Kości zostały rzucone: rozdział dwunasty

Znalazła go na dywanie w salonie z prawie pustą już butelką wina, osieroconego i niezdarnie naśladującego ich ojca w jego melancholii. Wciąż jednak pił z kieliszka, chwytając się tej zbytecznej elegancji, jakby tylko ona utrzymywała go jeszcze przy zdrowych zmysłach – jego ruchy były precyzyjne, plecy sztywne i tylko ciemnoczerwone plamy na jego szyi zdradzały targające nim emocje. Obejrzał się na nią gorączkowo i widząc jej mokrą od łez twarz, rozpoznał w jej rozpaczy jedynie swoją własną; wyciągnął do niej niecierpliwie rękę, a kiedy zbliżyła się do niego bezwolnie jak po sznurku i uklękła tuż przy nim, on objął ją bez słowa, wczepiając w nią swoje długie, białe palce, chowając twarz w jej swetrze i szukając w niej pocieszenia, którego nie znajdował nawet w tym, że sam przecież ocalał. Ale czy ona nie była ostatnim ocalałym okruchem jego utraconego raju, jedynym stałym elementem pośród tego chaosu, nad którym wciąż jeszcze panował?
Mylił się jednak – nie opłakiwała wcale rozpadającego się na ich oczach świata, który zawsze był tylko jego światem, nigdy jej. Nie opłakiwała Rabastana Lestrange’a, jego brata ani okrutnego losu, jaki czekał ich teraz po aresztowaniu. Nie opłakiwała śmierci Edgara Bonesa, nieuniknionej, a przy tym tak niesłusznej i pozbawionej znaczenia pośród zbyt wielu innych, podobnych śmierci. Wreszcie nie opłakiwała nawet samej siebie. Zbyt długo jednak powstrzymywała się od łez, by odmówić ich sobie teraz, gdy nie został już nikt, przed kim musiałaby się z nimi kryć – gdy nawet on nie potrafił już wykorzystać ich przeciwko niej.
Przeczesała palcami jego ciemne, lśniące włosy; teraz, gdy to ona miała nad nim władzę, czułość przychodziła jej niemal naturalnie, bez wysiłku. Możliwe, że miała ją już wcześniej, tylko tego nie dostrzegała. Czy od zawsze nie była wcieleniem wszystkich jego lęków, rysą na jego ambicji, ostatnim wyrzutem sumienia, którego pragnął się wyrzec? Czy jeszcze w szkole Rabastan Lestrange nie wyśmiał jej, gdy z taką naiwnością wyznała mu, jak niewiele znaczyła dla swojego brata? Już wtedy wiedział, że znaczyła dla niego zbyt wiele, by mógł to znieść; już wtedy wszyscy wokół byli dla niego jedynie sumą ich słabości.
Dotąd karmili się nawzajem jedynie samymi kłamstwami, ale teraz nie mieli już nikogo poza sobą i nie musiała go dłużej zwodzić ani oszukiwać. Wreszcie zostali sami – kiedy więc zapytał ją, co zrobiła ze swoim bękartem, powiedziała mu prawdę, choć na nią nie zasługiwał.
Nie mogła już dłużej być jej matką. Uświadomiła to sobie gdzieś pomiędzy zielonymi wzgórzami północnej Walii a lśniącym od deszczu londyńskim brukiem, spoglądając na jej wykrzywioną, czerwoną od krzyku twarz i nic już nie czując. Nawet nie próbowała jej uspokoić; nie mogła. Czy nie tak miało właśnie wyglądać jej życie? Czy odtąd nie miało być w nim jedynie więcej łez, strachu i cudzych grzechów? Czy to nie ją miała kiedyś za to wszystko winić? Dla świata miała być jedynie bękartem mordercy – a jednocześnie prawda o jej faktycznym ojcu była zbyt okrutna, by mogła przynieść jej ukojenie, poczucie przynależności, zrozumienie. Nie należałaby nigdzie, rozdarta między dwoma ojcami i ich odmiennymi światami, aż w końcu musiałaby poświęcić część siebie i wybrać jeden kosztem drugiego – o ile było to w ogóle możliwe. Raelyn nigdy się to nie udało, choć przecież próbowała. Próbowała.
Amelia Bones wpuściła ją do swojego ciasnego, wypełnionego książkami aż po sufit mieszkania z niechęcią, której nawet nie próbowała ukryć. Była jednak córką swojego ojca, więc uprzejmość wygrała w niej z resentymentem i przez zaciśnięte zęby zaproponowała jej filiżankę herbaty. Nie uroniła ani kropli, lewitując porcelanę swojej matki i usiadła sztywno w fotelu obok, odkładając różdżkę na kolana, jakby śpiące dziecko w ramionach Raelyn to było za mało, żeby jej zaufać. Sama jego obecność wydawała się ją obrażać i tylko prychnęła rozjuszona, słysząc jego imię; nazwanie imieniem jej matki bękarta człowieka, który ją zamordował, musiało jej się wydawać okrutnym żartem.
Jakimi słowami miała ją przekonać? Już wcześniej nie potrafiły się porozumieć, ale wtedy był z nimi Edgar, który zagłuszał całym sobą tę narastającą między nimi ciszę i zawsze w końcu zmuszał je do powiedzenia głośno tego, czego bez niego nie odważyłyby się nawet pomyśleć. Tamtego lata wszystko wydawało się możliwe; teraz jednak każdy oddech miał swoją cenę i Raelyn nie zamierzała trwonić go na skamlenie o litość. Zniecierpliwiona kazała jej spojrzeć na to dziecko, które z taką determinacją omijała dotąd spojrzeniem i nie czekając, aż ta dopiero zasiana w niej wątpliwość zapuści korzenie, powiedziała wprost:
– Nie mogę już dłużej być jej matką.
W surowych, błękitnych oczach Amelii Bones, oczach jej ojca, błysnęła panika. Spojrzała na nią poruszona, na moment zapominając o wszystkim, co dzieliło je teraz i w przeszłości; Raelyn nie potrafiła jednak wyjaśnić jej, co nią kierowało, podobnie jak nigdy nie potrafiła wyjaśnić Edgarowi, przed czym uciekała i że czasem uciekała w jego ramiona jedynie przed samą sobą. Targało nią tak wiele sprzecznych emocji, że równie dobrze mogła nie czuć niczego. Jej gotowość poświęcenia samej siebie była jednocześnie pragnieniem uwolnienia się od ciężaru odpowiedzialności za to kruche życie, które z siebie wydała. Dławiąca, zalewająca ją falami czułość – palącym poczuciem winy. Strach przed tym, co miało dopiero nadejść – przekonaniem, że ten jeden, jedyny raz postępowała słusznie.
Być może nie istniały właściwe słowa na opisanie tego wszystkiego, a może tylko ich nie znała – i chociaż żaden powód z osobna nie wydawał się wystarczający, by wyrzec się własnego dziecka, wszystkie razem sumowały się w nieuniknioną konieczność. Nie dbała o to, co Bonesowie mieli o niej myśleć i mogli przeklinać ją przez resztę jej dni, jeśli tylko mieli zapewnić Susan przyszłość wolną od jej grzechów.
Nie zostawiła im zresztą wyboru.
Reese tylko zamrugał rozpaczliwie, bezradny wobec jej szczerości. Nie był już nawet w stanie wzbudzić w sobie słusznego gniewu z powodu tego kłamstwa, które mogło ich kosztować tak wiele, gdyby zostało odkryte – jakie miało to jednak znaczenie teraz, gdy zostali sami na zgliszczach jego marzeń? Odepchnął ją jedynie rozdrażniony. Czas czułości minął.
W dniu, w którym Lestrange’owie zostali skazani na dożywocie w Azkabanie, rozbił całe szkło, płacząc z wściekłości i ciągnął ten spektakl całą noc; jego rozpacz pozwalała jej jednak zagłuszyć tę zimną pustkę, jaką czuła, przyglądając się białej, ściągniętej twarzy Rabastana Lestrange’a z pierwszej strony Proroka Codziennego, tak przecież różnej, a jednocześnie tak podobnej do twarzy jego ojca, która przed laty spoglądała na nich w Wielkiej Sali z dziesiątek kopii. Sprawiał wrażenie starszego, niż był w rzeczywistości; próbowała jeszcze uchwycić jego spojrzenie, jakby w ten sposób mogła poznać jego myśli i podzielić się z nim własnymi, ale jego oczy wciąż nerwowo śledziły coś poza kadrem.
Czy żałowała tego, co zrobiła? Nie była pewna, czy kiedy powiedziała Amelii Bones o tamtych krzykach w zapomnianej posiadłości, była gotowa skazać go na resztę życia pełnego udręki; czy nie żywiła czasem nadziei, że aurorzy go po prostu zabiją. Teraz chwytała się przekonania, że musiało się to skończyć w ten sposób, że nie była to jej odpowiedzialność i wciąż od nowa czytała, co zdążyli zrobić Longbottomom – a kiedy i to zawodziło, zaciskała powieki i ze wszystkimi detalami wyobrażała sobie morderstwo Susan Bones, licząc jej kolejno obcięte palce, wszystkie dziesięć. Czy przynajmniej ona nie zasługiwała na taką sprawiedliwość, w jaką wierzyła?
O świcie znalazła swojego brata nieprzytomnego na dywanie i usiadła przy nim, wsłuchując się w jego płytki, urywany oddech, każdy brzmiący jak pierwszy zaczerpnięty po wypłynięciu na powierzchnię z lodowatych głębin. Długo przyglądała się jego drżącym, bezkrwistym wargom, śladom wymiocin na jego szacie, strzępom Proroka Codziennego w jego kurczowo zaciśniętej dłoni, zastanawiając się bezwiednie – jakie to uczucie wzlecieć tak wysoko tylko po to, by teraz upaść tak nisko?
W końcu uznała, że już wystarczy.
Przyłożyła swoją drobną, kojąco chłodną dłoń do jego rozpalonej twarzy i odgarnęła mu z czoła mokre od potu kosmyki, a kiedy otworzył oczy, z trudem skupiając na niej wzrok, podała mu szklankę wody. Przyjął ją bez słowa; podniósł się ostrożnie i upił mały łyk, potem drugi i trzeci.
To było niemal zbyt łatwe.
– Pamiętasz, jaki byłeś wściekły, kiedy przyszły moje wyniki sumów? – zapytała w zamyśleniu, wpatrując się w jego poruszającą się z wysiłkiem krtań. Zdawał się jej nie słuchać. – Rozbiłeś mi wtedy wargę, tak bardzo chciałeś, żebym kontynuowała eliksiry. Miałeś oczywiście rację, ale dopiero teraz potrafię to docenić. – Po czym dodała z nadzieją: – Jesteś zadowolony z postępów, jakie zrobiłam?
Wypiwszy ostatni łyk, cisnął szklanką w głąb pokoju, gdzie ta rozbiła się wrzaskliwie na ścianie i dopiero później spojrzał znużony na Raelyn, nic nie rozumiejąc z tego, co do niego mówiła. Nie miało to jednak znaczenia; w końcu miał zrozumieć.
– Wiesz, kto nauczył mnie tak dobrze warzyć ten eliksir? – podjęła pozornie bez emocji, wciąż nie potrafiąc jednak wypowiedzieć jego imienia, nie w tym domu, nie przy nim. Westchnęła z rezygnacją. – Nie musiałeś go zabijać, Reese. Nie w ten sposób.
Przymknął ze zmęczeniem powieki i odwrócił twarz, jakby dźwięk jej głosu sprawiał mu ból. Pochylił się do przodu i oparł na drżących dłoniach, krztusząc się i plując na dywan czerwoną śliną.
– Nie dostrzegasz pewnej ironii w tym, że zawsze tak bardzo mierziła cię słabość charakteru naszego drogiego ojca, choć on przecież zabił naszą matkę za samą próbę zdrady, podczas gdy ty nie potrafiłeś zabić mnie? – ciągnęła, obserwując z pewnym znudzeniem, jak jego ciałem wstrząsają coraz silniejsze konwulsje aż w końcu wymiotuje gęstą, ciemną krwią, łudząc się jeszcze zapewne, że było to tylko wino. – Dlaczego tego wtedy nie zrobiłeś? – drążyła z uporem, ale nawet gdyby chciał, nie mógł udzielić jej teraz odpowiedzi, więc w końcu ucięła: – Powinieneś. Tak byłoby lepiej. Nie tylko dla ciebie.
Wezbrał w niej gwałtownie żal, że mógł zakończyć to już dawno temu, że mógł jej tego wszystkiego oszczędzić, ale tego nie zrobił – ze strachu przed samotnością lub ze zwykłego wyrachowania, nie miało to dla niej większego znaczenia. Pomyślała o Susan, która nie przyszłaby na świat – której nigdy nie musiałaby się wyrzec; o Edgarze, który mógłby wciąż żyć – którego śmierci nie musiałaby opłakiwać; wreszcie o Rabastanie Lestrange’u, który nadal by się ukrywał – którego nigdy by nie zdradziła.
Nachyliła się do niego, czując jak gniew rośnie jej w gardle.
– Może wciąż jeszcze by ich szukali – wyszeptała mu do ucha. – Może nigdy by ich nie znaleźli.
Nie od razu dotarł do niego sens jej słów. Otarł usta wierzchem dłoni i przez sekundę, dwie wpatrywał się jedynie w czerwoną plamę na dywanie przed sobą; dopiero potem z wysiłkiem obrócił głowę w jej kierunku i spojrzał na nią szeroko otwartymi oczami, nie wierząc jeszcze, że to zrobiła, że była do tego zdolna. A przecież to on ją do tego pchnął – to on latami badał jej granice, przesuwał je coraz dalej i dalej, aż w końcu wydawało się, że nie zostały już żadne.
Zawył jak zranione zwierzę i rzucił się na nią, rzężąc i krztusząc krwią. Przygniótł ją do podłogi całym sobą; był już jednak zbyt słaby, by jej zagrozić i po chwili rozpaczliwej szarpaniny to ona znalazła się na nim, siadając mu na klatce piersiowej i ciężarem swojego wątłego ciała odbierając mu ostatni oddech. Próbował jeszcze sięgnąć do jej szyi, ale jedynie ją zadrapał.
– Śmiałeś się, kiedy obiecałam ci, że cię zabiję – wysyczała mu twarz z zimną wściekłością, czując pod sobą konwulsje wstrząsające jego ciałem. Chwyciła go za szczękę, żeby unieruchomić jego głowę i uniemożliwić mu wyplucie krwi, którą się dławił. – Dlaczego teraz się nie śmiejesz?
Oczy uciekły mu w głąb czaszki i poczuła, jak uścisk jego długich palców na jej przedramieniu słabnie, jak jego ciało napręża się całe w agonii, a potem wiotczeje i w końcu nieruchomieje.
Nie odpowiedział. Nie żył już.
Zapadła cisza, przerywana jedynie jej chrapliwym oddechem. Bała się poruszyć, jakby jego klatka piersiowa znów miała wypełnić się oddechem, jeśli tylko uwolni ją od ciężaru swojego ciała; jakby miał mrugnąć rozbawiony i wykrzywić czerwone od krwi wargi w uśmiechu, gdy tylko odważy się odwrócić wzrok od jego twarzy. Cała się trzęsła i nie od razu uświadomiła sobie, że płacze; minęły długie minuty, zanim uwierzyła, że był martwy.
Podwinęła lewy rękaw jego szaty aż po łokieć, szukając na jego przedramieniu Znaku, ale w miejscu, w którym Rabastan Lestrange nosił swój, jego skóra była jasna i gładka; sprawdziła drugą rękę, nie znajdując na niej żadnych śladów czarnej magii i tylko wrzasnęła przeciągle, oszołomiona i wściekła. Nie myśląc o tym, co robi, złapała kawałek rozbitego szkła i w amoku pocięła jego lewe przedramię, tnąc zajadle, do samej kości; napluła mu jeszcze w twarz i dopiero wtedy zerwała się na równe nogi, przerażona samą sobą.
Czy to możliwe, że wraz z utratą Rudolfusa Lestrange’a zgasło w nim to niezaspokojone pragnienie władzy, ta paląca go ambicja, wreszcie nawet wola przetrwania? Czy był nim opętany do tego stopnia, że nie będąc naznaczonym, nie potrafił wykorzystać szansy na odnalezienie się w nowym porządku bez niego? Zawsze czuła, że ten niebezpieczny, głęboki afekt, jakim darzył go odkąd sięgała pamięcią, prędzej czy później go zgubi; nie podejrzewała tylko, że to ona wykorzysta go przeciwko niemu, a nie sam Rudolfus Lestrange.
Myśl, że zabiła go już w momencie, w którym zdradziła i skazała na Azkaban tego, który znaczył dla niego więcej niż on sam, a nie dopiero teraz, wydała jej się dziwnie kojąca i jej oddech wyrównał się z wolna, a serce zwolniło, wracając do normalnego rytmu. Czy ostatecznie nie było to najlepsze, co mogło go spotkać? Czy nie okazała mu litości, której on nigdy nie okazał jej? Uśmiechnęła się do swoich myśli, spoglądając na jego ciało po raz ostatni niemal z czułością.
Wreszcie była prawdziwie wolna.

