15. epilog

Fred siedział w jednym z tych idiotycznie miękkich, beżowych foteli, które w którymś momencie życia odziedziczył po babce czy ciotce, i krzywił się, ilekroć Verner – zajmujący drugi z foteli, w którym, mimo miękkości i dwóch poduszek, nie mógł usiedzieć spokojnie – dolewał mu whiskey do szklaneczki. Wiedział, że niedługo zacznie świtać, a Verner nie wyglądał na kogoś, kto zaraz uśnie i da spać innym. Może byłoby inaczej, gdyby Verner mniej mówił, a więcej pił. Nic z tego, po raz pierwszy uznał, że wyrzuci z siebie wszystko, co go boli. I że, oczywiście, zrobi to w zasięgu uszu Freda.
Nie chodziło nawet o to, że Fred nie chciał słuchać. Mógł słuchać, nie przeszkadzało mu to, choć nie był pewien, w którym momencie powinien przestać być cierpliwym słuchaczem i kazać się Vernerowi ogarnąć. Nie przypominał sobie, by kiedykolwiek wcześniej przeprowadzał tego rodzaju rozmowy z kimkolwiek. Cofał się w myślach jeszcze do Hogwartu, ale nie, nawet wtedy – nawet kiedy byli młodzi i głupi, kiedy wypatrywali przez okna pokoju wspólnego trytonów i kałamarnicy, kiedy szeptali w dormitoriach o Tym, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, szczelnie przykryci zielonymi kołdrami, które miały za zadanie ochronić ich przed rzeczywistością, kiedy zderzali swoje poglądy z poglądami Vernera, nowego nabytku ich paczki – nawet wtedy nie przypominał sobie takich dyskusji. Wszystko było proste, tak zabawnie proste. Kiedy kończyli Hogwart, czuli się wolni – znikło gdzieś piętno Ślizgona, piętno przyszłego śmierciożercy, z którym żyli przez kilka pierwszych lat w zamku. Czuli, że mają przed sobą tyle perspektyw, tyle szans, by stać się kimś wspaniałym, by realizować marzenia. Fred nie chciał zastanawiać się, jakie perspektywy naprawdę mieli w kraju, który podnosił się przecież po długoletniej wojnie i nadal był wstrząsany sensacyjnymi informacjami o procesach i zatrzymaniach, choć minęło tyle czasu, Merlinie, ileż to czasu minęło… A oni mieli się w tym wszystkich odnaleźć, w tym świecie wygranych szans, wolnych stanowisk i pewnej podejrzliwości, o której nikt nie mówił, ale którą się czuło w rzucanych ukradkiem spojrzeniach, w szeptach osób, które wiedziały, z którego wyszło się domu.
Być może dlatego Fred nie próbował. O ileż łatwiej było po prostu zająć czyjeś miejsce. Nokturn był w tamtym czasie zupełnie inny niż teraz, kiedy Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać powrócił. Wtedy jeszcze wizyta na Nokturnie przyciągała wzrok innych; skoro ktoś idzie na Nokturn, to mógł być śmierciożercą – czy ministerstwo na pewno mu się przyjrzało dostatecznie blisko? Dzieciaki prosto po Hogwarcie miały pewną taryfę ulgową. Na dzieciaki patrzono mniej podejrzliwie. Dzieciaki były zagubione, ale przecież wiedziały, co działo się na Nokturnie pięć czy dziesięć lat temu, nie mogły tam szukać pracy.
Fred szukał i znalazł. I wciągnął w nią Vernera, który już dawno odrzucił gryfońskie wartości, o ile kiedykolwiek je miał. Nie, miał je, Fred dobrze pamiętał swoje pierwsze spotkania z Vernerem. Byli tak różni, że czasami miał ochotę zatrzymać się i zastanowić, jak to się stało, że zabrnęli aż tutaj. Dlaczego w którymś momencie zmienili się tak bardzo, by się zakumplować, by wspólnie iść na Nokturn i wspólnie szukać tam pracy. Gdyby faktycznie się zatrzymał, mógłby wskazać moment, w którym wszystko się zmieniło. Mógłby nawet domyślić się, co zmieniło się w życiu Vernera, co złamało w nim gryfońskiego ducha, choć ten nigdy nic na ten temat nie mówił. Problem w tym, że Fred, który sam już niewiele miał wspólnego ze Slytherinem, a o wiele więcej z mugolami, którzy dzień w dzień chodzili po tych samych ulicach, po których on chodził, kupowali w tych samych sklepach i mieli te same problemy, nie zatrzymywał się. Kiedy wsiąka się w świat mugoli, wspomnienie Hogwartu zaciera się i człowiek ma wrażenie, że to cudze życie, że to nie mogło przytrafić się jemu. Dlatego też Fred nie myślał o tym, jak wyglądała ich wspólna droga na Nokturn, wolał też nie myśleć o tym, jak wyglądała jego własna droga z Nokturnu do świata mugoli, choć podejrzewał, że te wspomnienia będą się gdzieś czaić, czekać nad odpowiedni moment, by zaatakować z całą mocą. Powrót Vernera do jego życia i tak przywoływał za dużo wspomnień, ale Fred nie należał do ludzi, którzy zostawiają przyjaciół w potrzebie. W końcu miał ich tak niewielu.
– Nie słuchasz mnie, Freddie – mruknął Verner.
– Myślałem o Hogwarcie – odpowiedział Fred, zdając sobie sprawę, że powinien złapać byka za rogi. Nawet jeśli będzie musiał się zmierzyć z własnymi wspomnieniami, to było to lepszą alternatywą niż słuchanie nieskładnych opowieści Vernera o wszystkim i o niczym. – Pamiętasz, jaki był wspaniały. Kiedy szedłeś po raz pierwszy przez błonia, myślałeś, że masz przed sobą najpiękniejszy widok na świecie, co?
Verner zrobił minę, jakby zmiana tematu była koszmarną obrazą i Fred powinien się za siebie wstydzić. Potem jednak zamyślił się na chwilę, by w końcu odpowiedzieć:
– Możliwe, ale miałem wtedy jedenaście lat. To samo mogłem myśleć o najnowszej miotle wyścigowej albo jakiejś wyjątkowo ładnej dziewczynie.
– Nie, to było coś innego – zaprzeczył Fred, który poczuł się pewniej, gdy nie musiał słuchać o problemach Vernera z właścicielem wynajmowanego mieszkania czy o bulwersujących, zdaniem Vernera, podwyżkach cen alkoholu. – To było piękno nieosiągalne, którego nie można dotknąć, na które można tylko patrzeć, bo nie ogarnie się go żadnym innym zmysłem. Miotły i dziewczyny to całkiem inna sprawa.
– Podobno nie znasz się na pięknie – fuknął Verner, puszczając mimo uszu fragment o dziewczynach, choć Fred obawiał się, że może on sprowokować kolejny słowotok.
– Nie znam się, przypominam ci tylko twoje własne słowa, jak zawsze – powiedział spokojnie, biorąc do ręki szklaneczkę.
– W takim razie możesz przestać, bo je cofam.
– Przecież Hogwart jest… – zaczął tonem, który zwykle rezerwował dla osób, które bardzo, bardzo powoli kojarzyły fakty i nie były w stanie poczynić nawet najprostszych obserwacji.
– Tak, Hogwart jest. Był, jest i pewnie jeszcze długo będzie. – Verner wykrzywił usta i jednym haustem opróżnił swoją szklaneczkę. – Zawsze tak samo piękny, tak samo nieprzemijający. Chwyci za serce każdego, kto na niego spojrzy i kto będzie w nim mieszkał. Ale to już nieważne.
Fred westchnął. Wiedział, że zaraz zejdą na temat Lettie. Nie winił o to Vernera – w końcu pogrzeb dziewczynki odbył się raptem tego ranka. Verner zjawił się tam, choć, jak mówił, Holly tego nie chciała. Wtedy jeszcze, na samym początku tego nieskładnego bełkotu, który Verner zaczął z siebie wyrzucać od progu, nie rozumiał dlaczego. Niewiele rozumiał. Choć niewątpliwie był zamieszany w całą tę sprawę, nie wiedział, na ile Verner się zaangażował. Nie wiedział, co wydarzyło się między nim i Holly. Nie był też pewien, dlaczego Verner nie był właśnie u Ruth. Przez kilka kolejnych godzin składał poszczególne elementy, ale Verner w swoich wypowiedział krążył wokół najbardziej newralgicznych tematów, nie mając odwagi stawić im czoła. Gdyby teraz rozmowa znów się ku nim zwróciła, Fred pewnie usłyszałby to, o czym już wiedział. Postanowił za wszelką cenę pozostać przy lżejszych tematach:
– No patrz, takie to poetyckie było i się zepsuło.
– Nie, zepsuło się już wcześniej, kiedy Hogwart przestał być piękny – odpowiedział Verner, wbijając wzrok w jakiś punkt na suficie. Fred miał nadzieję, że nie był to pająk. Ostatnio znalazł dwa przy karniszu i wolał nie myśleć o tym, jaki wydał z siebie dźwięk, kiedy je zobaczył.
– Przecież jest nieprzemijający i tak samo piękny – przypomniał.
– Obiektywnie tak. – Verner ponownie westchnął. To był wieczór pełen ponurych, ciężkich westchnień. – Dobrze, zatem to nie Hogwart się zepsuł, ale ja.
– Śrubki powypadały, szwy się przetarły? – zapytał ironicznie Fred. Wszystko, o czym nie chciał myśleć, znajdowało się coraz bliżej. Ciężko było powstrzymać się przed ironią.
– Coś w tym rodzaju – burknął Verner, najwyraźniej po raz kolejny próbując uniknąć odpowiedzi na niewygodne pytania.
– I dlatego przestał ci się podobać Hogwart? – drążył Fred z determinacją wartą lepszej sprawy.
– Och, nie, nie przestał. Nigdy nie przestał. Po prostu spadł na drugie miejsce – stwierdził Verner, całkiem przytomnie jak na kogoś, kto sam wypił już sporo ponad butelkę Ognistej.
– Drugie miejsce? O czym ty bredzisz?
– Nie mów, że nie tworzysz własnych rankingów piękna. Każdy je tworzy. Nie każdy się musi przyznawać albo sobie to uświadamiać, ale tworzy każdy.
– Bredzisz – orzekł Fred, ale potem uśmiechnął się pod nosem. – Ale w porządku, bawmy się dalej. Czemu Hogwart spadł na drugie miejsce?
– Bo się nie zmienia. Wszystko inne przemija, więdnie lub umyka, a on trwa. To nudne, nie sądzisz? – zapytał Verner tonem wymuszonej nonszalancji, za którą kryła się pustka, którą próbował od paru godzin oswoić.
– Nie, sądzę, że ta rozmowa przestała mieć sens jakąś butelkę temu.
Verner zerknął na dwie puste butelki i trzecią pełną tylko w połowie, jakby ich wcześniej nie zauważył, a w głowie Freda zaświtało, że być może niepotrzebnie się w ogóle odzywał. Że gdyby pozwolił Vernerowi mówić, to wszystko skończyłoby się szybciej. Że gdyby nie zadawał pytań, to Verner opowiadałby z większą pewnością, nie omijałby tego, co naprawdę go bolało, bo w którymś momencie obecność Freda stałaby się dla niego równie nieinwazyjna jak obecność stołu czy sofy. Że gdyby przestał sięgać do wyczerpujących się już pokładów empatii i najzwyczajniej w świecie sprowokował Vernera do opowieści, to wszystko mogłoby się skończyć. I mógłby iść spać. Brzmiało to źle nawet w jego własnej głowie – w końcu jaki przyjaciel przedkłada własny sen nad pomoc komuś, kto siedzi w fotelu z pustą szklanką i wygląda jak siedem nieszczęść? Ale gdyby Verner wyrzucił z siebie wszystko – wszystko, a nie tylko te strzępki, które wciąż mielił w ustach i przerywał opowieściami o sąsiadach czy żonie Notta, którą spotkał raz w życiu – im obu by ulżyło, a czy nie o ulgę w tym wszystkim chodziło?
Fred zerknął w miejsce, w którym mógł potencjalnie czaić się pająk. Niczego tam nie zobaczył. Nie był pewien, jak powinien zaczął rozmowę, jak sprowokować Vernera do mówienia, a nie do ucieczki. Swoje własne traumy trzymał głęboko ukryte pod stopniowo przyrastającymi warstwami wspomnień jednakowych, nudnych dni. No i – jak uświadamiał sobie z pewnym upiornym rodzajem zazdrości, która nie była typową zazdrością, a bardziej skrzywionym poczuciem niepełnego życia – jego traumy w żaden sposób nie mogły równać się z tym, co Verner właśnie przeżywał. Może dlatego nie był w stanie mu pomóc? Może ludziom z takimi traumami nikt nie jest w stanie pomóc, muszą po prostu pomóc sobie sami? Fred silnie chciał w to wierzyć.
Verner tymczasem nadal milczał i wyglądał, jakby zastanawiał się nad tym, co jeszcze powiedzieć. Może tym razem z jego ust padłoby coś bardziej znaczącego niż utyskiwanie na szparagi, które za młodu musiał jeść w czasie niedzielnego obiadu? Może dojrzał do tego, by coś powiedzieć, a Fred nie musiałby go prowokować?
W końcu jednak Verner energicznie sięgnął po butelkę whiskey i strącił ją ze stołu.
– Szlag by to, zbiła się! – krzyknął, jakby podejrzewał, że Fredowi mógł umknąć ten szczegół.
– I masz swoje piękno. Pięknie zalany dywan – warknął Fred, sprawdzając, czy ma w kieszeni różdżkę.
Nie miał.
– Zamknij się i to napraw – odszczeknął Verner, rozglądając się za inną butelką.
– Nie widzisz w tym sztuki? Nie powiesz nic na temat kompozycji, światła ani tych innych bzdur? – zapytał Fred, nie całkiem świadomie realizując swój plan rozjuszenia Vernera celem skłonienia go do opowieści.
– W rozbitej butelce whiskey nie ma nic pięknego – mruknął Verner, który najwyraźniej zdał sobie sprawę, że była to ostatnia butelka. Energia gdzieś z niego uleciała i z powrotem usiadł w fotelu, który nagle stał się jakby wygodniejsze i bezpieczniejszy, jeśli sposób, w jaki Verner poprawiał poduszki, mógł o tym świadczyć.
Fred westchnął. Spojrzał uważnie na Vernera, który w niesprzyjającym świetle wstającego powoli dnia wyglądał nad wyraz niekorzystnie. Miał cienie pod oczami, a jego twarz wydawała się inna niż wtedy, kiedy Fred widział go ostatni raz. Wiedział, że to tylko złudzenie, w końcu widzieli się raptem parę dni temu, a Verner nie mógł się w tym czasie zmienić w tak widoczny sposób, ale w jego twarzy było coś, co mówiło o jego cierpieniu i co, być może, czyniło go starszym, by nie powiedzieć dojrzalszym, niż wydawał się w zeszłym tygodniu. Coś w utkwionych we Fredzie oczach Vernera mówiło, że Verner cierpiał, i czyniło go to o wiele bardziej ludzkim od Freda.
– Naprawdę? W czym zatem jest? Podobno to, co przemija, nie jest nudne. Ot, masz przykład – powiedział Fred, starając się odwrócić uwagę ich obu od tego, co mogli zobaczyć w swoich twarzach.
– To tylko butelka. Istnieją tysiące, nie, miliony identycznych – mruknął Verner, skupiając wzrok na poduszce.
– Ale żadna nie zbije się w dokładnie ten sam sposób. – Fred uniósł lekko brew. Nigdy nie opanował tej trudniej sztuki, ale czuł, że był to najlepszy wyraz twarzy, jaki mógł właśnie przybrać.
– To bez znaczenia. Zbite butelki nie są sztuką, nie ma w nich piękna, nie ma w nich też whiskey, a przydałaby mi się przez to twoje gadanie. – Verner spojrzał z nadzieją na barek.
– Ja tylko wskazuję luki w twojej teorii – zauważył Fred
– Tu nie ma żadnej teorii, tu jest kupka szkła na podłodze… Szlag, trzeba to posprzątać.
Spojrzenie Vernera przeniosło się z barku na Freda i stało się jakby wyczekujące. Żaden z nich się jednak nie ruszył.
– Tak, tak, to już wiemy – powiedział Fred, ignorując spojrzenie przyjaciela. Widział już rodzącą się w nim złość, wiedział, że jest na dobrej drodze. – Ale przecież to przemija, nie o to ci chodziło?
– Masz różdżkę? – warknął.
– Przemijające i jednostkowe, mówisz? – powtórzył Fred, wychylając się nieco w fotelu. Skracał dystans, by ograniczyć Vernerowi możliwość ucieczki wzrokiem.
– W porządku, poszukam swojej – oświadczył Verner, ale nawet się nie ruszył z miejsca. Patrzył gdzieś ponad lewym uchem Freda.
– Może po prostu butelki są za mało ludzkie, co? – ciągnął Fred, czując, że jest coraz bliżej celu, że być może kiedy cała Vernerowa opowieść już wybrzmi, obaj staną się równie ludzcy, a Verner utraci to nowo nabyte prawo do wyglądania starzej i mądrzej. – Może piękno, o które ci chodzi, musi mieć ręce i nogi, musi tańczyć i śpiewać, podskakiwać i… Ej, co jest? – urwał, bo zobaczył coś, czego się nie spodziewał.
Verner, ten silny, porywczy, głupi Verner miał łzy w oczach. Fred poczuł się nieswojo, jeszcze nigdy nie doprowadził nikogo do łez; ba, przez myśl mu nawet nie przeszło, że mógłby przykręcić śrubę zbyt mocno, uderzyć tam, gdzie boli za bardzo. Nie potrafił radzić sobie z cudzym bólem; nie potrafił radzić sobie nawet z własnym, dlaczego więc Verner w ogóle przyszedł do jego mieszkania ze swoim cierpieniem, z tymi oczami człowieka doświadczonego przez życie i z tą głupią gębą, która nie chciała się przez cały wieczór zamknąć? I w którym momencie ten ukuty na poczekaniu plan poszedł nie tak?
– Masz tę różdżkę czy nie? – zapytał Verner, wcześniej odchrząknąwszy lekko.
– Ty płaczesz? – zdziwił się Fred całkowicie neutralnym tonem, zaraz jednak decydując, że nie mógł teraz rezygnować, że zmiana podejścia do Vernera tylko dlatego, że ten mógł, ale nie musiał zacząć płakać, byłaby jeszcze gorsza. Lepiej wrócić do znajomego tonu. – Zgaduję, że nie za rozbitą whiskey, nawet jeśli to byłoby zabawne jak te wszystkie programy telewizyjne, w których zmuszają ludzi, żeby robili coś głupiego za pieniądze. Chodzi ci o te ręce, nogi i całą resztę?
Verner milczał.
Fred pozwolił mu na to. Podszedł do wiszącego w przedpokoju płaszcza i wyjął z wewnętrznej kieszeni różdżkę. Uprzątnął zbite szkło i wywabił plamę z dywanu, dziękując w myślach Merlinowi, że zaklęcie zadziałało. Naprawdę lubił swój dywan. Posłał Vernerowi niepewne spojrzenie, ale ten nie wyglądał, jakby chciał mówić. Dalej wpatrywał się w ścianę. Nie płakał, ale na jego twarzy malowało się coś, co pozwoliło Fredowi wierzyć, że Verner dojrzewał do decyzji o podjęciu opowieści. Po prostu potrzebował jeszcze trochę czasu. I, być może, zdecydowanego popchnięcia, gdyby jednak potrzebował zbyt wiele czasu.
Póki co jednak Fred wyciągnął z barku jeszcze jedną butelkę whiskey, choć czuł, że nie powinien, że to był moment na gorzką herbatę. Kto jednak słyszał o tym, by opowiadać o życiu przy herbacie? By wywlekać wszystkie brudy własnej duszy, wszystkie traumy, niepewności i błędy nad filiżanką herbaty? Obaj potrzebowali whiskey – Verner, by móc mówić, a Fred, by być dalej jego przyjacielem, nawet jeśli nie rozumiał wszystkich Vernerowych wyborów, nawet jeśli nie zgadzał się z nimi, nawet jeśli wolałby uciec od wspomnień, które opowieść Vernera na pewno przywoła.
Kiedy Fred znowu usiadł w fotelu, spojrzenie Vernera odlepiło się od ściany i, zlustrowawszy cieasteczka i butelkę, zatrzymało się na twarzy przyjaciela. Zauważył, że w oczach Vernera nie było już łez; teraz kryła się w nich jakaś ponura determinacja, która spychała na dalszy plan ból i pustkę.
– Nawet jeśli, co ci do tego? – zapytał Verner dawnym, wyzywającym tonem.
Fred musiał cofnąć się pamięcią do poprzedniej części rozmowy. Przez jego głowę przebiegło tyle myśli, że ledwo uchwycił swój wcześniejszy tok rozumowania.
– Nic. Absolutnie nic – powiedział w końcu. – Ale może tobie przydałby się ktoś, kto by wysłuchał tego wszystkiego od początku do końca. No dalej, wiem, że chcesz to opowiedzieć. Chcesz, żeby było piękne.
Verner kiwnął głową i zaczął mówić.

