Forsycja (złota): rozdział pierwszy

Ze skrzeczącą sową problemy były dwa. Może nawet trzy, jeżeli ktoś chciałby doliczyć do tego wszystkiego niemożność jej uciszenia. Bo co, miała własnej sobie dzióbek papierem zapychać? Żeby się jeszcze biedaczka udusiła? Nie ma mowy. Prędzej sama sobie zawiązałaby pętlę na szyi. Plamić się krwią płomykówki, jeszcze czego.
Nawet jeśli duszenie istotnie jest bezkrwawe i nie można sobie przy nim pobrudzić nowej, letniej sukienki (która to, nawiasem mówiąc, chyba zapomniała, że lato już odeszło), to i tak perspektywa egzekucji na Brando niespecjalnie jej się uśmiechała. Nie, to był felerny pomysł; ale niestety wszystko wskazywało na to, że tylko odrobina bezdusznej przemocy mogłaby rozwiązać problem numer trzy.
Tym bardziej, że z każdą chwilą problem numer jeden i problem numer dwa przybierały na sile, oba równie uciążliwe i oba równie doprowadzające ją do szału. King’s Cross może i był od zawsze najbrzydszym dworcem w Wielkiej Brytanii, ale wciąż znajdował się w Londynie, a Londyn, jak to Londyn, nie znał pojęcia samotności i pustki. Tłumy bankierów, sklepikarzy, modelek, studentów, kelnerów, słowem: wszystkiego, co się tylko zdążyło w tej metropolii zalęgnąć, w wiecznym biegu łatwo mogły pominąć niziutką dziewczynę i jej sowę. Kogo obchodzi sowa w obliczu spóźnienia na Bardzo Ważne Zebranie? Dlatego zwykle wyprawy do Hogwartu przebiegały w miarę sprawnie – nikt na nikogo nie zwracał uwagi, każdy zapatrzony był tylko we własne stopy zajęte biegiem donikąd. Tyle że istniała drobna różnica pomiędzy dziewczynką z sową a dziewczynką ze skrzeczącą sową.
Aha. Dokładnie taka różnica.
Na początku nikt się nawet nie zatrzymywał – ot, wytykali ją paluchem, chichotali pod wąsem i tyle było tej całej ludzkiej uwagi. Jednak przez kwadrans, który spędziła oparta o fasady najbrzydszego dworca może i całego świata, zdążył się przy szerokim wszak wejściu stworzyć zator złożony z gapiów, a zator złożony z gapiów to ostatnie, czego chce czarodziej, któremu jakoś nie marzy się przesłuchanie w Ministerstwie.
Walenie w klatkę nie pomagało, ba, nawet pogarszało sprawę, jednak Forsythia nie mogła się powstrzymać. Może i nie byłaby w stanie udusić sowy, ale z największą przyjemnością rzuciłaby nią o ścianę. Tu właśnie wkraczał na scenę drugi problem ze skrzeczącym ptaszyskiem. Nieustający dźwięk rozrywał jej czaszkę. Nigdy nie była człowiekiem tłumów i hałasów, ale przecież nawet gdyby była, to naprawdę? Naprawdę? Aż tak nisko ją sobie cenisz, płomykówko?
Walenie w klatkę nie pomagało, ale wciąż w nią waliła. Zator zagęszczał się, niemal już każdy przechodzień przystawał, by sprawdzić, czemu przystawali inni. Nie obchodziła ich już pewnie nawet i ta sowa. Odezwała się mentalność tłumu. Mama byłaby z niej dumna, że pamięta cokolwiek z długich wywodów psychologicznych, jakie zawsze jej fundowała lipcowymi wieczorami. Mama rzadko bywała z niej dumna, mama przecież niczego nie rozumiała. Nie wiedziała, jak to jest, być jednocześnie trochę tu i trochę tam.
Drugą ręką sięgnęła do kieszeni płaszcza i wyciągnęła z niej paczkę papierosów. Czy mugole poczują się lepiej widząc coś znajomego? W to wątpiła. Ale sama może poczułaby się lepiej.
– F.? Co ty wyrabiasz?
W całym tym zamieszaniu nawet nie zauważyła Annabeth. Tak się skoncentrowała na tłumie, na skrzeku i na fajce, którą przytrzymywała ustami, gdy prawa ręka zajęta była poszukiwaniem zapalniczki, że zignorowała pojawienie się swojej najlepszej przyjaciółki! To się ten rok zaczyna, ach, tylko pozazdrościć.
