Na psa urok: 07.

Kiedy Slughorn wezwał ją do swojego gabinetu, obawiała się, że ich rozmowa będzie miała związek z incydentem w trakcie przyjęcia. Od tego czasu Ślimak traktował ją bardzo chłodno w czasie eliksirów – choć mogła być to tylko jej wyobraźnia, a nauczyciel zachowywał się całkiem normalnie – zaś ona słyszała tyle docinków i złośliwych szeptów, że była gotowa przyjąć, że mistrz eliksirów również ma do niej pretensje. Nie wiedziała tylko, czemu czekał tak długo, by je wyrazić – wezwał ją do siebie tuż przed świętami, w dniu, kiedy wszyscy uczniowie, którzy planowali zimową przerwę spędzić w domu, już opuścili zamek.
– Dzień dobry, profesorze – powiedziała, wchodząc do gabinetu i delikatnie zamykając za sobą drzwi. Planowała być uosobieniem wdzięku i uroku, a przypadkowe trzaśnięcie drzwiami pogrzebałoby szanse na realizację tego planu.
Slughorn przyglądał się jakiś papierom leżącym na jego biurku. Dainah rzuciła tylko na nie okiem – kilka wycinków z Proroka i pergaminów – i skupiła się na twarzy nauczyciela. Wydawał się czymś zasmucony.
Lepszy smutek niż wściekłość, pomyślała.
– Panna Pool. Siadaj, Dainah – powiedział cicho, wskazując krzesło po drugiej stronie biurka.
W kiepskim oświetleniu, jakie panowało w całych lochach, wyglądał wyjątkowo posępnie. Nie wzbudzał jednak strachu, co ośmieliło Dainah. Spodziewała się, że już w progu usłyszy ostrą reprymendę. Wiedziała dobrze, że była współwinna incydentowi na przyjęciu – tak samo zresztą, jak wiedziała, że Slughorn kochał te imprezy. Nie miała wątpliwości, że będzie na nią zły. Była zła na siebie, że nie przewidziała, jak skończy się syriuszowa konfrontacja z bratem.
– Jest mi tak przykro, moje dziecko – zaczął, a ona odetchnęła z ulgą. Nie straci punktów dla Slytherinu.
Wystarczyło jej, że ilekroć wchodziła do Wielkiej Sali lub do pokoju wspólnego, tylekroć ktoś miał coś do powiedzenia na temat towarzystwa, w jakim się obracała. Wiele razy słyszała o zdradzie krwi czy o sympatyzowaniu z mugolami, choć nie miała pojęcia, w jaki sposób wyciągnięto ten wniosek. Syriusz był w końcu czystokrwistym czarodziejem, nawet jeśli należał do Gryffindoru. Niektórzy uważali, że oszalała, a zdrada, jakiej się w ich opinii dopuściła, była efektem zaklęcia lub eliksiru. Może Slughorn też uważał, że została zmanipulowana?
– Właśnie otrzymaliśmy sowę z ministerstwa – dodał, wskazując na jeden z pergaminów.
Dainah spojrzała na niego pytająco. Czy w czasie przyjęcia oberwał ktoś poza Regulusem? Może jakiś urzędnik skarżył się na pobrudzoną szatę? Czy jednak pisałby o tym dopiero teraz? I czego Slughorn by oczekiwał, że Dainah zapłaci za czyjąś nową szatę? Przecież to absurdalny pomysł.
– Profesorze, ja bardzo przepraszam za całe to zamieszanie w czasie przyjęcia, naprawdę – powiedziała szybko, starając się wyglądać możliwie niewinnie.
Slughorn zamrugał, jakby nie wiedział, o czym właśnie mówi.
– Przyjęcie? A, tak. – Machnął ręką.
Dainah uśmiechnęła się lekko, czując, jak sporej wielkości głaz właśnie znika z jej żołądka.
– Panno Pool, jest mi bardzo przykro – ciągnął, biorąc do ręki pergamin. Zerknął na niego jeszcze raz, a potem jej go podał. – Przyjmij moje kondolencje.
Dainah powoli, jakby w zwolnionym tempie sięgnęła po pergamin. W pierwszej chwili wydawało jej się, że to, co zostało na nim napisane, jest w obcym języku, bo nie rozumiała sensu czytanych zdań. Nie mogła się skoncentrować, bo w uszach szumiała jej krew. W końcu jednak, słowo po słowie, złożyła komunikat w całość.
Ataku dokonali nieznani osobnicy, podejrzewa się o to śmierciożerców.
W czasie ataku zniszczona została większa część domu.
Podczas oględzin miejsca zdarzenia znaleziono dwa ciała ludzkie, które następnie zidentyfikowano jako…
– Moi rodzice nie żyją? – zapytała, a jej głos brzmiał tak cicho i głucho, że nie była pewna, czy jakikolwiek dźwięk wydobył się z jej gardła. Może tylko otworzyła usta. A może nie zrobiła nawet tego.
Slughorn posłał jej współczujące spojrzenie.
