Na psa urok: 08.

Czuła na sobie dziesiątki spojrzeń i były one jeszcze cięższe niż te, które ciążyły jej po przyjęciu u Slughorna. Teraz wydawało jej się, że od tego czasu minęły wieki, choć w rzeczywistości były to dwa tygodnie. Dainah miała nadzieję, że podczas przerwy świątecznej będzie mogła unikać tłumów i spróbować poukładać sobie wszystko w głowie, ale odmówiono jej tej prostej przyjemności – w zamku pozostała większość uczniów, zbyt przerażonych tym, co działo się poza murami Hogwartu, by wracać do domów. Każdego dnia „Prorok Codzienny” donosił o kolejnych zabójstwach. Wśród tych sensacji znalazła się też informacja o śmierci państwa Pool, którą natychmiast podchwycili wszyscy uczniowie. Reakcje były różne – słyszała i wyrazy współczucia, i szyderstwa, i słowa wsparcia, i opinie, że widać zasłużyli na to, co ich spotkało. Nikt nie wiedział tak naprawdę, co sprawiło, że śmierciożercy wybrali właśnie ten dom na cel swojego ataku, ale zdawało się, że każdy miał swoją teorię, swoją opinię i swoje oczekiwania względem tego, jak Dainah powinna się zachowywać w tej sytuacji. Było to nie do zniesienia.
Początkowo próbowała ukrywać się w dormitorium, ale Susannah i Isla – motywowane, jak sądziła, wyłącznie dobrymi intencjami – nie zostawiały jej żadnej przestrzeni do życia, ciągle chcąc jej matkować. Opowiedziała im o tym, co działo się w ministerstwie (choć zataiła to, co wydarzyło się później – czuła, że nie jest to coś, o czym powinna opowiadać nawet swoim przyjaciółkom), a one wplotły w jej opowieść swoje emocje i swoje założenia co do jej emocji, tym samym paraliżując jej możliwość okazywania faktycznych uczuć. Cały czas były przy niej, jakby obawiały się, że wkrótce nastąpi załamanie, które wciąż nie przychodziło. Dainah była nieco bardziej milcząca, ale nic w jej wyglądzie nie wskazywało na to, by w głębi serca przeżywała tragedię, co – zdaniem Isli i Susannah – było niezbitym dowodem na to, że dzieje się z nią coś bardzo złego.
Ich zachowanie sprawiało, że Dainah nie mogła wytrzymać w dormitorium i wymykała się na spacery po zamku. Ciągnęło ją też na błonia, ale starała się ich unikać, zamiast tego przemykając korytarzami, by zaszyć się w jednej z nieużywanych sal lekcyjnych, jakiejś opuszczonej komnacie czy zajrzeć do sowiarni. Na korytarzach nabrała nawyku patrzenia we własne buty, by nie widzieć spojrzeń pełnych współczucia lub pogardy. Szepty były wystarczająco irytujące.
Podczas jednego z pierwszych wieczorów, które spędzała w opuszczonej sali, znalazł ją Syriusz. Miał do tego taki talent, że nawet nie próbowała go pytać, skąd wiedział, gdzie się znajduje. Początkowo jego widok sprawił, że jej ciało napięło się jak struna. Dainah pamiętała dobrze, że całą drogę z Hogsmeade do Hogwartu spędzili w milczeniu. Nie było to milczenie krępujące, ale miała wrażenie, że wtedy, w Londynie, gdy już oderwali się od siebie, wypowiedzieli zbyt mało słów i to, co wówczas nie miało okazji wybrzmieć, wisiało między nimi, choć nie miała pojęcia, co by to mogły być za słowa. Ani żarliwe przeprosiny, ani wyrazy dozgonnej miłości nie były tu na miejscu, a wszystko, co znajdowało się pomiędzy tymi skrajnościami, zdawało się równie fałszywe. Dlatego też milczeli do siebie także wtedy, kiedy Syriusz wszedł do tej klasy i znalazł ją siedzącą na podłodze. Opierała się o ścianę i miała wzrok skierowany w stronę okna, choć myślami błądziła gdzieś daleko. Dopiero, kiedy odchrząknął, skupiła na nim spojrzenie. Nic nie powiedziała. On także milczał. Bez słowa usiadł obok niej i zarzucił rękę na jej ramiona, przyciągając ją lekko do siebie. Jej serce na chwilę wtedy zamarło w oczekiwaniu na to, co stanie się dalej. Ale nic się nie stało. Po prostu siedzieli obok siebie w ciszy.
