Kości zostały rzucone: rozdział siódmy

W zimnym świetle dnia nie mieli sobie nic do powiedzenia. Ich spojrzenia spotkały się na moment w pokoju wspólnym i Lestrange mrugnął nieprzytomnie, jakby zdziwiony nie tylko jej widokiem, ale i samym istnieniem, po czym zaraz odwrócił wzrok i już więcej na nią nie spojrzał, podczas gdy ona przyglądała mu się bezkarnie ze spokojem graniczącym z obojętnością, zbyt odrętwiała, żeby cokolwiek czuć. Gdyby była naiwna, mogłaby uznać jego niepewność za wyraz pokory, może nawet wstydu, ale jeśli Rabastan Lestrange żałował czegokolwiek tego szarego, kwietniowego poranka, to na pewno nie tego, jak ją potraktował – z czego miałaby się zrodzić w jego głowie podobna wątpliwość? Musiał żałować jedynie tego, że tak bezmyślnie się przed nią odsłonił, że bez wahania przyjął jej litość, że w ogóle ją wzbudził – zupełnie jakby to on został upokorzony przez nią, a nie ona przez niego, oddając mu się wbrew sobie i wszelkiemu rozsądkowi.
Teraz nie miała już dla niego współczucia i nic więcej nie mogła mu dać. Nie odezwali się do siebie słowem przez całą drogę do Hogsmeade, ale tym razem to zwykłe dla niego milczenie wydało jej się nieznośne i kiedy znaleźli się wreszcie w pustej o tak wczesnej porze Gospodzie pod Świńskim Łbem, niemal ucieszyła się na widok swojego brata, mimo że wcale nie miała ochoty go oglądać. Siedział w głębi sali pochylony nad pojedynczą świecą, jakby spowiadał się jej ze wszystkich swoich ukrytych pragnień i powoli przesuwał dłonią tuż nad jasnym płomieniem, uśmiechając przy tym ponuro do własnych myśli. Nigdy wcześniej nie widziała go tak roztargnionego; nie zauważył ich od razu, a kiedy podeszli bliżej i w końcu podniósł na nich spojrzenie swoich dużych, czystych oczu, Raelyn poczuła mdłości na myśl, że jakimś sposobem mógłby dowiedzieć się o tym, co wydarzyło się między nią a Lestrange’em w bibliotece. Nie była pewna, jak by to przyjął ani które z nich zostałoby za to ukarane – Lestrange za to, że wykorzystał jej słabość, czy ona, że mu na to pozwoliła.
Reese nie był jednak sam.
– A niech mnie, Marlow – rzucił Rudolfus Lestrange leniwie, zwracając się z wyraźnym afektem do jej brata, choć to na nią patrzył, mierząc ją spojrzeniem swoich jasnych, migdałowych oczu. – Twoja siostra trochę wyrosła, odkąd ją ostatnio widziałem.
Było coś hipnotyzującego w sposobie, w jaki się poruszał, bawiąc niedbale złotym sygnetem na serdecznym palcu prawej dłoni, odchylając miękko głowę, żeby odrzucić z czoła kosmyk ciemnobrązowych włosów, rozciągając wolno usta w szerokim, ciepłym uśmiechu, który nie mógł być szczery, a jednak właśnie taki się wydawał. Mrugnął do niej porozumiewawczo, żeby się nie obrażała, że tak sobie tylko żartował i podniósł się z krzesła, żeby z udawaną nieśmiałością pocałować ją w policzek.
– Miło cię widzieć – wyszeptał jej do ucha poufale, jakby była jego dawno niewidzianą przyjaciółką i przez sekundę wydawało jej się, że tak właśnie było, że znali się od zawsze i tęskniła za nim każdego dnia przez całe swoje życie, ale potem ich spojrzenia się spotkały i nagle zrozumiała, jakim sposobem udało mu się opętać nawet kogoś tak bezdusznego jak jej brat. – Mam nadzieję, że młody jest dla ciebie miły? – podjął z fałszywą troską, a ona poczuła się nagle bezbronna, jakby nawet jej myśli nie należały już do niej i mimo jego bliskości zrobiło jej się zimno. – Jesteś, młody? – zwrócił się nieoczekiwanie do swojego młodszego brata, którego dotąd ignorował z tak okrutną premedytacją, choć ten, głodny jego uwagi, wpatrywał się w niego niecierpliwie, gryząc nerwowo wargi.
