Łapy przy sobie: osiem

Taktyka roboczo zatytułowana myśl jak James Potter dawała zaskakująco dobre rezultaty. Wytężałam wzrok, z wysiłkiem przebijając się przez lekką, ale uporczywą mgłę utrudniającą orientowanie się w sytuacji na boisku, by za każdym razem z parosekundowym wyprzedzeniem przewidzieć, jaki manewr wykona Potter. Gdy coś spektakularnie mu się udawało, buczałam głośno, całkowicie zagłuszana przez wrzask wszystkich dookoła, a w szczególności Syriusza, który swoje krzyki zwycięstwa kierował prosto do mojego ucha. Wkrótce ja i Black straciliśmy częściowo zarówno głos, jak i słuch, bo żadne z nas nie potrafiło powstrzymać się przed tą bezsensowną demonstracją sił. Pozostawało tajemnicą, czy Syriusz wykazywał wcześniej takie zaangażowanie w quidditcha – mnie na pewno nie zdarzyło się to nigdy wcześniej.
Byłam jednak pełna wdzięczności dla Georgiany, szukającej i kapitan drużyny Krukonów, która przez ostatnie dwa miesiące katowała nas tą swoją odkrywczą taktyką i tym samym zdołała w najwyższym stopniu zadusić wszystkie zmartwienia poza tym jednym – czy Ravenclaw wygra ostatni mecz w sezonie. Gigi dostała na punkcie Pottera niezdrowej obsesji, która we wszystkich członkach drużyny rozpaliła przekonanie, że powstrzymanie Jamesa Pottera stanowi jedyny i najważniejszy cel strategiczny; miało to nawet sporo sensu, bo Potter rzeczywiście był jedynym naprawdę dobrym ogniwem drużyny Gryffindoru. Udowodnił zresztą, że jeden znakomity zawodnik to akurat tyle, by wygrać Puchar. Tak czy inaczej, o wiele milej było siedzieć w tym czasie w głowie Prefekta Naczelnego, ścigającego i kapitana drużyny Gryfonów, analizując jego charakterystyczne zagrania i ucząc się im przeciwdziałać, niż w swojej własnej. Całkowite zaangażowanie się w codzienne, katorżnicze treningi quidditcha połączone z okazjonalnym, katorżniczym zakuwaniem do owutemów u boku Vicky, dawały mi złudzenie, że żyję najmocniej i najlepiej jak mogę. Pozwalały niemal zupełnie zapomnieć o tym, że w pewnym sensie byłam śmiertelnie chora.
Naturalnie osób, które o tym wiedziały, było najwyżej dziesięć, ale i tak ich widok bardzo mnie drażnił. Kiedy napotykałam zmartwione spojrzenie Vector albo pozbawione litości, zaciekawione spojrzenie Avery’ego, unosiłam wysoko głowę i wkładałam całą energię, by pokazać swoją determinację do życia. Nie znaczyło to, że się okłamywałam – przeciętny człowiek miał w życiu kilka dat, które ze średnim prawdopodobieństwem mogły stać się jego datami śmierci – ja miałam tylko jedną, co zaprzeczało naturze i co całkowicie pozbawiało mnie złudzeń.
Mimowolnie chętniej przebywałam w towarzystwie osób, które o niczym nie miały pojęcia i dlatego na finałowym meczu Pucharu Quidditcha zamiast u boku Vector, stałam w środku trybuny Gryfonów, ostentacyjnie przebrana w barwy Ravenclawu i chroniona przed powszechną nienawiścią tylko tym, że nawet miażdżące zwycięstwo Krukonów nie byłoby już w stanie odebrać Pucharu Gryffindorowi. Fakt ten niezmiernie bawił Syriusza, którego bardziej pochłaniało obserwowanie moich reakcji niż akcji na boisku. Świadomość, że skupiam na sobie jego uwagę, była bardzo przyjemna. Po pewnym czasie nie mogłam się powstrzymać, żeby spoglądać na niego za każdym razem, kiedy wydawało mi się, że on patrzy na mnie. Uśmiechałam się do niego częściej niż nakazywała przyzwoitość.
Nasz ścigający wbił bramkę Gryfonom, ponownie wyrównując wynik. Wrzasnęłam bezgłośnie, czując że wykorzystuję na to ostatnie pokłady energii. Poprzedniej nocy prawie nie spałam, bo jako jedyny rezerwowy gracz w drużynie Krukonów do ostatniej chwili nie wiedziałam, czy nie będę musiała grać za Higglebottoma, który wciąż nie doleczył się z kontuzji w ostatnim meczu. Wiadomość, że Higglebottom mimo wszystko zdecydował się grać, przyjęłam z wielką ulgą, żałując jedynie, że dotarła do mnie dopiero rano.
Nie tylko mój entuzjazm przechodził ciężką próbę. Mecz trwał już ponad sześć godzin, bijąc dziesięcioletni rekord długości. Kibice krzyczeli ciszej i podskakiwali niżej, a gracze tracili koncentrację i częściej znosiło ich z kursu. Na całym boisku pozostało już tylko parę osób, które chciały, by ten nieistotny z racji wyniku i decydujący z racji honoru mecz wciąż trwał. Była to z pewnością Georgiana, nieustraszenie goniąca w kółko szukającego Gryfonów po to, by żadne z nich nie miało najmniejszej szansy złapania znicza, nasi pałkarze i obrońca, których zadaniem była bezwzględna obrona bramki przed Jamesem Potterem i James Potter, któremu nie wystarczyło, by ten mecz po prostu się zakończył; który pragnął, by ostatni występ w jego szkolnej karierze zapisał się w pamięci na pokolenia. Jak dotąd oceniałam jego szanse jako marne.
Wodziłam za nim wzrokiem, doceniając malowniczą pętlę, jaką wykonał tylko po to, by kafel odbił się od złączonych barów obrońcy i pałkarza, którzy wspólnie bronili teraz bramki. Moje spojrzenie skupiło się na chwilę na przeciwnej stronie boiska, na trybunie Krukonów, w grupie których znajdowała się zupełnie nierozpoznawalna z tej odległości Vector. Uderzyło mnie znajome poczucie winy związane z tym, że nie ma mnie przy niej. Czułam, że zdradzam naszą przyjaźń, odsuwając się od niej w takim momencie, ale jednocześnie nie mogłam tego powstrzymać; chciałam nam tylko oszczędzić cierpienia.