Tymczasem grudzień skończył się i nadszedł styczeń, a wraz z nim do zamku powrócili pozostali uczniowie, którzy błyskawicznie dowiedzieli się o ataku śmierciożerców na rodziców Dainah, więc temat znów odżył. W połowie stycznia wydawało się, że wszyscy już o nim zapomnieli, zwłaszcza że od tego czasu było jeszcze kilka głośnych morderstw. Dlatego też Daniah zdziwiła się, gdy pewnego wtorkowego ranka drogę zaszło jej kilku Ślizgonów zarówno z jej rocznika, jak i młodszych.
– Twój ojciec nie potrafił dochować wierności sprawie – powiedział Yaxley, patrząc na nią z niechęcią.
Dainah popatrzyła na niego pytająco, jakby nie była pewna, czy na pewno mówił do niej.
– Nadchodzi wojna i każdy będzie musiał bardzo uważnie wybrać stronę, po której stanie – kontynuował, a w jego oczach błyszczało coś niebezpiecznego, jakieś źle skrywane szaleństwo. – Będziesz umiała wybrać lepiej niż on?
– O czym wy… – zaczęła, ale jeden ze Ślizgonów wybuchnął śmiechem.
– Pamiętaj, z jakiego domu jesteś – powiedział Selwyn. – Pamiętaj, jak kończą zdrajcy.
Dainah uniosła brwi, zbyt zdziwiona całą tą rozmową, by zadać najbardziej palące pytanie. Oni jednak nie mieli zamiaru z nią rozmawiać, najwyraźniej zadowoleni z tego, co już zdążyli powiedzieć, bo cała grupa bez słowa ją minęła, zostawiając z jeszcze większym mętlikiem w głowie.
Tego dnia miała nadzieję, że Syriusz znajdzie ją w pustej sali – wiedział o całym tym zamieszaniu i, być może, wiedział o śmierciożercach więcej niż ona. Wiedziała, że jego brat zadaje się z Yaxleyem i Selwynem, choć miała wątpliwości co do tego, czy Syriusz będzie w stanie powiedzieć jej cokolwiek o poczynaniach swojego brata. Był to jednak jakiś początek. Jakaś część niej chciała też wiedzieć, czy Syriusz w jakikolwiek sposób zareaguje na to, że grożono jej w umiarkowanie zawoalowany sposób. Starała się wciąż przypominać sobie, że przecież nic ich nie łączy, ale czuła przyjemne ciepło na myśl, że może… może by go to zirytowało.
Ale Syriusz nie przyszedł do niej ani tamtego, ani kolejnego dnia.
Nie był chory, widziała go przecież w Wielkiej Sali. Ze swojego miejsca przy stole Slytherinu obserwowała, jak jadł tosty, jak żartował z Potterem, Lupinem i Pettigrew, jak kończył pisać jakieś wypracowanie, a także jak rozmawiał z innymi dziewczętami. Czasami były to rozmowy zwyczajne, które kończyły się podaniem mu solniczki czy czegoś z leżącego daleko półmiska, ale czasami dziewczęta te podchodziły do niego z odległych końców Wielkiej Sali, by usiąść pomiędzy półmiskami, jakby same były czymś, co można zjeść, jakby chciały zostać pożarte przez niego. Zawsze były wtedy ładniejsze i pogodniejsze od Dainah, a przynajmniej takimi jej się wydawały. Zawsze miały dłuższe nogi, równiejsze zęby, lepszą fryzurę, większy biust… Kiedy tylko na nie patrzyła, przypominała sobie dotyk Syriusza na swoim ciele, jego oddech we włosach i błądzące, rozgrzane dłonie, i zastanawiała się, czy one również na to liczyły, czy może miały podobne wspomnienia.
