trzy.

Maj zielenił się wokół nich i zielenił się w nich; rozkwitał pąkami na okolicznych drzewach, piękniał, stroił się w swoje najlepsze szaty, ale to mu nie wystarczało, to było za mało, musiał sięgnąć i po nich dwóch, a potem i po całą resztę, i na nowo rozkwitnąć w ludziach nadzieją. Pierwsze dni tej prawdziwej wiosny były piękne swoją zuchwałością, swoim słońcem, swoim przekonaniem o własnej wspaniałości – a temu przecież nie można się było przeciwstawić. Wszyscy żyli więc jakimś szczęściem niepojętym, jakimś szczęściem urojonym, bo nawet jeśli świat się dla nich kończył, to narkotyczny, zieleniejący maj pozwalał im tego nie zauważać.
Regulus przeżywał ostatnie szczęśliwe dni swojego życia. Jeszcze nie wiedział, że umrze, jeszcze szalona myśl przeciwstawienia się nie urodziła się w jego głowie. I chociaż z każdym dniem był jej coraz bliższy, chociaż ona pchała się na świat, tłukąc podbrzusze jego świadomości malutkimi piąstkami, kopiąc je z bezwzględną potrzebą zadawania bólu malutkimi stópkami, Regulus tak naprawdę nigdy wcześniej nie był równie daleki śmierci. Wszystko w nim wyło z miłości do istnienia. To maj, właśnie maj, dziki, nieokiełznany, ale też zniewalający swoim urokiem. To maj mu na to pozwolił.
Chociaż nigdy sam by się do tego nie przyznał, jednym z powodów jego radości był brak Barty’ego. Maj żył quidditchem, a Barty żył wszystkim, co quidditchem nie było; dlatego każdy okres intensywnych treningów był dla Regulusa właśnie taką chwilą wytchnienia, oazą spokoju w świecie pełnym niestabilności i ciągłej potrzeby akceptacji. Ostatnio nawet bardziej niż zwykle – bo przecież ilekroć patrzył na Barty’ego, ilekroć z nim rozmawiał, ilekroć słyszał jego kroki w oddali, przypominał sobie o tym, o czym tak bardzo chciał przecież zapomnieć, i ogarniało go nagłe poczucie beznadziei tak silnej, że nawet maj na chwilę tracił nad nim władzę.
Dobrze było znów być wolnym i oddychać powietrzem, a nie niechcianą obietnicą, od której nie można było uciec. Leżeć na płycie boiska i czuć pod palcami wilgotną od rosy trawę, bo przed ostatnim meczem w sezonie treningi zaczynały się wraz ze wschodem słońca. Z przymkniętymi oczami wdychać zapach natury, świata, poranka, wszystkiego, co nie jest wyrzutem sumienia. Być samym ze sobą, pomimo przechwałek Octaviana, które niby gdzieś tam istniały, gdzieś tam stawały się prawdziwe, ale nie mogły dotrzeć do Regulusa, nie w tych rzadkich chwilach absolutnego oczyszczenia.
Noce też bywały przyjemne; w maju Regulus prawie nie sypiał, ale zupełnie mu to nie przeszkadzało, skoro mógł pobyć sam na sam własną istotą, pozbawiony nie tylko balastu Barty’ego, lecz także własnych, niepokojących myśli. Czasem zdarzało się, że Eugene, zawsze pierwsza, zawsze przed czasem, znajdowała Regulusa wtulonego z ufnością w sportową szatę, ułożonego gdzieś pomiędzy trzecim a siódmym rzędem trybun i, wzruszona jego dziecięcą przecież twarzą, jego dziecięcą przecież ufnością śpiącego, składała na jego policzku matczyny niemal pocałunek, starając się go nie zbudzić, podarować mu odrobinę więcej samotności, odrobinę więcej nieświadomości. Takie małe, piękne chwile, tym był maj dla Regulusa.
Moglibyśmy się zastanowić, co w tym czasie robił Barty; moglibyśmy pogrążyć się w jego otchłaniach odrzucenia, w wyrzucie, że i Regulus, i Eugene go opuścili, i skazali na zadawanie się z zamkowymi nieistotnościami. Moglibyśmy, ale jaki byłby tego sens? Jeszcze będziemy mieli dość czasu na to, by żyć w głowie opuszczonego Bartemiusza, jeszcze zadusimy się jego cierpieniem.
Regulus był już prawie u końca swej drogi.
To prawda, że Barty sięgał właśnie po władzę i potęgę. To prawda, że z punktu widzenia opowiadającego historię to, co działo się z Regulusem w tych ostatnich chwilach jego błogości, jest nudne i niegodne niczyjej uwagi. Ale o ile bardziej wartościowa niż stutysięczne marzenie burzyciela porządku świata była trawa pod jego palcami! Barty mógł burzyć, co tylko chciał. Gonił przecież jedynie za chimerą, za cieniem tego, czego nigdy nie będzie. Regulus wraz z zapachem poranka wdychał istotę istnienia.
W tym przypływie człowieczeństwa, niespodziewanym przecież, a więc i trudnym do odrzucenia, próbował nawet odnaleźć w Perse coś więcej niż szmacianą lalkę. Maj obudził w nim fałszywą nadzieję, że może uda się ich uratować, że może mogliby być… Regulus, który niezwykły był przecież brać wszystko za dobrą monetę, dał się omamić tą wizją szczęśliwej przyszłości, tym przekonaniem, że może na świecie istnieje miłość, że może na świecie istnieje świat inny od świata jego matki; swoją nagłą ślepotę uznał więc za otwarcie od dawna zamkniętych oczu. Biedna, naiwna dusza, gdyby chociaż postanowił nie konfrontować tego przypuszczenia z rzeczywistością! Gdyby tylko maj nie uczynił z niego takiego głupca!
Perse nie zieleniła się.
Tamtego poranka leżała koło niego i chociaż też miała mokrą od rosy trawę pod swoimi palcami, wcale jej nie czuła. Trudno było powiedzieć, co działo się w jej głowie, głowie człowieka, który przecież niczego nigdy nie poczuł i nie doświadczył. Przyszła tam nie po to, by zachłysnąć się majem, by dać sobie szansę na odrobinę szczęścia; nie, przyszła tam dlatego, że Regulus jej kazał, dlatego, że patrzył na nią inaczej, dziwniej, a to zwykle oznaczało kłopoty.
Przyszła tam dlatego, że się bała; bała nie tego, że ominie ją początek jej nowego życia, ale tego, że to życie może naprawdę się rozpocząć, może nabrać kształtu, może wreszcie zastąpić pustkę, którą była, cierpieniem, cierpieniem i wyrzutem, bo tylko to według niej mógł wnieść do świata Regulus Arcturus Black.
Usta Regulusa desperacko poszukujące odrobiny ciepła na jej obojętnym, zimnym ciele były o wiele bezpieczniejsze niż usta Regulusa, który, urażony jej odmową, planował krwawą zemstę. Tak właśnie go sobie wyobrażała: te wściekłe, zaciśnięte usta i zmarszczone brwi, chociaż przecież nigdy nie dał jej powodu, by tak nisko go ceniła. Ale znała takich jak on, i ona, i jej matka, i matka jej matki, i ta znajomość z takimi jak on płynęła w jej żyłach razem z jej krwią i krwią wszystkich jej matek, i wszystkich kobiet, którymi przecież była, pośrednio, oczywiście, i których nauki prowadziły ją za rękę bez względu na okoliczności.
– Ładnie pachniesz – Regulus wymruczał do jej ucha, ale to przecież nie ona pachniała; to trawa, maj, rosa, nadzieja. Perse sama w sobie była przecież martwa i to w ten najgorszy sposób, martwa jeszcze za życia, a więc nie tylko pozbawiona woli i mocy, lecz także rozkładu, jakby chociaż nie mogła już iść do przodu, nie mogła też zrobić kroku w tył, nic już nie mogła, i nikt jej już nie chciał, nawet nie śmierć.
Niespotykaną siłą woli, a raczej nie-woli, nie zrzuciła go jeszcze z siebie i nie odsunęła go od swojej szyi, chociaż całe jej ciało, wszystkie mięśnie, kości, cała skóra napięta była do granic możliwości i gotowa, by rozpaść się, nawet nie pęknąć, a rozpaść się na milion kawałeczków.
Porcelana nigdy nie kruszy się tylko odrobinę.
– Dziękuję .
Jej głos zabrzmiał słabo, nieistotnie, pośród hałasu, jakim był maj i majowy poranek. Równie dobrze mogłoby go przecież nie być, a może i nie było, może Perse chciała, musiała być uprzejma, właściwa, posłuszna, ale gdzieś po drodze zgubiła się w znaczeniu i nigdy nie dotarła do celu. Nie miało to najmniejszego znaczenia, bo Regulus przecież nie szukał jej uprzejmości; ta dawno zaczęła go już dławić nudą. On szukał znaczenia.
Jedyne znaczenie, które Perse jeszcze znała, zamykało się w czubkach jej palców, ostatkiem sił zaciskających się na trawie i na rosie, lekko, coraz lżej, bo i to znaczenie jej uciekało, nawet to. Nie chciała go. Znaczenia, Regulusa, poranka, nie chciała niczego; chciała tylko zamknąć oczy i myśleć o lepszych czasach, których przecież też nigdy nie było, i zapomnieć nie tylko o tym, co się już wydarzyło, lecz także o tym, co miało się wydarzyć, zapomnieć na zapas, a nie trzymać się znaczenia, które zostało jej przypisane bez jej woli.