Advertisements

Obliviate 7: gniew

Sam widok płomieni spowodował, że serce biło Oldze jak szalone.
Była to reakcja absurdalnie wyolbrzymiona, zważywszy na to, że wpatrywała się w ogień bezpiecznie rozpalony w kominku. Znajdowała się na lotnisku w Moskwie, jednym z niewielu miejsc w całej Rosji, które posiadały kominki podłączone do międzynarodowej sieci Fiuu, i z głową w środku piekła cierpliwie czekała na połączenie, otoczona oślepiającymi płomieniami.
Minęła wieczność, zanim pojawił się Roger.
Wyglądał, jakby wyciągnęła go z łóżka. W pośpiechu zdążył tylko narzucić na siebie koszulkę. Olga z łatwością mogła sobie wyobrazić, że Paige celowo przeciągnęła go jeszcze w łóżku, nie chcąc wypuścić, i jak zasiała w nim zniecierpliwienie, kusząc obietnicami, by przyspieszyć jego powrót.
Ta myśl nieoczekiwanie wzbudziła w niej zazdrość, będącą połączeniem gorącego pragnienia, by znaleźć się na jej miejscu, z gorzkim zrezygnowaniem towarzyszącym myśli, że Roger bez konsekwencji spotykał się z kolejną swoją podwładną, podczas gdy Olga płaciła za swoje romanse najwyższą cenę.
Na widok Olgi Roger zrobił niezadowoloną minę.
– Kopę lat – stwierdził z dezaprobatą. Przyglądał się jej uważnie, a między jego ciemnymi brwiami pojawiła się zmarszczka. Olga wiedziała, że to ze względu na jej fatalny wygląd. Czuła, że jej twarz jest opuchnięta od płaczu, ale Roger to przemilczał. – Co jest?
Silił się na lekki ton, a Olga wiedziała, że nie chciał pokazać jej, że jej niezapowiedziany wyjazd cokolwiek go obchodził. Nie mogła mieć do niego żalu. Zdawała sobie sprawę, w jakiej znalazł się sytuacji po tym, jak bez uprzedzenia opuściła swoje stanowisko pracy, i mogła się tylko domyślać, że wkrótce dowiedział się, co łączyło ją z Adamem. Po tym, jak na jej odejście zareagował Blythe, nie było możliwości, żeby nie doszło między nimi do konfrontacji i to nie konfrontacji między szefem a podwładnym, ale konfrontacji między byłym kochankiem a niedoszłym mężem.
– Muszę ci coś powiedzieć – powiedziała Olga gorączkowo.
W pierwszym momencie Roger zapomniał się i spojrzał na nią ze szczerym zainteresowaniem. Wiedziała, że ta obietnica odrobiny szczerości mimowolnie zwróciła jego uwagę, bo przez cały czas trwania ich związku nie próbował wyłudzić od niej nic więcej.
Była gotowa wyznać mu wszystko, w desperackiej próbie odcięcia się od niewygodnej prawdy o niej samej, którą z taką lekkością objawił jej Dymitr. Jeśli naprawdę czerpała chorą przyjemność z destrukcji, z łamania prawa i odbierania innym wolności, wyjawienie Rogerowi całej prawdy było jedyną drogą, by powstrzymać siebie samą, a przy okazji zrujnować się w oczach ostatniego człowieka, którego zdanie jeszcze trochę ją obchodziło.
Zmrużyła oczy, bo widok płomieni intensyfikował wspomnienia, które skutecznie wyparła, przechowując je na granicy świadomości.
– Pamiętasz nasze pierwsze spotkanie?
Roger kiwnął głową. Była pewna, że to wspomnienie było dla niego warte niemal tyle, co dla niej. Olga nabrała powietrza. Serce biło jej jak szalone, prawie czuła, jak wzrastające ciśnienie rozwala ją od środka. Całą siłą woli zmusiła się do mówienia.
Nie było łatwo znaleźć w sobie odpowiednie słowa opisujące to, co stało się w przeddzień jej ucieczki z Rosji. Starała się być precyzyjna i rzeczowa, ale nawet w jej głowie ta historia brzmiała tak, jakby ją zmyśliła. Do granic możliwości nasiąknięta głupotą i przemocą, jej historia nie pozwalała oddać swojej istoty za pomocą tak prymitywnego środka jak mowa.
Przeszło jej przez myśl, by podzielić się wspomnieniem i pokazać Rogerowi wszystko takim, jakim było w jej pamięci, ale wiedziała, że ubranie tego w słowa jest jedynym sposobem, by Roger nigdy nie zobaczył, w jak opłakanym stanie są jej poszatkowane wspomnienia. Ich widok zmniejszyłby jej wiarygodność.
Bardzo sucho opowiedziała mu, w jakim stanie opuściła bar wraz ze swoim towarzyszem i jak tułali się po mieście, jak co noc szukając przygody, by zabić nudę pijackich nocy, i jak w końcu doszło między nimi do pojedynku. Jak w wyniku niekontrolowanego przepływu mocy wybuchł pożar, nad którym szybko stracili panowanie. Głos lekko łamał się jej, gdy opowiadała, że mugolska straż pożarna i policja były bezsilne. Niechętnie wycisnęła z siebie wyznanie, że w pierwszym odruchu chciała uciekać, ale była zbyt pijana na teleportację. Próbowała zaklęć, nie zważając na obecność mugoli, ale jej żałosne próby nie mogły powstrzymać piekła, które się rozpętało. Nie wdając się w szczegóły, wspomniała jak ogień trawił kolejne domy, jak jej uszy wypełnił nieznośny wrzask i jak w napadzie paniki zaczęła niechlujnie, na oślep modyfikować pamięć wszystkim świadkom i funkcjonariuszom, jak przyniosło jej to ulgę i pozwoliło odzyskać nad sobą panowanie. Jak o liczbie ofiar i zasięgu pożaru dowiedziała się dopiero, kiedy była już bezpieczna w Wielkiej Brytanii.
Roger nie zapytał, dlaczego jeszcze nie wyjawiła mu nazwiska swojego towarzysza, zupełnie jakby akceptował wersję, w której to ona jest inicjatorem wydarzeń, a on tylko dodatkiem, zbyt istotnym, by go pominąć, ale za mało istotnym, by pozwolić mu działać. Olga wiedziała jednak, że gdyby nie było Dymitra, nie byłoby tej historii. Nie potrafiła jednak racjonalnie wyjaśnić komuś, kto nie znał ich relacji, w jaki sposób Mitia potrafił podsycać w niej wszystkie najgorsze żądze i z jakiego powodu mu na to pozwalała.
Fizjologiczne objawy stresu powodowały, że coraz ciężej było jej wydusić z siebie słowa. Miała wrażenie, że sekundy dzielą jej od utraty przytomności. Trzęsące się ręce splotła na kolanach, zanim odważyła się powiedzieć:
– Moim wspólnikiem był Dymitr Szatow.
Odczekała jeszcze sekundę, ale ponieważ z całą pewnością wciąż była boleśnie żywa, falę paniki zmyła fala złości.
Davies spojrzał na Olgę, jakby nic nie usłyszał.
– Zawsze zastanawiałem się, co za sobą zostawiłaś – powiedział Roger, jego ton nie wskazywał na to, że cokolwiek w jej wyznaniu go zaszokowało. – Czułem, że zostawiłaś znęcającego się nad tobą męża albo jakąś traumę z dziećmi, i rozumiałem to.
Zamilkł, wpatrując się w Olgę intensywnie, jakby próbował skleić jego wykreowany obraz z twardymi faktami. Nie wyglądał, jakby zrobił to z łatwością.
– Nigdy o to nie pytałem. Cieszyłem się, że cokolwiek cię zżera, wylizujesz się z tego i zostawiasz wszystko za sobą. Wierzyłem ci, kiedy budziłaś się w moim łóżku i kiedy mówiłaś, że mnie kochasz.
Nie przerywała mu, przypominając sobie te dni, w których czuła się normalnie, w których chcąc zatrzymać przy sobie ostatnią nadzieję na zwyczajne życie, odgrywała skrupulatnie uczucia, których nigdy nie znała i których objawów uczyła się wtórnie, bacznie obserwując zachowania tych, którzy naprawdę ich doświadczyli. Kiedy patrzyła na Rogera, na którego twarzy odbijały się skrajne uczucia, mieszanina rozczarowania, wstrętu i miłości, wiedziała, że odegrała rolę jego Olgi prawie tak dobrze, jakby naprawdę nią była.
– Jesteś zajebistą aktorką – wyznał nagle, idealnie dopełniając jej myśli. Wyrwał się ze swojego patetycznego monologu, uderzony w twarz szczerością za samym sobą. – Mnie łatwo było oszukać, podszedłem do ciebie z sercem na dłoni, ale masz pojęcie, że udało ci się nabrać Adama? Kurwa. Ten facet naprawdę myślał, że z nim zostaniesz.
Nie zgadzała się z tymi słowami. Zawsze uważała, że musiała zostawić Rogera właśnie dlatego, że miał tendencję do emocjonalnego angażowania się, której jej zdaniem nie przejawiał Adam. Prawdziwym centrum świata Blythe’a był on sam i właśnie dlatego był idealnym kandydatem na męża. Olga uważała, że jej relacja z Adamem polegała na tym, że odgrywali swoje role, wiedząc, że to tylko teatr i akceptując to. Byli sobie wzajemnie potrzebni. Tego samego nie można było powiedzieć o relacji z Rogerem. Prawo nie pozwalało mu mieć tylu kobiet, z iloma był głęboko związany i było to jego osobistą tragedią, jednak zdolności do zaangażowania nie sposób było mu odmówić.
W pełni zdawała sobie sprawę z tego, co mu zrobiła, wiedziała jednak, że zostawienie go za sobą było najlepszą decyzją. Mimo to jego słowa były jak szpilki wbijane w jej posiniaczone już przez Dymitra ciało.
– Dymitr nie jest moim mężem, jest moim kuzynem – powiedziała z głęboką satysfakcją.
Powiedziała to tylko dlatego, że chciała zobaczyć wyraz szoku na twarzy Rogera. Wyraźnie wyobrażał sobie, że wie o niej już wszystko, że dostarczony przez chwilą ostatni kawałek układanki stanowił dla niego klucz do jej tajemnicy. Teraz, kiedy powiedziała mu prawdę i kiedy okazało się, że nawet ta prawda nie mogła jej odkupić, ponownie poczuła się beznadziejnie bezsilna. Jedyną ulgę mogło jej przynieść przekonanie, że inni cierpią tak samo.
Nie musiała mu więcej tłumaczyć, nawet Davies nie był takim idiotą, by pomyśleć, że Dymitr, będąc jej kuzynem, nie był jednocześnie jej kochankiem. Można powiedzieć, że nawet mężem, bo czy ich więź różniła się czymkolwiek od zdegenerowanego małżeństwa, poza tym, że ich przysięga małżeńska była jednostronna i miała skutki śmiertelne? Chciała powiedzieć to Rogerowi, udowodnić mu, że życie może być gorsze niż cokolwiek, co podpowiadała mu wyobraźnia, ale zdążyła tylko nabrać powietrza.
– Kurwa, Olga.
Roger ukrył twarz w dłoniach. Olga milczała, gorączkowo zbierając się, żeby ugodzić go jeszcze bardziej. Skoro już tak zapoznawali się z całą prawdą, mogłaby wygarnąć mu, że nieprzypadkowo był pierwszą osobą, którą spotkała po ucieczce z Rosji, że szef Biura Amnezjatorów był dokładnie tym, kogo wtedy potrzebowała, że nawet niecałą dobę po tym, jak przez swoje groźne poszukiwanie wolności podpaliła masę ludzi, była w stanie kalkulować zyski i straty; że jego dobra aparycja była jedynie miłym dodatkiem, a nie warunkiem koniecznym. Istniało jednak spore prawdopodobieństwo, że już to wiedział.
– Mówisz mi to, bo chcesz się pozbyć tego syfu – powiedział gniewnie Roger, nieoczekiwanie patrząc jej prosto w oczy. – Chcesz sobie ulżyć, tak? Nagle łatwo jest powiedzieć, że, kurwa, uciekłaś z kraju, bo kogoś spaliłaś, spanikowałaś i jeszcze się z tego wyłgałaś? Nagle lekiem na wyrzuty sumienia jest pierdolone wyznanie prawdy? I TO TYLE? – zaśmiał się gorzko i pokręcił głową z niedowierzaniem.
– Najlepsze jest to, że mówisz mi to nie dlatego, że zawsze chciałem ci pomóc, ale dlatego, że jestem twoim pierdolonym szefem i w mojej mocy jest cię wywalić dyscyplinarnie za pieprzenie się z Fullerem i manipulacje zaklęciami! Mówisz to mi w nadziei, że będę chciał cię, kurwa, dobić, ukarać, poniżyć publicznie. Przyjęcie kary za ten jeden błąd rozszerzyłabyś wtedy na wszystkie winy, ale wiesz co? NIE MA MOWY.
Patrzyła na niego bez zrozumienia.
– Śledziłeś Fullera? – zapytała, szczerze zdumiona, że okazywał tyle uwagi jej akcjom. Przez chwilę poczuła się lepiej, wiedząc, że wciąż zwracał na nią uwagę.
Davies wciąż patrzył na nią z niedowierzaniem, jakby nie mieściło mu się w głowie, że przykładała uwagę do tego, co najmniej istotne. Wiedziała, że zastanawiał się, jak jej to dosadnie wytłumaczyć, ale widocznie szybko stracił wiarę, że mógłby ją jeszcze czegoś nauczyć i powiedział tylko:
– Śledziłem ciebie.
Zapadła cisza wypełniona obustronnym zażenowaniem. Trwała jednak znacznie krócej, niż życzyłaby sobie Olga, bo Roger wstał, a Olga przestraszyła się, że odejdzie bez pożegnania. On jednak znalazł dla niej ostatnie słowa, które wypowiedział, zanim wyrzucił ją za swojego kominka:
– Wypierdalaj z powrotem do tego Dymitra i chroń dalej jego dupę, bo wygląda na to, że jest ostatnim, kto ci pozostał.
Właśnie wtedy Olga nieoczekiwanie zrozumiała, dlaczego jeszcze żyje.

 