Byli do siebie bardzo podobni – nawet jeśli teraz, w tym konkretnym miejscu i czasie, mogli wydawać się zupełnie różni. Starszy Lestrange był synem swojego ojca, ciemnowłosy, nieznacznie niższy, o mocnej budowie, niepokojącym kroju ust sugerującym okrucieństwo charakteru i zimnych, błyszczących oczach osadzonych głęboko pod wyrazistymi brwiami, podczas gdy młodszy wydawał się przy nim kruchy jak porcelana i wciąż był jeszcze tylko chłopcem ze swoimi przydługimi włosami w kolorze szarego blondu, zaciśniętymi uparcie wargami, nerwowością i niepewnością wieku nastoletniego. A jednak kiedy przypomniała go sobie z tamtego październikowego popołudnia, gdy odezwał się do niej po raz pierwszy – jego niezmącony jeszcze wtedy spokój i ten senny uśmiech, któremu z takim trudem się oparła – uderzyło ją nagle ich głębokie, choć dopiero kiełkujące podobieństwo i jasnym stało się, jakim człowiekiem Rabastan Lestrange miał się stać w przyszłości.
– Nie zawstydzaj mnie z łaski swojej przed moim przyjacielem – ciągnął Rudolfus z tą samą niebezpieczną, bo wykalkulowaną wylewnością. – Wystarczy, że wyżyłeś się na kuzynie Yaxleyu i musiałem się za ciebie tłumaczyć matce. Dumny z siebie jesteś, co? – syknął bratu do ucha, łapiąc go niespodziewanie za kark, jakby był tylko niesfornym szczeniakiem. – Żeby mi się to więcej nie powtórzyło. Jesteśmy w końcu rodziną. – Jego uścisk zelżał nieco, stał się bardziej braterski. – Chodź, mamy sprawy do omówienia. To zajmie tylko moment, a potem się napijemy i powspominamy stare czasy, co wy na to?
Niemożliwym wydawało się odmówić mu czegokolwiek. Reese tylko skinął głową, rozbawiony tym przedstawieniem i starszy Lestrange uśmiechnął się do niego ze słodkim zadowoleniem, podczas gdy młodszy rzucił mu krótkie, ale pełne palącej nienawiści spojrzenie, które Raelyn w pierwszej chwili zinterpretowała jedynie jako zazdrość o to, z jakim teatralnym afektem Rudolfus go traktował. Było w tym jednak coś jeszcze – coś, co niebezpiecznie przypominało oskarżenie, którego nie śmiał zwerbalizować. Jak mógł podejrzewać jej brata o cokolwiek? Musiał jedynie ulec pragnieniu, żeby to właśnie Reese Marlow okazał się winny tego, że jego świat rozpadł się tak niespodziewanie wraz z aresztowaniem jego ojca.
– Wszystko w porządku? – zapytał ją Reese nieoczekiwanie, gdy tamci usiedli w odległej części sali i Raelyn spojrzała na niego ostro, żeby darował sobie tę grę, kiedy byli sami, ale nie zrobiło to na nim najmniejszego wrażenia i tylko dodał beznamiętnie: – Jesteś blada.
Mrugnęła, żeby pozbyć się spod powiek wspomnienia pogrążonego w mroku Działu Ksiąg Zakazanych, wciąż jednak wydawało jej się, że czuje zapach starego pergaminu, kurz pod palcami i chłód kamiennej posadzki na skórze.
– Źle spałam – ucięła natychmiast, zdejmując pelerynę i siadając naprzeciwko niego, ale wcale przy tym na niego nie patrząc. Czuła się pewniej, gdy dzielił ich przynajmniej stół. – Długo się nie odzywałeś.
Skinął wolno głową, świdrując ją spojrzeniem tak długo, póki na niego nie spojrzała i dopiero wtedy odpowiedział z niespotykaną u niego prostotą, która musiała mieć w sobie coś ze szczerości:
– Upewniałem się, że nie jestem pod obserwacją.
Nie potrafiła zdecydować, czy powiedział to, bo zaczynał jej ufać, czy tylko chciał, żeby tak myślała – pewna była jedynie tego, że nie mogła wierzyć w ani jedno jego słowo, bo nawet jeśli mówił prawdę, to nigdy nie robił tego tak po prostu, bez jakiegoś ukrytego celu. Jak mógł żyć w ten sposób? Jak oni wszyscy mogli tak żyć? Uciekła spojrzeniem w stronę okna, ale było ono tak brudne, że widok stanowił jedynie mleczną plamę i dopiero po długiej chwili Reese zapytał ją, czy wróci do domu na zbliżającą się przerwę wiosenną, na co odparła krótko, nie odrywając wzroku od niewyraźnych sylwetek przemykających za szybą jak duchy, że musi skupić się na powtórkach do egzaminów i na tym skończyła się ich rozmowa.
