Forsycja (czerwona): rozdział pierwszy

Od rana miałam wrażenie, że o czymś zapomniałam – pewnie tak było, zwykle tego rodzaju wrażenia były prawdziwe – ale tym czymś na pewno nie był Marlon. Wydawał z siebie smętne pohukiwania, kiedy jadłam śniadanie i wrzucałam ostatnie, pominięte wczoraj szpargały do kufra. Dziobał klatkę, kiedy jechałam na King’s Cross. Teraz, kiedy stałam tuż obok peronu dziewiątego, nieustannie trzepotał skrzydłami i zwracał na mnie uwagę przechodniów.
W końcu to nie tak, że na dworcu widywało się wiele osób z sowami.
Oczywiście pierwszego września wszystko wyglądało odrobinę inaczej, a pohukiwanie dochodzące z tego czy tamtego wózka na bagaże jakby umykało uwadze mugoli. Na ogół. Nie było to regułą, kiedy źródło pohukiwania rozbijało się o pręty klatki i najwyraźniej chciało zakosztować wolności. Nie wiedziałam, jakie są szanse na to, że Marlon sam trafi do Hogwartu, ale wolałam nie ryzykować. Nie zawsze dobrze się ze sobą dogadywaliśmy; miałam nawet wrażenie, że w jego oczach zawaliłam jakiś test, który każdy powinien przejść, jeśli ma dostąpić zaszczytu korzystania z pocztowych usług Marlona. Może po prostu trafiłam na wyjątkowo ślizgońską sowę.
Rozważałam zapalenie papierosa, ale rozwścieczyłoby Marlona jeszcze bardziej – albo dlatego, że sam chciałby zapalić, albo dlatego, że przeszedł szybki kurs krzewienia zdrowego stylu życia. Nigdy nie wiadomo, czym sowy zajmują się w wolnym czasie. Oczywiście palenie rozzłościłoby też Meade, która z całą pewnością nie chciała zapalić i z równym powodzeniem mogłaby być autorką kursów poświęconych zdrowemu trybowi życia. Tyle że Meade tu nie było, choć zawsze na każde spotkanie przybywała za wcześnie. Annie twierdziła, że to dlatego, że Meade nie ma nic lepszego do roboty. To było okrutne. Prawdziwe, ale okrutne.
Zanim jednak sięgnęłam do torebki, zauważyłam wśród tłumu ciemną czuprynę Annie. Ciężko było ją przeoczyć – może nie tyle samą czuprynę, ile samą Annie. Annabeth Fudge był najśliczniejszym stworzeniem, jakie kiedykolwiek chodziło do Hogwartu, jak zgodnie twierdzili wszyscy chłopcy. Nie byłam pewna, czy powinnam jej za to nienawidzić. Przez pięć lat wspólnego zajmowania dormitorium miałyśmy swoje różnice, ale zwykle potrafiłyśmy je pokonać i dogadywałyśmy się wręcz znakomicie. Nie przeszkadzało mi to jednak zastanawiać się, czy gdybym była tak ładna jak Annie, to udałoby mi się umówić z jednym jedynym chłopakiem, z którym naprawdę chciałam się umówić. Chociaż w tym przypadku odniosłabym sukces raczej wtedy, kiedy wyglądałabym jak inna z moich współlokatorek.
– Co zrobiłaś Marlonowi? – zapytała Annie w ramach powitania. – Ciska się, jakbyś go napoiła kawą.
– Nie dałabym sowie kawy! – udałam oburzoną. Annie nigdy nie zaakceptowała mojego ulubionego napoju i była gotowa obwiniać go o każdą moją nadpobudliwość. Najwyraźniej o nadpobudliwość mojej sowy też.