– Wtapiam się w otoczenie – odpowiedziała, choć przez skrzek sowy ledwie było słychać jej i tak na co dzień cichy głos. – Moi kuzyni przeżyli w te wakacje boom na Camden. Sama rozumiesz.
Annabeth nie rozumiała. Jak miała rozumieć? Czystokrwistych czarodziei, w szczególności zaś tych, którzy mieszkali na prowincji, od mugoli oddzielał mur, którego nie dało się pokonać. Dla niej papieros, którego w końcu zapaliła Forsythia był równie egzotyczny, co sowa w klatce, drąca się w niebogłosy i blokująca wejście na dworzec.
– Po każdych wakacjach wydajesz mi się być jeszcze bardziej mugolska, króliczku – odpowiedziała więc, nie drążąc tematu ani śmierdzącego czegoś w ustach przyjaciółki, ani żadnych boomów, a już na pewno nie jakiegoś Camden, cokolwiek to było. – Chodź tu się lepiej przytulić. Dwa miesiące cię nie widziałam!
Annabeth nie można się było oprzeć. Forsythia kochała ją jak nic we wszechświecie. Nawet swojej sowy nie kochała tak bardzo, chociaż to może akurat nienajlepszy przykład, zważywszy na tymczasową wrogość w ich relacjach. Gdyby nie sowa, rzuciłaby się jej na szyję bez najmniejszego zawahania, ba, nie zważałaby nawet na to, czy nie przypali koleżance włosów. Właśnie. Gdyby nie sowa.
Pokiwała z rezygnacją głową.
– Brando się niecierpliwi. Wolałabym najpierw zapakować się do przedziału.
– Jesteś niemożliwa – Beth mruknęła w odpowiedzi. – Nie-moż-li-wa.
– Powiedz to Brandonowi.
Ku zdziwieniu samej Forsythii, Annabeth wzięła jej uwagę za dobrą monetę i pochyliła się nad klatką z nieznośną sową. Tłum, który wciąż przecież tworzył zator, ale który wciąż i tak nie patrzył, nijak nie zareagował na to, że teraz jej brązowe loki zasłaniały mu cały widok. Co poniektórzy skupili się bardziej na pośladkach dziewczyny, ale to już zupełnie inna historia.
– Marlonie Brando, sowo o najgłupszym imieniu, jakie słyszałam i jednocześnie najgłupsza ze wszystkich sów, czy mógłbyś być na tyle uprzejmym, żeby już stulić ten pierdolony dziób?
Nikogo nie powinien zaskoczyć fakt, że sowie wcale a wcale nie spodobało się to przemówienie. Teraz nie tylko skrzeczała, ale i w przypływie wściekłości waliła skrzydłami w klatkę. Istny koszmar ornitologa.
Annabeth tymczasem wyprostowała się i rzuciła Forsythii przepraszające spojrzenie. Mówiło ono dokładnie: Nic się nie dało zdziałać, króliczku, taka uparta jak ty. Dziewczyna roześmiałaby się, ale od dłuższego czasu wcale nie było jej do śmiechu. Głowa bolała ją coraz bardziej, tłum irytował, a dworzec wcale nie chciał stać się piękniejszym.
– To co, idziemy? – rzuciła Beth, jednocześnie obejmując Forsythię ramieniem.
Mogła sobie pozwolić na takie manewry. Żyła w domu pełnym dorosłych czarodziei, niestraszny był jej więc Namiar i jego konsekwencje. Zaklęcia do śledzenia użycia czarów u nieletnich były niedokładne, urzędnicy nie potrafili ustalić, czy to nieletni, czy też któryś z domowników, i tego typu zgłoszenia z marszu umarzano. Dlatego też Annabeth była w stanie przed wyjściem na pociąg rzucić na swój kufer – albo poprosić o to starszych braci – zaklęcie lekkości, które sprawiało, że ważył nie więcej niż klasyczna, damska torebka. Tymczasem Forsythia nie dość, że pchała oporny, mugolski wózek bagażowy, to dodatkowo obciążony był on i kufrem pełnym ciężkich podręczników, i klatką z Brandonem.