Potem słuchali już tylko Rudolfusa Lestrange’a, jego opowieści z czasów szkolnych i głośnego, beztroskiego śmiechu, który wypełniał całe pomieszczenie, pochłaniając z niego powietrze, i kiedy w końcu się rozstali, Raelyn poczuła ulgę, jakby znów mogła swobodnie oddychać, choć grzane wino i jego słowa wciąż szumiały jej w głowie. Cokolwiek powiedział na stronie swojemu młodszemu bratu – czy nakarmił go samymi kłamstwami, zapewniając, że ich ojciec nie zostanie skazany czy raczej obiecał mu krwawą zemstę – musiało być dokładnie tym, co Rabastan potrzebował usłyszeć, bo w drodze powrotnej do zamku wydawał się dziwnie spokojny, niemal pogody i nawet mijająca ich grupa Gryfonów z szóstego roku, ośmielonych swoją wyższością moralną i przewagą liczebną, nie była w stanie tego zburzyć napastliwymi komentarzami, które ciągnęły się za nimi bez końca. Lestrange w żaden sposób nie zareagował na te zaczepki, jakby to nie on był ich celem; dopiero kiedy najodważniejszy, a może tylko najgłupszy z całej grupy wrzasnął za nim, że tym, co zostanie z jego ojca po procesie, nie nakarmiłby nawet swojego psa, pojedynczy mięsień drgnął mu na policzku, a wtedy Raelyn złapała go odruchowo za rękę, żeby powstrzymać go przed zrobieniem czegoś, czego nie chciała być świadkiem, ale on tylko obejrzał się na nią z uspokajającym uśmiechem, rozbawiony jej histeryczną reakcją, zupełnie jakby nigdy wcześniej nie dał jej powodu, żeby podejrzewała go o najgorsze – nie puścił jednak jej ręki aż do bram zamku.
Chciała myśleć, że ten incydent nie miał znaczenia; że Lestrange nie ośmieli się szukać satysfakcji, gdy wszyscy patrzyli mu na ręce, gotowi obwinić go nawet o zbyt obfite opady atmosferyczne w trakcie zbliżającego się meczu quidditcha – w jego spokoju po spotkaniu z bratem było jednak coś upiornego i kiedy tydzień później w czasie lunchu pocałował ją znienacka na oczach wszystkich w szyję, a zaraz potem rozeszła się plotka o okaleczonym dzieciaku z drugiego roku, po prostu wiedziała.
Nikt nawet nie spojrzał w jego stronę. Być może tylko nieliczni zdawali sobie sprawę, że istniał sposób, by zmusić dziecko wbrew wszelkiemu instynktowi do wsadzenia ręki do kociołka pełnego niebezpiecznego eliksiru na oczach kolegów i starego, poczciwego Slughorna; większość musiała uznać to za zwykły wypadek, obwiniając przede wszystkim jego ofiarę za błędne zmieszanie składników, nieostrożność, brawurę lub tylko czystą głupotę – Raelyn nie potrafiła jednak uwierzyć w tę bezpieczną wersję wydarzeń, nie kiedy okazało się, że ten mały Krukon miał starszego brata w Gryffindorze.
Lestrange nawet nie mrugnął, gdy spojrzała na niego tak, jakby widziała go pierwszy raz w życiu. Nie miała złudzeń – wiedziała przecież, że był zdolny do okrucieństwa, jak mógłby nie być w świecie takim jak ten, ale zawsze wyobrażała sobie, że przybierało ono pospolite formy, że miało jakieś granice, że dopiero uczył się zadawania cierpienia i nie przychodziło mu to jeszcze naturalnie. Czy nie wystarczyło zwyczajnie upokorzyć przed resztą tego, który tak głupio odważył się obrazić jego ojca? Czy parę odpowiednio dobranych klątw i kilka dni w skrzydle szpitalnym to zbyt niska cena za jego urażoną dumę? Może powinna pozwolić mu wtedy wyjąć różdżkę i wyrównać