without justice & without mercy

Życie nauczyło Royle’a, że zawsze należy być przygotowanym na najgorszy scenariusz. Źle wróżyły już szczątki Fontanny Magicznego Braterstwa, które mijał, przechodząc przez atrium, jednak to, co zastał w Departamencie Tajemnic, znacznie przekraczało granice jego wyobraźni. Wypracowana metoda przewidywania katastroficznych wydarzeń pozwoliła mu jednak zachować równowagę. Podczas gdy jego koledzy w panice biegali po całym departamencie, wymieniając się strzępami informacji na temat tego, co wydarzyło się w nocy, on ze spokojem oceniał rozmiar strat. Musiał przyznać, że był pod wrażeniem, jak wielkie zniszczenia zdołało spowodować wtargnięcie do Departamentu Tajemnic bandy nastolatków.
Czarne drzwi do wszystkich działów były otwarte na oścież, żeby okrągły korytarz nie kręcił się i nie powodował dodatkowego zamieszania. Nadmiar światła odzierał to pomieszczenie z posępnego uroku, jakim charakteryzowało się na co dzień, a rozgorączkowana atmosfera sprawiała, że przestronne wnętrza departamentu pozornie się skurczyły.
Podłoga pokryta była śladami zielonego śluzu, który współpracownicy wynieśli na butach z Sali Mózgów. Royle zerknął przez próg i stwierdził, że gigantyczne akwarium zostało rozbite, a martwe mózgi leżały na podłodze w karykaturalnej inscenizacji morskiej katastrofy biologicznej. Jeszcze poprzedniego dnia ten widok sprowadziłby go na dno rozpaczy, ale ze zdziwieniem stwierdził, że rozmiar zniszczeń napełnił go raczej nadzieją. Nie wszedł do środka. Zamiast tego skierował się prosto do Sali Czasu.
Ledwie zdążył odnotować, że cudem ocalał klosz wypełniony czasem, kiedy z impetem wpadł na niego czarodziej w szkarłatnej szacie.
– Gdzie jest twój ojciec? – rzucił Williamson, nie dbając o przywitanie.
Auror zagrodził mu drogę. Royle obdarzył go obojętnym spojrzeniem.
– Jako strażnik Sali Przepowiedni ma obowiązek wygłosić krótkie oświadczenie – dodał, irytująco podkreślając słowo „obowiązek”.
Royle pomyślał, że to smutne, że Williamson czekał na niego tylko z tego powodu. Wydawałoby się, że w tak przełomowym dniu znalazłyby się lepsze zadania dla łowcy czarnoksiężników, ale ponieważ w ostatnich miesiącach Royle zbyt często miewał do czynienia z Williamsonem, nie mógł winić Knota, że chciał się go pozbyć.
– Odszedł na emeryturę – powiedział Royle, wymijając aurora. Pewnym krokiem ruszył w stronę Sali Przepowiedni, omijając połamane biurka.
– Żartujesz sobie? – zapytał Williamson, który został kilka kroków z tyłu. – To jest jego rola, musi posprzątać ten bałagan!
– A jaka jest dokładnie twoja rola, Williamson? – zapytał z rozdrażnieniem Royle. – Możesz mi przypomnieć?
Williamson uznał niestety, że Royle’a naprawdę to interesuje i w dwóch zdaniach wyjaśnił to, co obaj wiedzieli – że został przydzielony do ochrony Departamentu Tajemnic po tym, jak zimą pod drzwiami zaatakowany został pracownik Ministerstwa. Royle sądził, że wybór akurat tego aurora idealnie podkreślał stosunek kierownictwa do tego zdarzenia – nikt nie dbał o to, co dzieje się w Departamencie Tajemnic i choć w ciągu ostatniego roku interesowało się nim trochę zbyt wiele ludzi, nikt nie spodziewał się tego, co wydarzyło się w nocy.
Nikt poza ojcem Royle’a, który najwyraźniej coś przeczuwał, bo zdążył wysłać synowi niezwykle wymowną wiadomość. Zanim Royle teleportował się do Ministerstwa po otrzymaniu wyjca w sprawie powrotu Czarnego Pana, przyleciała sowa, która z wielkim trudem uniosła wszystkie dotychczas wydane tomy „Genealogii czarodziejów”, ulubionej lektury ojca, która za sprawą codziennych aktualizacji nie miała końca.
Royle westchnął ciężko i odwrócił się w stronę Williamsona.
– Zajmę się tym.
Williamson prychnął.
– Z całym szacunkiem, Snicket, ale nie jesteś nawet pracownikiem Działu Czasu, nie sądzisz chyba, że zostaniesz teraz strażnikiem?
W powietrzu zawisł ciężar oskarżeń, z którymi Royle spotkał się nie po raz pierwszy. Nie sądził jednak, by ci, którzy mu docinali, naprawdę rozumieli, czym jest nepotyzm. Royle nie tylko wykonywał pracę, która od trzech pokoleń przysługiwała członkom jego rodziny bez względu na wynik procesu rekrutacyjnego. Wątpliwości budziła nawet edukacja Royle’a – jego nauczycielką wróżbiarstwa była jego daleka kuzynka Sybilla, a w klasie owutemowej numerologii uczyła go żona jego brata, która na szczęście nie nosiła ich nazwiska.
Najzabawniejsze było to, że powiązania Royle’a sięgały daleko głębiej, niż mu zarzucano – zmarły poprzedniej nocy Syriusz Black był na przykład szkolnym chłopakiem jego siostry. Patrząc na to w ten sposób, można było dojść do kuriozalnego wniosku, że wszyscy należeli do jego rodziny, a wtedy doprawdy trudno byłoby mu odeprzeć zarzuty, że osiągnął coś tylko dzięki znajomościom.
Royle spiorunował Williamsona wzrokiem.
– Widzisz tutaj innych chętnych? – zapytał nieco agresywniej niż zamierzał.
Być może dopiero jego słowa skłoniły Williamsona do pewnej refleksji. Ani w Sali Czasu, ani w Sali Przepowiedni, do której drzwi otworzył Royle, nie było nikogo poza nimi, chociaż w pozostałych pomieszczeniach roiło się od pracowników – i to nie tylko niewymownych. Mimo że Royle nie uważał, by pojawienie się w Ministerstwie Lorda Voldemorta było dostatecznym powodem, by łamać naraz wszelkie reguły bezpieczeństwa, przynajmniej stanowiło to dobry argument dla pozbycia się drażniącego towarzystwa natrętnego aurora.
Royle wyciągnął różdżkę i włączył jarzeniówki w Sali Przepowiedni. On i Williamson jednocześnie głośno wciągnęli powietrze na widok zniszczeń, których zasięg odpowiadał wybuchowi sporej bomby. Z kilkunastumetrowych półek usytuowanych najbliżej drzwi żadna nie uchowała się w całości, a podłogę pokrywała gruba warstwa szklanego pyłu.
– Pójdę już – powiedział Williamson.
Odwrócił się na pięcie i odszedł.
Royle odczekał, aż ucichnie pogłos jego kroków i sam ruszył wgłąb sali, niezgrabnie przechodząc nad szczątkami archiwum. Poczuł ulgę, gdy już z daleka dostrzegł, że regał numer sto został praktycznie zmieciony z powierzchni ziemi. W pobliżu najwyraźniej znajdowało się epicentrum walki, bo wszystkie sąsiadujące regały były pochylone na zewnątrz – niektóre opierały się jeszcze na kamiennych filarach i sąsiednich półkach, ale wszystkie kule z przepowiedniami zsunęły się i przepadły na zawsze.
Unikanie tego miejsca kosztowało dotąd Royle’a wiele energii, dlatego cieszył się, że ono nareszcie zniknęło. Nie miał wątpliwości – najczarniejsze tajemnice jego rodziny ukryte na tym regale nie należały do tych, których ciężar łatwo było unieść. Wystarczyło już to, czego dowiedział się od ojca na temat śmierci swojej starszej siostry, żeby na długo stracić chęć do poznawania pełnego obrazu. Z perspektywy czasu Royle rozumiał, że był na to po prostu za młody – miał wtedy zaledwie trzynaście lat – tyle, ile teraz jego syn. Na konfrontację z ojcem bardzo nalegał jednak Wolfe, który początkowo nie mógł pogodzić się z myślą, że Annie popełniła samobójstwo. Ta historyczna szczera rozmowa była najlepszym dowodem, że w przypadku ich rodziny niewiedza była błogosławieństwem.
Nikt inny zdawał się tego nie dostrzegać, ale przecież żadna wiedza przechowywana w przepowiedniach nigdy nie zabiłaby Annie, gdyby w ogóle nie dopuszczono jej do pracy w Sali Przepowiedni, szczególnie że była na to zbyt młoda. Był to jeden z powodów, dla których Royle nigdy nie podjął pracy w tym miejscu, zamiast tego wybierając badania naukowe w Sali Mózgów.
Paradoksalnie jego decyzja sprzed lat, by przeciwstawić się tradycji, miała zadecydować o przetrwaniu ich rodzinnego dziedzictwa. Teraz, kiedy przepowiednie zostały zniszczone i kiedy ojciec dał mu wolną rękę, Royle mógł ostatecznie rozliczyć się z niechlubną historią ich rodziny. Dopiero całkowite zniszczenie pozostawiło wystarczająco dużo miejsca na zmiany.
Z kieszeni szaty wyciągnął kawałek pergaminu, który ojciec dołączył do porannej przesyłki. Było to ich ostateczne pożegnanie. Royle od lat obserwował wysiłki ojca, by utrzymać w ryzach niewydolne zaklęcie, na którym opierała się archiwizacja wszystkich przepowiedni. Od lat skuteczne zarządzanie tym archiwum było niemożliwe – to Annie ostatecznie pogrążyła stary system, wypuszczając na wolność demimoza, ostatnią łatę na chorującym systemie. Od czasu jego zniknięcia ojciec przestał już kontrolować zgromadzone przepowiednie i ledwie radził sobie z nowymi. Mimo to Royle nigdy nie zgodził się doraźnie mu pomagać.
Do dziś tylko jeden z nich zdawał sobie sprawę, że jedynym wyjściem był nowy początek.
Royle delikatnie rozprostował wystrzępiony pergamin, wygładzając go dłonią. Cała powierzchnia pokryta była gęstym pismem jego ojca. Uśmiechnął się ciepło, zdając sobie sprawę, jak mrówczą pracą było wybieranie tych wszystkich nazwisk, wyselekcjonowanie czarodziejów, którzy – zdaniem Romana Snicketa – mogli posiadać dar przepowiadania przyszłości i których proroctwa zasługiwały według niego na przechowanie w Sali Przepowiedni. Wiara, że takie decyzje można podjąć tylko na podstawie powiązań ujawionych w „Genealogii czarodziejów” i własnej intuicji ujawniała manię wielkości, lecz także naiwność, jaka charakteryzowała ojca.
Autorskie zaklęcie Royle’a, które rewolucjonizowało system pozyskiwania przepowiedni, nie było jeszcze idealne. Wcześniej zamierzał jeszcze gruntownie je przetestować przed przedstawieniem go ojcu – teraz uznał, że nie ma na to czasu. Podświadomie zdawał sobie sprawę, że ojciec nigdy nie dopuściłby do jego wdrożenia – był zbyt przywiązany do czaru wynalezionego przez babkę, by dostrzec, że jego czas już dawno przeminął.
Nie zawsze jednak uszanowanie dziedzictwa musiało oznaczać brnięcie w błąd swoich rodziców, dlatego Royle bez wahania, zdecydowanym ruchem przedarł pergamin na pół. Rozległ się głośny huk, który potoczył się echem po wysokiej hali. Potężna moc uwolnionego zaklęcia zaparła Royle’owi dech w piersiach. Po chwili było już po wszystkim – zniknęły wszystkie przepowiednie, a podłogę pokrywała tylko warstwa starych desek.

Advertisements

Znicze i żaby: 01.

