Kości zostały rzucone: rozdział dziewiąty

Wokół kwitły kasztanowce; idąc aleją, deptali śnieżnobiałe płatki ich drobnych kwiatów, a Edgar wciąż niecierpliwie wycierał oczy. Czuła, jak cały drży z tłumionej wściekłości, stawiając jeszcze opór rzeczywistości – każde napięte jak struna włókno jego ciała, zaciśnięte zęby, splątane myśli. Płakał ze złości jak dziecko, uparcie omijając wzrokiem trumny, jakby miały stać się przez to mniej materialne, mniej ostateczne, a ona nie rozumiała, dlaczego wciąż wzbraniał się przed tym, co nieodwracalne i nie potrafiła go pocieszyć; trzymała go za rękę, ale jego palce pozostawały sztywne i obojętne na jej dotyk.
To musiało się wydarzyć. Czy naprawdę tego nie przeczuwał? Zdawało jej się teraz, że sama spodziewała się tego jeszcze zanim wszystko na dobre się zaczęło, jeszcze zanim jej brat odnalazł ją tylko po to, by zasiać w niej ziarno niepokoju; w natłoku prozaicznych spraw i kłótni o rzeczy błahe łatwo było zapomnieć o wydanym na ich przyszłość wyroku, ale kiedy William Bones pewnego majowego poranka wyrwał ich ze snu, który już nigdy nie miał być równie słodki, informując o blednącym wraz ze świtem Mrocznym Znaku nad rodzinnym domem Bonesów, nie była tym nawet zaskoczona. Jak mogłaby? Cena za policzek wymierzony starożytnym rodom musiała być wysoka i Edward Bones zapłacił za swoją arogancję palcami swojej żony – po jednym za każdy długi rok, jaki miał spędzić w Azkabanie Linus Lestrange.
A po wszystkim zabili nawet psa.
Dławiło ją poczucie winy – jakby przypieczętowała los Bonesów samym swoim oczekiwaniem na spełnienie się groźby jej brata, który przecież mógł brać udział w tej rzezi, zdolny do wszystkiego, by zadowolić Rudolfusa Lestrange’a. Musiał przy tym być także Rabastan – jeśli nie z pragnienia zemsty, to przynajmniej z obowiązku, ale czy zdążył już oswoić się z okrucieństwem na tyle, żeby spojrzeć w ciemne oczy Susan Bones i nie zawahać się, nie odwrócić wzroku, nie poczuć absolutnie nic? To nie mogło być równie łatwe, co zmuszenie dziecka do samookaleczenia – tego nie musiał oglądać i być może jedynie niejasno zdawał sobie sprawę z konsekwencji swoich działań. Kiedy teraz wspominała tamten czas, wydawał jej się nierzeczywisty, bardzo odległy, jakby nie była częścią nawet swoich własnych wspomnień – czy to właśnie bierność nie była zawsze jej największym grzechem? Nie powinna była pozwolić Lestrange’owi kiedykolwiek się dotknąć; czuła, że odbierało jej to teraz prawo do żałoby.
Susan Bones nie była w końcu jej matką, nawet jeśli przez ostatnie dwa lata pozwalała jej w to wierzyć. Nieustannie pisały do siebie listy, spędzały razem długie godziny w dusznych antykwariatach, czytały te same książki i to z jej polecenia Raelyn dostała pracę asystentki znakomitej, choć wiekowej i stroniącej od ludzi badaczki starożytnych runów; nigdy nie powiedziała jej jednak, przed czym uciekała i teraz żałowała tych wszystkich niewypowiedzianych słów, które Susan Bones zabrała ze sobą do grobu.
Nie pozwalała sobie jednak na łzy, podobnie jak Amelia, która mrugała rzadko i nie odwracała wzroku – jej twarz wydawała się wykuta z białego marmuru i nie zdradzało jej nawet najmniejsze drżenie warg, gdy przyjmowała kondolencje kolejno od każdego członka Wizengamotu. Starszy z braci Bones jedynie z wysiłkiem skinął głową Bartemiuszowi Crouchowi, niezdolny wydusić z siebie słowa; młodszy z kolei nie uznawał żadnej z przyjętych form wyrazu współczucia, gotowy rzucić się do gardła każdemu, kto tylko spróbuje mu je złożyć i kiedy po ceremonii wszyscy udali się na filiżankę herbaty, on bez słowa puścił dłoń Raelyn i poszedł na plażę, gdzie do zachodu słońca w milczeniu ciskał kamieniami w morze z taką wściekłością, jakby jego spokój go obrażał.
Żywiła nadzieję, że jego gniew z czasem ostygnie; tymczasem ten rozprzestrzeniał się jak płomień w czasie suszy, trawiąc wszystkie jego myśli i nic nie było w stanie przynieść mu ukojenia – ani ona, ani nawet zwierzęce pragnienie krwi, jakie morderstwo jego rodziców, pierwsze tak bestialskie popełnione na czarodziejach czystej krwi o tak wysokim statusie społecznym, rozbudziło nawet w tych, którzy dotąd uznawali pretensje Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać – jak zaczęto o nim szeptać – za przynajmniej uzasadnione. Bartemiusz Crouch wykorzystał to święte oburzenie, aby po długich miesiącach zmagań uzyskać wreszcie wystarczające poparcie dla dekretu zezwalającego przedstawicielom ministerstwa na zwalczanie ognia ogniem; nie wahano się już użyć słowa wojna, choć ta toczyła się przecież od lat – teraz jedynie nastąpiła nieunikniona eskalacja, która upodobniła do siebie obie strony konfliktu, pochłaniając przy tym pas ziemi niczyjej, gdzie dotąd znajdowali schronienie wszyscy ci, którzy mogli pozwolić sobie na odwracanie wzroku.
Znaleźli się z Edgarem po stronie przegranych, choć tylko ona zdawała sobie z tego sprawę. On nie potrafił się z tym pogodzić i gotowy był zaryzykować wszystko, co jeszcze nie zostało im odebrane, żeby ten stan rzeczy odmienić; dusiła go jednak bezsilność. Kursy uzdrowicielskie przestały mu wystarczać, jakby ratowanie ludzkiego życia nie było dość efektywną metodą stawiania oporu – jakby pragnął je również odbierać tym, którzy już dawno wyzbyli się wszelkich skrupułów. Wydawał jej się teraz zdolny do wszystkiego, choć nie to przerażało ją najbardziej – nie kiedy jego własne życie również straciło dla niego na znaczeniu i bała się, że zrobi coś desperackiego, że któregoś dnia po prostu nie wróci do ich ciasnego mieszkania na poddaszu i zostawi ją samą bez słowa wyjaśnienia. Nie śmiała jednak się do tego przed nim przyznać ani prosić go o litość. Nie odezwała się słowem, gdy po raz pierwszy zobaczyła go czytającego w skupieniu Proroka Codziennego; nie pytała go, od kogo były te wszystkie wiadomości, których treścią się z nią nie dzielił; wreszcie milczała, gdy pewnego lipcowego popołudnia minęła na schodach ich kamienicy Franka Longbottoma i rudego Gideona Prewetta, który rzucił do swojego towarzysza szeptem nie dość dyskretnym, żeby nie mogła go dosłyszeć pomimo ich głośnych kroków i skrzypienia stopni:
– Wiedziałeś, że Bones wciąż obraca tę laskę Lestrange’a?
Czy właśnie tym była we wspomnieniach innych uczniów? Pocałunek złożony od niechcenia na jej szyi przez Rabastana Lestrange’a tamtej upiornej wiosny w Wielkiej Sali na oczach wszystkich musiał stanowić piętno, które nie bladło wraz z upływem czasu. Przełknęła jednak to upokorzenie i nie odważyła się wspomnieć o tym Edgarowi – wyobrażała sobie jego wściekłość i rozbity nos Gideona Prewetta, ale wcale nie miała pewności, że właśnie tak by zareagował, że zrobiłby cokolwiek poza obojętnym wzruszeniem ramionami i wolała nie przypominać mu, że kiedyś należała do człowieka, który w najlepszym wypadku jedynie przyglądał się śmierci jego rodziców.
Czuła wstyd tak palący, że nie potrafiła spojrzeć mu w oczy i on też już na nią prawie nie patrzył. Czasem jeszcze ją dotykał, ale zdawał się robić to bezwiednie, niedbale, jedynie z przyzwyczajenia zasypiając z twarzą w jej włosach. Nie pisał już więcej wierszy, nie budził jej skoro świt pocałunkiem w nos i nie zbywał śmiechem jej kulinarnych porażek, w których zawsze przypominała mu jego matkę. Stał się bardziej skupiony, niemal zrównoważony; udawał, że pochłania go nauka do egzaminów końcowych, ale tylko siedział na podłodze pośród rozrzuconych ksiąg i notatek, wpatrując się wciąż w tę samą stronę, podczas gdy ona siadała przy oknie z ich pręgowanym kotem na kolanach i przyglądała mu się z boku w milczeniu, czytając z jego twarzy wszystkie targające nim emocje i wątpliwości, o których nie potrafili już ze sobą rozmawiać. Wiedziała, że jego spokój był jedynie pozorny, że pod powierzchnią wszystko w nim wrzało, szukając ujścia; w końcu któregoś popołudnia zniechęcony cisnął książką do anatomii przez pokój, wyrzucając z siebie krótkie, rozstrzygające:
– To nie ma żadnego, kurwa, sensu.
Na co ona, nie odrywając wzroku od ciemnego nieba za oknem, odparła bez emocji:
– Nie przyznawaj po tym wszystkim swojemu ojcu racji tylko dlatego, że jest martwy.
W trzech krokach znalazł się przy niej i kazał jej to odszczekać. Przez jedno mgnienie wydawało jej się, że ją uderzy – a może tylko miała nadzieję, że to zrobi, że wreszcie to zakończy, ale nawet jej nie dotknął, jakby dzieliła ich szyba, i nie mogła już tego dłużej znieść. Zerwała się z parapetu, zrzucając kota z kolan i rzuciła mu w twarz to, co dotąd odważyła się jedynie pomyśleć – że jego ojciec sam był sobie winien; że gdyby nie jego arogancja, wciąż trwaliby w bezpiecznym impasie; że był skończonym głupcem i dostał to, na co sobie zasłużył.
Dopiero wtedy złapał ją za ramiona i pchnął na ścianę, zamykając jej usta dłonią w taki sposób, jakby liczył, że wszystkie te trujące słowa staną jej w gardle i przy odrobinie szczęścia się nimi udławi. Spróbowała go od siebie odepchnąć, ugryźć, chociaż zadrapać, ale walczyła bez przekonania, czując jedynie ulgę, że teraz mogła wreszcie go znienawidzić i nie czuć już więcej tego paraliżującego strachu przed jego utratą.
– Zabili moją matkę – wycedził przez zaciśnięte zęby takim tonem, jakby dawało mu to prawo do wszystkiego; potem ją puścił, odsunął się i z jego ciemnych oczu, oczu jego matki, mogła wyczytać tylko tyle, że już nigdy więcej jej nie dotknie. Na moment zabrakło jej tchu, ale nie było już od tego odwrotu, więc jedynie uniosła lekko drżący podbródek i rzuciła zimno, jakby nie miało to dla niej żadnego znaczenia:
– Ciebie też zabiją.
Roześmiał się jej ochryple w twarz – dla niego z całą pewnością nie miało to żadnego znaczenia. Nie bał się śmierci; być może tylko ona mogła przynieść mu teraz ukojenie i Raelyn poczuła się o to niemal zazdrosna.
– Czekam niecierpliwie – odparł w końcu zuchwale, a potem dodał jeszcze, uderzając w jej najczulszy punkt ze zwykłą dla siebie precyzją jakby od niechcenia: – Możesz im to przekazać.
Spojrzała na niego z niedowierzaniem, choć zdążyła już przecież przywyknąć do tej łatwości, z jaką potrafił ją zranić – dotąd nigdy nie wykorzystywał tego przeciwko niej, czyniąc to czasem jedynie przez swoje nieokrzesanie czy nieuwagę; teraz jednak nie miała wątpliwości, że chciał zobaczyć jej łzy i gdyby miały one przynieść mu ulgę, podarowałaby mu ich całe morze, ale przecież morze to wciąż byłoby dla niego za mało.
– Możesz zatrzymać kota – powiedziała rzeczowo, głosem jedynie o ton wyższym i wyszła z mieszkania, niczego ze sobą nie zabierając.
Reese nie był zaskoczony jej powrotem – zupełnie jakby nigdy tak naprawdę nie opuściła tego przeklętego domu. Nie odezwał się słowem, witając ją jedynie z otwartymi w drwiącym, triumfalnym geście ramionami, uśmiechając się przy tym ze szczerą satysfakcją i fałszywą czułością. Raelyn nawet na niego nie spojrzała, zbyt odrętwiała, żeby próbować zetrzeć mu ten uśmiech z twarzy; kiedy jednak złapał ją za łokieć, wyrwała mu się z taką gwałtownością, jakby jego dotyk ją palił.
– Zabiję cię, jeśli jeszcze raz mnie dotkniesz – wysyczała, czym tylko bardziej go rozbawiła; puścił ją jednak i uniósł ręce w prześmiewczym akcie poddania, pozwalając jej odejść. Mógł się śmiać – intuicja musiała mu jednak podpowiadać, że teraz, gdy nie miała już nic do stracenia, niebezpiecznie było ją drażnić i nie próbował już więcej jej sobie podporządkować przemocą, wspaniałomyślnie ofiarując jej swobodę, której potrzebowała i delektując się przy tym myślą, że w każdej chwili mógł ją tego przywileju pozbawić.
Jej ojciec, gdy ją zobaczył, nie miał jej nic do powiedzenia poza gorzkim:
– Miałem nadzieję, że już więcej cię nie zobaczę.
Ona też miała nadzieję, że nigdy więcej nie będzie musiała oglądać jego poszarzałej twarzy, pomiętej koszuli, niepewnego kroku; spoglądać w jego puste oczy, słuchać jego bełkotliwych sentymentów, czuć jego palącego oddechu. To rozczarowanie było jedynym, co ich łączyło.
Potem któregoś popołudnia zjawili się Lestrange’owie, cała trójka – i chociaż jej brat posłał po nią skrzata, Raelyn do nich nie zeszła. Siedziała na schodach w korytarzu i tylko słuchała ich głosów – fałszywie serdecznego tonu Rudolfusa, perlistego śmiechu Bellatrix, który ścinał krew w żyłach i krótkich, niechętnych odpowiedzi Rabastana, którego głos wydał jej się obcy. Rozmawiali o dekrecie Croucha z takim lekceważeniem, jakby ich nie dotyczył; o ślubie najmłodszej z sióstr Black, wydawanym z przepychem mającym wymazać z kolektywnej pamięci małżeństwo Andromedy Black z mugolem; o gryfie trzymanym przez Linusa Lestrange’a w ogrodzie, który po jego osadzeniu w Azkabanie stał się niespokojny i musiał zostać zabity, a jego truchło miało stać się teraz ozdobą gromadzonej od pokoleń kolekcji łowieckich trofeów.
Kiedy spotkali się całe miesiące później na przyjęciu zaręczynowym jej brata z Penelopą Wilkes, w pierwszym momencie go nie rozpoznała. Był wyższy i szczuplejszy niż w jej wspomnieniach; jego twarz się wydłużyła, profil wyostrzył, włosy pociemniały, upodabniając go do jego ojca i brata, i nie było w nim już tej chłopięcej niepewności, potrzeby aprobaty ani niecierpliwego oczekiwania na jutro – teraz jutro nie różniło się już w końcu niczym od dzisiaj i wczoraj, nie oferowało nowych, wspaniałych możliwości, nie pozwalało łudzić się, że czeka ich jeszcze cokolwiek poza tym, co było tu i teraz. Nieświadomy tego, że obserwowała go z drugiego końca salonu, opróżnił cały kieliszek wina ze źle skrywanym znużeniem; potem ich spojrzenia się spotkały i jej widok wytrącił go nieco z równowagi – przez jego pobladłą twarz przebiegł skurcz i na ułamek sekundy wydał jej się odrobinę mniej obcy, jakby wciąż było w nim coś z tamtego chimerycznego chłopca z biblioteki, który wzbudził w niej wtedy taką litość.
Teraz nie czuła już jednak litości ani dla niego, ani tym bardziej dla samej siebie; pomyślała o Susan Bones, którą zabił, a potem zrobiła krok w jego stronę.

Kości zostały rzucone: rozdział ósmy

Wszystkie jej lęki blakły w promieniach czerwcowego słońca, kiedy leżeli w wysokiej trawie zamkowych błoni, ukryci przed tym, co nieuniknione, ogłuszeni leniwym bzyczeniem owadów, pijani brakiem powinności. Wydawały się równie odległe i nierzeczywiste, co półprzezroczyste na tle palącego błękitu nieba górskie szczyty – i nawet bezduszność jej brata zatarła się w jej wspomnieniach przez te ostatnie tygodnie na tyle, że odważyła się nie odpisywać więcej na jego pełne pustych zdań i pozbawionych znaczenia słów listy, które pozwalały mu utrzymywać nad nią władzę pomimo dzielących ich mil. Wytrwale przysyłał kolejne, utrzymane w podobnym beznamiętnym tonie, jakby nawet nie zauważył, że nie otrzymał odpowiedzi na poprzednie, a kiedy wreszcie przestał, lubiła myśleć, że osiągnęli w ten sposób pewnego rodzaju porozumienie i jego milczenie nie było zwiastunem odwetu, a oznaczało jedynie ulgę, że zniknęła z jego życia – tak jak ona zawsze marzyła, żeby on zniknął z jej.