Poluźnienie relacji z Vector na chwilę przed końcem szkoły było dla mnie wyjątkowo bolesne. Wydawało się, że chociaż koniec szkoły wszystkim miał przynieść jednakową zmianę, nie wszyscy byli na nią jednakowo przygotowani, a ja oddawałam właśnie walkowerem ostatnią szansę, by wejść w dorosłość ramię w ramię razem z Vector. Nie mogłam jednak nic poradzić na to, że ciążyło mi przekonanie, że z nas dwóch tylko ona ma szansę pójść dalej. Było to najgorsze z uczuć.
Wsparcia nie mogłam też szukać w Syriuszu, który podobną przemianę wartości miał już za sobą. Pamiętałam, jakim zaskoczeniem było to, że ze wszystkich ludzi na ziemi podejście Syriusza zweryfikował właśnie James Potter. Jak jego wola, żeby spoważnieć i wydorośleć, ukoronowana niejako zeszłoroczną nominacją na Prefekta Naczelnego, spotkała się początkowo z gwałtownym protestem i niezrozumieniem Syriusza. Jak Black na kilka tygodni odsunął się od swojego przyjaciela, nie potrafiąc zrozumieć jeszcze jego motywacji, tylko po to, by po czasie wrócić z nieco zmienionym nastawieniem. Marzyłam, by i w tym sensie myśleć jak James Potter – cieszyć się, póki jeszcze było to możliwe i brać odpowiedzialność za siebie i innych, kiedy było to konieczne, ale widocznie taktyka Gigi działała na boisku, ale niełatwo dawała się rozciągnąć na inne dziedziny.
Wyrzuty sumienia zagłuszało nieco to, że Vector sama zachęcała mnie, żebym poszła na mecz z Syriuszem, który swoim zwyczajem zaproponował to zupełnie niezobowiązująco. Nie miałam pojęcia i nie pytałam, jak sobie to wyobraża – żeby uniknąć rozczarowań uznałam, że chodzi mu o skandowanie haseł obcej drużyny w towarzystwie dziesięciu innych kolegów. Wszystko okazało się jednak bardziej kameralne, bo z jego bliższych znajomych w promieniu paru metrów znajdował się tylko Peter Pettigrew, Remus Lupin i promieniejąca ze szczęścia Lily Evans, którzy powitali moją obecność uprzejmym zdziwieniem.
– Czy ona zamierza wygrać za wszelką cenę? – zapytał nieoczekiwanie Syriusz z autentycznym zaciekawieniem. Pochylał się nade mną i mówił mi do ucha, inaczej nie mielibyśmy szansy się usłyszeć. Odwróciłam się i spojrzałam na niego z bardzo bliska – patrzył prosto na naszą kapitan, która raz po raz skutecznie blokowała szukającego, lawirując na granicy faulu. Parsknęłam śmiechem, a potem uwiesiłam mu się na ramieniu, żeby odpowiedzieć prosto do ucha:
– Potter też mógłby odpuścić! Co wam szkodzi?!
Nie od razu się odsunęłam. Godziny stania na powietrzu robiły swoje i powoli robiło się zimno. Wszystkim zaczął doskwierać głód, część kibiców wycofała się już do zamku, a część przywoływała z dormitorium cieplejsze ciuchy i jedzenie. Wzmógł się też wiatr; wszystko to powodowało, że nie było nic przyjemniejszego, niż niezobowiązujące wiszenie na Syriuszu Blacku.
– On ma naprawdę dobry powód!
– Serio? – zapytałam z powątpiewaniem. Osobiście uważałam, że Krukonom należało się to jedno zwycięstwo. – Niby jaki?
Odpowiedź przeznaczona tylko dla moich uszu spowodowała, że prawie padłam ze zdumienia.
– Zamierza się oświadczyć, a nie wyobrażasz sobie chyba, że mógłby to zrobić po przegranym meczu.
Mimowolnie skierowałam zdumiony wzrok na Lily Evans. Black mocno objął mnie ramieniem, kierując moją uwagę na siebie.
– Niezbyt subtelne.
Nie odważyłam się poruszyć, żeby nie cofnął ręki, ale tego nie zrobił. Przez chwilę stałam jak wryta, ale po kilku minutach udało mi się oswoić z tym publicznym wyrażaniem czułości na tyle, żeby móc położyć głowę na ramieniu Blacka i trochę się rozluźnić. Mój wzrok na krótko spotkał się z taksującym spojrzeniem blondynki z rzędu poniżej.
– EJ! – krzyknął nieoczekiwanie Syriusz. Zerwałam się szybko, nie wiedząc w którą stronę patrzeć.
Nie bez przyczyny. O wyniku ostatniego meczu sezonu zdecydowały bowiem dwie akcje, które rozegrały się niemal jednocześnie i co do chronologii których wszyscy mieli wątpliwości – był to dramatyczny atak Gigi na znicza i nie mniej desperacki, mało techniczny rzut Jamesa Pottera zakończony golem. Przez chwilowe rozproszenie Blackiem nie tylko nie liczyłam już punktów, ale też nie zdążyłam zobaczyć żadnej z tych akcji. W pierwszej chwili nie mogłam wiedzieć, czy huk, który potoczył się po całym stadionie, oznaczał zwycięstwo Krukonów czy Gryfonów.
Nie miało to zresztą wielkiego znaczenia, bo wrzeszczący z radości Black podniósł mnie i pocałował na oczach wszystkich. Oddałam pocałunek i wtuliłam się w niego mocno. Tłum skakał i śpiewał ogłuszająco. Minęło kilka cudownie długich minut, zanim Syriusz odstawił mnie na ziemię.
Ludzie zaczęli przepychać się wyjścia, by dobiec do swojej drużyny, podczas gdy ja starałam się zaczerpnąć powietrza. Przed oczami pojawiły mi się ciemne plamy. Przed utratą przytomności usłyszałam jeszcze ostrzegawczy krzyk Evans.