Poranek 24 sierpnia nadszedł zbyt wcześnie. Ten poranek, kiedy wszystko powinno być dopięte na ostatni guzik, sprawdzone (po dwakroć!) i gotowe. Tymczasem ja byłam tak daleko od stanu choćby przypominającego gotowość, jak reprezentacji Finlandii od finału Mistrzostw Świata w Quidditchu. Wyglądałoby to trochę inaczej, gdybym mogła liczyć na większe wsparcie, tymczasem zespół marzeń odpowiedzialny za przygotowanie wszystkiego składał się głównie z Ludo Bagmana, mięsożernej rośliny, którą odziedziczyłam wbrew sobie, stosu dokumentów i – przemęczonej i niewyspanej – mnie, która nie mogła się doczekać, aż ktoś (najlepiej narodowości irlandzkiej) wyląduje na ziemi ze złotym zniczem i to wszystko się skończy, żebym mogła rzucić się w wir przygotowań do czegoś innego. Nikt nie mówił mi, że praca w Departamencie Magicznych Gier i Sportów będzie tak wymagająca. Większość osób, z którymi rozmawiałam, twierdziła wręcz, że powinnam nosić do pracy dobrą książkę albo poduszkę, bo umrę z nudów.
Umieranie z nudów nigdy nie wydawało mi się dobrą opcją – w szczególności nie zaś, gdy, wyposażona w aż osiem owutemów zdanych na Wybitny, wstępowałam w szeregi Ministerstwa. Sądziłam, że oto los w końcu nagrodził mnie za lata nauki, że udało mi się osiągnąć szczyt marzeń każdej porządnej czarownicy. Przez całe trzy tygodnie zwalczałam zło w Departamencie Magicznych Wypadków i Katastrof… aż okazało się, że w Departamencie Magicznych Gier i Sportów teraz natychmiast TERAZ Ludo Bagman potrzebował asystentki i tylko ja spełniałam jego pięciopergaminową listę wymagań, łącznie ze złoto-brązowymi oczami przypominającymi mu o jego matce. I odtąd było tylko gorzej.
Bagman nie był łatwym szefem. Właściwie ciężko powiedzieć, jakim był szefem, bo przymiotnik, który opisałby go najlepiej, to „nieobecny”, co przecież niewiele mówi o szefach. Kiedy jednak pojawiał się w naszym zawalonym aktami, ciasnym biurze, poświęcał mi zbyt mało czasu, by choćby dostrzec, czy nadal mam złoto-brązowe oczy jego matki. Słyszałam, że nadchodzi, z drugiego końca korytarza, bo zawsze głośno z kimś rozmawiał, by następnie – na tym samym wydechu – kompletnie zmienić i temat, i rozmówcę, a kiedy próbowałam notować wszystkie pomysły i polecenia, w mgnieniu oka znikał i gdyby nie charakterystyczny strój, widoczny gdzieś w końcu korytarza, nie miałabym pewności, że w ogóle się pojawił i do mnie mówił.
Tak, jeśli mam być szczera, 24 sierpnia modliłam się o nudę. Zamiast nudy miałam na biurku listę VIP-ów, którzy pewnie już się pojawiali w okolicy stadionu, gdzie ja i Ludo (a raczej: Ludo) powinniśmy ich witać. Tymczasem nie mogłam wyjść z biura, póki nie uporządkuję faktur za efekty specjalne i nie sprawdzę (kolejny raz) wyników sprzedaży biletów, ewentualnych wolnych miejsc, które jeszcze można sprzedać, czy listy gości z loży, którzy już potwierdzili swój udział. Każde z tych zadań nie brzmiało źle, kiedy myślało się o nim solo, ale wspólnie tworzyły jeden wielki, ogromny głaz, który ciążył mi na ramionach tak bardzo, że nie mogłam nawet myśleć o śnie. Co miało swoje plusy, bo nie zanosiło się na to, że będę mogła spać, póki ktoś nie złapie tego cholernego znicza. Który, o matko, czy ktoś pamiętał o zamówieniu znicza?!
Gdybym sama nie była autorką tego koszmaru, mogłabym podejrzewać, że przez moje biurko przebiegło stado nadaktywnych gumochłonów – znalezienie tam zielonej teczki wypełnionej całą dokumentacją zniczy, które mieliśmy zamówić aż z Islandii graniczyło z cudem. Na samą myśl o szukaniu dokumentacji tłuczków robiło mi się słabo. Nie martwiłam się tylko o kafla, który został już sprowadzony z Tadżykistanu. Nikt mi nie zarzuci, że nie panowałam przynajmniej nad fragmentem tego, nad czym ktoś powinien panować dzień przed największą sportową imprezą roku.
– Magnolia! Wciąż tu jesteś? Nie powinnaś być na stadionie? – Ze strony drzwi dobiegł mnie głos, którego nie mogłam z nikim pomylić. – Czy nikt w waszym biurze nie pracuje? Nawet ty? Niech tylko pan Crouch się o tym dowie, no doprawdy, co za skandal.
– Za pięć minut się tam przeniosę – odpowiedziałam dostatecznie głośno, żeby Percy Weasley nie wpadł na genialny pomysł wchodzenia do jej pokoju. Wtedy oberwałabym jeszcze za bałagan. Polityka czystego biurka to było coś, co nie mogło się zdarzyć w Departamencie Magicznych Gier i Sportów. Nie byłam właściwie pewna, jaką władzę nade mną miał Percy, ale sposób, w jaki się nosił, zdawał sugerować, że prawidłowa odpowiedź to coś między „wielką” a „ogromną”.
Nie znosiłam w nim wszystkiego – a zwłaszcza prychania. Percy prychał z wyższością częściej niż Harry Potter ratował wszechświat. O, na przykład teraz.
– Pięć minut, no naprawdę, dla was to zawsze wszystko za pięć minut.
Westchnęłam, zanim zdążyłam stłumić ten dźwięk. Czasami zastanawiałam się, czy naprawdę to wszystko warte jest znoszenia takich komentarzy. Gdybym na przykład teraz zemdlała, mistrzostwa mogłyby się nie odbyć, bo Bagman na pewno nie dopilnowałby tego wszystkiego, co powinno zostać dopilnowane. Z drugiej strony, gdybym zemdlała, pewnie nikt by tego nie zauważył przez kilka godzin, a potem ktoś by mnie zwolnił za to, że mistrzostwa się nie odbyły. Dla dobra mnie i galeonów, które co miesiąc spływały na moje konto – lepiej, żebym nie mdlała.
– Czemu ciebie nie ma jeszcze na stadionie? – zapytałam. Wiedziałam, że teraz na pewno już sobie nie pójdzie; mogłam równie dobrze spróbować jakoś się na nim odegrać.
– Pan Crouch poprosił mnie, bym wrócił do Ministerstwa z BARDZO WAŻNĄ MISJĄ – sposób, w jaki podkreślał powagę swojego zadania, którym zapewne było pogonienie skrzata Croucha czy znalezienie jakiegoś zagubionego listu, byłby o wiele zabawniejszy, gdyby nie to, że wciąż nie ustaliłam, czy ktoś zamówił znicza. – Uznałem, że sprawdzę, czy pan Bagman wyszedł z biura na czas. Pan Crouch poradziłby sobie oczywiście o wiele lepiej i bez pana Bagmana. Oczywiście.
– Oczywiście – potwierdziłam, przerzucając kolejne papiery na biurku. Było ich stanowczo za dużo. I chyba między nimi leżała w połowie zjedzona kanapka. Gdyby nie obecność Percy’ego, mogłabym wyrzucić za drzwi resztki godności i ją zjeść, bo – o ile dobrze pamiętałam – miała niecałe dwa dni. Ale Percy nadal tam był, irytujący i nieustępliwy jak kurzajka na czubku nosa. – Pan Bagman wyszedł z biura na czas – dodałam z przesadną emfazą w nadziei, że Percy sobie pójdzie. I, być może, miałam niewielką nadzieję, że po drodze się potknie.
Ale on wcale sobie nie poszedł – nawet gorzej, wszedł do biura. Z pogardą spojrzał na biurko, które dzieliłam z Bertą i jej mięsożerną rośliną, na nasz remont, pudła, farby, tynk, na to wszystko, co na pewno nie miało miejsca w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów, i rozsiadł się na fotelu dla petentów.
– Poczekam na ciebie.
– To bardzo… – szukałam odpowiedniego słowa. „Upierdliwe” cisnęło mi się na usta. – …miłe? – zaryzykowałam. Rzuciłam okiem na kanapkę, wyobrażając sobie jej smak w ustach i… czy to było potwierdzenie zamówienia zniczy?
Percy zauważył, że ja coś zauważyłam – i zanim zdążyłam położyć swoje dłonie na zamówieniu zniczy, schowanym pomiędzy Przepisami Quidditcha, wydanie 213, i listą zakupów z zeszłego tygodnia, on trzymał je już w swoich piegowatych łapskach. Chciałam warknąć coś o tym, że po co siadał na piętnaście sekund, zgniótł przy tym tylko wczorajszego „Proroka” i nic z tego nie wyniknęło, ale w ostatniej chwili ugryzłam się w język.
– Segreguję dokumentację – powiedziałam słabo, bo jak wyjaśnić komuś, że wszystkie próby ułożenia dokumentów w jakimkolwiek porządku kończyły się bałaganem, gdy do pokoju wpadał Huragan Ludovic i akurat nie było mnie na miejscu, by ograniczyć jego destruktywne działanie.
– Masz na myśli ten niezapłacony rachunek?
– Ale został przyjęty! – odpowiedziałam nieco zbyt szybko. Zauważyłam też, że w miejscu, w którym zapisany był termin płatności, przyklejony był plaster pomidora z mojej kanapki. Byłabym zawstydzona, gdybym miała na to siłę.
– Jesteś pewna? Bo został wystawiony dopiero wczoraj popołudniu.
To by znaczyło, że rachunek był świeższy od mojej kanapki.
Kiedy moje życie stało się tak przygnębiające?
– Zapewniam cię, że znicz czeka już na stadionie.
*
Znicz nie czekał na mnie na stadionie. Nie czekał na nikogo. W zasadzie w ogóle go nie było, nawet odrobiny, kawałka skrzydełka, nic. Jego wspomnienie nie żyło w pudełku na piłki, bo przecież nigdy tam nie trafił.
– Sprowadziliśmy go z Irla… Islandii! – usłyszałam głos Bagmana i nawet nie obejrzałam się za siebie, by sprawdzić, z kim rozmawia. Rozważałam rzucenie jakiegoś niewerbalnego zaklęcia, które sprawiłoby, że ziemia rozstąpiłaby się pode mną i pozwoliła mi uniknąć absolutnej kompromitacji. Wyobrażałam sobie pana Croucha albo Ministra Magii, albo kogoś jeszcze ważniejszego od nich, kto staje na środku boiska i ogłasza do setek, nie, tysięcy!, zgromadzonych czarodziejów, że mistrzostwa są odwołane, ponieważ Magnolia Duckworth zawaliła.
Nie zrobiłam jednak nic równie szalonego, bo przecież miałam jeszcze jeden dzień. Przez jeden dzień mogłabym zgromadzić dziesiątki piłek dowolnej wielkości. Prawda?
Wzięłam głęboki oddech i odwróciłam się w jego stronę, z bardzo profesjonalnym uśmiechem na ustach.
– Pan Bagman! Zapomniał pan, że nie wolno tu panu wchodzić przed meczem! Oglądanie piłek przynosi strasznego pecha!
Nienawidziłam siebie coraz bardziej z każdym wypowiedzianym słowem.
– Nonsens! – uparł się, a jego żółto-czarne szaty zaszeleściły na wietrze, przypominając o tym, że kilka lub kilkanaście lat oraz kilkanaście lub kilkadziesiąt kilogramów temu miał karierę sportową i odnosił sukcesy. – Ci mili panowie chcą zobaczyć piłki, zanim zdecydują się obstawiać zwycięzców jutrzejszego meczu.
Wskazał ręką na trzy gobliny, które przeszywały mnie wzrokiem, jakby wiedziały, że nie mam żadnego znicza i jestem obrzydliwą kłamczuchą.
Kogo zresztą próbowałam oszukać? Gobliny! Najbardziej przenikliwe istoty w całym magicznym świecie! Ich wielgaśne nosy na pewno mogły wywąchać złoto – a raczej jego brak – przez trzy stopy kamienia, a co dopiero przez małą szkatułkę na piłki. Nie miałam absolutnie żadnych szans.
– Nie możemy im na to pozwolić To wbrew zasadzie sto trzydziestej czwartej, paragraf dziesiąty, Wielkiego Kodeksu Quidditcha. Światowy Związek Quidditcha nigdy nam nie daruje. Wyrzucą nas z międzynarodowych rozgrywek.
