Koniec. Jawa.

Czasami tak po prostu jest. Wspomnienia z lat młodości powracają do nas już nie w snach, ale na jawie. Jak przed nimi uciec? Gdzie się schować? Każdy musi przyznać, że to niemożliwe. Jednak równie ciężkie – jeśli nie gorsze – będą próby zmierzenia się z nimi, wchłonięcia ich w swoją teraźniejszość. Piękno przeszłości leży w tym, że już jej nie ma. Dlaczego mamy godzić się na jej nawroty, nękające nas od czasu do czasu, niepozwalające nam zapomnieć o błędach bez znaczenia, które popełniliśmy w czasach bez znaczenia?
Nasz bohater miał niewątpliwy zaszczyt należeć do zacnej grupy ludzi mierzących się z demonami młodości.
Niespełna pięćdziesięcioletni, wykształcony mężczyzna z żoną, dzieckiem, armią kotów i z obiecującą przyszłością – legendarna Kasandra Trelawney wywróżyła mu stanowisko Ministra Magii na wiele lat przed jego narodzinami – nie miał żadnych problemów. Jego podwładni zawsze przychodzili na czas, szef witał go uśmiechem, a Hallie robiła przepyszną kawę. Od jakiegoś jednak czasu nie potrafił znaleźć dla siebie miejsca. Coś złego działo się z jego życiem. Wszystko zaczęło się, paradoksalnie, gdy dla całego świata wszystko się raczej kończyło – od hecy z Rosierem i Wilkesem, którzy pozbawili biednego Alastora połówki nosa. Nie znał ani jednego z tej dwójki zwyrodnialców, zwolenników Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Jednak od ich śmierci gdziekolwiek by się nie udał, widział tylko jedno – orzechowe oczy wpatrujące się w niego ze wszystkich stron.
Przyznajcie sami, ucieczka od tej, którą się kiedyś kochało, nie może być przyjemna. Nawet gdy od dawna nie pamiętało się jej twarzy. Świadomość, że dziecko… Jej dziecko…
Ale czas mijał nieubłaganie. Od śmierci tej dwójki minęły niemal dwa lata. Od upadku Tego, Którego Imienia Wciąż (nikt nie wie dlaczego) Nie Wolno Wymawiać – dwa razy mniej. Świat wychodził powoli z fazy radosnego upojenia zwycięzców; ileż bowiem można było świętować? Zanim jednak dane mu było pogrążyć się w głupim odrętwieniu, nadeszła chwila zemsty po fakcie, wyłapywania niedobitków. Nasz bohater idealnie odnajdywałby się w roli kata, gdyby nie przeczucie – coś, w co nie powinien był wierzyć – że katastrofa wisiała w powietrzu. Te oczy na to wskazywały. Niby dlaczego niezmiennie go dręczyły? Cóż był im winien? Spłacił swój dług wobec tej miłości. Na rękach wciąż miał krew.
Jego jedyną ostoją wciąż była Hallie, niezastąpiona Hallie, jedyna Hallie, pracę z którą już dawno zamienił na zestaw śniadania i kolacje. To ona potrafiła ukoić jego wyrzuty sumienia, które pojawiły się tak nagle w tyle lat później. To ona zdejmowała część ciężaru przeszłości z tych ramion, które naprawdę nie mogły unieść aż tyle. Gdzie w tym czasie była żona naszego bohatera? Gdzie jego syn? Zajmowali się sobą nawzajem albo tylko sami sobą, już dawno zapomnieli o jego istnieniu. Przydawał się, owszem, jako przyszły Minister Magii. Był koszmarnym ojcem i koszmarnym mężem. Nie potrafił ich pokochać tak, jak…
Aż w końcu katastrofa nadeszła.
Jej oczy były niebieskie.
***
Przyszłość przegrała z przeszłością. Ostateczną bitwę przegrał dla niego jego syn, ten zwyrodnialec, mały niewdzięcznik niewarty wszystkiego, co dla niego poświęcił. Początkowo nie wierzył. Jak bowiem można uwierzyć w coś tak absurdalnego? Zdrajca! Morderca! W jego domu!
– Crouch, nie ma najmniejszych wątpliwości. Przykro mi – powiedział jeszcze jeden z jego kolegów, a raczej ekskolegów, oczywistym bowiem było to, że po takiej kompromitacji nie będzie mógł dłużej zajmować swojego stanowiska i miejsca w socjecie.
Jednak w końcu musiał zaakceptować fakty. Musiał przyznać, że gazety głoszące, że Syn kandydata na Ministra Magii, Bartemiusz Crouch Junior, oskarżony o uprowadzenie Longbottomów! mają rację. Dowody, jakie zgromadzono, były niepodważalne. Mógł próbować z tym walczyć, jednak byłaby to walka z wiatrakami. Musiał zaakceptować to, co się wydarzyło.
Musiał stawić temu czoła.
– Czy to prawda? Złapali Barty’ego? Był takim uroczym, niepozornym chłopcem! – mówili sąsiedzi, a on ich słuchał, starając się nie okazać, jak bardzo zirytowany jest ich sztuczną uprzejmością. Postanowił bowiem oficjalnie odciąć się od sprawy syna. Wyrzucić. Zapomnieć. Tłumaczył sobie i żonie, która mu nie wierzyła, że robi to dla dobra swojej kariery politycznej. Kłamał.
Robił to, by orzechowe oczy więcej nie śledziły każdego jego kroku.
***
Pomieszczenie było małe, ciemne, klaustrofobiczne. Nasz bohater bywał tu już wiele razy. Nigdy nie w charakterze przesłuchiwanego. W tej sytuacji było coś niepokojąco upokarzającego.
– Myślę, że udzielił nam pan wystarczających wyjaśnień, panie Crouch. – Jego rozmówca wstał z krzesła. Coś podpowiadało naszemu bohaterowi, że nikt nie zechce mu teraz podać ręki. A przecież nie był przestępcą. Nigdy nie uczyniłby tego, co ten głupi smarkacz. – Jeszcze raz przykro mi, że sprawa dotyczy pańskiego syna. Nikt nie przypuszczał…
– Prosiłem, by nie tytułować oskarżonego moim synem – odpowiedział chłodno.
Coś upokarzającego było również w tym, z jakim uporem świat przypominał mu o tej relacji. Jak gdyby nikt nie mógł pamiętać o tym, że Barty był niezależnym człowiekiem, zdolnym do podejmowania własnych decyzji. Nie naszego bohatera winą przecież było to, że zamordował on człowieka, prawdopodobnie nawet nie jednego. On sam nigdy… Nigdy by tego nie uczynił. Nie był mordercą.
Orzechowe oczy patrzyły na niego z powątpieniem.
– Dlaczego, panie Crouch? Jeśli mogę pozwolić sobie na osobistą uwagę, sądzę, że nie powinien pan tak…
– Ja nie mam syna.
W dwa tygodnie później miał powiedzieć – wykrzyczeć – to swojemu synowi, wśród tłumu gapiów, czekających na jego upadek. To przesłuchanie było niejako próbą. Mógł zobaczyć, na ile obojętności go stać, czy potrafi wyprzeć się swojej rodziny tak, jak…
Nie, przecież nigdy nie wyparł się tych orzechowych oczu. To było coś zupełnie innego. Gdy niespełna dwa lata wcześniej Alastor napomknął coś o tym, jakoby nieszczęsny Wilkes był jego siostrzeńcem, nasz bohater jedynie przez zaskoczenie powiedział, że był jedynakiem. Wszakże tak mu się przez większość jego życia wydawało. Nie mógłby zabronić tytułowania jej jego siostrą.
– Panie Crouch, przecież ta bitwa już dawno jest przegrana. Nie musi pan wypierać się swojej rodziny. Po co? To jedyne, co panu teraz pozostało – kontynuował przesłuchujący, podczas gdy nasz bohater zastanawiał się, dlaczego podlotek niewiele starszy od Barty’ego uzurpował sobie prawo do udzielania mu porad życiowych. – Jak znosi to pańska żona? Musi cierpieć, w końcu jej pierworodny…
– Ja nie mam syna – powtórzył, z uporem wpatrując się w orzechowe oczy klamki od drzwi. Chciał stamtąd wyjść. Czuł, że jeszcze chwila, a pochłonie go wir wspomnień, którymi wcale nie chciał dzielić się z… nawet z samym sobą.
Jego rozmówca uznał swoją porażkę; po chwili szur odsuwanych krzeseł uwolnił naszego bohatera od jego towarzystwa. Kilka sekund zaledwie dzieliło go od wyjścia z tego pokoju. Jednak jako że ostatnimi czasy nie czuł się najlepiej, kilka sekund zamieniło się w kilkadziesiąt – przed powstaniem musiał wziąć kilka zaskakująco głębokich oddechów, upewnić się, że po chwili nie upadnie. Zwłoka ta nie kosztowała go pozornie wiele. Gdyby jednak był o te niespełna dwadzieścia lat młodszy, pewnie nie usłyszałby, jak jego rozmówca szepcze do kolegi na korytarzu:
– Tak, jasne, nie ma syna. Tak samo, jak nie miał siostry, gdy Szalonooki sprzątnął Wilkesa z Rosierem. No co ty? Nie słyszałeś? Założę się, że to na rodzinnych spotkankach jego synalek został zwerbowany. Wiesz, zaufany kuzynek, psia krew.
***
Choć opuszczał tę salę jako zwycięzca, nasz bohater wyglądem przypominał człowieka, który stracił już nie tylko rodzinę i wizję świetlanej kariery politycznej, ale również i życie. Stało się. Paręnaście minut temu skazał swojego własnego syna na dożywocie w Azkabanie.
Tak, swojego syna. Bo choć przed chwilą zaledwie oficjalnie się go wyparł, to wciąż był jego syn. I właśnie świadomość pokrewieństwa krwi nie pozwalała naszemu bohaterowi czuć się zwycięskim w walce z nieprawością i mordem. Nie potrafił traktować go jak zwykłego kryminalisty. Nie potrafił wyprzeć się go przed samym sobą. Zbyt wiele… Zbyt wiele było w młodym Bartym Juniorze Barty’ego Juniora sprzed niespełna dwudziestu lat.
Dźwięk zamykanych drzwi rozdzierał mu resztki serca, którego obecności – metaforycznie – nie odczuwał od tak dawna. Co teraz będzie? Za co perfidny Los chciał go tak ukarać? Był dobrym człowiekiem. Nigdy… Nigdy…
Zauważył kobietę siedzącą na jednej z kamiennych ławek. Wyglądała doprawdy mizernie. Choć może po prostu z natury była drobna – nasz bohater nie chciał jej się przyglądać na tyle, by to określić. Zastanawiał się, czy skazał właśnie kogoś z jej bliskich. Może znała jego syna? Nigdy nie chciał poznać żadnego z jego przyjaciół. Chociaż nie, wyglądała znacznie starzej, mogła być co najwyżej czyjąś matką czy ciotką, ale nie kochanką.
– Proszę pani, już po rozprawie. Winni – powiedział uprzejmie, lecz beznamiętnie. Nie potrafił być współczującym rozmówcą. – Może pani iść do domu.
Kobieta nie zareagowała. Wciąż wpatrywała się w posadzkę, jakby w niej szukając oparcia.
– Nie powinna pani tu teraz przebywać, to niezgodne z regulaminem. Naprawdę. To koniec. Już po wszystkim.
Przez chwilę nie reagowała, a nasz bohater zastanawiał się, co takiego może zrobić, żeby się jej pozbyć. Nikt nie powinien przesiadywać w tym miejscu po godzinach pracy Rady. Co jeśli jakiś bezmyślny urzędnik ją tu zamknie? Musiał jakoś jej wytłumaczyć…
Ale wtedy ona podniosła głowę i spojrzała na niego ze smutkiem, jakiego nigdy jeszcze nie widział.
Chciał zamknąć te orzechowe oczy, ale to wcale nie był sen.

Koniec. Jawa.

Część Dziewiętnasta. Uniki i ucieczki.

