VIII. O marności rodziny

Mattię zawsze cieszyły powroty do domu. Z roku na rok zmieniały się jednak powody, dla których lubiła znów tam być. Gdy była młodsza, brakowało jej przede wszystkim rodziców – i to z nimi chciała spędzać każdą chwilę po swoim powrocie. Zaś od kiedy jej siostra skończyła Hogwart, w trakcie letnich wakacji Matt nie spuszczała jej z oka. Tak, jakby przez chwilę nieuwagi tamta mogła zaplątać się w czasoprzestrzeni, zgubić w jednym z korytarzy ich starego domu, zaplątać we wspomnienia i nigdy nie powrócić.
Czy podświadomie podejrzewała, że siostra kiedyś ją zostawi? Może tak, ale było to podejrzenie na tyle słabe, by projekt przeprowadzki nie okazał się porządnym ciosem wymierzonym przez zaskoczenie.
Dla Mattii była to wyjątkowo ciężka noc.
Przez długie, bezsenne godziny rozmyślała o tym, że jej rodzina… że jej rodzina się rozpada. A przynajmniej – nigdy nie będzie już w komplecie. I choć sama przez większość roku nie mieszkała w domu, choć sama była po części odpowiedzialna za wielomiesięczne rozłąki, nie mogła pojąć, jak jej siostra – tak odpowiedzialna, dorosła osoba! – mogła wymyślić coś równie nieodpowiedzialnego. Żeby się wyprowadzać? Do jakiegoś tam chłopaka? Mattia potrafiła podsumować to tylko jednym słowem – dramat.
Trudno więc opisać radość dziewczyny, gdy w okolicach godziny dziesiątej dwadzieścia cztery rano obudziło ją nic innego, jak głos jej ukochanej siostry, krzyczącej jej nad uchem:
– Tiamat, obudzisz się wreszcie?
W każdej innej sytuacji denerwowałaby się tym, że ktoś budzi ją o tej nieludzkiej porze. Tym razem jednak – gdyby nie była tak zaspana – z pewnością skakałaby ze szczęścia. Mogłaby też odtańczyć specjalną choreografię wesołości, którą jeszcze w pierwszej klasie zaprezentowała jej Debby. Jedynym, na co się zdobyła, było podniesienie głowy i spojrzenie na siostrę spod burzy blond loków.
– Okazało się, że zapomniałam paru rzeczy. – Uśmiech starszej panny MacDonald świadczył o tym, że podzielała dobry nastrój Mattii. – Nie wiesz może, gdzie schowałam ten śmieszny budzik, śpiewający hipopotamią piosenkę?
Szkoda, że Mattia sama nie podzielała już swojego dobrego nastroju.
Pytanie siostry przypomniało jej o rozpadzie rodziny i wszystkich gorzkich wnioskach, do których doszła w nocy. Momentalnie uznała, że podniesienie głowy było gestem pochopnym, niepotrzebnym i nazbyt radosnym; dlatego też z dramatycznym westchnięciem z powrotem opadła na poduszki.
– Tak się nie bawimy, Tiamat! Nie możesz nie odzywać się do mnie do końca życia. Nie zrobiłam niczego złego, rozumiesz? Ja tylko…
Nie zdążyła dokończyć. Dalszą część jej wypowiedzi zagłuszył krzyk ich matki:
– Ebony w kominku w salonie!
Z tej okazji Mattia nie mogła nie skorzystać. Zwlokła się z łóżka, uparcie ignorując siostrę i jej Powinnyśmy porozmawiać. Tak bardzo pochłonięta była zgrywaniem obrażonej, że zapomniała nawet o założeniu kapci, nim wyszła z pokoju, ostentacyjnie trzasnąwszy drzwiami.
Choć, musiała przyznać to przed samą sobą, perspektywa rozmowy z Ebony też jakoś specjalnie jej nie bawiła. Wprawdzie nie widziała swojej przyjaciółki już od dwóch tygodni, jednak jej codzienne – tak, codzienne – pojawianie się w kominku w salonie państwa MacDonald doprowadzało biedną Mattię do obłędu. Tęskniła za nią, jasne. Ale miała tyle własnych problemów… Dlaczego świat nie mógł o niej po prostu zapomnieć?
– Cześć – powiedziała niemrawo, siadając w fotelu, z którego idealnie widziała swojego kominkowego rozmówcę. – Spałam.
Prawdopodobnie nie było to najmilsze powitanie tego świata, ale nic lepszego nie przyszło jej do głowy. Prawdę mówiąc, użycie czasu przeszłego też nie było zbyt fortunne. Ona wciąż pół-spała. Świadczyło o tym choćby to, że z ledwością powstrzymywała się od zamknięcia oczu.
Fotel był w końcu taki miękki! Można było zwinąć się w kulkę i zatopić w morzu poduszek, które były prywatną obsesją matki panien MacDonald. Czyż w tym cudownym świecie obitym tapicerką w różnokolorowe róże nie zapominało się o wszystkich swoich problemach? Mattia zaczynała wierzyć, że tak. Nagle zrozumiała, że z pozoru zupełnie nieistotny mebel zaczął urastać w jej oczach do rangi światowego symbolu bezpieczeństwa.
– Nie uwierzysz w to, co ci powiem, Matt.
Wiedziała, że uwierzy, ale nie chciała psuć Ebony efektu teatralności. W tym stanie uwierzyłaby we wszystko – nawet w to, że Hufflepuff kiedykolwiek zdobędzie Puchar Domów – byle rozmówca dał jej dzięki temu święty spokój.
– Nie uwierzę – przyznała, ostatkiem sił zmuszając się, by podtrzymywać tę rozmowę.
Mina Ebony dobitnie świadczyła o tym, że tę satysfakcjonował poziom zaangażowania Mattii w tę pasjonującą konwersację, która – z punktu widzenia panny MacDonald – ciągnęła się już zdecydowanie za długo, a i tak nie było wiadomo, o co chodzi. Cóż. W innej sytuacji innemu człowiekowi z pewnością byłoby miło, że ktoś docenia jego wkład. Jej to zupełnie nie wzruszało.
– Łapa uciekł z domu! – Jednak krzyk jej przyjaciółki nawet niewzruszonej Mattii wydał się zbyt entuzjastyczny.
– No i? – odpowiedziała, starając się zachować pełną powagę.
Ebony prychnęła, co zaowocowało rozsypaniem popiołu wszędzie dookoła kominka. Świetnie. Teraz trzeba będzie także pozamiatać.
– Nie rozumiesz czy nie słuchasz? – spytała. – Łapa uciekł z domu. Mieszka teraz u Rogatego.
Mattia rozumiała i bardzo nie chciała słuchać.
***
W głowie wciąż miał świst porcelanowych figurek po pra-krewnym, które przelatywały na zmianę koło jego lewego i prawego ucha. Z całej tej awantury najbardziej żal było mu tego nieszczęsnego zestawu. Bądź co bądź, ze wszystkich szpargałów po przodkach on prezentował się chyba najlepiej – nic dziwnego, że staruszka wydziedziczono; miał za dobry gust na tę rodzinę.
Wolał nie myśleć o tym, że lada chwila matka pewnie i jego samego wykreśli z zaszczytnej familii Blacków. Kiedy się z nią kłócił, nie marzył o niczym innym, jak o tym, by właśnie tak się stało. Zaklinał niesprawiedliwy los, by dał mu szansę uwolnić się wreszcie od choroby, na którą cierpiała ta cholerna arystokracja. Gotów był poświęcić wszystko w zamian za wolność od przesądów, uprzedzeń, niedzielnych herbatek i – to przede wszystkim – nienawiści, którą oni wszyscy żyli. Teraz jednak, gdy siedział na podłodze w pokoju Rogatego i miał okazję na spokojnie o tym wszystkim pomyśleć, jedynym, co czuł był… smutek.
Próbował wytłumaczyć sobie, że gdyby w końcu się im nie postawił, źle by się to dla niego skończyło. Nadchodziły złe czasy i aż za dobrze wiedział, po której stronie staną Blackowie. Nie chciał brać w tym udziału. Wystarczyło, że Regulus…
Właśnie, Regulus. Mały Reggy. Nigdy go nie lubił – czy nie był wszakże kopią jego mamuśki? – ale tutaj, na podłodze Rogatego zrozumiał, że być może nie była to właściwa postawa. Co bowiem stanie się teraz z jego bratem? Wciąż będzie przykładnym paniczykiem, oczywiście. Ale skoro on się uratował, może i dla młodego byłaby szansa? Jak przez te wszystkie lata mógł nawet nie pomyśleć o uratowaniu Regulusa? Jak mógł zostawić go samego z tym…
Zaklął w myślach. Cóż za absurd. Przecież ten mały Reggy wcale nie chciał być ratowany!
– Jak tam, stary? – spytał James.
Ostatkiem woli zmusił się, by podnieść głowę i spojrzeć na przyjaciela. Nie mógł go zignorować – przecież ten przyjął go do siebie w środku nocy, tak po prostu, nie zadając żadnych pytań! Rogaty był prawdopodobnie najlepszym człowiekiem na tym świecie. Jak Ruda mogła tego nie zrozumieć? Przecież tego czarnego, rozczochranego łba nie dało się nie kochać!
– Próbuję się poskładać – odpowiedział, starając się unikać tonu nazbyt dramatycznego. – Wiesz, to mój debiut w kategorii wydziedziczenie.
James roześmiał się tak, jak gdyby usłyszał najśmieszniejszy dowcip świata. To, że zawsze, niezależnie od okoliczności znajdował powody do śmiechu, było kolejnym powodem, dla którego naprawdę warto było się z nim trzymać. W końcu i on, Syriusz chyba już nie Black, mógł się dzięki temu przynajmniej uśmiechnąć.
– Gdzie cię wcięło? – spytał po chwili, domyśliwszy się, że Rogaty nie ma zamiaru sam rozpocząć tego tematu.
– A, wiesz, miałem kominek do odebrania.
Łapa spojrzał na niego poważnie.
– Prosiłem cię, żebyś na razie nie mówił o niczym Mattii.
– To nie Mattia – odpowiedział tonem wyjątkowo urażonym. – Dotrzymuję obietnic, wypraszam sobie!
Oburzenie, któremu się poddał, kazało mu najwidoczniej podjąć jakąś akcję – chwilę później bowiem nie stał już w progu pokoju, a jakieś ćwierć kroku bliżej. Jakie oburzenie, taka i akcja.
Cały problem polegał na tym, że nie za bardzo wiedział, jak postępować teraz z Syriuszem. W końcu ten… stracił swoją rodzinę, prawda? Jaka by ona nie była, to dość istotny element życia każdego człowieka. Oczywiście miał też jakichś wujków czy jakieś ciocie, ale to zdecydowanie nie było to samo!
Nie mógł znieść tego jego spojrzenia.
– Okay, Ebony – wyrzucił z siebie. – Ale to nie to samo, co? Sama się odezwała. Nie umiem kłamać.
Syriusz zwykle starał się nie wzdychać zbyt ostentacyjnie (to babskie), ale tym razem naprawdę nie mógł się powstrzymać. Jeśli Ebony się dowiedziała, z pewnością zaraz przekaże to Mattii. A jego problemy rodzinne naprawdę nie powinny być czymś, o czym tak po prostu opowiada się przy kawie i ciasteczku. To naprawdę nie była niczyja sprawa.
– Wybaczysz mi? – spytał James, starając się z całych sił zrobić ze swojej twarzy coś, co w jego mniemaniu zapewne miało być słodką minką.
– Jeśli Matt się dowie…
– Prosiłem, żeby nie rozpaplała!
Proszenie Ebony o to, by nie powiedziała czegoś Mattii było równie skuteczne, jak proszenie Smarka, żeby w końcu umył te kudły. Choć, oczywiście, na to drugie nie wpadłby nawet tak niepoprawny optymista jak Rogaty. W tym celu musiałby się do Smarka odezwać – a choć mogłoby się wydawać, że dość często do tego dochodzi, zwykle Potter porozumiewał się z nim raczej za pomocą zaklęć.
– Myślisz, że rozpapla? – dorzucił po chwili zastanowienia.
– Myślę, że za chwilę znowu będziesz miał kominek, stary.
James wzruszył ramionami.
– Rodzice poszli znowu spać, nikt go tam na dole nie usłyszy.
To wydawało się dość rozsądnym rozwiązaniem – w końcu czy nie lepiej było udawać, że się jej kompletnie nie spodziewało niż naprawdę stanąć twarzą w twarz z Mattią obudzoną o drugiej w nocy w celu powiadomienia jej, że Syriusz uciekł z domu? Tylko głupiec wybrałby opcję drugą.
– Zresztą, skoro rodzice znowu śpią, pomyślałem, że to ci się przyda.