– Musisz udać się do ministerstwa, panno Pool. To bardzo ważne – powiedział tylko.
Faktycznie, na samym dole listu widniała informacja o tym, ze jej stawiennictwo jest wymagane. Nie wiedziała, co o tym myśleć. Tam, gdzie wcześniej znajdował się ciężki kamień, gdzie były wszystkie jej myśli, uczucia i organy wewnętrzne, teraz znajdowała się pustka. Sprawiała ona, że Dainah czuła, jakby dotykała tylko obrzeży rzeczywistości, znajdując się jednocześnie gdzieś indziej.
– Oczywiście – usłyszała swój głos. Potem jakby z zewnątrz widziała, jak jej perspektywa się zmienia, musiała wstać z krzesła. – Do widzenia, profesorze – powiedział znów ten głos, o którym sądziła, że należy do niej.
*
Dainah szła przez błonia oszołomiona. Jej mózg rejestrował wiejący wiatr i padający śnieg, ale wydawało jej się, że ani ich nie widzi, ani nie słyszy. Jej rodzice nie żyli. Mimo że byli figurami znajdującymi się gdzieś daleko, daleko, które miała zobaczyć dopiero za kilka miesięcy, a potem – być może – opuścić na zawsze, by podążyć własną ścieżką, to myśl o tym, że nie ma już możliwości ich zobaczenia, była porażająca.
Nie, jeszcze ich zobaczę, pomyślała Dainah. Skoro ministerstwo chce mnie widzieć, na pewno pokażą mi ich ciała.
Myśl o tym, że jej rodzice nie są już jej rodzicami, nie są istotami żyjącymi, a tylko ciałami, powracała do niej cały czas, bolesna jak cios obuchem w głowę. Dainah była oszołomiona, odkąd wyszła z gabinetu Slughorna. Nie odzywała się, kiedy dotarła do dormitorium, żeby zabrać płaszcz. Zignorowała pytające spojrzenia Susannah i Isli, a następnie wyszła z zamku. Nie była w stanie myśleć, miała w głowie pustkę, a dopiero powiew zimnego, zimowego powietrza na jej policzkach przywrócił jej zdolność myślenia w ograniczonym zakresie, ale wystarczającym do tego, by pustka została gdzieś przytułmiona, ale nadal tam była, czekając tylko, aż Dainah przestanie przywoływać kolejne myśli i będzie podatna na jej atak.
Na błoniach nie było nikogo. Nic dziwnego, pogoda była paskudna, a większość uczniów w tym czasie wolała siedzieć w bibliotece czy w pokoju wspólnym, może nawet w Wielkiej Sali, choć do kolacji zostało jeszcze trochę czasu. Dainah żałowała, że nie wzięła ze sobą nic do jedzenia. Nie była pewna, czy coś by przełknęła, ale bała się tego, że gdy dotrze do ministerstwa i zobaczy swoich rodziców – ich ciała, to tylko ciała – nie będzie w stanie zachować powagi i jej żołądek wyda ją, zdradzi, że jest głodna, że jest w stanie być głodna, kiedy jej świat powinien właśnie lec w gruzach. Powinna płakać, ale nie była w stanie. Cały czas odczuwała tę pustkę, która uniemożliwiała jej płacz, ale podejrzewała, że jeśli nie będzie płakała, wzbudzi jakieś podejrzenia, których przecież wzbudzać wcale nie chce.
Gdzieś trochę przed nią zaszeleściły drzewa w Zakazanym Lesie. Może nie powinna była iść jego skrajem. Gdyby teraz wyskoczyło z niego coś, co miało wobec niej złe zamiary, mogłaby nie być w stanie się obronić, była zbyt zdekoncentrowana. Irytowało ją to, że nie może się skupić. Powinna móc skupić się chociaż na kilku czynnościach, które ma wykonać. Dotrzeć do Hogsmeade, przenieść się do ministerstwa, znaleźć osobę, której nazwisko Slughorn zapisał jej na kartce, a potem… Nie była pewna, co będzie się działo, kiedy wyjdzie z ministerstwa, jej wyobraźnia nie działa z takim wyprzedzeniem.
Nagle na jej drodze wyrósł Syriusz, który musiał wyjść spomiędzy drzew. Nie zauważyła go, ale jednocześnie nawet nie zdziwiła jej jego obecność w tym miejscu. Syriusz miał tendencję do pojawiania się w różnych miejscach. Właśnie wydłużył jej listę o jeszcze jeden punkt – będzie musiała się go pozbyć.
– Co masz taką ponurą minę, Pool? – zapytał. – Umarł ktoś?
Dainah popatrzyła do niego z niedowierzaniem. Nie była pewna, czy żartuje, czy też ona ma wypisane na twarzy informacje o tym, co się właśnie stało. Ale nie, Syriusz się uśmiechał, a włosy opadały mu na czoło i oczy zupełnie tak samo jak zawsze. Miał w nich nawet topniejące płatki śniegu, które zwykle sprawiały, że serce Dainah drgało, zalane falą ciepła, którego źródła nawet nie próbowała dociekać. Teraz jednak nie odczuła niczego takiego, zupełnie, jakby jej serce było skute lodem i całkowicie niezdolne do drgania.
