Na psa urok: epilog

Poczucie winy było dla Dainah czymś niezrozumiałym. Zwykle było gdzieś ukryte, ale kiedy pojawiał się odpowiedni moment, wracało z siłą wręcz niepojętą, która czasami nakazywała jej się zatrzymać i wziąć kilka oddechów, zanim mogła kontynuować to, co akurat robiła. Przychodziło tak niespodzianie, że w myślach zaczęła porównywać je z Depresją, która czaiła się w jej ślizgońskim dormitorium te wszystkie lata temu. Bawiło ją, jak poważnie traktowała kota, który co najwyżej mógł wbić jej pazury w łydkę. Poczucie winy związane z tym, w jaki sposób opuściła Anglię, było gorsze – przenikało skórę i mięśnie, by dotrzeć aż do szpiku kości i lodowatą falą rozlewać się po całym jej ciele.
Nie była pewna, co przyszło pierwsze – poczucie, że nie wie, dokąd zmierza, czy że powinna zostać i próbować pomóc Syriuszowi. Zrobiła wiele, by stłumić obie te myśli, a jeszcze więcej, by uciec spod jurysdykcji Ministerstwa Magii. Ostatecznie jednak znalazła się tak daleko od wszystkiego, co do tej pory znała, że niemożliwością wydawała jej się ucieczka jeszcze dalej. To też potęgowało jej poczucie winy. Kiedy wieczorem leżała w łóżku i próbowała myśleć tylko o jeden dzień naprzód, nie dopuszczając do siebie niechcianych myśli o przeszłości ani o przyszłości, dręczące ją myśli pojawiały się same, towarzysząc jej aż do rana. Tym razem ucieczka wydawała się niemożliwa, a komfort przynosiły dochodzące zza okien okrzyki sąsiadów, którzy najwyraźniej dobrze się bawili na grillu czy przy okazji innego spotkania towarzyskiego. Mówili w tym samym języku, ale jednak w inny sposób, dzięki czemu nie czuła się jak w domu. Przynosiło jej to nieznaczną ulgę, jakby gwarantowało, że zaraz nie otworzą się drzwi i nie do jej niewielkiego domu nie wbiegną aurorzy.
Były dni, kiedy tylko to pozwalało jej usnąć.
*
Poczucie winy ciążyło mu jak kamień. Powinien był wiedzieć, przewidzieć, domyśleć się… Był jednak przekonany o genialności swojego planu i teraz płacił za to cenę. Wiedział, że takie myśli tylko przyciągają dementorów. Początkowo myślał, że uda mu się wytrzymać torturę, jaką było ich towarzystwo, ale szybko zdał sobie sprawę, że kiedy tylko pojawi się poczucie winy – myśl, że mógł wszystko zrobić inaczej, że zawiódł, że powinien wiedzieć, zgadnąć, połączyć fakty… – po kręgosłupie rozlewała mu się fala lodowatego zimna, która na chwilę zatrzymywała mu serce i dławiła oddech. Miał wtedy wrażenie, że za chwilę stanie się głównym posiłkiem dla dementorów, którzy wyssą z niego całe człowieczeństwo, wszystko, co sprawiało, że był Syriuszem Blackiem, o ile wciąż nim był. Zdarzały się dni, kiedy próbował wyobrażać sobie, że jest kimś zupełnie innym, ale prędzej czy później w tych wizjach pojawiało się coś, co zbyt boleśnie przypominało mu o tym, kim jest naprawdę i co zrobił. Zdarzały się dni, kiedy był niemal pewien, że zasługiwał na to, co go spotkało – gdyby się domyślił, gdyby nie ufał tak Peterowi… – i wtedy akceptował ten lodowaty chłód niemal z przyjemnością, zanurzając się w nim i w pustce, jaka następowała po nim. Być może tracił wtedy przytomność, nie miał żadnego sposobu, by to stwierdzić. Odliczanie dni za pomocą wschodów i zachodów słońca szybko straciło sens, bo przecież nie czekał, aż coś się wydarzy, nie odliczał dni w oczekiwaniu na jakieś zdarzenie, a przypominanie sobie, ile czasu już minęło, odkąd trafił do Azkabanu, było kolejną torturą. Oczywiście, początkowo próbował, ale z czasem… Z czasem wszystko stawało się mniej barwne i odleglejsze, jakby na całe swoje dotychczasowe życie patrzył przez szybę, która z czasem stawała się zamglona. Wtedy pomagała mu tylko jedna myśl. Jestem niewinny. Nie zabiłem Potterów. Czasami tylko nadawał jej kształt i obracał w myślach, jakby była największym skarbem, czasami ją wykrzykiwał, mruczał, skandował, szeptał czy szlochał z tą właśnie myślą na ustach. To była jego jedyna osłona przed dementorami, która pozostawała silna nawet kiedy inne dobre wspomnienia blakły. Była to myśl przerażająca, bo przecież zdawał sobie sprawę, że nie może się nią z nikim podzielić, że nikt mu nie uwierzy, że czeka go jeszcze kilkadziesiąt lat wśród dementorów z tą myślą jako jedynym oparciem, ale zdarzały się noce, kiedy tylko ona pozwalała mu usnąć.
