Kości zostały rzucone: epilog

Przez lata największym dramatem Susan Bones były jej zbyt duże uszy. Mogła żyć ze swoją piegowatą twarzą i wściekle rudymi włosami, które wraz z imieniem odziedziczyła po zmarłej na długo przed jej narodzinami babce – ale nie z tymi uszami, których pochodzenie pozostawało dla niej zagadką. Wszystkie uszy w jej rodzinie – zwłaszcza uszy jej perfekcyjnej w każdym calu matki – były przyzwoitych kształtów i rozmiarów, wszystkie poza jej uszami, co wydawało jej się okrutną niesprawiedliwością. Czym sobie na nie zasłużyła? Czy była to kara za jej okazjonalne nieposłuszeństwo, niezdolność do ugryzienia się w język, nieco niespokojną naturę? W dodatku nikt nie traktował poważnie jej obsesji na punkcie uszu – z wyjątkiem ciotki Amelii, która widząc, jaka była z ich powodu nieszczęśliwa, w końcu się nad nią zlitowała i któregoś popołudnia pokazała jej w sekrecie stary rodzinny album ze zdjęciami swojego drugiego brata, tego, o którym z jakiegoś powodu nigdy nie wspominano, i dopiero rozpoznając w jego uszach swoje własne, Susan poczuła się nieco lepiej.
Było to najlepsze wspomnienie Lynn Marlow, choć nie należało do niej – podarowała je jej Amelia Bones w jednym z tych długich, nieco oschle formułowanych listów, zawsze pełnych jednak duchów i małych tkliwości, o swojej decyzji przyjęcia nominacji na Minister Magii wspominając jedynie przelotnie, jakby od niechcenia. Miał to być jej ostatni list i obie o tym wiedziały; niedługo potem została zamordowana w swoim własnym mieszkaniu przez samego Tego Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, jak szeptano, i jeśli czegoś musiała żałować, to tylko tego, że odtąd zbyt duże uszy nie miały być już największym dramatem w życiu Susan Bones – że choć tak wiele zdołały jej oszczędzić tym jednym kłamstwem, nie mogły oszczędzić jej wszystkiego.
Poza tym kłamstwem początkowo łączyło je z Lynn jedynie dławiące, latami niewypowiedziane poczucie winy, jakie budziło w nich wspomnienie Edgara, którego obie zawiodły. Długo nie mogły sobie tego nawzajem wybaczyć, nie ufały sobie i nie potrafiły się porozumieć, jakby posługiwały się różnymi językami, a jednak Amelia nie wydała jej, gdy Barty Crouch Sr usiłował wydusić z niej źródło informacji, która doprowadziła do aresztowania nie tylko Lestrange’ów, ale i jego własnego syna, i Lynn mogła odpłacić jej za tę lojalność jedynie własnym upokorzeniem, jakie niosło ze sobą wyznanie, że to jej brat wzniecił tamtą Szatańską Pożogę, która pochłonęła Edgara Bonesa, jego żonę, dwóch bliźniaczych synów. Nic dziwnego, że nie został naznaczony, myślała o nim później często z pogardą, skoro stać go było jedynie na małoduszne morderstwo pozbawione ryzyka i ciężaru odpowiedzialności. Ona przynajmniej nie odwracała wzroku, odbierając mu życie – i choć przez lata wyznała Amelii o sobie rzeczy, których nigdy wcześniej nie wypowiedziała nawet na głos, to jedno z szacunku dla jej wiary w struktury zachowała dla siebie, bez względu na to, ile butelek wina zdarzało im się razem wypijać długimi, leniwymi wieczorami.
Nigdy nie żałowała tego, co zrobiła – nawet gdy w progu jej mieszkania stanął w końcu auror i przez jedną krótką chwilę wydawało się, że resztę swojego dopiero co z takim trudem wyszarpanego z cudzych rąk życia spędzi w Azkabnie. Alastor Moody nie wierzył już jednak w struktury – jak mógłby, skoro ci sami, którzy najpierw kazali mu zabijać w imię prawa, zaczęli później wchodzić w mętne układy ze szczurami, pojmanie których kosztowało go zbyt wiele czasu, wysiłku i fragmentów własnego, żywego ciała, by potrafił spojrzeć na to z szerszej perspektywy. Twarz miał pociętą starymi i zupełnie świeżymi bliznami; brakowało mu stopy, lewego oka i kawałka nosa, który stracił w potyczce dzięki jej uprzejmości, jak podkreślił kąśliwie, choć ona sama już dawno zdążyła zapomnieć o tych, których wydanie na śmierć nic jej nie kosztowało. Kazał jej schować różdżkę, zanim zrobi sobie krzywdę; musiał się jednak spodziewać, że go nie posłucha, bo nie udało jej się go zaskoczyć i rozbroił ją bez wysiłku, nieco znużony. Nawet nie zapytał, czy zabiła swojego brata; wiedział, że to zrobiła – i chociaż próbowała jeszcze zetrzeć ten uśmiech samozadowolenia z jego okaleczonej twarzy, wyznając mu wyzywająco, ale i bezradnie, niemal ze wstydem, że jej brat nie miał Znaku, Alastor Moody jedynie roześmiał się gorzko, rozgrzeszając ją jednym lekceważącym machnięciem ręki.
Nigdy więcej nie miała już wątpliwości.
Pogrzebał śledztwo w sprawie morderstwa jej brata, uznając jej działania za uzasadnione, właściwe, niemal konieczne i odwiedzał ją później czasem, by dzielić się swoimi wspomnieniami Edgara z czasów, gdy ten niczym się już z nią nie dzielił – a jednak nigdy nie zaufał jej na tyle, by choć raz wymienić z nazwy Zakon Feniksa, o którym Amelia wypowiadała się zawsze z wyraźną rezerwą, nie pochwalając partyzanckiego charakteru organizacji, której jej brat poświęcił się bez reszty, wolny od podobnych wątpliwości. Jak Alastor Moody mógłby obdarzyć zaufaniem kogoś, kto już raz zdradził, kto zabił własnego brata, kto pochodził z siedliska żmij? Początkowo czuła się dotknięta tą niemożnością odkupienia, znajdując pocieszenie jedynie w tym, że stary auror nikomu tak naprawdę nie ufał; z czasem jednak pozbyła się złudzeń. Czy ostatecznie nie osądził jej właściwie? Czy nie wyssała obłudy z mlekiem matki, jak poetycko ujął to przed laty Edward Bones, choć nie znał jej wcale? Czy nie miała zdrady we krwi? Gdyby tylko wiedział, ile kosztowało ją wydanie Rabastana Lestrange’a, naplułby jej w twarz.
Nie czuła się jednak winna. Czy nie dała mu wyboru, zanim jeszcze sama podjęła decyzję? Czy nie zdecydował się zostać, kiedy wciąż mógł jeszcze odejść? Musiał wiedzieć, że lojalność wobec Rudolfusa Lestrange’a, ta sama, która pogrążyła jej brata i wielu innych, w końcu pogrąży i jego, i była w tym okrutna ironia, że choć z Reesem darzyli się wzajemnie taką awersją, zgubiło ich to samo i że to ona im w tym pomogła.
Rabastana Lestrange’a pamiętała później wyraźniej jako tamtego chimerycznego, zamkniętego w sobie chłopca z czasów, gdy jeszcze nie odezwał się do niej ani słowem – i było niemal tak, jakby nigdy tego nie zrobił i nie łączyło ich nic poza przynależnością do domu Salazara. Wspomnienie jej brata z kolei zatarło się w jej pamięci przez lata do tego stopnia, że zabicie go wydawało się jedynie niespełnioną fantazją, choć jego śmierć długo pozostawała dla niej policzkiem, oskarżeniem, którego nie sposób odeprzeć, ostatnim wyrzutem sumienia, że była w stanie żyć bez Edgara Bonesa – że musiał znaczyć dla niej mniej, niż Rudolfus Lestrange dla niego.
Ale czy żyła bez niego? W ich starym mieszkaniu na poddaszu nie zostało po nim nic poza niechlujnie pomalowanymi przez niego ścianami, a jednak czuła jego obecność tak wyraźnie, jakby znajdował się tuż obok. W skrzypieniu starego parkietu rozpoznawała jego pospieszne kroki, drzwi trzaskające w przeciągu zawsze były drzwiami zatrzaskiwanymi przez niego w gniewie, bębnienie deszczu o szybę – niecierpliwym bębnieniem jego palców. Kuchnia wibrowała echem jego okrutnego śmiechu, jakim zwykł kwitować podejmowane przez nią kulinarne wysiłki; kafelki w łazience były przesiąknięte śladami jego mokrych stóp; stary fotel zawsze wydawał się nagrzany, jakby dopiero przed momentem się z niego zerwał. Jego niezgrabna sylwetka wciąż majaczyła na krawędzi jej pola widzenia i wydawało się, że wystarczy obrócić lekko głowę, przesunąć nieco wzrok, by znów zobaczyć jego dziwną, zmienną jak pogoda twarz, ściągnięte brwi, orli nos; z czasem jednak nauczyła się tego nie robić, kierować spojrzenie w przeciwną stronę, zadowalać powidokami, oszczędzać sobie rozczarowania. Teraz, gdy był martwy, mogła wreszcie powiedzieć mu wszystko, czego nie powiedziała mu, kiedy jeszcze żył, ze strachu, że spojrzy na nią inaczej – i czasem tylko, kiedy była na niego wściekła, kazała mu wracać do swojej żony, tej przeklętej szlamy, która urodziła mu synów, ale była zbyt dumna, by przyjąć jego nazwisko i skryć za nim swoje pochodzenie. Tęsknota za nim zawsze jednak sprowadzała go z powrotem i znów zasypiała z wyobrażeniem jego długich ramion zamkniętych wokół niej, budząc się z nadzieją, że jeszcze nie wstał, że było za wcześnie nawet dla niego, choć było już przecież za późno dla nich obojga. Wydawało się, że teraz nie mogła go już stracić, a jednak z każdym takim porankiem jego wspomnienie odrobinę bladło, stając się z wolna jedynie sumą listów Amelii, anegdot Moody’ego i jej własnych, wciąż na nowo opowiadanych samej sobie historii. I chociaż nie pozwalała sobie zapomnieć, paląc, by ocalić od zapomnienia ich ostatnie spotkanie, gdy śmierdział tytoniem i eliksirami odkażającymi; rozrzucając wszędzie książki tak, jak on by je rozrzucił; trzymając w rogu sypialni gotowy do użycia kociołek, którego nigdy nie używała, po szesnastu długich latach skrzypienie podłogi było już w końcu tylko skrzypieniem podłogi, a papieros – papierosem, którego odpaliła pstryknięciem palców nawet nie pomyślawszy o Edgarze Bonesie.
Z ulgą, ale i nieco mściwą satysfakcją odrzuciła na blat biurka list, którego autor, ten stary nudziarz z ostatniej konferencji, nigdy nie miał już otrzymać od niej odpowiedzi i wraz z obłokiem dymu, rzuciła w przestrzeń:
– Długo kazałeś na siebie czekać.
Nasłuchiwała, jak przystaje z wahaniem i jak po chwili zbliża się już bez tej zbędnej przecież ostrożności, by w końcu usiąść w fotelu pod oknem za jej plecami. Czy zapomniał już, że zawsze słyszała wszystko wyraźniej? Czuła na sobie jego wzrok, zaciągając się powoli dymem, ale dopiero z kolejnym obłokiem zmusiła się, żeby obrócić się w krześle i na niego spojrzeć.
Jego włosy były długie i mokre; skądkolwiek przychodził, musiało tam padać, bo niebo nad Edynburgiem było tego sierpniowego wieczoru czyste i wciąż jasne, choć słońce skryło się już za horyzontem. Było coś znajomego w jego milczącej obecności, kościach policzkowych niemal zdartych z jego wyniosłej matki, lekko zadartym nosie, który sprawiał, że wydawał się bardziej arogancki, niż był w rzeczywistości, a jednak nie rozpoznawała jego dłoni o krótkich, brudnych paznokciach, wychudłych członków skrytych pod zbyt obszerną szatą ani tych nieruchomych, palących oczu, które w bladym świetle końca dnia wydawały się bardziej niebieskie niż bladozielone z jej wspomnień, dawniej zmrużone, a teraz czujne i wyraźne za szkłami w cienkich, złotych oprawkach.
Przed rokiem, gdy po pierwszej masowej ucieczce wydrukowali w Proroku Codziennym jego stare zdjęcie, ostatnie, jakie zrobiono mu przed zesłaniem do Azkabanu, zastanawiała się, jak bardzo zmienił się przez te lata spędzone w zimnej, ciemnej celi i czy rozpozna go, gdy po nią przyjdzie. Nie miała wątpliwości, że w końcu to zrobi, nawet gdy zamknęli go znów wraz z innymi po tej awanturze w Departamencie Tajemnic – i chociaż miała czas, by uciec gdzieś daleko stąd, wraz ze śmiercią Amelii, która przyjęła nominację na Minister Magii jedynie dla zasady, świadomie podpisując tym swój wyrok, Lynn zrozumiała w końcu to, co Edgar Bones zrozumiał dawno temu – że czasem nie warto uciekać, nie za wszelką cenę.
Zaklęcia ochronne nałożyła zatem jedynie dla przyzwoitości i nie wyobrażała sobie, żeby stanowiły dla niego wyzwanie; drażnił ją jednak, każąc jej na siebie czekać i jedynie odwlekając to, co nieuniknione, bo nawet teraz, gdy już tutaj był, wciąż to odwlekał.
– Mogę dopalić? – rzuciła obojętnie, próbując nadać tej torturze jakieś ramy czasowe, a on tylko mrugnął na zgodę i gdy wydawało się, że następne minuty spędzą w milczeniu, zapytał cicho, ochryple:
– Gdzie teraz jest?
Strzepnęła popiół do popielniczki, nie odrywając wzroku od jego twarzy. Wyglądał jak jego ojciec w dniu, w którym został aresztowany, a jednak bardziej niż kiedykolwiek przypominał swoją posągową matkę, która podobnie jak on teraz, z trudem przełykając własną dumę i pogardę, jaką ją darzyła, odwiedziła ją raz przed laty, by w bękarcie, którego istnienia nie uznawała, odnaleźć odbicie swojego utraconego syna, nie otrzymując jednak nic poza fałszywym aktem zgonu. Tylko tyle miało pozostać po jej znakomitym rodzie – zaledwie kłamstwo i stos kości, których nie mieli pozwolić jej nawet ucałować przed pogrzebaniem w zbiorowej mogile pod murami Azkabanu. Czy nie powiedziała mu tego, gdy do niej wrócił? Czy nie rozpoznała w nim już swojego ukochanego syna?
Wiele by dała, by ten jeden, jedyny raz poznać jego myśli. Musiał się przynajmniej domyślać, że Susan nie była jego dzieckiem, że jego dziecka nie traktowałaby z podobną czułością, ale czy pytał o nią tylko po to, by po latach wziąć na niej odwet za to, czym nigdy nie była? Wszystko w nim krzyczało, że nie zadowolą go już kłamstwa, którymi dotąd się karmił, odrzucając prawdę i nie dbając o nią wcale, ale czy rzeczywiście był na nią gotowy, czy był to jedynie kolejny z jego kaprysów, z których nie zdołał odrzeć go ani Azkaban, ani upływ czasu?
– Które z was zabiło Susan Bones? – rzuciła mu w twarz wyzywająco, ale nawet jeśli zaskoczyło go to pytanie, nie dał tego po sobie poznać i tylko poruszył się leniwie w fotelu, a jego dłoń bezwiednie powędrowała do lewego przedramienia, na którym nosił Znak.
– Ja ją zabiłem – odparł po chwili zastanowienia z pewnym wahaniem, jakby nie pamiętał zbyt wyraźnie, po czym dodał, przypominając sobie nagle: – Bellatriks obcięła jej palce.
Z trudem wytrzymała jego spojrzenie. Czy o wszystkich swoich ofiarach zapomniał z podobną łatwością? Czy nie pamiętał już o tamtym chłopcu, którego zmusił do samookaleczenia, a którego jedyną zbrodnią były więzy krwi? Czy nie zdawał sobie sprawy z tego, co tamtego ostatniego dnia wolności zrobili Longbottomom, którzy nigdy nie odzyskali zmysłów i nie rozpoznawali nawet własnego syna? Chciałaby móc myśleć, że dopiero Azkaban zabił w nim litość, ale przecież nie znał jej już wcześniej.
– Jest bezpieczna – rzuciła sucho w odpowiedzi na jego pytanie.
Była bezpieczna staraniami Williama Bonesa, który wraz z upadkiem Ministerstwa zdecydował się wraz z całą rodziną opuścić Anglię jeszcze przed rozpoczęciem roku szkolnego, ale była też bezpieczna swoimi przekonaniami, śmiałością i tą puchońską wytrwałością odziedziczoną wraz z uszami po Edgarze Bonesie, która nie pozwalała jej zrezygnować nawet ze spraw dawno przegranych, czyniąc wszelkie wysiłki zapewnienia jej bezpieczeństwa daremnymi; nie sądziła jednak, by potrafił zrozumieć, dlaczego napawało ją to takim spokojem.