Czasami naprawdę zazdrościła swoim czysto krwistym koleżankom. Wszystko było dla nich takie proste i takie… takie ładne. Forsythia zawsze sądziła, że magia jest przede wszystkim ładna. Mugolska praktyczność była przy niej taka szara, taka nieinteresująca.
Wystarczyło spojrzeć na wnętrze King’s Cross. Sąsiadujący z nim St Pancras, to było coś. A tutaj? Przerośnięty hangar dla samolotów albo niedzielna hala targowa w pseudoindustrialnych częściach kraju. Nie mogła wręcz patrzeć na te odrapane z farby, zardzewiałe, stalowe kontrukcje, na te przestrzenie, tak, jasne, chyba takie z horrorów. Do tego te gołębie. Gdyby była potężnym czarownikiem, doprowadziłaby do ich absolutnej eksterminacji, bo doprawdy patrzeć już nie mogła na obsrane ławki i obsranych bankierów. Mogłaby się założyć w swoim naiwnym umyśle mugolaczki, że czarodzieje właśnie tak robili. Gołębie były brzydkie, magia – po prostu ładna.
Zamiast więc podziwiać przeszklony dach, zamiast słuchać Annabeth i rozkoszować się chwilą, Forsythia gapiła się, owszem, na dach, ale zbyt zajęta była kontemplowaniem beznadziei mugolskiego życia. Zresztą, po co miała się tym dzielić z przyjaciółką? Ta by ją zbyła. Ona też nie rozumiała, jak to jest, być trochę tu i trochę tam. Zupełnie jak mama, chociaż tyle je przecież różniło.
Z zamyślenia wyrwał ją dopiero lekkie uszczypnięcie w bok, które zafundowała jej Beth.
– Ał!
– Pytałam, jak wakacje, F. Wszystko dobrze? Nie wydajesz się zbyt szczęśliwa powrotem.
Forsythia wzruszyłaby ramionami, ale w jej tragarskiej sytuacji nie byłoby to zbyt wygodne.
– To nie tak, jak myślisz – odpowiedziała.
Annabeth przyjrzała jej się uważnie. To nie tak, jak myślisz mogło dotyczyć tylko jednego. Ale już, tak szybko, tak od razu? Ledwo przedarły się przez stłoczony przy wejściu tłum (który to pewnie pozostanie tam przez dłuższy czas, choć przecież składał się będzie z coraz to nowszych, coraz to bardziej niepewnych na co patrzeć ludzi), a ona już…?
– Dwa miesiące bez Blacka to było coś, ha?
Forsythia najeżyła się. Samo wspomnienie Syriusza doprowadzało ją do szału. Jak gdyby skrzecząca sowa nie była wystarczająco denerwująca! Nie podobało jej się to, że Annabeth od razu przeskoczyła do tego tematu. Miała nadzieję na odrobinę dłuższe wakacje. Wakacje od niego.
– Daj spokój, to nie to – odfuknęła. – Nie lubię tego przejścia. Wiesz, w jednej minucie jestem mugolem, a w następnej wierzę w latające dywany.
– Słyszałam, że uciekł z domu i mieszka teraz z Jamesem – Beth zignorowała jej protest. – Taka plotka poszła po rodzinnych obiadkach, rozumiesz, takie tam w stylu my nie mamy syna, co za skandal, klasyk.
Peron dłużył się niemiłosiernie. Kto to pomyślał, by na perony dziewiąty i dziesiąty trzeba było przejść po innych peronach? Widzicie, mugole nawet w swojej praktyczności według Forsythii niespecjalnie się sprawdzali. Niby wszystko numerowali, niby wszystko mieli pod kontrolą, a tu proszę, nie zaplanowali krótszych peronów na wypadek nieprzyjemnych konwersacji.
Jedyne, co mogła zrobić, to ze złością cisnąć o podłogę resztą papierosa, by po chwili przejechać po niej metalowym kółeczkiem wózka. Tak, to ją trochę uspokoiło, w szczególności, gdy pomyślała sobie, że ten niedopałek był głową wyżej wymienionego.
– Zobacz, półnagi piłkarz na piątej – rzuciła beznadziejnie, bo przecież Annabeth nie mogła wiedzieć ani o piłce nożnej, ani o mugolskich opisach kierunków.