*
Auckland było dziwnym miejscem, w którym mieszało się tak wiele kultur i obyczajów, że spodziewała się, że ona ze swoją brytyjskością i swoją magią nikogo nie będzie dziwiła. Magiczna społeczność była w Nowej Zelandii stosunkowo niewielka i – ku swojemu niezadowoleniu – podległa australijskiemu ministerstwu. W Wellington znajdował się niewielki oddział zamiejscowy – swoisty kompromis między czarodziejami z obu wysp – w którym można było załatwić najbardziej palące sprawy, w tym te związane z interwencjami w przypadku przekroczenia magicznego prawa lub koniecznością szybkiej interwencji wśród mugoli. Początkowo Dainah uważała, że pomoże jej się to ukryć w nowym kraju, stać się anonimową, ale jej akcent i przeszłość wzbudzały zbyt duże zainteresowanie. W momencie, kiedy została poproszona o odwiedzenie australijskiej szkoły magii i wygłoszenie wykładu na temat brytyjskiego sposobu nauczania, a następnie przetransportowana do jakiejś chaty, w której Maorysi nauczali tradycyjnej magii, żeby tam również opowiedzieć o tradycjach pielęgnowanych w Hogwarcie, uznała, że dalsze opieranie się nie ma sensu, a propozycja pracy, którą ministerstwo jej złożyło, jest zbyt lukratywna, by odmówić. Z pewnością była lepsza od mugolskich prac, które próbowała wykonywać, lub niskopłatnych prac w magicznym handlu, które zbyt mocno przypominały jej o okolicznościach, w jakich opuszczała Anglię. Konieczność codziennej teleportacji do Wellington nie była wysoką ceną za podwyższenie standardu życia i próbę odzyskania szacunku dla samej siebie.
Jednak kiedy wydawało jej się, że ułożyła sobie życie, zawsze zdarzało się coś, co przypominało jej o życiu, które zostawiła za sobą. Z bolesną goryczą raz po raz zdawała sobie sprawę z ciszy, jaka panowała w jej zbyt dużym domu, z pustki, jaka wypełniała jej popołudnia, czy też z bezskuteczności ucieczki od podobieństw do własnego ojca, o którym przecież miała tak złe zdanie, kiedy jeszcze żył, a o którym tak bardzo stała się zapomnieć, gdy umarł. Jej życie też zaczęło sprowadzać się do przerzucania papierów. Mechanicznie wstawała rano, tak naprawdę nie dostrzegając swojego otoczenia, póki nie znalazła się w ministerstwie, gdzie mechanicznie – choć z nieco większą świadomością – wykonywała swoją pracę, by następnie wrócić do domu i trwać w pustce. Na przestrzeni lat próbowała ją wypełniać – a to miałkimi i krótkotrwałymi znajomościami, a to alkoholem, a to przelotnymi romansami – zawsze jednak wszystko wracało do normy. Zawsze na końcu dnia otaczały ją cisza i pustka.
*
Azkaban był zawsze wilgotny z uwagi na położenie na wyspie. Był wilgotny, śmierdział grzybem i ekskrementami. Śmierdział strachem i śmiercią, choć przecież niewielu z nich umierało i niewielu było dostatecznie zdrowych psychicznie, by jeszcze się bać. Zdarzały się dni, kiedy Syriusz czuł, że sam traci rozum; czasami wyczekiwał tego momentu, boleśnie świadom, że szaleństwo było jedyną dostępną im ucieczką. Początkowo próbował przywoływać dobre wspomnienia, choć nie miał ich zbyt wiele – właściwie wszystko, co działo się przed Hogwartem, odpadało. Myślał więc o nocnych tułaczkach Huncwotów, o leniuchowaniu w pokoju wspólnym i grze w Eksplodującego Durnia, o wspólnych szlabanach, a czasami pozwalał sobie nawet pomyśleć o Dainah. Szybko jednak zrozumiał, że wszystkie te myśli przywołują dementorów, dlatego ukrył Jamesa, Remusa, Lily i Dainah gdzieś w zakamarkach umysłu, jak najcenniejszy skarb, którego jeszcze mu nie odebrano, choć była to tylko kwestia czasu. Rzadko zaglądał w te zakamarki, częściej myśląc o swojej niewinności i skupiając się na zdradzie Petera.