Advertisements

14. zanik piękna

Uśmiech Greengrassa wskazywał na to, że jego właściciel dawno już przekroczył cienką granicę między normalnością a szaleństwem. Verner patrzył na niego i zastanawiał się, czy Greengrass jest w stanie uśmiechać się jeszcze szerzej. Przypominał sobie, że Holly kiedyś kazała mu oglądać jakiś film, w którym ktoś uśmiechał się tak szeroko – jeszcze szerzej niż Greengrass teraz – że… a zresztą, to musiał być jeden z tych horrorów, które oglądali tylko po to, żeby Holly się do niego przytulała. Wątpił, żeby Greengrass miał coś wspólnego z potworem z mugolskiego horroru. Wątpił też, że nawet gdyby okazało się, że się mylił, to zareagowałby stosownie szybko. Od paru dni funkcjonował na zwolnionych obrotach, jakby wolniejsze działanie miało pomóc mu zakryć pustkę, o której istnieniu wcześniej nie wiedział lub nie zdawał sobie z niego sprawy. Nie chciał też myśleć o Holly.
– Nie mam pojęcia, o czym mówisz, Vernerze – powiedział w końcu Greengrass. – Nasza umowa była prosta. Dostarczyłem ci uzdrowiciela.
Verner posłał mu nienawistne spojrzenie; nawet nie dlatego, że go w tym konkretnym momencie nienawidził – nie był bowiem pewien, czy ma wystarczająco dużo energii – ale wydawało się to stosowną reakcją.
– Dostarczyłeś mi partacza – odpowiedział.
– Dostarczyłem uzdrowiciela najlepszego do tego przypadku.
– Tego? – Verner zmarszczył brwi. Czuł, że z każdym krokiem brnie dalej w pułapkę, którą zastawił na niego Greengrass, ale nie miał wątpliwości, że zabrnął już tak daleko, że nie mógł odwrócić się na pięcie i wyjść z gabinetu Greengrassa, uwolnić się od niego i znaleźć inne zajęcie. To by wymagało energii i namysłu. Siedzenie tutaj było łatwiejsze.
Greengrass wzruszył ramionami, a jego uśmiech ani przez chwilę nie był bardziej przyjazny.
– Oszczędziłem ci problemów w przyszłości. Miałeś dziecko z mugolką. Wiesz, co pewne środowiska o tym myślą?
Verner patrzył na niego z niedowierzaniem. Jasne, nie ufał Greengrassowi, ale mieli prostą umowę. Banalną wręcz. Greengrass miał po prostu dostarczyć uzdrowiciela. Jak można coś tak prostego wykręcić i przekształcić w polityczną grę?
– Ale miałeś dostarczyć uzdrowiciela – powiedział w końcu.
– Hobbes jest uzdrowicielem. – Greengrass wyglądał już na poirytowanego. Może dlatego, że od dobrych paru minut krążyli wokół tego samego tematu.
– Kazałeś mu… kazałeś mu to zrobić? – zapytał Verner, który nie do końca nadążał za tokiem rozmowy.
– Och, nie. – Uśmiech Greengrassa minimalnie się zmniejszył, by potem znów przybrać rozmiary, których nie powstydziłby się żaden maniak. – Po prostu jest kiepski w tym, co robi.
– Ty skurwysynu, jak… – zaczął Verner, zrywając się na równe nogi, jakby krzesło go oparzyło.
Greengrass skinął na niego różdżką i Verner kontynuował swoje wyrzuty bezgłośnie. Kiedy przestał poruszać ustami – albo dlatego, że wyczerpał temat, albo dlatego, że zdał sobie sprawę, że Greengrass i tak go nie słyszy – Rasmus przemówił:
– Chyba nie rozumiesz swojej sytuacji. Uważasz się za profesjonalistę, za kogoś niezastąpionego, kiedy tak nie jest. Uważasz, że świat jest ci coś winien. Masz o sobie takie mniemanie, że przestajesz być czujny. Dziecko sprawiało, że straciłeś koncentrację na tym, co naprawdę ważne. Usunięcie go miało ci pomóc. Oczywiście miało też pomóc mnie; na co mi chłoptaś na posyłki, który jest silnie związany ze światem mugolskim. Jeszcze trochę, a przestałbyś poświęcać mi czas. Vernerze, w twoim fachu nie można sobie na to pozwolić, powinieneś to wiedzieć po tylu latach. Wyświadczyłem przysługę nam obu, kiedyś to zrozumiesz.
Verner kopnął w krzesło, na którym wcześniej siedział. Mebel zatrzymał się dopiero pod ścianą, ale nie wyglądał, jakby to kopnięcie mu szczególnie zaszkodziło. Greengrass nawet nie spojrzał na krzesło. Utkwił wzrok w Vernerze. I już się nie uśmiechał.
– Mam nadzieję, że się porozumieliśmy i nie będziesz więcej poruszał tego tematu – powiedział, zdejmując zaklęcie z Vernera.
– Jesteś największym skurwielem, jakiego widziałem – warknął Verner.
Greengrass nie odpowiedział, machnął tylko ręką w kierunku drzwi, a jego twarz przybrała możliwie uprzejmy wyraz. Było jasne, że nie mają już o czym rozmawiać, więc Verner wyszedł. Nie był pewien, co mógłby zrobić, gdyby został. Podejrzewał, że gdyby spróbował zaatakować Greengrassa, ten zareagowałby na tyle sprawnie, że Verner w sekundę pożałowałby swojej decyzji.
Nie chciał wracać do mieszkania, w którym nie czekało na niego nic poza pustymi butelkami. Nie sądził też, że Fred będzie zadowolony, jeśli Verner pokaże się u niego tak szybko po ostatniej wizycie, która okazała się katastrofą. Verner nie był pewien, jak doszło do tego, że zbił wazon po prababci Freda, ale podejrzewał, że – wbrew temu, co mówił Fred – musiał to być wypadek. W końcu nie należał do ludzi, którzy chodzą i tłuką cudze pamiątki rodowe. Kradzież pamiątek rodowych to całkiem inna sprawa, ale ten wazon był szkaradny, nikt nie dałby Vernerowi na niego zlecenia. Nie zmieniało to jednak faktu, że Fred był zły.
A może powinien iść do Holly? Nie rozmawiał z nią od tamtej nocy w szpitalu, ale na pewno było coś, co powinni omówić. Chociażby pogrzeb. Chyba że już się odbył. Verner nie był pewien, jak szybko mugole radzili sobie z chowaniem zmarłych. Nie chciał uczestniczyć w pogrzebie, ale czuł, że powinien. Może taka forma pożegnania z osobą, z którą przez krótki czas wiązał tak dużo planów, będzie wystarczająca do wypełnienia pustki, którą przez parę ostatnich dni próbował wypełnić whisky? Nie był pewien, skąd w ogóle wzięła się w nim ta pustka. W końcu wiedział o istnieniu Lettie zbyt krótko, by się do niej naprawdę przywiązać. To wszystko musiało być po prostu mieszanką szoku i poczucia winy. Musiał się pozbyć tych uczuć jak najszybciej i podejrzewał, że kontakt z Holly nie pomoże o nich zapomnieć, ale może… może pomoże mu w inny sposób? Przez ostatnich kilka dni często o niej myślał i zastanawiał się, jak wyglądałoby ich życie, gdyby wychowywali Lettie razem. Pewnie prędzej czy później i tak musieliby się rozstać – nie był na tyle głupi, by wierzyć w szczęśliwe zakończenia i miłość do grobowej deski – w końcu było między nimi zbyt wiele różnic, których nie sposób ignorować w nieskończoność. Ale może… może skoro nie byli razem, kiedy to się stało, skoro nie połączyło ich wychowywanie Lettie, to może teraz, kiedy oboje są w żałobie, mogliby wrócić do tego, co było między nimi parę lat temu? Oczywiście zdawał sobie sprawę, że Holly była teraz z tym mugolem, ale przecież to nie oznaczało, że nie mógł próbować. Zresztą nie zamierzał zwalać jej z nóg swoim urokiem osobistym (miał wrażenie, że nie poszłaby na to); chciał spróbować innego podejścia. Chciał, żeby zaczęła go potrzebować. I to bardziej niż tego mugola. W końcu o to chodziło, tak? Jeśli Holly była osobą, dzięki której mógłby stać się lepszy – albo przynajmniej szczęśliwszy – to teoretycznie on powinien być taką osobą dla Holly. Pewnie dlatego wcześniej im nie wyszło, Holly go nie potrzebowała, nie tak naprawdę. Ale teraz…
Verner pokręcił głową. Jakaś część jego mózgu była świadoma, że to dość cyniczne podejście, próbować wykorzystać śmierć dziecka, by zbliżyć się do jego matki; zwykle część ta była jednak skutecznie uśpiona, ale teraz, kiedy był trzeźwy, próbowała go przekonać, że to wcale nie jest dobry plan. Inna część jego mózgu wiedziała, że jeśli teraz nie uda mu się z Holly, to nie uda mu się z nią nigdy. A skoro z jego życia zniknęła Lettie, to potrzebował czegoś innego. Potrzebował czegoś, dla czego – dla kogo – będzie chciał być dobrym człowiekiem. Dla kogo mógłby utrzymywać pozory i nie dać się stłamsić Greengrassowi i wszystkiemu, co się z pracą dla niego wiązało. Wcześniej, kiedy pracował dla Borgina i Burke’a, wydawało mu się, że utrzymywał pewną niezależność i miał zamiar dryfować przez życie z myślą, że sam o sobie decydował. Teraz potrzebował kotwicy, a Greengrass mu ją odciął. Czy odciąłby i drugą? Czy gdyby faktycznie był z Holly, to groziłoby jej niebezpieczeństwo? Oczywiście Verner domyślał się, o czym Greengrass mówił. Czarny Pan powrócił, podobno jeszcze silniejszy i straszniejszy niż wcześniej. I jeszcze bardziej zdecydowany położyć kres mieszaniu się krwi magicznej i mugolskiej. Verner był zbyt widoczny – a także, być może, miał o sobie zbyt wysokie mniemanie – by wierzyć, że żaden ze śmierciożerców nie zainteresuje się jego życiem prywatnym.
Mimo to nadal chciał Holly.
Nie wybił sobie tego z głowy ani w czasie podróży autobusem, ani w czasie krótkiego spaceru, ani nawet kiedy już stanął pod drzwiami jej domu. Nadal jej chciał.
Zapukał.
Przez dłuższy czas nikt nie otwierał, ale w końcu ktoś podszedł, hałaśliwie wydmuchał nos, a potem otworzył drzwi. Ku zadowoleniu Vernera okazało się, że to Holly, która trzymała na biodrze wyrywające się młodsze dziecko. Jedyne dziecko, poprawił się w myślach Verner i poczuł, że pustka zaczęła się rozszerzać.
– Jeśli chciałeś zapytać o pogrzeb… – zaczęła Holly, która najwyraźniej nie podzielała Vernerowego zadowolenia i chciała się go jak najszybciej pozbyć.
– Możemy porozmawiać? – zapytał szybko. – Jak cywilizowani ludzie?
Holly uniosła lekko brwi. Verner był z siebie całkiem zadowolony. Wymyślił ten tekst jeszcze w autobusie i był prawie pewien, że Holly nie zatrzaśnie mu drzwi przed nosem, jeśli będzie wiedziała, że chce tylko porozmawiać. I to o Lettie. Między innymi.
– No dobrze, wejdź – westchnęła. – Ale nie mam wiele czasu…
Zaprowadziła go do salonu, cały czas trzymając przy sobie dziecko, choć wyraźniej było jej ciężko. Verner nie skomentował. Zgadywał, że miało jej to w jakiś sposób pomóc poradzić sobie z utratą Lettie. W końcu jednak Holly postawiła dziecko na dywanie i dziewczynka z zadowoleniem zaczęła ustawiać klocki. Verner stracił zainteresowanie nią i przeniósł wzrok na Holly, która patrzyła na niego wyczekująco.
– Jak się trzymasz? – zapytał. Nie był pewien, jak bardzo powinien zagłębiać się w temat jej uczuć, ale jednocześnie zdawał sobie sprawę, że nie może go całkiem pominąć.
Holly westchnęła i utkwiła wzrok w kolekcji zdjęć, które stały na regale. Większość z nich przedstawiała Lettie.
– Funkcjonuję. Susie mnie potrzebuje i tylko to sprawia, że mam siłę wstać z łóżka – powiedziała cicho. – Nie chcę, żeby myślała, że ją opuściłam, ale mam w sobie taką… pustkę. Nie chcę, żeby Susie mnie widziała w takim stanie. Oczywiście wie, co się stało, ale jest jeszcze mała, nie rozumie wszystkiego. A mi czasami brakuje siły, żeby… żeby być dla niej taką matką, jaką powinnam być.
Spojrzała na niego przelotnie, a potem się rozpłakała. Szybko jednak otarła oczy, ale nie odłożyła chusteczki, jakby spodziewała się, że będzie jej jeszcze potrzebna. Verner nie był pewien, co odpowiedzieć. Jego pustka musiała być inna niż tak, którą czuła Holly, ale nie bardzo wiedział, jak o niej mówić.
– Kiedy pogrzeb? – zapytał.
– Jutro. Chciałam cię poinformować, ale nie zostawiłeś żadnego adresu ani telefonu. Czekaj, zaraz zapiszę ci wszystkie informacje – powiedziała i zaczęła szukać kartki i długopisu.
Może powiedziała to, by poczuł się lepiej, może naprawdę chciała go poinformować. Verner nie był pewien, ale domyślał się, że jeśli jej stosunek do niego uległ zmianie, to mogło się tak stać tylko i wyłącznie z powodu tego, co działo się w szpitalu.
– Nie pomyślałem – mruknął. – Wtedy w szpitalu… nie miałem głowy do adresów.
Holly zapisywała akurat adres, więc nie wiedziała, jak uważnie jej się przyglądał.
– Żadne z nas nie miało – odpowiedziała szybko i podała mu kartkę. – Proszę.
Verner pokiwał głową i schował kartkę do kieszeni. Teraz chciał się skupić na rozmowie, nie na adresie, pod którym jutro będzie mógł pożegnać się z Lettie. Albo z tym, co z Lettie zostało. Nadal nie był pewien, jak o tym myśleć.
Przez chwilę milczeli, aż w końcu Holly wypaliła:
– Dziękuję, że byłeś wtedy w szpitalu. Nie wiem, dlaczego było to dla ciebie ważne, ale dziękuję. Przynajmniej ktoś był z nią w pokoju, kiedy… kiedy… – Przerwała, żeby otrzeć łzy. Przełknęła głośno ślinę, najwyraźniej zbierając siły, żeby kontynuować, ale Verner jej przerwał.
– Miałem nadzieję, że jej się poprawi. Chciałem się upewnić, że wyzdrowieje – powiedział.
Holly patrzyła na niego przez chwilę, jakby nie była pewna, co powinna odpowiedzieć, po czym przeniosła wzrok na stolik.
– Och, zupełnie zapomniałam. Napijesz się herbaty?
Verner poczuł, że atmosfera się zmieniła. W powietrzu wisiało coś niewypowiedzianego, a herbata miała odwrócić jego uwagę od tego czegoś. Jednak zanim zdążył odmówić, Holly wstała i poszła do kuchni, zapewniając go, że za chwilę wróci.
Przez chwilę siedział w fotelu i patrzył na dziecko – Susie – które nadal bawiło się klockami. Nie było najlepszym budowniczym, jakiego widział – stawiało wieże z kilku klocków, po czym je przewracało i na przewróconych klockach stawiało kolejne, by je też przewrócić. Verner nie widział w tym szczególnej logiki, ale domyślał się, że ciężko spodziewać się logiki po kimś, kto ma niespełna trzy lata.
Spojrzał w stronę kuchni. Holly nadal nie wracała. Może powinien sprawdzić, czy wszystko z nią w porządku?
Wstał i niepewnie ruszył w stronę pomieszczenia, w którym zniknęła Holly. Zastał ją patrzącą na obrazki przyczepione magnesami do lodówki. Część z nich przedstawiała różnokolorowe bazgroły, które niczego nie przypominały, ale część wyglądała lepiej. Domyślał się, że to rysunki Lettie. Nie wiedział jednak, co powinien powiedzieć lub zrobić. Holly go jednak wyręczyła.
– Tak mi jej brakuje – wysiąkała, po raz kolejny ocierając łzy. – Cały czas myślę, że może mogłam coś jeszcze zrobić, jakoś jej pomóc…
– Czasami nic nie można zrobić – powiedział, ale dobrze wiedział, jak głucho brzmiał jego głos. Gdyby tylko dorwał Hobbesa, to zabiłby go z zimną krwią.
– Wiem, ale to takie niesprawiedliwe. Po prostu… niesprawiedliwe – urwała, żeby wyczyścić nos.
Wyglądała koszmarnie, ze spuchniętymi oczami, zalana łzami i z czerwonym nosem, ale Vernerowi to nie przeszkadzało. Przytulił ją do siebie w nadziei, że w ten sposób przekaże jej, że on też cierpi. Podejrzewał, że gdyby powiedział o pustce, to Holly by go wysłuchała i nie kwestionowała jego uczuć czy pobudek, ale nie wiedział, jak ubrać w słowa to, co czuł.
Holly przez chwilę milczała, ale gwizd czajnika z gotującą się wodą wyrwał ją ze stanu, w którym się znajdowała. Odtrąciła ręce Vernera i nalała wody do szklanki.
– O czym chciałeś porozmawiać? – zapytała, wyjmując z szafki cukiernicę. Ton jej głosu był o wiele chłodniejszy niż wcześniej; prawdopodobnie żałowała, że dała się Vernerowi przytulić.
Verner nie był pewien, co powinien odpowiedzieć. Chciał porozmawiać o przeszłości. Chciał pomyśleć o przyszłości. A poza tym chciał ją pocałować. I, jeśli dobrze odczytał jej ton głosu, miał jakieś trzy minuty na realizację tego wszystkiego, bo później zostanie wyrzucony za drzwi.
Dlatego nie namyślał się długo, tylko położył dłoń na policzku Holly, głaszcząc go przez chwilę, a potem schylił się i ją pocałował. Holly nie oddała pocałunku, ale nie zrażało go to; chciał, żeby przypomniała sobie całą ich wspólną przeszłość, żeby przypomniała sobie wszystkie poprzednie pocałunki. Żeby na chwilę zapomniała o teraźniejszości.
Holly niepewnie go objęła, jakby nie była pewna, czy przycisnąć go do siebie, czy odepchnąć. Verner nie miał zamiaru ustąpić i przesunął językiem po jej dolnej wardze, zachęcając ją do pogłębienia pocałunku. Skoro jeszcze go nie odrzuciła, to były spore szanse, że tego nie zrobi, prawda?
To jednak otrzeźwiło Holly, która odepchnęła go od siebie.
– Co ty wyprawiasz?! – krzyknęła. – Wynoś się. Wynoś się i nie wracaj! Nie chcę cię już nigdy więcej widzieć!
– Ale Holly… – zaczął – pomyśl o tym, jak było nam kiedyś dobrze ze sobą.
Holly otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale najwyraźniej nie była w stanie wykrztusić z siebie słowa. Verner widział jednak, jak jest wściekła. Postanowił powiedzieć wszystko, co ma do powiedzenia.
– Poczekaj, wiem, wszystko wiem, ale przypomnij sobie… Może moglibyśmy zacząć od nowa. Zależy mi na tobie, Holly, powinniśmy być razem. Moglibyśmy spróbować być rodziną, może nawet mieć nowe dziecko…
Holly nie wytrzymała i go spoliczkowała. Verner nie był pewien, czy kiedykolwiek ktoś uderzył go równie mocno. Holly jednak na tym nie poprzestała; popchnęła go z taką siłą, że zrobił pół kroku w tył.
– Wynoś się! Wynoś się natychmiast! Nie wiem, co ty sobie wyobrażasz, ale jesteś podłą świnią! Wynoś się z mojego domu!
Cały czas go popychała i nie przestawała krzyczeć. Verner nie spodziewał się aż tak żywiołowej reakcji. Domyślał się, że będą krzyki. W głębi serca nie spodziewał się, że jego plan zadziała, ale nie miał innego.
– Holly, ale pomyśl tylko! Pomyśl o nas. Powinnaś być moja! – krzyknął, kiedy znalazł się już na progu i wiedział, że zaraz zatrzasną się przed nim drzwi.
– Jesteś bezczelny! Jeśli wróciłeś tu tylko po to, żeby próbować mnie uwieść, to jesteś jeszcze gorszym człowiekiem, niż kiedykolwiek myślałam. Nie przychodź jutro na pogrzeb. Nie wracaj tu nigdy więcej albo wezwę policję!
Holly zamknęła drzwi i wybuchła głośnym płaczem. Verner nie był pewien, co powinien zrobić. Może faktycznie źle to wszystko zaplanował. Może nie powinien tak otwarcie proponować jej, żeby do niego wróciła. Może powinien poczekać do pogrzebu. Teraz nie miał już co liczyć na to, że Holly kiedykolwiek do niego wróci, nie po tych wszystkich krzykach i trzaśnięciu drzwiami.
Zaklął i ruszył w kierunku przystanku. Nie miał pojęcia, co powinien ze sobą zrobić. Wiedział tylko, że niezależnie od tego, co mówiła Holly, pojawi się na pogrzebie. Lettie była dla niego ważna i ma prawo ją pożegnać.
Nie był pewien, w którym momencie uświadomił sobie, że idzie do Ruth. Dawno u niej nie był. Całe to zamieszanie z Lettie nie wprawiało go w odpowiedni nastrój. Poza tym widział teraz bardzo wyraźnie, jak bardzo Ruth nie przypominała Holly. Jasne, była atrakcyjna, ale nie było w niej tego czegoś, co sprawiało, że chciał być lepszy. Zresztą Ruth pewnie nie zależało na tym, by był lepszym człowiekiem. Ruth chciała mrocznego i niebezpiecznego faceta, tak? Może jednak pasowali do siebie. Oboje chcieli, żeby na miejscu tego drugiego znajdował się ktoś inny; obojgu też to, jak sądził, nie przeszkadzało. Ruth co prawda wspominała coś o przejściu na kolejny etap związku, ale Verner puszczał to mimo uszu. Nie wiedział, co to oznacza, ale spodziewał się, że jeśli dostatecznie długo będzie to ignorował, to Ruth da sobie spokój. Niby czemu mieliby coś zmieniać? Czy to, co między nimi było, wymagało zmian? Przecież seks był świetny. Po co go psuć przeprowadzkami czy kolacjami przy świecach?