Opacznie odczytał jej brak protestu. Milczenie było przecież jej naturalnym stanem, jedyną formą, jaką przy nim do tej pory przybierała. Z jej szyi Regulus przeniósł się na jej dekolt, ten, o którym zawsze tak marzył Barty, ten zakazany, którego istnienia sam przecież zwykle nie zauważał, zbyt zajęty niezauważaniem Perse jako takiej, by dać mu choć cień szansy. Jego ręce gładziły jej uda, wciąż niepewne, wciąż niezdecydowane, ale im dłużej ona milczała, związując usta niewidzialnym rzemieniem, tym więcej jego rąk było pod jej spódnicą, głodnych czegoś nowego i zakazanego, i może nawet prawdziwego.
Jej oddech nie przyspieszał. Ani pół jęknięcia nie opuściło jej ust, wciąż zamkniętych i obcych, ani nieśmiałego, ani tęsknego, żadnego, nawet najsłabszego. Regulus nie rozumiał, czemu nagle chciał ją usłyszeć, ale chyba tego właśnie szukał i potrzebował, i świadomość, że Perse odmawia mu takiej prozaicznej przecież przyjemności burzyła mu krew w żyłach. Spróbował ją ugryźć, szarpnąć, zacisnąć dłoń na jej śnieżnobiałych udach, ale wciąż odmawiała i wciąż, i wciąż, czemu musiała mu to wszystko tak utrudniać?
Nie wiedział, co robi, skąd miałby wiedzieć, Barty wiedziałby dokładnie, co się z nim działo i jak sobie z tym poradzić, ale on nie wiedział, nie wiedział, a Perse w niczym mu nie pomagała, ta bezużyteczna lalka, jak mógł myśleć, że cokolwiek w niej warte było jego uwagi? Przyciągnął ją do siebie gwałtownie, przywarł do niej tak, jak mężczyzna powinien przywrzeć do kobiety, ale ona nawet nie drgnęła, nie przysunęła się do niego bardziej, nie owinęła go swoimi ramionami i rękami, nic, nie czuł nawet jej wzmocnionego pulsu, nawet tego. Spróbował pocałować jej usta, zwykle takie czerwone i przecież, kurwa, jego, ale jej usta, choć w końcu się otworzyły, choć w końcu mu odpowiedziały, były zimne i powolne, i nawet kiedy z pośpiechu je przegryzł, kiedy pociekła z nich wąska stróżka jej krwi, nawet wtedy nie były żywe.
– Kurwa!
Wyprostował się zbyt gwałtownie, odpychając ją przy tym od siebie zbyt mocno; krew pociekła też po jej policzku, którym przetarła nierówną murawę boiska, pełną małych, maleńkich kamyczków schowanych pomiędzy nieskończoność skroplonej rosą trawy. Perse wciąż nie wydała z siebie ani pół dźwięku, jedną dłoń kładąc jedynie na swojej twarzy, drugą poprawiając spódnicę, której prawie już na sobie nie miała, desperacko, szybko, byle jak, byle było już po wszystkim. Bała się spojrzeć w jego twarz, jeszcze bardziej, niż bała się pięć sekund temu, kiedy cały jej świat, całe jej porcelanowe królestwo drżało w posadach, bo wtedy przecież paradoksalnie była bezpieczniejsza.
W myślach policzyła do sześciu, potem do dwunastu, licząc skrycie, że może ta burza przejdzie bokiem, że może nie uderzy w nią tu i teraz, i bez ucieczki.
Była w błędzie.
– Czy ty mnie kiedyś pokochasz?!
Głos Regulusa przesiąknięty był cały desperacją, której nie mogła zrozumieć, ale nie brzmiał też przecież tak, jak się tego spodziewała. Przez moment nie wiedziała, co ze sobą zrobić, skulona na ziemi, bezbronna, nieposkładana, nie wiedziała, co miałaby powiedzieć, jak miałaby coś powiedzieć jeszcze kiedykolwiek, a co dopiero tu i teraz, i do niego.
Z ociąganiem Perse podniosła się na jednym ramieniu i w końcu spojrzała na niego, przez ułamek sekundy mierząc wzrokiem jego wzrok, stykając się z nim tak, jak przecież nigdy wcześniej i nigdy później. W jego oczach było coś szalonego, coś, co sprawiło, że wróciła do patrzenia w ziemię niemal natychmiast.
– Oczywiście, że cię kocham – wyrzuciła z siebie o wiele bardziej drżącym głosem, niźli by tego chciała.
Regulus nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał, równie mocno, w co przed ułamkiem chwili nie mogła uwierzyć Perse. Ta wypowiedź wybiła go z rytmu, ale i z szaleństwa; czuł, że cokolwiek przejęło nad nim kontrolę, powoli spływało z jego czoła i z jego barków, i z każdym głębokim oddechem stawał się na powrót słodkim chłopczykiem, za którego miała go jego matka. Choć nie miał tego w zwyczaju, to przeczesał palcami swoje ciemne włosy tak, jak często robił to Barty, czemu znowu myślał o Bartym? Musiał kupić sobie parę sekund, parę dodatkowych oddechów, parę mgnień powiek na odzyskanie kontroli nad ulubioną wersją samego siebie.
– Nie – wychrypiał, gdy wiedział już, że było po wszystkim, że maj umarł w nim na dobre.
Nie odpowiadała; na moment nawet otworzyła usta, by spróbować ponownie z tą swoją śmieszną formułką, którą włożyła jej do głowy jej własna matka, ale nawet Perse musiała wiedzieć, że nadszedł czas, by wspólnie milczeć, by dać sobie szansę na odrobinę samotności mimo wszystko.
Samotność była wszystkim, na co było ich stać.
Regulus wlepił wzrok w niebo, ale tym, czego teraz potrzebował, były gwiazdy i nieskończoność wszechświata, nie onieśmielająca, poranna mieszanka różu z błękitem, tak kusząca i obiecująca tak wiele. Zrozumiał, że wiele nigdy nie miało być jego, że życie, o którym marzył majem, nie było życiem, na które mógł sobie pozwolić, że wszystkie decyzje już zapadły i że nie było odwrotu. Poranne niebo nie mówiło takich historii. Tylko gwiazdy miały w swojej banalności na tyle odwagi, by powiedzieć mu, że umrze już za życia.
– Nie chcę tak – wymamrotał w końcu, a Perse aż podskoczyła na dźwięk jego głosu; prawie zdążyła już zapomnieć o tym, że siedział tuż koło niej, tak na wyciągnięcie ręki, kilka kępek trawy na prawo od miejsca, w którym sama prawie pojęła, jak nieistotna naprawdę była. – Nie tak.
W przypływie jakiejś wcześniej nieznanej ludzkości, jakiegoś człowieczeństwa, którego nikt jej nie nauczył, przez myśl przebrnęło jej, by jakoś go pocieszyć; ale sama wizja zbliżenia się do niego choćby na pół marnego cala przyprawiała ją o mdłości. Nie rozumiała, czemu nagle zaczęło jej być go żal, nie rozumiała, czemu nagle zaczęło jej być żal samej siebie, nic z tego nie rozumiała poza tym, że gdyby Regulus Arctus Black zszedł właśnie z tego świata, nie uroniłaby mimo wszystko nawet pół fałszywej łzy, a mimo to przez kilka sekund chyba naprawdę chciała się do niego przytulić.
– Jesteśmy zaręczeni – podkreśliła chyba bardziej dla samej siebie niż dla niego. – Złączono nas na śmierć i życie, na dobre i złe. Tak musi być. To jedyna właściwa droga.
– Ja chcę…
Przerwał i z hukiem o wiele większym, niż wskazywałoby na to jego wątłe ciało, runął po raz ostatni już tego dnia na murawę boiska. Nie potrafił już dłużej utrzymywać się w pionie. Jakakolwiek siła jeszcze niedawno pchała go do przodu, opuściła już ostatnią, najmniejszą nitkę jego mięśni, odeszła, rozpłynęła się w porannej rosie i nie wiedział nawet, czy jeszcze kiedykolwiek powróci.
– Ja chcę czegoś innego. Nie wiem nawet, kurwa, czego, ale czegoś innego. Nie tego, Perse. Nie tak.
Westchnęła lekko, w końcu, z okrutnym opóźnieniem.
– Nie chcesz mnie?
Był jakiś ból w tym pytaniu, ból, który przecież powinien być satysfakcją, bo przecież i ona nie powinna chcieć jego, gdyby w ogóle zdolna była do chcenia i niechcenia, do bycia samą sobą. Był to ból cudzego zawodu i rozczarowania, ból bycia tą, która nie dorosła do niemożliwie wygórowanych wymagań; ból, który wypalał od środka wszystko to, co jeszcze w niej istniało, co jeszcze miało jakiś sens.
Bo jeśli Regulus jej nie chciał, jeśli Regulus ją odrzucił, w małym świecie Perse nie było żadnej alternatywy.
– To nie ma nic wspólnego z tobą. Znaczy… To ma wszystko wspólnego z tobą, ale nie z tobą, jeśli rozumiesz, o co mi chodzi. To nieludzkie. Wszystko, na co się zgodziliśmy, jest nieludzkie. Nieprawdziwe. Nie wolałabyś, by było inaczej? Nie wolałabyś kochać i znaczyć, i być, kim tylko zechcesz?
Jej odpowiedź rozbrzmiała w nim z taką mocną, z taką siłą, że Regulus czuł, jakby usłyszał jej głos po raz pierwszy w życiu:
– Nie.

Advertisements

dwa.

Kwiecień kłamał. Obiecywał i zwodził, jakby był kobietą a nie zbiorem przepełnionych niczym dni i nieprzespanych nocy. Co i rusz przypominał im o tym, że gonili niemożliwe, że za tym murem nie było żadnej dziewczyny, że to tylko głos, z którego powstała mara ust i pocałunków. Regulus wiedział o tym znacznie lepiej niż Barty – ten dawał się mamić kwietniowi, pozostawał pod jego urokiem, ignorował rozczarowania i hołubił sukcesy, których tak naprawdę nie było.