Annie uśmiechnęła się do mnie – chyba nie protekcjonalnie, a przynajmniej taką miałam nadzieję – i kucnęła przy klatce z Marlonem. Oczywiście jej kotka, Hildegarda, siedziała spokojnie w koszyku i obrzucała świat pogardliwym spojrzeniem. Oczywiście. Annie zaczęła coś szeptać i włożyła palec do klatki. Miałam nadzieję, że Marlon jej nie dziobnie, musiałabym słuchać o jej kontuzji do końca podróży. Chociaż…
Ale nie, Marlon jej nie dziobnął. Annie wyprostowała się i poprawiła okulary przeciwsłoneczne, które spoczywały na czubku jej głowy. Marlon patrzył na nią z uwielbieniem.
Chyba jednak troszeczkę jej w tej chwili nienawidziłam.
– Jak minęły wakacje? – zapytała, błyskając w moim kierunku garniturem prostych, białych zębów, które ładnie kontrastowały z jej opalenizną.
– Nieźle – odpowiedziałam zdawkowo. Kiedy ma się trójkę młodszego rodzeństwa nieźle to najlepsze, na co można czasami liczyć. – Byliśmy nad morzem – dodałam.
– Och, my też! – rozpromieniła się Annie. – Lazurowe Wybrzeże jest takie piękne. Do ostatniej chwili nie byłam pewna, czy tacie uda się załatwić świstoklika, wiesz, jak ciężko bywa z tymi międzynarodowymi…
Kiwnęłam głową. Nie miałam pojęcia.
– Na szczęście się udało. O, patrz, Meade! Widzisz gdzieś jej brata? – zapytała, zapominając na chwilę o całym Lazurowym Wybrzeżu. Nie mogłam jej się dziwić. Trenton Wright był facetem, dla którego można zapomnieć nawet o Lazurowym Wybrzeżu.
Zerknęłam w kierunku, który wskazała.
– Wygląda na to, że jest sama. Może Trenton zgubił się gdzieś po drodze?
Annie posłała mi spojrzenie, które sugerowało, że byłam idiotką, bo tylko idiotka mogła pomyśleć, że ktoś tak wspaniały i mądry jak Trenton zgubiłby się na dworcu. Uśmiechnęłam się do niej krzywo. Kiedy chodziło o Wrighta, Annie traciła całe poczucie humoru.
– Meade, kochanie, jak wakacje? – zapytała, kiedy Meade była dostatecznie blisko, by nie trzeba było do niej krzyczeć.
Meade nie była opalona. Ba, przy Annie wyglądała na jeszcze bledszą niż zwykle. Jej długie, jasne włosy były – jak zawsze – zaplecione w warkocz, a ubranie, które wybrała panna Wright, do złudzenia przypominało szkolny mundurek, choć z całą pewnością nim nie było. Annie – z jej opalenizną, pieczołowicie zakręconymi lokami i krótką sukienką w czerwono-żółte kwiaty na białym tle – zupełnie do nas nie pasowała. Ja sytuowałam się bowiem gdzieś pomiędzy nimi dwiema; miałam na sobie pasiastą, czerwono-żółtą bluzkę, którą mama kupiła mi wiosną (twierdziła, że skoro mam w pokoju proporczyk w tych samych kolorach, to na pewno marzę i o bluzce), i czarne spodnie, które wyglądały dostatecznie dobrze, bym mogła stawić w nich czoła całemu światu. Kto wie, gdybym kiedykolwiek miała wybierać spodnie, w których stawię czoła światu, może faktycznie wybrałabym te. Nie miałam jednak czasu zrobić nic z włosami, więc brązowe kosmyki opadały mi na ramiona w czymś, co mogłoby zostać uznane za artystyczny nieład, gdyby ktoś miał dostatecznie dużo dobrej woli.
– Przerobiłam już materiał na ten semestr zaklęć – powiedziała Meade z niespotykanym jak na nią entuzjazmem.
Annie nieco zrzedła mina. Nie interesowała się nauką, kiedy – technicznie rzecz biorąc – były jeszcze wakacje.
– Och, to musiało być ciekawe – odpowiedziała jednak, posyłając Meade szeroki uśmiech.