Całe dnie był sam na sam z własnymi myślami, zamknięty w celi, którą mógł okrążyć raptem kilkunastoma krokami, i niewielkim oknem o wiecznie wilgotnych kratach. Dwa razy dziennie dostawał jedzenie, które było pozbawioną koloru i smaku papką, a jedyne interakcje z innymi więźniami ograniczały się do słuchania ich wrzasków. Początkowo próbował krzyczeć, walić w drzwi i hałasować w inny sposób, by tylko wywołać reakcję innych, ale odpowiedzi – inne niż potępieńcze wrzaski – przychodziły zbyt rzadko, by kontynuował te próby. Otaczali go śmierciożercy i trudno mu było sobie wyobrazić, o czym mógłby z nimi rozmawiać, skoro większość z nich była szalona jeszcze zanim tam trafiła. Bezsilność i niewyobrażalny natłok myśli skłoniły go do tego, by któregoś dnia przemienić się w psa. Nie był pewien, na co liczył, ale tego dnia wyjątkowo trudno było mu się pozbyć natrętnych myśli. Psia postać sprawiła, że stały się one odleglejsze, jakby przyćmione. Wszystko było mniej dolegliwe, a on mógł łatwiej zapaść w sen, poszukując ucieczki w ciemności i pustce.
*
Isla rozglądała się po domu w irytujący sposób, jakby planowała trasę ucieczki, gdyby jej w przyszłości potrzebowała. Dainah przyglądała jej się z zainteresowaniem, trochę jak obserwuje się jakiś egzotyczny gatunek zwierzęcia, który zwykle nie występuje w miejscach takich jak to, w którym się aktualnie znajdowała. Przyjaciółka odwiedziła Nową Zelandię po raz pierwszy – początkowo Dainah nie chciała nawiązywać kontaktu z nikim z Anglii, a pierwsze wiadomości, jakie wymieniły, były raczej chłodne i nie zwiastowały spotkania po latach. Mimo wszystko Isla w końcu zabrała swoją córkę na wycieczkę w egzotyczne zakątki świata, a dom Dainah wypełnił się ludźmi na kilka dni.
Nadal dobrze im się rozmawiało, ale było jasne, że w ich życiach zdarzyło się zbyt wiele, by można było to pominąć i powrócić do relacji, jakie panowały między nimi dawniej. Isla miała żal, że Dainah oddaliła się od niej i Susannah po szkole, a potem uciekła z kraju; opowiedziała też, jak odkryła, że mąż ją zdradzał i musiała walczyć przed mugolskim sądem o prawo do opieki nad dzieckiem. Nie chciała za to mówić o Susannah. Dainah nie dopytywała. Czuła, że brakuje jej słów. Zamiast tego opowiedziała o wszystkim, co przydarzyło jej się od ucieczki – wyjazdu – z kraju, choć wiedziała, że Islę bardziej będzie interesował temat Syriusza. Choć jego imię początkowo nie padło z ust żadnej z nich, to dało się je wyczuć w powietrzu, jakby każda z nich czekała, aż ta druga popełni oczywisty nietakt i je wymieni.
– Wydajesz się znudzona tym wszystkim, a mieszkasz w raju – powiedziała któregoś dnia Isla, kiedy piły kawę na tarasie i patrzyły na pobliskie wzniesienie, z którego rozciągał się widok na całe Auckland.
– To nie tak – westchnęła Dainah. – Nie miałaś wrażenia, że to wszystko powinno wyglądać jakoś inaczej? Kończysz Hogwart i tak naprawdę nie wiesz, co dalej.
– Śmierciożercy na pewno w tym nie pomagali – rzuciła Isla, wbijając wzrok w swój kubek.
– Nie wiedziałam, czego chcę, to wszystko stało się tak… mimochodem – dodała Dainah. – Może z zewnątrz nie wygląda to źle, ale…
Isla spojrzała na nią pytająco.
– Co u Susannah? – wypaliła Dainah.
Isla znów spuściła wzrok. Przez dłuższą chwilę milczała, ale kiedy zdała sobie sprawę, że pytanie nie zostanie cofnięte, zebrała siły, by udzielić odpowiedzi:
– Wiedziałaś, że wyszła za mąż? Za Rowle’a. Pamiętasz tych bliźniaków, Knuta i Thorfinna? Byli dwa lata starsi od nas. Jasne włosy, grali w quidditcha – dodała, widząc brak zrozumienia na twarzy Dainah. – W sumie nieważne, nie musisz pamiętać. Rodzice Susannah zaaranżowali jej małżeństwo z Knutem. Mieli jakieś problemy finansowe, a jej ojcu zależało na poparciu starego Rowle’a… Nieważne. Przehandlowali ją za trochę złota.
Isla umilkła na chwilę. Odstawiła kubek z kawą na stolik, a Dainah zauważyła, że jej dłoń drżała nienaturalnie, zdradzając, jakie emocje targają Islą przy okazji tej opowieści.
– Okres tuż przed upadkiem Sama-Wiesz-Kogo i pierwsze miesiące po nim były… trudne, aurorzy mieli przyznane uprawnienia, o jakich im się wcześniej nie śniło. W którymś momencie przestawało się liczyć, że po drugiej stronie też stoją ludzie – kontynuowała Isla.
