without Justice

Wyszła z pokoju dzieci, delikatnie zamykając za sobą drzwi.
Codziennym rytuałem Romana było czytanie przed snem. Na początku małżeństwa miała trudności z przystosowaniem się do tego nawyku – próbowała odrywać go od lektury i wciągnąć w rozmowę, ale z czasem nauczyła się, że nie ma szans, by poświęcił jej całą uwagę, dopóki z własnej woli nie odłoży książki na stolik nocny, co działo się zwykle o tej samej porze. Jeśli tylko pochłonął go jakiś wątek, nie potrafił w żaden sposób przenieść swojej uwagi, odciąć się od myśli, którą przetwarzał. Jeśli zwracała na siebie uwagę zbyt nachalnie, stawał się rozdrażniony i nieobecny.
Poprawiła wiązanie jedwabnego szlafroka i podeszła do łóżka od jego strony. Podniósł na nią nierozumiejący, zamglony wzrok. Uśmiechnęła się słodko, chwyciła za grzbiet ciężkiego tomu i odłożyła ją na bok. Weszła na łóżko, siadając na mężu okrakiem. Czuła miękki materiał szlafroka i kołdry na swojej skórze. Położyła mu dłoń na policzku. Zadrapał wnętrze jej dłoni krótkim, szorstkim zarostem, kiedy spróbował odwrócić się w stronę książki, którą bezprawnie mu odebrano. Przytrzymała jego głowę, zmuszając go, by na nią spojrzał.
Pochyliła się nad nim i delikatnie pocałowała jego spierzchnięte usta. Wiedziała, że nie znosił, gdy jej długie włosy łaskotały go po twarzy, jednak nie dbała, by założyć je za ucho. Wsunął jej język do ust, niechętnie, najwyraźniej w nadziei, że jeśli spełni jej oczekiwania, będzie mógł wrócić do książki.
– Mercy – wyrzucił z siebie zachrypniętym głosem, kiedy stało się jasne, że nie będzie miał spokoju. Sądząc po brzmieniu jego głosu, nie używał go cały dzień. Jej imię zabrzmiało jak mieszanka pytania i wyrzutu. Nadszedł moment, by wytłumaczyć się z jawnego pogwałcenia zasad.
Mercy odrzuciła włosy do tyłu, z trudem powstrzymując wybuch złości. Dokładnie wiedziała, jaką cenę przyjdzie jej zapłacić za zakłócanie prywatnej przestrzeni męża, ale nie znaczyło to, że z czasem przyjmowała lepiej żałosne wyniki tych prób. Wieczorami nudziła się, przerzucając wściekle strony nieinteresujących ją magazynów, oczekując na wybicie dwudziestej trzeciej.
– Jestem w ciąży – rzuciła mu w twarz.
Nie sprawiło to, że poczuła się lepiej. Kiedy wyrzuciła z siebie tę informację, nagle zrozumiała, że podzieliła się w nią w najgorszy możliwy sposób. Napełniło ją to nieoczekiwaną goryczą, wzmocnioną jeszcze nieproszoną i niespodziewaną myślą o tym, jakich słów użyła jej siostra, kiedy mówiła Romanowi, że urodzi mu córkę. Ten moment wyjawienia tajemnicy miał być zwieńczeniem całego miesiąca pełnego radości, spokoju i – nieoczekiwanie – czegoś w rodzaju satysfakcji. Najwyraźniej jednak podzielenie się nowiną złamało dyskretny urok, którą ta informacja miała w jej głowie, zanim przestała być tajemnicą.
Roman najwyraźniej nie wyczuł jej nagłego rozgoryczenia, bo nareszcie zdecydował się skupić na niej całą swoją uwagę, już ani jedna nitka zainteresowania nie łączyła go z ciężkim woluminem, który leżał na kołdrze. Jego dotyk momentalnie ją uspokoił. Zawsze zabiegała, by ich relacja była oparta o fizyczną bliskość, mimo że jemu czułości przychodziły z pewną trudnością, a dla niej były tak naturalne. Chowanie się w jego objęciach i pocałunki były dyskretnym i ważnym przypomnieniem dla obojga, że wszystko co robią, robią dla wspólnego dobra. Przez osiem lat ich małżeństwa tylko raz dał jej powód, by w to zwątpić.