Przyjemny ciężar głowy Edgara Bonesa zniknął z jej piersi i poczuła, jak się nad nią pochyla – jego nagrzaną słońcem skórę, rzucany przez niego cień, krople wody ściekające z jego mokrych po nurkowaniu w jeziorze włosów; jakaś zmiana w miarowym biciu jej serca, nierówność oddechu, ledwo wyczuwalne drżenie mięśni musiały zdradzić jej myśli.
– Nad czym tak dumasz? – zapytał prześmiewczo, a ona tylko uśmiechnęła się bezwiednie, nie otwierając oczu.
Myślała o tym, że jutro mogłoby nigdy nie nadejść, że właśnie ten dzień wart był przeżywania wciąż od nowa bez końca, choć przecież tak wiele było szczęśliwych dni w tych ostatnich tygodniach przed egzaminami końcowymi, więcej niż kiedykolwiek wcześniej, a ten ciepły, letni dzień różnił się od wszystkich poprzednich ciepłych, letnich dni tylko tym, że był ostatnim takim dniem w ich życiu. Jutro rano mieli odbyć podróż w jedną stronę do świata odpowiedzialności, której ciężaru nie potrafili sobie jeszcze nawet wyobrazić, ale dzisiaj nie musieli się tym jeszcze przejmować – dzisiaj mogli być jeszcze beztroscy.
– Powiedz mi – ponaglił ją sfrustrowany jej milczeniem; poczuła jego zęby wpijające się w pustej groźbie w jej obojczyk, ale tylko prychnęła lekceważąco.
Wszystko stało się prostsze wraz ze zniknięciem Rabastana Lestrange’a. Kiedy nie wrócił do szkoły po przerwie wiosennej, jego nieobecność została przyjęta z pewną konsternacją nawet przez najbliższe mu osoby – Traversa, z którym zawsze zdawał rozumieć się bez słów i Yaxleya, z którym łączyły go przecież więzy rodzinne – co tylko dowodziło, że zbliżenie się do niego nie było tak naprawdę możliwe, że było to tylko złudzenie. Musiał być zmęczony czekaniem na przyszłość, którą wybrał dla niego, a później przypieczętował swoim zesłaniem do Azkabanu jego ojciec – jej kształt z całą pewnością nie zależał od wyników egzaminów i z tej perspektywy podejście do nich wydawało się stratą czasu, ale czy nie było za wcześnie na porzucenie wszelkich pozorów, zrzucenie masek? Oficjalnie powodem jego nieobecności miał być pogarszający się stan zdrowia jego matki, ale nawet Slughorn powtarzał to wyjaśnienie bez przekonania, choć był ostatnim człowiekiem w zamku, który pragnął poznać prawdziwe powody, dla których Rabastan Lestrange przerwał swoją edukację tuż przed jej ukończeniem.
Czy właśnie to obiecał mu wtedy w Hogsmeade jego brat? Czy zasłużył sobie wreszcie na jego łaskę, czy musiał dopiero udowodnić swoją wartość, żeby wypełnić miejsce w szeregu po swoim ojcu, który tymczasem został skazany na raczej symboliczne dziesięć lat w Azkabanie, nie wypowiadając ani jednego słowa w trakcie całego swojego procesu? Nie śmiała wyobrażać sobie, co takiego musiał zrobić, żeby wykazać się podobną lojalnością i z czasem stał się dla niej jedynie wspomnieniem, czymś jeszcze mniej niż senną marą – jakby nigdy tak naprawdę nie istniał.
Otworzyła oczy, żeby spojrzeć na Edgara, który wsparty na przedramionach wciąż wpatrywał się w nią niecierpliwie; nic z tego, o czym myślała, nie dawało się jednak ubrać w słowa, więc tylko zmierzwiła opadające mu na twarz mokre kosmyki, całując go przy tym tak, że natychmiast zapomniał o pytaniu, na które nie otrzymał odpowiedzi.
Zawsze w końcu zapominał.
Zwykł wybuchać nagłym afektem bez względu na to, gdzie właśnie się znajdowali, by zaraz znów stać się szorstkim, roztargnionym, nieuchwytnym, podczas gdy ona wolała manifestować swoje uczucie w drobnych gestach, odczuwając przy tym rozłąkę dotkliwiej, niż gotowa była przyznać nawet przed samą sobą; dopiero z czasem oswoiła się z jego żarliwością na tyle, że teraz nie przeszkadzało jej już, że bezwstydnie wsunął dłoń pod jej bluzkę, choć tego popołudnia błonia pełne były głodnych spojrzeń. Na jedno mgnienie udało im się zapomnieć nawet o istnieniu czasu – a potem padł na nich cień profesor Sprout.
Jutro nadeszło, głuche na wszelkie modlitwy. Oszołomiona panującym na peronie zgiełkiem wysiadła z pociągu i zrobiła jeszcze parę bezwiednych kroków, trzymając się kurczowo Edgara, który poirytowany wypatrywał w tłumie swojej młodszej siostry – a potem nagle stanęła w miejscu, sparaliżowana koniecznością podjęcia decyzji, która każdego poprzedniego dnia wydawała się niemożliwa do podjęcia. Edgar nawet nie zauważył, że puściła jego dłoń i na moment zniknął jej z oczu; zaraz jednak znów znalazł się przy niej, czyniąc przy tym straszliwy zamęt w tłumie podążającym zwartym strumieniem w przeciwnym kierunku. Uśmiechnęła się do niego z wysiłkiem, ale nie dał się zwieść – zawsze wyczuwał jej niespokojne myśli i w momencie przesiąkał nimi cały jak deszczem, stawał się spięty, jeszcze bardziej zapalczywy.
– Nie przemyślałam tego – wyznała z westchnieniem. Teraz żałowała, że nie podzieliła się z nim wcześniej swoimi wątpliwościami, a jednocześnie wciąż żywa była w niej obawa, że gdyby tylko wiedział o wszystkim, co nie pozwalało jej nocami zasnąć, patrzyłby na nią zupełnie inaczej. Zmarszczył brwi skonfundowany, ale o nic nie zapytał; złożył na jej czole kojący pocałunek i bez słowa wyjaśnienia pociągnął ją za sobą przez tłum.
– Mamo – powiedział nagle, zatrzymując się i pochylając niezgrabnie, żeby pocałować w policzek kobietę o jasnorudych włosach, która rozpromieniła się na jego widok. – Tato. – Prostując się, skinął głową mężczyźnie trzymającemu z czułością pod rękę jego młodszą siostrę. A potem przyciągnął do siebie Raelyn i oświadczył krótko: – To jest Lynn. Zostanie na wakacje.
Duże, ciemne oczy pani Bones zwróciły się na nią pełne życzliwego zainteresowania; pan Bones utkwił wzrok w Edgarze, nawet na nią nie spojrzawszy; Amelia natomiast tylko przyglądała się jej z uprzejmą obojętnością, nieporuszona, jakby już dawno uznała, że Raelyn Marlow była jedynie czymś przelotnym w życiu jej brata i to, że gotowy był teraz z jej powodu siać ferment, o niczym jeszcze nie świadczyło.
– Nie pomyślałeś, żeby nas… uprzedzić? – zapytał w końcu pan Bones po chwili niezręcznego milczenia, starannie dobierając słowa. Nie sprawiał wrażenia zaskoczonego – wydawał się raczej spodziewać po swoim synu podobnej samowoli, jakiejś drobnej niesubordynacji, próby przeprowadzenia zamachu na jego ojcowski autorytet, i chociaż ton jego głosu był nienagannie uprzejmy, każda komórka jego ciała zdawała się wyrażać dezaprobatę tak jednoznaczną, że Raelyn cofnęła się pół kroku, dając wyraz swojemu zmieszaniu, ale Edgar tylko mocniej ścisnął jej dłoń.
– Nie – odparł wolno z wyzywającą prostotą. – Nie pomyślałem.
Górna warga pana Bonesa, częściowo ukryta pod dostojnym wąsem, uniosła się lekko, ale zanim zdołał przełknąć impertynencję syna, pani Bones bezlitośnie zakpiła sobie z jego oburzenia i dławiąc narastający konflikt w zarodku, wtrąciła z zachwytem:
– Cudowna niespodzianka, Edgarze.
Była kobietą o surowej urodzie – wysokich kościach policzkowych, wyraźnie zarysowanej szczęce, długiej szyi; twarz obsypaną miała jednak piegami, włosy spięte niedbale, wargi stanowczo zaciśnięte, ale jakby gotowe do rozciągnięcia się w uśmiechu. Otaczała ją aura niewymuszonej elegancji, onieśmielającej wręcz przenikliwości, a jednocześnie było w niej coś niesfornego, jakaś przekorność i żywiołowość, których czas najwyraźniej nie zdołał zdławić.
– Chodźmy już – rzuciła niecierpliwie, bezceremonialnie obejmując Raelyn ramieniem i zanim ktokolwiek zdążył się jej sprzeciwić, dodała: – Może jeszcze zdążymy na herbatę.
Herbata o piątej w domu państwa Bones była uświęconym rytuałem, który obowiązywał wszystkich – nawet starego, biszkoptowego mastiffa imieniem Boo, który z afektem złożył swój ogromny pysk na podołku pani Bones i tęsknie wodził oczami za herbatnikami. Edgar, wypiwszy swoją herbatę tak szybko, że musiał sparzyć sobie język, droczył się z nim okrutnie, podsuwając mu je pod sam nos, podczas gdy Amelia bez emocji opowiadała o swoim egzaminie z historii magii, a pan Bones sączył herbatę ze źle skrywanym niesmakiem, który nie miał nic wspólnego z jakością przyrządzonego wywaru, zerkając przy tym wciąż na Raelyn znad ręcznie malowanej filiżanki, rozdarty między uprzejmością a pragnieniem ignorowania jej istnienia, aż w końcu zdecydował się odezwać:
– Lynn – zwrócił się do niej sztywno, niezręcznie. – Zdaje się, że umknęło mi twoje nazwisko, gdy mój syn cię przedstawiał.
Mrugnęła, mając nadzieję, że śpiewny brzęk porcelany, z jakim odstawiła filiżankę na spodek, zwróci uwagę siedzącego tuż obok niej na dywanie Edgara, ale ten zajęty był układaniem kolejnych herbatników na nosie Boo i nie mógł wybawić jej od konieczności udzielenia odpowiedzi.
– Marlow – odparła, starając się nie brzmieć obcesowo. Wiedziała, czemu miało służyć to pytanie i czuła, że nie zniesie ani sekundy oczekiwania na to, aż pan Bones skojarzy jej nazwisko, więc dodała: – Rufus Marlow z Komisji Handlu to mój ojciec.
Pan Bones skinął wolno głową w zamyśleniu, wyraz jego pociągłej, surowej twarzy pozostał jednak nieprzenikniony. Być może jedynie niejasno kojarzył jej ojca i nie potrafił teraz odnaleźć w pamięci niczego, co mogłoby świadczyć przeciwko niej; nie miała pojęcia, jakim człowiekiem był jej ojciec w pracy, ale nie podejrzewała, żeby robił cokolwiek ponad wymagane od niego niezbędne minimum – zwykle samo oddychanie zdawało się pochłaniać całą jego wątłą wolę życia.
– Zatem Reese Marlow z Departamentu Tajemnic musi być twoim…
Boo westchnął ciężko, strącając piramidę herbatników ze swojego nosa i Raelyn wykorzystała to jako pretekst, żeby odwrócić wzrok i udać, że nie usłyszała ostatnich słów pana Bonesa. Czuła na sobie spojrzenie jego przenikliwych, błękitnych oczu, ciężar zgromadzonych przeciwko niej dowodów i formułujący się w jego głowie wyrok, gdy rzuciła się pomóc zebrać rozsypane po dywanie herbatniki, ale zanim werdykt został wydany, Edgar uznał, że spełnili już swój obowiązek wobec angielskiej tradycji i wyciągnął ją do ogrodu, a potem dalej przez wrzosowisko na plażę nad zatokę, niemal wciągając do wody.
Nie był pewna, czy to krew tak ogłuszająco szumiała jej w uszach, czy raczej rozpościerające się przed nią morze, ale kiedy chłodna, spieniona woda obmyła jej kostki i cofnęła się leniwie z powrotem do zatoki, zdawała się zabrać ze sobą całą jej wściekłość na Edgara wraz z rosnącym jej w gardle upokorzeniem. Nigdy wcześniej nie widziała morza i tak bardzo zachwyciła ją jego bezkresność, czysta linia horyzontu, sposób, w jaki błękit nieba spotykał się z błękitem wody, że odtąd spędzali na plaży całe dnie, leżąc na nagrzanym słońcem piasku jeszcze długo po tym, jak zapadał zmrok. Kiedy Edgar nauczył ją jeździć na rowerze, odwiedzali też czasem sąsiednią wioskę – a jeśli tylko chcieli ukryć się przed resztą świata, chowali się w pobliskich ruinach zamku, którego kruszące się mury nie przypominały wcale Hogwartu, ale dawały podobne poczucie bezpieczeństwa i z łatwością mogli sobie wyobrazić, że wiszące nad nimi niebo było zaczarowane.
Edgar miał jednak również w zwyczaju przepadać gdzieś bez słowa i zostawiać ją samą sobie; Amelia pozostawała wobec niej uprzejma, ale nie czuła się zobowiązana, żeby nawiązywać z nią rozmowę; pani Bones zajęta była kończeniem pracy naukowej dotyczącej starożytnego prawa; pan Bones natomiast spędzał większość czasu w Londynie i Raelyn starała się nie przypominać mu o swoim istnieniu, co udawało jej się aż do wystawnego niedzielnego obiadu, na którym pojawił się także starszy syn państwa Bones wraz ze swoją przyszłą żoną.
William Bones miał jasnorude włosy i pogodne usposobienie ze skłonnością do subtelnej ironii swojej matki. Był wzrostu Edgara, ale poza tym różnili się wszystkim – starszy z braci Bones pozbawiony był niezgrabności, niespokojnego ducha i pogardy dla wszelkiej subtelności młodszego, zachowując doskonałą równowagę między powagą i poczuciem humoru, co pozwalało mu z wyczuciem i niezbędnym dystansem podchodzić do żywiołowości brata, oziębłości siostry czy zasadniczości ojca. Jego narzeczona, Helena, była wnuczką Harolda Michuma, o którym mówiło się, że w przyszłym roku zostanie Ministrem Magii, co wraz z jej nieprzeciętną urodą musiało w oczach pana Bonesa rekompensować egzaltowanie, w jakie popadała, opowiadając nawet o najbardziej prozaicznych sprawach, bo znosił je bez mrugnięcia okiem.
Raelyn siedziała między panią Bones, a Williamem, wymieniając spojrzenia z siedzącym naprzeciwko Edgarem, który ukradkiem karmił Boo pod stołem najlepszymi kawałkami wołowiny; wraz z drugim daniem kończyły się jednak z wolna zabawne anegdoty, błahe tematy i cierpliwość pana Bonesa, który zdawał się nie słuchać relacji swojego młodszego syna z egzaminu z mugoloznawstwa, a jednak nieprzypadkowo przerwał mu w połowie zdania, rzucając przez stół tylko pozornie beznamiętnie:
– Lynn, ty zdaje się nie marnowałaś czasu na mugoloznawstwo? W domu Salazara ten przedmiot nigdy nie cieszył się popularnością.
Sposób, w jaki zdołał jednocześnie pochwalić i skrytykować jej brak zainteresowania światem niemagicznym, niemal wzbudził jej podziw.
– Kontynuowałaś przynajmniej historię magii na poziomie owutemów? – zapytał takim tonem, jakby zależało od tego wszystko, a kiedy skinęła głową, ciągnął wciąż niezadowolony: – Znakomicie. Może w takim razie zainteresuje cię moja kopia oryginalnego…
– Ona nie chce oglądać twojego gównianego Kodeksu – warknął Edgar z gwałtownością porównywalną jedynie do erupcji wulkanu i wszyscy spojrzeli w jego kierunku, choć ich powściągliwe reakcje świadczyły o tym, że zdążyli już przywyknąć do jego niewybrednego słownictwa.
Zapadła cisza, którą pan Bones zdawał się delektować.
– Lynn potrafi chyba mówić za siebie – powiedział w końcu wolno, tonem sugerującym, że wcale nie potrafiła.
– Jest zbyt dobrze wychowana, żeby kazać ci się od…
– Z chęcią obejrzę pańską kopię Kodeksu – wtrąciła ostrzej, niż zamierzała. – Dziękuję.
Edgar spojrzał na nią dotknięty tą zdradą, którą przecież popełniła dla niego, nie chcąc, żeby powiedział coś, czego mógłby później żałować, nawet jeśli dotąd zdawał się nigdy nie żałować słów wypowiedzianych w gniewie, nie tak naprawdę, wciąż przekonany, że w cudzej pamięci nie mogły przetrwać dłużej niż w jego własnej, gdzie ich żywot był wyjątkowo krótki.
Trzasnął dramatycznie drzwiami; podano deser, na który nikt nie miał ochoty. Pan Bones zaprowadził ją do swojego gabinetu, gdzie w szklanej gablocie znajdowała się okazała, wyjątkowo stara księga otwarta na klauzuli definiującej kary przewidywane za złamanie ustaleń Międzynarodowego Kodeksu Tajności, które obecnie były jedynie odrobinę łagodniejsze i Raelyn starała się sprawiać wrażenie zainteresowanej, ale kiedy podniosła wzrok na pana Bonesa, żeby zapytać, z którego dokładnie roku pochodziła kopia, z której był tak dumny, wyraz jego oczu dał jej do zrozumienia, że wcale nie będą rozmawiać o historii magii.