Jeszcze nigdy Łapa nie ucieszył się tak na widok jakiejkolwiek butelki, jak wtedy, gdy zobaczył tę, którą James wyciągnął zza swoich pleców.
Zapowiadała się bardzo długa noc.
***
– Próbowałam do ciebie dotrzeć wieczorem, ale twoja matka powiedziała mi, że lepiej pozwolić ci spać – kontynuowała Ebony, której najwidoczniej nie przeszkadzało to, że Mattia nie odpowiedziała na jej poprzednie pytanie. – Dlatego dzisiaj jak tylko wstałam, postanowiłam z tobą pogadać. Nawet śniadania nie zdążyłam zjeść, Matt, mogłabyś to docenić.
Jednak ona czuła, że nie jest w stanie zrozumieć poświęcenia Ebony. W szczególności, że wykazała je ona po to, by podzielić się z nią informacją do życia jej całkowicie zbędną. Kogo obchodziło miejsce zamieszkania Łapy? Tu rozpadała się rodzina! Świat Mattii walił się w gruzy, a ta jej zawracała głowę jakimiś błahostkami!
– To wszystko, co chciałaś mi powiedzieć? – spytała. – Mogę już iść spać?
Ebony z wrażenia aż zaniemówiła. Niestety, długo to nie trwało.
– W ogóle cię to nie obchodzi? – Zabrzmiało jak wyrzut.
Mattia spojrzała na nią najprzytomniejszym wzrokiem, na jaki było ją stać.
– Nie – odpowiedziała. – Zrozumcie wreszcie, że świat nie kręci się wokół Blacka. To naprawdę nie jest najważniejszy człowiek na ziemi.
Trudno było znaleźć na to wystarczająco dobrą odpowiedź.
VIII. O marności rodziny

VII. O potędze rodziny

Czasem, ale tylko czasem, bał się, jak ona zareaguje.
Ćwiczył swoją rolę już miliony razy. Co wieczór powtarzał ją sobie przed snem. W jego wyobraźni zawsze, ale to zawsze, ona mówiła tak i wszystko było tak cudownie jasne i tak cudownie piękne, i tak jedyne, i tak niepowtarzalne.
Mimo to bał się, tak strasznie bał się odrzucenia. Nie żeby jej nie ufał. Po prostu siła tego uczucia była w jego oczach niczym w porównaniu z niestałością jej charakteru. Wiedział, że może być tylko jej kaprysem – bo choć z całych sił wierzył w prawdziwość jej miłości, zdawał sobie sprawę, że zniknie ona równie szybko, jak się pojawiła.
Dlatego postanowił ją spytać. Związać ze sobą na zawsze. Upewnić się, że co by się nie działo, ona będzie koło niego. Do śmierci. Albo dalej niż do śmierci. Marzyła mu się wieczność. Wieczność z nią i wieczność przy niej. Kiedyś, jeszcze nie tak dawno temu, to była tylko gra. To była tylko taka miłostka. To była tylko taka gra pozorów. Teraz chodziło o jego życie.
I o kobietę jego życia.
Wszyscy powtarzali mu, że powinien wziąć się w garść. Syriusz mówił, że Matt mówiła, że Grizel mówiła, że… Ale za dużo po drodze było tego mówienia, zbyt wiele źródeł informacji. Niepewność rosła. A on chciał wiedzieć. Dopiero gdy się dowie, będzie mógł się, cholera, wziąć w garść.
Swoją drogą plotka o tym, jakoby kobieta jego życia miała przyjąć jego oświadczyny dotarła do Jamesa w dość nietypowy sposób. Już sam fakt, że Grizel powiedziała coś Mattii był zaskakujący – a jeszcze to, że ta przekazała wszystko Łapie! Miłość jednoczyła ludzi. Nawet cudza miłość.
Nerwowo przechadzał się po własnym dormitorium, czekając aż wreszcie wybije ta przeklęta siódma i będzie mógł zejść na śniadanie. Od jakiegoś czasu nienawidził nocy. Z nerwów nie mógł spać (jeść też nie mógł, ale w Wielkiej Sali zwykle znajdował kobietę swojego życia), a nie miał serca budzić swoich przyjaciół. Oni mieli własne życie. Lepsze, gorsze, inne – ale własne. Po raz pierwszy w życiu musiał sam stanąć naprzeciw swoim problemom. Po raz pierwszy w życiu nikt nie mógł mu pomóc. Po raz pierwszy w życiu był naprawdę sam – a przecież walczył w imię swojej nowej, dwuosobowej… rodziny.
Ciężko było zostać odpowiedzialnym, dorosłym mężczyzną, prawda, panie Rogaczu?
***
– Lily, chciałbym z tobą o czymś porozmawiać – zaczął niepewnie tuż po tym, jak wyszli z kolacji. – Miałabyś może…
Rzuciła mu spojrzenie pełne potępienia. Nie rozumiał, o co jej chodziło. Od kiedy to nie mogli ze sobą rozmawiać? Przecież, cóż, byli parą. Pary rozmawiają ze sobą dosyć często. To wręcz ich obowiązek.
Zresztą, lubił z nią rozmawiać. Mógł spędzać całe dnie słuchając jej opowieści o Grizel, zadaniach domowych, problemach z Mattią. Od czasu do czasu pozwalała i jemu dojść do głosu – by mógł opisać jej swój ostatni trening czy poskarżyć się na dodatkowe ćwiczenia z eliksirów. Oczywiście, były rzeczy, które przed sobą ukrywali – nie wiedział wprawdzie, co takiego mogłaby ukrywać przed nim postać tak krystaliczna jak Lily, ale on wielokrotnie musiał zatajać przed nią różne psikusy, które wymyślali z chłopakami. Nie mógł też przy niej wspominać o Łapie. Wprawdzie próbował ich do siebie nawzajem przyzwyczaić, jednak Lily pozostawała oporna – uważała jego najlepszego przyjaciela za lekkoducha, który mógłby go tylko sprowadzić na złą drogę.
Tak czy inaczej, liczył, że bez problemu uda mu się ją namówić na krótki spacer po błoniach. Dlatego spytał:
– No co?
Grizel, która stała tuż obok nich, parsknęła śmiechem. Tak. Jego reakcja nie była najmądrzejsza.
– Za tydzień mamy pierwszy egzamin – Lily w końcu zdecydowała się przemówić. – Musimy rozmawiać akurat teraz? Przecież cały weekend powtarzałam ci, że od poniedziałku rozpoczynam powtórki!
Faktycznie. Dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że kiedy on przez ostatnie dwa dni zbierał się w sobie, by w końcu z nią porozmawiać, ona starała się mu wytłumaczyć, że ze względu na owutemy będą musieli zrezygnować ze spędzania ze sobą każdej wolnej chwili. Jakby dotąd poświęcali sobie wystarczająco dużo czasu! Przecież miał treningi. A Lily? Biblioteka, Klub Ślimaka… W tygodniu mieli dla siebie co najwyżej pół godziny dziennie. Tych pół godziny właśnie potrzebował.
– Nie zajmę ci wiele czasu – obiecał.
Starał się przy tym beztrosko uśmiechnąć, ale niespecjalnie mu to wychodziło. Był, jak by to powiedziała Mattia, strzępkiem nerwów. Ebony dorzuciłaby: wiesz, jakby miał się zaraz dowiedzieć, że już nigdy nie zobaczy meczu quidditcha czy coś.
– Przecież słyszysz, że musimy się uczyć, tak? – Grizel, uznawszy, że Lily się złamie, postanowiła bronić świętości czasu powtórek. – Nie możesz jej tego powiedzieć teraz? Byle szybko, mamy naprawdę mnóstwo roboty.
– To naprawdę ważne.
Westchnięcie Lily było aż nazbyt teatralne.
– Grizel ma rację. Powiesz to teraz albo zaczekamy z tą poważną rozmową do soboty. – Zrobiła pauzę. – Czy o tym, że idziemy razem do Hogsmeade, też zapomniałeś?
Czuł, jak ucieka mu grunt pod stopami. Co miał robić? Rzeczywistość nijak miała się do jego wyobrażeń. Miało być tak pięknie – wieczór, spacer, ciche pytanie. Tymczasem znajdowali się na głównym korytarzu Hogwartu, vis a vis drzwi do Wielkiej Sali. Jako że stali dokładnie po środku, zdążyli jeśli nie zatamować, to przynajmniej poważnie spowolnić przepływ innych uczniów. Dlatego też z każdą chwilą tłum naokoło nich rósł. Czy wszyscy naprawdę mieli to usłyszeć? Nie, nie mógł być taki głupi. Ta chwila miała być wyjątkowa! Nie może z nerwów palnąć takiego głupstwa i wypalić:
– Lily, wyjdziesz za mnie?
***
Wieża Gryffindoru wprost huczała od plotek. Co tam wieża Gryffindoru! Można było odnieść wrażenie, że cały zamek w każdej chwili może wybuchnąć od nadmiaru różnych wersji tej historii. Jedno było pewne – James Potter oświadczył się Lily Evans, a ona go przyjęła. Co do reszty zdania Hogwartczyków były podzielone.
– Słyszałaś? Potter i Evans…
– I ona, wiesz, rozumiesz, popłakała się! Tak na oczach wszystkich…
– Zapadła taka cisza. No i ona nic nie mówi, zero reakcji, blada…
– A ta jej koleżanka w śmiech! I wtedy Rogacz zaczął płakać! Huncwot…
– Przyszedł Syriusz i pyta: „Ej, co się dzieje, chłopie?”, a ona, rozumiesz, wciąż ryczy…
– Czy płakała? Oczywiście, że nie! Nie wiem, kto ci nagadał takich bzdur. Rzuciła mu się od razu na szyję i…
– Wiesz, to było na głównym korytarzu, ale już po kolacji, widziały to z cztery…
– Cały tłum, rozumiesz? Pół Hogwartu! Na błoniach! O tej porze dnia!
Od natłoku sprzecznych informacji Mattię koszmarnie rozbolała głowa. Oczywiście, Grizel powiedziała jej, że oświadczyny zostały przyjęte; ale co dalej? Gryfonka nigdy nie była specjalnie zainteresowana życiem innych ludzi, ale te wszystkie ploteczki doprowadziły ją do stanu, w którym musiała – za cenę życia lub śmierci – dowiedzieć się prawdy.
Nie wiedziała jednak, kto mógłby jej to wszystko ładnie wyjaśnić.
Rozmowa z Evans nie wchodziła w grę; i to nie tylko dlatego, że się nie lubiły. Po prostu od czasu tamtego zajścia – a minęły już spokojnie z cztery godziny – nikt jej i Rogatego nie widział. Nie martwiła się o to specjalnie. Podejrzewała, że gdyby ktoś jej się kiedyś oświadczył, zachowałaby się pewnie podobnie. Tyle że w ten sposób traciła bezpośrednie źródło informacji.
Tylko dwie osoby poza Lilką i Rogatym wiedziały, co się wtedy naprawdę wydarzyło. Pierwszą z nich była Gizel, która uznała, że okoliczności tych oświadczyn są zbyt intymne, by dzielić się nimi nawet z Mattią. Drugą z nich był Łapa. Łapa, który jako jedyny zdążył – tylko sobie znanymi, huncwockimi metodami – porozmawiać z Jamesem przed jego zniknięciem. Do niego zaś nie mogła pójść. Nie zamieniła z nim ani pół słowa od tamtej… tamtej rozmowy na błoniach.
– Matt! Słyszałaś? Rogaty się zaręczył! – Ebony wyglądała tak, jakby przebiegła cały dystans pomiędzy błoniami, na których jeszcze przed chwilą znajdowała się ze swoim chłopakiem a pokojem wspólnym. – Niewiarygodne!
– Dopiero teraz to do ciebie dotarło? – spytała zaskoczona; czyżby tylko ją maltretowano ciągłym powtarzaniem tej informacji?
Ale ona już jej nie słuchała. Nim Mattia zdążyła zareagować, Ebony upatrzyła sobie nowego rozmówcę – a był nim sam Syriusz Black.
– Łapo! Słyszałeś, że…
– Tak, słyszałem – przerwał jej. – Jeszcze pół osoby spyta mnie, czy o tym słyszałem, a źle się to dla nas wszystkich skończy.
Nie pytając nikogo o zdanie, zajął miejsce, które tylko pozornie wydawało się oddalone od fotela, na którym siedziała Mattia. Jednak z jej perspektywy wyglądało to niemal tak, jakby usiadł jej na kolanach. O dziwo, nie przeszkadzało jej to; była to w końcu niezła okazja, by się czegoś dowiedzieć.
Bo Ebony pytała. Pytała i pytała, nie zwracając uwagi na to, że Syriusz najwyraźniej nie był w nastroju na udzielanie odpowiedzi.
– To prawda, że się popłakała? Ruda?
– Nie wiem. Nie. Gdyby płakała, Rogacz pewnie by jej uciekł.
– Dlaczego?