Usłyszała kroki, chociaż nie miała najmniejszej ochoty zajmować się czymkolwiek, co działo się poza ich sypialnią. Roman nie był tak wyczulony, bo kiedy sięgnęła po porzucony na podłodze szlafrok, próbował wciągnąć ją pod kołdrę. Tylko jej znakomity słuch i intuicja ich uratowały. Zanim drzwi do sypialni się otworzyły i pojawiła się w nich Annie, znów byli mniej więcej ubrani i tylko ich przyspieszone oddechy mogły świadczyć, że jeszcze nie spali.
Annie niezdarnie wgramoliła się im do łóżka, które było dla niej jeszcze zbyt wysokie i położyła się na kołdrze obok „Genealogii czarodziejów”, wtulając się w Mercy. Była w półśnie, jej zmrużone oczy nie zdradzały, czy w ogóle zachowała więcej świadomości niż tyle, ile potrzebne było jej, by odnaleźć drogę do pokoju rodziców. Mercy pogłaskała córkę, przykryła swoim kocem, objęła ją ramieniem i dopiero wtedy spojrzała na Romana. Jego mina spowodowała, że miała ochotę wybuchnąć śmiechem.
Jego wzrok mimowolnie skierował się na drzwi, a ona nie wiedziała, czy wypada uświadamiać mu, jak bardzo jest do tyłu, jeśli chodzi o własne dzieci. W ich rodzinie to Mercy zajmowała się dziećmi, starała się rozpoznawać ich emocje i odpowiednio nimi pokierować. Miała wrażenie, że Roman tego nie potrafił i nie miała do niego żalu. Dzieci były dla niego elementem codzienności, który czasami – jak tego wieczoru – sprowadzał go na ziemię. Rzadko z nimi rozmawiał, być może nawet tego nie potrafił. Z rozwijaniem więzi z dziećmi czekał najwyraźniej do momentu, w którym staną się bardziej rozumne, ale Mercy sądziła, że i z wyczuciem tej chwili ma szansę się spóźnić, skoro nie zauważył nawet, że jego syn podjął już decyzję, że jest zbyt dorosły, by przychodzić w nocy do rodziców. Mercy dokładnie wiedziała, że Wolfie leży teraz na swoim łóżku, prawie widziała, jak jego duże, brązowe oczy wpatrują się w sufit i jak kształtuje charakter, z całej siły zmuszając się do pozostania w łóżku i nie ruszenia za swoją siostrą. Roman zupełnie to przeoczył.
Nie zmieniało to faktu, że dystans, który sztucznie kreował jej mąż powodował, że dzieci jeszcze bardziej zabiegały o jego uwagę. Być może podświadomie czuły, że muszą się czymś wykazać, by zdobyć jego akceptację. Było to w pełni zrozumiałe w przypadku Wolfiego. W przypadku Annie tendencja powoli się odwracała, ostatnio Annie nie próbowała już zbliżyć się do ojca, zadowalając się towarzystwem Mercy.
Mercy wciąż pamiętała dzień, w którym Roman przyniósł Annie do ich domu. Pamiętała swoją determinację, by wszyscy odczuli, że jej decyzja była ostateczna i nieodwołalna. Sama się tak nie czuła, miała pełną świadomość, że gdyby tylko zaczęła zastanawiać się nad konsekwencjami swojej decyzji albo swoimi odczuciami w stosunku do niej, od razu nabrałaby wątpliwości, na które w tamtym czasie nie było miejsca. Prawie nigdy nie wracała też do tych wspomnień, bojąc się, że wyzwoli to falę emocji, z którymi nie miała zamiaru sobie radzić. Była gotowa z całych sił bronić rodziny, którą założyła, nawet jeśli oznaczało to zranienie rodziny, w której się urodziła. Jako matka doskonale wiedziała, że rozstanie z rodzonym dzieckiem na zawsze pozostawi ślad w psychice Justice, ale nie widziała innego sposobu, by uratować własne życie, jak przygarnąć dziecko swojego męża, nawet mając świadomość, że Justice podjęła tę decyzję pod naciskiem. Mercy wysłała do niej Romana, wiedząc dokładnie, że bezpośrednia konfrontacja z siostrą mogłaby podważyć jej przekonanie, że miała prawo tak postąpić.