– Skąd ten pomysł? – zapytała chłodno.
Syriusz wzruszył ramionami i wyszedł na ścieżkę, tarasując jej drogę. Dainah spojrzała na niego pytająco. Nie miała siły na to, by kazać mu odejść, ale nie chciała, żeby szedł z nią. To nie będzie przyjemna wycieczka. Będzie pełna łez, trudnych decyzji i niewygodnych pytań. Pewnie dołączą do nich spojrzenia pełne współczucia. Dainah nic z tego się nie podobało i nie chciała, żeby Syriusz widział ją w takim stanie.
– Urocze, niewinne dziewczęta nie powinny same wychodzić na błonia po zmroku – powiedział, posyłając jej zawadiacki uśmiech. – Mówiliśmy już o tym, prawda?
– Nie mam czasu na twoje żarciki – warknęła.
– A więc chcesz spotkać wilkołaka albo akromantulę?
– Nie idę do Zakazanego Lasu, muszę dostać się do Hogsmeade.
Syriusz nie przestawał się uśmiechać, ale jednocześnie popatrzył na nią pytająco, co nadało jego twarzy dziwny wyraz, jakby dolna jej część i górna zupełnie nie zgrały ze sobą mimiki.
– A więc przygoda? – zapytał, decydując się na nieco urażony, ale względnie neutralny ton. – Beze mnie?
– Syriuszu, naprawdę, to, co robię, nie jest twoją sprawą – westchnęła ciężko.
Popatrzył na nią, jakby jej nie wierzył. Musiało mu się wydawać, że to, co działo się na przyjęciu Slughorna, zostało przez nią zapominane. Nie wiedział w końcu, że po prostu zyskała pewną perspektywę, której wcześniej nie miała. Bójka dwóch Blacków nie była czymś, co teraz miało znaczenie. Powinien to zrozumieć, ale nie spodziewała się, że wykaże się taką empatią. Zresztą nie była zainteresowana jego empatią.
– Pójdę z tobą, Hogsmeade wygląda świetnie wieczorami – oświadczył, nie pytając jej nawet, po co tam idzie. Był jednak dziwnie poważny i przez chwilę zastanawiała się, czy wiedział już, co jest faktycznym celem jej wieczornej podróży.
– Muszę tam złapać kominek do Londynu – powiedziała, zanim zdążyła się powstrzymać.
Syriusz nie okazał zdziwienia. Po prostu pokiwał głowa.
– A więc Londyn – potwierdził.
*
Podróżowanie siecią Fiuu nie było preferowaną przez Dainah metodą podróżowania, dlatego niemal cieszyła się, kiedy znalazła się w holu Ministerstwa Magii. Nie pomyliła rusztów, nie podpaliła swoich szat, nie była szczególnie ubrudzona sadzą. Na nic innego nie mogła liczyć. Oczywiście Syriusz wyglądał na człowieka, który codziennie podróżował w ten sposób i nie robiło to na nim wrażenia. Żeby było gorzej, nie miał na sobie chyba ani jednego pyłku sadzy.
– Co teraz, Pool? – zapytał tylko, kiedy już otrzymali przepustki, a także sprawdzono ich różdżki.
Dainah wyjęła karteczkę, którą otrzymała od Slughorna. Im bliżej była celu swojej wyprawy, tym mniejszą miała ochotę na rozmawianie z nim czy z kimkolwiek innym. Podczas drogi do Hogsmeade wymienili parę zdań, ale on mówił zdecydowanie więcej niż ona. Teraz odpowiadała mu tylko półsłówkami lub skinieniami głową. Jej myśli zdawały się zwalniać na tyle, że mogła poradzić sobie tylko z jedną myślą w jednym momencie.
– Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów? – zdziwił się Syriusz.
Skinęła głową.
– To na drugim poziomie – powiedział, a ona była mu wdzięczna, że nie zapytał, po co tam idą.
Przez cały ten czas nie zadał tego pytania, jakby było mu zupełnie obojętne, co znajdzie się u celu ich podróży, a jego interesowała sama ta podróż. Być może właśnie na tym polegało całe życie Syriusza – radość z podróży i zastanawianie się nad kolejną przygodą dopiero, kiedy ta obecna się skończy. Przez jej mózg łagodnie przepłynęła myśl o tym, że w sumie nie ma pojęcia, co Syriusz planuje po zakończeniu Hogwartu, ale na pewno nie wróci do swojej rodziny – jeśli czegoś się dowiedziała w czasie przyjęcia u Slughorna, to właśnie tego, że w szlachetnym i starożytnym rodzie Blacków występuje znaczący konflikt. Syriusz będzie zdany na siebie. Całkiem jak ona.