Pod koniec miesiąca cali przesiąknięci byli jego kłamstwami i nawet ubrania, które nosili, zdawały się ciężkie i utrudniające oddychanie. Regulusowi przeszkadzało to bardziej, bo brak mu było ślepej lojalności Barty’ego, jego bezwzględnego posłuszeństwa i wiary, że wielka sprawa wymaga poświęceń. Dlatego to jego kwiecień skrzywdził najbardziej i to on jako pierwszy postanowił zakończyć tę mękę niewiedzy i lekceważenia.
Ostatniego dnia tego parszywego miesiąca wyrwali się więc do Hogsmeade. Wiele obiecywali sobie po tym spotkaniu, wiele sobie wymarzyli i wiele wyśnili w swoich młodych sercach. Czekać miał tam na nich początek nowej, pięknej ery.
Ale nie czekał.
Barty obracał w palcach kieliszek koszmarnego, tak siarkowatego i pięciokrotnie wymieszanego z wodą wina, że sprzedawano go nawet takim smarkaczom jak on. Denerwował się. Nienawidził bycia lekceważonym.
– Odłóż to już – mruknął Regulus. – Ten dźwięk wytrąca mnie z równowagi.
W półmroku ledwo widział jego twarz, ale doskonale potrafił ją sobie wyobrazić – zmęczone, ciemne oczy, lekko zmarszczone brwi i ten grymas, który psuł wszystko. Strach. Dopiero teraz Barty zrozumiał, że jego przyjaciel najzwyczajniej w świecie się bał.
Posłusznie odstawił kieliszek.
– Powinni być tu godzinę temu, Reg. Mój kuzynek sobie z nami pogrywa.
Reg roześmiał się.
– Kuzynek? Odkąd to uznajesz istnienie siostry swojego ojca?
Barty posłał mu groźne spojrzenie, zupełnie zapomniawszy, że jeśli on nie jest w stanie widzieć przyjaciela, to samo działa i w drugą stronę. Stary był ostatnią osoba, o której chciał rozmawiać. Stary i ta cała jego pierdolona rodzina! Charłacy i szlamy, tego był pewien. To cud, że Wilkes wyrósł przy tym wszystkim na zupełnie normalnego człowieka.
– Że co? – burknął. – Że jestem hipokrytą?
– Tego nie powiedziałem. To już twoje słowa.
Gniew przysłonił mu na chwilę wzrok, zupełnie przyćmił jego zdolność pojmowania i dopiero dźwięk tłuczonego szkła obudził go częściowo z tego transu. Czerwona plama na dywanie zaniepokoiła go nie dlatego, że przypominała mu, w jakim celu się tu znaleźli – celu, którego konsekwencji wszak mimo wszystko wciąż w pełni nie pojmował – co z powodu zamieszania, które niewątpliwie wywołała. Mimo to nie mógł oderwać od niej wzroku, choć przecież próbował wyrwać się z tej hipnozy, choć przecież nie mógł ścierpieć idei bycia niewolnikiem, choćby jego panem miało być tylko szkło i parę kropli jakiegoś sikacza.
– Pięknie – usłyszał mruknięcie Regulusa, lecz nawet to nie zmusiło go do uniesienia głowy; podejrzewał, że do tego nie wystarczyłaby parada różowych słoni, ba, egzekucja by nie wystarczyła, chyba że byłaby to egzekucja starego. Ech, stary, szkoda, że to było tylko wino, a nie jego parszywa krew.
Kroki, krótkie zaklęcie i plama zniknęła, a kieliszek znów mógł być kieliszkiem. Tyle że kroki wcale nie ustały, ba, były coraz głośniejsze, aż w końcu przybrały formę najbrzydszych kobiecych nóg, które Barty w życiu widział.
– Chłopcy chyba za dużo wypili, co? – skrzek wdzierał mu się w czaszkę. – Będziemy sprawiać kłopoty, czy zrozumiemy, że szkła się tu nie tłucze?
– Bardzo przepraszamy, kolega… – zaczął Regulus, ale nie dane mu było skończyć.
Barty podniósł wzrok.
Po części dlatego, że czerwona plama zniknęła, po części dlatego, że od tych tłustych, pozbawionych uroku nóg zaczynało mu się kręcić w głowie. Tyle że wyżej wcale nie było lepiej, zobaczył jej brzuch owinięty brudnym fartuchem, męskie ramiona, zbyt duże piersi, czarny wąs i puste oczy – świecie, co uczyniła ci północ, by tak karać jej kobiety – i Barty musiał wysilać się, by nie jęknąć z obrzydzeniem. Na szczęście jednak wciąż myślami był przy starym, przy krwi i przy zasłużonej zemście, zamiast więc śmiertelnie ją obrazić, jedynie śmiertelnie przestraszył tę karykaturę istnienia, co zawsze jest jednak trochę lepsze.
Przez chwilę wszyscy milczeli – Barty, bo nie rozumiał, co się dzieje, Regulus, bo nie rozumiał, co się z nim stało, a ona głównie dlatego, że czuła się, jakby spojrzała w zimne oczy śmierci.
– Może jednak będzie lepiej, jeśli pójdziecie, chłopcy – odezwała się w końcu, dla bezpieczeństwa wkładając dłonie głęboko w fartuch.
Barty podniósł się, a ona mimowolnie wykonała krok do tyłu. Zdziwił się, bo wciąż nie rozumiał, dlaczego się bała. Nie mógł przecież widzieć wyrazu swojej twarzy, który i największego ze śmiałków wpędziłby do szafy. Czystej nienawiści.
– Spokojnie, Daisy, są tutaj ze mną. – Ktoś położył dłoń na ramieniu kobiety, a ona, zdawało się, natychmiast przestała się bać, ukojona nie tylko tym familiarnymgestem, ale i dobrze znanym jej głosem.
Dobrze znanym im wszystkim głosem.
– Rosier? – powiedzieli chórem, obydwaj równie zdziwieni.
Ruda czupryna Evana Rosiera wychyliła się zza pleców kobiety. Po chwili zaciskające się na jej ramieniu palce odpuściły, rozluźniły się zupełnie i zamieniły ten gest ostrzeżenia w coś przyjaznego i zupełnie naturalnego. Daisy uśmiechnęła się mimowolnie, kto miał bowiem w sobie siłę odmówienia dłoniom Rosiera? Kto potrafiłby złościć się, gdy ten ósmy cud świata gładzi je po ramieniu?
Odpowiedź brzmiała: nikt.
– Możesz już iść. Przypilnuję ich – zapewnił, a ona uśmiechnęła się jeszcze bardziej, bo jeżeli było w Rosierze coś urokliwszego niż jego dłonie, były to jego błękitne oczy, ach, Barty rozumiał ją jak nikt inny, przecież każdy, każdy człowiek we wszechświecie chciałby, żeby te oczy zajrzały w jego oczy, żeby prześwidrowały jego duszę i żeby wypełniły go spokojem, jakiego nigdy wcześniej nie widział. – Zapłacimy za to szkło.
– Ach, nie trzeba – odpowiedziała, wciąż oczarowana, a potem odeszła, nie odwracając się ani razu, tak, jakby bała się, że cała ta scena była tylko miłym snem, że gdy się odwróci, wcale go tam nie będzie.
Ale on wciąż był. Jak najbardziej był.
– Przepraszam za spóźnienie, myślałem, że uda mi się wcześniej, ale Arbanddel mnie zatrzymała. – Rosier mrugnął do nich w sposób, który nie mógłby być bardziej oczywistym. – Ale widzę, że Wilkes też się nie postarał. Długo już tu siedzicie? Bo widzę, że z nudów was już roznosi.
Barty’emu trudno było chociaż na chwilę oderwać od niego wzrok. Wszystko, co tamten robił, było takie… od niechcenia. Nawet uśmiechał się tak, jakby myślami błądził wśród wielkich problemów wszechświata i tylko przypadkiem, na granicy świadomości, respektował ich nieistotną obecność. Jak on to robił? Barty zastanawiał się nad tym już od swojego pierwszego roku w Hogwarcie, jednak nie rozwiązał tej zagadki. Próbował wszystkich jego sztuczek, ale żadne nie chciały jakoś zadziałać. Coś wciąż mu uciekało, nie dawało się pochwycić i jasno zdefiniować i to samo sprawiało właśnie, że Barty – choć zwykle nie przejawiał ciągot do takiego zachowania – gapił się bezmyślnie na Rosiera, obdarzając go uśmiechem prawdziwego idioty.
– Myślałem, że przyjdzie tylko Wilkes – zauważył Regulus, który zawsze wykazywał niezwykłą odporność na urok Rosiera. – Coś się stało?
– Leah nie czuje się najlepiej, Nott poprosił go, żeby z nią trochę posiedział. Ale myślałem, że i tak będzie tu przede mną.
– Leah jest chora?
Rosier w końcu usiadł i dopiero wtedy, w świetle lampki stojącej na stole Barty zauważył, jaki był zmęczony.
– Chora to… to złe słowo. Roztrzęsiona. Nie może się pozbierać po tym, co stało się z Yaxleyem. A teraz jeszcze Avery.
– Nie przyszliśmy tu rozmawiać o Leah, prawda?
Choć to na Wilkesa od początku czekali, teraz już nikt się go nie spodziewał i Barty aż podskoczył w fotelu na dźwięk jego głosu. Szybko jednak zebrał się w sobie, bo oto czekało na niego coś, czego nigdy by nie przewidział – Rosier opuścił świat nonszalancji, wyprostował się w fotelu i rzucił Wilkesowi, swojemu najlepszemu przyjacielowi, psia krew, spojrzenie tak pełne nienawiści, że chyba nawet Regulus nie mógł dłużej zgrywać obojętnego.
– Młodzi mają prawo wiedzieć, Wilkes. Ich może spotkać dokładnie to samo. Nie uważasz, że…
– A powiedziałeś Lunie?