Zapukał do drzwi Ruth nieco niepewnie. Ledwie pół godziny temu Holly wyrzuciła go ze swojego domu, miał prawo trochę obawiać się kobiet i drzwi. Nawet jeśli Ruth nigdy by czegoś takiego nie zrobiła.
– Dawno się nie widzieliśmy – powiedział, kiedy mu otworzyła.
– Dlaczego nie uprzedziłeś mnie, że przyjdziesz? – zapytała nieco poirytowanym tonem. – Zrobiłabym coś do jedzenia.
– Nie jestem głodny – zapewnił, wchodząc do mieszkania i zamykając za sobą drzwi.
– Ale mam w domu tylko jakieś resztki! Miałam iść później do sklepu, ale może pójdziemy teraz? Moglibyśmy kupić coś dobrego na kolację? – zaproponowała z uśmiechem.
Verner się skrzywił.
– Nie ma sensu, pójdziesz później – odpowiedział, po czym ją pocałował.
Ruth oddała pocałunek bez żadnych oporów. Może pod pewnymi względami jest lepsza od Holly, pomyślał Verner. Chwilę później jednak Ruth nieco się odsunęła.
– Vernerze, proszę. Muszę zrobić zakupy.
– Możesz je zrobić później – powtórzył, po czym dodał: – Za dwie godziny muszę być w innej części Londynu, nie marnujmy czasu na zakupy.
Ruth spojrzała na niego smutno.
– Nie chcesz nawet zapytać, co u mnie słychać, co robiłam przez cały ten czas, kiedy się nie widzieliśmy. Nie chcesz powiedzieć, co ty robiłeś. Chodzi tylko o seks, tak? Tylko dlatego przychodzisz?
Verner stłumił westchnienie. Czy wszystkie kobiety się na niego uwzięły?
– Ruth, to nie tak…
– Czy ty mnie w ogóle kiedykolwiek lubiłeś, Vernerze? Czy po prostu byłam wygodnym, ciepłym ciałem, które mogłeś przelecieć, kiedy miałeś na to ochotę?
– O co ci chodzi? Jeśli sobie dobrze przypominam, byłaś całkiem zadowolona z takiego układu – warknął.
Ruth pokręciła głową.
– Myślałam, że coś nas łączy. Coś więcej niż seks.
Verner zawahał się. Nie był pewien, co odpowiedzieć. Może łączyło ich coś więcej, ale nie było szans, by kiedykolwiek zostali jedną z tych par, które mieszkają razem i myślą o dzieciach. Zresztą Verner nie był pewien, czy w ogóle chce myśleć o dzieciach. Myślenie o Lettie nadal było dość bolesne. Zastanawiał się, jak musiałoby boleć, gdyby wychowywał ją od małego. Zastanawiał się, jak bardzo musiała cierpieć Holly. Zachował się wobec niej jak skończony dupek, nie powinien był nic mówić.
Ruth patrzyła na niego wyczekująco, ale Verner nie miał jej nic do powiedzenia.
– Chyba nie powinniśmy się już spotykać – powiedziała smutno Ruth. – Naprawdę cię lubię, ale mam wrażenie, że ty mnie nie. Zasługuję na kogoś, kto będzie mnie lubił.
Verner popatrzył na nią niepewnie, jakby nie wiedział, czy zaraz nie zacznie krzyczeć i popychać go w stronę drzwi. Ruth jednak patrzyła na niego ze smutkiem, ale na jej twarzy malowało się też jakieś zdecydowanie, którego Verner nie widział wcześniej albo nie pamiętał. Nie miał siły walczyć z tym zdecydowaniem, choć nie miał wątpliwości, że w końcu by wygrał. Przekonałby ją, że jest między nimi coś więcej niż seks, nawet jeśli tak nie było. Przekonałby ją tylko po to, by po raz kolejny się z nią przespać. Nie było warto tak walczyć o jedną noc. Nie dziś.
W końcu skinął tylko głową.
– Masz rację, Ruth – powiedział obojętnie. – Nie powinniśmy się już spotykać.
Ruth też skinęła głową. Nie zmieniła wyrazu twarzy ani się nie poruszyła. Żadne z nich nie było pewne, co powinno zrobić. Verner czuł się niezręcznie i nie miał zamiaru przeciągać tej sytuacji. Ten dzień był już wystarczająco zły.
– Cóż, powodzenia – rzucił i otworzył drzwi.
– Wzajemnie – odpowiedziała Ruth.
Verner posłał jej zdawkowy uśmiech i wyszedł. Znów czuł się pusty w środku, może jeszcze bardziej niż wcześniej. Nie był pewien, co powinien ze sobą zrobić, skoro wszystkie pomysły zawiodły. Pewnie powinien po prostu wrócić do mieszkania i sprawdzić, czy nie została mu jakaś butelka whisky. W końcu najprostsze rozwiązania są najlepsze tak? Poza tym w dni takie jak ten piękno można znaleźć w jednym tylko miejscu; kiedy nie można rzucić się w wir pracy ani w ramiona ukochanej kobiety, kiedy łóżko jest zimne bez kochanki i kiedy na całym świecie nie ma nikogo, kto chciałby z człowiekiem porozmawiać, ciężko jest dostrzegać piękno inne niż piękno pełnej butelki.

13. upadek demiurga

– Do szpitala? – powtórzył Verner, jakby usłyszał to słowo po raz pierwszy w życiu.
Holly go zignorowała. Podniosła stojącą na podłodze torbę i wyszła przed dom, zmuszając Vernera do cofnięcia się o dwa kroki. Jej irytacja i smutek były niemal namacalne i Verner nie wiedział, jak powinien się zachować w tej sytuacji. Czy to możliwe, że przyczynił się do takiego stanu rzeczy? Czy to… Hobbes! Hobbes coś zepsuł. Nie powinien był mu ufać, Fred miał rację.
Tymczasem Holly zamknęła drzwi i, całkowicie zignorowawszy Vernera, ruszyła w stronę przystanku autobusowego. Verner poszedł za nią.
– Jak to do szpitala? – powtórzył.
– Straciła przytomność – odpowiedziała Holly. – Musieliśmy ją zabrać, zaczęła nierównomiernie oddychać i puls jej spadł tak bardzo… Musieliśmy.
Verner przełknął ślinę. Czy to możliwe, że Hobbes podał Lettie za dużą dawkę tego, co miał jej podać? Czy Holly obudziła się za szybko i zobaczyła małą w stanie oszołomienia, w który wprawił ją Hobbes? Nie mógł wypytywać Holly o szczegóły, jeśli nie chciał dać jej do zrozumienia, że wie o tej sprawie więcej, niż powinien, ale jednocześnie miał nadzieję, że sama opowie mu wszystko, jeśli tylko dostatecznie mocno ją przyciśnie.
– I zostawiłaś ją tam samą? – zapytał, starając się w międzyczasie wymyślić sposób na uzyskanie pożądanych informacji.
– Oczywiście, że nie! – fuknęła wściekle. – Charlie jest z nią, ja wróciłam po piżamę i Pana Mruczka.
– Pana Mruczka?… – powtórzył zbity z tropu Verner, którego myśli odbiegły daleko, daleko od tematu rozmowy i który nagle zdał sobie sprawę, że nie bardzo nadąża. W myślach okładał Hobbesa po twarzy, łamał mu nos i zabierał mu cudowne lekarstwo, które mogłoby naprawić to, co zepsuło poprzednie.
– To pluszowy kotek Lettie – wyjaśniła Holly, a potem nerwowo zerknęła na zegarek. – Vernerze, naprawdę nie mam czasu.
Dotarli już do przystanku autobusowego i Holly straciła jakiekolwiek zainteresowanie jego osobą. Z uporem patrzyła to w rozkład jazdy, to na zegarek, jakby miało to przyspieszyć pojawienie się autobusu.
– Pojadę z tobą – powiedział Verner.
To sprawiło, że Holly złamała szyk wpatrywania się i posłała mu spojrzenie tak poirytowane, że Verner miał ochotę zrobić krok do tyłu, jakby w obawie, że zaraz oberwie po głowie torbą zawierającą Pana Mruczka.
– Nie – odpowiedziała krótko Holly.
– Mam prawo…
– Nie masz żadnego prawa, już o tym rozmawialiśmy – syknęła. – Nie wiem, czy cię to bawi, czy chcesz się poczuć lepiej, ale nie potrzebujemy ani twojego zainteresowania, ani twojego… złota.
Ostatnie słowo wymówiła tak cicho, że przez chwilę Verner nie był pewien, czy dobrze je usłyszał. Przemknęło mu przez myśl, że Holly domyślała się, skąd pochodziła biżuteria, którą jej podarował. Nie miał jednak czasu zastanawiać się, co z nią zrobiła.
– Ani trochę mnie to nie bawi. Chcę pomóc – zapewnił.
Holly nie odpowiedziała, ale wróciła do mierzenia wzrokiem rozkładu i zegarka. Ponownie odezwała się dopiero, kiedy oboje wsiedli już do autobusu – ona z pewną ponurą determinacją, a on z pewnym wahaniem.
– Mam nadzieję, że kupiłeś bilet.
Verner spojrzał na nią, jakby podejrzewał, że się przesłyszał. Jechali do szpitala, w którym leżało ich – ich! – dziecko, a ona mówiła o bilecie? Oczywiście, że go nie miał, kto by się przejmował takimi drobiazgami.
Najwyraźniej jednak Holly się przejmowała, bo kiedy udało jej się usiąść, przejrzała jakieś dokumenty, które miała w torebce, a potem wyciągnęła listę zakupów i zaczęła ją studiować z uwagą. Verner zmarszczył czoło. Nie wiedział, jak w takiej sytuacji powinna zachowywać się matka, ale wydawało mu się, że nie powinna czytać listy zakupów. Jasne, jego matka pewnie robiłaby coś o wiele bardziej niestosownego, ale…
– Jesteś pewna, że czytanie tej listy to dobry pomysł? – zapytał. – Znaczy… w takiej chwili?
Gdyby spojrzenia mogły zabijać, to to, które posłała mu Holly, nie tylko poderżnęłoby mu gardło, lecz także zatańczyło na jego zwłokach, a potem spaliło je w ognisku.
– Co cię obchodzi moje zachowanie? – syknęła możliwie najciszej, żeby nie wzbudzać nadmiernego zainteresowania współpasażerów.
– Ej, jesteśmy po tej samej stronie – mruknął naburmuszony. Zdawał sobie sprawę, że nie powinien był nic mówić, ale jednocześnie nie widział powodu, dla którego ona miałaby rozładowywać na nim swoją frustrację.
Holly zacisnęła usta i nic nie odpowiedziała. Nadal patrzyła na listę zakupów, ale jej oczy się nie poruszały. Najwyraźniej o czymś myślała. Verner zauważył też, że ręce trzęsą jej się coraz bardziej. Po chwili wahania położył jej dłoń na ramieniu i, kiedy spojrzała na niego zdezorientowana, spróbował się uśmiechnąć. Holly nie odwzajemniła jego uśmiechu, strząsnęła tylko jego dłoń za ramienia i wróciła do szperania w torebce. Prawdopodobnie nie szukała niczego konkretnego, a tylko chciała zająć czymś ręce. Verner, który nigdy nie był szczególnie cierpliwy, mógł zrozumieć jej chęć działania, ale nie rozumiał, czemu musiała się ona koncentrować na przeszukiwaniu torebki, która – jego zdaniem – mogłaby pomieścić bagaż czteroosobowej rodziny wyjeżdżającej na kilka dni. Wolałby, gdyby Holly nie odtrąciła jego ręki. Czułby się lepiej; ba, oboje powinni się poczuć lepiej. W końcu czy nie lepiej znosi się trudne chwile w towarzystwie innych ludzi? Nie był pewien, ale wydawało mu się, że Ruth coś takiego powiedziała, kiedy tłumaczył jej, kim jest Lettie. Nie chciał jednak myśleć o Ruth w tej chwili. Chciał złapać Holly za rękę. Nie tylko po to, żeby przestała drżeć, lecz także po to, by poczuli się lepiej.
Zanim jednak zdecydował się działać, autobus się zatrzymał, a Holly wpadła z niego jak strzała. O żadnym trzymaniu jej za rękę nie było mowy; teraz zniknęło gdzieś to zagubienie, a wróciła determinacja. Do tego Holly szła tak szybkim krokiem, że przez kilka chwil, póki jej nie dogonił, musiał prawie biec. Nie powiedział jednak ani słowa, choć patrzył na nią z pewną ciekawością, jakby chciał dowiedzieć się, co dokładnie ją motywuje do działania. Rozumiał, że sytuacja jest poważna, ale przecież sama obecność lub nieobecność Holly nie ma znaczenia. Ci wszyscy lekarze powinni coś wymyślić albo… cholera, czy powinien się deportować i poszukać Hobbesa? Jakie były szanse na to, że o tej porze był trzeźwy? Kiedy rozmawiali, wyraźnie powiedział, że idzie pić na Nokturnie i ostatni kretyn mógłby mieć jakiekolwiek złudzenia co do stanu, w jakim się teraz znajdował. Verner nie był kretynem; ba, jeszcze jakieś pół godziny temu był przekonany, że w końcu udało mu się zapanować nad własnym życiem. Jasne, nadal wiele zależało od Greengrassa, ale teraz to on, Verner, mógł być takim Greengrassem dla kogoś innego – mógł trzymać kogoś innego w garści. Nie dlatego, że tak mu było wygodnie, ale dlatego, że… W sumie nie był pewien dlaczego. Chciał pomóc Lettie i Holly, chciał, żeby miały wobec niego dług wdzięczności, o którym mógłby im powiedzieć lub nie. Chodziło raczej o to, by on sam wiedział o jego istnieniu, żeby czuł, że miał na coś realny wpływ, że zrobił coś dobrego. Coś, czego Holly zrobić nie mogła i czego zrobić nie mógł ten jej mugol. Być może z tą świadomością łatwiej chodziłoby się na robótki zlecone przez Greengrassa.
Holly zatrzymała się przed wejściem do szpitala i posłała mu poirytowane spojrzenie. Verner przybrał możliwie niewinny wyraz twarzy; nie wiedział, o co Holly może go zaraz oskarżyć, ale nie miał wątpliwości, że powie coś, co mu się nie spodoba.
Nie powiedziała. Westchnęła tylko i weszła do budynku, a Verner podążył za nią. Nigdy nie był w mugolskim szpitalu, więc, ku swojemu niezadowoleniu, musiał cały czas iść za nią jak zagubiony szczeniak. Co chwilę łapał się na tym, że zbyt długo patrzył na ściany lub na ludzi, których mijali, a potem nie był pewien, czy Holly skręciła w lewo czy w prawo. W końcu zrezygnował z rozglądania się na boki i skupił się na samej Holly. Dlaczego wcześniej nie zauważył, jak dobrze jej tyłek wygląda w tych dżinsach?
Zatrzymała się dopiero przed jakimiś drzwiami. Verner, zapatrzony w kolorowe ozdoby ścian, wpadł na nią i szybko wybąkał jakieś zdawkowe przeprosiny. Holly je zignorowała.
– Posłuchaj, nie wyrzucę cię stąd siłą, nie mam nawet czasu ani siły próbować, ale proszę… proszę, żebyś nie pogarszał sprawy, kiedy już tam wejdziemy – powiedziała cicho, a jej spojrzenie straciło dużą część wcześniejszej irytacji czy nawet determinacji. Teraz było błagalne i nieco wystraszone.
– Nie mam zamiaru niczego pogarszać – zapewnił Verner. – Chcę pomóc.
– Nie mam pojęcia, jak… – zaczęła Holly, ale potem urwała. – W porządku. Wejdź, jeśli musisz. Nie przeszkadzaj, nie odzywaj się, najlepiej stój przy drzwiach. I tak szybko ci się znudzi przebywanie z nami.
Verner skinął głową. Holly rzuciła mu ostrzegawcze spojrzenie, po czym otworzyła drzwi. Pomieszczenie było niewielkie, co niespecjalnie Vernera zdziwiło. Sporo miejsca zajmowało łóżko – zdecydowanie zbyt duże jak dla Lettie – i jakieś ekrany, rurki, maszyny… Cały ten mugolski sprzęt był do niej podłączony i Verner zdziwił się, jak ciężko mugole muszą się starać, żeby poradzić sobie z czymś, z czym uzdrowiciel dałby sobie radę o wiele szybciej. Potem jednak przypomniał sobie o Hobbesie i odwrócił wzrok. Jego spojrzenie trafiło na mugola, który siedział na chyba najbardziej niewygodnym krześle, jakie Verner w życiu widział, i trzymał na kolanach śpiącą siostrę Lettie – jakkolwiek się nazywała. Nie interesowała Vernera ani trochę i nie chciał rozmawiać z mugolem. Utkwił wzrok w Holly i miał nadzieję, że mugol zrobi to samo.
Holly tymczasem przyjrzała się córce, odgarnęła włosy z jej czoła, wypakowała część zawartości torby do niewielkiej szafki przy łóżku Lettie, a potem usiadła w nogach łóżka i patrzyła na Lettie z uwagą. W końcu zapytała, czy lekarz coś mówił. Mugol odpowiedział, że lekarz był wcześniej na chwilę i obiecał wrócić, ale jeszcze tego nie zrobił. Holly mruknęła coś pod nosem, a potem oznajmiła, że pójdzie go poszukać. I wyszła, zostawiając Vernera samego z nieprzytomną Lettie i mugolem.
– Chyba nie mieliśmy przyjemności – odezwał się mugol. – Jestem Charlie, mąż Holly. A pan…?
– Verner. Znajomy Holly – rzucił, po czym przeniósł wzrok na mugola. – I Lettie – dodał, starając się wychwycić błysk zrozumienia w oczach Charliego. Nie wychwycił. Albo mugol wiedział dokładnie, kim jest, albo nie zrozumiał, a Verner nie wiedział, jak dać mu to do zrozumienia w bardziej czytelny sposób, ale jednocześnie niewymagający tłumaczenia całej rzeczy. Wiedział tylko, że w tej chwili bardzo chciał, żeby mugol wiedział, że Verner ma prawo tu być.
– To miłe, że pan przyszedł w odwiedziny – powiedział sztywno mugol.
– Tak – zgodził się Verner, całkiem z siebie zadowolony. – Chciałem jakoś pomóc.
Mugol pokiwał głową.
– Wszyscy byśmy chcieli. Tak się o nią martwię.
Samozadowolenie Vernera natychmiast zmalało, kiedy przypomniał sobie, że nie bierze udziału w żadnym znaczeniu terytorium, ale że on i jego uzdrowiciel spaprali sprawę. Gdyby nie Hobbes, to Lettie mogłoby tu nie być. Jasne, nadal byłaby chora, ale przynajmniej nie byłoby tych wszystkich rurek i maszyn. To nie mogło być wygodne.
– Czy coś… jak źle jest? – zapytał.
Mugol spojrzał na niego z lekkim zdziwieniem, najwyraźniej uznawszy, że skoro Verner był w szpitalu, to wiedział wszystko o stanie Lettie. Verner wiedział, że być może powinien bardziej wypytywać Holly, ale między jej wrogością i roztrzęsieniem jakoś nie mógł wyczuć odpowiedniego momentu. Zapytanie mugola było o wiele łatwiejsze.
Tyle, że Verner nie zdążył usłyszeć odpowiedzi, bo Holly wróciła razem z lekarzem. Nie rozumiał też połowy z tego, co lekarz mówił, ale Holly kiwała głową ze zmartwioną miną, więc przypuszczał, że to nic dobrego. W końcu usiadł na krześle bliźniaczo podobnym do tego, które zajmował mugol – miał rację, było koszmarnie niewygodne – zamknął oczy i próbował zignorować brzęczenie maszyn i głos lekarza. Możliwe, że na chwilę przysnął, bo kiedy otworzył oczy, lekarza już nie było, a Holly i jej mąż stali przy drzwiach. Holly trzymała wiercące się dziecko – to młodsze, Lettie dalej była podłączona do tych mugolskich urządzeń – a Charlie szukał czegoś w tej ogromnej torebce, którą Holly przyniosła ze sobą.
– Nie ma sensu, żebyście tu siedzieli całą noc. Susie jest zmęczona, powinna się położyć – powiedziała cicho Holly, głaszcząc dziecko po głowie. Susie nie była tym jednak szczególnie zachwycona, bo zaczęła wydawać z siebie jakieś dźwięki, które zdaniem Vernera brzmiały bardziej jak krzyki kota niż dziecka, ale ostatecznie co on wiedział o dzieciach.
– A co z nim? – zapytał Charlie. – Czy to ojciec Lettie?
Verner ponownie zamknął oczy i rozluźnił nieznacznie mięśnie twarzy; jeśli miał choć odrobinę szczęścia, to nikt nie zauważył, że się obudził. Chciał usłyszeć odpowiedź Holly, a podejrzewał, że gdyby wiedziała, że nie śpi, to mogłaby zachować się inaczej. Ba, mogłaby go nawet stąd wyrzucić. W końcu traktowała go tak oschle. Verner rozumiał, że sobie na to zasłużył, ale nie miał zamiaru narażać się na więcej nieprzyjemności.
– Skąd… Tak, to on – odpowiedziała Holly.
– Mówiłaś, że o niej nie wiedział. Że go nie obchodziła – stwierdził mugol. W jego głosie nie słychać było wyrzutu, po prostu stwierdzał fakt.