08. Atlantic City

Nie myślała o Pokątnej przez całe lata, a jednak w jej głowie ulica ta nieprzerwanie przypominała głośny, jarmarczny niemal korowód, który tworzyły dziesiątki osób zaaferowanych własnymi sprawami, niosących stosy książek, opasłe kociołki czy wrzeszczące sowy. Pokątna pachniała magią, radością i trochę odchodami, które zostawiały za sobą te wszystkie koty i sowy, nim znikły, by stać się mniej lub bardziej wiernymi towarzyszami jakiegoś dziecka. I, nie wiedzieć czemu, Pokątna, która zapisała się w jej myślach, była słoneczna.
Teraz jednak Pokątna była cicha i opuszczona. Amanda spodziewała się, że obrazu dopełni rzęsisty deszcz, ale tym razem się myliła; ulica skąpana była w słońcu, które zdawało się próbować przekonać ją, że jej sytuacja nie jest tak poważna. Amanda jednak pozostała niewzruszona, gdy jej trzewiki stukały na kamiennym bruku ulicy. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie powinna była zabrać ze sobą Rothenberga, ale mimo deklaracji o współpracy nie mogła się pozbyć poczucia, że jest tylko kulą u jej nogi. Nie znał terenu, nie znał ludzi, jeśli miała z tego układu czerpać jakiekolwiek korzyści, to może na nie liczyć dopiero w Nowym Jorku – o ile kiedykolwiek do niego wrócą. Nie była pewna, czy współpraca z Frankiem była dobrym pomysłem. Może powinna wyciągnąć z niego tyle, ile się da, a potem oddać go Selwynowi? Ale sposób, w jaki mówił o tej całej Dawn, sprawiał, że Amandzie nieco miękło serce. Wiedziała, że to uczucie oznacza jedno: zaraz zrobi coś głupiego. Dotychczas ilekroć pozwalała swoim emocjom wziąć górę nad rozsądkiem, kończyło się to źle.
Nokturn, choć przecież był tuż obok Pokątnej, był znacznie mniej słoneczny. Choć teraz magia była przytłumiona w całej Wielkiej Brytanii, tu wyraźnie czuć było jej ślady. Stulecia użytkowania czarnej magii odcisnęły swoje piętno na tych murach i chodnikach, wsiąkając w nie i tworząc niepowtarzalną atmosferę grozy i tajemnicy, która sprawiała, że włoski na karku osób, które nieświadomie zapuszczały się w te strony, mogły się zjeżyć ze strachu. Amanda bywała tam wielokrotnie, jako dziecko przemierzając Nokturn w poszukiwaniu ciekawych miejsc i ludzi, którzy poświęciliby jej czas, którego nie mógł poświęcić jej ojciec. Wielu innych sklepikarzy przywykło do widoku jej bladej buzi przyglądającej się gablotom z asortymentem, nawet kiedy była niewiele wyższa od tych lad. Z czasem zaglądała tam coraz rzadziej, mogąc częściej zostawać w domu bez opieki, ale mimo upływu lat Nokturn i wypełniający go zapach słodkiej zgnilizny wydawały jej się równie znajome, jak znajomy był szyld głoszący „Borgin & Burke”.
Drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem. Amanda zmarszczyła lekko nos, widząc, że sklep nie był traktowany z należytą troską, która przejawiałaby się nie tylko w naoliwieniu drzwi, lecz także w tak drobnej uprzejmości, jaką byłoby dopilnowanie, by choć jedna osoba była gotowa w każdej chwili powitać klienta.
– Zamknięte! – krzyknął z zaplecza głos, w którym pobrzmiewała irytacja.
Amanda podeszła bliżej lady, dokładając starań, by obcasy jej trzewików stukały głośniej niż zwykle. Gdzieś z tyłu głowy pulsowała świadomość, że Torsten zaraz wyjdzie z zaplecza i będzie musiała zdławić w sobie niechęć do własnego brata. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz rozmawiali, ale wiedziała też, że czasy są na tyle niespokojne, by odłożyć dawne niesnaski na później. Liczyła na to, że Torsten okaże się dostatecznie racjonalny, by to przyznać.
– Mówiłem przecież, że zamk… – zaczął, wychodząc z ciasnego korytarzyka prowadzącego na zaplecze. – O kurwa.
Amanda zmusiła swoje usta do ułożenia się w lekkim, możliwie nieironicznym uśmieszku. Jej brat nadal był źle wychowanym prostakiem, który nie potrafił powstrzymać swoich uczuć przed wymalowaniem się na jego twarzy czy w jego głosie.
– Jest ojciec? Albo Borgin? – zapytała.
Torsten przetarł twarz dłonią, po czym utkwił w niej spojrzenie pełne źle skrywanej niechęci. Nie spodziewała się ciepłego przyjęcia. Jeszcze w Hogwarcie unikali siebie nawzajem, kiedy tylko mogli, zajmując najodleglejsze krańce pokoju wspólnego. Torsten zawsze wtedy upajał się dźwiękiem swojego głosu, którego chętnie słuchali inni, ona zaś – cztery lata młodsza i niezainteresowana pozyskiwaniem wianuszka przyjaciół – siedziała w fotelu z księgą na kolanach i myślami była daleko od Szkocji i zimnych lochów. Potem okazji do rozmów było jeszcze mniej.
Teraz jednak, kiedy stali twarzą w twarz, nie mogli uniknąć rozmowy.
– Nie – uciął. – Czego tu szukasz?
Pytanie nie było sformułowane najlepiej, ale Amanda nie widziała sensu w przeciąganiu gierek językowych, których ewentualne wyrafinowanie i tak umknęłoby uwadze Torstena. Zawsze był typem człowieka, który najpierw działa, a dopiero potem zadaje pytania. Postanowiła dać mu tę drobną wygraną w nadziei, że on da jej większą.
– Pomocy. – Jej postura nie korespondowała z tym słowem, wiedziała o tym. Amanda stała zbyt prosto i sztywno, a jej broda była uniesiona zbyt wysoko, by samo słowo „pomoc” zaspokoiło Torstena.
Oblizał wargi, jakby szykował się do uczty.
– Ostatni raz szukałaś pomocy, jak zrujnowałaś życie porządnego człowieka – przypomniał, z sadystyczną niemal przyjemnością wypatrując cienia słabości na jej twarzy. – Co takiego musiałaś spierdolić, że przybyłaś tu aż ze Stanów czy gdzie tam się szlajałaś przez te wszystkie lata?
Przez myśl przeszło jej, jak łatwo mogłaby sprowadzić go na ziemię. Takim ludziom jak Torsten imponowały okrągłe zdania o delegacjach, misjach dyplomatycznych i międzynarodowych konferencjach. Takim ludziom jak Torsten imponowałoby, gdyby mogli korzystać z tego samego wychodka co Minister Magii.
– Potrzebuję magii – powiedziała, puszczając mimo uszu jego słowa. – Cokolwiek, co będzie działało. Eliksiry, amulety…
– I skąd ja mam to, kurwa, wziąć? – warknął. – Wchodzisz tu jak jakaś cholerna księżniczka i chcesz magii? Niespodzianka, magii już nie ma. Pieprzony Dumbledore i jego świta wykończyli całą magię. Pewnie wszystko, co zostało, mają gdzieś na swoją wyłączność i któregoś dnia postanowią nas stąd wykurzyć.
Amanda rozejrzała się po sklepie. Istotnie, gabloty były niemal puste, ale tu i ówdzie można było dostrzec jakąś księgę czy zapomniany flakon. Torsten kłamał. Nie spodziewała się niczego innego.
– W jakimś celu tu siedzisz – rzuciła zaczepnie. Widziała, że na twarzy pojawiły mu się już wypieki złości, które nijak nie korespondowały z jego jasnymi włosami, sprawiając, że nabierał wyglądu bardziej wieprza niż człowieka. – Nie przyszłam się z tobą kłócić.
– To po co tu przyszłaś? – wysyczał. Na jego szyi wyraźnie pulsowała tętnica. Amanda nie była w stanie zrozumieć, skąd wziął się w nim tak silny gniew. Kiedy widzieli się po raz ostatni, panowało między nimi raczej chłodne milczenie.
Zanim zdążyła odpowiedzieć, drzwi się otworzyły i wsunął się przez nie Borgin. Wszedł niemal bezszelestnie i gdyby nie jego chrząknięcie, Burke’owie mogliby go nawet nie zauważyć.
– Panna Burke, jak miło – powiedział, świdrując Amandę szarymi oczkami, które potrafiły wycenić wszystko, co tylko napotykały. Borgin ani trochę się nie zmienił, choć osiągnął już wiek, w którym większość ludzi miałaby dość przyzwoitości, żeby umrzeć. On jednak zbyt bardzo lubił to, co robił, a zaaferowany ciągłym szacowaniem wartości dóbr i ludzi zapomniał o własnej śmiertelności.
– Pan Borgin. Cała przyjemność po mojej stronie – odparła sztywno, kompletnie ignorując Torstena.
– Co panienkę sprowadza w nasze… skromne progi? – zapytał, posyłając jej uśmiech, który mógłby być serdeczny, gdyby nie był dowodem na to, że uznał ją za przydatną.
– Potrzebuję magii – powiedziała bez ogródek, pewna, że Borgin spełni jej życzenie, nawet jeśli srogo sobie za to policzy. – Eliksiry, amulety, cokolwiek.
– Och, magia – westchnął, teatralnie zmartwiony. – To towar zbyt deficytowy jak na nasz świat. Stajemy się niemal mugolami. Straszne to czasy, straszne…
Amanda przez chwilę czekała, żeby pochwycić jego spojrzenie. Wiedziała, że musi przedstawić coś wartościowego. Problem w tym, że nie wiedziała co.
– Problem pojawia się dopiero na granicy, wydaje mi się, że mógłby zostać dość łatwo rozwiązany – stwierdziła, starając się zbić cenę.
– To przemyć sobie, kurwa, te eliksiry i amulety – ryknął Torsten.
Borgin posłał mu karcące spojrzenie, które nieco go spacyfikowało.
– Ach, rodzinne kłótnie, te ściany tak dawno ich nie słyszały – rzucił. – Nawet jeśli brak mu ogłady, Torsten zwrócił uwagę na pewien problem. Kontakt z kontynentem nie jest tak prosty i nie każdy może sobie na niego pozwolić.
Śmierciożercy nie mogą zabraniać go handlarzom z Nokturnu, to niedorzeczne, przeszło jej przez myśl. Jaką władzę ma nad nimi wszystkimi Dumbledore?
– A jeśli postaram się o jakiś kontakt? – zaproponowała.
Torsten walnął pięścią w biurko i wyszedł. Borgin posłał jej uśmiech tak fałszywy, że aż przeszył ją dreszcz.
– Nie wątpię w twoje kontakty, panno Burke, ale musisz zrozumieć, że niezależnie od tego, jakie wiatry przygnały cię do Anglii, rzeczywistość się zmieniła.
– Nie jestem już dzieckiem, Borgin. Grajmy w otwarte karty – oświadczyła. Było to stwierdzenie tyleż śmiałe, ile puste, jako że Amanda spodziewała się, że większość jej kart znanych jest już Borginowi.
– Wspaniale – zgodził się. – Przyszłaś tu z własnej woli, panno Burke, czy z woli ministerstwa?
Amanda zacisnęła szczęki. Domyślała się, że odpowiedź na to pytanie będzie uzależniała dalszą dyskusję. Twarz Borgina wyrażała jednak idealną pustkę i nie podpowiadała, jakiej odpowiedzi oczekiwał. W takich chwilach żałowała, że nigdy nie wykazywała większego talentu w kierunku legilimencji. Sama myśl o tym, jak łatwo byłoby wyczytywać wszystko z cudzych umysłów zamiast prowadzić z nimi pertraktacje…
– Współpracuję z ministerstwem – oświadczyła, decydując się na zachowawczą odpowiedź – ale jestem tu z własnej woli.
Borgin przypatrywał jej się uważnie, jakby rozważał jej odpowiedź, rozbijał na czynniki pierwsze i dokonywał starannego pomiaru każdego z nich. Czuła, jakby otwierał jej czaszkę, i ze wszystkich sił starała się powstrzymać to uczucie.
– Myślę, że dojdziemy do porozumienia – powiedział, przywołując na usta chłodny uśmiech, który upodobnił jego twarz do czaszki. Amanda przez ułamek sekundy żałowała, że w ogóle odwiedziła Nokturn, ale wiedziała, że nie mogła się już wycofać.
*
Kiedy wyszła z Nokturnu, słońce przywitało ją jasnymi promykami, jakby próbowało wynagrodzić jej to wszystko, co stało się wśród ciemnych murów, odoru stęchlizny i rozkładu, a do tego w obecności jej brata. Jakaś jej część była tym faktem zdziwiona, jakby w ogóle nie spodziewała się zobaczyć słońca. Dopiero miarowy stukot obcasów o bruk utwierdzał ją w przekonaniu, że wszystko jest w porządku, świat nadal trwa. W torebce miała kilka flakoników i zestaw run, które mogły przyczynić się do tego, że świat będzie dalej trwał. Nie mogła pozwolić sobie na to, by zostać marionetką Selwyna albo Borgina.
– A-amanda? – usłyszała za plecami. Przez chwilę chciała udać, że nic nie słyszała i przeć naprzód, w stronę wyjścia z Pokątnej, ale głos wydał jej się na tyle znajomy, że zwolniła kroku.
Zielone oczy Toma Fawleya patrzyły na nią z niedowierzaniem. Ostatni raz widzieli się na długo przed wyjazdem Amandy, kiedy to doszła do wniosku, że jego status jako jej przyjaciela obojgu przestał odpowiadać jakiś czas temu. Teraz jednak Tom wyglądał niemal tak samo jak przed laty – tak samo się uśmiechał, a brązowe kosmyki tak samo wpadały mu do oczu. Amanda przez chwilę poczuła w żołądku bryłę lodu, a perspektywa rozmowy z Tomem wydawała jej się niemal tak ponura jak wcześniej ponurą wydawała jej się wizja rozmowy z Torstenem.
Tom niezdarnie ją objął, jakby nie dostrzegając, że zesztywniała jak posąg, i cmoknął w policzek.
– To naprawdę ty, niesamowite! – krzyknął, jakby na Pokątnej znajdował się ktoś, kto nie zauważył jeszcze, że przed jego oczami rozgrywa się właśnie spotkanie po latach. Ulica była praktycznie opustoszała, więc jego zachowanie wydawało się pozbawione sensu.
– Tom – powiedziała cicho. – Co za spotkanie.
Próbowała się szczerze uśmiechnąć, ale nie mogła zmusić do tego twarzy. Miała wrażenie, że jej policzki są skute lodem, a samo patrzenie na Toma sprawiało, że myślami wracała do czasów, które przecież zostawiła już za sobą. Jego oczy miały jednak kolor baldachimu nad jej łóżkiem w dormitorium Slytherinu, a uśmiech przywoływał krótkie chwile wesołości w Wielkiej Sali, które przecież wciąż tkwiły w jej pamięci, nawet jeśli przykryły je inne, nowsze wspomnienia. Tom był znajomy jak fotel w pokoju wspólnym, bezpieczny jak biblioteka i nieskomplikowany jak droga przez błonia od zamku do jeziora. Co, rzecz jasna, czyniło go niebezpiecznym. Niezależnie od tego, po czyjej stronie Tom jest teraz, wszystko, co od niej usłyszy, będzie mógł przekazać dalej – najpewniej w dobrej wierze i pewnej nieświadomości. Fawleyowie byli rodem od stuleci utrzymującym czystość krwi, a mimo to niektórzy jego członkowie wciąż nie pojęli reguł, jakie rządziły światem.
– Myślałem, że już dawno wyjechałaś z kraju – powiedział, nie przestając się uśmiechać.
Amanda skrzywiła się lekko. Nie był to wyrzut, nie było w jego tonie zdziwienia, a jednak poczuła, jakby to ona zrobiła coś źle, jakby swoją decyzją wpłynęła na więcej niż jedno życie, o czym właśnie przypominał jej w najbardziej delikatny, Puchoński sposób, na jaki tylko było go stać.
– Wróciłam.
Tom parsknął ze śmiechu.
– Ależ sobie czas wybrałaś! Tyle się dzieje, że… A zresztą, sama widziałaś. Widziałaś, prawda?
Pokiwała głową, niepewna, co powinna odpowiedzieć i do czyich uszu dotrze jej odpowiedź.
– Koniecznie musimy powspominać stare czasy. Zostajesz na dłużej? – dopytywał, a Amanda poczuła, że powinna jak najszybciej stamtąd odejść, że im dłużej stoi na środku tej słonecznej ulicy, która wciąż niemal dźwięczała wspomnieniem wszechobecnego gwaru, tym pewniejsze jest, że wypadnie z gry, a Selwyn z uśmiechem zrobi z nią to samo, co on lub jego ludzie zrobili z Marie i resztą jej delegacji.
A jednak… Przecież to był Tom. Tom, który wiedział o tak wielu rzeczach i wciąż był przy niej. Nie mogła popadać w paranoję.
– Przez jakiś czas będę w Londynie – zapewniła. – Co powiesz na kawę? Jutro?
Tom pokiwał głową, posyłając jej jeden z tych uśmiechów, które sprawiały, że Kate miękło serce, przez co potrafiła nocami zadręczać Amandę opowieściami o tym, jak idealną rodzinę stworzyliby z Tomem, gdyby tylko mogli. Amanda była pewna, że żadnej rodziny nie stworzyli, ale kiedy ostatni raz widziała Kate, wciąż była blisko Toma. Może nadal była?
– A co z Kate? – zapytała. – Masz z nią kontakt?
Tom przez chwilę milczał, po czym podał adres jednej z kawiarni, które Amanda znała. Nie była ona na tyle blisko hotelu, by wzbudzić w Amandzie podejrzenia o to, że Tom współpracuje z ministerstwem. Zresztą trudno było jej to sobie wyobrazić – samo zestawienie Toma z Selwynem wzbudzało w niej śmiech – ale czyż w tak ponurych czasach nie zdarzały się dziwniejsze mariaże z rozsądku?
– To jesteśmy umówieni. – Posłał jej kolejny uśmiech, a promienie słońca bawiły się jego włosami, wydobywając z nich kasztanowe refleksy, których nigdy wcześniej nie dostrzegała.
Amanda skinęła głową, dziwnie pewna, że temat Kate będzie jednym z tych, które przyjdzie im poruszyć między kawą a szarlotką. Innym tematem będzie sytuacja w kraju. Nie potrafiła sobie wyobrazić Toma po żadnej ze stron, ale gdyby musiała – widziałaby raczej po stronie ruchu oporu. Czy jednak byłoby to możliwe, żeby wpadła na tak wartościowy kontakt przypadkiem i to na środku Pokątnej? Nie śmiała wierzyć we własne szczęście.