Całkowicie zerwała też kontakt z siostrą. Nie rozmawiali o niej od czasu, kiedy Roman powiedział jej o dziecku, a od kiedy przekazał Justice informację o decyzji, jaką podjęli i od czasu, kiedy przyniósł Annie w małym zawiniątku i bez słowa podał ją Mercy, Mercy prawie nie myślała o swojej siostrze. Milczenie Romana było jego jedynym komentarzem. Mercy sądziła, że będzie to trudniejsze, że widok Annie będzie jej o niej w jakiś sposób przypominał, ale była to niepotrzebna obawa. Ich dzieci nie przypominały wprost ani Romana, ani Mercy, nie były prostym wynikiem dodawania. Nie wiedziała zresztą, czego tak naprawdę oczekiwała, skoro jedyną cechą fizyczną odróżniającą ją od jej siostry było małe znamię na plecach. Pod względem fizycznym Annie była jej dzieckiem nawet bardziej niż był nim Wolfie.
Nigdy nie miała więc realnego powodu, by czuć się zagrożoną, ale dopóki nie zorientowała się, że jest w ciąży, nie uświadomiła sobie, że przez te lata tak właśnie się czuła. Pomimo usunięcia siostry ze swojego życia i tego, że zarówno Roman, jak i Justice zrobili wszystko, czego od nich wymagała, by zadośćuczynić jej tamtego wyskoku. Miała też całkowitą pewność, że zawsze będzie jedyną matką swoich dzieci – mimo tego wszystkiego dopiero teraz czuła, że to ona wygrała. Nie mogła powstrzymać się, by jakoś tego nie przypieczętować, by wszystkim o tym głośno powiedzieć. Robiła to z pobudek czysto egoistycznych, ale nie miała poczucia winy mimo świadomości, że nikt poza nią już tego nie potrzebuje. Roman zdążył już przysnąć, kiedy zdecydowała się mu to powiedzieć głośno, zupełnie nie zważając na to, czy nie obudzi Annie. Sięgnęła ramieniem ponad drobnym, skulonym ciałkiem córki i lekko szturchnęła męża w ramię.
– Już czas, żeby Justice poznała swoją córkę.