Advertisements

8 thoughts on “Łapy przy sobie: osiem”

  1. te twoje dramatyczne końcówki!
    krukońskie pojmowanie pełni życia wraz z rozluźnieniem relacji z vector wydały mi się naprawdę przykre – pozornie to takie drobiazgi, ale w połączeniu z wiszącym nad annie wyrokiem śmierci nabrało to takiego rozpaczliwego wydźwięku, jak wszystko zresztą. i jeszcze to udowadnianie swojej determinacji do życia! przynajmniej dostała odrobinę czułości i publicznego afektu ze strony syriusza, tak bardzo jej się należało, że blondynka z rzędu poniżej może sobie co najwyżej wydrapać oczy z zazdrości. niezobowiązujące wiszenie na ramieniu syriusza zawsze na propsie, chociaż to końcowe omdlenie może sugerować, że bardzo łatwo przedawkować jego pełną magicznych właściwości ślinę.
    podsumowanie relacji potter-black zacne, wszystko jak w zegarku. no i te oświadczyny po meczu – wygranym lub przegranym – to naprawdę szczyt romantyzmu, długo musiał nad tym myśleć.

    Like

  2. a co z lecznicą mocną śliny syriusza blacka?! jak to tak, omdlewać tuż po pocałunku?
    naprawdę szkoda mi annie i ta jej determinacja, by żyć pełną życia mnie zasmuca nad wyraz, bo choć jest to bardzo krukońskie, to jednak nad nikim taki wyrok nie powinien wisieć. szkoda mi też rozluźnienia relacji z vector, choć trochę rozumiem, co annie próbuje zrobić w ten sposób.
    czekam na kwadrans szczęścia. to jeszcze przed nami, prawda? ten pocałunek nie trwał kwadrans, więc musi być jeszcze przed nami.

    Like

    1. ale mecz trwał sześć godzin! to ja zresztą wypłakałam całe popołudnie szczęścia, możecie zacząć wysyłać kosze owoców z podziękowaniami.

      Like

      1. jakbyś nie wypłakała całego popołudnia, to po prostu mecz trwałby krócej xd lemot ma serce z betonu.

        Like

  3. Też bym chciała, żeby mnie mój Syriusz mógł podnieść, ekhm!… Zobacz, zaczynam nadrabianie zaległości od Ciebie, możesz w pełni czuć się wyróżniona, bo… no po prostu nie mogłam się doczekać, aż przeczytam. Bardzo lubię narracje pierwszoosobowe, bardzo lubię też porządek (hihi), więc nic dziwnego, że tak mi się podoba. A ja nieczęsto mówię, że podoba mi się narracja, która posiada (o zgrozo) fabułę! Lecę komciać dalej.

    Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s