– Oszalałeś? Jak mam jej to powiedzieć? „Słuchaj, kochanie, Leah straciła kontakt z rzeczywistością”? To nie jej sprawa, Wilkes. Młodzi to co innego. Walczą z nami w jednej wojnie. Oni chcą z nami zginąć w imię jednej idei. Chcesz im odmówić wiedzy o tym, jakie mogą być tego konsekwencje?
– Evan, musisz jej powiedzieć.
W mgnieniu oka Rosier znalazł się tak blisko Wilkesa, że ledwo zostawił mu dość przestrzeni do oddychania.
I nawet w tej chwili nienawiści w oczach Barty’ego Rosier z Wilkesem wyglądali jak bracia: jeden z nich tylko skrzywiony balastem pokrewieństwa ze starym. Wszystko było w nich takie samo – nawet mina, którą przybrali, nawet to, jak niemo wygrażali sobie całymi swoimi ciałami, ba, Barty mógłby przysiąc, że nawet zęby zaciskali jednakowo, że ich pięści były bliźniacze i że przypadkiem tylko nie przemawiali jednym głosem.
– Nie będziesz mi mówił, co mam robić – warknął Rosier, cały czerwony ze złości, co przecież nie jest trudne, gdy jest się rudym.
– Jeśli ty nie chcesz, sam jej powiem – odpowiedział mu równie czerwony Wilkes. – Luna zasługuje na prawdę. Nie możesz jej wiecznie okłamywać.
– Nie wiem, co ty sobie wyobrażasz, Wilkes, ale jeśli się do niej zbliżysz…
Nie dane im jednak było dowiedzieć się, czym mu groził, bo Rosier nagle wykrzywił się paskudnie i złapał za lewe ramię. Barty’emu z wrażenia na chwilę odebrało oddech, a cały świat cały zawirował z braku powietrza, bo oto ziścić się mogły jego najskrytsze marzenia. Doskonale wiedział bowiem, dlaczego Rosier nagle zwinął się z bólu.
Pozostawało pytanie – dlaczego Wilkes nie?
– Kurwa. Nie tutaj.
– Przestań chociaż przeklinać, Evan. I leć. On nie lubi czekać.
Na chwilę znów byli przyjaciółmi – połączyło ich poczucie wspólnego celu, spojrzenie pełne porozumienia. Ale trwało to krócej niż mrugnięcie powieką. Bo potem powrócił ten przejmujący ból i przyniósł ze sobą wszystko, co najgorsze.
Niemniej, Rosier wychodził. Wybiegał. Zanim zdążył pomyśleć nad tym, co robił, Barty również zerwał się z fotela i bezmyślnie, jakby jego nogi kierowały nim samym, podążył za nim. Musiał. Nie potrafił przepuścić takiej okazji. Przecież…
– Barty? Czemu się za mną wleczesz? Wracaj do środka. Wilkes nie ma dla was całego dnia.
Słowa Rosiera odbijały się w jego pustej czaszce, odbijały i zderzały w nieskończoność, nie było tam bowiem nawet iskry woli ich przetworzenia.
– Pokaż mi.
Rosier roześmiał się, a on nie rozumiał dlaczego. Czy nie byli w wystarczająco ustronnym miejscu? Nie poprosił o nic przecież, zanim nie znaleźli się w uliczce tak ciemnej, że z trudem widział czubek swojego nosa. Czy nie był godny tego widoku? Prosili go, żeby nadstawiał dla tej sprawy kark, a nie mógł nawet przez ułamek sekundy, nawet…
– Jeszcze przyjdzie na to czas. Leć do Regulusa. Stęskni się.
Ale Barty nie miał zamiaru nigdzie iść. Zamiast tego zbliżył się do Rosiera jeszcze bardziej – tak blisko, że gdyby tylko chciał, że gdyby był wystarczająco szybki, mógłby zacisnąć palce na jego lewym ramieniu, a wtedy Rosier, czy tego chciał, czy nie chciał, musiałby zrobić to, czego on chciał.
– Pokaż mi – powtórzył głosem tak pustym, że przez chwilę nawet zastanawiał się, czy nie powiedział tego ktoś inny, czy świat nie gra sobie z nim w jakąś dziwną grę. – Ja to muszę zobaczyć. Proszę, Evan. Zawsze byliśmy kumplami, nie?
Jedno krótkie westchnięcie, jedno krótkie Lumos i czubek różdżki Rosiera zapalił się bladym światłem. Barty ze zniecierpliwieniem wpatrywał się w zakryte jeszcze ramię przyjaciela, z całego serca chciał go pospieszyć, ale powstrzymywał się przed tym ostatkiem sił, czuł bowiem, że skoro ten i tak wyświadcza mu przysługę, należy postępować według jego zasad.
Tyle że rękaw jego szaty nie chciał się podwinąć, różdżka nie chciała przesunąć się bliżej do jego ramienia, wszystko zamarło na te kilkadziesiąt sekund, które były chyba najdłuższymi w Barty’ego życiu.
– Jesteś pewien? – zapytał Rosier. – To nie jest takie…
– Och, pokaż mi to wreszcie! Ile można czekać?
– To jest poważna, czarnomagiczna blizna, Barty! Powstała w skutek poważnej, czarnomagicznej klątwy! Albo to do ciebie dotrze, albo możesz wracać do domu!
Zanim Barty zdążył mu odpowiedzieć, Rosier znów złapał się za ramię. Ból musiał stawać się trudny do zniesienia, bo wyglądało na to, że nie powróci już do swojej moralizatorskiej przemowy.
Gdyby tylko mały Crouch go posłuchał.
Ale nie posłuchał. To stary był od słuchania innych ludzi. Regulus był. On, Barty, nie przejmował się bólem. Nie przejmował się też cudzymi rozkazami. Był panem samego siebie. I jeśli chciał coś zobaczyć, to, kurwa, miał święte i swoje własne prawo zobaczyć to tu i teraz.
Dlatego też spojrzał na Rosiera z czymś, co w jego mniemaniu było wyższością, lecz tak naprawdę przypominało jedynie żałosną próbę nadania sobie samemu znaczenia i powtórzył to, co usłyszał wcześniej od Wilkesa:
– On nie lubi czekać.
Rosier nie był już w stanie sprzeciwiać się. Nie mógł go wyśmiać. Może gdyby nie był taki zdeterminowany i wściekły, może wtedy Barty byłby w stanie zauważyć, jak strasznie cierpiał, jak silne musiało być zaklęcie, które paliło już nie tylko jego ramię, lecz także wszystkie jego kości, jego mięśnie, jego skórę, ba, nawet jego krew i powietrze gromadzące się w jego płucach. Ale nie zauważył. Zupełnie go to nie obchodziło.
Wyciągnął rękę i sprawnym ruchem podwinął rękaw szaty Rosiera.
Widział Znak. Widział go z bliska. A Znak widział jego, Barty wiedział to doskonale, widział i podziwiał to, jaki sam był podziwiany. Zdawało się wręcz, że czarny wąż próbował powiedzieć mu coś swoimi błyszczącymi ślepiami i swoim rozdwojonym językiem, że nawet niema i martwa czaszka zmienia swój kształt, żeby…
Wtedy Rosier zniknął. Teleportował się. Znalazł w sobie resztkę siły, by przysunąć różdżkę do palącego ramienia.
Barty’emu nie pozostało nic innego, jak krzyknąć ze wściekłości, że nie zabrał ze sobą i jego.

jeden.

Marzec przywitał ich chłodem i słotą, której przecież w Szkocji niemało. Czemu to wszystko służyło? Barty przeklinał ten deszcz, tę mgłę i to paskudne miejsce, które ktoś wypłukał w pomyjach po wczorajszym objedzie. Barty pragnął piękna, a piękna nie ma bez słońca, nie ma bez nieruchomości tafli jeziora, której nie wzburzą nawet skrzydła ważki, tego smoka małego świata. Ale i słońca nie ma bez piękna, a tu wszystko było takie stare i takie nudne, i takie bez uroku.
Przeciągnął się. Tak, wszystko, ale to już niedługo. Tyle że niedługo wydawało się wiecznością. Dlaczego lato nie mogło już po prostu przyjść? Dlaczego grało takiego sukinsyna?
Niedługo było za daleko, by oddać palce mrowieniu ekscytacji.
– Nie marszcz noska – mruknęła mu do ucha Perse.
Barty zdziwił się, nie tylko dlatego, że nagle wyrwano go z jego ponurych rozmyślań. Znał Perse od dawna i wiedział, że jest niema – nie, nie dosłownie, jej ciało było bardziej niż doskonałe. Była niema tradycją, rodziną i wychowaniem, a to o wiele więcej niż natura może zdziałać. Wszak i niemi ludzie, tak przynajmniej myślał Barty, jakoś się ze sobą komunikują. Ona nie miała światu niczego do powiedzenia.
Zagadka szybko została jednak rozwiązana. Tuż za Perse, w świecie, który z jednej tylko strony ograniczała alabastrowa linia jej ramion – ach, gdyby wylądować się tam, gdzie są one z obu stron! – znajdował się Regulus, mrugający do niego zaczepnie, lecz nie tak, jak mrugają kochankowie, o nie, to było mrugnięcie współzbrodniarza. Regulus i Perse znali się od zawsze, zaręczeni zaś byli jeszcze dłużej, a przecież młoda męska dusza nienawidzi kajdan. Dlatego grali nią oboje, przerzucali na prawo i lewo jak szmacianą lalką, bo przecież nigdy niczym innym nie była. Bawiła ich jej skromność i jej nieistnienie, ta pusta skorupa, którą nazywała sobą, a która tak łatwo się rumieniła.
Barty rozkoszował się różem jej policzków tak, jak niektórzy rozkoszują się różem dobrego wina i krótką miłością za gargulcem na trzecim piętrze.