– Nie życzę sobie, żebyś wciągała mojego syna do tej waszej sekty – powiedział wprost, nie siląc się na żadne wstępy. – Gotowy jest popełnić jakieś głupstwo, żeby tylko coś mi udowodnić, ale nie pozwolę ani tobie, ani twojemu bratu… – Otworzyła usta, ale zanim zdołała wypowiedzieć choćby słowo, pan Bones uciął bezlitośnie: – Nie waż się kłamać, patrząc mi w oczy, dziewczyno.
Bała się mrugnąć, żeby nie uznał tego za afront.
– Znam was lepiej, niż wam się wydaje. Wszyscy wyssaliście obłudę z mlekiem matki – podjął szeptem tak cichym, że musiała niemal czytać z ruchu jego warg. – Myślisz, że nie wiem o zażyłości twojego brata z Rudolfusem Lestrange’em? Posłuchaj mnie uważnie. Jutro opuścisz mój dom, a jeśli kiedykolwiek spróbujesz…
– Wystarczy, Edwardzie.
Pan Bones wyprostował się z godnością, ale Raelyn nie odważyła się poruszyć, żeby obejrzeć się na stojącą w drzwiach gabinetu panią Bones. Jedyne, czego pragnęła, to zniknąć – znajome uczucie, które ogarniało ją zawsze, gdy jej bratu udawało się przemocą zdusić w niej wszelki opór. Gardło miała ściśnięte i czuła, jakby zaraz miała udławić się własną śliną; pani Bones dotknęła ostrożnie jej ramienia, ale Raelyn nie potrafiła spojrzeć jej w oczy i tylko zacisnęła mocniej powieki, usiłując powstrzymać łzy upokorzenia. Usłyszała, jak pan Bones wychodzi, nie dając jej szansy na odparcie oskarżenia – jak zresztą miałaby tego dokonać? Wydawało jej się to niemożliwe.
– Jest przy tobie spokojniejszy – powiedziała pani Bones po długiej chwili milczenia, takim tonem, jakby rozstrzygało to o wszystkim, a kiedy niedowierzanie odbiło się na twarzy Raelyn, dodała: – Och, wierz mi. Dotąd jego zdenerwowanie dotkliwie odczuwała przede wszystkim moja porcelana.
Edgar wciąż nie wrócił do domu, gdy kładła się tego wieczoru spać; rano obudziła się już jednak w jego objęciach, złożyła pocałunek między jego bezwiednie ściągniętymi brwiami i wszystko znów było w porządku, jakby wczoraj nic się nie wydarzyło.
Pan Bones przestał ją zauważać, jakby naprawdę opuściła jego dom; pani Bones natomiast poprosiła ją o pomoc w tłumaczeniu runów i odtąd spędzały razem długie godziny w jej zalanym słońcem gabinecie, w którym niemal każdy skrawek powierzchni płaskiej zajmowały stosy piętrzących się ksiąg. Później piły razem herbatę, grały proste melodie na pianinie przy akompaniamencie rozdzierającego wycia Boo, a czasem próbowały nawet przygotowywać obiad, choć żadna z nich nie posiadała wystarczających umiejętności kulinarnych i tylko utrudniały pracę biednej skrzatce, która zawsze w końcu traciła cierpliwość i wypraszała je z kuchni.
Jedli akurat drugie śniadanie na plaży, gdy Amelia, sztywna z emocji, przybiegła z listami z wynikami egzaminów. Edgar barbarzyńsko rozdarł kopertę, sprawdzając jedynie ocenę z zielarstwa, która miała zdecydować o wszystkim i Raelyn obserwowała go w napięciu, zapominając o swoim liście – zaraz jednak jego ciemne oczy rozbłysły i zanim pani Bones zdołała pogratulować Amelii ośmiu Wybitnych sumów, z dzikim wrzaskiem wyrzucił pergamin w powietrze, porywając w objęcia swoją młodszą siostrę i w nagrodę za dostarczenie pomyślnych wieści, wrzucając ją ku jej świętemu oburzeniu w ubraniu do morza.
Pani Bones przywołała zaklęciem jego porwany przez wiatr list, podczas gdy Raelyn otworzyła swój bez emocji, znajdując w nim jeden Wybitny ze starożytnych runów, dwa Powyżej oczekiwań z historii magii i zielarstwa oraz trzy Zadowalające z zaklęć, obrony przed czarną magią i… eliksirów. Było to więcej, niż mogła oczekiwać, choć jej brat z całą pewnością byłby jedynie rozczarowany – nigdy nie zadowalało go nic mniej niż perfekcja. Dlaczego w ogóle teraz o nim pomyślała? Edgar pocałował ją znienacka, mamrocząc gorączkowo podziękowania za pomoc w nauce zielarstwa i widmo jej brata zniknęło.
Niełatwo było odejść z tego miejsca – opuścić porośnięte bluszczem mury tego domu, zostawić za sobą uspokajający szum morza, zrzec się beztroski. Było to jednak nieuniknione i wraz z końcem sierpnia zdecydowali się przenieść do Edynburga, miasta wiktoriańskich wieżowców, gdzie Edgar, mimo przekonania pana Bonesa, że ta decyzja prędzej czy później stanie mu kością w gardle, miał rozpocząć kursy uzdrowicielskie. Wynajęli niewielkie mieszkanie na poddaszu w kamienicy zamieszkałej wyłącznie przez czarodziejów, ale położonej w całkowicie mugolskiej okolicy; przygarnęli pręgowanego, jednookiego kota; na targu staroci kupili niepasujące do siebie krzesła i cukierniczkę.
W pierwszej chwili go nie rozpoznała – tak niemożliwy wydał jej się w tym miejscu, w tej rzeczywistości, wpatrzony w witrynę mugolskiego sklepu muzycznego pełną kaset magnetofonowych. A jednak nie było to złudzenie; minęła go i dopiero w następnej sekundzie zatrzymała się, żeby na niego spojrzeć, a wtedy on oderwał wzrok od wystawy i uśmiechnął się do niej tym fałszywym, słodkim uśmiechem, który nie sięgał jego ołowianoszarych oczu.
Zacmokał rozbawiony.
– Nie cieszy cię mój widok.
Ulica pełna była ludzi, a jednak Raelyn poczuła znajome ukłucie paniki i w odpowiedzi tylko prychnęła lekceważąco, żeby to ukryć. Odnalezienie jej z pewnością nie kosztowało go wiele wysiłku, ale po co zadał sobie tę odrobinę trudu, po co zjawił się tutaj teraz, w jej zupełnie nowym życiu, po miesiącach milczenia, gdy prawie udało jej się zapomnieć o jego istnieniu? Nie mógł przecież oczekiwać, że wróci z nim do domu, do tamtego przeklętego życia, do bycia niewidzialną – jak mogłoby mu wciąż zależeć na tej szczenięcej władzy nad nią, kiedy posiadał władzę o wiele większą i bardziej upajającą? Czy ona mu nie wystarczała?
– Nie wrócę do domu – powiedziała wprost, bez wahania; wolałaby przegryźć sobie żyły, niż to zrobić. – Nie możesz mnie zmusić.
Powieka mu drgnęła, jakby te słowa go dotknęły, ale kiedy się odezwał, ton jego głosu był płaski i pozbawiony emocji:
– Nie będę musiał. Sama w końcu wrócisz. Zobaczysz – rzucił od niechcenia, z nieprzeniknionym wyrazem twarzy przyglądając się mijającym ich na chodniku mugolom. – Krwi nie możesz się wyrzec.
Zbliżył się do niej na tyle, że na moment przysłonił jej widok na ulicę; nie cofnęła się jednak, a on jej nie dotknął – tylko nachylił się, żeby wyszeptać jej do ucha ostrzegawcze:
– Nie zrób nic głupiego. – A potem jeszcze cierpkie, pogardliwe: – Ojciec za tobą tęskni.
Zostawił po sobie jedynie uczucie odrętwienia, jakby wybudziła się z długiego, nużącego snu, którego szczegóły natychmiast po przebudzeniu rozmyły się we wrzawie ulicy. Właśnie tak postanowiła o nim myśleć – jak o sennej marze, która nie mogła jej nic odebrać i dopiero z czasem miała się przekonać, jak bardzo się myliła.

Kości zostały rzucone: rozdział siódmy

W zimnym świetle dnia nie mieli sobie nic do powiedzenia. Ich spojrzenia spotkały się na moment w pokoju wspólnym i Lestrange mrugnął nieprzytomnie, jakby zdziwiony nie tylko jej widokiem, ale i samym istnieniem, po czym zaraz odwrócił wzrok i już więcej na nią nie spojrzał, podczas gdy ona przyglądała mu się bezkarnie ze spokojem graniczącym z obojętnością, zbyt odrętwiała, żeby cokolwiek czuć. Gdyby była naiwna, mogłaby uznać jego niepewność za wyraz pokory, może nawet wstydu, ale jeśli Rabastan Lestrange żałował czegokolwiek tego szarego, kwietniowego poranka, to na pewno nie tego, jak ją potraktował – z czego miałaby się zrodzić w jego głowie podobna wątpliwość? Musiał żałować jedynie tego, że tak bezmyślnie się przed nią odsłonił, że bez wahania przyjął jej litość, że w ogóle ją wzbudził – zupełnie jakby to on został upokorzony przez nią, a nie ona przez niego, oddając mu się wbrew sobie i wszelkiemu rozsądkowi.
Teraz nie miała już dla niego współczucia i nic więcej nie mogła mu dać. Nie odezwali się do siebie słowem przez całą drogę do Hogsmeade, ale tym razem to zwykłe dla niego milczenie wydało jej się nieznośne i kiedy znaleźli się wreszcie w pustej o tak wczesnej porze Gospodzie pod Świńskim Łbem, niemal ucieszyła się na widok swojego brata, mimo że wcale nie miała ochoty go oglądać. Siedział w głębi sali pochylony nad pojedynczą świecą, jakby spowiadał się jej ze wszystkich swoich ukrytych pragnień i powoli przesuwał dłonią tuż nad jasnym płomieniem, uśmiechając przy tym ponuro do własnych myśli. Nigdy wcześniej nie widziała go tak roztargnionego; nie zauważył ich od razu, a kiedy podeszli bliżej i w końcu podniósł na nich spojrzenie swoich dużych, czystych oczu, Raelyn poczuła mdłości na myśl, że jakimś sposobem mógłby dowiedzieć się o tym, co wydarzyło się między nią a Lestrange’em w bibliotece. Nie była pewna, jak by to przyjął ani które z nich zostałoby za to ukarane – Lestrange za to, że wykorzystał jej słabość, czy ona, że mu na to pozwoliła.
Reese nie był jednak sam.
– A niech mnie, Marlow – rzucił Rudolfus Lestrange leniwie, zwracając się z wyraźnym afektem do jej brata, choć to na nią patrzył, mierząc ją spojrzeniem swoich jasnych, migdałowych oczu. – Twoja siostra trochę wyrosła, odkąd ją ostatnio widziałem.
Było coś hipnotyzującego w sposobie, w jaki się poruszał, bawiąc niedbale złotym sygnetem na serdecznym palcu prawej dłoni, odchylając miękko głowę, żeby odrzucić z czoła kosmyk ciemnobrązowych włosów, rozciągając wolno usta w szerokim, ciepłym uśmiechu, który nie mógł być szczery, a jednak właśnie taki się wydawał. Mrugnął do niej porozumiewawczo, żeby się nie obrażała, że tak sobie tylko żartował i podniósł się z krzesła, żeby z udawaną nieśmiałością pocałować ją w policzek.
– Miło cię widzieć – wyszeptał jej do ucha poufale, jakby była jego dawno niewidzianą przyjaciółką i przez sekundę wydawało jej się, że tak właśnie było, że znali się od zawsze i tęskniła za nim każdego dnia przez całe swoje życie, ale potem ich spojrzenia się spotkały i nagle zrozumiała, jakim sposobem udało mu się opętać nawet kogoś tak bezdusznego jak jej brat. – Mam nadzieję, że młody jest dla ciebie miły? – podjął z fałszywą troską, a ona poczuła się nagle bezbronna, jakby nawet jej myśli nie należały już do niej i mimo jego bliskości zrobiło jej się zimno. – Jesteś, młody? – zwrócił się nieoczekiwanie do swojego młodszego brata, którego dotąd ignorował z tak okrutną premedytacją, choć ten, głodny jego uwagi, wpatrywał się w niego niecierpliwie, gryząc nerwowo wargi.
Byli do siebie bardzo podobni – nawet jeśli teraz, w tym konkretnym miejscu i czasie, mogli wydawać się zupełnie różni. Starszy Lestrange był synem swojego ojca, ciemnowłosy, nieznacznie niższy, o mocnej budowie, niepokojącym kroju ust sugerującym okrucieństwo charakteru i zimnych, błyszczących oczach osadzonych głęboko pod wyrazistymi brwiami, podczas gdy młodszy wydawał się przy nim kruchy jak porcelana i wciąż był jeszcze tylko chłopcem ze swoimi przydługimi włosami w kolorze szarego blondu, zaciśniętymi uparcie wargami, nerwowością i niepewnością wieku nastoletniego. A jednak kiedy przypomniała go sobie z tamtego październikowego popołudnia, gdy odezwał się do niej po raz pierwszy – jego niezmącony jeszcze wtedy spokój i ten senny uśmiech, któremu z takim trudem się oparła – uderzyło ją nagle ich głębokie, choć dopiero kiełkujące podobieństwo i jasnym stało się, jakim człowiekiem Rabastan Lestrange miał się stać w przyszłości.
– Nie zawstydzaj mnie z łaski swojej przed moim przyjacielem – ciągnął Rudolfus z tą samą niebezpieczną, bo wykalkulowaną wylewnością. – Wystarczy, że wyżyłeś się na kuzynie Yaxleyu i musiałem się za ciebie tłumaczyć matce. Dumny z siebie jesteś, co? – syknął bratu do ucha, łapiąc go niespodziewanie za kark, jakby był tylko niesfornym szczeniakiem. – Żeby mi się to więcej nie powtórzyło. Jesteśmy w końcu rodziną. – Jego uścisk zelżał nieco, stał się bardziej braterski. – Chodź, mamy sprawy do omówienia. To zajmie tylko moment, a potem się napijemy i powspominamy stare czasy, co wy na to?
Niemożliwym wydawało się odmówić mu czegokolwiek. Reese tylko skinął głową, rozbawiony tym przedstawieniem i starszy Lestrange uśmiechnął się do niego ze słodkim zadowoleniem, podczas gdy młodszy rzucił mu krótkie, ale pełne palącej nienawiści spojrzenie, które Raelyn w pierwszej chwili zinterpretowała jedynie jako zazdrość o to, z jakim teatralnym afektem Rudolfus go traktował. Było w tym jednak coś jeszcze – coś, co niebezpiecznie przypominało oskarżenie, którego nie śmiał zwerbalizować. Jak mógł podejrzewać jej brata o cokolwiek? Musiał jedynie ulec pragnieniu, żeby to właśnie Reese Marlow okazał się winny tego, że jego świat rozpadł się tak niespodziewanie wraz z aresztowaniem jego ojca.
– Wszystko w porządku? – zapytał ją Reese nieoczekiwanie, gdy tamci usiedli w odległej części sali i Raelyn spojrzała na niego ostro, żeby darował sobie tę grę, kiedy byli sami, ale nie zrobiło to na nim najmniejszego wrażenia i tylko dodał beznamiętnie: – Jesteś blada.
Mrugnęła, żeby pozbyć się spod powiek wspomnienia pogrążonego w mroku Działu Ksiąg Zakazanych, wciąż jednak wydawało jej się, że czuje zapach starego pergaminu, kurz pod palcami i chłód kamiennej posadzki na skórze.
– Źle spałam – ucięła natychmiast, zdejmując pelerynę i siadając naprzeciwko niego, ale wcale przy tym na niego nie patrząc. Czuła się pewniej, gdy dzielił ich przynajmniej stół. – Długo się nie odzywałeś.
Skinął wolno głową, świdrując ją spojrzeniem tak długo, póki na niego nie spojrzała i dopiero wtedy odpowiedział z niespotykaną u niego prostotą, która musiała mieć w sobie coś ze szczerości:
– Upewniałem się, że nie jestem pod obserwacją.
Nie potrafiła zdecydować, czy powiedział to, bo zaczynał jej ufać, czy tylko chciał, żeby tak myślała – pewna była jedynie tego, że nie mogła wierzyć w ani jedno jego słowo, bo nawet jeśli mówił prawdę, to nigdy nie robił tego tak po prostu, bez jakiegoś ukrytego celu. Jak mógł żyć w ten sposób? Jak oni wszyscy mogli tak żyć? Uciekła spojrzeniem w stronę okna, ale było ono tak brudne, że widok stanowił jedynie mleczną plamę i dopiero po długiej chwili Reese zapytał ją, czy wróci do domu na zbliżającą się przerwę wiosenną, na co odparła krótko, nie odrywając wzroku od niewyraźnych sylwetek przemykających za szybą jak duchy, że musi skupić się na powtórkach do egzaminów i na tym skończyła się ich rozmowa.