– Był zdenerwowany. Potraktowałby to jako odmowę. To dość naturalna reakcja.
I tak dalej, i tak dalej. Nigdy wcześniej – i nigdy później – Mattia nie widziała, by jej przyjaciółka aż tak się czymś ekscytowała. Zupełnie tak, jak gdyby były to jej własne zaręczyny! W jej głosie nie było kpiny, unikała standardowych żarcików i drwin, oczy aż świeciły jej z podniecenia. Przypominała…
Mattia z obrzydzeniem porównywała zachowanie Ebony do tego, co od paru godzin prezentował front plotkar.
Po piętnastu minutach nie wytrzymała i podniosła się ze swojego fotela. Planowała bezzwłocznie udać się spać, naiwnie licząc, że rano uda jej się na spokojnie porozmawiać z Rogaczem. Ale ledwie wstała, Syriusz rzucił jej najbardziej błagalne spojrzenie świata. Przez sześć i pół roku się z nim przyjaźniła – nie zdążyła przez te kilka miesięcy pozbyć się nawyku pomagania mu w trudnych sytuacjach. Szybko zrozumiała, że nie była w stanie skazywać go na dłuższe uczestnictwo w tym przesłuchaniu.
Jednak to, co zrobiła, zadziwiło nawet ją.
Usiadła mu prawie na kolanach. Prawie – choć postronny obserwator pewnie uznałby, że to gruba przesada. Przeciągnęła się, potarła zmęczone oczka, a potem zupełnie naturalnie oparła się o niego. Dla wzmocnienia efektu postanowiła też ziewnąć. Ci, którym wydaje się, że musiało to wyglądać strasznie sztucznie, powinni wiedzieć, że Ebony od razu to kupiła. Przez te wszystkie lata bowiem nie nauczyła się rozpoznawać gierek Mattii. Nie było ich zbyt wiele.
– Jestem śpiąca – dodała, na wypadek gdyby sama gestykulacja nie pomogła. – Możecie dokończyć tę niezwykle fascynującą rozmowę rano?
– Ale…
Nie dokończyła; zdziwienie odebrało jej mowę. Syriusz pocałował Mattię w czubek głowy. Na jej oczach. Zupełnie tak, jak to bywało dawniej, przed tym, co – jak podejrzewała Ebony – było największą kłótnią w historii ich znajomości.
Kłótnią bez kłótni.
– Jasne – Łapa mruknął jej do ucha i ulotnił się stamtąd natychmiast.
Przez chwilę milczały, każda pogrążona w swoich własnych rozmyślaniach. Ebony złamała się pierwsza. Wypaliła:
– Czyli jest jeszcze dla was jakaś szansa, co?
Mattia nie odpowiedziała. Szansa? Dla nich? Wolała się nad tym nawet nie zastanawiać. Łapa kiedyś był jej przyjacielem – ale przekroczyli granicę, do której nie powinni się byli nawet zbliżać. Nigdy nie rozważała ewentualnych nadziei na powrót do tamtego stanu. Chyba nie chciała. Chyba uważała, że tak będzie lepiej.
Nie pojmowała jedynie tego, dlaczego – choć przecież było to tylko przedstawienie dla Ebony – to, co wydarzyło się przed chwilą wydawało się takie… naturalne.
***
Pierścionek Lily był przepiękny.
Zachwycił ją do tego stopnia, że aż na chwilę zapomniała o tym, jakie to dramatycznie płytkie i puchońskie – zachwycać się biżuterią. Wpatrywała się w niego, nie mogąc wydusić z siebie ani pół słowa. Ale potem przyszła zazdrość, to obrzydliwe uczucie, które zbyt często niszczy chwile największego szczęścia.
Potem.
Na razie patrzyła na Rogatego i Rudą, takich szczęśliwych i zakochanych, zastanawiając się nad tym, czy też kiedyś ją to spotka. Podejrzewała, że tak. Może nie była tak pełna uroku jak Lily, ale… To Mattii groziło staropanieństwo. To ona była taka zimna, taka nieczuła, taka… wręcz aseksualna.
Ebony Vitreous gorąco wierzyła w to, że w przeciągu dekady zostanie czyjąś narzeczoną.
VII. O potędze rodziny

VI. O marności przyjaźni

Jakiś czas temu na idealnie gładkim posążku przyjaźni Lily – Mattia pojawiła się rysa.
Dziewczyny same do końca nie rozumiały, co się z nimi dzieje; co dwunastolatki mogą wiedzieć o kryzysach? Próbowały jakoś to nazwać, ale do główek nie przychodziły im słowa trudniejsze od dąsania czy smucenia się. Żadna z nich nie wymyśliłaby nawet tak banalnej i zużytej metafory jak ściana lodowa wyrastająca między nimi. To przekraczało ich możliwości. Było za trudne.
Jak więc pojąć nienazwane?
I choć nie stawiały sobie filozoficznych pytań o przyszłość ich znajomości, czuły się strasznie źle. Z dnia na dzień coraz gorzej, oczywiście. Wyczuwały to nawet zwierzęta. Sowa Lily, która nigdy jakoś nie przepadała za Mattią, a jej uczucia były w pełni odwzajemnione, teraz reagowała na nią wręcz alergiczne. Kot Grizel z dumą prezentował blondyneczce tył swojego przecudnego ciałka. Tylko Ślicznotka pozostawała obiektywna. Sprawy innych ludzi nigdy nie były istotne ani dla ropuch, ani królewien.
Naturalnie, tak jak zwykle w tego typu sytuacjach, zaczęły się tworzyć fronty. Gizel i Lily stanowiły jasną stronę konfliktu, stronę dobrą i pokrzywdzoną. Matt i Ebony były tymi złymi, które bezlitośnie depczą uczucia wszystkich naokoło. Debby zaś i Eirene pozostały państwami niezależnymi, nie mieszały się do sporów, choć przecież potajemnie kontaktowały się z członkami wywiadów obu stron.
W końcu zaś nastąpiło przesilenie.
***
To był czwartek. Nie różnił się zbytnio od pozostałych czwartków; był tak samo nudny (dwie godziny Zielastwa?) i bezbarwny jak cała reszta. Rano grały nawet wspólnie w Miotły i Znicza! Możliwe, że trzykrotna wygrana Mattii (zawsze lepiej wychodziło jej stawianie kółeczek w kratki) zwiastowała nieszczęście, ale kto by się tym przejmował?
Rzekłbyś – cisza przed burzą.
Wracając z obiadu, rozdzieliły się, bo Lily musiała coś jeszcze załatwić. Nikt nie pytał, choć przecież w naturze dwunastoletnich Gryfonek leży zbytnia ciekawość świata. Grzecznie wróciły do dormitorium, bo wciąż było za zimno na naukę na błoniach i, z racji tego, że do Transmutacji miały jeszcze pół godziny, czekały.
Rozmawiały właśnie o ewentualności oblania najbliższego sprawdzianu – żadna z nich nie potrafiła jeszcze tak naprawdę przetransmutować piórka w pinezkę, co tu mówić o bardziej skomplikowanych przedmiotach! – kiedy do pokoju wpadła Ta, Co To Nigdy Niczego Nie Oblewa, czyli panna Evans we własnej osobie.
– Circe nie ma! – krzyknęła z takich strachem w głosie, że Eirene aż podskoczyła z wrażenia.
Circe była ulubionym zwierzątkiem Lily – dwuletnią sową śnieżną, o którą dbała tak, że sama niezbyt chętnie wysyłała ją gdziekolwiek. Całymi dniami uwielbiała wygrzewać się w słoneczku siedząc na parapecie w ich dormitorium i przez to szybko uzyskała status najdziwniejszej sowy w okolicy. Tak, jakby jej właścicielka była szalonym Jimmym Potterem, a nie porządną dziewczynką z dobrego domu.
No i, jak już wspomniano, nie lubiła Mattii. Jak niczego na tym świecie. Tydzień wcześniej nieomal zadziobała ją na śmierć – a przynajmniej próbowała. Bycie zadziobanym na śmierć nie jest czymś, o czym marzy taka dziewczynka.
– Jak to nie ma? – Matt spytała rzeczowo. Od niedawna uchodziła za najrozsądniejszą osobę w tym towarzystwie, co było o tyle dziwne, że nikt normalny tak by jej nie nazwał. – Zapadła się pod ziemię?
Lily spojrzała na nią ze złością, ale nie odpowiedziała, bo gdy już nabierała powietrza do płuc…
– To sowy mogą zapaść się pod ziemię? – spytała Debora.
– Nie wiem – zgodnie z prawdą odpowiedziała jej Grizel, zupełnie ignorując zdenerwowaną sojuszniczkę. – Moja mama czasem mówiła nam, że powinniśmy zapaść się pod ziemię, gdy moi bracia robili babci psikusy. Czy twoja sowa ma babcię?
– Och, na pewno ma! Każdy ma babcię, prawda? – spytała Eriene.
– Tak, tak, ale ja myślę, że takie zapadanie się pod ziemię nie dotyczy tylko wnucząt – odpowiedziała jej Debby. – To takie królewskie określenie. Myślę, że Ślicznotka mogłaby nam to wyjaśnić, ale.. Lily, nie obraź się, twoja sowa nie wygląda jak królewna.
Evans pisnęła. Dziewczynki nie wiedziały za bardzo dlaczego – może jednak się obraziła? Już już chciały ją przeprosić, ale znów…
– Lily, nie krzycz, wystraszysz wszystkie pająki – Ebony parsknęła śmiechem.
W odpowiedzi Evans pisnęła jak jeszcze, tym razem głośniej. Ktoś w Pokoju Wspólnym wrzasnął:
– Ciszej tam!,
a Mattia spojrzała z rezygnacją i na rudą, i odrobinę ciemniejszą koleżankę.
– Byłaś w sowiarni? – spytała.
– Tak – Lily udało się wypowiedzieć trzyliterowe słowo, zachowując pozornie spokojny ton głosu. Przynajmniej już nie piszczała. – Poszłam tam, bo przypomniałam sobie, że miałam napisać do Tunii. Wiesz, ciągle jest na mnie zła.
Blondynka kiwnęła głową. Sama wiedziała coś o obrażonych siostrach., które całemu światu mają wszystko za złe (i w dodatku wlepiają własnej rodzinie szlabany).
– No więc poszłam tam.. Wzięłam ze sobą wcześniej napisany list, wczoraj Grizel rysowała mi na nim miśki. – Grizel potwierdziła. – Wchodzę do sowiarni i wołam, ale żadna z sów nie reaguje. Myślę sobie, że w sumie nie potrzebuję Circe, mogę wysłać inną, ale…
W tym momencie zaczęła płakać.
***
Parę następnych dni było istnym piekłem na ziemi. Mattia momentami miała już tego wszystkiego dość – w kółko rozmawiały o tej sowie, jakby co najmniej naprawdę stało się coś czyjejś babci. A sowa jak nie wracała, tak nie wracała. Złośliwe zwierze widocznie za nic miało sobie nerwy swojej właścicielki i postanowiło wziąć urlop. W końcu każdy ma do niego prawo, prawda?
Kiedy próbowała o tym rozmawiać z Ebony, ta zbywała ją. Tak, jakby samo wspomnienie słowa Circe działało jej na nerwy, a ona sama nie chciała tego okazywać.
– Jeszcze raz Evans o niej wspomni, a wyleję jej na głowę całą zawartość mojego kociołka – przyznała na pewnej lekcji Eliksirów, co Syriusz wypominał jej potem przez długie lata.
Chłopcy też zachowywali się jakby inaczej. I choć tym razem panna MacDonald bardzo chciała wierzyć, że zniknięcie sowy nie jest kolejnym ich psikusem, z dnia na dzień coraz bardziej w to wątpiła. Przy każdej możliwej okazji przyglądała im się podejrzliwie, ale jeśli naprawdę mieli coś na sumieniu, nie zdradzali się z tym w żaden sposób. I to w zasadzie było najbardziej podejrzane.
– Matt, ja nawet nie wiem, która to sowa Lily – Jimmy tłumaczył jej i tłumaczył. – Naprawdę. Do sowiarni wchodzę tylko wtedy, kiedy muszę prosić rodziców o dosłanie mi karmelowych żuczków.
– Kręcisz. – Spojrzała na niego z dezaprobatą. – Kręcisz. Ty o Lily wiesz wszystko.
James tylko się roześmiał.
Niespodziewanie wszyscy stali się jej wrogami – tak, jakby ukrywali przed nią największe sekrety, jak zamordowane pluszaki czy kwiatki pozbawione dostępu tlenu. Im bardziej zbliżała się do Evans i próbowała jej pomóc, tym boleśniej odcinała się od otocznia. Pokłóciła się z Grizel, pokłóciła się z Eirene, pokłóciła się z Debby; chłopcy nie odzywali się do niej za to, że im nie wierzy; Ebony wciąż się dąsała.