Wiedziała, że nie powinna o tym myśleć – w końcu ją i Syriusza nic nie łączyło poza tymi dziwnymi spotkaniami od czasu do czasu i szybkim zbliżeniem gdzieś między odrapaną ścianą a koszem na śmieci w ciemnej uliczce w Londynie. Nie miała prawa być o niego zazdrosna, a jednak… Wzdłuż kręgosłupa pełzło jej zimno, kiedy myślała o ustach Syriusza na ustach innej dziewczyny. Często miała wrażenie, że to tylko kwestia czasu, że któregoś dnia – między jednym kęsem posiłku a drugim – zobaczy właśnie to. Zastanawiała się, co wtedy poczuje i czy będzie zdolna do odczuwania czegokolwiek. Choć Syriusz nie był jej, to nie chciała, by był czyjś. W żadnym ze scenariuszy, które pojawiały się w jej głowie, nie wstawała jednak od stołu Ślizgonów, nie podchodziła do niego, nie odpychała tej obcej dziewczyny i nie próbowała o niego walczyć. Zawsze w takich wyobrażeniach to, czego się obawiała, rozgrywało się na jej oczach, a ona bezwolnie na to przyzwalała, jakby wcale jej to nie dotykało.
Póki co jednak nic takiego się nie stało. A wieczorem, kiedy wyszła z kolacji i ruszyła w stronę jednej z sobie tylko znanych sal, dogonił ją Syriusz.
– Co jest, Pool? Przy stole wyglądałaś jak rozwścieczony hipogryf – zagadnął, a ona poczuła rozlewające się po brzuchu ciepło na myśl, że przynajmniej raz ją zauważył.
– Nie wiem, o czym mówisz – odparła możliwie obojętnym tonem.
– Dobra, dobra. – Wyszczerzył się. – Przyszedłem zadbać o twoją edukację.
Dainah uniosła pytająco brew.
– Siedzisz w tych salach i nic z tego nie wynika. Martwię się, Pool – powiedział, przykładając dłoń do serca, jakby dla podkreślenia swojego zmartwienia. Dainah parsknęła śmiechem. – Nie ma się co śmiać, owutemy się same nie napiszą. Dlatego postanowiłem zmierzyć się z trudnym zadaniem powtórzenia z tobą eliksirów.
– Chcę ci przypomnieć, że miałam W z sumów, doskonale sama sobie poradzę.
– Chcę ci przypomnieć, że moje plecy doskonale pamiętają, jak sama sobie radzisz.
Dainah fuknęła z irytacją, która od udawanej szybko przeszła do prawdziwej.
– W porządku, zobaczymy, jak sobie poradzisz – powiedziała, unosząc wyzywająco brodę.
Syriusz pocałował ją tak szybko i krótko, że nawet nie zdążyła zaprotestować. A potem bezczelnie zniknął gdzieś za zakrętem korytarza.
*
– Gdzie ty ciągle znikasz? – zapytała Susannah, kiedy Dainah pakowała kilka pergaminów do szkolnej torby.
– Hm? – zapytała, z roztargnieniem sprawdzając, czy wrzuciła już do niej podręcznik.
– Wychodzisz gdzieś kilka razy w tygodniu i wracasz o dziwnych porach – kontynuowała.
Dainah zerknęła w lustro i odgarnęła parę jasnych kosmyków za ucho.
– Uczę się, owutemy się zbliżają – powiedziała.
– Przecież ona się zakochała – oświadczyła Isla, która przysłuchiwała się tej wymianie zdań. – To nie jest żadna nauka, to zwyczajne randki.