Advertisements

Gilbert 10

Rozliczenie emocjonalne przyszło w marcu, miesiącu, którego nienawidziłem nie ze względu na jego nijakie i nic nie znaczące położenie w kalendarzu – nie poprzedzał go wszak ani miesiąc ważny, ani też nie następował po nim świeżo zielony oddech wiosny, wyzwalający powiew narodowego święta, czy nawet radość czegoś tak przyziemnego, jak urodziny bliskiej osoby – co powtarzalność dni upływających w ponurym przygnębieniu. Dni te wypełniałem melancholijnym, pozbawionym celowości snuciem się z kąta w kąt, aby choć przez jedną chwilkę zająć czymś chętne, ale chore ciało, bo chore trawiącą mnie umysłową chorobą. Tak więc w marcu nadszedł czas emocjonalnego rozliczenia ze wszystkich drobnych miłostek, których dopuściłem się przez ostatnie miesiące, ale i z większych miłości – tych, których teraz boleśnie żałowałem, i żadnej nie mogłem się pozbyć, ale też nie dane mi było jej zachować; takie rzeczy zwyczajnie wymagają czasu albo samobójstwa, by wreszcie dać się zdusić i pozwolić człowiekowi odetchnąć nowo odzyskaną namiętnością. Wypełniało mnie przekonanie, że jestem w stanie dużo gorszym niż uprzednio; że jak zlana ze smogiem, rozpylona rurami wydechowymi i wiatrem nowojorska mgła lgnę do płaszczy, szalików i swetrów, poszukując niemożliwej otuchy. Obwiniałem zbyt gęsto rozsiane na osi czasu punkciki wielkich tragedii, a tak naprawdę całkiem małych tragedii – wszak dotyczyły ledwie mnie i mojej rodziny – wystarczająco nieusuwalne, bym nie mógł się z nimi uporać – śmierci ojca, powrotu Czarnego Pana, odejścia Leny, wreszcie zabójstwo Charliego – lecz kamieniem węgielnym, na którym zbudowałem twierdzę samotności byłem ja sam. Moje imię, wypowiedziane pochopnie, pobrzmiewało soczystym przekleństwem użyte w błahym kontekście codziennych zdarzeń; odczuwałem mdłości, bo nie potrafiłem wyzwolić się spod ciężaru, którym owo imię obarczyłem, od historii, którą z nim związałem, ach!, gdyby tylko padając na brudny bruk, Charlie nie wyszeptał mego imienia!…
Tego późnojesiennego poranka, gdy kontynuowaliśmy – ja i moja droga przyjaciółka Cassidy – podróż na północny-zachód, nie mogłem przezwyciężyć wrażenia, że z każdym przebytym przez czerwone ferrari o śliskim bieżniku kilometrem umyka przede mną jak świeży zając przed zziajanym z wysiłku chartem coś esencjonalnego, podczas gdy moje siły i uwaga skoncentrowane są na niższych kręgach ludzkiej egzystencji, to jest zasadniczo na seksie. Moje szczupłe palce zajęte były dwie zgoła różnymi czynnościami: w jednej trzymałem wypalonego do połowy papierosa, drugą natomiast przez krótką chwilkę zlewającą się z szeregiem innych chwilek, równie miłych i słodko duszących – wszak nic już nie łączyło mnie z Cas, bym zapamiętał je ostro, jak zapamiętałem te spędzone z Leną – położyłem na wychudłym udzie mojej towarzyszki. Kiedy podchwyciłem spojrzenie okrutnych oczu Cas, zerkała na moje krocze, jak gdyby oceniała żywotność pozornie uwiędłego kwiatu, jednego z wielu, które zabiła brakiem dbałości o to, co na świecie żywe i piękne.
– Nie musisz. Jesteśmy kwita. – Jak gdybym potrzebował rachunku od byłej kochanki! umorzenia kolejnej raty! – To jest chore, Gilbercie, zwyczajnie chore.
Dokonałem założenia, że Cas pozostaje w związku, lecz nie podzieliłem się z nią tą obserwacją; nie istniało inne wytłumaczenie jej zrezygnowanego nastawienia, wszak to ona uległa pierwsza, i przez siedem lat nie wyzbyła się tej uległości. Wierzyłem… Chciałem uwierzyć, że wpadka z szampanem nie była pożywką freudystów, przecież jeszcze w przeddzień wyjazdu z Nowego Yorku mój penis był w najpiękniejszej kobiecie, z jaką się kochałem, pomyślałem. Och, jakże ja wierzyłem! Byłem najbardziej struchlałym z grzeszników, myśląc o tej butelce.