Istny koszmar.
Na szczęście w pewnym momencie nastąpił punkt kulminacyjny. A że moment był nieodpowiedni…
Sowa wróciła.
Rankiem, w trzeci czwartek od swojego zniknięcia, wylądowała w talerzu Ebony i wyjątkowo malowniczo pobrudziła się owsianką. Nie zdążyła się wyczyścić, a już znajdowała się w ramionach swojej pani – obsypywana pocałunkami, głaskana po zlepionych piórkach, wytęskniona. Matt patrzyła na to z przerażeniem pomieszanym z obrzydzeniem – nie wyobrażała sobie, by sama mogła w taki sposób traktować jakiekolwiek zwierzę. To było paskudne nawet jeśli rzeczony potworek nie byłby cały pokryty cudzą owsianką, a co dopiero…
– Circe! – James Potter wydawał się być równie szczęśliwy, co Lily. Wyciągnął nawet rękę w kierunku biednej sowy, ale nie było mu dane jej pogłaskać; panna Evans nie chciała dzielić się odzyskaną zgubą.
Wśród okolicznej gawiedzi uczniowskiej zapanowało poruszenie – wszyscy, ale to wszyscy chcieli wiedzieć, co się stało. Grizel i Eirene zdążyły już udać się na lekcje, więc biedna Matt z Deborą stały się jedynymi odpowiedzialnymi za udzielanie im informacji.
Wszyscy jakby zapomnieli o Ebony. Ta zaś korzystała ze swoistego braku zainteresowania jej osobą – siedziała wpatrzona w swoje zmasakrowane śniadanie, od czasu do czasu uśmiechając się z zakłopotaniem do Syriusza. Syriusza, który też jakoś dziwnie się uśmiechał.
– Gdzieś ty była? – odezwała się w końcu Lily. Z przejęciem wpatrywała się w oczy swojej sówki. Widać było, że niesamowicie za nią tęskniła. – Urządziłaś sobie wycieczkę?
Circe z pewnością wyznałaby jej całą prawdę, ale pojawił się jeden problem – sowy, nawet te magiczne, mówić nie potrafią.
– Lily, raczej nigdy się tego nie dowiemy – Remus zabrał głos. Siedział tuż obok Syriusza i od dłuższego czasu przyglądał się wymianie uśmiechów pomiędzy nim a Ebony. Widocznie postanowił im pomóc. Zawsze był bardzo dobrym kolegą. -–Dobrze, że się znalazła. To, co było, nie jest aż tak…
– Ma list! – przerwał mu Jimmy.
Cała grupka drugorocznych Gryfonów jak na zawołanie utkwiła wzrok w lewej nóżce Circe. Tak, ktoś przywiązał do niej wiadomość. Użył do tego bardzo ładnej wstążeczki w zielone groszki. Wstążeczka ta była pierwszym dowodem na to, że wiadomość nie jest skierowana do Lily – Tunia wolała czerwone i błyszczące.
– Do kogo go przyniosłaś, sówko? – panna Evans spytała cichutko. – Do mnie?
Mattia wstrzymała oddech. Nie ona jedna. Na sali zapanowała cisza tak wielka, jakby tak naprawdę nikogo tam nie było, jakby Slytherin, Ravenclaw i Hufflepuff przestały istnieć, nawet jakby sama Lily i jej przyjaciele rozpłynęli się w powietrzu. Wszystkie znaki na niebie i zmieni wskazywały na to, że burza jest blisko, ale nikt nie był w stanie przewidzieć jej rozmiarów.
Była stokroć większa niż się spodziewano.
– Wzięłaś moją sowę! – Lily krzyknęła, mnąc w dłoniach liścik, który dopiero co odczepiła od nóżki Circe. – Co ja mówię! Obydwoje wzięliście moją sowę bez pytania o pozwolenie!
Zwykle spokojna i niesamowicie odważna Ebony skuliła się. Syriusz ze strachu niemal wczołgał się pod stół. Nadchodził kataklizm. Nie chodziło już o zwykłą złość Lily, gdy po raz setny James wkładał jej kwiatki do butów. Nie chodziło już o zwykłą złość Lily, gdy Debby nabałaganiła w dormitorium. Nie chodziło już o zwykłą złość Lily, gdy Mattia znowu prosiła ją o pracę domową.
Chodziło o sowę. O Circe. I o kwestię przywłaszczenia mienia – ale o tym panna Evans nie miała nawet mglistego pojęcia.
– Daj spokój, Lil, przecież to tylko mała pożyczka… – Syriusz zaczął nieśmiało, ale szybko urwał, przytłumiony siłą morderczego spojrzenia swojej koleżanki.
– Oni nie chcieli zrobić nic złego, zapewniam, przecież… – wtórował mu James, tak naprawdę główny sprawca całego zamieszania. Powoli zaczynały go dręczyć wyrzuty sumienia. – Przecież to tylko sowa…
– Tylko sowa? – Lily krzyknęła.
A potem zaczęła płakać.
Podczas gdy Ebony wciąż milczała.
***
Przez następne parę dni sytuacja nie zmieniła się prawie w ogóle. Lily wciąż chodziła wściekła nie niczym osa a całe stado os – nawet jeśli osy nie żyją w stadach, o czym Mattia nie wiedziała zbyt wiele, brzmiało to wystarczająco groźnie, by się do niej nie zbliżać. Syriusz z resztą chłopaków woleli nie pokazywać jej się na oczy. Było to o tyle słuszne, co trudne, bo panna Evans wręcz pokochała ich towarzystwo. Po raz pierwszy mogła bezkarnie na nich krzyczeć i nie być za to ganioną przez resztę koleżanek.
Co do tej reszty – Grizel i Eirene jednoznacznie opowiedziały się po stronie Lily. Było to sytuacją łatwą do przewidzenia. Nieśmiało popierała je również Debby; zwykle nieskora do jakichkolwiek konfliktów tym razem postanowiła zająć słuszne stanowisko. Jedynie Mattia się wahała. Nie ze względu na to, że było jej kogokolwiek żal – uważała, że Ebony z Syriuszem w pełni zasłużyli sobie na to, co ich spotkało. Po prostu z każdym dniem nie znosiła Lily coraz bardziej. Nie mogła wytrzymać jej ciągłych narzekań i obelg, po każdej tyradzie panny Evans robiło jej się wręcz niedobrze, a cała sytuacja wydawała jej się chora. Tak, chora – odnalazła w końcu odpowiednie słowo. Chora o tyle, że przecież chodziło o sowę. O sowę, która w dodatku Mattii nie lubiła!
W końcu Matt podjęła swoją decyzję. Lepszą czy gorszą – nie było to ważne.
Przez następne parę lat sytuacja nie zmieniła się prawie w ogóle.
Tyle, że Ebony wreszcie przestała milczeć.
VI. O marności przyjaźni

V. O potędze przyjaźni

Z Peterem był tylko jeden problem – nie umiał schować ogona. Ćwiczyli to już tyle razy, a on ciągle go sobie zostawiał.
– Glizdek, przyznaj się, ty się w nim po prostu zakochałeś! – stwierdził w końcu Jimmy, co reszta towarzystwa skwitowała głośnym śmiechem.
O ile oni sami podchodzili do tego dość luźno, sytuacja z dnia na dzień robiła się coraz poważniejsza.
Kiedy dwa lata temu wyszło na jaw to, że Remus jest wilkołakiem, w pierwszej chwili byli przerażeni i zdezorientowani. Jak inaczej mogli zareagować na taką informację? Ogrom tej tragedii przekraczał możliwości pojmowania ich młodych umysłów. Z czasem jednak udało im się przyzwyczaić do tego stanu, później go w pełni zaakceptować, aż w końcu uznali, że najwyższy czas zacząć działać.
Od pana Flisberga, najbardziej nierozgarniętego nauczyciela obrony przed czarną magią, jakiego tylko można sobie wyobrazić, wyciągnęli zgodę na dostęp do działu Ksiąg Zakazanych. Nie było to zresztą takie trudne. Wystarczyło powiedzieć mu, że mają zamiar wystawić przedstawienie z okazji Dnia Wybuchania Wszystkich Ślizgońskich Kociołków i potrzebują zgody na kilkudniową okupację Dziurawego Kotła – bo przecież ta nazwa to na cześć, proszę pana! – a on podpisał wszystko, co mu podsunęli, następnego dnia nie pamiętając już nawet, że uwierzył w istnienie tak absurdalnego święta. Trochę więcej problemów sprawiła im ta złośliwa bibliotekarka, ale w końcu i ona musiała ulec – pisemna zgoda to pisemna zgoda, choć przecież całkowicie niewiarygodna. Bo kto normalny wpuściłby tam dzieciaki po takie książki?
Ćwiczyli dzielnie, to trzeba im przyznać. Za dnia czy w nocy, rezygnowali nie tylko z lekcji i szlabanów, ale czasami nawet i ze swoich tajemniczych eskapad. Wszystko dla przyjaciela! Lecz o ile Jimmy i Syriusz nie opuścili się przez ten czas w nauce, Peter dostawał „trolla” za „trollem”. Nie za bardzo wiedzieli, jak sobie z tym poradzić. W końcu postanowili, że raz na jakiś czas dadzą mu się pouczyć czegoś poza formułami transmutacyjnymi i sytuacja się unormowała. Istniało nawet prawdopodobieństwo, że na nadchodzących sumach dostanie kilka istotnych „zadowalających”, co nigdy nie zdarzyło mu się na żadnym egzaminie.
Pod koniec zeszłego roku rozpoczęli pierwsze próby. Początkowo nie radzili sobie zbyt dobrze. Bywały chwile, gdy wątpili, że cokolwiek zdziałają. W lipcu Jimmy wylądował w Mungu, bo jeden z jego rogów wyrósł mu na plecach i wcale nie chciał ich opuścić. Mimo zaleceń nie tak znowu miłej pani doktor, nie zaniechali dalszych ćwiczeń – nie zatrzymał ich ani ślad na plecach Pottera, ani obawa, że mimo rzucania zaklęć w domu pełnym dorosłych czarodziei, ktoś w końcu zauważy, że to jednak oni. Ich wytrwałość zaowocowała i już pierwszego listopada Syriusz po raz pierwszy zamienił się całkowicie w psa.
Jamesowi zajęło to trochę więcej czasu, ale szybko dogonił kolegę. Tylko ten Peter! W trakcie pierwszej noworocznej pełni mieli zamiar po raz pierwszy wykorzystać swój talent w praktyce, ale wszystko wskazywało na to, że będą musieli to zrobić we dwójkę. Nie mogli ryzykować, zabierając ze sobą kogoś zupełnie na to nieprzygotowanego. Co by było, gdyby jego transmutacja okazała się nietrwała i nagle zamieniłby się w człowieka? Mógłby tego nie przeżyć. Zbyt wiele było tym razem do stracenia.
***
– Jak się tam dostaniemy, Jim?
Znajdowali się w swoim dormitorium. Syriusz, rozłożony na łóżku, trzymał nogi na ścianie i był na tyle niekompletnie ubrany, że każda z zakochanych w nim dziewcząt dałaby wszystko, żeby go takim zobaczyć. James zachowywał się znacznie lepiej, choć przecież jego głównym zajęciem było budowanie skomplikowanej konstrukcji z kart do Eksplodującego Durnia i gumy do żucia.
Początkowo zignorował pytanie przyjaciela. Wydawało się zbyt oczywiste, by jakkolwiek na nie reagować. Milczeli więc dłuższą chwilę, każdy zajęty własnymi myślami. Gdzieś z dołu dochodziły ich odgłosy zwyczajnego, zimowego popołudnia; ktoś z kimś się kłócił, tłukł szklanki czy inne łatwo tłukące się rzeczy, inni śmiali się z czegoś głośno, a czyjś kot miauczał przeraźliwie. Z całej tej kakofonii istotny był dla nich tylko jeden głos, którego aktualnie nie mogli wyróżnić – Peter.
– Pytałem, jak się tam dostaniemy – powtórzył Syriusz, niespecjalnie zniecierpliwiony. – Jest już po trzeciej, Rogaczu, nie mamy dużo czasu.
– Przecież już o tym rozmawialiśmy – odpowiedział, dla odmiany wstępnie wściekły, Jimmy. – Uspokój się, nigdy nie lubiłeś zbyt skomplikowanych planów, a ja muszę się skoncentrować, bo inaczej…
Inaczej nastąpiło szybciej, niż się spodziewano –– przez chwilę James Potter był skazany na oglądanie świata przez czarny dym, tylko po to, by, odzyskawszy w końcu zdolność podziwiania świata w jego normalnych kolorach, odnotować, iż cały pokryty jest paskudnie lepiącym się i obrzydliwie brzydkim, magicznym proszkiem.