rachunki od razu, zamiast tylko to opóźnić i dać mu czas do zaplanowania czegoś o wiele bardziej dotkliwego. To, że ucierpiało przy tym dziecko, które niczemu nie zawiniło, nie miało nic do rzeczy – Raelyn tylko niejasno zdawała sobie sprawę, że czegoś takiego nie można było w żaden sposób usprawiedliwić, ale nie potrafiła wzbudzić w sobie właściwych uczuć, gdy paraliżował ją strach przed precyzją, z jaką Lestrange uderzył w najczulszy punkt kogoś, kto przecież obraził go zupełnie bezmyślnie, nie mając pojęcia o możliwych konsekwencjach.
Miejsce, w którym jego wargi dotknęły wcześniej skóry na jej szyi, paliło ją teraz jak żywy ogień. Jak miała się od niego uwolnić? Jak miała się uwolnić od nich wszystkich? Nagle wydało jej się to niemożliwe – o ile kiedykolwiek było. Krew odpłynęła jej z twarzy, a widelec wypadł z ręki, uderzając z brzękiem o talerz i siedzący obok Travers zapytał ją, czy dobrze się czuje, ale w odpowiedzi tylko skłamała gładko, że zapomniała z dormitorium eseju z historii magii i wybiegła z Wielkiej Sali, która stała się nagle zbyt klaustrofobiczna, żeby mogła spędzić w niej choćby sekundę dłużej. Starała się zachować spokój, czuła jednak, że brakuje jej powietrza i dopiero po chwili uświadomiła sobie, że nie wie, dokąd właściwie idzie. Zatrzymała się więc niezdecydowana na środku korytarza i w przypływie wściekłości na samą siebie i swoją bezradność pchnęła stojącą obok starą zbroję, która rozpadła się z łoskotem na posadzce, wcale nie przynosząc jej tym ulgi, a kiedy jeden z portretów oburzył się na ten jawny akt wandalizmu, wrzasnęła na niego dziko, przepędzając go z jego własnych ram i usiadła pod ścianą wyczerpana tymi wszystkimi sprzecznymi emocjami, które nią targały i których wcale nie chciała czuć.
– Kto by pomyślał, że potrafisz płakać. Taka zimnokrwista Ślizgonka jak ty. Prawie jakbyś była człowiekiem.
Miała ochotę krzyczeć. Chciała być chociaż przez moment sama ze sobą, żeby nie musieć udawać kogoś, kim nie była i móc wreszcie usłyszeć własne myśli. Czy ze wszystkich korytarzy w tym przeklętym zamku Edgar Bones musiał wybrać akurat ten, na którym pozwoliła sobie na chwilę słabości? Nie mogła nawet na niego spojrzeć – nie teraz, nie po tym wszystkim, co wydarzyło się od ich ostatniej rozmowy, która wydawała się tak odległa, jakby miała miejsce w zupełnie innym życiu.
–  Co jest, dziewczyno? – zapytał lekko, siadając tuż obok niej pod zimną, kamienną ścianą. – Niemożliwe, żeby złamano ci serce, musiałabyś je najpierw…
Czuła, że nienawidzi go teraz na równi z innymi i chciała, żeby to poczuł, żeby zostawił ją w spokoju, ale nie miała siły walczyć z jego okrutną, puchońską wytrwałością, która nie pozwalała mu zrezygnować nawet ze spraw dawno przegranych, i kiedy otworzyła usta, żeby wysłać go do diabła, wydobył się z nich tylko słaby, żałosny jęk:
–Zamknij się, proszę cię.
Umilkł posłusznie, choć nie wytrwał w tym milczeniu nawet dwóch sekund.
– Spójrz na mnie.
Oparła głowę o kojąco zimną ścianę i zrezygnowana otworzyła oczy, znajdując jego dziwną, szczerą twarz o wiele bliżej swojej, niż się tego spodziewała – jego wargi zaciśnięte uparcie, brwi ściągnięte w skupieniu, oczy nieruchome i świdrujące ją bezdusznie, jakby jej łzy nie robiły na nim najmniejszego wrażenia, choć nie widziała przez nie zbyt wyraźnie i może tylko jej się wydawało.
– Wystarczy już tego płaczu – orzekł kategorycznie, wycierając jej wilgotne policzki rękawem swojego żółtego swetra z nienaturalną dla siebie dbałością. – Nie robisz się od tego ładniejsza.