Uprzedzenie do zatrzymywania w przydrożnych motelach sieci Motel 6 – czy też jakiejkolwiek innej sieci, ale tę akurat widywałem za oknem na tyle często, by nabawić się mdłości na widok niskobudżetowych, niskorosłych karykatur budynków – tłumaczyłem jednym seansem horroru za dużo.  Z drugiej strony niepodobna prowadzić piętnaście godzin, nawet czyniąc założenie, że ja i Cas prowadzilibyśmy auto tyle samo, co z góry należało wykluczyć, gdyż odkąd upuściłem kluczyki do kratki ściekowej, Cas nie dopuszczała mnie do funkcji bardziej odpowiedzialnych niż mycie karoserii, nie tyle z powodu wagi mojego błędu – mogła wszakże swobodnie manipulować zamkiem centralnym przy pomocy dyskretnych zaklęć – co zwyczajnej niechęci do ludzi zdolnych zapomnieć się, rozproszyć, gdy przyjdzie im akurat do głowy pomysł na rewolucyjny obraz, śmiałą sztukę teatralną czy symfonię ich życia, innymi słowy: artystów. Zatrzymanie się w motelu było ledwie odpryskiem wyprawy z Nowego Yorku do Idaho. Po krótkiej wymianie zdań z właścicielem, okazało się, że zamiast kierować się na północ dwudziestką dziewiątką, Cas skręciła na południową osiemdziesiątkę z przyczyn znanych jedynie Cas – wszak dróg tych nie dało się pomylić, bo prowadziły w dwóch zgoła przeciwnych kierunkach. Być może „pomyłka” Cas świadczyła o jakości naszej relacji, skoro optowałem za północą, a moja towarzyszka arbitralnie podjęła decyzję o wyborze drogi wiodącej do południowej części stanu Idaho, całkowicie ignorując fakt, że ja także mam coś do powiedzenia w tej sprawie.
– Nadstaw uszka, kochaniutki: nie mogę prowadzić, jeśli nie wiem, dokąd jadę. Idaho musi mieć setki tysięcy kilometrów kwadratowych, jak spodziewasz się kogokolwiek tam znaleźć, nie znając jego adresu? – warknęła, rzucając torbę na łóżko w pokoju przydzielonym nam na tę noc.
– Po prostu prowadź, skoro ja nie mogę – odparłem pochopnie i cierpko. W krótkim czasie od nawiązania ze mną znajomości, Cassidy zostawiła w tyle konkurencję osób równie antypatycznych, co ona sama, osiągając mistrzostwo w umiejętności poniżania mnie w dowolnie wybrany sposób.
Jestem zmęczony, powiedziałem, ale nie brakiem snu, a jej towarzystwem; wzruszyła karykaturalnie ramionami. Odkąd opuściliśmy Nowy York, noce spędzałem głównie na paleniu papierosów; gdy cierpi się na bezsenność, nic nie dzieli dnia od nocy i bardzo łatwo poddać się rezygnacji, którą niesie z sobą brak światła, bo przecież czy bez światła cokolwiek byłoby możliwe? Czy rozmawialibyśmy w kompletnych ciemnościach, palili papierosy, uśmiechali się i mówili sobie: och, bardzo lubię, kiedy nie mogę cię zobaczyć, wtedy nie muszę obawiać się, że okażesz się zbyt brzydki? Cas siedziała na płowej narzucie i malowała paznokcie, opierając dłoń na blacie nocnej szafki, a ja zahipnotyzowany przyglądałem się gładkim ruchom pędzelka. Z jakiegoś powodu skłoniło mnie to do rozmyślania o wielkich mistrzach. Czy Matisse namalowałby teraz Cas? Nie rozpakowała walizki, jak gdyby nie chciała podniecać chaosu panującego w pokoju już przed moim nadejściem, stając się tym samym zagadką Schrödingera – jednocześnie dopiero co przyjechała i już opuszczała to miejsce.
W miejscach takich jak Motel 6 nic do siebie nie pasuje – zasłony do mebli, meble do ścian, ściany do podłóg… Wszak nikt nie planuje zostać tu całe życie, a okrutna piramida przetrwania żąda wyrzeczenia się w pierwszej kolejności piękna.
– Gdzie jest twoja pieprzona żona, Gilbercie?