– Ostrzegałem – warknął, strzepując resztki swojej konstrukcji na i tak zabrudzony dywan. – Moja wieża! Zniszczyłeś dzieło mojego życia, zdajesz sobie w ogóle sprawę z wagi tego problemu? Mogłem zginąć!
Każdy normalny człowiek w tej sytuacji postarałby się najpierw zmyć z siebie takie świństwo, ale Jim wielokrotnie udowadniał, że do zbyt normalnych nie należy. Zamiast doprowadzić do porządku siebie i stolik, wolał pielęgnować w sobie swoją złość tak, by urosła do niebotycznych rozmiarów. Czasami, przyznaję to z żalem, zachowywał się jak rozgoryczona nastolatka – wolał niepotrzebnie się nakręcać dla samej przyjemności.
W takich sytuacjach Syriusz zawsze wolał wyjść. Tym razem jednak musiał pozostać z przyjacielem – mieli bardzo ważną sprawę do omówienia i tym razem naprawdę chodziło o czyjeś życie. Rzucił mu więc tylko znudzone spojrzenie i westchnął.
– Nasz stary plan zakładał obecność Petera. Tylko on jest na tyle mały, żeby…
James parsknął śmiechem. Nie była to jednak tym razem okoliczność łagodząca.
– Łapo, chyba nie oczekujesz ode mnie, że zmniejszę się do rozmiarów szczura?
Tym razem to Syriusz nie odpowiedział. Wolał nie irytować Rogacza jeszcze bardziej. Zamiast jakkolwiek reagować, wpatrywał się w białą ścianę – jakby mogła mu pomóc!
Nawet dźwięk przewracanej lampy, nawet ciąg przekleństw pod adresem tego, kto stawia takie porządnym ludziom pod nogami, nawet odgłosy Jamesa powracającego na swoje właściwe miejsce. Nic nie mogło go odciągnąć od jego zajęcia.
– Wiesz, zawsze możemy poprosić Glizdka, żeby towarzyszył nam do tego momentu – Black odezwał się dopiero po chwili tak długiej, by móc łudzić się, że jego przyjaciel już odrobinę się uspokoił.
– Tak, a potem co? – Nadzieja matką głupich. – Poprosimy go grzecznie, żeby poszedł do zamku? Myślisz, że się zgodzi?
– Musi rozumieć…
– Łapo – James przerwał mu bezceremonialnie. – Zachowujesz się tak, jakbyś znał Petera od dzisiaj. Nikt nie zrezygnowałby z takiego wyjścia!
Niespodziewanie Syriusz wstał z łóżka. James, nieprzygotowany na taką sytuację, również się poderwał, ponownie zawadzając o nieszczęsną lampę. Okrzyk bólu i złości rozniósł się po całej wieży Gryffindoru.
Po chwili dołączył do niego trzask zamykanych z impetem drzwi.
***
Tak, jak pokrótce wytłumaczył Rogaczowi (o ile zdanie pojedyncze niespecjalnie rozwinięte można nazwać wytłumaczeniem), poszedł po kota.
Właścicieli kotów wśród Gryfonów było bardzo dużo. Wystarczyłoby zejść do pokoju wspólnego i złapać pierwszego z brzegu – nikt by nawet nie zauważył, że jednego ubyło. Syriusz jednak musiał mieć pewność, że futrzak będzie odpowiedni, a jego opiekun nie zada zbyt wielu pytań. Przy okazji liczył również na rozwiązanie problemu wieczornej opieki nad Glizdogonem. U kogo zaś mógł rozwiązać obie te sprawy naraz? U Mattii, oczywiście.
Okazało się, że rozwiązanie nie jest aż tak proste, jak można było przypuszczać.
– Jak to nie masz kota? – Syriusz wydawał się co najmniej zaskoczony.
– Nie lubię zwierząt – odpowiedziała, przewracając kolejną stronę. Czytała jakąś fascynującą książkę historyczną i nawet nie okazała mu tyle szacunku, by spojrzeć w jego stronę. – Nie zauważyłeś tego przez tyle lat? Nie dotykałam nawet Ślicznotki, nie mówiąc już o stworzeniach porośniętych futrem.
– Więc czyje jest to bure coś, które umila nam wieczory swoim śpiewem?
– Grizel.
To była najgorsza odpowiedź, którą mógł usłyszeć.
Grizel, jeszcze nie tak dawno temu jego Grizel, aktualnie…
– Ona cię nienawidzi, Łapo, nie wypożyczy ci swojego skarbu.
Trzy miesiące temu zostawił biedną pannę Saedyce na rzecz jakiejś młodszej Krukoneczki i już wielokrotnie miał okazję pożałować swojej decyzji. A to tracił wypracowanie, które nieopatrznie zostawił w pokoju wspólnym, a to znajdował w swoim łóżku martwe kijanki, a to… Mógł znieść wszystko. Rozumiał, że zemsta – sam pewnie nie byłby aż tak delikatny. Jednak od kota zależy ludzkie życie, o bogowie!
Zaczynał podzielać złość Rogacza. Jego wieżę też przed chwilą zburzono.
– Nie, nie, zapomnij o tym – dodała po chwili, czując na sobie jego błagalne spojrzenie. – Nie padnę przed nią na kolana tylko dlatego, że potrzebujesz jakiegoś parszywego sierściucha. Poproś Ebony.
– Czy znasz takie słowo jak poświęcenie, Matt?
Nie odpowiedziała. Na pierwszy rzut oka mogłoby się zdawać, że jego słowa nie zrobiły na niej żadnego wrażenia. Gdyby jednak przyjrzeć jej się dokładnie… Mocniej zaciśnięte usta, jedno zdanie czytane po wielokroć, palce delikatnie zginające róg kartki. Subtelne oznaki łamania wewnętrznej bariery.
– Dobra – westchnął po chwili niezdecydowania. – Gdzie wcięło moją ostatnią deskę ratunku?
– Galen zabrał ją na spacer.
Syriusz po raz drugi tego dnia nie dowierzał własnym uszom.
– Pada śnieg! – niemal krzyknął.
Tym razem Mattia na niego spojrzała. Jej niebieskie oczy nie wyrażały niczego specjalnego – no, może poza nutką pobłażania na specjalne okazje.
Miała zamiar powiedzieć mu, że ich koleżanka niedługo wróci. Nie miała siły. Wystarczyła jedna jego zmartwiona minka – doprawdy, przypominał jej w takich momentach zbitego psa i sama nie wiedziała dlaczego – by podjąć ostateczną decyzję. I to zdecydowanie różną od tej pierwszej.
– Nie spłacisz mi się z tego do końca życia.
***
Syriusz zniknął z kotem dobre dwie godziny temu, a jej kończyła się już cierpliwość do Mattii i Petera.
Wróciła ze, swoją drogą bardzo obiecującego, spaceru cała zmarznięta i przemoczona, ale nie dane jej było w spokoju się przebrać i odpocząć. Nie! Black musiał złapać ją w pokoju wspólnym i powiedzieć, że wychodzi gdzieś z kotem, a ona ma się zaopiekować Matt i Glizdogonem. Nie zdążyła nawet zapytać o to, co najlepszego znowu wymyślili – Syriusz ulotnił się w ciągu ułamka sekundy, zostawiając ją z całym tym bałaganem na głowie.
Wkrótce okazało się, że jedyną osobą wtajemniczoną w plany szanownego pana Blacka był Peter, który dziś wyjątkowo postanowił milczeć jak zaklęty. Jamesa z Remusem też niespecjalnie mogła zlokalizować. Pozostało jej… Cóż, patrzenie jak z pozoru inteligentna Matt pojedynkuje się z Glizdkiem na żarty, które, doprawdy, nie przystoją nawet Łapie.
– A wtedy… A wtedy on… – dalszą część wypowiedzi Petera zastąpił głośny wybuch śmiechu jego koleżanki.
Ebony nigdy nie rozumiała, co takiego wszyscy widzą w Pettigrewie. Był tylko małym, grubym chłopczykiem, któremu wydawało się, że mimo króliczych zębów i tchórzostwa wypisanego na twarzy może coś w życiu osiągnąć. Przyssanie się do ludzi pokroju Blacka i Pottera otwierało przed nim drogę na sam szczyt, ale, nie oszukujmy się, wewnątrz pozostawał wciąż tym samym żałosnym człowieczkiem.
Matt, mimo swojej niechęci do rodzaju ludzkiego samego w sobie, zawsze protestowała, gdy ktokolwiek Petera obrażał. Tak samo zachowywali się pozostali Huncwoci. Nazywali chłopaka swoim przyjacielem i nikomu nigdy… Był nietykalny. Bardziej niż sam James, Syriusz czy nawet Remus – o ile z nich drwiono, o tyle Glizdek był tematem tabu. Oni go chronili.
Zamyśliła się. Przez moment nie zwracała uwagi na perlisty śmiech Mattii i skrzek, który wydawał z siebie Peter. Sprzed oczu znikł jej obraz niezwykle roześmianej, choć przecież nieszczęśliwej dziewczynki, porcelanowego aniołka i bestii, która koło niej siedziała. Nie trwało to nawet ułamka sekundy, a jednak…
– Peter!
Niezwykle wyraźnie usłyszała krzyk koleżanki.
Desperacko zerwała się z fotela i rozejrzała dookoła. Odrobinę za późno. Jedyną osobą obecną w pokoju wspólnym była Mattia.
– Co się stało? – spytała Ebony, nie do końca pojmując całą sytuację.
Mattia pochlipywała, wtulona w szkarłatny fotel. Nie wyglądała na specjalnie smutną czy przerażoną – odzyskiwała powoli swój zwykły, obojętny wyraz twarzy. Tylko te łzy…
– Syriusz mnie zabije – powiedziała po chwili, głosem zbyt niepewnym, by mógł należeć do prawdziwej panny MacDonald. – Obiecałam mu, że go tu zatrzymamy i co? Uciekł! Wystarczyło, że się na chwilę odwróciłam, bo coś upadło za moimi plecami, a ten szczur…
Szczur – tego określenia zawsze brakowało jej go opisania Petera. Kiedy nareszcie je otrzymała, poczuła, że więcej słów nie będzie jej już nigdy potrzebne. To obejmowało całą jego sylwetkę.
– Powiedział, gdzie idzie?
Matt wymownie spojrzała za okno. Nie odpowiedziała.
– No powiedział czy nie?
– Powiedział. Do przyjaciół.
***
Pies, jeleń, szczur i wilkołak tworzący zgraną drużynę to niecodzienny widok.
Ale przez wszystkie lata ich nocnych spacerów po Hogsmeade, nikt nie złożył na nich ani jednego donosu.
V. O potędze przyjaźni

IV. O marności miłości.

Na dworze już od dawna było ciemno, ale ich to niewiele obchodziło. Nawet jeśli miałaby ich znaleźć McGonagall i tak za parę dni mieli opuścić zamek, więc nic już im raczej nie byłaby w stanie zrobić. Przez cały okres siódmej klasy urządzali sobie tego typu wieczorne spacerki, więc dlaczego teraz mieliby sobie odmówić? To, że zwykle było ich więcej o niczym nie świadczyło. Byli dorośli. Mogli robić to, co chcieli.
Prawdę mówiąc, Mattia nie wiedziała, dlaczego Syriusz nie zgodził się, żeby zabrali ze sobą Ebony. Od pięciu miesięcy nie zostali sam na sam i myślała, że Łapa już się do tego przyzwyczaił. Nie, żeby się pokłócili. Po prostu w pewnym momencie panna Vitreous doradziła przyjaciółce, że lepiej chuchać na zimne i nie kusić losu. W szczególności po tym, co się stało. Od tamtej afery, kiedy zgodziła się przed jakąś z jego adoratorek udawać jego dziewczynę i sprawy zaszły odrobinę za daleko, musiała zacząć lepiej się pilnować.
Ubrana była bardzo skromnie, w prostą, brzoskwiniową sukienkę i tak w całości zakrytą płaszczem – mimo iż był czerwiec, wieczory wciąż były dość chłodne. Nie miała zamiaru paradować po błoniach w cienkiej koszulce, tak jak to robił jej towarzysz.
Od jakiegoś czasu rozmawiali o tym, co aktualnie działo się w zamku – to był ich stały repertuar. Tamtego dnia na przykład cała szkoła żyła tym, że jedna ze Ślizgonek zaczęła się umawiać z Gryfonem. Istny skandal obyczajowy. Matt znała Afrę, bo o niej tu mowa, więc wiedziała, co z tego dziewczęcia za ziółko i była przekonana o interesowności tego związku. Podejrzewała ją o chęć publicznego ośmieszenia chłopaka, ale tego oczywiście nie powiedziała Syriuszowi – jeszcze uprzedziłby chłopaka i wszyscy straciliby widowisko.
– A słyszałaś o tym, że Rogacz ma zamiar się oświadczyć? – spytał, gdy w końcu wyczerpali temat niefortunnego, międzydomowego związku.