– Dowiedział się niedawno i nie było okazji o tym porozmawiać.
– I teraz jest tutaj. – Nadal dość obojętny ton.
Facet mógłby być dobry w pokera, pomyślał Verner i jednocześnie pożałował, że nie może zobaczyć miny Charliego.
– Chce pomóc.
– Jest lekarzem?
– Charlie, proszę… – westchnęła Holly. – Jutro już go tu nie będzie.
– Nie o to chodzi. Nie wiem, co siedzi w jego głowie. Holl, na pewno można mu ufać?
– Nie zrobi nic głupiego. Wydaje mi się, że on żałuje tego, co zrobił.
– Nic dziwnego, zrezygnował z moich kochanych dziewczyn.
Verner otworzył jedno oko i zobaczył, jak mugol całuje Holly w policzek, a potem bierze od niej marudzące dziecko i wychodzi. Holly przestawiła wolne krzesło bliżej łóżka Lettie i na nim usiadła, ignorując Vernera, który teraz otworzył i drugie oko. I się przeciągnął.
– Gdzie Charlie? – zapytał z udawanym zdziwieniem.
– W drodze do domu – odpowiedziała, nawet na niego nie patrząc.
Verner uznał, że taki kontakt mu nie odpowiada, i przesunął swoje krzesło w stronę łóżka Lettie, uważając, żeby nie potrącić żadnych kabli. Dziewczynka wyglądała na jeszcze bardziej drobną i kruchą niż wcześniej; zupełnie nie przypominała tej, która nie tak dawno strofowała go w parku.
– Cholera, to wszystko na serio… – mruknął do siebie.
Holly spojrzała na niego pytająco.
– O czym ty mówisz?
– To – zaczął i wskazał ręką na sprzęt, a potem na Lettie – się dzieje naprawdę. I naprawdę nie jest dobrze, co?
– Nie. Nie jest – odpowiedziała cicho.
Przez chwilę siedzieli w milczeniu, a Verner przyglądał się Lettie. Wcześniej już zauważył położonego tuż przy jej poduszce pluszowego stwora, który przy odrobinie dobrej woli mógłby być uznany za kota. Poczuł jakiś chłód w żołądku na myśl, że dziewczynka nie może go przytulić. Wyglądała spokojnie, ale coś było nie tak. Mugole jej coś zrobili… albo oni, albo Hobbes. Coś, czego nie mogli naprawić.
Przełknął głośno ślinę. Hobbes mówił, że to jego wina. Że to przez niego Lettie jest chora. Obiecał ją wyleczyć, ale najwyraźniej nie był w stanie. I to wszystko było winą Vernera.
– Jest tu gdzieś łazienka? – zapytał, kiedy uznał, że nie jest w stanie dalej patrzeć na Lettie.
Holly wskazała mu drogę i dodała, że jeśli chce, to na parterze znajduje się automat z przekąskami. Verner podziękował i wyszedł. Nie miał wystarczająco dużo mugolskich pieniędzy, żeby kupić coś do jedzenia, ale napił się trochę – obrzydliwej zresztą – wody z łazienkowego kranu. Była chłodna, co dobrze komponowało się z tym chłodnym supłem, który cały czas czuł w żołądku. Wypił jeszcze trochę. Żałował, że nie miał ze sobą Ognistej, ale było coś niestosownego w perspektywie picia whisky, kiedy zaraz powinno się wrócić do chorego dziecka. Zamiast rozważać szybką wycieczkę do sklepu, ochlapał twarz wodą, a potem spróbował włożyć pod kran jak największą część głowy. Woda odegnała resztki snu i wypłukała z jego umysłu wszystkie myśli o Ognistej. Teraz wyglądał jak zmęczony i mokry… rodzic? Czy tak wyglądał zmartwiony ojciec? Wykrzywił wargi do własnego odbicia. Nie miał pojęcia, jak powinien wyglądać zmartwiony ojciec. Zresztą Holly mówiła, że on nie ma prawa się tak nazywać. Był zwykłym partaczem.
Wrócił do sali i bez słowa usiadł na swoim krześle. Nie wiedział, czemu tu jeszcze był. Mógł wyjść już dawno, mógł iść do Ruth, do Freda, do baru, na Nokturn, mógł sprać Hobbesa na kwaśne jabłko, mógł się upić, mógł… Ale nie. Siedział tu dalej. Nie miało to ani trochę sensu, ale siedział i czekał, aż coś się wydarzy.
– Nie musisz tu być do rana – powiedziała do niego Holly.
– Zrezygnować z nocy z tobą? – spróbował się zaśmiać, ale jego głos był dziwnie pusty.
Holly nie odpowiedziała. Myśli Vernera galopowały – czy to jego wina? Czy powinien coś zrobić? Czy jest w stanie pomóc Lettie? Czy umie ją naprawić? Czy powinien przyznać się Holly? Czy mugole byliby w stanie cokolwiek zrobić, nawet gdyby się przyznał? Czy gdyby sprowadził tu Hobbesa…? To chyba jedyne wyjście. Rano sprowadzi Hobbesa. Hobbes to naprawi.
Tyle, że do rana było daleko. Holly wyjaśniła, że szpital pozwalał rodzicom poważnie chorych dzieci zostać po godzinach, a Verner poczuł mieszankę strachu i jakiejś dumy. Przyznała, że był ojcem Lettie, ale określenie poważnie chorych brzmiało naprawdę źle. Zwłaszcza wtedy, kiedy wypowiadał je ktoś o tak smutnym i zmęczonym głosie.
– Powinnam chyba iść po lekarza – powiedziała Holly w którymś momencie.
Za oknem było nadal ciemno, więc Verner nie miał pewności, która była godzina, ale mógł iść o zakład, że północ już dawno minęła.
– Nie lepiej poczekać do rana? – zapytał. – Przecież… nic się nie dzieje.
– No właśnie. Nic się nie dzieje – powtórzyła. – Powinna już być jakaś poprawa. Jeśli… jeśli… Powinna być.
Verner spojrzał na nią, a potem szybko odwrócił wzrok, kiedy zobaczył, że Holly płacze. Nie wiedział, co powinien zrobić. W autobusie odtrąciła jego dłoń, więc nie miał pewności, czy powinien próbował dotykać jej teraz, kiedy była w jeszcze gorszym stanie psychicznym. Niepewnie wstał i podszedł do niej, ponownie opierając dłonie na jej ramionach. Tym razem Holly ich nie strąciła. Verner zaryzykował i przyciągnął ją do siebie w koszmarnie niewygodnym półprzytuleniu. Oparcie krzesła uwierało go w żebra, ale uznał, że może to zignorować.
Holly dalej płakała, a jego myśli krążyły po Nokturnie. Nie może sprowadzić tu zalanego w trupa Hobbesa, ale może gdyby skoczył po eliksir otrzeźwiający? Musiałby go kupić, ale w końcu to nie veritaserum, na pewno jest dostępne w każdym sklepie. Tylko czy szukanie Hobbesa po całym Nokturnie w środku nocy jest mądrym pomysłem? I co jeśli wcale go na Nokturnie nie ma? Czy jest sens rzucać się w oczy nowym znajomym Greengrassa i Notta? Nie wspominając nawet o wszystkich starych znajomych samego Vernera, których wolałby uniknąć. To mogłoby pomóc mu się pozbyć poczucia winy, ale tylko jeśli znalazłby Hobbesa. A co jeśli go nie znajdzie? Co jeśli będzie biegał po Nokturnie, a tu wydarzy się coś ważnego? Co jeśli Hobbesowi nie można ufać? Mówił, że ją naprawi!
– Chcesz coś z automatu? – zapytała w końcu Holly, kiedy przestała już płakać. Sięgnęła po swoją ogromną torebkę, wyjęła z niej chusteczki i głośno wyczyściła nos.
– Kawę – odpowiedział Verner nieco nieobecnym tonem, w myślach nadal przeszukując bary na Nokturnie i godząc się z myślą, że nie miało to sensu.
Holly skinęła głową.
– Zaraz wrócę – obiecała i wyszła razem ze swoją ogromną torebką.
Verner został sam i wykorzystał tę okazję, żeby przyjrzeć się maszynom, które Holly i jej mugol cały czas ignorowali. Pewnie wiedzieli, do czego służą, a jeśli ich przeznaczenie było tak oczywiste, to Verner wolał o nie nie pytać. I tak nie rozumiał, co oznacza które światełko, a co dane warknięcie czy szum. Odczuwał nawet coś zbliżonego do podziwu dla mugoli, którzy wymyślili coś takiego. Miał tylko nadzieję, że cała ta pomysłowość poradzi sobie bez magii.
Wrócił na niewygodne krzesło, wcześniej prostując sobie kręgosłup. Krótka drzemka, którą sobie uciął, wyraźnie mu się przysłużyła; był całkiem ożywiony, choć przecież nie miał nic do roboty. Nic się nie działo. Holly miała rację, coś powinno się wydarzyć. Jeśli do rana nic się nie wydarzy, to dobrze czy źle? Zaczął żałować, że w Hogwarcie więcej czasu spędzał na błoniach niż w bibliotece. Może gdyby sam został uzdrowicielem, to potrafiłby coś poradzić. Jasne, nigdy nie dałby rady zostać uzdrowicielem, był na to zbyt głupi, ale gdyby choć próbował…
Wstał, nie mogąc dłużej patrzeć na te wszystkie maszyny, i podszedł do drzwi. Holly powinna już wracać. Bez niej było tu jeszcze gorzej. Mógłby spróbować z nią porozmawiać, żeby czas im się tak nie dłużył.
Nagle jedna z maszyn wydała z siebie dźwięk, którego do tej pory nie wydawała. Brzmiał… w tamtej chwili nie brzmiał źle, w końcu coś się działo. Dopiero, kiedy usłyszał szybkie kroki na korytarzu, zdał sobie sprawę, że to nie było nic dobrego. Chwilę później do pomieszczenia weszli lekarz i pielęgniarka; mówili podniesionymi głosami i Verner niewiele z tego rozumiał, ale kiedy kazali mu się odsunąć i nie wchodzić w drogę – wyszedł na korytarz. W końcu to nie tak, że mógł im pomóc.
Korytarz był pusty, więc usłyszał echo kroków Holly jeszcze zanim ją zobaczył. Jednak nawet to ostrzeżenie nie pomogło mu wymyślić, co powinien jej powiedzieć. Zresztą niewiele musiał mówić. Kiedy zapytała, dlaczego wyszedł, powiedział tylko, że coś się stało, a Holly wpadła do sali. Nie poszedł za nią. Tylko by przeszkadzał. Jeśli dzieje się coś złego, to lepiej poradzą sobie bez niego, dość już zrobił.
Nie był pewien, jak długo stał na korytarzu. W rękach obracał plastikowy kubek z kawą, który Holly przyniosła. Połowa zawartości się rozlała, kiedy pospiesznie mu go wcisnęła w dłoń, zanim pobiegła do Lettie. Vernerowi niespecjalnie to przeszkadzało. Nie miał zamiaru pić tej kawy, a plama na spodniach na pewno nie była ostatnią. Cieszył się, że ma ten kubek, przynajmniej mógł coś zrobić z rękoma.
W końcu, kiedy za oknem pojawiały się pierwsze promienie słońca, drzwi się otworzyły i wyszli z nich lekarz i pielęgniarka, a po dłuższym czasie i zalana łzami Holly. Verner przełknął ślinę, choć przez chwilę wydawało mu się, że się udusi z powodu powstałej w gardle guli. Nie był pewien, jak ma zapytać Holly o to, co się stało, ale kiedy objęła go i zaczęła płakać w jego ramię, zdał sobie sprawę, że nie było o co pytać. Bez słowa ją objął i skupił się na próbach przełknięcia guli.
Nic z tego nie rozumiał. Przecież nic się nie działo, przecież siedzieli tu i cały czas mieli nadzieję, przecież… miał zostać bohaterem.
Gula wróciła na swoje miejsce.
Holly odsunęła się od niego i otarła łzy wierzchem dłoni, co nie miało większego znaczenia, bo dalej płakała.
– Muszę iść… zadzwonić do Charliego – powiedziała cicho.
Verner pokiwał głową.
– Mogę coś zrobić? No wiesz, dla ciebie? – zapytał równie cicho, bo bał się, że gdyby mówił głośniej, to gula by eksplodowała.
– Nie masz czarodziejskiej różdżki – odpowiedziała i ruszyła w stronę schodów.
Verner nie miał pojęcia, gdzie mogą znajdować się mugolskie aparaty telefoniczne; wiedział natomiast, że owszem – ma czarodziejską różdżkę. Kiedy przestał słyszeć kroki Holly, wszedł do pokoju, w którym niedawno leżała Lettie.
Nie wiedział, czego się spodziewał, ale nie tego, że wszystko będzie wyglądało niemal tak samo jak wcześniej. Z tą różnicą, że teraz twarz Lettie też była zakryta kołdrą czy prześcieradłem – nie był pewien. No i maszyny przestały wydawać dźwięki. Panowała cisza tak przeraźliwa, że boleśnie zdał sobie sprawę z tego, jak głośny i świszczący jest jego własny oddech, jak głośno krew szumi mu w uszach. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz zdawał sobie z tego sprawę. Możliwe, że nigdy, bo nie pamiętał, kiedy ostatni raz znajdował się w takiej ciszy.
Niepewnie podszedł do łóżka, na którym leżała Lettie… Nie, nie Lettie. To, co z Lettie zostało. Czy to jeszcze była Lettie? Nigdy się nie zastanawiał, w którym momencie człowiek przestaje być człowiekiem, a zaczyna być bezosobowymi zwłokami.
Wyciągnął różdżkę, a potem zdał sobie sprawę, że musi odkryć przynajmniej część Lettie. Nie był pewien którą, więc poprzestał na głowie. Nie wyglądała przerażająco. Ponownie nie był pewien, czego się spodziewał, ale myślał, że będą jakieś bardziej widoczne zmiany, że będzie w stanie rozpoznać, że…
Wycelował w nią różdżkę. Nie wiedział nic o uzdrawianiu, ale pamiętał, że najważniejsza przy rzucaniu zaklęcia jest determinacja. Trzeba chcieć je rzucić. A on chciał, jak bardzo chciał!
Reparo! – powiedział, celując w głowę Lettie. – Reparo! Reparo! REPARO!
Nic się nie stało. Nie poruszył się nawet jeden włos na jej głowie, co odebrało Vernerowi całą determinację i przekonanie o tym, że jest w stanie coś zrobić. Do cholery, był czarodziejem! Jeśli nie był w stanie uratować własnego dziecka, to po co mu jakakolwiek magia?!
Poczuł palący wręcz zawód – był zły na siebie, na Hobbesa, Greengrassa i Freda, na wszystkich nauczycieli w Hogwarcie. Wszyscy byli kretynami, którzy potrafili tylko robić nic nieznaczące sztuczki.
Ze złością przetarł oczy wierzchem dłoni, żeby upewnić się, że nie płacze. Nie płakał. Czuł się winny i bezsilny, ale nie płakał.
Z powrotem przykrył Lettie, choć najpierw przyjrzał jej się uważnie, jakby chciał się upewnić, że na pewno nie otworzy zaraz oczu. Nie otworzyła, więc stanie tutaj – w tej ciszy – nie miało dalszego sensu. Nie był pewien, co w tej konkretnej chwili miało jakikolwiek sens.
Holly jeszcze nie wróciła, ale na korytarzu zobaczył swój kubek z kawą. Cisnął go w stronę jednej ze ścian. Skoro nie potrafią tu leczyć, to niech chociaż posprzątają.
Przez chwilę krążył jeszcze wzdłuż okien, ale zdał sobie sprawę, że i tak nie wie, co mógłby powiedzieć Holly. Że mu przykro? Że chciałby, żeby było inaczej? Czy to nie oczywiste? Poza tym pewnie właśnie czekała na swojego mugola. Może dlatego właśnie tu nie wróciła. A może nadal z nim rozmawiała, szlochając do słuchawki. W każdym razie jego nie potrzebowała. Nikt go tu już nie potrzebował.

12. zanik prawdy

Salon Freda, zwykle tak zachęcający do odpoczynku, teraz wydawał się odpychający. Wszystko było nienagannie poukładane i wysprzątane, co drażniło Vernera w sposób całkowicie dla niego niezrozumiały. Cukiernica była pełna, więc nie miał nawet pretekstu, żeby uciec do kuchni przed czujnym spojrzeniem przyjaciela. Który w tej chwili nawet nie mrugał, jakby w obawie, że Verner się zdeportuje. Verner rozważał to, ale uznał, że konsekwencje stanowczo przewyższą krótkotrwałe korzyści.
– Zrobiliście… co? – powtórzył Fred.
– Nie wiem, Hobbes coś zrobił – odpowiedział Verner. Mówił cicho, jakby liczył, że to zniechęci Freda.
– I nie sprawdziłeś, czy to bezpieczne?
– Przecież to uzdrowiciel, nie?
Fred westchnął, po czym odstawił na stolik porcelanową filiżankę. Verner zauważył, że jego przyjaciel wypił tylko pół swojej herbaty, i poczuł, że sprawa jest poważna. Fred uchodził za mistrza niezobowiązującego chłeptania herbaty w chwilach, w których powinien słuchać, co się do niego mówi.
– Nie widziałem go nigdy w Mungu – powiedział w końcu.
– Greengrass mówił…
– Greengrass chciał cię spławić i świetnie o tym wiesz.
Verner się skrzywił. Nie lubił, kiedy zwracano mu uwagę. Wiedział, jasne, że wiedział, ale jednocześnie naprawdę chciał pomóc Lettie. Czy powinien się przyznać Fredowi?
– Greengrass był mi winien przysługę.
– Nie był ci nic winien, obaj to wiemy – warknął Fred, po czym ponownie sięgnął po herbatę, żeby zatrzeć ewentualne złe wrażenie, które mogły wywołać jego słowa albo ton, w którym je wypowiedział. – On cię kupił i teraz tylko pilnuje, żebyś się nie mógł wykupić.
Verner przewrócił oczami, a następnie utkwił wzrok w suficie. Żałował, że Fred odmówił nalaniu mu whisky. Żałował, że w ogóle tu przyszedł, bo jednak nie był gotowy zmierzyć się z tymi wszystkimi prawdami, które Fred rzucał w jego stronę. Żałował, że nie pomyślał wcześniej, ale przecież nigdy nie myślał wcześniej, zawsze zdawał się na szczęście i… czy jednak doszedł do tego momentu, w którym zaczynał wierzyć, że nie może ponieść porażki? Czy właśnie ją poniósł?
– Freddie, stary, Hobbes mówił…
– Nie wiesz, kim jest Hobbes – zauważył Fred, ponownie odstawiając herbatę na stół. Tym razem filiżanka była pusta. – Dlaczego im zaufałeś? Zawsze byłeś ostrożniejszy.
Nuta wyrzutu w jego głosie była tak wyraźna, że Verner poczuł dreszcz przebiegający mu po kręgosłupie. Nie byłby wcale zdziwiony, gdyby mrugnął, a na głowie Freda pojawiły się różowe papiloty, a jego twarz zmieniłaby się w twarz matki Vernera. Przerażająca perspektywa.
– Nie wiem – warknął Verner, zmęczony tą dyskusją. – Nie mam pojęcia, zrobiłem coś dla Greengrassa, czemu on nie miałby zrobić czegoś dla mnie?
– Siedzisz w tym za długo, żeby wierzyć…
– Zależy mu na mojej pomocy!
– Zależy mu na tym, żeby ktoś wykonywał jego brudną robotę – odpowiedział spokojnie Fred, patrząc uważnie na przyjaciela. – Jeśli sądzisz, że możesz mu wierzyć, to skończ z tym, zanim będzie za późno.
Zapadła cisza. Verner patrzył w sufit, najwyraźniej próbując się uspokoić. Nie szło mu to najlepiej, o czym świadczyły szybkie, płytkie wdechy. Fred patrzył na niego uważnie, jakby chciał odczytać myśli przyjaciela.
– Nie mogę, Freddie – powiedział w końcu Verner. – Nie mogę robić nic innego. Nie teraz.
– To wygodna wymówka – odpowiedział z rezygnacją Fred. – Dobrze wiesz, że po prostu nie chcesz. To jest wygodne. To daje szybkie pieniądze. Nie obchodzi cię, co się z tobą stanie, czy może uważasz, że nigdy się nie potkniesz? Oni zawsze będą potrzebować kogoś takiego jak ty, ale nie ciebie.
– Pierdolisz, Freddie – stwierdził Verner ze sztuczną pewnością siebie. Żeby ją zatuszować, wstał z fotela i wyszedł do kuchni.
– Obaj wiemy, że to nie ja pierdolę – mruknął Fred. Nie ruszył się jednak z miejsca, dając przyjacielowi kilka chwil na ochłonięcie.
Z kuchni dobiegło bulgotanie wody w czajniku, a wkrótce potem charakterystyczny świat. Fred uśmiechnął się do siebie. Kolejna filiżanka herbaty może ożywić ich rozmowę. Tyle, że Verner nie zdejmował czajnika z ognia. Fred zajrzał do kuchni, ale nie znalazł w niej przyjaciela. Musiał się zdeportować, kiedy woda gotowała się na tyle głośno, by zagłuszyć trzask. Fredowi nie pozostało nic innego, jak tylko przygotować sobie kolejną herbatę i liczyć na to, że Verner wiedział, co robi.
Tymczasem Verner aportował się w swoim mieszkaniu. Wylądował na stercie ubrań, które powinien uprać, i zaklął. Lądował na nich już czwarty raz w ciągu kilku ostatnich dni. Naprawdę powinien je gdzieś przenieść. Choć, z dwojga złego, lepiej, że na nich lądował, póki były brudne.