Zdusiła niedopałek w popielniczce; ich czas się skończył. Lestrange nie poruszył się jednak i tylko przyglądał jej się tak, jakby szukał czegoś na jej twarzy i wciąż tego nie znajdował. Czy aż tak zmieniła się przez te lata? Czy spodziewał się może palącego rumieńca wstydu na jej szyi, podczas gdy wciąż patrzyła mu w oczy bez skruchy? Nie była mu nic winna i przez ostatnie lata powtarzała to sobie wystarczająco wiele razy, by nie zwątpić w to nawet teraz, gdy patrzyła na to, co Azkaban zrobił z jego ciałem, co ona mu zrobiła.
Nie sięgnęła po różdżkę; nie zamierzała mu tego ułatwiać. Podniosła się z krzesła, a kiedy w żaden sposób na to nie zareagował, podeszła do niego i usiadła mu na kolanach, ciekawa, na ile jej pozwoli – i choć wszystkie jego mięśnie napięły się wyraźnie, jakby spodziewał się ataku, był jednocześnie głodny tego dotyku, którego tak długo był pozbawiony i wydawał się przez to bardziej bezbronny, niż był w rzeczywistości.
– Miałam nadzieję, że cię wtedy zabiją – wyznała otwarcie, opierając dłonie na jego klatce piersiowej ostrożnie, żeby przypadkiem nie spłoszyć jego miarowego oddechu, ale nie miała pewności, czy w ogóle to poczuł, czy był jeszcze w stanie poczuć cokolwiek po latach spędzonych w przenikliwym chłodzie Morza Północnego – wyraz jego twarzy pozostał niezmieniony i tylko jego spojrzenie stało się miękkie i patrzył na nią tak, jakby jej nie widział, jakby jej tam wcale nie było.
– Wiem – odparł tonem, który wydał jej się uspokajający, bo nie było w nim żalu ani pragnienia odwetu. – Próbowali.
Ledwo dotknęła jednak jego nagiej skóry tuż nad kołnierzykiem szaty, jego ciałem wstrząsnął nagły dreszcz obrzydzenia i odepchnął od siebie jej ręce, zaciskając palce na jej przedramionach z gwałtownością, której się po nim nie spodziewała. Jego oczy na moment rozszerzyły się w panice, by zaraz pociemnieć od gniewu tak zajadłego, że zerwała się na równe nogi, wyrywając z jego uścisku, a kiedy i on poderwał się z fotela, wydawało się, że wreszcie ją zabije, choć nie rozumiała, czym go sprowokowała; minęła jednak sekunda, dwie i wciąż stali naprzeciw siebie w ciszy przerywanej jedynie ich ciężkimi oddechami.
– Zrób to wreszcie – rzuciła w końcu niecierpliwie, wyczerpana tą niepewnością, w której ją trzymał, ale on tylko spojrzał na nią z wyrzutem, wciąż nieco roztrzęsiony, jakby to ona dręczyła jego, a nie on ją – i dopiero gdy wraz z niosącym się echem, okrutnym śmiechem Bellatriks Lestrange jego spojrzenie stężało, Lynn Marlow zrozumiała, że nigdy tak naprawdę nie znała Rabastana Lestrange’a i mogła jedynie z ulgą przymknąć powieki, by myśleć już tylko o zbyt dużych uszach Susan Bones.

Advertisements

Kości zostały rzucone: rozdział dwunasty

Znalazła go na dywanie w salonie z prawie pustą już butelką wina, osieroconego i niezdarnie naśladującego ich ojca w jego melancholii. Wciąż jednak pił z kieliszka, chwytając się tej zbytecznej elegancji, jakby tylko ona utrzymywała go jeszcze przy zdrowych zmysłach – jego ruchy były precyzyjne, plecy sztywne i tylko ciemnoczerwone plamy na jego szyi zdradzały targające nim emocje. Obejrzał się na nią gorączkowo i widząc jej mokrą od łez twarz, rozpoznał w jej rozpaczy jedynie swoją własną; wyciągnął do niej niecierpliwie rękę, a kiedy zbliżyła się do niego bezwolnie jak po sznurku i uklękła tuż przy nim, on objął ją bez słowa, wczepiając w nią swoje długie, białe palce, chowając twarz w jej swetrze i szukając w niej pocieszenia, którego nie znajdował nawet w tym, że sam przecież ocalał. Ale czy ona nie była ostatnim ocalałym okruchem jego utraconego raju, jedynym stałym elementem pośród tego chaosu, nad którym wciąż jeszcze panował?
Mylił się jednak – nie opłakiwała wcale rozpadającego się na ich oczach świata, który zawsze był tylko jego światem, nigdy jej. Nie opłakiwała Rabastana Lestrange’a, jego brata ani okrutnego losu, jaki czekał ich teraz po aresztowaniu. Nie opłakiwała śmierci Edgara Bonesa, nieuniknionej, a przy tym tak niesłusznej i pozbawionej znaczenia pośród zbyt wielu innych, podobnych śmierci. Wreszcie nie opłakiwała nawet samej siebie. Zbyt długo jednak powstrzymywała się od łez, by odmówić ich sobie teraz, gdy nie został już nikt, przed kim musiałaby się z nimi kryć – gdy nawet on nie potrafił już wykorzystać ich przeciwko niej.
Przeczesała palcami jego ciemne, lśniące włosy; teraz, gdy to ona miała nad nim władzę, czułość przychodziła jej niemal naturalnie, bez wysiłku. Możliwe, że miała ją już wcześniej, tylko tego nie dostrzegała. Czy od zawsze nie była wcieleniem wszystkich jego lęków, rysą na jego ambicji, ostatnim wyrzutem sumienia, którego pragnął się wyrzec? Czy jeszcze w szkole Rabastan Lestrange nie wyśmiał jej, gdy z taką naiwnością wyznała mu, jak niewiele znaczyła dla swojego brata? Już wtedy wiedział, że znaczyła dla niego zbyt wiele, by mógł to znieść; już wtedy wszyscy wokół byli dla niego jedynie sumą ich słabości.
Dotąd karmili się nawzajem jedynie samymi kłamstwami, ale teraz nie mieli już nikogo poza sobą i nie musiała go dłużej zwodzić ani oszukiwać. Wreszcie zostali sami – kiedy więc zapytał ją, co zrobiła ze swoim bękartem, powiedziała mu prawdę, choć na nią nie zasługiwał.
Nie mogła już dłużej być jej matką. Uświadomiła to sobie gdzieś pomiędzy zielonymi wzgórzami północnej Walii a lśniącym od deszczu londyńskim brukiem, spoglądając na jej wykrzywioną, czerwoną od krzyku twarz i nic już nie czując. Nawet nie próbowała jej uspokoić; nie mogła. Czy nie tak miało właśnie wyglądać jej życie? Czy odtąd nie miało być w nim jedynie więcej łez, strachu i cudzych grzechów? Czy to nie ją miała kiedyś za to wszystko winić? Dla świata miała być jedynie bękartem mordercy – a jednocześnie prawda o jej faktycznym ojcu była zbyt okrutna, by mogła przynieść jej ukojenie, poczucie przynależności, zrozumienie. Nie należałaby nigdzie, rozdarta między dwoma ojcami i ich odmiennymi światami, aż w końcu musiałaby poświęcić część siebie i wybrać jeden kosztem drugiego – o ile było to w ogóle możliwe. Raelyn nigdy się to nie udało, choć przecież próbowała. Próbowała.
Amelia Bones wpuściła ją do swojego ciasnego, wypełnionego książkami aż po sufit mieszkania z niechęcią, której nawet nie próbowała ukryć. Była jednak córką swojego ojca, więc uprzejmość wygrała w niej z resentymentem i przez zaciśnięte zęby zaproponowała jej filiżankę herbaty. Nie uroniła ani kropli, lewitując porcelanę swojej matki i usiadła sztywno w fotelu obok, odkładając różdżkę na kolana, jakby śpiące dziecko w ramionach Raelyn to było za mało, żeby jej zaufać. Sama jego obecność wydawała się ją obrażać i tylko prychnęła rozjuszona, słysząc jego imię; nazwanie imieniem jej matki bękarta człowieka, który ją zamordował, musiało jej się wydawać okrutnym żartem.
Jakimi słowami miała ją przekonać? Już wcześniej nie potrafiły się porozumieć, ale wtedy był z nimi Edgar, który zagłuszał całym sobą tę narastającą między nimi ciszę i zawsze w końcu zmuszał je do powiedzenia głośno tego, czego bez niego nie odważyłyby się nawet pomyśleć. Tamtego lata wszystko wydawało się możliwe; teraz jednak każdy oddech miał swoją cenę i Raelyn nie zamierzała trwonić go na skamlenie o litość. Zniecierpliwiona kazała jej spojrzeć na to dziecko, które z taką determinacją omijała dotąd spojrzeniem i nie czekając, aż ta dopiero zasiana w niej wątpliwość zapuści korzenie, powiedziała wprost:
– Nie mogę już dłużej być jej matką.
W surowych, błękitnych oczach Amelii Bones, oczach jej ojca, błysnęła panika. Spojrzała na nią poruszona, na moment zapominając o wszystkim, co dzieliło je teraz i w przeszłości; Raelyn nie potrafiła jednak wyjaśnić jej, co nią kierowało, podobnie jak nigdy nie potrafiła wyjaśnić Edgarowi, przed czym uciekała i że czasem uciekała w jego ramiona jedynie przed samą sobą. Targało nią tak wiele sprzecznych emocji, że równie dobrze mogła nie czuć niczego. Jej gotowość poświęcenia samej siebie była jednocześnie pragnieniem uwolnienia się od ciężaru odpowiedzialności za to kruche życie, które z siebie wydała. Dławiąca, zalewająca ją falami czułość – palącym poczuciem winy. Strach przed tym, co miało dopiero nadejść – przekonaniem, że ten jeden, jedyny raz postępowała słusznie.
Być może nie istniały właściwe słowa na opisanie tego wszystkiego, a może tylko ich nie znała – i chociaż żaden powód z osobna nie wydawał się wystarczający, by wyrzec się własnego dziecka, wszystkie razem sumowały się w nieuniknioną konieczność. Nie dbała o to, co Bonesowie mieli o niej myśleć i mogli przeklinać ją przez resztę jej dni, jeśli tylko mieli zapewnić Susan przyszłość wolną od jej grzechów.
Nie zostawiła im zresztą wyboru.
Reese tylko zamrugał rozpaczliwie, bezradny wobec jej szczerości. Nie był już nawet w stanie wzbudzić w sobie słusznego gniewu z powodu tego kłamstwa, które mogło ich kosztować tak wiele, gdyby zostało odkryte – jakie miało to jednak znaczenie teraz, gdy zostali sami na zgliszczach jego marzeń? Odepchnął ją jedynie rozdrażniony. Czas czułości minął.
W dniu, w którym Lestrange’owie zostali skazani na dożywocie w Azkabanie, rozbił całe szkło, płacząc z wściekłości i ciągnął ten spektakl całą noc; jego rozpacz pozwalała jej jednak zagłuszyć tę zimną pustkę, jaką czuła, przyglądając się białej, ściągniętej twarzy Rabastana Lestrange’a z pierwszej strony Proroka Codziennego, tak przecież różnej, a jednocześnie tak podobnej do twarzy jego ojca, która przed laty spoglądała na nich w Wielkiej Sali z dziesiątek kopii. Sprawiał wrażenie starszego, niż był w rzeczywistości; próbowała jeszcze uchwycić jego spojrzenie, jakby w ten sposób mogła poznać jego myśli i podzielić się z nim własnymi, ale jego oczy wciąż nerwowo śledziły coś poza kadrem.
Czy żałowała tego, co zrobiła? Nie była pewna, czy kiedy powiedziała Amelii Bones o tamtych krzykach w zapomnianej posiadłości, była gotowa skazać go na resztę życia pełnego udręki; czy nie żywiła czasem nadziei, że aurorzy go po prostu zabiją. Teraz chwytała się przekonania, że musiało się to skończyć w ten sposób, że nie była to jej odpowiedzialność i wciąż od nowa czytała, co zdążyli zrobić Longbottomom – a kiedy i to zawodziło, zaciskała powieki i ze wszystkimi detalami wyobrażała sobie morderstwo Susan Bones, licząc jej kolejno obcięte palce, wszystkie dziesięć. Czy przynajmniej ona nie zasługiwała na taką sprawiedliwość, w jaką wierzyła?
O świcie znalazła swojego brata nieprzytomnego na dywanie i usiadła przy nim, wsłuchując się w jego płytki, urywany oddech, każdy brzmiący jak pierwszy zaczerpnięty po wypłynięciu na powierzchnię z lodowatych głębin. Długo przyglądała się jego drżącym, bezkrwistym wargom, śladom wymiocin na jego szacie, strzępom Proroka Codziennego w jego kurczowo zaciśniętej dłoni, zastanawiając się bezwiednie – jakie to uczucie wzlecieć tak wysoko tylko po to, by teraz upaść tak nisko?
W końcu uznała, że już wystarczy.
Przyłożyła swoją drobną, kojąco chłodną dłoń do jego rozpalonej twarzy i odgarnęła mu z czoła mokre od potu kosmyki, a kiedy otworzył oczy, z trudem skupiając na niej wzrok, podała mu szklankę wody. Przyjął ją bez słowa; podniósł się ostrożnie i upił mały łyk, potem drugi i trzeci.
To było niemal zbyt łatwe.
– Pamiętasz, jaki byłeś wściekły, kiedy przyszły moje wyniki sumów? – zapytała w zamyśleniu, wpatrując się w jego poruszającą się z wysiłkiem krtań. Zdawał się jej nie słuchać. – Rozbiłeś mi wtedy wargę, tak bardzo chciałeś, żebym kontynuowała eliksiry. Miałeś oczywiście rację, ale dopiero teraz potrafię to docenić. – Po czym dodała z nadzieją: – Jesteś zadowolony z postępów, jakie zrobiłam?
Wypiwszy ostatni łyk, cisnął szklanką w głąb pokoju, gdzie ta rozbiła się wrzaskliwie na ścianie i dopiero później spojrzał znużony na Raelyn, nic nie rozumiejąc z tego, co do niego mówiła. Nie miało to jednak znaczenia; w końcu miał zrozumieć.
– Wiesz, kto nauczył mnie tak dobrze warzyć ten eliksir? – podjęła pozornie bez emocji, wciąż nie potrafiąc jednak wypowiedzieć jego imienia, nie w tym domu, nie przy nim. Westchnęła z rezygnacją. – Nie musiałeś go zabijać, Reese. Nie w ten sposób.
Przymknął ze zmęczeniem powieki i odwrócił twarz, jakby dźwięk jej głosu sprawiał mu ból. Pochylił się do przodu i oparł na drżących dłoniach, krztusząc się i plując na dywan czerwoną śliną.
– Nie dostrzegasz pewnej ironii w tym, że zawsze tak bardzo mierziła cię słabość charakteru naszego drogiego ojca, choć on przecież zabił naszą matkę za samą próbę zdrady, podczas gdy ty nie potrafiłeś zabić mnie? – ciągnęła, obserwując z pewnym znudzeniem, jak jego ciałem wstrząsają coraz silniejsze konwulsje aż w końcu wymiotuje gęstą, ciemną krwią, łudząc się jeszcze zapewne, że było to tylko wino. – Dlaczego tego wtedy nie zrobiłeś? – drążyła z uporem, ale nawet gdyby chciał, nie mógł udzielić jej teraz odpowiedzi, więc w końcu ucięła: – Powinieneś. Tak byłoby lepiej. Nie tylko dla ciebie.
Wezbrał w niej gwałtownie żal, że mógł zakończyć to już dawno temu, że mógł jej tego wszystkiego oszczędzić, ale tego nie zrobił – ze strachu przed samotnością lub ze zwykłego wyrachowania, nie miało to dla niej większego znaczenia. Pomyślała o Susan, która nie przyszłaby na świat – której nigdy nie musiałaby się wyrzec; o Edgarze, który mógłby wciąż żyć – którego śmierci nie musiałaby opłakiwać; wreszcie o Rabastanie Lestrange’u, który nadal by się ukrywał – którego nigdy by nie zdradziła.
Nachyliła się do niego, czując jak gniew rośnie jej w gardle.
– Może wciąż jeszcze by ich szukali – wyszeptała mu do ucha. – Może nigdy by ich nie znaleźli.
Nie od razu dotarł do niego sens jej słów. Otarł usta wierzchem dłoni i przez sekundę, dwie wpatrywał się jedynie w czerwoną plamę na dywanie przed sobą; dopiero potem z wysiłkiem obrócił głowę w jej kierunku i spojrzał na nią szeroko otwartymi oczami, nie wierząc jeszcze, że to zrobiła, że była do tego zdolna. A przecież to on ją do tego pchnął – to on latami badał jej granice, przesuwał je coraz dalej i dalej, aż w końcu wydawało się, że nie zostały już żadne.
Zawył jak zranione zwierzę i rzucił się na nią, rzężąc i krztusząc krwią. Przygniótł ją do podłogi całym sobą; był już jednak zbyt słaby, by jej zagrozić i po chwili rozpaczliwej szarpaniny to ona znalazła się na nim, siadając mu na klatce piersiowej i ciężarem swojego wątłego ciała odbierając mu ostatni oddech. Próbował jeszcze sięgnąć do jej szyi, ale jedynie ją zadrapał.