– Przestanę – odpowiedział Perse, choć przecież wcale z nią nie rozmawiał. – Ale ty zmarszcz swój. To piękny nosek do marszczenia.
Zamiast napawać się władzą nad pąsem, który ogarną całą jej duszę i ciało, spojrzał najpierw na Regulusa, bo przecież takie były reguły tej gry. Bo choć grali w nią oboje, to Regulus ustalał zasady. Z tego swojego pieprzonego posłuszeństwa swojej pieprzonej matce.
Regulus roześmiał się, a więc wszystko było w porządku. Nie przekroczył granicy, za którą były już tylko jego smutne, zawiedzione oczy.
Barty mógł więc powrócić do Perse i uważnie obserwować przemianę, jaka w niej zachodziła. Ten róż powoli spływający po jej twarze, jej dekolcie, jej rękach – bo przecież nie czerwień, jej skóra rozrobiła krew swoją nieskazitelną bielą – był w jego mniemaniu najbardziej podniecającym widokiem świata. A przecież dla nastoletnich chłopców wszystko jest podniecającym widokiem.
Nie zawiodła.
Regulus odgarnął jej ciemne loki, a tętno Barty’ego jeszcze bardziej przyspieszyło, bo nawet jej ucho było różowe i takie piękne w zestawieniu z czerwienią regulusowych ust i języka.
– Zmarszczę – powiedziała cicho i bez wyrazu, bo przecież nie były to jej słowa – jeśli go ucałujesz.
Barty nie zawahał się.
Oczy Perse, dotąd martwe, błysnęły przerażeniem, gdy zbliżył się do niej i czerpiąc przyjemność z każdej sekundy jej bezwzględnego posłuszeństwa, ucałował jej zimny i zupełnie mu obojętny nos.
Nos, który musiała zmarszczyć.
– Jesteście okrutni – zauważyła Eugene, ale kto by jej słuchał? Odkąd Wilkes skończył szkołę, nie było tu porządku, bo prawo stanowił Regulus, a przecież jemu wszystko było jedno i to samo.
Zignorowali ją więc obaj, a Perse nic nie przyszło z tego protestu, wszak należała do Regulusa, a on nigdy nie miał należeć do niej.
Więcej pożytku przyniósł jej trzepot setek skrzydeł, za którymi podążał korowód skrzeków setek dziobów wraz ze sznurem upuszczonych setek listów. Barty nie spodziewał się niczego, stary przecież nigdy do niego nie pisał, a matka nigdy nie sprzeciwiała się staremu, ale na wszelki wypadek odsunął się i zakrył dłońmi talerz z francuskimi tostami, o których już dawno zdążył zapomnieć. Koperty może i pachniały piękniej pokryte syropem klonowym, ale trudniej się je otwierało bez ubrudzenia palców, a Barty poza pięknem kochał też czyste palce.
– Co, Black, mamusia napisała? – rzucił Octavian, ten mały sukinkot, którego wstydziła się nawet jego siostra. Barty nie rozumiał, dlaczego w ogóle siedział koło nich przy stoliku, skoro jego jedynym zajęciem było zatruwanie ich życia docinkami niegodnymi nawet pięciolatków. – Zapomniałeś z domu swojego śliniaczka?
– Och, przymknij się – powiedziała Eugene, bo to w zasadzie było jedyne zdanie, jakie od wielu lat wypowiadała do swojego brata. – Bo ci przypomnę o tym wyjcu z zeszłego tygodnia, w którym nasza matka przypominała ci o konieczności zdrowego odżywiania się i noszenia zimą czapki.
Octavian przymknął się.
Barty posłał Eugene wdzięczny uśmiech, bo od żartów tego pacana zawsze bolała go głowa. Ból ten uleczyć mógł potem dopiero dobry kufel piwa – trudny do zdobycia, kiedy się jest nieletnim – lub uśmiech samej Eugene, która od dobrych paru miesięcy spędzała mu sen z powiek. A wszystko przez to, że po ostatnim meczu…
Eugene uśmiechnęła się, a Barty z trudem powstrzymał się od przypominania sobie, jak to wpadł do szatni i zobaczył ją niespecjalnie ubraną, ale zupełnie tym nieskrępowaną i pomyślał: cholera, co za kobieta.
Co za kobieta istotnie.
W przezwyciężeniu tej pokusy pomogła mu ciekawość, bo przecież musiał wiedzieć, kto pisał do Regulusa. Co, jeśli to coś ważnego? Fakt, w dziewięciu na dziesięć przypadkach była to tylko jego matka, ten prawdziwy wrzód na tyłku, jakby nie mogła bardziej przypominać starego i nienawidzić swojego dziecka. Odkąd Syriusz zabawił się w kurczaka i uciekł z domu, kierowany tą chorą miłością do bagna ludzkiego, matka Regulusa zrobiła się jeszcze gorsza i teraz nie było dnia i nie było wesołego popołudnia, którego nie zatrułaby swoim zrzędzeniem. Ale może tym razem to nie była ona? Może zagadała się z jakąś inną potworą, inną zasuszoną jaszczurką w peruce, którą dawno już zjadły mole, i nie napisała?
Wyraz twarzy Regulusa niewiele mu powiedział. Oczywiście, mógłby liczyć na to, że Perse zapyta, co się dzieje, ale czekać na to pytanie przyszłoby mu przynajmniej do następnego stulecia, jeśli nie do absolutnego nigdy. Nie, żeby nie była ciekawska – te wszystkie panienki z dobrych domów są takie same, o tym Barty wiedział aż za dobrze, i ponad wszystko kochają wściubianie nosków w nie swoje sprawy. Jednak Perse różniła się trochę od reszty, różniła się tym, że bała się Regulusa ponad wszystko we wszechświecie i wolała za wszelką cenę nie przypominać mu o tym, że istnieje.
Pozostało tylko jedno. System sekretnych znaków, których używali, odkąd mieli jedenaście lat. Najpierw jedno stuknięcie środkowym palcem, potem…
– Barty – Regulus nie pozwolił mu dokończyć. – Skocz ze mną na słówko.
– Teraz?
– Nie, kurwa, za dwie godziny.
Perse skrzywiła się. Regulus nie lubił przeklinać – robił to tylko przy niej i tylko dlatego, że tak strasznie ją to irytowało. Nawyk ten nabył dawno temu od Evana Rosiera, który lubił uczyć go rzucania nożami w ścianę.
Stary, dobry Rosier. Trochę go żal, że tak się rzucił w wir narzeczeństwa z wnuczką tej wariatki, ale co na to poradzisz? Stary też był wariatem, a Barty wcale nie uważał, że w jakikolwiek sposób powinno to wpływać na jego kontakty towarzyskie. Zasługiwał na znacznie lepszego ojca niż stary.
Zasługiwał co najmniej na starszą wersję Evana Rosiera.
Wstali. Pierwszy Regulus, który nadawał tempo wszystkim ich ruchom. Potem Barty, jak echo, jak cień Regulusowego cienia, ostrożnie i dokładnie, bo co, jeśli się pomyli? Nie robili tego świadomie, tak samo, jak dwie krople nie spływają po szybie tym samym wodnym korytem, wiedząc, że naśladują siebie nawzajem. Tacy się już urodzili? Może. Mogli też po prostu do tego przywyknąć. Robili tak od zawsze, trudno więc było znaleźć początek w tym, co dzieliło się w nieskończoność.
Eugene kiwnęła im na pożegnanie, jako jedyna zresztą, bo ostatnio coś złego działo się ze światem i teraz bubki takie jak Octavian otaczały wianuszki wielbicielek. Barty uważał, że to znak tego, co nieuchronnie nadejdzie – wojny, która wleje się do Hogwartu przez szpary w starych oknach. A ci, którzy będą słabi i neutralni, bardziej więc znienawidzeni od wroga, zostaną wyniesieni ponad wszystkich, bo tylko przy nich człowiek będzie się czuł tak, jak gdyby miał dożyć jutra. Bo przecież Octavian lepszy był w tym od szczura i od karalucha, i Barty pewien był, że nie ma na świecie siły zdolnej go unicestwić. Kanalie żyją najdłużej.
Korytarze Hogwartu były równie zimne, co spojrzenia, którymi ich pożegnano – a jednak Regulus czuł się wśród nich dobrze, czy on w ogóle potrzebował ludzi? Barty nie rozumiał tego do końca, dla niego niezbędna była sława i poklask, łaknął tłumów mających jego imię na swoich ustach, tłumów pięknych pięknem identyczności, tłumów bezwzględnych bezwzględnością nieistotności, bo co innego im pozostało? Nie potrafiłby żyć w odosobnieniu, ba, nie nadawałby się do konspiracji, chciał być docenionym i widocznym, i chciał błyszczeć światłem miliardów gwiazd, w które wpatrywał się nocami ze swojego łóżka na strychu, gdzie zesłał go stary. Korytarze Hogwartu nie były dla niego.
– Stało się coś? – spytał Regulusa, bo nie mógł się już doczekać wieści, ta plucha i ta nuda zabijała go powoli, kawałeczek po kawałeczku, zaczynając od dużego palca u nogi, bo przecież to coś, od czego w ciele zawsze wszystko się zaczyna. – Rosier napisał?
Dla Barty’ego Rosier był po trochu bogiem; tylko po trochu, bo przecież nie był Regulusem Blackiem, zresztą, rudy był, a być rudym to gorzej niż urodzić się bez twarzy. Niemniej to on dzierżył klucz do ich światłej przyszłości i to sprawiało, że Barty wypowiadał jego nazwisko z niejaką czcią. Dzielili zresztą o wiele więcej niż plany na najbliższe parę lat – łączyła ich pasja, entuzjazm, porywanie się z motyką na słońce, młodzieńczy idealizm, a to więcej, niż zwykle łączy kochanków.