Potem słuchali już tylko Rudolfusa Lestrange’a, jego opowieści z czasów szkolnych i głośnego, beztroskiego śmiechu, który wypełniał całe pomieszczenie, pochłaniając z niego powietrze, i kiedy w końcu się rozstali, Raelyn poczuła ulgę, jakby znów mogła swobodnie oddychać, choć grzane wino i jego słowa wciąż szumiały jej w głowie. Cokolwiek powiedział na stronie swojemu młodszemu bratu – czy nakarmił go samymi kłamstwami, zapewniając, że ich ojciec nie zostanie skazany czy raczej obiecał mu krwawą zemstę – musiało być dokładnie tym, co Rabastan potrzebował usłyszeć, bo w drodze powrotnej do zamku wydawał się dziwnie spokojny, niemal pogody i nawet mijająca ich grupa Gryfonów z szóstego roku, ośmielonych swoją wyższością moralną i przewagą liczebną, nie była w stanie tego zburzyć napastliwymi komentarzami, które ciągnęły się za nimi bez końca. Lestrange w żaden sposób nie zareagował na te zaczepki, jakby to nie on był ich celem; dopiero kiedy najodważniejszy, a może tylko najgłupszy z całej grupy wrzasnął za nim, że tym, co zostanie z jego ojca po procesie, nie nakarmiłby nawet swojego psa, pojedynczy mięsień drgnął mu na policzku, a wtedy Raelyn złapała go odruchowo za rękę, żeby powstrzymać go przed zrobieniem czegoś, czego nie chciała być świadkiem, ale on tylko obejrzał się na nią z uspokajającym uśmiechem, rozbawiony jej histeryczną reakcją, zupełnie jakby nigdy wcześniej nie dał jej powodu, żeby podejrzewała go o najgorsze – nie puścił jednak jej ręki aż do bram zamku.
Chciała myśleć, że ten incydent nie miał znaczenia; że Lestrange nie ośmieli się szukać satysfakcji, gdy wszyscy patrzyli mu na ręce, gotowi obwinić go nawet o zbyt obfite opady atmosferyczne w trakcie zbliżającego się meczu quidditcha – w jego spokoju po spotkaniu z bratem było jednak coś upiornego i kiedy tydzień później w czasie lunchu pocałował ją znienacka na oczach wszystkich w szyję, a zaraz potem rozeszła się plotka o okaleczonym dzieciaku z drugiego roku, po prostu wiedziała.
Nikt nawet nie spojrzał w jego stronę. Być może tylko nieliczni zdawali sobie sprawę, że istniał sposób, by zmusić dziecko wbrew wszelkiemu instynktowi do wsadzenia ręki do kociołka pełnego niebezpiecznego eliksiru na oczach kolegów i starego, poczciwego Slughorna; większość musiała uznać to za zwykły wypadek, obwiniając przede wszystkim jego ofiarę za błędne zmieszanie składników, nieostrożność, brawurę lub tylko czystą głupotę – Raelyn nie potrafiła jednak uwierzyć w tę bezpieczną wersję wydarzeń, nie kiedy okazało się, że ten mały Krukon miał starszego brata w Gryffindorze.
Lestrange nawet nie mrugnął, gdy spojrzała na niego tak, jakby widziała go pierwszy raz w życiu. Nie miała złudzeń – wiedziała przecież, że był zdolny do okrucieństwa, jak mógłby nie być w świecie takim jak ten, ale zawsze wyobrażała sobie, że przybierało ono pospolite formy, że miało jakieś granice, że dopiero uczył się zadawania cierpienia i nie przychodziło mu to jeszcze naturalnie. Czy nie wystarczyło zwyczajnie upokorzyć przed resztą tego, który tak głupio odważył się obrazić jego ojca? Czy parę odpowiednio dobranych klątw i kilka dni w skrzydle szpitalnym to zbyt niska cena za jego urażoną dumę? Może powinna pozwolić mu wtedy wyjąć różdżkę i wyrównać rachunki od razu, zamiast tylko to opóźnić i dać mu czas do zaplanowania czegoś o wiele bardziej dotkliwego. To, że ucierpiało przy tym dziecko, które niczemu nie zawiniło, nie miało nic do rzeczy – Raelyn tylko niejasno zdawała sobie sprawę, że czegoś takiego nie można było w żaden sposób usprawiedliwić, ale nie potrafiła wzbudzić w sobie właściwych uczuć, gdy paraliżował ją strach przed precyzją, z jaką Lestrange uderzył w najczulszy punkt kogoś, kto przecież obraził go zupełnie bezmyślnie, nie mając pojęcia o możliwych konsekwencjach.
Miejsce, w którym jego wargi dotknęły wcześniej skóry na jej szyi, paliło ją teraz jak żywy ogień. Jak miała się od niego uwolnić? Jak miała się uwolnić od nich wszystkich? Nagle wydało jej się to niemożliwe – o ile kiedykolwiek było. Krew odpłynęła jej z twarzy, a widelec wypadł z ręki, uderzając z brzękiem o talerz i siedzący obok Travers zapytał ją, czy dobrze się czuje, ale w odpowiedzi tylko skłamała gładko, że zapomniała z dormitorium eseju z historii magii i wybiegła z Wielkiej Sali, która stała się nagle zbyt klaustrofobiczna, żeby mogła spędzić w niej choćby sekundę dłużej. Starała się zachować spokój, czuła jednak, że brakuje jej powietrza i dopiero po chwili uświadomiła sobie, że nie wie, dokąd właściwie idzie. Zatrzymała się więc niezdecydowana na środku korytarza i w przypływie wściekłości na samą siebie i swoją bezradność pchnęła stojącą obok starą zbroję, która rozpadła się z łoskotem na posadzce, wcale nie przynosząc jej tym ulgi, a kiedy jeden z portretów oburzył się na ten jawny akt wandalizmu, wrzasnęła na niego dziko, przepędzając go z jego własnych ram i usiadła pod ścianą wyczerpana tymi wszystkimi sprzecznymi emocjami, które nią targały i których wcale nie chciała czuć.
– Kto by pomyślał, że potrafisz płakać. Taka zimnokrwista Ślizgonka jak ty. Prawie jakbyś była człowiekiem.
Miała ochotę krzyczeć. Chciała być chociaż przez moment sama ze sobą, żeby nie musieć udawać kogoś, kim nie była i móc wreszcie usłyszeć własne myśli. Czy ze wszystkich korytarzy w tym przeklętym zamku Edgar Bones musiał wybrać akurat ten, na którym pozwoliła sobie na chwilę słabości? Nie mogła nawet na niego spojrzeć – nie teraz, nie po tym wszystkim, co wydarzyło się od ich ostatniej rozmowy, która wydawała się tak odległa, jakby miała miejsce w zupełnie innym życiu.
–  Co jest, dziewczyno? – zapytał lekko, siadając tuż obok niej pod zimną, kamienną ścianą. – Niemożliwe, żeby złamano ci serce, musiałabyś je najpierw…
Czuła, że nienawidzi go teraz na równi z innymi i chciała, żeby to poczuł, żeby zostawił ją w spokoju, ale nie miała siły walczyć z jego okrutną, puchońską wytrwałością, która nie pozwalała mu zrezygnować nawet ze spraw dawno przegranych, i kiedy otworzyła usta, żeby wysłać go do diabła, wydobył się z nich tylko słaby, żałosny jęk:
–Zamknij się, proszę cię.
Umilkł posłusznie, choć nie wytrwał w tym milczeniu nawet dwóch sekund.
– Spójrz na mnie.
Oparła głowę o kojąco zimną ścianę i zrezygnowana otworzyła oczy, znajdując jego dziwną, szczerą twarz o wiele bliżej swojej, niż się tego spodziewała – jego wargi zaciśnięte uparcie, brwi ściągnięte w skupieniu, oczy nieruchome i świdrujące ją bezdusznie, jakby jej łzy nie robiły na nim najmniejszego wrażenia, choć nie widziała przez nie zbyt wyraźnie i może tylko jej się wydawało.
– Wystarczy już tego płaczu – orzekł kategorycznie, wycierając jej wilgotne policzki rękawem swojego żółtego swetra z nienaturalną dla siebie dbałością. – Nie robisz się od tego ładniejsza.
Odepchnęła od siebie jego duże, niezgrabne dłonie, nie mogąc znieść jego dotyku i uderzyła go na oślep w twarz, a on wbrew wszelkiej logice w odpowiedzi na to pocałował ją z tak rozpaczliwą determinacją, że zachłysnęła się powietrzem i przylgnęła plecami do ściany, sparaliżowana strachem, że ktoś mógłby ich zobaczyć, ale i niezdolna do stawienia mu oporu, bo wszystko w nim było śmiałe, niezdarnie szczere i przepełnione nadzieją, która w niej już zgasła. Zadrżała, odpowiadając na jego pocałunek z równie desperackim afektem po zaledwie sekundzie wahania i przywarła do niego całym swoim wątłym ciałem, pozwalając mu się objąć tylko po to, by w następnej chwili odepchnąć go od siebie bez ostrzeżenia, bardziej niż jego zaskakując tym samą siebie.
– Co ty wyprawiasz? – rzuciła ostro, zrywając się na równe nogi. Właściwie pytała o to samą siebie, ale to on udzielił jej odpowiedzi:
– Całuję cię – odparł z prostotą, skonfundowany, a może nawet zraniony jej reakcją i bezwiednie oblizał wargi, zanim zapytał wprost: – Nikt wcześniej tego nie robił?
– Nie bądź śmieszny – ucięła natychmiast, rozglądając się niespokojnie po wciąż pustym korytarzu, byle tylko nie patrzeć mu w oczy. Jak wiele by w nich straciła, gdyby wiedział, że zaledwie tydzień temu oddała się Lestrange’owi? Teraz wydało jej się to obrzydliwe. – Nie chcę, żebyś mnie… nie wolno ci tego robić.
Zmarszczył nieufnie nos, wyczuwając jej wahanie.
– Niby czemu mi nie wolno? – podjął wyzywająco, jakby nawet ona nie mogła mu tego zabronić tak po prostu, bez słowa wyjaśnienia i zerwał się z posadzki, gotowy udowodnić jej, że wcale nie potrzebuje jej przyzwolenia, żeby ją całować, zaraz jednak opamiętał się i tylko wymamrotał  gniewnie: – Próbuję cię tylko pocieszyć, do cholery.
– Całujesz wszystkie płaczące dziewczyny?
Spojrzał na nią z politowaniem i nic na to nie odpowiedział, nie zamierzając wdawać się z nią w przepychanki słowne, które nigdzie by ich nie zaprowadziły. Zrobił krok w jej stronę, zdeterminowany, żeby zakończyć ten cyrk, ale ona cofnęła się spłoszona.
– Daj spokój, Lynn – warknął dotknięty, nie potrafiąc już ukryć zniecierpliwienia. – Powiedz mi wreszcie, co się stało.
Z jej gardła wyrwał się jedynie zduszony szloch – może dlatego, że tylko jej matka zwracała się do niej w ten sposób, a może dlatego, że przecież powiedziałaby mu wszystko, gdyby tylko mogła, gdyby miało to jakikolwiek sens, ale przecież nie miało i nie wiedziała, jak miałaby to zrobić, gdzie zacząć i kiedy skończyć, żeby cokolwiek z tego zrozumiał. Jak miałby pojąć, przed czym uciekała, skoro był patologicznie niezdolny do odczuwania strachu?
– Nic się nie stało – wydusiła z siebie, dławiąc się łzami. Nie mogła złapać tchu i cała się trzęsła. – Nic nie można z tym już zrobić. Zostaw mnie w spokoju. Wystarczy, że twój ojciec… Gdyby ktoś nas teraz… Nie masz nawet pojęcia, do czego oni wszyscy…
W jego ciemnych oczach błysnęło zrozumienie, gdy tylko wspomniała jego ojca.
– Myślę, że mam całkiem niezłe pojęcie – przerwał jej z wściekłością, która skutecznie zamknęła jej usta i tylko spojrzała na niego bezradnie szeroko otwartymi oczami. – Wiem, do czego są zdolni i wiem, że to przerażające. Wiem. – Złapał ją za ramiona i potrząsnął nią tak mocno, jakby chciał w ten sposób wytrząsnąć z jej głowy wszystkie te straszne myśli. – Wiem. Ale wszystko będzie dobrze, obiecuję. Tylko postaraj się oddychać.
Pocałował ją w czubek głowy i wtedy wreszcie się poddała – wtuliła twarz w jego wełniany sweter i objęła go w pasie tak mocno, jak tylko potrafiła, gotowa uwierzyć w jego obietnicę, nawet jeśli wiedziała, że nie mógł jej dotrzymać.

Kości zostały rzucone: rozdział szósty

Zmuszał się do jedzenia suchego tosta, z roztargnieniem wpatrując w przestrzeń gdzieś ponad jej ramieniem, zupełnie jakby nie czuł na swoich plecach ciężaru tych wszystkich spojrzeń, nie słyszał powtarzanego szeptem swojego nazwiska, nie widział czarno-białych fotografii swojego ojca spoglądających na niego z pierwszych stron Proroka Codziennego – a przecież musiał widzieć i słyszeć, cokolwiek czuć. Był szary na twarzy, usta miał zasznurowane, brwi ściągnięte w zamyśleniu, podbródek jak zawsze nieco wyzywająco uniesiony, może tylko odrobinę wyżej niż zwykle, i Raelyn przyglądała mu się z mieszanymi uczuciami, nie potrafiąc oddzielić satysfakcji od litości. O czym mógł myśleć w takim momencie, jeśli nie o tym, co właśnie utracił bezpowrotnie?
Nic już nie miało być takie, jakie było jeszcze wczoraj – ani dla niego, ani dla nich wszystkich. Aresztowania i procesy zdarzały się już wcześniej, nigdy jednak tak spektakularne, bo nigdy dotąd nie ośmielono się uderzyć w wielkie rody – niemożliwym wydawało się zagrozić ludziom, którzy złoto, władzę i przywileje gromadzili od wieków; którzy związani nierozerwalnymi więzami krwi, pozostawali lojalni jedynie wobec siebie; którzy stanowili fundament magicznego porządku. Jak aurorom udało się w ogóle zbliżyć do kogoś takiego jak Linus Lestrange? Na dnie jasnych, zimnych oczu człowieka ze zdjęcia kryła się gotowość do obrócenia w popiół całego świata, a wraz z nim samego siebie – gorączka, która trawiła także obu jego synów, choć to Rabastan zawsze wydawał się bliższy samospalenia, mimo że nigdy nie używał wielkich słów, nie mówił o obowiązku, poświęceniu, magicznej dominacji, czystości krwi. Nie słyszała nawet, żeby kiedykolwiek nazwał kogoś szlamą, ale przecież nie musiał – wystarczyło, że milczał, gdy robili to inni. Rodzeństwo Carrow przodowało w wywlekaniu cudzego pochodzenia, jakby ich własne miało przez to zyskać i Travers uwielbiał im to wytykać, co zawsze prowadziło do awantury, podczas gdy Yaxley potrafił bez końca snuć bardziej wyszukane, ale przy tym śmiertelnie nużące rozważania o konieczności oczyszczenia rasy, póki ktoś nie kazał mu się zamknąć. Ona sama w czasie tych jałowych dyskusji nie odzywała się wcale, a zapytana wprost mówiła jedynie to, co tamci chcieli usłyszeć – i tylko Lestrange patrzył na nią tak, jakby wiedział, że wypowiadane przez nią słowa nic dla niej nie znaczyły, jakby rozpoznawał w tym samego siebie. Zdawał się w nic nie wierzyć, nie tak naprawdę, a jednak ze wszystkich spraw wartych jego życia zdecydowany był poświęcić się bez reszty właśnie tej, bezwarunkowo godząc na wszystko, co zostało mu przeznaczone z tytułu urodzenia i Raelyn nie potrafiła zdecydować, czy budziło to jej podziw, czy raczej pogardę.
Z zamyślenia wyrwał go dopiero kawałek pergaminu złożony w formę żurawia, który wylądował na jego pustym talerzu. Rozwinął papier ostrożnie, odczytując wiadomość z wahaniem, jakby mógł otrzymać jeszcze gorszą nowinę od tej, którą tego ranka poznali wszyscy, ale zaraz jego usta wykrzywiły się w lekceważącym grymasie i zmiął pergamin w dłoni, a kiedy Yaxley posłał mu pytające spojrzenie, rzucił tylko:
– Slughorn chce mnie widzieć w swoim gabinecie.
Wszyscy starannie unikali jego wzroku, jakby bali się, że mogliby się czymś od niego zarazić, a kiedy pojawił się na obronie przed czarną magią spóźniony niemal kwadrans, nauczyciel udał, że nawet tego nie zauważył. Usiadł z tyłu i na moment ze zmęczeniem przymknął oczy – wydawał się spokojny, niemal apatyczny, ale wargi miał pobladłe i dopiero w czasie lunchu, który spędzali w pokoju wspólnym z dala od tych wszystkich szeptów i spojrzeń, Traversowi udało się wydusić z niego zaledwie parę słów wyjaśnienia.
– Cofnął mi pozwolenie na korzystanie z Działu Ksiąg Zakazanych – wyznał pozornie beznamiętnie i Travers z Yaxleyem parsknęli śmiechem jednocześnie. Wszyscy widzieli go czytającego w pokoju wspólnym Tajemnice najczarniejszej magii, jedną z tych książek, którą Albus Dumbledore miał wycofać z Działu Ksiąg Zakazanych, gdy tylko został mianowany dyrektorem szkoły; gest Slughorna, opakowany w gładkie słówka i zapewnienia, że to wszystko musiało być jedynie nieporozumieniem, nie miał więc większego znaczenia – a jednak Lestrange musiał poczuć się dotknięty tak zachowawczą reakcją ze strony człowieka, który nigdy wcześniej niczego nie odmówił jego ojcu, bratu ani jemu samemu.