– Śmiałeś się, kiedy obiecałam ci, że cię zabiję – wysyczała mu twarz z zimną wściekłością, czując pod sobą konwulsje wstrząsające jego ciałem. Chwyciła go za szczękę, żeby unieruchomić jego głowę i uniemożliwić mu wyplucie krwi, którą się dławił. – Dlaczego teraz się nie śmiejesz?
Oczy uciekły mu w głąb czaszki i poczuła, jak uścisk jego długich palców na jej przedramieniu słabnie, jak jego ciało napręża się całe w agonii, a potem wiotczeje i w końcu nieruchomieje.
Nie odpowiedział. Nie żył już.
Zapadła cisza, przerywana jedynie jej chrapliwym oddechem. Bała się poruszyć, jakby jego klatka piersiowa znów miała wypełnić się oddechem, jeśli tylko uwolni ją od ciężaru swojego ciała; jakby miał mrugnąć rozbawiony i wykrzywić czerwone od krwi wargi w uśmiechu, gdy tylko odważy się odwrócić wzrok od jego twarzy. Cała się trzęsła i nie od razu uświadomiła sobie, że płacze; minęły długie minuty, zanim uwierzyła, że był martwy.
Podwinęła lewy rękaw jego szaty aż po łokieć, szukając na jego przedramieniu Znaku, ale w miejscu, w którym Rabastan Lestrange nosił swój, jego skóra była jasna i gładka; sprawdziła drugą rękę, nie znajdując na niej żadnych śladów czarnej magii i tylko wrzasnęła przeciągle, oszołomiona i wściekła. Nie myśląc o tym, co robi, złapała kawałek rozbitego szkła i w amoku pocięła jego lewe przedramię, tnąc zajadle, do samej kości; napluła mu jeszcze w twarz i dopiero wtedy zerwała się na równe nogi, przerażona samą sobą.
Czy to możliwe, że wraz z utratą Rudolfusa Lestrange’a zgasło w nim to niezaspokojone pragnienie władzy, ta paląca go ambicja, wreszcie nawet wola przetrwania? Czy był nim opętany do tego stopnia, że nie będąc naznaczonym, nie potrafił wykorzystać szansy na odnalezienie się w nowym porządku bez niego? Zawsze czuła, że ten niebezpieczny, głęboki afekt, jakim darzył go odkąd sięgała pamięcią, prędzej czy później go zgubi; nie podejrzewała tylko, że to ona wykorzysta go przeciwko niemu, a nie sam Rudolfus Lestrange.
Myśl, że zabiła go już w momencie, w którym zdradziła i skazała na Azkaban tego, który znaczył dla niego więcej niż on sam, a nie dopiero teraz, wydała jej się dziwnie kojąca i jej oddech wyrównał się z wolna, a serce zwolniło, wracając do normalnego rytmu. Czy ostatecznie nie było to najlepsze, co mogło go spotkać? Czy nie okazała mu litości, której on nigdy nie okazał jej? Uśmiechnęła się do swoich myśli, spoglądając na jego ciało po raz ostatni niemal z czułością.
Wreszcie była prawdziwie wolna.

Kości zostały rzucone: rozdział jedenasty

Kiedy w końcu go zabili, nie pozwoliła sobie na łzy. Nie mogła – gdyby uroniła choć jedną, nie potrafiłaby przestać, póki by się nimi nie udławiła, a tamci tylko żywiliby się jej rozpaczą, tak jak żywili się strachem i śmiercią w jej koszmarach, które niczym już nie różniły się od jawy. Nocami gryzła palce, żeby swoimi napadami suchego, histerycznego szlochu nie obudzić śpiącej przy niej Susan, która podobnie jak w przeszłości jej ojciec instynktownie wyczuwała targające nią emocje, absorbowała je całą sobą nawet przez sen i sama stawała się niespokojna, choć przecież jeszcze nie pojmowała brzydoty tego świata. Uspokajał ją jedynie jej dotyk; Raelyn kładła więc dłoń na jej wątłej piersi, całowała jej jasne, dopiero nabierające rudego odcienia włoski i całymi godzinami nuciła jej stare kołysanki, być może te same, które nuciła jej kiedyś jej matka, by odegnać złe sny – na tyle jednak cicho, żeby przypadkiem nie zdradził jej łamiący się pod naporem tłumionych łez głos.
Liście już dawno opadły, kiedy to się stało. Wciąż padało, ale nie dość silnie, by ugasić ogień, który go pochłonął, śpiącego i bezbronnego, zostawiając po nim jedynie stos sczerniałych kości pośród popiołów. Łatwość, z jaką odebrali mu życie, czyniła jego śmierć nieznośną – zatruwając tę ranę, jątrząc ją nieustannie, nie dając chwili wytchnienia ani nawet cienia nadziei na to, że uleczy ją czas. To jej brat wypowiedział formułę zaklęcia, które go zabiło, ale winiła ich wszystkich – za to, że rozpętali tę niepotrzebną wojnę, która stanęła między nimi, zabierając jej tak wiele, by w końcu zabrać i jego.
Ich przeklęta wolność nie była tego warta; nic nie było.
Gdyby nie trzymała Susan w ramionach, kiedy Reese wyszeptał jej do ucha, co zrobił, wyrwałaby mu serce, o ile w ogóle je posiadał; zamiast tego tylko objęła ją mocniej, a on szeptał dalej, sącząc swój jad z właściwą sobie precyzją – że mogła za to winić wyłącznie siebie; że gdyby nie popełniła wtedy tej głupiej zdrady, kto wie, może wcale nie musiałby go zabijać, może jeszcze nie teraz; że to tylko dzięki niej trafił z Edynburga do miejsca, w którym Edgar Bones żył z tą swoją brudną szlamą i dwójką bękartów, prosząc się o śmierć.
Wiedziała, że mówił to wszystko tylko po to, żeby ją ukarać, a jednak udało mu się zaszczepić w niej tę okrutną wątpliwość – czy Edgar żyłby wciąż, gdyby nie opuściła go wtedy ze strachu przed jego utratą, czy może zabiliby go dużo wcześniej i Susan nigdy nie przyszłaby na świat? Nie była pewna, czy potrafiłaby z niej zrezygnować nawet dla niego; nie zniosłaby tego wszystkiego, gdyby nie te nieustannie wczepione w nią niezgrabne paluszki, to maleńkie serce, którego bicie utrzymywało ją nocami przy zdrowych zmysłach i te wszystkie ogromne jak groch łzy wylane nad byle pożartym przez kota wróblem, tak nieistotne, a jednak ważniejsze od jej własnych, tych nigdy nie wylanych.
Nie zaczęła jeszcze zadawać trudnych pytań; nie wiedziała, że powinna mieć ojca ani że uważał się za niego Rabastan Lestrange, który odwiedzał je z rzadka, zawsze tylko na moment, nawet na nią nie patrząc, jakby bał się odnaleźć w niej część siebie. Powołanie nowego, tak wątłego życia musiało go przerażać bardziej niż odbieranie go, tak już przecież powszednie, i czasem nawet wzbudzał tym w Raelyn cień dawnego współczucia, które pomyliła przed laty z innym, czystszym uczuciem – zbyt wiele zależało teraz jednak od jego kruchego poczucia odpowiedzialności, by mogła go z niej zwolnić i wyznać mu prawdę. Były takie chwile, gdy wydawało jej się, że obydwoje nie mieli już nic do stracenia i nie musieli już dłużej kryć się za kłamstwami, że wreszcie mogli być ze sobą szczerzy i prawdziwi, ale żadne z nich nigdy się na to nie zdobyło i potrafili ze sobą jedynie milczeć.
Jego matka od początku zaciekle sprzeciwiała się temu, by dał dziecku swoje święte nazwisko i Raelyn była jej wdzięczna za tę pogardę, jaką ją darzyła, bo dzięki niej mogły należeć z Susan tylko do siebie nawzajem i do nikogo więcej. Jedynie jej brat wydawał się tym rozczarowany, ale ostatecznie samo zmieszanie ich krwi z krwią któregoś ze starożytnych rodów to więcej, niż kiedykolwiek mógł się po niej spodziewać. Nie wolno było jej nawet mrugnąć, kiedy z fałszywą czułością nazywał jej dziecko rozkosznym bękartem – nie zapomniał w końcu o tym, co zrobiła, jak mógłby; teraz jednak, gdy zależało jej na czymś bardziej niż na zniszczeniu tego, co było mu drogie, znów był spokojniejszy, mając nad nią tę władzę, nawet jeśli była to władza jedynie pozorna i tak naprawdę nie mógł nic zrobić, nie ryzykując przy tym niezadowolenia Lestrange’ów, nieprzewidywalnych w swych kaprysach.
Trwali więc w tym impasie, ucząc się nie przekraczać wzajemnych granic, aż w końcu wydawało się, że po latach udręki udało im się osiągnąć porozumienie, dziwną, ale przy tym bezpieczną równowagę między lojalnością a niechęcią i wreszcie mogli żyć jeśli nie ze sobą, to przynajmniej obok siebie. Kiedy z takim samozadowoleniem wyznał jej, że zabił Edgara Bonesa, poczuła się więc przede wszystkim zdradzona. Z początku nie wierzyła, że to zrobił – że był zdolny popełnić morderstwo tylko po to, by ją ukarać i potrafiła zrozumieć, dlaczego miałby to zrobić właśnie teraz, zrywając tym samym pakt, którego zawarcie kosztowało ich tak wiele wysiłku. Czy to morderstwo sprawiło mu aż taką przyjemność, czy znów tylko udawał? Nie sądziła, żeby zdawał sobie sprawę, jak głęboko udało mu się ją zranić; nie sądziła, żeby potrafił to sobie chociaż wyobrazić.
Zasiane w niej poczucie winy kwitło, a on delektował się swoją bezkarnością i nie mogła tego znieść, więc uciekła w ramiona Rabastana Lestrange’a – i chociaż ten nagły, rozpaczliwy afekt, jakim go obdarzyła, musiał mu się wydać nieszczery, nie odmówił jej prośbie i wraz z końcem lata zabrał je do swojej rodzinnej posiadłości w północnej Walii, która służyła jego przodkom jako baza wypadowa na polowania na zielone, walijskie smoki jeszcze długo po tym, jak zostało to uznane za nielegalne. Wzniesiona przed wiekami z surowego, szarego kamienia, otoczona starym lasem i położona wśród zielonych wzgórz, okazała się dla nich zbyt duża i zimna, choć pełna była nie tylko zakurzonych trofeów łowieckich, ale i echa uprawianej tutaj pokoleniami czarnej magii, i Raelyn często zastanawiała się bezwiednie, co musiało dziać się w piwnicach tego domu, choć tak naprawdę nie chciała wiedzieć; chciała tylko ukryć się przed bezdusznością swojego brata i reszty jego świata.
Dni upływały jej z Susan na łapaniu małych, zielonych jaszczurek, które ta brała za skarlałe smoki; wspinaniu się na wzgórza, by z ich szczytów wypatrywać prawdziwych smoków; czytaniu wciąż od nowa Baśni Barda Beedle’a, z których obie najbardziej lubiły tę o skaczącym, mosiężnym kociołku, śmiejąc się zawsze, gdy ten zaczynał wymiotować ślimakami. Lestrange nigdy nie zaburzał tych małych rytuałów swoją obecnością, zbyt pochłonięty szukaniem w zakurzonych księgach odpowiedzi na niezadane wcześniej pytania, by zauważyć ostatnie ciepłe promienie jesiennego słońca, pająka tkającego sieć w rogu okna, jej żałobę. Raz tylko znalazła go w salonie czytającego te same fragmenty Najczarniejszych czarów, które czytał jeszcze w pokoju wspólnym Slytherinu, teraz być może jedynie z nieco większym zrozumieniem, i tak ją tym rozwścieczył, że bez słowa wyrwała mu tę książkę z rąk i cisnęła nią w kąt; nie widziała go potem przez kilka następnych dni, ale kiedy wrócił, wciąż śmierdział czarną magią.
– Może kiedy to się skończy… – zaczął niezręcznie któregoś razu, wyciągając nieśmiało dłoń, żeby dotknąć zasypiającej w jej ramionach Susan, ale mu na to nie pozwoliła.
– To się nigdy nie skończy – ucięła bezlitośnie.
Myliła się jednak. Wszystko skończyło się nagle wraz z październikiem, gdy Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać przepadł bez wieści. Mówiono, że próbował zabić małego chłopca, ale ten przeżył i nikt nie potrafił wyjaśnić, dlaczego tak się stało; wydawało się to nieprawdopodobne, a jednak dni mijały, a ich Czarny Pan – ten, który miał przecież pokonać samą śmierć – nie dawał znaku życia i ich konsternacja szybko przemieniła się w popłoch. Zbierali się w ich domu jak stado struchlałych owiec, wymieniając gorączkowe szepty, jakby ktokolwiek mógł ich w tym miejscu usłyszeć i tylko Bellatriks wrzeszczała, chora z bezsilności. Rudolf porzucił maskę serdeczności, odsłaniając swoje prawdziwe, bezlitosne oblicze; Rabastan znów stał się chimeryczny, bardzo odległy; nawet Reese miał język związany strachem i nie odzywał się wcale. Byli też inni, ale ich białe jak prześcieradła, wykrzywione paniką twarze stały się obce, nierozpoznawalne nawet dla nich samych i w tej histerii nie potrafili niczego uzgodnić, wciąż tylko obwiniając siebie nawzajem; mnożyły się aresztowania, a ci, którzy wcześniej najwięcej mówili o poświęceniu i braterstwie krwi, teraz pierwsi rzucili się Bartemiuszowi Crouchowi do stóp, skamląc o łaskę. Znów byli mali i śmieszni jak dawniej.
Zbyt wiele zdążyli jej jednak odebrać, by mogła czerpać satysfakcję z ich upadku. Czuła jedynie żal – głęboki, dławiący żal, a wraz z nim narastający gniew, że zdążyli go jeszcze zabrać ze sobą; że zabicie go nic ich nie kosztowało i zrobili to tylko po to, by teraz wycofać się z wojny, której tak pragnęli i udawać ofiary swojego własnego okrucieństwa. Mogła jeszcze tylko żywić nadzieję, że wszystkich ich czekał pocałunek dementora, choć przecież nie mieli już duszy, którą mogliby utracić; była to jednak nadzieja płonna i nie przynosiła jej ulgi.
Aresztowano i skazano Dołohowa za zabicie Gideona Prewetta, którego nigdy nie lubiła. Aresztowano i skazano Traversa, z którym dzieliła się zawsze notatkami z historii magii. Wreszcie aresztowano i skazano także Rookwooda, dzięki któremu poznali się jej rodzice i do którego jej matka zwróciła się później o pomoc, co kosztowało ją życie. Lestrange’owie pozostawali w ukryciu, Yaxley wyłgał się jako jeden z pierwszych, jej brat natomiast nie został nawet przesłuchany, zupełnie zapomniany podczas tego festiwalu zemsty.
Reszta kolejno przestała pojawiać się z czasem w tym domu, aż w końcu któregoś wieczoru nie zjawił się już nikt, nawet jej brat, i kiedy wydawało się, że zostali wreszcie sami ze sobą w głuchej ciszy jego ścian, z dala od wszelkiego zgiełku, wypełnił go krzyk – nieludzki skowyt przenikający nawet zaklęcia wyciszające, który cichł tylko po to, by korytarzami mógł nieść się histeryczny, wysoki śmiech Bellatriks i pozbawiony dawnej słodyczy, pełen napięcia głos Rudolfusa.
Nie słyszała Rabastana, ale wiedziała, że musiał być z nimi; zawsze był z nimi, nierozerwalny jak cień. Przyszedł jej tylko powiedzieć, żeby zabrała stąd dziecko; że obie powinny stąd odejść, a potem czekał na nią przy schodach, choć nie miał jej już nic do powiedzenia i nie potrafił się z nią pożegnać. Nawet nie mrugnął, gdy niezręczną ciszę między nimi przerwał rozdzierający, kobiecy krzyk. Jak mógł przywyknąć do podobnego krzyku? Raelyn miała wrażenie, że to krzyczy ktoś w jej głowie.
On wydawał się jednak głuchy na to wszystko i nie odwracał już wzroku od Susan w jej ramionach, jak robił to wcześniej – teraz przyglądał się jej mokrej od łez twarzy tak zachłannie, jakby nigdy dotąd jej nie widział i nigdy więcej nie miał jej już zobaczyć. Musiał poczuć ulgę, nie znajdując w niej nic z siebie – i kiedy tym razem wyciągnął bezwiednie dłoń, żeby przeczesać palcami jej jasne, zmierzwione włosy, Raelyn pozwoliła mu na to ten jeden, jedyny raz.
– Ty też powinieneś stąd odejść – rzuciła szorstko, wbrew sobie podejmując jeszcze tę ostatnią, rozpaczliwą próbę ocalenia go przed tym, co nieuniknione, ale on nawet na nią nie spojrzał i tylko uśmiechnął z pewną czułością, jakby powiedziała coś niemądrego, bo przecież obydwoje zostali pozbawieni złudzeń zbyt dawno, by teraz chwytać się jeszcze nadziei, że istniało na tym świecie miejsce, do którego mógł uciec przed samym sobą i wszystkimi swoimi wyborami, które nigdy nie były tak naprawdę jego.