Jednak Regulus nie miał zamiaru odpowiadać. Uciszył go gestem ręki. Nie był wielkim fanem słów.
Barty zdziwił się, gdy weszli do pokoju wspólnego, bo przecież ta plątanina zielonych obić i zimnego ognia w kominku nijak pasowała mu do atmosfery tajemnicy, którą miał zaraz poznać. Czy poduszki z wydzierganymi wężami godne są powierzenia im sekretu? Ściany mają uszy, owszem, wszędzie – ale tutaj nawet żyrandole zdawały się patrzeć na nich setkami świec, nawet i stare draperie oddychały ich konspiracją.
W porze śniadania nikogo tu jednak nie było i może to dlatego Regulus zdecydował się na jeden z foteli przy schodach, gdzie zwykle siadali, gdy dość już mieli bawienia się Perse.
Dopiero teraz Barty zauważył, jak zdenerwowany jest Regulus. W lochach wszystko było lepiej widać. Półmrok wyciągał z ludzi to, czego światło dzienne nigdy miało nie ujrzeć. Ich myśli.
Regulus myślał o smutku, o bólu i o utracie.
– Trzymaj się mocno – powiedział. – To nie będzie przyjemne.
Barty już czuł się źle. Zmartwiona twarz przyjaciela doprowadzała go do obłędu. Czasami wydawało mu się, że żył tylko po to, by widzieć Regulusa szczęśliwym. To był jeden z tych momentów.
– Dajesz.
– Zabili Sigurda Yaxleya.
Dobrze, że jednak mocno się trzymał, czuł bowiem, z jaką siłą podłoga przyciąga go do siebie i woła, by ją objął, by upadł i już nigdy nie powstał.
Zabili Sigurda Yaxleya.
I choć wiedział, z jakim ryzykiem wiąże się wszystko, w co się wplątali, dopiero teraz miał okazję poczuć je tętniące w jego żyłach i przestraszyć się naprawdę. Sigurd Yaxley, Sigurd Yaxley nie żyje. Przecież jeszcze parę miesięcy temu… Nie może być tylko jednego Yaxleya, świat jest zbudowany dla dwóch, co się teraz stanie z tą luką po człowieku?
Wiedział, co czuł brat Sigurda, wiedział to aż za dobrze, bo gdyby Regulusowi coś się stało…
– Snape składa Rosiera, ale ten się wyliże. Mieli bardzo ciężką noc.
– Co się stało? – spytał, gdy w końcu odzyskał głos. Zabili Sigurda Yaxleya, cholera, jak można mówić, gdy zabili Sigurda Yaxleya?
– Aurorzy się stali, to się stało. Ogarnij się, Barty, ja mówię poważnie, musimy się wyplątać z tego bałaganu, dopóki jest jeszcze czas. Wcale nie chcemy tej wojny. – Jego oczy nie wyglądały jak jego oczy, a tak przynajmniej uważał Barty, miały w sobie za dużo pewności i zdecydowania, a przecież Regulus nienawidził decydować. – To nie nasza sprawa. Dzisiaj Yaxley, jutro my, a ja nie chcę zakopywać cię pod ziemią. Nie ciebie, Barty.
Nie odpowiedział.
Nie rozumiał, co się dzieje. Czy Regulus namawiał go do tchórzostwa? Dezercji? Fakt, nie było jeszcze za późno, byli po słowie z Rosierem, ale Rosier zrozumiałby, gdyby odpuścili, kto jak kto, ale on akurat swoje na tej wojnie przeżył. W szczególności, że przecież wczoraj w nocy…
– Jak to: Snape składa Rosiera? – spytał, bo dopiero teraz to do niego dotarło.
Regulus westchnął tak, jak ojcowie wzdychają, gdy ich synowie po raz kolejny pytają ich, jak to jest zabić człowieka.
– Skoncentruj się. Próbuję ci powiedzieć…
– JAK TO SKŁADA ROSIERA? CO MU, KURWA, JEST?
– Przestań się drzeć, ściągniesz nam na głowę jakąś pluskwę.
Regulus miał rację, ale Barty tego nie rozumiał – przynajmniej nie ten Barty, który chciał krzyczeć i płakać, i wyrywać sobie włosy z głowy, bo po raz pierwszy w życiu kogoś stracił.
I to prawie podwójnie.
– CO MU JEST?
– Żyje, Barty, to naprawdę nie jest teraz ważne, przecież jak Książę się do czegoś weźmie, to zawsze sobie z tym poradzi, nie? Usiądźże, słyszę Ellen, przekręcającą się na jej łóżku, wolałbym, żebyś jej tu nie ściągnął.
Dopiero teraz Barty zrozumiał.
Usiadł, chociaż sekundę temu nie wiedział, że stał. Odzyskał oddech i odzyskał zdolność myślenia. Wszystko wróciło do normy, bo przecież Regulus miał rację – Książę wiedział, co robi.
– Nie możesz mówić poważnie, Reg.
Nie rozumiał jednak, dlaczego mówi to, co mówi. Nie sprzeciwiał się Regulusowi. Zawsze grał tylko i wyłącznie w jego grę. Choć władał całym światem, nigdy nie władał nim.
Aż do teraz.
– Nie możesz mówić poważnie o tym, żeby stchórzyć. To jest nasza wojna.
– Barty, ja po prostu…
– Nie, Reg. Nie przerywaj mi. – Odnalazł w sobie stanowczość, o istnieniu której też nie wiedział. – To jest nasza wojna. Nie tylko dlatego, że jest słuszna. Obiecaliśmy kumplowi, że będziemy tam przy nim i nie możemy go teraz zostawić. Faceta trzeba składać. Potrzebuje nas.
Cisza była ciężka, ale lepsza niż słowa, które chcieli do siebie wypowiedzieć.
Szkoda.
Być może wszystko skończyłoby się inaczej.

wstęp.

Sierpień dłużył się niemiłosiernie. Z każdym dniem wydawał się jeszcze gorętszy i jeszcze bardziej nieznośny. Spokojnie można było odnieść wrażenie, że to szaleństwo nigdy się nie skończy – że linia czasu w punkcie trzydziestym pierwszym trafiła na jakąś paskudną, złośliwą asymptotę pionową i będzie dążyć do nieskończoności. Nic bowiem nie wskazywało na to, by ich męczarnia miała się kiedykolwiek skończyć. Świat zatrzymał się na chwilę i zapomniał o swoich mieszkańcach. Może ze starych już i zmęczonych rąk wypadł mu kapelusz, po który musiał się schylić? A może ujrzał na horyzoncie zdarzeń coś, co sprawiło, że pogrążył się w rozmyślaniach o starych, dobrych czasach, które na szczęście nigdy nie wrócą? Jakakolwiek kierowała nim potrzeba, jedno nie ulegało wątpliwości. Bawił się zdecydowanie lepiej niż ci, którzy przez niego utknęli na dobre w skwarze niedzielnych popołudni.
Tik tak, ciągłe tik tak zegara nad kominkiem.
A przecież nie zapowiadał się aż tak źle! Ba. Posiadał wręcz całkiem przyzwoite wiadro potencjału. Tyle było do osiągnięcia, tyle do zrobienia, zanim po raz ostatni… To miało być ich lato. Wkraczali w nie przekonani, że zdolni są góry przenosić, jeśli tylko zapragną uczynić coś tak absurdalnego. Wkraczali! Wbiegali w nie, ufnie, motywowani zapachem świeżości tego, co przed nimi. Teraz, po dwóch miesiącach prawdziwego życia klapki zaczynały spadać z ich młodych oczu. To nie świeżość wzywała ich do siebie – wszystko wszakże, czego byli świadkami, okazywało się od dawna martwe, a poruszające się tylko siłą rozpędu. Czuli (nie można było tego nie czuć), że ich oszukano, że sprawa, za którą postanowili oddać swoje życie to nic więcej, jak tylko echo miriad podobnych jej rewolucji.
On też to czuł. Może jeszcze nie tak, jak Regulus – wszakże tamten od początku miał wątpliwości – ale i jego zaczynał powoli opuszczać dziecięcy entuzjazm. Wszystko, czego ostatnio się dotykał, z kilometra czuć było stęchlizną. Zbyt wiele spodziewał się po swojej misji, by nie rozczarować się rzeczywistością. Był wszakże tylko siedemnastoletnim chłopcem – czy ktokolwiek o zdrowych zmysłach zdecydowałby się powierzyć mu zadanie odpowiedzialniejsze niż tysięczne śledzenie niespecjalnie ważnej ofiary czy maskowanie roboty kolegów? Problem polegał na tym, że Barty Crouch Junior nie był osobą o zdrowych zmysłach.
Dlatego też uważał, że nie zasłużył sobie na siedzenie w domu Lestrange’ów i granie z Rudolphem w karty! Chciał burzyć stary porządek i wprowadzać świat w nową erę. Marzył o gigantycznym skoku naprzód. Pragnął czuć się potrzebnym i docenianym, do diabła! Czy to tak wiele, pytam? Czy naprawdę młody człowiek jego pokroju nie ma prawa wymagać, by coś w końcu zaczęło się dziać?!
Tak po prawdzie, cała jego frustracja wynikała z faktu, że się nudził.
Głośne tykanie zegara co i rusz przypominało mu o tym, że sierpień trwał. Powtarzał sobie, że już niedługo Hogwart znów przyjmie go w swe bezpieczne ramiona i wszystko wróci do normy. Nie był jednak pewien, czy norma będzie jeszcze kiedykolwiek go zadawalać. Zbyt wielu rzeczy zasmakował, by o nich zapomnieć – zbyt mało jednak, by się nimi nasycić. Niemniej jednak rzucenie się w wir nauki mogłoby pomóc mu zapomnieć o rozczarowaniu, jakiego doznał. Regulusowi też przydałaby się chwila wytchnienia. Z niepokojem obserwował przemiany, jakie ostatnimi dniami przechodził jego najlepszy przyjaciel. Jeszcze chwila a zostałby z niego zaledwie cień cienia! Od dwóch tygodni praktycznie ze sobą nie rozmawiali, choć przecież… Obu ich spalał sierpniowy żar.