– O tak – zapewniła Meade i zaczęła mówić o nowej technice kontroli ruchów nadgarstka, jakby było to najwspanialsze, o czym w życiu słyszała.
Zaczęłam grzebać w torebce. To zdecydowanie był moment, żeby zapalić. Nawet jeśli miałam rzucić, zanim pojadę do Hogwartu. Nie miałam pewności, czy skrzaty nie rewidują naszych szafek. Nie miałam odwagi zapytać Meade, choć z całą pewnością wiedziałaby o skrzatach wszystko. Byłam jednak pewna, że usłyszałabym też długi i wyczerpujący wykład na temat szkodliwości palenia. Czasem lepiej zaryzykować.
Ledwie zdążyłam odpalić papierosa i raz się zaciągnąć, a już poczułam na sobie karcące spojrzenia trzech par oczu. Nawet Marlon był przeciwko mnie.
– Ostatni już… – mruknęłam, a potem rozejrzałam się po dworcu. – Może powinnyśmy wejść na peron.
– Wtedy Fred i Lily nas nie znajdą – odpowiedziała Meade.
– Jesteśmy w tłumie, jakie są szanse, że znajdą nas tutaj? – zapytałam.
– Rzucamy się w oczy – zapewniła mnie Annie, a potem zaczęła podskakiwać. Kilka lub kilkanaście głów odwróciło się w jej stronę. Być może ludzie z tak głębokim dekoltem nie powinni tak żywiołowo podskakiwać, ale Annie albo na to nie wpadła, albo nie tylko na to wpadła, lecz także postanowiła to wykorzystać do własnych celów.
W końcu dotarły do nas Lily i Fred, które wpadły na siebie w innej części dworca i zdążyły jeszcze pójść do sklepu po ciasteczka.
– Trochę przypominają kociołkowe pieguski, ale to zupełnie coś innego – zapewniała Lily. – Pokochacie je, jak tylko spróbujecie. Prawda, Fred?
Fred pokiwała głową i utkwiła wzrok w swojej prawej stopie. Miałam ochotę poklepać ją po plecach, ale nie byłam pewna, jak zareaguje na tak niespodziewany kontakt. Fred była jedną z najbardziej nieśmiałych osób, które znałam, i często wyglądała, jakby chciała zniknąć. Teraz miała na sobie bluzkę na tyle za dużą, że z równym powodzeniem mogła rozpocząć już proces znikania. Zastanawiałam się, czy to kolejna z bluzek jej mamy. Fred przyznała się kiedyś, że ograbia mamę z bluzek, bo są o wiele ładniejsze od tego, co zwykle widuje w sklepach. No i oszczędzało to Fred wizyt we wspomnianych sklepach, więc z jej perspektywy taki stan rzeczy miał same plusy. Nie byłam pewna, co na to jej mama, ale pewnie zdążyła się już pogodzić z faktem, że każda szara, czarna lub brązowa bluzka, którą kiedykolwiek kupi, prędzej czy później trafi do szafy jej córki.
Lily odpakowała ciasteczka i podsunęła je każdej z nas pod nos. Musiała zrobić coś w rodzaju powolnego piruetu, a biała sukienka zakręciła się wokół jej kolan. Nie byłam pewna, kiedy Lily zdążyła pogodzić się z bielą, której kiedyś szczerze nie znosiła, ale najwyraźniej była to daleko idąca ugoda, bo na głowie miała zrolowaną apaszkę, która zastępowała przepaskę. No i, jak zawsze, promieniała od niej jakaś radość, która prawie skraplała się na ciasteczkach. Czasami zastanawiałam się, jak można być tak nieustannie radosnym i nie zwariować.
– Dzięki – powiedziałam, dopalając papierosa.
Ciasteczko nie wyglądało szczególnie interesująco, ale kiedy już zgasiłam peta (kolejne potępiające spojrzenie od Meade) i wgryzłam się w nie, okazało się naprawdę dobre. Pochwaliłam gust Lily, podobnie jak uczyniła reszta naszej małej grupy.