Jego nazwisko wymawiano teraz jak przekleństwo. Skupiał na sobie uwagę wszystkich, gdziekolwiek się pojawił i z każdym dniem z coraz większym trudem znosił ciągnące się za nim spojrzenia, ciszę zapadającą nagle wraz z jego pojawieniem się, gorączkowe szepty wybuchające za jego plecami. Nikt nie śmiał rzucić mu jednak wyzwania – nawet Gideon Prewett trzymał język za zębami, odbijając sobie na młodszych Ślizgonach, którzy nagle stracili całą swoją butę i starali nie rzucać się w oczy. Travers stał się w stosunku do niego niemal agresywnie opiekuńczy, gotowy ustawić w szyku każdego, komu wyrwie się o jedno słowo za dużo; Yaxley próbował rozproszyć jego myśli, ale sam nie potrafił myśleć o niczym innym; rodzeństwo Carrow wolało w ogóle nie pokazywać mu się na oczy.
W połowie marca, gdy rozpoczął się proces jego ojca i podano do wiadomości publicznej listę zarzutów, którą otwierały przynależność do śmierciożerców i przekazywanie tajnych informacji Ministerstwa Magii, a zamykało użycie Zaklęć Niewybaczalnych, coś w nim pękło. Siedzieli późnym wieczorem w opustoszałym już salonie Slytherinu – Travers rozłożony na kanapie, dziwnie milczący, Yaxley kręcąc się niespokojnie w jednym fotelu, Lestrange zapadnięty głęboko w drugim, kartkując od niechcenia Najczarniejsze czary, ona tuż obok niego na dywanie, próbując jeszcze walczyć z ogarniającą ją sennością. W którymś momencie Yaxley nie wytrzymał; zerwał się z miejsca i podszedł do kominka, w którym dogasał ogień, rozpoczynając kolejny z serii swoich monologów analizujących drobiazgowo ostatnie wydarzenia. Mówiono, że stary Lestrange został zatrzymany na podstawie oskarżenia jakiegoś pracownika ministerstwa, który miał wyrwać się spod jego klątwy Imperius i tylko Edward Bones był na tyle zuchwały, żeby podjąć się ryzyka oskarżenia go – cecha, która najwyraźniej łączyła go z jego synem, choć ten zapewne wyparłby się jakiegokolwiek podobieństwa do ojca. Mówiono, że aresztowania dokonało pięciu aurorów, nie napotykając oporu; że planowano przesłuchania i obserwację nie tylko Lestrange’ów, ale także powiązanych z nimi wielkimi rodami, a więc przede wszystkim blisko spowinowaconych Yaxleyów i Blacków. Tego ranka Yaxley otrzymał list od matki w rozdartej kopercie, opieczętowany jako skontrolowany przez ministerstwo – to dlatego cały dzień był taki niespokojny i teraz potrzebował jedynie publiczności, żeby zwerbalizować dręczące go obawy. Raelyn nie miała jednak nawet siły go słuchać; oparła się głową o fotel i przymknęła rozpalone powieki, myśląc tylko o tym, że od aresztowania starego Lestrange’a nie otrzymała od swojego brata żadnej wiadomości. Czym mógł być tak zajęty, że nie miał czasu napisać nawet paru nic nieznaczących słów, które i tak niczego by nie wyjaśniły? Czy była to tylko ostrożność, czy może był na tyle często widywany w towarzystwie Rudolfusa Lestrange’a, że jego też obserwowali?
Nie usłyszała, co takiego Yaxley powiedział, że Lestrange podniósł na niego spojrzenie znad książki i syknął ostrzegawczo przez zęby:
– Jeszcze jedno słowo, Yaxley.
Gdyby się wtedy wycofał, nic by się nie wydarzyło – Corban Yaxley musiał być już jednak zmęczony życiem w cieniu Rabastana Lestrange’a, jego chimerycznym usposobieniem, ciągłym milczeniem i koniecznością odgadywania jego myśli, bo krew odpłynęła mu z twarzy, zmrużył swoje okrutne, błękitne oczy i wycedził zimno:
– Nie zapominasz się czasem?
Nawet nie zauważyła, kiedy Lestrange wyjął różdżkę i nie usłyszała wypowiadanej przez niego formuły; mrugnęła i Yaxley uderzył plecami o kamienny gzyms kominka, a potem upadł na kolana, rzężąc przeraźliwie, plując czerwoną śliną, nie mogąc złapać tchu. Travers zerwał się z kanapy i chwycił Lestrange’a za ramię, ale ten odwinął się wściekle, rozbijając mu dolną wargę i gdy na moment się rozdzielili, Raelyn niespodziewanie dla samej siebie znalazła się między nimi, rzucając ostro:
– Przestańcie. Wystarczy już.
Pożałowała tego, gdy tylko na nią spojrzał. Jego twarz była zmieniona, oczy miał pociemniałe od gniewu, a kiedy zrobił krok w jej stronę, odruchowo wyciągnęła przed siebie ręce, jakby to mogło go przed czymkolwiek powstrzymać i wyrwało jej się krótkie, zduszone:
– Proszę.
Zawahał się i zatrzymał, tylko mocniej zaciskając palce na różdżce. Spojrzał krótko na niewielką plamę ciemnej krwi na dywanie i drżącego konwulsyjnie Yaxleya, na Traversa z różdżką w dłoni za jej plecami, wreszcie znów na nią, jej rozszerzone strachem oczy i tylko skrzywił się pogardliwie, po czym odwrócił do nich plecami i zostawił ich bez słowa. Nie przyniosło jej to wcale ulgi; poczuła nagle dotkliwie chłód lochów na skórze i z jakiegoś powodu chciała pójść za nim, gdziekolwiek zamierzał o tej porze ukryć się przed Filchem, ale gdy tylko zrobiła krok, Travers natychmiast złapał ją za łokieć.
– Zostaw go – nakazał ostro, zaraz jednak dodał łagodniej, z rezygnacją: – Zostaw. Tak będzie lepiej.
Minęło kilka wyjątkowo długich dni, zanim którekolwiek z nich odważyło się wykonać jakiś ruch – najpierw Travers próbował załagodzić sytuację, przyjmując rolę mediatora, ale zraniona duma Yaxleya i nieustępliwość Lestrange’a mu tego nie ułatwiały; potem Raelyn otrzymała wreszcie list od brata, w którym nieoczekiwanie ustalał miejsce i datę spotkania w Hogsmeade, nic nie wyjaśniając, za to nakazując jej przyprowadzić ze sobą Lestrange’a – zupełnie jakby mogła go do czegokolwiek zmusić, a przecież równie dobrze mogłaby próbować przekonać słońce, żeby wzeszło na zachodzie, a zaszło na wschodzie. Długo nie potrafiła zmusić się, żeby w ogóle się do niego zbliżyć. Przypominał jej zranione zwierzę, którego reakcji nie sposób przewidzieć – trzymał się na dystans, znikał gdzieś nocami, opuszczał posiłki i z każdym kolejnym dniem wydawał się bledszy, szczuplejszy, jeszcze bardziej odległy. Odsuwała tę rozmowę w czasie, ile tylko było to możliwe, w końcu jednak nadszedł dzień przed umówionym spotkaniem, minęło południe, skończyły się zajęcia, podano kolację, a Lestrange’a nigdzie nie było, zupełnie jakby nigdy nie istniał i dopiero późnym wieczorem zauważyła go wymykającego się znów z pokoju wspólnego, a wtedy nie miała już wyboru – musiała iść za nim i znalazła go w bibliotece, siedzącego na podłodze w Dziale Ksiąg Zakazanych przy świetle pojedynczej świecy, z twarzą ukrytą za kurtyną jasnych włosów, zaczytanego w księdze, której tytułu i treści wolała się nawet nie domyślać.
– Czego chcesz, Marlow? – zapytał niecierpliwie, nie odrywając wzroku od ryciny przedstawiającej coś, co musiało być obdartą ze skóry ludzką ręką, a ona tylko podała mu list bez słowa, nie zamierzając tłumaczyć się z czegoś, czego sama nie rozumiała; zadarł głowę, odsłaniając twarz, która w świetle wątłego, migoczącego płomienia wydała jej się zupełnie obca i między jego bezwiednie ściągniętymi brwiami pojawiła się głęboka bruzda.
– W porządku – zgodził się w końcu niechętnie, ledwo przebiegając wzrokiem po treści listu. – To wszystko?
Potwierdziła skinięciem głowy, a jednak nie ruszyła się z miejsca i tylko uciekła spojrzeniem w bok, znajdując rozrzucone wokół niego księgi otwarte na recepturach trucizn, opisach zakazanych eksperymentów, formułach potwornych klątw. Przypomniało jej to, jak swoje trudne do ukrycia zainteresowanie czarną magią zawsze usprawiedliwiał chęcią zostania łamaczem klątw i nagle poczuła rozpaczliwą potrzebę, żeby nie było to tylko kolejne z jego kłamstw, żeby była w tym choć odrobina prawdy i mogła wierzyć, że w którymś momencie było to możliwe – nawet jeśli teraz już wszystko przepadło.
Uklękła obok niego na kamiennej posadzce, szukając na jego twarzy potwierdzenia, że i on kiedyś w to wierzył, po czym wyrwało jej się krótkie, nabrzmiałe od żalu:
– Byłbyś świetny w łamaniu klątw.
Niezrozumienie w jego oczach zmieniło się w wyrzut, że w ogóle o tym wspomniała, bo przecież obydwoje wiedzieli, czemu miał się poświęcić po opuszczeniu szkolnych murów i że nie było już od tego odwrotu z wyjątkiem śmierci, której przecież żadne z nich nie pragnęło, nie teraz, gdy ich życie miało się dopiero rozpocząć. Nic na to nie odpowiedział, bo nic nie zostało już do powiedzenia i jedynie pocałował ją tak, jakby tylko chciał zamknąć jej usta, żeby nie rozbudzała w nim tęsknoty za czymś, czego nigdy nie posiadał i nie zdradziła przypadkiem otaczającej ich ciemności, że kiedykolwiek ośmielił się poświęcić chociaż jedną bezwiedną myśl innemu życiu. Jak mogłaby go odepchnąć? Czuła wyraźnie jego rozdrażnienie na swoich wargach, ale to nie jego się obawiała, a swojej władzy nad nim, której tak wcześniej pragnęła, a której teraz nie potrafiła wykorzystać, nie kiedy było to takie łatwe. Nie przyniosłoby jej to żadnej satysfakcji i niczego by nie osiągnęła, unieszczęśliwiając go bardziej, niż on mógł unieszczęśliwić ją, biorąc jej litość i nie dając niczego w zamian poza kilkoma niecierpliwymi pocałunkami, upokorzeniem i odrobiną bólu, kiedy wziął ją w końcu na tej zimnej posadzce, w tej okrutnej ciszy, w świetle pojedynczego, chwiejnego płomienia, a potem zostawił bez słowa, nie potrafiąc nawet spojrzeć jej w oczy. Nie miała mu tego za złe, a przynajmniej nie bardziej niż sobie – obydwoje doskonale zdawali sobie przecież sprawę, że jutro będzie tak, jakby nic z tego się nie wydarzyło, jakby był to jedynie senny koszmar, który tylko wspólnie śnili i nie było sensu silić się na żadne gesty, skoro zaraz mieli o nich zapomnieć.

Kości zostały rzucone: rozdział piąty

Wciąż wydawało jej się, że czuje na sobie jego wzrok, ale gdy spoglądała w jego stronę, ich spojrzenia nigdy się nie spotykały, a on stale gdzieś się spieszył, czegoś szukał, coś robił, wszystko naraz, niedbale, niecierpliwie, jakby jego ciało nie nadążało za jego niespokojnym umysłem i myślami gnanymi wiatrem. Miał dziwną twarz, zmienną jak pogoda i pełną drobnych pieprzyków w najróżniejszych miejscach, o ustach odrobinę zbyt szerokich, nosie jednoznacznie orlim, oczach ciemnych jak dwie studnie, osadzonych głęboko pod wyrazistymi brwiami, przez które zawsze wydawał się trochę zły, a trochę skonfundowany i zwykle nie zadawał sobie nawet trudu, żeby odgarnąć opadające mu na oczy równie ciemne włosy, tak gęste i zmierzwione, że skutecznie ukrywały jego nieco zbyt duże uszy.
Z taką twarzą Edgar Bones nie mógł kłamać, nawet gdyby chciał – odbijało się na niej jak na tafli wody każde jego wahanie, każda najdrobniejsza myśl, pojawiająca się nagle w jego głowie tylko po to, by zaraz z niej wylecieć i przepaść bezpowrotnie. Nieustannie wydawał się czymś pochłonięty, choć rozpraszał się z łatwością i czasem tracił zainteresowanie, jeszcze zanim skończył zadawać pytanie, jakby sam zdążył już udzielić sobie odpowiedzi we wszystkich możliwych jej wariantach; wyrzucał z siebie słowa pospiesznie, bez zastanowienia, być może z obawy, że bardziej przemyślane mogłyby okazać się mniej szczere i chociaż Raelyn starała się zbywać jego szorstki sposób formułowania myśli latami ćwiczoną obojętnością, to zawsze w końcu udawało mu się odnaleźć jej czuły punkt, pociągnąć za właściwy sznurek, uderzyć w odpowiednią strunę – po czym wycofywał się spłoszony, jakby dopiero uświadamiał sobie, że jego słowa miały swój ciężar i na moment stawał się ostrożniejszy w ich doborze, potem jednak wszystko zaczynało się od nowa.
Sam wydawał się tego rodzaju słabości pozbawiony, ale gdy któregoś grudniowego popołudnia, zniechęcona swoimi miernymi postępami, zapytała go znad kociołka pełnego kolejnego nieudanego eliksiru, dlaczego nie kontynuuje historii magii i czy ojciec nie trzyma dla niego stołka w Wizengamocie, w pierwszej chwili tylko roześmiał się lekceważąco, okrutnie, z głową odrzuconą do tyłu rżąc bez opamiętania wystarczająco długo, by ją tym jedynie zirytować; potem jednak jego śmiech urwał się tak nagle, jakby stanął mu w gardle, jego dłonie bezwiednie zacisnęły się w pięści i przez sekundę gapił się jeszcze bezsilnie w sufit, zanim wydusił z siebie lakoniczne, gorzkie, ciężkie od pogardy:
– Zdechłbym z nudów.
Po czym wrócił do miotania zaklęciami w starą zbroję z taką zajadłością, że ta w końcu rozpadła się z łoskotem na kawałki, a on zdyszany, z koszulką mokrą od potu, z włosami przylepionymi do czoła, skroni, karku, ledwie zerknął na zawartość kociołka i wciąż wściekły rzucił:
– Może poszłoby ci lepiej, gdybyś mniej myślała o Prefekcie Naczelnym, a więcej o tym, co robisz.
W odpowiedzi cisnęła w niego podręcznikiem, a on kazał jej iść do diabła i wyszedł, trzaskając drzwiami. Robił to wielokrotnie, za każdym razem, gdy tylko tracił cierpliwość, a tracił ją zaskakująco łatwo; zawsze jednak w końcu wracał, a ona zawsze na niego czekała i gdzieś pomiędzy tymi niezliczonymi rozstaniami i powrotami udało mu się wypełnić luki w jej wiedzy, skorygować błędy w obróbce składników, wyjaśnić wszelkie niuanse procesu, które podręcznik pomijał milczeniem – dzięki czemu na zaliczenie semestru otrzymała najwyższą ocenę w historii swojej trudnej edukacji z zakresu eliksirów, choć samo w sobie nie miało to żadnego znaczenia.
Poza tymi zimowymi wieczorami i tą nieużywaną klasą gdzieś w głębokich lochach było jednak tak, jakby się w ogóle nie znali – on ze względów bezpieczeństwa wciąż zajmował na eliksirach miejsce z dala od reszty uczniów, ona na obronie przed czarną magią i zaklęciach była teraz częścią grupy stanowiącej tło dla Lestrange’a, w Wielkiej Sali dzielił ich stół Ravenclawu. Mogli swobodnie rozmawiać na zielarstwie, które wszyscy Ślizgoni z ulgą porzucili po czwartym roku, uznając grzebanie w ziemi za uwłaczające ich godności; mogli przywitać się krótko na korytarzu, gdy mijali się w drodze na różne zajęcia; wreszcie mogli chociaż wymienić porozumiewawcze spojrzenia gdziekolwiek na siebie trafili, ale nawet tego nie robili, starannie omijając się wzrokiem. Dla niej było to wygodne rozwiązanie – trzymać te śmieszne korepetycje w tajemnicy i udawać, że nie znali się wcale, tak jak nie znali się przez te wszystkie lata; nie spodziewała się jednak, że Bones podejmie tę narrację ani że brak jego zainteresowania będzie uwierał ją bardziej, niż gotowa była przyznać przed samą sobą, stając się szczególnie dokuczliwym po spędzonej w upiornie opustoszałym zamku przerwie świątecznej, kiedy to ulgę przyniosły jej nawet nierówny oddech śpiącej w łóżku obok Alecto, bezmyślny rechot jej brata bliźniaka podczas śniadania, bezlitosne spojrzenia Yaxleya znad szklanki soku, monologi Traversa, milczenie Lestrange’a.