– Winda jest tam. – Machnął ręką, a ona nie zareagowała. – Co jest, Pool?
– Nic – ucięła. – Wszystko w porządku.
Popatrzył na nią, jakby wiedział doskonale, że właśnie kłamie, ale planował pozwolić jej na te małe sekrety, których i tak długo nie zatrzyma tylko dla siebie – niebawem dojdą do Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Zresztą sama jego nazwa była dla Syriusza pewną wskazówką, że nie jest to miła wycieczka w celu załatwienia jakichś nic nieznaczących spraw.
Wsiedli do windy w milczeniu. Potem – wciąż w milczeniu – ruszyli korytarzem. Kiedy wcześniej dotarli do Hogsmeade śnieg przestał padać, ale było już całkiem ciemno. Księżyc świecił jasno, a jego blask był zimny i wyraźny, co świadczyło o mroźnym powietrzu. Za oknami ministerstwa również była noc, ale sceneria wyglądała zgoła inaczej – wielkie, leniwie opadające płatki śniegu przemykały za szybą, tworząc niemal magiczną atmosferę.
Dainah zacisnęła szczękę, jakby bała się, że jeśli nie napnie mięśni, to całkiem zwiotczeją i nie będzie w stanie ich użyć, kiedy będzie musiała. Wyglądała na tak spiętą, że Syriusz zastanawiał się, jak udaje jej się chodzić. Choć stawiała kroki w sposób zdecydowany i bezkompromisowy, było w niej coś, co skłaniało go do myślenia, że to tylko maska, pod którą kryje się coś innego, coś, nad czym Dainah nie panuje i dlatego tego nie pokazuje.
– Będzie lepiej, jeśli poczekasz pod drzwiami – powiedziała tylko i, nie czekając na jego odpowiedź, weszła do pomieszczenia. Na drzwiach wisiała tabliczka głosząca Biuro Aurorów, a Syriuszowi po raz pierwszy przeszło przez myśl, że może wcale nie powinien jej towarzyszyć, że to, co miała do zrobienia, faktycznie go nie dotyczyło, a fakt, że jednak pozwoliła mu iść za sobą, nie miał związku z sympatią, jaką do niego czuła, a po prostu z brakiem siły, by go od siebie odpędzić. W końcu nikt nie przychodził tutaj dlatego, że chciał. Ludzie, którzy tu przychodzili, mieli do załatwienia coś nieprzyjemnego, a fakt, że on towarzyszył jej do tego punktu, obligował go do tego, by ją pocieszyć, kiedy stamtąd wyjdzie.
Miał tylko nadzieję, że nie będzie płakała. Nie wiedział, co robić, kiedy jakaś kobieta przy nim płakała.
*
Dainah niewiele czuła i niewiele myślała. Mechanicznie odpowiadała na pytania, nie zatajając niczego. W końcu nie miało większego znaczenia, jak wyglądało ich życie rodzinne, skoro większość osób tworzących tę rodzinę bał martwa i leżała kilka stóp od nich, przykryta białym prześcieradłem. Dainah była zdumiewająco obojętna na ten widok i przez myśl przeszło jej nawet, że może to zostać źle odebrane przez aurorów. W końcu powinna być zrozpaczoną córką, sierotą, która właśnie dowiedziała się, że jej rodzice zginęli z ręki osób, które mogły wcześniej odwiedzać ich dom jako znajomi czy przyjaciele. Mogli siedzieć w salonie i pić kawę z jej matką lub cicho rozmawiać z jej ojcem. Powinna zalać się łzami, tymczasem ona siedziała sztywno na krześle, napięta jak struna, odpowiadając na wszystkie pytania krótko, ale nie nieuprzejmie.
– Śmierciożercy, mówią na nich – stwierdził niski, żylasty mężczyzna, który zadawał jej wcześniej pytania. – Ostatnio atakują coraz częściej.
– Ale czemu zaatakowali moich rodziców? – zapytała Dainah.
– Tego chcieliśmy się dowiedzieć od ciebie.
Dainah popatrzyła na niego bez emocji. Przez chwilę miała ochotę prychnąć, ale zdołała zdławić ten odruch.
– Nie mam pojęcia.
Auror popatrzył na nią, jakby podejrzewał, że kłamie. Może pochodził z jednej z tych rodzin, w których wszyscy wszystko o sobie wiedzieli. W domu państwa Pool tak nie było. Ledwie dostrzegali siebie wzajemnie, zbyt zajęci swoim życiem wewnętrznym.
– Żadnych domysłów? – zapytał, mrużąc oczy.