Trudno jednoznacznie określić, czy świat jest sprawiedliwy. Nie, żeby było to niemożliwe – pewnie istnieją prawidła, które potrafią to ustalić. Po prostu samo znalezienie tychże prawideł zająć mogłoby nam całe wieki. Już odpowiedź na pytanie, czym jest sprawiedliwość, nastręcza mnóstwa problemów filozoficzno-lingwistycznych. Dlatego lepiej się tym nie zajmujmy. Czy to ważne? Czy naprawdę musimy trapić się tym, czy świat jest sprawiedliwy?
Bartemiusz trapił się.
A przecież wystarczyło odrobinę przesunąć środek ciężkości tego – morderczego wszakże – problemu egzystencjonalnego. Kogóż obchodzi, czy spłacamy regularnie nasz rachunek win? Nikogo. Pytać należy o to, czy ponosimy konsekwencje naszych decyzji. Sprawiedliwie czy też nie, świat powinien zareagować. Na każdą akcję znajdzie się i reakcja, choć w nie-idealnym nie-inercyjnym systemie może ona nie podlegać prawom jakiegoś niespełna rozumu mugola.
W systemie strapionego Bartemiusza akcja nastąpić nie chciała. Gdyby zdarzyło się cokolwiek, gdyby pojawiła się choćby jedna malutka, niepozorna konsekwencyjka do poniesienia, pewnie nie miałby czasu na myślenie. A tak – zjadały go wyrzuty sumienia… z braków wyrzutów sumienia. Jakkolwiek absurdalnym się to zdawało, trapił się na tyle, by nie jeść, nie pić i marzyć o powrocie do domu.
Wszystko przez to, że za bardzo kombinował. Kiedy tkwił w samym centrum wydarzeń, tam, w piwnicy, naturalnym wydawało mu się stwierdzenie, że sprawiedliwy świat domaga się kary za łamanie jego postanowień. Stare kodeksy moralne nareszcie mogły odżyć w praktyce. Zabiłeś? Więc zginiesz. Krystalicznie proste i etycznie bezpieczne. Jednak teraz… Dlaczego nie działało to także w odniesieniu do niego i Wilkesa? Gdzie popełnili błąd? Przecież nie w założeniu. Gdyby ono się myliło, byliby nie rękami sprawiedliwości, a zwykłymi mordercami!
A może byli?
Trudno mu było patrzeć na siebie w lustrze. Nie dlatego, że czuł się winnym. Dlatego, że nie czuł się jakimkolwiek.
***
– Ceri, jedz – Gerard rzucił tonem tak obojętnym, że nie mogło to odnieść żadnego efektu.
Jeszcze nie wiedziała. O niczym jej nie powiedzieli. Tak przynajmniej twierdził Wilkes – i choć zwykle nie obdarzyłby go nawet odrobiną zaufania, tym razem postanowił zaryzykować. W końcu kiedy chodziło o Ceri, Gerard zawsze zachowywał się odrobinę nieracjonalnie.
Dlaczego więc była taka przygnębiona?
Ten obiad był prawdziwą komedią. Wilkes z Bartemiuszem, świeżo połączeni niezwykłą misją, która im przypadła, wymieniali między sobą pozbawione znaczenia komentarze na temat pogody, stanu zdrowia starego Croucha czy dań przygotowanych przez Selmę. Już samo to powinno zadziwiać. Byli dobrze wychowani, owszem – ale nie przypuszczał, że kiedyś sami z siebie zaczną ze sobą rozmawiać. A przynajmniej pozorować rozmowę, by uniknąć krępującej ciszy przy stole. Jednak nic nie mogło przebić Ceri, bezcelowo rozgrzebującej puree z ziemniaków i milczącej jak nigdy dotąd.
Jak miał się odnaleźć w tej nietypowej sytuacji?
Kiedy rano spytał Bartemiusza, o co pokłócił się z ich siostrą, ten odpowiedział mu, że między nimi wszystko jest w jak najlepszym porządku. Tyle że najwidoczniej nie było. Do tej pory nierozłączni, teraz tylko od czasu do czasu zerkali w swoją stronę, jakby upewniając się, że wciąż są na siebie obrażeni. Tego napięcia nie dało się wyczuć. Rykoszetem oberwał i Wilkes – w końcu zadawał się teraz z głównym wrogiem swojej narzeczonej. A przecież…
– Jem – odpowiedziała, a raczej wymruczała w rękaw kraciastej koszuli, którą Felicja dała jej na zeszłe urodziny.
– Nie smakuje ci? – próbował dalej, choć wiedział, że to bezcelowe. – Mogę ci przynieść coś innego. Jestem pewien, że Selma coś jeszcze tam zostawiła.
– Smakuje.
Złapał Wilkesa na tym, że przypatruje się Ceri ze zdwojoną czujnością. Przez moment myślał nawet, że w końcu się do niej odezwie – jednak ostatecznie zdecydował się nie przerywać swojej fascynującej rozmowy z Bartemiuszem. Od kiedy konsystencja sosu interesowała go bardziej niż własna narzeczona?
Coś zdecydowanie było nie tak.
Dobrze, zganił się w duchu, przecież wiedział, co było nie tak. Zabili człowieka. Choć z całych sił starał się o tym nie myśleć, nie mógł zapomnieć, że siedział przy stole z mordercami. Ze stratą Stokrotki pogodził się już dawno – wciąż ją kochał, wciąż tęsknił, ale wiadomość, że znaleźli jej ciało, nie wstrząsnęła nim aż tak. Druga część komunikatu, ta o nagłej śmierci jej oprawcy, była znacznie gorsza. Wolałby, gdyby nie podzielili się z nim swoją tajemnicą. Czuł się trochę tak, jakby zrzucili na niego część odpowiedzialności.
W końcu ten, kto milczy, przyzwala, czyż nie?
Nie był pewien, czy powinien przyzwolić na to, co się wydarzyło. Oczywiście, łajdakowi się należało. Ale nie musieli go od razu zabijać! Dlaczego był jedyną osobą w tej rodzinie, która kiedykolwiek zastanawiała się nad konsekwencjami? Co stanie się z Ceri, gdy cała ta heca wyjdzie na jaw? Mąż i brat w Azkabanie! Świetlaną przyszłość jej zapewnili, doprawdy, dwóch dorosłych, odpowiedzialnych mężczyzn!
Z drugiej jednak strony, gdyby przemilczał to, co się wydarzyło, skazałby Ceri na życie pod jednym dachem z tym zwyrodnialcem. Co, jeśli któregoś dnia, on znowu to zrobi? Diabli jedynie wiedzą, co mogło chodzić po tej kosmatej głowie Wilkesa. Gerard daleki był od wierzenia w teorie spiskowe, ale nie trudno mu było sobie wyobrazić swojego przyszłego szwagra w roli mordercy, że tak to ujmę, zawodowego. Był niebezpiecznym typem; nie chodziło tu już o szklone przepychanki a życie ludzkie! Zatajenie czegoś takiego…
Ceri upuściła widelec.
– Co się dzieje? – spytał natychmiast.
Wilkes z Bartemiuszem na chwilę przerwali swoją rozmowę. Po raz pierwszy od tego feralnego wydarzenia złapał swojego brata na otwartym przyglądaniu się jego siostrze. Widocznie nie tylko on był tym dźwiękiem zaniepokojony.
– Ktoś idzie – powiedziała i zerwała się z krzesła, zanim którykolwiek z nich zdążył zareagować.
W parę sekund później zaczął przeklinać Los za to, że obdarzył go tak słabym refleksem. Niesłusznie. Los wyświadczył im wielką przysługę.
***
Gdy jeszcze chodził do szkoły, na jednych zajęciach z obrony przed czarną magią usłyszał coś o demonach, które nie mogły wejść do siedziby ludzkiej bez zaproszenia. Uznał to za bzdurę i zignorował. Teraz jednak żałował, że takim samym prawom nie podlegają ci, którzy przynoszą złe wiadomości.
– Znaleźliśmy ciało odpowiadające rysopisowi, panie Crouch. Niezbędna jest identyfikacja przez członka rodziny, ale jesteśmy niemal pewni, że to pańska siostra.