Wraz z nadejściem nowego roku nie mieli już powodu, żeby dalej się nawzajem dręczyć – nie wiązały ich żadne obietnice ani groźby, a jednak w pierwsze styczniowe sobotnie popołudnie czekała na niego w tej samej opuszczonej klasie, co zawsze, zastanawiając się gorączkowo, co mu powie, jeśli zapyta ją, po co, do diabła, tutaj przyszła. Nie zrobił tego jednak – bez słowa rzucił swoje książki na stół, ona wyjęła swoje i zaczęli rozmawiać o zielarstwie, które przynosiło jej taką ulgę, a do którego on nie miał cierpliwości, przez co w połowie praktycznych zajęć jego rośliny zwykle kończyły rozszarpane na strzępy, a on dramatycznie opuszczał szklarnię, oświadczając bezceremonialnie, że gwiżdże na to wszystko, za co młoda, wyjątkowo wyrozumiała profesor Sprout odejmowała Hufflepuffowi jedynie dziesięć punktów, nauczona doświadczeniem, że dawanie mu szlabanu niczego nie zmieni, bo wbrew swoim szumnym zapowiedziom zawsze w końcu pojawiał się na następnych zajęciach.
– Dlaczego nie zrezygnujesz? – zapytała wprost, nie mogąc wyobrazić sobie przyczyny tego graniczącego wręcz z samoudręczeniem uporu, na co on odgryzł się natychmiast:
– Dlaczego ty nie zrezygnujesz z eliksirów?
Otworzyła usta, żeby powiedzieć mu prawdę – jak jej brat zareagował na jej niewystarczające wyniki sumów i jak od tamtej pory wszystkie ich spięcia zaskakująco szybko eskalowały z werbalnych do fizycznych, jak czasem używał do tego magii, a czasem jedynie łapał ją za włosy, wykręcał rękę albo zaciskał palce na szyi i czekał cierpliwie, aż poprosi, żeby przestał, co zawsze prędzej czy później robiła, choć za każdym razem obiecywała sobie przecież, że nie da mu tej satysfakcji; ostatecznie nic jednak nie powiedziała, bo jak mogłaby powiedzieć coś takiego, jakich słów użyć? Gdyby to zrobiła, znów stałoby się to rzeczywistością, a nie jedynie złym wspomnieniem, które pogrzebała w sobie tak głęboko, że równie dobrze nic z tego mogło się nigdy nie wydarzyć.
Zaciekawiony jej milczeniem nachylił się przez stół i położył swoje duże, niezgrabne dłonie na jej przedramionach, przyglądając się jej twarzy z bliska tak przenikliwie, jakby próbował wyczytać z jej ciemnozielonych tęczówek o brązowych obwódkach treść myśli, którymi nie chciała i nie potrafiła się z nim podzielić.
– Potrzebuję zielarstwa, żeby dostać się na magomedycynę – powiedział po chwili z nienaturalną dla siebie ostrożnością, wyraźnie czekając na jej reakcję, a kiedy spojrzała na niego zaskoczona, odsunął się jak oparzony i odchylił niebezpiecznie na krześle, krzywiąc wyzywająco, ze znużeniem; musiał oglądać podobną reakcję zbyt wiele razy na zbyt wielu twarzach, żeby nie wiedzieć, jak dalej potoczy się ta rozmowa. Istotnie spodziewała się po nim mniej prozaicznego, a bardziej ekscytującego wyboru, ale czy wolno było jej oceniać jego słuszność, gdy sama nie potrafiła sobie nawet wyobrazić swojej przyszłości – zupełnie jakby żadnej nie miała, jakby jej życie miało skończyć się w dniu, w którym po raz ostatni wysiądzie z Hogwarts Express?
– Mój brat naciskał, żebym kontynuowała eliksiry – wyznała pojednawczo, z pewnym wahaniem decydując się na tę wygodną półprawdę, która musiała im na razie wystarczyć.
Z czasem dziwiło ją w nim coraz mniej. Przywykła do jego chaotycznego usposobienia, ciągłego naruszania jej przestrzeni osobistej, żółtych swetrów, marginesów pergaminów zapisanych wierszami o rzeczach tak zwyczajnych, że nigdy nawet nie przeszło jej przez myśl, że można by napisać o nich coś więcej niż tylko tyle, że po prostu są – i kiedy w połowie lutego między jego notatkami z eliksirów przypadkiem znalazła szkic eseju na temat eksploracji kosmosu przez mugoli i ich niedawnym lądowaniu na Księżycu, nie była tym nawet zaskoczona, może jedynie trochę rozczarowana, że pozwoliła sobie na to złudne przekonanie o łączącym ich pragnieniu ucieczki od świata, w którym przyszło im żyć; odrobinę wściekła, że popadła w taką nieznośną kliszę, w poszukiwaniu wytchnienia od fanatyzmu, wpadając w objęcia przeciwnej strony; wreszcie nieco zraniona, że nie wspomniał o tym wcześniej, oszczędzając i jej, i sobie tych wszystkich wspólnie spędzonych godzin, które teraz należało wymazać.
Odłożyła esej tam, gdzie go znalazła, nic nie mówiąc ani o nic nie pytając, bo nie zamierzała wdawać się z jego autorem w ideologiczny spór, który nie był jej sporem, słuchać o słuszności, na którą monopol zawsze miała tylko jedna ze stron ani zostać posądzoną o popieranie czegoś, w co nigdy nie wierzyła. Mogła sobie wyobrazić, że jako dziecko z rodziny o tradycjach jednoznacznie czarodziejskich musiał być ciekawy świata bez magii i ta ciekawość pchnęła go do wybrania na trzecim roku mugoloznawstwa, ale czym w czasie tak gwałtownie nasilającego się konfliktu było kontynuowanie tego przedmiotu na poziomie owutemów, jeśli nie manifestacją przekonań, deklaracją lojalności? Jak głupio z jego strony tak się odsłaniać, rzucać wyzwanie czemuś, czego jeszcze do końca nie pojmował. Teraz, gdy szkolne mury tak skutecznie izolowały ich od świata, mógł sobie jeszcze pozwolić na brawurę, ale po ich opuszczeniu nie ochronią go przed podobną beztroską czystość jego krwi, wpływy jego rodziny ani tym bardziej słuszność przekonań, a ona nie mogła ryzykować zwrócenia na siebie uwagi, nie jeśli kiedykolwiek chciała uwolnić się od swojego brata i jego obsesji kontroli. Nie były tego warte eliksiry, wyniki egzaminów, Edgar Bones ani nikt inny.
Dlatego nie pojawiła się już więcej w tej opuszczonej klasie, tak po prostu, bez słowa wyjaśnienia, i z początku wydawało się, że Bones nawet nie zauważył jej nieobecności albo zwyczajnie nie interesowały go jej przyczyny, ale kiedy po dwóch długich tygodniach przełknęła wreszcie urazę i udało jej się przekonać samą siebie, że tego właśnie chciała, że tak należało postąpić, przysiadł się do niej w czasie kolacji w swoim najbardziej puchońskim ze wszystkich posiadanych przez niego swetrów, zwracając tym nie tylko jej uwagę, ale i wszystkich zebranych jeszcze o tak późnej porze Ślizgonów, wyjątkowo wrażliwych na punkcie nienaruszalności ich uświęconego terytorium.
– Tak świetnie nagle zaczęłaś sobie radzić z eliksirami, co? – rzucił zaczepnie, rozsiadając się swobodnie tuż obok niej, tak blisko, że tylko jemu nie wydawało się to dziwne i Raelyn poczuła na sobie palący wzrok zimnych, brązowych oczu siedzącej po drugiej stronie stołu wraz ze swoim bratem bliźniakiem Alecto Carrow, która nigdy nie wybaczyła jej tego, co dawno temu jedynie powtórzyła bezmyślnie po swoim bracie – że od momentu umieszczenia nazwiska Carrow w Skorowidzu Czystości Krwi, ich krew została rozcieńczona bardziej niż wino w najgorszej spelunie na Nokturnie. Ich spojrzenia spotkały się na moment i Raelyn mrugnęła pierwsza; nie mogła sobie już nawet przypomnieć tamtej pogodnej, nieustraszonej dziewczynki o mysich włosach, z którą cierpiała wspólnie trudy nauki latania na miotle i pierwszych zajęć transmutacji – teraz Alecto Carrow była jedynie chora z nienawiści do całego świata, nie wyłączając, zdaje się, samej siebie.
– To już nie twoje zmartwienie – odpowiedziała na jego zaczepkę z tak doskonałą obojętnością, że prawie sama w nią uwierzyła, a jednak było to za mało, żeby zetrzeć uśmiech samozadowolenia z jego twarzy.
– Jakby kiedykolwiek nim było – parsknął lekceważąco, po czym zapadło pełne napięcia milczenie, którego żadne z nich nie potrafiło przerwać, aż w końcu zrobiła to za nich Alecto Carrow z właściwym sobie wyrafinowaniem i zaangażowaniem wartym lepszej sprawy:
– Zabieraj się stąd, borsuku. Padliną karmią dwa stoły dalej.
Nawet na nią nie spojrzał, jakby te słowa w ogóle do niego nie dotarły, choć usłyszała je połowa Wielkiej Sali i nawet z odległego stołu Gryffindoru zwróciły się w ich stronę ciekawskie spojrzenia; zamiast tego usiadł okrakiem na ławie, opierając się łokciem o stół i jak zawsze, kiedy się denerwował, wyłamał sobie bezwiednie palce.
– Słuchaj. Nie żebym musiał ci się z czegokolwiek tłumaczyć, ale tylko drażnię starego – podjął na nowo, zmieszany i zły. – Nic go tak nie przeraża jak kontakt z mugolami i łamanie ustaleń tej gównianej Ustawy o Tajności, ledwo dotknę tematu, a jakbym co najmniej naszczał na tę jego drogocenną replikę oryginalnego Kodeksu, pod którym bez wahania podpisałby się własną krwią, gdyby tylko ktoś go o to prosił – wyrzucił z siebie jednym tchem i urwał równie gwałtownie, a zaraz potem dodał z wyczuwalną pogardą: – Czy nie o to właśnie chodzi twoim kolegom, poza utrzymaniem się na szczycie łańcucha pokarmowego? O szczanie na Kodeks?
Spojrzała na niego z niedowierzaniem i rzuciła pomiętą serwetkę na talerz w bezgłośnym wyrazie irytacji, nie potrafiąc zdecydować, która część jego wypowiedzi najbardziej ją dotknęła.
– Nie wiem – syknęła przez zęby, podnosząc się z miejsca. – Może sam ich spytaj.
Wyglądał na skonfundowanego i odruchowo złapał ją za nadgarstek, próbując ją jeszcze zatrzymać, ale wyrwała mu się rozpaczliwie, zbyt świadoma publiczności, jaką zgromadzili, żeby pozwolić mu na takie gesty. Chciał coś powiedzieć, ale nie potrafił znaleźć słów i Alecto walnęła dłońmi w stół z taką siłą, że wprawiła w drżenie wszystkie srebrne sztućce.
– Wypierdalaj w podskokach do swojej pasieki, Bones.
Udało jej się zwrócić tym jego uwagę i obejrzał się na nią poirytowany.
– Odpierdol się z łaski swojej, Carrow. R o z m a w i a m.
To wystarczyło, żeby sięgnęła po różdżkę i bez ostrzeżenia cisnęła w jego kierunku klątwą; nie udało jej się go jednak tym zaskoczyć i odbity przez niego promień przeciął stół, z łoskotem wyrzucając w powietrze wszystkie czarki, talerze i półmiski stojące mu na drodze, a wtedy do pojedynku włączył się Amycus z zaklęciem tarczy, chroniąc swoją siostrę przed jej własną klątwą – po czym obydwoje rzucili się jednocześnie do ataku. W Wielkiej Sali nastąpiło poruszenie; niektórzy wycofali się gorączkowo  poza zasięg walczących, inni podeszli bliżej, żeby lepiej widzieć, ktoś pobiegł donieść nauczycielom. Raelyn wyjęła swoją różdżkę, nie zamierzając jednak dołączać do żadnej ze stron, a jedynie osłonić się przed ewentualnym rykoszetem; Bones zresztą wcale nie potrzebował jej pomocy, odbijając oba zaklęcia bez wysiłku, niemal od niechcenia, samemu nie atakując, jakby Carrowowie nie stanowili dla niego wyzwania albo liczył jeszcze, że się opamiętają, czym ostatecznie tylko jeszcze bardziej ich rozjuszył, jednocześnie utwierdzając Raelyn w przekonaniu, że jego brawura w końcu go zgubi – nawet jeśli teraz zniecierpliwiony rozbroił swoich przeciwników, zanim zdążył pożałować swojej zuchwałości.
– Skończyliście? – warknął, łapiąc ich różdżki w powietrzu. – Nie jestem, kurwa, w nastroju.
Przez moment wydawało się, że Alecto skoczy na niego przez stół, gotowa wydrapać mu oczy, ale wtedy szmer publiczności oznajmił pojawienie się Prefekta Naczelnego i wszyscy rozpierzchli się w popłochu, jakby spodziewali się utraty punktów za samo przebywanie w jego pobliżu, choć Lestrange nigdy nie musiał wykorzystywać swoich przywilejów prefekta, żeby wzbudzać respekt – w naturalny sposób odziedziczył go po swoim starszym bracie. Teraz przyglądał się całej scenie z boku w milczeniu – najpierw trzem różdżkom w ręku Edgara Bonesa, potem różdżce w dłoni Raelyn, zamętowi na stole Slytherinu, wreszcie bladej z wściekłości Alecto Carrow i jej bratu, który trzymał ją za rękaw szaty, jakby to mogło ją przed czymkolwiek powstrzymać.
– Minus dwadzieścia punktów dla Slytherinu – powiedział bez emocji, po sekundzie zastanowienia dodając: – Za rozpoczynanie pojedynków, których nie potraficie skończyć.
Bones z niedowierzaniem parsknął śmiechem i bladozielone oczy Lestrange’a zwróciły się w jego stronę.
– Kpisz sobie, Lestrange? – zająknął się Amycus głupio, bezradnie. – My tylko…
– Stul pysk, Carrow – uciął natychmiast, nie odrywając wzroku od Bonesa i przez moment wydawało się, że sam sięgnie po różdżkę, a wtedy nie skończy się na standardowym pojedynku o honor do pierwszej krwi; i chociaż nic na całym świecie nie mogło go przed tym powstrzymać – ani odznaka prefekta, ani porażka rodzeństwa Carrow, ani nawet liczni świadkowie – rozmyślił się w ostatniej chwili i wycofał, rzucając tylko krótkie:
– Rozejść się.
Bones cisnął wściekle w rodzeństwo Carrow ich własnymi różdżkami, ominął Raelyn spojrzeniem i odszedł bez słowa w stronę stołu Hufflepuffu. Lestrange tylko mrugnął; dopiero wtedy zauważyła, jaki był blady, roztrzęsiony jak w gorączce i nagle uświadomiła sobie, że nie widziała go od śniadania, choć po południu mieli przecież razem historię magii. Z wahaniem zrobiła krok w jego stronę, ale on tylko odwrócił się do niej plecami, jakby zdążył zapomnieć o jej istnieniu i odszedł sztywnym krokiem w stronę wyjścia z Wielkiej Sali, najwyraźniej straciwszy apetyt.
Odpowiedzi na jej niewypowiedziane pytanie udzielił jej dopiero następnego ranka nagłówek pierwszej strony Proroka Codziennego – jego ojciec został tamtego dnia aresztowany.

Kości zostały rzucone: rozdział czwarty

Pocałowała go na oczach wszystkich, bo wydawało jej się to jedynym sposobem na zmuszenie go do porzucenia pozorów swobody, z jaką zadręczał ją swoją obecnością. Miała zapytać go wprost, czego właściwie od niej chciał, ale gdy tylko otworzyła usta, zdała sobie sprawę, że nie było w tym żadnego sensu – nic na całym świecie nie mogło zmusić Rabastana Lestrange’a do powiedzenia prawdy, o ile w ogóle był zaznajomiony z takim konceptem jak prawda, a przecież nawet gdyby to zrobił, nawet gdyby dla kaprysu postanowił odpowiedzieć na jej pytanie tak szczerze, jak tylko potrafił, i tak nie uwierzyłaby w ani jedno jego słowo, jak mogłaby, skoro on sam już dawno musiał stracić rozeznanie w tych swoich bezmyślnych kłamstwach.
Bawiąc się z nim w chowanego przez ostatnie tygodnie jedynie odsuwała w czasie nieuniknione; teraz widziała już wyraźnie, że nie mogła z nim wygrać, nie w grze, w której to on od początku ustalał zasady, ale gdy tylko to sobie uświadomiła, opętało ją pragnienie, żeby przynajmniej to zwycięstwo nad nią coś go kosztowało – a czy posiadał coś cenniejszego i równie kruchego od swojej reputacji, swojego świętego, niepokalanego nazwiska?
Ona nie miała nic do stracenia, nie musiała nikomu niczego udowadniać i nie bała się czegoś tak banalnego jak publiczne upokorzenie – posiadała w końcu dar niewidzialności. Kiedy więc usłyszała jego kroki wśród innych kroków na korytarzu, kątem oka uchwyciła jego ostry profil i poczuła jego ramię tuż przy swoim, po prostu to zrobiła, jeszcze w tej samej sekundzie, w której przyszło jej to do głowy – stanęła mu na drodze, zmuszając go do zatrzymania się w tłumie uczniów zmierzających na popołudniowe zajęcia i bez wahania go pocałowała, tak go tym zaskakując, że w pierwszym odruchu prawie ją ugryzł, gdy wepchnęła mu język do ust; nie cofnął się jednak ani jej nie odepchnął, a gdy po sekundzie wahania odpowiedział na jej pocałunek z afektem, którego się po nim nie spodziewała – to ona odepchnęła jego, choć kosztowało ją to więcej wysiłku i woli, niż sobie wyobrażała.