Kości zostały rzucone: rozdział dziesiąty

Nic jej go nie przypominało w tym ciemnym, pustym domu i jego brak wydawał się przez to jeszcze bardziej dotkliwy, jak krzyk pośród ciszy. Musiała myśleć o nim jak o zmarłym, żeby to znieść; żeby oswoić się z tym, co nieuniknione i nie trwonić nocami łez na opłakiwanie utraconego życia, którego wspomnienia nie bladły wraz z upływem czasu, zupełnie jakby przed laty, gdy pogrzebała całe swoje życie sprzed Edgara Bonesa, przekroczyła jakąś niewidzialną granicę tego, co może zostać zapomniane i teraz wszystko miało wyryć się w jej pamięci wyraźnie już na zawsze. Jej brat, a wraz z nim cała reszta, zachowywali się tak, jakby nigdy stąd nie uciekła i z każdym kolejnym dniem podobnym do poprzedniego musiała włożyć odrobinę więcej wysiłku w przypomnienie samej sobie, że przez moment żyła innym, pełniejszym życiem; że nie było ono jedynie złudzeniem, słodkim snem, fantazją zrodzoną w gorączce. Jak zresztą miałaby wymyślić sobie kogoś takiego jak Edgar Bones ze wszystkimi jego skazami, wierszami, pieprzykami, puchońskimi swetrami? Nigdy nie uwierzyłaby, że mogłaby go kochać – a przecież kochała go nawet teraz, po tym wszystkim, kiedy modliła się dla niego już tylko o szybką i bezbolesną śmierć, wsłuchując się przy tym w miarowy oddech śpiącego obok Rabastana Lestrange’a.
Musiała uważać, żeby go przypadkiem nie zbudzić – zostawiłby ją wtedy samą z jej modlitwą, a świt był jeszcze odległy i niepewny. Miał płytki, czujny sen człowieka śpiącego w obcym łóżku, podczas gdy ona nie mogła przy nim spać wcale i tylko godzinami leżała w ciemności, wpatrując się w Znak na jego lewym przedramieniu, który teraz przypominał jedynie dawno wygojone oparzenie; widziała już jednak, jak potrafił nagle zapłonąć i sczernieć, ścinając mu krew w żyłach, jak potem, gdy było już po wszystkim, stawał się szkarłatny i żywy, jakby dopiero został wyryty w jego ciele do samej kości i jak znów bladł z wolna, aż w końcu był niewiele wyraźniejszy od starej blizny, którą nosił na prawej skroni dzięki swojemu starszemu bratu.
Czy jej brat też miał taki Znak? Czy jako mieszaniec dostąpił tego zaszczytu? Zastanawiała się bezwiednie, jakim człowiekiem musiał być ten, który swoich najwierniejszych wyznawców znaczył czarną magią jak bydło i czy w ogóle był jeszcze człowiekiem. W swoim gronie wspominali o nim rzadko, ale kiedy to robili, z nabożną niemal czcią nazywali go Czarnym Panem i szeptali o nim, że posiadł moc, jakiej nikt przed nim nie posiadł – że pokonał samą śmierć i da im wolność, którą teraz krępował poniżający dla nich Kodeks Tajności. Jak dotąd wydawało się jednak, że jedynie uświęcił ich pogardę dla wszystkiego, co niemagiczne, mieszane i odmienne, uśpił ich wątłą moralność, rozbudzając dawno uśpione pragnienie krwi, po czym spuścił ze smyczy jak wściekłe, wygłodniałe psy – i w tym szale nie zauważyli nawet, kiedy oddali mu nawet tę wolność, którą posiadali wcześniej, a która im nie wystarczała.
Raelyn byłaby gotowa uznać go jedynie za produkt ich chorej wyobraźni, zbiorową halucynację, gdyby nie ten Znak na ich ciałach, który tak często ostatnimi czasy rozświetlał także upiornie seledynową poświatą nocne niebo. Co takiego musieli zrobić, żeby na niego zasłużyć, jaką przysięgę złożyć i czy w ogóle wiedzieli wtedy, co przysięgali? Żadne z nich nigdy o tym nie mówiło, a ona nigdy nie ośmieliła się zapytać, choć z czasem przestali być przy niej tak uważni w doborze słów, jacy byli na początku. Wyczuwali jej osamotnienie i potrafili je wykorzystać; oswajali ją powoli, bez pośpiechu, aż w końcu znalazła się w służbach administracyjnych Wizengamotu, tworząc dla nich kopie interesujących ich dokumentów i sama nie wiedziała już, kiedy się na to zgodziła – ale czy miało to jeszcze jakiekolwiek znaczenie? Na zimnych korytarzach Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów widywała czasem Amelię Bones, ale ta nigdy nie odezwała się do niej słowem i tylko jej duże, niebieskie oczy zdawały się mówić, że musiało się to tak skończyć; że nigdy niczego więcej się po niej nie spodziewała.
W całym Ministerstwie panował chaos; jego jądro znajdowało się jednak w Biurze Dezinformacji, którego priorytet stanowiło utrzymanie mugoli w słodkiej niewiedzy, co nie było łatwą sztuką już w czasach pokoju, a w czasie wojny stało się karkołomną cyrkową sztuczką ze zbyt wieloma ruchomymi elementami, zwłaszcza odkąd na południu szalały olbrzymy, a północ nękały nocami inferiusy. Cała misterna konstrukcja wyrosła przez wieki z Ustawy o Tajności miała w końcu runąć; teraz była to już tylko kwestia czasu i nie zostało im go zbyt wiele.
Jesienią nadeszła jednak smocza ospa, która nie oszczędziła żadnej ze stron i wszystko na moment ucichło. Raelyn przeszła ją bezboleśnie w tak wczesnym dzieciństwie, że nawet tego nie pamiętała; jej brat zmuszony był spędzić dwa tygodnie w domu, choć choroba miała u niego rozczarowująco łagodny przebieg; ich ojca miała ona jednak w końcu zabić. Stało się to jasne niemal od razu, gdy tylko jego skóra nabrała głęboko zielonego odcienia, jakby jego ciało zaczęło gnić jeszcze za życia – była to w końcu choroba, która trawiła starych i słabych, a Rufus Marlow, jak często z pogardą wyrażał się o nim jego pierworodny syn, należał do tych drugich.
Raelyn spędzała przy jego łóżku długie, zimowe wieczory, czytając mu ustępy z książek, po które sam nigdy nie sięgnął albo tylko słuchając ze znużeniem wciąż tych samych, niezmiennych od lat sentymentów, a kiedy zapadał w gorączkowy sen, całymi godzinami przyglądała się jego zdeformowanej chorobą twarzy, nie czując litości, ale też nie czerpiąc z jego cierpienia wystarczającej satysfakcji, aby mogło jej to wynagrodzić te wszystkie lata nieludzkiej obojętności. Drażnił ją tylko swoją powolną agonią i znów była na niego wściekła, mimo że teraz bardziej niż kiedykolwiek nie miało to sensu; wreszcie umierał, choć od dawna już przecież nie żył.
Nie pamiętała go innego. Odkąd sięgała pamięcią, nieustannie wyrzucał jej, jaka była podobna do matki – jakby istniała tylko po to, żeby dręczyć go wspomnieniem kobiety, która zniknęła z ich życia tak dawno temu, że równie dobrze mogła nigdy nie być jego częścią. Musiał ją kochać na swój sposób, skoro poślubił ją mimo jej mieszanego pochodzenia, które w żaden sposób nie przystawało do aspiracji jego rodziny, ale musiał też dać jej powód, żeby w końcu odeszła od niego bez słowa wyjaśnienia i Raelyn często zastanawiała się, jak jej się to udało – tak po prostu zniknąć i nigdy nie zostać odnalezioną. Jej ojciec sam zdawał się już nie wiedzieć, jak było naprawdę – dawno już pogubił się w swoich własnych kłamstwach, choć teraz, trawiony gorączką, nie miał już siły trzymać się ich tak kurczowo.
Wymamrotał, że prosiła go, żeby to zrobił. Nie – nie prosiła. Kazała mu to zrobić. Kazała. Napluła mu w twarz, a tamci tylko się śmiali i cierpliwie czekali. Wydawało się, że lepiej on niż oni; że przynajmniej zrobi to szybko. Nie miał wyboru. Czy tego nie rozumie? Byli wtedy jeszcze dziećmi, więc powiedział im, że ich matka odeszła; że ich zostawiła. Co innego miał im powiedzieć? Nie pozwolili mu jej nawet pogrzebać.
– Wiedziałeś – zaczęła bez emocji przy kolacji – a jednak pozwoliłeś mi wierzyć w jego kłamstwa.
Reese tylko westchnął znużony, jakby rozmawiali o tym zbyt wiele razy, by zostało coś jeszcze do powiedzenia. Miał czternaście lat, kiedy to się stało i rozumiał więcej niż ona; inni uprzywilejowani synowie Slytherinu powiedzieli mu to, co usłyszeli od swoich ojców i później długo był dla nich jedynie synem brudnej, zdradzieckiej kurwy, choć wtedy musiały być to dla nich tylko puste słowa i dopiero z czasem mieli się przekonać o ich faktycznym ciężarze.
– Nie chciałem, żebyś powtórzyła jej błędy – odparł w końcu takim tonem, jakby to wszystko usprawiedliwiało, a przecież błędem jej matki było jedynie to, że zaufała niewłaściwym ludziom; że próbowała jeszcze ocalić ich ojca, który wtedy musiał nie zdawać sobie nawet sprawy, w co został wciągnięty i czemu miały służyć przekazywane przez niego pozornie błahe informacje. Wydawało się, że to raczej jego błędy Raelyn teraz powtarzała – podobnie jak on nie zastanawiała się nad konsekwencjami tego, co robiła w administracji Wizengamotu i chociaż wciąż wmawiał jej, że przypominała swoją matkę, ta bezwolność sprawiała, że była podoba przede wszystkim do niego.
Reese brzydził się śmiercią w jej naturalnej formie i nie chciał, żeby ich ojciec umarł w domu; wbrew wszelkim oficjalnym zaleceniom umieścił go więc w jednej z przepełnionych sal szpitala Św. Munga, gdzie ten zmarł kilka dni później, nie doczekawszy nadejścia wiosny, która i tak niczego nie miała zmienić. Odbierając akt zgonu, Raelyn poczuła jedynie ulgę, która szybko ustąpiła prozaicznej irytacji, gdy kazano jej jeszcze odebrać jego rzeczy z przechowalni przy przepełnionej chorymi w różnych stadiach smoczej ospy izbie przyjęć. Starała się niczego nie dotykać, ale nie było to proste; śmierdziało siarką i eliksirami odkażającymi.
Nie spodziewała się go tutaj spotkać – zbyt dawno pochowała go już w swoich wspomnieniach, by zastanawiać się, czy podszedł do egzaminów końcowych, czy może zrezygnował z magomedycyny, żeby zadowolić swojego martwego ojca i robić cokolwiek wydawało mu się słuszne w tamtym momencie. A jednak to głos Edgara Bonesa przeciął wrzawę izby przyjęć – gasił szatę jednego z pacjentów, którą jego sąsiad musiał podpalić kichnięciem i przeklinał ich przy tym obu jednakowo; kiedy jednak stanęła przed nim bez słowa i w końcu podniósł na nią wzrok, bez zastanowienia zostawił ich samych sobie, a ją złapał za łokieć i wepchnął do pomieszczenia wielkości schowka na miotły, który okazał się być małym, pozbawionym okna gabinetem.
– Jesteś chora? – zapytał ostro i nie czekając na odpowiedź przyłożył jej dłoń do twarzy, żeby sprawdzić temperaturę jej ciała; zmusił ją do otworzenia ust, obejrzał jej język, przebiegł palcami po jej szyi w poszukiwaniu powiększonych węzłów chłonnych i przez moment wszystko było jak dawniej – jakby rozstali się zaledwie wczoraj i wszystkie te wypowiedziane wtedy słowa nie miały już dziś żadnego znaczenia.
Nie zmienił się wcale. Zdążył zrugać ją bezlitośnie za włóczenie się po szpitalu w samym środku epidemii smoczej ospy, zanim zauważył pomięty akt zgonu w jej dłoni; zmieszany przeczesał palcami włosy, które natychmiast znów opadły mu na twarz i tylko wymamrotał pod nosem suche wyrazy współczucia, zwykły frazes, który wszyscy dyplomowani uzdrowiciele recytowali przez sen, a wtedy ona zauważyła złotą obrączkę na jego serdecznym palcu i poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy. Nie zapytała go o nią, choć rzucił jej drwiące, wyzywające spojrzenie, jakby chciał, żeby to zrobiła; wolała jednak nie wiedzieć i zapadło nieuniknione milczenie, którego żadne z nich nie potrafiło przerwać.
Był już w drzwiach, kiedy wyrzuciła z siebie na bezdechu, że musi mu o czymś powiedzieć.
– Niby o czym?
Tego nie była jeszcze pewna; powiedziała wymijająco, że to ważne, a on tylko parsknął lekceważąco, nawet na nią nie patrząc, skupiony już na chaosie panującym za progiem gabinetu. Musiała go prosić, aż w końcu zgodził się niechętnie, proponując spotkanie w ich starym mieszkaniu w Edynburgu; zanim jednak zdążyła zapytać go, dlaczego wciąż je posiadał, kazał jej się wynosić i nie śmiała mu się sprzeciwiać.
Kiedy tydzień później w pozbawionym mebli, ale pełnym wspomnień mieszkaniu na poddaszu wyciągnęła do niego dłoń z fiolką zawierającą chaotyczny kolaż tych wszystkich zapamiętanych przez nią momentów, w których ktoś zapomniał ugryźć się przy niej w język, na jego twarzy odbiła się jedynie nieufność, która zraniła ją bardziej, niż udało mu się to tamtego wrześniowego popołudnia, kiedy się rozstali. Usiłowała mu wyjaśnić, co właśnie próbowała zrobić, jaką niewybaczalną zdradę popełniała i ile miało ją to kosztować, ale nie potrafiła znaleźć właściwych słów, gdy patrzył na nią w ten sposób, bez cienia litości; tylko on mógł jednak wiedzieć, co zrobić z tymi informacjami i tylko jemu jeszcze ufała, nawet jeśli on nie ufał już jej.
W końcu z wahaniem wziął od niej tę fiolkę i obrócił nią w palcach pozornie lekceważąco, pytając jednak przy tym oskarżycielsko, zajadle, ze źle skrywanym żalem, dlaczego zrobiła to dopiero teraz, dlaczego nie wcześniej, na co ona odparła z prostotą:
– Zabili też moją matkę.
Spojrzał na nią ostro, zraniony i wściekły, jakby powiedziała to tylko po to, żeby ożywić w jego pamięci bolesne wspomnienia i przez jedno mgnienie wydawało się, że uosabiała w tym momencie wszystko, czego tak szczerze nienawidził, że znów ją uderzy, nie mogąc znieść własnej niemocy, ale minęła sekunda, dwie, a on nie ruszył się z miejsca, bezradny i niezdecydowany. Widziała, jak bezwiednie obracał obrączką na swoim serdecznym palcu i zdecydowała za niego – wolna od strachu, bo przecież nie mógł jej już bardziej zranić, pokonała dzielącą ich przestrzeń i pocałowała go bez wahania, póki jeszcze mogła to zrobić, póki jeszcze tutaj był, a on pozwolił jej na to, bo obydwoje wiedzieli, że nie miało to już żadnego znaczenia; że działo się to jedynie tu i teraz, i nigdy nie miało się już powtórzyć.
Trudno było im jednak wskrzesić przeszłość; kiedyś mieli tutaj dywan, na którym się kochali, ale teraz został im tylko nagi parkiet i nie mogli nawet zedrzeć z siebie do końca ubrań. Pomyliła się wcześniej – pozornie nie zmienił się wcale, a jednak nie był już tym samym człowiekiem, którego kochała; jak mógłby, skoro ona nie była już tamtą dziewczyną. Wydawał jej się teraz równie monolityczny, co jego ojciec – jakby wszystko w nim jedynie okrzepło i miało pozostać takie już na zawsze, jasne, zdecydowane i niezmienne. Był niedbały i niecierpliwy; jego zapach wydał jej się obcy, przesiąknięty śmiercią i gryzącym dymem papierosowym, a jego dłonie okazały się bardziej szorstkie, niż zapamiętała, choć może tylko zdążyła od nich odwyknąć przez te lata. Wcześniej nigdy nie żałował decyzji podjętych pod wpływem emocji, ale tego miał żałować za ich oboje, czuła to, całując go po raz ostatni przed wyjściem; na łzy pozwoliła sobie jednak dopiero wiele mil z dala od niego, a kiedy znalazła się w domu, nie było już po nich śladu.
Nie czuła satysfakcji. Jej zdrada wydawała się raczej symboliczna, choć miała kosztować ją życie – a jednak popełniłaby ją ponownie, tylko po to, by spojrzeć w ciemne oczy Edgara Bonesa i zobaczyć w nich ledwie cień dawnego uczucia. Czekała więc cierpliwie na to, co miało się wydarzyć. Lestrange przychodził nocą i odchodził przed świtem jak senna mara, być może wyczuwając jej rezerwę, ale nie przywiązując do niej szczególnej wagi; reszta była zbyt pijana chciwością i okrucieństwem, żeby zauważyć, że już do nich nie należała.
Tylko jej brat wiedział od razu.
– Rosier z Wilkesem nie żyją – wysyczał jej do ucha, chwytając ją za kark jak niesforne kocię. – Jesteś z siebie zadowolona?