– Aurorzy? – prychnęła Dainah. – Śmierciożercy z pewnością o wiele bardziej się z tym liczyli.
Isla posłała jej spojrzenie, którego Dainah nie mogła zrozumieć. Była to mieszanina zaskoczenia i irytacji.
– A jednak to aurorzy zabili Susannah. Uznali, że kobieta w ósmym miesiącu ciąży powinna być torturowana dla informacji. Nie przeżyła tych tortur. Oboje nie przeżyli.
Dainah milczała. Domyślała się, że Isla – jako uzdrowicielka – mogła widzieć skutki działania aurorów. Tych albo innych, ostatecznie pewnie efekt końcowy zawsze był podobny i zawsze był tak samo wstrząsający.
– Nie wiedziałaś, prawda? – zapytała cicho Isla.
Dainah pokręciła głową. Emocje, jakie wzbudziła w niej opowieść Isli, były jakieś słabe i niejasne, a Dainah wstydziła się ich za bardzo, żeby je okazać. Powinna być wstrząśnięta, przerażona i zbulwersowana, ale każda z tych emocji ledwie się w niej tliła.
– Może podjęłaś wtedy dobrą decyzję. Może wszyscy powinniśmy byli ją podjąć – dodała Isla.
– Może – zgodziła się Dainah, choć nie była pewna, czy faktycznie jej decyzja była tak dobra. Może gdyby wszyscy podjęli ją wcześniej, jeszcze zanim tak wiele osób niepotrzebnie zginęło.
*
Knot rozglądał się po ciasnym korytarzu w irytujący sposób, jakby planował trasę ucieczki, gdyby jej w przyszłości potrzebował. Syriusz obserwował go z zainteresowaniem, trochę tak, jak obserwuje się jakiś egzotyczny gatunek zwierzęcia, który zwykle nie występuje w miejscach takich jak to, w którym się aktualnie znajdował. Nie przypominał sobie, by minister wcześniej odwiedzał Azkaban. Może tego nie robił, a może jego wizyty Syriusz przesypiał. Pamiętał, że Knot był podrzędnym urzędasem w Departamencie Magicznych Wypadków i Katastrof; nie pamiętał, skąd dowiedział się, że został on Ministrem Magii, ale tej wiedzy był pewien prawie tak jak swojego imienia i swojej niewinności.
Teraz Knot wyglądał jak przestraszona owca. Jego nieco nalana twarz i rozszerzone oczy świadczyły o tym, że doskonale zdawał sobie sprawę, że znalazł się w piekle. Dlaczego? Czy wizytowanie Azkabanu należało do jego obowiązków? Wydawało się, że minimalnie podskakiwał, ilekroć na zewnątrz dał się słyszeć grzmot nadchodzącej burzy.
– Kiepska pogoda, co? – powiedział. W pierwszej chwili zdziwiło go brzmienie jego własnego głosu. Był ochrypły od długiego nieużywania, ale każda sylaba doskonale układała się na języku.
Knot zatrzymał się i rozejrzał wokół. Towarzyszyło mu dwóch dementorów i jakiś urzędnik, blady jak płótno. To na niego minister skierował swoje spojrzenie, ale kiedy ten pokręcił przecząco głową wystraszone spojrzenie jasnych oczu Knota padło na Syriusza, który poczuł się pewniej, jakby w ten sposób uzyskał arbitralne potwierdzenie, że wciąż istnieje, że to wszystko dzieje się naprawdę. Był o tym przekonany przez większość czasu, ale zdarzały się dni, kiedy przychodziły wątpliwości.
– Black? – zapytał Knot, a jego ton brzmiał, jakby próbował opisać coś wyjątkowo obrzydliwego.
– Jak się panu podoba Azkaban, ministrze? – zagadnął, nie widząc potrzeby potwierdzania swojej tożsamości. Niewielu więźniów miało przy drzwiach celi dwóch dementorów, Knot mógł dodać dwa do dwóch. – Jest wilgotno i ciemno, ale ta brązowa papka, którą podają na obiad, nie jest taka zła, jak powiadają, warto spróbować.
Knot milczał. Syriusz przysunął twarz do okna w drzwiach celi tak, że kraty wbijały mu się w policzki. Przyjrzał się Knotowi dokładnie, od ubłoconych butów po czubek limonkowego melonika. Jego wzrok zatrzymał się na tym, co Knot trzymał pod pachą.
– Gazeta? Przeczytał pan już? Mógłby mi ją pan zostawić, rozwiązałbym krzyżówkę? – zapytał. Sam dla siebie brzmiał jak szaleniec, ale Knot nieco mechanicznie wyszarpnął sobie „Proroka Codziennego” spod pachy i wsunął między kraty syriuszowej celi, jakby bał się podać mu go do ręki.
– Miłej lektury – mruknął sztywno.
– O, na pewno będzie miła – odpowiedział Syriusz możliwie znużonym tonem, tłumiąc lekką ekscytację związaną z faktem, że prowadził
rozmowę. – Szkoda, że dementorzy nie prenumerują „Proroka…”.