– Wystarczy ci już? – rzuciła zimno, wściekłość na siebie tłumiąc wściekłością na niego. Serce tłukło jej się w piersi jak oszalałe, krew ogłuszająco szumiała w uszach, a przecież to nic nie znaczyło, nie mogło, choć przez jedno krótkie mgnienie wydawało jej się, że udało jej się go tym zranić, że było to w ogóle możliwe; zaraz jednak mrugnął nieprzytomnie i skrzywił się bezwiednie, przez co jego rysy utraciły tę odrobinę regularności i jego twarz stała się tak brzydka, że Raelyn nie mogła sobie przypomnieć, dlaczego wcześniej znajdowała taką przyjemność w przyglądaniu jej się.
Takim go zostawiła, gdy po kilku wyjątkowo długich sekundach jasnym stało się, że nie otrzyma od niego odpowiedzi; obróciła się na pięcie i odeszła, czując na sobie spojrzenia tak wielu ludzi, że było to dla niej zupełnie nowe, dziwnie ekscytujące doświadczenie, nie pozwoliła sobie jednak na przyspieszenie kroku i kiedy Lestrange dogonił ją na schodach, poczuła jedynie rozczarowanie, że to przedstawienie niczego nie zmieniło, że nie udało jej się od niego uwolnić.
– Nie, nie wystarczy – syknął jej do ucha ze źle skrywanym zniecierpliwieniem, rozdrażniony, ale przynajmniej w tym rozdrażnieniu prawdziwy. – Miałem nadzieję, że pójdziesz ze mną na bożonarodzeniowe przyjęcie u Slughorna.
Chciała się zatrzymać, żeby przyjrzeć mu się uważniej, ale poczuła jego palce zaciskające się na jej łokciu i dostosowała swój krok do jego kroku, zerkając jedynie na jego profil w poszukiwaniu wyjaśnienia tej rozpaczliwej determinacji, z jaką jej się narzucał – czy był ku temu jakiś powód, na tyle istotny, by zmusić go do czegoś, na co tak wyraźnie nie miał ochoty, że nie mógł już nawet na nią patrzeć, czy chodziło w tym wszystkim tylko o to, że nie potrafił przełknąć odmowy ze strony kogoś, kto nie miał prawa niczego mu odmawiać?
– Dlaczego miałabym to zrobić? – zaryzykowała pytanie, autentycznie ciekawa, może nawet gotowa zapomnieć na moment o swojej dumie, jeśli miałoby to czemuś służyć, ale on tylko wzruszył obojętnie ramionami, zbyt poirytowany, żeby wydusić z siebie choćby słowo; nie spodziewała się zresztą po nim niczego innego niż kolejnego uniku, ale ostatecznie wolała to, niż te jego bezmyślne kłamstwa i słodkie uśmiechy, za które mógłby kupić pół świata, gdyby tylko nie przychodziły mu z tak wyraźnym trudem, że sprawiały wrażenie raczej przykre.
W końcu rzucił w przestrzeń:
– Nie chcesz zobaczyć się z bratem?
Nie chciała, ale jakaś zmiana w jego głosie powstrzymała ją przed przyznaniem się do tego głośno. Ta jawna pogarda, z którą wspomniał jej brata, wydała jej się dziwnie nieproporcjonalna do ilości czasu, jaki obaj poświęcili choćby na zauważenie istnienia tego drugiego i  mogłaby być jedynie echem lekceważenia, z jakim jego rodzina musiała myśleć o kimś takim jak Reese Marlow, mieszańcu odznaczającym się ambicją i talentem niezupełnie adekwatnymi do posiadanego przez siebie majątku czy statusu krwi, gdyby nie to, że sprawiała wrażenie zbyt świeżej, jeszcze nieostygłej, wyrosłej z urazy bardziej osobistej niż kolektywnej.
Przyjrzała mu się z nowym zainteresowaniem. Musiało to być najbliższe szczerości, na co było go stać, więc zgodziła się pójść z nim na to śmieszne przyjęcie, tylko po to, żeby przekonać się, czym jej brat sobie na tę pogardę zasłużył.
Lestrange był tego grudniowego wieczoru chmurny, wciąż rozglądał się za czymś ponad głowami gośćmi i zdawał się myśleć tylko o tym, żeby znaleźć się gdzieś indziej. Komunikował się półsłówkami, nie słuchał tego, co do niego mówiono i nie dawał się wciągać w uprzejme pogawędki o wszystkim, co błahe i nieistotne, byle niezwiązane z rozruchami w kraju, które coraz częściej nazywano otwarcie wojną; nieustannie popijał poncz, jakby zamierzał się w nim utopić i odkąd tylko znaleźli się w gabinecie Slughorna, ani na moment nie puścił jej ręki, choć nie było w tym geście czułości, jedynie praktyczna potrzeba trzymania jej blisko w tym zaskakująco gęstym jak na tak elitarne przyjęcie tłumie, na który składali się ludzie ważni lub jedynie znani z tego, że są znani; utalentowani lub tylko z nimi spokrewnieni; u szczytu kariery lub dopiero aspirujący. Z ich roku był tutaj jeszcze Frank Longbottom, którego rozsądkiem można by obdzielić resztę Gryffindoru oraz jego przeciwieństwo w postaci rudego Gideona Prewetta, skupiającego na sobie uwagę wszystkich w zasięgu wzroku których się znajdował – obaj już jedną nogą na kursach aurorskich; z młodszych roczników, poza dzieciakami z Nienaruszalnej Dwudziestki Ósemki, jeszcze zbyt smarkatych, żeby posiadać jakieś talenty lub cechy charakterystyczne poza swoimi świętymi nazwiskami, wyróżniała się jedynie Amelia Bones, tak różna od swojego brata, że trudno było uwierzyć w ich pokrewieństwo – drobna, nienaganna w każdym calu, miała w sobie dziwną surowość, której nie łagodziły nawet jej duże, błękitne oczy, kwiatowe hafty na szacie wyjściowej ani wiek zaledwie piętnastu lat i Raelyn nie potrafiła oderwać od niej wzroku, póki Lestrange bez ostrzeżenia nie pociągnął jej za sobą przez tłum.
– Lestrange, mój chłopcze! Już zaczynałem myśleć, że wzgardziłeś moim zaproszeniem i znów przedkładasz naukę nad skromne przyjęcie starego profesora! – powitał go Horacy Slughorn teatralnie, ze szczerym wyrzutem, ale wystarczyło, że Lestrange uśmiechnął się nieśmiało i nalana twarz gospodarza rozjaśniła się w momencie, jego jasne oczy stały jeszcze bardziej wodniste i spojrzał na niego z jakąś nagłą tkliwością właściwą ludziom sentymentalnym, którzy pozwoli sobie na o jeden kieliszek wina z czarnego bzu za dużo. – Czasem można pozwolić sobie na odrobinę przyjemności, nie ma w tym nic złego, twój ojciec nigdy zresztą nie oddawał wypracowań na czas. Czy opowiadałem ci, jak pewnego razu…
Twarz Lestrange’a wyrażała zainteresowanie tak uprzejme, że musiał słyszeć wszystkie te historie o swoim ojcu z czasów szkolnych więcej niż raz. Zanim jednak Slughorn na dobre poddał się narracji, jego nieco już mętny wzrok ześliznął się na stojącą obok Raelyn; zamrugał, tracąc wątek i choć był opiekunem jej domu, potrzebował dobrych dwóch sekund, żeby ją w ogóle rozpoznać.
– Ach, jak cudownie, że przyprowadziłeś ze sobą pannę Marlow, właśnie miałem… Reese, mój drogi, właśnie miałem ci wspomnieć, że twoja siostra zaskakująco dobrze poradziła sobie z uwarzeniem Wywaru Żywej Śmierci na zaliczenie semestru. Zaskakująco dobrze!
Reese obrócił się z kieliszkiem wina, którego nie pił i spojrzał prosto na nią, przyglądając jej się z takim zainteresowaniem, jakby widział ją pierwszy raz w życiu. Żadne z nich się nie poruszyło, nie wykonało żadnego gestu, nie zainicjowało powitania, jakiego można by spodziewać się po rodzeństwie, które nie widziało się od miesięcy, a które w tym czasie tak często wymieniało ze sobą listy – równie dobrze mogliby się nigdy wcześniej nie spotkać. Nie byli nawet do siebie podobni; Reese był wysoki i smukły, ciemnowłosy, o czystych, lekko wyłupiastych oczach i łagodnych krzywiznach brwi, sugerujących życzliwość usposobienia, której był pozbawiony, ona – wzrostu ledwie średniego, półprzezroczysta, o zielono-brązowych oczach odziedziczonych po kimś z tej części rodziny, o której wszyscy woleliby zapomnieć. Ich pokrewieństwo zdradzały jednak drobne, a przy tym zbyt głębokie podobieństwa, żeby mogli się ich wyprzeć – sposób, w jaki zaciskali nieprzystępnie usta, marszczyli nieufnie nosy i mrugali rzadko, ale nerwowo, jakby z obawy, że mogą coś przeoczyć; w jaki patrzyli zobojętniali na swojego pijanego ojca, ignorowali dźwięk tłuczonego szkła w środku nocy i nigdy nie wspominali o matce; w jaki uzupełniali się doskonale w swoich różnicach.
Mrugnęła, a on uśmiechnął się do niej leniwie, z zadowoleniem, które zapowiadało najgorsze, bo sięgało nawet jego jasnych, obojętnych oczu.
– Czyżby? – podjął wreszcie, mrugając do niej porozumiewawczo, jakby mieli jakiś wspólny sekret i nawet gdy zwrócił się poufale do Slugnorna, ani na moment nie oderwał od niej spojrzenia: – Muszę przyznać, że straciłem już nadzieję. Wydawało się, że tylko zmarnowałem pański czas, profesorze, prosząc o przyjęcie jej na zajęcia zaawansowane.
Slughorn w odpowiedzi jedynie zaśmiał się dobrodusznie, bo teraz mógł sobie już na tę dobroduszność pozwolić.
– Och, założę się o pudełko kandyzowanych ananasów, że to wpływ młodego Lestrange’a.
Lestrange nie zaprzeczył, a Raelyn tylko się uśmiechnęła, tym bladym, uprzejmym uśmiechem, który nie zdradzał jej myśli, w odwecie wyobrażając sobie rozczarowanie na poczerwieniałej od wina twarzy Slughorna, gdyby mu teraz wyznała, że to nieustannie wymykający mu się Edgar Bones był odpowiedzialny za jej ostatnie drobne sukcesy w dziedzinie eliksirów; z pewnością nie byłby zadowolony, musząc rozstać się ze swoim ulubionym przysmakiem, ale jej wyobrażenie na tym się nie kończyło – wyobraziła sobie jeszcze, z jaką satysfakcją zjedliby z Bonesem te kandyzowane ananasy, od razu całe pudełko, choćby miało ich zemdlić, i niemal słyszała w głowie jego szczekliwy śmiech, który mógł wydawać się okrutny, zanim przypomniała sobie, że przecież nie lubił słodyczy i cała jej fantazja rozpadła się jak domek z kart. Żałowała, że nie zjawił się na przyjęciu choćby na chwilę, tylko po to, żeby wprowadzić odrobinę chaosu w tę skostniałą formułę wymiany uprzejmości; wywołać oburzenie nieodpowiednim strojem; objeść się do nieprzytomności; wysadzić coś w powietrze; podpalić dekoracje; albo chociaż wprawić ją w zakłopotanie swoją agresywną bezpretensjonalnością, do której powoli zaczynała się przyzwyczajać i której, zdaje się, potrzebowała.
Reese spojrzał na Lestrange’a w taki sposób, jakby wcześniej nie był świadomy jego obecności i jego uśmiech stał się nieco szerszy, wyraźnie chłodniejszy, jawnie protekcjonalny, na co Lestrange w bezwiednym odwecie jedynie mocniej ścisnął jej dłoń.
– Z pewnością nie mógł zaszkodzić – orzekł jej brat lekceważąco po sekundzie milczenia, mierząc go spojrzeniem tak obojętnym, że musiała kryć się za tym jakaś niechęć, po czym zwrócił się do niego z wyczuwalną ironią: – To miłe, że zacząłeś troszczyć się o moją siostrę. Teraz wszyscy musimy się o siebie troszczyć.
Z jakiegoś powodu zabrzmiało to jak ostrzeżenie, niemal jak groźba i Raelyn pojęła nagle, że jej brat musiał wreszcie dostać to, czego od miesięcy tak bardzo pragnął, że w końcu udowodnił swoją wartość, swoją lojalność i determinację, że został przyjęty do kręgu, był teraz jednym z nich i nie było już od tego odwrotu, żadnej alternatywy poza śmiercią – i w jednej chwili jej świat stał się jeszcze ciaśniejszy niż dotychczas, jego mury wyższe i tak klaustrofobiczne, że nie było w nich już nawet powietrza, którym mogłaby oddychać.
A Reese nie przestawał się uśmiechać.
– Byłbym zapomniał – wtrącił jakby od niechcenia, choć wszystko, co mówił, miało przecież jakiś cel: – Rudolfus przesyła pozdrowienia.
Podniosła wzrok na Lestrange’a, spodziewając się, że ten skromny dowód pamięci jego brata sprawi mu choć odrobinę przyjemności, ale zamiast tego przez jego twarz przemknął cień urazy i poczuła, jak jego ciało sztywnieje, jak jego palce jeszcze mocniej zaciskają się na jej dłoni; mrugnęła, a wtedy Slughorn przypomniał im o swojej obecności, pytając jowialnie, jak drogiemu Rudolfusowi służy małżeńskie życie, i nagle nie tylko wargi Lestrange’a pobladły w gniewie, ale i jej brat skrzywił się bezwiednie – tak bardzo, mimo wzajemnej niechęci, musiało ich obu mierzić samo wspomnienie Bellatrix Black, teraz już Lestrange, którą Raelyn pamiętała niewyraźnie ze swoich wczesnych szkolnych lat jedynie jako czystą, nieokiełznaną, niemal pierwotną siłę o burzy czarnych loków.
Żaden z nich się nie odezwał, obaj jednakowo sparaliżowani awersją tak silną, że nie byli w stanie jej przełknąć i przypadkiem się przy tym nie udławić; jej brat upił desperacko łyk wina, choć zwykle jedynie udawał, że pije alkohol, żeby niepotrzebnie nie zwracać na siebie uwagi, ale w niczym mu to nie pomogło i zapadło ciężkie milczenie.
Raelyn nie mogła przestać o tym myśleć przez nic nieznaczącą resztę wieczoru i gdy przed północą wracali już z przyjęcia do lochów zimnymi, pustymi korytarzami – Lestrange z dłońmi wciśniętymi głęboko w kieszenie swojej wyjściowej szaty, ona cztery kroki za nim, że wzrokiem wbitym w jego plecy – wciąż przyglądała się Rudolfusowi Lestrange’owi w swoich wspomnieniach, zastanawiając się, w jakim stopniu i czy w ogóle był świadomy tej rywalizacji o swoje względy; czy zdawał sobie sprawę, jak chorobliwie zazdrosny o wszystkich, którzy wokół niego orbitowali, był jego młodszy brat; czy wiedział o tym głęboko skrywanym afekcie, którym od lat darzył go jej brat i czy już wykorzystał to przeciwko niemu, czy dopiero zamierzał?
Jasnym stało się jedynie, że to nagłe zainteresowanie Lestrange’a jej osobą, ta jego nieuzasadniona determinacja, żeby zbliżyć się do niej za wszelką cenę, nawet wbrew sobie, wynikała jedynie z tego, że okoliczności zbliżyły ze sobą ich starszych braci – że wyznawali te same idee, złożyli te same przysięgi i dzielili ze sobą ryzyko wiążące się z ich wypełnianiem, czego jemu, mimo więzów krwi, najwyraźniej wciąż odmawiano, jeśli nie z braku ogólnych predyspozycji, to przynajmniej z powodu zbyt młodego wieku, i Raelyn zdawało się, że teraz już go rozumiała, tę jego ślepą na wszystko potrzebę przypodobania się bratu poprzez kopiowanie nawet jego kręgu znajomych, a jednocześnie nie mogła oprzeć się wrażeniu, że miała także, być może, stanowić jego zakładnika, coś w rodzaju rekompensaty na wypadek, gdyby Reese spróbował mu coś odebrać.
– Niczego w ten sposób nie osiągniesz – odezwała się nagle, zaskakując nie tylko jego, ale i samą siebie tym nieoczekiwanym przypływem litości dla ich obojga, dla tych jego beznadziejnych starań i jej płonnych nadziei, a kiedy odwrócił się znudzony, żeby z wyraźnym już zmęczeniem spojrzeć na nią pytająco, wyjaśniła z żałosną prostotą: – Niewiele go obchodzę.
Zdawało się, że już dawno przywykła do myśli, że łączyły ich z bratem jedynie więzy krwi i nic więcej, że w najlepszym wypadku byli sobie zupełnie obcy, doskonale obojętni, ale gdy tylko wypowiedziała te słowa na głos, gdy ze wszystkich ludzi na całym świecie wyznała to właśnie Rabastanowi Lestrange’owi, poczuła się nagle nieznośnie wręcz nieszczęśliwa.
A wtedy on uśmiechnął się niespodziewanie, niemal z czułością, jakby powiedziała coś tak wzruszająco głupiego, że nawet nie miał serca jej wyśmiać i wyciągnął do niej rękę, żeby do niego podeszła, a kiedy to zrobiła, pocałował ją w skroń i wyszeptał jej do ucha jedynie krótkie:
– Zdziwiłabyś się.

