Łapy przy sobie: dziesięć

Trzydziestego pierwszego sierpnia 1978 roku nie skatalogowałam ani jednej nowej przepowiedni. Po wejściu do Departamentu Tajemnic skierowałam się prosto do pomieszczenia, w którym sypiał Gaus. Dwie pierwsze godziny pracy spędziłam, bawiąc się z demimozem w odbijanie piłeczki od ścian. Była to nieco bezsensowna gra, bo Gaus łapał ją za każdym razem, zawczasu znając jej trajektorię, ale mimo to bawiliśmy się świetnie.
Nie wolno było mi wypuszczać go do Sali Przepowiedni bez smyczy, ale nie dbałam o to. Wbił we mnie swoje wielkie, zdziwione oczy, ale nie czekał na mocniejszą zachętę. Wybiegł w stronę głównej alejki tak szybko, że nie miałam szans go dogonić. Byłam przekonana, że gdy tam dotrę, już go nie zobaczę.
Ku mojemu zdziwieniu Gaus nie stał się jednak niewidzialny. Dogoniłam go w jednym z bocznych rzędów. Chciałam go pogłaskać i jakoś zachęcić do ucieczki, ale on nie zwracał na mnie uwagi. Kręcił się szaleńczo wokół regału, do którego przez dwa miesiące pracy w Sali Przepowiedni nie zdążyłam jeszcze dotrzeć – świadczyła o tym gruba warstwa kurzu, pokrywająca niemal wszystkie stojące na półkach kule.
Przebiegłam wzrokiem po etykietach. Sądząc po inicjałach, cały regał wypełniony został zapisami przepowiedni wygłoszonymi przez jedną osobę i nie musiałam nawet specjalnie sprawdzać dat, żeby domyślić się, kto mógł być tak płodny. Moja uwaga naturalnie skupiła się na tych opisach, które zawierały znane mi nazwiska – z wariacko kołaczącym sercem czytałam:
„A.S.I do J.D. – Justice Dawn”, „A.S.I do M.S. – Mercy Snicket”, „A.S.I do R.S. – Roman Snicket” oraz kilka innych oznaczonych inicjałami i imionami moich stryjów i ciotek. Dodatkową sensację w żołądku wzbudzało to, że wszystkie zostały podpisane odręcznym, cienkim pismem mojego ojca.
Przeszłam do półki niżej tylko po to, by poczuć się jeszcze gorzej na widok trzech identycznych kulek, których jeszcze nie zdążył pokryć kurz. „A.S.II – Futrzak”, „A.S.II – Anemone Snicket II i Syriusz Black III”, „A.S.II do S.B.III – James Potter, Lily Evans i ? ?Potter (dziecko)”.
Gaus nie zwracał jednak uwagi na żadną z nich. Wybałuszał oczy i prychał, by zwrócić moją uwagę. Zafiksował się na jednej przepowiedni, która stała na końcu regału.
Jej opis głosił: „A.S.I do R.S. – Anemone Snicket II” i był datowany na trzeciego listopada 1959 roku.
Wmurowało mnie w podłogę. Była to jedna z niewielu przepowiedni w tej sali, które mogłam bezkarnie podnieść i obejrzeć, ale czułam się niezdolna do poruszenia odpowiednimi mięśniami, by wyciągnąć dłoń przed siebie. Przybił mnie ciężar świadomości, że mam przed sobą przepowiednię babci na mój temat, skierowaną do mojego ojca i wypowiedzianą krótko przed jej śmiercią. Sądząc po zachowaniu Gausa, który niemal dotykał ją swoimi skórzastymi palcami, była to przepowiednia, która wkrótce miała się spełnić.
Nie musiałam poznawać jej treści, żeby w przypływie gwałtownej fali zrozumienia domyślić się, czego dotyczyła. Nie zdążyłam zadać sobie jednak pytania, jak właściwie ma do tego dojść, bo nagle Gaus rzucił się na kulkę i zrzucił ją z półki, by złapać ją na sekundę przed zderzeniem z podłogą. Krzyknęłam z przerażeniem, bojąc się, że stanie mu się krzywda, ale widocznie czary chroniące przepowiednie przez intruzami nie działały na zwierzęta. Demimoz spojrzał na mnie mokrymi oczyma i uciekł w stronę wyjścia.
Rzuciłam się w pościg za przepowiednią, której jeszcze chwilę wcześniej nie chciałam poznawać. Gaus wybiegł z Sali Przepowiedni do Sali Czasu, a ja zastanawiałam się, co się stanie, jeśli spotkam tam Saula Croakera albo mojego ojca. Moje obawy były jednak niezasadne, bo w Sali Czasu nikogo nie było – musiała się już zbliżać pora lunchu. Nie mogłam też nigdzie dostrzec demimoza i przez chwilę stałam na środku gabinetu, zastanawiając się, gdzie mógł się ukryć, kiedy drzwi wyjściowe samoistnie się otworzyły.
Wbiegłam przez nie do czarnego, okrągłego korytarza, z którego można było przejść do innych działów Departamentu. Zyskując ostatnią szansę, żeby dogonić Gausa, zatrzasnęłam za sobą drzwi do Sali Czasu. Okrągły pokój zaczął obracać się wokół własnej osi. Straciłam równowagę i przywarłam do podłogi, czekając, aż ściany przestaną się poruszać. Przymknęłam oczy, bo poruszające się płomienie przyprawiały mnie o mdłości. Kiedy wszystko przestało się kręcić, otworzyłam oczy i spostrzegłam, że Gaus znów zmienił postać na widzialną.
Tuzin identycznie wyglądających drzwi nie był widocznie sztuczką, która mogłaby skołować demimoza, bo Gaus bez namysłu ruszył ku jednym z nich. Zebrałam się z podłogi i otworzyłam te drzwi, zanim on zdążył nawet spróbować.
Kiedy Rookwood oprowadzał mnie po Departamencie, musiał poświęcić tej sali bardzo mało czasu, bo nie mogłam przywołać jej z pamięci. Podejrzewałam, że musiała uciec mi w natłoku wrażeń, bo w porównaniu z innymi była zaskakująco pusta.
Czując się jak we śnie, podążyłam za Gausem, który zszedł po schodach w kierunku niewysokiego podium usytuowanego na środku sali, na którym stał gigantyczny, kamienny łuk. Dopiero kiedy stanęłam naprzeciw niego, rozpoznałam ciężką, czarną zasłonę, która pod nim wisiała. Momentalnie straciłam zainteresowanie zarówno demimozem, jak i jego skradzioną przepowiednią.
Podeszłam bliżej, by w pełni poczuć siłę, która od miesięcy przyciągała mnie do tego miejsca i cieszyłam się tym, że w końcu jej się udało. Stałam przez chwilę w bezruchu, wpatrując się z bliska w splot tej morderczej tkaniny i napawałam się wypełniającą mnie powoli niepowstrzymaną ciekawością. Pozwoliłam sobie na to tylko dlatego, że wiedziałam, jak ją zaspokoić.
Zanim zrobiłam krok do przodu, obejrzałam się jeszcze, by po raz ostatni spojrzeć na pustkę po mojej prawej, którą w samobójczej wizji sprzed kilku miesięcy wypełniał Syriusz Black. Ten widok ostatecznie mnie uspokoił.
Wiedziałam, że nie musiałabym umrzeć, gdybym nie chciała wiedzieć i że nie umarłabym, gdybym nie wiedziała.
Nie musiałam dłużej domyślać się, dlaczego wszyscy nienawidzili mojej babki, bo stało się to dla mnie zupełnie jasne. Jej niechciany dar przepowiadania dat śmierci stał się przekleństwem, gdy tylko poznała swoją i kiedy zdecydowała się tej śmierci uniknąć, żyć skradzionymi latami, w ukryciu i bez satysfakcji. Nie mogąc znaleźć własnego spełnienia, dzieliła się swoim bólem, dręcząc innych. Poczucie władzy przynosiło jej niszczenie życia innym – wystarczyło sześć cyfr i nie musiała nawet machać różdżką, by ich wykończyć.
Spośród swoich dzieci musiała wybrać któreś, by przekazać mu swoje dziedzictwo. Zdecydowała się na swojego syna, o którym myślała, że odziedziczył jej obojętny stosunek do losu innych. Zrobiła go strażnikiem Sali Przepowiedni, oddając mu pod opiekę archiwum, które sama założyła i latami pielęgnowała, ale razem z nim dała mu cenną wiedzę o tym, komu zdążyła już zatruć życie.
Zabawne było to, jak bardzo moja babka nie pomyliła się co do Romana Snicketa – on rzeczywiście zawsze płynął z prądem – przynajmniej do momentu, w którym nie uderzyła w niego personalnie. Ani myślał powstrzymywać ją, kiedy siała zwątpienie i zniechęcenie w jego rodzeństwie, a nawet żonie, ale gdy nie mogła powstrzymać się przed tym, by wyjawić i jego datę śmierci, coś w nim pękło. Wpychając ją za zasłonę w Sali Śmierci zakończył życie, któremu dawno pisany był koniec, popełnił morderstwo, które skrycie pragnęła popełnić cała rodzina, a Anemone Snicket zwyczajnie nie mogła tego przewidzieć, bo był to pierwszy i ostatni raz, kiedy mój ojciec się zbuntował.
Nie mogła temu zapobiec, ale zdążyła go ukarać, rzucając klątwę na pierwsze dziecko, które miał spłodzić już po jej śmierci. Kiedy Mercy się o tym dowiedziała, odrzuciła mojego ojca – nie dlatego, że popełnił morderstwo, ale dlatego, że sądziła, że w ten sposób blokuje wykonanie przepowiedni. Kiedy ona znalazła w sobie opór, mój ojciec wyczerpał już siłę do walki z fatum i wdał się w przelotny romans z bliźniaczką Mercy, która – identyczna co do wyglądu i zupełnie różna co do charakteru – była dla niego wystarczającym substytutem kobiety, którą zabrała mu jego martwa matka. Zmarłej matce zdecydowanie nie robiło różnicy, czy byłam córką Justice czy Mercy, bylebym się urodziła.
Biorąc pod uwagę okoliczności, moja rodzina miałaby jeszcze szansę przetrwać, gdybym umarła jako dziecko, ale podobne miłosierdzie nie było w stylu mojej babki. Ona chciała wyrównać rachunki uczciwie, życie za życie – dać mi dorosnąć, bym z pomocą daru przepowiadania, który dostałam od niej w spadku – sama, z własnej woli, oddała się w ramiona przeznaczenia, przy milczącej aprobacie rodziny, która wiedziała już, co to znaczy igrać z losem.
Na znajomość przyszłości mogą pozwolić sobie tylko ci, którzy potrafią tę wiedzę oswoić i cieszyć się życiem, jednocześnie odgrywając posłusznie swoją rolę. Miałam szansę zostać pierwszą osobą w rodzinie, która dobrze to zrozumiała i pozornie moje pójście na rzeź dowiodło, że naprawdę zasługiwałam na ten dar.
Nie można jednak całkiem zdradzić krwi, a w mojej płynął bunt przeciwko przeznaczeniu. Dlatego zrobiłam coś, co kosztowało mnie szczęście i życie – z całej siły odepchnęłam Syriusza Blacka starym sposobem swojej babki, wiedząc że nigdy mi tego nie wybaczy i dzięki temu nigdy nie przyjdzie do Sali Śmierci, żeby umrzeć razem ze mną. Pożyczyłam mu lata życia, wiedząc doskonale, jak duża jest szansa, że te skradzione lata będą zupełnie jałowe. Mimo to miałam nadzieję, że ktoś o tak wielkiej woli życia będzie je cenił wyżej niż żadne.