Jednak słowo półnagi na chwilę wytrąciło łasą na chłopców dziewczynę i plan częściowo bo częściowo, ale zadziałał. I to na tyle, że Beth nie powróciła już do poprzedniego tematu. Ciąg skojarzeń w głowach młodych kobiet nie ma sobie równych.
– Tobie tylko jedno na myśli! – wykrzyknęła radośnie i przyciągnęła Forsythię do siebie. Zupełnie nie zważała na kufry, klatki, wózki. Dla niej to był inny świat. Nawet nie zastanowiła się nad tym, czy tamtej będzie teraz wygodnie, bo nie wiedziała tak za bardzo, co to znaczy niewygoda. – Powiedz mi, F., znalazłaś sobie jakiegoś rycerza w te wakacje? Czy odstraszył go twój mugolski zapach?
Forsythia spróbowała odsunąć się od niej nieznacznie, ale to nie było takie proste – musiała więc od tego momentu iść dziwnie zgięta na lewą stronę.
– Przecież wiesz – odpowiedziała niemrawo.
Annabeth posłała jej pełne zrozumienia spojrzenie.
Przez to spojrzenie o mało co nie wpadłyby na mugolkę z dzieckiem, która spieszyła się na peron dziesiąty. Bo i przejście, do którego zmierzały, było prawie przed ich nosem. Forsythia powinna pewnie przemyśleć złośliwość rzeczy martwych, która wydłuża perony, gdy nie trzeba, a potem skraca je wedle uznania, jednak, to pewnie też złośliwość, zdążyła już zapomnieć o irytacji na Syriusza. Nawet sowa zdawała się skrzeczeć jakby ciszej.
Forsythia w końcu się zachwyciła. Bo oto ta zbitka starych cegieł trzymała w sobie tajemnicę jej życia.
Dla mugolskiego dziecka Hogwart był o wiele lepszy niż sklep pełen czekoladek – tu czekoladki się ruszały (i to dosłownie). Ono mogło nigdy tam nie należeć, ono mogło zawsze czuć się intruzem, wreszcie, ono mogło wrócić do domu i porzucić magię, zapomnieć, nie pożałować ani przez chwilę. Ale nie mogło się nie zachwycić za każdym razem, gdy stawało u progu tego absolutu.
– Rogaty ci jeszcze nie przeszedł? F., daj spokój. Myślałam, że tylko ci się tak uwidziało przed wakacjami – Annabeth równie dobrze mogłaby mówić do siebie. Cała uwaga F. skupiona była na ścianie, do której się zbliżały. – Przecież wiesz, jaki on jest cały tylko dla Evans. Ona go w końcu weźmie, on cię nigdy nie zauważy i tyle z tego będzie.
Z przejściem na peron 9 i ¾ było tak. Wszystko rozchodziło się o całkowitą naturalność ruchu. Tłum wewnątrz dworca niewiele różnił się od tłumu, który zatorował do niego wejście. Nie zwracał uwagi na nic poza hałasem i… i zdenerwowaniem. Pierwszaki wpadały najłatwiej, nie wiedziały jeszcze, jak się nonszalancko podeprzeć, jak mimochodem wjechać wózkiem w ścianę. Skrzecząca sowa nie była dobrym pomysłem, bo wciąż przyciągała uwagę, chociaż, z racji tego, że poruszała się i nie tkwiła w jednym miejscu przez kwadrans, nie zbierała już całego batalionu gapiów.
Sowa nie sowa, rozglądanie się na boki było najgorszym, co mogły zrobić, bo wiadomo, że rozglądający się to zwykle przestępcy, a przestępców, którzy tak naprawdę nie są przestępcami albo są przestępcami dość niegroźnymi w skali przestępczości, widzi się zawsze.
– Rozchmurz się, przecież… – zaczęła Annabeth. W połowie zdania przerwało jej zaklęcie, umożliwiające dotarcie na magiczny peron. – Przecież nie musisz – podjęła po drugiej stronie – jeszcze oglądać Evans. Posadzi się ją w przedziale dla prefektów i cała podróż z głowy.
– To nie tak – odpowiedziała mechanicznie Forsythia.
Czy nie lubiła Lily tylko dlatego, że przez nią James był dla niej niedostępny? Nie. Nie lubiła Lily, bo ta była najzwyczajniej w świecie nudna i F. miała na ten temat przygotowany cały wykład, którego niejednokrotnie musiała słuchać Beth, tyle że zbyt zajęta była łapczywym pochłanianiem wszystkiego, co czekało na nią po drugiej stronie ceglanej ściany, by się w to zagłębiać.