Obliviate 6: radość

Dymitr pojawił się w barze pod koniec października.
Na pierwszy rzut oka w ogóle się nie zmienił. Tacy jak on nigdy się nie starzeli. Ich sylwetka nie nabierała masy, ręce i nogi pozostawały kościste, obciągnięte półprzezroczystą skórą, z wyraźnie zaznaczonymi, niebieskimi żyłami. Miał chyba nieco dłuższe włosy, przez co jego fryzura zupełnie straciła kształt, a czarne kosmyki kręciły się lekko, uciekając we wszystkie strony. Z bliska widać było, że rysy tylko nieznacznie mu się wyostrzyły, a nieliczne, płytkie zmarszczki mimiczne na stałe odciskały na jego twarzy charakterystyczny ironiczny uśmiech. Mimo że golił się na gładko, ciemna broda odznaczała się na skórze w postaci sinego cienia. Zasadniczo wciąż wyglądał, jakby wczoraj skończył siedemnaście lat.
Zauważył ją od razu.
– Wróciłaś – rzucił entuzjastycznie na powitanie, oplatając ją ramieniem i składając mokry pocałunek na jej ustach. Bez pytania rozsiadł się na miejscu obok. Omiótł ją badawczym spojrzeniem, a potem stwierdził fachowo: – Wciąż żyjesz. Niezłe osiągnięcie, co nie, Szatow?
W ciągu ostatnich tygodni Olga przychodziła tutaj i siadając codziennie na tym samym miejscu, nieustannie odgrywała w głowie scenę tego spotkania, dopuszczając całą gamę scenariuszy. Teraz zrozumiała, że najbardziej bała się, że Dymitr nie pojawi się w ogóle, że będzie zmuszona odgrywać ten refren bez końca, aż umrze tu z przepicia, braku snu lub szaleństwa. Nie mogła więc czuć nic poza ulgą. W pewnym sensie jego widok był dla niej wybawieniem.
– Jak życie? – zapytał nagląco.
– Jak widać – odpowiedziała chłodno.
– Musiałem cię trochę pogonić – dodał przepraszająco, przybliżając się nieco, tak że mogła teraz oglądać go z bliska, topiąc się w czarnych oczach. – Zaczynałaś zapuszczać korzenie.
Nawet jej to nie obeszło.
Początkowo myślała, że to naprawdę paranoja – nawet Adam, który okazywał jej najwięcej zrozumienia z racji miejsca, jakie zajmowała w jego życiu, nie uważał, by strach przed ogniem mógł być tak silny, by nie być zdolną do kasowania pamięci ofiarom większych pożarów. Z czasem jednak uznał to za niegroźną przypadłość, coś jak alergię na kurz. Olga jednak nie mogła się uspokoić – te drobne incydenty rozpoczęły się zbyt nagle, zwieńczone wybuchem Szatańskiej Pożogi w czerwcu. Kiedy Adam albo Paige wspominali o jakimkolwiek pożarze, Olgę ogarniała panika, która jak trucizna rozlewała się po całym jej ciele, paraliżując jej ruchy. Kiedy tylko zobaczyła Dymitra, zadowolonego, jakby właśnie udało mu się wyciągnąć mysz z nory tylko po to, by za chwilę zatrzasnąć ją w pułapce, nie miała już żadnych wątpliwości. Właściwie mógł się nie odzywać. Powiedział już wszystko, podpalając mieszkanie Adama.
Wpatrywała się w swojego oprawcę pustymi oczyma; taka już była rola myszy.
– Zdradziłam cię na milion sposobów – powiedziała mu jadowicie w twarz. Nawet by nie mrugnął, gdyby na niego napluła.
Uśmiechnął się tylko, jakby z grzeczności chwalił ją za odrobienie pracy domowej.
– Ale nigdy nie powiedziałaś policji, co naprawdę się stało – zauważył. Czekał na jej reakcję z sadystyczną przyjemnością wypisaną na twarzy. Pożerał ją wzrokiem.
Olga prychnęła.
Myślała o tym wcześniej setki razy – naprawdę uważał, że nie brała tego pod uwagę? Podejrzewała, że naprawdę uważał, że tamtej nocy pokazał jej jakiś swój sekret, odsłonił słabość, w pewnym sensie naraził się, pokazując jej, co go napędza. Czy wyjawienie tego komuś byłoby zdradą? Wałkowała ten temat bezustannie, ostatecznie zawsze wybierając milczenie. Gdyby powiedziała prawdę, to ona byłaby skończona – w żadnym razie nie milczała, by go chronić, chroniła tylko swoją ostatnią drogę do normalnego życia.
Zupełnie jakby taki powrót był jeszcze możliwy.
– To by mnie zabiło? – zapytała obojętnie.
Było to jedno z pytań, które najczęściej sobie zadawała. Czy to mnie zabije? Z czasem odpowiedzi „tak” i „nie” przestały się od siebie różnić –„tak, umrę” wydawało się identyczne z „nie, przeżyję”, bo w pewnym sensie dawno czuła się martwa.
– Nie – odpowiedział jej natychmiast. – Bez znaczenia, dopóki wciąż chciałaś do mnie wrócić. Czy to nie jest prawdziwa lojalność?
Nazwałaby to raczej prawdziwym szaleństwem.
Wypili jeszcze kilka drinków, zanim przenieśli się do jego zapyziałej kawalerki.
Uprawiali seks na blacie we wnęce kuchennej – był to najwygodniejszy punkt najbliższy drzwi, wybrany starannie podczas wszystkich wcześniejszych razów. Tyłek Olgi wpasował się idealnie pomiędzy puste kieliszki do wódki i porozrzucane fiolki po eliksirach. Nie dała się rozproszyć przez nieprzyjemne uczucie na gołej skórze, gdy przykleiła się do plamy zaschniętego wina, bo to było jak powrót do domu – niezbyt ekscytujące, ale rozluźniające, zaspokajające podstawową tęsknotę. Znali swoje ciała zbyt dobrze, by mogła wystąpić jakąkolwiek niezręczność, ta idealna synchronizacja dążyła prosto do celu. Zawsze wydawało jej się dziwne, że ktoś tak niestabilny, niepogodzony z samym sobą potrafił wygenerować poczucie absolutnej harmonii.
Po wszystkim przenieśli się do łóżka i Dymitr natychmiast zasnął, a Olga przez kilka godzin leżała, rozczochrana, naga, wplątana w jego ciało i zmiętą pościel tak, jak ją zostawił, i napawała się poczuciem idealnej pustki. Pustka była znacznie lepsza niż to, co odczuwała w ostatnich tygodniach – narastający lęk, stopniowo ogarniający ją obłęd. Nie potrafiła sobie wyobrazić, co stałoby się z nią, gdyby miała tak żyć przez kolejne tygodnie, świadoma nadchodzącego wybuchu.
Poruszyła kilkakrotnie biodrami, próbując pobudzić Mitię, ale ten spał jak kamień.
Przewróciła się na plecy i zapaliła papierosa, którego końcówka była jedynym jasnym punktem w pomieszczeniu.
Gdyby miała być ze sobą zupełnie szczera, musiałaby przyznać, że oczekiwała jednak czegoś więcej. Nie pamiętała już, jak to było za pierwszym razem. Ku jej zdziwieniu, ze znajomości z Mitią pamiętała więcej z pocałunków niż z pieprzenia; pewnie dlatego, że była wtedy prawdziwie naiwna, że czuła, że znalazła swoje idealne dopełnienie, do którego ciągnęła ją jakaś niewyobrażalna siła, pierwotna i niemożliwa do przezwyciężenia. Wydawało jej się, że nawet jeśli wiedziałaby, że to uczucie ją zgubi, dałaby się zniszczyć jeszcze raz i tak bez końca.
Wtedy myślała, że to jakieś absolutne spełnienie, że do tego punktu dąży każdy człowiek, że desperackie pragnienie utrzymania się w tym najwyższym punkcie to cały sens życia.
Nic dziwnego, że tak bała się to stracić.
Nic dziwnego, że to, co przyszło później, tak nią wstrząsnęło.
Czy w całym świecie ktoś poza nią przeżył coś takiego? Uwielbiała zadawać sobie to pytanie, gdy tylko ogarniał ją żal za straconą duszą. Wracała do tej chwili za każdym razem, gdy tłuści mężczyźni leżeli na niej, poruszając się leniwie. Miała jedno wspomnienie, które było jak pstryczek w jej mózgu, aktywujący podniecenie i doprowadzający ją na szczyt; działo się tak w pewnym oderwaniu od tego, jak reagowało jej ciało.
Czy w całym świecie ktoś poza nią przeżył coś takiego? Kiedy uciekła od Dymitra, czuła tylko bezdenną beznadzieję. Uciekła do Anglii, zastanawiając się, czy ma to jakikolwiek sens, a śmierć była jedynym, czego pragnęła. Nigdy nie powiedziała Rogerowi, że kiedy przespała się z nim po raz pierwszy, była absolutnie przekonana, że każdy kolejny, głośniejszy oddech będzie jej ostatnim. Wtedy jeszcze rządziło nią przekonanie, że taka prosta zdrada od razu ją zabije, ale kiedy tak się nie stało, brnięcie w to dalej, pozwalanie sobie na coraz więcej w tej szalonej fantazji na temat samobójstwa, zaczęło sprawiać jej masochistyczną przyjemność. Za tym pierwszym razem doszłaby nawet, gdyby Roger dotknął ją tylko raz.
To rzecz jasna szalenie wysoko postawiło poprzeczkę poszukiwania czegoś, co zapewniłoby choćby podobny poziom adrenaliny, daleko przekraczając przy tym granice tego, co kiedyś uważała za moralne. Choć szukała wiele lat, nigdy nie poczuła już niczego podobnego.
To, że przeżyła, rodziło kolejne pytania. Może przysięga była pijacką halucynacją, a może to, że nigdy nie wypowiedziała jej na głos, blokowało jej egzekucję?
Była to idiotyczna nadzieja, która dusiła sama siebie.
Kiedy w chwilach spędzonych z Rogerem czuła, że serce jej topnieje, że na widok jego gęstych rzęs albo orlego nosa zaczęła czuć coś prawdziwego, przychodziła jej na ratunek przeciwwaga, która była wystarczającą i prawdziwą odpowiedzią. Rozsądek podpowiadał milion powodów, dla których Roger zasługiwał na bycie tylko zabawką, a cisnący wnętrzności instynkt przetrwania zabijał każdą myśl naznaczoną czułością. To było jak sztucznie wykreowany wyrzut sumienia. Może właśnie na taki zasługiwała, skoro w naturze żadnego nie wykształciła.
Zapomniana końcówka żarzącego się papierosa spadła na skórę Olgi, przywracając ją do rzeczywistości. Syknęła głośno i odskoczyła, zrzucając z siebie popiół i z przerażeniem patrząc na czerwony ślad poniżej jej obojczyka, który był widoczny nawet w gęstej ciemności.
Dymitr przebudził się, zbliżył nos do jej ucha i powiedział cicho zaspanym głosem:
– Czegoś mi jednak brakuje.
Olga zamarła, niepewna, co może się wydarzyć. Mitia nie znosił, gdy czegoś mu brakowało. Dzięki temu tak długo, jak długo Olga zaspokajała wszystkie jego zachcianki, była bezpieczna i mogła trwać w swojej pustce.
– Chciałbym, żebyś powiedziała to głośno – wyjaśnił.
Olga wciąż milczała, bojąc się poruszyć.
– Żebyś się przyznała, że to ci się naprawdę podobało. Że nie powiedziałaś nikomu nie przez jakąś durną przysięgę, nawet nie żeby mnie chronić, ale dlatego, że naprawdę cię to jarało. Piękne były te płomienie, no nie, Szatow? Wzbijające się wysoko, dzikie, niepokonane… Wiesz, czym jest dobra zabawa. Powiedz to.
W Oldze wezbrała się odraza, niepodobna do niechęci, którą czuła wobec Dymitra czy Adama, wobec wszystkich swoich przypadkowych kochanków – był do głęboki wstręt do siebie samej, jakiego nie poczuła nigdy wcześniej.
Nie odpowiedziała. Odwróciła się w stronę Dymitra i pocałowała go gwałtownie. Dymitr uznał to za wystarczającą zachętę i wszedł w nią niecierpliwie. Było boleśnie; szybkimi ruchami wbijał się w nią głęboko, próbując ją rozerwać.

 

Obliviate 5: smutek

Olga przetarła twarz dłońmi, wpatrując się tępo w kieliszek. Niespecjalnie pamiętała, jak w ogóle się tu dostała, gdzie sypiała, czy miała przy sobie portfel, kiedy ostatnio jadła i czy myła włosy albo zęby – było jej to zupełnie obojętne tak długo, jak długo utrzymywała w żyłach odpowiednie stężenie alkoholu.
Bez namysłu sięgnęła po kolejną porcję wódki. Siła pędu, z jaką uniosła kieliszek, żeby wlać sobie do gardła uzdrawiającą ciecz, spowodowała, że zachwiała się na wysokim stołku.
Jej wzrok mimowolnie padł na lustro za barem. Między butelkami dostrzegła odbicie, w którym z trudem rozpoznała swoją własną twarz. Odbicie zmrużyło oczy co najmniej dwie sekundy po tym, jak zrobiła to Olga, jednak nawet wówczas nie udało mu się skupić wzroku ani utrzymać ostrości w jednym punkcie. Olga zaśmiała się sobie w twarz i uniosła kolejny kieliszek na znak toastu. Niema, żałosna towarzyszka z naprzeciwka poszła w jej ślady.
Grupka podejrzanych typów pokazywała sobie Olgę palcami, a ona chciała ich zganić, zagrozić im, może nawet ich zmiażdżyć – Olga, która potrafiła to wszystko, pozostała jednak w Wielkiej Brytanii. Olga, która przekroczyła granicę Rosji, do której obiecała sobie przenigdy nie wracać, była całkowicie bezsilna wobec ludzi, którzy ją wyśmiewali.
Mogła co najwyżej na nich krzyknąć, jednak dźwięk, który wydobył się z jej gardła, okazał się cichym chrząknięciem. Czuła przemożną chęć wyplucia na blat flegmy, która zalegała w jej ciele, ale na samą myśl o śliskim, zielonym roztworze, który wypełniał ją po brzegi, poczuła mdłości.
Podparła ciężką głowę ręką, a jej łokieć zahaczył o rząd kieliszków i sto albo dwieście mililitrów wódki powoli rozlało się na blacie, leniwie wypuszczając ruchome odnóża w stronę Olgi. W końcu dotarły do brzegu blatu i zimna struga alkoholu rozbiła się o jej prochowiec.
Zniosła to, z wyższością ignorując mokrą plamę. Zamknęła oczy, dając ukojenie ciężkim powiekom i zmęczonym oczom, którym szkodziła każda ilość światła.
Barman podszedł najpierw do Dymitra, któremu polał to, co zawsze, klepiąc go po ramieniu. Wymienili kilka słów, których Olga nie dosłyszała, choć zajęta była obserwowaniem tej sceny z drugiego końca lady barowej. Ani Dymitr, ani barman zdawali się jej nie zauważać. Powoli sączyła swoją wódkę z sokiem pomarańczowym zastanawiając się, co właściwie myślała sobie, przychodząc do tej speluny w piątek wieczorem, w dodatku zupełnie sama.
Dymitr wprawionym gestem wychylił szklankę swojego trunku i zupełnie nieoczekiwanie, zanim jeszcze Olga zdążyła odwrócić wzrok, wstał i podszedł w jej stronę. Czuła się, jakby ktoś ją spetryfikował, nie mogła ruszyć się o milimetr.
Przysunął sobie stołek i usiadł niemożliwie blisko niej.
Pochylił się nad nią, a ona poczuła jego ciepły, alkoholowy oddech na swojej szyi.
Wciągnęła powoli powietrze.
– Co jest, Szatow? – zapytał beztrosko, z wyraźną przyjemnością mówiąc jej po nazwisku, które w jego ustach brzmiało jak przekleństwo. Nie zadał sobie trudu, żeby patrzeć jej w twarz. Pstryknął na kelnera, co zainicjowało powtórkę sceny z nalewaniem trunku z tą różnicą, że tym razem barman ją zauważył, zmierzył oceniającym wzrokiem i uśmiechnął się krzywo, a potem nalał jej to samo. – Chciałaś się zabawić?
Miał drażniący, ochrypły od picia i papierosów głos.
Olga czasami zastanawiała się, czy rzucał swoimi prostackimi uwagami na oślep, czy może niepostrzeżenie czytał jej w myślach, zanim je formułował, by móc dręczyć ją jeszcze dotkliwiej. Chociaż z ich dwojga to ona naprawdę znała się na legilimencji, nigdy nie miała odwagi tego sprawdzić.
– Coś w tym stylu – powiedziała obojętnie, nieoczekiwanie odzyskując głos. Podniosła rękę i podtrzymała jego brodę wyżej, kierowana uzasadnioną obawą, że jeszcze chwila, a jego twarz wylądowałaby w jej dekolcie.
W odpowiedzi wyprostował się, uśmiechnął się drwiąco i objął ją w pasie. Olgę przeszył dreszcz, tym silniejszy, że desperacko powstrzymywany. Dymitr zignorował go, odgarnął z czoła swoją czarną czuprynę, a potem sięgnął po swoją szklankę, drugą podając Oldze.
– W takim razie zróbmy to – zadecydował za nich dwoje.
Trzy godziny później niemal leżeli na blacie.
Morze alkoholu spowodowało, że Olga śmiała się histerycznie, wpatrując się w Dymitra. Byli tak blisko siebie, że niemal stykali się nosami. Mówiła mu rzeczy, które zalegały na samym dnie jej podświadomości. Bez cienia zażenowania, bez żadnej kontroli i bez najmniejszej obawy przed konsekwencjami. Miała wrażenie, że przez tych parę godzin zdążyła zarazić się od niego jakąś nieznaną, egzotyczną chorobą, która teraz powodowała, że wszystko ją paliło, ale też że czuła się żywa jak nigdy wcześniej.
– Zawsze… – wyznała z trudem, cedząc słowa, które nie chciały wychodzić z niej w normalnym tempie, hamowane przez alkohol. – Zawsze kojarzyłeś mi się z wolnością.
Dymitr prychnął jej w twarz i zaśmiał się krótko.
– Ty zawsze byłaś dla mnie nudziarą – powiedział po prostu.
Nie protestowała i nie oburzała się. Gdyby nie była nudziarą, nigdy nie ciągnęłaby w jego stronę. Właśnie fakt, że uosabiał wszystko to, czego sama nie mogła w sobie wykrzesać, tworzył tę niezrozumiałą chemię. Znała go, od kiedy się urodził. Przez lata obserwowała go z boku, zafascynowana jego niedojrzałością, niezdolnością do zaangażowania, skłonnością do podważania każdej zasady i – choć jego gwałtowny i bezsensowny bunt prowadził jedynie do autodestrukcji – zazdrościła mu go z całego serca.
– Powiem ci coś – obiecał, pokazując jej, żeby przysunęła się bliżej. Zrobiła to, jakby przyciągana magnesem. Pocałował ją mocno, zabierając jej oddech. Olga na chwilę się zamknęła, by po kilkunastu sekundach wybuchnąć mu w twarz śmiechem.
– Mówię poważnie – powiedział poważnie.
Olga cała była znakiem zapytania.
– Mój sekret– powiedział. – Jeśli tylko obiecasz, że nigdy mnie nie zdradzisz.
Zaśmiała się. Obiecać to było tak łatwo, jak oddychać.
– Obiecuję, że nigdy cię nie zdradzę – odpowiedziała gorliwie, nieco brzydząc się swojego służalczego tonu. Czuła, że ciekawość wypełnia ją po brzegi, że zrobiłaby w tym momencie wszystko, by tylko ją zaspokoić.
Pokręcił głową i wrócił do swojego drwiącego uśmiechu.
– Myślałaś, że uwierzę ci na słowo?
Z trudem podniósł głowę i wyciągnął różdżkę z tylnej kieszeni spodni. Zachwiał się na stołku, jednak wprawa pozwoliła mu szybko odzyskać równowagę.
Nie od razu zrozumiała, co miał na myśli, a kiedy w końcu to do niej dotarło, w jej głowie nie włączył się żaden alarm. Wspaniale było nie słyszeć w głowie natrętnego głosu rozsądku – czyżby dotarła do granicy, za którą nic już nie było przeszkodą?
Ich gwarantem był barman, którego nie obchodziło zupełnie, że dwoje zalanych w trupa ludzi związuje się na śmierć i życie przysięgą, której nawet nie wypowiedzieli na głos. Nie obchodziło go to tak długo, jak długo zarzekali się, że wyjdą natychmiast po tym, jak przypieczętuje im Wieczystą.
Światło z różdżki, które splatało ich dłonie było tak jasne, że Olga mimowolnie przymknęła powieki, aby nie wypaliło jej oczu.
Ocknęła się gwałtownie.
Podniosła obolałą głowę, czując już nie tylko mdłości, lecz także silny ból wewnątrz czaszki, po którym rozpoznała, że musiała uderzyć głową w ladę. Kątem oka widziała, jak zbliża się barman. Ostrożnie postawiła nogi na ziemi, starając się ignorować silne zawroty głowy. Wytarła mokre ręce w mokry płaszcz.
Barman chwycił ją za rękaw i spojrzał na nią groźnie.
– Odwal się – powiedziała mu z serca tym samym zachrypniętym głosem, którego używała wcześniej w beznadziejnej próbie dania nauczki menelom.
– Vladimir cię odwiezie.
Spojrzała na barmana z nienawiścią. Po tylu latach nie potrafiła przypomnieć sobie, czy to właśnie on był gwarantem, gdy w tym właśnie barze nieodwracalnie zniszczyła sobie życie. Właściwie nie miała nawet pewności, czy był to dokładnie ten sam bar, wszystkie one wyglądały tak samo – zresztą, jakie znaczenie miały te drobne szczegóły?
Żadnego, gdy pamięć zawodziła ją nawet w kwestii odpowiedzi na najważniejsze pytanie.
– Nie potrzebuje twojej litości.
Wyrwała się, z całych sił usiłując się nie zatoczyć.
– Chcę rozmawiać z Mitią – rzuciła na odchodne. – Sprowadź go.
Nie mogła poczekać na odpowiedź. Odległość dzielącą ją od drzwi przebyła jak najszybciej, całą siłą woli skupiając się na tym, by nie zawadzić o żaden stolik. Wypadła z baru z pełnym impetem i tuż za progiem zwymiotowała soczyście w chłodną noc.
Pytanie, przed którym uciekała przez całą Europę, wróciło z pełną mocą, gdy tylko otrzeźwiała, znów w pełni zdolne do tego, by doprowadzić ją do szaleństwa. Jakie były dokładne słowa przysięgi, którą wypowiedziała tamtej nocy?
Nie pamiętała; wiedziała, że prędzej umrze, niż je sobie przypomni.