– Brando może jeść ciasteczka, prawda? – upewniła się Lily, choć kucnęła już przy klatce i wiedziałam, że niezależnie od tego, co powiem, Marlon zaraz dostanie ciasteczko.
– Jasne.
Lily wsunęła kawałek ciasteczka do klatki, a Marlon zahukał z wdzięcznością. Mały zdrajca, najwyraźniej udawał, że przez miesiąc nic nie jadł. Lily zrobiła minę; tę samą, która pojawiała się na jej twarzy, ilekroć patrzyła na jakieś zwierzę, które Kettleburn przyprowadzał na opiekę. Nie znosiłam tej miny.
– Jaki on uroczy! – zaćwierkała Lily.
Pokiwałam głową. Słowo daję, czasami moja sowa była bardziej popularna ode mnie.
– Skoro już jesteśmy wszystkie, to może chodźmy na peron – zaproponowała Meade, która chyba też miała dość ochów i achów, które spływały na Marlona.
Nikt nie odpowiedział, ale każda z nas złapała własny kufer i, na tyle dyskretnie, na ile było to możliwe, przeszłyśmy przez barierkę. Pewnie nie miało to nic wspólnego z dyskrecją, ale nie sądzę, by mugole coś zobaczyli. Zastanawiałam się, czy gdybym była tam, gdzie teraz byli oni – gdybym przechodziła obojętnie obok tej barierki, zajęta swoimi sprawami – to czy zauważyłabym zniknięcie piątki osób. Może nie. Może nigdy nie zauważałabym niczego, całe życie przekonana, że magia istnieje tylko w książkach.
Czerwona lokomotywa wyglądała dokładnie tak samo jak co roku i w dziwny sposób ten widok mnie uspokoił. Byłam tu, przeszłam przez barierkę. Magia istnieje. Po raz szósty zyskałam pewność, że tu pasuję, że powinnam tu być. Nie mogłam się nie uśmiechnąć. Oczywiście dokładnie w tym samym momencie w moim polu widzenia znalazł się Osbert Runcorn, siódmoroczny Krukon, z którym w zeszłym roku kilka razy rozmawiałam na tematy niezwiązane z nauką. Jak na Krukona, Osbert był naprawdę otwarty na tematy niezwiązane z nauką. Patrzył na mnie, jakby to, co mówiłam, było niezwykle ciekawe i jakby nigdy nie spotkał bardziej interesującej osoby. Potem jednak oberwał tłuczkiem w czasie meczu z Gryfonami i na dłużej wylądował w skrzydle szpitalnym, nie byłam nawet pewna, czy udało mu się zdać egzaminy. Najwyraźniej jednak tak, skoro był tu dziś i rozmawiał z Trentonem.
Osbert odpowiedział na uśmiech, który nie był wcale adresowany do niego, ale może – może – gdybym wiedziała, że tam stoi i że odpowie na mój uśmiech, to mogłabym się uśmiechnąć i do niego.
– Nie mogę się doczekać, kiedy zdejmę te buty – powiedziała Annie wsiadając do wagonu. Jej głos przywołał mnie do rzeczywistości. – Są śliczne, ale chodzenie w nich to prawdziwy koszmar.
Zatrzymała się i pomachała w naszą stronę stopą obutą w coś białego z wysokim obcasem. Wyglądało dość niewygodnie i nie miałam pojęcia, czemu Annie zdecydowała się to założyć.
– Mam nadzieję, że nasz przedział będzie wolny – powiedziała Meade, całkiem ignorując buty Annie.
Annie prychnęła cicho, ale dodała:
– Niechby tylko któryś pierwszoklasista spróbował go zająć! Przecież to nasz przedział, tu się poznałyśmy. No, część z nas.