Tak dobrze było znów się w tym zanurzyć! Forsythia już czuła mrowienie magii w koniuszkach palców, choć przecież Meade, ich współlokatorka, niejednokrotnie tłumaczyła jej, że to niemożliwe. Chociaż peron 9 i ¾ wyglądał dokładnie tak, jak reszta peronów King’s Cross, tutaj wszystko jej się podobało, tutaj wszystko było ładne. Gdyby ktoś spytał dlaczego, wcale by nie fuknęła, że przecież jest ładniejszy, nie; odpowiedziałaby, że podczas gdy mugolska część jest brudna i wyprana z życia, tutaj wszystko było pełne duszy, werwy, radości, tutaj nawet cegły czerwieniły się ze szczęścia a nie ze wstydu, jak to było po drugiej stronie.
Annabeth postanowiła nie drążyć tematu, wiedziała wszak wszystko na temat tej niechęci, którą sama przecież też czuła do panny Evans. W Lily irytowało ją wszystko, od mdłych butów po mdłe uszy, wszystko po prostu. Zamiast więc rozwodzić się na tematy nieprzyjemne, rozejrzała się po obecnych na peronie uczniach i…
– Spójrz, kto tam stoi. – Wskazała Forsythii wysokiego bruneta.
Ta z niechęcią podążyła za palcem koleżanki, spodziewając się każdego, tylko nie Jamesa Pottera. A czy ktoś poza Jamesem Potterem mógłby ją jeszcze zainteresować? Nie sądziła. Była beznadziejnie zakochana, tak beznadziejnie, że nawet topienie się w jeziorze nie wchodziło w rachubę, bo trytony z awersji do tej beznadziei z pewnością wyniosłyby ją na brzeg.
Ach, tak, jego się spodziewała. Kapitan Krukonów. Nie była nawet pewna jego imienia – Quidditch wprawdzie ją interesował, ale zbyt bała się wysokości, by kiedykolwiek spróbować, a bez aktywnej pasji do tego sportu niewiele się w środkowisku graczy dało zdziałać. Annabeth była ścigającą i dzięki temu Forsythia dobrze orientowała się w składzie własnej drużyny, ale jej edukacja nie doszła jeszcze do poziomu drużyn obcych.
Niemniej chłopak uśmiechnął się na jej widok i nawet pomachał. Od razu go sobie przypomniała. Kręcił się wokół nich pod koniec poprzedniego roku, nawet rozmawiali kiedyś przez moment w bibliotece.
– Ile ja bym dała, żeby Osbert na mnie spojrzał, ty szczęściaro, ty – rozmarzyła się Annabeth. – Szkoda, że w zeszłym roku tak go poturbowali, nie? Już wtedy by cię gdzieś zaprosił i wyleciałaby ci z głowy na durna ciągotka do Jamesa.
Forsythia spojrzała na nią z rozbawieniem.
– To nie moja liga, Beth. Ja jestem skromną dziewczyną, która…
– Która się kocha w Jamesie Potterze! F., ty moja mała hipokrytko.
Annabeth pocałowałaby przyjaciółkę w rozkoszną, głupiutką główkę, ale w ruchu było to zdecydowanie utrudnione. Już machanie, wskazywanie, rozglądanie się i niesienie kufra było wystarczająco wymagające.
– Nie krzycz tak, jeszcze cię ktoś usłyszy.
Najpierw roześmiała się Beth, potem Forsythia. Nawet jeśli jedna z nich udawała naburmuszoną, nie mogła tego robić długo. To był jeden z głównych filarów ich przyjaźni – nigdy przenigdy nie chować urazy.
– Chodź, pomogę ci z tym kufrem – powiedziała Annabeth, gdy w końcu znalazły się przy drzwiach jednego z wagonów.
To nie był byle jaki wagon. Dziewczyny kultywowały małą tradycję – co roku podróżowały do Hogwartu w tym samym przedziale. Na początku było to dość przypadkowe, ale czy serii przypadków nie można równie dobrze nazwać przeznaczeniem? Teraz nie mogły już inaczej, zresztą, jako szóstoklasistki miały już swoje sposoby przekonywania młodszych uczniaków.