Patrzyłam jak mina Bagmana zmienia się z roześmianej na przerażoną, w pełni świadoma tego, że zasada sto trzydziesta czwarta Wielkiego Kodeksu Quidditcha nie miała aż dziesięciu paragrafów, ale te pięć, które miała, dotyczyły dopuszczonego stopnia szorstkości witek mioteł. Czasami to, czego uczyłam się w mojej pracy, naprawdę mnie przerażało.
– No, panowie, sami panowie rozumieją, komisja i…
Bagman zrobił się równie czerwony, co włosy przeklętego Percy’ego Weasleya, gdy wszystkie trzy gobliny wymruczały coś w tym swoim zupełnie niezrozumiałym języku i wskazały na szkatułkę. Ja sama czułam się, jak gdybym też zmieniała się w dorodnego pomidora, chociaż przy mojej zbyt śniadej na Brytyjkę skórze nieczęsto mi się to zdarzało.
Milczałam, a mój oddech stał się płytszy, jakby kolor skóry niedostatecznie mnie zdradzał. Gobliny dalej mrugały tymi świdrującymi oczkami, ale w końcu musiały uznać, że nie warto poświęcać na nas czasu, bo odwróciły się i odeszły. Bagman trochę posmutniał.
– Wszystko dla dobra naszej drużyny, panie Bagman – próbowałam wydusić z siebie odrobinę entuzjazmu.
– Nie mówisz przypadkiem po goblińsku? – Nie czekał na moją odpowiedź. – Nikt nie mówi po goblińsku, tylko Crouch, a Croucha nigdzie nie ma, nie wiesz, gdzie jest ten jego Weatherby?
– Weath…? – zaczęłam, zanim dotarło do mnie, że Percy Weasley nie jest na tyle ważną postacią w świecie Ludovica Bagmana, by ten znał jego nazwisko. Uznałam, że nie warto nawet go poprawiać. – Interesował się ochroną stadionu, miał sprawdzać zaklęcia zabezpieczające.
Ludo pokręcił głową z takim rozmachem, że jego starannie przylizane, blond włosy wpadły mu niemal wszystkie do oczu. Mimo że wygrał w loterii genetycznej i był nielicznym z wysoko postawionych urzędników Ministerstwa, który wciąż mógł pochwalić się bujną czupryną, patrząc na niego często zastanawiałam się, jak ten głupkowaty gigant o z wiekiem coraz grubszych kościach nie tak dawno przecież temu łamał jedno serce za drugim. Tego amanta, idola wszystkich kobiet i dziewczynek, a przecież pewnie i paru mężczyzn widać było tylko czasami, gdzieś w tyle jego oczu – ale już nie w kościach policzkowych, zakrytych jeśli nawet nie brodą, która była bardziej oznaką zaniedbania niż stylu, to latami objadania się Ciągutkami Toffee i nie w eratycznych ruchach wszystkich kończyn, które wciąż chciałyby się bawić, czarować, tańczyć – ale zupełnie się już do tego nie nadawały.
Czasem zastanawiałam się, czy to wszystko nie było tylko bujdą na resorach, czy Ludo Bagman naprawdę był kiedyś najpopularniejszym zawodnikiem Os i czy całe biuro nie zmówiło się tylko po to, by mnie oszukać – i naprawdę nie znałam odpowiedzi na to pytanie.
– No cóż, Magnolio, no cóż my poradzimy – wymamrotał bardziej do siebie niż do mnie. – Cóż my zrobimy, te gobliny i wszystko, byle tylko Irlandia wygrała, trzeba być dobrej myśli, ej?
– Jasne, naprzód, Irlandio! – krzyknęłam z większym zapałem, niż ten, który odczuwałam. – A teraz przepraszam, muszę poszukać… tego… no…
Bagman pokiwał głową, zbyt zatopiony w myślach, by dostrzec, jak koślawe było zdanie, które wypowiedziałam.
Miałam dokładnie 18 godzin na znalezienie znicza.
A także na upewnienie się, że wszystkie delegacje odebrały swoje bilety, że nikt nie koczował poza oficjalnie wyznaczonymi granicami pola namiotowego, że obie reprezentacje otrzymały odpowiednie wsparcie w kwestii treningu i wypoczynku, że wszystkie posiłki dla zaproszonych gości wydano, że wykonano wszystkie niezbędne pomiary mioteł i szat, że dziennikarzy „Proroka” wyrzucono z rejonów, w którym nie wolno im było przebywać (co najmniej raz na dziesięć minut), że żadne z zaklęć okalających nas ze wszystkich stron nie pękło, że wszystkie rachunki na pewno zostały opłacone, że… To była bardzo długa lista i bardzo krótkie 18 godzin.
Zostawiłam go zatopionego w myślach i zaczęłam sortować listę rzeczy do zrobienia. Musiałam je pogrupować, żeby nie oszaleć. Musiałam znaleźć kogoś do pomocy. Musiałam znaleźć złotego znicza.
– Hej, Magnolia! Magnolia! Ej, co tak pędzisz?
Byłam pewna, że kiedy w końcu odwróciłam się w stronę spieszącego za mną Olivera Wooda, on zdążył już wypowiedzieć moje imię przynajmniej z dziesięć razy – chociaż ja usłyszałam je tylko dwukrotnie. Gdyby nie moja długa lista rzeczy do zrobienia, być może widok jego roześmianej twarzy ucieszyłby mnie trochę bardziej; Gryfoni nigdy nie byli najlepszym towarzystwem, ale Oliver, z którym podzieliłam kilka z moich owutemów, w zasadzie dał się znieść. Ale nie miałam czasu na to, by się cieszyć. W zasadzie nie miałam czasu nawet oddychać.
– Czy to nie cudowne? Tyle ludzi! Tyle quidditcha! Nie uważasz, że powinnaś trochę przystopować?
– Gdybym mogła, to bym przystopowała – mruknęłam i od razu zrobiło mi się przykro, bo Oliver w żadnym stopniu na takie mruczenie i burczenie sobie nie zasłużył. Zatrzymałam się, choć z tyłu głowy słyszałam tykający zegar. – Mam nadzieję, że masz dobre miejsce – powiedziałam, tym razem serdecznie.
– Tak! – Oczy rozbłysły mu entuzjazmem. – Graham kupił najlepsze, jakie mógł. Zobaczę każdy ruch każdej miotły… o ile nie odlecą za daleko – dodał, pochmurniejąc nieco, jakby dopiero uświadomił sobie, że jest taka możliwość, że nie każda akcja odbędzie się tuż przed jego oczami.
Nie wiedziałam, kim był Graham, i nie byłam nawet pewna, czy powinnam wiedzieć. Gryfoni zawsze stanowili dla mnie zagadkę, której nie chciałam rozwiązywać. Z tą ich pychą i miłością własną nie stanowili najlepszego materiału na moje towarzystwo – w szczególności że przy ośmiu owutemach nie miałam zbyt wiele czasu na przyjaciół. Poza Glorią, z którą dzieliłam dormitorium Hufflepuffu, w zasadzie nie utrzymywałam bliskiego kontaktu z żadnym innym uczniem.
Zanim jednak zdążyłam odpowiedzieć, Oliver przerwał moje nierozpoczęte zdanie:
– Pracujesz teraz dla Bagmana, nie? O rany! Dopiero musicie mieć miejscówkę!
Tak, jakąś miejscówkę miałam na pewno. O ile Bagman o niej pamiętał. Nie podejrzewałam go jednak o dobrą pamięć, od dwóch miesięcy obiecywał załatwić mi przyłączenie do sieci Fiuu, a jednak nadal musiałam korzystać z cudzego rusztu lub wchodzić do pracy razem z petentami. O miejscu może jednak pamiętał. Nawet jeśli, to moje szanse, by móc je zająć, malały z każdą chwilą, kiedy stałam i nie szukałam znicza.
– Na pewno będzie widział wszystko, co będzie mógł zobaczyć – odpowiedziałam wymijająco. – W końcu jest komentatorem – dodałam, zanim zdążyłam ugryźć się w język.
– To musi być ekstra sprawa, pracować z taką legendą.
W innej sytuacji zaproponowałabym mu może i nawet zdobycie kubka z autografem; ale patrzenie na słońce zachodzące nad horyzontem przyprawiało mnie o straszny zawrót głowy.
– Tak, tak, ale słuchaj, Oliver, muszę jeszcze…
– Może jakoś ci pomóc? – zapytał ze wrodzoną Gryfonom uprzejmością.
W zasadzie… Czy Oliver Wood mógł mi pomóc? I czy, gdybym mu pozwoliła i gdybym powiedziała mu, jak wiele pozostało do zrobienia, a on przypadkiem wydał mnie dziennikarzom „Proroka Codziennego”, skończyłoby się to moim zwolnieniem z pracy?
To nie był ani łatwy, ani oczywisty wybór.
– W sumie… – zaczęłam, próbując powiedzieć „poradzę sobie” albo „zostały mi już ostatnie detale”, ale jakoś moje usta opuściły zupełnie inne słowa: – …będę wdzięczna.
Jego mina, gdy powiedziałam mu, że z Islandii nie dostarczono znicza, wyrażała i panikę, i czysty entuzjazm.
– Z Islandii? – powtórzył. – To najlepsze możliwe znicze, zawsze chciałem takiego dotknąć. Ale… to trochę daleko, nie?
– Trochę – odpowiedziałam, czując rosnącą falę paniki. Może popełniłam błąd i powinnam wszystko ogarnąć sama.
Zmarszczył brwi. Intensywnie o czymś myślał.
Po długiej minucie milczenia gotowa byłam odwrócić się na pięcie i uciec co najmniej na Islandię… Gdy Wood nagle rozpromienił się jak pięciolatek.
– A mój się nada?
– Ni… Tak – rzuciłam szybko, zanim zdążyłam się rozmyślić. Łamałam przepisy. Wiele przepisów. Nie miałam czasu ich nawet zliczyć ani poczuć się z tego powodu źle, ale miałam pełną świadomość, że kiedy mecz już się skończy, zaszyję się w jakimś ciemnym kącie, gdzie będę cierpiała emocjonalne katusze związane z perfidną nieuczciwością, której się właśnie dopuściłam.
*
Łamałam przepisy. Łamałam przepisy! W pełni dotarło to do mnie dopiero, gdy na kwadrans przed meczem siedziałam na podłodze namiotu sędziów, ze szkatułką ze zniczem Wooda pode mną.
W skali od jednego do dziesięciu wstydziłam się na jakieś trzy tysiące dwieście dziewięćdziesiąt pięć. Rumieniłam się, ale każdy, kto mnie mijał, rzucał jakiś komentarz o ekscytacji przed meczem. Kiwałam głową, prawie ich nie słysząc. Jakaś część mnie zastanawiała się, czy ludzi, którzy podmieniają znicze na takie, które nigdy nie opuściły granic Wielkiej Brytanii i które na pewno nie pochodzą z Islandii, są wleczeni do Azkabanu przez dementorów.
Na moje szczęście sprawdzenie piłek odkładano tak długo, że gdy w końcu udało mi się dotrzeć do namiotu, na to wszystko było już za późno. Zawodnicy rozgrzewali się na boisku tuż za stadionem, a sędziowie – popijając ostatni łyczek Ognistej na szczęście. Znicz nikogo tu nie interesował.
Kątem oka patrzyłam, jak Bagman rozmawiał ze swoją najlepszą, biurową towarzyszką – Burgundą Clemens.
Odetchnęłam z ulgą. W myślach przebiegłam listę zadań, które miałam wykonać. Wszystkie delegacje odebrały swoje bilety. Nikt nie koczował poza oficjalnie wyznaczonymi granicami pola namiotowego. Obie reprezentacje otrzymały odpowiednie wsparcie w kwestii treningu i wypoczynku. Wszystkie posiłki dla zaproszonych gości wydano. Wykonano wszystkie niezbędne pomiary mioteł i szat. Dziennikarzy „Proroka” wyrzucono z rejonów, w którym nie wolno im było przebywać (w sumie ponad dwudziestokrotnie). Żadne z zaklęć okalających nas ze wszystkich stron nie pękło. Wszyscy byli w jednym kawałku, trybuny były pełne, okrzyki kibiców dało się słyszeć aż tutaj. Wszystko się musiało udać. Już za kilka minut będę mogła wkroczyć na trybuny i zająć miejsce, które Bagman – prawdopodobnie – dla mnie zajął. Będę wolna od myślenia o nieislandzkich zniczach i…
– Maggie? Mogłabyś podejść do bramki numer dwa? Chyba mamy jakiś problem z zabezpieczeniami.