Łapy przy sobie: dziesięć

Łapy przy sobie: dziewięć

Pierwszego dnia Rookwood przegonił mnie przez wszystkie sale w Departamencie Tajemnic w tak ekspresowym tempie, że niczemu nie zdążyłam się przyjrzeć. Na koniec przeszliśmy ze sali pełnej tykających zegarów wprost do pomieszczenia, które miało wysokość sporej katedry i zostawił mnie między dwoma regałami tak wysokimi, że nie mogłam dostrzec ich końca nawet, gdy zadarłam głowę. Tam opiekę nade mną przejął mój ojciec.
Jako dziecko lubiłam wyobrażać sobie, co niesamowitego może znajdować się w Departamencie Tajemnic i zazdrościłam ojcu, kiedy wychodził do pracy – zupełnie jakby każdego dnia miał przeżywać nową przygodę. Jeśli ktokolwiek przeżywał tu przygody, to z pewnością nie w Sali Przepowiedni, której od niemal dwudziestu lat strzegł mój ojciec, przed nim jego matka, a w końcu ja.
Było to miejsce wprost stworzone dla ludzi, którzy kochają samotność i ciemność. Z łatwością mogłam wyobrazić sobie tutaj kogoś podobnego do Severusa Snape’a, ale nie potrafiłam pogodzić z tym miejscem mojego ojca. Poza pracą Roman Snicket nigdy nie uciekał przed ludźmi – przeciwnie, zdawał się ich potrzebować. Był dość rozmowny, chociaż można było poznać, że każda rozmowa była dla niego rozgrywką i że z każdej bezwzględnie musiał coś wynieść. Objawiało się to szczególnie, gdy zmuszony był prowadzić rozmowy, które uważał za bezowocne – wtedy wyraźnie nudził się, uciekał wzrokiem i nieświadomie wybijał rytm palcami, wszystko by przyciągnąć swoją trudną do skupienia uwagę. Każda z tych cech znikała jednak z chwilą, kiedy przechodził przez próg Departamentu – tutaj był tylko swoim cieniem, bez słowa snującym się między gabinetem a regałami. Jedyną oznaką jego obecności było upiorne echo jego kroków, które odbijało się od mebli i sklepienia.
Ja sama czułam się tak, jakby w Sali Przepowiedni pracowało tylko moje ciało. Przebywanie w niej było jak nurkowanie w ciemne głębiny, w których otępione były wszystkie zmysły. Niekończące się rzędy emitujących słabe światło przepowiedni w ciemności przypominały bezkresne cmentarzysko pełne martwych dusz, a w ostrym świetle jarzeniówek gigantyczną szklarnię do hodowli osobliwych grzybów.
Każdego dnia samoistnie pojawiały się nowe zapisy przepowiedni zaklęte w małych, szklanych kulkach. Do moich obowiązków należało zapoznanie się z ich treścią, katalogowanie ich i znajdowanie im odpowiedniego miejsca. Była to żmudna praca, wymagająca całych godzin poszukiwań, oznaczania dat, nazwisk, pozycji planet, powiązywania zdarzeń, a niekiedy zgadywania. Kiedy zachodziła taka konieczność, ojciec wzywał zainteresowanych w celu złożenia dodatkowych wyjaśnień. Po opatrzeniu zapisu odpowiednią etykietą, nakładał na kule czary ochronne i wtedy nikt postronny nie mógł ich już dotknąć.
W tym martwym miejscu tylko jedna istota zdawała się zachować w sobie wolę życia. Sala Przepowiedni była domem i więzieniem dla demimoza o imieniu Gaus. Gaus dosłownie rwał się do codziennych spacerów po Sali Przepowiedni, a spacerowanie z nim było moim ulubionym obowiązkiem, choć nieustannie kusiło mnie, by puścić go ze smyczy. Minęło kilka tygodni, zanim nabrał do mnie wystarczającego zaufania, żeby pokazać swoją naturalną formę, zamiast pozostawać niewidzialnym.
Gaus był prawie mojego wzrostu. Pokrywało go długie, srebrzyste futro, które ciągnął za sobą po podłodze i które trzeba było później czesać i odkurzać. Poruszał się z łatwością zarówno na dwóch, jak i na czterech chwytnych łapach. Spędzanie z nim czasu było najdziwniejszym i zarazem najpiękniejszym, czego można było doświadczyć w Sali Przepowiedni.
Jego magiczną właściwością było to, że na dużą odległość wyczuwał wysokie prawdopodobieństwo. Wyjątkowo lubił grzać się przy przepowiedniach, które w najbliższym czasie miały się spełnić, dzięki czemu bardzo ułatwiał mi pracę. Tylko dzięki jego intuicji udawało się na bieżąco wykrywać te przepowiednie, których status się zmienił – nie wyobrażałam sobie, w jaki inny sposób można było ogarnąć to nieskończone, wciąż rozrastające się archiwum.
Dni mijały mi na codziennym grzebaniu się w losie innych tak, że nie czułam potrzeby konfrontowania się z własnym. Na prawie dwa miesiące swojego dorosłego życia zanurzyłam się w obcych problemach tak głęboko, że nie prawie nie widziałam już moich. Koniec wakacji zbliżał się jednak nieuchronnie, a ja wiedziałam, że zanim wydarzy się coś ostatecznego, pozostało mi stawić czoła jeszcze jednemu spotkaniu.
Syriusz czekał na mnie pod wejściem do Ministerstwa dla pracowników. Siedział na ogromnym, czarnym motocyklu zaparkowanym w niedozwolonym miejscu. Miał na sobie skórzany kombinezon, w którym wyglądał tak dobrze, że robiło się słabo. Jedną nogę oparł o wysoki krawężnik. Kiedy tylko mnie zauważył, bez słowa przywitania rzucił we mnie kaskiem.
– Widzę, że skończyłaś z buntem wobec tatusia – rzucił głosem pełnym goryczy.
Nigdy nie powiedziałam mu ani o swojej dacie śmierci, ani o wizji naszego wspólnego samobójstwa, dlatego nie mógł rozumieć, jak małe znaczenie miało to, w jakiej pracy spędziłam ostatnie dwa miesiące swojego życia. Myślę, że wybrałam Departament Tajemnic dlatego, że tam najprędzej spodziewałam się przeżyć jeszcze coś ważnego. Spotkało mnie gorzkie rozczarowanie.
Ledwie zdążyłam wdrapać się na siedzenie pasażera i niezdarnie zapiąć kask pod szyją, kiedy bez ostrzeżenia ruszyliśmy z werwą w stronę głównej arterii. Instynktownie ciasno objęłam Syriusza w pasie, chowając się za jego plecami. Nie przejmował się zachowywaniem bezpiecznej prędkości i przez całą drogę zatrzymał się tylko raz, by zrugać mnie, że go przyduszam. Uwolniłam go z uścisku i obiema rękoma złapałam za uchwyty przede mną. Pęd wiatru zapierał mi dech w piersiach. Po raz pierwszy od długiego czasu czułam, że żyję; jednocześnie kusiło mnie, żeby puścić motocykl. Zanim zatrzymaliśmy się ponownie, zdążyliśmy wyjechać już kilka kilometrów poza miasto.
Syriusz wpuścił mnie do środka sporego domu, który z zewnątrz sprawiał nieco ponure wrażenie. Przeszliśmy przez wąski korytarz zagracony kartonami. Najwyraźniej właśnie się wprowadził. Kiedy znaleźliśmy się w kuchni, mimowolnie wycofałam się pod ścianę, przechodząc do pozycji obronnej.
Black zrobił mi kawę zawierającą pewną ilość fusów i trochę gorącej wody. Podał mi kubek i oparł się tyłem o blat kuchenny.
– Wywalam parę rzeczy – wytłumaczył krótko sytuację. Wpatrywał się we mnie wyczekująco.
Nie mogłam znaleźć odpowiednich słów, więc wbiłam wzrok w kawę.
– Twój dom? – zapytałam.
– Odziedziczyłem.
Była to wymiana uprzejmości na miarę naszych możliwości. Nie wypytywałam dalej – wiedziałam, że gdyby chciał powiedzieć mi coś więcej, po prostu by to zrobił. Z drugiej strony nie dziwiłam mu ani trochę, że nie czuł takiej potrzeby.
Zapadło długie, nieznośne milczenie.
– Czego właściwie oczekujesz? – wypalił w końcu Syriusz, kiedy nie mógł już wytrzymać tej ciszy.
Wiedziałam, że muszę coś z siebie wydusić, skoro już poprosiłam go o spotkanie.
– To był błąd – powiedziałam po prostu.
To stwierdzenie oddawało moje uczucia tak żałośnie nieprecyzyjnie, że momentalnie pożałowałam, że w ogóle otworzyłam usta. Obiektywnie rzecz biorąc, popełniłam największy z błędów i chociaż wspominanie tego łamało mi serce, nie mogłam go szczerze żałować, bo jednocześnie miałam głębokie przekonanie, że postąpiłam słusznie. Wcześniej sądziłam, że chcę porozmawiać, żeby wydusić z siebie fałszywe przeprosiny, ale nieoczekiwanie dotarło do mnie, że może przyszłam nie po to, żeby cokolwiek powiedzieć, ale po to, by ostatecznie przekonać się, że nie miałam tam czego szukać.
Kiedy odważyłam się w końcu spojrzeć mu w oczy, wykonał gwałtowny ruch rękoma, jakby nie mógł już wytrzymać stania w bezruchu. Przeczesał włosy, nieświadomie kopiując gest swojego najlepszego przyjaciela.
– Mało powiedziane – wyrzucił z siebie wściekle, patrząc na mnie oskarżycielsko. – Powiedziałaś mi, jak zginą moi przyjaciele. Powiedziałaś mi, że stracą dziecko, którego nawet jeszcze nie planują! KURWA!
Walnął obiema pięściami w ścianę.
– Czy ty masz pojęcie, co zrobiłaś?!
Ukryłam twarz w dłoniach. Od finału Pucharu Quidditcha zdawały się minąć nie miesiące, a lata. Patrząc na faceta przed sobą, nie widziałam już chłopaka, który ryknął z niepowstrzymanej euforii, kiedy James Potter po raz ostatni załatwił Gryffindorowi zwycięstwo. Wiedziałam, że w tym sensie on też mnie już nie rozpoznaje.
Żałowałam tylko, że moc swoich słów pojęłam dopiero kilka sekund po tym, jak wypowiedziałam je na głos i że nie była to świadoma decyzja – że przyszła tak automatycznie, tak krótko po tym, jak odzyskałam przytomność po meczu. W głębi duszy wiedziałam jednak, że po prostu nie byłam w stanie unieść ciężaru wiedzy i bezpiecznie zatrzymać słów przy sobie.
– Zrobię WSZYSTKO, żeby do tego nie dopuścić – oświadczył Syriusz z wielką determinacją. Patrzył na mnie wyzywająco.
Uwierzyłam mu na słowo. Pomyślałam, że jeśli naprawdę ludzie dzielą się na tych, którzy potrafią pogodzić się ze swoim przeznaczeniem i na tych, którzy przenigdy nie powinni poznać przyszłości przed jej nadejściem, to Black bezwzględnie należał do tej drugiej grupy.
Mimo wszystko jego słowa sprawiały mi niemal fizyczny ból. Chciałam wypowiedzieć jakieś własne, by się obronić, ale nieoczekiwanie wszystko, co miałam do wyznania, na dobre ugrzęzło mi w gardle.
Spojrzałam w jego smutne oczy, poszukując wskazówek, ale nie znalazłam w nich ani miłości, ani nienawiści. Przez chwilę czułam ogromną pokusę, żeby pokonać dzielący nas dystans i zrobić coś desperackiego, co znów odwróciłoby bieg wydarzeń. Coś, co oddaliłoby w czasie konieczność zaakceptowania, że nie było już dla nas dobrego zakończenia.
Może nie mogliśmy mieć dobrego zakończenia, ale nie zniosłabym, gdybyśmy nie dostali żadnego. Dlatego zamiast mówić coś, co na nowo rozpaliłoby wątpliwości, odłożyłam kubek na stół i wyszłam, nie oglądając się za siebie.