Przewróciłam oczami. Annie miała naturalne ciągoty do szukania ludzi, którzy byliby skłonni słuchać jej trajkotania i przytakiwać, ilekroć coś powie, toteż kiedy jako jedenastolatka znalazła przedział z Meade, Fred i jakąś Puchonką (która do dziś, ilekroć widzi Annie, rozgląda się za jakąś drogą ucieczki) – poczuła, że znalazła swoje miejsce na ziemi. Lily podróżowała z Severusem, tym Ślizgonem, z którym przyjaźniła się aż do zeszłego roku. Jeśli o mnie chodzi… zaliczyłam wtedy najgorszą podróż mojego życia i wolałam już do końca życia trzymać się trajkotania Annie, książek Meade, radości Lily i Fred, która… no, głównie siedziała pod oknem i próbowała spać. Fred nie była duszą towarzystwa i niejednokrotnie łatwiej było się porozumieć z Zającem, należącym do niej królikiem.
W każdym razie od końca pierwszej klasy podróżowałyśmy wspólnie w ostatnim przedziale drugiego wagonu i żadna z nas nie planowała tego zmieniać.
Tyle tylko, że teraz Annie zatrzymała się przed drzwiami do naszego przedziału i powiedziała:
– Co tu robisz?
Przez moment wydawało mi się, że mówi do Fred, której obecności mogła nie zauważyć, ale szybko zdałam sobie sprawę, że chodzi o kogoś, kto – najwyraźniej – siedzi w naszym przedziale. W naszym przedziale!
– Syriuszu, dobrze wiesz, że to nasz przedział – powiedziała Annie, a mi przypomniała się moja pierwsza podróż do Hogwartu.
Nigdy, nawet gdyby ktoś płacił mi sto galeonów, nie zgodziłabym się powtórnie jechać w tym samym przedziale co Syriusz Black. Nigdy.
– Nie zmieścimy się wszyscy – powiedziała Annie w stronę przedziału, a ja byłam pewna, że Syriusz zaproponował, żebyśmy pozwoliły mu zostać w naszym przedziale. Za nic w świecie. To w końcu był nasz przedział.
Annie zachichotała i rzuciła nam rozbawione spojrzenie. Naprawdę żałowałam, że nie słyszałam, co Syriusz mówił – nie żebym chciała słuchać tego bubka, ale odpowiedzi Annie i jej chichot byłyby o wiele bardziej zrozumiałe.
– No nie wiem, może Forsythia by się zgodziła? – Annie znów zachichotała, a ja poczułam, że chyba jednak nienawidzę jej bardziej niż troszeczkę.
– Co ja? – mruknęła. Nie lubiłam, kiedy ludzie decydowali za mnie.
– Syriusz zaproponował, żebyśmy wspólnie jechali do Hogwartu. Najwyraźniej w ich przedziale doszło do jakiegoś wybuchu… No wiesz, tajemniczego wybuchu. – Znów zachichotała. – Mogłabyś mu usiąść na kolanach, wtedy wszyscy byśmy się zmieścili.
Spojrzałam na Annie z niedowierzaniem.
– Może ty powinnaś to zrobić, skoro przez połowę piątej klasy robiłaś wszystko, żeby się na te kolana dostać – warknęłam.
Annie znów zachichotała, jakbym opowiedziała najlepszy żart świata. Miałam jej dość. Gdybyśmy nie znajdowały się w wąskim korytarzu, a miedzy nami nie stały Fred i Lily, mogłabym wbić jej różdżkę w żebra i powiedzieć parę ciepłych słów.
– Jaki wybuch? – zapytała Lily, marszcząc przy tym czoło. Najwyraźniej odezwał się w niej instynkt prefekta.
Syriusz tymczasem postanowił wychylić głowę z naszego przedziału i posłać nam jeden z tych uśmiechów, od których mdlała połowa Hogwartu.
– Nic poważnego – zapewnił ją. – Po prostu ktoś nie zachowywał należytej ostrożności z substancjami, które wymagają należytej ostrożności.
Lily uniosła brew.