Tym czasem – tik tak, tik tak i cisza drgającego, gorącego powietrza, którą powinien był wypełnić szelest kartek wypadających z kalendarza.
– Znowu poker pików, Crouch? – Głos Lestrange’a też docierał do niego jakby z opóźnieniem. – Oszukujesz.
– Myślę.
Wygrywanie raz po raz też go nudziło ­– ale przegrana nie wchodziła w rachubę. Nie pozwalała mu na to ambicja, przypominająca o sobie nawet w tak błahych sprawach. Nie pozostawało mu więc nic innego jak leniwie przerzucać kartę po karcie, niespecjalnie zważając ani na to, w co gra, ani na to, jakie szczęście mu niewątpliwie sprzyjało.
Z fotela, na którym się wylegiwał, miał doskonały widok na Lestrange’a; jednak choć obserwacja oznak nerwowości przeciwnika prawdopodobnie wyszłaby mu na dobre, wolał bezwolnie wpatrywać się w sufit, tak, jak gdyby liczył, że właśnie stamtąd nadejdzie pomoc. W takich chwilach dni, które mijały, zlewały mu się w nieustający koszmar nierówno nałożonej farby. Półbóg kontra ścienni malarze zagłady – już wkrótce we wszystkich księgarniach.
Jakieś zbłąkane kocisko przemknęło po tarasie i schowało się w cieniu drzew na tyłach ogrodu. Choć przecież nie był w stanie ich usłyszeć, stukot zwierzęcych łap uderzających o kostkę brukową rozsadzał mu czaszkę. Miał ochotę wstać i zaprowadzić porządek, lecz nie mógł znaleźć w sobie wystarczająco dużo siły, by choćby machnąć ręką. Pozostał więc tam, gdzie był, klnąc w duszy na los i podatki.
I wciąż tylko tik tak i tik tak, jak gdyby był to jedyny dźwięk we wszechświecie – bo i kocie łapy zdawały się go wydawać.
Zastanawiał się, jak cudownie byłoby znaleźć się teraz w skórze tego przypadkowego futrzaka. Zamiast siedzieć i wysłuchiwać, jakim to złym jest chłopcem, wygrywając po raz enty, mógłby zapomnieć o całym świecie i uciąć sobie małą drzemkę w miejscu jeśli nie chłodnym, to przynajmniej chłodniejszym. A potem? Potem w kociej postaci mógłby podbić cały świat, pełen myszy tylko czekających na to, aż zanurzy w nich swoje kły i…
Ale był tutaj, teraz, chociaż jego umysł podróżował po zupełnie nieznanych mu terenach. Jego ciało wciąż było tylko jego ciałem; tak samo ludzkie i ułomne, jak pięć minut i pięć lat wcześniej. Ledwo mieścił się w fotelu, który dla siebie wybrał – i z minuty na minutę odczuwał to coraz silniejszym mrowieniem w zgiętych kończynach. Chłopcy zbyt szybko rosną, jak kiedyś powiedziała mu matka, ta dobra kobieta, za dobra dla męża, który jej się trafił. Chłopcy zbyt szybko rosną, zbyt szybko przerastają fotele, ale to wszystko dlatego, że ich osobowości nie mieszczą się w tragicznie ciasnych żyłach i potrzebują przestrzeni, dłuższych kości, pojemniejszych żołądków i mięśni, o tak, mięśni, dzięki którym kiedyś nabiorą drugiej kosmicznej i odlecą w nieskończoność.
W dni, takie jak te, nie miał nawet ochoty myśleć o tym, jak nienawidzi swojego ojca i jak mu wstyd, że dzieli z nim twarz, ręce, piegi, włosy, wszystko, o czym tylko pomyślicie. Chociaż, gdyby się zastanowić dokładniej, na pewno gdzieś w głębi niego tliło się przekonanie, że to stary wymyślił to pieprzone tik tak zegarów.
– Niemożliwe, żebyś był w stanie ograć mnie za każdym razem. Musiałbyś być geniuszem. – Blabla, Lestrange, zrozum, że nikt cię nie słucha, że między każdym twoim słowem jest niedzielne popołudnie do przeżycia, że mówiłeś to już tyle razy, musiałeś stracić na to jedno zdanie z tydzień! – I to geniuszem zażywającym eliksir szczęścia. Czy ty…?
– Myślę.
Podejrzewał, że Rudolphowi nigdy nie znudzi się obrażanie jego inteligencji. Mógłby w końcu stawić czoła tej smutnej prawdzie – w tym roku zdawał dwanaście egzaminów i planował wszystkie zaliczyć na Wybitny. W tej sytuacji oczywistym było to, że wygra w jakąś tam grę, prawda? To nie było trudne. Wystarczyło na chwilę odwrócić wzrok od sufitu – bądź kotów, bądź stadka muszek owocowych nad misą z winogronami – i spojrzeć na karty. Ot cała filozofia. Cztery kolory, trochę figur, nawet przedszkolak dałby radę.
Co innego, gdyby postanowił pokonać go w pojedynku. Pojedynek! Na sam dźwięk tego słowa serce zaczynało mu bić z prędkością, która nie spodobałaby się żadnemu magomedykowi. Gdyby tylko dało się wstać i rozpocząć walkę na śmierć i życie – czułby się nareszcie szczęśliwy. Jako czarodziej został stworzony do celów wyższych niż poker pików. Dar magii uważał za najcenniejsze, co posiadał. To mugole musieli dręczyć swe ograniczone umysły rozrywkami rodzaju tych, które proponował mu sierpień. On miał wizję.
Mógł więc wstać. Najpierw prawa noga, powoli, ostrożnie, starając się nie nastąpić na potłuczoną uprzednio szklankę. Potem lewa, już pewniej, przecież szklanka potłukła się wczoraj – albo w poniedziałek, albo nigdy, czas płatał figle – i na pewno została posprzątana. Nareszcie można usiąść, bez pośpiechu, leniwie przeciągając się po drodze, by sprawdzić, czy wszystkie kostki znajdują się na swoim miejscu. Na końcu…
Tyle, że były to tylko marzenia. Ruszenie się z fotela równało się śmierci z rąk bezwzględnego, rozpalonego do białości sierpnia i jego przeklętych popołudni. Jedynym, na co mógł się zdobyć był drobny gest różdżką, by karty, które na nowo rozdawał Lestrange, trafiły wprost w jego palce niedoszłego pianisty.
Jego serce też zaczynało bić w rytmie powolnego tik tak.
Gdyby chociaż zegar wygrywał walca. Tik tak tik, tik tak tik. Można by wrócić myślami do muzyki i zapomnieć na chwilę o suficie, wygranych, kotach czy fotelu. Ale nie. Któż to widział, by tak uparcie liczyć na dwa? Cóż z tego miała ta marna parodia istnienia, to blaszane pudełko z pseudoduszą w czwartym wymiarze? Czy tik tak przynosiło tej kupie złomu chociaż namiastkę satysfakcji, którą miałby on sam, gdyby w końcu udało mu się pozbyć tego dźwięku ze swojej głowy?
Walc u Ministra! Fanfary, nadchodzi stary ze swoją piękną żoną! A gdzieś tam, z tyłu, słodki i uroczy drań, którego niedługo poznają wszystkie panny wyższej sfery! Chowajcie córki do piwnicy, nadchodzi apokalipsa dla ich rychłych mariaży i raj dla nieślubnych dzieci!
Ale najpierw – cholero ty, na trzy, prosimy o tik tak tik i tik tak tik, czy to tak drugo zrozumieć?
Kobiecy śmiech rozniósł się po obu salach –i tej, po której błądził właśnie jego umysł, i tej, w której znajdowało się jego ciało.
Bellatrix zostawiła ślad szminki na jego policzku. Znowu. Nie mógł zrozumieć, dlaczego z taką pasją go obcałowywała. Przecież w karty grał z nim jej mąż. To dla niego powinna zostawiać tego typu przyjemności – sam obchodził się bez nich jak najlepiej, dziękuję. Lubił, gdy całowały go kobiety, naprawdę, najlepiej kilka na raz i za każdym razem w innej konfiguracji, ale szminki starszej kuzynki Regulusa doprowadzały go do szału. Nie było w nich ani grama rozkoszy.
– Znowu wygrałeś? – spytała, patrząc mu bezczelnie w karty. Nie zareagował. Nie obchodziło go to, że zaraz z pewnością powtórzy wszystko Lestrange’owi. Walc u Ministra…
– Odegram się – zza stołu groźnie zagrzmiał bas, lekko podkręcony butelką szkockiej ze stołu. – On musi oszukiwać. Sama rozumiesz, że to aż niewyobrażalne!
– Oszukujesz, Crouch?
– Myślę.
Nienawidził też tego, z jaką pasją mierzwiła jego jasne włosy. I bez tego uważał, że prezentują się dramatycznie. Naprawdę nie musiała tego stanu pogarszać. Przez nią zaczynał się martwić – autentycznie martwić – o to, jak wygląda. Osobiście uważał, że zamartwianie się na temat wyglądu to zajęcie dobre dla bab i innych przekupek. Zdobywanie świata to zupełnie inna sprawa. Jak jednak miał zdobywać świat, gdy ta kobieta nie potrafiła trzymać rąk przy sobie? Ba! Gdy ta kobieta rozpychała się na jego fotelu, konsekwentnie, cal po calu zabierała mu jego bezpieczną przystań?