Nie odpowiedziała. Utkwiła wzrok w ciałach leżących pod prześcieradłami, starając się zrozumieć, co właściwie czuje. Z jednej strony przepełniała ją okropna pustka, z drugiej natomiast miała wrażenie, że pulsuje w niej tak wiele emocji, że strasznym wydawało jej się czekanie na to, które z nich wygrają i pojawią się na jej twarzy, w jej głosie czy w gestach. Auror wykazywał zerowe współczucie, ale niespecjalnie ją to dziwiło. Czasy były niespokojne. Jej tragedia pewnie była tylko kolejną rubryką w jego sprawozdaniu miesięcznym. Jakaś jej część to rozumiała, podczas gdy inna jej część miała ochotę wylać na notatki aurora lurowatą kawę, którą jej zaserwował.
– Każdy ma jakichś wrogów, pomyśl – powiedział, nie odrywając wzroku od swoich notatek.
– Może pana notatki wiedzą o nich więcej niż ja – fuknęła w końcu, czując, że pustka ustępuje emocjom, które zdominował gniew.
Auror podniósł na nią wzrok.
– Zdajesz sobie sprawę, gdzie jesteś? – warknął na nią, najwyraźniej zdając sobie sprawę z tego, że niewiele z niej wyciągnie.
Dalsza rozmowa trwałą krótko, a Dainah podpisała najbardziej zdawkowy protokół, jaki mogła sobie wyobrazić. Auror fałszywie uprzejmym tonem zapewnił ją, że pożałuje, jeśli próbuje kogoś ukrywać, a także zapewnił, że siły ministerstwa są już na tropie sprawców. Dodał, że będą ją informować o postępach w śledztwie, ale z tomu jego głosu wywnioskowała, że może tak wcale nie być – brzmiało to bardziej jak wyuczona formułka niż jak szczere zapewnienie.
To wszystko jest robione tylko na pokaz, pomyślała. Nikogo nie obchodzą moi rodzice. Ja też nikogo nie obchodzę.
Kiedy wyszła z gabinetu, trochę się zdziwiła, że Syriusz na nią czekał, choć nie było to spowodowane tym, że spodziewała się, że zostanie porzucona. Po prostu nie potrafiła wyobrazić sobie, że czekał w jednym miejscu przez tyle czasu. Syriusz był zbyt żywy i dynamiczny, żeby czekać. A jednak…
– Chodź, Pool, niedaleko jest sympatyczna kawiarnia – powiedział.
Dainah uniosła brwi, ale nie zaprotestowała. Szukała w myślach słów, które chciałaby do niego skierować, ale nic nie przychodziło jej do głowy. Milczała przez całą drogę do wyjścia z ministerstwa, a także kiedy nocne, zimowe powietrze owiało jej policzki. Syriusz zdecydowanym krokiem ruszył przed siebie, a ona podążyła za nim. Dopiero po kilkunastu minutach stało się jasne, co powinna powiedzieć:
– Nie masz pojęcia, gdzie jesteśmy, co?
Syriusz wyszczerzył zęby w jej kierunku.
– Najmniejszego. Ale coś tu musi być otwarte.
*
Znalezienie czynnej kawiarni okazało się jednak trudniejsze. Choć Dainah była pewna, że powinni wyjść z ministerstwa w centrum Londynu, tak się nie stało. Krążyli więc uliczkami, z każdym krokiem coraz bardziej zamieniając się w śnieżne bałwany i przez większość czasu milcząc do siebie. Syriusz wziął na siebie rolę przewodnika, choć odgrywał ją raczej średnio. Czasami rzucał jakiś mniej lub bardziej zabawny komentarz, a ona uśmiechała się lekko, jakby mimochodem.
W końcu chłód skłonił ich do podążenia za jakąś mugolską wycieczką, która mówiła coś o jedzeniu. W ten właśnie sposób znaleźli się w całkiem przestronnej restauracji, która cieszyła się ogromnym zainteresowaniem ze strony mugoli, choć jedzenie nie było w niej zbyt wyrafinowane.
– Gdzie są sztućce? – szepnęła Dainah, kiedy czekali w kolejce, by złożyć zamówienie, i mogli się przyjrzeć innym gościom tego przybytku.
– Gdzie twoja wola przeżywania przygód, Pool? – zaśmiał się Syriusz.
Dainah wolałaby jednak przeżywać te przygody z nożem i widelcem w ręku, o czym jednak mu nie powiedziała, żeby nie narażać się na kolejne podśmiewanie. Już wcześniej się z niej nabijał, jednak nie brała jego docinków do siebie. Wypełniały one pustkę, którą odczuwała, i pozwalały jej poczuć się trochę bardziej jak ona sama.
Kilka minut i niespełna jednego funta później siedzieli przy stoliku w rogu sali i przeżuwali kanapki z wołowiną, przegryzając je frytkami. Gdzieś pomiędzy nimi wciąż wisiało niezadane pytanie o to, czemu Dainah musiała udać się do ministerstwa, ale żadne z nich nie miało ochoty poruszać tego tematu. Zamiast tego łatwo przychodziły im niewiele znaczące słowa o esejach i owutemach, jego odpuszczanie sobie mugoloznawstwa, jej znużenie na historii magii…