Knot początkowo nie odpowiedział. Machnął ręką na urzędnika i ruszyli dalej. Dopiero, gdy byli kilka cel dalej i po drodze nikt inny ich nie zatrzymał, rzucił w przestrzeń:
– Do widzenia, panie Black.
Syriusz spróbował uśmiechnąć się sam do siebie, ale nie mógł, miał wrażenie, że jego skóra twarzy jest zbyt napięta, by mógł wykonać taki grymas. Zamiast tego spojrzał na gazetę – najcenniejszą od wielu lat rzecz, jaką posiadał.
*
Nocne powietrze było rześkie. Isla śmiała się, że zima w Nowej Zelandii jest cieplejsza od brytyjskiego lata, ale Dainah wiedziała, że nie jest do końca zgodne z prawdą; wielokrotnie wspominała, że latem wyspa jest jeszcze piękniejsza, ale Isla i Sarah, jej córka, nie dały się przekonać. Co roku odwiedzały Auckland w okresie wakacyjnym.
– Znów pada – mruknęła Sarah, wracając do domu. Powietrze było wilgotne i ciężko było nim oddychać, a nieprzyjemny chłód wchodził za kołnierz. Siedzenie na tarasie nadal było możliwe, ale wymagało założenia grubszego swetra, na co Sarah najwyraźniej nie miała ochoty.
– Będziesz z nią miała wesoło za parę lat – zaśmiała się Dainah, patrząc na zmarszczone brwi przyjaciółki, która odprowadziła córkę wzrokiem.
– Nie byłam taka marudna w jej wieku – mruknęła Isla. – Nawet nie chcę sobie wyobrażać, jaka wróci za rok z Hogwartu.
– Nie cieszysz się, że w końcu idzie do szkoły?
– Nie w tej atmosferze, przecież… – zaczęła, po czym urwała, szybko łapiąc za kubek z kawą, jakby miał on być deską ratunku.
– Przecież? – zapytała Dainah, wyczuwając zmieszanie przyjaciółki.
Isla łapczywie wypiła kawę, a potem wypuściła powietrze, jakby okrutnie jej ciążyło. Dainah przyglądała jej się badawczo, próbując odkryć, co jej przyjaciółka próbuje ukryć. W pracy często miała do czynienia z ludźmi, którzy próbują coś ukryć – zarówno z czarodziejami, którzy łamali Kodeks Tajności, jak i z tymi, którzy próbowali wywołać konflikt między różnymi etnicznie grupami czarodziejów. Nawet jeśli takie przypadki nie były częste, Dainah musiała nauczyć się rozpoznawać ludzi, którzy mają coś do ukrycia. Isla zdecydowanie miała coś do ukrycia.
– Nie dociera tu wiele nowin z domu? – zapytała, patrząc na jedno z drzew rosnących w ogrodzie.
– Mamy kontakt z ministerstwem – odpowiedziała chłodno Dainah. Kontakt ten nie był tak dobry, jak czasami by tego chcieli, ale jednocześnie wiedzieli, że nie było powodu, by go zacieśniać. Dzieliły ich tysiące kilometrów, a każdy z krajów zajmował się swoimi sprawami.
– Nie wiem, czy powinnam… – zaczęła Isla. – Może chciałabyś wiedzieć. Nie wiem.
Dainah milczała, choć jej irytacja rosła. Nie rozumiała, co mogło być dla niej tak trudnego o zwerbalizowania. Isla rzadko miała problem z zebraniem myśli, a tym razem zachowywała się, jakby miała do przekazania niezwykle trudną wiadomość. Przecież nie mogło wydarzyć się nic, co spadłoby na Dainah jak grom z jasnego nieba.
– Syriusz Black uciekł z Azkabanu.
A jednak mogło.
*
Nocne powietrze było rześkie. Drobny deszcz kapał na jego pysk, kiedy wyszedł z wody i się otrzepał. Niemal każda jego psia myśl skupiona była na znalezieniu czegoś do jedzenia, ale pod zwierzęcymi instynktami pulsował gorączkowo umysł pełen ludzkich myśli, pełen wściekłości i żądzy mordu, pełen woli, by pędzić, nie zważając na nic, by jak najszybciej znaleźć Petera. Żołądek go jednak spowalniał.
Upewniwszy się, że nikogo nie ma w pobliżu, Syriusz przemienił się w człowieka. Wiedział, że za chwilę musi ruszyć przed siebie, musi zabić Petera, musi ocalić Harry’ego, ale teraz, na pięć sekund pozwolił sobie na moment radości. Leżał na piasku, a nad sobą miał tylko nocne niebo. Dotykał piasku, czuł go w dłoniach i pod plecami. Na twarzy czuł wodę, krople deszczu mieszające się z łzami.
Był wolny.