– Teraz to sobie sama pomogę, cwaniaku.
W nieskończonych kieszeniach płaszcza Forsythii – które naprawdę były nieskończone, wiwat, magia! – znajdowała się również jej różdżka. Tak dobrze było w końcu zacisnąć na niej palce, stęsknione za ciepłem buzującego magią kawałka mahonia, tak dobrze było poczuć moc. Nic więc dziwnego, że zamiast nieporadnie gramolić się z ciężkimi bagażami, dziewczyna zdecydowała się na proste zaklęcie lewitacji, którego uczą przecież już pierwszaków.
Annabeth znowu się roześmiała, tym swoim perlistym śmiechem wiły i Forsythia pomyślała, że gdyby ta była blondynką, pewnie sama by ją o wiłostwo posądziła. Szybko jednak skoncentrowała się na swoim zaklęciu, magia bywała kapryśna, gdy się taki mag rozproszył, trzeba było odłożyć zachwyt na później.
Forsythia i jej bagaże weszły do pociągu pierwsze; krótko za nimi podążyła Annabeth, która wciąż nie mogła przestać mówić:
– Wiesz, świetnie by było, gdybyśmy w tym roku częściej wychodziły do Hogsmeade we dwie. Lily i tak w kółko zostawia nas dla Snape’a, a bez niej Winnie i Meade zachowują się jak bezgłowe druzgotki. Obie niby takie mądre i takie utalentowane, a to Evans musi za nie w kółko myśleć. Nudzi mnie to. Jesteśmy na tyle dorosłe, żeby je w końcu od siebie odczepić. Mam dosyć bezsensownego mielenia ozorem o zastosowaniu włosia mantikory w leczeniu łuszczycy, co to w ogóle jest łuszczyca?
– To taka choroba skóry. Nie martw się, nie jest zakaźna. Kogokolwiek leczą te dwie, na ciebie to nie przejdzie.
– Wiem, chodziło mi ra…
Nie dokończyła zdania, bo oto z ich przedziału wyskoczył jej własny, prywatny, ukochany kot. Aż pisnęła z wrażenia. Nic nie wywołuje przecież w młodej dziewczynie tak silnych emocji, jak stan ukochanego zwierzaka.
– Hildegarda! – krzyknęła, rzucając kufer na podłogę i wyciągając ręce do przestraszonej kotki. Ta dopiero po chwili zdecydowała się podejść i dać się przytulić, na tyle była rozproszona tym, co jej się przydarzyło. – Co się dzieje, kochanie? Przecież prosiłam małą, żeby odniosła cię na twój ulubiony stoliczek przy oknie. Ja się rozmówię z gówniarą, zobaczysz.
Poziom oburzenia Beth bardzo Hildegardzie odpowiadał. Była w istocie najbardziej rozpieszczoną perską kotką na calutkim świecie. Uwielbiała, gdy się do niej mówiło, a jeszcze bardziej uwielbiała, gdy się do niej mówiło o niej. Momentalnie zapomniała o tym, czego się przestraszyła; zajęła się taplaniem w morzu zachwytu nad samą sobą.
Jako że Annabeth zajęta była drapaniem kotki za uchem, to Forsythii przypadł wątpliwy zaszczyt sprawdzenia, co takiego działo się w ich przedziale. Nie miała ochoty na strojących sobie żarty młodziaków, na zmianę przedziału też resztą nie. Westchnęła ciężko, odstawiła bagaże i ruszyła w stronę nieuniknionego.
Tylko kto powiedział, że nieuniknione zawsze musi być też najgorsze?
– Black! To jest nas przedział! Co ty sobie w ogóle wyobrażasz?
To, co zobaczyło, przechodziło ludzkie pojęcie. Syriusz Black rozkładał się w brudnymi buciorami na jej siedzeniu. Jej siedzeniu. Z brudnymi buciorami. Ona nie po to odpoczywała od niego przez dwa miesiące, żeby teraz te brudne buciory…
– Wasz? A to one są jakoś podpisane czy co?
Złośliwy uśmiech zagościł na tym jego przystojnym pysku. Forsythia najchętniej rozkwasiłaby mu nos i tym sposobem pozbyłaby się i uśmiechu, i przystojnego pyska, jednak przewaga fizyczna Syriusza jej na to nie pozwalała. Nie mogła nawet do niego podejść i zmusić go, żeby wstał, gdy do niego mówi, a nie leżał rozwalony na całą długość przedziału, z brudnymi buciorami dokładnie na jej miejscu.