– Lily powie mu tak.
Nie wiedziała, skąd w niej ta pewność. Z rudą nie rozmawiała już od dłuższego czasu. Nie lubiły się, irytowały nawzajem swoją obecnością. Jedyną skuteczną metodą na zatrzymanie tego na poziomie obopólnej niechęci było unikanie wspólnych rozmów – żadnych kłótni, żadnych przepychanek słownych, tylko błogosławiona cisza i milczenie. Mimo to jednak wiedziała, jak odpowie jej koleżanka. Jakoś tak podświadomie.
Chociaż czy przypadkiem nie wspominała o tym Grizel..?
– Chociaż jednemu się udało.
Wzruszyła ramionami. Nigdy nie interesowały ją szczegóły miłosnego życia Blacka. Miała ciekawsze rzeczy na głowie. Choćby to, jak szybko zakończyć tę kulawą rozmowę i wrócić do ulubionej książki.
W kontaktach z ludźmi była beznadziejna. Kaleka emocjonalna.
– Wiesz, że Odila pytała mnie dzisiaj, co będziemy robić po Hogwarcie? – kontynuował, zupełnie niewzruszony postawą dziewczyny. – Powiedziałem jej, że zapewne nie będziemy się już wtedy znać, a potem miałem na głowie ryczącą dziewczynkę.
– Jeśli pytasz mnie, dlaczego tak zareagowała, odpowiedź jest bardzo prosta. Byłeś równie delikatny, co zwykle.
Na jego twarzy pojawił się grymas niezadowolenia – charakterystyczny dla dumnego Syriusza Blacka, który nie lubił, gdy się go choć trochę upominało. W jego głowie pewnie właśnie formowały się kąśliwe uwagi, na które Mattia była już uodporniona, ale nie zdążył wypowiedzieć ani jednej.
– Ale jeśli chodzi o coś innego… – kontynuowała. Uśmiech spełzł jej z twarzy, przez moment znów wyglądała jak ponura, niekochana przez nikogo Ślizgonica. – Nie, Łapo, nie będę znowu udawać twojej narzeczonej. Znudziło mi się to.
– Wcale nie o to mi chodziło! – zapewnił trochę zbyt gorliwie.
– Nie?
Spojrzała na niego z lekkim powątpieniem. Na to już nie mógł zareagować inaczej jak obrażoną miną. To takie typowe – prawie nigdy się nie kłócili, ale jeśli już to tylko o takie bzdurne, bezpodstawne insynuacje.
– Nie – odpowiedział, a w zasadzie warknął, co zaowocowało ponownym wzruszeniem ramion dziewczyny. – To wtedy było głupie i więcej się nie powtórzy.
Cisza, która nastała po tym wyznaniu nie była aż taka znów krępująca. Wbrew pozorom, nawet w tak ekstremalnych sytuacjach milczało im się ze sobą całkiem dobrze – czasem nawet lepiej niż rozmawiało. Dlatego też nie próbowali ciągnąć tej żałosnej konwersacji na siłę – na tym etapie szło zapomnieć o wszystkich krzywdach w piętnaście minut względnej ciszy, a dalsze pogłębianie tematu mogłoby sprawić, że odezwaliby się do siebie dopiero za pół roku.
***
Styczniowe poranki bywały tamtej zimy wyjątkowo piękne. Przynajmniej jeżeli chodziło o tę część Anglii. Tutaj jednak nikt nie zwracał uwagi na ich urok – wszyscy byli raczej skoncentrowani na tym, co działo się w ich najbliższym otoczeniu.
W wieży Gryffindoru wszyscy obecni obserwowali przedstawienie wystawione dla nich przez Syriusza Blacka. Jako aktor miał niewiele do powiedzenia – trzymał tylko na kolanach Mattię – ale, wbrew pozorom to on był tu reżyserem. Odbiorcą docelowym miała być Lessie, jego niedoszła dziewczyna, która, teraz cała zalana łzami, ze strachem obserwowała to, co wyczyniała starsza koleżanka. Każdy pocałunek, którym panna MacDonald obdarowywała Łapę był dla niej ciosem prosto w serce.
Ważniejsze jednak było to, co wydarzyło się potem.
Wybiegli z Pokoju Wspólnego, roześmiani i podekscytowani. Patrzyli na siebie zafascynowani, wciągnięci w grę, która zaczęła się w końcu tak niewinnie. Mattia chwyciła go za rękę – po raz pierwszy pewnie występując przeciwko ich idealnej, czystej przyjaźni. Wcale nie mieli zamiaru przestać. Raz w życiu pozwolili sobie na coś więcej, kilka dodatkowych pocałunków i parę godzin spędzonych wspólnie w jakiejś pustej klasie wcale nie na rozmawianiu.
Z tamtą chwilą skończyła się ich przyjaźń.
***
W trakcie tamtej czerwcowej rozmowy na błoniach ich myśli krążyły koło tego samego tematu i po raz pierwszy od bardzo dawna były tak blisko siebie.
– A ty, Matt? – spytał nagle Syriusz.
Spojrzała na niego z nieskrywanym zdziwieniem. Nie wiedziała o co mu chodzi – wolała jednak winę na to zrzucić na fakt, że jest zamyślona, a nie znów bezpodstawnie oskarżać go o jakieś insynuacje. Jednak to jej zaskoczone spojrzenie wybiło go z rytmu i sprawiło, że przez moment odechciało mu się zadawać pełnego pytania.
Przez jedną krótką chwilę.
Potem jednak ich myśli znów się od siebie oddaliły i wszystko wróciło do tej sztucznej, obojętnej normy.
– Co masz zamiar ze sobą zrobić po Hogwarcie?
Niezauważalnie odetchnęła z ulgą.
– Będziesz bardzo płakał, jeśli powiem, że wyjadę daleko stąd i więcej mnie nie zobaczysz? – spytała, uśmiechając się na wskroś niewinnie.
Przez chwilę udawał, że się zastanawia. Jej anielska twarzyczka uniemożliwiała mu podjęcie natychmiastowej, okrutnej reakcji. Twarde nie utknęło w jego krtani i nie chciało z niej wyjść, złośliwe. Te słodkie, niebieskie oczęta przysłaniały mu w tym momencie zimną i gorzką duszę dziewczyny.
– Oświadczę się wtedy Odilii i to ty zostaniesz sama – stwierdził w końcu, z pozorną obojętnością w głosie.
Mattia parsknęła śmiechem.
– Myślisz, że się zgodzi? – spytała z powątpieniem w głosie. – To, że dziewczyna płacze i obiecuje, że będzie usychać z tęsknoty, nie znaczy od razu, że chce z tobą spędzić całe życie.
Tym razem to on wyglądał na niedowierzającego własnym uszom.
Spojrzał na nią swoimi ciemnymi oczami, w których ewidentnie odbijało się zdziwienie. Z tego wszystkiego zatrzymał się i nie był w stanie wykonać nawet kroku.
Jemu się nie odmawia.
– Co ty dziś tak wieszczysz, Matt? – spytał po chwili niezdecydowanego milczenia.
Ona, dla odmiany, szła dalej. Tylko, że tyłem do kierunku ruchu, a przodem do niego, tak, żeby go widzieć. Cofała się powolutku, bez pośpiechu. Nie chciała stracić go z oczu zbyt szybko.
– Po prostu ja bym odmówiła – stwierdziła, nie przestając się uśmiechać. – Wiesz, nie jesteś dobrym materiałem na męża.
– Dlaczego?
Nie odpowiedziała. Odwróciła się do niego plecami i ruszyła dalej.
W normalnej sytuacji uznałby, że skoro nie chce odpowiadać – to nie. Mattia mogła sobie zawsze pozwolić na więcej niż ktokolwiek inny, miała u niego specjalne względy. Nie tak jak Ebony, na którą krzyczał przy każdej możliwej okazji. Nie tak jak różne miłości jego życia, od których tylko wymagał. Ona mogła robić z nim wszystko i nie zdarzyło się, żeby zaprotestował. Wykorzystywała to, owszem. Teraz jednak…
– Dlaczego? – powtórzył, chwytając ją za nadgarstek.
– Zastanówmy się – zaczęła, wciąż się nie odwracając i nie zatrzymując. – Nie chciałabym spędzić życia z kimś, kto przede mną miał więcej kobiet niż włosów na głowie, a przy tym każdą traktował równie podle i przedmiotowo.
Jego uścisk nieco zelżał, ale wciąż był mocny. Mattia resztą sił skupiała się na tym, żeby po prostu mu się nie wyrwać – może nawet nie chodziło o to, że bolało, a o fakt, że już do tej pory powiedziała za dużo. Nie, żeby żałowała Syriusza. Może i się przyjaźnili, ale przyjaciele są po to, żeby mówić prawdę, czyż nie? Zresztą, nigdy nie dawała ich znajomości żadnych szans – jej chęci były tu najmniej ważne.
– Nie rozumiem – przyznał bardzo cicho. – Naprawdę uważasz…
– To ty w ogóle potrafisz przyznać się do niewiedzy? – Zatrzymała się nagle i odwróciła w jego kierunku. Spodziewał się raczej złości, pogardy w jej oczach. Cóż, ciągle go zaskakiwała. Nie przestawała się uśmiechać, lecz nie było w tym ani grama kpiny. Tak zapatrzył się w tę znów niemal anielską postać, że o mało na nią nie wpadł. Na szczęście do tego nie doszło. Co by sobie pomyślała..? – Syriuszku, nie wiedziałam, że poczyniłeś aż takie postępy.
– Matt…
– Tak, wiem, przepraszam. – Nawet nie próbowała udawać skruszonej. – Przecież my teraz o twoich wadach, a nie zaletach. Zapomniało mi się.
W takich sytuacjach naprawdę wątpił, że kiedykolwiek zdołał ją polubić.
Nie trwało to jednak zwykle długo – fakt, mówiła coś nieprzyjemnego, ale po chwili zaczynała się śmiać i znów była urocza, cudowna, wspaniała. Odile mówiła, że musi być skończonym kretynem, jeśli nie widzi, jaka jego przyjaciółeczka jest zepsuta – ale to przez zazdrość! Dlatego też nadal jej nie puścił, wręcz przeciwnie, przysunął się do niej na dość niestosowną odległość.
– Spójrz na takiego Jimmy’ego – kontynuowała swój wywód, pozornie obojętna na zmianę sytuacji. – Był wierny Evansównie przez te wszystkie lata, a ona bardzo ładnie go za to wynagrodziła.
– Myślisz, że po drodze nie miał żadnej innej? – spytał, uśmiechając się kpiąco.
– Na pewno miał, znałam je wszystkie. Co do sztuki.
– Więc…
Westchnęła z rezygnacją.
– Zdrada rodzi się w głowie, nie w rękach. Zawsze wracał do Evans, prawda? Żeby nie zwariować musiał po prostu od czasu do czasu zaopiekować się jakąś inną dziewczyną.
Prawdę mówiąc, niewiele było tych innych Pottera. Może trzy, cztery przez cały okres nauki. Porównywać je z tymi, którym Syriusz narobił nadziei to jak próbować sprawdzić, ile kropel wody mieści w sobie ocean. Niewykonalne, głupie, bezsensowne.
– Chcesz mi powiedzieć, że wyszłabyś za Rogacza?
– Rogacz jest ślepo zakochany w swojej Evansównie, nie psujmy im tego szczęścia.
Odsunął się odrobinę; może nie była to wielka zmiana, ale dziewczyna od razu ją wyczuła.
– Matt, czy ty myślisz, że ja…
Na jedną krótką chwilę stracił możliwość dokończenia swojego zdania; trudno mówić, gdy się kogoś całuje. Trwało to jednak na tyle krótko, że można ten fakt spokojnie pominąć. Jego zdziwienie było o wiele istotniejsze, bo umożliwiło jej zabrania swojej ręki i uwolnienie się od presji tej niewiarygodnie małej odległości między nimi.
– Ty mnie nie obchodzisz, Syriuszku – przyznała, zupełnie spokojnie jak na stan, w którym powinna się znajdować.
Zrobiła krok do tyłu. I jeszcze jeden. I jeszcze…
– Bo cały czas chodziło ci o Odilę, prawda?
To zastanawiające, jak szybko sprzed oczu potrafi nam zniknąć obraz osoby, na której nam niby tak bardzo zależało.
IV. O marności miłości.

III. O potędze miłości

W Hogwarcie wszyscy wiedzieli, że na czwartym roku w Gryffindorze dzieją się dziwne rzeczy.
Każdy słyszał o wybrykach słynnych Huncwotów. Podpalanie składzika z miotłami Ślizgonów obserwowali nawet nauczyciele, a co poniektórzy prosili McGonagall, żeby skróciła chłopakom szlaban z miesiąca na pół. O parze Potter – Evans, której nie ma, ale jest, dyskutowały nie tylko największe plotkary tej szkoły, ale też i osoby, które wstydziły się obgadywania kogokolwiek.