Starał się wrócić myślami do walca. Przypomnieć sobie te wirujące w tańcu sukienki różnych kolorów i fasonów, przepiękne tkaniny, z których były uszyte i jednakowe dziewczęta, które je nosiły. Gdzieś na granicy wspomnień widział naszyjnik z agatami Perse na jej długiej, bladej szyi łabędzicy. Starał się zejść trochę niżej, oczyma pamięci zajrzeć jej w dekolt, ale nawet kiedy nie było go przy nim, czuł na sobie gardzące spojrzenie Regulusa, prawdziwego właściciela ich obojga i wiedział, że tak po prostu nie wolno. Szukał więc obrazu jakiejś innej dziewczyny, przecież niczym się od siebie nie różniły, lecz nie szło mu tak dobrze; może i jej nie znosił, ale to, co należało do Blacka, zawsze ciągnęło go bardziej niż to, co było naprawdę wartościowe.
– Mam dla was bardzo ciekawą wiadomość, chłopcy.
Słowa Belli odbijały się po jego głowie, lecz wszystkie brzmiały jak kolejne tik tak pomiędzy tańcami.
Zatańczymy? Zatańczymy! A gdzieś tam, z tyłu, stary patrzy zza framugi drzwi do jadalni i gardzi. Nigdy nie przejmował się starym i jego pogardą dla młodości, swobody, miłości! Stary chciał być kiedyś Ministrem i pewnie kiedyś będzie, niech mu los sprzyja, kogo to obchodziło? Byle tylko na niego nie patrzył, byle bezgłośnie nie karcił za rękę, która zeszła odrobinę za nisko lub pełen winy pocałunek w trzecim takcie. Och, jak on go nienawidził! Walc u Ministra a ten ciągle tylko o tym, że trzeba się zachowywać i że przynosi wstyd rodzinie, kiedy on przecież trzyma się z Regulusem, to wyżej, niż tyłek starego kiedykolwiek podskoczy.
Kto go właśnie tarmosił? Kto mu podkrada fotel? Bellatrix Lestrange! Stary, pomyślałeś ty kiedyś, że będziesz miał synka – kumpla – Blacków? Zawsze chciałeś być częścią elit, ale nigdy ci to nie wyszło. Może i krew najczystsza, może i kiedyś mieszaliście się ze wszystkimi, ale te czasy minęły! Że niby Wilkes? Granda. Małżeństwo twojej siostry to jakaś parodia, zresztą, cała ta twoja siostra to parodia. Więc nie patrz! I schowaj sobie to tik tak w…
– Regulus dał pietra.
Stał właśnie przed starym i mówił mu wszystko, o czym zawsze myślał, ale na co nigdy nie miał odwagi. Stary słuchał, zero skruchy na jego mordzie zblazowanego urzędasa.
– Myślę.
Słuchaj, stary, nie będzie ci tak wesoło, kiedy zmaże ci z gęby ten uśmieszek. Wiesz, że on może to zrobić. Myślisz, że nikogo nigdy nie zabił? Może jeszcze nie, jest młody, ale kiedyś zabije. Będziesz pierwszy. Lubisz zielone, co?
– Crouch, do diabła, czy ty mnie słuchasz?
– Myślę.
– Crouch!
Zanim zdążył go zabić, dostał w twarz. Całusy, tarmoszenie, wszystko mógł zrozumieć, ale policzek? Na zbyt wiele sobie pozwalała. Był zwolennikiem tradycyjnej roli kobiety w rodzinie. Zaczynał rozumieć dlaczego. Choć był o krok od absolutnej zemsty, choć mógł w końcu zemścić się na tym złamanym…
– Słuchasz mnie, Crouch? – powtórzyła, zmuszając go, by spojrzał głęboko w te jej obłąkane oczy.
– Słucham – odpowiedział, stanowczo wyrywając brodę z jej wiedźmich szponów. Na jego twarzy malował się wyraz obrażonego, pięcioletniego chłopczyka. W końcu zaczął zachowywać się jak on sam. – Przecież powiedziałem, że wygrywam z twoim kochasiem ciągle, bo w odróżnieniu od niego myślę głową a nie przyrodzeniem.
Lestrange próbował protestować; Bella roześmiała się. Jednak spodziewał się lepszej reakcji. Ucieczka z krzykiem by go usatysfakcjonowała.
– Dla twojej wiadomości, kochasiu – Lestrange warczał. – Wcale nie rozmawialiśmy o twoich sukcesach, w przypadku których na pewno oszukujesz i…
Z udawanym zaciekawieniem uniósł jedną brew do góry. Jeśli chodziło o teatralność, na tyle było go stać w chwili znudzenia.
– A o czym? – spytał.
Kiedy Bellatrix powtórzyła swoją wiadomość, świat Barty’ego Croucha Juniora rozpadł się na miliard kawałeczków.
Wszystko w rytmie tik tak i tik tak.

wstęp do wstępu.

Trudno by na tym świecie – najlepszym wszak ze wszystkich w wielkim, niczyim uniwersum – znaleźć coś równie niebezpiecznego i kojącego zarazem, co obserwowanie Barty’ego Croucha. Ci, którzy mieli okazję poznać go bliżej, nigdy tego nie żałowali; gdyby jednak jakiś zapalony ankieter-psychoanalityk spytał ich, czy w innym życiu również chcieliby się z nim przyjaźnić, odmówiliby, sami nie rozumiejąc dlaczego. Jednego byliby pewni – nigdy przenigdy, niezależnie od zaistniałych okoliczności, nie chcieliby, by stał się ich wrogiem. Z dwojga złego lepiej byłoby już stykać się z nim na co dzień, uparcie, minuta po minucie podejmując ryzyko i łudząc się, że tym razem wyjdzie się z tego wszystkiego jeśli nie zwycięsko, to przynajmniej bez zbędnych konsekwencji.
Wszystko przez to, że Barty przypominał morze, to najbardziej kapryśne ze wszystkich oblicz Matki Natury.
W pogodne, choć mroźne, zimowe dni był absolutnie najwspanialszą ze wszystkich istot tułających się po Ziemi. W jego oczach odbijał się spokój poranka na plaży, pełen nie tyle tandety tysięcznej akwarelki wschodu słońca, co jakiejś pewności – pewności i piękna. Nie było w nim wtedy ni cienia goryczy. Złudne wrażenie powszedniości, mierności, normy kazało wierzyć w to, że nie skrzywdziłby nawet muchy – ba, byłby w stanie zaopiekować się każdym stworzeniem, jakie tylko wezwałoby go na pomoc. W takie dni łatwo było przy nim zapomnieć o tym, kim jest. Wcale nie przypominał tego Barty’ego Croucha Juniora, syna tego Barty’ego Croucha Seniora, małego hipokryty i wielkiego mordercy.
Jednak im starszy był, tym częściej żył sztormem. Okres dojrzewania obudził w nim bezwzględność nocy letniej, która nigdy nie przebacza i nigdy nie zapomina. W szale potrafił zniszczyć wszystko, co stanęło mu na drodze – dlatego zamiast szukać z nim porozumienia, w jego obecności najpewniej było zachować szczególną ostrożność i nie odsłaniać się za bardzo. Jeden fałszywy krok i po wszystkim; młody Crouch nie zwykł zadawać pytań czy okazywać łaskę. Tym, co go napędzało była pycha i miłość własna – najsilniejszy ze znanych ludzkości wiatrów. Gdyby chociaż był głupcem…! Lekkomyślność, gorąca głowa, jakże by to wszystko było bezpieczniejsze od wyrachowania i zimnej inteligencji!
Mimo to, tłum wokół niego rósł. Powiecie – przykuwał ich do niego strach, paraliżujący lęk przed posiadaniem go za swoimi plecami. Powiem wam wtedy – mylicie się. Coś znacznie silniejszego niż instynkt samozachowawczy sprawiał, że Barty (niezależnie od etapu swojego życia) otoczony był gronem pochlebców. Tym czymś był zachwyt.
Wszak na tym świecie nie ma też niczego piękniejszego niż morze. Nieprzewidywalne, niebezpieczne, zabójcze.
Człowiekowi, który raz je pokocha, trudno znaleźć dla siebie miejsce z dala od niego. Jest coś paraliżująco hipnotyzującego w tej trochę większej kałuży. Coś, co nie pozwala ci siebie opuścić – nigdy przenigdy. Tak samo było i z nim. Trudno zliczyć ludzi, których zaufanie zawiódł, a jednak mógł liczyć na to, że w chwili próby skoczą za nim w ogień. Trudno zliczyć ludzi, którzy naprawdę w ten ogień skoczyli. Zgubił ich wszystkich. Co do sztuki. Bez jednego mrugnięcia okiem! Nikt przy zdrowych zmysłach nie podejrzewałby go o choćby najmniejszy strzępek wyrzutów sumienia. Mały hipokryta i wielki morderca, tak, jak zawsze tego pragnął. Przy tym jednak największy, największy zbrodniarz tamtej wojny – jak bowiem inaczej osądzić człowieka, który pozwolił swej matce i swojemu ojcu…
Cii, nie wyprzedzajmy faktów. Zostańmy z Bartym tu i teraz. W chwili, która ostatecznie zadecydowała o jego życiu. Być może istniała dla niego nadzieja – malutka iskiereczka tląca się gdzieś w oddali. Co, jeśli naprawdę mógł skończyć inaczej? Dlaczego akurat musiał zostać zapamiętany jako Jego najwierniejszy? Barty i jego miłość własna, jego pęd do bicia rekordów, o których nie śniłby żaden filozof!
Wiecie, o którym dniu mówię, prawda? Musicie wiedzieć.
Ty też wiesz. Nie patrz na mnie tymi swoimi słodkimi, martwymi oczyma. Przez wszystkie lata, które sobie wtedy odebrałeś, będziesz to doskonale wiedział.
W końcu to ty go zgubiłeś. Tak z przekory, żeby raz było na odwrót!
Regulusie Blacku, największy skurwielu tego świata.