Otworzyła usta, żeby powiedzieć mu jak bardzo, ale najwyraźniej nie oczekiwał od niej odpowiedzi, bo tylko pchnął ją bez ostrzeżenia na podłogę.
– Masz pojęcie, co zrobiłaś? – rzucił wściekle i głos niespodziewanie mu się załamał. – Masz pojęcie, co ci zrobią, kiedy się dowiedzą?
Nigdy wcześniej nie widziała go tak roztrzęsionego. Był na granicy histerii – twarz miał zmienioną, pobladłą i błyszczącą potem, ręce mu drżały, a kolejne razy wymierzał jej nieprecyzyjnie, bez przekonania, jakby nagle zdał sobie sprawę z bezcelowości swoich działań. Nawet nie próbowała się bronić; nie mógł jej w końcu zrobić nic, czego nie zrobił już wcześniej. Nie był taki jak reszta – nie lubił brudzić sobie rąk, słuchać okrzyków bólu, oglądać skutków jednego machnięcia swojej różdżki, i chociaż potrafił sprawiać pozory, jej nigdy nie udało mu się oszukać. Widziała, jak odwracał wzrok, gdy zawsze w końcu prosiła go, żeby przestał; z jakim wstrętem wycierał tę odrobinę krwi ze swoich długich, białych palców; jak krzywił się teatralnie, udając znudzenie, gdy niektórzy ze zbyt wieloma szczegółami opisywali swoje krwawe fantazje.
Wydał jej się teraz śmieszny w tej niezdolności do wymierzenia jej kary, więc tylko otarła usta i roześmiała mu się w twarz, a on cofnął się spłoszony, jakby z obawy, że mógłby zarazić się jej szaleństwem; kazał jej przestać, ale umilkła dopiero, gdy złapał ją za gardło i uderzył jej głową o podłogę.
Powinien był ją wtedy zabić, ale tego nie zrobił. Nie wydał jej także, jak podejrzewała, z uzasadnionej obawy, że i jego lojalność mogłaby zostać zakwestionowana; że mógłby stracić pozycję, na którą tak długo pracował i nigdy nie zdołałby już wspiąć się wyżej, co byłoby dla niego nie do zniesienia, czymś o wiele gorszym od samej śmierci. Nabrał przekonania graniczącego z paranoją, że ceniła swoje własne życie na tyle nisko, że była gotowa przyznać się do zdrady tylko po to, by pociągnąć go za sobą, więc odebrał jej różdżkę, a w ich domu przestali pojawiać się goście, nawet Rabastan Lestrange; musiał im powiedzieć, że chorowała, co było o tyle wiarygodnym kłamstwem, że zawierało ziarno prawdy.
Miewała mdłości i zawroty głowy, była na zmianę apatyczna i drażliwa, ale nie wydawało się to niczym nadzwyczajnym, odkąd nie wolno jej było opuszczać domu. Brakowało jej powietrza i coraz częściej fantazjowała o truciźnie, ale nie była pewna, czy gdyby ją zdobyła, wolałaby zabić siebie czy swojego brata. Próbowała go sprowokować, ale teraz, gdy znów miał nad nią pełną kontrolę, nie było to łatwe i udało jej się zwrócić na siebie jego uwagę dopiero wtedy, gdy okazało się, że jest w ciąży. Nie sądziła, żeby jej uwierzył, gdy bez wahania stwierdziła, że to dziecko Lestrange’a; wiedziała jednak, że nie zrobi niczego bez wiedzy nie tyle Rabastana, co Rudolfusa. Musiał im powiedzieć i była to jej jedyna szansa na to, by ją w końcu zabili albo pozwolili jej naprawdę żyć.
Jej brzuch zdążył się już zaokrąglić, zanim młodszy Lestrange pojawił się w ich domu, chmurny i milczący. O nic go nie prosiła, a on niczego jej nie obiecywał; z uprzejmości zapytał ją jedynie o zdrowie, a potem siedzieli w ciszy przerywanej jedynie tykaniem zegara i tylko jego spłoszony wzrok wędrował wciąż bezwiednie do jej brzucha, jakby kryło się w nim coś niebezpiecznego. Odwiedzał ją potem rzadko i z obowiązku, czym jedynie ją drażnił, choć poza jego wizytami nic nie burzyło nieznośnej monotonii jej życia. Często obracała w myślach pomysł wyznania mu prawdy, ale z czasem nabrała przekonania, że jej zdrada nie wywarłaby na nim wrażenia; że nic nie było go już w stanie poruszyć.
A potem na świat przyszło dziecko o ciemnych, łagodnych oczach Susan Bones.

Kości zostały rzucone: rozdział dziewiąty

Wokół kwitły kasztanowce; idąc aleją, deptali śnieżnobiałe płatki ich drobnych kwiatów, a Edgar wciąż niecierpliwie wycierał oczy. Czuła, jak cały drży z tłumionej wściekłości, stawiając jeszcze opór rzeczywistości – każde napięte jak struna włókno jego ciała, zaciśnięte zęby, splątane myśli. Płakał ze złości jak dziecko, uparcie omijając wzrokiem trumny, jakby miały stać się przez to mniej materialne, mniej ostateczne, a ona nie rozumiała, dlaczego wciąż wzbraniał się przed tym, co nieodwracalne i nie potrafiła go pocieszyć; trzymała go za rękę, ale jego palce pozostawały sztywne i obojętne na jej dotyk.
To musiało się wydarzyć. Czy naprawdę tego nie przeczuwał? Zdawało jej się teraz, że sama spodziewała się tego jeszcze zanim wszystko na dobre się zaczęło, jeszcze zanim jej brat odnalazł ją tylko po to, by zasiać w niej ziarno niepokoju; w natłoku prozaicznych spraw i kłótni o rzeczy błahe łatwo było zapomnieć o wydanym na ich przyszłość wyroku, ale kiedy William Bones pewnego majowego poranka wyrwał ich ze snu, który już nigdy nie miał być równie słodki, informując o blednącym wraz ze świtem Mrocznym Znaku nad rodzinnym domem Bonesów, nie była tym nawet zaskoczona. Jak mogłaby? Cena za policzek wymierzony starożytnym rodom musiała być wysoka i Edward Bones zapłacił za swoją arogancję palcami swojej żony – po jednym za każdy długi rok, jaki miał spędzić w Azkabanie Linus Lestrange.
A po wszystkim zabili nawet psa.
Dławiło ją poczucie winy – jakby przypieczętowała los Bonesów samym swoim oczekiwaniem na spełnienie się groźby jej brata, który przecież mógł brać udział w tej rzezi, zdolny do wszystkiego, by zadowolić Rudolfusa Lestrange’a. Musiał przy tym być także Rabastan – jeśli nie z pragnienia zemsty, to przynajmniej z obowiązku, ale czy zdążył już oswoić się z okrucieństwem na tyle, żeby spojrzeć w ciemne oczy Susan Bones i nie zawahać się, nie odwrócić wzroku, nie poczuć absolutnie nic? To nie mogło być równie łatwe, co zmuszenie dziecka do samookaleczenia – tego nie musiał oglądać i być może jedynie niejasno zdawał sobie sprawę z konsekwencji swoich działań. Kiedy teraz wspominała tamten czas, wydawał jej się nierzeczywisty, bardzo odległy, jakby nie była częścią nawet swoich własnych wspomnień – czy to właśnie bierność nie była zawsze jej największym grzechem? Nie powinna była pozwolić Lestrange’owi kiedykolwiek się dotknąć; czuła, że odbierało jej to teraz prawo do żałoby.
Susan Bones nie była w końcu jej matką, nawet jeśli przez ostatnie dwa lata pozwalała jej w to wierzyć. Nieustannie pisały do siebie listy, spędzały razem długie godziny w dusznych antykwariatach, czytały te same książki i to z jej polecenia Raelyn dostała pracę asystentki znakomitej, choć wiekowej i stroniącej od ludzi badaczki starożytnych runów; nigdy nie powiedziała jej jednak, przed czym uciekała i teraz żałowała tych wszystkich niewypowiedzianych słów, które Susan Bones zabrała ze sobą do grobu.
Nie pozwalała sobie jednak na łzy, podobnie jak Amelia, która mrugała rzadko i nie odwracała wzroku – jej twarz wydawała się wykuta z białego marmuru i nie zdradzało jej nawet najmniejsze drżenie warg, gdy przyjmowała kondolencje kolejno od każdego członka Wizengamotu. Starszy z braci Bones jedynie z wysiłkiem skinął głową Bartemiuszowi Crouchowi, niezdolny wydusić z siebie słowa; młodszy z kolei nie uznawał żadnej z przyjętych form wyrazu współczucia, gotowy rzucić się do gardła każdemu, kto tylko spróbuje mu je złożyć i kiedy po ceremonii wszyscy udali się na filiżankę herbaty, on bez słowa puścił dłoń Raelyn i poszedł na plażę, gdzie do zachodu słońca w milczeniu ciskał kamieniami w morze z taką wściekłością, jakby jego spokój go obrażał.
Żywiła nadzieję, że jego gniew z czasem ostygnie; tymczasem ten rozprzestrzeniał się jak płomień w czasie suszy, trawiąc wszystkie jego myśli i nic nie było w stanie przynieść mu ukojenia – ani ona, ani nawet zwierzęce pragnienie krwi, jakie morderstwo jego rodziców, pierwsze tak bestialskie popełnione na czarodziejach czystej krwi o tak wysokim statusie społecznym, rozbudziło nawet w tych, którzy dotąd uznawali pretensje Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać – jak zaczęto o nim szeptać – za przynajmniej uzasadnione. Bartemiusz Crouch wykorzystał to święte oburzenie, aby po długich miesiącach zmagań uzyskać wreszcie wystarczające poparcie dla dekretu zezwalającego przedstawicielom ministerstwa na zwalczanie ognia ogniem; nie wahano się już użyć słowa wojna, choć ta toczyła się przecież od lat – teraz jedynie nastąpiła nieunikniona eskalacja, która upodobniła do siebie obie strony konfliktu, pochłaniając przy tym pas ziemi niczyjej, gdzie dotąd znajdowali schronienie wszyscy ci, którzy mogli pozwolić sobie na odwracanie wzroku.
Znaleźli się z Edgarem po stronie przegranych, choć tylko ona zdawała sobie z tego sprawę. On nie potrafił się z tym pogodzić i gotowy był zaryzykować wszystko, co jeszcze nie zostało im odebrane, żeby ten stan rzeczy odmienić; dusiła go jednak bezsilność. Kursy uzdrowicielskie przestały mu wystarczać, jakby ratowanie ludzkiego życia nie było dość efektywną metodą stawiania oporu – jakby pragnął je również odbierać tym, którzy już dawno wyzbyli się wszelkich skrupułów. Wydawał jej się teraz zdolny do wszystkiego, choć nie to przerażało ją najbardziej – nie kiedy jego własne życie również straciło dla niego na znaczeniu i bała się, że zrobi coś desperackiego, że któregoś dnia po prostu nie wróci do ich ciasnego mieszkania na poddaszu i zostawi ją samą bez słowa wyjaśnienia. Nie śmiała jednak się do tego przed nim przyznać ani prosić go o litość. Nie odezwała się słowem, gdy po raz pierwszy zobaczyła go czytającego w skupieniu Proroka Codziennego; nie pytała go, od kogo były te wszystkie wiadomości, których treścią się z nią nie dzielił; wreszcie milczała, gdy pewnego lipcowego popołudnia minęła na schodach ich kamienicy Franka Longbottoma i rudego Gideona Prewetta, który rzucił do swojego towarzysza szeptem nie dość dyskretnym, żeby nie mogła go dosłyszeć pomimo ich głośnych kroków i skrzypienia stopni:
– Wiedziałeś, że Bones wciąż obraca tę laskę Lestrange’a?
Czy właśnie tym była we wspomnieniach innych uczniów? Pocałunek złożony od niechcenia na jej szyi przez Rabastana Lestrange’a tamtej upiornej wiosny w Wielkiej Sali na oczach wszystkich musiał stanowić piętno, które nie bladło wraz z upływem czasu. Przełknęła jednak to upokorzenie i nie odważyła się wspomnieć o tym Edgarowi – wyobrażała sobie jego wściekłość i rozbity nos Gideona Prewetta, ale wcale nie miała pewności, że właśnie tak by zareagował, że zrobiłby cokolwiek poza obojętnym wzruszeniem ramionami i wolała nie przypominać mu, że kiedyś należała do człowieka, który w najlepszym wypadku jedynie przyglądał się śmierci jego rodziców.
Czuła wstyd tak palący, że nie potrafiła spojrzeć mu w oczy i on też już na nią prawie nie patrzył. Czasem jeszcze ją dotykał, ale zdawał się robić to bezwiednie, niedbale, jedynie z przyzwyczajenia zasypiając z twarzą w jej włosach. Nie pisał już więcej wierszy, nie budził jej skoro świt pocałunkiem w nos i nie zbywał śmiechem jej kulinarnych porażek, w których zawsze przypominała mu jego matkę. Stał się bardziej skupiony, niemal zrównoważony; udawał, że pochłania go nauka do egzaminów końcowych, ale tylko siedział na podłodze pośród rozrzuconych ksiąg i notatek, wpatrując się wciąż w tę samą stronę, podczas gdy ona siadała przy oknie z ich pręgowanym kotem na kolanach i przyglądała mu się z boku w milczeniu, czytając z jego twarzy wszystkie targające nim emocje i wątpliwości, o których nie potrafili już ze sobą rozmawiać. Wiedziała, że jego spokój był jedynie pozorny, że pod powierzchnią wszystko w nim wrzało, szukając ujścia; w końcu któregoś popołudnia zniechęcony cisnął książką do anatomii przez pokój, wyrzucając z siebie krótkie, rozstrzygające:
– To nie ma żadnego, kurwa, sensu.
Na co ona, nie odrywając wzroku od ciemnego nieba za oknem, odparła bez emocji:
– Nie przyznawaj po tym wszystkim swojemu ojcu racji tylko dlatego, że jest martwy.
W trzech krokach znalazł się przy niej i kazał jej to odszczekać. Przez jedno mgnienie wydawało jej się, że ją uderzy – a może tylko miała nadzieję, że to zrobi, że wreszcie to zakończy, ale nawet jej nie dotknął, jakby dzieliła ich szyba, i nie mogła już tego dłużej znieść. Zerwała się z parapetu, zrzucając kota z kolan i rzuciła mu w twarz to, co dotąd odważyła się jedynie pomyśleć – że jego ojciec sam był sobie winien; że gdyby nie jego arogancja, wciąż trwaliby w bezpiecznym impasie; że był skończonym głupcem i dostał to, na co sobie zasłużył.
Dopiero wtedy złapał ją za ramiona i pchnął na ścianę, zamykając jej usta dłonią w taki sposób, jakby liczył, że wszystkie te trujące słowa staną jej w gardle i przy odrobinie szczęścia się nimi udławi. Spróbowała go od siebie odepchnąć, ugryźć, chociaż zadrapać, ale walczyła bez przekonania, czując jedynie ulgę, że teraz mogła wreszcie go znienawidzić i nie czuć już więcej tego paraliżującego strachu przed jego utratą.
– Zabili moją matkę – wycedził przez zaciśnięte zęby takim tonem, jakby dawało mu to prawo do wszystkiego; potem ją puścił, odsunął się i z jego ciemnych oczu, oczu jego matki, mogła wyczytać tylko tyle, że już nigdy więcej jej nie dotknie. Na moment zabrakło jej tchu, ale nie było już od tego odwrotu, więc jedynie uniosła lekko drżący podbródek i rzuciła zimno, jakby nie miało to dla niej żadnego znaczenia:
– Ciebie też zabiją.
Roześmiał się jej ochryple w twarz – dla niego z całą pewnością nie miało to żadnego znaczenia. Nie bał się śmierci; być może tylko ona mogła przynieść mu teraz ukojenie i Raelyn poczuła się o to niemal zazdrosna.
– Czekam niecierpliwie – odparł w końcu zuchwale, a potem dodał jeszcze, uderzając w jej najczulszy punkt ze zwykłą dla siebie precyzją jakby od niechcenia: – Możesz im to przekazać.
Spojrzała na niego z niedowierzaniem, choć zdążyła już przecież przywyknąć do tej łatwości, z jaką potrafił ją zranić – dotąd nigdy nie wykorzystywał tego przeciwko niej, czyniąc to czasem jedynie przez swoje nieokrzesanie czy nieuwagę; teraz jednak nie miała wątpliwości, że chciał zobaczyć jej łzy i gdyby miały one przynieść mu ulgę, podarowałaby mu ich całe morze, ale przecież morze to wciąż byłoby dla niego za mało.
– Możesz zatrzymać kota – powiedziała rzeczowo, głosem jedynie o ton wyższym i wyszła z mieszkania, niczego ze sobą nie zabierając.
Reese nie był zaskoczony jej powrotem – zupełnie jakby nigdy tak naprawdę nie opuściła tego przeklętego domu. Nie odezwał się słowem, witając ją jedynie z otwartymi w drwiącym, triumfalnym geście ramionami, uśmiechając się przy tym ze szczerą satysfakcją i fałszywą czułością. Raelyn nawet na niego nie spojrzała, zbyt odrętwiała, żeby próbować zetrzeć mu ten uśmiech z twarzy; kiedy jednak złapał ją za łokieć, wyrwała mu się z taką gwałtownością, jakby jego dotyk ją palił.