– Przecież… Przecież… – Starała się łapać oddech. – Siedzimy tu zawsze od naszej drugiej podróży do Hogwartu. Zawsze, rozumiesz? ZAWSZE. Bo pierwszą… Bo pierwszą spędziłam z tobą i to była najgorsza podróż w moich życiu!
Bardzo starała się powstrzymać od tupnięcia i prawie jej by się to udało, gdyby Syriusz nie postanowił rzucić jej najbardziej lekceważącego spojrzenia świata. Tego było za wiele. To zasługiwało nie tylko na tupnięcie, ale i na nerwowe przeszukiwanie kieszeni w poszukiwaniu ostrych narzędzi.
Gdyby Annabeth nie weszła wtedy do przedziału, narzędzia pewnie i znalazłyby się, bo przecież kieszenie były nieskończone. Hildegarda jednak postanowiła, że znudziło jej się siedzenie na rękach, zresztą, sama Beth zastanawiała się, gdzie zniknęła jej Forsythia. Można powiedzieć, że pojawiła się w idealnym momencie, chociaż bardziej coś odwlekała niż powstrzymywała.
– Ej, ej, ej! – wykrzyknęła elokwentnie. – Spokojnie. Lily z Lunatykiem pójdą i tak do przedziału prefektów, tak? Tak. A nas jest siódemka. Wystarczy tylko wyrzucić Meade i możemy wszyscy siedzieć razem, F., i tak jej nie lubisz.
Forsythia dyszała ciężko, jak maszyna, którą szybko rozgrzano, a potem równie szybko próbowano zgasić. Tak się też czuła, jak durna kolejka parowa, której za szybko dołożyli do pieca. Nie mogła się uspokoić. Starała się, ale ta przystojna morda Blacka…
– Nie daj się prosić – powiedział złośliwie, patrząc jej prosto w oczy. – Forsey-Dorsey.
Tego było za wiele.
Zdecydowanie za wiele.
Zanim zastanowiła się nad tym, co robi, zaczęła z kieszeni wyciągać wszystko, co wpadło w jej ręce – papierosy, zapalniczkę, starego Timesa, paczkę gumy do żucia, pluszowego chomika młodszego brata, po prostu wszystko – i rzucać tym po prostu wszystkim w Syriusza. Ten zerwał się z miejsca, bo choć przedmioty te nie bardzo mogły go zranić, cała sytuacja była, delikatnie to ujmując, co najmniej upokarzająca. W jednym susie doskoczył do Forsythii i zawarczał jej prosto w twarz:
– Co ty sobie wyobrażasz, wariatko?
Ona wcale nie pozostała mu dłużna:
– Co ja sobie wyobrażam? Co ja? Sam jesteś wariat! Co sobie wyobrażasz, wariacie?
Mogli tak godzinami i Annabeth doskonale o tym wiedziała. Dlatego wycofała się razem z Hildegardą na korytarz, pozostawiając ich samymi sobie. Nawet Brando był spokojniejszy, korytarze pociągu do Hogwartu były mu zdecydowanie bliższe, zresztą, bał się perskiej kotki i nie odważyłby się w jej obecności na żadne ekscesy.
Chociaż Annabeth nie miała nic przeciwko obserwowaniu widoków za oknem, które przy aktualnym położeniu pociągu stanowiły li i wyłącznie ceglaną ścianę i parę metalowych umocnień, o tyle przeciskający się przez nią, dwa kufry, sowę i kota uczniowie nie podobali jej się już tak bardzo. Dlatego ucieszyła się, gdy po niespełna dwóch minutach pojawił się James. Przez to, że Forsythia i Syriusz zawsze wymykali się im spod kontroli, łączyła ich szczególna więź dwóch starych panien, które niańczą cudze dzieci.
– Co się dzieje? – spytał, podchodząc bliżej.
Annabeth mruknęła coś o tym, że to, co zwykle i głową wskazała mu drzwi do przedziału z furiatami. Rogaty swoim zwyczajem przeczesał palcami swoje ciemne włosy, tym gestem i paroma zmęczonymi spojrzeniami odwlekając swoją interwencję. Wakacje kończyły się w tym roku wyjątkowo szybko.