Machała energicznie stopą w górę i w dół, a pędzelek też poruszał się w górę i w dół, zostawiając za sobą czerwoną smugę. Wreszcie sięgnęła po zmywacz i starła lakier, który do tej pory nałożyła. Potem rozpoczęła całą metodyczną czynność od początku. Gdzie jest twoja pieprzona żona? pytała w kółko jak zacięta pozytywka, lecz dobrze wiedziałem, że nie oczekuje żadnej odpowiedzi, bo Cas doskonale potrafiła odpowiadać na własne pytania, nie potrzebowała do tego innych ludzi, nie potrzebowała mnie, Richarda ani nikogo innego, znalazła po prostu formułkę, którą zamierzała mnie zadręczyć, bym wreszcie skapitulował i wyszedł z pokoju, zostawiając ją samą; tak długo chciała dowiedzieć się, gdzie jest moja żona, że aż sama zapomniała, po co chciała to wiedzieć.
– To twój telefon?  – usłyszałem, jak zmienia mantrę.
– Telefon? – zdziwiłem się, unosząc brwi.
– Tak, dzwoni telefon.
Aż do tego momentu nie zdawałem sobie sprawy z posiadania telefonu. Przeszukiwałem kieszenie bez większego efektu, dopóki nie zlokalizowałem źródła uciążliwej dla ucha, monofonicznej melodii.
– Richard musiał mi go włożyć do torebki – podsumowała, gdy wybebeszyła już całe wnętrze czarnej torby, którą sam jej kupiłem przed kilkoma laty.
– Richard?
Tak, definitywnie nic z tego nie rozumiałem.
– Owszem, Richard – powtórzyła cierpliwie.
Nie wydawało mi się, abym znał Richarda zdolnego przebywać z Cas, z tym reprezentatywnym przykładem pustej złości.
– Nie mam na to czasu – sapnęła wreszcie, zrezygnowana. – Zawsze coś grasz, Gil. Nie wiem, czego ode mnie chcesz tym razem.
Szukałem odpowiednich słów, lecz jakże miałem odpowiedzieć logicznie, skoro moje myśli zgubiły logikę już dawno temu?
– Nie wiem, Cas. Nie wiem, czego od ciebie chcę – sparafrazowałem, choć przecież wiedziałem, ale poczułem się urażony.
– Dostałam od ciebie list…
Owszem, miała rację. Nawet wtedy, w tym hotelowym pokoju pozbawionym przywiązania i bezpieczeństwa – zresztą, teraz nigdzie nie jest bezpiecznie i nie sposób przywiązać się do czegokolwiek – cieszyłem się obecnością Cas, nawet jeśli agresywny dzwonek jej telefonu – a przez krótkie chwile i mojego telefonu – wyrwał mnie z twórczego zamyślenia. Wysłałem list do Cas, i zaraz potem napisałem do Louisa, uprzedzając, że pragnę go zobaczyć, że jeśli natychmiast nie zobaczę jego twarzy, zacznę rozpadać się od środka, groziłem mu, że się otruję jedną z trucizn przygotowanych przez moją żonę albo też skoczę z brooklyńskiego mostu, czego oczywiście nie zamierzałem robić, ale co doskonale opisywało moje życie wewnętrzne, to małe piekło buzujących cząsteczek wody i rozpadających się pierwiastków. Tym, co trzymało moje wątłe komórki razem, były wspomnienia nielicznych dni młodości, gdy wspólnie z Lou i Mignon mieliśmy wszystko.
– Nie wiem, Cas – powtórzyłem płaskim głosem.
Im dłużej zwlekałem, tym trudniej było mi zdobyć się na ostateczną szczerość, na którą nie zasługiwała, ale której potrzebowała, bo wielbiła porządek słowa i czynu.
– Nie mam dla ciebie wielkiego monologu szaleńca. Nie czuję się najlepiej, jeśli mam być szczery. Wysuszasz mnie. Nie przychodzą mi do głowy żadne słowa warte wypowiedzenia, może prócz tych, które mogłyby dotyczyć innej kobiety.