Łapy przy sobie: dziewięć

Łapy przy sobie: osiem

Taktyka roboczo zatytułowana myśl jak James Potter dawała zaskakująco dobre rezultaty. Wytężałam wzrok, z wysiłkiem przebijając się przez lekką, ale uporczywą mgłę utrudniającą orientowanie się w sytuacji na boisku, by za każdym razem z parosekundowym wyprzedzeniem przewidzieć, jaki manewr wykona Potter. Gdy coś spektakularnie mu się udawało, buczałam głośno, całkowicie zagłuszana przez wrzask wszystkich dookoła, a w szczególności Syriusza, który swoje krzyki zwycięstwa kierował prosto do mojego ucha. Wkrótce ja i Black straciliśmy częściowo zarówno głos, jak i słuch, bo żadne z nas nie potrafiło powstrzymać się przed tą bezsensowną demonstracją sił. Pozostawało tajemnicą, czy Syriusz wykazywał wcześniej takie zaangażowanie w quidditcha – mnie na pewno nie zdarzyło się to nigdy wcześniej.
Byłam jednak pełna wdzięczności dla Georgiany, szukającej i kapitan drużyny Krukonów, która przez ostatnie dwa miesiące katowała nas tą swoją odkrywczą taktyką i tym samym zdołała w najwyższym stopniu zadusić wszystkie zmartwienia poza tym jednym – czy Ravenclaw wygra ostatni mecz w sezonie. Gigi dostała na punkcie Pottera niezdrowej obsesji, która we wszystkich członkach drużyny rozpaliła przekonanie, że powstrzymanie Jamesa Pottera stanowi jedyny i najważniejszy cel strategiczny; miało to nawet sporo sensu, bo Potter rzeczywiście był jedynym naprawdę dobrym ogniwem drużyny Gryffindoru. Udowodnił zresztą, że jeden znakomity zawodnik to akurat tyle, by wygrać Puchar. Tak czy inaczej, o wiele milej było siedzieć w tym czasie w głowie Prefekta Naczelnego, ścigającego i kapitana drużyny Gryfonów, analizując jego charakterystyczne zagrania i ucząc się im przeciwdziałać, niż w swojej własnej. Całkowite zaangażowanie się w codzienne, katorżnicze treningi quidditcha połączone z okazjonalnym, katorżniczym zakuwaniem do owutemów u boku Vicky, dawały mi złudzenie, że żyję najmocniej i najlepiej jak mogę. Pozwalały niemal zupełnie zapomnieć o tym, że w pewnym sensie byłam śmiertelnie chora.
Naturalnie osób, które o tym wiedziały, było najwyżej dziesięć, ale i tak ich widok bardzo mnie drażnił. Kiedy napotykałam zmartwione spojrzenie Vector albo pozbawione litości, zaciekawione spojrzenie Avery’ego, unosiłam wysoko głowę i wkładałam całą energię, by pokazać swoją determinację do życia. Nie znaczyło to, że się okłamywałam – przeciętny człowiek miał w życiu kilka dat, które ze średnim prawdopodobieństwem mogły stać się jego datami śmierci – ja miałam tylko jedną, co zaprzeczało naturze i co całkowicie pozbawiało mnie złudzeń.
Mimowolnie chętniej przebywałam w towarzystwie osób, które o niczym nie miały pojęcia i dlatego na finałowym meczu Pucharu Quidditcha zamiast u boku Vector, stałam w środku trybuny Gryfonów, ostentacyjnie przebrana w barwy Ravenclawu i chroniona przed powszechną nienawiścią tylko tym, że nawet miażdżące zwycięstwo Krukonów nie byłoby już w stanie odebrać Pucharu Gryffindorowi. Fakt ten niezmiernie bawił Syriusza, którego bardziej pochłaniało obserwowanie moich reakcji niż akcji na boisku. Świadomość, że skupiam na sobie jego uwagę, była bardzo przyjemna. Po pewnym czasie nie mogłam się powstrzymać, żeby spoglądać na niego za każdym razem, kiedy wydawało mi się, że on patrzy na mnie. Uśmiechałam się do niego częściej niż nakazywała przyzwoitość.
Nasz ścigający wbił bramkę Gryfonom, ponownie wyrównując wynik. Wrzasnęłam bezgłośnie, czując że wykorzystuję na to ostatnie pokłady energii. Poprzedniej nocy prawie nie spałam, bo jako jedyny rezerwowy gracz w drużynie Krukonów do ostatniej chwili nie wiedziałam, czy nie będę musiała grać za Higglebottoma, który wciąż nie doleczył się z kontuzji w ostatnim meczu. Wiadomość, że Higglebottom mimo wszystko zdecydował się grać, przyjęłam z wielką ulgą, żałując jedynie, że dotarła do mnie dopiero rano.
Nie tylko mój entuzjazm przechodził ciężką próbę. Mecz trwał już ponad sześć godzin, bijąc dziesięcioletni rekord długości. Kibice krzyczeli ciszej i podskakiwali niżej, a gracze tracili koncentrację i częściej znosiło ich z kursu. Na całym boisku pozostało już tylko parę osób, które chciały, by ten nieistotny z racji wyniku i decydujący z racji honoru mecz wciąż trwał. Była to z pewnością Georgiana, nieustraszenie goniąca w kółko szukającego Gryfonów po to, by żadne z nich nie miało najmniejszej szansy złapania znicza, nasi pałkarze i obrońca, których zadaniem była bezwzględna obrona bramki przed Jamesem Potterem i James Potter, któremu nie wystarczyło, by ten mecz po prostu się zakończył; który pragnął, by ostatni występ w jego szkolnej karierze zapisał się w pamięci na pokolenia. Jak dotąd oceniałam jego szanse jako marne.
Wodziłam za nim wzrokiem, doceniając malowniczą pętlę, jaką wykonał tylko po to, by kafel odbił się od złączonych barów obrońcy i pałkarza, którzy wspólnie bronili teraz bramki. Moje spojrzenie skupiło się na chwilę na przeciwnej stronie boiska, na trybunie Krukonów, w grupie których znajdowała się zupełnie nierozpoznawalna z tej odległości Vector. Uderzyło mnie znajome poczucie winy związane z tym, że nie ma mnie przy niej. Czułam, że zdradzam naszą przyjaźń, odsuwając się od niej w takim momencie, ale jednocześnie nie mogłam tego powstrzymać; chciałam nam tylko oszczędzić cierpienia.
Poluźnienie relacji z Vector na chwilę przed końcem szkoły było dla mnie wyjątkowo bolesne. Wydawało się, że chociaż koniec szkoły wszystkim miał przynieść jednakową zmianę, nie wszyscy byli na nią jednakowo przygotowani, a ja oddawałam właśnie walkowerem ostatnią szansę, by wejść w dorosłość ramię w ramię razem z Vector. Nie mogłam jednak nic poradzić na to, że ciążyło mi przekonanie, że z nas dwóch tylko ona ma szansę pójść dalej. Było to najgorsze z uczuć.
Wsparcia nie mogłam też szukać w Syriuszu, który podobną przemianę wartości miał już za sobą. Pamiętałam, jakim zaskoczeniem było to, że ze wszystkich ludzi na ziemi podejście Syriusza zweryfikował właśnie James Potter. Jak jego wola, żeby spoważnieć i wydorośleć, ukoronowana niejako zeszłoroczną nominacją na Prefekta Naczelnego, spotkała się początkowo z gwałtownym protestem i niezrozumieniem Syriusza. Jak Black na kilka tygodni odsunął się od swojego przyjaciela, nie potrafiąc zrozumieć jeszcze jego motywacji, tylko po to, by po czasie wrócić z nieco zmienionym nastawieniem. Marzyłam, by i w tym sensie myśleć jak James Potter – cieszyć się, póki jeszcze było to możliwe i brać odpowiedzialność za siebie i innych, kiedy było to konieczne, ale widocznie taktyka Gigi działała na boisku, ale niełatwo dawała się rozciągnąć na inne dziedziny.
Wyrzuty sumienia zagłuszało nieco to, że Vector sama zachęcała mnie, żebym poszła na mecz z Syriuszem, który swoim zwyczajem zaproponował to zupełnie niezobowiązująco. Nie miałam pojęcia i nie pytałam, jak sobie to wyobraża – żeby uniknąć rozczarowań uznałam, że chodzi mu o skandowanie haseł obcej drużyny w towarzystwie dziesięciu innych kolegów. Wszystko okazało się jednak bardziej kameralne, bo z jego bliższych znajomych w promieniu paru metrów znajdował się tylko Peter Pettigrew, Remus Lupin i promieniejąca ze szczęścia Lily Evans, którzy powitali moją obecność uprzejmym zdziwieniem.
– Czy ona zamierza wygrać za wszelką cenę? – zapytał nieoczekiwanie Syriusz z autentycznym zaciekawieniem. Pochylał się nade mną i mówił mi do ucha, inaczej nie mielibyśmy szansy się usłyszeć. Odwróciłam się i spojrzałam na niego z bardzo bliska – patrzył prosto na naszą kapitan, która raz po raz skutecznie blokowała szukającego, lawirując na granicy faulu. Parsknęłam śmiechem, a potem uwiesiłam mu się na ramieniu, żeby odpowiedzieć prosto do ucha:
– Potter też mógłby odpuścić! Co wam szkodzi?!
Nie od razu się odsunęłam. Godziny stania na powietrzu robiły swoje i powoli robiło się zimno. Wszystkim zaczął doskwierać głód, część kibiców wycofała się już do zamku, a część przywoływała z dormitorium cieplejsze ciuchy i jedzenie. Wzmógł się też wiatr; wszystko to powodowało, że nie było nic przyjemniejszego, niż niezobowiązujące wiszenie na Syriuszu Blacku.
– On ma naprawdę dobry powód!
– Serio? – zapytałam z powątpiewaniem. Osobiście uważałam, że Krukonom należało się to jedno zwycięstwo. – Niby jaki?
Odpowiedź przeznaczona tylko dla moich uszu spowodowała, że prawie padłam ze zdumienia.
– Zamierza się oświadczyć, a nie wyobrażasz sobie chyba, że mógłby to zrobić po przegranym meczu.
Mimowolnie skierowałam zdumiony wzrok na Lily Evans. Black mocno objął mnie ramieniem, kierując moją uwagę na siebie.
– Niezbyt subtelne.
Nie odważyłam się poruszyć, żeby nie cofnął ręki, ale tego nie zrobił. Przez chwilę stałam jak wryta, ale po kilku minutach udało mi się oswoić z tym publicznym wyrażaniem czułości na tyle, żeby móc położyć głowę na ramieniu Blacka i trochę się rozluźnić. Mój wzrok na krótko spotkał się z taksującym spojrzeniem blondynki z rzędu poniżej.
– EJ! – krzyknął nieoczekiwanie Syriusz. Zerwałam się szybko, nie wiedząc w którą stronę patrzeć.
Nie bez przyczyny. O wyniku ostatniego meczu sezonu zdecydowały bowiem dwie akcje, które rozegrały się niemal jednocześnie i co do chronologii których wszyscy mieli wątpliwości – był to dramatyczny atak Gigi na znicza i nie mniej desperacki, mało techniczny rzut Jamesa Pottera zakończony golem. Przez chwilowe rozproszenie Blackiem nie tylko nie liczyłam już punktów, ale też nie zdążyłam zobaczyć żadnej z tych akcji. W pierwszej chwili nie mogłam wiedzieć, czy huk, który potoczył się po całym stadionie, oznaczał zwycięstwo Krukonów czy Gryfonów.
Nie miało to zresztą wielkiego znaczenia, bo wrzeszczący z radości Black podniósł mnie i pocałował na oczach wszystkich. Oddałam pocałunek i wtuliłam się w niego mocno. Tłum skakał i śpiewał ogłuszająco. Minęło kilka cudownie długich minut, zanim Syriusz odstawił mnie na ziemię.
Ludzie zaczęli przepychać się wyjścia, by dobiec do swojej drużyny, podczas gdy ja starałam się zaczerpnąć powietrza. Przed oczami pojawiły mi się ciemne plamy. Przed utratą przytomności usłyszałam jeszcze ostrzegawczy krzyk Evans.

Łapy przy sobie: osiem

Na psa urok: 08.