Od paru minut wpatrywał się w funkcjonariuszkę magicznej policji i zastanawiał się, jakim cudem człowiek może być aż tak niewrażliwy na bodźce zewnętrzne. Niemożliwe, by nie widziała histerii Ceri, na zmianę wtulonej w Gerarda bądź próbującej rzucić się na tę właśnie funkcjonariuszkę z okrzykiem Stokrotka żyje!. Niemożliwe też, by umyślnie to ignorowała – nawet jeśli brakowało jej odpowiednich pokładów empatii, musiała rozumieć, że z tą małą w pomieszczeniu niczego nie zdziała. A Bartemiusz? Zamiast zasugerować jej jakoś, by przeszli ustalić szczegóły w bardziej ustronnym miejscu, dał się zaplątać w ten śmieszny ton policyjnej procedury!
– Kiedy moglibyśmy jej dokonać? – odpowiedział.
A może jednak niewrażliwość funkcjonariuszki miała swoje zalety? Inaczej zauważyłaby kamienny wyraz twarzy młodego Croucha i zrozumiałaby, że coś jest nie tak. Naturalną reakcją był płacz; a przynajmniej wykazanie jakichkolwiek emocji. Sam starał się przybrać minę pełną bólu po utracie przyszłej szwagierki. Miał tylko nadzieję, że mina ta nie zburzy wizerunku zimnego i władczego Marcusa Wilkesa. Zbyt długo nad nim pracował, by teraz ryzykować jego utratę w jakiejś prowincjonalnej gierce.
– Jak najszybciej. To dla państwa ciężki okres, panie Crouch, i ja to rozumiem. – Jej słowa nijak się miały do stanu faktycznego. Nawet w jego, dość niewymagającej przecież, skali jej poziom empatii dążył do minus nieskończoności. – Niemniej jednak chcielibyśmy jak najszybciej ustalić jej tożsamość. Nie tylko przyspieszy to formalności związane z pogrzebem, który państwa teraz czeka; pozwoli nam to też… rozpocząć śledztwo.
W końcu powiedziała coś, co go interesowało. Mimowolnie przybliżył się do nich o krok.
– Śledztwo? – powtórzył Bartemiusz. – Przyczyna zgonu nie była naturalna?
– Podejrzewamy morderstwo, panie Crouch. Morderstwo ze szczególnym okrucieństwem.
Ceri, mimo iż wydawała się nie słuchać całej konwersacji, aż pisnęła; liczba faux pas popełnianych przez funkcjonariuszkę rosła. Posłał jej najbardziej nieprzyjemne z galerii swoich spojrzeń krzywdziciela wdów i sierot – nie podziałało. Widocznie ta kobieta nie była niewrażliwa, a najzwyczajniej w świecie głupia. Że też akurat im musiała się trafić!
Podejrzewał, że Bartemiusz pociągnie ten temat. Potrzebowali informacji, jak największej ich ilości, jaką da się zdobyć bez wzbudzania podejrzeń. Przecież byli rodziną. Naturalnym wydało się to, że będą zadawali pytania. Ale on rzucił tylko:
– Rozumiem.
Wszystko w Wilkesie krzyczało, że nie mógł wybrać sobie wspólnika zbrodni gorszego od młodego Croucha.
Przez chwilę na linii Marcus-Bartemiusz-funkcjonariuszka zapadła cisza. Linia Gerard-Ceri wciąż tętniła emocjami. Trudno się temu dziwić. Tylko ta dwójka spośród zebranych w tym wąskim korytarzu znała Stokrotkę z czegoś więcej niż cudzych opowieści. Tylko ta dwójka widziała ją żywą, a nie widziała martwej.
Łatwiej się mówi o śmierci kogoś, kogo poznało się już po jego śmierci.
– Pozwoli pani, że zmierzymy się teraz z tą wiadomością w gronie rodzinnym. To szok dla nas wszystkich – po chwili ponownie odezwał się Bartemiusz. – Wstępnie mogę obiecać pani, że mój brat zgłosi się do państwa jutro z samego rana. Jeden dzień zwłoki nie czyni wielkiej różnicy, mam nadzieję?
– Oczywiście, że nie, panie Crouch. Jeszcze raz składam kondolencje i przepraszam, że przyszło mi przynieść państwu tak smutną nowinę.
– To nie pani wina.
Dźwięk zamykanych drzwi później powinno się rozpętać prawdziwe piekło. Zamiast tego – nic się nie wydarzyło.
Ceri zdążyła się już trochę uspokoić. Mamrotała swoje Stokrotka żyje wprost w rękaw Gerardzinej koszuli i zdawała się w żaden sposób nie reagować na słowa otuchy, które Gerard do niej kierował. Tak, jakby tkwiła w paralelnej rzeczywistości, zupełnie niezdolna do odbierania sygnałów ze świata, w którym znajdowali się oni trzej. Oczekiwał, że zacznie znowu krzyczeć, rzucać wszystkim, co ma pod ręką, cokolwiek. Wtedy przypominałaby mu jego Ceri.
Bartemiusz też nie wykazał spodziewanej inicjatywy. Wilkes oczekiwał, że przynajmniej wygłosi im mowę organizacyjną, spróbuje wziąć w karby tę rozmemłaną scenę korytarzową i nadać jej jakiś głębszy sens. On jednak postanowił wymruczeć tylko obojętne:
– Powiem ojcu.,
i zniknąć ze sceny, chowając się przed odpowiedzialnością na wyższych piętrach domu.
Cóż więc miał zrobić? Ruszył za nim.
– Czekaj, Crouch! – krzyknął, przerywając tym samym niemy zakaz niepodnoszenia głosu w domu żałobnym. – Pójdę z tobą!
Bartemiusz przystanął w połowie schodów; gdy do niego dołączył, byli na tyle blisko Gerarda i Ceri, że ci mogli ich zobaczyć, gdyby przyszła im na to ochota. Na szczęście byli też na tyle daleko, że tamci nie mogli usłyszeć ich szeptów.
Tak, zaniechał krzyczenia. Ze względów bezpieczeństwa.
– Musimy porozmawiać – powiedział, patrząc na Bartemiusza wzrokiem tak stanowczym, jak to tylko możliwe. Liczył, że wywoła tym w przyszłym szwagrze uczucie tak zwanego noża nagadłowego.
Przeliczył się.
– Nic nie musimy, Wilkes – odpowiedział. – Nie wyobrażaj sobie, że jesteśmy teraz wspólnikami i na wieki przywiązała nas do siebie zmowa milczenia. To tak nie działa.
Z wrażenia zabrakło mu słów.
– Podejrzewają morderstwo. Jeśli cokolwiek nie pójdzie zgodnie z planem…
– Nie wyobrażaj sobie – powtórzył, a potem ruszył w górę schodów, tym samym kończąc pierwszy etap ich dyskusji.
Tyle, że Wilkes w tak zwanym międzyczasie odzyskał zdolność artykulacji własnych myśli i wcale nie zamierzał tak po prostu pozwolić mu odejść. Dlatego też szybkim ruchem chwycił go za marynarkę. Bartemiusz zmuszony był ponownie się zatrzymać. Tym razem jednak… gdy spojrzał na Wilkesa, to Marcus był stroną przestraszoną. Nie tak powinno to wyglądać!
– Nie obchodzi mnie to, jak wygląda ten twój cały plan. Nie wciągaj mnie w swoje gierki, nie przerzucaj na mnie odpowiedzialności. Jeżeli schrzaniłeś sprawę, to ty będziesz tym, który poniesie odpowiedzialność. – Wilkes chciał zaprotestować, ale Bartemiusz uciszył go gestem ręki. – Nie jesteśmy sobie dłużni. Nie kryjemy siebie nawzajem. Ja chronię swoje plecy. Ty dbaj o swoje. Nie potrzebuję cię.
Tak oto zakończył się etap trzeci ich rozmowy. Bartemiusz znowu ruszył w górę schodów. Jednak dwa stopnie dalej odwrócił się i dodał:
– Teraz mam zamiar porozmawiać z ojcem i wrócić do siebie, zanim Ceri przestanie histeryzować. Ja… – zawiesił głos. – Opiekuj się nią. To jedyne, czego od ciebie teraz chcę Wilkes.
– Nie pożegnasz się z siostrą? – Ta wiadomość zdziwiła go jeszcze bardziej niż nagła oschłość młodego Croucha.
– Może.
Bartemiusz nie uśmiechał się.