– Czyli co planujesz? To nie brzmi, jakbyś starał się o ciepłą posadkę w ministerstwie – powiedziała, chwytając jeszcze kilka frytek, które Syriusz pożerał w godnym podziwu tempie.
Syriusz spochmurniał i na chwilę przerwał jedzenie.
– Nie wiem – powiedział głosem tak ponurym i szczerym, że aż poczuła się zaskoczona i niemal winna.
Pokiwała głową i przez chwilę w milczeniu sączyła napój, który jej podano.
– Chciałbym zobaczyć trochę świata – powiedział w końcu, patrząc przez okno. – Zobaczyć, jak życie może wyglądać gdzieś indziej. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, w czym wyrośliśmy, ale może gdzieś tam jest coś… lepszego. Innego.
Pokiwała głową. Nie myślała o tym w ten sposób. Może w ogóle o tym nie myślała, zbyt pewna, że gdy tylko skończy Hogwart, bez problemu wpadnie w rolę napisaną dla niej przez rodziców. Albo w taką, w którą przypadkowo wepchnie ją życie, zupełnie nie pytając jej o zdanie.
– Nie sądzę, żebym kiedykolwiek ruszyła się z Anglii – odpowiedziała głucho, czując, że słowa rezonują wewnątrz niej, odbijając się gdzieś w pustce, którą nosiła w sobie i której nie dała rady wypełnić frytkami z colą ani hamburgerem.
– Nigdy nie mów nigdy, Pool. Robi się tu coraz bardziej niebezpiecznie – stwierdził, ale nie kontynuował tematu, kiedy zobaczył, że jej mina zrzedła.
– Dlatego chcesz wyjechać? – odparowała ostro, niemal z pretensją, czując, że jest dla niego niesprawiedliwa, ale jednocześnie pragnąc, by on też poczuł się dotknięty.
– Nie. Dlatego właśnie nie wyjadę – uśmiechnął się krzywo, a uśmiech ten był wyraźnie wymuszony.
Dainah skupiła się na resztce frytek, które leżały przed nią. Syriusz lekko odsunął się od stolika i rozłożył się na krześle z wystudiowaną nonszalancją. Gdyby nie konstrukcja krzesła, najpewniej by się na nim bujał. Przybrał maskę obronną, jakby spodziewał się ataku lub przynajmniej próbował wyglądać na dzielniejszego niż był w rzeczywistości. Dainah zastanawiała się, czy faktycznie chce walczyć z tym zagrożeniem, które pojawiło się w kraju, a jeśli tak, to czy w wieku siedemnastu lat ma dostatecznie dużą wiedzę, by poradzić sobie z ludźmi, którzy władają czarną magią i najwyraźniej nie mają skrupułów przed wysadzaniem w powietrze innych czarodziejów i ich rodzin. Syriusz był jednym z lepszych uczniów na roku – a przynajmniej wtedy, kiedy chciało mu się uczyć – ale był jeszcze dzieciakiem, tak samo jak ona. Ktoś mógł im powiedzieć, że są dorośli, że mogą używać różdżek czy się teleportować, ale żadne z nich nie miało pojęcia, co czeka ich w świecie, który każdego dnia stawał się coraz mroczniejszy.
Wiedziała, że nie powinna pytać o jego rodzinę – na przyjęciu u Slughorna dowiedziała się wystarczająco dużo o tym, jakie relacje panują w rodzie Blacków. Nie chciała też mówić o tym, że jej rodzina właściwie przestała istnieć. Nie chciała nawet myśleć o tym, gdzie podzieje się po ukończeniu Hogwartu, bo w miejscu, gdzie dawniej stał jej dom, był tylko stosik gruzu. Domyślała się, że Syriusz również nie ma dachu nad głową i być może jego wola walki wynikała właśnie z tego, że nie miał nic własnego, żadnego kąta, żadnego celu, żadnej powinności. Miał tylko swój bunt i złość na rodzinę, a Dainah wiedziała dobrze, że to może rozgrzać kości bardziej niż cokolwiek innego.
Zastanawiała się, czy kiedykolwiek poczuje w kościach takie ciepło.
– Chcesz zabijać innych? – wypaliła, chcąc skruszyć jego maskę i, być może, sprawić, że poczuje się tak źle jak ona, choć z innych powodów.
Syriusz ściągnął brwi, najwyraźniej traktując jej pytanie nie jako prowokację, ale jako poważną wątpliwość.
– Tylko jeśli będę musiał – powiedział wyjątkowo przytomnym i pozbawionym śladów bucostwa głosem.
– A więc masz prawo decydować o tym, kogo trzeba zabić, a kto może żyć? – zapytała, czując pierwsze iskierki złości. Tak bardzo chciała w tej chwili poczuć cokolwiek.
– To nie tak, Pool – westchnął.
– Tak właśnie robią śmierciożercy. Zabijają, kogo chcą – upierała się.