Czuła na sobie dziesiątki spojrzeń i były one jeszcze cięższe niż te, które ciążyły jej po przyjęciu u Slughorna. Teraz wydawało jej się, że od tego czasu minęły wieki, choć w rzeczywistości były to dwa tygodnie. Dainah miała nadzieję, że podczas przerwy świątecznej będzie mogła unikać tłumów i spróbować poukładać sobie wszystko w głowie, ale odmówiono jej tej prostej przyjemności – w zamku pozostała większość uczniów, zbyt przerażonych tym, co działo się poza murami Hogwartu, by wracać do domów. Każdego dnia „Prorok Codzienny” donosił o kolejnych zabójstwach. Wśród tych sensacji znalazła się też informacja o śmierci państwa Pool, którą natychmiast podchwycili wszyscy uczniowie. Reakcje były różne – słyszała i wyrazy współczucia, i szyderstwa, i słowa wsparcia, i opinie, że widać zasłużyli na to, co ich spotkało. Nikt nie wiedział tak naprawdę, co sprawiło, że śmierciożercy wybrali właśnie ten dom na cel swojego ataku, ale zdawało się, że każdy miał swoją teorię, swoją opinię i swoje oczekiwania względem tego, jak Dainah powinna się zachowywać w tej sytuacji. Było to nie do zniesienia.
Początkowo próbowała ukrywać się w dormitorium, ale Susannah i Isla – motywowane, jak sądziła, wyłącznie dobrymi intencjami – nie zostawiały jej żadnej przestrzeni do życia, ciągle chcąc jej matkować. Opowiedziała im o tym, co działo się w ministerstwie (choć zataiła to, co wydarzyło się później – czuła, że nie jest to coś, o czym powinna opowiadać nawet swoim przyjaciółkom), a one wplotły w jej opowieść swoje emocje i swoje założenia co do jej emocji, tym samym paraliżując jej możliwość okazywania faktycznych uczuć. Cały czas były przy niej, jakby obawiały się, że wkrótce nastąpi załamanie, które wciąż nie przychodziło. Dainah była nieco bardziej milcząca, ale nic w jej wyglądzie nie wskazywało na to, by w głębi serca przeżywała tragedię, co – zdaniem Isli i Susannah – było niezbitym dowodem na to, że dzieje się z nią coś bardzo złego.
Ich zachowanie sprawiało, że Dainah nie mogła wytrzymać w dormitorium i wymykała się na spacery po zamku. Ciągnęło ją też na błonia, ale starała się ich unikać, zamiast tego przemykając korytarzami, by zaszyć się w jednej z nieużywanych sal lekcyjnych, jakiejś opuszczonej komnacie czy zajrzeć do sowiarni. Na korytarzach nabrała nawyku patrzenia we własne buty, by nie widzieć spojrzeń pełnych współczucia lub pogardy. Szepty były wystarczająco irytujące.
Podczas jednego z pierwszych wieczorów, które spędzała w opuszczonej sali, znalazł ją Syriusz. Miał do tego taki talent, że nawet nie próbowała go pytać, skąd wiedział, gdzie się znajduje. Początkowo jego widok sprawił, że jej ciało napięło się jak struna. Dainah pamiętała dobrze, że całą drogę z Hogsmeade do Hogwartu spędzili w milczeniu. Nie było to milczenie krępujące, ale miała wrażenie, że wtedy, w Londynie, gdy już oderwali się od siebie, wypowiedzieli zbyt mało słów i to, co wówczas nie miało okazji wybrzmieć, wisiało między nimi, choć nie miała pojęcia, co by to mogły być za słowa. Ani żarliwe przeprosiny, ani wyrazy dozgonnej miłości nie były tu na miejscu, a wszystko, co znajdowało się pomiędzy tymi skrajnościami, zdawało się równie fałszywe. Dlatego też milczeli do siebie także wtedy, kiedy Syriusz wszedł do tej klasy i znalazł ją siedzącą na podłodze. Opierała się o ścianę i miała wzrok skierowany w stronę okna, choć myślami błądziła gdzieś daleko. Dopiero, kiedy odchrząknął, skupiła na nim spojrzenie. Nic nie powiedziała. On także milczał. Bez słowa usiadł obok niej i zarzucił rękę na jej ramiona, przyciągając ją lekko do siebie. Jej serce na chwilę wtedy zamarło w oczekiwaniu na to, co stanie się dalej. Ale nic się nie stało. Po prostu siedzieli obok siebie w ciszy.
Tymczasem grudzień skończył się i nadszedł styczeń, a wraz z nim do zamku powrócili pozostali uczniowie, którzy błyskawicznie dowiedzieli się o ataku śmierciożerców na rodziców Dainah, więc temat znów odżył. W połowie stycznia wydawało się, że wszyscy już o nim zapomnieli, zwłaszcza że od tego czasu było jeszcze kilka głośnych morderstw. Dlatego też Daniah zdziwiła się, gdy pewnego wtorkowego ranka drogę zaszło jej kilku Ślizgonów zarówno z jej rocznika, jak i młodszych.
– Twój ojciec nie potrafił dochować wierności sprawie – powiedział Yaxley, patrząc na nią z niechęcią.
Dainah popatrzyła na niego pytająco, jakby nie była pewna, czy na pewno mówił do niej.
– Nadchodzi wojna i każdy będzie musiał bardzo uważnie wybrać stronę, po której stanie – kontynuował, a w jego oczach błyszczało coś niebezpiecznego, jakieś źle skrywane szaleństwo. – Będziesz umiała wybrać lepiej niż on?
– O czym wy… – zaczęła, ale jeden ze Ślizgonów wybuchnął śmiechem.
– Pamiętaj, z jakiego domu jesteś – powiedział Selwyn. – Pamiętaj, jak kończą zdrajcy.
Dainah uniosła brwi, zbyt zdziwiona całą tą rozmową, by zadać najbardziej palące pytanie. Oni jednak nie mieli zamiaru z nią rozmawiać, najwyraźniej zadowoleni z tego, co już zdążyli powiedzieć, bo cała grupa bez słowa ją minęła, zostawiając z jeszcze większym mętlikiem w głowie.
Tego dnia miała nadzieję, że Syriusz znajdzie ją w pustej sali – wiedział o całym tym zamieszaniu i, być może, wiedział o śmierciożercach więcej niż ona. Wiedziała, że jego brat zadaje się z Yaxleyem i Selwynem, choć miała wątpliwości co do tego, czy Syriusz będzie w stanie powiedzieć jej cokolwiek o poczynaniach swojego brata. Był to jednak jakiś początek. Jakaś część niej chciała też wiedzieć, czy Syriusz w jakikolwiek sposób zareaguje na to, że grożono jej w umiarkowanie zawoalowany sposób. Starała się wciąż przypominać sobie, że przecież nic ich nie łączy, ale czuła przyjemne ciepło na myśl, że może… może by go to zirytowało.
Ale Syriusz nie przyszedł do niej ani tamtego, ani kolejnego dnia.
Nie był chory, widziała go przecież w Wielkiej Sali. Ze swojego miejsca przy stole Slytherinu obserwowała, jak jadł tosty, jak żartował z Potterem, Lupinem i Pettigrew, jak kończył pisać jakieś wypracowanie, a także jak rozmawiał z innymi dziewczętami. Czasami były to rozmowy zwyczajne, które kończyły się podaniem mu solniczki czy czegoś z leżącego daleko półmiska, ale czasami dziewczęta te podchodziły do niego z odległych końców Wielkiej Sali, by usiąść pomiędzy półmiskami, jakby same były czymś, co można zjeść, jakby chciały zostać pożarte przez niego. Zawsze były wtedy ładniejsze i pogodniejsze od Dainah, a przynajmniej takimi jej się wydawały. Zawsze miały dłuższe nogi, równiejsze zęby, lepszą fryzurę, większy biust… Kiedy tylko na nie patrzyła, przypominała sobie dotyk Syriusza na swoim ciele, jego oddech we włosach i błądzące, rozgrzane dłonie, i zastanawiała się, czy one również na to liczyły, czy może miały podobne wspomnienia.
Wiedziała, że nie powinna o tym myśleć – w końcu ją i Syriusza nic nie łączyło poza tymi dziwnymi spotkaniami od czasu do czasu i szybkim zbliżeniem gdzieś między odrapaną ścianą a koszem na śmieci w ciemnej uliczce w Londynie. Nie miała prawa być o niego zazdrosna, a jednak… Wzdłuż kręgosłupa pełzło jej zimno, kiedy myślała o ustach Syriusza na ustach innej dziewczyny. Często miała wrażenie, że to tylko kwestia czasu, że któregoś dnia – między jednym kęsem posiłku a drugim – zobaczy właśnie to. Zastanawiała się, co wtedy poczuje i czy będzie zdolna do odczuwania czegokolwiek. Choć Syriusz nie był jej, to nie chciała, by był czyjś. W żadnym ze scenariuszy, które pojawiały się w jej głowie, nie wstawała jednak od stołu Ślizgonów, nie podchodziła do niego, nie odpychała tej obcej dziewczyny i nie próbowała o niego walczyć. Zawsze w takich wyobrażeniach to, czego się obawiała, rozgrywało się na jej oczach, a ona bezwolnie na to przyzwalała, jakby wcale jej to nie dotykało.
Póki co jednak nic takiego się nie stało. A wieczorem, kiedy wyszła z kolacji i ruszyła w stronę jednej z sobie tylko znanych sal, dogonił ją Syriusz.
– Co jest, Pool? Przy stole wyglądałaś jak rozwścieczony hipogryf – zagadnął, a ona poczuła rozlewające się po brzuchu ciepło na myśl, że przynajmniej raz ją zauważył.
– Nie wiem, o czym mówisz – odparła możliwie obojętnym tonem.
– Dobra, dobra. – Wyszczerzył się. – Przyszedłem zadbać o twoją edukację.
Dainah uniosła pytająco brew.
– Siedzisz w tych salach i nic z tego nie wynika. Martwię się, Pool – powiedział, przykładając dłoń do serca, jakby dla podkreślenia swojego zmartwienia. Dainah parsknęła śmiechem. – Nie ma się co śmiać, owutemy się same nie napiszą. Dlatego postanowiłem zmierzyć się z trudnym zadaniem powtórzenia z tobą eliksirów.
– Chcę ci przypomnieć, że miałam W z sumów, doskonale sama sobie poradzę.
– Chcę ci przypomnieć, że moje plecy doskonale pamiętają, jak sama sobie radzisz.
Dainah fuknęła z irytacją, która od udawanej szybko przeszła do prawdziwej.
– W porządku, zobaczymy, jak sobie poradzisz – powiedziała, unosząc wyzywająco brodę.
Syriusz pocałował ją tak szybko i krótko, że nawet nie zdążyła zaprotestować. A potem bezczelnie zniknął gdzieś za zakrętem korytarza.
*
– Gdzie ty ciągle znikasz? – zapytała Susannah, kiedy Dainah pakowała kilka pergaminów do szkolnej torby.
– Hm? – zapytała, z roztargnieniem sprawdzając, czy wrzuciła już do niej podręcznik.
– Wychodzisz gdzieś kilka razy w tygodniu i wracasz o dziwnych porach – kontynuowała.
Dainah zerknęła w lustro i odgarnęła parę jasnych kosmyków za ucho.
– Uczę się, owutemy się zbliżają – powiedziała.
– Przecież ona się zakochała – oświadczyła Isla, która przysłuchiwała się tej wymianie zdań. – To nie jest żadna nauka, to zwyczajne randki.
– Nie mam pojęcia, o co wam chodzi – odpowiedziała Dainah, nawet się przy tym nie rumieniąc. – Zejdźcie ze mnie.
Susannah westchnęła.
– Żeby tak ze mną ktoś się chciał uczyć. Zostanę starą panną, zobaczycie – powiedziała.
Isla natomiast patrzyła na Dainah tak, jakby starała się wywiercić jej wzrokiem dziurę w czaszce i zajrzeć do środka. Widać było, że coś analizowała, a wyniki tej analizy nie mogły jej się podobać, bo z każdą chwilą marszczyła nos coraz bardziej. Dainah nie miała zamiaru czekać na pytanie o to, z kim spędza tyle czasu, i bez zbędnych słów wyszła z dormitorium.
Powtórki z Syriuszem trwały już od kilku tygodni i, ku swojemu zdumieniu, odkryła, że faktycznie, przez większość czasu zajmują się nauką. Kilkukrotnie zdarzyło im się zapomnieć na kilka chwil o księgach i pergaminach, zamiast tego skupiając się na swoich ciałach. Zwykle później nie wracali już do powtórek z eliksirów, ale opowiadali o niewiele znaczących historyjkach z przeszłości, póki któreś z nich nie trafiło w czuły punkt tego drugiego. Wtedy zapadali w bezpieczne milczenie albo rozchodzili się do dormitoriów, by za parę dni ponownie się spotkać.
*
W końcu nadszedł luty. W drugą jego sobotę miało się wydarzyć coś, co napełniało Dainah pewnymi obawami. Miała po raz pierwszy od dawna iść na boisko do quidditcha i patrzeć, jak czternaścioro osób na miotłach przerzuca się piłkami, i udawać, że jest tym zainteresowana. Wiedziała, że taki mecz może trwać długo, i wcale nie miała ochoty spędzać tyle czasu na tak bezproduktywnej rozrywce, ale przed kilkoma dniami Syriusz wspominał o tym, jak ważna jest to potyczka, jeśli Gryfoni chcą wygrać Puchar Quidditcha. Widziała ten zapał w jego oczach, aż w końcu najwyraźniej przypomniał sobie, do kogo mówi, bo wymamrotał tylko „Ale przecież ciebie to i tak nie interesuje” i do końca spotkania był dziwnie nachmurzony. Dainah poczuła się nieco dotknięta tymi słowami, choć mecz istotnie jej nie interesował. Nie zareagowała jednak i dopiero następnego dnia, kiedy znów obserwowała Syriusza ze swojego miejsca przy stole Slytherinu, doszła do wniosku, że pójdzie na ten mecz. Skoro tak go to interesuje, to powinna chyba wykazać się jakimś zainteresowaniem. Nie żeby łączyło ich coś, co wymagało od niej takiego zaangażowania.
W sobotni poranek ubrała się dostatecznie ciepło, bo nie zmarznąć na boisku. Isla i Susannah patrzyły na nią ze źle skrywanym zdziwieniem, ale żadna nie wypowiedziała ani słowa. Przy śniadaniu nie widziała Syriusza, ale nie przeszkadzało jej to. W końcu i tak nie mogłaby mu powiedzieć, że będzie na trybunach… a nawet gdyby powiedziała mu o tym, czy jej obecność cokolwiek by zmieniła? Po prostu pójdzie tam, obejrzy ten mecz, a jeśli Syriusz w przyszłości coś o nim wspomni, będzie mogła zaskoczyć go wiedzą o tym, co działo się na boisku.
Mecz był dokładnie tak nudny, jak się tego spodziewała. Kafel wędrował z rąk do rąk, czasami przelatując przed obręcz po puchońskiej stroni boiska, czasami przez jedną z tych po gryfońskiej stronie. Dainah nie śledziła jego ruchów uważnie, bardziej skupiona na tłuczkach, z którymi musiał sobie radzić Syriusz. To był całkiem dobry mecz, jeśli wierzyć słowom komentatora, punkty przyrastały szybko, ale złoty znicz nadal się nie pokazał, przez co szukający byli najbardziej wypoczętymi graczami na boisku. Dobre pół godziny musiało minąć, zanim złoty błysk pojawił się blisko jasnowłosego Puchona, który od razu ruszył w pościg, szybko mając Gryfona na ogonie miotły. Widziała też, jak Syriusz odbija tłuczek w kierunku trójki puchońskich ścigających i wykrzykuje coś do drugiego z gryfońskich pałkarzy. Był tak skupiony na grze, że Dainah fascynowały obserwowanie go. Latał z taką gracją, a jednocześnie bez szczególnego wahania posyłał tłuczki w przeciwników. Było w tym coś magicznego, choć nie na tyle, by chciała oglądać mecze, w których nie mogłaby zobaczyć Blacka.
– Sto dwadzieścia do stu dla Puchonów. Walka o znicza wciąż trwa, Adams wysuwa się na prowadzenie. Jeśli szukający Gryfonów złapie znicza, jego drużyna wygra – informował komentator.
Dainah wbiła wzrok w złoty punkcik, który zdawał się zwodzić obu zawodników, to przystając, to znów przyspieszając. Gryfon reagował na te zmiany z rosnącym zdenerwowaniem, ale wciąż podążał za piłeczką, podczas gdy Puchon wydawał się bardziej skołowany. Jego ruchy nie zawsze wydawały się Dainah logiczne, ale zdawała sobie sprawę, że sport nie musi być logiczny.
W pewnym momencie tłuczek świsnął tuż obok ucha szukającego Hufflepuffu, który chyba próbował zaprotestować, bo zamachał ręką do sędziego, Ten go zignorował, ale przyleciał do niego jeden z puchońskich pałkarzy. Wymienili kilka słów, a potem pałkarz zaczął przejmować tłuczki i posyłać je w kierunku znicza, jakby chciał zniechęcić Gryfona do podlatywnia do niego. Zniechęcanie Gryfonów do czegokolwiek zwykle nie działa, podobnie było w tym przypadku. Syriusz natychmiast znalazł się obok kolegi ze swojej drużyny i osłaniał go przed tłuczkami, kiedy tamten próbował zbliżyć się do znicza, który na chwilę zastygł w powietrzu, jakby czekał na rozwój zdarzeń.
Dainah przestała na chwilę oddychać, kiedy zobaczyła, jak tłuczek trafia w rękę Syriusza, z której wypadła pałka. Tymczasem w jego kierunku mknął ją drugi tłuczek. Dainah usłyszała dźwięk gwizdka, który miał przerwać mecz, ale żaden z zawodników się nie zatrzymał. Szukający Gryffindoru wykorzystał ten moment, by zanurkować w kierunku znicza, a Syriusz szarpnął miotłą i wleciał prosto w tłuczek tak, by nie uderzył on jego kolegi z drużyny. Potem wszystko wydarzyło się jednocześnie, komentator zaczął krzyczeć, że Adams złapał znicza, drużyna Gryffindoru zebrała się wokół Syriusza, by sprowadzić jego miotłę na ziemię, Puchoni natomiast otoczyli swojego pałkarza i wydawali poirytowane krzyki. Wokół tego wszystkiego krążył sędzia, a Dainah rozbolała głowa. Zanim się zorientowała, co właściwie robi, wstała z miejsca i zaczęła schodzić z trybun. Nogi niosły ją na boisko, ale przecież nie mogła tam iść, co miałaby tam robić?
Raz jeszcze spojrzała na boisko. Gryfoni wylądowali już na trawie, a James Potter odrzucił swoją miotłę i, przepchnąwszy się przez Puchonów, zaczął okładać ich pałkarza. Reszta drużyny Gryffindoru próbowała powstrzymać Syriusza przed podnoszeniem się. Z trybuny dla nauczycieli już zbiegła pani Pomfrey. Wszystkie te obrazy kłębiły się przed oczami Dainah i wirowały, póki nie zamknęła oczu i nie zeszła chwiejnie z trybuny dla Ślizgonów, która tego dnia była tylko w połowie pełna. Nie zastanawiała się, czy zwraca na siebie spojrzenia innych. Możliwie spokojnym, ale stanowczym krokiem ruszyła do zamku.
*
Kręciła się w okolicy skrzydła szpitalnego, póki drużyna Gryffindoru z niego nie wyszła. Później widziała, jak wchodzi tam jeszcze kilka osób – Gryfonów, najwyraźniej zaniepokojonych stanem zdrowia Syriusza. Nie miała śmiałości wejść do skrzydła, kiedy oni wszyscy tam byli. Jej miejsce było w lochach, nie powinna nawet krążyć przy tych drzwiach. Dotkliwie też zdawała sobie sprawę, że gdyby nie pomysł pójścia na ten mecz, nawet nie widziałaby, że powinna się martwić o Syriusza. Gdyby nie to, że tam była, siedziałaby pewnie w opuszczonej sali i się uczyła, być może zastanawiając się przelotnie, czy wygrał i czy właśnie świętuje.
Teraz jednak stała za jakąś zbroją i czekała, aż miną ją dwie Gryfonki, z których jedna mówiła, że niesie mu kociołkowe pieguski, które Syriusz tak uwielbia. Dainah nie wiedziała, że Syriusz je uwielbia. Nie wiedziała też, kim są te Gryfonki, ale w tamtej chwili ich nie znosiła.
W końcu jednak korytarz opustoszał i odważyła się wyjść zza zbroi. Kiedy tylko weszła do skrzydła szpitalnego, od razu zauważyła Syriusza. Leżał na łóżku pod oknem i marszczył brwi, jakby próbował rozwiązać jakiś bardzo poważny problem. Obok niego, na szafce nocnej, leżały nierozpakowane kociołkowe pieguski, a Dainah nie była pewna, czy bardziej cieszy ją widok całego i relatywnie zdrowego Syriusza, czy niezjedzonych ciastek.
– Pool, co tu robisz? – zapytał, kiedy ją zobaczył.
To sprawiło, że na chwilę się zatrzymała. Co właściwie tam robiła? Czy nie chciał jej widzieć?
Syriusz wyszczerzył zęby, nie czekając na jej odpowiedź.
– Daliśmy im niezłego łupnia – stwierdził.
– Z tego co widziałam, to oni dali łupnia tobie – zauważyła sucho.
– To tylko… Byłaś na trybunach, Pool? – zapytał, uśmiechając się jak kot, który właśnie zjadł kanarka.
Nie podobał jej się ten uśmiech, który sprawiał, że czuła się, jakby stała przed nim naga. Co gorsza nie fizycznie – tego się nie obawiała – ale emocjonalnie.
– Byłam – przyznała w przypływie śmiałości.
Syriusz uśmiechnął się do niej tak szeroko, że tym razem poczuła, jakby miały się pod nią ugiąć kolana. Żadne z nich nic jednak nie powiedziało.
– Długo będą cię tu trzymać? – zapytała tylko, kiedy poczuła, że cisza zaczyna się już przeciągać.
– Pani Pomfrey uparła się, że powinienem zostać do rana – mruknął, ale po chwili zmienił wyraz twarzy. – Chciałabyś mi potowarzyszyć? – zapytał, to unosząc, to opuszczając brwi w geście, który w teorii miał być zalotny, a tylko wywołał u niej śmiech.
– Chciałbyś – odpowiedziała, siadając obok łóżka.
Zdążyli wymienić raptem parę zdań, zanim do skrzydła szpitalnego wpadli przyjaciele Syriusza. James Potter – nadal w stroju do quidditcha – zmarszczył brwi na widok Dainah.
– Co ona tu robi? – zapytał Syriusza, jakby ten nie zauważył, że tuż obok niego siedzi Ślizgonka.
– Pójdę już – mruknęła Dainah, podnosząc się z miejsca. Nie spojrzała na Syriusza, wbijając wzrok w podłogę, dlatego tym bardziej zaskoczyło ją, kiedy poczuła na swojej dłoni ciepło jego dłoni.
– To jest Dainah – powiedział spokojnie. – I zostanie tutaj.

Na psa urok: 08.