Część Dziewiętnasta. Uniki i ucieczki.

Część Osiemnasta. Problem kary.

Coś przewrotnego jest w przysłowiowych paszczach lwa. Niby są one rejonem największego zagrożenia, miejscem, z którego żaden śmiałek (kolokwialnie: głupiec) nie powinien wrócić. Jednak przecież nie wzbudzają w nikim strachu – nie, gdy się już do nich wejdzie. Standardową reakcją na widok wnętrza paszczy lwa jest… zachwyt.
Tak, moi drodzy. Tylko to, co jest prawdziwie niebezpieczne, może w pełni usatysfakcjonować wybredną, ludzką naturę.
Być może stwierdzenie to jest już odrobinę… znoszone. Może faktycznie, po tylu latach istnienia w świadomości ludzkości zdążyło ono pokryć się już paskudnym, pełnym malutkich żyjątek mchem. Jednak nie zmienia to faktu, że jest ono prawdziwe. I, jak to się zwykle w takich sytuacjach zdarza, swoje potwierdzenie w praktyce otrzymuje wtedy, kiedy każdy rozsądny człowiek chciałby o nim jak najszybciej zapomnieć.
Marcus Wilkes nie pragnął myśleć o pięknie. Miał zadanie do wykonania. Nie szukał zemsty ani satysfakcji – traktował spotkanie z chłopakiem swojej zaginionej szwagierki całkowicie bezosobowo. Była to dla niego tylko kolejna przeszkoda do pokonania. Czy trudna? Wątpił w to. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jeśli dalej będzie trzymał z T… Lordem, coraz częściej będzie musiał składać takie domowe wizyty bez herbaty i ciasteczek. Można by rzec (choć Wilkes pewnie oburzyłby się na to stwierdzenie), że był to pewnego rodzaju test.
Lecz jeśli tak, on go właśnie oblewał. Na całej linii.
Myśli Marcusa Wilkesa były absolutnie mu nieposłuszne. Jak ukarać coś, czego nie można dotknąć? Jak nad tym zapanować? Zawsze sądził, że to tylko kwestia dyscypliny wewnętrznej, wprawy, silnej koncentracji. Czego mu brakowało? Czego, do diabła? Choć umysł podpowiadał mu, dlaczego dzieje się tak, a nie inaczej, z całych sił próbował odrzucić tę odpowiedź. Nie pasowała do jego wizerunku zimnego, wyrachowanego drania. A mimo to wciąż nie mógł nad sobą zapanować. Całkowicie zatracił się w tym, co widział dookoła siebie. Z minuty na minutę, ba!, z sekundy na sekundę jego desperackie próby skupienia się na tym, co mieli do zrobienia, odnosiły coraz to marniejszy skutek. Aż końcu, tak, dokładnie tak – zatracił się do tego stopnia, że zapomniał, po co tu przyszli i pozwolił swoim szalonym myślom przejąć nad sobą kontrolę.
Po raz pierwszy stanął on twarzą w twarz z pięknem absolutnym. Pięknem bezkresu, wolności i zapomnienia. Pięknem, któremu dorównać mogłoby tylko samo piekło; gdyby istniało, oczywiście.
– Idziesz? – gdzieś z oddali dobiegł go głos Bartemiusza. Przez moment nie mógł zrozumieć, dlaczego jego ton jest tak zniecierpliwiony. Przecież to, co właśnie widzieli…! – Znalazłem drzwi do piwnicy. Co jak co, ale lata wysłuchiwania aurorów w bufecie nauczyły mnie, że każdy parający się czarną magią prędzej czy później tam ląduje.
Chwilę później widział już tylko obdrapane z farby ściany i zasłonki w naprawdę niemodnym kolorze. Po pięknie absolutnym nie było ani śladu.
– Wszystko potrafisz zepsuć, co? – spytał odruchowo, choć niemal natychmiast przypomniał sobie, że on sam chciał się wyrwać spod uroku tego przeklętego miejsca. – Jak to zrobiłeś?
Bartemiusz spojrzał na niego ze zdziwieniem. Dopiero po kilkudziesięciu sekundach Wilkes pojął swój błąd. Przecież ten cały młody Crouch nie miał prawa go rozumieć! Gdzież mu tam do jakiegokolwiek piękna? To tylko urzędnik. Nawet jeśli kiedyś zostanie Ministrem, nigdy nie zrozumie, co on poczuł tu i teraz, tuż przed jego nosem.
Jeśli mamy być ze sobą szczerzy, Wilkes też mylił się co do interpretacji swej krótkiej chwili natchnienia. To nie był taki powszedni zachwyt nad uroczą rabatką i słonecznym dniem nad jeziorem. O, nie. Prawidłową (a jednocześnie wystarczająco demoniczną i patetyczną nazwą) byłby zew krwi. Tego dnia po raz pierwszy obudziła się w nim ta cząsteczka umysłu, która odpowiada za chęć władania wszystkimi duszami wszystkich światów.
– Nieważne – mruknął i, w ramach efektów specjalnych, machnął ręką. – Gdzie ta piwnica?
A potem, nim Bartemiusz zdążył wyrzec choćby słowo, rzucił się na własne poszukiwania. To jest, bezsensownie ruszył przed siebie, byle nie musieć tłumaczyć się ze swojej zadumy nad tą stertą bezwartościowych śmieci, jaka wypełniała ich własną paszczę lwa.
***
Choć to naprawdę nie było daleko, czuł, że schodzili po schodach przez całe wieki. Jeden stopień, sto lat, drugi stopień… Szybko jednak odkrył, że to nie schodzenie jest najgorszym, co może ich spotkać tego przedpołudnia.
– Czujesz ten zapach? – spytał Wilkesa tylko po to, by usłyszeć jego głos i utwierdzić się w przekonaniu, że nie śni. Tego zapachu nie można było nie wyczuć.
Nie zdziwił się więc, gdy jego towarzysz odpowiedział mu:
– Śmierdzi trupem.
Dobrze, może informacja dodatkowa była odrobinę zaskakująca. Ale tylko odrobinę – im dłużej o tym myślał, tym bardziej wydawało się to oczywiste.
Tak samo jak to, kto rzeczonym trupem jest.
Nigdy nie przyszło mu do głowy, że swoją siostrę pozna, gdy ta będzie już dość zaawansowana w procesie gnilnym. Nie, żeby przez większość życia podejrzewał, że ma siostrę, skądże. Jednak nawet gdy dowiedział się o tym od Gabrielle, sądził, że zaginiona nigdy nie zostanie odnaleziona, nieważne czy żywa, czy martwa. A przynajmniej, że w chwili odnalezienia on już od dawna będzie przebywał w Londynie, swojej bezpiecznej przystani. Nawet w najgorszych sennych koszmarach nie schodził do cudzych, pachnących trupem piwnic, by po raz pierwszy zobaczyć jakiegokolwiek członka swojej rodziny. To po prostu nie mieściło się w jego głowie. Był zdecydowanie zbyt poważnym człowiekiem, by kiedykolwiek zakładać takie scenariusze!
A mimo to, im bliżej było do odkrycia prawdy – im bliżej było końca schodów, im bliżej było światła przesiąkającego przez drzwi – tym wydawało się to normalniejsze. Nie w znaczeniu takie, jak powinno być a takie, jak to może się zdarzyć. Tak czy inaczej, żołądek niemal podchodził mu do gardła.
– Gotowy? – usłyszał głos Wilkesa, wciąż pochłoniętego własnymi rozmyślaniami. W innych okolicznościach pewnie zastanowiłby się, co też pałętało się po tej na wpół pustej głowie. Teraz nie miał na to czasu.
Tym bardziej, że drzwi wcale nie czekały, aż to Wilkes je otworzy. Drzwi otworzyły się same.
Bartemiusz Crouch Junior nie stanął oko w oko z absolutnym pięknem. Był zbyt przerażony, by rozumieć ideę piękna, rozumieć to, co zobaczył. Na szczęście był również zbyt przerażony, by krzyknąć i uciec na drugi koniec świata. Znieruchomiał z wrażenia.
Leżała na stole.
Tak po prostu.
Nie mógł na nią patrzeć, lecz z drugiej strony – nie mógł zmusić się do zamknięcia oczu. Było coś niesamowicie ludzkiego w tej powłoce pozbawionej przecież człowieczeństwa, w tym kawałku zupełnie nieistotnej materii rozkładającej się kątem na cudzym stole. W drugim odruchu, którego też z wrażenia nie wykonał, miał ochotę podbiec do niej i ją zakryć – ale już nie dlatego, że się bał; nie, coś w nim krzyczało, że jego siostra nie powinna w tak upokarzający dla wszystkich sposób leżeć sobie po prostu na, powtarzam to, cudzym stole.
Nie wiedział, co czuł Wilkes. Nie obchodziło go to. I tak nie mógłby zareagować.
I tak nie zareagował, nim było za późno.
– Kim jesteście?
Chłopiec od melonika (choć wtedy bez niego) jakby spod ziemi wyrósł między nimi a Stokrotką. Bez trudu go rozpoznali, choć przecież żaden wcześniej go nie widział. Coś złego czaiło się w jego oczach; coś, co nie pozwalało ci pomylić go z nikim innym.
– Powtarzam: kim jesteście?
Jego głos był piskliwy i nieprzyjemny, jak gdyby stworzony, by ranić ich uszy. Starzy, dobrzy Francuzi musieli mieć rację i w tej sprawie – postępowanie człowieka naprawdę odbija się w jego wyglądzie i sposobie bycia. Szkoda, że Bartemiusz nigdy nie przejmował się Francuzami. A raczej szkoda, że Stokrotka była za głupia, by ich pojąć. Wiedziałaby, że nie należy zadawać się z ludźmi z takim głosem.
Że taki głos to czyste zło.
– Pytamy raczej: kim ty jesteś? – Wilkes zaczął, choć wyraźnie słychać było po nim, że i jemu brakuje odwagi. Choć starał się, jak mógł, władczość w jego głosie pozostawała wciąż jedynie semi-władczością, zbyt przesiąkniętą lękiem, by wywrzeć na kimkolwiek jakiekolwiek wrażenie.
Mina zrzedła mu jeszcze bardziej, gdy gospodarz wycelował w nich różdżkę.
– To ja ustalam kolejność pytań – powiedział. – Chcę wiedzieć, kim…
– Bartemiusz Crouch Junior, Ministerstwo Magii – wypalił Barty, nim zdążył się powstrzymać.
Wilkes zaklął wyjątkowo nieprzystojnie. Zdradzanie swojej tożsamości nie było według niego najmądrzejszym, co mogli zrobić. Nie wiedział jednak czegoś bardzo, bardzo ważnego. Nie wiedział, jak fraza Ministerstwo Magii podziałała na samego Bartemiusza.
Są ludzie, których do walki o swoje życie zmotywuje modlitwa. Są tacy, którzy szepczą w chwilach niebezpieczeństwa długie listy zmarłych krewnych i przyjaciół. Jemu wystarczyło to, co kochał jak nic na świecie – poczucie bezpieczeństwa i władzy (a raczej – władzy i bezpieczeństwa, w tej kolejności priorytetów), które dawała mu ta szacowna instytucja. W oka mgnieniu poczuł się niczym nadczłowiek, ten, któremu nic złego nie może się wydarzyć, bo chroni go instancja najwyższa z najwyższych.
Wystarczyło, że we własnej głowie urósł do rangi bohatera, by minął go paraliżujący strach spowodowany zaskakującym, pierwszym spotkaniem z siostrą.
– Będzie pan odpowiadał z własnej woli? Stanowczo odradzam stawianie oporu – kontynuował. – Jeszcze nikomu to nie wyszło.
Pozostawało im liczenie na słynną na całym świecie skłonność tych złych do prawienia swoim ofiarom długich kazań, w których zwykle tłumaczą wszystkie swoje motywy i opowiadają o trudnym dzieciństwie.
Kolejna chwila stawała się wiecznością. W dodatku – wiecznością tak samo jak tamta zanurzoną w paskudnym, trupim zapachu jego siostry. Ich siostry?
– Kochałem ją – wyrzucił w końcu, wybuchając niebezpiecznym, nerwowym płaczem szaleńca. Nie był wzruszony, raczej teatralny. – Wiecie, że ją kochałem, prawda?
Choć zaczął mówić, nie schował różdżki. Bartemiusz uważnie obserwował jego trzęsącą się dłoń, jego palce zaciskające się to słabiej, to mocniej. Wiedział, że jeśli ten postanowi zaatakować, ich życie zależy od ułamków sekund. Wszystko mogło się zdarzyć.
Dobrze, nie wszystko. Stokrotce jakoś nie spieszyło się do wstawania z tego stołu i pozbawiania ich problemu.
– Wiemy – rzucił na wszelki wypadek, ale chłopak go nie słuchał. Zupełnie nie.
– Przyszła tu kiedyś do mnie – kontynuował – bo ktoś powiedział jej, że czynię cuda. Domyśliła się, że jestem czarodziejem, o tak. Była bardzo samotna.
Nie trudno było mu sobie wyobrazić samotność Stokrotki. Co miała robić, gdy Ceri wyjeżdżała do szkoły? Jako… Z całych sił napominał się, że nie wolno mu się teraz rozkojarzyć. Na rozmyślania przyjdzie czas później.
Ale on wciąż mówił i zatruwał mu serce jadem współczucia.
– Początkowo chciałem się trochę pobawić. Wiecie, jak to jest. Słabo z dziewczynami. Obiecałem jej, że… Lataliśmy czasem do Londynu, była tak uroczo naiwna. Potem…
– Co jej obiecałeś? – niespodziewanie dla wszystkich (wliczając jego samego) do dyskusji wtrącił się Wilkes.
Ale jego też nie słuchał.
– Potem zacząłem ją poznawać i rozumieć jej cierpienie. Nie mogłem patrzeć, jak cierpi, wiecie? Była taka śliczna! Taka niewinna! Taka…
– Co jej obiecałeś, ty skurwielu? – Nie krzyczał. Warczał. Znany ze swojego opanowania Wilkes tracił nerwy na całego.
– Nie mogłem spełnić swojej obietnicy! Nie mogłem! Tego… Tego nie byłby w stanie zrobić żaden człowiek, nie, rozumiesz mnie, kochanie?
Spojrzał na nią wzrokiem całkowicie pozbawionym miłości.
– Musiałem ją uwolnić – powiedział cicho, jakby do siebie. – Nie mogłem uczynić jej tym, kim tak bardzo chciała być, ale nie mogłem też pozwolić, by cierpiała.
Zrozumienie tego, co powiedział, zajęło im dokładnie tyle czasu, ile im pozostało. Nim cokolwiek jeszcze zostało powiedziane, nastąpiło spodziewane drgnięcie ręki zaciśniętej na różdżce.
Ale to, to było absolutnie zadziwiające.
To zielone światło.
I ten krzyk.