Kości zostały rzucone: epilog

Przez lata największym dramatem Susan Bones były jej zbyt duże uszy. Mogła żyć ze swoją piegowatą twarzą i wściekle rudymi włosami, które wraz z imieniem odziedziczyła po zmarłej na długo przed jej narodzinami babce – ale nie z tymi uszami, których pochodzenie pozostawało dla niej zagadką. Wszystkie uszy w jej rodzinie – zwłaszcza uszy jej perfekcyjnej w każdym calu matki – były przyzwoitych kształtów i rozmiarów, wszystkie poza jej uszami, co wydawało jej się okrutną niesprawiedliwością. Czym sobie na nie zasłużyła? Czy była to kara za jej okazjonalne nieposłuszeństwo, niezdolność do ugryzienia się w język, nieco niespokojną naturę? W dodatku nikt nie traktował poważnie jej obsesji na punkcie uszu – z wyjątkiem ciotki Amelii, która widząc, jaka była z ich powodu nieszczęśliwa, w końcu się nad nią zlitowała i któregoś popołudnia pokazała jej w sekrecie stary rodzinny album ze zdjęciami swojego drugiego brata, tego, o którym z jakiegoś powodu nigdy nie wspominano, i dopiero rozpoznając w jego uszach swoje własne, Susan poczuła się nieco lepiej.
Było to najlepsze wspomnienie Lynn Marlow, choć nie należało do niej – podarowała je jej Amelia Bones w jednym z tych długich, nieco oschle formułowanych listów, zawsze pełnych jednak duchów i małych tkliwości, o swojej decyzji przyjęcia nominacji na Minister Magii wspominając jedynie przelotnie, jakby od niechcenia. Miał to być jej ostatni list i obie o tym wiedziały; niedługo potem została zamordowana w swoim własnym mieszkaniu przez samego Tego Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, jak szeptano, i jeśli czegoś musiała żałować, to tylko tego, że odtąd zbyt duże uszy nie miały być już największym dramatem w życiu Susan Bones – że choć tak wiele zdołały jej oszczędzić tym jednym kłamstwem, nie mogły oszczędzić jej wszystkiego.
Poza tym kłamstwem początkowo łączyło je z Lynn jedynie dławiące, latami niewypowiedziane poczucie winy, jakie budziło w nich wspomnienie Edgara, którego obie zawiodły. Długo nie mogły sobie tego nawzajem wybaczyć, nie ufały sobie i nie potrafiły się porozumieć, jakby posługiwały się różnymi językami, a jednak Amelia nie wydała jej, gdy Barty Crouch Sr usiłował wydusić z niej źródło informacji, która doprowadziła do aresztowania nie tylko Lestrange’ów, ale i jego własnego syna, i Lynn mogła odpłacić jej za tę lojalność jedynie własnym upokorzeniem, jakie niosło ze sobą wyznanie, że to jej brat wzniecił tamtą Szatańską Pożogę, która pochłonęła Edgara Bonesa, jego żonę, dwóch bliźniaczych synów. Nic dziwnego, że nie został naznaczony, myślała o nim później często z pogardą, skoro stać go było jedynie na małoduszne morderstwo pozbawione ryzyka i ciężaru odpowiedzialności. Ona przynajmniej nie odwracała wzroku, odbierając mu życie – i choć przez lata wyznała Amelii o sobie rzeczy, których nigdy wcześniej nie wypowiedziała nawet na głos, to jedno z szacunku dla jej wiary w struktury zachowała dla siebie, bez względu na to, ile butelek wina zdarzało im się razem wypijać długimi, leniwymi wieczorami.
Nigdy nie żałowała tego, co zrobiła – nawet gdy w progu jej mieszkania stanął w końcu auror i przez jedną krótką chwilę wydawało się, że resztę swojego dopiero co z takim trudem wyszarpanego z cudzych rąk życia spędzi w Azkabnie. Alastor Moody nie wierzył już jednak w struktury – jak mógłby, skoro ci sami, którzy najpierw kazali mu zabijać w imię prawa, zaczęli później wchodzić w mętne układy ze szczurami, pojmanie których kosztowało go zbyt wiele czasu, wysiłku i fragmentów własnego, żywego ciała, by potrafił spojrzeć na to z szerszej perspektywy. Twarz miał pociętą starymi i zupełnie świeżymi bliznami; brakowało mu stopy, lewego oka i kawałka nosa, który stracił w potyczce dzięki jej uprzejmości, jak podkreślił kąśliwie, choć ona sama już dawno zdążyła zapomnieć o tych, których wydanie na śmierć nic jej nie kosztowało. Kazał jej schować różdżkę, zanim zrobi sobie krzywdę; musiał się jednak spodziewać, że go nie posłucha, bo nie udało jej się go zaskoczyć i rozbroił ją bez wysiłku, nieco znużony. Nawet nie zapytał, czy zabiła swojego brata; wiedział, że to zrobiła – i chociaż próbowała jeszcze zetrzeć ten uśmiech samozadowolenia z jego okaleczonej twarzy, wyznając mu wyzywająco, ale i bezradnie, niemal ze wstydem, że jej brat nie miał Znaku, Alastor Moody jedynie roześmiał się gorzko, rozgrzeszając ją jednym lekceważącym machnięciem ręki.
Nigdy więcej nie miała już wątpliwości.
Pogrzebał śledztwo w sprawie morderstwa jej brata, uznając jej działania za uzasadnione, właściwe, niemal konieczne i odwiedzał ją później czasem, by dzielić się swoimi wspomnieniami Edgara z czasów, gdy ten niczym się już z nią nie dzielił – a jednak nigdy nie zaufał jej na tyle, by choć raz wymienić z nazwy Zakon Feniksa, o którym Amelia wypowiadała się zawsze z wyraźną rezerwą, nie pochwalając partyzanckiego charakteru organizacji, której jej brat poświęcił się bez reszty, wolny od podobnych wątpliwości. Jak Alastor Moody mógłby obdarzyć zaufaniem kogoś, kto już raz zdradził, kto zabił własnego brata, kto pochodził z siedliska żmij? Początkowo czuła się dotknięta tą niemożnością odkupienia, znajdując pocieszenie jedynie w tym, że stary auror nikomu tak naprawdę nie ufał; z czasem jednak pozbyła się złudzeń. Czy ostatecznie nie osądził jej właściwie? Czy nie wyssała obłudy z mlekiem matki, jak poetycko ujął to przed laty Edward Bones, choć nie znał jej wcale? Czy nie miała zdrady we krwi? Gdyby tylko wiedział, ile kosztowało ją wydanie Rabastana Lestrange’a, naplułby jej w twarz.
Nie czuła się jednak winna. Czy nie dała mu wyboru, zanim jeszcze sama podjęła decyzję? Czy nie zdecydował się zostać, kiedy wciąż mógł jeszcze odejść? Musiał wiedzieć, że lojalność wobec Rudolfusa Lestrange’a, ta sama, która pogrążyła jej brata i wielu innych, w końcu pogrąży i jego, i była w tym okrutna ironia, że choć z Reesem darzyli się wzajemnie taką awersją, zgubiło ich to samo i że to ona im w tym pomogła.
Rabastana Lestrange’a pamiętała później wyraźniej jako tamtego chimerycznego, zamkniętego w sobie chłopca z czasów, gdy jeszcze nie odezwał się do niej ani słowem – i było niemal tak, jakby nigdy tego nie zrobił i nie łączyło ich nic poza przynależnością do domu Salazara. Wspomnienie jej brata z kolei zatarło się w jej pamięci przez lata do tego stopnia, że zabicie go wydawało się jedynie niespełnioną fantazją, choć jego śmierć długo pozostawała dla niej policzkiem, oskarżeniem, którego nie sposób odeprzeć, ostatnim wyrzutem sumienia, że była w stanie żyć bez Edgara Bonesa – że musiał znaczyć dla niej mniej, niż Rudolfus Lestrange dla niego.
Ale czy żyła bez niego? W ich starym mieszkaniu na poddaszu nie zostało po nim nic poza niechlujnie pomalowanymi przez niego ścianami, a jednak czuła jego obecność tak wyraźnie, jakby znajdował się tuż obok. W skrzypieniu starego parkietu rozpoznawała jego pospieszne kroki, drzwi trzaskające w przeciągu zawsze były drzwiami zatrzaskiwanymi przez niego w gniewie, bębnienie deszczu o szybę – niecierpliwym bębnieniem jego palców. Kuchnia wibrowała echem jego okrutnego śmiechu, jakim zwykł kwitować podejmowane przez nią kulinarne wysiłki; kafelki w łazience były przesiąknięte śladami jego mokrych stóp; stary fotel zawsze wydawał się nagrzany, jakby dopiero przed momentem się z niego zerwał. Jego niezgrabna sylwetka wciąż majaczyła na krawędzi jej pola widzenia i wydawało się, że wystarczy obrócić lekko głowę, przesunąć nieco wzrok, by znów zobaczyć jego dziwną, zmienną jak pogoda twarz, ściągnięte brwi, orli nos; z czasem jednak nauczyła się tego nie robić, kierować spojrzenie w przeciwną stronę, zadowalać powidokami, oszczędzać sobie rozczarowania. Teraz, gdy był martwy, mogła wreszcie powiedzieć mu wszystko, czego nie powiedziała mu, kiedy jeszcze żył, ze strachu, że spojrzy na nią inaczej – i czasem tylko, kiedy była na niego wściekła, kazała mu wracać do swojej żony, tej przeklętej szlamy, która urodziła mu synów, ale była zbyt dumna, by przyjąć jego nazwisko i skryć za nim swoje pochodzenie. Tęsknota za nim zawsze jednak sprowadzała go z powrotem i znów zasypiała z wyobrażeniem jego długich ramion zamkniętych wokół niej, budząc się z nadzieją, że jeszcze nie wstał, że było za wcześnie nawet dla niego, choć było już przecież za późno dla nich obojga. Wydawało się, że teraz nie mogła go już stracić, a jednak z każdym takim porankiem jego wspomnienie odrobinę bladło, stając się z wolna jedynie sumą listów Amelii, anegdot Moody’ego i jej własnych, wciąż na nowo opowiadanych samej sobie historii. I chociaż nie pozwalała sobie zapomnieć, paląc, by ocalić od zapomnienia ich ostatnie spotkanie, gdy śmierdział tytoniem i eliksirami odkażającymi; rozrzucając wszędzie książki tak, jak on by je rozrzucił; trzymając w rogu sypialni gotowy do użycia kociołek, którego nigdy nie używała, po szesnastu długich latach skrzypienie podłogi było już w końcu tylko skrzypieniem podłogi, a papieros – papierosem, którego odpaliła pstryknięciem palców nawet nie pomyślawszy o Edgarze Bonesie.
Z ulgą, ale i nieco mściwą satysfakcją odrzuciła na blat biurka list, którego autor, ten stary nudziarz z ostatniej konferencji, nigdy nie miał już otrzymać od niej odpowiedzi i wraz z obłokiem dymu, rzuciła w przestrzeń:
– Długo kazałeś na siebie czekać.
Nasłuchiwała, jak przystaje z wahaniem i jak po chwili zbliża się już bez tej zbędnej przecież ostrożności, by w końcu usiąść w fotelu pod oknem za jej plecami. Czy zapomniał już, że zawsze słyszała wszystko wyraźniej? Czuła na sobie jego wzrok, zaciągając się powoli dymem, ale dopiero z kolejnym obłokiem zmusiła się, żeby obrócić się w krześle i na niego spojrzeć.
Jego włosy były długie i mokre; skądkolwiek przychodził, musiało tam padać, bo niebo nad Edynburgiem było tego sierpniowego wieczoru czyste i wciąż jasne, choć słońce skryło się już za horyzontem. Było coś znajomego w jego milczącej obecności, kościach policzkowych niemal zdartych z jego wyniosłej matki, lekko zadartym nosie, który sprawiał, że wydawał się bardziej arogancki, niż był w rzeczywistości, a jednak nie rozpoznawała jego dłoni o krótkich, brudnych paznokciach, wychudłych członków skrytych pod zbyt obszerną szatą ani tych nieruchomych, palących oczu, które w bladym świetle końca dnia wydawały się bardziej niebieskie niż bladozielone z jej wspomnień, dawniej zmrużone, a teraz czujne i wyraźne za szkłami w cienkich, złotych oprawkach.
Przed rokiem, gdy po pierwszej masowej ucieczce wydrukowali w Proroku Codziennym jego stare zdjęcie, ostatnie, jakie zrobiono mu przed zesłaniem do Azkabanu, zastanawiała się, jak bardzo zmienił się przez te lata spędzone w zimnej, ciemnej celi i czy rozpozna go, gdy po nią przyjdzie. Nie miała wątpliwości, że w końcu to zrobi, nawet gdy zamknęli go znów wraz z innymi po tej awanturze w Departamencie Tajemnic – i chociaż miała czas, by uciec gdzieś daleko stąd, wraz ze śmiercią Amelii, która przyjęła nominację na Minister Magii jedynie dla zasady, świadomie podpisując tym swój wyrok, Lynn zrozumiała w końcu to, co Edgar Bones zrozumiał dawno temu – że czasem nie warto uciekać, nie za wszelką cenę.
Zaklęcia ochronne nałożyła zatem jedynie dla przyzwoitości i nie wyobrażała sobie, żeby stanowiły dla niego wyzwanie; drażnił ją jednak, każąc jej na siebie czekać i jedynie odwlekając to, co nieuniknione, bo nawet teraz, gdy już tutaj był, wciąż to odwlekał.
– Mogę dopalić? – rzuciła obojętnie, próbując nadać tej torturze jakieś ramy czasowe, a on tylko mrugnął na zgodę i gdy wydawało się, że następne minuty spędzą w milczeniu, zapytał cicho, ochryple:
– Gdzie teraz jest?
Strzepnęła popiół do popielniczki, nie odrywając wzroku od jego twarzy. Wyglądał jak jego ojciec w dniu, w którym został aresztowany, a jednak bardziej niż kiedykolwiek przypominał swoją posągową matkę, która podobnie jak on teraz, z trudem przełykając własną dumę i pogardę, jaką ją darzyła, odwiedziła ją raz przed laty, by w bękarcie, którego istnienia nie uznawała, odnaleźć odbicie swojego utraconego syna, nie otrzymując jednak nic poza fałszywym aktem zgonu. Tylko tyle miało pozostać po jej znakomitym rodzie – zaledwie kłamstwo i stos kości, których nie mieli pozwolić jej nawet ucałować przed pogrzebaniem w zbiorowej mogile pod murami Azkabanu. Czy nie powiedziała mu tego, gdy do niej wrócił? Czy nie rozpoznała w nim już swojego ukochanego syna?
Wiele by dała, by ten jeden, jedyny raz poznać jego myśli. Musiał się przynajmniej domyślać, że Susan nie była jego dzieckiem, że jego dziecka nie traktowałaby z podobną czułością, ale czy pytał o nią tylko po to, by po latach wziąć na niej odwet za to, czym nigdy nie była? Wszystko w nim krzyczało, że nie zadowolą go już kłamstwa, którymi dotąd się karmił, odrzucając prawdę i nie dbając o nią wcale, ale czy rzeczywiście był na nią gotowy, czy był to jedynie kolejny z jego kaprysów, z których nie zdołał odrzeć go ani Azkaban, ani upływ czasu?
– Które z was zabiło Susan Bones? – rzuciła mu w twarz wyzywająco, ale nawet jeśli zaskoczyło go to pytanie, nie dał tego po sobie poznać i tylko poruszył się leniwie w fotelu, a jego dłoń bezwiednie powędrowała do lewego przedramienia, na którym nosił Znak.
– Ja ją zabiłem – odparł po chwili zastanowienia z pewnym wahaniem, jakby nie pamiętał zbyt wyraźnie, po czym dodał, przypominając sobie nagle: – Bellatriks obcięła jej palce.
Z trudem wytrzymała jego spojrzenie. Czy o wszystkich swoich ofiarach zapomniał z podobną łatwością? Czy nie pamiętał już o tamtym chłopcu, którego zmusił do samookaleczenia, a którego jedyną zbrodnią były więzy krwi? Czy nie zdawał sobie sprawy z tego, co tamtego ostatniego dnia wolności zrobili Longbottomom, którzy nigdy nie odzyskali zmysłów i nie rozpoznawali nawet własnego syna? Chciałaby móc myśleć, że dopiero Azkaban zabił w nim litość, ale przecież nie znał jej już wcześniej.
– Jest bezpieczna – rzuciła sucho w odpowiedzi na jego pytanie.
Była bezpieczna staraniami Williama Bonesa, który wraz z upadkiem Ministerstwa zdecydował się wraz z całą rodziną opuścić Anglię jeszcze przed rozpoczęciem roku szkolnego, ale była też bezpieczna swoimi przekonaniami, śmiałością i tą puchońską wytrwałością odziedziczoną wraz z uszami po Edgarze Bonesie, która nie pozwalała jej zrezygnować nawet ze spraw dawno przegranych, czyniąc wszelkie wysiłki zapewnienia jej bezpieczeństwa daremnymi; nie sądziła jednak, by potrafił zrozumieć, dlaczego napawało ją to takim spokojem.
Zdusiła niedopałek w popielniczce; ich czas się skończył. Lestrange nie poruszył się jednak i tylko przyglądał jej się tak, jakby szukał czegoś na jej twarzy i wciąż tego nie znajdował. Czy aż tak zmieniła się przez te lata? Czy spodziewał się może palącego rumieńca wstydu na jej szyi, podczas gdy wciąż patrzyła mu w oczy bez skruchy? Nie była mu nic winna i przez ostatnie lata powtarzała to sobie wystarczająco wiele razy, by nie zwątpić w to nawet teraz, gdy patrzyła na to, co Azkaban zrobił z jego ciałem, co ona mu zrobiła.
Nie sięgnęła po różdżkę; nie zamierzała mu tego ułatwiać. Podniosła się z krzesła, a kiedy w żaden sposób na to nie zareagował, podeszła do niego i usiadła mu na kolanach, ciekawa, na ile jej pozwoli – i choć wszystkie jego mięśnie napięły się wyraźnie, jakby spodziewał się ataku, był jednocześnie głodny tego dotyku, którego tak długo był pozbawiony i wydawał się przez to bardziej bezbronny, niż był w rzeczywistości.
– Miałam nadzieję, że cię wtedy zabiją – wyznała otwarcie, opierając dłonie na jego klatce piersiowej ostrożnie, żeby przypadkiem nie spłoszyć jego miarowego oddechu, ale nie miała pewności, czy w ogóle to poczuł, czy był jeszcze w stanie poczuć cokolwiek po latach spędzonych w przenikliwym chłodzie Morza Północnego – wyraz jego twarzy pozostał niezmieniony i tylko jego spojrzenie stało się miękkie i patrzył na nią tak, jakby jej nie widział, jakby jej tam wcale nie było.
– Wiem – odparł tonem, który wydał jej się uspokajający, bo nie było w nim żalu ani pragnienia odwetu. – Próbowali.
Ledwo dotknęła jednak jego nagiej skóry tuż nad kołnierzykiem szaty, jego ciałem wstrząsnął nagły dreszcz obrzydzenia i odepchnął od siebie jej ręce, zaciskając palce na jej przedramionach z gwałtownością, której się po nim nie spodziewała. Jego oczy na moment rozszerzyły się w panice, by zaraz pociemnieć od gniewu tak zajadłego, że zerwała się na równe nogi, wyrywając z jego uścisku, a kiedy i on poderwał się z fotela, wydawało się, że wreszcie ją zabije, choć nie rozumiała, czym go sprowokowała; minęła jednak sekunda, dwie i wciąż stali naprzeciw siebie w ciszy przerywanej jedynie ich ciężkimi oddechami.
– Zrób to wreszcie – rzuciła w końcu niecierpliwie, wyczerpana tą niepewnością, w której ją trzymał, ale on tylko spojrzał na nią z wyrzutem, wciąż nieco roztrzęsiony, jakby to ona dręczyła jego, a nie on ją – i dopiero gdy wraz z niosącym się echem, okrutnym śmiechem Bellatriks Lestrange jego spojrzenie stężało, Lynn Marlow zrozumiała, że nigdy tak naprawdę nie znała Rabastana Lestrange’a i mogła jedynie z ulgą przymknąć powieki, by myśleć już tylko o zbyt dużych uszach Susan Bones.