Kości zostały rzucone: rozdział ósmy

Wszystkie jej lęki blakły w promieniach czerwcowego słońca, kiedy leżeli w wysokiej trawie zamkowych błoni, ukryci przed tym, co nieuniknione, ogłuszeni leniwym bzyczeniem owadów, pijani brakiem powinności. Wydawały się równie odległe i nierzeczywiste, co półprzezroczyste na tle palącego błękitu nieba górskie szczyty – i nawet bezduszność jej brata zatarła się w jej wspomnieniach przez te ostatnie tygodnie na tyle, że odważyła się nie odpisywać więcej na jego pełne pustych zdań i pozbawionych znaczenia słów listy, które pozwalały mu utrzymywać nad nią władzę pomimo dzielących ich mil. Wytrwale przysyłał kolejne, utrzymane w podobnym beznamiętnym tonie, jakby nawet nie zauważył, że nie otrzymał odpowiedzi na poprzednie, a kiedy wreszcie przestał, lubiła myśleć, że osiągnęli w ten sposób pewnego rodzaju porozumienie i jego milczenie nie było zwiastunem odwetu, a oznaczało jedynie ulgę, że zniknęła z jego życia – tak jak ona zawsze marzyła, żeby on zniknął z jej.
Przyjemny ciężar głowy Edgara Bonesa zniknął z jej piersi i poczuła, jak się nad nią pochyla – jego nagrzaną słońcem skórę, rzucany przez niego cień, krople wody ściekające z jego mokrych po nurkowaniu w jeziorze włosów; jakaś zmiana w miarowym biciu jej serca, nierówność oddechu, ledwo wyczuwalne drżenie mięśni musiały zdradzić jej myśli.
– Nad czym tak dumasz? – zapytał prześmiewczo, a ona tylko uśmiechnęła się bezwiednie, nie otwierając oczu.
Myślała o tym, że jutro mogłoby nigdy nie nadejść, że właśnie ten dzień wart był przeżywania wciąż od nowa bez końca, choć przecież tak wiele było szczęśliwych dni w tych ostatnich tygodniach przed egzaminami końcowymi, więcej niż kiedykolwiek wcześniej, a ten ciepły, letni dzień różnił się od wszystkich poprzednich ciepłych, letnich dni tylko tym, że był ostatnim takim dniem w ich życiu. Jutro rano mieli odbyć podróż w jedną stronę do świata odpowiedzialności, której ciężaru nie potrafili sobie jeszcze nawet wyobrazić, ale dzisiaj nie musieli się tym jeszcze przejmować – dzisiaj mogli być jeszcze beztroscy.
– Powiedz mi – ponaglił ją sfrustrowany jej milczeniem; poczuła jego zęby wpijające się w pustej groźbie w jej obojczyk, ale tylko prychnęła lekceważąco.
Wszystko stało się prostsze wraz ze zniknięciem Rabastana Lestrange’a. Kiedy nie wrócił do szkoły po przerwie wiosennej, jego nieobecność została przyjęta z pewną konsternacją nawet przez najbliższe mu osoby – Traversa, z którym zawsze zdawał rozumieć się bez słów i Yaxleya, z którym łączyły go przecież więzy rodzinne – co tylko dowodziło, że zbliżenie się do niego nie było tak naprawdę możliwe, że było to tylko złudzenie. Musiał być zmęczony czekaniem na przyszłość, którą wybrał dla niego, a później przypieczętował swoim zesłaniem do Azkabanu jego ojciec – jej kształt z całą pewnością nie zależał od wyników egzaminów i z tej perspektywy podejście do nich wydawało się stratą czasu, ale czy nie było za wcześnie na porzucenie wszelkich pozorów, zrzucenie masek? Oficjalnie powodem jego nieobecności miał być pogarszający się stan zdrowia jego matki, ale nawet Slughorn powtarzał to wyjaśnienie bez przekonania, choć był ostatnim człowiekiem w zamku, który pragnął poznać prawdziwe powody, dla których Rabastan Lestrange przerwał swoją edukację tuż przed jej ukończeniem.
Czy właśnie to obiecał mu wtedy w Hogsmeade jego brat? Czy zasłużył sobie wreszcie na jego łaskę, czy musiał dopiero udowodnić swoją wartość, żeby wypełnić miejsce w szeregu po swoim ojcu, który tymczasem został skazany na raczej symboliczne dziesięć lat w Azkabanie, nie wypowiadając ani jednego słowa w trakcie całego swojego procesu? Nie śmiała wyobrażać sobie, co takiego musiał zrobić, żeby wykazać się podobną lojalnością i z czasem stał się dla niej jedynie wspomnieniem, czymś jeszcze mniej niż senną marą – jakby nigdy tak naprawdę nie istniał.
Otworzyła oczy, żeby spojrzeć na Edgara, który wsparty na przedramionach wciąż wpatrywał się w nią niecierpliwie; nic z tego, o czym myślała, nie dawało się jednak ubrać w słowa, więc tylko zmierzwiła opadające mu na twarz mokre kosmyki, całując go przy tym tak, że natychmiast zapomniał o pytaniu, na które nie otrzymał odpowiedzi.
Zawsze w końcu zapominał.
Zwykł wybuchać nagłym afektem bez względu na to, gdzie właśnie się znajdowali, by zaraz znów stać się szorstkim, roztargnionym, nieuchwytnym, podczas gdy ona wolała manifestować swoje uczucie w drobnych gestach, odczuwając przy tym rozłąkę dotkliwiej, niż gotowa była przyznać nawet przed samą sobą; dopiero z czasem oswoiła się z jego żarliwością na tyle, że teraz nie przeszkadzało jej już, że bezwstydnie wsunął dłoń pod jej bluzkę, choć tego popołudnia błonia pełne były głodnych spojrzeń. Na jedno mgnienie udało im się zapomnieć nawet o istnieniu czasu – a potem padł na nich cień profesor Sprout.
Jutro nadeszło, głuche na wszelkie modlitwy. Oszołomiona panującym na peronie zgiełkiem wysiadła z pociągu i zrobiła jeszcze parę bezwiednych kroków, trzymając się kurczowo Edgara, który poirytowany wypatrywał w tłumie swojej młodszej siostry – a potem nagle stanęła w miejscu, sparaliżowana koniecznością podjęcia decyzji, która każdego poprzedniego dnia wydawała się niemożliwa do podjęcia. Edgar nawet nie zauważył, że puściła jego dłoń i na moment zniknął jej z oczu; zaraz jednak znów znalazł się przy niej, czyniąc przy tym straszliwy zamęt w tłumie podążającym zwartym strumieniem w przeciwnym kierunku. Uśmiechnęła się do niego z wysiłkiem, ale nie dał się zwieść – zawsze wyczuwał jej niespokojne myśli i w momencie przesiąkał nimi cały jak deszczem, stawał się spięty, jeszcze bardziej zapalczywy.
– Nie przemyślałam tego – wyznała z westchnieniem. Teraz żałowała, że nie podzieliła się z nim wcześniej swoimi wątpliwościami, a jednocześnie wciąż żywa była w niej obawa, że gdyby tylko wiedział o wszystkim, co nie pozwalało jej nocami zasnąć, patrzyłby na nią zupełnie inaczej. Zmarszczył brwi skonfundowany, ale o nic nie zapytał; złożył na jej czole kojący pocałunek i bez słowa wyjaśnienia pociągnął ją za sobą przez tłum.
– Mamo – powiedział nagle, zatrzymując się i pochylając niezgrabnie, żeby pocałować w policzek kobietę o jasnorudych włosach, która rozpromieniła się na jego widok. – Tato. – Prostując się, skinął głową mężczyźnie trzymającemu z czułością pod rękę jego młodszą siostrę. A potem przyciągnął do siebie Raelyn i oświadczył krótko: – To jest Lynn. Zostanie na wakacje.
Duże, ciemne oczy pani Bones zwróciły się na nią pełne życzliwego zainteresowania; pan Bones utkwił wzrok w Edgarze, nawet na nią nie spojrzawszy; Amelia natomiast tylko przyglądała się jej z uprzejmą obojętnością, nieporuszona, jakby już dawno uznała, że Raelyn Marlow była jedynie czymś przelotnym w życiu jej brata i to, że gotowy był teraz z jej powodu siać ferment, o niczym jeszcze nie świadczyło.
– Nie pomyślałeś, żeby nas… uprzedzić? – zapytał w końcu pan Bones po chwili niezręcznego milczenia, starannie dobierając słowa. Nie sprawiał wrażenia zaskoczonego – wydawał się raczej spodziewać po swoim synu podobnej samowoli, jakiejś drobnej niesubordynacji, próby przeprowadzenia zamachu na jego ojcowski autorytet, i chociaż ton jego głosu był nienagannie uprzejmy, każda komórka jego ciała zdawała się wyrażać dezaprobatę tak jednoznaczną, że Raelyn cofnęła się pół kroku, dając wyraz swojemu zmieszaniu, ale Edgar tylko mocniej ścisnął jej dłoń.
– Nie – odparł wolno z wyzywającą prostotą. – Nie pomyślałem.
Górna warga pana Bonesa, częściowo ukryta pod dostojnym wąsem, uniosła się lekko, ale zanim zdołał przełknąć impertynencję syna, pani Bones bezlitośnie zakpiła sobie z jego oburzenia i dławiąc narastający konflikt w zarodku, wtrąciła z zachwytem:
– Cudowna niespodzianka, Edgarze.
Była kobietą o surowej urodzie – wysokich kościach policzkowych, wyraźnie zarysowanej szczęce, długiej szyi; twarz obsypaną miała jednak piegami, włosy spięte niedbale, wargi stanowczo zaciśnięte, ale jakby gotowe do rozciągnięcia się w uśmiechu. Otaczała ją aura niewymuszonej elegancji, onieśmielającej wręcz przenikliwości, a jednocześnie było w niej coś niesfornego, jakaś przekorność i żywiołowość, których czas najwyraźniej nie zdołał zdławić.
– Chodźmy już – rzuciła niecierpliwie, bezceremonialnie obejmując Raelyn ramieniem i zanim ktokolwiek zdążył się jej sprzeciwić, dodała: – Może jeszcze zdążymy na herbatę.
Herbata o piątej w domu państwa Bones była uświęconym rytuałem, który obowiązywał wszystkich – nawet starego, biszkoptowego mastiffa imieniem Boo, który z afektem złożył swój ogromny pysk na podołku pani Bones i tęsknie wodził oczami za herbatnikami. Edgar, wypiwszy swoją herbatę tak szybko, że musiał sparzyć sobie język, droczył się z nim okrutnie, podsuwając mu je pod sam nos, podczas gdy Amelia bez emocji opowiadała o swoim egzaminie z historii magii, a pan Bones sączył herbatę ze źle skrywanym niesmakiem, który nie miał nic wspólnego z jakością przyrządzonego wywaru, zerkając przy tym wciąż na Raelyn znad ręcznie malowanej filiżanki, rozdarty między uprzejmością a pragnieniem ignorowania jej istnienia, aż w końcu zdecydował się odezwać:
– Lynn – zwrócił się do niej sztywno, niezręcznie. – Zdaje się, że umknęło mi twoje nazwisko, gdy mój syn cię przedstawiał.
Mrugnęła, mając nadzieję, że śpiewny brzęk porcelany, z jakim odstawiła filiżankę na spodek, zwróci uwagę siedzącego tuż obok niej na dywanie Edgara, ale ten zajęty był układaniem kolejnych herbatników na nosie Boo i nie mógł wybawić jej od konieczności udzielenia odpowiedzi.
– Marlow – odparła, starając się nie brzmieć obcesowo. Wiedziała, czemu miało służyć to pytanie i czuła, że nie zniesie ani sekundy oczekiwania na to, aż pan Bones skojarzy jej nazwisko, więc dodała: – Rufus Marlow z Komisji Handlu to mój ojciec.
Pan Bones skinął wolno głową w zamyśleniu, wyraz jego pociągłej, surowej twarzy pozostał jednak nieprzenikniony. Być może jedynie niejasno kojarzył jej ojca i nie potrafił teraz odnaleźć w pamięci niczego, co mogłoby świadczyć przeciwko niej; nie miała pojęcia, jakim człowiekiem był jej ojciec w pracy, ale nie podejrzewała, żeby robił cokolwiek ponad wymagane od niego niezbędne minimum – zwykle samo oddychanie zdawało się pochłaniać całą jego wątłą wolę życia.
– Zatem Reese Marlow z Departamentu Tajemnic musi być twoim…
Boo westchnął ciężko, strącając piramidę herbatników ze swojego nosa i Raelyn wykorzystała to jako pretekst, żeby odwrócić wzrok i udać, że nie usłyszała ostatnich słów pana Bonesa. Czuła na sobie spojrzenie jego przenikliwych, błękitnych oczu, ciężar zgromadzonych przeciwko niej dowodów i formułujący się w jego głowie wyrok, gdy rzuciła się pomóc zebrać rozsypane po dywanie herbatniki, ale zanim werdykt został wydany, Edgar uznał, że spełnili już swój obowiązek wobec angielskiej tradycji i wyciągnął ją do ogrodu, a potem dalej przez wrzosowisko na plażę nad zatokę, niemal wciągając do wody.