*
Dainah zmywała. Miała tak zacięty wyraz twarzy, że Isla w pierwszej chwili zastanawiała się, czy nie rozsądniej byłoby się po cichu zdeportować, zostawiając ją samą sobie. Wiedziała jednak, że nie mogła tego zrobić – nie po tym, kiedy to jej nowiny wprowadziły Dainah w ten stan. Przez całą noc zastanawiała się, czy dobrze zrobił, przekazując przyjaciółce tę informację. Skoro jednak zdobyła się na to, teraz powinna zdobyć się na to, by zapytać, czy to coś zmieni w poukładanym życiu Dainah.
– Kawy? – warknęła w jej kierunku Dainah.
Isla pokręciła głową. Nie miała siły odpowiedzieć.
– Usiądź, ja dokończę – zaproponowała, wskazując na naczynia, która Dainah szorowała z taką mocą, że Isla była nieco zdziwiona, że jeszcze żadne z nich nie pękło w jej rękach.
Najwyraźniej pomyślała to w złym momencie, bo jeden z kubków poddał się naporowi siły i pękł na trzy części. Dainah syknęła i wypuściła skorupy z rąk.
Isla stanowczym ruchem odciągnęła ją od zlewu. Spojrzała tylko na rozciętą dłoń i westchnęła.
– Usiądź, musimy zrobić z tym porządek – powiedziała.
Dainah bez słowa dała się doprowadzić do krzesła, na które opadła tak nagle, jakby mięśnie po prostu odmówiły jej posłuszeństwa. Isla cicho szeptała zaklęcia, wodząc końcem różdżki po rozciętej dłoni, niezadowolona, że nie wzięła ze sobą eliksiru przeciwdziałającemu tworzeniu się blizn. Udało jej się jednak zatamować krwawienie i zasklepić ranę. Zabezpieczyła ją też mugolskim bandażem, który zwykła nosić w torebce.
Dainah przez cały ten czas siedziała w milczeniu, a nieobecny wzrok utkwiła w przeciwległej ścianie. Zachowywała się, jakby to nie jej dłoń była przedmiotem procesu leczenia, jakby sama znajdowała się tysiące kilometrów stąd.
– Co planujesz zrobić? – zapytała Isla, kiedy dłoń była już zabandażowana.
– Będę musiała dokończyć zaklęciem – mruknęła Dainah.
Isla westchnęła ciężko.
– Wiesz o czym mówię. Wracasz do Anglii?
Dainah spojrzała na nią tak chłodno, że Isla na chwilę wstrzymała oddech, bojąc się poruszyć.
– A mam jakiś powód?
*
Biegł, biegł od tak dawna, że nie pamiętał już, jak czuł się, kiedy nie bolało go całe ciało. Nie był pewny, gdzie powinien się kierować, gdzie znajdzie Harry’ego lub Petera, ale nie miał wątpliwości, że żaden z nich magicznie nie pojawi się na plaży, na którą dotarł tamtej nocy. Próbował sobie przypomnieć, gdzie mieszkała siostra Lily – o ile to u niej Dumbledore ukrył Harry’ego. Był pewien, że słyszał nazwę tego miasteczka dziesiątki razy. Tyle że wtedy, w innym życiu, miał o wiele ważniejszych spraw i nie przywiązywał wagi do czyjej mugolskiej siostry. Teraz była to najważniejsza informacja. Pamiętał, że mieściło się w Surry, Lily przecież tyle razy się śmiała, że on i Petunia byli prawie sąsiadami, skoro ich domy mieściły się w jednym hrabstwie.
Nagle poczuł w pysku suchość, która nie miała nic wspólnego ze zmęczeniem biegiem.
Dom.
Mógłby zajrzeć, choćby z daleka. Sprawdzić, czy nadal tam stoi, sprawdzić, czy Dainah… Może nadal tam mieszka? Czy chciałby ją oglądać? W końcu mogła ułożyć sobie życie. Mógłby zobaczyć ją z mężem i gromadką dzieci, choć wydawało mu się to irracjonalne. Mógłby jej zaszkodzić swoim pojawieniem się – nawet w psiej postaci. Mógłby jej tam nawet nie zastać, bo czyż nie głupotą wydawało się szukanie jej tam, gdzie ostatni raz widział ją dwanaście lat temu.
Stracił tak wiele czasu. Ona pewnie go nie traciła, nieuczciwym byłoby oczekiwanie, by też go traciła.
Nie pobiegł tam.
Gryfońska odwaga, szepnął prześmiewczo głos w jego głowie, który brzmiał za bardzo jak głos Dainah, by mógł o nim szybko zapomnieć.
Harry. Musiał myśleć o Harrym.