without Justice

Wyszła z pokoju dzieci, delikatnie zamykając za sobą drzwi.
Codziennym rytuałem Romana było czytanie przed snem. Na początku małżeństwa miała trudności z przystosowaniem się do tego nawyku – próbowała odrywać go od lektury i wciągnąć w rozmowę, ale z czasem nauczyła się, że nie ma szans, by poświęcił jej całą uwagę, dopóki z własnej woli nie odłoży książki na stolik nocny, co działo się zwykle o tej samej porze. Jeśli tylko pochłonął go jakiś wątek, nie potrafił w żaden sposób przenieść swojej uwagi, odciąć się od myśli, którą przetwarzał. Jeśli zwracała na siebie uwagę zbyt nachalnie, stawał się rozdrażniony i nieobecny.
Poprawiła wiązanie jedwabnego szlafroka i podeszła do łóżka od jego strony. Podniósł na nią nierozumiejący, zamglony wzrok. Uśmiechnęła się słodko, chwyciła za grzbiet ciężkiego tomu i odłożyła ją na bok. Weszła na łóżko, siadając na mężu okrakiem. Czuła miękki materiał szlafroka i kołdry na swojej skórze. Położyła mu dłoń na policzku. Zadrapał wnętrze jej dłoni krótkim, szorstkim zarostem, kiedy spróbował odwrócić się w stronę książki, którą bezprawnie mu odebrano. Przytrzymała jego głowę, zmuszając go, by na nią spojrzał.
Pochyliła się nad nim i delikatnie pocałowała jego spierzchnięte usta. Wiedziała, że nie znosił, gdy jej długie włosy łaskotały go po twarzy, jednak nie dbała, by założyć je za ucho. Wsunął jej język do ust, niechętnie, najwyraźniej w nadziei, że jeśli spełni jej oczekiwania, będzie mógł wrócić do książki.
– Mercy – wyrzucił z siebie zachrypniętym głosem, kiedy stało się jasne, że nie będzie miał spokoju. Sądząc po brzmieniu jego głosu, nie używał go cały dzień. Jej imię zabrzmiało jak mieszanka pytania i wyrzutu. Nadszedł moment, by wytłumaczyć się z jawnego pogwałcenia zasad.
Mercy odrzuciła włosy do tyłu, z trudem powstrzymując wybuch złości. Dokładnie wiedziała, jaką cenę przyjdzie jej zapłacić za zakłócanie prywatnej przestrzeni męża, ale nie znaczyło to, że z czasem przyjmowała lepiej żałosne wyniki tych prób. Wieczorami nudziła się, przerzucając wściekle strony nieinteresujących ją magazynów, oczekując na wybicie dwudziestej trzeciej.
– Jestem w ciąży – rzuciła mu w twarz.
Nie sprawiło to, że poczuła się lepiej. Kiedy wyrzuciła z siebie tę informację, nagle zrozumiała, że podzieliła się w nią w najgorszy możliwy sposób. Napełniło ją to nieoczekiwaną goryczą, wzmocnioną jeszcze nieproszoną i niespodziewaną myślą o tym, jakich słów użyła jej siostra, kiedy mówiła Romanowi, że urodzi mu córkę. Ten moment wyjawienia tajemnicy miał być zwieńczeniem całego miesiąca pełnego radości, spokoju i – nieoczekiwanie – czegoś w rodzaju satysfakcji. Najwyraźniej jednak podzielenie się nowiną złamało dyskretny urok, którą ta informacja miała w jej głowie, zanim przestała być tajemnicą.
Roman najwyraźniej nie wyczuł jej nagłego rozgoryczenia, bo nareszcie zdecydował się skupić na niej całą swoją uwagę, już ani jedna nitka zainteresowania nie łączyła go z ciężkim woluminem, który leżał na kołdrze. Jego dotyk momentalnie ją uspokoił. Zawsze zabiegała, by ich relacja była oparta o fizyczną bliskość, mimo że jemu czułości przychodziły z pewną trudnością, a dla niej były tak naturalne. Chowanie się w jego objęciach i pocałunki były dyskretnym i ważnym przypomnieniem dla obojga, że wszystko co robią, robią dla wspólnego dobra. Przez osiem lat ich małżeństwa tylko raz dał jej powód, by w to zwątpić.
Usłyszała kroki, chociaż nie miała najmniejszej ochoty zajmować się czymkolwiek, co działo się poza ich sypialnią. Roman nie był tak wyczulony, bo kiedy sięgnęła po porzucony na podłodze szlafrok, próbował wciągnąć ją pod kołdrę. Tylko jej znakomity słuch i intuicja ich uratowały. Zanim drzwi do sypialni się otworzyły i pojawiła się w nich Annie, znów byli mniej więcej ubrani i tylko ich przyspieszone oddechy mogły świadczyć, że jeszcze nie spali.
Annie niezdarnie wgramoliła się im do łóżka, które było dla niej jeszcze zbyt wysokie i położyła się na kołdrze obok „Genealogii czarodziejów”, wtulając się w Mercy. Była w półśnie, jej zmrużone oczy nie zdradzały, czy w ogóle zachowała więcej świadomości niż tyle, ile potrzebne było jej, by odnaleźć drogę do pokoju rodziców. Mercy pogłaskała córkę, przykryła swoim kocem, objęła ją ramieniem i dopiero wtedy spojrzała na Romana. Jego mina spowodowała, że miała ochotę wybuchnąć śmiechem.
Jego wzrok mimowolnie skierował się na drzwi, a ona nie wiedziała, czy wypada uświadamiać mu, jak bardzo jest do tyłu, jeśli chodzi o własne dzieci. W ich rodzinie to Mercy zajmowała się dziećmi, starała się rozpoznawać ich emocje i odpowiednio nimi pokierować. Miała wrażenie, że Roman tego nie potrafił i nie miała do niego żalu. Dzieci były dla niego elementem codzienności, który czasami – jak tego wieczoru – sprowadzał go na ziemię. Rzadko z nimi rozmawiał, być może nawet tego nie potrafił. Z rozwijaniem więzi z dziećmi czekał najwyraźniej do momentu, w którym staną się bardziej rozumne, ale Mercy sądziła, że i z wyczuciem tej chwili ma szansę się spóźnić, skoro nie zauważył nawet, że jego syn podjął już decyzję, że jest zbyt dorosły, by przychodzić w nocy do rodziców. Mercy dokładnie wiedziała, że Wolfie leży teraz na swoim łóżku, prawie widziała, jak jego duże, brązowe oczy wpatrują się w sufit i jak kształtuje charakter, z całej siły zmuszając się do pozostania w łóżku i nie ruszenia za swoją siostrą. Roman zupełnie to przeoczył.
Nie zmieniało to faktu, że dystans, który sztucznie kreował jej mąż powodował, że dzieci jeszcze bardziej zabiegały o jego uwagę. Być może podświadomie czuły, że muszą się czymś wykazać, by zdobyć jego akceptację. Było to w pełni zrozumiałe w przypadku Wolfiego. W przypadku Annie tendencja powoli się odwracała, ostatnio Annie nie próbowała już zbliżyć się do ojca, zadowalając się towarzystwem Mercy.
Mercy wciąż pamiętała dzień, w którym Roman przyniósł Annie do ich domu. Pamiętała swoją determinację, by wszyscy odczuli, że jej decyzja była ostateczna i nieodwołalna. Sama się tak nie czuła, miała pełną świadomość, że gdyby tylko zaczęła zastanawiać się nad konsekwencjami swojej decyzji albo swoimi odczuciami w stosunku do niej, od razu nabrałaby wątpliwości, na które w tamtym czasie nie było miejsca. Prawie nigdy nie wracała też do tych wspomnień, bojąc się, że wyzwoli to falę emocji, z którymi nie miała zamiaru sobie radzić. Była gotowa z całych sił bronić rodziny, którą założyła, nawet jeśli oznaczało to zranienie rodziny, w której się urodziła. Jako matka doskonale wiedziała, że rozstanie z rodzonym dzieckiem na zawsze pozostawi ślad w psychice Justice, ale nie widziała innego sposobu, by uratować własne życie, jak przygarnąć dziecko swojego męża, nawet mając świadomość, że Justice podjęła tę decyzję pod naciskiem. Mercy wysłała do niej Romana, wiedząc dokładnie, że bezpośrednia konfrontacja z siostrą mogłaby podważyć jej przekonanie, że miała prawo tak postąpić.
Całkowicie zerwała też kontakt z siostrą. Nie rozmawiali o niej od czasu, kiedy Roman powiedział jej o dziecku, a od kiedy przekazał Justice informację o decyzji, jaką podjęli i od czasu, kiedy przyniósł Annie w małym zawiniątku i bez słowa podał ją Mercy, Mercy prawie nie myślała o swojej siostrze. Milczenie Romana było jego jedynym komentarzem. Mercy sądziła, że będzie to trudniejsze, że widok Annie będzie jej o niej w jakiś sposób przypominał, ale była to niepotrzebna obawa. Ich dzieci nie przypominały wprost ani Romana, ani Mercy, nie były prostym wynikiem dodawania. Nie wiedziała zresztą, czego tak naprawdę oczekiwała, skoro jedyną cechą fizyczną odróżniającą ją od jej siostry było małe znamię na plecach. Pod względem fizycznym Annie była jej dzieckiem nawet bardziej niż był nim Wolfie.
Nigdy nie miała więc realnego powodu, by czuć się zagrożoną, ale dopóki nie zorientowała się, że jest w ciąży, nie uświadomiła sobie, że przez te lata tak właśnie się czuła. Pomimo usunięcia siostry ze swojego życia i tego, że zarówno Roman, jak i Justice zrobili wszystko, czego od nich wymagała, by zadośćuczynić jej tamtego wyskoku. Miała też całkowitą pewność, że zawsze będzie jedyną matką swoich dzieci – mimo tego wszystkiego dopiero teraz czuła, że to ona wygrała. Nie mogła powstrzymać się, by jakoś tego nie przypieczętować, by wszystkim o tym głośno powiedzieć. Robiła to z pobudek czysto egoistycznych, ale nie miała poczucia winy mimo świadomości, że nikt poza nią już tego nie potrzebuje. Roman zdążył już przysnąć, kiedy zdecydowała się mu to powiedzieć głośno, zupełnie nie zważając na to, czy nie obudzi Annie. Sięgnęła ramieniem ponad drobnym, skulonym ciałkiem córki i lekko szturchnęła męża w ramię.
– Już czas, żeby Justice poznała swoją córkę.

Tonight, tonight

You can never ever leave
Without leaving a piece of youth
And our lives are forever changed
We will never be the same
/Smashing Pumpkins – Tonight, tonight/