Nie spoglądała na mnie, dopóki nie pociągnęła ostatni raz pędzelkiem po paznokciach, wtedy rzuciła mi obłędnie nienawistne spojrzenie, na które skrycie liczyłem i natychmiast je wchłonąłem, bo trzeźwiło lepiej niż celnie wymierzony cios pięścią.
– Gdzie twoja pieprzona żona? To teraz jej problem.
– Louis! – wykrzyknąłem z zatrważającym entuzjazmem człowieka zbudzonego z przydługiej drzemki, ekscytując się nieco sztucznie, i nieco sztuczniej zagłuszając wibrujące jeszcze w powietrzu wspomnienie mojej żony. – To mój drogi przyjaciel, chciałbym go zobaczyć.
Cas westchnęła cicho, po czym wyciągnęła z torebki szwajcarski scyzoryk; ostrym czubkiem podrapała idealnie nałożoną warstwę lakieru.
Nie pojmowałem, po co trudzić się takimi szczegółami, jak pomalowane paznokcie, skoro nie przywiązuje się wagi do stosowności ubioru, nie mówiąc już o jego estetyce, którą to Cas zapamiętale lekceważyła, zbywając machnięciem nadgarstka plamy tak zwane incydentalne, bałem się plam tak zwanych incydentalnych całe młodociane życie, przez cały okres tak zwany młodzieńczy obawiałem się tak zwanych plam incydentalnych, żyłem w ciągłym strachu przed poplamieniem mankietów czy nogawek, podczas gdy Cas była od tego strachu wolna – zawsze miała przy sobie różdżkę i, znając Cas, ośmieliłaby się ją użyć bez względu na obecność tak zwanych osób trzecich niemagicznych, w przeciwieństwie do mnie, który nigdy nie uciekałem się do tego najprostszego rozwiązania, zwyczajnie bojąc się konsekwencji. Dlatego też nie rozumiałem, dlaczego na kolację wychodzimy dopiero po północy i dlaczego zmarnowała nasz cenny czas. Towarzyszyłem Cas jak zwykle w marynarce i krawacie, co tylko podkreślało niestosowność jej dżinsów i skórzanej kurtki, z którą rzadko kiedy się rozstawała. Na stałe Cas mieszkała w dość ciepłej Philadelphii. Poznałem kiedyś faceta z Philadelphii, piliśmy razem whiskey przez jeden wieczór w Vegas, było to przeddzień mojego ślubu. Miał wzruszającą i zarazem straszną twarz człowieka, który widywał w życiu jedynie najgorsze, a omijało go najlepsze, żył tym, co najstraszniejsze, a szybko nudził się najpiękniejszym, wolał niespokojne Vegas od niespokojnej Philadelphii – wszak wszystkie miasta są niespokojne, ponieważ spokojnych nikt już nie chce zamieszkiwać – dlatego mieszkałem z Leną w Brooklynie, pozostając właścicielem mieszkania we Wschodnim Londynie, a mężczyzna z Philadelphii wolał mordercze Vegas od zbrodniczej Philadelphii.
Gdy dotarliśmy wreszcie do restauracji, było za późno na lunch i za wcześnie na drinka, co nie przeszkodziło mi zamówić podwójną szkocką, bo południe służyło mierzeniu się z w pełni rozkwitłym już dla innych dniem, a wieczór zapominaniu. Z Cas budziliśmy się w południe i zasypialiśmy o brzasku, wiedząc, że czeka nas kolejny, równie powolny i cierpki dzień, podstępnie pchający w bagno nadchodzącego.