*
Isla bardzo starannie unikała tematu wydarzeń w Anglii, a Dainah bardzo starannie o nie nie pytała. Widywały się zresztą tak rzadko, że miały wiele innych tematów, przy pomocy których obie mogły udawać, że nikt taki jak Syriusz Black nie istnieje. Isla opowiadała o najśmieszniejszych przypadkach, na jakie trafiała w Mungu, a także o swoich współpracownikach, wspomniała nawet o pierwszych sukcesach i porażkach Sarah w Hogwarcie. Dainah mówiła trochę o swojej pracy, ale kiedy zdawała sobie sprawę, że nie ma nic ciekawego do opowiedzenia o współpracownikach czy innych znajomych, milkła, a na jej twarzy pojawiał się ledwo dostrzegalny grymas frustracji. Isla wtedy szczebiotała za nie dwie, świadoma, że bierze na siebie cały ciężar konwersacji, a taki stan rzeczy nie może trwać wiecznie. Żałowała też, że w tym roku zdecydowała się odwiedzić Auckland, kiedy Sarah była jeszcze w Hogwarcie. Być może ona miałaby garść ciekawych opowieści o McGonagall, Flitwicku czy Dumbledorze. Teraz jednak pisała egzaminy po drugim roku, a Isla powinna trzymać za nią kciuki, nawet jeśli była na drugim końcu świata.
– Dainah, znamy się tyle lat – zaczęła łagodnym tonem, a jej przyjaciółka posłała jej spojrzenie, które sugerowała, że powinna uważać na słowa, które zaraz padną z jej ust. Isla jednak wykazała się gryfońską niemal odwagą i kontynuowała: – Nie myślałaś o tym, by wyjść do ludzi? Powinnaś coś robić, może zacząć się z kimś spotykać, a nie tylko siedzieć w czterech ścianach.
Odpowiedział jej dźwięk kubka odstawianego na stół z taką stanowczością, że wedle wszelkiego prawdopodobieństwa naczynie powinno pęknąć. Dainah zdeportowała się z trzaskiem, a Isla wypuściła powoli powietrze. Może nie powinna była nic mówić. Nie rozumiała życia uczuciowego Dainah i choć starała się jej nie urazić, najwyraźniej jej się to nie udało.
Wyjrzała przez okno. Wieczór był przyjemnie chłodny i nie czuć było jeszcze zimy. 4 czerwca powinna już być wyczuwalna, jeśli wierzyć słowom Dainah.
*
Syriusz przez dwa lata starannie unikał tematu Dainah. Wiedział, że Remus krążył wokół niego, ale czekał na wyraźny sygnał, że Syriusz chce wiedzieć coś więcej na temat Ślizgonki, która była dla niego taka ważna, ale żadnego sygnału się nie doczekał. Syriusz pytał o Harry’ego, o wspólnych znajomych, o nauczycieli z Hogwartu, o członków Zakonu, o przedstawicieli ministerstwa i – w niektórych przypadkach – o znane sobie zwierzątka domowa tych osób, ale ani słowem nie wspomniał o tym, że chciałby wiedzieć, co stało się z Dainah. Kiedy jego krótkotrwała podróż po świecie – którą przecież wyobrażał sobie zupełnie inaczej – dobiegła końca i utknął na Grimmauld Place, boleśnie oczywistym stało się dla wszystkich, że dom ten był dla niego kolejnym więzieniem, nawet jeśli zamiast dementorów dręczyły go jego własne wspomnienia. Chciał coś robić, chciał uczestniczyć w walce, chciał być potrzebny. Kiedy tylko mógł opuścić Grimmauld Place, nie wahał się ani chwili.
Sam Syriusz starał się nie myśleć zbyt wiele o przyszłości. Wiedział, że ministerstwo wciąż go poszukuje, że wciąż w opinii magicznego społeczeństwa jest mordercą. Nie spodziewał się, że uda mu się to kiedykolwiek zmienić, dlatego swoich momentów tryumfu nad dementorami i nad ministerstwem upatrywał w tych krótkich momentach, kiedy mógł opuścić Grimmauld Place, kiedy mógł wyjąć różdżkę, rzucić jakieś zaklęcie, kiedy mógł choć przez chwilę żyć tym życiem, które brutalnie mu odebrano.
Wiedział, że to nie może trwać wiecznie. Prędzej czy później coś się wyda, złapią go, wróci do Azkabanu – a wizja ta sprawiała, że niejednokrotnie budził się w nocy zlany potem. Wolałby śmierć niż powrót do Azkabanu. W końcu czym innym byłoby ponowne osadzenie w tym miejscu, jeśli nie długą i bolesną śmiercią? A może dementorzy złożyliby na jego ustach swój pocałunek, wysysając jego dusz i, całe człowieczeństwo, a zostawiając w celi tylko pustą skorupę, która zalegałaby tam przez kolejne dziesiątki lat?
Takie myśli przychodziły mu do głowy zbyt często. Nie chciał o nich mówić Remusowi, który miał wiele własnych problemów. Mówił o nich Ognistej Whisky, zanim znikła ze szklanki. Mówił o nich własnym myślom. Mówił o nich baldachimowi nad łóżkiem i Hardodziobowi, jeśli miał pewność, że nikt inny go nie usłyszy. Mówił o nich Jamesowi i Lily, jeśli mu się śnili. Mówił o nich Dainah, jeśli i ona odwiedzała go w snach, choć zdarzało się to rzadko. Mówił o nich pyłkom kurzu widocznym w promieniach zachodzącego słońca i wiatrowi poruszającymi zasłonkami. Znikąd nie nadeszła odpowiedź. Był do tego przyzwyczajony.