Syriusz dalej się uśmiechał, ale nie powiedział ani słowa więcej.
Bezradnie wbiłam wzrok w przedział obok, który był pełen Puchonów. Na oko drugorocznych. Może z nimi byłoby przyjemniej?… Chociaż nie, nie istniał żaden powód, żebym rezygnowała z naszego przedziału. Do cholery, był nasz!
– Może w takim razie winowajca wykorzysta zaklęcia sprzątające czy naprawiające i zajmie się waszym przedziałem, żebyście mogli zostawić nasz w spokoju? – zapytałam, starając się pohamować narastającą złość.
Syriusz posłał mi kolejny czarujący uśmiech, który ani trochę na mnie nie działał, a potem z wypracowaną nonszalancją odgarnął z czoła parę opadających, czarnych kosmyków. Pewnie poświęcił dziś o wiele więcej czasu na stylizację włosów niż ja. I jeszcze miał czas zajmować cudze przedziały. Dupek.
– Wszyscy jesteśmy Gryfonami, powinniśmy zacieśniać więzy i podróżować wspólnie – powiedział.
– Nie mam zamiaru, już raz to przeżyłam i to była najgorsza podróż w moim życiu! – przypomniałam mu.
Syriusz odwrócił wzrok, ale byłam pewna, że przewraca oczami. Absolutnie pewna.
– To było dawno.
– Nie dość dawno, żebym ponownie dała się zamknąć na parę godzin w ciasnym przedziale z tobą.
– Ale Forsy-Dorsy…
– Nie nazywaj mnie tak!
Oczywiście dokładnie w tym momencie po przeciwnej stronie korytarza zjawił się James Potter. Nie byłam pewna, ile z tej wymiany zdań słyszał, ale przez kilka sekund miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Nawet jeśli miałam rację co do tego, kto powinien siedzieć w przedziale – a miałam! – nie chciałam, żeby James to wszystko słyszał.
James jednak podrapał się tylko po czarnych, rozczochranych włosach i spojrzał na nas niepewnie. W końcu jednak uśmiechnął się promiennie, a ja zdałam sobie sprawę, że to nie do mnie adresowany jest jego uśmiech. Po prostu zobaczył Lily. Oczywiście. Czemu miałby uśmiechać się do mnie.
– Coś się stało? – zapytał w końcu, najwyraźniej uznając, że lepiej udawać, że niczego nie słyszał. Nie mogłam mu się dziwić. Też bym ignorowała wszystko, co mówił Black.
– Drobne nieporozumienie – zapewniła Annie.
– Co się stało z waszym przedziałem? – zapytała spokojnie Lily. Miała minę kogoś, kto wie, że zaraz weźmie udział w czymś bardzo nieprzyjemnym, ale nie ma pojęcia, jak mógłby tego uniknąć.
– Nie musisz się tak o nas troszczyć, Lily – odpowiedział, posyłając jej uśmiech, który na nim wyglądał o wiele lepiej niż na Syriuszu. – Drobny wypadek, ale wszystko jest pod kontrolą, Glizdek właśnie zaciera śl… Wszystko jest pod kontrolą.
Lily zmrużyła oczy, ale najwyraźniej uznała, że czasem lepiej nie zadawać zbyt wielu pytań, a póki nie znajdzie się w Hogwarcie, nie musi pełnić obowiązków prefekta. Gdyby to Meade dostała odznakę – zaprowadziłaby tu należyty porządek.
Chciałam coś wtrącić do rozmowy, ale nie wiedziałam, co mogłabym powiedzieć, by było odpowiednio stanowcze i nie obrażało Jamesa. Możecie zostać, ale bez Blacka? Chyba by nie przeszło.
– To co, możemy się dosiąść? – zapytał James. – Nie będziemy nikomu przeszkadzać i kupimy kociołkowe pieguski dla wszystkich.
– Och, ciasteczka, jak cudownie – zachichotała Annie, a ja miałam ochotę ją zdzielić.