Nie był pewna, czy to krew tak ogłuszająco szumiała jej w uszach, czy raczej rozpościerające się przed nią morze, ale kiedy chłodna, spieniona woda obmyła jej kostki i cofnęła się leniwie z powrotem do zatoki, zdawała się zabrać ze sobą całą jej wściekłość na Edgara wraz z rosnącym jej w gardle upokorzeniem. Nigdy wcześniej nie widziała morza i tak bardzo zachwyciła ją jego bezkresność, czysta linia horyzontu, sposób, w jaki błękit nieba spotykał się z błękitem wody, że odtąd spędzali na plaży całe dnie, leżąc na nagrzanym słońcem piasku jeszcze długo po tym, jak zapadał zmrok. Kiedy Edgar nauczył ją jeździć na rowerze, odwiedzali też czasem sąsiednią wioskę – a jeśli tylko chcieli ukryć się przed resztą świata, chowali się w pobliskich ruinach zamku, którego kruszące się mury nie przypominały wcale Hogwartu, ale dawały podobne poczucie bezpieczeństwa i z łatwością mogli sobie wyobrazić, że wiszące nad nimi niebo było zaczarowane.
Edgar miał jednak również w zwyczaju przepadać gdzieś bez słowa i zostawiać ją samą sobie; Amelia pozostawała wobec niej uprzejma, ale nie czuła się zobowiązana, żeby nawiązywać z nią rozmowę; pani Bones zajęta była kończeniem pracy naukowej dotyczącej starożytnego prawa; pan Bones natomiast spędzał większość czasu w Londynie i Raelyn starała się nie przypominać mu o swoim istnieniu, co udawało jej się aż do wystawnego niedzielnego obiadu, na którym pojawił się także starszy syn państwa Bones wraz ze swoją przyszłą żoną.
William Bones miał jasnorude włosy i pogodne usposobienie ze skłonnością do subtelnej ironii swojej matki. Był wzrostu Edgara, ale poza tym różnili się wszystkim – starszy z braci Bones pozbawiony był niezgrabności, niespokojnego ducha i pogardy dla wszelkiej subtelności młodszego, zachowując doskonałą równowagę między powagą i poczuciem humoru, co pozwalało mu z wyczuciem i niezbędnym dystansem podchodzić do żywiołowości brata, oziębłości siostry czy zasadniczości ojca. Jego narzeczona, Helena, była wnuczką Harolda Michuma, o którym mówiło się, że w przyszłym roku zostanie Ministrem Magii, co wraz z jej nieprzeciętną urodą musiało w oczach pana Bonesa rekompensować egzaltowanie, w jakie popadała, opowiadając nawet o najbardziej prozaicznych sprawach, bo znosił je bez mrugnięcia okiem.
Raelyn siedziała między panią Bones, a Williamem, wymieniając spojrzenia z siedzącym naprzeciwko Edgarem, który ukradkiem karmił Boo pod stołem najlepszymi kawałkami wołowiny; wraz z drugim daniem kończyły się jednak z wolna zabawne anegdoty, błahe tematy i cierpliwość pana Bonesa, który zdawał się nie słuchać relacji swojego młodszego syna z egzaminu z mugoloznawstwa, a jednak nieprzypadkowo przerwał mu w połowie zdania, rzucając przez stół tylko pozornie beznamiętnie:
– Lynn, ty zdaje się nie marnowałaś czasu na mugoloznawstwo? W domu Salazara ten przedmiot nigdy nie cieszył się popularnością.
Sposób, w jaki zdołał jednocześnie pochwalić i skrytykować jej brak zainteresowania światem niemagicznym, niemal wzbudził jej podziw.
– Kontynuowałaś przynajmniej historię magii na poziomie owutemów? – zapytał takim tonem, jakby zależało od tego wszystko, a kiedy skinęła głową, ciągnął wciąż niezadowolony: – Znakomicie. Może w takim razie zainteresuje cię moja kopia oryginalnego…
– Ona nie chce oglądać twojego gównianego Kodeksu – warknął Edgar z gwałtownością porównywalną jedynie do erupcji wulkanu i wszyscy spojrzeli w jego kierunku, choć ich powściągliwe reakcje świadczyły o tym, że zdążyli już przywyknąć do jego niewybrednego słownictwa.
Zapadła cisza, którą pan Bones zdawał się delektować.
– Lynn potrafi chyba mówić za siebie – powiedział w końcu wolno, tonem sugerującym, że wcale nie potrafiła.
– Jest zbyt dobrze wychowana, żeby kazać ci się od…
– Z chęcią obejrzę pańską kopię Kodeksu – wtrąciła ostrzej, niż zamierzała. – Dziękuję.
Edgar spojrzał na nią dotknięty tą zdradą, którą przecież popełniła dla niego, nie chcąc, żeby powiedział coś, czego mógłby później żałować, nawet jeśli dotąd zdawał się nigdy nie żałować słów wypowiedzianych w gniewie, nie tak naprawdę, wciąż przekonany, że w cudzej pamięci nie mogły przetrwać dłużej niż w jego własnej, gdzie ich żywot był wyjątkowo krótki.
Trzasnął dramatycznie drzwiami; podano deser, na który nikt nie miał ochoty. Pan Bones zaprowadził ją do swojego gabinetu, gdzie w szklanej gablocie znajdowała się okazała, wyjątkowo stara księga otwarta na klauzuli definiującej kary przewidywane za złamanie ustaleń Międzynarodowego Kodeksu Tajności, które obecnie były jedynie odrobinę łagodniejsze i Raelyn starała się sprawiać wrażenie zainteresowanej, ale kiedy podniosła wzrok na pana Bonesa, żeby zapytać, z którego dokładnie roku pochodziła kopia, z której był tak dumny, wyraz jego oczu dał jej do zrozumienia, że wcale nie będą rozmawiać o historii magii.
– Nie życzę sobie, żebyś wciągała mojego syna do tej waszej sekty – powiedział wprost, nie siląc się na żadne wstępy. – Gotowy jest popełnić jakieś głupstwo, żeby tylko coś mi udowodnić, ale nie pozwolę ani tobie, ani twojemu bratu… – Otworzyła usta, ale zanim zdołała wypowiedzieć choćby słowo, pan Bones uciął bezlitośnie: – Nie waż się kłamać, patrząc mi w oczy, dziewczyno.
Bała się mrugnąć, żeby nie uznał tego za afront.
– Znam was lepiej, niż wam się wydaje. Wszyscy wyssaliście obłudę z mlekiem matki – podjął szeptem tak cichym, że musiała niemal czytać z ruchu jego warg. – Myślisz, że nie wiem o zażyłości twojego brata z Rudolfusem Lestrange’em? Posłuchaj mnie uważnie. Jutro opuścisz mój dom, a jeśli kiedykolwiek spróbujesz…
– Wystarczy, Edwardzie.
Pan Bones wyprostował się z godnością, ale Raelyn nie odważyła się poruszyć, żeby obejrzeć się na stojącą w drzwiach gabinetu panią Bones. Jedyne, czego pragnęła, to zniknąć – znajome uczucie, które ogarniało ją zawsze, gdy jej bratu udawało się przemocą zdusić w niej wszelki opór. Gardło miała ściśnięte i czuła, jakby zaraz miała udławić się własną śliną; pani Bones dotknęła ostrożnie jej ramienia, ale Raelyn nie potrafiła spojrzeć jej w oczy i tylko zacisnęła mocniej powieki, usiłując powstrzymać łzy upokorzenia. Usłyszała, jak pan Bones wychodzi, nie dając jej szansy na odparcie oskarżenia – jak zresztą miałaby tego dokonać? Wydawało jej się to niemożliwe.
– Jest przy tobie spokojniejszy – powiedziała pani Bones po długiej chwili milczenia, takim tonem, jakby rozstrzygało to o wszystkim, a kiedy niedowierzanie odbiło się na twarzy Raelyn, dodała: – Och, wierz mi. Dotąd jego zdenerwowanie dotkliwie odczuwała przede wszystkim moja porcelana.
Edgar wciąż nie wrócił do domu, gdy kładła się tego wieczoru spać; rano obudziła się już jednak w jego objęciach, złożyła pocałunek między jego bezwiednie ściągniętymi brwiami i wszystko znów było w porządku, jakby wczoraj nic się nie wydarzyło.
Pan Bones przestał ją zauważać, jakby naprawdę opuściła jego dom; pani Bones natomiast poprosiła ją o pomoc w tłumaczeniu runów i odtąd spędzały razem długie godziny w jej zalanym słońcem gabinecie, w którym niemal każdy skrawek powierzchni płaskiej zajmowały stosy piętrzących się ksiąg. Później piły razem herbatę, grały proste melodie na pianinie przy akompaniamencie rozdzierającego wycia Boo, a czasem próbowały nawet przygotowywać obiad, choć żadna z nich nie posiadała wystarczających umiejętności kulinarnych i tylko utrudniały pracę biednej skrzatce, która zawsze w końcu traciła cierpliwość i wypraszała je z kuchni.
Jedli akurat drugie śniadanie na plaży, gdy Amelia, sztywna z emocji, przybiegła z listami z wynikami egzaminów. Edgar barbarzyńsko rozdarł kopertę, sprawdzając jedynie ocenę z zielarstwa, która miała zdecydować o wszystkim i Raelyn obserwowała go w napięciu, zapominając o swoim liście – zaraz jednak jego ciemne oczy rozbłysły i zanim pani Bones zdołała pogratulować Amelii ośmiu Wybitnych sumów, z dzikim wrzaskiem wyrzucił pergamin w powietrze, porywając w objęcia swoją młodszą siostrę i w nagrodę za dostarczenie pomyślnych wieści, wrzucając ją ku jej świętemu oburzeniu w ubraniu do morza.
Pani Bones przywołała zaklęciem jego porwany przez wiatr list, podczas gdy Raelyn otworzyła swój bez emocji, znajdując w nim jeden Wybitny ze starożytnych runów, dwa Powyżej oczekiwań z historii magii i zielarstwa oraz trzy Zadowalające z zaklęć, obrony przed czarną magią i… eliksirów. Było to więcej, niż mogła oczekiwać, choć jej brat z całą pewnością byłby jedynie rozczarowany – nigdy nie zadowalało go nic mniej niż perfekcja. Dlaczego w ogóle teraz o nim pomyślała? Edgar pocałował ją znienacka, mamrocząc gorączkowo podziękowania za pomoc w nauce zielarstwa i widmo jej brata zniknęło.
Niełatwo było odejść z tego miejsca – opuścić porośnięte bluszczem mury tego domu, zostawić za sobą uspokajający szum morza, zrzec się beztroski. Było to jednak nieuniknione i wraz z końcem sierpnia zdecydowali się przenieść do Edynburga, miasta wiktoriańskich wieżowców, gdzie Edgar, mimo przekonania pana Bonesa, że ta decyzja prędzej czy później stanie mu kością w gardle, miał rozpocząć kursy uzdrowicielskie. Wynajęli niewielkie mieszkanie na poddaszu w kamienicy zamieszkałej wyłącznie przez czarodziejów, ale położonej w całkowicie mugolskiej okolicy; przygarnęli pręgowanego, jednookiego kota; na targu staroci kupili niepasujące do siebie krzesła i cukierniczkę.
W pierwszej chwili go nie rozpoznała – tak niemożliwy wydał jej się w tym miejscu, w tej rzeczywistości, wpatrzony w witrynę mugolskiego sklepu muzycznego pełną kaset magnetofonowych. A jednak nie było to złudzenie; minęła go i dopiero w następnej sekundzie zatrzymała się, żeby na niego spojrzeć, a wtedy on oderwał wzrok od wystawy i uśmiechnął się do niej tym fałszywym, słodkim uśmiechem, który nie sięgał jego ołowianoszarych oczu.
Zacmokał rozbawiony.
– Nie cieszy cię mój widok.
Ulica pełna była ludzi, a jednak Raelyn poczuła znajome ukłucie paniki i w odpowiedzi tylko prychnęła lekceważąco, żeby to ukryć. Odnalezienie jej z pewnością nie kosztowało go wiele wysiłku, ale po co zadał sobie tę odrobinę trudu, po co zjawił się tutaj teraz, w jej zupełnie nowym życiu, po miesiącach milczenia, gdy prawie udało jej się zapomnieć o jego istnieniu? Nie mógł przecież oczekiwać, że wróci z nim do domu, do tamtego przeklętego życia, do bycia niewidzialną – jak mogłoby mu wciąż zależeć na tej szczenięcej władzy nad nią, kiedy posiadał władzę o wiele większą i bardziej upajającą? Czy ona mu nie wystarczała?
– Nie wrócę do domu – powiedziała wprost, bez wahania; wolałaby przegryźć sobie żyły, niż to zrobić. – Nie możesz mnie zmusić.
Powieka mu drgnęła, jakby te słowa go dotknęły, ale kiedy się odezwał, ton jego głosu był płaski i pozbawiony emocji:
– Nie będę musiał. Sama w końcu wrócisz. Zobaczysz – rzucił od niechcenia, z nieprzeniknionym wyrazem twarzy przyglądając się mijającym ich na chodniku mugolom. – Krwi nie możesz się wyrzec.
Zbliżył się do niej na tyle, że na moment przysłonił jej widok na ulicę; nie cofnęła się jednak, a on jej nie dotknął – tylko nachylił się, żeby wyszeptać jej do ucha ostrzegawcze:
– Nie zrób nic głupiego. – A potem jeszcze cierpkie, pogardliwe: – Ojciec za tobą tęskni.
Zostawił po sobie jedynie uczucie odrętwienia, jakby wybudziła się z długiego, nużącego snu, którego szczegóły natychmiast po przebudzeniu rozmyły się we wrzawie ulicy. Właśnie tak postanowiła o nim myśleć – jak o sennej marze, która nie mogła jej nic odebrać i dopiero z czasem miała się przekonać, jak bardzo się myliła.