Odepchnęła od siebie jego duże, niezgrabne dłonie, nie mogąc znieść jego dotyku i uderzyła go na oślep w twarz, a on wbrew wszelkiej logice w odpowiedzi na to pocałował ją z tak rozpaczliwą determinacją, że zachłysnęła się powietrzem i przylgnęła plecami do ściany, sparaliżowana strachem, że ktoś mógłby ich zobaczyć, ale i niezdolna do stawienia mu oporu, bo wszystko w nim było śmiałe, niezdarnie szczere i przepełnione nadzieją, która w niej już zgasła. Zadrżała, odpowiadając na jego pocałunek z równie desperackim afektem po zaledwie sekundzie wahania i przywarła do niego całym swoim wątłym ciałem, pozwalając mu się objąć tylko po to, by w następnej chwili odepchnąć go od siebie bez ostrzeżenia, bardziej niż jego zaskakując tym samą siebie.
– Co ty wyprawiasz? – rzuciła ostro, zrywając się na równe nogi. Właściwie pytała o to samą siebie, ale to on udzielił jej odpowiedzi:
– Całuję cię – odparł z prostotą, skonfundowany, a może nawet zraniony jej reakcją i bezwiednie oblizał wargi, zanim zapytał wprost: – Nikt wcześniej tego nie robił?
– Nie bądź śmieszny – ucięła natychmiast, rozglądając się niespokojnie po wciąż pustym korytarzu, byle tylko nie patrzeć mu w oczy. Jak wiele by w nich straciła, gdyby wiedział, że zaledwie tydzień temu oddała się Lestrange’owi? Teraz wydało jej się to obrzydliwe. – Nie chcę, żebyś mnie… nie wolno ci tego robić.
Zmarszczył nieufnie nos, wyczuwając jej wahanie.
– Niby czemu mi nie wolno? – podjął wyzywająco, jakby nawet ona nie mogła mu tego zabronić tak po prostu, bez słowa wyjaśnienia i zerwał się z posadzki, gotowy udowodnić jej, że wcale nie potrzebuje jej przyzwolenia, żeby ją całować, zaraz jednak opamiętał się i tylko wymamrotał  gniewnie: – Próbuję cię tylko pocieszyć, do cholery.
– Całujesz wszystkie płaczące dziewczyny?
Spojrzał na nią z politowaniem i nic na to nie odpowiedział, nie zamierzając wdawać się z nią w przepychanki słowne, które nigdzie by ich nie zaprowadziły. Zrobił krok w jej stronę, zdeterminowany, żeby zakończyć ten cyrk, ale ona cofnęła się spłoszona.
– Daj spokój, Lynn – warknął dotknięty, nie potrafiąc już ukryć zniecierpliwienia. – Powiedz mi wreszcie, co się stało.
Z jej gardła wyrwał się jedynie zduszony szloch – może dlatego, że tylko jej matka zwracała się do niej w ten sposób, a może dlatego, że przecież powiedziałaby mu wszystko, gdyby tylko mogła, gdyby miało to jakikolwiek sens, ale przecież nie miało i nie wiedziała, jak miałaby to zrobić, gdzie zacząć i kiedy skończyć, żeby cokolwiek z tego zrozumiał. Jak miałby pojąć, przed czym uciekała, skoro był patologicznie niezdolny do odczuwania strachu?
– Nic się nie stało – wydusiła z siebie, dławiąc się łzami. Nie mogła złapać tchu i cała się trzęsła. – Nic nie można z tym już zrobić. Zostaw mnie w spokoju. Wystarczy, że twój ojciec… Gdyby ktoś nas teraz… Nie masz nawet pojęcia, do czego oni wszyscy…
W jego ciemnych oczach błysnęło zrozumienie, gdy tylko wspomniała jego ojca.
– Myślę, że mam całkiem niezłe pojęcie – przerwał jej z wściekłością, która skutecznie zamknęła jej usta i tylko spojrzała na niego bezradnie szeroko otwartymi oczami. – Wiem, do czego są zdolni i wiem, że to przerażające. Wiem. – Złapał ją za ramiona i potrząsnął nią tak mocno, jakby chciał w ten sposób wytrząsnąć z jej głowy wszystkie te straszne myśli. – Wiem. Ale wszystko będzie dobrze, obiecuję. Tylko postaraj się oddychać.
Pocałował ją w czubek głowy i wtedy wreszcie się poddała – wtuliła twarz w jego wełniany sweter i objęła go w pasie tak mocno, jak tylko potrafiła, gotowa uwierzyć w jego obietnicę, nawet jeśli wiedziała, że nie mógł jej dotrzymać.