Część Osiemnasta. Problem kary.

Część Siedemnasta. Logicznie i nielogicznie.

Mimo że uważał się za człowieka bądź co bądź inteligentnego, za nic w świecie nie mógł zrozumieć wywodu Wilkesa. Ciąg przyczynowo-skutkowy, którym podążał jego przyszły szwagier, wydawał mu się całkowitym zaprzeczeniem ciągu przyczynowo-skutkowego jako takiego. I te spiskowe teorie! Wszystko było szyte tak grubymi nićmi, że, doprawdy, lepiej z ich pomocą wydziergałby sobie ciepły sweter na zimę, niż zawracał porządnym ludziom głowę jakimiś bzdurami.
Tak, kiedy Marcus powiedział, że nigdy nie zgadną, co odkrył, miał rację. Bo przecież ani on, ani tym bardziej Bartemiusz nie mógłby wpaść na coś równie sprzecznego z logiką!
– To nie ma sensu – Gerard powtórzył więc po raz setny, uparcie trzymając się swojego punktu widzenia. – Twoi koledzy to jacyś półidioci. Ile musieli wypić, żeby wymyślić coś równie niedorzecznego? I jak ty mogłeś im uwierzyć? Przecież…
– Obudź się wreszcie, nie żyjemy w Krainie Elfów – warknął Wilkes, najwyraźniej znudzony już jego wywodami.
Od jakichś piętnastu minut sytuacja się nie zmieniała. Gerard, jako głos rozsądku, musiał co chwilę przypominać, że nie istnieje nawet cień dowodu potwierdzającego hipotezę Marcusa. Marcus zaś, tkwiąc w swym głupim wyobrażeniu świata, czuł się w obowiązku napominać Gerarda, że takie rzeczy się zdarzają. Błędne kółko wzajemnej nienawiści, powiedziałbyś. Jak w nie zabrnęli? Odpowiedź jest prosta.
Gerard w głębi swojego nie takiego znowu pluszowego serduszka naprawdę rozumiał, że takie rzeczy się zdarzają.
Ale nie w jego rodzinie, do diabła!
– Może i nie – odpowiedział. – Jednak to, że świat bywa… brutalny, nie czyni go nielogicznym! I niesprawiedliwym, tak, dokładnie, nie rób tej głupiej miny. Niesprawiedliwym. – Mina Wilkesa nie była specjalnie głupia. Wyglądał tak, jak człowiek, który dusi się ze śmiechu; bo, niespodzianka, dusił się ze śmiechu. Gdy Gerard powtórzył swoje niesprawiedliwym, o mało naprawdę się nie udusił. – Czy mamy jakieś dowody, by oskarżać tego chłopaka? Nie. Nasze przypuszczenia opierają się na mglistym wspomnieniu jakiegoś barmana, który twierdzi, że widział ich kiedyś razem. I to gdzie! Kilkaset kilometrów stąd! – Im bardziej oburzony był Gerard, tym Wilkesowi trudniej było się nie śmiać. Dlatego też Tinkinswood musiał dodać po chwili: – Mówiłem ci, żebyś skończył z tą głupią miną!
– Jaką miną? – spytał, krztusząc się ze śmiechu do tego stopnia, że trudno było zrozumieć, co mówił.
– Dobrze wiesz jaką!
Poziom świętego oburzenia wewnątrz gerardzinej główki gwałtownie rósł i wszystko wskazywało na to, że jeszcze chwila, a rozsadzi on sufit. Znaczy, sufit jego główki.
Obiekt tegoż oburzenia, by móc ponownie przemówić, zmuszony był wziąć głęboki oddech i policzyć cichutko do dwudziestu trzech gumochłonów.
– Ile razy mogę ci tłumaczyć, że wszystko układa się w zrozumiałą całość, Tinkinswood? Myślisz ty w ogóle? – spytał, już prawie że opanowany. – Zacznę od początku. Nott z Muldberem rozmawiali…
– Kicham na twoje początki!
I tak dalej, i tak dalej. W zasadzie w tym momencie można by przerwać naszą relację – w końcu czy przebieg tej rozmowy wyraźnie nie wskazuje na to, że do niczego ona nie prowadzi? Że na końcu wąskich ścieżek ich umysłów czeka… Stop. Że nie ma końca wąskich ścieżek ich umysłów, bowiem są one koliste i jako takie nie posiadają one ani końca, ani początku? Wskazuje. Jednak po ostatnich słowach Gerarda (któremu zapewne kulturalny Los powinien teraz zrzucić z górnej szuflady przy zlewie paczkę chusteczek) nastąpił tak zwany przełom. Przełom ten przybrał formę Bartemiusza. Bartemiusza, który rzucił tylko krótkie:
– Muszę pogadać z ojcem.
I wyszedł z pomieszczenia.
Bartemiusza, którego obecność była dla nich obu tak szokująca (choć przecież słuchał całej ich konwersacji), że żaden nie zauważył, iż po raz pierwszy w życiu nazwał on Croucha Seniora ojcem.
***
Ciężko mu było zebrać myśli w tym gwarze. Gerard z Marcusem sprzeczali się o detale, zachowując się przy tym jak przekupki na targach magicznych staroci. Od ich paplaniny rozbolała go głowa. Dlatego też wystrzelił z tą rozmową, zupełnie nie przemyślawszy, na co się właśnie decyduje.
Kiedy jednak wyszedł z kuchni, zrozumiał, że nieświadomie zdecydował się na najmądrzejszą ze wszystkich opcji.
– Ceri, zostaw nas samych – powiedział beznamiętnie, stanąwszy na progu pokoju Croucha Seniora.
Dziewczyna prychnęła, co w języku jej podobnych oznacza nie mniej i nie więcej jak Chyba śnisz.
– Mówię poważnie – zagroził.
Szybkim krokiem podszedł do łóżka ojca. Ceri siedziała na stołeczku tuż obok – wystarczyłoby chwycić ją za przegub i…
Jedno spojrzenie w jej oczy upewniło go, że nie byłby w stanie wyprowadzić jej stąd siłą.
– Papa jest zmęczony – oznajmiła. – Chce, żebym z nim została, prawda, papo?
– Jeśli Bartemiusz prosi, żebyś… – zaczął Crouch Senior, ale córka nie dała mu skończyć.
– Papa jest zmęczony.
W głowie wciąż słyszał przekrzykujących się Wilkesa i Gerarda. Nie mógł myśleć. Nie mógł też dłużej patrzeć w te jej oczy, pełne przeklętego spokoju i wiary, że ojciec naprawdę jej właśnie potrzebuje.
Wszystko doprowadzało go do obłędu.
– Wynoś się! – krzyknął, nawet nie myśląc nad tym, co robi.
Mężczyznom takim jak Bartemiusz rzadko zdarza się niemyślenie. Czy nie powinno mu być to więc wybaczone? Przecież miał obłęd w oczach! Nie można wymagać zbyt wiele od człowieka w tym stanie!
Ale Ceri wymagała.
Wybiegła z płaczem. Do celu po trupach, co, panie Crouch? Przecież zostali sami. O nic więcej mu nie chodziło. To, o czym w przypływie niezrozumiałego dla niego natchnienia Barty chciał porozmawiać z ojcem, nie nadawało się dla jej delikatnych uszek. Zbyt wiele pytań zrodziłaby jej obecność. Utrzymywanie Ceri w niewiedzy to priorytet – i jedyne, co do czego zgadzali się wszyscy troje, to jest i Barty, i Wilkes, i nawet Gerard.
Dlaczego więc jej bieg, jej płacz, podziałał na niego jak kubeł zimnej wody? Jakim cudem okoliczność sprzyjająca dobru ogółu mogła sprawić, by momentalnie otrząsnął się z szaleństwa, w które popadł od zbyt intensywnego myślenia?
– Ceri! – krzyknął, czując w sobie przemożną chęć wybiegnięcia za nią. – Ceri, wracaj tu, wcale nie chciałem…!
Gdy już wybiegał – któż bowiem może oprzeć się tak przemożnej chęci? – w ostatniej chwili odwrócił się w stronę ojca i spytał nerwowo:
– Ten człowiek, o którym mówiłeś, miał na sobie melonik, prawda? – I, nie czekając na odpowiedź, dorzucił: – To on, prawda? Wiesz, gdzie mieszka, czy mamy szukać na oślep?
Tyle że Crouch Senior nie rozumiał odruchów synowskiego serca. Dlatego też jego odpowiedź nie była ani pospieszna (choć przecież czas się kurczył, kurczył niemiłosiernie), ani satysfakcjonująca.
– Usiądź – powiedział cicho po chwili zastanowienia. – Usiądź i powiedz mi, o czym od dłuższego czasu Gerard z tym… Marcusem krzyczą do siebie w kuchni.
***
W chwili, gdy tak brutalnie podeptał jej uczucia, Ceri zrozumiała, jak bardzo kochała swojego brata.
Szkoda, że dla nich obojga było już zdecydowanie za późno.
Świat Nie-Krainy-Elfów gardził szczęśliwymi zakończeniami.
***
Nie do końca rozumiał, jakim cudem zasnął tamtej nocy.
Po rozmowie z ojcem udał się wprost do pokoju Ceri. Drzwi zastał zamknięte; mimo usilnych próśb nie udało mu się nakłonić jej, by otworzyła. Choć może jego prośby nie były aż tak usilne? Sam nie do końca wiedział, co mógłby jej powiedzieć, gdyby stanął z nią twarzą w twarz. Przepraszanie, gdy nie patrzyło się jej w oczy, było w miarę proste. Nie było widać, że blefuje – bo wcale nie żałował tego, co się stało. Już nie.
Gdy wrócił do siebie, przez dłuższy czas nie mógł przestać myśleć o wszystkim, czego się tego dnia dowiedział. Trudno było mu pojąć, że dziewczyna, o której wciąż wszyscy mówili, była jego siostrą, że chłopak, przez którego – tego był już niemal pewien – zaginęła, był chłopakiem jego siostry, że… Prawda przytłaczała go. Nigdy wcześniej nie czuł się tak źle jak tego dnia. Coś w nim pragnęło, by taki dzień się nie powtórzył już nigdy przenigdy – i, drogi czytelniku, była to nadzieja płonna. Dzień, w którym złapali jego syna…
Ale do tego dnia było jeszcze daleko. Na razie Bartemiusz Crouch jeszcze Junior jednak zasnął – by obudzić się w kilka godzin później całkowicie i niewyobrażalnie wręcz (zważając na okoliczności) wypoczętym.
Bez pośpiechu wykonał poranną toaletę, bez pośpiechu również ruszył w końcu na spotkanie z rodziną. Czuł się dziwnie lekko, beztrosko. Dopiero widok Wilkesa uświadomił mu, że tej nocy coś bezpowrotnie w nim umarło. Po raz pierwszy bowiem spojrzał na niego i ani mililitr nienawiści nie zagościł w jego sercu.
Bartemiusz obudził się całkowicie pusty w środku.
– Myślałeś o tym, o czym wczoraj rozmawialiśmy? – Żadnego cześć, żadnego jak się spało. Wilkes od razu przeszedł do rzeczy. – Wiem, że rozmawiałeś z szanownym teściem. Dowiedziałeś się może czegoś?
– Mógłbym najpierw zjeść śniadanie? – spytał.
Jego absurdalna zachcianka wytrąciła Marcusa z rytmu.
– Że co? – wypalił, nim zdążył zastanowić się, co mówi.
– Mamy porę śniadaniową.
Tym oto sposobem – po serii pełnych niezrozumienia min Wilkesa – obydwaj ponownie znaleźli się w kuchni. Tam zaś działo się trochę lepiej niż dnia poprzedniego. Kuchnia bowiem była pusta, tak więc i nie było komu się w niej wykłócać.
– Zjesz ze mną? – Jako że Barty połową siebie znajdował się w lodówce, w dodatku tą połową odpowiedzialną za mówienie, słabo go było słychać. – Jest tylko dżem. I dżem.
Wilkes, wciąż tkwiąc w stanie względnego niezrozumienia, początkowo nie mógł się zdobyć na odpowiedź. Do głowy bowiem nie przychodziło mu nic wystarczająco mocnego, by wyrwać Bartemiusza ze stanu tej cudacznej błogości. Odzywanie się zaś bez osiągnięcia tego efektu zdawało się nie mieć sensu.
W końcu jednak – wymyślił:
– Uważam, że powinniśmy tam pójść i ostatecznie rozwiązać tę sprawę.
Barty z wrażenia uderzył głową w półkę z dżemem.
– Że co? – powiedział, wychylając się zza drzwiczek lodówki i masując obolałe miejsce. – Co rozumiesz pod słowem my? Albo rozwiązać?
– Sprawdzimy gnojka osobiście. Ty i ja.
Lekkość bytu bartemiuszowego uleciała w niebyt. Dziwna pustka pozostawała na swoim miejscu. O ile można mówić, że coś, co z założenia jest zaprzeczeniem istnienia, istnieje w konkretnym miejscu.
– Chyba nie mówisz poważnie – Barty uderzył w ton urzędniczy. – Powinniśmy zawiadomić odpowiednie organa. Wrócę do Londynu i wszystkim się zajmę.
Coś w jego głosie kazało wierzyć w to, że decyzja ta jest ostateczna. Jednak Wilkes postanowił temu czemuś nie ufać. Nie, kiedy chodziło o wyeliminowanie ostatniej przeszkody na drodze do zdobycia jego odparomiesięcznego kaprysu – Ceri.
– Organa uznają, że dowody są niedostateczne. Słyszałeś, co mówił wczoraj twój brat? Pójdą tą samą…
– To nie jest mój brat – przerwał mu brutalnie.
W szufladzie myśli młodego Croucha mojego ojca błyskawicznie wręcz zastąpił nie-mój brat.
Wilkes milczał przez moment.
– Co nie zmienia faktu – podjął w końcu wątek przerwany – że organa, jak je ładnie nazwałeś, potrzebują lepszych dowodów.
– Same powinny je sobie znaleźć.
Jako że Bartemiusz wykazał wolę powrotu do dżemu, trzeba było zastosować broń ostateczną:
– Chyba nie tchórzysz, co?
Nawet nie wyobrażacie sobie, jak Wilkes miał tego żałować jeszcze przez wiele lat.