– To co innego, oni zabijają niewinnych – zaoponował. – Mugoli. I czarodziejów, którzy nie popierają Sama-Wiesz-Kogo.
Czy moi rodzice nie chcieli go poprzeć? Za to właśnie zginęli?, przemknęło przez myśl Dainah.
– Jesteś zadufanym w sobie bubkiem, wiesz? – fuknęła.
Syriusz nagle zmienił pozycję, w jakiej wcześniej znajdowało się jego ciało. Zamiast nonszalancji pojawiło się spięcie, jakieś zwarcie i skupienie w sobie do tego stopnia, że gdy wcześniej zdawał się rozsadzać i przytłaczać krzesło swoją osobą, teraz usiadł wyprostowany, niemal zlewając się z tym meblem, tworząc prostą, niewyróżniającą się całość, dla której ważniejsze od teatralnego zachowania było skupienie na temacie. Dainah poczuła, że szare oczy przewiercają ją na wylot. Było to o tyleż niepokojące, co ekscytujące.
– Naprawdę, Pool? – zapytał spokojnym, wypranym z emocji tonem. – Właśnie tak sądzisz?
Pulsowała w niej chęć powiedzenia czegoś, co go zaboli, co sprawi, że będzie musiał zareagować emocjonalnie. Nie chciała go skrzywdzić dlatego, że go nie lubiła; chciała to zrobić, ponieważ wiedziała, że on to zniesie, że sobie z tym poradzi i – być może – nie odtrąci jej za to.
– Porywasz się na coś, co przerasta cię o trzy głowy – odpowiedziała, starając się zachować spokój. – Chcesz coś komuś udowodnić?
Chcesz coś udowodnić swojej rodzinie?, przeszło jej przez myśl, ale nie powiedziała tego na głos. Nie była szalona.
– Wychodzimy – warknął tak oschle, że przez chwilę zastanawiała się, czy jednak nie wypowiedziała tych słów. Gdyby była w innym stanie psychicznym, może by się wystraszyła. Teraz poczuła tylko jęzory ognia liżące jej wnętrzności i dziękowała Merlinowi za to, że nie były już tą lodowatą pustką.
Kiedy znaleźli się przed restauracją, Syriusz chwycił Dainah za rękaw i poprowadził w stronę uliczki rzadziej uczęszczanej przez mugoli, gdzie mogli porozmawiać bez przyciągania pytających czy zdezorientowanych spojrzeń, których nie brakowało, gdy jeszcze siedzieli w środku. Znaleźli się w ciasnej, słabo oświetlonej uliczce, która musiała być jakimś sporadycznie używanym skrótem pomiędzy wysokimi kamienicami. Syriusz nie puścił jej rękawa, zaciskając na nim palce.
– W co ty grasz, Pool?
Oddychał ciężko i szybko, jakby właśnie przebiegł ładnych parę kilometrów.
Nie odpowiedziała. Zamiast tego przywarła wargami do jego ust z taką mocą, że aż zatoczył się na ścianę jednej z kamienic. Nie zaprotestował, najwyraźniej zdziwiony jej nagłym pocałunkiem, tak łapczywym i desperackim, jakby próbowała przeniknąć do jego jestestwa. Nie pozwoliła mu też przerwać pocałunku, nieznacznie tylko przesuwając usta i z zapałem ssąc jego dolną wargę.
– Pool – zaprotestował w końcu, choć był to protest raczej słaby i pozbawiony przekonania.
– Po prostu się nie odzywaj – szepnęła gdzieś w jego szyję, gdzie teraz, kiedy przestała stać na palcach, znajdowała się jej twarz. Oddychała równie szybko co on wcześniej, ale nie z powodu wściekłości.
Tym razem to on ją pocałował, a jego pocałunek był niemal tak samo nieustępliwy jak ten, który ona zainicjowała. Dainah poczuła pod plecami nierówny, ceglany mur, a poczucie, że jest otoczona z dwóch stron – z jednej właśnie przez zimny budynek, a z drugiej przez ciepłe ciało Syriusza – dało jej impuls do tego, by dotknąć paska jego spodni i wsunąć dłoń pod sweter. Dotyk jego skóry rozpalał kolejne płomienie, które ogarniały ją całą. Nie miałaby nic przeciwko temu, by w nich spłonąć.
– Pool, nie zaczynaj czegoś, czego nie chcesz kontynuować – powiedział cicho w jej jasne włosy.
– Kto powiedział, że nie chcę? – zapytała, rozpinając swój własny sweter.
Było to dostateczną zachętą dla Syriusza, który znów ją pocałował, przyciskając do ściany i obejmując trochę zbyt mocno. Dainah to nie przeszkadzało. Czuła, że w ten sposób zatrzymuje ją na tym świecie, że chroni ją i przed samospaleniem, i przed lodowatą pustką. Czuła, że oddanie mu kawałka siebie to jedyny sposób, by zachować całą resztę.