Jednym słowem – było wesoło.
Jedyną osobą, której zaistniała sytuacja nie bawiła była ruda Lily Evans. O ile na początku, w pierwszej klasie, nawet jej się to podobało – ot, takie dziecięce żarciki – z roku na rok cały ten domniemany romans przybierał coraz ciemniejszych barw. Na każde nie z jej strony James zaczynał reagować kpiną i udawaną histerią. A jednak się nie poddawał. To właśnie było najgorsze, bo..
Tak naprawdę to ona go lubiła. Nawet bardzo. Był wesoły, inteligentny, dobrze wychowany. Wprawdzie od czasu do czasu zachowywał się jak niewyżyty gówniarz, ale cóż, zdarza się. Przyjaźnił się z dwoma jej koleżankami – Mattią i Ebony – za którymi ostatnimi czasy niezbyt przepadała, ale jednak dawało to o nim jakieś świadectwo. Cała ta lojalność wobec Huncwotów też robiła na niej wrażenie.
Tylko, że ona go po prostu lubiła. Nic więcej.
Na początku próbowała mu tłumaczyć, zachowywać się spokojnie, ale to nie przynosiło żadnych efektów. Nie ma więc nic dziwnego w tym, że w końcu zaczęło ją to irytować. Krzyczała na niego coraz częściej, bo po prostu przy setnym Evans, umówisz się ze mną? puszczały jej nerwy. Zresztą jej koleżanki nie miały jej tego za złe – rozumiały, że to normalne. Wprawdzie Ebony początkowo protestowała przeciw umieszczaniu Jimmy’ego w kategorii natrętnej muchy, ale w końcu stwierdziła, że to nie jej sprawa i dała sobie z tym spokój.
***
Lily bardzo lubiła Walentynki. To był jeden z tych magicznych dni, kiedy wszyscy byli dla siebie mili, a świat wydawał się o wiele piękniejszy niż w rzeczywistości. Wcale nie podzielała poglądów Eirene, jakoby wszechobecne serduszka były nie na miejscu – jej się podobały. Tę parę kartek, które dostała, przyniosło jej wręcz dziką radość – na ich widok pisnęła z zachwytu. Zaraz po Grizel, była zdecydowanie najbardziej popularną Gryfonką w szkole w przedziale wiekowym od jedenastu do piętnastu lat. Wszystkie przejrzała bardzo dokładnie i tylko jedna sprawiła jej ewidentnie przykrość – tak jak zwykle dostała też walentynkę od Jamesa i przykro jej było, że znów będzie musiała mu odmówić. Tego jednak dnia nie miała siły się na niego denerwować.
Walentynki!
Cały dzień w Hogsmeade!
Była umówiona ze swoim przyjacielem o dwunastej pod Trzema Miotłami, ale wiedziała, że pewnie tam nie zostaną – Severus nie lubił tłumów. Trochę żal jej było, że nie może zabrać ze sobą Grizel i Eirene, ale on ich zbytnio nie lubił, a skoro już mu obiecała…
Wychodziła właśnie ze szkoły. Zamiast patrzeć pod nogi, całą uwagę skupiła na zapinaniu guzików przy swoim brązowym płaszczyku, nie miało to jednak żadnych przykrych konsekwencji. No, poślizgnęła się raz na schodach, ale to tylko taki mały wyjątek. Na błonia udało jej się dotrzeć w jednym, a w dodatku dokładnie pozapinanym kawałku.
Tam właśnie po raz pierwszy tego dnia spotkała autora niefortunnej kartki walentynkowej.
– Cześć, Evans – powiedział Potter.
Nie opuszczał go jego zwykły entuzjazm – wprost promieniował szczęściem, a na jej widok zdawał się ucieszyć jeszcze bardziej. Uśmiechał się, kretyńsko machał rękami. Parę kroków od niego stała Mattia – również wesoła, ale już nie aż tak. Widocznie było coś, co zmąciło jej dobry humor. Cóż, gdyby Lily miała spędzić Walentynki w takim towarzystwie, też nie byłaby zachwycona.
– Cześć – odpowiedziała, uśmiechając się bardziej do koleżanki niż do Jimmy’ego.
I już miała ich ominąć, wywijając się z tej stresującej konwersacji (bo co będzie, jeśli zapyta o kartkę…?), gdy pulchne i idealnie wypielęgnowane paluszki Mattii przytrzymały ją za kołnierz płaszcza. Uroki bycia niskim.
– Umówiłaś się z kimś? – spytała z wystudiowaną uprzejmością.
Często czuła się niezręcznie w jej obecności. Dziewczyna miała w sobie coś takiego, co onieśmielało pannę Evans zupełnie. Nie miała w sobie zbyt wiele z Gryfonki – o ile jej siostra była wręcz wzorem postępowania, ostatnią z tych prawdziwych przedstawicielek Domu Gryfa, o tyle ona sama pasowałaby wszędzie, tylko nie tu. Tą swoją obojętnością, zimnem pasowała do Slytherinu, inteligencją – do Ravenclawu, a z niesamowitą pracowitością byłaby ulubienicą Helgi. Tiara albo kierowała się jej anielskim, uroczym wyglądem, albo ta po prostu musiała tu trafić, żeby poznać Syriusza i Ebony – jedyne osoby, które cokolwiek o niej wiedziały.
Po malutkiej dziewczynce, którą jeszcze niedawno była, nie pozostał nawet najmniejszy ślad.
– Ze mną? – zaproponował nieśmiało Potter.
– Umówiłaś się z Rogatym i nikt mi o tym nie powiedział? – parsknęła śmiechem. – Już drugi mnie dziś wystawił. Świnie. Nie odzywam się do was.
Cofnęła ręce, ostentacyjnie splatając je na piersi. Starała się wyglądać na obrażoną i, prawdę mówiąc, wychodziło jej to nadzwyczaj dobrze.
– Nie bój się, nie zostaniesz dziś sama. – Lily ledwo ukryła to, jak bardzo jej ulżyło; nie lubiła być dotykana przez Mattię, choć przecież kiedyś były takimi dobrymi przyjaciółkami.
– Możemy cię przecież zabrać ze sobą, prawda, Evans?
Blondynka prychnęła, co Rogacz zapewne podsumowałby jakimś krótkim Ach, te kobiety!, gdyby nie nagła interwencja jego ukochanej:
– Obiecałam Severusowi, że spędzimy ten dzień razem.
James otworzył usta ze zdziwienia, chociaż powinien był być na to przygotowanym.
***
Siedzieli razem w Trzech Miotłach. To zdecydowanie nie był dobry pomysł, wychodzić gdziekolwiek dzisiaj. Tyle zakochanych par, których widok wcale nie pomagał Jimmy’emu się uspokoić.
– Przynajmniej pocałowała cię w policzek. Powinieneś się cieszyć. To już jakiś awans – przekonywała go Mattia, ale nie przynosiło to większych efektów.
Uparł się, żeby zepsuć sobie ten dzień i nic nie miało go od tego odwieźć. Nawet kufel kremowego piwa, który był jedyną używką na jaką może sobie pozwolić prawie piętnastolatek. Jedyną i dość tanią.
Siedzieli już w pubie dobre pół godziny – on użalający się nad sobą i pokonany, ona w charakterze nieudolnej pocieszycielki – gdy w końcu pojawił się Syriusz.
Powinno się tu napisać, że serce zabiło jej mocniej, zrobiło jej się słabo i ogólne – och ach. Tak się jednak nie stało i nie można nikogo wprowadzać w błąd. Nagle tylko i ona posmutniała nieznacznie, przypominając sobie, że jest na niego obrażona. Ni mniej ni więcej.
Black zajął miejsce między przyjacielem a przyjaciółką, jakby w roli przyzwoitki.
– Co tam, Rogaty? Znowu Smarkerus?
Jimmy tylko kiwnął głową.
– Nie wiem, co ona w nim widzi. Przecież to kompletny…
– Kretyn? – przerwała mu Mattia. – Nie wychodzi za niego za mąż, nie przesadzajmy. A przyjaźnić można się nawet ze skończonym kretynem.
– Jakieś wycieczki osobiste?
– Stwierdzam fakt.
Zapewne rzuciliby się sobie do gardeł – obojętność obojętnością, ale jeżeli chodziło o Syriusza bądź Ebony, Matt była wyraźnie przewrażliwiona – gdyby nie nagła interwencja Rogacza w postaci chrząknięcia.
Spojrzeli na niego, ciągle zirytowani; wiadomo, gdyby wzrok mógł zabijać… Na szczęście jednak nie mógł i pan Potter pozostał tymczasowo żywy.
– Przypominam, że to ja tu cierpię, tak?
– Ja też – przyznała dziewczyna. – Razem z tobą. Na mrozie czekaliśmy na tego tu obecnego Łapę przeszło godzinę i gdyby przyszedł na czas, nie wpadłaby na nas Evans i…
– Jestem winny temu, że umawia się ze Smarkiem? – zaprotestował Syriusz.
– Jesteś winny temu, że obiecałeś pójść z nami do Hogsmeade, a zabrałeś się tam z jakąś panienką.
– Możecie…
Nie mogli.
***
Ale przecież bywały i te piękne dni.
Najcudowniejsza była właśnie ta wytrwałość Rogatego. Syriusz i Mattia nieustannie urządzali względem siebie jakieś podchody, które tylko rozśmieszały całe otoczenie, ale nigdy nie mieli zamiaru dotrzeć do celu. Tymczasem Jimmy, mimo ciągłych upokorzeń i odtrąceń, potrafił wstać na nogi i spróbować jeszcze raz.
Tak do końca świata.
Dlatego też już w tydzień później biegał on po całej szkole i opowiadał, że całował się z Lily Evans – tylko tyle udało mu się zapamiętać z walentynkowego wyjścia.
– Rogaczu, to prawda, że Lilka poszła do Hogsmeade ze Smakiem? – spytała Ebony.
Znała już całą historię, ale to pytanie powtarzała jak najczęściej się dało. Powód był prozaiczny – James lubił na nie publicznie odpowiadać. Czy to w Pokoju Wspólnym, czy to na nudnej lekcji, czy nawet w Wielkiej Sali, tak jak teraz. Uśmiechał się wtedy triumfująco i oświadczał:
– Może i poszła, ale to ze mną się całowała!
Atmosfera od razu stawała się przyjaźniejsza.
– Oj, Jimmy, to był tylko taki malutki buziak w policzek… – tym razem Matt postanowiła odświeżyć mu pamięć.
Już odzywała się do Łapy, ale starali się zachować dystans, jakąś stosowną odległość. Teraz jednak Syriusz pochylił się w jej stronę w celu zaprezentowania jej słów. Ktoś przy sąsiednim stole Ravenclawu westchnął nawet:
– Też bym tak chciała.,
co nie zdołało jednak zagłuszyć jego pytania:
– O taki?
– Mniej więcej – odpowiedziała mu, starając się jakoś mu zasugerować, żeby lepiej się odsunął. – Może trochę większy, ale…
– Większy! – przerwał jej James. – Słyszycie? Większy! Naprawdę się ze mną całowała!
Nie szło nie przyznać mu racji. W tego typu przepychankach słownych, Rogacz wygrywał zawsze, niezależnie od tego czy miał rację, czy (jak w większości przypadków) jej nie miał. Nie pozostało im nic innego jak uśmiechnąć się pobłażliwie i nie prezentować nic więcej.
Jak jednak reagowała na to Lily? Większości tych popisów po prostu nie słyszała – Ebony i Mattia nie miały w zwyczaju zwierzać się z czegokolwiek swoim współlokatorkom, a żaden z Huncwotów nie wpadły na głupi pomysł narażenia się wściekłej Evansównie. Kiedy jednak dochodziły do niej jakiekolwiek plotki o tym, że ona niby z Potterem, ignorowała je. Czasem, ale to bardzo rzadko, robiła mu jakąś awanturę o to, że opowiada wszystkim banialuki, jednak gdyby miała za każdym razem…
Potter wygrywał.
Bo chodzi o to, żeby gonić króliczka, a nie go złapać, prawda?
III. O potędze miłości

II. O marności magii.

Blady chłopak o ciemnych, przetłuszczonych włosach i haczykowatym nosie zwisał właśnie głową w dół.
Dwie piątoklasistki przepychały się właśnie w tłumie innych uczniów, próbując zobaczyć jak najwięcej. Takiego widowiska nie mogły przegapić. Gacie Smarkerusa wreszcie ujrzą światło dzienne!
– Założę się, że nigdy ich nie zmieniał. – Ebony właśnie bezpretensjonalnie przestawiła jakiegoś pierwszaka, kręcącego się jej pod nogami. – To będzie obrzydliwe.