 

Pod znakiem borsuka: Trudna sztuka jednostronnego kompromisu

Nie była pewna, czy wczoraj przypadkiem jej się nie przyśniło. Wróciła do pokoju nad ranem, mokra i półprzytomna, a gdy się obudziła, Glendy nie było nigdzie w pobliżu i nikt nie mógł potwierdzić tego, że rzeczywistość w istocie była rzeczywistością. Sobie nie mogła już ufać. Nie po tym, w co się wpakowała.
Florence Jezebel Yaxley rozpoczęła swoją bolesną niedzielę od zimnego, bardzo zimnego prysznica i krótkiej notatki do Jamesa Pottera. Jamesa Pottera! Czy naprawdę kiedykolwiek podejrzewała, choćby w swoich najśmielszych koszmarach, że spędzi jakiekolwiek… wczesne popołudnie wypisując listy do Jamesa Pottera? Kto miał być następny? Syriusz Black?
Wszystko, co święte, czy to właśnie czekało na nią w przyszłości? Nie kariera magomedyka a obśliniony pysk Syriusza Blacka? Na samą myśl robiło jej się słabo.
A to nie był czas na słabość. Musiała zachować absolutną świeżość umysłu na tyle, na ile było to możliwe w obecnych okolicznościach. Nie, kiedy w każdej chwili mógł pojawić się koło niej właśnie James Potter i musiałaby mu opowiedzieć o wszystkim, co przyszło jej do głowy pod prysznicem.
– Weź się w garść, Flossie. To wcale nie jest głupi plan.
Jej poziom zaufania do samej siebie naprawdę musiał być krytycznie niski, bo nie uwierzyła sobie choćby przez ułamek sekundy. Odkrząknęła i powtórzyła jeszcze raz:
– To wcale nie jest głupi plan.
– Gadasz do siebie?
Gdyby nie to, że bezpiecznie czuła się jedynie w pozycji siedzącej, niechybnie podskoczyłaby na dźwięk jego głosu. Kiedy podniosła głowę, by spojrzeć na jego roześmianą twarz okoloną okrutną dla jej aktualnego stanu ilością promieni słonecznych, zrozumiała, że może jednak, może odrobinkę, był to bardzo głupi plan.
Tyle że mleko już się rozlało. Była tu i teraz, na błoniach, James był tuż koło niej, a jej durna godność prawdziwego Perfekta nie pozwalała jej się wycofać z danego słowa.
– Upewniam się, że jestem stuprocentowo przygotowana ­– odpowiedziała, próbując  zachować zimną krew. Podejrzewała, że nie za bardzo jej to wychodziło. Jej oczy odmawiały współpracy i za nic nie chciały się otworzyć, nie, kiedy patrzyła prosto w aureolę wokół jego rozczochranej głowy. – Nie lubię nie być przygotowana. To nieprofesjonalne.
Nie mogła pozbyć się wrażenia, że James umierał ze śmiechu.
Jedną nogą szturchnął stosik pergaminów, leżący na ziemi tuż koło niej. Ostatkiem sił powstrzymała się przed skomentowaniem tego w jakikolwiek sposób, chociaż naprawdę, naprawdę miała ochotę go za to skarcić. Jak małe dziecko, które musi popsuć swoją zabawkę, no doprawdy.
– Ale że będziemy się uczyć? – spytał niewinnie, co wcale nie pomogło jej irytacji.
– Nie, James. Będziemy negocjować.
Gdyby nie to, że Flossie i tak nie podejrzewała Jamesa Pottera o przesadne pokłady intelektu, a więc i niewiele miał go do stracenia, gotowa była uznać, że od ostatniej nocy ogłupiał jeszcze bardziej. Przynajmniej na to wskazywała jego mina i podwójne mrugnięcie, które ją poprzedziło. Nawet oślepiona przez popołudniowe słońce nie mogła jej nie zauważyć.
Bez słowa próbowała mu zasugerować, że może jednak przestałby się wygłupiać i usiadł – w końcu słowa w ogóle do niego nie docierały – ale minęły może i nawet dwie minuty nim zrozumiał, co się do niego gestykuluje i w końcu przesunął się z linii koszmarnego prześwietlenia. Flossie tak ulżyło, że nie musiała już wypalać sobie oczu, że przez moment miała ochotę go za to przytulić; tylko moment, bo zaraz uświadomiła sobie, że profesjonalizm nie obejmuje przytulania współkonspiratorów.
Jedyne, co jej pozostało, to przygładzić sweter, wziąć głęboki oddech i…
– Przyniosłem ci śniadanie, chcesz? – James przerwał jej w momencie, w którym już miała zacząć mu opowiadać o istocie tabelek i kalendarzy, które przyniosła ze sobą na błonia.
Tym razem naprawdę mu się przyjrzała. I tak, nie dało się ukryć, że w swoich dłoniach James w istocie trzymał kwiecisty talerzyk z trzema bułeczkami. Być może nawet…
– Poziomkowe.
Mimowolnie wyszczerzyła się do niego w największym uśmiechu, na jaki było ją stać. Nie miała pojęcia, skąd James wiedział o jej miłości do poziomkowych bułeczek, ale aktualnie niewiele ją to obchodziło. Potrzebowała odrobiny szczęścia. Nawet z rąk nie tego Gryfona, co trzeba.
Ostatkiem sił powstrzymała się od wyrwania mu ich siłą; zresztą, Potter i tak był zbyt zajęty naśmiewaniem się z jej entuzjazmu, by jakkolwiek się z nią drażnić i, na przykład, próbować zatrzymać talerzyk dla siebie. Chociaż do tej pory nie czuła głodu, nagle zdała sobie sprawę z tego, że z nerwów nie jadła wczoraj cały dzień. I dzień wcześniej. W zasadzie poza wątpliwym ponczem Syriusza nie miała w ustach niczego od… od rozmowy z Remusem w bibliotece.
Kto jak kto, ale ona akurat nie musiała przechodzić na dietę.
– Kiedy zdążyłaś to wszystko napisać? – James wyciągnął się wygodnie na trawie i zaczął przeglądać jej pergaminy. Pierwszym, który porwał, była tabela pełna wyliczeń prawdopodobieństw warunkowych na wzbudzenie zazdrości różnych technik trzymania się za ręce.
Zanim mogła mu odpowiedzieć, musiała przełknąć wyjątkowo duży kawałek bułki, który akurat przegryzała. Tak, mogła umierać z głodu, wstydu, złamanego serca, bólu głowy i słabego towarzystwa, ale nie był to powód, by od razu rezygnować z podstawowych manier.
– To? To są tylko podstawy. Nie wiedziałam od czego zacząć.
– Ja nawet nie wiem, co połowa z tych szlaczków oznacza. – Przysunął pergamin, który czytał, tuż pod swój nos, udając, że bardzo się na nim skupia. – Jesteś pewna, że to ma znaczenie? Czy będę trzymał twoją rękę od prawej czy lewej strony?
– Lata studiowania Starożytnych Runów nauczyły mnie, że w badaniu przyszłości nic nie pomaga tak, jak właściwa metodyka pracy.
James spojrzał w jej kierunku, ale nie odpowiedział. Gdyby nie to, jak bardzo absorbowało ją połączenie właściwej metodyki pracy i poziomkowych bułeczek, może przejęłaby się intensywnością tego spojrzenia. Zwykle nie czuła się zbyt komfortowo pod taką ścisłą obserwacją. Zwykle wolała raczej bardziej trochę nie istnieć.
– Jeśli chcemy, żeby ten plan wypalił…
– Upaćkałaś się dżemem – przerwał jej, a kiedy nie odpowiedziała, dodał: – Na nosie.
Po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna, Flossie nie miała pojęcia, co powiedzieć.
***
Syriusz dogonił je gdzieś na schodach pomiędzy trzecim i czwartym piętrem; i chociaż zwykle z bieganiem po Hogwarcie radził sobie bardziej niż przyzwoicie, fakt, że szukał Glendy już od paru godzin, sprawdzając jedną po drugiej wszystkie wieże i inne ekstremalnie położone zakamarki, niezbyt korzystnie wpływał na jego kondycję. Dlatego też zanim w ogóle się odezwał, pierwsze parę sekund spędził na zginaniu się wpół i łapaniu oddechu, ku wielkiemu zdziwieniu Dawn, która właśnie odkryła, że Syriusz Black był jednak tylko człowiekiem, a nie starożytnym bogiem zesłanym na ziemię ku uciesze damskich oczu.
– Będziesz żył? – zakpiła Glenda, której nijak nie wzruszała obecna sytuacja Syriusza. Jasne, nie żeby nie kiedyś coś tam, ale aktualnie nie wyglądał on dużo lepiej niż statystyczny Peter Pettigrew. – Musimy cię eskortować do Skrzydła Szpitalnego?
– Bardzo… bardzo zabawne, Kendrick.
– Zrobiłeś się fioletowy – cicho dorzuciła od siebie Dawn.
Glenda parsknęła śmiechem, ale Syriusz nie wyglądał na najszczęśliwszego; nie pamiętał nawet, kiedy po raz ostatni rozmawiał z Dawn, nie miał więc pojęcia, że ta krótka uwaga nie była kolejnym zamachem na jego męską dumę a prawdziwym współczuciem. Faktycznie robił się fioletowy. Może jeszcze nie stuprocentowo jagodowy, ale zdecydowanie zmierzał w tym kierunku.
Dawn próbowała się do niego uśmiechnąć, ale sama wizja uśmiechania się do kogoś tak nadzwyczajnego jak Syriusz Black, nawet w wersji śmietany z jagodami, przerażała ją na tyle, że uśmiech nijak nie chciał pojawić się na jej twarzy. Jedyne, na co mogła się zdobyć, to krok w tył, tak, by mogła bezpiecznie schować się za plecami Glendy.
– Szukałem cię… cały… dzień.
Gdyby powiedział coś takiego jej, małej, nieistotnej, zapomnianej Dawn, czciłaby te cztery słowa do końca swojego życia. Tymczasem Glenda jedynie wzruszyła ramionami i rzuciła:
– Czego chcesz?
Syriusz w końcu złapał na tyle oddechu, by móc się wyprostować. Teraz, gdy już nie sapał jak gigantyczne psisko po intensywnym popołudniu w parku, obie dziewczyny zauważyły, że był czymś wyraźnie zaaferowany. Jednak nawet w tysiąc lat nie odgadłyby, co miał im do powiedzenia.
– To prawda? – spytał. – Rogacz i Flossie?
– Rogacz i Flossie co?
– No… Wiesz.
Glenda nie odpowiedziała. Wpatrywała się w Syriusza tak, jak gdyby naprawdę przemienił się nagle z Gryfona w jagodę, a potem zaczął stepować. Chociaż jeśli miałaby być szczera, w jej oczach prawdopodobieństwo Syriusza-jagody stepującego na schodach do wieży północnej wciąż było nieskończenie większe niż Flossie i Jamesa choćby rozmawiających ze sobą z własnej, nieprzymuszonej woli.
Nie, żeby z Jamesem było coś nie tak. Chyba. Glenda nie miała nigdy żadnych powodów by wątpić w jakość Pottera jako towarzystwa. Jasne, dla niej był trochę za niski i trochę zbyt żałosny w swoich jękach i stękach do Lily Evans, ale przynajmniej nie był Remusem Lupinem. Remusa Glenda nie mogła znieść najbardziej, taki był sztywny i nudny, i pozbawiony jakiejkolwiek joie de vivre. James nie był najgorszy.
Po prostu Flossie… Flossie też była specyficzna. Glenda kochała ją całym swoim sercem, ale nie dało się ukryć, że niespecjalnie nadawała się do interakcji z bardziej… normalnymi ludźmi. Nie żeby przez tyle lat nie udało się jej trochę ucywilizować, ale przed nimi wciąż była dość daleka droga, a obściskiwanie się z Jamesem Potterem mogło okazać się skrótem, którego biedna Florence by nie przeżyła.
– Flossie i James będą mieli dziecko? – niespodziewanie wypaliła Dawn, która z tego wszystkiego rozumiała jeszcze mniej niż Glenda.
– Co? – Glenda i Syriusz spytali unisono, w akcie pół-skonfundowania i pół-paniki.
Dawn skurczyła się i dosłownie, i w przenośni, gdy dwie pary bardzo intensywnych oczu wbiły się prosto w jej czoło. Dla człowieka, którego nigdy nikt nie zauważał, było to zdecydowane przekroczenie wszystkich norm bezpieczeństwa związanych z cudzą uwagą.
W zaistniałej sytuacji nie pozostało jej nic innego jak zacisnąć obie dłonie na krawędzi jej swetra i właśnie się skurczyć – najlepiej do rozmiaru guzika, o tak, guzik byłby wystarczający. Tyle że Dawn nie była też asem czarowania i mimo jej najwytrwalszych prób, nigdy nie udało jej się opanować samo-transmutacji; i chociaż bardzo bardzo chciała być guzikiem, nic jej z tego nie wychodziło.
– No… Mówiłeś, że Flossie i James, no i że wiemy – Dawn mówiła tak cicho, że i Glenda, i Syriusz nie za bardzo usłyszeli ją za pierwszym razem. Dlatego też po chwili musiała dorzucić, odrobinę głóśniej: – Nie to powiedziałeś?
Gigantyczny kamień spadł z serca Glendy. Nie, żeby podejrzewała, że Dawn mogła wiedzieć coś, czego nie wiedziała ona… Ale jeśli chodziło o Florence i jej zdolność do pakowania się w niepotrzebne kłopoty, nigdy nic nie wiadomo.
– Nie, nie to powiedział – warknęła na Dawn, która od tego warknięcia w istocie prawie skurczyła się do rozmiaru guzika. – Syriusz sugeruje, że Florence i James Potter mają romans. Bez dzieci.
– Nie jestem gotowy na dzieci – Syriusz mruknął, chociaż nikt nie pytał go o zdanie; co zresztą zasugerowało mu po chwili spojrzenie Glendy.
Dawn wyrzuciła z siebie niemal niesłyszalne Och, którego nikt już nie usłyszał, bo Glenda otrząsnęła się już z pierwszego szoku i była gotowa drążyć temat. Wszyscy, którzy znali Glendę Kendrick chociaż odrobinę, wiedzieli, by trzymać się od niej z daleka, gdy była w nastroju na drążenie tematu – ale najwyraźniej to, co chciał tym osiągnąć, było dla Syriusza ważniejsze niż jego życie i perspektywy na miłe popołudnie, bo jeszcze nie zaczął uciekać.
– Nie wkręcasz nas? Flossie i James? Nie wydaje ci się to… komiczne?
– Przysięgam na moją piękną mordę, że własnymi oczami ich widziałem wczoraj, tymi tutaj bosko szarymi – Syriusz wyszczerzył się, mimo że przez Rogatego aktualnie nie było mu bardzo do śmiechu.
Glenda przewróciła oczami.
– Flossie wróciła wczoraj tak późno, że w ogóle tego nie pamiętam. Pamiętasz? – Spojrzała na Dawn, która energicznie i bez słowa pokręciła głową. – A rano była tak nieprzytomna, że nawet nie mogłam jej spytać, jak poszło jej tête a tête z… Myślałam, że Flossie umówiła się wczoraj z Remusem?
– Dlaczego Flossie miałaby się umówić z Remusem?
– To dziwi cię bardziej niż wersja z Jamesem?
Próbował się nad tym zastanowić; ale ostatecznie Syriusz jedynie doszedł do wniosku, że niczego już w ogóle nie rozumie.
***
Bułeczki poziomkowe dawno się już skończyły, ale Flossie i James wciąż przerabiali czwarty pergamin. Z dwudziestu siedmiu. Po prostu niezależnie od tego, jak bardzo Flossie starała się trzymać przyzwoite tempo przerabiana materiału, James co chwilę znajdywał powód, by ją rozproszyć.
– Całowałaś się w ogóle kiedyś? – spytał przykładowo znienacka, kiedy w ogóle się tego nie spodziewała.
Posłała mu bardzo ostre spojrzenie; chociaż niepokrycie się rumieńcem przysporzyło jej więcej trudności, niż chciałaby się do tego przyznać.
– Słucham?
– Muszę wiedzieć, nie? Chciałaś być przygotowana.
Przez sekundę prawie, prawie mu uwierzyła – ale potem James Potter postanowił z głupim uśmiechem na twarzy przeczesać palcami swoje czarne, wiecznie rozczochrane włosy i wrażenie tego, że kiedykolwiek mógł coś traktować poważnie prysło.
Flossie wyprostowała się, by dodać sobie odrobinę powagi i mimowolnie też odgarnęła włosy ze swojej twarzy.
– Jak już musisz wiedzieć – zaczęła bardzo obrażonym tonem – to po raz pierwszy całowałam się już w wieku sześciu lat.
Głupi uśmiech nie schodził mu z twarzy, a ona czuła podskórnie, że im dłużej się on utrzyma, tym gorzej jej będzie z tym powstrzymywaniem rumieńca. Mimo to uparcie nie odwracała od niego wzroku, zdeterminowana wygrać tę potyczkę, która dla Jamesa wcale pewnie nie była żadną potyczką.
Nie wyglądał wszak jak ktoś, kto właśnie się pojedynkował, nawet jeśli był to pojedynek na ego. Cały leżał rozciągnięty na trawie, a do tego podśmiewał się lekko i ogólnie sprawiał wrażenie zdecydowanie zrelaksowanego.
– Zdradzisz mi, kto był tym szczęśliwcem?
I stało się. Flossie zarumieniła się w sposób niewątpliwie uroczy, chociaż jednocześnie zdecydowanie niepożądany. A że była człowiekiem białych włosów i bardziej niż porcelanowej skóry, w ogóle nie dało się tego rumieńca ukryć, niezależnie od tego, jak poważną chciała przy nim zrobić minę.
James wyszczerzył się jeszcze bardziej.