Miał coś, co prawdopodobnie mógłby nazwać kacem moralnym, gdyby na chwilę się zatrzymał i to przeanalizował. Wiedział jednak, że jeśli tylko usiądzie i zacznie się zastanawiać, co czuje, a potem segregować swoje uczucia, zabrnie w ślepą uliczkę. Nie mógł sobie na to pozwolić. Nie mógł też iść do Ruth, która poprzednim razem dała mu do zrozumienia, że powinien konsultować z nią swoje wizyty albo przynajmniej przynosić czekoladki. Chciała go zrozumieć, chociaż nie chciała go poznać. Chciała stworzyć poważny związek ze swoimi wyobrażeniami na jego temat. I dała temu wyraz, kiedy leżał spokojnie, zmęczony i śpiący. Początkowo nie rozumiał, o co jej chodzi – przecież dotychczasowy układ jej odpowiadał – ale im dłużej mówiła, tym bardziej oczywiste się dla niego stawało, że nie powinien zostawać na noc. Powinien uciec i w wolnej chwili zacząć szukać nowej dziewczyny, skoro stara zaczynała mieć takie pomysły.
Póki co jednak nie miał czasu się tym zajmować. Uciekł od problemu tak samo, jak uciekł przed Fredem. Nie powinien był, ale spodziewał się czegoś innego, kiedy do niego przyszedł. W końcu pomógł Lettie, razem z Hobbesem podali jej eliksir. Teraz wyzdrowieje, a Verner już nie będzie nieproszonym gościem, będzie kimś – i to kimś, kto zrobił to, czego nie mogła zrobić ani Holly, ani ten jej mugol. Kimś, a nie czymś – wygodnym narzędziem, którym posługiwał się Greengrass, ale które mógł w każdej chwili oddać komuś innemu lub zwyczajnie wyrzucić. Kiedy pracował dla Burke’ów, był kimś. Wolnym strzelcem, który wynegocjował dobrą umowę z porządnym sklepem. Fachowcem. Niemalże artystą. Teraz wszystko się rozsypało i Verner nawet nie pamiętał, kiedy ostatni raz myślał o sztuce.
Zrobił jednak coś dobrego. Zgodził się na wiele, by móc tego dokonać, ale teraz, kiedy tylko eliksir zadziała, będzie mógł iść do Holly i jej powiedzieć, ile mu zawdzięcza. Złoto mogła mu próbować oddać, ale zdrowia Lettie – nie. Początkowo był pewien, że robi to wszystko wyłącznie dla Lettie, ale kiedy zakradli się z Hobbesem, by podać małej eliksir, doszedł do wniosku, że to zbyt proste. Nadal był nią zainteresowany, ale nie aż tak jak wcześniej. Lettie była dziełem sztuki – jego dziełem sztuki – ale nie potrafił podstawić jej na należnym dziełu sztuki piedestale. Mógł na nią patrzeć, mógł odgarnąć włosy z jej czoła, mógł uratować jej życie, ale nie mógł na niej poprzestać. Potrzebował prawdziwego dzieła sztuki. Obrazu czy rzeźby, które byłyby całkowicie jego i które mogłyby trwać w czasie. Lettie była zbyt krucha, zbyt podatna na zmiany, by być najpiękniejszym dziełem, jakie stworzył. W którymś momencie samo ratowanie jej życia przestało wystarczać, a niemal równie ważne stało się udowodnienie Holly, że popełniła błąd. Albo wiele błędów, tego Verner jeszcze nie był pewien. Czy za błąd powinien liczyć tylko niepoinformowanie go o chorobie Lettie? O jej istnieniu? Samo odejście od niego? Miał nadzieję, że Fred powie coś, co pozwoli Vernerowi uporządkować myśli bez konieczności dokładnej ich analizy, ale Fred skupił się na moralnym aspekcie całej sprawy, o którym Verner w ogóle nie chciał myśleć.
Co z tego, że w opinii Freda nie powinno ratować się niczyjego życia tak złodziejskimi metodami, jeśli cel zostaje osiągnięty?
Verner spojrzał tęsknie na butelkę Ognistej, która błyskawicznie pozwoliłaby mu odzyskać dystans do tych wszystkich problemów, ale potem pokręcił głową. Nie wiedział, ile czasu potrzebował eliksir, by zacząć działać, ale podejrzewał, że kilka godzin wystarczy. Hobbes odpowiadał dość wymijająco, ale tyle Vernerowi udało się z niego wyciągnąć. Może zatem wieczorem zajrzeć do Holly i sprawdzić, jak się miewa Lettie? Jeśli eliksir zadziałał tak szybko, być może Verner nawet dostanie kolację i masę podziękowań? Nie powinien śmierdzieć Ognistą przy kolacji.
Spojrzał na stertę brudnych ubrań i zmarszczył nos. Sprzątanie było dla niego zajęciem niepotrzebnym i uciążliwym. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie zaprosić Freda i jego zamiłowania do zaklęć gospodarskich, ale potem przypomniał sobie, że to oznaczałoby potok pytań. Nie mógł też niczego podrzucić Ruth, skoro rozważał znalezienie jej następczyni. Mógłby nie mieć okazji odebrać już ubranych rzeczy. Ostatecznie wrzucił więc brudne ubrania do jednej z szafek w nadziei, że kiedy do nich znów zajrzy, będą czyste. Usiadł w fotelu i przez chwilę obserwował odklejającą się tapetę w rogu, na której kołysała się pajęczyna porzucona przez pająka. Było za wcześnie, żeby iść do Holly, a powrót do Freda nie wchodził w grę z oczywistych powodów. Do tego ogólne podenerwowanie uniemożliwiało Vernerowi relaks. W końcu wstał i wyrzucił zawartość szafki na podłogę.
Reparo! – spróbował, ale ubrania wyglądały dokładnie tak samo jak wcześniej. – Chłoszczyść!
Tym razem na parze skarpetek pojawiły się mydliny. Verner z obrzydzeniem wrzucił je do kuchennego zlewu, gdzie wylądowały w jakże doborowym towarzystwie dwóch wyszczerbionych kubków, kilku talerzy i trzech łyżek, które stanowiły znaczącą część posiadanych przez Vernera sztućców. Kiedyś było ich więcej, a każda z nich miała do kompletu nóż i widelec, ale gdzieś się to wszystko pogubiło.
Chłoszczyść! – spróbował jeszcze raz, tym razem wskazując różdżką na koszulę ubrudzoną błotem.
Część błota odpadła, ale koszula nadal nie nadawała się do użytku. Verner zmiął ją w kulkę i rzucił w kierunku zlewu, ale nie trafił i koszula upadła na podłogę. Zignorował ją i rzucił kolejne zaklęcie czyszczące na inną koszulę, której stan również nieco się poprawił, ale nie na tyle, żeby można w niej było wyjść.
Westchnął. To nie miało większego sensu, a skoro i tak planował pokazać się od najlepszej strony, to z równym powodzeniem mógłby się wybrać na jakieś zakupy. Nie należało to do jego ulubionych zajęć, ale w końcu znajdował się w sytuacji kryzysowej – potrzebował zarówno czystych ubrań, jak i nowej kobiety, a wszystko to było całkiem łatwo dostępne w centrach handlowych.
Verner znalazł w jednej z kieszeni parę funtów, które powinny wystarczyć na zakup koszuli, następnie wziął szybki prysznic, założył czystą parę spodni i jakiś t-shirt, za którym nie przepadał, a następnie wyszedł z mieszkania. Czuł się o wiele lepiej niż kiedy siedział w fotelu i patrzył na tapetę. Mógł działać, a wiadomo, że działanie jest o wiele lepsze od czekania, aż coś się samo stanie. Nawet jeśli jego działanie bezpośrednio nie wiązało się z tym, na co czekał, to przynajmniej istniały szanse, że zniknie pewien niepokój, który mu towarzyszył odkąd wyszedł z domu Holly.
Dobrze wiedział, co wywoływało ten niepokój, ale nie miał pojęcia, jak sobie z nim poradzić. Wypalił dwa papierosy, ale niewiele to dało. Na chwilę udało mu się zapomnieć o tym podenerwowaniu, kiedy znalazł się w jednym z tych sklepów, w których ekspedientki starają się flirtować z klientami, żeby tylko sprzedać im coś, za co u konkurencji zapłaciliby o połowę mniej. Znalezienie takiej, która chciała umówić się z nim na kawę, było jednak o wiele prostsze niż znalezienie odpowiedniej koszuli.
– Może ta zielona, materiał jest taki przyjemny – zasugerowała Alice, niska blondynka, która piła wyłącznie latte macchiato i marzyła o studiowaniu psychologii.
– Nie lubię zielonego – mruknął Verner, który nie chciał przyznać, że nie stać go na tę konkretną koszulę.
– Mamy też szare, ale to takie ponury kolor, nie powinno się go nosić latem. Może coś z innego kroju, ale tego samego materiału? Ten kołnierzyk…
Przestał jej słuchać i przez chwilę przyglądał się uważnie jej piersiom. Były zdecydowanie najciekawszą częścią całej Alice i miał nadzieję, że niebawem uda mu się zawrzeć z nimi bliższą znajomość.
– …oczywiście nie chcę namawiać, ale jeśli moja rada może się do czegokolwiek przydać… – trajkotała dalej.
Verner znów się wyłączył. Tym razem nawet nie zatrzymywał wzroku na biuście Alice – a przynajmniej nie na długo – ale rozejrzał się po wieszakach w nadziei, że znajdzie coś, co będzie wyglądało odpowiednio i nie doprowadzi jego finansów do ruiny. W końcu właśnie musiał zacząć myśleć o jakiejś wymyślnej knajpce z fikuśnymi kawami, które kobiety uwielbiały. Chociaż może ta nie będzie chciała wlewać w niego espresso, żeby podkreślić w ten sposób jego męskość. Verner mógł być równie męski z kubkiem herbaty lub szklanką whisky.
– …to było modne w zeszłym sezonie, ale klienci nadal pytają, dlatego nie zrobiliśmy zwrotów. Namawiałabym jednak na coś z tych dwóch wieszaków…
Zerknął na wskazane wieszaki, a potem na te, które zawierały kolekcję z poprzedniego sezonu. Nie widział praktyczne żadnej różnicy, ale wiedział, że wybór czegoś z zeszłego sezonu skreśli go w oczach Alice, a na to nie mógł sobie póki co pozwolić.
– Szukam czego niezobowiązującego – powiedział w końcu. – Odwiedzam starą ciotkę.
Alice westchnęła cicho, urzeczona prorodzinną postawą Vernera, ale nie przestała namawiać go na najdroższą koszulę w całym sklepie.
– Ubogą i niedowidzącą ciotkę – dodał Verner w desperacji. – Nie chciałbym szczególnie odstawać od reszty rodziny, która też tam będzie.
Alice pokiwała głową i przez chwilę rozglądała się w zamyśleniu. Naprawdę chciała mu pomóc, a nie tylko sprzedać coś pierwszemu klientowi, który jej się trafi. Verner pogratulował sobie dobrego wyboru.
– Wiem! – wykrzyknęła w końcu Alice i ruszyła między wieszakami. Verner poszedł za nią, uważnie obserwując jej pośladki. Tak, to był zdecydowanie dobry wybór. Jeśli ta cała kawa wypali, to pewnie będzie musiał zabrać ją jeszcze do jakiegoś klubu na parę drinków, a potem…
– Może ta? – zapytała Alice, pokazując Vernerowi coś, co niewątpliwie było koszulą, ale stwierdzić to można było wyłącznie przez analogię do pozostałych koszul, jakie w życiu widział. Pomarańczowo-brązowy nadruk z zielonymi akcentami ani trochę mu się nie podobał, ale ostatecznie to nie on się znał na modzie, prawda?
– Wspaniała – zachwycił się, szybko zerkając na cenę. – Biorę ją!
Alice uśmiechnęła się do niego szeroko. Kiedy pakowała zakup do torebki, wsunęła też karteczkę ze swoim numerem telefonu. Oczywiście byli już umówieni, ale kobiety zawsze uznawały wymianę numerów telefonu za konieczną. Verner znów musiał podać numer Freda. Czasami zastanawiał się, czy do Freda dzwonił ktokolwiek poza dziewczynami Vernera.
Podziękował serdecznie i wyszedł ze sklepu, rzuciwszy jej wcześniej kilka spojrzeń, które zawsze działały na kobiety. Alice była nieco zarumieniona, więc najwyraźniej nie wyszedł z wprawy.
Okazało się, że koszula nie stawała się ani trochę mniej koszmarna, kiedy założył ją na siebie w łazience. Oderwał już wszystkie metki i nie mógł w żaden sposób jej zwrócić. Poza tym to była jedyna czysta koszula, którą dysponował i na którą było go stać, więc nie powinien wybrzydzać. Do tego wyrzucił już t-shirt, a nie miał zamiaru wyjmować go z kosza na śmieci.
Jeszcze raz przejrzał się w lustrze. Koszula przynajmniej odciągała uwagę od jego cieni pod oczami i niezdrowej bladości. Nie był pewien, kiedy zdążył tak zmizernieć, ale miał zamiar obwiniać o to Greengrassa. Aż dziw, że ta cała Alice dała się zaprosić na kawę. Może jeśli pojawi się u Holly, to dostanie jakiś porządny posiłek. Nie był pewien, czy jeden porządny posiłek może zmienić czyjąś bladość, ale miał zamiar spróbować.
Nie teleportował się do domu Holly, żeby nie narażać się na wykrycie przez mugoli. Część drogi przebył autobusem, a kiedy smród jakiegoś pijaczka stał się nie do zniesienia, wysiadł i resztę trasy przeszedł. Dzień był na tyle ładny, że spacer mu nie przeszkadzał. Zniknął gdzieś niepokój, a jego miejsce zajęło graniczące z pewnością przekonanie, że udało mu się uratować Lettie. Że zabezpieczył przyszłość swojego pierwszego dzieła sztuki. Że może jednak coś znaczy.
Tyle, że kiedy Holly otworzyła mu drzwi, nie ucieszyła się. Nie była ani trochę zadowolona. Nie rzuciła mu się na szyję, nie zaoferowała kolacji, nie zrobiła nic, co wskazywałoby, że Lettie wyzdrowiała.
– Co tu robisz? – zapytała zmęczonym głosem.
– Przyszedłem w odwiedziny – odpowiedział nieco zbity z tropu. Czy nie było to jasne?
Holly przez chwilą patrzyła na niego z niedowierzaniem, ale potem pokręciła głową.
– Nie mam siły tłumaczyć ci po raz kolejny, że nie powinieneś tu przychodzić. Po prostu zejdź mi z drogi, spieszę się.
Verner spojrzał na nią badawczo. Wyglądała jeszcze gorzej niż on, ale z pewnością nie było to spowodowane złą dietą. Nie tak powinna wyglądać matka, której dziecko właśnie ozdrowiało. Niepokój wrócił z całą siłą.
– Co się stało?
Holly przejechała dłonią po twarzy, jakby chciała zatrzeć niewidzialne łzy z obu policzków naraz albo odegnać zmęczenie. Verner przez chwilę nie był pewien, czy w ogóle mu odpowie, ale potem, tuż przed tym, jak zamknęła mu drzwi przed nosem, rzuciła cicho:
– Jest źle. Zawieźliśmy Lettie do szpitala.

11. zanik dobra

Nikanor Hobbes był niskim, wychudłym mężczyzną o wyjątkowo lisiej twarzy. Unikał odpowiedzi na niemal wszystkie pytania, które zadawał mu Verner, ale przyznał, że ulżyło mu, że spłata długu wobec Rasmusa Greengrassa będzie wymagała od niego stosunkowo mało wysiłku. „Wyleczyć jednego dzieciaka…! Mój fartowny dzień”, powiedział. Kilkakrotnie zresztą, co sprawiło, że Verner nabrał w stosunku do niego podejrzeń. Co takiego zrobił dla tego człowieka Greengrass? Ilu jeszcze miał na każde skinienie palca? Czy on, Verner, też należał do tej grupy?
Nie było jednak czasu na dalsze rozważania, bo oto obaj czarodzieje stanęli przed najtrudniejszą częścią ich misji – przekonaniem Holly, że Hobbes jest kimś, komu może powierzyć zdrowie swojej córki.
– Nie lubicie się z tą kobitką, nie? – zauważył Hobbes.
– Nie, niespecjalnie – mruknął Verner, który specjalnie trochę się ociągał. Nie był pewien, co powinien powiedzieć Holly.
– Ale chyba nie walnie nas żadną klątwą?
– Nie, to mugolka – wyjaśnił Verner, nadal zatopiony w myślach.
– Stary, a jesteś pewien, że ta mała jest twoja? Mugolkom nie można ufać. – Hobbes zrobił minę mającą sugerować, że dogłębnie poznał w życiu wiele mugolek i nie miał złudzeń, że którakolwiek z nich była uczciwą i wierną osobą.
– Tak – uciął Verner.
– Jeśli chcesz, to mogę wrócić po eliksir, który…
– Nie, po prostu ją wylecz.
– Żeś się wrażliwy zrobił. Niewygodny temat, co? Też miałem taką babę, Rebecca się nazywała. Widzieliśmy się parę razy, nic poważnego, aż później przychodzi do mnie do domu i zaczyna mówić, że brzuch jej zrobiłem. Jak się moja stara dowiedziała, to jej dała do wiwatu, musieliśmy się tłumaczyć przed amnezjatorami. – Uśmiechnął się krzywo, jakby nie był pewien, czy wydarzenie uznać za miłe wspomnienie, czy nie. – Oczywiście później mi też parę kości pogruchotała, żebym się nie włóczył za młódkami, ale wiadomo, jakie są baby.
Verner pokiwał głową. Nikanor zdawał się całkiem lubić brzmienie swojego głosu, bo o ile nie pytano go o kwestie zawodowe, czuł się w obowiązku podtrzymywać tę nieco jednostronną konwersację.
– Tyle razy się sparzyłem, ale i tak je lubię – kontynuował. – Człowiek myśli, że wszystko już w życiu widział i może już zacząć się starzeć, ale zaraz zakręci jakaś tyłkiem i już ubywa ze dwadzieścia lat. A piękne jak obrazki! Myślałby kto, że gdyby nie te zaklęcia i te wszystkie mugolskie sztuczki, to… A zresztą, pewnie też swoje o babach wiesz, nie?
– Tak, swoje wiem – zapewnił Verner obojętnym tonem.
Starał się ocenić, czy Hobbes może być prawdziwym uzdrowicielem, czy też Greengrass podesłał mu jakiegoś oszołoma, który prędzej zaszkodzi niż pomoże. Oczywiście Verner niewiele wiedział o uzdrowicielach – widział ich raptem parę razy w życiu, kiedy był jeszcze dzieckiem. Wydawali mu się wtedy niezwykle mądrzy i jacyś tacy… jaśniejsi niż pozostali ludzie. Nie potrafił tego wyjaśnić. Może to jakieś sztuczki w Mungu, coś, co miało onieśmielać pacjentów i sprawiać, że łatwiej się podporządkują. Choć nie miał wątpliwości, że i bez tego by się podporządkowali – nadal pamiętał ludzi z poczekalni: czarownicę z dwumetrowym klonem zamiast ręki (dwójka jej dzieci manewrowała drzewem, kiedy wychodzili z kominka), czarodzieja z dziurą w brzuchu, przez którą można było swobodnie patrzeć (zatamował krwawienie, ale był tak kredowobiały, jakby tylko resztkami sił trzymał się życia), czarownicę bez nogi, która zostawiła po sobie niewielką kałużę krwi, której nikt nie sprzątał przez dobre pół godziny, czy w końcu jego własną matkę, która…
Ale uzdrowiciele się starali. Ciężko pracowali, zajmowali się każdym, kto potrzebował ich pomocy, marszczyli mądrze czoła i mamrotali trudne formułki, pachnieli miętą i esparcetą. Vernerowi wydawało się wtedy, że muszą być o wiele potężniejsi od zwykłych czarodziejów; że nie ma takiej choroby czy takiej tragedii, z którą nie mogliby się zmierzyć; że byli grupą, do której on sam nigdy nie dołączy, bo zwyczajnie nie posiądzie wystarczającej wiedzy.
Nikanor Hobbes tak nie wyglądał. Pachniał tytoniem i naftaliną, brakowało mu kilku zębów i większej części włosów, a te, które pozostały, miały barwę tak nijaką, że Verner nie miał pewności, jak mógłby ją określić.
Nikanor Hobbes wyglądał jak ktoś wyciągnięty wprost z jednej ze spelunek na Nokturnie, gdzie od rana popijał Ognistą i patrzył łakomym wzrokiem na dziewczęta, jeśli jakieś popełniły błąd i znalazły się w zasięgu jego wzroku.
Nikanor Hobbes nie wspominał ani słowem o Mungu, nie odpowiadał na pytania o pracę i puszczał mimo uszu wszelkie próby nawiązania rozmowy na ten temat. Zabierał głos tylko w kwestiach niezwiązanych z leczeniem, a sposób, w jaki się wysławiał, sugerował, że mężczyzna nie przeczytał w życiu więcej niż jednej książki.
Oczywistym wydawało się zatem, że Verner nie był przekonany o wiedzy uzdrowiciela.
A jednak znaleźli się pod drzwiami domu Holly. Verner nie mógł odwlekać tego dłużej. Zapukał.
Nikt nie otworzył drzwi. Ba, nikt nawet do nich nie podszedł. Dom był cichy, jakby nie było w nim nikogo.
Verner zapukał drugi raz, ale nie przyniosło to rezultatów.
– Coś mi się widzi, że ich nie ma – rzucił Hobbes.
– Jaki dziś dzień tygodnia?
– Poniedziałek, a co?