Część Siedemnasta. Logicznie i nielogicznie.

Część Szesnasta. Szminka.

To był naprawdę ciężki dzień.
Choć zegar ledwo co wybił godzinę czwartą, Vorrenus Nott z trudem utrzymywał się na nogach. Cholerni skąpcy! Od samego rana latał od domu do domu starając się nadrobić czas, który stracili na romansach Wilkesa, ale szło mu jeszcze gorzej niż zwykle. Trzy z siedmiu osób, które zdążył już odwiedzić, odmówiły mu; nawet obietnice szybkiej spłaty długu i osobistej wizyty panicza Riddle’a nie potrafiły ich przekonać do łaskawszego spojrzenia na jego prośbę. Co będzie, gdy przyjdzie do wytłumaczenia się Mu z porażki? Parę lat temu wyśmiałby osobę, która powiedziałaby mu, że będzie drżał na samą myśl o jakimś młokosie. Dzisiaj stało się to rzeczywistością.
Dokładnie trzynaście po – cóż za absurdalna godzina! – był umówiony z Muldberem. Miał dziką, naprawdę dziką, ochotę się spóźnić. Przecież nie mógł być jedyną osobą na świecie, której ktoś popsuł dzień. Orson ze swoją obsesją na punkcie punktualności był ofiarą niemal idealną. Niemal, bo w końcu nie był z nim tam umówiony w celach towarzyskim. Mieli jeszcze coś do załatwienia.
Kiedy wczoraj przyszedł do niego do domu (i obudził Constantine’a, to było wręcz do przewidzenia), miał ochotę go wyśmiać, ale po solidnie przespanej nocy nabrał przekonania, że być może rozumowanie jego kolegi nie jest aż tak bezsensowne, jak mu się początkowo wydawało. Tylko dlatego rano wysłał mu krótką wiadomość, że jednak może się z nim spotkać – i tylko dlatego odwołał spotkanie z kolejną nadzianą paniusią, która pewnie też odesłałaby go z kwitkiem. Jednak im bliżej był umówionego miejsca, tym większe ogarniały go wątpliwości, potęgowane jedynie przez ogólny zły nastrój. Powoli zaczynał przyznawać, że wczoraj zachowywał się jak rozsądny człowiek, a przez noc zdążył oszaleć – jakby nie było na odwrót!
Spóźnił się o dwie minuty. Tak dla zasady.
– Czołem, Muldber – powiedział, pozdrawiając przyjaciela gestem ręki.
Ten nie odpowiedział. Groźnie zmarszczył brwi – a, pamiętając o niedźwiedziej fizjonomii Orsona, każdy przyzna, że jego groza jest stokroć groźniejsza od grozy niczyjej.
– No co? – Nott uśmiechnął się niewinnie. Bardzo starał się nie okazywać tej odrobiny strachu, która zrodziła się w jego sercu. – Jak na mój dzisiejszy plan zajęć, jestem dziś wyjątkowo punktualny.
Widząc, że jego tłumaczenia nie robią na koledze większego wrażenia, zdecydował się sięgnąć po broń ostateczną.
– Wybacz, stary – powiedział z nieukrywanym żalem w głosie. – Postawię ci piwo.
Kiedy zauważył, że i to nie działa na Muldbera, niemal wpadł w panikę. Owszem, chciał go zdenerwować, ale żeby aż tak? Dwie minuty! Jak można robić komuś takie wyrzuty o marne sto dwadzieścia sekund? Co innego gdyby naprawdę dopiął swego i przyszedł tu po piątej, po drodze odwiedziwszy jedną lub nawet dwie ciekawe knajpy. Wtedy faktycznie każdy by się trochu zirytował. Mógłby nawet przyznać mu rację, ale…
Już miał błagać go o litość ze względu na nieletniego syna do wykarmienia, gdy Orson nareszcie przemówił:
– Nie chodzi mi o to.
Nottowi po raz pierwszy w życiu zabrakło słów.
Gorączkowo przeszukiwał swoje wspomnienia w poszukiwaniu czegoś, co zrobił źle, ale nic takiego nie mógł sobie przypomnieć. Dzisiaj nawet Iola nie była na niego zła, bo kiedy wychodził, jeszcze spała. A kiedy zasypiał, był zbyt pijany, by cokolwiek pamiętać, ale to inna historia.
– A o co? – spytał w końcu, gdy jego poszukiwania zakończyły się fiaskiem.
– Zgadnij.
Vorrenus wysilił procesy myślowe, ale jego mózg nie był przyzwyczajony do takiego wysiłku i nie udźwignął presji, którą na nim wywierano. Zero odpowiedzi.
– Jeśli masz zamiar dalej tak pracować, pozyskane pieniądze w całości pójdą na alimenty.
Nott spojrzał na Orsona z jeszcze większym niezrozumieniem w oczach. Nie podobało mu się to, co kolega insynuował i nie podobało mu się również to, że jego insynuacje mogły nie być bezpodstawne.
Muldber westchnął.
– Zetrzyj lepiej tę szminkę – powiedział wreszcie, już niemal spokojnym głosem.
O to mu chodziło. No tak. Ta starucha musiała mu narobić problemów.
Ostatnim domem, w którym dziś wizytował, była posiadłość państwa Heddersonów. Jak na złość nie było w domu głowy rodziny – statecznego Ludwika Heddersona, który winien był Tomowi sporą przysługę po tym, jak ten uratował jego syna z objęć… zaklętej szafy. Przywitała go jego matka, największa zdzira spośród wielkiej galerii zdzirowatych arystokratek. Nie dość, że nie poczęstowała go żadnymi ciasteczkami, nie podarowała ni jednego pensa, to jeszcze musiała go na pożegnanie pocałować w policzek! Obrzydlistwo. Nic gorszego nigdy go nie spotkało, naprawdę.
– Daj spokój, stary, chyba nie myślisz, że ja… – zaczął, ale widząc minę Orsona, wolał nie kończyć zdania.
Bo on myślał. Dokładnie tak myślał.
***
Mimo, iż Nott naprawdę starał się przekonać go do zmiany zdania, Orson Muldber wiedział swoje. Zbyt dobrze znana była mu skłonność przyjaciela do wchodzenia w bliskie stosunki z nowopoznanymi kobietami – niezależnie od wieku, rasy czy wyznania. Tolerował to zbyt długo. Myślał, że wystarczy odrobina cierpliwości, a Vorrenus się opamięta. Miał w końcu żonę. I syna. Syna, którego przecież kochał i dla którego był najwyższym autorytetem! Ale widocznie lata ukrywania licznych romansów najlepszego kumpla – ukrywania ich przed biedną Iolą, która, jak by nie patrzeć, też była jego przyjaciółką – okazały się latami straconymi. Cierpliwość nie była widocznie odpowiednim rozwiązaniem. Muldber zrozumiał to, gdy tego dnia Nott przekroczył granicę.
Umawiali się, że interesy załatwiają na poważnie. Żadnego picia z klientami, żadnego… Żadnych poufałości. Widocznie on tego nie rozumiał. A może starał się zachowywać w porządku, ale nie był już w stanie? Gdyby odpowiedź na to pytanie była pozytywna, Orson musiałby przyznać, że jest po części winny zaistniałej sytuacji. Brak reakcji to przyzwolenie. Ale, litości, miał być niańką czy mordercą?
Od samego rana źle się czuł, ale kiedy zobaczył tego cholernego, spóźnionego sukinsyna momentalnie zapomniał o wszechogarniającym bólu, który obudził go o piątej trzydzieści. Szminka! Czerwona szminka na jego policzku zadziałała lepiej niż najlepsze eliksiry lecznicze. Miało to swoje zalety. Po pierwsze, nie czuł już kłucia w żołądku i nie musiał planować jutrzejszej wizyty u magomedyka, po drugie zaś… Cóż, całą swoją frustrację mógł przelać na kogoś, kto jest o wiele bardziej materialny niż jakiś tam ból.
Na Nocie mógł się wyżyć. Na swoich wnętrznościach – nie bardzo.
W milczeniu przemierzali kolejne ulice. Orson uznał, że dzika awantura w tym momencie była absolutnie niewskazana. Co innego po robocie. Ale dopóki nie wypełnili wszystkich punktów harmonogramu na ten dzień, lepiej było torturować Notta-gadułę, uciszając go, ilekroć spróbuje się odezwać. To dopiero musiała być dla niego męczarnia! Muldber nawet nie musiał zastanawiać się, czy kiedykolwiek wcześniej jego przyjaciel przez tak dług okres czasu powstrzymywał się od mówienia; doskonale znał odpowiedź na to pytanie. Oczywiście, że nie!
– Dobra, chyba jesteśmy na miejscu – rzucił, doskonale rozumiejąc, że kara postu słownego dla Notta będzie musiała również poczekać, aż skończą.
Jednak ledwo Vorrenus się odezwał, Orson zaczął gorąco za nią tęsknić.
– Czemu kiedy wczoraj przyszedłeś do mnie, nie powiedziałeś mi, że będziemy go szukać w knajpie? – spytał charakterystycznym dla siebie tonem wioskowego głupka. – Takie poszukiwania mi się podobają! Czy to oznacza, że możemy…
– Nott, proszę cię, myśl.
Nie otrzymał odpowiedzi. Westchnął więc nad własną głupotą, która kazała mu wierzyć, że zmusi go do kojarzenia ze sobą nawet tak prostych faktów. Czy przez te wszystkie lata nie powinien się przyzwyczaić do tego, że to niemożliwe?
– Tutaj go wtedy widzieliśmy, tak? – spróbował więc podpowiedzieć Vorrenusowi. – Wtedy, gdy wróciliśmy od Wilkesa.
Nott zamyślił się. Po chwili jednak na jego twarzy zagościł wyraz symbolizujący zwykle nagłe olśnienie.
– Ach! Ten gnojek, który chciał nas podpalić! – wykrzyknął.
– Nie, ten gnojek, który ugasił…
***
Ale Nott był już we własnym świecie i zupełnie nie interesowały go wyjaśnienia Muldbera. Po pierwsze, był niesamowicie dumny z tego, że wreszcie rozumie, o kim Orson opowiadał mu wczoraj cały wieczór. Po drugie zaś… Przypomniał sobie, jak skończyła się dla niego tamta noc i przez chwilę, och, taką maleńką chwileńkę, nie mógł sobie odmówić przyjemności porządnego wytarzania się w tym wspomnieniu.
Zastanawiał się, czy ją dziś zobaczy. Pewnie tak. W końcu właśnie tu pracowała. Jednak nie był pewien tego, czy powinien ją widzieć. W końcu Orson i tak był na niego zły. Jeszcze powiedziałby Ioli… a do tego absolutnie nie mógł dopuścić. Kochał swoją żonę, mimo wszystko. Był też mały Constantine. Jakim okazałby się ojcem, gdyby zostawił jego matkę dla kobiety lekkich obyczajów?
Jednak, wierzcie mi, naprawdę chciał to zrobić.
Od tamtego czasu nie przestawał o niej myśleć. I to go dręczyło. Zdawał sobie wprawdzie sprawę z tego, że nie jest święty – ale zwykle od razu zapominał o kobietach, które spotykał. W szczególności o TAKICH kobietach! Zawsze sądził, że incydent, który zamyka się w paru zaledwie godzinach, nie jest zdradą. Nie był jednak pewien co do tego, czy tamten incydent się zakończył. Przecież….
Nie, myślenie nie było złe. Byle tylko tego nie powtarzał, bo jako w miarę przyzwoity człowiek nie będzie mógł potem spojrzeć na siebie w lustrze.
– Czy ty mnie w ogóle słuchasz, Nott? – głos Muldbera przerwał jego rozważania.
Postanowił. Przybierze teraz najpoważniejszą i najbardziej skupioną minę świata, a potem o niej zapomni. I za nic, za nic w świecie nie odezwie się do niej, jeśli ją zobaczą.
***
Jakże słaba okazuje się nasza silna wola w obliczu tak zwanego Zrządzenia Losu.
***
Muldber pogrążony był w rozmowie z barmanem. To akurat Nott musiał mu przyznać – chłopak znał się na wyciąganiu informacji. Może w innych sferach życia lekko kulał, może i wyglądał jak wygłodniały niedźwiedź, ale ludzie naprawdę chętnie dzielili się z nim tym, co wiedzieli. Podejrzewał, że pewnie się go bali. Choć on sam nie pamiętał już dnia, w którym po raz pierwszy zobaczył te kilkaset kilogramów personifikowanej zagłady (o pyszczku równie łagodnym, co wilkołak w pełnię i dłoniach gotowych w każdej chwili zmiażdżyć ci czaszkę), domyślał się, że Orson robił na przypadkowych osobach wrażenie wstrząsające. On się po prostu zdążył przyzwyczaić.
A skoro jego przyjaciel zajmował się tym, w czym był najlepszy, Nott miał chwilę dla siebie. Zajął się więc konsumpcją piwa, które miał oddać Muldberowi, ale uznał, że jemu zrobi ono lepiej. Pijąc, zupełnie nierozważnie rozglądał się po okolicy.
Wtedy ją zobaczył.
Stała dokładnie tam, gdzie tej feralnej nocy. Była sama, samiuteńka. Okropne wrażenie powtarzalności wszechrzeczy, świadomość, że złośliwa czasoprzestrzeń kpi sobie z nas i pętli oś wydarzeń, poczucie nieuniknionego – to wszystko uderzyło mu do głowy mocniej niż alkohol, którego przecież nie spożył jeszcze tak dużo. Znów był Nottem z wtedy. Znów miał sięgnąć po kufel, potrącić przy tym świeczkę i…
Ale nic takiego się nie wydarzyło.
– Ej, czy to nie jest ta twoja znajoma? – Orson poklepał go po ramieniu. – Daj jej spokój. Nie powinieneś zbytnio przywiązywać się do błahostek z przeszłości.
Tyle, że dla niego była to już teraźniejszość.
– Dowiedziałeś się czegoś? – spytał, nie odrywając wzroku od kobiety za szybą.
– Aha – odpowiedział. Przedwcześnie uznał sprawę byłej miłostki Notta za zamkniętą. – Wszyscy go tu znają. Nie mieszka w Londynie, prowadzi tu tylko jakieś szemrane interesy. Facet widział go wielokrotnie z Felicią.
– To nie ma sensu. Gdzie Cardiff a gdzie Londyn?
Zbywanie przyjaciela widocznie przyspieszało jego proces kojarzenia faktów. Wniosek, który wyciągnął Nott, był bowiem dość słuszny.
Jednak i na to Orson miał odpowiedź:
– Odległości nie mają znaczenia, gdy jesteś czarodziejem.
Ta deklaracja sprawiła, że Nott jednak na niego spojrzał.
– Myślałem, że była charłakiem – nie krył zdziwienia.
– Ona tak.

Część Szesnasta. Szminka.

Część Piętnasta. Małżeństwo twojej siostry.