– No, no, miłości swojego życia nie powiesz? – spytał zaczepnie, puszczając do niej oko jak jakiś… jakiś… jakiś Gryfon.
W naturze Florence Yaxley nie leżało kłamstwo, niestety – co oczywiście wliczała w tabele ryzyka ich planu, które przygotowała. Ze wszystkich swoich wad Flossie najbardziej nie znosiła w sobie właśnie tej niemożności niemówienia prawdy; lanie wody przydałoby się jej w wielu kłopotliwych sytuacjach życiowych i ta właśnie była tego najlepszym przykładem. Ale nie. W życiu Flossie to prawda musiała zawsze zwyciężyć, niezależnie od tego, ile ją kosztowała.
– Syriusz – wymamrotała niewyraźnie, licząc na to, że James jej nie usłyszy.
Usłyszał.
– Syriusz? Syriusz Black? Pierwszym facetem, z którym się całowałaś, był Syriusz Black?
James praktycznie dusił się ze śmiechu, co wcale nie pomagało ani jej rumieńcom, ani koszmarnym wspomnieniom podwieczorków u Blacków, na które ojciec targał ją w dzieciństwie.
– Miałam sześć lat, ok? Nie możesz mnie za to winić!
Z całego tego rozbawienia aż przewrócił się na plecy. Trudno mu było sformułować jakąkolwiek odpowiedź, bo wizja małej Flossie i małego Łapy była zbyt u-ro-cza, żeby nie umrzeć od niej ze śmiechu. W zasadzie z tego wszystkiego powoli zaczynało mu brakować powietrza; i wcale nie pomogło mu to, że ostatkiem oddechu wydusił z siebie:
– Petera też masz na liście?
Zareagowała instynktownym pacnięciem go w ramię, a gdy to nie podziałało, Flossie musiała chwycić się ostateczności – porzucenia jej starannie przygotowanych notatek i rzucenia się na niego z pięściami. W teorii brzmiało to o wiele poważniej niż w praktyce. Florence mogła być wysoka jak na swój wiek i swoją płeć, ale w kwestii masy wciąż była od Jamesa przynajmniej dwukrotnie mniejsza, a i przecież nie próbowała go naprawdę pobić. No, może trochę. Na trochę zasłużył.
Sama nie zauważyła nawet kiedy przestała uderzać go zaciśniętymi pięściami, a zaczęła łaskotać. W końcu skoro chciał się z niej śmiać, mógł się z niej śmiać porządnie, prawda? A potem nie zauważyła kiedy to on zaczął ją łaskotać i jak sama wylądowała na plecach, chociaż w jej podręczniku Dobrej Uczennicy i Córki i Obywatelki nie było ani słowa o turlaniu się po trawie.
W szczególności o turlaniu się po trawie z ludźmi, których się ledwo znało, a mimo to wchodziło się z nimi w szemrane układy i układziki.
W końcu jednak James jej odpuścił i upewniwszy się, że sam był już bezpieczny, odsunął się od niej na tyle, by nie mogła mu oddać. Jakimś cudem jego włosy były jeszcze bardziej poczochrane niż zwykle. Flossie zdziwiła się, że w ogóle to zauważyła, ale szybko odrzuciła od siebie tę myśl – włosy Jamesa Pottera nie znajdowały się na liście rzeczy do omówienia tego popołudnia.
– A ty co? – spytała. – Całowałeś się kiedyś w ogóle?
– Ty mi nie odpowiedziałaś.
Poprawiła włosy, sweter, w zasadzie całą siebie. Może i James lubił żyć chaosem, ale nie była to forma, na której przybranie Flossie zdobyłaby się na dłużej niż trzy, może cztery minuty.
– Tak – odpowiedziała po chwili zastanowienia. – Całowałam się, byłam w związku, on był mugolem, nic to nie znaczyło.
Chyba nie spodziewał się takiej odpowiedzi; w jego głowie Flossie była tylko i wyłącznie Idealną Panną Prefekt i nigdy nie zdołała stać się w niej człowiekiem z krwi i kości. Zaczynał żałować, że spytał. Chciał się z nią podroczyć, zobaczyć, jak peszy się tym, że nikt nigdy nic, może nawet sprawdzić, jak daleko może się posunąć w udawaniu. Jeśli w ogóle zdecydowaliby się na udawanie. Nie chciał z nią poważnie rozmawiać.
Czuł, że poważnie rozmawiali.
W szczególności, że jej błękitne oczy wpatrywały się w niego intensywnie, oczekując odpowiedzi, a James zdawał sobie sprawę z tego, jaki niespecjalnie dobry był z niego człowiek.
– Parę koleżanek dziewczyn Syriusza, nic specjalnego.
Kiwnęła głową na znak, że zrozumiała. Usiadła wygodnie i sięgnęła po pergaminy, które wcześniej porzuciła. Nagle zrobiło się niezręcznie i żadne z nich nie rozumiało dlaczego.
Jednak zanim przeszli do następnych podpunktów planu, Flossie rzuciła jeszcze oschle:
– Wolałabym, żebyś mnie nie całował, chyba że naprawdę musisz.
A on nie zaprotestował nawet odrobinę.
***
Z parapetu w jej dormitorium Lily z pewnością mogłaby dotrzeć Jamesa i Flossie na błoniach; to wymagałoby jednak tego, żeby otworzyła oczy, a ona zbyt zajęta była wygrzewaniem się w słońcu, by zwracać uwagę na takie szczegóły.
Od samego rana czuła się po prostu najszczęśliwsza i nic, absolutnie nic, nawet James Potter, nie mogło jej tego szczęścia odebrać. Jedyne, na co miała ochotę, to siedzenie na parapecie i rozmyślanie o poprzedniej nocy. Co to była za noc! Czy kiedykolwiek wcześniej czuła coś takiego? Nie, zdecydowanie nie. Ani Severus… ani jakikolwiek inny chłopak w Hogwarcie nie reprezentował takich manier i takiej wrażliwości jak Elijah Prewett. Nie dosięgali mu do pięt.
– Ty wciąż w chmurach? – Jakby z innej planety dobiegł ją głos Jolene.
Otworzyła oczy i spojrzała na przyjaciółkę wychodzącą z ich wspólnej łazienki. W innych okolicznościach zdenerwowałoby ją to, że Jolene razem ze sobą przyniosła cały strumień wody skapujący z jej włosów, ale dzisiaj w ogóle jej to nie przeszkadzało. Dzisiaj Jolene mogła wpaść do sypialni z całą wanną. Z dwoma wannami. Z trze… Nie, trzy wanny to byłaby przesada.
Lily uśmiechnęła się radośnie.
– Nigdy nie planuję z nich schodzić.
Jolene upuściła na podłogę ręcznik, którym wycierała swoje włosy i rzuciła się na łóżko. Stary materac, którego nikt nie wymieniał od bardzo, bardzo dawna, zaskrzypiał pod jej ciężarem, ale przyzwyczajona do tego dźwięku, który towarzyszył jej od sześciu lat, w ogóle na to nie zareagowała. Przypatrywała się Lily i jej uśmiechowi, niepewna, czy powinna się nim cieszyć, czy martwić.
Elijah Prewett może i nie był Ślizgonem, ale wciąż był Prewettem – co stanowiło dość potężny problem, bo, cóż, wszyscy Prewetci byli szczurami. Może nie aż takimi jak jego brat, Octavian, ale jednak szczurami. Czy Elijah mógł się okazać wyjątkiem? Mógł. Ale czy Lily naprawdę musiała być tą, która się o tym przekona?
Poza tym pozostawał jeszcze jeden drobny problem – James Potter. Lily mogła wczoraj tego nie zauważyć, ale Jolene nie umknęła ani sekunda, którą Rogaty spędził poprzedniej nocy z Flossie Yaxley. I tak, jej przyjaciółka mogła się zarzekać, że pomiędzy nią i Jamesem nigdy nic nie będzie, ile chciała – ona już jej nie wierzyła. Niewątpliwie w jakiś pokrętny sposób czuła do niego miętę. Choćby i bardzo krzykliwą, ale jednak miętę.
– Widziałaś wczoraj Rogatego? Nieźle zaszalał. Kto by się spodziewał.
Cisza, jaką odpowiedziała jej Lily, potwierdziła wszystkie jej najgorsze podejrzenia.
Chwilę zajęło Lily przypomnienie sobie, że była szczęśliwa. Najwidoczniej jej chmury nie znajdowały się poza zasięgiem obślizgłych łapsk Pottera; obślizgłych łapsk Pottera, które wczoraj zdecydowanie znalazły się na pośladkach Florence Yaxley. Florence Yaxley! Kto to w ogóle pomyślał, taka szara myszka, Puchoneczka, Panna Regulamin, a tu proszę, imprezki i tańczenie z największym łobuzem tego zamku, naprawdę, w ogóle tego nie przewidziała.
Nie, żeby życie osobiste Jamesa Pottera w ogóle ją interesowało. Po prostu wolała nie przypominać sobie takich… nieprzyzwoitych scen. Nie w momencie, w którym miała być bezgranicznie zakochana w swoim życiu i Elijah Prewetcie.
– Może…
– Biedna dziewczyna – Lily westchnęła dramatycznie. Po jej dobrym nastroju nie pozostał ślad. – To oczywiste, że Potter bawi się jej naiwnością. Nic lepszego nie można się po nim spodziewać.
Jolene czuła, że powinna interweniować nim Lily wpędzi się w swoją spiralę nienawiści i wyruszy na kilkudziesięciominutową przygodę pełną krzyków, płaczu i przekleństw; jednak otoczona swoimi ulubionymi poduszkami nie za bardzo miała ochotę się podnosić.
Może nie będzie tak źle, musiała sobie myśleć, w końcu panna Evans wciąż była zachwycona wieczorem z tym swoim Prewettem, prawda?
– Flossie jest bardzo miła. I bardzo ładna.
Gdy tylko te słowa opuściły jej usta, Jolene zrozumiała, że popełniła kardynalny błąd; ale na poprawienie się było już za późno. W przeciągu kilkunastu sekund z uśmiechniętej, lekko bladej z niewyspania Lily przemieniła się w płonącą żywym ogniem jaszczurkę, gotową odgryźć każdą głowę, która nadzieje jej się pod ostre zęby. Lily była aktywowana. Nic, absolutnie nic nie mogło jej już powstrzymać.
Zeskoczyła z parapetu i podeszła do łóżka, na którym leżała Jolene. Sama nie za bardzo wiedziała, co chciała tym osiągnąć. Cokolwiek. Chyba. Cały pokój wydawał jej się jedną, wielką, falującą plamą.
– Nie wiem, no nie wiem, zawsze wydawało mi się, że Glenda byłaby o wiele bardziej w jego stylu – wyrzucała z siebie słowa praktycznie na jednym oddechu. – Taka idealnie szczupła i wysportowana, i kto wie jeszcze jaka łatwa w obsłudze, Flossie przy niej to katalog wszystkich nieszczęść i założę się, że nawet nigdy nikogo porządnie nie pocałowała.
– Może Rogaty…
– Rogaty, Rogaty, Rogaty, tak o nim rozmawiamy, jakby był centrum wszechświata, a przecież nie jest, jest na tym świecie dużo bardziej wartościowych mężczyzn i ludzi, choćby Elijah, Elijah nigdy nie podrywałby Florence Yaxley, a w szczególności nie na moich oczach, na naszych oczach, Rogaty nie ma ani krzty przyzwoitości, a ta jego wczorajsza fryzura była jeszcze głupsza niż wszystkie jego poprzednie fryzury!
Z tymi słowami ciężko usiadła na łóżku, zgniatając przy tym nogi Jolene, których ta nie zdążyła zabrać jej z drogi w odpowiednim czasie. Wyglądało jednak na to, że skończyła jej się energia i na kolejny wybuch raczej nie było szans. Najwidoczniej nieprzespane noce czasem się na coś przydawały.
Jolene podniosła się trochę i oparła głowę o ramię Lily.
– Elijah zaprosił cię dzisiaj na spacer? – spróbowała zmiany tematu.
Ta podziałała tylko połowicznie. Bo chociaż Lily przestała już strzelać piorunami na prawo i lewo, to w jej odpowiedzi wciąż była duża nuta smutku:
– Tak. Widzisz, James Potter nigdy nie zaprosiłby nikogo na spacer. Ten buc w ogóle nie zna się na romantyzmie.
***
– Chcesz, żebym zabrał cię na romantyczny spacer? – James spytał znienacka.
Florence spojrzała na niego ze zdziwieniem, głównie dlatego, że zajęta była właśnie tłumaczeniem mu meandrów swojego planu zajęć. Chwilę zajęło jej zrozumienie, dlaczego o tym wspomniał; chwilę dość upokarzającą jak na to, że uznawała samą siebie na dość inteligentną jak na blondynkę. A tu jednak. Nie wyszło jej dodanie prostego A do B.
– Ale czemu? – spytała, bo mimo iż rozumiała, dlaczego tak nagle o tym wspomniał, to sama idea spaceru z Jamesem Potterem, a co dopiero romantycznego spaceru z Jamesem Potterem w ogóle jej się nie podobała.
– Czemu?
– No… czemu?
James chyba nie spodziewał się takiej reakcji; odruchowo przeczesał dłonią włosy, ale zrobił to jakby nieświadomie, bardzo powoli i na moment zamarł nawet w takiej pozie. Flossie musiała przyznać, że było coś uroczo niewinnego w jego zmarszczonej minie; przypominał jej trochę Lunę, kiedy akurat się nie dąsała albo nie biegała za Evanem Rosierem, a może nawet małą, niewinną sarenkę.
Bo to w zasadzie było urocze, to, z jaką śmiałością James nosił uczucia na swojej skórze i chyba niezdolny był do jakiegokolwiek ich kamuflowania. W świecie, w którym wychowała się Florence, pełnym ludzi nie nawet o podwójnych, a posetnych intencjach, taka szczerość była swojego rodzaju powiewem świeżości. Jasne, było to też naiwne i dziecinne, i łatwe do obśmiania, ale w zasadzie z racji tego, że Flossie była córką swojego ojca, a jednocześnie zupełnie nie była córką swojego ojca, co sama aż za dobrze rozumiała, ani trochę nie miała ochoty wykorzystywać jego… prostolinijności.
Przynajmniej aktualnie.
Gdyby naprawdę była córką swojego ojca, dramatycznie uniosłaby jedną brew; ale zamiast tego musiała się zadowolić zachęcającym uśmiechem.
– Powinniśmy się lepiej poznać – oświadczył w końcu James, próbując zabrzmieć przy tym bardzo oficjalnie.
Ten oficjalny ton pogłębił jeszcze wrażenie emocjonalnej nieporadności, które na niej wywołał, przez co w pierwszym odruchu prawie, prawie powiedziała tak. Tyle że w głębi serca Florence nigdy nie zapominała o rzeczy w życiu najważniejszej – doprowadzaniu planów do szczęśliwego końca – a randki z Jamesem Potterem wydawały jej się niewystarczająco efektywne.
Dlatego też strząsnęła z siebie współczucie wymieszanie z rozmemłaniem, odwróciła na chwilę wzrok od orzechowych oczy Jamesa i powiedziała prosto w swój bardzo efektywny i bardzo plany-do-końca-doprowadzający pergamin:
– Nie wiem, czy to statystycznie opłacalne rozwiązanie.
James Potter zaniemówił po raz chyba już setny w trakcie tego krótkiego popołudnia. Czuł, że niedługo do tego przywyknie i zrozumie, że Florence nie myśli w sposób jakkolwiek ludzki, ale to niedługo jakoś tak nie chciało nadejść, a on zupełnie nie był przygotowany na w międzyczasie.
Zmarszczył się więc jeszcze bardziej, próbując skupić myśli i przełożyć to, co miał do powiedzenia na język, którym posługiwał się ten obcy gatunek zwany Puchonką z Planem.
– No… Jeśli będziemy coś o sobie wiedzieć, to będziemy bardziej wiarygodni?
Florence zastanowiła się. James z zapartym tchem obserwował ją, jak przygryzała wargę i bez słowa wodziła oczami po pergaminie, który, jak zakładał, nie miał przecież nic wspólnego z jego pytaniem. Czuł, że może mu się udało. Że może faktycznie powiedział coś, co należało powiedzieć.
Prawie.
– Nie będzie lepiej jak zrobię ci tabelkę? Będziesz miał wszystko zapisane i na pewno nie zapomnisz.
Spojrzała na niego w końcu z jakimś świeżo obudzonym entuzjazmem. Jak na człowieka, którego oceny nigdy nie przekraczały wybłaganych Z, Flossie wykazywała zbyt dużą miłość do tabelek. Był to, prawdopodobnie, efekt Starożytnych Run – tak podejrzewał, bo Remus od Starożytnych Run też oszalał na punkcie kolumn i wierszy.
– Naprawdę myślisz, że tabelka wystarczy? – jeszcze próbował, nieśmiało, z mniejszym przekonaniem.
– Na pewno spędzimy nad nią mniej czasu niż na spacerach, w szczególności w błocie, założę się, że trudno będzie znaleźć nam czas na spacery bez błota.
Ta pasja, z którą rzuciła się w ramiona tabelkowego pomysłu prawie przekonała Jamesa, by poddał się tu i teraz i zapomniał o tym, że może ten ich… plan mógłby mieć jakiekolwiek ludzkie oblicze. Kiedy tak patrzył na nią, sięgającą po nowy pergamin i mamroczącą coś do niego o kamieniach milowych jej życia i ulubionym kolorze, nawet był gotowy posłusznie za nią podążyć. Czemu nie. Przecież dokładnie wiedział, jaki był jego ulubiony kolor, nie?