– Zabiję cię, jeśli jeszcze raz mnie dotkniesz – wysyczała, czym tylko bardziej go rozbawiła; puścił ją jednak i uniósł ręce w prześmiewczym akcie poddania, pozwalając jej odejść. Mógł się śmiać – intuicja musiała mu jednak podpowiadać, że teraz, gdy nie miała już nic do stracenia, niebezpiecznie było ją drażnić i nie próbował już więcej jej sobie podporządkować przemocą, wspaniałomyślnie ofiarując jej swobodę, której potrzebowała i delektując się przy tym myślą, że w każdej chwili mógł ją tego przywileju pozbawić.
Jej ojciec, gdy ją zobaczył, nie miał jej nic do powiedzenia poza gorzkim:
– Miałem nadzieję, że już więcej cię nie zobaczę.
Ona też miała nadzieję, że nigdy więcej nie będzie musiała oglądać jego poszarzałej twarzy, pomiętej koszuli, niepewnego kroku; spoglądać w jego puste oczy, słuchać jego bełkotliwych sentymentów, czuć jego palącego oddechu. To rozczarowanie było jedynym, co ich łączyło.
Potem któregoś popołudnia zjawili się Lestrange’owie, cała trójka – i chociaż jej brat posłał po nią skrzata, Raelyn do nich nie zeszła. Siedziała na schodach w korytarzu i tylko słuchała ich głosów – fałszywie serdecznego tonu Rudolfusa, perlistego śmiechu Bellatrix, który ścinał krew w żyłach i krótkich, niechętnych odpowiedzi Rabastana, którego głos wydał jej się obcy. Rozmawiali o dekrecie Croucha z takim lekceważeniem, jakby ich nie dotyczył; o ślubie najmłodszej z sióstr Black, wydawanym z przepychem mającym wymazać z kolektywnej pamięci małżeństwo Andromedy Black z mugolem; o gryfie trzymanym przez Linusa Lestrange’a w ogrodzie, który po jego osadzeniu w Azkabanie stał się niespokojny i musiał zostać zabity, a jego truchło miało stać się teraz ozdobą gromadzonej od pokoleń kolekcji łowieckich trofeów.
Kiedy spotkali się całe miesiące później na przyjęciu zaręczynowym jej brata z Penelopą Wilkes, w pierwszym momencie go nie rozpoznała. Był wyższy i szczuplejszy niż w jej wspomnieniach; jego twarz się wydłużyła, profil wyostrzył, włosy pociemniały, upodabniając go do jego ojca i brata, i nie było w nim już tej chłopięcej niepewności, potrzeby aprobaty ani niecierpliwego oczekiwania na jutro – teraz jutro nie różniło się już w końcu niczym od dzisiaj i wczoraj, nie oferowało nowych, wspaniałych możliwości, nie pozwalało łudzić się, że czeka ich jeszcze cokolwiek poza tym, co było tu i teraz. Nieświadomy tego, że obserwowała go z drugiego końca salonu, opróżnił cały kieliszek wina ze źle skrywanym znużeniem; potem ich spojrzenia się spotkały i jej widok wytrącił go nieco z równowagi – przez jego pobladłą twarz przebiegł skurcz i na ułamek sekundy wydał jej się odrobinę mniej obcy, jakby wciąż było w nim coś z tamtego chimerycznego chłopca z biblioteki, który wzbudził w niej wtedy taką litość.
Teraz nie czuła już jednak litości ani dla niego, ani tym bardziej dla samej siebie; pomyślała o Susan Bones, którą zabił, a potem zrobiła krok w jego stronę.

Kości zostały rzucone: rozdział ósmy

Wszystkie jej lęki blakły w promieniach czerwcowego słońca, kiedy leżeli w wysokiej trawie zamkowych błoni, ukryci przed tym, co nieuniknione, ogłuszeni leniwym bzyczeniem owadów, pijani brakiem powinności. Wydawały się równie odległe i nierzeczywiste, co półprzezroczyste na tle palącego błękitu nieba górskie szczyty – i nawet bezduszność jej brata zatarła się w jej wspomnieniach przez te ostatnie tygodnie na tyle, że odważyła się nie odpisywać więcej na jego pełne pustych zdań i pozbawionych znaczenia słów listy, które pozwalały mu utrzymywać nad nią władzę pomimo dzielących ich mil. Wytrwale przysyłał kolejne, utrzymane w podobnym beznamiętnym tonie, jakby nawet nie zauważył, że nie otrzymał odpowiedzi na poprzednie, a kiedy wreszcie przestał, lubiła myśleć, że osiągnęli w ten sposób pewnego rodzaju porozumienie i jego milczenie nie było zwiastunem odwetu, a oznaczało jedynie ulgę, że zniknęła z jego życia – tak jak ona zawsze marzyła, żeby on zniknął z jej.
Przyjemny ciężar głowy Edgara Bonesa zniknął z jej piersi i poczuła, jak się nad nią pochyla – jego nagrzaną słońcem skórę, rzucany przez niego cień, krople wody ściekające z jego mokrych po nurkowaniu w jeziorze włosów; jakaś zmiana w miarowym biciu jej serca, nierówność oddechu, ledwo wyczuwalne drżenie mięśni musiały zdradzić jej myśli.
– Nad czym tak dumasz? – zapytał prześmiewczo, a ona tylko uśmiechnęła się bezwiednie, nie otwierając oczu.
Myślała o tym, że jutro mogłoby nigdy nie nadejść, że właśnie ten dzień wart był przeżywania wciąż od nowa bez końca, choć przecież tak wiele było szczęśliwych dni w tych ostatnich tygodniach przed egzaminami końcowymi, więcej niż kiedykolwiek wcześniej, a ten ciepły, letni dzień różnił się od wszystkich poprzednich ciepłych, letnich dni tylko tym, że był ostatnim takim dniem w ich życiu. Jutro rano mieli odbyć podróż w jedną stronę do świata odpowiedzialności, której ciężaru nie potrafili sobie jeszcze nawet wyobrazić, ale dzisiaj nie musieli się tym jeszcze przejmować – dzisiaj mogli być jeszcze beztroscy.
– Powiedz mi – ponaglił ją sfrustrowany jej milczeniem; poczuła jego zęby wpijające się w pustej groźbie w jej obojczyk, ale tylko prychnęła lekceważąco.
Wszystko stało się prostsze wraz ze zniknięciem Rabastana Lestrange’a. Kiedy nie wrócił do szkoły po przerwie wiosennej, jego nieobecność została przyjęta z pewną konsternacją nawet przez najbliższe mu osoby – Traversa, z którym zawsze zdawał rozumieć się bez słów i Yaxleya, z którym łączyły go przecież więzy rodzinne – co tylko dowodziło, że zbliżenie się do niego nie było tak naprawdę możliwe, że było to tylko złudzenie. Musiał być zmęczony czekaniem na przyszłość, którą wybrał dla niego, a później przypieczętował swoim zesłaniem do Azkabanu jego ojciec – jej kształt z całą pewnością nie zależał od wyników egzaminów i z tej perspektywy podejście do nich wydawało się stratą czasu, ale czy nie było za wcześnie na porzucenie wszelkich pozorów, zrzucenie masek? Oficjalnie powodem jego nieobecności miał być pogarszający się stan zdrowia jego matki, ale nawet Slughorn powtarzał to wyjaśnienie bez przekonania, choć był ostatnim człowiekiem w zamku, który pragnął poznać prawdziwe powody, dla których Rabastan Lestrange przerwał swoją edukację tuż przed jej ukończeniem.
Czy właśnie to obiecał mu wtedy w Hogsmeade jego brat? Czy zasłużył sobie wreszcie na jego łaskę, czy musiał dopiero udowodnić swoją wartość, żeby wypełnić miejsce w szeregu po swoim ojcu, który tymczasem został skazany na raczej symboliczne dziesięć lat w Azkabanie, nie wypowiadając ani jednego słowa w trakcie całego swojego procesu? Nie śmiała wyobrażać sobie, co takiego musiał zrobić, żeby wykazać się podobną lojalnością i z czasem stał się dla niej jedynie wspomnieniem, czymś jeszcze mniej niż senną marą – jakby nigdy tak naprawdę nie istniał.
Otworzyła oczy, żeby spojrzeć na Edgara, który wsparty na przedramionach wciąż wpatrywał się w nią niecierpliwie; nic z tego, o czym myślała, nie dawało się jednak ubrać w słowa, więc tylko zmierzwiła opadające mu na twarz mokre kosmyki, całując go przy tym tak, że natychmiast zapomniał o pytaniu, na które nie otrzymał odpowiedzi.
Zawsze w końcu zapominał.
Zwykł wybuchać nagłym afektem bez względu na to, gdzie właśnie się znajdowali, by zaraz znów stać się szorstkim, roztargnionym, nieuchwytnym, podczas gdy ona wolała manifestować swoje uczucie w drobnych gestach, odczuwając przy tym rozłąkę dotkliwiej, niż gotowa była przyznać nawet przed samą sobą; dopiero z czasem oswoiła się z jego żarliwością na tyle, że teraz nie przeszkadzało jej już, że bezwstydnie wsunął dłoń pod jej bluzkę, choć tego popołudnia błonia pełne były głodnych spojrzeń. Na jedno mgnienie udało im się zapomnieć nawet o istnieniu czasu – a potem padł na nich cień profesor Sprout.
Jutro nadeszło, głuche na wszelkie modlitwy. Oszołomiona panującym na peronie zgiełkiem wysiadła z pociągu i zrobiła jeszcze parę bezwiednych kroków, trzymając się kurczowo Edgara, który poirytowany wypatrywał w tłumie swojej młodszej siostry – a potem nagle stanęła w miejscu, sparaliżowana koniecznością podjęcia decyzji, która każdego poprzedniego dnia wydawała się niemożliwa do podjęcia. Edgar nawet nie zauważył, że puściła jego dłoń i na moment zniknął jej z oczu; zaraz jednak znów znalazł się przy niej, czyniąc przy tym straszliwy zamęt w tłumie podążającym zwartym strumieniem w przeciwnym kierunku. Uśmiechnęła się do niego z wysiłkiem, ale nie dał się zwieść – zawsze wyczuwał jej niespokojne myśli i w momencie przesiąkał nimi cały jak deszczem, stawał się spięty, jeszcze bardziej zapalczywy.
– Nie przemyślałam tego – wyznała z westchnieniem. Teraz żałowała, że nie podzieliła się z nim wcześniej swoimi wątpliwościami, a jednocześnie wciąż żywa była w niej obawa, że gdyby tylko wiedział o wszystkim, co nie pozwalało jej nocami zasnąć, patrzyłby na nią zupełnie inaczej. Zmarszczył brwi skonfundowany, ale o nic nie zapytał; złożył na jej czole kojący pocałunek i bez słowa wyjaśnienia pociągnął ją za sobą przez tłum.
– Mamo – powiedział nagle, zatrzymując się i pochylając niezgrabnie, żeby pocałować w policzek kobietę o jasnorudych włosach, która rozpromieniła się na jego widok. – Tato. – Prostując się, skinął głową mężczyźnie trzymającemu z czułością pod rękę jego młodszą siostrę. A potem przyciągnął do siebie Raelyn i oświadczył krótko: – To jest Lynn. Zostanie na wakacje.
Duże, ciemne oczy pani Bones zwróciły się na nią pełne życzliwego zainteresowania; pan Bones utkwił wzrok w Edgarze, nawet na nią nie spojrzawszy; Amelia natomiast tylko przyglądała się jej z uprzejmą obojętnością, nieporuszona, jakby już dawno uznała, że Raelyn Marlow była jedynie czymś przelotnym w życiu jej brata i to, że gotowy był teraz z jej powodu siać ferment, o niczym jeszcze nie świadczyło.
– Nie pomyślałeś, żeby nas… uprzedzić? – zapytał w końcu pan Bones po chwili niezręcznego milczenia, starannie dobierając słowa. Nie sprawiał wrażenia zaskoczonego – wydawał się raczej spodziewać po swoim synu podobnej samowoli, jakiejś drobnej niesubordynacji, próby przeprowadzenia zamachu na jego ojcowski autorytet, i chociaż ton jego głosu był nienagannie uprzejmy, każda komórka jego ciała zdawała się wyrażać dezaprobatę tak jednoznaczną, że Raelyn cofnęła się pół kroku, dając wyraz swojemu zmieszaniu, ale Edgar tylko mocniej ścisnął jej dłoń.
– Nie – odparł wolno z wyzywającą prostotą. – Nie pomyślałem.
Górna warga pana Bonesa, częściowo ukryta pod dostojnym wąsem, uniosła się lekko, ale zanim zdołał przełknąć impertynencję syna, pani Bones bezlitośnie zakpiła sobie z jego oburzenia i dławiąc narastający konflikt w zarodku, wtrąciła z zachwytem:
– Cudowna niespodzianka, Edgarze.
Była kobietą o surowej urodzie – wysokich kościach policzkowych, wyraźnie zarysowanej szczęce, długiej szyi; twarz obsypaną miała jednak piegami, włosy spięte niedbale, wargi stanowczo zaciśnięte, ale jakby gotowe do rozciągnięcia się w uśmiechu. Otaczała ją aura niewymuszonej elegancji, onieśmielającej wręcz przenikliwości, a jednocześnie było w niej coś niesfornego, jakaś przekorność i żywiołowość, których czas najwyraźniej nie zdołał zdławić.
– Chodźmy już – rzuciła niecierpliwie, bezceremonialnie obejmując Raelyn ramieniem i zanim ktokolwiek zdążył się jej sprzeciwić, dodała: – Może jeszcze zdążymy na herbatę.
Herbata o piątej w domu państwa Bones była uświęconym rytuałem, który obowiązywał wszystkich – nawet starego, biszkoptowego mastiffa imieniem Boo, który z afektem złożył swój ogromny pysk na podołku pani Bones i tęsknie wodził oczami za herbatnikami. Edgar, wypiwszy swoją herbatę tak szybko, że musiał sparzyć sobie język, droczył się z nim okrutnie, podsuwając mu je pod sam nos, podczas gdy Amelia bez emocji opowiadała o swoim egzaminie z historii magii, a pan Bones sączył herbatę ze źle skrywanym niesmakiem, który nie miał nic wspólnego z jakością przyrządzonego wywaru, zerkając przy tym wciąż na Raelyn znad ręcznie malowanej filiżanki, rozdarty między uprzejmością a pragnieniem ignorowania jej istnienia, aż w końcu zdecydował się odezwać:
– Lynn – zwrócił się do niej sztywno, niezręcznie. – Zdaje się, że umknęło mi twoje nazwisko, gdy mój syn cię przedstawiał.
Mrugnęła, mając nadzieję, że śpiewny brzęk porcelany, z jakim odstawiła filiżankę na spodek, zwróci uwagę siedzącego tuż obok niej na dywanie Edgara, ale ten zajęty był układaniem kolejnych herbatników na nosie Boo i nie mógł wybawić jej od konieczności udzielenia odpowiedzi.
– Marlow – odparła, starając się nie brzmieć obcesowo. Wiedziała, czemu miało służyć to pytanie i czuła, że nie zniesie ani sekundy oczekiwania na to, aż pan Bones skojarzy jej nazwisko, więc dodała: – Rufus Marlow z Komisji Handlu to mój ojciec.
Pan Bones skinął wolno głową w zamyśleniu, wyraz jego pociągłej, surowej twarzy pozostał jednak nieprzenikniony. Być może jedynie niejasno kojarzył jej ojca i nie potrafił teraz odnaleźć w pamięci niczego, co mogłoby świadczyć przeciwko niej; nie miała pojęcia, jakim człowiekiem był jej ojciec w pracy, ale nie podejrzewała, żeby robił cokolwiek ponad wymagane od niego niezbędne minimum – zwykle samo oddychanie zdawało się pochłaniać całą jego wątłą wolę życia.
– Zatem Reese Marlow z Departamentu Tajemnic musi być twoim…
Boo westchnął ciężko, strącając piramidę herbatników ze swojego nosa i Raelyn wykorzystała to jako pretekst, żeby odwrócić wzrok i udać, że nie usłyszała ostatnich słów pana Bonesa. Czuła na sobie spojrzenie jego przenikliwych, błękitnych oczu, ciężar zgromadzonych przeciwko niej dowodów i formułujący się w jego głowie wyrok, gdy rzuciła się pomóc zebrać rozsypane po dywanie herbatniki, ale zanim werdykt został wydany, Edgar uznał, że spełnili już swój obowiązek wobec angielskiej tradycji i wyciągnął ją do ogrodu, a potem dalej przez wrzosowisko na plażę nad zatokę, niemal wciągając do wody.
Nie był pewna, czy to krew tak ogłuszająco szumiała jej w uszach, czy raczej rozpościerające się przed nią morze, ale kiedy chłodna, spieniona woda obmyła jej kostki i cofnęła się leniwie z powrotem do zatoki, zdawała się zabrać ze sobą całą jej wściekłość na Edgara wraz z rosnącym jej w gardle upokorzeniem. Nigdy wcześniej nie widziała morza i tak bardzo zachwyciła ją jego bezkresność, czysta linia horyzontu, sposób, w jaki błękit nieba spotykał się z błękitem wody, że odtąd spędzali na plaży całe dnie, leżąc na nagrzanym słońcem piasku jeszcze długo po tym, jak zapadał zmrok. Kiedy Edgar nauczył ją jeździć na rowerze, odwiedzali też czasem sąsiednią wioskę – a jeśli tylko chcieli ukryć się przed resztą świata, chowali się w pobliskich ruinach zamku, którego kruszące się mury nie przypominały wcale Hogwartu, ale dawały podobne poczucie bezpieczeństwa i z łatwością mogli sobie wyobrazić, że wiszące nad nimi niebo było zaczarowane.