– Nie mam pojęcia, o co wam chodzi – odpowiedziała Dainah, nawet się przy tym nie rumieniąc. – Zejdźcie ze mnie.
Susannah westchnęła.
– Żeby tak ze mną ktoś się chciał uczyć. Zostanę starą panną, zobaczycie – powiedziała.
Isla natomiast patrzyła na Dainah tak, jakby starała się wywiercić jej wzrokiem dziurę w czaszce i zajrzeć do środka. Widać było, że coś analizowała, a wyniki tej analizy nie mogły jej się podobać, bo z każdą chwilą marszczyła nos coraz bardziej. Dainah nie miała zamiaru czekać na pytanie o to, z kim spędza tyle czasu, i bez zbędnych słów wyszła z dormitorium.
Powtórki z Syriuszem trwały już od kilku tygodni i, ku swojemu zdumieniu, odkryła, że faktycznie, przez większość czasu zajmują się nauką. Kilkukrotnie zdarzyło im się zapomnieć na kilka chwil o księgach i pergaminach, zamiast tego skupiając się na swoich ciałach. Zwykle później nie wracali już do powtórek z eliksirów, ale opowiadali o niewiele znaczących historyjkach z przeszłości, póki któreś z nich nie trafiło w czuły punkt tego drugiego. Wtedy zapadali w bezpieczne milczenie albo rozchodzili się do dormitoriów, by za parę dni ponownie się spotkać.
*
W końcu nadszedł luty. W drugą jego sobotę miało się wydarzyć coś, co napełniało Dainah pewnymi obawami. Miała po raz pierwszy od dawna iść na boisko do quidditcha i patrzeć, jak czternaścioro osób na miotłach przerzuca się piłkami, i udawać, że jest tym zainteresowana. Wiedziała, że taki mecz może trwać długo, i wcale nie miała ochoty spędzać tyle czasu na tak bezproduktywnej rozrywce, ale przed kilkoma dniami Syriusz wspominał o tym, jak ważna jest to potyczka, jeśli Gryfoni chcą wygrać Puchar Quidditcha. Widziała ten zapał w jego oczach, aż w końcu najwyraźniej przypomniał sobie, do kogo mówi, bo wymamrotał tylko „Ale przecież ciebie to i tak nie interesuje” i do końca spotkania był dziwnie nachmurzony. Dainah poczuła się nieco dotknięta tymi słowami, choć mecz istotnie jej nie interesował. Nie zareagowała jednak i dopiero następnego dnia, kiedy znów obserwowała Syriusza ze swojego miejsca przy stole Slytherinu, doszła do wniosku, że pójdzie na ten mecz. Skoro tak go to interesuje, to powinna chyba wykazać się jakimś zainteresowaniem. Nie żeby łączyło ich coś, co wymagało od niej takiego zaangażowania.
W sobotni poranek ubrała się dostatecznie ciepło, bo nie zmarznąć na boisku. Isla i Susannah patrzyły na nią ze źle skrywanym zdziwieniem, ale żadna nie wypowiedziała ani słowa. Przy śniadaniu nie widziała Syriusza, ale nie przeszkadzało jej to. W końcu i tak nie mogłaby mu powiedzieć, że będzie na trybunach… a nawet gdyby powiedziała mu o tym, czy jej obecność cokolwiek by zmieniła? Po prostu pójdzie tam, obejrzy ten mecz, a jeśli Syriusz w przyszłości coś o nim wspomni, będzie mogła zaskoczyć go wiedzą o tym, co działo się na boisku.