Kości zostały rzucone: rozdział ósmy

Łapy przy sobie: siedem

– Vector, ten durny kot jest martwy. Zdechł, bo wyskoczył z okna. Koty nie rozwalają się o bruk, koty zawsze spadają na cztery łapy. Koty nie wyskakują z okna w środku zimy. Mimo to, z całą pewnością, ten kot jest martwy.
Wyrzucałam z siebie słowa cicho i powoli, smakując je, próbując się z nimi oswoić i jakoś je okiełznać. Mimo wielokrotnego powtarzania nie zmieniły jednak swojej wartości logicznej. Sztywne ciało kota mojego młodszego brata wciąż spoczywało pod ziemią w naszym ogrodzie.
Vector nie zwracała na mnie uwagi, bo przez ostatnie pół godziny zdążyła stracić do mnie cierpliwość. Była zirytowana, bo nie udało jej się znaleźć żadnego skutecznego sposobu, żeby mnie pocieszyć albo uciszyć. Profesor Fowler rzucał nam groźne spojrzenia znad tabel, podczas gdy Vicky wykonywała obliczenia za naszą dwójkę. Wiedziałam, że zapłacę za to srogo na kolejnej lekcji, bo wtedy to ja będę musiała odwalić całą robotę, ale nie mogłam się opamiętać.
– Annie – zwróciła się do mnie Vector natarczywym szeptem, kiedy zebrała siły na kolejną próbę. Wykorzystała chwilę, gdy Fowler konsultował rozwiązanie z Sawneyem Goddardem. – Uspokój się. To, że kot zdechł przez przypadek jest znacznie bardziej prawdopodobne niż to, że zdechł, bo tak przepowiedziałaś.
Nie było najmniejszej konieczności tłumaczenia mi takich banałów. Było oczywiste, że prawdopodobieństwo wystąpienia dwóch niezależnych zdarzeń jest znacznie wyższe niż prawdopodobieństwo wystąpienia dwóch powiązanych, na dodatek w odpowiedniej kolejności. Problem w tym, że odkąd dowiedziałam się o babci, moje postrzeganie świata stało się nieco mniej liczbowe.
Żaden rachunek prawdopodobieństwa nie mógł mnie już uspokoić. Wolfe opisał śmierć kota w dokładnie taki sposób, w jaki zobaczyłam ją po omdleniu ostatniego dnia wakacji, a nigdy nawet nie wspomniałam mu o swojej wizji. Odkąd dowiedziałam się o darze babci, usiłowałam odpychać od siebie myśl, że mogłam go odziedziczyć, ale to właśnie śmierć kota wytrąciła mi z ręki ostatnie desperackie argumenty.
Musiałam się z tym pogodzić i podejść do zagadnienia jak Krukonka – od strony praktycznego zastosowania. Po pierwsze, musiałam dowiedzieć się, jakie okoliczności wywołują wizje, żeby móc ich unikać. Po drugie, musiałam nauczyć się przewidywać datę spełnienia przepowiedni. Po trzecie, musiałam się upewnić, czy to nie ja zabiłam kota.
To ostatnie było najgorsze – dopuścić do siebie myśl, że moja wizja mogła być bezpośrednią konsekwencją niechęci, którą żywiłam do zdechłego zwierzęcia. W odwiecznym sporze między psiarzami a kociarzami zawsze stałam po stronie psów i nie mogłam przeżyć, kiedy dowiedziałam się, że do Hogwartu można zabierać tylko niektóre zwierzęta. Po pierwszym roku rodzice zaproponowali mi kupno sowy albo kota, ale obraziłam się wtedy i odrzuciłam ich pomysł. Kiedy w zeszłe wakacje ojciec kupił Royle’owi kota, to zwierzę stało się symbolem całego żalu do tego, czego nie mogłam mieć, chociaż wcześniej nawet nie chciałam.
Kiedy ocknęłam się po omdleniu w sierpniu, natychmiast uznałam, że kiedy straciłam przytomność, przewidziało mi się dokładnie to, o czym skrycie marzyłam przez całe wakacje. Czym innym było jednak wyganianie kota do ogrodu, mierzenie się z nim na złe spojrzenia i zrzucanie go z kanapy, a czym innym prawdziwa intencja uśmiercenia go. Miałam nadzieję, że moja wizja była jedynie zapisem tego, co i tak miało się wydarzyć, a nie że powstała dlatego, że chciałam, by się ziściła.
Ostatecznie Royle naprawdę potrzebował tego kota. Wciąż pamiętałam, jak bardzo nie chciał wypuścić go z rąk przez pierwszą dobę. Czułam w gardle kulę wielkości jabłka, kiedy przypomniałam sobie dłonie brata ślizgające się po miękkim, czarnym futerku.
– To mogła być moja wina – mruknęłam głucho, bezwiednie bawiąc się liczydłem. Vicky poprawiła koraliki, żeby nie zamieszały w jej wyniku i odpowiedziała mi zirytowanym szeptem:
– Mógł też wyskoczyć za ptakiem.
– Jesteś w zmowie z moim bratem? – zapytałam, celując w nią oskarżycielsko piórem.
Nie odpowiedziała mi, ale lekko się uśmiechnęła. Byłam zbyt pogrążona we własnych myślach, by drążyć ten temat, ale pocieszało mnie, że Vector doskonale obędzie się beze mnie, jeśli tylko postanowi owinąć sobie Wolfe’a wokół palca. W pewnym sensie już jej się udało – mój brat dostawał maślanych oczu, kiedy tylko patrzył na Vicky. Najlepszym dowodem było to, jak szybko zapomniał o mojej minie na wieść o kocie – wystarczyło, by Vector pojawiła się w Trzech Miotłach. Choć trochę smutno było patrzeć, jak inteligentnemu facetowi paruje mózg, uznałam, że mogę z tym żyć.
Tymczasem to mój mózg parował, kiedy intensywnie myślałam nad tym, jakie okoliczności wystąpiły bezpośrednio przed moimi omdleniami. Rysując skomplikowany szlaczek na pergaminie do obliczeń, usiłowałam odtworzyć po kolei wszystkie wydarzenia począwszy od wakacji, ale ciągle coś mi się wymykało.
– To mógł być efekt zbyt intensywnej ekspozycji – zwerbalizowałam w końcu, zwracając się do Vector. – Całe wakacje z tym głupim kotem… mdleję… dwa miesiące myślenia o Blacku… mdleję.
Vector fuknęła ostrzegawczo, ale było już za późno.
– Dziewczyny. – Profesor Fowler stracił w końcu cierpliwość i zdecydował się nas zrugać swoim obojętnym tonem: – Nie ma potrzeby, żebyście tu siedziały. Owutemy dopiero za cztery miesiące.
Zawsze zdumiewało mnie, jak głośne są kropki w wypowiedziach profesora Fowlera. Potrafił nadawać im więcej znaczenia niż zdaniom, które kończyły. Od kiedy usłyszałam go po raz pierwszy, marzyłam, by skomponował całą wypowiedź złożoną z samych kropek i byłam pewna, że ta wypowiedź poszłaby mi w pięty bardziej niż cokolwiek, co w życiu powiedział.
– Przepraszam, profesorze – wypaliłam automatycznie. Nabrałam powietrza i dodałam: – Zastanawiałam się tylko, czy moglibyśmy wspólnie wyliczyć moją Wibrację Śmierci.
Zapadła cisza. Wszyscy wlepili we mnie wzrok, a spojrzenie Vector niemal paliło mi skórę. Nie odważyłam się na nią spojrzeć. Miałam nadzieję, że wybaczy mi, jeśli wyjaśnię jej później.
Doskonale wiedziałam, jak zuchwała była to prośba. Kurs numerologii przez całe semestry skupiał się na obliczaniu Piramidy Życia, nadawaniu odpowiednich imion zwiększających potencjał, eksploracji Drogi Życia i obliczaniu prawdopodobieństwa dla różnych ścieżek. Wszystkie te zagadnienia skupiały się na narodzinach i kształtowaniu życia, właściwie milcząc na temat śmierci.
Profesor Fowler tłumaczył nam, że nie wszyscy czarodzieje potrafią unieść ciężar znajomości swojej Wibracji Śmierci. Niektórzy nie potrafią jej zrozumieć i unikają jej, naginając swoją ścieżkę. Nie wiedziałam, czy ja będę potrafiła unieść tę odpowiedzialność, ale nie było innego sposobu, by się dowiedzieć, niż sprawdzić to empirycznie.
Sądziłam, że skoro już zobaczyłam swoją śmierć, poznanie jej daty nie będzie niczym wielkim. Nie mogłam wiedzieć, kiedy zdechnie kot Royle’a, ale zdecydowanie musiałam wiedzieć, kiedy przyjdzie pora na spełnienie mojej drugiej wizji.
Poza tym nie mogłam wyznaczyć swojej Wibracji sama. Dobrze obliczyć mogli ją tylko postronni, bo należało przyjąć po drodze kilkanaście zmiennych, co do których sam zainteresowany nie mógł być obiektywny. Co innego pięciu czy sześciu czarodziejów – to dawało już wiarygodny wynik.
– Ja i Septima mamy tu spór akademicki i nie ma innego sposobu, by go rozwiązać – wytłumaczyłam po chwili, wypełniając te słowa całą swoją determinacją. Rzuciłam okiem na Vicky, która była w zbyt głębokim szoku, by się sprzeciwiać. – Poza tym procedura może przydać się na egzaminach.
Wiedziałam, że jeśli tylko sprawię wrażenie, że nie przyjmuję odmowy, profesor Fowler się zgodzi. Główną zasadą na jego zajęciach było drążyć problem, aż pozostanie po nim tylko pył. Z tego powodu po numerologii rzadko jadaliśmy lunch – dzwonek na koniec zajęć był jedynie sugestią.
Vicky pokręciła głową z niedowierzaniem, ale Fowler się zgodził.
– Skoro tak.
Następne pół godziny przebiegło w wyjątkowo upiornej atmosferze. Profesor Fowler wypisał moje dane wyjściowe na tablicy. Złapałam Goddarda, jak patrzył na mnie pustym wzrokiem i usiłowałam się do niego uśmiechnąć, ale mięśnie twarzy odmówiły mi posłuszeństwa. Vector nie odezwała się do mnie ani słowem, zajęta wypisywaniem długich wierszy cyfr. Ja sama usiłowałam przejść całą procedurę, ale byłam tak rozkojarzona, że robiłam błędy nawet przy przepisywaniu.
Zgniotłam w dłoni swój bezużyteczny arkusz pergaminu, kiedy okazało się, że wszyscy moi koledzy i nauczyciel uzyskali wynik, zanim ja dotarłam do połowy. Musiałam użyć całej siły woli, by zmusić się do spojrzenia na tablicę, na którą Fowler skopiował wszystkie daty:
ANEMONE SNICKET 31 08 1960
78% 31 08 1978 (Vector)
95% 31 08 1978 (Goddard)
81% 31 08 1978 (O’Sullivan)
99% 31 08 1978 (Avery)
89% 31 08 1978 (Fowler)