– Nie zmieścimy się – zauważyła Meade. – To przedział sześcioosobowy – dodała, gdyby James nie zdążył tego detalu zarejestrować przez sześć lat.
James zmarkotniał i zrobiło mi się go szkoda. Może naprawdę ten szczegół mu umknął?
– Oczywiście mamy tu dwójkę prefektów, którzy mają zarezerwowane miejsca w specjalnym przedziale – kontynuowała Meade.
– Nie możemy skazywać Lily na towarzystwo Ślizgonów – syknęłam. Potem jednak przypomniało mi się, że przecież przez pięć lat przyjaźniła się z jednym. Postanowiłam, że będzie lepiej, jeśli już się nie odezwę. – I tak byśmy się nie zmieścili – dodałam jeszcze. W końcu nie można zamilknąć po czymś takim jak ostatnie zdanie, które mi się wyrwało.
– Zmieścimy się – zapewnił James, rozglądając się po nas i szukając kogoś, kto przejawiałby taki sam optymizm. Syriusz i Annie uśmiechnęli się entuzjastycznie.
– To bez sensu, nie warto jechać w takim ścisku – oświadczyła Meade. – Pójdę usiąść z Trentonem, i tak muszę doczytać podręcznik do transmutacji.
Meade była jedną z najlepszych czarownic na naszym roku, ale transmutacja zawsze była jej piętą achillesową. Zdała suma na P, ale kosztowało ją to wiele wysiłku.
– Nie, nie, miałaś zostać z nami i opowiedzieć o tych wszystkich eliksirach, o których czytałaś w wakacje! – zaprotestowałam.
Nikt mnie nie poparł, a Meade wzruszyła ramionami.
– Mogę ci opowiedzieć po uczcie, jeśli naprawdę chcesz posłuchać.
Nie chciałam, ale wydawało mi się, że to jedyny argument, który może ją przekonać.
Nie przekonał.
Po paru roszadach związanych z przeciskaniem się przez korytarz, lewitowaniem kufrów i rzucaniem błagalnych spojrzeń w stronę pleców nieugiętej Meade zajęłam miejsce pod oknem. Moje miejsce w moim przedziale. Tak, jak chciałam.
Problem w tym, że na wprost mnie siedział najbardziej irytujący człowiek, jakiego znałam.
Po raz pierwszy żałowałam, że nie jestem taka jak Fred, ale raz – choć raz – spróbuję się na niej wzorować. Zamknęłam oczy i przycisnęłam czoło do szyby. Może jeśli będę ignorować Syriusza dostatecznie długo, to zniknie? Zastanawiałam się, kto bawi się lepiej: Lily z Remusem w przedziale dla prefektów, Meade z książką do transmutacji, Fred udająca, że śpi tuż obok mnie, czy Annie, zaśmiewająca się z czegoś sztucznie między Syriuszem a Jamesem. Każda z nich znajdowała się w lepszym położeniu niż ja.
Wyciągnęłam nogi, kopiąc Syriusza w piszczel. Syknął, ale nic nie powiedział, chociaż musiał wiedzieć, że zrobiłam to specjalnie. Nie powiedziałam nic, tylko dalej starałam się udawać, że śpię. Nie miałam pojęcia, jak Fred mogła spać w pociągu. Było mi niewygodnie i wcale nie byłam śpiąca, ale wiedziałam, że gdybym otworzyła oczy… Nie, nic z tego. Nie miałam zamiaru nawet patrzeć na Blacka. On najwyraźniej też nie był w nastroju do patrzenia na kogokolwiek, bo poczułam kopnięcie w mój własny piszczel, a potem, kiedy lekko uchyliłam oczy i spojrzałam na niego przez rzęsy, zorientowałam się, że on też udaje, że śpi. Żadne z nas nie miało najwyraźniej ochoty patrzeć na to drugie ani na nikogo innego z obecnych w przedziale.
To będzie długich kilka godzin.

Forsycja (czerwona): rozdział pierwszy