Mecz był dokładnie tak nudny, jak się tego spodziewała. Kafel wędrował z rąk do rąk, czasami przelatując przed obręcz po puchońskiej stroni boiska, czasami przez jedną z tych po gryfońskiej stronie. Dainah nie śledziła jego ruchów uważnie, bardziej skupiona na tłuczkach, z którymi musiał sobie radzić Syriusz. To był całkiem dobry mecz, jeśli wierzyć słowom komentatora, punkty przyrastały szybko, ale złoty znicz nadal się nie pokazał, przez co szukający byli najbardziej wypoczętymi graczami na boisku. Dobre pół godziny musiało minąć, zanim złoty błysk pojawił się blisko jasnowłosego Puchona, który od razu ruszył w pościg, szybko mając Gryfona na ogonie miotły. Widziała też, jak Syriusz odbija tłuczek w kierunku trójki puchońskich ścigających i wykrzykuje coś do drugiego z gryfońskich pałkarzy. Był tak skupiony na grze, że Dainah fascynowały obserwowanie go. Latał z taką gracją, a jednocześnie bez szczególnego wahania posyłał tłuczki w przeciwników. Było w tym coś magicznego, choć nie na tyle, by chciała oglądać mecze, w których nie mogłaby zobaczyć Blacka.
– Sto dwadzieścia do stu dla Puchonów. Walka o znicza wciąż trwa, Adams wysuwa się na prowadzenie. Jeśli szukający Gryfonów złapie znicza, jego drużyna wygra – informował komentator.
Dainah wbiła wzrok w złoty punkcik, który zdawał się zwodzić obu zawodników, to przystając, to znów przyspieszając. Gryfon reagował na te zmiany z rosnącym zdenerwowaniem, ale wciąż podążał za piłeczką, podczas gdy Puchon wydawał się bardziej skołowany. Jego ruchy nie zawsze wydawały się Dainah logiczne, ale zdawała sobie sprawę, że sport nie musi być logiczny.
W pewnym momencie tłuczek świsnął tuż obok ucha szukającego Hufflepuffu, który chyba próbował zaprotestować, bo zamachał ręką do sędziego, Ten go zignorował, ale przyleciał do niego jeden z puchońskich pałkarzy. Wymienili kilka słów, a potem pałkarz zaczął przejmować tłuczki i posyłać je w kierunku znicza, jakby chciał zniechęcić Gryfona do podlatywnia do niego. Zniechęcanie Gryfonów do czegokolwiek zwykle nie działa, podobnie było w tym przypadku. Syriusz natychmiast znalazł się obok kolegi ze swojej drużyny i osłaniał go przed tłuczkami, kiedy tamten próbował zbliżyć się do znicza, który na chwilę zastygł w powietrzu, jakby czekał na rozwój zdarzeń.
Dainah przestała na chwilę oddychać, kiedy zobaczyła, jak tłuczek trafia w rękę Syriusza, z której wypadła pałka. Tymczasem w jego kierunku mknął ją drugi tłuczek. Dainah usłyszała dźwięk gwizdka, który miał przerwać mecz, ale żaden z zawodników się nie zatrzymał. Szukający Gryffindoru wykorzystał ten moment, by zanurkować w kierunku znicza, a Syriusz szarpnął miotłą i wleciał prosto w tłuczek tak, by nie uderzył on jego kolegi z drużyny. Potem wszystko wydarzyło się jednocześnie, komentator zaczął krzyczeć, że Adams złapał znicza, drużyna Gryffindoru zebrała się wokół Syriusza, by sprowadzić jego miotłę na ziemię, Puchoni natomiast otoczyli swojego pałkarza i wydawali poirytowane krzyki. Wokół tego wszystkiego krążył sędzia, a Dainah rozbolała głowa. Zanim się zorientowała, co właściwie robi, wstała z miejsca i zaczęła schodzić z trybun. Nogi niosły ją na boisko, ale przecież nie mogła tam iść, co miałaby tam robić?