Kiedy na Grimmauld Place dotarła informacja, że Harry wraz z przyjaciółmi znaleźli się w ministerstwie, nie było żadnych wątpliwości, że Syriusz ruszy wraz z resztą Zakonu. Harry był dla niego jak James, oddałby za niego życie.
Nikt nie wiedział jednak, że to był ten dzień, kiedy faktycznie będzie musiał je oddać.
*
Isla nie zdawała sobie sprawy, że przysnęła na kanapie w oczekiwaniu na powrót Dainah. Dopiero szum wody w kuchni uświadomił jej, że przyjaciółka już wróciła i najwyraźniej zmywa. Przetarła zaspane oczy i spojrzała na zegarek. Była trzecia w nocy. Kto zmywał o trzeciej w nocy?…
Kiedy jednak weszła do kuchni, zdała sobie sprawę, że Dainah nie tylko zmywała. Wszystkie szafki i blaty były umyte, a na stoliku suszyły się rzędy naczyń, które zdążyła już umyć. Najwyraźniej w ten sposób próbowała uporządkować swoje myśli i zapanować nad plątaniną myśli.
– Dainah? – zapytała cicho Isla.
Jej przyjaciółka nie przerwała zmywania i nie spojrzała na nią.
– Dainah, przepraszam, jeśli cię uraziłam.
– Nie powinno cię obchodzić, co robię ze swoim życiem – warknęła Dainah. – To moja sprawa, z kim się widuję lub nie widuję, jak spędzam wieczory i co robię, kiedy…
Na chwilę umilkła, a przez jej twarz przebiegł grymas bólu. Przestała zmywać, zaciskając dłonie na krawędzi zlewu. Zanim Isla zdążyła jednak zareagować, Dainah wypuściła powili powietrze i potrząsnęła głową, jakby odganiała natrętną muchę czy myśl.
– Może masz rację, może powinnam spróbować – powiedziała cicho, jakby na nowo odkrywając swój głos, ale szybko przechodząc do zdecydowanego tonu, który sugerował, że od właśnie pojętej decyzji trudno będzie ją odwieść. – Ale najpierw powinnam odwiedzić Anglię.

Advertisements

6 thoughts on “Na psa urok: epilog”

  1. nie mogę uwierzyć, że do historii syriusza w ogóle da się dorzucić jeszcze więcej cierpienia, ale stale pokazujemy, że dla ffków ciężkich i autentycznych nie ma granic, są tylko nasze granice wytrzymałości i ja je chwilowo przekroczyłam. wpadam w Depresję.

    Like

    1. nie chciałam Cię wpędzić w Depresję, zwłaszcza że Depresja – jako kot – wydziela futro i alergeny xd
      ale nie da się ukryć, że wciąż i wciąż udaje nam się wynaleźć nowe sposoby, by unieszczęśliwić i tak już BARDZO nieszczęśliwych bohaterów. powinnyśmy wszystkie dostać za to medale. nie każdy by tak umiał xd
      czekam na radosne story o romanie xdddd ❤

      Like

  2. teraz już rozumiem, dlaczego tak ekscytował cię ten koncept – mogłaś wreszcie napisać coś z perspektywy syriusza, chociaż była to perspektywa tak przykra i pozbawiona nadziei, że nie wiem, jak przez to przebrnęłaś. dobiłaś mnie. to prawie tak, jakby on musiał umrzeć, żeby ona mogła ruszyć ze swoim życiem. przynajmniej dla niej jeszcze jest nadzieja i to mnie trochę, troszeczkę pociesza, ale jednocześnie czuję w kościach, że jak już odwiedzi tę anglię, dowie się o śmierci syriusza, a zaraz potem, że był niewinny, to wszystko znowu trafi szlag. powiedz, że tak nie będzie. gdzie sens pisania sequela, skoro znowu zostawiłaś nas w niepewności!

    Like

    1. pisanie z perspektywy syriusza to jedno, ale uwielbiam paralele, a te były tak bardzo w mordę, że nie mogłam się oprzeć. stan smutku i braku nadziei nie jest mi obcy, podobnie jak moim bohaterom. podejrzewam, że daniah mimo chwilowego zrywu nakazującego jej ruszyć ze swoim życiem, szybko znów pogrążyłaby się w marazmie – ostatecznie co dobrego mogłaby w tej anglii znaleźć po tylu latach. także sequel do sequela nie powstanie, niestety! xd w pierwotnej wersji można było uważnie zaobserwować, dlaczego taki sequel sequela nie miałby się prawa udać xd

      Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s