Chociaż jakby się nad tym dłużej zastanowić, James nie był pewien, czy wiedział, jaki był jego ulubiony kolor. Z rozpędu prawie powiedział, że niebieski – ale może tylko ślepo powtarzał to po innych mężczyznach? Niebieski był chyba ulubionym kolorem i Syriusza, i Remusa, i Petera, i w zasadzie bardzo wielu innych jego kolegów.
Zresztą Florence chyba – musiał się przyjrzeć, bo nie pamiętał – Florence chyba miała niebieskie oczy, co mogłoby być odebrane jako próba flirtu, a on, James Potter, nigdy nie mieszał profesjonalizmu z przyjemnością. No, prawie nigdy.
Więc może zielony? Lily miała zielone oczy. Albo czerwony, jak jej rude włosy i cały Gryffindor! Tyle że żaden z tych kolorów tak naprawdę do niego nie przemawiał; oba kojarzyły mu się głównie z koszmarnymi, świątecznymi swetrami. A na tym kończyły się jego skojarzenia i sama myśl o tym, że musiałby przypomnieć sobie wszystkie kolory tego świata i ułożyć je w kolejności od najładniejszego do najobrzydliwszego przyprawiał go o mdłości.
James nie był po prostu gotowy, by w sposób zorganizowany spojrzeć w głąb siebie.
Mógł chcieć się przypodobać Flossie na tyle, by ich plan wypalił bez większych sprzeczek – ale głęboka psychoanaliza nie wchodziła w grę. Nie, żeby obawiał się, że przypadkiem odkryje w sobie coś niepożądanego; skrycie przeczuwał, że nie był na tyle skomplikowany, by znaleźć w sobie coś poza Quidditchem i piwem kremowym. Ale sam ten wysiłek! Tyle pracy po nic!
– Wiesz, mi się wydaje, że my będziemy zupełnie nieautentyczni – zebrał się na odwagę, by przerwać tabelkowe szaleństwo. – Nie możemy być tylko na pokaz. Ludzie muszą na nas wpadać, no wiesz, przypadkiem.
I po raz pierwszy Florence musiała przyznać mu rację.
***
W taki piękny, jesienny dzień w Pokoju Wspólnym Gryffindoru nie powinno być nikogo – w końcu takich dni w Szkocji nigdy nie było wiele, a co dopiero tamtego roku, gdy ilość deszczu przekraczała jakiekolwiek zdrowe normy. Ale wyjątkowe sytuacje wymagały wyjątkowych środków; i tak oto Syriusz, Peter i Remus znaleźli się na dywanie naokoło kominka, który był rozpalony mimo tego, że temperatura otoczenia podchodziła już pod rekordowe 19 stopni Celsjusza w pełnym słońcu.
Peter siedział na jednym z foteli stojących na dywanie i udawał, że próbuje się skupić na czytaniu podręcznika od Zielarstwa i wcale, ale to wcale nie podsłuchuje Remusa z Syriuszem. Remus, wyraźnie czymś podłamany, siedział na dywanie i opierał się o ten właśnie fotel. Syriusz zaś kręcił się tam i z powrotem, mamrocząc coś do siebie.
– Więc Glenda mówi, że o niczym nie wie? – Remus zebrał się w sobie, by wrócić do konwersacji, którą przerwali na kilka minut ciężkiego milczenia. – Myślałem, że mówią sobie o wszystkim.
– Ponoć w ogóle nie miała czasu z nią porozmawiać. Śpiąca królewna nie chciała się obudzić, czy coś.
Peter przerzucił jedną kartkę swojego podręcznika; pierwszą od dziesięciu minut. Nie wiedział, czy Syriusz i Remus w ogóle zwracali na niego uwagę, ale wolał nie ryzykować. Po raz pierwszy w życiu dowiedział się czegoś istotnego – i to ilu rzeczy jednocześnie! Nie miał pojęcia ani o tym, że Remus się w kimś zakochał, ani o tym, że James nie był już zakochany w Lily, a już na pewno nie o tym, że James poderwał dziewczynę, w której zakochał się Remus.
Z tego wszystkiego czuł, że jego mózg niedługo przegrzeje się z nadmiaru wiadomości. Gotowy był jednak jakoś to przetrzymać. Być częścią drużyny czy coś.
– Nie wiem, czemu James miałby nas okłamywać, Syriuszu. – Remus brzmiał na pokonanego. – To nic, że Glenda nie wie. Wszyscy widzieliśmy to, co widzieliśmy i słyszeliśmy to, co słyszeliśmy.
To była ciężka noc i jeszcze cięższy poranek. Gdy James w końcu wrócił do ich dormitorium, przez dobre pół godziny monologował do nich wszystkich o tym, jakim jest koszmarnym przyjacielem, ale po prostu nie mógł, nie mógł oprzeć się słodkiej Flossie. Na samo wspomnienie Remusowi żołądek podchodził do gardła.
Nie chciał przecież źle życzyć kumplowi. Przez te wszystkie lata Rogacz był dla niego niewyobrażalnym wsparciem. Gdyby nie on i Syriusz, nigdy nie pogodziłby się z tym… z tym, czym był. W innych okolicznościach byłby bardzo szczęśliwy, że ten w końcu odpuścił sobie Lily Evans. Tylko czy naprawdę to musiała być ona? Ze wszystkich dziewczyn w całym zamku – właśnie Flossie?
– Czemu w ogóle ignorowałeś ją cały wieczór? – Pytanie Syriusza niespodziewanie uderzyło go prosto w bolące serce. – Nie ty ją przypadkiem tam zaprosiłeś?
– To nie jest takie łatwe.
– Serio? Rozmawiacie ze sobą non stop. Jedyne, co musiałbyś zrobić inaczej niż zwykle, to podać jej szklankę z ponczem. Serio, Lunio, to nie jest jakaś skomplikowana filozofia, konwersować z ładną kobietą.
Syriusz przystanął na chwilę, by przyjrzeć się swojemu przyjacielowi i od razu pożałował swoich słów. Remus wyglądał na kompletnie złamanego tym, co usłyszał. I może w istocie potrzebował porządnego kubła zimnej wody na swojej głowie, ale on sam nie był pewien, czy chciał koniecznie być tym, który go wyleje.
James w tym aspekcie poradził sobie znakomicie.
– Nie o to mi chodziło. – Nie kłamał. Ostatnim, na co miał ochotę, było pogorszenie stanu Remusa. – To wina Rogatego. Wkurwił mnie.
Remus parsknął śmiechem, który mógł oznaczać tylko jedno – całkowitą pogardę do samego siebie. Trudno było jakkolwiek zareagować na taki gest. Chyba nie istniało w całym Wszechświecie coś, co mogłoby teraz wytrącić go z tego samo-potępiającego nastroju.
Peter próbował go pocieszyć, szturchając go nogą; ten jednak w ogóle tego nie zauważył, zbyt zajęty był obarczaniem siebie winą za wszystko, co wydarzyło się pomiędzy Florence i Jamesem.
– Jeśli tego właśnie chce Flossie, niech będzie, jak ma być. – Wziął głęboki oddech. – Nigdy nie byłem dla niej wystarczająco dobrą opcją. Nie taki, jaki jestem.
Zanim Syriusz zdążył mu odpowiedzieć, usłyszeli trzask zamykanych drzwi i czyjeś szybkie kroki w dół schodów. Wszyscy zamilkli; nie zakładali, że w taki piękny dzień ktokolwiek przerwie im rozmowę i tylko dlatego zdecydowali, że Pokój Wspólny był wystarczająco bezpieczny. Nie, żeby z ich dormitorium było coś nie tak. Może poza zapachem. Gdyby od czasu do czasu otwierali okna i nigdy nie nosili tych samych skarpet przez tydzień, ich dormitorium byłoby idealne.
Jak połączeni ze sobą niewidzialnym sznurkiem wszyscy trzej odwrócili głowę w stronę źródła tego hałasu, by już po kilkunastu sekundach zobaczyć Lily Evans. Lily, która mogła położyć na swojej twarzy bardzo ładną warstwę makijażu, jednak nijak nie pomogło jej to ukryć zapłakanych oczu. Lily uczesanej, ubranej w swoją najładniejszą sukienkę, ale wciąż wyglądającą jak siedem bardzo nieszczęśliwych nieszczęść.
Na ich widok Lily wyprostowała się i poprawiła sukienkę; z zadartym do góry nosem wyglądała jeszcze dziwniej, bo nijak nie korespondował on z jej ogólną postawą.
– Jakbyście chcieli wiedzieć – zaczęła Bardzo Poważnym Tonem – to idę właśnie na romantyczny spacer brzegiem jeziora z Elijah Prewettem.
Zanim którykolwiek z nich zamknął rozdziawione ze zdziwienia usta, Lily już nie było. Wybiegła z Pokoju Wspólnego tak, jak gdyby przed czymś uciekała a nie wybierała się na romantyczny spacer brzegiem jeziora, i, przy okazji, jakby wcale nie miała na stopach wysokich, czerwonych szpilek.
– Czy oni wszyscy oszaleli? – wydusił z siebie w końcu Syriusz.
Peter poczuł, że to była jego chwila. Ten moment, w którym swoją ciętą ripostą włączy się w konwersację i uratuje złamane serce Remusa, tak jak i poczucie zagubienia Syriusza. Wszystko, czego potrzebował, to dobra puenta; dobry moment na jej wypowiedzenie w końcu już znalazł.
– Jak gumochłony w rui – powiedział w końcu tonem nie zbyt dramatycznym, ale jednak chociaż odrobinę.
Nigdy nie miał zrozumieć, czemu ani Syriusz, ani Remus nie docenili jego dowcipu.
***
James bardzo, bardzo starał się skupić na każdym słowie, jakie wyrzucała z siebie Florence, ale od ponad godziny nie powiedziała już w sumie niczego istotnego, więc nie było to specjalnie proste zadanie. James stwierdziłby nawet, że było to zadanie trudne.
W zasadzie więcej czasu poświęcał zastanawianiu się, kiedy Flossie zauważy, że zamiast na nią patrzył na drużynę Puchonów zbierającą się wokół boiska. Gdyby nie był bogiem Quidditcha, pomyślałby, że to bardzo nadgorliwe, tak prowadzić treningi w niedzielę, ale prawda była o wiele bardziej prozaiczna – weekendy były jedynymi dniami, kiedy Puchoni w ogóle mogli dopchać się do boiska. Wszyscy inni odpoczywali i byli zbyt zajęci leżeniem do góry brzuchem, by wypychać ich z kolejki.
Zwykle w chwilach autentycznego zmęczenia, a przecież taką właśnie przeżywał, James nie potrafił myśleć nawet o Quidditchu. Sam był w szoku, że cokolwiek we Wszechświecie potrafiło go powstrzymać od latania, ale tak po prostu było. Wyglądało jednak na to, że głos Flossie recytującej mu po raz trzeci plan na ten tydzień – tak, żeby na pewno nie zapomniał – zrobił swoje, bo bardzo, bardzo chciał sobie polatać.
Dwa kółeczka w tą, dwa kółeczka w tamtą i…
– James. – Głos Flossie docierał do niego, chyba, chociaż nie wiedział, które James w końcu usłyszał. – James, co robimy we wtorek?
Mrugnął na znak, że żył, ale z odpowiedzią poszło mu znacznie gorzej.
– Eeee…
– Czy ty mnie w ogóle słuchasz? Co cię tak rozprasza? Evans kręci się po błoniach?
Zanim zdążył jej odpowiedzieć, odwróciła się, by znaleźć źródło jego rozkojarzenia i, jak podejrzewał, zrównać je z ziemią. Spodziewał się wykładu właśnie w stylu Lily – mężczyźni i miotły, bla bla, jak dzieci, czego się można po nich spodziewać – i na samą myśl, że ktoś mógł rozgrywać w jego życiu rolę Lily nie będąc Lily, coś kłuło go w żołądek.
Nigdy by nie zgadł, co wydarzyło się zamiast tego.
Florence chyba, nie był tego do końca pewny, bo cała ta sytuacja była zbyt surrealna, by określać ją w kryteriach pewności, Florence chyba zaklęła pod nosem i zerwała się z trawy niemal natychmiastowo. Wszystkie pergaminy, które trzymała ułożone równiutko na swoich kolanach, rozsypały się po trawie w sposób nader nieperfekcyjny, ale w ogóle się tym nie przejęła; pochyliła się tylko i zaczęła je gorączkowo zbierać, nie starając się nawet posegregować ich w kolejności alfabetycznej, nic a nic.
Gdy już wyrwał się z pierwszego zdziwienia, rzucił się jej na pomoc. W zasadzie chciał spytać, o co chodziło, ale przy całym tym zawirowaniu koncentracji starczyło mu jedynie na krótkie:
– Flossie?
– Spóźniłam się. Nie wierzę, że się spóźniłam. Ja… – Jednym, bardzo brutalnym ruchem wcisnęła wszystkie pergaminy do torby, która nagle zmaterializowała się przy jej stopie. James mógł się założyć, że naprawdę się zmaterializowała i wcześniej jej tam nie było. – Wyjaśnię ci później.
Wciąż nie wierzył swoim oczom, gdy zaczęła od niego odbiegać; tym razem jednak udało mu się wydusić z siebie o wiele potężniejsze:
– Flossie!
Zatrzymała się w miejscu, chociaż widać było, że bardzo jej to nie odpowiadało.
– Obiecałam Glendzie i Philowi, że przyjdę na ich trening Quidditcha – powiedziała z lekkim rozdrażnieniem, a gdy James nie odpowiedział, dodała: – Chcą, żebym popatrzyła na dynamikę drużyny. Czy coś tam. Nie wiem, mam przyjść też na nabory w przyszłym tygodniu.
Chociaż widział, że przebierała nogami, żeby już sobie pójść, za nic nie mógł przyspieszyć swoich procesów myślowych. Czy Flossie… Czy Florence Yaxley, najbardziej sztywna ze wszystkich sztywnych Prefektów naprawdę właśnie powiedziała, że za sprawą jakiegoś cudu – w postaci Glendy Kendrick i Phila Bardsleya – będzie grała w Quidditcha? W DRUŻYNIE QUIDDITCHA?
– Naprawdę muszę iść, James – Flossie postarała się, by jej naprawdę brzmiało naprawdę poważnie.
Odwróciła się na pięcie i poszła, a James z rozdziawioną gębą patrzył na jej huśtający się na boki kucyk. Czuł, że powinien się podnieść i wrócić do dormitorium, a najlepiej pod zimny prysznic, żeby otrząsnąć się z tego wszystkiego, przez to tego ranka przeciągnęła go Flossie, ale nie miał siły ani na wstawanie, ani tym bardziej na ciężką podróż w stronę zamku.
I może dobrze, że się nie podniósł, bo już po chwili Flossie odwróciła się ponownie i ruszyła w jego kierunku, wciąż nerwowa, ale teraz zdecydowanie nerwowa z jego powodu.
– Jak się dowiemy, że to działa? – krzyknęła do niego jeszcze z odległości kilkunastu kroków, co wcale nie pomagało jego poczuciu odrealnienia.
– Co? – spytał głucho.
– Jak się dowiemy, że nasz plan zadziałał?
Stanęła tuż przed nim i przysłoniła mu sobą całe słońce. W zasadzie nie było to złe rozwiązanie, bo od nadmiaru pogody robiło mu się powoli niedobrze, tak bardzo brak deszczu nie leżał w jego brytyjskiej naturze. Jednak jej nagła bliskość w niczym nie pomogła mu zrozumieć, o co jej chodziło.
– Lily umówi się ze mną, a Remus z tobą? – zaryzykował najprostszą z odpowiedzi.
– Ale kiedy? Jak? Musimy mieć plan. Sposób na mierzenie efektów naszego głównego planu. Pomyśl o tym!
Posłała mu uśmiech, który mniej mu się kojarzył z Flossie jako taką, a bardziej z Glendą, czy Flossie, która latała na miotle aż tak różniłaby się od Glendy, gdyby nie jej oczywisty brak biustu? Też starał się uśmiechnąć, ale ona już na niego nie patrzyła i ruszyła na kolejny bieg w kierunku boiska.
Nie ostatni.
– Święta!
Tym razem zdążył się już podnieść z trawy. W połowie spodziewał się następnego nalotu i bardzo starał się go uniknąć. Najwyraźniej w porównaniu do nerwowo-podekscytowanej Flossie był raczej powolnym żółwiem niż rączym rumakiem.
Tym razem uśmiechnął się do niej już pewnie i starał się nie wyszczerzać głupio oczu, bo w zasadzie nie było to zbyt estetyczne rozwiązanie. Puchonka czy nie, nie było co przy niej tracić reputacji.
– Co święta? – spytał, zanim zdążył ugryźć się w język.
– No… Słyszałam od Glendy, że kiedy wszyscy wyjeżdżają, organizujecie sobie z Dumbledorem potańcowkę.
– To jest bardzo przyzwoite spotkanie świąteczne, nie wiem o co…
– Ty zaprosisz Lily, ja Remusa i będziemy wiedzieć, nie?
James zastanowił się przez moment. Ze względu na Syriusza faktycznie nigdy nie jeździł na święta do domu; co sprawiało, że we dwójkę musieli zwykle znaleźć sobie swój sposób na świętowanie. Ostatnie dwa lata robili to organizując małe spotkanie w Sali Wejściowej – z nauczycielami włącznie, żeby nie było, oczywiście, było to spotkanie zdecydowanie legalne i przyzwoite. Trochę szarad, trochę puddingu i trochę tańczenia.
Lily nigdy nie zostawała na święta w Hogwarcie. Czy nie byłoby cudownie przeżyć z nią tych kilka fantastycznych chwil pod sztucznym śniegiem wyczarowanym przez Flitwicka?
– Zgaduję, że milczenie to zgoda?
– Zabieram cię na ten twój trening – odpowiedział. – Biegasz tak już z piętnaście minut, straciłaś całe piętnaście minut bardzo istotnej dynamiki drużyny!
Jego milczenie było zgodą.