Kości zostały rzucone: rozdział trzeci

Powiedział, że skończył mu się atrament – jakby stanowiło to wystarczający powód, żeby usiąść obok niej na popołudniowych zajęciach z historii magii po sześciu latach ignorowania jej istnienia. Nic na to nie odpowiedziała i on też więcej się już nie odezwał, choć spodziewała się tego w każdej z wielu wyjątkowo długich minut wykładu, z którego nie dotarło do niej ani jedno słowo, zupełnie jakby Lestrange pochłaniał wszystkie dźwięki w swoim najbliższym otoczeniu. A przy tym nawet na nią nie spojrzał; wydawał się roztargniony i jego wzrok wciąż uciekał w kierunku krajobrazu za oknem, a mimo to jego notatki były staranne i kompletne.
W czasie lunchu od niechcenia zapytał ją przy wszystkich, czy czytała już artykuł na temat strukturalnej stabilności przedmiotów transmutowanych z powietrza i przez kolejny kwadrans próbował wyjaśnić jej złożoność tego zagadnienia, jednocześnie spierając się gorąco z Yaxleyem o ekonomikę materii, podczas gdy naprzeciwko Travers beznamiętnie dłubał widelcem w zawartości swojego talerza, przyglądając się jej przy tym z tak szczerym zainteresowaniem, jakby widział ją po raz pierwszy w życiu; nigdy wcześniej nie słyszała, żeby Lestrange wypowiedział naraz tyle słów i wcale nie obudziło to w niej tęsknoty za transmutacją.
Następnego wieczoru spędził z nią trzy godziny w bibliotece, pisząc pracę semestralną z astronomii, podczas gdy ona czytała Konfrontację z bezimiennymi, zastanawiając się bezwiednie, jak reszta jego świty znosiła jego brak i czy mogli bez niego w ogóle oddychać. Kartkował niecierpliwie kolejne księgi w poszukiwaniu informacji na temat formowania się gwiazd, wczytując się w każdą linijkę tekstu z takim napięciem, jakby niewystarczające zrozumienie tego zagadnienia miało go kosztować coś więcej niż tylko słaby stopień; marszczył przy tym brwi, przygryzał kciuk w zamyśleniu i co chwila przeczesywał z irytacją przydługie włosy, które opadały mu na oczy za każdym razem, gdy tylko pochylał się nad pergaminem, żeby coś zapisać. Miał lekko zadarty nos, który nadawał jego twarzy bezczelny wyraz; cienką bliznę na prawej skroni, która zaczynała się tuż przy uchu i ginęła za linią ciemnoblond włosów; bladozielone oczy, które zwykle lekko mrużył, jakby nie widział zbyt wyraźnie. Raelyn nigdy wcześniej nie miała możliwości przyglądania mu się tak bezkarnie z tak bliska, a on udawał, że wcale nie czuje na sobie jej spojrzenia i obydwoje zgodnie milczeli, zupełnie jakby znali się tak długo i tak dobrze, że nie musieli już nawet ze sobą rozmawiać – a przecież nie znała go wcale i on też nie mógł o niej wiedzieć wiele więcej.
Była skonfundowana jego zachowaniem; nie tego się po nim spodziewała i nie wiedziała, jak bronić się przed jego uprzejmością. Po tygodniu była już zmęczona jego bliskością i utrzymywaniem stałej czujności w jego obecności, po dwóch – zaczęła z wolna popadać w paranoję, i kiedy na zajęciach z obrony przed czarną magią przypadkiem znalazła się z nim w parze, nie potrafiła już dłużej udawać nawet przed samą sobą, że panowała nad sytuacją. Tyle razy widziała przecież, jak rzucał zaklęcia niewerbalne, jak czasem jego koleżeńskie pojedynki z Traversem kończyły się w skrzydle szpitalnym i była przekonana, że ją zabije, przypadkiem lub z premedytacją, nic nie robiąc sobie z obecności nauczyciela – ale on tylko czekał cierpliwie na jej ruch i odbijał jej zaklęcia bez najmniejszego wysiłku, samemu nie atakując, czym tak ją ostatecznie rozwścieczył, że na moment zapomniała nawet o strachu; nie potrafiła go jednak zaskoczyć i dosięgnąć którymkolwiek ze znanych sobie uroków, nieważne jak bardzo się starała.
A potem dostała list od brata, w postscriptum którego napisał jakby od niechcenia: Bądź miła dla Lestrange’a – co w rzeczywistości oznaczało, że jeśli ten miałby życzenie w ramach przygotowań do egzaminów wypróbować na niej skuteczność swoich trucizn, to miała się zgodzić bez mrugnięcia okiem i jeszcze mu za to podziękować. Z pewnością nie było przypadkiem, że Reese wspominał o tym akurat teraz; jeśli jednak wydawało mu się, że dzięki niej będzie mógł wkraść się w czyjekolwiek łaski, to najwyraźniej ambicja zaślepiała go już do tego stopnia, że powoli tracił kontakt z rzeczywistością.
Nie zamierzała brać w tym udziału – cokolwiek to było. Czuła się przede wszystkim upokorzona – tym listem, tą fałszywą uprzejmością i łączącym je przekonaniem, że tak łatwo można było nią manipulować, jakby była niezdolna do samodzielnej myśli; jakby odrobina zainteresowania po latach lekceważenia mogła kupić jej oddanie; jakby nie była nawet osobą, a jedynie szmacianą lalką, którą przeciągali między sobą dla sportu.
Mury Hogwartu nigdy dotąd nie wydawały jej się równie klaustrofobiczne – mogła bez końca błądzić po jego zimnych korytarzach i nigdy już nie odnaleźć ponownie tego samego miejsca, a jednak unikanie Rabastana Lestrange’a przychodziło jej z trudnością, choć przestała przesiadywać w bibliotece, opuszczała posiłki i celowo spóźniała się na zajęcia, żeby móc usiąść z tyłu klasy, z dala od niego, czym w końcu zasłużyła sobie na szlaban w sobotni wieczór.
Zaczynała tęsknić za byciem niewidzialną; za swobodą, jaką się wtedy cieszyła. Łudziła się jeszcze, że może Lestrange znudzi się w końcu tą grą i znów zapomni o jej istnieniu, jeśli tylko wystarczająco długo pozostanie poza jego zasięgiem; kiedy więc zauważyła jego sylwetkę na drugim końcu korytarza gdzieś w głębokich lochach, wracając ze szlabanu tamtego listopadowego, niebezpiecznie późnego wieczoru, zareagowała instynktownie – skręciła w lewo, potem w następny korytarz w prawo i ukryła się w jednej z przypadkowych klas, która wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu nie okazała się wcale pusta.
– Wypad mi stąd.
Przylgnęła plecami do kamiennej ściany, wydając z siebie zduszony okrzyk; nie rozpoznała jego głosu i nie od razu udało jej się zlokalizować jego przygarbioną sylwetkę w głębi pogrążonej w gęstym półmroku sali, choć trudno było przeoczyć Edgara Bonesa z jego ponadprzeciętnym wzrostem i wełnianym swetrem w barwach Hufflepuffu.
– Nie mogę – syknęła w odpowiedzi ściszonym głosem, nasłuchując kroków na korytarzu. Bones nie wyglądał jednak na poruszonego; jego pociągła twarz miała wyraz zupełnie beznamiętny, ale wpatrywał się w nią znad kociołka z takim napięciem, tak uporczywie, jakby zamierzał wypchnąć ją z sali samą siłą woli.
– Możesz – zapewnił ją z prostotą, wskazując odpowiedni kierunek. – Tam są drzwi.
– Nie mogę – powtórzyła tylko z naciskiem; czuła jednak, że jej słowa po nim spływały i w końcu wyznała rozpaczliwie, choć nie bez wstydu: – Ukrywam się przed Prefektem Naczelnym.
A wtedy on oderwał się od kociołka i w trzech krokach znalazł się tuż przed nią tak nagle, że cofnęłaby się odruchowo, gdyby tylko nie stała już przy samej ścianie.
– Jakby mnie to obchodziło – warknął, niebezpiecznie zbliżając swoją twarz do jej twarzy. – Powiedziałem: wypad.
Raelyn nie ruszyła się jednak z miejsca; alternatywa wydała jej się zbyt przerażająca, a przecież nie wiedziała nawet, czego należało się spodziewać po Edgarze Bonesie z wyjątkiem niespodziewanego – otaczała go aura tak chwiejna, że wszyscy instynktownie trzymali się od niego z daleka, choć nie było to wcale łatwe z uwagi na jego agresywną bezpośredniość i niezdolność do pozostania w bezruchu dłużej niż sekundę. Był jak bezpański pies, nienawykły do przebywania wśród ludzi – niespokojny i spięty, w każdej chwili gotowy ugryźć.  Kiedyś nieustannie wdawał się w bójki z powodów tak błahych, że musiał to robić dla sportu – znudziło go to jednak w momencie, gdy tylko zaczął je wygrywać, choć zdążył jeszcze na piątym roku wylecieć z drużyny quidditcha za burdę w czasie meczu, a powody, dla których został przydzielony do domu Helgi, wylęgarni uprzejmości i kompromisu, wciąż pozostawały nieodkryte.
Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale nie mogła znaleźć odpowiednich słów i zniecierpliwiony złapał ją za łokieć; zrobił to jednak niezręcznie, jakby nie do końca wiedział, jak mocno może ją chwycić, żeby nie zrobić jej przy tym krzywdy i wyrwała mu się zwinnie jak kot, uciekając w głąb klasy, gdzie jej uwagę przykuła parująca zawartość kociołka.
– Czy to Wywar Żywej Śmierci?
Nachyliła się nad kociołkiem, żeby móc się lepiej przyjrzeć czarnej jak smoła cieczy i zakręciło jej się w głowie od samych oparów.
– Kurwa, dziewczyno, odsuń się od tego. Nie będę cię nosił do skrzydła szpitalnego.
Poczuła szarpnięcie za szatę na plecach, ale znów mu się wyrwała, obracając wokół własnej osi i stanęła tak, żeby kociołek stanowił między nimi bufor bezpieczeństwa. Postanowiła grać na zwłokę za wszelką cenę i gorączkowo rozejrzała się po stole zastawionym składnikami tak różnymi, że nie wszystkie z nich potrafiła nazwać, a co dopiero odgadnąć ich właściwości i zastosowania.
– Skąd wziąłeś jad akromantuli? Nie można tego tak po prostu kupić, a już na pewno nie wnieść do zamku.
Dopiero teraz wyglądał na autentycznie rozjuszonego – przez twarz przebiegł mu nerwowy skurcz, jego ciemne oczy rozszerzyły się wyraźnie i wbił w nią spojrzenie tak ostre, że poczuła je z tyłu głowy. Na ułamek sekundy zastygł w bezruchu – a potem przeniósł ciężar ciała z jednej nogi na drugą, jego ramiona uniosły się o cal i odruchowo wyciągnął w jej stronę ręce, jakby chciał nią potrząsnąć, ale zaraz się rozmyślił i ostatecznie tylko przeczesał palcami swoje i tak już zmierzwione, ciemne włosy, prawie je sobie przy tym wyrywając.
– Nie mam czasu na to gówno – wyrzucił z siebie równie wściekle, co bezradnie, akcentując ostatnie słowo uderzeniem pięścią w blat, przez co zawartość stołu wpadła w niebezpieczne drgania, a po lustrze cieczy w kociołku rozeszły się kręgi. –  Zabieraj się stąd.
Raelyn drgnęła nerwowo i odruchowo cofnęła się o krok, bardziej przed generowanym przez niego hałasem niż zasięgiem jego długich ramion; duma nie pozwalała jej jednak, żeby pomyślał sobie, że ją wystraszył, bo przecież wcale się go nie bała, ani odrobinę, zadarła więc podbródek, żeby sprawiać wrażenie nieco wyższej i rzuciła z pośpiechem, który zdradzał jej zdenerwowanie:
– Może jednak powinnam zawołać Prefekta Naczelnego?
Nie zrobiłaby tego, nawet gdyby znalazła tutaj żywą akromantulę i Bones zdawał się z miejsca przejrzeć jej blef, a jednak zamiast wściec się jeszcze bardziej i wyrzucić ją wreszcie za drzwi – rozluźnił się wyraźnie i jakby zakłopotany swoim wybuchem, wyłamał sobie bezwiednie palce w sposób przypominający średniowieczną torturę.
– Nie rozpoznałabyś jadu akromantuli, nawet gdyby sparaliżował ci cały układ nerwowy – wymamrotał, wyrywając jej fiolkę z ręki i uciekając spojrzeniem w bok.
Miał oczywiście rację – nie rozpoznałaby, gdyby nie etykietka.
– Zabawne – skomentowała chłodno. Nie widziała nic zabawnego w swojej ograniczonej wiedzy z zakresu eliksirów, zwłaszcza, że jej braki najwyraźniej były dla wszystkich oczywiste. – Ty za to na każdych zajęciach wysadzasz swój kociołek.
Prychnął lekceważąco, zadowolony z siebie, przerzucając fiolkę z jednej dłoni do drugiej.
– Jakbym robił to przypadkiem.
Wiedziała, że nie robił tego przypadkiem – gdyby tak było, Slughorn nie tolerowałby tego przez cały poprzedni rok ani tak usilnie nie zabiegał wciąż o jego udział w jednym z tych legendarnych podwieczorków dla uprzywilejowanych, które urządzał, choć nie bez znaczenia pozostawało zapewne także to, że rodzina Bones była zrośnięta ze stołkami w Wizengamocie, zupełnie jakby dziedziczyli je z pokolenia na pokolenie; zresztą eksplozja kociołka za każdym razem zdawała się sprawiać mu zbyt wiele radości, żeby mógł to być jedynie zbieg okoliczności.
Nie mieli sobie już nic więcej do powiedzenia i zapadło nieuniknione milczenie. Bones wrócił do warzenia eliksiru, tak po prostu, jakby jej obecność nagle przestała mu przeszkadzać, a ona przyglądała się przez moment, z jakim nienaturalnym dla siebie skupieniem odmierzył krople piołunu, jak bez wahania zamieszał całość sześć razy w prawo i trzy razy w lewo i jak zaraz po tym dodał jeszcze szczyptę sproszkowanego korzenia asfodelusa, co sprawiło, że konsystencja cieczy stała się nieco rzadsza, za to idealnie gładka – a wszystko to bez jednego spojrzenia na recepturę z podręcznika, który leżał nieotwarty pod stertą notatek.
Raelyn nie znosiła patrzeć, jak innym z łatwością przychodziło to, co jej sprawiało tyle trudności, a przecież musiała przynajmniej zaliczyć eliksiry na Zadowalający – nie dlatego, że brat tego od niej wymagał, że mogła potrzebować tego w przyszłości, ale dlatego, że sama zaczęła z czasem tego od siebie wymagać i nie zamierzała się teraz poddawać, nie po tym, jak wiele włożyła w to dotąd wysiłku i czasu.
– Nie zdradzę nikomu twojego małego sekretu, jeśli nauczysz mnie warzenia tego wywaru i odtrutki na niego przed końcem semestru.
Podniósł wzrok znad kociołka, spoglądając na nią w sposób, jakiego się nie spodziewała – bez śladu złości czy strachu, za to ze szczerym zainteresowaniem i przyglądał jej się w ten sposób długą chwilę, zastanawiając nad czymś tak intensywnie, że prawie słyszała jego myśli.
– Dlaczego po prostu nie poprosisz o pomoc, zamiast próbować mnie szantażować? – zapytał w końcu, takim tonem, jakby go to naprawdę zastanawiało; jakby nigdy nie przyszło mu do głowy, żeby szantażem próbować kogoś do czegokolwiek zmusić; jakby manipulacja wydawała mu się metodą niepotrzebnie skomplikowaną i nieadekwatną do sytuacji.
Raelyn poczuła się nieswojo. Dla niej to było coś naturalnego – posługiwanie się groźbami, kłamstwem i fałszywymi obietnicami, żeby tylko dostać to, czego chciała, jeśli już czegokolwiek chciała od świata, który tak niewiele miał jej do zaoferowania. Wszyscy, których znała, grali według tych samych reguł – jej ojciec postępował tak, odkąd tylko sięgała pamięcią, jej brat miał do tego naturalny talent i zdawało się, że nikt z jej roku, a może i z całego domu Salazara, nie znał innego sposobu na osiąganie obranego przez siebie celu. Nigdy nie dostała niczego tylko dlatego, że o to poprosiła i teraz wydawało jej się to nie tyle upokarzające, co niebezpieczne – tak po prostu przyznawać się przed kimś do słabości, zdawać na cudzą łaskę i bez walki oddawać nad sobą władzę.
Spojrzała na niego ze złością, dotknięta tą sugestią. Chciała mu powiedzieć, że nie będzie go o nic prosić, niech sobie nie wyobraża; że nie da mu tej satysfakcji i wcale nie potrzebuje jego pomocy – ale kiedy otworzyła usta, wydobyło się z nich tylko ciche, niepewne:
– Proszę?
Wypowiedziana przez nią prośba zabrzmiała jakoś obco, niezręcznie i Raelyn poczuła się nagle zupełnie bezbronna. Spodziewała się, że teraz ją wyśmieje, zlekceważy, każe iść do diabła – ale on tylko wzruszył obojętnie ramionami i skinął krótko głową w odpowiedzi, udowadniając tym samym, że wbrew obiegowej opinii posiadał cechy charakteru, które usprawiedliwiały barwy jego wełnianego swetra.