– Jeśli Lily ich przyłapie…
– Matt, daj spokój. Grizel obiecała, że zajmie się Evans. Minęłyśmy ją na korytarzu, zapomniałaś?
Mattia kiwnęła głową. Chciała coś jeszcze powiedzieć, ale koleżanka uciszyła ją gestem dłoni.
Z każdą chwilą tłok robił się coraz większy. Już nie mogły zliczyć ilości stratowanych dzieciaczków. Po co takie w ogóle się pchają? Nie znają Smarkerusa, nie wiedzą, co z niego za ziółko, niech więc lepiej zostaną przy ciągnięciu młodszych dziewczynek za warkoczyki. To zajęcie na ich poziomie.
W końcu udało im się dotrzeć na tyle blisko, żeby widzieć Jamesa Pottera.
Ciekawy chłopak był z tego Jimmy’ego. Już piąty rok uganiał się za dziewczyną z ich dormitorium, a mimo to ciągle robił sobie pod górkę. Wmówił sobie, że to żałosne stworzenie, Smarkerus, odbiera mu ukochaną i nic nie potrafiło wybić mu tego z głowy. Każdy zaś atak na tego Ślizgona oddalał od niego Lily i, prawdę mówiąc, bardziej szkodził tym sobie niż jemu.
Tym razem był tak zaaferowany swoim odwetem, że nawet nie zauważył swoich koleżanek. Syriusz jednak nie był na tyle zapatrzony w Smarkerusa – uśmiechnął się do nich i pomachał wolną ręką, zapraszając, żeby podeszły bliżej. Tłum jego fanek, który oczywiście musiał również pchać się na sam przód, pisnął z radości, przyjmując zaproszenie na siebie, ale nie odważając się zrobić choćby kroku w przód.
Ebony rozstawiła je wszystkie jednym zgrabnym ruchem różdżki – rozstąpiły się niczym Morze Czerwone i pozwoliły jej i Matti przejść bez żadnych problemów. Dziewczyny zajęły najlepsze miejsca w pierwszym rzędzie, kompletnie ignorując ludzi krzyczących, żeby chociaż ukucnęły.
Przedstawienie szybko się zaczęło; jedno zaklęcie i Smarkerus wisiał w powietrzu, obrzucany wyzwiskami Pottera. Syriusz też nie próżnował, ale zawsze był w tym trochę z tyłu. Nie wyrywał się. To była prywatna zemsta jego przyjaciela.
Gdzieś w pobliżu stał zniesmaczony Remus Lupin i mały, króliczy chłopiec – Peter. Mattia postanowiła, że najwyższy czas do nich podejść i się przywitać, ale…
Cóż, okazało się, że Grizel nie była w porządku.
Na scenę wkroczyła zdenerwowana Lily Evans. Tłum automatycznie się rozrzedził; z tych kilkudziesięciu osób, które obserwowały scenę od początku została połowa, może mniej. Wszyscy wiedzieli, że ruda w takich wypadkach bywała niebezpieczna.
Mattia, razem z Ebony, skorzystała z okazji i wymknęła się z całą resztą. Posłała jeszcze tylko zniesmaczone spojrzenie zdrajczyni – która stała niedaleko Lily i uśmiechała się złośliwie – a później już ich nie było.
***
– Naprawdę ściągnąłem mu te gacie! – Jimmy upierał się przy swoim, choć przecież wszyscy naokoło wiedzieli, jak cała ta sytuacja się skończyła. – No to co, że był pod wodą? Ściągnąłem!
Sytuacja wyglądała następująco – gdy tylko Lily skończyła swój standardowy wywód pod tytułem Potter, jesteś gnojkiem, chłopak zwołał do siebie wszystkich zainteresowanych i obiecał, że pokaże im bieliznę Smarkerusa. Kiedy już to zrobił, zaproponował, że ją ściągnie, ale po gwałtownych protestach jednej z tych ambitnych pań prefekt Gryffindoru, czynności tej zaniechał, jedynie wrzucając swojego głównego wroga do jeziora na małą kąpiel.
– Wierzymy ci, Rogaczu. – Syriusz poklepał przyjaciela po plecach. – A jak ktoś wątpi, mogę go bardzo skutecznie przekonać.
– Dzięki, przyjacielu. Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć. Jesteś…
– Nazywają cię rogaczem, bo ruda przyprawia ci rogi ze Ślizgonem? – przerwała mu jakaś mała Gryfoneczka, zapewne z drugiego czy trzeciego roku. – To niezbyt chwalebne określenie.
Siedzieli w szóstkę w Pokoju Wspólnym – Huncwoci, Ebony i Mattia – więc od czasu do czasu do ich rozmowy przyłączała się jakaś zbłąkana duszyczka. Nie było to przez nich zbyt mile traktowane. Stanowili zamknięte kółeczko wzajemnej adoracji, od którego obcym – wara.
– Nazywają go rogaczem, bo jest pełnoprawnym facetem. – Vitreous siedziała na podłodze, opierając swoją głowę o kolana koleżanki. Tak, było jej za wygodnie. – Tego nie można powiedzieć o tym wypłoszu, z którym czasem chodzić na spacerki za rączkę. Nie wstyd ci, Isis? Z Puchoniątkiem?
Ciemnooka Gryfoneczka najpierw spaliła się ze wstydu, a potem szybko ruszyła do swoich koleżanek, obiecując samej sobie, że więcej podsłuchiwać już nie będzie.
– Też ich kiedyś widziałam – powiedziała Mattia, bawiąc się jednym z warkoczyków przyjaciółki. Mimo iż jej kolana były ewidentnie zgniatane, całkiem dobrze jej się siedziało, będąc otaczaną ramieniem Syriusza. – Ale to chyba Krukon.
– Jeden pies. Brzydki i tyle.
Blondynka parsknęła śmiechem. Fakt, do urodziwych to on nie należał. O ile takie dzieci można w ogóle określać pod względem urody.
– Przy nas każdy wysiada, prawda, Ebony? – James posłał jej znaczące spojrzenie. – Nie ma co porównywać. Jesteśmy jedynymi przystojniakami w całym zamku.
– Przestań, Rogaczu. – Remus oderwał na chwilę wzrok od książki. Siedział w niewielkim oddaleniu od całej grupy i tłumaczył Peterowi jakieś skomplikowane receptury leków, o których nikt oprócz niego nie miał zielonego pojęcia.
– Właśnie, przestań – poparła do Mattia. – Zapominasz o Smarkerusie.
Cała piątka – Lupin pokręcił z rezygnacją głową – łącznie z okolicznymi ludźmi wybuchła śmiechem.
Dobre parędziesiąt sekund minęło, zanim udało im się uspokoić. Po raz kolejny udowodniono, że długo powtarzane żarty też mogą być śmieszne. Wystarczy tylko trafić w odpowiedni moment. Ile razy już kpili sobie z brzydoty Smarkerusa? Trudno policzyć. Jednak za każdym razem sprawiało im to coraz większą przyjemność.
Nagle Mattia poczuła, że Syriusz po raz kolejny tego wieczora całuje ją w sam czubek jej blond główki. Już miała go od siebie odgonić, gdy usłyszała:
– Oj, MacDonald, nie kpij sobie z wodza Slytherinu, bo jeszcze jego koledzy urządzą cię tak, jak twoją kuzyneczkę.
***
Mary miała małego baranka, odprowadzał ją do szkoły każdego dnia.
Mary MacDonald nie miała baranka, ale była mała i odprowadzała się do szkoły sama. Pewnego dnia, idąc na lekcje do lochów, spotkała srebrno-zielonego barana.
Reszta była milczeniem.
***
Mattia odsunęła się od niego gwałtownie, kopiąc Ebony w plecy.
– To nie było zabawne – stwierdziła.
Wciąż miała przed oczami obraz małej dziewczynki, całkiem podobnej do niej w dzieciństwie. Małej dziewczynki, na której twarzy nagle pojawiły się sińce, na której rękach nagle pojawiła się krew. Małej dziewczynki, która mogła wiele osiągnąć, ale koleżka Snape’a odesłał ją do domu, bo w tej szkole po tym, co jej zrobił, bała się już nawet własnego cienia.
– Właśnie, Łapo. Przestałbyś już – poparł ją Jimmy. – Co ty byś zrobił, gdyby twoją panienkę ktoś teraz potraktował jak Avery tego dzieciaka?
– Znalazłbym sobie następną – stwierdził. – Serena nie jest ważna.
Ebony, dotychczas zajęta rozmasowywaniem sobie obolałych pleców, odwróciła się w kierunku przyjaciół.
– Ty też z Puchoniątkiem? – spytała, nie ukrywając zdziwienia.
– Tak wyszło. – Syriusz wzruszył ramionami. – Ładna jest.
Mattia straciła wszelką ochotę na rozmowę. Nie lubiła, gdy ktoś przy niej wspominał Mary, a co dopiero – żartował sobie z niej. Fakt, przeżyła i nic poważnego jej się nie stało, ale żyje w ciągłym strachu i… Dlatego też postanowiła się nie odzywać. Wróciła jednak do poprzedniej pozycji, pozwalając bezkarnie obejmować się Blackowi.
– Chodzę z nią na numerologię. Zachowuje się trochę dziwacznie. – Ebony nie miała zamiaru przyznawać mu racji. – Co jest pięknego w odstających uszach? – Prychnęła. – Cóż, lepsze to niż Ślizgonica.
– Uszy ma faktycznie paskudne – wtrącił się James. – Nie to co u Lily, ona…
– Pomyślałeś w ogóle, co ona ci zrobi, jak się dowie o tym jeziorze?
Spojrzał na nią, wmurowany w sofę. Czy pomyślał…?
Schody do dormitorium dziewcząt po raz kolejny musiały udowodnić, że pamiętają o swoich obowiązkach – zrzuciły Pottera z bardzo głośnym hukiem.
***
O tej porze powinny już spać.
Zamiast tego siedziały na łóżkach i oczekiwały. Lily wyszła jakieś pół godziny temu i do tej pory nie wróciła. Ebony podejrzewała, że po prostu gdzieś po drodze natknęła się na Rogacza, ale Grizel i Eirene wyglądały na naprawdę wystraszone.
Czas umilały sobie plotkami.
– No, Matt, przyznaj się – w końcu padło to najbardziej irytujące na świecie stwierdzenie. – Black znów sprawdzał, czy przypadkiem nie jesteś jego ropuszką, którą mógłby zamienić w królewnę?
– Jak widać, znowu bezskutecznie. – Grizel zajęta była szczotkowaniem swoich włosów. Właściwie, nie powinny dopuszczać jej do rozmowy. Po pierwsze, dziś je wystawiła, a po drugie, kiedyś kręciła z głównym tematem tej konwersacji. – Ty też go nie lubisz?
– Współczuję tym jego dziewczynom – stwierdziła główna zainteresowana, unikając odpowiedzi na kłopotliwe pytanie.
Wszystkie zgodnie kiwnęły głową. Taka prawda – Syriusz może i umawiał się z tymi wszystkimi dziewczynami, ale i tak nie przykładał do tego zbyt wielkiej wagi. Mógł chodzić nawet z piętnastoma naraz, nie zauważyłby różnicy.
Zresztą, same tego chciały. To w końcu one tytułowały się jego dziewczynami. On tylko czasem z nimi rozmawiał.
Nagłe pojawienie się Lily urwało ten wątek.
Była absolutnie wściekła, ale ostatnimi czasy to stan dla niej jak najbardziej właściwy. Gdyby wzrok mógł zabijać, nie byłoby tu trupów, ale James Potter na pewno poniósłby tragiczną śmierć na odległość. Stał pewnie teraz przed oczyma jej duszy, by mogła miotać w niego wszystkimi znanymi klątwami.
– Severus przyszedł mnie przeprosić za to, że nazwał mnie szlamą – powiedziała zamiast cześć.
– Smark nazwał cię szlamą?
Wszystkie dziewczyny rzuciły karcące spojrzenie Mattii, której język był na tyle niewyparzony, by nazywać w ten sposób w pobliżu Lily tego porządnego Ślizgona. Blondynka prychnęła i schowała się pod złoto-czerwoną kołdrą. Teraz na świat wystawało tylko kilka jej jasnych loczków.
– Nazwał – przyznała. – I co z tego? Ładnie mnie przeprosił.
Dziewczyny nie odpowiedziały.
– Przynajmniej ładniej niż James – kontynuowała. – Złapał mnie w Pokoju Wspólnym i powiedział, że trochę mu przykro z powodu utopienia Smarkerusa.
Trochę mu przykro!
Ebony parsknęła śmiechem i po chwili również została zmuszona do zajęcia strategicznego miejsca pod kołdrą. Stamtąd jednak mogła usłyszeć załamany głos Lily:
– Jeśli magia ma służyć do takich świństw, wolałabym pozostać mugolem.
II. O marności magii.