Pierwsze krople letniego deszczu – tak wyczekiwanego przez wszelką zieleń, która przebiła się przez pokryty betonem Londyn – dotknęły chodnika w tym samym momencie, kiedy zamknął się w łazience Potterów, bezpieczny w Dolinie Godryka. Nadal oddychał ciężko, jakby przebiegł całą drogę między Londynem a Dorset, choć przecież nie byłby w stanie tego zrobić, nawet nienawiść, która zasnuwała mu obraz czerwienią i którą smakował w ustach – smakowała krwią, kurzem i, nie wiedzieć czemu, lukrecją – nie dałaby mu dostatecznie dużo siły. Przestronna łazienka Potterów – pełna beżów i bieli, prostych kształtów i puchatych ręczników – nie pasowała do niego, czy może raczej on nie pasował do niej. Roztrzęsiony i na poły szalony – przecież musiał być szalony – pośrodku tej jasności wyglądał jak… jak ponurak. Myśl ta sprawiła, że parsknął śmiechem, zbyt głośnym i trwającym zbyt długo, by mógł być zignorowany.
Ledwie zdążył go stłumić, zdławić w sobie, śmiać się dalej w sobie, nim usłyszał niepewne pukanie do drzwi.
– Wszystko w porządku, Syriuszu?
Nic nie było w porządku. Nic.
– Oczywiście – zapewnił, choć w pierwszej chwili nie był pewny, czy to jego głos.
– Zawołaj mnie, gdybyś czegoś potrzebował – powiedziała pani Potter, a potem odeszła, wyraźnie słyszał jej oddalające się kroki.
Nie planował jej wołać, nawet gdyby miał stracić resztki siebie pośrodku jej zadbanej, idealnej łazienki.
Nadal siedział na podłodze, opierając się plecami o wannę. Wodził oczami po ścianach, bezrefleksyjnie katalogując wszystko, co stało na półkach, każdą buteleczkę, każdy flakonik… Co jakiś czas trafiał na obrazek w ramce, zza której patrzyły na niego kocięta lub dzieci, wszystkie w towarzystwie kwiatów i wszystkie tak samo przestraszone. Jakiejś części jego świadomości to niemal pochlebiało – tej mrocznej części, która mogłaby trafić do Slytherinu, która mogłaby być Blackiem.
Szybko przeniósł wzrok na niewielkie okno przysłonięte firanką. Po szybie płynęły ciężkie krople deszczu, a Syriusz poczuł, że w gardle znów rodzi mu się płacz, który chciał ze wszelkich sił stłumić. Już wcześniej – kiedy pierwsza wściekłość minęła i kiedy zdał sobie sprawę, że tym razem nie może wrócić, tym razem nie może dać im wygrać – uronił kilka łez, która zdradziecko popłynęły po jego policzkach, kiedy ze wszelkich sił starał się je powstrzymać, zawrócić, zdławić w zarodku. Musiał je jednak wytrzeć wierzchem dłoni, wykonując wściekły ruch. Wściekłość była łatwiejsza, płonęła jasnym, gorącym płomieniem, wychodziła z trzewi i rozlewała się na resztę ciała, oplatając kręgosłup jęzorami żywego ognia. Wypierała wszystkie inne emocje, które w pewnym momencie próbowały nad nim zapanować, ale chwycił się jej, jak tonący łapie cokolwiek, co tylko przypomina linę, żeby tylko pozostać na powierzchni.
Za oknem było już ciemno. Nawet gdyby przesłuchiwano go przed Wizengamotem, nie byłby w stanie ustalić, czy to tylko wina burzowej chmury, czy też siedział na podłodze tak długo, aż zapadł zmrok. Deszcz nadal tłukł w szybę, tak samo nieustępliwy jak pół godziny i miliard lat temu.
Z trudem się podniósł, zmuszając do wysiłku mięśnie, które zastygły w bezruchu, napięte, jakby gotowe do kolejnej ucieczki. Podszedł do umywalki, żeby ochlapać twarz wodą – zmyć ślady, przecież każdy, kto go widział, musiał je widzieć, musiał wiedzieć, że płakał – i ze zdziwieniem stwierdził, że jego twarz się nie zmieniła. Patrzył na niego ten sam Syriusz, którego widział tego samego ranka – naprawdę to było dziś rano? – w łazience domu przy Grimmauld Place. Było w tym coś niedorzecznego, niemożliwego, wręcz nieprzyzwoitego, że jego twarz była wciąż tą samą twarzą, która przedrzeźniała Regulusa przy rodzinnym stole czy którą w porywie złości uderzyła Walburga Black.
Nie mogąc dłużej znieść tego widoku, który nijak nie przystawał do wszystkiego, co kotłowało się w syriuszowym sercu, gotowe eksplodować, jeśli tylko wściekłość przestanie sterować całym jego ciałem, mechanicznie zdjął z siebie ubranie – kupione w mugolskim sklepie, żeby tylko zrobić im na złość – i wszedł do wanny.
Woda powinna go uspokoić, ale im dłużej w niej leżał, tym boleśniej był świadom, że wściekłość go opuszcza, ale jej miejsca nic nie zajmuje. Kiedy zawartość wanny całkiem ostygła, a jego palce namiękły jak nigdy, zdał sobie sprawę, że wypełnia go pustka tak namacalna, że aż musiał sprawdzić, czy nadal ma brzuch i nogi. Były tam, kiedy wycierał je puchatym, beżowym ręcznikiem pani Potter, były tam, kiedy zakładał piżamę i musiały tam nadal być, kiedy zebrał swoje rzeczy i wyszedł na korytarz. Możliwie bezszelestnie – jakby nigdy nie istniał, jakby go tu wcale nie było – dotarł do pokoju gościnnego, do którego pani Potter przyniosła koce i poduszki, jeszcze zanim nawiązał duchowy kontakt z podłogą w jej łazience. Zapewniała, że to żaden problem, że miło im go gościć – i była przy tym tak szczera, że niemal jej wierzył.
Na znajdującej się w pokoju sofie leżał James, który bawił się złotym zniczem. Wypuszczał go, pozwalał mu przez chwilę cieszyć się wolnością, a potem łapał, zduszając wszelkie złudzenia co do tego, kto w tej sytuacji ustalał zasady. Syriusz poczuł, że go mdli, ale nic nie powiedział. W milczeniu patrzył, jak złota piłeczka raz po raz próbuje wyrwać się na wolność i wraca do dłoni Jamesa.
– W końcu nawiałeś – powiedział, a w jego głosie pobrzmiewała duma z przyjaciela. Wcześniej, kiedy Syriusz stanął na progu ich domu, wymienili niewiele słów, obaj zbyt oszołomieni. – Ale się wkurzą.
– Już byli wkurzeni – odpowiedział Syriusz, oczekując powrotu wściekłości.
James zaśmiał się i przez chwilę wydawało się, że zgubi swój złoty znicz, ale ponownie udało mu się w porę podciąć skrzydełka i zamknąć go w dłoni.
– Chcesz o tym pogadać?
Syriusz przez chwilę milczał, rozważając, jak ubrać w słowa wszystko, co się wydarzyło tego dnia – od śniadania, przez odwiedziny wuja Cygnusa, zasłyszane ukradkiem dyskusje o nim czy o Andromedzie – czarnych owcach wśród Blacków – a potem, w okolicy obiadu, wszystko eskalowało tak szybko, że pamiętał tylko te mniej znaczące urywki, wśród których przewijały się przytyki do kolorów Gryffindoru, do tego koszmarnego, mugolskiego wynalazku, który odtwarzał muzykę, do dekoltu Brigitte Bardot… To było łatwiej pamiętać, łatwiej ubrać w słowa i opowiedzieć Rogatemu, zostawiając w tej historii przerwy wystarczająco długie, by mógł się pośmiać, i dostatecznie krótkie, by nie dostrzegł, że w opowieści brakuje wielu elementów. Że niezależnie od tego, jak Walburga i Orion Black nienawidzili połączenia złota z czerwienią, odsłoniętych ramiona Bardot i piosenek Bruce’a Springsteena, które Syriusz pokochał, żadna z tych spraw – ani nawet wszystkie naraz – nie tłumaczyła, czemu pierworodny szlachetnego i starożytnego rodu Blacków znalazł się bez dachu nad głową.
James nadal rechotał, zbyt rozbawiony wizją plakatu tańczącego kankana pośród rodowych sreber podczas niedzielnego obiadu.
– Dobre zaklęcie – powiedział, a w jego oczach zalśniło coś, co nakazywało sądzić, że wkrótce podobne zjawisko będzie można zaobserwować na stole w kuchni państwa Potterów.
Syriusz uśmiechnął się krzywo.
– Miałem czas, żeby ćwiczyć.
To na chwilę otrzeźwiło Jamesa, który w mgnieniu oka spoważniał.
– Nie powinieneś był tam w ogóle wracać – oświadczył, podnosząc się z sofy. – To banda oszołomów, szkoda twojego czasu na nich. Powinieneś był prosto z Londynu przyjechać do nas.
Syriusz odruchowo skrzywił się lekko, jakby słowa te dotknęły go fizycznie. Choć ten lekki grymas znikł tak szybko, jak się pojawił, to nie uszedł uwadze Jamesa; Rogaty nie wiedział jednak, co z właśnie powziętą wiedzą zrobić, więc wzruszył ramionami i klepnął Syriusza w ramię.
– Wyśpij się, a jutro pogramy w quidditcha – powiedział, wychodząc z pokoju.
Syriusz zbyt szybko został sam ze swoimi myślami, swoją pustką – która po wyjściu Jamesa stała się jeszcze bardziej oczywista, bo wcześniej była, ale mógł ją odepchnąć, zlekceważyć, zepchnąć na drugi plan, skoro była zbędna w tej rozmowie, skoro mógł ją przykryć zabawnym komentarzem i niezbyt szczerym uśmiechem – i z tobołkiem ubrań, które przyniósł z łazienki. Rzucił je w kierunku krzesła, nie patrząc nawet, gdzie wylądowały. Przez ułamek sekundy poczuł wyrzuty sumienia – pani Potter nie powinna patrzeć na jego brudne skarpetki, kiedy tu jutro wejdzie – ale były one zbyt małe, by coś z nimi zrobił. Zamiast tego rzucił się na sofę, układając się wygodnie i wbijając wzrok w sufit. Jedynym źródłem światła – teraz, kiedy James zamknął za sobą drzwi do korytarza – był księżyc. Zbliżała się pełnia, ale cóż z tego, jeśli Remus był setki kilometrów stąd.
Poprzedniej nocy patrzył na księżyc przez zupełnie inne okno, leżąc na zupełnie innym łóżku i zastanawiając się, jak długo jeszcze zniesie to, co działo się przy Grimmauld Place. Jak długo pozostanie jeszcze sobą – Syriuszem – zanim coś w nim pęknie i stanie się kimś innym – Blackiem. Przecież o to im właśnie chodziło, pod tymi wystudiowanymi maskami obojętności kryło się pragnienie, by był taki jak oni; czuł je w każdym pogardliwym spojrzeniu, w każdym wymierzonym mu razie, w każdej złośliwości. Umacniało to jego postanowienie, by nigdy nie stać się jednym z nich, ale…
Ale…
Syriusz zamknął oczy, przywołując w myślach jakąś – jakąkolwiek – piosenkę z tych, które ostatnio słyszał w radio. Niemal chwytał myślą melodie i słowa, ale wszystkie prędzej czy później rozmywały się, łączyły w bezsensowne twory albo urywały. Gdzieś tam, z tyłu głowy, była cały czas twarz jego matki, jej głos, grymas wściekłości i – co gorsze – błysk aprobaty w oczach.
Nie było nic straszniejszego niż aprobata Walburgi Black.
Otworzył oczy i położył się tak, by widzieć okno. Księżyc znajdował się poza zasięgiem jego wzroku, ale świecił jasno. Nigdy nie przykładał się do astronomii na tyle, by móc oczyścić umysł dzięki znajomym kształtom gwiazd; wiedział też, że nie spotka na nocnym niebie swojego imiennika, który wakacje spędzał na południowej półkuli. Może miał dobry pomysł, może Syriusz powinien był podążyć jego tropem, uciec gdzieś daleko, gdzie nikt go nie znał, nikt nie mógł oceniać go po statusie krwi czy zastanawiać się, kiedy okaże się, że jabłko wcale nie pada daleko od jabłoni.
To tylko kwestia czasu.
Potrząsnął głową, chcąc pozbyć się pobrzmiewającego w niej głosu matki. Nie chciał o niej myśleć – już nigdy – a szczególnie nie kilka godzin po tym, kiedy ostatecznie się od niej uwolnił, kiedy uciekł, by już nigdy nie powrócić.
Poczuł, że zaschło mu w ustach, choć przecież nic nie mówił.
Cicho, najciszej jak mógł, żeby nikogo nie obudzić przeszedł przez ciemny korytarz do kuchni. Tam jednak zorientował się, że nie tylko on ma problemy ze snem. Eufemia Potter siedziała w wygodnym fotelu w przestrzeni pomiędzy kuchnią a salonem, zatopiona w lekturze jakiejś opasłej księgi. Tuż obok niej druty niezmordowanie pracowały nad robótką z granatowej wełny. Syriusz chciał się wycofać, żeby nie zakłócać jej spokoju, ale było już za późno. Jasne, niebieskie oczy zdawały się prześwietlać go na wylot. Nawet jeśli biła z nich sympatia, Syriusz miał ochotę skryć się w mroku i pozostać w nim tak długo, aż matka Jamesa nie pójdzie spać. Bał się tego, co Eufemia może w nim znaleźć, jeśli jej wzrok zbyt uważnie zacznie badać jego wnętrze.
Krwi się nie oszuka, a w jego żyłach płynie krew Blacków.
– Też nie możesz spać? – zapytała dobrotliwie, a jej pokrytą zmarszczkami twarz rozświetlił uśmiech. – Księżyc miesza nam wszystkim w głowach.
– Tak – odpowiedział cicho, niepewnie przestępując z nogi na nogę. Mógł uciec z domu, mógł robić wszystko, by przekonać świat o tym, na jak niewielu rzeczach mu zależy, mógł… mógł wiele, ale teraz, kiedy między nim a szklanką wody stała cała dobroć pani Potter, czuł się, jakby znów miał cztery lata i potrzebował kogoś, kto odgoni wszystkie koszmary.
Wtedy nikogo takiego nie znalazł. Nie chciał nawet myśleć, że teraz mogłoby być inaczej, perspektywa ta była zbyt przerażająca.
– Martwiliśmy się o ciebie, Syriuszu – powiedziała. – James nie dostał żadnej sowy od początku wakacji.
Skinął głową, z trudem przełykając ślinę. W gardle utworzyła mu się gula, która niewiele miała wspólnego ze wspomnieniem martwych ptaków lądujących na trawie przed domem po tym, jak zostały rażone klątwą, a więcej z tym, że nie wiedział, co powinien zrobić z wiedzą o tym, że ktoś się o niego martwił.
– Próbowałem… próbowałem napisać.
Pani Potter pokiwała głową, a w jej oczach – zamiast wesołych błysków, które zwykle mógł dostrzec – pojawiło się coś, co nakazało mu spuścić wzrok. Skąd mógł wiedzieć, czy nie tak wygląda oklumencja, a ostatnim, czego by chciał, to jakikolwiek oklumenta – nawet najsympatyczniejszy – oglądający jego wspomnienia.
– Cieszę się, że udało ci się do nas dotrzeć – zapewniła. – Podróż musiała być trudna.
Syriusz pomyślał o wyrzuconym przez okno kufrze, o tym, jak bał się, że skręci kostkę, kiedy wyskoczy za nim – a wtedy go znajdą, wtedy nie da rady się oddalić – o tym, że jeszcze bardziej się bał, że złapią go, zanim wmiesza się w tłum mugoli, o oglądaniu się przez ramię przez kilkanaście kilometrów wędrówki po Londynie, o próbie kupienia mugolskiego jedzenia za złoto, kiedy nie miał przy sobie innych pieniędzy, o strachu, który kurczył żołądek tak bardzo, że nie mógł myśleć o niczym innym, tylko o tych kilku sekundach, które…
A potem był Błędny Rycerz i Dorset, i Dolina Godryka.
– A skąd. – Zmusił się do uśmiechu. – Błędny Rycerz nie jest aż tak zły.
Pani Potter posłała mu łagodny uśmiech, który sygnalizował, że wie, co Syriusz próbuje zrobić, i póki co mu na to pozwala. Podbródkiem wskazała jedno z krzeseł, nakazując mu, by usiadł.
– Nie będę przeszkadzał – mruknął, próbując wycofać się z kuchni.
– Nonsens – odpowiedziała, przywołując różdżką imbryk i filiżankę, która wydawała mu się tak idiotycznie różowa i pokryta rysunkami kwiatów, że nie mógł wyobrazić sobie, dlaczego ktokolwiek mógłby taką z własnej woli kupić. Jego matka…
Ale nie chciał myśleć o swojej matce.
Eufemia nalała mu herbaty do filiżanki i ponownie zwróciła w jego stronę badawcze spojrzenie.
– Zostaniesz do końca wakacji?
Tym razem nie próbował się uśmiechać, po prostu skinął głową.
– Jeśli to nie problem – powiedział ciszej, niż chciał. Jego głos był zbyt słaby, zbyt niepewny, a przecież Syriusz nie mógł być słaby i niepewny, nie teraz, kiedy słowa jego matki były tak świeże w jego głowie.
Wrócisz tu, wrócisz z podkulonym ogonem.
Nigdy nie wróci do tego domu. Będzie mieszkał w lesie, pod mostem, wprowadzi się do Zakazanego Lasu, jeśli będzie musiał, ale nie wróci na Grimmauld Place.
– Żaden – zapewniła, popychając w jego stronę cukiernicę. – Im nas więcej, tym weselej, prawda?
Zupełnie nieproszony do jego umysłu wdarł się obraz roześmianego wuja Cygnusa. Kto by pomyślał, że strach może tak szybko zastąpić śmiech. Kto by pomyślał, że…
Ale o wuju Cygnusie też nie chciał myśleć, nie w przytulnej kuchni Potterów.
– Na pewno nie będę sprawiał większych problemów niż James – wyszczerzył zęby w tak dobrze sobie znanym uśmiechu i miał nadzieję, że nie pęknie mu od tego twarz.
– Czasami nieźle nam daje w kość – zaśmiała się Eufemia i przez chwilę Syriusz mógłby przysiąc, że miała nie więcej niż 30 lat. – Ale coś ci powiem, niedaleko pada jabłko od jabłoni.
Mrugnęła porozumiewawczo, a po kręgosłupie Syriusza przeszedł dreszcz tak gwałtowny, że aż podskoczył wraz z krzesłem, na którym siedział. Nerwowo chwycił za filiżankę, próbując zamaskować swój nagły ruch.
Niemal spełnił ich oczekiwania, przecież powiedzieli…
Nie mógł być taki jak oni.
– O? – wykrztusił w końcu, zdając sobie sprawę, że cisza, która zapadła, musi być co najmniej niezręczna.
Eufemia uważnie mu się przyglądała, już nie udając, że nie dostrzega jego dziwnego zachowania. Teraz próbowała ocenić, co się stało, że stanął na ich progu – rozdygotany i z szaleństwem w oczach.
Nie wiedział, jak głęboko w sobie ma ukryć wydarzenia tego popołudnia, ale oddałby wiele, żeby nikt się o nich nie dowiedział. Inna część umysłu Syriusza niemal żałowała, że nie wypowiedział tych słów, że nie był w stanie – musisz chcieć go użyć, synu, musisz naprawdę chcieć – bo podczas gdy jarząca się różdżka wywoływała strach w oczach wuja Cygnusa, wypowiedzenie tych słów wywołałoby strach w oczach ich wszystkich. Strach był lepszy niż to, co widział, kiedy uciekał na piętro. Chociaż… wtedy stałby się jednym z nich, matka sama to wykrzyczała, wtedy byłby Blackiem.
Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że Eufemia opowiada o przygodach swojego męża w Hogwarcie. Fleamont był Gryfonem – oczywiście – i łamał regulamin szkoły niemal tak samo często jak jego syn.
Syriusz próbował skupić się na jej słowach, ale serce biło mu jak oszalałe, a z tyłu głowy wciąż miał te wszystkie słowa i spojrzenia, które przelały czarę goryczy, które uświadomiły mu – ostatecznie – że jeśli nie przetnie wszystkich więzów, które łączą go z rodziną, to oni wygrają. Żadne mugolskie plakaty, żadne barwy go przed tym nie uchronią. To coś, ten pierwiastek blackowatowści, było w nim jak bomba i mogło wybuchnąć. Jeśli nie ucieknie, to zwariuje i stanie się jednym z nich – nieważne, czy nastąpi to za tydzień, czy za dekadę.
– Och, chyba nie powinnam cię zanudzać opowieściami sprzed stu lat – powiedziała w końcu.
Chciał zaprotestować, zapewnić, że jej opowieści warte są wysłuchania, ale… nie mógł przywołać żadnej z nich. Wolał więc milczeć.
Eufemia wstała ze swojego fotela i, pokrzątawszy się chwilę po kuchni, podczas gdy Syriusz uparcie wbijał wzrok w filiżankę, ruszyła w kierunku korytarza.
– Syriuszu – odezwała się, już u drzwi pomieszczenia – zostań z nami tak długo, jak tylko masz ochotę. Jesteś dla Jamesa jak brat.
Pokiwał tylko głową, bo w gardle znów urosła mu gula, której nie był w stanie przełknąć – tym razem jednak powodem jej powstania było wzruszenie, nie strach czy wstyd. Nie wiedział, czy pani Potter w ogóle widziała jego kiwnięcie, ale nie miało to większego znaczenia. Ich dziwna rozmowa musiała dostarczyć jej więcej informacji, niżby chciał.
Kiedy został sam, wypił jeszcze kilka filiżanek herbaty. Tu, w tej przytulnej kuchni, z tą idiotycznie różową filiżanką w dłoni łatwiej było mu zrozumieć, poczuć, że w końcu jest daleko od sreber i szarości, że właściwie nic, co stało się przy Grimmauld Place – nieważne, jak przerażające i jak bardzo chciałby o tym zapomnieć – nie miało większego znaczenia teraz, kiedy uciekł. Właściwie… czy nie było w tym jakiejś poetyckiej sprawiedliwości? Syriusz nie był fanem poezji i rzadko ją rozumiał, ale wśród wszystkich emocji, które odczuwał – wciąż przygaszone, ale powoli wypełniające jego pustkę – pączkowało coś, co nakazywało mu się śmiać, gdy myślał o tym, że podniósł na nich różdżkę, że ten akt buntu – tak przecież różny od dotychczasowych wyrazów buntu, z którymi się już oswoili – wywarł na nich takie wrażenie. Chciał myśleć, że nigdy nie zamierzał wypowiedzieć tych słów, że nienawiść, którą czuł we krwi, nie była dostatecznie silna, ale… nie wiedział. Nie mógł był pewien sam siebie. Wolał nie być.