Za każdym razem było dokładnie tak samo. Forsythia i Syriusz kłócili się o wszystko, chociaż, jeśli miał być szczery, to jego przyjaciel prowokował większość z tych spięć. O co pokłócili się na początku – tego nie wiedział nikt. Łapa nie pisnął o tym nawet słówkiem, a kiedy raz spytał o to Annabeth, usłyszał:
– Nie wiem, Rogaty. Naprawdę nie wiem. F. nigdy mi o tym nie opowiedziała. To musiało być coś, wiesz, ja o niej wiem wszystko. Nawet takie głupstwa jak to, że w trzeciej klasie w tajemnicy nadmuchała sobie duży palec u nogi i musieli go cztery godziny nakłuwać, żeby to zeszło. Nawet takie głupstwa. A tego nie i już.
Dawno pogodził się już z myślą, że tak będzie zawsze, ale gdzieś tam w głębi ducha wierzył, że jeśli wyciągnąłby od nich ten sekret, te małe kłótnie też by w końcu ustały. Tylko co jeśli nawet oni nie pamiętali, o co poszło?
Gdy tylko go zobaczyli, wykrzyczeli w pełnej synchronizacji, jak zawsze:
– To on!
– To ona!
Potem nastąpiło też jak zawsze:
– Powiedz mu coś!
– Powiedz jej coś!
A potem znowu zaczęli się kłócić i przekrzykiwać, zdenerwowani tym, że powiedzieli to samo, sfrustrowani swoim podobieństwem i przekonani, że to pierwsze parodiuje to drugie i to drugie parodiuje to pierwsze.
James wiedział, że najlepszym, co można zrobić w tej sytuacji, to przeczekać. Zawołał się do siebie Annabeth i pomógł jej z kuframi. Potem rozsiadł się wygodnie na siedzeniu i czekał.
Czekał.
Czekał.
Wkrótce dołączył do nich Peter, o którym zawsze wszyscy zapominali, a po nim oplotkowane już przecież Meade z Winnie. Na początku było dojść miejsca, by wszyscy usiedli, wszak Syriusz i Forsythia stali, drąc się na siebie i ignorując całe swoje otoczenie. Nie była to najwygodniejsza konfiguracja, ale czy można było temu zaradzić?
Pociąg ruszył, a oni wciąż swoje i swoje. Wakacje się skończyły, jak powiedział James. Witaj rzeczywistości. Witaj roku szkolny.
W końcu nastąpił przełom. Nikt nie wiedział, co takiego powiedział Syriusz, bo nikt tak po prawdzie tego nie słuchał. Nie powinno się mieć nawet pewności, że Forsythia go słuchała, tak zaślepiona była złością. Czy to było ważne? Grunt, że przełom nastąpił, Syriusz oberwał jeszcze resztką zakupionych wczoraj rodzynków w czekoladzie i Forsythia usiadła.
Usiadła na swoim miejscu, oczywiście, skrzyżowała ręce na piersi, oczywiście i ostentacyjnie wyjrzała przez okno, też oczywiście. Syriusz stał przez chwilę nad nią, jakby czekając, że się przesunie. Nie przesuwała się. Nie miała zamiaru się przesuwać.
– Glizdek, idź sprawdzić, czy cię nie ma z Remusem – warknął w końcu, wciąż patrząc na Forsythię.
– Ale Remus jest prefektem i…
– Glizdek! Żebym ja nie musiał drugi raz powtarzać!
Odwrócił się gwałtownie i chyba ten gest ostatecznie przekonał Petera do posłuszeństwa. W innej sytuacji Forsythii byłoby go żal, nie znosiła bowiem tego, z jaką pogardą Syriusz czasami do niego podchodził. Teraz jednak zbyt była skoncentrowana na ignorowaniu Blacka, by wstawić się za kolegą.
Kiedy Syriusz zwalił się ociężale na miejsce naprzeciwko Forsythii, siedzący w klatce nad jego głową Brando aż zaskrzeczał z niezadowolenia. Dobrze, że wygrzewająca się na słońcu Hildegarda machnęła na niego ogonem, bo wszystko, razem z tym rokiem szkolnym, zaczęłoby się na nowo jeszcze raz i jeszcze raz, i jeszcze raz, i jeszcze…