Kości zostały rzucone: rozdział jedenasty

Kiedy w końcu go zabili, nie pozwoliła sobie na łzy. Nie mogła – gdyby uroniła choć jedną, nie potrafiłaby przestać, póki by się nimi nie udławiła, a tamci tylko żywiliby się jej rozpaczą, tak jak żywili się strachem i śmiercią w jej koszmarach, które niczym już nie różniły się od jawy. Nocami gryzła palce, żeby swoimi napadami suchego, histerycznego szlochu nie obudzić śpiącej przy niej Susan, która podobnie jak w przeszłości jej ojciec instynktownie wyczuwała targające nią emocje, absorbowała je całą sobą nawet przez sen i sama stawała się niespokojna, choć przecież jeszcze nie pojmowała brzydoty tego świata. Uspokajał ją jedynie jej dotyk; Raelyn kładła więc dłoń na jej wątłej piersi, całowała jej jasne, dopiero nabierające rudego odcienia włoski i całymi godzinami nuciła jej stare kołysanki, być może te same, które nuciła jej kiedyś jej matka, by odegnać złe sny – na tyle jednak cicho, żeby przypadkiem nie zdradził jej łamiący się pod naporem tłumionych łez głos.
Liście już dawno opadły, kiedy to się stało. Wciąż padało, ale nie dość silnie, by ugasić ogień, który go pochłonął, śpiącego i bezbronnego, zostawiając po nim jedynie stos sczerniałych kości pośród popiołów. Łatwość, z jaką odebrali mu życie, czyniła jego śmierć nieznośną – zatruwając tę ranę, jątrząc ją nieustannie, nie dając chwili wytchnienia ani nawet cienia nadziei na to, że uleczy ją czas. To jej brat wypowiedział formułę zaklęcia, które go zabiło, ale winiła ich wszystkich – za to, że rozpętali tę niepotrzebną wojnę, która stanęła między nimi, zabierając jej tak wiele, by w końcu zabrać i jego.
Ich przeklęta wolność nie była tego warta; nic nie było.
Gdyby nie trzymała Susan w ramionach, kiedy Reese wyszeptał jej do ucha, co zrobił, wyrwałaby mu serce, o ile w ogóle je posiadał; zamiast tego tylko objęła ją mocniej, a on szeptał dalej, sącząc swój jad z właściwą sobie precyzją – że mogła za to winić wyłącznie siebie; że gdyby nie popełniła wtedy tej głupiej zdrady, kto wie, może wcale nie musiałby go zabijać, może jeszcze nie teraz; że to tylko dzięki niej trafił z Edynburga do miejsca, w którym Edgar Bones żył z tą swoją brudną szlamą i dwójką bękartów, prosząc się o śmierć.
Wiedziała, że mówił to wszystko tylko po to, żeby ją ukarać, a jednak udało mu się zaszczepić w niej tę okrutną wątpliwość – czy Edgar żyłby wciąż, gdyby nie opuściła go wtedy ze strachu przed jego utratą, czy może zabiliby go dużo wcześniej i Susan nigdy nie przyszłaby na świat? Nie była pewna, czy potrafiłaby z niej zrezygnować nawet dla niego; nie zniosłaby tego wszystkiego, gdyby nie te nieustannie wczepione w nią niezgrabne paluszki, to maleńkie serce, którego bicie utrzymywało ją nocami przy zdrowych zmysłach i te wszystkie ogromne jak groch łzy wylane nad byle pożartym przez kota wróblem, tak nieistotne, a jednak ważniejsze od jej własnych, tych nigdy nie wylanych.
Nie zaczęła jeszcze zadawać trudnych pytań; nie wiedziała, że powinna mieć ojca ani że uważał się za niego Rabastan Lestrange, który odwiedzał je z rzadka, zawsze tylko na moment, nawet na nią nie patrząc, jakby bał się odnaleźć w niej część siebie. Powołanie nowego, tak wątłego życia musiało go przerażać bardziej niż odbieranie go, tak już przecież powszednie, i czasem nawet wzbudzał tym w Raelyn cień dawnego współczucia, które pomyliła przed laty z innym, czystszym uczuciem – zbyt wiele zależało teraz jednak od jego kruchego poczucia odpowiedzialności, by mogła go z niej zwolnić i wyznać mu prawdę. Były takie chwile, gdy wydawało jej się, że obydwoje nie mieli już nic do stracenia i nie musieli już dłużej kryć się za kłamstwami, że wreszcie mogli być ze sobą szczerzy i prawdziwi, ale żadne z nich nigdy się na to nie zdobyło i potrafili ze sobą jedynie milczeć.
Jego matka od początku zaciekle sprzeciwiała się temu, by dał dziecku swoje święte nazwisko i Raelyn była jej wdzięczna za tę pogardę, jaką ją darzyła, bo dzięki niej mogły należeć z Susan tylko do siebie nawzajem i do nikogo więcej. Jedynie jej brat wydawał się tym rozczarowany, ale ostatecznie samo zmieszanie ich krwi z krwią któregoś ze starożytnych rodów to więcej, niż kiedykolwiek mógł się po niej spodziewać. Nie wolno było jej nawet mrugnąć, kiedy z fałszywą czułością nazywał jej dziecko rozkosznym bękartem – nie zapomniał w końcu o tym, co zrobiła, jak mógłby; teraz jednak, gdy zależało jej na czymś bardziej niż na zniszczeniu tego, co było mu drogie, znów był spokojniejszy, mając nad nią tę władzę, nawet jeśli była to władza jedynie pozorna i tak naprawdę nie mógł nic zrobić, nie ryzykując przy tym niezadowolenia Lestrange’ów, nieprzewidywalnych w swych kaprysach.
Trwali więc w tym impasie, ucząc się nie przekraczać wzajemnych granic, aż w końcu wydawało się, że po latach udręki udało im się osiągnąć porozumienie, dziwną, ale przy tym bezpieczną równowagę między lojalnością a niechęcią i wreszcie mogli żyć jeśli nie ze sobą, to przynajmniej obok siebie. Kiedy z takim samozadowoleniem wyznał jej, że zabił Edgara Bonesa, poczuła się więc przede wszystkim zdradzona. Z początku nie wierzyła, że to zrobił – że był zdolny popełnić morderstwo tylko po to, by ją ukarać i potrafiła zrozumieć, dlaczego miałby to zrobić właśnie teraz, zrywając tym samym pakt, którego zawarcie kosztowało ich tak wiele wysiłku. Czy to morderstwo sprawiło mu aż taką przyjemność, czy znów tylko udawał? Nie sądziła, żeby zdawał sobie sprawę, jak głęboko udało mu się ją zranić; nie sądziła, żeby potrafił to sobie chociaż wyobrazić.
Zasiane w niej poczucie winy kwitło, a on delektował się swoją bezkarnością i nie mogła tego znieść, więc uciekła w ramiona Rabastana Lestrange’a – i chociaż ten nagły, rozpaczliwy afekt, jakim go obdarzyła, musiał mu się wydać nieszczery, nie odmówił jej prośbie i wraz z końcem lata zabrał je do swojej rodzinnej posiadłości w północnej Walii, która służyła jego przodkom jako baza wypadowa na polowania na zielone, walijskie smoki jeszcze długo po tym, jak zostało to uznane za nielegalne. Wzniesiona przed wiekami z surowego, szarego kamienia, otoczona starym lasem i położona wśród zielonych wzgórz, okazała się dla nich zbyt duża i zimna, choć pełna była nie tylko zakurzonych trofeów łowieckich, ale i echa uprawianej tutaj pokoleniami czarnej magii, i Raelyn często zastanawiała się bezwiednie, co musiało dziać się w piwnicach tego domu, choć tak naprawdę nie chciała wiedzieć; chciała tylko ukryć się przed bezdusznością swojego brata i reszty jego świata.
Dni upływały jej z Susan na łapaniu małych, zielonych jaszczurek, które ta brała za skarlałe smoki; wspinaniu się na wzgórza, by z ich szczytów wypatrywać prawdziwych smoków; czytaniu wciąż od nowa Baśni Barda Beedle’a, z których obie najbardziej lubiły tę o skaczącym, mosiężnym kociołku, śmiejąc się zawsze, gdy ten zaczynał wymiotować ślimakami. Lestrange nigdy nie zaburzał tych małych rytuałów swoją obecnością, zbyt pochłonięty szukaniem w zakurzonych księgach odpowiedzi na niezadane wcześniej pytania, by zauważyć ostatnie ciepłe promienie jesiennego słońca, pająka tkającego sieć w rogu okna, jej żałobę. Raz tylko znalazła go w salonie czytającego te same fragmenty Najczarniejszych czarów, które czytał jeszcze w pokoju wspólnym Slytherinu, teraz być może jedynie z nieco większym zrozumieniem, i tak ją tym rozwścieczył, że bez słowa wyrwała mu tę książkę z rąk i cisnęła nią w kąt; nie widziała go potem przez kilka następnych dni, ale kiedy wrócił, wciąż śmierdział czarną magią.
– Może kiedy to się skończy… – zaczął niezręcznie któregoś razu, wyciągając nieśmiało dłoń, żeby dotknąć zasypiającej w jej ramionach Susan, ale mu na to nie pozwoliła.
– To się nigdy nie skończy – ucięła bezlitośnie.
Myliła się jednak. Wszystko skończyło się nagle wraz z październikiem, gdy Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać przepadł bez wieści. Mówiono, że próbował zabić małego chłopca, ale ten przeżył i nikt nie potrafił wyjaśnić, dlaczego tak się stało; wydawało się to nieprawdopodobne, a jednak dni mijały, a ich Czarny Pan – ten, który miał przecież pokonać samą śmierć – nie dawał znaku życia i ich konsternacja szybko przemieniła się w popłoch. Zbierali się w ich domu jak stado struchlałych owiec, wymieniając gorączkowe szepty, jakby ktokolwiek mógł ich w tym miejscu usłyszeć i tylko Bellatriks wrzeszczała, chora z bezsilności. Rudolf porzucił maskę serdeczności, odsłaniając swoje prawdziwe, bezlitosne oblicze; Rabastan znów stał się chimeryczny, bardzo odległy; nawet Reese miał język związany strachem i nie odzywał się wcale. Byli też inni, ale ich białe jak prześcieradła, wykrzywione paniką twarze stały się obce, nierozpoznawalne nawet dla nich samych i w tej histerii nie potrafili niczego uzgodnić, wciąż tylko obwiniając siebie nawzajem; mnożyły się aresztowania, a ci, którzy wcześniej najwięcej mówili o poświęceniu i braterstwie krwi, teraz pierwsi rzucili się Bartemiuszowi Crouchowi do stóp, skamląc o łaskę. Znów byli mali i śmieszni jak dawniej.
Zbyt wiele zdążyli jej jednak odebrać, by mogła czerpać satysfakcję z ich upadku. Czuła jedynie żal – głęboki, dławiący żal, a wraz z nim narastający gniew, że zdążyli go jeszcze zabrać ze sobą; że zabicie go nic ich nie kosztowało i zrobili to tylko po to, by teraz wycofać się z wojny, której tak pragnęli i udawać ofiary swojego własnego okrucieństwa. Mogła jeszcze tylko żywić nadzieję, że wszystkich ich czekał pocałunek dementora, choć przecież nie mieli już duszy, którą mogliby utracić; była to jednak nadzieja płonna i nie przynosiła jej ulgi.
Aresztowano i skazano Dołohowa za zabicie Gideona Prewetta, którego nigdy nie lubiła. Aresztowano i skazano Traversa, z którym dzieliła się zawsze notatkami z historii magii. Wreszcie aresztowano i skazano także Rookwooda, dzięki któremu poznali się jej rodzice i do którego jej matka zwróciła się później o pomoc, co kosztowało ją życie. Lestrange’owie pozostawali w ukryciu, Yaxley wyłgał się jako jeden z pierwszych, jej brat natomiast nie został nawet przesłuchany, zupełnie zapomniany podczas tego festiwalu zemsty.
Reszta kolejno przestała pojawiać się z czasem w tym domu, aż w końcu któregoś wieczoru nie zjawił się już nikt, nawet jej brat, i kiedy wydawało się, że zostali wreszcie sami ze sobą w głuchej ciszy jego ścian, z dala od wszelkiego zgiełku, wypełnił go krzyk – nieludzki skowyt przenikający nawet zaklęcia wyciszające, który cichł tylko po to, by korytarzami mógł nieść się histeryczny, wysoki śmiech Bellatriks i pozbawiony dawnej słodyczy, pełen napięcia głos Rudolfusa.
Nie słyszała Rabastana, ale wiedziała, że musiał być z nimi; zawsze był z nimi, nierozerwalny jak cień. Przyszedł jej tylko powiedzieć, żeby zabrała stąd dziecko; że obie powinny stąd odejść, a potem czekał na nią przy schodach, choć nie miał jej już nic do powiedzenia i nie potrafił się z nią pożegnać. Nawet nie mrugnął, gdy niezręczną ciszę między nimi przerwał rozdzierający, kobiecy krzyk. Jak mógł przywyknąć do podobnego krzyku? Raelyn miała wrażenie, że to krzyczy ktoś w jej głowie.
On wydawał się jednak głuchy na to wszystko i nie odwracał już wzroku od Susan w jej ramionach, jak robił to wcześniej – teraz przyglądał się jej mokrej od łez twarzy tak zachłannie, jakby nigdy dotąd jej nie widział i nigdy więcej nie miał jej już zobaczyć. Musiał poczuć ulgę, nie znajdując w niej nic z siebie – i kiedy tym razem wyciągnął bezwiednie dłoń, żeby przeczesać palcami jej jasne, zmierzwione włosy, Raelyn pozwoliła mu na to ten jeden, jedyny raz.
– Ty też powinieneś stąd odejść – rzuciła szorstko, wbrew sobie podejmując jeszcze tę ostatnią, rozpaczliwą próbę ocalenia go przed tym, co nieuniknione, ale on nawet na nią nie spojrzał i tylko uśmiechnął z pewną czułością, jakby powiedziała coś niemądrego, bo przecież obydwoje zostali pozbawieni złudzeń zbyt dawno, by teraz chwytać się jeszcze nadziei, że istniało na tym świecie miejsce, do którego mógł uciec przed samym sobą i wszystkimi swoimi wyborami, które nigdy nie były tak naprawdę jego.