Raz jeszcze spojrzała na boisko. Gryfoni wylądowali już na trawie, a James Potter odrzucił swoją miotłę i, przepchnąwszy się przez Puchonów, zaczął okładać ich pałkarza. Reszta drużyny Gryffindoru próbowała powstrzymać Syriusza przed podnoszeniem się. Z trybuny dla nauczycieli już zbiegła pani Pomfrey. Wszystkie te obrazy kłębiły się przed oczami Dainah i wirowały, póki nie zamknęła oczu i nie zeszła chwiejnie z trybuny dla Ślizgonów, która tego dnia była tylko w połowie pełna. Nie zastanawiała się, czy zwraca na siebie spojrzenia innych. Możliwie spokojnym, ale stanowczym krokiem ruszyła do zamku.
*
Kręciła się w okolicy skrzydła szpitalnego, póki drużyna Gryffindoru z niego nie wyszła. Później widziała, jak wchodzi tam jeszcze kilka osób – Gryfonów, najwyraźniej zaniepokojonych stanem zdrowia Syriusza. Nie miała śmiałości wejść do skrzydła, kiedy oni wszyscy tam byli. Jej miejsce było w lochach, nie powinna nawet krążyć przy tych drzwiach. Dotkliwie też zdawała sobie sprawę, że gdyby nie pomysł pójścia na ten mecz, nawet nie widziałaby, że powinna się martwić o Syriusza. Gdyby nie to, że tam była, siedziałaby pewnie w opuszczonej sali i się uczyła, być może zastanawiając się przelotnie, czy wygrał i czy właśnie świętuje.
Teraz jednak stała za jakąś zbroją i czekała, aż miną ją dwie Gryfonki, z których jedna mówiła, że niesie mu kociołkowe pieguski, które Syriusz tak uwielbia. Dainah nie wiedziała, że Syriusz je uwielbia. Nie wiedziała też, kim są te Gryfonki, ale w tamtej chwili ich nie znosiła.
W końcu jednak korytarz opustoszał i odważyła się wyjść zza zbroi. Kiedy tylko weszła do skrzydła szpitalnego, od razu zauważyła Syriusza. Leżał na łóżku pod oknem i marszczył brwi, jakby próbował rozwiązać jakiś bardzo poważny problem. Obok niego, na szafce nocnej, leżały nierozpakowane kociołkowe pieguski, a Dainah nie była pewna, czy bardziej cieszy ją widok całego i relatywnie zdrowego Syriusza, czy niezjedzonych ciastek.
– Pool, co tu robisz? – zapytał, kiedy ją zobaczył.
To sprawiło, że na chwilę się zatrzymała. Co właściwie tam robiła? Czy nie chciał jej widzieć?
Syriusz wyszczerzył zęby, nie czekając na jej odpowiedź.
– Daliśmy im niezłego łupnia – stwierdził.
– Z tego co widziałam, to oni dali łupnia tobie – zauważyła sucho.
– To tylko… Byłaś na trybunach, Pool? – zapytał, uśmiechając się jak kot, który właśnie zjadł kanarka.
Nie podobał jej się ten uśmiech, który sprawiał, że czuła się, jakby stała przed nim naga. Co gorsza nie fizycznie – tego się nie obawiała – ale emocjonalnie.
– Byłam – przyznała w przypływie śmiałości.
Syriusz uśmiechnął się do niej tak szeroko, że tym razem poczuła, jakby miały się pod nią ugiąć kolana. Żadne z nich nic jednak nie powiedziało.
– Długo będą cię tu trzymać? – zapytała tylko, kiedy poczuła, że cisza zaczyna się już przeciągać.
– Pani Pomfrey uparła się, że powinienem zostać do rana – mruknął, ale po chwili zmienił wyraz twarzy. – Chciałabyś mi potowarzyszyć? – zapytał, to unosząc, to opuszczając brwi w geście, który w teorii miał być zalotny, a tylko wywołał u niej śmiech.
– Chciałbyś – odpowiedziała, siadając obok łóżka.
Zdążyli wymienić raptem parę zdań, zanim do skrzydła szpitalnego wpadli przyjaciele Syriusza. James Potter – nadal w stroju do quidditcha – zmarszczył brwi na widok Dainah.