– Na pewno nie niedziela? – upewnił się Verner.
Hobbes posłał mu spojrzenie, jakby zaczął się zastanawiać, czy zadanie zlecone mu przez Greengrassa nie okaże się trudniejsze, niż do tej pory przypuszczał, a jeśli tak, to będzie to wyłączna wina Vernera i jego niewątpliwych problemów ze sobą.
– Na pewno, no chyba mam kalendarz – mruknął.
– Szlag.
Hobbes uśmiechnął się krzywo. Może miał nadzieję, że uda mu się uniknąć robienia czegokolwiek, jeśli wróci do Greengrassa i powie, że ten cały Verner jest kretynem, który nie może dostarczyć dzieciaka w umówione miejsce w umówionej porze.
– To co, idziemy stąd? – zapytał z nadzieją.
– Nie, chwila, muszę pomyśleć…
Zapadła cisza w czasie której Nikanor Hobbes rozglądał się po niewielkim ogródku, a Verner marszczył brwi i obracał w głowie zdania, które wcześniej planował powiedzieć Holly. Myślał o nich od poprzedniego wieczora i był prawie pewien, że zabrzmią dobrze. Może zabrzmiałyby nawet lepiej, gdyby je napisał? Czy mógłby napisać do niej list, a potem przysłać Hobbesa? Pewnie by go nie wpuściła, uznawszy, że to jakiś szarlatan. Pewnie nie byłaby daleka od prawdy, ale nie o to Vernerowi chodziło. Nawet jeśli Hobbes został wyciągnięty z jakiejś meliny na Nokturnie – mógł pomóc Lettie, a czy nie o to chodziło? Greengrass przecież nie przysyłałby mu kogoś, kto nie zna się na rzeczy.
– Wrócimy tu później – zarządził Verner.
– No chwila, myślisz, że ja nie mam nic do roboty? – zaoponował Hobbes. – Dla twojej informacji mam w cholerę i trochę roboty, która się sama nie zrobi!
– Dostaniesz Ognistą za to opóźnienie.
Hobbes wyszczerzył resztki uzębienia.
– Trzeba tak było od razu, stary, to wcale nie będzie aż taka niedogodność – zapewnił.
Jakoś tak wyszło, że odwiedzili jakiś mugolski bar, a później, kiedy Verner zdał sobie sprawę, że nie powinien pozwalać Hobbesowi na tak beztroskie spożywanie alkoholu, pod byle pretekstem zaprowadził go do mieszkania Freda. Wymyślił jedną z tych wymówek, których wszyscy używają, a które prawie nigdy nie są prawdziwe, więc Hobbes patrzył na niego bykiem. Spojrzenie to nie rozpogodziło się, kiedy okazało się, że gospodarza nie ma w domu, a Verner musi otwierać drzwi zaklęciem.
– Żeby mi to nie było nic nielegalnego – mruknął Hobbes, kiedy wchodzili do środka. – Moja baba zawsze mówi, że nie ma nic gorszego niż wpakować się w coś nielegalnego, na czym się nawet nie da zarobić.
– To mieszkanie mojego kumpla – zapewnił Verner.
Wiedział, że prościej byłoby zabrać uzdrowiciela do własnego mieszkania, ale wiedział też, że znajdowało się tam parę butelek Ognistej, którymi Hobbes mógłby się zainteresować. Prawdopodobieństwo znalezienia takowych u Freda było praktycznie zerowe. Problem stanowiła jednak nieobecność Freda i jego reakcja na Hobbesa opierającego nogi na stole i… czy to była serweta wyszywana przez prababcię Freda? Verner wzruszył ramionami. Ostatecznie nie było to nic, czego nie mogłoby wyczyścić dobre zaklęcie, a Fred na pewno znał stosowne.
– I co teraz? – zapytał Hobbes, kiedy zorientował się, że nie zostanie mu podana szklaneczka czegoś rozgrzewającego.
– Musimy chwilę poczekać.
– Chwilę, taa… Wiesz, stary, ja to tak sobie myślę, że lepiej by było jutro tam iść.
Verner spojrzał na zegar stojący na jednej z półek. Zmarnował już tyle czasu, że nie miał zamiaru teraz rezygnować, a następnego dnia przechodzić przez to samo.
– Nie, już niedługo. Poczekamy jeszcze godzinę i wrócimy do domu Holly.
Hobbes wzruszył ramionami i poprawił się w fotelu.
– Masz karty? Moglibyśmy pograć.
– Poszukam – obiecał Verner i zaczął przeglądać jedną z szuflad. Wątpił, by Fred miał jakąś talię, ale wolał zająć czymś ręce.
W końcu Hobbes przysnął w fotelu, a Verner krążył po kuchni. Teoretycznie czekał, aż zagotuje się woda, jednak w praktyce zapomniał włączyć czajnika. W takim też stanie znalazł go Fred, który miał wyjątkowo głupią minę, kiedy wszedł do swojego mieszkania.
– Co się tu dzieje? – zapytał tonem, którego nie powstydziłaby się żadna matka.
Verner spojrzał na niego niepewnie, jakby spodziewał się, że zaraz dostanie burę. Potem jednak się zreflektował i wzruszył ramionami.
– Holly i Lettie nie było w domu – wyjaśnił.
Fred zamrugał; nie wiedział, co jego przyjaciel robił przez ostatnie dni, więc obecność Hobbesa czy konieczność skontaktowania się z Holly były dla niego abstrakcyjnymi pomysłami.
– Uważasz, że spotkanie się z nimi to dobry pomysł? – zapytał ostrożnie.
– Mam uzdrowiciela dla Lettie – odparł z dumą Verner.
– Ten ochlapus, który śpi w moim fotelu? Przy okazji – dodał i pokręcił głową – to moja najlepsza serweta, Vernerze. Gdyby nie to, że byś mi oddał, to właśnie powinienem cię walnąć w pysk.
– To uzdrowiciel – warknął Verner, teraz już poirytowany. – I wsadź sobie tę swoją serwetę w…
Uzdrowiciel? – powtórzył Fred, ignorując śmiałą anatomicznie sugestię dotyczącą serwety. – Jesteś tego pewien?
W tym właśnie tkwił problem, że Verner od samego rana, odkąd tylko Nikanora Hobbesa zobaczył po raz pierwszy, zastanawiał się właśnie nad tą kwestią. Czy ktoś taki mógł być uzdrowicielem? Właściwie – czemu nie, przecież nie trzeba było przechodzić żadnych testów osobowości, trzeba było tylko wykazać się wiedzą. Tyle że Hobbes robił wszystko, żeby żadnej wiedzy nie zaprezentować. Tyle że Greengrass za niego ręczył. I o ile poprzedniego dnia, kiedy z ponurą miną wszedł do mieszkania Ruth i próbował po raz kolejny pozbyć się złego humoru przy użyciu – tak właśnie, użyciu – dziewczyny, chciał przekonać samego siebie, że Greengrass i jego wybujałe ego są w błędzie, o tyle teraz musiał przyznać, że przemowa Rasmusa nie była w pełni nieprawdziwa. Verner był dla Greengrassa narzędziem, ale wygodnym narzędziem, o które trzeba dbać. A dbanie zakładało też dostarczenie mu prawdziwego uzdrowiciela – co do tego nie miał wątpliwości.
– Tak.
Fred uniósł dłonie w geście oznaczającym, że się poddaje.
– Skoro tak, to zabierz swoją siłę fachową z mojego salonu, załatwcie, co macie załatwić, odstaw go do tej speluny, w której go znalazłeś, a potem wracaj tutaj.
Verner uniósł pytająco brew.
– Powinieneś mi to wszystko wyjaśnić, bo wyglądasz, jakby przydała ci się rada kogoś, kto nie siedzi po uszy w bagnie.
– Przyjdę – zapewnił, po czym wyszedł z kuchni.
Fred miał rację, Verner miał na głowie zbyt dużo zmartwień, by nie podzielić się nimi z kimś, komu mógł zaufać. Nie może powiedzieć wszystkiego, to jasne, ale Greengrass mógł w każdej chwili stać się problemem, z którym Verner mógłby nie poradzić sobie samodzielnie. Rozmowa z Fredem mogła go natomiast ukierunkować. Tak, była świetnym pomysłem. Zanim jednak będzie mógł wypić herbatę, opowiedzieć o wszystkim i posłuchać, jak nieodwracalnie uszkodził serwetę, na której Hobbes oparł nogi, czekała go rozmowa z Holly.
Tym razem drzwi otworzyły się niemal od razu, gdy skończył pukać po raz pierwszy. Stanęła w nich sama Holly, za co Verner był wdzięczny Merlinowi i wszystkim jego kochankom – nie miał pojęcia, co mógłby powiedzieć temu mugolowi, gdyby to on otworzył drzwi. Holly jednak nie była w nastroju do rozmów. Wyszła przed drzwi i zamknęła je, jakby chciała dać do zrozumienia, że ani Verner, ani Hobbes nie wejdą do jej domu.
– Co tu robisz? – zapytała, siląc się na spokój.
– Przyprowadziłem lekarza. Dla Lettie – wyjaśnił Verner równie spokojnym tonem.
Holly zerknęła na Hobbesa sceptycznie.
– W jakiej gałęzi medycyny się pan specjalizuje, doktorze? – zapytała, choć w jej tonie pobrzmiewała niebezpieczna nutka, która mogła w jednej przerodzić się w coś strasznego, coś pełnego krzyków i machania rękoma.
Hobbes wyglądał na zbitego z tropu. Najwyraźniej nie miał pojęcia, o co został zapytany. Verner wiedział, że musi przejąć inicjatywę, jeśli mają choćby zbliżyć się do Lettie.
– Mówiłem, że sprowadzę specjalistę – przypomniał.
Uwaga Holly na chwilę przeniosła się na niego. Kobieta szturchnęła go palcem w klatkę piersiową.
– A ja mówiłam, że nie powinieneś się angażować. Nie mam czasu na uspokajanie twoich wyrzutów sumienia i nie chcę fałszywej nadziei. Nie chcę też, żebyś tu przychodził, ale najwyraźniej nic sobie nie robisz z moich życzeń! – fuknęła.
– Holly, nie chodzi o ciebie, ale o Lettie… – zaczął Verner. Zauważył, że Hobbes przyglądał się temu z rozbawieniem.
– Nie, Vernerze, nie masz prawa zjawiać się tutaj i żądać, żebym pozwoliła ci mącić Lettie w głowie.
– Ale to może być dla niej szansa.
Hobbes przestał się uśmiechać i zaczął przeszukiwać kieszenie. Verner miał nadzieję, że szukał czegoś użytecznego, bo naprawdę nie chciał rzucać oszałamiacza i tym samym robić Ministerstwu taki prezent. Nie miał wątpliwości, że gdyby zgarnęli go za użycie czarów w domu mugoli, to beknąłby także za parę włamań.
– Byliśmy u wszystkich najlepszych lekarzy. Wszystkich. Pana… przepraszam, jak pana godność?… W każdym razie pana nie było na tej liście, ba, nigdy wcześniej pana nie widziałam, a wydaje mi się, że…
– Przepraszam – przerwał Hobbes. – Ma pani jakiegoś owada na karku, zaraz go zdejmę.
Przyłożył dwa palce do karku Holly, a ta natychmiast zamknęła oczy i osunęła się na ziemię. Verner rozejrzał się z obawą, ale wyglądało na to, że nikt nie obserwował całej tej sceny.
– Co to było? – zapytał.
– Eliksir – odpowiedział Hobbes. – Nie mów, żeś chciał ją przegadać. Mówiłem, ja znam baby. Nie ma mowy, nie weszlibyśmy do tego domu. A teraz – uśmiechnął się paskudnie – droga wolna.
Verner westchnął. Nie bardzo podobały mu się te metody, ale przynajmniej Ministerstwo o niczym nie wiedziało, a oni mogli dotrzeć do Lettie. No i wyglądało na to, że Hobbes jednak coś wie o magii leczniczej, a przynajmniej o eliksirach. Starał się nie zastanawiać, do czego Hobbes zwykle ich używał lub komu je sprzedawał.
Hobbes wszedł do domu pierwszy, gotowy zaaplikować eliksir mężowi Holly, gdyby próbował ich powstrzymać. Verner wszedł jako drugi, wpychając ze sobą bezwładne ciało Holly, które położył w przedpokoju. Hobbes zapewniał, że omdlenie jest niegroźne dla życia i potrwa jakieś pół godziny. Wystarczająco dużo czasu, żeby przyjrzeć się Lettie i uciec.
Męża Holly nie było w domu, co sprawiło, że Verner zaniepokoił się nieco. Nie wiedział, w jakich godzinach mugole pracują, ale podejrzewał, że facet mógł niedługo wrócić do domu. Nie byłoby to najkorzystniejsze, gdyby w progu potknął się o swoją omdlałą żonę, chociaż z drugiej strony – pewnie zajęłoby go to na parę chwil, być może wystarczająco długo, by Hobbes i jego pozbawił świadomości.
– Może powinniśmy przenieść ją do salonu? – zapytał Verner.
– Chcesz tracić czas, żeby jej wygodnie było, a potem porywać dzieciaka? – warknął Hobbes. – Myślałem, że to ma być czysta robota.
Verner zacisnął usta i nic więcej nie powiedział. Nie mrugnął nawet okiem, kiedy Hobbes potraktował swoim eliksirem młodszą córkę Holly. W końcu to było nieważne, chodziło o to, by znaleźć Lettie i jej pomóc. Wszystkie przeszkody należało usunąć – przynajmniej czasowo.
Kiedy znaleźli Lettie, okazało się, że spała w swoim pokoju. Była rumiana w jakiś niezdrowy sposób i Verner aż się wzdrygnął na myśl, że przyszli za późno. Miał ją uratować, miał choć jedną rzecz zrobić dobrze w całym swoim życiu.
– Co z nią? – zapytał Hobbesa.
Uzdrowiciel spojrzał na niego ze zdziwieniem.
– Ma gorączkę – stwierdził obojętnie. Najwyraźniej gorączka nie była tak interesująca jak możliwość zwalenia kilku osób z nóg.
– Ale to nie jest nic… poważnego? – upewnił się Verner.
– Co ty, baba jesteś? – mruknął uzdrowiciel. – Wyjdzie z tego.
Verner ponownie zamilkł i pozwolił Hobbesowi zbadać Lettie w spokoju. Uzdrowiciel ją także pozbawił przytomności – żeby się nie rzucała, wiesz, jak to jest – a potem zaczął uważnie przyglądać się jej twarzy, by w końcu wyciągnąć jakąś fiolkę z zielonym płynem i wrzucić do niej włosy dziewczynki. W tym momencie Verner stracił niemal całe zainteresowanie i zaczął rozglądać się po pokoju – znajdowali się w niewielkim pomieszczeniu pomalowanym na żółto. Przy jednej ścianie znajdowało się kilka szafek i niewielkie, czerwone biurko, na którym leżały kredki i kartka z kilkoma bohomazami. Przy drugiej – łóżko i szafka, na której siedziały lalki i pluszaki. Pod znajdującym się na trzeciej ze ścian oknem stał sporych rozmiarów kwiatek, którego Verner nigdy wcześniej nie widział. Nie interesował się jednak florą na tyle, by przyglądać się bliżej roślinie. Cały pokój wydawał mu się nagle zbyt jasny i wesoły, by mógł mieszkać w nim ktoś, kto niebawem umrze. Żółte zasłony, białe firanki w kwiatki, na ścianach parę zdjęć rodzinnych i parę rysunków – nic z tego nie pasowało do wypracowanego w jego głowie scenariusza śmierci.
– Chyba wiem już wszystko – powiedział w końcu Hobbes, wyrywając Vernera z zamyślenia.
– Co jej jest? – zapytał.
Hobbes posłał mu jedno z tych spojrzeń, które oznaczały „mógłbym ci powiedzieć, ale nie sądzę, żebyś zrozumiał”. Verner jednak nadal wpatrywał się w niego pytająco.
– Eliksir na bazie włosów jednorożca i sproszkowanego zęba trytona jej pomoże – powiedział w końcu.
– Ale co jej jest? – powtórzył Verner.
Hobbes milczał. Verner nabrał podejrzeń, że uzdrowiciel nie ma pojęcia i właśnie próbuje podać mu jakieś placebo.
– Nie wiesz? – syknął do Hobbesa.
– Jest uszkodzona – powiedział w końcu uzdrowiciel, wzruszając ramionami, jakby chciał dać do zrozumienia, że planował uchronić Vernera przed tą straszną prawdą, ale skoro Verner chciał ją koniecznie poznać, to on, Hobbes, nie będzie mu bronił. – Coś żeś spartolił, stary, i trzeba ją naprawić. Ale nie martw się, zdarza się. Widzisz, mówią tacy i inni, że nie ma nic prostszego niż robienie dzieci, a tu jeden z drugim mają problemy.
– Ale pomożesz jej? – upewnił się Verner, puszczając mimo uszu docinki uzdrowiciela. Coś podobnego mówił mu wcześniej Fred, więc prawdopodobnie Hobbes miał rację.
– Na jutro będę miał eliksir. Tylko i wyłącznie dlatego, że Greengrass kazał – podkreślił. – Dla ciebie bym go nie miał.
– Rozumiem… Coś jeszcze?
Hobbes wzruszył ramionami i wyszedł z pokoju. Verner jeszcze raz zerknął na omdlałą Lettie i po raz pierwszy poczuł, że to może się udać. Nawet jeśli ani on, ani Hobbes nie grali fair, to może jednak wygrają. Uśmiechnął się. Jutro wrócą i podadzą Lettie eliksir, a potem będzie zdrowa. Może nawet jeszcze kiedyś ją odwiedzi.
Tak, kiedyś ją odwiedzi i porozmawiają. Może nawet kiedyś, kiedy Lettie będzie już starsza, powie jej prawdę, a ona go zrozumie i zaakceptuje.
To znaczy o ile będzie nadal żył, bo – o ile wszystko pójdzie dobrze – wyglądało na to, że to on odejdzie z tego świata jako pierwszy. I to było w porządku, nie przeszkadzała mu ta myśl. Jeśli ją uratują, to wszystko będzie dobrze, a Verner zostawi po sobie na tym świecie coś pięknego.
Wyszedł z pokoju i dołączył do Hobbesa, który stał w przedpokoju.
– Dzięki – wymamrotał.
– Wszystko dla Greengrassa – odpowiedział Hobbes.
Wyszli z domu i, niezatrzymywani przez nikogo, zniknęli gdzieś wśród morza przechodniów.

10. demiurg

Nokturn był jednym z tych miejsc, które rzadko zasypiały, a nawet jeśli się to zdarzało – ciężko było o pewność, że za chwilę zza zakrętu nie wyjdzie ktoś, kto szuka kłopotów, a takich osobników (częstokroć rozochoconych wcześniej Ognistą) było całkiem sporo. W końcu wiadomo, że jak się czegoś szuka, to prędzej czy później się to znajdzie na Nokturnie.
Verner bywał tu już o różnych porach, ale tym razem czuł się wyjątkowo nieswojo – może dlatego, że wcześniej wykształcił w sobie przeświadczenie, że jest częścią społeczności związanej z tym miejscem, a teraz, kiedy pracował dla Greengrassa, sytuacja wyglądała nieco inaczej. Oczywiście możliwe, że po prostu mnożył problemy. Nie powinien się zachowywać, jakby czuł się nieswojo, nigdy nie wiadomo, kto spośród kręcącego się tutaj ogółu potrafi wyczuwać strach.
To Borgin zajmował się zamykaniem sklepu na noc. Zajmował się tym od kilkudziesięciu lat, więc czuł się o wiele bardziej kompetentny niż któryś z Burke’ów. Verner nie był nawet pewny, czy młodszy z nich poznał już formułę zaklęcia, którego używał Borgin. Sam Verner również jej nie znał, ale zdawał sobie sprawę, że czekanie na lepszą okazję nie ma sensu. Nie będzie lepszej okazji. Nie dopóki Borgin żyje, a zabijanie go… Verner wolał nie wyobrażać sobie, w jak trudnej sytuacji musiałby się znaleźć, żeby to zrobić.
Teraz jednak, kiedy stał przed tylnymi drzwiami do sklepu, w obskurnej, śmierdzącej alejce, w której ustawiano kosze ze śmieciami albo – czego nikt nie mówił głośno, ale wszyscy o tym wiedzieli – handlowało się naprawdę nielegalnymi substancjami, takimi, których nikt nawet nie chciał mieć pod ladą w sklepie, mógł sobie wyobrazić stopień desperacji, który popchnąłby go do zabicia Borgina albo chociaż wydobycia informacji o potrzebnej inkantacji siłą. Znajdował się w naprawdę nieprzyjemnym miejscu, jednym z tych, o których najczęściej się nawet nie mówi. Tutaj zapuszczali się tylko ci, którzy musieli. Tutaj też okoliczne koty przychodziły na najbardziej ryzykowną kolację, jaką mogły sobie wymarzyć; niektóre wychodziły z żołądkami pełnymi nieco nieświeżej wątroby tuńczyka, inne nie wychodziły w ogóle i lądowały w wielkich koszach na śmieci, które właściciele sklepów mniej lub bardziej regularnie opróżniali.
Starając się jak najmniej oddychać, rozlał przygotowany wcześniej eliksir tuż przed progiem drzwi, a następnie posypał sproszkowaną szałwią i lawendą. Miał nadzieję, że ich zapach zakryje zapach eliksirów, który zbyt łatwo mógłby zostać rozpoznany. Normalnie na tym etapie nawiązałby już bliższy kontakt z drzwiami, ale zbyt długo znał Borgina, by porywać się na coś takiego. Rozstawił parę run i zaczął mamrotać dawno nieużywane inkantacje, o których myślał, że okażą się wystarczające. Przez chwilę czuł się jak artysta; jak ktoś, kto tworzy coś tego, kto dekonstruuje stary ład po to, by zrobić miejsce czemuś nowemu i piękniejszemu. Potem przypomniał sobie jednak, że robi to po to, by Greengrass załatwił dla niego uzdrowiciela, i wszelkie myśli o sztuce uleciały z jego głowy.