Edgar miał jednak również w zwyczaju przepadać gdzieś bez słowa i zostawiać ją samą sobie; Amelia pozostawała wobec niej uprzejma, ale nie czuła się zobowiązana, żeby nawiązywać z nią rozmowę; pani Bones zajęta była kończeniem pracy naukowej dotyczącej starożytnego prawa; pan Bones natomiast spędzał większość czasu w Londynie i Raelyn starała się nie przypominać mu o swoim istnieniu, co udawało jej się aż do wystawnego niedzielnego obiadu, na którym pojawił się także starszy syn państwa Bones wraz ze swoją przyszłą żoną.
William Bones miał jasnorude włosy i pogodne usposobienie ze skłonnością do subtelnej ironii swojej matki. Był wzrostu Edgara, ale poza tym różnili się wszystkim – starszy z braci Bones pozbawiony był niezgrabności, niespokojnego ducha i pogardy dla wszelkiej subtelności młodszego, zachowując doskonałą równowagę między powagą i poczuciem humoru, co pozwalało mu z wyczuciem i niezbędnym dystansem podchodzić do żywiołowości brata, oziębłości siostry czy zasadniczości ojca. Jego narzeczona, Helena, była wnuczką Harolda Michuma, o którym mówiło się, że w przyszłym roku zostanie Ministrem Magii, co wraz z jej nieprzeciętną urodą musiało w oczach pana Bonesa rekompensować egzaltowanie, w jakie popadała, opowiadając nawet o najbardziej prozaicznych sprawach, bo znosił je bez mrugnięcia okiem.
Raelyn siedziała między panią Bones, a Williamem, wymieniając spojrzenia z siedzącym naprzeciwko Edgarem, który ukradkiem karmił Boo pod stołem najlepszymi kawałkami wołowiny; wraz z drugim daniem kończyły się jednak z wolna zabawne anegdoty, błahe tematy i cierpliwość pana Bonesa, który zdawał się nie słuchać relacji swojego młodszego syna z egzaminu z mugoloznawstwa, a jednak nieprzypadkowo przerwał mu w połowie zdania, rzucając przez stół tylko pozornie beznamiętnie:
– Lynn, ty zdaje się nie marnowałaś czasu na mugoloznawstwo? W domu Salazara ten przedmiot nigdy nie cieszył się popularnością.
Sposób, w jaki zdołał jednocześnie pochwalić i skrytykować jej brak zainteresowania światem niemagicznym, niemal wzbudził jej podziw.
– Kontynuowałaś przynajmniej historię magii na poziomie owutemów? – zapytał takim tonem, jakby zależało od tego wszystko, a kiedy skinęła głową, ciągnął wciąż niezadowolony: – Znakomicie. Może w takim razie zainteresuje cię moja kopia oryginalnego…
– Ona nie chce oglądać twojego gównianego Kodeksu – warknął Edgar z gwałtownością porównywalną jedynie do erupcji wulkanu i wszyscy spojrzeli w jego kierunku, choć ich powściągliwe reakcje świadczyły o tym, że zdążyli już przywyknąć do jego niewybrednego słownictwa.
Zapadła cisza, którą pan Bones zdawał się delektować.
– Lynn potrafi chyba mówić za siebie – powiedział w końcu wolno, tonem sugerującym, że wcale nie potrafiła.
– Jest zbyt dobrze wychowana, żeby kazać ci się od…
– Z chęcią obejrzę pańską kopię Kodeksu – wtrąciła ostrzej, niż zamierzała. – Dziękuję.
Edgar spojrzał na nią dotknięty tą zdradą, którą przecież popełniła dla niego, nie chcąc, żeby powiedział coś, czego mógłby później żałować, nawet jeśli dotąd zdawał się nigdy nie żałować słów wypowiedzianych w gniewie, nie tak naprawdę, wciąż przekonany, że w cudzej pamięci nie mogły przetrwać dłużej niż w jego własnej, gdzie ich żywot był wyjątkowo krótki.
Trzasnął dramatycznie drzwiami; podano deser, na który nikt nie miał ochoty. Pan Bones zaprowadził ją do swojego gabinetu, gdzie w szklanej gablocie znajdowała się okazała, wyjątkowo stara księga otwarta na klauzuli definiującej kary przewidywane za złamanie ustaleń Międzynarodowego Kodeksu Tajności, które obecnie były jedynie odrobinę łagodniejsze i Raelyn starała się sprawiać wrażenie zainteresowanej, ale kiedy podniosła wzrok na pana Bonesa, żeby zapytać, z którego dokładnie roku pochodziła kopia, z której był tak dumny, wyraz jego oczu dał jej do zrozumienia, że wcale nie będą rozmawiać o historii magii.
– Nie życzę sobie, żebyś wciągała mojego syna do tej waszej sekty – powiedział wprost, nie siląc się na żadne wstępy. – Gotowy jest popełnić jakieś głupstwo, żeby tylko coś mi udowodnić, ale nie pozwolę ani tobie, ani twojemu bratu… – Otworzyła usta, ale zanim zdołała wypowiedzieć choćby słowo, pan Bones uciął bezlitośnie: – Nie waż się kłamać, patrząc mi w oczy, dziewczyno.
Bała się mrugnąć, żeby nie uznał tego za afront.
– Znam was lepiej, niż wam się wydaje. Wszyscy wyssaliście obłudę z mlekiem matki – podjął szeptem tak cichym, że musiała niemal czytać z ruchu jego warg. – Myślisz, że nie wiem o zażyłości twojego brata z Rudolfusem Lestrange’em? Posłuchaj mnie uważnie. Jutro opuścisz mój dom, a jeśli kiedykolwiek spróbujesz…
– Wystarczy, Edwardzie.
Pan Bones wyprostował się z godnością, ale Raelyn nie odważyła się poruszyć, żeby obejrzeć się na stojącą w drzwiach gabinetu panią Bones. Jedyne, czego pragnęła, to zniknąć – znajome uczucie, które ogarniało ją zawsze, gdy jej bratu udawało się przemocą zdusić w niej wszelki opór. Gardło miała ściśnięte i czuła, jakby zaraz miała udławić się własną śliną; pani Bones dotknęła ostrożnie jej ramienia, ale Raelyn nie potrafiła spojrzeć jej w oczy i tylko zacisnęła mocniej powieki, usiłując powstrzymać łzy upokorzenia. Usłyszała, jak pan Bones wychodzi, nie dając jej szansy na odparcie oskarżenia – jak zresztą miałaby tego dokonać? Wydawało jej się to niemożliwe.
– Jest przy tobie spokojniejszy – powiedziała pani Bones po długiej chwili milczenia, takim tonem, jakby rozstrzygało to o wszystkim, a kiedy niedowierzanie odbiło się na twarzy Raelyn, dodała: – Och, wierz mi. Dotąd jego zdenerwowanie dotkliwie odczuwała przede wszystkim moja porcelana.
Edgar wciąż nie wrócił do domu, gdy kładła się tego wieczoru spać; rano obudziła się już jednak w jego objęciach, złożyła pocałunek między jego bezwiednie ściągniętymi brwiami i wszystko znów było w porządku, jakby wczoraj nic się nie wydarzyło.
Pan Bones przestał ją zauważać, jakby naprawdę opuściła jego dom; pani Bones natomiast poprosiła ją o pomoc w tłumaczeniu runów i odtąd spędzały razem długie godziny w jej zalanym słońcem gabinecie, w którym niemal każdy skrawek powierzchni płaskiej zajmowały stosy piętrzących się ksiąg. Później piły razem herbatę, grały proste melodie na pianinie przy akompaniamencie rozdzierającego wycia Boo, a czasem próbowały nawet przygotowywać obiad, choć żadna z nich nie posiadała wystarczających umiejętności kulinarnych i tylko utrudniały pracę biednej skrzatce, która zawsze w końcu traciła cierpliwość i wypraszała je z kuchni.
Jedli akurat drugie śniadanie na plaży, gdy Amelia, sztywna z emocji, przybiegła z listami z wynikami egzaminów. Edgar barbarzyńsko rozdarł kopertę, sprawdzając jedynie ocenę z zielarstwa, która miała zdecydować o wszystkim i Raelyn obserwowała go w napięciu, zapominając o swoim liście – zaraz jednak jego ciemne oczy rozbłysły i zanim pani Bones zdołała pogratulować Amelii ośmiu Wybitnych sumów, z dzikim wrzaskiem wyrzucił pergamin w powietrze, porywając w objęcia swoją młodszą siostrę i w nagrodę za dostarczenie pomyślnych wieści, wrzucając ją ku jej świętemu oburzeniu w ubraniu do morza.
Pani Bones przywołała zaklęciem jego porwany przez wiatr list, podczas gdy Raelyn otworzyła swój bez emocji, znajdując w nim jeden Wybitny ze starożytnych runów, dwa Powyżej oczekiwań z historii magii i zielarstwa oraz trzy Zadowalające z zaklęć, obrony przed czarną magią i… eliksirów. Było to więcej, niż mogła oczekiwać, choć jej brat z całą pewnością byłby jedynie rozczarowany – nigdy nie zadowalało go nic mniej niż perfekcja. Dlaczego w ogóle teraz o nim pomyślała? Edgar pocałował ją znienacka, mamrocząc gorączkowo podziękowania za pomoc w nauce zielarstwa i widmo jej brata zniknęło.
Niełatwo było odejść z tego miejsca – opuścić porośnięte bluszczem mury tego domu, zostawić za sobą uspokajający szum morza, zrzec się beztroski. Było to jednak nieuniknione i wraz z końcem sierpnia zdecydowali się przenieść do Edynburga, miasta wiktoriańskich wieżowców, gdzie Edgar, mimo przekonania pana Bonesa, że ta decyzja prędzej czy później stanie mu kością w gardle, miał rozpocząć kursy uzdrowicielskie. Wynajęli niewielkie mieszkanie na poddaszu w kamienicy zamieszkałej wyłącznie przez czarodziejów, ale położonej w całkowicie mugolskiej okolicy; przygarnęli pręgowanego, jednookiego kota; na targu staroci kupili niepasujące do siebie krzesła i cukierniczkę.
W pierwszej chwili go nie rozpoznała – tak niemożliwy wydał jej się w tym miejscu, w tej rzeczywistości, wpatrzony w witrynę mugolskiego sklepu muzycznego pełną kaset magnetofonowych. A jednak nie było to złudzenie; minęła go i dopiero w następnej sekundzie zatrzymała się, żeby na niego spojrzeć, a wtedy on oderwał wzrok od wystawy i uśmiechnął się do niej tym fałszywym, słodkim uśmiechem, który nie sięgał jego ołowianoszarych oczu.
Zacmokał rozbawiony.
– Nie cieszy cię mój widok.
Ulica pełna była ludzi, a jednak Raelyn poczuła znajome ukłucie paniki i w odpowiedzi tylko prychnęła lekceważąco, żeby to ukryć. Odnalezienie jej z pewnością nie kosztowało go wiele wysiłku, ale po co zadał sobie tę odrobinę trudu, po co zjawił się tutaj teraz, w jej zupełnie nowym życiu, po miesiącach milczenia, gdy prawie udało jej się zapomnieć o jego istnieniu? Nie mógł przecież oczekiwać, że wróci z nim do domu, do tamtego przeklętego życia, do bycia niewidzialną – jak mogłoby mu wciąż zależeć na tej szczenięcej władzy nad nią, kiedy posiadał władzę o wiele większą i bardziej upajającą? Czy ona mu nie wystarczała?
– Nie wrócę do domu – powiedziała wprost, bez wahania; wolałaby przegryźć sobie żyły, niż to zrobić. – Nie możesz mnie zmusić.
Powieka mu drgnęła, jakby te słowa go dotknęły, ale kiedy się odezwał, ton jego głosu był płaski i pozbawiony emocji:
– Nie będę musiał. Sama w końcu wrócisz. Zobaczysz – rzucił od niechcenia, z nieprzeniknionym wyrazem twarzy przyglądając się mijającym ich na chodniku mugolom. – Krwi nie możesz się wyrzec.
Zbliżył się do niej na tyle, że na moment przysłonił jej widok na ulicę; nie cofnęła się jednak, a on jej nie dotknął – tylko nachylił się, żeby wyszeptać jej do ucha ostrzegawcze:
– Nie zrób nic głupiego. – A potem jeszcze cierpkie, pogardliwe: – Ojciec za tobą tęskni.
Zostawił po sobie jedynie uczucie odrętwienia, jakby wybudziła się z długiego, nużącego snu, którego szczegóły natychmiast po przebudzeniu rozmyły się we wrzawie ulicy. Właśnie tak postanowiła o nim myśleć – jak o sennej marze, która nie mogła jej nic odebrać i dopiero z czasem miała się przekonać, jak bardzo się myliła.

Kości zostały rzucone: rozdział siódmy

W zimnym świetle dnia nie mieli sobie nic do powiedzenia. Ich spojrzenia spotkały się na moment w pokoju wspólnym i Lestrange mrugnął nieprzytomnie, jakby zdziwiony nie tylko jej widokiem, ale i samym istnieniem, po czym zaraz odwrócił wzrok i już więcej na nią nie spojrzał, podczas gdy ona przyglądała mu się bezkarnie ze spokojem graniczącym z obojętnością, zbyt odrętwiała, żeby cokolwiek czuć. Gdyby była naiwna, mogłaby uznać jego niepewność za wyraz pokory, może nawet wstydu, ale jeśli Rabastan Lestrange żałował czegokolwiek tego szarego, kwietniowego poranka, to na pewno nie tego, jak ją potraktował – z czego miałaby się zrodzić w jego głowie podobna wątpliwość? Musiał żałować jedynie tego, że tak bezmyślnie się przed nią odsłonił, że bez wahania przyjął jej litość, że w ogóle ją wzbudził – zupełnie jakby to on został upokorzony przez nią, a nie ona przez niego, oddając mu się wbrew sobie i wszelkiemu rozsądkowi.
Teraz nie miała już dla niego współczucia i nic więcej nie mogła mu dać. Nie odezwali się do siebie słowem przez całą drogę do Hogsmeade, ale tym razem to zwykłe dla niego milczenie wydało jej się nieznośne i kiedy znaleźli się wreszcie w pustej o tak wczesnej porze Gospodzie pod Świńskim Łbem, niemal ucieszyła się na widok swojego brata, mimo że wcale nie miała ochoty go oglądać. Siedział w głębi sali pochylony nad pojedynczą świecą, jakby spowiadał się jej ze wszystkich swoich ukrytych pragnień i powoli przesuwał dłonią tuż nad jasnym płomieniem, uśmiechając przy tym ponuro do własnych myśli. Nigdy wcześniej nie widziała go tak roztargnionego; nie zauważył ich od razu, a kiedy podeszli bliżej i w końcu podniósł na nich spojrzenie swoich dużych, czystych oczu, Raelyn poczuła mdłości na myśl, że jakimś sposobem mógłby dowiedzieć się o tym, co wydarzyło się między nią a Lestrange’em w bibliotece. Nie była pewna, jak by to przyjął ani które z nich zostałoby za to ukarane – Lestrange za to, że wykorzystał jej słabość, czy ona, że mu na to pozwoliła.
Reese nie był jednak sam.
– A niech mnie, Marlow – rzucił Rudolfus Lestrange leniwie, zwracając się z wyraźnym afektem do jej brata, choć to na nią patrzył, mierząc ją spojrzeniem swoich jasnych, migdałowych oczu. – Twoja siostra trochę wyrosła, odkąd ją ostatnio widziałem.
Było coś hipnotyzującego w sposobie, w jaki się poruszał, bawiąc niedbale złotym sygnetem na serdecznym palcu prawej dłoni, odchylając miękko głowę, żeby odrzucić z czoła kosmyk ciemnobrązowych włosów, rozciągając wolno usta w szerokim, ciepłym uśmiechu, który nie mógł być szczery, a jednak właśnie taki się wydawał. Mrugnął do niej porozumiewawczo, żeby się nie obrażała, że tak sobie tylko żartował i podniósł się z krzesła, żeby z udawaną nieśmiałością pocałować ją w policzek.
– Miło cię widzieć – wyszeptał jej do ucha poufale, jakby była jego dawno niewidzianą przyjaciółką i przez sekundę wydawało jej się, że tak właśnie było, że znali się od zawsze i tęskniła za nim każdego dnia przez całe swoje życie, ale potem ich spojrzenia się spotkały i nagle zrozumiała, jakim sposobem udało mu się opętać nawet kogoś tak bezdusznego jak jej brat. – Mam nadzieję, że młody jest dla ciebie miły? – podjął z fałszywą troską, a ona poczuła się nagle bezbronna, jakby nawet jej myśli nie należały już do niej i mimo jego bliskości zrobiło jej się zimno. – Jesteś, młody? – zwrócił się nieoczekiwanie do swojego młodszego brata, którego dotąd ignorował z tak okrutną premedytacją, choć ten, głodny jego uwagi, wpatrywał się w niego niecierpliwie, gryząc nerwowo wargi.