without Mercy

 – Jest środek nocy – powiadomił ją Roman, gdy tylko otworzył drzwi. Zrobił to jeszcze zanim zdążyła użyć zardzewiałego dzwonka albo pięści, co trochę wytrąciło ją z równowagi. Nie wyglądał, jakby spał albo szykował się do snu – wciąż miał na sobie swój typowy zestaw złożony z czarnych spodni garniturowych i koszuli z podwiniętymi rękawami. Tylko jego bose stopy świadczyły o tym, że w tej chwili zestaw nie był uniformem służbowym, lecz pełnił rolę stroju domowego.
Minęła sekunda, nim zdołała wymazać ze swojej twarzy wyraz zaskoczenia. Zastanawiała się, czy skoro nie spał, widział lub słyszał, jak kilkukrotnie przeszła korytarzem pod jego drzwiami, zanim zdecydowała się wejść. Jeśli tak, nie zamierzała dać po sobie poznać, że ją to krępuje.
– Długo się zastanawiałam, czy w ogóle tu przyjść – odpowiedziała zgodnie z prawdą rzeczowym tonem, znakomicie pasującym do powodu ich spotkania. Podała szwagrowi ciężką torbę materiałową, którą wcześniej trzymała w ręku i, nie czekając na zaproszenie, przekroczyła próg jego tymczasowego mieszkania.
Było bardzo małe. Wnętrze niewielkiego pokoju rozświetlone było jedynie pomarańczowym światłem ulicznej latarni, a Justice podejrzewała, że mieszkanie jest bardzo ciemne nawet w ciągu dnia. Jedna ze ścian zastawiona była całkowicie regałami zarzuconymi stosami książek, a przytłaczające wrażenie potęgowały pozostałe meble – zbyt ciężki drewniany stół i duża wersalka obita welurem. W najciemniejszy róg pokoju wciśnięto małą lodówkę i kuchenkę. Było to mieszkanie, w którym ktoś mógłby umrzeć ze starości.
Roman położył torbę na malutkim blacie obok zlewu i zaczął wypakowywać zawartość. Justice nie kwapiła się do pomocy. Czuła się niezręcznie. Wycofała się pod okno. Zanim oparła się o parapet, bezwiednie przetarła po nim palcami. Choć na pierwszy rzut oka to miejsce przypominało norę, była to przynajmniej niezwykle czysta nora.
– Mogłabyś? – zapytał, podając jej dwa słoiki z sokiem, a ona rzuciła mu nierozumiejące spojrzenie. Dopiero kiedy wskazał podbródkiem w stronę okna, wzięła od niego słoiki i odłożyła je na małą półkę pod parapetem.
Kiedy wypakował już tygodniowe zapasy żywnościowe przyrządzone przez jego żonę i złożył materiałową torbę w równą kostkę, wręczył ją Justice, która tymczasowo odłożyła ją na puszkę z kawą. Roman rzucił jej zaskoczone spojrzenie, a Justice pomyślała, że pewnie spodziewał się, że jak zwykle wyjdzie, gdy tylko spełni swoją rolę posłańca.
Zanim zdążył jakoś zwerbalizować swoje zdziwienie i tym samym uczynić tę sytuację jeszcze bardziej niezręczną, Justice zdecydowała się jednak odezwać:
– Mógłbyś mi wytłumaczyć, co się właściwie stało? – zapytała chłodno.
Niełatwo przeszło jej to przez gardło, bo wymagało to przyznania się, jak niewiele wie. Biorąc pod uwagę to, że Mercy od miesiąca zbywała ją półsłówkami, oczekując wyłącznie wypełniania funkcji neutralnego pośrednika, nie miała już innej możliwości, by się dowiedzieć, jak po prostu zapytać. Zawiłe intrygi były specjalnością jej siostry i to konieczność stanowienia przeciwwagi dla tej postawy wytworzyła w Justice silną potrzebę doprowadzania do bezpośrednich konfrontacji. Nie zawsze jednak przychodziło jej to z łatwością.
Przez lata wyrzucała sobie na przykład, że milczała w dniu ślubu siostry. Wtedy powstrzymała ją tylko niepisana tradycja, że w dniu ślubu nie powinno się już poddawać pod wątpliwość wyboru małżonka. Długo nie mogła zrozumieć, z jakiego powodu Marcy wybrała sobie właśnie Romana. Ten mężczyzna, starszy od nich o dekadę, wydawał się najmniej odpowiednim z kandydatów. Justice pamiętała, że kiedy go poznała, trudno było jej uwierzyć, że w ogóle udało mu się przyciągnąć uwagę Mercy i nie wierzyła w przetrwanie tego związku – Snicket wydawał się zbyt wycofany i cichy, by móc przetrwać z jej towarzyską siostrą. Kolejne lata pokazały, że się pomyliła – w czasie swojego małżeństwa Mercy i Roman wypracowali pewien kompromis i do niedawna wydawało się, że jedynym powodem, dla którego Justice miała trudności z zaakceptowaniem narzeczonego swojej siostry, była zazdrość o nią. Wiele wskazywało jednak na to, że i Mercy ogarnęły w końcu wątpliwości, a Justice mogła wyobrazić sobie tylko jeden powód, dla którego się tak stało.
– Zdradziłeś ją, prawda? – zapytała agresywniej, kiedy nie odpowiedział na pierwsze pytanie. Słysząc zdenerwowanie w jej głosie, uśmiechnął się lekceważąco, co jeszcze bardziej zirytowało Justice. Czuła, że traktował ją z góry.
– Nie – wyrzucił z siebie z irytującym opanowaniem.
Miał nad nią przewagę, którą częściowo tłumaczyła sobie różnicą wieku – w jego towarzystwie zawsze czuła się jak pierwszoroczniak. Czuła, że jej wysokie buty i elegancki płaszcz wprost krzyczały, jak bardzo jej zależy, podczas gdy Roman sprawiał wrażenie, jakby cała sytuacja niewiele go obchodziła. Była to cecha, która zawsze ją w nim irytowała i Justice podejrzewała, że Mercy też miała trudności, by ją zaakceptować.
Miał też realną przewagę, którą dawało mu to, że był jedyną osobą, która znaczyła w życiu Mercy więcej niż Justice. Było przedziwnym doświadczeniem na zawsze oddać bliźniaczą siostrę komuś zupełnie obcemu.
– Jeśli to zrobiłeś… – wyrzuciła z siebie na wydechu.
– Jeśli Mercy nic ci nie powiedziała, nie zamierzam się tłumaczyć – wyjaśnił stanowczym tonem. Nie mogła wyczytać z jego twarzy żadnej z emocji, którą chciała na niej zobaczyć – żadnej tęsknoty czy skruchy – tylko ciemne oczy pełne beznamiętnej cierpliwości, która do złudzenia przypominała wyrachowanie.
Nie odwróciła wzroku, chociaż czuła, że jej oczy zaczęły łzawić. Jego spokój doprowadzał ją do szału. Jeśli to była próba, zamierzała ją wygrać.
– Jeśli myślisz, że to są jakieś wakacje, to się grubo mylisz – wypaliła Justice. Jej głos zadrżał, całą siłą woli opanowała się, żeby nie zacząć na niego krzyczeć. Zmowa milczenia między Snicketem i jej siostrą powodowała, że czuła się bezbronna i wykluczona. Jednocześnie miała świadomość, jak śmiesznie brzmiały jej wyrzuty. Złapała się na tym, że teraz chciała od niego tylko jednej ludzkiej reakcji, najmniejszego dowodu na to, że czymkolwiek zawinił, teraz tego żałował. – Gdyby zależało to ode mnie, zdechłbyś tu z głodu.
Nie wiedziała już, czy wyładowuje złość na niego czy na swoją siostrę, która co prawda wyrzuciła męża z domu, ale przy tym najwyraźniej nie zamierzała wyciągnąć dalszych konsekwencji ani skończyć z byciem najlepszą żoną.
Roman podszedł bliżej, w końcu opuszczając swoje miejsce przy lodówce. Chwycił butelkę, która stała na parapecie pod oknem i mechanicznie ją odkorkował. Justice nie ruszyła się z miejsca, nawet kiedy musiał ją ominąć, żeby sięgnąć po kieliszek.
– Mamy szczęście, że w ogóle nie zależy to od ciebie – wycedził, wręczając jej wypełnioną po brzegi lampkę wina. To, że jednak udało się go wyprowadzić z równowagi, okazało się nie tyle satysfakcjonujące, co przerażające. Przez dłuższą chwilę Justice nie odważyła się poruszyć, przytłoczona grobową ciszą, która nagle zapadła. Starała się oddychać jak najciszej, co było trudne – sama nakręcała się w swoim rozdrażnieniu. Stykali się ramionami, ona zwrócona w stronę ponurego pokoju, on z wzrokiem wbitym za okno.
– To mieszkanie mojej matki.
Odwróciła głowę w jego stronę. Miał ostry profil, w którym szczególnie wyróżniał się długi, prosty nos. Mercy wyjawiła kiedyś Justice, że miała nadzieję, że ich syn go odziedziczy.
– Co? – zapytała nieco nieprzytomnie, źle znosząc nagłą zmianę tematu. Upiła łyk wina, z trudem odganiając myśli o małym Wolfiem.
– Mieszkała tu.
Justice z całej siły ściskała w dłoni kieliszek. W ogóle nie rozumiała, do czego zmierzał Roman. On przetarł twarz dłońmi. Z bliska nie wydawał się tak niedostępny – wręcz przeciwnie, teraz to on był raczej bezbronny.
– Ciekawa kobieta – powiedziała Justice. Uśmiechnęła się blado na samo wspomnienie. Spotkały się tylko raz, na weselu. – Przepowiedziała mi, kiedy umrę.
Spojrzała na Romana. Spodziewała się, że chociaż trochę go to rozbawi, ale kamienny wyraz jego twarzy nie zmienił się ani odrobinę, kiedy zapytał:
– Uwierzyłaś jej?
Zmarszczyła brwi.
– Chyba żartujesz.
Jego mina spowodowała, że ostatecznie odechciało się jej żartów. Nie rozumiała, co takiego powiedziała; nigdy też nie spodziewała się dostrzec w jego gestach takiej czułości. Pochylił się nad nią i ją pocałował, a ona przez chwilę zwątpiła, czy naprawdę był tak niezdolny do odczuwania, czy nie postawiła mu diagnozy zbyt szybko. Ten magiczny moment przeminął jak mrugnięcie okiem, jednak nie powstrzymało to jego rąk, które zabłądziły pod jej płaszczem. Kiedy go całowała, czuła się jak złodziej.
Tamtej nocy przede wszystkim powinna była zapytać, dlaczego mieszkanie jego matki było puste. To najważniejsze pytanie nigdy jednak nie padło. Później, by nadać wszystkiemu, co wydarzyło się dalej większy sens, Justice czasami dodawała w swoich wspomnieniach kilka szczegółów. Czasami między pocałunkami Roman odgarniał jej jasne włosy z czoła, patrzył na nią z uczuciem i szeptał jej do ucha:
– Jesteście takie podobne.
Nigdy naprawdę tego nie powiedział, ale właśnie to miał na myśli.