Tej późno listopadowej nocy w czasie powrotu do hotelu Cas obdarzyła jednym z dobrych i jednocześnie złych spojrzeń chłopaka niewiele młodszego ode mnie, który wszak uznał za stosowne ukarać za to spojrzenie mnie. Lecz dlaczego mnie? Czy uczyniłem coś złego, zatrzymując się, by odpalić papierosa? Czy wyczuł w moim geście potępienie, którym skrycie darzyłem młodych takich jak on – bez przeszłości, bez przyszłości, podwieszanych u sufitu próżnych sal? Prawdziwie go potępiając, ratowałem go od zapomnienia, a on jak mi się odwdzięczył? – ciosem pięścią prosto w górną wargę i nos, które prawie natychmiast nabrzmiały ciepłem i oburzeniem. Z winy Cas zostałem przy tym nazwany staruszkiem, nie dobiwszy nawet ćwierćwiecza, to Cas prowokowała swym spojrzeniem, swym apodyktycznym, narcystycznym stosunkiem do świata, nawet tą kurtką. To właśnie Cassidy wzbudzała w przechodniach uczucia równie skarlałe, jak jej własne, nieludzkie, a może właśnie dlatego bardziej ludzkie – od kiedy sięgam pamięcią, w Cas cechy jasne, pozytywne tworzyły amalgamat ze złośliwą ograniczonością, co było możliwe chyba wyłącznie dzięki temu, że była kobietą. Uprzednio, nie mając większego wyboru, uczestniczyłem w tej czy owej bójce, ale czyż mogłem uderzyć teraz młodszego, mniejszego ode mnie? Ból kusząco podpowiadał, że owszem, że nieomal dorównujemy sobie tężyzną fizyczną, lecz przecież miałem nad nim tę przewagę, że znałem cel swego życia,  innymi słowy: byłem dorosłym mężczyzną. Cas nieodmiennie pozostawała obojętna na troski świata, skoro świat ten zawierał moją skromną osobę. Moje zaciśnięte na nasadzie nosa palce szybko przeszły zapachem krwi; czy z kości można tak krwawić? Z czego właściwie zbudowany jest nos? Czy ta miękka cześć to chrząstka? Czy chrupnięcie w chwili zetknięcia się pięści z nosem wskazywało na złamanie, czy to może chrząstka się przemieściła? Wreszcie spytałem sam siebie: czy przyjdzie mi wykrwawić się na śmierć z rany zadanej w tak głupi sposób? A może uduszę się własną krwią?…
Rubaszny, porywisty śmiech Cas skłaniał, by uwierzyć, że czeka mnie o ile nie dobra, to w ogóle jakakolwiek przyszłość – najwyraźniej plucie krwią to dobroczynny objaw, skoro ta krew nie wydobywa się z trzewi, a jedynie spływa z wnętrza nosa. W chwilach popisów ultra-okrutności Cas, wspomnienia o matce rzedły i snuły się dżdżystą mgiełką, a ona sama kurczyła się do rozmiaru robaka i na chwiejnych, patykowatych nóżkach dreptała w stronę nieskończonej, gdzie miałem już nigdy o niej nie pomyśleć.
Poranek nadszedł niezauważony – wybudzał się długo z nocnych rozkoszy, rozciągał najpierw jedną promienną nogę, później drugą, sięgał daleko za i przed, nie miesząc się na parkingu przed Motelem 6 i dlatego świetlistymi palcami muskał moje policzki, nagą łydkę, by wreszcie ugryźć celnie złotymi zębami rozchylone powieki, zmusić mięśnie do posłusznych skurczów, drgania. Przed zaśnięciem długo myślałem o oceanie uderzającym o brzeg. Kochałem się z Leną na plaży wiele razy, mocno, szorstko; unoszony porywistym wiatrem piasek wciskał się w usta, tamując wyrywające się z piersi krzyki. Lena dochodziła prawie od razu, gdy w nią wchodziłem. Wspomnienie pachniało tak samo intensywnie, jak rzeczywistość, obudziłem się na brzegu – machałem beztrosko stopami zanurzonymi w klarownej wodzie, słońce ogrzewało moją nagą pierś; ocean złocił się na horyzoncie.
– Gdzie jest twoja pieprzona żona, Gilbercie?
Dziwne, mógłbym przysiąc, że umarłem.

 Dłubałam w tym już rok, wybaczcie, jeśli jest, jakie jest.