Advertisements
Na psa urok: 07.

8 thoughts on “Na psa urok: 07.

  1. ett says:

    mocny rozdział. może zacznę od końca, bo twój syriusz równie dramatycznie, co niespodziewanie zyskał w moich oczach, zdobywając się jeszcze na tę ostatnią wątpliwość, kiedy dziewczyna z rozpaczy dobiera mu się do spodni. poza tym w punkt stwierdzenie, że jego wola walki wynikała z braku innego celu, no i miał jeszcze ten szczególny moment w ministerstwie, gdy tak nagle zorientował się, że spadnie na niego obowiązek pocieszenia dainah i że może sobie z tym nie poradzić.
    w reakcji dainah podobało mi się wszystko. od tej abstrakcyjnej ulgi, że nie straci punktów dla slytherinu, przez praktyczne myślenie o jedzeniu i związanym z tym poczuciem winy, aż po wściekłość na aurora i wreszcie tę determinację, żeby pocieszyć się syriuszem blackiem. a także to, jak zdziwił ją brak sztućców w mcdonaldzie. to było takim promyczkiem w absolutnym mroku tego rozdziału. smutno bardzo.

    Like

    1. sylv says:

      mój syriusz ma zaskakujące momenty przytomności umysłu, przez którą nie mogę go nie lubić. nie wiem, na ile jego wątpliwość można nazwać przebłyskiem dżentelmeństwa [pewnie na niewiele], ale uznałam, że czegoś takiego potrzebuje, zwłaszcza że w poprzednim rozdziale tak bardzo się nie popisał. no i chęć walki musiała wynikać z czegoś takiego. nie wiem, może źle na to patrzę, ale raczej niewiele osób, które mają jakiś ogólny zarys przeszłości, by się na to zdobyło – starczy spojrzeć na liczebność zakonu, która nie wynikała przecież z tego, że nie znali więcej osób [choć może nie znali dostatecznie dużo zaufanych osób, które jednocześnie świetnie radziły sobie z magią, ale bez przesady, jakby dobrze poszukali, to by znaleźli], ale bardziej z tego, że jednak nie każdy chciał. biedny, biedny syriusz, tak bardzo miał spaprane życie.
      w imieniu dainah dziękuję 😀 początkowo miałam obawy o jej spójność, bo mi się miotała straszliwie. dobrze, że się miotnęła we właściwym kierunku.

      Like

      1. ett says:

        właśnie dlatego nie dziwi wcale jego poświęcenie dla potterów, a nawet późniejsza desperacka próba zabicia glizdogona. kiedy człowiek nie ma nic do stracenia, staje się zdolny do naprawdę pięknych, ale i strasznych rzeczy. po tym rozdziale mogłabym go nawet kochać, ale wciąż mierzą mnie jego szowinistyczne żarty z początku, tego nie mogę mu wybaczyć!

        Like

      2. sylv says:

        w mojej wizji syriusz musiał całe życie być kimś, kto nie ma nic do stracenia. gdzieś tam może huncwoci go hamowali, ale to w sumie też nie tak, że byli jakoś specjalnie rozsądni i mogliby go powstrzymać przed czymś szalonym. zastanawiam się też, jak ten “żart” ze snape’em i zwilkołaczonym remusem wyglądał z perspektywy syriusza, tzn. na ile nie zdawał sobie sprawy z konsekwencji, a na ile było mu wszystko jedno.
        co do kochania syriusza – mi mój własny, prywatny syriusz złamał serce i generalnie sponiewierał mnie emocjonalnie do tego stopnia, że niech sobie ma te żarciki xd chociaż nie mówię hop, może jeszcze zbucowieć, do końca 3-4 notki xd

        Like

  2. lemot says:

    ten rozdział zszargał mnie emocjonalnie. piękna duża objętość, tutaj mięso świetnie zbudowało klimat i zgadzam się, że obyło się absolutnie bez potknięć, zarówno w reakcji dainah, jak i – co ciekawe – w kwestii seksu na ulicy. jak już mówiłam, syriusz kupił mnie uwagą o nie kontynowaniu. gdyby nie był tak mało domyślny (żarcik “czy ktoś umarł?” – trzeba mu było dać poczytać scenariusz), mogłabym go znowu polubić po chujostwach, jakie wcześniej wyprawiał.
    mój ulubiony rozdział.

    Like

    1. sylv says:

      miód na moje serce, bo lubię się babrać w smutku, mroku i rozpaczy, ale za każdym razem martwię się, że jednak przesadzę i wyląduję w bezdennej otchłani kiczu. mrocznego kiczu, co prawda, ale jednak kiczu. cieszę się też, że syriusz jakoś się rehabilituje za to, co robił wcześniej. może chłopak jednak wyjdzie na prostą. z drugiej strony… cóż, nie dawałabym mu zbyt dużych szans na to.

      Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s