Kwiaty zawsze pozostawały poza strefą zainteresowania młodego Bartemiusza Croucha. Deptał je nieustannie, lecz nie było w tym nienawiści, tylko zwykła obojętność. I choć nie uważał się za masowego mordercę, gdyby miał okazję, nie ominąłby takiej roślinki ze zdwojoną ostrożnością, a zniszczyłby ją, bo przecież zawsze się spieszył.
Zawsze.
Tym razem, choć przecież nie musiał biec do pracy, z bezwzględną beznamiętnością wgniótł w ziemię czerwone paskudztwo, które wprawdzie zauważył, ale i tak nie znał jego nazwy.
– Uważaj. – Marcus uśmiechnął się pobłażliwie. – Niszczysz siostruni ogródek.
Bartemiusz zatrzymał się, wyraźnie wybity z rytmu spaceru. Jaki ogródek? Te parę chwastów, kilka nieprzystrzyżonych drzewek, jakiś krzak z podejrzanymi owocami?
– Sądziłem, że chcesz rozmawiać o czymś poważniejszym niż dobro roślinek – odpowiedział. Pchany jakąś dziwną siłą, schylił się i podniósł z ziemi to, co przed chwilą zniszczył. – O ile to można nazwać roślinką.
Parsknął śmiechem. Nie rozumiał do końca dlaczego to robi – zwykle nie zachowywał się tak w stosunku do obcych ludzi. Ba! On nie zachowywał się tak w stosunku do nikogo. Był miłym, kulturalnym panem w garniturze, panem, który niedawno skończył trzydzieści lat i nie w głowie mu dziecięce zaczepki. Nie chciał wchodzić w słowne potyczki z tym… Wilkesem, nie chciał zgrywać kogoś, kim nigdy nie był.
Wiedział jedno – nigdy wcześniej tak bardzo nie chciał komuś przyłożyć.
– Przed chwilą było to pięknym kwiatem, owocem długotrwałego wysiłku mojej ukochanej, panie Crouch. – Nienaganna angielszczyzna Marcusa drażniła jego uszy. Chętnie starłby mu uśmiech z tej zakłamanej twarzyczki, wybił zęby, wyrwał język. – W tej rodzinie niczego się nie szanuje.
Naprawdę starał się nie reagować na jego zaczepki.
– Już sam cyrk związany z fałszywym pogrzebem. Mało to takich na świecie? Ale nie, trzeba zrobić z tego wielką uroczystość, zamiast wystawić symboliczny krzyżyk w piwnicy. Jakby charłak zasługiwał na godny pochówek!
– Ceri…
– Ceri to wciąż mała, głupia dziewczynka. Powołując ją za autorytet, tylko potwierdza się, jak nisko upadła familia Crouchów.
Nie mógł nie przyznać mu racji. Jakkolwiek nie kochałby swojej siostry, wiedział, że nie grzeszy ona rozumem sprawniejszym niż wysoce rozwiniętego pięciolatka. Smutne, ale prawdziwe. Czasem zastanawiał się, jakim cudem skończyła Hogwart, ale…
– Barty, porozmawiajmy poważnie.
Spojrzał w przerażające oczy Wilkesa i choć nie był tchórzliwym człowiekiem, zadrżał. Gdyby mógł kiedyś ujrzeć twarz dementora, z pewnością miałyby na niej swoje miejsce dwa identyczne punkciki – żadne inne nie pasowałyby równie dobrze. I może to był klucz do zrozumienia tego strachu, który zawładnął jego sercem, strachu, który wzmacniał przekonanie, że może naprawdę nie dożyć jutra.
Porozmawiajmy poważnie, psiakrew.
– Jesteś jedyną rozsądną osobą w tym domu wariatów – zaczął od komplementu. Kiedy Wilkes zaczyna od komplementu, może być już tylko gorzej. – Musisz rozumieć, w jakiej sytuacji się znalazłem.
Prawdę mówiąc, nie rozumiał, ale już mu się to nie podobało.
– Nie będzie przesadą, jeśli powiem, że mógłbym mieć każdą kobietę na Wyspach. Każdą. – Pozwolił sobie na ciche westchnięcie, tak niepasujące do jego wizerunku. – A sam przyznasz, że nietrudno byłoby mi znaleźć ładniejszą, mądrzejszą i bogatszą od twojej siostry.
– Jeśli szukamy ideału podobnego do setek innych… – zaczął. Nie mógł pozwolić, żeby jakiś Marcus obrażał Ceri.
– Myślisz, że ona jest jedyna w swoim rodzaju? Każda wiejska dziewczynka, córeczka głupiutkiego Gryfona i ślicznej Puchoneczki wygląda tak samo – parsknął śmiechem. – Ale widocznie takie mi się podobają.
Powoli tracił nad sobą panowanie i tylko strach powstrzymywał go przez ręcznym wymierzeniem sprawiedliwości. Narzeczony jego siostry właśnie ją znieważał – i robił to z godną pogardy obojętnością, jakiej nie powstydziłby się żaden z największych skurwysynów tego świata. W dodatku robił to chwilę po tym, jak stawał w obronie marnego ogródka i jego honoru. Tak jakby byle kwiatek był ważniejszy od człowieka.
– Do rzeczy – warknął, nieudolnie próbując zatuszować swoją złość.
– Prawda boli, braciszku. – Poklepał go po plecach przyjacielskim gestem. – Ale może dzięki temu zrozumiesz, w jak wielkim niebezpieczeństwie jest małżeństwo twojej siostry.
***
To cud, że przeżył tamtą rozmowę.
Kiedy Wilkes wspomniał o zagrożonym małżeństwie, o mało nie wyzionął ducha ze strachu. Jedyną bowiem rzeczą, która przerażała go w Marcusie bardziej niż jego oczy, były jego słowa.
Coś niezwykle ciężkiego ciągnęło go w dół z siłą, której nie mógł się oprzeć. Otwierały się przed nim wymiary, z istnienia których do tej pory nie zdawał sobie sprawy. Momentalnie przypomniał sobie wszystkie skuteczne sposoby uśmiercania, jakie profesor Binns przedstawiał im przy okazji kolejnych powstań goblinów. Spocił się tak, jakby przebiegł przed chwilą parę mil – a nie stał jak głupi z wyciągniętą przed siebie pozostałością czerwonego kwiatka.
Kiedy później o tym myślał – a raczej starał się myśleć, bo Ceri próbowała mu w tym przeszkodzić – zdał sobie sprawę z tego, że o mało ich nie wydał.
Dlatego teraz zamiast dotyk delikatnej jak mgiełka skóry panny Crouch, odnosił wrażenie, że wciąż ściska dłoń Wilkesa na znak zawartej umowy – umowy, która miała ich uratować i która miała ich zgubić. W głowie odbijały mu się wciąż słowa przyszłego, nie bójmy się tego określenia!, szwagra. O tym, że Gerard z tatusiem chcą zgubić jego miłość; o tym, że nie wie, czy na pewno zgodzą się na jego ślub; o tym…
– Ceri…
A ona wciąż była taka niepoważna! Patrzyła na niego tymi swoimi przeklętymi, orzechowymi oczami, wyraźnie zdziwiona, że ją od siebie odtrąca. Nie rozumiała powagi sytuacji. Nie chciała czy nie potrafiła? Nieważne.
– Mogę cię o coś spytać?
On też nie wiedział do końca, dlaczego woli zamęczać ją bezsensownymi przesłuchaniami, zamiast po prostu żyć czasem, który im został. Bo przecież nie ulegało wątpliwości, że dni kurczyły się coraz szybciej, a on niedługo musiał wrócić do pracy. Ten przymusowy urlop już był za długi. Zaczynało brakować mu tlenu, wszystko zamiast bawić – nudziło go, nawet Ceri z każdą minutą wydawała się coraz bardziej taka, jaką opisał ją Wilkes. Zwyczajna.
– Jasne, Bartemiuszku.
Odsunął ją na odległość o tyle bezpieczną, co nie budzącą żadnych podejrzeń ani ze strony ewentualnych obserwatorów, ani samej Ceri, która przecież była wystarczająco spostrzegawcza, by zauważyć ewentualne zaburzenia odległości i niepewność, która nim zawładnęła.
– Spytam cię teraz o coś bardzo, bardzo ważnego – powiedział spokojnie, wyraźnie akcentując słowo bardzo. – Masz być ze mną szczera, rozumiesz?
– Aha – przytaknęła, co przyjął z ulgą. Przez moment bał się bowiem świętego oburzenia pod tytułem A czy ja nie byłam kiedyś z tobą szczera?.
– Czy gdybym… Czy gdybym zabronił ci wyjść za Wilkesa, posłuchałabyś mnie?
Nastała chwila nabożnego milczenia, pełnego wzniosłych myśli i genialnych idei. Wszystkie one krążyły w nieprzystojnym, szaleńczym tańcu dookoła pokoju – tańcu, który bardziej przypominał ostatnie podrygi martwego stworzenia niż narodziny czegoś wielkiego.
I tak w istocie było. Odpowiedź, która padła, nie niosła ze sobą bowiem ani powiewu świeżości, ani zaskoczenia.
– Tak.
***
Niektóre dnie wcale nie chcą się kończyć. Kiedy zbliża się ich kres – najczęściej upragniony przez zdecydowaną większość społeczeństwa – zamiast odejść z godnością i pozostawić swój los w rękach niepewnej przeszłości, walczą z całych sił o możliwość trwania choć odrobinę dłużej. Mimo iż wiedzą, że czeka je ten sam los, co miliard ich poprzedników, nie potrafią się z nim pogodzić. Bluźnią na swego dobrodzieja – Przeznaczenie, przeklinają obłudny Czas i bezczeszczą zapadający Mrok, żałosnymi błaganiami o więcej, więcej, zawsze więcej.
Bartemiusz nigdy nie należał do osób z gatunku tych, które z głową w pętli jeszcze zdolne są do ostatnich aktów bezmyślnej przemocy (zwanej desperacją), lecz doskonale rozumiał tamten dzień. Jego życie również przeciekało mu przez palce – i choć do niedawna w ogóle tego nie zauważał, odzyskana świadomość ciążyła mu niewiarygodnie. Zbyt dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że marnuje to, co mu dano – zbyt dobrze, by odczuwać spokój związany ze słońcem zachodzącym za horyzont.
I choć z szafy prawdopodobnie nie miał zamiaru wyskoczyć mu jakiś wampir, Bartemiusz bał się.
Siedząc w kuchni nad kubkiem gorącego kakao (w końcu wieczory wciąż były chłodne), próbował podjąć ostateczną decyzję. Nie było to tak proste, jak do tej pory sądził. Bo, i owszem, był przekonany, co do tego, że powinien wrócić do Londynu z samego rana, ale nijak nie potrafił osądzić, czy lepiej będzie, gdy wróci sam, czy gdy wróci z kimś.
Gdzieś w okolicy kręcił się podekscytowany Gerard, który chyba próbował mu coś wytłumaczyć.
– Ojciec wyraźnie coś przed nami ukrywał – mamrotał, choć przecież pewnie chciał być usłyszany. – Nie było was wtedy i nie obchodzi mnie, w jakie parszywe pakty wchodziliście, ale jesteś skazany na to, by wierzyć mi na słowo. Ojciec coś przed nami ukrywał i chyba wiem dlaczego. Gdyby spróbować go podejść, kiedy nie będzie przy nim Ceri…
Gerard mówił tak już od dłuższego czasu i, jeśli mamy być ze sobą szczerzy, Bartemiusz nadal niespecjalnie wiedział, o co mu chodzi. Może sprawiał to fakt, że wcale go nie słuchał, pogrążony w swoich własnych rozmyślaniach – o wiele ważniejszych niż jakieś tam sekrety poczciwego staruszka. Jego bratu zresztą wyraźnie odpowiadał brak jakichkolwiek reakcji ze strony słuchacza. Inaczej przestałby, prawda?
– Myślisz, że dałoby się to jakoś załatwić? – a jednak kontynuował dziarsko, nie tracąc ani odrobiny ze swojego entuzjazmu. – Wiesz, źle cię oceniłem. Masz na nią dobry wpływ. Wyszła wtedy z tobą bez mrugnięcia okiem, nawet Wilkes nie protestował. Gdybyś spróbował tej sztuczki jeszcze raz, co?
Niespodziewanie przed oczami Bartemiusza pojawiła się uśmiechnięta głowa jego brata.
Powiedzieć, że o mało nie dostał zawału, to powiedzieć nic.
– Co? – spytał napastliwie, nie za bardzo rozumiejąc otaczający go świat.
Spojrzał wprost w brązowe oczy Gerarda i ujrzał tam to, czego tamten dzień i tak posiadał zbyt wiele. Determinację. A ta w połączeniu z jasno sprecyzowanym, acz trudnym do osiągnięcia celem nie wróciła nic dobrego.
– Zabierzesz ją na spacer – odpowiedział; zupełnie nie przejął się postawą brata.
Bartemiusz za to przejął się do głębi – na tyle, by bezczelnie zapytać:
– Że niby teraz?,
nie starając się nawet ukryć swojego oburzenia.
Nie było w nim zresztą nic zdrożnego. Dawno bowiem zapadł mrok i wysyłanie małych dziewczynek w ciemny las nie było zbyt rozsądnym posunięciem. Nawet, a w zasadzie zwłaszcza, w takiej obstawie. Młody Crouch aż za dobrze zdawał sobie z tego sprawę.
Poza tym nadal nie wiedział, co ma jej powiedzieć. Podejrzewał, że nawet rano nie będzie mu to dane. Myślał nad tym już od godziny – i co, ma tak nagle znaleźć właściwe słowa? Niedoczekanie.
– Spokojnie. – Gerard odsunął się od niego nieznacznie. Najwidoczniej wreszcie zauważył, że jego rozmówca nie jest w tak dobrym nastroju, jak on sam. – Poczekamy do rana.
Potrzebował paru sekund, by zebrać się w sobie i powiedzieć nie. Paru marnych sekund! Widocznie jednak Los i tego postanowił mu odmówić – bowiem gdy tylko Tinkinswood skończył mówić, drzwi do kuchni zamknęły się z hukiem.
Instynktownie odwrócił głowę.
To nie przeciąg uratował Bartemiusza przed krępującą odpowiedzią. To nie rozszalały niedźwiedź grizzli, który postanowił zrobić sobie kanapki z dżemem, choć to już dość bliskie skojarzenie. Nie była to również słodka Ceri, która przecież miała już spać.
Oparty o zamknięte drzwi stał Marcus. Zupełnie nie przejmował się zamieszaniem, które wprowadził – ludzie tacy jak on mają zwykle za nic kłopoty innych. Pozwolił sobie nawet skomplikować sprawę jeszcze bardziej, z kpiarskim uśmiechem mówiąc:
– Zgadnijcie, czego się dowiedziałem.
Nie zgadliby nawet przy stu szansach.

Część Piętnasta. Małżeństwo twojej siostry.

Część Czternasta. Niecnota.