Usłyszał za plecami jakiś szmer i niemal przerwał recytowanie odpowiedniej inkantacji, ale nie mógłby zacząć jej od nowa, więc kontynuował, jednocześnie próbując usłyszeć jakiś ruch za plecami. Kiedy w pole jego widzenia wszedł rudy kot, niemal odetchnął z ulgą. Dokończył inkantację w spokoju, a potem, dość niepewnie, ruszył w kierunku drzwi. Zastukał w klamkę różdżką (dwukrotnie, dla pewności) i wstrzymał oddech, kiedy się otwierały.
Nawet nie skrzypnęły.
Verner uśmiechnął się do siebie, a potem odwrócił się, żeby popatrzeć na kota, ale było już za późno – obok Vernerowych nóg strzeliła jakaś pomarańczowa strzała i znikła w nieoświetlonym sklepie.
– Cholera – mruknął Verner. Wyglądało na to, że musiał znaleźć nie tylko przedmioty, których zażyczył sobie Greengrass, lecz także bezdomnego kota, który może narobić hałasu.
Kiedy wszedł do pomieszczenia, sprawdził, czy nie leży gdzieś ręka Glorii, którą chętnie by użył, ale niestety, wyglądało na to, że już się sprzedała. Bał się świecić różdżką w części dostępnej dla klientów, więc zaczął od przeszukania magazynu, czasami tylko słysząc tupot kocich łapek. Zwierzak najwyraźniej znajdował się w nowym otoczeniu i musiał zaznajomić się z każdym kątem. Verner miał tylko nadzieję, że Borgin pamiętał o tym, by zamknąć drzwi łączące zaplecze z główną częścią sklepu. Kot, zdaniem Vernera, nie mógł narobić większych szkód na zapleczu, ale dźwięk tłuczonego szkła przekonał go, że się mylił.
Wyszedł z magazynu i rozejrzał się po pomieszczeniu. Nie widział kota, ale za to ciężko byłoby przeoczyć zbity wazon. Był to jeden z tych porcelanowych koszmarków, które przypominały Borginowi o jego zmarłej żonie.
– Przynajmniej to nie coś z listy Greengrassa – mruknął do siebie Verner, a potem zwrócił się do kota: – Siedź tu albo pogadamy inaczej.
Kot syknął, ale nie ruszył się z miejsca.
Verner pchnął drzwi prowadzące do głównej części sklepu, kiedy rozległa się syrena. Była naprawdę głośna – tak głośna, że nie miał wątpliwości, że w ciągu najbliższych pięciu sekund zjawią się tu wszyscy, którzy znajdują się na Nokturnie i Pokątnej, a kto wie, czy i nie sam Borgin albo jeden z Burke’ów. Verner złapał parę przedmiotów, które stały dostatecznie blisko miejsca, w którym się znajdował, a potem chwycił leżący na ziemi worek i się zdeportował.
Wylądował w znajomo wyglądającym lasku pod Londynem, dość błotnistym, ale jednocześnie bezpiecznym. Wziął parę głębokich oddechów, choć było to zupełnie niepotrzebne – nie zmęczył się niczym, a strach dodawał mu przecież sił. Nie pozostawało mu nic innego jak przejść przez zagajnik, żeby uniemożliwić ewentualnej pogoni podjęcie śladu aportacyjnego.
Odwiedził jeszcze mugolskie miasteczko oddalone o parędziesiąt ładnych kilometrów od Londynu, ale musiał się w nim zatrzymać na dłużej i coś zjeść. Liczył na to, że załatwi tę sprawę bez większych problemów i nie zmęczy się aż tak. Cholerny Borgin, pieczętować drugie drzwi innym zaklęciem. Verner powinien był o tym pomyśleć, powinien był przewidzieć, bo w końcu stary wiele razy powtarzał, jak ważny jest dla niego sklep i jak wiele czasu poświęca na zapewnienie mu odpowiedniej ochrony.
Teraz jednak było już za późno na myślenie o tym, co trzeba było zrobić. Musiał stawić się na spotkanie z Greengrassem, który będzie chciał dostać wszystkie przedmioty z listy. Verner nie był pewien, ilu brakowało – może ze trzech czy czterech – ale spodziewał się, że to, co udało mu się wrzucić do worka, nie rekompensowało tego braku. Nie wiedział, czy było to wystarczające, by Greengrass sprowadził uzdrowiciela, czy też Verner ryzykował życie tylko po to, by jego pracodawca wyglądał dobrze w oczach innych.
Kiedy aportował się w umówionym miejscu, Greengrassa nie było. Na pobliskiej ławce siedział natomiast Nott, który wstał na jego widok i podszedł na tyle blisko, by Verner wyraźnie usłyszał wycedzone przez zęby:
– Co to, kurwa, miało być? Cały Nokturn postawiłeś na nogi.
– Wypadek przy pracy – mruknął Verner.
– To gra o zbyt wysoką stawkę, żeby pozwalać sobie na wypadki.
– Ale to wina… – zaczął, ale zdał sobie sprawę, jak koszmarnie by zabrzmiał, gdyby próbował zwalić całą odpowiedzialność na bezdomnego kota. – Tak wyszło – zakończył kulawo.
– Masz wszystko, co Rasmus kazał ci zdobyć? – zapytał Nott, najwyraźniej tracąc zainteresowanie powodami Vernerowego spóźnienia.
– Znaczącą większość.
– Większość? Chcesz, żeby ten uzdrowiciel uzdrowił ci większość dzieciaka? Nie taka była umowa, cwaniaczku. – Nott wykrzywił się, jakby w każdej chwili mógł rzucić się na Vernera nie tylko z różdżką, lecz także z pięściami czy zębami.
– Oceń sam – warknął Verener. Był niemal pewien, że to, co udało mu się zgromadzić, będzie wystarczające.
Nott zajrzał do worka i przez dłuższą chwilę wyciągał z niego różne rzeczy, potem je chował i wyciągał inne, za każdym razem uważnie przyglądając się temu, co wyciągnął. Kiedy zakończył oględziny, wyszczerzył się do Vernera, choć w tym uśmiechu nie było ani krzty wesołości.
– No, wygląda na to, że może jednak uratujesz dzieciaka – powiedział.
Verner tylko skinął głową. Miał taką nadzieję, ale zdawał sobie też sprawę, że w ciągu najbliższych kilku godzin – czy możne nawet dni, w końcu nikt mu nie obiecywał, że cała ta sprawa skończy się w jedną noc – Nott nie spuści go ani na chwilę z oka i o wszystkim zamelduje Greengrassowi. Sposób, w jaki wywiąże się z powierzonego mu zadania, oznacza być albo nie być dla Lettie; nie było to, wbrew pozorom, myślą szczególnie motywującą. Verner czuł się raczej spętany tą świadomością, ograniczony przez nią i wręcz przyduszony, jakby czekał go najważniejszy test w życiu. To nie była motywacja, to było przerażenie i poczucie odpowiedzialności, którego wcześniej nie znał.
– Zabierz to ze sobą – powiedział Nott, oddając Vernerowi worek. – Jutro masz się tu stawić z tym wszystkim o osiemnastej. Zaczniemy naszą delegację.
– Nie mógłbym załatwić tego szybciej? – zapytał Verner, zawiązując worek.
– Myślisz, że ktokolwiek cię wpuści za próg, jeśli mnie tam nie będzie?
Nott nie wyglądał na lwa salonowego i Verner wątpił, czy ktoś rzeczywiście wpuściłby go do swojego domu z czystej sympatii czy w nadziei, że jego barwny charakter dostarczy gospodarzowi rozrywki. Nie, Nott nie był ani interesujący, ani zabawny; musiał zatem coś znaczyć w hierarchii i Verner nie był na tyle głupi, by pytać o szczegóły. Pokiwał tylko głową.
– Zatem o osiemnastej – potwierdził i się zdeportował.
Przez kolejne trzy dni odwiedził wiele domów, których gospodarze przyjmowali Notta z pewną rezygnacją i zerkali na Vernera z pewnym zaciekawieniem, jakby nie mogąc pojąć, co robi w towarzystwie Notta. Potem zawsze zaczynała się dyskusja na temat pogody, potem sytuacji politycznej, a potem Nott kopał Vernera w nogę, by ten wyjął podarek dla gospodarza i wygłosił parę okrągłych zdań dotyczących intencji Greengrassa. W pierwszych kilku domach Verner nie był pewien, co ma mówić, ale kiedy wchodzili do ostatniego – i zarazem największego z nich – domu Malfoyów, czuł się już pewnie w swojej roli posła. Ani razu nie zadeklarował otwarcie, że Greengrass popiera dążenia Voldemorta, ale nie pozostawił wątpliwości, że zapatruje się on z pewną sympatią na wizję świata, jaką starają się realizować śmierciożercy. Nott był jednak zadowolony – nie powiedział tego, ale nie dał Vernerowi w żaden sposób odczuć, że zrobił coś złego. A Verner miał pewność, że gdyby jego poselstwo okazało się nieudane, usłyszałby o tym natychmiast.
Kiedy więc Greengrass wezwał go do siebie, Verner spodziewał się, że od razu przejdą do tematu uzdrowiciela, ewentualnie wcześniej wymienią się kilkoma miłymi, okrągłymi zdaniami, które nic nie znaczą. Zdziwił się, kiedy Greengrass się nie uśmiechał; miał przecież wszelkie powody, by się uśmiechać. Wszystko przebiegało po jego myśli, prawda?
– Siadaj, przyjacielu – powiedział mechanicznie, zapominając przywołać na twarz wilczego uśmiechu.
– Coś się stało? – zapytał niepewnie Verner, zajmując wskazane mu miejsce.
Znajdowali się w tym samym salonie, w którym nie tak dawno Verner poznał Lyrę Nott i w którym zawarł z Greengrassem układ dotyczący uzdrowiciela dla Lettie. Wiedział, że działał wtedy bez odpowiedniego namysłu i prawdopodobnie nie powinien był mówić Rasmusowi tyle o sobie, ale wtedy miał wrażenie, że nie istniało żadne inne wyjście z tej sytuacji. Teraz może by się zastanawiał, ale nie żałował swojej decyzji.
– Spisałeś się całkiem nieźle, Vernerze. – Uśmiech wykwitł na twarzy Greengrassa w ciągu ułamka sekundy. – Constantine mówił, że zrobiłeś niezłe wrażenie na żonie Avery’ego.
Verner skinął głową, niepewny, co powinien powiedzieć. Pamiętał, że jedna z żon robiła w jego kierunku maślane oczy, ale nie był pewien nazwiska. Nie był też zainteresowany nią jako kobietą, więc cały incydent puścił w niepamięć. Fakt, że Greengrass o nim wspominał, mógł świadczyć jednak o tym, że miało to pewne znaczenie.
– Powinniśmy pomówić o uzdrowicielu, prawda? – kontynuował Rasmus. – Na kiedy ci jest potrzebny, przyjacielu?
– Jak najszybciej – odparł Verner.
Greengrass zmrużył oczy i wyjrzał za okno, jakby rozważał najlepszą odpowiedź.
– Jutro – powiedział w końcu. – Nikanor Hobbes jest mi winien przysługę, przyślę go do ciebie. Nie masz planów na popołudnie, prawda, przyjacielu?
– Nie, oczywiście, ja… Dziękuję, naprawdę.
Rasmus wykonał dłonią gest, jakby chciał powiedzieć, że to dla niego drobnostka.
– Zasłużyłeś na moją pomoc, Vernerze – odpowiedział, wstając z miejsca, co było sygnałem, że jego gość może odejść.
Verner również wstał, nieco zdziwiony, że musiał stawić się osobiście tylko po to, by usłyszeć tych kilku słów. Wiedział jednak, że ludzie bogaci – a bogaci pracodawcy zwłaszcza – mieli swoje dziwactwa i nie miał zamiaru kwestionować decyzji Greengrassa.
– Jestem naprawdę wdzięczny – powtórzył, idąc w stronę drzwi.
Nie zdążył ich jednak otworzyć; zaklęcie obezwładniające zupełnie go zaskoczyło. Spetryfikowany wylądował na dywanie, przerażony własną niemocą i kompletnie nierozumiejący, co się stało. Rasmus powoli ruszył w jego stronę, aż w końcu znalazł się w jego polu widzenia. Nie przestawał się uśmiechać.
– Wiem, że jesteś wdzięczny – powiedział. – Wyświadczam ci właśnie jedną z największych przysług, chociaż spierdoliłeś sprawę, Vernerze. Nie jesteś tym, za kogo cię miałem, kiedy się spotkaliśmy. Burke zapewniał mnie, że jesteś najlepszy, ale dałeś się nabrać na zaklęcie tego starego osła. Zdajesz sobie z tego sprawę, tak?
Verner chciał coś powiedzieć, wytłumaczyć albo przeprosić – choć za co miałby przepraszać, to jego życie cały czas leżało na szali – ale petryfikacja była za silna. Mógł tylko bezwolnie czekać na dalszą część wypowiedzi Greengrassa, który się jednak nie spieszył. Wodził końcem różdżki po Vernerowym policzku, jakby zastanawiał się, co może na nim namalować. Fakt, że nie przestawał się uśmiechać, był wręcz przerażający.
– Udało ci się jednak zrealizować moją prośbę, nawet jeśli zwróciłeś na siebie niepotrzebnie uwagę. Dlatego właśnie dostaniesz swojego uzdrowiciela, chociaż prawdopodobnie powinieneś raz jeszcze rozmówić się z Constantine’em, a chyba pamiętasz, jak ci się ta pierwsza rozmowa nie podobała. Skoro jednak jesteśmy przyjaciółmi… – zawiesił głos, przyglądając się Vernerowi uważnie spod zmrużonych powiek. – Myślisz, że jesteś artystą w swoim rzemiośle, prawda? – zapytał po chwili, a jego głos był zdecydowanie chłodniejszy. – Myślisz, że jesteś nadczłowiekiem, kimś niezastąpionym i silnym, mądrzejszym i lepszym od pozostałych, prawda? Może nie cały czas, ale widzę, że miewasz takie myśli. Widać je na twojej twarzy i w sposobie, w jaki chodzisz. Widać, że czujesz się lepszy, wybitny, nawet jeśli starannie to ukrywasz. Jesteś nikim, Vernerze; zwykłą szumowiną, którą wyciągnąłem z Nokturnu. Nie powinieneś o tym zapominać, jeśli nie chcesz tam wrócić, a możesz mieć pewność, że po włamaniu do sklepu nie masz tam czego szukać. Stworzyłem ci nowe warunki życia, Vernerze, jeśli jeden z nas ma siłę sprawczą, to nie jesteś to ty. Twoje życie zależy ode mnie. Zrozumiałeś?
Verner nie odpowiedział. Nie był pewien, czy mógłby, nawet gdyby nie zaklęcie petryfikujące. Greengrass nadal patrzył na niego uważnie.
– Mógłbym teraz złamać ci nos, zawsze chciałem złamać komuś nos – powiedział nagle, a na jego usta wrócił uśmiech. – Wiem jednak, że nie byłoby tak zabawne, jak mi się to teraz wydaje. Poza tym, odwracałoby to uwagę od tego, co powiedziałem, a chciałbym, żebyś o tym pomyślał, Vernerze. Myśl o tym, kiedy Nikanor uratuje twoją córkę; myśl o tym, kiedy będziesz mu dziękował czy kiedy będziesz na nią patrzył; myśl o tym nawet wtedy, kiedy będziesz się rano budził ze świadomością, że nie jesteś na dnie. Myśl, ile zawdzięczasz naszej przyjaźni.
Uśmiech Greengrassa był jeszcze bardziej maniacki niż zwykle, a jego wzrok przeniósł się gdzieś za głowę Vernera. Stało się jasne, że teraz, kiedy już powiedział wszystko, co chciał powiedzieć, stracił całe zainteresowanie swoim gościem; stracił je do tego stopnia, że kiedy rozległy się na schodach kroki, wyszedł z pomieszczenia, zostawiając Vernera na dywanie.
– Nie, Daphne, nigdzie nie wyjdziesz w tym stroju – powiedział do kogoś, z jego głos był zupełnie inny, jakby należał do innej osoby, która nie miała w sobie nic z szaleńca, ale mogła spędzać rodzinne wieczory przy kominku, narzekając na tę dzisiejszą młodzież.
Rasmus nie wracał dłuższy czas, aż w końcu jego zaklęcie przestało działać. Verner nie miał wątpliwości, że powinien to wykorzystać i jak najszybciej uciec – nawet jeśli była to ucieczka pozorna. Szybko się zdeportował, ale kiedy znalazł się w swoim mieszkaniu, zdał sobie sprawę, że nie ma ochoty tam siedzieć. Czułby się jak marionetka Greengrassa, odłożona na półkę i czekająca tylko na to, by znów zaczął szarpać za jej sznurki. Nie chciał na to pozwolić, musiał odzyskać kontrolę przynajmniej nad częścią swojego życia.
Z ponurą determinacją ruszył w kierunku mieszkania Ruth.

09. cena prawdy

Freda już nie było, kiedy Verner wrócił do swojego mieszkania. Znalazł tylko opakowania po hamburgerach na podłodze i szklankę po herbacie w zlewie. Przez chwilę przemknęło mu przez myśl, że powinien pozmywać, ale nie był w nastroju. Wolałby rzucić tą szklanką o ścianę – ot tak, żeby się rozładować. Każdy czasami czuł potrzebę zrobić coś równie głupiego. Nie rzucił, bo dobrze wiedział, że to ani niczego nie rozwiąże, ani nie uchroni go przed sprzątaniem. Ograniczył się więc do posłania szklance poirytowanego spojrzenia, po czym zabrał się za zbieranie wszystkich fantów, które poprzedniej nocy przyniósł do mieszkania. W którymś momencie zaczął się im przyglądać, więc teraz musiały trafić z powrotem do worka. Przez chwilę się zastanawiał, czy nie powinien zapakować ich w coś innego, żeby zachować istnienie worka w tajemnicy – kto wie, co następnym razem każe mu ukraść Greengrass – ale uznał, że gra nie jest tego warta. W końcu podobnych worków musiało istnieć więcej; w przeciwnym razie Burke nie dałby mu go za darmo albo chociaż zjawiłby się tutaj i zażądał zwrotu.
Verner zerknął tęsknie na butelkę po whiskey, ale uznał, że jeśli ma się skupić na rozmowie z Greengrassem, to powinien zostawić tego typu przyjemności na później. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie zajrzeć do Ruth, ale nie był pewien, jak zareagowałaby na niespodziewane odwiedziny. Już któryś raz się nad tym zastanawiał, ale nadal nie miał odwagi sprawdzać. Miał teraz wystarczająco dużo na głowie, więc Ruth musiała zejść na dalszy plan.
Wiedział, że Greengrass mieszkał pod Londynem, ale nie był pewien, czego się spodziewać. Pewnie sporych rozmiarów rezydencji, skrzętnie strzeżonej przed mugolami. Kiedy jednak stało się jasne, że posiadłość Greengrassa nijak nie przypominała luksusowych rezydencji, które Verner czasami odwiedzał w celach, nazwijmy to, zawodowych, poczuł nutkę zawodu. Szybko jednak zdał sobie sprawę, że to całkiem sprytne posunięcie ze strony Rasmusa. Im mniej się rzucasz w oczy, tym większe szanse, że nikt się tobą nie zainteresuje.
Szkoda by było, gdyby ktoś mu buchnął tę cholerną wazę, pomyślał Verner, pukając do drzwi.
Nie był pewien, czy powinien stać przed głównym wejściem, ale chciał się przyjrzeć mosiężnym okuciom drzwi; nie wiedział też, czy w domu istnieje w ogóle wejście od kuchni, ale podejrzewał, że tak. Chociaż kto wie. Wyglądało na to, że sama budowa ma dobre sto pięćdziesiąt lat, może więcej, ale konserwowanie przy użyciu magii sprawiło, że nie dało się jednoznacznie ustalić jej wieku. Verner jednak dość długo przyglądał się oknom, parapetom i skośnemu dachowi z wieżyczką zbyt małą, by ktoś mógł w niej mieszkać. Może Greengrassowie pozwalali w niej spać skrzatom? Mogli też trzymać w niej antyki i dzieła sztuki, ale to miałoby jeszcze mniej sensu, zważywszy na to, jak niewiele by się ich tam zmieściło.
Rozważania Vernera przerwało ciche skrzypnięcie otwieranych drzwi. Zarejestrował tylko, jak ciężkie musiały być i przez chwilę współczuł skrzatowi ubranemu w coś, co kiedyś prawdopodobnie było fragmentem zasłony w kwiaty. Potem jednak stworzonko przemówiło piskliwym głosem, który wwiercał się w czaszkę, i całe Vernerowe współczucie minęło.
– Witam w rezydencji szanownych państwa Greengrass, sir!
– Pan domu jest? – zapytał Verner, który miał nadzieję, że jak najszybciej uda mu się przejść do rzeczy albo przynajmniej porozmawiać z kimś o mniej irytującym głosie.
– Pan jest w tej chwili zajęty, ale zapraszam do salonu, sir!