Łapy przy sobie: siedem

Kości zostały rzucone: rozdział siódmy

W zimnym świetle dnia nie mieli sobie nic do powiedzenia. Ich spojrzenia spotkały się na moment w pokoju wspólnym i Lestrange mrugnął nieprzytomnie, jakby zdziwiony nie tylko jej widokiem, ale i samym istnieniem, po czym zaraz odwrócił wzrok i już więcej na nią nie spojrzał, podczas gdy ona przyglądała mu się bezkarnie ze spokojem graniczącym z obojętnością, zbyt odrętwiała, żeby cokolwiek czuć. Gdyby była naiwna, mogłaby uznać jego niepewność za wyraz pokory, może nawet wstydu, ale jeśli Rabastan Lestrange żałował czegokolwiek tego szarego, kwietniowego poranka, to na pewno nie tego, jak ją potraktował – z czego miałaby się zrodzić w jego głowie podobna wątpliwość? Musiał żałować jedynie tego, że tak bezmyślnie się przed nią odsłonił, że bez wahania przyjął jej litość, że w ogóle ją wzbudził – zupełnie jakby to on został upokorzony przez nią, a nie ona przez niego, oddając mu się wbrew sobie i wszelkiemu rozsądkowi.
Teraz nie miała już dla niego współczucia i nic więcej nie mogła mu dać. Nie odezwali się do siebie słowem przez całą drogę do Hogsmeade, ale tym razem to zwykłe dla niego milczenie wydało jej się nieznośne i kiedy znaleźli się wreszcie w pustej o tak wczesnej porze Gospodzie pod Świńskim Łbem, niemal ucieszyła się na widok swojego brata, mimo że wcale nie miała ochoty go oglądać. Siedział w głębi sali pochylony nad pojedynczą świecą, jakby spowiadał się jej ze wszystkich swoich ukrytych pragnień i powoli przesuwał dłonią tuż nad jasnym płomieniem, uśmiechając przy tym ponuro do własnych myśli. Nigdy wcześniej nie widziała go tak roztargnionego; nie zauważył ich od razu, a kiedy podeszli bliżej i w końcu podniósł na nich spojrzenie swoich dużych, czystych oczu, Raelyn poczuła mdłości na myśl, że jakimś sposobem mógłby dowiedzieć się o tym, co wydarzyło się między nią a Lestrange’em w bibliotece. Nie była pewna, jak by to przyjął ani które z nich zostałoby za to ukarane – Lestrange za to, że wykorzystał jej słabość, czy ona, że mu na to pozwoliła.
Reese nie był jednak sam.
– A niech mnie, Marlow – rzucił Rudolfus Lestrange leniwie, zwracając się z wyraźnym afektem do jej brata, choć to na nią patrzył, mierząc ją spojrzeniem swoich jasnych, migdałowych oczu. – Twoja siostra trochę wyrosła, odkąd ją ostatnio widziałem.
Było coś hipnotyzującego w sposobie, w jaki się poruszał, bawiąc niedbale złotym sygnetem na serdecznym palcu prawej dłoni, odchylając miękko głowę, żeby odrzucić z czoła kosmyk ciemnobrązowych włosów, rozciągając wolno usta w szerokim, ciepłym uśmiechu, który nie mógł być szczery, a jednak właśnie taki się wydawał. Mrugnął do niej porozumiewawczo, żeby się nie obrażała, że tak sobie tylko żartował i podniósł się z krzesła, żeby z udawaną nieśmiałością pocałować ją w policzek.
– Miło cię widzieć – wyszeptał jej do ucha poufale, jakby była jego dawno niewidzianą przyjaciółką i przez sekundę wydawało jej się, że tak właśnie było, że znali się od zawsze i tęskniła za nim każdego dnia przez całe swoje życie, ale potem ich spojrzenia się spotkały i nagle zrozumiała, jakim sposobem udało mu się opętać nawet kogoś tak bezdusznego jak jej brat. – Mam nadzieję, że młody jest dla ciebie miły? – podjął z fałszywą troską, a ona poczuła się nagle bezbronna, jakby nawet jej myśli nie należały już do niej i mimo jego bliskości zrobiło jej się zimno. – Jesteś, młody? – zwrócił się nieoczekiwanie do swojego młodszego brata, którego dotąd ignorował z tak okrutną premedytacją, choć ten, głodny jego uwagi, wpatrywał się w niego niecierpliwie, gryząc nerwowo wargi.
Byli do siebie bardzo podobni – nawet jeśli teraz, w tym konkretnym miejscu i czasie, mogli wydawać się zupełnie różni. Starszy Lestrange był synem swojego ojca, ciemnowłosy, nieznacznie niższy, o mocnej budowie, niepokojącym kroju ust sugerującym okrucieństwo charakteru i zimnych, błyszczących oczach osadzonych głęboko pod wyrazistymi brwiami, podczas gdy młodszy wydawał się przy nim kruchy jak porcelana i wciąż był jeszcze tylko chłopcem ze swoimi przydługimi włosami w kolorze szarego blondu, zaciśniętymi uparcie wargami, nerwowością i niepewnością wieku nastoletniego. A jednak kiedy przypomniała go sobie z tamtego październikowego popołudnia, gdy odezwał się do niej po raz pierwszy – jego niezmącony jeszcze wtedy spokój i ten senny uśmiech, któremu z takim trudem się oparła – uderzyło ją nagle ich głębokie, choć dopiero kiełkujące podobieństwo i jasnym stało się, jakim człowiekiem Rabastan Lestrange miał się stać w przyszłości.
– Nie zawstydzaj mnie z łaski swojej przed moim przyjacielem – ciągnął Rudolfus z tą samą niebezpieczną, bo wykalkulowaną wylewnością. – Wystarczy, że wyżyłeś się na kuzynie Yaxleyu i musiałem się za ciebie tłumaczyć matce. Dumny z siebie jesteś, co? – syknął bratu do ucha, łapiąc go niespodziewanie za kark, jakby był tylko niesfornym szczeniakiem. – Żeby mi się to więcej nie powtórzyło. Jesteśmy w końcu rodziną. – Jego uścisk zelżał nieco, stał się bardziej braterski. – Chodź, mamy sprawy do omówienia. To zajmie tylko moment, a potem się napijemy i powspominamy stare czasy, co wy na to?
Niemożliwym wydawało się odmówić mu czegokolwiek. Reese tylko skinął głową, rozbawiony tym przedstawieniem i starszy Lestrange uśmiechnął się do niego ze słodkim zadowoleniem, podczas gdy młodszy rzucił mu krótkie, ale pełne palącej nienawiści spojrzenie, które Raelyn w pierwszej chwili zinterpretowała jedynie jako zazdrość o to, z jakim teatralnym afektem Rudolfus go traktował. Było w tym jednak coś jeszcze – coś, co niebezpiecznie przypominało oskarżenie, którego nie śmiał zwerbalizować. Jak mógł podejrzewać jej brata o cokolwiek? Musiał jedynie ulec pragnieniu, żeby to właśnie Reese Marlow okazał się winny tego, że jego świat rozpadł się tak niespodziewanie wraz z aresztowaniem jego ojca.
– Wszystko w porządku? – zapytał ją Reese nieoczekiwanie, gdy tamci usiedli w odległej części sali i Raelyn spojrzała na niego ostro, żeby darował sobie tę grę, kiedy byli sami, ale nie zrobiło to na nim najmniejszego wrażenia i tylko dodał beznamiętnie: – Jesteś blada.
Mrugnęła, żeby pozbyć się spod powiek wspomnienia pogrążonego w mroku Działu Ksiąg Zakazanych, wciąż jednak wydawało jej się, że czuje zapach starego pergaminu, kurz pod palcami i chłód kamiennej posadzki na skórze.
– Źle spałam – ucięła natychmiast, zdejmując pelerynę i siadając naprzeciwko niego, ale wcale przy tym na niego nie patrząc. Czuła się pewniej, gdy dzielił ich przynajmniej stół. – Długo się nie odzywałeś.
Skinął wolno głową, świdrując ją spojrzeniem tak długo, póki na niego nie spojrzała i dopiero wtedy odpowiedział z niespotykaną u niego prostotą, która musiała mieć w sobie coś ze szczerości:
– Upewniałem się, że nie jestem pod obserwacją.
Nie potrafiła zdecydować, czy powiedział to, bo zaczynał jej ufać, czy tylko chciał, żeby tak myślała – pewna była jedynie tego, że nie mogła wierzyć w ani jedno jego słowo, bo nawet jeśli mówił prawdę, to nigdy nie robił tego tak po prostu, bez jakiegoś ukrytego celu. Jak mógł żyć w ten sposób? Jak oni wszyscy mogli tak żyć? Uciekła spojrzeniem w stronę okna, ale było ono tak brudne, że widok stanowił jedynie mleczną plamę i dopiero po długiej chwili Reese zapytał ją, czy wróci do domu na zbliżającą się przerwę wiosenną, na co odparła krótko, nie odrywając wzroku od niewyraźnych sylwetek przemykających za szybą jak duchy, że musi skupić się na powtórkach do egzaminów i na tym skończyła się ich rozmowa.
Potem słuchali już tylko Rudolfusa Lestrange’a, jego opowieści z czasów szkolnych i głośnego, beztroskiego śmiechu, który wypełniał całe pomieszczenie, pochłaniając z niego powietrze, i kiedy w końcu się rozstali, Raelyn poczuła ulgę, jakby znów mogła swobodnie oddychać, choć grzane wino i jego słowa wciąż szumiały jej w głowie. Cokolwiek powiedział na stronie swojemu młodszemu bratu – czy nakarmił go samymi kłamstwami, zapewniając, że ich ojciec nie zostanie skazany czy raczej obiecał mu krwawą zemstę – musiało być dokładnie tym, co Rabastan potrzebował usłyszeć, bo w drodze powrotnej do zamku wydawał się dziwnie spokojny, niemal pogody i nawet mijająca ich grupa Gryfonów z szóstego roku, ośmielonych swoją wyższością moralną i przewagą liczebną, nie była w stanie tego zburzyć napastliwymi komentarzami, które ciągnęły się za nimi bez końca. Lestrange w żaden sposób nie zareagował na te zaczepki, jakby to nie on był ich celem; dopiero kiedy najodważniejszy, a może tylko najgłupszy z całej grupy wrzasnął za nim, że tym, co zostanie z jego ojca po procesie, nie nakarmiłby nawet swojego psa, pojedynczy mięsień drgnął mu na policzku, a wtedy Raelyn złapała go odruchowo za rękę, żeby powstrzymać go przed zrobieniem czegoś, czego nie chciała być świadkiem, ale on tylko obejrzał się na nią z uspokajającym uśmiechem, rozbawiony jej histeryczną reakcją, zupełnie jakby nigdy wcześniej nie dał jej powodu, żeby podejrzewała go o najgorsze – nie puścił jednak jej ręki aż do bram zamku.
Chciała myśleć, że ten incydent nie miał znaczenia; że Lestrange nie ośmieli się szukać satysfakcji, gdy wszyscy patrzyli mu na ręce, gotowi obwinić go nawet o zbyt obfite opady atmosferyczne w trakcie zbliżającego się meczu quidditcha – w jego spokoju po spotkaniu z bratem było jednak coś upiornego i kiedy tydzień później w czasie lunchu pocałował ją znienacka na oczach wszystkich w szyję, a zaraz potem rozeszła się plotka o okaleczonym dzieciaku z drugiego roku, po prostu wiedziała.
Nikt nawet nie spojrzał w jego stronę. Być może tylko nieliczni zdawali sobie sprawę, że istniał sposób, by zmusić dziecko wbrew wszelkiemu instynktowi do wsadzenia ręki do kociołka pełnego niebezpiecznego eliksiru na oczach kolegów i starego, poczciwego Slughorna; większość musiała uznać to za zwykły wypadek, obwiniając przede wszystkim jego ofiarę za błędne zmieszanie składników, nieostrożność, brawurę lub tylko czystą głupotę – Raelyn nie potrafiła jednak uwierzyć w tę bezpieczną wersję wydarzeń, nie kiedy okazało się, że ten mały Krukon miał starszego brata w Gryffindorze.
Lestrange nawet nie mrugnął, gdy spojrzała na niego tak, jakby widziała go pierwszy raz w życiu. Nie miała złudzeń – wiedziała przecież, że był zdolny do okrucieństwa, jak mógłby nie być w świecie takim jak ten, ale zawsze wyobrażała sobie, że przybierało ono pospolite formy, że miało jakieś granice, że dopiero uczył się zadawania cierpienia i nie przychodziło mu to jeszcze naturalnie. Czy nie wystarczyło zwyczajnie upokorzyć przed resztą tego, który tak głupio odważył się obrazić jego ojca? Czy parę odpowiednio dobranych klątw i kilka dni w skrzydle szpitalnym to zbyt niska cena za jego urażoną dumę? Może powinna pozwolić mu wtedy wyjąć różdżkę i wyrównać rachunki od razu, zamiast tylko to opóźnić i dać mu czas do zaplanowania czegoś o wiele bardziej dotkliwego. To, że ucierpiało przy tym dziecko, które niczemu nie zawiniło, nie miało nic do rzeczy – Raelyn tylko niejasno zdawała sobie sprawę, że czegoś takiego nie można było w żaden sposób usprawiedliwić, ale nie potrafiła wzbudzić w sobie właściwych uczuć, gdy paraliżował ją strach przed precyzją, z jaką Lestrange uderzył w najczulszy punkt kogoś, kto przecież obraził go zupełnie bezmyślnie, nie mając pojęcia o możliwych konsekwencjach.
Miejsce, w którym jego wargi dotknęły wcześniej skóry na jej szyi, paliło ją teraz jak żywy ogień. Jak miała się od niego uwolnić? Jak miała się uwolnić od nich wszystkich? Nagle wydało jej się to niemożliwe – o ile kiedykolwiek było. Krew odpłynęła jej z twarzy, a widelec wypadł z ręki, uderzając z brzękiem o talerz i siedzący obok Travers zapytał ją, czy dobrze się czuje, ale w odpowiedzi tylko skłamała gładko, że zapomniała z dormitorium eseju z historii magii i wybiegła z Wielkiej Sali, która stała się nagle zbyt klaustrofobiczna, żeby mogła spędzić w niej choćby sekundę dłużej. Starała się zachować spokój, czuła jednak, że brakuje jej powietrza i dopiero po chwili uświadomiła sobie, że nie wie, dokąd właściwie idzie. Zatrzymała się więc niezdecydowana na środku korytarza i w przypływie wściekłości na samą siebie i swoją bezradność pchnęła stojącą obok starą zbroję, która rozpadła się z łoskotem na posadzce, wcale nie przynosząc jej tym ulgi, a kiedy jeden z portretów oburzył się na ten jawny akt wandalizmu, wrzasnęła na niego dziko, przepędzając go z jego własnych ram i usiadła pod ścianą wyczerpana tymi wszystkimi sprzecznymi emocjami, które nią targały i których wcale nie chciała czuć.
– Kto by pomyślał, że potrafisz płakać. Taka zimnokrwista Ślizgonka jak ty. Prawie jakbyś była człowiekiem.
Miała ochotę krzyczeć. Chciała być chociaż przez moment sama ze sobą, żeby nie musieć udawać kogoś, kim nie była i móc wreszcie usłyszeć własne myśli. Czy ze wszystkich korytarzy w tym przeklętym zamku Edgar Bones musiał wybrać akurat ten, na którym pozwoliła sobie na chwilę słabości? Nie mogła nawet na niego spojrzeć – nie teraz, nie po tym wszystkim, co wydarzyło się od ich ostatniej rozmowy, która wydawała się tak odległa, jakby miała miejsce w zupełnie innym życiu.
–  Co jest, dziewczyno? – zapytał lekko, siadając tuż obok niej pod zimną, kamienną ścianą. – Niemożliwe, żeby złamano ci serce, musiałabyś je najpierw…
Czuła, że nienawidzi go teraz na równi z innymi i chciała, żeby to poczuł, żeby zostawił ją w spokoju, ale nie miała siły walczyć z jego okrutną, puchońską wytrwałością, która nie pozwalała mu zrezygnować nawet ze spraw dawno przegranych, i kiedy otworzyła usta, żeby wysłać go do diabła, wydobył się z nich tylko słaby, żałosny jęk:
–Zamknij się, proszę cię.
Umilkł posłusznie, choć nie wytrwał w tym milczeniu nawet dwóch sekund.
– Spójrz na mnie.
Oparła głowę o kojąco zimną ścianę i zrezygnowana otworzyła oczy, znajdując jego dziwną, szczerą twarz o wiele bliżej swojej, niż się tego spodziewała – jego wargi zaciśnięte uparcie, brwi ściągnięte w skupieniu, oczy nieruchome i świdrujące ją bezdusznie, jakby jej łzy nie robiły na nim najmniejszego wrażenia, choć nie widziała przez nie zbyt wyraźnie i może tylko jej się wydawało.
– Wystarczy już tego płaczu – orzekł kategorycznie, wycierając jej wilgotne policzki rękawem swojego żółtego swetra z nienaturalną dla siebie dbałością. – Nie robisz się od tego ładniejsza.
Odepchnęła od siebie jego duże, niezgrabne dłonie, nie mogąc znieść jego dotyku i uderzyła go na oślep w twarz, a on wbrew wszelkiej logice w odpowiedzi na to pocałował ją z tak rozpaczliwą determinacją, że zachłysnęła się powietrzem i przylgnęła plecami do ściany, sparaliżowana strachem, że ktoś mógłby ich zobaczyć, ale i niezdolna do stawienia mu oporu, bo wszystko w nim było śmiałe, niezdarnie szczere i przepełnione nadzieją, która w niej już zgasła. Zadrżała, odpowiadając na jego pocałunek z równie desperackim afektem po zaledwie sekundzie wahania i przywarła do niego całym swoim wątłym ciałem, pozwalając mu się objąć tylko po to, by w następnej chwili odepchnąć go od siebie bez ostrzeżenia, bardziej niż jego zaskakując tym samą siebie.
– Co ty wyprawiasz? – rzuciła ostro, zrywając się na równe nogi. Właściwie pytała o to samą siebie, ale to on udzielił jej odpowiedzi:
– Całuję cię – odparł z prostotą, skonfundowany, a może nawet zraniony jej reakcją i bezwiednie oblizał wargi, zanim zapytał wprost: – Nikt wcześniej tego nie robił?
– Nie bądź śmieszny – ucięła natychmiast, rozglądając się niespokojnie po wciąż pustym korytarzu, byle tylko nie patrzeć mu w oczy. Jak wiele by w nich straciła, gdyby wiedział, że zaledwie tydzień temu oddała się Lestrange’owi? Teraz wydało jej się to obrzydliwe. – Nie chcę, żebyś mnie… nie wolno ci tego robić.
Zmarszczył nieufnie nos, wyczuwając jej wahanie.
– Niby czemu mi nie wolno? – podjął wyzywająco, jakby nawet ona nie mogła mu tego zabronić tak po prostu, bez słowa wyjaśnienia i zerwał się z posadzki, gotowy udowodnić jej, że wcale nie potrzebuje jej przyzwolenia, żeby ją całować, zaraz jednak opamiętał się i tylko wymamrotał  gniewnie: – Próbuję cię tylko pocieszyć, do cholery.
– Całujesz wszystkie płaczące dziewczyny?
Spojrzał na nią z politowaniem i nic na to nie odpowiedział, nie zamierzając wdawać się z nią w przepychanki słowne, które nigdzie by ich nie zaprowadziły. Zrobił krok w jej stronę, zdeterminowany, żeby zakończyć ten cyrk, ale ona cofnęła się spłoszona.
– Daj spokój, Lynn – warknął dotknięty, nie potrafiąc już ukryć zniecierpliwienia. – Powiedz mi wreszcie, co się stało.
Z jej gardła wyrwał się jedynie zduszony szloch – może dlatego, że tylko jej matka zwracała się do niej w ten sposób, a może dlatego, że przecież powiedziałaby mu wszystko, gdyby tylko mogła, gdyby miało to jakikolwiek sens, ale przecież nie miało i nie wiedziała, jak miałaby to zrobić, gdzie zacząć i kiedy skończyć, żeby cokolwiek z tego zrozumiał. Jak miałby pojąć, przed czym uciekała, skoro był patologicznie niezdolny do odczuwania strachu?
– Nic się nie stało – wydusiła z siebie, dławiąc się łzami. Nie mogła złapać tchu i cała się trzęsła. – Nic nie można z tym już zrobić. Zostaw mnie w spokoju. Wystarczy, że twój ojciec… Gdyby ktoś nas teraz… Nie masz nawet pojęcia, do czego oni wszyscy…
W jego ciemnych oczach błysnęło zrozumienie, gdy tylko wspomniała jego ojca.
– Myślę, że mam całkiem niezłe pojęcie – przerwał jej z wściekłością, która skutecznie zamknęła jej usta i tylko spojrzała na niego bezradnie szeroko otwartymi oczami. – Wiem, do czego są zdolni i wiem, że to przerażające. Wiem. – Złapał ją za ramiona i potrząsnął nią tak mocno, jakby chciał w ten sposób wytrząsnąć z jej głowy wszystkie te straszne myśli. – Wiem. Ale wszystko będzie dobrze, obiecuję. Tylko postaraj się oddychać.
Pocałował ją w czubek głowy i wtedy wreszcie się poddała – wtuliła twarz w jego wełniany sweter i objęła go w pasie tak mocno, jak tylko potrafiła, gotowa uwierzyć w jego obietnicę, nawet jeśli wiedziała, że nie mógł jej dotrzymać.

Kości zostały rzucone: rozdział siódmy