Advertisements

8 thoughts on “Kości zostały rzucone: rozdział siódmy”

  1. starszy lestrange jest przerażający w tej swojej teatralnej wesołości i otwartości, co jednak nie czyni go mniej interesującym. jak dobrze się dobrali z bellatrix [w sumie to pewnie powinnam napisać ‘jak dobrze ich dobrano’]. ale miło też, że – niezależnie od tego, jak tego dokonał, bo w tym przypadku raczej wolę nie wiedzieć – pocieszył brata. młodszy lestrange za to dostał odpowiednią dawkę ślizgoństwa – z jednej strony przerażające, że zemstę przełożył na dziecko, z drugiej strony nie sposób nie docenić, jak dobrze to wymyślił.
    edgar był takim promyczkiem nadziei w tym rozdziale, bo rozbrajał mnie tekstami w stylu ‘nikt tego wcześniej nie robił?’ czy tym początkowym oburzeniem, że ona mu zabrania się całować, z którego dobrze, że się wycofał, bo bym się na niego pogniewała.
    no i doszłam w końcu do tego, jaki team jestem. #teamrealyn. niech ma dziewczyna trochę spokoju od tych wszystkich absorbujących ją emocjonalnie facetów.

    Like

    1. również #teamraelyn, chociaż akurat tym, czego teraz potrzebuje, jest właśnie nieustraszony edgar bones, który nauczy ją, jak walczyć o swoje. przyjdzie jednak taki moment w jej życiu, kiedy nie będzie potrzebowała już ani jego, ani nikogo innego. taki rodzaj happy endu.
      cieszę się, że uznałaś rudolfa za partię godną belli. zależało mi, żeby mimo braku szczególnych uczuć byli jednak zgodnym małżeństwem, mają w końcu wspólne zainteresowania i małżeńskie sprzeczki byłyby zwyczajną stratą czasu. młody może i nie ma tej łatwości w zjednywaniu sobie ludzi, ale przynajmniej odziedziczył rodzinny talent do odkrywania cudzych słabości, co pozwoli mu odnaleźć się dość bezboleśnie w czekającej go karierze śmierciożercy.
      i wszyscy zadowoleni.

      Like

  2. podoba mi się, że rabastan w porównaniu z bratem przypomina sadzonkę, z której dopiero będzie roślina. nawet kolorki się zgadzają, takie wyblakłe, jakby dopiero wybił się z ziemi. nie siedzi jednak cicho i może jest precyzyjny w realizacji swoich planów, ale nie wystarcza mu cieszyć się nimi w samotności. jego pocałunek był jak “zobacz, tak sobie poradziłem”. normalnie jak kot przynoszący pająki na wycieraczkę.
    po tym weekendzie rozpaczy łaknę iskierki nadziei. nie dałabym się tak podejść edgarowi, gdyby nie to, że chyba wszystkie miałyśmy atak paniki razem z raelyn. widzę, że wywiązał się interesujący konkurs na zabawne teksty w intymnych sytuacjach: “nikt tego wcześniej nie robił?”. po tym wszystkim dzisiaj z chęcią przytuliłabym się do żółtego swetra i usłyszałabym, że wszystko będzie dobrze, więc w pełni rozumiem raelyn, że tak bardzo chce mu uwierzyć.

    Like

    1. piękne porównanie. musiał być z siebie dumny, że tym razem nie dał ponieść się emocjom i tak starannie wszystko zaplanował, ale wciąż jest w swoich działaniach dość niepewny i ciągle potrzebuje jeszcze czyjegoś uznania. trochę się w tym wypadku przeliczył, ale nie można powiedzieć, że nie zrobił na niej wrażenia.
      przez ten weekend rozpaczy ewidentnie opadły nam standardy, skoro to właśnie edgar został promyczkiem nadziei, no ale puchońskie swetry zobowiązują.

      Like

      1. zrobil wrazenie, i to jakie, prawie padlam jak powiedzialas, ze raelyn dostala ataku paniki xd

        Like

  3. jem sushi, czytam i rycze, chociaz to glownie dlatego, ze slonce wypalilo mi oczy. jakie to gowniane, ze nic sie w naszych ffkach nigdy dobrze nie konczy.

    Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s