– Co ona tu robi? – zapytał Syriusza, jakby ten nie zauważył, że tuż obok niego siedzi Ślizgonka.
– Pójdę już – mruknęła Dainah, podnosząc się z miejsca. Nie spojrzała na Syriusza, wbijając wzrok w podłogę, dlatego tym bardziej zaskoczyło ją, kiedy poczuła na swojej dłoni ciepło jego dłoni.
– To jest Dainah – powiedział spokojnie. – I zostanie tutaj.

Advertisements

5 thoughts on “Na psa urok: 08.”

  1. można powiedzieć, że dainah zrobiła interes życia – ostatecznie opłaciło się wynudzić na meczu, żeby zostać o f i c j a l n i e przedstawioną huncwotom. to musi przecież coś znaczyć, przynajmniej dla syriusza, bo jeśli nie, to już sama nie wiem, co ma dla niego znaczenie. gryfońskie poświęcenie w czasie meczu i przyjęcie tłuczka na klatę nieco równoważy jego niepokojące, stalkerskie skłonności, nawet jeśli jego cudowne pojawienie się podniosło dainah na duchu. niech lepiej wykorzystuje mapę huncwotów zgodnie z jej przeznaczeniem do psocenia, a nie osaczania smutnych dziewcząt. ujęły mnie też nierozpakowane ciasteczka. tak wymowne.
    tylko ci ślizgoni tacy… opętani, że aż mi się przykro zrobiło. jeszcze się chłopcy muszą nauczyć subtelności.

    Like

    1. prawo karmy wynagrodziło jej to cierpienie, a jakże. żeby tak każdemu konieczność oglądania nudnych dyscyplin sportowych była wynagradzana w ten sposób. syriusz mi się natomiast tak z zaskoczenia zaangażował uczuciowo o wiele bardziej, niż miałam to w planie, ale nie miałam sumienia go ograniczać. niech chłopak wykaże trochę inwencji. tzn. trochę więcej niż przy wykorzystywaniu mapy huncwotów do odnajdywania smutnych niewiast gotowych ulec jego wdziękom, co w sumie nie brzmi korzystnie. tylko teraz mam jeden poważny problem: nie wiem, jakie są ulubione ciasteczka syriusza xd
      a ślizgoni pod względem braku subtelności ustępują tylko gryfonom, więc nie ma się czemu dziwić. ale wydaje mi się, że fanatyzm nastolatków jest konieczny dla sukcesu fanklubu voldemorta.

      Like

      1. darmowy syriusz dla każdej kobiety, która przetrwa mecz polskiej ligi!
        ja nie wiem, czy on jest gotowy na emocjonalne zaangażowanie, to mógł być skutek urazu tłuczkiemi jak tylko wyjdzie ze skrzydła szpitalnego, to zaraz sobie uświadomi, że może jednak związek będzie kosztował go zbyt wiele wysiłku, niż mu się początkowo wydawało, zwłaszcza z dziewczyną, która nie jest promyczkiem nadziei.
        bawi mnie, że akurat yaxleya obie wybrałyśmy na etatowego fanatyka z upodobaniem do wielkich słów. jak w harcerstwie, gdzie chłopcy bawią się w wojsko. to jest tak smutne.

        Like

      2. oglądałabym xd
        podejrzewam, że nie jest gotowy. i ona też nie, skoro się czaiła za zbroją. nie wiem, jak ja ich utrzymam razem do dziesiątego rozdziału, ale czuję, że albo będę musiała wprowadzić Poważną Rozmowę, albo wolny związek. ale to jest coś, co mi pewnie wyjdzie w praniu, mam już pewne pomysły.
        yaxley ma odpowiednie nazwisko. miałam kiedyś pisać o jednej yaxleyównie, z POV której opisywałabym fanatyzm jej rodziny, ale zabrakło mi dobrego romansu, który by ten tekst poniósł xd

        Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s