Byli do siebie bardzo podobni – nawet jeśli teraz, w tym konkretnym miejscu i czasie, mogli wydawać się zupełnie różni. Starszy Lestrange był synem swojego ojca, ciemnowłosy, nieznacznie niższy, o mocnej budowie, niepokojącym kroju ust sugerującym okrucieństwo charakteru i zimnych, błyszczących oczach osadzonych głęboko pod wyrazistymi brwiami, podczas gdy młodszy wydawał się przy nim kruchy jak porcelana i wciąż był jeszcze tylko chłopcem ze swoimi przydługimi włosami w kolorze szarego blondu, zaciśniętymi uparcie wargami, nerwowością i niepewnością wieku nastoletniego. A jednak kiedy przypomniała go sobie z tamtego październikowego popołudnia, gdy odezwał się do niej po raz pierwszy – jego niezmącony jeszcze wtedy spokój i ten senny uśmiech, któremu z takim trudem się oparła – uderzyło ją nagle ich głębokie, choć dopiero kiełkujące podobieństwo i jasnym stało się, jakim człowiekiem Rabastan Lestrange miał się stać w przyszłości.
– Nie zawstydzaj mnie z łaski swojej przed moim przyjacielem – ciągnął Rudolfus z tą samą niebezpieczną, bo wykalkulowaną wylewnością. – Wystarczy, że wyżyłeś się na kuzynie Yaxleyu i musiałem się za ciebie tłumaczyć matce. Dumny z siebie jesteś, co? – syknął bratu do ucha, łapiąc go niespodziewanie za kark, jakby był tylko niesfornym szczeniakiem. – Żeby mi się to więcej nie powtórzyło. Jesteśmy w końcu rodziną. – Jego uścisk zelżał nieco, stał się bardziej braterski. – Chodź, mamy sprawy do omówienia. To zajmie tylko moment, a potem się napijemy i powspominamy stare czasy, co wy na to?
Niemożliwym wydawało się odmówić mu czegokolwiek. Reese tylko skinął głową, rozbawiony tym przedstawieniem i starszy Lestrange uśmiechnął się do niego ze słodkim zadowoleniem, podczas gdy młodszy rzucił mu krótkie, ale pełne palącej nienawiści spojrzenie, które Raelyn w pierwszej chwili zinterpretowała jedynie jako zazdrość o to, z jakim teatralnym afektem Rudolfus go traktował. Było w tym jednak coś jeszcze – coś, co niebezpiecznie przypominało oskarżenie, którego nie śmiał zwerbalizować. Jak mógł podejrzewać jej brata o cokolwiek? Musiał jedynie ulec pragnieniu, żeby to właśnie Reese Marlow okazał się winny tego, że jego świat rozpadł się tak niespodziewanie wraz z aresztowaniem jego ojca.
– Wszystko w porządku? – zapytał ją Reese nieoczekiwanie, gdy tamci usiedli w odległej części sali i Raelyn spojrzała na niego ostro, żeby darował sobie tę grę, kiedy byli sami, ale nie zrobiło to na nim najmniejszego wrażenia i tylko dodał beznamiętnie: – Jesteś blada.
Mrugnęła, żeby pozbyć się spod powiek wspomnienia pogrążonego w mroku Działu Ksiąg Zakazanych, wciąż jednak wydawało jej się, że czuje zapach starego pergaminu, kurz pod palcami i chłód kamiennej posadzki na skórze.
– Źle spałam – ucięła natychmiast, zdejmując pelerynę i siadając naprzeciwko niego, ale wcale przy tym na niego nie patrząc. Czuła się pewniej, gdy dzielił ich przynajmniej stół. – Długo się nie odzywałeś.
Skinął wolno głową, świdrując ją spojrzeniem tak długo, póki na niego nie spojrzała i dopiero wtedy odpowiedział z niespotykaną u niego prostotą, która musiała mieć w sobie coś ze szczerości:
– Upewniałem się, że nie jestem pod obserwacją.
Nie potrafiła zdecydować, czy powiedział to, bo zaczynał jej ufać, czy tylko chciał, żeby tak myślała – pewna była jedynie tego, że nie mogła wierzyć w ani jedno jego słowo, bo nawet jeśli mówił prawdę, to nigdy nie robił tego tak po prostu, bez jakiegoś ukrytego celu. Jak mógł żyć w ten sposób? Jak oni wszyscy mogli tak żyć? Uciekła spojrzeniem w stronę okna, ale było ono tak brudne, że widok stanowił jedynie mleczną plamę i dopiero po długiej chwili Reese zapytał ją, czy wróci do domu na zbliżającą się przerwę wiosenną, na co odparła krótko, nie odrywając wzroku od niewyraźnych sylwetek przemykających za szybą jak duchy, że musi skupić się na powtórkach do egzaminów i na tym skończyła się ich rozmowa.
Potem słuchali już tylko Rudolfusa Lestrange’a, jego opowieści z czasów szkolnych i głośnego, beztroskiego śmiechu, który wypełniał całe pomieszczenie, pochłaniając z niego powietrze, i kiedy w końcu się rozstali, Raelyn poczuła ulgę, jakby znów mogła swobodnie oddychać, choć grzane wino i jego słowa wciąż szumiały jej w głowie. Cokolwiek powiedział na stronie swojemu młodszemu bratu – czy nakarmił go samymi kłamstwami, zapewniając, że ich ojciec nie zostanie skazany czy raczej obiecał mu krwawą zemstę – musiało być dokładnie tym, co Rabastan potrzebował usłyszeć, bo w drodze powrotnej do zamku wydawał się dziwnie spokojny, niemal pogody i nawet mijająca ich grupa Gryfonów z szóstego roku, ośmielonych swoją wyższością moralną i przewagą liczebną, nie była w stanie tego zburzyć napastliwymi komentarzami, które ciągnęły się za nimi bez końca. Lestrange w żaden sposób nie zareagował na te zaczepki, jakby to nie on był ich celem; dopiero kiedy najodważniejszy, a może tylko najgłupszy z całej grupy wrzasnął za nim, że tym, co zostanie z jego ojca po procesie, nie nakarmiłby nawet swojego psa, pojedynczy mięsień drgnął mu na policzku, a wtedy Raelyn złapała go odruchowo za rękę, żeby powstrzymać go przed zrobieniem czegoś, czego nie chciała być świadkiem, ale on tylko obejrzał się na nią z uspokajającym uśmiechem, rozbawiony jej histeryczną reakcją, zupełnie jakby nigdy wcześniej nie dał jej powodu, żeby podejrzewała go o najgorsze – nie puścił jednak jej ręki aż do bram zamku.
Chciała myśleć, że ten incydent nie miał znaczenia; że Lestrange nie ośmieli się szukać satysfakcji, gdy wszyscy patrzyli mu na ręce, gotowi obwinić go nawet o zbyt obfite opady atmosferyczne w trakcie zbliżającego się meczu quidditcha – w jego spokoju po spotkaniu z bratem było jednak coś upiornego i kiedy tydzień później w czasie lunchu pocałował ją znienacka na oczach wszystkich w szyję, a zaraz potem rozeszła się plotka o okaleczonym dzieciaku z drugiego roku, po prostu wiedziała.
Nikt nawet nie spojrzał w jego stronę. Być może tylko nieliczni zdawali sobie sprawę, że istniał sposób, by zmusić dziecko wbrew wszelkiemu instynktowi do wsadzenia ręki do kociołka pełnego niebezpiecznego eliksiru na oczach kolegów i starego, poczciwego Slughorna; większość musiała uznać to za zwykły wypadek, obwiniając przede wszystkim jego ofiarę za błędne zmieszanie składników, nieostrożność, brawurę lub tylko czystą głupotę – Raelyn nie potrafiła jednak uwierzyć w tę bezpieczną wersję wydarzeń, nie kiedy okazało się, że ten mały Krukon miał starszego brata w Gryffindorze.
Lestrange nawet nie mrugnął, gdy spojrzała na niego tak, jakby widziała go pierwszy raz w życiu. Nie miała złudzeń – wiedziała przecież, że był zdolny do okrucieństwa, jak mógłby nie być w świecie takim jak ten, ale zawsze wyobrażała sobie, że przybierało ono pospolite formy, że miało jakieś granice, że dopiero uczył się zadawania cierpienia i nie przychodziło mu to jeszcze naturalnie. Czy nie wystarczyło zwyczajnie upokorzyć przed resztą tego, który tak głupio odważył się obrazić jego ojca? Czy parę odpowiednio dobranych klątw i kilka dni w skrzydle szpitalnym to zbyt niska cena za jego urażoną dumę? Może powinna pozwolić mu wtedy wyjąć różdżkę i wyrównać rachunki od razu, zamiast tylko to opóźnić i dać mu czas do zaplanowania czegoś o wiele bardziej dotkliwego. To, że ucierpiało przy tym dziecko, które niczemu nie zawiniło, nie miało nic do rzeczy – Raelyn tylko niejasno zdawała sobie sprawę, że czegoś takiego nie można było w żaden sposób usprawiedliwić, ale nie potrafiła wzbudzić w sobie właściwych uczuć, gdy paraliżował ją strach przed precyzją, z jaką Lestrange uderzył w najczulszy punkt kogoś, kto przecież obraził go zupełnie bezmyślnie, nie mając pojęcia o możliwych konsekwencjach.
Miejsce, w którym jego wargi dotknęły wcześniej skóry na jej szyi, paliło ją teraz jak żywy ogień. Jak miała się od niego uwolnić? Jak miała się uwolnić od nich wszystkich? Nagle wydało jej się to niemożliwe – o ile kiedykolwiek było. Krew odpłynęła jej z twarzy, a widelec wypadł z ręki, uderzając z brzękiem o talerz i siedzący obok Travers zapytał ją, czy dobrze się czuje, ale w odpowiedzi tylko skłamała gładko, że zapomniała z dormitorium eseju z historii magii i wybiegła z Wielkiej Sali, która stała się nagle zbyt klaustrofobiczna, żeby mogła spędzić w niej choćby sekundę dłużej. Starała się zachować spokój, czuła jednak, że brakuje jej powietrza i dopiero po chwili uświadomiła sobie, że nie wie, dokąd właściwie idzie. Zatrzymała się więc niezdecydowana na środku korytarza i w przypływie wściekłości na samą siebie i swoją bezradność pchnęła stojącą obok starą zbroję, która rozpadła się z łoskotem na posadzce, wcale nie przynosząc jej tym ulgi, a kiedy jeden z portretów oburzył się na ten jawny akt wandalizmu, wrzasnęła na niego dziko, przepędzając go z jego własnych ram i usiadła pod ścianą wyczerpana tymi wszystkimi sprzecznymi emocjami, które nią targały i których wcale nie chciała czuć.
– Kto by pomyślał, że potrafisz płakać. Taka zimnokrwista Ślizgonka jak ty. Prawie jakbyś była człowiekiem.
Miała ochotę krzyczeć. Chciała być chociaż przez moment sama ze sobą, żeby nie musieć udawać kogoś, kim nie była i móc wreszcie usłyszeć własne myśli. Czy ze wszystkich korytarzy w tym przeklętym zamku Edgar Bones musiał wybrać akurat ten, na którym pozwoliła sobie na chwilę słabości? Nie mogła nawet na niego spojrzeć – nie teraz, nie po tym wszystkim, co wydarzyło się od ich ostatniej rozmowy, która wydawała się tak odległa, jakby miała miejsce w zupełnie innym życiu.
–  Co jest, dziewczyno? – zapytał lekko, siadając tuż obok niej pod zimną, kamienną ścianą. – Niemożliwe, żeby złamano ci serce, musiałabyś je najpierw…
Czuła, że nienawidzi go teraz na równi z innymi i chciała, żeby to poczuł, żeby zostawił ją w spokoju, ale nie miała siły walczyć z jego okrutną, puchońską wytrwałością, która nie pozwalała mu zrezygnować nawet ze spraw dawno przegranych, i kiedy otworzyła usta, żeby wysłać go do diabła, wydobył się z nich tylko słaby, żałosny jęk:
–Zamknij się, proszę cię.
Umilkł posłusznie, choć nie wytrwał w tym milczeniu nawet dwóch sekund.
– Spójrz na mnie.
Oparła głowę o kojąco zimną ścianę i zrezygnowana otworzyła oczy, znajdując jego dziwną, szczerą twarz o wiele bliżej swojej, niż się tego spodziewała – jego wargi zaciśnięte uparcie, brwi ściągnięte w skupieniu, oczy nieruchome i świdrujące ją bezdusznie, jakby jej łzy nie robiły na nim najmniejszego wrażenia, choć nie widziała przez nie zbyt wyraźnie i może tylko jej się wydawało.
– Wystarczy już tego płaczu – orzekł kategorycznie, wycierając jej wilgotne policzki rękawem swojego żółtego swetra z nienaturalną dla siebie dbałością. – Nie robisz się od tego ładniejsza.
Odepchnęła od siebie jego duże, niezgrabne dłonie, nie mogąc znieść jego dotyku i uderzyła go na oślep w twarz, a on wbrew wszelkiej logice w odpowiedzi na to pocałował ją z tak rozpaczliwą determinacją, że zachłysnęła się powietrzem i przylgnęła plecami do ściany, sparaliżowana strachem, że ktoś mógłby ich zobaczyć, ale i niezdolna do stawienia mu oporu, bo wszystko w nim było śmiałe, niezdarnie szczere i przepełnione nadzieją, która w niej już zgasła. Zadrżała, odpowiadając na jego pocałunek z równie desperackim afektem po zaledwie sekundzie wahania i przywarła do niego całym swoim wątłym ciałem, pozwalając mu się objąć tylko po to, by w następnej chwili odepchnąć go od siebie bez ostrzeżenia, bardziej niż jego zaskakując tym samą siebie.
– Co ty wyprawiasz? – rzuciła ostro, zrywając się na równe nogi. Właściwie pytała o to samą siebie, ale to on udzielił jej odpowiedzi:
– Całuję cię – odparł z prostotą, skonfundowany, a może nawet zraniony jej reakcją i bezwiednie oblizał wargi, zanim zapytał wprost: – Nikt wcześniej tego nie robił?
– Nie bądź śmieszny – ucięła natychmiast, rozglądając się niespokojnie po wciąż pustym korytarzu, byle tylko nie patrzeć mu w oczy. Jak wiele by w nich straciła, gdyby wiedział, że zaledwie tydzień temu oddała się Lestrange’owi? Teraz wydało jej się to obrzydliwe. – Nie chcę, żebyś mnie… nie wolno ci tego robić.
Zmarszczył nieufnie nos, wyczuwając jej wahanie.
– Niby czemu mi nie wolno? – podjął wyzywająco, jakby nawet ona nie mogła mu tego zabronić tak po prostu, bez słowa wyjaśnienia i zerwał się z posadzki, gotowy udowodnić jej, że wcale nie potrzebuje jej przyzwolenia, żeby ją całować, zaraz jednak opamiętał się i tylko wymamrotał  gniewnie: – Próbuję cię tylko pocieszyć, do cholery.
– Całujesz wszystkie płaczące dziewczyny?
Spojrzał na nią z politowaniem i nic na to nie odpowiedział, nie zamierzając wdawać się z nią w przepychanki słowne, które nigdzie by ich nie zaprowadziły. Zrobił krok w jej stronę, zdeterminowany, żeby zakończyć ten cyrk, ale ona cofnęła się spłoszona.
– Daj spokój, Lynn – warknął dotknięty, nie potrafiąc już ukryć zniecierpliwienia. – Powiedz mi wreszcie, co się stało.
Z jej gardła wyrwał się jedynie zduszony szloch – może dlatego, że tylko jej matka zwracała się do niej w ten sposób, a może dlatego, że przecież powiedziałaby mu wszystko, gdyby tylko mogła, gdyby miało to jakikolwiek sens, ale przecież nie miało i nie wiedziała, jak miałaby to zrobić, gdzie zacząć i kiedy skończyć, żeby cokolwiek z tego zrozumiał. Jak miałby pojąć, przed czym uciekała, skoro był patologicznie niezdolny do odczuwania strachu?
– Nic się nie stało – wydusiła z siebie, dławiąc się łzami. Nie mogła złapać tchu i cała się trzęsła. – Nic nie można z tym już zrobić. Zostaw mnie w spokoju. Wystarczy, że twój ojciec… Gdyby ktoś nas teraz… Nie masz nawet pojęcia, do czego oni wszyscy…
W jego ciemnych oczach błysnęło zrozumienie, gdy tylko wspomniała jego ojca.
– Myślę, że mam całkiem niezłe pojęcie – przerwał jej z wściekłością, która skutecznie zamknęła jej usta i tylko spojrzała na niego bezradnie szeroko otwartymi oczami. – Wiem, do czego są zdolni i wiem, że to przerażające. Wiem. – Złapał ją za ramiona i potrząsnął nią tak mocno, jakby chciał w ten sposób wytrząsnąć z jej głowy wszystkie te straszne myśli. – Wiem. Ale wszystko będzie dobrze, obiecuję. Tylko postaraj się oddychać.
Pocałował ją w czubek głowy i wtedy wreszcie się poddała – wtuliła twarz w jego wełniany sweter i objęła go w pasie tak mocno, jak tylko potrafiła, gotowa uwierzyć w jego obietnicę, nawet jeśli wiedziała, że nie mógł jej dotrzymać.