Magomedycy chrzanią, jakby myśleli, że normalni ludzie znają się na jakichś kościach i płucach”.
– Kawa ci stygnie, stary.
– Kawa – prychnął Rudolph, jakby całą pogardę dla Faye i dla tego, kto obudził go o tak wczesnej porze, chciał teraz przelać na podwójne espresso. Mimo to wypił swoją kawę i skrzywił się. – Zimna – wyjaśnił, a potem ruszył w kierunku miejsca, w którym wcześniej leżały zwłoki.
– Co mamy robić? – zapytał Mitchell, który nadal tam stał i najwyraźniej pilnował, żeby nikt nie ukradł chodnika.
– Odsunąć się, do cholery! – warknął Rudolph. Najchętniej zająłby się tym sam, ale wiedział, że powinien przyuczać tych wszystkich żółtodziobów, którzy pewnego dnia zajmą jego stanowisko.
– Tak jest!
Przez kolejną godzinę Rudolph raz po raz schylał się, żeby popatrzeć na coś, co zauważył na chodniku, a przy okazji pokrzykiwał na przeczesujących każdy cal okolicy młodych i ambitnych. Oczywiście nie było szans na znalezienie odcisków butów, Scott i jej brygada już o to zadbali. Zresztą mogło ich w ogóle nie być, ale Rudolph wolał wyobrażać sobie minę blondyny, kiedy jej powie, że z całej sprawy nici, bo zniszczyła dowody. Pewnie zwali to na kogoś innego przed tatusiem. Jak długo nie na niego samego – Rudolpha niespecjalnie to obchodziło. Zawodowa ciekawość ustępowała miejsca rutynie.
– Co tam macie? – zapytał retorycznie, żeby młodziki bardziej się wysilały. – To nie wakacje, ruszać się! Nie znaleźlibyście własnego tyłka, a co dopiero mordercy!
– Chyba tu coś jest – jakiś wychudzony rudzielec podniósł coś z ziemi i pokazał Rudolphowi.
– Pewnie zbita przed tygodniem butelka. Jesteśmy niedaleko baru!
Rottenson obserwował to ze znużeniem spod swojego parasola.
W końcu stało się jasne, że nie uda im się znaleźć nic ponad kilka fragmentów zbitego szkła. Rudolph obejrzał dokładnie miejsce, w którym znaleźli ciało. Nie było krwi, ale też się jej nie spodziewał. Nagle jednak przekrzywił głowę i utkwił wzrok w jednym miejscu.
– Zrobili jej zdjęcia, zanim któryś kretyn ją ruszył? – rzucił pytanie w przestrzeń.
– Chyba tak – odpowiedział ten sam rudzielec, który wcześniej znalazł kawałek szkła. Wspomniany kawałek szkła znajdował się teraz w torbie z potencjalnymi dowodami i gdyby na ciele ofiary znaleziono rany, pewnie ktoś mógłby rudzielca pochwalić. O ile ktoś zauważyłby związek i pamiętał, że kawałek szkła znalazł rudzielec.
Rudolph zmrużył oczy.
– Chcę mieć zdjęcie tego kawałka – powiedział, pokazując na nieco zapiaszczony fragment chodnika, na którym wcześniej leżała głowa ofiary. Powinien przyjrzeć się głowie ofiary, kiedy uzdrowiciele już z nią skończą. Coś się tu nie zgadzało.
Błysnął aparat i Rudolph się skrzywił. Wolałby wrócić do starych, dobrych metod z butelkowaniem wspomnień i oglądaniem ich w służbowej myślodsiewni, ale parę lat temu ktoś uznał (i niestety nie mógł o to obwiniać Faye), że to przestarzała metoda, do której należy odwoływać się jedynie w ostateczności.
Spojrzał na magopolicjantów, którzy stali w grupce i starali się wyglądać na pewnych siebie. „Wiedzą, że nic nie mamy”, pomyślał Rudolph. „Stary nam nogi powyrywa, jeśli wrócimy z pustymi rękoma”.
– Droga do baru sprawdzona? – zapytał.
– Tak jest! Żadnych śladów. Niedawno ktoś ją sprzątał – odpowiedział jakiś brunet z sińcami pod oczami tak dramatycznymi, że Rudolphowi prawie zrobiło się go żal.
– Kto? – zapytał, choć nie spodziewał się, żeby odpowiedź go zaskoczyła.
– Żona właściciela – odpowiedział ten sam brunet. – Powiedziała, że było brudno.
– Spiszcie jej dane, później z nią jeszcze pogadacie – westchnął Rudolph. – Dobra, panienki, zwijamy się.
– Czekaj – powiedział Rottenson. Ku zdziwieniu wszystkich, na czele z samym Rudolphem, postanowił w końcu łaskawie do nich dołączyć. Nie mókł tak jak inni, oczywiście, cwaniak zawsze miał przy sobie i własną parasolkę. – Mitchell, ty słyszałeś tę uzdrowicielkę. Co powiedziała?
– Że to zadzierzgnięcie – odpowiedział Mitchell, a kiedy poczuł na sobie wyczekujący wzrok Rottensona, dodał: – Trochę bełkotała, jak to uzdrowiciele, ale powiedziała, że sprawca musiał zajść ją od tyłu i udusić. I, tego, że pewnie się do niej dobierał, ale nie wiadomo, czy najpierw, czy potem. Babka… uzdrowicielka, znaczy się, nie trup, strasznie się zbulwersowała, to chyba jedna z tych sufrażystek.
Zza pleców Mitchella rozległo się jakieś anonimowe prychnięcie, ale magopolicjant kontynuował:
– Powiedziała, że to sprawdzi i że musimy złapać tego zwyrodnialca. A potem zaczęła mówić, że faceci to świnie i że ona to dokładnie zbada, bo to straszne i ma nadzieję, że ten facet… zabójca, znaczy się, trafi do Azkabanu.
– I co, dostałeś to, czego chciałeś? – Rudolph spytał z rezygnacją. Rotterson pokręcił głową.
– Nadal niewiele wiemy – stwierdził.
– Gówno wiemy – doprecyzował Rudolph. – Jeśli uzdrowicielka nic nam nie powie i nie znajdziemy świadka, to możemy dać sobie spokój.
– To może jednak dobrze, że to wszystko zostanie na głowie Scott?
– I tak oberwie nam się po dupach w ten czy inny sposób. – Rudolph zamyślił się. – Chyba że nam się poszczęści. I mam na myśli naprawdę sporego farta.

01.