Obliviate 8: ulga

Dawno zapadł już zmierzch. Jedynym źródłem światła w motelowym pokoju była blada poświata ulicznej latarni, ale Olga nie zdecydowała się włączyć żarówki, żeby nie ujawnić swojej obecności. Siedziała na łóżku i od dłuższego czasu wpatrywała się w okno w budynku po przeciwnej stronie ulicy.
Nigdy wcześniej nie nocowała w tym motelu, ale mimo to doskonale znała każdy element jego posępnego wystroju, począwszy od koca w kratę pokrywającego łóżko, który z bliska okazał się mieć nie tylko drażniącą fakturę, lecz także nieznośny zapach, poprzez dużą szafę z laminowanej płyty, a skończywszy wyblakłej tapecie w pionowe pasy. Kiedy jeszcze pomieszkiwała u Dymitra, jednodniowe wycinki z życia zupełnie obcych ludzi wdzierały się do jej codzienności za sprawą małej odległości między budynkami i braku zasłon w motelowych pokojach. Zmiana perspektywy była dla niej niekomfortowa – czy ktoś mógł obserwować ją z drugiej strony ulicy i, podobnie jak ona kiedyś, oceniać ją wyłącznie na podstawie tego, co zamierzała robić przez następne godziny? Co by pomyślał, obserwując z dystansu chudą, skuloną kobietę, tak apatyczną, że niezdolną nawet do zdjęcia porwanego płaszcza?
Najważniejsze było jednak to, że pozostawała niewidoczna dla Mitii. Okno jego pokoju było ciemne – była przekonana, że nie wrócił jeszcze do mieszkania. Dawało jej to jeszcze trochę czasu do zastanowienia.
Nie potrafiła jednoznacznie odpowiedzieć sobie na pytanie, co zamierzała zrobić. Wizje, które ledwie do siebie dopuszczała, jeszcze się nie wyklarowały. Wiedziała jednak, co chce osiągnąć, i była zdeterminowana, by to dostać. W wyobraźni z łatwością wpadała do jego mieszkania, obezwładniała go zaklęciem i groziła mu, żądając ujawnienia jego wspomnień z nocy pożaru. Kiedy jednak myślała o tym trzeźwo, wiedziała, że z tym planem zdołałaby dotrzeć najwyżej do jego przedpokoju – nigdy nie była w stanie kontrolować się przy Dymitrze. On zdawał się mieć władzę zarówno nad jej emocjami, jak i nad jej zdrowym rozsądkiem. Z łatwością zdołałby ją rozbroić nawet nie różdżką, ale kilkoma słowami. W ten sposób straciłaby ostatnią marną przewagę, jaką nad nim miała – Olga była pewna, że Dymitr nie miał pojęcia, że nie pamiętała, co dokładnie się wydarzyło. Był jedyną znaną jej osobą, która posiadała kompletną wiedzę na temat tego, dokąd posunęło się ich szaleństwo, ale nie zdawał sobie z tego sprawy.
A jednak musiała wiedzieć – bez względu na cenę.
Nie wyobrażała sobie nic gorszego od trwania w tej nieświadomości. Było coś przerażającego w tym aspekcie modyfikacji pamięci, że nawet ktoś całkowicie pewien swoich kompletnych wspomnień, mógł nie mieć pojęcia, co wydarzyło się naprawdę. W tym sensie uważała, że nikt nie jest zdolny do zabicia w drugiej osobie człowieczeństwa skuteczniej niż amnezjator.
Mimo to nie zawahała się, by odebrać świadomość nie tylko ludziom, wobec których miała ten obowiązek, lecz także dziesiątkom tych, którzy służyli wyłącznie zagłuszaniu jej poczucia winy i wypełnianiu jej zachcianek. W tym nadużywaniu swojej władzy poszła dalej, niż kiedykolwiek się spodziewała – zdołała wyrządzić nieodwracalną szkodę nawet sobie.
Nie było innego wytłumaczenia dla tego, jak wyglądały jej wspomnienia z najbardziej traumatycznej nocy jej życia. Były one do tego stopnia niekompletne i sprzeczne, że wywołałyby niepokój nawet u kogoś, kto nie miał pojęcia o istnieniu zaklęć zapomnienia. Olga wiedziała o pamięci zbyt wiele, by winą za swoją częściową amnezję obarczać wyłącznie nadużywanie alkoholu.
Najwyraźniej zrobiła to sobie sama, chociaż wątpiła, czy była to decyzja świadoma. Nieraz zdarzało jej się użyć czarów bezwiednie, w szczególności gdy miały działać one w jej obronie. Jak jednak mogła choć przez chwilę pomyśleć, że wiedzieć będzie trudniej niż nie wiedzieć, ale podejrzewać? Może ktoś, kto nigdy nie przekroczył własnych granic, nie czułby tego piekielnego poczucia winy, ale Olga nie potrafiła już powiedzieć, czy miała jeszcze jakiekolwiek zasady – czy odkąd związała się z Mitią istniało jeszcze coś, do czego bezwzględnie nie byłaby zdolna.
Najbardziej przerażało ją to, że najwyraźniej od nocy, w której wzniecili pożar, Dymitr traktował ją inaczej, jak równego sobie, jakby przekonał się wtedy, że nie jest samotny w swoich destrukcyjnych zapędach. Trudno jej było odgadnąć, co mogło być tak szalone, żeby zdolne było zaimponować nawet Dymitrowi.
Sądziła, że kiedy założy najgorsze – ze wszystkich koszmarów najgorszy wydawał się ten, w którym pozbawiła życia przypadkowych ludzi, dla zabawy i z powodu własnej głupoty – i kiedy się z tego wyspowiada, będzie mogła się z tym oswoić. Rozmowa z Rogerem ostatecznie utwierdziła ją jednak w przekonaniu, że nie potrafiła sobie przebaczyć niczego, co do czego nie miała ostatecznej pewności. Nie potrafiła czuć prawdziwej skruchy, bo to wyobrażone morderstwo zdawało się tak prawdziwe, jak słuchanie krzyków w sennych koszmarach – dotkliwe, lecz niewystarczające. Dopóki nie miała więc absolutnej pewności, niejednoznaczna interpretacja nie dawała jej szans na odkupienie, którego pragnęła.
Sama myśl o tym, że po latach mogłaby w końcu spojrzeć na siebie w lustrze, przestać wzdrygać się przy każdym wspomnieniu o płomieniach, że mogłaby nareszcie pogodzić się ze sobą, przyniosła jej na chwilę ulgę.
Nie było innej drogi niż przestać bać się prawdy i stawić czoła strachowi przed przysięgą i utratą Dymitra.
Czy przyjechała do Rosji, żeby raz na zawsze to skończyć? Ta myśl była czymś zupełnie nowym – dotąd wydawało się, że przyjechała ostatecznie się poddać. Nagle przed jej oczami stanął obraz, w którym wchodzi do mieszkania Dymitra nie po to, by siłą wyłudzić od niego wspomnienia, do których sama zrzekła się praw. Wyobraziła sobie, że przychodzi do niego całkowicie zdecydowana, żeby je dostać, nareszcie pozbawiona wszelkich skrupułów.
Kiedy w oknie Dymitra zapaliło się światło, Olga mimowolnie się wzdrygnęła. Zupełnie straciła poczucie czasu. Nie zdawała sobie sprawy, że kiedy siedziała, wpatrując się w przestrzeń, wszystkie mięśnie miała napięte. Spróbowała się rozluźnić, ale nie przyniosło to żadnego skutku.
– No chodź – powiedziała do siebie, jakby mierzyła w okno Dymitra z różdżki, czekając w napięciu, kiedy pojawi się jej ofiara, a nie siedziała w bezruchu, bezbronna, ze wzrokiem zafiksowanym na jednym punkcie. – Podejdź bliżej.
Podniosła się z łóżka, powodując tym gwałtowny ból każdego najmniejszego fragmentu jej spiętego ciała. Podeszła do parapetu i poczuła przyjemność na myśl o tym, że gdyby tylko spojrzał w jej okno, mógłby ją dostrzec w delikatnym świetle z ulicy. Bezwiednie zacisnęła dłoń na różdżce i powoli wyciągnęła ją z kieszeni prochowca.
Było jeszcze jedno wyjście, którego wcześniej do siebie nie dopuszczała.
Nigdy nie doszłoby do tego wszystkiego, gdyby nie Dymitr. Bez wątpienia to on był on powodem wszystkich koszmarów, które dręczyły ją przez lata. Przez chwilę pomyślała, jak wyglądałoby jej życie, gdyby nigdy go nie było, i choć jego obecność była w niej tak głęboko zakorzeniona, Olga po raz pierwszy pomyślała, że istniała też droga bez niego, że mogła ją wybrać i gdyby ją wybrała, byłaby innym człowiekiem.
Spojrzała na swoje dotychczasowe życie tak, jakby było tworzywem materialnym – żywym, ale chorym organem. Powoli zaczęła nakreślać w myślach granice, wokół których wystarczyło ciąć, by pozbyć się nowotworu, który toczył jej tkanki. Czy gdyby zdołała go starannie wyciąć, wystarczyłoby jeszcze zdrowego organu, żeby się odbudować?
Ciemna, chuda sylwetka Dymitra pojawiła się w oknie. Olga wpatrywała się w nią intensywnie, zastanawiając się, czy zwróci się w jej stronę. On pozostał jednak obojętny, w pełni pochłonięty swoimi sprawami i przez to nieświadomy decyzji, którą podjęła Olga.
Naprawdę chciała, żeby spojrzał na nią w tym ostatnim momencie, ale nie zamierzała o to błagać ani na to czekać. Sama myśl o tym, że sekundy dzielą ją od tego, żeby Dymitr na zawsze zniknął z jej życia, zabierając ze sobą wszystko, co zniszczył, wystarczyła, by uczynić ten moment najszczęśliwszym w jej życiu. Nie przejmując się tym, że zachowuje się jak wariatka, uniosła wyżej różdżkę i wycelowała nią starannie. Nie obchodziło ją, jak niewielkie ma szanse i nawet nie przeszło jej przez myśl, jak lekkomyślnie postępuje.
Obliviate! – powiedziała głośno, oddając się w pełni uczuciu szczęścia, które całkowicie przejęło nad nią kontrolę. Nigdy wcześniej nie czuła się tak błogo. Jej wspomnienia były w pełni plastyczne, gotowe do kształtowania na nowo.
Nie mogła dłużej powstrzymywać głośnego śmiechu, który cisnął się jej do gardła. Kiedy w końcu wydobył się z niej, rozbrzmiewając głośno w małym pomieszczeniu – śmiech pełen czystej satysfakcji na myśl, jak bardzo dotknie Dymitra to, że w końcu znalazła w sobie odwagę, by żyć bez niego – Olga umarła.