Skrzat przesunął się nieco, żeby Verner mógł bez przeszkód wejść do długiego i wąskiego holu. Całość utrzymana była w ciepłych brązach, a na jednej ze ścian wisiał obraz Hockneya, którego widok sprawił, że Verner uniósł brwi. Spodziewał się Reynoldsa albo czegoś bardziej znanego i kontynentalnego – Moneta, Cézanne’a, Klimta albo kogoś innego, kogo z lubością wieszały sobie w domach te wszystkie arystokratyczne bubki, które uważały, że dzięki temu stają się koneserami sztuki. Niewykluczone jednak, że coś takiego znajdzie się w salonie, do którego skrzat właśnie go prowadził, uniemożliwiając dłuższe przyglądanie się wystrojowi holu.
Salon mieścił się stosunkowo blisko drzwi wejściowych i szybko stało się jasne, że był to pokój, w którym podejmowano gości – nie pokój rodzinny czy biblioteka, ale pomieszczenie pełne mebli, którymi właściciele chcieli się pochwalić, a także… czy to Degas wisiał między tymi koszmarnymi świecznikami?
Verner zupełnie zignorował skrzata i podszedł do obrazu, żeby mu się lepiej przyjrzeć. Zauważył też, że na przeciwległej ścianie wisiał jeden z ładniejszych pejzaży Sisleya, więc kiedy już nasycił wzrok Degasem, ruszył w tamtą stronę, zapominając o tym, że arystokraci, którzy wieszają na ścianach francuskich impresjonistów, mają tendencję do ustawiania przeróżnych mebli na drodze do tychże arcydzieł. Nieszczęsnym obiektem, który wyrósł na drodze, okazało się krzesło w stylu wiktoriańskim – miało te wszystkie niezbędne rzeźbione elementy i lekko wygięte nóżki, a butelkowo zielony materiał obicia wyglądał tak zachęcająco, że Verner nie mógł złościć się na mebel, że w tak oczywisty sposób go zaatakował. Postanowił przyjrzeć się Sisleyowi później, a póki co rozejrzeć się po pomieszczeniu – kto wie, jakie jeszcze style Greengrass postanowił połączyć?
Krzeseł było sześć, chociaż pozostałych pięć stało przy dębowym stole, tylko to jedno zostało przez kogoś wysunięte i utrudniało przejście. Niewątpliwie nie byłoby tak, gdyby nie fakt, że ktoś – Rasmus lub jego żona – koniecznie chciał na możliwie najmniejszej przestrzeni zaprezentować jak najwięcej skarbów rodzinnych, których było tak wiele, że nawet jakieś pięćdziesiąt metrów kwadratowych nie wystarczało. Verner zaczął się zastanawiać, jak dużo musiała być reszta pomieszczeń, skoro budynek z zewnątrz nie wyglądał szczególnie reprezentacyjnie. Gdyby jednak salon rodzinny i jadalnia znajdowały się z tyłu domu, podobnie jak kuchnia, a biblioteka i sypialnie na piętrze, może dałoby się to wszystko jakoś pomieścić. Chociaż miał pewne wątpliwości, czy pozostałe pokoje były tak przestronne jak ten. Greengrassowie nie mogli się przecież równać z Blackami czy Malfoyami, którzy w swoich rezydencjach naprawdę mieli się czym poszczycić – nawet jeśli były to stare gobeliny lub stadka pawi leniwie przechadzających się po trawnikach. Arystokraci mają prawo do dziwactw; aspirujący arystokraci muszą wpisywać się w trend i mieć przynajmniej jedno pomieszczenia sugerujące, że poziom ich życia jest znacznie wyższy niż w rzeczywistości. Przynajmniej to powtarzał Vernerowi starszy Burke, który utrzymywał, że to życiowa prawda, którą wpoił mu ojciec. Verner póki co nie znalazł argumentów obalających tę tezę, więc był skłonny przyznać Burke’om rację.
Dalszy rekonesans przerwało mu dość głośne kasłanie, które nijak nie brzmiało naturalnie. Verner spojrzał w kierunku źródła dźwięku i poczuł się nagle wyjątkowo głupio. W fotelu obitym ciemnofioletowym materiałem siedziała poważnie wyglądająca kobieta, która uważnie mu się przyglądała. Po chwili przechyliła lekko głowę, co rozwiało aurę powagi, ale niespecjalnie poprawiło nastrój Vernera, który zastanawiał się, czy ma do czynienia z żoną Greengrassa, a jeśli tak, to czy powinien zapewnić ją o tym, że porcelana jest cała, czy też może poczekać, aż zjawi się sam Greengrass. Zdecydował się na to drugie, mając nadzieję, że pojawi się on jak najszybciej. Uważne spojrzenie kobiety sprawiało, że zaczął się zastanawiać, w jak bardzo złym stanie jest jego ubranie. Nie miał odwagi patrzeć w dół, ale coś mu mówiło, że założył wczorajszą koszulę. Albo i przedwczorajszą, nie miał pewności.
– Dzień dobry – zaryzykował, mając nadzieję, że rozmowa odciągnie ją od tak dokładnego przyglądania się jego osobie.
Skinęła mu głową i Verner przez chwilę miał nadzieję, że na tym ich rozmowa się skończy, bo kobieta zerknęła w stronę księgi, którą trzymała na kolanach, ale po chwili jej wzrok znów skupił się na nim.
– Jesteś znajomym Rasmusa? – zapytała, najwyraźniej uznawszy, że ze względu na strój Verner nie zasługuje na to, by zwracać się do niego per pan.
– Ta-ak – odpowiedział. – Jestem Verner.
– Lyra Nott – odparła z wyższością, podkreślając nieco nazwisko. Prawdopodobnie dlatego, że Verner nie wymienił swojego. A może po prostu, z przyczyn całkowicie dla Vernera niezrozumiałych, była dumna z powodu przynależności do rodziny Nottów.
Verner przestąpił z nogi na nogę, po czym uznał, że może lepiej będzie, jeśli usiądzie. Nie był pewien, jaki był protokół postępowania z obcymi kobietami, które najwyraźniej go nie lubiły, ale z którymi musiał siedzieć w jednym pokoju. Nie bywał w salonach. Nie rozmawiał z takimi kobietami. Nie miał pojęcia, dlaczego od paru minut był sztyletowany wzrokiem. Wątpił jednak, by zainteresował kobietę dyskusją o porcelanie pani Greengrass. Przez myśl przeszło mu, że może lepszym tematem byłyby obrazy wiszące w salonie, w końcu jako arystokratka pewnie miała jako takie pojęcie o sztuce, ale zanim zdołał ułożyć jakieś zdanie, które byłoby stosownym zagajeniem, Lyra Nott się odezwała:
– Rasmus niedługo się zjawi, on i Constantine muszą omówić pewną ważną sprawę – stwierdziła, podkreślając wagę tejże sprawy.
Verner nie był pewien, co powinien odpowiedzieć, ale zdał sobie sprawę, że to by było na tyle, jeśli chodzi o rozmowę na temat ulubionych barw Degasa. Postanowił improwizować i wzbić się na wyżyny swoich konwersacyjnych zdolności:
– Och? – mruknął.
– Tak, staramy się zaaranżować małżeństwo – oświadczyła, całkiem z siebie zadowolona, i przełożyła księgę na stolik. Verner zerknął na okładkę, ale wielkie, złote litery głosiły, że było to dzieło poświęcone historii rodów. Nic, co by go interesowało w tym momencie.
– To… interesujące – zaryzykował, ale w jego głosie pobrzmiewało pytanie.
– Oczywiście, nasz Theodore jest jeszcze za młody – kontynuowała Lyra Nott – ale Rasmus powinien wziąć pod uwagę, że on i Daphne znają się już kilka lat, a nawet są w tym samym domu w Hogwarcie. – Zakończyła tak, żeby było jasne, że istnieje tylko jeden słuszny dom.
Verner pokiwał głową, współczując w duchu dzieciakowi. Albo obojgu, domyślał się, że Daphne – o której wnioskował, że była córką Greengrassa – też nie ma lekkiego życia.
– To ważne, żeby małżonkowie znali się wcześniej, nie sądzisz? Te wszystkie małżeństwa aranżowane w tajemnicy kończą się później tylko łzami i skandalami – ciągnęła, a z jej tonu jednak jasno wynikało, że nie ma nic przeciwko skandalom. Verner nie odpowiedział, a kiedy stało się jasne, że cały ciężar konwersacji spoczywa na Lyrze, zapytała: – Masz dzieci, Vernerze?
– Ja? N… – zaczął, ale potem przypomniał sobie, dlaczego spotkanie z Greengrassem było tak ważne, i postanowił potrenować. Odchrząknął nieznacznie. – Mam. Córkę – powiedział, jakby nadal przyzwyczajał się do tej myśli.
– Z córkami jest łatwiej – odpowiedziała, po czym utkwiła wzrok w przeciwległej ścianie.
Verner próbował sobie przypomnieć jakieś informacje na temat Nottów, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Nie wiedział, czy mieli jakąś córkę, czy też Lyra powiedziała to tylko ot tak, żeby podtrzymać konwersację. Której teraz nie podtrzymywała, tylko patrzyła na Vernera uważnie, jakby chciała zajrzeć w głąb jego czaszki. Nie było to szczególnie miłe, więc Verner przełknął ślinę i zaczął jej opowiadać o Lettie – żeby się wprawić. W końcu za parę minut będzie musiał to samo opowiedzieć Greengrassowi. Starał się nie wdawać w szczegóły, ale Lyra milczała na tyle długo i wymownie, że historia Vernera rozwijała się i zyskiwała nawet wątki poboczne, choć początkowo chciał powiedzieć „Nazywa się Lettie i ma jakieś pięć lat”.
Kiedy skończył, Lyra Nott patrzyła na niego już nie chłodno czy nawet przenikliwie. Uniosła kąciki ust w czymś, co miało przypominać uśmiech, po czym wstała i poklepała Vernera po głowie.
– Przyciągasz same dramaty – powiedziała do niego o wiele weselej, niż mógłby się spodziewać. Po chwili namysłu dodała: – Albo je tworzysz.
Verner spojrzał na nią ze zdziwieniem. Przecież on niczego nie tworzył, co ta dziwna kobieta sobie wymyśliła?
– Ale ja wcale… – zaoponował, ale nie udało mu się dokończyć, bo Lyra Nott klasnęła w dłonie, po czym wróciła na swój fotel.
– Jeden Niemiec napisał kiedyś taką książkę – zaczęła z pewnym namysłem – o człowieku, który był tak zapatrzony w siebie, że tworzył problemy tam, gdzie ich nie było. Pewnie było wiele takich książek, ale ta jedna mogłaby ci się spodobać.
Verner popatrzył na nią, jakby chciał zakwestionować jej poczytalność, ale w tym momencie do salonu weszli Nott i Greengrass. Twarze obu były pozbawione jakiegokolwiek wyrazu, więc ani Verner (który i tak nie był specjalnie zainteresowany), ani pani Nott (która co prawda była zainteresowana, ale teraz bardziej zajmowało ją śledzenie wzrokiem lotu jakiegoś owada) nie mogli domyślić się, jak przebiegały rozmowy na temat ewentualnego połączenia rodów.
– Dobrze cię widzieć, Vernerze – powiedział Greengrass, posyłając mu szeroki uśmiech. Przy okazji rozejrzał się, jakby spodziewał się, że Verner schował za kanapą worek z ukradzionymi dzień wcześniej przedmiotami.
Verner skinął głową, zerkając jeszcze raz na Lyrę Nott, która nadal była bardziej zainteresowana owadem i przeniosła wzrok na męża dopiero, kiedy Constantine przemówił (wcześniej skinąwszy Vernerowi, w końcu byli najlepszymi kumplami, jeśli wierzyć Greengrassowi; wiadomo, że nic nie zbliża dwóch czarodziejów bardziej niż mugolski łomot, który jeden spuszcza drugiemu).
– Constantine na pewno chciałby z nami pogadać w przyjacielskim gronie – ciągnął Greengrass – ale niestety muszą razem z Lyrą… poznaliście się z Lyrą, prawda? Co za głupie pytanie, nie siedzielibyście tutaj bez przedstawienia się… w każdym razie muszą wyjść.
Nott rzucił mu spojrzenie, które prawdopodobnie miało sugerować, że dobrze byłoby, gdyby Greengrass nie zdradzał swojemu nowemu najlepszemu przyjacielowi żadnych innych szczegółów. Rasmus się wyszczerzył, jakby cała sytuacja sprawiała mu wiele radości.
– Do następnego razu – powiedział Nott.
– Do zobaczenia Rasmusie, Verterze – powiedziała Lyra, o wiele bardziej entuzjastyczna niż jej mąż.
Chwilę później zabrała książkę, którą wcześniej odłożyła na stół, i ruszyła w stronę drzwi. Nott skinął głową i wyszedł za nią, zostawiając w salonie Greengrassa i nieco skołowanego Vernera.
– Nazwała cię Verterem, musiała cię polubić – zauważył Rasmus, śmiejąc się głośno.
– Polubić? – zdziwił się Verner, jakby zdarzyło mu się to po raz pierwszy w życiu.
– Znalazła dla ciebie bohatera. – Greengrass przestał się śmiać i wzruszył ramionami. – Nie musisz doceniać literatury. Jak poszła wizyta u moich znajomych?
Verner przez chwilę nadal był skołowany rozmową z Lyrą, ale zmiana tematu mu pomogła. Wyjął z kieszeni worek i pokazał go Greengrassowi, który początkowo nie wyglądał na zachwyconego, ale kiedy pierwsze przedmioty zaczęły wyłaniać się z niepozornego skrawka materiału, na twarzy Rasmusa wykwitł szeroki uśmiech.
– Dobry chłopak, poradziłeś sobie! – pochwalił, jakby na chwilę zapomniał, że Verner ma więcej niż osiem lat.
Przez chwilę w ciszy oglądał każdy przedmiot z osobna, najwięcej uwagi poświęcając koszmarnej porcelanie. Kiedy zauważył spojrzenie Vernera, wyjaśnił:
– Żonie na tym naprawdę zależało.
Verner nie odpowiedział. Czuł, że przychodzenie tutaj nie było najmądrzejszym, co w życiu zrobił. Mógł poczekać, aż Greengrass sam go odwiedzi, nawet jeśli umówili się, że Verner dostarczy skradzione przedmioty. Nie przewidział jednak, że wizyta w domu Greengrassów zmieni się w jakieś upiorne przedstawienie, które zaczynała właśnie przypominać. Chociaż może nie właśnie, już od chwili wejścia do salonu miał złe przeczucia. Nie miał jednak innego wyjścia, musiał teraz czekać, aż Rasmus – nadal zajęty porcelaną – pozwoli mu wyjść.
– Rozumiem, przyjacielu, że nie było żadnych przeszkód? – zapytał w końcu, przyglądając się Vernerowi z uwagą podobną tej, jaką kobra obdarza mysz, którą ma zamiar złapać.
– Żadnych – zapewnił Verner, dzielnie znosząc to spojrzenie.
– Świetnie! – Rasmus znów posłał mu szeroki uśmiech. – Jestem pewien, że inne zlecenia, które mam, pójdą ci tak samo sprawnie. Oczywiście zgromadzenie wszystkich informacji zajmie mi chwilę – dodał, kiedy zobaczył, że obietnica kolejnych zleceń wywołała na twarzy Vernera przebłysk radości, który szybko znikł pod maską obojętności.
Verner zacisnął szczękę. Miał nadzieję, że Greengrass od razu poda mu kolejny adres i wskaże kolejny cel, że nie będzie musiał opowiadać mu o Holly i Lettie, choć przecież nie tak dawno się do tego przygotowywał – w końcu za odpowiednią ilość złota mógłby kupić uzdrowiciela, nie musiał liczyć na pomoc Rasmua. Zwłaszcza, że jego szeroki uśmiech miał w sobie coś na tyle wilczego, że Verner nie chciał mówić mu więcej, niż było to konieczne. Greengrass nie był Lyrą Nott z jej nieco szalonym spojrzeniem; był kimś, kto wiedział, w jaką grę grają i to on wyznaczał w tym momencie zasady.
– Potrzebuję trochę złota – powiedział w końcu Verner. – Jak najszybciej. Nie znalazłoby się żadne zlecenie?
– Ależ oczywiście, przyjacielu, skąd ta nagła potrzeba? – zapytał jowialnie Rasmus.
– Moja córka jest chora – odpowiedział Verner możliwie obojętnie, a kiedy zdał sobie sprawę, że być może zabrzmiało to zbyt obojętnie, dodał: – Bardzo.
Greengrass przybrał zatroskany wyraz twarzy.
– Nie mówiłeś, że masz dzieci. Co z nią?
Verner poczuł się wręcz skrępowany, ale uznał, że skoro poruszył temat, to powinien kontynuować, nie zrażając się zachęcającym uśmiechem i czujnym spojrzeniem Rasmusa, który wyglądał, jakby chciał mu pomóc, ale przecież wystawił go, naraził na kłopoty i prawdopodobnie planował wciągnąć w kolejne. Verner opowiedział możliwie miało o całej sytuacji, ale Greengrass dopytał o to i o owo, więc obraz, który powstał w jego głowie, był stosunkowo kompletny. Kiedy Verner skończył mówić, Rasmus utrzymywał zatroskany wyraz twarzy.
– Nie wyobrażam sobie, żeby którejś z moich córek przytrafiło się coś takiego. I matka nie pozwala zabrać jej do uzdrowiciela? Mugole! – Pokręcił głową. – Oczywiście, że ci pomogę, przyjacielu. Ojcowie muszą się wspierać.
Nie sprawiło to jednak, że z ramion Vernera zniknął niewidzialny ciężar. Jeśli to możliwe, czuł się jeszcze gorzej niż przed rozmową. Nie miał wątpliwości, że Greengrass mu pomoże, ale wolał w tym momencie nie zastanawiać się nad ceną. Nie był pewien, czy powinien ją płacić; owszem, chciał pomóc Holly i uratować Lettie, ale jeszcze bardziej chciał uratować siebie i w tym właśnie momencie tego chciał najbardziej. Teraz jednak było już za późno. Zaraz padnie obietnica, padnie cena i Verner będzie mógł przestać myśleć, bo ktoś rozwiąże jego problem – prawdopodobnie dodając mu innych problemów.
– Załatwię ci najlepszego specjalistę z Munga – obiecał Greengrass. – Umówię was, kiedy tylko dopełnisz swoją część umowy.
– Co mam zrobić?
– Och, nic trudnego. – Uśmiech Greengrassa wrócił na miejsce. – Będziesz musiał odwiedzić swoich byłych pracodawców i zabrać parę drobiazgów, które nie powinny były do nich trafić. Wiesz, że czasy stają się coraz ciekawsze, prawda, przyjacielu? Wielu czarodziejów będzie musiało dokonać wyboru, ale myślę, że o twój wybór nie musimy się martwić, prawda, Vernerze?
Verner skinął głową. W końcu nikt nie pytał go o opinię, Greengrass chciał się jedynie upewnić, że jego słowa są dla Vernera jasne. I były. Po Nokturnie od czerwca chodziły przeróżne wieści, wszystkie koncentrujące się na tym, że Czarny Pan powrócił. Wielu w to nie wierzyło, ale Borgin powtarzał, że to tylko kwestia czasu, a kiedy wieść gruchnęła po raz pierwszy, stary autentycznie nie mógł powstrzymać uśmiechu, który bardziej przypominał grymas bólu niż oznakę wesołości. Podejrzewał, że obroty wzrosną, ale najwyraźniej coś poszło nie tak, skoro Greengrass chciał działać za plecami Borgina.
– To wszystko? – upewnił się Verner.
– To pierwsza część twojego zadania – poprawił go Rasmus. – Kiedy już zbierzesz wszystko to, o co cię poproszę, zaniesiesz to kilku osobom, zachowując się przy tym z najwyższą uprzejmością. Wiem, że mogę na ciebie liczyć, przyjacielu. Będziesz doskonałym posłańcem.
– Rozumiem – mruknął Verner.
– Oczywiście przekażesz im wszystkim moje pozdrowienia i poinformujesz, że dostarczasz… nazwiemy to dowodami lojalności. Co o tym myślisz, przyjacielu? – zapytał Greengrass, ale kontynuował, zanim Verner mógł odpowiedzieć: – Wszyscy powinni być zadowoleni, a ty dostaniesz swojego uzdrowiciela. Myślę, że to sprawiedliwy układ.
– Tak, jasne – odpowiedział Verner, który mógłby polemizować z tym stwierdzeniem, ale nie sądził, by dało to jakiś efekt. Greengrass mógłby przez to wycofać się z danego słowa i nie kontaktować się z żadnym uzdrowicielem.
– Wiedziałem, że się dogadamy – stwierdził radośnie Rasmus.
Verner nie podzielał jego radości. Zdawał sobie sprawę, że właśnie nie tylko stał się całkowicie zależny od Greengrassa, lecz także oddał swój los w ręce jednej z opcji politycznych – i to tej, która wcale nie miała poparcia większości społeczeństwa. Szanse na to, że wyjdzie z całej tej sytuacji obronną ręką, zaczynały sięgać zera i nawet myśl, że uratuje życie Lettie, nie poprawiała jego nastroju. W końcu teraz Rasmus wiedział o jej istnieniu i mógł ją wykorzystać, żeby wywrzeć na Vernerze nacisk. Nie żeby musiał. W dużej mierze stał się panem Vernerowego losu i pozostawało tylko mieć nadzieję, że Greengrass był na tyle dobrym graczem, by obaj przetrwali zawieruchę, w centrum której niewątpliwie się znajdą, nawet jeśli obaj nie mrugnęliby nawet okiem, gdyby mieli zdradzić tego drugiego.
Wszystko to sprawiało, że Verner tęsknił za Burke’ami – nawet jeśli jeden z nich był opryskliwy, a drugi gburowaty – oraz za Borginem. Nie sądził, że czas, kiedy dla nich pracował, będzie mu się kiedykolwiek wydawało równie beztroski i wspaniały.