Jego krawat zdecydowanie był przeklęty; miał w sobie coś diabelskiego, coś, co jakoś niespecjalnie chciało stanąć po stronie biednego Bartemiusza. Bo przecież to, że drugi raz w tym tygodniu niemożność zawiązania go budziła osobę, która budzić się nie powinna nie mogło być przypadkiem. O nie, w takich sprawach paluchy maczają siły potężniejsze niż najzwyklejszy pech.
Który jednak z czortów miałby jakiś interes w zaistniałą sytuację? Ten, który odpowiada za obolałe plecy czy ten od dekonspirowania zakazanej miłości? Doprawdy, jeśli naprawdę chcieli go zdenerwować, mogli to zrobić bez tego paskudnego uderzenia drzwiami.
A Gerard mógłby zacząć patrzeć, co wyprawia. Tak poza tym.
– Co ty tu robisz? – spytał podejrzliwie, wpatrując się w niezawiązany krawat na szyi przybranego brata.
– Podejrzewam, że to samo co ty – Bartemiusz odpowiedział cierpliwie, nie pozwalając sobie choćby na cień zdenerwowania. – Szukam Ceri.
Prawdę mówiąc, ratowało ich tylko to, że chwilę temu wyszła do łazienki. Gdyby zastał ich tu razem, a co gorsze – niespecjalnie ubranych, nie mieliby zapewne czego dłużej szukać w tym domu. Tak jednak istniała szansa, że tym razem jeszcze im się uda.
– Po co? Myślałem, że powinieneś już dawno być poza domem.
– Chciałem spytać ją jeszcze o parę szczegółów. Zna sytuację o wiele lepiej ode mnie. – Uśmiechnął się, próbując nie przesadzić z ilością niewinności wypisanej na twarzy. Przecież Nie mógł przestać być bezczelny, prawda?
Gerard spojrzał na niego, nie ukrywając swojej irytacji. Bartemiusz wątpił, by była to wina jego wymówki; braciszek z definicji nie znosił wszystkiego, co związane z Crouchami.
– Pomożesz mi? – spytał po chwili, wskazując jednoznacznie na swój krawat.
***
Pytanie to przelało czarę goryczy.
Co on sobie wyobrażał? Że będzie robił mu za niańkę? Jasne, już biegnie! Nie będzie jak głupi… Nie, nie, to nie wchodziło w grę.
Jednocześnie uderzyła go inna wizja. Filigranowa, orzechowowłosa dziewczynka stojąca na paluszkach zdecydowanie za blisko jakiegoś padalca, który wykorzystuje jej chęć pomocy, by niby niewinnie głaskać ją po plecach. Tak, ten cholerny Crouch wyglądał na człowieka tego pokroju. Może nie tak jak Wilkes, ale… Na Boga, to ich siostra!
– Daj to – warknął, wyciągając rękę.
Zastanawiał się, dlaczego człowiek, który tak dobrze zarabia nosi tak obrzydliwy krawat. Nie mieściło mu się to w głowie. Owszem, jego rzeczy nieraz pozostawiały wiele do życzenia, ale świadczyły chociaż o resztkach dobrego smaku kupującego. Zgniłożółta szmatka, którą miał właśnie w rękach – nie.
– Sierota – mruknął, bardziej do siebie niż do rozmówcy. – Sierota i bezguście.
– Słucham? – Bartemiusz spytał uprzejmie.
– Nic.
Kpiący uśmieszek na ustach tego popaprańca w niczym nie ułatwiał mu zadania. Nigdy jeszcze bowiem tyle trudu nie kosztowało go zawiązanie głupiego krawata.
Może faktycznie był przeklęty?
***
Reszta tego dnia nosiła na sobie piętno feralnego poranka. Nie, to nie było tak, że nagle wszędzie widywał ludzi w niezawiązanych krawatach. Gerard też mu więcej nie zawadzał. Po prostu…
Nic, ale to nic, nie chciało mu się złożyć w logiczną całość.
Początkowo chodził trochę z ojcem. Tak dla towarzystwa. Odwiedzali dom za domem, święcie przekonani, że i tak nie odniosą sukcesu. Rozmawiali z sąsiadkami o kwiatach w ich ogrodach, nieznośnych wnukach i bezsenności, nie wynosząc z tych konwersacji żadnych wartościowych informacji. Owszem, wszyscy kojarzyli Felicię, ale zwykle na tym się kończyło. Parę osób wspomniało, że ich dzieci wiedziałyby więcej, tylko co im po nich, skoro były w Hogwarcie? Mało kto był tu niemagiczny, że już o charłakach nie wspomnę. Trzymano się więc od Stokrotki z daleka, bo przecież mogła ich wszystkich pozarażać.
Oczywiście nikt nie powiedział im w twarz, że czuje się lepiej bez takiego uciążliwego sąsiedztwa. Ale Bartemiusz Junior pracował zbyt wiele lat w Ministerstwie, by nie wyczytać tego z mowy ich ciał – oczu, ust, rąk. Popierał ich trochę, troszeńkę, choć przeszkadzała mu w tym świadomość, że była to w końcu jego siostra. Tak jak Ceri.
W końcu jednak się rozdzielili i skończyło się na tym, że przesiedział cały dzień na jakiejś brudnej ławeczce w centrum. Nie miał zamiaru z własnej woli zaczepiać obcych ludzi. Zresztą, co niby miał im powiedzieć? Przepraszam, zgubiłem siostrę? Nie, to brzmiało zbyt absurdalnie.
W szczególności jak na niego.
Kiedy jednak wieczorem wrócił do tymczasowego miejsca zamieszkania i zdołał przekonać Ceri, że namiętne pocałunki na środku korytarza nie służą utrzymaniu tajemnicy, zdarzył się wypadek.
Wszystko zaczęło się od krzyku osobnika płci niewątpliwie męskiej, roznoszącego się po całym domu.
Niespecjalnie zastanawiał się nad tym, co robi, łapiąc Ceri za rękę i wpadając z nią jak burza do salonu, a przecież oczekiwano od niego choćby śladowej ilości inteligencji. Choćby tyle, by zrozumieć, że w ten sposób żaden brat żadnej siostry nie trzyma, a przecież nie szło ich nie zauważyć, skoro już tak wbiegli.
Przywitało ich ostrzegawcze spojrzenie Gerarda, zbyt zajętego jednak, by mógł zareagować jakoś poważniej.
No cóż, widocznie leżący na podłodze ojciec jest ważniejszy od skandalu w rodzinie.
– Tatuśku! – Ceri pisnęła i natychmiast wyrwała się Bartemiuszowi, podbiegając do staruszka. – Tatuśku, tatuśku, co ci się stało?
– Spokojnie, kochanie, teść się tylko potknął.
Niespodziewanie z mroku – albo z nicości, z nim nigdy nic nie wiadomo – wyłonił się Wilkes. Nie przejął się zupełnie losem wyżej wymienionego; zamiast pomóc mu wstać, odsunął od niego ukochaną córkę.
Tymczasem Gerard starał się jednak go podnieść. Nie było to łatwe o tyle, o ile staruszek wcale się nie potknął. Przynajmniej nie tylko.
Bartemiusz bez chwili zastanowienia pochylił się nad ojcem. Ucieszyło go to, że wykazywał jeszcze jakiekolwiek funkcje życiowe – trupów było im tu aż nadto. Nie wyglądało jednak na to, by miał szybko odzyskać przytomność.
– Widziałem – warknął Gerard, przetrząsający kieszenie w poszukiwaniu różdżki, choć przecież każdy normalny człowiek pobiegłby po prostu po szklankę wody.
– Wydawało ci się, braciszku. – Pozwolił sobie na krótkie, bezczelne spojrzenie w jego stronę. – Nie oszołomiłem naszego ojczulka, naprawdę mnie tu nie było.
– Ceri…
– Ceri też nie.
Gerard wymruczał coś jeszcze, ale to nie było ważne. O wiele istotniejszy bowiem stawał się fakt, że nie mógł znaleźć różdżki, a o szklance wody nadal nikt nie pomyślał.
– Może najpierw przeniesiecie go na kanapę? – zaproponował Wilkes, którego głównym zajęciem nadal było przytrzymywanie swojej narzeczonej.
– Może najpierw się zamkniesz? – odpowiedział mu Gerard.
Jednak po chwili faktycznie posłuchali Marcusa, możliwe, że pierwszy i ostatni raz w życiu. Bartemiusz złapał za ręce, Gerard za nogi i już w paręnaście sekund później Crouch Senior leżał w miejscu bardziej do tego odpowiednim niż dywan.
***
Następnego ranka nikt nie ruszył się z domu, choć przecież nic nie wskazywało na to, że jego stan miałby się pogorszyć. Po prostu Ceri oświadczyła, że będzie przy ojcu czuwać. Skoro zaś ona zostawała w roli niańki, obowiązkiem Marcusa było niańczyć ją. Zazdrość Bartemiusza nie pozwalała mu zostawiać dziewczyny z mężczyzną spoza ich rodziny – choć, jak już dobrze wiemy, więzy krwi w niczym jej nie przeszkadzały. Gerard zaś uznał, że lepiej mieć na brata oko, w szczególności, że od pewnego czasu był potencjalnie niebezpieczny.
Tak więc wszyscy gnieździli się w sypialni ojca. Atmosfera odpowiadała czuwaniu nad zwłokami; zresztą, temat ich rozmowy i pomieszczenie, w jakim się znajdowali, tylko ją wzmacniało.
Wszędzie były jej zdjęcia. Wszędzie. Powiedzieć, że było ich dużo to za mało. Było ich nieskończenie wiele.
Pamiątki po zmarłej żonie stanowiły około dziewięćdziesięciu procent zawartości pokoju. Gerard nienawidził tego miejsca – ilekroć tu przebywał, czuł się tak, jakby nieodżałowana nieboszczka miała nagle wyskoczyć z szafy. Tęsknił za nią, owszem, ale te wszystkie świecidełka, szmatki, lustereczka i cała armia innych bibelotów doprowadzała go do szału. Z przeszłością powinno się walczyć.
Tak, zdecydowanie przypominało mu to czuwanie nad matką. Był wtedy taki mały, niewiele pamiętał, ale to, co wciąż pozostało w jego głowie, było na tyle wyraźne, by można było dokonać porównania z sytuacją aktualną. Różniły się po prawdzie szczegółami – na łóżku (czemu nie w trumnie?) leżał teraz jego ojciec, jeszcze na szczęście żywy, a za rękę trzymała go jego siostra, wtedy -– wiele lat temu – nie wychylająca nawet główki ze swojej kołyski. Wtedy też oczywiście nie było tu tego paskudnego Wilkesa i Bartemiusza, niszczących całą powagę sytuacji jakimiś bezsensownymi utarczkami słownymi.
– Tatuśku, ale jesteś pewien, że nie mam zawołać doktora Lachesisa? – niemal nieustannie pytała Ceri, a staruszek tylko zbywał ją uśmiechem.
Niejednokrotnie musiał się powstrzymywać, by nie zaproponować zawołania księdza – tak, to zdecydowanie bardziej pomogłoby ojcu. Mógłby jednak być opatrznie zrozumiany. W końcu…
– Tylko zemdlałem, córeczko.
– Naprawdę? – dopytywała.
– Tak, kochanie. Musiałem się przeforsować. Jestem już za stary na takie długie wędrówki.
Tylko raz udzielił jej innej odpowiedzi. Jeden jedyny raz, akurat wtedy, gdy sądził, że nikt nie zwróci na nią większej uwagi. Bartemiusz i Wilkes opuścili bowiem pomieszczenie chwilę wcześniej, pod pozorem krótkiego, acz koniecznego spaceru w celu rozprostowania kości. Gerard wolał nie wnikać, co się za tym kryło. Odpowiedź mogłaby mu się nie spodobać.
– Ale naprawdę nie chcesz doktora? – spytała po raz pięćdziesiąty trzeci, liczył.
– Nie doktor jest mi potrzebny.
Uśmiechnęła się i pochyliła, składając pocałunek na jego pomarszczonym czole.
– A czego ci brak, tatusiu?
Naprawdę bywała słodka. Czasami odnosił wrażenie, że gdyby nie była jego siostrą, chciałby pojąć ją za żonę. Potrzebował kogoś takiego, a nie ponurą, zrzędliwą i napuszoną Selmę. Zawsze odgarniał od siebie te myśli, uznając je za obrzydliwe, ale urokowi siostry zaprzeczyć nie umiał.
– Chciałbym złoić skórę dzieciakowi, którego dziś spotkałem – odpowiedział pogodnym, herbatkowym tonem.
– Znowu rzucali kamieniami w nasze sowy? Nie, tatko, nie możemy tego dłużej tolerować. Biedna Arkham wróciła ostatnio ze złamanym skrzydłem. Goiło się ponad miesiąc, pamiętasz?
– Pamiętam.
Goiło się ponad miesiąc, aż w końcu ulitowali się nad biedaczką i zakopali w ogrodzie. Taka smutna prawda. Tylko męczyła się na naszym świecie.
– Obawiam się, że znowu jej się coś stało. Długo nie wraca – przyznała, a na jej twarz posmutniała.
Obydwoje westchnęli niemal jednocześnie. Ojciec był zdecydowanie bliższy wyznania prawdy niż on, Gerard. Ale ten staruch nigdy nie był odporny na wdzięki swojej córeczki.
– Ale nie o to chodzi, prawda? – spytał, zanim Crouch zdołał ich zdekonspirować.
Wyraźnie widać było, że ten temat zdecydowanie bardziej im odpowiadał.
– Och, oczywiście, że nie, gdyby tak było, wytargałbym go za uszy i zaprowadził do rodziców – odpowiedział, śmiesznie marszcząc brwi. Ceri z aprobatą pokiwała głową. – To sprawa zupełnie innej natury.
– Podstawił ci nogę? Niecnota!
Pomieszczenie wypełnił śmiech dziewczyny i jej ojca. Gerard zdawał sobie sprawę, że nie było to najinteligentniejsze z jej spostrzeżeń, ale sam ledwo oparł się pokusie choćby słabego uśmiechu.
– Ukradł mi zegarek – przyznał w końcu mężczyzna.
Zegarek pana Croucha Seniora nie był może najbardziej wartościową rzeczą pod słońcem, ale na Ceri zrobiło to duże wrażenie. Zerwała się z łóżka, gotowa rzucić się na złodzieja teraz zaraz.
– Jak to? – pisnęła.
Obydwoje nienawidzili, jak piszczy.
– Rozmawialiśmy i jakoś tak…
– Ojcze, o czym ty mogłeś rozmawiać z takim gówniarzem? – Gerard wtrącił się mu w pół słowa. Nie było to zbyt kulturalne, ale… – Wiedział coś o Felicii?
Na dźwięk imienia siostry, Ceri spoważniała.
– Wydawało mi się, że tak. Coś tam mówił, że spotykali się kiedyś ze sobą, wiesz, wyglądał na takiego, co to obracał się w jej towarzystwie – odpowiedział. – Miał… – Spojrzał znacząco na córkę. Przy niej nie mógł podawać żadnych szczegółów. – … dziwne nakrycie głowy, tak. Ale to wszystko musiało być zwykłym żartem, rozumiesz, chciał skorzystać z okazji zarobienia łatwych pieniędzy.
Odwrócił głowę i spojrzał prosto w gerardowe oczy. Chłopaka aż ciarki przeszły po plecach.
– Nie ma się czym przejmować – dokończył po chwili.
A przecież było.

Część Czternasta. Niecnota.